Bunt zadłużonych

Rozmowa z Pawłem Nogalem, wiceprezesem Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Dlaczego z ponad pół miliona ludzi, którzy wypełniają bezprawne umowy kredytowe, walczy o siebie tylko kilka tysięcy osób?

P. N.: Było różnie. W 2015 roku przy okazji nagłej aprecjacji franka, fala eksplozji społecznego zdenerwowania i akcji organizacyjnych nałożyła się na kampanię wyborczą i może z tamtej perspektywy wydaje się, że dzisiaj jest mało aktywności. Obecnie w stowarzyszeniu mamy ponad 1300 osób, ta liczba systematycznie rośnie, a osoby pokrzywdzone kierują swoją aktywność do sądów. Liczba spraw frankowych w sądach rośnie lawinowo.

Ale przecież jest to problem systemowy.

P. N.: Dlatego trudno go rozwiązać politycznie. Oszustwo polegało na niezgodnym z prawem wpuszczeniu ponad pół miliona ludzi z rodzinami w zakład hazardowy i zbudowanie na tym oszustwie drenażu finansowego, z którego zyski płynęły do – głównie zagranicznych – właścicieli banków działających w Polsce. Dzisiaj ten sektor jest w znacznej części polski, więc kwestia naprawienia tej szkody wymaga zmierzenia się z dużymi konsekwencjami. I politycy się poddali. Być może gdyby tak zwani frankowicze potrafili się skrzyknąć w znacznie większej liczbie…

To dlaczego się nie skrzykują?

P. N.: Nie ma prostej odpowiedzi. To kwestia podjęcia działań, które wymagają dużej odwagi i cierpliwości. Jak widać, większość ludzi woli się z tym problemem nie mierzyć. Jest to walka ciężka, bo emocje, które napompowały nadzieje w toku kampanii wyborczej w 2015 roku, nie zostały zrealizowane. Zniechęciło to tych, którzy mieli słabszą odporność. Usłyszeliśmy przecież bardzo konkretne deklaracje od prezydenta Andrzeja Dudy czy premier Beaty Szydło – były to wypowiedzi świadczące o pełnym zrozumieniu naszego problemu.

Politycy mają świadomość, że złamano prawo?

P. N.: Tak. Ci, którzy mają elementarną świadomość ekonomiczną i prawną, a niestety nie jest ich dużo, wiedzą o tym. Mają świadomość, że było to zaplanowane oszustwo, ale wiedzą też, że próba odwrócenia tego faktu w sposób najbardziej rozsądny, czyli przywrócenia sprawiedliwości, wymaga przeciwstawienia się sektorowi finansowemu, nie tylko w Polsce. I na to akurat nie mogą sobie pozwolić, zważywszy, że mamy wicepremiera, który jest byłym wiceprezesem, a obecnie akcjonariuszem wiodącego banku „umoczonego” w te kredyty. Trudno oczekiwać, że rządzący zrobią cokolwiek, co realnie uderzyłoby w banki. Zatem w sumie prawie dwa miliony obywateli RP stało się zakładnikami polityczno-finansowego porozumienia na linii rząd – banki.

To jeszcze raz. Skoro nie politycy, dlaczego nie ludzie?

P. N.: Nie znajdzie Pan jednoznacznej odpowiedzi. To nie jest kwestia podjęcia prostych działań czy to w formie aktywności społecznej, czy poprzez próby przywrócenia sprawiedliwości na drodze sądowej. Ci oszukani ludzie muszą najpierw przed sobą się do czegoś przyznać: że ich oszukano. Są szacunki, że połowa kredytobiorców zadłużonych w tych pseudokredytach to obecni wielkomiejscy czterdziestolatkowie, czyli ludzie pracujący w korporacjach i na przyzwoitych stanowiskach. To dla nich trochę forma „obciachu” – przyznać się, że jest się frankowiczem. Wtedy musieliby walczyć o to, żeby zmienić system, w którym funkcjonują. Dopiero moment, w którym tracą pracę, zmienia wszystko.

To dlatego przedstawia się frankowiczów jako ludzi bogatych i cwanych? Żeby czuli wstyd, a nie gniew?

P. N.: Tak, ale to tylko część poszkodowanych. Druga część frankowiczów to osoby, którym te kredyty wciskano, bo ich zdolność kredytowa była tak liczona, że nie mogli dostać zwykłego kredytu złotówkowego. Teraz większość z nich nie ma żadnego majątku, a tylko dług wobec banku. Spłacają go wysiłkiem finansowym całej rodziny, często emigrują. Spłacają dług, który pomimo spłaty rośnie razem z kursem franka szwajcarskiego do złotówki.

Jeśli to jest połowa kredytobiorców, wychodzi z tego 150-200 tysięcy ludzi, którzy nie mają nic i gdyby choć część z nich wyszła na ulicę, to prezydent Duda miałby łatwiejsze zadanie.

P. N.: Ale raczej nie wyjdą, chyba że kurs franka przekroczy pułap 4,50 PLN. Jedni się godzą, a drudzy wypierają, mówiąc: byłem świadomy, wiedziałem, na co się decyduję. Wszystko to przykrywa lęk o to, żeby się przeciwstawić systemowi. Bo nasze stowarzyszenie jest chyba największym oficjalnie antysystemowym stowarzyszeniem w tym kraju.

Antysystemowym?

P. N.: Czyli protestującym przeciwko całej konstrukcji władzy, konstrukcji systemu monetarnego, który jest skupiony w bankach działających absolutnie poza kontrolą społeczną. W tym systemie to banki pełnią rolę suwerena, a rząd de facto realizuje interesy korporacji bankowych. To system pieniądza dłużnego jest prawdziwym źródłem tej patologii. Pieniądza tworzonego wirtualnie, bez realnej kontroli społecznej nad tym procesem.

Postrzegam to jako pomieszanie celów…

P. N.: Bo nie rozumie Pan głębszych przyczyn pętli kredytowej. Mamy do czynienia z systemem dość subtelnej, ale stale obecnej opresji. Pan niewiele pamięta z komuny, a tam też był problem, że w pokojach, domach, za zamkniętymi drzwiami ludzie komentowali negatywnie rzeczywistość, ale do podjęcia działania był zdolny jeden, może dwa procent z nich. Trzeba było odwagi.

Ale jaka odwaga jest tu potrzebna?

P. N.: Ta sama. Dzisiaj bardzo dobrze czytamy systemy twardej opresji, gdy władza posuwa się do fizycznego przymusu, a nie widzimy tego, że wszyscy działamy w systemie opresji monetarnej – ekonomicznej sprzężonej z opresją fiskalną i prawną.

Jesteście obecni coraz częściej w mediach. Ale patrząc na to szerzej, widać, że to są punkty, błyski, nie jest to pełna narracja i możliwość reprezentowania jej w mediach. A jak to się przekłada na poparcie polityczne?

P. N.: Najbardziej wspierają nas telewizja Trwam i Radio Maryja oraz media społecznościowe, gdzie mamy możliwość wypowiedzenia swoich racji bez konieczności użerania się z bankowym PR-em. Na przykładzie problemu frankowego widać zresztą, jak genialnie zarysowana jest zgoda pomiędzy antagonistycznymi siłami politycznymi w kraju i głównymi mediami, które je reprezentują. TVP, TVN, Polsat – one w naszej tematyce przyjmują narrację probankową, nie sprzyjającą tym rozwiązaniom, o których była mowa w 2015 roku.

Nie interesuje się wami też lewica…

P. N.: Lewica nie rozumie idei pieniądza. Skąd się bierze, jak się kreuje pieniądz, nie rozumie tej konstrukcji, a zatem nie rozumie jej skutków. Na prawicy jest zdecydowanie lepiej, tu przykładem jest poseł Janusz Szewczak, zresztą chyba nasz jedyny realny polityczny stronnik, ale na zupełnym marginesie wewnątrz partii. Środowiska prawicowe, czy nawet środowiska skrajnej prawicy, narodowcy, lepiej rozumieją ten problem, widzą rolę, jaką to odgrywa w budowaniu całego porządku politycznego, widzą pozaustrojowe mechanizmy władzy skupione w rękach finansowych korporacji. Ale kiedy, jak w przypadku PiS, dochodzą do władzy, to klęczą przed bankowymi autorytetami. A przecież dzisiaj już nawet w materiałach szkoleniowych NBP czytamy – nie na pierwszych stronach oczywiście – że rezerwa cząstkowa jest fikcją i że dominuje model 100-procentowej kreacji pieniądza w procesie udzielania kredytów. To współczesna magia, kosztowna głównie dla ludzi mało- i średniozamożnych, a przecież to do obrony ich interesów aspiruje lewica.

Jak w takim razie system bankowy, ten wielki miękki oprawca trzyma ludzi w porządku? Proszę niech Pan to wytłumaczy lewicy.

P. N.: Decyduje o ilości pieniądza w gospodarce, o koszcie tego pieniądza, o kanałach dystrybucji tego pieniądza. Tymi kanałami dystrybucji sterują wielkie globalne struktury korporacyjne. Ten system jest zasilany podatkami – głównie pośrednimi, czyli uderzającymi w najbiedniejsze warstwy społeczne. Od strony społecznej, demokratycznej nie ma nad tym kontroli. Przykładem tej iluzji są ostatnio światowe afery z kosztem tzw. pieniądza na rynku międzybankowym, mierzone stawką LIBOR, którą wielkie banki manipulowały w sposób wyjątkowo cyniczny. Czy mamy pewność, że w Polsce nie ma i nie było manipulacji stawką WIBOR? Wystarczy sięgnąć do zasad kształtowania wysokości tych stawek WIBOR i porównać ich wysokość z okresu eksplozji kredytów indeksowanych do franka w latach 2007-2008. To nie jest demokracja. I tu się pojawia pytanie, czym to zastąpić. Za współczesnym pieniądzem nie stoi żadna realna wartość, wytworzona z ludzkiej pracy, pieniądz globalny wyklucza społeczności lokalne z udziału w budowaniu i korzystaniu z bogactwa. Nie trzeba nic mieć, żeby pożyczać. Wystarczy tylko stać we właściwym miejscu, kiedy dług jest zwracany. Stąd tak ważna dla podtrzymania tego systemu jest kwestia zniesienia gotówki. Pieniądza elektronicznego jest tak dużo, że wszelkie próby wyciągnięcia go w sposób fizyczny z banków skończą się szybkim bankructwem tego systemu. Gdyby ludzie chcieli wyciągnąć gotówkę – kiedyś była mowa o dziesięciu procentach, teraz się szacuje, że od jednego do trzech procent – z banków, to system by się rozsypał.

Mówi Pan jak fantasta.

P. N.: Dlaczego?

Bo mówi Pan o wielkim kolapsie, o wywrotce systemu, a my mamy tu i teraz bardziej realny problem. Dwa miliony ludzi obciążonych oszustwem frankowym plus przyległości: oszukani polisolokatami i opcjami. Jak im pomagacie?

P. N.: Z przedsiębiorcami od opcji i polisolokatowcami mamy strategiczny sojusz. Orzecznictwo sądowe w sprawach pseudofrankowych często odwołuje się do podobnych orzeczeń dotyczących opcji i polisolokat. To były bardzo podobne oszustwa, bo bazowały na dezinformacji klienta i konsumenta. Sprawa kredytów indeksowanych czy tak zwanych forexowych w ogóle nie jest nowa. Zaczęła się w Australii w latach osiemdziesiątych, to było laboratorium na pięciu tysiącach farmerów, którym wciśnięto takie kredyty. Większość kredytobiorców zbankrutowała, ale banki dobrze zarobiły, więc dwadzieścia lat później przeniesiono ten mechanizm do Europy. We Włoszech udało się ogolić ludzi, we Francji i w Austrii podobnie, ale szybko temat ucięto. Dlaczego sie ucina? Bo jest większa świadomość wśród osób zarządzających tym systemem finansowym, że to jest bomba, która może zdetonować system. Ludzie przebudzeni są groźni. U nas nie ma takich mechanizmów. Ludzie się wstydzą mówić, nie ma nadzoru instytucji, które powiedzą, że to się źle skończy także dla samego systemu finansowego. Sam PiS namawiał zresztą dawniej do tych kredytów, nie rozumiejąc zupełnie, z czego one się biorą i do czego prowadzą. Na Zachodzie najbardziej chciwi ludzie są od tego systemu odcinani, stąd kary dla europejskich banków za manipulacje przy ustalaniu LIBOR-u. Czy doczekamy się postępowań oceniających dziwne ruchy na stawkach WIBOR? Wizerunkowo w zeszłym roku administrację nad WIBOR-em przejęła giełda, ale wciąż kilka osób na telefon może zmienić stawki WIBOR-u i mimo że jest tam przedstawiciel rządu, to nadal jest to system towarzyski, który wpływa na wielkość zobowiązań pożyczkowych 99% Polaków. Ktoś się tym interesuje?

Wy.

P. N.: W naszych sprawach jest obiecująco, jesteśmy w grze. Wynika to z dwóch okoliczności. Sami sędziowie mają te kredyty, więc się uczą, jak wygląda sytuacja własna albo ich bliskich. I tego akurat system manipulacji nie jest w stanie obejść. Mamy skupionych wokół siebie ludzi z tytułami naukowymi, młodych ekonomistów, bez problemu bylibyśmy w stanie wskazać osobę, która mogłaby być szefem Komisji Nadzoru Finansowego, z doświadczeniem nie tylko teoretyka, ale także praktyka rynków finansowych. W Polsce rozwija się ruch ekonomii alternatywnej i w szerokim środowisku wokół nas są osoby, które umiałyby się taką przebudową zająć.

Tylko, że to jest wciąż około dwóch tysięcy ludzi.

P. N.: Aktywnych jest około 3-4 tysięcy, choć mogło być 15-17 tysięcy – to jest efekt kaca po przedwyborczych obietnicach. Komu ci ludzie mają teraz uwierzyć? Zresztą PiS podobno zrobił badania, z których im wyszło, że większość pseudofrankowiczów to elektorat PO i Nowoczesnej, więc nie będą pomagać. Ale gdyby się z tych obietnic wywiązali, to mieliby co najmniej dwudziestotysięczną armię „na zawołanie”. Pamiętam te nastroje, nadzieje związane z prezydentem Dudą, który zmarnował ogromny kapitał. Miałby gladiatorów za sobą, a nie ma nic. Obrali inną drogę, przeciwnik bankowy był mocny, mógł grać ratingami Polski, ratingi to wartość obligacji, to z kolei się przekłada się na finansowanie długu, to się przekłada na możliwości finansowania programów społecznych, czyli pięćset plus…

Czyli co? Armagedon?

P. N.: Póki co cieszymy się, jeśli jakiś sędzia zrozumie ekonomiczne tło kredytów, poza tym mamy kontakty z prawnikami, koordynujemy oficjalnie i nieoficjalnie wymianę poglądów prawniczych, które są wykorzystywane w procesach. Mamy kontakt także z urzędami, z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ich rękoma trochę się udaje robić, choć i oni nie mogą iść na czołowe zderzenie z bankami. Przychodzą dziesiątki osób po poradę. Jesteśmy takim płomieniem, który się tli, ma trochę żaru, natomiast żeby z tego było ognisko, musi zadziałać katalizator zewnętrzny. Z niezależnymi bankami i zależnymi od nich rządami problemy mają wszystkie kraje świata, szczególnie kraje tzw. Zachodu. Procesowi uwalniania się rządów spod tej feudalnej zależności musi towarzyszyć wzrost świadomości społecznej i oddolna presja ludzi. Jako stowarzyszenie jesteśmy jej częścią.

Dziękuję za rozmowę.

Wrzesień 2017 roku, rozmawiał Wojciech Albiński.

Lewica bez języka

Sumeryjski wyraz „amargi” jest uznawany za najstarszy znany nam odpowiednik słowa „wolność”. Używany był najczęściej do opisania sytuacji osoby, która uwolniła się od długów. Zdaniem Davida Graebera, słynnego amerykańskiego antropologa, podobny związek między wolnością a długiem istniał w języku hebrajskim. W Biblii „bycie wolnym” oznacza często „bycie wolnym od długów”. W starożytnym Rzymie wolność była początkowo powiązana przede wszystkim z instytucją niewolnictwa: człowiek wolny to po prostu człowiek, który nie był niewolnikiem. Jak zauważa Graeber, takie podejście również wpisuje się w historię relacji między wolnością a długami, gdyż w świecie starożytnym niemożność spłacenia należności często prowadziła do popadnięcia w stan niewoli.

W badaniach CBOS-u z 2015 roku 41% Polaków i Polek deklarowało, że ich gospodarstwo domowe ma długi. Z kolei według raportu BIG InfoMonitor w marcu 2016 roku ponad dwa miliony rodaków nie radziło sobie z terminowym regulowaniem zobowiązań finansowych. Dla nikogo nie powinno to być zaskoczeniem. Badacze kapitalizmu od dłuższego czasu podkreślają, że współczesne społeczeństwa to „społeczeństwa życia na kredyt”. W znaczącej części państw zachodnich realne płace przedstawicieli klasy średniej i niższej stoją w miejscu od lat 80. XX wieku, więc dla większości ludzi jedynym sposobem zaspakajania potrzeb takich jak posiadanie mieszkania jest wzięcie kredytu. Nie słychać jednak, aby media ostrzegały, że tracimy cząstkę swojej wolności z powodu konieczności życia na kredyt. Nie wynika to bynajmniej z braku zainteresowania tematem wolności. Żadna inna wartość nie cieszy się współcześnie tak dużym poważaniem jak wolność. Wielu dziennikarzy i intelektualistów prześciga się w deklaracjach, kto jest jej większym obrońcą.

Dlaczego zatem mało kto staje w obronie wolności dłużników? Dlaczego nie słyszymy głosów oburzenia, że system oparty na kredytach jest systemem, który z definicji musi ograniczać wolność? Dlaczego autorytety medialne nie biją na alarm, że konstrukcja współczesnych społeczeństw jest głęboko wadliwa pod tym względem? Powód jest prosty. Pojęcie wolności zostało zawłaszczone przez neoliberałów, dla których zniewolenie objawia się przede wszystkim w postaci interwencjonizmu państwowego, a nie w formie ograniczeń wynikających z nierówności społecznych. Dlatego o wiele łatwiej natrafić w mediach na narzekania, że wolność odbierają nam podatki, niż na głosy upominające się o swobody ludzi zmuszonych żyć na kredyt.

Żeby było jasne – nie chodzi o to, że „wolność od długów” jest tą prawdziwą wolnością, a wszystkie inne są fałszywe. Szukanie jedynego właściwego znaczenia słów jest zazwyczaj ryzykowne, szczególnie w przypadku wyrazów o długiej i skomplikowanej historii. Bezsensowne byłoby też stwierdzenie, że wolność wiąże się wyłącznie z naszą sytuacją materialną. Przedstawiciele wielu grup społecznych, na przykład kobiet oraz mniejszości seksualnych, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że swobodę działania można ograniczać na wiele sposobów. Jednak rozpatrywanie wolności w perspektywie zjawisk takich, jak dług czy nierówności społeczne, jest w pełni uzasadnione – zarówno historycznie, jak i filozoficznie.

Nie trzeba być marksistą, żeby dojść do takiego wniosku. O tym, że bieda lub niestabilność finansowa mogą wpływać na nasz poziom wolności pisali znani myśliciele liberalni: Isaiah Berlin i John Rawls. Niestety cechą charakterystyczną polskiego liberalizmu – a przynajmniej tej jego postaci, która dominuje w przekazie publicznym – jest to, że pozycję autorytetów zajmują Milton Friedman i Leszek Balcerowicz, a nie jakiś tam Rawls. Rację ma Andrzej Szahaj, gdy złośliwie nazywa ten światopogląd „sarmackim popliberalizmem”.

W tej układance, z oczywistych względów, prawie w ogóle nie ma miejsca dla myśli lewicowej. Widać to choćby po tym, że przedstawiciele lewicy często starają się nie tyle zaproponować własne rozumienie wolności, co raczej mówić, że oprócz wolności liczy się także równość czy sprawiedliwość. Takie podejście jest rzecz jasna zrozumiałe – gdy lewica dobije się już do swojego 30-sekundowego okienka w mediach, to nie bardzo ma czas, aby tłumaczyć zawiłości związane z tym, czym jest wolność. Co nie zmienia faktu, że w społeczeństwie z silną lewicą, to neoliberałowie mieliby językowy problem z wolnością. Musieliby głowić się nad tym, jak mówić o niej w oderwaniu od równości, ponieważ zależność jednej od drugiej byłaby uznawana za punkt wyjścia.

Wolność to nie jedyny przykład tego, jak dalece język polityczny jest podporządkowany neoliberalnemu światopoglądowi. Weźmy popularne ostatnio słowo „symetryzm”. Media oraz neoliberalni politycy przez lata robili wiele, aby zacierać różnice między lewicą a prawicą. Wszystko, co wyłamywało się z neoliberalnego konsensusu, było populizmem. Zresztą ta strategia obowiązuje do dzisiaj. Witold Gadomski, Wojciech Maziarski czy Cezary Michalski dokładają wszelkich starań, aby wdrukować w głowy swoich czytelników przekonanie, że „PiS i Razem w jednym stoją domku”. Choć każda uczciwa osoba – niezależnie od stosunku do PiS-u oraz Razem – musi przyznać, że różnice między tymi partiami w sprawach takich, jak Unia Europejska, demokracja, prawa kobiet, mniejszości seksualnych czy imigrantów, są olbrzymie. W mediach głównego nurtu nie toczy się jednak burzliwa debata na temat symetryzmu neoliberałów. Naczelni „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka” nie besztają swoich dziennikarzy za szerzenie relatywizmu. Tłumaczyć muszą się tylko ludzie, którzy na pytanie „PiS czy Platforma Obywatelska?”, odpowiadają „ani to, ani to”. Mówiąc inaczej, tłumaczyć musi się tylko lewica. Czasami przed ludźmi, którzy lubią się przedstawiać jako jej sympatycy.

Słowo „populizm” jest kolejnym przykładem udanego spychania lewicy do defensywy. W ostatnich latach „szerzenie się populizmu” zostało uznane za największe zagrożenie cywilizacyjne. Jednak, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych felietonów dla „Nowego Obywatela”, w oczach neoliberałów populistyczny jest zarówno szczujący na imigrantów Donald Trump, jak i walczący z nierównościami społecznymi hiszpański Podemos.

Stworzenie z populizmu głównego wroga demokracji stawia lewicę w trudnym położeniu. Rodzi bowiem pokusę, aby pogodzić się z tym, że słowo „populizm” stało się synonimem zła wszelkiego, a wszystko, co można zrobić, to spróbować je przedefiniować. Na przykład zacząć mówić o „populizmie prawicowym” albo „liberalnym”. Gdy owo przedefiniowanie jest wystarczająco mocne, na przykład polega na zupełnym odwróceniu ról i nazywaniu „populistami” ludzi, którzy najchętniej sięgają po to słowo, wtedy możemy mówić o ciekawym i względnie skutecznym rozwiązaniu. Gdy jednak przedstawiciele lewicy przyjmują zbyt wiele elementów liberalnego rozumienia słowa „populizm”, popełniają wtedy strategiczny błąd, przed którym przestrzegają badacze zajmujący się analizą retoryki politycznej. Najgorsze, co możesz zrobić, to zacząć mówić językiem swojego przeciwnika – twierdzi George Lakoff, amerykański kognitywista, która napisał książkę o tym, dlaczego przez lata Demokraci przegrywali w amerykańskich wyborach z Republikanami. To trochę tak jakby zgodzić się na rozgrywanie meczu na boisku rywala.

Łatwo zbyć tego typu rozważania jako dotyczące w gruncie rzeczy spraw nieistotnych. Co tam język – czy rzecz nie w tym, aby mieć odpowiedni program i organizować się w celu jego realizacji? Oczywiście, zarówno program, jak i organizowanie się są niezwykle potrzebne, ale to naprawdę nie jest przypadek, że w trakcie wyborów partie nie ograniczają się do opublikowania zestawu własnych propozycji. Język jest ważny, bo to za jego pomocą myślimy i kształtujemy nasze poglądy na świat. Jakakolwiek formacja polityczna, która chce odnieść sukces, musi wprząść własne wartości do języka, którym rozmawiają ze sobą na co dzień Polki i Polacy. Chyba każda przedstawicielka lewicy przynajmniej raz spotkała się z sytuacją, gdy uzbrojona w wiedzę i odpowiednie dane przemawiające na rzecz jej poglądów, rozbijała się ostatecznie o to, że jej dyskutant miał neoliberalne wyobrażenia na temat tego, czym jest wolność.

Lewica walkę o język przegrała w większości krajów rozwiniętych. W Polsce ta klęska jest jednak szczególnie dotkliwa. Złożyło się na nią kilka czynników. Jednym z nich była nasza specyficzna sytuacja historyczna. Uwolnienie się od wpływów rosyjskich było w polskim przypadku równoznaczne z wejściem do świata kapitalizmu w jego najdzikszej – neoliberalnej – postaci. Język neoliberalnego kapitalizmu został więc u nas utożsamiony z językiem demokracji i wolności. Co odbija się nam czkawką do dzisiaj, gdy na manifestacjach w obronie demokracji ludzie uchodzący za autorytety nawołują do dokończenia prywatyzacji Polski albo wygadują bzdury na temat 500 plus. Nie pomogło również to, że przez lata za przedstawicieli lewicy uważano w Polsce ludzi gotowych pójść na każdy kompromis z neoliberałami. I tak oto dorobiliśmy się „lewicy”, która uważa, że związki zawodowe są przestarzałe (Magdalena Środa), otwarcie gardzi „ludem” (Jan Hartman), rzuca na prawo i lewo oskarżeniami o populizm (Andrzej Celiński) i stara się być bardziej neoliberalna niż partie liberalne (SLD za rządów Leszka Millera).

Jakie wnioski wynikają z tej smutnej opowieści? Nade wszystko należy mieć świadomość, że odbudowa lewicy w Polsce nie odbędzie się z dnia na dzień. I żaden lider ani żadne zjednoczenie nie przyspieszą gwałtownie tego procesu. Na mrzonki o istnieniu cudownej recepty na odrodzenie lewicy mogą sobie pozwolić publicyści w rodzaju Wiesława Władyki i Mariusza Janickiego. Dla nich wymarzonym ugrupowaniem lewicowym byłoby takie, które przyjmuje neoliberalne warunki gry, a jedynie od czasu do czasu wspomina nieśmiało o sprawiedliwości i solidarności. Czyli coś na wzór lewego skrzydła Platformy, nic więcej. To jest ten sposób myślenia, który zepchnął lewicę do defensywy i stanowi receptę na jej dalszą marginalizację.

Lewica musi przede wszystkim pokazać, że istnieje inny wybór niż ten między neoliberalizmem a prawicą – między PO i Nowoczesną z jednej strony a PiS-em z drugiej. Aby to zrobić, musi mówić konsekwentnie swoim językiem. Językiem, w którym wolność oznacza możliwość godnego życia dla wszystkich obywatelek i obywateli, a nie kolejne przywileje dla korporacji i bogaczy. Językiem, w którym demokracja to nie tylko zapisy prawne, ale także możliwość realnego uczestnictwa w procesach kształtujących nasze społeczeństwo. Językiem, w którym solidarność jest jedną z najważniejszych wartości współczesnego świata, a nie wspomnieniem mitologizowanej przeszłości. Musi mówić o tym przy każdej okazji. Do każdego, kto chce słuchać, i każdego, kto słuchać nie chce.

To jest niewdzięczna robota. Bo jedynym efektem widocznym na pierwszy rzut oka są wyzwiska ze strony przeciwników: „symetryści”, „komuchy”, „neobolszewicy”, „głupcy” itd. Ale innej drogi nie ma. Nie da się zbudować silnej lewicy w kraju, w którym ludzie potrafią używać słowa „wolność” do upominania się o niższe podatki, a nie potrafią po nie sięgnąć, gdy mowa o społeczeństwie zmuszającym dużą część z nas do życia w stanie zadłużenia.

dr Tomasz S. Markiewka

Wyjść poza przywilej: o kulturę i rozwój dla wszystkich

Wbrew temu, co może się wydawać na pierwszy rzut oka, życie w wielkim mieście przynosi korzyści nie tylko najbardziej oczywistym beneficjentom istniejącego porządku: deweloperom, kamienicznikom czy spędzającej dni w przeszklonych biurowcach kaście menedżerskiej, która przechodzi na samozatrudnienie, żeby uniknąć płacenia wyższej stawki podatku od swoich niebotycznych wynagrodzeń. Współczesne metropolie z całym swoim wewnętrznym bogactwem i mnogością występujących w nich opcji mają ofertę przyjemnego życia także dla grup, które niekoniecznie muszą mieścić się na samym szczycie tradycyjnie pojmowanej hierarchii klasowej. Jedną z nich jest zbiorowość, którą z braku lepszego określenia, należałoby nazwać wrażliwą i subtelną inteligencją. Należą do niej  ludzie wyposażeni w wysoki kapitał kulturowy i oddający się zajęciom zapewniającym poczucie dobrego i pożytecznego życia, wykraczającego poza nużącą rutynę ustawicznej harówki umożliwiającej w zasadzie tylko przetrwanie i zaspokojenie najbardziej przyziemnych potrzeb. Ludzie o ugruntowanym poczuciu sensu, opartego na czynnościach mądrych i wzniosłych – dyskusjach o literaturze, kinie i muzyce, zaangażowaniu społecznym czy dywagacjach o naturze i problemach naszego świata. Ludzie, którzy odczuwają satysfakcję i pewne, nie zawsze całkowicie uchwytne, spełnienie, a przy tym wykazują się – czasami tylko frazesową, ale nierzadko prawdziwie szczerą – wrażliwością społeczną.

W dalszej części tekstu postaram się naszkicować klasowy charakter stylu życia polegającego na częstym kontakcie z kulturą czy różnych formach partycypacji oraz przedstawić kilka propozycji, które – w moim przekonaniu – lewica powinna bardzo poważnie wziąć pod uwagę, jeżeli zależy jej na realizacji swojego najważniejszego celu, czyli budowie wspólnoty wolnych i równych obywateli i obywatelek, w której dostęp do wspólnego dziedzictwa i twórczych aktywności nie będzie tylko przywilejem zastrzeżonym dla wybranych.

Wielu i wiele z nas zna to przyjemne uczucie, kiedy w jesienny wieczór wychodzi się z seansu w niewielkim i przytulnym kinie studyjnym i z głową pełną nowych, wzbogacających wrażeń można razem z towarzyszem czy towarzyszką wizyty wymienić się opiniami na temat właśnie obejrzanego filmu Larsa von Triera albo Michaela Haneke. Myśli wędrują wtedy w jakieś wyższe i oderwane od prozy codzienności rejony, a wszystko nabiera pewnej wyjątkowej lekkości. Zamiast zwykłego wyjścia do kina – jeżeli mamy trochę szczęścia i talent do wynajdowania ciekawych okazji – trafimy w nim na takie perełki jak tygodniowy przegląd kinematografii irańskiej albo cykl największych arcydzieł szkoły polskiej czy włoskiego neorealizmu. Można udać się także w inne miejsca, które pozwolą spędzić czas w kształcący i rozwijający sposób. Być może będzie to spotkanie na temat nowej książki cenionego przez nas autora, gdzie głos zabiorą osoby powszechnie szanowane za swoją dogłębną znajomość tematu i wieloletnie środowiskowe wyrobienie. Innym razem przypadkowo trafimy zaś na wystawę jedynych w swoim rodzaju, fascynujących fotografii przedwojennej Huculszczyzny albo – gdy najdzie nas pewna szczególna fantazja – weźmiemy udział w otwartych warsztatach z majsterkowania czy miejskiego ogrodnictwa, czyli umiejętności, które w dzisiejszych czasach coraz bardziej wypada sobie przyswoić. Równie dobrze możemy też wylądować na panelu dyskusyjnym poświęconym poetyce performatywnych strategii oporu podczas niedawnych masowych demonstracji, w których oczywiście także wzięliśmy udział. W grę wchodzi również odbywający się w klimatycznym klubie koncert jakiegoś dobrego zespołu, tudzież seminarium na temat jakiegoś wycinka myśli społecznej.

Nie ograniczamy się jednak tylko do roli biernych odbiorców i odbiorczyń tego, co zostanie dla nas przygotowane przez innych. Razem z koleżankami i kolegami ze swojej organizacji chętnie włożymy trochę wysiłku w poszerzenie kulturalno-aktywistycznej oferty naszego dużego i tętniącego życiem miasta o kolejne interesujące pozycje. Przyciągną one podobnych do nas koneserów i koneserki o wyrobionym guście, smaku i poglądach. Dni mijają nam na płynnym przechodzeniu pomiędzy tymi kolejnymi odsłonami kreatywnego zaangażowania i kumulacji przeżywanych doświadczeń, windujących nas ponad przytłaczającą przeciętność i szarzyznę. Gdzieś w tle oczywiście jest jakaś praca zarobkowa (albo jeszcze czasami nauka), bo w większości nie jesteśmy rentierami i musimy jakoś zdobywać pieniądze. Nie pochłania ona jednak całości naszego czasu, umożliwia zachowywanie upragnionego work-life balance, a nawet jakoś wiąże się z naszymi ogólnymi zainteresowaniami, co czyni ją dodatkowo bardziej znośną albo i wręcz miłą. Nasze życie niekoniecznie jest usłane wyłącznie różami, miewamy na przykład przejściowe problemy mieszkaniowe, a jako przedstawiciele i przedstawicielki prekariatu nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie o to, co będzie się z nami działo za dziesięć lat. Podstawowa równowaga jest jednak zachowana, przynajmniej w takim stopniu, że budząc się rano nie musimy przeklinać rozpoczynającego się dnia, który w swojej monotonii nie będzie niczym się różnił od poprzedniego i następnego.

Praca, pieniądze, mieszkanie – jeżeli chwilę się nad tym zastanowić, to nietrudno zauważyć, że do zaistnienia wszystkich wymienionych przyzwyczajeń potrzebne jest pewne wymierne podłoże materialne. Żeby móc w spokoju uczestniczyć w kulturalnych i społecznych inicjatywach, trzeba mieć po prostu zapewnione niezbędne bytowe bezpieczeństwo i możliwość choćby względnej kontroli nad własnym życiem. Praca musi trwać odpowiednio krótko, a finanse starczać na więcej niż kupno żywności, opłacenie czynszu, rachunków i karty miejskiej. Aktywność zawodowa nie może wysysać wszystkich fizycznych i umysłowych sił, nie jest też wskazane, żeby odbywała się w warunkach upokarzającego podporządkowania, które odbiera ochotę na inne sposoby relaksowania się niż wieczorne znieczulanie za pomocą piwa. Słusznie potępiana za uderzanie w prawa pracownicze oraz infekowanie pracujących niepewnością i lękiem, „elastyczność” czasami okazuje się rozwiązaniem wygodnym i ułatwiającym wiele spraw. Termin ten będzie bowiem znaczył zupełnie coś innego dla zatrudnionego na śmieciówce przez agencję pracy tymczasowej magazyniera, który w każdej chwili może stracić swoje jedyne, mizerne źródło utrzymania, a co innego dla mogącego swobodnie planować swój czas grafika. Tylko druga z tych osób będzie miała możliwość takiego ułożenia dnia, które połączy w sobie przyjemne z pożytecznym i pozostawi spory margines na samorozwój i aktywizm.

Nie należy także zapominać o niebagatelnym znaczeniu czynników środowiskowo-towarzyskich. Tak zwane „otwarty umysł” i „ciekawość świata” (skądinąd, o ile nie są udawane, to naprawdę cenne właściwości, których nie zamierzam deprecjonować, warto jednak zdawać sobie sprawę ze stojących za nimi uwarunkowań) często są wynoszone jeszcze z domów rodzinnych, w których od małego miało się szansę na kontakt z całym tym specyficznym sznytem osób kulturalnych i bywałych. Stabilna pozycja społeczno-ekonomiczna rodziców umożliwia kilka lat względnego spokoju podczas darmowych studiów wyższych. Podczas nich aspirujący do wrażliwej inteligencji młodzi ludzie poszerzają erudycję o kolejne poznane książki, pojęcia i nazwiska, zdobywając w ten sposób kolejne atuty w grze o kulturowy prestiż. Wyniesione w trakcie studiów znajomości znacznie ułatwiają dalsze radzenie sobie na rynku pracy dla kreatywnych i twórczych. Wszystko to razem tworzy kolejne z nieskończonych konfiguracji inteligenckich sieci, o których na łamach „Nowego Obywatela” w zeszłym roku bardzo interesująco opowiadał prof. Tomasz Zarycki. Możemy znajdować się na ich bliższych lub dalszych orbitach, mniej lub bardziej oddalonych od dzierżącego hegemonię „rdzenia”, z którym miewamy styczność np. podczas odwiedzanych przez nas paneli dyskusyjnych. Poruszanie się po nich nie zawsze jest łatwe, ale i tak zapewniają one swoim uczestnikom wiele przyjemnych i pożytecznych możliwości. Często niedostrzegalna dla znajdujących się wewnątrz tej struktury osób bariera wejścia staje się coraz wyższa i trudniejsza do pokonania dla innych, którzy tym samym zostają odcięci od wielu rzeczy i spraw, często nie bez powodu uznawanych za godne, dobre i mądre.

Wrażliwa i subtelna inteligencja nie jest w wielkim mieście sama – za swoich jedynych towarzyszy nie ma też tylko wymienionych na początku tekstu oligarchicznych elit. Gdy jej przedstawicielki i przedstawiciele kierują się do któregoś z ulubionych małych kin albo klubokawiarni, mijają wiele miejsc, w których mnóstwo ludzi spędza całe dnie na pracy. Pracy, która raczej nie pozwala na rozwijanie skrzydeł fantazji i nie zapewnia poczucia satysfakcji czy dumy z własnych osiągnięć albo pozytywnego wkładu w rzeczywistość. Dużo częściej polega za to na wykonywaniu powtarzalnych i nudnych czynności, które wymagają sporego wysiłku i to nie tylko stricte fizycznego. Wytrzymanie dziesięciu godzin w sklepie położonym w odizolowanej od zewnętrznego światła i powietrza galerii handlowej, z nieustająco sączącym się z głośników „muzakiem” oraz nieprzebranym morzem przechadzających się we wszystkie strony klientek i klientów, na których potrzeby i kaprysy trzeba odpowiadać z całą wyuczoną, lukrowaną uprzejmością – również jest bardzo trudnym zadaniem, o czym zresztą miałem okazję przekonać się kiedyś osobiście. Można przytoczyć bardzo wiele przykładów miejsc pracy, które w powszechnym odbiorze nie są wysoko wartościowane, a dla zajmujących je osób czasami stanowią nawet pewien powód do wstydu, zwłaszcza, w zdarzających się niekiedy konfrontacjach z ludźmi zajmującymi się rzeczami ocenianymi jako lepsze czy napawające dumą. Wszystkie te miejsca pracy są jednak niezbędne po to, by nieprzerwanie utrzymywać w ruchu sprawną machinę nowoczesnego i światowego stylu życia, a wakaty szybko doprowadziłyby do zakłóceń poważnych i odczuwalnych dla osób uprzywilejowanych.

Kultura jest jednym z tych obszarów, w których podziały klasowe odznaczają się bardzo wyraźnym i dotkliwym piętnem. Napisano o tym już niezwykle dużo, chciałbym jednak zobrazować to pewnym wymyślonym i być może zupełnie niedoskonałym przykładem. Wyobraźmy sobie kończącego/ą zmianę o godzinie dwudziestej drugiej pracownika czy pracownicę Żabki, który/a wychodząc zmęczony/a ze sklepu po całym dniu stania za ladą, rozkładania towarów na półkach i skanowania kodów kreskowych, mija opuszczającą właśnie budynek kina grupkę osób pogrążonych w dyskusji. Wszystkie uczone teorie socjologiczne o dystynkcji klasowej i przemocy symbolicznej materializują się i nabierają nieznośnie – czasami wręcz boleśnie – konkretnych kształtów. Pomiędzy pracownikiem/pracownicą a rozprawiającym o właśnie obejrzanym filmie (a może o jakiejś książce albo nowym miejskim happeningu?) ludźmi przebiega niewidoczna, lecz niemal namacalna linia demarkacyjna. Nikt raczej nie wypowie tego na głos, ale wszyscy dobrze wiedzą, kto stoi po przegranej a kto po wygranej stronie takiego układu; kto znajduje się w jakiejś swoistej glorii, a kto skrywa się w poświacie bezsensu, wyczerpania, poczucia marnowania czasu i uwiądu sił witalnych. Możemy z tym gorączkowo polemizować, powołując się na nasze prospołeczne i egalitarne przekonania, potępiać klasizm i deklarować otwarcie na wszystkich ludzi bez względu na to, gdzie pracują i w jaki sposób spędzają czas. To wszystko naprawdę może być całkowicie szczere i wypływać ze szlachetnych pobudek, rzeczywistość społeczna jest jednak bezlitosna i drwi sobie z idealistycznych uniesień, niszcząc je swoimi surowymi wyrokami. Klasowość wisi w powietrzu, przenika nas i nasze codzienne zachowania, w znacznym stopniu determinuje formy przestrzeni, wygląd, ubiór czy nawet dosyć banalne nawyki. Nieustannie dzieli ludzi i uniemożliwia przejście do świata opartego na wspólnym, powszechnym korzystaniu z dóbr kultury i obywatelskim aktywizmie. Nie ma od niej ucieczki, a przynajmniej tak długo, dopóki nie zdecydujemy się na pewne konkretne i wymierne działania, które zmienią wytwarzające ją warunki.

Dość często występujące przekonanie o tym, że istnieją dwie przeciwstawne sobie kategorie ludzi światłych i ciemnych („ci, którym się chce i pchają świat do przodu” vs „ci, którzy się tylko przyglądają”, „Polska Agnieszki Chylińskiej” vs „Polska Zenka Martyniuka”) jest nie tylko niesłychanie aroganckie, ale również zwyczajnie naiwne. Nasze gusta, upodobania i przyzwyczajenia nie są żadnymi naturalnymi cechami, które w wyniku zrządzenia jakiejś tajemniczej siły czynią nas lepszymi albo gorszymi. Stanowią wypadkową bardzo wielu jak najbardziej namacalnych uwarunkowań. Trudno rozwijać w sobie wrażliwość, umiłowanie piękna i zapał do zmieniania świata, jeżeli najzwyczajniej w świecie nie ma się na to czasu, siły ani środków. Nawet jeżeli na chwilę pominąć znaczenie naszkicowanych wcześniej barier symbolicznych, ludziom pochłoniętym ciężką i długą pracą najemną zazwyczaj nie uda się znaleźć momentu odpowiedniego na czynności właściwe dla tych, którzy/e nie muszą dźwigać takiego ciężaru. Materialny wymiar życia zawsze wskaże inne i bardziej palące obowiązki, niezbędne dla podtrzymywania codziennej ciągłości, a oddawanie się „uwznioślającym” zajęciom pozostaje luksusem, na który ciągle brakuje odpowiedniej chwili.

W Warszawie często zwracam uwagę na widniejące na drzwiach sklepów i dyskontów godziny ich otwarcia. To, w jakim stopniu skrócony jest czas pracy w weekendy, zakrawa na jawną kpinę z pracownic i pracowników. Zamiast rozpoczynania dnia o godzinie szóstej albo siódmej i kończenia o dwudziestej drugiej, tak jak dzieje się to od poniedziałku do piątku, personel Carrefourów Express, Żabek czy Freshów w niedziele zyskuje niebywały przywilej przyjścia na ósmą albo dziewiątą i pozostania do dwudziestej albo dwudziestej pierwszej. Czy ktoś może mieć jakiekolwiek wątpliwości, że ta jedna godzina więcej wystarczy na cokolwiek innego niż jeszcze moment snu – a nikt przecież nie lubi zrywać się z łóżka z samego rana – i zjedzone pośpiesznie w biegu śniadanie, a wieczorem nieco szybszy powrót do domu, gdzie jedyną rzeczą na jaką ma się ochotę jest położenie się do łóżka? Tak, praca w takich miejscach najczęściej odbywa się w systemie zmianowym – od rana do popołudnia albo od popołudnia do wieczora. Nadal jednak jest to niewielka pociecha i niewielki zysk w postaci raptem kilku odzyskanych dla siebie godzin, podczas których nierzadko i tak trzeba zająć się na przykład obowiązkami domowymi. W tym samym czasie wiele osób może w spokoju udawać się na spotkania autorskie, wernisaże i spacery albo po prostu siedzieć w parku z książką. Żadne „wzniosłe” myśli, idee czy pomysły raczej nie narodzą się w sytuacji ustawicznego obciążenia organizmu powtarzalnym i hipnotyzującym wysiłkiem. Do rozwijania twórczych aspektów ludzkiej natury potrzeba pewnej zagwarantowanej sfery nieskrępowanej ekonomicznym przymusem wolności, która dla mas ludzi nie jest osiągalna w systemie nastawionym na eksploatację i korzystanie z czyjejś nisko opłacanej pracy.

Część czytelniczek i czytelników może zarzucić mi zbyt ironiczne opisanie stylu życia grupy nazwanej przeze mnie na początku wrażliwą i subtelną inteligencją. Niektóre z tez mogą zostać uznane za niesłuszny i podyktowany jakimiś dziwnymi powodami atak. Warto zatem w tym miejscu podkreślić, że nie takie są moje intencje, a „kulturalne” spędzanie czasu uznaję za coś wartościowego i cennego. Rzecz tylko i aż w tym, żeby zdjąć z nich odium klasowego przywileju i uczynić czymś osiągalnym dla każdej i każdego – pierwszym krokiem w tym kierunku może być zaś zdanie sobie sprawy – jeżeli czujemy, że sami/e zaliczamy się do opisanej grupy – z własnej pozycji i zastanowienie się nad tym, co możemy zrobić żeby również inne osoby mogły korzystać z tego z czego my już korzystamy. Pamiętajmy o przesłaniu Ludwika Krzywickiego, który w wydanej po raz pierwszy w 1908 roku broszurze „Takimi będą drogi wasze” w następujących słowach uświadamiał ówczesną socjalistyczną młodzież o klasowej naturze kulturowych podziałów i wzywał ją do traktowanej jako etyczny obowiązek solidarności z tymi, którzy mieli w życiu mniej szczęścia: Pacholę szczęśliwe, któreś w życiu swoim nie zaznało męczarni głodu ani nie pożerało w oknach kramiku zgniłych łakoci okiem pożądliwym, mroźnej nocy nie drżałoś z zimna otulone w łachmany, nie skowyczałoś z bólu w kącie brudnej izdebki, skatowane przez pijaka-ojca! Uczęszczasz do szkoły i nauczyciel ani razu nie rzucił ci w twarz obelgi, iż cuchniesz od brudu, nie wchłaniasz w siebie miazmatów zbrodni, zatruwających lata młodociane tych, co nie z ojców na świat przyszli, jeno z pyłu przydrożnego, siostra twoja nie będzie o zmroku tułała się po zaułkach i za pieniądze nie obnaży wdzięków swoich przed nieznanym przechodniem. Odrosłoś zaledwie od ziemi, a już odsłonił się przed tobą uroczy świat Ideału: książka opowiada ci o męczennikach myśli, których hartu nie złamały płomienie stosów, o wytrwałych pionierach dróg nowych, co w lodach dalekiej północy szukają uspokojenia lub niosą żar swój w gorące strefy południa. Po główce twojej snują się rojenia o imieniu i o sławie, o zagrzewaniu serc ludzkich i budzeniu umysłów […] Oto masz czym głód swój uśmierzyć, zarówno głód ciała, jak ducha. Rówieśnicy twoi liczni łakną zaś kawałka chleba powszedniego, a duch ich nawet nie ocknął się z bezwładności sennej niemowlęcia. Marzysz o czynach wielkich, o tym, jak z towarzyszami rojeń swoich opaszesz wspólnymi ramiony ziemskie kolisko. A tłumy pacholąt istnieją na świecie, które zaledwie coś dosłyszały, iż książka istnieje […] Wiedz, że podwoje świątyń sztuki i nauki dlatego stoją przed tobą otwarte, a świat Ideału odsłonił swoje powaby, ponieważ inni ciemnotą swoją i nędzą okupili dostatek domu twojego, żmudnym zaś i ciężkim wysiłkiem opłacają poloty twego ducha.

Zachowując odpowiednie proporcje – na całe szczęście bieda w roku 2017 wygląda inaczej niż w 1908 – przekaz ten jest nadal aktualny i w dalszym ciągu może stanowić pewne moralne i ideowe wytyczne dla lewicy zorientowanej na obalanie klasowych barier. Jak do tego dążyć? Pierwszymi nasuwającymi się na myśl ruchami polityczno-prawnymi są takie posunięcia jak skrócenie czasu pracy, zapewnienie każdej obywatelce i każdemu obywatelowi wyzwalającego od ekonomicznego zniewolenia bezwarunkowego dochodu podstawowego czy – w bliższej perspektywie – znaczące ograniczenie albo całkowite zakazanie pracy w niektórych sektorach w niedziele, które powinny na nowo stać się zagwarantowanym jako powszechne prawo czasem wolnym. Prawdopodobnie w jakimś stopniu będzie to wymagało zrezygnowania przez osoby lepiej sytuowane  z części swoich wygód, takich jak robienie zakupów o dowolnej porze. Jest to jednak niewielka cena, jeżeli poważnie myślimy o zaprojektowaniu lepszego i sprawiedliwszego społeczeństwa. Kolejnym istotnym wyzwaniem, o którym nie wolno zapomnieć, jest wzięcie przez państwo większej odpowiedzialności za umożliwienie wszystkim dostępu do dobrej i zróżnicowanej oferty kulturalnej. Nie mam wystarczających kompetencji, aby sformułować tutaj szczegółowe rozwiązania. Jestem jednak pewien, że organy publiczne mogą mieć tutaj duże pole do popisu, a dotowanie zegalitaryzowanej kultury na wysokim poziomie powinno stać się jednym z priorytetów wszystkich nastawionych prospołecznie władz, tak aby jedyną szeroko osiągalną ofertą nie pozostawała jedynie skomercjalizowana papka dosyć miernej jakości. Z racji osobistych doświadczeń, scenerią dla mojego tekstu było wielkie miasto – niezmiernie ważne jest jednak to, żeby taka infrastruktura jak kina, biblioteki, galerie czy miejsca otwarte na różnego rodzaju aktywność społeczną znajdowały się także w mniejszych miejscowościach. Nie możemy dłużej milcząco akceptować geograficznego wykluczenia, które pozbawia mieszkańców i mieszkanki obszarów poza dużymi ośrodkami możliwości uczestnictwa w kulturze. Inicjatywa leży także w rękach grupy, która obecnie zachowuje w tej materii swego rodzaju monopol – od organizatorek i organizatorów różnych inicjatyw może zależeć to, czy ich propozycje będą przedstawiane w inkluzywny sposób czy nie. Występując z pomysłem jakiegoś wydarzenia artystycznego, debaty albo integrującej lokalną społeczność imprezy sąsiedzkiej, zastanawiajmy się, co można zrobić, żeby dotrzeć z nim do ludzi, którzy do tej pory nie stanowili naszego domyślnego targetu, jakie kanały i środki komunikacji mogą się tu okazać najbardziej skuteczne. Za każdym razem, kiedy w takim wydarzeniu weźmie udział ktoś, kogo wcześniej się tam nie spodziewaliśmy, będzie to sukces, który zbliży nas do założonego celu. Obecny stan rzeczy bowiem jest nie do pogodzenia z lewicowym ideałem równości, szczęścia i samorozwoju dla wszystkich i warto podejmować starania, żeby to zmienić.

Szymon Majewski

Nowy Nowy Wspaniały Świat

Nowy Nowy Wspaniały Świat

Dawno, dawno temu za siedmioma rzekami żył sobie siwobrody mędrzec, który odkrył kamień filozoficzny umożliwiający transmutację, czyli przemianę jednej substancji w inną, przeistaczanie świata wedle swej woli, ba – nawet uszlachetnienie ludzkiej duszy. Tym kamieniem filozoficznym była Praca, a mędrzec nazywał się Karol Marks.

Trudno przecenić rolę pracy w teorii marksistowskiej. W aspekcie ściśle ekonomicznym to praca tworzy wartość dodatkową, co pozwala uzasadnić zbędność kapitalisty w procesie produkcji. W aspekcie społecznym praca – stanowiąca zasadniczą formę kontaktu człowieka z otaczającą go rzeczywistością – umożliwia przekształcanie tejże rzeczywistości, ale jest też źródłem – inspiracją – wszelkich pomysłów i idei. W aspekcie antropologicznym praca odegrała zasadniczą rolę w uczłowieczeniu małpy – wyrabiając inteligencję, wymuszając społeczne współdziałanie, tworząc materialne zręby cywilizacji. Dlatego celem marksistów było WYZWOLENIE PRACY poprzez przezwyciężenie jej alienacji. Owszem, zięć Marksa, dziennikarz Paul Lafargue, popełnił był pamflet „Prawo do lenistwa”, pozostawał jednak w swych poglądach osamotniony wśród produktywistycznie zorientowanych marksistów. W większym stopniu konstruktywistycznego ducha marksizmu oddawał Stanisław Brzozowski, który pracy nadawał mistyczną wręcz wartość, uznając ją za manifestację istoty człowieczeństwa, za specyficznie ludzką zdolność tworzenia, celowego przekształcania rzeczywistości.

Marx is dead. Jego idee też. Porzucają je nawet jego spadkobiercy, a ściślej mówiąc: bękarty Fouriera podające się za potomków Marksa. Postlewica, zaaferowana swymi kulturowymi obsesjami1, zapoznała nie tylko materialistyczną zasadę prymatu bazy nad nadbudową (teza, że „byt kształtuje świadomość” to wszak esencja marksizmu!), ale też wartość pracy. Na flagach postlewicy wypisane zostało nowe hasło: WYZWOLENIE OD PRACY. Już nie „Pracy i chleba” domagają się współcześni lewacy – ale „Chleba i igrzysk”.

Jak do tego doszło, że (post)lewica zaprzecza samej sobie? W myśl marksistowskiej teorii, o wszystkim decydują stosunki klasowe. Dawna lewica swój przekaz adresowała do ludzi pracy, do robotników. Wychowywałem się w robotniczym środowisku i wciąż – mimo całego tornada transformacji – w zasadzie w takim żyję. Mój sąsiad z lewej to górnik, z prawej – szofer komunikacji miejskiej. Tu praca nigdy nie była dopustem bożym ale powodem do dumy, sposobem spędzania czasu, hobby nawet. Nieroby i niedołęgi byli w pogardzie, szacunkiem cieszył się ten, co znał się na robocie, co potrafił pracować ciężko i fachowo. Po powrocie z zakładu ludzie często zajmowali się majsterkowaniem, pracami przydomowymi, uprawą ogródka. Oczywiście nie byli robotami – spotykali się z kumplami w knajpach i krewniakami na imieninach, chodzili na zabawy i jeździli na wczasy, pili alkohol w ilościach zabójczych dla współczesnego hipstera. W mordę też potrafili dać. Normalni ludzie. Prawdziwi ludzie2.

Dezindustrializacja sprawiła jednak, że przemysł został wypchnięty przez usługi, w których dominują elastyczne formy zatrudnienia. Klasa robotnicza, zdziesiątkowana i zepchnięta do głębokiej defensywy, nie jest już obiektem zainteresowania nowej lewicy. Nawet jeśli postlewica od święta zadeklamuje mantrę o „prawach pracowniczych” wepchniętych gdzieś między prawa mniejszości a prawa zwierząt, to jej bohaterem stał się „prekariusz”, którym może być zarówno sprzątaczka na śmieciówce, student dorabiający jako barista, dziennikarz freelancer, samozatrudniający się informatyk, artysta z bohemy3. Transformacja ekonomiczna znalazła swe odzwierciedlenie w psychologii społecznej. Nowa baza nowej lewicy to zblazowani hipsterzy i zdemoralizowani lumpenproletariusze – przebodźcowane, powierzchowne, egocentryczne, histeryczne dzieci cywilizacji high tech, niestabilne tyleż społecznie, co emocjonalnie, ogarnięte manią zabawy i rozrywki, traktujące pracę jako w najlepszym razie zło konieczne. Oni nie chcą wyzwolenia pracy, bo nie potrafią sobie wyobrazić takiej, która by ich wciągała. W końcu każda praca zajmuje czas, który można poświęcić na rozrywkę czy lenistwo!

Na usługi nowej bazy stają postlewicowi ideologowie przeczesujący internet w poszukiwaniu mód i nowinek. Jest, mam – robotyzacja! To najnowszy trend. Oto aktualna jedynie słuszna droga do utopii. Nie trzeba robić żadnej rewolucji, która – nie bójmy się tego powiedzieć – oznacza niewygody i ryzyko, która tak naprawdę wcale nie jest przyjemna! Przemiana nastąpi sama z siebie. No i nareszcie: nie trzeba będzie pracować! Wszystko za nas zrobią roboty. A z czego będziemy żyć? To proste: BDP, czyli Bezwarunkowy Dochód Podstawowy.

Powiem wprost: dla mnie, wychowanego na aktywistycznym, heroicznym micie ujarzmiania przyrody,

Maszyniście
zakutemu w żelazo,
górnikowi rwącemu pokłady rud
kadzisz,
kadzisz w niemej ekstazie,
wysławiasz ludzki trud.

to wybitnie żałosny ideał. Ideał trutnia. Ideał absolutnie burżuazyjny – o ile dotąd pasożytniczy charakter miała burżuazja, to teraz postlewica woła o pasożytnictwo dla każdego. Znam osoby, rodziny, niemalże całe osiedla od lat żyjące z różnego rodzaju zasiłków. Czy nastąpił w tym środowisku rozkwit nieskrępowanej twórczości artystycznej, eksplozja aktywności społecznej? Zdziwicie się – NIE. To sfrustrowani, znerwicowani, zakompleksieni konsumenci seriali telewizyjnych i tanich używek, wyalienowani z tkanki społecznej kokonem swojej kanapy, w najlepszym razie bywalcy dyskotek i meczów4.

Ale zgoda, to rzecz gustu, jeden woli Majakowskiego, inny Kapelę. Są ludzie, którym taki styl życia („cywilizacja bonobo”)5 może odpowiadać. Jednak za fasadą tego gnuśno-konsumpcyjnego „szczęścia”, w cieniu Podstawowego Dochodu Gwarantowanego przez roboty, czai się niebezpieczeństwo.

Zacznijmy od najgorszego scenariusza. Robotyzacja oznacza, że ludzka siła robocza staje się ZBĘDNA. A więc zgodnie z kapitalistyczną logiką stanowi obciążenie dla gospodarki i społeczeństwa. Co robi się z takim balastem? Pozbywa się go, redukuje jak nie przymierzając pogłowie koni pociągowych. Jednym słowem: eksterminacja. Oczywiście nie zamierzam tu straszyć anachronicznymi wizjami rodem z XX w.: komory gazowe, krematoria, obozy zagłady itp. Czułe sumienia współczesnej upper i upper middle class wzdragałyby się przed tak drastycznymi formami „ostatecznego rozwiązania kwestii proleckiej”. Ale doskonale można sobie wyobrazić wykorzystanie socjotechniki skłaniającej do „dobrowolnej” autodestrukcji, starannie opracowanego zestawu bodźców ekonomicznych i manipulacji psychologicznych: ograniczanie przyrostu naturalnego, upowszechnianie środków psychotropowych, umożliwianie eutanazji przy równoczesnym ograniczaniu dostępu do świadczeń socjalnych, zwłaszcza zaopatrzenia emerytalnego i opieki zdrowotnej. Jesteś niepotrzebny, więc przysłuż się społeczeństwu – zabij się sam! Czy tylko ja mam wrażenie, że te środki już są, na razie drobnymi kroczkami, wdrażane przez establishment?

Niewiele wspólnego z tradycyjnymi ideałami lewicy ma jednak też scenariusz „optymistyczny”, czyli ten, w którym robotyzacja zapewni obfitość dóbr gwarantującą każdemu Bezwarunkowy Dochód Podstawowy. Nawet entuzjaści tego rozwiązania przyznają, że praca w nowym społeczeństwie pozostanie jako przywilej dla nielicznych. W praktyce oznacza to, że pracujący będą otrzymywali płace znacząco wyższe od BDP, bonus motywujący ich do wysiłku. Oczywiście znajdą się hobbyści, którzy zadowalając się dochodem podstawowym będą wytwory swojej pracy udostępniali za darmo, ale sektor prywatny będzie robił wszystko, by jego produkty były bardziej atrakcyjne niż te darmowe. Nie ma podstaw sądzić, by te wysiłki nie były skuteczne – wszak Linux nie doprowadził Microsoftu do bankructwa. W rezultacie ukształtuje się system kastowy o charakterze piramidy. Jej wierzchołek stanowić będzie nieliczna grupa właścicieli środków produkcji, dysponentów globalnych bogactw; środkowe piętro zajmą dobrze opłacani profesjonaliści; podstawa to wegetujący na socjalu proleci. Nowy Wspaniały Świat.

Co istotne: o ile dawny proletariat stanowił fundament społeczeństwa przemysłowego, które bez jego pracy nie byłoby w stanie istnieć, to bezproduktywni beneficjenci BDP będą żyli wyłącznie z łaski klas wyższych, bo z punktu widzenia ekonomii nie będą do niczego potrzebni. A to oznacza, że niemożliwą okaże się jakakolwiek rewolucja, bo proleci będą skazani na wieczną zależność od profesjonalistów obsługujących gospodarkę.

Robotyzacja będzie miała – zwłaszcza w swej początkowej fazie – jeszcze jeden skutek w wymiarze globalnym. Dynamiczny rozwój, jaki odnotowały w ostatnim ćwierćwieczu przynajmniej niektóre kraje Azji i Afryki, zawdzięczają one możliwości konkurowania z Zachodem niższymi kosztami siły roboczej. Gdy praca robotów będzie tańsza niż praca robotnika z Kambodży, to okienko rozwoju zamknie się dla Trzeciego Świata. A zarazem krajów tych (może poza Chinami) nie będzie stać na robotyzację. Te koszty też należałoby wkalkulować w naszą technologiczną utopię. Uwaga na marginesie: polska „lewica” obnosi się ze swym „internacjonalizmem”, ten jednak sprowadza się do zapatrzenia w Zachód i marzenia „żeby u nas było tak jak w Europie”. Ale „cały świat” to nie Europa, to nie Zachód – to także (a nawet przede wszystkim) Trzeci Świat6.

Żeby nie przedłużać: wiara w mesjańską misję robotów jest kolejnym wcieleniem naiwnej technoutopii. Saint-Simon w XIX w. wierzył, że ludzkość wyzwolą mechanizacja i industrializm. W nie tak odległych latach 90. rozpowszechnione było przekonanie o rewolucyjnej roli internetu, który miał jakoby wprowadzić nas w postkapitalistyczne „społeczeństwo informacyjne”. I co?

dr hab. Jarosław Tomasiewicz


  1. Z analizy czołowego polskiego portalu postlewicowego wynika, że bardzo zaawansowane są przygotowania do przeprowadzenia rewolucji w Westeros.
  2. Czas przeszły nie jest tu precyzyjny: ci ludzie wciąż żyją i na ogół pozostali sobą. Czas przeszły jednak ma podkreślać, że odeszła formacja społeczna, której nadawali ton.
  3. Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać od dygresji: moda na odnajdywanie „proletariackości” przyjmuje niekiedy formy dość komiczne. Oto odkryłem w internecie „pracowników poezji” (a przynajmniej jedną). Marksista zapytałby: a jakąż to wartość dodatkową wytwarzają poeci i kto ich z niej wywłaszcza?
  4. Opiszę wam walkę klas, jakiej byłem kiedyś świadkiem. Otóż familoki w mojej dzielnicy zasiedla dziś lumpenproletariat, utrzymujący się ze złomiarstwa i zbierania węgla na hałdzie. Pod jednym z familoków trwały roboty drogowe, robotnicy kopali rowy. Jeden z „wykluczonych” zaczął ot tak, z nudów, wyzywać drogowców z okna. Ci nie pozostali mu dłużni i tak od słowa do słowa zaczęła się awantura. „Wykluczeni” skrzyknęli się i w ciągu kwadransa była akcja 10 na 2. Drogowcy wycofali się zostawiając łopaty… Sięgnijmy po Marksa: „Lumpenproletariat, ten bierny wytwór gnicia najniższych warstw starego społeczeństwa […] wskutek całej swej sytuacji życiowej jest raczej skłonny do sprzedawania się jako narzędzie reakcyjnych knowań”.
  5. Notabene bonobo, jak wykazują nowsze badania, wcale nie są pokojowo nastawione.
  6. Np. dawna lewica krytykowała „drenaż mózgów” i rąk dokonywany przez Zachód z krajów postkolonialnych – postlewica stała się czołowym entuzjastą tego procederu.

Projekt polskiego systemu własności pracowniczej

I. Nawiązania projektu

Projekt ten jest syntezą amerykańskiego systemu ESOP i polskiego przedwojennego systemu Gazoliny. Oprócz tego zawiera pewne nowe rozwiązania.

Elementem ESOP-u jest oparcie systemu na ustawowej regulacji państwowej, ograniczonych ulgach podatkowych i możliwości pobierania kredytu przez depozyt kapitału pracowniczego (tu Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego).

Elementem Gazoliny są wpłaty pracowników (w ESOP – wpłaty wnosi tylko firma), ustalenie ich minimalnej obowiązkowej wielkości i równoważnych im świadczeń firmy.

Elementami nowymi jest dwuczłonowość Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego oraz sposób pracowniczej prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych.

***

W czasie transformacji ustrojowej własność pracownicza mogła być  wykorzystana głównie do prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Obecnie powinna być stosowana (tak jak we Stanach Zjednoczonych) głównie do zwiększania efektywności przedsiębiorstw prywatnych.

II. Skrótowe omówienie projektu

1. Dwuczłonowy „Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny” (PFI)

System jest wprowadzany do przedsiębiorstwa dobrowolnie przy akceptacji właściciela (właścicieli) i minimum 51% pracowników. Pozostali pracownicy mogą do niego nie wchodzić. W przedsiębiorstwie wprowadza się (niezależny od jego struktur i zarządzany przez pracowników-akcjonariuszy) dwudzielny Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny (PFI), składający się z dwóch członów: Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego (PFIE) i Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego Otwartego (PFIO).

2. Człon pierwszy – Pracowniczy Fundusz Inwestycyjno-Emerytalny (PFIE)

Jest on głównym elementem akcjonariatu, ograniczonym tylko do wpłat firmy, pracowników i zaciąganych kredytów (fundusz zamknięty). Pracownicy wpłacają do niego na swoje konta indywidualne obowiązkowo minimum 5% poborów, potrącanych bezpośrednio z listy płac. Tyle samo wpłaca im firma. Jedne i drugie wpłaty nie są opodatkowane. Uzasadnione jest to emerytalnym charakterem PFIE, jak również istotnym zwrotem środków do budżetu poprzez większą efektywność przedsiębiorstw z akcjonariatem.

Wysokość wpłat do PFIE może być corocznie dobrowolnie podnoszona na zasadzie uzgodnienia między pracownikami-akcjonariuszami i firmą, lecz nie może łącznie przekroczyć 25% funduszu płac (12,5% wpłat pracowników i 12,5% wpłat firmy), co  odpowiada limitowi zwolnień podatkowych w  ESOP-ach. Wpłaty te mogą też być w danym roku zawieszane w przypadku złej kondycji firmy.

Ponieważ wpłaty własne pracowników i wpłaty firmy są proporcjonalne do zarobków, dla ograniczenia jednych i drugich (dla uniknięcia „kominów” wpłat) i tym samym dla zapewnienia demokratycznej struktury akcjonariatu, wprowadza się górny limit obu wpłat na konto danego pracownika, równy odpowiedniemu procentowi z dwukrotnego średniego zarobku w danej firmie.

Nie ogranicza to w ogóle wpłat pracowników. Mogą być one dodatkowo dokonywane, ale w sposób nie kolidujący z demokracją akcjonariatu i bez ulg podatkowych (o czym dalej).

Gromadzony w powyższy sposób kapitał inwestowany jest wyłącznie we własną firmę lub służy do jej wykupu (częściowego lub całkowitego) z rąk innych współwłaścicieli.

Pracownik nie może wycofywać swojego kapitału z PFIE przez cały okres zatrudnienia (to żelazne prawo akcjonariatu). Otrzymuje go tylko w przypadku zmiany miejsca zatrudnienia i przy przejściu na emeryturę. W tym drugim przypadku stanowi on jego dodatkowe zabezpieczenie emerytalne (trzeci filar). W przypadku zmiany miejsca zatrudnienia pracownik nie otrzymuje kapitału pochodzącego z wpłat firmy o ile nie przepracował pięciu lat od momentu jego wpłacenia. W tym czasie zachodzi tzw. nabywanie przez pracownika prawa własności (am. „vesting”) do wpłat firmy. Przy przejściu na emeryturę to ograniczenie nie obowiązuje.

Dodatkowe ograniczenie prawa własności pracownika do wpłat firmy ma miejsce w przypadku spłaty kredytu zaciągniętego przez PFI (o czym dalej).

Kapitał gromadzony w PFIE daje indywidualne właścicielskie prawo głosu (o czym dalej) i uprawnia do pobierania dywidendy.

3. Człon drugi – Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny Otwarty (PFIO)

Jest to element nowy, nie występujący w innych typach akcjonariatu, a spełniający w stosunku do PFIE ważną funkcję pomocniczą.

W Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny Otwarty mogą inwestować dodatkowo i w sposób nieograniczony sami pracownicy przedsiębiorstwa, ich rodziny, inni członkowie społeczności lokalnej, kooperanci. Mogą też inwestować dowolne podmioty. Wpłaty te nie podlegają ulgom podatkowym i mogą być w każdej chwili wycofywane, co dla pracowników przedsiębiorstwa spełnia funkcję zakładowej kasy oszczędności na wypadek szczególnych sytuacji życiowych. Gromadzone w ten sposób środki inwestowane są (tak jak poprzednio) wyłącznie we własną firmę lub służą do jej wykupu z rąk innych współwłaścicieli.

Wpłaty do Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego Otwartego nie dają żadnych uprawnień decyzyjnych, a jedynie uprawniają do pobierania dywidendy.

4. Głosowanie, wybór władz PFI i jego zarządzanie

Głosowanie i wybór władz PFI odbywa się tylko w obrębie uczestników Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego. Jego w miarę wyrównany skład kapitałowy pozwala (na wzór ESOP-ów demokratycznych) na wprowadzenie spółdzielczej zasady „jeden człowiek – jeden głos”, z tym że każda dekada uczestnictwa w akcjonariacie zwiększa siłę głosowania o jeden głos. To również przedkłada w sposób spółdzielczy człowieka ponad kapitał.

Zgodnie z takimi zasadami głosowania uczestnicy akcjonariatu wybierają radę nadzorczą całego Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego (a więc obu jego funduszy składowych), ta zaś ustanawia jego zarządcę. Przy dużych akcjonariatach może to być fachowiec wynajęty spoza firmy.

Corocznie, przed walnym zgromadzeniem akcjonariuszy firmy (obejmującym również współwłaścicieli zewnętrznych), uczestnicy Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego zwołują własne zebranie, gdzie przegłosowują własną strategię realizowaną później przez swojego przedstawiciela na zgromadzeniu walnym. Przedstawicielem może być zarządca, ale może być nimi też doraźnie wybrany inny przedstawiciel pracowników akcjonariuszy. Przedstawiciel ten na zgromadzeniu walnym dysponuje siłą głosu (w stosunku do udziałowców zewnętrznych) odpowiednią do sumy kapitału zgromadzonego w obu funduszach.

5. Zaciąganie i spłacanie kredytu przez PFI

PFI jest ustawowo uprawniony (na wzór ESOP-ów) do zaciągania kredytu. Można również (na wzór amerykański) wprowadzić ustawowo ulgi podatkowe dla banków kredytujących akcjonariat pracowniczy.

Pobrany kredyt wykorzystywany jest wyłącznie na inwestycje we własne przedsiębiorstwo lub na wykup jego akcji z rąk innych współwłaścicieli.

Spłata kredytu odbywa się z opisanych wcześniej regularnych wpłat pracowników i firmy do PFIE, z tym że prawo własności do wpłat firmy, spłacających kredyt, nabywa pracownik-akcjonariusz dopiero po spłacie zadłużenia.

Spłaty mogą być również dokonywane z funduszy PFIO. W sytuacjach kryzysowych może nastąpić mobilizacja pracowników, ich rodzin i całej społeczności lokalnej (sytuacje znane z praktyki) i zasilenie PFIO znacznymi doraźnymi wpłatami.

6. Obowiązkowe wprowadzenie systemu partycypacyjnego zarządzania przedsiębiorstwem

Amerykańskie badania wykazały ponad wszelką wątpliwość, że sama własność pracowniczego kapitału ma niewielki wpływ na zwiększenie efektywności przedsiębiorstwa. Natomiast jej połączenie z jakimś systemem partycypacyjnego zarządzania zwiększa efektywność w sposób bardzo istotny (patrz: www.rp-gospodarna.pl/stany_efektywnosc.htm). W związku z tym należy obligatoryjnie wprowadzać w akcjonariatach któryś z wielu systemów partycypacyjnego zarządzania. Upowszechnienie najbardziej zaawansowanego z nich  – Wielkiej Gry w Biznes (Great Game of Business; www.greatgame.com) mogłoby zrewolucjonizować polską gospodarkę.

W Polsce istnieje totalne nierozumienie pozytywnego znaczenia pracowniczego partycypacyjnego zarządzania (frazeologia „trójkąta bermudzkiego” wymierzona swego czasu w samorządy pracownicze). Razem więc z wprowadzaniem akcjonariatu należy dążyć do wyjaśniania jego sensu i znaczenia w skali całego społeczeństwa.

7. Konieczne zaangażowanie związków zawodowych w akcjonariat pracowniczy

W Polsce rozpropagowano błędną opinię, że akcjonariat pracowniczy jest sprzeczny z instytucją związku zawodowego. Tymczasem, zgodnie z doświadczeniami amerykańskimi, związek zawodowy, angażując się w akcjonariat, poszerza swój zakres działania. Zachowując swe funkcje ochronne, związek zawodowy wchodzi w funkcje związku pracowników-właścicieli. Staje się przez to bardziej potrzebny pracownikom niż w swej tradycyjnej postaci (zobacz: www.rp-gospodarna.pl/stany_zwiazki.htm oraz www.rp-gospodarna.pl/zwiazki_szansa.pdf).

