Do więzienia za odwagę i przyzwoitość

Do więzienia za odwagę i przyzwoitość

Marian Zagórny, w PRL-u aktywny w „Solidarności”, a w wolnej Polsce wieloletni działacz rolniczy i lider Związku Zawodowego Rolników „Solidarni”, lada chwila może otrzymać wezwanie do stawienia się w więzieniu. Jest on zagrożony pozbawieniem wolności w związku z odwieszeniem wyroków za organizację radykalnych protestów w obronie rolnictwa, konsumentów i budżetu państwa. Poprosiliśmy Mariana, od lat będącego członkiem Rady Honorowej naszego czasopisma, aby przypomniał, za jakie „grzechy” polskie państwo chce go odizolować od reszty społeczeństwa.

***

Niebawem prawdopodobnie dostaniesz nakaz stawienia się w zakładzie karnym. Co zamierzasz wówczas zrobić?

Marian Zagórny: Podobne nakazy dostawałem już kilkakrotnie, nawet siedziałem w 2000 r. Dobrowolnie się nie stawię. Chcę powiedzieć, że mnie nie przestraszą nakazami aresztowania. To, co robiłem, będę robił nadal, nawet jeśli będę lądował w więzieniu. Jestem Polakiem i nie mam zamiaru uciekać za granicę; tutaj się urodziłem, tu chcę pracować i umrzeć. Dopóki będę miał dość zdrowia, to jeśli Pan Bóg mi pozwoli, dalej będę związkowcem, nawet gdybym miał zostać sam.

W stanie wojennym, jako bardzo młody człowiek, przebywałem w areszcie. Próbowano mi tam wybić z głowy działalność, a nawet skłonić do przyjęcia roli tajnego współpracownika, ale zostałem wychowany w takiej rodzinie – patriotycznej, obywatelskiej, która nigdy nie należała do żadnych organizacji partyjnych – że się nie dało. Ojciec też siedział w więzieniu – za to, że był „kułakiem” i nie przekazywał obowiązkowych dostaw zboża; z kolei dziadek siedział za przynależność do WiN. To mnie ukształtowało.

Przypomnij proszę protesty, od których zaczęły się Twoje problemy z wymiarem sprawiedliwości III RP.
M. Z.: Na Dolnym Śląsku żniwa zawsze zaczynały się w połowie sierpnia i trwały do końca miesiąca. W 1995 r. zaczęliśmy je pod koniec października, bo cały czas padało. Oczywiście zwracaliśmy się do rządu SLD-PSL z prośbą o pomoc, ale nikt nie reagował. Zawiązaliśmy komitet protestacyjny, opierający się na dawnych strukturach wojewódzkich „Solidarności”; z czasem przyłączył się do nas cały Dolny Śląsk i powstał Międzyzwiązkowy Komitet Protestacyjny.

Najpierw przywieźliśmy zboże wojewodzie i ministrowi rolnictwa, nie było jednak żadnej reakcji. Dopiero gdy wylaliśmy gnojowicę w ministerstwie, pod Sejmem i Urzędem Rady Ministrów, przyjechała sejmowa komisja i uznano, że jednak ma miejsce klęska żywiołowa. Dzięki temu rolnicy zostali zwolnieni ze składek na KRUS i mieli zmniejszone podatki.

W 1996 r. pojawił się problem ze zbytem drobiu. Pojechaliśmy wtedy do Warszawy, już jako Ogólnopolski Komitet Protestacyjny, bo i drobiarze się do nas przyłączyli. Przywieźliśmy kury, kozę i owcę do Ministerstwa Rolnictwa, Urzędu Rady Ministrów i Sejmu.

W tamtych czasach były także problemy ze zbyciem płodów rolnych, z powodu bardzo dużego importu i przemytu do Polski. W 1997 r., przed żniwami, przyspawaliśmy skład importowanego zboża do torów na stacji PKP w Muszynie. Niestety rząd nie reagował, w związku z czym w latach 1997-1999 odbyło się kilkanaście akcji wysypywania przemycanego zboża. Mam 11 wyroków za jego wysypywanie: sześć razy za akcje w Muszynie, trzy razy w Zebrzydowicach, a dwa za Kłodzko. Ponadto, bodajże w 2002 r. zablokowaliśmy tory specjalnymi urządzeniami. W tym wypadku chodziło o nadmierny import cukru, w związku z którym nasze cukrownie nie mogły sprzedawać swoich wyrobów.

Podkreślam, że za każdym razem wysypywaliśmy nielegalny towar. Ściągaliśmy z wagonów karty informujące, kto importuje zboże i jakie ilości. Jeśli wagon ma 60 ton, a na karcie przewozowej jest mowa o 20 tonach, to oznacza, że 40 ton stanowi czysty przemyt, bo wagony jechały pełne. Co więcej, każdy wagon ma swój numer – jeśli było 10 wagonów z numerem 348, a tylko jeden oclony, to już jest jawna kpina z polskiego prawa i budżetu.

Podczas sprawy sądowej dotyczącej protestu w Muszynie mówiłem o tych kartach, o tym, że mamy oryginały i że złożyliśmy doniesienie do prokuratury, w którym mowa, kto sprowadza to zboże i jacy politycy za tym stoją. Wystarczyło pojechać i zamknąć tych ludzi, ale oczywiście tego nie zrobiono. Skazali mnie za 14 wagonów, a nie za 64, bo reszta była nielegalna. Dziwię się prokuratorom, policji i innym służbom: dawaliśmy im przestępców na tacy, lecz nikt nie reagował. Tymczasem nie dość, że zboże było sprowadzane nielegalnie, to jeszcze w większości skażone, m.in. pestycydami – robiliśmy badania, które to potwierdzały. To zboże nie przechodziło kwarantanny, przejeżdżało przez granicę i od razu szło na przemiał lub na paszę dla zwierząt.

W 1998 r. zwróciliśmy się do premiera Buzka z informacją, że udostępnimy wszystkie materiały, żeby mógł powołać specjalną komisję składającą się z przedstawicieli Sejmu i Senatu. Dzisiaj powiedzielibyśmy – komisję śledczą. Obiecaliśmy dostarczyć listę firm-importerów odpowiadających za przemyt oraz nazwiska polityków stojących za nimi . Mówiliśmy m.in. o tak znanych firmach, jak Rolimpex, Helman Galicja, Cargill. Nie doczekaliśmy się reakcji…

W 1999 r. została powołana policja celna. Rok później, gdy już siedziałem w więzieniu za wysypywanie zboża, potwierdziła szereg wykrytych przez nas przestępstw. Dzięki naszym wskazaniom 700 mln zł trafiło do budżetu państwa od firm, które nielegalnie wwoziły zboże. Wielokrotnie to podkreślałem: broniliśmy rolników, ale przede wszystkim interesów państwa, bo przemyt wiąże się z niepłaceniem podatków i ceł. W 1999 r. obliczyliśmy, że gdyby na nielegalny oraz bezcłowy import zboża wprowadzono minimalne, 7-procentowe cło, ówczesny deficyt budżetowy zostałby pokryty dwukrotnie, nie byłoby problemów z niedofinansowanymi szpitalami i szkołami. Jednak nikt nie chciał tego słuchać.

Jak to możliwe, że 50 wagonami, do których wysypania przyznałeś się w sądzie, nie zainteresowali się ani sąd, ani prokuratura?

M. Z.: Bo to były wagony „kolesi” polityków z ekipy rządzącej. Dam przykład: w Kłodzku mam teraz sprawę o odwieszenie wyroku. Świadkowie, kolejarze i sokiści, zeznali, że było 10 wagonów, a sędzia mnie skazał za 3, bo pozostałe 7 było sprowadzonych przez szwagra prokuratora rejonowego z Bystrzycy Kłodzkiej. Pytałem sąd, dlaczego są one pomijane, skoro chcę odpowiadać za całe dziesięć, i chcę powołać na świadka tego importera. Oczywiście nie dopuszczono do tego.

Co najlepsze, w aktach można wyczytać, że „zostało wysypane zboże, które było zatrute”, stwarzające zagrożenie dla życia ludzi i zwierząt. Mój mecenas podkreślał to na sali rozpraw: „Wysoki Sądzie, oskarżony powinien być nagrodzony, bo zapobiegł tragedii”.

Czy jesteś nadal w stanie operować nazwiskami, czy one gdzieś umknęły?

M. Z.: Dobrze je pamiętam. Przykładowo, kiedyś żona ministra rolnictwa Jacka Janiszewskiego była przewodniczącą rady nadzorczej firmy, która sprowadzała zboże. Część z tych ludzi nie jest już posłami, bo woleli zająć się interesami, część do dzisiaj należy do różnych opcji: SLD, PSL, dawniej do Unii Wolności, a teraz do Platformy Obywatelskiej. Kilka osób czynnie funkcjonuje w życiu politycznym, przy czym oficjalnie nie figurują już w radach nadzorczych tamtych przemytniczych spółek. Szereg ludzi, którzy kiedyś byli w AWS, rozeszło się po innych ugrupowaniach, ale rodziny poustawiali po spółkach.

W pewnym momencie import przestał być tak intratny. Wtedy zboże naszych rolników kosztowało w granicach 420-450 zł za tonę, a oni mogli sprowadzać skażone po 150 zł. Dzisiaj wiadomo – granice są otwarte, każdy może importować. Mamy jednak w archiwum te nazwiska i w każdej chwili możemy je ujawnić, nie ma problemu. Pan Bronisław Komorowski, gdy był posłem Unii Wolności, razem z obecnym posłem PO, Koźlakiewiczem, założył spółkę CEDROB, która importowała bardzo dużo drobiu ze Stanów Zjednoczonych i z Brazylii. Straszyli, że mnie podadzą do sądu, bo mamy papiery z potwierdzeniem, jakie ilości sprowadzali – do dzisiaj tego nie zrobili. Może dlatego Komorowski mnie nie ułaskawił, bo pamięta moje działania sprzed 12 lat…

Skąd pochodziło zboże przywożone do Polski?

M. Z.: Po upadku komunizmu w miejsce RWPG zawiązano CEFTA. W jego skład wchodziły Polska, Czechy, Słowacja, Słowenia, Rumunia i Węgry, które mogły dokonywać bezcłowej wymiany produktów rolnych. Tymczasem żeby zgodnie z prawem sprowadzić zboże z Unii Europejskiej, trzeba było zapłacić cło w wysokości 30-50%. Z Niemiec, Francji i Włoch, choć także z Brazylii czy ze Stanów Zjednoczonych, trafiało ono zatem do magazynów węgierskich i słowackich, a następnie przyjeżdżało do nas. Sprawdziliśmy, że w skali roku z Węgier i ze Słowacji importowano do Polski więcej zboża, niż te kraje byłyby w stanie wyprodukować przez pięć lat. Węgrzy dbali o siebie, nie wpuszczali tego na rynek wewnętrzny, więc cały śmietnik Europy trafiał do Polski.

Dziwię się, że wtedy ludzie się wypowiadali, że są przeciwni wysypywaniu zboża, bo tanie zboże oznacza tańszy chleb. Nic takiego nie nastąpiło, a tymczasem dalej przychodziło skażone zboże i mięso zwierząt karmionych różnymi dziwnymi mieszankami, niszczono polskie rolnictwo, oszukiwano konsumenta i budżet państwa.

Zboże importowały nawet Polskie Koleje Państwowe. W Muszynie wysypaliśmy ziarno, które jechało z Węgier do takich firm jak Helman Galicja, Pegrol-Sudety, Elewarry czy Rolimpex; bardzo dużo importowały również zakłady tłuszczowe. Jednak któregoś razu na karcie przewozowej widniało: „Odbiorca: PKP Muszyna”. Gdy narobiliśmy wokół tego trochę szumu, prezes PKP powiedział, że jego firma poza prowadzeniem przewozów musi także zarabiać i że sprowadzają nie tylko zboże, ale również cukier i szereg innych produktów. Wagi nigdzie nie były sprawne, cło na towary z zagranicy naliczano według tego, co napisano na karcie. Nagłaśniając związane z tym nadużycia dbaliśmy o interesy rolników, ale w szczególności o dochody budżetu państwa, i za to dostawałem bezwzględne kary pozbawienia wolności oraz grzywny, które zresztą za dwa czy trzy tygodnie zamieniano na areszt.

Spytam wprost: czy dochodziło do aktów korupcji przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości?

M. Z.: Tak, to była korupcja – układ między importerami, politykami, sędziami i prokuratorami z różnych sądów, bo chyba w 30 miałem sprawy. W sądach wszystko podlegało działaniu tego mechanizmu. Za świnię, którą wprowadziliśmy do siedziby wojewody dolnośląskiego, skazano mnie na 6 miesięcy więzienia. W tym czasie żona wojewody bardzo dużo importowała i nielegalnie wwoziła do Polski drób i wieprzowinę. Stwierdzono, że niby biłem zwierzę prętem, choć w materiałach operacyjnych policji widać, że nawet tej świni nie dotykam, tylko rolnicy ją delikatnie niosą.

Gdy ministrem sprawiedliwości został poseł Ziobro, wystąpił o kasację wyroku, wymieniając osiem czy dziesięć przypadków naruszenia prawa podczas mojego procesu. Co się okazuje: w Sądzie Najwyższym sędzia rzucił te papiery, powiedział: „Żadne naruszenie prawa!” i oddalił kasację. Mówię do niego: „Wysoki Sądzie, to nie ja wystąpiłem o kasację, ani mój mecenas, tylko minister Ziobro”, na co usłyszałem: „Minister sprawiedliwości może sobie rządzić w ministerstwie!”. Moja sprawa stała się elementem rozgrywki między sędzią a ministrem.

Kiedy odwołałem się do sądu kasacyjnego w sprawie kary więzienia za protest w Muszynie, wszyscy mówili, że będę czekał półtora roku. Tymczasem już za półtora miesiąca miałem sprawę; oczywiście odrzucili mój wniosek. Chcieli dać do zrozumienia pozostałym sądom, że mogą mnie skazywać na więzienie czy wysoką grzywnę, bo nie mam szans w Sądzie Najwyższym. Potem, gdy łańcuszek sądów mnie skazywał, już nawet nie wnosiłem o kasację.

Nie sposób nie zauważyć, że działania Twoje i innych rolników wyręczały organy państwa.

M. Z.: Do tej pory je wyręczamy, np. przedstawiamy dokumenty stanowiące dowody przestępstwa korupcji – wystarczy tylko jechać i zamknąć, co się niestety nie dzieje. Podobną sytuacją zajmujemy się teraz. Zakłady Mięsne MAT Czerniewice ogłosiły przed Świętami bardzo dobrą ofertę na mięso, za które do tej pory nie zapłaciły, naciągając poszkodowanych na prawie 11 mln zł. Dzisiaj ci ludzie funkcjonują już w innej spółce, do której wyprowadzili cały majątek. To nie pierwszy przekręt p. Hetmana, ale stoją za nim politycy PSL, m.in. Kłopotek i Bury, dlatego nikt go nie rusza.

Doprowadziłem do tego, że przed wakacjami odbyło się posiedzenie sejmowej komisji rolnictwa, poświęcone tej sprawie. W obradach uczestniczył wiceminister sprawiedliwości i minister rolnictwa, którym przedstawiłem wszystkie te sprawy, wraz z dokumentami. Do dzisiaj cisza.

Prokuratura wielokrotnie odmawiała wszczęcia postępowania w zgłaszanych przez Was sprawach, mimo dostarczenia dowodów. W końcu złożyliście doniesienie na prokuratorów.

M. Z.: Skutek był taki, że w którejkolwiek prokuraturze później nie byłem, traktowali mnie jak wielkiego przestępcę; szkoda, że jeszcze podczas przesłuchań nie stało za mną dwóch antyterrorystów… Dziesięć kilkugodzinnych rozpraw miałem we Wrocławiu, z zamykaniem budynku sądu, stawianiem antyterrorystów na straży…

Dwa lata przed wybuchem „afery taśmowej” wskazałeś w programie dużej stacji telewizyjnej osoby zamieszane w sprawę nieruchomości, m.in. polityków. Czy rewelacje, które ostatnio wypłynęły, poprawiły jakoś Twoją sytuację?

M. Z.: Raczej spowodowały większe szykany wobec mojej osoby. W 2009 r. trafiły do nas informacje o przekrętach w Agencji Nieruchomości Rolnych, w której brano bardzo duże łapówki; zresztą od moich kolegów też ich żądano. Wysłaliśmy w tej sprawie listy do prokuratorów, ministerstwa sprawiedliwości, sprawa została także nagłośniona przez gazetę internetową „Afery Prawa” i minister rolnictwa Marek Sawicki wiedział o niej. Rozpoczęły się procesy we Wrocławiu. Na dyrektora Stefankę, Szymkiewicza, Krenta i kilku innych wydano wyroki więzienia w zawieszeniu.

Dwa lata temu prezes oddziału Agencji w Warszawie, polityk Platformy Obywatelskiej, który też był wymieniany w aktach tych spraw, wytoczył mi proces o zniesławienie. Chyba sześć spraw było, w tym cywilny proces w Jeleniej Górze, i wszystkie wygrałem; miałem takie argumenty, że nie mogło być inaczej. Ale wszyscy politycy, w tym minister Sawicki, udawali, że nic się nie dzieje, że to żadna afera.

Dodam, że wspomniany prezes wynajął kancelarię adwokacką z Gdyni. Jak to się dzieje, że pieniądze na wspomaganie rolników, którzy dzierżawią grunty, wydaje się na prawników, aby obsługiwali procesy o zniesławienie? To było 300 tys. zł, wiem to z nieoficjalnych źródeł. To jest sprzeniewierzenie państwowych pieniędzy.

Działasz w interesie państwa oraz ogromnych grup społecznych. Czy w związku z tym otrzymujesz jakieś wsparcie?

M. Z.: Ze strony rolników otrzymuję wsparcie, choć nie od wszystkich, bo pozostałe rolnicze związki zawodowe obojętnie odnoszą się do mojej sprawy. Chciałbym podkreślić przy tej okazji, że my jako związek zawodowy, który już istnieje parę lat, nigdy nie braliśmy żadnych pieniędzy od rządzących. Proszę zauważyć, w COPA COGECA, europejskiej federacji rolniczych związków zawodowych, jest Samoobrona, są kółka rolnicze, „Solidarność” Rolników Indywidualnych, izby rolnicze; wszystkie one jeżdżą na spotkania do Brukseli za ministerialne pieniądze. My na wszelkie spotkania jeździmy za własne pieniądze albo za pieniądze Via Campesina, europejskiej koordynacji rolników, która nie bierze żadnych środków finansowych z Brukseli. Proponowano nam członkostwo w COPA COGECA – odmówiłem, bo za mój wyjazd nie będzie płacił minister czy rząd. Jeśli będzie mnie stać, to pojadę, a jak nie, to nie.

Pewnego razu jestem w Brukseli, na spotkaniu Via Campesina, i spotykam przedstawicieli innych polskich związków. Niby jest ustalone, że jedzie jeden przedstawiciel pięciu organizacji, a ja widzę z każdego związku po trzech, czterech – i wszystkie koszty pokrywa minister. I oni będą się przeciwstawiać polityce rolnej rządu? Krzyczą „my ministrowi pokażemy”, a pod stołem biorą pieniądze. Te związki nigdy nie będą bronić rolnictwa.

O sprawie, o której teraz powiem, nigdy wcześniej nie mówiłem; dopiero dziś ją wyjawię, bo mnie irytuje. Inne związki biorą kolosalne pieniądze na organizację wypoczynku letniego. Oczywiście my też korzystamy z dofinansowania KRUS na ten cel, tylko nie bierzemy nic dla siebie. Dlatego wysyłamy na wakacje czy zimowiska po 800-1000 dzieci, a inne związki znacznie mniej. Tymczasem zawsze oni dostają najwięcej z funduszu składkowego, my dostajemy znikome kwoty –  za każdym razem muszę jechać się kłócić, bo cały czas otrzymujemy za mało.

Kiedy wysyłamy dzieci na wakacje, nie wybieramy tylko rodzin członków związku ani nie patrzymy, czy rolnik jest „zielony”, „czerwony”, „czarny” czy „granatowy”. Nie jesteśmy przypisani do żadnej partii. Byłem zawsze bardzo przeciwny PZPR, czyli obecnemu SLD – ale jeśli oni by robili coś, co by poprawiło sytuację w rolnictwie, to będę ich działania wspierał, mimo że ich bardzo nie lubię.

Czy w którymkolwiek ugrupowaniu politycznym znalazł się ktoś, kto udzielił Ci pomocy czy poparcia?

M. Z.: W większości regionów większość posłów PiS wspierała mnie i wspiera do dzisiaj. Nie wszyscy – może niektórzy mają inne poglądy, część z nich kiedyś była zamieszana w różne nieczyste interesy – jednak większość członków partii mnie wspiera, część czynnie, a część dobrym słowem.

Jednym z głównych celów Waszych protestów było powstrzymanie przemytu zboża i mięsa. Czy wspomniany problem nadal istnieje?

M. Z.: Jakiś czas temu wykryliśmy aferę w Gdyni, ale nasz rząd nie reaguje. Na ul. Hutniczej znajduje się tam potężna amerykańska chłodnia, z której korzystają cztery firmy zajmujące się sprowadzaniem drobiu. Jesteśmy w Unii Europejskiej i obowiązuje limit na import produktów rolnych z innych krajów. Wspomniane firmy obchodzą prawo w ten sposób, że ściągają ze Stanów Zjednoczonych i Brazylii drób, wieprzowinę i szereg innych produktów do tamtej chłodni, niby w celu dalszego tranzytu na Ukrainę czy na Białoruś, ale koniec końców towar w większości rozjeżdża się po Polsce.

Dwa lata temu sfilmowałem, jak odbywa się cały proceder. W Gdyni rozładowuje się statek, towar trafia do chłodni, wyjeżdża pięć samochodów chłodniczych, które, gdyby wybierały się na Ukrainę, powinny pojechać najpierw do urzędu celnego naprzeciwko, opieczętować się. Nic takiego nie miało miejsca, samochody ominęły urząd celny, a za cztery godziny wróciły – ponoć z Ukrainy. Oczywiście złożyłem doniesienie do prokuratury, do ABW, CBA. Sawickiego przez pół roku prosiłem, żeby to ukrócili; w końcu się tym zajęli, no i za jakiś czas usłyszałem, że Zagórny miał rację. Potem bodajże redaktorka z RMF FM do mnie zadzwoniła i zapytała, czy wiem, jak wysoką karę otrzymała ta chłodnia. Ile? Pięćset. Pytam: „pięćset tysięcy?”, a ona: „nie, pięćset złotych”.

Po roku dostałem wezwanie do prokuratury i akt oskarżenia za zdradę tajemnicy państwowej i handlowej, co jest zagrożone karą od 3 do 5 lat więzienia.

A to nie były prywatne spółki?

M. Z.: To są prywatne spółki, ale potraktowali mnie tak, jakbym był pracownikiem celnym. Gdybym rzeczywiście był celnikiem, to co innego, ale ja byłem rolnikiem-związkowcem, który wykrył tę aferę. Prokuratura wszczęła postępowanie (a więc potwierdziła, że doszło do nieprawidłowości), potem je umorzyła, a mnie oskarżono, że zdradziłem tajemnicę państwową. Nie byłem przecież ani lekarzem granicznym, ani celnikiem, tylko normalnym, szarym obywatelem. Bodajże § 305 Kodeksu postępowania karnego mówi, że każdy, kto wie o przestępstwie, powinien je zgłosić organom ścigania, a jeśli tego nie zrobi, grozi mu do roku pozbawienia wolności. Wypełniłem swoją rolę obywatelską do końca, za co postawiono mnie w stan oskarżenia. Paranoja.

Dlaczego tak się dzieje?

M. Z.: Kiedy wysypywaliśmy zboże, miałem telefony, że mnie zastrzelą. Koła mi odkręcali, w Warszawie zdewastowali mi samochód pod hotelem, regularnie mnie straszono. Zadzwonił kiedyś do mnie jakiś anonimowy człowiek i obrzucił mnie wyzwiskami, a potem powiedział: „Importowałem, importuję i będę importował i przemycał zboże, bo finansuję wszystkich: AWS, SLD, PSL… Wszystkich! A tobie kiedyś stanie się krzywda!”. Takich telefonów miałem masę.

Tak się dzieje, bo politycy na to zezwalają, a służby przymykają oczy. Skąd partie biorą pieniądze, a w szczególności rządzący? Finansowanie z budżetu państwa to tylko przykrywka, bo jakby zliczyć wszystko dokładnie, to te kwoty nie starczyłyby nawet na kampanię samorządową. Prawdziwe zyski czerpią z tego, że przymykają oczy na nieprawidłowości. Importerzy i przemytnicy na różne sposoby wspomagają partie polityczne; przede wszystkim te rządzące, choć także niektórzy członkowie rodzin polityków opozycji zajmują wysokie stanowiska w rozmaitych spółkach. Już dwa lata temu mówiłem o Śmietance w Olsztynie na spotkaniu z ministrem rolnictwa. Na to Sawicki powiedział: „Panie Zagórny, pan obraża uczciwego człowieka”. I co się w lipcu okazało? Jaki był z niego uczciwy człowiek?

Od dawna nie widać dużych protestów rolniczych. Sytuacja na wsi tak bardzo się poprawiła?

M. Z.: Sytuacja na wsi się nie poprawiła; mimo że mamy dopłaty, gospodarstwa funkcjonują na skraju opłacalności. Przyczyny braku protestów są głębsze, związane z tym, że rolnicy już nie wierzą szefom związków zawodowych. Nasz związek nigdy nie wdał się w politykę partyjną; zawsze uważałem, że nie ma co zabiegać o względy partii, to partie powinny zabiegać o względy związku. Szefowie innych związków – Chróścikowski, Serafin, Wierzbicki, liderzy Samoobrony czy Centrum Młodych Rolników – powiązali się z partiami i rzadko dbają o interesy rolników. Od czasu do czasu się pokażą, że coś rzekomo robią, ale w rzeczywistości nic nie robią.

Staramy się wszystkim pomóc, nie działamy tak schematycznie jak inne związki, nie jesteśmy zainteresowani tylko swoimi członkami. One ich mają dużo, ale powiem szczerze, że jeśli ktoś mówi, że ma 700 czy 800 tys. członków, albo jak Władek Serafin –  dwa miliony, to kłamie w żywe oczy. My mamy 7-8 tys. działaczy związkowych, w tym naprawdę bardzo aktywnych może z 200, reszta to raczej sympatycy. Dawniej, 10-15 lat temu, związki rzeczywiście zrzeszały masę członków, jednak teraz ludzie nie chcą do nich należeć, bo ich przywódcy wielokrotnie wyprowadzali rolników, że tak powiem, w pole. Związek i protesty były potrzebne wyłącznie po to, aby wejść do Sejmu albo Senatu, kiedy nadarzy się okazja. A nas to nie obchodzi, u nas w związku nikt nie chce być ministrem. Mnie i innym osobom wielokrotnie proponowano różne posady czy dobre miejsca na listach wyborczych, ale my jesteśmy związkowcami i chcemy nimi pozostać. Wolimy walczyć o to, żeby politycy podejmowali dobre decyzje, by nie niszczono Polski, naszego rolnictwa i przetwórstwa.

Obawiam się, że przy takim braku zaufania do szefów związków, trudno będzie zorganizować duże protesty. Chociaż gdy jeżdżę po Polsce, ludzie mnie namawiają, żeby poczynić pewne kroki, już kiedyś przeze mnie zaplanowane, których efektem byłby protest, jakiego jeszcze nie było w Polsce, a może nawet w całej Europie. Namawiają mnie i myślę, że jeśli sytuacja się nie zmieni, w najbliższym czasie możemy to zrobić, oczywiście o ile mnie nie zamkną.

Jakie cele powinien sobie dzisiaj stawiać ruch chłopski?

M. Z.: Po pierwsze, aby rolnictwo było przez państwo traktowane jako jeden z priorytetów, jako obszar strategiczny. Proszę spojrzeć na Zachód, tam powstają miejsca pracy w przetwórstwie rolno-spożywczym, przy produkcji ciągników, nawozów czy środków ochrony roślin. Kraje zachodnie bardzo poważnie traktują rolnictwo. Czy ktoś słyszał, żeby rolnicy na Zachodzie mieli problemy ze zbytem zboża, buraków, ziemniaków? Czasami jest jakaś trudność, jeśli chodzi o zbyt mleka, w szczególności we Francji, ale państwo chroni hodowców.

Wielokrotnie bywałem w krajach „starej” Unii Europejskiej, rozmawiałem z rolnikami i wiem, że to nie jest prawda, jak u nas się mówi, że rząd nie może wspomagać rolnictwa. We Francji, Włoszech, Anglii, Niemczech, wszędzie wspierają rolnictwo, tylko w Polsce administracja rządowa jest nastawiona na tępienie wszelkich drobnych przetwórców, każdego obrotu towarami między gospodarstwami czy między gospodarstwami a miastem. Odwiedziłem różne kraje, gdzie mleko sprzedaje się czy z automatów czy na ulicy, a mięso można kupić bezpośrednio w gospodarstwie i nikt tego nie tępi, tymczasem gdy u nas sprzeda się nienumerowane jajko, to zaraz zjawia się policja. Nasze rządy do tej pory działały tak, by zniszczyć polskie rolnictwo. Nie wiem, czy wspierają w ten sposób zachodnie koncerny, czy chcą osiągnąć jakiś inny cel, czy to zwykła głupota, ale skutek jest straszny.

Zawsze powtarzam: tyle polskiej ziemi, ile polski rolnik uprawia i posiada. Jeśli ludzie zaczną zostawiać ziemię, to wiadomo – będzie decyzja, by sprzedać ją obcokrajowcom. Wtedy rządzący powiedzą: „Niestety, nasi rolnicy nie chcą pracować na roli, musimy sprzedać ją obcokrajowcom”. Czy wtedy będzie to jeszcze Polska? Na pewno nie.

Wróćmy do Twojego zagrożenia więzieniem. Co mogą zrobić współobywatele, by wesprzeć Cię w obecnej działalności, a zwłaszcza w przypadku, gdybyś został osadzony za kratami?

M. Z.: Tego nie wiem. Różne pomysły się pojawiają. Wszyscy teraz mówią, żeby podjąć zdecydowane kroki w mojej sprawie. Jeżdżę na różne spotkania, wczoraj byłem na spotkaniu rocznicowym Zarządu Regionu Jeleniogórskiego NSZZ „Solidarność” i oni rozesłali do wszystkich regionów w Polsce uchwałę z prośbą o wsparcie mojej osoby. Na ile to pomoże – nie wiem.

Działają także organizacje zagraniczne, choćby te, które w 2005 r. występowały w mojej obronie, gdy prezydent Kwaśniewski chciał mi odwiesić wyrok. Wtedy zebrało się ich ok. 300 i wówczas w jakimś stopniu to poskutkowało. Za drugim razem sąd, przedstawiając mnie jako człowieka, który dbał o Polskę i polskich rolników, nie uznał wniosku prokuratora, żeby cofnąć mi zawieszenie wyroku. Teraz mamy inną sytuację, prezydent podjął decyzję i jej się już nie zmieni. Trudno powiedzieć, co można zrobić. Chyba jedynie nagłaśnianie sprawy w mediach może mi pomóc – sądy będą się wstrzymywać z występowaniem o odbycie przeze mnie kary.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 1 września 2012 r.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Jose Antonio Alba z Pixabay.

Bieg o puchar rotmistrza Witolda Pileckiego

Po 23 latach od porozumienia przy okrągłym stole wróciliśmy do podziału na „my i oni”. Podchodzą do nas ludzie: „Martwimy się, że Polska traci suwerenność, naród tożsamość, a oni nic sobie z tego nie robią”. „Oni” to ludzie władzy i „wyżeracze przy systemie”, my to wszelkiej maści mohery i inne dinozaury. Podział na mohery i lemingi okazał się bardzo praktyczny w opisie społeczeństwa.

Niepokój i oczekiwanie na zmiany są powszechne i dotyczą obu stron. Zestresowanym moherom proponuję prostą sztuczkę. Wyobraźcie sobie, że jesteście po stronie władzy. Ulicami miast i miasteczek maszerują ludzie z różnymi transparentami. Co będzie, jeśli nie znudzą się, nie zniechęcą i nie przestraszą? Jeśli ich racje przebiją się do opinii publicznej? Kryzys i barbarzyńcy ante portas! Tego już za wiele dla autorytetów moralnych, geniuszów polityki, biznesu, kultury, podziwianych i nagradzanych. Ulica jest jedynym realnym zagrożeniem dla wszystkich niedemokratycznych rządów i wszystkich wyzyskiwaczy. Na ulicę nie ma sposobu, dopóki nie ma społecznej zgody na pałowanie i strzelanie.

Protektorzy zewnętrzni – Merkel, Putin i wielkie korporacje – mają swoje kłopoty i nie będą angażować się w ratowanie rządzących Polską. Co gorsza, blask władzy i mamony mocno przygasł. Nieomylni ekonomiści okazali się dyletantami. Mimo to, racjonalnie oceniając sytuację, są to „strachy na Lachy”, ponieważ Polacy nie są skłonni do rewolucji. Tak może rozumować przeciętny człowiek. Ale ludzie niedemokratycznej władzy są wyjątkowo tchórzliwi i wrażliwi na obrazę majestatu.

Obywatele pozbawieni są wpływu na władzę. Listy, protesty, petycje z wieloma podpisami, nawet obywatelskie projekty ustaw wpadają w czarną dziurę. Kiedy publiczność buczy, oddzielona metalowymi barierami i kordonami mundurowych od oficjalnych gości, kierunkowe mikrofony tego nie wyłapują, media nie rejestrują. W telewizji widzimy sielankowe obrazki spotkań ojca narodu ze społeczeństwem. Konsultacje społeczne są markowane – kolejny raz powtarzane wyrazy troski i obietnice nic nie znaczą. Styl sprawowania władzy coraz bardziej przypomina ustawki z czasów PRL.

Ale buczenie dociera, w kadrze obiektywów pojawiają się nieprawomyślne napisy na transparentach, w Internecie dyżurni apologeci systemu nie nadążają z dezinformacją. Już to jest powodem do frustracji. Połączenie niezłomnej odporności na krytykę i fizyczny strach, obserwowane u kacyków, są zdumiewające. Im bardziej okrutny i bezwzględny jest dyktator, tym większym jest tchórzem i tym bardziej boi się o swoją cielesną powłokę.

Najważniejszą zaletą autentycznego przywódcy jest odwaga. W sytuacji zagrożenia przywódca musi być na czele. Mało budującym przykładem jest reakcja prezydenta Busha na atak terrorystyczny 11 września. Zostawił na posterunku wiceprezydenta i latał Air Force One, aż zagrożenie minęło. Natomiast godna podziwu jest odwaga króla Hiszpanii Juana Carlosa, który w 1981 r. udaremnił zbrojny zamach na demokrację. W nocy przybył do Madrytu, osobistym przykładem oswobodził parlament i o 1.15 wygłosił orędzie do narodu.

Spośród prezydentów wolnej Polski – Jaruzelskiego, Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego – jedynie śp. Kaczyński zasługuje na miano przywódcy. Pozostali bali się swojej przeszłości. Co robili poprzednicy Lecha Kaczyńskiego, aby ukryć przeszłość, powszechnie wiadomo. Natomiast nie wszyscy wiedzą, że impet, z jakim marszałek sejmu ruszył przejmować instytucje państwowe, niestosowny z ludzkiego punktu widzenia i niezgodny z procedurami, podyktowany był chęcią dobrania się do aneksu raportu z likwidacji WSI. Czego obawiał się Komorowski, może kiedyś się dowiemy. Odwaga nie jest mocną stroną obecnego prezydenta. Lekceważących, pogardliwych wypowiedzi na temat Lecha Kaczyńskiego, który odważył się przeszkodzić Rosji w aneksji Gruzji, nie da się wytłumaczyć brakiem klasy i kindersztuby.

Na konferencji w Gdańsku poświęconej Kaczyńskiemu uczestnicy panelu podkreślali, jakim wrażliwym, ciepłym, skromnym człowiekiem był Lech Kaczyński. Ale z tego nie wynika, że miękki inteligent nie pasował do twardych związkowców, jak sugerował Krzysztof Wyszkowski. Andrzej Gwiazda przypomniał odwagę śp. Lecha Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński zdementował, jakoby wpływ „twardego” brata na „miękkiego” pozwolił Lechowi działać w prześladowanej opozycji.

Ostatecznym wnioskiem z konferencji jest propozycja „Budujmy mit Lecha Kaczyńskiego”, ogłoszona w „Gazecie Polskiej Codziennie” 17 września. Nie podoba mi się ten pomysł, a uzasadnienie „dziś legenda Wałęsy jest nieporównanie silniejsza niż Lecha Kaczyńskiego”, uważam za obraźliwe. Może tak jest, że naród kierujący się emocjami zamiast prawdy, zasad i rozumu potrzebuje mitu. Zastąpimy zły mit dobrym i wszystko się odmieni. Obawiam się, że pod polewą z lukru zniknie pierwszy prezydent III RP, który odważył się bronić interesu Polski i zapłacił za to najwyższą cenę.

Gdyby kilku zacnych i wpływowych panów umówiło się, że będą przypominać zasługi i zalety Lecha Kaczyńskiego, aby stek kłamstw, obelg i drwin nie utrwalił się w świadomości społeczeństwa, byłby to dobry pomysł. Ogłoszenie tego publicznie może przynieść więcej szkody niż pożytku, gdyż każda próba przedstawienia osoby Lecha Kaczyńskiego w korzystnym świetle może być potraktowana jako propaganda. Poza tym, Lech Kaczyński był aktywnym politykiem od dawna, zginął w trakcie wypełniania obowiązków prezydenta Polski. Nie można zakazać oceny jego wyborów politycznych, również krytycznych, pod zarzutem, że nie budują one mitu.

Na koniec podam przykład skutecznego budowania legendy rotmistrza Pileckiego. Bieg jego imienia, wręczanie nagród przez jego córkę Zofię, to wspaniałe przeżycie, tak dla uczestników, jak i kibiców. Też mieliśmy zaszczyt wręczania medali, dyplomów i pucharów. Historia, piknik i sportowa rywalizacja dobrze się komponują. Ten bieg jest coraz bardziej popularny, w tym roku pierwszy raz pojawiła się w Warszawie telewizja Trwam. Przywieźliśmy z Warszawy koszulki i nadzieję na przyszłość.

