Projekt polskiego systemu własności pracowniczej

I. Nawiązania projektu

Projekt ten jest syntezą amerykańskiego systemu ESOP i polskiego przedwojennego systemu Gazoliny. Oprócz tego zawiera pewne nowe rozwiązania.

Elementem ESOP-u jest oparcie systemu na ustawowej regulacji państwowej, ograniczonych ulgach podatkowych i możliwości pobierania kredytu przez depozyt kapitału pracowniczego (tu Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego).

Elementem Gazoliny są wpłaty pracowników (w ESOP – wpłaty wnosi tylko firma), ustalenie ich minimalnej obowiązkowej wielkości i równoważnych im świadczeń firmy.

Elementami nowymi jest dwuczłonowość Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego oraz sposób pracowniczej prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych.

***

W czasie transformacji ustrojowej własność pracownicza mogła być  wykorzystana głównie do prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Obecnie powinna być stosowana (tak jak we Stanach Zjednoczonych) głównie do zwiększania efektywności przedsiębiorstw prywatnych.

II. Skrótowe omówienie projektu

1. Dwuczłonowy „Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny” (PFI)

System jest wprowadzany do przedsiębiorstwa dobrowolnie przy akceptacji właściciela (właścicieli) i minimum 51% pracowników. Pozostali pracownicy mogą do niego nie wchodzić. W przedsiębiorstwie wprowadza się (niezależny od jego struktur i zarządzany przez pracowników-akcjonariuszy) dwudzielny Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny (PFI), składający się z dwóch członów: Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego (PFIE) i Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego Otwartego (PFIO).

2. Człon pierwszy – Pracowniczy Fundusz Inwestycyjno-Emerytalny (PFIE)

Jest on głównym elementem akcjonariatu, ograniczonym tylko do wpłat firmy, pracowników i zaciąganych kredytów (fundusz zamknięty). Pracownicy wpłacają do niego na swoje konta indywidualne obowiązkowo minimum 5% poborów, potrącanych bezpośrednio z listy płac. Tyle samo wpłaca im firma. Jedne i drugie wpłaty nie są opodatkowane. Uzasadnione jest to emerytalnym charakterem PFIE, jak również istotnym zwrotem środków do budżetu poprzez większą efektywność przedsiębiorstw z akcjonariatem.

Wysokość wpłat do PFIE może być corocznie dobrowolnie podnoszona na zasadzie uzgodnienia między pracownikami-akcjonariuszami i firmą, lecz nie może łącznie przekroczyć 25% funduszu płac (12,5% wpłat pracowników i 12,5% wpłat firmy), co  odpowiada limitowi zwolnień podatkowych w  ESOP-ach. Wpłaty te mogą też być w danym roku zawieszane w przypadku złej kondycji firmy.

Ponieważ wpłaty własne pracowników i wpłaty firmy są proporcjonalne do zarobków, dla ograniczenia jednych i drugich (dla uniknięcia „kominów” wpłat) i tym samym dla zapewnienia demokratycznej struktury akcjonariatu, wprowadza się górny limit obu wpłat na konto danego pracownika, równy odpowiedniemu procentowi z dwukrotnego średniego zarobku w danej firmie.

Nie ogranicza to w ogóle wpłat pracowników. Mogą być one dodatkowo dokonywane, ale w sposób nie kolidujący z demokracją akcjonariatu i bez ulg podatkowych (o czym dalej).

Gromadzony w powyższy sposób kapitał inwestowany jest wyłącznie we własną firmę lub służy do jej wykupu (częściowego lub całkowitego) z rąk innych współwłaścicieli.

Pracownik nie może wycofywać swojego kapitału z PFIE przez cały okres zatrudnienia (to żelazne prawo akcjonariatu). Otrzymuje go tylko w przypadku zmiany miejsca zatrudnienia i przy przejściu na emeryturę. W tym drugim przypadku stanowi on jego dodatkowe zabezpieczenie emerytalne (trzeci filar). W przypadku zmiany miejsca zatrudnienia pracownik nie otrzymuje kapitału pochodzącego z wpłat firmy o ile nie przepracował pięciu lat od momentu jego wpłacenia. W tym czasie zachodzi tzw. nabywanie przez pracownika prawa własności (am. „vesting”) do wpłat firmy. Przy przejściu na emeryturę to ograniczenie nie obowiązuje.

Dodatkowe ograniczenie prawa własności pracownika do wpłat firmy ma miejsce w przypadku spłaty kredytu zaciągniętego przez PFI (o czym dalej).

Kapitał gromadzony w PFIE daje indywidualne właścicielskie prawo głosu (o czym dalej) i uprawnia do pobierania dywidendy.

3. Człon drugi – Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny Otwarty (PFIO)

Jest to element nowy, nie występujący w innych typach akcjonariatu, a spełniający w stosunku do PFIE ważną funkcję pomocniczą.

W Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny Otwarty mogą inwestować dodatkowo i w sposób nieograniczony sami pracownicy przedsiębiorstwa, ich rodziny, inni członkowie społeczności lokalnej, kooperanci. Mogą też inwestować dowolne podmioty. Wpłaty te nie podlegają ulgom podatkowym i mogą być w każdej chwili wycofywane, co dla pracowników przedsiębiorstwa spełnia funkcję zakładowej kasy oszczędności na wypadek szczególnych sytuacji życiowych. Gromadzone w ten sposób środki inwestowane są (tak jak poprzednio) wyłącznie we własną firmę lub służą do jej wykupu z rąk innych współwłaścicieli.

Wpłaty do Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego Otwartego nie dają żadnych uprawnień decyzyjnych, a jedynie uprawniają do pobierania dywidendy.

4. Głosowanie, wybór władz PFI i jego zarządzanie

Głosowanie i wybór władz PFI odbywa się tylko w obrębie uczestników Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego. Jego w miarę wyrównany skład kapitałowy pozwala (na wzór ESOP-ów demokratycznych) na wprowadzenie spółdzielczej zasady „jeden człowiek – jeden głos”, z tym że każda dekada uczestnictwa w akcjonariacie zwiększa siłę głosowania o jeden głos. To również przedkłada w sposób spółdzielczy człowieka ponad kapitał.

