Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

Polska jest jednym z najbardziej familiarnych społeczeństw w Europie. Nieprzypadkowo politycy nie tylko prawicy wciąż mówią o polskich rodzinach, o ich dobru, szczęściu i tak dalej. To oczywiście jest często czysty PR, ale wynika on z tego, że Polacy są autentycznie przywiązani do życia rodzinnego w większym stopniu niż inne narody Europy. Przesadny familiaryzm bez wątpienia może mieć mnóstwo negatywnych konsekwencji (mniejsza solidarność ogólnospołeczna, większe poważanie „obowiązków wobec rodziny” niż przepisów prawa czy instytucji itd.), jednak umiarkowany familiaryzm, polegający na trwałym przywiązaniu się członków rodzin do siebie, zły sam w sobie bez wątpienia nie jest.

Polski „crude marriage rate”, czyli odsetek małżeństw rocznie na tysiąc mieszkańców kraju, wynosi 5,1 i jest jednym z wyższych w UE. Przeciętna dla strefy euro to 4,1, a w Holandii czy Hiszpanii jest niższy niż 4. Jeszcze bardziej charakterystycznie wypadamy pod względem rozwodów – „crude divorce rate” wynosi nad Wisłą zaledwie 1,7, co jest szóstym najniższym wynikiem w UE. Wiele krajów ma „divorce rate” wyższy od 2,5, a kilka nawet wyższy od 3. W gigantyczny wręcz sposób odstajemy już w przypadku dzieci rodzących się poza małżeństwem. Tylko co czwarte dziecko w Polsce rodzi się poza małżeństwem, tymczasem średnia unijna jest niemal dwa razy wyższa. We Francji czy Słowenii dzieci ze związków pozamałżeńskich stanowią aż 60 proc. noworodków, a wielu krajach UE odsetek ten przekracza 50 proc.

Socjal dla rodzin

W tak familiarnym społeczeństwie jak Polska, nierówności szans powstają przede wszystkim w rodzinie. Ironicznie cytując klasyka, od tego, jak celnie wybierzemy sobie rodzinę, zależy cała nasza przyszłość. Jeśli urodzimy się w rodzinie majętnej, z wysokim kapitałem kulturowym, to niski poziom polskiego wsparcia socjalnego (który i tak drastycznie się podniósł po wprowadzeniu „500+”) nie przeszkodzi nam specjalnie w osiągnięciu czegoś w życiu. Tym bardziej, że będziemy mogli wykorzystać jeszcze rodzinne znajomości, a koneksje to kolejny kluczowy czynnik życiowego powodzenia nad Wisłą. Jeśli zaś źle wybierzemy sobie rodzinę, możemy mieć nieźle przechlapane. Od urodzenia będziemy mieli pod górkę, nie skorzystamy z większości dobrodziejstw familiaryzmu, a z dobrodziejstw instytucji państwa socjalnego też nie, bo takie wciąż nad Wisłą nie powstało (choć w ostatnich latach powoli zaczyna się wykluwać).

Dlatego nie jest niczym dziwnym, że ostatnie rozwiązania socjalne wprowadzane przez PiS trafiają przede wszystkim do rodzin z dziećmi. Po prostu najłatwiej w ten sposób wesprzeć szerokie grupy społeczne, bo powiązania rodzinne są w Polsce niezwykle silne. Wyprowadzka z domu rodzinnego następuje bardzo późno, nie tylko z powodów ekonomicznych, choć oczywiście też dlatego, a bliskie relacje z rodziną utrzymywane są długo po usamodzielnieniu się. Przykładowe „500+”, które formalnie trafia tylko do dzieci, które nie ukończyły 18 lat, wspiera też pośrednio dzieci dorosłe. Dzięki nadwyżkom finansowym rodziny mogą na przykład bardziej dofinansowywać dorosłe dzieci studiujące w innym mieście. Wspieranie rodzin w Polsce „rozchodzi się” na szerokie masy społeczne w dużo większym stopniu, niż ma to miejsce w krajach mniej familiarnych.

Często twierdzi się, że PiS wprowadza rozwiązania socjalne dla rodzin, by zdobyć ich głosy w wyborach. Jest to jednak argument zupełnie idiotyczny – generalnie politycy w demokracji walczą o głosy wyborców, próbując wprowadzać rozwiązania poprawiające byt społeczeństwa. Nie ma w tym niczego dziwnego. To w autokracjach można wprowadzać rozwiązania bez oglądania się na głosy wyborców, a przecież przeciwnicy PiS to podobno obrońcy demokracji. Zresztą rozwiązania wprowadzane przez ugrupowania liberalne równie dobrze można tak oceniać – obniżają podatki dla przedsiębiorców, więc walczą o ich głosy. A tak dziwnie się składa, że akurat tak się nie mówi, przynajmniej w mediach głównego nurtu.

Matczyne emerytury

Najnowszym rozwiązaniem wprowadzonym przez PiS, który wzbudził wielkie kontrowersje po stronie liberalnej, jest „emerytura dla matek czterech dzieci”, co jest trochę zwodnicze, gdyż w pewnych sytuacjach przysługiwać będzie ona też ojcom. Powszechnie twierdzi się, że jest to wsparcie dla matek, które nigdy nie pracowały, co będzie skłaniać młode kobiety do zaniechania kariery zawodowej i skupieniu się na rodzeniu dzieci. Z tych teorii przebija zwyczajna klasowa pogarda dla kobiet z klasy ludowej, bo przecież twierdzący tak komentatorzy nie myślą w ten sposób o swoich koleżankach z klasy średniej lub wyższej klasy średniej. Inaczej mówiąc, kobiety z klasy ludowej w momencie wchodzenia na rynek pracy podejmować mają decyzję, że pracę oleją i skupią się na rodzeniu i wychowywaniu np. piątki dzieci, gdyż dzięki temu już za kilkadziesiąt lat otrzymają szalone tysiąc złotych co miesiąc – doprawdy wspaniale, świetlana przyszłość! Przecież to absurd, takie rzeczy się nie dzieją. Nikt w ten sposób nie podejmuje decyzji na całe swoje życie, nawet przedstawiciele pogardzanej przez klasę średnią klasy ludowej. Abstrahując już od tego, że wychowywanie kilkorga dzieci to praca równie ciężka, jak zatrudnienie w korporacji, które cieszy się powszechnym szacunkiem.

Przede wszystkim, „emerytury dla matek” nie są świadczeniami dla rodzicielek czwórki i więcej dzieci, które nigdy nie pracowały, lecz dla tych, które nie uzbierały składek nawet na minimalne świadczenie. A to jest fundamentalna różnica. Kobiety wychowujące wiele dzieci mają zdecydowanie więcej problemów z utrzymaniem okresu składkowego na stabilnym poziomie. Mają dużo częstsze przerwy w pracy, ich CV nie jest potem okazałe, więc trudniej im zdobyć nieźle płatne zatrudnienie. Brak wystarczających na emeryturę minimalną składek wynika ze specyficznej sytuacji życiowej, a nie z lenistwa. Poza tym wprowadzenie „emerytury dla matek” jest nie tylko wsparciem, ale też symbolicznym docenieniem pracy w domu – jako właśnie pracy. To jest przecież feministyczna przesłanka.

Z drugiej strony jest faktem, że wiele kobiet wychowujących np. trójkę dzieci, albo nawet i czwórkę czy dwójkę, zdobędzie emeryturę minimalnie wyższą, powiedzmy na poziomie 1200 zł. One w takiej sytuacji mogą czuć się autentycznie poszkodowane. Przecież wychowanie i wcześniej urodzenie dwójki czy trójki dzieci również ogranicza ich możliwości zarobkowania – także one mają przerwy w pracy i mniejsze możliwości zwiększania swych kompetencji. Gdyby nie miały dzieci, ich emerytury najpewniej byłyby znacznie wyższe. Zamiast jednak krytykować „emerytury matczyne”, należałoby raczej wprowadzić dodatkowe rozwiązanie, które zwiększałoby wymiar emerytury dla każdej matki, zależnie od liczby urodzonych dzieci – np. za pierwsze dziecko dodatkowe 50 zł do emerytury, za drugie dodatkowe 100 (czyli w sumie 150 zł), a za trzecie i kolejne dodatkowe 200 zł (czyli matka trójki dzieci miałaby w sumie dodatkowe 450 zł do emerytury). To bez wątpienia nie tylko polepszyłoby sytuację emerytalną kobiet, ale też oddałoby im sprawiedliwość.

Usługi razem ze świadczeniami

Oczywiście samymi transferami nie da się poprawić bytu rodzin jako całości ani kobiet w rodzinach. Potrzebne są też rozwinięte usługi opiekuńcze, aby matki (i ojcowie zresztą też) miały dużo większe możliwości łączenia pracy z rodzicielstwem. PiS często oskarżany jest o to, że chce zostawić kobiety w domach, co trochę się kłóci z faktem, że to właśnie ta partia zwiększyła trzykrotnie (do 450 mln zł) środki dostępne w programie „Maluch+”, z którego jednostki samorządu terytorialnego mogą dofinansowywać żłobki na swoim terytorium.

O ile oferty przedszkoli i szkół w ostatnich latach wyraźnie się poprawiły, to dostępność żłobków nadal jest fatalna. Do żłobków chodzi wciąż mniej niż co dziesiąte dziecko w wieku do lat trzech. Co gorsza, są w tej kwestii gigantyczne różnice terytorialne – o ile w dolnośląskim do żłobków chodzi 14 proc. dzieci w tym wieku, to już w warmińsko-mazurskim jedynie 6 proc. W 2017 roku liczba miejsc w żłobkach wzrosła o 15 proc., co na papierze wygląda doskonale, ale łatwo o tak duże wzrosty przy tak niewielkich liczbach. Co gorsza, zaledwie 50 tys. ze 106 tys. miejsc jest w placówkach publicznych, które są zdecydowanie tańsze niż prywatne. Wiele rodzin rezygnuje z posłania dziecka do żłobka, jeśli nie dostanie się ono do placówki publicznej.

Z tej perspektywy 450 mln zł na nowe żłobki to i tak wciąż kropla w morzu potrzeb. Nawet jeśli roczny wzrost liczby miejsc w żłobkach będzie sięgać 20 proc., to minie wiele lat zanim sytuacja stanie się satysfakcjonująca.

Egalitaryzm w domu

Fundamentalnym czynnikiem określającym sytuację kobiet na rynku pracy jest równy podział obowiązków w domu. Mógłby ktoś powiedzieć, że nie jest rolą państwa wprowadzać takie zmiany. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że państwo ma ku temu instrumenty. Może przede wszystkim wprowadzić obowiązkowy urlop tacierzyński. Obecnie istnieje dodatkowy urlop ojcowski, ale to raczej listek figowy, bo może trwać on najwyżej 14 dni. W aktualnej sytuacji rodziny mają do dyspozycji 20-tygodniowy urlop macierzyński, który może wykorzystać matka, oraz 32-tygodniowy urlop rodzicielski, który może wykorzystać jeden z dowolnych małżonków. W związku z tym, że kobiety w Polsce (i nie tylko) mniej zarabiają, w zdecydowanej większości przypadków urlop rodzicielski również bierze matka (otrzymuje wtedy 80 proc. wynagrodzenia).

To oczywiście powoduje, że kobiety mają większe przerwy w zatrudnieniu, a pracodawcy patrzą na nie mniej łaskawym okiem, gdyż wiąże się z nimi ryzyko odejścia na rok na zwolnienie (i to niekoniecznie jedno). W czasie pozostawania młodej matki w domu w sposób naturalny kreuje się też podział domowych obowiązków, który potem zostaje na następne lata. Tymczasem 32-tygodniowy urlop rodzicielski mógłby być np. również podzielony na połowę – jedna część dla dowolnego rodzica, a druga obowiązkowo dla ojca. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby całe 52 tygodnie podzielić na dwie części – pierwsza obowiązkowo dla matki, a druga obowiązkowo dla ojca. Dzięki temu sytuacja kobiet na rynku pracy byłaby bliższa sytuacji mężczyzn (oczywiście w przypadku kobiet dochodzi jeszcze czasem dosyć długie L4 związane z ciążą), a w domach nie utrwalałby się nierówny podział zadań.

Bardzo ciekawy pomysł zgłosili jakiś czas temu posłowie PSL. Zaproponowali oni 7-godzinny dzień pracy dla rodziców opiekujących się dzieckiem do lat 15. Obecnie funkcjonuje coś podobnego w bardzo, ale to bardzo szczątkowej formie – z pracy o godzinę wcześniej mogą wychodzić matki karmiące piersią. Wprowadzenie tego rozwiązania mogłoby być pierwszym krokiem ku ograniczeniu czasu pracy, co postulowała niedawno Partia Razem. Trochę tak, jak „500+” może być pierwszym krokiem ku wprowadzeniu kiedyś w Polsce bezwarunkowego dochodu podstawowego. Dzięki temu rodzice, którzy mają mniej czasu wolnego niż pracownicy bezdzietni, mieliby więcej wytchnienia i czasu dla rodziny. I to zresztą również mogłoby się przyczynić do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu.