                        Joanna Duda-Gwiazda

Lewica bez mitu

Niemal każdego dnia lewicowe portale internetowe donoszą o pikiecie, która odbyła się gdzieś w Polsce. Zazwyczaj w tego typu akcjach uczestniczy „prawie” lub „około” 20-50 osób, wywodzących się z bardzo wielu organizacji – i tu następuje litania nazw partii i sformalizowanych bądź niesformalizowanych stowarzyszeń o profilu proanimalistycznym, ekologicznym, lokatorskim, związkowym, anarchofeministycznym, demokratyczno-socjalistycznym, pro-choice’owym, mniejszości seksualnych itd. Lista „ruchów jednej sprawy”, złożonych zazwyczaj z kilku tych samych osób, wydaje się nie mieć końca. Odruchowa krytyka nadmiernego rozdrobnienia ideowej lewicy i nawoływanie do zjednoczenia w jednym bycie politycznym nie wyczerpuje jednak sedna problemu. Zdaje się on tkwić bowiem głębiej, u samego sedna – przyswojonych przez gros działaczy lewicowych – „nowatorskich” teorii z Zachodu.

Rzeczone nowatorstwo nad wyraz często okazuje się chimerą. Wiele z tez propagowanych na lewej stronie sceny politycznej w ciągu ostatnich dwóch dekad mogło odkrywczymi wydać się jedynie temu, kto nie zapoznał się z dorobkiem i tradycjami polskiej lewicy. Z drugiej strony spora część tego, czym zachłystują się rozmaici „kawiorowi” rewolucjoniści, jest stopniowo odkładana do lamusa w wielu częściach świata. Kategorie kulturowe, które – ku uciesze liberałów – od kontrkulturowego boomu lat 70. XX w. dominowały w narracji wielu lewicowych myślicieli, w obliczu powrotu ostrych tarć ekonomicznych do państw „Pierwszego Świata” ustępują stopniowo miejsca zachwytowi nad radykalnymi koncepcjami ekonomicznymi.

Jednak widmo postmodernizmu wciąż straszy. Rodzimi lewicowcy nadal wydają się być utwierdzeni w zeszłowiecznych teoriach o zaniku wielkich narracji z powodu ich nieprzystawalności do coraz szybciej różnicującego się świata. To właśnie najpewniej mniej lub bardziej świadome przywiązanie do tej tezy powoduje tak silne ideowe rozdrobnienie lewicowych formacji. Najwyraźniej wbrew twierdzeniu, iż niedaleko pada jabłko od jabłoni, współcześni lewicowcy poszybowali bardzo daleko od tez ojców „naukowego socjalizmu”. Marks i Engels wszak wszystkie zjawiska i problemy lokowali w ekonomicznym, klasowym kontekście.

Nie chodzi bynajmniej o mechaniczne powielanie wniosków popularnego duetu czy powtarzanie poczynionych przez nich uproszczeń i schematyzacji. Karkołomne wysiłki radzieckich naukowców, próbujących odnaleźć feudalne fazy rozwoju w społecznościach pozaeuropejskich, albo próby wyjaśnienia zjawiska Holokaustu przy pomijaniu jego kulturowego podłoża, skazały dostatecznie wiele nazwisk na śmieszność i zapomnienie. Przeciwnie więc – wszelkie zjawiska należy postrzegać w ich swoistości i złożoności, lecz i totalne ich oderwanie z szerszego kontekstu przynieść musi częściowe zamglenie obrazu. Przekładając te uwagi o charakterze raczej metodologicznym na grunt polityczny wypada uznać, że wygenerowanym przez lewicę narracjom zdecydowanie potrzeba spoiwa. Funkcjonowanie grup „jednej sprawy” natomiast niebezpiecznie alienuje dane problemy, nawet przy dogłębnym ich rozumieniu.

Znamienny jest przykład ruchu walczącego o tolerancję dla homoseksualistów. Bez wątpienia lewicowa narracja w tej kwestii częstokroć okazuje się bogatsza i pełniejsza od – nierzadko spłycających zjawisko – konserwatywnej czy liberalnej. O ile bowiem konsekwentny konserwatysta na wieść o operującej w danym mieście grupie, która utrudnia życie lesbijce, zażąda zdecydowanej postawy policji i procesu sądowego dla szykanujących, o ile liberał będzie się domagał aktywniejszej roli systemu edukacji w promowaniu tolerancji, o tyle wreszcie lewicowiec winien przede wszystkim zwrócić uwagę na fakt, że to nie preferencje seksualne są przyczyną codziennych problemów.

Mityczna „cywilizacja śmierci”, przed którą tak często przestrzega kościół, to wszak efemeryda. Przy bliższym zetknięciu z np. holenderską rzeczywistością skonstatować należy, że nawet pozostałości po welfare state mają dużo bardziej wymierny wpływ na ochronę życia, niż wszelkie obostrzenia w sferze obyczajowej. Aktywny tryb życia (np. dojazd rowerem do pracy), stosunkowo długie urlopy (zarówno coroczne, jak i macierzyńskie), szereg zabezpieczeń społecznych oraz wysoki poziom ochrony środowiska – wszystko to ma większe przełożenie na wyższe standardy etyczne i znacznie mniejsze obszary patologii, niż wszelkiego typu „zakazy pedałowania”. Lekcji tej jednak nie odrobili zarówno bojownicy o tolerancję, jak i ich zacietrzewieni przeciwnicy.

Nie dziwi zatem, że w obliczu tak silnego rozdrobnienia lewicowych ruchów społecznych pod względem poruszanej tematyki, polityczny przekaz lewicy w ogólności jest słabo czytelny. Trudno znaleźć choćby jedno większe przedsięwzięcie w ostatnich latach, które spotkałoby się z aprobatą wszystkich ugrupowań reprezentujących tę stronę sceny politycznej. Choćby przed zeszłorocznym Świętem Niepodległości, obok działań Porozumienia 11 listopada, które chciało „blokować faszystów”, pojawiło się kilka odmiennych punktów widzenia. Lewica patriotyczna wskazała na obecność wykluczonych w szeregach uczestników Marszu Niepodległości, Ryszard Bugaj nawoływał do odwiedzenia cmentarza i złożenia hołdu poległym w imię Niepodległości, natomiast część ruchu anarchistycznego zbojkotowała „Kolorową Niepodległą”, nie chcąc brylować u boku Jacka Żakowskiego czy Ryszarda Kalisza.

Tego typu przykładów rozbicia jest dużo więcej – na Paradach Równości pojawia się niespecjalnie wielu związkowców czy przedstawicieli środowisk lokatorskich, a Młodych Socjalistów straszy się policją za przypominanie, że akcja promująca egalitaryzm nie może stanowić tła dla nachalnej promocji znanych osobistości. Niewiele bardziej jednolity był przekaz tegorocznej warszawskiej Manify. Antyklerykalne ostrze demonstracji nie budziło wśród jej uczestników większych kontrowersji; ale już ulotka nawołująca do sprzeciwu wobec planów podniesienia wieku emerytalnego wywołała konfuzję wśród części liberalnych feministek.

W znacznie mniejszym stopniu – w sensie przekazu, a nie podziałów organizacyjnych – nakreślony problem występuje na prawicy. Reprezentujące ją środowiska zasadniczo bez oporów jednoczą się wokół hasła „wielkiej Polski” – zazwyczaj już bezprzymiotnikowej, choć rzecz jasna rozmaicie pojmowanej. Owo spoiwo polityczne kryje za sobą nie tylko sprzeciw wobec liberalizacji sfery obyczajowej, który jednoczy wszystkie chyba prawicowe formacje w Polsce, ale i zręczne operowanie hasłami patriotycznymi. Mit „wielkiej Polski” pracuje więc przede wszystkim na polu jednoczenia poszczególnych środowisk wokół wspólnych wrogów, których najprostszym ucieleśnieniami są Platforma Obywatelska i „Gazeta Wyborcza”. To właśnie jednolity program negatywny sprawił, że obok siebie mogą maszerować senatorowie z Prawa i Sprawiedliwości, prawicowi libertarianie, narodowi radykałowie, neopoganie, a nawet grupki pogrobowców Adolfa Hitlera.

„Wielka Polska” jest więc użytecznym konstruktem politycznym, gdyż – choć bliżej niedookreślona – budzi emocje. Tymczasem hasła o tolerancji nie porwą do walki lokatorów z ulicy Stolarskiej w Poznaniu, których największym zmartwieniem jest obrona zajmowanego mieszkania przed „czyścicielem” kamienic. Jednak powiew najostrzejszego nawet ekonomicznego huraganu nie zawsze musi powodować konwersję lokatorów na lewą stronę. Zapadające w pamięć były słowa wypowiedziane przez lokatorkę w podeszłym wieku podczas poznańskiej demonstracji Chleba Zamiast Igrzysk, która – nawiązując do zmagań z kamienicznikami – przywołała fragment „Roty”. Słowa, iż „Twierdzą nam będzie każdy próg” wprawiły w zakłopotanie niejednego anarchistę.

Ruch społecznego sprzeciwu wobec niedemokratycznej dystrybucji ogromnych środków pieniężnych na Euro 2012 miał wszakże pozytywne cechy, które wyróżniały go na tle innych lewicowych inicjatyw. Nie była to akcja skupiona na jednej tylko sprawie, co nadawało jej formułę na tyle szeroką, że skłaniającą do poparcia zarówno „prawicowego” Andrzeja Gwiazdę, jak i „lewackiego” Romana Kurkiewicza. Mimo to partycypujący w koalicji Chleba Zamiast Igrzysk nie wytworzyli większych politycznych emocji wśród jej adherentów, w związku z czym nie mieli specjalnych szans w starciu z wszechobecnym poruszeniem piłkarskim. I choć próby wygenerowania „mitu” wokół tej inicjatywy wybrzmiewały gdzieś w czeluściach Internetu (jak np. rzucające się w oczy porównanie poznańskiego czerwca 2012 do poznańskiego czerwca ‘56), to zupełnie nie znalazły one przełożenia wśród haseł głoszonych w czasie demonstracji.

Lewica, niemalże chełpiąc się swą merytorycznością i „chłodnością” zdroworozsądkowego przekazu, zapomniała najwyraźniej o tym, na co przed wielu laty starał się zwrócić uwagę Georges Sorel. Ten francuski teoretyk, wyklęty przez dużą część środowisk lewicowych za niejednoznaczne i poplątane wybory polityczne, trafnie wskazywał, że proletariatowi do efektywnej walki potrzeba przede wszystkim mitu, który wyzwalałby emocje i generował postawy. Lewica polska „od zawsze” operowała takimi mitami. Na początku swej drogi, kiedy to – wbrew lojalistycznej prawicy – stała na czele walk narodowowyzwoleńczych, przyciągała wizjami wolnej, republikańskiej Polski. W wiek XX weszła ona co prawda podzielona na tych, którzy marzyli o „rewolucji światowej” i tych, którym śniła się „Polska ludowa”, jednak mimo owego pęknięcia (niesymetrycznego – przewagę zachowali ci drudzy) oba mity były stosunkowo czytelne. Obecnie są one rzecz jasna do szpiku skompromitowane i politycznie dysfunkcyjne, acz zdecydowanie niewyeksploatowanym (oraz niezrealizowanym) jest program pierwszej „Solidarności”, dążącej do powołania „samorządnej Rzeczpospolitej”. Ukuty z tej skały mit oddawałby zarówno sprzeciw demokratycznej lewicy wobec komunistycznych imperiów, jak i szedł w sukurs – nomen omen – „mitycznej” niechęci Polaka do władzy, która trzyma go za twarz. W dobie dyktatu ekonomii nad polityką taki demokratyczny, dostosowany do miejscowych realiów zwrot mógłby przynieść obfite żniwo.

Piotr Kuligowski

Budowanie wspólnoty dzięki darom

Jest wiele powodów, dla których potrzebujemy siebie nawzajem.

Gdziekolwiek pytam ludzi, czego brakuje w ich życiu, najczęściej, o ile nie są biedni lub poważnie chorzy, odpowiadają, że wspólnoty. Co stało się ze wspólnotą, dlaczego już jej nie tworzymy? Powodów jest wiele – rozmieszczenie przedmieść, zanik przestrzeni publicznej, samochód i telewizja, duża mobilność ludzi i łatwość zmiany pracy. Jeśli prześledzimy całą listę owych powodów, zdamy sobie sprawę, że wszystkie mają związek z systemem ekonomicznym.

Mówiąc dokładniej, wspólnota jest praktycznie niemożliwa w społeczeństwie tak „utowarowionym” jak nasze, gdyż powstaje ona na bazie darów. To dlatego ludzie biedni często tworzą silniejsze wspólnoty niż ludzie bogaci. Jeżeli dana osoba jest niezależna finansowo, wtedy nie jest zależna od swoich sąsiadów, lub w jakikolwiek inny sposób od kogokolwiek innego. Może po prostu zapłacić, aby ktoś wykonał daną pracę.

Dawniej wszystkie życiowe potrzeby i przyjemności ludzi zależne były od osób, które znali osobiście. Jeśli zerwaliby stosunki z miejscowym kowalem, piwowarem lub lekarzem, nie mieliby ich kim zastąpić, więc standard ich życia byłby znacznie niższy. Jeśli nie utrzymywaliby relacji ze swoimi sąsiadami, mogliby nie otrzymać pomocy w przypadku skręcenia nogi w czasie żniw lub podczas pożaru stodoły. Wspólnota nie była dodatkiem do życia, był to sposób na życie. Obecnie możemy powiedzieć, i nie będzie to wielka przesada, że nie potrzebujemy nikogo. Nie potrzebuję rolnika, dzięki któremu mam jedzenie, bo mogę zapłacić za nie komuś innemu. Nie potrzebuję mechanika, który naprawia mój samochód. Nie potrzebuję kierowcy, który przywozi buty do sklepu. Nie potrzebuję żadnej z osób, które produkują to, co jest mi niezbędne. Potrzebuję kogoś, kto mógłby wykonać ich pracę, lecz nie konkretnych osób. Są one zastępowalne, a tym samym i ja.

Jest to jeden z powodów, dla których większość spotkań towarzyskich jest powszechnie uznawanych za powierzchowne. Ile może być w nich autentyczności, jeśli podświadomie wiemy, że nikt nie jest nam potrzebny? Kiedy spotykamy się, aby zjeść, wypić lub się pobawić, czy tak naprawdę obecność drugiej osoby jest dla nas darem? Konsumować może każdy, ale intymność bierze się ze współtworzenia, a nie wspólnej konsumpcji, i różni się od lubienia lub nielubienia kogoś – potwierdzi to każdy, kto jest częścią jakiejś grupy. W utowarowionym społeczeństwie natomiast, ludzie przejawiają kreatywność tylko w ściśle określonych dziedzinach, dla pieniędzy.

Zatem aby stworzyć wspólnotę musimy zrobić coś więcej, niż tylko zebrać ludzi razem. Chociaż jest to niezbędny początek, wkrótce sama rozmowa przestanie nam wystarczać i będziemy chcieli coś wspólnie zdziałać. Niewiele jednak da się wykrzesać ze wspólnoty, w której jedyną spełnianą potrzebą jest wygłaszanie opinii oraz poczucie, że mamy rację, że rozumiemy pewne sprawy, podczas gdy inni… Hej, jest pomysł! Wymieńmy się adresami e-mailowymi i stwórzmy listę dyskusyjną!

Wspólnota powstaje na bazie darów. Kultura darów jest przeciwieństwem współczesnego systemu rynkowego, który wymusza rywalizację w myśl zasady „więcej dla ciebie to mniej dla mnie”. W kulturze darów ludzie przekazują swoje nadwyżki zamiast je gromadzić: twoje szczęście jest moim szczęściem, więcej dla ciebie to więcej dla mnie. Bogactwo krąży, grawituje w kierunku większych potrzeb. W kulturze darów ludzie wiedzą, że ich dary w końcu wrócą do nich, choć często w innej formie. Taką wspólnotę możemy nazwać „kręgiem daru”.

Na szczęście utowarowienie życia osiągnęło swój szczyt i obecnie zaczyna długi i trwały zanik (którego przejawem jest tzw. recesja gospodarcza). Znajdujemy się w krytycznym momencie, w którym nadarza się okazja odzyskania kultury darów, a tym samym zbudowania prawdziwej wspólnoty; jest to równie pożądane, co konieczne. Odzyskanie kultury darów jest częścią większej zmiany ludzkiej świadomości, ponownego połączenia się z naturą, ziemią, z innymi i zagubioną częścią nas samych. Odwrócenie się od kultury darów jest nienaturalne, a nasza niezależność jest tylko iluzją. W rzeczywistości nie jesteśmy niezależni ani „zabezpieczeni finansowo”. Jesteśmy tak samo zależni jak wcześniej, tylko tym razem od osób, których nie znamy, oraz bezosobowych instytucji, które – jak prawdopodobnie niedługo się przekonamy – są dość kruche.

Biorąc pod uwagę fakt, że dar zatacza krąg, zawsze do nas powracając, byłem podekscytowany, gdy dowiedziałem się, że jeden z najbardziej obiecujących wynalazków społecznych wykorzystywanych do tworzenia wspólnoty, na który natrafiłem, nazwany został Kręgiem Daru. Opracował go Alpha Lo, współautor „The Open Collaboration Encyclopedia” [książkowy przegląd inicjatyw wspólnotowych i modeli działania opartych na współpracy – przyp. red. NO], oraz jego przyjaciele z hrabstwa Marin w stanie Kalifornia. Ilustruje on dynamikę systemu darów i naświetla szerokie następstwa, jakie kultura darów zwiastuje naszej gospodarce, psychologii oraz cywilizacji.

Idealna liczba uczestników kręgu daru to 10 do 20 osób. Siedzą oni w kółku i po kolei podają jeden lub dwa przykłady swoich potrzeb. Na ostatnim takim spotkaniu, które moderowałem, wśród wymienionych potrzeb znalazły się m.in. podwiezienie na lotnisko w następnym tygodniu, pomoc w usunięciu ogrodzenia, drewno do budowy ogrodu, drabina potrzebna do wyczyszczenia rynny oraz meble biurowe do ośrodka kultury. Podczas gdy dana osoba dzieli się swoimi potrzebami, reszta uczestników kręgu może się wtrącać i oferować ich zaspokojenie – lub podpowiedź, jak to zrobić.

Gdy każdy wymieni już swoje potrzeby, kolejka zaczyna się od nowa, ale tym razem uczestnicy wyliczają, co chcieliby ofiarować. Niektóre przykłady z zeszłego tygodnia to umiejętności w zakresie projektowania graficznego, możliwość skorzystania z narzędzi elektrycznych, rower oraz kontakty w miejscowym urzędzie, które mogą ułatwić załatwianie spraw. Zaoferować można wszystko: czas, umiejętności, rzeczy; dar może mieć charakter podarunku lub użyczenia. I znów, każdy może zabrać głos i powiedzieć, że chciałby daną rzecz lub zna kogoś, komu jest ona potrzebna.

Podczas obu kolejek bardzo przydatna jest osoba, która wszystko zapisuje, a następnego dnia przesyła notatki do uczestników drogą e-mailową lub zamieszcza je na stronie internetowej, blogu itp. W przeciwnym razie bardzo łatwo jest zapomnieć, kto czego potrzebuje i kto co oferuje. Polecam także zapisywanie, „od ręki”, imienia i numeru telefonu osoby, która chce coś otrzymać lub czymś się z nami podzielić. Konieczny jest „ciąg dalszy” podjętych zobowiązań, inaczej krąg daru będzie pożywką dla cynizmu, a nie budowania wspólnoty.

Wreszcie, w trzeciej kolejce uczestnicy wyrażają wdzięczność za rzeczy, które otrzymali od czasu ostatniego spotkania. Jest ona bardzo ważna, ponieważ we wspólnocie hojność inspiruje jej świadków do podobnych zachowań. Ta część spotkania jest dowodem na to, że członkowie grupy ofiarowują sobie wzajemnie pomoc, a dary zostają przyjęte; że mój dar również będzie przyjęty, doceniony i odwzajemniony.

Wszystko to jest bardzo proste: potrzeba, dar i wdzięczność, efekty mogą być jednak spektakularne.

Po pierwsze, krąg daru (i w gruncie rzeczy każdy system wymiany oparty na darach) może zmniejszyć naszą zależność od tradycyjnego rynku. Jeśli ludzie będą ofiarowywać nam rzeczy, których potrzebujemy, nie będziemy musieli ich kupować. Nie będę zmuszony jutro zamawiać taksówki na lotnisko, a Rachel nie będzie musiała kupować drewna do ogrodu. Im mniej pieniędzy wydajemy, tym mniej czasu spędzamy na ich zarabianie, a jednocześnie więcej musimy go wnieść do kręgu darów, żeby następnie czerpać z niego korzyści. Tak powstaje efekt narastających korzyści.

Po drugie, krąg daru zmniejsza produkcję odpadów. Niedorzeczne jest wydobywanie ropy i rud metalu, produkowanie stołu i wysyłanie go za ocean, podczas gdy połowa ludzi ma w swoich piwnicach stare stoły. Absurdalne jest także posiadanie kosiarki przez każdego na mojej ulicy, skoro używana jest ona przez dwie godziny w miesiącu; dmuchawy do liści, z której korzysta się dwa razy do roku; narzędzi elektrycznych, którymi posługujemy się w sporadycznych przypadkach, i tak dalej. Jeżeli będziemy się tymi rzeczami dzielić, jakość naszego życia nie ulegnie pogorszeniu. Jego materialny poziom pozostanie taki sam, przy mniejszych kosztach i ilości wyprodukowanych odpadów.

W kategoriach ekonomicznych krąg daru zmniejsza produkt krajowy brutto (PKB), zdefiniowany jako suma wszystkich towarów i usług wymienionych na pieniądze. Kiedy zamiast płacić za taksówkę jestem podwożony za darmo, zmniejszam PKB o 20 dolarów. Kiedy moja koleżanka podrzuca syna do mnie do domu zamiast płacić za opiekę, PKB spada o kolejne 30 dolarów. Tak samo dzieje się, gdy zamiast kupić nowy rower pożycza się go od kogoś, kto aktualnie go nie używa. Oczywiście PKB nie spadnie, jeśli zaoszczędzone pieniądze zostaną następnie wydane na coś innego. Według standardowej ekonomii, zakładającej nieskończoność ludzkich potrzeb, dzieje się tak prawie zawsze. Krytyka tego głęboko błędnego założenia leży poza zakresem niniejszego tekstu.

Z punktu widzenia standardowych poglądów ekonomicznych, spadek PKB stanowi duży problem. Gdy brak wzrostu gospodarczego, inwestycje i zatrudnienie maleją, w wyniku czego spada popyt wewnętrzny, co powoduje dalszy spadek inwestycji i zatrudnienia. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat przeciwdziałano takim kryzysom poprzez: 1) obniżkę stóp procentowych dla pobudzenia ruchu kredytów, tak aby firmy miały fundusze na inwestycje, a konsumenci na wydawanie i kreowanie popytu; 2) zwiększanie wydatków rządowych, mających zastąpić będący w impasie wzrost popytu konsumpcyjnego. W obu przypadkach głównym celem jest stymulacja gospodarki do ponownego wzrostu. Polityka rządu w obecnym kryzysie gospodarczym jest taka sama. Socjaldemokraci (liberals) i konserwatyści mogą nie zgadzać się co do ilości i rodzaju niezbędnych bodźców, jednak rzadko kto – włączając Baracka Obamę, a nawet najbardziej lewicujących członków Kongresu – kwestionuje potrzebę wzrostu gospodarki. Dzieje się tak ponieważ w obecnym, opartym na zadłużeniu systemie ekonomicznym, brak wzrostu prowadzi do gwałtownej koncentracji bogactwa oraz kryzysu gospodarczego.

Obecnie na obrzeżach ruchów politycznych i ekologicznych rośnie jednak świadomość, że zarówno społeczeństwo, jak i nasza planeta nie są w stanie udźwignąć dalszego wzrostu. Wzrost – który w kategoriach PKB oznacza ekspansję w domenie towarów i płatnych usług – ostatecznie bierze się z przekształcania przyrody w towary, a stosunków społecznych w profesjonalne usługi. Weźmy ponownie pod uwagę spotkania towarzyskie, o których była mowa powyżej. Dlaczego nie potrzebujemy siebie nawzajem? Jest tak ponieważ wszystkie relacje międzyludzkie oparte na darach, od których kiedyś byliśmy zależni, są obecnie płatnymi usługami. Co jeszcze zostało nam do przekształcenia w pieniądz? Czy to paliwa kopalne, warstwa próchnicza, warstwy wodonośne, zdolność atmosfery do absorbowania zanieczyszczeń, czy żywność, odzież, dach nad głową, leki, muzyka lub nasz wspólny dorobek kulturowy w postaci opowieści i pomysłów – prawie wszystko to stało się towarem. Dni wzrostu gospodarczego są policzone, chyba że znajdziemy nowe bogactwa natury i nowe wymiary ludzkiej aktywności, które będziemy mogli przekształcić w towary. Wzrost, np. w ramach obecnego, anemicznego ożywienia gospodarczego, odbywa się wyłącznie na koszt przyrody i społeczeństwa, i koszt ten stale rośnie.

Z takiego punktu widzenia oczywistym staje się trzeci efekt kręgu daru i innych form kultury darów. Cyrkulacja dóbr oparta na darach nie tylko zmniejsza PKB, ale także przyśpiesza upadek obecnego systemu. Każdy skrawek przyrody czy relacji międzyludzkich ocalony lub odzyskany ze świata towarów, to jedna rzecz mniej na sprzedaż lub do wykorzystania jako podstawa dla nowych kredytów. Istniejące zadłużenie nie może zostać spłacone bez ciągłego tworzenia nowego długu. Kredytowanie występuje w kontekście wzrostu gospodarczego, w którym krańcowa stopa zwrotu z inwestycji kapitałowej przewyższa stopę oprocentowania. Prościej mówiąc: brak wzrostu oznacza mniej udzielanych kredytów, mniej kredytów oznacza większy transfer aktywów do kredytodawców, większy transfer aktywów to większa koncentracja bogactwa, w przypadku której konsumenci wydają mniej, co przekłada się na mniejszy wzrost… Jest to błędne koło opisywane przez ekonomistów, począwszy od Karola Marksa. Załamanie było odraczane przez dwa stulecia dzięki nieustannemu pojawianiu się na rynku nowych zasobów przyrody i relacji międzyludzkich, zdobywanych za pomocą technologii i kolonizacji. Obecnie nie dość, że sfery te są prawie wyczerpane, to jeszcze zmiana świadomości motywuje rosnące wysiłki w celu odzyskania owych sfer dla dobra wspólnego i dla daru. Współcześnie wkładamy wiele trudu w ochronę lasów, gdy tymczasem najtęższe umysły dwa pokolenia wstecz poświęciły się ich bardziej efektywnemu wycinaniu. Podobnie dzisiaj wielu z nas dąży do redukcji zanieczyszczeń, a nie do wzrostu produkcji, do ochrony ekosystemów wodnych, a nie do wzrostu połowów ryb, do ochrony obszarów podmokłych, a nie budowy większych osiedli mieszkaniowych. Wysiłki te, mimo że nie zawsze skuteczne, hamują wzrost gospodarczy ponad naturalne ograniczenia środowiska. Z perspektywy daru to, co teraz robimy, oznacza, iż nie tylko wykorzystujemy naszą planetę, ale dajemy jej także coś w zamian. Odpowiada to osiągnięciu pełnoletniości przez ludzkość, przejściu od relacji matka-dziecko do współtworzenia partnerstwa, w którym dawanie i branie pozostają w równowadze.

W sferze życia społecznego także zachodzi przejście do kultury darów. Wielu z nas nie dąży już do stanu, w którym mamy tyle pieniędzy, że nie jesteśmy już od nikogo w niczym zależni. Dzisiaj coraz częściej pragniemy wspólnoty. Nie chcemy żyć w świecie towarów, gdzie wszystko co istnieje, istnieje dla zysku. Chcemy rzeczy stworzonych dla miłości i piękna, rzeczy, które silniej łączą z otaczającymi nas ludźmi. Pragniemy współzależności, nie niezależności. Krąg daru, jak i wiele nowych form kultury darów, które pojawiają się w Internecie, jest sposobem odzyskiwania relacji międzyludzkich ze sfery wymiany rynkowej.

Odzyskanie wspólnego bogactwa opartego na darze, czy to przyrodniczego czy społecznego, nie tylko przyśpiesza upadek systemu ekonomicznego opartego na wzroście, ale także łagodzi negatywne skutki jego istnienia. Obecnie rynek stoi w obliczu kryzysu, jednego z wielu kryzysów (ekologicznych, społecznych), które nad nami ciążą. W burzliwych czasach, które nas czekają, przetrwanie ludzkości i jej zdolność do zbudowania nowego rodzaju cywilizacji, charakteryzującej się nowym stosunkiem do planety i nową, silniej wspólnotową tożsamością człowieka, zależy od tych skrawków wspólnego dobra, które jesteśmy w stanie zachować lub odzyskać. Mimo że dopuściliśmy się daleko idącej degradacji naszej planety, ogromna część bogactw naturalnych pozostaje nienaruszona. Gleba, wody, uprawy i biomy nadal kryją w sobie skarby. Im dłużej trwamy przy status quo, tym mniej ich pozostanie, i tym bardziej katastrofalny będzie proces zmiany.

Na poziomie mniej namacalnym każdy dar, który ofiarowujemy, przyczynia się do innego rodzaju wspólnego dobra – źródła wdzięczności, dzięki któremu przetrwamy czasy chaosu, kiedy rozpadną się konwencje i narracje, które scalają społeczeństwo. Dar wzbudza wdzięczność, a hojność jest zaraźliwa. Coraz częściej czytam i słyszę historie, które zapierają mi dech w piersi: świadectwa szczodrości, bezinteresowności, a nawet wielkoduszności. Kiedy jestem świadkiem szczodrości, też chcę być szczodry. W nadchodzących czasach będziemy potrzebowali szczodrości, bezinteresowności i wielkoduszności. Jeśli każdy będzie myślał tylko o własnym przetrwaniu, wtedy nie ma nadziei na nowy rodzaj cywilizacji. Potrzebujemy darów od siebie nawzajem, jak i wzajemnego zapraszania się do kultury darów. Wkrótce stanie się całkowicie jasne, że potrzebujemy siebie nawzajem – w przeciwieństwie do epoki, w której rządzi pieniądz, gdzie możemy zapłacić za wszystko i nie potrzebujemy darów.

Charles Eisenstein
tłum. Zyta Howicka

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „YES Magazine”.

Dobro wspólne i walka klas

Jeśli wszyscy wokół zaczynają nagle mówić o „dobru wspólnym”, można to traktować jako symptom wzrostu znaczenia i rozumienia tego pojęcia. Albo – niestety – czas zacząć się martwić, czy ten szlachetny termin nie staje się aby liczmanem.

„Dobro wspólne” od jakichś dwóch lat robi zawrotną karierę. Słychać o nim z okolic okołorządowych i od ludzi związanych z opiniotwórczymi środowiskami konserwatywnych liberałów. O „dobro wspólne” troszczy się dziś choćby Rafał Ziemkiewicz, interpretując je nieco z endecka. Nawiązuje do tego terminu także publicystyka związanego z Fundacją Republikańską pisma „Rzeczy Wspólne”. Fundacja ma siedzibę w dawnej kwaterze głównej Unii Polityki Realnej, a genius loci miejsca z wielu przyczyn odpowiada neofitom „dobra wspólnego”. Nie od rzeczy będzie dodać, że jednak jako pierwszy to „Nowy Obywatel” wziął na swoje sztandary hasło „dla dobra wspólnego”. Trzeba tu zatem przyjąć poprawkę, że jeśli wielu mówi to samo, nie musi to oznaczać tego samego.

Dla jednych dobrem wspólnym mogą być wolnorynkowe hasła społeczno-gospodarcze. Dla innych – uznanie poważnie traktowanych praw pracowniczych za niezbywalny element konsensusu ustrojowego oraz znak szacunku dla ludzkiej godności. Dla jednych dobrem wspólnym będzie sprawiedliwość społeczna, w oczach innych oznaczająca jedynie slogan rodem z PRL-u.

Co jest dobrem wspólnym? Wolność jednostek czy szeroko rozumiane bezpieczeństwo przestrzeni publicznej? Czy jeśli sąsiad rozbija się quadem tuż pod moim oknem, to większym i wspólnym dobrem dla nas dwóch jest wolność, która mu na to zezwala, czy może moje pragnienie, by nie wysłuchiwać ryków silnika, wyjącego dla czyjejś rozrywki i zachcianki? „Granice wolności jednych powstają tam, gdzie zaczyna się wolność drugich”. Czy krępuje moją wolność hałas, od którego nie odgradzają okna? Czy moja wolność nie jest ograniczona, skoro aby zapewnić sobie ciszę, muszę wkładać stopery do uszu, gdy właśnie chciałbym posłuchać muzyki? Gdzie tu dobro wspólne? Co jest tu dobrem wspólnym? Wolność czy komfort, jaki daje cisza? Jedno i drugie? Jak wymierzyć ich wzajemną wartość i hierarchię? Sąsiad nie zajeżdża tuż pod mój dom, ale hałas i tak do mnie dociera.

Biznesmen, który unika płacenia w Polsce podatków niewiele ma ze mną wspólnego, nigdy go nie widziałem i nigdy się u niego nie zatrudniałem. Może nawet nie kupuję jego produktów i nie korzystam z jego usług. Nie zalega mi z pensją. Jednak, jeśli państwo i redystrybucja dóbr są dobrem wspólnym, skutki jego decyzji uderzają również we mnie. A przecież każdy wolnorynkowiec powie, że raje podatkowe na to wymyślono, by ludzie ciężko pracujący i życiowo zaradni mogli bronić się przed złodziejskim państwem.

Uzna ktoś, że to rozważania dobre dla filozofów społecznych. Czasy jednak takie, że wszyscy możemy parać się rozważaniami natury ogólnej czy globalnej, biorąc za punkt wyjścia przeróżne aspekty rzeczywistości. I włączając do niej każdy koncept, doktrynę czy przekonanie, jakie docierają do nas np. za sprawą środków masowego przekazu, choćby portali społecznościowych. Wszyscy filozofujemy, choć jak zauważył na kartach „Nędzników” Wiktor Hugo: „wiele jest głów, które mówią, a bardzo mało takich, co myślą”.

Niemniej rada, jaką z kolei święty Paweł dawał Tesaloniczanom, nic nie straciła ze swej prostej mądrości, która może zachwycić także agnostyka: „Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie”. Rzec można, że także ona należy do arsenału dóbr wspólnych. Tak czy inaczej, bardzo mnie obchodzi, czy wzmiankowana już neoliberalna wolność menedżerów i ideologów okołokorwinizmu jest bardziej czy mniej dobrem wspólnym niż koncepcje sprawiedliwości społecznej i duch równości, tak pięknie opisany przez Richarda Wilkinsona i Kate Pickett, których książkę recenzuję w bieżącym numerze „Nowego Obywatela”. Tym bardziej, że tam, gdzie panuje równość, nawet bogatszym żyje się lepiej, by jeszcze raz nawiązać do (tytułu) książki tych dwojga autorów.

W radosnym gaworzeniu o dobru wspólnym kryje się jeszcze jeden kłopot, który nie powinien umknąć ani poczciwie socjaldemokratycznej, ani tym bardziej radykalnie rewolucyjnej lewicowej czujności. Dobro wspólne – istna sielanka, rękojmia ładu społecznego, probierz czystych intencji. Kto chce dobra wspólnego, ten człowiek konsensusu, kompromisu, szerokich horyzontów i dobrych manier. Cham, prostak i nieudacznik kto wrzaśnie głośno lub poskarży się cicho, że go właśnie w realnym liberalizmie wyzyskują i okradają miłośnicy doktryn wywodzonych od Adama Smitha czy Benjamina Constanta, a wzmocnionych bezwzględnością ekonomiczną i brakiem wyobraźni społecznej chłopców z Chicago czy ich nadwiślańskich poputczików. Cham, prostak, roszczeniowiec, lewak i nierób kto spostrzeże, że „wspólne dobro” neoliberalizmu przypomina kształtem piramidę oznaczającą trzy stany, a on akurat stoi na dole i dźwiga piętra wznoszące się nad nim. I gdy dla dobra wspólnego (porządku społecznego, ładu zbudowanego w imię interesów silniejszych) on musi się obyć bez dobrej, publicznej edukacji, służby zdrowia, regularnie wypłacanej godziwej pensji itp. zachcianek „rozwydrzonych” społeczeństw, a wyżej stojący konsumują, kształcą, leczą się, pracują i odpoczywają wedle zupełnie innych standardów. Oczywiście także dla dobra wspólnego, bo i biedniejszemu nieco go skapnie, wedle pewnej uczonej teorii ekonomicznej.

A jeśli nie skapnie? Każdy neoliberał, z zacięciem czy to do chrześcijańskiej teodycei, czy to do społecznego darwinizmu wyjaśni rzecz bez trudu. Albo z grzechu pierworodnego zrodzoną niedoskonałością świata (że nic, tylko siąść i płakać), albo prawem doboru naturalnego, utożsamionego z funkcjonowaniem wolnego rynku (że nic, tylko się wzajem pożerać).

Tu już wypada zrobić efektowny zwrot i zapytać, czy walka klas jest dobrem wspólnym? Walkę klas należy tu oczywiście rozumieć nieco bardziej subtelnie niż pojmował ją pierwszy nagan Kraju Rad, Feliks Dzierżyński i jego liczna sowiecka progenitura. Bądź co bądź, jak dowodzili i praktykowali przedwojenni polscy socjaliści, zainteresowani istnieniem państwa polskiego, walka klas toczy się również w ramach demokracji parlamentarnej. Widzimy ją także wokół siebie, bardziej w praktyce niż w teorii ustroju państwa dość bliskiego trzeciemu światu. Widzimy ją w modnych tezach ekonomicznych, obecnych nawet w kazaniach, w praktyce społeczno-gospodarczej polskiej transformacji, widzimy jej utajone residua w licznych odmianach telewizji śniadaniowych, w reklamie, w stosunkach sąsiedzkich, w pracy, przed kościołem w niedzielę, gdy marki samochodów na parkingu przypominają, że choć przed Bogiem jesteśmy równi, zdolności kredytowe mamy czasem mocno rozbieżne. Walka klas żyje i ma się dobrze, a pogłoski o jej śmierci są zdecydowanie przesadzone – tak rzecz należy lapidarnie ująć.