Zgodnie z takimi zasadami głosowania uczestnicy akcjonariatu wybierają radę nadzorczą całego Pracowniczego Funduszu Inwestycyjnego (a więc obu jego funduszy składowych), ta zaś ustanawia jego zarządcę. Przy dużych akcjonariatach może to być fachowiec wynajęty spoza firmy.

Corocznie, przed walnym zgromadzeniem akcjonariuszy firmy (obejmującym również współwłaścicieli zewnętrznych), uczestnicy Pracowniczego Funduszu Inwestycyjno-Emerytalnego zwołują własne zebranie, gdzie przegłosowują własną strategię realizowaną później przez swojego przedstawiciela na zgromadzeniu walnym. Przedstawicielem może być zarządca, ale może być nimi też doraźnie wybrany inny przedstawiciel pracowników akcjonariuszy. Przedstawiciel ten na zgromadzeniu walnym dysponuje siłą głosu (w stosunku do udziałowców zewnętrznych) odpowiednią do sumy kapitału zgromadzonego w obu funduszach.

5. Zaciąganie i spłacanie kredytu przez PFI

PFI jest ustawowo uprawniony (na wzór ESOP-ów) do zaciągania kredytu. Można również (na wzór amerykański) wprowadzić ustawowo ulgi podatkowe dla banków kredytujących akcjonariat pracowniczy.

Pobrany kredyt wykorzystywany jest wyłącznie na inwestycje we własne przedsiębiorstwo lub na wykup jego akcji z rąk innych współwłaścicieli.

Spłata kredytu odbywa się z opisanych wcześniej regularnych wpłat pracowników i firmy do PFIE, z tym że prawo własności do wpłat firmy, spłacających kredyt, nabywa pracownik-akcjonariusz dopiero po spłacie zadłużenia.

Spłaty mogą być również dokonywane z funduszy PFIO. W sytuacjach kryzysowych może nastąpić mobilizacja pracowników, ich rodzin i całej społeczności lokalnej (sytuacje znane z praktyki) i zasilenie PFIO znacznymi doraźnymi wpłatami.

6. Obowiązkowe wprowadzenie systemu partycypacyjnego zarządzania przedsiębiorstwem

Amerykańskie badania wykazały ponad wszelką wątpliwość, że sama własność pracowniczego kapitału ma niewielki wpływ na zwiększenie efektywności przedsiębiorstwa. Natomiast jej połączenie z jakimś systemem partycypacyjnego zarządzania zwiększa efektywność w sposób bardzo istotny (patrz: www.rp-gospodarna.pl/stany_efektywnosc.htm). W związku z tym należy obligatoryjnie wprowadzać w akcjonariatach któryś z wielu systemów partycypacyjnego zarządzania. Upowszechnienie najbardziej zaawansowanego z nich  – Wielkiej Gry w Biznes (Great Game of Business; www.greatgame.com) mogłoby zrewolucjonizować polską gospodarkę.

W Polsce istnieje totalne nierozumienie pozytywnego znaczenia pracowniczego partycypacyjnego zarządzania (frazeologia „trójkąta bermudzkiego” wymierzona swego czasu w samorządy pracownicze). Razem więc z wprowadzaniem akcjonariatu należy dążyć do wyjaśniania jego sensu i znaczenia w skali całego społeczeństwa.

7. Konieczne zaangażowanie związków zawodowych w akcjonariat pracowniczy

W Polsce rozpropagowano błędną opinię, że akcjonariat pracowniczy jest sprzeczny z instytucją związku zawodowego. Tymczasem, zgodnie z doświadczeniami amerykańskimi, związek zawodowy, angażując się w akcjonariat, poszerza swój zakres działania. Zachowując swe funkcje ochronne, związek zawodowy wchodzi w funkcje związku pracowników-właścicieli. Staje się przez to bardziej potrzebny pracownikom niż w swej tradycyjnej postaci (zobacz: www.rp-gospodarna.pl/stany_zwiazki.htm oraz www.rp-gospodarna.pl/zwiazki_szansa.pdf).

Dla efektywnego rozwoju akcjonariatu pracowniczego w Polsce niezbędne jest zaangażowanie się w niego związków zawodowych, w pierwszym rzędzie NSZZ „Solidarność”. Jest to też niezbędnym warunkiem odnowienia się „Solidarności” i zwiększenia przez nią swej liczebności i znaczenia.

8. Pracownicza prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych

Prywatyzacja pracownicza (na wzór Słowenii) była wielką i zmarnowaną szansą Polski w czasie transformacji ustrojowej. Pozostaje jednak nadal zabiegiem aktualnym dla niektórych istniejących jeszcze przedsiębiorstw państwowych, w szczególności dla niektórych kopalń. Zachowuje również duże znaczenie w przyszłości dla odkupowanych przez państwo przedsiębiorstw (repolonizowanych lub źle zarządzanych), jak też dla tworzonych przez państwo przedsiębiorstw nowych, potrzebnych gospodarce narodowej, a z różnych względów będących poza inicjatywą kapitału prywatnego. Formą docelową takiej prywatyzacji powinny być spółki pracownicze.

Przy obecnie obowiązujących regulacjach prawnych wszyscy pracownicy prywatyzowanego przedsiębiorstwa państwowego otrzymują za darmo 15% jego wartości. Kapitał ten nie buduje żadnego akcjonariatu i jest regularnie wykorzystywany tylko do celów konsumpcyjnych.

Przyznawanie kapitału darmowego powinno zostać ograniczone tylko do tych przedsiębiorstw państwowych i ich załóg, które zdecydowały się (decyzją ponad 50% pracowników) tworzyć spółkę pracowniczą. A w ich ramach tylko do tych pracowników, którzy większościowo podjęli taką decyzję. W takiej sytuacji pakiet darmowy można podwyższyć do 20%, a nawet 25% wartości przedsiębiorstwa.

