przez Łukasz Misiuna | niedziela 27 marca 2022 | opinie
Na skutek procedury rozpoczętej 19 kwietnia 2019 roku przez ministra Henryka Kowalczyka, powierzchnia Świętokrzyskiego Parku Narodowego została pomniejszona o bezcenny przyrodniczo i kulturowo fragment 1,35 ha na Łyścu. Pod relikwiami z krzyża, na którym zmarł Chrystus, dokonano dekapitacji polskiego systemu ochrony przyrody. Wbrew Polkom i Polakom, wbrew opiniom naukowców i ekspertów, polityczek i polityków oraz wbrew jednogłosowi organizacji społecznych. Egzekucję wykonał premier Mateusz Morawiecki podpisując 19 stycznia 2022 roku bezprawny projekt rozporządzenia RD 162. Projekt rozporządzenia wszedł w życie 1 lutego 2022 roku. Inspiratorami tego bezprawnego czynu byli zakonnicy Oblaci z Łyśca. Skutki tej procedury dotkną wszystkich parków narodowych w Polsce.
Świętej Pamięci Natura
W ostatnim akcie niezgody wobec rządowych planów grupa artystek i artystów z warszawskich kolektywów artystycznych „Sztuka w ruchu – Wachlarze Bojowe”, grupa śpiewacza Staynia oraz Warszawsko-Lubelska Orkiestra Dęta przy udziale Stowarzyszenia Społeczno-Przyrodniczego MOST opracowała i wykonała happening „Świętej Pamięci Natura” na Łyścu w Świętokrzyskim Parku Narodowym oraz pod kancelarią prezesa rady ministrów w Warszawie.
Używając języka sztuki, poezji, filozofii i piękna, w dniu 8 stycznia 2022 roku o godzinie 13:00 spod bramy Świętokrzyskiego Parku Narodowego w Hucie Szklanej ruszył kondukt żałobny. Symboliczna Matka Natura ze związanymi rękami była prowadzona na szafot. Symboliczny szafot znajdował się przed Muzeum Świętokrzyskiego Parku Narodowego na Łyścu, na terenie przeznaczonym do usunięcia z jego granic. Tu wygłoszono mowę pożegnalną. Następnie głowa Matki Natury została ścięta.
Wydarzenie powtórzono 18 stycznia 2022 roku w Warszawie. Zaproszono na nie premiera Mateusza Morawieckiego. Nie skorzystał z zaproszenia.
Przedstawienie było nie tylko obywatelskim aktem niezgody na trwające bezprawie, ale też niezwykłym wydarzeniem artystycznym o wielkiej sile oddziaływania. Płaczki „uzbrojone” w starożytne wachlarze bojowe w rzeczywistości manifestowały bezsilność Polaków wobec bezdusznego i sadystycznego aparatu państwa. Poruszająco piękna i smutna Matka Natura odegrana przez zjawiskową Annę Juniewicz, tancerkę i aktorkę japońskiego teatru butoh, była wyrazem naszej bezsilności, ale też szczerości. Charyzmatyczny Wojciech Matejko, także tancerz butoh, w sposób hipnotyzujący oddał perfidię i wyrachowanie ministerialnych urzędników. Posągowy Karol Buski wcielił się w kata, który w zasadzie reprezentował zakulisową rolę Oblatów. Nad całością od pierwszej chwili czuwała Julie Bui, która była jak wódz prowadzący swoją armię w urzekający i pełen spokoju sposób na pewną śmierć. Wspierała ją pełna uroku i ciepła Hania Lekmane. Całość nie byłaby tak niebywale przejmująca, gdyby nie piosenkarka i autorka tekstów Justyna Jary. Zresztą nie sposób wymienić ich wszystkich.
Profesor Szymon Malinowski, fizyk atmosfery, który przybył na warszawski happening, tak o nim napisał w mediach społecznościowych: „Fantastyczny i przejmujący happening. To naprawdę, prócz tego, że był to protest, było wydarzenie artystyczne. Po czymś takim chce się dalej działać”.
Myślę, że wszyscy, którzy wzięli udział w tworzeniu, a później uczestniczyli w wydarzeniu doświadczyli tego, co było sensem greckiej tragedii, oczyszczenia. Dla mnie to było doświadczenie głęboko poruszające. Po niemal trzech latach nierównej walki moje uczucia i emocje mogły wreszcie dojść do głosu. Nie tylko ja byłem silnie wzruszony. Nie tylko ja czułem, że coś umarło i że trzeba będzie sobie z tym w nowy sposób radzić. I nie chodziło tu tylko o proceduralną zmianę granic jakiegoś miejsca tak, a nie inaczej opisanego w prawie.
Jak to się mogło stać?
Pomiędzy kwietniem 2019 a styczniem 2022 przyrodniczki i przyrodnicy, działaczki i działacze społeczni, polityczki i politycy oraz 37 000 Polek i Polaków wyrażało wielokrotnie swój sprzeciw wobec usunięcia bezcennego przyrodniczo i kulturowo fragmentu Świętokrzyskiego Parku Narodowego na Łyścu z jego granic.
Aby zgodnie z polskim prawem ochrony przyrody usunąć z granic parku narodowego jakiś jego fragment, należy wykazać „bezpowrotną utratę wartości przyrodniczych i kulturowych” tego konkretnego obszaru. Tylko łączne występowanie tych trzech przesłanek (1. Bezpowrotność utraty; 2. Utrata wartości przyrodniczych; 3. Utrata wartości kulturowych) otwiera drzwi do procedury wyłączenia terenu z granic parku narodowego.
Ministerstwo Klimatu i Środowiska nigdy nie udowodniło, że zachodzi choćby jedna z tych przesłanek. Natomiast zespół przyrodników związanych ze Stowarzyszeniem MOST wykonał badania i opublikował raport przyrodniczy, z którego jednoznacznie wynika, że 1,35 ha na Łyścu nie utraciło wartości przyrodniczych i kulturowych. Dokument został przekazany do Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Jego wyniki poparły: Polska Akademia Nauk, Państwowa Rada Ochrony Przyrody i Rada Naukowa Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wszystkie te głosy zostały zlekceważone przez Ministerstwo i dyrekcję ŚPN.
Dlaczego doszło do złamania prawa? Motorem procedury wyłączenia fragmentu 1,35 ha na Łyścu ze Świętokrzyskiego Parku Narodowego są zakonnicy z zakonu Oblatów. Od lat 30. XX wieku starali się oni zagarnąć cały klasztor pobenedyktyński wraz z ziemią. Od 1819 roku jest to własność Skarbu Państwa najpierw Królestwa Polskiego, a teraz Rzeczpospolitej Polskiej. Oblaci od dziesiątek lat wywierają naciski na kolejne polskie rządy, chcąc uzyskać całość unikalnego zespołu klasztornego, który od 1950 roku leży w granicach Świętokrzyskiego Parku Narodowego, a od 1908 roku zabiegano o ochronę tego bezcennego przyrodniczo i kulturowo obiektu.
Obecny rząd, pomimo braku przesłanek prawnych i naukowych, postanowił złamać prawo i przeprowadzić procedurę zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego tylko po to, aby nakarmić zachłanność Oblatów.
Od 2019 roku kieleckie Stowarzyszenie Społeczno-Przyrodnicze MOST stawiało opór tej instytucjonalnej przemocy państwa i Kościoła, śledząc każdy ruch ministerstwa, Oblatów i dyrekcji ŚPN, biorąc udział we wszystkich przewidzianych prawem procedurach, pisząc artykuły, prowadząc badania naukowe na Łyścu, współorganizując protesty i pisząc apele i listy np. do papieża Franciszka. Sprawą zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli. Po dwóch latach udało się w ten opór włączyć większość krajowych środowisk aktywistycznych i naukowych. Za późno i, jak się okazało, nieskutecznie.
Ostatni wysiłek
Od września 2021 roku środowiska domagające się zachowania integralności Świętokrzyskiego Parku Narodowego podjęły szereg działań mających na celu przekonanie Ministerstwa Klimatu i Środowiska, że prowadzone w tej sprawie procedury są nieuzasadnione.
16 września 2021 roku dyrekcja Świętokrzyskiego Parku Narodowego zorganizowała w Ciekotach uroczyste obchody 70-lecia utworzenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Obchodom towarzyszyła konferencja naukowa, na która zaproszono naukowców, leśników, służby innych parków narodowych oraz przedstawicieli ministerstwa, a także… Oblatów. Konferencję otworzył… zakonnik. Dyrekcja ani słowem nie wspomniała o tym, że ŚPN ma utracić niebawem fragment na Łyścu. Jak się okazało, wielu uczestników konferencji nie wiedziało o toczącej się procedurze.
Przedstawiciele Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot oraz Stowarzyszenia MOST zgłosili oficjalnie chęć udziału w konferencji w roli prelegentów. Zgłosiłem także swój udział. Zaproponowałem przedstawienie wyników badań naukowych z Łyśca. Odmówiono nam. W związku tym obie organizacje zdecydowały o przeprowadzeniu pikiety w miejscu, gdzie odbywała się konferencja. Było to wydarzenie oficjalne, zgłoszone i legalne oraz pokojowe i nieagresywne. Naszym celem było wyrażenie sprzeciwu wobec działań ministerstwa, Oblatów i dyrekcji ŚPN. Ale też poinformowanie opinii publicznej i uczestników konferencji o tym, co się dzieje. W czasie naszej pikiety doszło do kilku bezprecedensowych zdarzeń i skandali.
Dyrektor ŚPN Jan Reklewski nie wpuścił pikietujących na ogólnodostępny teren przy budynku, w którym odbywała się konferencja. Wykorzystał do tego, niezgodnie z prawem, Straż Parku Narodowego. Wiemy od uczestników konferencji, że niektórzy pracownicy Parku próbowali odwieść dyrektora od tego działania. Mógł mieć świadomość, że łamie prawo. Mimo tego zrobił to. Pikieta była legalna i towarzyszyła jej policja. Reklewski po konferencji zgłosił na policję kilku uczestników pikiety. Zostali oni przesłuchani. Nie przyznali się do zarzucanych im czynów polegających na zakłócaniu porządku publicznego. Zostali uznani winnymi i nałożono na nich kary w wysokości 300 zł. Złożyli odwołanie. W Sądzie Rejonowym w Kielcach byliśmy reprezentowani przez adwokatkę Karolinę Kuszlewicz. Po wysłuchaniu nas i adwokatki Sąd orzekł, że mieliśmy prawo w ten właśnie sposób wyrazić naszą niezgodę, tym bardziej, że urzędnicy nie reagowali przez niemal trzy lata na nasze apele, sprzeciwy, wyniki badań naukowych oraz głosy naukowców i prawników. Orzeczenie sądu było bardzo rozbudowane, poparte polskimi i międzynarodowymi aktami prawnymi i zawierało twierdzenia, które będą miały znaczenie w przyszłości w podobnych sprawach, ale też jako argumentacja dotycząca obrony porządku prawnego, w tym prawa obywateli do sprzeciwu również w sprawach nie związanych z ochroną przyrody.
Po tym jak Jan Reklewski wykorzystał straż parku narodowego jako prywatnych ochroniarzy, zgłosiłem go na policję. Policjant przyjmujący zgłoszenie powiedział: „Proszę Pana, to sprawa polityczna, ja się w to nie mieszam”. Prokuratura Kielce-Wschód uznała, że Jan Reklewski nie złamał prawa. Mimo dowodów w postaci fotografii i świadków gotowych zeznawać, Prokuratura oparła się na wyjaśnieniu Reklewskiego, że… użył Straży Parku wyłącznie do regulacji ruchu samochodowego. Jest to oczywista nieprawda, co zostało udokumentowane. Jan Reklewski poinformował, że zgłosił nas na policję, ponieważ nasze okrzyki utrudniały odsłuchanie hymnu narodowego. Znając nowatorstwo legislacyjne Jana Reklewskiego można się spodziewać, że niebawem będzie procedowany jakiś projekt ustawy zabraniającej rozmawiania w czasie wykonywania hymnu narodowego, co może stać się skuteczną bronią przeciwko wszelkim manifestacjom, we wszystkich innych społecznie ważnych sprawach.
23 października 2021 r. Stowarzyszenie MOST zorganizowało konferencję naukową „Korzenie”, poświęconą sprawie wartości przyrodniczych i kulturowych Łyśca w Świętokrzyskim Parku Narodowym i światowego obiektu UNESCO Krzemionki. Wygłoszonych zostało kilka referatów. Konferencja jest dostępna online (http://konferencjamost.pl/). Mimo zaproszenia nikt z ŚPN ani z Ministerstwa Klimatu i Środowiska (MKiS), ani spośród „zatroskanych” o przyrodę Łyśca Oblatów nie przybył na konferencję, aby móc zapoznać się z najbardziej aktualnym stanem wiedzy w tej sprawie.
30 października 2021 r. nowa ministra klimatu i środowiska Anna Moskwa otrzymała od 23 organizacji pozarządowych list z apelem o zakończenie prac nad usunięciem fragmentu Łyśca z granic ŚPN.
4 listopada w Warszawie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, Stowarzyszenie MOST, Extinction Rebellion i inne ruchy społeczne przemaszerowały przez centrum Warszawy do siedziby nowej ministry Anny Moskwy z apelem o zakończenie prac nad bezprawnym projektem rozporządzenia usuwającego Łysiec z granic ŚPN. Z protestującymi ulicami Warszawy maszerował tekturowy jeleń świętokrzyski z informacją, że Świętokrzyski Park Narodowy jest zagrożony utratą bezcennego fragmentu na Łyścu. A zagrożenie to na ŚPN sprowadzili Oblaci z obecnym dyrektorem ŚPN Janem Reklewskim i trzema poprzednimi ministrami: Henrykiem Kowalczykiem, Michałem Wosiem i Michałem Kurtyką. Pani Ministrze przekazano też petycję podpisaną przez 37000 Polek i Polaków. Tekturowy jeleń został oddany pod opiekę ministrze Annie Moskwie.
16 listopada Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i Stowarzyszenie MOST poinformowały, że został przesłany list do papieża Franciszka, informujący o planach wyłączenia fragmentu Łyśca z granic ŚPN na skutek nacisków dokonywanych przez Oblatów na urzędnikach państwowych. W liście do Franciszka napisaliśmy m.in.:
„Łysiec stanowi dziedzictwo przyrodnicze, chronione przez polskie prawo, dziedzictwo kultury chrześcijańskiej i przedchrześcijańskiej, a także dziedzictwo duchowe związane ze znajdującym się tam sanktuarium Święty Krzyż. Przez wiele lat Łysiec był miejscem, gdzie porządek religijny, przyrodniczy i historyczny harmonijnie ze sobą współegzystowały.
Stacjonujący w klasztorze misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej czynią jednak starania o przejęcie części terenu, stanowiącego majątek Skarbu Państwa Polskiego, na własność. Choć jest ich zaledwie dziewiętnastu (razem z nowicjatem), a już teraz dysponują ogromnym terenem sanktuarium. Jako przyczynę wystąpienia z roszczeniami podają chęć posiadania większej liczby pomieszczeń (refektarza, dodatkowych miejsc noclegowych czy sali konferencyjnej)”.
18 listopada Prokuratura Rejonowa w Starachowicach odmówiła wszczęcia postępowania przeciwko Janowi Reklewskiemu. Zgłoszenie dotyczyło przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego polegającego na planach budowy wieży widokowej na Łysicy, budowy farmy fotowoltaicznej na zabytku archeologicznym z czasów rzymskich w Rudkach, wspierania usunięcia z granic ŚPN 1,35 ha na Łyścu na wniosek Oblatów oraz budowy wodotrysków i innych fajerwerków przy wejściu do ŚPN od strony Świętej Katarzyny.
W sprawie wieży widokowej na Łysicy negatywne stanowisko zajęła Rada Naukowa ŚPN. W sprawie usunięcia z granic ŚPN fragmentu Łyśca wypowiedziało się 37 000 Polek i Polaków, Rada Naukowa SPN, Polska Akademia Nauk oraz Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Sprawę budowy farmy fotowoltaicznej w Rudkach negatywnie ocenił Świętokrzyski Wojewódzki Konserwator Zabytków wzywając dyrektora Reklewskiego do posprzątania terenu i oznakowania, a nie do budowy fotowoltaiki. Stowarzyszenie MOST posiada w formie pism wszystkie te krytyczne opinie wobec działań Reklewskiego, Oblatów i MKiS.
Również 18 listopada projekt bezprawnie procedowanego i zawierającego fundamentalne błędy projektu rozporządzenia w sprawie zmiany granic ŚPN oceniła Komisja Prawnicza Rządowego Centrum Legislacji. Komisja Prawnicza zwróciła uwagę na istotne problemy i zaleciła: „zmianę pkt 12 Oceny Skutków Regulacji do projektu wskazującego, że nie ma potrzeby określania mierników niezbędnych do ewaluacji projektu, gdyż rozporządzenie dotyczy wyłącznie kwestii technicznych. Prowadzący Komisję Prawniczą zwrócili uwagę, że projektowane zmiany nie mają wyłącznie technicznego charakteru, zwłaszcza jeżeli chodzi o kwestię wyłączeń nieruchomości z obszaru Parku”.
Ponadto komisja prawnicza zwróciła uwagę na wymagania wynikające z art. 10 ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody, które powinny być odpowiednio odzwierciedlone w uzasadnieniu do projektu. Chodzi tu o rzekomą „bezpowrotną utratę wartości przyrodniczych i kulturowych” na Łyścu.
Mały kawałek ŚPN, duża zmiana systemu
Jak powiedziałem na wstępie, wszystkie te działania zakończyły się fiaskiem. Rząd, w głównej mierze członkowie Solidarnej Polski oraz świętokrzyscy działacze Zjednoczonej Prawicy (posłowie Krzysztof Lipiec i Mariusz Gosek), przeforsował pozbawiony podstaw prawnych i merytorycznych dokument zmniejszający powierzchnię ŚPN. To jest sprawa nie mająca precedensu w polskiej historii. Również jako przykład imponującego zaangażowania w obronę ŚPN różnych środowisk społecznych, aktywistycznych, artystycznych, politycznych i naukowych.
Zajmując się tą sprawą od samego jej początku, to jest od kwietnia 2019 roku, alarmowałem, że usunięcie z granic ŚPN tego fragmentu przy użyciu rządowej „argumentacji” pociągnie lawinę negatywnych konsekwencji, które dotkną wszystkie inne parki narodowe w Polsce. Przede wszystkim dlatego, że teraz dowolna grupa interesów może użyć dokładnie tej samej „logiki” co w przypadku Oblatów na Łyścu i ich nieuprawnionych roszczeń. Po drugie i chyba ważniejsze, ministerstwo potraktowało sprawę ŚPN jako poligon i w oparciu o zdobyte tu doświadczenia przygotowało projekt ustawy o parkach narodowych. 23 lutego zakończyły się konsultacje społeczne tego projektu. Jako Stowarzyszenie MOST przesłaliśmy swoje uwagi.
