Odpowiedzialni w łańcuchach

Popularna w ostatnim czasie społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) to dziedzina skomplikowana i niejednoznaczna. Odpowiedzialność, jakiej oczekujemy od biznesu, ma różne wymiary, przede wszystkim zaś wciąż trwa debata na temat tego, jak daleko ma ona sięgać. Jeżeli społeczna odpowiedzialność organizacji (wedle ostatniej definicji promowanej przez Komisję Europejską od 2011 r.) oznacza odpowiadanie za wpływ na otoczenie – to jak daleko ten wpływ mierzyć? W przypadku dużych firm rodzi się pytanie o tzw. łańcuch dostaw, czyli sieć współpracy z kontrahentami dostarczającymi elementy niezbędne do wytworzenia finalnego produktu lub usługi.

Dlatego właśnie powstała dziedzina określana jako zrównoważone/odpowiedzialne zarządzanie łańcuchem dostaw. Jest to bodaj najtrudniejszy, ale również bardzo ważny pod względem społecznym element zarządzania w kontekście CSR. Nierzadko zdarza się bowiem, że firmy chwalące się swoim etycznym zarządzaniem nie dbają o to, aby ich dostawcy z dalekich miejsc świata przestrzegali takich samych standardów – to dlatego co jakiś czas słyszymy o pracujących dzieciach, pożarach, wypadkach czy głodowych płacach w fabrykach szyjących markowe ubrania czy produkujących telefony. Kontrolowanie odległych dostawców jest trudne, ale nie niemożliwe, a zwracając na to uwagę, duże firmy mogą wykorzystać swoją silną pozycję, aby przyczynić się do poprawy warunków pracy w wielu miejscach świata.

Zarządzający dostawami w tradycyjnym modelu biznesowym skupiają się na kwestiach podstawowych: terminowości i jakości dostaw, płynnym przepływie materiałów i środków, korzystnych kontraktach. Od czasu, gdy w latach 90. na jaw wyszły warunki, w jakich zatrudnieni są na zlecenie wielkich koncernów pracownicy w krajach rozwijających się, szyjący ubrania czy produkujący obuwie dla zachodnich konsumentów, temat zarządzania dostawami zyskał nowy wymiar. Aby uniknąć skandali i polepszyć reputację korporacji, zaczęto wypracowywać nowe metody zarządzania, tak aby uwzględniać kwestie ochrony środowiska i dbałość o warunki pracy. Powstały standardy, normy i systemy audytu. Duże przedsiębiorstwa zaczęły stawiać nowe wymagania dostawcom, oczekując od nich nie tylko rzetelnego wykonania zlecenia, ale też dostosowania się do określonych standardów etycznych. Powstały kodeksy branżowe i wielostronne inicjatywy na rzecz poprawy zarządzania dostawami w wymiarze zrównoważonego rozwoju. Jednak pomimo starań i licznych wypracowanych rozwiązań nadal istnieje wiele kontrowersji związanych z tym tematem, a menedżerowie ds. dostaw czy zaopatrzenia wciąż próbują sprostać wyzwaniom, jakimi są monitoring tego, co dzieje się w całym łańcuchu, oraz wyważenie między aspektami ekonomicznymi a społecznymi.

Czego zatem współcześnie duże firmy wymagają od dostawców? W rozmowie ze mną Artur Dominiak – właściciel firmy Etyka, Kultura, Cywilizacja i jeden z najbardziej doświadczonych polskich audytorów, który ma za sobą ponad 200 audytów i szkoleń dla dużych firm i ich kontrahentów – wyjaśnia, że w kodeksach narzucanych dostawcom zawarte są głównie takie obszary jak:

  • praktyki związane z pracą dzieci i młodocianych,
  • zapewnienie wolności zrzeszania się pracowników dla ochrony ich interesów przed pracodawcą,
  • zapewnienie bezpiecznych i higienicznych warunków pracy,
  • przestrzeganie regulacji w zakresie czasu pracy,
  • zapobieganie przejawom dyskryminacji i mobbingu,
  • legalność zatrudnienia pracowników,
  • ochrona środowiska,
  • współdziałanie z lokalną społecznością, w której funkcjonuje firma,
  • właściwe wynagradzanie za pracę,

zapobieganie łapownictwu i korupcji (to nowy obszar, który coraz częściej dodawany jest do kodeksów dostawców).

Co w takim razie może zrobić firma, aby kontrolować kwestie etyczne w łańcuchu dostaw? Sprawa jest trudna. Po pierwsze trzeba zdefiniować jasno, które elementy łańcucha bierze się pod uwagę. Trzeba pamiętać, że we współczesnym świecie sieci kontrahentów i ich geograficzne położenie bywają bardzo skomplikowane. Zamawiający (firma) jest zazwyczaj w bezpośrednim kontakcie tylko z tymi kontrahentami, od których zakupuje usługi lub towary (tzw. dostawcy I stopnia). Im mniej bezpośredni kontakt z dostawcą, tym mniejsza wiedza na temat tego, jakich standardów przestrzega („dostawcy naszych dostawców” to dostawcy II stopnia, kolejni III stopnia itd.). Ponadto łańcuch dostaw jest obecnie rozumiany bardzo szeroko – pod uwagę bierze się nie tylko jego „górną” część, czyli od dostawcy do firmy, ale też „dolną” – od firmy do ostatecznego klienta lub konsumenta.

Pomiędzy tymi etapami zachodzą jeszcze inne procesy, które także wpisują się w łańcuch: logistyka, marketing, sprzedaż, recykling itd. Mamy zatem do „ogarnięcia” bardzo złożony mechanizm, którego poszczególne elementy mogą być dla nas wprost niewidoczne. Potrzeba dużych nakładów pracy i czasu, aby ustalić, co i jak dzieje się w poszczególnych elementach łańcucha dostaw. Duże firmy, które podjęły decyzję o wkroczeniu na ścieżkę społecznej odpowiedzialności, gotowe są w ten proces zainwestować (mówimy tu o kosztach zatrudnienia wyspecjalizowanej kadry, szkoleń dla pracowników, audytu, często też odpowiedniego oprogramowania). Dla mniejszych może to być kłopot, dla mikrofirm jest to prawie nierealne.

Jak więc zdecydować, których dostawców monitorujemy i pod jakim kątem? Kompania Piwowarska, będąca częścią grupy SABMiller, szczególnej kontroli poddaje tych dostawców, z którymi ma największe kontrakty oraz dla których sama jest istotnym klientem. Wielkość obrotów (liczona „w obie strony”) decyduje wobec tego o charakterze relacji. Firma zdefiniowała swoje cele w zakresie odpowiedzialnego zarządzania na poziomie globalnym (m.in. zmniejszanie zużycia wody i emisji CO2, recykling opakowań), jak również opracowała kodeks etyczny – tych kryteriów stara się przestrzegać także w relacjach z dostawcami. Niemniej firma zdaje sobie sprawę z tego, że w wielu przypadkach trudno jest wymagać od dostawców spełnienia pewnych oczekiwań od razu – dlatego we wstępnym etapie współpracy stara się dostawców przede wszystkim edukować, a dopiero z czasem stawiać im konkretne wymogi. To realistyczne podejście, bo wiele mniejszych firm potrzebuje czasu i środków na to, aby dostosować się do nowych standardów.

Istnieją też inne sposoby definiowania istotnych dostawców. Są firmy bardzo ambitne, takie jak Danone, które deklarują, iż monitorują np. stopień emisji gazów cieplarnianych (tzw. ślad węglowy) w całym, szeroko rozumianym łańcuchu dostaw – czyli poczynając niemal od krowy dającej mleko, aż do konsumenta, który je kupuje. Duże firmy posiadają niekiedy wieloletnie programy współpracy z kluczowymi dostawcami, w ramach których dostarczają im wiedzę i narzędzia służące polepszeniu jakości usług i standardów etycznych. Inne z kolei już na wstępie wymagają od dostawców spełniania określonych kryteriów – na stronach internetowych większości międzynarodowych korporacji można znaleźć takie dokumenty jak kodeks etyczny, którego podpisania i przestrzegania wymaga się od dostawców, zasady współpracy, priorytety zrównoważonego rozwoju, standardy wymagane od kontrahentów itd.

