przez Krzysztof Molenda | wtorek 2 stycznia 2018 | gospodarka społeczna, Kwartalnik, Zima 2017
Kwestia publicznej własności przedsiębiorstw jest ważna dla ustroju państwa. Nie tylko ze względów ekonomicznych, ale także z punktu widzenia rzeczywistego działania instytucji i społeczeństwa. Jest to jeden z elementów, który decyduje o możliwości i kierunku zmian.
W polskiej debacie publicznej ta kwestia jest właściwie pomijana. A przecież w latach 90. miała ona olbrzymie znaczenie, z oczywistego powodu udziału własności państwowej w gospodarce. Jednak nawet wtedy nie odbyła się publiczna dyskusja na temat tego, jaka właściwie ma być rola przedsiębiorstw państwowych w nowym ustroju. Dyskusja została zdominowana przez obóz neoliberalny, który postrzegał własność publiczną w niezwykle zawężony sposób, wyłącznie jako źródło dochodów budżetowych. Takie spojrzenie stanowiło właściwie jedyną alternatywę dla wcześniejszej pełnej nacjonalizacji gospodarki.
Do publicznej świadomości w Polsce zupełnie nie przebiły się nowoczesne lewicowe idee dotyczące roli i znaczenia przedsiębiorstw państwowych w gospodarce. Niewątpliwie miało to wpływ, dziś trudno ocenić jak znaczący, na dominację przez kolejne dekady dogmatu o konieczności prywatyzacji i reprywatyzacji. Dogmat ten obowiązuje w dużej części do dziś. W mojej opinii obrońcy własności państwowej w III RP także nie potrafili go zakwestionować. Wielu z nich akcentowało nadużycia (czy zwyczajne złodziejstwo) w trakcie procesów prywatyzacyjnych, podkreślając krzywdę konkretnych pracowników tych zakładów i utratę zysków państwa po sprzedaży czy likwidacji przedsiębiorstw. Padały też argumenty o tym, że nacjonalizacja przemysłu wydawała się wszystkim słuszna i konieczna zaraz po II wojnie światowej. Uzasadniano to wolą społeczeństwa czy zdrowym rozsądkiem. Ale było to uzasadnianie decyzji sprzed kilkudziesięciu lat i zupełnie innych realiów.
Do debaty publicznej nie przedostał się argument o tym, że przedsiębiorstwa państwowe mogą pełnić inne funkcje. Nie muszą stanowić po prostu miejsc pracy i źródła dochodów budżetowych. Dla rozwiązania problemów niesprawiedliwości w stosunkach pracy, kapitalistycznych monopoli i innych problemów, które planowano rozwiązać przez nacjonalizację, państwa mają dziś inne narzędzia, nierzadko znacznie skuteczniejsze.
Nie pojawiły się w Polsce argumenty, że przedsiębiorstwa państwowe mogą i powinny stanowić ośrodki modernizacji gospodarki, przełamywać zmowy monopolistyczne, pełnić rolę inwestorów ułatwiających start nowych gałęzi przemysłu czy wreszcie stanowić przedłużenie aparatu rządowego i narzędzia realizacji jego polityki budżetowej, infrastrukturalnej i rozwojowej.
Sama taka debata publiczna nie wystarczy. Nawet jeśli będzie panować konsensus, że przedsiębiorstwa państwowe są pożyteczne i konieczne dla realizacji wizji modernizacji państwa, pierwszym problemem może być brak spójnej i realnej wizji wśród elit czy partii rządzącej. Widzę własność państwową jako narzędzie, ważne i znakomite, jeśli dobrze wykorzystane, ale w żadnym wypadku panaceum, które może wyleczyć inne problemy państwa i społeczeństwa. Opisany tu Urugwaj ma o tyle szczęście, że elity rządzące od kilkunastu lat potrafią zdefiniować oczekiwaną wizję państwa i realizować jej wcielanie w życie – m.in. korzystając z firm państwowych jako narzędzi w zmienianiu kraju.
Znaczenie majątku należącego do skarbu państwa w gospodarce Urugwaju nie jest wielkie, zwłaszcza jeśli jako kryterium oceny przyjmiemy udział własności państwowej w całym majątku narodowym. W przemyśle wytwarzającym towary konsumpcyjne, rolnictwie i handlu w zasadzie nie występują żadne przedsiębiorstwa państwowe. Historycznie nie miały one jak powstać, gdyż w Urugwaju nigdy nie przeprowadzono nacjonalizacji majątku. Przedsiębiorstwa państwowe powstały dopiero jako odpowiedź państwa na istniejące bariery rozwoju. Bariery te objawiały się w postaci braku określonej infrastruktury lub zależności od importu, obcych monopoli czy manipulacji cenowych. Nie powstawały zatem przedsiębiorstwa rolnicze, górnicze czy o nastawieniu eksportowym. Prawie wszystkie z nich były organizowane od zera, jako nowe byty mające zaspokajać określone potrzeby gospodarki. Wyjątkiem wartym opisania nie tylko jako ciekawostka, ale też skupiającym w sobie problemy, jakie może napotkać infrastruktura w rękach państwowych, jest historia kolei urugwajskich.
Administración de Ferrocariles de Estado, czyli koleje państwowe, powstały w drodze wywłaszczenia, dość jednak specyficznego. Otóż Wielka Brytania nie była w stanie spłacić zadłużenia wobec Urugwaju, więc uczyniła to akcjami spółek kolejowych, będących właścicielami infrastruktury w Urugwaju. Ich brytyjscy prywatni właściciele otrzymali obligacje rządu brytyjskiego, a rząd Urugwaju infrastrukturę i tabor kolejowy. Podobnie zresztą rząd brytyjski rozliczył się z Argentyną.
Transakcja ta miała miejsce zaraz po II wojnie światowej, z której brytyjski rząd wyszedł z niemożliwymi do spłaty zobowiązaniami i oferował takie rozwiązania w celu uniknięcia upokarzającego bankructwa. Zadłużenie to powstało głównie z tytułu dostaw żywności w czasie wojny. Jednocześnie cała sieć kolejowa była bardzo mocno eksploatowana i wymagała wielkich nakładów kapitału w celu samego utrzymania ruchu, po zaniedbaniach w czasie Wielkiego Kryzysu i nadmiernej eksploatacji w czasie wojny. Motywacja rządu Urugwaju była oczywista – zarządzanie krytyczną i monopolistyczną infrastrukturą przez obcy kapitał powoduje zazwyczaj także uprzywilejowanie tego kapitału w dziedzinach zależnych od transportu. W przypadku Urugwaju były to rzeźnie, chłodnie i fabryki konserw, do których dostarczano bydło, a odbierano z nich towary eksportowe. Odrobina złej lub dobrej woli ze strony monopolisty transportowego mogła zmienić każde z takich przedsięwzięć w kolejny nabytek brytyjskich kapitalistów. I to wszystko pomimo faktu, iż koleje były budowane w standardzie „kolonialnym”, czyli w najtańszy możliwy sposób. Ich koszty działania i standard obsługi nie miały żadnego znaczenia, bo i tak właściciele dysponowali naturalnym monopolem.
Nacjonalizacja miała miejsce w 1949 r., kiedy ten monopol zaczynał zanikać dzięki pojawieniu się ciężarówek o mocy i ładowności mogącej konkurować z pociągami. W takiej sytuacji powstała w 1952 r. (po kilkuletniej integracji różnych linii) Administración de Ferrocariles de Estado, czyli Administracja Kolei Państwowych.
Koniunktura na produkty rolne eksportowane przez Urugwaj spadła drastycznie po wojnie. Tak samo spadły możliwości inwestycyjne państwa. Państwowa kolej zapewniła równe możliwości wszystkim podmiotom, ale i, co jeszcze ważniejsze, umożliwiła działanie pozostałym przedsiębiorstwom państwowym, które uprzednio były narażone na nierówne traktowanie ze strony właścicieli kolei.
Kolejne dekady to jednak stałe zmniejszanie się znaczenia kolei w transporcie (jak właściwie wszędzie na świecie) oraz nadmierna eksploatacja przy braku poważniejszych inwestycji. Efektem była coraz większa degradacja linii i taboru, a następnie stopniowe ich zamykanie. Po fali liberalizacji rynków w latach 90. ruch pasażerski został niemal całkowicie zlikwidowany, a towarowy pozostał na nielicznych odcinkach linii, głównie obsługując cementownie innej państwowej firmy, ANCAP. W użytku jest mniej niż 500 km linii z pierwotnych ponad 3000 kilometrów, a przewoźnik posiada zaledwie kilka sprawnych lokomotyw. Tory są w stanie nie pozwalającym na ruch pasażerski. Kolejne restrukturyzacje, które prowadziły wyłącznie do ograniczania funkcjonowania firmy i zmniejszania zatrudnienia, wywołały stan permanentnego braku zaufania pomiędzy związkami zawodowymi a rządem. Stąd każda zmiana, nawet zwyczajna próba zastąpienia powolnych składów z lokomotywą przez szynobusy na jedynym kawałku linii z ruchem pasażerskim, spotyka się z oporem ze strony związków.
Przez dziesięciolecia największym i najważniejszym przedsiębiorstwem w kraju był ANCAP, Administración Nacional de Combustibles, Alcohol y Portland, czyli Krajowy Zarząd Paliw, Alkoholu i Cementu. Spółka została utworzona w odpowiedzi na Wielki Kryzys i trudności w zaopatrzeniu kraju położonego na końcu świata w podstawowe wyroby przemysłowe. Przy okazji firma miała się zająć przeciwdziałaniem masowemu podrabianiu alkoholu, za pomocą dostarczania na rynek przyzwoitej jakości destylowanych trunków.
ANCAP otrzymał monopol na import i rafinację paliw w Urugwaju oraz produkcję i import cementu, czym zajmował się przez ostatnie dziesięciolecia i zajmuje nadal. Niedawno zniesiono monopol cementowy (bo przestał istnieć problem potencjalnego lokalnego kryzysu) i firma konkuruje na rynku z importerami.
Znaczenie dla obecnej polityki mają jeszcze dwie firmy. Pierwszą z nich jest UTE – Administración Nacionad de Usinas y Trasmisiones Eléctricas (Krajowa Administracja Zapór i Linii Energetycznych). Nazwa może być nieco myląca – to po prostu krajowy monopol energetyczny. Powstał w 1912 r., a aż do 1974 r. ta sama struktura zarządzała również monopolem telefonicznym, kiedy to powołano kolejne przedsiębiorstwo o nazwie ANTEL i wydzielono tę część działalności.
Zakres działalności tych firm nie jest szczególnie nietypowy, gdyż w wielu krajach na fali tendencji modernizacyjnych powstawały podobne instytucje. Stanowi on jednak esencję sukcesu politycznego i gospodarczego Urugwaju (sukcesu względnego, bo na tle Ameryki Łacińskiej) oraz widocznego rozwoju ku realiom coraz bliższym standardom krajów wysokorozwiniętych.
Nie są to zwykłe spółki prawa handlowego, a raczej niezależne części administracji państwowej. W pewnym przybliżeniu można je porównać do polskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jego misja i cele działania nie polegają przecież na maksymalizacji zysków, lecz na realizacji polityki państwowej w zakresie zabezpieczenia społecznego. Na bardzo zbliżonej zasadzie działają wspomniane urugwajskie przedsiębiorstwa państwowe. Zresztą tak samo jest zorganizowane szkolnictwo publiczne, wyższe, państwowa część służby zdrowia, administracja portów itd. Instytucje te nie są nawet nazywane firmami, a noszą oficjalną nazwę „państwowych struktur autonomicznych” lub „usługodawców zdecentralizowanych”. Z punktu widzenia organizacji państwa jest to zatem część aparatu państwowego, która została wydzielona w oddzielne podmioty w celu lepszego zarządzania, ale obowiązują ją te same zasady, co resztę aparatu państwowego. Organizacja powszechnego szkolnictwa według modelu identycznego jak w firmie telekomunikacyjnej może się wydawać zupełnie niezrozumiała. Jeśli jednak spojrzymy na to jako na wydzielone, skomplikowane dziedziny zarządzania państwem, które wewnętrznie powinny być zarządzane przez kompetentnych fachowców, a jednocześnie realizować politykę rządu w skoordynowany sposób, to sprawa staje się jaśniejsza.
Celem istnienia tych firm nie jest osiąganie zysku (choć niektóre z nich mimochodem robią to skutecznie), lecz realizowanie polityki państwowej. ANCAP powstał w celu zabezpieczenia stabilnych dostaw paliw płynnych i cementu dla gospodarki oraz wyparcia z rynku alkoholi niespełniających minimalnych standardów. Dla realizacji tego pierwszego celu ma zagwarantowany państwowy monopol i korzysta z niego, narzucając dość wysokie marże, a drugi cel został zrealizowany przez dumping cenowy, który wyparł z rynku bimbrowników i przemytników. Dziś rafineria w Montevideo jest zbyt mała, aby mogła konkurować na światowym rynku. Taniej i rozsądniej jest importować gotowe paliwa. Ale zgodnie z polityką państwową ta rafineria musi być sprawna i gotowa do produkcji.
Kolejne przedsiębiorstwa kluczowe dla zrozumienia gospodarki to państwowa firma ubezpieczeniowa oraz dwa państwowe banki, Banco de la República (BROU) i Banco Hipotecario (BHU). Pełnią rolę tę samą, co pozostałe firmy – zapewniają podstawową infrastrukturę, w tym przypadku finansową i stabilizującą. Banki państwowe działają na konkurencyjnym rynku, nie mają żadnego ustawowego monopolu, ale dominują, bo oferują tanie i dobre usługi. Zresztą od kiedy przepisy przeciwko praniu brudnych pieniędzy zostały zaostrzone, międzynarodowe banki uważają, że osiągają na tym rynku zbyt niskie zyski i ograniczają swoją działalność lub wynoszą się całkowicie.
Kolejną niezwykle ważną kwestią ustroju państwa jest kształt zarządów tych firm i sposób ich powoływania. Większość zarządów jest pięcioosobowa i tradycyjnie (nie jest to wymuszone przepisami) powołuje się do nich przedstawicieli wszystkich głównych partii. Dzięki temu również opozycja ma w każdej chwili pełną wiedzę o detalach polityki państwowej, możliwość weryfikacji dokumentów w przypadku wątpliwości czy podejrzeń o korupcję, a także ma do dyspozycji osoby, które mogą od razu przejąć zarządzanie firmą.
Polskiemu czytelnikowi, przyzwyczajonemu do obrazu „państwa resortów”, takie działanie może się wydawać niezrozumiałe lub wręcz magiczne, ale jest to opis działającego państwa i systemu. Po objęciu rządów przez lewicową koalicję Frente Amplio w 2005 r., rozpoczęto faktyczną realizację nowej polityki państwa, które miało swoich obywateli traktować poważniej niż dotychczas, również pod względem obowiązków. Miało też zredukować gospodarcze znaczenie modelu raju podatkowego i odbudować realną gospodarkę, zniszczoną praktycznie do cna przez rządy liberałów w latach 90. i przez późniejszą implozję sektorów finansów i bankowości. Szczęśliwie się złożyło, że jednocześnie rozpoczęła się znakomita koniunktura na płody rolne, co dostarczyło nieco środków niezbędnych do modernizacji państwa.
Projekt Frente Amplio rozpoczął się wraz z dojściem do władzy, ale faktycznie ta koalicja posiadała spory udział w określaniu polityki państwowej już od 2002 r. Wtedy to miało miejsce apogeum załamania gospodarczego – masowe bankructwa, kryzys bankowości, a bezrobocie sięgnęło oficjalnie 19,4%, faktycznie zaś było o wiele wyższe. Opozycja pod postacią Frente Amplio powstrzymała się przed natychmiastowym przejęciem władzy, lecz poważniejsze decyzje musiały być z nią konsultowane, a dotychczasowe partie straciły jakąkolwiek legitymację.
Początek rządów lewicy to wyzwania związane z bezrobociem, brakiem opieki medycznej, niedożywieniem i tego rodzaju bolączkami społeczeństwa po głębokim kryzysie. Za jeden z zasadniczych problemów uznano zależność gospodarki od eksportu surowców rolnych i zmienności ich opłacalności. Rolą przedsiębiorstw państwowych było przede wszystkim zbudowanie ram dla długofalowego i stabilnego rozwoju gospodarki.
Jednym z elementów tego planu miał być rozwój przemysłu informatycznego oraz informatyzacja społeczeństwa. Zadanie to jest realizowane wspólnie przez ogół agend państwowych. Dzieci wraz z rozpoczęciem nauki dostają tablet, który służy jako pomoc szkolna, ale nie ma żadnego problemu z używaniem go także przez innych członków rodziny, a biedniejsi są do tego wręcz zachęcani. Drugą część tej polityki prowadzi Universidad de la República, który kształci stosowne ilości inżynierów na kierunkach informatycznych. Kolejnym elementem tego ekosystemu są firmy, które cieszą się pewnymi przywilejami podatkowymi, ale to nie te przywileje są istotne dla rozwoju. Ważniejszy jest lokalny rynek, tworzony przez te same przedsiębiorstwa i instytucje państwowe, które charakterem swoich zamówień wspierają małe firmy. Nie chodzi tylko o bezpośrednie zamówienia, ale także o wsparcie innego rodzaju, choćby takie jak hurtowe zakupy miejsc wystawowych na targach. Wystawienie się na prestiżowych targach jest poza jakąkolwiek skalą marzeń dla kilkuosobowej firmy z trzeciego świata. Kiedy rząd kupuje kilkaset metrów kwadratowych powierzchni wystawienniczej, a potem rozdaje krajowym małym firmom po kilka metrów wraz z dwoma biletami lotniczymi, to ten prosty sposób otwiera przed wieloma podmiotami, a nawet całymi branżami gospodarki zupełnie nowe możliwości.
Jedni w tych warunkach radzą sobie lepiej, inni gorzej, ale cały plan nie miałby żadnego sensu bez infrastruktury. Odpowiedzialny jest za nią ANTEL. Firma ta posiada monopol na telefonię kablową i kablowy dostępu do internetu oraz jest jednym z trzech konkurujących dostawców telefonii komórkowej. Oczywiście gdyby brać pod uwagę jedynie mechanizmy rynkowe i siłę nabywczą, to w kraju takim jak Urugwaj opłacałoby się podłączyć abonentów jedynie w lepszych dzielnicach Montevideo i sztucznie zaniżać liczbę telefonów w mniejszych środkach, a sieć światłowodową instalować w niewielkim zakresie i żądać wysokich cen. Ale celem ANTEL-u nie jest zysk, lecz realizacja polityki państwowej, choć firma osiąga zyski, i to niemałe. Obecnie są one w całości przeznaczane na rozbudowę infrastruktury. Cele tej rozbudowy są niezwykle ambitne, ale mają być zrealizowane, ponieważ stanowią część polityki państwowej. Mianowicie jeszcze przed końcem obecnego dziesięciolecia prawie wszyscy mieszkańcy kraju mają mieć doprowadzony światłowód do miejsca pracy i zamieszkania. Zostało to już w znacznej części zrealizowane, tj. w około 60-70%, również w rzadko zaludnionych regionach kraju.
Takie inicjatywy miały służyć nie tylko stworzeniu działającej infrastruktury, ale także dostarczeniu najwyższej jakości usługi, bo ma ona wspierać krajowy przemysł. Dlatego też kolejną inwestycją był bezpośredni światłowód do Miami, łączący się z dość dużym centrum danych pod Montevideo. Te ostatnie inwestycje były prowadzone wspólnie z Google, a miejsce w centrum danych ma wykorzystywać zarówna ta firma, jak też kilku innych światowych gigantów informatycznych. Z punktu widzenia tychże gigantów miejsce, którego używają do składowania danych, musi spełniać określone warunki. Oprócz podstawowych standardów technicznych (czyli po prostu odpowiedniej mocy sprzętu, który można zwyczajnie kupić), jest jeszcze kwestia połączenia ze światową siecią (czyli zasadniczo z USA). To właśnie zrobił ANTEL, oferując najlepszej jakości połączenie w całej Ameryce Południowej. Oczywiście jest to także, czy przede wszystkim, infrastruktura dla lokalnych firm.
Centra danych to instalacje niezwykle energochłonne. Dlatego koszt energii stanowi o ich efektywności i opłacalności. Poza tym Google, podobnie jak większość pozostałych gigantów z USA, pod naciskiem społecznym zadeklarowało, że będzie korzystać wyłącznie z energii odnawialnej. Nie wszędzie ten cel został osiągnięty, ale żadne nowe energochłonne inwestycje nie są lokowane w miejscach, gdzie nie można spełnić tego warunku. Skoro tak wiele zależy od dostaw elektryczności, to działania (i sukcesy) ANTEL-u nie byłyby możliwe na taką skalę bez rozsądnie zaprojektowanego monopolu energetycznego, czyli UTE.
Sytuacja z wytwarzaniem i dostarczaniem elektryczności kilkanaście lat temu wyglądała tak, że zapory rzeczne budowane przed i podczas II wojny światowej dostarczały około 1/3 potrzebnej elektryczności, pozostała część zaś była wytwarzana w elektrowniach opalanych ropą lub importowana. Dostęp do sieci był dość powszechny i sięgał ponad 90%, jednak blackouty były codziennością, a elektryczność zawsze była dla wszystkich odbiorców kosztowna. W suchych latach spadały zarówno produkcja prądu, jak też produkcja rolna, więc kryzysowe efekty kumulowały się w całej gospodarce.
Po przejęciu władzy przez Frente Amplio rozpoczęto plan ulepszenia energetyki i zmniejszania emisji gazów cieplarnianych. Stara elektrownia, opalana ropą, położona niemal w centrum Montevideo, miała zostać zastąpiona nową, rozsądniej ulokowaną i zasilaną gazem. Jako część tej inwestycji był planowany gazoport. Poza tym, zadaniem UTE i zadaniem polityki rządowej było wdrożenie w życie produkcji tak dużej ilości energii odnawialnej, jak to tylko możliwe technicznie i finansowo.
W celu realizacji tego planu rząd, radykalnie lewicowy w swej istocie, zliberalizował możliwość produkcji energii elektrycznej. Przesył i dystrybucja są nadal ustawowym monopolem UTE, ale produkcją może zająć się każdy. Przy produkcji ze źródeł odnawialnych UTE oferuje wieloletnie kontrakty ze stawkami gwarantowanymi. Stawki te są atrakcyjne, ale tylko jeśli weźmie się pod uwagę, że Urugwaj jest stabilnym krajem bez historii wywłaszczeń i naruszania praw nabytych. Liczona w dolarach amerykańskich rentowność takich inwestycji wynosi ok. 8-9% i jest akceptowalna w stabilnym kraju. W sąsiedniej Argentynie nikt nie zaryzykowałby pieniędzy przy perspektywie takiego zysku. Również w Polsce byłoby trudniej o chętnych – i słusznie, co udowodniły ostatnie działania rządu w sprawie odnawialnych źródeł energii.
Stabilność, bezpieczeństwo inwestycji, spójna polityka rządu i UTE oraz szybko udoskonalana technologia i spadające koszty energetyki wiatrowej i słonecznej, spowodowały efekt nieprzewidziany w pierwotnym planie. Energetyka odnawialna została rozbudowana do poziomu, w którym paliwa kopalne nie są już prawie w ogóle potrzebne. Obecnie szczytowa moc elektrowni wiatrowych jest zbliżona do całościowego zapotrzebowania na energię z tego źródła, a zapowiedziane i rozpoczęte inwestycje sprawią, że w przyszłym roku je przekroczy. Rozbudowa energetyki wiatrowej zostanie zasadniczo zakończona, co sprawi, że Urugwaj będzie prawdopodobnie pierwszym krajem na świecie, który zrobi to na tę skalę. Nie dotyczy to energetyki słonecznej, która dopiero się rozpędza i też ma dobre warunki finansowania i rozwoju.
Obecnie elektrownie wodne produkują nieco więcej niż poprzednio (większe opady wskutek zmian klimatu), elektrownie opalane ropą zostały zastąpione przez wiatrowe, a Urugwaj z importera prądu stał się jego eksporterem. Oczywiście w nowym systemie elektrownie wodne zostały przebudowane z dostarczających stałą, stabilną ilość prądu, na takie, które uzupełniają to, czego akurat nie mogą dostarczyć wiatrowe i słoneczne. Elektrownie cieplne jeszcze istnieją i w razie potrzeby są uruchamiane, ale paliwa nieodnawialne (czyli ropa) dostarczają łącznie około 3-5% elektryczności.
Koszty wytworzenia i nabycia prądu przez UTE drastycznie spadły, ale obniżki dla konsumentów są bardzo powolne, co również jest częścią wymuszającej oszczędności polityki rządowej. W istocie gospodarstwa domowe mogą uzyskać zniżki jedynie, jeśli włączą się w jakiś sposób do programu przebudowy energetyki: czy to jako prosumenci, czy użytkownicy kolektorów słonecznych obok elektryczności do grzania wody, czy też instalując większe bojlery i pozwalając na ich sterowanie przez UTE dla bilansowania energetyki wiatrowej i słonecznej. Polityka cen węglowodorów, kontrolowana przez ANCAP w stosunku do cen elektryczności, zachęca do stopniowej rezygnacji z ogrzewania gazem i olejem opałowym na rzecz elektryczności (choć i tak podstawowym opałem jest drewno). W ramach dygresji – drewno też jest krajowe, choć naturalnie drzewa w Urugwaju prawie nie rosną, zresztą wycinka naturalnych obszarów leśnych jest w większości przypadków zabroniona. Od lat 80. prowadzony jest natomiast publiczny program zalesiania, w ramach którego np. dla drobnych rolników oferowane są dotacje na założenie i utrzymanie lasów zaspokajających ich prywatne potrzeby energetyczne. To pierwszy etap niezależności energetycznej.
Nie jest powszechną wiedza, że ubocznym skutkiem dużego udziału energetyki odnawialnej jest bardzo wysoka stabilność sieci i niezawodność dostaw elektryczności. Przy okazji nieco wyjaśnia to przyczynę, dla której giganci informatyczni naciskają na kupowanie prądu ze źródeł odnawialnych. Również urugwajska sieć obecnie stała się bardzo niezawodna i stabilna, choć pod koniec poprzedniego wieku blackouty były codziennością.
Zarówno w zakresie paliw, jak też energetyki, dość istotny jest fakt, że Urugwaj to kraj w zasadzie pozbawiony jakichkolwiek zasobów energetycznych. Nie występują tu żadne paliwa kopalne, a naturalne lasy rosną na zaledwie 3-5% powierzchni kraju. Takie warunki wywołują strach o zaspokojenie podstawowych potrzeb energetycznych i mentalność „skąpstwa energetycznego”. Większość populacji nie ma żadnego problemu z tym, że elektryczność jest dość kosztowna, paliwa do pojazdów są drogie, a paliwa grzewcze wręcz bardzo drogie.
Nie inaczej wygląda polityka UTE. Energia dla gospodarstw domowych jest droga, ale skoro wytwarzanie energii stało się tanie, to można to spożytkować na rozwój kraju. Energochłonny przemysł może liczyć na tanią energię. Na tej zasadzie powstają nie tylko wspomniane centra danych, ale np. w zeszłym roku lokalni przedsiębiorcy zbudowali gigantyczną jak na taki kraj fabrykę sody kaustycznej (elektryczność jest tu głównym kosztem produkcji).
W miejscu o takim położeniu geopolitycznym oczekuje się od władz, że paliwa będą zawsze dostępne, co bynajmniej nie jest oczywiste w peryferyjnych krajach. Ich zapewnienie to właśnie rola ANCAP. Po przejęciu władzy przez Frente Amplio ANCAP rozpoczął realizację polityki ograniczania zużycia paliw kopalnych. Trudno tu mówić o sukcesie, bo przy rosnącej zamożności społeczeństwa cały czas rósł poziom zmotoryzowania. Jednocześnie o transporcie publicznym w Montevideo trudno powiedzieć cokolwiek pozytywnego; oprócz tego, że w ogóle jest. Więc każdy, kogo było na to stać, nabywał auto. Pomimo tego ANCAP zwiększał udział paliw odnawialnych w takim stopniu, w jakim to było możliwe. Etanol stanowi 10% składu sprzedawanej benzyny, jak jest na całym świecie. Jednocześnie w Urugwaju znajduje się niewielki region, gdzie można uprawiać trzcinę cukrową, i który w miarę sprawnie prosperował, aż do momentu światowego załamania rynku cukru na początku lat 90. Region oddalony od centrum i pozbawiony tradycji uprawy czegokolwiek innego popadł w nędzę, z której wyciągnęła go polityka ANCAP. Trzcina cukrowa znów jest uprawiana, ale tym razem większość przerabia się na alkohol dodawany do benzyny. Jest to rozwiązanie droższe niż uzyskiwanie etanolu z ropy naftowej, ale z punktu widzenia państwa – lepsze niż faktyczne porzucenie cukrowniczego regionu Bella Union i ludzi tam mieszkających.
ANCAP wytwarza także biodiesla. Surowcem są w tym przypadku tłuszczowe odpadki rzeźnicze, zużyte oleje z restauracji, a także oleje zbierane z gospodarstw domowych w ramach recyklingu (choć to ostanie ma wymiar raczej edukacyjny niż gospodarczy). Nawet przy darmowych surowcach nie jest to produkcja rentowna. Jeśli używa się tłuszczy posiadających wartość ekonomiczną, to wytwarzanie biodiesla jest z punktu widzenia przedsiębiorstwa pozbawione sensu ekonomicznego. Ale z punktu widzenia państwa obawiającego się kryzysu paliwowego, jest to działanie całkowicie racjonalne. Utrzymywanie możliwości produkcyjnych tego paliwa, doświadczenia firmy i pracowników – są po prostu polisą ubezpieczeniową oraz realizacją ludzkiej solidarności w zakresie ochrony klimatu.
Kolejnym przykładem wzajemnej współpracy przedsiębiorstw państwowych niekoniecznie w celu własnego zysku, a w celu realizacji polityki państwa, jest kwestia sieci ładowania pojazdów elektrycznych. Ogłoszono, że w całym kraju powstanie sieć ładowarek wzdłuż wszystkich dróg krajowych w odległościach około 60 km od siebie, co pozwoli przemieszczać się po całym kraju bez obaw samochodami elektrycznymi, nawet tymi o małym zasięgu. Nie będą to ładowarki najwyższej klasy, ale powstanie wystarczająco gęsta ich sieć. Zapewne większość znajdzie się na stacjach benzynowych ANCAP, bo i po co szukać innych miejsc?
Innym przykładem działania poza logiką rynkową jest kwestia obecnej sytuacji przemysłu mleczarskiego. Wytwarzanie mleka, serów i masła jest bardzo poważną gałęzią gospodarki, ale eksport na protekcjonistyczne rynki, jak UE czy USA, jest w zasadzie niemożliwy. Ważnymi miejscami zbytu były zawsze Rosja i Wenezuela. W tym pierwszym kraju popyt drastycznie spadł wskutek ubożenia społeczeństwa, a w tym drugim sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Głównym odbiorcą była tamtejsza państwowa sieć sklepów, która przestała płacić. W tej sytuacji ANCAP zaoferował, że potrąci swoje należności za ropę kupioną od Wenezueli i zapłaci bezpośrednio urugwajskiej spółdzielni mleczarskiej. Wenezuelczycy się zgodzili, ale zaoferowali następne dostawy ropy, zażądali części płatności w gotówce i jeszcze mleka w proszku. Wszystko było w porządku, przedłużenie umów wydawało się korzystne dla wszystkich, dopóki nie okazało się, że wysłane kilkadziesiąt milionów dolarów ktoś w Wenezueli zupełnie zwyczajnie ukradł po drodze. To był koniec interesów. ANCAP ropę kupuje gdzie indziej, ale spółdzielnie mleczarskie zostały bez pieniędzy i z mniejszą liczbą klientów, co oznaczało widmo bankructwa dla wszystkich podmiotów zaangażowanych w przemysł mleczarski. Dla ratowania sytuacji UTE zaproponowało przemysłowi mleczarskiemu specjalne taryfy za energię elektryczną, które oznaczają bonifikatę od 15% dla wszystkich do 80% dla najmniejszych rolników.
Powyższy opis jest bardzo daleki od wyczerpania tematu. Właściwie może służyć jedynie jako zasygnalizowanie problemu istniejącego w Polsce i pokazanie, że gdzie indziej działa to inaczej. I że warto się porządnie zastanowić, czego oczekujemy od przedsiębiorstw państwowych.
przez Katarzyna Duda | wtorek 2 stycznia 2018 | gospodarka społeczna, Kwartalnik, Zima 2017
Jesienią 2017 r. minęło pięć lat od inauguracji najgłośniejszej w Polsce kampanii wymierzonej w umowy cywilnoprawne. Towarzyszyło jej hasło „Stop umowom śmieciowym” i wizerunek postaci Syzyfa, który stał się symbolem osoby zatrudnionej na podstawie stosunku cywilnoprawnego – prekariusza.
Od 16 października do 30 listopada 2012 r. NSZZ „Solidarność”, związek zawodowy stojący za kampanią, prowadził na szeroką skalę akcję informacyjną na temat umów cywilnoprawnych. Wykorzystano do tego media (m.in. kino, telewizję i billboardy), organizowano w całej Polsce spotkania edukacyjne na temat deficytów, z którymi wiąże się zatrudnienie na umowach cywilnoprawnych1. Niewątpliwą zasługą owej kampanii było zaangażowanie mediów do podjęcia tej problematyki. Na temat inicjatywy ukazało się co najmniej 118 artykułów prasowych, w których na określenie umów cywilnoprawnych przyjął się termin „umowy śmieciowe”. Zamiar nadania tej podstawie zatrudnienia jednoznacznie negatywnych skojarzeń przyniósł efekty, a kwestia zrównania umów cywilnoprawnych z umowami śmieciowymi na dobre zagościła później w przekazach medialnych. Strategie działania na polu dyskursywnym i próby wpłynięcia na debatę publiczną na temat umów cywilnoprawnych nie odniosły natychmiastowego skutku na polu prawnym, lecz zaczęły owocować po latach. W ciągu pięciu lat od inauguracji kampania przełożyła się na istotne zmiany w prawie dotyczącym takich umów.
Pierwszym rezultatem akcji, poprawiającym sytuację osób zatrudnionych na śmieciówkach, było objęcie ich ubezpieczeniem społecznym z dniem 1 stycznia 2016 r. Zmiana ta weszła w życie za rządów Prawa i Sprawiedliwości, lecz decyzja o reformie zapadła jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Od momentu objęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nastąpiły dalej idące działania wymierzone w umowy cywilnoprawne: przede wszystkim wprowadzenie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej w zamówieniach publicznych, a ponadto minimalnej stawki godzinowej.
Nie pozostawia wątpliwości fakt, że ustanowieniu obowiązkowej klauzuli propracowniczej w przetargach publicznych przyświecał zamiar ograniczenia zawartych niezgodnie z prawem umów śmieciowych tam, gdzie za finansowanie usług świadczonych przez podmioty prywatne odpowiada państwo. Intencje ustawodawcy, wskazane w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej, były natomiast dwojakie: „uzyskanie pozytywnej zmiany na rynku pracy przez wprowadzenie ochrony osób otrzymujących wynagrodzenie na najniższym poziomie oraz przeciwdziałanie nadużywaniu umów cywilnoprawnych”2.
Celem niniejszego tekstu jest omówienie, w jaki sposób powyższe regulacje przyjęły się na rynku pracy. To znaczy na jaką skalę przepisy te są respektowane oraz co sprzyja odnotowanym przypadkom ich naruszeń.
Klauzula propracownicza
Od 19 października 2014 r. art. 29 ust. 4 pkt 4 ustawy Prawo zamówień publicznych stał się najsilniejszym z instrumentów przewidzianych w tym prawie, jak i ogólnie w całym prawodawstwie, poprzez które zamawiające usługi instytucje państwowe mogły wpływać na warunki zatrudnienia pracowników wykonawcy angażowanego przez nie do świadczenia usług. Przepis ten stanowił, że zamawiający może wymagać od wykonawcy usługi zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę wtedy, gdy zlecane czynności noszą cechy stosunku pracy. Regulację tę wprowadzono do polskiego prawa, wskazując, że jest ona pożądana także przez ustawodawcę europejskiego3. Z inicjatywą nowelizacji prawa zamówień publicznych w tym zakresie wyszli głównie posłowie Platformy Obywatelskiej.
Przepis ten stanowił swego rodzaju powtórzenie na gruncie prawa zamówień publicznych artykułu 22 § 2 Kodeksu pracy, stanowiącego, że pracodawca powinien zawrzeć z pracownikiem umowę o pracę: a) przy wykonywaniu pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy, b) wykonywaniu pracy pod kierownictwem pracodawcy, c) w miejscu wyznaczonym przez pracodawcę, d) i w czasie przez niego wyznaczonym. Przepis ten miał docelowo wzmocnić art. 22 § 2 Kodeksu pracy, czynił to jednak w sposób mało skuteczny.
Jak pokazała praktyka, klauzula ta, będąc tylko opcjonalną, nie przyjęła się na szerszą skalę. Z badań Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a wynika, że skala jej stosowania była marginalna. Z trzydziestu instytucji, które w badanym okresie (19 października 2014 r. – 1 czerwca 2016 r.) przeprowadziły postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, z tej możliwości skorzystało zaledwie siedem4. Jeden z urzędników na przykład wyjaśniał, że gdy ma do czynienia z przepisem, który stanowi, iż wolno mu postąpić w pewien sposób, to interpretuje go jako zakaz – nie można postąpić w ten sposób. W jego ocenie niezastosowanie przepisu mogło tylko skomplikować postępowanie i narazić go na zarzut ze strony Najwyższej Izby Kontroli o niegospodarność, gdyż klauzula propracownicza podraża postępowanie. Urzędnicy w rozmowach z autorką artykułu niejednokrotnie podkreślali, że jeśli umowy o pracę oferowane pracownikom wykonawcy są dla ustawodawcy pożądanym stanem, to optymalnym rozwiązaniem byłoby wymaganie od instytucji publicznych, aby zawierała w dokumentacji przetargowej takie wymogi względem wykonawców. Sami urzędnicy przyznawali bowiem, że nie chcą kreować polityki, lecz ją realizować.
O znikomej skali stosowania klauzul społecznych pisała również Najwyższa Izba Kontroli w raporcie pt. „Stosowanie klauzul społecznych w zamówieniach publicznych udzielanych przez administrację rządową”. NIK zbadała, jak często w latach 2013-2016 (do 30 kwietnia 2016 r.) wszystkie klauzule społeczne były wykorzystywane w zamówieniach publicznych. Kontrolą objęto 29 jednostek5. W skontrolowanych jednostkach administracji rządowej najczęściej stosowano klauzulę społeczną umożliwiającą wymaganie od wykonawców zatrudnienia osób bezrobotnych (prawie 56% zastosowanych klauzul), w mniejszym stopniu korzystano z klauzuli dotyczącej zatrudnienia osób niepełnosprawnych (20%) oraz dotyczącej zatrudnienia na podstawie umowy o pracę (18%). W obliczu minimalnej skali stosowania fakultatywnej klauzuli propracowniczej, pożądane było wzmocnienie tego przepisu poprzez nałożenie na instytucje publiczne obowiązku wymagania umów o pracę od wykonawców w ściśle określonych przypadkach.
Długo wyczekiwana pozytywna zmiana weszła w życie 28 lipca 2016 r. Umożliwił ją rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy Prawo zamówień publicznych oraz niektórych innych ustaw, który wpłynął do Sejmu 24 marca 2016 r. Po wejściu w życie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej pojawił się problem związany z ochroną danych osobowych pracowników wykonawcy i z kontrolą wywiązywania się przez firmy z tego wymogu. W związku z tym Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Małgorzata Stręciwilk wspólnie z Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych Edytą Bielak-Jomaą – wypracowały rozwiązanie mające zapewnić skuteczną realizację polityki społecznie odpowiedzialnych zamówień publicznych. Uzgodniono, że zamawiający może pozyskiwać takie dane osobowe pracowników, jak imię i nazwisko, data zawarcia umowy, rodzaj umowy o pracę oraz wymiar etatu. Należy to ocenić zdecydowanie pozytywnie.
Autorka artykułu prowadzi monitoring zamówień publicznych na usługi ochrony oraz utrzymania czystości. Ocenia, że w około 90% postępowań klauzula propracownicza przyjęła się prawidłowo, tzn. zamawiający postawili ten wymóg w odniesieniu do wszystkich pracowników, którzy świadczyć będą usługi o podobnym zakresie obowiązków. Pozostałe 10% przypadków to sytuacje, w których klauzuli w ogóle nie zastosowano lub zastosowano częściowo, w sposób nieprawidłowy, na przykład:
1. Wymagając od wykonawcy zatrudnienia na umowie o pracę tylko 50% pracowników. Takie różnicowanie podstawy zatrudnienia pracowników wykonawcy jest niezrozumiałe w przypadkach, gdy wszystkie osoby miały ustalony identyczny zakres obowiązków.
2. Promując umowy o pracę w pozacenowych kryteriach oceny ofert. Takie sytuacje nie gwarantują umów o pracę dla pracowników wykonawcy, a jedynie zwiększają prawdopodobieństwo ich zawarcia. Owe rozwiązania oznaczają nieprawidłowe zastosowanie klauzuli propracowniczej, gdyż ustawa wyraźnie mówi, że zamawiający są zobligowani do wymagania umów o pracę, a nie jedynie do ich promowania.
W przypadkach, w których nierespektowanie klauzuli propracowniczej leży po stronie instytucji państwowych, interweniują organizacje społeczne, jeden związek zawodowy oraz sami pracodawcy. Warta wspomnienia jest akcja „Żółte kartki” prowadzona przez NSZZ „Solidarność”, Federację Pracodawców RP oraz Instytut Zrównoważonych Zamówień Publicznych. Kartki przyznawane są dwóm grupom zamawiających. Pierwsza to ci, którzy ogłaszając postępowania nie zadbali o to, żeby pracownicy wybieranych firm otrzymywali wynagrodzenia powyżej stawek minimalnych. Druga grupa po prostu nie stosuje klauzuli propracowniczej. Interwencje podejmowane są głównie w przetargach na usługi ochroniarskie, sprzątania i budowlane. Żółte kartki otrzymało już 80 instytucji, w tym m.in. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu czy Centrum Psychiatrii w Katowicach. Jak zauważa ekspertka „Solidarności” Sylwia Szczepańska: „ZUS też powinien być bardziej aktywny w tej sprawie. Jednak chodzi o to, by jak najwięcej składek wpływało do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Bo ci ludzie kiedyś zapukają do Funduszu po emerytury”6. Interwencje te w wielu przypadkach okazały się sukcesem i doprowadziły do zmiany zapisów postępowania wedle zaleceń interweniujących organizacji7.
Interesującą inicjatywą są również interwencje Polskiego Związku Pracodawców „Ochrona”8. Organizacja ta podejmuje działania weryfikacyjne procesów przetargowych i w razie podejrzeń zwraca się z wnioskiem o działanie do organów państwowych, takich jak Urząd Zamówień Publicznych, Państwowa Inspekcja Pracy, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, PFRON, a w uzasadnionych przypadkach – do organów ścigania. Skargi dotyczą zarówno zlecających, którzy nie liczą się z klauzulą propracowniczą i stawką minimalną, jak i podmiotów podejmujących się wykonania usługi poniżej kosztów płacowych. Związek prezentuje zaniżane ceny oraz apeluje do zamawiających i klientów o szczegółową analizę treści ofert. Instytucjami, które stały się obiektem interwencji, są m.in. Sąd Rejonowy w Zgierzu, Sąd Apelacyjny w Warszawie i Prokuratura Regionalna w Łodzi. Instytucje te zaniechały troski o przestrzeganie prawa, mimo że z uwagi na swoją podstawową działalność powinny wykazywać się szczególną dbałością o jego respektowanie.
W 2017 r. miała ponadto miejsce interwencja Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a w Ośrodku Pomocy Społecznej Dzielnicy Ochota w Warszawie. Dotyczyła ona ogłoszenia o zamówieniu na „świadczenie usług opiekuńczych podopiecznym Ośrodka Pomocy Społecznej w ich miejscu zamieszkania od września 2017 r. do stycznia 2018 r.”. Zwrócono się z pytaniem, dlaczego instytucja wymagała zatrudnienia na podstawie umów o pracę tylko 3 osób spośród 66. Pozbawiono tym samym opiekunki prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego, a więc, jak pokazuje doświadczenie – do urlopu w ogóle. Znikome były bowiem szanse na to, że firma z własnej woli zawrze z pracownikami umowy o pracę. W piśmie podkreślano, że „taka klauzula powinna zostać zawarta w odniesieniu do wszystkich pracowników, a nie tylko do części, tym bardziej w postępowaniu na usługi opiekuńcze. Nie powinno być bowiem tak, że zlecając zadanie opieki, instytucja sama nie przejawia troski względem pracowników”. Należy w tym miejscu zasygnalizować, że w przypadku usług opiekuńczych skala niestosowania klauzuli propracowniczej może być większa niż w przypadku usług ochrony i utrzymania czystości, te dwie branże są bowiem pod baczniejszą obserwacją mediów i organów kontrolnych.
Dzięki obowiązkowej klauzuli propracowniczej w niechlubną przeszłość odchodzą sytuacje, w których ochroniarz był zatrudniony na podstawie umowy o dzieło, a więc całkowicie pozbawiony ubezpieczenia społecznego. Do ograniczenia patologii przyczynił się wyrok Sądu Najwyższego z dnia 26 października 2016 r. (I UK 446/15). Sąd zajął w nim stanowisko, że ochroniarz nie może być zatrudniony na umowie o dzieło. Wyrok został wydany na podstawie następującego stanu faktycznego: firma ochroniarska zawarła ze swoimi współpracownikami umowy o dzieło, które dotyczyły sprzątania, dozoru mienia i innych czynności związanych z pilnowaniem i ochroną. Zadania te były wykonywane w miejscu i czasie wyznaczonym przez spółkę. W wyniku kontroli przeprowadzonej przez organ rentowy w 2013 r., została wydana decyzja, w której wskazano, że współpracownicy spółki podlegają obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym. ZUS uznał bowiem, że zawarte umowy o dzieło są w rzeczywistości umowami o świadczenie usług, do których powinno zastosować się przepisy właściwe dla umów zlecenia. W wyniku kontroli zakwestionowano umowy o dzieło ok. 60 osób pracujących przy ochronie mienia. Spółka złożyła jednak odwołanie od decyzji ZUS. Po odwołaniach w sądach I i II instancji sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Oddalił on skargę kasacyjną, wskazując, że brak jest uzasadnionych podstaw, aby ingerować w rozstrzygnięcie sądu apelacyjnego. Na uwagę zasługują dwa aspekty tego wyroku:
1. W orzeczeniu odniesiono się do zasady swobody umów, na którą powoływała się firma broniąca swego stanowiska. Skarżący zarzucał sądowi II instancji, że w sposób nieprawidłowy uznał on, iż swoboda stron przy zawieraniu umów może zostać ograniczona. SN potwierdził, że jedna z najważniejszych zasad prawa zobowiązań – zasada swobody umów – doznaje pewnych ograniczeń. Treść oraz cel umowy nie mogą stać w sprzeczności z właściwością zobowiązania, przepisami prawa i zasadami współżycia społecznego. Odnosząc to do analizowanego przypadku, SN wskazał, że wolą stron nie można zmieniać ustaw. Oznacza to, że strony nie mogą nazwać umową o dzieło takiej umowy, która wypełnia przesłanki stosunku pracy lub ma cechy umowy zlecenia.
2. W przywołanym orzeczeniu został poruszony jeszcze jeden aspekt obrazujący praktykę stosowania umów o dzieło. Skarżący przedsiębiorca podnosił, że fakt zawierania umów o dzieło wynika z narzucanych przez inne podmioty stawek, jakie mogą one zapłacić za usługi. Zdaniem przedsiębiorcy, nie jest możliwe realizowanie usług za takie stawki na innej podstawie niż umowa o dzieło. Na taki zarzut SN odpowiedział, że poziom opłacalności przedsięwzięcia nie jest kryterium odróżniającym umowę o dzieło od umowy o świadczenie usług i nie może być elementem uzasadniającym działanie zmierzające do obejścia prawa. W wyroku wyraźnie pouczono przedsiębiorców, że powinni składać oferty z uwzględnieniem faktycznie ponoszonych kosztów. Jeżeli ze specyfiki czynności wynika, że należy uznać je za świadczenie usług, a nie za dzieło – tak jak w przypadku ochrony i pilnowania mienia – to kosztem uwzględnionym w ofercie muszą być składki na ubezpieczenia społeczne.
Poza klauzulą propracowniczą oraz wyrokiem Sądu Najwyższego, z krytyką umów o dzieło wystąpił Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć. W wywiadzie dla „Super Expressu” pt. „Umowy o dzieło to niewolnictwo” powiedział on, że „Od lat PIP, ale i ja osobiście mówimy o tym, że skala nadużyć polegających na zawieraniu umów cywilnoprawnych, gdy powinna to być umowa o pracę, jest sprawą, którą trzeba rozwiązać”. W rozmowie uznał on także, iż należy postawić walkę z umowami zlecenie i o dzieło wśród priorytetów Państwowej Inspekcji Pracy.
Minimalna stawka godzinowa
Do pozytywnych efektów wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, która obowiązuje od 1 stycznia 2017 r. i wynosi 13 zł brutto za godzinę pracy, poza poprawą sytuacji materialnej osób zarabiających przed jej wprowadzeniem nierzadko około 4 zł za godzinę pracy, można zaliczyć:
1. Rezygnowanie przez instytucje państwowe z outsourcingu
Wskutek wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej liczne instytucje publiczne, które przed laty zdecydowały się na outsourcing usług pomocniczych (tj. utrzymania czystości czy ochrony) powzięły decyzje o rezygnacji ze współpracy z firmami zewnętrznymi i o powrocie do własnej obsługi. W wyniku wprowadzenia nowelizacji zlecanie usług na zewnątrz przestało być dla nich opłacalne. Instytucje publiczne przed laty wybierały outsourcing w celu poczynienia oszczędności na wynagrodzeniach pracowników, co było możliwe dzięki brakowi minimalnej stawki godzinowej w przypadku umów cywilnoprawnych, które oferowały pracownikom firmy prywatne. Instytucje państwowe godziły się zatem z tym, że w firmach zewnętrznych warunki płacowe pracowników będą nawet dwukrotnie gorsze9. Po wejściu w życie minimalnej stawki godzinowej, w niektórych przypadkach koszty świadczenia usług przez firmy zewnętrzne wzrosły nawet o 50%, więc pracownicy zarabiali tam wcześniej około 5 zł za godzinę. Outsourcing stracił zatem swoje uzasadnienie, bo te same środki, które firma musi od 2017 r. przeznaczać na wynagrodzenia, musiałaby również zapłacić sama instytucja.
W celu zobrazowania zachodzących procesów warto pokazać kilka przykładów, m.in. ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, w którym jeszcze w 2016 r. wszystkie tzw. usługi pomocnicze były zlecone firmom zewnętrznym. W 2017 r. Barbara Bulanowska, dyrektorka tego szpitala, powiedziała wprost, że outsourcing przestał się opłacać, bo firmy podniosły ceny o 15-20%10.
W wyniku wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej placówki w całej Polsce renegocjowały umowy z firmami outsourcingowymi. Tak było np. w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym im. dr. Józefa Psarskiego w Ostrołęce, gdzie spółdzielnia wykonująca usługi sprzątania i pomocy przy chorych zwróciła się o renegocjację umowy na mocy obowiązującego prawa. Wyliczony przez spółdzielnię koszt usług, z uwzględnieniem nowej stawki minimalnej, wyniósłby około miliona złotych więcej, co wyjaśnił Jerzy Miazga, dyrektor tego szpitala11. Jak mówiła Renata Ruman-Dzido, prezeska zarządu Szpitala Wojewódzkiego w Opolu, wzrost kosztów pracy to dla placówki około milion złotych mniej w skali roku. Szpital jest w o tyle w dobrej sytuacji, że wcześniej zrealizował wiele inwestycji w sferze pozamedycznej. Skutkują one oszczędnościami. Po procesie optymalizacji kosztów placówka nie ma już jednak za bardzo na czym oszczędzać. Zrezygnowano więc z fizycznej ochrony placówki, poprzestając na wykupieniu usługi, która w przypadku zagrożenia gwarantuje przyjazd grupy interwencyjnej12.
2. Ograniczanie skali umów śmieciowych w wyniku kontroli stawki minimalnej
Minimalna stawka godzinowa sprawiła, że umowy cywilnoprawne stały się mniej korzystne niż wcześniej, lecz nadal są bardziej atrakcyjne niż umowy o pracę, np. ze względu na brak przepisów o urlopie wypoczynkowym. Niemniej jednak, w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej wskazano, że objęta ona zostanie szczególną ochroną i dużą liczbą kontroli jej przestrzegania. Kontrole nie dotyczą jednak wyłącznie wysokości wynagrodzenia. Inspektorzy sprawdzają również, czy pracujący na podstawie umów cywilnoprawnych nie powinni być zatrudnieni na umowę o pracę. Jeżeli tak, inspektor ma prawo nakazać pracodawcy przekształcenie umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć poinformował, że podczas jednej z takich kontroli w Poznaniu na polecenie inspektora pracy przekształcono 86 umów na umowy o pracę (spośród 235 osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych13). Do 1 marca przeprowadzono 2,5 tysiąca kontroli wypłacania stawki minimalnej, a do końca roku zaplanowano ich łącznie jeszcze 20 tysięcy.
3. Czy minimalna stawka godzinowa jest święta?
Od momentu wejścia w życie przepisów ustawy o minimalnym wynagrodzeniu, NSZZ „Solidarność” wraz z Państwową Inspekcją Pracy prowadzą kampanię pt. „13 zł… i nie kombinuj!”. Ma ona na celu wyegzekwowanie od pracodawców przestrzegania prawa o stawce minimalnej poprzez upowszechnianie informacji o obowiązującej nowelizacji. Skala omijania tego prawa to według GIP 20%. Tylko w nielicznych firmach stawka minimalna się nie przyjęła. W informacjach z kolejnych miesięcy podawano, że zaniżenie stawki godzinowej ujawniono już tylko w 14% przypadków. Wyniki kontroli wskazują, że zdecydowana większość firm jest w stanie zapewnić godziwą płacę na umowie cywilnoprawnej, nawet jeśli zatrudniane na tej podstawie osoby często wykonują prace proste, które do tej pory były bardzo nisko wynagradzane. Stawki w wysokości 2-4 zł, np. w branży ochroniarskiej lub porządkowej, podobnie jak umowy o dzieło, również odchodzą w niechlubną przeszłość. Minimalna stawka godzinowa działa – tak w skrócie można skomentować wyniki kontroli PIP. Pojawiały się jednak różne sposoby na jej omijanie, np. poprzez potrącanie pracownikom z wynagrodzenia pewnych sum za dzierżawę odkurzacza, wypożyczenie stroju czy skorzystanie z przerwy.
