Kolonizacja w XXI wieku

Kolonizacja w XXI wieku

Strona jest dobrze wypozycjonowana: pojawia się jako jeden z pierwszych wyników zapytania grounds Paraguay for sale. Technicznie nic specjalnego: prosty html, kolumna ogólnych informacji po lewej, po prawej kilka pocztówkowych fotografii z regionu. Szczegółowe dane dotyczące kolejnych ofert umieszczono w prostokątnych segmentach uporządkowanych jeden pod drugim w środkowej części witryny. Tekst widnieje w języku angielskim. Podano dwa numery telefonów: jeden paragwajski, drugi dla klientów z Urugwaju.

Wstęp stanowi opis warunków naturalnych. Dowiadujemy się, że centralną, północną i zachodnią część regionu charakteryzuje półsuchy klimat stepowy z roczną sumą opadów między 550 a 1000 mm na metr kwadratowy. Roślinność zmienia się od niskich, kolczastych zarośli na zachodzie po gęsty las suchy na północy.

„Przeważająca część środkowego i północnego Chaco nadaje się doskonale do hodowli bydła. Wystarczy tylko wyczyścić [podkreślenie moje – W. G.] naturalny drzewostan i wysiać pożądane gatunki traw”. Z tym czyszczeniem nie chodzi o zebranie śmieci, tylko karczowanie lasu. Następnie pojawia się informacja, że w niektórych zakątkach regionu – przede wszystkim na krańcach północno-wschodnich – wyższe opady pozwalają na rozwój plantacji zbóż i soi.

Powyższy opis ilustrują fotografie z prawej kolumny. Na pierwszej z nich widzimy samochód terenowy, który brnie piaszczystą drogą wyrżniętą wśród pożółkłej roślinności. Na kolejnej: stado krów kryje się przed palącym słońcem w obszernym cieniu samotnego drzewa. Umieszczone poniżej zdjęcie lotnicze oferuje panoramiczny widok na serię świeżo wylesionych, prostokątnych działek, ułożonych w idealnym porządku jedna obok drugiej. Ogranicza je dookoła gęsty las.

Po zachęcającym wprowadzeniu dostajemy krótki akapit analizujący ewentualne wady inwestycji w regionie. Ze względu na globalne ocieplenie w ostatnich latach wylesianie staje się tematem kontrowersyjnym, przyznaje autor. „Należy wziąć pod uwagę, że w niedalekiej przyszłości może pojawić się wymóg ekocertyfikatów dla wszystkich, którzy chcieliby eksportować mięso do krajów pierwszego świata”. Podejrzewam, że ta uwaga o „pierwszym świecie” ma zasugerować czytelnikowi, że jeśli ma on zamiar wysyłać wołowinę do Chin czy Rosji, nie musi się martwić o nic, a już na pewno nie o globalne ocieplenie. Tak czy inaczej rekomendacja jest jedna: karczować do gołej ziemi i czerpać zyski pełnymi garściami.

Druga uwaga dotyczy pożądanych charakterystyk samego inwestora: „Chaco nie jest miejscem na rodzinną farmę”, informuje podtytuł. „Wielkie dystanse, brak szkół, sklepów czy wiosek sprawiają, że życie rodzinne w Chaco może okazać się zbyt trudnym wyzwaniem”, tłumaczy szczegółowo autor. I za chwilę dodaje, że typowi kupcy chakeńskich ziem to międzynarodowe korporacje sektora agro, spekulanci rynku nieruchomości (czy jak przetłumaczyć land bankers?) oraz indywidualni posiadacze ziemscy mieszkający w Asunción lub zagranicą.

Wspomniane wielkie dystanse ukrywają dodatkową zaletę: „oferowane ziemie nie wymagają ochrony ani dozoru”. Wyprzedawane tereny leżą tak daleko, że bezrolni i niezmotoryzowani chłopi ze wschodu kraju nie mają jak tam dotrzeć, by ewentualnie je okupować.

Z zakończenia dowiadujemy się, że nie istnieją żadne ograniczenia prawne, jeśli chodzi o nabywanie ziem przez obcokrajowców. Nic tylko kupować.

Cztery tysiące hektarów w Palmar de las Islas za niewiele ponad milion dolarów. Pięć tysięcy hektarów w okolicach La Patria za trzy miliony. Osiem tysięcy trzysta hektarów w Agua Dulce – pięć milionów czterysta tysięcy. Oferty są zaopatrzone w zdjęcia satelitarne i szczegółową charakterystykę lokacji: dostęp (lub nie) do słodkiej wody, stopień wylesienia i ewentualna obecność twardego drewna (jeśli chciałbyś zająć się jego sprzedażą, można się domyślać).

Ceny zaskakują. Od 200 do 1100 dolarów za hektar, czyli półdarmo w porównaniu do bajońskich sum, jakie należałoby zapłacić na wschodzie kraju. Ale jako że wśród oferowanych terenów nie ma ani małych, ani średnich – mowa nie o jednostkach czy dziesiątkach, tylko od razu o tysiącach hektarów – potencjalni kupcy muszą dysponować kwotami od miliona dolarów w górę.

W ten sposób Chaco zamiast stać się możliwym miejscem do życia dla ubogich Paragwajczyków, trafi w całości w ręce obcokrajowców: wielkich hodowców bydła i spekulantów. A kiedy, spóźnieni, w głąb Chaco dotrą bezrolni chłopi z protestami i żądaniem paragwajskiej ziemi dla Paragwajczyków, będą musieli zapłacić już nie 200 a 20 000 dolarów za hektar, tak jak dziś na wschodzie kraju. To chyba jest ta cała gospodarka oparta na wiedzy, o której tyle mówi się w XXI wieku: ci, którzy wiedzą, nikomu nic nie mówią, a potem wykorzystują niewiedzę tych, którzy nie dowiedzieli się na czas.

Na koniec czytamy: „Jesteśmy agencją nieruchomości specjalizującą się w sprzedaży pastwisk i lasów pierwotnych w Paragwaju z piętnastoletnim doświadczeniem działalności w Ameryce Południowej”. „Jesteśmy”, czyli jest ich kilku. Wierzą, jak piszą w dalszej części prezentacji, że ziemie niepoddane jeszcze eksploatacji człowieka – takie jak wspomniane lasy pierwotne, które wciąż czekają na kogoś, kto je wspaniałomyślnie wykarczuje i zrobi z nich pastwisko – oferują możliwość największych zysków (pieniądze, więcej pieniędzy!). I że – w to również wierzą, znaczy się ludzie bardzo wierzący – „aktualnie to właśnie w paragwajskim Chaco czekają najkorzystniejsze okazje biznesowe w całej Ameryce Łacińskiej”.