W przedsiębiorstwie wprowadza się, tak jak poprzednio, dwuczłonowy Pracowniczy Fundusz Inwestycyjny i cały pakiet darmowy umieszcza się w jego PFIO. Traktowany jest on tam jako zbiorowa inwestycja pracowników w przedsiębiorstwo, zatem nie jest tam rozlokowywany na rachunki indywidualne. Pracownicy od razu uzyskują na jego bazie zbiorowe prawo głosu i zbiorową dywidendę dzieloną równo między nimi, niezależnie od zarobków. Pakiet ten nigdy jednak nie staje się ich własnością i nie bierze udziału w spłacaniu pracownika przy jego odchodzeniu z przedsiębiorstwa. Przechodzi natomiast jako własność zbiorowa (model spółdzielczy) na nowych pracowników, co ułatwia wymianę pokoleniową pracowników-właścicieli. W wyjątkowym przypadku sprzedaży przedsiębiorstwa, państwo odzyskuje prawo własności nad inicjalnym pakietem darmowym.

Indywidualną własność pracowniczą generuje tylko PFIE. Przy osiągnięciu przez ten fundusz ponad 30% (25%) wartości przedsiębiorstwa staje się ono, w połączeniu z 20% (25%) inicjalnym pakietem darmowym, spółką pracowniczą.

                                                   Jan Koziar

Powyższy tekst stanowi streszczenie większego projektu, który jest dostępny pod tym adresem.

Kraksa polskiego pochodu gospodarczego

Tuż przed wojną Melchior Wańkowicz ukończył książkę „Sztafeta”. Opisał w niej osiągnięcia gospodarcze Polski międzywojennej, nawiązując do wcześniejszych sukcesów polityki gospodarczej Tyzenhausa, Staszica i Druckiego-Lubeckiego. Paradoksalnie, ta polska sztafeta gospodarcza była mimo wszystko kontynuowana w okresie komunizmu przez polskich ludzi przemysłu. Urwała się natomiast w momencie powstania formalnie niepodległej Polski. W takich czasach warto wrócić do lektury „Sztafety” i podjąć tematy z nią związane.

Być albo nie być

Państwo i jego władze są po to, aby zapewnić obywatelom maksimum szeroko rozumianego dobrobytu w zakresie, w którym sami nie potrafią tego zrealizować. Fundamentem dobrobytu jest gospodarka. Jeżeli władze nie chcą się przyczyniać do jej rozwoju, powstaje pytanie – po co są one wybierane?

Gospodarka rynkowa to dziś system ogólnie uznany i realizowany. Jednak same mechanizmy rynkowe nie wystarczają, by osiągnąć pełnię możliwości. Co więcej, pozbawione odpowiednich regulacji, okazały się groźne (monopolizacja, kryzysy). Wiodące państwa europejskie stosowały politykę gospodarczą od początków epoki nowożytnej. Stosują ją do dzisiaj, często za fasadą liberalizmu gospodarczego.

Jeżeli władze traktują serio slogany skrajnego liberalizmu i rezygnują z prowadzenia polityki gospodarczej, w praktyce oddają gospodarkę kraju obcemu kapitałowi, realizując cudze interesy. Co więcej, czynią ją wręcz przedmiotem polityki gospodarczej innych państw, zwłaszcza jeżeli wyprzedają banki, które są takiej polityki najlepszym narzędziem.

Władze takie są grupą ludzi realizujących własne interesy poprzez wysokie uposażenia i korupcję, która staje się formą realizowania obcej polityki gospodarczej. Zatem realizują one jednocześnie swoje i cudze interesy kosztem interesów społeczeństwa, które je wybiera. Przekształcają tym samym demokrację w farsę.

Sytuację taką mamy w Polsce od dwudziestu lat. Ukazało się wiele publikacji analizujących transformację ustrojową, ale niewiele mówi się o istotnej przyczynie patologicznego charakteru tego procesu. A jest nią po prostu niezwykle skuteczna indoktrynacja społeczeństwa ideologią skrajnego liberalizmu gospodarczego, rozpoczęta już w latach 80. na łamach pism opozycyjnych, gdzie kapitalistyczną politykę gospodarczą i interwencjonizm gospodarczy fałszywie utożsamiano z komunistycznym planowaniem.

Nic dziwnego, że transformacja ustrojowa przebiega pod hasłem sformułowanym przez Tadeusza Syryjczyka: „Najlepszą polityką gospodarczą jest jej brak”. Efektem takiego podejścia jest demontaż polskiej gospodarki, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tymczasem każde państwo o sprawnej ekonomii prowadzi politykę gospodarczą. Robią to również Stany Zjednoczone, tyle że za parawanem haseł liberalnych. Czasy kryzysów czy zmiany ustroju wymagają wręcz stosowania ekstremalnych form polityki gospodarczej, co ilustruje choćby działalność rządu USA podczas Wielkiego Kryzysu czy Japonii w okresie przechodzenia z feudalizmu do kapitalizmu w ramach tzw. rewolucji Meiji.

Polska Brygada Gospodarcza

Rozwój gospodarczy II RP, zwłaszcza jego późniejszy etap, to główny temat „Sztafety”. Polityka gospodarcza Polski międzywojennej rozwinęła się w pełni dopiero po zamachu majowym w 1926 r., a największy rozmach osiągnęła w ostatnich latach przed II wojną światową, która niestety przyniosła jej kres.

W pierwszych latach niepodległości nie było warunków do prowadzenia bardziej zaawansowanej polityki gospodarczej. Najpierw była wojna polsko-bolszewicka i problem Górnego Śląska, którego status administracyjny uregulowano dopiero w 1924 r. Generalnie, większość kapitału w branżach kluczowych, jak górnictwo, hutnictwo, przemysł naftowy i energetyka, pozostawała w obcych rękach. Prowadzeniu polityki gospodarczej nie sprzyjały też rozgrywki partyjne i częste zmiany rządów.