Jednym z bodaj najbardziej skandalicznych przypadków złamania nowego przepisu był przypadek z Opola, gdzie firma zewnętrzna wynajęta przez Urząd Miasta zapłaciła pracownicy 500 zł za 420 godzin pracy. Stawka minimalna wyniosła więc w tym przypadku 1 zł i 19 groszy. Za ową sytuację był współodpowiedzialny Urząd Miasta, który przeznaczał na usługi niecałe 6 tys. zł miesięcznie w sytuacji, gdy na pokrycie stawki minimalnej należało wygospodarować co najmniej 10 tys. zł. Sama instytucja nie zastosowała się do ustawowego obowiązku zagwarantowania tego prawa. Sprawę w mediach nagłośnił Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a na prośbę jednej z pokrzywdzonych pracownic.
Skala umów śmieciowych
Przez minioną dekadę skala umów śmieciowych w różnych okresach zmieniała się. W 2008 r. pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej świadczyło 15,5% osób pracujących, w 2009 r. już 18,5%, a w 2010 aż 21%. Liczba ta z roku na rok rosła zatem w niepokojącym tempie. W latach 2014 i 2015 odsetek ten utrzymywał się na stałym poziomie i wynosił 7% ogółu pracujących. To wyhamowanie nastąpiło jeszcze przed wprowadzeniem zmian prawnych polegających na objęciu ubezpieczeniem społecznym umów śmieciowych i wprowadzeniu klauzuli propracowniczej w 2016 r. oraz ustanowieniem minimalnej stawki godzinowej w 2017 r. W porównaniu do lat sprzed nowelizacji ta liczba nie powinna być zatem wyższa.
W 2016 r. w raporcie pt. „Pracujący w nietypowych formach zatrudnienia” GUS podał szacunkową liczbę osób pracujących na umowach cywilnoprawnych oraz wiele istotnych informacji związanych z tym zjawiskiem. Z raportu wynika, że liczba zatrudnionych pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych – dla których umowa-zlecenie lub o dzieło jest jedynym źródłem dochodu – sięgnęła 1,3 mln. Informacja ta dotyczy tylko osób, które nie są nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy oraz osób, które pobierają emeryturę lub rentę, jest zatem niedoszacowana i takie założenie jest podstawowym mankamentem tego badania. W samych instytucjach publicznych będący na emeryturze ochroniarze i panie sprzątające z outsourcingu stanowili 1/3 moich rozmówców. Związki zawodowe podawały w tym czasie liczbę znacznie wyższą – aż 3,5 mln, zaliczały bowiem do umów śmieciowych również umowy o pracę na czas określony. Przy takich kryteriach skala uśmieciowienia rzeczywiście mogłaby zbliżyć się do tej wartości. Przyjmując jednak, że umowa śmieciowa to umowa cywilnoprawna, można uznać, że na takiej podstawie było zatrudnionych co najmniej 1,5 miliona osób. Liczba 1,3 mln stanowiła niemal 7% wszystkich pracujących.
67% wszystkich umów cywilnoprawnych to umowy zlecenia. Aż 80% osób przyznało, że pracuje na takiej podstawie z przymusu. Informacja ta zaprzecza więc często powtarzanemu, wygodnemu dla pracodawców, tłumaczeniu, że umowy śmieciowe są spełnieniem marzeń pracowników. Dane te dotyczą 2014 r., nie posiadamy bardziej aktualnych, równie pogłębionych wyników badań. Istnieją co prawda publikowane co kwartał wyniki prowadzonego przez GUS Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, jednak nie mówi ono o tym zjawisku tak wiele. Nawet PIP częściej odwołuje się do danych z 2014 r.
Z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wynika, że w IV kwartale 2016 r. liczba zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych wynosiła 479 tysięcy, w tym 403 tys. na umowach zlecenia14, natomiast w I kwartale 2017 r. liczba ta wyniosła 476 tysięcy, w tym 392 tys.15 na umowach zlecenia. Wynika z tego, że w porównaniu do poprzedniego roku skala uśmieciowienia rynku pracy zmniejszyła się, lecz nieznacznie.
Dokąd i jak zmierzać?
W ramach podsumowania należy powiedzieć, że klauzula propracownicza spełnia swoją funkcję i w dłuższej perspektywie przyczyni się do znacznego ograniczenia umów śmieciowych wśród pracowników firm zewnętrznych świadczących usługi na rzecz instytucji publicznych. Skala uśmieciowienia rynku pracy będzie systematycznie spadała. Wiele z obecnie obowiązujących przetargów zawarto np. w 2014 r. na cztery lata, a więc nie objęła ich klauzula propracownicza. W tych przypadkach na rezultaty regulacji należy poczekać do następnego postępowania.
W celu dalszego cywilizowania rynku zamówień publicznych niewątpliwie należy nałożyć na Państwową Inspekcję Pracy obowiązki związane z kontrolą zapisów przetargowych. Cywilizowanie prawa zamówień publicznych oraz zwiększanie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy w zakresie kontroli tej sfery powinno odbywać się równocześnie z przygotowaniem zasadniczych zmian – przede wszystkim odwrotu instytucji publicznych od outsourcingu. Stanem docelowym powinien być powrót państwa i samorządów do zatrudnienia własnego personelu, co najmniej sprzątającego. Rekomendacją jest, aby postulat taki stał się jednym z programowych postulatów lewicowych partii politycznych.
Nie jest znana dokładna skala rezygnacji instytucji publicznych z outsourcingu w całej Polsce wskutek wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej i nie wiadomo, czy w efekcie liczba ta zwiększyła się znacznie. Nawet kilka rezygnujących instytucji w każdym województwie to nadal nie jest spektakularny sukces, jednak każdy taki przypadek to krok w kierunku ograniczenia skali umów śmieciowych i należy go witać z entuzjazmem. Klauzula propracownicza gwarantuje co prawda pracownikom umowy o pracę i przyczynia się do zmniejszenia skali umów śmieciowych, lecz nawet pracownicy zatrudnieni na umowach o pracę w firmach zewnętrznych nie mogą korzystać z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych instytucji publicznej.
Choć powyższe informacje brzmią optymistycznie, to wielu ochroniarzy w rozmowach z autorką artykułu przyznawało, że ani na skutek wprowadzenia klauzuli propracowniczej, ani minimalnej stawki godzinowej nie dostrzegają zmiany w swojej sytuacji zawodowej – zarówno przed nowelizacją, jak i obecnie mieli bowiem umowę o pracę z uwagi na bycie pracownikiem kwalifikowanym ochrony. Zauważają oni, że zmieniło się jedynie tyle, że podwyżki uzyskali ci, którzy zarabiali najmniej – a więc pracownicy niekwalifikowani. Zrodziło to podziały i wrogość między tymi dwiema grupami, bo zrównano ich stawki przy zróżnicowanych uprawnieniach. Jeden z ochroniarzy dworca kolejowego od roku, mimo dwóch propracowniczych regulacji, bez przerwy pracuje w następującym trybie: 12 godzin ochrania dworzec, 4 godziny śpi w pomieszczeniu na dworcu, następnie 6 godzin ochrania restaurację, po czym dopiero wraca do domu zaledwie na 10 godzin, i znów wychodzi pracować w powyższym systemie. Wynika to z deklarowanego przez ochroniarza niskiego minimalnego wynagrodzenia za pracę (2000 zł brutto), niewystarczającego na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Ochroniarz pracuje zatem miesięcznie nawet 400 godzin. Minimalne wynagrodzenie za pracę powinno ulec znacznemu zwiększeniu, np. takiemu, jakie proponuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych: do wysokości 50% średniego wynagrodzenia za pracę.
Strategia likwidacji umów śmieciowych poprzez stopniowe zrównywanie ich charakteru z umowami o pracę (objęcie umów zleceń ubezpieczeniem społecznym oraz wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej) okazała się niedostatecznym sposobem na oczekiwane radykalne ograniczenie takich umów. Należy poszukiwać innych metod na rozwiązanie tego problemu.
Przypisy:
- Warta odnotowania jest również kampania pt. „Stop umowom śmieciowym” zorganizowana przez Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80” i Polską Partię Pracy. Kampania ruszyła w dniu 3 lipca 2012 r. przed Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Tychach, co uzasadniano tym, że placówka jest symbolem walki ze śmieciowym zatrudnieniem pielęgniarek na kontraktach. Kolejną wartą odnotowania kampanią była akcja Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza z 2015 r. pod hasłem „My, Prekariat”. Kampanię tę zainicjowali pracownicy i pracownice branży kulturalnej zrzeszeni w związku. Choć spory wynikające z prekarnej organizacji pracy mają w Polsce historię sięgającą pierwszej dekady XXI wieku, przeprowadzony 24 maja 2012 r. strajk artystów uznano za pierwsze w Polsce wystąpienie jednoznacznie kojarzone z problematyką prekarną. W nawiązaniu do tego wydarzenia, w związku z trzecią rocznicą strajku artystów, w dniu 23 maja 2015 r. zorganizowano manifestację w obronie prekariuszy i nazwano ten dzień Dniem Prekariusza, co było jednym z elementów kampanii.
- Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę oraz niektórych innych ustaw uchwalonej dnia 22 lipca 2016 roku, s. 1.
- Przepis ów był zgodny z duchem Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 26 lutego 2014 roku, której termin implementacji na gruncie prawa krajowego upłynęła 18 kwietnia 2016 roku.
- K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016, s. 40.
- Portal Najwyższej Izby Kontroli, Źródło: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-stosowaniu-klauzul-spolecznych-w-nbsp-zamowieniach-publicznych.html (dostęp 20.08.2017).
- Portal Polsat News, „Żółte kartki” od NSZZ „Solidarność” za rażąco niskie płace, http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-01-05/zolte-kartki-od-nszz-solidarnosc-za-razaco-niskie-place/ (dostęp 20.08.2017).
- Portal NSZZ „Solidarności”, Żółte Kartki, Źródło:
http://www.solidarnosc.org.pl/projekty-aktow-prawnych2/item/12401-zolte-kartki (dostęp 20.08.2017).
- Portal Polskiego Związku Pracodawców Ochrony, Interwencje, http://pzpochrona.pl/interwencje-polskiego-zwiazku-pracodawcow-ochrona-w-sprawie-zanizonych-cen (dostęp 20.08.2017).
- K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016.
- Portal Radio Kraków, Małopolskie szpitale rezygnują z outsourcingu, http://www.radiokrakow.pl/wiadomosci/aktualnosci/malopolskie-rezygnuja-z-outsourcingu-jest-za-drogo/ (dostęp 20.08.2017).
- Portal rynekzdrowia.pl, Rozmowa Jacka Janika z Jarosławem Czapińskim: Outsourcing usług niemedycznych w szpitalach – czyżby w odwrocie?, http://www.rynekzdrowia.pl/Finanse-i-zarzadzanie/Outsourcing-uslug-niemedycznych-w-szpitalach-Czyzby-w-odwrocie,175154,1.html (dostęp 20.08.2017).
- Tamże.
- A. Kołodziej, Nie dostajesz 13 zł za godzinę? PIP zapowiada 20 tys. kontroli, https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kontrole-pip-stawka-minimalna-13-zl-za,85,0,2301269.html (dostęp 20.08.2017).
- Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski IV kwartał 2016 roku.
- Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski I kwartał 2017 roku.
przez Jan J. Zygmuntowski | wtorek 2 stycznia 2018 | gospodarka społeczna, Kwartalnik, Zima 2017
Powszechne jest dziś przekonanie, że nowoczesny postęp oznacza szeroką kategorię zjawisk na styku globalizacji gospodarek narodowych, elastycznej pracy, gadżetów technologicznych czy wreszcie konsumpcjonizmu i wkradania się logiki rynkowej w każdą dziedzinę życia. Szczególną rolę odgrywają także roboty i zagrożenie automatyzacją, które regularnie przypomina z medialnych nagłówków o niepewnych warunkach pracy w dobie innowacji i czwartej rewolucji przemysłowej. Jeśli jedną stroną monety jest dziś inteligentna, wiecznie żywa metropolia, to drugą muszą być opuszczone zakłady przemysłowe i peryferia zmagające się z systemowym bezrobociem, dryfujące poza głównym krwiobiegiem kapitalizmu.
Dla związków zawodowych czy lewicowej polityki, skupionych na stawaniu w obronie pokrzywdzonych i słabszych, takie rozumienie nowoczesności prowadzi w praktycznym działaniu zazwyczaj do walki o ochronę miejsc pracy i defensywnej retoryki o „cenie postępu”, przed którym musimy chronić ludzi. Jednak gdy wrażliwi społecznie ostrzegają przed bezrobociem technologicznym, opinia publiczna nasłuchuje raczej doniesień o przełomowych wynalazkach i kibicuje heroicznym zmaganiom magnatów technologicznych.
Postęp niesie zatem Elon Musk, opowiadając ze sceny elitarnej konferencji o kolejnych przebłyskach swojego geniuszu. Postęp to Uber i gospodarka „współdzielenia” w estetycznej formie aplikacji na smartfona. I wreszcie – postęp to roztropny inwestor, który buduje nowoczesną, pełną robotów fabrykę, zachwycając nas swoim spojrzeniem w świat jutra. To właśnie współcześni „kapitanowie przemysłu” zajmują uwagę mediów, to ich nazwiska stają się synonimami nowych technologii mających ułatwiać nam życie i wyzwalać człowieka z ograniczeń materii. Doniesienia o imponujących osiągnięciach chińskiej gospodarki pomieszane są z przekazem o kolejnych bezzałogowych fabrykach w Donnguan i poprawie efektywności dzięki pozbyciu się czynnika ludzkiego.
Nietrudno zauważyć, że czar rewolucyjnej siły kapitalizmu uwodził nie tylko Marksa. Obietnica nieuchronnego postępu technologicznego i gospodarczego wciąż stanowi główną ofertę dla mas marzących o lepszej przyszłości. Ma to w erze cyfrowej charakter wręcz w pewnej mierze sakralny. Co gorsza, służy niejednokrotnie jako ostateczny argument wobec każdego, kto śmie stawać na drodze nowoczesności. Jesteś za technologią lub przeciw technologii – i w tej drugiej pozycji skazujesz się na historyczną porażkę.
W tak utworzonej dychotomii rola świata pracy to w najlepszym razie minimalizowanie strat przystosowawczych, w najgorszym zaś ochrona przywilejów i irracjonalne marnotrawienie środków. Walkę amerykańskich pracowników o płacę minimalną pod hasłem „Fight for $15” regularnie ośmieszano w tekstach „Wall Street Journal” czy „Forbesa”, gdzie były CEO McDonald’s USA Ed Rensi przekonywał, że nierozsądne związki podcinają gałąź, na której siedzą. Prasa biznesowa rozwodziła się nad absurdem rozmawiania o podwyżkach, gdy franczyzy rozważają wdrożenie automatycznych kiosków zakupowych.
Celem tego tekstu jest obnażenie powyższej perspektywy jako z gruntu fałszywej, nawet mimo jej dość wiarygodnego brzmienia. Stawiana przeze mnie hipoteza głosi raczej, że to właśnie związki zawodowe i postulaty lewicowe są gwarancją postępu i wysiłku modernizacyjnego. Bez ich aktywnej działalności proces automatyzacji pracy i wzrostu produktywności nie zajdzie, a już teraz jego dynamika jest godna pożałowania, w dużej mierze z racji słabości zorganizowanych ruchów pracowniczych. Dominująca narracja o postępie ma jednak długą tradycję, a stosowane ochoczo przez politycznych komentatorów klisze uniemożliwiają zrozumienie obserwowanych zjawisk.
Kłamstwo w służbie dyscypliny
Oskarżenia o luddyzm są jednym z najmocniejszych oręży w arsenale ideologicznym klas posiadających. Luddyści w zbiorowej pamięci funkcjonują jako XIX-wieczni angielscy robotnicy, którzy w desperackim akcie ochrony swoich miejsc pracy i strachu przed technologią niszczyli maszyny przemysłowe. Nie bez powodu zatem finansowany przez Google i IBM think tank o nazwie Information Technology and Innovation Foundation przyznaje swoje nagrody Luddite Awards. Trafiają one do „hamulcowych postępu”, którzy nie dość bezkrytycznie podchodzą do najnowszych osiągnięć technologicznych. Wyróżnienie trafiło np. do osób zajmujących się regulacjami hotelowymi oraz ochroną danych prywatnych w sektorze zdrowotnym, co może być pewnym wyznacznikiem intencji stojących za podtrzymywaniem mitu o luddystach.
Prawdziwa historia potoczyła się nieco inaczej. Blokada kontynentalna, jaką Paryż zastosował wobec Anglii w czasie wojen napoleońskich, uderzyła w gospodarkę wyspy. Szczególnie w północnej Anglii, słynącej z przemysłu włókienniczego, dochodziło do masowych zwolnień na tle inwestycji w nowoczesne maszyny tkackie. Pogarszały się także warunki pracy. Wyszkoleni rzemieślnicy i artyści byli coraz częściej zastępowani przez kobiety i dzieci, gdyż obsługa nowego sprzętu nie wymagała specjalnych kompetencji. Młodzi pracownicy przyjmowali każdą pensję, nie mieli przecież całych rodzin na utrzymaniu, zaś w przypadku konfliktu w zakładzie łatwiej było ich zastraszyć lub zmanipulować.
Oryginalni luddyści, podążając za legendarnym (choć niekoniecznie historycznie istniejącym) Nedem Luddem, podjęli się w 1811 i 1812 roku zbrojnej konfrontacji w Nottinghamshire, Lancashire i Yorkshire. Jak pisał marksistowski historyk Eric Hobsbawm, niszczenie sprzętu stanowiło ostateczną taktykę w przypadku braku zgody na ustępstwa ze strony pracodawców. Robotnicy żądali przede wszystkim powrotu do pracy i wyższych pensji, a posuwali się do agresji wobec kapitału fizycznego tylko w przypadku niespełnienia ultimatum. Należy pamiętać, że w tamtych czasach nie mogło być mowy o pokojowej formie protestu. Luddyści byli brutalnie pacyfikowani przez wojsko, co więcej, na mocy nowych aktów prawnych wieszano ich publicznie za ataki na maszyny przemysłowe. Mimo stłumienia buntu, wielu właścicieli warsztatów zgodziło się na negocjacje i spowolnienie procesu automatyzacji, co było także łatwiejsze po upadku Napoleona i zniesieniu blokady. Umocnieni tymi doświadczeniami, angielscy robotnicy w kolejnych dekadach formowali pierwsze silne ruchy związkowe.
Luddyści służą zatem jako figura jednoznacznie zła – agresywni w swoich taktykach, gotowi posuwać się do niszczenia własności (świętej!), jednoznacznie opowiadający się przeciwko cudom technologii i historycznej konieczności. Takie postępowanie nasuwa oskarżenia o ochronę własnego interesu, albo nawet skrajną nieracjonalność i zaślepienie, z którym nie podejmuje się w ogóle dialogu. Fałszywa wersja historii stanowi kolejny z czynników dyscyplinujących świat pracy, wypychający jego zmagania poza dopuszczalną dyskusję społeczną.
Przyczyny i skutki
Niezwykle ważne jest zdekonstruowanie dokładnego przebiegu procesu automatyzacji, z którym zmagali się luddyści. Robotnicy spiskujący przeciwko właścicielom zakładów tkackich nie byli w żadnej mierze przedstawicielami najuboższych warstw społecznych. Przeciwnie – wielu z nich umiało czytać oraz pisać, byli zorientowani w sytuacji społeczno-gospodarczej Ameryki czy Francji. Znali postulaty i osiągnięcia rewolucji francuskiej dzięki pismom Thomasa Paine’a, co stanowiło jeden z najważniejszych czynników formacji intelektualnej i mobilizacji. Organizowali się i działali w sposób metodyczny, wystosowując żądania, a nawet naciskając przez pewien czas na parlament, by podjął się mediacji i rozwiązania konfliktu. Stanowili swoistą arystokrację świata pracy.
Maszyny tkackie nie pojawiły się wskutek konieczności dziejowej, lecz w rezultacie nacisków ze strony dobrze opłacanych pracowników znajdujących się w trudnej gospodarczo sytuacji. Urządzenia pozwoliły zredukować etaty, zatrudnić tańszych robotników – ale nie pojawiłyby się, gdyby nie presja ze strony zorganizowanych rzemieślników. Obok pojawienia się możliwości technicznych, kluczowym czynnikiem wymuszającym wprowadzanie kolejnych maszyn były żądania pionierskich związków zawodowych, zmierzające do poprawienia warunków pracy i podnoszenia pensji.
Cała rewolucja przemysłowa, rozpoczęta w Anglii i Holandii pod koniec XVIII wieku, była napędzana szeregiem współwystępujących procesów, które wzajemnie oddziaływały na siebie na zasadach sprzężenia zwrotnego. Ten punkt widzenia potwierdza historyk ekonomii Robert Allen, wskazując, że tuż przed rewolucją przemysłową najwyższymi płacami mogli cieszyć się robotnicy angielscy i holenderscy. W przeciwieństwie do przedsiębiorców chińskich czy rosyjskich, pozyskujących ekstremalnie tanią siłę roboczą do produkcji tkanin czy wydobycia surowców, Brytyjczycy musieli znaleźć sposób na redukcję kosztów pracy, jeśli chcieli zachowywać konkurencyjność cenową.
Z punktu widzenia kalkulacji przedsiębiorcy rachunek jest prosty. Wdrożenie nowej technologii jest najczęściej wysoce kapitałochłonne, koszt stały jest ponoszony natychmiastowo. Jeżeli praca człowieka jest tańsza w ujęciu strumienia kosztów w czasie (dyskontowanych im dalej od momentu podjęcia decyzji), to nie ma żadnej racjonalnej finansowo przesłanki, aby dokonywać zakupu maszyny. Automatyzacja i wprowadzanie najnowszych osiągnięć techniki to zatem skutki wywieranej presji ekonomicznej ze strony pracowników. Taka decyzja nie jest tylko domeną prywatnych firm konkurujących na rynku, ale każdej działalności gospodarczej zorientowanej na redukcję kosztów. Zarządcy firm inwestują w roboty nie z racji szczególnej fascynacji techniką, lecz z konieczności. Aspiracje świata pracy są zatem pierwszym ogniwem łańcucha postępu.
David Neumark, znany z raczej sceptycznego nastawienia do płacy minimalnej, w opublikowanej w 2017 r. analizie wskazuje, że wzrost płacy minimalnej wpływa na decyzję o inwestowaniu w maszyny, szczególnie w nisko płatnych usługach (np. pracy na kasie) oraz w wybranych branżach, gdzie technologia wciąż nie jest silnie rozpowszechniona. Jakie są tego skutki dla całej gospodarki? Obecny główny ekonomista Banku Światowego, Paul Romer, wykazywał już w 1987 r. na bazie dynamicznego modelu specjalizacji, że niskie koszty pracy spowalniają tempo innowacji, inwestycji kapitałowych i w konsekwencji korzystnej specjalizacji gospodarki.
Czy robot zabierze mi pracę?
Warto zauważyć, że automatyzacja nie jest głównym czynnikiem zaniku miejsc pracy w ujęciu makroekonomicznym. Na przestrzeni 30 lat pomiędzy 1960 a 2000 rokiem liczba robotów przemysłowych w przemyśle motoryzacyjnym w USA zwiększyła się od zera do 92 900, jednak w tym samym czasie liczba etatów w produkcji i wytwórstwie pozostała mniej więcej na poziomie około 18 milionów. Jak zauważyli Robert Scott z progresywnego think tanku Economic Policy Institute oraz Dean Baker z Center for Economic and Policy Research, głównym czynnikiem utraty miejsc pracy było w ostatnich latach delegowanie ich do krajów trzecich, nie zaś wprowadzanie kolejnych maszyn. Nie bez powodu zautomatyzowane fabryki przemysłu samochodowego w Detroit podupadły w wyniku wyprowadzenia produkcji do krajów azjatyckich. Decydujące stały się panujące w tych ostatnich niskie koszty pracy i słabość związków zawodowych, które musiały mierzyć się z brutalnymi posunięciami autorytarnych rządów Chin czy Korei Południowej. Największym zagrożeniem dla zatrudnionych okazały się zatem nie roboty, lecz niewolnicze warunki pracy w krajach trzecich.
Przeprowadzone parę lat temu przez Pew Research Center badanie opinii wśród niemal 2 tysięcy ekspertów cyfryzacji ujawniło także, iż są podzieleni w kwestii tego, czy pojawienie się komputerów i robotów w miejscach pracy będzie tak rewolucyjne jak silnik parowy lub elektryczność. Połowa pytanych oceniła, że dla liczby miejsc pracy w ujęciu makro automatyzacja nie będzie miała właściwie znaczenia.
Słynne już badanie Carla Freya i Michaela Osborne’a z Oksfordu, zapowiadające apokaliptyczne wyniszczenie 47% wszystkich miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych w ciągu zaledwie 20 lat, jest zdecydowanie mało wiarygodne. Jego metodologia opiera się na dość nonszalanckim założeniu, że każdy zawód na listach Departamentu Pracy USA o określonym poziomie rutynowości manualnej zniknie, niezależnie od ekspozycji pracownika na kontakt z żywymi osobami, uwarunkowania kulturowe czy koszty wdrożenia technologii. Przeprowadzone w niemal tej samej technice badania polskiego WISE Europa stanowią raczej luźne szacunki niż prawdopodobną predykcję. Raport OECD, oparty na bardziej rzetelnych wiązkach kompleksowych czynności, ocenia, że w Polsce około 7% miejsc pracy może być zautomatyzowanych.
Należy jednak zachować minimalną ostrożność przy prognozowaniu przyszłych zmian. Podstawowym podmiotem automatyzacji pracy już wkrótce będzie bowiem nie manualny robot, lecz algorytm programowany za pomocą uczenia maszynowego, zdolny kompleksowo analizować dane czy wchodzić w proste konwersacje z żywymi ludźmi. Rutynowość wciąż pozostaje wspólnym mianownikiem, jednak coraz silniej akcenty nowej automatyzacji będą kładzione na prace biurowe niższego i średniego szczebla.
Wysoki stopień nasycenia gospodarki robotami, nie jest przecież, o czym trzeba pamiętać, zjawiskiem negatywnym. Nowe technologie pozwalają optymalizować zużycie zasobów – surowców, ale i czasu człowieka – i dzięki większej produktywności wytwarzać jeszcze więcej wartości dodanej z tego samego wkładu pracy ludzkiej. Wyższa stopa produktywności to większa efektywność, możliwości produkcyjne i większa podaż produktów i usług. Zaoszczędzone środki wracają do gospodarki, stając się nowym zapotrzebowaniem na wytwory kolejnych jednostek pracy.
Problemem zatem staje się zagregowany popyt na wszystkie te dobra – jeśli nie jest w stanie przechwycić nowej podaży, rzeczywiście dojdzie do spadku zatrudnienia netto. Dani Rodrik, znany badacz ekonomii politycznej, wskazuje, że słaby wzrost liczby miejsc pracy w ostatnich latach trzeba przypisać raczej cięciom w gospodarce i polityce austerity. Noblista z dziedziny ekonomii Joseph Stiglitz krytykuje również katastrofalny wpływ nierówności, szczególnie ubożenia zachodniej klasy średniej, na słabość gospodarki przez zmniejszenie konsumpcji, a co za tym idzie – przez uderzenie w podstawy mechanizmu zwiększającego zatrudnienie. Problem bezrobocia jest zatem w większym stopniu wypadkową ekonomii politycznej podziału dochodów niż automatyzacji pracy.
Wielka Stagnacja
Jak jednak „sprzedać” narrację o wdrażaniu owoców postępu w reakcji na postulaty związkowców, jeśli od kilku dekad obserwowaliśmy powolny zmierzch siły zorganizowanych ruchów pracowniczych, szczególnie wskutek neoliberalnych reform zapoczątkowanych przez Reagana i Thatcher?
Wielu badaczy fundamentalnie nie zgadza się z tym, że żyjemy w epoce szczególnego rozkwitu innowacyjności i powszechnej automatyzacji. W 2011 r. ekonomista Tyler Cowen opublikował pracę pod tytułem „Wielka Stagnacja” (The Great Stagnation), w której opisał, jak około 1973 r. w USA nagle załamuje się trend rosnącej wydajności czynnika produkcji (TFP – Total Factor Productivity). Jest on uważany w modelach ekonometrycznych za ogólne wytłumaczenie jakości technologii, dzięki której wkładana jednostka pracy pozwala osiągać większy końcowy przyrost produkcji. Drobiazgowa analiza sektorowa TFP autorstwa Barta van Arka, przeprowadzona dla Komisji Europejskiej, pozwoliła zauważyć, że w niemal każdej branży – zarówno produkcji dóbr trwałych, jak i nietrwałych, w tym usług – doszło do spadków produktywności, w Unii Europejskiej jeszcze dotkliwszych niż w Stanach Zjednoczonych. Właściwie jedynym powodem, dla którego produktywność rosła w ogóle, była rewolucja dokonana w obszarze technologii ICT (teleinformacyjnych) i wynikająca z niej poprawa wymiany informacji handlowych.
Chociaż Cowen początkowo próbował tłumaczyć zaobserwowaną przez siebie zaskakująco słabą dynamikę wzrostu TFP zagadnieniami kapitału ludzkiego (wyczerpania „nisko wiszących owoców” przyrostu poprzez rozpowszechnienie edukacji podstawowej) czy cenami paliw używanych w transporcie, różnica w spowolnieniu jest szczególnie widoczna w tych gałęziach gospodarki, które w powojennych latach cieszyły się szczególnie silnym uzwiązkowieniem i wpływami ruchów pracowniczych. Branża budowlana, wydobywcza i przemysł ciężki zanotowały duże spadki produktywności. Sektor usług, cechujący się w dużym stopniu niskimi płacami i słabym uzwiązkowieniem, wdrażał nowe technologie równie opieszale. Słabość tych trendów utrzymuje się zresztą po dziś dzień we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych.
Części tego spadku produktywności powinniśmy upatrywać w tzw. chorobie kosztów Baumola. Podczas słuchania kwartetu wykonującego utwory Beethovena, William Baumol zauważył, że pewne rodzaje czynności i usług, z powodu istotnego czynnika ludzkiego, będą cierpieć na rosnące koszty. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest konieczność utrzymania konkurencyjnych warunków zatrudnienia względem branż silnie zautomatyzowanych, cechujących się wysoką produktywnością. W ten sposób rzeczywiście można tłumaczyć mozolny wzrost TFP branży edukacyjnej, zdrowotnej czy artystycznej, chociaż ich udział w całkowitym zatrudnieniu jest stosunkowo mały i sięga kilku procent dla każdej z tych grup. Co więcej, rozpowszechnienie w ostatnich latach wysokiej jakości kursów online czy przełomowe zastosowania telediagnostyki pokazują, że dzięki cyfryzacji i rozwojowi uczenia maszynowego także te obszary mogą liczyć na modernizację przy pomocy technologii dostępnej przecież od lat.
Paradoksalnie, kolejnych spostrzeżeń o spowolnieniu postępu technicznego dostarcza wspomniana już Information Technology and Innovation Foundation. W swoim raporcie, sięgającym szacunkami aż do połowy XIX wieku, autorzy podkreślają, że w żadnej z badanych dekad zmiany technologiczne nie przyniosły spadku netto miejsc pracy – jednak przeobrażenia struktury rynku pracy mogą obrazować tempo przekształcania gospodarki w nowocześniejszą i bardziej wydajną. Jeszcze w 1900 roku aż 31% Amerykanów pracowało w rolnictwie. W 2000 r. to już tylko 3% zatrudnionych. Z analizy ITIF wynika, że od lat 80. ubiegłego wieku proces zanikania i pojawiania się nowych zawodów wytraca dynamikę, pikując w latach 2010-2015 do najniższego poziomu od ponad 150 lat. ITIF prognozuje, że powinniśmy raczej obawiać się stagnacji technologicznej niż radykalnego przewrotu.
Te wyniki zostały potwierdzone przez Josha Bivensa i Lawrence’a Mishela z Economic Policy Institute. Nie tylko przyznają oni, że automatyzacja nie stanowi istotnego zagrożenia dla miejsc pracy – szczególnie w porównaniu z dewastującymi efektami niskich płac i niskiego opodatkowania przychodów z kapitału – ale także zauważają wygaszanie prywatnych inwestycji w komputery i oprogramowanie mniej więcej od początku XXI wieku. Stopa nakładów kapitałowych na software w latach 1973-2002 utrzymywała się powyżej 16%, a w latach 2007-2016 ledwo przekracza 4%.
Kapitanowie przemysłu opowiadają piękne historie o wielkich innowacjach i powszechnej automatyzacji. Jednak bez odpowiedniego nacisku ewidentnie nie radzą sobie z przekuwaniem motywacyjnych Tedxów na faktyczny rozwój organizacji społeczno-gospodarczej.
Wolność od tyrania
Nie bójmy się o nasze miejsca pracy i nie płaczmy za utraconymi zawodami. Automatyzacja jest szansą na zbawienie nas od fenomenu bullshit jobs, jak określa je znany antropolog David Graeber, wskazując na rutynowe, czasochłonne zajęcia, których negatywny wpływ na zdrowie psychiczne ludzi i całą kondycję społeczną jest wprost dewastujący. Świetnie oddają to niedawne słowa Johna Cryana, dyrektora generalnego Deutsche Banku, który podczas konferencji branżowej we Frankfurcie zapowiedział masowe zwolnienia, szczególnie osób w jego opinii „pracujących jak liczydła”, na stanowiskach księgowych i rachunkowych. „Nie potrzebujemy tak wielu ludzi. W naszych bankach zatrudniamy osoby, które zachowują się jak roboty, wykonując mechanicznie polecenia”.
Instytut Gallupa zapytał pracowników w 140 krajach o poziom zaangażowania w wykonywaną pracę, czyli ogólną motywację i poczucie satysfakcji. Szacunkowe dane dla całego świata wskazują, że zaledwie 13% zatrudnionych ocenia swoje zaangażowanie pozytywnie, zaś aż 24% jest zniechęconych i nieszczęśliwych z powodu wykonywanego zajęcia. Te wskaźniki dla Polski wypadają nieco lepiej (odpowiednio 17% i 15%), ale przypadki takie jak 33% zaangażowanych pracowników w Kostaryce, 2% niezaangażowanych w Tajlandii czy 7% niezaangażowanych w Norwegii to raczej wyjątki od generalnego problemu współczesności.
Polityka wrażliwości społecznej musi zatem wynieść na sztandary hasła postępu przez emancypację pracy. Podnoszenie pensji minimalnej przynajmniej w zgodzie z dynamiką wzrostu produktywności – jeśli nie nieco bardziej – i powszechne skrócenie tygodnia pracy nie są przykładami roszczeniowości, lecz podstawowym paliwem rozwoju techniczno-gospodarczego. Zarazem długofalowa strategia musi wychodzić poza proste wywieranie presji za pomocą żądań płacowych.
Nie bez powodu bardziej zorientowani w globalnej sytuacji technologiczni magnaci postulują wprowadzenie dochodu gwarantowanego, który może stać się impulsem do odchodzenia z bullshit jobs, stwarzać przestrzeń negocjacyjną i łagodzić przepływy pracowników między sektorami, tak jak miało to miejsce w duńskim modelu flexicurity. Dochód gwarantowany pomaga też utrzymać konsumpcję, więc przy odpowiednim połączeniu z eliminacją nierówności stanowi błyskotliwy sposób na transformację społeczną i techniczną.
Propozycje gwarancji zatrudnienia to kolejny pomysł, który może mieć ponadto działanie antycykliczne i kierujące pracę ludzi w sektory opieki, edukacji i usług komunalnych oraz publicznych, dziś należące do najbardziej zaniedbanych w krajach o niskim kapitale społecznym i ludzkim. Trwające spory co do wykonania administracyjnego – głównie w kontekście stopnia stosowanego przymusu i efektywności pracy objętej gwarancją – to zdecydowanie przeceniany problem. Podobnie jak dochód gwarantowany bywa mylnie oceniany przez liberałów jako „rozleniwianie”, ta sama logika każe oceniać gwarantowane zatrudnienie jako nieskuteczne z racji braku odpowiedniego przymusu. Obie diagnozy są wypadkową redukcjonizmu, jak gdyby widmo bezrobocia było jedynym czynnikiem motywacyjnym w społeczeństwie.
Wśród innych planów transformacji technologicznej znajdują się także pomysły bardziej wątpliwe, które warto pokrótce omówić. Propozycja podatku od robotów, zapowiadana przez Billa Gatesa czy Benoit Hamona (kandydata Partii Socjalistycznej na prezydenta Francji z 2017 r.), rodzi komplikacje w postaci konieczności wyznaczania ścisłego podziału na roboty komplementarne do pracy ludzkiej, usprawniające ją oraz na roboty substytucyjne. Przesunięcie nie zawsze odbywa się w ramach identycznego stanowiska, więc gdzie postawić granicę wpływu maszyny na zatrudnienie? Co więcej, podatek od robotów byłby z punktu widzenia inwestora dodatkowym kosztem ponoszonym podczas zakupu, co tylko spowolni absorpcję nowych technologii. Dyskusja o podobnym podatku w Parlamencie Europejskim poskutkowała na ten moment odrzuceniem propozycji.
Zapytany przeze mnie o automatyzację podczas szczytu G20 Global Solutions, laureat Nobla z ekonomii Edmund Phelps zasugerował, że rządy powinny subsydiować płace najgorzej zarabiającym, by chronić ich miejsca pracy. Swoją koncepcję Phelps opisał w książce „Rewarding Work”, której tok myślowy jest jednak pełen dziur. Sugeruje w niej na przykład, że subsydiowanie miejsc pracy doprowadzi do ponownego zatrudniania, spadku bezrobocia i w konsekwencji również podwyżek. Jest to jednak zupełnie opaczne rozumienie procesu automatyzacji pracy. Taka koncepcja spowalnia wdrażanie technologii, a co gorsza stanowi prezent z budżetu dla firm, których model biznesowy wciąż ma opierać się na maszynowej pracy ludzi. Tym samym premiuje się najgorsze praktyki, zaś w postulowanym przez Phelpsa momencie ciasnego rynku pracy problem automatyzacji i tak powróci.
Najśmielszą propozycję stanowi natomiast utworzenie Pracowniczych Funduszy Automatyzacji (PFA), które działałyby jako fundusze hedgingowe inwestujące w szeroką paletę producentów maszyn przemysłowych i oprogramowania komputerowego. W ten sposób oszczędności PFA byłyby zabezpieczeniem przed utratą pracy i kosztami przeszkolenia poprzez czerpanie przez pracowników korzyści ze wzrostu spółek niszczących ich miejsca pracy. Środki pozyskiwane do PFA mogłyby pochodzić z nowej, relatywnie niskiej składki, tym samym podnosząc koszty pracy i uzależniając ciężar podatkowy od liczby zatrudnionych. Kadry obsługujące PFA wsparłyby także proces budowania na nowo siły związków i zorganizowanych ruchów pracowniczych.
Odzyskać opowieść
Nie każda technologia oddziałuje jednak tak samo na pracowników. Już w 1979 r. Chris Harman, lider jednej z brytyjskich partii socjalistycznych, opublikował manifest „Is a Machine After Your Job”. Jego ujęcie problemu było zerwaniem z podejściem tradycyjnej lewicy, która nieufność wobec postępu technicznego posunęła do reakcyjnej postawy. Harman wiedział, że celem krytyki nie powinna być technologia, lecz sposób jej wykorzystania przez menedżerów zorientowanych wyłącznie na zysk.
Wśród proponowanych w jego manifeście kluczowych żądań znalazło się wiele ważnych postulatów, ale szczególną uwagę chciałbym zwrócić na trzy z nich. Są to zakaz wykorzystania technologii do oceny szybkości i dokładności pracy poszczególnych pracowników; wsparcie w przeszkoleniu i przystosowaniu; zakaz wdrożenia nowych rozwiązań technicznych bez zgody związków i uprzedniej dyskusji ze wszystkimi pracownikami, których dotkną nowe systemy. Wagę tych propozycji widać szczególnie dziś, w dobie precyzyjnego nadzoru nad magazynierami Amazona czy indywidualnego śledzenia statystyk służbowego komputera.
Jeśli uda się opanować nierówności i przywrócić moc nabywczą szerokim masom, nie powinniśmy obawiać się o bezrobocie technologiczne. Głoszący koniec pracy technopesymiści dobrze kamuflują to, że w istocie ich pesymizm dotyczy raczej ludzi jako takich. W świecie bez pracy okazałoby się bowiem, że człowiek jest zbędny. Właściwe pytanie zatem brzmi: jak technologia wpływa na relacje pracy i kto poniesie koszty strukturalnych zmian zawodowych?
Przy zachowaniu należytej czujności, polityka grupowań prospołecznych i ruchów pracowniczych musi skierować się na odzyskanie opowieści o postępie. Obserwowana dzisiaj stagnacja ekonomiczna jest rezultatem bardzo wielu procesów, wśród których znajduje się także spowolniona adaptacja owoców rozwoju technicznego. Złożoność tego procesu nie ulega wątpliwości, jednak w powszechnej narracji od dawna przeceniano wątki wygodne dla klas posiadających. Nową opowieść możemy budować od przyznania, że siła świata pracy jest w istocie siłą postępu.
przez Michael Lind | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
Po zakończeniu Zimnej Wojny rozpoczęła się walka klas. Wybuchła ona jednocześnie w wielu krajach i toczyła się pomiędzy sektorem korporacyjnym, finansowym i profesjonalnym a populistycznymi ugrupowaniami klasy robotniczej. Ten ponadnarodowy konflikt jest już odpowiedzialny za Brexit i wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA – a kolejne szokujące niespodzianki jeszcze przed nami.
Żadna z dominujących obecnie na Zachodzie idei politycznych nie jest w stanie sensownie opisać tej nowej walki klas. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie z nich uparcie udają, że w zachodnich społeczeństwach nie ma już podziałów klasowych. Neoliberalizm, czyli ideologia transatlantyckich elit, twierdzi, że klasa jako taka zanikła, społeczeństwa są czysto merytokratyczne, a jedyne bariery, jakie jednostki chcące piąć się w górę napotykają na swej drodze, wynikają z rasizmu, mizoginii czy homofobii. Skoro neoliberałowie są niezdolni do uznania istnienia klasy społecznej, nie mówiąc o szczerej dyskusji o konfliktach klasowych, nie jest dziwnym, że mogą populizmowi przypisywać jedynie irracjonalność i bigoterię.
Podobnie do neoliberalizmu postępuje konserwatyzm, który także zaprzecza istnieniu klas społecznych w społeczeństwach Zachodu. Wraz z neoliberałami i libertarianami, konserwatyści zakładają, że pozycja elit ekonomicznych nie jest przynajmniej w połowie dziedziczona, lecz że składają się one z wciąż zmieniającego się przypadkowego układu utalentowanych i pracowitych jednostek. Merytokratyczny kapitalizm jest zdaniem prawicy „zagrożony od wewnątrz” przez nową klasę złożoną z postępowych intelektualistów, naukowców, dziennikarzy i działaczy organizacji pozarządowych, o których mówi się, że mogą być o wiele bardziej wpływowi od dyrektorów generalnych i bankierów inwestycyjnych.
Przynajmniej marksiści traktują klasy społeczne i konflikt klasowy na serio. Ale klasyczny marksizm, ze swoimi opatrznościowymi teoriami na temat historii i swoim spojrzeniem na klasę robotniczą jako kosmopolitycznych nosicieli światowej rewolucji, zawsze był nieco otumaniony.
Na szczęście jednak istnieje konstrukt myślowy, który jest w stanie bardzo dobrze wyjaśnić obecne wstrząsy polityczne na Zachodzie i na całym świecie. To teoria Jamesa Burnhama dotycząca kierowniczej rewolucji (managerial revolution), a uzupełnia ją gospodarcza socjologia Johna Kennetha Galbraitha. Myśl Burnhama ostatnimi czasy przeżywa renesans wśród intelektualistów centrowych i związanych z centroprawicą, włączając w to Matthewa Continettiego, Daniela McCarthy’ego oraz Juliusa Kreina. Niestety socjologia Galbraitha, wraz z jego teoriami ekonomicznymi, pozostaje wciąż niemodna.
Trudno znaleźć dwóch myślicieli, którzy politycznie różniliby się od siebie bardziej niż Burnham i Galbraith. Arystokrata Burnham był działaczem międzynarodowego ruchu trockistowskiego, zanim stał się gorliwym antykomunistą i pomagał tworzyć po II wojnie światowej ruch konserwatywny. Galbraith, dla przeciwwagi, był całe swoje życie namiętnym socjal-liberałem. A jednak obaj wierzyli, że nowe elity rządzące zastąpiły starą burżuazję i arystokratów. Podążając za myślą Adolfa Berlego i Gardinera Meana z ich pracy z 1932 r. pt. „The Modern Corporation and Private Property”, Burnham ukuł wyrażenie „elita kierownicza”, którego pierwszy raz użył w swoim bestsellerze „The Managerial Revolution” (z 1941 r.). Potem, w książce „The New Industrial State” z 1967 r., nazwał tę samą grupę „technostrukturą” (techostructure). W swoim dzienniku z 1981 r., „A Life in Our Times”, Galbraith napisał: „James Burnham, częściowo dlatego, że był twardym prawicowcem, trzymającym się z dala od politycznego mainstreamu, a częściowo z powodu braku tytułu akademickiego, nigdy nie został w pełni doceniony za swój wkład w myśl społeczną”.
George Orwell w eseju „Refleksje nad Jamesem Burnhamem” przedstawił zwięzłe podsumowanie jego tez: „Kapitalizm znika, lecz bynajmniej nie zastępuje go socjalizm. Powstaje obecnie nowe, zorganizowane planowo, scentralizowane społeczeństwo, które nie będzie ani kapitalistyczne, ani też – w żadnym znaczeniu tego słowa – demokratyczne. Społeczeństwem tym będą rządzić ludzie faktycznie władający środkami produkcji, mianowicie kadra kierownicza przedsiębiorstw, technicy, biurokraci i wojskowi, których Burnham łączy w jedną grupę, nazywaną »menedżerami«. Doprowadzą oni do eliminacji dawnej klasy kapitalistów, rozbiją klasę robotniczą, a gdy narzucą społeczeństwu nowe struktury organizacyjne, w ich ręce przejdzie wszelka władza oraz przywileje ekonomiczne. […] Nowych społeczeństw menedżerskich nie będą tworzyć mieszkańcy zbiorowiska niewielkich i niezależnych krajów, lecz obywatele wielkich państw zgrupowanych wokół głównych ośrodków przemysłowych w Europie, Azji i Ameryce. Te superpaństwa będą walczyć ze sobą o jeszcze nieskolonizowane tereny na kuli ziemskie, jednak żadne nigdy nie okaże się na tyle silne, żeby pokonać inne. Wewnętrzna struktura każdego z tych superpaństw będzie zhierarchizowana: szczyt zajmie elita wyłoniona spośród najzdolniejszych jednostek, natomiast podstawę utworzą na wpół zniewolone masy” [przekład Bartłomieja Zborskiego – przyp. tłum.].
Teza tego eseju jest taka, że teoria kierowniczej elity wyjaśnia transatlantycki kryzys społeczny i polityczny. Po II wojnie światowej demokracje Europy i Stanów Zjednoczonych, wraz z Japonią, pełne determinacji, by uniknąć powrotu kryzysu oraz zdecydowane na walkę z antykapitalistyczną propagandą serwowaną przez komunistów, przyjęły wariant opierający się na międzyklasowym porozumieniu, wynegocjowanym przez rządy państw, a zawartym pomiędzy narodowymi elitami kierowniczymi a narodową siłą roboczą. Jednak po okresie Zimnej Wojny rewolucja w światowym biznesie roztrzaskała tę ugodę społeczną. Dzięki wzmocnieniu się ponadnarodowych korporacji i powstaniu ponadnarodowych łańcuchów dostaw, elity kierownicze mogły pozbawić władzy świat pracy i rządy państw, przekazując władzę polityczną, która do tej pory znajdowała się w rękach państwowych legislatur, w ręce agencji wykonawczych, ponadnarodowej biurokracji czy organizacji negocjujących porozumienia polityczne. Jak można się było spodziewać, uwolnione z dawnych okowów „kierownicze elity” społeczeństw zachodnich wpadły w amok i zaczęły używać swojego quasi-monopolu na władzę i wpływy we wszystkich sektorach – prywatnym, publicznym i pozarządowym, aby ustanowić politykę, która zapewni ich członkom przewagę, a wyrządzi krzywdę współobywatelom. Pozbawiona władzy i wyszydzana klasa robotnicza zwróciła się w zachodnich demokracjach ku charyzmatycznym trybunom antysystemowego populizmu i wykazała się wyborczymi nieposłuszeństwami wobec samolubstwa i arogancji „kierowniczych elit”.
Pod koniec niniejszego tekstu kreślę wizję możliwości zaistnienia w społeczeństwach rozwiniętych nowej międzyklasowej ugody pomiędzy „kierowniczą” mniejszością a poddaną jej robotniczą większością. Te nowe porozumienia, jeśli powstaną, będą charakteryzować się dwiema cechami. Tak jak ich starsze odpowiedniki, będą one negocjowane na poziomie państwowym, a nie ponadnarodowym. I tak samo jak starsze porozumienia powstawały w cieniu wojen światowych i Zimnej Wojny, tak i przyszłe międzyklasowe ugody pomiędzy klasami kierowniczymi a ludowymi będą kształtowane przez to, co przyniesie nam kontekst geopolityczny – a zatem przez pokój lub rywalizację pomiędzy wielkimi siłami.
Kierownicza elita: kiedyś i obecnie
Chociaż Burnham i Galbraith swoją definicją nowych elit objęli inżynierów i naukowców, nie opisali tam już technokracji wprowadzanej przez osoby ze stopniem doktora nauk. Najważniejszymi z „kierowników” są biurokraci, zarówno z sektora prywatnego, jak i publicznego; ci, którzy prowadzą wielkie państwowe i globalne korporacje oraz posiadają nieproporcjonalnie duży wpływ na politykę i sprawy społeczne. Niektórzy są bogaci „sami z siebie”, ale większość z nich to pracownicy etatowi poważnych instytucji lub dobrze opłacani eksperci. Większość obecnych miliarderów urodziła się w wyższej klasie średniej, a ich potomkowie na przestrzeni pokolenia lub dwóch powracają do niej. Dziedziczenie tytułów arystokratycznych na nowoczesnym Zachodzie to anachronizm, zatem osoby pochodzące z takiej klasy unikają wyszydzenia, ukrywając się pomiędzy ciężko pracującymi ekspertami i menedżerami.
W latach 40., ale i później, prezentowany przez Burnhama opis Ameryki Nowego Ładu, nazistowskich Niemiec, cesarskiej Japonii czy Związku Radzieckiego jako różnych wariantów społeczeństw zarządzanych przez kierownicze elity, wydawał się dziwaczny wielu odbiorcom. Jednak od upadku komunizmu, zarówno w demokratycznych, jak i autorytarnych państwach światową normą modelu społecznego jest pewien rodzaj gospodarki mieszanej, ze znaczącym sektorem prywatnym i publicznym.
Jak liczne są kierownicze elity? Tu papierkiem lakmusowym jest wyższe wykształcenie. Tylko około jedna trzecia Amerykanów ma stopień licencjata. Jednak wiele z tych tytułów naukowych zostało wydanych przez kiepskie uczelnie, a ich posiadacze są w najlepszym razie uważani za wyższą klasę robotniczą. Zatem uznawanie posiadania wyższego wykształcenia za wyznacznik przynależności do kierowniczej elity sprawi, że będziemy do niej mogli zaliczyć nie więcej niż 10-15% populacji.
Czy menedżerowie są klasą w takim sensie, w jakim są elitą? W społeczeństwie w pełni merytokratycznym szeregi kierowniczych elit mogłyby na przestrzeni każdego pokolenia całkowicie się wymieniać, ponieważ dołączałyby do nich jednostki, które uparcie pracowały nad wejściem wyżej po drabinie społecznej. Ale w Stanach Zjednoczonych większość studentów college’ów pochodzi z mniejszościowej grupy osób, których jedno lub oboje rodziców legitymuje się tytułem magistra. Podobnie jest w innych zachodnich demokracjach – „członkostwo” w klasie kierowniczej wydaje się być w dużej mierze dziedziczone, chociaż jest to grupa częściowo otwarta na talenty z klas niższych.
Jak byśmy nie nazwali tej post-burżuazyjnej elity – klasą kierowniczą czy technostrukturą – jej siła tkwi w tym, co Galbraith nazywał „dwumodelową gospodarką”. To oparte na wiedzy, przepełnione kapitałem przemysły o wysokiej technologii, polegające na usługach sektorów biznesowych i finansowych. Rosnący efekt skali sprawia, że przemysły te stają się ogromne, a w kolejnym kroku – zdominowane przez monopole i oligopole. Galbraith nazwał takie zjawisko „systemem planowania”, odwołując się do prywatnego czynienia planów odbywającego się w ramach wielkich korporacji, które częściowo zastępują rynki swoją wewnętrzną administracją. To coś w rodzaju dawniejszego rodzaju gospodarki, który był zarządzany tylko przez właściciela przedsiębiorstwa. Lokalne rynki nadal grupują się wokół kierowniczo-przemysłowego rdzenia, co Galbraith określa jako „system rynkowy”. Historyk gospodarki Alfred D. Chandler junior potwierdził analizę Galbraitha, używając terminów „rdzeń” i „peryferie” odnośnie do galbraithowskiej koncepcji planowania i systemu rynkowego. Według Galbraitha, Chandlera, ale także Burnhama, uprzemysłowienie na zawsze zmienia gospodarczy i społeczny krajobraz, tak jak zmienia go wybuch wulkanu pośrodku równiny obsianej małymi miejscowościami.
W założeniach dotyczących kierowniczych elit teoria społeczna ma charakter elitarny, nie zaś pluralistyczny. Jak twierdził Burnham: „Z punktu widzenia klas panujących, społeczeństwo jest społeczeństwem swojej klasy panującej… Historia polityczna i nauki polityczne są zatem przeważnie historią i naukami o klasie panującej, jej pochodzeniu, rozwoju, składzie, strukturze i przemianach”.