Dla efektywnego rozwoju akcjonariatu pracowniczego w Polsce niezbędne jest zaangażowanie się w niego związków zawodowych, w pierwszym rzędzie NSZZ „Solidarność”. Jest to też niezbędnym warunkiem odnowienia się „Solidarności” i zwiększenia przez nią swej liczebności i znaczenia.

8. Pracownicza prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych

Prywatyzacja pracownicza (na wzór Słowenii) była wielką i zmarnowaną szansą Polski w czasie transformacji ustrojowej. Pozostaje jednak nadal zabiegiem aktualnym dla niektórych istniejących jeszcze przedsiębiorstw państwowych, w szczególności dla niektórych kopalń. Zachowuje również duże znaczenie w przyszłości dla odkupowanych przez państwo przedsiębiorstw (repolonizowanych lub źle zarządzanych), jak też dla tworzonych przez państwo przedsiębiorstw nowych, potrzebnych gospodarce narodowej, a z różnych względów będących poza inicjatywą kapitału prywatnego. Formą docelową takiej prywatyzacji powinny być spółki pracownicze.

Przy obecnie obowiązujących regulacjach prawnych wszyscy pracownicy prywatyzowanego przedsiębiorstwa państwowego otrzymują za darmo 15% jego wartości. Kapitał ten nie buduje żadnego akcjonariatu i jest regularnie wykorzystywany tylko do celów konsumpcyjnych.

Przyznawanie kapitału darmowego powinno zostać ograniczone tylko do tych przedsiębiorstw państwowych i ich załóg, które zdecydowały się (decyzją ponad 50% pracowników) tworzyć spółkę pracowniczą. A w ich ramach tylko do tych pracowników, którzy większościowo podjęli taką decyzję. W takiej sytuacji pakiet darmowy można podwyższyć do 20%, a nawet 25% wartości przedsiębiorstwa.

W przedsiębiorstwie wprowadza się, tak jak poprzednio, dwuczłonowy Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny i cały pakiet darmowy umieszcza się w jego PFIO. Traktowany jest on tam jako zbiorowa inwestycja pracowników w przedsiębiorstwo, zatem nie jest tam rozlokowywany na rachunki indywidualne. Pracownicy od razu uzyskują na jego bazie zbiorowe prawo głosu i zbiorową dywidendę dzieloną równo między nimi, niezależnie od zarobków. Pakiet ten nigdy jednak nie staje się ich własnością i nie bierze udziału w spłacaniu pracownika przy jego odchodzeniu z przedsiębiorstwa. Przechodzi natomiast jako własność zbiorowa (model spółdzielczy) na nowych pracowników, co ułatwia wymianę pokoleniową pracowników-właścicieli. W wyjątkowym przypadku sprzedaży przedsiębiorstwa, państwo odzyskuje prawo własności nad inicjalnym pakietem darmowym.

Indywidualną własność pracowniczą generuje tylko PFIE. Przy osiągnięciu przez ten fundusz ponad 30% (25%) wartości przedsiębiorstwa staje się ono, w połączeniu z 20% (25%) inicjalnym pakietem darmowym, spółką pracowniczą.

                                                   Jan Koziar

Powyższy tekst stanowi streszczenie większego projektu, który jest dostępny pod tym adresem.

O wolność. Polskie socjalistyczne formacje zbrojne 1917–1920

Można zaryzykować stwierdzenie, że cały etos dawnej Polskiej Partii Socjalistycznej, wyrosły tyleż z marksizmu, co z polskiej tradycji romantycznej, zawiera się w jednym słowie: WOLNOŚĆ.

Wolność ta miała różne wymiary: społeczny, dążący do wyzwolenia pracy spod kapitalistycznej eksploatacji; narodowy, a więc walkę z uciskiem zaborcy; indywidualny, czyli zapewnienie jednostce swobód obywatelskich i praw demokratycznych; wreszcie duchowy, wyrażający się w antyklerykalizmie socjalistów. Polskę pepeesowcy postrzegali jako ofiarę potrójnego zniewolenia – przez kapitał, kościół i obcy despotyzm. Drogę wyzwolenia widzieli w walce zbrojnej.

Nic dziwnego, że spośród polskich sił politycznych Polska Partia Socjalistyczna miała najbujniejsze tradycje stosowania przemocy. Antycarska działalność bojowo-spiskowa (czy, jak kto woli, „terrorystyczna”) PPS jest jednak szeroko znana i była wielokrotnie opisywana, dlatego pozwolę sobie wspomnieć ją tylko skrótowo w kilku zdaniach. Już w 1904 roku partia zaczęła tworzyć Samoobronę Robotniczą, później przekształconą w Organizację Spiskowo-Bojową (Techniczno-Bojową). Józef Piłsudski uczynił z Organizacji Bojowej PPS jedną z największych grup terrorystycznych ówczesnej Europy, liczącą – jak wykazał Jerzy Pająk – nie mniej niż 7631 bojowców. Po upadku rewolucji 1905 roku socjaliści zaangażowali się w działalność Związku Strzeleckiego, którego koła robotnicze skupiały 1500 członków. W czasie I wojny światowej członkowie PPS utworzyli Oddział Lotny Wojsk Polskich, masowo też wstępowali w szeregi Polskiej Organizacji Wojskowej. Utworzona z inicjatywy „towarzysza Ziuka”, jak nazywano Piłsudskiego, POW początkowo była uważana za zalążek przyszłej armii ludowej.

Stopniowo jednak w kierownictwie PPS zaczął narastać dystans wobec piłsudczyków, wyraźnie realizujących własną politykę, coraz bardziej odległą od marksizmu. W lutym 1917 roku Centralny Komitet Robotniczy PPS zdecydował o odbudowie samodzielnej organizacji zbrojnej. Tadeusz Szturm de Sztrem na bazie dawnego Centralnego Oddziału Lotnego zorganizował bojówkę pod komendą Józefa Korczaka. Po XIII zjeździe partii (7–10 czerwca 1917 roku) prace organizacyjne przyspieszyły. W grudniu ukonstytuował się Centralny Wydział Bojowy PPS, w skład którego weszli Tomasz Arciszewski, Stanisław Jarecki, Józef Kobiałko, Bronisław Ziemęcki, Korczak i Szturm de Sztrem. Centralnemu Wydziałowi podlegały: dział organizacyjny tworzący struktury w terenie (13 wydziałów okręgowych) i prowadzący wywiad, dział techniczny odpowiedzialny za logistykę (m.in. laboratorium materiałów wybuchowych, składy broni, szkoła bojowa, biuro paszportowe) oraz Sztab Bojowy, planujący i przeprowadzający akcje zbrojne. Podstawową jednostkę Pogotowia Bojowego PPS stanowiła „szóstka”. Jesienią 1918 roku liczbę bojowców oceniano na 1500.

Bojówka PPS prowadziła żywą i zróżnicowaną działalność. Już w 1917 r. chroniła demonstrację pierwszomajową w Łodzi, a w październiku tego roku – obchody stulecia śmierci Tadeusza Kościuszki. Przeprowadzała akcje sabotażowe, niszcząc m.in. transformator na ul. Chłodnej w Warszawie w lutym 1918 roku. Odbijała uwięzionych towarzyszy, np. jesienią 1918 roku uwolniła skazanego na śmierć bojowca Nowakowskiego ze Szpitala Dzieciątka Jezus. Istotną rolę odgrywały ekspropriacje, z których największa (300 tys. koron!) miała miejsce w październiku 1918 roku w Garbowie. Schwytany podczas tej akcji Stanisław Dzięgielewski był przez żandarmów torturowany tak, że ochromiał; nie przeszkodziło mu to jednak później brać udziału w powstaniach śląskich. Pogotowie miało też na koncie zamachy terrorystyczne – zabójstwa szpicli i funkcjonariuszy władz okupacyjnych: naczelnika niemieckiej policji politycznej w Warszawie Ericha Schultzego (1 października 1918 roku), komisarza niemieckiej tajnej policji Żychlińskiego w Warszawie (dwa dni później), komisarza austro-węgierskiej tajnej policji Terleckiego w Lublinie.

W obliczu zbliżającego się wyzwolenia Rada Partyjna PPS w październiku 1918 roku podjęła decyzję o utworzeniu masowej Milicji Ludowej. Od połowy października Wydział Bojowy przeprowadzał reorganizację Pogotowia Bojowego, tworząc w dzielnicach i fabrykach rezerwy milicyjne. „Komitety dzielnicowe […] upatrzyły już sobie lokale, które zajmą w chwili przewrotu, przepędzając z nich […] instytucje niemieckie” – wspominał Zygmunt Zaremba. Pogotowie zajęło m.in. 10 listopada 1918 r. redakcję i drukarnię dziennika „Godzina Polski” przy ul. Wareckiej 7 na potrzeby PPS-owskiego „Robotnika”. W miarę rozkładu okupacji oddziały Milicji ujawniały się, rozbrajając okupanta i przejmując władzę w wielu miejscowościach. 1 listopada ML powstała w Radomiu (komendant Stanisław Kępisz, potem Józef Grzecznarowski), 6 – w Lublinie (komendant Stefan Kirtiklis), 7 – w Dąbrowie Górniczej (komendant Maksymilian Szyprowski, potem Bronisław Galbasz) i Częstochowie (Antoni Wołowski), 12 – w Pabianicach, 13 – w Łodzi (komendant Aleksander Napiórkowski, potem Władysław Konopczyński) i Warszawie, 14 – w Płocku.

Początkowo głównym ośrodkiem Milicji był Lublin. Do jej organizatorów należeli tam Marian Buczek, Adam Landy, Tadeusz Puszczyński i Władysław Uziembło, jednak w połowie listopada Komenda Główna (komendant Józef Korczak) i Sztab Główny (szef Stanisław Jarecki) ML zostały utworzone w Warszawie – najpierw przy ul. Oboźnej, potem w Pałacu Staszica. Komenda Główna przystąpiła do tworzenia jednolitej ogólnokrajowej struktury Milicji opartej na komendach okręgowych i obwodowych, dokonując zarazem podziału sił na część stałą (umundurowaną i skoszarowaną) oraz rezerwę. Ponieważ w Radomiu ML skonfiskowała znaczny zapas czarnego sukna, mundury miały kolor czarny. Podstawową jednostką była sekcja (7–12 milicjantów), trzy sekcje tworzyły pluton, trzy plutony – kompanię, trzy kompanie – batalion. W Warszawie powołano Komendę Okręgu Warszawskiego, której podlegał tzw. I legion (w sile 4 kompanii) i 9 komend dzielnicowych, w sumie 900 osób. ML w Radomiu miała liczyć 1500 milicjantów, w Dąbrowie Górniczej – 830, w Płocku – 500, w Lublinie – 324, w Siedlcach – ponad 150. Zakładano, że na początku grudnia 1918 roku Milicja będzie dysponować łącznie 6 tysiącami skoszarowanych i 10 tysiącami rezerwy.

Nowa formacja miała mieć podwójny charakter: zarazem partyjny i publiczny, co wynikało z faktu aspirowania przez socjalistów do roli czołowej siły w Polsce niepodległej. Mieczysław Niedziałkowski przyznawał po latach, że Milicja początkowo „miała zabarwienie partyjne, jako spadkobierczyni dawnej Milicji Ludowej PPS”. Charakterystyczne, że Milicja chroniła manifestacje PPS. „Tymczasowy regulamin wewnętrzny” formacji stanowił, że Milicja „formowana jest […] z czynnych członków PPS i jej najbliższych sympatyków, a podlega politycznemu i technicznemu kierownictwu Polskiej Partii Socjalistycznej”. Organ żydowskiej partii robotniczej Bund stwierdzał: „Milicja Ludowa – jest Czerwoną Gwardią, w jej lokalu wisi czerwony sztandar, przyjmuje się jedynie ludzi rekomendowanych przez partie socjalistyczne”. Zarazem ML miała być organem ludowego samorządu, a nawet „organizacją zbrojną ludu mającą zastąpić wojsko stałe”. Natomiast w ocenie komunistów PPS organizowała Milicję mając na celu „utrzymanie mas pracujących w karbach posłuszeństwa wobec władz państwa burżuazyjnego”.

W rzeczywistości Milicja Ludowa powstawała żywiołowo, tworzona przez różne elementy. Pod szyldem ML były formowane oddziały z inicjatywy Polskiej Organizacji Wojskowej, Rad Delegatów Robotniczych, Tymczasowego Rządu Ludowego; w Żyrardowie Milicja powstała na podstawie porozumienia między PPS a Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy. Różnoraki skład skutkował chaotycznymi konfliktami ML nie tylko z prawicą (np. Strażą Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie), lecz także z komunistyczną Czerwoną Gwardią (w Dąbrowie Górniczej), wojskiem (w Ząbkowicach, Garwolinie, Dęblinie i Zagłębiu Dąbrowskim), a nawet z bliską ideowo POW (Żyrardów, Lubartów, Płockie).

W tych warunkach pojawiły się projekty uregulowania statusu Milicji. Płynęły one z dwóch stron. PPS chciała dla swej formacji monopolu na egzekwowanie prawa, np. dzielnica powązkowska partii domagała się 23 listopada 1918 roku rozwiązania żandarmerii i bojówek endeckich oraz przekazania ich zadań Milicji. Także problemy aprowizacyjne i logistyczne wymuszały szukanie oparcia w państwie, dlatego Sztab Główny ML – wbrew oporowi lewicy (Adam Landy, Wacław Fabierkiewicz, Zygmunt Zaremba) – wystąpił z propozycją podporządkowania się Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Zarazem, jak wspominał Niedziałkowski, „rząd upaństwowił Milicję Ludową w momencie silnego napięcia walk partyjnych, […] [gdy] uznał, że musi mieć pewną, oddaną sobie siłę egzekucyjną”. Dlatego Norbert Barlicki 30 listopada wystąpił z postulatem upaństwowienia ML „dla ochrony i zapewnienia spokoju i bezpieczeństwa ludności miast i wsi, walki z wszelkimi przejawami bezrządu społecznego”. 5 grudnia wydano dekret, w myśl którego „Milicja Ludowa obejmuje pieczę nad utrzymaniem porządku i bezpieczeństwa w kraju, współdziała w razie potrzeby z zależnymi od ciał samorządowych milicjami miejskimi i powiatowymi, do których należy przede wszystkim spełnianie zadań policji miejscowej”.

Socjaliści sądzili, że upaństwowienie ML, połączone z rozbrojeniem bojówek prawicowych, zapewni lewicy udział we władzy, jednak w rozgrywkę włączył się jeszcze jeden czynnik. Mianowany 13 grudnia 1918 roku komendantem Milicji kpt. Ignacy Boerner „miał od Naczelnego Wodza instrukcję tajną sformułowania pod etykietką Milicji Ludowej zespołu zbrojnego z partyjnych bojówek wszelkich odcieni. Organizacja ta miała również wchłonąć w swe szeregi różnorodne elementy ochotnicze o ciemnej mniej lub więcej przeszłości, posiadające broń po okupantach. […] Ppłk Boerner otrzymał od Naczelnego Wodza rozkaz rozbrojenia swych podkomendnych w przeciągu pół roku, przy czym elementy odpowiednie miały być wcielone do wojska regularnego, reszta zaś ulokowana w więzieniach lub pozbawiona broni”.

Pacyfikacja Milicji Ludowej nie postępowała jednak bez oporów. Radykalizm milicjantów pchał ich do konfliktów z bojówkami prawicy (warszawską Strażą Narodową, żyrardowską Strażą Obywatelską), ale też z regularnym Wojskiem Polskim: pod koniec grudnia ML rozbroiła szwadron ułanów w Błoniu, doszło też do starcia z żołnierzami w Kozłowie. Dążąc do zapewnienia sobie monopolu, Milicja rozbrajała też formacje komunistyczne, np. w Zagłębiu Dąbrowskim czy w Warszawie. Kulminacja konfliktu nastąpiła podczas nieudanej próby prawicowego puczu na początku stycznia 1919 roku. W Radomiu zaalarmowana tym faktem Milicja Ludowa pod wodzą Józefa Grzecznarowkiego zaatakowała w nocy z 6 na 7 stycznia koszary 26. pułku piechoty; do krwawych walk doszło też w Żyrardowie.

Ciosem dla planów PPS była porażka w wyborach do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1919 roku, w których partia uzyskała zaledwie 9,1 procent głosów. Rozczarowanie doprowadziło do zawiązania się w szeregach ML pepeesowskiej konspiracji, która w marcu przekazała partii 400 rewolwerów. Milicjanci wspierali strajk w Warszawie 8 lutego 1919 roku, w marcu demonstrowali w Zagłębiu Dąbrowskim, Żyrardowie i Lublinie, z czerwonymi kokardami na mundurach, brali udział w manifestacjach pierwszomajowych. W szeregach Milicji pojawiły się wpływy Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Marian Buczek wywiózł broń z magazynów milicyjnych w Lublinie, a następnie wysadził je w kwietniu 1919 roku, by zatrzeć ślady.

Nastrojów rewolucyjnych jednak nie było, fala rewolucji już opadała. Socjalista Marian Jasiński (który w grudniu 1917 r. był dowódcą ochrony Smolnego – ówczesnej głównej kwatery bolszewików) w rozmowie z bolszewickim liderem Karolem Radkiem tłumaczył: „Dopóki z Niemiec grozi kontrrewolucja niemiecka, rewolucja w Polsce jest niepodobieństwem. Równałaby się zagładzie Polski. Trzeba bronić niepodległości kraju”. Już w marcu 1919 roku została rozbrojona Milicja Ludowa w Zagłębiu Dąbrowskim. Wyzwaniem, przed jakim stanęła ML, była obrona kraju. Część z 23 tysięcy milicjantów zgłosiła się na ochotnika na front czeski lub białoruski. Inni jednak sprzeciwiali się militaryzacji – w maju bezwzględnie stłumiono bunt batalionu Milicji pod Pińskiem. 1 lipca formacja została ostatecznie zlikwidowana.

Osobną kartę stanowią zbrojne działania socjalistów w obronie granic odradzającej się Rzeczypospolitej. Pierwszym chronologicznie przykładem stał się udział socjalistów w obronie Śląska Cieszyńskiego przed agresją czechosłowacką w styczniu 1919 roku. Polska Milicja Księstwa Cieszyńskiego, choć miała charakter ponadpartyjny, powstała z inicjatywy działacza Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Tadeusza Regera, a rekrutowała się głównie z górników zagłębia karwińskiego i hutników okręgu trzynieckiego. W walkach z najazdem brali udział m.in. członkowie lewicowego Stowarzyszenia Młodzieży Robotniczej „Siła”. Jedną z form oporu przeciw Czechosłowakom był strajk kopalń Karwiny. Pozwalało to armii czechosłowackiej głosić, że wkracza, by ratować Śląsk przed anarchią i bolszewizmem.

Podczas wojny polsko-bolszewickiej PPS, choć krytyczna wobec wyprawy kijowskiej Piłsudskiego, w obliczu ofensywy Armii Czerwonej przystąpiła do organizowania oporu. Już w lipcu 1920 roku powołała Wydział Wojskowy z Tomaszem Arciszewskim i Jędrzejem Moraczewskim na czele, a na początku sierpnia Robotnicze Komitety Obrony Niepodległości (Robotniczo-Włościańskie Komitety Walki z Najazdem) w Warszawie, Lublinie i Płocku. Organizacje te prowadziły werbunek ochotników do walki z bolszewikami. W samej Warszawie zgłosiło się 1624 robotników, z których uformowano Robotniczy Pułk Obrony Warszawy, przekształcony następnie w 202. pułk piechoty. Podobna jednostka powstała w Lublinie. W innych częściach kraju Biuro Werbunkowe PPS przyjęło 1643 ochotników, którzy zostali skierowani do 201. pułku piechoty pod komendą Adama Koca. Jak napisał „Kurier Warszawski”: „PPS zaprowadza w pułkach przez siebie zwerbowanych i organizowanych regulamin socjalistyczny, zalecając żołnierzom przemawiać do przełożonych słowami »Towarzyszu komendancie«”. Oprócz jednostek regularnych, socjaliści formowali też oddziały partyzanckie. Z inicjatywy Mariana Zyndram-Kościałkowskiego działacze Polskiego Stronnictwa Ludowego „Wyzwolenie” i PPS utworzyli tajny Związek Obrony Ojczyzny, organizujący antybolszewickie grupy dywersyjne na tyłach wroga: w Łomżyńskiem, Płockiem, Białostockiem, Siedleckiem. Pepeesowcy powołali też I Oddział Partyzancki ZOO w okręgu łódzkim. Dowódcą jednego z takich oddziałów był Antoni Wołowski – bojowiec Pogotowia, funkcjonariusz Milicji, powstaniec śląski – rozstrzelany przez czerwonoarmistów pod Wyszkowem w sierpniu 1920 roku.

Najdobitniej jednak zaznaczyli socjaliści swój udział w walkach o Górny Śląsk. Był to obszar szczególny, na którym ukształtowało się zjawisko tzw. etnoklas, czyli pokrywania się podziałów narodowościowych ze społecznymi. W postfeudalnej strukturze społecznej Górnego Śląska ziemiaństwo i mieszczaństwo było niemieckie, co sprawiało, że awans społeczny automatycznie wiązał się z germanizacją. Tę klarowną regułę zaburzył dynamicznie rozwijający się proletariat – wywodzący się ze wsi górnicy i hutnicy nie tylko nie wyrzekali się swego języka, ale bardziej niż chłopi byli skłonni identyfikować się z polskością. Działacz plebiscytowy Teodor Tyc pisał: „Na żadnym obwodzie przemysłowym świata nie ciąży tak wyraźne piętno dwoistości sił, które do jednej pracy są tu sprzężone – dwoistości świata panów i niewolników. Nie ma tu świadomej pracy jednego narodu. Akcjonariuszem, dyrektorem, inżynierem, dozorcą – słowem frakowcem, śmietanką, jaśnie panem jest Niemiec. Polak może być robotnikiem, szleperem, proletariuszem, pariasem, chacharem”. Nic dziwnego, że Górny Śląsk odgrywał pierwszoplanową rolę w programie polityki zagranicznej PPS – o ile socjaliści dystansowali się od ekspansji na wschodzie, postrzeganej jako obrona majątków polskich obszarników, to w pełni solidaryzowali się z postulatem przyłączenia do Polski proletariackiego Śląska.

W trakcie I powstania śląskiego powstał z inicjatywy Kazimierza Pużaka Komitet Opieki nad Powstańcami. Tomasz Arciszewski przybył do przygranicznego Sosnowca już 18 sierpnia 1919 roku, by pokierować pomocą partii dla powstańców. Niebawem dotarli tam Tadeusz Hołówko i Tadeusz Szturm de Sztrem, których zadaniem było zorganizowanie oddziałów dywersyjnych. W tym celu grupa socjalistów (bracia Julian, Izydor i Edmund Grobelni, Edmund Rogoziński, Henryk Rutkowski, Walenty Bień, Leon Ślązak, Franciszek Hamankiewicz, Józef Grabowski) uruchomiła produkcję materiałów wybuchowych, początkowo w Warszawie przy ul. Śliskiej, od czerwca 1920 roku w Sosnowcu przy ul. Mariackiej. Wytwórnia została podporządkowana Tadeuszowi Puszczyńskiemu ps. „Wawelberg”.

Puszczyński, członek PPS od 1913 roku, POW od 1915 roku i Milicji Ludowej od stycznia 1919 roku, w kwietniu 1920 roku został kierownikiem Wydziału Plebiscytowego B, kierującego z ramienia Oddziału II Sztabu Generalnego działaniami Polskiej Organizacji Wojskowej Górnego Śląska. W Wydziale znaleźli się też inni socjaliści: były członek ML Henryk Krukowski (kierownik Referatu I), Marian Kenig (kierownik Referatu I), Wacław Bruner (kierownik Referatu I). W Szefostwie Sztabu POW GŚ powołano Referat Broni (na czele którego stanął kolejny milicjant Wacław Wardaszko) i Referat Zadań Specjalnych (kierownik Stanisław Machnicki, wcześniej w Pogotowiu Bojowym). W październiku 1920 roku „Wawelberg” zrezygnował ze stanowiska, by od grudnia wspólnie z Machnickim organizować sabotażowo-dywersyjny Referat Destrukcji. Puszczyński, tworząc referat, opierał się głównie na socjalistach. Szkolenie kadr prowadzili dawni członkowie Pogotowia Bojowego: Szturm de Sztrem, Józef Kobiałko, Franciszek Konieckiewicz, Władysław Lizuraj, Antoni Purtal, Stanisław Pelc, Ludwik Romanowski. W maju 1921 roku powstała Grupa Destrukcyjna „Wawelberga” złożona z trzech podgrup: „Północ” (Lucjan Miładowski), „Południe” (Stanisław Baczyński) i „Wschód” (Dobiesław Damięcki).

Wśród bojowców Referatu szczególnie wyróżniała się grupa działaczy Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej: Wacław Bruner, Wacław Wardaszko, D. Damięcki, Stanisław Dubois, Przemysław Głębicki, Tadeusz Janiszewski, Michał Kaczorowski, Kazimierz Kuszell, Stanisław Leśniewski, Bohdan de Nisau, Tadeusz Paszkowski, Stanisław Pelc, Stanisław Saks, Marian H. Serejski, Józef Szymański, Lucyna Woliniewska. W swej odezwie z 10 listopada 1920 roku oznajmiali: „Idziemy do walki o Górny Śląsk z hasłami […] [walki] o wyzwolenie i zjednoczenie narodowe, o spotęgowanie siły proletariatu polskiego, o zwycięstwo demokracji i postępu, o Polskę pracy”.

Byli to ludzie nietuzinkowi. Weźmy na przykład Henryka Krukowskiego – na kanwie jego życiorysu można by nakręcić serial sensacyjny. Członek Polskiej Partii Socjalistycznej, a zarazem harcerz (w latach 1912–1915 drużynowy „czerwonej drużyny” patronackiej PPS) działał w Związku Strzeleckim. W 1915 roku zaciągnął się do 1. pułku ułanów Władysława Beliny-Prażmowskiego w Legionach. W lipcu 1917 roku, po kryzysie przysięgowym, gdy legioniści odmówili złożenia przysięgi na wierność Niemcom, wstąpił do POW. W listopadzie 1918 roku odnalazł się w Milicji Ludowej, z której w kwietniu 1920 roku Puszczyński ściągnął go na Śląsk. W III powstaniu był dowódcą jednostki bojowej w podgrupie destrukcyjnej „Północ”. Po wojnie w latach 1922–1925 studiował leśnictwo na SGGW, potem przez dwa lata przebywał w Amazonii, a po powrocie do kraju był nadleśniczym w Puszczy Białowieskiej. We wrześniu 1939 roku został zmobilizowany, ale nie zdążył dotrzeć do pułku. Wstąpił do konspiracyjnego Związku Walki Zbrojnej. Gdy w 1942 roku musiał uciekać przed aresztowaniem, jego losy przypominały epopeję Franka Dolasa z komedii „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”: najpierw trafił do Austrii, potem spędził rok w jugosłowiańskiej partyzantce komunistycznej Tito. Przerzucony do włoskiego Bari, w 1943 roku wstąpił do 3. Dywizji Strzelców Karpackich i walczył pod Monte Cassino jako dowódca rozpoznania. W 1947 roku wrócił do Polski, gdzie schronił się w lesie – ale nie jako „żołnierz wyklęty”, lecz leśnik – i pracował tam do 1960 roku.

Ciekawą postacią był też Bohdan de Nissau. Od 1914 roku należał do PPS Frakcja Rewolucyjna, w 1919 roku wstąpił do ZNMS. W kwietniu 1920 roku znalazł się na Śląsku, gdzie współredagował socjalistyczną „Gazetę Robotniczą”. Jego radykalizm sprawił, że przez władze partii został – podobnie jak Saks – oskarżony o komunizm; wystąpił wówczas z PPS, ale nie opuścił obszaru plebiscytowego. W listopadzie 1920 roku znalazł się w Referacie Destrukcji, w III powstaniu walczył w szeregach podgrupy destrukcyjnej „Północ”. Po powstaniu został wybrany do kierownictwa ZNMS, w 1922 roku wstąpił też do KPRP. Z ramienia kompartii organizował Niezależną Partię Chłopską w Lubelskiem, a od 1927 roku rozłamową PPS-Lewicę. Niebawem musiał uciekać do ZSRR, ale tam też dał znać o sobie jego niepokorny duch – de Nissau został oskarżony o trockizm i skazany na łagier. Zmarł w 1943 roku.

Najsilniejszy kontyngent socjalistów – obok ZNMS-owców z Warszawy byli to też miejscowi proletariusze, jak górnik Wilhelm Chrobok – znalazł się w podgrupie destrukcyjnej „Północ”. Do brawurowych akcji tego komanda należało m.in. wysadzenie mostu na trasie Gogolin – Strzelce Opolskie pod Kalinowem, torów linii kolejowej Opole – Strzelce Opolskie pod Szymiszowem, mostów w Kamieniu Śląskim i Poznowicach. W działaniach podgrupy można też odnaleźć rys walki klasowej. Obiektem ataku dynamitardów z „Północy” stały się pałacyk dyrektora wapienników w Szymiszowie i pałac grafa Strachwitza w Izbicku.

Oczywiście socjaliści byli obecni nie tylko w elitarnych jednostkach specjalnych Powstania. Większość służyła we frontowych oddziałach Wojsk Powstańczych lub na zapleczu frontu. Roman Motyka wspominał dziesięć lat później ten okres: „Niejednemu naszemu członkowi zbiry orgeszowskie [niemieccy bojówkarze – przyp. J.T.] ukróciły życie. […] Odnieśliśmy zwycięstwo, choć niejeden drogi nam członek stracił życie, choć wysadzono w powietrze domki naszych towarzyszy”. Dopatrywać można się też podskórnego wpływu socjalistów – raczej ideowego niż politycznego – na bunt Grupy Wojsk Powstańczych „Wschód” (nie mylić z podgrupą destrukcyjną o tej samej nazwie) pod dowództwem Karola Grzesika i Michała Grażyńskiego 3 czerwca 1921 roku. Zbuntowani przeciw dyktatorowi powstania Wojciechowi Korfantemu oficerowie łączyli radykalizm narodowy (sprzeciw wobec wygaszania powstania) ze społecznym (pomysły uspołecznienia przemysłu). Wątek ten zasługuje jednak na odrębny artykuł.

Różne były późniejsze losy bojowców Pogotowia i Milicji. Jedni związali się z dryfującą na prawo piłsudczyzną, jak oskarżany o powiązania z defensywą (kontrwywiadem) Marian Malinowski czy Stanisław Jarecki, który u schyłku Drugiej Rzeczypospolitej został wojewodą stanisławowskim. Inni poszli w przeciwnym kierunku. Czesław Trojanowski – uczestnik zamachu na Schultzego, potem odznaczony Śląską Wstęgą Waleczności i Zasługi – w 1926 roku został oskarżony o działalność komunistyczną i wysadzenie arsenału w forcie na Żoliborzu. Tą samą drogą podążył Marian Buczek, w PRL czczony jako symbol komunistycznego patriotyzmu. Zdecydowana większość członków bojówki pozostała jednak wierna sztandarowi Socjalizmu i Niepodległości – Szturm de Sztrema odnajdziemy jako organizatora socjalistycznej konspiracji Wolność Równość Niepodległość w czasie II wojny światowej, Arciszewskiego jako „nieprzejednanego” premiera rządu emigracyjnego.

Druga Rzeczpospolita, którą z bronią w ręku współtworzyli socjaliści, nie stała się wymarzoną przez nich Polską Ludową, Polską „szklanych domów”. Niemniej jednak PPS odcisnęła wyraziste piętno na jej kształcie. Już manifest Tymczasowego Rządu Ludowego w Lublinie pchnął odradzającą się Polskę na postępowe tory, zapewniając republikańską formę rządów, pełne równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia, wiary czy narodowości, wolność sumienia, słowa, zgromadzeń, zrzeszania się i strajków, powszechne prawo wyborcze – także kobiet (tymczasem np. we Francji kobiety mogły głosować dopiero w 1946 roku). Dekret z 23 listopada 1918 roku zapewniał polskim robotnikom najkrótszy w Europie 46-godzinny tydzień pracy, 3 stycznia 1919 roku wprowadzono ochronę pracowników, ustanawiając państwową inspekcję pracy i sądy pracy, 16 stycznia 1919 roku została wydana ustawa o ochronie lokatorów. W 1922 roku zapewniono pracownikom (wcześniej niż w wielu krajach zachodnioeuropejskich!) płatne urlopy wypoczynkowe. Dwa lata później uchwalono ustawę o pracy chronionej, wprowadzającą m.in. 6-godzinny dzień pracy młodocianych, urlopy macierzyńskie dla kobiet, zakaz wykonywania przez kobiety i młodzież prac uciążliwych i szkodliwych dla zdrowia. Dodajmy do tego rozbudowany (a współfinansowany z budżetu państwa) system ubezpieczeń społecznych zapewniający pracownikom pomoc leczniczą (Kasy Chorych), zasiłki chorobowe i połogowe, świadczenia emerytalne, renty powypadkowe. Dodajmy budownictwo komunalne. Dodajmy obowiązkową i bezpłatną szkołę powszechną (ustawa z 7 lutego 1919 roku). Te socjalne zdobycze klasy pracującej zostały okupione również krwią bojowców Pogotowia i ludowych milicjantów.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

Na przedmieściach kultury

Jesienią 1927 roku Helena i Stefan Boguszewscy z dwójką dzieci przeprowadzili się do własnego domu przy ulicy Lubieszowskiej 7 w Warszawie. Ona – pedagożka i autorka książek dla dzieci i młodzieży oraz podręczników z zakresu wiedzy o przyrodzie. On – działacz polityczny, senator II i III kadencji Sejmu Rzeczypospolitej wybrany z ramienia BBWR, sympatyk Komunistycznej Partii Polski i współpracownik Jana Hempla. Zamieszkali w kolonii im. Kazimierza Praussa na Grochowie.

Ci ludzie

W latach dwudziestych XX wieku kooperatywa „Domy Spółdzielcze”, powołana do życia przez parlamentarzystów Polskiej Partii Socjalistycznej, zakupiła od Jana Łaskiego tereny leżące w Warszawie pomiędzy ulicami Chłopickiego, Boremlowską, Żółkiewskiego i Szaserów. Na polach Grochowa, największego z przedmieść włączonych do stolicy w 1916 roku, w znacznej odległości od brukowanych dróg, środków komunikacji i zwartej zabudowy zaczęło powstawać osiedle w charakterystycznym dla dwudziestolecia, nieco „dworkowym” stylu. Wśród mieszkańców byli wybitni działacze lewicowi: Tomasz Arciszewski, Kazimierz Pużak, Roman Kutyłowski, Anna Szemiothowa, Stanisław Siedlecki czy właśnie Stefan Boguszewski. Kolonia nieco ponad 30 domów imię zyskała po Kazimierzu Franciszku Praussie, który zmarł na początku budowy osiedla. Inteligenckie wille, w latach 30. już w pełni urządzone, wyrosły jednak na przedmieściu: pomiędzy robotniczymi domami przy ulicy Szaserów i prowizorycznymi bieda-domkami powstającymi na każdym skrawku wolnej przestrzeni. To właśnie wejście w to środowisko i poznawanie go stały się inspiracją dla powstania książki „Ci ludzie”.

„Istnieje między nami zasadnicza różnica – notowała w dzienniku Zofia Nałkowska, przez wiele lat bliska przyjaciółka Boguszewskiej – jaka istnieć musi między »oblubienicą bogów« i ofiarą ich złośliwości, między czcicielką życia, blasku i szczęścia a miłośniczką dobra i ewangelicznej miłości. Hela po skończeniu pensji idzie na uniwersytet, na medycynę – i to nie z zamiłowania, lecz z poświęcenia, by w przyszłości darmo leczyć ubogich. Czuć już w niej owo wyłączne powołanie na lekarkę – z jej bezgraniczną ufnością we własne siły, choć przeczuwa, że z początku przez rok lub dwa mdleć będzie przy sekcji trupów, z wielkiego zainteresowania się anatomią i fizjologią, z masy wiadomości i szczegółów z medycyny, które nie wiedzieć skąd dobyła”1.

Helena Boguszewska, urodzona 30 października 1886 roku w Warszawie jako córka Marii z Rogulskich i Ignacego Radlińskiego, wybitnego religioznawcy, filologa klasycznego i geografa-orientalisty, ostatecznie jednak nie poszła na medycynę. Działalność literacką również rozpoczęła późno. Początkowo, po ukończeniu studiów na wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego, ogłosiła cykl podręczników z zakresu wiedzy przyrodniczej dla uczniów i nauczycieli szkół podstawowych. Później współpracowała z Polskim Komitetem Opieki nad Dzieckiem, redagowała czasopismo „Świat, Dom i Szkoła” i ogłosiła kilkanaście broszur z zakresu pedagogiki. Na łamach współczesnej prasy publikowała również reportaże ze środowisk proletariackich, dydaktyczne pogadanki o dzieciach kalekich, o poradniach zdrowia, sierocińcach, szkołach i zakładach specjalnych. Jednak dopiero dwa zbiory wydane na początku lat trzydziestych – „Świat po niewidomemu” i „Ci ludzie” – miały większe znaczenie literackie. „Obie książki Heli Boguszewskiej […] mają duży sukces moralny dobrego gatunku” – oceniała Nałkowska2. Nie była w tej pochlebnej opinii odosobniona. Zbiór reportaży poświęcony dzieciom z ośrodka w Laskach został zauważony przez publiczność i recenzentów, a o wydanej rok później powieści nowelowej wielu krytyków wypowiadało się z dużym uznaniem. Przez Karola Zawodzińskiego została ona okrzyknięta wręcz arcydziełem na miarę „Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej.

Ci ludzie, ewentualnie podmiejska ludność – z kamienic, z drewniaków, z murowanek i z przybudówek, to bohaterowie oglądani inteligenckimi oczami mieszkańców kolonii, obcych, którzy przybyli do tego odległego świata z bardzo daleka. Aby tu dotrzeć, trzeba bowiem wysiąść na końcowym przystanku tramwajowym, przejść chodnikiem, „który jednak szybko się urywa […], potem ubitą ścieżką biegnącą wzdłuż podmiejskich parkanów, brnąć na przełaj przez trawę, błoto czy piach, w stronę przyszłej kolonii, gdzie uwijało się trochę ludzi wśród kup czerwonej cegły”, do nowego domu, który „stał z brzega i tylko jedną stroną spoglądał na sąsiadów, a drugą na to, co tu było wcześniej, co się tu zastało: na przybudówkę, na murowankę, na drewniak, na kamienicę, na ubogie chałupy wśród kartofli i pomidorów, na owe połówki domów czerwieniące się niezasklepioną surowością cegły w oczekiwaniu na drugie połówki”3.

Narrator tych obrazków wchodzi w zupełnie obcą sobie przestrzeń i opisuje świat widziany z zewnątrz. Przygląda się podmiejskim ludziom, ale również przybyłym mieszkańcom kolonii – wyłapuje język, którego używają, mówiąc o ludności Grochowa, podkreśla opinie, za pomocą których opisują sąsiadów, i zapytuje, kto w ogóle tym sąsiadem jest. Niekiedy gra między naszymi a obcymi jest naprawdę skomplikowana, jak wtedy, gdy opinię wygłasza Andzia, pomoc domowa: „– Bo to taka już podmiejska ludność – mówiła przy obiedzie wesoło Andzia – tak właśnie powiedziała »podmiejska ludność« – każdego nowego, co nie z nich, utopiliby w łyżce wody. A jeszcze ta kolonia…”4. Mocne zaznaczanie obcości narratora – przybysza z zewnątrz, obserwatora – to strategia wykorzystywana przez Boguszewską nie tylko w tej książce, lecz także w utworach, które wejdą do tomów zbiorowych „Przedmieścia”. Jednak w „Tych ludziach” perspektywa inteligenta stopniowo ustępuje punktowi widzenia innego – pojawiają się opowiadania konstruowane z użyciem narracji personalnej, choć ciągle budowane na opozycji: „– Ale, właściwie, to co »oni« mają robić – zawołał nagle młodszy [z gości], łysy, różowy i zmartwiony. – Co oni mają robić, powtórzył, popił herbatą, i milczał chwilę. Czy [bezrobotni] mają czekać, aż umrą z głodu, czy iść na ulicę i rozbijać? […] Kto tak też niedawno mówił, kto tak bajał o tym rozbijaniu? Czy to nie on, nie Feliks? – Zaledwie prześlizgnęła się Brońcia lekceważącą myślą po tym wspomnieniu [o swoim bracie]”5.

Ci ludzie – to więc oglądani naprzemiennie inni, przedstawiciele dwóch środowisk, którzy żyją obok siebie. I to zderzenie dwóch warstw jest cechą, która łączy te opowiadania z wydanymi siedem lat wcześniej „Ludźmi stamtąd” Marii Dąbrowskiej. Łączy te utwory również gatunek, obydwa należą bowiem do powieści nowelowej. Lapidarne, posługujące się skrótem obrazki zapętlają się w wielu powtórzeniach wokół bohaterów, miejsc, wydarzeń – wielokrotnie opisywanych, za każdym razem z innej perspektywy i w innych okolicznościach. Ogólną perspektywę tworzą zaś narastające trudności rzemieślników i robotników w latach kryzysu gospodarczego. Wykorzystując możliwości tego gatunku literackiego, Boguszewska napisała kunsztownie zbudowaną powieść, której bohaterem są nie poszczególni ludzie, lecz całe środowisko.

„Ci ludzie” właściwie rozpoczynają historię „Przedmieścia”. Nie tylko dlatego, że Grochów i dom pisarki na Lubieszowskiej będą głównymi miejscami spotkań środowiska. Także z tego powodu, że to dzięki temu tomowi Helena Boguszewska poznała zachwyconego powieścią Jerzego Kornackiego. Spotkanie z o 25 lat młodszym pisarzem, wkrótce jej drugim mężem, i podjęcie przez nich wspólnych działań literackich pozwoliły z jednej strony na rozwój działalności zespołu, z drugiej zaś negatywnie wpłynęły na rozwój jej talentu.

Zespół Literacki „Przedmieście”

Zespół Literacki „Przedmieście” powstał 18 czerwca 1933 roku. Do grupy założycielskiej należeli, oprócz Boguszewskiej i Kornackiego, również Władysław Kowalski, Bruno Schulz, Zofia Nałkowska, Kazimiera Muszałówna, Adolf Rudnicki, Gustaw Morcinek, a do współpracy z zespołem zostali zaproszeni: Halina Krahelska, Sydor Rey (J. Reiss), Bolesław Piach (Zandberg), Alfred Degal, Józef Czyścicki i Józef Łobodowski. Później powstał również oddział lwowski, który tworzyli Jan Brzoza, Halina Górska, Anna i Jerzy Kowalscy, choć środowisko skupione wokół Zespołu i biorące udział w jego spotkaniach było dużo szersze. Skład osobowy grupy ulegał zmianom, a część prozaików dosyć szybko zrezygnowała z udziału w jej pracach (m.in. Rudnicki, Morcinek, Nałkowska, Schulz, Krahelska, Łobodowski, Muszałówna).

Mimo to w okresie działania zespołu, a więc do 1937 roku, ukazało się 9 książek sygnowanych jego nazwą. Były to dwa tomy zbiorowe – „Przedmieście” (1934) i „Pierwszy maja” (1934) oraz „Za zielonym wałem” Boguszewskiej (1934), „Oczy i ręce” Kornackiego (1935), „Jadą wozy z cegłą” (1934) i „Wisła” (1935) tego duetu prozatorskiego, „W Grzmiącej” Kowalskiego (1936), „Kropiwniki” Reya (1937) i „Nas jest więcej…” Piacha (1937).

„Ażeby ukazać sens powstania Zespołu Literackiego »Przedmieście«, wystarczy zastanowić się nad sensem każdego z wyrazów, tworzących tę nazwę”6, oświadczał 6 sierpnia 1933 roku w czasopiśmie „Epoka” Jerzy Kornacki, sekretarz zespołu, informując o powstaniu grupy i rozpoczynając prezentację jej prac w tym czasopiśmie. „Przedmieście” było pierwszą grupą literacką prozaików w międzywojniu. Co więcej, stosunki łączące pisarzy miały nie sprowadzać się jedynie do zaplecza ideowego, ale polegać na wspólnej pracy. Stąd wyeksponowany w nazwie zespół.

Ten charakter grupy był jedną z głównych przyczyn krytyki przedsięwzięcia w dwudziestoleciu. Podnoszono wówczas argument, że ujednolicenie warsztatów twórczych jest pozbawione zasadności, a pisarze muszą pozostać w swojej pracy niezależni, zwłaszcza że literatura z zasady jest sztuką indywidualną, a jej ewentualny charakter wspólnotowy musi zostać ograniczony do dyskusji poprzedzającej jednostkowy akt twórczy. Warto w tym kontekście przytoczyć słowa Mariana Promińskiego, ważnego wówczas krytyka: „Kolegialność pracy niezawodnie przynosi korzyści samym autorom nie tylko w stadium dyskusyjnym, przedwstępnym, ale też właściwym. Zestawienie prac wykonanych drogą indukcji wzajemnie zapładnia umysły nowymi ujęciami, wzbogaca wszechstronność widzenia. Co dawniej błąkało się z braku dyscypliny poznawczej i nawet w swych cennych wartościach mogło nie trafiać do umysłów pokrewnych z powodu rozproszenia, w tym układzie zachowuje swą siłę na skutek wsparcia na obserwacji zbliżonej, uzupełniającej itp. Poza tym wchodzą tu w grę względy praktyczne – atakowanie i trafianie wyobraźni czytelnika pełnym aktem zbiorowym, który w swym zróżnicowaniu wydaje się pozycją mocniejszą, solidniejszą od głosów pojedynczych. Względy osobiste ustępują tu na plan drugi, gdyż nazwiska poszczególnych autorów raczej zacierają się w tomach zbiorowych, natomiast ton całej sprawy brzmi żywiej i zmusza do zastanowienia, no i może do akcji w kierunku uzdrowienia »przedmieścia«”7. Najważniejsze w tej recenzji wydaje się zauważenie, że zespołowa współpraca daje korzyści zarówno twórcom, jak i odbiorcom. Tym pierwszym pozwala na konfrontowanie światopoglądów i doświadczeń, tym drugim dostarcza pełniejszego obrazu rzeczywistości, przy czym chodzi tu raczej o możliwość obserwowania świata w jego licznych odsłonach, a nie o sumaryczne traktowanie poszczególnych doświadczeń czy o próbę budowania obiektywnego oglądu opartego na indukcji.

Zespołowość w pracy tego środowiska literackiego miała wyrażać się we wspólnej metodzie pracy – obserwacji artystycznej skupionej na prawdzie życia: zdarzeń, środowisk i warunków rzeczywistości. „Odchodzimy od biurka, zakładamy warsztat pracy »na ulicy«” – oświadczał Kornacki, przeciwstawiając dotychczasowej kontemplacji artystycznej obserwację, której źródła upatruje on w metodach nauk przyrodniczych oraz w psychologii i w socjologii. Ten postulat wywodzi się z dorobku Emila Zoli, któremu Boguszewska i Kornacki dedykują zresztą książkę „Jadą wozy z cegłą”. Trudno jednak o precyzyjne wyjaśnienie tej deklaracji. Na czym dokładnie miałaby polegać proponowana metoda? Prawdopodobnie najbliżej byłoby jej do wywodzącej się z socjologii obserwacji uczestniczącej uzupełnionej o wiedzę o warunkach życia danego środowiska. Co istotne, postulowane w tych manifestach autentyzm, oparcie się na obserwacji i skrupulatne, dążące do dokumentaryzmu ujmowanie rzeczywistości nie przekładały się na poetykę poszczególnych pisarzy. W obydwu tomach znajdziemy obok siebie różnorodne realizacje literackie: reportaże, relacje, świadectwa, ale także prozę pisaną z wykorzystaniem narracji realistycznej, ekspresjonistycznej czy personalnej.

O ile pierwsza część nazwy Zespołu wskazuje na metodę jego pracy, o tyle druga zakreśla przedmiot jego zainteresowania, jest słowem-manifestem. Literatura „Przedmieścia” miała zająć się obszarem dotąd zapoznanym lub przedstawianym w sposób stereotypowy: „– Literaci piszą o nas, że my sypiamy na tapczanach, na »barłogach ze zgniłej słomy«… – kpi w żywe oczy młody formiarz, bezrobotny, ale jeszcze nie »wyprzedany« – skąd oni to biorą? Przecież my mamy więcej pościeli od nich, bo my bardziej cenimy pościel… Jak się człowiek narobi, to chce porządnie odpocząć, poleżeć… chyba że już musi wyprzedawać się. To co innego”8. Pisarze skupieni wokół „Przedmieścia” chcieli przesunąć punkt ciężkości z przestrzeni zarezerwowanej dla elit na warstwy niższe. Słowo „przedmieście” przywoływało „to wszystko, co żyje w Polsce na przedmieściach kultury, a więc mniejszości narodowe, proletariat wiejski i miejski pracujący jeszcze i już bezrobotny, wszelką nędzę społeczną, wszelką krzywdę i ucisk, wszelkie masowe cierpienie »za niepopełnienie win«”9. Literaci nawiązują w tych postulatach do dorobku populistów francuskich, którzy w latach trzydziestych XX wieku programowo wprowadzili do literatury środowiska ludowe miast i wsi, ludzi prostych, przeciętnych, postaci z marginesu społecznego, a także typowe losy klas pracujących i uciskanych. Na zebraniach „Przedmieścia” są dyskutowane manifesty i twórczość grupy skupionej wokół Therive’a i Lemonniera. Zespół stara się również od nich odróżnić.

Pierwszy wspólny tom – „Przedmieście” został poprzedzony przedmową. Halina Krahelska wymieniła w niej siedem punktów składających się na deklarację ideową grupy: „1. Stworzenie metod obserwacji artystycznej oraz nowych form zarówno indywidualnego, jak i zbiorowego tworzenia; 2. Skierowanie reflektora uwagi i talentu na elementy życia proletariackiego w Polsce; 3. Szczególne uwzględnienie w procesie tworzenia artystycznego tragicznej postawy bezrobotnego proletariatu; 4. Nawiązanie kontaktu z literatami mniejszości narodowych w Polsce oraz bezpośrednia obserwacja proletariackich środowisk mniejszości narodowych; 5. Zapoznanie się z prądami literackimi i metodami współpracy zbiorowej literatów w innych krajach; 6. Zgrupowanie w ramach Zespołu zastępu młodych pisarzy, rekrutujących się ze środowisk proletariackich; 7. Stworzenie Studium przy Zespole, celem zapoczątkowania współpracy zbiorowej literatów i naukowców (biologia, psychologia i socjologia)”10. W wersji pierwotnej deklaracja była rozbudowana o jeszcze jeden punkt, który jednak nie został dopuszczony do druku przez cenzurę: „8. Łączymy się w zespole rozmaitych pisarzy, odmiennych światopoglądowo, którzy zeszli się razem w jednej nienawiści do krzywd społecznych, gaszenia oświaty, fałszowania wyborów, kagańca cenzury, ciemiężenia rzesz pracujących w narodzie”11.

Ten ostatni ustęp dobrze ilustruje charakter Zespołu, który miał połączyć szeroki ruch inteligencji, jako jedyny wymóg przynależności wskazuje się bowiem czynne zaangażowanie po stronie człowieka pracy. Tak ogólne zakreślenie ram tego środowiska sprawiło, że mogli należeć do niego ludzie o bardzo różnorodnych poglądach: demokratyczni inteligenci o sympatiach socjalistycznych (Boguszewska, Kornacki), działacze lewicy chłopskiej (Władysław Kowalski – również członek KPP) czy wreszcie marksiści i komuniści (Sydor Rey, Zandberg, Krahelska, Degal). To, że zespół powstał w istocie z przyczyn pozaartystycznych, dobrze uświadamiają zresztą również pozostałe punkty deklaracji, z których tylko pierwszy jest postulatem estetycznym. Różnorodność tej grupy wynikała także z tego, że oprócz inteligencji pracującej udało się w niej zebrać przedstawicieli warstw, które miały być przedmiotem zainteresowania „Przedmieścia” – pisarzy wywodzących się z chłopstwa, robotników, rzemieślników. Podobnych prób oddawania głosu środowiskom, które dotąd były go pozbawione, było w dwudziestoleciu kilka, jednak niewiele z nich się powiodło.

„Każdy jeden łapie się za handel”

Na Krochmalnej, na Kercelaku, na Grochowie, we wszystkich miastach, miasteczkach i wsiach II Rzeczpospolitej króluje handel. Na początku sprzedaje się pracę – własną, dzieci i kobiet („Piękny jest Wisły brzeg”). Potem sprzedaje się kobiety – te bardziej wyemancypowane sprzedają się same („Królestwo Boże”) – i dzieci, ale tylko te ładne, kto w końcu chciałby inne („Zza biurka referenta opieki społecznej”). Niekiedy cenniejszy od człowieka i jego pracy jest pies („Burcuś”). Można też, jak pani Urbańska („Furmanką na targ”), spróbować z budką z warzywami, wystarczy o wpół do drugiej w nocy podjechać na Grójecką i nakupić „owocu”. Gorzej jest się „wyprzedawać”: grzebyk, krawat, lusterko, broszka, szelki, pasek, piłka, trykot, brzytwa, wyżymaczka, koszula… („Bijące serce Woli”). Potem zostaje sprzedawanie wody sodowej albo lepkich cukierków z pudełka na temblaku („Adolf i Marian”). Choć od uśmiechniętego wszystko kupią: pudełka od zapałek, okrągłe kamyki, stare gazety, ogłoszenia („Zza biurka…”). „Każdy jeden łapie się za handel”.

W wydanej już po wojnie razem z Boguszewską książce „Zielone lato 1934” Jerzy Kornacki pisał, że na ich wyborze przedmieścia jako tematu literackiego „względy artystyczne zaważyły najsilniej. W widokach przedmieścia, w pomieszaniu ich groteski i melodramatu, zachwyca nas szczególnie prawda kondycji ludzi prostych. Silniejszy od biedy, od niewoli społecznej, od mroku ciemnoty, najsilniejszy, bez przerwy z nich promieniujący, jest żywioł ich nadziei”. Niewątpliwie jednym z osiągnięć „Przedmieścia” jest pokazanie bohaterów, którzy podejmują mozolną, pełną tępego uporu walkę o przetrwanie. Strategii, spośród których wybierają, jest wiele – wszechobecne handlowanie to tylko jedna z możliwych. Szczególny, i wynikający ze spójnego założenia artystycznego, typ bohatera wykreowała na tym tle Helena Boguszewska. Już w „Tych ludziach” wyjątkowe miejsce zajmują postaci kobiece, które zapełniają też kolejne jej opowiadania. Pełno tu kobiet pozostających w ciągłym ruchu: coś sprzedających, coś kupujących, chodzących po prośbie, czekających na zasiłki i je wymuszających, zdobywających jedzenie, podejmujących się jakichkolwiek prac, oddających dzieci na wychowanie i zaraz je odbierających. Dziś nazwalibyśmy je menedżerkami ubóstwa. Ich dreptanina wokół codziennych spraw, nieustanne podejmowanie jakichkolwiek działań, to z jednej strony wyraz troski o siebie i o najbliższych, przejaw dzielności wobec zagrożenia, świadectwo życiowego heroizmu ludzi biednych – który nieustannie trudno jest nam zauważać, ale z drugiej mechanizm obronny, ciągłe działanie pozwala bowiem nie konfrontować się ze swoją rzeczywistą, przerażającą sytuacją.

Nieustanny ruch wypełniający te opowiadania – jednocześnie znojny i gorączkowy – to jednak tylko jeden element obrazu, który oglądamy. Innym, nie mniej ważnym, jest jego statyczność. Ci ludzie, proletariat, chłopi, bezrobotni, dorośli i dzieci, są uwięzieni w granicach własnego życia; granicach wyznaczonych biedą, statusem społecznym, możliwościami. Powtarzają te same gesty, podejmują takie same próby, walczą na te same nudne i przewidywalne sposoby. A właściwie – walczyliby, aby jednak ta walka była możliwa, potrzeba… solidarności – której wraz z pogarszającą się sytuacją ekonomiczną jest coraz mniej: „Pan dyrektor […] zawołał wszystkich majstrów do kantoru: – Posłuchajcie, nie chcecie obniżki. Dobrze. Można zrobić tak, aby wilk był syty i koza cała. Zrobimy małą zmianę. Nie będę, jak dotychczas, płacił osobno wam, osobno pomocnikom, osobno bańkarzom itd. Wy będziecie dostawali całą płacę za każdy tysiąc, a pomocnikom, bańkarzom, podawaczom itd. sami będziecie wypłacali. Rozumie się, że płacę obniżymy; ale wy możecie ją tak rozdzielić, abyście sami nie doznali uszczerbku. Przecież sami będziecie wypłacali. Redukcja was nie dotknie. Zrobicie się po prostu takimi małymi przedsię… no, nie, jakby to powiedzieć? No, mniejsza o to… Wy jednak macie większe kwalifikacje, większe doświadczenie; wam się należy. Wy macie prawo. Tamci to jednak smarkacze… Zgoda?!”12.

Nie jest to obraz odosobniony. Podobne pojawiają się w wielu opowiadaniach, w których wspólnota – bez względu na to, czy oparta na więzach krwi, przyjaźni, wspólnym przebywaniu, czy na interesie – ulega pod naporem siły. Natomiast konflikt – w przypadku zacytowanego opowiadania Reya czysto klasowy – przenosi się na wszystkie dziedziny życia, czego efektem, jak nietrudno się domyślić, jest eliminacja tych, którzy w danej rozgrywce okażą się słabsi, często w najprostszym, fizycznym wymiarze (być może jeszcze bardziej symptomatyczne jest w tej kwestii opowiadanie „Adolf i Marian” Boguszewskiej).

W literackim czyśćcu

Reakcje krytyków na działalność Zespołu były bardzo różne. Często ta sama książka otrzymywała skrajnie odmienne opinie – przykładem niech będzie tu wspólna powieść Boguszewskiej i Kornackiego „Jadą wozy z cegłą”, poświęcona zresztą budowie kolonii im. Praussa. Faktem jednak pozostaje, że działalność grupy została odnotowana i była dyskutowana w ówczesnym środowisku literackim, o czym niekiedy zapominają współcześni badacze, negatywnie oceniający dorobek zespołu. Do tych ocen zapewne przyczyniły się wybory, jakich dokonali Boguszewska i Kornacki w czasie II wojny światowej i w latach PRL-u. Okres okupacji hitlerowskiej spędzili w Warszawie. W 1944 roku obydwoje zostali powołani do Krajowej Rady Narodowej, a następnie uczestniczyli w pracach Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Kornacki był inicjatorem i założycielem Instytutu Pamięci Narodowej, a później dyrektorem Funduszu Kultury Narodowej przy Prezydium Rady Ministrów. Boguszewska również pozostawała w centrum wydarzeń politycznych – brała udział w zjazdach i obradach głównych organów rządowych. Działała także w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Krakowie i w Warszawie, a na podstawie jej ówczesnych doświadczeń powstała książka „Nigdy nie zapomnę” (1946). Ona i Kornacki próbowali również reaktywować „Przedmieście” deklaracją z 28 maja 1958 roku. Wówczas do grupy dołączyli Jan Józef Lipski, Jan Nepomucen Miller i Jan Wyka. Po kilku spotkaniach zaprzestano jednak działalności.

Akceptacja Boguszewskiej i Kornackiego dla ówczesnej władzy miała dramatyczny finał. Jesienią 1961 roku w mieszkaniu pisarzy na warszawskiej Pradze (w którym poprzednim lokatorem był Bolesław Bierut) została przeprowadzona rewizja. W jej wyniku skonfiskowano 14 teczek dziennika zatytułowanego „Kamieniołomy”, a w nim obszerny opis funkcjonowania ówczesnych elit, w którym nie brakowało miażdżącej krytyki. Kornackiego na podstawie tych prywatnych zapisków, które miały szkalować ustrój PRL oraz działaczy partyjnych i państwowych, skazano na rok więzienia. „Kamieniołomy”, odebrane właścicielowi, zostały zatrzymane przez służby, aby na początku lat 90. wrócić do spadkobierców pisarza. Od tamtego czasu pozostają niedostępne. Zarówno dziennik, jak i inne działania podejmowane wówczas przez Kornackiego (na przykład żądanie zniesienia państwowej cenzury) każą zachować ostrożność w formułowaniu ocen jego postępowania. I choć jemu samemu nie udało się opublikować już do śmierci żadnej książki (Boguszewska w 1965 roku wydała zbiór opowiadań dla dzieci „Zwierzęta wśród ludzi” i wybór z wcześniejszej twórczości), to dorobek „Przedmieścia” był chętnie przypominany przez cały PRL.

Czy dziś warto jeszcze sięgać do książek wydanych przez „Przedmieście”? Niewątpliwie literatura ta ma swoje mankamenty. O ile „Ci ludzie” są wartościową lekturą, choć zapomnianą – jak się wydaje z prozaicznego powodu jej niedostępności, o tyle niektóre opowiadania z tomów „Przedmieście” i „Pierwszy maja” mogą zawieść czytelnicze oczekiwania. Ich poziom artystyczny jest bardzo zróżnicowany – znajdziemy tu zarówno dopracowane utwory, jak i luźne notatki, które mogłyby dopiero stać się materiałem do literackiego opracowania. Lepszy artystycznie jest bez wątpienia drugi tom – choć także trudniej dostępny. A powieści? Te pisane przez Boguszewską i Kornackiego są obarczone przede wszystkim jedną wadą – daleko im do prostoty, zwięzłości i lakoniczności, którymi odznaczała się wczesna twórczość pisarki. Świadectwa zmian w jej stylu odnajdziemy już w tomie „Przedmieście”. Coraz więcej w tych opowiadaniach umoralniającego tonu i oceniających wejść narratora. Warto wspomnieć również o Władysławie Kowalskim, autorze ciekawego „Burcusia”, który w innych, choć też dobrych opowiadaniach, daje się porwać chłopskiemu idiomowi, coraz trudniejszemu do zrozumienia dla dzisiejszego czytelnika.

Badacz fetujący Boguszewską w latach 70. w jednym z numerów „Literatury” zauważał, że „proza ta bardziej już dzisiaj należy do przeszłości niż do teraźniejszości. Dzieje się tak zapewne i dlatego, że problemy, które podejmowała Boguszewska – w nowych warunkach znikły albo przekształciły formę”13, albo przynajmniej należało tak twierdzić. Boguszewska, doceniana w Dwudziestoleciu, razem z Przedmieściem regularnie przypominana w PRL-u, dziś ma opinię pisarki nudnej, a poświęcone jej – a właściwie tylko „Całemu życiu Sabiny” – opracowania można policzyć na palcach jednej ręki. I choć w dzisiejszych warunkach – inaczej niż w latach 70. – problemy, które podejmowało „Przedmieście”, nie znikły, a tylko zmieniły formę, Zespół Literacki „Przedmieście”, jego twórcy i najważniejsze wydane przez nich książki odbywają pokutę w literackim czyśćcu.

Katarzyna Górzyńska-Herbich

Bibliografia:

  • Boguszewska H., Ci ludzie, Warszawa 1933.
  • Boguszewska H., Kornacki J., Jadą wozy z cegłą, Warszawa 1935.
  • Boguszewska H., Kornacki J., Zielone lato 1934, Warszawa 1959.
  • Dąbrowski M., Boguszewska – jej życie, „Literatura” 1972, nr 2, s. 1, 9.
  • Glensk U., Historia słabych. Reportaże i życie w Dwudziestoleciu (1918–1939), Kraków 2014.
  • Kornacki J., Cele „Przedmieścia”, „Epoka” 1933, nr 42, s. 11.
  • Kraskowska E., Świat według Boguszewskiej i po kobiecemu: „Całe życie Sabiny”, „Pamiętnik Literacki” 1997, z. 3, nr 88, s. 91–105.
  • Jesionowski A., „Przedmieście” przy pracy, „Prosto z mostu” 1935, nr 11, s. 8.
  • Nałkowska Z., Dzienniki, oprac. H. Kirchner, t. 1, t. 4, Warszawa 1975, 1988.
  • Pierwszy maja, pod red. H. Boguszewskiej, J. Kornackiego, Warszawa 1934.
  • Promiński M., Powieść i nowela reportażowa, „Skamander” 1935, nr 58, s. 154–155.
  • Przedmieście, pod red. H. Boguszewskiej, J. Kornackiego, Warszawa 1934.
  • Ptak K., Twórcy „Przedmieścia” – Helena Boguszewska, Jerzy Kornacki [w:] Prozaicy dwudziestolecia międzywojennego: sylwetki, pod. red. B. Farona, Warszawa 1972.
  • Słownik literatury polskiej XX wieku, pod red. A. Brodzkiej et al., Wrocław 1993.
  • Tyszkiewicz B., Aresztowany dziennik. O „Kamieniołomach” Jerzego Kornackiego [w:] Literatura w granicach prawa (XIX–XX w.), Warszawa 2013, s. 488–501.
  • Woźniak A., Podmiejskie gry i zabawy. O czasie wolnym i świętowaniu na Gocławiu w dwudziestoleciu międzywojennym, „Etnografia Polska” 2004, t. XLVIII, z. 1–2, http://cyfrowaetnografia.pl/Content/1625/Strony%20od%20EP_XLVIII-14_Wo%C5%BAniak.pdf (1.06.2017).
  • Zawodziński K.W., Blaski i nędze realizmu powieściowego w latach ostatnich, Warszawa 1937.

Przypisy:

  1. Z. Nałkowska, Dzienniki, oprac. H. Kirchner, t. 1, Warszawa 1975, s. 110–111.
  2. Z. Nałkowska, Dzienniki, oprac. H. Kirchner, t. 4, Warszawa 1988, s. 372.
  3. H. Boguszewska, Ci ludzie, Warszawa 1933, s. 7–9.
  4. Ibidem, s. 16.
  5. Ibidem, s. 188.
  6. J. Kornacki, Cele „Przedmieścia”, „Epoka” 1933, nr 42, s. 11.
  7. M. Promiński, Powieść i nowela reportażowa, „Skamander” 1935, nr 58, s. 154–155.
  8. H. Boguszewska, Bijące serce Woli [w:] Przedmieście, pod red. H. Boguszewskiej, J. Kornackiego, Warszawa 1933, s. 23–24.
  9. H. Krahelska, Przedmowa [w:] Przedmieście, op. cit., s. V.
  10. Ibidem, s. VI.
  11. J. Kornacki, Wstęp [w:] H. Boguszewska, J. Kornacki, Jadą wozy z cegłą, Warszawa 1948.
  12. S. Rey, Królestwo Boże [w:] Przedmieście, op. cit., s. 172–173.
  13. M. Dąbrowski, Boguszewska – jej życie, „Literatura” 1972, nr 2 , s. 1, 9.
Prorok z Zagłębia. Mesjanizm i socjalizm ks. Andrzeja Huszny

Prorok z Zagłębia. Mesjanizm i socjalizm ks. Andrzeja Huszny

„Ks. Huszno siał wielki zamęt w głowach mieszkańców Dąbrowy Górniczej i całego Zagłębia. Przystojny mężczyzna oraz charyzmatyczny i elokwentny mówca cieszył się wielkim poważaniem wśród robotników i robotnic, stając się w pewnym sensie ich »ludowym trybunem«. Przyciągał ich do siebie nie tyle swoimi wywrotowymi po względem teologicznym kazaniami, co otwartym przyklaskiwaniem szerzącym się w tym robotniczym regionie ideom socjalistycznym i komunistycznym, wrogim w stosunku do chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego (osobiście był sympatykiem Polskiej Partii Socjalistycznej). Zjednywał sobie ludzi także praktykowanym przez siebie ziołolecznictwem”1. Tego rodzaju opinie możemy jeszcze dziś przeczytać na łamach prasy katolickiej. Nie może więc dziwić, że w latach międzywojennych ten kapłan, niepokorny i dość ekstrawagancki w swoich poglądach i działalności, spotykał się z zajadłym atakiem ze strony duchownych Kościoła katolickiego. Poświęcono mu w tamtym czasie dużą liczbę artykułów prasowych, a w osobnych broszurach omawiano jego działalność i poglądy, przedstawiając go w jak najgorszym świetle i przypisując mu wszelkie możliwe przewiny i występki. Nie mamy do czynienia jedynie z konfabulacjami, oszczerstwami oraz niemającą żadnych podstaw nagonką pod adresem świątobliwego kapłana-obrońcy robotników. Z taką interpretacją wydarzeń z lat międzywojennych spotykamy się coraz częściej na łamach prasy lewicowej, w której pojawiło się w ostatnich latach kilka artykułów poświęconych ks. Husznie. Trzeba uczciwie powiedzieć, że ks. Huszno nie był człowiekiem pozbawionym wad, wiele zarzutów wysuwanych pod jego adresem ze strony środowisk katolickich miało uzasadnienie. Nie był jednak też moralnym potworem, zwodzącym maluczkich dla swoich egoistycznych celów i interesów. Jego troska o położenie klasy robotniczej oraz walka o jej interesy wydają się czymś ze wszech miar autentycznym i zasługującym na uznanie.

***

Andrzej Huszno urodził się 6 listopada 1892 roku we wsi Goleniowy w powiecie włoszczowskim, w rodzinie chłopskiej2. Ukończył seminarium w Kielcach, gdzie w 1915 roku został wyświęcony na księdza. W 1917 roku został jednak suspendowany przez władze kościelne w związku z zarzutami natury obyczajowej oraz wydaniem przez niego broszury zatytułowanej „Syn Człowieczy”, w której pojawiły się wątki uznane przez ówczesną hierarchię za nieprawowierne. Odtąd postanowił prowadzić działalność religijną na własną rękę, w związku z tym bez pozwolenia władzy diecezjalnej objął probostwo parafii Mstyczów koło Sędziszowa, która obłożona była interdyktem.

Na wniosek rady parafialnej wydał wkrótce pracę pt. „Kościół demokratyczny”. Przedstawił w niej zasady funkcjonowania nowej wspólnoty, dając wyraz poglądom richerystycznym, tzn. wskazującym na potrzebę parlamentarnej struktury Kościoła i wyboru hierarchów przez ogół wiernych. Huszno występował w broszurze przeciwko wszelkim formom monarchizmu, autokratyzmu, despotyzmu czy dyktatury, gdyż uznawał, że są one przebrzmiałe, coraz mocniej rugowane z życia politycznego, podczas gdy w sferze religijnej mają się ciągle świetnie. W związku z tym postulował wprowadzenie wybieralności proboszczów przez rady parafialne, biskupów przez rady diecezjalne i papieża przez tzw. radę ludów. W skład tych ciał mieliby prawo wchodzić wybrani obywatele, którzy ukończyli 21. rok życia. Ciałami ustawodawczymi w Kościele miałyby być: sobór powszechny złożony z delegatów wszystkich narodowości, bez różnicy płci i stanów; w odniesieniu do Kościoła narodowego – sobór narodowy; następnie sobory diecezjalne i zebrania parafialne3.

Na wniosek bpa Augustyna Łosińskiego Huszno z powodu takich poglądów został wkrótce zatrzymany przez władze państwowe i osadzony w areszcie jako wywrotowiec. Przebywał w nim 10 miesięcy. Poseł PPS Kazimierz Czapiński w swojej mowie sejmowej przywoływał aresztowanie ks. Huszny jako przykład wyjątkowego bezprawia i ulegania naciskom duchowieństwa przez władze państwowe. „Czytamy dalej akt oskarżenia i dowiadujemy się, że ks. Huszno popełnił zbrodnię wielką. Wprawdzie nikogo nie okradł, nikogo nie zamordował, nie obraził, nikogo nie uderzył, broń Boże, ale napisał heretycką broszurę: »Kościół demokratyczny«, w której powiedział, że należytości kościelne powinny być mniejsze i kościół powinien w ten sposób być zorganizowany, aby księża byli przez gminy wybierani. […] I dalej w sposób niezmiernie charakterystyczny ten akt oskarżenia powiada, że pod wpływem ks. Huszny miejscowi chłopi poszli na lewo i zepsuł się stosunek do dworu. Nie to, żeby ten dwór został w jakikolwiek sposób uszkodzony, obrabowany czy cośkolwiek innego – nie, tego nie ma, ale popsuł się »stosunek do dworu«. […] W służbie biskupów, w służbie kleru i obszarników interesów połączonych bardzo charakterystycznie – prokuratoria daje rozporządzenie, ażeby na 10 miesięcy ks. Husznę wpakować do kryminału”4.

Po opuszczeniu więzienia początkowo utrzymywał się głównie z ziołolecznictwa, niebawem zaś wstąpił do Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego (PNKK). Został on założony przez imigrantów w USA, lecz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości rozpoczął ożywioną działalność misyjną w kraju. Jednak przynależność Huszny do PNKK nie trwała długo. Zrażony do stojącego na jego czele bpa Franciszka Hodura, który pominął go w nominacji na stanowisko biskupa tego Kościoła, oraz, jak sam twierdził, rozczarowany jego „grubym racjonalizmem” w kwestii rozumienia Pisma Św. i dogmatów, implikującym odrzucanie wszystkiego, co stanowi tajemnicę wiary5, opuścił tę inicjatywę i stworzył niezależną pod nazwą Polsko-Katolicki Kościół Narodowy (PKKN) z siedzibą w Dąbrowie Górniczej. Jego głową niewidzialną, jak sam to określił, jest sam Chrystus, Król-Duch. Kościół ten to, jak pisał ks. Huszno, nowa Arka i nowa Prawda, „Kościół Ojca Polaków Eli Lachów (którego czczą mahometanie pod imieniem Allacha, a żydzi pod imieniem Ellochim)”6.

Wówczas to pojawiły się w jego koncepcjach coraz mocniejsze wątki mesjanistyczne. Wskazywał w „Tezach dogmatycznych” PKKN, że do narodu polskiego w szczególny sposób są przywiązane Boże obietnice, że jest on wybrany na piastuna idei Królestwa Bożego7. Rola PKKN miała zaś polegać na rozświetlaniu mroków, uświadomieniu Polakom posłannictwa, jakie na nich ciąży, a w ostateczności – na doprowadzeniu do przezwyciężenia zróżnicowania religijnego, zaistnienia jednego kościoła powszechnego oraz ustanowienia prawdziwej jedności ludzkości8.