Nie ma nic złego w tym, że PiS wprowadza polską wersję państwa dobrobytu skierowaną w pierwszej kolejności do rodzin. Przy tak familiarnym społeczeństwie, jak Polska, takie wsparcie ma szanse bardziej społecznie rezonować. Jednak zatrzymanie się na „500+”, 300-złotowej wyprawce szkolnej i na „emeryturach matczynych” byłoby wielkim błędem. Potrzebne są kolejne reformy, przede wszystkim znacznie zwiększające nakłady na publiczne usługi opiekuńcze oraz zmiany prowadzące do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu. Oczywiście, żeby móc wprowadzić nowe programy na szeroką skalę, niezbędne będzie zdobycie nowych środków budżetowych. Czyli podniesienie podatków, szczególnie dla dobrze zarabiających, a także zniesienie szeregu ulg dla firm. Pytanie tylko, czy partia Jarosława Kaczyńskiego jest na takie zmiany podatkowe gotowa. Historia uczy, że akurat w tym obszarze PiS bardzo nie chce nadepnąć na odcisk najsilniejszych ekonomicznie grup w Polsce. Pozostaje więc czekać na rządy lewicy – ale autentycznej lewicy, a nie progresywnych liberałów, takich jak Robert Biedroń.

Piotr Wójcik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski

Ewangelia Konsumpcjonizmu

Ewangelia Konsumpcjonizmu

Prywatne samochody były w roku 1919 rzadkością, a ludzie przemieszczali się głównie za pomocą dorożek. W dzielnicach mieszkalnych królowały lampy gazowe, elektryfikacja posuwała się bardzo powoli. Energia elektryczna w prywatnych domach była luksusem dostępnym jedynie dla najbogatszych.

Już dziesięć lat później sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Samochody dominowały na ulicach miast, w większości domów były żarówki, elektryczne żelazka, odkurzacze. W domach zamieszkanych przez wyższą klasę średnią standardem były pralki, lodówki, tostery, lokówki do włosów, elektryczne ogrzewacze czy maszyny do prażenia kukurydzy. I chociaż pierwsza komercyjna rozgłośnia radiowa zaczęła nadawać dopiero w 1920 r., społeczeństwo amerykańskie, ze 122 milionami dorosłych obywateli, w samym tylko 1929 r. kupiło prawie 4,5 miliona radioodbiorników.

Jednak pomimo tej potężnej fali nowych produktów i rosnącego apetytu na ich nabywanie, szefowie przedsiębiorstw byli mocno zaniepokojeni. Obawiali się, że trudno będzie zmienić typowy dla ówczesnych Amerykanów oszczędny styl życia. Jeszcze bardziej groźną wydawała się realna perspektywa, że wzrost mocy produkcyjnych przekroczy tempo, w jakim obywatele będą nabywać nowe przedmioty w przekonaniu, że są im one niezbędne.

Właśnie to ostatnie zagrożenie było główną motywacją do napisania w 1929 r. przez dyrektora General Motors Research, Charlesa Ketteringa, artykułu pod znamiennym tytułem: „Konsument musi być niezadowolony”. I bynajmniej nie było celem tego artykułu namawianie producentów do wytwarzania bubli, które po niedługim czasie nadawałyby się jedynie na śmietnik. Wyrażając poglądy szerokiej rzeszy kapitalistów, Kettering zdefiniował w nim strategiczny zwrot w filozofii funkcjonowania amerykańskiego przemysłu: produkcja dla zaspokajania potrzeb ludzi miała ustąpić miejsca ciągłemu tworzeniu nowych potrzeb, które zastępowałyby te już zaspokojone.

Z kolei w wywiadzie udzielonym w 1927 r. czasopismu „Nation’s Business”, minister pracy James J. Davis przytoczył kilka obrazowych wskaźników, aby zilustrować problem nazwany przez „New York Times” „nasyceniem potrzeb”. Davis zauważył, że „działające w kraju fabryki odzieżowe w ciągu zaledwie pół roku normalnej pracy są w stanie wyprodukować taką ilość ubrań, która zaspokoi potrzeby mieszkańców”, a tylko 14% amerykańskich fabryk obuwia byłoby zdolne wytworzyć tyle par butów, ile Amerykanie kupują w ciągu roku. W komentarzu do tego wywiadu dziennikarze stwierdzili, że „można sobie łatwo wyobrazić sytuację, w której zaspokojenie potrzeb konsumpcyjnych ludności świata wymagałoby zaledwie trzydniowego tygodnia pracy”.

Nietrudno się domyślić, że szefowie firm i właściciele fabryk wykazywali niewielki entuzjazm wobec wizji społeczeństwa, które nie byłoby zorganizowane wokół celu, jakim jest produkcja dóbr materialnych na jak największą skalę. Z ich punktu widzenia, prowadząca do oszczędności pracy ludzkiej mechanizacja przemysłu była nie tyle szansą na wyzwolenie człowieka, co poważnym zagrożeniem dla ich pozycji w systemie sprawowania władzy. John E. Edgerton, przewodniczący Krajowego Zrzeszenia Producentów (National Association of Manufacturers – NAM), wyraził typowy dla swojej grupy społecznej pogląd w następującej deklaracji: „Opowiadam się całym sercem za rozwiązaniami, które uczynią pracę bardziej przyjemną, ale jednocześnie sprzeciwiam się wszelkim zmianom, które mogą doprowadzić do dalszego podważania jej znaczenia. Główny akcent powinien zostać położony na pracę – więcej lepszej pracy”. Jego zdaniem, „nic nie przyczynia się bardziej do powstawania radykalnych nastrojów niż niezadowolenie z życia – chyba, że czas wolny”.

W końcówce lat 20. elitom politycznym i gospodarczym w Stanach Zjednoczonych udało się znaleźć sposób na to, by zredukować zagrożenia związane ze stagnacją gospodarki i radykalizacją klasy robotniczej. Odpowiedzią była „Ewangelia Konsumpcjonizmu” (określenie jednego z konsultantów współpracujących z przemysłem), z jej podstawowym założeniem, że da się ludzi przekonać do tego, iż niezależnie jak wiele posiadają, jest to wciąż za mało. Powołana przez prezydenta Herberta Hoovera w 1929 r. Komisja ds. Aktualnych Przemian Gospodarczych w swoim optymistycznym raporcie tak podsumowała efekty wprowadzania w życie tej filozofii: „Dzięki reklamie i innym działaniom promocyjnym /…/ możliwy był znaczący wzrost produkcji, co pozwoliło wykorzystać dotychczas zamrożone zasoby kapitałowe”. W raporcie stwierdzono z nieskrywaną satysfakcją, że doszło do jakościowego przełomu w rozumieniu i wykorzystaniu mechanizmów rynkowych: „Z punktu widzenia rozwoju gospodarczego, możliwości stojące przed nami są praktycznie nieograniczone. Wynikają one z ciągłego nienasycenia, z tego, że zaspokojenie dzisiejszych żądz skutkować będzie zawsze natychmiastowym powstaniem nowych”.

W dzisiejszych czasach dewiza „pracuj, pracuj i jeszcze raz pracuj” jest powszechnie akceptowanym sposobem na życie i funkcjonowanie w społeczeństwie. Zastępowanie pracy ludzkiej coraz doskonalszymi maszynami jedynie przyspieszyło ten trend. Nie ulega wątpliwości, że zastosowanie maszyn i nowoczesnych technologii może prowadzić do oszczędności pracy, ale jedynie wówczas, gdy przestają one pracować w momencie zaspokojenia naszych potrzeb. Innymi słowy, automatyzacja daje ludziom możliwość krótszej pracy, możliwość, którą jako społeczeństwo każdego dnia odrzucamy. Tym samym dajemy właścicielom owych maszyn przyzwolenie, by to oni definiowali ich funkcję, którą ma być nie redukcja pracy, lecz „wyższa wydajność” i wynikający z niej wprost imperatyw konsumpcji wszystkiego, co cały ten system jest w stanie wytworzyć.

Już w pierwszych dniach Ery Konsumpcjonizmu znaleźli się ludzie, którzy poddawali ją ostrej krytyce. Jednym z najbardziej wpływowych był Arthur Dahlberg, którego wydana w 1932 r. książka pt. „Jobs, Machines, and Capitalism”, była bardzo dobrze znana decydentom w Waszyngtonie. Pisał on, że „niemożność skrócenia dnia pracy /…/ jest podstawową przyczyną nierówności szans, nadmiernego rozwoju przemysłu, ogromnych strat czasu i wysiłku w związku z ciągłą konkurencją, potężnego wpływu reklamy oraz naszego imperializmu gospodarczego”. Ponieważ znaczna część produkcji nie miała już na celu zaspokojenia podstawowych potrzeb społeczeństwa, czterogodzinny dzień pracy, według Dahlberga, stawał się koniecznością, by uniknąć stoczenia się społeczeństwa w katastrofalny materializm. Utrzymanie dnia pracy w dotychczasowym wymiarze, w sytuacji zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, prowadzi jego zdaniem do tego, że chęć zysku staje się „zarówno twórcą, jak i narzędziem zaspokajania potrzeb duchowych”. Nie mogąc znaleźć innych sposobów powiększania zysku, przemysł „zaczyna pakować mydło w piękne pudełka, wmawiając nam, że jest ono balsamem dla duszy”.

Przez pewien czas istniała wizjonerska w swojej istocie alternatywa dla Ewangelii Konsumpcjonizmu. W 1930 r., Kellogg Company, jeden z największych światowych producentów płatków śniadaniowych, ogłosił, że wszyscy spośród niemal 1500 pracowników zatrudnionych w jego zakładach przejdą na sześciogodzinny dzień pracy. Prezes firmy Lewis Brown i jej właściciel W. K. Kellogg wskazywali, że „system czterech zmian sześciogodzinnych /…/ zamiast trzech ośmiogodzinnych, zapewni pracę i tym samym źródło utrzymania dodatkowym trzystu rodzinom żyjącym w Battle Creek”.

Kroki podjęte przez dyrekcję firmy spotkały się z oczywistym poparciem załogi, zwłaszcza, że kraj bardzo szybko staczał się w Wielki Kryzys. Jednak, jak wskazuje Benjamin Hunnicutt w swojej książce „Kellogg’s Six-Hour Day” (Sześciogodzinny dzień Kellogga), wizja Browna i Kellogga sięgała dalej niż do stworzenia dodatkowych miejsc pracy. Mieli oni mianowicie nadzieję wykazać, że „swobodna wymiana towarów, usług i pracy w warunkach wolnego rynku nie musi skutkować bezmyślną konsumpcją, wyzyskiem ludzi czy nieograniczoną eksploatacją środowiska naturalnego”. Ich marzeniem było „wyzwolenie robotników poprzez stopniowe skracanie dnia pracy i wzrost płac, by ostatecznie osiągnęli oni wolność obiecaną w Deklaracji Niepodległości – dążenia do szczęścia”.

Oczywiście zmiany wprowadzane w firmie nie oznaczały rezygnacji z zysków. Jej kadra zarządzająca była po prostu przeświadczona, że kobiety i mężczyźni zatrudnieni w zakładzie będą pracować znacznie bardziej efektywnie w cyklu krótszych zmian. Spodziewano się też, że zatrudnienie większej liczby ludzi spowoduje wzrost siły nabywczej lokalnej społeczności i, co z tym związane, konsumpcji dóbr, włączając w to produkowane przez Kellogga płatki owsiane i kukurydziane.

Krótszy dzień pracy łączył się z obniżeniem całkowitych wynagrodzeń pracowników. Aby to złagodzić, Kellogg zdecydował się podwyższyć stawkę godzinową, wprowadził też system premii, które miały zachęcić ludzi do bardziej wydajnej pracy. Zlikwidowano przerwy na lunch, wychodząc z założenia, że pracownicy będą woleli przepracować swoje skrócone zmiany i wracać jak najszybciej do domów. W wysłanym do każdego pracownika liście, Brown podkreślał rolę „dochodu psychicznego”, związanego z „radością płynącą z przebywania w domu, cieszenia się jego otoczeniem, zadowolenia z wykonywanej pracy, życzliwości sąsiadów, a także tych wszystkich przyjemności, które trudno przeliczyć na dolary i centy”. Dłuższy wypoczynek i większa ilość wolnego czasu, wyrażał nadzieję, doprowadzą do „wyższych standardów w szkołach oraz życiu publicznym”, co z kolei umożliwi firmie „pozyskiwanie nowych pracowników z porządnych środowisk i dobrych dzielnic”.