Projekt ustawy jest przede wszystkim pełen wewnętrznych sprzeczności, wieloznaczności, błędów, sprzeczności z obowiązującymi już aktami prawnymi i jako wadliwy lub niedopracowany nie powinien w takiej postaci ujrzeć światła dziennego. To jednak można złożyć na karb pośpiechu i próby bycia skutecznym i szybkim. Natomiast zawiera on też liczne zapisy, które wprost grożą dewastacją prawa i marginalizacją roli parków narodowych jako najwyższej formy ochrony w Polsce.
Przede wszystkim brakuje zapisów na temat ułatwienia powoływania parków narodowych. A takie regulacje zapowiadano prezentując założenia Polskiego Ładu. Można więc zapomnieć o utworzeniu np. Turnickiego Parku Narodowego.
Projekt ustawy wyklucza udział organizacji pozarządowych w opiniowaniu określenia lub zmiany granic parku narodowego.
Dokonano też zmiany, która uniemożliwi prowadzenie obrony parków narodowych jako obiektów o szczególnej wartości przyrodniczej i kulturowej. Taką linię obrony stosowałem zgodnie z prawem w przypadku Łyśca w ŚPN. Teraz ministerstwo zamieniło spójnik „i” na „lub”. Zgodnie z obowiązującą ustawą o ochronie przyrody zmiana granic parku narodowego może nastąpić wyłącznie w przypadku „bezpowrotnej utraty wartości przyrodniczych i kulturowych obszaru’. Spójnik „i” nakazuje nierozłączne traktowanie wartości przyrodniczych i kulturowych. W proponowanym brzmieniu spójnik „i” zastąpiono spójnikiem „lub”. Oznacza to, że wystarczy utrata tylko wartości przyrodniczych albo tylko kulturowych obszaru. Rozluźnia to i niebezpiecznie liberalizuje ochronę w parkach narodowych. Zapis ten jest także niezgodny z wiedzą naukową, ponieważ zwykle obiekty o ponadprzeciętnych walorach kulturowych jak zabytki architektury, mają też wysokie znaczenie dla bioróżnorodności. Często budynki są siedliskiem gatunków ściśle związanych właśnie z tego rodzaju obiektami. Są to między innymi ptaki, nietoperze, ale także ślimaki czy porosty. Obecność różnych budowli w parkach narodowych zwykle zwiększa ich bioróżnorodność o gatunki synantropijne. Wartości przyrodnicze i kulturowe w parkach narodowych są ściśle powiązane i nie wolno ich rozdzielać, rezygnując ze spójnika „i”. Otworzy to bowiem drogę do procedur wyłączeniowych na trudną do przewidzenia skalę. To z kolei przyniesie niepowetowane straty w ochronie przyrody w parkach narodowych. Trzeba dodać, że nie tylko obiekty zabytkowe mogą mieć wysokie znaczenie dla bogactwa przyrodniczego. Proponowany zapis można też interpretować tak, iż wystarczy utrata wartości przyrodniczych lub kulturowych (a więc tylko jednego z dwu rodzajów wartości) na jakimś niewielkim fragmencie powierzchni parku narodowego, aby zlikwidować cały park narodowy. To jest niedopuszczalne i zapis ten należy bezwzględnie zmienić tak, aby jednoznacznie wynikało, że utrata wartości na niewielkiej części parku narodowego nie umożliwia likwidacji całego parku narodowego.
Projekt ustawy w części dotyczącej zakazów w parkach narodowych wymienia między innymi „zakaz prowadzenia badań naukowych”. Jest to nieprawdopodobne i trudne do zrozumienia, choć to właśnie zgoda na moje badania w ŚPN stanęła w gardle ministra Wosia, który ją wydał, a następnie nie zainteresował się wynikami badań. Te badania dały też ważne argumenty instytucjom naukowym w domaganiu się wycofania z pomysłu usunięcia z granic ŚPN 1,35 ha na Łyścu.
W myśl projektu ustawy dyrektorzy parków narodowych będą powoływani przez ministra. Natomiast dyrektor parku narodowego będzie mógł dowolnie, uznaniowo kształtować skład Rady Naukowej Parku. Czyli nie dość, że dyrektorzy będą z nadania partyjnego, to jeszcze niezależny organ doradczy będzie swobodnie kształtowany przez takiego nominata. Co oznacza całkowite uzależnienie parku narodowego od bieżących potrzeb i interesów politycznych i różnego rodzaju lobby.
To tylko niektóre, najbardziej spektakularne propozycje zmian w odniesieniu do parków narodowych, które w polskim prawie mają, czy raczej miały, rolę wyjątkową. Projekt tej ustawy wyraźnie wskazuje na sposób myślenia rządzących o najważniejszych, najcenniejszych przyrodniczo obszarach naszego kraju.
To wszystko jest bardzo smutne. Jesteśmy świadkami dewastacji systemu ochrony przyrody w Polsce przez grupkę ludzi oraz takie eksploatowanie najwyższych wartości, które pozwoli na handel wspólnym dobrem. To wszystko w czasach globalnego kryzysu gospodarczego, zaniku bioróżnorodności, zmian klimatu oraz w czasach wojny o źródła energii, która rozgrywa się przy naszej granicy.
Dziś z tej perspektywy jeszcze lepiej widać, że nasz happening Świętej Pamięci Natura doskonale oddaje emocje, które nam wszystkim towarzyszą. To głównie żal, bezsilność, poczucie bycia nadużywanym przez państwo i jego aparat, poczucie zagrożenia, niepewności i smutku.
W tym stanie emocjonalnym udało się natomiast zbudować wielką sieć wsparcia, znajomości, osobistych relacji, wspólnych działań. Okazało się, że nie rozpadliśmy się całkiem jako społeczność, że potrafimy działać oddolnie.
Z pewnością umiera jakiś świat, jakiś porządek, a dla mnie koniec ten rozpoczął się w borze jodłowym na Łyścu.
Nie jestem w stanie dziś wymienić wszystkich, którzy udzielili mi pomocy, wsparcia, którzy w ciągu tych trzech lat włączyli się w tę sprawę. Przepraszam, że Was wszystkich nie wymienię, ale jestem Wam głęboko wdzięczny za wszystko.
Łukasz Misiuna
Autor na naszych łamach prezentuje sprawę od kilku lat, w tym zamieścił tutaj pierwszy w Polsce artykuł opisujący ten problem:
Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?
Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)
Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu
Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?
Ostatnia bitwa o zachowanie w całości Świętokrzyskiego Parku Narodowego?
Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym
Świętokrzyski Lunapark Narodowy
Przemoc instytucjonalna w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Z Parku znika fragment Łyśca
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Happening kondukt żałobny pod Łyścem. fot. Małgorzata Kowal
przez Piotrek Kolasiuk | wtorek 22 marca 2022 | opinie
***
liberalny poseł w metrze szuka miejsca przy barierce
potem patrzy nostalgicznie jak ucieka mu śródmieście
marszczy czoło w czułym geście (o, to nada się na zdjęcie)
kiedy miną tą wyraża swą empatię, wielkie serce
luźno zwisa górny guzik, no bo przecież jest jak wszyscy
roztrzepany, niewyjściowy i dlatego tak nam bliski
i ogarnia rzewnym wzrokiem wypełniony cały przedział
reklamówki (te z biedronki), cztery bułki, ćwiartkę chleba,
okulary, stare buty, wory powiek, dziury w zębach
tamtą babcię w kapeluszu, co dosiadała się spod Wierzbna
i narzeka, że znów cena podskoczyła na biletach
chciałby nawet jej zapłacić, ale ścięła się kamera
chłonie smaki, muska barwy i napawa się zapachem
a ostatnio miał podobnie, gdy odwiedził ZOO warszawskie
obserwuje bacznym wzrokiem, z fascynacją i przestrachem
szybkie gesty, twarde ruchy, a nad nimi dzikie twarze
przetarł czoło ręką z Casio napawając się tą farsą
chciałby wysiąść gdzieś pod żabką i w jedności z średnią klasą
się uraczyć pyszną kawką albo chociaż i kanapką
ściska drążek, marszczy czołem i gdzieś w dal się zapatruje
jakby widział jasną przyszłość, chociaż raczej widzi tunel
już Imielin jest nareszcie, jeszcze tylko szybkie zdjęcie
a wychodząc myśli tylko „ej, wy serio tak codziennie?”
przez redakcja | niedziela 20 marca 2022 | klasyka, opinie
Z tego, że Ukraińcy rosyjscy dziś reprezentują ruch jeszcze bardzo słaby – słabszy od ruchu nie tylko polskiego, ale nawet ormiańskiego, gruzińskiego lub łotewskiego, z tego, że dość jeszcze długo będą musieli zajmować się wznoszeniem fundamentów swej przyszłej polityki narodowej – z tego wszystkiego nie wynika bynajmniej, aby ruch ukraiński można było bagatelizować. Przeciwnie, posiada on niewątpliwie tyle żywotności, że po przebyciu pewnych nieuniknionych przejściowych stadiów rozwoju przetworzy się w świadomy ruch polityczny. Gwarancją tego jest z jednej strony niewątpliwe unarodawianie się szerokich mas ukraińskiej ludności chłopskiej, robotniczej i drobnomieszczańskiej, z drugiej zaś oddziaływanie na inteligencję ukraińską Galicji, z jej wszechstronnym życiem narodowym miejscowej ludności ruskiej.
Jeśli bowiem Ukraina rosyjska znalazła się po 30 października roku 1905 w położeniu niemal takim samym, jak Ruś galicyjska w roku 1848, to jednakże pod tym względem zachodzą też znaczne różnice. Przede wszystkim Ukraińcy rosyjscy mogą korzystać z owoców tej pracy kulturalnej i politycznej, jaka została wykonana w Galicji. Następnie zaś te zasoby intelektualne i materialne, jakie posiada dziś Ukraina rosyjska, w porównaniu z zasobami „popów i chłopów” ruskich z roku 1848 są wprost olbrzymie.
Wobec tego wszystkiego możemy się spodziewać wcześniej czy później rozwoju i rozrostu ruchu ukraińskiego i w dziedzinie politycznej. A to dla nas ma ogromne znaczenie. Nieobojętnym jest bowiem dla Polaków, a dla demokracji polskiej przede wszystkim, w jakim kierunku podąży ewolucja polityczna społeczeństwa i kraju, z którymi tyle nici nas łączy. Musimy się tedy bacznie przyglądać etapom tego rozwoju, a to tym bardziej, że ten odłam społeczeństwa polskiego, który zamieszkuje Ukrainę, chcąc nie chcąc musi dzielić jej losy. Koniecznym jest wobec tego, aby na polu politycznym Polacy ukraińscy jak najprędzej doszli do zupełnego porozumienia się z Ukraińcami, by ręka w rękę wspólnie pracować dla dobra i przyszłości tego kraju, który jest przecież wspólną własnością wszystkich zamieszkujących go szczepów.
Chcąc bliżej zapoznać się ze stanem obecnym aspiracji politycznych ruchu ukraińskiego, należy rzucić okiem wstecz i przyjrzeć się tym drogom, jakimi zdążała ewolucja przekonaniowa inteligencji ukraińskiej od pierwszych chwil budzenia się jej świadomości narodowej.
Pierwsze występy założycieli nowożytnej literatury ukraińskiej – Kotlarewskiego, Hułaka-Artemowskiego – były pozbawione wszelkich pierwiastków politycznych. Centralistyczna gospodarka Rosji, całkiem świadomie, otwarcie i konsekwentnie dążąca do zatarcia wszystkich cech odrębnych, wypleniła prawie zupełnie te szczątki dążności separatystycznych, które objawiły się na Ukrainie po przyłączeniu się jej do Moskwy i które znalazły swój najjaskrawszy wyraz w ruchu Mazepy. Lud ukraiński, zgnębiony poddaństwem, cofał się kulturalnie, szlachta zaś szybko rusyfikowała się. Autor „Eneidy” – Iwan Kotlarewski – posiada dość mgliste pojęcie o narodowości ukraińskiej, jako o czymś odrębnym i samoistnym i w ogóle nie ma żadnej świadomości narodowo-politycznej. To samo da się rzec o wszystkich prawie pisarzach ukraińskich aż do czasów Szewczenki. Hułak-Artemowskij cieszy się niezmiernie z triumfów wojsk rosyjskich nad Polakami w roku 1831 i z tego, że „Paszkiewicz wydawyw z Lachiw weś żyr”. Kwitka pisze rzeczy wprost serwilistyczne, a w „Łystach do lubeznych zemlakiw” otwarcie chwali ład panujący. Ambroży Metłynśkyj nazywa Moskwę „ridnyj kraj” itd. Słowem, ani jeden z tych pisarzy ukraińskich nie przejawił żadnych, nie mówiąc już o separatystycznych, ale nawet autonomicznych dążności.
Jedynym objawem autonomizmu ukraińskiego była słynna „Historia Russów”, długo przypisywana metropolicie Koniskiemu, ale napisana w rzeczywistości (około roku 1810) przez Wasyla Poletykę. Ta „Historia” jednak nie miała w sobie nic etnograficznie ukraińskiego. Napisana przez człowieka, który uważał siebie za „ruskiego” i używał wyłącznie języka rosyjskiego, „Historia Russów” miała na celu wykazanie potrzeby konstytucji w Rosji, przy czym Poletyka utożsamiał przyszły ustrój konstytucyjny z dawnym ładem kozackim. „Historia Russów” tchnie nienawiścią do Polaków i opowiada niestworzone rzeczy o okrucieństwach Lachów. Bardzo dużo z tych „faktów”, pomimo, że były obalone przez późniejszych historyków rosyjskich i polskich, błąka się dotąd po podręcznikach i utworach beletrystów rosyjskich.
Dopiero u Szewczenki spotykamy się z całkiem jasną świadomością narodową i określonymi poglądami na przeszłość i teraźniejszość Ukrainy. Szewczenko zupełnie dobrze rozumiał odrębność narodu ukraińskiego tak od Rosjan, jak i od Polaków, a w swych poezjach całkiem świadomie występował przeciwko centralizacyjnym zarządzeniom Piotra I i Katarzyny II. Jego sympatie były po stronie Hetmańszczyzny kozackiej, której jednak zbyt nie idealizował. Bolała go zdrada narodowa starszyzny kozackiej, którą nazywał „warszawskim śmieciem, błotem, podnóżkami Moskwy”, piętnował renegatów, ze wstrętem pisał o tych „zemlaczkach” zmoskwiczonych […].
Tam, gdzie mówi o przeszłości, staje na stanowisku kozackim, ale np. w zakończeniu „Hajdamaków” wypowiada myśli pożałowania nad tym, że „dzieci Słowian” upijały się krwią. „Dobrze, że minęły te czasy” – powiada, a w wierszu do Bronisława Zaleskiego mówi o „wznowieniu cichego raju z Polakami”. Wpływy „Historii Russów” kojarzyły się u Szewczenki z wpływami polskiej poezji romantycznej i osobistego stykania się z zesłańcami-Polakami, jak Bronisław Zaleski, Żeligowski i inni. Wpływy polskie rozbudziły u Szewczenki niejasne dążności niepodległościowe i myśli o odzyskaniu wolności przez Ukrainę i lud ukraiński.
W „Testamencie” swym („Zapowit”) Szewczenko wypowiedział te myśli o walce z gnębicielami Ukrainy i jej ludu najwyraźniej […].
Szewczenko reprezentuje szczyt rozwoju świadomości narodowo-politycznej Ukrainy. Genialna intuicja syna ludu podpowiedziała mu to, na co się nie mogli zdobyć przedstawiciele inteligencji ukrainofilskiej, którzy po pogromie „Bractwa Cyrylometodyjskiego” cofali wstecz ukraińską myśl polityczną, topiąc ją w mętach utopijnego federalizmu wszechsłowiańskiego lub wschodnio-europejskiego.
I Kostomarow, i Kulisz udowodniali, że Ukraińcy nie są zdolni do samodzielnego życia politycznego, że ich połączenie się z Rosjanami było koniecznością dziejową i że ani Rosjanie bez Ukraińców, ani Ukraińcy bez Rosjan nie dadzą sobie rady. Nawet tam, gdzie przywódcy ukrainofilstwa mogli przemawiać zupełnie otwarcie, w prasie emigracyjnej, wypowiadają się oni za jednością wszechrosyjską, jakkolwiek uważają za konieczne wyodrębnienie obszaru ukraińskiego „w przyszłym związku słowiańskim” w samodzielną całość (artykuł Kostomarowa w „Kołokole” Herzena).
Ale i te słabe przebłyski świadomości politycznej, jakie spotykamy u Kostomarowa i ukrainofilów skupiających się dokoła „Osnowy” petersburskiej, zanikają na długo pod wpływem Antonowicza i jego przyjaciół kijowskich.
Kiedy bowiem w przeddzień powstania 1863 roku ukrainofile, za słabi, aby odegrać samodzielną rolę polityczną, musieli się zdecydować: albo pójść ręka w rękę z demokratami polskimi i z Polską powstańczą przeciwko caratowi, albo wystąpić przeciwko Polsce demokratycznej, powstańczej i – faktycznie – poprzeć carat, Antonowicz i jego przyjaciele najbliżsi wybrali to ostatnie. Wprawdzie zwrot ten został uzasadniony ładnie brzmiącymi frazesami demokratycznymi (słynna „spowiedź” Antonowicza, umieszczona w „Osnowie”), jednak, kiedy polska młodzież demokratyczna, nie mniej od Antonowicza kochająca lud ukraiński, ginęła na polu walki orężnej, w kazamatach turm carskich i na dalekim wygnaniu, Antonowicz, przyjąwszy prawosławie, robił spokojną karierę urzędniczo- profesorską. A wśród katów Polski nie brakło i ukrainofilów, jak pomocnik Murawiewa, Ołeksa Storożenko, jak „urządzający” Królestwo wspólnie z Milutinem Kulisz…
Zachowanie się ukrainofilów w roku 1863 i stanowczy ich zwrot ku zaniechaniu wszelkiej polityki cofnęły sprawę ukraińską o lat kilkanaście. Następne pokolenia, budząc się do działalności politycznej na gruncie odrębności ukraińskiej, muszą rozpoczynać ją, nawiązując tradycje „Bractwa Cyrylometodyjskiego” i marzeń wszechrosyjsko-federalistycznych.