Może pod warunkiem, że nie jesteś Paragwajczykiem. […]

Trasa Transchaco – tych siedemset kilometrów asfaltu różnej jakości rozciągających się między Asunción a granicą z Boliwią – jest jak proste cięcie w żółtawej magmie nieprzebytego suchego lasu. Podróżny brnie między dwoma kurtynami drzew jak w monotonnym filmie: tysiące identycznych jadłoszynów, pejzaż, który nie zmienia się nigdy. I pewnie tego właśnie spodziewaliśmy się po sercu Ameryki: imponującego ogromu natury w stanie nietkniętym.

Bogata fauna potęguje żywe wrażenie intymnej bliskości dzikiej przyrody. Wyobrażasz sobie pedałować samotnie po bezludnej puszczy z tysiącem papużek wirujących ci nad głową? Te zielone ptaszki o kanciastych główkach zbudowały sobie obszerne gniazda na szczytach słupów energetycznych, które ciągną się nieprzerwanym rzędem wzdłuż wielokilometrowej drogi. Atmosferę wypełnia krzykliwe, a zarazem słodkie szczebiotanie. Im bardziej oddalić się od stolicy, ptasi zgiełk potężnieje. Oto niezłomna żywotność przyrody: Gran Chaco Americano w całej okazałości, drugi największy las kontynentu zaraz po Amazonii (i zaraz po tym jak Puszcza Atlantycka, wycięta w pień w przeszło dziewięćdziesięciu procentach, spadła w leśnym rankingu na dalsze pozycje).

– „Gdy przychodzi sezon na guajawy, wyżerają mi wszystko” – skarży się Sara Fischer, dyrektorka radia Paí Pukú. – „To już kilka lat jak nie jem guajaw z przydomowego ogrodu” – kręci głową i dodaje: „Dawniej tak nie było”.

Nie potrzeba specjalistycznych narzędzi. Każdy może wziąć do ręki telefon komórkowy, wejść w jedną z aplikacji z mapami, wybrać widok satelitarny i zobaczyć, jak paragwajskie Chaco pełne jest bladożółtych prostokącików, które dziurawią jak durszlak zmizerniałą zieloną chmurę reprezentującą las. Prostokąty skupiają się przede wszystkim w środkowej części regionu wokół menonickich kolonii, tworząc sporej wielkości owal, gdzie naturalną roślinność wycięto niemal w stu procentach.

– „Chodzi o to, że papugi nie znajdują już wysokich drzew w okolicy – tłumaczy Sara – i dlatego zbliżają się do ludzkich osad. I do drogi, gdzie przynajmniej mają do dyspozycji betonowe słupy”.

Wąskie pasma lasu pozostawiono po obu stronach asfaltu, byśmy nie zauważyli, że dalej od szosy nie ma nic prócz pastwisk.

Nieregularna plama deforestacji rozgałęzia się na cztery strony świata, pozostawiając w stanie nietkniętym – póki co – zielony obszar na północno-zachodnim krańcu kraju. To Park Narodowy Obrońców Chaco. Zabawne, że patrząc na sam tylko obraz satelitarny, moglibyśmy z łatwością wytyczyć granice między państwami. Tam, gdzie wylesianie wygasa powoli w kierunku północnym, to już Boliwia. Miejsce, gdzie las gęstnieje na południu – to Argentyna.

– „W Paragwaju jest dużo łatwiej” – mówił mi argentyński hodowca z Formosy, prowincji graniczącej z Paragwajem i stanowiącej naturalne przedłużenie regionu Chaco.

Władze Formosy wprowadziły ograniczanie na wyrąb lasów i co miesiąc analizują zdjęcia satelitarne w poszukiwaniu właścicieli przekraczających dopuszczalne normy. Reguły nie są przestrzegane zbyt restrykcyjnie, ale przynajmniej istnieją.

– „Brazylia też zaczyna się interesować tematem ochrony środowiska” – mówi mężczyzna. – „Dlatego ludzie kupują ziemię w Paragwaju, gdzie nie masz ograniczeń, limitów. Nawet podatków nie płacisz”.

Z jakiegoś powodu media na całym świecie obrały sobie boisko futbolowe za uniwersalną miarę deforestacji. Wykarczowano powierzchnię odpowiadającą tylu to i tylu boiskom piłkarskim, słyszymy. Wydaje mi się, że w przypadku Chaco warto byłoby wybrać większą jednostkę miary. Na przykład: księstwo Monako. Według danych dostarczanych przez organizację Guyrá Paraguay w 2015 roku karczowano średnio cztery księstwa dziennie: 782 hektary, czyli około jednego Gibraltaru. Rekord padł w lipcu, kiedy wycinano przeciętnie osiem księstw na dobę, dwieście czterdzieści pięć Monak – lub jedną Andorę – na przestrzeni miesiąca. W ciągu roku: powiat krakowski, powiat kaliski i Miasto Stołeczne Warszawa razem wzięte.

W oparciu o obrazy dostarczane przez satelitę LANDSAT ocenia się, że w pierwszych osiemnastu latach XXI wieku paragwajskie Chaco straciło 44 tysiące kilometrów kwadratowych lasu. To blisko 20% powierzchni regionu: nieco więcej niż cała Szwajcaria, nieco mniej niż dwie Macedonie.

– „I dopiero zaczynamy!” – drwi z gorzką ironią Miguel, który administruje salonem sprzedaży maszyn rolniczych na wschodzie kraju.

Chociaż kolonizacja zachodniej części Paragwaju ruszyła po wojnie z Boliwią, prawdziwy boom na chakeńskie ziemie to kwestia ostatnich lat. Zdjęcia satelitarne z 1985 roku oferują nam obraz regionu w stanie niemal nietkniętym. Tymczasem do dziś zachowało się jedynie 13 milionów hektarów, zaledwie połowa naturalnego drzewostanu. Przy obecnym tempie wylesiania ostatnie drzewo w Chaco zostanie wycięte za 53 lata. Do startu, gotowi, ciąć.

– „I nie potrafimy się opamiętać” – dodaje Miguel, po czym powraca wzrokiem w kierunku ekranu komputera, kręci głową i wskazuje na krótki akapit wyedytowany małą czcionką na dole strony. – „To pisze człowiek, który żyje z karczowania lasów” – mówi.

Wewnętrzną korespondencję firmy, w której pracuje Miguel, opatrzono informacją o tym, jak bardzo administracji zależy na dobru środowiska naturalnego i że w związku z tym odbiorca powinien dwa razy pomyśleć, zanim zdecyduje się wydrukować e-maila.

Właścicielem przedsiębiorstwa jest król soi, Tranquilo Favero.

– „Dawniej karczował puszczę na wschodzie kraju, wyrównywał grunt i tak przygotowane pola przekazywał plantatorom” – mówi Miguel. – „Jeśli rolnikowi, który zamówił usługę, szło dobrze w kolejnych żniwach, płacił gotówką. Jeśli nie, Favero zabierał ziemię. Nigdy nie tracił”.