Była to atrakcyjna wizja, i co ważniejsze, sprawdzała się. Nie tylko firma kwitła, ale jak odnotowywali dziennikarze gazet takich jak „Forbes” czy „Business Week”, zdecydowana większość pracowników zatrudnionych w Kellogg’s bardzo pozytywnie przyjęła krótszy tydzień pracy. Jeden z nich opisywał, że zmiany te skutkowały „większym zaangażowaniem w ogrodnictwo i upiększanie okolicy, uprawianie sportów i osobiste pasje; kwitło czytelnictwo i rozwijali się umysłowo ci, którzy mieli szczęście tam pracować”.

Badania opinii przeprowadzone przez ministerstwo pracy w tamtym czasie, podobnie jak wywiady Hunnicutta z byłymi pracownikami, w pełni potwierdzają ten obraz. Rządowi ankieterzy wskazywali na „niewielki stopień niezadowolenia z powodu obniżonych wynagrodzeń wskutek skrócenia czasu pracy, pomimo tego, że w większości przypadków obniżki te były wyraźnie odczuwalne”. Jeden z ankietowanych chwalił sobie „możliwość spędzania większej ilości czasu z rodziną”. Inny wspominał, że dzięki skróceniu dnia pracy „mógł po powrocie do domu zająć się swoim ogrodem”. Jedna z kobiet wskazywała, że jej mąż dzięki krótszym zmianom mógł spędzać więcej czasu „z czwórką synów, w okresie, gdy kontakt z ojcem był szczególnie ważny dla ich rozwoju”.

Te dodatkowe godziny wolnego czasu pozwoliły części pracowników zająć się rzeczami, które w innym przypadku pozostawałyby poza ich zasięgiem. Hunnicutt opisuje jak pod koniec jednego z wywiadów, 80-letnia kobieta zaczęła opowiadać o tenisie stołowym. „Bardzo często się spotykaliśmy. W naszym domu stał stół do ping-ponga i krewni przychodzili na obiad, a potem wszyscy w niego graliśmy”. Z czasem doszła do takiej wprawy, że zwyciężyła w zawodach stanowych.

Wiele spośród kobiet zatrudnionych w zakładach Kellogga przeznaczało dodatkowy czas wolny na prace domowe. Ale nawet wówczas organizowały one życie w taki sposób, by te prace angażowały całą rodzinę; przykładem może być robienie przetworów. Jedna z nich wspominała, jak stało się ono „projektem rodzinnym”, który sprawiał wszystkim dużo radości i satysfakcji, nawet synom, dla których było to okazją „do otworzenia się i prowadzenia szczerych rozmów”. Według Hunnicutta, robienie przetworów stało się instytucją znacznie wykraczającą swoim znaczeniem poza konserwację produktów żywnościowych. „Było okazją do dzielenia się historiami, radościami i problemami dnia codziennego, do żartowania, sprzeczania się, wspólnego śpiewania. Współczesne standardy wyalienowanej pracy zawodowej zostały odrzucone na rzecz starszego, /…/ bardziej »biesiadnego« modelu pracy wspólnej”.

Wszystko to efekt działania tysięcy maleńkich, niemal niewidocznych więzi łączących krewnych, przyjaciół i sąsiadów. Składają się one na złożoną strukturę stanowiącą fundament życia społecznego, w sposób podobny do tego, w jaki żyzna ziemia jest podstawą naszej egzystencji. W momencie, gdy za naszym przyzwoleniem jeden z członków społeczności, czy to w wyniku własnej nieroztropności czy czynników zewnętrznych, zostaje zepchnięty w biedę, wystawiamy na ryzyko przetrwanie całej naszej wspólnoty.

Nasze obecne położenie w doskonały sposób obrazuje to zagadnienie. W 2005 r. wydatki amerykańskich gospodarstw domowych były, po uwzględnieniu inflacji, 12-krotnie wyższe niż w 1929 r., a na produkty trwałe, jak samochody czy artykuły AGD, wydawały one ponad 30-krotnie więcej. Jednocześnie, w 2000 r. przeciętna rodzina spędziła w pracy prawie 500 godzin więcej niż 20 lat wcześniej. A zgodnie z danymi zebranymi przez Bank Rezerw Federalnych w latach 2004 i 2005, wydatki ponad 40% rodzin w USA przekraczają ich dochody. Przeciętne gospodarstwo domowe jest zadłużone na kwotę 18654 dolarów, nie wliczając w to kredytów hipotecznych na zakup domów. Poziom zadłużenia w ciągu ostatnich dwóch dekad uległ podwojeniu i znajduje się obecnie na rekordowym poziomie. Bez przesady można powiedzieć, że pracujemy jak w kieracie po to tylko, by móc skonsumować tę ogromną ilość dóbr i produktów, które wychodzą z naszych fabryk.

A moglibyśmy pracować mniej, wydawać mniej i wciąż żyć na bardzo przyzwoitym poziomie. Na początku lat 90. ilość produktów i usług wytwarzanych na godzinę pracy była dwukrotnie wyższa niż w drugiej połowie lat 40., a do 2006 r. wzrosła o kolejne 30%. Innymi słowy, gdyby amerykańskie społeczeństwo kolektywnie podjęło decyzję by wrócić do poziomów produkcji i konsumpcji sprzed 17 lat, moglibyśmy skrócić standardowy 40-godzinny tydzień pracy do 5,3-godzinnego dnia pracy, lub – gdyby „cofnąć się” do 1948 r. – do 2,7-godzinnego dnia pracy. Już wtedy byliśmy najbogatszym krajem świata i do dnia dzisiejszego społeczeństwom wielu państw nie dane było osiągnąć tamten poziom życia.

Zamiast docenić zalety bogatszego życia społecznego, będącego wynikiem wprowadzonej w życie wizji Kellogga, podporządkowaliśmy się modelowi, w którym więzi społeczne uległy redukcji. Materializm skutecznie izoluje nas od rodziny, znajomych i sąsiadów: po prostu nie mamy dla nich czasu. W przeciwieństwie do naszych pradziadków, którzy przeżywali swoje życie, my je tracimy. Każdy, kto przyglądałby się temu z zewnątrz, doszedłby do wniosku że staliśmy się ofiarą jakiegoś dziwnego czaru, nowoczesnej odmiany klątwy rzuconej na króla Midasa, która wszystko czego się dotkniemy, zamienia w produkt wytworzony przez coraz doskonalszą technologię.

Rzecz jasna nie wszyscy w równym stopniu uczestniczą w tym zakupowym szaleństwie, choćby ze względów finansowych. Miliony Amerykanów zmuszone są do pracy na kilku etatach za głodowe stawki, wielu też pozostaje przed długi czas bez zatrudnienia. Tym niemniej, bieda nie stanowi bariery ochronnej przez Ewangelią Konsumpcjonizmu, z czego doskonale zdają sobie sprawę specjaliści od reklamy i marketingu.

W międzyczasie, dobra nowina konsumpcjonizmu dociera daleko poza granice kraju, w którym ją pierwszy raz ogłoszono. Odzież, gry wideo, meble, zabawki i inne towary kupowane codziennie przez miliony Amerykanów, są obecnie wytwarzane w odległych krajach, często przez marnie wynagradzanych robotników pracujących w skandalicznych warunkach. Surowce niezbędne do wytwarzania tych produktów uzyskiwane są nierzadko w wyniku rabunkowej eksploatacji. U nas w kraju aktywność biznesowa kręci się wokół projektowania tych towarów, finansowania ich produkcji, prowadzenia zakrojonych na olbrzymią skalę kampanii reklamowych oraz – rzecz jasna – liczenia zysków.

Wizja Kellogga, pomimo dużej popularności wśród jego pracowników, nie spotkała się z ciepłym przyjęciem innych przedsiębiorców. Tym niemniej książka Dahlberga wywarła ogromny wpływ na poglądy senatora Hugo Blacka (późniejszego sędziego Sądu Najwyższego), który w 1933 r. wystąpił z projektem ustawy wprowadzającej 30-godzinny tydzień pracy. Prezydent Roosevelt, który z początku wydawał się zgadzać z propozycjami Blacka, szybko przeszedł jednak na stronę przedstawicieli biznesu, którzy w większości sprzeciwiali się im. Co więcej, jego administracja przygotowała cały pakiet ustaw sankcjonujących 40-godzinny tydzień pracy w kształcie, w jakim występuje on do dziś.

Co najmniej dekadę przed tym, jak projekt Blacka trafił pod obrady Kongresu, apostołowie Ewangelii Konsumpcjonizmu rozpoczęli opracowywanie strategii obronnych. Jednak w obliczu pogłębiającego się Wielkiego Kryzysu, społeczeństwo było co najmniej niezdecydowane w sprawie roli, jaką w państwie powinny odgrywać wielkie koncerny przemysłowe. Związki zawodowe zyskiwały nie tylko społeczne poparcie, ale także ustawowe uprawnienia, a administracja prezydenta Roosevelta, w ramach programu Nowego Ładu, wprowadzała regulacje działalności gospodarczej na skalę niespotykaną w historii kraju. Wielu magnatów przemysłowych uznało Nowy Ład za poważne zagrożenie. James A. Emery, szef doradców prawnych NAM, ogłosił „wezwanie do broni” i nawoływał do walki przeciwko „okowom irracjonalnych regulacji” i „hamującym postęp obciążeniom podatkowym”, charakteryzując doktrynę Nowego Ładu jako wytwór „obcych najeźdźców godzący w naszą myśl narodową”.

Idąc za tym wezwaniem, reprezentowana przez NAM elita przemysłowo-gospodarcza USA – General Motors, wielkie huty stali, General Foods, DuPont itp. – postanowiła stworzyć własną propagandę. Wewnętrzna notatka NAM nawoływała do „przedstawiania wszystkiego z punktu widzenia korzyści, jakie przeciętny Amerykanin odnosi z gospodarki wolnorynkowej”. NAM zorganizowała także wielką kampanię pod nazwą „American Way”. Zgodnie z protokołem jednego z zebrań NAM, jej celem było wytworzenie w społeczeństwie przekonania, że „wolny rynek na równi z wolnością słowa, prasy i religijną, stanowi integralny element demokracji”.

Konsumpcja nie była jedynie osią kampanii perswazyjnej – próbowano ją także wbudować w system polityczny. W broszurze programowej, opracowanej przez agencję reklamową J. Waltera Thompsona, czytelnik dowiadywał się, że „w systemie kapitalizmu prywatnego to właśnie On, Konsument i Obywatel, jest szefem”, który „nie potrzebuje czekać na kolejne wybory ani posiedzenie ławy przysięgłych. »Głosuje« bowiem za każdym razem, gdy podejmuje decyzję o nabyciu jednego produktu a odrzuceniu drugiego”.

Zdaniem Edwarda Bernaysa, jednego z pionierów nowoczesnego zarządzania wizerunkiem i głównego architekta „American Way”, wybory, przed którymi staje obywatel w lokalu wyborczym, niczym się nie różnią od decyzji podejmowanych na stoisku w pawilonie handlowym czy przed półką sklepu spożywczego. Podstawową regułą w obu przypadkach jest to, by wybór obejmował ograniczony zestaw możliwych opcji, które są z kolei starannie wyselekcjonowane przez „niewidzialny rząd” stworzony przez speców od marketingu i reklamy wielkiego biznesu. Bernays przekonuje, że w „społeczeństwie demokratycznym” obywatele „są i muszą być zarządzani, konieczne jest odgórne formowanie /…/ ich poglądów, sposobów myślenia i gustów, w większości rękami ludzi, z których istnienia społeczeństwo nawet nie zdaje sobie sprawy”.

NAM utworzyło ogólnokrajową sieć, której celem było zapewnienie, by broszura J. Waltera Thompsona i inne podobne materiały trafiały do bibliotek i programów nauczania w szkołach w całych USA. Efektem kampanii były także liczne artykuły w prasie, w których cytowano „niezależnych ekspertów”, w rzeczywistości opłacanych przez środowiska biznesowe. Powstały też nowe czasopisma i krótkie filmy dla dzieci i dorosłych. Ich tytuły mówią same za siebie: „Tworzymy Lepszych Amerykanów”, „Sprzedawać jest rzeczą amerykańską” czy „Ameryka Podąża Naprzód”.

Prawdopodobnie jednym z największych sukcesów tej kampanii była wystawa „American Way” w czasie targów światowych, które odbyły się w Nowym Jorku w 1939 r. Ich dyrektor określił tę wystawę jako „największe wydarzenie z dziedziny public relations w historii przemysłu”, zdolne do stawienia czoła „propagandzie Nowego Ładu”. Hasłem przewodnim targów było „Budujemy Świat Jutra”, a one same stały się forum, na którym przedstawiciele amerykańskich korporacji w sposób dosłowny stworzyli fundamenty przyszłego modelu gospodarczego i społecznego. Najsłynniejszą ekspozycją była przygotowana przez General Motors na powierzchni prawie 4 tys. m2 Futurama, gdzie zwiedzający mieli możliwość odwiedzenia aglomeracji Democracity, miasta wielopasmowych autostrad, które niosły obywateli z ich wiejskich domów do pracy w szklanych drapaczach chmur.