Pomimo kilkakrotnie podejmowanych prób rejestracji tej wspólnoty wyznaniowej nie udało się tego przeprowadzić. W związku z tym ksiądz szukał wsparcia zarówno w kościele ewangelicko-augsburskim (luterańskim), jak i w ewangelicko-reformowanym (kalwińskim). W grudniu 1924 roku zaczął wydawać organ prasowy swego Kościoła, pod nazwą „Głos Ziemowida” – nakład wahał się od 4 do 10 tys. egzemplarzy. Tam właśnie przedstawiał swoją specyficzną koncepcję religijną łączącą pierwiastki prasłowiańskie, mesjanistyczne, religii Indii, teozoficzne, biblijne i inne. W pierwszym numerze tego pisma wyjaśniano nazwę przyjętą przez periodyk: „Ponieważ mienimy się być Kościołem Polsko-Katolickim, wierząc w Boskie posłannictwo szczepu słowiańskiego, a w nim narodu polskiego, który w naszym przekonaniu jest wybrany na piastuna idei Królestwa Bożego na ziemi przed wszystkimi narodami, przeto i mityczny symbol tego Króla Ducha, uosobiony w Ziemowidzie synu Piasta, za swój przyjmujemy. Imię Ziemowid odpowiada hebrajskiemu Dawid, znaczy ono arcykapłan ziemi, prorok ziemi. A tym nikt inny być nie może, jeno sam Chrystus, ten prawdziwy Ziemowid”9.

Jednocześnie zdobywał sobie Huszno coraz większą popularność w środowisku robotniczym Zagłębia za sprawą ostrych wystąpień przeciwko kapitalistom i wyzyskowi mas pracujących. W „Głosie Ziemowida” można było przeczytać: „O Boże, któryś powiedział: »Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy spracowani i obciążeni jesteście, a ja was uchłodzę«, spraw to ochłodzenie dzisiaj dla nas pogardzanych, wyzyskiwanych, krzywdzonych, głodzonych, więzionych, uciskanych w nieludzki sposób poniewieranych. Ulituj się o Boże nędzy robotnika polskiego, szukającego na obczyźnie pracy i chleba, daj nam ludzi mądrych i sprawiedliwych w rządzie, a zmieć z powierzchni ziemi naszej tych patentowanych matołków i trutniów, to robactwo swojskie i obce, które toczy żywy organizm Ojczyzny naszej, dbając o swe kieszenie i brzuchy, a nie o dobro kraju naszego i polskiego ludu. O Boże, daj ducha jedności, trzeźwości i zrozumienia masom pracującym, aby się wzajemnie nie spychali w dół wyzysku i niewoli, ale w imię hasła »w jedności siła« aby stawali w obronie jeden drugiego”10.

Jego działalność religijna została uznana za nielegalną, w związku z tym znów spotkały go szykany ze strony władz. Aby jakoś zaradzić tej niekomfortowej sytuacji, poddał się on wraz ze wspólnotą, na czele której stał, mającą liczyć ok. 2 tysięcy osób, jurysdykcji Cerkwi prawosławnej. Doszło do tego 16 lipca 1926 roku. Jego gmina otrzymała nazwę Polski Narodowy Kościół Prawosławny (PNKP) św. Michała Archanioła w Dąbrowie Górniczej, a „Głos Ziemowida” został wkrótce przemianowany na „Polski Kościół Narodowy”. W interpretacji Huszny krok ten nie oznaczał wcale połączenia z prawosławiem, ale jedynie legalizację jego Kościoła pod firmą Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Dał temu wyraz otwarcie w liście adresowanym do duchownych związanych z PNKK, zachęcając ich do przyłączenia się do niego wraz z parafiami. Sam przebieg zawarcia unii z Kościołem prawosławnym oraz jej przyczyny uzasadnił w osobnej broszurze pt. „Polski Kościół Narodowy, jego historia, cel i zasady”. Natomiast na łamach „Głosu Ziemowida” podkreślał, że „wszystkie postulaty, których domagał się Kościół Narodowy w przeszłości, znaleźliśmy w Kościele Wschodnim, znanym u nas pod nazwą Kościoła Prawosławnego. Unia przeto obecna jest całkiem naturalnym zjawiskiem i historycznie całkowicie uzasadnionym. Sprawie Unii naszej mógł stanąć na przeszkodzie tylko nasz mesjanizm polski, któryśmy również wcielili do naszego wyznania polskiego, aliści w tym szlachetnym samopoczuciu wieszczów narodowych polskich i naszym wierzeniu w mesjaniczne posłannictwo Narodu Polskiego, biskupi Kościoła Prawosławnego nie znaleźli nic zdrożnego, więc przeszkód do Unii nie było żadnych”11.

Wkrótce jednak rozpoczęły się zatargi z władzami Kościoła prawosławnego, a Huszno został nawet pozbawiony na pewien czas urzędu administratora PNKP w związku z konfliktem z ks. Stanisławem Zacharjasiewiczem12. Coraz trudniejsza sytuacja, bojkot, konfiskata wydawanych przez niego broszur i inne szykany spowodowały, że stopniowo wycofywał się z życia publicznego. Najpierw w 1928 roku zawiesił wydawanie pisma „Polski Kościół Narodowy”, w latach trzydziestych pokusił się jednak o powołanie do życia kolejnego, dość efemerycznego periodyku zatytułowanego „Kultura Duchowa”.

Przez lata zmagał się Huszno z chorobą nowotworową. Kiedy jego stan się pogorszył, 24 maja 1939 roku, poprosił o przybycie katolickiego kapłana. Był nim ks. Stefan Niedźwiedzki. W jego obecności pogodził się z Kościołem katolickim, odbył spowiedź z całego życia i spisał akt żalu. Zmarł 4 czerwca 1939 roku w Dąbrowie Górniczej. Na jego pogrzeb miało przybyć ok. 10 tys. ludzi. Pochowano go jako osobę świecką, bez szat liturgicznych. Nabożeństwo odbyło się w katedrze NMP Anielskiej. Warto wspomnieć, że Huszno stał się pierwowzorem postaci ks. Kani z głośnej powieści „Czarne skrzydła” Juliusza Kaden-Bandrowskiego.

***

W poglądach prezentowanych przez ks. Husznę charakterystyczne wydają się dwa momenty: akcentowanie mesjanistycznych przekonań oraz bezkompromisowa obrona mas uciskanych, marginalizowanych, ciemiężonych i wykluczonych. Jak pisał w jednym z artykułów, w którym wątki te niejako zostały połączone: „Brama, przez którą mamy wejść ze starego świata do nowego, z piekła tej ziemi, z otchłani zła i błędu, z ziemi wygnania do raju, czyli Nieba – nie gdzieś w obłokach, jak to księża opowiadali, ale do Nieba tu na ziemi – jest jedna, a Bramą tą jest Polsko-Katolicki Kościół Narodowy. Polsko-Katolicki Kościół Narodowy był tą bramą w starym świecie, przed tysiącami lat, o czym tylko mamy dzisiaj legendy w pismach świętych spisane. To bowiem, co nasi poeci przed stu laty o Polsce i jej posłannictwie w ludzkości całej pisali, to pisali w duchu wieszczym i proroczym, mając światło z góry. A co oni przewidywali w natchnieniu poetyckim, to my dzisiaj wypełniamy, niosąc światu chleb anielski, Prawdę Żywą, Prawdę Polską. Bo Polska, a nie inny kraj, jest u Boga wybrana i powołana do piastowania idei Królestwa Bożego na ziemi. Z Polski wyjdzie odrodzenie w duchu i prawdzie na cały świat”13.

Nieobce przy tym były mu pewne przekonania katastroficzne, charakterystyczne przecież dla myślenia mesjanistycznego, w którym wyczekiwanie na urzeczywistnienie Królestwa Bożego na Ziemi wiąże się zazwyczaj z przeczuciem katastrofy, zapowiedzią czasu przełomu, stanowiącego swoisty adwent, wprowadzenie do nowych lepszych czasów, przejście od świata zastanego do oczekiwanego. „Ludzkość współczesna mimo postępu materialnego w dziedzinie wynalazków milowymi krokami spieszy do bankructwa politycznego, społecznego i religijnego. I tylko czekać – rychło własnymi rękami wykopie sobie grób przy huku armat i dynamitu, w trzasku samolotów bojowych i dymie gazów trujących. Brak zasad etycznych u szczytu i u dołu, u duchownych i świeckich, gonitwa za niepomiernymi zyskami, sobkostwo, to cechy wybitne dni naszych. Jesteśmy jak ta grusza stara i niepłodna zdatni na ścięcie i spalenie. Czas idzie, a za nim godzina sądu się zbliża. Lecz nie sam człowiek jest panem ziemi i nie sami ludzie decydować będą o końcu starego świata i powstaniu nowego. Palec Boży w tym będzie, że świat stary rozleci się w gruzy, a nowy nastanie. I tej pomocy Bożej my czekamy. Sam Bóg nas osądzi i sam Bóg nas uratuje”14.

Uzasadniając swoje poglądy mesjanistyczne i wyjątkową rolę w dziejach świata, którą miał spełnić założony przez niego Kościół, ks. Huszno nie wahał się uciekać do bardzo ekscentrycznych i skomplikowanych spekulacji historiozoficzno-teologicznych. Odczytywanie symboliczne wszelkich opowieści, łączenie ich ze sobą, prowadziło go do zaskakujących wniosków. Amatorskie, chaotyczne i zagmatwane analizy filologiczne, teologiczne czy religioznawcze miały służyć znalezieniu dowodów uzasadniających twierdzenie, że wszystkie ludy Europy i Azji mają wspólne pochodzenia w dwunastu plemionach Izraela, że „Słowianie, względnie Polacy, są tym wybranym pokoleniem Judy, które daje Zbawienie światu”, że Polska jest krajem, w którym jako pierwsza głoszona była dobra nowina o Królestwie Bożym i że w związku z tym chrześcijaństwo jest rodzimą polską wiarą, zniekształconą następnie przez Kościół rzymski. Wszystkie bowiem mitologie świata, wedle Huszny, podają te same prawdy i zasadniczo się między sobą nie różnią. „Różnica polega na wielości i jakości symboli oraz imion Boga. My tego Boga Zbawcę dzisiaj czcimy niby dzięki Rzymowi i Grekom pod imionami: Jezusa Chrystusa, Jana Chrzciciela, Michała Archanioła, Syna Dawidowego, Eliasza. Przed 2000 lat Rzymianie Boga czcili pod wezwaniem Jowisza, Grecy pod wezwaniem Zeusa, żydzi pod wezwaniem Jehowy, a nasi praojcowie swego Ziemowida czcili pod imieniem Jezusa Chrystusa, Eliasza syna Ramy. Nazywali Go Jesse Lado albo Jasza, Eli Eli, Iwanem Kupałą, Koladą, Ilją Muromcem, które to nazwy w brzmieniu greckim czy romańskim znaczą Isus Christos, Jezus Christus, Elias, Jan Chrzciciel etc.”15.

Jego krytyka Kościoła katolickiego opierała się przede wszystkim na założeniu, że zniekształcił on prawdę i naukę chrześcijańską. W dodatku, jego zdaniem, Kościół stał się sojusznikiem możnych tego świata: władców, kapitalistów i wyzyskiwaczy. Co prawda w nauce Kościoła występowano w obronie maluczkich i upośledzonych, jednak w praktyce skutki tych działań i apelów były mocno ograniczone. Nie zdołano w imię szczytnych ideałów i miłości Chrystusa skłonić kapitalistów do właściwego wynagradzania robotników, a posiadaczy ziemskich do zniesienia pańszczyzny. Wszystko to musiało zaowocować odchodzeniem mas pracujących od religii jako takiej oraz rosnącą popularnością różnego rodzaju ideologii antyreligijnych. „Zmora średniowiecznych zabobonów, feudalizmu, ciemnoty, ordynarnego bałwochwalstwa, ślepej uległości dla rekinów kapitalizmu – oto owoce pracy społecznej kościołów śmierci. Nic też dziwnego, że robotnicy uświadomieni, odczuwając na swej skórze jałowość tego chrześcijaństwa, z uprzedzeniem witają myśl o jakimkolwiek kościele. A bluźniąc przeciwko tak fałszywie pojętemu kościołowi, bluźnią nawet często przeciwko Bogu”16.

Co więcej, odnosząc się do tez przedstawionych w artykule o. Jana Rostworowskiego SI pt. „Co Rzym dał Polsce?”, wskazywał Huszno na coś jeszcze. We wzmiankowanym artykule jezuita podkreślał, że wśród wielu zasług duchowieństwa w naszym kraju należy zwrócić uwagę na to, że wychowało ono polski lud do cierpliwego znoszenia wszelkich krzywd. Huszno grzmiał: „Omyliwszy się powiedział prawdę, czy jednak zasługa ta zgodna jest z etyką Chrystusa? Rozważmy… Księża rzymscy tak uczą: Cierp, boś zgrzeszył, cierp, abyś nie zgrzeszył, błogosławieni, którzy za życia cierpią prześladowanie, albowiem po śmierci będą w niebie. Kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugiego, a kto ci odbiera płaszcz, oddaj mu i suknię. A tak pojmując Pismo Św., w czeluście piekielne spychają robotników za ich walkę z wyzyskiem kapitalistów i obszarników, za ich wołanie o ludzkie prawa i ludzkie traktowanie dla siebie, za ich 8-godzinny dzień pracy, za związki zawodowe, za reformę rolną itd. Panie Jezuito! Takaż to miłość bliźniego, którego przecież Chrystus kazał miłować tak, jak siebie samego? Pomyśl, jakie to straszne sobkostwo byłoby ze strony robotników krzywdzonych, gdyby oni cierpliwie znosili wyzysk kapitalisty, swego chlebodawcy?! Toż robotnikom otwierasz drogę do nieba kosztem wiecznego potępienia kapitalisty! Czyż kapitalista nie jest bliźnim robotnika, ba, nawet dobrodziejem, dając mu możliwość zarobkowania? […] Czyż może być nazywany chrześcijaninem robotnik, który do organizacji samoobrony robotniczej nie należy, idąc samopas pozwala się wyrzucić z pracy bez powodu, pozwala się kraść i gnębić ekonomicznie i moralnie? Wszak Chrystus powiedział »po tym poznają was, żeście uczniami moimi, jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu«, a czyż taki »dziki« robotnik może powiedzieć, że on kocha swojego chlebodawcę i kapitalistę, demoralizując go swoją niezaradnością, głupotą i ospałością duchową? Czyż taki robotnik nie jest naprawdę śmiertelnym wrogiem kapitalisty, szatanem jego duszy?”17.

Odnajdujemy w jego pismach fragmenty, w których mamy do czynienia wręcz ze sprowadzeniem idei zbawienia do wymiaru czysto ziemskiego wyzwolenia od społecznej niesprawiedliwości, od zła – tu i teraz. Nasuwa to pewne skojarzenia z teologią wyzwolenia, w której kategoria wyzwolenia nawiązuje do wielkiej historii z Księgi Wyjścia o ludzie Bożym, który uwalnia się z niewoli egipskiej i osiąga zbawienie w historii, mając w perspektywie nową, wolną od niesprawiedliwości ziemię. W ujęciu ks. Huszny wygląda to podobnie, zbawienie bowiem, jak czytamy w jednym z artykułów, to „wyswobodzenie z kajdan niewoli kapitalizmu, ciemnoty, nałogu, lenistwa, biedy i nędzy wszelakiej”. Kościół, który umożliwia wiernym tego rodzaju wyzwolenie, niesie im prawdziwe zbawienie zarówno w tym, jak i przyszłym życiu18. W przywoływanym już wcześniej „Słowie wstępnym” do pierwszego numeru „Głosu Ziemowida” podkreślał on zaś bardzo mocno: „My chcemy żyć i pracować nie dla Królestwa Bożego w obłokach czy na księżycach, ale dla Królestwa Bożego tu na ziemi. My chcemy i będziemy bronić ludności nie przed tym piekłem rzymskim, które w czeluściach ziemi księża znajdują, a którego nie ma… ale będziemy bronić świat przed tym piekłem, jakie nam życie stwarza na ziemi, które jest – i bronić ludności przed tymi diabłami, które swej władzy, rozumu i majątku nadużywają, kując kajdany niewoli politycznej, ekonomicznej i duchowej dla swych braci. A walczyć będziemy aż do zwycięstwa, w czym nam dopomóż Bóg!”19.

Występując w obronie robotników, Huszno wskazywał na to, co Marks określał mianem reifikacji siły roboczej, czyli na sytuację, w której ludzie występują w procesie pracy jako towary, kupowane i sprzedawane na rynku wedle reguł wyznaczonych prawem wartości. Podkreślał on bowiem, że w dzisiejszych czasach robotnik wydaje się przedstawiać dla kapitalisty taką samą wartość, jak każdy inny środek służący produkcji; o tyle jest użyteczny i godny uwagi, o ile służy kapitałowi i jest zdolny pracować. Utrata zdrowia czy starość powodują, że staje się bezproduktywny, a więc niepotrzebny. „Robotnik to jest dzisiaj tak traktowany jak koń u lichego gospodarza. Póki był mocny, zdrowy i silny, to był dobry, a gdy wskutek niedbalstwa gospodarza i nadmiernej pracy stracił siły i zdolność pociągową, to go hyclowi sprzedał lub do żydów wypchnął”. Kapitaliści, jak pisał, dzięki wysiłkowi robotnika pomnażają swoje fortuny, jednakże on sam nie osiąga z tego żadnych korzyści. Wręcz przeciwnie: im bardziej kapitalista staje się bogaty, tym większą niezależność zdobywa od robotnika. „Robotnik polski obecnie przeżywa okres prawdziwej niewoli egipskiej, zdany na łaskę kapitalistów, pozbawiony jest moralnej opieki prawa ze strony państwa. Żyje z dnia na dzień przy głodowych płacach, pracując 3 dniówki na tydzień. Źle odżywiony, dorwawszy się pracy, robi jak koń, bo robiąc na 3 dniówki stara się tyle zarobić, żeby mógł swą rodzinkę jako tako wyżywić. I oto cuda się dzieją na kopalniach, bo miesięczny kontyngent węgla mimo redukcji siły roboczej i dni pracy, wcale się nie zmniejsza. Kapitał zaciera ręce, a kostucha śmierć przy współudziale gruźlicy czyni to samo”20.

W związku z tym, jak podkreślano w „Głosie Ziemowida”, żadne półśrodki nie zdadzą się na nic. Należy dokonać gruntownej reformy polegającej na uwłaszczeniu robotników. Powinni oni stać się współwłaścicielami przedsiębiorstw, w których pracują. Pojawiały się u Huszny również postulaty udziału pracowników w zyskach przedsiębiorstwa, a przede wszystkim partycypacji w zarządzaniu nimi przez samorząd fabryczny. „Musimy stanąć na tym stanowisku, że wszelka własność w kraju należy do całego narodu, reprezentowanego przez rząd, a rzekomi właściciele są tylko z prawem sukcesorstwa dzierżawcami, a robotnicy poddzierżawcami. A jako tacy winni mieć udział w zyskach kopalni czy fabryki jako współdzierżawcy. Obecny system najmu i płacy drogą prywatnej umowy, zawartej między kapitalistą a robotnikiem, jest odnowionym niewolnictwem”21. Podnosił też postulaty regulacji i ustalania wysokości płac przez specjalne komisje złożone z przedstawicieli robotników i urzędników oraz zmniejszania dysproporcji w ich zarobkach. „Zarabia górnik na tydzień 9 złotych, niech urzędnik kwalifikowany zarobi 18, a dyrektor 150 proc. więcej – 22 zł 50 gr. Jeżeli tamten z rodziną może i musi wyżyć za 9 złotych, niech no panowie dyrektorzy pokażą tę sztukę i wyżyją za 22 zł 50 gr. Zarobi górnik miesięcznie 300 złotych, to inżynier niech ma 600 zł, a dyrektor 750 złotych. Nadwyżka zarobków kopalnianych może być obracana już to na inwestycje w kopalni, już to winna być dzielona między pracowników kopalni w stosunku do zarobku. Inteligencja kopalniana, chcąc poprawić swój byt, nie powinna mieć innej drogi do tego jak przez poprawienie bytu górnika. Zdobądźmy się na odwagę i zwykłą uczciwość i otwórzmy karty. Niech robotnik wie, co zarabia kopalnia, niech się poczuje współwłaścicielem kopalni, niech będzie zainteresowany w pomyślnym rozwoju przedsiębiorstwa, a czynem tym zlikwidujemy komunizm na ziemiach polskich, usuniemy nędzę i bezrobocie”22.

***

Huszno czynem i słowem wspierał robotników, głównie górników z Zagłębia Dąbrowskiego, z którym związał swoje życie i pracę duszpasterską. Świadectwa z tamtych czasów, jak i masowy udział miejscowej ludności w jego pogrzebie świadczą dobitnie o tym, że praca ta była oczekiwana, pożądana i przynajmniej w jakimś stopniu skuteczna. Brak u niego jednak, co trzeba jasno powiedzieć, oryginalnego i rozbudowanego programu odnośnie do kwestii robotniczej. Pojawiające się postulaty są rzecz jasna chwalebne i mają uzasadnienie, jednak trudno doszukiwać się tutaj jakiegoś nowatorskiego podejścia, spójnych i kompleksowych projektów, rewolucyjnych pomysłów czy wnikliwych i wszechstronnych analiz.

Ksiądz Huszno to bez wątpienia postać interesująca, wielowymiarowa, a dla niektórych zapewne także inspirująca. Jednak nie jest to z pewnością kandydat na świętego ani katolickiego (tutaj nikt chyba nie ma wątpliwości), ani też lewicowego. A trzeba powiedzieć, że z zakusami do wynoszenia go na lewicowe ołtarze i tworzenia panegiryków na jego cześć mieliśmy do czynienia nie tak dawno, choćby w pełnym różnego rodzaju przemilczeń i nieścisłości artykule publikowanym na łamach czasopisma „Ha!art”23. Co charakterystyczne, w innych artykułach, choćby na łamach „Faktów i Mitów” oraz jednego z portali internetowych, słynna modlitwa, prawdopodobnie autorstwa ks. Huszny, została ocenzurowana tak, aby bardziej pasowała do obrazu postępowego kapłana, w związku z czym zniknął z niej fragment wskazujący na antysemickie wątki u Huszny: „Tysiącprocentowe zyski daj nam dzisiaj i przebacz słabości i tchórzliwości naszej, jeśli w czymkolwiek, kiedykolwiek przewiniliśmy, idąc na chwilowe ustępstwa robotnikom i innym gojom, co nie z własnej woli, tylko pod presją »bezbożnych« rządów socjalistycznych strajków itp. gwałtów uczyniliśmy. I nie wódź nas na pokusę głupiej miłości bliźniego, filantropii i ludzkości, ale zachowaj w trzeźwej i zdrowej orientacji gwoli naszego interesu – Amen”24.

Trzeba też zaznaczyć, że tak jak nieobce były ks. Husznie wolty religijne, tak również te polityczne nie stanowiły dla niego problemu. Sympatia, jaką miał niewątpliwie do PPS, jak i innych partii lewicowych, które wspierały jego działalność, przerodziła się w późniejszym okresie w zdecydowane poparcie dla Piłsudskiego i sanacji. Piśmiennictwo jego nie jest też wolne od pewnej dozy osobistej i narodowej megalomanii czy wątków antysemickich, a zwroty ideowe i religijne, które czynił, niepozbawione były pewnej dozy koniunkturalizmu. Mimo to w dziedzinie obrony robotników jego wkład jest niekwestionowany, miał odwagę iść w miejsca, o których inni bali się nawet pomyśleć. Choć mógł prowadzić komfortowe życie, zdecydował się na niełatwą pracę – przynoszącą jedynie szykany, nieprzyjemności i represje – na odcinku, który niestety w dużej mierze leżał w tamtym czasie odłogiem.

dr hab. Rafał Łętocha

W nagłówku tekstu wykorzystano grafikę Karela Štěcha pt. Dělník s kladivem, pochodzącą z lat 30. ubiegłego wieku.

Przypisy:

  1. Umarł jako katolik, „Cuda i Łaski Boże. Miesięcznik Rodzin Katolickich”, http://www.cudaboze.pl/2007/rozdzial.php?numer=11&rozdzial=7 (14 03 2017).
  2. Informacje biograficzne na podstawie: Cz. Lechicki, Huszno Andrzej, w: Polski Słownik Biograficzny, t. X, Wrocław 1962–1964, s. 124; Z. Czapliński, Żywot i czyny Księdza A.[ndrzeja] Huszny, Sosnowiec 1927; M. Skrudlik, Zamach na Kościół w Polsce, Warszawa 1928; E. Warchoł, Polski Narodowy Kościół Katolicki w Polsce (1922–1952), Radom 1995.
  3. ks. A. Huszno, Kościół demokratyczny, Kraków 1919, s. 9, 12, 14–15.
  4. K. Czapiński, Dokąd kler prowadzi Polskę? (mowy sejmowe wygłoszone w debacie konstytucyjnej), Warszawa 1921, s. 133–135.
  5. ks. A. Huszno, Polski Kościół Narodowy, jego historia, cel i zasady, Dąbrowa Górnicza 1928, s. 13.
  6. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Do Siego lata…, „Głos Ziemowida” 1925, nr 3.
  7. ks. A. Huszno, Polsko-Katolicki Kościół Narodowy w Dąbrowie Górniczej, Dąbrowa Górnicza 1924, s. 13, 19.
  8. Ibidem, s. 32–33.
  9. Od redakcji słowo wstępne, „Głos Ziemowida” 1924, nr 1.
  10. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Prośba ludu pracującego z okazji Zmartwychwstania Pańskiego, „Głos Ziemowida” 1925, nr 10.
  11. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Dlaczego poszliśmy do unii z prawosławnymi?, „Głos Ziemowida” 1926, nr 31.
  12. ks. A. Huszno, Polski Kościół Narodowy…, s. 18–21.
  13. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Powstań Ludu Polski!, „Głos Ziemowida” 1925, nr 12.
  14. Vid Indra [wł. A. Huszno], Koniec świata, „Głos Ziemowida” 1925, nr 24.
  15. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Tajemnica Polski jako dokończenie do artykułu Boże Narodzenie: co znaczy, kiedy było i gdzie, „Głos Ziemowida” 1925, nr 7.
  16. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Kościół a kwestia społeczna, „Głos Ziemowida” 1924, nr 2.
  17. Ks. A. Huszno, Chrystus a samoobrona robotników, http://lewicowo.pl/chrystus-a-samoobrona-robotnikow/ (dostęp 14.03.2017).
  18. Kościół a kwestia…, op.cit.
  19. Od redakcji słowo wstępne…, op.cit.
  20. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Czy będą z nich ludzie?, „Głos Ziemowida” 1925, nr 12.
  21. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Kto nas wyzwoli?, „Głos Ziemowida” 1925, nr 17.
  22. Czy będą z nich…, op.cit.
  23. A. Grześczyk, Z dziejów ludowej herezji – Polski Narodowy Kościół Katolicki, „Ha!art” 2016, nr 4.
  24. Nie podano autora [prawdop. ks. A. Huszno], Pacierz „pobożnej” „Iskry” i Spółki, „Głos Ziemowida” 1925, nr 11.

Zamknięty umysł. W poszukiwaniu źródeł niepowodzeń części naszych działań publicznych

Polska kultura potrzebuje czegoś w rodzaju biografii intelektualnej rozumianej jako pewien rentgen naszego myślenia zbiorowego. Postanowiłem popełnić taką książkę, zdając sobie sprawę z licznych trudności związanych z opracowywaniem takiego zagadnienia1. Czekam jednakże na inne podobne próby, bo to temat niezwykle szeroki i wymaga wielu analiz historyczno-socjologicznych, punktów widzenia, wrażliwości myślowych itp.

Swoją książkę pomyślałem jako badanie i refleksję nad tym, co w naszej historii myślowej było stymulującego umysłowo, co takiego w niej sprzyjało reagowaniu na wyłaniające się problemy za pomocą racjonalnej analizy i chęci ich głębszego zrozumienia. Rozważam zatem, co mogło wytworzyć nasze wysokie walory umysłowe, które są widoczne w wielu sferach. Badam jednak również zjawiska i trendy sprawiające, że poprzestawaliśmy na stereotypach, porzucaliśmy analizę, deliberację oraz badanie złożoności zjawisk istotnych dla życia wspólnoty.

Zastrzegam jednak, że nie pisałem o tym, jakie doktryny filozoficzne tworzyli nasi myśliciele i jak miały się one do zachodnich. Interesują mnie raczej sposoby myślenia i rozumowania widoczne w kręgach ludzi wykształconych.

Książka nie jest zatem o tym, czy jesteśmy głupi albo głupsi od innych społeczeństw. Nie rozważam także tego, czy polski umysł został zniewolony przez system komunistyczny. Chodzi tu raczej o głębsze czynniki historyczne, które kształtowały tradycję intelektu rozumianą, za historykiem Jacques’iem Barzun, jako dążenie do tworzenia pewnego porządku myślowego, logiki, klarowności w porozumiewaniu się, a także jako tendencję do pogłębiania wiedzy, standardów debatowania oraz analizowania itp.2 Celem jest tu do pewnego stopnia dostrzeżenie, na ile kształtowała się u nas nowoczesna forma myśli (modern thought), przejawiająca się w zdolności do wyrażania ich w formie abstrakcji, mniej uzależnionej od kontekstu, świadomej alternatywnych systemów konstruowania opinii3.

Sformułowałem tezę mówiącą o tym, że nasz „zbiorowy umysł” pozostawał przez wieki dość zamknięty czy „zagruzowany”. Po okresie renesansu zwiększał się dystans w kulturze umysłowej do państw zachodu. Było to widoczne zwłaszcza w niedorozwoju nauk przyrodniczych i niedocenianiu ich znaczenia. Nie powstawały ośrodki rozwoju nauki. Oświata uległa regresowi. Metody kształcenia w kolegiach dla młodzieży szlacheckiej stawały się coraz bardziej przestarzałe i nie stymulowały intelektualnie. Zjawisk podobnego typu można wymienić wiele.

Uzasadnienie znajduję w danych historycznych, w różnego typu obserwacjach i wypowiedziach uczonych, artystów, komentatorów, w tym postaci ważnych dla polskiej kultury. Ich spojrzenia i analizy przedstawiam poniżej. Dostrzegali u nas deficyt dążeń poznawczych, mało wysiłków i systematyczności w dziedzinie myśli, zamiłowanie raczej do intelektualnych ciekawostek, do wyrwanych z kontekstu paradoksów myślowych, a nie do pogłębionych analiz. Wskazują na skłonności do formułowania wniosków na podstawie niesprawdzonych danych, domysłów, skojarzeń, stereotypów. Wyrażali także obawy, że nie radzimy sobie z abstrakcyjnym formułowaniem myśli, za szybko odwołujemy się do emocji (słynna romantyczna wizja przewagi czynu nad myślą), do bezpłodnego moralizowania (przypisywanie innym złych cech w  miejsce zrozumienia odmienności).

W konsekwencji w różnych okresach nasze myślenie stawało się peryferyjne, niezdolne do pełnego zrozumienia kluczowych cech otoczenia, w którym żyli nasi przodkowie. Miało to wpływ na dramaty polityczne. W obecnej dobie można powiedzieć, że część składników polskiej kultury umysłowej nie jest kompatybilna z cechami nowoczesnej umysłowości, której specyfiką jest otwartość na argumenty i ich konfrontowanie, skłonność do weryfikowania sądów, odróżniania zobiektywizowanych danych od subiektywnych opinii itp. Można mówić o pewnym antyintelektualizmie w naszej obecnej kulturze, rozumianym jako niski poziom skłonności do zracjonalizowanej analizy wyłaniających się problemów. Na marginesie dodam, że prawdopodobnie nie doszłoby dzisiaj do dramatu tak skrajnej polaryzacji w polskiej polityce, gdyby kultura umysłowa była wyższa (chociaż nie jest to jedyny czynnik). Kiedy historyk Karol Górski analizował przyczyny upadku państwa w wyniku III rozbioru, wskazywał – poza deficytem moralnym – na brak dyscypliny intelektualnej. Dziś można to z czystym sumieniem powtórzyć.

Tradycje przeciw myśleniu

Niewątpliwym jest, że w Polsce nie mieliśmy tak sprzyjających okoliczności dla tworzenia kultury umysłowej, jak choćby starożytni Grecy czy współczesne zachodnie społeczeństwa, a także zmagaliśmy się ze zjawiskami niekorzystnymi. Zakorzeniły się u nas bowiem dość silnie tradycje:

  • swoistego sarmatyzmu (pragnienie sielskości, stronienie od wysiłku myśli);
  • romantyzmu (przewaga czynu nad myślą, emocjonalność, wizje, a nie analiza i wykonalne rozwiązania);
  • fatalizmu („co ma być, to będzie”, niskie poczucie indywidualnej sprawczości i podmiotowości, co zniechęca do aktywności umysłu);
  • fideizm w niektórych ruchach religijnych (przekonanie, że wiara wymaga odrzucenia rozumu).

Powyższe zjawiska zachodziły w kontekście słabego oddziaływania trendów właściwych dla oświecenia i pozytywizmu. Ponadto w biegu dziejów wyłaniało się wiele dalszych barier utrudniających rozwój nowoczesnej umysłowości. Miasta rozwijały się dość słabo przez znaczną część naszej historii, tymczasem to tam powstawały zazwyczaj siedliska bardziej zaawansowanej umysłowości, z uwagi na oddziaływanie uczelni, bibliotek, lepiej wykształconych grup.

Ominął nas także rozwój umysłowości, który w krajach zachodnich miał miejsce w ramach profesji zawodowych. To profesjonaliści w wybranych zawodach podnosili standardy klarowności myślenia, precyzji wyciągania wniosków, sposobu posługiwania się argumentami i zobiektywizowanymi danymi. Tymczasem w Polsce bardzo wolno postępowała profesjonalizacja takich zawodów, jak adwokaci, inżynierowie, lekarze, akademicy, fachowcy techniczni itp. Nie doszło także do pełnego rozwoju ich reprezentacji i wspólnego formułowania standardów profesjonalizmu. Do dziś wielu Polaków nie jest na stałe związanych ze swoimi profesjami i nie „szlifuje” rozumu na potrzeby doskonałości zawodowej.

Negatywną rolę odegrał także niski poziom edukacji i dostępu do niej przez wiele wieków. Jeszcze przed II wojną dla około 20 proc. dzieci nie było miejsca w szkołach podstawowych. Niewielka część młodzieży mogła uczyć się wybranych zawodów. Nierzadko sceptycznie podchodzono do roli edukacji jako sposobu poprawy własnego położenia i losu. Uznawano bowiem, że statusy i pozycje społeczne są raczej dziedziczone niż uzyskiwane dzięki indywidualnym wysiłkom.

Zmagam się z pytaniem, czy dziś również nasze myślenie i analiza mają kluczowe wady i pozostają niedostosowane do głębszego zrozumienia złożoności obecnych czasów. Gdyby tak było, konsekwencje mogą być w dłuższej perspektywie niszczące. Jacek Kochanowicz, wybitny historyk, twierdził, że peryferyjność myślenia oznacza niezdolność wpisania się w główny – znany z Zachodu – nurt percepcji (rozumienia) problemów i otaczających realiów4. Oznacza to także bycie „obok głównego nurtu rozwojowego”, a więc groźbę głębszego zapóźnienia gospodarczego w warunkach, w których siła umysłu przesądza o pozycji ekonomicznej.

Nie wojujemy myślą

Najcięższe słowa skierował do nas Cyprian Kamil Norwid. Uznał Polskę swojego czasu za społeczność, która nie wojuje myślą, co było, jego zdaniem, naszym najcięższym „grzechem”. Zarzucał Polakom brak „wiary w siłę myśli…”. Poeta grzmiał: „się nie myślało, nie myśliło i nie myśli”. Brakuje nam krytyczności w myśleniu. O ile poziom „energii” mamy „100”, o tyle „inteligencji” – „3”. Dlatego Polacy nie umieli analizować, a to z kolei sprawiało, że bili się, zwyciężali w bitwach, ale nie potrafili wygrywać całych wojen5. Norwid wygłosił także znaną frazę o Polsce jako kraju, gdzie od lat blisko stu każda książka wychodzi za późno, a każdy czyn za wcześnie. Podejmujemy pośpieszne działania, bez uprzedniego ich przemyślenia i zrozumienia. Poeta twierdził, że „to jedno poprawiwszy można zbawić naród”6.

Zygmunt Krasiński, jeden z trzech romantycznych wieszczów, wskazywał na podobne słabości, m.in. brak rozumu – był to dla niego synonim zdolności do analizy okoliczności, w których przyszło naszemu społeczeństwu kształtować swoje losy. Otóż, zdaniem poety, Polacy wiedzą, jak być powinno, przeczuwają jak było, ale nie wiedzą, jak jest (nie rozumieją bieżącej „rzeczywistości”)7. Stąd wiele przypadkowości w dziejach Polski, a także słabe płody kultury8 w zestawieniu z potencjałem naszych obywateli. W podobnym duchu pisał Stanisław Szczepanowski. Polacy nie myślą zbytnio o tym, co jest (realia), lecz koncentrują się na tym, jak być powinno (projektowana rzeczywistość)9. Co gorsza, nie oddzielają myśli od czynu (innymi słowy: czynu nie nasycają myślą), co jest źródłem wielu tragedii widocznych w naszej historii. O tym, że tracimy z oczu teraźniejszość, jej cechy, wymogi, wyzwania – pisał również Ludwik Powidaj, historyk i dziennikarz okresu pozytywizmu10. W konsekwencji ulegamy zwodniczym, nierealistycznym nadziejom. Podobne problemy dostrzegał Marian Massonius, filozof i komentator. Nie mamy skłonności do rozważania pytania: co jest, jak jest oraz dlaczego jest tak, a nie inaczej. Chętniej dociekamy, co jest pożądane i jak być powinno, posiadamy bowiem umysły praktyczne, a nie teoretyczne, chcące poznawać rzeczywistość dla niej samej. Mamy skłonność do planowania działań dla zmiany rzeczywistości, ale niestety często bez jej zrozumienia.

Stanisław Brzozowski pisał, że myślenie nie służy u nas dojściu do ustalenia wiernego stanu rzeczywistości. Społeczeństwo chce, aby mówić mu „same miękkie pocieszające rzeczy”, często w imię chęci zapomnienia o wyzwaniach związanych z narodowymi sprawami, porażkami itp.11 Socjolog Adam Podgórecki pisał w 1995 roku o niezdolności Polaków do postrzegania rzeczywistości społecznej takiej, jaka ona jest12. Wytworzyliśmy skłonność do interpretowania i wyjaśniania położenia kraju za pomocą wymyślnych legend, a także – gdy trzeba – w kategoriach niezasłużonych cierpień13. Zamiast trzeźwej analizy, wolimy poddawać się rządcom dusz, wizjonerom, samozwańczym przywódcom. Oczekujemy, że ktoś wskaże nam sens zjawisk, w których uczestniczymy.

Zamiłowanie do intelektualnych ciekawostek

Ludwik Krzywicki pisał o polskim zamiłowaniu raczej do intelektualnych ciekawostek, wyrwanych z kontekstu paradoksów myślowych do pogłębionych analiz. „A jeśli zabłąka się coś poważniejszego… to pędzi również żywot chwilowy…”. Wskazywał on, że słabo przeanalizowano zjawiska historyczne w Polsce, kulturę umysłową i materialną, życie gospodarcze. Z kolei teolog Stanisław Olejnik twierdził, że mamy skłonność do zbyt łatwych syntez, do wyprowadzania „wniosków z zaskakująco uproszczonych indukcji” czy do uogólniania „nielicznych danych, niekiedy w sposób oczywisty niepewnych”. Janusz Hryniewicz, współczesny socjolog, dostrzega u części społeczeństwa dogmatyzm poznawczy, skłonność do poszukiwania „jedynej przyczyny wszystkiego”, niechęć do zapoznawania się z nowymi poglądami, te bowiem wywołują nieprzyjemne emocje, w tym poczucie frustracji, a nawet lęki.

Maurycy Mochnacki pisał, że mamy słomiany zapał do nauk oraz przejawiamy trudności w podtrzymywaniu wysiłków umysłowych. W konsekwencji „nie pojmujemy samych siebie ani w minionym, ani w obecnym jestestwie”. Julian Kaliszewski twierdził, że Polacy w przeszłości chętnie przerzucali wysiłki umysłowe na innych jako nieprzyjemny ciężar: chłop przerzucał je na księdza albo dziedzica, mieszczanin – na rząd, a ludzie wykształceni – na „zagranicę”14. W konsekwencji bardziej złożone problemy pozostawały nieprzemyślane, ich przyczyny – nieodkryte, zwłaszcza gdy wymagały dotarcia do bardziej subtelnych różnic i odcieni znaczeniowych.

Julian Ochorowicz, psycholog i filozof, pisał o krótkim horyzoncie myślowym Polaków: „Myślimy tylko o rzeczach najbliższych, zyskach bezpośrednich”. Natomiast brakuje nam chęci do analizowania szerszych wyzwań i zrozumienia relacji między bezpośrednimi korzyściami a wymogami, które trzeba spełnić, aby zapewnić sobie długoterminowe powodzenie. Mamy umysły bardzo lotne, rzutkie, ale jednocześnie nie są zbyt ścisłe. Brak ścisłości dostrzegał na przykład w przemówieniach, w których jest często dużo czczej mowy, a treści brakuje. Wyrazem tego jest również mylenie przyczyn i skutków, tautologie, przytaczanie skojarzeń pobocznych i zaniedbywanie głównego toku rozumowania (przeskakiwanie z przedmiotu na przedmiot). Nie wystarcza nam wytrwałości w analizie, w próbach zrozumienia złożoności zagadnień. Brakuje umiejętności oceniania następstw podejmowanych działań.

Tradycja improwizacji

Jan Emil Skiwski, krytyk literacki i publicysta, twierdził, że z powodu tradycji improwizacji brakuje nam „gruczołu intelektualnego”, który umożliwia bardziej kompleksowe spojrzenie na problemy. Analizy Polaków są często płytkie, hasłowe, nie docierają do meritum, ponieważ sedno sprawy wydaje im się nieciekawe. Wyczerpują się w rozpatrywaniu wątków pobocznych, a w zasadzie w „plotkach, ciekawostkach, gierkach”, które traktują jako swoisty gatunek rozrywek umysłowych. Uznaje to za polską chorobę.

Myśl nie jest traktowana jako instrument, który umożliwia kształtowanie rzeczywistości i rozwiązanie problemów. Dla Polaków „myśl staje się synonimem przygody, wolnej gry pojęć, okazją do układania łamigłówek”. Nie wywołuje większych dążeń. W myśli pociągająca jest dla nas raczej sama możliwość niż konkretna zdobycz (osiągnięcie), raczej – gra niż moc kształtowania rzeczywistości. „Wszelki merytoryzm wydaje się czymś nieciekawym i kołtuńskim”.

Dlatego Polacy zazwyczaj nie wytwarzali doktryn społeczno-gospodarczych, które tłumaczą rzeczywistość w sposób spójny i wewnętrznie logiczny i które wychodzą poza wyjaśnienie doraźnych interesów poszczególnych grup. Nasz system myślenia jest raczej praktyczny. Rozumowanie przebiega od szczegółu do ogółu. Uczymy się na podstawie jednostkowych przykładów i doświadczeń. Ale z trudem przychodzą nam podsumowania i wyciąganie klarownych wniosków15.

Zdaniem Andrzeja Jałowieckiego brakuje u nas zdolności do spojrzenia na zjawiska w szerokim kontekście, dostrzegania ich złożoności, uwarunkowań, nadawania im głębszych znaczeń (wartościowań). Sednem problemu jest to, że Polacy niechętnie decydują się na formułowanie uogólnień, w których określaliby swoje spojrzenie na zjawiska społeczno-ekonomiczne. Naszym problemem jest także to, że Polaków zajmują czy interesują tylko te sprawy, które ich bezpośrednio dotykają (kosztem pewnych bardziej abstrakcyjnych punktów odniesienia). Oceniają „na podstawie kryteriów czysto osobistych”, czyli traktują pewne działania pozytywnie, jeśli polepszają one ich własną sytuację. W innym przypadku przyjmują całkowicie idealistyczne założenia (typu „zbawienie ojczyzny”), które de facto nie umożliwiają zrozumienia złożoności rzeczywistości.

Niechęć do abstrakcji

Wielu uczonych i komentatorów wskazywało na niechęć i niezdolność do abstrakcji, rozumianej nie tyle jako spekulacja metafizyczna, ile jako analiza w kategoriach ogólnych pojęć. Wojciech Dzieduszycki dostrzegał w Polakach niechęć do abstrakcji, ale także do badań w ściśle określonych zakresach. Większe uwrażliwienie mamy na barwę niż na treść. Józef Gołuchowski, filozof romantyczny, twierdził, że nie przyjęła się u nas abstrakcyjna umysłowość. Abstrakcję uznawano za coś, co jest nadmiernie „zlodowaciałe”. W Polsce, chcąc upowszechniać głębsze myśli, należy najpierw „wdzierać się wszelkimi sposobami do serca”16. Trzeba „wzbudzić czucie”, które podsyci myśl. Kolejny romantyk, Bronisław Trentowski, podkreślał małą skłonność do abstrakcji, co wiązał z nadmierną wybujałością wyobraźni u Polaków. Pisał, że Polak ma „rozum nawet niezbyt silny, ponieważ ustawicznie przeradza się w um [wyobraźnię – przyp. A.Z.]”. Stąd środkiem wyrazu dla Polaków pozostaje poezja, a nie systemy teoretyczne. Dlatego polska literatura jest przepełniona poezją. Wiele sfer życia i relacji międzyludzkich także jest nią przepojonych, jak choćby stosunek mężczyzn wobec kobiet czy ogółu wobec przyrody itp.

Tadeusz Łepkowski, wybitny historyk, pisał, że wprawdzie „chłodna refleksja nie jest nam obca, lecz przychodzi nam trudniej niż uniesienie, zapamiętanie, zapalenie się”. Aleksander Świętochowski(1849–1938), krytyk kultury i komentator, wskazywał, że bardzo łatwo wpadamy w „najmętniejsze marzycielstwo”, co jest skutkiem słabego rozwinięcia nauk ścisłych, które pomagają w precyzji myślenia. Dodaje: „Wyobraźnia stanowi główny organ naszej duszy, który nieraz zastępuje inne: […] ona jest naszym pogotowiem ratunkowym we wszystkich potrzebach umysłu”. Jeszcze lepiej wyraził to wspomniany Kaliszewski, który napisał: „Marzenie starczy nam za rozumowanie, a fantomy wyobraźni za rezultaty ścisłego rozumu”17.

Współcześnie również padają głosy wskazujące na problemy z tworzeniem teorii, które syntetyzowałyby czy choćby uogólniały wielość zjawisk, spostrzeżeń, faktów, tendencji itp. Jak twierdzą socjolodzy, wprawdzie wykonuje się dużo badań empirycznych, ale nie powstają bazujące na nich teorie, które syntetycznie wyjaśniałyby złożoność zjawisk społecznych18. Antoni Sułek pisał w 1992 roku o dysproporcji między rozmiarem badań empirycznych a ubóstwem myśli teoretycznej19. Wytwarzamy dane o rzeczywistości za pomocą badań, ale nie potrafimy ich uogólnić czy zsyntetyzować. Podobną opinię podzielał również Edmund Mokrzycki20. Jego zdaniem „socjologia polska nie wykazuje skłonności ani do generowania całościowych systemów metateoretycznych, ani do ich przyswajania”. Tego typu problemy dostrzegano w Polsce dawno temu. Przywoływany już Julian Ochorowicz pisał, że Polacy „rzedną, ustępują z placu”, gdy tylko ma dochodzić do tworzenia teorii21.

Kultura gestu

Część komentatorów wskazywała, że w Polsce mamy do czynienia z dominacją kultury gestu (wywołania wrażenia), co ma również wpływ na kulturę umysłową. Adam Podgórecki, wybitny socjolog, pisał, że w kręgach intelektualnych „pozór jest ważniejszych od istoty sprawy”. Od w pełni profesjonalnego przedstawienia danego zagadnienia ważniejsze jest zrobienie wrażenia. Ważniejszy jest nastrój niż argumenty i rozumowanie. Zdaniem Podgóreckiego wartość gestu jest oceniana nawet wyżej od wartości działania, nawet gdy okazuje się ono najbardziej efektywne (również w sensie ekonomicznym). Nie bierzemy pod uwagę „realiów”, na przykład tego, jak przygotowana jest dana osoba do działania, natomiast wolimy widowisko, które może wywołać.

Także Skiwski wskazuje, że Polacy nie wytrzymują pewnego napięcia myśli. Skoro nie można dojść do prawdy ostatecznej, to wszystko inne staje się nieważne: „Nie mogą znieść atmosfery relatywizmu… Nie są uodpornieni na odurzające działanie perspektywy myśli… Zanurzenie się w otchłań badania i spekulacji przyprawia ich o zawroty głowy. Nie stać ich na to, by jeszcze widzieć rzeczywistość wokół siebie i rozumieć jej potrzeby”.

Karol L. Koniński, krytyk literacki, badacz kultury ludowej i publicysta, wskazywał, że Polak kładzie większy nacisk na formę niż na treść. Wprawdzie jest inteligentny, bystry, umysłowo chłonny, ale nie ma intelektualnej tężyzny (wytrwałości), dzięki której uzyskuje się dojrzałe wnioski z wykorzystaniem całej machiny wytrwałej analizy. Polak zdobywa się na „heroiczne głupstwa czynu”, ale nie może zdobyć się na „heroiczną logikę”. Posiada „heroizm temperamentu”, ale brak „heroizmu myślenia” (i stąd brak heroizmu w decyzjach w konkretnych sprawach). Dlatego stronimy od sytuacji, w której pojawia się konieczność zajęcia wyraźnego stanowiska w sporach intelektualnych. Blisko nam do oportunizmu myślenia, posiadamy skłonność do zwlekania z decyzjami w konkretnych sprawach. Polak „…na każde swoje tak, ma swoje własne ale, na każde nie ma a jednak…”. Woli łączyć wodę z ogniem niż dokonać wyboru jednej z wykluczających się opcji. Stąd w polskiej myśli tyle dążeń właśnie w kierunku pogodzenia sprzeczności. Ale Polacy próbowali uzyskać te syntezy poza intelektem, w sferze uczuć albo czynu.

Myśl wygnana

Źródłem problemów z umysłowością były również okoliczności bardziej przyziemne. Utrata państwa musiała oznaczać niedostatek różnego typu instytucji zbiorowego myślenia w postaci szkół wyższych, ośrodków akademickich i analitycznych. Te, które zakładano, działały głównie na rzecz celów politycznych (odzyskanie niepodległości), z konieczności w mniejszym stopniu koncentrowały się na analizie trendów i zjawisk, które występowały w gospodarce, w sferze przemian społecznych i in.

Polska traciła talenty w wyniku emigracji dobrowolnej i wymuszonej przez zaborców i okupantów. Wciąż ma ona miejsce, obecnie z innego powodu. Georg Brandes, duński pisarz i podróżnik, po wizycie w Polsce z podziwem pisał, że kraj potrafi intelektualnie przetrwać w XIX wieku mimo że traci tyle ludzi (umysłów) w wyniku zsyłek. Ale dostrzegał też cenę – całe życie intelektualne w Polsce zostało sprowadzone do kwestii istnienia (odzyskania) państwa. W innych krajach obywatele mogli rozwijać myślenie i analizę innych cywilizacyjnych kwestii, które wyłaniały się wraz z rozwojem. Z kolei S. Szczepanowski pisał, że Polacy żyli „iluzjami chorobliwymi”, które wytwarzali nasi wygnańcy, dotykały ich nieścisłości umysłów „narodu żyjącego fantazjami i marzeniami”. Społeczeństwu brakowało bowiem praktyki i doświadczeń tego, jak funkcjonują bieżące mechanizmy życia publicznego.

Świat prywatny i publiczny

Znaczenie miało także zapóźnienie ekonomiczne w stosunku do Zachodu. Kraju nie było stać na nowoczesne laboratoria, badania, szkolnictwo na wysokim poziomie. W efekcie kultura umysłowa nie stała się w odpowiednim stopniu instrumentem rozwoju. Wiele grup społecznych musiało walczyć o przetrwanie ekonomiczne, a wydatki edukacyjne były uznawane za luksus. Odbijało się to również na dynamice relacji między Polakami – niedostatek przyczynił się do wytworzenia konfrontacyjnych relacji międzyludzkich. Zaufanie ograniczało się do wąskich kręgów rodziny i małych grup (tzw. próżnia socjologiczna). Życie publiczne stało się areną walki egoistycznych interesów. Doszło bowiem do rozdzielania „świata prywatnego i publicznego, rzeczywistego i oficjalnego, świata ludzi i świata instytucji”22.

Sfera publiczna nie stała się obszarem żmudnie wypracowywanego – poprzez siłę umysłu – konsensusu między grupami społecznymi, a nierzadko była obszarem bezwzględnej walki. Siłę umysłu wykorzystywano do wyostrzania sprytu, a nie do doskonalenia zobiektywizowanej analizy służącej zrozumieniu problemów zbiorowych i uzgadnianiu sprzecznych interesów. Innymi słowy: w polskiej umysłowości nie wytwarzały się dążenia do zrozumienia złożoności życia zbiorowego, rozpatrywania kwestii społecznych i ekonomicznych, zwłaszcza w duchu godzenia sprzecznych interesów i racji. Znacznej części społeczeństwa wystarczało koncentrowanie się na cząstkowych racjach, które usprawiedliwiały indywidualne strategie życiowe. Zamykano się na argumenty, które mogłyby podważyć dotychczasowy sposób działania.

Antyintelektualizm po fideizmie?

W Polsce widoczny był także pewien antyintelektualizm. Wypływał z wielu czynników, w tym z niektórych typów religijności i swoiście rozumianej tradycji. Ważnym hasłem jest tu fideizm. Jacek Woroniecki, dominikanin, jeden z najwybitniejszych polskich intelektualistów katolickich, wskazywał, że rodzima religijność jest silnie sentymentalistyczna i fideistyczna, co jest skutkiem tego między innymi, że Polacy – jego zdaniem – już w XVIII wieku odrzucili racjonalizm. Sentymentalizm doprowadził do znaczącego wyeksponowania uczuć i instynktu23. Fideizm powstał z nieświadomego przekonania, że wiara wymaga odrzucenia rozumu. Nawet ludzie inteligentni czują się u nas zwolnieni z obowiązku zastanawiania się nad zasadami wiary. Niektórzy uważają nawet, że wiara powinna być ślepa. „[…] inni wreszcie chcą widzieć w tym irracjonalistycznym, a zarazem sentymentalistycznym charakterze wiary pewną właściwość naszej umysłowości polskiej, w przeciwstawieniu do właściwej Niemcom skłonności do mędrkowania. Wreszcie bardzo wielu wyznaje po prostu, że zastanawianie się nad prawdami wiary, ba, nawet słuchanie kazań, wywołuje u nich wątpliwości, wobec czego starają się wcale o tej dziedzinie nie myśleć”.

W efekcie znaczna część nurtów w katolicyzmie była głównie dewocyjna i płytka myślowo. Woroniecki zgadzał się ze Stanisławem Brzozowskim, który pisał, że u wierzącej inteligencji katolicyzm nie odgrywał niemal żadnej roli w życiu umysłowym24. Polacy ograniczyli swoją aktywność do rodziny i nie wychodzili poza sprawy, które jej dotyczyły: „Pracę myślową nad pozostałymi problemami zastępowały dzwonek kościelny, opłatek i wielkanocne jajko”25.

Szczepanowski pisał, że Kościół jest gnuśny umysłowo26. Natomiast Jerzy Turowicz, znany intelektualista katolicki, wskazywał w 1957 roku, że przed wojną niewielka była warstwa inteligencji, która posiadała formację intelektualną, a zarazem znała naukę Kościoła i dorobek chrześcijaństwa w dziedzinie myśli i kultury27. Powyższy problem jest widoczny do dziś.

Fideiści sprowadzali niemal wszystkie wymiary życia do religii. Henryk Rzewuski pisał, że prawda o rzeczach jest wynikiem objawienia czy oświecenia bożego, a nie rezultatem zgłębiania natury rzeczy. Siły wyższe objawiają narodowi prawdy28. Poznanie poprzez rozum może zagrażać moralności i przywiązaniu do religii. Zauważał również, że „rozumowanie niszczy albo przynajmniej osłabia intuicję, a tylko intuicja tworzy te potężne indywidualności, w których, że tak powiem, wciela się geniusz wieku”29.

Historyk Wojciech Dzieduszycki również dostrzegał u nas skłonności do wiązania głębszych rozważań myślowych z religijnym mistycyzmem30. Stefan Czarnowski, wybitny socjolog, podkreślał, że polscy chłopi przywiązywali niewielką wagą do treści doktrynalnych, nie interesowali się również etycznymi aspektami chrześcijaństwa. Okazywali natomiast olbrzymie przywiązanie do określonych praktyk (rytuałów), w tym do kultu świętych, dni w kalendarzu, jeśli niosły one znaczenia religijne itp.

Antyintelektualizm po polsku

Czy to, że nasza skłonność do racjonalnej analizy jest dość ograniczona, to efekt tego, że jesteśmy antyintelektualni z natury? Czy umysł poległ w Polsce na pobojowisku różnych innych sił i tendencji? Zaznaczę jeszcze, że nie chodzi mi tu o ocenę dzieł intelektualistów, uczonych czy twórców wysokiej kultury, ale o sferę analizy i deliberacji w dziedzinach, które dotyczą rzeczy wspólnych (zbiorowego dobra i interesu).

Nie chcę tu stawiać zbyt daleko idących tez. Problem jednak istnieje. Natomiast warto zaznaczyć, że nawet Amerykanie, Anglicy czy Francuzi narzekają czasem na antyintelektualizm w różnych dziedzinach swojego życia. W USA miała miejsce ożywiona debata o książce Richarda Hofstadtera „Antyintelektualizm w amerykańskim życiu” (1963), uhonorowanej prestiżową nagrodą Pulitzera. Autor wskazywał na kilka dziedzin, w których odnajduje tendencje antyintelektualne (polityka, edukacja, niektóre nurty religijne, praktyka codzienności). Wyrażają się one zarówno w niechęci do intelektualistów, jak i w niedocenianiu wiedzy, nauczycieli, w niechęci do analizowania bardziej teoretycznych zagadnień. W 2008 roku Susan Jacoby napisała również bardzo popularną książkę „The Age of American Unreason”. Nad Sekwaną Philippe Nemo, historyk i filozof, wydał w 2011 roku książkę „Regres intelektualny we Francji”.

W świecie anglosaskim antyintelektualizm nie oznacza jednak niechęci do zobiektywizowanej analizy i deliberacji w ogóle. Wskazuje raczej na niechęć do spekulacji (abstrakcji), do zajmowania się zagadnieniami, które w powszechnym odbiorze nie mają szans na konkluzje czy na uzyskanie praktycznych korzyści komukolwiek i kiedykolwiek.

Anglosasi tradycyjnie uważają swój sposób myślenia za praktyczny, a nie abstrakcyjny, a to oznacza, że wolą polegać na obserwacji i wyciąganiu z niej wniosków. Walter E. Houghton napisał, że praktyczna natura angielskiego umysłu to głęboki respekt dla faktów oraz dla pragmatycznych umiejętności dopasowywania środków do celów. Towarzyszy temu właśnie nieufność w stosunku do abstrakcji i wybujałej spekulacji. Źródła takiej postawy mają długie korzenie. W epoce wiktoriańskiej (1837–1901) uległy pogłębieniu31.

Ale jednocześnie społeczeństwo amerykańskie nie było nigdy pozbawione ciekawości. Jak pisał Jacques Barzun, najlepszym sposobem na zmobilizowanie trzech Amerykanów, by przejechali tysiąc mil, jest propozycja wymiany pomysłów32. Inny autor dodaje, że musiałyby to być jednak pomysły, z których mogłoby powstać coś konkretnego i użytecznego. Na pewno należy tu przywołać słowo „utylitaryzm”, które jest podstawą do zrozumienia kultury anglosaskiej.

Może zatem istnieć społeczeństwo cierpiące na swoisty antyintelektualizm, które jednocześnie jest potęgą w nauce i gospodarce. Wynika to jednak z tego, że analizy realiów nie traktuje się jako przedsięwzięcia szczególnie intelektualnego, a raczej jako coś rutynowego, jako naturalną reakcję na wyłanianie się problemów, która ma pomóc rozwiązać je w sposób optymalny. Jest ona zatem wyrazem inteligencji dostosowawczej: umiejętności przystosowania się do wymogów rzeczywistości oraz chęci życia w sposób dojrzały.

Nasz rodzaj „praktyczności” ma to do siebie, że dotyczy poziomu jednostki, a odnosi się często do kwestii jej korzyści. Tym samym ogranicza naszą skłonność do analizowania problemów zbiorowych, które nie dotyczą bezpośrednio problemów jednostek. W konsekwencji nie mamy zbyt wielu cennych płodów analizy wypływającej z potrzeb praktycznego życia zbiorowego. Ponadto nie mamy też wynalazków, które powstawały w utylitarnej kulturze anglosaskiej. Są oczywiście wyjątki, jak sfera pedagogiki i edukacji (choć formułowane tu wnioski rzadko były wykorzystywane w praktyce).

Wniosek jest taki, że nie mamy kultury intelektualnej w znaczeniu kultury intelektu, która odwoływałaby się do myślenia kreatywnego i kontemplacyjnego. Natomiast wyposażeni jesteśmy – jako obywatele – w kulturę intelektualną rozumianą jako inteligencja praktyczna. Jej cechą szczególną jest to, że zawiera istotne ograniczenia. Skoncentrowana jest bowiem na rozpatrywaniu głównie kwestii indywidualnych związanych z dążeniami do możliwie najkorzystniejszego zaadaptowania się w realiach. Ma to wiele źródeł. Przede wszystkim wynika prawdopodobnie z typu relacji społecznych, które są właśnie zindywidualizowane, ale także konfrontacyjne, a ponadto zrodzone z poczucia fatalizmu („co ma być, to będzie”) i uprzedmiotowienia przez siły znajdujące się poza naszą kontrolą.

Konsekwencja w sferze myślowej jest taka, że zakorzeniła się u nas skłonność do – jak napisał A. Podgórecki – pozostawania w „klatkach osobistych”, w iluzjach, w subiektywności osobistych idei. Cierpi na tym poziom intersubiektywności, a więc wspólnego rozumienia pojęć, zdarzeń, symboli.

Podsumowując: jako społeczeństwo wytwarzamy znacznie mniej różnego typu wiedzy będącej płodem umysłu niż inne społeczeństwa zachodnioeuropejskie, a ta, która u nas istnieje, w niewielkim stopniu dociera do ludzi i ich kształtuje.

Słaba analiza kosztuje często bardzo dużo. Marek Kozak, socjolog, podaje przykłady niewłaściwego wykorzystania pieniędzy na rozwój, które pochodzą z pomocy Unii Europejskiej. Brak analizy (ewaluacji) spowodował, że środki nie zostały przeznaczone na rzeczywiste „motory” rozwoju, a więc na pomnożenie kapitału intelektualnego społeczeństwa, co mogłyby zaowocować innowacyjnymi produktami. Tymczasem pieniądze wydawano głównie na inwestycje materialne (chodniki, drogi, kanalizację). Uczony pisze, że współcześnie szansę rozwoju daje „nie beton, ale rzeczy miękkie: otwarte myślenie, szukanie szansy na rynku, kapitał społeczny, umiejętność zachowania się w różnych sytuacjach, inteligencja, wykształcenie, kwalifikacje, umiejętność współpracy, zaufanie do innych ludzi”33.

Zaznaczone w tekście tendencje i zjawiska musiały ograniczać rozmiar aktywności umysłowej społeczeństwa jako całości. Stąd trudno się dziwić, że tak mało jest teraz debat publicznych, w których rozpatrywane są problemy w sposób względnie zobiektywizowany. Politycy koncentrują się na doraźnych sporach i konfliktach personalnych, nie umieją sięgnąć myślą po kwestie strategiczne i długoterminowe. Decyzje podejmują często bez odwołania do argumentacji i dowodów wskazujących, że działania mogą być skuteczne. Nie chcą poddawać swoich działań analizom ewaluacyjnym, czyli analizom uzyskiwanych rezultatów opartych na zobiektywizowanych kryteriach.

Media cierpią na wypłukiwanie z bardziej złożonych treści (tabloidyzacja). Względnie mała część dziennikarzy jest w stanie w sposób pogłębiony analizować bardziej skomplikowane zagadnienia, takie jak np. globalizacja, sprawy klimatyczne, społeczne uwarunkowania rozwoju ekonomicznego czy efekty działań publicznych. Zagadnienia, które na Zachodzie wywołują lawinę publikacji, u nas są ledwie opisane. Uczeni i analitycy (eksperci) poprzestają często na powierzchownych dystynkcjach pojęciowych. Urzędnicy nie stosują takich instrumentów analizy, jak ewaluacja. Stronią od tego, aby ich działania ktoś analizował i wyciągał z nich wnioski. Podobnie postępuje wiele grup zawodowych. Lekarze nie chcą wprowadzenia – znanych powszechnie za Zachodzie – tak zwanych przeglądów koleżeńskich (peer review), które pozwalają lepiej diagnozować poprzez uczenie się na własnych błędach. Nauczyciele nie chcą, aby ktoś przyglądał się wynikom ich nauczania i gdzieś je przedstawiał.

 

Przypisy:

  1. A. Zybała, Polski umysł na rozdrożu. Wokół kultury umysłowej w Polsce. W poszukiwaniu źródeł niepowodzeń części działań publicznych, Warszawa 2016.
  2. J. Barzun, The House of Intellect, New York 1959, s. 26.
  3. P. Burke, The History and Social Theory, New York 1992, s. 94.
  4. J. Kochanowicz, Fundamenty rozwoju, „Dialog. Pismo Dialogu Społecznego” 2008, nr 3.
  5. C.K. Norwid, Gorzki to chleb jest polskość, wyb. J.R. Nowak, Warszawa 1984, s. 42.
  6. Idem, Pisma wszystkie, t. 9, Warszawa 1971, s. 274; we wszystkich cytatach zachowano oryginalną ortografię i interpunkcję.
  7. S. Tarnowski, Zygmunt Krasiński [w:] Stańczycy, red. M. Król, Warszawa 1985, s. 208.
  8. Z. Krasiński, Listy do Ojca z Florencji, 26 stycznia 1836 r., http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=6390.
  9. S. Szczepanowski, Walka narodu polskiego o byt, Londyn 1942, s. 147.
  10. Powidaj, Polacy i Indianie [w:] Publicystyka okresu pozytywizmu 1860–1900, red. S. Fita, Warszawa 2002, s. 32.
  11. S. Brzozowski, Legenda Młodej Polski. Studia o strukturze duszy kulturalnej, Lwów 1909, s. 57.
  12. A. Podgórecki, Społeczeństwo polskie, Rzeszów 1995, s. 118.
  13. Ibidem, s. 116–117.
  14. J. Kaliszewski, Moi kochani rodacy. Ziomkom swoim w XXV rocznicę swojego pisarskiego zawodu, Warszawa 1887.
  15. J.E. Skiwski, Chory optymizm i zdrowy pesymizm, „Tygodnik Ilustrowany” 1935.
  16. J. Gołuchowski, Dumania nad najwyższymi zagadnieniami człowieka. t. 1, Wilno 1861, s. XXXII.
  17. J. Kaliszewski, op. cit., s. 55.
  18. W. Kwaśniewicz, Co pozostaje żywe z tradycji polskiej socjologii, „Ruch Prawniczy, Ekonomiczny i Socjologiczny” 2001, r. LXIII, z. 4, s. 24; A. Podgórecki, op. cit., s. 111.
  19. A. Sułek, Zmiana ustroju w Polsce a zmiany w życiu polskiej socjologii [w:] Społeczeństwo polskie, red. B. Synak, Gdynia 1992, s. 16.
  20. E. Mokrzycki, Socjologia w filozoficznym kontekście, Warszawa 1990, s. 15.
  21. J. Ochorowicz, Psychologia – Pedagogika – Etyka. Przyczynki do usiłowań naszego odrodzenia narodowego, Warszawa 1917, s. 222.
  22. J. Tarkowski, Władza i społeczeństwo w systemie autorytarnym, Warszawa 1994, s. 264.
  23. K. Kalinowska, Jacek Woroniecki o społeczeństwie i państwie, Lublin 2005, s. 114.
  24. J. Woroniecki, Życie religijne współczesnej polskiej inteligencji, „Prąd” 1926, nr 1.
  25. S. Brzozowski, Legenda Młodej Polski. Studia o strukturze duszy kulturalnej, Lwów 1909, s. 97.
  26. S. Szczepanowski, Pisma i Przemówienia, t. 1, red. H. Szczepanowska, A. Plutyński, Lwów 1907, s. 181.
  27. J. Turowicz, Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1957, październik.
  28. H. Rzewuski, Wędrówki umysłowe & mieszaniny umysłowe, Kraków 2010, s. 27.
  29. Idem, O dawnych i teraźniejszych prawach polskich, Kraków 1855, s. 14.
  30. W. Dzieduszycki, Mesjanizm polski a prawda dziejów, Kraków 1901, s. 131.
  31. W.E. Houghton, Victorian Anti-Intellectualism, „Journal of the History of Ideas” 1952, vol. 13, no. 3.
  32. J. Barzun, op. cit., s. 4.
  33. M. Kozak, Co wymyśli chodnik, czyli polska atrapa rozwoju, „Gazeta Wyborcza”, 30.05.2015.

Amerykański Zola czasów Wielkiego Kryzysu

Paul Thomas Anderson, twórca kultowej „Magnolii”, nakręcił w 2007 roku film „Aż poleje się krew” („There Will be Blood”), oparty dość luźno na motywach powieści „Nafta” Uptona Sinclaira. Tym samym przywrócił częściowo pamięć o tym cenionym, popularnym w swoim czasie prozaiku.

Sinclair, syn uzależnionego od alkoholu handlarza spirytualiami i purytańskiej matki, członkini anglikańskiego Kościoła Episkopalnego, był przez wiele lat – i właściwie jest nadal – twórcą dość mocno zapomnianym. Ten wnikliwy obserwator i kronikarz, a przede wszystkim świadek początków amerykańskiej ery „religii dolara”, w swoich powieściach opisywał stosunki pracy panujące w Stanach Zjednoczonych w okresie budowania potęgi przemysłowej i politycznej. Jego powieści – a napisał ich prawie setkę, nie licząc nowel, opowiadań i esejów – są doskonałą analizą kapitalistycznego systemu i kultu pieniądza, który Amerykanie „wypromowali” później na cały glob. Za jego największe osiągnięcie uznaje się „Grzęzawisko” („The Jungle”, 1906, wyd. pol. 1907, 1949), opowieść o imigrantach z Europy Środkowo-Wschodniej pracujących w zakładach przemysłowych Chicago, będącą doskonałym portretem wyzysku robotników i fatalnych warunków pracy. Wydźwięk powieści był szeroki: prezydent USA Theodore Roosevelt po przeczytaniu fragmentów „Grzęzawiska” opisujących ubojnie i rzeźnie nakazał komisarzowi ds. pracy udać się do Chicago w celu zbadania urządzeń do pakowania mięsa.

„Nafta” powstała w najlepszym dla Sinclaira okresie. Opublikował wówczas również powieści „Boston”, „Mokra parada”, „Służba państwowa” czy „Rzymskie wakacje” (nie mylić z filmem Williama Wylera pod tym samym tytułem), a także ważne eseje krytycznoliterackie: analizę współczesnej literatury „Money Writes!” (1927) oraz dwutomowy „Mammonart. An Essay on Economic Interpretation” (1925). Ten ostatni, z dzisiejszego punktu widzenia pionierski, jest szczególnie wart uwagi. Sinclair analizuje tu w całej historii literatury motywy, w jego rozumieniu, socjalistyczne – czy, jak określilibyśmy je dziś szerzej, lewicowe – poczynając od Homera poprzez Dantego i Boccaccia, kończąc na Jacku Londonie i Anatolu France’u. Cała sztuka to propaganda – pisał Sinclair – a samo słowo jest neutralne, nie pejoratywne, więc każdy artysta swoją twórczością świadomie lub nieświadomie poszerza opis obrazu świata. Ci artyści jednak, którzy odnosili sukcesy, przedstawiali świat tak, jak chcieli tego rządzący. Celem Sinclaira było stworzenie „alternatywnego tekstu kultury”, który pokazywałby dzieje ludzkości poprzez literaturę i sztukę nie z punktu widzenia elit, ale zwykłego człowieka.

Różnie można oceniać wnioski autora: na przykład w rozdziale o Szekspirze Sinclair chwali jego umiejętność żonglowania słowem, jednak stwierdza, że wielki talent „zwolnił go od myślenia”, z czym z pewnością nie zgodziłoby się wielu szekspirologów. W rozdziale o Dickensie natomiast pisze o jego unikalnym wkładzie we „wmuszanie w arystokratyczne i elitarne dziedziny sztuki rewolucyjnego pojęcia, iż biedni i zdegradowani są tak samo interesujący, jak bogaci i godni szacunku”.

Sinclair nie pochodził z dołów społecznych. Jego rodzina należała do białej arystokracji z Południa, lecz utraciła wszelkie dobra podczas wojny secesyjnej. Młody pisarz, rozczarowany i pozbawiony złudzeń co do istoty funkcjonowania państwa, został socjalistą. Zaczynał od pisania raczej drugorzędnych opowiadań i powieści przygodowych, dopiero później pod wpływem popularnego wówczas naturalizmu zwrócił się ku ambitniejszej epice opierającej się na realistycznym opisie rzeczywistości. Wielkie wrażenie na młodym Sinclairze robiły powieści Emila Zoli oraz mało znanego w Polsce amerykańskiego pisarza Franka Norrisa. Warto tu uczynić małą dygresję na rzecz tego ostatniego: jego powieść „McTeague” (1899), naturalistyczna historia życia nieudanego małżeństwa górnika-imigranta opanowanego przez destrukcyjną żądzę pieniądza, stała się podstawą do stworzenia monumentalnego, początkowo dziesięciogodzinnego, a ostatecznie pociętego przez hollywoodzkich producentów filmu Ericha von Stroheima „Chciwość” („Greed”, 1924). Już u zarania XX wieku powieść Norrisa i film von Stroheima opowiadały o zazdrości, nędzy i chciwości prowadzącej do przemocy i mordu jako efektach społeczeństwa kapitalistycznego podzielonego klasowo i nastawionego za wszelką cenę na zysk.

Wróćmy do Sinclaira. W powieści „Boston” (wyd. pol. 1929, 1931, 1949, 1957) autor zaangażował się w obronę skazanych na śmierć anarchistów Ferdinando Sacco i Bartolomeo Vanzettiego. Do tej swoistej „powieści dokumentalnej” przeprowadził drobiazgowe i skrupulatne przygotowania, m.in. dwukrotnie rozmawiał z Vanzettim.