Teraz, gdy Puszcza Atlantycka przestała istnieć, firma przeniosła się do Chaco. I nie jest jedyną.

Jeśli przyjrzymy się z bliska satelitarnym obrazom, region przypomina skrupulatny rysunek techniczny albo topografię układów scalonych komputera. W każdym razie bardziej jakiś teoretyczny plan niż makroskopową rzeczywistość, która przecież zwykła wymykać się geometrycznym formom i idealnemu porządkowi. Bladożółte prostokąty – świadectwa o wykarczowanych lasach – okazują się doskonale uporządkowane jeden obok drugiego, formując długie rzędy gigantycznych pastwisk, wyciętych z precyzją chirurgiczną, zaskakującą, bezlitosną.

Zdumiewa żarłoczna pazerność, z jaką się postępuje. Bierze się w ręce region wielkości sporego europejskiego kraju i w sposób zaplanowany, z zimną krwią, niszczy się go kawałek po kawałku. Patrzysz na to i pytasz: co czują operatorzy buldożerów, którzy dzień w dzień zwalają drzewa, wyrywają z korzeniami krzewy, widzą paniczną ucieczkę zwierząt i czują smród spalonego mięsa węży czy pancerników, które nie oddaliły się na czas? Jakie wrażenie ich ogarnia, gdy skończywszy pracę, oglądają jej efekt: długi na kilometr martwy płat sczerniałej ziemi w miejscu, które jeszcze kilka dni wcześniej tętniło życiem? Czy chociaż przez chwilę pomyślą o sobie: winni? Zabójcy? Przyjdzie im do głowy wątpliwość, wyrzut sumienia? A z drugiej strony: czy to nie oni jako pierwsi spotkają się z ostatnimi grupami etni Ayoreo z tych, które zdecydowały się nie wchodzić w interakcję z tak zwaną cywilizacją? Ich również stracimy: Ayoreos to jedne z ostatnich nieskomunikowanych grup na kontynencie. Na świecie. A kiedy już wytniemy wszystkie drzewa, kiedy odnajdziemy wszystkich przedstawicieli ludności rdzennych i pokażemy im, co to jest własność prywatna, kiedy damy im iPhony, coca-colę i zasiłek dla bezrobotnych; kiedy wybijemy wszystkie pszczoły i wszyscy razem zachorujemy na raka albo inne choroby powodowane nadmiernymi dawkami toksycznych związków chemicznych i metali ciężkich; i kiedy nawet rumianek za domem rolnika – o ile na świecie będą jeszcze domy i rolnicy – zostanie genetycznie zmodyfikowany, to wtedy co? Co zrobimy później? Co jeszcze będziemy w stanie zniszczyć? Rozumiem, że Elon Musk razem z firmą SpaceX ucieknie na Marsa. A reszta?

Żółtawe prostokąty są zwykle dość sporej wielkości: kilometr na dwa z wąziutkim pasem lasu dookoła. To pewnie tak, żeby nikt się nie czepiał. Znów: podróżny, który przemierzałby krzyżujące się pod kątem prostym piaszczyste ścieżki regionu, wyjedzie z przekonaniem, że właśnie oglądał dziewiczy las serca Ameryki. Zazwyczaj pośrodku każdego z terenów zachowuje się niewielki kwadracik lasu, prawdopodobnie z przeznaczeniem na lokalizację siedziby posiadłości.

Działki są identyczne i przygotowano ich tysiące. Czytelnik musi jedynie zdecydować, która podoba mu się najbardziej, zapłacić odpowiednią liczbę milionów dolarów, przywieźć rasowe krowy i zacząć zliczać zyski z eksportu wołowiny.

To chyba dlatego patrzę na deforestację Chaco z dużo większym zniesmaczeniem niż na tę przeprowadzoną na wschodzie kraju. W tym drugim przypadku ci, którzy karczowali puszczę, przyjechali do Paragwaju z rodzinami, wymęczeni przeciwnościami losu, poszukujący swojego miejsca na świecie. Innymi słowy: tragedia ekologiczna, jaką spowodowali, miała uzasadnienie w instynkcie przetrwania. Mam na myśli: przynajmniej w pierwszych latach, później nieco przesadzili. Tymczasem Chaco znika wyłącznie w wyniku ludzkiej chciwości: mam dużo pieniędzy, kupię sobie pięćdziesiąt tysięcy hektarów taniej ziemi na zachodzie Paragwaju, wykarczuję ją do zera, zacznę eksportować mięso i będę miał jeszcze więcej pieniędzy. […]

Stalowy, biały kadłub statku brnie na północ, rozcinając na dwoje równą taflę wody. To długo oczekiwane wydarzenie: okręt odchodzi jedynie raz w tygodniu z portu w Concepción i w swoim powolnym rejsie odwiedza nieliczne miasteczka uśpione na obu brzegach rzeki Paragwaj. W czasie pory deszczowej gruntowe drogi stają się absolutnie nieprzejezdne. Pasy startowe lokalnych lotnisk zamieniają się w błotniste kałuże i odmawiają przyjmowania kilkuosobowych awionetek latających nieregularnie z Asunción. Wówczas transport rzeczny jest jedynym sposobem na dotarcie w te odległe zakątki kraju.

Na dziobie piętrzą się materiały budowlane: lśniące płaty blachodachówki, zwoje siatek i drutów kolczastych oraz plastikowe rury kanalizacyjne. Jest jedna lodówka, pralka i długi rząd butli gazowych okrytych niebieską plandeką, mającą chronić je przed tropikalnym słońcem. Żywność jest przewożona pod dachem. Także pod dachem, na parterze, na dwóch korytarzach biegnących wzdłuż kadłuba, funkcjonuje pływający targ, do którego schodzą w poszukiwaniu przekąsek pasażerowie ściśnięci na pierwszym piętrze i gdzie zaopatrują się mieszkańcy nabrzeża podczas krótkich postojów okrętu przy wiejskich pomostach.