Zdarza się, że firmy bardzo precyzyjnie definiują, jakich dostawców chcą objąć swoimi zasadami. Kilka lat temu oburzenie wywołały wynagrodzenia i sposób zatrudniania ochroniarzy w obiektach firmy IKEA w Polsce. Powstała akcja i strona internetowa „Czy IKEA jest OK?”, w ramach której wezwano firmę do przestrzegania deklarowanej społecznej odpowiedzialności w relacjach z wszystkimi dostawcami, a więc również z firmą ochroniarską i jej pracownikami. Inicjatorzy akcji domagali się zwrócenia uwagi na wyjątkowo niskie zarobki tych pracowników oraz na sposób organizacji ich pracy. Tymczasem kodeks etycznej współpracy z dostawcami IKEA I-Way skierowany był przede wszystkim do dostawców kluczowych surowców – np. materiałów do produkcji mebli. Niemniej, w świetle licznych deklaracji o przestrzeganiu zasad odpowiedzialności, firma została oskarżona w tym przypadku o nieścisłość.

Warto zwrócić uwagę, że w całej sprawie pominięto odpowiedzialność samej firmy ochroniarskiej za pracowników. Jest to symptomatyczne dla współczesnych ruchów konsumenckich: od dużej firmy oczekuje się więcej, bo uznaje się, że dzięki swojej sile przetargowej i skali działania może mieć ogromny wpływ na dostawców. Akcja została powtórzona kilka lat później w formule „Czy Deloitte jest OK?”, a skierowana była w podobnej sprawie do znanej firmy doradczej. Korporacje na całym świecie muszą więc liczyć się z tym, że otoczenie społeczne oczekuje od nich szczególnej dokładności i wrażliwości.

Istotnie, presja ze strony dużych przedsiębiorstw na przestrzeganie standardów etycznych przez dostawców to potężny sygnał dla rynku – firmy mówią w ten sposób: „pod wpływem oczekiwań naszych klientów my się zmieniamy i tego samego oczekujemy od was”. Kontrolowanie dostawców w całym łańcuchu dostaw jest jednak nadal niezmiernie trudne. Menedżerowie ds. dostaw stoją niekiedy w obliczu zarządzania setkami różnych kontraktów (zarówno globalnych, jak i lokalnych) – monitorowanie tego, co dzieje się u każdego z dostawców, stanowi nie lada wyzwanie. Z pomocą przychodzą m.in. specjalistyczne programy, które pomagają zbierać i agregować duże ilości danych – dostawcy mogą np. w określonych odstępach czasu logować się do systemu i uzupełniać dane środowiskowe czy społeczne. Popularne są także audyty – firmy zlecają wyspecjalizowanym audytorom skontrolowanie określonych dostawców pod kątem kryteriów etycznych. Audyty takie mogą być zapowiedziane lub nie. Niestety, z licznych doniesień wiemy, że tego rodzaju kontrole bywają mało skuteczne, zwłaszcza w miejscach, gdzie są najbardziej potrzebne – fabryki w krajach rozwijających się nauczyły się fałszować dokumentację, a w dniu audytu organizują „pracę na pokaz”, aby obiekt świecił przykładem.

Poza tym kontrolowanie wszystkich dostawców jest trudne, o ile nie niemożliwe. Artur Dominiak mówi mi: Należy mieć świadomość, że jak by nie zbudować programu monitorowania dostawców, to i tak nie możemy mieć całkowitej pewności, co się u nich dzieje. Można zadać pytanie, dlaczego tak jest? Odpowiedź jest krótka. Dlatego, że programy monitoringu opierają się na losowości i próbkowaniu. Podczas np. audytu trwającego jeden czy dwa dni nie jesteśmy w stanie przeprowadzić przeglądu wszystkich zapisów dotyczących np. rejestrów czasu pracy, naliczania wynagrodzeń itd. Audytor pobiera zatem losowo jakiś materiał do dalszej analizy. Jeśli program monitoringu opiera się wyłącznie na ankietach kierowanych do dostawców, to informacje umieszczane w tych ankietach są jeszcze mniej wiarygodne. Każdy oceniający się dostawca ma bowiem w pamięci presję współpracy i nie chce stracić odbiorcy, a więc istnieją pokusy, aby ta ocena w rzeczywistości odbiegała mniej lub bardziej od sytuacji w zakładzie.

O nieskuteczności audytów społecznych (to jedna z nazw, obok „audytu etycznego”, stosowana na określenie tego typu kontroli) wypowiada się także Sebastian Siegele, doświadczony niemiecki audytor, który wypracował własne metody pracy z dostawcami: Nie stosujemy podejścia zorientowanego na normy, kodeksy postępowania i audyty społeczne, które niestety jest wciąż głównym podejściem w tej dziedzinie, choć jego wpływ na łańcuch dostaw jest bliski zeru. My propagujemy podejście zorientowane na dialog. Umożliwiamy pracownikom i menedżerom udział w dyskusji na temat tego, jak radzić sobie z kwestiami społecznymi i wszelkimi rodzajami wyzwań w miejscu pracy. W naszej metodologii to pracownicy i menedżerowie, a nie kodeksy postępowania czy życzenia konsumenta, znajdują się w centrum uwagi. Kreujemy poczucie odpowiedzialności, pokazujemy pracownikom i menedżerom, że wyważone stosunki pomiędzy nimi leżą w ich interesie, wskazujemy wzajemne korzyści i pokazujemy, jak je osiągnąć. […] Odgórne wdrażanie norm społecznych może być bardzo destruktywne. Strategia w tym przypadku opiera się na bodźcu zewnętrznym, na presji. Tymczasem siłą napędową powinna być motywacja wewnętrzna, płynąca z odpowiedzi na pytania: jaka jest korzyść dla pracowników i kierownictwa i jaka jest wartość ekonomiczna i społeczna dla całej fabryki1.

Czy trzeba jechać aż do odległych części świata, aby zobaczyć trudne warunki pracy w fabrykach produkujących na zamówienie wielkich firm? Niekoniecznie. Choć w opracowaniach akademickich Polska jawi się jako kraj, który doskonale radzi sobie z wyśrubowanymi standardami w dziedzinie zarządzania łańcuchem dostaw (co ułatwione jest m.in. przez fakt, iż bardzo wiele kwestii uregulowanych jest na poziomie przepisów i rozporządzeń), okazuje się, że patologiczne zjawiska, kojarzone zazwyczaj z fabrykami w krajach rozwijających się – praca dzieci, niepłatna praca w nadgodzinach, nieprzestrzeganie zasad BHP, fałszowanie produktu, oszustwa, nieodpowiedzialny marketing itp. – zdarzają się także u nas. Krótko mówiąc: mamy standardy i potrafimy się nimi chwalić, ale z realnym przestrzeganiem bywa różnie. Audytorzy donoszą o zakładach pracy w małych miejscowościach, gdzie zdarza się, iż część pracy wykonują osoby nieletnie (pracując np. wieczorem lub w nocy, aby nie opuszczać zajęć w szkole), za zgodą pracodawcy, własną… i samych rodziców, dla których jest to szansa na dodatkowy dochód2.

Media z kolei co jakiś czas raczą nas soczystymi opisami kolejnych afer gospodarczych: afery solnej, wykrycia koniny w hamburgerach czy nieprawidłowości w sektorze finansowym i tzw. parabankach. Skoro mamy regulacje, instytucje, kontrolę ze strony kontrahentów i odpowiednie przepisy – czemu wciąż dochodzi do skandali? W każdym przypadku za nadużycia odpowiedzialny jest nie tylko jeden człowiek, ale całe zespoły ludzi – tych, którzy współdziałali, oraz tych, którzy biernie się temu przyglądali, nie reagując.

Przestrzeganie jakich standardów przychodzi polskim firmom z największym trudem? Zdaniem Artura Dominiaka szczególne uchybienia widoczne są w sferze bezpieczeństwa i higieny pracy: Najwięcej niezgodności znajduje się w obszarze związanym z BHP i ochroną przeciwpożarową. Ocena ryzyka zawodowego, dobór i stosowanie środków ochrony indywidualnej wymagają w wielu przypadkach poprawy. Brak jest chyba pamięci o tym, jak poważne w skutkach mogą być zdarzenia związane z tym obszarem. Przecież pracownik, który nie stosuje wymaganych na danym stanowisku ochronników słuchu, traci powoli słuch. Po wielu latach pracy mamy do czynienia z chorobami zawodowymi, których mogliśmy uniknąć, stosując np. właściwe środki ochrony indywidualnej lub zbiorowej. Mechanik nie zakładając okularów ochronnych do np. prac ze szlifierką, naraża się na uszkodzenie lub utratę oka. Czy zdrowie i życie ludzkie jest tak mało ważne? Dlaczego posiadając wiele segregatorów ze szczegółowymi opracowaniami BHP w zakładzie, bezpośredni przełożeni pracowników, którzy powinni stosować środki ochrony indywidualnej, nie zwracają im uwagi i dopuszczają do pracy wbrew temu, co mówi prawo w takich sytuacjach? Powinniśmy pamiętać, że wypadek przy pracy niesie ze sobą olbrzymie koszty: cierpienia pracownika i jego rodziny, absencja w zakładzie, a więc koszty dodatkowe dla pracodawcy, bo przecież trzeba zastąpić nieobecnego, koszty społeczne – potrzebna opieka zdrowotna dla poszkodowanego, może w skrajnych przypadkach trzeba będzie wypłacać rentę inwalidzką. Podobnie, jak twierdzi Dominiak, jest z ochroną środowiska – działania w tej sferze są często pozorowane, a pracownicy nie mają podstawowej wiedzy na ten temat, podczas gdy wystarczyłyby odpowiednie szkolenia.