Czy zatem walka klas jest dobrem wspólnym? Z pewnością jest wspólnym, choć nie wspólnie przeżywanym dziś doświadczeniem. Prekariat wciąż jest, przynajmniej w Polsce, klasą w sobie. Może nawet bogaci i najbogatsi mają większą świadomość i lepiej rozumieją wagę konsekwencji walki klas niż polska lumpen-middle-class (proszę wybaczyć karkołomny termin), grzebiąca wakacyjnie motyką w działkowej ziemi, pozująca na Helu do zdjęć, które zaraz trafią na „Naszą Klasę”, albo lecząca nerwy po pechowym odwrocie spod egipskich piramid. Bo kogo pocieszy myśl, że Sfinks widział straszliwsze rzeczy, niż bankructwa polskich, prywatnych biur podróży i wcale liczne powroty lumpen-średnich-klasowczyków na koszt podatnika? W każdym razie temat „dobro wspólne a walka klas” wydaje się interesujący. Pewnie będę więc do niego wracał, skoro na czas jakiś w podróży do społeczeństwa bardziej sprawiedliwego społecznie i egalitarnego wstrzymałem cugle Rosynanta i nie mierzę już z kopii w młyny nowej lewicy, które zresztą i tak niedawno zmieniły adres.

A co do Victora Hugo. Wielu zna jego zdanie: „Cała anarchia mieści się w uliczniku”. Poprzedza je inne: „Cała monarchia mieści się w gapiu”. A realny liberalizm AD 2012 gdzie się Państwa zdaniem mieści? Nie, nie bądźmy wulgarni… Może cały się mieści w tym prekariuszu, co jako dziecko przywykł do pełnej lodówki, własnego pokoiku i ładnych zabawek, jakich za młodu nie mieli babcia i dziadzio, ale na starość nie doczeka tego, co dziś jeszcze mają jego sterani życiem dziadkowie – emerytury ledwie wystarczającej do pierwszego.

Głośne i stanowcze „nie”

Będzie ciężko! We wszystkich kanałach TV ekspert za ekspertem przyznają: do Polski nadchodzi kryzys. Chociaż rzesze Polaków przeglądających oferty pracy już dawno przyswoiły sobie tę wiedzę, złowieszcze zapowiedzi mają nieco inną wymowę. Lepsze czasy (czyli rzekomo mające miejsce teraz) już wkrótce mają być ledwie wspomnieniem. W mądrze zarządzaną polską gospodarkę uderzyć ma europejski huragan, ten sam, który sieje zniszczenie na Zachodzie. Polska musi być przygotowana, aby przetrwać ten trudny czas.

Tłumacząc z poezji na prozę: idą cięcia.

Brutalne, głębokie cięcia oszczędnościowe musiałyby objąć podstawowe funkcje społeczne państwa i samorządu, obejmując likwidację wielu szkół, szpitali, placówek opieki, nie mówiąc już o ośrodkach kultury. Tym działaniom, które wraz z impetem kryzysu będą nabierały rozmachu w przyszłym roku, należy się stanowczo przeciwstawić. Stawka jest jednak o wiele wyższa niż komfort i dobrobyt tej czy innej lokalnej społeczności.

Wiemy już, nie tylko z krajowego podwórka, że przywódcy polityczni potrafią być zaskakująco „pryncypialni”, podejmując tzw. trudne decyzje i trwając przy nich nieugięcie przeciwko „krótkowzrocznym” interesom rozmaitych grup społecznych. Dlatego nie licząc z tej strony na odruch społecznej empatii należy bez ogródek pozbawić fałszywą, szamańską mitologię cięć oszczędnościowych jakichkolwiek naukowych pretensji. Król jest nagi.

Po pierwsze: cięcia wydatków nie zmniejszają deficytu budżetowego.

W zasadzie argument ten nie powinien być częścią poważnej debaty o polityce gospodarczej. Wiele jednak musi się zmienić, zanim animatorzy rzeźnickiej pseudo-ekonomii zrozumieją, iż deficyt czasami jest wręcz strukturalnie potrzebny, gdyż absorbuje nadwyżkę oszczędności, wypuszczając ją do gospodarki. A jeszcze więcej minie, zanim rozwój nie będzie rozumiany pieniężnie, lecz tak jak powinien być: jako wzrost wiedzy i towarzyszący mu przyrost produkcji.

Właśnie dlatego w 2000 r. prof. James K. Galbraith narzekał na posiadaną ówcześnie przez USA nadwyżkę budżetową. Pieniądz tworzony jest arbitralnie przez państwo i nie stanowi wartości, lecz jedno z narzędzi jej tworzenia. Kwestia emisji pieniądza czyni bezsensownym porównania budżetu państwa i rozsądnie oszczędzającego gospodarstwa domowego. W tym pierwszym, aby mieć co zaoszczędzić, najpierw trzeba wydać – emitować pieniądz. Finansowane deficytem wydatki krajowe nie zubażają kraju, jeżeli tylko przyczyniają się do wykorzystania i rozwoju jego potencjału gospodarczego.

Ponieważ jednak żyjemy w czasach ubóstwiającego pieniądz hiper-neoliberalizmu (gdy banki centralne nie mogą skupować papierów dłużnych państw), niepodzielnie rządzący kartelowy „rynek finansowy” używa argumentu wysokiego deficytu budżetowego jako wymówki dla zgarniania nadmiernie wysokich prowizji za kupno tychże długów. Paradoksalnie, jak zobaczymy w punkcie drugim, dzięki wdrożeniu cięć (czy – jak mówią ludzie z poczuciem humoru – „reform”) obligacje tych państw rzeczywiście stają się bardziej ryzykowne, uzasadniając post factum wysoką „premię za ryzyko”. Ryzyko, oczywiście na skutek cięć kurczących gospodarkę, staje się w pewnym momencie pewną stratą. Jak to ujęła prezydent Argentyny: „Jakim cudem nieboszczyk spłaci długi?”.

Chociaż mniej uczeni ze zwolenników operacji na żywym organizmie społecznym twierdzą, że po odrąbaniu kończyny pacjent będzie szybciej biegał (wszak będzie lżejszy), inni wcale nie kryją, iż kondycja gospodarki nie ma dla podjęcia tak ważnej decyzji żadnego znaczenia. Do licha z produkcją, aktywnością gospodarczą, zatrudnieniem! – ważne są cyferki! Co prawda, twierdzą szczerze, będzie się gorzej żyło, ale za to deficyt będzie mniejszy.

Nieprawda. Pięć lat cięć oszczędnościowych w Grecji dawało rok po roku coraz to wyższy deficyt budżetowy. Po zaaplikowaniu greckiej kuracji kolejnym krajom, szczególnie z południa Europy, kryzys się rozprzestrzenia. Dlatego możemy przewidzieć, jak będą wyglądały kolejne kwartały. Banki zaangażowane w ryzykowny rynek pochodnych będą na gwałt szukać sposobów upiększenia swych wyników „na papierze”. Za pomocą agencji ratingowych zażyczą sobie większej premii za pożyczanie krajowi uznanemu za „ryzykowny” ze względu na rzekomo duży deficyt.  Krajowi takiemu aplikowane są reformy. Europejski Bank Centralny, nie mogąc kupować obligacji państw, daje długoterminowy kredyt 1-procentowy bankom, aby mogły one pożyczyć temu krajowi. Sytuacja kraju się pogarsza, banki żądają jeszcze większej premii, instytucje finansowe wymuszają na kraju kolejne „reformy”.

Wytwarzane często przez niektórych komentatorów wrażenie, jakoby istniał konsensus naukowy co do konieczności „zaciskania pasa”, jest zupełnie błędne. Każdy ekonomista ma swój oryginalny pogląd (a czasami nawet dwa) na każdą sprawę, więc trudno w ogóle mówić o konsensusie. Można jednak z łatwością przybliżyć, iż w tej sprawie większość środowiska ekonomistów nie zgadza się z receptami „rzeźników”. Od dłuższego czasu, m.in. na łamach „New York Times”, z mitem cięć rozprawia się noblista Paul Krugman.

Po drugie: cięcia wydatków szkodzą gospodarce.

Można by od razu dodać: oraz społeczeństwu. I przytoczyć tragiczne dane dotyczące szybko rosnącej liczby samobójstw czy zgonów spowodowanych cięciami w opiece medycznej w krajach południowej Europy. Rosnące poczucie beznadziei i przytłoczenia rzeczywistością w warunkach instytucjonalnie zadekretowanego braku perspektyw wydaje swoje straszne owoce. Skoro lepiej już było, to może być tylko gorzej. Właśnie tak można streścić efekty polityki cięć.

Polityka ta nie jest bowiem, jak się to czasem próbuje przedstawiać, krótkotrwałym, choć szalonym, lekarstwem na kryzys. Jest ona, jak zauważył w swej świetnej publikacji na ten temat prof. Alain Parguez, coraz bardziej obecna od dwóch, a nawet czterech dekad. W tym nowym paradygmacie zawsze dąży się do zmniejszenia wydatków państwa. Parguez wykazuje, iż skutkiem tej dekadenckiej polityki musi być wpadnięcie w maltuzjańską „pułapkę”. Malthus twierdził, że w pewnym momencie nie będzie można utrzymać stanu liczbowego ludzkiej populacji.

Po pierwsze, spadające wydatki oznaczają częściowe nierozwinięcie „dynamicznego całkowitego dobrobytu”, który powinien znajdować się na poziomie równym określonemu potencjałowi, wytworzonemu dzięki przeszłym inwestycjom. Czynnik ten jest kluczowy dla rozwoju, jako nadający dynamikę pracy i kapitałowi – Parguez za wzór stawia program kosmiczny i inne inwestycje „w nieznane”. Nierozwinięcie dobrobytu (np. edukacji) i ograniczanie go powoduje nie tylko jego spadek, ale także w długim okresie spadek poziomu potencjału rozwojowego. Innymi słowy, coraz trudniejsze jest powstrzymanie trendu kurczenia się dobrobytu, poziomu życia, zasobów materialnych i wiedzy.

To oznacza bezprecedensowe odwrócenie wektora postępu w stronę upadku, przejawiającego się coraz niższym poziomem płac i słabnącą produkcją. Rozwój nie jest bowiem procesem automatycznym i tak jak ludzkie działanie go napędza, tak też dewastujące połączenie chciwości i głupoty powoduje, iż ludzkość zacznie się zwijać. Wszystko za sprawą praktyków jaskiniowej ekonomii.

Zarówno do rozwoju, jak choćby i do utrzymania obecnego poziomu potrzebne są inwestycje wytwórcze i wydatki ogólnospołeczne. Te pierwsze w krótkim okresie dyskontują obecny stan wiedzy i techniki. Te drugie poprawiają warunki życia ludzi, aby stworzyć warunki, w których ludzki potencjał może wejść dzięki innowacjom na kolejny poziom potencjału rozwojowego. Paradygmat cięć to wyklucza.

Stawką w walce przeciw cięciom nie będzie zatem jedynie powiatowy szpital czy szkoła blisko od domu. Ta stawka jest ogromna. Demaskowanie mitów powinno być zaczątkiem poważnej dyskusji o tym, jakiej polityki gospodarczej potrzebuje państwo, co zrobić, aby wzrastała siła nabywcza jego obywateli, aby wiedza i dobra produkowane w tym kraju jak najbardziej ubogacały jego mieszkańców. Na początku jednak trzeba powiedzieć NIE cięciom.

Krzysztof Mroczkowski

Społeczeństwo potrzebuje siły

Społeczeństwo potrzebuje siły

W obliczu problemów szkolnictwa, rynku pracy, mieszkalnictwa i wielu innych społecznych bolączek zaczęły powstawać obiecujące inicjatywy, w ramach których młodzi ludzie podejmują walkę o poprawę sytuacji własnej i innych obywateli. O celach i działaniach Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego oraz Stowarzyszenia Inicjatywa Mieszkańców „Warszawa Społeczna” rozmawiamy z ich współzałożycielem – Maciejem Łapskim.

***

Jakie były początki Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego? Jakie cele postawiła sobie organizacja? W jaki sposób pomagacie studentom i studentkom rozwiązywać ich problemy?

Maciej Łapski: Demokratyczne Zrzeszenie Studenckie zawiązało się w kontrze do reform forsowanych przez minister Barbarę Kudrycką i fatalnych warunków studiowania. W kilku miastach akademickich protestowaliśmy przeciwko komercjalizacji szkolnictwa wyższego, trudnym warunkom materialnym studentów i studentek oraz wprowadzaniu dodatkowych odpłatności za studia. Rok później postanowiliśmy podjąć regularne działania. Rozpoczęliśmy budowę nowej, ogólnopolskiej organizacji studenckiej. Nie ograniczamy się do protestów. Organizujemy spotkania, debaty i konferencje na uczelniach i w domach studenckich. Chodziliśmy po akademikach, pukaliśmy od drzwi do drzwi i zbieraliśmy opinie, postulaty i pomysły studentów i studentek. Spotykamy się z władzami uczelni i zabiegamy o realizację studenckich postulatów. Organizujemy spotkania samoorganizacyjne. Pomagamy w rozwiązaniu indywidualnych problemów. Zabieramy głos w ważnych dla nas sprawach.

Cel naszych działań był i jest jasny – chcemy egalitarnej i otwartej edukacji. Dostęp do studiowania powinien być równy dla wszystkich – niezależny od czynników pozamerytorycznych: zasobności portfela, statusu społecznego czy miejsca zamieszkania. Walczymy o nieodpłatne szkolnictwo wyższe i sprawiedliwe warunki naboru. Występujemy również przeciwko komercjalizacji i prywatyzacji uczelni. Chcemy, aby uczelnie kształtowały zdolność do refleksji krytycznej, były miejscem sporów i debat, kuźnią wolnej i niedogmatycznej myśli. Treścią badań i nauczania powinny być zagadnienia istotne dla społeczeństwa, uwzględniające potrzeby oraz ambicje studentek i studentów. Funkcjonowanie edukacji pod wyłączne dyktando rynku prowadzi do spłycania przekazywanej wiedzy, eliminowania tzw. nieopłacalnych kierunków, a także sprowadza uczelnie do roli przedsiębiorstw produkcyjno-usługowych. Pracodawcy ciągle powtarzają, że w uniwersytetach kładzie się zbyt duży nacisk na teorię. Ale my też nie chcemy edukacji wyższej, która będzie pozbawiona praktycznego zastosowania – wprost przeciwnie, edukacja i gospodarka powinny odpowiadać na potrzeby społeczne.

Z czasem zaangażowaliśmy się również w działalność propracowniczą – coraz więcej studentek i studentów musi łączyć pracę ze studiami. Zabraliśmy się za organizację szkoleń z prawa pracy, konferencji i dyskusji programowych, w czasie których krytykowaliśmy polską półperyferyjną „gospodarkę opartą na biedzie” i funkcjonujący w Polsce model stosunków pracy. Żyjemy w czasach permanentnego kryzysu społeczno-gospodarczego. Jako dwudziestokilkulatkowie znamy go od zawsze. Teraz jednak przekonujemy się na własnej skórze, jak to jest płacić za studia niestacjonarne, pracować za darmo na bezpłatnych praktykach lub za półdarmo na umowie zlecenie. Reprezentujemy studentów i studentki zarówno przed uczelnią, jak i przed pracodawcą. Krytykujemy zarówno stary, jeszcze nam towarzyszący i funkcjonujący na uczelniach model feudalnych zależności, jak i nowy, feudalno-korporacyjny system płatniczy, który wysysa ze studentów i studentek pieniądze – wiedzę traktuje jako towar, a nas jako tanią siłę roboczą dla biznesu.

Dlaczego nie zaangażowaliście się w istniejące organizacje studenckie, lecz utworzyliście nową inicjatywę?

M. Ł.: Zorganizowaliśmy się z powodu braku sprawnej i silnej organizacji studenckiej walczącej o nasze interesy. Te dotychczas istniejące pokornie zgadzają się na projekty wprowadzania czesnego na studiach dziennych, skandalicznie niskie stypendia socjalne i naukowe, dyskryminację studentów wieczorowych i zaocznych. Podczas naszej działalności okazało się również, że wielu działaczy studenckich innych organizacji uważa wręcz, że komercjalizacja szkolnictwa wyższego przebiega zbyt wolno, a „jedynym prawem, które reguluje stosunki pracy w Polsce, powinno być prawo cywilne” czy że „umowa o pracę jest przywilejem, na który trzeba zapracować”. W czasie demonstracji NSZZ „Solidarność”, w której wzięli udział zarówno przedstawiciele Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego, jak i Niezależnego Zrzeszenia Studentów, z niedowierzaniem przecieraliśmy oczy, kiedy nasi rówieśnicy z tej ostatniej organizacji krytykowali reformę Kudryckiej za „zbyt mały elitaryzm”. Ich zdaniem „studia powinny być dostępne jedynie dla nielicznych”. W czasie jednej z debat studenckich przedstawiciel NZS stwierdził, że „nie wszyscy ludzie są predestynowani do studiowania”.

Oczywiście w różnych uczelniach pojawiają się także sensownie działające koła naukowe lub ciekawe inicjatywy studenckie i z nimi staramy się współpracować. Jednak dotychczas istniejące w Polsce ogólnopolskie organizacje studenckie nie są naszym zdaniem rozwiązaniem problemu, lecz jego częścią.

Jak na Waszą działalność reagują nauczyciele akademiccy i władze uczelni? Jaki jest odzew ze strony samych studentów – tych, którzy wcześniej was nie znali i nie zetknęli się z taką aktywnością?

M. Ł.: Polskie uczelnie dawno nie spotkały się z żadnym ruchem protestu i studenckiego sprzeciwu wobec obecnej polityki edukacyjnej. Dlatego też przedstawiciele władz uczelni przeważnie traktują nas z dystansem. Z nauczycielami akademickimi bywa różnie, znajdujemy wśród nich ludzi o poglądach podobnych do naszych i liczymy, że z czasem współpraca zaowocuje na płaszczyźnie programowej. Utrzymujemy również dobre kontakty z wykładowcami-związkowcami, działaczami NSZZ „Solidarność” i Związku Nauczycielstwa Polskiego.

W środowisku studenckim długo panował marazm. Spoglądając z nieskrywaną zazdrością na naszych kolegów i nasze koleżanki z Europy Zachodniej czy Ameryki Południowej, chcieliśmy (i nadal chcemy) stać się iskrą, która wznieci bunt. Organizowaliśmy protesty i liczyliśmy na szeroki odzew. Przekonaliśmy się jednak, że protesty nie trafiają na podatny grunt. Nie odrobiliśmy lekcji, a już chcieliśmy uzyskać absolutorium i obronić pracę magisterską… Większość studentów i studentek popierała nasze postulaty. Jednak każdy popierał je indywidualnie. Studenci nie czuli się częścią szerszej społeczności, która może skutecznie walczyć o swoje prawa. Organizacje studenckie i młodzieżowe z państw zachodniej Europy zapracowały na swój sukces. Podczas gdy w Polsce stowarzyszenia akademickie przez wielu były traktowane jako sposób na polepszenie kontaktów z kadrą naukową, uzyskanie lepszych ocen, przystanek na drodze kariery zawodowej czy jedynie jako sposób na dobrą zabawę i pełniły wyłącznie funkcje towarzysko-integrujące (również ważne, ale nie najważniejsze), na Zachodzie realnie, na co dzień broniły praw i interesów studentów i studentek. Były i są ich „związkami zawodowymi”, organizacjami występującymi w indywidualnych sprawach studenckich, dotyczących społeczności konkretnych wydziałów i uczelni czy wreszcie podważającymi status quo i sprzeciwiającymi się niekorzystnym reformom całego systemu szkolnictwa wyższego, a nawet reformom pogarszającym sytuację społeczeństwa w ogóle. W Polsce takich organizacji nie było. Nie było miejsca, do którego każdy student i każda studentka mogą przyjść i uzyskać niezbędną pomoc. Organizacji, której będą częścią. Ruchu, który będzie ich ruchem.

Jak oceniasz efekty dotychczasowych działań w środowisku dość trudnym – bo zmiennym, płynnym, z powodu kończenia studiów i opuszczania uczelni?

M. Ł.: Od początku istnienia DZS podjęliśmy wiele różnych form działalności. Wciąż dokonujemy ewaluacji, zastanawiamy się, które z nich są skuteczne i mają sens, a na które nie warto marnować sił i energii. W przyszłym roku akademickim 2012/2013 z pewnością większą uwagę skupimy na aktywizowaniu poszczególnych wydziałów. Przy ograniczonych zasobach trudno jest się nam skutecznie przebić w kilkudziesięciotysięcznej społeczności danej uczelni. Dużo łatwiej zaufać człowiekowi, z którym ma się kontakt na co dzień, jest blisko i z którym zawsze można się we własnej sprawie spotkać. Chcemy rozwiązywać problemy mniejszych społeczności (wydziałów, kierunków), nie rezygnując przy tym z szerszej perspektywy. Większość problemów – stypendia, czesne na studiach zaocznych oraz „wieczorowych” często różniących się od „dziennych” jedynie koniecznością wnoszenia dużych opłat, bezpłatne praktyki i staże, sprawy dotyczące dydaktyki – to problemy uniwersalne, z którymi borykamy się nie tylko na jednym wydziale jednej uczelni, ale w zasadzie na każdym innym w każdej innej uczelni w Polsce. Jeżeli będziemy mogli podawać za dobry przykład małe sukcesy odniesione na jednym wydziale, dużo łatwiej będzie osiągać je na innych.

Zamierzamy również kontynuować prace programowe. Chcemy, aby nasze dążenia do egalitarnej i otwartej edukacji, godnej pracy i sprawiedliwości społeczności przybrały postać konkretnej wizji, programu pozytywnego, pod którym możemy się jednoczyć i o którego realizację możemy wspólnie walczyć. I nie tylko w ramach DZS. Osoby, które kończą studia, nie znikają. Współpracujemy ze związkami zawodowymi, mieliśmy również swój udział w zainicjowaniu powstania Inicjatywy Mieszkańców „Warszawa Społeczna”, a także przy powołaniu organizacji międzyzakładowej szkolnych kucharek w ramach związku zawodowego OPZZ „Konfederacja Pracy”. Wszystko wskazuje na to, że osoby, które ukończą studia, będą kontynuować swoją prospołeczną działalność w związkach zawodowych, stowarzyszeniach czy inicjatywach politycznych. Umiejętności i doświadczenie nabyte w DZS z pewnością wykorzystają na innym odcinku „prospołecznego frontu”.

Działalność DZS wykracza poza sprawy bezpośrednio dotyczące studentów. Zwracacie też uwagę na problematykę łamania praw pracowniczych czy likwidacji szkół. Dlaczego wyszliście poza obszar spraw stricte studenckich czy akademickich?

M. Ł.: Bo jesteśmy częścią społeczeństwa. Nie zgadzamy się na realia kraju, w którym 10,5 mln ludzi żyje za mniej niż 400 euro miesięcznie, a 2,6 mln za mniej niż 5 euro dziennie (dane z 2007 r.). W kraju, w którym panuje ogromne bezrobocie. Nie godzimy się na to, żeby zdecydowana mniejszość żyła kosztem większości. Poza tym, te problemy dotykają bezpośrednio nas samych. Szanse na znalezienie dobrej pracy po studiach są stosunkowo małe. Mówiąc „po studiach”, mam na myśli „po zakończeniu edukacji”. Nie uważamy bowiem, że fakt posiadania wyższego wykształcenia ma determinować wysokość wynagrodzenia. Niezależnie od tego, czy pracujemy jako chemicy, kierownicy zakładu produkcyjnego, kasjerzy, sprzątaczki czy prawniczki, wszyscy powinniśmy zarabiać tyle, żeby móc żyć godnie.

Ponadto nie da się uczciwie zajmować samą edukacją wyższą i pomijać niezliczoną ilość spraw, które mają na nią wpływ. A zajmując się również sprawami pracowniczymi, absolutnie nie można już sobie pozwolić na nieoglądanie się na otaczającą nas rzeczywistość. Edukacja staje się taka, jaki jest system społeczno-gospodarczy, w którym ona funkcjonuje. To, czy mamy pracę, w zdecydowanie mniejszym stopniu zależy od rodzaju naszego wykształcenia, a w zdecydowanie większym od struktury polskiej gospodarki, miejsca, w którym w światowym podziale pracy znajduje się nasz kraj i od ogromnych nierówności społecznych. Sprawy takie jak likwidacja szkół i szkolnych stołówek są nam – jako działaczom i działaczkom edukacyjnym, a w większości także przyszłym rodzicom – szczególnie bliskie. Polski system edukacji już od przedszkola (a nawet pełniącego funkcje opiekuńcze żłobka) raczej reprodukuje niż wyrównuje nierówności społeczne. Wszystko zmierza ku temu, aby bogatsze dzieci uczyły się w prywatnych szkołach, a pochodzące z mniej majętnych rodzin w wiecznie niedofinansowanych szkołach publicznych.

Podsumowując, naszym zdaniem społeczność uczelniana powinna wpływać zarówno na samą siebie, jak i na otaczający ją świat. Nie uczymy się wyłącznie dla siebie. Chociaż nasze osobiste plany, ambicje i marzenia są ważne, nasza wiedza i umiejętności mają być również użyteczne społecznie. Działalność społeczno-polityczna, zarówno uczelniana i pozauczelniana, jest dla nas także formą edukacji, uczelnią w uczelni. Uczymy się solidarności i równości – i wspólnego działania dla osiągania wspólnych celów.

W maju bieżącego roku z udziałem DZS powstało Stowarzyszenie Inicjatywa Mieszkańców „Warszawa Społeczna”. Co skłoniło Was do stworzenia takiej organizacji?

M. Ł.: Impulsem do założenia stowarzyszenia stała się obrona szkolnych stołówek. Władze poszczególnych dzielnic warszawskich postanowiły pod pozorem „zmian w organizacji żywienia dzieci i młodzieży” i szukania „oszczędności” zlikwidować szkolne stołówki w warszawskich placówkach oświatowych. Prywatyzacja żywienia w szkołach wiąże się ze wzrostem cen, spadkiem jakości posiłków i zwolnieniami szkolnych kucharek w sytuacji, gdy stopa bezrobocia wśród osób po 55. roku życia jest w Polsce jedną z najwyższych w krajach Unii Europejskiej. Protestowaliśmy na sesjach Rady Miasta i rad dzielnic, a także podczas obrad komisji oświaty i komisji edukacji i rodziny, organizowaliśmy manifestacje, zgłaszaliśmy propozycje systemowych i konkretnych rozwiązań pozytywnych.

Początkowo działaliśmy jako nieformalne Porozumienie Oświatowe. Utworzyliśmy je wcześniej wraz z rodzicami uczniów i uczennic warszawskich szkół, gdy występowaliśmy przeciwko likwidacji placówek oświatowych. Chociaż przez pewien czas był to dobry pomysł na wspólne działanie, zobaczyliśmy, że formuła luźnego porozumienia przestała się sprawdzać. Dlatego na jednym ze spotkań Porozumienia Oświatowego zdecydowaliśmy o powołaniu Inicjatywy Mieszkańców „Warszawa Społeczna”.

Połączyliśmy siły – do stowarzyszenia należą rodzice uczniów i pracownice stołówek ze szkół z dzielnic Śródmieście, Mokotów i Bemowo, działacze i działaczki studenckie, oświatowe i społeczne, mieszkańcy Warszawy. Działamy wspólnie i wspólnie decydujemy o kolejnych działaniach.

Postanowiliśmy, że będziemy zajmować się nie tylko sprawami dotyczącymi warszawskiej oświaty, ale także innych dziedzin życia i polityki miejskiej. Dzisiaj likwiduje się szkolne stołówki, jutro czekają nas kolejne podwyżki cen biletów czy prywatyzacja miejskich wodociągów i idąca za tym podwyżka opłat. Miasto nie ma pomysłu ani na politykę społeczną, ani na politykę propracowniczą. W społeczeństwie rośnie liczba osób starszych, o których potrzebach często się zapomina. Rosnące ceny mieszkań wykraczają poza możliwości budżetowe większości mieszkańców, a tym, którzy nie są w stanie płacić czynszu, miasto proponuje jedno rozwiązanie – eksmisję. Sposobem na łatanie miejskiego budżetu stała się prywatyzacja, co odbywa się ze szkodą dla mieszkańców, którzy w konsekwencji zmuszeni są płacić wyższe stawki za podstawowe usługi. Niestety mógłbym tak wymieniać w nieskończoność…

Co istotne, miejscy decydenci są świetnie zorganizowani. Mieszkańcy – organizują się ad hoc. Uznaliśmy, że byłoby bez sensu przy każdej sprawie organizować się po raz kolejny od zera. Dlatego połączyliśmy siły i utworzyliśmy przeciwwagę dla antyspołecznych pomysłów miejskich decydentów.

Organizujemy manifestacje i marsze. Protestujemy i zabieramy głos na sesjach i komisjach rad dzielnic i miasta. Podejmujemy działania prawne, jak np. wtedy, gdy w związku z likwidacją szkolnych stołówek złożyliśmy zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstw przez zarządy dzielnic Bemowa, Mokotowa i Śródmieścia. W naszych akcjach bazujemy na całościowym i pozytywnym programie opartym na aktywnej polityce społecznej, edukacyjnej, mieszkaniowej i pracowniczej, zwiększeniu wpływu mieszkańców na proces podejmowania decyzji przy wykorzystaniu mechanizmów budżetu obywatelskiego i demokracji uczestniczącej oraz sprawiedliwości społecznej, którą uważamy za konieczny warunek ekonomicznej efektywności i społecznego rozwoju.

Wydawałoby się, że w Warszawie jest sprzyjający grunt dla waszych działań – największa liczba mieszkańców w skali Polski, liczne wyższe uczelnie, ponadprzeciętne zarobki, zaplecze organizacyjne i teoretyczne – liczne inicjatywy, intelektualiści itp. Co z tego wynika?

M. Ł.: Wielkość Warszawy to jej duży potencjał, ale też duże wyzwanie. Znacznie łatwiej działa się na mniejszym terenie. Zdajemy sobie z tego sprawę, dlatego zamierzamy działać zarówno na poziomie całej Warszawy, jak i na poziomie konkretnych dzielnic.

Zarobki w Warszawie być może faktycznie są nieco wyższe niż w innych częściach kraju, ale i odpowiednio wyższe są wydatki na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych. Średnia warszawskich wynagrodzeń jest sztucznie zawyżona przez wysokie uposażenia managementu i przedstawicieli biznesu. Większość central korporacji, przedsiębiorstw i instytucji finansowych mieści się w stolicy. Żyjemy w mieście, w którym nierówności społeczne widać jak na dłoni. Obok ludzi niemal niewyobrażalnie bogatych żyją bardzo biedni. Większości mieszkańców Warszawy się nie przelewa. Młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy, pracują za grosze na umowach śmieciowych. Warszawa to ogromny rezerwuar taniej siły roboczej. Dostatnie życie w stolicy to mit.

W swojej działalności współpracujemy z kadrą naukową, młodymi naukowcami – wykorzystujemy ich wiedzę i potencjał. Bliskość wyższych uczelni z pewnością nam sprzyja. W Warszawie pracuje wielu wybitnych naukowców i zdolnych doktorantów. Jednak nie tworzą oni zwartego środowiska i przeważnie pracują indywidualnie – stąd więc zaplecze teoretyczne jest w pewnej rozsypce. Liczymy, że uda się nam je bardziej zintegrować.

Co do intelektualistów, odnoszę wrażenie, że Polska cierpi obecnie na kryzys intelektualizmu rozumianego jako przekuwanie wiedzy w konkretne działania i przy jej wykorzystaniu zmienianie rzeczywistości wokół siebie. Bardzo wielu ludzi reprezentuje specyficzny typ „inteligenta”, oparty na elitaryzmie. Mam na myśli ludzi, którzy z jakiegoś powodu, np. dlatego, że przeczytali kilka „trudnych” książek, czują się lepsi od innych. Takich ludzi jest niestety w Warszawie na pęczki. A przecież wszyscy jesteśmy równi, tylko wykonujemy różne zawody i mamy różne zainteresowania – z takiego założenia powinniśmy wychodzić. Żadna przeczytana książka nie uczyni człowieka lepszym od drugiego. I jakkolwiek dobra by nie była, nie zmieni świata sama z siebie. Warto ją przeczytać, ale do wprowadzenia zmian potrzebny jest również czyn.

Czym się różnicie od innych środowisk lewicowych czy prospołecznych, które działają w stolicy?

M. Ł.: W Warszawie działają setki stowarzyszeń. Chociaż niejednokrotnie przyświecają im szczytne cele, ich działalność skupia na pozyskiwaniu grantów i dostosowywaniu podejmowanych inicjatyw do potrzeb projektów. W ten sposób grantodawcy skutecznie je kontrolują. Stowarzyszenia nie mogą pozwolić sobie na działania nazbyt polityczne, tzn. skierowane przeciwko złym decyzjom władzy. Nie twierdzę, że nie trzeba szukać możliwości pozyskiwania funduszy na swoje działania. Po prostu uważam, że pieniądze nigdy nie powinny być najważniejsze. Do namalowania transparentów, wydrukowania ulotek i plakatów czy podjęcia działań prawnych nie potrzeba dużych pieniędzy. Wystarczy inicjatywa.

Większość stowarzyszeń nie chce „babrać się w polityce”. Tymczasem polityka to nasza codzienność. Szkolna stołówka lub jej brak. Dobra praca lub bezrobocie czy umowa śmieciowa. Długofalowy program budowy mieszkań, mieszkania komunalne i socjalne lub komercyjny wynajem przez całe życie i eksmisje na bruk. Nie trzeba być w partii politycznej, żeby domagać się od władz realizacji postulatów prospołecznych. Nie dajmy odebrać sobie głosu i prawa do decydowania o własnym losie.

Są również jednak w Warszawie inicjatywy wyróżniające się pozytywnie na tle innych, np. lokatorskie, które pomagają osobom zagrożonym eksmisją lub mającym inne problemy mieszkaniowe. Problemem większości warszawskich organizacji lewicowych jest natomiast często fakt, że próbują działać obok społeczeństwa – działanie stało się stylem życia, a nie sposobem na rozwiązanie konkretnych problemów, uzyskanie konkretnej zmiany czy widocznych rezultatów. Tworzą niepotrzebną barierę między sobą a „normalsami”, jak nazywają nieraz innych ludzi. Organizują niezrozumiałe happeningi, nie prowadzą działań długoterminowych, nie stawiają sobie celów, tylko wciąż żyją w sferze marzeń. Warto marzyć, ale z marzeń trzeba sobie również czynić cele. Idee są bardzo ważne, ale równie ważna jest skuteczność podejmowanych działań. Ważne są małe sukcesy, które budują organizację i zaufanie innych ludzi. Ważne są struktury, wbrew temu, co mówią niektórzy lewicowcy, uważający każdą formę organizacji za złą i „hierarchiczną”. Tak naprawdę to często w nieformalnych grupach brakuje demokracji. Lider wyłania się sam, powstają koterie, zasady demokracji zastępują nieformalne relacje pomiędzy członkiniami i członkami grupy, na które część z nich nie ma żadnego wpływu.

Nie namawiam do nawiązywania współpracy z SLD czy Prawem i Sprawiedliwością, bo to żaden sposób na skuteczne działanie, a jedynie na ścieżkę osobistej kariery. Partie te niejednokrotnie udowodniły, że interesy społeczne obchodzą je tyle, co zeszłoroczny śnieg. Namawiam do podjęcia działań, które faktyczne będą podważały status quo. Które będą zmieniały otaczający nas świat. Nie zawsze będą to działania bardzo medialne, często wymagają spędzenia długich godzin przy komputerze, przygotowania prawnej czy programowej analizy, poświęcenia kilkunastu godzin na obejście szkół czy zakładów pracy, zebranie podpisów, przeprowadzenia lub rozwiązania setek indywidualnych spraw i problemów. Jednak długofalowo to właśnie takie przynoszą rezultaty. I to dzięki nim organizacje rosną w siłę i mogą skutecznie działać.

Inicjatywa Mieszkańców „Warszawa Społeczna” idzie własną drogą. Mamy wiele pomysłów, spory potencjał, jesteśmy mocno prospołeczni. Nie dzielimy się ze względu na sprawy dotyczące obyczajowości, każdy z nas ma prawo do swoich poglądów. Chociaż uważam, że sprawy mniejszości są istotne, to cieszę się, że skupiliśmy się głównie na sprawach większości, ponieważ brakuje organizacji, które by się nimi zajęły. O nich również najrzadziej mówi się w telewizji i pisze w kolorowych gazetach. Bo bieda nie jest medialna.

W Deklaracji Programowej „Warszawy Społecznej” przypominacie treść 16. artykułu Konstytucji, który mówi, że gmina to wspólnota wszystkich mieszkańców. „Warszawa Społeczna powstała po to, aby to zdanie przestało być martwym zapisem” – deklarujecie. Jakie są cele Waszej działalności?

M. Ł.: Celem naszej działalności jest polepszenie bytu mieszkańców Warszawy, zmniejszenie nierówności społecznych i zwiększenie wpływu mieszkańców na proces podejmowania decyzji. Chcemy zrealizować postulaty zawarte w naszej Deklaracji Programowej, począwszy od dostępnej dla wszystkich i wielowymiarowej edukacji, inwestowania w kompleksową i skoordynowaną politykę społeczną i zwalczania bezrobocia oraz kształtowania polityki propracowniczej, po aktywną politykę mieszkaniową, tańszą komunikację publiczną, tworzenie wspólnych przestrzeni miejskich, ochronę przyrody, dostępną dla wszystkich kulturę, niedopuszczanie do kolejnych prywatyzacji. Chcemy, aby dzięki mechanizmom demokracji uczestniczącej i bezpośredniej mieszkańcy zaczęli mieć wpływ na kształtowanie długoterminowych polityk miejskich i kluczowe decyzje dotyczące ich codziennego życia. Uważamy, że takie decyzje jak np. likwidacja szkoły powinny zostać poprzedzone przeprowadzeniem obligatoryjnych lokalnych referendów. Gmina to nie tylko aparat urzędniczy, ale – przede wszystkim – mieszkańcy. I to oni powinni mieć decydujący głos. To od nich pochodzą pieniądze w miejskim budżecie, więc to oni mają prawo decydować o tym, jak zostaną zużytkowane – oni też najlepiej wiedzą, na co je wydać. Demokracja nie polega tylko na oddaniu głosu raz na cztery lata. Mieszkańcy powinni być podmiotami, a nie przedmiotami zmian.