Nie sprzyjały jej również bariery doktrynalne. Akademicka ekonomia kocha się w liberalizmie i ma znaczny wpływ na opinię publiczną. Tak było za czasów Staszica i Lubeckiego, tak było też w Polsce międzywojennej, z tą różnicą, iż po przewrocie majowym liberałowie mieli mniejszy wpływ na sprawy gospodarcze. W jego wyniku polską gospodarką zaczęła kierować grupa nazwana przez opinię publiczną Pierwszą Brygadą Gospodarczą. We wstępie do pracy poświęconej dorobkowi pierwszego pięciolecia nowych rządów czytamy: Negacja i przestarzałe teorie nie obaliły w ciągu tych kilku lat ich [ludzi Brygady] myśli. Wyszły one zwycięsko z dyskusji o tzw. etatyzmie i życie na każdym kroku potwierdza ich słuszność. To zaś, co najbardziej było wyszydzane, planowość życia gospodarczego, dziś staje się powszechnie uznanym postulatem zarówno w całej Europie, jak również i u nasi.

Lata światowego kryzysu gospodarczego (1929-1935) osłabiły skuteczność polskiej polityki gospodarczej, choć np. budowa Mościc była realizowana właśnie w tym czasie. Nowy, dynamiczny etap tej polityki rozpoczyna się w momencie wychodzenia z kryzysu. W 1936 r. pod kierunkiem wicepremiera ds. gospodarczych i ministra skarbu, Eugeniusza Kwiatkowskiego, opracowano czteroletni program inwestycyjny, obejmujący budowę Centralnego Okręgu Przemysłowego. W następnym roku budowa COP-u ruszyła pełną parą.

Sprawy gospodarcze nigdy nie były ulubionym tematem polskich ludzi pióra. Tym razem zdarzył się wyjątek. Do akcji ruszył Wańkowicz, publikując szereg tekstów o realizacji nowych inwestycji. Były to pierwsze w historii Polski reportaże przemysłowe i zyskały szeroki oddźwięk. Popularność tekstów skłoniła autora do wydania ich w formie broszury pt. „COP”. Błyskawiczna sprzedaż trzech wydań i propozycja czwartego skłoniły Wańkowicza do szerszego potraktowania tematu. Tak zrodziła się licząca 520 stron „Sztafeta”, wydana dwukrotnie w 1939 r.

Był to już nie tylko zbiór reportaży z budowy COP-u. Opisano także inne osiągnięcia ekonomiczne II RP, m.in. sprawne uruchomienie przejętych od Niemców chorzowskich „Azotów”, budowę Gdyni, utworzenie polskiej floty. Wańkowicz pisał, że sprawy, które już Ludwik XIV nazwał pracą kierowaną […] w naszych czasach muszą być kierowane stokroć bardziej.

Gospodarni i utracjusze

Wańkowicz opisuje gospodarczy rozwój Polski w wymiarze historycznym, patrząc jednocześnie w przyszłość – stąd właśnie „sztafeta”. Wyróżnia dwie sztafety: prąd malejący – utracjuszostwa, i narastający – skrzętnej pracy. Symbolem pierwszej jest Ossoliński gubiący w Rzymie złote podkowy, drugiej zaś Staszic i Drucki-Lubecki. To, który kierunek przeważa, jest kwestią kultury umysłowej, warunkującej procesy ekonomiczne – nie odwrotnie, jak utrzymuje marksizm i ekonomiczny liberalizm. Jest to zgodne z odróżnianiem przez Maxa Webera kapitalizmu racjonalnego, opartego na odpowiedniej „psychice gospodarczej narodu” (używając słów Wańkowicza), od opartego na żądzy zysku, samoniszczącego się kapitalizmu irracjonalnego. Ten drugi typ liberałowie propagują jako wersję jedynie słuszną.

Wańkowicz podaje kapitalną ilustrację obu typów kapitalizmu: Kiedy zaistniała pierwsza wielka koniunktura gospodarcza, po odkryciu Ameryki, kiedy ceny ziemiopłodów poszły wielkimi skokami w górę — zobaczmy, jak tę koniunkturę wykorzystano na świecie i jak u nas. W Holandii powstały potężne zakłady, przerabiające produkty zamorskie – cukrownie, drogerie, gorzelnie, fabryki tytoniu, szlifiernie drogich kamieni. Fabryki sukna w Lejdzie, płótna w Haarlemie, ceramiki w Delft produkują na cały świat. Powstają wielkie sieci kanałów, którymi krążą barki ciągnięte przez konie. Bank Amsterdamski reguluje kurs weksli po całym świecie […]. W tej samej epoce rozkrzewia się w Polsce niepomierny zbytek. „Guzy, łańcuchy, manele, guziki srebrne, złote i drogimi kamieniami wysadzane. Dygnitarz nosił na sobie nieraz całe wsi” – pisze Aleksander Brückner. Nie było dla szlachty dosyć drogich zamorskich korzeni, dosyć wykwintnych małmazyj, dosyć najstarszych węgrzynów, najwspanialszych kobierców, najcudaczniejszych na wagę złota driakwi, najsuciej ornamentowanej broni, najcenniejszych kryształów tłuczonych o lekkomyślne łbyii.

U podstaw polskich sukcesów ekonomicznych nie tkwiła spontaniczna krzątanina pojedynczych osób czy grup skoncentrowanych na własnym zysku. Odwrotnie, taki mechanizm zgubił Polskę. Natomiast sukcesy wynikały z dalekosiężnych, planowych działań elit, opartych na głębszej motywacji, jaką był po prostu patriotyzm. W XIX w. dopracowaliśmy się własnej intelektualnej bazy skutecznego działania w postaci polskiej filozofii czynu, łączącej romantyczną motywację z praktycznym, konsekwentnym działaniem. Kierowało się nią wielu wybitnych działaczy gospodarczych i przemysłowców, wśród nich Hipolit Cegielski oraz Stanisław Szczepanowski, który jeszcze przed Weberem zakwestionował liberalno-marksistowskie rozumienie kapitalizmu. Pisał on: Nie ma pospolitszej i grubszej myłki jak ta, która przypuszcza, że rozwój sił ekonomicznych jest wyłącznie wpływem egoizmu, łakomstwa i chciwości. […] Chciwość i łakomstwo mogą prowadzić do lichwy, do gry giełdowej, do stolika z kartami, do polowania za posagami, za synekurami, do sprzedawania nazwiska na parawan brudnych interesów, ale przenigdy do rozwoju ekonomicznego […] Rozwój ekonomiczny nigdzie na świecie jeszcze się nie pojawił bez współudziału przynajmniej rzetelności, uczciwości, pracowitości i umiejętności […]iii.