Przyczyny takiego stanu rzeczy są złożone. Z jednej strony, jak podkreśla Dominiak, kwestie objęte hasłem „społeczna odpowiedzialność” są marginalizowane, traktowane jako coś dodatkowego, a nie element strategii firmy. Zakłady żałują pieniędzy na szkolenie pracowników w takich kwestiach, a osoby odpowiedzialne nie są decyzyjne. – Zdarza się, że niby wyznaczono pełnomocnika zarządu ds. kodeksu etycznego i odpowiedzialności społecznej, ale umknęło nadanie takiej osobie właściwych uprawnień w ramach tego projektu – mówi Dominiak. Inna przyczyna to niedostateczna kontrola ze strony organów, które regulacje wprowadzają i odpowiadają za monitorowanie ich przestrzegania. Na końcu jesteśmy jeszcze my – konsumenci – którzy wciąż nie dojrzeliśmy do uwzględniania aspektów etycznych w naszych decyzjach zakupowych. – W takich krajach jak Niemcy, Anglia czy USA, gdy konsument otrzyma informację, że firma X wykorzystuje pracę dzieci w swoich zakładach albo stosuje przymus pracy wobec pracowników, odwróci się od niej, nie kupi jej produktów czy nie skorzysta z usług. Niestety dla naszego ubogiego konsumenta ciągle cena jest kluczowym parametrem. Na innych rynkach zachowania konsumenckie w tym zakresie kształtują się inaczej. Presja społeczna zmusiła przecież koncern Coca-Cola do zerwania współpracy z dostawcą koncentratu pomarańczowego z Kalabrii, który nie płacił pracownikom za pracę i nie zapewniał właściwych warunków zatrudnienia – mówi Dominiak.

Wydaje się jednak, że podejście do kwestii etycznych po stronie otoczenia biznesu powoli, ale wyraźnie ewoluuje. Wspomniane wcześniej akcje z serii „Czy firma X jest OK?” to zwiastuny realnej zmiany. Za szczególny sukces uznać można akcję skierowaną do firmy LPP, właściciela m.in. popularnej marki Reserved. Przemysł odzieżowy jest od wielu lat na celowniku organizacji pozarządowych, jeśli chodzi o przestrzeganie standardów pracy. Wystarczy spojrzeć na metki większości naszych ubrań, aby dowiedzieć się, gdzie są produkowane (Chiny, Tajlandia, Sri Lanka, Bangladesz itd.). Organizacje od dawna donoszą o nadużyciach w fabrykach produkujących na zamówienie zachodnich koncernów, a sytuacja w zakładach pracy pokazana została w niejednym filmie dokumentalnym. W 2011 r. Polska Zielona Sieć i Clean Clothes Polska podjęły wspólną akcję, której efektem była deklaracja ze strony firmy LPP, iż zwiększy ona odpowiedzialność w swoim łańcuchu dostaw. Firma zobowiązała się do weryfikacji swojego kodeksu etycznego, zwiększenia kontroli w fabrykach zagranicznych i przeszkolenia pracowników działu kupieckiego z zasad społecznej odpowiedzialności biznesu. Jak na to zareagował rynek? Nijak, podobnie jak na sam bojkot. Nie mamy jeszcze w Polsce bowiem jednego z istotnych ogniw „infrastruktury etycznej” – odpowiedzialnych inwestorów.

Na Zachodzie bojkoty firm nieprzestrzegających zasad CSR w relacjach z odległymi dostawcami nie są nowością. W 2010 r. szczególnie silnym echem odbiła się w mediach (tych tradycyjnych i społecznościowych) akcja Greenpeace skierowana przeciwko gigantowi branży spożywczej – firmie Nestlé. Przedmiotem akcji było stosowanie przez firmę oleju palmowego do produkcji m.in. popularnego batonu Kit Kat. Olej palmowy jest tanim składnikiem, obecnym w niezliczonej liczbie produktów – od kosmetyków po artykuły spożywcze – i bardzo często pozyskiwany jest w Ameryce Południowej i w Azji, gdzie olbrzymie połacie bezcennych lasów tropikalnych wycina się nielegalnie pod uprawę palmy oleistej. Po długiej kampanii, której główną osią były spoty i akcje rozprzestrzeniające się z prędkością światła za pomocą mediów społecznościowych, Nestlé zadeklarowało zerwanie relacji z nieetycznymi dostawcami i stopniowe wycofywanie się z produkcji z użyciem kontrowersyjnych składników. Mogłoby się wydawać, że był to triumf zjednoczonych konsumentów i organizacji pozarządowych.

Pytanie jednak, czy samo zerwanie kontraktu z nieetycznym dostawcą przyniesie realne zmiany? W obliczu gigantycznego światowego popytu na tani olej palmowy dostawca taki szybko znajdzie innego, mniej wymagającego kontrahenta, a jeśli nie (bo np. dotychczasowy kontrakt był dla niego głównym źródłem dochodu), to pracę stracą niedecyzyjni ludzie. Słusznie zauważono, że taka sytuacja w dłuższej perspektywie nie ma wiele wspólnego z odpowiedzialnością społeczną. Dlatego, jak donosi magazyn „Ethical Corporation”, Nestlé wraz z organizacjami pozarządowymi i innymi firmami z przemysłów korzystających z tego surowca postanowiło edukować dostawców, zamiast pozbawiać ich kontraktów – pomóc im w dostosowaniu się do etycznych standardów, jednocześnie szukając alternatyw dla surowca3. Można powiedzieć więc, że rozpoczęto „pracę u podstaw”, odchodząc tym samym od dotychczasowych rozwiązań, dyktowanych „czarno-białym” rozumieniem odpowiedzialności społecznej.

Odpowiedzialne zarządzanie dostawami długo jednak nie będzie w Polsce realnie obowiązującym standardem. Wspomniani wcześniej konsumenci, regulatorzy, kontrahenci i inwestorzy potrzebują czasu, aby rozwinąć w sobie większy stopień społecznej wrażliwości, a z pomocą mogą im przyjść różne programy edukacyjne, póki co podejmowane tylko przez nieliczne organizacje pozarządowe i instytucje. Niewiele mówi się o etyce na uczelniach, a temat odpowiedzialnego zarządzania dostawami raczej nie figuruje w spisie przedmiotów uczelni biznesowych. Trudne warunki rynkowe, a do tego widmo kryzysu oraz nakładająca się na wszystko wszechobecna w Polsce postawa neoliberalna, nie ułatwiają zadania. W badaniu przeprowadzonym w 2010 r. na zlecenie Forum Odpowiedzialnego Biznesu4 jako główną przeszkodę we wprowadzaniu standardów etycznych w zarządzaniu dostawami odpowiedzialni za ten dział menedżerowie wskazywali wysokie koszty, brak zainteresowania ze strony rynku i konsumentów, małą wiedzę. Nie różni się to w zasadzie od powszechnie przytaczanych argumentów przeciwko wprowadzaniu zasad CSR do zarządzania. Trzeba sobie jednak uzmysłowić, że największe światowe firmy dawno już podniosły w tym względzie poprzeczkę, a świadomość i moc oddziaływania konsumentów rosną z dnia na dzień. Warto, aby polskie przedsiębiorstwa już dziś zastanowiły się nad tym, jak dogonić nowoczesność, zanim okaże się, że nie spełniają kryteriów przetargowych.