Oprócz niewielkich miasteczek, jak Puerto Pinasco czy Puerto Casado z ich kilkutysięczną populacją, od czasu do czasu na zielonym brzegu rzeki pojawiają się pojedyncze domy, czasem dwa czy trzy naraz, zawsze małe i zbite z desek. Wówczas statek zwalnia, hałaśliwy motor diesla zawiesza na kilka chwil nieustanne kołatanie. Z prawej burty odchodzi nieduża motorówka, brudna i zniszczona, zabierając kilku pasażerów o ciemnej skórze, spranych ubraniach i rozczochranych włosach. To scenariusz, który powtarza się zawsze, gdy na brzeg wysiadają pasterze z gospodarstw lub ludność rdzenna. W przypadku, gdy pokład chce opuścić właściciel ziemski, statek posłusznie zbliża się do nabrzeża, umożliwiając, by jeden czy dwóch mężczyzn o skórze zdecydowanie jaśniejszej, w porządnych jeansach i białych koszulach zeszło wygodnie na suchy ląd po drewnianej kładce mocowanej naprędce przez personel pokładowy. Na panów czeka już służba (ciemnoskóra, o spranej odzieży i rozczochranych włosach), gotowa by nosić na grzbiecie worki z zaopatrzeniem na kolejne tygodnie. […]

Jorge siedzi przy barze jadłodajni funkcjonującej na tyłach statku. Trzydziestolatek notuje coś leniwie w niewielkim notesie. Może dla zabicia czasu: jeszcze trzy dni rejsu do Bahía Negra. Pochodzi ze wschodniej części kraju, ale w ostatnich latach jego rodzina zajęła się handlem na dalekiej chakeńskiej północy. Otworzyli sklep z elektroniką.

– „Głośniki, radia, telefony” – precyzuje. – „Na dniach otwieramy filię w Toro Pampa”.

Zazwyczaj podróżuje samochodem, ale po tygodniu intensywnych deszczów, zdecydował się – jak wielu – na rejs statkiem.

Chaco jest jak północnoamerykański Dziki Zachód przeniesiony na południe kontynentu i w XXI wiek: kraj bezprawia, ziemia obiecana awanturników, gdzie jedynymi zasadami są odwaga, siła fizyczna, polityczna lub finansowa. Na zuchwałych czekają góry złota lub śmierć z pragnienia. Zuchwali mówią w różnych językach, bardzo często po portugalsku. I to nie tylko ci najzamożniejsi.

– „W Bahía Negra powstała cała fawela przybyszów z Mato Grosso – opowiada Jorge. – Ludzi, którzy sprowadzili się w ślad za właścicielami ziemskimi. Liczą na pracę”.

Brazylijskie Mato Grosso nie jest już dziką puszczą zamieszkaną przez nieznane ludy, jak opisywali je podróżnicy sprzed półwieku. Dziś to tylko kolejne megapastwisko na mapie kontynentu.

Do Brazylijczyków w Chaco dochodzą Holendrzy, Koreańczycy, latyfundyści z Argentyny czy Urugwaju. Szacuje się, że ci ostatni zgromadzili już w sumie 2 miliony hektarów, czyli 5% paragwajskiego terytorium. Eksportem mięsa produkowanego na wylesionych terenach zajmują się przede wszystkim przedsiębiorstwa brazylijskie, takie jak JBS czy Minerva. Działalność tych ostatnich finansują czołowe korporacje międzynarodowe, wśród nich JP Morgan Chase, Goldman Sachs, HSBC czy Santander Bank.

W Chaco nie mogło zabraknąć również byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, George’a W. Busha. To nawet zrozumiałe, że człowiek, który w swojej karierze politycznej zajmował się wywoływaniem wojen gdzie popadnie, usłyszał głos analityków zapewniających, że następny konflikt o znaczeniu światowym będzie spowodowany wyścigiem o dostęp do wody pitnej. W związku z tym – i tak na wszelki wypadek – Bush zakupił 40 tysięcy hektarów ziemi, położonych dokładnie ponad Acuífero Guaraní, uważanym za jeden z największych na świecie rezerwuarów wód podziemnych, przebiegający przez pogranicze Boliwii, Paragwaju i Brazylii.

Nie tylko posesja Bushów, ale i wiele innych działek sprzedawanych obcokrajowcom znajduje się w strefie bezpieczeństwa, zdefiniowanej jako pas o szerokości 50 kilometrów od granicy państwa. W 2005 roku weszła w życie ustawa, która zabrania sprzedaży tych terenów nie-Paragwajczykom. Ponownie mamy więc do czynienia z masowymi przypadkami nielegalnego handlu ziemią. Ale po wyczerpującej podróży przez historię i aktualne problemy społeczne śródlądowej republiki, wyobrażam sobie, że nikogo to już nie dziwi.

Prawdziwy problem pojawi się, gdy nowi właściciele Chaco powołają Niezależną Republikę Krów czy coś w tym rodzaju, pozbawiając Paragwaj sześćdziesięciu procent jego terytorium. Można sobie wyobrazić, że taka decyzja spotkałaby się z poparciem ludności rdzennej regionu, którą paragwajska administracja publiczna interesuje się niewiele. Jeśli dodamy do tego prawo do samostanowienia narodów i ewentualne poparcie międzynarodowych kupców chakeńskiej wołowiny, może bylibyśmy świadkami powstania nowego kraju na mapie kontynentu.

Na szczęście są jeszcze paragwajscy feudałowie, którzy zjawiają się w samą porę, by konkurować z obcokrajowcami w procesie rozbioru Chaco. Deputowani partii rządzącej, senatorowie i ich dzieci, były prezydent Horacio Cartes z rodziną, jego wice, José Afara, inny eksmandatariusz, Juan Carlos Wasmosy, i byli wojskowi z otoczenia dyktatora Stroessnera również dopisują na swoje konta dziesiątki tysięcy hektarów w zachodnim Paragwaju. Technika jest znana, bo ponownie mamy do czynienia z terenami Skarbu Państwa teoretycznie przeznaczonymi na reformę rolną. Ale jako że na odległych rubieżach chakeńskich nie ma rolników, którzy mogliby się domagać przestrzegania prawa, czy w ogóle nikogo, kto by się mógł o sprawie dowiedzieć, prawdopodobnie współczesne rozkradanie Chaco jest najmniej znanym z długiej listy oszustw paragwajskiej klasy politycznej.

Drugiego dnia pod wieczór statek dopływa do Carmelo Peralta, paragwajskiej miejscowości położonej naprzeciw brazylijskiego Porto Murtinho. Istnieją zaawansowane plany konstrukcji mostu, jednak póki co niewielkie motorówki kontynuują wahadłowy ruch od brzegu do brzegu, przewożąc nielicznych pasażerów. Jednym z nich jest Edicarlos, brazylijski dziennikarz radiowy, który co rano rozpoczyna program informacyjny nadawany po portugalsku na antenie radia Alto Paraguay FM z Carmelo Peralta.

Alto Paraguay (Górny Paragwaj), przepastny kawał ziemi na północno-zachodnich kresach, to najrzadziej zaludniony i jednocześnie drugi co do wielkości departament kraju, zajmujący jedną piątą narodowego terytorium. Według danych za rok 2008 aż 34% powierzchni regionu znajdowało się w rękach obcokrajowców. Ten odsetek z pewnością wzrósł.

– „Brazylijscy hodowcy bydła zainteresowali się kupnem ziemi po drugiej stronie rzeki dopiero w ostatnich pięciu, może dziesięciu latach” – zapewnia urodzony w Paragwaju, a wychowany w Brazylii właściciel hotelu dla wędkarzy w Porto Murtinho. – „Dzisiaj w północnym Chaco Brazylijczycy są samowystarczalni: mają swoje drogi, własne linie energetyczne, słupy telefoniczne, wszystko”.