Przy całym swoim impecie i ogromie zaangażowanych środków, „American Way” nie poskutkowała natychmiastowym, masowym, entuzjastycznym poparciem dla korporacji i prezentowanej przez nie wizji przyszłości. Tym niemniej, możliwe było stworzenie ideologicznych podwalin pod zmiany, do których doszło po zakończeniu II wojny światowej, zmiany, które stworzyły to, co do dnia dzisiejszego określa się „powojenną Ameryką”.

Wybuch wojny zmusił ludzi do pracy w wymiarze nigdy nie osiągniętym za czasów Nowego Ładu, co budziło obawy o silny wzrost bezrobocia po zakończeniu działań zbrojnych. Robotnicy zatrudnieni w zakładach firmy Kellogg’s podczas wojny pracowali 48 godzin w tygodniu, ale większość z nich gotowa była na powrót do 30-godzinnego tygodnia pracy. Niestety, krótko przed wojną W. K. Kellogg i Lewis Brown przekazali zarząd nad firmą nowemu zespołowi menedżerów.

Nowy zarząd widział w krótszym dniu pracy jedynie zagrożenie i źródło kosztów, nie dostrzegając korzyści płynących z niego. Praktycznie zaraz po zakończeniu wojny rozpoczął kampanię podważającą sens takiego rozwiązania. Zaoferowano pracownikom kuszący plan dodatków finansowych w przypadku, gdy poprą wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy. Pomimo tego, w głosowaniu przeprowadzonym w 1946 r., 77% mężczyzn i 87% kobiet zatrudnionych w firmie wyraziło chęć powrotu do 30-godzinnego tygodnia pracy. Co warte podkreślenia, decyzja ta wiązała się ze znacznym obniżeniem wynagrodzeń, ze sztucznie zawyżonego poziomu z czasów wojny.

Odpowiedzią zarządu było wydanie sześciogodzinnemu dniowi pracy wojny pozycyjnej. Wysokokwalifikowanym robotnikom zatrudnionym na wydziałach, na których pomysł wydłużenia dnia pracy spotkał się z najmniejszym sprzeciwem, zaoferowano specjalne przywileje. W Ameryce, która właśnie wydostała się z wojny i wcześniejszego kryzysu, metoda ta musiała przynieść oczekiwane skutki. Ale nie wszyscy poddali się temu trendowi. W zakładach Kellogga istniała silna, choć kurcząca się z czasem grupa ludzi, których Hunnicutt określa mianem „Indywidualistów” (mavericks), sprzeciwiających się wprowadzeniu dłuższego dnia pracy. Na wydziałach, w których się skupiali, udało się utrzymać sześciogodzinny dzień pracy aż do 1985 r., kiedy to całkowicie i ostatecznie go zlikwidowano. „Indywidualiści” odrzucali forsowaną przez zarząd, związki zawodowe i wielu kolegów z pracy tezę, że dodatkowe wynagrodzenie związane z wydłużeniem czasu pracy warte jest przejścia na ośmiogodzinny dzień pracy. Pomimo ogromnych różnic pomiędzy zasobnością społeczeństwa w latach 30. i 80. ubiegłego wieku, korzyści z sześciogodzinnego dnia pracy opisywano niemal identycznie. Jedna z kobiet, zaniepokojona tym, że jej syn musi dużo pracować, powiedziała, że „przez to nie ma on wcale czasu na cieszenie się życiem, na odwiedziny krewnych i znajomych, na przebywanie z rodziną, na zajmowanie się innymi rzeczami, które kocha i które sprawiały mu wcześniej wiele radości”.

Niektórzy wskazywali na bezpośrednią zależność pomiędzy dłuższym dniem roboczym a konsumpcjonizmem. „Pracując sześć godzin dziennie bardzo dobrze sobie radziłem z utrzymaniem rodziny i zaspokojeniem jej podstawowych potrzeb. Dłuższa praca była mi zupełnie niepotrzebna – twierdził jeden z mężczyzn. – Wielu myślało, że po wydłużeniu dnia pracy wszyscy nagle staną się bogatsi, ale nic takiego nie nastąpiło. /…/ Niektórzy korzystając z większych zarobków szybko kupili sobie samochody, ale niewiele na tym zyskali, bo utrzymanie samochodu pochłaniało większość z dodatkowych poborów”.

Grupy „Indywidualistów”, zdając sobie sprawę z tego, że wydłużenie dnia pracy będzie skutkowało redukcją zatrudnienia, określali ludzi wzywających do modelu ośmiogodzinnego „tucznikami pracy” (work hogs). „Kellogg’s zwalniał pracowników – zauważała jedna z kobiet – a jednocześnie niektórzy z zatrudnionych wyrabiali ogromne ilości nadgodzin – to ze sprawiedliwością nie ma wiele wspólnego”. Inny przywołał słowa historyka Arnolda Toynbee, który powiedział: „Albo podzielimy się pracą, albo będziemy musieli zacząć troszczyć się o tych, dla których jej zabraknie”.

Ludzie żyjący w wyniszczonych depresją latach 30., z perspektywy dnia dzisiejszego ubodzy w dobra, skwapliwie zabiegali o to, by pracować mniej – i mieć więcej czasu dla siebie i swoich rodzin. Podobnie myślały ich dzieci i wnuki w latach 80. My, jako społeczeństwo, moglibyśmy dzisiaj dokonać podobnego wyboru.

Ale nie jest możliwe przeprowadzenie tego na poziomie jednostek. Chociaż „Indywidualiści” w Kellogg’s wytrzymywali przez lata presję wywieraną na nich przez firmę i pozostałych pracowników, koniec końców jednak rynek nie był w stanie zaoferować im możliwości pracy w niższym wymiarze godzin za cenę ograniczenia konsumpcji. Przyczyna jest niezwykle prosta: wybór ten stałby w sprzeczności z podstawami gospodarki rynkowej – przynajmniej jej obecnej formy. Ludzie, którzy stworzyli społeczeństwo konsumentów, doskonale zdawali sobie sprawę, że był to proces polityczny i że zmiana systemu wymagałaby stworzenia potężnego ruchu politycznego.

Wizja „społeczeństwa demokratycznego” prezentowana przez Bernaysa, w której obywatele są konsumentami a decyzje polityczne podlegają prawom marketingu, ma obecnie wielu zwolenników. Przykładem może być wypowiedź Andrew Carda, byłego szefa doradców w administracji prezydenta George’a W. Busha. Zapytany, dlaczego czekała ona kilka miesięcy zanim przedstawiła argumenty za przeprowadzeniem inwazji na Irak, odpowiedział: „W sierpniu nikt przecież nie wprowadza nowych produktów na rynek”. Z kolei w roku 2004, jeden z ważniejszych amerykańskich teoretyków prawa, sędzia federalny Richard Posner, oświadczył, że demokracja przedstawicielska „zakłada podział między rządzącymi a rządzonymi”; ci pierwsi stanowią „klasę rządzącą”, a wszyscy pozostali mogą cieszyć się w sferze politycznej jedynie „suwerennością konsumenta”, która daje „przywilej odrzucenia konkretnego produktu, przywilej wyboru, nie zaś możliwość aktywnego wpływu na rzeczywistość”.

Czasami postawy antydemokratycznego elitaryzmu w jeszcze bardziej bezpośredni sposób przebijają z analiz przygotowanych przez think-tanki powiązane z elitą i reprezentujące jej interesy. Jednym z przykładów może być tekst napisany w 1975 r. przez Samuela Huntingtona, znanego politologa z Uniwersytetu Harvarda, włączony do przygotowanego przez Komisję Trójstronną raportu pt. „Kryzys demokracji”. Huntington ostrzegał w nim przed „nadmiarem demokracji”, twierdząc, że „system polityczny oparty na demokracji wymaga pewnego stopnia apatii i braku bezpośredniego zaangażowania ze strony pewnych obywateli i grup społecznych”. Rozwijając tę myśl, zauważa on, że „grupy znajdujące się obecnie na marginesie życia społecznego, jak ludność murzyńska, stają się jego pełnoprawnymi uczestnikami”, co „może stanowić zagrożenie dla systemu politycznego” i prowadzić do podważenia autorytetu władzy.

Zgodnie z tego typu poglądami, powszechnymi w kręgach elit, ludzie są zbyt nieprzewidywalni i głupi, by móc decydować o swoim losie. „Plebs”, uważany za narzędzie produkcji w fabryce i narzędzie konsumpcji poza jej bramą, musi podporządkować się ustalonemu z góry porządkowi i przyjąć narzuconą mu rolę po to, by zachowana została stabilność społeczeństwa. Posner, na przykład, odrzucił pomysł wprowadzenia narodowego dnia dyskusji społecznej [National Day of Deliberation – propozycja mająca na celu zachęcenie Amerykanów do dyskusji o polityce i rzeczywistych problemach społecznych. Dzień ten, obchodzony na dwa tygodnie przed wyborami prezydenckimi, miałby być wolny od pracy. Ludzie spotykaliby się, aby uczcić pamięć Ojców Założycieli i przy okazji porozmawiać o najważniejszych problemach poruszanych w trakcie kampanii wyborczej – przyp. tłumacza], jako że jego skutkiem będzie „niewielkie, ale znaczące ograniczenie produkcji”. Można go zatem uznać za kontynuatora ideologii wyznawanej przez niegdysiejszych biznesmenów, że złagodzenie imperatywu „więcej pracy, lepszej pracy” skutkuje rodzeniem się postaw „radykalnych”.

Już w 1835 r. bostońscy robotnicy, strajkujący i domagający się krótszego tygodnia pracy, przekonywali, że czas od niej wolny jest im potrzebny do tego, aby byli lepszymi obywatelami: „Mamy prawa i powinności wynikające z bycia obywatelami Stanów Zjednoczonych i członkami społeczeństwa”. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że autentyczna demokracja istnieje jedynie wówczas, gdy obywatele mają chęć i możliwość tworzenia rządu i wpływania na prowadzoną przez niego politykę, a nie wtedy, gdy są oni zaledwie masą zmarginalizowanych wyborców, których rola ogranicza się do wyboru dania z oferty przedstawionej przez jakiś „niewidoczny rząd”. Postawa obywatelska wymaga poświęcenia czasu i uwagi, na co nie stać ludzi żyjących w coraz szybszym cyklu pracy i konsumpcji.

Jeffrey Kaplan

tłum. Sebastian Maćkowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Orion”, w numerze majowo-czerwcowym 2008 r. Następnie przedrukowano go za zgodą autora w piśmie „Obywatel” nr 43, 2008.

Grafika w nagłówku tekstu: fragment obrazu Christophera Dombresa.

Prof. Monika Kostera: Imperatyw kategoryczny neoliberalizmu

Prof. Monika Kostera: Imperatyw kategoryczny neoliberalizmu

Jeśli kogoś można wykorzystać, to absolutnie trzeba. To nowy imperatyw kategoryczny. Najbardziej dramatycznym jego przejawem są sprawy takie jak ta z podwójnym morderstwem w podkaliskiej wsi Tłokinia Wielka, gdy skazany został niepełnosprawny intelektualnie Piotr M., jedynie na podstawie własnego zeznania i wbrew zasadzie domniemania niewinności. W jego winę nie wierzą bliscy ofiar zabójstwa i nie świadczą o niej ani ślady ani nawet poszlaki. Piotr M. był pod ręką, ulegał wpływom, przyjmował rację innych osób, z którymi rozmawiał, więc został oskarżony i skazany. Nie wiemy, co się stało naprawdę, ale narracja brzmi jednocześnie przerażająco nieludzko i swojsko.

Jeszcze bardziej zwyczajnie swojsko-nieludzko brzmi opowieść wcześniejsza. Zanim to wszystko się stało, Piotr M. był zatrudniany dorywczo za grosze do ciężkiej pracy fizycznej, spał w budynkach gospodarczych nieprzeznaczonych do mieszkania przez ludzi. Nie protestował, nie domagał się swego, nie sprzeciwiał. Można było go wykorzystać, a więc – naturalnie – należało. To właśnie nowy imperatyw kategoryczny w działaniu codziennym – co bardziej ogarniętych rolników, pomniejszych Januszów biznesu i wielkich korpobossów. A także i zwykłych biedaszaraków, jeśli starczy refleksu.