Przypisy:

  1. Zob. http://odpowiedzialnybiznes.pl/pl/baza-wiedzy/publikacje/artykuly.html?id=5625
  2. Więcej w publikacji Wspólna odpowiedzialność. Rola dostaw i zakupów, red. Natalia Ćwik, Forum Odpowiedzialnego Biznesu, 2011.
  3. Zob. http://www.ethicalcorp.com/supply-chains/sustainable-palm-oil-nestl%C3%A9-supply-deal-may-be-game-changer
  4. Zob. www.odpowiedzialnybiznes.pl

Podzielmy się

Carpooling, swap, couchsurfing, turystyka społecznościowa – to tylko kilka trendów, które w ostatnich latach zmieniają oblicze globalnej konsumpcji. Eksperci widzą w tym zmianę nawyków konsumpcyjnych, która pozwala zmniejszyć stopień eksploatacji cennych zasobów. Tymczasem dla większości osób uczestniczących w tej „nowej konsumpcji” jest to po prostu wielka oszczędność. Choć nie tylko – w świecie ekonomii dzielenia się chodzi również o relacje między ludźmi.

W filmie „The Story of Stuff” amerykańska aktywistka Annie Leonard prezentuje pewien „system”. Jak wyjaśnia, obecnie znajduje się on w kryzysie. Ten system to sekwencja opisująca działania współczesnych gospodarek: od eksploatacji zasobów, poprzez produkcję, konsumpcję, po wyrzucenie. System powinien być zamknięty, uwzględniając w możliwie największym stopniu recykling i inne formy utylizacji odpadów. Tak jednak nie jest. Annie wyjaśnia: każdego roku produkujemy, konsumujemy i wyrzucamy miliony ton rzeczy (tytułowe „stuff”). Przez ostatnie 50 lat zużyliśmy więcej zasobów niż wszystkie poprzednie pokolenia. Jakże często kupujemy coś, co nie jest nam w zasadzie potrzebne, i wyrzucamy rzeczy, które nie są wcale zużyte, a jedynie postrzegamy je jako nieprzydatne lub niemodne (co innego jeśli zostały, jak to określa Annie, „zaprogramowane na śmietnik”, czyli skonstruowane tak, aby szybko się zepsuły i konsument musiał zakupić kolejne). Czy jest sposób, aby temu zapobiec? Sharing economy – ekonomia dzielenia się – wydaje się jednym z kół ratunkowych dla „systemu w kryzysie”. Na dodatek zbliża do siebie ludzi żyjących w zatomizowanych społeczeństwach.

Kup dziurę zamiast wiertarki

Upowszechnienie internetu diametralnie zmieniło sposób, w jaki funkcjonujemy jako jednostki i społeczności, a także jako konsumenci. Nie od razu jednak nauczyliśmy się z niego korzystać w ten sposób. File sharing, peer2peer i inne elementy wirtualnego dzielenia się były z początku domeną fachowych informatyków i pasjonatów nowych technologii – tak powstawało oprogramowanie typu open source. Dopiero później analogiczne mechanizmy zastosowano do sprzedaży, wymiany i kontaktów (media społecznościowe).

Im bardziej internet stawał się „społecznościowy”, tym bardziej sprzedaż za jego pośrednictwem odchodziła od klasycznych schematów. W internecie standardowa relacja klient – producent, w której to producent rozdaje karty, została zastąpiona relacją równorzędną, jeśli nie wręcz odwróconą. Ponadto, w momencie, gdy nauczyliśmy się wykorzystywać internet do wymiany dóbr, a nie tylko do ich kupna, rola producenta zmalała. Zaczął on stawać się w coraz większym stopniu pośrednikiem, a niekiedy jest wręcz z transakcji eliminowany.

W 2010 r. Rachel Bootsman i Roo Rogers wydali książkę o tytule, który z czasem wszedł do użytku jako określenie nowego typu konsumpcji – „Collaborative Consumption”, czyli konsumpcja „współpracująca” lub oparta na współdziałaniu. Publikacja jest błyskotliwą syntezą trendów, które pojawiały się od kilku lat na Zachodzie, a obecnie przybrały globalny charakter. Collaborative consumption (CC) to konsumpcja oparta na systemie redystrybucji. „System w kryzysie” przestaje więc mieć charakter linearny, staje się systemem zamkniętym, o jakim marzy wspomniana Annie Leonard. Zamiast stale kupować i wyrzucać lub kupować i składować (w USA ogromne powierzchnie wynajmowane są wyłącznie w celu magazynowania nieużywanych dóbr), zaczynamy dzielić się tym, co posiadamy, najczęściej wykorzystując internet jako pośrednika w „transakcji”.

Wymianie czy redystrybucji podlegają nie tylko konkretne przedmioty, ale również czas i przestrzeń. Transakcje nierzadko odbywają się bezgotówkowo, na zasadzie barteru, w którym wartość dla „sprzedającego” może mieć charakter pozamaterialny. Na przykład osoby udostępniające miejsce w swoim samochodzie w ramach systemu carpooling nie zawsze oczekują zapłaty. Niekiedy wystarczy im, że podczas drogi do pracy lub w inne miejsce mają towarzystwo – pasażera, z którym można porozmawiać. CC rozwiązuje też problem nadmiaru kupowanych towarów. W USA powstały serwisy umożliwiające „wynajmowanie” narzędzi domowych – jeżeli, dajmy na to, chcemy zawiesić w domu półkę i potrzebna jest nam wiertarka, ale wiemy zarazem, że nie będziemy z niej częściej korzystać, to zamiast kupić, możemy ją wypożyczyć od kogoś z okolicy na godzinę lub dobę…

Dzielenie się w praktyce

Niektóre trendy zaliczane do collaborative consumption znane są w Polsce już od jakiegoś czasu. Jest to np. couchsurfing – oferowanie „wolnej kanapy” przyjezdnym z różnych stron świata jako alternatywa dla hotelu, co przy okazji skutkować może nawiązaniem ciekawej znajomości. Inny przykład to carpooling, system łączący kierowców posiadających wolne miejsca w samochodzie oraz osoby szukające taniej podwózki. Istniejące na świecie serwisy społecznościowe umożliwiają dziś prawie wszystko – udostępnianie przestrzeni samochodu, garażu, własnego ogródka (jeżeli ktoś nie posiada działki, a chciałby od czasu do czasu zająć się ogrodnictwem), narzędzi… A nawet… ludzi – od niedawna działa w Polsce serwis Babcie do Wynajęcia, kontaktujący osoby szukające niani z „babciami”, starszymi kobietami, które chciałyby spędzać czas, zajmując się dziećmi.

Oprócz prostej wymiany taka forma konsumpcji może też zapewniać określone przeżycia. Ciekawym przykładem jest serwis Vayable, wpisujący się w nurt tzw. turystyki społecznościowej. Osoby szukające niestandardowych sposobów na spędzenie wakacji mogą za pośrednictwem Vayable skorzystać z oferty nieprofesjonalnych przewodników – mieszkańców różnych miejsc na świecie. Oferują oni nietypowe wycieczki. Artysta street art za niewielką opłatą pokaże najlepsze dzieła „gatunku” w swojej okolicy, pewien bezdomny z San Francisco za 100 dolarów oprowadza po „podziemiach” miasta, ktoś inny zorganizuje dla turystów improwizowany obiad albo zaprosi na warsztaty malarskie połączone z przejażdżką rowerami po artystycznych zakątkach miasta. Taka forma spędzania wolnego czasu nie tylko umożliwia nawiązanie ciekawych znajomości i zaoszczędzenie części środków przewidzianych na wyprawę (oferty profesjonalnych biur podróży są znacznie droższe), ale też rozwija kreatywność i pozwala spojrzeć na dane miejsce oczami „tubylców”.

Dla osób, które lubią konsumować stadnie, a do tego kochają jedzenie, powstał serwis Eat With Me. Dzięki tej platformie każdy może zorganizować wspólne gotowanie lub wyjście do restauracji i zaprosić osoby o podobnych upodobaniach kulinarnych, oczywiście przebywające w tej samej okolicy. Z serwisem związany jest także trend pop-up restaurants – improwizowanych na szybko jednorazowych spotkań kulinarnych. Dzięki takiemu systemowi można oszczędzić na przygotowywaniu posiłków (uczestnicy wspólnego konsumowania kupują składniki na spółkę) i dodatkowo spędzić czas z nowo poznanymi osobami, które lubią ten sam typ posiłków.

Ważne cele projektów z nurtu collaborative consumption to m.in. ominięcie komercyjnych pośredników i stworzenie lokalnej alternatywy dla wielkiego biznesu. Serwisy, które umożliwiają bezpośredni kontakt między kupującymi a sprzedającymi czy też „dzielącymi się”, to często dobry sposób na ograniczenie kosztów transakcji. Portale umożliwiają organizowanie się lokalnych społeczności – jak np. amerykański ShareMyStorage.com, dzięki któremu mieszkańcy różnych miejscowości mogą udostępniać sobie nawzajem przestrzeń magazynową (w formie piwnic, strychów, garaży), wykorzystując nieużywane przestrzenie swoich posesji, zamiast korzystać z hal magazynowych wynajmowanych odpłatnie przez specjalistyczne firmy, pobierające za to wysoką opłatę i sytuujące magazyny daleko za miastem.