Dokonania schyłku II RP muszą budzić zdumienie. Skoro udało się osiągnąć tak wiele w ciągu zaledwie kilku lat, to jak wyglądałaby Polska, gdyby nie wojna? Tym bardziej, że nasza gospodarka na kolejne lata też nie była pozostawiona własnemu losowi. Pod koniec 1938 r. Kwiatkowski przedstawił 15-letni plan rozwoju kraju, który miał ją gruntownie przeobrazić.

Ciąg dalszy nastąpił

Wojna przerwała realizację planów i przyniosła ogromne straty materialne i kadrowe. Wielu fachowców jednak ocalało. Pod koniec wojny, gdy nowe granice były już w zarysie znane, szykowano się do przejęcia zakładów przemysłowych na przyszłych Ziemiach Odzyskanych. Tworzono programy gospodarcze i plany nowych form organizacyjno-własnościowych. Stanisław Grabski postulował wprowadzenie w przejmowanych fabrykach akcjonariatu pracowniczego, połączonego z własnością państwowąiv.

Po wojnie komuniści narzucili swój system, jednak ogromna liczba fachowców wykształconych przed wojną i na tajnych kompletach, przystąpiła do odbudowy kraju. Jak podaje Aleksander Bocheńskiv, Kazimierz Szpotański zorganizował przemysł elektrotechniczny, a jego ludzie zasilili katedry wyższych uczelni technicznych. Z kolei człowiek z „Cegielskiego”, inż. Adam Kręglewski, współtworzył przemysł maszynowy. Do współpracy przystąpił także Kwiatkowski, ale jego formatu komuniści nie mogli już strawić.

Polscy ludzie przemysłu nie stali się kwintesencją komunizmu, lecz musieli się z nim borykać, aby coś sensownego stworzyć w takich ramach. Wybitnych fachowców zastępowano partyjnymi miernotami, a rzetelne planowanie udawano improwizacją. Świat przemysłu okresu komunizmu jesteśmy skłonni postrzegać jako grupę złożoną wyłącznie z nomenklaturowych dyrektorów, zapominając o całej rzeszy rzetelnej inteligencji technicznej. W 1992 r. starałem się uwypuklić jej znaczenie, pisząc: Czym jest w istocie ta słabo u nas postrzegana i doceniana grupa? Odpowiedź, jakiej udzielimy może być zaskakująca, ale jest prawdziwa: jest to grupa najbardziej dla rozwoju kraju zasłużona, a jednocześnie najbardziej przez komunizm poszkodowana w swych twórczych działaniach i aspiracjach. Są to sprawy mało u nas rozumiane. Za jedyne ofiary komunizmu uchodzą u nas ludzie walki zbrojnej i ludzie pióra. Ci ostatni należą zresztą do grupy byłych tzw. pieszczoszków systemuvi.

Rosyjska literatura udokumentowała ręką Sołżenicyna gehennę tamtejszych inżynierów pod rządami komunistów. W przypadku Polski nie było wprawdzie tylu uwięzionych, ale już zwolnień z pracy – całkiem sporo. Nagminne było natomiast zmaganie się fachowości i twórczej myśli z nomenklaturową niekompetencją i marnotrawstwem, robieniem „pod sprawozdania”, z rozwiązaniami szkodliwymi dla ludzi i środowiska. Było to zmaganie się „ludzi dobrej roboty” z partyjnym etosem karierowiczostwa, pozoranctwa i nabijania kabzy. Efektem było ciągłe marnowanie wysiłku i możliwości twórczych grupy najistotniejszej dla rozwoju kraju.

Powojenny rozwój polskiej gospodarki był bardziej ilościowy niż jakościowy. Wiązało się to m.in. z barierami dla wynalazczości, która przed wojną rozwijała się w Polsce bez porównania lepiej niż pod rządami komunistów. Wbrew temu, udało się zbudować rozległy przemysł. Nie tworzyliśmy czołówki w pionierskich branżach, natomiast w wielu sektorach tradycyjnych osiągaliśmy poziom zadowalający i pełną konkurencyjność eksportową (m.in. budownictwo okrętowe, tabor kolejowy, obrabiarki, maszyny włókiennicze i papiernicze, kotły i turbiny). Eksportowaliśmy gotowe obiekty przemysłowe (np. cukrownie i fabryki kwasu siarkowego), nawet do RFN. Budowaliśmy za granicą huty, kopalnie i drogi. Wykonywaliśmy badania i poszukiwania geologiczne. Powstało wiele inwestycji, które gdyby nie były zadaniami państwowymi, byłyby trudne do realizacji nawet w kapitalizmie, że wymienimy tylko KGHM oraz kopalnie węgla brunatnego i opartą na nich energetykę.

Czy to wszystko są symbole komunizmu, które należy zanegować, oddać za półdarmo, zniszczyć? Są to przede wszystkim dzieła polskiego świata pracy, w tym ludzi przemysłu, polskiej sztafety gospodarczej – majątek narodowy, który trzeba chronić i rozwijać.

Mimo przeszkód ustrojowych udało się zbudować naprawdę sporo. Niestety, stosowanie patologicznej wersji planowania doprowadziło do bezmyślnego utożsamienia samej zasady planowania gospodarczego z komunizmem. Ta wybitnie szkodliwa zbitka pojęciowa, wzmocniona neoliberalną propagandą, w sposób decydujący wpłynęła na zniszczenie gospodarki w toku transformacji ustrojowej.