W nowoczesnych społeczeństwach rozwiniętych sektory prywatny, publiczny i pozarządowy nie mają oddzielnych, wyodrębnionych elit. Zamiast tego, sektor prywatny próbuje dominować nad sektorem publicznym za pomocą finansowania kampanii wyborczych, oraz nad sektorem pozarządowym za pomocą dotacji i darowizn. Nawet jeśli elitom brak konkretnych metod odgórnej koordynacji, to wspólną mentalność tworzy fakt, że prawie cały personel elitarnych instytucji wszystkich stopni należy do nadrzędnej, złożonej z profesjonalistów klasy, podziela takie same wizje świata i ma podobne wykształcenie – a to jest zaczynem myślenia grupowego w rozumieniu orwellowskim. Te role są zmienne w czasie. Dyplomaci zostają bankierami inwestycyjnymi, bankierzy inwestycyjni zostają ambasadorami, generałowie zasiadają w radach nadzorczych, a dyrektorzy wykonawczy tworzą sektor pozarządowy.
Ani Burnham, ani Galbraith nie twierdzili, że kierownicze elity są z przyrodzenia złe lub zajmują swoją pozycję w sposób nieuprawniony. Właściwie obaj uważali, że duże, dynamiczne korporacje i kompetentna biurokracja są niezbędne dla wdrożenia technologicznych innowacji i dla wzrostu gospodarczego. Nie sądzili także, by menedżerowie tworzyli odrębną klasę rządzącą globalnie – a w każdym razie, by robili to w stopniu wyższym niż kapitaliści i posiadacze feudalni w przeszłości. Zarówno kierownicze elity Burnhama, jak i technostruktura Galbraitha miały swe korzenie w poszczególnych państwach-narodach, nawet jeśli te służyły po prostu za trampoliny dla geopolitycznych i gospodarczych ambicji konkretnych grup panujących.
Chociaż żaden z nich nie zalecał odwrotu od „kierowniczej rewolucji”, to jednak obaj martwili się koncentracją bogactwa, władzy i prestiżu w rękach nowych elit. Ponieważ byli realistami, zdawali sobie sprawę, że siła elit kierowniczych może zostać zahamowana jedynie przy pomocy tego, co Galbraith nazywał „siłą wyrównawczą”, zaś Burnham, podążając za myślą włoskiego teoretyka Gaetano Moski, określał mianem „obrony prawnej” (juridical defense). Oba terminy odnoszą się do prawdziwej społecznej równowagi sił, a nie tylko do papierowych sprawozdań i dekretów o równowadze.
Narodowa konsolidacja przemysłu
Na przełomie XIX i XX wieku w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej przemysłowy, oparty na przedsiębiorstwach kapitalizm, został stosunkowo szybko zastąpiony przez nowoczesny kapitalizm menedżerski. W samych Stanach Zjednoczonych zakaz karteli, w połączeniu z przyzwoleniem na fuzje i zakup przedsiębiorstw, dał efekt, który historyczka Naomi Lamoreaux nazwała „pierwszym wielkim ruchem fuzyjnym”. Trwał on od 1895 r. do 1904 r. Na przestrzeni tej jednej dekady 1800 przedsiębiorstw – większość z nich działająca w przemyśle wytwórczym – zostało skonsolidowanych w jedynie 157 firm.
Po tej fali konsolidacji struktura gospodarki amerykańskiej stała się pomiędzy I wojną światową a końcem lat 20. bardzo stabilna. W 1917 r. i w 1973 r. 22 z 200 największych firm na rynku było związanych z przemysłem naftowym – i większość z nich to były te same firmy. W 1917 r. i w 1973 r. 5 z 200 największych firm na rynku zajmowało się przemysłem gumowym, a 4 z nich były w obu tych latach identyczne (Goodyear, Goodrich, Firestone i Uniroyal). Firmy z sektora przemysłu maszynowego – wiele z nich tych samych – to 20 z 200 największych przedsiębiorstw w 1917 r. i 18 z 200 w 1973 r. Podobnie wyglądała sprawa w przemyśle transportowym i w produkcji żywności. Przetrwała nawet firma Johna D. Rockefellera, Standard Oil, pod płaszczykiem rozdrobienia się na mocy wyroku sądowego z 1911 r. na „firmy-córki”, z których jedną była np. firma ExxonMobil, późniejszy światowy gigant.
Badania z roku 1972 pokazują, że poziom współzawodnictwa przemysłowego był we wszystkich dojrzałych gałęziach gospodarki przemysłowej cały czas podobny. Na przykład w Wielkiej Brytanii pomiędzy 1907 r. a 1970 r. udział w rynku stu największych firm wytwórczych wzrósł z 16% do 45%.
Ten ogólnoświatowy trend nie może być wyjaśniony za pomocą osobliwości amerykańskiego prawa czy polityki. Kiedy Chandler badał 379 przedsiębiorstw wytwórczych zatrudniających w 1973 r. ponad 20 tysięcy pracowników, które podzielił z grubsza na grupę amerykańską i zagraniczną, odkrył, iż współczynniki były zaskakująco podobne: 22 przedsiębiorstwa produkujące urządzenia transportowe w Stanach Zjednoczonych przy 22 zagranicznych; 20 przedsiębiorstw zajmujących się wytwarzaniem maszyn przy 25 zagranicznych; 24 chemiczne zakłady amerykańskie przy 28 zagranicznych; 14 firm naftowych z siedzibą w USA przy 12 mieszczących się poza Ameryką. Wszystko to udowadnia, że w każdej nowoczesnej gospodarce firmy z chandlerowskiego „centrum” i z galbraithowskiego „systemu planowania”, charakteryzujące się rosnącym efektem skali, staną się duże, a jeśli odniosą sukces, to mają tendencję do długiego trwania, w porównaniu z małymi firmami z chandlerowskich „peryferii” i galbraithowskiego „systemu rynkowego”, których rozmiar oznacza brak lub zanik przewag konkurencyjnych.
Państwowe ugody polityczne
w czasie Zimnej Wojny
Od chwili powstania „kierowniczego kapitalizmu”, poprzez okres I wojny światowej i Wielki Kryzys, społeczności Ameryki Północnej były wstrząsane starciami korporacyjnych elit z wściekłymi robotnikami i rolnikami. Największe z nich działy się w Stanach Zjednoczonych, gdzie uzbrojone siły wielokrotnie rozbijały strajki. W 1921 r., podczas Bitwy pod Blair Mountain w hrabstwie Logan w stanie Wirginia Zachodnia, decydenci państwowi użyli samolotów, by zrzucać bomby na uzbrojonych strajkujących.
Aby zapewnić spokój społeczny i zmobilizować naród podczas II wojny światowej, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, np. Wielka Brytania, wynegocjowali pakt pomiędzy pracą a kapitałem i obiecali weteranom wojennym pomoc socjalną. Podczas wynikłej później Zimnej Wojny każda z większych gospodarek przemysłowych opracowała pewien rodzaj „ugody” lub kompromisu pomiędzy interesami świata pracy a siłami kapitału. Te powojenne porozumienia stanowiły połączenie nakierowanego na przedsiębiorcę kapitalizmu oraz przetestowanej już socjaldemokracji w wersji welfare state. W Niemczech Zachodnich przyjęło to formę reprezentacji interesów pracowniczych przy pomocy członkostwa związkowców w radach nadzorczych firm. Japonia, na fali intensywnych konfliktów pracowniczych po 1945 r., wybrała drogę korporacyjnego paternalizmu wraz z zatrudnianiem wielu pracowników na całe życie. Świat pracy był w powojennych Stanach Zjednoczonych słabo zorganizowany, ale „Traktat z Detroit”, który wynegocjował porozumienie pomiędzy firmami produkującymi samochody a związkami zawodowymi, stał się przykładem sukcesu nieformalnej współpracy (korporacjonizmu) pomiędzy pracą a kapitałem. Niewielki procent legalnej i nielegalnej imigracji oraz naciski na zamężne kobiety, by opuściły szeregi zatrudnionych i zostały gospodyniami domowymi, wzmocniły siłę przetargową pracowników płci męskiej i stworzyły przyjazny im rynek pracy.
Ten korporacjonistyczny system sprawił, że państwa opiekuńcze w okresie od lat 40. do 70. były takie w dużo mniejszym zakresie, niż byłyby w przeciwnej sytuacji. Jednak powojenne porozumienia powstałe w Japonii i na zachodzie Europy sprawiły, że kapitalizm od lat 40. do 70. przeżywał złote lata, łącząc wysoki wzrost gospodarczy z egalitarną redystrybucją jego owoców, jakiej nie widziano nigdy wcześniej – i później.
Ponadnarodowa konsolidacja przemysłu
Po upadku muru berlińskiego w 1989 r. państwowe porozumienia pomiędzy kapitałem a światem pracy, wynegocjowane przez rządy państw, zostały zniszczone – pojawiły się bowiem nowy wzorzec globalnej produkcji przemysłowej oraz nowy system organizacji korporacyjnej.
To, co ekonomista Peter Nolan nazwał „światową rewolucją w biznesie lat 90. i początku XX wieku”, czyli powstanie ponadnarodowych korporacji tworzących oligopole, było odpowiednikiem fali wielkich fuzji z początków XX wieku – fuzji, które stworzyły oligopole firm państwowych. W książce „Capitalism and Freedom” z 2008 r. Nolan zauważa: „Na samym początku XX wieku, wewnątrz wyraźnie podzielonych na marki sektorów rynków światowych o wysokiej wartości dodanej, charakteryzujących się zaawansowanym poziomem technologicznym (co służyło głównie przedstawicielom klasy średniej i wyższej, gdyż posiadali oni większość światowej siły nabywczej), do gry weszło nowe »prawo«: garstka znanych na całym świecie firm, »integratorów systemu«, zajęła ponad 50% rynku światowego. Dwie najwięcej spośród nich warte to przedsiębiorstwo, które posiadało 100% całego światowego rynku dużych samolotów komercyjnych oraz firma, która w owym czasie miała 70% udziału w rynku napojów gazowanych; firmy z pierwszej trójki były warte łącznie tyle, co 80% udziałów w sektorze turbin gazowych oraz 70% w rynku maszyn rolniczych, a także 60% rynku telefonii komórkowej i 50% rynku telewizorów z ekranem LCD. Firmy z górnej czwórki branży posiadały 60% rynku wind, pierwsza piątka miała ponad 80% rynku aparatów cyfrowych, zaś pierwsza dziesiątka kontrolowała połowę rynku farmaceutycznego”.
Do momentu, gdy recesją z 2008 r. rozpoczął się wielki kryzys finansowy, duża część światowego przemysłu była już zdominowana przez kilka sporych korporacji. 95% mikroprocesorów produkowały cztery firmy: Intel, Advanced Micro Devices, NEC i Motorola. Dwie trzecie produkowanych na świecie szklanych butelek robiły tylko dwa przedsiębiorstwa – Owens-Illinois i Saint-Gobain. Połowa dostępnych na światowym rynku samochodów powstaje w fabrykach czterech wytwórców: General Motors, Ford, Toyota-Daihatsu i DaimlerChrysler. Jeśli zaś idzie o usługi biznesowe, to Microsoft zdominował 90% rynku systemów operacyjnych dla komputerów osobistych. W 2007 r. tylko dwie firmy kontrolowały 86% rynku przetwarzania informacji finansowych i 77% rynku gier elektronicznych, zaś trzy firmy dominowały na rynku publikacji prawniczych (71% rynku) i w produkcji endoprotez (62% rynku).
Taka konsolidacja miała miejsce nie tylko w przypadku ponadnarodowych korporacji, ale także poniżej, na poziomie dostawców. Na samym początku kryzysu, w 2008 r., trzy firmy: General Electric, Pratt and Whitney oraz Rolls-Royce zdominowały światowy rynek produkcji silników samolotowych. 60% opon powstawało w fabrykach trzech międzynarodowych korporacji – Bridgestone, Goodyear i Michelin.
Powstawanie globalnych oligopoli to skutek ekspansji, fuzji i aliansów. Łączy się ono w jeden trend zmierzający ku produkcji ponadnarodowej. Jedna trzecia, a nawet połowa handlu to handel wewnątrzfirmowy lub produkcja ponadnarodowa, prowadzona przez przedsiębiorstwo o kapitale wielonarodowym, z siecią dostawców w wielu krajach. Przykład-ikona to iPhone firmy Apple, powstający z komponentów z różnych części świata. Modele S5 i 6 zawierają części z Chin, Stanów Zjednoczonych, Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, Niemiec, Francji, Włoch, Holandii i Singapuru.
Podczas gdy sieci dostawców są regionalne lub globalne, większość firm z kapitałem ponadnarodowym ma nadal siedziby w kilku konkretnych państwach – najczęściej są to Stany Zjednoczone, Japonia lub Niemcy. Krajom rozwijającym się dano do odegrania rolę wytwórców produktów o niskiej wartości dodanej, na zasadach narzuconych im przez firmy i inwestorów z Ameryki Północnej, Europy oraz wybrzeży Azji. Jednak Chiny, Indie i Brazylia oraz kilka innych krajów rozwijających się było w stanie wykorzystać fakt, że korporacje mają dostęp do ich ogromnej siły roboczej i rynków zbytu, i naciskać na obcy kapitał, by promował projekty rozwoju ich narodowego przemysłu, za pomocą wymagań na gruncie lokalnym oraz umów na transfery technologii.
Ekonomia globalnego arbitrażu
Powszechnie uważa się, że trwający od lat 90. proces globalizacji odpowiedzialny jest za bezprecedensowy wzrost produktywności. Jednak prawda jest taka, że wzrost ten po 1989 r. jest dużo niższy niż był po roku 1945, kiedy to gospodarki narodowe były mniej zintegrowane, a poziom imigracji o wiele niższy. Jedną z przyczyn może być fakt, iż w epoce globalizacji nowe ponadnarodowe oligopole osiągały zyski metodami innymi niż napędzany technologicznie wzrost produktywności. Najważniejszą z tych korporacyjnych strategii były selektywny arbitraż i selektywna harmonizacja.
Globalny arbitraż przybrał dwie formy: arbitrażu pracy i podatków oraz subsydiów. Ten pierwszy oznaczał zarówno przeniesienie produkcji przemysłowej z krajów wysokorozwiniętych do krajów rozwijających się o niskich płacach, jak i masową migrację na globalną Północ, uprawianą przez pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Tego rodzaju proces nie wzmacniał postępu technologicznego, a mógł go nawet opóźniać, zastępując nowe techniki czy technologie kosztowną pracą lub korzystaniem z zasobów naturalnych. Jeśli prostym sposobem na osiągnięcie wysokiego przychodu jest zwyczajne zamknięcie fabryki w kraju o wysokich płacach i przeniesienie jej do kraju o płacach niskich, do państw ubogich, do południowych stanów Ameryki Północnej, do Meksyku czy Chin, to nikt nie będzie starał się uczynić produkcji technologicznej bardziej wydajną.
Arbitraż podatków i subsydiów to praktyka polegająca na korzystaniu przez firmy z faktu, że w różnych krajach są różne stawki podatkowe i różne sposoby dotowania przedsiębiorstw. Używa się jej, by pobudzić zyski, nie podnosząc jednocześnie poziomu produktywności. Firmy, które unikają opodatkowania, przenosząc się na Kajmany, do Panamy czy Irlandii, nie robią nic, by podnieść swoją produktywność. Niczego podobnego nie czynią także korporacje, które przemieszczają się do Chin, by czerpać korzyści nie tylko z nisko opłacanej, niewolniczej pracy, ale także z obfitych dotacji różnego rodzaju, np. mocno dotowanej energii elektrycznej, infrastruktury lub programów szkoleniowych dla pracowników.
Być może iPhone jest ikoną ery globalizacji. Jak pisze w wydawanym przez MIT magazynie „Technology Review” Konstantine Kakaes, gdyby każdą pojedynczą część tego urządzenia produkować w USA i składać je w tym kraju, podrożyłoby to jego koszt o 100 dolarów. Wtedy jednak marża zysku firmy Apple byłaby dużo niższa niż jest teraz – gdy iPhone jest produkowany w sześciu chińskich fabrykach bazujących na nisko płatnej, niemal niewolniczej pracy, oraz w Brazylii, gdzie produkcja odbywa się na zasadzie koncesji na zastępczą politykę importową.
Apple opanowało wzorowo zarówno globalny arbitraż pracy, jak i arkana sztuki podatkowo-dotacyjnej. Według informacji Unii Europejskiej, rząd irlandzki pozwolił tej firmie kanalizować zyski z siedmiu różnych krajów poprzez dwie firmy mające siedzibę w Irlandii, z których jedna była w dodatku „biurem głównym” bez pracowników. W efekcie, jak donosi Komisja Europejska, Apple odnotowało zyski w wysokości 16 miliardów euro, z czego tylko 50 milionów euro zostało opodatkowanych w Irlandii, co dało firmie 15 mld 95 mln euro nieopodatkowanego zysku.
Polityka globalnego arbitrażu
Nawet jeśli firmy z okresu pozimnowojennej globalizacji eksploatowały wszelkie możliwości w zakresie pozyskiwania taniej siły roboczej i obchodzenia podatków, to jednak, jeśli leżało to w ich interesie, promowały wybiórczą harmonizację praw i regulacji. W drugiej połowie XX w. odbyło się stopniowo kilka rund negocjacji pod auspicjami General Agreements of Tariffs and Trade, a później Światowej Organizacji Handlu. Skutecznie zlikwidowały one większość barier celnych. Do 2016 r., kiedy to WTO zakończyło nieudaną Rundę z Dohy [Doha Development Round – trwająca od 2001 r. runda negocjacyjna w ramach Światowej Organizacji Handlu; obok dalszych kroków na rzecz liberalizacji handlu do głównych omawianych tam kwestii należały m.in. subsydiowanie rolnictwa, prawo patentowe, regulacje antydumpingowe oraz ochrona własności intelektualnej – przyp. tłum.], Stany Zjednoczone i inne wpływowe państwa przeniosły nacisk z barier ograniczających transgraniczny przepływ towarów na prawa i regulacje „harmonizacyjne”. Pośród „ponadregionalnych umów handlowych” znajdują się m.in. NAFTA, TTP (Trans-Pacific Partnership) i TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership). Leżało to bowiem w interesie ponadnarodowych inwestorów i korporacji, którzy opierali swoje działania na globalnych łańcuchach dostaw.
Obszary wybrane do negocjacji arbitrażowych i harmonizacyjnych odzwierciedlają nie interesy mas pracujących, lecz kierowniczych elit, które dominują w rządach społeczeństw zachodnich. Harmonizacja standardów pracy lub płacy podkopałyby strategię arbitrażu pracy, zaś ponadnarodowe represje związane z unikaniem opodatkowania utrudniałyby prowadzenie strategii arbitrażu podatkowego, jaką posługują się ponadnarodowe korporacje. Zamiast tego, nacisk w polityce harmonizacji został położony na powszechne standardy przemysłu, liberalizację systemu finansowego i intelektualne prawa autorskie, włączając w to patenty farmaceutyczne. Na takim rodzaju harmonizacji korzystają ponadnarodowe firmy, inwestorzy z Wall Street czy londyńskiego City oraz właściciele praw autorskich z Silicon Valley czy z przemysłu farmaceutycznego.
W wielu przypadkach takie harmonizacyjne regulacje mają sens – np. standaryzują środki bezpieczeństwa związane z produktami. Ale już nowe umowy „harmonizacyjne” tworzą „deficyt demokracji”, i to na dwa sposoby. Wyodrębniają one ze zwyczajnego prawodawstwa całe zakresy regulacji, zastępując je „regulacjami określonymi w umowie”. Korzystne dla korporacji nowe prawa i zasady, których firmowi lobbyści nigdy nie przeforsowaliby na gruncie prawodawstwa krajowego, mogą zostać ukryte w umowach harmonizacyjnych, gdzie są maskowane jako traktaty „handlowe”. Takie umowy, liczące nierzadko tysiące stron, są często przygotowywane w tajemnicy przez komitety składające się z korporacyjnych lobbystów i mogą zostać ratyfikowane przez organy prawne bez niezbędnej w takich sytuacjach wnikliwości.
Co gorsza, większość współczesnych umów harmonizacyjnych zawiera klauzulę ISDS (investor-state dispute settlement), czyli ugodę dotyczącą zatargów pomiędzy inwestorem a państwem. Zezwala ona pojedynczym firmom na pozywanie do prywatnych trybunałów, zdominowanych przez korporacyjnych prawników, tych rządów państw, które zmieniły prawo już po podpisaniu traktatów – i to bez żadnego mechanizmu apelacji. Jeśli Kongres przyjmie statut, który zagrozi np. interesom firmy Acme Inc., to oprócz płacenia lobbystom i przelania darowizny na kampanie wyborcze pewnych kandydatów, ma ona niewiele innych możliwości. Ale jeśli Kongres ratyfikuje traktat, a potem zmieni jego klauzule, wprowadzając nowe prawo, Acme może pozwać rząd federalny za szkody finansowe. Stany Zjednoczone nie przegrały jeszcze żadnej sprawy w związku z klauzulą ISDS, ale inne kraje owszem. Niektórzy uważają, że perspektywa bycia pozwanym przed oblicze prawników korporacji chłodzi głowy przedstawicieli państw, którzy być może chcieliby wprowadzić prawa i regulacje, jakich firmy by nie akceptowały.
Nie zamierzam tu sugerować, że kontrolujący światowe oligopole menedżerowie ponadnarodowych firm operujących obecnie na Zachodzie i u wybrzeży Azji są bardziej samolubni czy czują się w mniejszym stopniu publicznie zobowiązani niż menedżerowie korporacji narodowych byli lub czuli się podczas drugiej rewolucji przemysłowej. Z drugiej strony, obecne kierownicze elity są często mniej bigoteryjne i w większym stopniu parają się filantropią. Istotne jest, że amerykańskie, niemieckie i japońskie korporacje zostały z trudem opanowane przez galbraithowską władzę wyrównawczą i burnhamowską obronę prawną – a te uległy rozpadowi. „Dzięki” globalizacji, która sama w sobie jest dobrowolną polityką umożliwioną, ale nie wymaganą przez rozwój technologii, istniejące dzisiaj firmy o kapitale ponadnarodowym mają o wiele więcej kart przetargowych w negocjacjach z pracownikami i rządami państw.
Globalizacja: imperializm Hobsona?
To, że powstały po Zimnej Wojnie wzorzec globalizacji był i jest motywowany głównie możliwościami, jakie dają międzynarodowy arbitraż i manipulacje podatkowo-dotacyjne, a nie przez nowoczesne technologie czy presję sił wolnego rynku, wydaje się jasne, gdy przypomnimy sobie uderzająco podobny wzorzec globalizacji, który ponad sto lat temu przewidział brytyjski filozof społeczny John A. Hobson – i wyobraził go sobie w czasach, gdy zaawansowanie technologiczne było na zupełnie innym poziomie. W pracy z 1902 r., „Imperialism: A study”, Hobson spekulował, że wycofanie się zachodnich nacji z wzajemnych konfliktów militarnych mogłoby stworzyć pole dla wspólnych prac nad gospodarczym rozwojem Azji w ogóle, a szczególnie Chin.
Zachodni kapitaliści, jak sugerował autor, używając niestety rasistowskiego języka tamtych czasów, mogą kupić niechętną zgodę zachodniej klasy robotniczej na transfer pracy wytwórczej z Europy do Azji – a kupią ją za przyzwolenie, by i ona korzystała z zysków, jakie wytworzą się wskutek eksploatacji zubożałej chińskiej siły roboczej: „Jednym słowem, wydaje się, że inwestorzy i biznesmeni natrafili w Chinach na kopalnię siły roboczej głębszą niż jakiekolwiek kopalnie złota i innych złóż, które skierowały siły imperium do Afryki lub gdzie indziej; wydaje się ona tak ogromną i niewyczerpaną, że otwiera całej populacji »białych dżentelmenów« z Zachodu możliwość życia z fizycznego trudu tych pracowitych ludzi o niższej pozycji, tak jak dzieje się to w małych skupiskach białego człowieka w Indiach czy Afryce Południowej. Taki eksperyment powinien zrewolucjonizować metody stosowane przez Imperializm; presja, jaką w zachodnich społeczeństwach stwarza w polityce i przemyśle ruch napędzany przez klasę robotniczą, mogłaby być zaspokojona zalewem chińskich towarów; tak samo mogłoby stać się z utrzymaniem na niskim poziomie pensji zachodnich robotników. Władza imperialistycznej oligarchii okrzepłaby na fali sugerowania zagrożenia ze strony żółtych robotników i najmitów, a współpraca nacji zachodnich w ramach rozwoju Wschodu mogłaby oznaczać porozumienie między grupami biznesmenów i polityków – wystarczająco silne i ścisłe, aby zapewnić Europie międzynarodowy pokój i pewne odprężenie w kwestiach wojennych”.
Hobsonowskie ponure wizje „grup żółtych najmitów”, które miałyby być użyte do zduszenia oporu wśród pracowników z Zachodu, tak jak i podobna wizja zwana „żółtym niebezpieczeństwem” [Yellow Peril – rozpowszechniany w II połowie XIX wieku w USA pogląd, że z Chin nadciąga fala imigrantów, którzy odbiorą miejscowym pracę, a ich obecność będzie godzić w podstawy zachodniej cywilizacji – przyp. tłum.], nie zmaterializowały się. Ale już jego inne przewidywania sprawdziły się. Neoliberalni ideolodzy twierdzili, że zachodni pracownicy, którzy stracili miejsca pracy na rzecz offshoringu do Chin i innych państw o niskich wynagrodzeniach, dostaną inne, lepsze posady w „gospodarce opartej na wiedzy”. Była to zatem obietnica, która miała oznaczać, iż w erze poprzemysłowej większość zachodnich pracowników będzie korzystać z zysków z intelektualnej własności, jaką wytworzy „gospodarka oparta na wiedzy”, a nie „niezależni biali dżentelmeni” – ale poza tym wszystko się zgadzało: azjatycki proletariat i chłopi mieli ciężko pracować w fabrykach. Na łamach „The Economist” i innych tub propagandowych elit rządzących wciąż, po ponad stu latach od powstania wizji Hobsona, powtarza się twierdzenie, że niskie ceny, jakie płacimy za towary pochodzące z Chin, zadośćuczynią krzywdzie wyrządzonej zachodniej klasie robotniczej przez częściową deindustrializację.
Hobson przewidział dystopijną przyszłość Zachodu pozbawionego przemysłu, rządzonego przez ponadnarodową klasę złożoną z menedżerów i inwestorów: „Zapowiadamy powstanie jeszcze nawet większego sojuszu państw zachodnich, europejskiej federacji, która może oznaczać ogromne zagrożenie zachodnim pasożytnictwem. Zapowiadamy powstanie grupy znacznie uprzemysłowionych państw, których wyższe warstwy żywiły się daninami z Azji i Afryki, a przy ich pomocy podtrzymywały obłaskawione masy zwolenników, nie zajmujących się już więcej wytwórstwem, rolnictwem czy pracą w wielkim przemyśle, lecz trzymane w odwodzie w zakładach drobniejszego przemysłu lub usługach osobistych, pod kontrolą nowej arystokracji finansowej”.
Dalej Hobson ostrzega: „Większa część Europy Zachodniej może przyjąć charakter i wygląd, jaki obserwujemy w Południowej Anglii, na Rivierze czy w najeżdżanych przez turystów partiach Włoch lub Szwajcarii – małe skupiska bogatych arystokratów ciągnących dywidendy i emerytury z Dalekiego Wschodu, plus nieco większe grupy handlowców, współpracowników i ogromna ilość obsługi. Te niewielkie skupiska bogatych rentierów i fizycznych pracowników obsługi przywodzą na myśl dzisiejsze »zróżnicowane warstwami« wielkie miasta, jak Londyn, Nowy Jork i San Francisco, osadzone w państwach narodowych o dużych, opuszczonych obszarach dawnych stref przemysłowych”.
Imigranci i oligarchowie
Jak widzimy, pod koniec XX wieku zachodnim elitom kierowniczym udało się uciec od umowy społecznej, jaką zawarły w połowie stulecia z klasą robotniczą swoich krajów. Dokonały tego przenosząc produkcję przemysłową do tańszych miejsc lub grożąc, że tak postąpią. Firmy związane z konkretnym państwem, jak hotele, restauracje i przedsiębiorstwa budowlane, nie miały takiej możliwości. Mogły jednak skorzystać na imigracji, ponieważ zliberalizowane rynki pracy osłabiły pozycję przetargową pracowników dokładnie w taki sam sposób, jak szczelny rynek pracy osłabia pozycję pracodawców. Dlatego też w toku dziejów USA i innych krajów związki zawodowe zazwyczaj sprzeciwiały się jakiekolwiek imigracji na sporą skalę, podczas gdy kapitaliści witali ją często z otwartymi ramionami.
Niektóre z zachodnich państw mają formalną politykę zachęcania do przyjazdu imigrantów, którzy nie są wykwalifikowani i będzie im można płacić niewysokie wynagrodzenia, jak np. Niemcy, które zapraszały gastarbeiterów z Turcji. Jednak imigracja osób niewykwalifikowanych jest w większości przypadkowym skutkiem innych polityk w poszczególnych krajach. W Stanach Zjednoczonych większość legalnych imigrantów o niskim stopniu kwalifikacji to ludzie kiepsko opłacani, Meksykanie lub Latynosi z Ameryki Środkowej, przybyli do kraju na podstawie amerykańskiego prawa o łączeniu rodzin. Dodatkowo mamy 12 milionów nielegalnych imigrantów, głównie z krajów ościennych. W Europie główną przyczyną imigracji niewykwalifikowanych pracowników jest prawo azylowe i uchodźcze. Niektóre z państw europejskich faworyzują imigrację ze swoich byłych kolonii. Jakie by nie były w konkretnym przypadku zasady, w każdym z krajów Zachodu kwestie imigracyjne są zarzewiem konfliktu pomiędzy kierowniczymi elitami a klasami ludowymi o pochodzeniu natywnym.
Akademicy badają gospodarcze efekty fali imigracji do Stanów Zjednoczonych. W ostatnim raporcie Narodowych Akademii Nauk, Inżynierii i Medycyny starano się nadać ich odkryciom pozytywny wydźwięk, ale były one jednak trzeźwiące: imigranci o niskich kwalifikacjach lub rodowici mieszkańcy kraju, którzy nie mają wykształcenia średniego, dostają niższe wynagrodzenia. Raport przypomina także, iż „imigranci w pierwszym pokoleniu są zazwyczaj dla rządów państw, czy to na szczeblu centralnym, czy lokalnym, bardziej kosztowni od rdzennych mieszkańców kraju”. Korzyści z nisko płatnej imigranckiej siły roboczej idą według raportu głównie do zamożnych konsumentów, korzystających z pracochłonnych usług, podczas gdy ich koszt spada na barki słabo wynagradzanych pracowników i podatników. Amerykańskie media jak w lustrze odbijają interes, który kierownicze elity i eksperci mają w podtrzymaniu pozycji nisko opłacanych pracowników i taniej pracy w usługach – do tego stopnia, że informacje z raportu zostały przez nie ukryte. „Nowe badania mówią: imigranci nie zabiorą nam pracy” – jak we wrześniu 2016 r. napisał „New York Times”.
Prawdziwy negatywny wpływ imigracji na sytuację nisko opłacanych pracowników i na ciasne budżety państwowe, choć ograniczony, może dla polityki stanowić istotną kwestię, ale z dwóch innych przyczyn. Jedną z nich jest połączenie relatywnie wysokiego wskaźnika urodzeń w grupach imigrantów, jak Latynosi w Ameryce i muzułmanie w Europie, z niskim lub spadającym wskaźnikiem urodzeń wśród rdzennych mieszkańców, co oznacza, że stosunkowo niewielka fala imigracji może całkowicie zmienić na przestrzeni kilku pokoleń skład narodowościowy kraju. Nawet jeśli, w dłuższej perspektywie, imigranci asymilują się i mieszają z rdzenną ludnością, szybka zmiana składu etnicznego jest często postrzegana przez wiele osób jako zagrożenie.
Drugim z czynników jest nowoczesny model państwa opiekuńczego. Po obu stronach Atlantyku powstało ono w okresie powojennego wzrostu urodzeń i niskiego poziomu imigracji. Narodowe programy pomocowe przybierają rozmaite formy, ale wszystkie oparte są na zasadzie solidarności pomiędzy członkami narodowej społeczności, którzy godzą się pracować i płacić podatki, aby pomóc swoim pobratymcom, po czym, w chorobie czy w starszym wieku, być uprawnionymi do takiej samej pomocy.
Na brak kompatybilności imigracji i państwa opiekuńczego wskazał libertariański ekonomista Milton Friedman: „Jeśli mamy państwo opiekuńcze, państwo, w którym każdemu obywatelowi obiecuje się pewien konkretny poziom dochodu lub utrzymania, bez względu na to, czy pracuje, czy nie, to [nieskrępowana] imigracja jest naprawdę niemożliwa”. Jego ideologiczne przeciwieństwo, Paul Krugman, zgadza się z taką opinią. Dlaczego? „Ponieważ Ameryka jest państwem opiekuńczym”, a „nisko wykwalifikowani imigranci nie płacą wystarczająco wysokich podatków, by pokryć koszty zasiłków, które otrzymują”. Krugman wyciąga z tego wniosek, że z konsekwencji, jakie imigracja niesie dla państwa opiekuńczego, najbardziej poważne są konsekwencje polityczne. Friedman ze swojej strony nie ma nic przeciwko fali imigracji, póki jest ona nielegalna, ponieważ nielegalni imigranci nie są uprawnieni do otrzymywania zasiłków: „Zalegalizujmy imigrację i przestanie być dobrze. Dlaczego? Bo tak długo, jak jest nielegalna, ludzie, którzy do nas przybywają, nie kwalifikują się do wsparcia, ubezpieczenia społecznego i wielu innych dodatków”.
Kierownicze elity Ameryki i Europy używają zatem legalnych i nielegalnych środków, by promować imigrację – a celem takiego działania jest uzyskanie przewagi nad związkami zawodowymi, zdławienie wzrostu płac, zapobiegnięcie inflacji, jaka pojawia się na szczelnych rynkach pracy, oraz zapewnienie rynku pracodawcy na polu usług porządkowo-ogrodniczych i opiekuńczych. To nie wszystko – elity te są także orędownikami „różnorodności”, bo zmniejsza ona prawdopodobieństwo, że pracownicy różnych narodowości zjednoczą się we wspólny front przeciwko nim. W liście z 1870 r. Marks napisał: „Z powodu stale wzrastającego stopnia koncentracji dzierżawy, Irlandia cały czas wysyła swoje nadwyżki do Anglii, co powoduje spadek płac i pogarsza materialną i moralną pozycję irlandzkiej klasy robotniczej. I rzecz najważniejsza! W każdym centrum przemysłowym i handlowym Anglii klasa robotnicza jest obecnie podzielona na dwa wrogie obozy, czyli proletariat angielski i proletariat irlandzki. Robotnik angielski nienawidzi robotnika irlandzkiego, ponieważ stanowi on dla niego konkurencję i obniża jego poziom życia […] Jego nastawienie do Irlandczyka jest podobne do tego, jakie »ubodzy biali« prezentowali w stosunku do czarnoskórych w byłych stanach niewolniczych USA. Ten antagonizm jest sekretem indolencji angielskiej klasy robotniczej, pomimo że jest ona zorganizowana. To właśnie cała tajemnica – w ten sposób klasy posiadające utrzymują swoją przewagę. I wiedzą o tym”.
Podobnie pisze Hobson, choć z charakterystyczną dla siebie rasistowską retoryką. Zastanawia się on, czy to elity ekonomiczne mogły aranżować masową imigrację: „Można sobie wyobrazić, że wpływowe w przemyśle i zamożne klasy społeczeństw zachodnich, w celu zachowania siły politycznej i ekonomicznej w swoim ręku, mogą dążyć do odwrócenia polityki, która do tej pory zdobywała grunt w Stanach Zjednoczonych i w naszych białych koloniach, i zacząć nalegać na nieskrępowaną imigrację żółtej siły roboczej, która pracowałaby w przemyśle. To broń, którą trzymają w odwodzie, gdyby musieli jej użyć, by utrzymać naród w stanie podporządkowania”.
Ponieważ Hobson przewidział coś bardzo przypominającego offshoring, produkcję ponadnarodową i masową imigrację niewykwalifikowanej siły roboczej, a zrobił to w epoce kolei żelaznej, statków parowych i telegrafu, dzisiejsze wydarzenia nie mogą być prezentowane jako wiadome z góry efekty powstania nowych technologii, takich jak internet, światowa telefonia bezprzewodowa czy kontenerowce. Wiele obowiązujących współcześnie dyrektyw gospodarczych jest powiązanych z nowymi technologiami, tak jak ich liczne odpowiedniki były kompatybilne z technologiami czasów Hobsona. Technologia potrzebna, by stworzyć coś na miarę obecnej globalizacji, istniała już na początku XX wieku. Ale pomiędzy 1914 a 1989 rokiem brakowało jednego koniecznego, lecz niewystarczającego warunku, którego brak przeszkadzał w zaistnieniu tego rodzaju kierowniczego globalizmu: pokoju pomiędzy wielkimi siłami państwowymi.
Od nad-imperializmu do wojen pomiędzy blokami
Hobsonowska wizja panzachodniego syndykatu przemysłowców i inwestorów, którzy jednoczyliby się w imię wyzyskiwania industrializujących się Chin i reszty niezachodniego świata przypomina wizję marksisty Karla Kautsky’ego. Pisał on o idei „nad-imperialistycznego bloku”, złożonego z krajów kapitalistycznych, które odłożą nad bok nieporozumienia militarne w imię współdzielenia zysków z inwestycji w państwach rozwijających się. Można wątpić, czy kiedykolwiek potężne suwerenne siły państwowe, przy braku przymusu militarnego, dobrowolnie zgodziłyby się na taki sojusz. Obecne bloki ponadnarodowe powstały w cieniu dwóch wojen światowych i Zimnej Wojny, i tylko z ich powodu.
W „The Managerial Revolution” Burnham przewidział podział powojennego świata na trzy „supermocarstwa” – USA, Niemcy i Japonię, inspirując wizję orwellowskich Oceanii, Eurazji i Wschódazji z „Roku 1984”. Jednak zamiast stać się suwerennymi państwami, Niemcy i Japonia po II wojnie światowej zostały częściowo tylko suwerennymi protektoratami Stanów Zjednoczonych, a Wielka Brytania i Francja, pozbawione swoich kolonialnym imperiów, także popadły w zależność od Ameryki. Światową politykę od lat 40. do 90. kształtowała raczej dwubiegunowość niż trójbiegunowość.
Neoliberalna globalizacja była możliwa do przeprowadzenia tylko w okresie bezpośrednio następującym po Zimnej Wojnie, kiedy Stany Zjednoczone były „jedynym mocarstwem”, a żaden wiarygodny konkurent na tym samym poziomie jeszcze się nie wyłonił. W latach 90. Stany i ich europejscy sojusznicy wraz z Japonią, Koreą Południową i Tajwanem funkcjonowali jak pankapitalistyczny blok Hobsona i Kautsky’ego, i zmierzali wprost ku przekazaniu Chinom większości swojej produkcji. Jednak dzisiejszy wzrost Chin sprawia, że ten krótki okres zbliża się ku końcowi – a wraz z nim zmieni się obecna struktura światowego przemysłu.
Hobson dostrzegał, że Chiny mogą w pewnym momencie pokazać rosnącą siłę swojego przemysłu i że na Zachodzie odbije się to protekcjonistycznym echem: „Chiny, które szybciej niż inne »niższe rasy« przeszły przez okres zależności od zachodniego kapitału i zachodnich zdobyczy nauki, a także szybciej przyswoiły sobie to, czego można było się od nich nauczyć, mogą odzyskać niezależność gospodarczą, znaleźć własne źródła kapitału i posiąść umiejętności konieczne do zbudowania przemysłu maszynowego… i mogą niebawem pojawić się na światowym rynku jako największy i najskuteczniejszy rywal, zawłaszczając najpierw handel z rejonu Azji i Pacyfiku, a potem zatapiając wolne rynki Zachodu i doprowadzając je do zamknięcia się oraz wprowadzenia rygoru protekcjonistycznego w następstwie spadku produkcji”.
Rebelie populistyczne i ich ograniczenia
Jeśli się nie mylę, okres pozimnowojenny zakończył się, a przemysłowe kraje demokratyczne Ameryki Północnej i Europy weszły w nową burzliwą epokę. Klasa kierownicza zniszczyła społeczne ustalenia, które czasowo wstrzymywały jej działania w drugiej połowie XX wieku. Stworzyła nową politykę, zazwyczaj pozbawioną partycypacji społecznej i demokracji elektoralnej, a opartą na wielkich darczyńcach i zmieniających się układach w ramach homogenicznej koalicji sojuszniczych elit zachodnich. Populistyczna i nacjonalistyczna fala, wzrastająca po obu stronach Atlantyku, jest konsekwencją dwóch dekad konsolidowania się kierowniczych elit – i była ona łatwa do przewidzenia. Klasa robotnicza, która jest „spoza układu”, wznieca powstanie przeciwko tym, którzy są „wewnątrz” oraz przeciwko ich sojusznikom.
Czy efektem tej nowej walki klas będzie odrodzenie faszyzmu? W niektórych krajach Europy partie nacjonalistyczne wyewoluowały z malutkich grupek faszystowskich i przyciągnęły wielu zwolenników. Ale narracja na temat weimarskiej Europy czy weimarskiej Ameryki oparta jest na niezrozumieniu historii, która przypisuje faszyzm masom ludowym. Było odwrotnie – pomimo pewnych populistycznych pułapek większość międzywojennych ruchów faszystowskich była hołubiona przez elity finansowe i wojskowe, bo miały one stanąć na drodze socjaldemokracji i komunizmowi.
To nie Republika Weimarska, lecz republika bananowa dostarcza nam najbardziej negatywnego wzorca. W wielu krajach Ameryki Łacińskiej polityka tradycyjnie oznacza konflikt oligarchów z populistami. Podobny model pojawił się w południowych stanach USA pomiędzy wojną secesyjną a walką o prawa obywatelskie. Gdy przedstawiciele ludu „z zewnątrz” wyzywają na pojedynek oligarchów „ze środka”, ci oligarchowie prawie zawsze wygrywają. Jak mogliby przegrać? Mogą nie mieć przewagi liczebnej, ale kontrolują większość bogactw, mają wpływ na rynek ekspercki, wpływy polityczne, zdominowali media, uczelnie i sektor pozarządowy. Większość fal ludowej rebelii załamuje się i rozprasza po uderzeniu w falochron bastionu uprzywilejowanych elit.
Duża grupa ludowych polityków z amerykańskiego Południa poddała się lub sprzedała. W niektórych przypadkach byli oni po prostu ludowymi przykrywkami dla interesów korporacji i klas posiadających, tak jak np. pieśniarz country W. Lee „Pappy” O’Daniel, gubernator i senator z Teksasu. Niezależność udało się utrzymać bardzo niewielu z nich, i byli to ci, którzy mieli własne źródła finansowania, zazwyczaj pochodzące z korupcji. Gubernator Luizjany, Huey Long, był w stanie walczyć z sitwą rządzących w okolicy rodzin i z korporacjami, ponieważ wyprowadzał środki z umów o pracę pracowników państwowych i trzymał je pod kluczem w „skarbonce potrąceń”. Znów wracamy do Teksasu – przeciwnik Ku-Klux-Klanu, gubernator James „Pa” Ferguson, wraz ze swoją żoną, Miriam „Ma” Ferguson, którą wybrano na to stanowisko po tym, jak jej mąż został z niego usunięty na mocy impeachmentu (ich hasłem wyborczym było „Dwoje gubernatorów w cenie jednego”), sprzedawali ułaskawienia rodzinom skazanych przestępców. Ross Perot i Donald Trump mogli za to, jako multimilionerzy, twierdzić, że mają prawo deptać po piętach narodowemu establishmentowi, ponieważ byli w stanie sfinansować własne kampanie wyborcze.
Ci z nas, którzy wierzą w liberalną demokrację, muszą czuć się przerażeni takim porządkiem politycznym. Koterie powstałe w ramach nepotystycznych elit dbają głównie o interes i korzyść własnej klasy. Co jakiś czas pojawia się charyzmatyczny populista – po to tylko, by ponieść porażkę, sprzedać się establishmentowi lub ustanowić własne rządy dynastyczne. Demokracja w sensie formalnym mogła przetrwać, ale jej duch uleciał. Nieważne, kto wygrywa – ci ze środka czy ci z zewnątrz – bo i tak przegrywają masy.
Alternatywy dla populizmu
Czy dla Zachodu jest jakaś alternatywa na przyszłość, poza latynoską lub w stylu południowym, czyli niekończącym się zwarciem oligarchów i populistów? Jeśli taka istnieje, to przyjmie ona formę społecznej umowy, którą zawarto po 1945 r., ale będzie się od niej różnić w szczegółach.
Jednym z nowych, możliwych do przeprowadzenia międzyklasowych kompromisów pomiędzy elitą kierowniczą a pracującymi masami ludowymi, może być radykalna renacjonalizacja przemysłu. To właśnie wydaje się mieć na myśli populistyczna lewica i prawica, gdy żądają, aby politycy „przywrócili miejsca pracy” – to znaczy dobrze płatne miejsca pracy w przemyśle wytwórczym. Oznacza to jednak poświęcenie na tym ołtarzu korzyści, jakie przynosiła ponadnarodowa gospodarka wielkiej skali, a korzyści te są realne, nawet jeśli ostatnie schematy oparte na offshoringu były napędzane przez manipulacje polityczne, takie jak arbitraż, a nie przez koncentrację na produktywności.
Ponieważ produkcja osadzona jest w szerszym krajobrazie gospodarczym, w którym istotny jest efekt mnożnikowy, ważne jest, by kraje osiągnęły lub utrzymały wytwórstwo o wysokiej wartości dodanej, nawet jeśli sektor ten zatrudniałby tylko niewielką część siły roboczej. Jednak większość Amerykanów pracuje obecnie w pozahandlowym sektorze usług na rynku wewnętrznym. Ich miejsca pracy i płace mogą być zagrożone przez masową imigrację, ale nie poprzez offshoring.
Gwałtowna de-globalizacja i przywrócenie czegoś na kształt autarkicznych gospodarek narodowych, opartych na zorganizowanych hierarchicznie firmach z kapitałem narodowym, jak to bywało w latach 50. i 60., nie są zatem pożądane, nawet gdyby było to w ogóle możliwe. Na drugim końcu skali mamy zaś ekstremum w postaci nowej globalnej umowy, z ogólnoświatowymi związkami zawodowymi i rządem światowym (albo „zarządem”), który sprawdzałby globalne oligopole korporacyjne i finansowe. Jednak to, że powstanie ponadnarodowy rząd światowy, który dbałyby o wspólne interesy ponadnarodowej klasy robotniczej, jest jeszcze mniej prawdopodobne niż radykalna renacjonalizacja.
Pozostawia to dwie możliwości zawarcia nowej „umowy”. Jedna z nich to „neoliberalizm plus”, a druga to „ideologia nowego rozwoju” (new developmentalism).
„Neoliberalizm plus”, zwany też „inkluzywnym kapitalizmem”, to preferowana przez narodowe kierownicze elity odpowiedź na populistyczne rewolty Europy i Ameryki. W najbardziej podstawowym sensie byłby to neoliberalizm Reagana, Thatcher, Clintonów i Blaira, pożeniony z większym wsparciem „przegranych” globalizacji. Nie zmieniłby on jednak sytuacji obywateli nienależących do elit – nadal byliby pozbawieni wpływu na rzeczywistość kontrolowaną przez oligarchów, a związki zawodowe uległyby zniszczeniu. Masy ludowe zostałyby jednak przekupione, by zgodziły się na ten nowy model rzeczywistości. Otrzymałyby wyższe dofinansowanie płac, takie jak obowiązujący już teraz w Ameryce Earned Income Tax Credit, lub, być może, gwarantowany dochód podstawowy, który zapewniłyby bieda-pensję każdemu z obywateli.
Kroki o takim kształcie z pewnością będą podejmowane w wielu krajach Europy Zachodniej. Z ekonomicznego punktu widzenia może to jednak nie zadziałać. „Przekupywanie” za pomocą nowych subsydiów z pomocy społecznej tych pracowników, którzy mają stałe lub spadające dochody, wymaga istnienia dynamicznego ekonomicznie sektora gospodarki, który sprawi, że taka pomoc będzie możliwa do sfinansowania. Neoliberalna klasa darczyńców, zamknięta w swoich elitarnych enklawach dla rentierów, uznaje za pewne, że z całego świata do technologicznych potentatów spływać będą wysokie tantiemy za własność intelektualną, wraz z finansowymi rentami płynącymi do kierowników finansowych. Renty te, jak ta grupa uważa, będą tak wysokie i będzie można na nich polegać na tyle, że potentaci i menedżerowie będą z przyjemnością dzielili się nimi z resztą mieszkańców kraju, w którym zdarzy się im znaleźć.
Ale światowe tantiemy szybko znikną. Będzie to rezultatem przekroczenia daty ważności patentów, kradzieży własności intelektualnej, sukcesów innych państw na tym samym polu oraz upowszechnienia się wyrobów dawniej innowacyjnych. Opodatkowanie finansjery, by wspierała państwa opiekuńcze na większą skalę, może zadziałać w miastach takich jak Nowy Jork czy Londyn, ale prawdopodobnie już nie na skalę państw narodowych, a zwłaszcza zajmujących całe kontynenty, jak Stany Zjednoczone z jedną trzecią miliarda mieszkańców.
Zaawansowana wytwórczość także nie będzie w stanie pokryć kosztów ogromnej redystrybucji, idącej wertykalnie od niewielu ku masom, jak wymagałby tego schemat działania „neoliberalizmu plus”. Wysoka produktywność wytwórcza i usługowa jest niekompatybilna z neoliberalną polityką handlu, która zezwala na offshoring przez korporacje zarówno produkcji o wysokiej, jak i o niskiej wartości dodanej, oraz toleruje dewastację rodzimego przemysłu przez dotowany import z krajów kupieckich, takich jak Chiny. Co gorsza, w rodzimym sektorze pozahandlowym – usługach – zalewanym na swoim najniższym poziomie przez słabo wykształconych i słabo opłacanych imigrantów, istnieje coraz mniejsza motywacja, by podnieść produktywność pracy usługowej, np. inwestując w technologie oszczędzające wysiłek albo przearanżowując swoje modele biznesowe tak, by zatrudniać mniej siły roboczej.
Innymi słowy – sama w sobie neoliberalna strategia gospodarcza, z powodu ciążenia ku modelom biznesowym opartym na taniej pracy na miejscu i zagranicą, podkopuje wzrost produktywności konieczny do pokrycia kosztów redystrybucji na masową skalę, która to redystrybucja miałaby, jak wielu wierzy, pogodzić interesy kierowniczych elit i pracowników.
Nie ma przypadku w tym, że rządy Reagana, Thatcher, Clintona i Blaira zbiegły się z przedłużonym okresem istnienia bańki spekulacyjnej, albo w tym, że ich najbardziej gorliwi zwolennicy pracowali w londyńskim City, na Wall Street lub w Silicon Valley. Przez jakiś czas rynek papierów wartościowych może rosnąć, nieruchomości drożeć, a inne bańki kwitnąć na tyle, by podatki z nich mogły pokryć koszty redystrybucji. Jednak rozbudowane państwa opiekuńcze, które zakładają ciągły boom, zamiast powolnego, stałego i niełatwego wzrostu produktywności, czeka niewypłacalność.
W przeciwieństwie do efemerycznych zysków z tak zwanej gospodarki opartej na wiedzy, finansów itp., zyski z posiadanych nieruchomości czy środków produkcji mogą się okazać stałe. W dawniejszych czasach odnoszący sukcesy kupcy i przemysłowcy często zostawali bankierami lub arystokratami. Gdyby dzieci i wnuki dzisiejszych miliarderów stały się właścicielami nieruchomości i pożyczkodawcami, mogłaby wykształcić się nowa klasa, swego rodzaju arystokracja w technologicznie zaawansowanym zachodnim feudalizmie.
David Ricardo wierzył, że jednocześnie rozgrywają się trzy walki: właścicieli ziemskich o czynsze, kapitalistów o zyski oraz pracowników o płace. Jego zdaniem to właściciele ziemscy mieli ostatecznie zwyciężyć. W gospodarce niskiego lub zerowego wzrostu produktywności to właśnie posiadacze nieruchomości, bankierzy i inni rentierzy mogą zastąpić menedżerów sektora przemysłowego w roli dominującej klasy. Zupełnie w taki sam sposób, jak rewolucja klas kierowniczych zwyciężyła nad feudałami i kapitalizmem burżuazyjnym, „menedżeralizm” w erze technologicznej i gospodarczej stagnacji może z kolei utorować drogę konstruktowi, który Peter Frase w pracy „Four Futures: Life After Capitalism” z 2016 r. nazwał „rentieryzmem”.
Nowy dewelopmentalizm
Pojęcie „państwa rozwojowego” (developmental state) zostało po raz pierwszy użyte przez akademików Chalmersa Johnsona i Alice Amsden do opisu ustrojów japońskiego, koreańskiego, tajwańskiego i singapurskiego po 1945 r. Polegały one na strategiach zorientowanych na eksport, jako części programu industrializacji i nadążania za Zachodem. Jednak koncepcja państwa rozwojowego zasługuje na dużo szerszą definicję.
Jak wykazali ekonomiści Erik Reinert, Ha-Joon Chang i Michael Hudson, merkantylizm renesansu i wczesnych zachodnich królestw, państw-miast oraz imperiów stanowił wersję takiej właśnie organizacji państwowej. Od epoki Tudorów po przyjęcie liberalizmu gospodarczego w latach 40. XIX wieku Anglia była klasycznym przykładem państwa merkantylistów, próbującego pomóc swojemu przemysłowi poprzez zapewnienie rynku producenta, jeśli chodzi o produkty o wysokiej wartości dodanej, oraz rynku klienta, gdy mowa o zakupie towarów i siły roboczej. Imperium brytyjskie zmuszało swoich irlandzkich, północnoamerykańskich i indyjskich poddanych do eksportowania surowych materiałów do brytyjskich producentów, którzy następnie cieszyli się monopolem na sprzedaż koloniom produktów gotowych.
Po tym jak Brytyjczycy zapoczątkowali rewolucję przemysłową, Amerykanom i Niemcom udało się za nimi nadążyć, a nawet prześcignąć ich, użyli bowiem polityki substytucji importu [rozmaite formy wspierania rodzimej wytwórczości w tych branżach, które dotychczas były słabo rozwinięte i kraj musiał polegać na imporcie ich wyrobów – przyp. redakcji] , co chroniło ich rynki narodowe i zachowało je dla rodzimych firm. Potem aż do czasu okresu po II wojnie światowej, kiedy Stany Zjednoczone krótko cieszyły się hegemonią przemysłową w zdruzgotanym świecie i brak im było zagranicznej konkurencji, Waszyngton nie zrezygnował ani na chwilę z polityki przemysłowego protekcjonizmu.