– „W ostatnich latach 90% terenów sprzedanych w departamencie Alto Paraguay trafiło w ręce Brazylijczyków” – ocenia Nerry Chamorro z organizacji Guyrá Paraguay. – „Z ich punktu widzenia tamte ziemie to już nie jest Paragwaj – stwierdza, przełyka ślinę i dodaje: to nie są żarty. To się dzieje na naszych oczach”. […]

To, co wydarzyło się na wschodzie Paragwaju w XX wieku i co w Chaco dzieje się obecnie, nie odbiega znacznie od sytuacji z wieku XVI, kiedy hiszpańscy konkwistadorzy zakładali pierwsze kolonie za oceanem. W obu przypadkach mamy do czynienia z inwazją ludzi dysponujących odmienną technologią i mentalnością, którzy w sposób mniej lub bardziej niesprawiedliwy zawłaszczają ziemie i zasoby naturalne, i narzucają model gospodarczy oparty na ekstrakcji i eksporcie surowców, dzieląc się zyskami w wąskim gronie. Różnica jest czysto techniczna: tym razem to nie srebro i złoto spływają do portu w Kadyksie – to mięso i soja wypływają na szerokie wody rynku światowego. Paragwaj, który w dziewiętnastym stuleciu przestał być kolonią hiszpańską, dziś stał się kolonią nas wszystkich. Kolonią świata.

Wojciech Ganczarek

Powyższy tekst to fragment książki autora, zatytułowanej „Sprzedam kraj. Reportaże z Paragwaju”. Ukazała się ona w latach 2021 (e-book) i 2022 (edycja papierowa). Otrzymała Nagrodę Magellana w kategorii „książka reportażowa”, przyznawaną przez „Magazyn Literacki KSIĄŻKI”. W wybranym fragmencie poczyniliśmy skróty większe (zaznaczone symbolem […]) oraz mniejsze (niezaznaczone, dotyczące krótkich odwołań do innych wątków książki).

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Markus Spiske from Pixabay.

Można wspólnie

Nie mogę wyjść ze zdumienia nad sukcesem tezy, że człowiek jest z natury indywidualistą. Gdzie nie spojrzeć – wszystko wskazuje, że tak nie jest, a jednak kapitalistom udało się nas przekonać, że w życiu należy dbać tylko o siebie. Ameryka Łacińska dostarcza jednak przekonujących argumentów, że indywidualizacja działania i prywatyzacja środków nie są jedynymi możliwymi rozwiązaniami dla społeczeństwa i gospodarki. Przyjrzyjmy się przykładom z Ekwadoru, Peru i Wenezueli.

Odkrycia archeologów zwykły traktować o odnalezieniu śladów pewnej kultury, innymi słowy: pewnej grupy ludzi, która tę kulturę wytworzyła. Dziś również – to oczywistość, ale warto ją przypomnieć – każdy z ponad siedmiu miliardów mieszkańców globu żyje w obrębie jednej z około dwustu dużych grup: społeczności narodowych czy państwowych. I uwaga – to nie jest wcale konieczne. Można sobie wyobrazić świat bez krajów i granic, w którym każdy żyłby na własną rękę. Ewidentnie jednak tak nie jest. Mało tego – oprócz przynależności państwowej, dziś kwestionowanej i być może przemijalnej – wchodzimy w relacje z bezlikiem innych zbiorowości społecznych, takich jak rodzina, grupa religijna, klub sportowy, koło naukowe, fundacja, wieś, osiedle czy miasto. Oprócz grup o charakterze stałym, istnieje cały kosmos grup tymczasowych: klienci klubu czy dyskoteki, uczestnicy konferencji, zebrania, protestu czy demonstracji, kibice na stadionie, fani na koncercie, wierni na pielgrzymce. Uwielbiamy być razem, daje nam to radość – także w rzeczywistości wirtualnej. Facebook stał się internetowym hitem ostatnich lat przede wszystkim dlatego, że chodzi w nim o kontakt z drugim człowiekiem. Tu także jedną podstawowych funkcjonalności jest możliwość tworzenia grup. Nawet najwięksi zwolennicy teorii o indywidualizmie człowieka najczęściej sami dają najlepsze kontrprzykłady, tworząc wspólnoty: stowarzyszenia na rzecz wolnego rynku, gospodarczo liberalne partie polityczne czy spółki akcyjne. Zaniedbywanie lub celowe rozrywanie kolektywnych form funkcjonowania społecznego – w imię, ma się rozumieć, rozwoju oraz nowoczesności – doprowadzi nas nie tyle do dobrobytu, ile do depresji.

Poniżej przedstawię współczesne przykłady działalności wspólnotowej i państwowej z trzech krajów Ameryki Południowej. Jest to region o tyle różny od Polski, że nie nosi na sobie postsowieckiego piętna lewicofobii: człowieka proponującego rozwiązania kolektywne nie nazywa się tam „komuchem” zanim jeszcze otworzy usta, by opowiedzieć, o co tak naprawdę mu chodzi. I tak w Ekwadorze zachowała się instytucja komuny, czyli zbiorowości lokalnej dysponującej wspólnie okolicznymi polami. W Peru państwowy program irygacyjny dał nowe życie pustynnemu regionowi Majes. W Wenezueli rady wspólnot złożone z sąsiadów w wioskach i osiedlach miejskich decydują o tworzeniu szkół, naprawie dróg i finansowaniu projektów kulturalnych, a nawet budują fabryki (również wspólnotowe).

Ekwador – wspólna woda i wspólna ziemia

Hilario nie urodził się działaczem społecznym. Nie urodził się nawet ekologicznym rolnikiem i zwolennikiem zdrowej żywności. Wręcz przeciwnie: sprzedawał trucizny dla roślin i trucizny dla ziemi – jak sam o tym opowiada. Prowadził hurtownię nawozów sztucznych i pestycydów, trucizna dla roślin, i zarabiał bardzo dobrze. – „I chciałem zarabiać jeszcze więcej! Teraz nie potrafię ci powiedzieć, dlaczego i po co… Chodzi o to, że kiedy już wejdziesz w kapitalizm, zaczynasz gromadzić i nigdy cię nie zadowala to, co już masz, zawsze chcesz więcej i więcej!” – opowiada Hilario. Założył więc dodatkowo restauracyjkę z fast foodem, trucizną dla ludzi. Nie miał czasu dla siebie, nie miał dla rodziny, ale „miał więcej”. Kiedy zapragnął mieć jeszcze więcej, wziął kredyt na rozwój firmy. Miał pecha, bo przyszedł kryzys, a z kryzysem dolaryzacja: dawną walutę, sucre, rząd zamienił na dolary po kursie 25 tysięcy do jednego. Zaledwie rok wcześniej Hilario zaciągał kredyt walutowy przy kursie 7 tysięcy do jednego, więc dług mu się potroił. Z tego samego powodu zarobki i oszczędności pozostałych Ekwadorczyków trzykrotnie straciły na wartości i mało kto był chętny i na pestycydy, i na hamburgery.