Apolityczność ukrainofilstwa po roku 1863 pchała wszystkie żywsze i energiczniejsze żywioły młodzieży ukraińskiej do obozu rosyjskiego. W rosyjskich ruchach liberalnych i radykalnych Ukraińcy brali zawsze udział wybitny, ale nigdy się nie wyodrębniali. Wśród rewolucjonistów rosyjskich było sporo Ukraińców – nie tylko z pochodzenia, ale i ze świadomości – wystarczy tu wymienić Lizohuba, Kibalczycza, Krawczyńskiego-Stępniaka, Wołchowskiego. Ale ruch ukraiński jako taki bezpośredniego pożytku z nich nie miał. Przeciwnie, Rosjanie coraz bardziej przyzwyczajali się do faktu, że Ukrainiec-rewolucjonista niczym się – poza wymawianiem dźwięku h – od Wielkorusa nie różni, żadnych odrębnych dążności nie żywi i w gruncie rzeczy jest takim samym, jak i on, Rosjaninem.
Wydawana w Genewie od końca ósmego dziesięciolecia przez Dragomanowa „Hromada” stawia program ogólnorosyjski, nawiązując go do tradycji „Bractwa Cyrylometodyjskiego”. Uznając korzyści niepodległości państwowej dla każdego narodu, „Hromada” nie widzi jednak potrzeby dążenia do separatyzmu politycznego ani dla Ukrainy rosyjskiej, ani dla Rusi galicyjskiej. Stawia natomiast program konstytucyjny, przy czym, zbijając poglądy „buntarskie” rewolucyjnych „narodników” – ludowców rosyjskich, pokłada całą nadzieję w ruchu ziemstw, który ma rzekomo doprowadzić do przekształcenia Rosji w duchu federacyjnym. „Hromada” propaguje łączność wszystkich „niepaństwowych” narodowości (Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Łotyszów, Estończyków, Ormian, Gruzinów, Rumunów, Żydów) w walce z rządem biurokratycznym i z przewagą narodowości „państwowych” (Rosjan, Polaków i Niemców bałtyckich).
Obszernie i szczegółowo został wyłożony plan federalizacji Rosji w broszurze „Wilna Spiłka” (Wolny Związek). „Wilna Spiłka” (1884) projektuje podział Rosji na 20 krajów autonomicznych, przeważnie na zasadzie czysto etnograficznej; tylko tam, gdzie jedna narodowość zamieszkuje połać zbyt rozległą, dzieli ją na dwie lub kilka. W ten sposób obszar narodowościowy ukraiński rozpada się na cztery kraje, czyli kantony. Program „Wilnej Spiłki” jest czysto liberalny. Dąży on do zdobycia: 1. praw człowieka i obywatela, jako niezbędnego warunku godności osobistej i rozwoju, i 2. samorządu, jako niezbędnego fundamentu dążeń do urzeczywistnienia sprawiedliwości społecznej. Część społeczno-ekonomiczna programu jest nader niejasna. Z socjalizmu „Hromady” nie pozostało tu już nic, jeśli pominąć kilka słów o upaństwowieniu kopalni, wód, lasów, kolei itd.
Pod wpływem Dragomanowa, jak już wiemy, w Galicji powstaje partia radykalna, oddziałująca poniekąd i na Ukrainę, gdzie w końcu lat dziewięćdziesiątych wyodrębnia się z obozu ukraińskiego drobna grupka Ukraińców-radykałów. Zawiązują oni stosunki z Galicją i próbują szerzyć na Ukrainie te zasady, jakie wypowiadali radykaliści ruscy w swym organie „Naród”. Wielkiego powodzenia jednak nie osiągnęli i większość ukrainofilów, wkraczając lękliwie na grunt działalności politycznej w Galicji, popierała narodowców i ich akcję ugodową, zainicjowaną zresztą w Kijowie przez Antonowicza. Bądź co bądź jednak propaganda Dragomanowa i jego galicyjskich zwolenników przesiąkła różnymi drogami i do tych kół ukraińskich, które się z radykałami nie solidaryzowały.
Pod wpływem tej propagandy wewnątrz obozu ukrainofilskiego dawała się spostrzec pewna ewolucja w kierunku demokratycznym i ludowym. Demokraci ukraińscy konsolidują się powoli, wypowiadając się ze swymi poglądami w galicyjskich i bukowińskich organach prasy jako grupy „świadomych Ukraińców”.
Ci to „świadomi Ukraińcy” stanowili na schyłku XIX stulecia najenergiczniejszą i najruchliwszą grupę wśród ukrainofilów. Ich świadomość narodowa doszła już była do najwyższego na owe czasy rozwoju. Znaczna ich część używała konsekwentnie języka ukraińskiego w stosunkach codziennych i władała nim już dobrze. W szeregach „świadomych Ukraińców” mogliśmy spotkać znaczny poczet zdolnych pisarzy i publicystów, a cała popularna literatura była owocem ich pracy. Poglądy swe wypowiedziała ta grupa w artykułach zamieszczanych przeważnie w czerniowieckiej „Bukowynie”. Pomiędzy tymi artykułami wyróżniała się zwłaszcza praca P. Wartowego pt. „Listy z naddnieprzańskiej Ukrainy”, w której ten zdolny publicysta dał przegląd dotychczasowego ruchu ukraińskiego i szkicował program „świadomych Ukraińców”.
Główne ich zadanie – to dążenie do zdobycia praw dla języka ukraińskiego w cerkwi, szkole, sądownictwie i wśród inteligencji. Chcą oni, podnosząc dobrobyt i poziom kulturalny mas, przekształcić tych instynktownych Ukraińców na – świadomych. Uważając Ukraińców za całkowicie samodzielną narodowość, „świadomi Ukraińcy” zrzekali się jednak wszelkich marzeń o niepodległości politycznej. Aczkolwiek Ukraina byłaby zdolna do samodzielnego życia politycznego, jednakże „dziś o żadnych planach charakteru politycznego nie można ani myśleć” – powiadali, przypuszczając jednocześnie, że „Przyjdzie kiedyś czas, że i Rosja zagwarantuje nam tak samo nasze prawa, jak je zagwarantowała Austria Rusinom”. Taż sama grupa mówiła w „Wyznaniu wiary młodych Ukraińców”, że chce zupełnej autonomii wszystkich narodów Rosji na zasadzie decentralizacji jak najdrobniejszych jednostek administracyjnych (powiatów, gmin itd.).
Rzecz charakterystyczna, że grupa „świadomych Ukraińców” nie żywiła wcale nienawiści do Polaków. Np. Wartowyj powiada we wzmiankowanym wyżej artykule: „Ukraińcy z Lachami muszą się pogodzić! Wówczas, kiedy się pogodzą, kiedy jedni drugim nie będą przeszkadzali w pracy, a przeciwnie, będą pomagać – tylko wówczas zdołają szczęśliwie i pewnie walczyć ze wspólnym wrogiem, który jednakowo chce i z Lacha i z Ukraińca zrobić Moskala; jednego mamy wroga, razem też musimy się bronić od niego, a nie spierać się ze sobą”.
Z tych samych kół pochodziła, jak się zdaje, broszura „Poraboszczajemyj naród”, wydana po rosyjsku i po francusku, w której wyliczone zostały wszystkie prześladowania, jakich doznawała narodowość ukraińska od biurokracji rosyjskiej. Ale i w tej broszurze (1895) nie znaleźlibyśmy żadnej radykalniejszej myśli politycznej nad żądanie przekształcenia Rosji na państwo praworządne. W ogóle świadomość polityczna „świadomych Ukraińców” pod koniec ubiegłego stulecia nie stała na zbyt wysokim poziomie.
W roku 1897 odbył się w Kijowie zjazd, który połączył w jedną, dość zresztą luźną, całość żywioły „świadomie ukraińskie”, stojące na gruncie demokratycznym. Powstała tą drogą organizacja inteligencji ukraińskiej, nie posiadającej trwałych związków z masą ludową, usiłująca za pomocą coraz szerszej pracy kulturalnej wytworzyć grunt dla akcji narodowej, opartej na ludzie. Do organizacji tej weszły dość rozmaite żywioły, nie wyłączając radykalnych i nawet socjalistycznych, jako do organizacji bezpartyjnej. To oczywiście nie mogło się przyczynić do wyraźnego ukształtowania się dążności programowych całości organizacji, która też nosiła w swym łonie zarodki przyszłych rozłamów i secesji.
Przez dłuższy czas socjaliści ukraińscy nie stanowili żadnej grupy odrębnej. Część ich należała do Socjal Demokracji, część do partii Socjal Rewolucyjnej, część zresztą pozostawała w związku organicznym z radykałami. Dopiero w ciągu pierwszych lat bieżącego stulecia poczyna krystalizować się samodzielna ukraińska partia socjalistyczna.
W roku 1900 we Lwowie ukazuje się broszurka, wydana w imieniu pierwszej ściśle partyjnej organizacji ukraińskiej – tzw. RUP (Rewolucyjnej Ukraińskiej Partii) pt. „Samostijna Ukraina”. Autorzy broszury wychodzą z założenia, że każda narodowość dąży do zorganizowania się w niezależnym, samodzielnym państwie, ponieważ tylko jednolite pod względem składu etnograficznego państwo może dać swym członkom nieograniczoną możność wszechstronnego rozwoju duchowego i materialnego dobrobytu. Uważając to twierdzenie za pewnik, autorzy broszury wzmiankowanej rozpatrują kwestię, czy oswobodzenie polityczne jest dla Ukraińców potrzebne, i dochodzą do wniosków w sensie twierdzącym. Dalej broszura zapuszcza się w dowodzenie historyczne prawa Ukrainy do samodzielności politycznej. Ukraina, połączywszy się z Rosją na zasadzie umowy w Perejasławiu (1654), stanowiła całkiem samodzielne państwo, łączące się z państwem moskiewskim „jako wolne z wolnym i równe z równym”. Ponieważ zaś Rosja nie dotrzymała ani jednego z punktów umowy perejasławskiej, przeto Ukraina ma prawo wysnuć z tego logiczne konsekwencje. W ogóle broszura ta używa takiej argumentacji, że niepodobna wcale domyślić się, aby wydająca ją grupa była socjalistyczną, jakkolwiek wszystkie późniejsze wydawnictwa RUP posiadają zupełnie socjalistyczny charakter i sama ta partia przekształca się z biegiem czasu w organizację doktrynersko-socjalnodemokratyczną.
Jednocześnie z ukazaniem się „Samostijnej Ukrainy” wyszedł program UPS (Ukraińskiej Partii Socjalistycznej), który był właściwie dosłownym tłumaczeniem programu PPS, przystosowanym do warunków ukraińskich. Był to więc program socjalistyczny, domagający się demokratycznej republiki ukraińskiej. UPS, dążąc do tego celu, oświadczała, że „pragnie działać w braterskim sojuszu z socjalistycznymi partiami Polski i Rosji”. UPS przystąpiła do wydawania pisma partyjnego, ale trwalszej żywotności nie ujawniła i po pewnym czasie zanikła.
Inaczej miała się sprawa z RUP, która, wzrastając powoli, w końcu stała się poważnym czynnikiem ukraińskiego życia narodowego. Stworzyła ona socjalistyczną literaturę ukraińską, powołała do życia szereg organizacji, wzięła czynny udział w wielkich rozruchach rolnych w guberni połtawskiej w roku 1902, a jednocześnie przebywała ideową ewolucję wewnętrzną. Z grupy czysto nacjonalistycznej przekształca się ona w partię socjalno-demokratyczną, co uwidocznia się w ustawicznych zmianach jej programu, aż w końcu – w roku 1905 – firma RUP ustępuje nazwie Ukraińska Socjalno-demokratyczna Partia Robotnicza”, która przyjmuje program autonomii Ukrainy.
Niepodległościowcy ukraińscy już przed tym wystąpili z RUP, zakładając własną, czysto nacjonalistyczną partię – UNP (Ukraińska Narodowa Partia), głoszącą walkę ze wszystkimi „obcymi żywiołami” na Ukrainie. Wśród jej nielicznych wydawnictw zasługują na uwagę charakterystyczne „dziesięć przykazań”. Drugie z tych przykazań brzmi: „Wszyscy ludzie są twymi braćmi, ale Moskale, Lachy, Węgrzy, Rumuni i Żydzi – to wrogowie naszego narodu, dopóki panują nad nami i wyzyskują nas”. Trzecie tak wygląda: „Ukraina dla Ukraińców! Otóż wypędź z zewsząd na Ukrainie obcych-gnębicieli!”. Dodać należy, że partia ta uważa się za socjalistyczną, jak wszystkie zresztą grupy ukraińskie, które powstały w ciągu burzliwych lat 1904–1905.
Wypadki ówczesne przyczyniły się do ożywienia dziaalności istniejących na Ukrainie grup inteligencji. Powstają Ukraińska Partia Radykalna i Ukraińska Partia Demokratyczna. Partia demokratyczna pierwotnie nie objawia wielkiej żywotności i daje się ubiec radykalnej, która zajęła się wytworzeniem doborowej biblioteczki politycznej dla ludu, wydawanej w Galicji. Po 30 października, kiedy staje się możliwą jawna działalność publicystyczna partii ukraińskich, kiedy pojawiają się pierwsze pisma ukraińskie, ruch ukraiński szybko rośnie i wszystkie siły polityczne inteligencji ukraińskiej skupiają się w dwóch partiach – socjalno-demokratycznej i demokratyczno-radykalnej, powstałej z połączenia się demokratów ukraińskich z radykałami. Program pierwszej prawie w zupełności odpowiada programowi innych partii socjalno-demokratycznych. Warto tylko zwrócić uwagę na jej stanowisko w kwestii praw narodowych Ukrainy. Stanowisko to określa się w jednej z uchwał II zjazdu USD, którą tu przytaczamy dosłownie:
„Zważywszy, że proces centralizacji ekonomicznej jest tylko jedną ze stron ewolucji ekonomicznej, drugą zaś stanowi ekonomiczna decentralizacja, która pociąga za sobą decentralizację polityczną; zważywszy, że formy polityczne przystosowują się do indywidualnych – ekonomicznych, psychologicznych i kulturalnych warunków bytu każdej narodowości; zważywszy, że demokratyzacja ustroju państwowego wymaga decentralizacji prawodawstwa, administracji i sądownictwa, że w interesach usunięcia – o ile to jest możliwe w społeczeństwie kapitalistycznym – ucisku narodowego konieczne jest oddanie wszystkich tych spraw, w których objawia się ucisk narodowy, w ręce zgromadzenia reprezentacyjnego narodowo-terytorialnej jednostki – II zjazd USDPR w interesie rozwoju walki klasowej i sił wytwórczych na Ukrainie przyjmuje do swego programu postulat autonomii Ukrainy z odrębnym sejmem prawodawczym w tych sprawach, które dotyczą jedynie narodu mieszkającego na terytorium Ukrainy”.
Socjalni demokraci ukraińscy wydali też najdokładniejsze uzasadnienie teoretyczne postulatu autonomii Ukrainy (M. Porsz, „Pro autonomiju Ukrajiny”).
Na gruncie autonomicznym stoi i Ukraińska Partia Radykalno-Demokratyczna. Żądania programowe tej partii zostały sformułowane w sposób następujący: „Domagamy się, aby w Rosji był wprowadzony ustrój istotnie konstytucyjny, demokratyczny. Jak tylko się zbierze Duma państwowa, powinna ona natychmiast postarać się, aby w drodze prawodawczej została zawarowana wolność słowa, druku, zgromadzeń, stowarzyszeń, strajków i wyznania. Jednocześnie należy skasować karę śmierci. Należy postanowić, aby nikt nie mógł być karany bez postanowienia sądu i aby bez nakazu sądowego nie można było przedsiębrać rewizji i aresztowań. Ma być ogłoszona powszechna amnestia. Nasi posłowie powinni domagać się wprowadzenia powszechnego, bezpośredniego, równego i tajnego głosowania przy wyborach do Dumy. Duma musi mieć prawo rozstrzygania wszystkich kwestii – za zgodą cesarza – ustanawiać nowe prawa, zmieniać dawne, mieć dozór nad działalnością wszystkich ministrów i urzędników, którzy mają ponosić odpowiedzialność wobec Dumy za wszystko, co czynią. Żaden podatek ani wydatek ze skarbu państwowego nie powinien być oznaczany bez Dumy. Bez niej też nie powinno się zaciągać pożyczek państwowych.
Należy zrównać wszystkich ludzi wobec prawa bez różnicy wyznania, narodowości lub płci. Dla wszystkich musi być sąd jednakowy – publiczny, niezależny od władz, sąd z sędziami wybranymi. Wszystkie władze i wszyscy czynownicy mają odpowiadać przed sądem za swe przestępstwa tak samo, jak każdy inny obywatel. Policja ma być oddana instytucjom społecznym miejskim i powiatowym… Służba wojskowa powinna być skrócona. Żołnierze mają odbywać służbę wojskową w swym kraju rodzinnym. Na przyszłość zaś należy wprowadzić milicję.
Należy natychmiast wprowadzić dobre szkoły, aby wszystkie dzieci płci obojga uczyły się w tych szkołach bezpłatnie. Dzieci zdolniejsze powinny móc otrzymać możność dalszego kształcenia się. Dzieci ukraińskie powinny być uczone w języku ukraińskim. Tak samo w szkołach średnich i wyższych należy wprowadzić naukę języka ojczystego… Mowa ukraińska powinna być wprowadzona w sądach i urzędach.
Państwo rosyjskie jest bardzo wielkie i mieszka w nim dużo narodowości. Trudno jest rządzić takim państwem ze stolicy, rozstrzygając tam wszystkie, chociażby najdrobniejsze sprawy każdego narodu i kraju: dużo potrzeb tego albo innego narodu pozostanie niezaspokojonych. Dlatego trzeba, aby każdy kraj, zamieszkany przez jakiś naród, miał prawo ustanowienia swej krajowej rady narodowej i w niej miał pieczę o potrzebach swego kraju i ustanawiał prawa miejscowe. To znaczy, że należy dać krajom i narodom autonomię. Nasz naród ukraiński musi mieć prawo zaprowadzenia autonomii Ukrainy z radą narodową, gdzie nasi posłowie będą dbali o potrzeby naszego narodu. Gdy wszystkie narody i kraje będą miały zaspokojone swe potrzeby, wówczas i całe państwo będzie mocne i spoiste, gdyż żaden naród nie będzie chciał oderwać się od państwa, wszyscy zaś będą go bronili od wszelkiego wroga.
Wiejskie, gminne i miejskie urzędy muszą się składać z reprezentantów całej ludności miejscowej bez różnicy stanów i płci oraz muszą mieć prawo załatwiania samodzielnego wszystkich spraw miejscowych, co zaś przenosi ich siły, to należy do powiatowego i gubernialnego ziemstwa, wybranego w powszechnym, równym i bezpośrednim głosowaniu.