W kwestii dzielenia miejsc i współużytkowania przestrzeni istotnym trendem, zarówno w Polsce, jak i za granicą, jest coworking – wynajmowanie miejsca we wspólnej, otwartej przestrzeni biurowej. Dzięki współpracy w jednym miejscu można zaoszczędzić na kosztach prowadzeniu biura, pracować komfortowo, współużytkując drukarki czy komputery, a także poznawać nowe osoby, niejednokrotnie przedsiębiorców czy freelancerów o podobnych upodobaniach, co skutkować może wspólnymi projektami. Przestrzenie coworkingowe funkcjonują w prawie wszystkich większych miastach w Polsce, jak np. Komin73 na warszawskiej Pradze.

Popularne stały się również najprostsze formy wymiany i wyprzedaży. Są to swapy – organizowane w różnych miastach w Polsce akcje wymiany nieużywanych ubrań – oraz, od niedawna, wyprzedaże garażowe, wzorowane na amerykańskich spontanicznych lokalnych targowiskach, na których mieszkańcy okolicy mogą sprzedać nieużywane przedmioty dowolnego rodzaju. Wymiany i wyprzedaże mogą mieć też charakter tematyczny – popularne są np. swapy odzieży dla dzieci – dla doświadczonych matek niby nic nowego, bo często przekazuje się ubranka rodzinie lub znajomym, jednak swap pozwala na zwiększenie liczby odbiorców i oferty. Na „garażówkach” i swapach określenie wartości czy też równowartości przedmiotów jest kwestią negocjacji, a dzięki temu systemowi nieużywane ubrania, meble, książki i inne rzeczy wchodzą do systemu redystrybucji. To, czego nie chcemy lub nie możemy (w obliczu nadmiaru) wykorzystać, zostaje zagospodarowane przez innych, a następnie może być znowu przekazane, wymienione i tak na okrągło…

Wymianie podlegają nie tylko przedmioty, ale też wiedza, doświadczenie, przeżycia i czas. Dostęp do nich staje się coraz częściej naturalny. Szczególnie w dziedzinie wiedzy postęp ten niesie kolosalne przemiany – nurt tzw. otwartych innowacji (Open Innovation) pokazuje, że dzielenie się wiedzą może być bardziej kreatywne i efektywne niż jej żelazna ochrona. Rozumieją to coraz bardziej także przedsiębiorcy, oswajając się stopniowo z zaletami wolnych licencji (Creative Commons). W Polsce póki co jest ich jeszcze mniej niż garstka. Wybijającym się przykładem jest marka Hedoco – pierwsza w naszym regionie, która produkuje i sprzedaje w formule open design. Klient może być dzięki temu jednocześnie projektantem, nabywcą, a nawet producentem. Marka przygotowała ideowy manifest: Wierzymy, że projektowanie i produkowanie to współtworzenie świata, nie tylko materialnego – świata potrzeb, rozwiązań i nowych wyzwań. Chcemy, by ten świat był lepszy, mniej zaśmiecony i dostępny dla wszystkich. Tworzymy markę społecznie odpowiedzialnego designu, której projekty dostępne są dla wszystkich użytkowników. Każdy ma możliwość samodzielnie wykonać projekt Hedoco z własnych materiałów, według założeń przez nas udostępnionych. Może wykorzystać własny, nadmiarowy materiał, użyć materiałów z recyclingu. […]Wierzymy w swobodę korzystania z przedmiotu zamiast bycia niewolnikiem jego funkcji.

Na progu rewolucji

System collaborative consumption wydaje się w swoich założeniach banalny – dzielimy się i wypożyczamy zamiast kupować. Do tego, jeśli prześledzić genezę CC, można dojść do wniosku, że nie jest to trend zupełnie nowy, lecz raczej odrodzenie zapomnianej wspólnotowości w nowym, współczesnym wydaniu. Polakom ów system wydaje się podejrzanie znajomy – czyż nie tak właśnie radziliśmy sobie w czasach PRL-owskich niedoborów? Zdaniem Botsman i Rogers za tym prostym schematem kryje się jednak wielka rewolucja.

Po pierwsze: dostęp staje się ważniejszy niż posiadanie. Przez ostatnie dwie dekady byliśmy wychowywani w przekonaniu, że jedynie posiadanie czegoś na własność daje gwarancję materialnej stabilności. Mieszkania, samochody i wszelkie inne przedmioty (a w ostatnim czasie także dobra intelektualne) stały się totemami niezależności. Świat ogarnięty jest zresztą manią patentowania – wiedza także stała się towarem, który ludzie chcą posiadać na własność czy wręcz na wyłączność. Collaborative consumption zmienia nasze podejście do tej kwestii. Pokazuje, jak stwierdzają wspomniani autorzy, że dla współczesnego człowieka dostęp jest przywilejem, a własność ciężarem.

Po drugie: dzięki społecznościowemu charakterowi wymiany uczymy się na nowo zaufania w relacjach o charakterze wymiany handlowej. Uczestnictwo w tym systemie wymaga wzajemnej ufności stron, bo transakcje w serwisach pod tym szyldem nie polegają na zawieraniu wielostronicowych umów z zapisami o zabezpieczeniach i karach. Oczywiście, różne rozwiązania technologiczne stosowane przez portale wymiany pomagają w pewnym stopniu weryfikować użytkowników (konieczność logowania, oceny kontrahentów, weryfikacja przez serwis pośredniczący itp.), z reguły jednak serwisy przyciągają ludzi bardziej otwartych na relacje z innymi. Technologia przywraca dawne formy zaufania – tłumaczą Botsman i Rogers. Aby konsumenci uwolnili się od kulturowo zakodowanego kultu posiadania, musimy pokazać im, że dzielenie się jest wygodniejsze i tańsze od konsumpcji.

Po trzecie: collaborative consumptionratuje społeczeństwa od atomizacji i skrajnego indywidualizmu. Niewątpliwie wyróżniającą cechą nowego typu konsumpcji (ale też komunikacji) jest to, że oprócz satysfakcji z wymiany, oszczędności i zaradności mamy też satysfakcję z przynależenia do wspólnoty.Ludzie uświadamiają sobie, że posiadanie wyłącznie po to, aby mieć coś na wyłączność, jest mniej istotne niż przynależenie.

Po czwarte: nowy styl konsumpcji wpisuje się w koncepcję zrównoważonego rozwoju. Nie jest to dla większości użytkowników cel sam w sobie, a raczej efekt uboczny nowego systemu. Więcej – zdaniem Botsman i Rogers, większość osób korzystających z systemu wymiany w żaden sposób nie popiera idei zrównoważonego rozwoju. Przeciwnie, są to zwolennicy kapitalizmu „w starym stylu”, a jednak dostrzegają w nowym systemie ogromne zalety, przede wszystkim oszczędność i tzw. dobrą okazję. Dzięki rosnącej modzie na dzielenie się coraz więcej ludzi dokonuje akcesu do cyklu wymiany, a tym samym nieświadomie przyczynia się też do ochrony zasobów i surowców. Pokazywanie, że „inni też tak robią”, jest często dużo bardziej skuteczne niż odwoływanie się do czyjegoś poczucia społecznej odpowiedzialności czy apelowanie o zachowanie zasobów dla przyszłych pokoleń.

Ile idei, ile kalkulacji?

Nie bez przyczyny ekonomia dzielenia się zaczęła rozkwitać w czasach kryzysu i to w kraju, w którym przybrał on najbardziej spektakularne oblicze. Idee dzielenia się, wspólnotowości i ochrony środowiska są oczywiście urzekające, ale nie oszukujmy się – wartości te nie są (i może nigdy nie będą) kluczowe dla większości konsumentów na świecie. Kwestia ceny i wygody pozostaje kluczowa.

Collaborative consumption wydaje się doskonałą ofertą w czasie gospodarczego osłabienia, ponieważ pozwala ominąć tradycyjnych komercyjnych pośredników i zaoszczędzić spore środki. Dla osób udostępniających miejsce w samochodzie w systemie carpooling jest to niezły sposób na zmniejszenie kosztów benzyny. Polska strona serwisu w ten sposób zachęca potencjalnych użytkowników: Obserwowane od kilku tygodni wzrosty cen paliw uszczuplają zawartość portfela niejednego kierowcy. Jednym z najprostszych sposobów na oszczędności jest znalezienie pasażerów i podzielenie się z nimi kosztami przejazdu. Podział kosztów dotyczyć może nie tylko wydatków na paliwo, ale także opłat za przejazd autostradą czy postój na parkingu. […] Carpooling to oszczędność pieniędzy nie tylko po stronie kierowcy, ale także pasażera. Z Krakowa do Katowic można pojechać już za 7 zł, z Wrocławia do Drezna – za jedyne 60 zł. To zdecydowanie taniej niż pociągiem, a przy tym o wiele wygodniej.