Hilario szybko zbankrutował. Jedyne, co mu zostało, to niewielki spłachetek ziemi i parę worków kartofli. – „W tamtym momencie nie miałem nawet 25 centów na autobus z La Esperanza do Tabacundo” – przyznaje. Nie było co wiele myśleć: obsadził pole, ale zaraz okazało się, że brakuje wody do irygacji. To znaczy woda jest, ale tylko dla korporacji kwiatowych uprawiających róże na eksport. W wysoko położonych regionach andyjskich woda pochodzi z niewielkich strumieni, więc – zwłaszcza w przypadku irygacji rolniczych – jest restrykcyjnie racjonowana. – „Pytam sąsiadów: i wy nie potrzebujecie wody?” – Hilario relacjonuje z zaangażowaniem. – „Potrzebujemy, ale jak mamy walczyć z korporacjami, to są milionerzy, nie mamy na to środków!”. Bo La Esperanza nie leży byle gdzie, ale w Światowej Stolicy Róż, czyli podstołecznym kantonie Pedro Moncayo, notującym najwyższą produkcję kwiatów na eksport i najwyższy poziom zanieczyszczenia wody i gleby w całym Ekwadorze, a to dzięki nawozom sztucznym i toksycznym pestycydom stosowanym bez opamiętania.

Od tego pytania zaczęła się wojna o wodę w wiosce La Esperanza, co po hiszpańsku oznacza: nadzieja. Hilario na czele miejscowych rolników zatkał kanały prowadzące wodę do hodowli kwiatów i przekierował na miejscowe pola. Dzisiaj – jak mówi – właścicielem wody nie jest starostwo, lecz mieszkańcy i użytkownicy. Utworzono społeczną Radę Wody, która decyduje o cenie i dystrybucji zarówno wody pitnej, jak i irygacyjnej, a w ramach „mingi”, czyli wspólnej pracy dla wspólnego dobra, organizuje oczyszczanie kanałów. Hodowle kwiatowe wciąż działają i wciąż mają możliwość użytkowania wody, ale nie mają na nią monopolu. Obecnie w Ekwadorze działa około 15 tysięcy społecznych Rad Wody. Hilario natomiast, ze wsparciem społecznym, kontynuuje działalność publiczną. Prowadzi szkolenia dotyczące produkcji nawozów naturalnych na bazie fermentów (tzw. bokashi), organizuje małych producentów rolnych w spółdzielnie w celu sprawnej sprzedaży warzyw i owoców, a obecnie, jako radny Prowincji Pichincha (ekwadorskie województwo ze stolicą w Quito), przygotowuje regionalny projekt irygacji 14 tysięcy hektarów ziemi pod uprawy małych producentów, z nawozami i pestycydami wyłącznie pochodzenia naturalnego.

Wspólna woda bardzo często nawadnia wspólną ziemię. Ekwadorskie prawo uznaje własność kolektywną ziem wspólnot rdzennych i tak zwanych komun. Komuny to po prostu społeczności lokalne (niekoniecznie rdzenne) tradycyjnie użytkujące okoliczne pola, zarówno w celach rolniczych, jak i budowlanych. Na wybrzeżu są to zazwyczaj wspólnoty Mulatów, potomków afrykańskich niewolników. Ziemia należąca do komuny może być użytkowana nieodpłatnie przez jej członków. – „Jeśli zgłosisz na zebraniu pomysł, że chcesz uprawiać np. maniok, przyznają ci prawo użytkowania działki” – opowiada Javier, rękodzielnik z komuny Montañita. I chociaż sam ziemi nie uprawia, a dom już wybudował, to i tak uważa, że warto do komuny przynależeć. – „Umówiliśmy się na miesięczną składkę członkowską. W razie, gdyby coś mi się stało, gdybym potrzebował wsparcia, komuna użyje wspólnych funduszy, by mi pomóc”.

Chociaż tereny komunalne są z założenia przeznaczone na użytek miejscowych, istnieją sposoby, by udostępnić je przyjezdnym. Cytowana Montañita zmieniła się wręcz w sztuczne miasteczko hoteli i restauracji dla zagranicznych turystów. I stała się przestrogą dla sąsiadów: w okolicznych komunach Ayampe czy Las Tunas słychać komentarze w rodzaju „nie chcemy skończyć jak Montañita”. Dzięki prawu o własności komunalnej mają realną możliwość, by temu zapobiec. Jak dotąd na ekwadorskim wybrzeżu wciąż przeważają radosne wioski lokalnych rybaków, a nie szeregi hoteli lub eleganckich, ale pustych domów – przykład z Panamy – w których północnoamerykańscy emeryci planują spędzić ostatnie lata swojego życia.

Peru: wspólne państwo

Wybrzeże Peru to pustka. Jedynie na północnych krańcach ogląda się zieleń ryżowych pól. Dalej na południe widać wyraźnie wpływ Prądu Humboldta, który ochładza klimat i osusza deszczowe chmury. Kolejne dwa tysiące kilometrów w kierunku chilijskiej granicy to przede wszystkim piach i wiatr. Z rzadka pojawiają się ośrodki miejskie: Piura, Chiclayo, Trujillo, Lima, Ica i Arequipa oddalone są odpowiednio o 220, 200, 700, 310 i 710 kilometrów. Dalej na wschód wyrasta potężny łańcuch peruwiańskich Andów, skąd rzeki spływają wąskimi dolinami do Pacyfiku. Wówczas droga przecina niewielkie, zielone wyspy na pustynnym morzu.