Innym znaczącym wydarzeniem w życiu Sinclaira była współpraca z radzieckim geniuszem kina Siergiejem Eisensteinem. Autor „Pancernika Potiomkina” na początku 1930 roku, podczas swojej wyprawy dookoła świata, znalazł się w USA na zaproszenie Jesse Louisa Lasky’ego, producenta związanego z Paramount Pictures. Propozycje Eisensteina obejmowały sfilmowanie „Amerykańskiej tragedii” Dreisera, biografii „handlarza śmiercią” Basila Zaharoffa, rozpoczęcie zdjęć do „Sutter’s Gold” na podstawie „Złota” Blaise Cendrarsa czy ekranizacji komedii „Żołnierz i bohater” George’a Bernarda Shawa, a nawet „Ulissesa” Joyce’a! Słysząc jego pomysły, producenci zaczęli się obawiać, że zamiast oszałamiających – a jakże – przebojów kasowych, zobaczą oszałamiające komunistyczne agitki, które być może zawrócą w głowach spokojnych i uczciwych amerykańskich obywateli. Eisensteina ostatecznie odsunięto od wszystkich projektów, a on sam zapalił się do nakręcenia filmu o historii Meksyku. Dzięki znajomości z Charliem Chaplinem poznał Uptona Sinclaira, który podziwiał, a wręcz uwielbiał twórczość autora „Października”. Zgodził się w całości sfinansować ten projekt, pozostawiając Eisensteinowi całkowicie wolną rękę w doborze środków artystycznych. Gdy radziecki reżyser wraz z towarzyszącym mu Grigorijem Aleksandrowem i operatorem Eduardem Tisse przystąpili do zdjęć, po krótkim czasie wiadomo było, że gargantuiczne plany nie mają szans powodzenia. Eisenstein, podobnie jak von Stroheim, nie umiał pohamować twórczej wyobraźni, przez co projekt rozrastał się do rozmiarów trudnych do opanowania w realiach kapitalistycznego rynku (należy pamiętać, że w Rosji Radzieckiej filmy finansowało w całości państwo). Sinclair i Mexican Film Trust byli zmuszeni wstrzymać zdjęcia. Sam film zatytułowany „Niech żyje Meksyk!” („¡Que viva México!”, 1932, premiera: 19791) wszedł jednak na ekrany. Nawet nieukończony, i w wersji dalekiej od zamysłu reżysera, robił wrażenie. Siła obrazów była na tyle przekonująca, witalna i ekspansywna, że okazała się fundamentem rozwoju rewolucyjnego kina meksykańskiego, kubańskiego czy brazylijskiego, odbijając się echem również w USA, czego dowodem stała się późniejsza „Sól ziemi” („The Salt of the Earth”, 1954) Herberta J. Bibermana2. „Niech żyje Meksyk!” był jedną z inspiracji kierunku filmowego Cinema Novo w krajach latynoamerykańskich w latach 60. XX wieku, z którego następnie wykluł się ruch filmowy Tercer Cine (pol. trzecie kino) – antykolonialny lewicowy głos filmowców i pisarzy obejmujący cały Trzeci Świat.

Powieść „Nafta” („Oil!”, 1927, wyd. pol. 1930, 1946, 1949) składa się z kilku wątków i kilkunastu postaci, będących typami bohaterów ułatwiających autorowi ilustrację tezy: głównymi postaciami są Paul Watkins, syn biednego hodowcy owiec, który staje się przywódcą strajku, podczas gdy jego przyjaciel Bunny Rose dochodzi do pozycji naftowego multimilionera. Różnicą między powieścią Sinclaira a „bohaterami typowymi” prozy okresu socrealizmu jest wnikliwy psychologizm. Podobnie jak w „Nafcie”, tak i w innych powieściach Sinclaira mamy do czynienia ze świadomym siebie i opisywanej rzeczywistości autorem, który konstruuje świat powieściowy, wychodząc od opisu realnych stosunków w społeczeństwie kapitalistycznym. Tworzy postacie prawdziwe, to znaczy bazujące na realnych psychologicznie zachowaniach ludzkich i wydarzeniach. Krytyka systemu kapitalistycznego i kultu pieniądza jest u niego poprowadzona solidnie i rzeczowo dzięki wiarygodnym postaciom, w przeciwieństwie do powieści socrealistycznych (szczególnie powstałych w krajach bloku sowieckiego), w których propagandowa teza, narzucona z góry przez kierownictwo partii komunistycznej, usprawiedliwia płycizny fabularne, brak dbałości o realia i fałszywe psychologicznie postacie.

Uwaga ta jest niezbędna z dwóch powodów. Nazbyt często wrzuca się dziś do jednego worka kłamliwe propagandowe produkcyjniaki „made in ZSRR” z uczciwymi powieściami będącymi wiernymi zapisami rzeczywistości, autorstwa pisarzy lewicowej proweniencji. Sinclair osobiście określał się jako socjalista i był członkiem Amerykańskiej Partii Socjalistycznej, a nawet kandydował z ramienia Partii Demokratycznej na stanowisko gubernatora Kalifornii, jednak mimo pewnych sympatii nigdy nie popierał wprowadzenia sowieckiego komunizmu na teren amerykański, jak czynili to np. Isadora Duncan czy John Reed. Drugim powodem jest dzisiejsza nieznajomość tendencji panujących wówczas w literaturze amerykańskiej, o czym między innymi wspomina Jim Feast: „Literatura amerykańska zawsze była podzielona między autorów, którzy zajmowali się elitami, a drugą grupę, która koncentrowała się na klasie robotniczej. W okolicach 1900 roku, gdy Jack London i Theodore Dreiser opisywali podklasy, Henry James i Edith Wharton koncentrowali się na wyższych warstwach. Należy jednak pamiętać o jednej ważnej rzeczy: dwoje ostatnich autorów było mocno krytycznych wobec własnej pozycji klasowej. […] W całej amerykańskiej historii literatury elitarni pisarze, począwszy od Fitzgeralda w latach 20. do Johna Cheevera i Mary McCarthy w latach 60., nie żałowali bata i kija, przedstawiając bogatych i ich otoczenie. Później pojawił się neoliberalizm i korporacyjna kontrola kultury stała się o wiele bardziej restrykcyjna. We współczesnej powieści nastąpiła zmiana. Podczas gdy ci, którzy przedstawiają niższe klasy […], nadal piszą uczciwie i kompetentnie, pisarstwo związane z elitami, uwiązane przez korporacyjnych wydawców, upadło”3.

Pisarstwo Sinclaira obejmowało, oprócz wspomnianych zagadnień, obszerną tematykę: ciężkie warunki pracy w kopalniach („Król Węgiel”, 1917, wyd. pol. 1931, 1947, 1948), strajki robotnicze („Little Steel”, 1938), wojnę hiszpańską („No Pasaran! A Novel of the Battle of Madrid”, 1937, „Wide is the Gate”, 1943), przemysł samochodowy („The Flivver King: A Story of Ford-America”, 1937), faszyzm („Dragon’s Teeth”, 1942), korupcję („Baron przemysłowy”, 1906, wyd. pol. 1949), życie elit finansowych („Stolica”, 1908, wyd. pol. 1932), margines społeczny („Kryminalista”, 1912, wyd. pol. 1928), analizę ruchów religijnych w USA przed I wojną światową („The Profits of Religion: An Essay in Economic Interpretation”, 1917), manifest antywojenny („Jimmie Higgins”, 1919, wyd. pol. 1922, 1949), idee chrześcijańskie („Nazywają mnie cieślą”, 1922, wyd. pol. 1928), walkę klasową („100%”, 1920, wyd. pol. 1936), dietę wegańską i wegetariańską („The Fasting Cure”, 1911) i wiele, wiele innych. Proza i eseistyka obejmuje niemal wszystkie tematy najważniejsze dla amerykańskiego społeczeństwa, a liczba napisanych i opublikowanych książek sprawia, że Sinclair jest kimś w rodzaju amerykańskiego Zoli czy Balzaca. Problemem jego pisarstwa była frenetyczna wręcz produktywność, przez którą niekiedy cierpiały styl, fabuła i konstrukcja utworów. Jednak mimo pogoni za doraźnością i ujmowaniem tematów „na gorąco” Sinclair nigdy nie schodził poniżej pewnego, świetnego zresztą, poziomu pisarstwa.

Cóż jeszcze można o nim rzec? Ano bardzo wiele. Podobnie jak spora była liczba książek, które napisał i opublikował, tak i jego życie pełne było wrażeń, podróży, spraw, w które się angażował. Przyjaźnił się z takimi ludźmi, jak Mark Twain, Jack London, Henry Ford, Tomasz Mann, Herbert G. Wells, Theodore Roosevelt, Franklin Roosevelt, Albert Einstein, Charlie Chaplin, Albert Camus, Carl Gustav Jung czy wspomniany Siergiej Eisenstein. Do tej pory ukazało się kilkanaście biografii pisarza z Baltimore, bo żadna nie wyczerpuje bogatego materiału, z którym stykają się biografowie.

W dzisiejszej Polsce wiedza o twórczości Sinclaira jest równa zeru. Ostatnia jego powieść ukazała się na naszym rynku w 1957 roku. Od tamtej pory cisza obejmuje nie tylko publikacje, ale i krytykę literacką. W okresie od 1907 roku, kiedy „The Jungle” ukazało się u nas jako „Trzęsawisko”, publikowano go regularnie w wielkich nakładach aż do wczesnych lat po II wojnie światowej. Książki powojenne można z łatwością odnaleźć w rozsądnych cenach, na te przedwojenne trzeba trochę polować, ale są czasem dostępne w bibliotekach. Co zabawne, nie jest to wcale lektura „nudna i trudna”, przeciwnie: powszechna opinia głosi, że Sinclair miał lekkie pióro, lecz po porzuceniu wczesnego etapu, gdy tworzył powiastki przygodowe do gazet, nie ocierał się już o czytadła. Atrakcyjność jego powieści wynikała przede wszystkim z poruszania ważnych problemów społecznych i politycznych, a także z plastycznego opisu środowisk, które przedstawiał, oraz z realistycznej psychologii postaci i ich różnorodności. Gnany ideą naprawy świata, umiał jednocześnie cyzelować pisarski styl, uczyć się na błędach. Chyba tylko przez nadmierną liczbę publikacji trudno dzisiaj wskazać bezsprzecznie powieść będącą „kamieniem milowym” literatury amerykańskiej. Trzeba traktować jego twórczość i życie całościowo.

Autor „Grzęzawiska” nie był może literackim innowatorem w zakresie formy czy też geniuszem stylu na miarę Theodore Dreisera („Tragedia amerykańska”), Eugene’a O’Neilla (niedokończony cykl jedenastu sztuk „Opowieść o właścicielach bez własności”), Francisa Scotta Fitzgeralda („Wielki Gatsby”) czy Johna Steinbecka („Na wschód od Edenu”), którzy również, jak sam Sinclair, w swoich epickich dziełach analizowali i poddawali krytyce psychologiczne uwarunkowania powstawania wielkich fortun, mechanizmy rozwoju monopoli, produkcji i handlu, a przede wszystkim powiązania i przenikanie się sfer gospodarki i władzy w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Dzisiaj moglibyśmy powiedzieć, że Upton Sinclair to „lewicowy pisarz populistyczny”, lecz w dobrym znaczeniu tego słowa: poczytny, powszechnie dostępny, uderzający w sedno problemów społecznych. Jego książki w okresie międzywojennym, zarówno w USA jak i w Polsce4, osiągały olbrzymie nakłady. Przez prostotę języka i wagę podejmowanych tematów był czytany przez wszystkich, od elitarnych naukowców po gospodynie domowe i bezrobotnych.

W zalewie hermetycznego akademickiego bełkotu, niezrozumiałego już nawet dla samych autorów, wobec powracających co jakiś czas fal narzekań na „upadek autorytetów”, kpin z „literatury zaangażowanej” czy załamywania rąk nad „dydaktyzmem” i „moralizatorstwem” dawnej-niedawnej wielkiej epiki, powieści Uptona Sinclaira mogą być nie tylko odtrutką, lecz także jednym z wielu wzorów i kierunków w przebogatej bibliotece ludzkiej wiedzy zawartej w literaturze. Pytania, które często zadają w Polsce krytycy literaccy, brzmią: czy w czasach sms-ów, czatów, tweetów i temu podobnych wielka epika opisująca świat ma jeszcze prawo bytu? Czy ma prawo być tworzona w świecie wszechobecnej ironii jako estetycznej odpowiedzi (czyt. ucieczki) na złożone problemy ludzkiego świata? Moja odpowiedź brzmi: tak. A czy świat opisywany przez Sinclaira, Londona, Fitzgeralda, Twaina i innych koryfeuszy literatury amerykańskiej przestał istnieć? Nie, bo nie zmienił przecież wewnętrznego mechanizmu swojego funkcjonowania. Zmieniły się jedynie dekoracje.

Jacek Żebrowski

Przypisy:

  1. Pierwsza wersja filmu została zmontowana przez amerykańskich producentów w 1934 roku i w formie podzielonej na trzy części pokazana w kinach. Druga wersja, bliższa zamierzeniom reżysera, została zmontowana przez Marie Seton, asystentkę Eisensteina, i wyświetlona jako „Time in the Sun” (1939). Dopiero w 1979 roku, po przesłaniu oryginalnych taśm do ZSRR, film miał premierę jako „Niech żyje Meksyk!”. Montażu dokonał Grigorij Aleksandrow, a wersja ta jest dzisiaj uznawana za oficjalną i pokrywającą się ze scenopisami i pomysłami Eisensteina. Istnieje również wersja Olega Kowalowa z 1998 roku, a od kilku lat trwają prace nad kolejną rekonstrukcją.
  2. O filmie Sól ziemi piszę w artykule Gorzka sól, „Inny Świat” 2016, nr 1(45).
  3. J. Feast, Anti-Anarchism. The Denigration of Anarchism in High Art Fiction, https://www.fifthestate.org/archive/396-summer-2016/anti-anarchism/.
  4. W Polsce jego książki były publikowane głównie przez największe w międzywojniu wydawnictwo „Rój”.

Turcja: od kemalizmu – dokąd?

Jeżeli wierzyć Wyspiańskiemu, już na początku XX wieku na wiejskim weselu można było usłyszeć pytania polityczne, a nawet geopolityczne. Epoka popkultury również przynosi zabawne koincydencje – emisja niezwykle popularnego w Europie Południowej i Środkowo-Wschodniej serialu „Wspaniałe stulecie”, przedstawiającego baśniową wizję złotej epoki państwa osmańskiego, zbiegła się z przekształceniem Turcji z pewnej stałej w polityce międzynarodowej, jaką była od wielu dekad, w wielkie pytanie, być może najważniejsze poza basenem Pacyfiku.

Chociaż Polska teoretycznie jest oddzielona od strefy bezpośredniego oddziaływania Ankary wieloma państwami, nie można nie zauważyć, że z uwagi na kryzys Unii Europejskiej, niepewny status NATO i obecności amerykańskiej w Europie, drogi transportu surowców, kwestię migracyjną i wreszcie – rolę Rosji w całej tej sprawie, Turcja ma potencjał wywierania bardzo bezpośredniego wpływu również na naszą sytuację.

Antecedencje

Dzieje Imperium Osmańskiego są w Polsce dość dobrze znana. Przyczyną jest mocne splecenie historii obu państw, które z perspektywy czasu wypada ocenić jako raczej fatalne: wyczerpujące politycznie i militarnie z powodu nieustannego konfliktu oraz kierujące (wraz z mitem sarmackim) wyobraźnię ku Orientowi i jeszcze bardziej oddalające trajektorię rozwoju od Zachodu.

Obydwa państwa, które pojawiły się w życiu politycznym Europy w podobnym czasie, równocześnie przeżyły ogromny rozkwit terytorialny, równolegle też podupadały. Rzeczpospolitą upadek kosztował całkowite zniknięcie, Turcję – utratę kolejnych posiadłości. Od imperium rozciągającego się w okresie największego zasięgu równoleżnikowo od Algierii po Morze Kaspijskie, a południkowo od południowej Ukrainy po Somalię, zaczęły wskutek rywalizacji z Rosją – która zastąpiła Rzeczpospolitą jako główny współzawodnik na wschodzie – i Anglią oraz Francją na zachodzie i południu odpadać kolejne prowincje czy kraje zależne. W chwili wybuchu I wojny światowej „chory człowiek Europy” był już całkowicie wypchnięty z Afryki i niemal całkowicie z Europy, pozostawały mu wyłącznie terytoria w Azji Mniejszej i posiadłości arabskie. Wynikało to z niezdolności archaicznej struktury cywilizacyjnej i państwowej do efektywnego współzawodnictwa. Potrafiła ona bowiem absorbować tylko niewielką część zdobyczy pochodzących z przodującego Zachodu. Kluczowe znaczenie miała również bardzo słaba oferta dla mozaiki narodów i religii tworzących imperium. Część elit co prawda miała dostęp do bajecznych nieraz karier w Stambule, dla wielu podbitych społeczności, w szczególności nieislamskich, osmańskie panowanie oznaczało jednak niewiele więcej niż ucisk, w miarę słabnięcia centrum coraz mniej znośny.

Wielka Wojna była kolejnym dowodem nieefektywności państwa osmańskiego. Mimo prób reform wewnętrznych i modernizacji, których wyrazem była rewolucja młodoturecka z 1908 roku, było ono zdolne prowadzić walkę tylko dzięki znaczącemu wsparciu niemieckiemu w postaci materiału wojennego i przede wszystkim wyszkolonego personelu. Znalazło się jednak po przegranej stronie. Szczęściem w nieszczęściu, zapobiegającym stoczeniu się Turcji do poziomu małego peryferyjnego kraiku pozbawionego istotnego znaczenia, było załamanie się, w wyniku tej samej wojny, Rosji, aspirującej do panowania nad niegdysiejszym Konstantynopolem, Bosforem i Dardanelami. Sytuacja Turcji po przegranej koalicji, której stanowiła część, była jednak mimo tego niezwykle ciężka. Rządzona przez Eleutheriosa Venizelosa i wspierana przez mocarstwa zachodnie ekspansywna Grecja zgłaszała w duchu Megali Idea bardzo daleko idące roszczenia do terenów położonych nad cieśninami i dalej w Azji Mniejszej. Traktat zawarty przez sułtanat w sierpniu 1920 roku w Sèvres nie szedł tak daleko, jednak w praktyce jego realizacja oznaczałaby przekształcenie Turcji w ograniczony terytorialnie protektorat mocarstw. Mimo wszystko Grecja, której cele wykraczały daleko poza granice traktatowe, okazała się zbyt słaba, aby wygrać wojnę, a potęgi zachodnie, zmęczone właśnie zakończonym konfliktem światowym, poczęły prowadzić własne niespójne polityki. Turcji udało się ograniczyć straty. Traktat w Lozannie z 1923 roku potwierdzał odłączenie posiadłości arabskich, ale także władzę (choć z przeważnie formalnymi, jak się okazało papierowymi, ograniczeniami) Turcji nad cieśninami i suwerenność wewnętrzną. Warte odnotowania jest, że Turcja w trakcie wojny z Grecją otrzymała po raz pierwszy od kilkuset lat (wyjąwszy epizod wsparcia przeciw zbuntowanemu włodarzowi Egiptu, Muhammadowi Alemu, z 1833 roku) wyraźne wsparcie od formy państwowości rosyjskiej, jaką była Rosja Sowiecka.

Niekorzystny wynik I wojny światowej, podsumowujący ciąg porażek, spowodował również zmianę formy państwowości tureckiej. Odpadnięcie zdobyczy terytorialnych w połączeniu z czystkami etnicznymi (masakra Ormian, powojenna wymiana ludności z Grecją) podmyło fundamenty wieloetnicznego imperium, które z konieczności musiało opierać się na patriotyzmie państwowym, wzmacnianym w odniesieniu do muzułmanów używaniem przez sułtana tytułu kalifa. Z wojny jednak wyłoniło się państwo, które naginając rzeczywistość poprzez pominięcie kwestii kurdyjskiej, można było uznawać za praktycznie monoetniczne. W tym stanie rzeczy wybitny dowódca wojskowy i premier niepodległościowego rządu republikańskiego Mustafa Kemal Pasza, którego wydarzenia wyniosły na pozycję faktycznego władcy Turcji, zainicjował radykalną transformację kraju, kontynuując część idei ruchu młodotureckiego, do którego należał. Zniesiono ostatecznie sułtanat, na piedestał wyniesiono stłumioną w imperium osmańskim tureckość, interpretowaną w duchu nacjonalistycznym, a wręcz palingenetycznym, skoro uznano, że sam język wymaga oczyszczenia z obcych wpływów i wprowadzenia nowego alfabetu. Państwo zostało gruntownie zsekularyzowane, wprowadzono laickie sądownictwo oraz szkolnictwo, wyeliminowano elementy obyczajowości takie jak np. wielożeństwo. Republikański ustrój opierał się w praktyce na osobistej władzy Mustafy Kemala, bazującej na podporządkowanej mu armii, był też de facto monopartyjny. W gospodarce Turcja podążała swoistą trzecią drogą, w znacznej mierze wzorując się na polityce sowieckiej okresu przedstalinowskiego: stosowała odgórną industrializację i interwencjonizm państwowy, jednak bez likwidacji prywatnej własności. W polityce zagranicznej z kolei zasadą dominującą stał się praktyczny izolacjonizm. Turcja blisko współpracowała z Niemcami i Związkiem Sowieckim, pozostawała w dobrych stosunkach z Polską (zezwalając na funkcjonowanie na swoim terytorium ruchu prometejskiego i kupując polskie uzbrojenie), utrzymując jednak co do zasady neutralność i nie angażując się w sojusze międzynarodowe, z wyjątkiem krótkotrwałego epizodu Ententy Bałkańskiej skierowanej przeciwko włoskiej ekspansji.

Przez większość II wojny światowej Turcji udawało się lawirować między walczącymi blokami, handlując z oboma i czerpiąc korzyści w postaci m.in. dostaw sprzętu wojskowego. Pewien zakres współpracy z Osią (zezwolenie na ruch jednostek wojskowych przez cieśniny, życzliwe podejście do animowanego przez Niemcy anstysowieckiego ruchu narodów kaukaskich i turańskich) nie przekroczył jednak progu wysokiego zaangażowania i Turcy mogli, kiedy stało się to polityczną koniecznością, bez strat przystąpić do obozu alianckiego, zrywając w sierpniu 1944 roku stosunki z III Rzeszą, a w lutym 1945 roku wypowiadając jej wojnę (acz było to posunięcie wyłącznie formalne). Wejście zasadniczej części Bałkanów w orbitę wpływów sowieckich, wraz z odnowieniem na konferencji poczdamskiej tradycyjnych postulatów polityki rosyjskiej w postaci żądania osadzenia w Dardanelach eksterytorialnej bazy marynarki wojennej ZSRS oraz dodatkowych pretensji terytorialnych spowodowało jednak, że atatürkowski izolacjonizm stał się niemożliwy do utrzymania. W zaistniałym stanie rzeczy władze Turcji postawiły na przejście do obozu prozachodniego, czego wyrazem stał się udział w wojnie koreańskiej po stronie sił ONZ i przystąpienie w 1952 roku do NATO. Równolegle dokonano otwarcia systemu politycznego przez wprowadzenie w 1946 roku realnej wielopartyjności.

Kolejne lata oznaczały ugruntowanie prozachodniej orientacji Turcji w polityce zagranicznej, w wewnętrznej natomiast – dominację kemalizmu, którego strażnikami były armia i siły bezpieczeństwa. Funkcja strażników okazała się niezbędna z uwagi na – z jednej strony – nieuchronną powierzchowność reform dokonywanych metodami inżynierii społecznej, którym trudno było zapuścić korzenie poza warstwą instytucjonalną, a z drugiej – wspomniane otwarcie systemu politycznego, wskutek którego partie polityczne uzyskały realne znaczenie. Już pierwszy zamach stanu z 1960 roku miał, obok sporu o kierunki polityki zagranicznej oraz gospodarczej, podłoże kulturowe – obalono rząd Partii Demokratycznej, przychylniejszej wobec obecności w życiu politycznym praktyk wywodzących się z islamu. Ostrze kolejnego, który nastąpił w 1971 roku, było skierowane m.in. przeciw otwarcie odrzucającej kemalizm islamskiej Partii Nowego Porządku, wyrosłej z ruchu Millî Görüş (Narodowa Wizja), postulującej również rozluźnienie więzi z Zachodem i powrót do neoosmańskiej wizji Turcji jako lidera świata islamskiego. Zabezpieczenie świeckiej republiki było podnoszone również jako jeden z motywów puczu z 1980 roku. Represje nie spowodowały jednak uwiądu ruchów kontynuujących wizje Millî Görüş, wyrażających idee odrzucane co prawda przez zokcydentalizowane, wielkomiejskie elity wojskowe, urzędnicze i kulturalne, ale podzielane przez masy ludności prowincjonalnej.

Doprowadziło to w 1996 roku do objęcia rządów przez Necmettina Erbakana, lidera Partii Dobrobytu (wcześniej przewodził on delegalizowanym po kolei ugrupowaniom islamskim i antyzachodnim). Polityka jego gabinetu reprezentowała opisane wcześniej tendencje. Na płaszczyźnie wewnętrznej dążyła do osłabienia laickiego modelu państwa, na zewnętrznej zmierzała do nawiązania na antyzachodniej podstawie bliskich stosunków z państwami (Iran, Libia) i organizacjami (Hamas, Bractwo Muzułmańskie) świata islamskiego – mimo zaniechania ze względów wewnątrzpolitycznych dalej idących planów, obejmujących m.in. osłabienie więzi z NATO, zerwanie faktycznego aliansu z Izraelem i wypowiedzenie umowy celnej z UE. Również ten rząd został rychło, bo już w 1997 roku, zmuszony do ustąpienia z powodu presji wojska, a kolejna partia Erbakana została zdelegalizowana.

Wspominane interwencje wojska sprawiały, że mimo wszystkich meandrów wewnętrznych Turcja pozostawała krajem wyraźne laickim, w którym polityczny islam pozostawał nurtem podskórnym, natomiast w polityce zagranicznej interwencje te gwarantowały prozachodniość. Turcja przez lata Zimnej Wojny pozostawała, mimo konfliktu z Grecją na tle kwestii cypryjskiej, pewnym elementem NATO, rozbudowując armię do wysokich stanów liczebnych i niezłego poziomu jakościowego dzięki szeroko zakrojonej pomocy militarnej sojuszników. Ankara konsekwentnie wspierała amerykańską politykę na Bliskim Wschodzie, unikając jednak bezpośredniego zaangażowania militarnego w prowadzone operacje, pozostawała też, jak nadmieniono wyżej, w nieformalnym sojuszu z Izraelem. W 1987 roku złożyła wniosek o członkostwo w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej. Perspektywy w tym zakresie były jednak od samego początku niejasne z wielu względów. Jednym z nich była odmienność Turcji pod względem kulturowym – zarówno w aspekcie najbardziej oczywistym, wynikającym z innego tła religijnego, jak i politycznym. System formalnie demokratyczny, jednak z często uruchamianym wojskowym bezpiecznikiem, zdecydowanie nie pasował do standardów europejskich. Turcja była też bardzo uboga. Jej PKB per capita w 1987 roku był trzykrotnie niższy od średniej „starej” europejskiej dwunastki i niemal dwukrotnie niższy niż grecki czy hiszpański. Ustępował nawet analogicznym wskaźnikom Polski i Bułgarii. Dochodził do tego konflikt z Kurdami, których uśpiona jeszcze w latach 20. świadomość narodowa obudziła się, co zaowocowało dążeniami do emancypacji i działaniami zbrojnymi o skali i poziomie brutalności znacznie przekraczającymi to, co Europa znała nawet z Irlandii Północnej czy kraju Basków. Wskutek tego wszystkiego rozmowy akcesyjne były bardzo powolne i niekonkluzywne.

Skąd wziął się Erdoğan

Lata 90. nie były dla Turcji okresem korzystnym. Znaczyły je kryzysy finansowe, powtarzające się w latach 1994, 1999 i 2001 (każdy z nich skutkował spadkami PKB rzędu 5%), wzrost bezrobocia, spadek realnych płac, galopująca inflacja wynosząca w tej dekadzie średnio 78%. Wewnętrzna sytuacja polityczna była niestabilna, klasa polityczna coraz bardziej traciła wiarygodność, a kemalistowska ideologia państwowa stawała się archaicznym zbiorem sloganów bez realnej treści. Otwierało to drogę do władzy siłom obiecującym zmianę. Przedterminowe wybory w 2002 roku wygrała (uzyskując 34% głosów, ale dzięki kształtowi ordynacji wyborczej aż 66% miejsc w parlamencie) utworzona rok wcześniej Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) pod przywództwem Recepa Tayyipa Erdoğana. Formacja ta stanowiła kolejną po zdelegalizowanej Partii Cnoty kontynuację Partii Dobrobytu, której prominentnym działaczem był Erdoğan (z jej ramienia sprawował funkcję burmistrza Stambułu). Hasła, z jakimi szła do władzy nowa AKP, były umiarkowane – złagodzono retorykę islamską, wygaszono antyzachodnią, deklarowano dążenie do członkostwa w UE (w istocie w 2005 roku rozpoczęto formalne rokowania akcesyjne). Lata rządów partii Erdoğana oznaczały dla Turcji stabilny i znaczący wzrost gospodarczy. PKB kraju między 2002 a 2012 roku wzrosło o 62% (dla porównania między 1992 a 2002 – o 32%), poprawiła się jakość usług publicznych, wzrosła zamożność społeczeństwa. Czynniki te sumarycznie składały się na niewątpliwy skok cywilizacyjny.

Nie powinno zatem dziwić, że partia wygrywała z przewagą kolejne wybory w latach 2007 i 2011, za każdym razem uzyskując większość bezwzględną. Jednocześnie przeobrażała kraj, demontując wojskowe zabezpieczenie kemalizmu, w czym wydatnie pomogły negocjacje z UE i dostosowywanie prawa do norm tej organizacji. W rezultacie w 2012 roku ustanowiono cywilną kontrolę nad armią i usunięto z jej regulaminu wewnętrznego obowiązek ochrony zdefiniowanej przez konstytucję republiki, stanowiący formalny tytuł do podejmowania opisanych powyżej ingerencji w politykę. Równolegle rządy AKP przywracały stopniowo islamowi pozycję w sferze publicznej, jakiej pozbawił go kemalizm. Urząd kontroli religii Diyanet przekształcono w środek jej promocji finansowanej przez państwo – z budżetem przekraczającym półtora razy lub dwukrotnie środki przyznawane MSW czy Ministerstwu Zdrowia. Nastąpił dynamiczny rozwój szkolnictwa religijnego. Podjęto także kroki symboliczne – zniesienie ograniczeń dotyczących noszenia chust przez kobiety w instytucjach państwowych, przywracanie funkcji meczetów dawnym kościołom bizantyjskim przekształconym w muzea.

W dziedzinie wizji polityki zagranicznej następowało dowartościowywanie osmańskiej imperialnej przeszłości i związków z Bliskim Wschodem. Kierownictwo AKP sięgnęło po koncepcje opracowane przez profesora stosunków międzynarodowych Ahmeta Davutoğlu, wyniesionego później do najwyższych stanowisk państwowych (w 2009 roku – minister spraw zagranicznych, w 2014 roku – premier). Głosił on zmierzch dominacji Stanów Zjednoczonych i cywilizacji zachodniej, perspektywiczne wyniesienie do adekwatnej roli starych, tradycyjnych mocarstw (w tym Turcji), konieczność rozluźnienia przez Ankarę związków z Zachodem oraz porzucenia mentalności określanej jako „peryferyjna”. Celem miał być status globalnego mocarstwa, uzyskany m.in. dzięki pogłębieniu współpracy w szczególności, choć nie tylko, z krajami bliskowschodnimi i państwami pozostałej części świata islamskiego (vide działania na forum Organizacji Współpracy Islamskiej, której sekretarzem został Ekmeleddin İhsanoğlu) oraz unikaniu uzależnienia od któregokolwiek z koryfeuszy światowej polityki, jakie dotychczas występowało w relacjach Turcji z USA i UE (miałyby one zostać zrewidowane i przekształcone w kierunku uzyskania przez Ankarę podmiotowości). Wyraźnym znakiem nowego podejścia było zajęcie zdecydowanie negatywnego stanowiska wobec działań Izraela podczas konfliktu w strefie Gazy na przełomie lat 2008/2009, co wraz z późniejszymi wydarzeniami doprowadziło do praktycznego zamrożenia kwitnących wcześniej relacji, obejmujących m.in. bliską współpracę militarną. Z drugiej strony, Turcja z sukcesem pełniła rolę mediatora w negocjacjach dotyczących programu nuklearnego prowadzonych z Iranem przez wspólnotę międzynarodową. Jednocześnie Ankara budowała dobre relacje z Rosją i Chinami.

Należy jednocześnie zauważyć, że proislamskość AKP i samego Erdoğana nie stawia ich w jednym rzędzie np. z saudyjskimi wahabitami czy innymi fundamentalistami, dążącymi do budowy teokratycznych państw opartych na prawie szariackim. Formacja rządząca Turcją nie zdradza zamiarów obalania republiki i ustanowienia prymatu islamu, traktując państwo jako wartość podstawową. Występują tu też jeszcze bardziej fundamentalne różnice: istnieją przesłanki wskazujące, że Erdoğan jest zwolennikiem sufizmu, a ten mistyczny nurt pozostaje w wyraźnym konflikcie z formalistycznym podejściem reprezentowanym przez religijnych integrystów z Półwyspu Arabskiego. Na pewno przedstawicielem sufizmu jest Fethullah Gülen, obecnie wróg publiczny numer jeden w Turcji, który jednak aż do 2013 roku był kluczowym sojusznikiem Erdoğana w walce z kemalistowskim „głębokim państwem”. Również dziedzictwo Atatürka nie zostało przez AKP całkowicie odrzucone – przekształcenie Turcji w duchu nacjonalistycznym jest trwałe i determinuje również tożsamość tej formacji oraz jej metapolityczne zaplecze, podobnie jak dążenia modernizacyjne. Efektem jest syntetyczna ideologia państwowa, łącząca wątki osmańskie oraz islamskie z tymi wywodzącymi się z kemalizmu i określana jako nowoturecka.

Podsumowując temat, należy zauważyć, że istotna korekta szeroko rozumianej polityki tureckiej była swoistą koniecznością, można nawet stwierdzić, że „dziejową”. Z polskiego punktu widzenia trudno dziwić się buntowi wobec peryferyjności i niedostatków podmiotowości. Nie dziwią również nawiązania do mocarstwowej przeszłości kraju, skazanej na swego rodzaju banicję w wyniku kemalistowskiej rewolucji. Nie sposób raczej oburzać się na przywrócenie znaczenia elementom tradycyjnej kultury, która w odróżnieniu od odgórnego laickiego projektu pozostała żywa w sercach zasadniczej większości mieszkańców kraju. Czynnikiem ważącym były również katastrofalne skutki polityki amerykańskich „zbrojnych misjonarzy” na Bliskim Wschodzie, każące powątpiewać w obliczalność polityki supermocarstwa, nawet z punktu widzenia sprzymierzonych państw regionu, które w razie czego nie mogły zabrać wojsk i zostawić problemu samemu sobie. Musiały mierzyć się z jego konsekwencjami na miejscu.

Między arabską wiosną a próbą puczu

Rozpoczęcie pod koniec 2010 roku tzw. arabskiej wiosny przyniosło wzrost intensywności zaangażowania Turcji na Bliskim Wschodzie. Władze w Ankarze uznały sytuację za sprzyjającą rozwojowi wpływów w regionie oraz osiągnięciu zamierzonej roli lidera dzięki podważeniu pozycji dotychczasowych prozachodnich autorytarnych reżimów. Z tego względu przyjęły rolę rzecznika dążącego do zwiększenia swobód społeczeństw, wspierając jednocześnie uznawane za najbliższe ideowo Bractwo Muzułmańskie. Zaangażowały się również w konflikt syryjski, najpierw próbując przekonać Baszara al-Asada do reform wewnętrznych, a następnie, po wybuchu wojny domowej, przystępując do wspierania syryjskiej opozycji politycznej i zbrojnej, czasowo nieco ograniczonego od połowy 2012 roku z uwagi na obawy przed eskalacją konfrontacji. Jednak przebieg wydarzeń był daleki od żywionych oczekiwań. Obok fiaska zamierzeń strategicznych, wśród których najważniejszym było doprowadzenie do obalenia al-Asada m.in. przez skłonienie do interwencji przeciwko niemu Stanów Zjednoczonych, poważnym problemem dla Turków stało się faktyczne wybicie się na samodzielność syryjskich Kurdów, wśród których dominującą siłą polityczną jest partia PYD, pokrewna ideowo i powiązana ze starym wrogiem Ankary, PKK.

Na płaszczyźnie wewnętrznej rok 2013 przyniósł usztywnienie systemu politycznego, co stanowiło jakościową zmianę wobec wcześniejszej polityki AKP, polegającej na faktycznej demokratyzacji i liberalizacji. Wiązało się to z dwoma wydarzeniami. Wiosną i latem miały miejsce brutalnie stłumione masowe protesty, interpretowane jako wyraz niezadowolenia liberalnych kręgów społeczeństwa z przesuwania się punktu ciężkości polityki krajowej w kierunku konserwatywnym i z faktycznego oddalania się od standardów zachodnich, a także z zaangażowania Turcji w konflikt syryjski. Jesień i zima przyniosły kulminację tlącego się już od kilku lat konfliktu z ruchem Gülena, przejawiającą się próbą wyeliminowania jego wpływów przez czystki w instytucjach państwowych, aresztowania dziennikarzy itp. Efektem było przejście Erdoğana do autokracji. W sierpniu 2014 roku wygrał on wybory prezydenckie i zaczął sprawować urząd w sposób zdecydowanie wykraczający poza porządek konstytucyjny, przewidujący jego ceremonialny charakter. Władza prezydenta oparła się na systemie personalnych lojalności, na cywilnych służbach specjalnych MIT, a w skali społecznej – na zdecydowanym i brutalnym tłumieniu protestów, ograniczaniu swobody informacyjnej i wpływaniu na media oraz zwalczaniu przeciwników politycznych za pomocą aparatu państwowego. Sformułowano zamiar przekształcenia systemu politycznego Turcji w formalnie prezydencki.

Jednocześnie zahamowaniu uległ proces integracji z UE. Z jednej strony wiązało się to z blokowaniem go przez Cypr, Niemcy i Francję, z drugiej jednak zaczął się uwidaczniać wyraźny sceptycyzm władz w Ankarze wobec Unii jako organizacji narzucającej i kontrolującej standardy wewnętrzne. W związku z tym w wypowiedziach i działaniach Erdoğana i jego zaplecza pojawiły się wyraźne wątki eurosceptyczne. Obok ostrych polemik z unijnymi ocenami zachodzących w Turcji procesów nastąpiło m.in. zaangażowanie się w sprzeczne z zamierzeniami UE, a sprzyjające Rosji przedsięwzięcia w dziedzinie przesyłu gazu (projekt TANAP, rokowania z Rosjanami na temat gazociągu alternatywnego dla South Stream). Ogólnie biorąc, można sformułować wniosek, że obóz AKP, a w szczególności Erdoğan potraktowali faktyczną demokratyzację i dostosowanie do standardów UE instrumentalnie, jako narzędzia zdemontowania wpływu kemalistów z wojska i służb specjalnych na politykę, odrzucając je bez żalu po osiągnięciu celu.

W latach 2013 i 2014 dalszą komplikację sytuacji w Syrii spowodowało pojawienie się na scenie wojny domowej tak zwanego Państwa Islamskiego, wspieranego przez sponsorów z Półwyspu Arabskiego i obejmującego zakresem działania również Irak. Szybko zdominowało ono dotychczasową antyasadowską opozycję, a wydarzenia wykazały, że jedynymi realnymi zaporami stojącymi na jego drodze są armia rządowa i Kurdowie. Działania Daesz zintensyfikowały ucieczkę ludności z terenów walk, która przełożyła się później na powszechnie znany kryzys migracyjny. Turcja oficjalnie zajęła wobec tej organizacji pozycję wyczekującą, ambiwalentną, stroniąc od bezpośredniej konfrontacji i ostrożnie reagując na występujące incydenty. Była jednak oskarżana przez czynniki kurdyjskie o jej faktyczne wspieranie. Na tym tle doszło do ponownego zaostrzenia stosunków z Kurdami. Mieszkający w Turcji przedstawiciele tego narodu ostro przeciwstawiali się blokowaniu przez Ankarę – przerywanemu co prawda okresami taktycznej współpracy – wsparcia dla walczącego z Daeszem kantonu Rożawa. Dochodziło do licznych starć z siłami bezpieczeństwa. PKK odpowiadała akcjami terrorystycznymi, które dały władzom pretekst do zorganizowania „kampanii antyterrorystycznej”, obejmującej m.in. naloty na pozycje partyzantki tej formacji w północnym Iraku. Zniweczyło to możliwości otwarte przez rozpoczęcie w marcu 2013 negocjacji pokojowych.

W 2015 roku w Turcji odbyły się dwukrotnie wybory parlamentarne. Czerwcowe przyniosły AKP po raz pierwszy od 2002 roku utratę bezwzględnej większości, partia zdobyła zaledwie 258 z 550 miejsc, a spory sukces odniosła reprezentująca Kurdów i lewicę partia HDP. Klincz parlamentarny spowodował rozpisanie kolejnych wyborów, które odbyły się 1 listopada, a AKP odzyskała w rezultacie zdolność samodzielnych rządów dzięki korzystnemu tym razem wynikowi, zapewnionemu przez umiejętne rozegranie kryzysu wewnętrznego oraz mobilizację elektoratu w wyniku stymulacji nastrojów nacjonalistycznych, w szczególności antykur- dyjskich. Znaczenie miało ograniczenie możliwości głosowania, spowodowane sytuacją w regionach zamieszkałych przez Kurdów, które przełożyło się na słabszy wynik HDP. Jednak sytuacja w Syrii z punktu widzenia Ankary uległa dalszemu pogorszeniu. Jesień 2015 roku przyniosła wsparcie al-Asada przez pozostającą dotychczas na uboczu Rosję w postaci bezpośredniej interwencji wojskowej, jakościowo zmieniającej sytuację na polu walki. Oddalający się dotychczas cel polityki tureckiej stał się tym samym zupełnie nierealny. Spowodowało to podjęcie przez Ankarę próby konfrontacji z Rosją, rozbijającej spowodowane poczuciem zagrożenia ze strony Daeszu lokalne porozumienie tej ostatniej z Zachodem. 24 listopada tureckie lotnictwo zestrzeliło operujący na granicy przestrzeni powietrznych Syrii i Turcji rosyjski bombowiec taktyczny Su-24M. Moskwa odpowiedziała sankcjami ekonomicznymi i wizowymi, Zachód natomiast nie okazał wsparcia, na które obliczone były tureckie działania. Spowodowało to czasową intensyfikację przez Turcję współpracy z Arabią Saudyjską, traktowaną jako przeciwwaga dla działań Rosji i Iranu (wspierającego od samego początku konfliktu al-Asada) w regionie. Armia turecka podejmowała też samodzielne działania zbrojne przeciwko siłom kurdyjskim na północy Syrii. W zakresie ponadregionalnym na początku 2016 roku nastąpiła intensyfikacja kontaktów z Ukrainą.

Ostatecznie jednak władze Turcji postawiły na zasadniczą reorientację kierunków polityki regionalnej i być może nie tylko. Brak wsparcia konfrontacyjnych wobec Rosji działań tureckich przez Zachód i, jak się wydaje, sceptyczna ocena możliwości przeciwstawienia się jej na płaszczyźnie militarnej (nieoficjalne informacje wskazują, że tureckie lotnictwo kilkakrotnie atakowało operujące w Syrii nowoczesne rosyjskie samoloty Su-34 i Su-35, jednak ich systemy przeciwdziałania skutecznie zakłócały naprowadzanie wystrzelonych rakiet) doprowadziły pod koniec czerwca 2016 roku do „resetu” w relacjach z Rosją, zainicjowanego przez pojednawcze gesty Ankary. W samej Turcji jednak w nocy z 15 na 16 lipca nastąpiła próba zamachu stanu, motywowana przez jego inicjatorów tradycyjnie – obroną demokracji, konstytucji i świeckiego charakteru państwa. Wojsko zostało wcześniej poddane cywilnej kontroli, w ramach masowych procesów sądowych w latach 2008–2013 skazano kilkuset oficerów, w tym najwyższego szczebla (np. szefa sztabu w latach 2008–2010, gen. İlkera Başbu) na długoletnie wyroki, z dożywociem włącznie, za udział w rzekomej konspiracji antyrządowej. Mimo to wojsko nadal stawiało pewien opór dążeniom AKP i Erdoğana, np. blokując dostęp do szkół i uczelni wojskowych absolwentom religijnych liceów imam-hatip. Wpływ władz na kadry armii oceniano jako niewielki, okazało się jednak, że siły zbrojne utraciły ostatecznie spójność i pucz został stłumiony po walkach trwających zaledwie jedną noc. Symptomatyczne było jednoznaczne wsparcie Erdoğana przez Rosjan, według nieoficjalnych informacji nie tylko deklaratywne, ale i operacyjne – zakłócenia radioelektroniczne miały paraliżować łączność spiskowców, a nawet uniemożliwić przechwycenie przez ich samoloty maszyny, którą podróżował prezydent Turcji.

O organizację zamachu stanu władze oskarżyły ruch Gülena, co jest samo w sobie dość jednoznacznym absurdem z uwagi na jego wcześniejszy udział w demontażu politycznego znaczenia armii. Pośrednio zarzut ten był skierowany przeciwko Stanom Zjednoczonym, na terenie których rezyduje Gülen, mający mocne powiązania z tamtejszym establishmentem politycznym, w szczególności Partią Demokratyczną. Wydaje się jednak, że to środowiska wierne kemalizmowi dostrzegły, że wobec ciągłego umacniania władzy Erdoğana ich czas może się definitywnie kończyć i podjęły ostatnią próbę kontrakcji. Jak się okazało – zupełnie nieudaną, być może wskutek wymuszonego okolicznościami przedwczesnego podjęcia działań, i zapewne stanowiącą ostatni akcent ich znaczenia w polityce tureckiej. Pucz dał władzom pretekst do szeroko zakrojonych represji i czystek w instytucjach. Do początku listopada aresztowano 34 tysiące osób (w tym 15 tysięcy wojskowych). Usunięto ze stanowisk 30% generałów i admirałów, 105 tysięcy funkcjonariuszy służby cywilnej, 3,6 tysiąca sędziów i prokuratorów, 6 tysięcy pracowników naukowych, 20 tysięcy nauczycieli. Zamknięto 2 tysiące placówek edukacyjnych i 186 gazet, stacji telewizyjnych, portali internetowych oraz innych mediów, aresztowano 142 dziennikarzy. Oznacza to przebudowę państwa przez rewolucję kadrową – „oczyszczone” stanowiska zajmują zwolennicy AKP oraz dokooptowani przedstawiciele starych elit republikańskich, godzący się na współpracę z nowym porządkiem. Przykład mogą stanowić przywracani do służby oficerowie wydaleni z niej w latach 2008–2013 czy awansowani na wyższe stopnie przedstawiciele antyzachodniego, prorosyjskiego skrzydła kemalizmu wyznający ideologię eurazjatyzmu i wypierający w ramach nowej polityki kadrowej wojskowych prozachodnich.

Na prorosyjskim kursie

Pierwszą wizytę po próbie zamachu stanu Recep Erdoğan odbył w sierpniu 2016 roku w Rosji, gdzie spotkał się z Władimirem Putinem, w październiku Putin zrewanżował się rewizytą. Tłem ocieplenia są wcześniejsze stosunki, budowane od pierwszych lat XXI wieku. Uprzednio były one oparte głównie na relacjach ekonomicznych, szczególnie w sektorze paliwowym – Turcja stała się drugim po Niemczech importerem rosyjskiego gazu ziemnego, polegającym w 60% na tym kierunku dostaw. Miały one jednak również przełożenie strategiczne. Turcy, choć przed konfliktem w 2008 roku, jak się wydawało, wyraźnie sprzyjali Gruzji, dostarczając jej m.in. znaczne ilości uzbrojenia, w trakcie konfliktu powstrzymywali się od wsparcia. Nie zareagowali również w znaczący sposób na aneksję Krymu i wzniecenie rebelii na wschodzie Ukrainy, nie przyłączając się nawet do zachodnich sankcji. W obecnej sytuacji Ankara jest partnerem wyraźnie słabszym: jej cele w Syrii nie zostały zrealizowane, dominującym graczem okazała się Rosja, z którą ułożenie się może dać Turkom możliwość osiągnięcia choćby ograniczonych zysków, nawet w sytuacji utrzymania władzy przez al-Asada. Polityka wewnętrzna, zaostrzona przez represje po puczu, powoduje pogłębienie problemów w relacjach Turcji z UE. Stany Zjednoczone z kolei konsekwentnie wspierają syryjskich Kurdów, co jest sprzeczne z tureckimi interesami. Rezerwa wobec Zachodu zbliża zatem oba państwa. Relacje z Rosją zapewniają Turcji przynajmniej w pewnej mierze strategiczną alternatywę czy choćby możliwość manewru wobec Stanów Zjednoczonych i UE. Z kolei Rosji pozwalają ograniczać możliwości działania w strategicznie ważnym regionie i osłabiać dotychczasowe tradycyjne sojusze. Zagadnieniem o charakterze granicznym jest potencjalne zakwestionowanie tureckiej obecności w NATO. Ważnym aspektem są również kwestie polityki energetycznej (gazociągi, budowa elektrowni atomowej w Akkuyu).

Korzystając z ocieplenia relacji z Rosją, Turcy rozpoczęli pod koniec sierpnia 2016 roku bezpośrednią, ograniczoną interwencję lądową w Syrii, mającą na celu jednocześnie odrzucenie Daeszu od granic Turcji i niedopuszczenie do połączenia terytoriów kontrolowanych przez Kurdów z PYD. Jednak działania te przyniosły niepowodzenie podczas walk z Państwem Islamskim o strategicznie ważne miasto Al-Bab. Można je interpretować jako objaw spadku efektywności armii tureckiej i jej osłabienia przez czystki personalne. Przejawem współpracy z Rosją (trwającej mimo zabójstwa 19 grudnia jej ambasadora w Ankarze, dokonanego przez policjanta powiązanego z ruchem Gülena) było opracowanie wspólnego planu zawieszenia broni w Syrii, ogłoszonego w ostatnich dniach grudnia i zaakceptowanego przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Stanowił on wyraz dążenia przez Rosję, bezpośrednio współdziałający z nią Iran oraz Turcję do decydowania o przyszłych sprawach kraju spustoszonego przez wojnę domową.

Najważniejszym wydarzeniem w polityce tureckiej ostatnich miesięcy było wygranie przez obóz rządzący referendum dotyczącego zmian w konstytucji, stanowiących w istocie formalizację rzeczywistego stanu rzeczy i przełożenie na język prawny pozycji zajętej przez Erdoğana mocą charyzmy. Po ich wejściu w życie, planowanym na czas po wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2019 roku, kraj stanie się republiką prezydencką. Szef państwa zostanie szefem władzy wykonawczej, zlikwidowany zostanie urząd premiera, ograniczeniu ulegną władza i autonomia parlamentu, prezydent nie będzie zmuszony przez przepisy do nawet formalnej bezpartyjności. Będzie to stanowiło przypieczętowanie przemian rozpoczętych przez AKP i po zdominowaniu armii zapewni Erdoğanowi pozycję porównywalną z Atatürkiem, choć z dia- metralnie odmiennymi założeniami ideowymi.

Dokąd podąży Turcja?

Opisane zmiany w polityce tureckiej sumują się w nową jakość w odniesieniu do pozycji tego kraju w kontekście międzynarodowym. Turcja przestała być obliczalnym i pewnym przyczółkiem świata zachodniego w strategicznym punkcie u zbiegu Europy i Azji. Zmierza do redefinicji własnego znaczenia. Jednak sama konsolidacja władzy i wola narodowa (pojęcie z systemu myślowego Ahmeta Davutoğlu) nie wystarczą. Kluczowe znaczenie mają czynniki obiektywne. Wejście na drogę usiłowania osiągnięcia statusu mocarstwowego umożliwił Ankarze skok ekonomiczny dokonany za rządów AKP, nasuwa się zatem pytanie o perspektywy. Nie brak pesymistycznych prognoz, wieszczących Turcji kryzys. Ostatnie lata przyniosły jej w istocie osłabienie wzrostu gospodarczego – z 6,1% w 2015 do 2,5% w 2016 roku i prognozowanej wartości 3,0% w roku bieżącym. Lira turecka straciła w 2016 roku 20% wartości wobec dolara. Gospodarka ogranicza też możliwości reorientacji politycznej – Rosja jest w stanie co prawda eksportować wiele do Turcji, ale z uwagi na trudności wewnętrzne nie jest dla niej perspektywicznym rynkiem zbytu, tu dominują państwa UE.

Kolejną kwestią są zależności militarne. Uzbrojenie tureckiej armii jest od końca lat 40. ubiegłego wieku oparte na sprzęcie konstrukcji zachodniej, z czasem w coraz większym stopniu produkowanym na licencjach (w Turcji wytwarzano w ten sposób nawet myśliwce F-16). Mimo rozwoju własnego zaplecza przemysłowego kraj jest bardzo daleki od samodzielności, musi nabywać kluczowe technologie za granicą, a takie projekty, jak budowa własnego wielozadaniowego samolotu bojowego, sprawiają wrażenie motywowanego propagandowo nadmiaru ambicji wobec realnych możliwości i, z uwagi na uzależnienie od gotowości partnerów zagranicznych do udostępnienia zasadniczych rozwiązań, są podatne na rażenie przez sankcje. Turcja podejmuje od lat 90. działania mające na celu dywersyfikację kierunków dostaw w tym strategicznym zakresie. Najpierw nawiązano współpracę z Chinami i Pakistanem, dotyczącą przede wszystkim wrażliwych politycznie rozwiązań, takich jak technologie rakietowe. Mimo podjętej w 2013 roku decyzji niepowodzeniem zakończyła się próba zakupu chińskiego systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu i przeciwrakietowego HQ-9, być może od początku traktowana jako forma presji na Zachód, mającej na celu uzyskanie od niego korzystniejszych rozwiązań. Ostatnie tygodnie przyniosły informacje o zaawansowanych rozmowach z Rosją na temat zakupu systemu tego samego rodzaju S-400 oraz deklaracje, że Turcja zamierza przejść do porządku dziennego nad ewentualną niemożnością integracji go z systemami NATO. Szeroka reorientacja armii na innych dostawców jest w świecie wymagającym daleko idącej kompatybilności komunikacyjnej oraz informatycznej kwestią wielu lat od decyzji politycznej do osiągnięcia gotowości bojowej przez systemy. W razie konfliktu politycznego może spowodować drastyczny spadek możliwości armii wskutek restrykcji dotyczących dostaw, które w odniesieniu do Turcji stały się już w pewnym zakresie faktem w związku z ostatnimi napięciami politycznymi. W tym kontekście probierzem relacji Ankary z Waszyngtonem będą losy kontraktu na myśliwce F-35, mające być przyszłością tureckiego lotnictwa. Jeżeli te, dostępne wyłącznie dla zaufanych sojuszników, maszyny najnowszej generacji (nie mogą ich otrzymać nawet blisko współpracujące ze Stanami Zjednoczonymi kraje arabskie) trafią zgodnie z założeniami do Turcji w 2019 roku, będzie to oznaczało wypracowanie modus vivendi zabezpieczającego interesy amerykańskie. Brak dostawy będzie z kolei przejawem głębokiego kryzysu w stosunkach wzajemnych. Na razie administracja Donalda Trumpa kontynuuje zdecydowanie politykę wsparcia Kurdów syryjskich, sprzeczną z tureckimi interesami, ewentualny zakup rosyjskich S-400 również nie będzie na pewno mile widziany w Waszyngtonie.

Relacje z Unią Europejską są zdeterminowane przez kryzys migracyjny. Turcja jest oskarżana o wykorzystywanie tej kwestii jako czynnika nacisku na UE. Tolerowanie, a nawet wspieranie działań Daeszu niewątpliwie przyczyniło się do fali uchodźców. Inne oskarżenie dotyczy wykorzystania wymuszonych przez wojnę ruchów ludności do osiągania korzystnych dla Turcji zmian składu etnicznego terytoriów syryjskich, np. wypierania Kurdów przez Turkmenów czy osadzanych tam Ujgurów emigrujących z Chin, gdzie ich antyrządowa rebelia jest wspierana przez Ankarę w ramach koncepcji pantureckiej. W ostatnich miesiącach w związku z wyraźnym sprzeciwem krajów UE, w których zamieszkuje liczna społeczność turecka, wobec przedreferendalnej agitacji za proponowanymi zmianami konstytucyjnymi prowadzonej przez rząd Turcji, doszło do ostrego kryzysu w relacjach z Holandią i wzrostu napięcia w stosunkach z Niemcami. Warto zauważyć, że mniejszości tureckie mogą stanowić element oddziaływania na sytuację wewnętrzną w poszczególnych krajach. W odróżnieniu od mało udolnych działań ekstremalnych środowisk islamskich integrystów, inspirowanych i wspieranych z Półwyspu Arabskiego, taktyka turecka wygląda na bardzo inteligentną. Agenci wpływu Ankary unikają odstręczającego radykalizmu, co pozwala im infiltrować środowiska lewicowe i tworzyć platformy polityczne mające możliwości koalicyjne. Przykładem pierwszego podejścia może być sprawa Mehmeta Kaplana, ministra mieszkalnictwa i urbanistyki z ramienia Partii Zielonych w rządzie szwedzkim, który został zmuszony do dymisji po ujawnieniu powiązań z członkami organizacji Szare Wilki i ruchu Millî Görüş (według mediów, Kaplan miał związki również bezpośrednio z kręgami Erdoğana). Drugie podejście reprezentować może założona w 2015 roku partia Denk, która w marcowych wyborach zdobyła trzy mandaty w holenderskim parlamencie. Jej program w odniesieniu do polityki wewnętrznej jest lewicowy, równościowy i proekologiczny, co nie przeszkadza formacji popierać w zawoalowanej formie zamierzeń Erdoğana.

W ostatnich miesiącach zaognieniu uległ mający długą historię spór turecko-grecki. Grecy odnotowują liczne naruszenia przestrzeni powietrznej i wód terytorialnych przez samoloty lub okręty tureckie. W odniesieniu do regionu Bałkanów ewentualne osłabienie więzi Turcji z NATO stanowi szczególny problem. Poza Grecją tamtejsze kraje – Bułgaria, Rumunia, Serbia i inne państwa pojugłosławiańskie – dysponują bardzo słabymi i w przeważającej mierze niedoinwestowanymi oraz zaniedbanymi siłami zbrojnymi, wskutek czego większa część Bałkanów stanowi rodzaj próżni militarnej. Podjęte w ostatnich latach działania, takie jak zakup nowych samolotów bojowych przez Turcję, Bułgarię i Serbię, mają siłą rzeczy ograniczony zakres i niewielkie znaczenie strategiczne. Przy wątpliwej sytuacji ekonomicznej Grecji, kurs Turcji na oddalenie od Zachodu grozi zasadniczym osłabieniem południowej flanki NATO, a pośrednio też UE.

Dla samej Turcji niezwykle istotnym zagadnieniem pozostaje kwestia kurdyjska. Społeczność ta liczy ponad 15 milionów, co stanowi niemal 20% mieszkańców kraju. Wyraźnie wyższe wskaźniki rozrodczości w regionach zamieszkałych przez Kurdów wskazują, że ich udział będzie w kolejnych latach wzrastał. Wachlarz możliwości stojących przed Ankarą jest szeroki: od kontynuacji polityki represyjnej, która może skończyć się długookresowo rozpadem kraju, po niezwykle śmiałe rozwiązania, jak federacja turecko-kurdyjska, obejmująca również zamieszkane przez Kurdów tereny Iraku i Syrii. Wydaje się, że z uwagi na samodzielność Kurdystanu irackiego i raczej pewne utrwalenie nieformalnej niezawisłości kurdyjskiej części Turcji najmniej perspektywiczna jest polityka konfrontacyjna. Pytanie tylko, czy jakąś alternatywę będzie w stanie zaproponować państwo będące autorskim pomysłem Recepa Tayyipa Erdoğana, czy konieczny będzie w tym celu kolejny przewrót w polityce tureckiej, w której, jak pokazują ostatnie dekady, w stosunkowo krótkim okresie może zmienić się niezwykle wiele.

dr Jan Przybylski

Autor obficie korzystał z opracowań Ośrodka Studiów Wschodnich, w szczególności analiz autorstwa Szymona Ananicza i Marka Matusiaka.

Kapitalistyczne gry

Jest środek tygodnia, 23:15. Żona i psy śpią w drugim pokoju, a ja siedzę przed ekranem telewizora i naciskam przyciski pada. Naciskam coraz mocniej, bo jestem coraz bardziej rozgoryczony. Po raz kolejny mam ochotę sprzedać tegoroczną edycję NBA 2K, ale stwierdzam, że dam grze ostatnią szansę. Resetuję sezon, gram od nowa. Przechodzę przez kolejne etapy budowy drużyny: budżet, transfery, taktyka. Przed pójściem spać warto sprawdzić skład, a do tego nie wystarczy jeden mecz. Następnego dnia budzik dzwoni o 4:50. Szybka kawa, spacer z psami i na przystanek. W autobusie jednym okiem widzę, jak inni pasażerowie szybko jeżdżą palcami po ekranach telefonów. Niektórzy nie wyłączyli dźwięku, więc słychać przesuwające się żelki albo naciąganie rzemienia. Gdy ja myślę jedynie o powrocie do domu i łóżku, oni przechodzą kolejne poziomy, nastrajając się pozytywnie na kolejny dzień. Na twarzach niektórych widać uśmiechy. Nie ma nawet 6:00, minusowa temperatura, a oni emanują radością, chociaż dopiero jadą do pracy. Od rana wygrywają, tak jak będą wygrywać w drodze do domu.

Grają prawie 2 miliardy ludzi. Wiek przeciętnego gracza płci męskiej to 35, a płci żeńskiej – 44 lata. Amerykańscy gracze rywalizują z innymi przez Internet 6,5 godziny tygodniowo [Frank]. Tyle czasu dziennie spędzają przed ekranem komputera/telefonu/tabletu przeciętni Polak/Polka [Kulik]. Co tam robią, trudno powiedzieć. Mogą w równej mierze pracować, oglądać seriale, czytać książki czy portale plotkarskie, co grać. Z uwagi na społeczną stygmatyzację gier, prawdopodobnie najchętniej przyznają się do czytania, chociaż ładunek wiedzy, jaki niosą ze sobą przeciętne lektury, jest bardzo wątpliwy. Według badań Biblioteki Narodowej dotyczących czytelnictwa, w większości są to kryminały, książki kucharskie i fantastyka.

Mimo spadku popularności czytanie nadal uchodzi za zajęcie szlachetne, gry zaś – za dziecinne. Przeciwnicy gier ochoczo wyśmiewają chociażby Pokémon GO, nie biorąc pod uwagę, że gra wyciąga ich dzieci z domów i zmusza do aktywności fizycznej. Robi zatem coś, do czego sami dorośli nie są zdolni pomimo całego wachlarza dostępnych im nakazów, zachęt i zakazów. Od dwóch dekad pozytywne skutki gier video promuje profesor psychologii Mark Griffiths z Nottingham Trent University, podkreślając ich wartość edukacyjną. Gry pomagają rozwijać koncentrację, dzięki czemu mogą m.in. stanowić rodzaj fizjoterapii, pozwalając cierpiącym nie skupiać się na bólu [Griffiths].

Gry mogą być także bardzo użyteczne z punktu widzenia współczesnego kapitalizmu. W książce „Enjoying It. Candy Crush and Capitalism” Alfie Bown analizuje różnice między wartościami kapitalizmu a grami szkodliwymi z punktu widzenia współczesnego systemu gospodarczego. Wprowadzony przez Bowna podział jest tyleż ciekawy, co nieoczywisty, dlatego warto mu się przyjrzeć bliżej. Zanim to zrobię, zaznaczę, że w tekście termin „kapitalizm” będzie rozumiany nie tylko w ujęciu ekonomiczno-politycznym, lecz także, a może przede wszystkim, jako pewne normy zachowania narzucone przez tenże system. Według nich jednostka powinna być skupiona na produkcji i na sobie – w tej kolejności. Skupienie na sobie, poza właściwościami izolacyjnymi, ma również podnieść produktywność jednostki. W ten sposób staje się ona obiektem presji, jak również represji systemu, kontrolującego z równą starannością czas pracy i czas wolny pracowników.

Wróćmy do, opisanej na początku, drogi do pracy. Większość moich współpasażerów pracuje w kiepskich godzinach, bez perspektyw na awans, prawdopodobnie bez umowy o pracę. Mimo to są zadowoleni, gdy zaczyna się kolejny dzień, który przecież nie będzie się różnił od poprzednich. Dzieje się tak m.in. dzięki grom na telefon, takim jak Candy Crush czy Angry Birds. Krótka, kilkominutowa rozgrywka to coś więcej niż parę kliknięć i przesunięć, więcej niż sposób na odstresowanie się w drodze do pracy i z pracy. Eskapizm zapewniany przez te gry jest oczywiście tylko pozorny. Część z nich co jakiś czas przypomina się posiadaczowi smartfona, a migające światełko woła: czas na przerwę! To sugeruje pewien rodzaj zależności czy nawet przymusu. I znów, urzędowo gwarantowane piętnaście minut dla siebie wypełniają dźwięki przesuwanych żelków lub naciąganego rzemienia procy. Niektórzy zabierają telefony do toalet i tam grają dalej, wyobrażając sobie minę szefa, gdyby ten dowiedział się, w jaki sposób opierają się imperatywowi nieustannej produktywności.

Według badań serwisu wirtualmedia.pl, 11 milionów polskich internautów miesięcznie gra w gry, głównie tego typu. Adam Bednarek charakteryzuje je jako proste, takie, którym można się oddać „w przerwie, do kawy”, samych graczy zaś określa mianem „turystów”. Jak udowadnia Bown, to właśnie „turyści” są z kapitalistycznego punktu widzenia bardziej użyteczni. Naturalnie, są turystami w świecie gier, ale jednak grają, można zatem zakwalifikować ich właśnie jako graczy. Chociaż termin Bednarka jest bardzo trafny, podkreśla bowiem odmienne oczekiwania odnośnie do gier, pozwolę sobie oba typy graczy określać tym samym słowem.

W książce „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu” Jonathan Crary zauważa, że celem współczesnego człowieka jest ciągła produkcja. Świat nie funkcjonuje już w trybie tygodniowym, rocznym czy dziennym, lecz godzinowym. Oznacza to, że tempo następowania zmian jest zastraszająco szybkie, a każda przespana godzina to strata czasu. Stąd też przeświadczenie Crary’ego, że pierwszym krokiem w ramach oporu wobec współczesnego kapitalizmu jest sen. Chyba wszyscy śpimy mniej, niż powinniśmy. Nic zatem dziwnego, że każdy doświadcza zmęczenia, stresu czy problemów z koncentracją. A dodatkowo, wszyscy jesteśmy w niedoczasie. Dookoła nas powstaje tyle nowych, ciekawych rzeczy, jest tyle ofert, książek, gier itp., że nijak nie uda nam się nimi wszystkimi nacieszyć. Zostawiamy je więc na później, co prowadzi do jeszcze większego stresu i napięć. Gdy im się wreszcie oddajemy, pojawiają się nowe, równie ciekawe, i znów musimy nadrabiać zaległości.

W „Pętli dobrego samopoczucia” Carl Cederström i André Spicer idą jeszcze dalej, wytykając neoliberalnemu kapitalizmowi imperatyw nie tyle ciągłej produkcji, ile przede wszystkim ciągłego zadowolenia z niej. Praca ma być pasją współczesnego człowieka. Ma on wyrażać siebie przez pracę, ona zaś ma definiować jego. Nie bez kozery jednym z pierwszych pytań, jakie słyszymy od nowo poznanej osoby jest: czym się zajmujesz? Praca musi być interesująca, imponująca i inspirująca, tak dla nas, jak i dla innych. Oczywiście większość tych dostępnych na rynku jest do niczego, dlatego powinniśmy stale aspirować, starać się, modyfikować nasze CV, chodzić na kursy, ćwiczyć, poprawiać własne samopoczucie. Tylko będąc szczęśliwymi możemy znaleźć pracę, która nas uszczęśliwi – tak najprościej można scharakteryzować tytułową pętlę z polskiego wydania książki (tytuł oryginału to „The Wellness Syndrome”).

Jednym z narzędzi mających oderwać nas od niedorzeczności i niesprawiedliwości przymusu szczęśliwej nadprodukcji są krótkie i proste gry na telefon/tablet/komputer. Uruchamiane w czasie pracy „tylko na chwilkę”, tak naprawdę są jej stałym elementem. Relatywna łatwość, z jaką tego typu gry dają nam pokonywać kolejne poziomy, pozwala nie zwariować w miejscu pracy, ba, nawet odnaleźć w nim chwilę wytchnienia i szczęścia. Im więcej mamy obowiązków w domu, takich jak pranie, sprzątanie, gotowanie itp., z tym większą niecierpliwością będziemy wyczekiwać drogi do pracy, kiedy w spokoju osiągniemy kolejny level i uśmiechniemy się do telefonu. Potem byle do przerwy i kolejnych kilku minut wytchnienia. No i po pracy, przed kolejnymi obowiązkami, następne kilka minut. W ten wysoce nieproduktywny sposób utrzymujemy swoją produktywność na odpowiednim poziomie, podświadomie oszukując siebie, że jesteśmy szczęśliwi. Tak działa krytykowana przez Bowna kultura oderwania (culture of distraction).

Nie można mówić o kulturze oderwania w… oderwaniu od miejsca pracy. To ono stanowiło przyczynę jej zaistnienia. Tak teraz, jak i w czasach wiktoriańskich najczęściej monotonna i jednolita praca nie była źródłem szczęścia. Dlatego, kierując się dobrem fabryk, pracodawcy zaczęli organizować pracownikom czas. Tak zwana racjonalna rekreacja miała na celu zainspirowanie klasy pracującej do wyciszenia się lub samodoskonalenia poprzez wysiłek fizyczny. Zamiast picia czy bójek robotnicy mieli skupić się na bardziej zorganizowanej, łatwej do okiełznania rozrywce, jak granie w piłkę nożną czy zbieranie znaczków.

W PRL miejscami, w których można było oddawać się racjonalnej rekreacji, były chociażby osiedlowe świetlice, a za czas wolny pracowników często odpowiadali animatorzy kultury, będący w jakiejś części również propagandystami. Popularną, chociaż niezbyt pozytywnie odbieraną przez władze formą spędzania wolnego czasu, było przesiadywanie w klubokawiarniach. Dla miłośników aktywności fizycznej zakładano ligi międzyzakładowe, w których mogli mierzyć się ze sobą przedstawiciele różnych profesji.

Jak zauważa William Davies, racjonalna rekreacja ewoluowała do tego stopnia, że obecnie istnieje cały przemysł szczęścia. Szczęście przeszło ze sfery prywatnej do publicznej, stało się towarem szczególnie poszukiwanym przez pracodawców u potencjalnych pracowników. Współczesną racjonalną rekreację stanowią sponsorowane przez firmy karty MultiSport czy wynajmowane na ich koszt hale sportowe. Integralnym elementem przemysłu szczęścia są również coache i instruktorzy fitness, uczący ludzi, jak być szczęśliwymi. Namawiają do zdrowej, produktywnej egzystencji, jednocześnie piętnując gry komputerowe, używki czy fast foody.

Coś, co w PRL należało rozumieć jako biopolitykę – a zatem, mówiąc w dużym skrócie, fizyczną i polityczną kontrolę władzy nad ciałami – obecnie stało się biomoralnością. Cel jest ten sam, nadal chodzi o stworzenie zdrowego, myślącego w określony sposób społeczeństwa, ale obywatele muszą sami aspirować do bycia jak najzdrowszymi i najbardziej skupionymi na sukcesie, jakkolwiek chcemy go rozumieć. Jak piszą Cederström i Spicer: „dobre samopoczucie to wybór – mój wybór – i jako taki jest także moim obowiązkiem”. O ile w tamtych czasach społeczeństwu dawało się coś narzucić, o tyle teraz musi ono myśleć, że samo podejmuje decyzje. To, że pracownik idzie na siłownię po ośmiu godzinach pracy, kosztem życia społecznego i rodzinnego, ma być jego świadomym wyborem, którego racjonalność popierają motywujące hasła pełne takich słów-kluczy, jak endorfiny, cele, rozwój czy szczęście.

Poza wymienioną wyżej funkcją, kultura oderwania utrzymuje ludzi w przekonaniu, że są kimś ważnym. Odrywamy się, bo mamy od czego. Wracamy do pracy, bo musimy, ale istotne jest też, że to my do niej wracamy. Bez nas ta praca nie istnieje, potrzebujemy jej w równej mierze, co ona nas. Mieliśmy swoje dziesięć minut przyjemności, a teraz, z lekkim poczuciem winy, przystępujemy do codziennych obowiązków. Tylko ważni ludzie mają obowiązki.

Co więcej, „użyteczne” gry tylko zwiększają izolację pracownika. Odrywa się od pracy, ale nie po to, aby dyskutować z innymi, co, jak wiadomo, może prowadzić do rewolucji. Z podobnego powodu, z którego zamyka się kawiarnie – chociażby ostatnio w Iranie – regularnie upomina się pracowników długo rozmawiających przy herbacie czy kawie. Mogą oni przecież rozmawiać o warunkach pracy! Zamiast tego lepiej pozwolić im siedzieć przed ekranami, w ciszy. Kilka miejsc pracy oferuje pracownikom sale zabaw, gdzie mogą pograć na konsoli i się odstresować. W tych pomieszczeniach pracownicy przenoszą biurową rywalizację do świata wirtualnego, dzięki czemu kolega z pracy staje się rywalem na innym polu niż zawodowe, co może skutecznie wyeliminować go jako sojusznika w potencjalnej rebelii. W większości środowisk pracy istnieje zaś ciche przyzwolenie na granie. Oczywiście w granicach rozsądku, wyznaczanych przez przełożonego.