Lekcja na dziś

W obecnej sytuacji „Sztafeta” staje się niezwykle ważną lekcją. W okresie komunizmu nie tylko nie wznawiano dzieła Wańkowicza, ale na jego temat panowała grobowa cisza.

Przedwojenna polityka gospodarcza jako wzór do naśladowania stanowiła także potencjalne zagrożenie dla propagowanej w podziemiu lat 80. ideologii neoliberalnej. Zostało to w lot zrozumiane przez jej promotorów, zaczęli więc eksponować prace przedwojennych ekonomistów-liberałów. Posuwano się nawet do nazywania Kwiatkowskiego „przedwojennym Gierkiem”vii. Polityka gospodarcza ojca Gdyni miała być odstępstwem od normy, ekonomiczną aberracją, o czym miał świadczyć cały kontekst gospodarki światowej, zarówno w wymiarze historycznym, jak i współczesnym. Z tym właśnie, z gruntu zafałszowanym rozumieniem gospodarki światowej, należy się rozprawić.

Ogromne znaczenie ma łatwy do zbagatelizowania okres, jakim jest pierwszy etap tworzenia się kapitalizmu. Wszędzie wiązał się on z tzw. merkantylizmem, będącym wczesną i bardzo radykalną formą polityki gospodarczej. Nigdzie kapitalizm nie rodził się bez współudziału państwa, z samego handlu i wytwórczości. Tymczasem w okresie transformacji starano się powtórzyć w skrócie rzekomo wolnohandlowe początki kapitalizmu. Mamy tu podwójny nonsens, bo gdyby nawet były takie, to w sytuacji nagłej zmiany ustroju należy sterować całym procesem. Fascynacja handlem stolikowym podczas gdy padały wielkie zakłady pracy, to właśnie efekt propagandowego zafałszowania charakteru początków kapitalizmu w świecie.

Innym, katastrofalnym w skutkach zafałszowaniem, odpowiedzialnym w decydujący sposób za epidemię korupcji w Polsce, jest traktowanie rozwoju kapitalizmu jako rezultatu rozpasanej żądzy zysku. Tymczasem, jak wykazał Weber, system ten został wygenerowany przez dobitnie wyartykułowaną i przestrzeganą etykę gospodarczą, a nie przez rabunki kolonialne i inne naganne praktyki.

Rozumienie potrzeby polityki gospodarczej nie zanikło jednak zupełnie. Od dłuższego czasu zgłaszane są oddolnie pod adresem władz żądania różnych fragmentarycznych rozwiązań z jej zakresu w przemyśle, rolnictwie i handlu. Jednak przy przekonaniu dużej części opinii publicznej, że polityka taka w ogólności jest czymś niestosownym, owe postulaty mają nikłe szanse realizacji.

Społeczna sterowana gospodarka rynkowa

Dla polskiej transformacji ustrojowej przyjęto oficjalnie model niemiecki. Nasza gospodarka miała być „społeczną gospodarką rynkową”, co nawet zostało zapisane w Konstytucji. Tadeusz Mazowiecki po objęciu funkcji premiera szukał swego Erharda. No i znalazł… Leszka Balcerowicza.

Według nagłaśnianej u nas tezy, największą zasługą Erharda w powojennej odbudowie Niemiec miało być to, że robił, co mógł, by nie wtrącać się w gospodarkę. To ponoć niewidzialna ręka rynku podniosła kraj z ruin i wytworzone przez nią dobra można było z czasem dzielić w myśl zasad socjalnych. Trudno o większy nonsens.

Niemcy to kraj, w którym idee liberalizmu gospodarczego miano zawsze w niewielkim poważaniu, i który właśnie w oparciu o politykę gospodarczą państwa budował potęgę ekonomiczną. Byłoby zatem niezmiernie dziwne, gdyby nagle elity tego kraju gruntownie zmieniły poglądy i metody postępowania, a w świetle tego, co wiemy o historii gospodarczej świata byłoby jeszcze dziwniejsze, gdyby ta zmiana przyniosła pozytywne wyniki.

Prawdą jest natomiast, że Niemcy Zachodnie otrzymały 3,2 mld dolarów w ramach planu Marshalla, z których dużą część zainwestowano (zupełnie nierynkowo) w górnictwo, hutnictwo i energetykę. Prawdą też jest, że RFN do końca lat 50. miała potężny sektor gospodarki państwowej. Trudno w tej sytuacji nie uprawiać polityki gospodarczej państwa, zwłaszcza że owa własność skoncentrowana była w takich branżach strategicznych, jak przemysł wydobywczy i hutniczy, wytwarzanie i dystrybucja energii elektrycznej, przemysł stoczniowy i samochodowy. Sektor własności państwowej był większy niż przed wojną, jako że upaństwowiono partyjny majątek hitlerowców, do którego należał m.in. Volkswagen. Z tych samych powodów wzrósł państwowy majątek powojennej Austrii.

W obu krajach dokonano „cudu gospodarczego” głównie w oparciu o własność publiczną i związaną z nią politykę gospodarczą państwa. Przy szermowaniu hasłem społecznej gospodarki rynkowej, przedstawianej u nas niezgodnie z jej istotą, pomijano również system pracowniczego współdecydowania (tzw. Mitbestimmung), który też walnie przyczynił się do wspomnianego „cudu”. Największe znaczenie ma w nim obniżenie konfliktowości stosunków pracy, ale przyczynia się on też do harmonizowania interesów gospodarczych w ramach interesów ogólnospołecznych. W radach nadzorczych przedsiębiorstw zasiadają przedstawiciele miejscowych pracowników oraz regionalnych rad związków zawodowych.

Największa jednak rola w koordynowaniu całej gospodarki niemieckiej przypada tamtejszym bankom, które – podobnie jak banki japońskie – są bankami gospodarującymi, a nie nastawionymi wyłącznie na zysk. Rola ta zwiększyła się znacznie po akcji prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych na przełomie lat 50. i 60.