Kilka przykładów ze świata zarządzania. W dużej, szacownej firmie są i środki, i świadomość przepisów prawa pracy, dotyczących nadgodzin. Ale spośród pracowników nikt nie idzie do domu po przepracowaniu 8 godzin, to nie do pomyślenia! Nadgodzin też się nie płaci. Dlaczego? Pytam szefa. „Bo nikt tak nie robi, bylibyśmy śmieszni. A poza tym pracownicy też by się źle z tym czuli, myśleliby, że ich zaangażowanie nie jest dla firmy ważne”. Dodam, że szef, Dominik, jest sympatycznym człowiekiem, oczytanym i refleksyjnym. To nie jest tak, że on lubi łamać kodeks pracy. Nawet wierzę mu, że nie jest zachwycony sytuacją, gdy ludzie przesiadują w biurze zamiast śmigać z dzieckiem do kina. Robi „to, co wszyscy”. Gdyby robił inaczej, na jego miejsce przyszedłby szybko psychopata. A poza tym „trzeba troszkę powykorzystywać”, bo inaczej jest frajerstwo, a wtedy cię ludzie nie szanują.

Drugi przykład – przy projekcie pracuje zespół pracowników. Jeden spośród nich, Kazik, chętnie dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, pomaga innym. Projekt z nim w zespole świetnie idzie i dobija szczęśliwie do mety. Pracownicy składają projekt w ręce szefa, razem z dodatkowym nowatorskim opracowaniem. Jest znakomicie przygotowane i bardzo przydatne. Tyle że nie ma na tym ostatnim nazwiska Kazika, w ogóle nie figuruje, choć wszystko, co tam jest zamieszczone, pochodzi właśnie od niego. Po co się dzielił? Mógł zachować wiedzę dla siebie. A tak – jest mniej ludzi do dzielenia się nagrodą. Kazik traktowany jest w firmie jak ktoś pomiędzy kozłem ofiarnym a Kopciuszkiem, ludzie śmieją się z niego na korytarzach. A klienci go uwielbiają. Jednak współpracownicy Kazika są tak bardzo przywiązani do swojej wizji jego postaci, że za każdym razem, gdy pojawi się pozytywna opinia klienta na jego temat, reagują zdziwieniem. Mam wrażenie, że autentycznym.

Kolejny przykład. Idąca jak błyskawica w górę hierarchii Bianka zaprosiła do współpracy przy ważnym międzynarodowym projekcie zatrudnioną na umowę zlecenie Grażynę. Grażyna pracuje w firmie od 10 lat, zawsze na zlecenie, bo skromna, pracowita i „nieasertywna”. Jednak „samo się przez się rozumie”, że umowy są jej przedłużane. Grażyna robi tak znakomitą robotę, że zagraniczni goście zwracają uwagę na jej wkład i wyrażają to w swych pożegnalnych przemówieniach. Grażyna zabiera głos, również dziękuje. Popełnia jednak katastrofalny dla siebie błąd – dziękuje nie tylko Biance, ale także jej starej mentorce, dzięki której cały projekt w ogóle zaistniał. Po przyjęciu Bianka zaprasza Grażynę i ze spokojną radością w głosie ogłasza jej, żeby pakowała swoje rzeczy, bo chyba rozumie, że nie ma tu po co wracać. Grażyna pakuje. Bianka ostro awansuje. Wszyscy w firmie starają się być jak Bianka.

Samo w sobie zjawisko nie jest ani szczególnie odkrywcze. Weźmy, na przykład, takiego szekspirowskiego Tymona z Aten. Tymon był starożytnym Ateńczykiem, znaczącą postacią w polityce i kulturze. Był hojny, dzielił się wszystkim z potrzeby serca. Jego przyjaciele uczestniczyli we wszystkim, wszystko chętnie brali, ale gdy Tymonowi skończyło się bogactwo, odmawiali pomocy, „bo nie mogą”, mają tyle „ważnych i wielkich problemów”, „nie ten moment”, „ten drugi jest gorszy, a został poproszony o pomoc wcześniej, to dla mnie zniewaga” itd. Są przy tym bardzo z siebie wszyscy zadowoleni, każdy ma świetny powód, a Tymon sam przecież jest sobie winien – po co tak rozrzutnie się zachowywał?

Nowość imperatywu kategorycznego, o którym tu mowa, nie polega na tym, że ludzie wykorzystują innych. To wszystko już było. Jego specyfika w dzisiejszych czasach wiąże się z rolą legitymizacji systemu, jaką obecnie pełni. Za Gierka takie postępowanie znane było raczej jako cwaniactwo (albo gorzej). Obecnie pomaga nadawać sens społecznym działaniom pod szlachetnym sztandarem przedsiębiorczości. Wreszcie stanowi podwalinę pod system, który potrafi zaprząc niskie rejestry natury ludzkiej w imię postępu i rozwoju – pamiętamy wszyscy, co mówił Gordon Gekko z filmu „Wall Street”: „greed is good”, chciwość jest dobra!”. Dzięki temu neoliberalizm nawet przez przeciwników bywa określany jako „naturalny”. Może jest brzydki, ale przecież taki jest człowiek, taka jest ludzka natura.

Tak, zapewne to część ludzkiej kondycji (bo co jest, a co nie jest ludzką naturą, to temat na dłuższą dyskusję i niekoniecznie z teoretyczką od zarządzania). Przypomnijmy sobie przyjaciół Tymona czy licznych niemiłych cwaniaków uprzykrzających życie bliźnim w czasach gospodarza domu Anioła albo Balladyny. Ale – nie, nie jest to definicja tego, kim jest człowiek i na co nas stać. Nawet w Alternatywy 4 czy w Balladynie nie ma takiego przesłania. Człowiek nie jest wyłącznie potworem, a w każdym razie stać nas na więcej.

Najnowsza książka australijskiego profesora zarządzania Petera Fleminga, „The worst is yet to come” (Najgorsze jeszcze przed nami), dopowiada do końca liczne systemowe opowieści, które rozwijają się teraz na naszych oczach. Wątki stają się coraz mroczniejsze – zniszczenie planety, ostateczne zohydzenie pracy, wstrętne dyktatury nazywające siebie bezczelnie demokracjami, odarcie ludzi z resztek praw i godności, jeszcze większa koncentracja bogactwa… Autor jest celowo dosadny i nie podaje żadnych środków znieczulających. Ma do zaoferowania niewiele budujących rad. Z wyjątkiem tych, gdy proponuje, by patrzeć na siebie wzajemnie z życzliwością, być solidarnymi, organizować się – i cwaniakować, owszem, ile dusza zapragnie, ale wobec systemu, który faktycznie jest na ostatnich nogach i naprawdę upada, ale po jego upadku nie czeka nas raj na Ziemi. Zamierza zabrać w niebyt ze sobą nas i całą planetę. Od swojej słabości odwraca naszą uwagę na różne sposoby – siejąc strach, potęgując poczucie niepewności, podsycając zawiść i szerząc pogardę. Więc tak, należy być czujnym, ale zamiast patrzeć, jak można wyrolować Piotra M., Kazika, Grażynę czy Tymona, trzeba patrzeć uważnie na słabości algorytmów, dostrzegać, jak bardzo korporacje boją się zjednoczonej pracowniczej siły. Hojność nie jest słabością, a dzielenie się nie jest frajerstwem. Frajerstwem jest dawanie się robić w konia upadającemu systemowi, a słabością jest hojne obdarowywanie go naszą energią, pomysłowością i zaufaniem. W obecnej fazie żywi się on właśnie tym, czego sam nie posiada i czym my go obdarowujemy – wartościami, których sam nie jest w stanie wytworzyć i które wyłudza od nas. Nie róbmy tego. Oddajmy neoliberalnemu cesarzowi co cesarskie – jego własny imperatyw; bądźmy hojni, bądźmy razem cwani, bądźmy solidarnymi hojnymi cwaniakami!

prof. Monika Kostera

Piotr Wójcik: Krach w liberalnej utopii

Doktryna wolnorynkowa jest na tyle głośna i wpływowa, że chyba każdy obudzony w środku nocy jest w stanie podać jej główne założenia i postulaty. Nawet jeśli sam się z nimi głęboko nie zgadza. Po prostu jej tezy są tak uporczywie powtarzane przez przeróżnych komentatorów w przeróżnych miejscach, że stały się wręcz nieodłącznym elementem otoczenia. Gospodarczy liberalizm został tak bardzo wprasowany w umysły ludzi, że jego główne tezy nieświadomie powtarzają także ci, którzy za jego zwolenników wcale się nie uważają. Chyba każdy spotkał się z tezami typu „nie jestem gospodarczym liberałem, ale zasiłki dla bezrobotnych powinny być obniżone, to jednak rozleniwia”. Założenia doktryny wolnorynkowej stały się oczywistymi prawami, choć nikt ich nigdy nie potwierdził – powstały one w głowach różnych ekonomicznych celebrytów, którzy je następnie z uporem maniaka upowszechniali przeróżnymi kanałami. Tezy z nich płynące stały się tak naturalne, że nikt nawet nie zastanawia się, czy są one prawdziwe – to się rozumie samo przez się. Woda ma to do siebie, że spływa, w zimie jest zimniej, a w lecie cieplej, a niskie podatki są lepsze niż wysokie.

Mistrzowie teorii

Gospodarczy liberałowie swych tez nie obudowują danymi z realnych gospodarek, nie przekonują swych interlokutorów dokładnymi statystykami i badaniami. Bardzo rzadko wolnorynkowe teksty oparte są na rzetelnie zebranych danych, udowadniających hipotezy. Wolnorynkowa narracja jest oparta na myśleniu a priori, a jeśli pojawiają się jakieś „dowody”, to zwykle są to odwołania do jakichś dawno nieżyjących już wieszczów, często z XIX wieku lub nieco tylko młodszych. Tak musi być, bo przecież zauważył to już Hayek w takim czy takim dziele. O tym to pisał już Mises tu i tam, nie ma innej opcji. Wolnorynkowa narracja to w istocie teoretyczne konstrukty poprzeplatane tytułami różnych dzieł, które zna mało który badacz zajmujący się realną gospodarką – po prostu do niczego mu nie są one potrzebne. Jednak wystarczyło to do zdobycia rzesz zwolenników, często tego nieświadomych, którym tezy wydały się tak zdroworozsądkowe, że nie trzeba już ich konfrontować z rzeczywistością. W „Nowym Obywatelu” regularnie konfrontujemy tezy wolnorynkowców z rzeczywistością, opierając się na danych i badaniach. Warto jednak spróbować zagrać w grę proponowaną przez gospodarczych liberałów i zastanowić się, do czego prowadziłyby ich postulaty – ale tak zdroworozsądkowo i czysto teoretycznie.

Przyjmijmy, że do władzy dochodzi partia wolnorynkowa i zaczyna sumiennie realizować swój program. To jest dosyć ryzykowne założenie, bo zwykle liberałowie dochodzący do władzy połowy rzeczy nie realizują. Nie jest to dziwne – gdy się zorientują, na czym polega działanie państwa, to przekonują się, że większość ich tez stanowiły mrzonki. Doświadczeni urzędnicy, którzy na administrowaniu państwem zjedli zęby, pukają się w czoło w reakcji na plany nowych liberalnych ministrów, a gdy ci zejdą im tylko z oczu, to zwyczajnie umierają ze śmiechu. Dzięki temu wciąż wielu szkodliwych liberalnych koncepcji nie udało się wdrożyć. Oczywiście tą drugą zrealizowaną połową programu i tak liberałowie mogą wystarczająco napsuć krwi, ale jednak profesjonalny korpus cywilny jest swego rodzaju bezpiecznikiem, ratującym społeczeństwo przed wolnorynkowymi szaleństwami. No ale przyjmijmy, że niepokornych urzędników jakoś udało się wolnorynkowcom u władzy spacyfikować i realizują oni swoje założenia.

Wolnorynkowcy zaczynają reformy

Oczywiście w pierwszej kolejności obniżają podatki. Wprowadzają znane z polskiej debaty publicznej rozwiązanie 3×15 – czyli trzy (PIT, CIT i VAT) podatki liniowe na poziomie 15 procent. Rzeczywiście, początkowo przynosi to częściowe rezultaty. Ludzie mają więcej pieniędzy w kieszeniach, obniżka VAT obniżyła też ceny tych produktów, które obciążone były stawką 23 procent. Konsumenci zaczynają więcej wydawać, co przyspiesza wzrost gospodarczy. W pierwszym roku państwo nie ogranicza swoich wydatków, gdyż rządzący są przekonani, że przyspieszony wzrost zrekompensuje budżetowi państwa obniżenie stawek. Wszystko wygląda dobrze – ludzie są zadowoleni, bo ich dochody netto wzrosły, gospodarka rośnie szybciej, więc i zatrudnienie wzrasta.