W opozycji do tego typu gier stoją te wymagające większego zaangażowania i uwagi. Jako przykład tych drugich Bown podaje Football Managera. Ta prosta w obsłudze i formie, lecz bardzo skomplikowana gra cieszy się statusem kultowej wśród fanów piłki nożnej. Osiągnięcie w niej sukcesu wymaga, poza dozą szczęścia, niebywałej wprawy i znajomości tematu. Football Managera łatwo postrzegać sentymentalnie, dla zatrudnionych obecnie na pełen etat jest on jednym z elementów młodości. Osiągnięcie mistrzostwa w czymkolwiek wymaga sporych nakładów czasu, a w młodości miłośnicy popularnego FMa mieli go wystarczająco wiele, by w pełni oddawać się grze.

Do tej samej grupy gier można zaliczyć wszelkie gry RPG, opierające się na levelowaniu – czyli etapowym usprawnianiu swojej postaci – czy tak zwane open-world games, zaprojektowane nie tyle po to, by je „przejść”, ile raczej eksplorować przedstawiony w nich świat. Dobrym przykładem takiej gry jest GTA V, w której rozbudowane interaktywne środowisko zachęca gracza do spędzania z nią jak największej ilości czasu. Mniej wymagające są wyścigi, strzelanki czy gry sportowe, jak Call of Duty czy właśnie NBA 2K. To gry nie na tyle obciążające, by całkowicie z nich rezygnować, ale też nie tak niezobowiązujące jak gry na telefon – każdy, kto miał okazję zagrać „tylko jeden meczyk” lub „tylko jedną misję”, wie, o czym piszę.

Gry pokroju World of Warcraft czy FIFA wymagają nie tylko czasu i uwagi, lecz także konsoli czy dobrego komputera, które mogą stać się obiektem aspiracji, tym samym dając motywację do pracy. Jednak, jeśli weźmiemy pod uwagę mikrotransakcje, dzięki którym gry na telefon są bardzo dochodowym biznesem, aspekt monetarny obydwu typów gier jako jedyna różnica między nimi jest łatwy do odrzucenia. Gry na smartphone to gry typu freemium – darmowe, ale z dodatkowo płatną opcją premium, pozwalającą cieszyć się grą w jej pełnej wersji, sprytnie przedstawianą jako ulepszona. Z tej perspektywy wszystkie gry są użyteczne – motywują do zarabiania, a zatem do wzmożonej pracy, dopóki pracownik potrafi rozgraniczyć między światem realnym a wirtualnym.

Jak zauważa Grzegorz Dziamski, celem społeczeństwa konsumpcyjnego nie jest posiadanie jak największej ilości przedmiotów, lecz kolekcjonowanie znaków: pozycji, prestiżu, sukcesu, powodzenia, szczęścia. Celem konsumenta jest doświadczenie – obojętnie, czy związane ze skokiem ze spadochronem, czy z obejrzeniem dziesięciu odcinków popularnego serialu. Doświadczenie pozwala wyróżniać się na tle pozostałych pracowników, a co za tym idzie, nie czuć się jak nic nie znaczący trybik w maszynie.

Gry z drugiej, szkodliwej grupy należy jako takie zakwalifikować, odrywają one bowiem od kariery w realnym świecie, niejako stając się drugą, jeśli nie pierwszą, priorytetową karierą. Wyświechtane stwierdzenie, że w wirtualnej rzeczywistości można być tym, kim się chce, jest oczywiście nieprawdziwe, choć odnosi się do iluzji na tyle kuszącej, że łatwo się w niej zatracić. Kariera w grze rzadko przekłada się na prawdziwą, chociaż istnieją wyjątki: Bown przytacza tu przykład azerskiego studenta, który w 2012 roku został trenerem rezerw FC Baku dzięki osiągnięciom w Football Managerze.

Gdy włączam NBA 2K, jedną z ostatnich rzeczy, o których myślę, jest: jak mi to pomoże w mojej prawdziwej karierze. Myślę o sukcesie drużyny, zbudowaniu optymalnego składu, wygraniu najbliższego meczu, ale w żadnym wypadku nie chciałbym być generalnym menedżerem w NBA. Lepiej oddawać się temu zajęciu, gdy jest pozornie pozbawione realnych konsekwencji. Pozornie, ponieważ gry tego typu dekoncentrują i zabierają czas. Dużo czasu. W pracy zastanawiam się, kim wzmocnić skład i robię notatki na kartkach. W domu, zamiast wypocząć i się wyspać, siedzę do późna co najmniej raz w tygodniu i poprawiam, edytuję, a w końcu i tak resetuję grę i zaczynam od nowa, rozczarowany poprzednią rozgrywką. Po sesji w NBA 2K najczęściej jestem zmęczony, rozkojarzony i zdenerwowany. A następnego dnia w pracy jestem do niczego. W przeciwieństwie do moich współpasażerów z porannego autobusu.

To właśnie oni są górą w tej kapitalistycznej rozgrywce. Zabijają czas w autobusach, ponieważ ich na to stać. Czas jest towarem luksusowym, a oni i tak go zabijają, w czym są bliżsi burżuazji niż prekariatowi. Podróż do i z pracy jest jednym z najnudniejszych, najmniej produktywnych zajęć w ciągu dnia. Lars Svendsen twierdzi, że nuda jest wręcz przywilejem współczesnego człowieka. Co więcej, ona sama jest czysto subiektywnym odczuciem, zależnym od wielu czynników. Obiekt czy zajęcie jest w równej mierze nudne, co sam znudzony aktor. Mamy tu jednak do czynienia z pewnym dysonansem: jak można jednocześnie cierpieć na brak czasu i mieć go tyle, żeby go tak swobodnie marnować? Mówiąc inaczej, trzeba mieć dużo czasu, żeby się nudzić, a przecież jest go ciągle mało, na co zwraca uwagę chociażby Crary.

Jak już wspomniałem, tego typu marnowanie czasu jest wręcz wskazane. Mamy tu bowiem do czynienia z chwilowym oderwaniem, bardzo korzystnym dla pracodawcy. Pracownik nie jest zmęczony czy rozkojarzony, bo gra jest zbyt prosta, a rozgrywka zbyt krótka, żeby skutecznie odciągnąć uwagę pracownika od świata rzeczywistego. Co więcej, ma miejsce na malutkim ekranie, grający ma zatem świadomość, że wokół niego toczy się tak zwane prawdziwe życie. Po rozgrywce zaś wraca do pracy szczęśliwszy i bardziej skoncentrowany niż po innej, dłuższej aktywności. Widać to chociażby w reklamie gry internetowej World of Tanks, w której kolega z pracy informuje bohatera o zebraniu. Bohater jest na tyle pochłonięty rozgrywką, że na początku bierze kolegę za jej element. Gdy wraca do świata realnego i orientuje się, że jednak jest w pracy i ma obowiązki, informację o mającym się odbyć za kilka minut zebraniu przyjmuje z uśmiechem, po czym wraca do gry. Jego gest można interpretować jako nonszalancki, ponieważ znów wyrwie czas swojemu pracodawcy, lecz tak naprawdę rozgrywka pełni tu funkcję przygotowawczą. Rywalizacja w wirtualnym świecie zostanie skutecznie przeniesiona do świata rzeczywistego. Wymowny jest również fakt, że współpracownik nie patrzy na zachowanie bohatera z potępieniem.

Czy w takim razie jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Czy utowarowienie uczuć takich jak radość pozwala nam na odczuwanie ich „naprawdę”? Co więcej, czy każde z naszych doświadczeń również może stać się towarem? Jak pokazuje rozkwit przemysłów szczęścia i nostalgii, niestety już tak się stało. Reedycje seriali, filmów czy książek lub powstawanie nowych produktów na ich kanwie, wydają się pewniejszym interesem niż stworzenie czegoś od podstaw. Nie znaczy to jednak, że nasze uczucia, chociaż urynkowione, są nieautentyczne. Przeciwnie, ich wartość wynika właśnie z tego, że są prawdziwe. Dlatego oferuje się nam sprawdzoną rozrywkę i sprawdzone – choć opakowane w nowy sposób – treningi czy szkolenia. Łatwo przewidzieć, jak na nie zareagujemy.

Granie w Angry Birds czy czytanie tanich kryminałów nie wzbogaca nas wewnętrznie, nie czyni lepszymi ludźmi, ale pełni inną, równie ważną funkcję – daje wytchnienie. Wszelkie gry, książki czy filmy postrzegane w ten sposób są dobre. Zarówno z kapitalistycznego punktu widzenia, jak i z perspektywy przeciętnego człowieka, który musi chociaż na chwilę odciąć się od codziennego zajęcia. Bown zauważa, że sposób, w jaki się odcinamy, świadczy o nas samych. Musimy mieć świadomość, że decydując się na daną rozrywkę nie dokonujemy trywialnej, czysto egoistycznej decyzji. Nasz wybór kształtuje nas, ale też wpływa na innych, ma realne, daleko idące konsekwencje. Wskazane wydaje się zalecenie oderwania od telefonu, jednak skoro granie sprawia nam radość, nie róbmy tego na siłę. Lepiej wykazać się większą świadomością tego, jak nasza chęć natychmiastowej rozrywki i gratyfikacji oszukuje nas samych, wmawiając nam, że nie jest tak źle z pracą/życiem/krajem/światem. Jeśli tak łatwo nas oszukać, znaczy to, że jest jeszcze gorzej, niż nam się wydaje.

Bibliografia:

  • Bednarek A., 11 mln Polaków gra w sieci. Polska to kraj graczy? Niekoniecznie, Gadżetomania.pl, http://gadzetomania.pl/1225,11-mln-polakow-gra-w-sieci-polska-to-kraj-graczy-niekoniecznie (15.03.2017).
  • Stan czytelnictwa w Polsce w roku 2015, Bn.org.pl, http://www.bn.org.pl/download/document/1459845698.pdf (15.03.2016).
  • Bown A., Crushing it. Candy Crush and Capitalism, Winchester 2015.
  • Cederstrom C., Spicer A., Pętla dobrego samopoczucia, Warszawa 2016.
  • Crary J., 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu, Kraków 2015.
  • Davies W., The Happiness Industry. How the Government and Big Business Sold Us Well-Being, Londyn 2016.
  • Dziamski G., Kulturoznawstwo, czyli wprowadzenie do kultury ponowoczesnej, Gdańsk 2016.
  • Eisler J., Dziedzictwo PRL. Co nam zostało z tamtych lat, Warszawa 2016.
  • Frank A., Take a look at the average American gamer in new survey findings, Polygon.com, https://www.polygon.com/2016/4/29/11539102/gaming-stats-2016-esa-essential-facts (29.04.2016).
  • Griffiths M., Playing video games is good for your brain, „The Washington Post”, http://theconversation.com/playing-video-games-is-good-for-your-brain-heres-how-34034 (11.11.2014).
  • Kulik W., Ile czasu Polak spędza wgapiając się w ekran?, Benchmark.pl, http://www.benchmark.pl/aktualnosci/gadzety-ile-czasu-dziennie-polak-swiat.html (30.05.2014).
  • Svendsen L., A Philosophy of Boredom, Londyn 2008.

Ameryka na wstecznym

W opinii większości obywateli Ameryka przeżywa regres i staje się ponownie krajem rozwijającym się.

Ekonomista Peter Temin w swojej nowej książce odkrywa, że Stany Zjednoczone nie są już jednym państwem, lecz dzielą się na dwa światy, różniące się od siebie nawzajem pod względem ekonomicznym i politycznym. Słyszeliście zapewne wieści o tym, że klasa średnia, gloryfikowana jako „powojenne bijące serce Ameryki”, najpierw prezentowała się jako „obciążona”, później „nękana”, a na końcu – „umierająca”. Ale o tym, co powstaje w jej miejsce, słyszeliście zapewne już o wiele mniej.

W swojej nowej książce „Znikająca klasa średnia: uprzedzenia i władza w gospodarce dwóch prędkości” Peter Temin, emerytowany profesor ekonomii z MIT, odmalowuje obraz nowej rzeczywistości przy użyciu środków, które sprawiają, że prezentuje się on przerażająco jasno i nie pozwala o sobie zapomnieć. Ameryka nie stanowi już jednego kraju. Staje się dwoma, a każdy z nich charakteryzują bardzo różne zasoby, oczekiwania i losy.

Drogi, które się rozeszły

Jeden z tych krajów zamieszkują członkowie, jak nazywa go Temin, sektora FTE (finanse, technologie, elektronika – czyli przemysły, które w znacznym stopniu podtrzymują wzrost). To 20 procent Amerykanów – ci, którzy mogą cieszyć się wyższym wykształceniem, mają dobre zawody i śpią spokojnie, ponieważ wiedzą, że pieniędzy starczy im na wiązanie końca z końcem w najbardziej podstawowych życiowych sprawach, a ponadto mają świadomość posiadanych przez siebie znajomości i sieci społecznych, które wzmacniają ich sukces. Dorastają pod opieką rodziców, którzy czytają im książki, pod okiem prywatnych nauczycieli odrabiających z nimi prace domowe, wśród mnóstwa rzeczy stymulujących rozwój, którymi można się zająć, i z perspektywą odwiedzin wielu ciekawych miejsc. Podróżują samolotami i nowymi samochodami. Zasiedlając ten „kraj”, widzą wokół siebie tylko wzrost gospodarczy i ekscytujące perspektywy na przyszłość. Robią plany, mają wpływ na różne polityki i uważają się za szczęśliwców, ponieważ urodzili się w Ameryce.

Mieszkańcy FTE rzadko odwiedzają „kraj” zamieszkiwany przez pozostałe 80 procent Amerykanów: sektor niskich wynagrodzeń. Tutaj świat wielu możliwości kurczy się, i to często dramatycznie. Ludzie tkwią po szyję w długach i niepokoją się, że ich praca jest niepewna – jeśli w ogóle mają jakąkolwiek pracę. Wielu z nich choruje i umiera młodziej, niż powinni. Jeżdżą rozpadającymi się pojazdami komunikacji publicznej i samochodami kupionymi na kredyt, ze spłaceniem którego mają problemy. Życie rodzinne także nie jest tu pewne; ludzie nie wiążą się w pary na zbyt długi czas, nawet jeśli mają dzieci. Jeśli idą do college’u, okupują to wpędzeniem się w długi. Nie myślą o przyszłości, ponieważ koncentrują się na przetrwaniu tu i teraz. Świat, w którym na co dzień żyją, jest zupełnie inny od tego, w jaki nauczono ich wierzyć. Podczas gdy mieszkańcy pierwszego „kraju” działają samodzielnie, za mieszkańców drugiego decyzje podejmowane są odgórnie.

Te dwa sektory, jak zauważa Temin, mają całkowicie różne systemy finansowe, sytuacje mieszkaniowe i możliwości edukacyjne. Gdy ich przedstawiciele zachorują lub wejdą w konflikt z prawem, ich sytuacja jest rozwiązywana odmiennie, w zależności od tego, do którego ze światów należą. Światy te egzystują w sposób niezależny od siebie nawzajem. Istnieje tylko jeden sposób, by mieszkańcy krainy niskich wynagrodzeń dostali się do krainy bogatych ludzi, a ścieżka ta jest najeżona przeciwnościami. Dla większości zaś nie ma drogi ucieczki.

Jak mówi Temin, najbogatsza z dużych gospodarek świata zaczyna prezentować sobą strukturę gospodarczą i polityczną bliską tej znanej z krajów rozwijających się. Weszliśmy w fazę cofania się, co bardzo łatwo można dostrzec po stanie naszej infrastruktury: nasze drogi i mosty wyglądają jak w Tajlandii czy w Wenezueli, a nie jak holenderskie czy japońskie. Ale chodzi o coś znacznie głębszego – i dlatego właśnie Temin używa modelu gospodarczego, który stworzono, by zrozumieć kraje rozwijające się, do opisu tego, jak daleko nierówność zaszła w Stanach Zjednoczonych. Jest to model W. Arthura Lewisa z Indii Zachodnich, jedynego na świecie człowieka o afrykańskich korzeniach, który kiedykolwiek został nagrodzony Noblem w dziedzinie ekonomii. Model ten po raz pierwszy został użyty z metodyczną precyzją do opisu sytuacji w USA. Wynik tego porównania jest głęboko niepokojący.

W Lewisowskim modelu gospodarki dualnej przeważająca część sektora niskich płac ma mały wpływ na politykę publiczną. Odhaczone. Sektor o wysokich dochodach będzie utrzymywał wynagrodzenia w innych sektorach na niskim poziomie, aby zapewnić swoim interesom tanią siłę roboczą. Odhaczone. Aby sektor niskich płac nie rzucał wyzwania polityce faworyzowanej przez sektor dochodów wysokich, stosuje się kontrolę społeczną. Masowe stosowanie kary więzienia. Odhaczone. Głównym celem najbogatszych członków sektora wysokich dochodów jest obniżka podatków. Odhaczone. Mobilność społeczna i ekonomiczna pozostają na niskim poziomie. Odhaczone.

W krajach rozwijających się, które badał Lewis, ludność stara się przedostać z sektora o niskich dochodach do sektora o wysokich, przenosząc się z terenów wiejskich do miast w celu poszukiwania zatrudnienia. Z rzadka to działa, najczęściej jednak wcale. Temin twierdzi, że w dzisiejszej Ameryce „biletem ucieczki” jest wykształcenie, które trudno zdobyć: trzeba wydawać pieniądze przez długi okres, a sektor FTE czyni te wydatki coraz kosztowniejszymi, rezygnując z wspomagania edukacji publicznej oraz zwiększając ciężar kosztu kredytów studenckich.

W zdobyciu dobrego wykształcenia nie chodzi jedynie o stopień naukowy, jak zauważa autor. Cały proces musi zacząć się już w dzieciństwie – musimy mieć rodziców, którzy mają czas i środki, by wspomagać nas przez całą długą drogę. Jeśli mamy ambicje dostania się do college’u, a nasza rodzina nie może sobie pozwolić na wspieranie nas przelewami pieniężnymi – cóż, powodzenia. Nawet jeśli uzyskamy dyplom, szybko zdamy sobie sprawę, że intratne posady są zarezerwowane dla sieci znajomych i krewnych. Kapitał społeczny, tak jak i finansowy, jest tu kluczowy, jednak ze względu na to, że Ameryka ma długą historię rasizmu i przeszkód, jakie piętrzono na drodze tym, którzy próbowali akumulować oba rodzaje kapitału, czarnoskórzy absolwenci mogą znaleźć pracę właściwie tylko w sektorze szkolnictwa, pracy społecznej i w urzędach, podczas gdy wyżej płatne posady w finansach czy w firmach technologicznych są dla nich często niedostępne, czego wiele białych osób w ogóle nie jest świadomych. W wyniku długich tradycji seksizmu na podrzędnych posadach są utrzymywane także rzesze kobiet, obciążonych obowiązkiem niepłatnej opieki i pracy reprodukcyjnej. Z czasem stają się on coraz dotkliwszy i sprawia, że kobiety są pozbawione podstawowej opieki socjalnej i zdrowotnej.

Co przydarzyło się amerykańskiej klasie średniej, która triumfalnie rosła w siłę po II wojnie światowej, zasilana przez ustawę G.I (prawo zapewniające szeroki wachlarz zasiłków weteranom powracającym z frontu), zwycięstwa związków zawodowych oraz programy dające masom robotniczym i ich rodzinom pomoc socjalną i zdrowotną, zapewniającą im bezpieczeństwo?

Gospodarka dwóch prędkości nie stała się faktem w jeden dzień, pisze Temin. Historia ta zaczęła się zaledwie kilka lat po Lecie Miłości z 1967 roku. Około 1970 roku produktywność pracowników zaczęto oddzielać od wysokości ich wynagrodzeń. Adwokat, późniejszy sędzia Sądu Najwyższego, Lewis Powell aktywizował społeczności związane z biznesem do lobbowania energicznie w sprawie własnego interesu. „Wojna z biedą”, którą rozpoczął prezydent Johnson, został zastąpiona Nixonowską „wojną z narkotykami”, co sprawiło, że wielu członków kiepsko zarabiających społeczności, zwłaszcza osób czarnoskórych, trafiło do więzień. Politycy znajdowali się pod ciągłym naciskiem sektora FTE i dokonali wolty, odwracając się plecami od takiego uniwersalizmu, w którym istotna jest społeczność i sprawy publiczne, a zwracając się ku uniwersalizmowi wolnego rynku. Gdy tylko napędzana żądzą pieniądza polityka przyspieszyła (zjawisko to, według Temina, wyjaśnia publikacja „Inwestycyjna Historia Polityki”), liderzy sektora FTE zaczęli przejawiać coraz większą odwagę w ignorowaniu potrzeb obywateli „kraju” niskich wynagrodzeń – a nawet czuli się uprawnieni do aktywnego działania na ich szkodę.

Leżący u podwalin narodu amerykańskiego rasizm ma nadal zły, zniekształcający wpływ na społeczeństwo. Większość sektora niskich płac stanowią osoby o białym kolorze skóry, a jego pozostała część to osoby czarnoskóre i pochodzenia latynoskiego. Jednak politycy nauczyli się przemawiać na temat przedstawicieli tego sektora w taki sposób, jakby składał się on głównie z osób czarnych, ponieważ pozwala im to odwoływać się do uprzedzeń rasowych, co okazuje się pożyteczne w podtrzymywaniu struktury gospodarki dwóch prędkości – i rani każdego z członków tej grupy. Temin zaznacza, że „nieprzyjazna polityka, skierowana wobec wszystkich przedstawicieli sektora niskich płac, jest motywowana chęcią utrzymania podległego statusu osób czarnoskórych”.

Autor wskazuje, że wyścig prezydencki z 2016 roku odsłonił, a potem wzmocnił niezadowolenie przedstawicieli „niższego” sektora z powodu rosnącego braku równowagi i równości. Biali, nisko wynagradzani pracownicy, którzy do tej pory stanowili grupę w większości niewidzialną, wyszli z ukrycia i domagają się wysłuchania. Niestety, obecne trendy polityczne nie tylko sprawiają, że problemy tej grupy się utrzymują, ale nawet przyspieszają występowanie trudności, umacniając w ten sposób gospodarkę dwóch prędkości.

Co możemy zrobić?

Sami pod sobą kopaliśmy dołki przez ponad czterdzieści lat, ale według Temina – wiemy, co zrobić, żeby przestać kopać. Gdybyśmy wydawali więcej na sprawy wewnątrzpaństwowe, zamiast na misje wojskowe, to może klasa średnia nie zniknęłaby aż tak prędko. Efekty zmian technologicznych i globalizacji można naprawić przy pomocy zmian politycznych. Możemy zachęcać do zdobywania wykształcenia i zapewniać po temu możliwości, przerzucając siły z odcinka polityki karzącej, np. masowymi uwięzieniami, na odcinek poprawy kapitału ludzkiego i społecznego wszystkich Amerykanów. Możemy podnieść standard infrastruktury, darować przedstawicielom sektora kiepsko płatnych prac długi związane z kredytami hipotecznymi i pożyczkami studenckimi, odrzucić poczucie, że podmioty prywatne powinny zastępować rządy demokratyczne w procesie sterowania społeczeństwem, i skoncentrować się na zaakceptowaniu zintegrowanej społeczności amerykańskiej. Możemy opodatkować nie tylko dochód bogatych, lecz także ich kapitał.

Koszt niepodjęcia tych kroków, jak ostrzega Temin, jest tak wysoki, że nie da się go obliczyć – i nawet bogaci zapłacą za zaniechania na tym gruncie.

Przyjrzyjmy się filmowi „Hidden Figures”. Przywołuje on dramatyczną historię trzech Afroamerykanek, które są skazane na prowadzenie marnego życia i zajmowanie nisko płatnych stanowisk – uczą w college’u dla czarnoskórych studentów. Ich los odmienia się, gdy NASA składa im propozycję udziału w locie w kosmos. Dziś już nie ma możliwości udziału osób o takim statusie w tego typu przedsięwzięciach – mamy bowiem strukturę, która determinuje to, kto zwycięża, a kto przegrywa. Nie korzystamy z umiejętności i zdolności ludzi, którzy mogliby przyczynić się do wzrostu wskaźników gospodarczych, postępu w medycynie czy w nauce, co mogłoby podnieść jakość życia nas wszystkich – łącznie z niektórymi z bogatych.

Zarówno „Kapitał w XXI wieku” Piketty’ego, który bada nierówności w perspektywie historycznej i współczesnej, jak i książka Temina machają wielką ostrzegawczą flagą. Odmalowują trajektorię losów, która stanie się nieuchronna, jeśli 20 procent mieszkańców państwa, skupionych w sektorze FTE, dostanie przyzwolenie na tworzenie własnego „kraju” w granicach Ameryki, tylko dla siebie, na koszt całości społeczeństwa. Bez silnej klasy średniej Stany Zjednoczone nie tylko powracają do stadium państwa rozwijającego się, ale i dojrzewają do poważnych zamieszek społecznych na skalę niewidzianą od pokoleń.

Gospodarka dwóch prędkości sprawiła, że Ameryka nie jest już dłużej krajem, którym, jak sądziliśmy, miała i powinna być.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej ineteconomics.org w kwietniu 2017 r.

Można wspólnie

Nie mogę wyjść ze zdumienia nad sukcesem tezy, że człowiek jest z natury indywidualistą. Gdzie nie spojrzeć – wszystko wskazuje, że tak nie jest, a jednak kapitalistom udało się nas przekonać, że w życiu należy dbać tylko o siebie. Ameryka Łacińska dostarcza jednak przekonujących argumentów, że indywidualizacja działania i prywatyzacja środków nie są jedynymi możliwymi rozwiązaniami dla społeczeństwa i gospodarki. Przyjrzyjmy się przykładom z Ekwadoru, Peru i Wenezueli.

Odkrycia archeologów zwykły traktować o odnalezieniu śladów pewnej kultury, innymi słowy: pewnej grupy ludzi, która tę kulturę wytworzyła. Dziś również – to oczywistość, ale warto ją przypomnieć – każdy z ponad siedmiu miliardów mieszkańców globu żyje w obrębie jednej z około dwustu dużych grup: społeczności narodowych czy państwowych. I uwaga – to nie jest wcale konieczne. Można sobie wyobrazić świat bez krajów i granic, w którym każdy żyłby na własną rękę. Ewidentnie jednak tak nie jest. Mało tego – oprócz przynależności państwowej, dziś kwestionowanej i być może przemijalnej – wchodzimy w relacje z bezlikiem innych zbiorowości społecznych, takich jak rodzina, grupa religijna, klub sportowy, koło naukowe, fundacja, wieś, osiedle czy miasto. Oprócz grup o charakterze stałym, istnieje cały kosmos grup tymczasowych: klienci klubu czy dyskoteki, uczestnicy konferencji, zebrania, protestu czy demonstracji, kibice na stadionie, fani na koncercie, wierni na pielgrzymce. Uwielbiamy być razem, daje nam to radość – także w rzeczywistości wirtualnej. Facebook stał się internetowym hitem ostatnich lat przede wszystkim dlatego, że chodzi w nim o kontakt z drugim człowiekiem. Tu także jedną podstawowych funkcjonalności jest możliwość tworzenia grup. Nawet najwięksi zwolennicy teorii o indywidualizmie człowieka najczęściej sami dają najlepsze kontrprzykłady, tworząc wspólnoty: stowarzyszenia na rzecz wolnego rynku, gospodarczo liberalne partie polityczne czy spółki akcyjne. Zaniedbywanie lub celowe rozrywanie kolektywnych form funkcjonowania społecznego – w imię, ma się rozumieć, rozwoju oraz nowoczesności – doprowadzi nas nie tyle do dobrobytu, ile do depresji.

Poniżej przedstawię współczesne przykłady działalności wspólnotowej i państwowej z trzech krajów Ameryki Południowej. Jest to region o tyle różny od Polski, że nie nosi na sobie postsowieckiego piętna lewicofobii: człowieka proponującego rozwiązania kolektywne nie nazywa się tam „komuchem” zanim jeszcze otworzy usta, by opowiedzieć, o co tak naprawdę mu chodzi. I tak w Ekwadorze zachowała się instytucja komuny, czyli zbiorowości lokalnej dysponującej wspólnie okolicznymi polami. W Peru państwowy program irygacyjny dał nowe życie pustynnemu regionowi Majes. W Wenezueli rady wspólnot złożone z sąsiadów w wioskach i osiedlach miejskich decydują o tworzeniu szkół, naprawie dróg i finansowaniu projektów kulturalnych, a nawet budują fabryki (również wspólnotowe).

Ekwador – wspólna woda i wspólna ziemia

Hilario nie urodził się działaczem społecznym. Nie urodził się nawet ekologicznym rolnikiem i zwolennikiem zdrowej żywności. Wręcz przeciwnie: sprzedawał trucizny dla roślin i trucizny dla ziemi – jak sam o tym opowiada. Prowadził hurtownię nawozów sztucznych i pestycydów, trucizna dla roślin, i zarabiał bardzo dobrze. – „I chciałem zarabiać jeszcze więcej! Teraz nie potrafię ci powiedzieć, dlaczego i po co… Chodzi o to, że kiedy już wejdziesz w kapitalizm, zaczynasz gromadzić i nigdy cię nie zadowala to, co już masz, zawsze chcesz więcej i więcej!” – opowiada Hilario. Założył więc dodatkowo restauracyjkę z fast foodem, trucizną dla ludzi. Nie miał czasu dla siebie, nie miał dla rodziny, ale „miał więcej”. Kiedy zapragnął mieć jeszcze więcej, wziął kredyt na rozwój firmy. Miał pecha, bo przyszedł kryzys, a z kryzysem dolaryzacja: dawną walutę, sucre, rząd zamienił na dolary po kursie 25 tysięcy do jednego. Zaledwie rok wcześniej Hilario zaciągał kredyt walutowy przy kursie 7 tysięcy do jednego, więc dług mu się potroił. Z tego samego powodu zarobki i oszczędności pozostałych Ekwadorczyków trzykrotnie straciły na wartości i mało kto był chętny i na pestycydy, i na hamburgery.

Hilario szybko zbankrutował. Jedyne, co mu zostało, to niewielki spłachetek ziemi i parę worków kartofli. – „W tamtym momencie nie miałem nawet 25 centów na autobus z La Esperanza do Tabacundo” – przyznaje. Nie było co wiele myśleć: obsadził pole, ale zaraz okazało się, że brakuje wody do irygacji. To znaczy woda jest, ale tylko dla korporacji kwiatowych uprawiających róże na eksport. W wysoko położonych regionach andyjskich woda pochodzi z niewielkich strumieni, więc – zwłaszcza w przypadku irygacji rolniczych – jest restrykcyjnie racjonowana. – „Pytam sąsiadów: i wy nie potrzebujecie wody?” – Hilario relacjonuje z zaangażowaniem. – „Potrzebujemy, ale jak mamy walczyć z korporacjami, to są milionerzy, nie mamy na to środków!”. Bo La Esperanza nie leży byle gdzie, ale w Światowej Stolicy Róż, czyli podstołecznym kantonie Pedro Moncayo, notującym najwyższą produkcję kwiatów na eksport i najwyższy poziom zanieczyszczenia wody i gleby w całym Ekwadorze, a to dzięki nawozom sztucznym i toksycznym pestycydom stosowanym bez opamiętania.

Od tego pytania zaczęła się wojna o wodę w wiosce La Esperanza, co po hiszpańsku oznacza: nadzieja. Hilario na czele miejscowych rolników zatkał kanały prowadzące wodę do hodowli kwiatów i przekierował na miejscowe pola. Dzisiaj – jak mówi – właścicielem wody nie jest starostwo, lecz mieszkańcy i użytkownicy. Utworzono społeczną Radę Wody, która decyduje o cenie i dystrybucji zarówno wody pitnej, jak i irygacyjnej, a w ramach „mingi”, czyli wspólnej pracy dla wspólnego dobra, organizuje oczyszczanie kanałów. Hodowle kwiatowe wciąż działają i wciąż mają możliwość użytkowania wody, ale nie mają na nią monopolu. Obecnie w Ekwadorze działa około 15 tysięcy społecznych Rad Wody. Hilario natomiast, ze wsparciem społecznym, kontynuuje działalność publiczną. Prowadzi szkolenia dotyczące produkcji nawozów naturalnych na bazie fermentów (tzw. bokashi), organizuje małych producentów rolnych w spółdzielnie w celu sprawnej sprzedaży warzyw i owoców, a obecnie, jako radny Prowincji Pichincha (ekwadorskie województwo ze stolicą w Quito), przygotowuje regionalny projekt irygacji 14 tysięcy hektarów ziemi pod uprawy małych producentów, z nawozami i pestycydami wyłącznie pochodzenia naturalnego.

Wspólna woda bardzo często nawadnia wspólną ziemię. Ekwadorskie prawo uznaje własność kolektywną ziem wspólnot rdzennych i tak zwanych komun. Komuny to po prostu społeczności lokalne (niekoniecznie rdzenne) tradycyjnie użytkujące okoliczne pola, zarówno w celach rolniczych, jak i budowlanych. Na wybrzeżu są to zazwyczaj wspólnoty Mulatów, potomków afrykańskich niewolników. Ziemia należąca do komuny może być użytkowana nieodpłatnie przez jej członków. – „Jeśli zgłosisz na zebraniu pomysł, że chcesz uprawiać np. maniok, przyznają ci prawo użytkowania działki” – opowiada Javier, rękodzielnik z komuny Montañita. I chociaż sam ziemi nie uprawia, a dom już wybudował, to i tak uważa, że warto do komuny przynależeć. – „Umówiliśmy się na miesięczną składkę członkowską. W razie, gdyby coś mi się stało, gdybym potrzebował wsparcia, komuna użyje wspólnych funduszy, by mi pomóc”.

Chociaż tereny komunalne są z założenia przeznaczone na użytek miejscowych, istnieją sposoby, by udostępnić je przyjezdnym. Cytowana Montañita zmieniła się wręcz w sztuczne miasteczko hoteli i restauracji dla zagranicznych turystów. I stała się przestrogą dla sąsiadów: w okolicznych komunach Ayampe czy Las Tunas słychać komentarze w rodzaju „nie chcemy skończyć jak Montañita”. Dzięki prawu o własności komunalnej mają realną możliwość, by temu zapobiec. Jak dotąd na ekwadorskim wybrzeżu wciąż przeważają radosne wioski lokalnych rybaków, a nie szeregi hoteli lub eleganckich, ale pustych domów – przykład z Panamy – w których północnoamerykańscy emeryci planują spędzić ostatnie lata swojego życia.

Peru: wspólne państwo

Wybrzeże Peru to pustka. Jedynie na północnych krańcach ogląda się zieleń ryżowych pól. Dalej na południe widać wyraźnie wpływ Prądu Humboldta, który ochładza klimat i osusza deszczowe chmury. Kolejne dwa tysiące kilometrów w kierunku chilijskiej granicy to przede wszystkim piach i wiatr. Z rzadka pojawiają się ośrodki miejskie: Piura, Chiclayo, Trujillo, Lima, Ica i Arequipa oddalone są odpowiednio o 220, 200, 700, 310 i 710 kilometrów. Dalej na wschód wyrasta potężny łańcuch peruwiańskich Andów, skąd rzeki spływają wąskimi dolinami do Pacyfiku. Wówczas droga przecina niewielkie, zielone wyspy na pustynnym morzu.

„Na peruwiańskim wybrzeżu bogate i obfite doliny okupujące istotne miejsce w statystykach produkcji narodowej, nie powołały dotąd do życia żadnego miasta. Ledwie od czasu do czasu na skrzyżowaniach i przy przystankach majaczy jakaś osada, jakieś miasteczko w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat. W niektórych przypadkach, jak w dolinie Chicama, latyfundium dławi miasto”. José Carlos Mariátegui pisał te słowa blisko sto lat temu, w 1928 roku, ale wydaje się, że jego obserwacje niewiele straciły na aktualności. Wiele dolin po dziś dzień zajmuje się uprawą wyłącznie jednego produktu na eksport, pola należą do jednej lub kilku osób lub przedsiębiorstw, a pracownikom najemnym płaci się niewiele. Yauca jest jedną z miejscowości wyjętą wprost z opisów Mariáteguiego: dolina jest w całości obsadzona drzewami oliwkowymi, a drobny handel rozwija się nie w centrum, ale przy głównej drodze na Arequipę; najwyraźniej sprzedawcy wiedzą, że w miasteczku nikogo na większe zakupy nie stać. Na skalistą skarpę wspina się osiedle „w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat”. „[W Europie Zachodniej czasów feudalizmu] wieś potrzebowała usług miasta […]. Z drugiej strony, oferowała miastu pewną liczbą produktów rolnych. Tymczasem [nasze] posiadłości ziemskie na wybrzeżu wytwarzają bawełnę i trzcinę cukrową dla odległych rynków zagranicznych. Zapewniwszy sobie transport tych produktów, latyfundium interesuje się komunikacją z własnym sąsiedztwem co najwyżej w stopniu drugorzędnym. […] Miasto w wielu z dolin nie otrzymuje niczego od wsi, ani też niczego na tej wsi nie posiada. Żyje przeto w mizerii, z tego czy innego z drobnych zajęć miejskich, z ludzi dostarczanych do pracy w latyfundium, ze smutnej męki stacji przesiadkowej, przez którą przejeżdżają rocznie tysiące ton owoców ziemi [przeznaczonych na eksport]”.

Za Camaná główna droga oddala się od wybrzeża. Podjazd do Arequipy, początkowo bardzo stromy, po kilkudziesięciu kilometrach wypłaszcza się zupełnie. Klaustrofobiczny korytarz między piaszczystymi zboczami kanionu ustępuje miejsca przestrzennej pampie, całkowicie pozbawionej roślinności, ale z zieloną plamką na horyzoncie. Z upływem kilometrów ta plamka rośnie, aż w końcu po obu stronach drogi rozwijają się dywany upraw, wyrastają owocowe gaje, a w kanałach irygacyjnych chlupie błotnista woda.

W Peru, którego znaczna część to pustynia, problem irygacji to temat aktualny od zawsze. Inkowie, dawni gospodarze, spędzili wieki na drążeniu kanałów, z których wiele pozostaje w użyciu. Europejskich kolonizatorów w Peru interesowało jednak nie tyle rolnictwo, ile złoto, stąd na długi czas rozwój instalacji irygacyjnych utknął w martwym punkcie. Dopiero w XX wieku niektóre rządy zajęły się – jak to się współcześnie określa – „rozszerzaniem granic rolnictwa”. W 1971 roku Juan Velasco Alvarado podpisuje dekret o specjalnym projekcie Majes Siguas. Przy pomocy systemu tuneli i kanałów, gigantyczna inwestycja rządu centralnego przekierowuje wody ze zlewni Atlantyku do zlewni Pacyfiku. O kredyt międzynarodowy jest trudno. Byłoby dużo łatwiej, jeśli pożyczone pieniądze miałoby się przeznaczyć na rozwój produkcji na import. Ale Velasco wie, że nie tędy droga i zgadza się na gigantyczne oprocentowanie, aby tylko osiągnąć cel, czyli wzmocnić produkcję krajową. Na pustynnej pampie Majes drąży się kanały irygacyjne i już w latach osiemdziesiątych kiełkują pierwsze uprawy. Ziemię sprzedaje się trzem tysiącom lokalnych rolników w formie pięciohektarowych parceli, w sumie 15 tysięcy hektarów.

Zaczęło się kiepsko. Parcele nie produkowały wiele, niektóre w ogóle opuszczono. Okazało się – ale chyba nie powinno to być niespodzianką – że prości chłopi bez szkoły i przygotowania nie stali się z dnia na dzień sprawnymi przedsiębiorcami rolnymi. Projekt był o tyle niekompletny, że nie uwzględnił wsparcia technicznego i merytorycznego. Czas zrobił jednak swoje i chociaż w pewnym momencie mówiło się o Majes jako o porażce na wielką skalę, dzisiaj ten niewielki obszar pustynnej pampy zamienionej w zielone pola jest jednym z ważniejszych producentów rolniczych w kraju. Wzrosła zarówno różnorodność upraw, jak i rynki zbytu. Rolnicy oprócz lucerny wysiewają obecnie także cebulę, czosnek i inne warzywa, a producenci wysoko rentownych awokado, winogron czy komosy ryżowej organizują się w stowarzyszenia i spółdzielnie, by koordynować eksport. Zarządzanie systemem irygacyjnym – podobnie jak w przypadku ekwadorskim – prowadzi kolektywnie Rada Wody. Po sąsiedzku powstaje projekt Majes Siguas II przewidujący zirygowanie 40 tysięcy hektarów tego, co jak dotąd jest jeszcze pustynią. Ale jako że u władzy nie jest już pronarodowy generał, lecz neoliberalny prezydent, trwa dyskusja, czy ziemie sprzedać dużym agroprzedsiębiorcom (najpewniej zza granicy, jako że ziemia w Majes osiąga ceny w granicach stu tysięcy dolarów za hektar) na działkach od 200 hektarów wzwyż („Dzisiaj są inne czasy, […] trzeba myśleć o rynkach międzynarodowych, żeby się rozwijać!” – Ernesto Carnero, prezes Autonomicznego Zarządu Majes), czy raczej zostać przy małych i średnich gospodarstwach lokalnych producentów („Duże gospodarstwa rzeczywiście mogą podnieść poziom życia wybranych, ale społecznie rzecz biorąc to beznadziejne rozwiązanie” – Alipio Montes Urday, Centrum Studiów nad Rozwojem Regionalnym, obie wypowiedzi pochodzą z dziennika „El Pueblo”, Arequipa, 2 sierpnia 2015 r.).

Sam Pedregal – główne osiedle pampy Majes – to już nie to samo, co rachityczna Yauca. Miasto rośnie w oczach: mnożą się domy, sklepy, magazyny artykułów rolniczych, nowoczesne gmachy szkół, stadiony i hale sportowe. Po niespełna 40 latach rozwoju Pedregal zgromadził przeszło sto tysięcy mieszkańców i stał się drugim po stolicy miastem departamentu Arequipa. Stragany na targu uginają się od produktów, a na obrzeżach miejscowości lśni szklana fasada jednostki strażackiej o imponujących rozmiarach i nowoczesnym sprzęcie, rzecz w Peru nieczęsto spotykana. Wszystko to wtopione w otoczenie nieskazitelnej czystości, zadbanych, równych chodników i przystrzyżonego trawnika.

Wenezuela: wspólne decyzje

– „Wiadomo, że nie wszyscy przychodzą” – przyznaje M., gdy wchodzimy do dużego sklepu. Na drzwiach wisi pisane odręcznie obwieszczenie o najbliższym zebraniu rady wspólnoty Santa Rosa. – „To zależy od tematu. Gdy rzuciłam pomysł sadzenia drzew, zjawiły się dwie osoby. Ale już na spotkanie w sprawie rządowych kredytów na sprzęt AGD przyszło chyba całe osiedle”. Zebrania rady wspólnoty odbywają się co najmniej raz w miesiącu, ale w uzasadnionych przypadkach można zwoływać je częściej, na przykład gdy przychodzi wybrać nowych sekretarzy. – „Kadencja trwa dwa lata – opowiada M. – a o stanowisko można się ubiegać już w wieku 16 lat”. Pytam, od jakiego wieku w takim razie dzieci stają się członkami rady. – „Od kiedy się urodzą!” – odpowiada z entuzjazmem M., sekretarz komitetu infrastruktury. – „Rada wspólnoty to po prostu wszyscy mieszkańcy osiedla”.

W ciągu niespełna dziesięciu lat istnienia rada wspólnoty Santa Rosa przeprowadziła szereg projektów: nowy budynek szkoły podstawowej wraz z zadaszonym boiskiem (z inicjatywy komitetu infrastruktury), system kanalizacji i oczyszczania wody (komitet techniczny do spraw wody) czy liceum wieczorowe dla tych mieszkańców osiedla, którzy w młodości nie mieli możliwości skończyć szkoły średniej (komitet edukacji). – „Ale najważniejsze jest to, że udało się zorganizować i zintegrować sąsiadów w żywą wspólnotę” – podkreśla M. z nieskrywaną dumą.

Na comiesięcznych zebraniach wspólnota debatuje nad priorytetami działania. Jeśli takim priorytetem okaże się nowy budynek szkolny, sekretarz komitetu infrastruktury sporządza projekt. – „Sekretarz nie ma obowiązku rozwiązywania problemów wspólnoty” – zaznacza M. – „One powinny być rozwiązywane przez radę, czyli wszystkich mieszkańców”. I dodaje: „Sekretarz przekazuje jedynie propozycję swojej społeczności do odpowiednich instytucji”.

Sfinansować projekt rady mogą zarówno ministerstwo, samorząd powiatowy czy wojewódzkie, jak i wiele innych instytucji państwowych. Istnieje także specjalny fundusz centralny przeznaczony na wyjątkowo kosztowne projekty. Kontrolę nad wykorzystaniem pieniędzy pełni przyznający środki, a specjalny organ rządowy Funda Communal zapewnia pomoc prawną i doradztwo sekretarzom rad. W przypadku gdy wykonawca kontaktuje dodatkowy personel do pracy przy projekcie – co ma miejsce zazwyczaj w przypadku prac budowlanych – pierwszeństwo przy zatrudnieniu mają bezrobotni mieszkańcy osiedla. Na podgórskim osiedlu Santa Rosa, w ramach działań rady, wykonuje się również prace bezpłatne: raz na dwa tygodnie członkowie komitetu technicznego czyszczą zbiorniki gromadzące wodę ze strumieni tak, by z kranów nie leciało błoto i strzępki liści.

Nie brak oczywiście ciemnych stron rad wspólnot, które w zależności od regionu cieszą się różną sławą, a pomimo kontroli finansowych co rusz pojawiają się skandale dotyczące malwersacji środków przyznanych na projekty. Sprzeciw budzą również zakusy władzy centralnej, by używać rad jako narzędzia do politycznej kontroli regionów. Koniec końców rada jest jedynie narzędziem przy budowie organizacji społecznej: owoce działalności zawsze będą zależeć od tego, jak się takiego narzędzia użyje. – „W pierwszym roku po ustanowieniu w Wenezueli instytucji rad wspólnot – wspomina M. – ogłoszono, że przyznaje się każdej radzie trzydzieści milionów boliwarów na dowolny projekt. U nas wszyscy chcieli załatać dziurę w drodze wjazdowej na osiedle. Tymczasem w El Morro, jednym z maleńkich górskich miasteczek w okolicach Méridy, mieszkańcy kupili maszynę do produkcji dachówek i zbudowali piec do ich wypalania. Położyli za darmo dachówki na wszystkich domach w miasteczku, a teraz sprzedają swoje wyroby do Méridy. Zyski inwestują w nowe projekty społeczne, m.in. lokalne radio. Zadziałało: dobry, produktywny projekt. A nasi? Niby wykształceni miastowi, a wydali od razu całe pieniądze na jednorazowy drobiazg. Wszystko zależy od ludzi”.

Można wspólnie

Przykładów jest oczywiście więcej, bo cały subkontynent południowoamerykański emanuje jakąś specyficzną skłonnością do wspólnoty. Nawet w największych z latynoamerykańskich miast pęd współczesności nie wypalił tradycyjnego przywiązania do rodziny. Nawet najmniejsza z andyjskich wsi posiada swój lokal komunalny, gdzie odbywają się narady, zabawy czy sąsiedzkie mecze siatkówki. Piwo i paragwajskie tereré pije się w grupie z jednego naczynia, a transport publiczny miast i miasteczek najczęściej bazuje na działalności spółdzielni kierowców. Zresztą spółdzielczość – pomysł, by połączyć zalety możliwości finansowych i produkcyjnych dużego przedsiębiorstwa z satysfakcją z pracy na swoim – jest w Ameryce Południowej szczególnie rozpowszechniona. W obszernym raporcie na ten temat Międzynarodowa Organizacja Pracy przypisuje lokalnym kooperatywom „zróżnicowany wkład w zrównoważony rozwój”. Można przecież oczekiwać, że miejscowi, działając wspólnie, bardziej zadbają o środowisko, w którym żyją, niż ktoś, kto przychodzi z zewnątrz.

W Polsce spółdzielnie nie mają ani dobrej prasy, ani wsparcia instytucjonalnego. Po wejściu do Unii Europejskiej mówiło się głośno, że praca na większych areałach rolnych jest wydajniejsza niż na mniejszych. Zgoda. Zastanawia jednak, dlaczego nie zachęcano małych właścicieli do jednoczenia się w spółdzielnie. Zamiast tego wypłacano renty strukturalne w zamian za odsprzedanie ziemi większym właścicielom. W ten sposób wywłaszczono ponad 20 tysięcy polskich rolników. Tymczasem nawet w Paragwaju, rządzonym od kilkudziesięciu lat przez prawicę, praca kolektywna święci tryumfy: największe przedsiębiorstwa mleczarskie – Chortitzer czy Colonias Unidas – to spółdzielnie. Świetnie radzą sobie również kooperatywy kawowe w Peru, chociaż przykładem o zapewne największym rozgłosie międzynarodowym jest Juan Valdez. Pod tą marką kolumbijska Narodowa Federacja Producentów Kawy sprzedaje owoce pracy ponad pół miliona członków stowarzyszenia. Juan Valdez eksportuje do wszystkich krajów obu Ameryk i w wybrane miejsca w Europie i Azji, dysponuje także siecią sklepów i kawiarni. Czyli jednak można wspólnie? Chyba można.

(Nie)rzadkie choroby – rozmowa z Krzysztofem Swacha

Mukowiscydoza, hemofilia, Choroba Fabry’ego, hiperfenyloalaninemia, Syndrom Devica, Zespół Westa – to zaledwie kilka z ponad 8 tysięcy tak zwanych chorób rzadkich, czyli schorzeń, z którymi zmaga się mniej niż 5 na 10 tysięcy osób. Ta rzadkość to jednak tylko złudzenie – według różnych szacunków choroby te dotykają nawet 8 procent populacji. Dla zaledwie 1–3% pacjentów istnieje możliwość leczenia farmakologicznego. W pozostałych przypadkach możliwe jest jedynie leczenie objawowe i rehabilitacja. Choć te schorzenia są niezwykle różne jeśli chodzi o przebieg, występowanie czy wpływ na organizm, to problemy dotkniętych nimi ludźmi są bardzo podobne. To brak właściwej i szybkiej diagnozy i dostępu do leczenia. Wiele z tych chorób prowadzi do głębokiej niepełnosprawności, co odbija się na sytuacji całej rodziny chorego. O problemach związanych z chorobami rzadkimi i sposobami na rozwiązanie choć części z tych trudności opowiada Krzysztof Swacha, założyciel fundacji „Umieć pomagać”, prywatnie ojciec chłopca chorego na zespół Huntera.

– Choroby rzadkie są trochę „poza systemem”. Bezradne są służba zdrowia i system wsparcia socjalnego.

Krzysztof Swacha: Nie zgodzę się. Służba zdrowia, pomoc społeczna czy firmy farmaceutyczne nie są bezradne. Problemem jest jedynie – choćby w Polsce – to, jak patrzy się na choroby rzadkie. Wystarczyłoby zmienić optykę i traktować pacjentów chorych genetycznie jak wszystkich innych.

– To znaczy jak?

– Mamy w tej chwili taką sytuację, że potrzeby chorych na choroby rzadkie nie są dostrzegane przez decydentów. Tak, jakby ci pacjenci w ogóle nie istnieli…

– Czy mógłby Pan wskazać przykład takiego niedostrzegania, sytuacji, w której te deficyty są najbardziej widoczne?

– Zdecydowanie odłogiem leży edukacja. Od kilku lat staramy się, aby w mediach, ale także w środowisku naukowym i medycznym, temat chorób rzadkich rzeczywiście zaistniał. Choćby po to, by przyszli naukowcy i lekarze nabyli wiedzę na ich temat. To przełoży się na rozwiązanie największego problemu, jakim jest diagnostyka, a raczej jej brak. Bo nie jest do końca winą lekarza, że nie potrafi rozpoznać choroby, na którą cierpi kilkaset osób na świecie. Żeby rozpoznać taką dolegliwość, trzeba mieć ogromną wiedzę i doświadczenie. Można ją nabyć tylko poprzez pracę z takimi pacjentami. Bez właściwej diagnostyki nie ma mowy o dalszym skutecznym leczeniu. Dlatego tak ważne jest, aby przyszli lekarze mieli jak najwięcej do czynienia z pacjentami chorymi na choroby rzadkie. Nawet nie po to, by samemu rozpoczynać leczenie – wystarczy, że pacjentowi lub jego rodzinie wskaże się specjalistę lub placówkę zajmującą się danym schorzeniem.

– Czyli studenci medycyny powinni być kierowani do takich placówek w ramach studiów?

– Niekoniecznie. Wystarczy tylko, żeby wzrosła świadomość istnienia samego problemu. Nie oszukujmy się – częstotliwość występowania pojedynczych chorób rzadkich jest tak niewielka, że wiele osób zwyczajnie nie przejmuje się ich istnieniem. Często po prostu pomija się je przy stawianiu diagnozy. Ma to dramatyczne konsekwencje dla pacjentów.

– A jest ich jakieś 2,5 miliona…

– Tak, ta liczba robi wrażenie. Problem w tym, że mówienie o ogółach w przypadku chorób rzadkich najczęściej kończy się niczym. Potrzebna jest świadomość skali problemu, ale też jego różnorodności. Nie można powiedzieć: „choroby rzadkie to…”. Dlatego potrzebna jest naprawdę ogromna praca nad świadomością społeczną.

– A tą zajmują się głównie organizacje pozarządowe.

– Jednocześnie, jeśli weźmie się pod uwagę skalę potrzeb, tych organizacji społecznych jest naprawdę niewiele. Zdarza mi się uczestniczyć w konferencjach i spotkaniach organizowanych przez Eurordis – sieć organizacji europejskich zajmujących się chorobami rzadkimi. Niestety udział Polaków w tego typu spotkaniach jest niewielki. Sam nie wiem, z czego to wynika. Tymczasem na przykład w Niemczech jest 80 organizacji zajmujących się chorobami rzadkimi. Ta liczba przekłada się na wzrost wiedzy na ten temat. Najpierw w środowisku lokalnym, tam, gdzie dana organizacja działa, a potem coraz szerzej i szerzej. Taka oddolna edukacja. Tymczasem w Polsce tych organizacji jest niewiele i często ich główną działalnością jest bezpośrednia pomoc chorym. Tymczasem w wielu chorobach zwyczajnie nie ma jak im pomóc.

– Znam sporo tego typu organizacji – przewija się tam jeden schemat. W rodzinie rodzi się dziecko z jakąś chorobą rzadką. Potem jest heroiczna walka o diagnozę, wędrówki pomiędzy placówkami. W szczęśliwszym scenariuszu pojawia się lekarz-cudotwórca, który wprowadza mniej lub bardziej skuteczną terapię. Tymczasem rodzice powodowani poczuciem solidarności z innymi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji, zakładają organizację. Choćby po to, aby razem z innymi zbierać okruchy informacji na temat danej jednostki chorobowej. Trochę tak, jak gdyby problem chorób rzadkich został sprywatyzowany.

– Moim zdaniem wiąże się to choćby z samym nazewnictwem. Mam problem z samym określeniem „choroby rzadkie”. Jasne, wynika ono z potrzeby stworzenia definicji dla chorób, z którymi zmaga się określona grupa ludzi. Z drugiej strony decydenci, słysząc hasło „choroby rzadkie”, słyszą głównie ten drugi człon nazwy. Tymczasem, choć pojedyncze schorzenie dotyka często kilku czy kilkunastu osób w kraju, to jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie tego typu schorzenia, jest to naprawdę duża grupa. Może gdybyśmy to inaczej definiowali i skupiali się choćby na potrzebach pacjentów, a nie na ich liczbie, byłoby inaczej. Położyłbym nacisk na potrzeby pacjentów i ich rodzin. O chorobach rzadkich powinno się mówić jako o takich, które wymagają specjalistycznego wsparcia, szybkiej diagnozy, ale też zmieniają funkcjonowanie całej rodziny chorego, dlatego zarówno oni, jak i ich bliscy potrzebują specjalnego wsparcia – farmakologicznego, terapeutycznego itp. Może wtedy udałoby nam się więcej ugrać, bo żaden rząd czy żaden decydent nie odważyłby się bagatelizować tematu tylko z powodu nazwy.

– Może powinniśmy mówić o chorobach genetycznych?

– Jeśli chodzi o nazewnictwo, to zmieniłbym tę nazwę na każdą inną, byleby tym dzieciom pomóc. Bo jeśli utrzymuje się w głowach ludzi stereotyp choroby rzadkiej jako problemu marginalnego, to usprawiedliwia to niejako bylejakość w traktowaniu tych chorych. Trzeba to zmienić. Być może trzeba zacząć właśnie od zmiany nazwy.

– Remedium na bylejakość, o której wspomniano, miał być Narodowy Plan dla Chorób Rzadkich, przy którego powstawaniu pracował również Pan. Lata mijają, a wciąż pacjenci i ich rodziny pozostają z informacją, że już wkrótce Plan wejdzie w życie, trzeba tylko postawić ostatnią kropkę. Problem w tym, że jakoś tej ostatniej kropki postawić się nie da.

– I moim zdaniem długo nikt jej nie postawi. Nie ma gotowości do tego, żeby spróbować podjąć zobowiązania wynikające z zapisów Planu dla Chorób Rzadkich.

– Jakie w takim razie byłyby te zobowiązania?

– To byłoby wprowadzenie w życie tego, o czym do tej pory rozmawialiśmy. Właściwie wszystkie postulaty naszego środowiska zawierały się w tym planie. Pierwsza rzecz to oczywiście diagnostyka i tu się powtórzę – jeżeli nie będziemy mieć poprawnej diagnostyki, to liczba zdiagnozowanych chorób wciąż będzie niższa niż w rzeczywistości. A każdy źle zdiagnozowany pacjent to także pacjent źle leczony. Właśnie dostęp do leczenia jest drugim elementem planu. Prawidłowo postawiona diagnoza sprawia, że możemy szybko zacząć na przykład podawać odpowiednie leki, ale przede wszystkim rodzice będą wiedzieli, z czym mają do czynienia i nie będą potrzebne pielgrzymki po kolejnych szpitalach i gabinetach lekarskich. Trzecią sprawą są kwestie socjalne. W przygotowanym dokumencie był rozdział poświęcony obowiązkom państwa. Była wśród nich m.in. szczególna troska wobec rodziców, którzy ze względu na chorobę dziecka rezygnują z pracy zawodowej. Chodziło o ich prawa emerytalne. My, rodzice, ponoszący duży ciężar opieki nad tymi dziećmi, tracimy coś, co dla zwyczajnych rodzin jest oczywiste. Na przykład matka lub ojciec decydujący się na opiekę nad małym chorym nie płaci składek na ZUS. Inna sprawa to mowa o wspieraniu chorych, gdy ci osiągną już pełnoletniość, ale dalej pozostaną osobami zależnymi od pomocy innych. Czwartym elementem planu była edukacja społeczeństw i wzrost świadomości społecznej. Oczywiście nasz plan nie zawierał cudownego remedium na wszelkie bolączki, ale był na tyle komplementarny, że każdy jego element wspierał następny. Większa wiedza społeczeństwa to lepsza diagnostyka i opieka lekarska, to równa się lepszemu stanowi chorych, co przekłada się na sytuację opiekunów. Koło się zamyka.

– Zawsze w takich sytuacjach korci mnie, by zapytać, czy aby na pewno potrzebujemy specjalnego planu. Może wystarczyłoby realizować już istniejące przepisy?

– Nie chodziło nam o to, żeby zebrać w jedno miejsce postulaty i stworzyć jakiś dokument – a raczej, by decydenci mogli zrozumieć, co stoi u podstaw tego wszystkiego. Tą podstawą jest, jak już wspominałem, świadomość społeczna istnienia problemu, a wraz z nią dostęp chorych do odpowiednich usług medycznych, świadczeń, rehabilitacji i edukacji. Jeśli dokonanie takiej „rewolucji” jest niemożliwe dla jakiegokolwiek rządu, to wszelkie działania związane z chorobami będą fikcją.

– Mógłby Pan przybliżyć kulisy powstawania tego programu?

– Rozmowy, które prowadziliśmy z Ministerstwem Zdrowia od 2011 roku, toczyły się we właściwym kierunku. My, strona społeczna, chodziliśmy na spotkania, dyskutowaliśmy nad konkretnymi zapisami planu, aby był on jak najbardziej spójny i pełny, by nie pomijał ani nie faworyzował żadnej z grup pacjentów. Przypomnę tylko, że nad jego zapisami pracowało ponad 200 osób. To nie była garstka szalonych społeczników – byli wśród nas lekarze, naukowcy, genetycy, ale też oczywiście rodzice. O tych ostatnich mówiono wręcz jako o fachowcach, którzy są najlepszym źródłem informacji, gdyż codziennie przebywają z dziećmi dotkniętymi tymi chorobami. Gdy przedstawiliśmy już plan stronie rządowej, otrzymał on bardzo dobre recenzje. Niestety potem wszystko się zmieniło. Rodzice przestali być fachowcami i najlepszym źródłem informacji, a współpracujący z nimi lekarze i naukowcy okazali się zbędni. Ministerstwo Zdrowia wzięło nasz plan we własne tryby, obiecując nam tylko dodatkowe spotkania z już wybranymi grupami osób, co miało służyć doprecyzowaniu poszczególnych zapisów planu i upewnieniu się, czy zawiera on wszystko, czego potrzeba. Do tych spotkań nigdy nie doszło. Ostatni raz w ministerstwie byłem na początku 2015 roku. Wtedy powiedziano nam, że za 6 tygodni przeprowadzimy jeszcze jedno spotkanie i ruszamy z pracami nad planem. Od tego czasu nie dostałem żadnej informacji, co się dzieje z efektem naszych długoletnich wysiłków. Nie umiem tego nazwać inaczej niż brakiem kultury.

– W lutym 2017 roku były już wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda przeprosił za zwłokę i powiedział, że prace nad wdrożeniem Planu są już na finiszu i wystarczy tylko ustalić pewne kwestie z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

– Tego pana już nie ma w Ministerstwie Zdrowia. Zawsze można znaleźć wymówkę, żeby czegoś nie zrobić. Najpierw tłumaczono się niedoróbkami planu, a potem kwestiami międzyresortowymi. Ale ktoś, kto widział, jak ten plan jest zbudowany, nie mógł być zaskoczony tym, że jego realizacja wymaga uruchomienia takich czy innych działań. Druga sprawa, że właściwie nie mamy kogo w tej chwili pytać, co dzieje się z Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich. Ile lat mamy słuchać jeszcze o tej ostatniej kropce? Moim zdaniem nikt nie ma woli wprowadzenia tego planu w życie.

– Ale mamy też inny dokument rządowy – program „Za życiem”. Jego założeniem jest wspieranie osób z niepełnosprawnością i ich rodzin od momentu zdiagnozowania trudnej ciąży do bardzo późnej dorosłości. Moim zdaniem wiele z postulatów, o których Pan mówił, zawartych jest właśnie w tym programie. I to zarówno tych dotyczących opieki medycznej, jak i wsparcia socjalnego.

– Moim prywatnym zdaniem nazwa nie ma znaczenia. Jeśli program „Za życiem” zapewni właściwą diagnostykę, pomoc fachowców i dostęp do terapii osobom, u których wykryto chorobę rzadką, to jestem za. Żeby była jasność: my, rodzice, zdajemy sobie sprawę, że cały ciężar zapewnienia właściwego leczenia będzie spoczywać na nas. Ale zależy nam na tym, by diagnoza odbyła się możliwie jak najwcześniej, bo wiemy, jak tragiczna w skutkach może być sytuacja, gdy chorobę wykryje się za późno.

– Jakie to ma konsekwencje?

– Jeśli za późno wdroży się nawet najlepsze leczenie, to spustoszenie, jakiego choroba dokonała w organizmie, może być już nieodwracalne. Druga rzecz: na tym etapie ktoś może stwierdzić, że skoro taka terapia jest nieskuteczna, to po co ją refundować.

– Znów koło się zamyka.

– Argument o nieefektywności terapii przy chorobach rzadkich jest dla mnie wierutną bzdurą. Jeszcze nie słyszałem o dziecku, które umarło z powodu terapii, a przypadków, gdy do śmierci doprowadził jej brak, jest całe mnóstwo. Inna sprawa, że w wielu przypadkach leczenie polega na spowalnianiu postępu choroby. Są choroby, których nie uleczymy, ale możemy wydłużyć życie chorych. Zadam pytanie: czy są choroby powszechne, których też nie da się wyleczyć?

– Jasne – całkiem sporo: stwardnienie rozsiane, cukrzyca itp.

– W dodatku są to choroby coraz częstsze, których leczenie trwa do końca życia pacjenta. Czy to oznacza, że mamy rezygnować z terapii, które ewidentnie poprawiają jakość jego życia? Jasne, że nie. W takim razie czemu, gdy mówi się o chorobach rzadkich, myślenie jest całkiem inne? Owszem, czasami efektywność tego leczenia jest mniejsza niż nasze oczekiwania. Ale wynika to nie tyle ze słabości terapii, ile ze zbyt późnego jej wdrożenia. Jeżeli udałoby się doprowadzić do sytuacji, że dzieci z chorobami rzadkimi byłyby diagnozowane najwcześniej jak to możliwe, to liczba pacjentów dobrze odpowiadających na terapię byłaby o wiele większa i zamknęlibyśmy usta niedowiarkom.

– Tu dobrym przykładem byłyby wszelkie choroby związane ze specjalnymi dietami. Jedna z nich to fenyloketonuria, przy której trzeba wyeliminować z diety konkretny aminokwas i spożywać tylko starannie dobrane produkty. W przeciwnym razie dochodzi do bardzo poważnych uszkodzeń układu nerwowego i poważnej niepełnosprawności intelektualnej.

– To dobry przykład na to, jak ważna jest wczesna diagnostyka. Jeśli rodzic nie dowie się, jak karmić swoje dziecko, to będzie tylko mógł patrzeć bezradnie, jak jego stan się pogarsza. Inna sprawa, że w wielu chorobach rzadkich trzeba zmienić nie tylko dietę, lecz także cały sposób funkcjonowania rodzin, choćby po to, żeby dziecko nie umarło w niepotrzebnym cierpieniu. Dlatego nie wolno odrzucać jakiejś terapii tylko dlatego, że po jej zastosowaniu na przykład kilkulatek poruszający się na wózku nie wstanie i nie zacznie grać z kolegami w piłkę. Druga sprawa, że nie brakuje też sytuacji, gdy żadnej terapii nie ma i nie da się choremu dziecku w żaden sposób pomóc, poza właściwą rehabilitacją czy opieką.

– Co więc trzeba zrobić?

– Wprowadzić badania przesiewowe już od pierwszych dni życia, bez czekania na wystąpienie objawów. Znam przypadki z zagranicy, gdy poprzez takie wczesne wykrycie i podanie leków przed pojawieniem się objawów choroby, uratowano dziecko przed naprawdę poważną niepełnosprawnością. Gdyby coś takiego udało się wprowadzić w Polsce, to skala ludzkich tragedii związana z chorobami rzadkimi byłaby o wiele mniejsza.

– Mógłby Pan wskazać jakiś modelowy przykład z zagranicy?

– Żeby była jasność – nie wszystko, co jest na Zachodzie, jest lepsze od tego, co mamy w Polsce. Czasem nasze rozwiązania są korzystniejsze. Mamy dobrych fachowców, którzy potrafią zapewnić świetną opiekę. Co do dobrych przykładów, to utkwiła mi w głowie historia, którą opowiedział pewien profesor z Australii zajmujący się tematyką mukopolisacharydozy. Z jego słów wynikało, że jeśli wykryje się chorobę podczas wcześnie przeprowadzanych badań przesiewowych i zastosuje odpowiednie leki, to uniknie się nagromadzania w organizmie mukopolisacharydów, których nadmiar odpowiedzialny jest za niszczenie komórek organizmu. W rezultacie dzieci z tą chorobą będą mogły o wiele lepiej się rozwijać. Dziecko z taką samą chorobą, ale z terapią uruchomioną w późniejszym czasie, w zasadzie nie ma na to szans.

– Tu mamy przykład paradoksu kosztów ukrytych. Oszczędzając na diagnostyce, państwo samo dokłada sobie wydatków w późniejszym czasie. Oprócz dziecka, które wymaga intensywnej pomocy medycznej i wielu innych usług, są jeszcze jego rodzice, z których co najmniej jedno musi rezygnować z pracy i samemu stać się klientem pomocy społecznej.

– Nasze argumenty mówiące o tym, że opieka państwa w całym okresie życia dziecka jest droższa przez to, że zaniedbano kwestie diagnostyki i leczenia, zupełnie nie trafiają do decydentów. Nie wiem, jakim myśleniem się oni kierują, ale ciężar kosztów wynikających choćby z poważnej niepełnosprawności dziecka rodzice będą ponosić przez całe jego życie. Taniej dla wszystkich byłoby, gdyby służba zdrowia miała możliwość zaradzenia pewnym problemom, zanim się one w ogóle pojawią. Dobrze leczone dziecko mogłoby przecież, zamiast leżeć w domu czy szpitalu, chodzić do przedszkola, szkoły i bawić się z rówieśnikami. Sam znam takie dzieciaki. Skoro więc udało się to w pojedynczych przypadkach, to czemu nie uczynić z tego normy? Nawet najdroższa terapia jest dla państwa tańsza niż jej brak. Dopóki nie zmienimy obecnego myślenia, będzie dalej królowała strategia udawania, że problemu nie ma, bo przecież diagnozuje się tak mało tych chorób…

– Jest jeszcze aspekt ludzki. Rodzice chorych dzieci nie martwią się o to, czy ich dziecko będzie miało piątki i czy zawsze będzie miało zasznurowane buty, ale o to, czy nie umrze w nocy.

– Tak właśnie jest. W tym wszystkim najważniejszy powinien być zawsze pacjent. Jeśli damy mu lepsze leczenie, to damy mu lepsze życie w lepszych warunkach. Nawet jeśli to życie nie będzie zbyt długie, to dając mu właściwe wsparcie, zminimalizujemy cierpienie jego i jego rodziny. A o to przede wszystkim w tym chodzi.

– Czasami mam wrażenie, że nie dla wszystkich jest to tak samo oczywiste.

– Wie pan, co zmieniło sytuację chorych na mukowiscydozę w Wielkiej Brytanii? To, że premier Gordon Brown miał syna z tą chorobą. Widząc, jak wygląda obecna sytuacja chorych i ich rodzin, zmienił ją, korzystając z własnych doświadczeń z uzyskiwaniem diagnozy i dostępu do leczenia. Pytanie, czy każdy polityk musi mieć w rodzinie taką sytuację? Mam nadzieję, że wystarczą rozmowy z rodzicami, lekarzami i uczonymi. My, rodzice, naprawdę nie chcemy wiele – tylko tyle, ile mają inni chorzy. Bo na razie jest tak, że nie mając wyboru, to my ponosimy większość kosztów obecnej sytuacji.

– Czyli podsumowując: dopóki nie zmieni się system, swoje życie będą musieli zmieniać rodzice.

– Tak. Mam nadzieje, że kiedyś przyjdzie moment, gdy wiedza na temat chorób rzadkich będzie na tyle powszechna, że wprowadzenie potrzebnych zmian stanie się sprawą oczywistą. Może będzie potrzebny ktoś, kto ma w rodzinie czy w najbliższym otoczeniu osobę chorą i wie, jakie problemy się z tym wiążą. Taka wiedza pozwoli dopiero spojrzeć na choroby rzadkie z właściwej perspektywy. Nie tylko bieżących kosztów i oszczędności, ale pojedynczych ludzkich tragedii i możliwości ich uniknięcia. Lubię odnosić się do przykładu chorób onkologicznych. Jeszcze 30–40 lat temu wiedza na temat nowotworów była w społeczeństwie niemal zerowa. Proszę zobaczyć, co dzisiaj dzieje się z chorobami onkologicznymi. Umiemy o nich dyskutować, mamy coraz większą wiedzę na temat profilaktyki i wczesnego wykrywania raka. Czy ktoś kilkadziesiąt lat temu myślał, że głośno będzie się mówiło o samobadaniu jąder czy piersi? Dziś wiedza na ten temat jest powszechna – a to przekłada się na lepszą diagnostykę i leczenie. Mam nadzieję, że podobna rewolucja dokona się w zakresie chorób rzadkich. Dlatego musimy oswajać społeczeństwo z tym tematem. Dzięki temu może uda się osiągnąć taką sytuację, że ci chorzy będą żyli razem z nami, niekoniecznie jako pacjenci leczenia paliatywnego, podłączeni do aparatury, ale obok nas, w szkole, domu, parku czy ogrodzie. Nawet jeśli będą poruszali się o kulach czy na wózku albo będą mieli bardzo specjalną dietę, to będą się tak samo śmiali i bawili jak wszyscy inni. Marzę o tym, by skończyć z negatywnym komunikatem, który towarzyszy chorobom rzadkim. Zamiast obrazków o cierpieniu wolałbym rzetelną dyskusję o tym, jak pomóc chorym, bo ta pomóc jest w wielu przypadkach możliwa i przynosi rezultaty.

– Dziękuję za rozmowę.


Andrzej – Syndrom Devica

Wszystko zaczęło się od swędzącej plamki na skórze, która stawała się coraz większa i większa. „Gdy udaliśmy się z tym do lekarza, stwierdził, że mój mąż jest zdrowy” – wspomina Emilia Mulawa, żona Andrzeja dotkniętego zespołem Devica. To choroba, w której własny układ odpornościowy atakuje rdzeń kręgowy i nerwy wzrokowe. Jest często mylona z początkami stwardnienia rozsianego (SM).

Wkrótce Andrzej Mulawa stracił władzę w ręce. Gdy jego stan zaczął się drastycznie pogarszać, zaczęto podejrzewać nowotwór i zastosowano terapię sterydami. Ta okazała się szkodliwa. Prawdziwą diagnozę – syndrom Devica – udało się ustalić dopiero wtedy, gdy Andrzej Mulawa był już całkowicie sparaliżowany i musiał oddychać przy pomocy respiratora.

Fragment artykułu „Rzadkie choroby – częsty problem”, Niepelnosprawni.pl, 06.03.2015 r.

Artur – Fenyloketonuria

„Powiedziano mi, że dziecko jest upośledzone umysłowo i nie ma sensu dalej go leczyć. Jednak ja cały czas o niego walczyłam” – wspomina Bożena Zwolińska, matka 41-letniego Artura, chorego na fenyloketonurię. – „W ósmym roku życia syna udało mi się zdobyć skierowanie do Centrum Zdrowia Dziecka. Tam powiedziano mi, że jest już za późno i mogę co najwyżej wprowadzić dietę ograniczającą białko. Tymczasem sytuacja jego zdrowia pogarszała się z każdym rokiem. Nikt nie udzielił nam pomocy. Dzwoniłam do szpitali w całej Polsce, gdzie zbywano mnie stwierdzeniem, że nic się nie da zrobić”.