„Na peruwiańskim wybrzeżu bogate i obfite doliny okupujące istotne miejsce w statystykach produkcji narodowej, nie powołały dotąd do życia żadnego miasta. Ledwie od czasu do czasu na skrzyżowaniach i przy przystankach majaczy jakaś osada, jakieś miasteczko w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat. W niektórych przypadkach, jak w dolinie Chicama, latyfundium dławi miasto”. José Carlos Mariátegui pisał te słowa blisko sto lat temu, w 1928 roku, ale wydaje się, że jego obserwacje niewiele straciły na aktualności. Wiele dolin po dziś dzień zajmuje się uprawą wyłącznie jednego produktu na eksport, pola należą do jednej lub kilku osób lub przedsiębiorstw, a pracownikom najemnym płaci się niewiele. Yauca jest jedną z miejscowości wyjętą wprost z opisów Mariáteguiego: dolina jest w całości obsadzona drzewami oliwkowymi, a drobny handel rozwija się nie w centrum, ale przy głównej drodze na Arequipę; najwyraźniej sprzedawcy wiedzą, że w miasteczku nikogo na większe zakupy nie stać. Na skalistą skarpę wspina się osiedle „w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat”. „[W Europie Zachodniej czasów feudalizmu] wieś potrzebowała usług miasta […]. Z drugiej strony, oferowała miastu pewną liczbą produktów rolnych. Tymczasem [nasze] posiadłości ziemskie na wybrzeżu wytwarzają bawełnę i trzcinę cukrową dla odległych rynków zagranicznych. Zapewniwszy sobie transport tych produktów, latyfundium interesuje się komunikacją z własnym sąsiedztwem co najwyżej w stopniu drugorzędnym. […] Miasto w wielu z dolin nie otrzymuje niczego od wsi, ani też niczego na tej wsi nie posiada. Żyje przeto w mizerii, z tego czy innego z drobnych zajęć miejskich, z ludzi dostarczanych do pracy w latyfundium, ze smutnej męki stacji przesiadkowej, przez którą przejeżdżają rocznie tysiące ton owoców ziemi [przeznaczonych na eksport]”.

Za Camaná główna droga oddala się od wybrzeża. Podjazd do Arequipy, początkowo bardzo stromy, po kilkudziesięciu kilometrach wypłaszcza się zupełnie. Klaustrofobiczny korytarz między piaszczystymi zboczami kanionu ustępuje miejsca przestrzennej pampie, całkowicie pozbawionej roślinności, ale z zieloną plamką na horyzoncie. Z upływem kilometrów ta plamka rośnie, aż w końcu po obu stronach drogi rozwijają się dywany upraw, wyrastają owocowe gaje, a w kanałach irygacyjnych chlupie błotnista woda.

W Peru, którego znaczna część to pustynia, problem irygacji to temat aktualny od zawsze. Inkowie, dawni gospodarze, spędzili wieki na drążeniu kanałów, z których wiele pozostaje w użyciu. Europejskich kolonizatorów w Peru interesowało jednak nie tyle rolnictwo, ile złoto, stąd na długi czas rozwój instalacji irygacyjnych utknął w martwym punkcie. Dopiero w XX wieku niektóre rządy zajęły się – jak to się współcześnie określa – „rozszerzaniem granic rolnictwa”. W 1971 roku Juan Velasco Alvarado podpisuje dekret o specjalnym projekcie Majes Siguas. Przy pomocy systemu tuneli i kanałów, gigantyczna inwestycja rządu centralnego przekierowuje wody ze zlewni Atlantyku do zlewni Pacyfiku. O kredyt międzynarodowy jest trudno. Byłoby dużo łatwiej, jeśli pożyczone pieniądze miałoby się przeznaczyć na rozwój produkcji na import. Ale Velasco wie, że nie tędy droga i zgadza się na gigantyczne oprocentowanie, aby tylko osiągnąć cel, czyli wzmocnić produkcję krajową. Na pustynnej pampie Majes drąży się kanały irygacyjne i już w latach osiemdziesiątych kiełkują pierwsze uprawy. Ziemię sprzedaje się trzem tysiącom lokalnych rolników w formie pięciohektarowych parceli, w sumie 15 tysięcy hektarów.

Zaczęło się kiepsko. Parcele nie produkowały wiele, niektóre w ogóle opuszczono. Okazało się – ale chyba nie powinno to być niespodzianką – że prości chłopi bez szkoły i przygotowania nie stali się z dnia na dzień sprawnymi przedsiębiorcami rolnymi. Projekt był o tyle niekompletny, że nie uwzględnił wsparcia technicznego i merytorycznego. Czas zrobił jednak swoje i chociaż w pewnym momencie mówiło się o Majes jako o porażce na wielką skalę, dzisiaj ten niewielki obszar pustynnej pampy zamienionej w zielone pola jest jednym z ważniejszych producentów rolniczych w kraju. Wzrosła zarówno różnorodność upraw, jak i rynki zbytu. Rolnicy oprócz lucerny wysiewają obecnie także cebulę, czosnek i inne warzywa, a producenci wysoko rentownych awokado, winogron czy komosy ryżowej organizują się w stowarzyszenia i spółdzielnie, by koordynować eksport. Zarządzanie systemem irygacyjnym – podobnie jak w przypadku ekwadorskim – prowadzi kolektywnie Rada Wody. Po sąsiedzku powstaje projekt Majes Siguas II przewidujący zirygowanie 40 tysięcy hektarów tego, co jak dotąd jest jeszcze pustynią. Ale jako że u władzy nie jest już pronarodowy generał, lecz neoliberalny prezydent, trwa dyskusja, czy ziemie sprzedać dużym agroprzedsiębiorcom (najpewniej zza granicy, jako że ziemia w Majes osiąga ceny w granicach stu tysięcy dolarów za hektar) na działkach od 200 hektarów wzwyż („Dzisiaj są inne czasy, […] trzeba myśleć o rynkach międzynarodowych, żeby się rozwijać!” – Ernesto Carnero, prezes Autonomicznego Zarządu Majes), czy raczej zostać przy małych i średnich gospodarstwach lokalnych producentów („Duże gospodarstwa rzeczywiście mogą podnieść poziom życia wybranych, ale społecznie rzecz biorąc to beznadziejne rozwiązanie” – Alipio Montes Urday, Centrum Studiów nad Rozwojem Regionalnym, obie wypowiedzi pochodzą z dziennika „El Pueblo”, Arequipa, 2 sierpnia 2015 r.).

Sam Pedregal – główne osiedle pampy Majes – to już nie to samo, co rachityczna Yauca. Miasto rośnie w oczach: mnożą się domy, sklepy, magazyny artykułów rolniczych, nowoczesne gmachy szkół, stadiony i hale sportowe. Po niespełna 40 latach rozwoju Pedregal zgromadził przeszło sto tysięcy mieszkańców i stał się drugim po stolicy miastem departamentu Arequipa. Stragany na targu uginają się od produktów, a na obrzeżach miejscowości lśni szklana fasada jednostki strażackiej o imponujących rozmiarach i nowoczesnym sprzęcie, rzecz w Peru nieczęsto spotykana. Wszystko to wtopione w otoczenie nieskazitelnej czystości, zadbanych, równych chodników i przystrzyżonego trawnika.