Trzeci wariant dewelopmentalizmu został opracowany przez Japonię i „Małe Tygrysy” (Koreę Południową, Tajwan i Singapur) podczas Zimnej Wojny. Ponieważ z powodu „niesprawiedliwych umów” z Zachodem przed II wojną światową oraz Układu Ogólnego w sprawie Taryf Celnych i Handlu po 1945 r. nie mogły one stosować ceł, te merkantylistyczne nacje Azji Wschodniej używały wielu pozacelnych barier, by utrzymać w garści swoje narodowe rynki, a jednocześnie korzystały z efektu skali, eksportując na o wiele bardziej otwarte rynki zachodnie. Strategie stosowane w post-maoistowskich Chinach są wersją tego wschodnioazjatyckiego wzorca.
Dewelopmentalizm przyjmował dość zróżnicowane formy, w zależności od miejsca – inne we Francji Colberta, Wielkiej Brytanii Walpole’a, inne w Ameryce Hamiltona i Lincolna, inne w bismarckowskich Niemczech czy we współczesnej Azji Wschodniej. Choć jednak metody różnią się od siebie, stałą wydaje się być postrzeganie handlu międzynarodowego nie jako regulowanej przez rządy areny, na której firmy walczą o klientów bez względu na granice, ale jako gry o sumie zerowej, toczącej się pomiędzy państwami-rywalami o udział w rynku przemysłów o wartości dodanej.
W ideologii gospodarki liberalnej kwestia handlu i kwestia bezpieczeństwa narodowego nie są ze sobą powiązane. Ale z perspektywy dewelopmentalizmu odpowiednia przepustowość handlu stanowi najważniejszą podstawę odnośnej siły militarnej. Wielkie imperia, a może i mniejsze państwa, muszą się cały czas martwić, że wzrost siły przemysłowej innych bloków spowoduje także rozkwit ich zasobów militarnych. Nawet w okresach pokoju pomiędzy wielkimi mocarstwami i blokami, którym przewodzą, każdy z nich musi przygotowywać się na choćby odległe prawdopodobieństwo konfliktu. Wewnątrz ściśle ze sobą powiązanego bloku złożonego z sojuszników liberalizacja zasad kontaktów międzynarodowych może być dobrym pomysłem, jednak relacje pomiędzy blokami cechują się logiką gry o sumie zerowej, podejrzliwością, ostrożnością – i oznaczają dewelopmentalizm podszyty nastrojami wojennymi.
Dopiero pamiętając o tej dynamice, możemy zatem spekulować na temat przyszłości światowej gospodarki i jej implikacji dla nowych rodzimych ustaleń, jakie zajdą pomiędzy klasami posiadającymi a robotnikami.
Po pierwsze, rozwój Chin, za którym nadejdzie prawdopodobnie podobny rozwój Indii, stworzy do 2050 r. nowy porządek światowy, zgodnie z którym większość światowego PKB będzie wypracowywana w granicach Chin, Indii, Stanów Zjednoczonych oraz Europy – czyli będą to trzy kolosalne państwa narodowe i jeden podzielony politycznie region. Poprawiając Orwella – blokami przyszłości mogą być Azja Wschodnia, Azja Południowa, Oceania i Europa. Świat stanie się naprawdę wielobiegunowy.
W świecie, gdzie współzawodniczą wielkie mocarstwa i złożone z nich bloki, najbardziej nam znana wersja dewelopmentalizmu (wschodnioazjatycka strategia zorientowana na eksport) stanie się z politycznych względów niemożliwa. Stany Zjednoczone tolerowały jednostronny handel ze swoimi satelitami z Azji Wschodniej i Niemiec (których merkantylizm jest prawdziwy, lecz bardziej subtelny), ale tylko dlatego, że potrzebowały ich wsparcia podczas Zimnej Wojny, a gospodarki tych krajów były dużo mniejsze od amerykańskiej. Z punktu widzenia USA tolerowanie podobnej merkantylistycznej polityki handlowej nie ma sensu, jeśli miałoby się odbywać ze szkodą dla przemysłu amerykańskiego, szczególnie zaś tego istotnego dla obronności. Chiny to jedyny „równy konkurent”, z jakim Stany Zjednoczone będą musiały się zmierzyć w przewidywalnej przyszłości w sferze militarnej.
Nawet jeszcze zanim Donald Trump został wybrany prezydentem Stanów Zjednoczonych, kraj ten zachowywał się jak chylące się ku upadkowi mocarstwo post-homogeniczne o ponownie przebudzonym zmyśle strategicznego nacjonalizmu w gospodarce. Partnerstwo Transpacyficzne zostało przedstawione amerykańskiej opinii publicznej jako sposób na pobicie Chin w walce o rynki azjatyckie, odpowiednik „zwrotu” administracji Obamy w kierunku, de facto, utrzymania ich pod kontrolą. Umowa TTIP, która pogłębiłaby integrację Europy i Ameryki bez udziału Chin, opierała się częściowo właśnie na chęci wyważenia rosnącego geoekonomicznego wpływu Państwa Środka.
Jeśli Stany Zjednoczone mają coraz mniejszą ochotę na zachowywanie się jak Patsy[osoba, którą łatwo wykorzystać, oszukać lub obwinić – przyp. tłum.] i na oferowanie nieodwzajemnionego dostępu do swoich rynków za cenę straty na własnych produktach, a także jeśli żaden inny kraj lub blok nie zamierza stać się podobną Patsy, oznacza to, że pasożytnicza, zorientowana na eksport strategia stosowana przez Japonię, „Małe Tygrysy”, Chiny i Niemcy nie ma już szans na powodzenie. Jednocześnie klasyczne metody zastępujące import, jak np. omawiana powyżej strategia radykalnej renacjonalizacji, są także odrzucane przez główne potęgi gospodarcze, ponieważ szukają one rynków towarów i usług poza swoimi granicami, aby zebrać żniwo efektu skali w gałęziach przemysłu o rosnącej stopie zwrotu. Domyślnie zatem system gospodarczy w świecie złożonym z licznych mocarstw zacznie przypominać organizację europejskich imperiów kolonialnych.
Oczywiście są tu pewne różnice. Dawna hierarchia kolonialna, oparta na przemyśle zmonopolizowanym przez metropolie peryferyjne i produkcję podstawowych surowców, zostanie zastąpiona przez nową, w której dla metropolii zarezerwowane są wyższe szczeble drabiny i lepsze powiązania, a na pomniejszych sojuszników i protektoraty ceduje się produkcję o niższej wartości dodanej.
Jeśli chodzi o organizację wewnętrzną państwa dominującego w bloku militarno-gospodarczym, to mądrze byłoby zaaranżować nowy międzyklasowy układ, który podtrzymałby na dłuższą metę wzrost produktywności zarówno tego państwa, jak i bloku, któremu przewodzi, zamiast go podkopywać. Musiałyby tu pojawić się dwie strategie postępowania: jedna dla sektorów gospodarki związanych z handlem, takich jak wytwórstwo na potencjalne rynki nierodzime, oraz druga, dla niepowiązanych z handlem narodowych sektorów, które mogą działać wyłącznie na miejscu, jak np. opieka pielęgniarska czy inne usługi osobiste.
Nowa strategia dewelopmentalistów dla związanych z handlem sektorów gospodarki powinna – za pomocą kija i marchewki – zniechęcić korporacje do zwiększenia zysku przy użyciu metod takich, jak arbitraż siły roboczej, arbitraż podatkowy i machinacje finansowe (ponowny wykup akcji giełdowych, ucieczka z podatkami „za morze”). W okresie pokoju handel pomiędzy wielkimi mocarstwami może być w większej części dozwolony, ale każde z tych mocarstw raczej zainterweniuje niż pozwoli siłom rynku czy zagranicznej polityce gospodarczej eliminować kluczowe sektory gospodarki, szczególnie te powiązane z obronnością.
Za to w lokalnym sektorze pozahandlowym, czyli usługach, obowiązywał będzie duch Hipokratesa, który akcentował zasadę „po pierwsze nie szkodzić”, co odnosiłoby się do najistotniejszych narodowych sektorów produkcji o wysokiej wartości dodanej. Szczelny rynek pracy dla rodzimych pracowników usług, osiągnięty za pomocą restrykcji imigracyjnych, dzielenia pracy (work-sharing) oraz krótszego tygodnia pracy, powinien spotkać się z uznaniem ze strony decydentów. Z kilku powodów – wysokie wynagrodzenia dla pracowników lokalnych usług oznaczają większy rynek rodzimy, czyli możliwość wspierania większego przemysłu na własnym terenie oraz podczas zagranicznej ekspansji. Jednocześnie wynagrodzenia o tej wysokości spowodują, iż pojawią się strategie oszczędzania pracy (np. automatyzacja), co podniesie produktywność sektora usług, a może także lokalny popyt na urządzenia oszczędzające pracę i oprogramowanie, które mogą być produkowane w tym państwie lub bloku. Jeśli wysokie wynagrodzenia doprowadzą do zastąpienia pracowników fast foodów przez automatyczne kioski, to produkcja tych kiosków może stać się nowym, dochodowym przemysłem wysokich technologii.
Współzawodnictwo i siła wyrównawcza
Schyłkowi liberalnej globalizacji, która rozkwitła krótko w okresie amerykańskiej hegemonii po Zimnej Wojnie, mogą zagrozić kierownicze elity, ale klasa robotnicza Zachodu i całego świata ma szansę odnieść tu korzyść.
Historia pokazuje, że klasy rządzące są niechętne, by dzielić się władzą z rządzonymi, chyba że się ich obawiają – albo że boją się klas rządzących w państwach swoich rywali. Strach przed rządzonymi to jednak słaba motywacja. Ludowe rewolty rzadko przekształcają się w rewolucje, jeśli nie wesprą ich dysydenci z klas rządzących lub cudzoziemskie elity, tak jak monarchia francuska finansowała amerykańską walkę o niepodległość dla własnych celów.
Dużo istotniejszym źródłem reform demokratycznych jest konieczność mobilizacji ludności na wojnę, a przynajmniej potrzeba ustanowienia pokoju podczas wojny. Od greckich państw-miast po szwajcarskie kantony – obywatele-żołnierze używali swojego wkładu w obronność jako argumentu, by domagać się praw i reprezentacji. Deklaracja Niepodległości i G.I. Bill [ustawa z 1944 r., dająca szeroką pomoc powracającym z wojny weteranom – przyp. tłum.] były środkami zapobiegawczymi, podjętymi podczas wojny.
Po Zimniej Wojnie większość zachodnich państw zrezygnowała z poboru do wojska i zdecydowała się na armie zawodowe, kontraktowe i cudzoziemskich sojuszników, co spowodowało spadek znaczenia rodzimych żołnierzy, tak samo jak offshoring i masowa imigracja wpłynęły na siłę przetargową rodzimych pracowników. Przywrócenie przez USA i podobne kraje masowego poboru do wojska jest tak samo nieprawdopodobne, jak przywrócenie pracy przy taśmie na masową skalę, bo może ją sparaliżować strajk. A niewielki poziom działań wojennych, jakie prowadzi Ameryka po 11 września, wymaga od większości Amerykanów niezbyt wielkiego poświęcenia, zatem w konsekwencji nie są oni w stanie na tej podstawie domagać się większego udziału we władzy i bogactwie.
Niemniej jednak, współzawodnictwo pomiędzy wielkimi mocarstwami, nawet jeśli przyjmuje formę ograniczonych zimnych wojen, przyniesie korzyść raczej tym z nich, których model gospodarczy oparty jest na rozwijającej się produkcji technologicznej i podnoszeniu wynagrodzeń lokalnych pracowników-konsumentów, a nie tym, które angażują się w arbitraże, regulacje harmonizacyjne i inne schematy postępowania, mające jakoby podnieść poziom zysków bez podnoszenia poziomu produktywności. Podczas zimnych wojen i bitew o handel, nawet jeśli żadna ze stron nie przeleje ani kropli krwi, lepiej poradzą sobie te kraje i bloki, które mają współdecydujących, patriotycznie nastawionych pracowników, niż te gnębione przez samolubne oligarchiczne elity i trawione przez nepotyzm.
W kontekście geopolitycznym mamy dwa modele rozwoju – jeden z nich na różne sposoby reprezentują Chiny i Japonia (pomijając ich obecny „merkantylizm ponad wszystko”), a drugi to zdominowany przez rentierów oligarchiczny model, jakiemu hołdują Brazylia i Meksyk. Głupotą byłoby postawić na ten ostatni. Demokracje Europy i Ameryki Północnej nie mogą ani nie powinny naśladować nowoczesnych państw Azji Wschodniej w każdym drobiazgu. Jednak powinny wziąć pod uwagę, że od czasów Zimnej Wojny posuwają się po spektrum w taki sposób, iż oddalają się od Azji, a dążą ku Ameryce Łacińskiej.
Kierownicze elity będą dominowały w gospodarce i społeczeństwie każdego nowoczesnego państwa. Jeśli nie będą sprawdzane i kontrolowane, przesadzą i wywołają społeczny odpór adekwatny do swoich nadużyć. Błędna polityka hamowania wzrostu płac i, w konsekwencji, dławienie masowej konsumpcji, może sprawić, że elity, których nikt nie sprawdza, nieumyślnie sparaliżują napędzany technologią wzrost produktywności odpowiedzialny za swój wzlot, i przypadkiem spowodują, że w tak zorganizowanym społeczeństwie ich rolę przejmą przedstawiciele rentierskiego feudalizmu.
„Kierownicze” społeczeństwo najlepiej działa, gdy oparte jest nie tylko na ustępstwach na rzecz narodowej klasy robotniczej – „łapówkach” dla ofiar neoliberalizmu – ale i na autentycznej sile przetargowej i politycznej mas.
Tak długo, jak geopolityczny konflikt nie przybiera formy wojen światowych, powściągliwa rywalizacja pomiędzy wielkimi blokami jest ceną wartą zapłacenia, by zachować świat politycznie zróżnicowany. Mówiąc słowami Hobsona z 1902 r.: „W nadziei, że nadejdzie internacjonalizm, należy przede wszystkim podtrzymywać istnienie i wzrost niepodległych państw narodowych, bo bez nich nie nastąpi żaden rozwój internacjonalizmu, a tylko zakończone porażką próby ustanowienia chaotycznego i niestabilnego kosmopolityzmu”.
Tłumaczenie Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się piśmie „American Affairs”, tom I, numer 2, lato 2017.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 2 stycznia 2018 | edytorial, Kwartalnik, Zima 2017
Oddajemy w Wasze ręce 76 numer „Nowego Obywatela”. Być może to już ostatnia edycja, po 17 latach istnienia pisma. Sytuacja finansowa czasopisma jest bardzo ciężka i jeśli nie otrzymamy pomocy od osób sympatyzujących z nami, będziemy zmuszeni zakończyć działalność.
Przywykliśmy do spartańskich warunków. Takie są losy inicjatyw, które nie idą na łatwiznę. Nie przyłączaliśmy się do żadnego z wpływowych obozów ideowopolitycznych w Polsce. Publikowaliśmy treści mniej lub bardziej niewygodne dla wszystkich z nich. Unikaliśmy owczych pędów i modnych poglądów. Nie chcieliśmy być ślepo „europejscy” i „nowocześni”, gdy było to na fali. Nie staliśmy się równie ślepo „patriotyczni” i „narodowi”, gdy takie postawy zyskały na popularności. Ceniliśmy sobie krytycyzm, ale też równą miarę dla wszystkich. Pochwały czy sympatie nie zwalniały nas z wytykania błędów.
Staraliśmy się – brzmi to górnolotnie, ale tak było – służyć Polsce, ale przede wszystkim zwykłym Polakom i Polkom. Przez długie lata broniliśmy interesów warstw słabszych. Na naszych łamach, jako jednego z niewielu mediów w Polsce, prezentowano problemy chyba wszystkich grup poszkodowanych, wykluczonych, marginalizowanych. Znów pod prąd zwyczajowych podziałów. I wbrew interesom tych, którzy mają pieniądze, a pieniądze zwykle mają krzywdzący – nie krzywdzeni.
Robiliśmy czasopismo w warunkach spartańskich, za cenę różnych wyrzeczeń, kosztem rozmaitych wygód i profitów. Ani się nie chwalimy, ani nie narzekamy – taki przyświecał nam cel i taką drogę świadomie wybraliśmy. Dziś coraz trudniej jednak nawet o to. Różne wpływy – ze sprzedaży czasopisma, ze sporadycznych niewielkich dotacji – nie pokrywają wszystkich kosztów i konieczności ponoszenia ich co miesiąc. Lokal redakcyjny, telefony, druk, księgowość, obsługa biura, bardzo skromne wynagrodzenia – wszystko to oznacza stałe wydatki. Mimo ograniczenia ich do minimum, nasze czasopismo w ostatnich latach było rozwijane: od roku 2015 jego sprzedaż w sieci Empik wzrosła dwukrotnie, a liczba prenumeratorów – ponad dwukrotnie. To wszystko niestety w niewielkim stopniu przekłada się na kondycję finansową. Marża pośredników, wzrost cen różnych usług i opłat oraz utrzymanie ceny pisma tak, żeby nie była zbyt wysoka dla uboższych odbiorców – sprawiają, że nasza sytuacja jest kiepska. Inne czasopisma utrzymują się z drogich reklam opłacanych przez biznes, z hojności zamożnych politycznych przyjaciół lub ich twórcy mają więcej prywatnych środków i możliwości niż my.
Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać, potrzebna jest Wasza pomoc. Po kolejnej redukcji kosztów (w tym kolejnej zmianie siedziby redakcji na tańszą), musimy każdego miesiąca mieć co najmniej 4 tysiące złotych, aby opłacać najbardziej konieczne wydatki. Oznacza to, że konieczne jest znalezienie co najmniej 200 osób, które co miesiąc będą nas wspierały cykliczną darowizną w wysokości 20 zł, niezależnie od środków, jakie pozyskujemy czasami z innych źródeł. Oczywiście wielu osób nie stać na taki wydatek, ale mogą przekazywać mniejsze kwoty (5 czy 10 zł każdego miesiąca), a z kolei zamożniejsi – wpłacać więcej. Wystarczy ustawić zlecenie stałego przelewu ze swojego konta.
200 osób to nie tak dużo, ale zarazem sporo – jeśli każda pomyśli, że nie wpłaci, bo na pewno ktoś inny to zrobi, wówczas nie uzbiera się grono niezbędne do uratowania nas. Jeśli możesz nas wspierać – zrób to bez oglądania się na innych. Prosimy o wpłaty na konto: Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, Bank Spółdzielczy Rzemiosła w Łodzi, numer rachunku: 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001 – koniecznie z dopiskiem „Darowizna na cele statutowe”.
Możecie nas wesprzeć także w inny sposób – przekazując 1% swojego podatku przy najbliższym rozliczeniu PIT (należy wpisać nasz numer KRS 0000248901) lub nabywając prenumeratę.
Od Was zależy, czy niniejszy numer „Nowego Obywatela” będzie ostatnim. Czas biegnie szybko – oby równie szybko nadeszło wsparcie.
przez Mark Fisher | wtorek 19 grudnia 2017 | opinie
Tego lata poważnie rozważałem wycofanie się z zaangażowania w politykę. Dryfowałem przez media społecznościowe, wyczerpany przepracowaniem i niezdolny do produktywnych działań, a moja depresja i zmęczenie nasilały się.
Lewicowy Twitter bywa przygnębiającym i zniechęcającym miejscem. W tym roku [2013] rozegrało się już kilka głośnych twitterowych wojen, w których osoby identyfikujące się z lewicą zostały „wyzwane” i potępione. Można nie zgadzać się z tym, co mówiły, ale sposób, w jaki je szkalowano i na nie szczuto, pozostawił szczególny niesmak: zgagę wywołaną wyrzutami sumienia i moralizmem godnym polujących na czarownice. Przyznaję ze wstydem, że powodem, dla którego nie brałem udziału w tych dyskusjach, był strach. Nie chciałem zwrócić na siebie uwagi atakujących.
Otwartemu barbarzyństwu w tych wymianach opinii towarzyszyło coś bardziej wszechogarniającego i przez to być może bardziej destrukcyjnego: atmosfera drażliwej urazy. Najpopularniejszym obiektem tej urazy był Owen Jones, osoba mająca największe w ciągu ostatnich lat zasługi w podnoszeniu świadomości klasowej w Wielkiej Brytanii. Właśnie ataki na Jonesa były powodem mojego przygnębienia. Jeżeli coś takiego przytrafia się lewicowcowi, który odnosi realne sukcesy w objaśnianiu walki klasowej na przykładach z życia codziennego Brytyjczyków, to komu chciałoby się dołączyć do niego w głównym nurcie? Czy jedynym sposobem na uniknięcie strumienia obelg jest pozostanie na pozycji bezsilnego marginesu?
Jednym z wydarzeń, które wyrwały mnie z depresyjnego zamroczenia, była wizyta na People’s Assembly [ang. „zgromadzenie ludu”] w Ipswich, niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Jak zwykle przy okazji People’s Assembly, nie obyło się bez obśmiewania i kąśliwych uwag. Krążyły opinie, że to bezsensowne przedsięwzięcie, podczas którego obecni w mediach lewicowcy, w tym Jones, wywyższają się ponad masy w kolejnej odsłonie odgórnie kształtowanej kultury celebryckiej. To, co naprawdę wydarzyło się w Ipswich, różni się jednak bardzo od tej karykatury. W pierwszej połowie wieczoru, zakończonej porywającą mową Owena Jonesa, rzeczywiście można było zobaczyć znane postaci. Jednak druga część spotkania należała do aktywistów z klasy robotniczej, którzy dyskutowali, wspierali się wzajemnie, wymieniali się doświadczeniami i strategiami. People’s Assembly nie było kolejnym przykładem hierarchicznej lewicowości, lecz tego, jak można połączyć podejście wertykalne z horyzontalnym: siła mediów i charyzmy przyciągnęła ludzi, którzy nigdy wcześniej nie byli na takim spotkaniu politycznym, w miejsce, gdzie mogli porozmawiać, w tym o strategiach, z doświadczonymi działaczami. Panowała atmosfera antyrasistowska i antyseksistowska, a zarazem odświeżająco wolna od paraliżującego poczucia winy i podejrzeń, które wiszą nad lewicową częścią Twittera jak drażniący, duszący dym.
Drugim wydarzeniem, które pobudziło mnie do działania, był wywiad z Russelem Brandem i jego następstwa. Od dawna podziwiam Branda, jednego z niewielu znanych współczesnych komików wywodzących się z klasy robotniczej. Przez kilka ostatnich lat zaszedł proces stopniowego, ale nieubłaganego dostosowania programów komediowych w telewizji do gustów klasy średniej, gdzie ekran zdominowali np. żałosny błazen z wyższych sfer, Michael McIntyre, oraz inni bezbarwni absolwenci wyższych uczelni czekający na swoje pięć minut.
Na dzień przed emisją głośnego już wywiadu z Brandem, przeprowadzonego przez Jeremy’ego Paxmana w Newsnight, poszedłem na występ Branda pt. „The Messiah Complex” („Kompleks mesjański) w Ipswich. Występ wydał mi się zdecydowanie proimigrancki, prosocjalistyczny, antyhomofobiczny, przesiąknięty mądrością klasy robotniczej i dumą z niej, a także oryginalny, jak kultura w dawniejszych czasach, to znaczy nie miał nic wspólnego z ponuracką polityką tożsamościową wpychaną nam przez moralizatorów z poststrukturalnej „lewicy”. Malcolm X, Che, polityka jako psychodeliczne rozmontowywanie rzeczywistości: komunizm w takim wydaniu był fajny, seksowny i nasiąknięty duchem proletariatu, nie był kazaniem z grożeniem palcem.
Następnego wieczora stało się jasne, że pojawienie się Branda w programie wywołało rozłam. Niektórym naukowe w podejściu położenie Paxmana na łopatki wydało się wzruszające, wręcz cudowne: nie pamiętam, kiedy ostatni raz przedstawiciel klasy pracującej dostał tyle przestrzeni do całkowitego rozbrojenia kogoś „nadrzędnego” klasowo przy pomocy inteligencji i rozsądku. Nie przypominało to Johnny’ego Rottena obrzucającego obelgami Billa Grundy’ego, czyli aktu wrogości, który zamiast podważać stereotypy klasowe, potwierdza je. Brand okazał się inteligentniejszy od Paxmana, a to, że użył humoru, odróżniło go od ponurackiego podejścia innych lewicowców. Brand sprawia, że ludziom podnosi się samoocena, natomiast moralizujący lewicowcy specjalizują się w pogarszaniu wszystkim nastroju i nie odpuszczają, dopóki ludziom z poczucia winy i nienawiści do samych siebie nie zwieszą się głowy.
Moralizująca lewica szybko postarała się, żeby z wywiadu nie zapamiętano złamania przez Branda nudnych konwencji „debaty” medialnej w głównym nurcie albo jego stwierdzenia, że nadejdzie rewolucja (które drobnomieszczańska, narcystyczna „lewica” z watą w uszach zrozumiała jako oznajmienie Branda, że chce przewodzić tej rewolucji, na co odpowiedziała z typową urazą: „Nie potrzebujemy przemądrzałego celebryty na przewodnika!”). Dla moralizatorów najważniejsze okazało się zachowanie Branda, konkretnie jego seksizm. W gorączkowej atmosferze rodem z ery McCarthy’ego, w jakiej lubuje się moralizująca „lewica”, uwagi, które można interpretować jako seksistowskie, czynią z Branda seksistę, a więc i mizogina. Koniec dyskusji, mamy wyrok.
To prawda, że Brand, jak każdy z nas, odpowiada za język, którym się posługuje. Jednak tego typu sądy powinny odbywać się w atmosferze koleżeńskości i solidarności – i prawdopodobnie nie na arenie publicznej. Z drugiej strony, kiedy Mehdi Hasan zapytała Branda o seksizm, odpowiedział z tym rodzajem pogodnej pokory, której brak jego krytykom o kamiennych twarzach: „Nie wydaje mi się, że jestem seksistą, ale pamiętam, że moja babcia, najlepsza osoba pod słońcem, była rasistką, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy. Może mam kulturalnego kaca, ale kocham język proletariatu, więc zwracam się do kobiet per »złotko« albo »kotku« – jeżeli kobiety uważają, że jestem seksistą, one są bardziej uprawnione, żeby to ocenić, więc popracuję nad tym”.
Interwencja Branda nie była próbą podjęcia przewodnictwa, była inspiracją, wezwaniem do broni. Ja poczułem się zainspirowany. Podczas gdy parę miesięcy wcześniej milczałbym, gdy moralizatorzy wytwornej lewicy poddawali Branda kangurzym sądom i szkalowali go, używając „dowodów” hojnie dostarczanych przez prasę prawicową, w tym momencie byłem gotowy na stawienie im czoła.
Reakcja na wystąpienie Branda wkrótce stała się tak znacząca, jak sama jego rozmowa z Paxmanem. Jak zauważyła Laura Oldfield, ta chwila była olśnieniem. Dla mnie wskutek tej reakcji jasny stał się sposób, dzięki któremu wielu z samozwańczej lewicy trzymało w ostatnich latach pod kloszem zagadnienie klasy.
Świadomość klasową charakteryzuje kruchość i ulotność. Drobnomieszczaństwo dominujące w świecie nauki i kultury stosuje różne subtelne techniki dywersji i prewencji, które sprawiają, że nigdy nie omawia się tej kwestii, a jeżeli z jakiegoś powodu pojawi się ona w rozmowie, wówczas osobę, która ją poruszyła, traktuje się jak wrzeszczącego impertynenta i buraka nieobeznanego z etykietą. Przemawiam na lewicowych, antykapitalistycznych spotkaniach od lat, ale prawie nigdy nie mówię o kwestii klasy publicznie, nikt mnie też o to nie prosi.
Jednak gdy kwestia klasy wyszła na wierzch w aferze wokół Branda, nie można było jej nie zauważyć. Wypowiedzi Branda szybko ocenili lub zakwestionowali co najmniej trzej znani absolwenci szkół prywatnych identyfikujący się z lewicą. Inni twierdzili, że Brand nie może uważać się za członka klasy robotniczej, ponieważ jest milionerem. Niepokojące wydaje się to, jak wielu „lewicowców” zgodziło się z fundamentalnym przekazem pytania Paxmana: „Skąd u członka klasy robotniczej poczucie pozwalające na swobodne wypowiadanie się?”. Niepokojące (i przykre) jest również to, że ci ludzie wyraźnie myślą, iż klasa robotnicza powinna trwać w ubóstwie, zapomnieniu i niemocy, gdyż inaczej straci swoją „autentyczność”.
Ktoś przesłał mi post o Brandzie opublikowanego na Facebooku. Nie wiem, kim jest osoba, która go napisała, i nie chciałbym wymieniać jej nazwiska. Istotne jest to, że tekst ukazywał zestaw snobistycznych i pogardliwych postaw, które najwyraźniej można prezentować identyfikując się zarazem z lewicą. Brzmienie tego posta opisałbym jako aroganckie, jakby nauczyciel oceniał wypracowanie ucznia albo psychiatra badał pacjenta. Brand jest rzekomo „wyraźnie niestabilny emocjonalnie […], jeden zły związek lub jedno niepowodzenie w karierze od stoczenia się z powrotem w uzależnienie od narkotyków lub coś gorszego”. Chociaż autor twierdzi, że „tak właściwie bardzo lubi Branda”, zdaje się on nie zauważać potencjalnej przyczyny jego „niestabilności”, czyli tego rodzaju protekcjonalnej, pseudotranscendentnej „oceny” ze strony „lewicowego” mieszczaństwa. W tekście pojawia się też szokująca, ale wiele mówiąca wzmianka, w której autor mimochodem odnosi się do „niepełnego wykształcenia Branda [i] wywołujących skrzywienie pomyłek językowych, charakterystycznych dla samouków”, z którymi autor tej oceny „nie ma jednak problemu” – jakże miło z jego strony! Nie mamy tu do czynienia z kolonialnym biurokratą piszącym o swoich próbach nauczenia „tubylców” angielskiego w XIX wieku czy z wiktoriańskim nauczycielem w szkole prywatnej mówiącym o uczniu na stypendium, lecz z „lewicowcem” w roku 2013.
Co robić? Po pierwsze, należy zidentyfikować cechy dyskursu i pragnień, które doprowadziły nas do tego ponurego i demoralizującego miejsca w historii, gdzie zagadnienie klasy zniknęło, ale moralizm jest wszechobecny, gdzie solidarność nie jest możliwa, za to panują poczucie winy i strach – nie dlatego, że terroryzuje nas prawica, ale dlatego, że pozwoliliśmy mieszczańskiemu subiektywizmowi zainfekować nasz ruch. Moim zdaniem można wyróżnić dwie libidynalno-dyskursywne konfiguracje, które doprowadziły do tej sytuacji. Nazywa się je „lewicowymi”, ale zamieszanie wokół Branda pokazało, że „lewica” jako strona w walce klasowej ma wiele twarzy.
W Zamku Wampirów
Pierwszą konfigurację postanowiłem nazwać Zamkiem Wampirów. Zamek Wampirów specjalizuje się w krzewieniu poczucia winy. Jego siłą napędową są księżowskie pragnienia ekskomunikowania i potępiania, akademicko-pedantyczne pragnienia jak najszybszego wytknięcia błędów oraz hipsterskie żądze znalezienie się w modnej klice. Atakowanie Zamku Wampirów jest ryzykowne, bo atakujący ma wrażenie, że atakuje tym samym wysiłki w zwalczaniu rasizmu, seksizmu i homofobii, a Zamek robi wszystko, żeby wzmocnić to wrażenie. Zamek nie ma jednak monopolu na podejmowanie tych wysiłków, wręcz przeciwnie, można go postrzegać jako ich mieszczańsko-liberalne wypaczenie, odbierające im rozpęd. Zamek Wampirów powstał, kiedy próby uniknięcia etykietek rozdzielanych wedle kategorii tożsamościowych przerodziły się w misję uzyskania „tożsamości” uznawanych przez mieszczańskich Innych.
Częścią mojego przywileju bycia białym mężczyzną jest to, że nie odczuwam mocno znaczenia swojego pochodzenia etnicznego i płci społeczno-kulturowej (gender), więc kiedy ktoś mnie na nie uczuli, czuję się otrzeźwiony, jakbym odkrywał je na nowo. Jednak zamiast próbować stworzyć świat, w którym każdy może wyzwolić się z klasyfikacji tożsamościowej, Zamek Wampirów chce zaciągnąć ludzi z powrotem do obozów tożsamościowych, gdzie definiuje się ich w kategoriach wyznaczonych przez dominującą siłę, gdzie są sparaliżowani przez samoświadomość i odizolowani przez logikę solipsyzmu, wedle której nie możemy zrozumieć się wzajemnie, jeżeli nie należymy do tej samej grupy tożsamościowej.
Zauważyłem fascynujący mechanizm projekcji i zaprzeczenia stworzony przez magię inwersji, w którym najmniejsza wzmianka o kwestii klasy jest automatycznie traktowana jak próba umniejszenia znaczenia rasy i płci społeczno-kulturowej. W rzeczywistości dzieje się coś przeciwnego – Zamek Wampirów używa ultraliberalnego rozumienia rasy i płci społeczno-kulturowej do maskowania kwestii klasowych. W tegorocznych absurdalnych i traumatycznych wojnach na Twitterze dotyczących przywilejów dało się zauważyć, że nikt nie wspominał o przywilejach klasowych. Jak zawsze naszym zadaniem pozostaje artykułowanie klasy, płci społeczno-kulturowej i rasy – jednak najpopularniejszym z manewrów Zamku Wampirów jest oddzielenie kategorii klasy od innych kategorii.
Zamek Wampirów został zbudowany po to, żeby utrzymać ogromną władzę i bogactwo, sprawiając zarazem wrażenie bycia na pozycji ofiary, marginalizowanej i pozostającej w opozycji. Jedno gotowe rozwiązanie już istniało: kościół chrześcijański. Zatem Zamek Wampirów ma do dyspozycji wszelkie piekielne strategie, mroczne patologie i tortury psychologiczne wynalezione przez chrześcijaństwo, które Nietzsche opisał w dziele „Z genealogii moralności”. To kapłaństwo wyrzutów sumienia, to gniazdo pobożnych krzewicieli winy jest dokładnie tym, co zapowiedział Nietzsche, kiedy mówił, że nadchodzi coś gorszego niż chrześcijaństwo. Właśnie nadeszło.
Zamek Wampirów żywi się energią i niepokojem młodych uczniów i studentów, ale jego główną siłą napędową jest przekształcanie cierpienia konkretnych grup – im bardziej marginalnych, tym lepiej – w kapitał akademicki. Najbardziej szanowane osobistości w Zamku Wampirów to ludzie, którzy dostrzegli nowy rynek w cierpieniu. Ci, którzy potrafią znaleźć grupę bardziej uciskaną i zniewoloną od innych, awansują bardzo szybko.
Pierwsze przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz indywidualizował i czynił prywatnym wszystko. Mimo że teoretycznie Zamek Wampirów jest za krytyką strukturalną, w praktyce nigdy nie skupia się na niczym innym poza krytyką zachowania indywidualnego („Te typki z klasy robotniczej nie są zbyt dobrze wychowane, a czasem bywają wręcz ordynarne!”). Pamiętaj: potępianie poszczególnych osób jest ważniejsze, niż zajmowanie się strukturami bezosobowymi. Faktyczna klasa rządząca promuje ideologie indywidualistyczne, podczas gdy sama działa jak klasa (wiele z tzw. teorii spiskowych to po prostu przypadki solidarności klasy rządzącej). Mieszkańcy Zamku Wampirów, jako nieświadomi słudzy klasy rządzącej, czynią coś odwrotnego: deklarują gołosłownie poparcie dla „solidarności” i „kolektywizmu”, ale zachowują się tak, jakby indywidualistyczne kategorie narzucane przez władzę były absolutne. Ponieważ są drobnomieszczańscy do kości, mocno ze sobą rywalizują, ale poddają się autorepresji w pasywno-agresywny sposób charakterystyczny dla mieszczaństwa. Razem trzyma ich nie solidarność, ale odczuwany przez wszystkich strach, że zostaną jako następni wyłowieni z tłumu, wyeksponowani i potępieni.
Drugie przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz sprawiał wrażenie, jakby myślenie i działanie przychodziły ci z ogromnym trudem. Lekkość, a szczególnie humor – są zakazane. Humor nie jest poważny z definicji, prawda? Myślenie to dla ludzi z wytwornym akcentem i zmarszczonymi brwiami ciężka praca. Na pewność siebie odpowiadaj sceptycyzmem. Mów: nie śpieszmy się, musimy to bardziej dogłębnie przemyśleć. Pamiętaj, posiadanie własnych opinii może prowadzić do opresji, a na końcu do łagrów.
Trzecie przykazanie Zamku Wampirów brzmi: wywołuj poczucie winy, kiedy tylko to możliwe. Im więcej poczucia winy, tym lepiej. Ludzie muszą źle się poczuć, żeby zrozumieć powagę sytuacji. Bycie uprzywilejowanym klasowo jest w porządku, jeżeli czujesz się z tego powodu winny i sprawiasz, że ci klasowo niżej od ciebie też czują się winni. Ty też robisz swoje dla biednych, nieprawdaż?
Czwarte przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz esencjalizował/a. Mimo że płynność tożsamości, różnorodność i mnogość to pojęcia, z którymi mieszkańcy Zamku Wampirów lubią się utożsamiać, częściowo żeby zamaskować swoje niezmiennie zamożne, uprzywilejowane lub mieszczańskie pochodzenie, zachowanie wroga powinno się zawsze redukować do jednego wzorca. Ponieważ pragnienia napędzające Zamek Wampirów to kapłańskie pragnienia ekskomunikowania i potępiania, trzeba wyraźnie rozróżniać dobro od zła, a to drugie – również redukować. Przyjrzyjmy się tej taktyce. X powiedział coś lub zachował się w określony sposób – ten komentarz czy to zachowanie można interpretować jako transfobię, seksizm itd. W porządku, jednak następny ruch jest już poniżej pasa. X zostaje zdefiniowany jako transfob lub seksista. Cała jego tożsamość zostaje określona przez jedną nierozsądną wypowiedź lub potknięcie w zachowaniu. Gdy Zamek Wampirów rozpocznie już swoje polowanie na czarownice, ofiara (zazwyczaj z klasy robotniczej i nieobeznana z pasywno-agresywną etykietą mieszczaństwa) szybko traci nad sobą panowanie, przez co potwierdza swoją nowo nabytą pozycję pariasa lub świeżego mięsa armatniego dla moralizujących.
Piąte przykazanie Zamku Wampirów brzmi: będziesz myślał jak liberał (bo nim jesteś). Ciągłe podsycanie przez Zamek Wampirów reaktywnego oburzenia polega na podkreślaniu bez końca oczywistej oczywistości: kapitał zachowuje się jak kapitał (niefajnie z jego strony), represyjne organy państwowe są represyjne. Musimy protestować!
Neo-anarchy in the UK
Drugą libidynalną formacją w Zjednoczonym Królestwie jest neoanarchizm. Pod pojęciem neoanarchistów nie rozumiem anarchistów lub syndykalistów zaangażowanych w organizacje pracownicze, takie jak Solidarity Federation. Mam na myśli tych, którzy określają się jako anarchiści, ale ich zaangażowanie w politykę nie wykracza daleko poza protesty studenckie lub komentowanie na Twitterze. Jak mieszkańcy Zamku Wampirów, neoanarchiści pochodzą zwykle z drobnomieszczaństwa lub nawet z bardziej uprzywilejowanych klas.
Są oni też w przeważającej większości młodzi: to dwudziestoparolatkowie, niektórzy dopiero co przekroczyli trzydziestkę, a tym, co łączy to środowisko, jest ograniczona perspektywa historyczna. Neoanarchiści nie doświadczyli niczego poza realiami współczesnego kapitalizmu. Do czasu, gdy anarchiści doszli do świadomości politycznej (wielu z nich doszło do niej zaskakująco późno, sądząc po beztroskiej bucie, którą czasem wykazują), partia laburzystów stała się skorupą złożoną ze zwolenników Blaira, wdrażającą neoliberalizm z małą dozą sprawiedliwości społecznej na boku. Jednak problem neoanarchizmu polega na tym, że bezmyślnie odzwierciedla on obecny moment w historii, zamiast zaproponować jakiś sposób odejścia od niego. Zapomina lub jest w istocie nieświadomy roli Partii Pracy w nacjonalizacji dużego przemysłu i zakładów użyteczności publicznej czy utworzeniu National Health Service (Narodowej Służby Zdrowia). Neoanarchiści twierdzą, że „polityka parlamentarna nigdy niczego nie zmieniła” albo że „Partia Pracy była zawsze do niczego”, uczęszczając na protesty dotyczące NHS lub podając dalej na Twitterze skargi na to, co nam zostało po rozmontowaniu państwa opiekuńczego. Panuje tu dziwna, niepisana zasada: protesty przeciwko wysiłkom podejmowanym w parlamencie są w porządku, ale nie można już zaakceptować próby wejścia do parlamentu lub do masowych mediów, żeby spróbować dokonać zmiany od wewnątrz. Neoanarchiści mają media głównego nurtu w pogardzie, ale „BBC Question Time” można sobie pooglądać, a potem ponarzekać na ten temat na Twitterze. Puryzm przechodzi w fatalizm: lepiej nie dać się skazić w żaden sposób głównemu nurtowi, lepiej bezsensownie „stawiać opór”, niż wziąć się do czarnej roboty.
Trudno się dziwić, że tak wielu neoanarchistów sprawia wrażenie, jakby cierpieli na depresję. Depresję tę niewątpliwie wzmacniają zmartwienia życia absolwenckiego, ponieważ, tak jak w przypadku Zamku Wampirów, kolebką neoanarchizmu są uniwersytety, a neoanarchistami zostają zazwyczaj studenci studiów podyplomowych lub osoby, które właśnie ukończyły tego typu studia.
Co można zrobić?
Dlaczego te dwie konfiguracje stały się tak widoczne? Pierwszym powodem jest to, że kapitał pozwolił im się rozwijać, ponieważ służą one jego interesom. Kapitał poskromił zorganizowaną klasę pracującą przez zniszczenie świadomości klasowej, poddając wściekłym atakom związki zawodowe i uwodząc zarazem „ciężko pracujące rodziny” w taki sposób, aby identyfikowały się z własnymi wąsko pojętymi interesami, zamiast z interesami całej swojej klasy. Pytanie brzmi jednak: dlaczego kapitał miałby się przejmować „lewicą”, która zastępuje politykę klasową moralizującym indywidualizmem, a zamiast budować solidarność – szerzy strach i niepewność?
Drugim powodem jest to, co Jodi Dean nazywa komunikatywnym kapitalizmem. Zignorowanie Zamku Wampirów i neoanarchistów byłoby możliwe, gdyby nie istnienie kapitalistycznej cyberprzestrzeni. Pobożne moralizatorstwo Zamku Wampirów słychać było z pewnych obszarów „lewicy” od wielu lat, ale jeżeli ktoś nie przynależał do tego kościoła, mógł uniknąć słuchania jego kazań. Stało się to niemożliwe w epoce mediów społecznościowych i nie można liczyć na ochronę przed patologiami psychologicznymi promowanymi w tego typu dyskursie.
Co możemy więc teraz zrobić? Po pierwsze, musimy koniecznie odrzucić politykę tożsamościową i przyjąć do wiadomości fakt, że nie istnieją tożsamości, a tylko pragnienia i kategorie identyfikacji. Jednym z powodów, dla którego brytyjskie nauki kulturowe są tak ważne – co ujawnił w mocny i poruszający sposób John Akomfrah w swojej instalacji The Unfinished Conversation („Niezakończona rozmowa”), obecnie eksponowanej w Tate Britain – jest to, że pomogły nam one odrzucić tożsamościowy esencjalizm. Zamiast unieruchamiać ludzi w łańcuchach istniejących już równań, można traktować każdą artykulację jako prowizoryczną i sztuczną. Nowe artykulacje można zawsze stworzyć. Nikt nie jest w istocie czymkolwiek. Niestety prawica wykorzystuje ten fakt lepiej niż lewica. Mieszczańsko-tożsamościowa lewica wie, jak szerzyć poczucie winy i prowadzić polowanie na czarownice, ale nie wie, jak nawracać na swoją wiarę. Jednak nie o to im w końcu chodzi. Cel to nie popularyzowanie stanowiska lewicowego ani przekonywanie do niego ludzi, ale pozostanie na elitarnej pozycji wyższości, z wyższością klasową podbudowaną teraz wyższością moralną. „Jak śmiecie się odzywać? To my mówimy w imieniu cierpiących!”
Jednak odrzucenie tożsamościowości może dokonać się tylko przez wzmocnienie pojęcia klasy. Lewica, u której podstaw nie leży zagadnienie klasy, może być tylko liberalną grupą nacisku. Świadomość klasowa jest zawsze podwójna: składa się na nią wiedza o sposobie, w jaki klasa kształtuje i obejmuje wszystkie doświadczenia, oraz wiedza o tym, jaką pozycję zajmujemy w strukturze klasowej. Musimy pamiętać, że celem naszej walki nie jest uznanie ze strony mieszczaństwa ani nawet jego zniszczenie. Zniszczyć należy strukturę klasową, przez którą cierpią wszyscy, nawet ci, którzy czerpią z niej zyski. Interes klasy robotniczej to interes nas wszystkich, interes mieszczaństwa to interes kapitału, który nie działa tak naprawdę dla niczyjego dobra. Nasza walka musi być dążeniem do nowego i zaskakującego świata, nie zaś próbą konserwowania tożsamości kształtowanych i zniekształcanych przez kapitał.
Wydaje się to budzącym grozę i przytłaczającym zadaniem, i takim rzeczywiście jest. Jednak możemy zaangażować się w wiele pomniejszych działań już teraz. Takie działania wyszłyby poza ramy prefiguracji – mogłyby rozpocząć samonapędzalny cykl, stworzyć przepowiednię, która sama się spełnia, w której mieszczańskie tryby subiektywizmu zostają rozmontowane, a nowy uniwersalizm zaczyna sam się budować. Musimy nauczyć się lub przypomnieć sobie, jak budować koleżeństwo i solidarność, zamiast wykonywania za kapitał jego pracy przez potępianie i obrażanie się nawzajem. Nie znaczy to oczywiście, że musimy zawsze się ze sobą zgadzać – wręcz przeciwnie: musimy stworzyć warunki, gdzie nieporozumienia mogą zachodzić bez strachu przed wykluczeniem i ekskomuniką. Musimy myśleć strategicznie o tym, jak korzystać z mediów społecznościowych – zawsze pamiętając o tym, że mimo egalitaryzmu, który przypisują im ich twórcy, media te są one obecnie terytorium wroga, poświęconym reprodukcji kapitału. Nie oznacza to jednak, że nie możemy wkroczyć na ten teren i zacząć okupować go na potrzeby kształtowania świadomości klasowej. Musimy odciąć się od debaty komunikatywnego kapitalizmu, w którą wciąż wciąga nas kapitał, oraz pamiętać, że jesteśmy uczestnikami walki klasowej. Celem nie jest „bycie” aktywistą, lecz pomoc klasie robotniczej w samoaktywacji i samotransformacji. Poza Zamkiem Wampirów istnieją nieograniczone możliwości.
Mark Fisher
Tłum. Kamila Zubala
Tekst pierwotnie ukazał się na portalu The North Star w listopadzie 2013 r.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 12 grudnia 2017 | opinie
24 listopada przegłosowano w Sejmie uchwałę potępiającą „lewackie rewolty”, ponieważ „zawsze prowadzą do zbrodni i terroru”. Początkowo celem było oficjalne wystąpienie przeciwko zbrodniom bolszewickim, ale przedstawiciele partii Kukiza oraz PiS-u uznali najwyraźniej, że to za mało, więc potępili „lewactwo” jako takie. Musi to budzić niepokój, ponieważ polska prawica ma tak pojemną definicję „lewactwa”, że podpada pod nią każdy, kto jest uznawany po prawej stronie za wroga.
Nawet Platforma Obywatelska i Nowoczesna stwierdziły, że uchwała w takim kształcie stanowi krok za daleko i nie chciały zgodzić się na jej przegłosowanie. Niemniej jednak nie ma co się oszukiwać – PiS i Kukiz nie są przejawem totalnej dewiacji na polskiej scenie politycznej, gdy idzie o stosunek do lewicy i jej tradycji. Należałoby raczej powiedzieć, że obie partie stanowią skrajne rozwinięcie logiki obecnej w naszej polityce od czasów transformacji ustrojowej.

Logika ta przejawia się w tym, że stworzono w Polsce dwa wielkie ciągi skojarzeniowe. Jeden z etykietką „samo zło”, drugi – „samo dobro”. Do tego pierwszego zaliczają się PRL, Marks, komunizm, progresywne podatki, równość społeczna, Wenezuela, interwencjonizm państwowy, Stalin, socjalizm i wiele innych rzeczy mających bardziej lub mniej uzasadniony związek z lewicą. Do drugiego należą między innymi kapitalizm, wolność, niskie podatki, wolny rynek, Reagan, deregulacja gospodarki, liberalizm oraz prywatyzacja. Właśnie dlatego liberalni politycy mogą z taką łatwością przedstawiać podpisywanie międzynarodowych traktatów handlowych jako drogę do postępu i powiększenia zakresu naszej wolności, choć tak naprawdę przyczyniają się one przede wszystkim do rozszerzenia władzy korporacyjnej. Z kolei każda propozycja walki o równość spotyka się ze złośliwymi komentarzami w rodzaju „Socjalizm to myśmy już mieli w PRL-u”.
Problem polega na tym, że w obu przypadkach wrzuca się do jednego worka bardzo różne rzeczy. Tak jak wysokie podatki dla bogaczy nie mają wiele wspólnego ze Stalinem, tak też system kapitalistyczny nie jest tożsamy z systemem wolnościowym. Jest rzeczą jasną, że debata publiczna zawsze będzie pełna uproszczeń i każda formacja ideowa musi się z tym pogodzić. Nie ma co liczyć na to, że znacząca liczba osób zainteresuje się różnicami między odłamami socjalizmu albo że w najbliżej perspektywie czasowej większość Polaków będzie kojarzyło słowo „komunizm” z czymś innym niż zbrodniczym systemem firmowanym nazwiskami Lenina i Stalina. Niektóre rzeczy są niemożliwe do odwojowania i szkoda na nie czasu, ale o inne warto walczyć. Tym bardziej, że wspomniane ciągi skojarzeniowe nie tylko fałszują historię, ale wyraźnie faworyzują liberałów i prawicę. Dlatego lewica powinna robić wiele, aby chociaż częściowo je rozmontować. Na przykład do znudzenia powtarzać, że sprawiedliwsze podatki i równość społeczna to nie są idee, które nawiązują się do dziedzictwa PRL-u ani tym bardziej do Stalina. W obecnym kontekście odsyłają one przede wszystkim do co lepszych wzorców z państw zachodnich, a także do argumentacji ekonomistów w rodzaju Josepha Stiglitza, Ha-Joon Changa czy Tadeusza Kowalika. Z kolei socjalista to dziś bardziej ktoś w rodzaju Berniego Sandersa niż aparatczyka z PRL.
Jak to robić? Przy pomocy strategii, które przewrotnie moglibyśmy nazwać „nowoczesnością”, „światowością” i „polskością”. Piszę „przewrotnie”, ponieważ żyjemy w kraju, gdzie słowo „nowoczesność” odsyła do partii proponującej rozwiązania gospodarcze sprzed trzech dekad, „światowość” to nierzadko bezkrytyczne powtarzanie wszystkiego, co głoszą neoliberalne media i politycy z Zachodu, a „polskość” przejawia się w zakładaniu kiczowatych koszulek z husarią.
Nowoczesność w proponowanym tutaj sensie oznacza po prostu zwracanie uwagi na to, że używanie „radykalnego lewactwa” jako straszaka jest we współczesnych warunkach bezsensowne. Równie dobrze można by straszyć powrotem monarchii absolutnej. Obecnie na świecie funkcjonują dwie dominujące formacje ideowe. Nazwijmy je w uproszczeniu „korporacyjnym kapitalizmem” oraz „ksenofobiczno-homofobiczno-mizogynistycznym konserwatyzmem”. Obydwie są, delikatnie mówiąc, niezbyt fajne. Często też łączą się ze sobą, co świetnie obrazuje prezydentura Donalda Trumpa. Dlatego na pytanie „Czy nie byłoby straszne, gdyby szlachetne lewicowe idee znowu doprowadziły do powstania czegoś takiego jak Związek Radziecki?”, należy odpowiadać tak samo jak na pytanie „Czy nie byłoby straszne, gdyby nastąpiło gwałtowne i globalne oziębienie klimatu prowadzące do kolejnej epoki lodowcowej?”. Tak, bez wątpienia byłby to niefortunny obrót zdarzeń, ale w obecnej sytuacji mamy zupełnie inny problem, więc lepiej zajmijmy się nim, a nie dywagacjami, co by było, gdyby…
Innymi słowy, należy pokazywać, że choć historia Polski po 1945 roku ma wiele tragicznych elementów, to stanowi marny punkt odniesienia dla wyzwań, przed którymi staną nasz kraj oraz świat w roku 2018 i latach późniejszych. W jaki sposób „lewackie rewolty”, PRL, Stalin bądź Gomułka wiążą się z tym, że niebawem nasza planeta może zmienić się w miejsce całkowicie nieprzyjazne dla rodzaju ludzkiego? Albo z największym poziomem nierówności społecznych w historii naszego gatunku? Albo z tym, że wiele osób z powodu najprzeróżniejszych przesądów lub wykluczania materialnego wciąż nie może w pełni korzystać z praw człowieka? Straszenie lewicowymi wypaczeniami i odwoływanie się do zasobu skojarzeniowego, który ma w tym pomagać, jest zupełnie nie na czasie. Zarówno wtedy, gdy skrajna prawica chce tępić „lewactwo”, jak i wtedy, gdy Agata Bielik-Robson wraz z częścią pozostałych liberałów domaga się odnowienia popularnego w czasach transformacji podziału na zwolenników PRL-u i zwolenników wolności.