Gdy syn miał 36 lat, pani Bożena zdecydowała się poszukać w internecie czegoś na temat jego choroby. Tam znalazła Stowarzyszenie Ars Vivendi, prowadzone przez Małgorzatę i Stanisława Maćkowiaków, które zajmuje się wspieraniem osób chorych na fenyloketonurię i inne choroby rzadkie. Dopiero tam znalazła właściwe wsparcie, a także wiedzę na temat leczenia i diety, która okazała się zbawienna w skutkach.

„Oni uratowali życie mojemu synowi i całą nasza rodzinę” – mówi ze łzami w oczach Bożena Zwolińska. – „Stan Artura poprawił się tak bardzo, że aż mój drugi syn zapytał mnie, czy to możliwe, że Artur będzie niedługo zdrowym człowiekiem…”.

Fragment artykułu „Leczenie chorób rzadkich wreszcie z planem?”, Niepelnosprawni.pl, 02.03.2016 r.

Clemence – Zespół Ehlersa-Danlossa

Od wczesnego dzieciństwa cierpię na silne bóle i inne objawy. Choroba ta powoduje uogólniony, rozlany ból oporny na leczenie, problemy oddechowe, bóle głowy, ogromne zmęczenie. Procesy automatyczne (na przykład oddychanie, zasypianie) po pewnym czasie przestają takie być. Lekarze nieznający tej choroby przy pierwszym kontakcie z chorym uważają, że może mieć problemy psychologiczne – gdyż towarzyszą jej silne zmęczenie i ból, których nigdy nie możemy naprawdę zlikwidować; może to być przypadek depresji wtórnej. Choroba może przybierać różne formy i utrudnia codzienne życie. Nie ma możliwości złagodzenia bólu, ponieważ nie znaleziono dotąd skutecznego leczenia. Zarówno we Francji, jak i w innych krajach brakuje środków na poszukiwania i badania. Większość chorych w pewnym momencie ma problemy z chodzeniem, więc poruszają się na wózkach. Życie musi być zorganizowane w inny sposób, są czynności, których przez pewien czas lub nigdy nie możemy wykonywać sami.

Podziękowania za tłumaczenie dla Agaty Kwiatkowskiej i Magdaleny Pawlik

Przykłady chorób rzadkich:

Fenyloketonuria: wrodzona choroba metaboliczna występująca z częstością około 1 na 8 tysięcy noworodków. U podłoża choroby leży nieprawidłowa przemiana aminokwasu – fenyloalaniny w organizmie. O ile odpowiednio wcześnie nie zostanie zastosowane właściwe leczenie, gromadzący się w nadmiarze aminokwas uszkadza organizm dziecka, a w szczególności jego mózg, prowadząc nieuchronnie do niepełnosprawności intelektualnej. Stąd konieczność wczesnej diagnostyki choroby opartej na badaniach przesiewowych noworodków i wczesnego prowadzenia leczenia dietą o ograniczonej podaży fenyloalaniny. Takie postępowanie warunkuje profilaktykę uszkodzenia układu nerwowego, pozwalając na całkowicie prawidłowy rozwój dziecka chorego na tę chorobę.

Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/ choroby_rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Zespół Devica – choroba neurologiczna o charakterze demielinizacyjnym, w której nadaktywne białka – limfocyty B układu odpornościowego, zamiast strzec organizmu przed infekcjami, atakują również nerwy wzrokowe i nerwy rdzenia kręgowego, „nie rozróżniając” komórek mieliny od chorobotwórczych. Wskutek takich ataków początkowo wytwarza się stan zapalny w obrębie mieliny nerwu, później atrofia (zanik), a w końcu martwica samego nerwu – powstają tzw. jamki martwicze, doskonale widoczne w obrazie MRI (czasami mylone z torbielami lub innymi ogniskami patologicznymi). Zmiany degeneracyjne są nieodwracalne, prowadzą do poważnych deficytów neurologicznych, choć chorzy utrzymują swój potencjał intelektualny i są w pełni świadomi co do możliwości szybkiego, zmiennego postępu choroby i nie najlepszych rokowań.

Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/choroby_rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Mukowiscydoza – schorzenie, którego głównym objawem jest nadprodukcja gęstego i lepkiego śluzu, zaburzającego pracę narządów wyposażonych w gruczoły śluzowe. Objawia się przede wszystkim przewlekłą chorobą oskrzelowo-płucną oraz niewydolnością enzymatyczną trzustki z następowymi zaburzeniami trawienia i wchłaniania. Większość chorych (około 75 proc.) cierpi na choroby i dolegliwości układu pokarmowego, takie jak kamica żółciowa, skręt jelita w okresie płodowym, niedrożność smółkowa jelit w okresie noworodkowym, dystalna niedrożność jelit, wtórna marskość żółciowa wątroby, nawracające zapalenia trzustki, blokowanie przewodów trzustkowych przez śluz. Dzięki postępowi medycyny udało się w ostatnich latach wydłużyć przeciętną długość życia chorych z mukowiscydozą do 24 lat.

Na podstawie http://www.chorobyrzadkie.com/schorzenia/mukowiscydoza- istota-choroby

Zespół Ehlersa-Danlosa – występująca w 1 na 5–10 tysięcy urodzeń choroba tkanki łącznej, która buduje nie tylko ścięgna czy więzadła, ale również kości, chrząstki, skórę i krew. Objawia się m.in. chronicznym bólem stawów, kręgosłupa, mięśni, ścięgien (zapalenia ścięgien), skóry, żołądka, piersi, genitaliów itp., ale też problemami w poruszaniu się, zaburzeniami termoregulacji i zaburzeniami sensorycznymi i neurologicznymi.

Na podstawie http://www.ehlers-danlos.pl/p/dolegliwosci.html

Stracony okres 1989–2015

W Polsce od 1989 roku trwa permanentny konflikt polityczno-społeczny, który w dużym stopniu ma podłoże socjalne i dotyczy sprawiedliwej redystrybucji dóbr. Od powstania III Rzeczypospolitej w głównym przekazie medialnym te kwestie były najczęściej marginalizowane. Rozważania związane z upadkiem gospodarczym z lat 90. zostały skutecznie wypchnięte poza nawias debaty publicznej przez kastę ekonomistów i polityków zachwyconych wolnym rynkiem oraz słabym państwem.

Z zimną krwią

Powstały konflikt polityczny miał w początkowym okresie zróżnicowane natężenie, co było spowodowane zamknięciem wielu dużych zakładów przemysłowych lub rozbiciem ich na mniejsze przedsiębiorstwa prywatne. Oznaczało to zmniejszenie potencjału związków zawodowych oraz pozostawienie znacznej części społeczeństwa w trudnych realiach walki o byt w warunkach transformującej się gospodarki – nasilającego się bezrobocia i utraty stabilizacji zatrudnienia. Na pierwszy rzut oka całość wydaje się skutkiem błędnej polityki makroekonomicznej, która zupełnie pominęła aspekt mikroekonomiczny. Prywatyzacja i upadłość przedsiębiorstw państwowych niwelowały zagrożenie strajkami, co było korzystne z punktu widzenia liberalnych polityków.

Można zadać pytanie, czy działania decydentów politycznych były z góry zaprogramowane przeciwko społeczeństwu. Nie do końca. Spiskowa teoria nie będzie mieć pokrycia w faktach, ponieważ prawdopodobnie jedną z wielu zmiennych, które miały wpływ na tę sytuację, był dominujący wówczas liberalny punktu widzenia i to, jak przełożył się na organizację gospodarki. Michel Foucault prowadził w latach 1977–1978 w Collège de France serię wykładów, w których omawiał kwestię praktyk władzy. Jedną z poruszanych przez niego spraw był sposób kontrolowania uprawy i handlu zbożem w XVIII-wiecznej Francji.Foucault wskazywał na zjawisko cyrkulacji, czyli obiegu towarów, ludzi, pieniądza i idei, w kontekście fizjokratyzmu z jego dążeniem do zniesienia ograniczeń, a w efekcie zwiększenia przepływu i wytworzenia w pełni wolnego handlu. Filozof trafnie zauważa, że aspiracje do podniesienia poczucia bezpieczeństwa koncentrują działania organizacji państwowej na sprzyjaniu inflacji różnorodnych działań w przestrzeni. Zbyt ciasna zabudowa w miastach i miasteczkach? Spowodowany tym brak higieny, wzrost przestępczości w ciemnych zaułkach? Odpowiedzią była akcja poszerzania ulic, tworzenie ich regularnej sieci, całkowita przebudowa, by jeszcze bardziej kontrolować i dyscyplinować mieszkańców. Jednak aby taki proces nastąpił, państwo musi się rozwijać, bogacić, zwiększać otwartość na import i eksport. Pojawia się problem niedoboru zboża, a więc zagrożenie głodem. W latach 50. i 60. XVIII wieku następuje publiczna debata, prowadząca do zwycięstwa fizjokratyzmu z jego opowiedzeniem się za wolnym handlem. Jednocześnie w 1764 roku wzrastają ceny zbóż i znów powraca pytanie, czy słuszny jest eksport zboża w czasach niedoboru. Postawa fizjokratów zachęcała do przyjęcia założenia, że nawet jeśli jakąś wioskę dotknie głód i iluś ludzi umrze, będą to oczekiwane straty, a w większej skali niedobór żywności zostanie pokryty importem. Dochodzimy więc do punktu, w którym wolny handel niesie i uzasadnia bardzo poważne krótkoterminowe konsekwencje1.

Znaczna część polskich ekonomistów uległa liberalizmowi ekonomicznemu szkoły chicagowskiej i poparła transformację polskiego systemu gospodarczego zgodnie z jej receptami. Przypomina to opisane przez Foucaulta zjawisko dążenia do zwiększenia cyrkulacji, czego najbardziej widocznym efektem było zapełnienie sklepów różnorodnymi produktami. Oprócz tego pojawiło się także bezrobocie, będące w nowych realiach swego rodzaju wspomnianymi oczekiwanymi stratami. W latach 90. powstały elity polityczne całkowicie akceptujące model tej cyrkulacji, dopełnianej trwałą słabością państwa.

Przykładów jest wiele – np. upadek transportu publicznego w mniejszych miejscowościach umożliwił zagospodarowanie rynku przez przewoźników prywatnych. W konsekwencji doszło do rozwoju sieci busów, z zastrzeżeniem, że nie wszystkie miejscowości są obsługiwane – czy to częstymi kursami, czy w ogóle. Indywidualnym rozwiązaniem tego problemu jest zakup samochodu przez coraz większą liczbę osób. Nasilające się zjawisko migracji mieszkańców z przeludnionych i zanieczyszczonych miast na tereny wokół aglomeracji, przy braku efektywnej komunikacji publicznej, wywołało konieczność tworzenia i rozbudowy sieci drogowej. Doszło do zjawiska kulminacji potrzeby dojazdu ze strony starych i nowych mieszkańców wsi i miasteczek, gdyż obie te grupy są uzależnione od bardziej chłonnego rynku pracy okolicznego miasta. W efekcie wystąpił paradoks Braessa – pojawienie się kolejnej nowej drogi lub dodatkowego pasa ruchu nie zmniejsza liczby i natężenia korków. Z samochodów zaczynają korzystać następni użytkownicy – ci, którzy dotychczas tego nie robili. W wymiarze krótkoterminowym zyskują przedsiębiorcy, ponieważ tworzą sieci busów lub miejsca parkingowe na obrzeżach miast. Społeczeństwo ponosi z tego tytułu podwójne koszty – po raz pierwszy, kiedy musi płacić za usługi prywatne w sytuacji ich braku, i po raz kolejny, gdy kolejne inwestycje drogowe są finansowane z podatków. Cały system cyrkuluje w stronę zysków jednych kosztem drugich. To nieumiejętność zarządzania państwem, przejawiająca się w przypadkowości i w działaniach ad hoc, które wynikają z braku myślenia strategicznego. Sfera publiczna miała się stopniowo kurczyć jako zbyt kosztochłonna i obciążająca budżety samorządów. Skutkiem jest zmiana dóbr publicznych w prywatne, by sfera biznesu i polityki uzupełniały się nawzajem.

Tu zabrakło państwa

System światowy wymusza rywalizację między państwami o potęgę i status/uznanie. Każdy z podmiotów czerpie potencjał m.in. z systemu podatkowego. Skuteczna ściągalność podatków należy obecnie do największych wyzwań państwowych, ponieważ skala ich unikania upośledza możliwość dostarczania usług publicznych na wysokim poziomie. Nie jest to tylko wypadkowa działań grup przestępczych czy słabości systemu prawnego, który ma wiele luk umożliwiających wyłudzenia podatkowe. Innym problemem jest możliwość ograniczania ingerencji zagranicznych podmiotów prywatnych, co w warunkach globalizacji jest bardzo trudne.

W praktyce niemal żaden przedsiębiorca, choć mało kto artykułuje to wprost, nie chciałby zaistnienia całkowicie wolnego rynku, gdyż pełna konkurencja niszczyłaby słabsze podmioty (efekt skali). Słabe państwo i nieskrępowany wolny rynek wcale nie sprzyjają przedsiębiorczości: „Im słabsze państwo, tym mniej bogactwa można zgromadzić poprzez działalność produktywną ekonomicznie. W rezultacie czyni to z samej machiny państwa jeden z głównych obszarów akumulacji bogactwa – poprzez kradzież i przekupstwo, na wyższych i niższych poziomach. Oczywiście nie jest tak, że nie zdarza się to w silnych państwach – bo zdarza się – chodzi jednak o to, że w słabych państwach staje się preferowanym środowisko akumulacji kapitału, co z kolei osłabia zdolność państwa do realizowania innych zadań”2. Samoograniczenie się państwa i związane z tym mniejsze wpływy budżetowe to wspomniana w cytowanym fragmencie niezdolność do realizowania innych zadań. Państwo w takim układzie zmiennych osłabiających nie będzie w stanie reagować na nowe wyzwania. Negatywne zdarzenia i procesy będą się stopniowo nawarstwiać, a wraz z nimi wzrosną także koszty. Państwo w takiej sytuacji zwiększy obciążenia podatkowe obywateli.

Nie chodzi o gloryfikację państwa bez oglądania się na komplikacje, jakie stwarza nadmierny etatyzm. Pożądana jest jednak sytuacja, w której państwo i jego interes będą równie ważne, co zysk. Bez sprawnego państwa, dość silnego w konkurencji z innymi podmiotami na arenie międzynarodowej, krajowi przedsiębiorcy nigdy nie będą w stanie rozwinąć działalności na dużą skalę. W interesie każdego państwa leży maksymalizowanie swoich szans i możliwości, a do tego potrzebne są chłonny rynek wewnętrzny i udział w rynku zewnętrznym. Pierwszy staje się podporą silnych instytucji państwowych i przedsiębiorstw prywatnych, co pozwala budować efekt skali do dalszej ekspansji.

W warunkach mocnej penetracji rynku krajowego przez zagraniczne podmioty dochodzi do przeszczepienia części pozytywnych cech takich firm (jak technologie czy lepszy system zarządzania) na grunt państwa przyjmującego. Jednak celem graczy międzynarodowych jest zysk, a nie działalność charytatywna. Polska po 1989 roku dysponowała określonym kapitałem przemysłowym i finansowym, który z ich punktu widzenia należało przejąć, zlikwidować i pozostawić tylko to, co konieczne, aby lokalna gospodarka stała się głównie usługowa i niezdolna do konkurencji z tymi podmiotami. Według Edwarda Luttwaka działalność usługowa oznacza niższe wynagrodzenia niż w przypadku pracowników zatrudnionych w przemyśle3. Likwidacja lub przejęcie krajowej bazy przemysłowej, przy spadku wynagrodzeń i opanowaniu rynku przez zagraniczne produkty przemysłowe – to prosta droga do kolonizacji na warunkach zagranicznych potentatów. W tym systemie część zasobów trafiła oczywiście w ręce podmiotów powstającego krajowego biznesu. Zadaniem nowej elity było bronienie bezpiecznego trwania tego systemu. Najlepszym przykładem jest wykorzystanie rzekomego polskiego atutu w postaci taniej siły roboczej oraz emigracji wykształconych grup społecznych („drenaż mózgów”) przez lepiej prosperujące gospodarki centrum politycznego kapitalizmu na szeroko pojętym Zachodzie.

Półperyferie

Polska debata publiczna zwykle pomija kwestię zewnętrznego wpływu kapitalistycznych gospodarek na krajowy system polityczny i gospodarczy. Cytowany już Immanuel Wallerstein podzielił kraje o określonym poziomie rozwoju na państwa-centrum, które uwikłały w swoją sieć kraje peryferyjne o zacofanej gospodarce, oraz na półperyferie o większych możliwościach. Ostatnia kategoria zdaje się pasować do polskich realiów – kraju o dużym potencjale rozwojowym, ale zmuszonego konkurować z innymi państwami o podobnym statusie, aby z poziomu zależności gospodarczej nie spaść jeszcze niżej w hierarchii prestiżu i dostępności do określonych korzyści ekonomicznych wskutek przeniesienia produkcji do krajów o jeszcze niższych kosztach zatrudnienia4. Sprzyja to rozwojowi mentalności i dyskursu akceptujących wyższy poziom zaawansowania państw rozwiniętych. Powstaje sytuacja nierównowagi, w której siła nabywcza społeczeństwa wspiera konsumpcję i rozpoznawalność produktów zagranicznych. Polskie firmy potrzebują czasu na rozwój, co w tego typu rywalizacji jest niezwykle trudne.

Bardzo ważnym instrumentem presji gospodarczej i kulturowej jest obecność Polski w strukturach Unii Europejskiej. Z jednej strony jest to szansa, ponieważ istnieją mechanizmy solidarności europejskiej w postaci transferu środków publicznych do państw półperyferyjnych Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak oznacza to również oddanie jeszcze większego pola nieskrępowanej penetracji. Jest to skorelowane z ciągłą wojną cenową, a niskie ceny są efektem m.in. niewielkich uposażeń pracowników.

Proces nowego uzależnienia gospodarczego po 1989 roku został skierowany przeciwko zwykłym ludziom. Wymownym przykładem jest postępujące przeobrażanie prawa pracy w kierunku niestabilnych stosunków zatrudnienia. Rosną nierówności społeczne. Posiadanie mieszkania, domu, potomstwa czy pracy zgodnej z wykształceniem jest dobrem luksusowym. Takie realia znajdują się w konflikcie z propagandą mówiącą, że wolność jest w Polsce gwarantowana przez ustrój polityczny liberalnej demokracji. Narracja ta akcentuje pewien przełom w swobodzie posiadania i artykulacji poglądów politycznych, ale nie gwarantuje efektywności gospodarczej oraz egalitarnego i sprawiedliwego rozwoju. Widać to wyraźnie na poziomie lokalnego samorządu.

Nędza „demokracji” lokalnej

Obecnie w wyborach do rad gmin w miastach niemających praw powiatu obowiązuje system jednomandatowych okręgów wyborczych. Elekcja do rad powiatowych wciąż działa w ramach systemu list wyborczych poszczególnych komitetów partyjnych lub obywatelskich. Wydawać się może, iż jednomandatowe okręgi na poziomie gminy miejskiej o wielkości do 50 tysięcy mieszkańców powinny generować wyższą jakość polityczną, skoro głosowanie nie dotyczy już list komitetów, lecz poszczególnych osób. Problem w tym, że niewielkie okręgi w tego typu miastach sprzyjają miękkiej korupcji politycznej – pozyskiwaniu zwolenników liczących na konkretne korzyści w postaci posad, uregulowań prawnych czy dostępu do intratnych kontraktów na zamówienia publiczne. Sprzyja temu niewielkie zaangażowanie i zainteresowanie sprawami publicznymi. Znajomość poszczególnych osób uczestniczących w rywalizacji politycznej, a także koterii, jakie się wokół nich gromadzą, wywołuje duże emocje. W efekcie tematy trudne i wymagające fachowej wiedzy są spychane na margines.

Wykorzystują to media niekryjące się ze swoimi sympatiami dla poszczególnych kandydatów. Lokalne stacje telewizyjne i radiowe, prasa i portale informacyjne dysponują niewielkim kapitałem finansowym. Wchodzą więc w swego rodzaju „kohabitację” z różnymi lokalnymi politykami na zasadzie wzajemnych korzyści, co przekłada się na określoną politykę informacyjną. Całość kończy się aktem wyborczym, który niekiedy wyłania nową obsadę rady gminy w wyniku skompromitowania się poprzedniej, ale nowe władze zwykle funkcjonują podobnie do starych. Przegrana opcja polityczna nie jest pozostawiana na lodzie. Bardzo często były prezydent trafia do jakieś spółki lub na stanowisko kierownicze do jednostki podległej gminie – podobnie dzieje się z wieloma radnymi.

Sens tego działania jest oczywisty i polega na tym, żeby nie robić sobie nawzajem krzywdy pomimo zajadłych sporów werbalnych w przestrzeni publicznej. W ogromnym stopniu buduje to lokalną elitę polityczną, która świadomie i celowo kontroluje dostęp do intratnych stanowisk. Kto raz wejdzie do tego systemu i nie zepsuje sobie relacji z patronami czy nawet z przeciwnikami, nie wykraczając poza pewne granice rywalizacji, pozostanie w nim na długo. Wielu umożliwia to zbudowanie swoistego imperium, na które nakłada się sieć zwolenników i przyjaciół rozmieszczonych w różnych instytucjach samorządowych czy przedsiębiorstwach prywatnych. Spora część wyborców woli uczestniczyć w tym systemie ze względu na potencjalne korzyści, a sprzeciw zwykle nie wykracza poza anonimową złość w internecie. Najważniejszym kryterium uczestnictwa w lokalnym systemie politycznym jest lojalność, a nie profesjonalna wiedza mogąca zagrażać osobom znajdującym się na różnych szczeblach samorządowej hierarchii. To demokracja pionowa o bardzo ułomnym charakterze, budująca nieformalne sieci wpływu, grupy interesu mogące tworzyć określony porządek prawny od poziomu samorządowego po ogólnokrajowy.

Krytyczna ocena tego zjawiska sama w sobie nie będzie w stanie zainicjować sanacji samorządu, ponieważ w praktyce każdy porządek polityczny, również w rozwiniętych demokracjach, wiąże się z systemem łupów. W jakimś stopniu jest on konieczny, jeżeli ma stanowić motywację do działań politycznych z powodu oczekiwania różnych korzyści. Problem staje się poważny, gdy skala tego zjawiska przerasta uczciwe praktyki. Dla pewnej części wspólnoty, która jest pozbawiona intratnych znajomości, będzie to blokada możliwości zawodowych i szans na podjęcie służby publicznej. Może to przyczynić się do zahamowania napływu fachowych kadr, a na poziomie politycznym ustanawia praktykę negatywnej selekcji i ryzyko bezalternatywności kandydatur.

Zapaść gospodarcza i społeczna w dużym stopniu przełożyła się na ukształtowanie systemu politycznych koneksji i relacji patron – klient, gdyż zwyczajni ludzie nie mogli poświęcić czasu na zdobywanie kompetencji obywatelskich i wiedzy politycznej w sytuacji walki o przetrwanie. Lokalny kapitalizm opiera się na niewielkich firmach o małej sile konkurencyjnej wobec dużych zagranicznych podmiotów. Te małe, rodzinne przedsiębiorstwa, bazują do dziś na taniej sile roboczej i próbach unikania opodatkowania. Nie są zdolne do tworzenia większych firm, ponieważ nie przechodzą procesu fuzji z innymi przedsiębiorstwami. Ich styl działania jest prowincjonalny z powodu chęci manifestowania swojego wyższego statusu majątkowego, ale nie coraz większej zaradności i efektywności w zarządzaniu. Aby przetrwać, budują sieć wsparcia politycznego w celu pozyskiwania zamówień publicznych. Ich niski potencjał i mała skłonność do podejmowania ryzyka inwestycyjnego mają związek ze słabością państwa. „Jeżeli familistyczne społeczeństwo o niskim poziomie zaufania pragnie rozwinąć przedsiębiorstwa na dużą skalę, niezbędna jest interwencja państwowa w postaci subsydiów i innych form pomocy, w tym również bezpośrednie przejęcia firmy na własność skarbu państwa. Wynikiem będzie »siodłowy« wykres dystrybucji przedsiębiorstw i duża liczba relatywnie małych firm rodzinnych na początku skali oraz bardzo mało struktur pośrednich”5.

Miasto pod lupą

Zlikwidowana część przemysłu nierzadko była nadmiernie rozbudowana, a skala zatrudnienia mogła być nieadekwatna do możliwości finansowych. Jednak polityka szokowa, której skutkiem było wysokie bezrobocie utrzymujące się przez długie lata, zupełnie nie brała pod uwagę możliwości rozsądnej i długofalowej restrukturyzacji przedsiębiorstw. Ta ostatnia mogłaby przecież polegać np. na okresowym zmniejszeniu personelu, zwiększeniu efektywności zarządzania, pozyskaniu nowych technologii – aby przetrwać i zyskać lepszą pozycję rynkową. Istnienie tych zakładów, szczególnie w niewielkich ośrodkach miejskich, dałoby silne podstawy do zachowania potencjału gospodarczego, naukowego i demograficznego wielu z nich. Ulokowanie dużych fabryk poza wielkimi aglomeracjami jest z korzyścią dla lokalnych społeczności.

Przykładem miasta, gdzie postąpiono inaczej, jest Skarżysko-Kamienna w północnej części województwa świętokrzyskiego. Miejscowość od wielu lat jest związana z przemysłem zbrojeniowym. Rozwój zapoczątkowała budowa stacji kolejowej w latach 1883–1884, a po nadaniu praw miejskich i powstaniu kolejnych zakładów o charakterze militarnym miasto uzyskało ważne znaczenie przemysłowe i transportowe. Nowe realia polityczne i gospodarcze z chwilą zakończenia II wojny światowej przyczyniły się do rozbudowy istniejących zakładów i tworzenia nowych. Napływ ludności z okolicznych wsi skutkował koniecznością budowy nowych osiedli.

Ten pomyślny rozwój przerwały zmiany gospodarcze z lat 90. Skala zatrudnienia zmalała, a z nią – dbałość o miasto. Rynek pracy bazuje na firmach, które budują swój kapitał i pozycję, wykorzystując tanią siłę roboczą. Trwa odpływ mieszkańców, zwłaszcza tych wykształconych. Efektem jest stopniowo starzejąca się populacja, tymczasowo zastępowana ludnością napływową z terenu Kielc, która wynajmuje lub kupuje tanie mieszkania przy uwzględnieniu kosztów dojazdu do miasta wojewódzkiego, ponieważ samo Skarżysko nie oferuje zatrudnienia i infrastruktury na wystarczającym poziomie. Nastąpiła także ekspansja sieci handlowych o kapitale zagranicznym, co pogorszyło warunki prowadzenia handlu przez lokalnych przedsiębiorców.

Największymi pracodawcami wciąż są zakłady zbrojeniowe, ale zatrudniają znacznie mniej osób niż kiedyś. Brakuje większych inwestycji podobnych do tych z okresu po 1945 roku. Chociaż odbudowa przemysłu na wzór tej z przeszłości nie jest realna z powodu zmniejszenia popytu na produkty przemysłu ciężkiego na rzecz wytwórczości wysokiej techniki, to jednak poważne inwestycje przemysłowe mogłyby odbudować znaczenie miasta. W czasie transformacji upadł zakład produkujący obuwie, a zakłady zbrojeniowe prowadziły własną produkcję sprzętu AGD. Są to przykłady dowodzące, że istniała szansa na rozwój przemysłu lekkiego na potrzeby konsumpcyjne. Wśród kolejnych negatywnych zmian trzeba wymienić spadek liczby połączeń kolejowych i redukcję zatrudnienia personelu obsługującego stację i rozbudowane parki kolejowe. W tych ostatnich funkcjonował znaczący park towarowy, dziś pozbawiony dużej załogi pracowników technicznych – w przeszłości było to nawet około 5 tysięcy osób.

W skali regionu w województwie świętokrzyskim działa natomiast przynajmniej kilkanaście zagranicznych firm, które nie wnoszą wyższej techniki wytwórczej, lecz bazują na przejętych przedsiębiorstwach w celu wyzyskania bazy surowcowej lub materiałowej (inwestycje typu brownfield). Ma to poważne konsekwencje, nie tylko w niszczeniu lokalnego środowiska: „Firmy te, będące oddziałami dużych międzynarodowych korporacji, są silniej powiązane z innymi przedsiębiorstwami z obcym kapitałem niż z miejscowymi podmiotami gospodarczymi, w niewielkim stopniu tworzą sieci relacji z dostawcami i instytucjami lokalnymi. Takie formy współpracy wiążą się z niskimi regionalnymi efektami mnożnikowymi, czyli zwiększaniem działalności miejscowych podmiotów gospodarczych wywołanym przez wzrost popytu na ich dobra i usługi ze strony firm zagranicznych”6.

Pracownicy takich przedsiębiorstw stanowią kolejny materiał eksploatacyjny wraz z dostępnymi maszynami, które nie podlegają wymianie aż do momentu całkowitego zużycia. Tego rodzaju firmy w momencie, gdy osiągną cele, po prostu zmienią miejsce działania. Zakończenie działalności przedsiębiorstwa oznacza nie tylko wzrost bezrobocia. Część z pracujących, poddana silnemu reżimowi pracy fizycznej, będzie skazana na problemy zdrowotne w przyszłości. Praca ponad ustawowy miesięczny czas pracy, jak na przykład łączenie dwóch umów (o pracę i cywilnoprawnej, tzw. śmieciowej), jest sposobem na obarczenie pracowników zadaniami osób, które powinny być w rzeczywistości dodatkowo zatrudnione. Zamiast tego redukuje się koszty, zmniejszając zatrudnienie. Jest to przyczyną problemów w rodzinach i lokalnych społecznościach, zmuszonych radzić sobie z kosztami leczenia osób przepracowanych, zmagających się z trudnościami psychologicznymi i nałogami. To, co pozornie niewidoczne, w wymiarze długofalowym doprowadzi do konkretnych kosztów finansowych i społecznych.

Innym przejawem działania firm zagranicznych jest eksploatacja surowcowa oraz nasilone użytkowanie infrastruktury drogowej. „Najczęściej przedmiotem współpracy inwestorów zagranicznych z miejscowymi podmiotami są samochodowe usługi transportowe. Intensywny ruch samochodów ciężarowych przewożących ciężkie towary produkowane przez te przedsiębiorstwa powoduje stałe pogarszanie jakości dróg wojewódzkich i lokalnych, przy czym przedsiębiorstwa te nie poczuwają się do partycypowania w kosztach ich utrzymania i modernizacji. Wydaje się, że w tej sytuacji powinna być stosowana powszechna w ochronie środowiska zasada: zanieczyszczający płaci (w tym przypadku niszczący płaci)”7.

Ślepa uliczka

Polskich przedsiębiorców cechuje silna postawa roszczeniowa wobec państwa i często prezentują błędny tok rozumowania. Zazwyczaj uważają, że państwo po prostu okrada ich z zysków. Rzecz polega na zrozumieniu, kto naprawdę tego dokonuje – są to lepiej prosperujące firmy zagraniczne, działające w dodatku na preferencyjnych warunkach. Przykładem bardzo negatywnego podejścia polskich przedsiębiorców, wykupujących lokalne firmy lub podejmujących się ich dzierżawienia, jest użytkowanie mienia bez podejmowania inwestycji, np. w nowe urządzenia, lub kosztów podnoszenia kwalifikacji personelu. Brak inwestycji skutkuje niskimi zwrotami z działalności. Zyski mogłyby być większe w przyszłości dzięki wprowadzeniu nowych maszyn produkcyjnych, ale liczy się krótkofalowa korzyść. Taka mentalność sprzyja budowaniu większego majątku prywatnego. W sytuacji pogorszenia się warunków prowadzenia działalności łatwo jest krytykować państwo i społeczeństwo.

Dalsza liberalizacja gospodarki po 2007 roku w realiach późniejszego kryzysu finansowego w gospodarce światowej dokonywała się w ramach pewnego schematu myślowego. Demokracja liberalna i wolny rynek w ujęciu polskich liberałów są najważniejszym osiągnięciem, które – jako zwieńczenie historii linearnej – znosiło prymat państwa nad stosunkami gospodarczymi, a nieograniczona wolność miała rekompensować niedobory w sferze stabilizacji materialnej. W efekcie żyjemy w bardzo niestabilnych warunkach związanych z tymczasową pracą i ograniczoną dostępnością usług publicznych. Poszczególne grupy społeczne dbają o uzyskane uprawnienia kosztem innych o gorszym statusie i pozycji, starając się wywalczyć korzystną dla siebie legislację. Dostęp do informacji w internecie jest tylko częściowo wolny i demokratyczny, gdyż podlega całej strukturze komercyjnego oprogramowania, które śledzi gusta i zainteresowania użytkowników. Od 1989 roku trwa depresja demograficzna, powodowana z jednej strony odkładaniem na przyszłość momentu poczęcia dziecka z powodu priorytetu zdobycia wyższego wykształcenia i większej ilości dóbr, a z drugiej – bezrobociem i pauperyzacją. Tak uformowana demokracja jest systemem ochrony przywilejów i zasobów silnych grup interesu. Większe ruchy protestu zostają skanalizowane w ruchy społeczne, które przekształcają się w partie polityczne i powtarzają schemat z budową sieci zależności i generowaniem posłusznej klienteli.

Kamil Sasal

Przypisy:

  1. M. Foucault, Bezpieczeństwo, terytorium, populacja, Warszawa 2010, s. 23–72.
  2. I. Wallerstein, Analiza systemów światów. Wprowadzenie, Warszawa 2007, s. 80.
  3. E. Luttwak, Turbokapitalizm. Zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki, Wrocław 2000, s. 66–67.
  4. Ibidem, s. 85.
  5. F. Fukuyama, Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu, Warszawa–Wrocław 1997, s. 43.
  6. S. Pastuszka, Zagraniczne inwestycje bezpośrednie w regionie świętokrzyskim w latach 2005–2011, „Gospodarka Narodowa” 2013, nr 10.
  7. Ibidem.

Rynkowy imperializm – monopole i globalny łańcuch wartości. Studium przypadku i propozycje obrony

„Globalizacja nie jest monolityczną siłą, lecz ewoluującym zestawem konsekwencji – niektóre z nich są dobre, niektóre złe, a niektóre niezamierzone. To nowa rzeczywistość” – napisał dokładnie 10 lat temu John B. Larson, polityk amerykańskiej Partii Demokratycznej. Rzeczywiście, globalizacja wywróciła nasz świat do góry nogami – umożliwiła szybki transfer technologii i kapitału, stworzyła nową globalną jakość relacji międzyludzkich, wreszcie wydłużyła i rozproszyła po całym świecie produkcję nawet najbardziej podstawowych dóbr. Niejednokrotnie jest oskarżana o całe zło dzisiejszych czasów, od zniszczenia rodzimego przemysłu po degenerację moralną. Teorie mniej lub bardziej spiskowe doszukują się istnienia światowej oligarchii kontrolującej nasze życia lub globalnego starcia cywilizacji religijno-politycznych.

Jednym z najbardziej zauważalnych objawów globalizacji jest oczywiście powstanie nowej jakości korporacji międzynarodowych, ich globalnych operacji oraz podążającego za nimi transnarodowego kapitału. Nie chcemy, aby ten tekst stanowił klasyczne powtórzenie – niejednokrotnie niezwykle celnych i trafnych – argumentów przytaczających przypadki unikania opodatkowania, zatruwania środowiska czy niemal neokolonialnych warunków pracy, wyrażających się w folwarcznym stosunku do nisko opłacanej siły roboczej. Nawet najbardziej zasadna krytyka modelu w optyce makro powinna zacząć się od zbadania zależności na poziomie mikro, czyli modeli i strategii biznesowych. Zasadniczo na każdym ustabilizowanym rynku znajdziemy jakiegoś gracza „odstającego” pod względem modelu biznesowego od reszty uczciwych konkurentów – zazwyczaj niestety w kierunku tego bardziej krwiożerczego kapitalizmu.

W globalnym łańcuchu wartości (global value chain) tym bardziej trudno o zdefiniowanie podziału ciężaru i korzyści na każdym etapie produkcji dóbr i usług wędrujących między gospodarkami, i tu właśnie powinniśmy być bardziej czuli na wszystkie uboczne efekty działań międzynarodowych podmiotów. Weźmiemy zatem na warsztat dwa studia przypadków, w których monopoliści zarządzający światowym łańcuchem produkcji czynią wszystko, aby zabetonować swoją pozycję rynkową i uzależnić od siebie możliwie najwięcej podmiotów dostarczających produkt lub usługę ostatecznemu klientowi. Monopoliści argumentują, że cały proces i wysoka produktywność są wyłącznie zasługami ich wysokich nakładów na badania i rozwój, innowacyjnej platformy IT i daleko idących procesów optymalizacyjnych. Czy nie sprowadza się on jednak do agresywnych technik cenowych, wrogich przejęć i nieuczciwej konkurencji wspartej wielomilionowym lobby?

Technologiczny produkt doskonały

Uber to, mówiąc w skrócie, globalna firma oferująca przewozy osób (od niedawna także jedzenia). Powstała w 2009 roku w kalifornijskim raju start-upów, czyli małych, technologicznie przełomowych przedsięwzięć. Początkowo spółka oferowała możliwość zamówienia luksusowego auta za pomocą aplikacji: usługę tradycyjnie skierowaną raczej do zamożnych klas wyższych. Model biznesowy Ubera uległ drastycznej przemianie w 2012 roku, kiedy firma stworzyła swój sztandarowy produkt – cyfrową platformę łączącą osoby oferujące przejazdy z klientami. Uber nie dysponuje własną flotą, nie zatrudnia też kierowców – stanowi wyłącznie platformę zarządzania stronami popytu i podaży na rynku przewozów, sieć czerpiącą swoją siłę z powszechności stosowania przez obie strony tej wymiany. Przychód spółki pochodzi z marży pobieranej automatycznie od każdego przejazdu.

Na początku szybki wzrost Ubera wzbudzał raczej pozytywne reakcje. Około 2010 roku w kręgach entuzjastów technologii, inwestorów, a później także tradycyjnych mediów pojawił się termin „ekonomii współdzielenia” (sharing economy), mający oddawać istotę działania podobnych przedsięwzięć, bazujących na efekcie sieciowym i zoptymalizowanych za pomocą stale uczących się algorytmów zarządzania zasobami dostarczanymi przez użytkowników. Uber, tuż obok Airbnb, został szybko ogłoszony mesjaszem postępu, nieuchronnym marszem technologii przez wszystkie dziedziny życia. Własny produkt (nie bez cienia megalomanii) tak podsumował CEO Ubera Travis Kalanick, formułując tzw. prawo Travisa: „Nasz produkt jest o tyle doskonalszy od status quo, że jeśli damy ludziom szansę go zobaczyć lub wypróbować, to w każdym miejscu na świecie, gdzie rząd jest w jakikolwiek sposób odpowiedzialny przed ludźmi, będą się go domagać i bronić prawa do jego istnienia”.

Taki model biznesowy okazał się niezwykle atrakcyjny dla inwestorów. Nowoczesny design i płynne doświadczenie użytkowania, skomplikowane algorytmy „pod maską” aplikacji i przede wszystkim brak obciążenia aktywami (oddaje to popularna fraza asset-light) – to niemal idealny przepis na biznes. Musi on jedynie stać się powszechnie używany, by przynosić ogromne zyski. Ochrona patentowa Ubera jest na stosunkowo niskim poziomie, aplikacja zaś jest w zasadzie nieskomplikowana. Przy tak niskich barierach wejścia wygrać można tylko absolutnym monopolem.

Nie bez powodu zatem kolejne rundy finansowania przedsięwzięcia okazały się tak skuteczne. Mimo całkowitej nieprzejrzystości finansowej spółka pozyskała ponad 11 miliardów dolarów finansowania od największych graczy globalnego rynku. Zasilany takimi kwotami wzrost Ubera jest wprost hiperboliczny – jest dziś wyceniany na 69 miliardów dolarów, co czyni z niego (na papierze) najdroższą na świecie firmę prywatną. W USA Uber odpowiada za 52% wszystkich transakcji związanych z transportem naziemnym, deklasując inne aplikacje, firmy taksówkarskie, ale i wypożyczalnie aut. Analitycy szacują, że w 108 krajach świata Uber jest najczęściej używaną aplikacją do przewozów – zasięg jego dominacji pokrywa ponad pół tysiąca miast w całej Ameryce Północnej, zdecydowanej większości Europy, Afryki, Ameryki Południowej, a także Japonii i Australii.

Butem w drzwi

Pozyskiwane środki w większości służą wchodzeniu na nowe rynki – do kolejnych krajów i miast – poprzez agresywny, zmasowany marketing, niejednokrotnie przekraczający granicę smaku lub prawa, oraz za pomocą dumpingowych strategii cenowych. Przykłady?

W 2012 roku Uber prowadził negocjacje na temat rozpoczęcia operacji w Waszyngtonie. Gdy Komisja Transportu i Środowiska zaproponowała kompromisowy scenariusz uruchomienia aplikacji, CEO spółki Travis Kalanick rozesłał adresy e-mailowe, numery telefonów i inne dane kontaktowe członków Komisji tysiącom użytkowników Ubera. Wezwał ich do mobilizacji w celu zastraszenia Komisji i zezwolenia na wejście Ubera do miasta bez jakichkolwiek barier regulacyjnych. Nękanie radnych okazało się skuteczne.

Kiedy Uber rozpoczynał w 2014 roku działalność w Portland, również napotkał na opór ze strony miejskich radnych. Spółka zainicjowała długą kampanię „okrążania” miasta dostępnością swoich usług oraz zorganizowała dziesiątki otwartych imprez, podczas których kreowała „spontaniczny” ruch obywateli przeciwko „przestarzałym regulacjom”. Uruchomiono też specjalną wersję aplikacji, znaną jako Greyball, która utrudniała dostęp funkcjonariuszom publicznym do właściwej platformy, aby uniemożliwić kontrole kierowców. W samych Stanach Zjednoczonych Uber dysponuje ponadto siecią około 250 lobbystów oraz niemal 30 firm obsługujących różne strategie nacisku; utrzymanie takiej armii to rokrocznie wielomilionowe kwoty. W dzisiejszej Polsce też mamy niemało adwokatów liberalizacji usług przewozowych, zarówno tych robiących to charytatywnie, z przekonania, jak i opłacanych za np. uczestnictwo w posiedzeniach komisji sejmowych.

Obecny jest i wątek orwellowskiego wręcz monitorowania. Ward Spangenberg, były pracownik Ubera ds. bezpieczeństwa, pozwał firmę za zbieranie danych i powszechne praktyki podglądania kont indywidualnych osób, ich historii przejazdów oraz innych danych osobowych. Tryb śledzenia przejazdów i pasażerów w czasie rzeczywistym, znany jako „Widok Boga” (God’s View), był prawdopodobnie używany przez zarząd Ubera do wyszukiwania prywatnych informacji o nieprzychylnych spółce dziennikarzach.

Uber jest rozpoznawalny na salonach także za tempo, w jakim „pali pieniądze” inwestorów, czyli je wydaje. Spółka w 2015 roku zanotowała stratę na poziomie 2 miliardów dolarów, w 2016 zaś – 2,8 miliardów. Żadna spółka ICT nie wydawała w historii tylu pieniędzy w takim tempie1. Poza lobbingiem i promocją Uber wydaje też środki na „subsydiowanie” kierowców – żądając od klienta niezwykle niskiej ceny, niejednokrotnie na pierwszych etapach podboju rynku wypłaca kierowcy większą kwotę (co jednak nie oznacza wcale godnej czy wysokiej stawki). W ten sposób prowadzi wyjątkowo agresywną wojnę cenową rękami swoich inwestorów, którzy w przyszłości odbiją sobie straty pokaźną rentą ekonomiczną.

Współdzielenie – byle nie zysków

Aby pozostać maksymalnie elastycznym i lekkim, Uber wciąż stara się utrzymywać wizerunek „platformy”. Dzięki temu może korzystać z największych zalet tzw. ekonomii zleceniowej (gig economy), czyli zupełnej wolności od odpowiedzialności. Kierowcy korzystający z aplikacji nie są oczywiście zatrudnieni na stałe, nie odprowadzają tym samym pełnych składek emerytalnych czy zdrowotnych, nie są objęci innym zbiorowym ubezpieczeniem. W przypadku incydentu na linii kierowca-klient – takiego jak gwałt czy napaść – spółka niejednokrotnie decydowała się na usunięcie obu stron z systemu, dla świętego spokoju i przy pełnym odcięciu się od odpowiedzialności. Następuje pełne przeniesienie ciężaru odpowiedzialności i ryzyka na samozatrudnionego użytkownika. To dlatego Uber z takim zapałem odwołuje się od każdego wyroku sądowego, który naznacza spółkę piętnem „dostawcy usług przewozowych”, co niosłoby za sobą realne konsekwencje.

Co więcej, wszystkie koszty eksploatacji auta kierowcy ponoszą samodzielnie, ze swojej części marży. Uber niejednokrotnie manipulował rzekomo wysokimi zarobkami w procesach sądowych, np. w Wielkiej Brytanii w 2016 roku, porównując je z płacą minimalną, w którą przecież nikt nie wlicza kosztu zakupu narzędzi pracy. W istocie, stali kierowcy korzystający z aplikacji posuwali się już kilkukrotnie do zbiorowych procesów m.in. w amerykańskich stanach Kalifornia oraz Massachusetts, a także do strajków, w tym w Polsce (ostatni miał miejsce w grudniu 2016 roku).

Agresywne planowanie podatkowe to kolejny obszar wyciskania społeczeństwa do cna, co zbadali dziennikarze śledczy magazynu „Fortune”. Dzięki ponad setce spółek rozsianych po całym świecie i ich strukturze zależności, przychód Ubera (~20% ceny przejazdów) jest opodatkowany efektywną stopą w wysokości 0,82% (suma efektywnej stopy w USA i Holandii)2. Głównym mechanizmem tego triku jest wątpliwe etycznie wykorzystanie prawa własności intelektualnej Holandii, słynącej zresztą z nadzwyczaj liberalnego reżimu podatkowego.

Uber wnosi nową jakość do znanego mechanizmu poszukiwania renty monopolistycznej, który jako jedną z głównych bolączek kapitalizmu opisywał już Adam Smith. Celem Ubera w takiej sytuacji jest skoncentrowanie całego możliwego rynku przewozów, a zatem docelowo stanie się rynkiem przewozów i jednostronne dyktowanie warunków na nim panujących, zarówno jeśli chodzi o stawki, jak i mechanizm funkcjonowania rynku, np. zarządzanie popytem w centrum miasta, sposoby karania słabo ocenianych kierowców czy przydzielanie konkretnych pasażerów do kierowców.

Naturalnie apetyt na zysk jest wciąż większy. CEO firmy Travis Kalanick nie ukrywa, że obecne prace rozwojowe – będące przedmiotem sporu o kradzież danych z gigantem Google – oraz przejęcia innych spółek technologicznych skupiają się na autonomicznych pojazdach, które pozwoliłyby z czasem pozbyć się drogiego czynnika ludzkiego z globalnego, zuniformizowanego systemu przewozów osobowych.

Rolnictwo to świetny biznes, ale nie dla rolnika

Monsanto jest amerykańskim koncernem chemicznym specjalizującym się w biotechnologii oraz wielkoprzemysłowej chemii organicznej. Oprócz modyfikowanej genetycznie żywności jest też producentem nawozów i środków ochrony roślin oraz żywności i hormonów dla zwierząt. Agresywny styl lobbingu, nieposzanowanie lokalnych standardów ekologicznych czy zamawianie i fałszowanie badań naukowych sprawiło, że Monsanto stało się sztandarowym przykładem terroryzmu korporacyjnego. Z tego powodu jest też głównym celem ataków ruchów alterglobalistycznych i ekologicznych3.

Złej reputacji narobiły koncernowi przede wszystkim produkcja i sprzedaż na przemysłową skalę środków takich jak Agent Orange (defoliant, użyty przez wojska USA do niszczenia dżungli w Wietnamie), rakotwórczych insektycydów (DDT), Posilacu (bydlęcego hormonu wzrostu, zakazanego w UE) i przede wszystkim Roundupu. Ten chwastobójczy środek zawierający czynny roztwór glifosatu działa selektywnie na uprawy, zabijając wszystkie inne rośliny oprócz tych posadzonych przy użyciu nasion pochodzących od tego samego koncernu. Niszczy tym samym cały ekosystem dookoła i uniemożliwia na lata inną uprawę. Rzekoma biodegradowalność Roundupu została podważona i Monsanto musiało usunąć tę fałszywą informację z opakowań produktu; walka o jego usunięcie z europejskiego rynku cały czas trwa.

Nie sam konstrukt chemiczny i działanie tego czy innego preparatu są najważniejsze dla zarządzających korporacją. Kluczowe jest uzależnienie całego łańcucha produkcji w rolnictwie od wyrobów pochodzących z oferty firmy. Rolnik za sowitą i stale rosnącą cenę preparatów dostaje regularnie spełnianą obietnicę jeszcze wyższej efektywności użycia areału czy wody. Jest on w stanie u jednego sprzedawcy nabyć preparaty do każdego etapu cyklu produkcji w rolnictwie czy hodowli zwierząt. Wraz ze wzrostem skali otrzymuje dostęp do coraz większych rabatów czy profesjonalnego „doradztwa” w doborze oferty, co stanowi dla niego silną zachętę ku dalszej intensyfikacji produkcji. Co więcej, użycie nawozu od jednego producenta wymusza też stosowanie środka ochrony roślin oraz chwastobójczego, a w konsekwencji i nasion – to wszystko przez wiele cykli produkcji, bez możliwości zmiany dostawcy czy zmniejszenia dawek. Stosunek klient – producent jest w pewnej mierze porównywalny do relacji dealer – narkoman.

Co w tym złego, skoro dzięki intensywnemu rolnictwu (co jako zjawisko samo w sobie nie jest przedmiotem naszej krytyki) rolnik uzyskuje o wiele większe plony czy więcej ważą jego karmione hormonami trzoda, drób i bydło? – spytają obrońcy status quo. Możemy przyjąć, że płaci za to wysoką cenę, ale i otrzymuje sprawiedliwy zarobek. Czy aby na pewno? Podzielmy łańcuch produkcji żywności na trzy etapy – producentów surowców, producentów żywności i ich dystrybutorów.

Zaglądając w publiczne dokumenty finansowe spółek takich jak Monsanto (ale też i jego największych konkurentów, jak szwajcarska Syngenta, amerykański DuPont, niemieckie Bayer i BASF), widzimy, że produkcja i sprzedaż środków takich jak Roundup przynosi stopę zysku4 sięgającą prawie 30%. W segmencie nasion Monsanto uzyskuje jeszcze lepszy wynik, przekraczając 35%. W zysk ten są wkalkulowane przecież wieloletnie i kosztowne nakłady na badania i rozwój – chronione przez patenty i cały system ochrony prawa własności intelektualnej. Stanowią one około jednej trzeciej całości kosztów Monsanto. Prawie identyczny udział przyjmuje również budżet marketingowy, w którego społeczną szkodliwość społeczeństwo nie powinno wątpić5.

W budżet marketingowy wliczane są często programy benefitów dla dystrybutorów i stałych klientów, takie jak wycieczki zagraniczne czy drogie sprzęty elektroniczne. Głośno też było o korzyściach, jakie uzyskiwali naukowcy publikujący pod swoim nazwiskiem artykuły „naukowe” pisane przez pracowników Monsanto. Czy wszystkie takie agresywne techniki sprzedażowe musimy wliczać w cenę naszej żywności?

Co gorsza, z końcem ubiegłego roku Monsanto i jego akcjonariusze zaakceptowali ofertę przejęcia firmy przez niemiecki koncern Bayer za 62 mld USD. Na horyzoncie jest też fuzja trzeciego i piątego największego gracza na rynku – DuPont i Dow. Z sześciu największych graczy pozostanie najprawdopodobniej czterech, kontrolujących ponad 70% światowego rynku agrochemicznego.

W uścisku…?

Kolejny etap łańcucha produkcji to gospodarstwo rolne, które ponosi pełne ryzyko ekonomiczne produkcji żywności, a spoczywają na nim wszelkie ciężary wynikające ze specyfiki uprawy danej rośliny lub hodowli zwierząt. Wliczamy tu ryzyko czynników losowych (pogoda), sezonowości cen, utraty rynku zbytu czy długoterminowego przewidywania popytu. Na tym etapie marżowość daje jednak małe pole do manewrów i podlega silnej presji ze strony dystrybutorów i przemysłowych odbiorców produktów rolnych. Sprowadza się to do jednocyfrowych stóp zwrotu, obarczonych nieporównywalną sezonowością w stosunku do innych branż wytwórczych. Jedynie intensywne farmy rolnicze są w stanie osiągać na ogromnych areałach ziemi wyniki bliższe tym, które Monsanto co roku osiąga dla swoich akcjonariuszy. Ponadto producenci żywności podlegają spekulacjom na giełdach rolnych, co stanowi kolejny argument za tym, aby zostawiać im większą część ceny w kieszeni.

Wielkie sieci handlowe również przeszły ogromną monopolizację i stanowią dziś w Europie Zachodniej (a coraz bardziej i w Polsce) głównych „żywicieli” społeczeństwa. Może ich wyniki wskutek ogromnej presji cenowej i konkurencyjności skurczyły się przez lata do przedziału 0–5%, ale stopniowy zanik konkurencji na tym polu i nagromadzenie siły przetargowej wobec poddostawców dopełniają obrazu młota i kowadła, pomiędzy którymi znajdują się wytwórcy żywności. To samo dotyczy żywnościowych koncernów takich jak Ferrero, Nestle czy Procter&Gamble, u których cena produktu zawiera wielokrotnie większy wkład dobrze opłacanych specjalistów od marketingu i sprzedaży z bogatych krajów zachodnich, a nie ludzi zbierających ziarna kakaowców czy plantatorów pomarańczy.

Bardziej sprawiedliwy podział dochodu wzdłuż łańcucha wartości dodanej zakładałby zatem wyższą płacę dla pracowników, większą marżę oraz przestrzeń kosztową zabezpieczającą gospodarstwa rolne przed czynnikami losowymi. Oznacza to mniejszy budżet dla Monsanto i jemu podobnych na agresywne techniki pricingu czy na setki lobbystów zaangażowanych w proces legislacyjny w UE, Kanadzie czy USA, gdzie istnieje centrum interesów gospodarczych tej firmy. Musielibyśmy zatem dokonać przesunięcia w ramach obecnej ceny i w taki sposób, aby w tanim bananie, czekoladzie czy marchewce z dyskontu zostawało mniej chemikowi czy prawnikowi z Ameryki, a więcej plantatorowi i jego pracownikom.

Mniej rynku w rynku

Pokusimy się o stwierdzenie, że w przypadku tak dalece posuniętej monopolizacji rynku oraz przekształcenia relacji, jakie na nim panują, możemy mówić już o czymś na kształt „wchłonięcia rynku”, uczynienia z niego podmiotu wewnętrznych ustaleń, a zatem i zaburzeń procesów kreacji i łączenia popytu z podażą. Zjawisko to zasługuje na zupełnie osobną nazwę jako najwyższe stadium monopolu, ale z racji pewnej tradycji semantycznej będziemy je określać rynkowym imperializmem.

Problem z rynkowym imperializmem polega, jak widać, nie na samej w sobie rewolucji technologicznej tego zaburzenia (disruption), które przynosi nam wciąż lepsze sposoby gospodarowania i skutecznego wykorzystywania zasobów, ale na tym, że ustawia wszystkie podmioty – klientów, pracowników, media, partnerów biznesowych czy demokratyczne rządy – w pozycji petentów6 zależnych od decyzji wąskiego grona wybrańców, którzy zwyciężyli wojnę o dominację. Rynkowy imperializm to powrót do wyzwolonej od państwowych granic, zasnutej intelektualnymi prawami własności i armiami lobbystów niepodzielnej władzy imperatorów swoich dominiów.

Jak dokonać zatem zmiany w tym globalnym łańcuchu wartości, niejakiego pchnięcia ku jego dołowi, aby to kierowcy platformy przewozowej i rolnikowi zaopatrującemu się w nasiona i nawozy zostawało więcej przestrzeni w ramach struktury kosztowej? Jak w dotychczasową cenę tego, co oferuje im ich „matka”, wliczona mogłaby być większa część ryzyka działalności gospodarczej, którą oni w pełni ponoszą? Jak dać mrówkom pracującym na sukces całego mrowiska korzystać z efektów skali i przenieść na nie owoce wzrostu produktywności?

Wyrównanie przez rozproszenie

Jednym z możliwych rozwiązań byłoby nałożenie na podobne modele biznesowe podatku od pozycji dominującej (podatku od monopoli). Miałby on za zadanie konsumować tę część marży, którą Uber, Microsoft czy inny Apple pobierają od klientów za swoją „niezastępowalność”, za wciąż podtrzymywaną i najpilniej strzeżoną przez liczne patenty siłę rynkowego imperializmu. Nadrzędnym jego celem byłoby osłabienie pozycji przetargowej wobec wszystkich pozostałych uczestników procesu gospodarczego, nad którym imperialista sprawuje kontrolę.

Taki podatek czyniłby z nich po prostu mniej dochodowe spółki, zachęcając dotychczasowych akcjonariuszy do lokowania kapitału w mniejszych i średnich przedsiębiorstwach. Taka zachęta na rynku kapitałowym (czyli tym, gdzie zawierane są transakcje kupna, sprzedaży firm i udziałów lub akcji na nich) czyniłaby z rynkowych imperialistów mniej atrakcyjne „kąski” z pewną stopą zwrotu. Kapitał od inwestorów szedłby wtedy do spółek o rozproszonym, ale prawdopodobnie większym potencjale innowacyjnym i destabilizował niekwestionowane do tej pory pozycje rynkowe. Inwestorów oraz ich pośredników zarządzających majątkami cechuje niestety zadziwiająco niska skłonność do ryzyka w zakresie gospodarki realnej, fizycznej, szczególnie w obszarach projektów najbardziej innowacyjnych – a zatem często o niejasnym potencjale biznesowym i stopie zwrotu, którą w pełnej krasie dostrzega się dopiero w średnim i długim terminie7.

Mniejsze dochody spółki to także mniej wolnych środków na najdroższe biurowce, działania marketingowe i medialne, lobbing czy agresywny dumping cenowy. W skrajnych przypadkach to także mniej kapitału uciekającego do rajów podatkowych i stamtąd w charakteryzujące się wysokimi stopami zwrotu instrumenty spekulacyjne na globalnych rynkach finansowych, które są bezpośrednią przyczyną niestabilności całej gospodarki światowej. W ten sposób „wyrównujemy boisko” dla wszystkich graczy i sprowadzamy grę ponownie do wysokiej jakości usług i produktów oraz poszukiwania innowacji, Schum­peterowskich napędów gospodarki.

Podatkowy zwrot o 150 lat

Podatek od pozycji dominującej musi być tak opracowany, aby nie mógł w ramach rozkładu podatku (termin określający, na kim spoczywa faktyczny ciężar daniny) zostać przerzucony ani na konsumentów, ani na poddostawców. Jego ciężar ponieść powinni przede wszystkim akcjonariusze, czerpiąc mniejszą rentę kapitałową ze swojej inwestycji. Struktura akcjonariatu w przypadku dużych korporacji jest dziś zbyt skomplikowana (fundusze publiczne, niepubliczne, zarejestrowane w różnych jurysdykcjach podatkowych itd.), aby mówić o np. wyższej niż nominalna stopa podatku od dochodów kapitałowych. Mógłby on jednak być zastosowany w formie mnożnika przy jego dotychczasowej stawce.

Z każdej złotówki zysku monopolisty płacony byłby nie tylko CIT (na poziomie rachunku zysków i strat przedsiębiorstwa) w wysokości 19% (polska stawka) i podatek od dochodów kapitałowych (podatek Belki) również w wysokości 19%8. Przy ostatnim etapie przemnażalibyśmy stawkę „podatku Belki” przez wartość wyższą niż 100%. Na przykład dla „lekkiego” monopolisty stosowalibyśmy przedział między 100 a 120%, a dla globalnego lidera rynku przedział sięgający 140–160%. Wtedy efektywna stawka „podatku Belki” wzrastałaby do odpowiednio 22,8% lub nawet 26,6–30,4%.

Alternatywnym sposobem obliczania tego podatku byłoby odniesienie się w jego podstawie do udziału rynkowego, jakim dany gracz rynkowy wyrasta ponad przeciętną dochodowość w branży i na danym rynku (rozumianym geograficznie). Definiowana w ten sposób przewaga monopolisty nad resztą graczy rynkowych, przejawiająca się w jego rencie monopolistycznej, musiałaby również być w większości, jeśli nie w pełni, konsumowana przez podatek na poziomie rachunku finansowego i zysku wypłacanego przez spółkę akcjonariuszom w postaci dywidendy lub skupu akcji.

W zasadzie takie rozwiązanie (rate-of-return) istniało już w XIX wieku w USA, lecz przez wadliwą konstrukcję podstawy opodatkowania doprowadzało do akumulacji kapitału i przeinwestowania w tychże spółkach (efekt Avercha-Johnsona). W XX wieku na całym świecie stopniowo wycofywano się z tego rozwiązania, przechodząc do modelu definiującego siłę gracza przez jego przychody i udział w rynku. Do dziś kary nakładane przez urzędy antymonopolowe są odzwierciedleniem zasady revenue-cap-regulation.

Pojawia się zatem sugestia, aby potencjału i „mocy obliczeniowej”, drzemiących w instytucjach takich jak UOKiK czy Biuro Unijnego Komisarza ds. Konkurencji, użyć do definiowania, kto na rynku jest monopolistą i jaka część jego dochodu wynika ze standardowej funkcji produkcji, a jaka z jego wyjątkowej pozycji. Automatycznie stworzylibyśmy dla tychże podatników zachętę, aby przy dotychczasowym modelu biznesowym ograniczyć własną pozycję poprzez np. podział globalnego koncernu według kryteriów geograficznych lub specjalizacyjnych (np. dezinwestycja konkretnego segmentu, opuszczenie któregoś kraju). Obniżałoby to siłę przetargową wobec poddostawców i dało mniejszym producentom czy usługodawcom możliwość kształtowania cen oraz współtworzenia standardów rynkowych, a nie tylko dostosowania się do strategii gigantów. Klienci zyskaliby z kolei szerszy wybór producentów, a pracownicy monopolistów nie musieliby się obawiać kolejnych fuzji kończących się zawsze redukcją miejsc pracy.

Oprócz funkcji fiskalnej (podstawowej – gwarantowania przychodów do budżetu) danina ta spełniałaby charakter wręcz redystrybucyjny, stwarzałaby pole do wyrównywania szans pomiędzy rynkowymi imperialistami a średnimi i drobnymi przedsiębiorcami oraz spółdzielniami. W tym rozumieniu czyniłaby globalny łańcuch wartości bardziej sprawiedliwym, pozwalając wszystkim podmiotom (zarówno obywatelom – klientom czy pracownikom gigantów, jak i ich mniejszej konkurencji) czerpać owoce ze wzrostu gospodarczego po równo. Co więcej, konstrukt ten ma potencjał bycia globalnym podatkiem służącym do zwalczania nierówności pomiędzy krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się. Finansowane z niego mogłyby być programy przeciwdziałające nierównościom dochodowym i kapitałowym, np. inwestycje infrastrukturalne, służba zdrowia czy edukacja w krajach zależnych, nierzadko ofiarach kolonializmu i neokolonializmu bogatych gospodarek.

Koncepcja silnej regulacji monopoli nie pochodzi dziś z radykalnych kręgów ekonomicznych. Konieczność ujarzmienia negatywnych efektów globalizacji postuluje również Joseph E. Stiglitz, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Mówi on, że sytuacji, w której na danym rynku funkcjonują tylko monopoliści, nie można nazwać już rynkiem ani konkurencją.

Rozwiązania na miarę

Między monopolistami można dostrzec także inne podobieństwa, tkwiące w ich modelach biznesowych. Można nakierować na nie politykę gospodarczą dążącą do pilnowania zdrowych relacji między podmiotami. Jednym z takich sposobów, szczególnie adekwatnym w przypadkach podobnych do Monsanto, jest osłabienie reżimu prawa patentowego, by uniemożliwić całkowitą kontrolę jednej firmy nad produktami przez dekady. Jak udowadniał laureat ekonomicznego Nobla, Eryk Maskin, stosunkowo słabe prawo patentowe zapewnia idealną ochronę przed czystym kopiowaniem, pozwala na zwrot poniesionych nakładów (na badania, nie na agresywne walki cenowe), jednocześnie prowadząc do szybkiej dyfuzji wiedzy w społeczeństwie oraz na rynku.

Mniej restrykcyjne prawo ochrony własności intelektualnej to także mniejszy aparat jego utrzymywania i rzadsze przypadki, gdy monopoliści blokują lub niszczą konkurencję przy pomocy niezwykle kosztownych, wieloletnich procesów. Analizy rynku oprogramowania przytaczane przez Maskina wskazują, że zmiana prawa patentowego na bardziej restrykcyjne doprowadziła do drastycznego wzrostu wydatków na usługi prawne – przy spadku środków przeznaczanych na badania i rozwój9. Zrozumiałą strategią przedsiębiorstw w takim przypadku staje się walka nie o najlepszy produkt czy o jakość oferowanych usług, ale o zabezpieczenie dostępu do strumienia środków finansowych. Przeorientowanie prawa patentowego w kierunku kilkuletnich okresów ochronnych, bez możliwości odnawiania i przy ograniczonej możliwości pozywania za naruszenia na krawędzi imitacji (niejednokrotnie w końcu innowacja jest usprawnieniem imitacji), powinno ukrócić wiele praktyk stosowanych przez najbogatsze korporacje.

Tym bardziej kłuje to w oczy w przypadku Monsanto i innych koncernów chemicznych czy farmaceutycznych, których standardy rachunkowości przewidują najdłuższe okresy ochrony patentowej (nawet 20 do 30 lat) dla technologii opracowanych w tych dziedzinach. Paradoksalnie jednak to obecność na globalnym rynku imitatorów takich jak Chiny, nieprzestrzegających zasad prawa własności intelektualnej, sprawia, że niekwestionowani liderzy z krajów rozwiniętych nie spoczywają na laurach.

Należy też wreszcie dostrzec i zacząć rozliczać monopolistów z kosztów zewnętrznych (externalities), które przerzucają na społeczeństwo, zyskując przy tym przewagę względem mniej cwanych graczy. Jeśli Uber zarządza procesem i zarabia na usługach przewozowych, to jest firmą przewozową i powinien ponosić tego pełne konsekwencje – od praw pracowniczych po obowiązujące regulacje ubezpieczeniowe czy minimalne ustawowe stawki. Monsanto powinno być zobowiązane do płacenia za katastrofalny wpływ sprzedawanych środków na środowisko naturalne i na zdrowie ludzi nie tylko wtedy, gdy przegra wieloletnią batalię w sądzie z poszkodowanymi. Wymaga to naturalnie stanowczej reakcji ze strony organów publicznych – a ta jest niemożliwa do osiągnięcia bez sensownego finansowania odpowiednich instytucji i zagwarantowania ich niezależności od wpływów politycznych czy prywatnych lobbystów.

W ostateczności: nie powinniśmy bać się odpowiedzialnego korzystania z kombinacji surowego wykluczania rynkowych imperialistów z pewnych segmentów rynku oraz wprowadzania bardziej zrównoważonych społecznie i odpowiedzialnych lokalnych odpowiedników produktów. Uber wykrwawił się na ponad 2 miliardy dolarów, ale po kilkunastu miesiącach walki był zmuszony opuścić Chiny na tarczy. Aplikacja została też zakazana w wielu innych miastach i krajach na świecie, od Tajlandii, przez Indie, po Włochy i Francję. W ich miejsce niejednokrotnie pojawiają się równie nowoczesne i wysokojakościowe produkty, ale oparte na pracy lokalnych firm taksówkarskich lub działające na zasadach kooperatywy taksówkarzy (alternatywne rozwiązania są dostępne także w Polsce). Takich inicjatyw prawdziwej, oddolnej sharing economy, śledzonych m.in. przez inicjatywę Platform Cooperativism (http://platformcoop.net/), jest znacznie więcej i obejmują wiele różnych sektorów gospodarki.

Podobną strategię można przyjąć również dla produktów fizycznych, takich jak oferowane przez Monsanto. Wspierane przez mądrą politykę gospodarczą badania sektorowe powinny dążyć do tworzenia alternatywnych modeli biznesowych i produktów substytucyjnych, które dzięki wsparciu regulacyjnemu i publicznemu mogłyby otrzymywać pierwszeństwo na lokalnym rynku do czasu przełamania wiecznej ofensywy monopolu. Takiego subsydiowania i torowania drogi konkretnym przedsiębiorstwom czy klastrom nie należy postrzegać jako drogi do gospodarczej autarkii w stylu nacjonalistycznym, lecz umieszczać w szerszym kontekście strategii rozwojowej i przesuwania całego sektora w globalnym łańcuchu wartości. Taka celowa polityka gospodarcza stanowiła przecież motor napędowy wszystkich rozwiniętych już dziś krajów10.

W przypadku Polski oznaczałoby to rozłożenie silnego parasola nad „dorosłymi” już producentami agrochemicznymi, którzy (w zależności od definicji) cieszą się posiadaniem zaledwie ok. 30% krajowego rynku nawozów. Resztę stanowią zagraniczni gracze – zarówno ci najwięksi, jak i mniejsi z Rosji czy z Maroko. Jak wskazują lokalni producenci, przyczyną jest technologiczne zapóźnienie, dysproporcja w potencjale badań technologicznych oraz brak odpowiedniego finansowania. Abstrahując chwilowo od wpływu środków ochrony roślin na środowisko, jesteśmy w stanie ocenić, że krajowych producentów warto skrycie subsydiować poprzez służące im publiczne wydatki R&D, choćby po to, aby ich móc kontrolować, destabilizując stopniowo pozycję gigantów.

Cywilizować prawo wojny

Czy dzięki osłabieniu siły imperialistów rynkowych świat stanie się bardziej sprawiedliwy? Nie wprost, ale w ramach globalnego systemu opartego na konkurencji jesteśmy w stanie przy skutecznym stosowaniu dobrze dobranej polityki wyrównać warunki dla mniejszych graczy i rozproszyć tę skumulowaną potęgę. Globalny wzrost gospodarczy wyhamował w ciągu ostatnich dekad neoliberalnej polityki właśnie przez akumulację kapitału oraz umiędzynaradawianie i korporatyzację prostych procesów produkcyjnych – czy to przewozów osobowych, czy poprzez uprzemysłowienie rolnictwa. Ogromne środki marnowane są bez wahania na utrzymywanie pozycji monopolistycznej, na armie prawników i lobbystów, na przejmowanie potencjalnej konkurencji i wreszcie na ogromne zyski wypłacane uprzywilejowanym akcjonariuszom i kaście menedżerów. Łańcuch wartości przypomina zatem bardziej pompę ssącą na pełnych obrotach niż zrównoważony rozkład.

Rynek sam z siebie wykazuje wewnętrzne sprzeczności i dąży do własnego zniszczenia. Jeśli chcemy przywrócić zdrowie gospodarkom świata, musimy zrekompensować globalne nierówności wynikające z natury rozkładu łańcucha wartości w monopolach tej skali – lub trwale rozmontować ich siłę. Jak ujął to Wendell Berry, jeden z pierwszych krytyków globalizacji: „Nieuniknionym skutkiem niczym nieskrępowanego współzawodnictwa musi być bowiem zredukowanie liczby podmiotów gospodarczych do jednego, najsilniejszego. Prawo wolnej konkurencji jest zatem odmianą prawa wojny”. Absolutnym minimum, jeśli nasza cywilizacja społeczno-gospodarcza ma przetrwać, jest zatem rozbrajanie najsilniejszych i dbanie o pokój między mniejszymi.

Michał Hetmański, Jan J. Zygmuntowski

Przypisy:

  1. Najbliższym porównaniem był Amazon, który na fali tzw. bańki dot-com stracił około 1,4 miliarda dolarów, co zakończyło się masowymi zwolnieniami, sięgającymi nawet 15% wszystkich pracowników globalnie.
  2. Własne obliczenia na podstawie śledztwa magazynu „Fortune”, 22.10.2015, http://fortune.com/2015/10/22/uber-tax-shell/ (29.06.2017).
  3. Nakładem „Nowego Obywatela” ukazała się książka Marie-Monique Robin Świat według Monsanto, Łódź 2009.
  4. Rozumianą jako EBIT – Earnings Before Deducting Interest and Taxes.
  5. Obliczenia własne w tej sekcji pochodzą z analizy sprawozdań finansowych i zarządu Monsanto oraz Grupy Ciech z 2016 roku.
  6. Nauka o ładzie korporacyjnym przeniknęła wszelkie dotychczasowe nauki i nakazała nam każdego aktora nazywać stakeholderem. W warstwie językowej od razu narzuca nam to myślenie o interesariuszach podporządkowanych w hierarchii priorytetu do egzekwowania swoich praw wobec akcjonariuszy.
  7. Niezwykłą popularnością wciąż cieszy się wydana także w Polsce książka Przedsiębiorcze państwo ekonomistki z University of Sussex Marianny Mazzucato, która rozwiewa wiele mitów nt. działalności funduszy VC (venture capital) oraz efektywności rynków w stymulowaniu wydatków na badania i rozwój czy przełomowe innowacje.
  8. O ile akcjonariuszem lub udziałowcem nie jest fundusz – z zasady zwolniony z podatku jako wehikuł inwestycyjny.
  9. W zasadzie pozytywny wpływ nauki oraz badań chemicznych na rozwój społeczno-gospodarczy jest dość oczywisty. Przerost administracji mierzony liczbą prawników czy marketingowców pracujących dookoła procesów dziejących się w realnej gospodarce (produkcja, sprzedaż) można uznać za rosnące koszty transakcyjne.
  10. Zainteresowanych odsyłamy do Złych Samarytan Ha-Joon Changa, w których rozprawia się on z mitem o szkodliwym protekcjonizmie.
Kto rządzi światem?

Kto rządzi światem?

Światem, jak wiadomo, rządzi pieniądz. Ale jak to wygląda w XXI wieku i gdzie konkretnie ten pieniądz się znajduje?