Wróćmy trochę do punktu wyjścia naszej rozmowy. Wydaje się, że to właśnie młodzież stanowi jedną z grup najmocniej poszkodowanych przez dzisiejszy system. Jak oceniasz poziom świadomości obywatelskiej tej grupy wiekowej? Jak skutecznie przekonywać ich do aktywności zbiorowej, do jedności i solidarności w walce o rozwiązania systemowe czy choćby w konkretnej sprawie?

M. Ł.: Młodzi ludzie wiedzą doskonale, w jak dramatycznej sytuacji się znaleźli. Frustracja jest ogromna. Ludzie pracują po to, żeby się uczyć. Uczą się po to, żeby pracować. Kończą studia i dalej pracują tam, gdzie pracowali – czyli w większości na niskopłatnych stanowiskach. Albo tracą pracę, bo nie-studenta już nie opłaca się zatrudniać. A gdy zwykłej młodej rodzinie urodzi się dziecko, to jest już tragedia. Opłaty za żłobek, przedszkole. Koszty utrzymania znów wzrastają. Młodzi ludzie wiedzą, na czym stoją, ale nie wiedzą, jak z tym walczyć. Nie widzą na horyzoncie żadnej siły społecznej ani politycznej, która stanęłaby po ich stronie. Więc jak w takiej sytuacji mają sobie radzić, jeśli nie indywidualnie? W koło propaganda sukcesu, nikt nie chce być looserem. Młodzi wstydzą się swojej biedy i nie chcą się nią „chwalić”. Udają, że wcale tak źle sobie nie radzą. Znoszą to wszystko. Pytanie tylko, do kiedy?

Oczywiście nie wszyscy młodzi tak żyją, a i większości „starszych” wcale nie żyje się lepiej. Podział rysuje się na linii klas, a nie pokoleń, jak to próbują nam wmówić neoliberalni publicyści i politycy. Olbrzymie nierówności społeczne wynikają wprost z obecnego modelu ekonomicznego.

Przed związkami zawodowymi, organizacjami studenckimi, inicjatywami społecznymi stoi duże wyzwanie. Społeczeństwu potrzebna jest siła, żeby znów mogło w siebie uwierzyć. Potrzebne są struktury i praca u podstaw. Hiszpańscy „oburzeni” nie wzięli się znikąd. Masowy protest został zorganizowany przez dwie duże organizacje młodzieżowe o silnych strukturach i zakorzenieniu w swoich społecznościach. Organizacja strajków generalnych w państwach zachodniej Europy była poprzedzona staraniami o rozwój związków, codzienną pracą w pojedynczych zakładach pracy. Tej lekcji nie możemy odpuścić, jeśli zależy nam na prawdziwej równości i solidarności.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Wrzesień.

Strona Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego: demokratyczne.pl

Strona Stowarzyszenia Inicjatywa Mieszkańców „Warszawa Społeczna”: warszawaspoleczna.pl

Rewolucja w pożyczkach

Prasę ostatnimi czasy obiegła reklama pożyczek wyróżniająca się na tle wielu innych, znanych z mediów czy przydrożnych słupów. Rzeczony kredytodawca zapowiedział „rewolucję w pożyczkach”, posługując się stylistyką rodem z czasopisma radykalnej lewicy. Grafika przedstawia tłum machający flagami i transparentami oraz utrzymana jest w ostrej, czarno-czerwonej kolorystyce. Może to nasunąć paradoksalny, choć wcale nie absurdalny domysł – czyżby pracownikiem agencji reklamowej, który tworzył projekt dla tegoż pożyczkodawcy, był ktoś związany ze środowiskiem ideowej lewicy?

Przecząca odpowiedź na to pytanie winna wynikać raczej z faktu, że środowisko takie jest stosunkowo niewielkie, a więc i szansa na przypadkowe spotkanie z dziełem któregoś z jego przedstawicieli wydaje się znikoma. Odpada tym samym najłatwiej wlatująca do głowy odpowiedź, że osoba kontestująca zastany system z pewnością się nim brzydzi, więc nie poszłaby nigdy na kolaborację z podmiotem mającym tak silny udział w reprodukowaniu wolnego rynku – z biznesem reklamowym. Fakty w tym zakresie okazują się paradoksalne: buntownicy i twórcy reklam są często tymi samymi ludźmi, co – jak wskazał w jednym z wywiadów Benjamin Barber – świetnie ilustrują dalsze losy pionierów buntu przeciwko Dwightowi Eisenhowerowi.

Do interesującego wniosku prowadzi również odwrócenie tego rozumowania – czyżby retoryka i stylistyka środowisk kontestujących kapitalizm z lewej strony sceny politycznej, była dla samego kapitalizmu tak mało groźna, że będzie on ją reprodukował? Obserwacje skłaniają ku odpowiedzi twierdzącej. Minęło bowiem już ponad 150 lat od czasu, gdy Adam Mickiewicz wskazywał, że słowo „rewolucjonista” jest dla europejskiej reakcji straszliwe i brzmi jak barbaryzm. Dobrze ów wniosek ilustruje również fakt, że partie liberalne bez większych tożsamościowych perturbacji zaadaptowały lewicowe hasła o emancypacji i tolerancji.

Bardziej obszerne od – niewątpliwie ciekawej – formy graficznej pole do refleksji skrywa jednak samo hasło „rewolucja w pożyczkach”. Choć dla jego autora zapewne nie miało wartości większej od otrzymanej premii, zawrzeć w nim można de facto całą historię funkcjonowania ostatniego wcielenia gospodarki wolnorynkowej. Wcielenia, opartego już nie na sferze produkcyjnej (jak w wieku XIX), nie na stabilności (jak w pokoleniu powojennym), lecz na ciągłym przyspieszaniu i generowaniu gargantuicznych zysków poprzez obrót papierami wartościowymi.

Cała ta maszyneria turbokapitalizmu upodobniła się do supernowoczesnego samochodu, za kierownicą którego usiadł pirat drogowy. Jegomość ów – wiedziony bezkresnym, acz naiwnym optymizmem – przed ruszeniem wymontował z pojazdu hamulce, poduszki powietrzne, pasy i resztę instrumentarium mającego zapewnić bezpieczeństwo w czasie kraksy. Po tych operacjach zasiadł na fotelu kierowcy w przekonaniu, że wystarczy coraz mocniej cisnąć na gaz, a wówczas – nawet bez trzymania kierownicy – auto będzie bezpiecznie jechać, nieustannie zwiększając prędkość. Rajdowiec zapomniał jednak, że na liczniku prędkości trzycyfrowa liczba z dwójką z przodu zapewnia bardzo szybkie dotarcie na miejsce, lecz przy takim tempie jazdy wystarczy uderzenie niewielkiego kamyczka w oponę, by zaliczyć wywrotkę i dachowanie.

Rozpędzanie się pojazdu nie rozpoczęło się bynajmniej w momencie, gdy szwedzcy socjaldemokraci po raz pierwszy od niemal półwiecza przegrali wybory, a Friedrich von Hayek został nagrodzony Noblem w dziedzinie ekonomii. Mało kto analizuje niestety powstanie doktryn lewicowych w korelacji z narastającym sprzeciwem przeciwko „przyspieszeniu”. A przecież wiele wspomnień czy pamiętników z połowy XIX w. zawiera fragmenty świadczące wprost o zdumieniu autorów, spowodowanym szybkością jazdy parowych lokomotyw, przekazywaniem informacji drogą telegraficzną czy coraz szybszym reagowaniem prasy na istotne wydarzenia. I choć zbyt prostym byłoby stwierdzenie, że owa plejada wynalazków została zrodzona z blasku kapitalistycznej doskonałości, to jednak nietrudno dostrzec, że postęp technologiczny szybko został skolonizowany i służył potrzebom rynkowej machiny. Perwersyjny ciąg dalszy sytuacji, w której genialność myśli ludzkiej zostaje sprowadzona do roli instrumentu maksymalizującego zyski objawia się w pełnej krasie także dziś. Przejawem tego zjawiska była choćby niedawna batalia wokół porozumienia ACTA, wynikająca z hipertrofii prawa własności intelektualnej.

Kapitalizm w swej neoliberalnej formule przechwycił jednak jeszcze jedną, istotniejszą sferę – czego dobitnym przejawem była wspomniana reklama pożyczek. Obecnie oto – co umyka uwadze tradycjonalistycznych zwolenników gospodarki rynkowej w wersji hard – kultywowane przez wiele lat oszczędzanie stało się postawą niewygodną dla globalnej gospodarki. Wyliczenia ekonomistów pozbawiają złudzeń w tym zakresie. O ile na początku ostatniej dekady XX w. amerykańska rodzina średnio 8% dochodów przeznaczała na poczet oszczędności, o tyle w roku 2000 odsetek ten był bliski zeru. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że za zjawisko zaniku oszczędzania odpowiedzialne było przede wszystkim 20% gospodarstw domowych o najwyższych dochodach. A jako że – jak powiadał Marks – ideologia klasy panującej jest ideologią panującą w społeczeństwie, moda na przeznaczanie całości środków na beztroską konsumpcję stała się wkrótce powszechna.

Rynek rychło znalazł jednak sposób, by przekroczyć nawet granicę 100% konsumowanego dochodu. Tak mniej więcej rysuje się geneza mody na branie pożyczek, zapoczątkowanej przez zręczne posunięcie Systemu Rezerwy Federalnej USA (FED), który obniżył stopy procentowe, sprawiając, że kredyty stały się niemal powszechnie dostępne. W wielu analizach tego zjawiska słusznie wskazuje się, że jego efektem było napompowanie olbrzymiej bańki spekulacyjnej w sektorze nieruchomości. Niewielu autorów zwraca jednak uwagę, że punkt ciężkości w sferze gospodarczej przesunął się tym samym z „tu i teraz” na „tam i wtedy”.

Z ekonomicznym kultem przeszłości (vide: ziemia z dziada pradziada) rynek rozprawił się już wiele lat temu, czyniąc z tradycjonalistycznej warstwy chłopskiej miejski proletariat, który musiał się troszczyć o „teraz”; ujmowany obrazowo jako obawa „Czy jutro będzie co włożyć do garnka?”. Na użytek tej konstrukcji wygenerowano mit „od pucybuta do milionera”, który znaczył mniej więcej tyle: pracuj ciężko dzisiaj, by jutro móc posiadać więcej. Rewolucyjny ładunek, zawierający się w tanich i powszechnie dostępnych kredytach doprowadził do przejścia także tego etapu. Po cóż bowiem czekać, aż skrupulatnie okładane pieniądze osiągną kwotę, która umożliwi oszczędnemu posiadaczowi „szał zakupów” (znaczący w XIX w. tyle, co zakup pary butów…)? Odległą przyszłość może znacznie przybliżyć wizyta agenta pożyczkowego w domu klienta, który to jegomość dodatkowo – uszczęśliwiając gospodarstwo domowe kredytem hipotecznym – będzie miał szansę na premię od sprzedaży tychże kredytów. Kapitał okazał się więc mieć charakter już nie tylko ponadnarodowy, ale także swoiście ponadczasowy.

„Rewolucja w pożyczkach” nie ma jednak znaczenia wyłącznie ekonomicznego. Co prawda, w przeciwieństwie do niegdysiejszej kolonizacji, „kolonizacja przyszłości” nie niesie ze sobą nędzy i śmierci milionów ludzi. Jednak i ona – za zasłoną uśmiechniętych bonzów – generuje negatywne tendencje na wielu płaszczyznach. W odróżnieniu od swej poprzedniczki, która koncentrowała się na przerzucaniu bogactwa z terytoriów peryferyjnych do ówczesnego światowego centrum, pożyczkowa rewolucja wytwarza takie tendencje nie tylko w „trzecim”, ale także w „pierwszym” świecie.

Wiele można by napisać – i wiele już napisano – o degradacji olbrzymich przestrzeni planety oraz łamaniu praw człowieka w azjatyckich fabrykach, byle tylko uczynić zadość rozbuchanym apetytom konsumpcyjnym krajów Zachodu. Bardziej interesujące wydaje się jednak dostrzeżenie nowych pól konfliktu, które tworzą się w Europie. „Rewolucja w pożyczkach”, jak każda chyba rewolucja, wymaga wszak ofiar – a tymi często padają osoby zwyczajnie mamione wizją np. „lepszych świąt”, które można urządzić pożyczając zaledwie kilkaset złotych. O tym, że taka pożyczka – z powodu specyficznie skonstruowanej umowy – często może się skończyć wielotysięcznymi długami, albo nawet wizytą komornika, donoszą regularnie nawet „urzędowo-optymistyczne” media. Każdy odcinek popularnej „Sprawy dla reportera” dostarcza w tym zakresie materiału do wielomiesięcznej, wytężonej pracy dla organizacji społecznych.

Krzyk samotnych staruszek, które zostały wplątane w spiralę długów i wylądowały w socjalnym mieszkaniu z pleśnią na ścianach, jest jednak zazwyczaj słabo słyszalny. W dobie uwiądu oddolnej samoorganizacji wcale nie lepiej przedstawia się również zakres artykulacji bardziej długofalowych postulatów przez osoby, które ukończywszy studia zmuszone są mieszkać z rodzicami, bo praca na umowę zlecenie nie daje zdolności kredytowej, co wyklucza możliwość zakupu mieszkania. W tej sferze rzeczywistość negatywnie weryfikuje libertariański sen o „dobrowolności” zadłużania się, wulgarnie wyrażany przez Janusza Korwina-Mikke poprzez zachęty do „mieszkania w psiej budzie do momentu zebrania 200 tys. zł na zakup domu”. Pożyczki oparte są bowiem na formie przymusu symbolicznego, który polega na umiejętnym wykorzystaniu naturalnego odruchu obronnego przed biedą – także biedą relatywną. Stąd każdy nadprodukowany inteligent, który nie może się przed tym zjawiskiem obronić, nosi w sobie potencjał sprzeciwu.

Sprzeciw ten już dziś w krajach takich, jak Grecja czy Hiszpania okazuje się niemożliwym do zgryzienia orzechem dla kapitalizmu po „pożyczkowej rewolucji”. Błąd tkwił wszakże w samych jej założeniach, czyli w zorientowaniu teraźniejszości w oparciu o przewidywanie wyłącznie optymistycznej wizji przyszłości. Wycena każdego kredytobiorcy, eufemistyczne nazywana „określeniem zdolności kredytowej”, polega przecież na założeniu, że aktualna sytuacja zarobkowa nie tylko nie ulegnie pogorszeniu z powodu np. straty pracy, ale że będzie ona wręcz coraz to lepsza. Za 30 lat – rozumują bankierzy – Jan Kowalski nie będzie już li tylko supervisorem w Cinema City, lecz zdąży przejść przez szczebel kierownika obiektu aż do koordynatora regionalnego, a może nawet jeszcze wyżej. Z powodu tak naiwnych kalkulacji „rewolucja w pożyczkach” dziś, na oczach całego świata, pożera własny ogon.

Piotr Kuligowski

Wielki ekonomista w ludzkiej skali (Pamięci prof. Tadeusza Kowalika)

Wiadomość o odejściu Tadeusza Kowalika (1926-2012) wywołała uczucie pustki i bezpowrotnej straty. Dla mnie podwójnej, bowiem był dla mnie nie tylko autorytetem, ale i przyjacielem.

Pisanie o tym nie jest więc łatwe. Trzeba mieć świadomość, że pisze się o człowieku-instytucji – nie tylko o ekonomiście dużego formatu, ale i o zaangażowanym intelektualiście, który miał zdolność i odwagę publicznie poddawać krytyce rzeczywistość społeczną. W swym długim, aktywnym życiu uczestniczył w wielu procesach i wydarzeniach nie tylko jako ich recenzent i komentator, ale także jako osoba starająca się mieć merytoryczny wpływ na bieg spraw. Owa mnogość ról, w które wchodził i bogactwo życiorysu muszą w pierwszej chwili przerastać kogoś, kto – tak jak ja – licząc sobie jedynie 25 lat, próbuje oddać wielkość tej postaci i jej dorobku. Z drugiej strony, prywatnie postać Tadeusza ma dla mnie równolegle ludzką skalę – skalę jego wątłej, aczkolwiek żwawej sylwetki, spacerującej obok mnie podczas wspólnych przechadzek po Polach Mokotowskich, które kilkakrotnie odbyliśmy w ciągu ostatniego roku.

Właściwie nie wiem, od którego wymiaru tej postaci zacząć: publicznego czy prywatnego. W momencie, kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, miałem przed oczami przede wszystkim znajomego i poważanego człowieka, a nie wybitnego ekonomistę. Jednak nastrój chwili wymaga, by zacząć od tego drugiego wizerunku Profesora i przypomnieć, co wniósł lub nadal może wnieść w życie szerszego kręgu odbiorców. Losy jego długiego, bardzo aktywnego i zaangażowanego życia obfitowały w liczne zwroty i dylematy, podobnie jak czasy, w których żył. Można dziś różnie oceniać jego poszczególne wybory, jednak trudno nie zgodzić się, że kwestia sprawiedliwości społecznej była mu bliska przez cały czas. Biorąc pod uwagę czasy po przełomie 1989 roku, jego postawa i światopogląd jawią się jako nad wyraz spójne i konsekwentne. Był nieprzejednanym krytykiem modelu transformacji przeprowadzonej przez Leszka Balcerowicza i drogi rozwoju realizowanej przez kolejne formacje aż po dziś dzień. Owym konsekwentnym kontestowaniem „jedynej słusznej drogi”, skazującym go na marginalizację w ramach ekonomicznego mainstreamu, zaskarbił sobie uznanie i respekt wśród wielu środowisk antysystemowych.

Zaklasyfikowanie Profesora po prostu jako krytyka transformacji wydaje się jednak spłaszczeniem jego wizerunku. Krytyka przez niego przeprowadzana była nie tylko konsekwentna, ale i podbudowana rozległą wiedzą i argumentacją ekonomiczną oraz szerokim i pogłębionym spojrzeniem na historię (także zakulisową) transformacji i jej konsekwencji, co odtworzył m.in. na kartach swego ostatniego dzieła „www.polskatransformacja.pl”.

O dostrzeżenie i przyjęcie alternatywnych ścieżek rozwoju apelował do końca. Rozeznanie w nich uzyskał podczas licznych podróży jako wykładowca po różnych krajach świata. Prawdopodobnie to one, jak i lektura zagranicznej literatury ekonomicznej, już dawno uświadomiły mu, że model neoliberalny nie jest ani jedynym, ani najskuteczniejszym. Swoją wiedzę na temat wielości systemów ekonomicznych przedstawił w książce „Systemy gospodarcze, efekty i defekty reform i zmian ustrojowych” (2005), która stanowi swoiste kompendium wiedzy, czekające na kontynuację i aktualizację. Jego aktywność w tym obszarze nie doczekała się niestety zasłużonego rozgłosu, a sam Profesor nieraz ubolewał, że w polskich naukach ekonomicznych kuleje nieco komparatystyka, że za mało badamy rozwiązania, które funkcjonują w innych krajach i nie wykorzystujemy ich jako inspiracji.

Podróżował – na ile pozwalał mu pogarszający się stan zdrowia – do końca. Gdy widzieliśmy się zimą, wspominał, że ma jeszcze zaplanowany odczyt w którymś z krajów Ameryki Łacińskiej na temat Michała Kaleckiego (w dobie kryzysu, w wielu częściach globu, choć niestety nie u nas, odżyło zainteresowanie tradycjami myśli ekonomicznej dalekimi od neoliberalnej ortodoksji). Dziedzictwo Kaleckiego znał jak mało kto. Znał równie dobrze dorobek Ludwika Krzywickiego, a także paru innych twórców polskiej myśli ekonomicznej, dziś zapomnianych przez główny nurt, np. swojego przyjaciela – Włodzimierza Brusa, którego pisma do końca troskliwie przechowywał w swym pełnym książek mieszkaniu przy Alei Niepodległości.

Źle by jednak się stało, gdyby z tych wspomnień wyłonił się obraz Profesora wyłącznie jako kustosza wartościowych, ale zakurzonych tradycji ekonomicznych czasów minionych. Do końca bowiem interesował się ideami krążącymi we współczesnej światowej debacie ekonomicznej oraz aktualnymi procesami społeczno-gospodarczymi. To, co trapiło go szczególnie, to krzepnięcie na naszych oczach cywilizacji pogłębiających się nierówności i niesprawiedliwości społecznej. Choć jako socjaldemokrata był siłą rzeczy bardziej kojarzony z poglądami na temat krajowych systemów gospodarczych, nie stronił od wyrażania pogłębionych opinii na temat globalnego kontekstu, który przedstawiał jako „kapitalizm kasyna”, a także tendencji zachodzących nie tylko na naszym podwórku, lecz wspólnych dla innych państw i instytucji wspólnotowych UE w czasie kryzysu (jego irytację wywołała powszechna na kontynencie obsesja na punkcie cięć budżetowych).

Tym, co mnie wydawało się szczególnie atrakcyjne w jego podejściu do rzeczywistości ekonomicznej, była zdolność dostrzegania w wielkich procesach i wydarzeniach tego, co społeczne czy po prostu ludzkie. Dostrzegał człowieka zarówno jako twórcę życia ekonomicznego (które nie było w jego rozumieniu skutkiem jedynie ślepej dziejowej konieczności), jak i przede wszystkim człowieka muszącego ponosić na własnej skórze skutki poszczególnych decyzji i ideologii w ramach polityki ekonomicznej. Jeśli sięgniemy po jego „Transformację”, już w pierwszych rozdziałach daje się zauważyć łączenie analizy strukturalnej z drobiazgowym pochyleniem się nad klimatem intelektualnym oraz poglądami reprezentowanymi nie tylko przez całe formacje, ale i przez poszczególne osoby. Co więcej, autor tłumaczy przełomowy moment w polskiej historii społecznej nie tylko poglądami wiodących aktorów, ale zwraca uwagę także na cechy charakterologiczne poszczególnych postaci, które wpłynęły na przebieg wydarzeń (choć warto podkreślić, że stronił od dość wygodnego, a niestety częstego u nas tłumaczenia zła transformacji głównie czynnikami personalnymi).

Jego wiedza w tym zakresie była szeroka, pogłębiona, pochodząca niejednokrotnie z pierwszej ręki. Z uwagą słuchałem jego prywatnych opowieści o tym, jak zmienne były koleje losu i układy między poszczególnymi postaciami. Szczególnie w pamięci osadziła mi się historia tego, jak na początku lat 90. przebywał jakiś czas w Szwecji. Od razu zaczął szukać kontaktów z tamtejszymi socjaldemokratami, wobec których już wówczas czuł ideową sympatię. Tamci jednak nie znając go dobrze, zwrócili się do jego ówczesnego przyjaciela Bronisława Geremka, by ów poświadczył jego lewicowość! Wspominał też, że parę lat później, gdy spotkali się z liderem UW w samolocie, nigdy nie stoczył równie długiej rozmowy o pogodzie i stewardessach. Ich drogi tak bardzo się rozeszły, że trzeba było szukać tematów zastępczych, by przypadkiem nie wejść na obszar polityki. A zapewne nie było to jedyne jego rozejście się ideowe z przyjaciółmi z dawnych czasów.

Profesor mówił o tym wszystkim zazwyczaj z dystansem, nieraz zabarwionym humorem w starym stylu. Gdy jednak przychodziło do odczytu na temat nierówności, sprawiedliwości czy ubóstwa – unosił się, wygłaszając drżącym, niekiedy urywanym głosem płomienne wystąpienia. Tak było również podczas ostatniego wystąpienia, na którym go widziałem – w Fundacji Eberta.

W prywatnych kontaktach był człowiekiem serdecznym, o dużej klasie, ale i wdzięku, zdolnym do zdystansowanej ironii względem czasów dawnych i obecnych, a także względem samego siebie. Nie lubił za to dystansu społecznego ani w stosunkach między ludźmi. Pamiętam, że już w początkach naszej znajomości Profesor nalegał, czy też według jego słów wręcz „wymuszał na mnie” przejście na „ty”. Dla mnie, osoby, która dopiero co kończyła studia, a starszego o równo 60 lat naukowca znała dotąd głównie z lektury jego książek, było to początkowo przedmiotem nie lada konfuzji, wobec czego w ramach e-mailowej korespondencji zręcznie się wymigiwałem. Do czasu. Pewnego razu, gdy spotkaliśmy się w autokarze jadąc na jedną z konferencji, nie miałem już wyjścia – trzeba było przystać na zaproponowaną przezeń „antyhierarchiczną” konwencję.

Potrzeba usuwania hierarchii ujawniała się także w jego stosunku do czytelnika. Jego książki były pisane komunikatywnym, żywym językiem, nie wymagające od odbiorcy rozległego przygotowania ekonomicznego, a jedynie woli krytycznego namysłu nad rzeczywistością i wyjścia poza myślowe schematy. Ów popularyzatorski styl pisania stanowi o dużej użyteczności jego pism, które mogą być czytane i omawiane w szerokich kręgach.

Profesor nie zamykał się też w opłotkach swojej dyscypliny naukowej; dążył do jak najsilniejszego zakorzenienia społecznego nauk ekonomicznych. Gdy zaś szło o politykę społeczną, np. tę realizowaną w Skandynawii, apelował, by tamtejszego modelu welfare state nie wyłączać z gospodarczego kontekstu. Twierdził bowiem, że istnieje silne powiązanie między polityką ekonomiczną a społeczną, a ta ostatnia może być ważnym czynnikiem rozwoju gospodarczego, co pokazały właśnie doświadczenia skandynawskie. To między innymi nasz wspólny entuzjazm wobec nordyckiego modelu społecznego był jedną z głównych osi, na których znajdowaliśmy tak dobre porozumienie. On był w tej kwestii optymistą – zdawał się wierzyć, że drugą Szwecję może budować i nad Wisłą. Ja zawsze byłem nieco bardziej sceptyczny, choć uważam, że spróbować nie zaszkodzi, a książki i artykuły Tadeusza Kowalika mogą dostarczyć ku temu argumentów i zachęty.

To, co wydaje się szczególnie cenne w jego dorobku, to nie tylko taki a nie inny sposób oceny wybranych wydarzeń i zjawisk, ale sama perspektywa patrzenia na rzeczywistość społeczno-ekonomiczną. Prof. Kowalik wielokrotnie powtarzał, że wierzy w ogromną rolę idei w kształtowaniu procesów ekonomicznych, to one w dużej mierze – a nie wyłącznie obiektywna gra interesów społeczno-ekonomicznych – miały determinować to, co działo się w światowej i krajowej gospodarce. Z założenia tego wynika, że to, jakie będziemy mieli idee i poglądy na temat ładu społecznego, wpłynie znacząco na warunki, w jakich będziemy żyli. Społeczeństwa stają przed ciągłym wyborem drogi gospodarczo-społecznej. Oby był to wybór, jakiego zapewne życzyłby sobie i nam Profesor.

Rafał Bakalarczyk

Polityka społeczna potrzebuje rewolucji

Polityka społeczna potrzebuje rewolucji

O pomysłach, a zwłaszcza o braku pomysłów kolejnych rządów na politykę społeczną, konsekwencjach tego stanu rzeczy oraz koniecznych zmianach – rozmawiamy z prof. Julianem Marianem Auleytnerem, prezesem Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej.

***

Zacznijmy od historycznego tła polskiej polityki społecznej. Czy Pana zdaniem międzywojenny dorobek naszego kraju w tym zakresie może stanowić wartościowy punkt odniesienia?

Julian Marian Auleytner: Bardzo rzadko korzystamy z dobrych doświadczeń i wzorców z przeszłości. Żyjemy doraźnymi problemami, nie zastanawiając się, jak one były rozwiązywane dawniej. Dwudziestolecie międzywojenne to bardzo trudny czas kształtowania polskiej państwowości po długim okresie jej nieistnienia. Ówczesna aktywność objawiała się w szczególności przez pomoc weteranom wojennym, którzy wracając z frontu nie mieli mieszkania ani pracy. Na przykład już w 1919 r. uruchomiono wielki kredyt na budownictwo mieszkaniowe, bodajże 15 mln marek – to była olbrzymia kwota. Czyli rozwiązywano problem mieszkaniowy w przypadku najbardziej potrzebujących.

Zostaliśmy też wówczas członkiem-założycielem Międzynarodowej Organizacji Pracy i przyjmowaliśmy międzynarodowe standardy prawne dotyczące warunków zatrudnienia. Ponadto we wspomnianym okresie utworzono Fundusz Bezrobocia – odrębny dla pracowników fizycznych oraz umysłowych. Oczywiście na wsi było gorzej – tam nie istniały żadne standardy socjalne, z wyjątkiem pierwszych rozwiązań dotyczących robotników najemnych. Przyjmowaliśmy system ubezpieczeń społecznych, system ubezpieczeń zdrowotnych z Niemiec, a właściwie z Prus, od Bismarcka. Ustawa o pomocy społecznej z 1923 r., w której zapisano m.in. obowiązek środowiska lokalnego w kwestii zajmowania się człowiekiem biednym czy bezdomnym, była bardzo dobrym standardem prawnym – została zmieniona dopiero po ok. 70 latach funkcjonowania.

Wszystko to pokazuje, że polska polityka społeczna dwudziestolecia międzywojennego posiada konkretny, wartościowy dorobek.

Dwie dekady transformacji ustrojowej rzadko spotykają się z równie pochlebnymi opiniami. Z czego może wynikać fakt, że po 1918 r. miał miejsce pewien postęp w zakresie praw społecznych i systemu zabezpieczenia społecznego, natomiast okres po 1989 r. przyniósł raczej niezadowalające efekty w tej dziedzinie?

J.M.A.: Pierwszy powód, dla którego zmieniła się optyka postrzegania problemów socjalnych, to fakt, że nie są one już tak dotkliwe, jak w okresie międzywojennym. Ówczesne potrzeby, związane np. z głodem, dotykały podstaw egzystencji i wymagały zaspokojenia w pierwszej kolejności. W latach transformacji mieliśmy już zaspokojony pewien podstawowy poziom potrzeb. Poza tym, w międzywojniu ogromną rolę odgrywał bardzo mocno zakorzeniony patriotyzm. Edukacja czasu zaborów miała charakter patriotyczny, służyła wspieraniu polskości. Elita intelektualna okresu międzywojennego była kształcona w duchu miłości do ojczyzny oraz w świadomości zagrożenia ze Wschodu oraz ze strony zachodniej. I ta świadomość była motorem napędowym różnego rodzaju inicjatyw społecznych i gospodarczych. Powstał wówczas choćby Fundusz Obrony Narodowej, gdzie ludzie oddawali obrączki, żeby budować polską armię. Dzisiaj obywatele nie są tak skłonni do działań na rzecz dobra wspólnego. Dla części administracji i elit politycznych sama myśl, że coś trzeba zrobić bezinteresownie dla ogółu, jest śmieszna. Ten problem pojawił się już w realnym socjalizmie, gdy idea „dobra ogółu” została sprowadzona do hasła propagandowego. Z taką dychotomią między słowem a czynem mamy do czynienia również dzisiaj, gdy za patriotycznymi deklaracjami często nie idą czyny.

Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej umożliwiło naszym elitom politycznym „odhaczenie” wielu problemów społecznych – same się rozwiązały, zwłaszcza za sprawą olbrzymiej fali emigracji zarobkowej. Ale czy rzeczywiście? Z kraju zniknęła najbardziej dynamiczna część społeczeństwa, która zamiast tutaj współtworzyć dochód narodowy oraz własną przyszłość, poszukała jej gdzie indziej. W ciągu dwóch lat od akcesji Polsce ubyło 2 mln ludzi w wieku produkcyjnym. Co więcej, dużo młodych kobiet podjęło decyzję o urodzeniu dziecka za granicą, w związku z czym nastąpił u nas gwałtowny niż demograficzny. Nie powinno to dziwić: zasiłki macierzyńskie i wychowawcze w krajach, do których te kobiety pojechały (Niemcy, Wielka Brytania, Francja), są dziesięciokrotnie wyższe niż w Polsce. Kto wyjechał? Najbardziej dynamiczny element społeczeństwa. Młodzi rzucili wszystko, ponieważ gdzie indziej znaleźli dla siebie lepsze perspektywy. Co z tego, że przysyłają pieniądze rodzinom w Polsce, skoro nie stworzyli tutaj równowagi w ramach solidarności pokoleń ze starszymi, którzy zostali.

Część badaczy podkreśla, że polityka społeczna w pierwszej fazie budowy nowego ustroju miała silnie osłonowy charakter. Czy takie zdefiniowanie roli polityki społecznej było słuszne? I jak w praktyce wyglądała realizacja przyjętej doktryny?

J.M.A.: Przypomnijmy, że pierwszym ministrem pracy i polityki socjalnej został Jacek Kuroń, człowiek zapamiętany na tym stanowisku głównie z rozdawnictwa zupy. Otóż w jego mentalności leżało rozwiązywanie problemów przy pomocy filantropii, a nie tworzenia systemu osłon. Za czasów Kuronia zlikwidowano PGR-y, zatrudniające ok. 3 mln ludzi, nie wprowadzając równolegle żadnego programu osłonowego. Do dziś obserwujemy tego skutki w postaci enklaw biedy na terenach popegeerowskich.

W pierwszych latach transformacji stworzono armię bezrobotnych decyzjami, za którymi szła filantropia rządowa. Przykładowo, w Wałbrzychu likwidowano kopalnie, dając ich pracownikom odprawy w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych. Co człowiek biedny, niewyedukowany, mógł zrobić z taką furą pieniędzy? Jeśli był mądry, kupował taksówkę, żeby mieć źródło dochodów. Ale większość marnowała te pieniądze, ponieważ nie byli nauczeni sensownego gospodarowania. Rządowi Mazowieckiego, Kuronia i Balcerowicza wydawało się, że jeśli dadzą tym ludziom pieniądze, to kupią ich milczenie i brak oporu. I kupili, ale równocześnie zafundowali całemu krajowi problemy, które wkrótce dały o sobie znać. Związane z brakiem pracy i dochodów, z wynikającymi z tego patologiami społecznymi, kosztami opieki socjalnej itp.

W związku z tym, jeśli ktoś mówi o początkach transformacji jako o okresie polityki osłonowej, to stanowczo się temu sprzeciwiam. Kluczowe błędy w zakresie polityki społecznej miały źródło w przyjętej koncepcji filantropii i płacenia za milczenie, zamiast wykorzystania tych samych pieniędzy na edukację, szkolenia zawodowe itp. Na przykład dla zwalnianych górników można było uruchomić projekty budowy metra, nie tylko w Warszawie, ale i w innych dużych aglomeracjach: Łodzi, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu. Ci ludzie mieli przecież odpowiednie kwalifikacje, a miasta zyskałyby nowoczesne systemy transportowe, rozwiązujące wiele dzisiejszych problemów komunikacyjnych. Można też było uruchomić program budownictwa mieszkaniowego, odpowiadający na zawsze aktualne problemy, którymi są niedobór nowych mieszkań w stosunku do liczby zawieranych małżeństw oraz postępująca dewastacja starej substancji mieszkaniowej. Podsumowując, pierwszy okres transformacji ustrojowej został zmarnowany z punktu widzenia polityki społecznej, czego skutkiem było nasilenie się licznych problemów i nabranie przez nie charakteru długofalowego.

Jerzy Kropiwnicki, pełniący funkcję ministra pracy i polityki socjalnej w krótkotrwałym rządzie Jana Olszewskiego, powołał przy swoim urzędzie ciało doradcze, złożone z pięciu ekspertów w zakresie polityki społecznej. Gdy upadł rząd Olszewskiego, pierwszą decyzją Kuronia, który ponownie doszedł do władzy, było odwołanie tych doradców. Tak wyglądało długofalowe myślenie o polityce społecznej… I tak już zostało: wszystkie kolejne rządy unikały systemowej współpracy ze środowiskami akademickimi. Przykładem pogardy, jaką darzy się w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej przedstawicieli nauki, może być sytuacja, kiedy z propozycjami udoskonaleń w polityce zatrudnienia przychodzi tam profesor, znakomity znawca tematu, ekspert Międzynarodowej Organizacji Pracy – i nikt z nim nie chce rozmawiać. Od początku transformacji marnotrawi się wiedzę ludzi, którzy mogliby coś doradzić; liczą się tylko interesy polityczne oraz interesy biurokracji rządowej.

W związku z naszym wejściem do Unii, na wszystkich szczeblach powstały różnego rodzaju strategie, do czego impulsem były m.in. wspólnotowe programy pomocowe. Czy w tym sensie integracja europejska wpłynęła na myślenie o polityce społecznej w sposób bardziej długofalowy?

J.M.A.: Polska nie była przygotowana do absorpcji środków unijnych. Uczono się tego na gwałt, mimo to dopiero po dwóch latach wszystko zaczęło powoli funkcjonować. Do dzisiaj niektórzy urzędnicy z Ministerstwa Rozwoju Regionalnego czy z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie rozumieją szczegółów unijnych projektów.

Co dała nam Unia? Po pierwsze, znalazło pracę ok. 2 mln przedstawicieli młodego pokolenia. Po drugie, dostaliśmy środki na doskonalenie zawodowe. Niestety, trzeba powiedzieć, że Program 50+ nie funkcjonuje dobrze, realizacja programów zwalczania bezrobocia wśród młodzieży również pozostawia wiele do życzenia.

Nie wykorzystujemy pozytywnych doświadczeń innych krajów europejskich, choćby pobliskich Niemiec. W obu konstytucjach, niemieckiej i polskiej, znalazły się zapisy o socjalnej gospodarce rynkowej. U naszego zachodniego sąsiada są one realizowane, z czego rząd rozlicza się swoimi exposés, programami politycznymi, wreszcie – jest rozliczany podczas wyborów. U nas socjalna gospodarka rynkowa jest zapisana w Konstytucji, jednak bez żadnych konsekwencji dla partii, premiera, ministra finansów czy ministra pracy – pozostaje martwym zapisem, z którego nic nie wynika.

Obecność we Wspólnocie narzuca pewne standardy socjalne i otwiera dostęp do dodatkowych środków, z drugiej strony jednak – narzuca dyscyplinę finansową. Jak te dwa oczekiwania Brukseli, idące jakby w przeciwne strony, wpływają na kształt polskiej polityki społecznej?