Z kolei światowość to tyle, co umiejętność spojrzenia na świat z innej perspektywy niż historia Polski. Taki postulat należałoby skierować nie tylko do polskiej prawicy, którą zazwyczaj oskarża się o zaściankowość, ale także do naszych centroliberalnych elit. Jednym i drugim wydaje się, że polskie zmagania ze Związkiem Radzieckim są uniwersalną perspektywą pozwalającą na obiektywne oddzielenie dobra od zła. Dobrze ten problem opisał Artur Domosławski w swojej książce o Ameryce Łacińskiej. Historia krajów takich, jak Chile, Argentyna czy Brazylia była w drugiej połowie XX wieku nie mniej tragiczna niż Polski. A pod wieloma względami okazała się nawet gorsza, gdyż skala morderstw i tortur politycznych, jakich dopuszczały się tamtejsze władze, znacząco przekroczyła to, co działo się w naszym kraju. Stały za tym dyktatury prawicowe, a nie lewicowe. W dodatku bardziej lub mniej oficjalnie wspierane przez Stany Zjednoczone i otwarte na prokapitalistyczne reformy. Te dwie rzeczy, wsparcie USA i kapitalizm, ściśle się ze sobą wiążą. Amerykanie przymykali oko na to, co wyczyniał na przykład Augusto Pinochet przede wszystkim dlatego, że ten posłusznie liberalizował chilijską gospodarkę i odcinał się od państw komunistycznych.
Domosławski opisuje dzieje jednego z chilijskich wygnańców, Mario Galdameza, który zbiegł przed dyktaturą Pinocheta i zamieszkał w Polsce. Wspomina on, że przedstawiciele „Solidarności” odnosili się do sytuacji jego rodaków z wyraźnym brakiem zrozumienia. O ile pojmowali, jakim złem jest dyktatura, to w większości nie bardzo chcieli przyjąć do wiadomości, że w chilijskim przypadku wiąże się ona z USA i kapitalizmem. Z jakichś względów równanie łączące ze sobą Marksa, komunizm, Związek Radziecki i dyktaturę wydawało się im o wiele realniejsze niż powiązanie dyktatur południowoamerykańskich, Stanów Zjednoczonych, kapitalizmu i wolnego rynku. Dziś niewiele się zmieniło. Choć liberalne media i politycy nieustannie pouczają Polaków, że powinni stać się bardziej europejscy i światowi, to za tymi wezwaniami nie idzie rzetelna próba skonfrontowania się z tym, jak naprawdę wygląda świat. A światu temu daleko do bajkowej opowieści o złym socjalizmie i dobrym kapitalizmie.
Wreszcie polskość. Aczkolwiek powojenna historia Polski – szczególnie polityczne podziały, metafory i skojarzenia związane z tym okresem – nie powinna stanowić dziś głównego punktu odniesienia (patrz: punkt o nowoczesności), to oczywiście nie da się o niej zupełnie zapomnieć. Problem polega raz jeszcze na tym, w jaki sposób tę historię opowiadamy. Czy według mitologizującego schematu o wolnej i szczęśliwej Polsce, którą po wojnie spotyka tragedia, jaką było dostanie się w obręb wpływów Związku Radzieckiego, a następnie wielkie wyzwolenie i powszechna radość po roku 1989, czy też może z odrobinę większym wysublimowaniem? Jeśli przyjmiemy tę drugą perspektywę, to koniecznym punktem wyjścia jest stwierdzenie, że Polska międzywojenna była krajem nieprzyjaznym dla sporej części swoich obywateli i obywatelek. Nie chodzi tylko o antysemityzm, ale o fatalne położenie materialne szerokich rzeszy rodaków. Bezdomność, mieszkanie po 10 osób w jednej izbie, konieczność sprzedawania ciała za bochenek chleba, powszechny analfabetyzm, potężne nierówności społeczne – taka była rzeczywistość II RP, o której zbyt łatwo zapominamy w trakcie tysięcznej dyskusji o wielkości lub skazach Józefa Piłsudskiego.
Można się spierać o przyczyny takiego stanu rzeczy, ale nie zmienia to faktu, że dla sporego grona osób powstanie PRL-u wcale nie oznaczało zastąpienia wspaniałej Polski jej złym odpowiednikiem. Los części z nich uległ nawet poprawie. Co oczywiście nie znaczy, że należy traktować PRL jako pozytywny punkt odniesienia. System ten miał niezliczone wady, nad którymi żaden przyzwoity człowiek nie może przejść do porządku dziennego. Niemniej jednak, mówiąc o przeskoku z II RP do PRL-u, trzeba pamiętać, że „ludowa historia Polski” wygląda zupełnie inaczej niż historia narodowa, inteligencka czy bogacka. Podobnie jest z przełomem 1989 roku. Przypomniał ostatnio o tym Rafał Woś w książce „To nie jest kraj dla pracowników”: „W całym 1990 roku wyhamowanie produkcji okazało się pięciokrotnie wyższe od zapowiadanego, a spadek PKB zamiast 3,4 wyniósł aż 11 procent. Nastąpiło też dramatyczne pikowanie stopy życiowej: ceny w 1990 roku wzrosły sześć-siedem razy, a przeciętne pensje realne spadły o blisko 24 procent. Do tego doszło widmo bezrobocia”.
Przypominanie o tym, że stare spory w większości nie stanowią dobrej busoli politycznej, gdy rozmawiamy o współczesnych problemach. Upominanie się o patrzenie na Polskę w kontekście prawdziwie globalnym, a nie traktowanie światowości jako pozy służącej do bezkrytycznego wychwalania wybiórczych, najczęściej neoliberalnych aspektów państw zachodnich. Walka o szczerą historię Polski, opowiadaną z wielu perspektyw. Oto, co należy robić, aby odwojować wyobraźnię społeczną, która ułatwia prawicy i liberałom prowadzenie polityki, a lewej stronie ideowej utrudnia to zadanie. Oczywiście, środowisko, które tak jak obecna lewica ma marny wpływ na media, polską popkulturę, politykę parlamentarną czy edukację, jest w niezwykle trudnej sytuacji i ma ograniczone możliwości działania. Ale alternatywą jest nierobienie niczego albo pogrążanie się w wewnętrznych sporach. Wybór, w całej swojej beznadziejności, wydaje się jasny.
dr Tomasz S. Markiewka
przez redakcja | niedziela 10 grudnia 2017 | aktualności
Serdecznie dziękujemy wszystkim osobom, które dotychczas wsparły akcję pomocy „Nowemu Obywatelowi”! Bez Waszej pomocy byłoby nam znacznie trudniej. Prezentujemy listę osób wspierających, która będzie stale aktualizowana.
Niedawno poprosiliśmy naszych Sympatyków i nasze Sympatyczki o wsparcie naszego pisma, które znajduje się w ciężkiej sytuacji finansowej – tu można przeczytać cały apel o pomoc. Otrzymaliśmy już pomoc od kilkudziesięciu osób. Poniżej zamieszczamy pierwsze nazwiska osób wspierających nas w serwisie Patronite. Lista będzie regularnie uzupełniana, także o osoby, które wspierają nas wpłatami bezpośrednio na konto. Serdecznie dziękujemy za wsparcie!
Oto lista osób wspierających w serwisie Patronite (według kolejności wpłat):
Anna Bearne
Jakób Majchrzak
Olga Drenda
Jakub P.
Kasia Gauza
Jan Bitner
Łukasz C.
Stanisław Krawczyk
Maciej Kirst
Maciej Kryński
Jakub Komorowski
Jakub Krasiński
Dariusz Nowak
Michał Kowalówka
Andrzej Jaszcza
Ronja St
Jakub SK
Justyna Wieczorek
Piotr Błaszczyk
Szczepan Twardoch
Czesław Domarecki
Teresa Wójcicka
Olga Mickiewicz-Adamowicz
Jakub Kowalski
Artur Nowak-Gocławski
Ola Chudziak
Hubert Heathertoes
Łukasz Grzybowski
Andrzej Skiba
Krzysztof Postek
Anonimowy darczyńca
Jacek Klatka
Lucja Kalkstein
Julita Hapunik
Sebastian Ochojna
Natalia Bała
Jacek Żebrowski
Marcin Szwed
Katarzyna Leszczyńska
Maciej Wisialski
Juliusz Nowak
Dominik Wysocki
Zbyszek Baraniecki
Maciej Grodzicki
Anonimowy Darczyńca
Agnieszka Dobrowolska
Karol Majewski
Hubert Walczyński
Paweł Frelik
Tomek Drzazgowski
Bartosz Brzeziński
Tomasz Minkiewicz
Dawid Kotlarek
Magdalena Sawicka
Mateusz Ledwoń
Asia Wójcik
Olga Filimon
Magda Paszko
Jan Świeczkowski
Anonimowy Darczyńca
Adrian Kruk
Ewa Wyrębska-Đermanović
Iza Zygmunt
Roman Kurkiewicz
Andrej Prwlo
Wiesław Migdał
Basia Leszczyńska
Agata Nowicka
Adrian Gunther
Olga Zawadzka-Kucharska
Kacper Wańczyk
Joanna Nawrocka
Katarzyna Kropielnicka
Witek Skrzyński
Oliwia Lewandowska
Karol Templewicz
Tomasz Piątek
Marcin Mrotek
Piotr Dybka
Janusz Bernakowski
Bartosz Olesiński
Kamil Baścik
Marceli Sommer
Ania Szudek
Małgorzata Rybak
Agata Izabela Łęcka
Maciej Trząski
Sylwia Borowska-Kazimiruk
Rafał Suchocki
Paweł Gajowczyk
Dorota Walkiewicz
Krystian Kowalewski
Michał Boś
Paweł Łapiński
Marcin Tochowicz
Kuba Żurek
Jakub Kobyliński
Agnieszka Rokita
Izabela Sowula
Rafał Łętocha
Michał Włodarczyk
Jacek Modrzejewski
Dawid Kubicki
Joanna Urbańska
Michał Kaczmarek
Adam Duracz
Katarzyna Warmuz
Agata Szadkowska-Samusik
Piotr Wilkin
Robert Rędziak
Anonimowy Darczyńca
Piotr Szczepański
Adam Gierczak
Joanna Roch
Krzysztof Polański
Tomasz Ociepka
Mateusz Leźnicki
Eliasz Robakiewicz
Jakub Tel
Jan Jęcz
Michał Wojciechowski
Jakub Gorczowski
Oto lista osób wspierających nas bezpośrednimi wpłatami na konto (kolejność alfabetyczna, nie podajemy pełnych imion z powodu niemożności skontaktowania się z wpłacającymi i uzyskania ich zgody na podanie pełnego brzmienia imienia i nazwiska):
E. Adamska
R. Adamczewski
J. Adin
M. Amribd
D. Antkowicz
R. Augustyniak
M. Aulejtner
W. Bakalarz
Ł. Baleja
M. Balcer
P. Bałdyga
D. Baranowicz
A. Baranowski
M. Bartosik
M. Bartoszek
M. Bartyzel
J. Bączek
M. Bątorek
M. Bednarz
A. Beryt
A. Białek
F. Białek
A. Białkowski
M. Biedrzycki
M. Bielicki
M. Biskupek
J. Bitner
A. Bladowska
M. Blizniak
K. Błaszak
G. Bobrowicz
A. Bogusiak
P. Borzymek
K. Boudjouher
S. Brudnoch
E. Brzezińska
B. Budzyński
A. Buśkiewicz
M. Ciesielska
A. Cioch
M. Ciuba
P. Chełmiński
K. Cholewińska
T. Chmielewski
E. Chyczewski
M. Cyankiewicz
M. i M. Czachor
D. Czaja
T. Czerniak
A. Czerniawska
S. Czyżyk
M. Czubak
P. Ćwiek
A. Derra
R. Dobrzańska
P. Dobrzyński
P. Downarowicz
M. Dragan
O. Drenda
P. Drozd
G. Drygała
I. Dudkiewicz
J. Duracz
L. Durnaś
M. Dymek
A. Dziakowski
M. Dziarski
P. Dziuba
R. Dzwonkowski
W. Ekielski
A. Elliott
F. Fałek
A. Faszyńska
A. Fiderkiewicz
J. Folusz
K. Gajewska
M. Gamrot
M. Gierke
E. Głowacka
K. Górzyńska
D. Gosek
M. Gospodarczyk
R. Górski
K. Grabias
A. Grala
A. Grodzka
B. Grubich
T. Gruszkowski
A. Grzesiuk
D. Gumięga
A. Gut
J. Gwiazda
T. Hajto
M. Hetmański
E. Hive
U. Horoszko
K. Hromek
S. Ignaciuk
N. Iskrzak
O. Ivchenko
R. Jacaszek
A. Jagiełło
K. Jagiełło
P. Jakubczyk
J. Jakubowski
A. Janas
P. Jankowski
P. Jarosiński
K. Jarząb
M. Jarząbek
K. Jasiński
R. Jasiński
M. Jasiukiewicz
P. Jesiotr
K. Jóźwik
B. Kacprzak
M. Kacprzak
T. Kaczyński
P. Kapela
K. Karczyński
D. Karkowski
M. Kańtoch
J. Kasperczyk
K. Kędziora
A. Kiełkiewicz
J. Kipiel
J. Klara
P. Klima
J. Klimowicz
K. Klon
P. Klonowski
P. Kmieciak
K. Kobos
K. Kołek
M. Kondas
M. Kopiejka
W. Korczak
P. Kornaś
M. Korzyński
M. Kosakowski
D. Kosicińska
M. Kostera
W. Kość
J. Kowalczyk
P. Kowalczyk
M. Kowalówka
B. Kowalska
J. Kowalski
B. Kozek
Ł. Kozak
R. Kozakiewicz
S. Koziara
B. Kozłowski
S. Krawczyk
L. Krokay
M. Król
N. Królikowska
A. Krutul
P. Krygiel
J. Krzyżanowski
M. Kubas
H. Kubiak
J. Kubisz
P. Kuligowski
K. Kulik
A. Kuncewicz
D. Kuroń
C. Kwiatkowski
L. Kwiatkowski
F. Lachert
A. Lamek
M. Langot
T. Leszkowicz
A. Leszczyńska
S. Lewy
K. Lipka
M. Lipka
J. Lipszyc
M. Litkiewicz
A. Lutostańska
A. Lutow
M. Łapski
M. Łata
R. Łętocha
M. Łojewski
Ł. Macniak
P. Machura
S. Majewski
K. Majka
J. Majmurek
K. Makowska
M. Maleszka
D. Małek
A. Marciniak
M. Marczak
K. Marczyński
E. Marek
Ł. Markuszewski
M. Matusiak
M. Matwiejczuk
S. Mazur
K. Mączkowski
A. Mączyńska
B. Menażyk
J. Michalik
D. Mich
A. Misiołek
Z. Miś
C. Miżejewski
M. Możdżeń
A. Morawska
K. Mroczkowski
F. Mularczyk
J. Murawska
S. Musielak
K. Nawratek
B. Nawrocki
Ł. Nawrot
M. Nęcek
M. Niemczyk
J. Niemiec
A. Nowak
J. Nowakowska
S. Ochojna
J. Ogrodowski
M. Okraska
Z. Okraska
M. Omietoński
R. Osiak
A. Ostolski
P. Otrębska
K. Paczkowski
B. Pakuła
P. Panufnik
M. Paprota
A. Paradziński
K. Paszkowski
Ł. i B. Pater
T. Patoła
M. Pawelski
M. Peichert
Z. Pękalska
M. Pfeif
E. Pietras
T. Pietras
K. Pietrowicz
P. Pietruszyński
Ł. Pikul
I. Piławska
K. Pleśniarowicz
K. Pobłocki
M. Pokropski
I. Południkiewicz
A. Późniak
J. Przybylski
M. Przybylski
K. Ptak
W. Ptak
M. Puzio
M. Raczyński
J. Rakowiecki
A. Rakowska
I. Rakowski
B. Rapacz
B. Rapałło
T. Rejdych
P. Roczek
A. Rogacka
B. Rogowski
G. Russek
M. Sadowska
M. Sadkowska
A. Sapa
K. Sawczak
J. Sawicki
K. Serwach
P. Sęk
S. Sękowski
A. Sierpińska
M. Sitko
A. Skalska
B. Skalska
A. Skarżycka
R. Skarżycki
J. Skoczowski
M. Skoczyński
P. Skuza
J. Słowińska
A. Sobczak
F. Sobieraj
W. Sokołowicz
M. Spiechowicz
J. Srebrny
A. Staszewska
A. Stefańczyk
M. Stenzel
A. Stępień
M. Stobiński
P. Stronkowski
A. Suchowierska
A. Sukiennik
P. Surdykowski
W. Swat
P. Szczerba
P. Szełemej
M. Szurek
B. Szot
K. Sztanderska
A. Szudek
M. Szymaniak
M. Śmietański
J. Świątek
A. Tadyszak
S. Talaga
D. Temimi
J. Tomasiewicz
M. Tomaszewski
J. Tomidajewicz
A. Trafas
T. Truskawa
P. Trzaskowski
T. Tubelewicz
O. Turowska
M. Tyc
A. Tycner
D. Tywonek
A. Uniatowicz
J. Urbański
M. Walczak
I. Wawrzyńska
A. Weksej
K. Wicher
P. Wielicki
K. Wieliczko
A. Wierzchowska
M. Wesołowski
A. Westfalewska
K. Winiarski
M. Wiśniewski
A. Witek
E. Witkowska
D. Wojcieszek
J. Wojtas
M. Wojtalik
T. Wójtowicz
M. Wrochna
M. Wszołek
L. Wykurz
M. Wysocki
K. Zachara
J. Zaczek
K. Zając
S. Zaremba
M. Zawisza
P. Ziętek
P. Zazulak
P. Zborowski
M. Zmarz
A. Zys
J. Żurek
Oto lista osób wspierających nas wpłatami na Klub Obywatela, czyli połączenie rocznej prenumeraty pisma z darowizną o wysokości 70 zł (kolejność alfabetyczna, nie podajemy pełnych imion z powodu niemożności skontaktowania się z wpłacającymi i uzyskania ich zgody na podanie pełnego brzmienia imienia i nazwiska):
S. Adamski
R. Augustyniak
D. Bień
E. Bińczyk
M. Boś
J. Bzdak
Z. Cholewa
A. Czerwińska
C. Domarecki
I. Dudkiewicz
D. Dulek
P. Duńczewski
P. Dybka
G. Figiela
M. Frysztacki
J. Furmaniak
P. Gajowczyk
K. Galiński
J. Gardzińska
A. Gierczak
B. Godlewska
D. Gosek
J. Górski
B. Gromek
A. Górka
P. Grzyś
M. Hetmański
M. Imiełowski
P. Jakubczyk
B. Jakubowski
A. Jaszcza
P. Kędziorek
M. Kirst
K. Kołek
M. Komorek
S. Komorowski
J. Kowalczyk
P. Kowalczyk
R. Kozakiewicz
P. Krasiński
A. Kruk
A. Krzemiński
K. Kudłacz
J. Kuszlik
J. Kuź
L. Kwiatkowski
A. Laszuk
M. Leszczyński
O. Lewandowska
A. Lewandowski
J. Łokać
K. Ługowski
W. Markowski
B. Menażyk
P. Miszczak
K. Mularski
J. Niemiec
M. Nowak
T. Ociepka
P. Odrzywołek
A. Olszewska
A. Paradziński
T. Patoła
G. Piechocki
K. Poprawa
J. Posiadała
M. Raczyński
K. Rączkiewicz
D. Rek
B. Rink
J. Rozenbaum
M. Rozwadowski
D. Rudyj
P. Rzadkowski
M. Sawicka
P. Seroka
G. Siekaniec
A. Sierańska
B. Skalska
A. Skiba
K. Słodczyk
M. Socha
M. Sochacki
A. Stachurski
K. Strug
P. Surdykowski
M. Sydow
P. Szczęch
A. i M. Szemiot
M. Szymaniak
J. Szymański
K. Szymański
B. Szymkowiak
K. Szyszka
J. Szwechłowicz
S. Talaga
T. Tarasiuk
M. Tokarzewska
M. Trzeciak
T. Tubelewicz
A. Tycner
M. Ulanecki
A. Uniatowicz
T. Wajman
A. Waligóra
T. Waszkiewicz
J. Wcisło
A. Wojciechowski
H. Wróblewski
M. Zaboronek
Ł. Zawada
M. Zawisza
A. Zgud
J. Ziółkowski
J. Zygmuntowski
przez Jarosław Tomasiewicz | poniedziałek 4 grudnia 2017 | opinie
Mój poprzedni felieton dotyczył – trzeba to wyjawić – marksistowskiej idei pracy i roli proletariatu przemysłowego [1]; zwracał też uwagę na antyegalitarne konsekwencje technoutopii. A jednak większość moich znajomych, o ile już jakoś do tego tekstu się ustosunkowali, skoncentrowała się na wątku zupełnie pobocznym, który miał tylko zwrócić uwagę na prawdopodobne przyczyny zarzucania przez lewicę proletariackich wartości – wątku prekariatu (mylonego czasem zresztą, nie wiedzieć czemu, z hipsterstwem). No cóż, robotnicy fabryczni takich felietonów raczej nie czytują.
W takim razie zajmijmy się mitem prekariatu. To nawet lepsza arena polemiki z „nową lewicą” niż grząski grunt psychologii wyszukującej różnice między etosem heroicznym i hedonistycznym [2].
Zacznijmy od tego, że kreowanie tzw. prekariatu na odkrycie socjologiczne XXI stulecia to humbug, wyważanie otwartych drzwi. Jeśli za podstawowe kryterium prekarności uznać niestabilne warunki zatrudnienia, to zawsze występowała warstwa osób zatrudnianych doraźnie (np. robotnicy rolni czy budowlani), w pierwszych dekadach XIX w. takie warunki były udziałem praktycznie całego proletariatu przemysłowego. Powiem więcej – dla robotnika epoki leseferyzmu, wynagradzanego w systemie dniówkowym i co dzień ustawiającego się w kolejce po pracę pod bramą fabryki, kilkumiesięczna umowa na czas określony byłaby niewysłowionym szczęściem. Tak więc „prekariat” nie jest żadną nową klasą. Jeśli czymś różni się od proletariuszy sprzed dwustu lat, to przede wszystkim wyższym mimo wszystko poziomem życia: prekariusz może ubogo wegetować, ale nie umiera z głodu, a to istotne, bo warunkuje stopień politycznej determinacji tej grupy [3].

Nie jest też nową próba ustanowienia „ludzi luźnych” awangardą rewolucji – przewija się ona czarną nicią w historii ruchu robotniczego co najmniej od czasów Nieczajewa, wzywającego „Połączmy się ze straceńczym światem zbójeckim, tym prawdziwym i jedynym rewolucjonistą w Rosji”. W XX wieku do tej koncepcji powrócono po Maju ’68, gdy okazało się, że robotnicy zamiast „żądać niemożliwego” strajkują o przysłowiowego „wróbla w garści” w postaci podwyżek i warunków bhp. Francuski goszysta Serge July napisał: „Lumpenproletariat jest najbardziej ofensywnym bojownikiem walk ulicznych. Katangijczycy, czarni robotnicy, aktorzy bez ról, bezrobotni kierowcy bez ciężarówek, studenci bez studiów, oficerowie bez żołdu – oto armia ludowa”. Wtórował mu Huey Newton z Czarnych Panter. Później Toni Negri wykoncypował teorię subproletariatu: nowej siły rewolucyjnej, złożonej z robotników niewykwalifikowanych, o niskim stażu i płynnym zatrudnieniu [5]. Teraz mamy prekariat – nową nazwę wciąż tej samej de facto warstwy.
Poszukiwanie „rewolucyjnej” alternatywy dla proletariatu ma z reguły to samo psychopolityczne podłoże, które nazywam podejściem platońskim: punktem wyjścia i punktem odniesienia są abstrakcyjne ideały, dla których szuka się nosiciela – a nie realni ludzie, konkretne grupy społeczne. Kiedyś heroldem emancypacji miała być klasa robotnicza, ponieważ jednak okazuje się ona konserwatywna, więc rozczarowani „platonicy” muszą znaleźć inny obiekt swej fascynacji.
Krzyżyk na drogę, można powiedzieć. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że donkiszoci bezkresnej emancypacji znów się zawiodą. Wymieńmy słabości prekariatu.
Feler pierwszy – jest to wciąż grupa stosunkowo nieliczna. Polska, królestwo śmieciówek, należy ponoć do najbardziej sprekaryzowanych rynków pracy w Unii. Tymczasem w I kwartale 2017 r. 12 133 000 (93,9%) zatrudnionych pracowało na podstawie umowy o pracę wobec 430 000 „prekariuszy” na umowach cywilnoprawnych. Nawet jeśli do tego doliczymy 148 000 przypadków wymuszonego samozatrudnienia (tylko dla jednego zleceniodawcy), jest to wciąż nieznaczna mniejszość [7]. Co więcej, liczba ta prawdopodobnie będzie maleć, bo robotyzacja uderza dziś w pierwszej kolejności w miejsca pracy wymagające niskich kwalifikacji i obsługiwane przez prekariuszy [8]. W ten sposób dochodzimy do…
…feleru drugiego: słabej pozycji prekariatu w strukturze społeczno-ekonomicznej współczesnego kapitalizmu. Jak już pisałem poprzednio – jest to grupa peryferyjna, czasem po prostu zbędna. Strajk barmanów McDonald’sa czy kierowców Ubera nie wstrząśnie systemem. Podtrzymam swoją opinię o wyższości pracy produkcyjnej nad nieprodukcyjną: o ile pierwsza mogłaby się ostatecznie obyć bez drugiej, to sfera nieprodukcyjna nie istniałaby bez fundamentu w postaci produkcji materialnej. Ale tyle o tym, nie zamierzam wyręczać Marksa w obronie laborystycznej teorii wartości i prymatu bazy nad nadbudową. W każdym razie już więcej sensu ma teoria „klasy kreatywnej” [9], bo ta rzeczywiście jest siłą napędową innowacyjnych sektorów gospodarki. Tu jednak problemem okazuje się fakt, że yuccie należą do beneficjentów systemu, nie stanowią więc żywiołu rewolucyjnego.
Feler trzeci polega na mgławicowości tej grupy. W poprzednim felietonie opisałem prekariuszy skrótowo: „sprzątaczka na śmieciówce, student dorabiający jako barista, dziennikarz freelancer, samozatrudniający się informatyk, artysta z bohemy”. Dodam, że także menedżer, który świadczy na rzecz korporacji usługi kierownicze w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Dzieli tych ludzi rodzaj wykonywanej pracy, wykształcenie, dochody, styl życia [10]. A co niby łączy – poza arbitralnym zaszufladkowaniem do prekariatu? To sztuczna, abstrakcyjna kategoria, istniejąca głównie w wyobraźni teoretyków.
I wreszcie feler czwarty: prekariat nie ma zalet proletariatu. Na wszelki wypadek zastrzegę się tym razem wyraźnie, że nie utożsamiam prekariusza z typem psychicznym beztroskiego „pasikonika”, gardzącego pracą i pracującymi frajerami, nie poczuwającego się do żadnej solidarności z „mrówkami”, ale święcie przekonanego, że „mrowisko” winno zaspokajać wszelkie jego zachcianki. Charakter klasowy jest podobny do narodowego – oznacza statystycznie większe prawdopodobieństwo występowania pewnych cech, a nie esencjonalistyczny determinizm. Tym niemniej nie da się zaprzeczyć, że określone środowisko pracy sprzyja wyrabianiu się pewnych postaw psychicznych. Cechy takie jak solidarność, wytrwałość, dyscyplina, samoorganizacja wytwarzają się i utrwalają w toku pracy zespołowej, w kolektywie w miarę możności stabilnym i zwartym. Zmienność zatrudnienia i elastyczny czas pracy sprzyjają atomizacji i indywidualizmowi, utrudniają identyfikację z miejscem i towarzyszami pracy, uniemożliwiają rozwój klasowej świadomości.
W rezultacie w postmodernistycznym świecie proletariusz może stylizować się na burżuja, a burżuj na proletariusza – obfitość rekwizytów pozwala na względnie swobodny wybór ról odgrywanych w społeczeństwie spektaklu [11]. I to prowadzi nas do zaskakującej konstatacji: znaczna część prekariuszy nie postrzega swego statusu w kategoriach opresji, ba – jest zadowolona z elastycznego zatrudnienia: Codzienne wczesne wstawanie? Praca od ósmej do szesnastej? Śmieszne dwadzieścia dni urlopu? To nie dla mnie! Niech żyje wolność, wolność i swoboda…[12] I życie złudzeniami.
Reasumując: z tego pieca chleba nie będzie. Czy to oznacza, że od prekariatu należy się odciąć, jego istnienie i problemy ignorować? Oczywiście, że nie. Prekariusze, tak samo jak inteligencja pracująca, bezrobotni, samozatrudniający się, emeryci czy ubożsi rolnicy należą do klas ludowych, których interesów trzeba bronić. Czym innym jest jednak robienie z nich awangardy rewolucji i przemian społecznych. Tu niezastąpieni pozostają working class heroes [13].
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
Przypisy:
1. Z reguły biorę stronę niemodnych, zapomnianych, przegranych. Stronę rzekomych zawalidróg postępu, skazanych na zagładę – niczym analogowe winyle – przez różnych mędrków pozujących na rzeczników Historii. Swoją drogą Historia już nieraz odpowiadała złośliwym chichotem na zapędy ludzi uważających, że poznali jej zamiary.
2. Nawiasem mówiąc w zaznaczaniu tej różnicy nie byłem oryginalny – zwracał na to uwagę już w 1970 r. Charles Reich w „Zieleni się Ameryka”, tyle, że on głosił wyższość nowolewicowej „Świadomości III”, a mi sympatyczniejszymi pozostają „purytańscy i zgorzkniali” starzy radykałowie. Oczywiście można zarzucić „starej” lewicy, że w swej istocie też jest hedonistyczna, bo przecież dąży poprawy warunków życia ludzi. Różnica polega jednak na tym, że w tym przypadku przyjemność nie jest „przyrodzonym prawem”, ale swego rodzaju „nagrodą” za wysiłek: pracę robotnika, walkę rewolucjonisty. Nie chcę jednak rozwijać tego wątku, żeby znów nie umknęła zasadnicza teza tekstu.
3. Mówiąc obrazowo: dla ajfona można zabić, ale za ajfona się nie zginie.
4. Pyszną anegdotę wyczytałem we wspomnieniach francuskiego związkowca z CGT: w czasie strajku okupacyjnego w 1968 r. pod bramą jego fabryki pojawiła się grupa zrewolucjonizowanych studentów. „Wpuśćcie nas za bramę”, zażądali. „Po co?”, pyta straż związkowa. „Trzeba uniemożliwić produkcję niszcząc maszyny”, brzmiała odpowiedź. „Ale jak zniszczycie nasze maszyny, to gdzie będziemy pracowali?”, dziwują się robotnicy. „Możecie sadzić ryż, jak chińscy towarzysze!”.
5. Nie powstrzymam się w tym miejscu przed zasygnalizowaniem, że zdaniem Philipa Willana (Puppetmasters: The Political Use of Terrorism in Italy, s. 186-187, 347) teoretyk autonomizmu Negri był zarazem agentem CIA.
6. Moje stanowisko jest dokładnie odwrotne – przedstawiłem je w tekście „Ideologie czy ludzie?” w: „Inny Świat” nr 15 (2001 r.).
7. http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-bezrobotni-bierni-zawodowo-wg-bael/aktywnosc-ekonomiczna-ludnosci-polski-i-kwartal-2017-roku,4,24.htmlNa czas określony zatrudnionych było 3 401 000 pracowników, z czego 61% z powodu niemożności znalezienia pracy stałej. Ta grupa jednak nie spełnia w pełni Standingowych kryteriów prekarności.
8. Np. http://www.mirror.co.uk/news/weird-news/building-robot-mcdonalds-staff-cheaper-8044106
9. Nawiasem mówiąc jej prototypu można by się doszukiwać w marksistowskim rewizjonizmie Ernsta Fischera, uważającego inteligencję naukowo-techniczną za główny motor postępu.
10. Tu w pełni zgadzam się z Piotrem Ciszewskim: http://www.lewica.pl/?id=31300&tytul=Piotr-Ciszewski:-Prekariat—nowa-niebezpieczna-fikcja
11. Oczywiście nie jest to tylko kwestia świadomości, bo za kotarą spektaklu wyzysk i wykluczenie od wpływu na decyzje objawiają się w sposób obiektywny.
12. Nad koncepcją dochodu gwarantowanego, mającego być rozwiązaniem tego problemu, znęcałem się już poprzednio, więc teraz tylko dodam, że choć chrześcijańskie przykazanie pomocy bliźnim winno łagodzić Leninowskie dictum „kto nie pracuje, ten nie je”, to jednak pomoc przynależy zasadniczo osobom niezdolnym do pracy. W każdym razie ciemne strony tego projektu dostrzegają też co bardziej wnikliwi zwolennicy BDP jak E. Morozov: „Nie sądzę jednak, że sam dochód podstawowy może rozwiązać sprzeczności i strukturalne problemy dzisiejszego systemu. […] Poza oczywistymi argumentami, że dochód podstawowy ma opóźnić rebelię pracowników przerażonych automatyzacją pracy itd., według mnie stoi za tym pragnienie, żeby stworzyć nowy system, w którym konsumenci mają pieniądze na nowe cyfrowe usługi. […] W strukturze globalnej gospodarki widać wyraźnie, że powstała nowa generacja rentierów. […] Dla mnie dochód podstawowy ufundowany na tym podziale byłby sformalizowaniem jakiegoś postimperialistycznego mechanizmu w globalnej gospodarce”. http://krytykapolityczna.pl/swiat/nowa-generacja-rentierow-evgeny-morozov-o-cyfrowym-kapitalizmie-danych-i-smart-cities/
13. https://www.youtube.com/watch?v=tnsDK5XVFq4
przez Michał Kowalówka | poniedziałek 27 listopada 2017 | opinie
W październiku już po raz 25. obchodziliśmy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Funkcjonuje cała masa stereotypów dotyczących problemów psychicznych. Jednym z nich jest pogląd – czasem dla kamuflażu przedstawiany półżartem – że bogata klasa średnia (w mizoginistycznej odmianie: przede wszystkim dobrze sytuowane kobiety) – znacznie częściej zmaga się z neurozami czy depresjami niż ciężko pracujący, zwykli ludzie. Jej przedstawiciele są ustawieni, więc przewraca im się pod czapką z nudy i przejedzenia. Człowiek zmęczony po uczciwej pracy przy maszynie nie ma głowy do dwubiegunówek i bezsenności. Kłopoty z zasypianiem może mieć ewentualnie jakiś inteligent, belfer Miauczyński – bo przecież nie panowie robole, którzy „napierdalają od bladego świtu” pod jego oknem.
Rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. Przekrojowe dane WHO oraz wyniki badań przedstawione przez Amerykanina prof. Chrisa Hudsona nie pozostawiają miejsca na wątpliwości. Życie w biedzie i niedostatku zwiększa wszelkiego rodzaju psychologiczne czynniki ryzyka. Mówiąc krótko: zaburzenia psychiczne to sprawa klasowa.

Ubóstwo i problemy psychiczne bardzo często idą w parze – napędzają się i wzmacniają wzajemnie. Bieda sprzyja chorobie, a choroba radykalnie utrudnia wydobycie się z biedy. Psychologia dysponuje dowodami, że obywatelki i obywatele USA należący do 20% najgorzej zarabiających są dwa do trzech razy częściej dotknięci schorzeniami psychicznymi w porównaniu z 20% najlepiej uposażonych. Konkretne przykłady: szanse na popadnięcie w zaburzenia nastroju wynoszą 33% dla najniższego kwintyla, a tylko 16% dla kwintyla najwyższego; kwoty dla zaburzeń lękowych to odpowiednio 36% i 11%, dla uzależnień od środków odurzających to 17% i 7% (źródło danych). Różnice są ogromne – jeśli wychowujemy się w ubogiej rodzinie, mamy aż trzykrotnie większe szanse na zmaganie się ze stanami lękowymi i fobią społeczną. Co więcej, często niedobór specjalistów – psychiatrów, psychologów, psychoterapeutów – występuje właśnie w ubogich i słabo rozwiniętych regionach, gdzie obiektywne zapotrzebowanie na profesjonalne usługi jest największe.
Wiemy przecież, że co do zasady wraz ze wzrostem zamożności rośnie jakość wykształcenia jednostek. Statystyki pokazują, że słaba edukacja jest istotnym czynnikiem ryzyka przy występowaniu zaburzeń psychicznych, m.in. ze względu na gotowość (lub jej brak) osoby do poszukiwania adekwatnej pomocy. Potwierdzają to duże i metodologicznie rzetelne kanadyjskie badania z 2007 r., przeprowadzone w Toronto. Raport wykazuje między innymi, że z każdym kolejnym poziomem wykształcenia ludzie średnio o 15% częściej konsultują się z psychiatrą i o 16% częściej korzystają z usług psychologa (źródło danych). Poza tym staranna edukacja wspiera optymalny rozwój mózgu w okresie dziecięcym, co z kolei chroni przed procesami patologicznymi, które naruszają funkcje poznawcze.
Naszego społeczeństwa nie trzeba specjalnie przekonywać, że problemy związane z „bazą” istotnie wpływają na kondycję głowy. CBOS w 2012 r. w raporcie „Zdrowie psychiczne Polaków” oznajmił, że 65% osób biorących udział w badaniu uważa, iż najbardziej zagrażające zdrowiu psychicznemu jest… bezrobocie. Był to wynik wyraźnie przodujący, kolejne: „kryzys rodzinny” i „nadużywanie alkoholu”, zyskały znacznie mniej głosów.
Powrót do aktywności zawodowej podczas ciężkiej depresji graniczy z cudem, a nowoczesne leki są relatywnie kosztowne (choć trzeba przyznać, że część z nich podlega refundacji przez NFZ). „Depresja jest obecnie drugim powodem niezdolności do pracy w Polsce. Ocenia się, że za kilka lat będzie pierwszym powodem” – informuje prof. Piotr Gałecki, krajowy konsultant w dziedzinie psychiatrii. Ogromne wyzwanie dla resortu pracy już wisi w powietrzu, a o przygotowaniach środków zaradczych niestety nie słychać.
Od lat jakość i dostępność psychiatrycznych świadczeń medycznych w Polsce znajdują się na żałośnie niskim poziomie. W tegorocznym raporcie Najwyższej Izby Kontroli możemy znaleźć dramatyczne wnioski: Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego realizowany w latach 2011-2015, mający przenieść w XXI wiek system pomocy chorym psychicznie, zakończył się wielką, spektakularną klęską. NIK informuje, że ani administracja rządowa, ani władze samorządowe nie wykonały swoich zobowiązań. Przede wszystkim nie stworzono Centrów Zdrowia Psychicznego (instytucji kluczowych dla programu), mających zapewniać „wszechstronną środowiskową pomoc psychiatryczną”. Według NIK, organom samorządowym nie udało się zorganizować planowanych centrów, gdyż nie zapewniono im adekwatnego wsparcia finansowego oraz know-how. Podkreślmy, że Ministerstwo Zdrowia wykonało tylko 3 z 32 zadań przewidzianych w programie! Jedną z pozafinansowych barier w tworzeniu centrów były oczywiście niedobory kadrowe w służbie zdrowia. „W 2015 r. było 3500 psychiatrów, przy oczekiwanej liczbie 7800, zaś psychiatrów dziecięcych 380, przy oczekiwanych 780” – czytamy w raporcie. Te liczby doskonale pokazują, z jak głębokim problemem mamy do czynienia.
Czy naprawdę trzeba jeszcze kogoś w Polsce przekonywać, że strajk głodowy lekarzy rezydentów, którego niedawno byliśmy świadkami, miał uzasadnienie? Za burtą ochrony zdrowia psychicznego zostaną jak zwykle najbiedniejsi.
Michał Kowalówka
przez Jan Przybylski | wtorek 21 listopada 2017 | gospodarka społeczna, opinie
Do nierzadko porywających programów, prezentacji i deklaracji w odniesieniu do modernizacji polskiej armii zdążyliśmy się już przyzwyczaić – rozpoczęły się wszak niedługo po objęciu Ministerstwa Obrony Narodowej przez Tomasza Siemioniaka. Antoni Macierewicz wniósł w tym zakresie swój bardzo wyrazisty i niebagatelny wkład. Niestety, upływający nieubłaganie czas wymusza na kierownictwie resortu przechodzenie do pewnych konkretów – które jednak, jak się okazuje, nie zawsze dorastają do niezwykle wysokiego poziomu retoryki. Chociaż sfera deklaratywna ma się bardzo dobrze, obejmując np. obietnice zwiększenia do roku 2030 wydatków na obronność do poziomu 2,5% PKB, warto przyjrzeć się realizacji w sferze wspomnianych konkretów, skupiając się na poszczególnych, najważniejszych obszarach.
Finansowe fundamenty modernizacji
Projekt budżetu MON na rok 2018 zakłada przeznaczenie na potrzeby resortu kwoty 41,1 miliarda złotych, tj. 2% PKB. Przeprowadzona w bieżącym roku nowelizacja ustawy o przebudowie i modernizacji technicznej oraz finansowaniu Sił Zbrojnych RP spowodowała wzrost preliminowanej kwoty o 2,378 miliarda złotych wobec wersji sprzed zmian. W teorii byłaby ona o 10,2% wyższa niż wydatki zaplanowane na rok 2017. Należy jednak zwrócić uwagę, że projekt obejmuje również wydatki na program modernizacji Policji, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej i Biura Ochrony Rządu, wynoszące 395,7 miliona złotych, na Lotnicze Pogotowie Ratunkowe (39,6 mln złotych) oraz przede wszystkim finansowanie zakupu samolotów VIP, które według pierwotnych założeń miało się odbywać spoza budżetu MON, jednak zgodnie z obecnymi planami resort ma przeznaczyć na ten cel 809,2 miliona złotych.
Wszystkie te wydatki, włącznie z samolotami VIP, są same w sobie uzasadnione, jednak uwzględnienie ich sprawia, że deklarowane wzrosty nakładów stają się znacznie mniej imponujące. Po odliczeniu wspomnianych kwot faktyczna wysokość wydatków na obronność będzie wynosiła 1,94% PKB. W szczególności samoloty VIP skonsumują zasadniczą część wzrostu środków przeznaczonych na realizację Planu Modernizacji Technicznej, który w stosunku do roku 2017 miałby wynieść 1,227 miliarda złotych, dając kwotę 10,425 miliarda, w tym 6,695 miliarda w ramach strategicznego programu wieloletniego. Co prawda w kolejnych latach wydatki na maszyny VIP będą spadać do poziomu 300-400 milionów złotych rocznie, a środki przewidziane na program wieloletni mają rosnąć (do 8,856 miliarda złotych w 2019 i 11,043 miliarda w 2020), należy jednak zauważyć, że wydatki związane z finansowaniem zawartych już umów pozostają pewne, natomiast wzrosty finansowania zawsze mogą paść ofiarą braków budżetowych czy kalkulacji politycznej. W porównaniu z planami na rok 2017 środki na program wieloletni w roku 2018 wręcz spadną, o 366 milionów złotych – odrębną sprawą jest oczywiście faktyczna realizacja tych wydatków, związana z odwlekaniem realizacji konkretnych zadań modernizacyjnych.
Kluczowa obrona przeciwlotnicza – czyli nadal czeski film
Zgodnie z aktualnie obowiązującą wykładnią, Polska zamierza w ramach programu „Wisła” zakupić systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe średniego zasięgu Patriot, których dostawcą będzie koncern Raytheon. W mocy pozostaje zatem decyzja podjęta w roku 2015 jeszcze przez poprzednie kierownictwo resortu. Zgodnie z memorandum intencji, zawartym 6 lipca bieżącego roku przez MON i Departament Obrony Stanów Zjednoczonych, w razie osiągnięcia ostatecznego porozumienia zakup miałby zostać podzielony na dwie fazy. W pierwszej Polska miałaby otrzymać dwie baterie systemu w istniejącej wersji Patriot 3+ (PDB-8) z dotychczasowymi radarami sektorowymi, ale już nowym, sieciocentrycznym systemem dowodzenia IBCS. Dostawy zostałyby zrealizowane w roku 2022, a wstępną gotowość bojową systemy osiągnęłyby w 2023. Druga faza objęłaby 6 baterii, już w wymaganej przez Polskę docelowej konfiguracji z nowym radiolokatorami dookólnymi, „niskokosztowym” pociskiem przeciwlotniczym SkyCeptor opartym na izraelskim (choć opracowanym z pomocą amerykańską) Stunnerze oraz integracją z polskimi radarami wstępnego wykrywania celów.

Pierwszym problemem jest ogromne opóźnienie dostaw wobec pierwotnych planów, które zakładały pozyskanie pierwszych systemów już w roku 2018. A należy przypomnieć, że stan polskiej obrony przeciwlotniczej, kluczowej dla odparcia ewentualnego uderzenia wroga wychodzącego poza poziom pełzającej wojny hybrydowej, jest opłakany i pogarsza się z upływem czasu. Chociaż PRL nie istnieje już 28 rok, poza zakresem bardzo krótkiego zasięgu (rzędu 5 km) nie dokonano dotychczas żadnej przełomowej inwestycji, która przyniosłaby zasadniczą zmianę jakościową wobec stanu odziedziczonego po poprzednim ustroju, dość kiepskiego już w latach 80. z uwagi na brak środków na zakup nowych systemów sowieckich, takich jak S-300 czy Buk. Prowadzone krajowymi siłami modernizacje zestawów z lat 60.–70. na pewno były potrzebne i przydatne, nie były jednak w stanie zmienić ogólnej przestarzałości chociażby z uwagi na zerowe zdolności przemysłu w zakresie produkcji pocisków rakietowych zasięgu od krótkiego wzwyż. Obecnie zatem OPL można uznać za istniejącą w zakresie zasięgu bardzo krótkiego, słabą w zakresie krótkiego oraz najwyżej symboliczną lub w ogóle niewystępującą w dalszych. Ponieważ nic nie wskazuje, że do roku 2022 cokolwiek się zmieni, przy braku wsparcia sojuszniczego lotnictwo ewentualnego nieprzyjaciela będzie miało do tego czasu ogromną swobodę operacyjną nad Polską, którą posiadane F-16, jeżeli przetrwają przy mizernej obronie przeciwlotniczej pierwsze uderzenie, będą w stanie zakłócić tylko w niewielkim stopniu.
Zasadniczy problem z systemem Patriot polega na nieprzystawalności obecnie istniejącej wersji do polskich wymagań. Zostały one sformułowane merytorycznie słusznie – perspektywiczny system obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej winien odznaczać się sieciocentryczną, otwartą konfiguracją czy mieć dookólne radary, zapewniające znacznie większą elastyczność operacyjną. Sęk jednak w tym, że Patriot, na którego się zdecydowano, w istniejącej wersji ich nie spełnia, a traktowany przez MON jako warunek sine qua non zakupu system dowodzenia IBCS znajduje się na relatywnie wczesnym etapie drogi rozwojowej i jest daleki od dojrzałości technicznej oraz przydatności operacyjnej. Nawet rok 2022 nie musi wcale przynieść jego wersji zdatnej do faktycznej eksploatacji. Rozbudowana, daleko odbiegająca od seryjnej, konfiguracja przekłada się na koszty – bardzo wiele wskazuje, że zamknięcie się kosztów programu „Wisła” w oczekiwanej przez MON kwocie 30 miliardów złotych będzie nierealne. A przecież jednym z kluczowych zarzutów obecnej ekipy wobec poprzedniej było ogłoszenie, że tamta negocjowała zakup o wartości aż 47 miliardów złotych…
Kolejną kwestią są korzyści dla krajowej gospodarski, związane z udziałem w produkcji systemów i transferem technologii. Oczekiwania i deklaracje były ogromne – minister Macierewicz twierdził, że w Polsce powstanie co najmniej połowa wartości systemów, i to nie licząc pocisku „niskokosztowego”. Oczekiwano uzyskania znaczących kompetencji w zakresie wytwarzania nowoczesnych, wręcz awangardowych pocisków przeciwlotniczych zasięgu do średniego oraz pozyskania technologii produkcji radarów opartych na azotku galu, będącym najnowszym krzykiem techniki, stanowiącym radykalny postęp wobec starszych rozwiązań wykorzystujących arsenek galu. Co więcej, zdolności pozyskane w ramach „Wisły” miały umożliwić opracowanie już de facto polskimi siłami systemu piętra niższego, tj. zasięgu krótkiego (pierwotnie 25 km, po modyfikacji wymagań 40 km), określanego kryptonimem „Narew”.
Tymczasem wrzesień przyniósł stanowiącą kubeł zimnej wody deklarację Raytheona. Zgodnie z nią przekazanie algorytmów, kodów źródłowych, głowicy samonaprowadzającej i wieloimpulsowych silników rakietowych SkyCeptora będzie niemożliwe, po części z uwagi na wymogi traktatowe, ale w zasadniczej mierze z powodu weta amerykańskiej administracji. Analogicznie niedobrze miała wyglądać sprawa technologii azotku galu. W tej sytuacji można przewidywać, że zapowiadane korzyści gospodarcze i przede wszystkim rozwój krajowej bazy wytwórczej okażą się mrzonkami, a cała gra będzie sprowadzała się do żonglowania współczynnikami przeliczeniowymi przez Amerykanów, którzy po realizacji pierwszego etapu programu zapewnią sobie dyktat w kwestii warunków współpracy, finansowych i wszelkich innych. Stronie polskiej natomiast pozostanie robienie dobrej miny do złej gry i ogłaszanie wymyślonych sukcesów.
Co prawda dość dobrze już znane nastawienie obecnego kierownictwa MON, a w szczególności samego jego szefa, absolutnie nie pozwalają wykluczać zgody na takie rozwiązanie, to jednak dla porządku warto wspomnieć o informacjach na temat rozważania alternatyw. Chociaż minister zachowuje urzędowy optymizm, wyraża nadzieje na rychłe porozumienie z Raytheonem, a nawet twierdzi, że przyjęcie tymczasowej konfiguracji jeszcze bez IBCS pozwoli zrealizować pierwsze dostawy już w roku 2020 lub nawet 2019, pojawiają się jednak przecieki, że wciąż w grze pozostaje amerykańsko-europejskie konsorcjum MEADS. Oferuje ono system alternatywny wobec Patriota, chociaż dzielący z nim pociski PAC-3 MSE – produkowane jednak przez lidera MEADS, koncern Lockheed Martin. Tu transfer technologii miałby być pozbawiony przeszkód dzięki możliwości skorzystania z pośrednictwa podmiotów europejskich. W dziedzinie techniki radarowej rolę taką miałby pełnić włoski koncern Leonardo. Technikę rakietową miałoby natomiast zapewnić powiązane z Leonardo konsorcjum MBDA, oferujące brytyjsko-włoską rodzinę pocisków CAMM. Pociski CAMM/CAMM-ER zostały niedawno wskazane jako potencjalna baza „Narwi” przez samego Antoniego Macierewicza, co może nie oznaczać zupełnie niczego, jednak nie musi. Według przecieków została zaoferowana bardzo daleko idąca polonizacja i przekazanie technologii rodziny CAMM, a w obecnej sytuacji nie można wykluczyć nawet opartej na MEADS „Narwi”, strzelającej obok CAMMów również… pociskami PAC-3 MSE i faktycznego odłożenia „Wisły” ad Kalendas Graecas. MON twierdzi, że w puli przyszłorocznych wydatków zarezerwował na „Wisłę” 200 milionów złotych. Ostatnie dni przyniosły informację o określeniu w dokumentach przedłożonych Kongresowi Stanów Zjednoczonych przez Defence Security Cooperation Agency maksymalnej wartości zamówienia dotyczącego pierwszego etapu programu „Wisła”, opartego o rozwiązania Raytheona i system IBCS. Z pakietem współpracy przemysłowej miałaby ona wynieść aż 10,5 miliarda dolarów. Należy pamiętać, że zapewne wyraźnie przewyższa ona kwotę faktycznej potencjalnej transakcji, jednak nawet zastosowanie przybliżonych współczynników korygujących wyraźnie wskazuje, że zamknięcie realizacji całego programu w określonych przez MON granicach staje się w praktyce zupełnie nierealne.
W całej sprawie warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Jak twierdzą eksperci, całość niezwykle skomplikowanego przedsięwzięcia, na którego poziom trudności składają się kwestie takie, jak konieczność analizy uwarunkowań prawnych poszczególnych krajów oraz traktatów międzynarodowych, zagadnienia stricte techniczne oraz przebijanie się przez wielopoziomowy lobbing biznesowy oraz polityczny – jest realizowana bez powołania centralnego biura do spraw programu, w którym koncentrowałaby się całość informacji i zasobów specjalistycznych, wspartych ekspertami spoza MON-u. Za błąd ten odpowiada ekipa ministra Siemioniaka, nie został on jednak naprawiony przez obecną, choć poświęciła (a właściwie straciła) nie mniej niż pół roku na wydobycie wiedzy rozproszonej między jednostkami ministerstwa. Last but not least, przeciwnikami zarabiających 3600 złotych brutto miesięcznie polskich specjalistów są w negocjacjach ludzie zarabiający tyle w ciągu dnia, jeżeli nie wręcz godziny… To wszystko pogłębia skalę trudności i utrudnia osiągnięcie długofalowo i w szerokim zakresie korzystnego wyniku.
Artyleria rakietowa – dla krajowej gospodarki póki co pompowanie powietrza do kół
Na początku lipca bieżącego roku ogłoszono, że negocjacje w ramach programu Homar w sprawie zakupu systemów artylerii rakietowej, zapewniających Wojskom Lądowym odbudowę utraconych zdolności rażenia celów w odległości 70–300 km, będą prowadzone z koncernem Lockheed Martin, proponującym system HIMARS z pociskami GMLRS i ATACMS. Oferta amerykańska została przedłożona nad izraelską (koncerny IMI/IAI).
Program ten został zainicjowany jeszcze w ubiegłej dekadzie, notował kolejne opóźnienia. Zgodnie z deklaracjami z czasów urzędowania ministra Siemioniaka systemy miały trafić do linii jeszcze w bieżącym roku, co oczywiście nie nastąpiło. Obranie kierunku ku finalnej decyzji należy zatem uznać za wartość samą w sobie. Jak się jednak okazuje, nie ma róży bez kolców. Chociaż również i w tym przypadku wiele mówiono o offsecie oraz transferze technologii, informacje z ostatnich dni wskazują wyraźnie, że pierwsza transza, obejmująca 56 wyrzutni (3×18 dla trzech dywizjonów i dwie szkolne) zostanie dostarczona ze Stanów Zjednoczonych jako gotowe produkty, w których amerykańskie będą nawet nośniki (samochody ciężarowe). Ma to pozwolić na realizację pierwszych dostaw w roku 2019.
Z punktu widzenia wojska rozwiązanie takie jest na pewno korzystne, gwarantując szybkie i terminowe wprowadzenia zestawów do uzbrojenia, jednak nie sposób nie zadać pytania o korzyści dla gospodarki krajowej, a także o wcześniejsze deklaracje. Póki co MON składa kolejne, zapowiadając trzykrotne zwiększenie skali zamówienia, do rzędu 160 wyrzutni, które miałyby być już spolonizowane i powiązane z systemem IBCS, co zwiększyłoby zdolności odpierania uderzeń rakietowych nieprzyjaciela przez niszczenie jego środków ogniowych. Plany dotyczące dalszych dostaw miałyby być realizowane po roku 2022. Jako słowa wygląda to bardzo ładnie, ale niestety zrealizowane zostać może, jednak wcale nie musi. W najgorszym razie krajowy przemysł może obejść się zupełnie smakiem.