Jaka jest zatem wartość ekonomii dzielenia się? Rachel Bootsman ocenia, że wartość rynku CC wynosi ok. 110 miliardów dolarów. Sam rynek zaś rozwija się w zawrotnym tempie, a serwisy umożliwiające społecznościowe finansowanie (crowdfunding – w Polsce niestety niewykonalny ze względu na brak odpowiednich przepisów!), reprezentowane przez takie znane światowe serwisy, jak Kickstarter czy Indiegogo, umożliwiają opłacenie innowacyjnych przedsięwzięć i uniezależniają od kredytów bankowych. Umair Haque, ekspert ds. ekonomii, uważa, że collaborative consumption to potężna zmiana i poważne zagrożenie dla tradycyjnego biznesu. Jeśli ludzie, dawniej określani jako konsumenci, zaczną konsumować o 10% mniej, a dzielić się o 10% bardziej, skutki ekonomiczne dla tradycyjnych korporacji będą nieproporcjonalnie większe, co oznacza, że niektóre branże będą musiały się przekształcić albo przygotować do zatonięcia w ruchomych piaskach przeszłości.

Czego nauczyło nas Occupy Wall Street?

Czego nauczyło nas Occupy Wall Street?

Najprościej na tytułowe pytanie można odpowiedzieć: wszystkiego. Occupy Wall Strett (OWS) w ciągu zaledwie kilku miesięcy, z inicjatywy skupionej wokół amerykańskiego centrum rynku kapitałowego przekształciło się w globalny ruch, zbiorczo określany jako Occupy Movement (OM). Jest to przykład dobrze zorganizowanego aktywizmu, który dla nas – pomimo różnic społecznych i kulturowych – może być ciekawą lekcją technik społecznej mobilizacji. Na początku 2012 r. popularny amerykański magazyn biznesowy „Fast Company” opublikował listę 50 najbardziej innowacyjnych firm na świecie. Na miejscu 7. listy znalazł się… Occupy Movement. W uzasadnieniu czytamy, że zaszczytne miejsce w pierwszej dziesiątce przypadło ruchowi, ponieważ uosabia wszystkie cechy charakteryzujące „szybką” firmę, a dokładniej – ponieważ jest przełomowy, przejrzysty, zaawansowany w dziedzinie technologii i designu, zarazem lokalny i globalny, zwinny i napędzany wartościami. Jakkolwiek dla ruchu walczącego z dominacją wielkiego biznesu wyróżnienie w gronie przedsiębiorstw może wydawać się kuriozalne, o tyle samo uzasadnienie doskonale charakteryzuje fenomen OM. Publicyści z całego świata zachwycają się jego estetyką i kulturotwórczym potencjałem – do tego stopnia, że jeden z profesorów prestiżowej uczelni biznesowej INSEAD nazwał ruch „dziełem sztuki”, uznając, iż OM jest dla społecznych aktywistów tym, czym Steve Jobs i produkty Apple dla fanów technologii. Zadaniem dzieła sztuki […] jest podważyć to, co uznajemy za pewnik. To właśnie robią okupujący. Główne założenia ruchu, jego estetyka życia i organizacji, stoją w wyraźnej opozycji do struktur organizacyjnych, które przywykliśmy uznawać za niezbędne. Spójrzcie na malutkie namioty stojące naprzeciw szklanych i stalowych drapaczy chmur; na zgromadzenia przeciwstawione korporacyjnej hierarchii i waszyngtońskiemu lobbingowi. Podobnie jak sztuka, ruch Occupy zrodził się z […] mieszanki cierpienia i pasji. Cierpienia z powodu nierówności i pasji dla […] takiej demokracji, w której liczą się głosy poszczególnych jednostek, a nie ich portfele1. Rolę OM docenił również magazyn „Time”, uznając Człowiekiem Roku… Protestującego, nawiązując tym jednocześnie do aktywistów tzw. Arabskiej Wiosny, protestujących z Grecji, Rosji i Hiszpanii, jak i zwolenników ruchu Occupy Wall Street. Za motyw przewodni wszystkich wymienionych ruchów magazyn uznał, podobnie jak wiele innych mediów, wykorzystanie nowoczesnych technologii, w tym mediów społecznościowych, jako narzędzia ułatwiającego i przyspieszającego społeczną mobilizację: największą zasługą Ameryki w rozszerzaniu wolności za granicą w XXI wieku jest nie narzucanie jej militarnie, ale wspieranie jej za pomocą technologii […]. Globalizacja zaś zrewanżowała się, przekształcając demokratyczne powstania w krajach rozwijających się w eksport inspiracji do bogatszej części świata – napisał Kurt Andersen w artykule uzasadniającym wybór Człowieka Roku2. Stymulowanie dyskusji ważnej z gospodarczego i społecznego punktu widzenia to chyba największa zasługa Occupy Wall Street. Choć nieprawdą jest, że ruch nie posiadał sprecyzowanego programu czy postulatów (taką wizję zjawiska propagowały w USA głównie media konserwatywne), to nie poświęcono im tyle uwagi, co samej formule protestu. Wywołanie szoku, jakim było masowe i dosłowne „wyjście na ulice” tysięcy niezadowolonych ludzi, jawnie przeciwstawiających się największym instytucjom Ameryki – centrum finansjery i centrum władzy, uruchomiło przełomową debatę na temat nierówności społecznych oraz konsekwencji obecnego modelu kapitalizmu. Zwłaszcza że protestujących szybko poparły liczne autorytety ze świata polityki i ekonomii, a nawet celebryci. Jakie mechanizmy ułatwiły popularyzację OM? W jaki sposób ruch ten, wywodzący się z problemów specyficznych głównie dla USA, zyskał międzynarodowy zasięg i poparcie?