W tekstach opublikowanych w „Nowym Obywatelu” („Szczepionka na neoliberalizm” i „Odzyskać państwo”) opisałem między innymi, w jaki sposób globalny kapitał będzie się bronił w przypadku ograniczania swoich zysków i udziału w rynkach w Polsce. Wspominam tam o skargach do międzynarodowych instytucji, o agresji zagranicznych mediów, o niektórych fundacjach finansowanych z zagranicznych źródeł, o próbie doprowadzenia kraju do niewypłacalności przez podważanie zaufania rynków. Natomiast nie wskazałem, kto faktycznie ma moc wywierania globalnego wpływu, poza ogólnym stwierdzeniem, że są to kraje G7 i Chiny we współpracy z potężnymi korporacjami z tych krajów. Niedawno w Niemczech ukazała się książką Hansa-Juergena Jakobsa zatytułowana „Do kogo należy świat” (2016). W interesujący sposób omawia ona relacje w globalnym kapitalizmie XXI wieku.

Główna teza książki głosi, że w świecie dominują największe firmy z rynków finansowych, które przez deregulacje rynków niesamowicie urosły w ciągu ostatnich 20 lat. Poniższa grafika ukazuje, jak rósł globalny majątek finansowy od 1990 roku:

Książka obszernie kategoryzuje różne typy inwestorów. Ich struktura i roczny wzrost poszczególnych kategorii wyglądają następująco:

Bardzo wyraźnie widać, że obecnie głównymi „siłami” są prywatne fundusze powiernicze, fundusze emerytalne i fundusze państwowe. Pierwsze w 2015 roku miały zainwestowane 74 biliony dolarów, a drugie i trzecie razem – 43,4 biliony dolarów. Aby pokazać proporcję: polski Produkt Krajowy Brutto z 2016 roku to odpowiednio 0,63% i 1,08% tych kwot.

Jakobs kategoryzuje inwestorów w następujący sposób: fundusze powiernicze, fundusze emerytalne, państwowe fundusze inwestycyjne, private equity, fundusze hedgingowe, kapitał rodzinny, banki i ubezpieczenia. Następnie zajmuje się sektorami, w które ten kapitał inwestuje. Największe fundusze powiernicze to:

W pierwszej dziesiątce jest tylko jedna firma niepochodząca z USA – francuska Amundi. Ten rodzaj firm inwestuje pasywnie, m.in. w indeksy giełdowe. Ryzyko rozkłada tak, by wartość inwestycji naśladowała rozwój indeksów giełdowych. Na przykładzie Blackrock z 2015 roku wygląda to następująco: 54% kapitału zainwestowano w akcje, 34% – w pożyczki, 9% – w fundusze mieszane, a 3% – w inne inwestycje. Na poniższej grafice widać opis największych inwestycji Blackrock w akcje korporacji.

Ogółem udział pięciu największych funduszy powierniczych w czterech największych korporacjach różnych sektorów wygląda następująco:

Na przykład pięć największych na świecie funduszy powierniczych ma około 13,4% akcji firmy Bayer, która obecnie weszła w fuzję z Monsanto, którego z kolei pierwsza dziesiątka firm powierniczych posiada około 22,51% akcji. Co to oznacza dla spółki? Można to porównać z sytuacją Pekao po wykupie 32,8% przez PZU i PFR. Uważa się, że mają one nad tym bankiem kontrolę. Ciekawe jest też, jaką rolę te fundusze powiernicze odegrały w czasie fuzji Bayera z Monsanto przy promowaniu GMO czy TTIP.

Najsilniejszą pozycję w funduszach powierniczych mają prezesi i zarządy. Udziałowcy nie cieszą się aż tak dużym wpływem, co można obserwować podczas ustalania wysokości bonusów/premii/pensji dla prezesów i zarządów. To kolosy na glinianych nogach, które mogą zostać osłabione przez nagłą panikę klientów i odpływ ich kapitału z funduszu, co przy okazji popchnęłoby w otchłań kryzysu globalną ekonomię. Karmi je wyłącznie chęć zysku – musi on wynosić przynajmniej 8% zwrotu kapitału rocznie. Jest zysk, więc jest kapitał, który jednak zawsze może błyskawicznie odpłynąć. Pozycja Larry’ego Finka, prezesa Blackrock, jest tak potężna, że jest on uważany za nieformalnego „prezydenta” globalnej finansjery. Jego specjalne znaczenie można zauważyć podczas corocznego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos.

W porównaniu z funduszami powierniczymi powyższy typ funduszy jest przynajmniej dwukrotnie mniejszy i mniej zdominowany przez kapitał z USA. Dla porównania: polskie Otwarte Fundusze Emerytalne to obecnie zaledwie około 40 mld dolarów.

W takich instytucjach jest już bardziej „pluralistycznie”. W oczy rzuca się siła Norwegów oraz krajów arabskich wspieranych zyskami z ropy i gazu.

Dziewięć firm pochodzi z USA, jedna – z Wielkiej Brytanii. To już inna skala wielkości w porównaniu z funduszami powierniczymi, choć styl zarządzania własnymi pieniędzmi jest zapewne inny niż rozproszonymi wkładami osób trzecich.

To kolejny sektor zdominowany przez firmy z USA. W pierwszej dziewiątce są tylko dwie firmy nieamerykańskie. Właśnie do tego sektora zalicza się znany w Polsce George Soros ze swoim Soros Fund Management, zarządzający 24,2 miliardami dolarów. W porównaniu z Blackrock to raczej globalna, przereklamowana w Polsce płotka, choć ma swoją wagę i wpływy w mniejszych krajach, takich jak Węgry.

Fundusze hedgingowe są nastawione na spekulacyjne szybkie zyski. To zupełnie inna strategia niż w funduszach powierniczych, nastawionych na stałe, długoterminowe dochody. Rynek funduszy hedgingowych przeciętnie rośnie aż o około 22% rocznie.

Najbogatsze rodziny

Książka Jakobsa wymienia około 40 globalnych korporacji znajdujących się pod kontrolą konkretnych rodzin. Są to m.in. Walmart, Facebook, Amazon, Samsung, IKEA, L’Oreal, H&M, BMW Group, Aldi czy Lidl. Rodziny mają spore znaczenie w wybranych sektorach, natomiast faktyczne globalne znaczenie posiadają tylko giganty informatyczne, takie jak Amazon, Google, Apple czy Facebook.

To właśnie w tej grupie pojawiają się nazwiska rosyjskich oligarchów, np. Leonida Michelsona (14,4 mld dolarów majątku, Novatek), Michaiła Fridmana (dokładna wielkość majątku nie podana, Alfa Group) i Alischera Usmanowowa (dokładna wielkość majątku nie podana, USM Holdings).

Tu widać potęgę finansową Chin oraz wciąż silną pozycję USA. Deutsche Bank jest zaledwie 11. bankiem świata. Warto zwrócić uwagę, że on i Vanguard mają spore udziały w większości banków, z wyjątkiem Chin. Zapewne nie jest to przypadek, lecz przemyślana strategia tego sprytnie myślącego państwa.

Największy polski bank PKO BP ma sumę bilansową zaledwie 65 miliardów dolarów, czyli 1,9% największego banku ICBC.

PZU SA miało w 2013 roku około 15,6 miliarda dolarów sumy bilansowej, czyli zaledwie 1,6% sumy bilansowej AXA. Ponownie warto zwrócić uwagę na siłę funduszy powierniczych z USA (Blackrock, Vanguard i Capital Group).

Co widać w powyższych tabelach? Można wyraźnie zaobserwować kilka potężnych klastrów finansowych. Zdecydowanie najsilniejszym graczem są USA z potężnymi firmami powierniczymi i z private equity posiadającymi poważne udziały w de facto każdej globalnej korporacji. Druga potęga to Chiny z wielkimi i kontrolowanymi przez państwo bankami i funduszami inwestycyjnymi. Trzeci gracz to spore fundusze inwestycyjne niedemokratycznych i autorytarnych państw Zatoki Perskiej.

Reszta to druga liga. Kraje Unii Europejskiej mają mocną pozycję tylko w ubezpieczeniach, nienajgorszą w bankach, ale generalnie widać, że zostają w tyle. Wyróżniają się tylko Norwegia (niebędąca członkiem UE), Wielka Brytania (wychodząca z UE) i holenderskie fundusze emerytalne. W zasadzie do drugiej ligi należą też Japonia, Korea Południowa, Kanada i Australia.

Trzecią ligą, choć dokuczliwą dla mniejszych sąsiadów, jest Rosja, której główna siła ekonomiczna polega na produkcji i eksporcie surowców naturalnych (gaz, ropa, metale, drewno) oraz kontroli nad siecią transportową ropy i gazu. Rosja jest silna tylko wobec mniejszych graczy, takich jak Polska. Dla Chin to surowcowa przystawka, którą powoli wasalizują ekonomicznie, a dla Niemiec – słabszy ekonomicznie, ale pożądany partner, zapewniający niemieckiej gospodarce stabilny dostęp do surowców i zbyt technologii.

Globalna waga Polski jest pomijalna. PKO BP to zaledwie 1,9% wielkości największego banku na świecie i 3,6% Deutsche Banku, jedenastego banku świata. PZU SA to zaledwie 1,6% największej firmy ubezpieczeniowej świata. Stosunek polskiej siły inwestycyjnej wobec siły Blackrock jest w zasadzie pozbawiony znaczenia.

Jak funkcjonują „Blackrock i spółka”? Przez „Blackrock i spółkę” rozumiem, za Jakobsem, pięć największych funduszy powierniczych (Blackrock, Vanguard, Fidelity, State Street i Capital Group), które w 2015 roku zarządzały majątkiem wielkości ponad 13,5 bilionów dolarów. Dla porównania: polskie Otwarte Fundusze Emerytalne zarządzają około 0,25% tej kwoty, a kapitalizacja Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych jest około dziewięćdziesiąt razy mniejsza.

Oczywiście Blackrock również ma swoich głównych udziałowców, którymi są PNC Financial Services (21,1%), Norges Invest (5,7%) i Wellington Management Group (6%). Ciekawostką jest, że do Blackrock należy 5% PNC Financial Services, a więc można powiedzieć, że firmy te należą do siebie nawzajem.

Blackrock niesamowicie urósł po kryzysie 2008 roku. Uciekły do niego (i do innych firm powierniczych) pieniądze z regulowanych banków, obwinianych o spowodowanie kryzysu finansowego. Regulacja funduszy powierniczych jest niewielka i w tym sektorze upatruje się źródła kolejnego kryzysu finansowego w przyszłości.Prezes Blackrock był wymieniany jako jeden z kandydatów na stanowisko ministra finansów w przypadku zwycięstwa Hillary Clinton. Larry Fink zarabia 28,6 milionów dolarów rocznie, mimo (jałowych) protestów niektórych akcjonariuszy, uważających, że jest on znacznie przepłacany. Blackrock zatrudnia 13 tysięcy pracowników. Posiada około 6% udziałów w większości istotnych globalnych korporacji wszystkich branż – samochody, handel, chemia, farmaceutyki, media, rozrywka, energia, surowce i handel nimi, przemysł spożywczy, maszyny, elektrotechnika, elektronika, logistyka. Udziela pożyczek firmom, kupuje obligacje państwowe, co tworzy ogromny potencjał dla konfliktów interesów, i może wywierać skuteczną, zakulisową presję na wszystko, co stanie mu na drodze. Biorąc pod uwagę, że inne wielkie amerykańskie fundusze powiernicze też mają po kilka procent udziałów w czołowych korporacjach, firmy te mogą de facto mieć, przy rozdrobnieniu pozostałego akcjonariatu, możliwość decydowania o kierunku rozwoju większości sektorów globalnej gospodarki.

Potencjał Blackrock i spółki w kwestii uzgadniania stanowisk i wywierania presji na kluczowe globalne korporacje i sektory jest spory, co pokazują ich zsumowane udziały w na przykład Exxon Mobile (16,7%), Johnson&Johnson (17,9%), Lockheed Martin (16,9%) czy General Electric (11,6%). Blackrock jest największym udziałowcem w co piątym amerykańskim przedsiębiorstwie notowanym na giełdzie, wliczając banki. W Polsce świadomość tego faktu jest śladowa.

Blackrock rokrocznie wysyła listy do prezesów głównych korporacji z zaleceniami co do strategii. W 2016 roku tych pism było 750. Zalecenia te potem aktywnie próbuje forsować na walnych zebraniach akcjonariuszy lub przez zakulisowe działania prowadzone przez trzydziestoosobowy team Corporate Governance and Responsible Investment z oddziałami w Nowym Jorku, San Francisco, Londynie, Tokio i Hong Kongu. Amra Balic jest team leaderem na Europę. Wcześniej była jedną z dyrektorek agencji ratingowej Standards&Poor’s na Europę. Szefową grupy lobbującej w Kongresie USA jest Barbara Novick, wiceprezeska Blackrock. Ten fundusz zatrudnia również ważne osoby ze świata polityki, jak Friedrich Merz, były szef frakcji CDU/CSU w Niemczech. Praktyka ta jest znana w Polsce, co widać na przykładzie Gazpromu i Gerharda Schroedera, byłego premiera Niemiec. Blackrock wpływa na wybór szefów zarządów i członków rad nadzorczych korporacji oraz na powtarzalność ich kadencji.

Jak duży wpływ giganty powiernicze mogą mieć na malejący udział pensji czy udział publicznych wydatków na służbę zdrowia w PKB? To właściwie pytanie retoryczne, patrząc na skalę optymalizacji podatkowej globalnych korporacji, która stanowi główne źródło ich zysków. Świadomość tych zakulisowych gier wśród rozproszonego akcjonariatu czy klientów, nie wspominając o organizacjach społeczeństwa obywatelskiego, jest w zasadzie żadna.

Jednym słowem: Blackrock i inne podobne fundusze powiernicze wytworzyły system, który gwarantuje im zakulisowy wpływ na główne globalne korporacje większości sektorów gospodarki oraz na maksymalizację dywidend. Paradoksem jest, że Larry Fink stał się globalnym gigantem, mimo że w zasadzie nic do niego nie należy: zarządza powierzonymi mu pieniędzmi, z czego ma sporą, choć statystycznie nieistotną pensję. Jego błędy lub zwyczajne dążenie do maksymalizacji zysków mogą popchnąć świat ku kolejnemu globalnemu kryzysowi. Wywołanie kryzysu w pojedynczych krajach czy sektorach to potencjalnie niezamierzony efekt uboczny decyzji lub skutek błędów przy ich podejmowaniu na poziomie średniego managementu. Na temat potencjału wpływania na politykę rządu USA nie ma nawet co spekulować. Jego etyczna współodpowiedzialność za zmiany klimatyczne, globalną degradację środowiska naturalnego czy wymieranie gatunków, jego dążenie do niezrównoważonej maksymalizacji zysku przez wyciskanie jak cytryny największych globalnych korporacji – wszystko to jest warte solidnej refleksji, analizy i wniosków.

Rząd USA aktywnie wspiera ekspansję amerykańskich korporacji, czyli pośrednio zyski amerykańskich funduszy powierniczych w nie inwestujących. Zyski takich firm osiągnięte poza USA nie są tam opodatkowane, a unikanie płacenia podatków w krajach trzecich czy korzystanie z rajów podatkowych nie jest ścigane.

Spore ryzyko stanowi możliwość integrowania całych łańcuchów dostawczych, czyli de facto budowanie globalnych monopoli lub karteli. Spójrzmy na sektor produkcji i zbytu żywności. Jeżeli Blackrock i spółka miałyby istotne udziały we własności ziemi rolnej, firmach posiadających patenty na nasiona, GMO czy pestycydy (jak Bayer czy Monsanto), w głównych producentach żywności (Nestlé, Pepsico, Coca-Cola, Mars, Johnson&Johnson, Unilever czy Kraft), głównych sieciach handlowych (jak Tesco czy Carrefour) – to można mówić o ryzyku totalnej wertykalnej kontroli ekonomicznej nad strategicznym sektorem żywności.

Jak wpływ Blackrock materializuje się w Niemczech?

Tradycyjnie niemiecka gospodarka była kontrolowana przez krajowe grupy finansowe, które miały istotne udziały w kluczowych rodzimych przedsiębiorstwach. Należały do nich Deutsche Bank, Allianz, Commerzbank, Dresdner Bank czy Bayerische Hypo.

Blackrock i inne fundusze powiernicze i inwestycyjne rozbiły w ostatnich latach ten system. Wygląda on teraz w następujący sposób:

Sam Blackrock przejął rolę Deutsche Banku. W 2015 roku udział Blackrock w DAX-ie (niemiecki indeks giełdowy) wynosił 10,7%, a State Street – 4,3%. Warto nadmienić o mocnej pozycji Norges Invest: 4,1%.

Jest tematem wartym analizy, jakie bezpośrednie udziały mają Blackrock w WIG-u i – pośrednio, poprzez współwłasność w działających w Polsce korporacjach – jaki wpływ mają na polskie sektory gospodarki.

Potęga Doliny Krzemowej

Ponieważ Blackrock i spółka to firmy amerykańskie, powiązane siecią nieformalnych relacji z rządem USA, warto tu opisać inny typ wpływowych amerykańskich spółek z Doliny Krzemowej. Są to Google, Facebook, Amazon i Apple, które właściwie zmonopolizowały globalny internet, z wyjątkiem Chin i Rosji, w których autokratyczne rządy uniemożliwiły dominację amerykańskich gigantów, więc kraje te rozwijają własne produkty i usługi internetowe.

Amazon, Facebook, Google i Apple mają wartość giełdową 1,8 biliona dolarów, czyli więcej niż roczny PKB Rosji. Google monopolizuje rynek wyszukiwarek internetowych: w USA 70%, a w Niemczech 95% zapytań w wyszukiwarkach internetowych przechodzi przez Google. Posiada również Chrome, system operacyjny Android i Youtube. Podobnie jak w przypadku Facebooka, założyciele Google dominują w firmie dzięki specjalnym zasadom ważenia własnych głosów na walnym zebraniu akcjonariuszy. Facebooka używa 1,6 miliarda ludzi i generuje on 18 miliardów dolarów rocznego obrotu. Wiele akcji jest klasy C – ich posiadacze nie mają głosu na walnym zebraniu. Fidelity posiada 6,6% akcji Facebooka, Vanguard – 5,9%, Blackrock – 5,5%, a State Street – 3,7%. Sam Zuckerberg ma 60% głosów, choć posiada zaledwie 1% akcji. Do Facebooka należą Instagram i Whatsapp. Warto zwrócić uwagę na możliwości cenzurowania wypowiedzi użytkowników Facebooka, czego zasady pozostają poza demokratyczną kontrolą. Apple dzięki iPhonom i iPadom stworzył własny potężny świat danych i informacji. Amazon ma wielką księgarnię wysyłkową, Kindle, Netflix, AWS cloud computing for enterprises i Amazon One (logistyka). Dąży do opanowania życia klienta poprzez monopolizację usług internetowych. Struktura własności Amazona jest następująca: Jeff Bezos – 17,1%, Capital Group – 7,7% i Vanguard – 4,8%. Warto nadmienić, że Bezos kupił w 2013 roku za 250 milionów dolarów „Washington Post”. Dodatkowo Microsoft wraz z Androidem (czyli Google) kontrolują rynek systemów operacyjnych. Poza tym do Microsoftu należą Skype i Linkedln. Oracle jest dominującym dostawcą baz danych.

Firmy te w zasadzie zmonopolizowały masowe usługi internetowe i Big Data. Serwery tych firm w USA wiedzą o nas wszystko. A jak wygląda dostęp do tych danych przez amerykańską National Security Agency, można się tylko domyślać. Stwarza to potencjalne zagrożenie dla systemów demokratycznych, ponieważ jeśli te firmy wiedzą o nas tak dużo, to gdyby handlowały bez nadzoru danymi o swoich klientach, mogłyby wpływać na wyniki wyborów.

Firmy te de facto nie płacą podatków od zysków dzięki „optymalizacji podatkowej”, a dokładniej dzięki manipulowaniu licencjami w Luksemburgu, Holandii czy Irlandii. Dominujące amerykańskie spółki internetowe w 2014 roku płaciły zaledwie około 0,005-procentowy podatek.

Wpływy funduszy zarządzanych przez państwa autorytarne

Chińskie fundusze zarządzają sporą kwotą 1910 miliardów dolarów, a suma bilansowa głównych banków wynosi 11585 miliardów dolarów. Dla porównania: Deutsche Bank ma zaledwie 15% tej kwoty. Chiny rozmyślnie wykorzystują te pieniądze do budowania swojej potęgi ekonomicznej. Kupują długi publiczne państw trzecich w tarapatach finansowych za sprzedaż strategicznej infrastruktury (np. port Pireus w Grecji), wykupują akcje spółek technologicznych (jak niemiecka Kuka), finansują i wykonują budowę strategicznej infrastruktury (koleje, porty, elektrownie, sieci energetyczne, drogi), wykupują złoża mineralne i produkty ich eksploatacji (w Afryce czy w Ameryce Południowej), ziemię rolną w Afryce, zasoby wody pitnej itd. W Polsce temat Chin pojawia się w kontekście nowego Jedwabnego Szlaku. Chińska strategia negocjacyjna polega na zawieraniu takich umów, które długoterminowo zwiększają ich wpływ i kontrolę. Jest wątpliwe, czy polski rząd posiada umiejętności i doświadczenie, aby wynegocjować taki kontrakt, który zapewni w ostatecznym rozrachunku sytuację równie korzystną dla obu stron. Raczej skończy się to wynikiem nieopłacalnym dla Polski, ale za to Chiny kupią parę milionów ton węgla, trochę produktów rolnych i obligacji, co dobrze się sprzeda medialnie.

Kraje Zatoki Perskiej zgromadziły w państwowych funduszach inwestycyjnych 2363 miliardy dolarów. To wszystko państwa autorytarne, czyli de facto pieniądze te znajdują się pod kontrolą rządzących klanów. Są one inwestowane w korporacje wszelkich branż, obligacje, nieruchomości czy ziemię rolną. Tajemnicą poliszynela jest, że dla uspokojenia i zjednania sobie lokalnych radykałów religijnych niektóre z tych krajów hojną ręką sponsorują budowę islamskich centrów kulturowych, na przykład w Europie, oraz kształcą i wysyłają tam radykalnych, ultrakonserwatywnych imamów (wahabitów).

Możliwości rosyjskie są znacznie mniejsze, jednak ryzykowne dla mniejszych sąsiadów ze względu na mieszanie inwestycji z dążeniem do kontroli nad sąsiednimi państwami. To głównie przesył gazu i ropy, wieloletnie kontrakty na ich zakup, finansowanie i budowanie elektrowni atomowych, przejmowanie rafinerii, przemysłu ciężkiego, chemicznego itd.

Norweskie światełko w tunelu

W tym świecie drapieżników istotną nadzieją pozostają Norwegowie. Fundusz norweski to 825 miliardów dolarów zainwestowanych w 78 krajach w ponad 9000 przedsiębiorstw. Fundusz ten posiada 1,3% wszystkich światowych akcji, a w Europie – 2,5%. Największymi inwestycjami są Nestle (2,5%) i Shell (2%). Norwegowie są drugim po Blackrock największym inwestorem w Niemczech z udziałem 4,1% w DAX-ie: w Daimlerze (2,6%), w BASF (3%), BMW (3%), w Siemensie (2%), w Bayerze AG (1,6%), w SAP-ie (1,4%) czy Volkswagenie (1,3%).

W przeciwieństwie do Amerykanów, Chińczyków czy krajów Zatoki Perskiej, Norwegowie bardziej serio traktują etykę, na przykład nie kupują akcji firm sektorów energetycznego i wydobywczego, jeśli węgiel oznacza więcej niż 30% ich aktywności. Podobnie z sektorem obronnym i tytoniowym. Robią to za pomocą tzw. kryteriów wykluczenia (exclusion criteria), którymi się kierują przy decyzjach inwestycyjnych. Tym samym ostatnie informacje medialne o przejęciu przez PGE elektrociepłowni od francuskiego EDF warto analizować też z tego punktu widzenia. W porównaniu z innymi funduszami Norwegowie są bardzo transparentni.

Do Norges Invest należy 5,7% akcji Blackrock. Zapewne więc mogą próbować wywierać wpływ na etykę tego funduszu powierniczego. Na pewno warto pytać Norwegów, którzy chętnie moralizują na temat produkcji energii z węgla, czy i jak na to wpływają.

Jakie wnioski?

Wszystkie te potężne grupy finansowe z USA, Chin czy krajów Zatoki Perskiej mają jeden wspólny interes: osiągać jak najwyższą rentowność kapitału kosztem „optymalizacji” opodatkowania swoich inwestycji, minimalizacji zysków poddostawców i pensji pracowników na skalę globalną. Osiągany roczny zysk rzędu 8% jest niedostępny dla detalicznych inwestorów i stanowi główne źródło niezrównoważonego rozwoju globalnej gospodarki, zmian klimatycznych, wzrostu nierówności społecznych czy degradacji środowiska naturalnego.

Taka koncentracja kapitału i inwestycji w branżach ma ogromny potencjał do tworzenia karteli, monopoli i oligopoli, czyli do drastycznego ograniczenia konkurencji na świecie. Jeżeli Blackrock i spółka zdominują korporacje jednego łańcucha dostawczego, np. handlu detalicznego, produkcji żywności, kosmetyków itd., to pole do tworzenia karteli wyniszczających konkurencję jest nieograniczone. Tym samym fundusze te są istotnym globalnym zagrożeniem dla małych i średnich przedsiębiorców oraz dla klasy średniej.

Fundusze takie żyją w symbiozie z globalnymi korporacjami. Łatwiej kontrolować i zarabiać jako rynkowy monopolista czy oligopolista niż utrzymać się na rozdrobnionym rynku z silną konkurencją. Tym samym wspierają globalne, masowe, skoncentrowane i kontrolowane przez siebie rynki, a nie mają interesu w rozwoju rynków lokalnych czy rozdrobnionych. Widać tu wielką słabość krajów Unii Europejskiej zarówno w świecie instytucji finansowych, jak i globalnych spółek informatycznych. Rola Polski jest statystycznie pomijalna.

Ryzyka i rekomendacje dla Polski

Co to wszystko oznacza dla Polski? Świat jest skomplikowany, co wymaga zaawansowanej i świadomej dyplomacji i polityki gospodarczej. Polska jako bardzo mały gracz nie wpływa na reguły globalnej gry, więc musi bardzo umiejętnie i roztropnie tworzyć sobie pole manewru w jej ramach. Jedynym lewarem Polski jest Unia Europejska, bez której nasz kraj będzie łatwym ekonomicznym łupem globalnego kapitału. Jest więc w interesie Polski mądrze wspierać rozwój UE i ją stabilizować. Wiedza o opisanych w tym tekście zjawiskach powinna być w Polsce popularyzowana. Warto rozmawiać o tym z czołowymi polskimi think tankami, uniwersytetami czy partiami politycznymi.

Chiny bez problemów kupiłyby polskie Lasy Państwowe, zasoby wodny pitnej, złoża mineralne, spółki energetyczne, porty, banki czy koleje – bez specjalnych targów o cenę. A Blackrock nie miałby żadnych obiekcji, aby firmy, w których ma udziały, zmonopolizowały polskie rynki. Nikt nie miałby problemu z tym, że udział pensji w polskim PKB dalej by spadał. Tym samym wszystkie te ryzyka powinny być zdefiniowane konstytucyjnie, aby politycy nie mogli ulegać doraźnym pokusom czy korupcyjnym propozycjom.

Rozsądnym partnerem do finansowanie polskich inwestycji zdają się Norwegowie. Ich niechęć do węgla nie musi być przeszkodą. Polska i tak powinna dążyć do zmniejszania udziału węgla w produkcji prądu. Odnawialne źródła energii też są polskie. Nic nie stoi na przeszkodzi, aby udział węgla w produkcji prądu za 20 lat spadł z obecnych 90 do 60%. Poza tym zmniejszenie znaczenia monopolu węglowego dobrze by zrobiło polskim konsumentom.

Polska w swoich spółkach strategicznych (przykład Facebooka) powinna mieć specjalne prawo głosu i tym samym kontrolę nad kluczowymi decyzjami. Powinno się wprowadzić koncepcję rozproszenia inwestorów instytucjonalnych: jedna firma (np. Blackrock) mogłaby posiadać maksymalnie 1% WIG-u w pośrednich (przez zależne firmy) i bezpośrednich inwestycjach. Przejrzyste i etyczne fundusze z krajów demokratycznych, jak Norwegia, powinny móc inwestować więcej lub mieć możliwość inwestowania w strategiczne sektory. Fundusze z krajów demokratycznych, ale przymykających oko na unikanie płacenia podatków przez firmy, w których mają udziały, powinny mieć wyraźne ograniczenia. Fundusze z krajów autorytarnych byłyby pozbawione możliwości inwestowania w sektory strategiczne. To wszystko powinno być starannie monitorowane i publicznie raportowane przez Komisję Nadzoru Finansowego i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Warto, by instytucje te miały uprawnienia na miarę wyzwań.

Podobne rozproszenie powinno zostać wprowadzone przy sprzedaży polskich obligacji skarbu państwa. Żaden fundusz nie może mieć zbyt dużej siły przetargowej. Należy również uregulować polski rynek nieruchomości tak, aby wielkim funduszom nie opłacało się wchodzić do Polski. Po co do Blackrock ma należeć np. cała dzielnica Warszawy? Na udział w rynkach powinno się patrzeć nie tylko z punktu widzenia bezpośrednich udziałów korporacji, ale także analizować skumulowane udziały funduszy inwestycyjnych w spółkach z jednego sektora. Polski rynek mediów powinien być szczególnie chroniony przed możliwością zdominowania przez zagraniczny kapitał.

Na poziomie UE Polska musi wspierać KE w postępowaniach antykartelowych i antymonopolowych przeciwko globalnym korporacjom. Powinna również wspierać walkę z unikaniem płacenia podatków przez korporacje oraz regulacje sektora globalnych funduszy powierniczych. Dla Polski korzystne jest zachęcanie UE do uregulowania ochrony danych osobowych w czasach zdominowania Big Data przez amerykańskie spółki internetowe. Ryzyko ingerencji spółek monopolizujących Big Data w procesy demokratyczne powinno być tematem osobnej strategii. W kwestii promowanych sądów arbitrażowych chroniących inwestycje Polska powinna zachęcać UE do rozszerzania dyskursu. Jeśli korporacje chcą mieć chroniące ich inwestycje sądownictwo postawione ponad sądami krajowymi, to sądy te powinny również rozpatrywać skargi lokalnych społeczności czy prawników zajmujących się np. ochroną przyrody przeciw korporacjom oskarżanym o przestępstwa czy korupcję.

Międzynarodowe organizacje pozarządowe, takie jak Greenpeace, Friends of Earth, WWF, Czerwony Krzyż czy Caritas, muszą wywierać presję na wielkie fundusze inwestycyjne, by promowały zrównoważony rozwój w korporacjach, w których mają udziały, za pomocą zrównoważonych kryteriów inwestycyjnych. Warto także głośno mówić o postulacie Piketty’ego: progresywnym opodatkowaniu globalnych zysków z kapitału, gdyż obecna sytuacja promuje niezrównoważony rozwój oraz kumulację własności wśród wąskiej globalnej elity.

Kończąc rozważania nad tym, kto rządzi światem, warto podkreślić, że Unia Europejska jest jedyną możliwą tarczą dla europejskich państw, w tym Polski, chroniącą przed gigantami finansowymi i informatycznymi z USA i Chin. Przykład Niemiec powinien działać trzeźwiąco dla liczących na rozpad Unii Europejskiej. Tylko silna Unia może utrzymać Europę na pozycji równorzędnego partnera Chin i USA w globalnej rozgrywce o dominację. Zaprzeczanie tej tezie jest myśleniem życzeniowym i brakiem racjonalnej zdolności analizy globalnej rzeczywistości XXI wieku.

Marcin Malinowski

Wykresy i tabele w tekście podajemy za książką Hansa-Jürgena Jakobsa, Wem gehört die Welt: Die Machtverhältnisse im globalen Kapitalismus, Albrecht Knaus Verlag, München 2016. Udostępniamy je za zgodą i we współpracy z autorem.

Rysunek autorstwa Horacego Taylora z pisma „The Verdict”.

Naszym celem jest przejęcie władzy – rozmowa z Marceliną Zawiszą i Adrianem Zandbergiem

 

– Co was uformowało w lewicowym duchu? Środowiskowo, intelektualnie? Jakie miejsca i czas?

Marcelina Zawisza: Pochodzę z górniczej rodziny. W takich domach jest silna tradycja związkowa. To na mnie oddziaływało. A późniejsze doświadczenia życiowe pokazały mi, że ilość posiadanych pieniędzy decyduje nie tylko o tym, jak się żyje, ale czy się w ogóle żyje. Szczególnie można to było zauważyć na oddziale onkologicznym.

– I było to dla Ciebie także doświadczenie polityczne?

– Miałam wtedy trzynaście, czternaście lat. Zobaczyłam, że dzieciaki z bogatszych domów mają dostęp do dodatkowych leków, lepszego jedzenia, co w przypadku chemioterapii jest kluczowe, a rodzice, którzy mieli stabilne zatrudnienie, mogli być ze swoimi chorującymi dziećmi, ponieważ przysługiwał im urlop wychowawczy. Takie dzieci miały większe szanse na wyjście z choroby. Widziałam też dzieciaki, które osamotnione, pozbawione troskliwej opieki, były w znacznie gorszym stanie. A tęsknota za bliskimi dodatkowo pozbawiała je sił i odbierała motywację. Dodam, że opieka zdrowotna była świadczona wszystkim na tym samym poziomie, pielęgniarki były wspaniałe, lekarze się starali – a jednak zasobność portfela rodziców pokazywała, gdzie jest czyje miejsce.

Adrian Zandberg: Jestem z ostatniego pokolenia, które wychowywało się jeszcze w epoce transformacji. Wróciliśmy z Danii do Polski, bo w połowie lat 80. rozchorował się mój dziadek i moja mama musiała wrócić, żeby się nim zajmować. Kursowaliśmy między Danią a Polską, żeby w końcu zostać w Warszawie. Jako dzieciak, a później nastolatek obserwowałem na moim podwórku rzecz naprawdę niesamowitą: w ciągu zaledwie kilku lat część moich rówieśniczek i rówieśników wykatapultowała się do nowej klasy średniej, a część poleciała w dół, nieraz dosyć mocno. W tym drugim przypadku to wcale nie była opowieść: tata pije i nic mu się nie chce. To były dzieci ludzi, którzy dostali po tyłku w epoce popiwku i masowego bezrobocia. Moja rodzina sobie poradziła, nie jestem ofiarą tamtych czasów. Ale są rzeczy, które wszyscy w latach 90. utraciliśmy – niezależnie od tego, kto gdzie ostatecznie wylądował na drabinie społecznej…

– Oranżadę w proszku? Wspólne dzieciństwo?

A.Z.: Wspólne podwórka, na których razem bawiły się dzieci z inteligenckich i robotniczych rodzin – to akurat była dobra rzecz. U schyłku PRL to się już oczywiście rozjeżdżało, rosły nierówności, ale ludzie z różnych warstw społecznych jednak byli ze sobą w większym stopniu przemieszani, zwłaszcza na dużych osiedlach w wielkich miastach. W tej samej klatce mieszkali ludzie, którzy pracowali w fabryce i tacy, którzy pracowali na uczelni czy w urzędach. Ich dzieci spotykały się przy trzepaku i razem grały w piłkę na boisku. To się skończyło. Długoterminowo paskudną cechą grodzonych osiedli, dzielenia miast na lepsze i gorsze strefy, jest to, że dorasta całe pokolenie, które nie ma już takiego doświadczenia. Dzieciakom z klasy średniej z dużych miast brak często tego „klasowego przekroczenia”, które niegdyś dawało podwórko, a którego nie dają dziś już ani internet, ani te formy spędzania czasu z rówieśnikami, jakie dostają w ofercie od dorosłych.

W mojej rodzinie dominowały raczej lewicowe poglądy, głosowano w wyborach na Solidarność Pracy, później na Unię Pracy. Jeśli chodzi o wybory polityczne, nie byłem zatem rodzinnym buntownikiem [śmiech].

– A czym byli dla was Młodzi Socjaliści?

A.Z.: To były dla nas też różne doświadczenia, bo od Marceliny jestem starszy o dziesięć lat. Nie będzie jednej odpowiedzi…

M.Z.: Przyszłam do już gotowej organizacji.

A.Z.: Zakładaliśmy Młodych Socjalistów, gdy Unia Pracy została zupełnie zwasalizowana przez postkomunistów. Próbowaliśmy zbudować coś w rodzaju politycznego harcerstwa. Chcieliśmy uratować to, co było dobre w projekcie solidarnościowej lewicy, a co na przełomie wieków – powiedzmy to wprost – zdychało. To była działalność formacyjno-edukacyjna, trochę w duchu „czerwonoharcerskim”. Można powiedzieć, że Młodzi Socjaliści byli młodzieżówką partii, która jeszcze nie powstała. Moje roczniki rozkręcały MS, a później przejęli to ludzie od nas młodsi, tacy jak Marcelina.

M.Z.: …wielokrotnie snuliśmy marzenia, że w Polsce powstanie partia, która będzie lewicowa i którą da się współtworzyć bez wstydu i poczucia straty poświęconego jej czasu i włożonych wysiłków.

Chodziłam do jednego z lepszych liceum w Katowicach. Pamiętam, jak ważne było dla mnie to, że jako jedna z nielicznych tam osób o lewicowych poglądach głośno i jasno o nich mówiłam. I to MS dawał mi poczucie wspólnoty. Dzięki tej organizacji wiedziałam nie tylko, że nie jestem sama ze swoimi lewicowymi poglądami, ale w dodatku wraz z innymi mogłam współuczestniczyć w procesie samokształcenia. Brakuje mi dziś takiego młodzieżowego środowiska jak Młodzi Socjaliści. I myślę, że to jest jakaś luka w przestrzeni społeczno-ideowej. Tym bardziej, że widzimy, jak chętnie zgłaszają się dziś do Razem osoby szesnasto-, siedemnastoletnie. To są dziewczyny i chłopaki, którzy mogą już podpisywać deklarację sympatyczek i sympatyków, ale nie mogą w pełni uczestniczyć w życiu partii.

A.Z.: Jest jeszcze jedna ważna sprawa, o której trzeba powiedzieć. Kiedy dzisiaj mówimy, że coś nie gra z neoliberalizmem, że ta opowieść nie jest jedynym obowiązującym, obiektywnym obrazem świata – to nasza krytyka jest obecna w debacie publicznej, choć nie jest oczywista. I nawet jeśli wciąż skazani jesteśmy na przepychankę na nierównych zasadach z głównymi graczami, to nasz głos słychać. Dziesięć, piętnaście lat temu to był trochę inny świat. To był czas, w którym nawet jeśli ludzie, którzy byli twórcami demokratycznej opozycji, jak Jacek Kuroń czy Karol Modzelewski, pozwalali sobie na krytykę III Rzeczpospolitej, to mówiono o nich za plecami: o, stary zdziadział, tęskno mu za młodością, pewno brak mu piątej klepki. Poza tę tezę nie dało się wyjść w mainstreamie: kto krytykował potransformacyjne status quo, ten był szaleńcem.

Sądzę, że dziś jesteśmy w innym miejscu również dzięki partii Razem, dzięki temu, co udało nam się wydrzeć dla lewicy w debacie publicznej. To się zmieniło dzięki wielu środowiskom, często skłóconym ze sobą. To była robota, której dokonali i ludzie piszący do „Nowego Obywatela”, i ludzie piszący do „Krytyki Politycznej”.

– Przeskoczmy do bliższych nam czasów. Warto przyjrzeć się dzisiejszym politycznym podziałom na lewicy i temu, o czym one ewentualnie świadczą. Zatem: dlaczego nie poszliście do ostatnich wyborów parlamentarnych z Sojuszem Lewicy Demokratycznej?

M.Z.: Zawsze gdy odpowiadam na to pytanie, dostrzegam podobny problem – żeby nie licytować się z nikim na lewicowość.

A.Z.: I żeby nie ziewnąć.

M.Z.: Owszem, bo to pytanie często jest nam zadawane i często pada na nie odpowiedź.

Repetitio est mater studiorum.

M.Z.: Myślę, że sprawa jest oczywista. Jeżeli uważamy, że wartości, do których się odwołujemy, są faktycznie istotne, to nie możemy sobie pozwolić na to, żeby pójść do wyborów z partią odpowiadającą za funkcjonowanie w Polsce tajnych więzień CIA.

– Skoro tę odpowiedź wszyscy znają, to drążmy temat głębiej…

M.Z.: Jeżeli mówimy choćby o rynku pracy, to Sojusz Lewicy Demokratycznej wprowadził w Polsce agencje pracy tymczasowej. Jeśli rozmawiamy o prawach człowieka i prawie do mieszkania, to mamy eseldowską eksmisję na bruk, czyli ustawę stworzoną przez Barbarę Blidę. Przypomnijmy, że wtedy komornicy wraz z sądami walczyli o to, aby prawnie wskazać, kto nie może być objęty taką eksmisją, ponieważ nawet oni nie chcieli wysyłać na bruk kobiet w ciąży, osób starszych i bezrobotnych. I jak długo by ciągnąć ten katalog przewin, jest pewne, że Sojusz udowodnił, iż jest partią, której nie spajają żadne lewicowe wartości. Moim zdaniem na pierwszej linii frontu w tej formacji nie ma osób, które walczyłyby choćby o zapisaną w konstytucji Rzeczpospolitej sprawiedliwość społeczną.

– Trudno jednak zaprzeczyć, że i w SLD są polityczki i politycy o szczerze lewicowych poglądach.

M.Z.: Znam przynajmniej kilka osób, które wchodziły do SLD, ponieważ chciały tę organizację przekształcić od środka. I szczerze wierzyli, że im się uda, że przejmą władzę nad partią. Takich „przejmujących władzę nad SLD” trochę widziałam z bliska, bo część z nich przewijała się również przez Młodych Socjalistów. Przychodzili później potłuczeni i mówili, że tam nie da się nic zmienić, ponieważ na samej górze Sojuszu usadowili się ludzie absolutnie bezideowi, których obchodzą jedynie stołki.

Z taką organizacją nie idzie się do wyborów, no bo po co?

– Przynajmniej kilka lewicowych ugrupowań zna na to pytanie odpowiedź…

A.Z.: Kości tych, których skusiła zdradliwa pieśń pt. „Musicie być skuteczni, więc idźcie z SLD”, bieleją na skałach. Ani nie byli skuteczni, ani nie przetrwali. Ale to jest całkiem poważne pytanie: w jaki sposób można skutecznie upominać się o lewicowe wartości, które mają dziś w polskim społeczeństwie charakter mniejszościowy? To trzeba sobie uczciwie powiedzieć: ludzie, którzy mają dziś zarazem poglądy egalitarne ekonomicznie i wolnościowe światopoglądowo, są istotną – ale mniejszością – polskiego społeczeństwa. To jest 25, może 30 proc. Polek i Polaków. To jest przestrzeń, w której dziś operuje lewica. Jeśli chcemy zdobyć większość, musimy przekonać ludzi, którzy dziś lewicowi nie są. A to oznacza, że bardzo ważne są spójność i wiarygodność. Bo jeśli chcemy przekonać ludzi, którzy niekoniecznie się z nami zgadzają, to pierwszy krok polega na tym, że muszą zaufać, że to, co mówimy, jest na serio.

Pomysł na Razem to wizja, że da się przekonać do aktywności społecznej i politycznej mnóstwo ludzi rozczarowanych rzeczywistością. A SLD jest jak koleś, od którego nie kupiłbyś używanego samochodu – choć jeśli jesteś cyniczny, to zawsze możesz załatwić z nim jakiś interes na boku. Ale my nie chcemy tak uprawiać polityki, nie chcemy zawierać brudnych deali. To jest fundamentalna różnica między nami a nimi. Nie chodzi wyłącznie o katalog krzywd, jakie SLD wyrządziło różnym grupom społecznym, nie chodzi też jedynie o wartości, wokół których usiłujemy dziś organizować ludzi w Razem, a które przez ich działania zostały częściowo skompromitowane. Po prostu próba połączenia ich logiki funkcjonowania i naszej uniemożliwiłaby Razem rozwój, przekonywanie nowych ludzi do lewicowości – i skazałaby nas na paraliż.

– Dlaczego w takim razie nie poszliście do wyborów wspólnie z Piotrem Ikonowiczem? To jest przecież zdecydowanie wiarygodna marka.

M.Z.: Ukuliśmy kiedyś żartobliwie termin „biedyzm”. Piotr chyba się trochę o niego pogniewał i uznał za jednoznacznie krytyczny opis jego działalności.

– Lewica tylko dla ubogich?

M.Z.: Piotr robi lewicę tylko dla osób ubogich i formułuje przekaz, z którego wynika, że w Polsce żyją niemal wyłącznie ludzie ubodzy. I niestety nie posiada umiejętności takiego mówienia o lewicowych wartościach, żeby zachęcić do nich szerszą grupę Polek i Polaków. Bo to przecież nie jest tak, że ktoś się budzi, patrzy w lustro i wykrzykuje: „Ooo! Jestem lewicowym wyborcą/lewicową wyborczynią! Gdzie jest moja partia?!”. Nie, ludzie zapomnieli w ogóle, jakie lewica reprezentuje wartości i co mogłyby one dla nich znaczyć w ich konkretnej sytuacji życiowej.

Niedawno mieliśmy do czynienia w polityce z Januszem Palikotem. Wszystkie media po kolei mówiły, że jest on lewicowy, tylko dlatego, że upominał się o selektywnie wybrane „prawoczłowiecze” sprawy z całego spektrum lewicowych wartości. To było rażąco jednostronne spojrzenie, ponieważ ignorowało socjalno-gospodarczy wymiar lewicowej teorii i praktyki. Wracając do Piotra: nie sposób odmówić mu wielkich zasług, ale on z kolei stworzył wizerunek lewicy, która skupia się jedynie na najuboższych.

– Czyli Razem jest lewicą dla klasy średniej?

M.Z.: Nie, w ogóle nie o to chodzi.

A.Z.: Po prostu nieprawdziwa jest opowieść, że mamy homogeniczną polską biedę, którą wystarczy politycznie uformować, żeby upomniała się o swoje prawa – a wtedy lewica sięgnie po władzę. Podziały idą w nieco inny sposób. Jeżeli spojrzysz na część pracowników najemnych sektora produkcyjnego, to tak naprawdę zobaczysz niższą klasę średnią, która ma nie najgorsze pensje, wakacje, zapewnione prawa pracownicze. I – niestety – nie jest z automatu solidarna z tymi, którzy są w gorszej sytuacji.

W brutalny sposób przekonałem się o tym, gdy robiliśmy wiele lat temu szkolenia dla Związku Zawodowego Górników. Próbowaliśmy przekonać górników, że w ich interesie jest, aby wspomogli dziewczyny, które pracowały wtedy w dramatycznych warunkach na kasie w hipermarketach. To był czas, gdy kasjerki siedziały w pampersach. I ci górnicy powiedzieli nam: „E tam, nasze interesy są tutaj na grubie. My o swoje dbamy, swoje obronimy”. Skądinąd dziś tej kopalni już nie ma. To jest gorzka prawda o czasach transformacji. Część z tych grup zawodowych, którym udało się ocalić dla siebie skrawek państwa dobrobytu, nie obroniła go wraz z etosem solidarności, który obejmowałby troskę o coś więcej niż tylko własne, branżowe interesy. Ten etos trzeba odbudować.

M.Z.: …akurat górnicy strajkują razem z pielęgniarkami, nauczycielkami i nauczycielami…

A.Z.: …niestety, bywało różnie.

– Wróćmy do biedyzmu.

A.Z.: To nie jest tak, że lewica powinna być obecna jedynie wśród tych, którzy najbardziej w III RP dostali po tyłku. Świat pracy najemnej nie składa się jedynie ze społecznie wykluczonych i pracujących ubogich. Trzeba patrzeć na rzeczywistą strukturę klasy pracowniczej w Polsce. Jeśli chcemy realnej zmiany, realnie upomnieć się o bardziej egalitarne społeczeństwo, to nie możemy od tego abstrahować, bo stalibyśmy się wtedy równie naiwni jak dziewiętnastowieczni anarchiści, którzy marzyli, że przeprowadzą rewolucję społeczną z pomocą lumpenproletariatu.

Nam zależy na tym, aby uświadomić ludziom, którzy są pracownikami i pracownicami najemnymi, że faktycznie nimi są. Że jeśli siedzą w Mordorze na Domaniewskiej, przeklejając dane z jednej tabelki w Excelu do drugiej, to nadal są pracownikami najemnymi, a nie wyższą klasą średnią. Że wspólnota interesów łączy ich z innymi pracownikami, a nie z właścicielem biznesu, na który pracują.

Metodą na zbudowanie pracowniczej solidarności nie jest mówienie do pracowników korpo: „jesteście wrogami, ponieważ stać was na wakacje i władowaliście się w dwudziestopięcioletni kredyt na mieszkanie w obrzeżnej dzielnicy Warszawy”. Potrzebujemy pracowniczej solidarności, ale to musi być realna solidarność między realnymi ludźmi, a nie wykluczająca część pracowników fikcja czy klub rekonstrukcji historycznej klasy robotniczej z 1905 roku. Nie da się zbudować silnej lewicy bazując tylko na „biednych i wykluczonych”.

– Do kogo więc chcecie dotrzeć ze swoim przekazem?

A.Z.: Do pracowników. A więc także do tych grup zawodowych i społecznych, które często w Polsce lewica socjalna spisywała na straty, mówiąc: „to przecież klasa średnia”.

M.Z.: Ale to nie jest też tak, że jesteśmy wrogo nastawieni do Ikonowicza. Uzupełniamy się raczej na zupełnie bazowym poziomie.

– Przyjmijmy, że także w obrębie lewicowego elektoratu żadna formacja nie jest w stanie w pełni obsłużyć różnych grup interesów. I może w waszym przypadku są to jednak wyborcy i wyborczynie, którzy świadomie większą wagę przywiązują do wątków emancypacyjnych.

M.Z.: Odzywają się do nas ludzie z Almy, odzywają się ludzie z Bezpiecznego Listu, których Rafał Brzoska „odsprzedał” za jakieś śmieszne pieniądze. Oni w nas widzą obrońców i obrończynie praw pracowniczych, swoich interesów zawodowych. To są często ludzie zatrudnieni za 1500 złotych na rękę na umowach-zlecenie, osoby zatrudnione za pensję minimalną. Myślę, że udało nam się zbudować – zgodny z prawdą – przekaz, iż jesteśmy partią, do której warto się zwrócić ze swoimi problemami pracowniczymi.

A.Z.: Żeby skutecznie walczyć o ich prawa, nie można pozwolić na dalsze marginalizowanie problemów świata pracy. Tylko wówczas ludzie, którzy pracują w Almie, będą mogli na serio walczyć o swoje interesy, jeżeli również ludzie spoza będą przekonani, że to są naprawdę zasadnicze kwestie, że prawa pracownicze to prawa człowieka. Kiedy w biurze na Mordorze ktoś przeczyta o sytuacji w Bezpiecznym Liście i stwierdza: „Spotkało ich łajdactwo, trzeba coś z tym zrobić!” – to jest to dokładnie ta rzecz, o którą nam w Razem chodzi.

– Mówicie o sobie z pełną świadomością: polityczka i polityk?

M.Z.: Tak.

A.Z.: To chyba oczywiste.

M.Z.: Z tym że moim zdaniem nie ma takiego zawodu jak polityk czy polityczka. Jestem polityczką społeczną, ważny jest dla mnie socjaldemokratyczny program polityczny, ale nie wyobrażam sobie, że spędzę tak całe życie. Sądzę, że w przyszłości będę zajmować się np. pracą ekspercką.

A.Z.: Zależy nam, żeby ludzie, którzy działają w Razem, nawet jeśli przez jakiś czas zdarza się im być „zawodowymi politykami”, wiedzieli, że nie jest to rola na całe życie.

– Dlaczego?

A.Z.: Kryzysem polskiej polityki jest to, że ona szybko zasklepia się w małych elitarnych gronach. To widać nawet na poziomie organizacyjnym. Dlatego w Razem wypracowaliśmy mechanizmy, które – mamy nadzieję – będą takim procesom zapobiegać. Myślę o kadencyjności i kolektywnym zarządzaniu.

M.Z.: To samo chcielibyśmy/chciałybyśmy przełożyć na instytucje funkcjonujące w obrębie polskiej polityki. Dlatego domagamy się choćby kadencyjności w Sejmie – nie chcemy, żeby posłowie i posłanki żyli w przeświadczeniu, że są tam na zawsze. Podobnie w samorządzie.

– Zapytałem o to, ponieważ część ludzi Razem – może to specyfika naszych czasów, a może znak waszego miejsca w przestrzeni publicznej – jest równocześnie polityczkami/politykami i np. publicystami/publicystkami, aktywistkami i aktywistami miejskimi, działają w przestrzeni społecznej jako lewicowe feministki, lewicowi feminiści. Tylko że tak naprawdę jesteście poza wielkimi strukturami administracyjno-decyzyjnymi. A politykę w instytucjach robi się inaczej niż na ulicy.

M.Z.: Naszym celem jest przejęcie władzy. Po to jesteśmy partią, po to startujemy i przygotowujemy się do kolejnych wyborów. Jasne, chcemy być partią aktywistek i aktywistów, ponieważ działanie oddolne w sytuacji, gdy nie ma nas w parlamencie i w samorządach, jest jak najbardziej pożądane. A nawet gdybyśmy np. w samorządach weszli do jakiejś koalicji, to nadal będzie trzeba walczyć o miejskie sprawy, zabiegać o realizację wyznawanych przez siebie lewicowych wartości, wywierać presję na rządzących.

A.Z.: Zakładasz, że gdy bierze się odpowiedzialność za instytucje publiczne, to nie wypada już stać na ulicy i demonstrować. Jest dokładnie odwrotnie.

– Gdy jesteś politycznie decyzyjny/decyzyjna, masz inne narzędzia wprowadzania zmiany.

A.Z.: No właśnie – nie. Zupełnie się z tym nie zgadzam. To, co było siłą lewicy w XX wieku – mówił o tym choćby Olof Palme – to połączenie tych dwóch światów. Z jednej strony gotowość do bardzo pragmatycznej dyskusji o tym, jak przebudowywać instytucje, z drugiej – społeczna presja na instytucjonalną politykę ze strony aktywistów, związków zawodowych, plejady postępowych organizacji społecznych. Dopóki te ostatnie były silne, dopóki były w stanie – mówiąc mocno – trzymać za pysk także lewicowych polityków, którzy dochodzili do władzy w ich imieniu, to socjaldemokratyczne ugrupowania prowadziły politykę, która realizowała interesy szerokich grup społecznych.

W latach 80. i 90. XX w., po thatcherowskiej zimie, stało się coś bardzo złego z socjaldemokratycznymi formacjami w Europie. Trochę w wyniku dezindustrializacji, trochę w wyniku globalizacji, trochę w wyniku świadomego działania części elit socjaldemokratycznych ten świat został rozmontowany. Osłabła ożywcza presja walczącej o swoje interesy ulicy wywierana na partie parlamentarne. Zastąpiła ją rzeczywistość, w której formacje polityczne zdały się na wynajętych spin doktorów wskazujących na podstawie fokusów, co należy, a czego nie należy mówić. My jako Razem diagnozujemy to jako część problemu. Można oczywiście w oparciu o socjotechnikę zbudować partię, która wygra wybory. Ale tak się nie da zbudować lewicy, która zmienia świat.

– Ale nie da się też robić polityki bez mediów.

A.Z.: Relacje władzy są dziś oczywiste, zwłaszcza w społeczeństwie, które pożegnało fabrykę jako miejsce, gdzie toczyły się walki społeczne i następowało upolitycznienie. Żeby być skutecznym, trzeba używać takich strategii, które realnie są w stanie dziś oddziaływać na duże grupy ludzi. Oczywiście, są to również strategie medialne. I my to robimy.

– Na przykład?

A.Z.: Przypomnę akcję ze Starbucksem, który chciał w Niemczech zatrudnić pracowników i pracownice z Polski, żeby wykorzystać ich jako łamistrajków. Starbucks pękł, ponieważ uderzyliśmy w ich czuły punkt. Co jest istotą tej firmy? Z całą pewnością nie struktura własności, bo oni tak naprawdę wynajmują swoje logo ludziom, którzy od nich dzierżawią te lokale, nie jest nią też nadzór nad siłą roboczą w miejscu pracy, jak w starej fordowskiej fabryce. Oni mają logo. Ono jest ponadnarodowe. Przypuściliśmy atak na ich wizerunek – z dość skromnymi możliwościami partii pozaparlamentarnej z kilkuprocentowym poparciem w sondażach. Nie minęły siedemdziesiąt dwie godziny…

M.Z.: …zmobilizowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy osób, które zainteresowały się i podały dalej nasz przekaz.

A.Z.: Oczywiście, pomogli nam także nasi przyjaciele ze związków zawodowych, poruszyliśmy opinię publiczną również w Niemczech. To zadziałało. Firma pękła i wycofała się z wynajmu łamistrajków.

– Najwięcej osób w Razem zapisanych jest w stolicy?

A.Z.: Okręg warszawski jest najliczniejszy, ale z całą pewnością stolica nie ma całościowo liczebnej przewagi nad resztą kraju.

M.Z.: W tym momencie w Warszawie w Razem działa około pięćset osób. Największe struktury mamy we Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu, Gdańsku.

A.Z.: Nie ma się co dziwić – to największe obszary miejskie w kraju.

– Jesteście w stanie określić, ile osób, które należą do partii Razem, pracuje w instytucjach publicznych, lokalnych czy samorządowych?

M.Z.: Nie badaliśmy tego.

A.Z.: Interesują cię statystyki?

– Wyjaśnię, dlaczego o to pytam. Młodsze pokolenie lewicy często nie ma żadnego doświadczenia pracy w instytucjach państwowych. To SLD miał czas, żeby zrobić swój długi marsz przez instytucje…

A.Z.: …od 1945 roku [śmiech].

– W każdym razie: ciekawi mnie, jak postrzegacie swoje miejsce jako młodej lewicowej partii w instytucjach publicznych.

A.Z.: Porównanie z Sojuszem jest o tyle nieadekwatne, że to jest partia władzy. Co więcej, mówisz o formacji, która rządziła Polską w sposób niedemokratyczny przez kilkadziesiąt lat, a następnie sukcesywnie schodziła z tej władzy w epoce transformacji. I nie straciła jej przecież w sposób rewolucyjny.

Razem jest partią kontestacji, a nie partią władzy. Razem nie narodziło się z zarządzania instytucjami publicznymi ani z zawłaszczania ich. Nie jesteśmy meksykańską Partią Rewolucyjno-Instytucjonalną, nie jesteśmy Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą, nie jesteśmy Platformą Obywatelską. My narodziliśmy się z buntu, z poczucia, że coś głęboko nie gra w obecnym sposobie zorganizowania społeczeństwa, z gniewu znacznej części ludzi, którzy wcześniej kupowali liberalną opowieść, a później w praktyce zorientowali się, że to nie działa.

Pozycja społeczna tych osób jest podobna do sytuacji pierwszego pokolenia lewicy, które zaczęło budować socjaldemokrację w XIX wieku – to jest pozycja spoza istniejącego ładu społeczno-gospodarczo-politycznego. Jesteśmy na początku długiej drogi.

– No dobrze, to jak wyglądałby Instytut Pamięci Narodowej zarządzany przez kogoś z partii Razem?

A.Z.: Nie mamy na ten temat uchwały Rady Krajowej, ale jeśli miałbym wyrazić własną opinię, to wydaje mi się, że połączenie w jednej instytucji uprawnień prokuratorskich i badawczych jest niefortunnym pomysłem.

Ale tu chodzi o coś szerszego, co nas różni od innych partii. Nam się mocno nie podoba ten amerykański model myślenia o instytucjach publicznych, że partia, która przychodzi, wymiata jak miotłą od góry do dołu. I że tylko w ten sposób może zapewnić sprawne kontrolowanie instytucji.

M.Z.: Jeśli każda nowa ekipa rządząca wymienia poprzednich ludzi na swoich, to nie ma żadnej ciągłości. Znika ciągłość wiedzy i doświadczenia. W związku z tym mamy instytucje, które raz za razem zaczynają urządzać się na nowo. I to nigdy nie będzie działać – chyba że ktoś będzie rządził przez dwadzieścia lat…

– Zostawicie w administracji publicznej dyrektorów i dyrektorki, którzy będą z nadania Prawa i Sprawiedliwości albo – hipotetycznie – Kukiz’15?

M.Z.: Jeżeli będą mieli/miały kompetencje i jeśli będą wybrani/wybrane w sposób transparentny…

A.Z.: …to ostatnie nie ma szansy się udać, biorąc pod uwagę, jak to wszystko teraz funkcjonuje [śmiech].

M.Z.: No dobrze. Najważniejsze, żeby mieć kompetentnych urzędników. Oni mogą się z nami nie zgadzać co do poglądów politycznych. Ale powinni się troszczyć o dobro instytucji. W Szwecji urzędnicy i urzędniczki pełnią swoje funkcje nawet gdy zmienia się władza. To także buduje ciągłość i szacunek dla autonomii administracji, która negocjuje z politykami ewentualne zmiany czy reformy – w trosce o obywateli, którym przecież ma pomagać. Stąd ważne, żeby również nasza Służba Cywilna funkcjonowała jak najlepiej.

– Najprostsza odpowiedź brzmi: nie jesteśmy w Szwecji.

A.Z.: Nie jesteśmy też w Stanach Zjednoczonych. Tamtejszy system działa dlatego, że dwie partie polityczne, które jak miotła wchodzą raz na jakiś czas do instytucji, tak naprawdę utrzymują – często za pomocą parszywych relacji z biznesem – całą sieć kompetentnych ludzi zdolnych do tego, żeby zająć zwolnione przed chwilą miejsca w sektorze publicznym. Przy takim poziomie zaangażowania w życie publiczne, jaki jest w Polsce, przy takiej płytkości partii politycznych, jaką mamy, zdecydowanie się na model amerykański skazuje nas – przepraszam, że zabrzmię teraz jak z TVN-u – na Misiewiczów.

– Trzeba niestety przyznać, że Służba Cywilna ewidentnie wypadała z łask obecnej władzy.

A.Z.: To jest kłopot dla wszystkich, którzy mają bardziej propaństwowe poglądy. Państwo będzie działało słabo, jeżeli ludzie, którzy zarządzają tym, co publiczne, będą dobierani tylko według klucza partyjno-politycznego, bez refleksji nad ich kompetencjami. W dodatku jeśli za dwa-trzy lata do władzy dojdą osoby, które będą chciały rozmontować państwo, to będą miały w zanadrzu świetny argument: spójrzcie, to wszystko nie działa. I wykorzystają sytuację, żeby jak najwięcej tego, co publiczne, zdemontować, oddać rynkowi.

– Czyli urzędniczki i urzędnicy niższego szczebla, a także pracownice/pracownicy socjalni mogą liczyć na solidne podwyżki, gdy dojdziecie do władzy?

M.Z.: Jeśli chodzi o pracownice i pracowników socjalnych, to nie ma innej opcji niż poprawa ich sytuacji materialnej. Choć na tym problem się nie kończy: mamy dziś w Polsce jedną pracownicę socjalną na kilka tysięcy osób. To powoduje, że ich praca jest bardzo poważnie utrudniona. Niestety, doniesienia medialne w przypadku jakichś tragicznych wydarzeń skupiają się na tym, że pracownik socjalny czegoś „nie dopilnował”. Rzadko kto się zastanawia, jak wygląda obłożenie pracą takich osób, jak ich wynagrodzenie, a jak dobór do zawodu w takiej sytuacji. Dlatego nie tylko należy podnieść pensje, ale również zwiększyć liczbę pracownic/pracowników socjalnych.

Między innymi dlatego chcemy opodatkować wielkie korporacje, uszczelniać system podatkowy, żeby mieć pieniądze na państwo. I to są pieniądze, które trzeba wydać „na dole” – żeby całość działała.

– Nareszcie słynny razemowy neobolszewizm!

A.Z.: Słynny neobolszewizm, który lokuje nas pewnie w okolicach lewego skrzydła chadecji w zachodniej Europie z lat 60. XX wieku [śmiech Marceliny].

Dziś w Polsce władza znana z socjalnych obietnic nie odważyła się na wprowadzenie jednolitego podatku, który miał podnieść dochody na rękę osób najmniej zarabiających. Okazało się, że panowie z okolic Warsaw Enterprise Institute i tego typu środowisk, którzy mają coraz większy posłuch w kilku ministerstwach, byli w stanie zablokować coś tak naprawdę elementarnego, jak skończenie z regresją podatkową. Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie zdecydował się na realizację pomysłu, który od czasów Platformy leży w Ministerstwie Finansów, a który miał na celu nie tyle wprowadzenie realnej progresji podatkowej, ale chociaż faktycznej liniowości. Nawet to nie przeszło, bo okazało się, że lobbing biznesu jest naprawdę mocny.

Skoro w Polsce pan z banku [Mateusz Morawiecki – przyp. K. W.] robi za prospołecznego ministra-ekonomistę, choć jest za utrzymaniem faktycznej regresji podatkowej, to zaiste – my jesteśmy straszliwymi radykałami. Tyle że nasz „radykalizm” to tak naprawdę stara, dobra socjaldemokracja – ta sprzed epoki Schrödera i Blaira. A z czasów Palmego, gdy to pojęcie nie stało się jeszcze jedną ksywką obozu liberalnego.

– Jakiś czas temu byłem w Pałacu Prezydenckim na spotkaniu poświęconym promocji polskich start upów. Minister Morawiecki pół żartem, pół serio stwierdził, że bardzo by chciał, żeby któryś ze startupowców wymyślił aplikację, która znacznie poprawi ściągalność VAT. To anegdotka, ale myślę, że jego nastawienie do kwestii społeczno-gospodarczo-instytucjonalnych jest bardziej skomplikowane niż to przedstawiasz.

A.Z.: Na czym polega różnica między myśleniem naszym a Morawieckiego? Otóż jemu podoba się południowokoreański model rozwojowy. Ze wszystkimi tego pozytywami i negatywami. Czyli podoba mu się choćby wizja zrośnięcia oligarchii biznesowej z państwową. Podejrzewam, że podoba mu się także to, że w południowokoreańskim modelu rozwojowym nie było miejsca na związki zawodowe. Przypominam, że w jego strategii odpowiedzialnego – podobno – rozwoju nie znalazł się ani jeden slajd dla rad pracowniczych, dla głosu pracownic i pracowników. Myślę, że to nie jest przypadek.

Zgodzę się, że Morawiecki dostrzega rolę państwa jako istotnego aktora w modernizacji i nadganianiu zapóźnień. W tym różni się od naiwnych neoliberałów. Ale ci, którzy próbują zrobić z niego propracowniczego socjała, ignorują ten właśnie fakt – to wszystko przypomina państwo-patriarchę, który tu i ówdzie sypnie groszem, ale nie upodmiotowi. To jest kluczowy problem, ponieważ w ten sposób nie da się przekroczyć sytuacji gospodarczej, w której obecnie jesteśmy.

– Dlaczego?

A.Z.: Z dwóch przyczyn. Po pierwsze: geopolityka. Nie mamy amerykańskiego płaszcza jak nad Koreą Południową i w związku z tym możliwości prowadzenia polityki interwencjonistycznej. Ale także dlatego, że dzisiaj wartości dodanej nie wyciska się jak kiedyś z południowokoreańskich robotników fabrycznych. Polska na tym etapie rozwoju, na jakim jest, aby pójść dalej potrzebuje kreatywności pracownic i pracowników. A tego nie będzie, jeżeli nie zmienimy stosunków pracy w polskich firmach. Nie będzie rozwoju bez upodmiotowienia i demokracji.

– Widzę jeszcze jedną kwestię. Artur Wołek w książce „Słabe państwo” pokazuje, że państwo polskie w pełni sprawnie działa tam, gdzie jest wprost – w pewnych sytuacjach – „ręcznie sterowane” przez polityków najwyżej osadzonych w strukturach władzy. Natomiast znacznie gorzej sobie radzi w codziennym funkcjonowaniu, w operacyjnych regułach działania administracji i tworzenia prawa. Niewykluczone, że Prawo i Sprawiedliwość dostrzegło, że nie da się w III Rzeczpospolitej wprowadzać zmian inaczej niż przez bezpośrednie sterowanie poszczególnymi segmentami państwa. I zwielokrotniło ten proces. Pytanie, czy ta metoda, ten nawyk nie zakorzeni się już na stałe w naszej rzeczywistości politycznej.

A.Z.: Jesteśmy na antypodach takiej strategii. Nasz pomysł polega na upodmiotowieniu społeczeństwa, a co za tym idzie – zmianie polityki. Wkurza nas, gdy widzimy takie sytuacje, jak w Dobrzeniu Wielkim, który miał być wbrew woli mieszkańców przyłączony do Opola, a którym przez miesiące nikt się nie zajmował. Dopiero głodówka wywołała zainteresowanie mediów i zlecieli się tam politycy (po czym szybko zniknęli – byłem tam parę dni temu – ludzie nadal walczą). To właśnie ten sposób rozumowania, w którym można w ogóle ludzi nie zapytać o zdanie, wystarczy coś im narzucić – on będzie barierą rozwojową. Tego Morawiecki i PiS nie rozumieją.

M.Z.: Jeszcze jedna rzecz: mam wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat ludzie zaczęli bardziej aktywnie domagać się pewnych praw, które im przysługują. A Prawo i Sprawiedliwość próbuje to wygasić. Widać to również przy okazji projektów ustaw, które PiS składa. Markują konsultacje społeczne, ale de facto ich nie prowadzą. Wspólnie ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego prowadziliśmy zbiórkę podpisów pod wnioskiem o referendum edukacyjne, ponieważ PiS nie chce na serio konsultować swojej reformy oświaty – nie tylko z ZNP, ale także z rodzicami i ekspertami, i ekspertkami. Minister Anna Zalewska mówi nieprawdę na temat tego, co piszą autorzy ekspertyz, którzy później robią konferencję prasową i prostują jej wypowiedzi.

– A nie jest tak, że w Polsce część społeczeństwa chętniej wychodzi na ulicę, gdy rządzi pisowski nurt centroprawicy? Białe Miasteczko (2007) czy Czarny Protest (2016) to są wydarzenia z czasów rządów PiS – w epoce Platformy nie było tak znacznych wystąpień społecznych o wyraźnie lewicowym zabarwieniu, cieszących się dużym poparciem liberalnych środków przekazu.

M.Z.: Wiesz, dlaczego tak jest? Ponieważ PiS otwarcie chce odbierać części społeczeństwa konkretne prawa. I to takie, których istnienie było oczywiste. A gdy rządzi liberalna centroprawica, typu Platforma Obywatelska, to nie ma poczucia paniki, według mediów zachowane jest pewne status quo, a rządzący mówią: „Nie przejmujcie się polityką, róbcie grilla i bawcie się dobrze”. A że nie robią żadnych drastycznych ruchów, to ludzie nie odczuwają potrzeby, by się aktywizować. I wtedy PO po cichu odbiera im prawa pracownicze – bo trzeba „ratować rynek pracy przed kryzysem” – albo podnosi VAT, bo trzeba łatać budżet itp.

PiS to prawdziwi hardkorowcy. Naraz stworzyli mnóstwo pól sporu: Trybunał Konstytucyjny, reforma edukacji, lex Szyszko, Puszcza Białowieska, wizja zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. Ludzie nie wiedzą, na którą demonstrację pójść. Wydaje mi się, że to wręcz pomysł na zniechęcenie ludzi do aktywności. Może władze liczą na to, że ludzie zobojętnieją? Ale to się nie uda. Te protesty wciąż będą wybuchać.

A.Z.: Jarosław Kaczyński w dużej mierze robi politykę przez kryzys. I ten kryzys jest metodą mobilizacji swojego zaplecza i polaryzacji sceny politycznej…

M.Z.: …a liberałowie tego nie robią.

A.Z.: Poza tym PiS w jednych sprawach dociska do ściany, w innych – powiedzmy uczciwie – od tej ściany odsuwa się o parę centymetrów i daje niektórym grupom społecznym oddech. Przecież to nie jest wyłącznie dialektyka przemocy, która utrzymuje PiS przy władzy dzięki samej polaryzacji.

M.Z.: Program 500+ znacznie ograniczył skrajne ubóstwo pośród dzieci.

– Wyście to powiedzieli.

A.Z.: Nie mamy problemu z tym, żeby dostrzec rzeczywistość.

– Pytanie, czy nie będziecie mieli problemów z dotarciem do elektoratu socjalnego z klasy ludowej, który jest mniej lub bardziej konserwatywny.

A.Z.: To nie jest takie oczywiste. Jeżeli spojrzysz na elektorat, który jest wręcz ogniście antyklerykalny, to zobaczysz z zaskoczeniem, że jego istotna część to ludzie z klasy ludowej. Nie jest też tak, że ten socjalny elektorat z warstw niższych zawsze odwołuje się do systemu wartości ukształtowanego przez Kościół.

Wybór polityczny to nie jest coś, co w sposób automatyczny w skali jeden do jednego przekłada się na porządek wartości, który ludzie wyznają. Ludzie muszą nazwać ten system wartości i uznać, że reprezentacja polityczna, która się do niego odwołuje, jest wiarygodna. I to jest droga, którą musisz pokonać, od momentu w którym określisz, kogo chcesz przekonać, do momentu, w którym ten ktoś ci zaufa. Przecież to nie jest tak, że można pstryknąć palcem i ogłosić: „Niniejszym nominuję was na swój elektorat, macie już na kogo głosować!” – a ktoś stwierdzi: „Super, od teraz głosuję na partię Razem!”. My jeszcze na te głosy musimy zasłużyć.

M.Z.: Musimy też wykonać dużą pracę edukacyjną. Dlatego staramy się nazywać wartości i uświadamiamy ludziom, w którym miejscu społecznego czy ekonomicznego spektrum się znajdują. Bo niestety często Polki i Polacy nie rozpoznają odpowiedniej dla siebie oferty politycznej. Pokazują to choćby analizy Ośrodek Badania Opinii Publicznej: duża część Polek i Polaków uważa, że związki zawodowe powinny być silniejsze i są potrzebne, że udział płac w Produkcie Krajowym Brutto powinien być większy, tzw. socjal większy, a podatki wyższe dla bogatszych. A później, gdy przychodzi co do czego, głosują na Nowoczesną i Kukiz ’15.

W ciągu ostatnich dekad nie rozmawialiśmy o wartościach społecznych i interesach ekonomicznych, jakie realnie reprezentują poszczególne ugrupowania. Duża część debaty publicznej poszła za to w tematy zastępcze, w kwestie dotyczące personalnych rozgrywek i antypatii między politykami.