Marynarka Wojenna – płoną koncepcje i okręty
O fatalnym stanie polskiej floty napisano już wszystko, i to niejednokrotnie. Podstawowe okręty nawodne i podwodne są stare i przestarzałe. W tej drugiej kategorii zmierzamy do kategorii muzealnej, bo wszystkie ex-norweskie jednostki typu „Kobben” liczą już sobie co najmniej 50 lat. Co gorsza, ledwie 31-letni osesek „Orzeł” doznał we wrześniu pożaru i poważnych uszkodzeń, które co najmniej na pewien czas wyeliminują go ze służby.
Następcy według dawnych założeń powinni być w służbie już w roku 2020, co jednak jest zupełnie nierealne. W odróżnieniu od opisanych wyżej programów, procesy decyzyjne nie zostały jeszcze zakończone, nadal w grze pozostają oferty francuska, niemiecka i szwedzka. Pewne sygnały wydają się wskazywać, że preferencję mogłaby mieć ta pierwsza – a kontrakt miałby mieć również znaczenie polityczne i w założeniu pomóc wnieść pewne odprężenie do fatalnych ostatnio relacji polsko-francuskich. W każdym razie, mimo zapowiedzi podjęcia decyzji jeszcze w tym roku, perspektywa wcielenia jednostek coraz bardziej się oddala. Wydaje się, że i skorygowana data wejścia do służby pierwszej, co miałoby stać się w roku 2024, będzie pobożnym życzeniem. Chociaż okręty podwodne są podawane w wątpliwym sosie strategicznym, którego podstawę stanowią pociski manewrujące, wydaje się, że ich zamówienie jest przesądzone.
Gorsza sytuacja dotyczy floty nawodnej, której trzon bojowy tworzą obecnie dwie dobiegające powoli czterdziestki, bardzo przestarzałe, niezupełnie sprawne i posiadające szczątkowe uzbrojenie ex-amerykańskie fregaty. MON oficjalnie zawiesił postępowanie w sprawie pozyskania mających zastąpić te jednostki dużych korwet/małych fregat typu „Miecznik” oraz uzupełniających je patrolowców typu „Czapla”. Co gorsza, flota poczeka co najmniej do przełomu lat 2018/19 na ukończenie okrętu patrolowego „Ślązak”, jedynego plonu sławnego programu „Gawron”. Trudno powiedzieć, czy przy obecnych tendencjach podstawowy komponent nawodny MW po prostu przestanie istnieć w momencie śmierci technicznej posiadanych fregat, zostaną pozyskane okręty używane (wciąż nie podjęto żadnej decyzji w sprawie ewentualnego nabycia od Australii fregat typu „Adelaide”), czy może jego namiastką pozostanie ewentualnie dozbrojony do poziomu korwety „Ślązak”. Notabene problemy z realizacją programu „Gawron”, których finałem jest spodziewane niemal dwuletnie opóźnienie ukończenia jedynego okrętu w zubożonej wersji, każą żywić najwyższe obawy w odniesieniu do przebiegu budowy okrętów podwodnych z udziałem krajowych podmiotów decyzyjnych i wykonawczych.
Jakiekolwiek decyzje lepsze niż żadne
Podsumowując, z punktu widzenia Sił Zbrojnych na pewno lepsze są dowolne decyzje, niezależnie od ich oceny merytorycznej czy skutków gospodarczych, niż niekończące się dialogi i zwroty akcji. W kluczowych dziedzinach, takich jak obrona przeciwlotnicza, ta swoista systemowa prokrastynacja już dawno zaczęła mieć wymiar potencjalnie graniczący z kryminalnym – w razie niespodziewanego wybuchu konfliktu kolejnym decydentom trudno byłoby wytłumaczyć się z faktycznego pozostawienia kraju bez obrony. Tym bardziej że nie podjęto działań mających na celu wypełnienie wytworzonej luki np. przez zakup systemów z drugiej ręki. W jakimś sensie prawdopodobnie możemy podziękować Rumunom, którzy podjęli działania mające na celu modernizację swojej armii przez wprowadzenie do niej zestawów Patriot (teoretycznie w wersji istniejącej, znacznie uboższej niż żądana przez Polskę, bez offsetu, jednak praktyka może wykazać, że faktycznie uzyskane systemy będą takie same) oraz HIMARS, z perspektywą zamknięcia całości procesów w ciągu kilku lat, bez tracenia czasu na bezowocne procedowanie.
Czym innym jednak są efekty dla przemysłu i choćby segmentowego rozwoju technologicznego kraju. Tu szumne deklaracje mogą okazać się bardzo boleśnie rozbieżne z rzeczywistością, a same programy być powtórkami z zakupu F-16, potwierdzając szydercze powiedzenie o Polaku głupim po szkodzie i przed szkodą. Byłoby zaiste fatalnie, gdyby organizm państwowy wykazał się brakiem zdolności nauki na własnych błędach mimo kilkunastu lat, jakie można było przeznaczyć na spokojne analizy i wypracowanie procedur ułatwiających uniknięcie błędów. Są co prawda pewne nadzieje, że nie skończy się tak źle, jednak budowanie na nich może niestety łacno okazać się wznoszeniem zamków na piasku.
dr Jan Przybylski
przez Monika Kostera | wtorek 14 listopada 2017 | opinie
Wśród wielu rzeczy, których możemy dowiedzieć się od Williama Blake’a, angielskiego mistyka, poety i malarza z przełomu XVIII i XIX wieku, na szczególną uwagę zasługuje jego wizja artysty w działaniu. Dla Blake’a pisanie i wszelka twórczość to akt łaski, efekt kontaktu z czymś większym od nas, z wizjami, które jednocześnie rozjaśniają i upajają. To wielka moc, ale i ogromna odpowiedzialność: zarówno brzemię, jak i powołanie. Choć wyrażane szczególnie wyraziście, poglądy Blake’a na pracę twórczą nie były pod tym względem szczególnie oryginalne: taka koncepcja dominuje wśród rozważań artystów, filozofów i myślicieli od Antyku aż po Romantyzm. Do dziś znaleźć można, wśród najbardziej szanowanych i cenionych twórców, bardzo podobne sposoby myślenia. Dla poetki, fotografki i muzyczki Patti Smith twórczość to przede wszystkim oddanie, wrażliwość na twórczy impuls, który łączy nas z absolutem. Praca twórcza jest odpowiedzią na powołanie i wymaga uważności, dyscypliny i pokory. Jej efekt nie jest produktem, wytworem całkowicie zależnym od twórcy, a raczej podarunkiem uplecionym z całego złożonego kontekstu i ze szczerego poświęcenia. To proces polegający na przywoływaniu innych bytów i przestrzeni, by potem podzielić się nimi z innymi. Po obu stronach procesu konieczna jest dla artysty relacja: ze światem wyobraźni wykraczającym ponad naszą codzienną rzeczywistość oraz z ludźmi, do których artysta kieruje dzieło. Ta relacyjność sprawia, że kategoria własności nie ma odniesienia do sztuki: są twórcy i są odbiorcy, ale nie ma właścicieli.
Pisarka Ursula Le Guin jest podobnego zdania. Podkreśla, że od twórcy wymagana jest ciężka, fizyczna praca, do wykonania której niezbędne są żywotność, cierpliwość i wytrzymałość. Absolutne posłuszeństwo i dyscyplina, praca nad warsztatem, dbałość o szczegóły, takie jak gramatyka i interpunkcja – są niezbędne. Jednak dzieło to nie produkt, nie zawiera się w tej koniecznej dla jego powstania pracy, lecz przychodzi w odpowiedzi na nią. Dobre dzieło jest zaś darem – przychodzi moment, gdy artysta odkrywa w swej pracy gotowe już dzieło i może spojrzeć na nie z zadziwieniem: naprawdę ja to napisałam? Czasami opowieść sama prowadzi i artysta musi wykazać się wrażliwością i umieć za opowieścią podążać. To nie bezwolność i lenistwo, ale ogromna pokora wobec sił rządzących twórczością. Le Guin uważa, że zarówno twórca, jak i czytelnik mają coś w rodzaju wewnętrznego zmysłu słuchu: czytanie i pisanie nie są tylko mechanicznymi czynnościami, programowalnymi i wyraźnie osadzonymi w miejscu i czasie, ale uczestnictwem w czymś poza tymi granicami, w przestrzeni, która ma swoje rytmy i swoją dynamikę.
Podobnie o tworzeniu myślał niedawno zmarły poeta i muzyk Leonard Cohen. W 2014 roku, podczas prezentacji nowo wydanego wówczas albumu „Popular problems”, podsumował swoje zmagania z twórczością: „Gdybym wiedział, skąd biorą się dobre pieśni, chodziłbym tam częściej. Bycie twórcą bardzo przypomina bycie zakonnicą – jest się poślubionym tajemnicy”. Twórca musi umieć podążać za pieśnią, za wierszem, nad którym pracuje, z wiernością i uporczywością, nierzadko nie tylko przez wysiłek i pracę, ale też trudne, dramatyczne, czasami znajdujące się daleko poza skalą „normalności”, uczucia. Pieśni nie są wykonane z wrażliwości ani doświadczenia, ale są nimi przepełnione, niosą je po to, by podarować je innym. Cohen zasłynął też ze swojego sceptycznego zdania na temat znaczenia sukcesu dla artystów – mawiał, że „sukces to przeżyć”.

Nie istnieje coś takiego, jak efekt oderwany od procesu tworzenia, dzieło możliwe jest dokładnie dlatego, że proces jego powstania jest trudny, czasami powalający. Bez cierpienia twórczość nie ma sensu ani dla artystów, ani dla odbiorców. Ale tak samo jak nie jesteśmy właścicielami naszego cierpienia, tak nie jesteśmy właścicielami twórczości. Tymczasem epoka, w której żyjemy, wymaga od nas myślenia wyłącznie w kategoriach własności, produktu, sukcesu. To sprawia, że twórczość wyjaławia się, bastardyzuje, potwornieje.
Wielu socjologicznych komentatorów współczesnej kultury zauważa, że mamy obecnie okres wyraźnej posuchy nie w kategoriach ilościowych, ale jakościowych. W bliskich nam naukach społecznych, w Polsce jak i za granicą, presja uniwersytetów i grantodawców przekłada się na wyjątkowy wysyp tekstów naukowych: artykułów, monografii, czasopism. Jednak przerażającą większość tych tekstów charakteryzuje wyjątkowa miałkość, ich znaczenie zawiera się w akcie publikacji i odnotowującym tę publikację wpisie w dokumentach (CV, sprawozdaniu z grantu, wniosku o awans). Naukowcy publikują dużo, bo od tego zależy nie tylko ich awans, ale w ogóle możliwość pozostania w zawodzie. Jednak artykuły naukowe są coraz mniej chętnie i coraz rzadziej czytane, co nie powinno nikogo dziwić, ponieważ, jak zauważają badacze zarządzania Mats Alvesson, Yiannis Gabriel i Roland Paulsen, są to w przerażającej większości teksty schematyczne, nieciekawe, męczące w odbiorze.
Gdy w latach sześćdziesiątych Roland Barthes i Michel Foucault, filozofowie bądź socjologowie kultury (nasze wahanie podkreśla szerokość ich pola zainteresowań), obwieszczali śmierć autora, czynili to celebrując żywotność czytelnika: każde dzieło powstaje na nowo w akcie odczytu i interpretacji. Co jednak, gdy miałkość tekstu skutecznie czytelnika odstrasza?
Mark Fisher, zmarły w tym roku teoretyk kultury, w jednej ze swych ostatnich książek, analizował współczesną muzykę i film. Jego diagnoza nie pozostawia złudzeń: ceniona obecnie twórczość to mniej lub bardziej wierne, mniej lub bardziej interesujące interpretacje i przetworzenia stylów minionych epok. Brak jest miejsca na konstruowanie nowych stylów, na postęp, na żywy dialog pomiędzy nowymi dziełami.
Taka sztuka nie wyraża wiary w lepsze jutro, nie wyraża też niewiary. Funkcjonuje jak echo w zamkniętym pomieszczeniu – czas się zatrzymał i rozbił na miliony fragmentów złożonych z różnych wyobrażeń przeszłości. Popularne produkcje filmowe najpełniej odczytać można jako korporacyjne migawki reklamowe, które niczym lepka błona maskują własną pustkę i blichtr otaczającej nas rzeczywistości. Ich przekazem jest techniczna doskonałość wykonania, a głównym przesłaniem wysoki stosunek własnej wartości do ceny. Zużywają ogromne moce technologii, marketingu, pracy prawników. Są jednak produktem, nie sztuką. Produktem sztukopodobnym, w opakowaniu zastępczym, oswojonym, sterylnym, przewidywalnym owocem ziemi strapionej. Ich kulturowa dominacja to skutek brutalnej kolonizacji umysłów ostatnich dziesięcioleci.
Walter Benjamin ostrzegał przed narastającą kolonizacją – kapitalizm jest sektą religijną, być może najpotężniejszą, jaka kiedykolwiek istniała, wszechobejmującą, roszczącą sobie prawo wtargnięcia we wszystkie sfery ludzkiego życia. Udaje pragmatyzm, odżegnuje się od mistycyzmu, odcina od teologii. Jednocześnie wdziera się w te sfery ludzkiego życia, gdzie było kiedyś miejsce na duchowość i wypełnia je swoją totalną, bezczasową obecnością. Benjamin pisał, że kapitalizm jest permanentnym czczeniem swojego własnego kultu sans trêve et sans merci, bezustannie, bezlitośnie.
Aby wyzwolić się od tego zniewolenia wyobraźni potrzebujemy czegoś więcej, niż kursy kreatywnego pisania. Podnosi się wiele głosów wśród socjologów, antropologów, autorów związanych z naukami organizacji i zarządzania, filozofów i medialnych komentatorów życia społecznego, nawołujących do rewolucyjnego użycia wyobraźni. Socjolog Zygmunt Bauman przekonywał, że bez wyobraźni nie ma mowy o empatii. Filozof Andre Gortz przestrzegał, że bez radykalnej wyobraźni nasze społeczeństwo ulegnie rozpadowi. Teoretyk zarządzania Karl Weick głosi, że bez wyobraźni nie ma organizacji, to nasza wyobraźnia umożliwia nam współdziałanie w takiej lub innej formie – i my, przy pomocy wyobraźni możemy to zmienić na coś, co pomoże nam lepiej i sprawiedliwiej żyć i zarządzać.
Podczas amerykańskiej ceremonii National Book Awards w 2014 roku Ursula Le Guin mówiła o tym, że w naszych czasach być może bardziej niż kiedykolwiek potrzebni są pisarze, którzy potrafią wyobrazić sobie inny świat, którzy potrafią myśleć poza kategoriami sprzedaży, dochodu, zysku i strategii rynkowych. „Żyjemy w kapitalizmie – powiedziała – a jego władza wydaje się przemożna – ale takąż wydawała się kiedyś władza królewska. Każda ludzka władza może spotkać się z oporem i zmieniona przez ludzi. Opór i zmiana często rodzą się w sztuce”.
Dlatego tak ważne są nie tylko szczegółowe krytyki, konkretne pozycje, solidne kontrpropozycje, ale także ogólne, szerokie wizje, nowe utopie, pobudzające wyobraźnię i nadzieję, że może być, że będzie – inaczej, lepiej, niż jest. Musimy koniecznie uwolnić poetów, muzyków, artystów, tancerzy z gułagu dochodów, reguł, praw autorskich i rankingów.
Zbyt wiele od nich zależy, nie tylko w wyniosłych sferach piękna i sztuki, ale również w naszej zwykłej, przyziemnej codziennej przyszłości, by tłamsić takie osoby. To nie jest działanie nadmiarowe, dotyczące zbytku, liberalnej rozrywki, próżnej uciechy. To akt prawdziwie rewolucyjny, autentycznie radykalny.
Musimy uwolnić poetów również w sobie: w socjologach, inżynierach, kierowcach, politykach i sprzątaczach. Nikt nie będzie walczył o lepszy świat, jeśli go wcześniej nie zobaczy. Na czele każdej wiosny ludów idą poeci, muzycy i artyści. Zaraz za nimi biegną filozofowie, myśliciele i naukowcy. Bez Mojżesza Morze Czerwone nie otworzy się – śmiemy twierdzić, że nie dlatego, że wielkim prorokiem był, ale ponieważ miał powołanie, by słuchać i widzieć daleko, poprzez fale.
prof. Monika Kostera, dr hab. Jerzy Kociatkiewicz
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 13 listopada 2017 | nasze rozmowy
Z Adrianą Porowską, pracownicą socjalną, rozmawia Krzysztof Wołodźko.

Zacznijmy od sprawy, która jest dość szczegółowa, ale pokazuje szerszy problem. Walczyłaś w sierpniu o wypłaty i godne warunki pracy dla swoich bezdomnych podopiecznych.
Adriana Porowska: To jedna z wielu takich historii. Gdy moi podopieczni przychodzą tutaj, to pomagamy im szukać pracy. Często bywa tak, że oni sobie nawzajem przekazują kontakty do pracodawcy. Część z tych mężczyzn ma duże problemy ze znalezieniem pracy, bo mają za sobą więzienie albo historię „piciorysu” wypisaną na twarzy.
Ale czasem się udaje. Zawsze im mówię, żeby starali się o umowę, żeby koniecznie ją do nas przynieśli. Ale często bezdomni nie zdają sobie sprawy, że umowa o pracę jest potrzebna. Tłumaczymy im, że składki rentowe, emerytalne, że to jest potrzebne do wniosku o mieszkanie i do ubezpieczenia.
Pan Czesiu i pan Jurek znaleźli pracę jako ochroniarze. Ale mijały miesiące, a oni wciąż pracowali na czarno. Pracodawca ich zbywał i mówił, żeby przyszli po umowę za tydzień, za dwa, za trzy tygodnie, żeby przyszli siedemnastego, a siedemnastego słyszeli, że mają przyjść dwudziestego. Niestety, nasi panowie często nie do końca wiedzą, w jakim świecie żyją – to są ludzie, których bardzo łatwo jest wykorzystać.
No i co zrobiłaś?
A. P.: Na moje pytanie, jak się firma nazywa, jeden z panów w ogólnie nie potrafił odpowiedzieć. Gdy zapytałam o miejsce, okazało się, że to centrum Warszawy, na Placu Europejskim. Tam budują różne firmy, a ochroniarze obsługują najróżniejsze sektory. Nierzadko takie firmy prowadzą ludzie, którzy doskonale wiedzą, co zrobić żeby inspekcja pracy nic nie znalazła. Doszłam do wniosku, że pojadę tam z nimi. Tym bardziej, że jeden z panów twardo stwierdził, że on z tej pracy nie zrezygnuje, bo pracodawca mu nie wypłaci pieniędzy. A miał prawie czterysta godzin przepracowanych.
Czterysta godzin przepracowanych, ale stawka to niekoniecznie ustawowe minimalne 13 zł za godzinę?
A. P.: 5,50 złotych. To nagminne. Jeśli ktoś z bezdomnych nie chce za tyle pracować, to mu mówią: „to spier…”. Pojechałam na tę budowę. Obraz nędzy i rozpaczy. Tam pracują ludzie, którzy niedomagają, tam są ludzie, dla których 1000-1200 złotych to jest wszystko, co zarabiają. Mają problem z wyegzekwowaniem swoich praw i na pewno się nie postawią.
Poczytałam o firmie, dla której pracowali nasi bezdomni i zjeżyła mi się skóra. Wygląda na to, że zatrudnia ich osoba, która pracowała w Biurze Ochrony Rządu i realizowała już projekty za publiczne środki. Zresztą podobne sytuacje już się zdarzały, moi podopieczni pracowali na przykład przy budowie Stadionu Narodowego, dla podwykonawców. I też nie mieli żadnych umów. Za to często słyszeli, że są na miesiącu próbnym, który jakoś dziwnie długo się przeciągał.
I co z tymi dwoma panami?
A. P.: Pojechaliśmy w to miejsce, trochę pobłądziliśmy, porozmawiałam z pracownikami, porobiłam zdjęcia. Jak już dotarliśmy na miejsce, to chyba wyprzedziła nas fama, bo biuro było zamknięte: przynajmniej tak wynikało z karki zapisanej mazakiem. Ale znalazłam telefon do pana prezesa, porozmawiałam z nim – w takiej sytuacji bardzo pomaga, gdy mówię, że jestem współprzewodniczącą komisji u Rzecznika Praw Obywatelskich. Usłyszałam w słuchawce, że powinnam mieć dokumenty pozwalające na kontrolę. Ja mu na to, że chcę być z podopiecznymi w trakcie rozmowy o umowę. A on, że nie mam prawa go kontrolować. Ja znów, że będę przyjeżdżała odtąd z nimi jako ich kierowca, będę przy rozmowie, bo oni się na to godzą. Pan na to, że oczywiście, ale że siedemnastego albo dziewiętnastego…
Podobno jeden z wyżej postawionych pracowników tej firmy nerwowo zareagował na Twoje starania.
A. P.: To był koordynator. Przed próbą bezpośredniej interwencji zadzwoniłyśmy do biura z pytaniem, dlaczego ci panowie nie mają umów i kiedy będą wypłaty. Koordynator opowiadał dowcipy, bagatelizował problem, a pożegnał się ze mną słowami „spierdalaj, stara k…”. Gdy spojrzeć z boku na ich system pracy, to jest „pięknie” zorganizowane – żadnego oficjalnego grafiku, pieniądze dostają do ręki od człowieka, który do nich przychodzi, gdy są na miejscu, wszystko jest telefonicznie, oni znają często tylko ksywy innych ochroniarzy.
Z tego co wspominałaś, oni tam pracują w marnych warunkach.
A. P.: Te budy, które służą im jako pomieszczenia socjalne, to jakaś masakra – latem straszny upał, zimą musi być tam z kolei bardzo chłodno, bo to wszystko z blachy, a szyby popękane. Oni siedzą w takich budach, co chwila są przenoszeni z jednej budowy na drugą.
Tam są ogromne kontrasty: powstaje nowoczesny wieżowiec, kilka pięter idzie w dół, najnowocześniejsze technologie, a pracują przy tym ludzie absolutnie wykorzystywani. Tego nikt nie widzi, a mnie to wkurza, dlatego powiedziałam sobie, że nie odpuszczę.
A jak firma tłumaczyła to, że płaci znacznie poniżej ustawowej stawki godzinowej?
A. P.: Prezes w ogóle się do tego nie odniósł, gdy z nim rozmawiałam przez telefon. Zapadła długa cisza w słuchawce.
I jak to się skończyło?
A. P.: Z duszą na ramieniu, bo obawiam się takich ludzi, ale pojechałam z nimi i naszą psycholożką na spotkanie. Otrzymali umowy i pełną stawkę 13 zł za godzinę – zamiast 5,50 zł. Byli przeszczęśliwi. Prezes udawał, że tak byli umówieni. My darowaliśmy sobie komentarze. Strasznie mi wstyd, ale nie zrobiłam nic dla pozostałych pracowników. Nie rozumiem, dlaczego Inspekcja Pracy nic z tym nie robi. Słyszałam od innych osób, jak ciężko jest zgłosić przestępstwo pracodawcy. Moim zdaniem powinna być prosta metoda na łamanie prawa. Dzwoni pracownik, że nie ma umowy i jest w miejscu pracy – na taki sygnał powinien przyjechać inspektor.
Panuje stereotyp, że osoby bezdomne najtrudniej mają zimą. Ale latem, szczególnie kiedy są upały, ich sytuacja wcale nie jest najlepsza…
A. P.: Latem bywa nawet gorzej, ponieważ bezdomni i bezdomne często przebywają na otwartej przestrzeni. Są narażeni na upały, a przecież bardzo często mają problemy z krążeniem, z zakrzepicą czy innymi chorobami. Mało tego – latem nie ma dla nich litości. Zimą czasem ktoś się zastanowi, zanim wyprosi ich z autobusu: ale latem nie ma zmiłuj, są bezwzględnie wypraszani z dworców czy środków komunikacji publicznej.
To jest problem dostępu do publicznych punktów higieny osobistych, a u nas to działa w szczątkowej formie.
A. P.: W Warszawie w tej chwili działają na szczęście dwie łaźnie. Jedną z nich prowadzi Caritas Warszawski, a drugą Caritas Warszawsko-Praski. Oba są wspierane z pieniędzy gminy. Ale to przecież ogromne miasto. Dorosły człowiek powinien się kąpać minimum raz dziennie, w upały dwa razy dziennie to nie będzie za dużo. W przypadku osób bezdomnych to właściwie niemożliwe. Tym bardziej, że oni muszą się do łaźni jakoś dostać, nie śpią przecież dookoła kontenerów, w których te punkty higieny są zorganizowane.
Ciągle powtarzam stołecznym urzędnikom: tak, to jest wasz sukces, że mamy już dwie łaźnie w stolicy. Ale tak naprawdę potrzebujemy ich w każdej dzielnicy.
Jeśli kojarzę, starania o te łaźnie trwały od lat?
A. P.: Gdy przyszłam do pracy w pensjonacie dla bezdomnych w Ursusie, to rozmawialiśmy z Rzecznikiem Praw Obywatela Januszem Kochanowskim o dostępie do publicznych toalet i łaźni. Później zajmowała się tym również Rzeczniczka Praw Obywatelskich Irena Lipowicz, bo to nie dotyczyło wyłącznie osób bezdomnych. Często to podkreślam: nigdy w Polsce nie była prowadzona sprawa, nawet w Trybunale Konstytucyjnym, dotycząca wyłącznie godności człowieka. A to jest przeciwko godności człowieka – ten brak dostępu do publicznych łaźni.
Jeśli masz w domu dostęp do bieżącej ciepłej i zimnej wody, to problem nie istnieje. Ale wystarczy choćby awaria sieci, albo remont, żeby przekonać się, jak znaczny to dyskomfort. Sądzę, że po prostu nie rozumiemy ludzi, którzy żyją obok nas w Polsce, ale tak naprawdę w zupełnie innym świecie.
A. P.: Dwa tygodnie temu zadzwonili do mnie z ośrodka pomocy społecznej: starszemu panu odcięto w domu wodę, bo nie płaci. Mężczyzna nie ma się gdzie wykąpać, więc zapytali, czy może przyjść do nas. Wyobraź sobie, że do urzędu wchodzi ktoś, kto się nie kąpał od miesiąca. Z miejsca jest na gorszej pozycji, bo z całym szacunkiem, ale to naprawdę jest trudne do wytrzymania. Tego się nie widzi, gdy mówimy o czyimś ubóstwie jak o jakiejś abstrakcji.
Bezdomni mają czasem takie choroby, że gnije im ciało. Pracuję w pensjonacie ponad dziesięć lat. Dobrze wiem, że dla bezdomnych to znacznie lepsza sytuacja, gdy przed rozmową ze mną mogą się wykąpać, przebrać w czyste rzeczy. Wtedy rozmawiamy jak człowiek z człowiekiem.
Przepraszam, dopytam: jak wygląda lokalizacja tych stołecznych łaźni?
A. P.: Jedna znajduje się w pobliżu Mostu Gdańskiego, a druga w Śródmieściu.
A dlaczego nie ma ich więcej?
A. P.: Po pierwsze musi być budynek, po drugie musi się zgodzić społeczność lokalna. A bardzo dużo osób nie chce, żeby w pobliżu była łaźnia. Ten opór jest duży, gdy pojawia się kwestia stworzenia w jakiejś okolicy miejsca, które kojarzy się z pomocą ubogim czy bezdomnym.
W podziemiach Riwiery ma powstać centrum społeczne ze streetworkingiem i pierwszą pomocą. To jest solidnie oddalone od budynków mieszkalnych, dookoła są Pola Mokotowskie. Tam największym problemem są pijani studenci, a nie bezdomni. A jednak spotkaliśmy się ze znacznymi protestami, skierowanymi właśnie przeciw bezdomnym. Pytam ludzi, w czym problem: i słyszę: „bo oni sikają po krzakach”. No i tak otwiera się kolejny temat: publicznie dostępne darmowe toalety, które są standardem w wielu zachodnich krajach.
Ale to chyba trudno wyjaśnić, że bezdomny też człowiek, i że można by mu życie trochę ułatwić, z pożytkiem dla nas wszystkich?
A. P.: Człowiek, który traci mieszkanie, traci coś więcej niż cztery ściany budynku. On nie ma wtedy prawa do niczego. Jest stygmatyzowany jako człowiek i obywatel najgorszej kategorii. Według mnie opiera się to na pewnym kontraście kulturowym: wszyscy wiemy, że własne mieszkanie jest u nas czymś najważniejszym, najbardziej pożądanym dobrem. Ludzie często strasznie ciężko pracują na własne M2. Bezdomny to dla nich ktoś podejrzany, kto chce żyć za cudze, tak to jest postrzegane. A równocześnie dla większości z nas to normalne, że wstajemy z fotela, idziemy do kuchni zrobić herbatę, w toalecie spłukujemy wodę i jest czysto, bierzemy prysznic, włączamy albo wyłączamy światło i nikt nam tego nie zabrania. I tak dalej. Bezdomni żyją w świecie, który bardziej przypomina stan koczowniczy. I do tego musisz się liczyć z tym, że zewsząd jesteś przepędzany, choć z drugiej strony potrzebujesz ludzi, bo chcesz pracować choćby i na czarno, coś zjeść, gdzieś się schronić przed zimnem lub upałem, przespać się. Żeby żebrać też potrzebujesz ludzi. Większość nie jest w stanie sobie wyobrazić, co oznacza bezdomność.
To jest jak z miejscami parkingowymi dla osób niepełnosprawnych. Tłumaczę zawsze synowi, że to jest świetne hasło z jednej z kampanii społecznej: „zabierasz moje miejsce – zabierz moją niepełnosprawność”. Bo jeśli ktoś narzeka na „koperty”, wypisuje w gazetach, że przez „kopertę” ma źle, to niech się zamieni na życiorysy z człowiekiem bez ręki czy nogi, jeśli uważa, że jest tak niesprawiedliwie traktowany przez reguły obowiązujące w cywilizowanym świecie.
Najgorsze jest to, że w Polsce niewiele trzeba, żeby otrzeć się o bezdomność. Wypadki losowe mogą nas uwikłać w niekończące się wydatki i brak sensownego publicznego wsparcia. Znam mnóstwo takich historii, one się składają na osobny rozdział w opowieściach o ośrodkach pomocy społecznej: wypadek, uszkodzony kręgosłup, ortopeda. Termin w NFZ: osiem miesięcy. Potrzebne są oszczędności, żeby się leczyć. A potem fizjoterapia. Ilu ludzi w Polsce stać, żeby sobie to wszystko opłacić z własnej kieszeni bez poważniejszego ryzyka zubożenia? Łatwo myśleć, że jeśli ktoś przestał płacić czynsz, to dlatego, że pijak, leń, nierób. Ale ludzie wpadają w pułapki finansowe także dlatego, że chcą ratować życie i zdrowie bliskich. I ja bym nie chciała rozstrzygać: płacić czynsz czy próbować ratować ukochaną osobę?
Kilka miesięcy temu w spółdzielni Ogniwo w Krakowie rozmawialiśmy o reprywatyzacji. Były z nami lokalne działaczki lokatorskie. Opowiadały o dobytku eksmitowanych starszych ludzi, który właściwie trafiał na śmieci.
A. P.: Tego też często nie widać. Mieszkanie to wysiłek i środki włożone przez lata w remonty, to dobytek, nierzadko dziedziczony po bliskich. Bezdomni to wszystko tracą nieraz bezpowrotnie, ich majątek do dwie, trzy torby, oni są do tego czasem niesamowicie przywiązani, to jest coś, co uważają za swoje zabezpieczenie.
Czasem to są niesamowite historie. Niektóre nadają się na film. Niedawno zadzwonił do mnie mój wykładowca z uniwersytetu, że w Parku Skaryszewskim siedzi jakiś pan, bardzo sympatyczny, inteligentny, nie pije, ale wyraźnie w kryzysie psychicznym. Pojechaliśmy tam. Okazało się, że mężczyzna przesiaduje tam od trzech lat. Nie dał się przekonać, nie pojechał z nami. Ale po jakimś czasie jego stan się znacznie pogorszył, był sądowny nakaz amputacji nogi, człowiek trafił do nas. Próbowałam go zrozumieć, on opowiadał historię, że Muzeum Narodowe nie wypłaciło mu pieniędzy za obraz i że on tym obrazem miał zapłacić zaległy czynsz. A że pewnego dnia dostał nakaz eksmisji, to w dniu, w którym ona się odbyła, zamknął drzwi, wziął torbę i poszedł do parku.
Minął rok, mężczyzna wciąż był u mnie. Przychodzi dwóch policjantów, nieumundurowanych, ale z odznakami i mówią: „szukamy właściciela obrazu takiego i takiego”. Odpowiadam, że jest u mnie. A oni na to: „nie mogliśmy w to uwierzyć, ale ten obraz, który był w Muzeum Narodowym, był wart 25 tysięcy. A w mieszkaniu były dziewiętnastowieczne kolekcje malarskie. Jego dziadek był malarzem i prowadził antykwariat”. Poprosiłam naszego pensjonariusza i mówię mu, czego się dowiedziałam. A on na to, że tam w ogóle było sporo majątku, wartościowe meble. Byłam w szoku.
Ja też jestem. I co dalej?
A. P.: Zadzwoniłam do spółdzielni, okazało się, że na mieszkaniu ciążył dług w wysokości 42 tys. złotych. Jesteśmy na etapie ustalania, czy w ogóle jest jakaś inwentaryzacja tego, co zostało zlicytowane.
Czyli spółdzielnia przejęła mieszkanie…
A. P.: Razem ze wszystkim, co było w środku.
I nie wiadomo, co się stało z rzeczami?
A. P.: Nie. Ten mężczyzna trafił do nas po paru latach. Myślę, że załamał się w pewnym momencie i nie potrafił zrozumieć tego, co się dookoła dzieje. Był też wychowywany w bardzo specyficzny sposób – to jest człowiek, który żyje głęboko w swoim świecie. Zna się na sztuce, potrafi katalogować przedmioty… Teraz jest w szpitalu.
Prawdopodobnie po prostu go okradziono.
A. P.: W majestacie prawa.
Często brak mieszkania wiąże się z brakiem stabilności i z niemożliwością normalnego funkcjonowania społecznego czy nawet tego, że idziesz do pracy, wracasz i jesteś u siebie, a tutaj…
A. P.: Tutaj musisz nauczyć się żyć z obcymi ludźmi w jednym pokoju. Bo macie telewizor w pokoju i jeden lubi oglądać sport, a drugi tylko od wielkiego dzwonu. Jeden uwielbia dyskutować o polityce, a drugi się od razu wścieka, że już nie może patrzeć na te zakłamane mordy. To są dorośli ludzie, którzy mają dokładnie takie same poglądy jak cała reszta społeczeństwa – czyli przeróżne. Więcej, oni często spierają się ze mną o to, czy istnieje bezdomność z wyboru, czy nie ma bezdomności z wyboru. Bo jeden czy drugi pan, to oczywiście nie jest bezdomnym z wyboru, ale Franek z pokoju to już owszem, jest, bo już drugi miesiąc nie szuka roboty.
W niczym nie różnią się ode mnie: siebie widzą w lepszym świetle niż innych.
A. P.: [śmiech] Uważam, że wielu z nich nie opłaca się chodzić do roboty, w której schorowani muszą zapierniczać za te same pieniądze, jakie dostaną z zasiłku. To im się naprawdę nie opłaca, biorąc dodatkowo pod uwagę, że komornik zabierze albo 60 proc., albo całość, bo przecież jak to jest cywilnoprawna umowa o dzieło, to komornik może zabrać wszystko. No to mają być tak szlachetni, żeby pracować, ale się wykończyć?
Ale dodajmy, że część bezdomnych chce pracować i pracuje.
A. P.: Wśród moich pensjonariuszy pracuje 80 proc. I niestety często mieli problemy ze znalezieniem pracy. Mamy spółdzielnię socjalną i zatrudniamy ludzi. Chłopak, który zajmuje się spółdzielnią socjalną, Darek, gdy mu mówię, że mam kolejną osobę do pracy, mówi: „chyba zwariowałaś, chyba chcesz, żebyśmy stracili to zlecenie”. A ja rozpaczliwie szukam dla nich roboty, bo szczególnie w początkowym okresie dochodzenia do siebie mają duży problem z odnalezieniem się i z normalną współpracą z innymi ludźmi. Potrzebują trochę asymilacji.
Jak to w praktyce wygląda?
A. P.: Gdy dostaną u nas w spółdzielni umowę, gdy regularnie dostają wypłatę, gdy widzą, że dbamy o bezpieczeństwo pracy i elementarne zaplecze socjalne, to wzrasta ich poczucie bezpieczeństwa. Czasem bywa też tak, że w trudniejszej sytuacji mogą nas poinformować i nie przyjść do pracy – wtedy ktoś ich zastępuje. To obu stronom daje pewną elastyczność.
Na tzw. normalnym rynku są traktowani zupełnie inaczej. Wielu z nich ma złe doświadczenia z pracodawcami, którzy zwlekają z wypłatami po dwa, trzy miesiące. Albo nie płacą w ogóle. To jest ta dzika rynkowa strefa, dla wielu z nas niewyobrażalna. Tak się dzieje w branży budowlanej, tak się dzieje w ochronie. Często celowo wykorzystuje się ludzi z problemami, tuż przed zakończeniem okresu pracy, niby to po przyjacielsku wysyłając do nich kogoś z wódeczką. I tak ludzi łatwiej zrobić w konia, bo gdy zapiją po trzech, czterech tygodniach pracy, to „za karę” odmawia im się pieniędzy.
W Polsce z jednej strony łatwo się częstuje alkoholem, a z drugiej jeszcze łatwiej potępia bezdomnych alkoholików. Zresztą, bezdomni są wykorzystywani na różne sposoby. W czerwcu tego roku Wirtualna Polska opisała historię jednej z klinik z Grudziądza, która testowała na bezdomnych bez ich wiedzy i dostatecznej opieki medycznej szczepionkę znanego koncernu farmaceutycznego Novartis. Osiem osób już zostało skazanych. Teraz w sądzie trwa batalia o odszkodowanie dla jednego z bezdomnych. Niemieckie media opisywały to chyba szerzej, niż polskie…
To przypomina dziewiętnastowieczne praktyki na biednych, więźniach i prostytutkach, opisane w książce „Podłe ciała” Grégoire Chamayou. Niewiele się zmieniło w podejściu wielkiego biznesu do ludzi…
A. P.: To nie tylko problem wielkich zachodnich firm. Jakaś część polskiego społeczeństwa sądzi, że nawet gdy się wykonuje jakieś gesty w stronę bezdomnych, to można to zrobić bez specjalnej refleksji, że to też są ludzie. Czasem worki z darami dla bezdomnych to brudne, śmierdzące rzeczy, zasikane prześcieradła z plamami, tak jakbyśmy byli śmietnikiem, ale takim, dzięki któremu można poprawić mniemanie o sobie…
Powróćmy do tych letnich zagrożeń. Błażej Strzelczyk w „Tygodniku Powszechnym” opublikował tekst o butelce zimnej wody dla bezdomnego, w którym pokazywał, jak ważna jest ona dla tych mężczyzn i kobiet w czas upału.
A. P.: Współpracuję z kierownictwem warszawskiego metra. Ich pracownicy zauważyli, że zimą część ludzi po prostu się u nich chroni przez zamarznięciem. Z kolei latem w metrze też chłodno. Mało tego, mają tam jedyną bezpłatną toaletę. I tam się dzieją przeróżne sceny, bo osoby bezdomne tam chodzą, myją się, przebierają. Czasem po prostu przychodzą do tej darmowej toalety w metrze, żeby napić się i nabrać wody.
Latem bezdomni są często ubrani zupełnie nieodpowiednio do pory roku, mają na sobie przeważającą część swojego dobytku. To są swetry, kurtki, buty z grubymi skarpetami, w które wlepiają się gnijące nogi… Często są to ludzie z różnego rodzaju zaburzeniami psychicznymi, którzy mają problem z dostosowaniem ubioru do pory roku. A czasem wydaje się z boku, że w sumie wszystko w porządku, że mija nas zdziwaczała staruszka w palcie… Myślę, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak wiele problemów bezdomni mają właśnie latem. Dla niektórych bezdomni mają wtedy świetne wakacje, bo siedzą pod fontanną i zażywają nieróbstwa. Ale nie widzą, jakie to musi być uwłaczające dla człowieka.
Dwa tygodnie temu trafił do nas mężczyzna, który miał trepanację czaszki, nie miał krwiaka, lecz zakrzep. Nie jest w pełni sprawny umysłowo. Przez ostatnie dobre dwa lata mieszkał na ulicy, a ostatnie dwa miesiące spędził u nas obok peronu przy dworcu w Ursusie. Wiedzieliśmy że tam jest, próbowaliśmy go skłonić do zamieszkania u nas. Wreszcie się udało – przyszedł. Patrzę na jego ręce – dłonie poranione, skóra mu schodzi. Szedł do nas i strasznie się wstydził, że ręce miał czarne od brudu, bo złom nosił. I umył je tam na miejscu, a to była rozlana jakaś żrąca substancja. Dobrze, że sobie twarzy nie przetarł.
Umył się u nas, przebrał w czyste ciuchy, ale widzę, że siedzi w wielkich butach, a to jest lato, prawie 30 stopni. Mówię do niego: „panie Stasiu – niech pan klapki sobie włoży, nogi wypoczną” A on do mnie mówi: „Ale te buty są świetne na zimę”. Tłumaczę mu: „pan już jest u nas, postawi pan sobie buty pod łóżkiem i poczekają do zimy”. Nie zrozumiał, dalej mówi: „ale jak się siedzi w parku, to w nocy wcale nie jest tak ciepło”. Długotrwale bezdomni zaczynają inaczej funkcjonować.
Brak mi słów.
A. P.: Druga historia z butami też jest z lata. Przyjechała do nas straż miejska, przywieźli człowieka w takiej specjalnej klatce – ruina, siedem nieszczęść. Mówią przez telefon: „tak, chodzący”. Czekam 5-10 minut, myślę sobie, gdzie on się podział. A on szedł, szedł do furtki tak długo.
Człapał?
A. P.: Gdy już u nas zdjął buty, to było to coś niewyobrażalnego. Miał jedną wielką żywą ranę, gnijące nogi. Rana sącząco-krwawiąca, a on to sobie owinął papierem toaletowym. Wył z bólu. A te buty to była chińska taniocha z kożuszkiem. Lato było takie, że raz zimno, raz ciepło, on wciąż w tych butach, zaczęło mu to gnić. Razem z lekarzami odratowaliśmy mu te nogi, ale długo leżał z nogami do góry: wietrzenie, smarowanie, odkażanie. Wreszcie przyszedł czas na opatrunki.
Jest teraz w mieszkaniu treningowym. Pracuje, świetnie funkcjonuje, tak mniej więcej po roku już poszedł na mieszkanie treningowe. Kilka lat żył na ulicy. A teraz normalnie pracuje, płaci z tego podatki, stara się o lokal socjalny, będzie miał wypłaconą rentę. Później się dowiedziałam, że on wcześniej żył normalnie, do pracy chodził, później życie mu się zawaliło, no i bezdomność.
Kryzysy psychiczne często doprowadzają do bezdomności, szczególnie u osób samotnych czy osamotnionych. Był u nas niegdyś mężczyzna, który przeszedł głębokie załamanie – żona wyjechała do Stanów i potem się wiele, wiele lat nie odzywała. On zaczął pić, przestał płacić za mieszkanie, mieszkał na ławce naprzeciwko bloku, bo ciągle patrzył, czy ona nie wróci.
Wróćmy jeszcze do butelki wody dla osoby bezdomnej. Zimą, wiadomo, potrzebne jest ciepło, ogół ludzi rozumie, że bezdomni mają do niego prawo. Ale potencjalnego odwodnienia bezdomnych nie postrzegamy już jako tak znacznego problemu.
A. P.: Ofiara mrozów to dobry zimowy temat – umarł, bo zamarzł, prosta sprawa. A gdy latem bezdomny umiera na zawał, to wiadomo, nadużywał alkoholu. Nikt nie pomyśli, że może nie miał się gdzie schronić przed potężnym wzrostem temperatury. Gdy jest duża fala upałów, to wystawiamy wodę przed pensjonat. A streetworkerki mają zapakowany po brzegi bagażnik z butelkowaną wodą i jeżdżą po tych dzikich siedliskach, rozwożą wodę. Przy znacznych upałach bezdomni mogą mieć naprawdę z tym problem, dlatego jeśli ktoś nas prosi, żeby mu kupić zwykłą wodę, to nie odmawiajmy, nawet jeśli czujemy awersję, że to pewnie naciąganie.
Od jakiegoś czasu trwają gorące dyskusje o Mieszkaniu Plus, więcej niż problematyczne są zapisy o możliwości eksmisji bez prawa do zapewnienia dachu nad głową. Strasznie to smutne, bo z jednej strony ten program jest bardzo potrzebny, z drugiej tymi zapisami wpisuje się w logikę polityki aspołecznej III RP.
A. P.: Mieszkanie Plus to jest program mieszkaniowy jednak dla lepiej zarabiających. I rzeczywiście: te zapisy rzucają cień na ten projekt. Znów mamy taką sytuację, że odpowiedzią na problem jest wyrzucenie ludzi z mieszkania. A przecież w Polsce, przy tak niskim poziomie sprawnych zabezpieczeń społecznych, ze źle działającą ochroną zdrowia, ze śmieciowymi umowami, naprawdę nie jest trudno zostać z niczym. Nawet w przypadku ludzi młodych, silnych, sprawnych fizycznie, którzy są w stanie pracować po 10 godzin dziennie niekiedy przez cały tydzień, albo z jednym dniem wolnego. Już nie mówię o rosnących wskaźnikach schorzeń psychicznych – a ustawodawca znalazł sobie łatwy sposób, żeby umyć ręce, gdy pojawią się ewentualne kłopoty.
Nawiążę jeszcze do bezdomnych. Długotrwała praca na czarno przypieczętowuje ich los. Nie raz i nie dwa słyszałam choćby opowieści bezdomnych o bajońskich sumach, jakie zarabiali niegdyś na czarno na budowach, albo zagranicą. Tylko że zwykle to była praca na czarno i tragedią tych ludzi było to, że nie mogli się leczyć, gdy zdarzył się wypadek. A niezdolni do nielegalnej pracy nikomu nie byli już potrzebni. Więcej, nawet jeśli nie skończyli z ciężkim kalectwem, to i tak nie stać ich było na fizjoterapeutę, a gdy przez lata harowali na czarno, to nikt ich przecież nie wysyłał na badania okresowe. W efekcie dziś nie mogą się schylić, mają zdeformowane ręce i nogi, organizm niedomaga.
To doświadczenie większości z nas – jeśli nie dopłacimy do leczenia czy rehabilitacji, w najlepszej razie przechorujemy kawałek życia, chodząc do pracy, albo w ogóle pozostaniemy na oucie. Poza tym polskim standardem jest to, że młodsze pokolenie opiekuje się starszym. Ale sieć wsparcia rodzinnego będzie coraz słabsza, urynkowienie rzeczywistości mocno wpłynęło na strukturę społeczną.
A. P.: W pensjonacie często jest tak, że na dzień dobry pytamy ludzi o to, czy mają ewentualnie do kogo wrócić, pytamy o rodzinę i bliskich. Rzadko bywa tak, że jest co odbudowywać. Obawiam się, że to będzie narastało.
Często bywa tak, że to my chowamy bezdomnych, bo nie mają nikogo. Jestem jedyną osobą, która jest w stanie się o nich upomnieć w szpitalu, jestem jedyną osobą, która jest w stanie sprawić pogrzeb, jestem jedyną osobą, która martwi się o grób… Mamy las krzyży, którymi się opiekujemy. Mam coraz większy problem ze znalezieniem miejsca na pochówek niedaleko nas. Gdy ktoś wiele lat mieszkał w Ursusie, to staramy się uprosić księdza, żeby tutaj oddał kawałek miejsca. A jak się nie uda, to zmarli bezdomni są wywożeni na drugi koniec Warszawy.
Niedawno była zbiórka pieniędzy na sprowadzenie ciała jakiegoś człowieka z Grecji…
A. P.: Tak, w przeciwnym razie pochówek na pięć lat we wspólnym grobie, a później ciało i te szczątki…
We Francji działa specjalna organizacja, Morts de la Rue, która zajmuje się odzyskiwaniem pamięci o zmarłych bezdomnych. Gdy ktoś umiera na ulicy, a w Paryżu mnóstwo osób tak żyje, to oni wieszają kartkę, że tutaj żył taki człowiek, zmarł tego i tego dnia, i mogą zgłaszać się do nich ludzie, którzy znali zmarłego/zmarłą.
Jednym z takich zmarłych na ulicy i rozpoznanych polskich bezdomnych był nauczyciel, który wyjechał za chlebem. Przez trzy lata mieszkał na ulicy, a rodzina myślała, że on normalnie żyje i pracuje.
Niedawno w środowisku „Kontaktu” pojawił się pomysł, żeby zrobić medialny dzień poświęcony bezdomności. Wpadł na ten pomysł Ignacy Dudkiewicz. Pojawiła się wątpliwość: czy bardziej zimą, czy raczej latem – kiedy taki dzień powinien Twoim zdaniem mieć miejsce?
A. P.: Z całą pewnością zimą jest większe społeczne wyczulenie na problemy bezdomnych. Media lubią statystyki dotyczące zamarznięć. Choć, prawdę mówiąc, nawet w przypadku bezdomnych one nie są do końca wiarygodne. Część wychłodzonych osób trafia do szpitala, umierają na przykład po paru dniach i jako przyczynę zgonu podaje się po prostu zatrzymanie krążenia.
A gdyby poświęcić w mediach jeden szczególny dzień bezdomności? Myślę, że mogłoby to być jesienią. To dobry moment, żeby nie skupiać się jedynie na typowo zimowych problemach. Warto by zobaczyć bezdomnych jako pewną społeczność, bardzo trudną. Należałoby też więcej mówić o bezdomnych kobietach, ich funkcjonowanie w takich zbiorowiskach jest trudne, bo to jest na przykład kilku mężczyzn i jedna kobieta. Można to sobie wyobrazić.
Należałoby też więcej mówić o bezdomności w kontekście osób z zaburzeniami psychicznymi i schorowanych fizycznie, o zagrożeniu bezdomnością ludzi starych. To jest potrzebne, bo musimy odczarować bezdomność, zdjąć z niej odium prostego, prostackiego wręcz myślenia, że bezdomność to kara lub prosta konsekwencja nałogu. To kłamstwo. Musimy pokazywać problemy życia na granicy bezdomności.
O czym mówisz?
A. P.: Niedawno byłam na sprawie sądowej mojego podopiecznego, którego uznano za zmarłego. Ze dwa lata nie miał dokumentów. Pytania urzędników Skarbu Państwa i miasta stołecznego Warszawy były tak sformułowane, jakby chcieli udowodnić, że on zasłużył sobie na taki los. A to było tak, że ktoś w szpitalu posłużył się jego dokumentami, podał jego dane, a później niestety zmarł. Na grobie tej osoby są dane mojego podopiecznego. Pani w sądzie dociekała, dlaczego on nie pracował przez lata. Usiłowałam jej wyjaśnić, że gdy trafił do nas, to najpierw poważnie chorował psychofizycznie i nie nadawał się do pracy. Ona wręcz dziwiła się, że on tak sobie u nas siedział. Próbowałam jej wyjaśnić, że gdy przyjmuję do pensjonatu człowieka, to nie pytam go, czy on sobie zasłużył na bezdomność, czy nie zasłużył, bo to dla mnie w ogóle nie ma znaczenia. A ona do mnie, że jednak powinniśmy się zastanowić, że nie ma dokumentów. A ja znów na to, że przecież po to cała ta procedura [gwałtowny gest chowania głowy w dłoniach]…
W Warszawie jest tylko jedna noclegownia przyjmująca kobiety?
A. P.: Tak. I to jest problem, szczególnie w przypadku chorych osób. Kobieta może tam spędzić czternaście dni.
A co potem?
A. P.: Bezdomna nie ma dokąd iść. Dzwonili do mnie niedawno pracownicy ośrodka pomocy społecznej: „Pani Ado, ratunku. Mamy starszą panią, chorą, która wynajmowała mieszkanie, trafiła do szpitala i właściciel powiedział: koniec, już jej nie chcę wynajmować”.
OPS ruszył z procedurą, spróbują umieścić tę panią w domu pomocy społecznej – ale to może potrwać i z pół roku. I gdzie ona ma pójść? Oni do mnie: „Pani Ado, ratunku, niech ją pani chociaż na chwilę weźmie”. Mówię: „Ale gdzie, do pokoju wieloosobowego, z facetami? Panią o balkoniku?”.
I co się stało, gdzie ona trafiła?
A. P.: Podałam im trzy adresy schronisk. Ale wszędzie jest przepełnione. I to w lecie. Takie są realia…
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, sierpień – październik 2017 r.
Współpraca Szymon Piotr Majewski
przez Karol Trammer | czwartek 9 listopada 2017 | opinie
Modernizacja linii Kraków – Katowice to największa kompromitacja w historii programu inwestycji spółki PKP Polskie Linie Kolejowe.
2 października 2017 r. spółka PKP Polskie Linie Kolejowe podpisała z konsorcjum firm Torpol i Budimex wartą 596,7 mln zł umowę na modernizację linii Kraków – Katowice na odcinku między Krzeszowicami a Trzebinią. Do zawarcia kontraktu doszło w Krzeszowicach, rodzinnym mieście ministra infrastruktury i budownictwa Andrzeja Adamczyka. – Umowa gwarantuje, że szybsze i wygodniejsze staną się podróże z Krakowa w stronę Katowic – powiedział obecny przy podpisaniu kontraktu minister.
Przyglądający się uroczystemu zawarciu kontraktu przeżywali déjà vu – podobne deklaracje padały już w grudniu 2010 r., gdy spółka PKP PLK podpisywała wartą 393,3 mln zł umowę z konsorcjum firm OHL ŽS i Tor-Kar-Sson na zaprojektowanie i wykonanie modernizacji dokładnie tego samego odcinka Krzeszowice – Trzebinia.
Pod koniec 2010 r. pokonanie liczącej 77 km linii Kraków – Katowice zabierało pociągom od 1 godz. 43 min. do 2 godz. 1 min. Magistralę przez lata obejmowano bowiem kolejnymi ograniczeniami prędkości – nawet do 20-30 km/h na długich odcinkach. Takie są skutki polityki wstrzymywania konserwacji i remontów danej linii w związku ze spodziewaną jej modernizacją.