J.M.A.: Myślę, że Unia usiłuje nas uczyć, a my jesteśmy takim niegrzecznym dzieckiem. Pomijamy propozycje różnego rodzaju reform, które powinniśmy przeprowadzić, żeby być krajem bardziej konkurencyjnym. Marnujemy szanse. Potencjał zawodowy Polaków pozostaje niewykorzystany. W krajach skandynawskich aktywnych zawodowo jest znacznie powyżej 70% osób w wieku 15-64 lata, u nas jest to niepełne 55%. Dlaczego w Polsce tak mało ludzi pracuje? A dlatego, między innymi, że nie mamy elastycznego czasu pracy dla kobiet. We Francji dzieli się jeden etat na cztery części, żeby kobiety wychowujące dzieci nie musiały przychodzić do pracy na 8 godzin, tylko na 2 godziny, kiedy chcą. Dopiero od niedawna mamy rozwiązania prawne umożliwiające telepracę. W czasach Internetu istnieją liczne narzędzia pozwalające na pracę w domu, w dowolnie wybranych godzinach, przy jednoczesnej kontroli efektów. Wciąż jednak niewielu pracodawców daje pracownikom taką możliwość.

Kolejna sprawa to podwyższenie wieku emerytalnego. W Polsce aktywna zawodowo jest zaledwie co trzecia osoba w wieku 55-64 lata. Tymczasem w większości krajów unijnych wskaźnik aktywności zawodowej we wspomnianym przedziale wiekowym przekracza 63-65%. Jeżeli mamy przechodzić na emeryturę w późniejszym wieku, to co do tego czasu mają robić osoby, dla których pracy nie ma już teraz? Należy, generalnie rzecz biorąc, stworzyć nowy model mobilności zawodowej i wyedukować do niego społeczeństwo. W dzisiejszych czasach człowiek nie może oczekiwać, że będzie pracował całe życie w jednym zawodzie. Wbrew pozorom, dotyczy to nie tylko zajęć wymagających stosunkowo niskich kwalifikacji. Duża część polskiej kadry profesorskiej nie ma adresów e-mailowych; nie używają nawet PowerPointa, bo przyzwyczaili się, że mając tytuł profesora czy habilitację, nie muszą już niczego się uczyć.

Trzeba wcielić w życie formułę lifelong learning. Kształcenie ustawiczne, rozumiane jako udział w jakichkolwiek kursach czy studiach podyplomowych, obejmuje 13-15% Polaków w wieku 30-65 lat, podczas gdy w Wielkiej Brytanii czy w krajach skandynawskich wskaźnik ten przekracza 25%. Podwyższenie wieku emerytalnego do 67. roku życia jest możliwe w krajach, które zostały do tego odpowiednio przygotowane pod względem edukacyjnym. Pamiętajmy, że rozwiązania techniczne są zawsze funkcją aksjologii. Pytanie, które w związku z tym trzeba sobie zadać, brzmi: jakie wartości proponują nam w zakresie polityki społecznej rządzący? W Polsce nadal traktuje się społeczeństwo z punktu widzenia fiskalnego, a nie obywatelskiego i rozwojowego.

Do tego dochodzi kwestia demograficzna. Francja jest jednym z nielicznych krajów w Europie, w których polityka prorodzinna skutkuje przyrostem ludności. W ciągu 50 lat, od 1960 do 2010, w Argentynie liczba ludności wzrosła dwukrotnie, w Australii i w Chinach również, w Turcji – 2,5 razy, a u nas zaledwie o ok. 15%. Jak to się dzieje, że w innych krajach świata nie ma problemu ze wzrostem demograficznym, a w Polsce jest? W Niemczech, gdzie również mają niż demograficzny, od 5 lat realizowany jest program mający przeciwdziałać temu zjawisku. W kraju tym pojawił się zupełnie nowy pogląd w polityce społecznej, że dziecko to dla państwa nie koszt, lecz inwestycja, gdyż jest ono przyszłym podatnikiem.

Inspirujący jest nie tylko tamtejszy sposób myślenia, ale i rozwiązania instytucjonalne.

J.M.A.: U nas pieniądze na cele socjalne są rozproszone w co najmniej 10 funduszach, podczas gdy w Niemczech od dawna funkcjonuje jeden budżet socjalny, który integruje wszystkie wydatki tego typu. Tak skonstruowany budżet mógłby być dla nas świetną wskazówką podczas reformy finansów publicznych, bo od dawna mówi się o potrzebie wprowadzenia budżetu zadaniowego.

Od pewnego parlamentarzysty dowiedziałem się, że na posiedzeniach komisji budżetowej posłowie zgłaszają postulaty odnoszące się do ich okręgów wyborczych, natomiast niemal żadnych wniosków dotyczących całości Polski. Są oni bowiem przygotowani, że partia i wyborcy będą ich rozliczać przede wszystkim z zaspokajania potrzeb i oczekiwań regionów, z których zostali wybrani. Zapytałem wobec tego: „Czy pan, jako poseł biorący udział w pracach Komisji Finansów Publicznych, zna cały budżet?”. – „Nie, to niemożliwe, ponieważ liczy on kilkaset stron” – odpowiedział. Jeśli poseł nie jest w stanie dokładnie poznać budżetu, to znaczy, że organ ustawodawczy ma tylko wycinkową kontrolę nad tą ustawą. To z kolei oznacza, że dyskutując o wydatkach na szkolnictwo czy na służbę zdrowia, nie wiemy, pomiędzy jakimi sektorami można by dokonać przesunięć. Budżet w Polsce znają dwie osoby: ta, która go tworzy oraz wiceminister, który go referuje w Sejmie. Jeśli zatem chcemy celowych działań w dziedzinie polityki społecznej, zacznijmy od edukowania elit politycznych i społeczeństwa w zakresie budżetu socjalnego, który byłby sumą środków z bardzo różnych źródeł.

Zawsze mnie dziwiło, że w Polsce, gdzie tak wiele partii odwołuje się do społecznej nauki Kościoła, polityka wspierania rodzin i dzietności jest słabo rozwinięta.

J.M.A.: Nasi politycy odwołują się do katolickiej myśli społecznej wyłącznie deklaratywnie. Główna teza encykliki Jana Pawła II Laborem exercens jest taka, że praca stanowi klucz do rozwiązania kwestii społecznej. A u nas nie ma nawet porządnych programów zatrudnieniowych.

W ogóle doktryna socjalna Kościoła po odejściu papieża Polaka została odsunięta i zapomniana. Budzi zdziwienie w wielu kręgach, w tym wśród księży, którzy jej nie znają. Który ksiądz mówi dziś o zatrudnieniu niepełnosprawnych (o czym jest mowa w Laborem exercens) czy o działalności związków zawodowych?

Napisał Pan, że w nowoczesnym państwie opiekuńczym polityk społeczny powinien być „nie tylko urzędnikiem, wydającym decyzje w sprawach socjalnych, ale także animatorem aktywności społecznej, mediatorem w konfliktach socjalnych, programistą nowych przedsięwzięć, obserwatorem procesów społecznych”. Czy takie kierunki studiów, jak polityka społeczna lub praca socjalna, zapewniają odpowiednie przygotowanie do pełnienia wszystkich tych ról?

J.M.A.: I tak, i nie. Polityka społeczna musi bazować na wiedzy akademickiej, ale także na diagnozach socjalnych, gdyż młody człowiek, który po studiach chciałby zaangażować się w pracę społeczną, musi dysponować rozpoznaniem lokalnych problemów wymagających rozwiązania. Po drugie, część przyszłych polityków społecznych jest kształconych nie według wartości, tylko według tego, jak technicznie rozwiązać dany problem społeczny (jakie prawo zastosować, jakie środki uruchomić), co nieraz przesłania im to, czemu w dłuższej perspektywie takie działania mają służyć.

Pozostaje pytanie, czy wszyscy politycy społeczni muszą mieć kierunkowe wykształcenie? Weźmy Marka Kotańskiego, którego można uznać za prekursora rozwiązywania problemów społecznych przez organizacje pozarządowe: nie miał związanego z tym wykształcenia, miał za to powołanie. Polityką społeczną zajmują się, nie używając tego określenia, ludzie reprezentujący bardzo różne kierunki myślowe. Pokładam w takich osobach dużo nadziei.

Wracając do uniwersyteckiego, instytucjonalnego kształcenia przyszłych polityków społecznych: uważam, że powinno być ono oparte na studiowaniu biografii ludzi aktywnych. Kiedy zgłębiamy życiorysy działaczy społecznych, uczymy się od nich tej aktywności. Byłoby to bardziej inspirujące dla studentów, aniżeli samo uczenie się „formułek” związanych z ubezpieczeniami, rynkiem pracy czy nauką o rodzinie. To zupełnie nowy rodzaj dydaktyki, którego w polityce społecznej brakuje.

Polityk społeczny może się różnie nazywać, ale jest zawodem przyszłości, gdyż jest związany ze służbą społeczną, a tej w środowiskach lokalnych będzie potrzeba coraz więcej. Nie tylko dlatego, że społeczeństwo się starzeje, ale również dlatego, że istnieje zapotrzebowanie na integrację społeczności lokalnych, co jest przecież sednem zawodu polityka społecznego.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Rafał Bakalarczyk.

Na bezrybiu po transformacji

Polak mądry po szkodzie? Nie każdy. Gdy słucha się niektórych osób, mających decydujący wpływ na oblicze transformacji ustrojowej, uderza ich niemożność zejścia z torów myślenia, na które skierowali ongiś polski model rozwoju. Co więcej: to, czego bronią, jest często dalekimi od realiów wyobrażeniami na temat ówczesnej rzeczywistości – zarówno naszej, jak i tej na Zachodzie, który ponoć miał stanowić dla nas inspirację.

Michnik w „Kontakcie” z ekonomicznymi realiami

Do takich wniosków przywiódł mnie wywiad z Adamem Michnikiem, opublikowany w czasopiśmie „Kontakt”. Ostatni numer tego periodyku, zatytułowany „Po lewicy Ojca”, poświęcono perspektywom dialogu między środowiskami katolickimi i lewicowymi. Nie dziwi zatem, że dużą część rozmowy z redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” zajmują rozważania na temat jego niegdyś znaczącej książki „Kościół, lewica, dialog” i jej aktualności. W wywiadzie pojawiły się jednak także inne wątki, jak model społeczny czy powinności państwa wobec najsłabszych – i to na nich chciałbym się skupić.

Warto to uczynić tym bardziej, że dla postawy Michnika i jego środowiska po 1989 r. symptomatyczne było konsekwentne unikanie czy wręcz zamykanie dyskusji na temat społeczno-ekonomicznego aspektu transformacji. Prawdopodobnie w obawie przed podważeniem sensu „jedynej słusznej” drogi w oczach społeczeństwa, które mogłoby w konsekwencji zatrzymać proces zmian lub przestawić go na inne tory. Obawy te były o tyle uzasadnione, że sporo realnych powodów do kontestacji status quo miała niejedna grupa społeczna, poturbowana nie tylko przez transformację, która przybrała kształt terapii szokowej, ale także przez cały ciąg przemian kontynuowanych aż do dziś. Czy jednak jest to powód, by przemilczeć negatywne zjawiska społeczne, a tym bardziej odsądzać od czci i wiary tych, którzy odważą się głośno o nich mówić? Nie licuje to z etosem zaangażowanej inteligencji, na duchową więź z którą Michnik z lubością się powołuje.

Ale zostawmy samego Michnika, a przyjrzyjmy się jego tezom na temat polityki społecznej – tej realizowanej, tej pożądanej i tej możliwej do realizacji. Nie są to tezy wyłącznie jego ani nawet szerszego „salonu”, jak zwykli określać otoczenie redaktora GW jego prawicowi adwersarze. To poglądy zbyt powszechnie przyjmowane, by można było je zbyć lub sprowadzić do kwestii środowiskowo-personalnych.

Wędka, ryba i… nauka łowienia!

Jednym z haseł, przy pomocy którego uderza się od dawna w Polsce w instytucje socjalne, jest „wędka zamiast ryby”. Państwo rzekomo daje pasywnym homo sovieticusom liczne świadczenia, utrwalając ich zależność od „socjalu”, podczas gdy należałoby tworzyć bodźce ku temu, by zaczęli aktywnie i skutecznie dbać o siebie i otoczenie. Do takiej filozofii odwołuje się właśnie Michnik i sugeruje, że było to swoiste credo doby transformacji. We wspomnianym wywiadzie przywołuje historię, w której jego druh Jacek Kuroń (wówczas minister) pojechał na spotkanie z księżmi zajmującymi się światem pracy i wrócił rozczarowany. „Próbował tym duszpasterzom zaproponować język wspólnej troski. Jedyne zaś, co oni mieli mu do powiedzenia, to »Rząd ma dać!«. A jeśli nie da, to jest zdrajca, złodziej i łajdak. Otóż filozofia transformacji polegała na tym, żeby dać ludziom nie rybę, lecz wędkę”.

Ten cytat wymaga szeregu sprostowań, tak na gruncie filozoficznym, jak i na gruncie faktów historycznych. Po pierwsze, metaforę ryby i wędki można różnie rozumieć. Czym jest owa wędka? Czy jest to po prostu praca? Jeśli tak, to w Polsce po 1989 r. realizowano coś zgoła odwrotnego niż filozofię wędki – pracy było coraz mniej, wskaźniki bezrobocia dochodziły nawet do 20%! Jeśli dawanie ludziom wędki miało być po prostu wypychaniem ich z systemu świadczeń socjalnych na rynek pracy, aby radzili sobie sami, to takie tendencje można zaobserwować we współczesnej Polsce – świadczenia są coraz bardziej selektywne, a tym samym krąg ich odbiorców się zawęża. Tyle tylko, że samo odbieranie ryby trudno utożsamić z faktycznym dawaniem wędki.

Poza tym, na bezrybiu – gdzie w lokalnych społecznościach brakuje miejsc pracy, a inwestycje nie nadciągają – nie wszyscy mają szanse złowić na tyle dużo, by móc wyżywić siebie i rodzinę.

Jeśli sięgniemy do źródeł tej metafory, a więc do przywołanego bodajże przez Benjamina Franklina indiańskiego przysłowia, to brzmiało ono tak: „Nie dawaj głodnemu ryby, podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. To, co współcześnie w retoryce neoliberalnej bywa pomijane, to właśnie owa „nauka łowienia” – konsekwentne, systemowe działania reintegracyjne (w wymiarze zawodowym i społecznym) wobec osób wykluczonych, a nie powiedzenie „radź sobie sam”. Trzeba jednak stwierdzić jasno, że nawet gdy staw będzie obfitował w ryby, nie każdy okaże się skutecznym wędkarzem. Grupa najskuteczniejszych może zgarnąć niemal całą pulę i dla reszty nie starczy wcale lub zostanie bardzo mało. Dlatego tak ważna jest polityka społeczna – aby poprzez system redystrybucji umożliwić dzielenie się rybami na czytelnych zasadach z tymi, którzy radzą sobie gorzej.

Zupa zamiast wędki

Przechodząc od filozofii społecznej do historii politycznej warto zauważyć, że – wbrew temu, co twierdzi Michnik – filozofia transformacji (jeśli sądzić o niej na podstawie podjętych wówczas działań) wcale nie bazowała na dawaniu wędki zamiast ryby. W większości opracowań opisujących politykę społeczną tamtych czasów wskazuje się raczej na jej nie aktywizacyjno-integracyjny, a osłonowy charakter.

Chodziło o to, by amortyzować społeczne koszty dla grup, które straciły na restrukturyzacji społeczno-gospodarczej. Zwłaszcza grup potencjalnie mogących wzniecić opór. Ludziom nie dano wędki (możliwości zatrudnienia) ani nie uczono ich łowienia ryb – nie finansowano przekwalifikowywania i adaptacji do nowych realiów, co podniosłoby zatrudnialność (employability) tych osób. Dawano im (i to nie wszystkim) niezbyt dużą i mało smakowitą rybę w postaci różnych świadczeń rentowych, przedemerytalnych etc. Od dawna postrzega się to za główną słabość polityki społecznej tamtego okresu, a tym bardziej jako model nie mający uzasadnienia w sytuacji obecnej, gdy zasadniczy przełom jest już za nami, a trzeba sprostać nowym wyzwaniom – związanym z podnoszeniem konkurencyjności i szukaniem odpowiedzi na wyzwania demograficzne.

Jacek Kuroń w swej książce „Moja zupa”, poświęconej opisowi głównych problemów, z którymi mierzył się jako minister pracy i polityki socjalnej, stwierdza, że podstawową trudnością było pozyskanie od ministra finansów środków wystarczających na to, by grupy pokrzywdzone miały co włożyć do garnka. Podczas gdy Kuroń zapewne faktycznie chciał osłonić najsłabszych przed skutkami reform (choć w przypadku wielu grup niespecjalnie mu się to udało), jego polityczni koledzy kierowali się odwrotną logiką. Nie tyle chciano osłonić ludzi przed reformami, ile reformy przed frustracją ludzi – to tym podyktowane były pewne działania osłonowe. Tym samym mający dobre chęci i poczucie odpowiedzialności za rzeczywistość Jacek Kuroń stał się „pożytecznym idiotą”, wchodząc w buty tych, którzy – w przeciwieństwie do niego – wykluczonych mieli w gruncie rzeczy gdzieś.

Działania osłonowe nie sprowadzały się wprawdzie wyłącznie do słynnej zupy ani do telewizyjnych pogadanek Kuronia tłumaczących poczynania rządu. Miały charakter systemowy, dotyczyły nieraz szerokich grup. Niemniej było to jedynie chwilowe łatanie dziur w systemie bezpieczeństwa socjalnego, na dodatek tylko największych, które najostrzej ukazywały braki prowadzonej polityki. Miała ona charakter selektywny i dezaktywizujący, przyczyniając się do wytworzenia niekorzystnego klimatu dla aktywności zawodowej, obywatelskiej i społecznej.

W zasadzie o polityce zawierającej elementy filozofii „wędka zamiast ryby” wedle nowoczesnych, europejskich wzorców tzw. aktywnej polityki społecznej można dopiero mówić w kontekście reform w pierwszych latach XXI wieku. Powstały wówczas m.in. ustawa o spółdzielniach socjalnych czy ustawa o zatrudnieniu socjalnym. Nastąpiło to późno i być może właśnie owo zapóźnienie stanowi jeden z powodów, dla których filozofia ta nie przynosi spodziewanych efektów, mimo zasadniczo słusznych instrumentów. Pewne wzorce dezaktywizacyjne już się w społeczeństwie zakorzeniły i nie jest to wyłącznie spuścizna PRL-owskiego „Czy się stoi, czy się leży…”, ale również właśnie polityki zapoczątkowanej przez transformację.

Państwo wspólnego (!) dobrobytu

Innym problemem, który przewija się przez wywiad z Michnikiem, jest jego stosunek wobec państwa opiekuńczego i modelu socjaldemokratycznego. Tu Michnik wypowiada słowa, które mogą w pierwszej chwili pozytywnie zaskakiwać, ale kończy jednak rozczarowująco. Stwierdza m.in.: „W sensie filozoficznym uważam się za zwolennika państwa opiekuńczego. Tyle tylko, że nie zawsze i nie w każdych warunkach jest ono projektem realnym”, a także: „Jeśli pyta mnie pan o to, jak dzielić społeczne urządzenia – to jestem zdecydowanie za rozwiązaniami socjaldemokratycznymi. Oczywiście, pod warunkiem, że moje państwo stać na ich wdrożenie. Z budżetem państwa jest jak z budżetem rodziny. Chciałbym kupić mojemu synowi samochód, ale na to potrzebne są środki… Nie wystarczy powtarzać, że każdemu dziecku należy się samochód”.

Dochodzimy tu do kwestii rozumienia istoty państwa opiekuńczego i możliwości jego wdrażania. Według mnie Michnik myli się w jednym i drugim. Po pierwsze, pojmuje to zjawisko na sposób indywidualistyczny – w tym ujęciu państwo opiekuńcze, zwane też państwem dobrobytu (welfare state), to państwo, które zapewnia wysoki standard życia wszystkim obywatelom. Jeśli tak postawimy sprawę, faktycznie może się wydawać, że na obecnym poziomie rozwoju Polski nie stać nas na welfare state. Szkopuł w tym, że takie ujęcie państwa opiekuńczego nie sięga do korzeni rzeczy.

Państwo dobrobytu, zwłaszcza w wariancie socjaldemokratycznym, charakteryzowało się bowiem nie tyle wysokim poziomem indywidualnego zaspokajania potrzeb, co inwestowaniem we wspólnotowe formy konsumowania pewnych dóbr i usług, które dla osób mniej zamożnych byłyby nieosiągalne na rynku lub wiązałyby się z obciążeniem nie pozwalającym zaspokoić innych potrzeb. Wśród tych dóbr znajdowała się przede wszystkim opieka nad osobami zależnymi, edukacja w różnych fazach życia, służba zdrowia czy inne instytucje wsparcia. Oczywiście to, co wspólnotowe, przekładało się na indywidualny dobrostan, i to zarówno w wymiarze materialnym, jak i pozamaterialnym. Ponadto w dłuższej perspektywie okazywało się inwestycją w kapitał społeczny i ludzki, co przynosiło pośrednie korzyści dla rozwoju społeczno-gospodarczego, w wyniku którego również indywidualne spożycie mogło być na wyższym poziomie. Rozsądna, elastycznie modyfikowana, ale cały czas hojna polityka społeczna nie była traktowana jako wydatek, lecz jako inwestycja.

Dzielić się zasobami, nie dzielić społeczeństwa

Myślę, że do takiej koncepcji państwa dobrobytu można byłoby przekonać dzisiaj niejedną osobę, ale zaraz pojawi się wątpliwość: zgadzamy się, że polityka społeczna może być inwestycją, ale skąd weźmiemy na starcie pieniądze, by zainwestować? Przecież nas nie stać. Czyżby? Kraje skandynawskie, gdzie instytucje dobrobytu są najgłębiej zakorzenione, mają nie tylko wysoki poziom bogactwa, ale też dużą jego część decydują się przekazać do publicznej kasy w formie podatków. W Polsce wpływy podatkowe są znacznie niższe w relacji do PKB. Gdyby je zwiększyć – podnosząc stawki, ale też koniecznie poprawiając ściągalność od tych, którzy najczęściej nie płacą ich wcale, a powinni, np. części najbogatszych przedsiębiorców – to znalazłyby się większe środki na finansowanie instytucji dobrobytu. Poza tym w samym systemie finansów publicznych wiele środków jest marnotrawionych – wcale nie idą na cele społeczne. Kluczowe jest więc nie tylko to, na jakim poziomie rozwoju gospodarczego jesteśmy jako społeczeństwo, ale też jak dzielimy to bogactwo – najpierw między tym, co prywatne a tym, co publiczne, a następnie w ramach tego, co zgromadzone zostało w budżecie.

Aby zacząć budowę państwa dobrobytu, trzeba jednak zrozumieć jego istotę. Nie chodzi o to, by każdy nastolatek jeździł luksusowym porsche, ale aby wszyscy mieli możliwość taniego dojazdu do szkoły i w inne miejsca. Nie chodzi o to, by każdy emeryt wygrzewał się na wczasach na Hawajach, ale aby wszystkich emerytów stać było na podstawowe leki, wyjazd do sanatorium czy uczestnictwo w życiu wspólnoty lokalnej. Nie chodzi o to, by każde dziecko podróżowało po całym świecie, rezydując w drogich hotelach, ale by każdemu dziecku zapewnić realną możliwość choćby krótkiego, subsydiowanego publicznie wyjazdu wakacyjnego poza miejsce zamieszkania. Podobne przykłady można mnożyć. Mówiąc w skrócie, nie chodzi o to, żeby wszyscy byli bogaci, ale o to, by nikt nie był biedny i wykluczony, a mniej zamożni mogli się cieszyć takim samym dostępem do podstawowych praw, co osoby bogatsze; nie chodzi więc też o to, by wszyscy mieli dokładnie po równo. Wspólne korzystanie z instytucji publicznych buduje przy tym spójne społeczeństwo, mniej podatne na destrukcyjne konflikty i alienację jednostek. Ważna jest nie tyle równość między poszczególnymi osobami, co spójność społeczeństwa, które nie dzieli się na zatomizowane jednostki.

Pesymizm Michnika nie jest więc uzasadniony, choć na pewno trzeba wykonać pokaźną pracę, aby urzeczywistnić powyższy wzorzec. Wydaje się, że błędem ojców transformacji była nie tyle nieudolność w realizacji państwa dobrobytu, ale przyjęcie, że jest to cel nierealny, do którego nie warto próbować zmierzać. Dziś możemy i powinniśmy uczyć się na błędach tamtego pokolenia reformatorów. Warto na starcie zakwestionować przeciwstawianie ryby wędce i szukać sposobów na uzyskanie synergii między działaniami osłonowo-kompensacyjnymi a integracyjno-aktywizacyjnymi. Należy również promować wśród obywateli (zwłaszcza majętnych) ideę większego dzielenia się swoimi zasobami z budżetem, z którego będą mogli per saldo skorzystać wszyscy. Wreszcie, trzeba porzucić mrzonki o indywidualnym bogactwie na rzecz wspólnego dobrobytu. Wszystko to składa się na całkiem realny projekt, także na obecnym etapie ekonomicznego rozwoju Polski. Czas zacząć wcielać go w życie!

Rafał Bakalarczyk

Korczak i moje typy

Gdy wgłębić się w życie Janusza Korczaka, a także wielu postaci Polski międzywojennej, uderza obraz mało dziś znany: postępowej, zaangażowanej inteligencji, tworzącej wówczas faktyczne zręby tego, co obecnie nazywamy społeczeństwem obywatelskim. I przy całej niedoskonałości tamtego, bezpowrotnie utraconego świata, daje do myślenia rozziew między dawną a dzisiejszą epoką.

Myślę, że każdy, kto zetknął się z biografiami bardzo różnych postaci życia publicznego początków XX wieku i międzywojennej Polski, wie, w czym rzecz. Będziemy tu mieli ludzi lewicy i katolików, pisarzy, publicystów, działaczy społecznych, spółdzielców, lekarzy, wydawców, prawników – trudno czasem rozdzielić te role i tożsamości, przyglądając się choćby życiu Janusza Korczaka, Stefana Żeromskiego, Romualda Mielczarskiego, Kazimierza Pużaka, Gustawa Daniłowskiego, Jakuba Mortkowicza, księdza Wacława Blizińskiego, Marii Dąbrowskiej. A te nazwiska można mnożyć.

Z reguły – co także znamienne – nie był to banalny podział na „ludzi pióra” i „ludzi czynu”, w życiu dawała o sobie znać koherencja, zdolność do współpracy, współodpowiedzialności, troski społecznej. Nie obywało się bez gniewu, klęsk, rozczarowań, kłótni, niesnasek, łajdactw i niepowodzeń – strasznie czasem bolała Polska, im piękniejsza jawiła się we snach. Ale nie było też tak, że ta Polska stanowiła coś zbędnego, niechcianego, przypadkowego. Polska i polskość były treścią, sensem i zadaniem. I sprawy, które jej dotyczyły, nie były fanaberią elity zamkniętej w kryształowej wieży, ludzi, którzy muszą ciężko wzdychać, że pechowo urodzili się pod taką a nie inną szerokością geograficzną, w otoczeniu takiej a nie innej, ciemnej mierzwy i tłuszczy, z którą same problemy i niewiele pożytku, którzy chcą się stąd wyrwać, odseparować, wyjść na swoje, machnąć ręką, splunąć.

Co się stało po drodze, od początku wieku XX do roku 2012 – dobrze wiemy. Nie mamy Żeromskiego, który zarówno troskał się o losy dzieci polskiej biedoty, jak i o losy Żydów w służbie polskiego wojska, internowanych po Bitwie Warszawskiej. Mamy parunastu luminarzy, co to zawsze podpiszą list otwarty, którego podstawowa, choć nie wyartykułowana wprost treść brzmi: „Chwała nam i naszym kolegom. Ch… precz”. Mamy parunastu luminarzy obnoszących się z wrażliwością społeczną, bo byli na „Ty” z Jackiem Kuroniem – człowiekiem, który na początku III RP dość pechowo przyjął na siebie zadania, które go przerosły i dał symboliczne i praktyczne przyzwolenie na „terapię szokową” Balcerowicza. Mamy parunastu luminarzy, dla których kwestia praw obywatelskich sprowadza się do paradowania na Manifach, ale byli i są ślepi i głusi na prawa pracownicze, na godność ludzi spychanych na margines coraz bardziej byle jakiej socjalnie Polski. Mamy paręnaście zaciętych feministek, które chętnie wyszydzą katolickich konliberałów, troszczących się jedynie o brzuchy kobiet, ale nie przypominam sobie, żeby te miłe panie wiele zdziałały w sprawie warunków w polskich domach dziecka, zmian w prawie i finansowaniu rodzin zastępczych czy rodzinnych domów dziecka albo w kwestii dostępu „zwykłych kobiet” do dobrej służby zdrowia na prowincji.

Niemal cała dzisiejsza postępowa inteligencja to jakaś parodia, kpina z chlubnych tradycji przeszłości, osobniki lokajskie, żyjące w stanie mentalnego skolonizowania, syte splendorem, jaki im ofiarowano za to, że grzecznie przyjmują istniejący stan rzeczy. Mamy parunastu dżentelmenów, którzy chętnie będą walczyć z krzyżem, ale niespecjalnie wiem, co właściwie mają do zaoferowania w zamian. Etykę indywidualistów i/albo „dorobkiewiczów idei”? Lojalność kół wzajemnej adoracji? Przesyłkę z Holandii dla psa? Wywiad z Dodą? Cynizm, którego nauczyli się od postkomunistów i obrosłych tłuszczem „postsolidaruchów”? Zachwyty nad osobnikami pokroju Palikota i Urbana? Pikietę w obronie Jaruzelskiego na ulicy Ikara? Zwymiotowałby się Krzywicki, Żeromski, Korczak et consortes, gdyby musieli to towarzystwo uznać za swoich dziedziców.

Piszę te słowa, bo jest rok korczakowski, a nie chciałbym, żeby przeszedł on bez jakichkolwiek refleksji innych niż laurkowo-cukierkowe. Bez doświadczenia i poświadczenia bolesnej pustki po ludziach umarłych, wymordowanych albo – co gorsza – wykolejonych dwoma totalitaryzmami, którym w PRL przyszło się na ogół pogodzić z duszną atmosferą okołosowieckiego reżimu, zabijającego w Polakach instynkt społecznikowski, etos zaangażowanej inteligencji, odpowiedzialności społecznej. Piszę te słowa, choć sam nie jestem społecznikiem i mam tego dojmującą świadomość, graniczącą z wyrzutem sumienia. Ale w wieku trzydziestu pięciu lat można jeszcze patrzeć w przyszłość z nadzieją.

Oczywiście, nie jest tak, że mamy dziś w Polsce tylko postępowych inteligentów, którzy nadają się jedynie na to, by zapisać ich na liście „moje typy”. Że poza oczyma mediów, poza dusznym (pół)światkiem dzisiejszej „postępowej kołtunerii”, z zadowoleniem mlaskającej nad samą sobą, jest mnóstwo ludzi wykazujących faktyczną troskę o dobro społeczne, rozumiejących polskość i postępowość jako zbieżne ze sobą, nieantagonistyczne wartości, służące dobru społecznemu, nie beneficjentom przemian. Wiem, że są ludzie, którzy swoje poglądy, nastawienie etyczne, postawy życiowe łączą z troską o rzeczy banalne, „prowincjonalne”, o najlepsze idee socjaldemokracji, pracy i sprawiedliwości społecznej, o polską kulturę i tożsamość. Wiem, że są tacy ludzie także pośród środowisk lewicy antagonistycznych wobec „Nowego Obywatela”. Cześć im, wdzięczność i szacunek za ich często anonimowe, mało nagłośniane prace i myśli. Ale dla tych, co są ich zaprzeczeniem – tylko obrzydzenie i drwina z ich cwaniactwa i samozadowolenia, z ich popularności i lokajstwa, zgięta w łokciu ręka dla ich nic nie kosztującej „walki z ciemnogrodem”, bo często do tego ogranicza się ich wybrakowany humanizm.

Zaimponowali mi ostatnio poznańscy naukowcy i artyści, którzy w proteście przeciwko budowie osiedla kontenerów socjalnych napisali w liście do prezydenta stolicy Wielkopolski, Ryszarda Grobelnego: „Nie chcemy i nie możemy się biernie przyglądać sytuacji, w której Poznań buduje getto biedy, do którego zsyłani mają być najsłabsi mieszkańcy miasta. Bowiem w tym kontekście funkcjonowanie miejskich instytucji kultury, teatrów oraz galerii, staje się farsą, legitymizując i – co gorsze – maskując nieludzką politykę mieszkaniową władz miasta. Nasze przyzwolenie na taki sposób traktowania części mieszkańców Poznania doprowadziłoby do sytuacji, w której kultura przestaje być płaszczyzną krytycznych dyskusji oraz sporu o wartości – stając się jedynie rozrywką dla elit”.

Odnalazłem w tym liście całą dumę, troskę i wielkość naszej dawnej inteligencji. Tak, to był dobry list na rok korczakowski. I widzę jak z zaświatów podpisują się pod nim Korczak, Żeromski, ks. Bliziński i wielu, wielu innych. A kogo nie ma pod tym listem, bo akurat podpisał inny, w obronie swoich kolegów, ten, mówiąc językiem Starego Doktora, zapisał się do grona „cwaniaków, błaznów, ohydnych krętaczy, pokojowej psiarni i kreatur najgorszej sorty”. Własnych inwektyw już nie wymyślam, bo upał. Ale milszy mi polski upał od Was, moje typy.

Społeczna gospodarka rynkowa w saloonie

Wszyscy znamy te obrazki z westernów: sprawiedliwy szeryf z impetem kopie w drzwi saloonu. W miasteczku panuje cisza, wiatr roznosi pył po opustoszałej ulicy, zaś starcy, kobiety i dzieci nieśmiało wychylają głowy zza okiennic domów – na ich twarzach rysują się niepokój, ale i nutka nadziei. Po chwili rozlega się seria strzałów. Jeszcze moment, a będzie jasne, że sprawiedliwości stało się zadość: złowrodzy bandyci już nigdy nie zakłócą spokojnego rytmu życia tej miejscowości i jej pobożnych, pracowitych mieszkańców.

Pewien znany działacz peerelowskiej opozycji solidarnościowej, zapytany o źródła swej bezkompromisowej postawy w ciężkich latach stanu wojennego, odpowiedział w ten sposób: „Nie mogłem inaczej. Wychowałem się na westernach…”. Jakże znamienna odpowiedź, wiele mówiąca o wpływie otoczenia kulturowego na losy zbiorowości. Popatrzmy na przesłanie niemieckiego filmu „Życie na podsłuchu” z 2007 r. W filmie tym smutny oficer Stasi, pod wpływem inwigilowanych przez niego ludzi, słuchając ich utworów muzyki klasycznej i czytając ich książki, przechodzi przemianę i postanawia, wbrew systemowi, czynić dobro. Pod koniec filmu jest samotnym, materialnie zdegradowanym roznosicielem ulotek. A jednak żaden z widzów nie odczuwa względem niego litości, lecz podziw, jeżeli nie zazdrość. On sam, a z nimi i widzowie, odkryli już prawdę: dobro jest piękne. Tak jak wszystkie tyrady Trazymacha nie przekonały Sokratesa, że gorzej jest być sprawiedliwym i cierpieć, niż niesprawiedliwym i pławić się w doczesnej chwale, tak wychodzący z kin wiedzą już, co jest warte ich wysiłków, a co ułudą.

Warto mieć te konkluzje na uwadze, obserwując otoczenie kulturowo-społeczne i miałki przekaz, z którym do nas dociera. Ten tekst nie traktuje jednak o wpływie wychowania dzisiejszej młodzieży przez MTV na przyszłość naszego kraju. Mówi on o tym, co naprawdę powinien zrobić szeryf.

Lata błędów i wypaczeń realnego liberalizmu mają dwojaki skutek. Z jednej strony rośnie zrozumienie potrzeby wprowadzenia w życie – zapisanej w konstytucji – idei społecznej gospodarki rynkowej, która wbrew niektórym opiniom ma niewiele wspólnego z redystrybucją dochodów. Jej założenia oparte są o dobro wspólne i uznanie roli ludzkiego potencjału w tworzeniu dobrobytu, a była realizowana również przez takich „prawicowych” przywódców powojennego złotego ćwierćwiecza Europy jak Ludwig Erhard, Charles de Gaulle czy Harold Macmillan. Z drugiej jednak strony słyszymy, iż lepsza przyszłość zbiorowości winna być budowana na „rozliczaniu zdrajców”. Ostatnie 20 lat rzeczywiście obfitowało w wiele patologii, z których sporo w niemal zinstytucjonalizowanej formie funkcjonuje do dziś, dlatego tej propozycji i jej potencjalnym skutkom należy poświęcić więcej uwagi. Zanim to jednak zrobimy, po raz ostatni przywołajmy postać szeryfa.

Gdy zaczynał robić porządek, rzeczy miały się rzeczywiście jak najgorzej. Wielkie instytucje finansowe swoją spekulacją wywołały gigantyczny kryzys gospodarczy, postępowała pauperyzacja bezsilnego społeczeństwa. I wtedy, w roku 1933, na scenę (jak kto woli, do saloonu) wkroczył, a raczej wjechał na wózku inwalidzkim, szeryf Franklin Delano Roosevelt. Od początku nie pozostawiał wątpliwości w sprawie stosunku wobec oligarchów finansowych z Wall Street: „Nienawidzą mnie – stwierdził – a mnie ta nienawiść cieszy”.

Joseph P. Kennedy, znany powszechnie jako „Joe”, ojciec przyszłego znakomitego prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego, był wówczas znany nie tylko jako przemytnik alkoholu w czasie prohibicji, ale również jako specjalista od przekrętów giełdowych. Znał i korzystał z każdego brudnego triku i możliwości, jakie oferował mu „wolny rynek”. Przekładając to na dzisiejsze realia, Joe Kennedy był zaradnym beneficjentem czasów transformacji. Joe miał swoje za paznokciami: to tacy jak on doprowadzili do Wielkiego Kryzysu. Nasza wyobraźnia powinna podpowiedzieć to, czego oszczędzają nam reżyserzy westernów: takich jak Joe czeka smutny koniec.