Niemiecki kapitalizm m.in. tym się różni od anglosaskiego, że większość akcji przedsiębiorstw znajduje się w posiadaniu banków, a nie indywidualnych akcjonariuszy. Indywidualne inwestowanie zaczęło się, owszem, rozwijać w Niemczech od drugiej połowy lat 50., lecz za pośrednictwem powstających wówczas funduszy inwestycyjnych. Deponują one nabywane akcje w bankach, które realizują przypisane do nich prawo głosu. Niektóre banki (jak Dresdner Bank) same tworzyły fundusze inwestycyjne. Dodatkowo zwiększyło to koncentrację gospodarczej siły decyzyjnej w rękach największych z nich. W latach powojennych była to tzw. wielka trójka: Deutsche Bank, Commerzbank i Dresdner Bank. Sam Dresdner Bank w połowie lat 50. posiadał w zachodnioniemieckich koncernach ok. 300 udziałów kontrolnych.

W związku z tym, przedstawiciele czołowych banków zasiadają w radach nadzorczych większości niemieckich koncernów, kierując w ten sposób harmonijnie całym kluczowym przemysłem. Na przykład prezes Deutsche Bank, Hermann Abs, zajmował pod koniec lat 60. aż 29 stanowisk w czołowych zachodnioniemieckich koncernach, w tym 10 stanowisk przewodniczącego i 4 wiceprzewodniczącego rady nadzorczejviii. Niewiele to ma wspólnego z zasadami liberalizmu gospodarczego. Kierownictwo czołowych niemieckich banków to gospodarczy sztab generalny, który w porozumieniu z rządem kieruje całą gospodarką – dla dobra własnego kraju.

W kleszczach nonsensu

Jak wspomniano, Wańkowicz wyróżnia w historii Polski dwie sztafety: utracjuszostwa i skrzętnej pracy. Pisze, że widzieliśmy w XVII wieku tylko sztafetę dekapitalizacji idącą z rąk do rąk oraz że trzeba było „pracy” pokoleń, aby zmarnować Polskę bogatą i zasobnąix. Dzisiaj wystarczyły na to dwie dekady orgii niszczenia i wyprzedaży za bezcen polskiego przemysłu. Cóż za paradoks! W okresie komunizmu polska sztafeta gospodarcza była mimo wszystko kontynuowana. Natomiast urywa się w momencie powstania formalnie niepodległej Polski, kiedy zastąpiła ją sztafeta dekapitalizacji.

Działają tu oczywiście różne czynniki. Realizowane są długofalowe, dobrze przemyślane obce interesy, jak i prymitywne, krótkowzroczne interesy krajowych łapówkarzy. Ogromne znaczenie ma pojawienie się dużej grupy inteligencji kompradorskiej, która z definicji łączy swoje interesy z interesami obcymi. Jednak podstawą postępującej destrukcji jest zamęt wywołany upowszechnieniem doktryny neoliberalnej. Jak wspomniałem, ideologia ta była propagowana w wydawnictwach podziemnych (głównie warszawska „Officyna Liberałów”, kierowana jawnie przez Janusza Korwin-Mikkego) i niestety większość ówczesnej opozycji przyjęła ją z entuzjazmem.

Jakże często słyszy się, że dzisiejsze patologie wywołane przez transformację ustrojową są czymś nieuniknionym. Jakże często słyszy się, że trzeba po prostu czekać, aż sytuacja się unormuje. Tymczasem sytuacja, stymulowana szkodliwą doktryną, rozwija się w niewłaściwym kierunku i trzeba ją jak najszybciej przestawić na inne tory. Jakże często słyszy się, że za dzisiejszą demoralizację odpowiedzialny jest okres komunizmu. Owszem, ale tylko w pewnym stopniu. W stopniu decydującym odpowiedzialna jest za nią doktryna sprowadzająca ludzką działalność wyłącznie do żądzy zysku.

Kapitalizm irracjonalny

Wspominaliśmy już, że wyróżniony przez Webera kapitalizm racjonalny oparty jest na odpowiedniej kulturze umysłowej, szczególnie na ugruntowanej etyce gospodarczej. Jego przeciwieństwem jest kapitalizm irracjonalny, oparty na samym pragnieniu zysku. Czyż nie odczuwamy tego dzisiaj w Polsce? Weźmy wybitne postaci, które dla polskiej gospodarki zrobiły najwięcej: Staszica, Druckiego-Lubeckiego, Cegielskiego, Szczepanowskiego, Grabskiego, Mościckiego, Kwiatkowskiego. Czy kierowali się oni żądzą zysku? Bzdura. Kierował nimi patriotyzm i duch twórczy.

Świeckim elementem kultury umysłowej jest patriotyzm. Nie jest tajemnicą, że podstawą powojennych sukcesów gospodarczych Niemców i Japończyków było właśnie przywiązanie do własnego kraju. Patriotyzm stał też u podstaw dorobku naszych działaczy gospodarczych wieku XIX oraz sukcesów w budowie COP-u, w tym ostatnim przypadku obejmując wszystkich – od ministra po szeregowego robotnika.

Waga rozumienia etycznej genezy kapitalizmu ujawnia się w pełni, jeżeli zestawimy ją z popularną u nas maksymą, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. Nie trzeba wyjaśniać, na ile ta kryminalna formuła odpowiedzialna jest za rozwijającą się w Polsce epidemię korupcji. Zobaczmy, czym była faszerowana opozycja lat 80.: Chcemy mieć – krótko pisząc – Polskę z kilkunastoma milionami kapitalistów […]. Drapieżnych i chciwychx. Przejęci tą ideologią działacze trafili jednak nie tylko do biznesu, ale przede wszystkim do partii politycznych i administracji. Tymczasem o ile dążenie do zysku (obwarowane etycznie) jest w biznesie sprawą normalną, to w służbach publicznych jest niedopuszczalne. W przeciwnym razie nie tylko nie będą one spełniały przypisanych zadań, ale przekształcą się w przestępczą instytucję żerującą na publicznym groszu i łapówkach.