Już w 2006 r. – gdy najszybszy pociąg pokonywał trasę z Krakowa do Katowic w 1 godz. 16 min. – Centrum Zrównoważonego Transportu wskazywało, że linia łącząca stolice województw małopolskiego i śląskiego „wymaga najpilniejszej modernizacji ze wszystkich linii magistralnych w kraju”. W 2007 r. posłanka Prawa i Sprawiedliwości z Małopolski Zachodniej Beata Szydło wystąpiła do ministra transportu z wnioskiem o przyspieszenie realizacji unowocześnienia linii i skrócenie czasu przejazdu koleją z Krakowa do Katowic.
Długo oczekiwane rozpoczęcie procesu modernizacji linii Kraków – Katowice nastąpiło w ostatnich miesiącach 2010 r., kiedy to obok umowy obejmującej odcinek Krzeszowice – Trzebinia, spółka PKP PLK zawarła kontrakty na projekt i realizację prac także na innych odcinkach magistrali łączącej Małopolskę i Śląsk: Kraków – Krzeszowice (konsorcjum PNI, PKP Energetyka i PPMT) oraz Trzebinia – Sosnowiec Jęzor (konsorcjum PRKiI Wrocław, Infrakol i PNiUIK Kraków). Całość prac na 58-kilometrowym odcinku od stacji Kraków Główny do wlotu do aglomeracji śląsko-dąbrowskiej na stacji Sosnowiec Jęzor miała zostać zrealizowana do czerwca 2014 r.
Porzucone prace
Do połowy 2014 r. na przeważającej długości magistrali Kraków – Katowice nie przystąpiono do realizacji żadnych robót modernizacyjnych. Przez trzy i pół roku udało się je przeprowadzić jedynie na krótkich fragmentach linii. Między stacjami Dulowa i Trzebinia zdołano wymienić 2,5 km jednego toru wraz z siecią trakcyjną. Na liczącym 5,5 km odcinku Kraków Mydlniki – Zabierzów prace rozpoczęte w kwietniu 2012 r. po kilku miesiącach zostały przerwane i porzucone.
Obydwa tory wraz z siecią trakcyjną udało się wymienić jedynie na 6-kilometrowym odcinku między stacjami Jaworzno Szczakowa i Sosnowiec Jęzor – nie udało się tu jednak uniknąć poważnych opóźnień. W październiku 2011 r. rozpoczęto demontaż starego toru z założeniem, że w czasie prac rozbiórkowych uda się uzyskać pozwolenie na budowę, by następnie płynnie przejść do budowy nowej infrastruktury. Rozbiórka zakończyła się w styczniu 2012 r., lecz pozwolenie na budowę – głównie z powodu kolejnych błędów w dokumentacji projektowej – udało się uzyskać dopiero półtora roku później. Prace budowlane rozpoczęły się więc dopiero w maju 2013 r. W czasie półtorarocznego przestoju pociągi musiały w obu kierunkach jeździć jednym torem, który z uwagi na zły stan techniczny objęty był ograniczeniem prędkości do 30 km/h, zaś w miejscu po rozebranym drugim torze zdążyły wyrosnąć chwasty.
Niewystarczająco, nieskutecznie
Przedstawiciele spółki PKP Polskie Linie Kolejowe jako powód kilkuletniego opóźnienia modernizacji linii Kraków – Katowice wskazują przede wszystkim upadłość firmy PNI we wrześniu 2012 r. Owszem, PNI było liderem konsorcjum wykonawczego, ale tylko dla odcinka Kraków – Krzeszowice, a więc odpowiadało za jeden z trzech kontraktów na magistrali łączącej Kraków z Katowicami. Dodajmy, że upadłość PNI nastąpiła rok po prywatyzacji, dokonanej przez Grupę PKP w momencie realizacji przez to przedsiębiorstwo kilku dużych kontraktów modernizacyjnych na rzecz PKP PLK (sprzedaż przez PKP S.A. 100% udziałów w PNI koncernowi Budimex nastąpiła w sierpniu 2011 r.).

Najwyższa Izba Kontroli za główny problem modernizacji linii Kraków – Katowice uznała „niewystarczający i nieskuteczny nadzór sprawowany przez służby PKP PLK nad realizacją dokumentacji projektowej i uzyskaniem decyzji administracyjnych przez wykonawców i w konsekwencji niezrealizowanie całej inwestycji”.
Do końca 2015 r., a więc do momentu rozliczenia perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2007-2013, w ramach której miała zostać w całości zrealizowana modernizacja na linii Kraków – Katowice, zaawansowanie realizacji przedsięwzięcia wynosiło zaledwie około 2%.
Reset za porozumieniem stron
– Przy modernizacji linii Kraków – Katowice musieliśmy zmierzyć się z wszystkimi ryzykami, na jakie jest narażona inwestycja: problemami związanymi z upadłością projektantów i wykonawców, protestami społecznymi, uwagami konserwatora zabytków, które wymogły zmiany w projekcie, zmianami w obszarach Natura 2000, kolizjami linii kolejowej z instalacjami, których część w ogóle nie była ujęta na mapach – informowała w październiku 2015 r. Dorota Szalacha ze spółki PKP PLK, po tym gdy spółka ogłosiła dokonanie „resetu” procesu modernizacji linii Kraków – Katowice. – W 2014 r. intensywnie pracowaliśmy nad najlepszym scenariuszem wyjścia z trudnej sytuacji i opracowaliśmy plan dalszego prowadzenia prac. Zakończenie prac na odcinku Kraków – Kraków planujemy na koniec 2018 r.
„Reset” opierał się na zawarciu porozumień z kontrahentami o dokończeniu przez nich etapu projektowania modernizacji oraz przyjęciu robót zrealizowanych na liczącym 6 km odcinku między stacjami Jaworzno Szczakowa i Sosnowiec Jęzor. Realizację pozostałych prac modernizacyjnych przeniesiono na okres unijnej perspektywy finansowej obejmującej lata 2014-2020.
Ugody objęły ponadto rezygnację przez PKP PLK z dochodzenia od konsorcjów wykonawczych kar z tytułu nieterminowej realizacji umów, co uzasadniono tym, że „opóźnienia były niezawinione bezpośrednio przez wykonawców”.
Gdy w grudniu 2014 r. spółka PKP PLK podpisywała porozumienie z konsorcjum OHL ŽS i Tor-Kar-Sson, odpowiedzialnym za modernizację odcinka z Krzeszowic do Trzebini, pracownikiem firmy OHL ŽS był Janusz Pluta – w przedsiębiorstwie tym został on zatrudniony w listopadzie 2013 r. jako koordynator ds. realizacji inwestycji, potem w 2016 r. awansował na stanowisko prezesa OHL ŽS Polska. Co zaskakujące, wcześniej – od stycznia 2010 r. do stycznia 2013 r. – Janusz Pluta był dyrektorem modernizacji linii Kraków – Katowice w Centrum Realizacji Inwestycji PKP PLK.
2018, 2019, 2020…
Kolejnym etapem „resetu” – po dokończeniu prac projektowych przez dotychczasowych kontrahentów – był wybór przez PKP PLK nowych wykonawców robót modernizacyjnych. Przetarg dla odcinka Kraków Mydlniki – Krzeszowice został ogłoszony w kwietniu 2014 r., dla odcinka Kraków Główny – Kraków Mydlniki w grudniu 2014 r., a dla odcinków Krzeszowice – Trzebinia oraz Trzebinia – Jaworzno Szczakowa we wrześniu 2015 r. Procedury przetargowe ciągnęły się długimi miesiącami.
Do zawierania nowych kontraktów przystąpiono dopiero w 2016 r. Spółka PKP PLK w styczniu 2016 r. podpisała umowę z konsorcjum firm Vias y Construcciones, Dragados i Electren na wykonanie modernizacji odcinka Kraków Mydlniki – Krzeszowice, w listopadzie 2016 r. realizację robót na odcinku Kraków Główny – Kraków Mydlniki powierzono firmie Torpol, natomiast w grudniu 2016 r. zawarto umowę z konsorcjum firm Trakcja PRKiI, Comsa, PKP Energetyka i Porr na przeprowadzenie modernizacji odcinka Trzebinia – Jaworzno Szczakowa.
Ostatnia umowa – na wykonanie modernizacji odcinka z Krzeszowic do Trzebini – zawarta została z konsorcjum firm Torpol i Budimex. Uroczyste podpisanie umowy, do którego doszło w Krzeszowicach na początku października 2017 r. w obecności ministra Andrzeja Adamczyka, stanowiło symboliczne zwieńczenie przeciągającego się „resetu”. Podpisanie kontraktu na modernizację odcinka Krzeszowice – Trzebinia nastąpiło aż dwa lata po ogłoszeniu przetargu.
Przyczyną wydłużenia tego postępowania przetargowego było to, że spółka PKP PLK umieściła w warunkach przetargowych nieprecyzyjny zapis o wymaganiach wobec kierownika robót telekomunikacyjnych. Część oferentów zinterpretowała ten zapis inaczej niż rozumiała go spółka PKP PLK, przez co Centralne Biuro Zamówień PKP PLK wykluczyło ich z postępowania. Sprawa trafiła do Krajowej Izby Odwoławczej przy Urzędzie Zamówień Publicznych, która nakazała ponowne dopuszczenie wykluczonych oferentów do przetargu. Ostatecznie to właśnie jednemu z odwołujących się uczestników przetargu – konsorcjum firm Torpol i Budimex – udało się zdobyć kontrakt.
W chwili zawarcia ostatniego z nowych kontraktów zapowiedziano, że modernizacja na linii Kraków – Katowice potrwa do końca 2020 r. Natomiast jeszcze w styczniu 2016 r., po zawarciu pierwszej z czterech nowych umów, spółka PKP PLK deklarowała, iż modernizacja na linii Kraków – Katowice zakończy się w czerwcu 2019 r. A przypomnijmy, że w październiku 2015 r. – po opracowaniu w ramach „resetu” planu dalszej realizacji prac – obiecano, że modernizacja wydłuży się „tylko” do końca 2018 r.
Dekada modernizacji, minuta zysku
„Reset” niestety nie został wykorzystany do korekty błędów w projekcie modernizacji, który przewiduje zdegradowanie do roli przystanków aż czterech stacji: Rudawa, Dulowa, Jaworzno Ciężkowice i Balin. Skutkiem tego będzie zmniejszenie liczby punktów umożliwiających przejazd pociągu na drugi tor oraz przede wszystkim przepuszczanie szybszych składów przez te poruszające się wolniej. Zemści się to problemami z przepustowością na zmodernizowanej linii. Charakterystyczną cechą ciągu Kraków – Katowice zawsze był bowiem bardzo intensywny ruch pociągów poruszających się z różnymi prędkościami: dalekobieżnych, regionalnych i towarowych.
Wątpliwości budzi również sprawa czasu jazdy, jaki ma być osiągnięty po zakończeniu modernizacji. – Czas przejazdu z Krakowa do Katowic skróci się do 1 godz. 5 min. – deklaruje minister Andrzej Adamczyk. Doprecyzujmy, że spółka PKP PLK przystępując w 2010 r. do modernizacji, informowała, że czas jazdy z Krakowa do Katowic po zakończeniu prac wyniesie 1 godz. 3 min. dla pociągów dalekobieżnych oraz 1 godz. 27 min. dla pociągów regionalnych. Może to robić wrażenie co najwyżej w porównaniu z obecnym czasem podróży z Krakowa do Katowic wynoszącym od 2 godz. 5 min. do 2 godz. 24 min., który wynika z kumulacji utrudnień wywołanych realizacją robót na części odcinków i ograniczeń prędkości z powodu złego stanu toru na innych odcinkach.
Gdy jednak porównamy sytuację sprzed rozpoczęcia prac oraz poprzedzającego ich okresu drastycznego pogorszenia się stanu linii, okaże się, że modernizacja przyniesie niewielkie skrócenia czasu jazdy. I to w sytuacji, gdy celem modernizacji jest wprowadzenie na znaczącej części magistrali Kraków – Katowice prędkości maksymalnej 160 km/h, a dotychczas na tej linii pociągi nigdy nie kursowały szybciej niż 120 km/h. Jeszcze w 2005 r. pociąg InterCity „Wawel” pokonywał odcinek z Krakowa do Katowic w 1 godz. 10 min., a najszybszy pociąg pospieszny „Śnieżka” w 1 godz. 15 min., zaś najszybszy pociąg z postojami na wszystkich stacjach i przystankach jechał 1 godz. 28 min. – po modernizacji składy regionalne mają osiągać czas jedynie o minutę krótszy!
Dodajmy, że historyczny rekord czasu jazdy pochodzi sprzed ponad 50 lat i należy do ekspresu „Ślązak”, który w 1962 r. odcinek z Krakowa Głównego do Katowic przejeżdżał w 59 min. Wygląda więc na to, że po dekadzie modernizowania linii Kraków – Katowice, rekordu z czasów Gomułki nie uda się pobić.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/92 listopad-grudzień 2017); www.zbs.net.pl. Fotografia w tekście: FAREN, SM42.pl
przez Alicja Palęcka | wtorek 7 listopada 2017 | nasze rozmowy
– z Dorotą Gardias, Przewodniczącą Forum Związków Zawodowych i byłą Przewodniczącą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, rozmawia Alicja Palęcka
***
Brała Pani udział w proteście pielęgniarek i położnych z podobnymi postulatami, jakie mają dzisiejsi rezydenci i rezydentki: o zwiększeniu nakładów na ochronę zdrowia i podniesieniu wynagrodzeń. Okupowała Pani wtedy Kancelarię Premiera, pod kancelarią wyrosło Białe Miasteczko. To było dziesięć lat temu.
Dorota Gardias: Sytuacja była bardzo podobna. Od dłuższego czasu odbywały się spotkania Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych z rządem w sprawie podwyżek. Wnosiłyśmy wtedy o 1000 zł, do negocjacji, na jedną osobę. Postulaty dotyczyły także podwyżek dla lekarzy i pozostałych zawodów medycznych. Negocjowaliśmy bardzo długo, m.in. z wicepremierem Przemysławem Gosiewskim. Wtedy również spotkania odbywały się nocą, co jest dosyć typowe dla PiS. Wychodziliśmy o godzinie 3 nad ranem z rozmów w Kancelarii Premiera. Rozmowy prowadziły donikąd.
Napisaliśmy postulaty nie tylko jako OZZPiP. W Białym Marszu uczestniczyły wszystkie grupy zawodowe służby zdrowia. To był 19 czerwca 2007 roku. Spotkaliśmy się na Placu Zamkowym, przedstawiciele każdego zawodu odczytali postulaty, stamtąd przeszliśmy pod Kancelarię Premiera. Gdy manifestacja dotarła do Kancelarii, przyjęli nas Mariusz Błaszczak, minister w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, oraz Małgorzata Sadurska. Powiedzieli, że premier do nas nie przyjdzie. Jednak w tamtym momencie konieczna była już decyzja premiera w naszej sprawie. Wtedy podjęłyśmy decyzję, że zostajemy w kancelarii. Po kolei wycofali się związkowcy z „Solidarności”, OPZZ, także Konstanty Radziwiłł, który wtedy był prezesem Naczelnej Izby Lekarskiej. My zostałyśmy: cztery działaczki związku pielęgniarek i położnych [Dorota Gardias, Longina Kaczmarska, Janina Zaraś, Iwona Borchulska – przyp. A. P.]. Rozpoczęłyśmy okupację Kancelarii Premiera.
Co jest tak podobne w obecnej sytuacji i tej sprzed dziesięciu lat?
D. G.: Znowu z protestującymi nie rozmawiają osoby decyzyjne. Przykładem jest powołany w październiku zespół działający przy Ministerstwie Zdrowia, którego celem rzekomo ma być rozwiązanie aktualnego kryzysu. W zespole nie bierze udziału strona społeczna Rady Dialogu Społecznego, a więc pracodawcy i związki zawodowe. Ale minister zaprosił samorządy lekarskie, pielęgniarskie, aptekarskie i inne, organizacje społeczne, samorządy terytorialne, organizacje pacjentów. A przecież samorządy zawodowe odpowiadają za kształcenie i bezpieczeństwo w zawodzie. To związki zawodowe negocjują warunki pracy i płacy. Wprowadzenie wszystkich tych grup rozmywa dyskusję, nic konkretnego nie jest wypracowane. Co więcej, na spotkaniach brakuje ministrów, obecni za to są dyrektorzy departamentów, którzy nic nie mogą. Nie wyciągnięto lekcji z tego, co się stało dekadę temu. Uważam, że tylko konsultacje z zainteresowanymi grupami dają szansę powodzenia. My, przedstawiciele różnych związków zawodowych, rozumiemy, że sytuacja może być trudna. Potrafimy i chcemy dążyć do konsensusu. Ale rząd nas nie słucha.
Zamiast tego każdy rząd manipuluje medialnie protestami i poprzez nierówne płace skłóca środowiska. Po Białym Miasteczku podwyżki otrzymali lekarze. Pielęgniarkom i położnym przyznano niewiele, musiałyśmy dodatkowo walczyć o te środki [zapisane w ustawie z 5 września 2007 podwyżki często były nierealizowane w poszczególnych szpitalach, a pracownice musiały dochodzić ich na drodze sądowej – przyp. A. P.]. Później, w 2015 roku, minister Marian Zembala podniósł płacę pielęgniarkom, ale nie innym zawodom. Więc znowu konflikt i niechęć pozostałych wobec lekarzy i pielęgniarek. Dzisiaj to mogą być rezydenci.
Dzień po zakończeniu protestu głodowego przez rezydentów i rezydentki, czyli 31 października, minister Radziwiłł ogłosił podwyżki dla tej grupy zawodowej. Podkreśla, że nakłady na ochronę zdrowia sukcesywnie rosną. Czy to nie oznacza wysłuchania ich postulatów?
D. G.: Jest takie sformułowanie: palcem po wodzie pisane. I de facto takie są właśnie propozycje ministra Radziwiłła. Nie bądźmy naiwni – nie wiemy, jaka partia będzie rządzić po 2019 roku. Poza tym, gdyby rząd nie czekał, aż bomba wybuchnie, tylko zabrał się za reformę systemu ochrony zdrowia od razu, to nie mówilibyśmy o 2025 roku, lecz o 2023. W tym wszystkim najbardziej bolesna jest jednak retoryka ministra – pan Radziwiłł twierdzi, że my, proponując zwiększenie nakładów do 6,8% PKB w 2020 roku, tylko trochę różnimy się, jeśli chodzi o propozycje. Cztery lata to trochę?
Mówiła Pani o dysproporcjach w zarobkach pomiędzy poszczególnymi zawodami medycznymi. Jak duże są te różnice?
D. G.: Lekarz (nie rezydent) otrzymuje za dyżur na SOR 100-150 złotych za godzinę. To więcej, niż pielęgniarka otrzymuje za miesiąc. Wystarczy, że przyjdzie na 24 godziny do pracy, żeby mieć więcej, niż ona, która przez cały miesiąc przychodzi w święta, na noce, w niedziele. To niestety powoduje niechęć jednych do drugich. Rząd Platformy Obywatelskiej w ten sposób wywindował zawód lekarza, stwarzając te dysproporcje.
Z kolei w 2015 roku zaproponowano pielęgniarkom cztery razy po 400 złotych brutto brutto podwyżki. W tym roku, też na skutek protestów, ratownikom medycznym dano tylko dwa razy po 400 złotych brutto brutto. Każdą złotówkę trzeba wywalczyć na ulicy – jest to dalekie od standardów dialogu. To wpływa na stosunki między tymi ludźmi w pracy.
Mówi Pani teraz o Ustawie z 8 czerwca 2017 r. o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników wykonujących zawody medyczne zatrudnionych w podmiotach leczniczych. Miała rozwiązać problemy nisko opłacanych osób w ochronie zdrowia.
D. G.: Ustawa czerwcowa mówi o podwyżkach, ale nikt nie zabezpieczył na nie środków. To będzie miało konsekwencje na przykład w wyjmowaniu pieniędzy z kieszeni jednej pielęgniarki i oddawaniu drugiej – tej, która nie zarabia wynagrodzenia minimalnego, jakie ustalono dla zawodów medycznych.
Wiele razy słyszałam, że pieniądze wyjmowane są z kieszeni pielęgniarki i wkładane do kieszeni innej. Co to znaczy?
D. G.: Trzy lata temu minister zdrowia Zembala przed samymi wyborami zaproponował drogę dojścia do lepszych pensji dla pielęgniarek i położnych. Przez cztery lata miało to być po 400 złotych brutto brutto. Dzisiaj jest to 1200 złotych brutto brutto.
Co pozytywnego wynika z przepisów z 2015 roku: każdego roku, do 31 sierpnia, spisujemy liczbę pielęgniarek zatrudnionych w szpitalu. Informacja wysyłana jest przez pracodawcę do NFZ, który przekazuje środki na wynagrodzenia, przypisane do numeru Prawa Wykonywania Zawodu. W ten sposób jest to przejrzyste, środki są przeznaczone dla konkretnej pielęgniarki. W przeciwnym razie pracodawcy przeznaczaliby te kwoty na inne cele.
Natomiast ustawa z czerwca 2017 roku mówi, że jeżeli w zakładzie pracy jest wiele pielęgniarek, które nie zarabiają obecnie ustalonej pensji minimalnej, to z tej puli, o której mówiłam przed chwilą, trzeba zabrać 10%, aby wyrównać ich wynagrodzenia do minimalnego. Niektórzy pracodawcy chcą nawet zabierać te 10% na inne cele. W szpitalu w Słupsku pracodawca próbował to zrobić, żeby przekazać na wynagrodzenia innych pracowników.
Mówi się też, że ustawa z czerwca 2017 roku gwarantuje biedę. Co to znaczy w kontekście innych zawodów medycznych?
D. G.: Zamraża się środki i dopiero w 2021 roku niektóre zawody medyczne zaczną zarabiać 2500 złotych. To nie jest żadna podwyżka, to gwarancja biedy. To jest nie do przyjęcia, żadna z central związkowych się na to nie zgodziła. Mimo to sejm przyjął ustawę, a Prezydent ją podpisał. Nie konsultował się z naszymi środowiskami, mimo że jest patronem Rady Dialogu Społecznego. Dziwię się, że z nami nie porozmawiał, nie wysłuchał reprezentatywnych partnerów społecznych.
Dlaczego to ważne, aby to w Radzie Dialogu Społecznego odbywały się rozmowy, a nie w powołanym niedawno przez ministra Radziwiłła zespole do spraw systemowych rozwiązań finansowych w ochronie zdrowia?
D. G.: Strona rządowa powinna traktować z szacunkiem ludzi, którzy negocjują, a nie rozmywać temat. Jeżeli chcemy coś załatwić, spotkajmy się właśnie w Radzie Dialogu Społecznego, która do tego została powołana po tym, jak przez dwa lata dialog w Polsce nie funkcjonował. Miała być to przestrzeń, gdzie na spotkania będą przychodzić ministrowie, nie dyrektorzy departamentów. Musimy promować Radę Dialogu Społecznego.
Jedna rzecz cieszy: dialog autonomiczny udaje się jak nigdy. Nie było nigdy takiej zgody między pracodawcami a pracownikami, między organizacjami ich reprezentującymi, a teraz jest.
Ale trzeba też powiedzieć, że w ochronie zdrowia wielkim problemem jest to, że pracodawcy szpitali nie należą do reprezentatywnych central, wobec czego nie są reprezentowani w RDS.
Czy strona społeczna w Radzie, w tym pracodawcy, popiera postulaty protestujących obecnie rezydentów? Przypomnijmy: chodzi o podniesienie finansowania ochrony zdrowia do 6,8% PKB w ciągu trzech lat, likwidację kolejek, rozwiązanie braku personelu medycznego, likwidację biurokracji, poprawę warunków pracy i podniesienie wynagrodzeń.
D. G.: Tak. W Radzie Dialogu Społecznego jesteśmy zgodni.
Nie dziwi mnie protest rezydentów. To są ludzie, którzy będą leczyć nas, nasze dzieci, naszych wnuków. Jeśli oni nie mają teraz czasu na kształcenie, bo idą z pracy do pracy, to ich wykształcenie może nie być tak dobre, jak poprzednich pokoleń. Wydzielenie rezydentów w osobnej ustawie i postawienie ich w gorszej sytuacji dokonało się dopiero za rządów Platformy Obywatelskiej. Poprzednie pokolenia młodych lekarzy także niewiele zarabiały, ale ich specjalizację opłacał szpital. Opłacano dla nich kształcenie, szkolenia, wyjazdy do Warszawy i noclegi. To wszystko dawniej było lepiej zorganizowane, nastawione na wykształcenie lekarza. Jak jest dzisiaj? Słyszę, że rezydent jest ochroniarzem w jakiejś firmie, ktoś inny jest kelnerem – to jest absurd. Jestem z nimi całym sercem, życzę im wielkiej niezłomności. Oni powinni dobrze zarabiać.
Oczywiście, minister Radziwiłł ma problem. Ale obecne postulaty rezydentów to coś, o czym on mówił już 10 lat temu. Przecież jeszcze niedawno on razem ze mną siedział po jednej stronie stołu. I mądrze mówił. On jest doświadczony po stronie społecznej, dobrze znał nasze potrzeby. Czy teraz zapomniał, co się dzieje w szpitalach?
Pomijając obecny konflikt ministra z protestującymi, a teraz właściwie z całym środowiskiem medycznym, jak Pani ocenia dwa lata pracy Konstantego Radziwiłła?
D. G.: Zapowiadał się całkiem dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że – jak już wspomniałam – kiedyś stał po stronie społecznej jako Prezes Naczelnej Izby Lekarskiej. Wielokrotnie posługiwał się narracją, którą stosował świętej pamięci profesor Religa – to był kolejny dobry sygnał. Wszystko się zawaliło, gdy próbowaliśmy wejść z ministerstwem w dialog. Okazało się, że to jedna wielka fasada, że minister jest zwyczajnie głuchy na głos tych, którzy chcą pomóc. Poza tym, taki mamy system, że minister niewiele może.
Radziwiłł zapowiada likwidację ubezpieczenia zdrowotnego, od dawna zapowiadane, choć przesuwane w czasie, jest postawienie NFZ w stan likwidacji. Dlaczego taka formuła jest lepsza niż finansowanie przez Narodowy Fundusz Zdrowia?
D. G.: Uczmy się na błędach. Moim zdaniem nie ma sensu tracić czasu na komentowanie tego typu zapowiedzi. Pamiętam, jak pozytywnie podchodziliśmy do planów o wejściu ustawy o tak zwanej sieci szpitali. I co? Wielkie rozczarowanie. Wprowadzone właśnie ryczałtowe finansowanie szpitali oznacza ich niedofinansowanie. Jednak co do zasady – w mojej ocenie lepiej, gdyby system ochrony zdrowia był scentralizowany, gdzie minister zdrowia miałby kontrolę nad wydatkowaniem środków.
Wróćmy do protestu rezydentów i rezydentek. W ciągu niecałego miesiąca rozszerzył się poza Warszawę, głodówki trwały w kolejnych miastach: Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, Gdańsku, Lesznie, Płocku. Wraz z rezydentami głodowali fizjoterapeuci. Protestujących popierają lekarze i lekarki – w Krakowie 25 października ogłoszono dniem bez lekarza. Dołączyli ratownicy medyczni, którzy prowadzą swój protest już od maja. Czy widzi Pani jakąś ciągłość protestów od czasu Białego Miasteczka? Czy środowisko uczy się ze swojej historii?
D. G.: Protest się zradykalizował, był bardzo ostry. Szybko sięgnięto po tę najbardziej dramatyczną formę, jaką jest głodówka. Pielęgniarki i położne głodowały dawno temu, kiedy były młode. W Białym Miasteczku nie wiedziałam o tym i nie godziłam się na to. Wiem, że rezydenci byli i są nadal u kresu wytrzymałości, dlatego podjęli taką decyzję.
Pielęgniarki i położne są największą medyczną grupą zawodową. Każdy ma do odegrania rolę w tego typu proteście. Rezydenci postanowili głodować. Zrobiliśmy więc to, co należy. Wspieramy ich nie tylko jako koleżanki z branży medycznej, ale w takich sytuacjach jak wtedy również dajemy im wsparcie pielęgniarskie. Robimy to, bo wiemy, że konsekwencje głodowania mogą być katastrofalne dla zdrowia.
Strona społeczna, w tym Forum Związków Zawodowych zgłasza konkretne rozwiązania, aby przeciwdziałać kryzysowi ochrony zdrowia. Co to za propozycje?
D. G.: Należy jak najszybciej dokonać nowelizacji ustawy o najniższym wynagrodzeniu zawodów medycznych. Krystyna Ptok, Przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, zwróciła się do ministerstwa zdrowia z wnioskiem o przekazanie informacji o liczbie pracowników medycznych w Polsce, liczbę pracowników niemedycznych oraz o ich wynagrodzenia. Potrzebujemy tych informacji, ponieważ musimy konstruktywnie dyskutować o poziomie wzrostu wynagrodzeń. Trzeba przekazywać 6,8% PKB na zdrowie, ale od roku 2020, a nie 2025, jak chce tego rząd PiS.
Potrzebna jest zmiana systemowa i stworzenie planu dla ochrony zdrowia na kilkanaście lat. Potrzebne jest ograniczenie czasu pracy i likwidacja umów cywilnoprawnych i samozatrudnienia w ochronie zdrowia. Tylko wtedy stanie się wyraźne, że lekarzy, pielęgniarek, ratowników jest za mało. Sprawdziliśmy to w Instytucie Medycyny Pracy. Pielęgniarka, aby nie popełniać błędów, może pracować sześćdziesiąt godzin więcej w miesiącu, niż przepisowe sto sześćdziesiąt godzin. Tymczasem dzisiaj one pracują po trzysta-czterysta godzin. W jednym ze szpitali w województwie zachodniopomorskim widziałam grafik pielęgniarki na 408 godzin…
To samo dotyczy lekarzy i innych pracowników, którzy podpisując klauzulę opt-out, zgadzają się na przekroczenie normy przeciętnie czterdziestu ośmiu godzin pracy w tygodniu. W konsekwencji są skrajnie przepracowani. Słyszymy tylko o niektórych zgonach lekarzy – jeśli zdarzą się w pracy. Nie słyszymy o tych, które zdarzają się po ich powrocie do domu.
Porozumienie Zawodów Medycznych zaproponowało zmianę ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych. Ustawa dotyczy wyłącznie wysokości nakładów na ochronę zdrowia. Czy taka propozycja ustawy to właściwe rozwiązanie?
D. G.: Porozumienie Zawodów Medycznych walczy o zmianę postawy decydentów, o zmianę języka debaty publicznej. Ich ustawa jest słuszna przede wszystkim z obywatelskiego punktu widzenia. Medycy wyrażają w ten sposób sprzeciw wobec „przeciętniactwa”, które trawi ten system od kilkudziesięciu lat. Polki i Polacy dzięki ich akcji w większym stopniu rozumieją problematykę, wiedzą, że środków jest za mało, a zarobki większości pracowników medycznych są bardzo niskie.
Po zakończeniu protestu głodowego 30 października, Porozumienie Rezydentów OZZL zagroziło masowym wypowiadaniem klauzuli opt-out oraz rezygnacjami z dodatkowego zatrudnienia poza podstawowym miejscem pracy. To prawdopodobnie oznacza, że w przychodniach i szpitalach zabraknie lekarzy i lekarek. Wydaje się to złamaniem zasady protestów w ochronie zdrowia, to de facto odejście od łóżek pacjentów. Czy to właściwa droga?
D. G.: Rezygnacja z dodatkowej pracy jest formą protestu! Przede wszystkim okaże się, że jest nas za mało. Rząd będzie musiał w końcu wziąć pełną odpowiedzialność za system. Tu oczywiście powstaje pytanie – co jest lepsze? Pracować, umierać z przepracowania, całe swoje życie spędzić w miejscu pracy czy zaprotestować przeciwko niszczeniu standardów? Dla mnie odpowiedź jest oczywista.
Dziesięć lat temu, gdy stanęło Białe Miasteczko, nie było mowy o strajku generalnym służby zdrowia. Teraz takie zapowiedzi już się pojawiły. Czy dojdzie do strajku generalnego?
D. G.: Nie potrafię powiedzieć, co się wydarzy. Mogę widzieć różne scenariusze, ale naprawdę nie wiem, w którą stronę to się potoczy. Gdybym była po stronie rządu, nie wkurzałabym tak tych ludzi. Kolejne dni, kolejne spotkania, które nic nie przynoszą, kolejne zespoły – to denerwuje i może na nowo napędzić protest. Sytuacja może się rozwinąć w każdym kierunku.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 23 października – 2 listopada 2017 r.
przez Olga Drenda | poniedziałek 6 listopada 2017 | opinie
Kilkanaście lat temu zdarzyło mi się jechać koleją z ciekawymi współpasażerami – niepozorną, najzwyklejszą starszą panią i jej dorosłym wnuczkiem. Wnuczek chciał być dla babci uczynny, ale w praktyce okazywał się nadgorliwy w jej udziecinnianiu: „Babuniu, popatrz, jakie za oknem miasto, babuniu, a w gazecie papież, a może dla babuni jagódkę, taka dobra jagódka”. Zmęczona tym nadmiarem troski pani dosiadła się do współpasażerki, trochę młodszej od siebie, z opaską na włosach i w anilanowym swetrze, wyglądającej jak jedna z niepozornych, niewidocznych osób, pracujących w usługach na zapleczu świata, osób, które sprawiają, że rzeczywistość jakoś działa i toczy się z dnia na dzień. Od słowa do słowa, obie kobiety zaczęły wymieniać się ulubionymi łacińskimi sentencjami, a potem przeszły do rozmowy o Arystotelesie. Bawiły się wspaniale. Nie były to wcale księżniczki w przebraniu kopciuszków – pewnie po prostu chodziły do tuż powojennych szkół średnich, w których języków klasycznych nauczano powszechnie (do lat 60.), i choć nie zostały osobami na tzw. stanowiskach, to wiedza i radość z niej czerpana zostały z nimi na dobre.
Wiem, że zabrzmiało to jak pouczająca opowiastka kołcza życiowego Grzegorza Mateusiaka, być może brakuje jeszcze tylko puenty „a potem cały pociąg wstał i zaczął bić brawo”. Ale co poradzić, musicie wierzyć mi na słowo. Nie mam ani talentu reportera-podsłuchiwacza, ani dobrej pamięci, ale ta historia, która jakby spadła z nieba jako specjalna lekcja o nieoczywistości świata, włącza mi się w głowie od czasu do czasu. Zwykle wtedy, kiedy przypomina mi się druga anegdota, którą lubię opowiadać i pewnie przytaczałam już nieraz w innych kontekstach. Gdy legendarny bluesman Leadbelly opuścił więzienie i udał się w trasę koncertową ze zbieraczem amerykańskiego folkloru Johnem Lomaxem, ten chciał, by Leadbelly występował wciąż w drelichu i śpiewał surowe bluesy zza krat. To wywołało niezgodę między muzykiem a jego odkrywcą: jako wolny człowiek, już z wyrobioną marką, Leadbelly marzył o nowym garniturze i o tym, by grać miejski jazz, co uważał za naturalną ewolucję – wyrok zakończony, mógł już grać jak wolny człowiek. Lomax wolał zamrozić go w skamielinie „autentyzmu”, nie biorąc pod uwagę wyborów samego artysty.
„Zwyczajni ludzie” nie mają w życiu łatwo nie tylko ze względu na jego materialną prozę, ale także dlatego, że nie są traktowani serio, za to często – instrumentalnie. Każdy wstrętny i krzywdzący komentarz o „ciemnym ludzie”, „plebsie”, „niecywilizowanej hołocie”, których naczytaliśmy się w ostatnich latach o wiele za wiele i za które również na łamach „Nowego Obywatela” niejeden dostawał zasłużone bęcki, ma swój rewers w postaci fałszywej, instrumentalnej sympatii dla szarego człowieka. To czasami dobrze znana, stara chłopomania, ale czasami coś o wiele gorszego – instrumentalny, chytry paternalizm. Ten, kto stosuje takie metody, posługuje się wyobrażonym „zwykłym człowiekiem” jako pałką służącą do zdzielenia jakiejś grupy, której aktualnie nie lubi. Na pewno znacie to doskonale.
Wyobraźcie sobie „ulubionego” publicystę (na pewno takiego macie), który nagrywa filmik o tym, jak szama prosto z puszki paprykarz szczeciński i zagryza pasztetową, choć na co dzień na pewno jada lepiej, i opowiada przy tym, że wstrętne lewaki nie wiedzą co dobre, jedzą tylko trawę. Albo kiedy uznany aktor w wywiadzie przyznaje, że tak w ogóle to nie bardzo lubi towarzystwo ludzi, chyba że na Podkarpaciu, bo tam lud prosty, żyje zgodnie z intuicją i bez trucizn sączonych w niewinne dusze przez słowo pisane i nowoczesne wynalazki. Można oczywiście uważać, że gdzieś za Tarnowem zaczyna się jakiś średniowieczny park tematyczny, w którym prąd wytwarzają biegające chomiki, a mieszkańcy hołdują stylowi życia z czasów Piasta Kołodzieja. Jeśli jednak o czymś świadczą takie opinie, to o odklejeniu mówiącego, który Podkarpacie odwiedził chyba we śnie. Miałam znajomego z tamtych okolic, który żartował, że oczywiście, wszyscy mieszkają w skansenie w Sanoku – malowanie sobie podkarpackiego „czarnego luda” przez Warszawę to powracający refren. Tyle że w zależności od tego, kto mówi i w jakich okolicznościach, to albo ludek prosty a poczciwy, który uroczo klnie, albo demoniczna tłuszcza gotowa zdzielić za darmo sztachetą.
Można też, jak niektórzy robią dla szpanu, używać przeciętnego obywatela jako rekwizytu w swoim własnym teatrze jednego aktora. W latach 80. powstało określenie „trustafarians” na ludzi, którzy głosili pochwałę nieskomplikowanego życia, bo było ich na to stać – byli rentierami, gwiazdami telewizji czy dziedzicami fortun, a z hippisowskiej chatki na końcu świata, w której żyli prosto i zgodnie z naturą, mógł ich w razie potrzeby ewakuować prywatny helikopter. To o takich przypadkach śpiewał zespół Pulp w dość nieoczywistym przeboju „Common people”, którego bohaterka „chciałaby żyć jak zwyczajni ludzie”, choć oczywiście wcale nie musi.
Tymczasem w Polsce mamy to szczęście, że – o ile faktycznie nie jesteśmy spadkobiercami milionerów – w większości nie musimy udawać zwyczajnych ludzi, bo nimi jesteśmy. Oczywiście, ostatnie dekady przyniosły stopniowe pogłębianie się podziałów między ludźmi i izolację, a wiele drabin społecznego awansu połamano, ale pamiętajmy, że wciąż mamy niezłe zapasy, z których można coś zbudować. Większość z nas chodziła do publicznych szkół, nadal istnieją darmowe studia dzienne i stypendia, wychowywaliśmy się często na niegrodzonych osiedlach, gdzie sąsiedzi reprezentowali bardzo różne światy, a historie w poszczególnych domach to nadal pamięć różnych kolei losu, w tym przenosin ze wsi do miasta, faktycznych szans, jakie dała szkoła, biedy albo życia tuż nad kreską, pracy kiepskiej, żmudnej, ale dającej satysfakcję, a czasami żadnej. Różnice między nami istnieją i nieprawdą jest, że żyjemy w płaskim klasowo społeczeństwie, jak wydawało się niektórym, ale będę się upierać, że mamy szansę na budowę relacji opartych na solidarności i zrozumieniu, że dobro drugiego człowieka służy także nam.
Dziki kapitalizm zniszczył i podzielił bardzo wiele, ale nie unicestwił wszystkiego. W większości, jako obywatele, nadal jedziemy na różnych piętrach, ale jednak tego samego, niezbyt wysokiej jakości wózka. Znajdujemy się na spektrum niepewności i skromnego stanu posiadania – od bardzo skromnego, po „w porządku”, a zewnętrzne oznaki stabilizacji bywają makietą z tektury. Nawet stateczna menedżerka z lśniącego biurowca może swoją gorliwością w szlusowaniu do aktualnych standardów i mody maskować „słoikowe” poczucie niedopasowania (co zresztą jest zjawiskiem starszym niż III RP – o psychologicznych zawiłościach awansu społecznego mówi sympatyczny film „Warszawskie gołębie” z lat 80.). A ponieważ często ciuch od projektanta jest z lumpeksu, sushi z dyskontu, a dekoracje w stylu prowansalskim pochodzą z hurtowni „Upominex”, makieta może się okazać stosunkowo łatwa w demontażu. Kto wie, może dlatego taką popularnością cieszą się opowieści o latach 90., może sięgają po zwykłą pokoleniową nostalgię – przypominają czas, gdy kolorowe gazety trąbiły o tym, że każdy może zostać milionerem, ale z drugiej strony rzeczywistość sama uczyła o tym, jak różni bywają ludzie i ich życiorysy. Mogliśmy, mieszkając w domu jednorodzinnym, odwiedzić po lekcjach koleżankę z klasy w kamienicy bez łazienki, albo samemu mieszkając w kamienicy wpaść do mieszkania kolegi z bloku, żeby pograć na amidze. Dorastającym w realiach, gdzie wszystko jest ogrodzone, wszędzie trzeba wpisywać kody i za wszystko trzeba płacić, ta nauka na pewno przychodzi trudniej – trzeba przekroczyć coś zastanego.
W eseju poświęconym obcości w literaturze science fiction Ursula K. LeGuin pisze: „Jeśli zaprzeczasz więzi z drugim człowiekiem albo grupą ludzi, jeśli twierdzisz, że są zupełnie odmienni niż ty – tak, jak mężczyźni zrobili to wobec kobiet, jedna klasa wobec innej, naród wobec narodu – możesz zacząć ich nienawidzić lub ubóstwiać, ale w każdym z tych przypadków zaprzeczasz waszej duchowej równości, ludzkiej realności. Zmieniasz ich w rzecz, z którą jedyna możliwa relacja to relacja oparta na władzy. W ten sposób dokonujesz zgubnego w skutkach zubożenia swojej własnej rzeczywistości. Wyobcowujesz się”. Myślę o tym zawsze, kiedy przypominam sobie sytuacje, w których lewicowcy wydają się podchodzić do możliwie szeroko rozumianego „ludu” jak do jeża. Boją się, nie wiedzą, jak się zachować, jak mówić o ludziach, z którymi sympatyzują i chcieliby okazać solidarność, wreszcie – wyobrażają sobie na ich temat niekoniecznie właściwe rzeczy. Na temat ludzi, którzy są przecież w zasięgu rozmowy!
Pytam siebie w duchu: co się z nami podziało? Dlaczego zachowujemy się, jakbyśmy odlecieli na różne planety? Jakbyśmy nigdy nie mieli sąsiadów, nie mieszkali teraz czy kiedyś na blokowisku, nie chodzili do publicznej szkoły i nie odwiedzali kolegów z klasy, a w dorosłym życiu nie łączyły nas relacje z ludźmi, którzy mogli pracować w zawodzie, o którym my nie mamy pojęcia, ale razem z nami łazili po górach, bunkrach albo słuchali podobnej muzyki? Co jest tym biletem na inną planetę, co stawia te bariery? Wykształcenie, nawet jeśli nigdy nie pracowaliśmy w zawodzie lub nie dotrwaliśmy do magistra? Praca? A może – o ironio – uświadomienie sobie, że w społeczeństwie nie wszyscy mamy równe szanse, co jakimś dziwnym sposobem sprawia, że zaczynamy się dystansować wobec kogoś, z kim niedawno moglibyśmy wypić piwo i porozmawiać o zbieraniu płyt (bo „co on sobie o mnie pomyśli, muszę mieć salon wypisany na twarzy”).
Skąd się to bierze, to pouczanie i pielęgnowanie poczucia winy, samokrytyka zamiast faktycznej polityki, autoanaliza i przykrawanie się do wzorca zamiast bardziej praktycznego i empatycznego przymknięcia oka na różnorodność postaw ludzkich, przyznania, że ja jestem taka, a ty śmaka, ale łączą nas podobne cele, monitorowania drobiazgów zamiast stwierdzenia – ok, ale idź i nie grzesz więcej? Jest jakiś straszny paradoks w tym, że czasem wiedza i samoświadomość zamienia się w pancerz. Teoria habitusów Bourdieu, skądinąd bardzo odkrywcza w socjologii, przeniesiona na poziom rozmów międzyludzkich i osobistych postaw robi dziwne rzeczy z Polakami i Polkami. Widziałam najlepsze umysły mego pokolenia pochłonięte przez nieustanne rachunki sumienia. Czy może mi się podobać ta piosenka? Czy to wypada, czy nie wypada? Czy nie wydaję się za głupi lub za mądry? Czy moje gusta nie są elitarne albo przeciwnie, pozerskie? Jak Molierowski pan Jourdain, który po 40 latach uświadomił sobie, że mówi prozą, tak biedny, zdezorientowany sympatyk lewicy uświadamia sobie, że mógł mieć w życiu nieco więcej fartu. Świadomość różnych punktów startowych w życiu to sama w sobie dobra rzecz, bo czas najwyższy dać sobie spokój z mitem „od zera do milionera”, ale problem zaczyna się wtedy, gdy ta świadomość, zamiast oświecać, staje się ciężarem, o którym pisała LeGuin.
Tak powstaje uprzedzenie, z mieszaniny obaw i lęków: mogę zrobić coś źle, więc na wszelki wypadek będę się trzymać z daleka. Ktoś dotychczas znany staje się w naszych oczach obcym, człowiekiem z innego świata, niezrozumiałym; pogłębia się między nami rów, choć świadomość i empatia powinna raczej sprzyjać jego zasypywaniu. Wyobcowujemy się również wobec samych siebie. Jeśli jesteśmy wykształceni albo mieliśmy szczęście znaleźć dobrą pracę – zaczynamy się za siebie wstydzić, postrzegać swój (mimo wszystko nadal skromny) status jako barierę w komunikacji, ciężar większy niż w rzeczywistości. Widziałam realizację tego scenariusza kilka razy i za każdym z nich wyglądało to podobnie: jakby bardziej świadomie deklarowany akces do lewicy sprawiał, że wcześniej zwyczajnie otwarty na świat (i prospołeczny w praktyce) człowiek wolał schować się do nory i pogrążyć w nieskończonych debatach o tym, kim jesteśmy i dokąd tuptamy. Można poświęcać się wtedy w nieskończoność cyzelowaniu mowy i własnych przyzwyczajeń tak, by były jak najmniej dokuczliwe dla innych grup społecznych. Takie dyskusje odbywają się zwykle w niewielkich gronach, co czyni je niszowym sportem. Redaktorzy i czytelnicy „NO”, którzy słuchają metalu, a jest nas tu kilkoro, zapewne pamiętają tragikomiczne debaty sprzed kilkunastu lat o tym, kto nadaje się na TRVE metalowca, a kto już naraża się na pozerstwo; zwykle kończyło się to tym, że w zbiorze TRVE zostawała może jedna wzorcowa osoba. Po co doskonale pozbawiony uprzedzeń język, skoro nie zamierzamy go używać, skoro boimy się porozmawiać?
Ten lęk i pewna sztywność, samoalienacja – wszystko to może niestety przełożyć się na próbę rozmowy. Ktoś, kto nie jest pewien, jak mówić do drugiego człowieka w obawie, że ten jest „zupełnie inny niż ja”, zaczyna babciojagódkować, robiąc wrażenie takie, jakie zrobił – mimo najlepszych intencji – wnuczek z kolejowej anegdoty. Nikt nie lubi, gdy się ktoś nad nim, dorosłym obywatelem, pochyla i załamuje rączyny. Nikt nie chce, żeby mu na siłę wpychać nawet najsmaczniejsze jagódki. Nieco naiwną, ale może skuteczną (bo nie ma zmiany bez dozy naiwności) receptą na wyjście z tego stanu rzeczy jest dać się polubić, najlepiej osobiście. Szukanie poziomych płaszczyzn porozumienia, idących w poprzek podziałów narzuconych nam z góry. Za tzw. moich czasów, w latach 90. i wczesnych zerowych, takim wspólnym gruntem były subkultury. Dzisiaj mogą być to rzeczy powszechnie lubiane, jak sport, ciuchy, ogródek czy makijaż, albo nieco bardziej niszowe, jak stare auta, szydełkowanie albo UFO. Jeśli nasi rozmówcy są nieco starsi, mogą spokojnie zdeklasować wiedzą magistra, bo oczywistą rzeczą było dla nich oglądanie Teatru Telewizji i „Wielkiej Gry”, może czytanie wielkonakładowych magazynów w rodzaju „Przekroju” czy „Nowej Wsi”. To oni wygraliby z nami w „Jednym z dziesięciu”.
Stanisław Barańczak zastanawiał się w latach 70., dlaczego tak wielu widzów bynajmniej nienoszących cylindra i fraka kochało „Kabaret Starszych Panów”, ignorując jednocześnie łopatologiczne filmy i powieści milicyjne. Odpowiedzią był szacunek dla widza. Nie można bowiem podważać czyjejś zdolności do myślenia. Zakładać, że ktoś jest z zasady pozbawiony wyobraźni, umiejętności autorefleksji, poczucia humoru (w tym dystansu wobec samego siebie). Dzisiaj autorzy blogów i kanałów Youtube poświęconym teoriom spiskowym, płaskiej Ziemi albo Reptilianom, nie stronią od wykładania teorii filozoficznych (nawet jeśli są to teorie wzięte z kompletnie innego wymiaru, albo z pewnej części ciała) i wcale nie unikają trudnych słów. I chociaż opowiadają bajki, to trzeba oddać im sprawiedliwość, że realizują postulat Barańczaka o tym, żeby szanować swojego odbiorcę. Warto wziąć sobie to do serca. Nawet jeśli nasz obecny lub potencjalny znajomy, sąsiad, współpracownik nie ma czasu na czytanie powieści, nie znaczy to, że zna góra sto słów, a to, że ma daleko do najbliższej galerii sztuki, nie powoduje, że sztuki nie może zrozumieć. Dlaczego zakładamy, że nie można jednocześnie lubić grillowania i czytania książek, albo słuchać disco polo, poezji śpiewanej i Chopina, w zależności od humoru i okazji? Swoją drogą, czy wiedzieliście, że zespół Boys na początku inspirował się INXS i Duran Duran, a wczesne piosenki Akcentu to przeróbki standardów z „krainy łagodności”? No to już wiecie.
Polityka w życiu codziennym to także lekcja wyrozumiałości, zwłaszcza jeśli nie chcemy uprawiać gwiazdorskiej autopromocji, lecz zaprosić na wspólny pokład jak najwięcej osób. Kiedy byłam nastolatką, zdarzyło mi się na chwilę „przykucnąć”, uwierzyć w liberalizm i dać się oszołomić przekonaniu, że każdy jest kowalem własnego losu (na szczęście ta chwila nie trwała długo). Hipiso-punki z małych miast nosiły wtedy koszulki z napisem „Każdy inny, wszyscy równi”, a ja dziwiłam się, co też oni wymyślają. Dzisiaj muszę ich przeprosić. Bo tak trzeba żyć.
Olga Drenda
przez Tomasz S. Markiewka | poniedziałek 30 października 2017 | opinie
Ostatnimi czasy przez media przetoczyła się dyskusja na temat niedziel wolnych od handlu. Nie pierwszy raz. Podobna debata odbyła się choćby kilka lat temu. Tak wtedy, jak i teraz neoliberałowie stali w pierwszym szeregu ludzi przerażonych pomysłem pracowników mających prawo do dnia wolnego. Przyjrzyjmy się argumentacji jednego z najzagorzalszych dziennikarskich zwolenników doktryny neoliberalnej – Wojciecha Maziarskiego. Zobaczmy dzięki temu, w jaki sposób Maziarski wykorzystuje słowo „wolność” do przedstawienia swojego stanowiska jako zdroworozsądkowego oraz dlaczego jego wizja wolności jest problematyczna. Warto to zrobić, ponieważ „wolność” wciąż pozostaje jednym z najpotężniejszych narzędzi retorycznych wykorzystywanych przez neoliberałów.
Temat wprowadzenia ustawowego zakazu handlu w niedzielę felietonista „Gazety Wyborczej” poruszył w czerwcu 2013 roku. Bezpośrednim punktem odniesienia był dla niego tekst Konrada Sawickiego, również opublikowany w „Wyborczej”, a także opinia Jacka Żakowskiego wyrażona w Radiu TOK FM. Zarówno Sawicki, jak i Żakowski opowiadali się za niedzielami wolnymi od handlu, czyli za podjęciem określonej decyzji politycznej związanej z funkcjonowaniem naszej gospodarki, a także – albo nawet przede wszystkim – z prawami pracowniczymi.
Maziarskiemu ten pomysł się nie spodobał. I choć zaczyna on swoje rozważania od anegdoty wspominkowej, to bardzo szybko wchodzi na pole filozoficznych rozważań, aczkolwiek nonszalancki ton, w jakim wypowiada swoje sądy, sprawia, że łatwo tę filozoficzność przeoczyć. Publicysta „Wyborczej” pisze w pewnym momencie tak: „Czy jako wolny obywatel żyjący w ideologicznie neutralnym państwie prawa mogę wybrać taki model życia i spędzania wolnego czasu, który nie podoba się ideologom lewicy, teologom katolicyzmu i działaczom związkowym?”.
consumption
Jak łatwo zauważyć, Maziarski wprowadza ostry podział na tych, którzy są za wolnością obywateli (w tej roli obsadza siebie), oraz tych, którzy są przeciwko tej wolności (w tej roli ideolodzy lewicy, teolodzy katoliccy i działacze związkowi). Wolność jest traktowana jako wartość centralna, a stosunek do niej pozwala odróżnić „tych dobrych” od „tych złych”. Dwa akapity dalej Maziarski raz jeszcze uderza w podobny ton: „Więc pytam: wolno mi czy mi nie wolno? Czy redaktorzy Sawicki i Żakowski pozwolą mojej rodzinie spędzać czas tak, jak lubimy i jak sami sobie wybraliśmy, czy będą nas uszczęśliwiać na siłę, wyłączając w niedzielę »świątynie konsumpcji«?”.
Na pozór cały spór o handel w niedzielę, szczególnie w wersji, w jakiej przedstawia go Maziarski, nie kryje w sobie żadnych filozoficznych założeń. Jest grupa ludzi takich jak dziennikarz „Wyborczej”, którzy chcą mieć swobodę robienia niedzielnych zakupów w centrach handlowych, oraz są ci, którzy pragną tego zakazać. Można dyskutować, kto ma rację w tym sporze, ale czy występują w nim jakieś głębsze problemy związane z naszym stosunkiem do wolności? Czy nie jest raczej tak, że mamy do czynienia z prostym przypadkiem, gdy z jednej strony są zwolennicy wolności, a z drugiej ludzie chcący poświęcić jej część w imię innych wartości? Na to ostatnie pytanie można by udzielić odpowiedzi twierdzącej tylko wtedy, gdybyśmy do dwóch aktorów występujących w przytoczonych fragmentach tekstu Maziarskiego – wolnych obywateli dokonujących zakupów, kiedy tylko chcą (czyli de facto wolnych konsumentów) i ludzi, którzy pragną im tę wolność zabrać – nie dodali trzeciego aktora: pracowników i pracowniczek.