Chcemy, ażeby z ziemi korzystał tylko ten, kto uprawia ją własnoręcznie. Ziemia rządowa, apanażowa, klasztorna musi być oddana ludowi (radzie narodowej), ziemia zaś obywatelska wykupiona według cen oznaczonych przez specjalnie wybrane komisje i też oddana radzie narodowej. Rada narodowa opracuje prawa, na mocy których cała ziemia będzie rozdana rolnikom do użytku na warunkach, ustanowionych przez posłów. Na razie zaś, dopóki jeszcze ziemia nie będzie w całości wykupiona, należy uporządkować arendę ziemską, zmniejszyć czynsze dzierżawne i rozszerzyć prawa drobnych dzierżawców – rolników.
Fabryki mają też z czasem przejść na własność rady narodowej. Na razie zaś należy wydać prawa dotyczące ochrony zdrowia i interesów robotników i skrócenia dnia roboczego do 8 godzin, wprowadzić ubezpieczenie robotników i pozwolić im organizować stowarzyszenia i strajki.
Zamiast podatków obecnych należy wprowadzić jeden podatek postępowy od dochodów”.
Pomimo szybkiego rozwoju, polityczny ruch ukraiński był zanadto słaby w przeddzień zwołania pierwszej Dumy, aby odegrać jakąkolwiek rolę wybitniejszą. Partii demokratycznej brakowało poparcia mas i jakiejkolwiek organizacji poza szczupłymi kołami inteligencji. Socjalni demokraci ukraińscy posiadali wpływ na ludność pracującą po wsiach i mniejszych miasteczkach, ale tak samo, jak i wszystkie inne partie socjalistyczne, bojkotowali wybory do Dumy. Prawie nigdzie skutkiem tego nie wysunięto odrębnych kandydatów ukraińskich. Niemniej jednakże w pierwszej Dumie państwowej znalazło się sporo Ukraińców nie tylko z pochodzenia, ale i ze świadomości narodowej. Przystąpili oni do utworzenia własnego klubu, ale uczynili to tak późno, że – zanim się ten klub zorganizował, Duma została rozpędzona.
W drugiej Dumie znów znaleźli się świadomi Ukraińcy, którzy skupili się w odrębnej grupie, wchodzącej zresztą w skład frakcji dumskiej „partii pracy” (trudowicy), jako najbardziej pokrewnej im programowo. Grupa ukraińska wydaje własny organ „Ridna Sprawa – Wisty z Dumy”, redagowany bardzo umiejętnie i skutkiem tego szerzący się z powodzeniem na Ukrainie. Pod wpływem ukraińskiej opinii narodowej grupa ukraińska w II Dumie występuje wreszcie z klubu „trudowików” i staje się klubem zupełnie samodzielnym, stojącym na gruncie programu autonomii Ukrainy.
Klub ten wypracował szereg poprawek do rządowego projektu dotyczącego oświaty ludowej. Klub ukraiński domagał się: 1. aby natychmiast założono kursy mowy ukraińskiej, literatury i historii dla nauczycieli; 2. aby zaczęto wykładać język ukraiński w seminariach nauczycielskich na Ukrainie; 3. aby na uniwersytetach – kijowskim, charkowskim i odeskim – ustanowiono katedry ukraińskiej mowy, historii i literatury. Poza tym klub ukraiński gromadził materiały do wniosków o autonomii Ukrainy, o samorządzie miejscowym, o języku ukraińskim w sądzie, cerkwi itd. Zachody te jednak do niczego nie doprowadziły.
Nie przyzwyczajono się bowiem w Rosji traktować żądań ukraińskich na serio, gdyż nigdy tych żądań nie popierała żadna siła poważna. W dniach spotęgowanej walki rewolucyjnej – od wojny japońskiej aż do upadku powstania moskiewskiego, kiedy najdrobniejsze grupki narodowościowe – w rodzaju Jakutów czy Czuwaszów – budzą się do samodzielnej pracy politycznej, o Ukraińcach jako o samodzielnej sile politycznej głucho. Ukraińscy działacze narodowi korzystają skwapliwie z ustępstw wydartych caratowi przez rewolucję, rozwijają bardzo intensywną pracę kulturalną, ale w dziedzinie czysto politycznej pracy tej towarzyszą zaledwie słabiuchne próby stworzenia własnych partii.
Toteż potęgująca się reakcja kontrrewolucyjna zmiotła doszczętnie zalążki tych partii. W trzeciej Dumie Ukrainę reprezentuje masa ciemnych chłopów i popów czarnosecińców, o żadnym klubie ukraińskim nie ma już mowy, partie polityczne zanikły zupełnie i tylko jedna z nich – socjalno-demokratyczna – poczyna się odradzać w latach 1909–1911.
Praca kulturalna pochłonęła wszystkie siły intelektualne Ukrainy, ale i ta praca zwęża się coraz bardziej skutkiem represji administracyjnych. Ofiarami tych represji padają pisma ukraińskie, niektóre „Proświty”, jak np. kijowska, mnóstwo działaczy ukraińskich idzie na zesłanie i emigrację, a rząd zupełnie niedwuznacznie daje do poznania, że nie będzie tolerował nawet kulturalnego ruchu ukraińskiego. Prasa czarnosecinna denuncjuje ruch ukraiński jako „separatystyczny”, jako dzieło „polskiej intrygi” lub „machinacji austriackich”, i można się obawiać, że w miarę dalszego rozwoju reakcji zanikną i te nieliczne warsztaty pracy, jakie Ukraińcy posiedli po roku 1905.
Bądź co bądź jednak kilkoletnia działalność prasy i stowarzyszeń ukraińskich dokonała wielkiego dzieła. I śladów tej działalności rządowi już się nie uda wyplenić. Albowiem świadomość narodowa głęboko przeniknęła ukraińskie masy chłopskie, robotnicze i drobnomieszczańskie. W ciągu lat paru proces ukrainizacji mas posunął się ogromnie naprzód i można twierdzić z całą stanowczością na podstawie danych dokumentalnych, zgromadzonych w prasie ukraińskiej, że ostatnie pięciolecie dało pod tym względem Ukrainie więcej, niż poprzednich lat trzydzieści. Ukraińcom brakuje dziś tylko organizacji politycznych, które by mogły zużytkować do szerokiej walki narodowej te siły potencjalne, które się nagromadziły w masach. Ale i organizacje te wcześniej czy później muszą się zjawić i kwestia ukraińska stanie się jedną z najbardziej poważnych i niebezpiecznych dla caratu kwestii narodowych.
W poprzednich rozdziałach staraliśmy się nakreślić obraz rozwoju sprawy ukraińskiej w jej przebiegu historycznym aż do dnia dzisiejszego. Obszar ukraiński, rozdarty na dwie części nierówne – austriacką i rosyjską – znalazł się tu i tam w warunkach wręcz odmiennych. Kiedy w zaborze austriackim – w Galicji i na Bukowinie – wszedł on już od lat kilkudziesięciu na tory rozwoju konstytucyjnego, to w jarzmie rosyjskim w dalszym ciągu ulega samowoli biurokratycznej, która jednym pociągnięciem pióra może w każdej chwili obrócić wniwecz owoce pracy całych lat dziesiątków. W zaborze austriackim Rusini stanowią naród w całkowitym znaczeniu tego wyrazu – naród z dnia na dzień pomnażający swe zdobycze kulturalne, społeczne i polityczne, na Ukrainie rosyjskiej są oni w znacznym jeszcze stopniu materiałem etnograficznym, którego przekształcenie się na naród zależy od radykalnej zmiany warunków politycznych.
A jednak właśnie tu, na Ukrainie rosyjskiej, znajduje się środek ciężkości całej sprawy ukraińskiej. Bo o samodzielnym bytowaniu politycznym Rusi galicyjsko-bukowińskiej mowy być nie może ze względu na jej szczupły obszar i skomplikowane stosunki narodowościowe. Ideał, do którego musi dążyć każdy naród normalny – ideał niepodległości narodowej, może być urzeczywistniony tylko przez wyjarzmienie się Ukrainy rosyjskiej. I wcześniej czy później ideał ten musi stać się hasłem czysto praktycznym ukraińskiego ruchu narodowego, demokracji ukraińskiej.
Dziś, jak już wiemy, dążenia niepodległościowe na Ukrainie nie istnieją niemal zupełnie. Względy oportunizmu, jak również tradycje wieloletniej apolityczności ruchu ukraińskiego wraz z nadziejami na możliwość przekształcenia się Rosji na „raj równouprawnionych narodów” – wszystko to nie pozwala dziś jeszcze hasłu niepodległości Ukrainy, rozlegającemu się tu i owdzie od czasu do czasu, stać się hasłem realnym. Ale wcześniej czy później dojść do tego musi. Praktyka życiowa wskaże na jałowość bezmyślnego oportunizmu, przeświadczenie o konieczności walki politycznej już się szerzy i szerzyć się nie przestanie, a nieuniknione bankructwo złudzeń co do różowej przyszłości narodów Rosji dokona reszty. Z chwilą zaś, kiedy dążenie do niepodległości Ukrainy stanie się programem szczerej demokracji ukraińskiej, nadejdzie i moment ułatwiający uregulowanie kwestii polsko-ukraińskiej.
Dziś kwestia ta znajduje się w stanie potęgującego się zaognienia. Wprawdzie zaognienie to istnieje tylko na gruncie galicyjskim, ale niepodobna zamykać oczu na fakt, że dziś ani Ruś galicyjska od Ukrainy rosyjskiej, ani Galicja w ogóle od zaboru rosyjskiego nie jest murem chińskim przedzielona. I stosunki galicyjskie rzucają cień ponury na stosunki polsko-ukraińskie w zaborze rosyjskim. Rozwydrzony nacjonalizm znajduje poparcie i za kordonem.
Skargi na ucisk i prześladowania żywiołu ruskiego w Galicji, skargi bardzo często nieuzasadnione i dające obraz wyolbrzymiony w celach czysto agitacyjnych, znajdują gościnność na łamach ukraińskiej prasy kijowskiej. I tam wywołują efekt olbrzymi, zwłaszcza że ze skargami na ucisk i prześladowanie, spadające na Ukrainę z rąk rządu rusyfikatorskiego, należy się bardzo miarkować.
W rezultacie Ukrainiec rosyjski, pozbawiony najelementarniejszych praw narodowych i językowych u siebie w domu, czytając codziennie skargi korespondentów lwowskich na „ucisk polski”, daje się zasugestionować i wierzy, że ten ucisk jest gorszy od tego, jakiemu on – Ukrainiec rosyjski – ulega. Wytwarza się coś podobnego do stosunków w Królestwie sprzed roku 1905-go, kiedy dzięki swobodnemu rozleganiu się skarg na ucisk pruski i hakatyzm, przeciętny filister polski, nie posiadający ani dziesiątej części tych praw, co Polak w Prusach, był jednak święcie przekonany, że to właśnie w zaborze pruskim, nie zaś w rosyjskim, Polacy ulegają najgorszym prześladowaniom.
Nie chcę bynajmniej porównywać położenia zaboru pruskiego z położeniem Rusi galicyjskiej. Tylko bowiem niesumienność agitatorska skrajnych polakożerców ruskich może czynić coś podobnego. Między zaborem pruskim a Wschodnią Galicją nie można żadnej paraleli przeprowadzać. Rusini bowiem, pomimo całego ciężaru walki, jaką muszą prowadzić, są prawdziwymi panami w porównaniu z Poznańczykami lub Górnoślązakami. Językiem ich szkoły ludowej, średniej i dziesiątka katedr uniwersyteckich jest język ukraiński, który również w sądzie, urzędzie, gminie i sejmie posiada stale rozszerzające się prawa przy zupełnej nieobecności jakichkolwiek praw wyjątkowych dla Rusinów. Bynajmniej nie chcę twierdzić, jakoby te prawa, jakie posiadają w coraz większym zakresie Rusini galicyjscy, stanowiły zasługę Polaków. Są one bowiem rezultatem energicznej, ofiarnej walki samych Rusinów, są one ich zdobyczą – takąż samą, jak bogata prasa, składająca się z dziesiątków organów, jak działalność stowarzyszeń oświatowych, organizacji ekonomicznych, społecznych i politycznych.
Dużo jeszcze pozostaje Rusinom galicyjskim do zdobycia, jeszcze dużo pracy będą musieli włożyć w budowę gmachu swej przyszłości, dużo nadużyć usunąć, aby zrealizować faktycznie nawet te prawa, jakie dziś już teoretycznie posiadają. Walka polsko-ruska będzie się toczyła, bo jest ona nieunikniona tam, gdzie dwie narodowości – uprzywilejowana społecznie i politycznie i upośledzona – wspólnie jeden kraj zamieszkują. W walce tej i jedna i druga strona będzie się dopuszczała nadużyć i wybryków, częstokroć ohydnych, bo z obydwu stron na plan pierwszy wysuwają się żywioły skrajnie nacjonalistyczne, szowinistyczne, nie przebierając w środkach. […]
Walka się toczy i toczyć się nie przestanie. I jeśli szczera demokracja obydwu narodów coś może uczynić, to chyba starać się o to, aby ta walka nie przybierała form tak ohydnych, aby w niej było mniej krwi i błota, a więcej poglądów szerszych, wybiegających poza ciasne szranki zaścianków powiatowych i prowincjonalnych, więcej zrozumienia interesów całej Polski i całej Ukrainy.
Jedynym bowiem wyjściem z dotychczasowej, zdawałoby się beznadziejnej sytuacji jest ocenienie stosunków wzajemnych Polaków i Ukraińców – po obydwu stronach kordonu – ze stanowiska dążeń niepodległościowych obydwu krajów. Tylko na tle tych dążeń możliwy jest modus vivendi i – w dalszej przyszłości – sojusz między Polakami a Ukraińcami. Tylko w świetle ideału niepodległości Polski i Ukrainy demokracja obydwu narodów znajdzie drogę postępowania, gwarantującego zadośćuczynienie interesom realnym każdego z tych krajów. Tylko pod hasłem niepodległości kwestia polsko-ruska w Galicji lub chełmska w zaborze rosyjskim dadzą się sprowadzić do właściwej miary zatargów granicznych dwóch narodowości, żyjących w szachownicy wzajemnej, jak to jest w Galicji Wschodniej lub na kresach.
Leon Wasilewski
Powyższy tekst to – z niewielkimi skrótami – ostatni rozdział oraz zakończenie książki Leona Wasilewskiego „Ukraina i sprawa ukraińska”, Spółka Nakładowa „Książka”, Kraków 1911. Od tamtej pory tekst nie był nigdy wznawiany, poprawiliśmy pisownię według obecnych reguł.
przez Mateusz Kucz | środa 16 marca 2022 | opinie
Tocząca się inwazja Rosji na Ukrainę uświadamia nam na nowo, co jest w życiu ważne. Może stać się ona podstawą do przewartościowania priorytetów naszego społeczeństwa oraz być impulsem do podjęcia ważnych działań na rzecz Ukrainy. Warto jednak, aby podejmowane działania były przemyślane i w efekcie miały możliwie największe pozytywne skutki. Musimy teraz jako społeczeństwo zadać sobie wiele ważnych pytań, aby być w stanie pomóc narodowymi ukraińskiemu nie tylko chwilowym romantycznym zrywem, ale także systemowo i długofalowo. Po wspaniałym czasie wielkiej otwartości i ofiarności w pierwszych dniach po rosyjskiej inwazji powinniśmy zacząć odpowiadać na kluczowe pytania. Nie tylko jak pomagać Ukraińcom, ale przede wszystkim jaki jest cel naszej pomocy.
Jednym z głównych celów agresywnej polityki Putina jest zanegowanie istnienia ukraińskiego narodu i ukraińskiej kultury. Ważnym zadaniem, które stoi przed polskim państwem i polskimi obywatelami, jest uczynienie jak najwięcej, aby ten cel nie został zrealizowany. Znaczącą formą sprzeciwu wobec tego rodzaju działań Rosji będzie zapewnienie Ukraińcom ciągłości w sferze edukacji. Niniejszy tekst stara się przedstawić pewne propozycje, jak takie działania mogłyby wyglądać – przedstawić możliwości długofalowych działań związanych z edukacją.
Włączeni w biegu
Należy pochwalić polski rząd i Ministerstwo Edukacji i Nauki za szybką reakcję, otwartą postawę i gotowość do podjęcia tematu edukacji uchodźców wojennych z Ukrainy. Jest to jeden z pilniejszych tematów, którymi należy zająć się w pierwszej kolejności – nie chcielibyśmy, aby ukraińskie dzieci straciły rok nauki. Jednak pilność zagadnienia i jego waga nie powinny nam przysłonić konieczności udzielenia ukraińskim dzieciom rzetelnego wsparcia i przede wszystkim opieki. W tym kontekście należy docenić, że w przestrzeni medialnej pojawiają się deklaracje konkretnych działań polskiego państwa – szeroko zakrojonego wsparcia na rzecz prowadzenia edukacji ukraińskich dzieci. Jest to zadanie niezwykle delikatne i trudne. Wyzwanie, przed którym stoi polski system edukacji, można porównać do dołączania nowych wagonów do pociągu w pełnym biegu. Musimy być ostrożni, żeby w efekcie tych działań nikt nie ucierpiał.
Inicjatywy podjęte w pierwszych dniach były adekwatne w sytuacji, gdy chętnych do szkół było mało. Zgodnie z obowiązującym prawem dyrektorzy placówek edukacyjnych mają obowiązek zapewnić dostęp do nauki dla wszystkich dzieci, które rodzice zgłoszą do placówki. Efektem tego jest przyjmowanie od kilku dni ukraińskich dzieci do istniejących klas. Jest to działanie i odpowiedź o bardzo ograniczonej skuteczności, ze względu na ograniczenia kadrowe i lokalowe. Należy też brać pod uwagę, że w takiej sytuacji dobrze odnajdą się jedynie dzieci znające już język polski.
Dominacja takiego modelu działania w dłuższym okresie grozi wieloma bardzo niepożądanymi skutkami. Po pierwsze dzieci, które nie miały jeszcze okazji przepracowania traumy wojny i ucieczki z domu, trafiają w obce środowisko, w otoczenie ludzi mówiących w niezrozumiałym dla nich języku. Może to być trudne i wtórnie traumatyzujące, szczególnie dla małych dzieci. Po drugie utrudnia to pracę nauczycieli, którzy, nawet jeśli mają dobre chęci, nie są w stanie realizować programu z całą klasą i zaopiekować się dziećmi, z którymi mają duże problemy w komunikacji. Po trzecie już na starcie istnieje ryzyko negatywnego naznaczenia ukraińskich dzieci w oczach rówieśników. Gorszych osiągnięć i gorszego startu edukacyjnego, które będą wynikały z nieznajomości języka.