Odpowiedni moment

Sukces OM nie byłby możliwy bez odpowiedniego gruntu. Krytyka kapitalizmu i wielkich instytucji finansowych narastała stopniowo od początku obecnego kryzysu ekonomicznego. Coś, co dotychczas było udziałem grupy alterglobalistów – krytyka międzynarodowych korporacji i podważanie słuszności zasad współczesnego kapitalizmu – stało się chlebem powszednim wielu ekonomistów, polityków i samych biznesmenów. Zanim OM skrystalizowało się w postaci ruchu o konkretnej nazwie i idei, głos w dyskusji zabierać zaczęli… sami twórcy krytykowanego systemu – pojawiła się zatem rysa, której, ze względu na prestiż wypowiadających się osób, nie dało się zignorować. W 2009 r. John C. Bogle, założyciel „The Vanguard Group” – jednego z pierwszych funduszy inwestycyjnych w Stanach Zjednoczonych, także twórca pierwszego funduszu indeksowego, a więc współtwórca współczesnego rynku kapitałowego – napisał w książce o znaczącym tytule „Dość. Prawdziwe miary bogactwa, biznesu i życia”: W naszym systemie finansowym skupiamy uwagę wyłącznie na zyskach, które mogą nam przynieść rynki finansowe, nie dostrzegając niebotycznych kosztów generowanych przez ten system […]. Za bardzo liczymy na to, co można porachować, a za mało na zaufanie – ufność pokładaną w innych i poczucie, że i my jesteśmy godni ich zaufania. […] Mamy za dużo „złota głupców” w postaci marketingu i sztuki sprzedaży, a nie dość prawdziwego złota w postaci idei odpowiedzialności i zasad troski o dobro klienta3. Bogle, w niezwykle szczery i otwarty sposób, precyzyjnie opisuje w książce wszystkie „grzechy” amerykańskiego rynku kapitałowego, wskazując na odejście od etycznych standardów w sferze zarządzania złożonymi instrumentami finansowymi. Piętnuje krótkowzroczność i nieodpowiedzialność zarządzających aktywami, nawołując do zwrócenia większej uwagi na wartości niż na zyski. Niewiele jest głosów tak poruszających, jak głos Johna Bogle’a – kogoś, kto nie tylko współtworzył podwaliny systemu, ale też jest doceniany w środowisku za swoje wybitne osiągnięcia w rozwijaniu instrumentów rynku kapitałowego. To nie jedyny autorytet z „wewnątrz” środowiska biznesu, który odważył się na konstruktywną samokrytykę. Kapitalizm znalazł się w potrzasku – napisali w marcu 2011 r. dwaj czołowi światowi eksperci ds. zarządzania, doradzający największym i najbardziej dochodowym korporacjom na świecie, Michael E. Porter oraz Robert M. Kramer. Porter, który jest m.in. profesorem Harvard Business School, to twórca jednych z najistotniejszych teorii w naukach o zarządzaniu – z jego koncepcji, dotyczących zasad budowania konkurencyjności i strategii, korzystają przedsiębiorstwa i rządy na całym świecie. W artykule zatytułowanym „Tworzenie wartości dla biznesu i społeczeństwa”4, który ukazał się na łamach prestiżowego „Harvard Business Review”, Porter i Kramer przekonywali korporacje, iż nadszedł czas, aby zmienić zasady tworzenia wartości tak, aby celem był już nie tyle sam zysk, lecz tzw. wartość ekonomiczno-społeczna, w skrócie określana jako CSV (Creating Shared Value). Jak to się stało, że nobliwi specjaliści od „maksymalizacji zysków” i magazyn czytany przez top menedżerów poświęcili tyle miejsca krytyce systemu, dzięki któremu się utrzymują? Wyjaśnienia dostarczyli sami autorzy: Od paru lat biznes coraz częściej jest postrzegany jako główna przyczyna problemów społecznych, ekologicznych i gospodarczych. Istnieje powszechne przekonanie, że firmy prosperują kosztem większych społeczności. Co gorsza, im więcej firm zaczyna przyswajać sobie ideę społecznej odpowiedzialności, tym bardziej obwinia się je o społeczne zaniedbania. Poparcie społeczeństw dla biznesu spadło do poziomów nienotowanych w najnowszej historii. Nadszarpnięte zaufanie do korporacji skłania przywódców politycznych do wprowadzania rozwiązań osłabiających konkurencyjność i hamujących wzrost gospodarczy. Strach przed interwencją państwa i nadmierną – zdaniem przedsiębiorców – regulacją od dawna był motorem dla tworzenia koncepcji z obszaru tzw. społecznej odpowiedzialności biznesu. Faktem jest, że wiele państw istotnie zaostrzyło kontrolę rynku w ramach pokryzysowych środków naprawczych. W sytuacji, gdy krytyka kapitalizmu stała się powszechna, a dotychczasowe metody nadawania korporacjom „ludzkiej twarzy” okazały się niewystarczające i nieadekwatne, ekspertom od zarządzania nie pozostało nic innego, jak wyjść z propozycją nowej teorii – uratować w ten sposób swoje poprzednie tezy i… tym samym także swoje posady. Równie istotne, co głosy autorytetów od zarządzania, było aktywistyczne „przygotowanie”, jakie zagwarantowała fundacja Adbusters (Adbusters Media Foundation, wydająca magazyn o tej samej nazwie). Organizacja działająca od 1989 r., przy pomocy wyrazistych, chwytliwych haseł i współpracy z zaangażowanymi artystami, naukowcami i przedsiębiorcami od lat promuje działania na rzecz odejścia od nadmiernego konsumpcjonizmu i krytykuje amerykański kapitalizm, jak również podstawy neoklasycznej ekonomii. Przykładem ciekawej akcji w tej ostatniej sferze może być zainicjowany kilka lat temu program „Kick It Over”. Skierowany jest on do studentów ekonomii i ich nauczycieli, a polega na propagowaniu weryfikacji modelu nauczania przyjętego na uczelniach ekonomicznych, opartego na paradygmacie neoklasycznej szkoły chicagowskiej. W ramach projektu powstał manifest („Kick It Over Manifesto”), który studenci mogą wywieszać na swoich uczelniach, a także traktować jako punkt wyjścia do dyskusji na zajęciach. W manifeście czytamy: My, niżej podpisani, czynimy taki oto zarzut: wy, nauczyciele neoklasycznej ekonomii i absolwenci, dokonaliście gigantycznego oszustwa wobec świata. Twierdzicie, że zajmujecie się czystą nauką opartą na wzorach i regułach, podczas gdy wasza nauka jest nauką społeczną, z całą wrażliwością i niepewnością dla niej charakterystyczną. Oskarżamy was o udawanie kogoś, kim nie jesteście 5. To właśnie od akcji Adbusters rozpoczęła się oficjalna działalność ruchu Occupy Wall Street – po tekście zamieszczonym na stronie organizacji 13 lipca 2011 r. protestujący zaczęli gromadzić się w Nowym Jorku we wskazanym czasie. Czas na demokrację zamiast korpo-kracji […]. Zbierzmy w sobie odwagę, spakujmy nasze namioty i udajmy się na Wall Street 17 września w ramach zemsty.

Fundamenty buntu

Wszystkie wspomniane czynniki to jednak zjawiska wtórne. Ich istnienie ułatwiło przygotowanie gruntu pod ruch OM, jednak pierwotne przyczyny są inne. Za to, że tak wiele osób odnalazło się w hasłach głoszonych przez aktywistów koczujących w nowojorskim parku Zuccotti uważa się rosnące dysproporcje w dochodach zamożnych i ubogich, czyli pogłębiające się nierówności społeczne, które w USA są wyjątkowo duże – i niemal dwukrotnie większe niż w czołowych krajach Europy. Również trudny dostęp do systemów opieki zdrowotnej i edukacji – pozostających głównie w rękach prywatnego biznesu – stanowi gigantyczną barierę w podnoszeniu standardów życia. Ponadto w kraju, gdzie panuje mit, wedle którego dorobić może się każdy, jeśli odpowiednio ciężko na to pracuje i wykorzysta nadarzające się szanse, niezrozumiałe jest, dlaczego dochody pewnych grup – szefów dużych firm i banków – wzrastają nierównomiernie do zarobków innych6. I choć nierówności w innych krajach, w których „odtworzono” Occupy Movement w lokalnych wersjach, nie są tak znaczne jak w Stanach Zjednoczonych, uniwersalność haseł OM wystarczyła, aby uruchomić mechanizmy protestu. Chwytliwe okazało się hasło „We are the 99%” – To my jesteśmy 99 procentami – odzwierciedlające statystyki nierówności w USA (1% Amerykanów ma dochody równe osiąganym przez pozostałe 99% obywateli), a zarazem bardzo uniwersalne. Choć te hasła Occupy Movement, które zostały nagłośnione w mediach, mogą wydawać się bardzo ogólnikowe, to ruch posiada również bardziej sprecyzowane postulaty programowe. Pierwsze reakcje mediów, głównie konserwatywnych, w USA na pojawienie się namiotów w okolicy Wall Street były powierzchowne – koncentrowano się głównie na wyglądzie i zachowaniu co bardziej spektakularnych protestujących, ruch określano jako chaotyczny i nieskoordynowany, a także pozbawiony wyraźnej warstwy ideologicznej. Postulaty manifestantów ginęły w sztucznie kreowanym obrazie „zgromadzenia niedojrzałych awanturników”. W rzeczywistości ruch nie miał formuły anarchistycznej. Ciałem „zarządzającym” było Ogólne Zgromadzenie Miasta Nowy Jork – z jego inicjatywy ruch przyjął deklarację, zawierającą klarowne wyjaśnienie przyczyn protestu i bazowe postulaty (Deklaracja Okupacji Miasta Nowy Jork z dnia 29 września 2011 r.). Deklaracja krytykuje m.in. takie praktyki, jak: dokonywanie eksmisji w wyniku braku spłaty kredytu i nielegalne przejmowanie hipotek, wspieranie przez rząd USA instytucji finansowych, wypłacanie niebotycznych premii szefom korporacji, nieprzestrzeganie praw pracowniczych i praw człowieka przez korporacje zatrudniające ludzi w krajach rozwijających się, sponsorowanie polityków przez lobbystów korporacji, patentowanie ważnych ze społecznego punktu widzenia osiągnięć naukowych (np. leków), prowadzenie działań wojennych w imię „demokracji” w innych krajach itd. Deklaracja jest zatem wyrazem ostatecznego protestu, bez wskazania konkretnych rozwiązań zasygnalizowanych w niej problemów. Brak uszczegółowionych postulatów był w tym przypadku zamierzony. Część osób związanych z ruchem uważała, że podstawowa deklaracja wystarczy, argumentując, iż „postulaty zakładają stawianie jakichś warunków [w domyśle: których spełnienie odbędzie się w określonym czasie], a my nigdy nie ustaniemy”. Ta strategia tylko z pozoru może wydawać się nieprzemyślana. Jeśli jednak spojrzymy na efekty działania OWS – rozpoczęcie ogólnonarodowej debaty dotyczącej najważniejszych problemów społecznych i gospodarczych w USA oraz uruchomienie szeregu ważnych dyskusji w Europie i na świecie – widać, że już samo wskazanie konkretnych problemów, być może wcześniej nieakcentowanych tak silnie i niedostrzeganych przez opinię publiczną, doprowadziło do ważnej zmiany. To właśnie te – uniwersalne, a przez niektórych określane jako „ogólnikowe” – hasła zaskarbiły OWS tylu zwolenników. W komentarzach pod jednym z artykułów opisujących wydarzenia na Wall Street, anonimowy internauta napisał coś, pod czym podpisać mógłby się prawie każdy: Nie jestem aktywistą i nie koczuję wraz z protestującymi na Wall Street, ale czuję, że są mi bliscy, bo podobnie jak ja i wielu Amerykanów wyczuwają, że coś jest nie tak z naszym systemem. Pojawianie się ruchu Occupy Wall Street i jego szybka, międzynarodowa ekspansja zmusiły praktycznie wszystkich liczących się liderów politycznych i gospodarczych do ustosunkowania się wobec problemów sygnalizowanych przez OWS. Opinie, jak zwykle w takich sytuacjach, były podzielone, przy czym zdecydowana większość głosów (nie licząc Republikanów i konserwatystów, tradycyjnie nastawionych negatywnie do tego rodzaju ruchów) wyrażała jeśli nie poparcie, to choćby zrozumienie dla haseł protestujących. Nawet Barack Obama w oficjalnym przemówieniu wyraził szacunek dla protestujących i uznał, że przedstawiciele ruchu wyrażają frustrację znacznej części narodu. Jest ona naturalną konsekwencją kryzysu oraz poczucia, że państwo nie zapewnia dostatecznej ochrony swoim obywatelom. Sami przedstawiciele finansjery z Wall Street okazywali mieszane reakcje – od entuzjazmu wobec ruchu i chęci dialogu, wyrażonej przez CEO Citigroup, Vikrama Pandita, do konwencjonalnych, neoliberalnych poglądów, wyrażanych m.in. przez burmistrza Nowego Jorku, Michaela Bloomberga. Ten ostatni straszył, że jeśli ludzie, którzy zatrudnieni są w sektorze finansów, który stanowi ogromną część naszej gospodarki, odejdą, nie będziemy mieli z czego płacić pracownikom zatrudnianym przez miasto ani za co sprzątać parków. Sceptycyzm wobec Occupy Movement zachował również Tony Blair (Ci, którzy krzyczą najgłośniej to niekoniecznie zawsze ci, którzy najbardziej zasługują na wysłuchanie), choć już John Vincent Cable, minister biznesu Wielkiej Brytanii, wyraził się o ruchu w sposób bardziej pozytywny: Mam sympatię dla odczuć, które za nimi stoją. Niektóre z ich postulatów nie są beznadziejne, ale nie o to chodzi. Sądzę, że [ruch] odzwierciedla poczucie, że niewielka grupa ludzi doskonale sobie radziła w czasie kryzysu, często niezasłużenie, podczas gdy spora grupa tych, którzy w żaden sposób się do kryzysu nie przyczynili, w tym samym czasie straciła. Debata zapoczątkowana przez OWS toczy się do dzisiaj – w mediach, w wypowiedziach polityków, w analizach socjologów. Ruch nadal działa, choć już w mniej radykalnej formie. Nie okupuje ulic, ale w coraz większym stopniu okupuje umysły.