A jednak nie. Dla Roosevelta cele dobra wspólnego nigdy nie ustąpiły potrzebie rewanżu. Joe Kennedy został z nadania prezydenta pierwszym szefem amerykańskiego nadzoru finansowego (Securities and Exchange Commission), który na dekady zatamował siłę amerykańskiej i międzynarodowej finansjery, kładąc podwaliny pod powojenny rozwój obszaru transatlantyckiego. Jako były de facto przestępca z Wall Street, nestor rodu Kennedych dysponował olbrzymią wiedzą na temat tego, jak kosztem społeczeństwa dokonywać olbrzymich przekrętów oraz… jak im zapobiegać. Już po śmierci Roosevelta, syn Josepha – John F. Kennedy – spędzał długie godziny u byłej prezydentowej Eleanor Roosevelt, która uczyła go prawdziwego ducha systemu amerykańskiego. Jak bardzo te nauki zaprocentowały u postrzeganego jako lekkoduch Johna F. Kennedy’ego, amerykański oligarchiczny establishment dostrzegł dopiero po objęciu przez niego urzędu prezydenta. Co za ironia! Z oficera Stasi – dobroczyńca. Ze spekulanta – państwowiec. Z playboya – mąż stanu.

Warto mieć te fakty na uwadze, gdy zbytnio koncentrujemy się na analizie okresu błędów i wypaczeń realnego liberalizmu, tracąc z horyzontu cel dobra wspólnego. Po pierwsze, punktowanie, często słuszne, błędów okresu prywatyzacji ustawia nasze widzenie w wadliwym paradygmacie statycznej gospodarki: myślimy o „stratach”, nie myślimy o nowych wyzwaniach i sposobach powiększania społecznego dobrobytu i rozwijaniu potencjału kraju i jego mieszkańców. Oczywiście niewywiązywanie się przez zagraniczne koncerny z umów prywatyzacyjnych powinno być kartą przetargową przy ustalaniu nowego modus operandi w polityce gospodarczej państwa, ale nic ponad to nie przyniesie długotrwałych korzyści całemu społeczeństwu. Po drugie, mamy do czynienia z tęsknotą za wychowawczym efektem rozliczania niektórych rodzimych drobno-oligarchów. W praktyce takie rozliczenia są (byłyby) bardzo selektywne i mają niewiele wspólnego z zaprowadzaniem praworządności.

Te właśnie przemyślenia nie bez kozery zabierają miejsce ekonomicznemu teoretyzowaniu, o które pokuszę się dopiero pod koniec. Zauważmy prawidłowości obecnej sytuacji politycznej. Bez wątpienia pod wpływem neoliberalnej ideologii mamy do czynienia ze „zwijaniem państwa”, przejawiającym się w likwidacji szkół i „nierentownych” obiektów użyteczności publicznej. Nie można jednak zapomnieć, iż obóz rządzący ma też jednak, nie tylko w dziedzinie dość stabilnej polityki zagranicznej, swoje zasługi. Wicepremier Pawlak z lubością mówi o „banksterach” i z trybuny sejmowej nawołuje posłów do obejrzenia filmu „Inside Job”. Minister Rostowski z wielką wprawą przekonuje swoich londyńskich kolegów, że nie warto atakować papierów dłużnych Polski. Wielu krytyków rządu utrzymuje przy tym, iż rządowe manipulacje przy prezentowaniu zadłużenia publicznego są niedopuszczalne (ich zdaniem na rynku długów powinni manipulować tylko zagraniczni spekulanci), ale pomińmy to dobrotliwym milczeniem. Relatywne przeskoczenie przez wzrost PKB tempa zadłużania się kraju powinno być odnotowane z zadowoleniem.

Przy dużej dozie dobrej woli można wręcz założyć, że rząd zachowuje się jak surowa matka, broniąca dziecka przed ojcem-psychopatą (rynkami finansowymi). Za granicą rządzący chwalą się, zgodnie z europejskim trendem, ciężkimi wyrzeczeniami narzucanymi społeczeństwu (reforma emerytalna), nie wspominając jednak, iż zmiany te są rozciągnięte w czasie, a i tak zostaną obalone po następnych wyborach.

Zamiast jednak pochopnie udzielać rządzącym zbyt wielkiego kredytu dobrej woli, oceńmy rysującą się na horyzoncie alternatywę. Największa partia opozycyjna jest, przynajmniej w deklaracjach, niechętna zwijaniu państwa. Niestety, kompetentni ekonomiści w jej szeregach, tacy jak profesor Jerzy Żyżyński, nie mają zbyt wielkiego wpływu na jej program gospodarczy. Brak programu gospodarczego o ewidentnie nowatorskim i prowzrostowym charakterze może być bardzo zły w skutkach także pozagospodarczych.

Obudzona nadzieja na zmiany i mesjanistyczny image największej partii opozycyjnej oznaczać mogą, w przypadku braku zmiany paradygmatów gospodarczych, zaaplikowanie krajowi niepotrzebnej dozy niestabilności. Brak poprawy warunków życia pauperyzowanego społeczeństwa może zmusić rzeczone środowisko do działań nieracjonalnych. Jedynym możliwym sposobem utrzymania mobilizacji politycznej swoich zwolenników, którym nie przybędzie „masła na chlebie” ani „kartofli na talerzu”, będzie zastąpienie populizmu ekonomicznego – kulturowym. Ten zaś jest niezwykle destabilizujący, utrwala irracjonalne podziały i oddala szanse na prowzrostową i prospołeczną zmianę paradygmatu gospodarczego.

Plan rozwoju gospodarczego Polski już jest gotowy, w postaci programu reindustrializacyjnego, autorstwa Polskiego Lobby Przemysłowego z 2012 roku. Właśnie na zaadaptowaniu tego programu osadza się pytanie o polityczne rozwiązanie problemów społeczno-gospodarczych naszego kraju. Podjęcie wyzwań stawianych przez kluczowe zagadnienia społeczne, takie jak niekorzystne zmiany demograficzne czy problemy mieszkaniowe młodego pokolenia, może się dokonać nie dzięki życzeniowym deklaracjom, lecz ekspansywnej polityce gospodarczej państwa.

Tym samym kwestia zwiększania bogactwa jest w dłuższym horyzoncie zagadnieniem numer jeden. Kluczowa powinna stać się kwestia inwestycji w kapitał wytwórczy („kury znoszące złote jaja”), czyli taki, który tworzy kolejne dobra, najlepiej o jak najwyższej stopie zwrotu, pozwalającej na szybsze tworzenie bogactwa. Dość wyprane dziś ze znaczenia pojęcie „gospodarki opartej na wiedzy” może odegrać ważną rolę, o ile tylko powiąże się je z wytwórczością. Tym bowiem, co rozróżnia względem stopnia przydatności dla społeczeństwa różne metody ekstrakcyjne i przetwórcze uzyskiwania dobrobytu, od wypalania lasów, przez kopalnie węgla, po światłowody, jest nie tyle nakład pracy, lecz właśnie nakład wiedzy. Kluczowa rola wiedzy każe nam zrewidować prostackie rozumienie gospodarki w kategoriach monetarnych, gdzie instytucje edukacyjne i kulturalne, stymulujące rozwój kreatywnych zdolności człowieka, uważane są za „nierentowne”.

Potrzebne jest zrozumienie wagi odpowiedniego otoczenia edukacyjnego, czy szerzej: społeczno-kulturowego. W nim to bowiem, nieodpowiednio pielęgnowanym, powstaje kolektywna choroba ego, skutkująca irracjonalną potrzebą dominacji, czyli oligarchizmem. Od czasów opisania tego zjawiska przez Platona w „Państwie” niewiele się zmieniło, a forma, jaką ono przybiera, jest kwestią wtórną. Czy jest to, jak opisuje Federalny Instytut Technologiczny w Zurichu w raporcie z 2007 r., posiadanie przez 10 megakorporacji 80 procent światowego kapitału, czy też, jak chciałyby niektóre teorie spiskowe, kontrola zasobów świata przez np. 12 rastamanów z Jamajki, oligarchizm jest bez wątpienia pasożytem na idei dobra wspólnego, który nie może znieść humanistycznego, optymistycznego, postępowego otoczenia kulturowego. Tylko ono właśnie, w połączeniu z prowzrostową polityką gospodarczą państwa, jest w stanie odważyć się odrzucić stary porządek i tworzyć lepszy, choć nie do końca jeszcze znany.

Krzysztof Mroczkowski

W Polsce praca nie popłaca

W Polsce praca nie popłaca

O bieżących problemach pracowników najemnych – „reformie” emerytalnej, płacy minimalnej, roli związków zawodowych itp. – rozmawiamy z dr. Stéphanem Portetem, dyrektorem S.Partner/Grupa Syndex, autorem licznych publikacji dotyczących gospodarki, stosunków pracy, polityki społecznej i dialogu społecznego w Polsce.

***

Związki zawodowe, w szczególności „Solidarność”, podejmują ostatnio sporo kwestii istotnych z punktu widzenia ogółu pracowników. Jesteśmy ciekawi, jak Pan – jako ekspert – ocenia słuszność ich postulatów. Zacznijmy od sporu o podwyższenie wieku emerytalnego. Kto miał w nim rację: związki czy rząd, powołujący się na długofalowe prognozy demograficzne?

Stéphane Portet: Jeśli chodzi o prognozy demograficzne, to rozwiązania rządowe nie są w stanie ich zmienić. Gdy prognozy się sprawdzą, mamy przed sobą ogromny problem – szacuje się, że w roku 2060 będzie w Polsce 40% mniej pracowników niż dzisiaj. Nie zrównoważy tego ubytku wydłużenie czasu pracy kobiet o 7, a mężczyzn o 2 lata. Oczywiście twierdzenie, że nic nie można zrobić, nie ma sensu. Warto zwrócić uwagę, że w dyskusji wokół reformy emerytalnej mówi się dużo o stosunku liczby osób pracujących do liczby emerytów, a zapomina się o tym, na ile w ogóle osoby pracujące są skłonne płacić na emerytów. A właśnie w tym tkwi główny problem – w podziale bogactwa nie tylko za wiele lat, ale już dzisiaj. Sporo osób w Polsce dokłada bardzo mało do systemu emerytalnego albo wręcz nie dokłada wcale. I nie mam tu na myśli tylko rolników, ale przede wszystkim ludzi, którzy bardzo dużo zarabiają.

Drugi problem to fundusze emerytalne. Nie można dłużej utrzymywać systemu, który jest tak niepewny, nierentowny i kosztowny, a który – jak pokazały ostatnie lata – jest absolutnie do niczego. Cieszy mnie, że w ostatnich miesiącach „Solidarność” zaczęła się bardziej krytycznie odnosić do tego systemu.

Należy skończyć z iluzją. Wartość osobistych oszczędności zależy od wyceny aktywów i oprocentowania lokat pieniężnych. Tak więc wysokość emerytury (lub innych dochodów) w obecnym systemie uzależniona jest od tego, co wyprodukuje osoba pracująca. Dzieje się tak niezależnie, czy dochody – emerytalne i inne – bazują na składce emerytalnej, czy na wysokości stóp procentowych, czy na cenach nieruchomości lub akcji – ich wartość zależy od ceny, którą kupujący (lub najemcy) są skłonni zapłacić. Otóż emeryci w celu sfinansowania emerytury sprzedają swoje akcje, wynajmują lub sprzedają swoje nieruchomości właśnie osobom pracującym. Biorąc pod uwagę przewidywany gwałtowny spadek liczby osób pracujących w Polsce, istnieje uzasadnione podejrzenie, że ceny aktywów mogą spaść dramatycznie (szczególnie nieruchomości) po prostu dlatego, że takie jest prawo popytu i podaży. Chyba że zagraniczni inwestorzy będą zainteresowani takim sposobem inwestowania lub Polska stanie się krajem imigrantów. To, co otrzymuje emeryt, pochodzi z aktywów – i to niezależnie od systemu. Im mniej osób pracujących, czyli tworzących te aktywa (poprzez składki emerytalne) lub nabywających je, tym gorzej dla każdego systemu emerytalnego.

Kolejną kwestią podejmowaną przez związki zawodowe jest temat tzw. umów śmieciowych, które nie dają pracownikom poczucia stabilności zawodowej i finansowej. Jednocześnie mamy również wysoki wskaźnik bezrobocia. Czy walka o bardziej stabilne formy zatrudnienia oraz walka z bezrobociem nie są do jakiegoś stopnia sprzeczne – tak próbują nam wmówić duże media i liberalni „eksperci”? Co by im Pan odpowiedział?

S. P.: Jeśli ktoś tak myśli, niech przedstawi badania, które to potwierdzą. Nawet OECD od dawna nie propaguje już takich bajek. Nie istnieje związek między poziomem elastyczności rynku pracy a poziomem bezrobocia. Co ciekawe, Polska jest krajem o jednym z najwyższych wskaźników wzrostu gospodarczego w Europie, ale też o jednym z największych wskaźników bezrobocia. Dzieje się tak właśnie przez umowy śmieciowe – to one sprawiają, że wiele osób nie ma stałego zatrudnienia. Ryzyko związane z prowadzeniem biznesu polega m.in. na tym, że na początku każdego miesiąca trzeba zapłacić pracownikom. Dzisiaj ten ciężar jest zrzucany z ramion pracodawcy na barki pracowników lub społeczeństwa – bo ludzie, którzy są bezrobotni, są na garnuszku państwa, na garnuszku swoich kolegów-pracowników.

Problem w tym, że umowy śmieciowe są legalne. Ludzie robią to, co mogą zrobić, co się im pozwala robić. Właściwie jest to prawnie usankcjonowana forma nadużycia prawa – pozwala omijać prawo pracy przez kodeks cywilny. Moim zdaniem opinie, że bez umów śmieciowych zwiększy się bezrobocie, to kompletna bzdura. Jedyną zaletą umów śmieciowych dla pracodawców – i czasem dla pracowników – jest to, że nie trzeba płacić składek do ZUS-u. Według tej logiki jeśli ktoś uważa, że brak umów śmieciowych równa się bezrobocie – to znaczy, że ubezpieczenie społeczne powoduje bezrobocie. Chyba nikt nie jest tak głupi, żeby się z tym zgodzić.

Jakie w takim razie, Pana zdaniem, działania powinny zostać podjęte przez państwo w związku z tymi dwoma problemami: umowami śmieciowymi i wysokim wskaźnikiem bezrobocia?

S. P.: Należy zlikwidować umowy śmieciowe. Praca na umowę zlecenie czy na umowę o dzieło niech funkcjonuje, ale w zawodach, dla których faktycznie to jest zasadne – tak może pracować na jednorazowe zlecenie jakiejś firmy np. hydraulik czy mechanik mający własną działalność gospodarczą. Natomiast to, co powszechnie widzę, a co nie powinno mieć miejsca, to ludzie pracujący na tego typu umowach np. w redakcjach dużych gazet czy w organizacjach pozarządowych. To osoby, które mają normalną, stałą pracę w wymiarze ciągłym, a mimo to pracują na umowach zlecenie albo na umowach o dzieło. Jak sobie z tym poradzić? Wzmocnić kontrole ze strony Państwowej Inspekcji Pracy, a kary muszą być surowe. To jedyny sposób. Oczywiście należy też ujednolicić system składek dla wszystkich – niezależnie od rodzaju umowy.

Niedawno, jak co roku, przetoczyła się dyskusja na temat płacy minimalnej. I znów nasze pytanie odnoszące się do wszechobecnej propagandy liberalnej: czy związkowcy opierają swoje żądania na rzetelnej wiedzy ekonomicznej oraz odpowiedzialności za stan gospodarki?

S. P.: Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy żądania związkowców są oparte na rzetelnej wiedzy ekonomicznej, wystarczy zastanowić się: jak można wyżyć w Polsce z takiej pensji, w wysokości 1500-1600 zł brutto? Płaca minimalna to minimum wystarczające nawet nie do życia, lecz do przeżycia. Żądania związkowców nie wynikają właściwie z zasady ekonomicznej, lecz z zasady moralnej, która podyktowana jest prostym faktem, że w Polsce nie można przeżyć poniżej tego progu, a nawet na tym poziomie jest to bardzo trudne. Jeśli ktoś twierdzi, że propozycja płacy minimalnej na poziomie 1600 zł brutto (czyli ok. 1200 zł „na rękę”) jest nierozsądna – niech spróbuje przeżyć za te pieniądze w Warszawie. Jeśli komuś brakuje rzetelnej wiedzy ekonomicznej, to nie związkowcom, lecz właśnie takim ludziom.

Zamiast utrzymywać płacę minimalną na niskim poziomie, należałoby może pomyśleć o selektywnym zmniejszeniu kosztów pracy. W pewnych regionach, firmach czy branżach koszty pracy wynoszą 2500 zł za osobę i to może być zbyt wysoka kwota. Dlatego można małym firmom, które dopiero się rozwijają w regionach trudnych pod względem ekonomicznym obniżyć wysokość składek do ZUS-u lub do Funduszu Pracy na okres kilku lat. Za to firmy, które mają lepsze wyniki i wyższą rentowność, niech płacą więcej, żeby utrzymać równowagę sytemu.

W kwestii reformy emerytalnej propozycje związków zostały przez koalicję rządową oraz prezydenta całkowicie zlekceważone. Czy Pana zdaniem polskie związki są w stanie skutecznie walczyć o interesy ogólnospołeczne, na poziomie kraju? Jakie są ich największe atuty, a jakie słabości w tej dziedzinie?

S. P.: Problem polega na tym, że aby być skutecznym, trzeba mieć wsparcie polityczne. Okazuje się, że związki, jeśli weźmiemy pod uwagę np. akcje podejmowane przez „Solidarność” w sprawie reformy emerytalnej, miały duże poparcie w społeczeństwie. Mnóstwo osób było przeciwnych reformie emerytalnej – problem w tym, że to samo społeczeństwo wcześniej głosowało na ludzi, którzy teraz chcą tę reformę wprowadzić. Największy problem związków zawodowych w Polsce polega właśnie na tym, że nie mają żadnego partnera w polityce. SLD pokazał, że nie jest partnerem dla OPZZ a PiS dla „Solidarności”, bo gdy były u władzy, często prowadziły politykę antypracowniczą. Ci, którzy deklarują poparcie dla związków, często później, będąc u władzy, odwracają się od nich.

Drugi problem związków zawodowych w Polsce to ich słabość – nie pod względem liczebności, bo w tym aspekcie są o wiele silniejsze niż np. związki francuskie, lecz pod względem braku umiejętności mobilizacji pracowników. Od 10 lat mojej działalności w Polsce nigdy nie widziałem demonstracji zorganizowanej przez związki zawodowe, na której zebrałby się milion ludzi. Moim zdaniem to efekt tego, że w Polsce system prawny i ustawy o związkach zawodowych nie zachęcają do prowadzenia działalności związkowej w przedsiębiorstwach. Tymczasem bardzo ważny jest kontakt związków z pracownikami: ich codzienne informowanie, mobilizowanie, organizowanie spotkań z załogą. Związki zawodowe są również bardzo słabe z logistycznego i finansowego punktu widzenia. Ich zasoby finansowe są nieporównywalne do tych, jakimi dysponują organizacje pracodawców. Tworzenie rad pracowników może to zmienić, jednak związki zawodowe nadal nie zrozumiały korzyści, jakie mogłyby z tego dla nich płynąć.

Podwyższenie wieku emerytalnego udało się przeforsować także innym europejskim rządom. Czy oznacza to, że również na Zachodzie pracownicy nie są w stanie skutecznie przeciwstawiać się ograniczaniu ich praw?

S. P.: Sytuacja innych krajów jest diametralnie różna od tej w Polsce. Warto też przy okazji przyjrzeć się innym rozwiązaniom, np. we Francji niedawno prezydent przywrócił granicę prawa do emerytur od 60. roku życia.

Trzeba wziąć pod uwagę, że realny wiek emerytalny to po prostu wiek, w którym ludzie faktycznie przechodzą na emeryturę, tzn. przestają pracować. Mamy w Europie różne systemy emerytalne. W Anglii czy Irlandii, gdzie system jest oparty przede wszystkim na funduszach emerytalnych, kwestia wieku przestaje mieć znaczenie, bo ludzie idą na emeryturę, gdy mają wystarczająco dużo pieniędzy, żeby to zrobić. Natomiast tam, gdzie wiek emerytalny jest związany z systemem publicznym, trzeba wziąć pod uwagę jeszcze inne kwestie. Jeśli chcemy równać z ustawowym wiekiem emerytalnym do innych krajów i zwiększać go docelowo o 10 lat, to trzeba wziąć pod uwagę, że te 10 lat przed emeryturą jest zupełnie inne dla pracowników w tamtych państwach niż dla pracowników w Polsce. Są kraje, gdzie ludzie mogą ostatnie lata przepracować np. na pół etatu i dostać później w ramach emerytury taką samą kwotę, jak gdyby pracowali na cały etat.

System emerytalny to nie tylko kwestia wieku emerytalnego, ale także wielu innych elementów, które muszą ze sobą współgrać. Tymczasem w Polsce podwyższono wiek emerytalny, nie zważając na to, że Polacy, którzy skończyli pracować w wieku 60 lat, przepracowali od 30 do 50% więcej w skali swego życia niż pracownicy z innych krajów europejskich. Francuzi pracują 1500 godzin rocznie, Anglicy mniej niż Francuzi – z tego względu, że tam dużo ludzi pracuje w niepełnym wymiarze, a Niemcy jeszcze mniej. Jeśli w sektorze przemysłowym, motoryzacyjnym, np. w fabryce Volkswagena w Niemczech pracownik pracuje 28 godzin w tygodniu, podczas gdy jego kolega w Polsce – 40 godzin, to zrównywanie ich wieku emerytalnego jest po prostu niesprawiedliwe. Nie można porównywać systemów w różnych krajach i tłumaczyć, że w Polsce zrobiono to samo, co we Francji, Anglii czy w Niemczech, bo to są zupełnie inne rzeczywistości.

Skoro „bojowe” działania związków w Polsce nie przynoszą rezultatów, to może trzeba upatrywać nadziei w mniej konfliktowych metodach? Czy widzi Pan szanse na realny dialog społeczny w Polsce?

S. P.: Dialog społeczny musi się zacząć od firm, zresztą jest on właściwie obowiązkiem narzuconym przez dyrektywy unijne – czas najwyższy zacząć je szanować. Oczywiście mamy w Polsce pracodawców, którzy są przychylni dialogowi społecznemu i go prowadzą, wielu jednak tego nie robi. Tymczasem pracodawcy powinni mieć stały kontakt z pracownikami, informować ich, współpracować z nimi – gdyby zostali do tego zmuszeni, może w końcu zrozumieliby, że jest to po prostu korzystne dla nich samych. Trzeba sobie uświadomić, że skończył się czas, gdy polscy pracownicy byli tani. Dzisiaj tańsi od nich są choćby Portugalczycy czy Grecy. Dlatego trzeba będzie współpracować z załogą, żeby pozostać konkurencyjnym. Ważną kwestią jest również brak odpowiednio wykwalifikowanej siły roboczej. Już teraz w różnych sektorach, np. w spożywczym, brakuje pracowników o pewnych rzadkich, zanikających umiejętnościach. Bez dialogu społecznego, bez wsparcia pracowników, bez poszanowania związków zawodowych, bez transferu umiejętności między pracownikami doświadczonymi a młodymi – współczesne firmy po prostu nie mają przyszłości. Myślę, że z jednej strony prawo, a z drugiej potrzeby adaptacyjne firmy będą powodowały, że dialog społeczny stanie się fundamentalnym narzędziem rozwoju firm.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Wrzesień, 5 lipca 2012 r.

Polska do wzięcia?

Polska, Solidarność i Trzecia Droga. Czas wyboru

Pamiętam jak dzisiaj moment, w którym zobaczyłem tytuł w „Wiadomościach rolniczych”, wiosną 1989 roku. Wydrukowany wielkimi literami, na pierwszej stronie jednej z największych brytyjskich gazet rolniczych, brzmiał: „Polska do wzięcia”. Było to dla mnie jak cios nożem w serce. Chociaż nigdy przedtem nie byłem w Polsce, ani nawet zbyt dużo nie rozmyślałem o tym kraju, to jednak to zdanie mną wstrząsnęło.

Oczami wyobraźni jasno ujrzałem tysiące tradycyjnych gospodarstw, żywych wspólnot kultywujących wiejski styl życia, miażdżonych przez chciwy zachodni agrobiznes ze swoją nienasyconą żądzą łatwych zysków i neokolonialnej ekspansji. Nie chciało mi się wierzyć, aby Polska po daniu dowodów tak wielkiego heroizmu i ogromnej energii, jaką włożyła w pozbycie się trwającej przez dekady komunistycznej opresji, pozwoliła, aby to wszystko zakończyło się w tak opłakany sposób. Jednak tytuł brzmiał prawdziwie i z pewnością spowodowałby u każdego polskiego patrioty mrowienie na plecach.

Tamtej wiosny także wydarzenia w samej Wielkiej Brytanii dość mocno uderzyły w moją rolniczą działalność. W lutym 1989 r. rząd brytyjski ogłosił znienacka zakaz sprzedaży niepasteryzowanego mleka, którego produkcja stanowiła podstawę mojej działalności, podobnie jak ogromnej ilości niewielkich gospodarstw produkujących nabiał. Jedyną drogą ratunku dla nas było rozpoczęcie ogólnonarodowej kampanii na rzecz cofnięcia tej decyzji.

To była stosunkowo krótka, bo trwająca kilka miesięcy, ale bardzo zaciekła walka zakończona zwycięstwem producentów i konsumentów niepasteryzowanego „prawdziwego” mleka. Na skutek silnego zainteresowania mediów rząd się wycofał. Pewną pomocą okazało się to, że premier Thatcher wyraziła „umiarkowaną sympatię” dla naszej kampanii przeciw zakazowi. Jednak rząd nadal upierał się przy opatrywaniu produktów z mleka niepasteryzowanego ostrzeżeniem o „potencjalnych zagrożeniach dla zdrowia”, pomimo niezbitego faktu, że przez dekady spożywania tego żywego i pełnego wartości odżywczych mleka, nikt poważnie z tego powodu nie zachorował.
Jednak kryzys, który groził Polsce, miał zupełnie inny wymiar. Po bez mała 10 latach od utworzenia związku zawodowego „Solidarność”, ogromna popularność Lecha Wałęsy i jego kolegów z gdańskiej stoczni doprowadziła w końcu do upadku komunizmu. Gorbaczow uświadomił sobie, że stosowanie kroków o charakterze wojskowym jedynie podsycałoby bunt, cały czas tlący się w Polsce. Nagle, wbrew rachunkowi sił, „Solidarność” osiągnęła swój cel, nie tylko doprowadzając do upadku swego wroga, ale wygrywając także pierwsze, częściowo wolne wybory.

Podczas gdy starałem się przywrócić mojemu gospodarstwu stan normalności po nerwowym okresie walki o utrzymanie otwartego rynku dla naturalnego mleka, podziwiani przez cały świat Polacy świętowali zwycięstwo nad machiną partyjno-państwowego komunizmu.

W tym przełomowym momencie historii, bieg wydarzeń stworzył Polsce wyjątkową okazję dla realizacji całkiem nowej wizji społeczno-ekonomicznej. W kraju, gdzie państwowe fabryki stanowiły podstawę dla gospodarki będącej niemal stuprocentową własnością państwa, polegałaby ona na przejęciu ich przez samorządy pracownicze, które dzięki temu uzyskałyby kontrolę nad przemysłem, a w konsekwencji możliwość wpływu na całość pomyślności gospodarczej kraju.

Konsekwencje takiego oddolnego przejęcia gospodarczej władzy byłyby przeogromne nie tylko dla Polski, ale dla całego świata. Taki nowy model, gdyby udało się go zrealizować, stanowiłby realizację „Trzeciej Drogi” i mógłby naruszyć dominującą pozycję, jaką dotąd dzierżyły komunizm i kapitalizm.

Trzecia Droga

Z pojęciem Trzeciej Drogi zetknąłem się osobiście stosunkowo niedawno – w czasie lektury słynnej książki Naomi Klein „Doktryna szoku”. Czytając ją, od razu zrozumiałem, jak wielka odpowiedzialność spoczęła na barkach ekipy „Solidarności”, negocjującej na temat przyszłości swojego kraju. Trzecia Droga to była łamiąca schematy formuła, która musiała napędzać niezłego stracha okopanym na swoich pozycjach doktrynerom ze Wschodu i Zachodu. Nie tylko dlatego, że zrywała z modelami komunizmu i kapitalizmu, ale także dlatego, że kluczową rolę odgrywały w niej związki zawodowe, mające powszechne poparcie społeczne.

Pierwszą poważną przeszkodą, na jaką musieli napotkać jej zwolennicy, był problem poradzenia sobie z ogromnym długiem państwowym, jaki pozostawił po sobie odchodzący reżim komunistyczny. Według Naomi Klein, chodziło o 40 miliardów dolarów, przy inflacji sięgającej 600%. (Obecnie, po wyprzedaniu większości państwowego przemysłu, dług Polski wynosi ok. 288 mld dolarów, a więc jest 7 razy większy niż w 1989 roku. Roczny koszt jego obsługi to ok. 12 mld USD)

Na nieszczęście dla Polski (i dla reszty świata) realizacja Trzeciej Drogi została podważona przez argumenty odwołujące się właśnie do sposobu spłaty tego długu. Drugim czynnikiem było pojawienie się w ekipie „Solidarności” Jeffreya Sachsa, stosunkowo młodego protegowanego Ameryki, który wywodził się z chicagowskiej szkoły ekonomicznej Miltona Friedmana. Stosowana już formuła Friedmana radzenia sobie z tego typu problemami, polegała na wprowadzeniu 100% wolnego rynku, w połączeniu z prywatyzacją i sprzedażą państwowych udziałów w przedsiębiorstwach. Sachs, którego nazwisko nabrało już rozgłosu dzięki zastosowaniu tej doktryny w poważnie zadłużonej Boliwii, tak naprawdę stał pod względem politycznym i ekonomicznym na przeciwnym biegunie niż „Solidarność”. Okazał się jednak wystarczająco silny, aby zdecydować o przechyleniu się szali na rzecz doktryny ultra-neoliberalnej, która nadal panuje w większości krajów Zachodu.

Możliwość Trzeciej Drogi została po raz pierwszy wyartykułowana w roku 1981. W programie „Solidarności” jej twórcy stwierdzali: „Domagamy się samorządowej i demokratycznej reformy na każdym szczeblu zarządzania oraz nowego systemu społeczno-ekonomicznego, który łączyłby elementy gospodarki planowej, samorządu i rynku. Uspołecznione przedsiębiorstwo powinno być podstawą gospodarki. Powinno ono być kontrolowane przez radę pracowniczą, reprezentującą kolektyw i zarządzaną na szczeblu operacyjnym przez dyrektora, mianowanego na podstawie kompetencji i odwoływalnego przez radę”.

Było to przesłanie wystarczająco rewolucyjne, by zdenerwować i rozwścieczyć Moskwę, a w konsekwencji doprowadzić do wyprowadzenia przez dowódcę polskich sił zbrojnych, generała Jaruzelskiego, czołgów przeciwko gdańskiej stoczni i do wprowadzenia w całym kraju stanu wojennego. Pomimo formalnego zniesienia w roku 1983, faktycznie trwał on aż do końcowego zrywu w 1989 r., kiedy to opozycja pod przywództwem związku zawodowego „Solidarność” przełamała sowiecką okupację.

Wtedy jednak pojawił się wspomniany Jeffrey Sachs i skutecznie przekonał wystarczającą liczbę czołowych działaczy „Solidarności”, że jedynie oparcie się na pożyczce z Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) uratuje kraj z opresji. Zapewniał także, że on sam osobiście poprzez swoje kontakty potrafi wyjednać w MFW konieczne sumy. Sporo wskazuje na to, że wielu działaczy było mocno skonsternowanych tymi propozycjami, jednak inni nie widzieli alternatywnej drogi spłacenia państwowych długów i ich głos przeważył. Takie zakończenie debaty okazało się równie brzemienne w skutki, jak koniec komunizmu; Polacy wyzwolili się spod okupacji jednego wielkiego ciemiężcy tylko po to, by dostać się pod panowanie nowego.

Sachs dotrzymał słowa i MFW wyłożył potrzebne sumy. Stało się to jednak za cenę masowej wyprzedaży państwowego przemysłu i przyjęcia takiej odmiany polityki wolnego rynku, która stała się znakiem rozpoznawczym amerykańskiego dążenia do globalnej hegemonii, szczególnie gdy była skorelowana z doktryną MFW, pozbawiającą państwo udziałów w strategicznych działach gospodarki. Armia Czerwona i realny socjalizm zniknęły. W ich miejsce natychmiast pojawiły się równie dogmatyczny globalizm i jeszcze groźniejsza potęga militarna Stanów Zjednoczonych oraz ich sojuszników.

Tragedią było to, że idea Trzeciej Drogi nigdy nie zdołała na trwale zagościć w pustej przestrzeni pomiędzy nimi.

„Polska do wzięcia” – to zdanie ciągle przychodzi mi na myśl. Wiosenny dodatek „Wiadomości rolniczych” z rzucającym się w oczy tytułem głęboko zapadł mi w pamięci i dzisiaj nie mogę oprzeć się refleksji nad jego złowróżbnym znaczeniem. Zdominowane przez korporacje agrobiznesowe rolnictwo brytyjskie także szybko dostrzegło okazję, jaką stworzył Sachs i chicagowska szkoła ekonomii. Postpaństwowe gospodarstwa rolne (PGR) potrzebowały nowych inwestorów, a któż lepiej nadawał się do podjęcia tego wyzwania, niż amerykańscy, holenderscy czy brytyjscy praktycy nasyconych agrochemią monokultur.

Polskie ziemie były i są stosunkowo mało zniszczone – są urodzajne. W połączeniu z tanią siłą roboczą kryły się w tym ogromne możliwości łatwych zysków w świeżo wyzwolonej Polsce. Brytyjskie i kontynentalne gleby na zachodzie Europy są już bardzo wyeksploatowane poprzez lata niezwykle intensywnego gospodarowania, które pozbawiły je naturalnych możliwości odżywczych i warstwy próchnicy. Uczyniło to rolników zależnymi od ogromnych ilości toksycznych nawozów sztucznych i środków owado- i chwastobójczych. Sachs utorował również drogę do eksploatacji polskiej gleby, a dochody z tego zaczęły płynąć na Zachód wraz z nieubłaganie wysokimi odsetkami od pożyczek, jakich udzielał MFW.

Straszna prawda o szeroko głoszonym zwycięstwie „Solidarności” polegała na tym, że okazało się ono jednocześnie niepowetowaną klęską sił wolności. Brzmi to jak ponury paradoks, ale świeżo odzyskana niepodległość przyniosła nowe zniewolenie: toksyczna gospodarcza i rolnicza ekspansja Zachodu zastąpiła wojskową interwencję Wschodu. Wolność okazała się iluzją.

We wczesnych latach 90. wymęczony walką naród polski nie potrafił łatwo rozpoznać prawdziwego charakteru swoich nowych władców. Sklepy napełniły się zachodnimi dobrami konsumpcyjnymi; Coca-Cola i McDonaldy stały się wszechobecne, pierwsze supermarkety pojawiały się w dużych miastach, a Polacy ustawiali się w kolejkach pod amerykańską ambasadą w nadziei otrzymania wiz do „ojczyzny wolności i swobody”. Tym Polakom, którzy wierzyli, że „trawa po drugiej stronie jest zieleńsza”, nowa sytuacja jawiła się jako rodzaj zbawienia. Jednak dla wielu innych rzeczywistość nie dorastała do obietnic, jakie początkowo niosła.

W miastach szybko rosło bezrobocie, a pensje nie pokrywały rosnących kosztów utrzymania. Na wsi gospodarka wiejska, dobrze chroniona w czasach komunizmu, załamała się, a nowe regulacje bazujące na dyrektywach narzuconych przez Światową Organizację Handlu i Unię Europejską doprowadziły do zamknięcia tysięcy małych i średnich zakładów przetwórczych, ubojni i wiejskiego przemysłu. Przedsiębiorstwa, które na ogół bardzo dobrze prosperowały pod sowiecką okupacją, teraz okazywały się nie przystawać do gospodarki kraju, który jako jeden z pierwszych w Europie Środkowo-Wschodniej miał dostąpić zaszczytu wstąpienia do Unii Europejskiej. Tętniące kiedyś życiem i gwarantujące pełne zatrudnienie wioski, stały się ofiarami agresywnej formy globalnego kapitalizmu, polegającej na tym, że kilka ogromnych i zcentralizowanych korporacji produkcyjno-przetwórczych wypiera tysiące małych, lokalnych przedsiębiorstw, prowadzonych przez rodziny lub spółdzielnie.

Unia Europejska i żyła złota

Podczas gdy Polacy, dostosowując się do nowych warunków, walczyli o przetrwanie, polskie rządy i instytucje odpowiedzialne za podejmowanie decyzji znów ulegli mirażowi kolejnej wielkiej obietnicy. Tym razem chodziło o unijne dotacje, które miały pozwolić na osiągnięcie wyższych standardów socjo-ekonomicznych, koniecznych przy wstąpieniu do Unii Europejskiej. Po raz kolejny obietnica wielkich pieniędzy zdominowała myślenie o własnym kraju, któremu postanowiono zaaplikować następną dawkę zachodniego „lekarstwa”.

To wtedy po raz pierwszy postawiłem stopę na polskiej ziemi. Jesienią 2000 r. Jadwiga Łopata zaproponowała abym został współzałożycielem Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi. W nabitym ludźmi wiejskim domu u podnóża Beskidów w południowej Małopolsce powstała Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi (ICPPC – International Coalition to Protect the Polish Countryside), a ja znalazłem się w samym centrum zmagań o kształt decyzji dotyczących przyszłości. Moją pierwszą myślą było, aby zapewnić, że wejście Polski do UE będzie prawidłowo wynegocjowane i nie powtórzy się w niej zjawisko masowego porzucania ziemi, co było udziałem mojego kraju w czasie, gdy wchodził do UE, a także wielu innych krajów, które weszły na tę drogę. Kilka miesięcy później minister Plewa, odpowiadający za negocjacje w sprawach rolnictwa, umożliwił mnie i Jadwidze udział w spotkaniu z zespołem negocjującym warunki wejścia Polski do UE w obszarach rolnictwa i ochrony środowiska.

To, co zdarzyło się w czasie tamtego spotkania wywołało w nas szok, jakiego nie doznałem nigdy przedtem. Przewodnicząca zespołu poinformowała nas, że Polska będzie musiała pozbyć się co najmniej miliona małych i średnich gospodarstw, aby umożliwić „restrukturyzację i modernizację” swojej, sprawdzonej przez historię, tradycyjnej kultury rolnej. Jak się miało okazać, oznaczało to koniec nastawionych na różnorodną produkcję gospodarstw rodzinnych i zastąpienie ich przez zarządzane przez wielki agrobiznes konglomeraty, który miały uczynić polskie rolnictwo „konkurencyjnym na światowym rynku”. Pani przewodnicząca dodała jeszcze, że takie przekształcenia są tylko kwestią czasu.