Jednym z podstawowych argumentów za zakazem handlu w niedzielę jest to, że pracownicy nie byliby już zmuszani do pracy w ten właśnie dzień. Maziarski odnosi się do niego, gdy pisze: „[…] nie ma obowiązku bycia sprzedawczynią, a po doświadczeniach pracy w prasie niedziele sprzedawczyń nie wydają mi się jakąś szczególną torturą”. Rzecz w tym, że większość osób zatrudnionych w marketach robi to, ponieważ nie jest w stanie znaleźć lepszej pracy – z różnych powodów, między innymi z braku odpowiednich ofert w ich miejscu zamieszkania, ale też często dlatego, że z tego czy innego względu ludzie ci nie posiadają formalnych kwalifikacji do wykonywania innych prac. Choć więc teoretycznie Maziarski ma rację, gdy pisze, że bycie sprzedawczynią nie jest obowiązkiem, to w praktyce wiele osób stoi przed wyborem: praca w markecie albo bezrobocie. Kiedy zaś wybierają pierwsze wyjście, są stroną o wiele słabszą niż pracodawca, ponieważ ten może zawsze zagrozić, że jeśli pracownik nie spełni jego wymagań (na przykład nie będzie pracował w niedzielę), to go po prostu zwolni, ponieważ ma wielu chętnych na jego miejsce. Zresztą, nie musi nawet dochodzić do bezpośredniego szantażu. Pracownicy doskonale orientują się w podstawowych zasadach konkurencji na rynku pracy. Jak piszą ekonomiści Robert Frank i Philip Cook: „[…] kiedy wynagrodzenia zależą od dokonań względnych, żadna osoba nie może pracować mniej bez uszczerbku dla swoich szans na odniesienie sukcesu”. Przy czym „sukcesem” w omawianym przypadku jest często po prostu zachowanie pracy.
Frank i Cook przytaczają obserwacje Thomasa Schellinga dotyczące hokeistów. Gdy zawodnicy stoją przed dylematem „grać w kasku bądź bez”, wybierają zazwyczaj tę drugą możliwość. W anonimowych ankietach większość opowiada się jednak za regulaminem zabraniającym gry bez kasku, a tym samym zapewniającym większe bezpieczeństwo. Jak to wyjaśnić? Zdaniem Franka i Cooka każdy hokeista wie, że w sytuacji, gdy inni mogą grać bez kasków, samemu też najlepiej wybrać takie rozwiązanie, ponieważ w przeciwnym wypadku rywale uzyskają przewagę. Kiedy jednak rozmawiamy nie o pojedynczych wyborach, lecz o ogólnej zasadzie, większość hokeistów wolałaby, aby kaski były obowiązkowe. Formalny nakaz ich noszenia chroniłby zawodników przed presją skłaniającą do wyboru mniej bezpiecznego rozwiązania. Podobnie może być ze sprzedawczyniami i sprzedawcami. Nawet ci pracownicy, którzy „dobrowolnie” pracują w niedziele, mogliby pragnąć wprowadzenia ustawowego zakazu handlu w ten dzień.
Czy zatem osoby pracujące w marketach mogą cieszyć się pełną wolnością? Wszystko zależy od idei wolności, jaką przyjmiemy za punkt odniesienia. Jeśli uważamy, jak neoliberałowie, że wolność traci się przede wszystkim w wyniku ingerencji państwa, które coś zakazuje albo nakazuje, wtedy odpowiedź jest prosta i brzmi: ludzie pracujący nie tracą wolności, ponieważ nie ma państwowego nakazu „bycia sprzedawczynią”. Wolność stracą natomiast konsumenci, jeśli państwo utrudni im dokonywania zakupów w niedzielę. Mamy do czynienia z obrazowym przedstawieniem działania neoliberalnej hierarchii wartości w praktyce.
Jednakże podejście neoliberalne nie jest jedynym możliwym. Z łatwością da się argumentować, że sprzedawczyni stojąca przed wyborem: albo godzę się pracować w niedzielę, albo jestem zwolniona i z powrotem ląduję na bezrobociu bez większych szans na znalezienie lepszej pracy, za to ze sporym prawdopodobieństwem popadnięcia w poważne tarapaty finansowe – nie jest w pełni wolna. Dochodzi do tego presja społeczna. Nie-neoliberalne idee wolności zakładają zazwyczaj wizję człowieka jako jednostki zakorzenionej w określonym kontekście społecznym i przez niego warunkowanym. Stąd sprzedawczyni może czuć się zmuszona do pracy w niedzielę także z powodu obawy, że jej niechęć do takiego rozwiązania zostanie odczytana przez otoczenie jako oznaka lenistwa. Dla kogoś, kto wyznaje skrajnie indywidualistyczne stanowisko, taki dylemat nie istnieje, ponieważ niezależnie od czynników zewnętrznych wszystko sprowadza się do tego, że sprzedawczyni może powiedzieć „Nie, nie będę pracowała w ten dzień”, a w związku z tym nikt nie pozbawia jej wolności. Z perspektywy osoby przyjmującej bardziej społeczno-wspólnotową koncepcję człowieka sprawa nie jest tak prosta.
Warto też pamiętać o teoriach wolności, którą wskazują na problemy związane z relacjami władzy i podporządkowania. Zdaniem Quentina Skinnera, brytyjskiego filozofa, już samo bycie podporządkowanym komuś, nawet jeśli ten ktoś tego nie wykorzystuje, ogranicza naszą wolność. W omawianym przypadku możliwość zwolnienia przez szefa ogranicza pole działania ludzi zastanawiających się, czy prosić o wolne niedziele. Jeszcze inaczej podszedłby do tego problemu zwolennik wolności pozytywnej. Mógłby on na przykład zauważyć, że dzięki wolnej niedzieli pracownicy marketów dostają większe możliwości realizacji własnych potrzeb czy też wewnętrznego doskonalenia, a tym samym ułatwia się im zrealizowania wolności w sensie pozytywnym.
Dla jasności: nie chcę podejmować w tym miejscu socjologiczno-psychologicznych dociekań, dlaczego osoby pracujące w niedziele w marketach, to robią. Z pewnością nie ma na to jednej odpowiedzi. Nie chcę także rozstrzygać, na ile zakaz handlu w ten dzień byłby dobrym rozwiązaniem pod względem gospodarczym. Chodzi tylko o to, że istnieje grupa osób – o czym często mówią przedstawiciele związków zawodowych – która czuje się zmuszana do pracy w niedzielę, czy to w wyniku bezpośredniej presji, a w zasadzie szantażu ze strony pracodawców, czy też z powodu pośrednich czynników kulturowo-społecznych. Jak duża jest ta grupa osób, pozostaje problemem do rozstrzygnięcia dla socjologów. Niezależnie od jej rozmiarów ustawowy zakaz handlu w niedzielę mógłby zwrócić tym ludziom cząstkę wolności – w tym sensie, że nie byliby już zmuszeni pracować w ten dzień.
Przy takim postawieniu sprawy zamiast konfliktu „wolność kontra jej przeciwnicy” otrzymujemy raczej konflikt „wolność konsumentów kontra wolność pracowników”. Maziarski nie rozważa jednak takiej możliwości. I bynajmniej nie dlatego, że ma jakieś dane naukowe wskazujące na brak istnienia ludzi, dla których obecne rozwiązania oznaczają ograniczenie wolności. Dlaczego zatem? Powodem jest przyjęta przez niego, świadomie bądź nie, neoliberalna idea wolności. Jej zarysy można dostrzec już w przywołanym tekście. Zarówno to, że Maziarski w tak jednoznaczny sposób potępia pomysł ingerencji państwa (wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę), jak i to, że w ogóle nie bierze pod uwagę ewentualności, iż możemy mieć do czynienia z konfliktem różnych wolności, podpowiada, jakie rozumienie tej wartości przyjmuje. Inne jego teksty dostarczają kolejnych wskazówek.
W kwietniu 2016 roku Maziarski wrócił do tematu handlu w niedzielę w tekście „Jak nam zakazami wolność odbierają”, tym razem przy okazji inicjatywy jednego z posłów partii rządzącej domagającego się zamknięcia marketów w ten dzień. Publicysta „Wyborczej” zaczyna od mini-rekonstrukcji historycznej: „Od upadku komunizmu Polska, z większymi lub mniejszymi zahamowaniami, luzowała nadzór władzy nad obywatelem i budowała system oparty na wolności, w którym każdy ma prawo sam dokonywać wyborów i decydować o swoim życiu”. Raz jeszcze widać, że dla Maziarskiego wolność to przede wszystkim brak ingerencji i to ingerencji ze strony konkretnego podmiotu: państwa/władzy. Ponownie możemy też zobaczyć, że nie interesują go ani materialne uwarunkowania wolności, ani sytuacja pracowników. O krzywdzie tych ostatnich wypowiada się ironicznie, nazywając ją „rzekomą”: „Niby-prawica znalazła sojusznika w związkowej lewicy, która włączyła się w kampanię ograniczania wolności w imię obrony rzekomo krzywdzonych mas pracowniczych”. Dochodzi do tego ponowna sugestia, że przecież ktoś, komu nie odpowiadają warunki danej pracy, może ją po prostu zmienić: „Gdyby wolne niedziele były dla mnie strasznie ważne, po prostu zmieniłbym miejsce pracy”. Żadne strukturalne uwarunkowania (dostępna liczba miejsc pracy w określonych regionach Polski, okoliczności związane z kapitałem społecznym, wykształceniem, niemożnością pozwolenia sobie na choćby miesiąc bez pracy ze względu na potrzebę utrzymywania rodziny) nie pojawiają się w tekście Maziarskiego nawet na chwilę.
W przeciwieństwie do poprzedniego felietonu poświęconego temu tematowi Maziarski zdaje się jednak zauważać, że pracownicy są pełnoprawnym aktorem w opisywanej sprawie. Wprawdzie nie idzie tak daleko, aby uznać, że w sporze o handel ich wolność także wchodzi w grę, ale dostrzega konflikt dwóch „chceń” – tego, czego chcą pracownicy, i tego, czego chcą klienci. Przy czym zdecydowanie opowiada się za „chceniem” tych drugich. Świadczy o tym nie tylko to, że Maziarski rezerwuje słowo „wolność” wyłącznie dla opisania praw klientów, lecz także następujący fragment, w którym dziennikarz wprost daje do zrozumienia, po czyjej stronie stoi: „Jakoś panu przewodniczącemu nie przychodzi do głowy, że sklepy mają być otwarte wtedy, gdy klienci chcą do nich przychodzić, a nie wtedy, gdy pracownicy mają ochotę pracować”.
Prawo klienta i konsumenta zostaje przedstawione przez Maziarskiego jako naczelna zasada, jako najwyższa wartość organizująca zasady handlowe. Felietonista „Wyborczej” nie dostrzega zarówno tego, że stawianie na piedestale wolności konsumpcyjnej jest wynikiem przyjęcia określonych założeń filozoficznych związanych z tą wartością i odbywa się kosztem pracowników, jak i tego, że nawet po stronie konsumentów ta wolność jest cokolwiek problematyczna. Po pierwsze, nie każdy cieszy się nią w równym stopniu (co oczywiście z perspektywy neoliberalnej, w której równość nie jest priorytetem, nie stanowi problemu). Wiele osób może pozwolić sobie na konsumpcję tylko za cenę życia na kredyt. Jak słusznie zauważa Paul Mason, uzależnienie od kredytów nie jest zaś wynikiem indywidualnych decyzji, lecz konsekwencją finansjalizacji gospodarki – uważanej przez niego za jedną z podstawowych cech charakterystycznych neoliberalizmu – która przejawia się między innymi w tym, że realny wzrost wysokości pensji został zastąpiony różnymi możliwościami zadłużania się. To z kolei prowadzi do sytuacji, w której liczni ludzie są zniewoleni koniecznością niestannego spłacania długów. Innymi słowy, ich wolność dokonywania zakupów w dowolny dzień jest niczym więcej jak tylko substytutem wolności, którą daje niezależność finansowa.
Po drugie, podejście Maziarskiego zawęża pojmowanie wolności, nawet jeśli ograniczamy się tylko do jej neoliberalnego rozumienia. Pisał o tym między innymi Zygmunt Bauman: „W praktyce ponowoczesnej wolność sprowadza się głównie do wyboru konsumpcyjnego. Aby z niej skorzystać, trzeba być wpierw spożywcą – im bardziej pełnokrwistym (zasobnym), tym lepiej. To wstępne wymaganie eliminuje miliony, których na wybór konsumpcyjny godny tego miana nie stać. […] Wolność w jej nowym, rynkowo zorientowanym wydaniu jest nadal przywilejem. Ale stwarza ona też nowe, przedtem nieznane problemy. Gdy potrzeby zbiorowe tłumaczy się na język jednostkowych aktów kupna, wspomniana redukcja wolności nie może nie odbić się boleśnie na wszystkich – bogatych czy biednych, pełnosprawnych czy kulejących – spożywcach; są przecież potrzeby, których nie da się zaspokoić za pomocą obojętnie ilu nabytych na rynku towarów. Nie można wykupić się prywatnie od nasyconego spalinami powietrza miejskiego, nie ma na rynku środków na zapełnienie dziury w ochronnej warstwie ozonu, lub na obniżenie poziomu promieniowania”.
Cały wywód Maziarskiego zostaje ponownie zwieńczony mocnym podziałem na zwolenników wolności i jej przeciwników: „W ostatecznym rozrachunku pisowsko-związkowo-socjalistyczny sojusz na rzecz pozbawienia obywateli prawa wyboru, czyli wolności, musi przegrać. Z prostego powodu – ludzie lubią być wolni i chcą mieć prawo do decydowania o swoim życiu”. Ani to, co pisze Bauman o niebezpieczeństwach związanych z uświęcaniem wolności konsumenckiej, ani to, co piszą ludzie tacy jak Skinner o odmiennych koncepcjach wolności, ani to, co mają do powiedzenia o sytuacji pracowników na konkurencyjnym rynku ekonomiści w rodzaju Cooka oraz Franka, nie stanowi dla publicysty żadnego punktu odniesienia. Maziarski w ogóle nie jest zainteresowany czymkolwiek, co skomplikowałoby jego prosty obraz świata. W opisywanej przez niego rzeczywistości istnieją tylko samotne jednostki, które czegoś chcą albo nie chcą i mogą się na coś godzić bądź nie. Nie ma w tym świecie zjawisk w rodzaju strukturalnego bezrobocia, systemowych nierówności, presji społecznej, niedostatecznej liczby dobrych miejsc pracy i tym podobnych rzeczy. W pewnym sensie jest to piękny świat. Problem polega na tym, że ma on niewiele wspólnego z rzeczywistością, w której poruszamy się na co dzień. Dlatego też rozumienie wolności Maziarskiego bardziej pasuje do jakiejś bajkowej krainy, najpewniej tej samej, w której egoistyczni piekarze i inni przedsiębiorczy ludzie pracują na dobrobyt wszystkich obywateli, a nie do Polski czy jakiegokolwiek innego kraju z XXI wieku.
dr Tomasz S. Markiewka
Poniższy tekst jest lekko zmodyfikowanym fragmentem książki „Język neoliberalizmu”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Naukowego UMK.

przez Laurie Penny | środa 25 października 2017 | opinie
Późny kapitalizm jest jak nasze życie uczuciowe: oglądane przez filtr na Instagramie wygląda dużo mniej ponuro. Powolny rozpad umów społecznych sprawił, że pojawiły się tematy zastępcze w postaci nowoczesnej manii zdrowego odżywiania, eko-stylu życia, osobistej odpowiedzialności za cały świat oraz wezwań w rodzaju „mocno pokochaj samego siebie”. Taka wizja rzeczywistości zmusza nas do wiary, że być może, chociaż istnieje wiele dowodów na to, iż to nieprawda, nasza egzystencja stanie się pełna i znacząca dzięki utrzymywaniu pozytywnego podejścia, podążaniu za własnym przeznaczeniem oraz robieniu ćwiczeń rozciągających, podczas gdy świat płonie. Im gorzej bowiem wygląda sytuacja gospodarcza i im wyżej podchodzą wody powodzi spowodowanych przez globalne ocieplenie, tym bardziej dysputa publiczna zwraca się w kierunku opiewania indywidualnego spełniania się jednostek – w desperackiej próbie zapewnienia nas, że nadal mamy jakąś kontrolę nad własnym życiem.
Firma Coca-Cola zachęca nas, byśmy „wybrali szczęście”. Politycy znajdują czas, by zrobić sobie przerwę od budowania karier na ruinach demokracji, i przypominają nam o konieczności regularnych ćwiczeń fizycznych. Blogerzy i blogerki wciskają setkom tysięcy obserwujących ich profile, że wolność ma wygląd białoskórej kobiety, która uprawia samotnie jogę na plaży. Pod takimi obrazkami możemy przeczytać podpisy w rodzaju: „Im bardziej kochasz samego siebie, tym bogatszy się stajesz”. To urocze stwierdzenie – ale kamienicznicy i deweloperzy nie pobierają czynszu w walucie, jaką ma być „miłość do samego siebie”.
Czy zatem całe to pozytywne myślenie jest szkodliwe? Carl Cederström i André Spicer, autorzy „Syndromu wellness”, z pewnością są takiego zdania, podkreślając, iż obsesyjna rytualizacja „dbałości o siebie” [wellness to termin oznaczający zarówno dobre samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne – przyp. tłum.] oznacza w konsekwencji rezygnację z angażowania się w sprawy grupowe i wspólne, zamieniając każdy społeczny problem w osobistą pogoń za „dobrym życiem”. „Wellness stało się ideologią” – piszą.
Twierdzenie, że jeśli mamy odpowiednie nastawienie, to możemy „wyprodukować” sobie spontanicznie dobre samopoczucie i zdrowie, ma jednoznacznie polityczny wymiar. Kilka miesięcy po tym, jak David Cameron, lider najbardziej prawicowego rządu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii, został wybrany na swoje stanowisko, wprowadził nieszczęsny „program szczęśliwości”. Być może pomysł zostałby lepiej przyjęty, gdyby w tym samym czasie premier nie był zaangażowany w dziesiątkowanie opieki zdrowotnej, pomocy społecznej i edukacji wyższej – struktur społecznych, które sprawiają, że życie codzienne Brytyjczyków jest prostsze i lepsze. Jedną ze zmian wprowadzonych przez Camerona w systemie pomocy społecznej było przechrzczenie bezrobocia na „zaburzenie psychiczne”. Według raportu, który ukazał się w magazynie „Medical Humanities”, osoby pozostające bez pracy i odczuwające skutki najdłuższego i najgłębszego kryzysu, jaki pamiętają, zachęcano do leczenia „psychicznego oporu” przed podjęciem pracy – za pomocą obowiązkowych kursów, które uczyły ich radośniejszego podejścia do własnej kiepskiej sytuacji. Pouczano ich też przy pomocy sms-ów, że powinni „uśmiechać się do życia” oraz że „sukces to jedyna możliwość”.

Taki rodzaj przymusu podłapali także przedsiębiorcy. Autorzy wspomnianej książki piszą: „Pracownicy magazynów Amazona, zatrudnieni na kontrakty typu zero godzin, chociaż znajdują się w sytuacji prekariuszy, muszą ukrywać swoje uczucia i pokazywać światu, jacy są pewni siebie, optymistyczni i zatrudnialni”. Czas odpowiedzieć sobie na pytanie: dla kogo właściwie jesteśmy „dobrzy”?
Ideologia well-being jest symptomem szerszej politycznej choroby. Jesteśmy uwięzieni w pułapce rygoru pracy, ale i rygoru braku pracy. Przestrzeń publiczna została do reszty skolonizowana przez prywatny kapitał i coraz trudniej zbudować jakąkolwiek społeczność – miotamy się więc w samotnej walce o przetrwanie. Oczekuje się, że uwierzymy, iż tylko indywidualną pracą i wysiłkiem możemy polepszyć swój byt. Jak pisał w „Jacobinie” Chris Maisano: „Nic dziwnego w tym, że rozwiązaniem problemów naszych czasów wydają się podejście indywidualistyczne oraz terapia psychologiczna. Ich ucisk można przełamać tylko dzięki stworzeniu poczucia solidarności, które odbuduje w nas pewność, że razem mamy szansę zmienić świat”.
Izolująca nas od siebie nawzajem ideologia „dobrego samopoczucia” działa na przekór takiej solidarności na dwa znaczące sposoby. Po pierwsze – wmawia nam, że jeśli czujemy się chorzy, smutni lub wyczerpani, to nie jest to problem ekonomiczny. Zgodnie z takim podejściem nie występują tu żadne zaburzenia równowagi strukturalnej – istnieje tylko złe przystosowanie jednostki do warunków, i wymaga ono, by to właśnie ta jednostka podjęła działania naprawcze. Myślę, że trzeba nazwać taką retorykę nadużyciem i manipulacją, która wpędza ludzi w ponure myśli nad tym, czy wszystko jest z nimi psychicznie w porządku. A co głosi taka retoryka? Że jeśli jesteśmy w kiepskiej kondycji lub wściekli, ponieważ nasze życie to ciągła walka z niedostatkiem lub cudzymi uprzedzeniami, to właśnie my mamy problem – zawsze i wyłącznie my. Społeczeństwo nie jest złe ani nieodpowiednio zorganizowane – to my tacy jesteśmy.
Po drugie, zapobiega to podjęciu, czy nawet rozważaniu, przez nas szerszych, bardziej kolektywnych działań i reakcji na kryzys rynku pracy, biedę i niesprawiedliwość. Taką logiką wykazuje się w swoim poradniku pt. „Prawda o radzeniu sobie z obowiązkami” („The Truth About Getting Things Done”) Mike Fritz, guru osobistej produktywności, który twierdzi, iż „Największą barierą w osiągnięciu sukcesu takiego, jakim go w swoim życiu definiujesz, nigdy nie jest inna osoba lub okoliczności, które napotykasz. Największą barierą jesteś prawie zawsze ty sam… Dr Maxwell Maltz, autor »Psychocybernetyki«, ujął to najlepiej, kiedy powiedział: Robienie rzeczy, które nigdy nie wydawały ci się możliwe, jest teraz w twoim zasięgu. Zyskasz dostęp do władzy i siły, gdy tylko zmienisz swoje przekonania”.
To oczywiście kłamstwo – ale tak czy owak zwodnicze. Miło byłoby móc uwierzyć, że aby zmienić własne życie, wystarczy powtarzać pod nosem afirmacje i kupić kalendarz na notatki, tak jak przyjemnie było dawniej niektórym z nas wierzyć, że trudy życia na ziemi zostaną wynagrodzone wiecznym szczęściem w niebie. Z tego właśnie powodu rytuały dbania o ciało i duszę są wypełniane z precyzją oddawania czci bóstwu (zrób to i będziesz ocalony, zrób to i będziesz bezpieczny) – to praktyka wyznawców. Warto pamiętać, że marksowska definicja religii jako „opium ludu” często bywa błędnie interpretowana. W czasach Marksa opium było uważane nie tylko za uzależniający narkotyk, lecz także za środek przeciwbólowy, ukojenie w chwili, gdy przetrwanie wydawało się niemożliwe.
W swoim iskrzącym się inteligencją eseju w książce „Otwarta demokracja” Chloe Kings pisze: „Nasza zmiana nastawienia nie spowoduje zmiany lub zniesienia strukturalnych nierówności ani też niedziałających, niezrównoważonych modeli gospodarczych, które faworyzują tylko bogatych tego świata, a wyzyskują resztę społeczeństwa, szczególnie klasę robotniczą i ubogich. Moim zdaniem »pozytywne myślenie« niszczy nam życie. Sformułowania typu »po prostu myśl pozytywnie« to wstęp do wiary, że »będzie lepiej« – a twarda rzeczywistość jest taka, że sytuacja wielu bezbronnych osób będzie się stopniowo pogarszać”.
Jest w tym trochę prawdy. Ale prawdziwy jest także fakt, że niektórzy młodzi ludzie nie są najlepsi w dbaniu o samych siebie – to osoby, których problemem nie jest to, że nie piją wystarczająco dużo wody szparagowej [nowa moda w USA – butelka wody z kłączami szparagów, które oddają do niej cenne mikroelementy – przyp. tłum.], lecz to, że nie piją prawie niczego, co nie byłoby tanim winem z plastikowych toreb. To oni brali udział w protestach studenckich i w Ruchu Occupy w latach 2010-2012 i, krótko mówiąc, doświadczyli innego życia. Dowiedzieli się, co to znaczy być częścią społeczności podzielającej wspólne cele, w której pomoc wzajemna i wsparcie nie znajdują się na szarym końcu listy postaw i wartości. Poznali, co oznacza doznać krótkiego odpoczynku od indywidualnych dążeń i zamiast tego budować wspólnie społeczeństwo przyszłości. Samotna praca nad „dbaniem o siebie”, podczas gdy świat ma się zmienić bez naszego udziału, to ubogi substytut wspólnej walki. Kiedy jesteśmy zmęczeni i wypaleni stawaniem na pierwszej linii ognia w walce politycznej, naprawdę irytujące jest usłyszeć, że powinniśmy się więcej uśmiechać i jadać więcej razowych produktów.
Jeśli współczesny świat uczy nas nienawidzić samych siebie, a za chwilę sprzedaje nam szybkie triki na ukojenie naszej rozpaczy, zrozumiałe jest, iż zaczynamy się wahać, co jest dobrą strategią. Znerwicowani millenialsi mają obecnie wybór pomiędzy desperackim narcyzmem a popadnięciem w przygnębiającą niedolę. Co jest lepsze? To pytanie nie jest retoryczne. Z jednej strony, instagramowi guru sprawiają, że mam ochotę utopić się w smoothie z jarmużu. Z drugiej jednak – męczy mnie przyglądanie się, jak najbystrzejsi ludzie, których znam, aktywiści, działacze, myśliciele społeczni, których praca mogłaby z pewnością przynieść korzyść światu, traktują samych siebie oraz siebie nawzajem w absurdalnie ohydny sposób, używając mniej lub bardziej uzewnętrznionej wymówki, że każde inne podejście do życia jest kontrrewolucyjne.
Część lewicowej krytyki „dbania o siebie” jako neoliberalnego spisku ma trochę wspólnego z umniejszaniem pracy, jaką kobiety i osoby queer muszą wykonać, by przetrwać. Profesor Sara Ahmed z Uniwersytetu Londyńskiego napisała: „Słyszałam już głosy umniejszające feminizm jako formę samopobłażania”. Ja także miałam styczność z takimi opiniami. Widziałam na lewicy mężczyzn spisujących na straty politykę antyrasistowską i antyseksistowską, gdyż uznawali ją za „beznadziejnie indywidualistyczną” – a jednocześnie odmawiających podjęcia się w aktywności społecznej podstawowych zadań, które miałyby na celu podniesienie ducha i wzajemną troskę działaczy o siebie nawzajem. Ich zdaniem taka praca to zadanie dla kobiet, nieatrakcyjne w porównaniu z obserwowaniem własnego smutnego życia w oczekiwaniu na nadejście rewolucji lub na dziewczynę, która pozbiera ocalałe resztki – którykolwiek z tych momentów nadejdzie pierwszy.
Lewica ma wyjątkowy talent do pławienia się w bezproduktywnych, teoretycznych debatach. „Neoliberalizm zawłaszczył zbyt wiele, jeśli wszelkie przejawy dbałości o kogokolwiek nazywamy neoliberalnymi” – pisze Ahmed. „Kiedy feministyczna i antyrasistowska robota, która wymaga od nas dzielenia się uczuciami, poczuciem zranienia i żalu jest nazywana neoliberalną, można poczuć się załamaną i wyrzuconą za próg”.
W tym momencie muszę wyznać, że ćwiczę jogę od dwóch lat i zmieniło to moje życie w takim stopniu, że prawie mnie to oburza. Musiałam nad sobą panować, by nie wybuchnąć śmiechem, gdy po zakończeniu ćwiczeń na macie instruktorka mówiła: „Niech światło we mnie odda hołd światłu w tobie”. Instruktorka jest szalenie miłą osobą, która uśmiecha się bez przerwy jak pijana przedszkolanka, i prawdopodobnie mogłaby mnie zabić tylko przy użyciu kaloryfera na swoim brzuchu, powstrzymałam się zatem od wyznania jej, że „światło we mnie” to często wizja płonącego rządowego budynku.
Pies z twarzą w dół [jedno z ćwiczeń jogi – przyp. tłum.] nie jest pozycją radykalną. Niemniej jednak, ta akurat asana jest jednym z niewielu ustępstw, jakie robię na rzecz „dbania o siebie” podczas oczekiwania na koniec patriarchatu i zniszczenie systemu wymiany pieniężnej. Drogie napoje z węglem drzewnym w składzie [nowa moda w USA – charcoal drinks – przyp. tłum.] nie wyzwolą nikogo i niczego, z wyjątkiem pieniędzy z naszych portfeli i, bardzo prędko, naszej okrężnicy – ale za to spacer po parku jest darmowy, zatem czasem wybieram się tam, by pochodzić w słońcu i wystawić się na działanie witaminy D bez zamartwiania się rakiem skóry, topniejącymi czapami śniegowymi i milionami ludzi, którzy toną w Bangladeszu. Przestałam żywić się wyłącznie złością, nuggetsami z kurczaka i papierosami. Czasem biorę wolny dzień, ponieważ stało się dla mnie jasne, że rewolucja nie będzie wcale rozwijała się szybciej, jeśli poświęcę jej swoje zdrowie i będę cały czas smutna. Późny kapitalizm jest dobrą wymówką, by nie wychodzić z łóżka, ale tkwienie w pościeli i zamartwianie się Donaldem Trumpem to bardzo niepraktyczny sposób walki.
Problem z miłością do samego siebie – w takim rozumieniu, jakie panuje obecnie – to kłopot z naszą wizją miłości. Jest ona zbyt często i w zbytnim uproszczeniu definiowana jako nadzwyczajne uczucie, na które odpowiadamy falą kwiatów i serduszek, fantazjami, rytuałami oraz namiętnością. Nowoczesność zmusza nas do głupich zachowań, takich, jakie przejawiają np. smutne, nieco przerażające nastolatki – czyli do robienia selfie i powtarzania sobie, jacy wspaniali i idealni jesteśmy. To nie jest wcale prawdziwa miłość – a przynajmniej nie bardziej niż miłością są uliczne zaczepki stosowane przez mężczyzn, którzy podziwiają każdą przechodzącą kobietę.
Czeka nas cięższa i nudniejsza praca – „dbanie o siebie” jako wykonywanie serii codziennych wysiłków, które czasem wydają się niemożliwe do podjęcia, wstawianie rano i nadążanie za swoim życiem, w świecie, który wolałaby nas widzieć zahukanych i uległych. Świecie, który stosuje logikę wyzysku i nadużyć, każącą nam nie dostrzegać problemów strukturalnych, lecz jedynie „problemy ze sobą”, problemy marginalizowanych i wystawionych na przemoc ze strony systemu. Prawdziwa miłość, taka, która trwa i działa na nas kojąco, to nie uczucie – to czynność. Chodzi o to, co robimy dla drugiej osoby przez dnie, miesiące i lata, o pracę włożoną w opiekę, o koncentrację na jej potrzebach. Mamy na lewicy ogromny kłopot z kierowaniem takiego rodzaju miłości ku samym sobie.
Szerzej rozumiana lewica mogłaby się pod tym względem wiele nauczyć od ruchu queer – np. tego, iż dbałość o samego siebie oraz o innych nie jest tylko elementem walki, lecz jest walką samą w sobie. Pisarka Kate Bornestein mówi: „Róbmy, co trzeba, by nasze życie było warte przeżywania. Po prostu nie bądźmy dla siebie wredni”. Jest bardziej niż prawdopodobne, że to, iż społeczności transpłciowe, queer i LGBT rozwijają się i stają rozpoznawalne w kulturze, wynika z ich wzajemnej pomocy, wsparcia i troski o siebie nawzajem – bo to także mogą być narzędzia walki i oporu. Po masakrze w Orlando członkowie społeczności LGBTQ z całego świata zaczęli pozować do zdjęć i oznaczać je hasztagiem #queerselflove. Pośrodku fali strachu i publicznej żałoby ludzie w różnym wieku i o różnym pochodzeniu zaangażowali się w radosną, wzajemną celebrację samych siebie.
Ideologia well-being może prowadzić do wyzysku, a lewicowa tendencja do fetyszyzowania rozpaczy wydaje się zrozumiała – ale nie możemy jej zaakceptować. Jeśli będziemy tracić energię na nienawiść do siebie samych, nie dokonamy nigdy żadnej ze zmian, których pragniemy. Jeśli zaś nie potrafimy zdobyć się na żywienie nadziei na przyszłość, to możemy zrobić choć jeden mały krok i dbać o siebie na podstawowym poziomie.
W swoich najgorszych chwilach przypominam sobie słowa poetki i działaczki społecznej Audre Lorde, która wiedziała, jak przetrwać w tym nieludzkim świecie. Pisała: „dbałość o siebie nie jest samopobłażaniem, lecz ochroną własnej osoby – i jest to jednocześnie akt walki politycznej”.
Laurie Penny
Tłumaczyła Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w czerwcu 2016 r. na stronie internetowej www.baffler.com
przez Piotr Wójcik | środa 18 października 2017 | opinie
Są sprawy, z których w Polsce możemy być naprawdę dumni i które nam całkiem nieźle wyszły. Nie ma ich aż tak wiele, więc tym bardziej powinniśmy na nie chuchać i dmuchać, żeby tych nie tak bardzo licznych „przewag konkurencyjnych” przypadkiem nie stracić. Jedną z takich kwestii jest bez wątpienia bezpieczeństwo. W statystykach bezpieczeństwa bijemy na głowę większość krajów Europy. Liczba kradzieży na 100 tys. mieszkańców jest nad Wisłą trzecią najniższą w UE. Liczba gwałtów – ósmą najniższą. Trudno to przecenić – dzięki temu nie tylko podnosi się poziom życia obywateli, ale też Polska staje się bardziej atrakcyjnym celem wypadów turystycznych czy inwestycji. Nie mamy ciepłego i słonecznego klimatu, palm czy rajskich wysepek, turyści nie walą do nas drzwiami i oknami, jak do Grecji, więc bezpieczeństwo jest naszym ważnym walorem.
Również w najważniejszej statystyce przestępstw wypadamy doskonale. W Polsce notujemy 0,75 zabójstw na 100 tys. mieszkańców. To trzeci najniższy wynik w UE. We Francji morderstwa są notowane dwa razy częściej, a w Belgii ponad 2,5 razy częściej. Nie mówiąc już o USA, gdzie popełnianych jest 5,2 zabójstw na 100 tys. mieszkańców rocznie, a więc siedem razy więcej. Żeby zostać zamordowanym w Polsce, trzeba się naprawdę postarać albo mieć koszmarnego pecha. Co ważne, ten wysoki poziom bezpieczeństwa stworzyliśmy będąc krajem wciąż jeszcze niezamożnym, a więc też powodów do grzeszenia przeciw bliźniemu mamy proporcjonalnie znacznie więcej niż na Zachodzie. Co więcej, jesteśmy krajem postkomunistycznym, a w wielu takich krajach gwałtowne przemiany po upadku ZSRR sprzyjały uformowaniu się lokalnych mafii i gangów. W Polsce jednak po burzliwych latach 90. udało nam się zrobić z tym porządek. Dodatkowo graniczymy z Ukrainą i Rosją, których mafie próbują się panoszyć w krajach ościennych, a do krajów bałtyckich, które należą do najniebezpieczniejszych w UE, mamy rzut beretem. Mimo tych bardzo niesprzyjających warunków udało nam się stworzyć jedno z najbezpieczniejszych państw na świecie. To cholernie duży powód do dumy.
Poziom bezpieczeństwa jest zawsze wypadkową wielu czynników: sprawności służb i infrastruktury bezpieczeństwa, regulacji i kodeksów, efektywności wymiaru sprawiedliwości czy kwestii kulturowych. W każdym wypadku ciężko stwierdzić, co „zagrało” w przypadku danego kraju. Są przecież państwa z bardzo sprawnymi służbami, w których poziom bezpieczeństwa jest relatywnie niski. Są także kraje bardzo jednolite kulturowo, w których lepiej nie wychodzić po zmroku z domu. Bez krzty wątpliwości można powiedzieć jedno – architektura bezpieczeństwa to bardzo delikatna konstrukcja. Wyciągnięcie jednego elementu może zburzyć całą misterną układankę. Trzeba być skończonym idiotą, żeby zacząć grzebać przy podstawach bezpieczeństwa tak bezpiecznego kraju jak Polska.
A jednak znaleźli się tacy, którzy chcą przy nich grzebać – i to mocno. W Sejmie pojawił się projekt ustawy zmieniającej polskie przepisy dotyczące posiadania broni. Wnieśli go posłowie Kukiz’15, a partia rządząca zgodziła się na skierowanie go do prac w komisji. To rodzi realne niebezpieczeństwo, że jeden z elementów architektury polskiego bezpieczeństwa wewnętrznego, jakim jest bardzo trudny dostęp do broni, zostanie wyciągnięty. Oczywiście zwolennicy tego projektu próbują mydlić oczy, twierdząc, że projekt ten wcale nie zakłada ułatwienia w dostępie, a tylko go porządkuje, oskarżając przeciwników projektu, że go nie czytali itp. Łukasz Warzecha podczas wywiadu w Onet Rano przez cały czas powtarzał, że „to jest ustawa racjonalizująca dostęp do broni, a nie rozszerzająca”. Prowadzący Bartosz Węglarczyk zresztą bardzo ułatwił mu opowiadanie tych dyrdymałów, bo na samym początku rozmowy bez cienia żenady przyznał, że projektu nie czytał. Na szczęście projekt wpłynął do Sejmu i jest dostępny, warto więc na niego rzucić okiem, żeby nie dać sobie nawijać makaronu na uszy.
Projekt ten wprowadza „obywatelską kartę broni”. Do posiadania takiej karty będzie miał prawo w zasadzie każdy obywatel, który skończył 21 lat, nie był skazany i nie jest chory psychicznie. Za to może już być spokojnie uzależniony od alkoholu albo narkotyków, co obecne przepisy uniemożliwiają. Obywatel będzie musiał wskazać uzasadniony powód, ale to tylko formalność, bo wystarczy, że wskaże jeden z wymienionych w ustawie (np. zamiar posiadania broni do celów samoobrony) – i nie będzie mógł spotkać się z odmową. Zdrowie psychiczne chętnego do posiadania broni poświadczyć musi… lekarz pierwszego kontaktu. Tak, dokładnie ten sam, który stwierdza, że mamy anginę. Posiadacz obywatelskiej karty broni będzie uprawniony do posiadania broni kategorii C, czyli np. broni krótkiej bocznego zapłonu jednostrzałowej i powtarzalnej, której długość nie przekracza 280 mm. Czyli de facto każdy po krótkiej wizycie u lekarza i w urzędzie miasta (bo pozwolenie będzie wydawał prezydent miasta lub starosta powiatu, a nie policja, jak obecnie) będzie mógł sobie kupić rewolwer. To jeszcze nie będzie rewolucja, bo tak na dobrą sprawę, jeśli ktoś koniecznie chce mieć rewolwer, to już teraz może legalnie kupić czarnoprochową replikę konstrukcji sprzed 1885 r.
Obywatelska karta broni to jednak nie jest jeszcze właściwe pozwolenie. To nazywałoby się „pozwoleniem podstawowym” i byłoby wydawane analogicznie jak karta, ale wymagałoby dodatkowo zdania egzaminu. Jednak osoby posiadające obywatelską kartę broni od co najmniej trzech lat – byłyby z tego egzaminu zwolnione. Pozwolenie podstawowe byłoby wydawane na czas nieokreślony i uprawniałoby m.in. do zakupu broni centralnego zapłonu i krótkiej bocznego zapłonu samopowtarzalnej. Inaczej mówiąc, każdy Polak, po odczekaniu trzech lat od wyrobienia karty, będzie mógł kupić sobie Walthera P99 kaliber 9 mm. A jeśli będzie mu się bardzo spieszyło, to po prostu pójdzie zdać egzamin. Gdy go zda, nie możliwości, by mu odmówiono prawa do niej.
Jak jest obecnie? Pozwolenie na posiadanie broni wydaje policja. Może wydać je w celu ochrony osobistej, jednak otrzymać je jest niezwykle trudno. Trzeba udowodnić, że jest się w niebezpieczeństwie. Zwykły obywatel, nie pełniący funkcji publicznej, który nie był wcześniej ofiarą udokumentowanego przestępstwa, może raczej zapomnieć o takim pozwoleniu. Mówi się, że restrykcje można przecież obejść, zdobywając pozwolenie na broń do celów sportowych. Przyjrzyjmy się, jak to wygląda. Najpierw trzeba przejść trzymiesięczny staż w klubie strzeleckim z określoną liczbą treningów. Następnie zdać egzamin na patent strzelecki. Następnie trzeba wystąpić o licencję sportową i zaświadczenie o członkostwie w klubie strzeleckim. Licencja jest wydawana tylko na rok, a do jej przedłużenia potrzebna jest odpowiednia liczba startów w zawodach. Wymagane są również zaświadczenia od odpowiednich lekarzy, m.in. psychologa i okulisty. Dopiero mając to wszystko, można złożyć na policji wniosek o pozwolenie na broń do celów sportowych. Jak widać, jest to zupełnie nieporównywalne – wymaga sporo zachodu, egzaminów, zaświadczeń od lekarzy i przedłużania licencji co roku, co wiąże się ze startami w zawodach. Ustawa klubu Kukiz’15 dawałaby niemal każdemu prawo do posiadania broni na czas nieokreślony, a nawet bez egzaminu, jeśli tylko ktoś wykaże się cierpliwością.
Zresztą nie trzeba analizować zapisów ustawy, żeby się przekonać, iż autorom projektu nie chodzi o uporządkowanie posiadania broni, ale o jej rozpowszechnienie. Wystarczy zerknąć do uzasadnienia, w którym czytamy takie oto absurdalne słowa: „Historyczne uwarunkowania pozwalają na odpowiedzialne i kategoryczne twierdzenie, że dostęp Polaków do broni jest wprost wpisany w pojęcie polskiego patriotyzmu. Zawsze gdy w Polsce odradzał się patriotyzm, powodowało to wzrost zainteresowania bronią – sytuację taką obserwujemy także obecnie”.
Nasuwa się więc pytanie, po co w ogóle ruszać te przepisy? Zwolennicy ustawy biją na alarm, że Polska jest „najbardziej rozbrojonym społeczeństwem w Europie”. Rzeczywiście, w Polsce na 100 obywateli przypada zaledwie 1,3 sztuki broni. W Niemczech, Francji i Skandynawii to ponad 30, a w Finlandii nawet 45. Ale w gruncie rzeczy, czy to coś złego, że wśród polskich obywateli jest mało broni? Przecież broń to nic dobrego – z definicji służy do zabijania i ranienia. Dlaczego więc mielibyśmy się martwić bardzo małą liczbą sztuk broni wśród Polaków? Przecież to raczej powód do zadowolenia. I nie ogranicza to zdolności obronnych naszego kraju. Współczesna wojna nie polega na tym, że obywatele strzelają się na pistolety. Jeśli ktoś będzie chciał nas zaatakować, to zrobi to przy pomocy rakiet i samolotów, ewentualnie jednostek specjalnych. Zwiększenie liczby sztuk broni w społeczeństwie nie zwiększy naszych zdolności obronnych – w tym celu należy modernizować armię zawodową.
Kolejny argument jest taki, że broń potrzebna jest do obrony własnej i ochrony miru domowego. Ale po co w jednym z najbezpieczniejszych krajów świata broń do ochrony miru domowego? Przecież w Polsce niemal nikt nie napada na domy czy mieszkania z pistoletem w ręku. W Polsce nawet zawodowi przestępcy w zdecydowanej większości nie mają broni, poza nielicznymi gangsterami, którym służy ona głównie do porachunków między sobą. Można oczywiście stwierdzić, że pistoletem łatwiej jest obronić się przed zwykłym bandziorem z nożem. Ale jeśli upowszechnimy dostęp do broni, to ten bandzior też zapewne będzie miał pistolet. Upowszechnienie broni w Polsce zmniejszy bezpieczeństwo Polaków, a nie zwiększy. To bezpieczeństwo, które takim wysiłkiem udało nam się przez ostatnie lata zapewnić. Jego poziom będzie bardzo trudno jeszcze podnieść, za to bardzo łatwo można go obniżyć właśnie takim nieodpowiedzialnym grzebaniem w fundamentach naszego bezpieczeństwa.
Zwolennicy rozszerzenia dostępu do broni mydlą nam oczy, podają drugorzędne argumenty, np. że w Szwajcarii jest mnóstwo broni, a jest bezpiecznie, a w Hondurasie broni jest bardzo mało, zabójstw za to zatrzęsienie. Po kolejnych masakrach zwracają uwagę na wszelkie niuanse, byle tylko udowodnić, że łatwy dostęp do broni wcale nie był przyczyną. Wciąż jednak nie potrafią odpowiedzieć na kluczowe pytanie – po co w tak bezpiecznym kraju jak Polska upowszechniać broń palną. Ale odpowiedź możemy znaleźć sami. Otóż za projektem ustawy nie stoją specjaliści od bezpieczeństwa wewnętrznego. Nie, za nią stoją różne środowiska amatorów strzelania. Wąska grupa hobbystów broni zamierza spełnić swoje wydumane zachcianki, obniżając przy tym bezpieczeństwo nas wszystkich. Opowiadanie o bezpieczeństwie to puste dyrdymały mające ukryć fakt, że grupka chłopców lubi sobie postrzelać i polansować się z bronią. A teraz muszą przy tym spełniać jakieś formalności, startować w zawodach itd. Mentalnym kowbojom do podreperowania swojego ego potrzebny jest pistolet w ręce. Wtedy czują, że są silni i ważni – nawet jeśli ten pistolet we współczesnym społeczeństwie wśród cywili nie ma żadnego uzasadnienia. Skoro tak bardzo brakuje im poczucia własnej męskiej wartości, to niech się zapiszą na boks – to też jest męska rywalizacja.
Piotr Wójcik
przez Krzysztof Mroczkowski | środa 11 października 2017 | opinie
Nie lubimy w Polsce słuchać rzeczywistości. Skłonni do wiary w słowa i gesty, nie doceniamy tego, co może nam ona powiedzieć. A może nam powiedzieć kilka niewygodnych prawd. Od wyszukanej erudycji po rynsztokowy ściek, znajdujemy sposoby na wyparcie tego, co nam mówi.
Niewygodne prawdy nie dochodzą do naszych uszu. Rzeczywistość, którą wypieramy, może nam przypomnieć, iż koniec Polski był dziełem Polaków. To cechy wewnętrzne społeczeństwa polskiego doprowadziły do upadku państwa. Konstrukcja i charakter zbiorowości, a także przymioty jednostek, zadecydowały o końcu na długo przed rozbiorami. Prawdą jest również, iż na liście wewnątrzpolskich przyczyn klasowy egoizm ustępuje jedynie głupocie. Upadek Polski był naturalnym rezultatem upartych destrukcyjnych wyborów polskiej elity: wyboru systemu społecznego, gospodarczego, instytucjonalnego. Wciąż i wciąż osiągając gorsze rezultaty, Pierwsza Rzeczpospolita konsekwentnie ciążyła na dno. Są to kwestie znane, a jednak wolimy karmić się opowieściami o winie garstki zdrajców i łupieżczych sąsiadach, zamiast przyznać, że upadek to logiczna i nieunikniona konsekwencja intelektualnego niemowlęctwa.
Tradycja krytyczna uznaje, że przepracowanie rodzimych wad nie ujmuje godności narodowej, lecz jest zasadniczym obowiązkiem obywatela. Wartość tej wiedzy nie jest bowiem antykwaryczna, a ma zasadnicze znaczenie dla kształtowania się przyszłych losów narodu. Rzeczywistość mówi bowiem, że lekcje z przeszłości są aktualne, a popełniając podobne błędy, jesteśmy na drodze do podobnego końca. Podobieństwo do teraźniejszości nie jest wydumane. Aleksander Świętochowski wykazał w „Genealogii teraźniejszości” żywotność i „teraźniejszość” w latach 30. XX wieku tych samych patologii i bolączek, które doprowadziły do katastrofy Polski w wieku XVIII. Czy lub na ile polski charakter zmienił się od czasu, gdy nad jego brakiem rozwoju lamentował Świętochowski?
Dzisiejszy polski krajobraz skrzy się od artefaktów nowoczesności, a obok tej zewnętrznej powłoki w przekonaniu o nowoczesności zdają się utwierdzać nas twarde fakty. Rosnące PKB, widoczne pozytywne zmiany wielu aspektów społecznej codzienności – wszystkie niezaprzeczalne sukcesy transformacyjnego popeerelowskiego ćwierćwiecza. Do tej pory tego pozytywnego obrazu nie zakłóciło żadne „sprawdzam”. Na ile dzisiejsze zakorzenienie Polski w Zachodzie, w przeciwieństwie np. do losu Ukrainy, podyktowane jest wewnętrznym rozwojem, a na ile szczęśliwym położeniem geograficznym, uruchamiającym szereg procesów, na czele z instytucjonalnym dostosowaniem do integracji z Unią Europejską? Jak będziemy potrafili bez opatrznej pomocy kształtować nasze jutro?
Coraz częstsze ewidentnie samoszkodliwe działania (na przykład polski minister spraw zagranicznych wyzywający niemieckiego polityka od niedouczonych „lewaków”) wprawiają nas w osłupienie lub stają się pożywką dla drwin. W istocie powinny stać się wkładem do pilnej diagnozy obecnego stanu rzeczy. Czy rację może mieć Jan Sowa, w „Fantomowym ciele króla” wskazujący, iż polskie nieracjonalne działania mogą być nieuświadomioną realizacją popędu śmierci? Wiemy na pewno, że żyjemy w kraju, w którym wysoki rangą funkcjonariusz państwowy, z życiorysem zaświadczającym o teoretycznym przygotowaniu do pełnienia swojej funkcji, uporczywie nie uznaje istnienia rzeczywistości.
Wiara w siłę sprawczą własnego wyobrażenia o świecie jest w niemal równie dużym stopniu rozpowszechniona wśród polskich elit różnych odcieni i ma się dobrze w całym społeczeństwie. Dlatego naiwne jest pokładanie nadziei w wymianie elit na jeden z istniejących nurtów ideowopolitycznych. Nie istnieje w Polsce bowiem żaden silny nurt zapewniający społeczny rozwój. Andrzej Zybała zebrał w swojej ostatniej książce „Polski umysł na rozdrożu” esencję polskiej kultury umysłowej. Wnioski: króluje myślowe, poznawcze lenistwo, brak jest nawyków krytycznej analizy. Bez ewolucji w polskim systemie społecznym i wypracowania choćby aspirujących alternatyw trwamy w klinczu, w którym proeuropejski technokratyzm wzmacnia tylko populistyczną radykalizację. Chociaż zagrożenie (nieświadomie) antyeuropejskiego kierunku polityki zagranicznej jest stworzone przez jedno środowisko elit politycznych, to brak modernizacji cechuje wszystkie środowiska. Nie została wypracowana żadna „metoda” dobrego myślenia o sprawach publicznych, która chroniłaby nas przed popadnięciem w inne pułapki nierzeczywistości.
Nowy sposób myślenia o sprawach społecznych, oparty na więcej niż deklaratywnej wierze w godność i wartość obywatela w procesie budowy społeczeństwa i państwa – jest konieczny, ale czy możliwy? O ten nowy sposób dopomina się wiele niszowych środowisk, od lewicowych sygnatariuszy „Listu”, przez umiarkowane centrum (Kongres Obywatelski), po proinstytucjonalną prawicę (Klub Jagielloński). Bez godności obywateli nie zbudujemy republiki zdolnej do rozwoju. Niestety, nie są to dobre czasy dla godności, a zły przykład płynie z góry.
Społeczne mechanizmy napiętnowania są silniejsze niż kiedykolwiek, a Internet zdaje się intensyfikować uzależnienie od upokarzania. Dehumanizacja w różnych obliczach staje się standardem. Reakcja polskich opiniotwórców jest symptomatyczna. Manichejski konflikt wyjaławia umysłowo, a jednoczenie się wobec „wroga” zaciera podziały, równając do poziomu „swojego” najniższego wspólnego mianownika. Stawia to nas w trudnej sytuacji, gdy z już niskiego pułapu polskie zasoby umysłowe raźno szorują w dół.
Poziom wypowiedzi ludzi tworzących sferę publiczną systematycznie się obniża. Niski poziom nie ma na celu „nazywania rzeczy po imieniu”, krytycznego zmazywania samozadowolenia. Niebojąca się status quo, przemyślana krytyka niedomagań rzeczywistości byłaby przecież konieczna. Taki poziom wynika jednak z czego innego: z potrzeby celowego spłaszczania przekazu. Normą stała się autocenzura wypowiedzi, stosowana celem wyeliminowania z niej niuansów, złożoności, półcieni – słowem: rozumu. Udawanie idioty wchodzi w krew i staje się normą. Belki TVP Info i sondy wPolityce powoli przestają szokować. Ten specyficzny, prowadzący odbiorcę ton przejmuje też druga strona – wybrane artykuły strony „opozycyjnej” w podobny sposób kształtują swoich „konsumentów”. Dehumanizacja i szczucie, oto coraz częstszy posmak życia w sferze wspólnej obywateli, także za sprawą opiniotwóczych elit.
Działanie wbrew polskiej racji stanu staje się usankcjonowaną normą, dzięki przybraniu różnych masek, pod jakimi występuje głupota. Minister spraw zagranicznych Waszczykowski przejął publicystyczny ton i prowadzi politykę wiary we własne słowa. Przesada przestaje być przesadą, niepostrzeżenie znika cudzysłów, a udający szaleńca staje się szaleńcem.
Brak wyczucia własnego interesu, odejście od rzeczywistości. Skutkiem dla narodów jest najpierw ciąg błędów, a później zawężające się pole gry. Coraz mniejsza ilość dobrych wyjść, coraz mniejsza ilość jakichkolwiek wyjść. Może to trwać pokolenia, a może tylko dekady, ale koniec jest jeden. Na końcu tej drogi nie znajdują się ani niskie standardy, ani podzielone społeczeństwo, lecz śmierć Rzeczpospolitej.
Krzysztof Mroczkowski