Pierwsze kłopoty zaczynają się już pod koniec pierwszego pełnego roku po obniżeniu stawek. Okazuje się, że dochody państwa są dużo mniejsze, niż przewidywano. Zwiększone dochody netto społeczeństwa w dużo większym stopniu trafiły do górnych 20 procent społeczeństwa, a te już i tak nie miały wielkiej potrzeby zwiększania codziennej konsumpcji. Zaczęli więc wydawać nadwyżki za granicą, a także inwestować w rynki wschodzące i lokować oszczędności w rajach podatkowych. Te środki nie trafiły więc do polskiej gospodarki, tylko wypłynęły za granicę. Dolne 80 procent społeczeństwa rzeczywiście zwiększyło konsumpcję, ale ten wzrost nie zrekompensował obniżki stawek. Obniżka CIT prawie nie wywołała żadnych efektów mnożnikowych – i tak efektywnie firmy płacą już mniej niż 15 proc. CIT, poza tym nad Wisłę ściągają je przede wszystkim niskie koszty robocizny, a nie kilka punktów procentowych CIT w tę czy we w tę. Nie zaobserwowano zatem zwiększonej stopy inwestycji. Na koniec roku państwo zanotowało bardzo duży deficyt i wysoki wzrost długu publicznego. Liberałowie nie znoszą długu publicznego, więc w przyszłym roku zdecydowali się drastycznie obniżyć wydatki publiczne.

Wydatki publiczne są częścią PKB, więc wpłynęło to na zahamowanie dynamiki wzrostu. Górne 20 procent to ledwo zauważyło, bo i tak w dużej części korzysta z prywatnych usług. Dalej wydawało za granicą, tam też inwestowało, a w Polsce kupowało produkty luksusowe lub najbardziej zaawansowane dobra. Dolne 80 procent jeszcze nie odczuło dobrze, co się święci – wciąż cieszyło się z większej ilości gotówki w kieszeni. Zmniejszono nakłady na inwestycje publiczne, więc nie remontowano infrastruktury publicznej, z której większość korzysta, ale w rok się przecież ona nie rozsypie. Odczuły to za to firmy realizujące zamówienia publiczne, więc musiały zmniejszyć zatrudnienie – część ich pracowników trafiło na bezrobocie. Spadek inwestycji publicznych sprawił, że wzrost znów był niższy od zakładanego, choć wciąż niezły. Dług publiczny w relacji do PKB obniżył się, ale niewiele, pomimo cięć wydatków publicznych.

Ciemne strony liberalnej utopii

Efekt mnożnikowy obniżek podatków jednak był już na wyczerpaniu, on działa tylko w pierwszym okresie, i coraz więcej było przesłanek za nadchodzącym spowolnieniem. Tymczasem państwo dobrowolnie zrzekło się sporej części dochodów. Rządzącym pozostały więc w odwodzie kolejne cięcia. Najpierw obniżono świadczenia społeczne z budżetu państwa, na przykład dodatki rodzinne oraz pomoc społeczną. Obniżka świadczeń socjalnych sprawiła, że drastycznie pogorszyła się sytuacja osób z dolnych 20 procent społeczeństwa. Co gorsza, wprowadzenie 15-procentowego liniowego VAT sprawiło, że ceny towarów pierwszej potrzeby, obciążonych wcześniej obniżoną stawką VAT, wzrosły. To razem wywołało wzrost stopy ubóstwa. Osoby z dolnych 20 procent zaczęły się więc ratować pożyczkami krótkoterminowymi. To wygenerowało sporo niespłacalnych długów w dolnych warstwach społecznych. Instytucje pożyczkowe szybko przestały pożyczać pieniądze najbardziej zadłużonym, ci więc obniżyli swoje wydatki. A to już wyraźnie wpłynęło na zahamowanie wzrostu, gdyż obywatele z dolnych warstw wydają całość swoich dochodów w kraju, więc ich kłopoty oznaczają spadek popytu wewnętrznego.

Państwo oraz samorządy, które przecież straciły na obniżce PIT dużą część dochodów (połowa wpływów z PIT trafia do samorządów), zaczęły odczuwać spadek koniunktury wewnętrznej. Postanowiły więc ograniczyć usługi publiczne, a część nawet sprywatyzować. Ceny sprywatyzowanych usług publicznych momentalnie wzrosły. Obcięte usługi publiczne obywatele zaczęli kupować na rynku za prywatne środki. To razem pogorszyło sytuację także środkowych 60 procent społeczeństwa. Owszem, więcej pieniędzy mieli w portfelu, jednak ich wydatki drastycznie wzrosły. Musieli więcej płacić za komunikację publiczną, częściej chodzić do prywatnych lekarzy, a także płacić czesne za studia swoich dzieci. Zaczęli się więc zadłużać na potęgę, żeby móc pokryć dużo wyższe wydatki. Finalnie dług publiczny spadł, ale dług gospodarstw domowych wzrósł niebotycznie.

Zaczął się również pogarszać polski bilans handlowy. Dolne 20 procent społeczeństwa bardzo zacisnęło pasa, co zaczęli odczuwać krajowi wytwórcy dóbr pierwszej potrzeby oraz właściciele punktów lokalnych usług. Także środkowe 60 procent zaczęło nieco mniej wydawać na produkty wytwarzane w kraju – więcej pieniędzy pochłaniało im opłacanie bezpłatnych wcześniej usług. Tymczasem górne 20 procent część swojej nadwyżki wydawanej w kraju przeznaczało głównie na dobra najwyższej jakości, zaawansowane oraz luksusowe. A tych nie wytwarzają zazwyczaj producenci krajowi, lecz zagraniczni. Zwiększony popyt najbogatszych był więc przeznaczany na towary importowane. To w szybkim tempie wygenerowało deficyt handlowy – import zaczął grać coraz większą rolę w krajowej gospodarce, kosztem dóbr wytwarzanych w kraju.

Kryzys w raju

Polska stała się więc krajem bliskim marzeń wolnorynkowców. Miała niskie liniowe podatki, spadało też zadłużenie publiczne. Usługi publiczne zostały sprywatyzowane. Obniżenie stawek podatków wygenerowało także początkowo szybki wzrost. Problem w tym, że krajowa gospodarka stała się bardzo niezrównoważona – zaczęła notować permanentny deficyt handlowy, a zadłużenie prywatne biło kolejne rekordy. Górne 20 procent społeczeństwa swoje nadwyżki trzymało za granicą, co ułatwiły jeszcze deregulacyjne reformy rządzących wolnorynkowców, więc deficyt handlowy trzeba było pokrywać długiem zagranicznym. Zaciągały go banki, które kredytowały środkowe 60 procent społeczeństwa. Jednak ich zadłużenie stało się w pewnym momencie tak wysokie, że przestały one je regulować (dolne 20 procent przestały to robić dawno). A te gospodarstwa domowe, którym się to jeszcze udawało, musiały zacisnąć pasa i zmniejszyć swoje wydatki. To zdławiło popyt wewnętrzny i sprawiło, że kraj wpadł w recesję gospodarczą.

W wyniku kłopotów gospodarczych spadł również kurs krajowej waluty. To pogrążyło banki – z jednej strony część ich klientów przestała spłacać zadłużenie, z drugiej miały one długi zaciągnięte w walutach zagranicznych. Więc spadek kursu waluty sprawił, że realna wartość ich zadłużenia wzrosła. Sektor bankowy pogrążył się w kryzysie. Państwo, żeby ratować sytuację, wyłożyło miliardy złotych na ratowanie banków. Dług publiczny szybko więc wrócił do poprzedniego stanu, a nawet go przekroczył. Banki zostały uratowane, ale gospodarka wciąż tkwiła w recesji, gdyż przygnieciona długami większość gospodarstw domowych nie mogła normalnie uczestniczyć w wymianie gospodarczej. Tak oto rządzący wolnorynkowcy w szybkim czasie doprowadzili do drugiej Grecji.

Drugą Grecją oczywiście najczęściej straszą sami gospodarczy liberałowie – mają do niej doprowadzić wysokie wydatki publiczne, dług publiczny i wysokie podatki. Tyle że do drugiej Grecji szybciej doprowadziłyby liberalne recepty. Za kryzys odpowiadają przede wszystkim utrzymujący się deficyt handlowy oraz wysoki dług prywatny. A do tego sprowadziłyby się liberalne reformy gospodarcze. Warto to przypominać zawsze, gdy jakiś wygadany wolnorynkowiec zacznie nas zasypywać swoimi wymyślonymi na poczekaniu teoriami.

Piotr Wójcik

Wyzysk z przetargu – rozmowa z Katarzyną Dudą

Wyzysk z przetargu – rozmowa z Katarzyną Dudą

Z Katarzyną Dudą o szkodliwych mechanizmach i skutkach zlecania usług porządkowych i innych prywatnym podmiotom przez publiczne instytucje rozmawia Jakub Krzyżanowski.

 

Niedawno światło dzienne ujrzał przygotowany przez Panią raport dotyczący outsourcingu w szpitalach publicznych. Z jakiego powodu zajęła się Pani właśnie tym obszarem?

Katarzyna Duda: Tematem outsourcingu zajmuję się od trzech lat. Mój poprzedni raport dotyczył występowania tego zjawiska na uczelniach wyższych, w sądach okręgowych, urzędach marszałkowskich i wojewódzkich. Moją uwagę na ten temat zwróciły doniesienia medialne, które mówiły o licznych nieprawidłowościach w tych instytucjach. Problemy na uczelniach nagłaśniali studenci i wykładowcy.

Prowadząc tamto badanie spotykałam panie sprzątające, które sprzątały zarówno uczelnie, jak i szpitale, ponieważ pracowały dla firmy zewnętrznej obsługującej różne obiekty. Wówczas okazało się, że jest to obszar, który wymaga zbadania.

Outsourcing zawsze wiąże się z cięciem kosztów, co odbija się na jakości produktów i usług, z których korzysta instytucja zlecająca. Z opowieści pań sprzątających dowiedziałam się, że w wyniku stosowania tych rozwiązań w szpitalach jest mniej wszystkiego: papieru toaletowego, środków czyszczących, worków na śmieci. Tymczasem to właśnie szpitale są miejscem, gdzie uchybienia w utrzymaniu czystości są szczególnie niebezpieczne, gdyż mogą zagrażać zdrowiu i życiu pacjentów.

Dlaczego szpitale w ogóle zaczęły stosować outsourcing?

K. D.: Powody były ściśle związane ze zmianą finansowania służby zdrowia. Reforma z 1999 roku zlikwidowała finansowanie budżetowe i wprowadziła składkowe. Nowe organy założycielskie placówek medycznych zaczęły wymagać od szpitali radykalnego cięcia kosztów. Urzędnicy szpitali wojewódzkich zaangażowani w te procesy pamiętają argument przerostu zatrudnienia i naciski ze strony urzędów marszałkowskich, żeby je redukować.

Jak działa outsourcing w szpitalach? Co zmieniło jego wprowadzenie?

K. D.: Zacznę od perspektywy pań salowych. Jeśli kiedyś na oddziale pracowały cztery panie salowe, teraz jest jedna, góra dwie. Oznacza to, że jedna osoba wykonuje pracę trzech. W żadnym z badanych szpitali poziom zatrudnienia nie pozostał ten sam, wszędzie były redukcje. Zawsze były to redukcje radykalne. Znacznie wzrosło obciążenie fizyczne osób, które zostały. Panie narzekają na kręgosłupy, na nadgarstki, na plecy. To są często kobiety w wieku 50+, które nie mają już innego wyboru na rynku pracy, więc muszą się godzić na takie warunki pracy i niskie stawki wynagrodzeń. Wzrosło także ich obciążenie psychiczne. Dla wielu z nich przejście do firmy zewnętrznej wiązało się z ogromnym stresem i niepewnością. Pracownicy bardzo często dowiadywali się o planowanym outsourcingu przypadkowo, od lekarzy, pielęgniarek, z plotek, na mieście mówiło się już o tym, że ma być przeprowadzony. Szpitale nie przeprowadzały na ten temat rozmów z pracownikami, wszystko było robione w tajemnicy. Nie było rzetelnego informowania, konsultacji. Taki sposób podejścia do sprawy wywoływał u pracowników dużą niepewność i stres. W przywoływanym przeze mnie w raporcie przykładzie pani sprzątająca, która pracowała w szpitalu na umowie o pracę, przeszła do firmy zewnętrznej, gdzie dostała śmieciówkę. Ona to tak bardzo przeżyła, że musiała skorzystać z pomocy psychiatry. Poczuła się poniżona, poczuła się jak śmieć…

Z jakiego powodu cały proces przeprowadzany jest z zupełnym pominięciem pracowników?