Wenezuela: wspólne decyzje

– „Wiadomo, że nie wszyscy przychodzą” – przyznaje M., gdy wchodzimy do dużego sklepu. Na drzwiach wisi pisane odręcznie obwieszczenie o najbliższym zebraniu rady wspólnoty Santa Rosa. – „To zależy od tematu. Gdy rzuciłam pomysł sadzenia drzew, zjawiły się dwie osoby. Ale już na spotkanie w sprawie rządowych kredytów na sprzęt AGD przyszło chyba całe osiedle”. Zebrania rady wspólnoty odbywają się co najmniej raz w miesiącu, ale w uzasadnionych przypadkach można zwoływać je częściej, na przykład gdy przychodzi wybrać nowych sekretarzy. – „Kadencja trwa dwa lata – opowiada M. – a o stanowisko można się ubiegać już w wieku 16 lat”. Pytam, od jakiego wieku w takim razie dzieci stają się członkami rady. – „Od kiedy się urodzą!” – odpowiada z entuzjazmem M., sekretarz komitetu infrastruktury. – „Rada wspólnoty to po prostu wszyscy mieszkańcy osiedla”.

W ciągu niespełna dziesięciu lat istnienia rada wspólnoty Santa Rosa przeprowadziła szereg projektów: nowy budynek szkoły podstawowej wraz z zadaszonym boiskiem (z inicjatywy komitetu infrastruktury), system kanalizacji i oczyszczania wody (komitet techniczny do spraw wody) czy liceum wieczorowe dla tych mieszkańców osiedla, którzy w młodości nie mieli możliwości skończyć szkoły średniej (komitet edukacji). – „Ale najważniejsze jest to, że udało się zorganizować i zintegrować sąsiadów w żywą wspólnotę” – podkreśla M. z nieskrywaną dumą.

Na comiesięcznych zebraniach wspólnota debatuje nad priorytetami działania. Jeśli takim priorytetem okaże się nowy budynek szkolny, sekretarz komitetu infrastruktury sporządza projekt. – „Sekretarz nie ma obowiązku rozwiązywania problemów wspólnoty” – zaznacza M. – „One powinny być rozwiązywane przez radę, czyli wszystkich mieszkańców”. I dodaje: „Sekretarz przekazuje jedynie propozycję swojej społeczności do odpowiednich instytucji”.

Sfinansować projekt rady mogą zarówno ministerstwo, samorząd powiatowy czy wojewódzkie, jak i wiele innych instytucji państwowych. Istnieje także specjalny fundusz centralny przeznaczony na wyjątkowo kosztowne projekty. Kontrolę nad wykorzystaniem pieniędzy pełni przyznający środki, a specjalny organ rządowy Funda Communal zapewnia pomoc prawną i doradztwo sekretarzom rad. W przypadku gdy wykonawca kontaktuje dodatkowy personel do pracy przy projekcie – co ma miejsce zazwyczaj w przypadku prac budowlanych – pierwszeństwo przy zatrudnieniu mają bezrobotni mieszkańcy osiedla. Na podgórskim osiedlu Santa Rosa, w ramach działań rady, wykonuje się również prace bezpłatne: raz na dwa tygodnie członkowie komitetu technicznego czyszczą zbiorniki gromadzące wodę ze strumieni tak, by z kranów nie leciało błoto i strzępki liści.

Nie brak oczywiście ciemnych stron rad wspólnot, które w zależności od regionu cieszą się różną sławą, a pomimo kontroli finansowych co rusz pojawiają się skandale dotyczące malwersacji środków przyznanych na projekty. Sprzeciw budzą również zakusy władzy centralnej, by używać rad jako narzędzia do politycznej kontroli regionów. Koniec końców rada jest jedynie narzędziem przy budowie organizacji społecznej: owoce działalności zawsze będą zależeć od tego, jak się takiego narzędzia użyje. – „W pierwszym roku po ustanowieniu w Wenezueli instytucji rad wspólnot – wspomina M. – ogłoszono, że przyznaje się każdej radzie trzydzieści milionów boliwarów na dowolny projekt. U nas wszyscy chcieli załatać dziurę w drodze wjazdowej na osiedle. Tymczasem w El Morro, jednym z maleńkich górskich miasteczek w okolicach Méridy, mieszkańcy kupili maszynę do produkcji dachówek i zbudowali piec do ich wypalania. Położyli za darmo dachówki na wszystkich domach w miasteczku, a teraz sprzedają swoje wyroby do Méridy. Zyski inwestują w nowe projekty społeczne, m.in. lokalne radio. Zadziałało: dobry, produktywny projekt. A nasi? Niby wykształceni miastowi, a wydali od razu całe pieniądze na jednorazowy drobiazg. Wszystko zależy od ludzi”.

Można wspólnie

Przykładów jest oczywiście więcej, bo cały subkontynent południowoamerykański emanuje jakąś specyficzną skłonnością do wspólnoty. Nawet w największych z latynoamerykańskich miast pęd współczesności nie wypalił tradycyjnego przywiązania do rodziny. Nawet najmniejsza z andyjskich wsi posiada swój lokal komunalny, gdzie odbywają się narady, zabawy czy sąsiedzkie mecze siatkówki. Piwo i paragwajskie tereré pije się w grupie z jednego naczynia, a transport publiczny miast i miasteczek najczęściej bazuje na działalności spółdzielni kierowców. Zresztą spółdzielczość – pomysł, by połączyć zalety możliwości finansowych i produkcyjnych dużego przedsiębiorstwa z satysfakcją z pracy na swoim – jest w Ameryce Południowej szczególnie rozpowszechniona. W obszernym raporcie na ten temat Międzynarodowa Organizacja Pracy przypisuje lokalnym kooperatywom „zróżnicowany wkład w zrównoważony rozwój”. Można przecież oczekiwać, że miejscowi, działając wspólnie, bardziej zadbają o środowisko, w którym żyją, niż ktoś, kto przychodzi z zewnątrz.

W Polsce spółdzielnie nie mają ani dobrej prasy, ani wsparcia instytucjonalnego. Po wejściu do Unii Europejskiej mówiło się głośno, że praca na większych areałach rolnych jest wydajniejsza niż na mniejszych. Zgoda. Zastanawia jednak, dlaczego nie zachęcano małych właścicieli do jednoczenia się w spółdzielnie. Zamiast tego wypłacano renty strukturalne w zamian za odsprzedanie ziemi większym właścicielom. W ten sposób wywłaszczono ponad 20 tysięcy polskich rolników. Tymczasem nawet w Paragwaju, rządzonym od kilkudziesięciu lat przez prawicę, praca kolektywna święci tryumfy: największe przedsiębiorstwa mleczarskie – Chortitzer czy Colonias Unidas – to spółdzielnie. Świetnie radzą sobie również kooperatywy kawowe w Peru, chociaż przykładem o zapewne największym rozgłosie międzynarodowym jest Juan Valdez. Pod tą marką kolumbijska Narodowa Federacja Producentów Kawy sprzedaje owoce pracy ponad pół miliona członków stowarzyszenia. Juan Valdez eksportuje do wszystkich krajów obu Ameryk i w wybrane miejsca w Europie i Azji, dysponuje także siecią sklepów i kawiarni. Czyli jednak można wspólnie? Chyba można.