Minister Czarnek jest świadomy tych trudności, wprost odwołuje się do nich w swoich wypowiedziach. Mówi o zatrudnianiu pomocy w klasach w postaci np. ukraińskich studentów, emerytowanych nauczycieli czy nauczycieli pobierających świadczenie kompensacyjne (pomocna miałaby być ich znajomość języka rosyjskiego) oraz zniesienie limitu 1,5 etatu dla nauczycieli. Wiadomo, że osoby chętne do podjęcia pracy w tym obszarze już się zgłaszają. Czas pokaże, czy będzie ich wystarczająca ilość. Oczywiście ważnym komponentem w zakresie kwestii kadrowych będzie zatrudnienie nauczycielek ukraińskich – działania w tym zakresie również są już podejmowane.
Połączenia międzynarodowe
W tym kontekście warto wspomnieć, że Ukraina była setnym krajem, który podpisał Safe Schools Declaration. Polska także jest sygnatariuszem tego porozumienia. Pod wpływem rosyjskich działań w Ukrainie realizuje się schemat negatywnego wpływu konfliktu zbrojnego na szanse edukacyjne ukraińskich dzieci. Sygnatariusze porozumienia zadeklarowali, że będą podejmowali działania na rzecz „Poszukiwania sposobów zapewnienia kontynuacji edukacji w czasie zbrojnego konfliktu, wspieranie przywracania instytucji edukacyjnych, jeśli mają taką możliwość, zapewniać i wspierać międzynarodową współpracę i pomoc w programach mających na celu zapobieganie lub odpowiadania na ataki na edukację”. Aby przejść od deklaracji do czynów polskie władze powinny mocno zaangażować się na rzecz ukraińskich dzieci i studentów, a także ukraińskich szkół i uniwersytetów.
Kuszetki, przedziały czy wagony bezprzedziałowe
Trzymając się metaforyki kolejowej, można zapytać jak mają wyglądać te wagony, które przyłączymy do polskiego systemu edukacji. To znaczy w jakich warunkach chcemy i możemy uczyć ukraińskie dzieci. Czy stworzymy komfortowe warunki, np. uruchamiając na nowo wygaszone placówki edukacyjne na terenach wiejskich i w mniejszych miejscowościach? Czy będziemy tworzyli nowe klasy w obrębie funkcjonującej infrastruktury edukacyjnej? Czy „upchniemy” dzieci ile się da i jak się da, tworząc klasy po 35-38 osób…?
Kluczowa w tym zakresie będzie liczba ukraińskich dzieci, które trzeba będzie włączyć do systemu edukacji. W roku szkolnym 2020/21 mieliśmy 4 931 461 uczniów szkół podstawowych, którzy pobierali naukę w 14 297 szkołach. Dla porównania, w roku szkolnym 2009/10 mieliśmy 5 621 167 uczniów szkół podstawowych, którzy pobierali naukę w 13 972 szkołach. Pokazuje to, że na poziomie lokalowym jesteśmy w stanie przyjąć 0,5-0,8 mln dzieci. Oczywiście należy pamiętać, że 12 lat temu mieliśmy do czynienia z dużym przeludnieniem w klasach i szkołach. Pamiętajmy też, że pół miliona dzieci dotarło do Polski już 7 marca, można zatem szacować, że docelowo możemy potrzebować zdecydowanie więcej miejsc, w najbardziej pesymistycznym scenariuszu nawet 1-2 miliony. Powinniśmy mieć plan działania uwzględniający również taką ewentualność.
Pewną formą odpowiedzi na nadchodzące wyzwania związane z infrastrukturą edukacyjną mógłby być plan przywrócenia do użytku wielu placówek edukacyjnych na terenach wiejskich i w małych miastach (już powstają lokalne inicjatywy uruchomienie ukraińskich szkół w gminach). Te słuszne i potrzebne działania potrzebują jednak wsparcia na poziomie rządowym i samorządowym.
Podróż daleka czy bliska?
Włączając ukraińskie dzieci w nasz system edukacji musimy zadać sobie kluczowe pytanie. Dotychczas chyba nie padło ono jeszcze w przestrzeni publicznej: jakich efektów oczekujemy od procesu edukacji ukraińskich dzieci? Minister Czarnek wielokrotnie powtarza, że utworzymy oddziały przygotowawcze, gdzie dzieci ukraińskie będą uczyły się polskiego i od wrześnią zostaną włączone do polskich szkół. Powiedzmy sobie szczerze: to nierealne. Należy unikać pułapki myślenia, że ukraińscy uczniowie po 2-3 miesiącach czy nawet po roku „wejdą” w polski system. Nauczyciele doświadczeni w edukacji międzykulturowej i włączaniu dzieci ze wschodu do polskiego systemu edukacji mówią, że potrzeba 3 lat, a nie 3 miesięcy, aby komunikatywnie brać udział w procesie edukacyjnym po polsku.
Jeśli szybka, życzeniowa integracja jest niemożliwa, to co możemy zrobić? I co powinniśmy zrobić?
Pierwszym ważnym elementem jest fakt, że póki co gościmy u siebie ukraińskie matki z dziećmi i rodziny, które uciekły w trosce o swoje życie i zdrowie. Czy jako gospodarze mamy prawa narzucać im w sferze edukacji nasz język i kulturę? Czy nie powinniśmy stworzyć im przestrzeni dla zachowania odrębności kulturowej, językowej i religijnej? Sytuacja zmieni się zapewne po zakończeniu działań zbrojnych w Ukrainie. Póki co, szczególnie w obliczu zagrożenia rusyfikacją części lub całości Ukrainy, powinniśmy zadbać o stworzenie przestrzeni społecznej dla ciągłości instytucjonalnej elementów państwa ukraińskiego. Takim elementem jest system edukacji. To rodziny dzieci ukraińskich powinny mieć możliwość podjęcia decyzji, czy ich dziecko pójdzie do szkoły polskiej, do oddziału przygotowawczego czy do szkoły ukraińskiej. To nie są łatwe decyzje i państwo polskie powinno stworzyć warunki do ich podjęcia, a nie podejmować je za rodziny ukraińskie. W tym celu kluczowe jest utworzenie dwóch typów nowych przestrzeni edukacyjnych (oddziałów przygotowawczych i szkół ukraińskich) oraz elastyczne kształtowanie liczby dostępnych w nich miejsc w zależności od potrzeb.
Konieczne byłoby zaangażowanie ukraińskich nauczycieli, którzy zapewne także uciekają przed wojną, a także umożliwienie dzieciom kontynuowania edukacji w języku ukraińskim. Kluczowe będzie również wykorzystanie doświadczenie funkcjonujących w naszym kraju szkół ukraińskich, które ze względu na swoją kilkudziesięcioletnią tradycję działania powinny być źródłem inspiracji i wzorem dla przyjmowanych rozwiązań. Aktualnie na obszarze Polski działa 5 takich placówek: w Legnicy, Górowie Iławieckim, Bartoszycach, Przemyślu i w Białym Borze.
Expres Charków – Warszawa?
Podobne myślenie powinno nam towarzyszyć w odniesieniu do edukacji wyższej. Kontynuowanie funkcjonowania instytucji wyższej edukacji w języku ukraińskim jest ważnym elementem budowania przyszłej silnej i wolnej Ukrainy. Sytuacja, w której z powodu działań wojennych doszłoby do zanegowania ciągłości instytucjonalnej ukraińskich uczelni, byłaby ogromną stratą dla tego państwa, a co za tym idzie również dla Polski.
Trudno w tej chwili rozstrzygnąć, jak daleko idąca będzie dewastacja Ukrainy. Jednak już dziś wiemy, że uniwersytet w Charkowie został trafiony rosyjskimi rakietami. Poza zaproszeniami dla indywidualnych uczonych, które są bardzo ważne, potrzebne jest myślenie w kategoriach ciągłości trwania ukraińskich instytucji edukacji wyższej. Stworzenie przestrzeni prawnej, fizycznej i mentalnej w celu umożliwienia funkcjonowania ukraińskich instytucji wyższej edukacji będzie dużym wyzwaniem organizacyjnym.
Zapewnienie miejsc indywidualnym uczonym, którzy zostaną rozsiani po świecie, w różnych instytucjach edukacyjnych, stwarza niebezpieczeństwo dalszego drenażu intelektualnego Ukrainy oraz, wbrew dobrym intencjom sponsorów stypendiów i pobytów badawczych, może utrudnić rozwój i funkcjonowanie ukraińskich instytucji edukacji wyższej.
Podobnie jak w przypadku rozwiązania zaproponowanego dla szkół podstawowych i średnich częścią rozwiązania mogłoby być przejęcie szkół niepublicznych, które są w tej chwili w likwidacji. Placówki te znajdują się w wielu miejscach Polski i jest ich ponad 50. Nie będzie to łatwe zadanie, jednak powodzenie takiej misji dałoby możliwość kontynuowania nauki studentkom i studentom oraz maturzystom, którzy, gdyby nie wojna, podejmowaliby studia w ukraińskich uczelniach wyższych. Innym możliwym rozwiązaniem jest zaproponowanie dostępu do narzędzi informatycznych, istniejących systemów obsługi studentów, oprogramowania do zdalnej edukacji wyższej, a następnie wykorzystanie tych zasobów do możliwości studiowania w języku ukraińskim za pośrednictwem zdalnych narzędzi. Trudno dziś ocenić, czy będzie to możliwe dla studentów z samej Ukrainy, ale taka propozycja mogłaby dać przestrzeń do studiowania po ukraińsku studentom będącym w wielu krajach świata.
Drogie te bilety?
Działania te nie muszą być w całej rozciągłości finansowane przez polskie państwo. Część środków może pochodzić z funduszy unijnych czy amerykańskich przeznaczonych na pomoc uchodźcom uciekającym przed rosyjską inwazją. Warto też starać się wyraźnie zwiększać ogólne nakłady na edukację, aby przypadkiem nie powstało wrażenie, że podejmowane działania odbywają się kosztem środków, które miały trafić na edukację polskich uczniów studentów.
W tym kontekście zawsze będą powstawały pytania o finansowanie proponowanych działań. Poza wspomnianym finansowaniem międzynarodowym warto też zastanowić się nad przekierowaniem środków z budżetu, np. tych przeznaczonych na budowę autostrad, które przyczyniają się do promowania transportu indywidualnego. W kontekście wojny i możliwych problemów z dostawami żywności powinniśmy też przemyśleć wzrost podatków i innych sposobów wzmacniania sytuacji finansowej państwa. Jak pokazuje przykład bezpieczeństwa energetycznego czy skutków sankcji ekonomicznych, sprawy gospodarcze nie dadzą się oddzielić od porządku międzynarodowego i od zapewnienia bezpieczeństwa przed zagrożeniem zewnętrznym. Pomoc Ukrainie nie powinna się ograniczać do działań krótkoterminowych, a obejmować działania długofalowe, państwowotwórcze. Ważnym wymiarem takich działań jest zadbanie o edukację ukraińskich dzieci i studentów.
Stoi przed nami wiele wyzwań, ale i wiele szans. Nie zapominajmy, że wyruszamy w podróż razem z naszymi braćmi Ukraińcami, a solidarność, którą budujemy w tych dniach, może być podstawą nowej Polski (z dużą mniejszością ukraińską), nowej Ukrainy (oby jak najszybciej wolnej, niepodległej) i nowego solidaryzmu w Europie. Nie zmarnujmy tego potencjału.
Mateusz Kucz, Piotr Rosół
przez Andrzej Dwojnych | niedziela 13 marca 2022 | opinie
***
Motto:
Liberał postępowy: O ile można ryzykować uproszczenie, to znaczy zatrzymać się tylko na pewnym stopniu analizy nie uwzględniając wszystkich dostępnych nam danych i nie biorąc pod uwagę współdziałania tych czynników, które na obecnym poziomie studiów nie są nam znane, można przypuścić, że pańskie zachowanie wobec mnie nacechowane jest ostatnio pewną drażliwością.
Związek Radziecki: Ja dałem panu w mordę.
Liberał postępowy: Powstrzymując się od wyciągania zbyt pochopnych wniosków, które mogłyby sprawiać wrażenie, nota bene mylne w tym kontekście, jakobym cofając się przed trudnościami porozumienia na gruncie humanistycznych wartości wspólnych obu stronom dążącym do porozumienia mimo różnic metodologicznych skłaniał się ku pesymizmowi odnośnie możliwości wzajemnego zrozumienia, będącego pierwszym krokiem do porozumienia, które jest niezbędnym warunkiem zbliżenia, żywię nadzieję, że oczekuję od pana pewnych kroków zwiększających szanse wzajemnego zaufania, czy też, lub jednocześnie, niepodejmowania pewnych kroków, w konsekwencji których mogłoby dojść do tego zaufania podrywania, nie zawiodę się co do bezpodstawności mojego oczekiwania. Aj!
Związek Radziecki: Ja panu daję w mordę.
Liberał postępowy: Rozumiejąc skomplikowaną strukturę naszych wzajemnych stosunków, na które nie bez wpływu pozostaje historycznie uwarunkowana kompleksowość pańskich reakcji nacechowana jakże usprawiedliwionym poczuciem pokrzywdzenia, osamotnienia i zagrożenia ze strony otoczenia, pragnę pana zapewnić, że mimo pewnej jednostronności naszego obustronnego zrozumienia, które niewątpliwie doprowadzi do pełnego porozumienia, którego brak jest konsekwencją chwilowego nieporozumienia, cieszę się z tego zbliżenia.
Związek Radziecki: To ja panu dam w mordę.
Sławomir Mrożek: „Krótka rozmowa między zachodnim liberałem postępowym a Związkiem Radzieckim zupełnie już postępowym” (1985)
W jednej z audycji „Pytania z księżyca” mała dziewczynka zadała doktorowi Tomaszowi Rożkowi pytanie: „dlaczego pies z kotem nie są w stanie się porozumieć”. W odpowiedzi usłyszała, że głównej przyczyny dopatrywać należy się w zupełnie różnym sposobie komunikacji obu zwierząt. Otóż kiedy pies merda ogonem – to znaczy, że się cieszy, ale już merdający ogonem kot to zwierzę zdenerwowane, przygotowane do ataku. Kot stawiając ogon „na baczność” daje wyraz swojemu zadowoleniu, rozluźnieniu, ale zachowujący się w podobny sposób pies oznacza zwierzaka przygotowanego do agresji.
Każdy, kto miał okazję spotykać się z Rosjanami na ich terenie, wie, że teoretycznie są oni podobni do ludzi Zachodu. To znaczy przyjmują swoich gości bardzo serdecznie (zapewne bardziej niż ci z Zachodu), w punkcie wizyty niemal obowiązkowo zawarte są (a raczej już: „były”) uroczysta kolacja suto zastawiona wykwintnymi daniami i trunkami, „ruska bania”, atrakcje kulturalne itp. Co więcej – podobnie jak my, także Rosjanie noszą krawaty i koszule na spinki, a nawet dżinsy. Ale jednak pod tą zewnętrzną formą kryje się człowiek mentalnie odmienny, inaczej się komunikujący, o innym podejściu do kobiet, a już na pewno zupełnie inaczej postrzegający sferę polityki niż człowiek Zachodu.
Tak jest dziś, tak było przed upadkiem komunizmu, ale tak było też i dwie dekady temu, kiedy optymistom wydawało się, że Rosja i Rosjanie przechodzą transformację w kierunku westernizacji. W 2005 roku miałem okazję na początku maja obserwować na Placu Czerwonym w Moskwie ćwiczenia armii rosyjskiej przygotowującej się do uroczystych obchodów 60. rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej. Samą rocznicę spędziłem w Nowosybirsku, gdzie, poza oficjalnymi uroczystościami, widziałem zakrojone na ogromną skalę fajerwerki, tłumy obwieszonych orderami weteranów i gdzie uczestniczyłem w wielkim festynie/pikniku wespół z grupą kolegów Rosjan. Jeden z nich, mający korzenie polsko-ukraińskie, zwesternizowany, na stałe mieszkający w Warszawie, podśmiewał się ze swoich kolegów Rosjan, dawnych kumpli z ławki szkolnej, gdy rozmowa zeszła „po stakanie” na skutki drugiej wojny światowej. Rzekł do nich mianowicie: „wy, koledzy, reprezentujecie azjatycką myśl polityczną”. A absolwenci nowosybirskiej politechniki i tamtejszego uniwersytetu odpowiedzieli zgodnie: „tak” – i w tym wyrazie „tak” było poczucie dumy, a nie wstydu jak by się nam, ludziom Europy Środkowej czy Zachodniej, mogło wydawać. Ukraińców, zwanych dość obraźliwie „chachłami”, żaden z tych młodych wówczas ludzi, dziś czterdziestokilkulatków, nie traktował jako narodu odrębnego od Rosjan. Dziś moi dawni koledzy stali się jeszcze bardziej azjatyccy w swoim myśleniu – co stwierdzam na podstawie rozmów z niektórymi spośród nich.
O ciągłości mentalnej Rosjan, przekładającej się na sposób uprawiania polityki przez władze od czasów carskich po okres Związku Sowieckiego, znakomicie traktują chociażby książki Jana Kucharzewskiego „Od białego caratu do czerwonego” czy trylogia urodzonego w Cieszynie Richarda Pipesa: „Rosja carów”, „Rewolucja rosyjska” i „Rosja bolszewików”. Ponieważ książki obu autorów są bardzo, ale to bardzo grube – w zasadzie mało kto dziś je czyta. A szkoda, bo one pozwalają nam po pierwsze otrząsnąć się z nacechowanego emocjami stosunku do wschodniego sąsiada. Po drugie zrozumieć, dlaczego miażdżącej większości Rosjan obce były, są i będą idee liberalne oraz zachodni, czy nawet środkowo-europejski, sposób myślenia o polityce. Po trzecie wyjaśniają masowe poparcie Rosjan zarówno niegdysiejszych jak i współczesnych dla silnej, autorytarnej władzy. Mało tego – te książki tłumaczą nam dogłębnie, dlaczego po wyczekiwanym przez Zachód ewentualnym puczu na Kremlu zastąpi Putina najpewniej jego mniej lub bardziej wierna kopia.
„Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników ani wiecznych wrogów – ma tylko wieczne interesy” – mawiał ponoć lord Palmerston. Trawestując owo powiedzenie nasi politycy i dziennikarze prezentują często w swojej masie przekaz: „Polska ma wiecznych sojuszników i wiecznych wrogów oraz zmienne interesy”. Jednym z naszych wiecznych wrogów, dziś głównym, jest oczywiście Rosja. Zdaniem Marii Janion następstwem „angelizacji” Polski w naszym rodzimym mesjanizmie, podkreślania jej cierpień i krzywd oraz adoracji jako niewinnej ofiary, była „satanizacja” jej prześladowców, stojących oczywiście na niższym poziomie kultury: „W XIX wieku to Rosja, przede wszystkim, stała się wcieleniem szatana, szatana politycznego, jak mawiał Mickiewicz; przeświadczenie to miała potwierdzać Rosja bolszewicka. Niedaleko owe wyobrażenia odbiegały od reaganowskiego »imperium zła«. Tradycyjne polskie poglądy na Rosję i dzisiaj nie tracą na znaczeniu”. Według autorki „Niesamowitej Słowiańszczyzny” nadal „często mamy do czynienia z publicystyczną demaskacją zła Rosji w stylu postromantycznym”.
Nasza ideologiczna niechęć do Rosji ma oczywiście dobre strony. Oprócz nas (i może jeszcze Bałtów) nikt w Unii Europejskiej nie brał w ciągu ostatnich dwóch dekad zagrożenia ze strony putinowskiej Rosji na poważnie. Jakże prorocze – niestety – okazały się słowa Lecha Kaczyńskiego wypowiedziane w Gruzji w 2008 roku. Zgodnie z naszym postrzeganiem Rosji jej autokratyczny władca – Władimir Putin agresję na Ukrainę inicjuje z pobudek zarówno ideowo-imperialistycznych, jak i wewnętrzno-politycznych – czyli pragmatycznych, tj. rozpętuje konflikt, aby zagarnąć część ziem ponoć „historycznie rosyjskich” i w ten sposób wzmocnić swoją pozycję w kraju. Dziś niektórzy dodają także jego „niezrównoważenie psychiczne”, typowe dla tyranów. Takie opinie można w Polsce przeczytać i usłyszeć z kręgów wielu środowisk ideowo-politycznych od lewa, poprzez liberalne centrum, aż po prawo. Oczywiście w tym przekazie jest dużo prawdy, ale pomijany jest w nim regularnie dość istotny szczegół.
Otóż z narracji naszych mediów i polityków najczęściej wynika, jakoby nasi wieczni ideologiczni sojusznicy – a więc np. tracący do niedawna w słupkach sondażowych ulubieniec środowisk liberalno-lewicowych prezydent Joe Biden oraz tracący w słupkach sondażowych ulubieniec prawicy premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, ostrzegali przed agresywnymi działaniami Rosji głównie z pobudek romantyczno-ideowych. Czyli że oni niby chcą szczepić demokrację na wschód od Bugu oraz nieść bezpieczeństwo i pokój Ukraińcom bezinteresownie, tyle że czynią to może trochę niemrawo.
Starając się zatem oceniać obecną sytuację na zimno, to działania Amerykanów, pomimo pohukiwania i gróźb kierowanych pod adresem Rosji oraz ostrzeżeń przed inwazją, które okazały się ze wszech miar trafne, Kreml miał prawo interpretować jako „zielone światło do przejęcia Ukrainy”. Amerykańska reakcja na aneksję Krymu, Ługańska i Doniecka była niemrawa. W polityce zawsze ważną rolę odgrywają symbole. Gdyby to Polska pierwsza wycofała swoją ambasadę z Kijowa i prosiła obywateli o opuszczenie Ukrainy – mało kto na świecie potraktowałby ten fakt poważnie. Ale skoro zrobiły to Stany Zjednoczone – cały świat zachodni, zwłaszcza świat biznesu, zaczął panikować i wycofywać się z Ukrainy zanim nastąpiła inwazja. Mieliśmy tu zatem do czynienia z „Kabulem-bis” i Rosjanie nie mogli zinterpretować tego faktu inaczej. Doprawdy trudno sobie zresztą wyobrazić, by także Amerykanie nie rozumieli skutków własnych działań. Być może niedługo podobnie rozumować będą także Ukraińcy i to nie tylko ci, którzy dzierżą stery władzy. Wycofujący się w panice za Amerykanami z Ukrainy biznes zachodni skutkowałby i tak niemal pewną zapaścią gospodarczą na znajdującej się pod bagnetami rosyjskimi Ukrainie nawet wówczas, gdyby Rosjanie do Ukrainy nie wkroczyli – a co dopiero teraz.
Jednak tragiczne wydarzenia, które mają obecnie miejsce za naszą wschodnią granicą niekoniecznie muszą zaowocować takimi skutkami, jakich chciałyby polskie elity. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, że po trudach wojny chwiejna „stabilizacja pod bagnetami”, podminowana czysto ludzkim strachem o własne życie, może w przyszłości wywołać apatię u tych Ukraińców, którzy nie opuszczą swojego kraju (uchodźcami władze na Kremlu nie będą się przecież przejmować), zaś gniew ukraińskiego ludu może równie dobrze zostać skierowany przeciwko władzom własnego kraju, które nie były w stanie zapewnić bezpieczeństwa obywatelom. Dość przypomnieć jak w naszej historiografii, i to nie tylko komunistycznej, ale także emigracyjnej, były, a czasem i są dzisiaj oceniane rządy sanacji z okresu tuż przed wybuchem wojny. Jeśli dodamy do tego fakt, którego my, jakże tolerancyjni przecież przedstawiciele cywilizacji łacińskiej jakoś nie potrafimy przyjąć do wiadomości, a mianowicie, że wiele społeczeństw i narodów świata działania Zachodu polegające na „zaszczepianiu” demokracji postrzega jako czysty przejaw imperializmu – czyli dokładnie tak, jak my spoglądamy na działania Rosji, to może okazać się, iż Putin wcale nie stoi na straconej pozycji, dokonując inwazji na Ukrainę. Nawet jeśli hipotetycznie założyć spełnienie się w przyszłości naszego chciejstwa, a mianowicie że prezydent Rosji zostanie w jakiś sposób „odstrzelony”, putinowskie „zwycięstwo zza grobu” (prawdziwego lub w przenośni) nie jest wykluczone. Irak, Afganistan czy kraje Ameryki Łacińskiej są tego dobrym przykładem. Wszędzie tam Amerykanie i ich sojusznicy nieśli szczytne idee wolności, demokracji i tolerancji, a kończyło się na rozlewie krwi, wojnach i chaosie. Czy nam się to podoba czy nie, nawet w Europie są w tej chwili nacje, które otwarcie sprzyjają Rosji, na przykład Serbowie.
Wcale nie jest zatem wykluczone, że prozachodnio obecnie nastawieni Ukraińcy zaczną z czasem traktować USA i ich sojuszników z Europy jako partnerów niewiarygodnych, w których nie można pokładać większych nadziei. Hasło „Ukraina w UE” jest przecież raczej z gatunku science fiction. Poza tym trudno uwierzyć w trwały odwrót Zachodu od Rosji. Węgrzy nawet go nie symulują. Polak czy Litwin nie zostawi po wojnie tyle pieniędzy w kasynach Monte Carlo, butikach Mediolanu czy sklepach z zegarkami w Zurychu, co bogaty Rosjanin, któremu z kilkunastu miliardów dolarów po straszliwych sankcjach Zachodu na koncie zostanie „skromnych kilka”.
Patrząc pragmatycznie na kwestię bezpieczeństwa naszego kraju nie ulega wątpliwości, że Polska powinna orientować się przede wszystkim na NATO, zwłaszcza na militarne mocarstwo, jak USA, na potęgę gospodarczą, jak Niemcy, oraz na Unię Europejską jako całość bez względu na to, jakimi wadami jest ona obarczona. Chodzi tu bowiem nie tylko o „kasę z Brukseli”, ale i o nasze bezpieczeństwo. Tu nie ma w ogóle nad czym dyskutować. O ile jednak w odniesieniu do polityki Niemiec, naszego „wiecznego” wroga, polski nos jest dość silnie (poniekąd słusznie) wyczulony z uwagi na zaszłości historyczne i obecną współpracę naszego zachodniego sąsiada z Rosją, której symbolem jest Nord Stream 2 i obecne działania hamulcowe w odniesieniu do nakładania ostrych sankcji na Rosję, o tyle w USA, naszego „wiecznego” sojusznika, jesteśmy nadal wpatrzeni niczym w bożka. Oczywiście jest to dzisiaj najpoważniejszy zewnętrzny gwarant naszej niepodległości obok kordonu coraz słabszych państw dzielących nas od Rosji, z których Ukraina jest podmiotem największym. Ale jakoś nie mam przekonania, że dla naszego Wielkiego Brata zza Wielkiej Wody, a zwłaszcza dla jego europejskich sojuszników na zachód od Odry, utrzymanie integralności Ukrainy jest ważniejsze niż dajmy na to niepodległość Tajwanu.
Tak samo jak nie mam przekonania, że nawet militarne opanowanie Ukrainy przez Rosję przeszkodzi w uruchomieniu gazociągu Nord Stream 2. Romantyzm w polityce zagranicznej raczej nie jest czymś, co przyczynia się do osiągania zakładanych celów. W obliczu konfliktu zbrojnego za naszą wschodnią granicą nie jest to, niestety, dobry prognostyk ani na dziś, ani na przyszłość. Oczywiście po inwazji na Ukrainę zajmowanie stanowiska w pierwszym szeregu krajów domagających się jak najostrzejszych sankcji dla Rosję było koniecznością, podobnie jak niesienie pomocy humanitarnej Ukraińcom, pomoc uchodźcom i wreszcie dochowanie pełnej lojalności wobec naszych partnerów z NATO w konflikcie z Rosją. Ale już pomoc militarna dla Ukrainy, której symbolem jest hałas wokół przekazania naszych MIG-ów Ukraińcom, wydaje się być obarczona ogromnym ryzykiem. Krótko mówiąc, ponieważ czasy są niewesołe, w tyle głowy warto zapisać sobie morał, który płynie z tego oto dowcipu:
– Jak łatwo poznać prawdziwego pioniera na Dzikim Zachodzie?
– Po strzałach w plecach.
dr Andrzej Dwojnych
przez Michał Matuszak | czwartek 10 marca 2022 | opinie
* * *
Nr 1
Związki pracownicze, na nie bracie tylko liczę
Posiadacz mnie wysiudał z zysku, który mu wyćwiczę
Wbrew wyobrażeniu, łączy szefie nas niewiele
Twój finansowy sukces to moje upodlenie
Transakcje, spekulacje, zza kulis pertraktacje
Hegemoniczny rynek prowadzi swą narrację
Krucjata ideologii, neoliberalne szambo
Wybiło już dawno, tworząc dookoła bagno
Bank Światowy i Fundusz Walutowy
Destrukcja społeczeństw przy pomocy rewolty
Odtąd kto nie przedsiębiorczy, ten odstaje od normy
W systemie grodzenia nie ma już łąk wspólnych ani pastwisk
Miarą sukcesu jest finansowy na konto zastrzyk
Choćby dawał światu sam plastik i pastisz
Zwolennicy terapii szokowej zawieszeni są jak karnisz
Zyski prywatyzowane, uspołeczniane nadal straty
Uberyzacja pracy, zyski korpo podane na tacy
Ta dysproporcja boleśnie doskwiera jak sośnie siekiera
Solidarność pracownicza, jak równość, od dawna umiera
A ci co mają mało boją się ryzykować
By nie utracić resztek godności
To nie moja błyskotliwość, tak mówi psychologia
Dlatego nie chcę być prekariuszem
Upaćkanym pariasem w kapitału strukturze
A ci co mniej wytrwali dyndają na sznurze
Jak rolnik z Pendżabu, który doświadczył rynkowego krachu
Uderzam w kapitalizm celnie jak Piguła
Przez całe życie jebana harówa
I co z tego, że odpowiednio się nie wykształciłem
W tym manifeście chodzi o nasze bycie
Ci co mniej wytrwali powpadali w rozpacz
Jak polska szwaczka, której zakład się rozpadł
Eksperymenty chłopców z Chicago
Gospodarka jak plansza Monopoly
W systemie naczyń połączonych
Nie ma miejsca do swawoli
Rygor panów zza kotary
Lobby niczym czarnoksiężnik uskutecznia swe podłe czary
Coś w tym świecie zgrzyta, potwornie mi nie odpowiada
Gdy jeden nie dojada, na koncie drugiego spoczywa suma horrendalna
Przyprawiająca o ból głowy, większa niż budżet państwa
Prywatyzacja zagarnia publiczną przestrzeń
Którą przy każdej nadarzającej się okazji kapitał zdepcze
Rządy silne są wobec słabych, za cienkie na tych mocnych
Ile jeszcze czasu na niesprawiedliwość będziemy zamykać oczy?
Błogosławiona jest własność prywatna, a daleko w tyle człapią pozostałe prawa
Prawdą ponoć jest, że urodziłem się w najlepszym systemie
Z biegiem lat ocknąłem się, że coś jest nie teges
Rwetes tu, słów szeroki strumień wypływa z ust
I będę już od dawna gotowy
Kiedy ciche głosy oburzenia zleją się w chóralne tony
Agresywnie nawołujące do obalenia
Kapitalistycznego kolosa, osiadłego u podstaw jak osad
Dosadnie, strąćmy panów z ufortyfikowanych posad
Klaruje się silna potrzeba rewolucji jak Zapatyści
Te myśli, nie chcą już opuścić mojej głowy
Pora na raban, nie ma miejsca na rezygnacji skowyt
Nr 2
Stoimy nad urwiskiem, a w dole tańczy pożoga
Czas się pożegnać, ogromna szkoda
Tych zniszczeń nie zrekompensuje nam żadna kwota
Na ocalenie coraz mniej szans, a zresztą na co mi hajs
Kiedy z ziemi zrobiliśmy ten szajs
Decydenci składają deklaracje, nic to nie daje
Protokół z Kioto, porozumienia kopenhaskie i paryskie
Nie przyniosły nic poza ufajdanym kłamstwem politycznym pyskiem
W wystąpieniach obiecują zmianę
Nie cichną echa gromkich oklasków
Co nie zmienia faktu, że nadal tkwimy w potrzasku
Tworzę jedność z światem, nie jak dualizm Kartezjusza
Filozofia, która wycisk przyrodzie narzuca
Różnica między podmiotem a przedmiotem
Uzmysławia kogo wyzyskiwać i co można posiadać
Choć ludzkie ciało na produkt też się nada
To nie błąd w mechanizmie, system to jedna wielka wada
Wycieczkowiec z turystami kontra tubylcza tratwa
Czy myślę, więc jestem?
Przez to reszta świata musi być martwa?
Biznes zgładził naturę, uczynił z niej na półkach towar
Stabilność świata zahaczona o próchniejący konar
Wszystkim dziś można handlować
To co dla nas jest bezcenne oznacza tani surowiec w łańcuchu dostaw
Indywidualne wybory to wciąż za mało
By życie na Ziemi uratowano
Spychana odpowiedzialność na nasze sumienia
Odwrócenia uwagi wielkim molochom potrzeba
Bo wybiórczo dobierane dane traktują nieuczciwie prawdę
Nie zawsze jest to kłamstwem, lecz pomijanym faktem
Obłudą mamiącymi masy reklamami i promocjami
Celebryckimi uśmiechami i marketingowymi zabiegami
A to czego potrzebuję to czyste powietrze
Woda wsiąkająca w glebę i ptaki na wietrze
W obliczu żywiołu serce me truchleje
Woda gasi pragnienie w dniu upalnym i daje pożywienie
Powodzie i ulewy, przeciwnie, jak ostrzeżenie
Choć nie jestem czcicielem ognia jak zaratusztrianie
To bez niego nie ma na ziemi życia panie
Lecz nieokiełznany może też nam je odebrać
Równanie jest proste, to żadna algebra
Z naturą ludzkość się musi pojednać
Nie ma odwrotu, to kwestia nadrzędna
Tu nie ocali nas polisa od Ergo Hestia
Nadmiernej konsumpcji nie można zaprzestać
Bo mimo nasycenia rynku on dalej brzuch swój chce napełniać
Otwór pustki wciąż się poszerza, a dziura to niepomierna głębia
W podmuchach wiatru coraz częściej czuć destrukcję
Orkany nadciągają, meteorolodzy imionami je oswajają
Chyba przeczuwają, że te zjawiska staną się już normą
Hormon szczęścia zniżkuje i nie poprawia mi nastroju
Ile by nie opublikowano badań zwojów
Głos denialistów nieustępliwie szturmuje do boju
Nr 3
Choć cię nie widać, nie znaczy, że jesteś niezauważalny
Dane krążą jako towar, funkcjonujemy wszyscy w trybie zdalnym
Informacja tutaj nie jest równa wiedzy
Uchodzi za znawcę typ w temacie niekompletny
Sprowadzone życie jest do ciągu cyfr
Przewidywalność w sieci jak czytanka dla dzieci
Cyfrowa dyscyplina, pierdolony tayloryzm
Bezwiedne wykonawstwo, indywidualność to tylko pozory
Autonomia kończy się, gdy uwierzytelniasz system logowaniem
Niby coś dostajesz, ale więcej jednak dajesz
Myślenie jednostkowe przemielone w strumień
Danych, których oddać nie chcemy, a oddajemy
Nie wiedząc nawet kiedy
Reguły gry nie są symetryczne, niestety
Profilaktyka ma się dobrze?
Puls sprawdzisz w telefonie,
w zegarku poziom cukru,
Streaming porad i e-zdrowie
Sprywatyzowana wartość tworzona jest przez użytkownika
Choć nie nazwiesz tego pracą, robisz tu za pracownika
Hakowana psychika, login do podświadomości, mój nick to Michał
Siedzisz przed kompem, robisz swoje ekran obserwując
Role się odwróciły, teraz twoje zachowanie bacznie monitorują
Przekroczyli granice umysłu, brak czasu do namysłu
Sformatowane potrzeby, o których nie wiedziałeś
Lecz nieważne, dadzą ci szanse
Na spełnienie każde, kreowane niuanse
Kolejne skandale jak Cambridge Analytica
Wstrząsająca ingerencja jak eugenika
Wpływ GAFA na świat jak polityka
Otępiały zgadzam się na to i ciasteczka połykam
Nikt mnie tak szczegółowo nie zna jak algorytm
Jak algorytm, Dolina Krzemowa, Mark Elliot
Wszyscy jesteśmy pochłonięci przez monitory
Chcę posłuchać muzyki
A brzdęka reklamowy song
Twarz skądś kojarzę, lecz
czy to ktoś znajomy czy
zasponsorowany post
Manipulacji mam już dość
Na wskroś – prywatności penetracja
Odzyskanie danych to docelowa stacja
Niejasności i kolejne matactwa
Osobowość skatalogowana
W kwestii ochrony dopuścili się partactwa
Aplikacja – pracodawca, nie obroni cię tu prawo pracy
A inwestor bije temu z entuzjazmem brawo
Miało być klawo w świecie łatwo dostępnej wiedzy
Społeczne korzyści kontra dla garstki kupa pieniędzy
Stopa wzrostu musi stale rosnąć dla interesanta zwrotu
Rynek niekończących się przejęć, fuzji i obrotu
Nieubłagalnie dąży to do monopolu
Ponieśliśmy wyraźną porażkę na tym polu
Licencje, prawne zasieki, chciwość i patenty
Informacja obwarowana jak pręty, choć odebrana mi za darmo
Od zagęszczenia faktami robi się już gwarno
Żyjemy dziś wszyscy w centrum, nie ma już peryferii
Tkwimy w globalnej wiosce milionów osiedli
Waszyngton – Mogadisz, bogaci i biedni
Makler – pastuch, lubiani i wredni
To nie sci-fiction ani post-apokalipsa
Algorytm warunki rynkowe na nowo wymyśla
Oplótł cały glob jak pnącze ruinę
Informacja tutaj nigdy nie zginie
Bo tworzy się w niekończącej operacji
W efekcie sieciowym chodzi o mnogość reakcji
Aktywności powiązanej jak jony
I zrabowanej koncentracji
Przyszedł czas społecznej demokratyzacji
Wspólnica danych może przynieść społeczeństwu pozytywne zmiany
Inaczej będziemy nadal z prywatności ograbiani
Scenariusz do bani!