Po raz kolejny oddech globalnego wolnego rynku, forsowanego przez friedmanowską Szkołę Chicagowską, dał znać o sobie. Tym razem miały go poczuć tętniące bioróżnorodnością łąki polskiej wsi.

Mając żywo w pamięci tamto spotkanie, wydawało się nam koniecznym natychmiastowe zaalarmowanie i ostrzeżenie polskich parlamentarzystów przed tym, co miało nastąpić. Kilka dni potem, na konferencji prasowej w polskim Sejmie, miałem okazję skierować do Polaków przesłanie: „Nie naśladujcie nas”. Nie dajcie się skusić dotacjom, które tylko jeszcze bardziej zniewolą wasz naród przez ambicje niewybieralnego, ponadnarodowego kartelu, rezydującego w Brukseli. Ten kartel już wyrządził ogromne szkody w moim własnym kraju, a jego oparta na zaawansowanych technologiach i małym nakładzie pracy polityka rozbiła w proch miliony autentycznie niezależnych gospodarstw i wspólnot rolnych na całym kontynencie europejskim.

Sześć miesięcy po ostrzeżeniu polskiego parlamentu przed tym, co się szykuje, zmienił się rząd. Nowy zdominowany był przez prounijną i prowolnorynkową partię, całkowicie oddaną sprawie wejścia Polski do UE w roku 2004. Był to jednocześnie sygnał dla polskich mediów głównego nurtu, aby zintensyfikować serwowanie diety, opartej na prounijnej propagandzie o rzece unijnych dotacji, którymi Bruksela miała obdarować wyciągających po nie ręce, zbiedniałych Polaków. Wszelka krytyka była zakazana. Reszta, jak mówią, „jest historią”.

Jest to jednak historia pełna intryg, oszustw i bezwstydnej dezinformacji. Wstąpienie Polski do UE ani nie wyciągnęło Polski z długów, ani nie poprawiło sytuacji finansowej milionów zwykłych ludzi, którzy mogli jedynie się przyglądać, jak bogaci stają się jeszcze bogatsi, a ich własne pensje nie są w stanie nadążyć za rosnącymi cenami.

Solidarna Trzecia Droga

W centrum polskiego dylematu leży nadal podstawowe pytanie o to, kto weźmie na siebie zadanie dokonania tego, co nie udało się stoczniowcom? Mówiąc wprost: kto doprowadzi do odrodzenia społeczno-gospodarczego, opartego na współwłasności pracowniczej oraz Idei Trzeciej Drogi? Kto pokona w ten sposób polityczne i korporacyjne potęgi, których złowrogi sojusz skrywa zakusy na wspólne przejęcie kontroli nie tylko nad polskim łańcuchem żywieniowym, ale nad całym krajowym życiem gospodarczym.

Kiedy wracamy do lat 1980-81, mamy w pamięci pełne ognia przemówienia robotników „Solidarności”, które formułowały jednocześnie wspaniałe plany i pragmatyczne rozwiązania wobec bieżących problemów kraju. Właśnie tego samego potrzeba znowu, w roku 2012, nie tylko dla Polski, ale dla całego świata. A dokładnie wszędzie tam, gdzie przebrzmiałe i zużyte modele kapitalizmu i komunizmu nadal tłamszą politykę, gospodarkę i społeczeństwa w swoich zesztywniałych ramach.

Trzecia Droga jest zbyt ważna, aby pozwolić jej na to, by znikła w historycznym niebycie. Trzecia Droga to dynamiczna idea, która daje najlepszą szansę na przezwyciężenie oszukańczej polityki naszej epoki. Polityki, która ma na celu zachowanie władzy poprzez dzielenie i podbój, poprzez szczucie jednej grupy na inną, jednej fałszywej ideologii na inną fałszywą ideologię, jednej klasy na inną klasę. To polityka, która przypomina niekończącą się ślepą uliczkę, dla której „nie ma alternatywy”, co sprytnie przedstawia się jako „wolność wyboru”.

Trzecia Droga wznosi się ponad tę chimerę i zajmuje opustoszałe miejsce w centrum, stwarzając potencjał do zjednoczenia narodowych interesów. To polityka, która odpowiada na pytanie, czym powinien być ruch autentycznie ludowy. Trzecia Droga daje również w końcu miejsce na głównej scenie tym, którzy są politycznie i ekonomicznie marginalizowani. Kiedy tylko taki ruch stanie mocno na nogach i zyska błogosławieństwo elektoratu, wtedy potężna klika bankierów i korporacji, która obecnie rządzi światem, zostanie powalona na ziemię niczym po nokautującym ciosie pięści. Wierzę, że ten czas jest blisko i nadchodzi moment, aby wielki plan „Solidarności”, który powstał przed trzydziestoma laty został urzeczywistniony.

Przemiana i wybór

Rok 2012 i lata bezpośrednio po nim następujące wydają się nieść ze sobą wiele oznak tego, że ucisk ludzkości przez małe grupy ogarniętych obsesją władzy finansistów, może być pokonany, a świeże, prawdziwie oddolne ruchy mogą zająć ich miejsce. Polska ma dobre podstawy, by odegrać ważną rolę w tej przemianie. Przemianie, która zawiera potencjał uwolnienia zdolności twórczych, tłumionych przez długi okres. Działo się tak za sprawą obcych ciemiężców, ale także na skutek braku wiary w siebie. To on przede wszystkim spowodował, że jak dotąd obietnice czegoś znacznie lepszego (dla tak mocno doświadczonego narodu), jak choćby samostanowienie i odrodzenie kulturalne, za którym tęsknią ludzie ze wszystkich warstw, nie mogły się ziścić.

Solidarność miasta i wsi

Pora na odwrócenie dotychczasowych tendencji. Heroiczna walka i klęska gdańskich stoczniowców to pole, które powinno być odzyskane. Jednak to nie doprowadzone do upadłości stocznie nad Bałtykiem, ale miliony małych i średnich gospodarstw rolnych są ostatnim większym bastionem w posiadaniu ludzi pracy. Ostatnim bastionem, którego nigdy nie zdobyli Sowieci i który nadal pozostaje poza zasięgiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, Komisji Europejskiej, ogromnych korporacji agrobiznesowych, farmaceutycznych i nasiennych, które zacisnęły już pętlę na zachodnim łańcuchu żywieniowym i nad żyznymi niegdyś polami Europy Zachodniej i Ameryki Północnej.

To właśnie tu ciągle istnieje szansa na odwrócenie losu narodu. To w tym ostatnim bastionie są niezależni ludzie pracy, którzy uparcie odmawiają wyrzeczenia się swojego, opartego na własnej ziemi sposobu życia. To ci ludzie, którzy są prawdziwymi strażnikami „nieopatentowanego” łańcucha żywieniowego potrzebują naszego wsparcia. Przyszłość naszego zdrowia i nasz dobrobyt są w ich rękach. Brukseli ciągle nie udało się wyrugować z ziemi miliona rolników, tak jak zapowiadała to Komisja Europejska w 2000 r. Plan UE dla Polski jeszcze nie powiódł się.

Od momentu wstąpienia do UE w 2004 r. około 200 tysięcy gospodarstw zrezygnowało z działalności. Ciągle pozostaje około półtora miliona tych, które działają, a ogromna większość należy do rolników, którzy pracują na własnej ziemi. To właśnie oni stanowią najbardziej żyzny grunt dla realizacji ciągle niezrealizowanej idei Trzeciej Drogi, wyrosłej za czasów pierwszej „Solidarności”.

Tylko realizacja takiego programu może uchronić te gospodarstwa przed przejęciem jedno po drugim przez globalną gospodarkę, wypaczoną za sprawą bankierów, korporacji, supermarketów oraz przez Unię Europejską, której obsesja na punkcie higieny nie ma nic wspólnego z troską o zdrowie, lecz służy jedynie zniszczeniu drobnego rolnictwa, aby zrobić miejsce dla agrobiznesowych karteli. Plan oparty na idei Trzeciej Drogi pozwoliłby także pozbyć się rządów, które od dłuższego czasu siedzą w kieszeni globalnych koncernów agrochemicznych. Wspólny opór oraz współpraca konsumentów i rolników pozwoli pokonać te ciemne siły i za jednym zamachem wyzwolić Polskę z niewolnictwa.

Taki opór musi oprzeć się na tradycyjnych zasobach żyznych ziem polskiej wsi. Kiedy już do niego dojdzie, wtedy będzie to siła, która odrodzi się jak Feniks z popiołów i której nikt nie powstrzyma. Tylko popierając taki zakorzeniony w ziemi opór, możemy odzyskać kontrolę nad własnym przeznaczeniem i uwolnić się od finansowej machiny, która niszczy albo zatruwa wszystko, co jest żywe, piękne i wartościowe dla nas i dla całej naszej planety.

„Polska do wzięcia” – to zdanie tylko wtedy przestanie dręczyć moją duszę, kiedy uda nam się poskromić demoniczne siły, stojące za odgórnym zawłaszczeniem naszego życia. Nie przybyłem do Polski, żeby chronić dziko rosnące kwiatki, ale żeby pomóc zmienić przeznaczenie kraju, który zajmuje w moim sercu szczególne miejsce. Uważam to za zaszczyt. Nie ustąpię i nie zaznam spokoju, dopóki radykalny proces oddolnej zmiany nie rozpocznie się na dobre. I dopóki do otwartych serc, które są tak wielkim bogactwem polskiego społeczeństwa, nie uda się dołączyć jasnej wizji i wiary we własne siły, bez których taka zmiana nie może się udać.

Sir Julian Rose
7 maja 2012 r.
tłumaczenie Ola Gordon

Skrzypiące tryby liberalizmu

Jeden z najmniej mądrych aforyzmów – co gorsza, podparty autorytetem samego Arystotelesa – wskazuje, że prawda zawsze leży pośrodku. Do takiego przesłania swą ofertę polityczną znakomicie dopasowali neoliberałowie, ze skutkiem marnym dla kondycji polskiego społeczeństwa. Prawda bowiem, co brzmi już jak ekstremizm, nie leży pośrodku, tylko tam, gdzie leży. Jednak samo jej poszukiwanie to roszczeniowe i warcholskie podważanie demoliberalnej postideologii. Walka z tym (po)tworem powinna być jednak zadaniem każdego uczciwego człowieka, samo wszak założenie istnienia owego myślowego bytu jest wewnętrznie sprzeczne, a mówiąc dosadniej – zakłamane.

Twarda rzeczywistość obala teoretyczne modele, kreślone od kilkudziesięciu lat na setkach stron traktatów filozoficznych. Instrukcja obsługi demoliberalizmu przewidywała, że przystosowane doń społeczeństwo szybko zacznie odczuwać zawrót głowy od sukcesów. W praktyce natomiast kolejne etapy na drodze do Edenu okazywały się jedynie kolejnymi złudzeniami. Przy każdym większym zabiegu, począwszy od terapii szokowej, poprzez wejście do NATO i Unii Europejskiej, aż po organizację mistrzostw Europy w piłce nożnej, wytwarzana przez demoliberałów propaganda zachęca do cierpliwości, a ewentualnie – do pozytywnej lub negatywnej weryfikacji obozu rządzącego za pomocą kartki wyborczej.

Ta ostatnia, choć sama w sobie nie nacechowana negatywnie, jest egzemplifikacją mechanizmów „schładzania” opinii publicznej. Są one na tyle skuteczne, że momentami można wręcz zatęsknić za okresem PRL-u w kwestii ówczesnej determinacji społeczeństwa w walce o swoje prawa. III RP, choć wyrosła na bazie potężnego i inspirującego ruchu masowego, pożarła swój ogon – w ciągu ostatnich dwudziestu lat uzwiązkowienie w Polsce obniżyło się o ok. 80%, lądując na mizernym, jednocyfrowym poziomie. Nie lepiej wygląda zaangażowanie Polek i Polaków w działalność w partiach politycznych – na ponad 30 mln uprawnionych do głosowania jedynie ok. 1% angażuje się w działalność w takich organizacjach.

Nie oznacza to oczywiście całkowitego zaniku energii, politycznej świadomości czy elementarnego zainteresowania dobrem publicznym. Jednak ze smutkiem wypada skonstatować, że spora część spośród tej garstki, która zachowała resztki chęci do jakiegokolwiek aktywizmu, deponuje swój zapał w NGO’sach. Te zaś, znane szerzej jako „trzeci sektor”, bądź po prostu organizacje pozarządowe, z racji podejmowanej tematyki nie są zazwyczaj w stanie wylegitymować się jakąkolwiek identyfikacją ideową. Natomiast pośród tych, które są jakoś zorientowane ideologicznie, można dopatrzeć się – obok tworzonych przez bezsprzecznie uczciwych i pełnych entuzjazmu społeczników – także wielkomiejskich grantobiorców. Zaangażowanie w te ostatnie wynika często ze specyficznego sformatowania ich członków, którym wmówiono, że droga do szczęścia wiedzie przez jednostkowy awans społeczny lub materialny.

Ów liberalny aksjomat, zachęcający do indywidualnej poprawy bytu – abstrahując od tego, czy w założeniach przynieść ma to ze sobą wzrost sumy szczęścia owych jednostek, czy całego społeczeństwa – jest zatem tym samym, czym drobny otwór w pokrywce garnka, pozwalający ulatywać parze. Rzut oka na wszystkie rewolucje wskazuje przecież, że gdzieś u podstaw każdej z nich tkwiły niespełnione ambicje przedsiębiorczych, zdolnych i zaradnych grup, którym skostniały lub niewydolny system odcinał drogę awansu. Model gospodarczy, z którym mamy do czynienia obecnie, jest skonstruowany w sposób znacznie bardziej przemyślany, gdyż już w samej nadbudowie skłania pucybutów do chęci zostania milionerami.

Ta konstrukcja jest jednak skażona fałszem, gdyż – jak zweryfikowała rzeczywistość – hołubione „tygrysy Europy” często okazywały się nie uzdolnionymi pracoholikami, lecz cwaniaczkami i krętaczami, dorabiającymi się na przemycie i nielegalnych układach polityczno-biznesowych. Z drugiej strony, liberalne ideały niebezpiecznie dla ich samych wypacza wzrastająca w Polsce nierówność społeczna – współczynnik Giniego, w którym często się ją wyraża, wzrósł z 0,25 w 1987 r. do 0,35 w 2002 r. Oznacza to istnienie gigantycznych nierówności już na starcie życiowych dróg tysięcy osób. W praktyce zatem dziecko z popegeerowskiej wsi – wtłoczone w ramy systemu, który pokonywanie kolejnych szczebli drabiny społecznej ukazuje jako coś nie tyle pozytywnego, ale wręcz pożądanego – ma duże szanse, by dołączyć do grona wykluczonych.

Wydawać by się mogło, że sytuacja ta otwiera pole działania dla grup opozycyjnych wobec systemu. Wystarczy „wyłapać” młodych frustratów z prowincji czy z blokowisk wielkich miast i skierować ich gniew na tory polityczne. Konstrukcja współczesnego, realnego liberalizmu i na to jednak znalazła całkiem skuteczne panaceum. Na działaczy społecznych zerka się przychylnie do momentu, w którym nie wystawiają nosa poza łowienie grantów w umiarkowanych NGO’sach. Jakikolwiek przejaw radykalizmu, zwłaszcza na polu ekonomicznym, jest natychmiast stygmatyzowany. Uczestnicy protestów lokatorskich czy pracowniczych nie są więc oddanymi słusznej „sprawie” (cóż za wypaczony termin!) działaczami czy ofiarami zwyczajnej niesprawiedliwości, lecz „nierobami”, którzy mają dwie lewe ręce i stanowią tylko ciężar dla młodych, płacących podatki, ciężko pracujących przedsiębiorców.

Sytuację tę można obejrzeć także od drugiej strony – ci, którzy z jakiegoś powodu natrafili na barierę uniemożliwiającą im wskoczenie na wyższy szczebel hierarchii społecznej lub wręcz prowadzącą do ich degradacji, często popadają w marazm. Uwidacznia się on nie tylko w postaci braku starań o poprawę sytuacji bytowej, ale także – a może przede wszystkim – w niechęci do wkroczenia na drogę aktywności politycznej. Tę ostatnią sporadycznie udaje się przezwyciężyć dzięki determinacji działaczy społecznych, o czym świadczy fakt narodzin zalążków ruchu lokatorskiego w kilku polskich miastach. Nie oznacza to oczywiście przezwyciężenia liberalnych barier. Często trzeba lat ciężkiej pracy, by ze zbioru indywidualnych spraw, na których załatwieniu najbardziej zależy zainteresowanym (choć trafniej byłoby nazwać ich „poszkodowanymi”), stworzyć rzeczywisty ruch, oparty na solidarności i tożsamości interesów jego uczestników.

Największą bolączką realnego liberalizmu nie są jednak mniejsze czy większe protesty społeczne, będące skutkiem ubocznym systemu. Demoliberalizm cierpi bowiem na znacznie poważniejsze wady genetyczne, wytykane przez różne strony sceny politycznej. Jego siła pośrednio tkwi jednak także w owym dualizmie – manifestacja lewicowców przeciwko cięciom socjalnym może jedynie wzbudzić wrogość skrajnej prawicy – i odwrotnie. O ile więc siły centrowe wespół z prawicowymi mogą wspólnie dążyć do realizacji pewnych celów (vide np. wspólny start Platformy Obywatelskiej i Unii Polityki Realnej w wyborach parlamentarnych w 2001 r. ), o tyle rozmaite koncepcje „sojuszu ekstremów” kończą się fiaskiem z powodu nadmiernych, niemożliwych do pogodzenia odmienności programowych.

Osikowym kołkiem dla obecnego modelu jest fałsz zawarty w samym centrum jego ideologii: że dzięki ciężkiej pracy, talentom i odrobinie szczęścia każdy może sięgnąć gwiazd. Statystyka bezlitośnie rozbija ten mit – polskie społeczeństwo należy do pracujących najdłużej w Europie (według niemieckiego dziennika „Bild”), a mimo to zamożność naszego kraju znacznie odbiega od rozwiniętych państw Zachodu. Winę za gospodarcze dysproporcje w Europie politycy chętnie zrzucają oczywiście na mityczną „komunę”. Jeśli jednak przytaczane przez „Bild” dane o średnim czasie pracy w skali roku (1856 godzin dla Polski; 1702 godziny – Czechy, 1659 godzin – Niemcy) nie skłonią liberalnego polityka do namysłu nad kondycją obecnego modelu, o tyle dane CBOS ze stycznia 2009 r. powinny wywołać wycie syreny alarmowej w jego obozie politycznym. Centrum Badania Opinii Społecznej wykazało bowiem, że nawet praca nie zapewnia przysłowiowych kołaczy – wedle analityków, ponad 2 mln osób to tzw. pracujący biedni. Stanowi to ponad 6,6% dorosłych Polaków.

Owa rzesza ludzi niczym cierń godzi w liberalną opowieść i sprawia, że tryby systemu skrzypią coraz to bardziej. Politycy i ekonomiści od czasu do czasu próbują jeszcze podlewać go smarem, a to – przy wtórze mediów – przekierowując uwagę na skoki narciarskie czy Euro 2012, a to zaciągając pożyczki na inwestycje efektowne, acz zazwyczaj mające na celu jedynie przyciągnięcie kapitału. Koła zębate obracają się jednak z coraz większym trudem, a gdzieś w centrum całej tej maszynerii narastają siły odśrodkowe. Antysystemowe ruchy na masową skalę dawały już o sobie znać w Hiszpanii i Grecji. Również w Polsce emanacją tendencji poszukiwania alternatywy dla establishmentu był wysoki wynik wyborczy Ruchu Palikota.

Topniejące poparcie formacji biznesmena z Biłgoraja wskazuje jednak, że głosy hipsterów i klasy średniej to rzecz bardzo ulotna. Zwłaszcza w sytuacji strukturalnego kryzysu klasa średnia – lub osoby do niej pretendujące – z coraz większą determinacją będzie się rozglądać za alternatywą, która zapewni jej wreszcie stałą możliwość bogacenia się. Aktualne tendencje zdają się wskazywać, że prawda dla przedstawicieli tej niestałej mieszanki może znaleźć się już nie pośrodku, lecz na skrajnej prawicy. Nie bez powodu rej na demonstracjach nacjonalistów częstokroć wiodą właściciele drobnych, internetowych sklepów z „chuligańską” odzieżą. Ktoś taki jest po prostu bardziej wiarygodny dla młodego pokolenia w sytuacji, gdy każdy nastolatek może samodzielnie zarabiać np. na grach komputerowych, co automatycznie tworzy u niego świadomość indywidualistycznego i „zaradnego” pretendenta do klasy średniej. Dostrzeżenie przez te osoby ograniczeń w „rozbuchanym socjalu”, w obronie którego staje lewica, a jednocześnie zaufanie do liderów organizacji nacjonalistycznych z powodu podobnych interesów klasowych, może jedynie pogłębić prymat prawicy w polskim życiu publicznym.

Piotr Kuligowski

Radio wolności i solidarności

Radio wolności i solidarności

Niedawno minęła 30. rocznica utworzenia Radia Solidarność i emisji jego pierwszych audycji. Rozgłośnia powstała w mrocznych czasach stanu wojennego, by wspierać walkę z zamordystycznym reżimem, dodawać otuchy, propagować niezależne informacje. To nie tylko historia pełna odwagi i pasji – to także temat wciąż aktualny, bo choć zmieniły się realia polityczne i technologiczne oraz regulacje prawne, to nadal trwa walka o wolne słowo i swobodną myśl, co pokazały choćby protesty w sprawie ACTA. Z okazji 30. rocznicy powstania Radia Solidarność rozmawiamy z Zofią Romaszewską – zasłużoną wieloletnią działaczką opozycji demokratycznej, obrończynią praw człowieka, a obecnie m.in. członkinią Rady Honorowej „Nowego Obywatela”.

***

Była Pani razem z mężem, Zbigniewem Romaszewskim, pomysłodawczynią podziemnego Radia Solidarność, które zaczęło nadawać w kwietniu 1982 r. Skąd wziął się pomysł na rozgłośnię?

Zofia Romaszewska: Chcieliśmy po prostu odezwać się do ludności Warszawy, aby wiedziała, że „Solidarność” żyje mimo represji stanu wojennego i zepchnięcia Związku do podziemia. Czuliśmy, że musimy coś zrobić, aby podnieść ducha narodu, poprawić nastroje społeczne. Ludzie łatwo wpadają w pesymizm, a nam chodziło właśnie o to, żeby nie było tak pesymistycznie i ponuro.

Mieliśmy nadajnik zrobiony przez inżyniera Kołyszkę. On z założenia nie miał nadawać audycji, lecz służyć do porozumiewania się między zakładami pracy, to było takie jakby CB-radio. Postanowiliśmy, że pierwszą audycję nadamy, gdy większość milicjantów wyjedzie z Warszawy. Wiadomo było, że tak się stanie, bo stan wojenny był wyczerpujący dla wszystkich, również dla nich. I rzeczywiście, dano im urlopy na Święta Wielkanocne. W Wielki Piątek rozrzuciliśmy ulotki informujące o Radiu Solidarność, a w Poniedziałek Wielkanocny 12 kwietnia nadaliśmy pierwszą audycję, nie wiedząc, kto nas będzie słuchał, czy w ogóle ktoś nas będzie słyszał, jak daleki mamy zasięg itp. Bardzo szybko zaczęto nas zagłuszać przy pomocy muzyki, którą nazywaliśmy „dyskoteką Kiszczaka”, ale na początku było nas słychać świetnie. Trzeba powiedzieć, że MSW poniosło spore koszty z naszego powodu, bo w pewnym momencie Warszawa była pełna pelengatorów, na wielu domach były instalowane na stałe.

Jak wyglądała organizacja takiego radia podziemnego?

Z. R.: Nagrywaliśmy audycje w domu na zwykłym magnetofonie, dopiero później mieliśmy porządniejszy sprzęt. Warunki pracy były prymitywne. Musieliśmy sprzęt trochę obstawić poduszkami, żeby nie było pogłosu. I to było nasze studio. Przy okazji drugiej audycji taśmę skleiliśmy prowizorycznie, w efekcie czego nie wytrzymała i zerwała się w trakcie nadawania. Okoliczności tej audycji były bardzo efektowne, bo Warszawa była cała niebieska od milicyjnych samochodów. Wcześniej milicjanci ustalili mniej więcej przy pomocy pelengatora, skąd możemy nadawać i obstawili dzielnicę. Zajmowali cały kwartał ulic w okolicach Żelaznej Bramy. Gdy taśma się zerwała, ludzie pomyśleli, że nas złapano, i zaczęli z okien zrzucać doniczki na milicjantów. A my byliśmy bezpieczni – nadawaliśmy wtedy i wiele razy później z szybu windy, skąd wystawialiśmy tzw. szczupakówkę, czyli wędkę z anteną. A pierwszą audycję nadawaliśmy z dachu domu na rogu ulic Grójeckiej i Niemcewicza.

Proszę opowiedzieć trochę o tematyce audycji – o czym mówiliście w „podziemnym eterze”?

Z. R.: Ja od zawsze zajmowałam się interwencjami na rzecz osób poszkodowanych i represjonowanych, stąd też najbardziej interesowała nas taka tematyka. Kogo posadzili, a kogo wypuścili z więzienia, jak bezpieka czy milicja odnoszą się do zatrzymanych czy aresztowanych, jak zachowują się klawisze w więzieniach, w jakich warunkach przetrzymywani są nasi koledzy, czy mają dostęp do książek, do opieki medycznej, do mszy św., jak przebiegają widzenia z rodzinami itd., itd. W pierwszej audycji zajęliśmy się sytuacją Stasia Matejczuka. Przedostała się na wolność informacja z Aresztu Śledczego na Rakowieckiej, że był w trakcie przesłuchań bardzo pobity i marnie się czuje. Myśmy tę informację puścili w eter i już po paru dniach w telewizji pokazano naszego kolegę, jak robi pompki, co oczywiście miało świadczyć o tym, że jest zdrów jak rydz. Takich problemów w tym czasie było dużo, więc było o czym mówić.

Radio miało też służyć do informowania o demonstracjach, mszach i wszelakich spotkaniach w zasadzie legalnych, na które chcieliśmy się zwołać.

Koledzy mieli również skłonności do propagowania idei, które uważali za ważne i sądzili, że odbiorcy z przyjemnością posłuchają poglądów podobnych do swoich i że w tych słusznych poglądach się umocnią.

Kiedy Radio przestało funkcjonować?

Z. R.: Ostatecznie zakończyliśmy nadawać w 1989 roku. Gdy nas aresztowali, Radiem zajmował się np. Jurek Jastrzębowski, a później już inni koledzy przejęli sprawę. Potem Radio zaczęło oddziaływać nawet poprzez telewizję – umieszczali napisy „Solidarność żyje” czy „Solidarność walczy” w trakcie Dziennika TVP albo np. jakiejś mowy Jaruzelskiego. Niestety, zasięg tych akcji był nieduży – gdy się nadawało z jednego bloku, to docierało tylko do bloków sąsiednich. Inaczej było w przypadku tego malutkiego radyjka, które gdy się umieściło wysoko, na dachu, było słyszalne znacznie dalej.

Zadziwiające, że pomimo takiego nakładu sił i środków ze strony MSW nie udało im się zlikwidować Radia.

Z. R.: Mieliśmy bardzo rozdrobnioną strukturę i – poza kilkoma najbliższymi współpracownikami – nie znaliśmy się nawzajem. Nie kontaktowaliśmy się ze sobą, żeby uniknąć identyfikacji. Kiedy już po 1989 r. spotkaliśmy się, byłam zdziwiona, że było nas aż tylu i z tak różnych miast. Od pewnego momentu Radio niesamowicie się rozprzestrzeniło. Jak stwierdził mój mąż, wszystkie instytuty fizyki, techniczne itp. pracowały, żeby Radio Solidarność mogło grać. Nagle zrobiło się dużo nadajników. Na początku nasze audycje były kopiowane i nadawane w różnych miejscach, np. ktoś jechał do Gdańska albo do Krakowa i tam nadawał. A później te miejsca stawały się kolejnymi ośrodkami Radia i ludzie realizowali już własne pomysły – tak było np. we Wrocławiu czy w Świdniku pod Lublinem i w wielu innych miastach Polski.

Osoby, które wspierały Radio, były niezwykle pomysłowe. Mnie chyba najbardziej zaimponował taki wynalazek, który dostałam już po wyjściu z więzienia. To był mały nadajniczek, ukryty w pudełku po zapałkach, którym można było zagłuszać radiowozy milicyjne. Stawało się z takim pudełkiem obok radiowozu-matki, który kontrolował ileś „córek”, i radiowozy natychmiast traciły ze sobą łączność.

Czy Pani wie, jakich miała odbiorców, kto słuchał Radia Solidarność?

Z. R.: Na początku słuchała nas Warszawa – i to dość masowo. Koledzy opowiadali nam, że gdy było wiadomo, że ma być audycja Radia Solidarność, to w drukarni, która znajdowała się w Domu Słowa Polskiego, wszyscy pracownicy mieli ze sobą takie małe odbiorniczki. I gdy o godz. 21 rozlegał się sygnał fujarki, rozpoczynający naszą audycję – maszyny stawały, wszyscy zaczynali słuchać. To był niesamowity sukces. Zresztą cała Warszawa wtedy mrugała światłami – umówiliśmy się na taki sygnał, żeby wiedzieć, kto nas odbiera. Gdy zobaczyliśmy te światła po raz pierwszy, to się popłakaliśmy ze wzruszenia.

A jaki był wymiar „wewnętrzny”, środowiskowy Radia Solidarność?

Z. R.: Nasze radio było bardzo ważnym sposobem aktywizowania sporej grupy ludzi. Jak już mówiłam, naukowcy wykazywali się niezwykłą pomysłowością, żeby ułatwić nam nadawanie i zwiększyć zasięg audycji. Była to również wspaniała przygoda dla młodzieży. Emiterami najczęściej byli ludzie młodzi i adrenalina dawała całkiem dobrze o sobie znać. Można się było wykazać i sprawdzić, bo pokonało się strach. W trudnych czasach nie jest źle udowodnić sobie, że jest się gotowym dla celów niemerkantylnych poświęcić nawet własną wolność. To była dobra szkoła życia i charakterów.

Trzy miesiące po tym, jak Radio zaczęło nadawać, została Pani aresztowana i skazana na trzy lata więzienia. Jaka była treść oskarżenia?

Z. R.: Rzekomo próbowaliśmy obalić siłą ustrój PRL-owski. Natomiast drugi zarzut dotyczył przynależności do zdelegalizowanego związku zawodowego „Solidarność”. Prawdę mówiąc, wtedy nie należałam do „Solidarności”, bo byłam pracownikiem Komisji Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność”, i w związku z tym uznałam, że nie będę u swojego pracodawcy należeć do jego związku. Ale oczywiście podczas procesu udawałam, że należę [śmiech].

Proces był absurdalny, zarzuty nie miały związku z rzeczywistością. W moim przypadku np. były bardzo wielkie dociekania, czy to jest na pewno mój głos, czy nie. Nasz kolega z Politechniki Wrocławskiej przekonywał podczas procesu, że tego absolutnie nie można ustalić, stwierdził również, że on w nagraniu wyraźnie rozpoznaje akcent środkowopolski czy kielecki [śmiech]. W ogóle to był niezły spektakl.

Radio Solidarność – obok innych mediów podziemnych – można by uznać za specyficznego prekursora dziennikarstwa obywatelskiego w Polsce. Interesowała się nim nie tylko nasza Służba Bezpieczeństwa, ale też enerdowska Stasi, czyli system wyraźnie się go obawiał. Jak Pani ocenia wpływ dzisiejszych mediów oddolnych na to, co się dzieje w Polsce? Czy mamy jakiś wpływ, czy to tylko „robota głupiego”?

Z. R.: Nam się wtedy również wydawało, że to, co robimy, to jest zdecydowanie „robota głupiego” i teraz też może się wydawać, że aktywność mediów oddolnych jest czymś podobnym. Ten, kto się tym zajmuje, ma wrażenie, że jego działanie nie ma żadnego znaczenia. Człowiek się nafatyguje, napracuje, jest strasznie zmęczony, a efektów swojej pracy nie widzi, bo to widać dopiero po latach. A potem to już w zasadzie nie wiadomo, czy te zmiany nastąpiły dzięki działaniom państwa, czy kogoś innego. Jednak to nigdy nie jest tak do końca. Jeżeli podobnych inicjatyw jest wystarczająco dużo, wtedy miara się przebiera – i wówczas następują zmiany. Natomiast dopóki nie ma tej „masy krytycznej”, to można odnieść wrażenie, że nic się nie dzieje, że to jest taka właśnie „robota głupiego”. Ale małe kroki mogą prowadzić do wielkich przemian. Kiedy my funkcjonowaliśmy, też mieliśmy wątpliwości i też nas dopadało poczucie beznadziei. Nie jest łatwo nakłonić obywateli do zmian, musi się ta „masa krytyczna” z jakiegoś powodu, czasem trudno powiedzieć z jakiego, uformować.

A jak ocenia Pani z perspektywy własnych doświadczeń kondycję dzisiejszych mediów oddolnych, obywatelskich? Wiadomo, że pojawiły się nowe możliwości, przede wszystkim Internet.

Z. R.: Internet jest rzeczą fascynującą i świetną, ale stanowi też w pewnym stopniu śmietnik. Dlatego zasadniczą sprawą jest, żeby nasze dzieci i wnuki nauczono myśleć, a współczesna szkoła – nie tylko u nas, ale i na świecie – tego nie uczy. Obecnie uczy się pewnego sposobu reagowania na określone hasła: hasło-odzew, hasło-odzew, jak w wojsku. I to powoduje, że media oddolne ze swoimi przekazami spotykają się z niezrozumieniem. Mimo że się używa słów prostych, mimo że się mówi o oczywistościach. Szkoła uczy bezmyślności – to po pierwsze. A po drugie – dzisiaj liczy się indywidualizm, a nie solidarność z innymi. Nie tworzymy grup ani społeczności, niszczymy poczucie tożsamości narodowych, wyznaniowych, ideowych itp. Żeby łatwiej było nami rządzić, społeczeństwo jest ogłupiane, a wspólnoty – likwidowane.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 15 czerwca 2012 r.

Reforma kosztem kobiet

Nie milkną kontrowersje wokół reformy emerytalnej. Nic dziwnego – w ciągu ostatnich miesięcy, oprócz sprawy głośnej umowy ACTA, niewiele było decyzji politycznych mających tak niskie poparcie społeczne. Według badania przeprowadzonego przez CBOS na początku marca, ponad 80 proc. Polaków jest przeciwnych podniesieniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn do 67 lat.

Przyczyny braku akceptacji dla reformy mogą być różne, jednak ten ogólny sprzeciw pozwala naświetlić bardzo istotną kwestię. Każda trudna reforma, która w istotny sposób wpływa na zmianę poziomu oraz stylu życia obywateli, powinna wiązać się z szeregiem działań ochronnych. Naiwnością i skrajnym brakiem odpowiedzialności jest twierdzić, że rzeczywistość, którą stworzy nowelizacja, jest dostosowana do polskich warunków. Aby uzyskać oszczędności, trzeba najpierw zainwestować.

W świetle działań innych państwo unijnych, a także niekorzystnych zmian demograficznych mających nastąpić w nadchodzących latach, przeprowadzenie reformy emerytalnej może wydawać się nieuniknione. Warto jednak pamiętać, iż prowadzona przez starszych członków Wspólnoty Europejskiej polityka społeczna, a także środki na nią łożone, różnią się znacznie od polskich realiów. Według badań Eurostatu, Polska wydaje na systemy zabezpieczeń społecznych 19% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 29%. Jest to jeden z najgorszych wyników w UE. W rezultacie szybkiego przegłosowania reformy, bez wcześniejszej debaty nad działaniami ochronnymi, wiele grup już i tak upośledzonych czekają szczególnie trudne czasy. Pośród nich, jako wyjątkowo narażone na niekorzystne zmiany sytuacji życiowej należy wyróżnić kobiety, szczególnie te w wieku 50+.

Brak działań ochronnych przy wprowadzaniu w życie zapisów znowelizowanej ustawy emerytalnej może obnażyć najbardziej palące i wciąż nierozwiązane kwestie polityki społecznej. W sytuacji wydłużonej obecności kobiet na rynku pracy wyjdą na światło dzienne ze zdwojoną siłą wszystkie czynniki, które już przed reformą nie pozwalały kobietom na w pełni efektywne funkcjonowanie w tej sferze. Odpowiedzialnie przeprowadzona reforma powinna pociągać za sobą realne zmiany w rozwiązywaniu kwestii takich, jak system opieki nad osobami starszymi, polityka rodzinna czy procesy podnoszenia kwalifikacji osób starszych.

Według najnowszych danych, przedstawionych przez Eurostat, wskaźnik aktywności zawodowej kobiet w wieku 15-64 lata w Polsce wzrósł do 59,8 proc. To najlepszy wynik od 2004 r., ale i tak jeden z najgorszych w UE. Jedną z przyczyn dystansu dzielącego Polskę od innych krajów Wspólnoty Europejskiej pozostaje z pewnością brak właściwej polityki dotyczącej adekwatnego finansowania systemu opieki. Rośnie liczba osób, które jako powód bierności podają obowiązki rodzinne i związane z prowadzeniem domu. Według szacunków „Rzeczpospolitej”, w 2011 r. było już ich prawie 1,5 mln. Z powodzeniem można założyć, że znacząca większość z nich to właśnie kobiety. Przy obecnych głodowych zasiłkach pielęgnacyjnych oraz braku dziennych placówek pomocy, dostosowanych do stopnia i rodzaju niepełnosprawności, powrót tych kobiet na rynek pracy wydaje się być co najmniej wątpliwy – zaś podwyższony wiek emerytalny jedynie osłabi sytuację finansową tej i tak już niedofinansowanej grupy. Postępujące starzenie się społeczeństwa, będące wszak głównym powodem przeprowadzenia reformy emerytalnej, jeszcze ten kryzys zapewne zaostrzy – liczba osób wymagających opieki będzie się niewątpliwie powiększać w nadchodzących latach.