K. D.: W obawie przed protestami. Po co w ogóle jest robiony outsourcing? Żeby zaoszczędzić na usłudze, np. sprzątaniu. Instytucje zlecające mają świadomość, że wpłynie to na pogorszenie warunków zatrudnienia. Czasami pracownicy są informowani, lecz ich czujność usypia się zapisem w umowie z firmą zewnętrzną, że przez rok będą zapewnione te same warunki zatrudnienia, co w szpitalu. Jest to bardzo perfidny zabieg. Pracownicy nie sprzeciwiają się wtedy, nie protestują, gdyż myślą, że skoro mają takie same warunki przez rok, to pewnie później też takie będą. Tymczasem po roku warunki zatrudnienia radykalnie się zmieniają – zawsze na gorsze. Gdyby szpitale naprawdę troszczyły się o to, aby warunki zatrudnienia pracowników nie zmieniły się w długiej perspektywie, to w ogóle nie stosowałyby outsourcingu. Praktyka jest więc taka, że albo się nie informuje pracowników w ogóle, albo się z nimi rozmawia w sposób usypiający ich czujność.

W raporcie zawarto wypowiedzi pań sprzątających, które wspominają, że przed epoką outsourcingu z ich pracą wiązał się szacunek ze strony szpitalnego personelu. To się zmieniło, panie nazywają prywatne firmy, w których pracują, obozami pracy i kołchozami.

K. D.: W jednym ze szpitali, było to w Bydgoszczy, podszyłam się pod osobę, która szuka pracy. Wyczułam, że nie ugram tam wiele jako naukowiec, ludzie nie zawsze chcą rozmawiać z badaczami. Powiedziałam, że szukam pracy, ponieważ łatwiej im się otworzyć przed osobą znajdującą się sytuacji w podobnej do ich własnej. Podczas takiej rozmowy pani sprzątająca nazwała jeden ze szpitali kołchozem. W innym mieście padło porównanie do obozu pracy. To skojarzenia i odwołania do najgorszych możliwych przykładów… Koordynatorki bywają też nazywane gestapo. Nie są to odosobnione przypadki, słyszałam takie określenia w całej Polsce: w Bydgoszczy, Siedlcach, Lublinie. Powszechne jest poczucie, że firmy outsourcingowe stosują terror, jeśli chodzi o traktowanie pracowników. Kiedyś panie sprzątające były kontrolowane jedynie przez szpital, teraz poddane są o wiele większej kontroli: ze strony szpitala oraz firmy zewnętrznej. Było kilka przypadków osób, które sprzątały w PRL i sprzątają do teraz. Od nich usłyszałam, że kiedyś były traktowane jak ktoś, a teraz jak coś, czują się jak przedmiot, jak rzecz. Jedna z pań usłyszała nawet, że panie sprzątające są odpadami medycznymi…

Higiena w szpitalu to rzecz podstawowa. Czy zmieniła się jakości tych usług, odkąd prywatne firmy świadczą je szpitalom?

K. D.: Powszechnym problemem są niedobory, brakuje praktycznie wszystkiego. Prywatne firmy dostarczają zbyt mało podstawowych produktów, niezbędnych do wykonywania pracy, poczynając od papieru toaletowego, przez worki na śmieci i rękawiczki ochronne, na środkach czystości kończąc. Panie sprzątające w sytuacjach tego deficytu starają się bardzo umiejętnie gospodarować ograniczonymi zasobami. Muszą wybierać, jakie miejsca w szpitalu są szczególnie newralgiczne, gdzie leżą osoby, które najbardziej wymagają sterylnych warunków. Panie sprzątające zasługują na duże uznanie, ponieważ to właśnie one muszą radzić sobie w trudnej sytuacji, gdy brakuje podstawowych artykułów. Dbają o to, żeby znalazły się one tam, gdzie są najbardziej potrzebne, np. kiedy brakuje papieru toaletowego, to w pierwszej kolejności nie jest on wykładany w poczekalniach, gdzie nie ma pacjentów. Mimo podłych warunków zatrudnienia i nędznej wypłaty, panie sprzątające biorą odpowiedzialność za coś, co jest obowiązkiem prywatnej firmy, która bierze za to przecież grube pieniądze.

Spotkałam się też z sytuacją, gdy w Bydgoszczy w Szpitalu Uniwersyteckim im. Antoniego Jurasza, firma przez tydzień nie odzywała się do pań sprzątających. Zabrakło koordynatorki, a pracownice z własnej inicjatywy wykonywały jej zadania. Znowu mamy tu do czynienia z przypadkiem, kiedy prywatna firma wzięła pieniądze, a panie sprzątające odwaliły za nią robotę koordynowania i organizacji pracy.

Podobnie było też w innych szpitalach, gdzie panie sprzątające rozsądnie gospodarowały zasobami, których prywatna firma dostarczyła zbyt mało. Na przykład gdy firma nie dostarczała worków na śmieci, panie opróżniały stare worki ze śmieci i pozostawiały je w koszach, ponieważ nie miały ich na co wymienić. Na szczególną uwagę zasługuje też deficyt rękawiczek ochronnych. Panie sprzątające wykorzystują te same rękawiczki do wybierania śmieci, a później do sprzątania, ponieważ prywatne firmy outsourcingowe, dla których pracują, nie dostarczają im rękawiczek na zmianę. Panie przemywają wtedy rękawiczki wodą i stosują je do wielu różnych czynności. Firmy często nie dostarczają też wystarczającej ilości środków czystości, przez co panie sprzątające muszą myć podłogę w szpitalu samą tylko wodą.

Jakie to ma konsekwencje dla pacjentów?

K. D.: Możemy się domyślać, że stwarza to większe ryzyko dla ich bezpieczeństwa i utrudnia im powrót do zdrowia. Według raportu Najwyższej Izby Kontroli żywność gorszej jakości, którą do szpitali dostarczają prywatne firmy outsourcingowe, wydłuża proces dochodzenia pacjentów do zdrowia. Podobne konsekwencje może mieć niska jakość usług utrzymania czystości. Koszty leczenia pacjenta w szpitalu zwiększają się więc w wyniku zastosowania outsourcingu, który miał je przecież obniżyć. W dłuższej perspektywie państwo może zatem ponieść koszty takie same lub nawet wyższe, niż poniosłoby w sytuacji, gdyby bezpośrednio zatrudniało w szpitalach personel sprzątający czy przygotowujący posiłki. Jako przykład tego może posłużyć sprawa pani sprzątającej w szpitalu, która w wyniku radykalnego pogorszenia warunków zatrudnienia i pracy musiała skorzystać z pomocy psychiatrycznej. Szpitale psychiatryczne też przeprowadzają outsourcing. Problem wraca więc do systemu i generuje koszty.

Szpitale nie kontrolują jakości usług świadczonych im przez prywatnych przedsiębiorców?

K. D.: Była taka sytuacja w Gdańsku, gdzie prywatna firma przez dziesięć dni nie dostarczała papieru toaletowego. Osoby decyzyjne nie zorientowały się przez tak długi czas, ponieważ panie sprzątające gospodarowały papierem i starały się o to, żeby nie zabrakło go w najważniejszych punktach. Podejrzewam, że jednym z tych miejsc była toaleta dyrektora szpitala. Mimo wszystko trudno wyobrazić sobie, jak taka sytuacja w ogóle była możliwa.

W przypadku stwierdzonych zaniedbań, takich jak braki dostaw środków czystości lub dostarczanie żywności o składzie niezgodnym z umową, szpitale nie są chętne do wyciągania konsekwencji w postaci kar umownych. Jest tak, ponieważ przedsiębiorca obciążony karą finansową, by ją zapłacić, będzie musiał oszczędzić na czymś innym. W rezultacie w kolejnych miesiącach niedobory środków czystości w szpitalu będą jeszcze większe lub ucierpią na tym finansowo osoby sprzątające. Spotkałam się z taką sytuacją na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie uczelnia nałożyła na przedsiębiorcę karę umowną, a ten nie zapłacił osobom pracującym dla niego. W interesie szpitala jest więc, aby przymykać na takie sytuacje oko, ponieważ egzekwowanie kar umownych przyczyni się do dalszego spadku jakości usług świadczonych szpitalowi przez prywatną firmę. Te system jest patologiczny, egzekwowanie umowy przez szpitale tylko bardziej pogłębia problem.

Czy ten cały outsourcing w ogóle się instytucjom opłaca?

K. D.: Według raportu NIK takich analiz było bardzo niewiele. A nawet jeśli ktoś robił je na początku, to nie powtarzał ich później. Gdyby zapytać instytucje, czy bardziej opłaca im się outsourcing, czy własna obsługa, okaże się, że nie dysponują żadnymi danymi, aby na to pytanie odpowiedzieć. Według raportu z 2014 r. w jednym z przypadków, w którym szpital zlecił wykonanie usługi prywatnej firmie, jej koszt okazał się o ok. 120 tysięcy złotych wyższy, niż gdyby szpital wykonał ją we własnym zakresie.

Co powinno się zmienić? Jakie wnioski płyną z raportu?

K. D.: Należy zrezygnować z systemu przetargowego, gdzie co rok czy co dwa lata odnawia się kontrakty. Rozwiązania muszą prowadzić do likwidacji tymczasowości zatrudnienia, prekaryzacji. Usługi muszą też wrócić do szpitali. Jest to ważne także w przypadku dostarczania żywności. Pacjenci często muszą dostawać leki po posiłku, który musi być podany o określonej porze. Zdarza się jednak, że przyjeżdża on z dużym opóźnieniem, jak miało miejsce np. we Wrocławiu, gdzie zawiniły korki. Są też osoby np. po chemioterapii, których stan i samopoczucie zmieniają się w ciągu dnia radykalnie. Spotkałam się z przypadkiem, gdy takiej osobie należało podać wieczorny posiłek w innej formie niż poranny, ze względu na problemy z przełykaniem. Nie było jednak możliwości zmiany, ponieważ żywność została już zamówiona. Gdyby szpital miał swoją kuchnię, mógłby taki posiłek np. zmielić. Panie mówiły, że postępowały tak kiedyś w podobnych sytuacjach. Prywatne firmy podmieniają też produkty w posiłkach dostarczanych do szpitali na tańsze i o niższej wartości odżywczej. Na przykład zamiast sera produkt seropodobny. Konieczny jest więc odwrót od outsourcingu i powrót usług do szpitali.

W jaką stronę zmierza obecnie sytuacja w sferze outsourcingu w służbie zdrowia?

K. D.: Sytuacja zaczęła się zmieniać wskutek nowelizacji ustawy Prawo zamówień publicznych z dnia 28 lipca 2016 r., dzięki której szpitale, jak i inne instytucje publiczne, muszą wymagać od firm zewnętrznych zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę. Także po wejściu w życie minimalnej stawki godzinowej, kiedy wycena pracy wzrosła. Wskutek tego outsourcing przestał się opłacać. Możemy zaobserwować wyraźny trend wycofywania się szpitali z outsourcingu. Jest to jednak spowodowane nagłaśnianiem przez media tematu np. minimalnej stawki godzinowej. Jak wspomniałam wcześniej, szpitale nie przeprowadzają analiz opłacalności outsourcingu, kiedy więc medialna wrzawa ucichnie, wiele z nich pozostanie przy outsourcingu, choć jest dla nich nieopłacalny.

Dziękuję za rozmowę.

 

Raport pt. „Outsourcing usług niemedycznych w szpitalach publicznych” ukazał się w 2018 roku we Wrocławiu. Publikację wydał Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a. Wersja elektroniczna raportu jest dostępna na stronie internetowej organizacji, pod tym adresem.

Zdjęcie w nagłówku: pexels.com

Piotr Wójcik: Liberalne mity kontra rzeczywistość

Od początku rządów PiS mało jest tematów równie mocno rozgrzewających emocje, jak uruchomienie programu „Rodzina 500+”. W krajach Europy Zachodniej zapewne nieźle by się zdziwili, że zwykły program polityki społecznej, wart jakieś 6 miliardów euro, może budzić aż tak gigantyczne kontrowersje w kraju tego samego kontynentu. Jednak w polskich warunkach program ten był tak wielką rewolucją, nie tylko materialną, ale bardziej nawet mentalną, że głowę tracili profesorowie uniwersytetów, opowiadając w mediach przeróżne bzdury. Według profesora Mikołejki matki zostały przekupione przez PiS, czego ma dowodzić 54-procentowe poparcie dla partii rządzącej wśród kobiet w wieku rozrodczym. Kilka lat wcześniej filozof ten pisał w „Wysokich Obcasach”, że „kariery polskich kobiet związane są bardzo często z macicą”, więc teraz musi mu być zapewne bardzo przykro, że wprowadzono stypendium dla tego rodzaju kariery. Polki zbijają niewyobrażalne kokosy na rodzeniu dzieci, a skromny profesor musi na to patrzeć i jeszcze za to płacić.

Mówienie bzdur na wyścigi

Inny wspaniały okaz polskiej elity akademickiej, prof. Andrzej Rzońca, główny ekonomista PO, twierdził w 2016 r., że realizacja obietnic PiS doprowadzi do 100-miliardowego deficytu budżetowego w 2018 roku. Prawdziwy deficyt AD 2018 będzie jakieś pięć razy mniejszy, więc liberał Rzońca powinien dziękować losowi, że pracuje na publicznej uczelni, bo w prywatnej firmie już dawno dostałby zwolnienie za tak „dokładne” analizy.