Michał Matuszak
przez redakcja | wtorek 8 marca 2022 | klasyka, opinie
Rozwój gospodarki kapitalistycznej spowodował, że miliony kobiet w świecie muszą pracować, aby zapewnić sobie głodową egzystencję. Niskie zarobki zmuszają, że obok męża musi iść do pracy zarobkowej kobieta, aby wspólnie z mężem pracować na utrzymanie swej rodziny. Toteż w obecnych ciężkich warunkach pracy i niskich zarobków znajdują się w znacznie gorszym położeniu kobiety, a w szczególności wdowy i panny, które muszą same pracować na utrzymanie siebie, a nieraz i swych rodzin. Jeżeli zważymy, że kobiety jako matki bardzo często są zmuszone do pracowania przy takich rodzajach pracy, które się odbijają bardzo szkodliwie na ich zdrowiu, oraz na zdrowiu ich dzieci.
Przez to kapitalizm wyrządza krzywdę nie tylko matkom, ale i młodemu pokoleniu, które przychodzi na świat o nadwyrężonym zdrowiu i siłach do życia. W dzisiejszych społeczeństwach spotykamy tu i owdzie setki tysięcy proletariuszy małokrwistych, scharlaciałych, z góry skazanych jako kandydatów podatnych do chorób zakaźnych, w szczególności tych, których gruźlica zabiera tysiące w młodym wieku jako skutki nędzy i głodu mas robotniczych.
Wobec tego, że kobiety dzięki warunkom wytworzonym są mniej podatne do organizowania się i uświadomienia, kapitaliści doceniają, że kobiety są mniej odporne w walce z wyzyskiem w wielu gałęziach przemysłu i chętnie przyjmują je do pracy, bo pracują za niższe wynagrodzenie, niż ich współtowarzysze pracy.
Statystyka wskazuje, że liczba kobiet zmuszonych do pracy zarobkowej stale wzrasta, zwłaszcza w krajach silnie uprzemysłowionych.
Na tysiąc ludności płci żeńskiej było czynnych [zawodowo] kobiet
1895–1905 1920–1925
W Wielkiej Brytanii 240 255
w Niemczech 201 357
w Holandii 168 183
w Stanach Zjednoczonych 222 259
Jeszcze jaskrawiej widać wzrastające znaczenie kobiet w życiu gospodarczym w następujących danych:
Na 1000 czynnych zawodowo mężczyzn było czynnych zawodowo kobiet
w latach 1895–1905 1920–1925
w Wielkiej Brytanii 249 255
w Niemczech 354 559
w Holandii 289 302
w Stanach Zjednoczonych 222 259
Ten wzrost liczby pracujących kobiet wskazuje, iż siłą żelaznej konsekwencji są one zmuszone ciężko pracować na swoje utrzymanie w tych krajach, gdzie ruch zawodowy odgrywa rolę znacznie większą jak w Polsce, albowiem w tych krajach przy wyższej kulturze i odpowiednich warunkach gospodarczych są znacznie wyższe zarobki niż w naszym kraju, a mimo to taka duża ilość kobiet jest zatrudniona przy pracy zarobkowej.
Dla charakterystyki w Polsce podajemy cyfry zatrudnionych kobiet w przemyśle włókienniczym.
Ogółem pracuje 52 733 kobiet i 5000 dziewcząt do lat 18, a w samej Łodzi 32 640 kobiet i 2300 dziewcząt W Polsce całej pracuje kobiet w szkodliwych zawodach.
Kobiet Młodocianych
Włókienniczym 50 proc., 5 proc.
Papierniczym 30 proc., 8 proc.
Drukarskim 27 proc., 16 proc.
Metalurgicznym 9 proc., 15 proc.
Płace kobiet przy mizernych zarobkach mężczyzn są niższe o 30 proc. Takie jest wykonywanie Konwencji Waszyngtońskiej. W szczególności w Łodzi nie przestrzega się ustawodawstwa o zakazie nocnej pracy kobiet i młodocianych. To nieprzestrzeganie ustaw dotyczących ochrony kobiet i młodocianych jest stosowne przez kapitalistów dlatego, iż robotnicy nie są należycie zorganizowania w szczególności kobiety.
Klasowe Związki Zawodowe od dość dawna interesują się tym zagadnieniem i robią wysiłki, aby kobiety organizować równorzędnie ze współtowarzyszami pracy. Kobiety świadomsze ze swej strony winny wszystko uczynić, co jest w ich mocy, aby rozszerzyć organizację zawodową wśród kobiet fabrycznych, bo to leży w interesie ogółu robotnic, aby przeprowadzić należytą walkę o wyzwolenie kobiety, aby one i ich dzieci z głodu nie konały.
Jest charakterystyczne, że w związku z akcją wyborczą wydawnictwa, a w szczególności odezwy Bloku Katolicko-Ludowego i Bloku Katolicko-Narodowego są poświęcone w dużej mierze dla pozyskania głosów kobiet na te listy nieprzejednanych wrogów klasy robotniczej.
Odezwy te w sposób obłudny wskazując jako głównych wrogów lewicę wysuwają straszak, że jak lewica zwycięży w wyborach do Sejmu to przeprowadzi rozwody i śluby cywilne w Sejmie, co będzie nieszczęściem w szczególności dla kobiet matek, ale odezwy te milczą o krzywdzie, jaką wyrządza współczesny kapitalizm proletariatowi, a w szczególności matkom i ich dzieciom.
Przecież wszyscy świadomi wiedzą, że to co piszą pismaki burżuazji, to są strachy na lachy mające na celu oszukać i otumanić kobiety z proletariatu w tym celu, aby pozyskać głosy nieświadomych na listy burżuazyjne. Przecież stwierdzone jest niewątpliwie dawno, że wszelką demoralizację, jak prostytucja, złodziejstwo, ciemnota, różne choroby i nieszczęścia, jak i brak pracy, głód, nędza, brak odpowiednich mieszkań itp. powoduje ustrój kapitalistyczny.
Czyż to lewica winna, że około pół miliona robotników było zmuszone wyemigrować do Francji, aby szukać środków do życia i tysiące z nich pozostawiło swe żony i dzieci w kraju, a rokrocznie 200 000 tysięcy z górą udaje się na roboty rolne do Niemiec i rodziny ich znajdują się w podobnych warunkach? Czy lewica winna, że setki i tysiące robotników pozbawionych pracy opuszcza swe rodziny w głodzie i nędzy i udaje się za pracą do innych miast? Czy to nie podrywa węzłów życia rodzinnego, o tym milczycie panowie i przechodzicie nad tym tragizmem i nieszczęściem do porządku dziennego.
Kobiety pracujące, odwróćcie się z pogardą od sługusów reakcji kapitalistycznej, nie dajcie się oszukać przy wyborach obecnych.
Walka o lepszy byt klasy robotniczej zarazem jest walką o polepszenie bytu kobiet pracujących. Toteż w obecnych wyborach kobiety-robotnice winny oddać swe głosy na listę partii socjalistycznych – nr 2.
Droga do wyzwolenia kobiety prowadzi przez demokrację i zdobycie pełni równouprawnienia w życiu politycznym i społecznym kobiet pracujących.
Kobiety same muszą się organizować i należeć do Związków Zawodowych i samodzielną siłą zbiorową walczyć nieustannie o swe postulaty – wyzwolenia kobiety.
Sprzymierzeńcem kobiet w ich walce są socjaliści i organizacje klasowe, a nie stronnictwa prawicowe, które zawsze idą z reakcją kapitalistyczną przeciwko klasie robotniczej, a więc i kobietom.
Kobiety robotnice muszą na każdym miejscu zdzierać maskę obłudy ze swoich wrogów klasowych i szerzyć świadomość o konieczności wspólnej walki z robotnikami o wyzwolenie kobiety z jarzma dzisiejszej niewoli wyzysku i uścisku.
A. S.
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Włókniarz. Miesięczny organ Związku Zawodowego Robotników i Robotnic Przemysłu w Polsce” nr 2/1928, Łódź, 15 lutego 1928 r. Było to pismo lewicowego związku zawodowego, związanego z Polską Partią Socjalistyczną. Autorem artykułu był prawdopodobnie Antoni Szczerkowski – z zawodu tkacz, lider PPS w Łodzi, lider tego związku zawodowego oraz przewodniczący komitetu redakcyjnego czasopisma. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez Jan Przybylski | niedziela 6 marca 2022 | opinie
Po upływie dziesięciu dni od agresji Rosji na Ukrainę na frontach wojny zapanował stan sprawiający wrażenie pauzy operacyjnej. Sytuacja Ukrainy jest niezwykle ciężka, a jej perspektywy wojenne pozostają wątpliwe. Widać jednak, że pierwotny plan rosyjskiego kierownictwa politycznego spalił na panewce. Inwazja nie okazała się spodziewanym, jak wszystko wskazuje, szybkim spacerkiem. Armia rosyjska poniosła istotne straty.
Do roszczeń każdej ze stron w zakresie szkód poczynionych w szeregach przeciwnika należy podchodzić z daleko idącym sceptycyzmem, podobnie jak rozmaite heroiczne historie (taką jak o gromiącym rosyjskie lotnictwo myśliwcu MiG-29, nazywanym „Duchem Kijowa”). Jednak dostępne w domenie publicznej i weryfikowane przez niezależnych obserwatorów dane pozwalają na ustalenie pewnych minimalnych poziomów.
Najtrudniejsze do określenia są straty ludzkie, jednak według ocen analityków Rosjanie mogli stracić już około 10 000 zabitych, rannych i zaginionych (wziętych do niewoli, dezerterów). Znacznie więcej wiadomo o sprzęcie. Analizy autorów serwisu Oryx wskazują, że agresor stracił do dziś co najmniej 31 zniszczonych, 50 zdobytych przez Ukraińców i 27 opuszczonych czołgów. Analogiczne wskaźniki dla bojowych wozów piechoty wynoszą 40, 45 i 24, dla dział samobieżnych 3, 5 i 8, dla artylerii holowanej 4, 2 i 3, dla rakietowej 6, 9 i 2, dla rakietowych i artyleryjskich zestawów przeciwlotniczych 14, 8 i 5. Ukraińcy wyeliminowali również znaczące ilości innego sprzętu lądowego. Nieco mniej dotkliwe straty poniosło dotychczas rosyjskie lotnictwo. Na pewno wiadomo o 3 bombowcach taktycznych Su-34, 2 myśliwcach wielozadaniowych Su-30SM, 4 szturmowcach Su-25 oraz 7 zestrzelonych i 2 opuszczonych po przymusowym lądowaniu śmigłowcach. W przypadku lotnictwa miniona doba przyniosła jednak wyraźne nasilenie strat. Strona ukraińska zniszczyła w tym czasie wszystkie 3 Su-34, jednego Su-30 i 3 śmigłowce. Można oceniać, że faktyczne straty pojazdów bojowych mogą być nawet dwukrotnie wyższe, przecieki wskazują również, że także w przypadku sprzętu powietrznego nie wszystkie materiały dotyczące strat Rosjan zostały, z różnych względów, upublicznione przez obrońców.
Opisane straty nie są porażające dla armii rosyjskiej jako takiej, której rozwinięte przeciwko Ukrainie jednostki stanowiły szacunkowo 20–25% pokojowych stanów w odniesieniu do wojsk lądowych. Dotyczy to w szczególności cieszących oko rozbitych ręką m.in. Matki Boskiej Javelińskiej czołgów agresora. Nawet znacznie większe straty będą możliwe do uzupełnienia w sytuacji, gdy liczba pojazdów tego rodzaju w linii oraz dostępnych w magazynach „od ręki” sięga 3000, a co najmniej drugie tyle, jeszcze z sowieckich zasobów, jest zmagazynowane do mobilizacji w ciągu nie więcej niż pół roku. Z tej perspektywy bardziej dotkliwe mogą być relatywnie mniejsze straty lotnictwa. Nowe Su-30SM czy Su-34 muszą zostać zamówione w fabryce i będą kosztować równowartość około 50 milionów dolarów. Realny koszt modernizacji wyciągniętego z magazynu czołgu T-72B do dość nowoczesnego standardu 3M nie przekroczy miliona dolarów, nawet jeżeli uznać oficjalnie podawane ceny za znacznie zaniżone.
Straty te są jednak bolesne dla sił wydzielonych przeciwko Ukrainie. Niektóre szacunki wskazują, że zaangażowanych zostało już nawet 80% spośród nich, a spora część poniosła znaczące straty lub wręcz została zniszczona przez twardą obronę ukraińską. Przy tym dotychczas prowadzone działania nie przyniosły Rosjanom decydującego powodzenia i realizacji celu politycznego.
Dotychczasowy brak sukcesu militarnego przy poważnych stratach można przypisać kolejnej z rzędu fatalnej kalkulacji rosyjskiego przywództwa politycznego. Najpierw nie doceniło ono determinacji Zachodu, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii w aspekcie wsparcia Ukrainy. Następnie rozpoczęło wojnę, do której w istocie nie były przygotowane zgromadzone siły rosyjskie. Można przypuszczać, że około 200-tysięczna armia inwazyjna, będąca mieszaniną wysokiej jakości jednostek elitarnych, znacznie gorszych ściągniętych z całego kraju i nawet Rosgwardii, czyli w istocie wojsk wewnętrznych, nieprzeznaczonych w żadnym razie do regularnej wojny, mogłaby osiągnąć ograniczone cele, sięgające wydarcia Zadnieprza. Jednak przywództwo polityczne postanowiło zaatakować całą Ukrainę. Spowodowało to blamaż rajdu na Kijów przeprowadzonego w pierwszych dniach wojny. Jednostki biorące udział w tej fatalnie zorganizowanej operacji zostały w dużej mierze rozgromione przez armię ukraińską i własną tragicznie złą logistykę, tracąc nawet 60% sprzętu. Wyniszczeniu uległy rzucane jakby na oślep desanty elitarnych wojsk powietrznodesantowych.
Przy tym wszystkim wydaje się, że w pierwszych dniach wojny Rosjanie chcieli ją prowadzić w sposób „elegancki” medialnie, bez nadmiernych ofiar dla podbijanej ludności. Preludium w postaci uderzeń rakietowych i lotniczych miało niewystarczający zakres i jak wykazały kolejne dni, nie było w stanie porazić ukraińskiej obrony przeciwlotniczej zasięgów krótkiego i średniego, a nawet lotnictwa, wrażliwego na ciosy. Taki koncept „operacji pokojowej”, lekceważący w niewiarygodny sposób zdolność stawiania oporu przez Ukraińców mimo publicznie znanej jej odbudowy po roku 2014 i równie nietajonemu wsparciu Zachodu, wskazywać może na dwie kwestie. Albo na daleko idące deficyty intelektualne rosyjskiego kierownictwa z Władimirem Putinem na czele, albo na rozpoczęcie wojny w sytuacji przymusowej, spowodowanej koniunkcją przyczyn wewnętrznych i zewnętrznych, przede wszystkim obawy przed strategiczną porażką z grającymi w nieprzewidziany przez Moskwę, bardzo ostry sposób Anglosasami. Niewątpliwie jednak matką rosyjskich kłopotów jest fundamentalnie błędna na którymś poziomie kalkulacja.
Ukraińcy w najmniejszym stopniu nie ułatwili Rosjanom zadania. Bezpodstawne okazały się wszelkie obawy o spoistość ich armii i całego państwa oraz społeczeństwa w obliczu inwazji. Nawet spore powodzenie Rosjan na kierunku południowym, gdzie korzystając z lokalnej przewagi i dobrego tam dowodzenia osiągnęli znaczące postępy, odbyło się w warunkach uporządkowanego cofania się sił ukraińskich. Uporczywa obrona Charkowa i Mariupola jest prowadzona w bohaterski i bardzo umiejętny sposób. Na kierunku kijowskim, na którym sytuacja na początku mijającego tygodnia wydawała się niezwykle ciężka, armii ukraińskiej udało się przeprowadzić skuteczne i bolesne dla wroga kontrataki. Oczywiście zasadnicze znaczenie ma tu wsparcie zagraniczne, zapewniane przede wszystkim (choć nie wyłącznie) przez państwa NATO. Nie mniejsze niż nagłaśniane dostawy nowoczesnego i skutecznego sprzętu znaczenie ma w tym zakresie pomoc informacyjna. Wszak samoloty rozpoznawcze, przede wszystkim amerykańskie i brytyjskie, nie operowały od końcówki ubiegłego roku nad Ukrainą i nie operują teraz nad Polską i Rumunią w celach krajoznawczych. Do ukraińskich dowództw płyną strumienie danych od sojuszników. Można nawet zastanawiać się, czy braki rosyjskiej łączności nie biorą się w pewnej mierze z oszczędnego stosowania w obawie przed jej pełnym „rozczytaniem” przez prowadzące nieustannie rozpoznanie elektronicznie samoloty Rivet Joint USAF i RAF.
Jednak ostateczną instancją na polu walki są Ukraińcy, sprawujący się ogólnie rzecz biorąc znakomicie, walczący tyleż ofiarnie, co profesjonalnie. Można mieć ogromne obawy o dalsze perspektywy tak obrońców, jak i ludności cywilnej. Rosjanie nie umieli poprowadzić wojny w sposób elegancki, zatem teraz prawdopodobnie będą dążyć do pokonania Ukrainy przez intensyfikację brutalności i wykorzystanie najmniej finezyjnej przewagi ogniowej. Jeżeli nie zdarzy się kolejna rzecz tak niespodziewana, jak sankcje wykraczające poza przedwojenne przewidywania i „odwrócenie” Niemiec, mogą swój cel osiągnąć.