Kolejną kwestią, która nie pozostanie bez wpływu na skutki reformy, jest ogólnie gorsza sytuacja kobiet na rynku pracy. Kobieta oceniana jest jako gorszy pracownik ze względu na potencjalną chęć posiadania dzieci, za których wychowanie w percepcji społecznej ponosi główny ciężar odpowiedzialności. W rezultacie krócej pracuje, zarabia mniej, a w efekcie jej chęć posiadania potomstwa maleje. Mniejsza liczba dzieci przekłada się z kolei na wskaźniki demograficzne, te zaś są głównym motorem przeprowadzonej reformy, która – nie poparta właściwymi rozwiązaniami społecznymi – po raz kolejny uderzy w kobiety.

Taka wizja problemu nie jest niczym nowym – sami autorzy ustawy ws. wieku emerytalnego rozpoznają kobiety jako grupę najbardziej narażoną na zubożenie wskutek wprowadzanych zmian. Na rządowej stronie informacyjnej znaleźć można informację, że największe obawy związane z nowelizacją mają kobiety, które poza pracą zawodową opiekują się wnukami lub niedołężnymi rodzicami. Nic dziwnego – kobiety stanowią ponad 2/3 z 63 milionów osób nieaktywnych zawodowo w wieku od 25 do 64 lat w UE. Jako rozwiązanie problemu ustawa przewiduje możliwość wypłaty tzw. emerytury częściowej, do której prawo miałyby m.in. kobiety w wieku co najmniej 62 lat, posiadające minimum 35-letni staż ubezpieczeniowy. Korzystanie z emerytury częściowej, której wysokość wynosiłaby 50 proc. emerytury, zmieniałoby wysokość emerytury wypłacanej po 67. roku życia.

Rozwiązanie to, choć można je zaliczyć do działań buforowych, jest w oczywisty sposób niewystarczające. Bez obecności innych kroków ochronnych sytuacja kobiet podlegających skutkom nowelizacji może znacznie się pogorszyć – w sytuacji tąpnięcia rynków finansowych w skali europejskiej szybciej rośnie stopa bezrobocia kobiet niż mężczyzn. Jak informuje Fundacja Feminoteka, dodatkowym niebezpieczeństwem dla kobiet jest duży poziom ich zatrudnienia w sektorze publicznym zagrożonym redukcjami. W przypadku braku pracy, świadczenia, które będą pobierać kobiety do 67. roku życia, będą niższe od dotychczasowych. W przypadku braku wymaganego stażu ubezpieczeniowego – takich świadczeń nie otrzymają wcale.

Złagodzenie skutków przeprowadzonej nowelizacji przy pomocy emerytury częściowej to krok nie tylko niewystarczający ale i – w pewnym sensie – w niewłaściwym kierunku. Pomoże on, w niewielkim stopniu, tylko określonej grupie kobiet – chorych lub rezygnujących z pracy na rzecz opieki nad bliskimi. Natomiast kobietom, których powrót na rynek pracy wymagałby podniesienia kompetencji zawodowych lub przekwalifikowania się, nie pomoże wcale.

Z licznych badań wynika, iż osoby starsze są gorzej traktowane jako pracownicy, zwłaszcza w przypadku podnoszenia ich kwalifikacji. Oxford Institute of Ageing donosi, że aż 80% przedsiębiorstw nie skierowało na szkolenie żadnego pracownika, który skończył 45. rok życia. W ramach działań podjętych w celu zwiększenia aktywności zawodowej osób 50+ w Polsce, stworzono rządowy program „50+. Solidarność pokoleń”. Jednak środki podjęte w ramach tego pakietu obejmują głównie ulgi, do których uprawnieni są pracodawcy w związku z zatrudnieniem osób w wieku przedemerytalnym. Ulgi te z pewnością nie zaszkodzą pozycji osób starszych na rynku, jednak to aktywna polityka podnoszenia kompetencji przynosi najlepsze rezultaty.

W innych krajach unijnych głównym przedmiotem troski są właśnie pracownicy – programy wspierające przeprowadzoną reformę obejmują działania takie, jak dofinansowanie kształcenia zawodowego dla osób powyżej 45. roku życia oraz dofinansowanie wynagrodzeń pracowników w wieku 50+, którzy powrócili z bezrobocia trwającego co najmniej 6 miesięcy (Niemcy); przyznanie rocznej premii finansowej dla pracowników w wieku 61 lat i starszych (Holandia); dotacje wypłacane pracującym znajdującym się w szczególnej sytuacji na rynku pracy – w tym osobom starszym (Wlk. Brytania). Działania o profilu aktywizacji zawodowej rządy krajów europejskich podejmują już od pewnego czasu. Aby skutecznie zaktywizować osoby w wieku 50+, nawiązują współpracę z sektorem niepublicznym, z firmami i organizacjami pozarządowymi.

Nowelizacja reformy emerytalnej jest zgodnym z tendencjami unijnymi rozwiązaniem problemu kosztów starzejącego się społeczeństwa. Jednak prowadzenie polityki prawdziwie odpowiedzialnej, a co za tym idzie – skutecznej, wiąże się z umiejętnością dostrzegania całokształtu dynamiki zmian zachodzących w społeczeństwie. To, że zmiana zaistnieje jako zapis prawny, nie oznacza, iż jej realizacja w praktyce pójdzie równie gładko. Zmiany to proces, dlatego też strategia ich wprowadzania powinna być poparta działaniami łagodzącymi skutki wobec grup najbardziej narażonych w wyniku przemian.

Celem znowelizowanej ustawy mają być oszczędności. Jednak brak działań buforowych sprawia, że odbywają się one kosztem znacznej części społeczeństwa. A jako że dyskryminacja i upośledzenia społeczne maja się zwyczaj kumulować, oznacza to pogłębianie już istniejących problemów, na których rozwiązanie też przecież trzeba będzie wydać pieniądze.

Fasolka niepodległości

W czasie zaborów Polacy na kresach wschodnich wyhodowali fasolę niepodległości. Na białej łupinie wyraźnie widoczny jest czerwony orzeł z koroną. Uprawianie tej fasoli było zakazane, więc sadzono ją między ziemniakami, chociaż jest rośliną wysokopienną. Kiedy już wydawało się, że fasolka niepodległości jest legendą, okazało się, że przywieziona z kresów przez dr. Zenona Kukiera przetrwała w Małopolsce. Rośnie w gminach Łącko, Podegrodzie i Chełmiec w pobliżu Nowego Sącza. Tradycja nakazuje dodać ją do potraw przyrządzanych na wieczerzę wigilijną. Nasionka dostają tylko ludzie godni zaufania. Fasola jest rośliną wiatropylną i chociaż fasola z orzełkiem okazała się odmianą trwałą, nie powinno się dopuszczać do krzyżówek. Moja siostra dostała cały woreczek i z zapałem szykuje tyczki.

Niedowiarkom mogę powiedzieć, że w 2010 roku fasola niepodległości dostała certyfikat produktu tradycyjnego. Wyszło symbolicznie: trochę smutno, trochę śmiesznie, ale optymistycznie. Przywiązanie do niepodległości jest produktem kresowej szlachty, kultywowanym w Małopolsce. Polacy zdradzani przez własnych przywódców, pokonywani przez wrogów, którzy tajnie się przeciw nim zmawiali, kiedy już nic nie dawało się zrobić, hodowali fasolkę niepodległości. Gdybym miała podać jeden powód, dlaczego mogę mieszkać tylko w Polsce, wymienię fasolkę, chociaż wszędzie mi się podoba, a niektóre wady moich rodaków powodują, że nóż sam się w kieszeni otwiera. Podróbka Polaków jest niemożliwa, nie można ich naśladować, ponieważ nie wiadomo, co wymyślą.

Przydałoby się nam trochę więcej zawziętości właściwej Słowianom południowym. W Muszynie na zgrupowaniu przebywała pierwszoligowa drużyna z Serbii. Zagrali mecz towarzyski z czwartoligową Muszynianką i sromotnie przegrali. Trener się wściekł, zrugał swoich podopiecznych, że nie chce ich znać i wraca do Serbii. Kiedy okazało się, że nie żartował, wyruszyła ekipa poszukiwawcza. Znaleźli trenera, jak twierdzą, w połowie drogi przez Słowację. Maszerował na południe w garniturze i wizytowych butach.

Sądzę, że najważniejszą przyczyną naszych niepowodzeń jest odpuszczanie zdrajcom. Niemoralny obyczaj użalania się nad zdrajcami i pogardy dla ofiar przedstawia się w słodkim sosie chrześcijańskiego miłosierdzia, chociaż każdy, kto miał przynajmniej trójkę z religii, wie, jakie są warunki przebaczenia. Podejrzewam, że za pozornie szlachetną rezygnacją z dochodzenia prawdy i sprawiedliwości kryje się uzasadniony strach, że ci, którzy wygrali, będą się mścić. Wałęsa nie odpuszcza, nęka procesami Wyszkowskiego, a sądy przyznając mu rację jawnie kłamią. W marszach pamięci każdego dziesiątego w Trójmieście nie uczestniczą członkowie Ligi Obrony Suwerenności. Nikt nie musi, ale nazwa organizacji zobowiązuje. Z ulotki dowiedziałam się, że w sprawie suwerenności LOS proponuje odrzucenie dyktatu Unii Europejskiej, zachowanie złotówki, obronę majątku przed zagranicznymi roszczeniami i wycofanie się z Afganistanu. Radykalny program, ale PO i Rosji lepiej się nie narażać. UE i NATO daleko.

Tresowanie społeczeństwa w duchu „racja jest po stronie siły” może się źle skończyć. W państwach cywilizowanych siła tylko dlatego jest po stronie ulicy, że strzelanie do tłumu z ostrej amunicji lub rozjeżdżanie czołgami, jak na placu Tiananmen, nie jest dopuszczalne. Ta psychologiczna i prawna bariera może w każdej chwili pęknąć w obronie pieniędzy i w obawie przed odpowiedzialnością. Na całym świecie, nie tylko w Polsce, trwają przygotowania do tłumienia masowych rozruchów, kiedy wyczerpią się możliwości manipulowania opinią publiczną. W USA Halliburton buduje więzienia i zamknięte obozy, czyli łagry. Światowi mędrcy już dawno oszacowali, że 80% populacji jest zbędna, a teraz głowią się, jak pozbyć się balastu. W ekskluzywnych gremiach jest Zbigniew Brzeziński i jak fama głosi, również Palikot. Współczuję tym mędrcom. Wolę być z pospólstwem, bo nie tylko pieniądze i władza, towarzystwo też się liczy. Poza tym wcale nie wiadomo, po której stronie będzie bezpieczniej.

Nie chcę nikogo straszyć, jestem dobrej myśli. Ludzie zainteresowali się realną ekonomią i słuchanie ideologicznych sloganów, które niczego nie wyjaśniają, coraz bardziej ich denerwuje. Próbują dowiedzieć się, jak degenerował się system finansowy, którego rolą było kiedyś obsługiwanie gospodarki, albo wychodzą na ulice, demonstrują, tłuką szyby w bankach lub lokalach partii politycznych. Niepoprawne politycznie opinie o przyczynach i istocie kryzysu pojawiają się nawet w polskich mediach, często w miejscach nieoczekiwanych. Z biuletynu funduszu inwestycyjnego Pioneer Pekao dowiedziałam się, dlaczego Niemcy forsowali pakt fiskalny, chociaż sami od dawna przekraczali obowiązujące limity zadłużenia. Sztywne limity zeszły na dalszy plan, teraz wymaga się redukcji zadłużenia strukturalnego. Nie bardzo wiadomo, co to jest, więc można swobodnie żonglować interpretacją. Ta polityczna decyzja pozwala karać węgierski rząd Viktora Orbana.

Prezydent Francji rzucił nowe hasło walki z kryzysem – rozwój gospodarczy. Hasło się podoba, ponieważ daje nadzieję na zmniejszenie bezrobocia. Hollanda krytykują przeciwnicy zadłużania – bez nowych kredytów rozwój jest niemożliwy. Ciekawą krytyczną opinię usłyszałam od znajomego Francuza: „We Francji produkujemy wystarczającą ilość wszystkiego, co nam potrzeba, a rozwój, który likwiduje miejsca pracy, zwiększy bezrobocie”. Wszystkie kraje rozwinięte mają nadzieję na sprzedanie nadmiaru towarów produkowanych przy coraz mniejszym zatrudnieniu. Zbędne 80% populacji nie chce się dobrowolnie powiesić, a państwo opiekuńcze według liberałów jest anachronizmem i przyczyną kryzysu. Sytuacja jest patowa. Lud Rzymu domagał się chleba i igrzysk. Same igrzyska nie wystarczą, jakieś minimum chleba jest konieczne. Pytanie, jaki jest cel rozwoju, jest ważne.

W Polsce – przeciwnie niż we Francji – importujemy wiele towarów i usług, poczynając od projektów stadionu, na ziemi do kwiatów kończąc. Po szokowej transformacji straciliśmy całe gałęzie gospodarki. U nas celem rozwoju jest odbudowa polskiej gospodarki, ale pytanie pozostaje: Po co Polacy mają pracować dłużej, za mniejsze pieniądze i przechodzić na emeryturę później, skoro mamy tylu bezrobotnych? Odpowiedzi dostajemy wciąż te same – bo taki jest ogólny trend, bo musimy wygrać wyścig, bo żądają tego światowe rynki finansowe. Rynki nie odróżniają Warszawy od Budapesztu, ale dobrze wiedzą, kto chce się lenić. Na mecie wyścigu jest przewlekły kryzys, ale wszyscy muszą grać w tę grę pod szantażem bankructwa, bo wszyscy są zadłużeni. Średnie zadłużenie państw UE wynosi 60% i można je spłacić tylko pozyskując środki od sąsiadów, ponieważ bilans wymiany z państwami poza Unią jest zrównoważony. Przypomina to eksperyment, o którym opowiadał mi tato, przyrodnik. W szczelnym słoiku zamknął kokon jaj pająka. Wylęgła się chmara małych pajączków, a po pewnym czasie na nitce przyczepionej do wieczka zwisał jeden tłusty pająk.

Wybór socjalisty na prezydenta Francji został w Polsce przyjęty z niechęcią i wywołał zamieszanie. Liberałom socjalizm kojarzy się z prawami pracowników, związkami zawodowymi i znienawidzonym państwem opiekuńczym. Partia rządząca wciąż inwestuje w przyjaźń z Angelą Merkel, ale Niemcy też już się buntują przeciw zaciskaniu pasa, a zmiana układu sił na szczytach Unii może Merkel pogrążyć. Nie wiadomo, czy inwestycja nie okaże się chybiona. Leszek Miller cieszy się, że zwrot na lewo w Europie przybliży SLD do władzy w Polsce. Wybór Hollanda to również zwrot na prawo, ponieważ wzmacnia dążenia do niezależności państw narodowych. Trafnie odczytał tę zmianę Jarosław Kaczyński, który w przeciwieństwie do dużej części swojego elektoratu, z satysfakcją przyjął wynik wyborów we Francji. Miller euroentuzjasta, zwolennik ścisłej integracji, może naśladować Francję tylko w sprawach socjalnych. Na przykład może popierać starania partii prawicowych o pomoc państwa dla kobiet rodzących i wychowujących dzieci. Życzę mu powodzenia.

W Polsce słowo „socjalista” pełni rolę inwektywy, ale rekord we wrogim stosunku do Hollanda pobił Krzysztof Wyszkowski w swoim felietonie w „Gazecie Polskiej” z 16 maja. Zacytuję fragment „…wyciągnięta z partyjnego lamusa kukła z bezbarwnej plasteliny. Jego program jest wielkim łgarstwem bezprzykładnego łgarza, który na swoją obronę ma tylko to, że jest do tego stopnia Monsieur Inconnu, że nawet jego kobiety nie chciały się z tą mieszaniną mydła z szampanem ożenić”. Albo Krzysztof miał zły dzień, albo za długo oglądał Niesiołowskiego. Sensu to nie ma, ale dalej Wyszkowski oskarża „zachodnioeuropejską francę” o zarażenie Ameryki: „Jeszcze, niedawno wydawało się, że po ujawnieniu się okropnych objawów tej choroby (i to szczególnie w ochronie zdrowia) zostanie ona szybko i skutecznie gorącym żelazem wypalona”. Mam nadzieję, że w Polsce nie dojdzie do „wypalania gorącym żelazem” powszechnych ubezpieczeń i publicznej ochrony zdrowia.

                             Joanna Duda-Gwiazda

Wyzysk i eksploatacja

Wyzysk i eksploatacja

Z okazji niedawnych sporów dotyczących wydłużenia czasu pracy i podniesienia wieku emerytalnego, a także w obliczu stagnacji na rynku pracy oraz upowszechnienia w debacie publicznej takich kwestii, jak „umowy śmieciowe” czy wysokie bezrobocie wśród osób młodych, powraca temat „Polski pracującej” i jej kondycji. Rozmawiamy o tym z prof. Włodzimierzem Pańkowem – naukowcem zajmującym się taką tematyką od wielu lat, członkiem Rady Honorowej „Nowego Obywatela”.

***

Od kilkudziesięciu lat bada Pan warunki pracy Polaków. Jak obecnie wygląda sytuacja krajowych pracowników pod względem czasu pracy, wysokości wynagrodzenia, stabilności warunków zatrudnienia itp.? Jakie pozytywne i negatywne trendy można wyróżnić w ostatnich latach?

Włodzimierz Pańków: Na podstawie ostatniego eurosondażu z 2010 r. można powiedzieć, że polscy pracownicy spędzają w pracy najwięcej czasu: średnio 44 godziny i 37 minut tygodniowo. Najkorzystniejsza sytuacja dla pracowników pod tym względem jest w krajach skandynawskich. Szwedzi spędzają w pracy 38 godzin i 15 minut, Norwegowie – 36 godzin, a Duńczycy – 36 godzin i 33 minuty. Z czego wynika tak duże obciążenie pracą polskich pracowników? Po pierwsze, w Polsce jest stosunkowo dużo ludzi pracujących na własny rachunek, i oni z reguły dużo pracują. To niekoniecznie są przedsiębiorcy, bo kilkaset tysięcy ludzi zostało zmuszonych do samozatrudnienia przez reguły gry dotyczące ubezpieczenia itd. Takich osób jest w Polsce około 18-20% wśród ogółu wykonujących pracę. Pod tym względem przebija nas tylko kilka krajów: Grecja, Hiszpania, Włochy.

Natomiast pracownicy najemni pracują tak dużo, ponieważ mamy bardzo niski poziom aktywizacji zawodowej. Mniej więcej połowa Polaków, przynajmniej formalnie, pracuje u kogoś. Polscy pracodawcy wyciskają jak najwięcej ze swoich pracowników, wykorzystują ich maksymalnie długo i nie zatrudniają nowych, m.in. ze względu na tzw. dodatkowe koszty pracy.

Co do płac,sprawa jest o wiele trudniejsza, ponieważ powiązana z kwestią cen produktów i usług. Nie dysponuję danymi, które pozwoliłyby na precyzyjne porównania, ale mogę powiedzieć, że w środkowej i północnej części Europy, czyli w krajach skandynawskich, w Niemczech, w państwach Beneluksu, we Francji czy w Austrii pracownicy na ogół zarabiają kilkakrotnie więcej niż Polacy, przy czym ceny produktów i usług w tych krajach są dość wysokie, choć oczywiście nie na tyle, aby poziom życia był tak niski, jak w Polsce.

Jeśli chodzi o stabilność warunków zatrudnienia, to według wspomnianego eurosondażu, mniej więcej co trzeci polski pracownik pracował wówczas na umowach terminowych lub tzw. śmieciowych – umowach o dzieło itp. Z odpowiedzi ankietowanych na pytanie o poczucie bezpieczeństwa czy pewności zatrudnienia, wyłonił się obraz ludzi żyjących w ciągłym lęku przed zwolnieniami. Jak gdyby byli w autobusie, który jedzie po wyboistej drodze, trzęsie się i może w każdej chwili rozlecieć. Wówczas nawet Hiszpania nie miała takich złych wyników, może dlatego, że w Hiszpanii bardzo duży odsetek ludzi pracujących zdobywa jednocześnie edukację, która pozwala im ewentualnie zmienić zawód i zatrudnienie. Podobnie w Portugalii, a największy odsetek osób uczących się czy doszkalających pracowników, o ile pamiętam, był w Finlandii i w Izraelu – sięgał 15 czy nawet 20%, podczas gdy w Polsce było to tylko ok. 5%. Ale jest zrozumiałe, że jeżeli pracujący Polacy byli tak obciążeni pracą, to nie mogli znaleźć ani czasu, ani sił na to, żeby się jeszcze szkolić i przygotowywać do zmiany miejsca zatrudnienia czy zawodu.

Jeżeli chodzi o płace i inne korzyści związane z pracą – podejście pracodawców jest zróżnicowane. Jest sporo renomowanych międzynarodowych firm czy koncernów, które w Polsce prowadzą działalność, ale nie są skłonne Polaków aż tak bardzo „dopieszczać”. Przybyły tu głównie ze względu na tanią siłę roboczą, a także dlatego, że polscy pracownicy mają stosunkowo wysokie kwalifikacje, więc można za niską cenę kupić w miarę dobrych pracowników. Trzeba jednak zauważyć, że coraz częściej dzieje się tak, że ci najlepsi – najbardziej energiczni, pomysłowi, przedsiębiorczy – już po prostu wyjechali lub wyjeżdżają za granicę.

Poza tym, postępuje degradacja systemu edukacyjnego, obecnie toczy się ożywiona dyskusja na ten temat. Młodzi ludzie, w tym także studenci czy absolwenci wyższych uczelni, jeśli znajdują pracę, to najczęściej na stanowiskach nie wymagających szczególnych kwalifikacji, np. jako kelnerzy lub „na zmywaku”. Pracodawcy niechętnie przyjmują młode osoby, argumentując, że nie mają one doświadczenia zawodowego. W efekcie wśród tych najmłodszych, w wieku od szesnastu do dwudziestu kilku lat, bezrobocie wynosi około 25-27%.

Istotną sprawą jest również, szczególnie w kontekście toczącej się dyskusji na temat emerytur, dość liczna grupa bezrobotnych w wieku przedemerytalnym.

Jakie są przyczyny opisanego przez Pana nienajlepszego położenia pracowników najemnych?

W. P.: Mówiąc słowami prof. Jerzego Hausnera, byłego ministra pracy, z jego książki „Pętle rozwoju”, w okresie III RP polska gospodarka znajdowała się niemal cały czas „w koleinach bezzatrudnieniowego wzrostu”. Oznacza to, że z roku na rok raczej ubywało pracujących, niż przybywało. Startowaliśmy od zatrudnienia prawie pełnego, typowego dla krajów komunistycznych. W latach 80. zaczęło się to już zmieniać, bo część ludzi została pozbawiona pracy ze względów politycznych, część wyjechała. Od początku nowego ładu, wynikającego z reform Balcerowicza, wmontowany został w gospodarkę mechanizm, który „wypychał” ludzi z pracy. W efekcie spośród dwóch Polaków w wieku aktywności zawodowej mniej więcej jeden pracuje, a jeden nie pracuje – stąd te wszystkie nadmierne obciążenia polskich pracowników. To jest – używając języka niezbyt dzisiaj popularnego, marksowskiego – wyzysk czy eksploatacja. Pracodawca nie szuka nowych pracowników, lecz wykorzystuje maksymalnie tych, których ma do dyspozycji. I może to robić, bo oni się nie zbuntują, mając świadomość, że istnieje ogromna „rezerwowa armia” bezrobotnych i nieaktywnych zawodowo, którzy mogą ich zastąpić.

Druga sprawa to kwestia instytucjonalna. Od pierwszych dni transformacji badałem losy polskich przedstawicielstw pracowniczych, tzn. samorządów pracowniczych i związków zawodowych. To one, szczególnie związki, zarządziły w tamtym czasie, głosem Michała Boniego, obecnego ministra, żeby rozciągnąć tzw. parasol ochronny nad transformacją. I te związki na początku przez rok czy dwa nie protestowały, gdy masowo zwalniano ludzi. Ale władza, pracodawcy i media nie odwdzięczyli się za ten gest. Wręcz przeciwnie – od początku systematycznie niszczono, za pomocą propagandy i ustawodawstwa, przedstawicielstwa pracownicze, rozpraszano pracowników, którzy byli w wielkich zakładach pracy, osłabiano związki zawodowe, aż zeszły do poziomu w Europie prawie nieznanego. O ile np. w krajach skandynawskich uzwiązkowienie wynosi ok. 60-70% pracowników, to u nas najwyżej kilkanaście procent. Są takie branże, w których związków zawodowych zupełnie nie ma. Brak przedstawicielstw pracowniczych jest sprawą niezwykle istotną. Sądzę, że jeżeli były jakieś „chwile wytchnienia” dla pracowników, czy za komuny, czy po zmianie ustrojowej, to tylko tam i wtedy, gdzie i kiedy istniały stosunkowo silne przedstawicielstwa pracownicze, które szły do boju z pracodawcami.

Poza tym jest jeszcze jedna istotna sprawa, trochę wykraczająca poza stosunki pracy: w Polsce nie było i ma partii politycznej, która konsekwentnie reprezentowałaby interesy pracowników najemnych. A jest ich 80% wśród ogółu osób pracujących. Zatem te 80% nie ma swojego politycznego przedstawicielstwa z punktu widzenia ich sytuacji społeczno-zawodowej. Stąd być może wynika niska frekwencja wyborcza, bo – jak żartem mawiam od wielu lat – kogokolwiek się wybierze w kolejnych wyborach, ktokolwiek zostanie ministrem finansów, pracy czy gospodarki, to zawsze jest to jakiś, umownie mówiąc, Balcerowicz.

Forsowana reforma emerytalna będzie bez wątpienia miała istotny wpływ na rynek pracy, znacznie wykraczający poza fakt, że popracujemy kilka lat dłużej. Jak może się ona odbić na wskaźnikach zatrudnienia w poszczególnych grupach wiekowych, zdrowiu pracowników itp.?

W. P.: Co do zdrowia, to już teraz jest bardzo kiepsko. Według różnych badań, Polacy bardzo mocno „zużywają się” w pracy. Żeby się przekonać, jaki jest stan fizyczny ludzi w wieku zaawansowanym, wystarczy się przejść po polskich ulicach i zobaczyć, ile osób jest w różnym stopniu niepełnosprawnych, chodzi o kulach itp. Oni pracowali w poprzednim systemie wcale nie lekko, bo wbrew pozorom tamten system nie był taki dobry dla pracowników i robotników. Nie bez powodu było kilka potężnych buntów i to takich, które trzeba było tłumić krwawo. Teraz ci ludzie są po prostu zniszczeni. Skądinąd wiadomo, że w Polsce jest 5,5 mln osób niepełnosprawnych, więc to już jest dramatyczna sytuacja, a reforma emerytalna będzie niestety utrwalała ten stan rzeczy. Tym bardziej, że nie ma skutecznego systemu rehabilitacji czy leczenia. Do sanatorium nie jest wcale łatwo otrzymać skierowanie, a ci, którzy pracują, nierzadko boją się tam wyjeżdżać, bo wiadomo, że mogą stracić pracę. Zgodnie z obiegową opinią wśród pracodawców, jeśli ktoś troszczy się o siebie, to znaczy, że nie troszczy się o firmę…

Poza tym ok. 25% ludzi całej populacji Polaków ma kłopoty psychiczne. Oprócz tego wg niektórych badań kolejne 25% jest na dobrej drodze, by się tych kłopotów dorobić. Sprzyja temu życie w stresie, do którego w ogromnym stopniu przyczynia się niepewność zatrudnienia. Co więcej, według badań prof. Marii Jarosz, rośnie ilość samobójstw. Dotyczy to głównie mężczyzn, może po części dlatego, że kobiety jednak rzadziej pracują i w trochę innych warunkach. Praca kobiet nie jest związana z tak wielkim obciążeniem fizycznym i psychicznym, jak praca na budowach, na drogach, w górnictwie, hutnictwie itd.

Co do wpływu reformy emerytalnej na zatrudnienie, to takiego nie przewiduję, to znaczy wpływu pozytywnego. Podczas debaty na temat reformy, która toczyła się przed sejmem, prof. Józefina Hrynkiewicz, specjalistka ds. socjalnych, zwróciła uwagę, że zwiększy się liczba osób „bytowo upośledzonych”. Już teraz bodajże co piąta osoba w grupie ludzi starszych jest bezrobotna. Jeśli wypłaty emerytur zostaną odroczone, wielu z nich zostanie z pustymi rękami i portfelami. Niewykluczone, iż nawet kilkaset tysięcy ludzi rocznie będzie – mówiąc dosadnie – konkurowało ze szczurami w przeszukiwaniu śmietników, bo w wieku np. 60 lat szansa na to, że znajdą nową pracę, jest niezwykle mała (zwłaszcza przy wspomnianym niskim odsetku doszkalających się i doszkalanych). Będą to raczej osoby bezrobotne, a jeśli dostaną jakieś połówkowe emerytury w wysokości 300 czy 500 zł, to co można z takimi pieniędzmi zrobić? Pójść się z rozpaczy upić kilka razy – i tyle. To oczywiście nie jest moja propozycja, ale co może robić człowiek w tak rozpaczliwej sytuacji…

W moim przekonaniu reforma nie wpłynie zatem pozytywnie na zatrudnienie, za to wpłynie negatywnie na warunki egzystencji, poszerzając grupę osób zmarginalizowanych i żyjących w nędzy. Obawiam się wręcz, że będziemy mieli do czynienia z sytuacją podobną do tej w Wielkiej Brytanii, gdy w czasie dwóch kadencji rządów Margaret Thatcher liczba ludzi żyjących w biedzie skoczyła z 3 do 12 milionów.

Oczywiście, o bezrobotnych wśród osób starszych nikt się nie martwi, bo oni są mniej groźni od młodych – nie pójdą do gangów, ani nie zaczną kraść. Może część z nich otrzyma pomoc od swoich dzieci, ale spójrzmy prawdzie w oczy – młodzi też często nie mają pracy, a jeśli mają, to niezbyt dochodową, i muszą te dochody przeznaczać przede wszystkim na własne dzieci, a nie na rodziców. Reforma emerytalna postawi ludzi starszych w najgorszym z możliwych położeń, kiedy jeszcze nie będą mieli emerytury, a już nie będą mieli pracy…

Przy okazji reformy systemu emerytur uaktywniły się związki zawodowe. Jak ocenia Pan ich działania? Czy związki dobrze reprezentują polski świat pracy? Czy Pana zdaniem ich rola będzie rosła, na fali sprzeciwu wobec polityki rządu, czy też nadal będą one marginalizowane w naszym życiu zbiorowym?

W. P.: Śledzę poczynania związków zawodowych od dawna i chyba po raz pierwszy od dwóch dekad czuję, że są powody do optymizmu. Nowy szef „Solidarności”, Piotr Duda, najwyraźniej wyczuł, że polscy pracownicy sięgnęli już dna i trzeba się od tego dna odbić. Obserwując te ostatnie akcje, chociażby na Krakowskim Przedmieściu, mam wrażenie, że związki się wreszcie obudziły. Bo trzeba przypomnieć, że największą szkodę polskim związkom zawodowym uczynili – poza pracodawcami – sami związkowcy, szczególnie w okresie, gdy AWS zawiązał koalicję z Unią Wolności. Wtedy wprowadzono słynne cztery reformy, które kosztowały strasznie dużo, a z których w zasadzie niewiele pozytywnego wyniknęło. Do wprowadzenia OFE przyczyniła się cała grupa związkowców związanych z Regionem Mazowsze NSZZ „Solidarność” – ich nazwisk z litości nie wymienię [śmiech]. Ci związkowcy się urządzili, a jednocześnie wpędzili Polskę w niezły dołek. Mniej więcej od tamtego momentu, może od 2001 czy 2002 r., zaczęła się masowa emigracja polskich pracowników. Tej emigracji sprzyjało nie tylko przystąpienie Polski do UE, ale też fatalna sytuacja rynku pracy.

Jednak obecnie, obserwując zaangażowanie związków w sprawę reformy emerytalnej, myślę, że idea „Solidarności” chociaż ledwo zipie, to wciąż jeszcze żyje. Wiążę nadzieję z Piotrem Dudą, który ostatnio dużo robi. Jest szansa, że ten człowiek poprawi reputację związków zawodowych i przyciągnie do nich polskich pracowników. Tym bardziej, że wśród protestujących na Krakowskim Przedmieściu widziałem wielu młodych ludzi. Nie wiem, czy oni mają świadomość, że być może przed nimi pewna szansa i zarazem wyzwanie, aby poprawić położenie polskich pracowników. Może stopniowo, widząc choćby drobne efekty swoich działań, w końcu uwierzą, że można coś osiągnąć poprzez zbiorową aktywność. Po masowych protestach w latach 1993-1994 ludzie się załamali i przestali wierzyć, że można coś zbiorowo załatwić. I zaczęli wtedy próbować – każdy na własną rękę – jakoś się urządzać, a to się jednym, raczej mniejszości, udało, lecz większości innych – raczej nie. Może teraz, w dobie kryzysu, poderwą się znów do działania, ale z drugiej strony może być i tak, że będą już zbyt zastraszeni.

Kilka lat temu w rozmowie dla naszego pisma mówił Pan o potencjale buntu Polaków. Jak dzisiaj wygląda ta kwestia? Czy realne jest, by np. te 2 miliony pracowników i obywateli, którzy podpisali się pod sprzeciwem wobec reformy emerytalnej, wyszły na ulice?

W. P.: Nie wykluczam, że tak się stanie, ale to jest kwestia tego, na ile i kiedy dotrze do nich świadomość tego, co ich czeka; rewolty wybuchają wtedy, gdy załamuje się „optymistyczny” wariant przemian. W tej chwili chyba jest najlepszy moment do masowego protestu, bo później, gdy ci ludzie zostaną już zupełnie sponiewierani, stracą zdolność do walki. Teraz mamy moment narastającego napięcia. Może gdyby związki ich za sobą pociągnęły, to by się udało. Przydałoby się również wsparcie ze strony ugrupowań politycznych. PiS zawsze deklarował postawę socjalną, mógłby wesprzeć ruch związkowy. Może SLD by się przyłączyło, choć zrzesza ludzi, którzy raczej korzystali na Polsce i Polakach, a nie wspierali ich.

To wsparcie dla pracowników jest tym bardziej potrzebne, że partie takie, jak Ruch Palikota czy Platforma Obywatelska, ewidentnie wspierają pracodawców. Dlatego potrzebny jest sojusz ponad podziałami na rzecz tego, żeby wreszcie w Polsce uformowała się reprezentacja propracownicza i prozwiązkowa, której w III RP w zasadzie nie było i nie ma. Właściwie już po pierwszych wolnych wyborach zaczęto atakować związki zawodowe za to, że rzekomo były antyreformatorskie – i właściwie to trwa do dzisiaj. Wystarczy włączyć telewizję czy radio, wszędzie są akcenty antypracownicze, antyzwiązkowe, drwiny, kpiny itd. Bardzo ważna jest właśnie kwestia mediów – na ile one zrobią rachunek sumienia i postarają się oddać sprawiedliwość tym, którzy tę nową Polskę wywalczyli, sami w rezultacie przegrywając. Ci, którzy tyle działali w podziemiu, nawet przelewali krew, zostali w III RP bardzo źle potraktowani i są w dużym stopniu jej ofiarą. Natomiast ci, którym dobrze było wtedy, to i teraz mają dobrze, a nawet jeszcze lepiej, bo kiedyś byli tylko naczelnikami czy kierownikami, a teraz są jeszcze właścicielami, a w praktyce – używając słów Thorsteina Veblena – klasą próżniaczą. Przechadzając się po Warszawie i widząc w ogródkach restauracji i kawiarni setki młodych ludzi, „odpasionych”, dobrze ubranych itd., którzy w godzinach pracy załatwiają interesy, popijając i podjadając, uświadamiam sobie, że coś złego się w Polsce stało.

Jakie działania powinny Pana zdaniem zostać podjęte w celu poprawy sytuacji polskich pracowników? Czego należy oczekiwać w tym zakresie od rządu, czego natomiast od związków zawodowych oraz innych aktorów?

W. P.: W tej chwili najważniejszą sprawą są zdecydowane działania na rzecz aktywizacji zawodowej Polaków, szczególnie młodych. Polska powinna starać się z roku na rok przybliżyć przynajmniej o 1-2 proc. do tego poziomu, który reprezentują np. Szwecja, Norwegia czy Dania – żeby więcej ludzi pracowało, ale mniej czasu poświęcało tej pracy. To się oczywiście wiąże również z tym, że ludzie muszą być lepiej wynagradzani za pracę. Krok po kroku musi powstać sojusz międzypartyjny oraz państwowo-związkowo-pracodawczy na rzecz zwiększenia zatrudnienia, żebyśmy odbili się od tego niespełna 50-procentowego zatrudnienia w kierunku 60-70%.

Druga sprawa to ukrócenie tych form zatrudnienia, w których „nikt nie jest pewien dnia ani godziny”. W swoim czasie Europa się nimi zachłysnęła, a obecnie zaczyna z nich rezygnować. Poza tym trzeba uruchomić rezerwy, które gromadzą na kontach polscy pracodawcy; wymieniane są kwoty rzędu 100 mld zł. Te pieniądze muszą być inwestowane, a nie leżeć na kontach i przynosić procenty ich właścicielom. Trzeba też przyciągać kapitały zagraniczne, ale inaczej niż dotychczas – nie stawiać na to, że będziemy sprzedawać tanią siłę roboczą, lecz sprawić, żeby zagraniczni inwestorzy i przedsiębiorcy zauważyli, iż mamy ciągle jeszcze spory potencjał wykształconych pracowników. Szkoły wprawdzie nie są najlepsze, ale można je zreformować.

Trzecia sprawa to przedstawicielstwa pracownicze – muszą mieć swoje miejsce w przedsiębiorstwach i życiu publicznym, a także przestać być przedmiotem permanentnych ataków ze strony mediów. W krajach, w których ludzie dobrze żyją, a pracownicy dobrze zarabiają i mają poczucie własnej wartości, godności itd., szczególnie w krajach skandynawskich, jest w ogóle niewyobrażalne to, co się w Polsce stało. Tym bardziej, że to przecież w Polsce 30 lat temu odnowione zostało hasło solidarności, i ono powinno być ciągle traktowane poważnie. Jak możemy epatować Europę dziedzictwem „Solidarności”, skoro sami sponiewieraliśmy te ideały, dostarczając milionom ludzi powodów do cierpień.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Wrzesień, 8 czerwca 2012 r.