Wydawało się, że w ostatnim czasie liberałowie nieco zmądrzeli i pogodzili się z faktem, że ich opinie dotyczące „500+” to były zwykłe dyrdymały. W ostatnim czasie nagle jednak temat „500+” powrócił po wypowiedziach posła PO Jana Grabca, który stwierdził, że odbieranie świadczenia trwale bezrobotnym mogłoby być dobrym pomysłem. Poseł Grabiec chciał się zachować bardzo chrześcijańsku, według biblijnej maksymy „tym, którzy nie mają, będzie odebrane nawet to, co mają”. Skoro ktoś nie ma dochodów z pracy, to trzeba go jeszcze bardziej pognębić, może wtedy zmądrzeje. Jak widać, w liberalnym centrum głęboko zakorzenione jest przeświadczenie, że 1500 zł na trójkę dzieci daje ubogim rodzinom niespotykane możliwości życiowe. Co ciekawe, reprezentanci liberalnego centrum najczęściej żyją za znacznie większe pieniądze, a mimo to wciąż płaczą, że państwo im coś odbiera. Inaczej mówiąc, 1500 zł dla 5-osobowej rodziny to prawdziwy high life i życie jak w Madrycie, ale 10 tys. zł dla trzyosobowej rodziny to już jest bieda z nędzą.

Skoro temat „500+” powrócił na tapetę, warto sprawdzić, jak się mają liberalne mity do rzeczywistości. Przypomnijmy, że według przeciwników świadczenia, miało ono doprowadzić do spadku aktywności zawodowej kobiet, katastrofy budżetowej, a nawet wpędzić dolne grupy decylowe w krąg ubóstwa. Tymczasem wpływ na dzietność Polek i Polaków miał mieć on żaden. Poza tym program ten ma być wybitnie niesprawiedliwy dla samotnych rodziców, gdyż wyklucza ich z świadczenia już na pierwsze dziecko. Trzeba przyznać, że liberałowie dokonali niezwykłego wyczynu, gdyż dokładnie żadne z ich założeń się nie sprawdziło.

Dzietność w górę, ubóstwo w dół

Z wyżej wymienionych obszarów najlepiej zacząć od dzietności – w końcu „500+” to program prorodzinny. Oczywiście rząd często zastrzega, że aspekt socjalny jest równie istotny, co demograficzny, ale brak kryterium dochodowego na drugie i kolejne dziecko wskazuje, że to demografia w większej mierze skłoniła rządzących do uruchomienia programu, a nie ubóstwo. W 2015 roku polski wskaźnik dzietności wynosił 1,32, co było przedostatnim wynikiem w UE. Minimalnie gorzej było jedynie w Portugalii. Już w 2016, pierwszym niepełnym roku funkcjonowania programu, wskaźnik dzietności nad Wisłą wzrósł do 1,39, co pozwoliło nam wyprzedzić jeszcze Włochy, Hiszpanię, Grecję, Cypr i Maltę. Według danych GUS, w 2017 r. wskaźnik dzietności znów wzrósł, tym razem do 1,45, co według danych z 2016 pozwoliłoby nam wyprzedzić jeszcze Chorwację i Luksemburg (zbiorczych danych za 2017 dla całej UE Eurostat jeszcze nie podaje).

Zatem pod względem wskaźnika dzietności w dwa lata wyrwaliśmy się z samego dna UE i ulokowaliśmy się nieco bliżej środka (19 miejsce na 27 krajów, czyli bez Wielkiej Brytanii). Co więcej, ten wzrost był bez wątpienia zasługą „500+”, bo według komunikatu GUS za wzrost liczby urodzeń w 2017 r. odpowiadały przede wszystkie drugie, trzecie i kolejne urodzenia w rodzinie. A to właśnie na drugie i kolejne dzieci przysługuje świadczenie. Oczywiście 1,45 to wciąż sporo poniżej poziomu niezbędnego do pełnej reprodukcji pokoleń, jednak jak na dwa lata to wynik przynajmniej przyzwoity.

Skoro „500+” ma także charakter socjalny, to rozliczać go trzeba również z zasięgu ubóstwa w Polsce. Jest to tym łatwiejsze, że wpływ „500+” na ubóstwo widać dużo szybciej, w przeciwieństwie do dzietności. Ubóstwo mierzy się poziomem wydatków gospodarstw domowych, więc dodatkowe dochody powinny się szybko przełożyć na ich wydatki. Oczywiście też nie od razu, bo wiele rodzin do tej pory żyjących z dnia na dzień może zechcieć wykorzystać świadczenie na przykład na zbudowanie sobie poduszki bezpieczeństwa na przyszłość. Spadek ubóstwa od roku 2015 jest bardzo duży. Już w 2016 roku zasięg ubóstwa skrajnego (odsetek gospodarstw domowych żyjących poniżej minimum egzystencji) spadł z 6,5 proc. do 4,9 proc. Inaczej mówiąc, w zaledwie rok Polska ograniczyła zasięg skrajnego ubóstwa o jedną czwartą. Nigdy wcześniej nie zanotowaliśmy takiego spadku. Od 2008 do 2014 zasięg skrajnego ubóstwa nieustannie rósł, pomimo wzrostu gospodarczego, a w 2015 r. po raz pierwszy spadł, ale tylko o 12 proc. (z 7,4 do 6,5 proc.). Tak znaczący jednoroczny spadek, jaki miał miejsce w 2016, w oczywisty sposób musi być związany z uruchomieniem dużego jak na Polskę programu społecznego. W 2017 roku zanotowaliśmy kolejny spadek skrajnego ubóstwa, teraz już jednak mniejszy, do 4,3 proc.

Związek „500+” z ograniczeniem zasięgu ubóstwa jest jeszcze bardziej oczywisty, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że wśród małżeństw najbardziej spadło ubóstwo w rodzinach z dwójką lub więcej dzieci. Ale, co ciekawe, najbardziej spadło ubóstwo wśród… samotnych rodziców. W latach 2015-2017 r. zasięg ubóstwa wśród singli z dziećmi spadł z 6,5 do 2,5 proc., czyli o prawie dwie trzecie. Tymczasem według liberalnych mitów, to właśnie samotni rodzice są szczególnie poszkodowani „500+”. Jak to wygląda na tle Europy? Eurostat podaje poziom zagrożenia ubóstwem, który jest siłą rzeczy wyższy. W latach 2015-2017 odsetek Polek i Polaków zagrożonych ubóstwem spadł z 23,4 proc. do 19,5 proc. Był to… najwyższy spadek ze wszystkich krajów UE. Jeszcze w 2015 r. poziom zagrożenia ubóstwem w Polsce był bliski średniej UE, obecnie jest już niższy od niej o 3 pkt. procentowe.

Marchewka zamiast kija

Spadek ubóstwa w Polsce i wzrost dochodów najuboższych gospodarstw domowych wpłynął na wyraźne ograniczenie polskich nierówności. Już w 2016 r. wskaźnik Giniego spadł nad Wisłą z 30,6 do 29,8. Oczywiście również był to największy jednoroczny spadek nierówności dochodowych w III RP – trudno uznać to za przypadek. W ubiegłym roku Gini znów spadł, tym razem do 29,2. Średnia unijna jest o ponad punkt wyższa. Obecne nierówności w Polsce liczone wskaźnikiem Giniego są na poziomie Francji i Niemiec. Co ciekawe, na horyzoncie widać już Szwecję (Gini 28), choć to przede wszystkim efekt tego, że szwedzkie nierówności bardzo szybko w ostatnich latach rosną. Niestety Szwecja przestała już być egalitarnym rajem i pod tym względem wyprzedzają ją nie tylko najbardziej egalitarne w Europie kraje słowiańskie (Czechy, Słowacja i Słowenia) oraz pozostałe kraje nordyckie, ale nawet kraje Beneluksu i Austria.

Spadek nierówności widać także w pozostałych wskaźnikach. Pokazuje to chociażby podawany przez GUS dochód rozporządzalny gospodarstw domowych z podziałem na grupy kwintylowe. Dochód rozporządzalny rodzin należących do 20 proc. najuboższych wzrósł w okresie 2015-2017 o prawie połowę (z 457 zł na głowę do 655 zł), tymczasem dochód górnych 20 proc. wzrósł jedynie o 9 procent (z 2824 zł do 3084 zł). Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że poziom nierówności jest obecnie w Polsce satysfakcjonujący – jednak wpływ „500+” na wyraźny spadek nierówności jest niezaprzeczalny. Bo trudno to uznać za zbieg okoliczności.

„500+” miało też doprowadzić do spadku aktywności zawodowej kobiet. Program ruszył w kwietniu 2016 r. W drugim kwartale 2016 r. aktywność zawodowa kobiet powyżej 15. roku życia wynosiła 48,4 proc. Na koniec drugiego kwartału 2018 roku wyniosła 48,8 proc. Aktywność kobiet zatem nie tylko nie spadła, ale nawet wzrosła bardziej niż u mężczyzn (u nich wzrost z 64,7 do 64,9). A przecież oprócz „500+” obniżono wiek emerytalny kobiet do 60. roku życia. Według Eurostatu aktywność zawodowa kobiet w wieku produkcyjnym (15-64 lata) w latach 2015-2017 wzrosła z 61,4 do 62,6, czyli rosła nawet troszkę szybciej niż średnia unijna. Oczywiście aktywność zawodowa kobiet w Polsce wciąż jest zbyt niska (średnia UE to 67,8 proc.), ale to efekt wieloletnich zaniedbań w polityce społecznej (np. dopiero od niedawna szybko rośnie liczba miejsc w żłobkach), a nie „500+”. Dość powiedzieć, że jeszcze w 2008 roku aktywność zawodowa Polek w wieku produkcyjnym wynosiła zaledwie 57 procent…

Zresztą najświeższe dane pokazują, że Polki i Polacy coraz częściej decydują się wracać na rynek pracy. W III kwartale 2018 roku równocześnie wzrosło nieco bezrobocie, z 3,6 proc. do 3,8 proc., oraz aktywność zawodowa, z 56,5 do 56,8 proc. Wzrost bezrobocia wynika nie z utraty pracy przez zatrudnionych, lecz z powrotu na rynek pracy osób wcześniej biernych zawodowo, które decydują się znów zarejestrować w UP. Jak widać, biernych zawodowo Polaków nie trzeba koniecznie brać głodem, jak marzy sobie poseł Grabiec – gdy warunki na rynku pracy się poprawiają, sami decydują się na niego wrócić.

Zmiana mentalna

A jak się sprawdziły przewidywania liberałów dotyczące katastrofy budżetowej i drugiej Grecji? Tak samo jak pozostałe. W 2015 roku dług publiczny w Polsce wynosił 51,3 proc. PKB. Na koniec 2017 roku wyniósł 50,6 proc. Czyli zamiast katastrofy mamy ograniczenie polskiego zadłużenia. Wynika to głównie z szybkiego wzrostu gospodarczego, napędzanego w dużej mierze konsumpcją. Sprawdziły się teorie, według których działania propopytowe po pewnym czasie same się zwracają, gdyż napędzają gospodarkę. Oczywiście teorie te w liberalnym centrum to zwykłe herezje. Według zapowiedzi Ministerstwa Finansów, deficyt w 2018 roku wyniesie jedynie połowę zakładanego, czyli ok. 20 mld zł. Przypomnijmy, że prof. Rzońca „oszacował” go na 100 miliardów. Przy 5-procentowym wzroście gospodarczym oznacza to, że dług publiczny w Polsce znów spadnie, tym razem już poniżej 50 proc.

Program „Rodzina 500+” oczywiście nie jest pozbawiony wad. Przede wszystkim należałoby zmodyfikować próg dochodowy na pierwsze dziecko tak, by po jego przekroczeniu traciło się jedynie część świadczenia odpowiadającą tej nadwyżce, a nie całość (tzw. złotówka za złotówkę). Poza tym w przyszłości należałoby rozszerzyć go na wszystkie dzieci, także te pierwsze w rodzinie. Nie zmienia to faktu, że dotychczasowe jego rezultaty są więcej niż satysfakcjonujące – ograniczył on ubóstwo oraz nierówności, a także pozytywnie wpłynął na wskaźnik dzietności. No i przede wszystkim przyzwyczaił polskie społeczeństwo do tego, że państwo prowadzi aktywną politykę społeczną. A to być może jego największa zaleta, bo będzie procentować w przyszłości kolejnymi programami. To także dzięki realnym efektom „500+” przychylności polskich wyborców nie będzie można już sobie łatwo zapewnić dyrdymałami o odchudzaniu państwa – teraz trzeba będzie im pokazać, że ma się pomysł na rozwiązywanie problemów społecznych.

Piotr Wójcik