A.Z.: Jako Razem wbijamy się w świat, w którym polityczne tożsamości zostały zbudowane wokół innej osi niż ta, która w naturalny sposób robi przestrzeń dla lewicy. I żeby odzyskać tę przestrzeń, musimy także wywalczyć przesunięcie osi debaty publicznej. To się dzieje – wyobraź sobie 5-6 lat temu przestrzeń dla pisania w „Gazecie Wyborczej”, że wielki biznesmen Rafał Brzoska jest tak naprawdę wielkim hochsztaplerem, który oszukał tysiące ludzi. Wyobraź sobie kilka lat temu przestrzeń na powiedzenie w TVN – bez otrzymania następnie ciosu maczugą w głowę – że należałoby w Polsce zająć się problemem unikania podatków przez wielkie korporacje. Tak a propos marszu przez instytucje: tutaj też jest duża robota wykonywana przez dziennikarzy i dziennikarki mainstreamowych mediów. Myślę nie tylko o oklepanych nazwiskach, takich jak Rafał Woś, Wojciech Orliński, Grzegorz Sroczyński, nie tylko o takich osobach jak Adriana Rozwadowska czy Michał Danielewski, ale też o dziennikarkach i dziennikarzach prasy ekonomicznej, choćby tych, którzy pracują w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, o ludziach, którzy w przeróżnych dodatkach ekonomicznych rozkruszają ten beton od środka w money.pl czy bankier.pl.

– A co z elektoratem, który jest w jakimś stopniu socjalny, ale jest też seksistowski albo szowinistyczny czy antyimigrancki? Jaka może być oferta lewicy dla takich wyborców i wyborczyń?

A.Z.: Żyjemy w społeczeństwie, które jest patriarchalne. Nie jest zatem tak, że mamy socjalny ciemny lud i oświeconych korpoludków.

– To jest jasne.

A.Z.: Jak pojedziesz do Mordoru, to też będziesz miał do czynienia z radykalnym seksizmem…

M.Z.: …i rasizmem…

A.Z.: I innymi negatywnymi postawami, którymi nasze społeczeństwo jest przesiąknięte. Zupełnie nie kupuję opowieści, że klasa ludowa pod tym względem jest „fe”, a elity „cacy”. Lewica musi się wobec tego mądrze określić. To nie znaczy, że lewica ma się tutaj cofać. I nie wolno jej się cofać. Lewica, który rezygnuje z kwestii prawoczłowieczych, to po prostu nie jest lewica. Ale trzeba przekonująco mówić do tych, którzy dziś bezrefleksyjnie powtarzają rasistowskie czy seksistowskie klisze. Nasz obowiązek to ich przekonać, a nie obrazić się na to, że istnieją, i zamknąć w swojej banieczce.

M.Z.: Trzeba starać się rozmawiać z ludźmi. Uczestniczyłam w górniczych protestach. Niesamowite dla mnie było zobaczyć, jak inaczej ludzie reagują w trakcie zwykłej rozmowy twarzą w twarz, gdy wprost się z nimi skonfrontować. Jestem niewysoką młodą kobietą, wyglądam na jeszcze mniej lat niż mam, w związku z czym oni wszyscy na początku rzucali jakieś seksistowskie żarty. Gdy kilkakrotnie odpowiedziałam odwróconym seksistowskim żartem, to inaczej ustawiało dyskusję. Powiedziałam jasno: tak, jak oni nie chcą, żebym zwracała się do nich w sposób, który im nie odpowiada, tak i ja nie chcę, żeby oni do mnie mówili w pewnej formule. Nie obraziłam się na nich, oni nie obrazili się na mnie, ale odpuścili sobie seksistowskie żarty.

– Ty umiesz tak rozmawiać, pytanie, jak inne i inni.

A.Z.: Przecież ludzie z naszej partii nie wzięli się znikąd, wyrośli z tego społeczeństwa, umieją sobie w nim radzić i z nim rozmawiać. To naprawdę nie są osoby z innego wymiaru.

M.Z.: Powiem więcej – przecież w Razem są też ludzie, którzy kiedyś byli seksistami, szowinistami. Z takich rzeczy się wychodzi, jeśli trafia się na ludzi, którzy potrafią pokazać, że to nie jest nic dobrego. Przecież w naszej partii są też osoby, które niegdyś były korwinistami lub chciały głosować na Pawła Kukiza. One innym opowiadają o swoich doświadczeniach i to działa. I szerzej: dzięki rozmowie to naprawdę jest do zrobienia – można pokazać, że krzywdzi nas nie ktoś, kto ma inny kolor skóry, jest innego wyznania czy innej orientacji seksualnej, ale np. koleś, który płaci podatki na Cyprze i wyzyskuje pracowników i pracownice. Ale to się musi dziać.

A.Z.: Na lewicy długo nie było konwertytów, bo skąd mieliby się wziąć? Teraz mamy w partii ludzi, którzy są konwertytami. I bardzo dobrze. Trzeba zdobywać kolejnych…

– A jak wyglądają sprawy prowincji/peryferii w waszym programie? Raz po raz wracacie do problemu transportu publicznego…

M.Z.: Jesteśmy jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym krajem w Unii Europejskiej, w którym nie ma systemowego zagospodarowania środków finansowych wspierających komunikację autobusową. I to jest prawdziwy dramat, jeżeli nałoży się na bardzo słabą infrastrukturę połączeń pasażerskich w danym regionie. Nasze okręgi na Podkarpaciu muszą walczyć o to, żeby nie zostać zupełnie odcięte od komunikacji masowej. To jest straszne, jeśli pomyślimy o losie starszych osób, które muszą jeździć do lekarza, jeśli pomyślimy o miejscowościach, w których nie ma nawet sklepu, co dodatkowo utrudnia życie ludziom mniej czy zupełnie niemobilnym. Byłam niedawno na Podlasiu. Jeśli chcesz tam pojechać do sklepu, to wsiadasz w PKS, jedziesz kilkanaście kilometrów, a później musisz długo czekać na kolejny PKS. Jeśli nawet to znika, to część ludzi jest skazana jedynie na obwoźny handel, czyli na przykład na samochód, który raz na tydzień przyjeżdża z chlebem. W dodatku mamy do czynienia z wycofywaniem się prywatnych przewoźników, bo tam, gdzie komunikacja masowo jest całościowo wygaszana, to i im przestaje się to opłacać.

– Ale jak dotrzeć do wykluczonego elektoratu z prowincji? Jaką politykę informacyjną może uprawiać lewicowa partia w świecie liberalnych i prawicowych mediów?

A.Z.: Jeśli chodzi o dotarcie do prowincji, to akurat media liberalne mają mniejszy zasięg. Bo tam ludzie wciąż częściej mają tę telewizję, która jest dostępna z pomocą zwykłej anteny, a nie na przykład Cyfrowy Polsat.

– Czyli TVP.

A.Z.: Tak. Stąd jeśli miałbym o czymś mówić, to raczej o tym, że problemem jest brak telewizji naprawdę publicznej. Na jej miejsce panowie z PiS zrobili wołający o pomstę do nieba i obrażający ideę telewizji publicznej propagandowy folwark. To działa tak źle, że gdy liberałowie dojdą znów do władzy, użyją TVPiS jako argumentu, żeby zaorać i sprywatyzować telewizję publiczną. Żeby było jasne – Platforma Obywatelska też nie robiła obiektywnej telewizji, ale to, co wylewa się dziś z „Wiadomości” TVP, to po prostu skandal.

Trzeba też uczciwie powiedzieć, że borykamy się dzisiaj ze strategią dla regionów wiejskich. Ten rodzaj struktur, który budujemy w Razem, działa lepiej w świecie miejskim, także z tego trywialnego powodu, że nasze formy wsparcia pracownic i pracowników oraz organizacji pracowniczych łatwiej działają w świecie miast niż miasteczek, i lepiej w świecie miasteczek niż wsi.

Wyzwaniem jest dla nas świat „bieszczadzki” czy „podkarpacki”. Tam nasze działaczki i działacze testują strategie, które są zupełnie inne niż wielkomiejskie. Jeżeli walczą o komunikację publiczną, to do niektórych wiosek muszą dojechać na rowerze, żeby rozwiesić tam plakaty. Nie dotrą tam przy pomocy internetu ani lokalnych mediów, taki obieg informacji często tam nie istnieje. Trzeba sięgać po własną poligrafię.

M.Z.: Z kolei jeśli chodzi o politykę historyczną, mamy już całkiem sporą serię gazetek, które staramy się masowo rozdawać, bo wiemy, że trudno jest z naszym przekazem historycznym dotrzeć do dużych ośrodków telewizyjnych, albo jest w nich pokazywana w wersji „red is bad”, albo nie ma jej w ogóle. My te jednodniówki rozdajemy na targach, w przychodniach lekarskich. I to działa – ludzie przychodzą na zebrania partyjne po raz pierwszy i mówią, że czytali te nasze druki.

A.Z.: Ciekawe jest to, że papier wciąż pozostaje bardzo skutecznym medium. Zwłaszcza jeśli chodzi o budowanie świadomości, że w ogóle istniejemy. Bo też trzeba powiedzieć otwarcie: problemem Razem jest ciągle najniższa rozpoznawalność wśród znaczących partii w Polsce. I to trochę zajmie. Zanim komunikat, kim jesteśmy i o co nam chodzi, dotrze do ludzi, przetrze szlaki w niekorzystnym otoczeniu, z jednej strony zdominowanym przez korporacyjne media prywatne, a z drugiej przez telewizję i media rządowe, to niestety musi zająć czas. Wywiad, który może ukazać się na łamach „Nowego Obywatela”, z oczywistych względów nie może ukazać się na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” albo „Tygodnika Solidarność” i musimy do ich czytelniczek i czytelników dotrzeć inaczej, obchodząc to dookoła…

– Udało mi się z Marceliną i Katarzyną Paprotą zrobić wywiad do „Gazety Polskiej Codziennie” przed wyborami w 2015 roku. Teraz z wielu przyczyn ta sztuka już by się raczej nie powiodła.

M.Z.: Poza tym stawiamy na działania lokalne i na obecność w lokalnych środkach masowego przekazu, bo to ma nieraz niesamowity zasięg. Uważam, że media lokalne są w Polsce mocno niedoceniane. A w związku z tym, że nasze okręgi są szalenie aktywne i robimy chyba najwięcej akcji spośród wszystkich partii w Polsce, łącznie z tymi parlamentarnymi, gościmy na ich łamach często.

Robimy przeróżne rzeczy. Na przykład niedawno w Lublinie została oficjalnie wydana broszura z okazji siedemsetlecia miasta z postaciami ważnymi dla jego historii. Nie uwzględniono w niej w zasadzie żadnej kobiety. Nasze działaczki i działacze w odpowiedzi zorganizowali spacer po mieście, w trakcie którego opowiadali o kobietach, które były ważne dla Lublina. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, także jeśli chodzi o media. Na tym spacerze było kilkadziesiąt osób, ale o nim i o jego bohaterkach mogło przeczytać czy usłyszeć nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi, bo lokalne media mają takie zasięgi.

– Mówiliśmy o TVP. A jak się przedstawiają wasze relacje z prywatnymi dużymi telewizjami? Mam wrażenie, że jesteście im potrzebni i potrzebne głównie wtedy, gdy trzeba dołożyć Prawu i Sprawiedliwości. A przecież nie można zapominać także o ich odpowiedzialności za wiele ciemnych stron III RP.

A.Z.: Nie jesteśmy niczyimi pupilami i musimy się napracować, żeby dotrzeć z naszym przekazem. Ale tam przynajmniej nie ma na nas zapisu. W przypadku tych mediów moim zdaniem potrzebny jest często po prostu dobry pomysł. Konkretny przykład – skierowany przeciwko polityce ministra środowiska Jana Szyszko pomnik piły pod Sejmem. To klasyczna praca z mediami – trzeba się zastanowić, jaki zbudować obrazek, który później będzie im hulać i który będzie na tyle atrakcyjny, że trudno im go będzie odpuścić. To są stare alterglobalistyczne strategie z lat 90. XX w. dotyczące tego, jak robić demonstracje, żeby nie były smutnym przemarszem 50 tys. związkowców, który można zignorować albo ośmieszyć, ale żeby były na tyle intrygujące w jednym obrazku i tak zbudowane jako opowieść, żeby miały szanse się przebić.

Natomiast jest oczywiste, że prywatne media ponoszą w Polsce odpowiedzialność za bardzo wiele negatywnych aspektów transformacji. A przez to, że pasły arogancję Platformy Obywatelskiej, odpowiadają także za wyhodowanie PiS-u takiego, jakim jest on dzisiaj. To także ich odpowiedzialność, że przestrzeń do debaty publicznej, która dopuszcza również krytykę neoliberalizmu, otwierała się tak powoli, że ta krytyka stosunków społeczno-gospodarczych, która na świecie rozlała się po 2008 roku, do nas przyszła zdecydowanie później i na nieporównanie mniejszą skalę.

– A jak widzicie przyszłość lewicy w kontekście wyraźnych już zmian społeczno-gospodarczych?

M.Z.: Z jednej strony widać, że np. w sieciach handlowych oferuje się coraz lepsze warunki płacowe i normalne umowy o pracę. Ale do rynku pracownika jest jeszcze bardzo daleko. Wystarczy spojrzeć na udział płac w PKB – Polska jest na szarym końcu. Wciąż czeka nas spora walka o bardziej godne warunki pracy.

Jako lewica musimy uświadamiać ludzi, że powinni być aktywni w walce o swoje prawa. Z całą pewnością gdy będą mieli lepsze warunki zatrudnienia, to nie tylko wpłynie to na kształt rynku pracy, ale również na to, jak będą postrzegali swoją tożsamość, jakie będą mieli nastawienie do świata.

Obecnie to, co robi PiS, wprowadzając selektywnie socjalne rozwiązania, właściwie zaciemnia obraz tego, czym tak naprawdę powinna być polityka społeczna i jak powinno funkcjonować państwo dobrobytu. To także jest wyzwaniem, przed którym stoimy. Jestem jednak przekonana, że Razem wejdzie do Sejmu i z tej pozycji będzie nam dużo łatwiej budować silną lewicową formację, która za kilka lat przejmie władzę.

A.Z.: Bardzo nie lubię pojęcia „rynek pracownika”. Ono abstrahuje od tego, że w gospodarce prywatno-rynkowej relacje władzy nie wyglądają jak z opowieści Adama Smitha o rynku, na który wychodzi szewc i spotyka się z piekarzem i na zasadzie równych podmiotów dokonują transakcji. Mamy do czynienia z relacją opartą na różnych formach przewagi kapitału nad pracą, która może być mitygowana przez związki zawodowe, państwo lub prawo, ale nierównowaga jest po prostu systemowa. Zatem ta opowieść o „rynku pracownika”, która pojawia się za każdym razem, gdy okazuje się, że w ciągu 24 godzin nie da się zastąpić jednego człowieka drugim za obecną płacę minimalną, jest moim zdaniem raczej dowodem na to, jak bardzo polscy pracownicy i pracownice dali się w tym ringu zapędzić do narożnika. Marcelina słusznie mówiła o niskim poziomie polskich płac w PKB. Ale dodajmy rzecz gorszą – w Polsce ten wskaźnik przez lata spadał.

Nie mniej ważna niż dochód jest możliwość wywierania wpływu na rzeczywistość, w której się funkcjonuje i spędza czas, czyli to, jak wyglądają stosunki i relacje pracy. Z jednej strony jest to bariera rozwojowa. Polscy biznesmeni udowodnili, że to nieprawda, że z niewolnika nie ma pracownika – i wycisnęli z tego całkiem niezłe zyski. Natomiast z niewolnika nie ma kreatywnego pracownika. Z drugiej zaś strony, jeżeli nie uda się wywalczyć upodmiotowienia w miejscu pracy, jeżeli pracownik nie nauczy się spierać z szefem, także po to, żeby zawierać potem kompromisy, to będziemy ciągle dziwić się, czemu pomimo wzrostu gospodarczego wciąż mamy społeczny marazm i przyzwolenie dla autorytaryzmu. Ono zaczyna się w miejscu pracy i jest przenoszone stamtąd dalej.

– A przy okazji – z którym związkiem zawodowym współpracujecie najbliżej?

M.Z.: Współpracujemy ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych…

A.Z.: To jest zwykle bardzo konkretna współpraca w ściśle określonych sprawach.

– Nie planujecie sojuszy między partią a związkiem zawodowym?

A.Z.: To jest typowy pomysł w polskiej polityce: zobaczmy, co zostało z tych rachitycznych organizacji społecznych, które jeszcze zipią, i każmy im podpisać lojalkę, a później będziemy ich traktować jak SLD traktowało OPZZ. To nie jest dobra metoda, bo potrzebujemy w Polsce wzmocnienia ruchów społecznych i traktowania ich na serio i po partnersku także przez partie polityczne. Bo jeżeli one się nie wzmocnią, to zmiana społeczna, o której jako Razem mówimy, nie będzie możliwa. A gdy mówimy, że jesteśmy na początku drogi, to nie chodzi jedynie o 30 proc. mandatów w Sejmie. Rzecz też w tym, aby istnieli partnerzy społeczni, którzy w miejscach pracy, w przedsiębiorstwach, w szkołach czy usługach publicznych będą w stanie upominać się o tę agendę razem z politykami.

– Jakkolwiek jeszcze jesteście zbyt mali, żeby wobec związków zawodowych występować z pozycji siły. Nie powiem, że wszystko przed wami, żeby nie psuć nastroju.

A.Z.: Dowcip polega na tym, że byśmy nie chcieli.

M.Z.: Różnica między Razem a innymi partiami polega na tym, że my przychodzimy do związków zawodowych, siadamy i pytamy: jak możemy wam pomóc? I wtedy im pomagamy. Naprawdę nam zależy, żeby mieć ze związkami zawodowymi dobry partnerski kontakt.

A.Z.: Albo uczciwie mówimy – nie, tego nie jesteśmy w stanie zrobić.

– Z „Solidarnością” też udaje się wam współpraca?

A.Z.: Zdarzało się nam być z Sekretariatem Handlu na wspólnych demonstracjach w sprawie „Biedronki”. Ale nie oszukujmy się – w tym momencie centrala „Solidarności” wzięła kurs na sojusz z rządzącą partią. Za wszelką cenę, jak pokazało ostatnio kapitulanckie stanowisko centrali w sprawie płacy minimalnej.

– Przejdźmy do następnego wątku. Dwa zdania. Pierwsze: „prawica zawłaszczyła politykę historyczną”. Drugie: „lewica oddała prawicy walkowerem politykę historyczną”. Które uważacie za bardziej prawdziwe lub mniej fałszywe?

M.Z.: Zgadzam się z tym drugim. Istniejące wcześniej organizacje lewicowe nie zajmowały się tym tematem – sądzę, że w znacznej mierze dlatego, że nie miały po temu dość rąk do pracy.

A.Z.: A ja sądzę, że nadszedł czas, żeby przestać się biczować i uświadomić sobie jedną rzecz: prawica ma instytucje. Prawica robi to, co robi i robiła przez całe ostatnie dwadzieścia lat przy pomocy potężnych instytucji: kościelnych i publicznych, mocno wychylonych w prawo także za rządów Platformy. No i z pomocą prywatnego biznesu, który nie tak rzadko również stoi za prawicą. Trudno zatem oskarżać lewicę o to, że bez kart w ręku nie była w stanie zrobić tyle, co oni.

– SLD do pewnego momentu miało naprawdę sporo kart w ręku.

M.Z.: Myślę, że to nawet lepiej, że akurat oni nie robili polityki historycznej…

A.Z.: Gdyby prawica nie miała przez lata wsparcia instytucjonalnego, gdyby musiała radzić sobie mając tyle zasobów, co niezależna lewica, to siedziałaby z płaczem w zakrystiach i opowiadała o tajnych spiskach przeciw sobie. Rozproszone i niewielkie środowiska lewicy i tak zrobiły potężną robotę, mając tyle, co nic. A to dopiero początek.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 20 marca 2017 roku

Miasto, lewica, feminizm – rozmowa z Hanną Gill-Piątek

– Chciałbym zacząć rozmowę od pokazania Twojej biografii światopoglądowej i źródeł aktywności społecznej. Jakie doświadczenia kształtowały Cię jako publicystkę, społecznicę, aktywistkę miejską, urzędniczkę samorządową?

Hanna Gill-Piątek: Nic tego nie zapowiadało. Od 2000 roku pracowałam w dużych międzynarodowych agencjach reklamowych, co w tym czasie oznaczało dość wysokie zarobki i brak zaangażowania w życie publiczne. Ale miałam za sobą okres wychowywania dziecka w Łodzi, w trakcie kryzysu balcerowiczowskiego. I te odmienne doświadczenia, studencko-łódzkie i korporacyjno-stołeczne, były bardzo skontrastowane. Pamiętam, że już w Warszawie zawsze mocno dziwiłam się, jak można jeździć taksówkami – jak robili moi koleżanki i koledzy z pracy. W Łodzi niewielu było na to wtedy stać.

– I co się stało?

– To był 2005 rok. Mieszkałam wówczas na Chomiczówce, trzydziestotysięcznym warszawskim osiedlu. Ktoś wywiesił w windzie bloku informację, że odbędzie się spotkanie w sprawie planów trasy samochodowej, która przebiegnie przez nasze osiedle. Poszłam i krew mnie zalała, bo stopień chamstwa urzędników wobec mieszkańców był straszny. W efekcie zaangażowałam się naprawdę mocno: przychodziłam z pracy i mnóstwo czasu poświęcałam naszemu stowarzyszeniu Chomiczówka Przeciw Degradacji, które liczyło ponad osiemdziesiąt osób i zebrało pod swoim protestem ponad dwa tysiące podpisów. Partia Zieloni pomogła nam wtedy zarejestrować się, służyli wszelką merytoryczną pomocą. Był to czas, gdy bezkarnie szalał dyskurs modernizacyjny, który głosił, że nowoczesność to potraktowanie każdego skrawka przestrzeni betonowym walcem. Miasto próbowało zakazać nam działalności jako stowarzyszeniu zwykłemu na podstawie jakichś bzdurnych zarzutów wobec regulaminu. Zieloni bronili nas w sądzie. Konkretnie był to Wojciech Kłosowski, pomagał nam także Adam Bodnar z Fundacji Helsińskiej. Wygraliśmy ten proces.

– Na czym polegała wasza działalność?

– Na początku wydawało się nam, że działamy w próżni i mamy wszystkich przeciw sobie. Wtedy prezydentem miasta był Lech Kaczyński. Byłam wówczas tak odsunięta od polityki, że zupełnie nie wiedziałam, jak funkcjonuje miasto – choćby co do zasad ustrojowych. Uczyłam się tego w praktyce. Zawsze wydawało mi się, że jeżeli ktoś wychodzi na ulice protestować, to jest pokręcony, że to obciach i wstyd. Raptem sama musiałam wyjść na ulicę przed Ministerstwo Infrastruktury i protestować.

Na szczęście funkcjonował już internet, więc szybko zorientowaliśmy się, że wokół nas powtarzały się podobne protesty. Wtedy w Polsce obowiązywał imitacyjny model wzrostu – budowlana gigantomania z powtarzaniem wszystkich błędów, jakie bardziej rozwinięte kraje właśnie zaczynały naprawiać. To wszystko wiązało się z lekceważeniem potrzeb lokalnych społeczności i z dewastacją środowiska naturalnego. Pamiętam, że zarówno „Rzeczpospolita”, „Życie Warszawy”, jak i „Gazeta Stołeczna” trzymały wobec nas właściwie taki sam kurs: że jesteśmy oszołomami, pseudoekologami itp. Dyskredytowano nas tymi samymi metodami, jakimi wcześniej ekologów i ekolożki na Górze Świętej Anny. To było o tyle ciekawe, że w naszym stowarzyszeniu, które awansowało do rangi organizacji ekoterrorystycznej, byli ludzie o poglądach i prawicowych, i lewicowych, ludzie ze środowisk inteligenckich i z klasy ludowej – potrafiliśmy współpracować wokół jednego ważnego dla nas celu.

Pomyśleć, że pan Jarosław Osowski, który wciąż siedzi w warszawskiej „Gazecie Wyborczej”, dziś jest zwolennikiem zrównoważonego transportu i skarży się, że tiry zalewają Warszawę przez trasy, które kiedyś sam tak popierał. Naprawdę lubię takie happy endy [śmiech]. Pamiętam jeszcze, że Marcin Hadaj z „Życia Warszawy” po serii dyskredytujących artykułów na nasz temat został rzecznikiem Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Inwestorem planowanej trasy szybkiego ruchu na Chomiczówce była właśnie GDDKiA, czyli agencja rządowa. I niezależnie od tego, czyj ten rząd był, a przeszliśmy przez SLD, PiS i PO, zawsze byliśmy jako mieszkańcy lekceważeni.

– Wspominałaś, że tego typu protestów było wówczas w stolicy więcej, ale raczej nie istniały one w szerszej świadomości publicznej.

– Takich protestów lokalnych społeczności było w Warszawie prawie dwadzieścia, zapalały się w różnych miejscach. W Wesołej zagrożone były źródła wody, tereny przyrodniczo cenne. Na Ursynowie miały miejsce kolosalne protesty przeciwko budowie A2, nazwanej potem S2. To wszystko w ciągu dwóch-trzech lat spięło się w tzw. Ogólnowarszawski Ruch na Rzecz Obwodnicy Pozamiejskiej. Demokratycznie wybrane nazwy nie są najseksowniejsze, ale przepraszam, tak to się nazywało [śmiech].

Wtedy też – chyba po raz pierwszy – zetknęłam się z „Krytyką Polityczną” i ten kontakt podtrzymałam też po powrocie do Łodzi, na przełomie 2007 i 2008 roku. Związałam się z lokalnym, prężnie działającym klubem „KP”, który chciał tutaj wówczas otworzyć świetlicę. Działała od 2011 do 2014 roku.

– Wróćmy jeszcze na moment do Warszawy. Wiedziałaś już wtedy, czego właściwie chcesz światopoglądowo od świata?

– Gdy studiowałam czy pracowałam w korpo, nie miałam języka, żeby opisać te moje zmieniające się zapatrywania. A zdarzyło mi się wcześniej gdzieś na forum gazeta.pl napisać, że Balcerowicz jest wspaniały [śmiech]. Długo nie łączyłam tego, co mnie osobiście spotyka, z decyzjami politycznymi. Wydawało mi się, że jeśli zdejmują mi licznik, bo nie mam czym zapłacić za energię, i zostaję w domu sama z dzieckiem bez prądu zimą, to jest to efekt mojej niezaradności: jestem w całości winna tej sytuacji, nawet tego, że studiuję, więc nie mogę zarejestrować się jako bezrobotna i uzyskać świadczeń socjalnych.

Za sprawą Zielonych poznałam ludzi, którzy zaczęli do mnie mówić językiem innym niż ten narzucony w toku transformacji. To były konkretne osoby: Wojtek Kłosowski, Beata Maciejewska, Adam Ostolski, Beata Nowak, Agnieszka Grzybek. Oni mnie formowali, pokazywali inny język i inne punkty odniesienia. Okazywało się, że to jest znacznie bardziej zgodne z moim doświadczeniem niż utarty frazes, który wokół funkcjonował.

– A gdybyś miała wskazać trzy istotne dla Ciebie zagadnienia z katalogu lewicowych wartości?

– Empatia. To jest mi bliskie. Równość. I element transgresji związany z braterstwem i siostrzeństwem.

– Oboje mamy świadomość, że w Polsce utarło się mówić osobno o lewicy społecznej, a osobno o obyczajowej. Twój obraz lewicowości kojarzy mi się z bardzo integralnym światopoglądem, w którym kwestie społeczno-gospodarcze i emancypacyjne w pełni współbrzmią ze sobą. Wciąż się jednak zastanawiam, jakim językiem lewica powinna mówić do znacznej części Polek i Polaków, aby nie mieli poczucia, że żonglujemy pojęciami ponad ich głowami, tak żeby była wiarygodną.

– Myślę, że łatwo nas rozgrywać podziałem na lewicę socjalną i obyczajową. Ale owszem, kwestia wiarygodności jest ważna.

W pytaniu zawarta jest sugestia, że lewica oderwała się od swojej bazy, od klasy ludowej (używam tego pojęcia niepejoratywnie). Warto sobie uświadomić, że jest ona bardzo różnorodna. Pokazali to w swoich badaniach choćby Maciej Gdula i Przemysław Sadura – przeczą one licznym stereotypom na temat reprezentantek i reprezentantów klasy ludowej, dotyczących choćby ich rzekomego silnego konserwatyzmu. Z mojej pracy w samorządzie płyną podobne wnioski – dotyczące choćby mnóstwa negatywnych neoliberalnych stereotypów dotyczących ludzi uboższych, mówiących, że ubożsi nic nie rozumieją, że się ich kupuje za pomocą 500+, że są bierną roszczeniową masą, że skupiają się wyłącznie na żołądku. To wszystko nieprawda. Sądzę, że to właśnie element godnościowy przeważa, tyle że znajduje spełnienie na przykład w identyfikacji z barwami klubów piłkarskich albo z przekazem Marszu Niepodległości.

Jest jeszcze jedna sprawa – to moja własna teza, za którą być może posypią się gromy. Otóż w Polsce przez lata lewicowość była projektem tworzonym z myślą o potrzebach inteligencji. A to powodowało, że interesy klasy ludowej schodziły na plan dalszy. Inteligencja używała lewicowości jako poręcznego młotka na klasę średnią, a jeszcze wcześniej – na burżuazję. To spowodowało, że lewicowość stała się jej bronią wobec innych wpływowych warstw społecznych. Inteligencja, żeby nie pełnić wobec nich jedynie roli usługowej, użyła lewicowych doktryn dla zbudowania własnej podmiotowości. W takim kontekście klasa ludowa po prostu została zmarginalizowana i uprzedmiotowiona. Wyjątkiem być może był PRL, choć i to było trudne doświadczenie.

– Spróbujmy to, o czym mówisz, przenieść na bliższy nam grunt. Widać wyraźnie, że w III RP miasta były przestrzenią walki nie tylko o kamienice i ulice, ale również o idee. Mamy zatem działalność Miasto Jest Nasze i Jana Śpiewaka, mamy też ruchy lokatorskie. W przypadku tych drugich widać, że były bliżej tzw. zwykłych ludzi, ale pozostawały właściwie na marginesie zainteresowania opinii publicznej i klasy politycznej.

– Lewicy brakuje trybuna ludowego.

– Jest Ikonowicz.

– On żyje w pewnej izolacji. Część środowisk lewicy odczuwa wobec niego niechęć, ale moim zdaniem on jest jedyną osobą w Polsce, która rzeczywiście pracuje „z bazą”. Jako bodaj jedyny ma cierpliwość – i za to go podziwiam – żeby tłumaczyć ludziom, z którymi blisko współpracuje, że pewne wypowiedzi o uchodźcach, na jakie sobie pozwalają, nie są prawdą, a dla całego ruchu są dyskredytujące.

Powrócę do wcześniejszego wątku: od czasów Andrzeja Leppera nie było nikogo, kto byłby trybunem ludowym. Owszem, pojawiały się postaci, które zagospodarowywały frustrację społeczną, rozczarowanie klasą polityczną – wcześniej Janusz Palikot, obecnie Paweł Kukiz, ale to raczej postaci w rodzaju trickstera [szachraja, przechery, w mitycznych opowieściach bóstwa-błazna – K.W.], które tak naprawdę nie mają pozytywnego, rzetelnego pomysłu na rzeczywistość.

– Zwróćmy się jeszcze ku ruchom miejskich. Do jakich ich nurtów jest Ci blisko, a z czym się nie utożsamiasz?

– Ruchy miejskie to bardzo szeroka kategoria. Kongres Ruchów Miejskich, zupełnie demokratyczna zbieranina stowarzyszeń, ruchów aktywistycznych, pojedynczych aktywistek i aktywistów, stworzył u początków działalności najpierw dziewięć, a później piętnaście tez o mieście. Doszło na przykład mieszkalnictwo, z mojej perspektywy bardzo ważna rzecz. Dziś możemy przyjąć, że ruchy miejskie reprezentują te środowiska, które akceptują wspomnianych piętnaście tez.

Co do społecznego pochodzenia ruchów miejskich, to jest jasne, że znajdziemy tam zarówno środowiska reprezentujące tych, którym w III RP realnie się powiodło i należą do klasy średniej, jak i ludzi z inteligencji, mniej zamożnych, ale o dużym kapitale kulturowym i sporych kompetencjach społecznych. Dodajmy do tego prekariuszki i prekariuszy. Warto wspomnieć, że niekiedy nawet koła naukowe uniwersytetów wchodzą w bliskie relacje z ruchami miejskimi – choćby dlatego, że łączą namysł teoretyczny w różnych dziedzinach z działalnością społeczno-polityczną.

– A klasa ludowa w ruchach miejskich?

– Myślę, że częściej można odnaleźć ją w lokalnych protestach. Wspomnę raz jeszcze Chomiczówkę: w naszym stowarzyszeniu było sporo osób bez matury. To byli ludzie z małych domków otaczających osiedla, którzy wykonywali proste fizyczne prace. Doświadczenie współpracy z takimi osobami było dla mnie czymś niezwykle pouczającym i dobrym.

– Dlaczego?

– To ludzie, którzy bardzo poważnie podchodzą do pracy społecznej, jeżeli już się na nią decydują.

– A czym dla Ciebie jest miasto?

– Miasto to ludzie.

– Niektórzy powiedzą, że samochody.

– Nie, miasto to zdecydowanie ludzie. Stąd idea prawa do miasta, czyli właściwie pierwsza teza ruchów miejskich i ich niezbywalny postulat: każdy/każda ma prawo do miasta. Można się oczywiście zastanawiać, czy ten, który odmawia innym prawa do miasta, sam zachowuje do niego prawo.

– Miasto jest podzielone klasowo?

– Z pewnością wzrasta segregacja przestrzenna. Ona się łączy choćby z segregacją edukacyjną. W tym kontekście jednym z głównych celów ruchów miejskich jest dostrzeganie, diagnozowanie i zapobieganie narastaniu nierówności w obrębie miast.

– Jesteś miejską aktywistką, ale także miejską urzędniczką. Jak w Łodzi pracowałaś na rzecz zmniejszania nierówności?

– Rewitalizacja to jedno wielkie sprzątanie po transformacji. Deregulacja, procesy związane z żywiołowym wchodzeniem rynku w przestrzeń miejską doprowadziły do przestrzennego i społecznego zniszczenia sporych obszarów miasta.

Bez względu na wszystko, co mówi się o Platformie Obywatelskiej, muszę pochwalić ekipę, która znalazła się w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju, gdzie pracowano nad Krajową Polityką Miejską oraz Ustawą o rewitalizacji. Było widać, że ta praca ma faktycznie zapobiegać dobrze znanym miejskim bolączkom. Mam dużą wdzięczność dla ludzi, którzy zauważyli problemy miast po transformacji i dyskusję na ten temat wprowadzili w oficjalny obieg. To nie było tak, że za PO państwo działało jedynie teoretycznie. W niektórych obszarach funkcjonowało dość sprawnie – i to był jeden z nich. W tym ministerstwie zebrali się ludzie o bardzo ciekawym rodowodzie, również harcerskim, a przez dwa, trzy lata pracowali z pasją na rzecz rewitalizacji.

Wspomniałam o Ustawie o rewitalizacji . Mówi ona choćby o tym, że w miastach są rejony zdegradowane. Wyznaczamy je przede wszystkim na podstawie problemów społecznych. Musi zaistnieć kilka podstawowych czynników degradacji społecznych, żeby w ogóle zacząć robić rewitalizację, nie wystarczą zniszczone budynki. To jest tok myślenia, który propagowaliśmy jako ruchy miejskie.

Łódź była jednym z pierwszych laboratoriów tych instytucjonalnych rozstrzygnięć. Dostaliśmy cztery miliony na zrobienie projektu pilotażowego. To był właściwie start rewitalizacji – wykonywaliśmy badania i analizy, chcieliśmy zobaczyć, co właściwie jest źle. Chcieliśmy postawić dobre diagnozy i wskazać odpowiednie kierunki działań. Ale robiliśmy też rzeczy praktyczne – połowę tych pieniędzy udało się przeznaczyć na działania w terenie. Różnorodne grupy animacyjne, nieformalne inicjatywy, aktywiści i aktywistki, lokalne stowarzyszenia, instytucje kultury, wszyscy oni mogli z tych środków podjąć działania na rzecz swojego otoczenia. To był system mikrograntów, pieniądze rzędu 5 tysięcy złotych – takie, żeby nie rzuciły się na to „wielkie ryby”.

Dało to fantastyczny efekt, powstała choćby „Skrzynka dla bezdomnych”, która była formą komunikacji między ludźmi bezdomnymi a osobami, które chciały udzielić im choćby pomocy rzeczowej. Decyzją władz miasta skrzynka kilkakrotnie zmieniała lokalizację, bo dla decydentów wyższych szczebli jej obecność w centrum miasta była jednak zbyt dużym wyzwaniem.

Były jeszcze fajranty – to był pomysł na jak najbardziej bezpośrednią komunikację z mieszkańcami i mieszkankami miasta. W podwórka łódzkie wysłaliśmy ekipy, które rozmawiały z ludźmi w najzwyklejszych namiotach – chcieliśmy uniknąć pijarowego wrażenia. W namiotach siedzieli animatorki i animatorzy oraz urzędniczki i urzędnicy i w takich nieurzędowych okolicznościach rozmawialiśmy z „lokalsami”. Zauważyliśmy jedną rzecz: kiedy robisz typowe spotkanie konsultacyjne, czyli taką formę partycypacji, która jest modna od blisko dekady, to ono się odbywa zwykle według tego samego schematu.

– Czyli?

– Spotkanie odbywa się zwykle w urzędzie, zapraszani są zwykle ci sami ludzie i oni właśnie z reguły przychodzą. To powoduje, że słyszy się wciąż te same rzeczy i wiadomo mniej więcej, co z nich wyniknie. Ale gdy zrobisz odwrotny ruch, wejdziesz w podwórka i siedzisz w nich trzy miesiące, to okazuje się, że spotykasz zupełnie innych ludzi i oni pokazują ci zupełnie inne perspektywy. I jeszcze jedna ważna rzecz: trzeba sobie zdobyć zaufanie takich osób, tych najbardziej lokalnych społeczności. Bo na podwórku to ty jesteś gościem.

– Jakiś czas temu przygotowywałem duży tekst o Łodzi. Wspomogłaś mnie wówczas obszernymi materiałami z raportu o łódzkiej biedzie. Pamiętam smutne dane dotyczące ubóstwa energetycznego i dość ściśle z tym związanych spirali zadłużenia. Uważasz, że to miasto skupia w sobie bolączki transformacji?

– Na pewno tak. Ale z drugiej strony, często faktyczna skala czy przyczyna tych problemów nie są dobrze ujmowane. Wydaje mi się, że w początkach łódzkiej rewitalizacji – gdy pracowałam jako urzędniczka – udało się przynajmniej pozyskać informację o realnych problemach mieszkańców i mieszkanek. Choćby wiedzę dotyczącą zapętlenia pewnych negatywnych zjawisk. Na przykład: co z tego, że obiecasz komuś oddłużenie mieszkania, jeśli wpłaci pewną kwotę z tego tytułu, skoro ta kobieta lub mężczyzna wezmą w tym celu chwilówkę i wpadną w inne tarapaty?

W Łodzi po transformacji zostało wiele ran. One dziś są przykrywane ładną skórką przeróżnych inwestycji, często nominalnie związanych z kulturą, a naprawdę z wizerunkiem. Najlepszy przykład to EC-1 – stara elektrociepłownia w centrum wyremontowana za setki milionów, a kosztująca rocznie następnych kilkadziesiąt. Mam względem tej strategii ambiwalentne uczucia. Maciej Gdula pokazał to w swoich badaniach – nawet jeśli mieszkańcy nie chodzą np. do nowoczesnych instytucji kultury w swojej okolicy, choćby teatrów czy muzeów, to jednak wzmacniają one dumę i poczucie wartości tej lokalnej wspólnoty.

W Łodzi problemem jest gentryfikacja. Sprawy mieszkalnictwa do niedawna znajdowały się w rękach wiceprezydenta Ireneusza Jabłońskiego. To człowiek z Centrum im. Adama Smitha – oględnie mówiąc, nie wypowiadał się pochlebnie o lokatorach i lokatorkach. Sprawy mieszkalnictwa są na kolizyjnym kursie z kwestiami rewitalizacji. Po moim odejściu to zaczęło być dostrzegane i naprawiane, ale sądzę, że dopóki za mieszkalnictwo w Łodzi odpowiadają ludzie, których poglądy stygmatyzują czy wręcz kryminalizują ubóstwo, to wciąż nie będzie dobrze.

– Skoro jesteśmy przy instytucjach. Mam wrażenie, że duża część lewicowych działaczek i działaczy, szczególnie z młodszych pokoleń, nie ma większego czy wręcz żadnego doświadczenia pracy w instytucjach publicznych. Myślę zdecydowanie bardziej o administracji samorządowej i centralnej niż placówkach naukowych. Uważam, że to znaczny problem na przyszłość – nieobecność ludzi lewicy w oficjalnych strukturach państwowych: nie będą znali logiki wewnętrznej poszczególnych instytucji, nie będą mieli wpływów w środowiskach urzędniczych. Ty właściwie jesteś jedną z nielicznych znanych mi polityczek i działaczek lewicy, która pracuje w administracji – wcześniej w Łodzi, obecnie w Gorzowie Wielkopolskim.

– Jeżeli chodzi o moją decyzję wejścia do administracji, to duży wpływ miały teksty Krzysztofa Nawratka. Zwracał on uwagę, że instytucje są niezbywalną częścią rzeczywistości, a w związku z tym powinny stanowić dla nas oczywistą płaszczyznę działania. I jeszcze jedna rzecz: swego czasu do Łodzi przyjechał Józef Pinior. Po spotkaniu długo w nocy rozmawialiśmy i on mówił: wchodźcie do instytucji, jeżeli macie takie propozycje. A jeszcze wcześniej, za pierwszego rządu Prawa i Sprawiedliwości, widziałam jak realizowało ono swój marsz przez instytucje, jak wielu ludzi wciągnęło na pokład – oni tam później zostali i działali również za czasów Platformy Obywatelskiej. I tak, inspirując się PiS-em, Piniorem, Nawratkiem i Gramscim [śmiech], postanowiłam zostać urzędniczką miejską.

Wyobraź sobie, że partia Razem wygrywa wybory samorządowe i bierze liczne urzędy i stanowiska. Wyobraź sobie, że mają swoich prezydentów miast i muszą robić politykę inną niż uliczna. Jestem stuprocentowo pewna, że nawet gdyby byli tak silni kadrowo, żeby obsadzić stanowiska kierownicze do szczebla dyrektorskiego, to i tak – patrząc na to jak działa administracja – nie byliby w stanie nic zrobić. Chcę to wyraźnie powiedzieć: trzeba bardzo dobrze znać administracyjne tryby, żeby je okiełznać, żeby wiedzieć, w którym momencie jakieś grupy wpływu zechcą ci się przeciwstawić, żeby wiedzieć, co jest prawdą, a co dana osoba mówi, że się nie da zrobić, bo nie chce, żeby się dało.

Nie mówię, że weszłam do administracji, bo chciałam być narzędziem sprawy i przydać się na przyszłość. Ale odpowiedzialność za to, żeby ktoś z nas tę wiedzę posiadał, była również moim motywem. Staram się wciągać też ludzi z lewicowych środowisk, żeby się uczyli, jak wygląda administracja od kuchni.

– Sądzę, że nie trzeba się z tego tłumaczyć. Lewica i państwo – to się układa w logiczną całość, oczywiście poza nurtami anarchistycznymi. Któż jak nie lewica powinien dobrze znać państwo…

– Tyle że to się wiąże z koniecznością współpracy z bardzo trudnymi środowiskami. Umówmy się, że Platforma Obywatelska nie jest dla lewicy w kwestiach współpracy środowiskiem oczywistym światopoglądowo. I to naprawdę ma przełożenie na jakość współpracy, choćby w kwestii prób przekonania do swoich racji ludzi o poglądach raczej konserwatywnych obyczajowo i liberalnych gospodarczo.

– Wróćmy jeszcze do Twojego doświadczenia zawodowego jako urzędniczki. Jakie widzisz plusy i minusy instytucji, które poznałaś?

– Plusem jest to, że są to po prostu skuteczne struktury, o dużym przełożeniu na rzeczywistość. Minusem jest to, że instytucje są przeładowane procedurami autokontroli. To swoisty dowód braku zaufania społecznego i instytucjonalnego: sprawozdawczość, która ma na celu udowodnić, że np. urzędniczka/urzędnik dopełnili swoich obowiązków, zajmuje mnóstwo czasu. Z każdej biurokratycznej czynności musisz sporządzić protokół, nawet jeśli dotyczy sprawy załatwianej urzędowo z kolegą, który siedzi dwa pokoje dalej. Inaczej ta sprawa nie istnieje.

Drugi problem, jaki widzę, to fakt, że urzędników i urzędniczek nie rekrutuje się z uwzględnieniem kompetencji społecznych. Nie sprawdza się tego, czy dana osoba, podejmując się służby publicznej, będzie faktycznie działała na rzecz dobra publicznego. A tu potrzebny jest podstawowy kręgosłup etyczny, który predestynuje do pracy na rzecz dobra wspólnego.

Jeszcze innym problemem – który w znacznej mierze odzwierciedla jakość naszego życia społecznego, bo urzędy są odzwierciedleniem społeczeństwa – jest niska jakość relacji interpersonalnych. Antypatie między ludźmi i często wynikający z tego brak sensownej komunikacji między urzędniczkami/urzędnikami są prawdziwym problemem w instytucjach. Gdybym kiedykolwiek została prezydentką jakiegoś miasta, od razu wpuściłabym do instytucji psychologów i psycholożki, żeby ułożyć relacje między ludźmi, nauczyć ich, jak rozmawiać ze sobą bez agresji, jak komunikować problemy. Dodatkowo wiele osób na niskich szczeblach ma doskonałe pomysły, ale nikt ich latami nie słucha. Popadają w wyuczoną bezradność, przekładają papiery, co demotywuje, działają jak roboty, a to się odbija na samopoczuciu i zdrowiu. Mnóstwo tego typu rzeczy jest do poprawienia.

– A warunki pracy w urzędach? Szczególnie na niższych szczeblach?

– Główną bolączką jest tanie państwo, które bardzo drogo kosztuje. Drenowanie pensji i etatów, dokładanie zadań przy zawężaniu możliwości kadrowych czy finansowych – to ma złe skutki. Są ludzie, którzy pracują w urzędach ponad dwadzieścia lat i zarabiają 2550 złotych brutto – nic dobrego z tego nie wynika. Już nie mówiąc o tym, że to są często wrażliwe rzeczy – obszar, w którym podejmujesz istotne decyzje, jak wydanie pozwolenia na zabudowę czy przyznanie lokalu komunalnego, jest zawsze obszarem podatnym na korupcję. Gdy kogoś niewystarczająco opłacasz, sporo ryzykujesz: to jest kwestia systemowa. Na to nakłada się kolejna polska bolączka, czyli stała niechęć społeczeństwa wobec urzędniczek i urzędników. To utrwalona wizja, że „urzędasy” nic nie robią, tylko popijają kawkę, więc po co im płacić, a jeszcze lepiej w ogóle ich zwolnić…

– …i zatrudnić firmy zewnętrzne. Pamiętam, że w wywiadzie dla łódzkiego dodatku „Gazety Wyborczej” mówiłaś właśnie o outsourcingowaniu usług publicznych i wskazywałaś, że miastu bardziej się jednak opłaca własna jednostka ds. rewitalizacji niż zlecanie tego na zewnątrz.

– Tak, zdecydowanie bardziej. Jestem tego całkowicie pewna, ponieważ Łódź wydała na tzw. programy funkcjonalno-użytkowe bodaj 24 miliony złotych. Miały kosztować 18 – i tak obłędnie drogo – ale jeden z wykonawców, firma konsultingowa z tzw. Wielkiej Czwórki, zażądał dwukrotności tego, co miasto chciało wydać. I wiesz co? I tak dostał to zlecenie.

My, dysponując 4 milionami złotych w ramach rewitalizacyjnego programu pilotażowego, staraliśmy się maksymalnie wykorzystać te środki. Zatrudnialiśmy specjalistów, organizacje pozarządowe i małe firmy badawcze, a nie pośredników, którzy dopiero szukali specjalistów. Dzięki temu połowa z tej kasy mogła pójść w teren. To przede wszystkim duże firmy konsultingowe są zadowolone z outsourcingu, ponieważ dostają zlecenia, które koniec końców znacznie więcej kosztują podatników.

Mam dobre porównanie. W Łodzi trzeba było zrobić na szybko delimitację, czyli wyznaczenie terenu zdegradowanego do rewitalizacji. To praca, która jest unormowana ustawowo, trzeba zebrać dużą ilość danych, wymyślić metodę itp. W obrębie instytucji miejskich zrobiliśmy to w dwa miesiące pięcioosobową ekipą, realizując przy tym swoje zwykłe obowiązki. Na rynku takie opracowanie kosztuje od 50 do 100 tys. złotych i dostajesz coś zrobionego od sztancy, a nie na miarę potrzeb.

– W marcu 2016 we wspomnianym wywiadzie dla łódzkiego dodatku „GW” mówiłaś: „Będąc po społecznej stronie uczysz się tego, że wszyscy sobie pomagają i działają razem. Po przyjściu do urzędu odruchowo traktujesz tę instytucję jak organizację pozarządową, która chce zrobić dla świata coś wspaniałego. I nagle widzisz, że wokół podobny zapał ma tylko kilka osób. A gdy zawalony pracą prosisz kogoś o pomoc, czasem słyszysz, że »to nie należy do moich obowiązków«. Oczywiście w biurze ds. rewitalizacji pracuje mnóstwo osób, które sercem są bardziej społecznikami niż urzędnikami i wielokrotnie nam pomagały. Ale właśnie dlatego, że chciały, a nie musiały”. Kilka zdań, kilka wątków, zacznijmy od następującego: NGO’sy naprawdę są takie wspaniałe?

– Bardzo dobrze się czułam w środowisku łódzkiego trzeciego sektora. Tutejsze grupy aktywistyczne są bardzo fajne: są to ludzie, którym się naprawdę chce. I nieważne, czy jesteś urbanistą z koła naukowego, czy feministką, która walczy o prawa lokatorów. Jeżeli trzeba, to zakasujecie rękawy i pracujecie razem. Tak było kilka lat temu z łódzką strategią dla miasta.

Ale pokażmy też negatywy: trzeci sektor łączy w sobie wady pierwszego i drugiego sektora. Z jednej strony ustawa o pożytku publicznym zakłada tryb konkursowy o logice zupełnie innej niż przetargi. Nie wymaga się od nas jednej faktury, lecz dostarczenia na każde wydane publiczne pieniądze mnóstwa papierków i zaświadczeń, co oczywiście marnotrawi nasz czas i energię. Do tego pokaż mi firmę, która dokłada 5–10% do np. budowy ulicy czy mostu. A tego żąda się od NGO: każdy chce od nas wkładu własnego. Wbrew potocznemu poglądowi firmy mają zdecydowanie łatwiej. Z drugiej strony organizacje trzeciego sektora muszą też hodować w sobie wewnętrznych kapitalistów. Żeby przetrwać i robić dobre rzeczy, musisz w pewnym momencie zdecydować: albo wygaszanie działalności, albo niekoniecznie sympatyczne kompromisy z różnymi podmiotami wokół. I tutaj pojawia się pytanie: czy można budować świat, o którym marzymy, równocześnie podtrzymując istniejący stan rzeczy.

Wiele złego wynika z tego, że przez administrację publiczną organizacje pozarządowe są uznawane za obszar bardzo taniego outsourcingu. Wręcz mówi się o nich jako o grupach frajerów, którzy z jakiegoś powodu mają potrzebę orania za darmo. Zadania zlecane NGO’som przez gminy czy instytucje centralne często nie wymagają spełniania norm gwarantujących np. godziwe warunki zatrudnienia. Moim zdaniem wina leży zarówno po stronie pierwszego, jak i trzeciego sektora, zarówno po stronie grantodawców, jak i grantobiorców. Obszar praw pracowniczych w obrębie trzeciego sektora jest cały czas do uregulowania.

– A skoro jesteśmy przy relacjach instytucje-społeczeństwo obywatelskie: jak Twoim zdaniem obecnie urzędniczki miejskie i politycy samorządowi odnoszą się do ruchów miejskich? Czas wzajemnej obcości mamy już zdaje się za sobą?

– Ruchy miejskie dla samorządów stały się swego rodzaju pożądaną ozdóbką. Od kilku lat rosnąca część polityków samorządowych chce mieć na listach i w swoim zapleczu aktywistki i aktywistów miejskich, bo dobrze zbierają głosy. Urzędy biorą ich na pokład, bo chcą świeżej wizji lub powodu, żeby inni aktywiści się odczepili. Pojawia się jednak istotne „ale”: on/ona muszą być grzeczni, zgadzać się z linią i postulatami władz lokalnych, muszą działać w ściśle określonym zakresie. A tak się nie da funkcjonować, jeżeli jest się autentyczną aktywistką miejską.

Gdy zaczęłam pracować w urzędzie, nie potrafiłam ograniczyć się do swojej działki. Jeżeli widziałam, że coś idzie źle, to mnie to wkurzało i zostawałam po godzinach, żeby pomagać komuś, kto realizuje inne zadanie, ale wpływające na całokształt pewnego wyzwania czy projektu. Poza tym darłam koty z każdym, kto moim zdaniem podejmował szkodliwe decyzje. Bez względu na jego pozycję w hierarchii urzędu. Rozumiem, że to mogło być trudne dla moich współpracowników.

– Myślisz, że ruchy miejskie czeka marsz przez instytucje samorządowe? Z tym zastrzeżeniem, że do ruchów miejskich już dziś przytulają się np. odstępcy z wielkich partii?

– Myślę, że jesteśmy właściwie pierwszym rzutem miejskich aktywistek i aktywistów, którzy zasilają instytucje miejskie. Mamy trochę status bożych wariatów. W jakimś stopniu przecieramy szlaki: nasza sprawczość czy możliwości działania są dość małe. To, co możemy robić w tych instytucjach, to po części upewnianie, że nie chcemy zrobić nic złego, że nasze idee działają w praktyce.

– Na przykład?

– Łódzki woonerf, czyli kawałek ulicy w centrum, przekształcony w przestrzeń przyjazną ludziom. Pomysł na takie rozwiązanie wyszedł z Fundacji Fenomen i łódzkich środowisk rowerowych, a projektował go nasz kolega z urzędu Bartek Zimny, świadomy swojego fachu architekt, dla którego liczyła się przestrzeń publiczna. On poszedł i negocjował z ludźmi, którzy mieli tam lokale, tak żeby osiągnąć optymalny efekt. Jacek Grunt-Mejer rewitalizuje warszawską Pragę, Tomek Bużałek przeprowadza trudną reformę transportu w Łodzi. Borys Martela robi świetną robotę partycypacyjną w Gdyni, Asia Scheuring-Wielgus czy Ewa Lieder walczą w Sejmie, czyli na poziomie krajowym – wszyscy oni wyszli z ruchów miejskich. Zatem tak – jesteśmy awangardą. Czasem się nam udaje, czasem – nie. Bywamy też instrumentalnie traktowani, wykorzystywani jak żywe tarcze: „Spójrzcie, mamy takiego cudaka z ruchów miejskich, on dla nas pracuje”. No i problem odhaczony.

– Chciałaś wyjechać z Łodzi do Gorzowa Wielkopolskiego czy wolałabyś jeszcze tu zostać?

– Chciałam wyjechać. Rozdźwięk między tutejszą polityką mieszkaniową a celami rewitalizacji wydał mi się nie do pokonania. Mieliśmy już obiektywne badania jakościowe i ilościowe, mieliśmy rekomendacje, które zakładały dostosowanie polityki mieszkaniowej miasta do celów rewitalizacji. Jeden z naszych ekspertów przyniósł kiedyś slajd, który bardzo lubię, a który pokazuje hierarchię różnego rodzaju dowodów dotyczących podejmowania decyzji przez osoby ważne w mieście. I badania naukowe są na szarym końcu, tuż za opiniami taksówkarzy [śmiech]. Miałam też poczucie, że z Jarkiem Ogrodowskim, który też jest łódzkim aktywistą, nie mamy już siły przebicia. Podam konkretny przykład: ustawa o rewitalizacji mówi o lokatorach i ich ochronie, by mogli wrócić do swoich domów. To ma zapobiec gentryfikacji. Lokatorem się jest, jeżeli ma się podpisaną umowę. Ale jeżeli nie płaciłeś czynszu, umowa jest wypowiadana i zostajesz tzw. bezumownym. Wtedy nie masz żadnych praw, można z tobą zrobić wszystko, na przykład osiedlić w gnijącej ruderze na skraju miasta. W takiej sytuacji ludzie z największymi problemami, którymi najbardziej powinna zająć się rewitalizacja, zostają pozbawieni jej pozytywnych efektów. Na obszarach wymagających interwencji ich odsetek sięgał u nas czterdziestu procent. Miasto może oczywiście zająć się samo takimi osobami, jednak mówienie o tym było bezskuteczne.

Z Łodzią jestem mocno związana emocjonalnie, bardzo mi się nie podobało to poczucie niemożności. Poza tym kończyliśmy merytoryczną część projektu pilotażowego, więc gdy dostałam propozycję pracy z Gorzowa Wielkopolskiego, pomyślałam, że warto spróbować. Tym bardziej, że zaproponowano mi stanowisko kierownicze, co dawało okazję do zmierzenia się z zupełnie nowymi wyzwaniami. Nie chciałam też firmować swoim nazwiskiem fali eksmisji, które nadciągały w Łodzi w związku z tutejszą polityką mieszkaniową pod rządami wspomnianego Jabłońskiego.

– A przy okazji: znasz zapewne dobrze argumentację, wedle której „nie da się” prowadzić polityki mieszkaniowej w Polsce.

– Podsekretarz stanu do spraw mieszkalnictwa w rządach Platformy, minister Styczeń, swoją wizję polityki mieszkaniowej opierał na ofercie kierowanej do tych, którym niewiele brakuje do osiągnięcia zdolności kredytowej. Kredyt hipoteczny na mieszkanie, finansowanie deweloperów i banków programami typu Mieszkanie dla Młodych – to były jedyne pomysły rozwiązania problemu, którego w ten sposób nie dało się rozwiązać. Dokładaliśmy się do bogatych.

Struktura potrzeb mieszkaniowych w Polsce jest taka: osoby, które są w najgorszej sytuacji, czyli bezdomni, ludzie z lokali socjalnych, mieszkańcy i mieszkanki z lokali komunalnych – sprawy ich wszystkich leżą w gestii gmin. A gminom nigdy nie wystarcza dla nich mieszkań, co z jednej strony wynika z wad prawa, z drugiej z miłości samorządów do prywatyzacji. Znów najbogatsze 20% stać na kredyt hipoteczny, być może z rządową dopłatą będzie to 25%. Wszyscy, którzy są pomiędzy 2000 a 4000–5000 złotych dochodu, które gwarantują zdolność kredytową, znaleźli się w otchłani: właściwie pozostaje im tylko wynajęcie mieszkań na rynku prywatnym. Czasami TBS-y zaspokajają tę potrzebę. Ostrów Wielkopolski jest miastem, gdzie robi się dobre rzeczy w tej materii. Mają własną spółkę, która buduje mieszkania – dotąd powstało ich ponad 170. Być może wzorowane na tym Mieszkanie+ cokolwiek poprawi, choć na efekty długo poczekamy. Ale przynajmniej obecny rząd zauważył tę lukę.

– Czujesz się polityczką? Czy lepiej ci w roli aktywistki miejskiej, albo urzędniczki samorządowej?

– Czuję się polityczką, bo Zieloni zrobili ze mnie polityczkę. Polityka, czy też polityczność w rozumieniu Zielonych, jest bardzo idealistyczna. Jeżeli moja przewodnicząca, Małgosia Tracz, mówi, że powinniśmy przestać być kojarzeni z formacją idealistów i idealistek, to ja nie znajduję już dla siebie żadnej partii na tym rynku.

– Uświadomiłem sobie, gdy wspomniałaś powyższe, że rozmawiamy dzień po łódzkiej Manifie…

– Tak, niosłam na niej transparent: „Prekariuszki wszystkich krajów, łączcie się!”.

– Czym jest dla Ciebie feminizm, czy może ściślej: lewicowy feminizm?

– Feminizm to humanizm jak mówi Tomek Piątek. Dla mnie feminizm to pewna integralna całość, choć rozumiem, że wiele feministek i feministów szuka na gruncie feminizmu także tego, co najbardziej współgra z ich potrzebami i zapatrywaniami. Stąd rozumiem, że inaczej będzie postrzegała feminizm kobieta, która jest spełniona zawodowo, zajmuje wysokie stanowisko kierownicze, ma dalsze perspektywy rozwoju, jej ekonomiczny i społeczny byt nie tyle jest zabezpieczony, co wręcz dopuszcza luksusową konsumpcję. A czymś innym będzie feminizm dla molestowanej i mobbingowanej pracownicy Amiki Wronki. One obie go potrzebują – ale inaczej będą rozkładały akcenty.

Feminizm jest też walką o prawa, która nigdy się nie kończy. I to dobrze widać na płaszczyźnie pokoleniowej. Urodziłam się w 1974 roku, jestem z pokolenia, które nieźle pamięta lata 80. XX wieku w PRL. Istniał wówczas pewien rodzaj organicznego patriarchatu, widoczny w stosunkach społecznych. A równocześnie oficjalna ideologia PRL opierała się na wizji równości kobiet i mężczyzn. Dziś feminizm jest więc i po to, aby bronić praw, które niegdyś zostały uzyskane, lecz wciąż nie są oczywiste. Mam wrażenie, że po prawie dwudziestu ośmiu latach od zmiany ustrojowej znaleźliśmy się w miejscu, w którym jest znacznie bardziej konserwatywnie, niż było wówczas.

– Mam wrażenie, choć nie będę się upierał przy tej hipotezie, że pokolenie młodszych feministek, choćby socjolożek, jest w większym stopniu wrażliwe i ukierunkowane na losy kobiet z klasy ludowej. I to je różni od nieco starszych polskich feministek, nazywanych niekiedy liberalnymi.

– Wiesz, to jest pytanie z rodzaju: „czy Kazia Szczuka kocha włókniarki?”…

– …albo Kinga Dunin.

– Myślę, że kocha [życzliwy śmiech]. Włókniarkami w Łodzi zajmujemy się dość mocno, zarówno z pozycji naukowych, jak i feministycznych, a także tożsamościowych – to część naszej herstorii. Dodam istotną rzecz – nie spotkałam w naszych środowiskach feministycznych osoby, która stwierdziłaby, że to jest nieważne. Przeciwnie: stopniowe odkrywanie herstorii doprowadziło do mocno już obecnie ugruntowanego spostrzeżenia, że to właśnie kobiety z klas ludowych, w tym robotnice z czasów PRL, walczyły o sprawy godnościowe.

Powiem tu jeszcze jedną rzecz, pewnie dość niepopularną: feminizm kończy się tam, gdzie zaczyna się przemoc. Jeżeli należysz do grupy defaworyzowanej i używasz tego jako pałki, żeby walić kogoś po głowie bez opamiętania, to robisz źle. To już nie jest feminizm, ani jakikolwiek inny „-izm”, to tylko agresja.

– Zastanawiam się w toku naszej rozmowy, gdzie właściwie jest dziś miejsce dla lewicy w Polsce. Politycznie jesteśmy poza parlamentem. Z kolei ruchy miejskie mają niezłą lewicową reprezentację, ale ich samorządowe wpływy, choć niekiedy medialnie wyraźne, wciąż nie są zbyt duże w skali kraju. Są jeszcze ośrodki naukowe, tam też działają ludzie lewicy, ale one są często szachowane…

– …bo system boloński, bo konkurencja o środki, granty, kiepskie stypendia.

Ale jeśli pytasz, co robić w tej sytuacji, to wydaje mi się, że nie powinniśmy dać się zapędzić w róg, w który wygodnie byłoby nas wysłać, czyli nie możemy dać się złapać w pułapkę pracy organicznej. Wbrew pozorom to nie byłaby dobra droga. Owszem, trzeba działać oddolnie, trzeba budować swoje instytucje, ale należy się starać, żeby one działały na szerszym planie politycznym – czy to samorządowym, czy ogólnokrajowym.

– Jest jeszcze kwestia polityki historycznej. Mocno angażujesz się w sprawy związane z kultywowaniem tradycji Rewolucji 1905 roku. Oboje wiemy, że w początkach III RP i jeszcze nieco później środowiska lewicowe miały z tym spore problemy.

– Uważam, że to bardzo ważne – praca nad odzyskiwaniem samowiedzy historycznej przez lewicę. Istotne jest to, co robicie w lewicowo.pl, istotne są łódzkie inicjatywy wokół Rewolucji 1905 roku. Ciągle trzeba walczyć, przypominać, odzyskiwać tę pamięć. W „Krytyce Politycznej” istniał spór wokół polityki historycznej. Po części dlatego, że prawica od początku zagarnęła dużą część historii i zrobiła z niej uproszczony komiks. Był taki lęk, że jeśli zaczniemy odzyskiwać swoją, nie tylko za pośrednictwem ściśle naukowych książek, to rzecz skończy się na daleko idących skrótach i skończymy na kulcie tzw. naszych żołnierzy wyklętych. Nie sądzę jednak, żeby te obawy się spełniły. Myślę, że udało się też znaleźć zupełny inny język niż prawica dla budowania bardziej popularnej polityki historycznej.

– Myślę, że trudno wyrokować w tej materii. Skala masowości obchodów rocznic Rewolucji 1905 roku i przeróżnych imprez robionych pod sztandarem „red is bad” jest zupełnie inna. Jest też inna sprawa: lewica, jak się zdaje, ma dziś kilka różnych sztandarów.

– Ale wspólny jest czerwony. Wczoraj na Manifie było mnóstwo tęczowych flag, a ja szłam z biało-czerwoną. Zawsze dbam o jej obecność na lewicowych pochodach.

– Jest jeszcze fioletowa flaga.

– To ładny kolor [śmiech].

– Porozmawiajmy wprost o polityce. I to polityce okołopartyjnej. Od jesieni 2015 roku w Sejmie nie ma Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Od czasu wyborczej porażki Zjednoczonej Lewicy krytycznie wypowiadasz się o Razem. Pytanie, dlaczego jako Zieloni nie poszliście wtedy wspólnie z nimi do wyborów.

– Zdecydowały o tym wyłącznie niesnaski personalne. Razem wówczas bardzo mocno wydzielało się z Zielonych i chciało się silnie od nas odróżniać. Z tego, co wiem, forma i charakter rozmów koalicyjnych były zniechęcające.

Z kolei Zjednoczona Lewica była formułą, w ramach której można było zachować swoją tożsamość. Dodam, że jestem w Zielonych formalnie od 2006 roku. Przeszłam przez Radę Krajową i Zarząd. Byłam „sekretarą” partii, jak to się pięknie mówi w Zielonych. Przez te lata nigdy nie byłam jakoś specjalnie przekonana do sojuszy z SLD. Ale rozumiem, że polityka to taka dziedzina rzeczywistości, w której czasem gra się drużynowo, żeby później się podzielić. W momencie, gdy gra się na sukces wyborczy, nie ma sensu się rozdrabniać.

Bardzo cenię i lubię Barbarę Nowacką. Współpraca z nią, gdy była liderką Zjednoczonej Lewicy, była dla mnie dużą radością. Nieprzyjemnością było z kolei startowanie z list razem z Leszkiem Millerem czy Januszem Palikotem. To było nam wytykane, może i słusznie. Faktem jest natomiast, że w skali całego kraju ZL zdobyła 1147102 głosy, co dało nam 7,55 proc. Przy ośmioprocentowym progu dla koalicji zabrakło nam bardzo niewiele do wejścia. I lewicy po prostu nie ma w Sejmie.

– Gniew Zjednoczonej Lewicy skupił się na Razem. Ale ktoś może powiedzieć, że największym wrogiem SLD od jakiegoś czasu jest właśnie SLD. Przypomnijmy choćby postać ich kandydatki na urząd prezydentki III RP, czyli Magdaleny Ogórek.

– I może wciąż tak jest. Ale to wszystko nie jest tak oczywiste, jak próbuje się powiedzieć. Być może niektóre środowiska lewicowe, nie będę już wskazywała które, za bardzo naczytały się Carla Schmitta i dążą do zaostrzenia tego konfliktu, żeby się na tym wybić, pokazać pewne linie sporu i zaznaczyć swoją tożsamość.

W SLD, z powodu różnych uwarunkowań politycznych, zostało wiele osób, które bardzo cenię. Tutaj w Łodzi mamy wiceprezydenta Tomka Trelę, który po rozłamie na SLD i Inicjatywę Polską został w Sojuszu z przyczyn czysto praktycznych – to ta partia weszła przecież do Rady Miasta i tworzy jego zaplecze polityczne. A równocześnie jest to człowiek, z którym zawsze współpracowało mi się fantastycznie.

A przechodząc na poziom, tak to nazwijmy, lewicowego mitu: mamy SLD, które w pewien sposób jest już politycznym trupem. I wszyscy o tym wiedzą. Ale ta partia niesie ze sobą twardy elektorat osób dziś już starszych, które wciąż głosują. Młode lewicowe środowiska polityczne mówią: zostawmy tego SLD-owskiego trupa na polu, niech go rozdziobią kruki i wrony, za tajne więzienia CIA, za podatek liniowy i Cimoszewicza, co kazał się ubezpieczać powodzianom. A moim zdaniem, jeśli godnie tego truchła nie pochowamy…

– …ono nie chce dać się pochować.

– [śmiech] Jeśli nie pochowamy przeszłości, uznając nie tylko winy, ale też jakieś zasługi, nie pójdziemy do przodu, bo te zwłoki będą organizować oś politycznej debaty na lewicy przez następne lata. Paradoksalnie, skupiając się na krytyce SLD, wszyscy coraz bardziej kręcimy się w kółko.

– Mam wrażenie, że dziś zapanowała moda na podkreślanie, że SLD to nie jest lewica. A ja już nie chcę tak mówić – sprawa jest zbyt skomplikowana i trochę bawi mnie, gdy np. młodsze roczniki publicystek i publicystów „KP” z namaszczeniem odkrywają, że „Kurica nie ptica, SLD nie lewica”.

– Uważam, że po prostu trzeba pogodzić się z faktem, że SLD ma skomplikowaną przeszłość i są tam dziś bardzo różni ludzie. Niektórzy robią sobie reklamę na sekowaniu SLD, dziś znacznie słabszego niż niegdyś, ale nie wiem, czy coś z tego sensownego wynika. Przyjdzie moment, że trzeba będzie przyjąć w nasze szeregi osoby, które robią dobrą robotę w lokalnych strukturach Sojuszu. To się już zresztą dzieje. Obecne plucie na nich epitetami z pewnością nikomu tego nie ułatwi.

– Wróćmy do sztandaru lewicy, o którym była mowa wcześniej: pytanie, czy nie byłoby dziś najlepiej, gdyby różne nurty polityczne jednoczyły się pod jednym z nich.

– Może inaczej – nawet jeżeli doszlibyśmy do wniosku, że powinien być, to przecież nigdy nie będzie. Zastanówmy się nad pragmatycznym wymiarem tej sprawy. Moim zdaniem kluczowa jest godność. Jeżeli dziś o kimś mówimy, że jest „sługusem Millera” czy – jak na przykład mawiano o Zielonych – „dostarczycielem ekologicznej karmy dla psów w więzieniach CIA”, to nie stworzymy z nim dobrej drużyny w kolejnej kampanii wyborczej, bo on niestety będzie to pamiętał. Oczywiście pod warunkiem, że myślimy nie tylko o słuszności, ale też o sukcesie wyborczym, który implikuje szeroką koalicję. Jeśli miałoby to być pod sztandarem jednej partii, to najważniejsze, żeby wszyscy czuli się bezpiecznie i dobrze. A niestety braterstwa na lewicy brakuje jak nigdy…

– Możemy mówić o ideach albo zwartym programie politycznym, ale pierwsze miejsce na liście zawsze stanowi kość niezgody.

– Moim zdaniem większym problemem środowisk lewicowych, szczególnie tych młodych, jest przejęcie agresywnego prawicowego języka internetowego. Jako żywo przypomina on zresztą łamy „Trybuny Ludu” z czasów późnego Gomułki. Niepokoi mnie, że ten rodzaj bezpardonowej walki politycznej został przyjęty w wewnętrznej debacie lewicy. To blokuje poważne rozmowy o wspólnej drodze do politycznego sukcesu.

– Wrzuciłaś niedawno na swój profil zdjęcie z niebieską poduszką z napisem Rodzina 500+. Właściwie to temat na rozprawkę: lewica a Prawo i Sprawiedliwość, nastawienia, postawy, niechęć, kompleksy i pochwały. Spróbujmy nakreślić, jak ten temat wygląda z Twojej perspektywy. PiS stał się lewicą po polsku czy może takie stwierdzenie to jednak gruba przesada?

– Obecnie w najtrudniejszej sytuacji na lewicy znaleźli się ci ludzie, którzy mówili, że najważniejsze są postulaty socjalne i żadne inne się nie liczą. Dlatego, że PiS im właściwie to wszystko odebrał. Żeby nie było wątpliwości: PiS bardzo uważnie czytał przed wyborami „Nowego Obywatela” czy „Krytykę Polityczną”. To widać w ich programie. Część ich pomysłów na kwestie społeczno-gospodarcze pochodzi z lewicowych źródeł.

Co do 500+ – mnie naprawdę nie interesuje, kto to wprowadza. Ważne, żeby było. Jestem szczęśliwa, gdy w Gorzowie przychodzą do mnie rodziny wielodzietne, które wreszcie mają nie tylko co do garnka włożyć, ale też za co kupić meble czy wyremontować coś w mieszkaniu, a wcześniej nie dość, że biedowały, to były w Łodzi traktowane przez ludzi pokroju wspomnianego wyżej pana Jabłońskiego jak śmieci.

Ale istotne jest też dla mnie, do jakich celów politycznych jest to używane. A będzie i jest używane do wsparcia postulatów, które są wykluczające, nie tylko wobec mniejszości, ale wobec kobiet czy osób pochodzenia innego niż polskie. I tu chyba jest największe pole działania dla lewicy, bo już teraz widać, że ani PO, ani Nowoczesna tego nie dźwigną. Tylko czy jako lewica potrafimy zbudować szeroki inkluzywny projekt, skoro tak łatwo wykluczamy siebie nawzajem? Chciałabym, żeby nam się kiedyś udało.

– Dziękuję za rozmowę.

Łódź, 5 marca 2017 roku