Przestrzegał przed tym na początku transformacji zamieszkały w Anglii socjolog, Stanisław Andreski (Andrzejewski), pisząc: Uzasadniona negacja komunizmu doprowadziła Polaków do idealizacji kapitalizmu. Mówiąc o kapitalizmie myślą oni jednak tylko o Europie Zachodniej i Ameryce Północnej, a nie o Kolumbii, Filipinach, Nigerii czy Haiti. Przy wprowadzaniu w Polsce nowego porządku społecznego warto byłoby się zatem zastanowić, jak zapobiec niebezpieczeństwu jego ewolucji w kierunku form kapitalizmu występujących w Trzecim Świecie. […] Pewien minimalny poziom uczciwości jest warunkiem wydajności gospodarczej. Dogmatycy wolnego rynku nie uwzględniają faktu, że działa on dobrze tylko wówczas, gdy nie obejmuje wszystkich stosunków społecznych. Trudno się dorobić czegoś uczciwą pracą tam, gdzie wyroki sądów są na sprzedaż. […] Rozszerzenie stosunków rynkowych na wszystkie dziedziny życia społecznego wypacza działanie reguł rynku nawet tam, gdzie jest on mechanizmem najbardziej przydatnymxi.

Państwowe = komunistyczne?

Polski powojenny przemysł przybrał formułę wyłącznie państwową. Nacjonalizowano istniejące przedsiębiorstwa, a nowe były tworzone jako własność państwa.

Czy przedsiębiorstwo państwowe jest istotą komunizmu? Nie jest nim, podobnie jak nie jest nim ogólnokrajowe planowanie gospodarcze czy po prostu prowadzenie polityki gospodarczej. Własność państwowa jest korzystna np. w sferze infrastruktury gospodarczej, w branżach, do których nie kwapi się kapitał prywatny i przy uruchamianiu nowych przedsiębiorstw, które później mogą być prywatyzowane. Oczywiście upaństwowienie całego przemysłu jest niedopuszczalne, ale i ono nie byłoby jeszcze komunizmem. Jego istotą jest bowiem system władzy politycznej. Niezrozumienie tego spowodowało przeniesienie po 1989 r. całego impetu ruchu antykomunistycznego na znienawidzone przedsiębiorstwa państwowe.

Brak zrozumienia istoty komunizmu jest efektem kolejnego liberalnego fałszu, przedstawiającego – podobnie jak w ujęciu marksistowskim – system ekonomiczny jako bazę systemu politycznego. Tymczasem komuniści w Rosji (i wszędzie indziej) najpierw doszli do władzy, a dopiero później upaństwawiali. Można zaprowadzać totalitaryzm na bazie własności prywatnej, jak robili to faszyści. I odwrotnie, można zwiększać sektor własności państwowej i przywracać demokrację, jak zrobiono to w powojennych Niemczech i Austrii.

Jeszcze innym neoliberalnym nonsensem jest teza o potrzebie pierwotnej akumulacji kapitału przy przechodzeniu od komunizmu do kapitalizmu. Neoliberalizm bowiem neguje kumulowanie kapitału przez państwo zarówno jako zasadę, jak też jako fakt historyczny. Neguje też planową zmianę ustroju.

W komunistycznej Polsce akumulacja kapitału przez państwo osiągnęła apogeum. Kapitał ten został zgromadzony – chodziło tylko o jego sensowne, dobrze kierowane przeobrażenie. Tymczasem w dzisiejszej Polsce termin „pierwotna akumulacja” stał się kryptonimem jego niszczenia i rozgrabiania.

Wreszcie, fałszem jest teza o nieistnieniu „trzeciej drogi” w stosunku do komunizmu i dzikiego kapitalizmu. Otóż „trzecia droga” nie tylko istnieje, ale jest główną drogą, po której kroczy od stuleci przodująca gospodarka światowa. Komunizm był patologicznym epizodem, a liberalnego kapitalizmu po prostu nie ma, poza krótkimi okresami zapaści zaatakowanych nim gospodarek krajowych. „Trzecia droga” nie jest przy tym „pomiędzy”, a daleko „poza” komunizmem i dzikim kapitalizmem, które niewiele się od siebie różnią, wywłaszczając i zniewalając całe społeczeństwa.

Jan Koziar

Powyższy tekst to skrót broszury J. Koziara „Nie ma gospodarki bez polityki gospodarczej państwa”, dostępnej w całości pod adresem http://www.golysz.pl/?page_id=379.

Przypisy:

i Pięć lat na froncie gospodarczym 1926-1931, t. 1, Warszawa 1931.

ii Melchior Wańkowicz, Sztafeta – książka o polskim pochodzie gospodarczym, Warszawa 1939, ss. 236-7.

iii Stanisław Szczepanowski, Walka narodu polskiego o byt, Londyn 1942, s. 87.

iv Stanisław Grabski, Myśli o dziejowej drodze Polski, Glasgow 1944, ss. 91-95.

v Aleksander Bocheński, Niezwykłe dzieje przemysłu polskiego, Warszawa 1985, s. 137.

vi Jan Koziar, Zerwany sojusz. Świat pracy na bocznych torach, Wrocław 1992 (praca niepublikowana, rozchodząca się w formie kserokopii); skrócona wersja opublikowana w „Obywatelu” nr 48.

vii Władysław Monetarny, Chybiona recenzja Stefana Bratkowskiego, „Replika” nr 53 (1987), s. 39.

viii Joachim Meisner, Teoria ludowego kapitalizmu. Wariant niemiecki, Katowice 1967, s. 70.

ix Melchior Wańkowicz, Sztafeta… op. cit., s. 236.

x Program Liberałów, Warszawa 1983.

xi Stanisław Andreski, Maxa Webera olśnienia i pomyłki, Warszawa 1992, s. 8.