Technologie i ludzie

Rola nowych mediów, szczególnie portali społecznościowych w popularyzacji haseł ruchu Occupy Wall Street jest nie do przecenienia, choć należy z dystansem podchodzić do opinii uznających jedynie to narzędzie za klucz do sukcesu aktywistów. Jak zauważył wspomniany Kurt Andersen: Media społecznościowe i smartfony nie zastąpiły więzi społecznych i bezpośrednich kontaktów, ale ułatwiły je i pomogły je w szybkim tempie zmienić, umożliwiając protestującym bardziej zwinną mobilizację oraz efektywne komunikowanie się między sobą i ze światem. W przypadku Occupy Wall Street dostępna technologia została zastosowana z pewnością w sposób maksymalnie efektywny. Pierwszy sygnał pochodzący ze strony Adbusters, dający znak do rozpoczęcia okupacji w ustalonym terminie, rozprzestrzenił się błyskawicznie za pomocą Twittera. Occupy Wall Street zaistniało wkrótce w serwisie Facebook, aby ze swojego fanpage’u prowadzić dalsze działania nawołujące do przyłączenia się do protestu. Niedługo potem z tych samych narzędzi skorzystały pojawiające się lokalne odłamy w innych miastach Ameryki, a za nimi także w innych krajach. Ruch stworzył również własną stronę, filmowe relacje z okupowanych terenów można było oglądać na żywo w streamingu, dzięki czemu informacje o tym, co dzieje się na miejscu, docierały w czasie rzeczywistym, a sieci społecznościowe umożliwiły kontaktowanie się członków ruchu w każdym miejscu i czasie. Sama technologia nie byłaby niczym szczególnym, gdyby nie ludzie, którzy ją zastosowali i skorzystali z niej w odpowiednim czasie. Szczególnie ważne w przypadku OWS jest nazwisko Tima Poola – młodego aktywisty i reportera, który przy pomocy kamery i serwisu umożliwiającego streaming (Ustream) relacjonował wydarzenia na Wall Street od początku akcji. Pool z zaangażowaniem filmował okupację, niekiedy nawet przez 20 godzin dziennie. Sfilmowane przez niego pierwsze godziny funkcjonowania okupacji obejrzało na bieżąco ponad 20 tys. osób i 250 tys. indywidualnych użytkowników w ciągu pierwszego dnia, a jego materiał retransmitowały liczne serwisy informacyjne. Dziś, po upływie pewnego czasu, przedstawiciele ruchu myślą już o bardziej zaawansowanej technologii – ogłosili nawet plany stworzenia alternatywnego serwisu społecznościowego, takiego, który umożliwiłby kontakt jedynie między zaufanymi użytkownikami i zmniejszył niebezpieczeństwo demaskowania planowanych działań przez media i osoby działające przeciwko ruchowi. Postulowana w deklaracji niechęć wobec kontroli i nieszanowania prywatności jednostek znajduje zatem odzwierciedlenie w planowanych modyfikacjach narzędzi.

Iść za ciosem

Każdy ruch społeczny po fazie wzmożonej aktywności, która w przypadku OM przypadła na końcówkę 2011 r., staje przed pytaniem o przyszłość – czy i jak kontynuować działania? Jak wykorzystać potencjał i zmobilizowane społeczeństwo? W przypadku Occupy Wall Street sprawa wygląda całkiem nieźle. Jak zauważył jeden z amerykańskich publicystów, nie ma nic złego w tym, jeśli dany ruch chce zmieniać system i robi to wszystkimi sposobami – także „od wewnątrz”. Tak też zaczyna działać OWS. Kilka tygodni temu część OM o nazwie Occupy The SEC (U.S. Securities and Exchange Commission) przedstawiła 325-stronicowy dokument: list zawierający konkretne, merytorycznie klarowne i doskonale opracowane propozycje reform, które mogą usprawnić działania systemu finansowego w Stanach. Tak wysublimowanego i zaawansowanego działania nikt się po OWS nie spodziewał, jednak propozycje przedstawione przez ten szczególny odłam ruchu zostały uznane za całkowicie zgodne z „zasadami sztuki”. O poparcie ruchu walczą demokratyczne frakcje polityczne, zwłaszcza środowisko związane z Obamą, póki co jednak OWS konsekwentnie trzyma się z dala od polityki.

Natalia Ćwik

Przypisy:

  1. G. Petriglieri, Occupy Wall Street is not a machine. It’s a work of art, INSEAD Knowledge 2012, http://knowledge.insead.edu/INSEAD-knowledge-occupy-wall-street-111216.cfm
  2. K. Andersen, The Protester, „Time”, 14.12.2011 r.
  3. J. C. Bogle, Dość. Prawdziwe miary bogactwa, biznesu i życia, PTE 2009, ss. 24–25.
  4. M.E. Porter, R.M. Kramer, Tworzenie wartości dla biznesu i społeczeństwa, „Harvard Business Review Polska”, maj 2011 (tekst oryginalny ukazał się w anglojęzycznej wersji magazynu w marcu 2011).
  5. http://kickitover.org/download/23/kick-it-over-manifesto
  6. Zob. T. Zalewski, Koniec mitu pucybuta, „Polityka”, nr 8, 2012.