Pozostaje mieć nadzieję, że w takim przypadku będzie to tylko wygrana wielkim kosztem runda globalnej rozgrywki. A kolejne zwrócą Ukraińcom nie tylko wolną, ale i zamożną, prężną ojczyznę, realizującą potencjał tej ziemi i tego narodu. W tych dniach udowodnili, że zasługują bez żadnych wątpliwości na taką właśnie, nie na półupadły postsowiecki kraj, jakim była Ukraina przez ćwierć wieku po rozpadzie Związku Sowieckiego.
dr Jan Przybylski
przez Jarosław Ogrodowski | czwartek 3 marca 2022 | opinie
24 lutego wszyscy na Zachodzie obudziliśmy się w nowym świecie. Obejrzeliśmy (niektórzy z nas kolejny raz) bomby spadające na ukraińskie miasta i rosyjskie czołgi wjeżdżające na terytorium sąsiedniego, suwerennego państwa. Ci z nas, którzy pamiętali rok 2014, wiedzieli że to kolejne stadium trwającej od ośmiu lat rosyjskiej napaści na Ukrainę, ale dla pozostałych był to szok. Wydawać by się mogło, że role w tej wojnie są proste – jest agresor, czyli Moskwa i jej dyktator, Władimir Putin. Jest ofiara – demokratyczny naród Ukrainy, który dzielnie broni się od lat przeciwko najeźdźcy. Są wreszcie widzowie – czyli my wszyscy. Jak się okazuje, nic nie jest aż tak proste.
Wojna w Ukrainie otworzyła nowy rozdział w historii Unii Europejskiej i szeroko rozumianego Zachodu. W ciągu niespełna tygodnia jej trwania ogromna większość krajów zachodnich przeszła z pozycji business as usual do pozycji totalnych sankcji gospodarczych i politycznych wymierzonych w moskiewski reżim. Zachodnie koncerny jeden po drugim paliły gospodarcze mosty, biorąc udział w przedziwnym i chyba nigdy nie widzianym na taką skalę wyścigu pomiędzy sobą i z własnymi rządami o to, kto szybciej i mocniej dołoży Rosjanom. Tak stanowcza reakcja zaskoczyła chyba wszystkich – nawet skrajni optymiści nie mogli spodziewać się takiej skali działań Zachodu, utożsamianego bardziej z leniwym i podstarzałym kotem uwielbiającym się wylegiwać w słońcu niż z groźnym tygrysem, który umie użyć kłów i pazurów. Zaskoczony był przede wszystkim Kreml, który najwyraźniej uległ własnej propagandzie, zaskoczony był też Pekin, który widząc, co się dzieje, stonował oficjalne komunikaty i przyjął postawę wyczekującą, choć początkowo udzielił Moskwie niemal bezwarunkowego poparcia. Zaskoczona była rosyjska ulica, od poniedziałku borykająca się z permanentnym brakiem gotówki. Zaskoczeni byli rosyjscy oligarchowie, których majątek topnieje w oczach (co nota bene napełnia moje serce ogromną radością). Zaskoczona też była, ale z zupełnie innego powodu, wschodnioeuropejska lewica.
Otwierając social media w ciągu pierwszych dni trwania wojny, wschodnioeuropejski lewicowiec dowiadywał się fascynujących rzeczy. Po pierwsze, agresorem nie jest wcale Rosja, ale NATO, które „rozszerzyło się” ponad miarę, obejmując obszar Europy Wschodniej i zagrażając Rosji. „Musimy zrobić bardzo dużo, by powstrzymać jakąkolwiek eskalację NATO. Musimy zbudować międzynarodową solidarność, która zapewni, że ludzie w Ukrainie będą mogli żyć w pokoju, a nie pod butem jakiejkolwiek armii. I że NATO wycofa się z Europy, szczególnie z Europy Wschodniej” – te słowa wczorajszego idola i gwiazdy lewicowych mediów, Janisa Warufakisa, wprawiały w osłupienie. „Jeśli zaczniemy od lutego 2022 roku, głównym problemem będzie atak Rosji na Ukrainę. Jeśli jednak zaczniemy od 1997 roku, głównym problemem będzie fakt, że Waszyngton naciskał na ekspansję NATO” – dodawała Naomi Klein, cytując „doskonałą analizę” Phylis Bennis (obydwa cytaty w podaję w tłumaczeniu polskim za tekstem „Antyimperializm idiotów” Stanisława Krawczyka z pisma „Kontakt” z 27 lutego br.). W podobnym tonie zdołali się również wypowiedzieć publicyści na łamach m.in. lewicowego „Guardiana” czy magazynu „Jacobin”.
Wszystkie te wypowiedzi cechowało kilka wspólnych punktów, które wydawałoby się powinny być niezwykle odległe od lewicowej agendy:
• obwinianie ofiary – argument z niedrażnienia Rosji jest przecież typowym argumentem z serii „nic by się jej nie stało, gdyby nie sprowokowała go strojem/zachowaniem/tym że wyszła z domu”
• odmowa podmiotowości – niepodległy i demokratyczny naród ma prawo wybierać swoją przyszłość i organizacje międzynarodowe, których chce być członkiem, pod warunkiem że akurat nie leży w strefie wpływów Rosji, bo wtedy nie, patrz punkt pierwszy
• skrajny zachodocentryzm – brak znajomości lokalnych uwarunkowań i bezpośrednie przekładanie swoich wartości i uprzedzeń na kraje o odmiennej kulturze i historii
Wszystkie te punkty do tej pory wydawały się być domeną raczej prawicy i to tej konserwatywnej, a nie liberalnej. Wiele z nich wręcz odkurzało zimnowojenne narracje o geopolityce, strefach wpływu i politycznym realizmie. Wczorajsi szafarze moralnego oburzenia dzisiaj nagle zaczęli dostrzegać odcienie szarości i zaczęli wzywać do opamiętania i umiarkowania. Ich odbiorcy jednak nie byli dla nas tak łaskawi.
Gdy wschodnioeuropejska lewica zaczęła protestować, a Adrian Zandberg napisał słynnego tweeta, którym zawstydził Naomi Klein, zachodni lewicowy komentariat odpowiedział działami. Spojrzenie w komentarze pod dowolnym wątkiem dotyczącym Ukrainy i jej walki przeciwko moskiewskiemu imperializmowi przynosiło zawsze te same wnioski. Ukrainą rządzą naziści, a wszyscy, którzy ich wspierają, również są nazistami. Wojna jest zawiniona przez NATO, które uraziło Rosję i zagroziło jej bezpieczeństwu. Bezpieczeństwo mieszkańców Ukrainy jest nieistotne, bo Afganistan/Syria/Jemen/wpisz dowolny inny nieeuropejski kraj. Polacy i reszta wschodnich Europejczyków to rasiści, ponieważ przyjmują uchodźców z Ukrainy, ale nie chcieli przyjąć tych z Syrii, Jemenu, Afganistanu, Afryki (nieważne, że Afryka to nie jest jeden kraj – nagle zachodnia lewica zaczęła postrzegać cały kontynent tak, jak zazwyczaj według niej postrzega go prawica). Naziści rządzą również w Europie i wysyłają ukraińskim nazistom broń, aby ich rękami pognębić Rosję, która z bliżej nieznanego powodu nazistowska akurat nie jest. Całej tej awanturze z kolei przewodzi nazistowski prezydent Ukrainy, który co prawda jest Żydem, ale jak była łaskawa napisać jedna z użytkowniczek twittera „jest tylko wynajętym aktorem i gra swoją rolę”. Bo, jak wiadomo, Żydzi są niemoralnymi chciwcami, którzy zrobią wszystko dla pieniędzy. Gdzieś już słyszeliśmy tę antysemicką piosenkę, prawda?
Po pierwsze, taką melodię cały czas grają putinowskie media. Napaść na Ukrainę jest według nich „operacją wojskową”, a jej celem jest „denazyfikacja Ukrainy”. Kreml usiłuje nas wszystkich przekonać, że w Kijowie siedzi faszystowsko-nazistowski reżim, a sam Zeleński jest w prostej linii spadkobiercą Bandery i Hitlera, marzącym tylko o tym, aby zetrzeć w proch demokratyczne i wolne narody. To wszystko zaś przekazywane jest w akompaniamencie bomb spadających na Babi Jar, miejsce kaźni dziesiątek tysięcy ukraińskich Żydów – bomb, które wystrzeliwane są przez moskiewskich żołnierzy, a nie ukraińskich „nazistów”.
Po drugie, słowo „nazista” używane zamiennie ze słowem „faszysta”, stało się w ostatnim czasie, szczególnie na młodej lewicy, wygodnym wytrychem. Każdy, kto nie zgadza się z nami i nie jest wystarczająco taki jak my – jest nazistą/faszystą. Każdy, kto nie zachowuje ideologicznej czystości – jest nazistą/faszystą. Uważasz, że wojsko jest potrzebne, a granice to nie są tylko kreski na mapie? Jesteś faszystą! Uważasz, że państwo ma prawo bronić swoich granic przed obcą napaścią? Jesteś faszystą! Uważasz że państwo ma prawo uczestniczyć w sojuszu obronnym? Jesteś faszystą! Nie przeliczasz każdego czołgu czy helikoptera na miejsca i pluszowe misie w żłobkach i szpitalach? Jesteś faszystą! Wpłacasz na ukraińską armię, a nie na zbiórkę na rzecz uchodźców z Syrii (mimo że wpłacasz i tu, i tu)? Jesteś faszystą!
I tak dalej, i tak dalej. Faszyzm unosi się nad lewicą jak ogromna gradowa chmura, a faszyści i naziści są wśród nas, wychylając swoje paskudne łby. Wschodnioeuropejska lewica została wzięta w dwa ognie – od przodu atakują ją za faszystowskie odchylenie wczorajsi zachodni towarzysze, od tyłu zaś atakuje ją za niewystarczającą czystość ideologiczną jej własny narybek z lewicowych grupek i forów. Samo poparcie decyzji o byciu w NATO i prawa do samostanowienia wschodnioeuropejskich narodów wystarcza, aby zapłonął stos.
Politycy i polityczki partii lewicowych są zdziwieni, choć nie powinni być. Ten stos rozpalano już bardzo wiele razy, ale dopóki płonęli na nim inni, nie budziło to ich wielkiego oporu. Łatwo było wzruszyć ramionami i nie zauważać, w końcu wtedy płonął mityczny „alt-left” albo „stara lewica” – teraz jednak zapłonęli oni sami. W Polsce partia Razem musiała wystąpić z lewicowych międzynarodówek (Progressive International i DiEM25), za co została solidnie zgrillowana zarówno na Zachodzie, jak i przez własny komentariat. Mógłbym oddać się tutaj schadenfreude, ale byłoby to bezcelowe. Odbieram ten ruch jako odważny i potrzebny, idący w poprzek bieżących politycznych interesów partii, ale za to ideologicznie i moralnie słuszny. Mam nadzieję, że tą drogą pójdą również inne wschodnioeuropejskie lewicowe ugrupowania i będzie to solidny fundament do budowania własnej podmiotowości, dalekiej od niewolniczego powielania zachodnioeuropejskich, a przede wszystkim anglosaskich kalek, zazwyczaj mocno nieprzystających do wschodnioeuropejskich realiów.
Spierajmy się, kłóćmy, rozmawiajmy – ale róbmy to samodzielnie i na własnych warunkach. W końcu na tym polega faszyzm: że mamy wielość poglądów, wielość głosów i nie wszyscy myślimy tak samo. I że traktujemy innych jako równych sobie, jak każdy porządny nazista powinien.
Jarosław Ogrodowski
przez Taras Bilous | niedziela 27 lutego 2022 | opinie
Piszę te słowa w Kijowie, który jest pod ostrzałem artylerii.
Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że wojska rosyjskie nie rozpoczną inwazji na pełną skalę. Teraz mogę tylko podziękować tym, którzy są odpowiedzialni za wyciek informacji do amerykańskich służb wywiadowczych.
Wczoraj pół dnia spędziłem zastanawiając się, czy powinienem wstąpić do jednostki obrony terytorialnej. Następnej nocy ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał rozkaz pełnej mobilizacji, wojska rosyjskie przemieściły się i przygotowały się do okrążenia Kijowa – a to zadecydowało za mnie.
Ale zanim zajmę stanowisko, chciałbym przekazać zachodniej lewicy, co myślę o jej reakcji na agresję Rosji na Ukrainę.
Przede wszystkim jestem wdzięczny tym lewicowcom, którzy teraz pikietują pod rosyjskimi ambasadami – nawet tym, którzy nie spieszyli się z uświadomieniem sobie, że to Rosja jest agresorem w tym konflikcie.
Jestem wdzięczny politykom, którzy popierają wywieranie nacisku na Rosję, aby powstrzymała inwazję i wycofała swoje wojska.
Jestem wdzięczny delegacji brytyjskich i walijskich posłów, związkowców i aktywistów, którzy przybyli, aby nas wesprzeć i wysłuchać w ostatnich dniach przed rosyjską inwazją.
Jestem również wdzięczny Kampanii Solidarności z Ukrainą w Wielkiej Brytanii za jej wieloletnią pomoc.
Ten tekst dotyczy drugiej części zachodniej lewicy. Tych, którzy wyobrażali sobie „agresję NATO na Ukrainie”, a nie widzieli agresji rosyjskiej – jak nowoorleański oddział Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA).
Albo Międzynarodowy Komitet DSA, który opublikował haniebne oświadczenie, gdzie nie wypowiedział ani jednego krytycznego słowa przeciwko Rosji (jestem bardzo wdzięczny amerykańskiemu profesorowi i aktywiście Danowi la Botzowi i innym za krytykę tego oświadczenia).
Albo ci, którzy krytykowali Ukrainę za niewdrożenie porozumień mińskich i przemilczali ich łamanie przez Rosję i tzw. Republiki Ludowe.
Albo ci, którzy wyolbrzymiali wpływy skrajnej prawicy na Ukrainie, ale nie dostrzegali jej w „Republikach Ludowych” i unikali krytyki konserwatywnej, nacjonalistycznej i autorytarnej polityki Putina. Część odpowiedzialności za to, co się dzieje, spoczywa na was.
Jest to część szerszego zjawiska w zachodnim ruchu „antywojennym”, zwykle nazywanego przez krytyków lewicowych „kampizmem”. Brytyjsko-syryjska pisarka i aktywistka Leila Al-Shami nadała mu mocniejszą nazwę: „antyimperializm głupców” [nawiązanie do znanego stwierdzenia, że „antysemityzm to socjalizm głupców”, spopularyzowanego w ruchu socjalistycznym pod koniec XIX wieku – przyp. redakcji NO]. Przeczytajcie jej wspaniały tekst z 2018 roku, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Powtórzę tu tylko główną tezę: działalność dużej części zachodniej „antywojennej” lewicy po wojnie w Syrii nie miała nic wspólnego z powstrzymaniem wojny. Sprzeciwiali się jedynie ingerencji Zachodu, ignorując, a nawet wspierając zaangażowanie Rosji i Iranu, nie mówiąc już o ich stosunku do „prawowicie wybranego” reżimu Assada w Syrii.
„Wiele organizacji antywojennych usprawiedliwiało milczenie w sprawie rosyjskich i irańskich interwencji, argumentując, że »główny wróg jest na miejscu«” – napisała Al-Shami. „To zwalnia ich z podejmowania jakiejkolwiek poważnej analizy sił w celu ustalenia, kim w rzeczywistości są główni aktorzy kierujący wojną”.
Niestety, ten sam stereotyp ideologiczny powtórzył się na Ukrainie. Nawet po tym, jak Rosja uznała niepodległość „Republik Ludowych” na początku tego tygodnia, Branko Marcetic, autor amerykańskiego lewicowego magazynu „Jacobin”, napisał tekst prawie w całości poświęcony krytyce USA. Jeśli chodzi o działania Putina, posunął się on tylko do stwierdzenia, że rosyjski przywódca „sygnalizował posiadanie nie-do-końca łagodnych ambicji”. Serio?
Nie jestem zwolennikiem NATO. Wiem, że po zakończeniu zimnej wojny blok stracił funkcję obronną i prowadził agresywną politykę. Wiem, że ekspansja NATO na wschód podkopała wysiłki zmierzające do rozbrojenia nuklearnego i stworzenia systemu wspólnego bezpieczeństwa. NATO próbowało zmarginalizować rolę ONZ i Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie oraz zdyskredytować jako „organizacje nieefektywne”. Ale nie możemy cofnąć przeszłości i, szukając wyjścia z tej sytuacji, musimy poruszać się w obecnych okolicznościach.
Ile razy zachodnia lewica wspominała nieformalne obietnice USA wobec byłego prezydenta Rosji Michaiła Gorbaczowa dotyczące NATO („ani jednego cala na wschód”), a ile razy wspominała o memorandum budapeszteńskim z 1994 r., które gwarantuje suwerenność Ukrainy? Jak często zachodnia lewica popierała „uzasadnione obawy o bezpieczeństwo” Rosji, państwa posiadającego drugi co do wielkości arsenał nuklearny na świecie? I jak często wyrażała obawy o bezpieczeństwo Ukrainy, państwa, które pod presją USA i Rosji musiało zamienić swoją broń nuklearną na kawałek papieru (Memorandum Budapeszteńskie), i który Putin ostatecznie zdeptał w 2014 roku? Czy kiedykolwiek lewicowym krytykom NATO przyszło do głowy, że Ukraina jest główną ofiarą zmian spowodowanych rozszerzeniem NATO?
Zachodnia lewica wielokrotnie odpowiadała na krytykę Rosji, wspominając agresję USA przeciwko Afganistanowi, Irakowi i innym państwom. Oczywiście trzeba podjąć dyskusję na ten temat – ale w jaki konkretnie sposób?
Argumentem lewicy powinno być to, że w 2003 roku inne rządy nie wywierały wystarczającej presji na Stany Zjednoczone w sprawie Iraku, a nie to, że teraz trzeba wywierać mniejszy nacisk na Rosję w sprawie Ukrainy.
Oczywisty błąd
Wyobraź sobie przez chwilę, że w 2003 roku, gdy Stany Zjednoczone przygotowywały się do inwazji na Irak, Rosja zachowywała się tak, jak Stany Zjednoczone w ostatnich tygodniach: groziła eskalacją.
A teraz wyobraź sobie, co rosyjska lewica mogła zrobić w tej sytuacji, zgodnie z dogmatem „nasz główny wróg jest na miejscu”. Czy skrytykowałaby rosyjski rząd za tę „eskalację”, mówiąc, że „nie powinna narażać na szwank sprzeczności międzyimperialistycznych”? Dla każdego jest oczywiste, że takie zachowanie byłoby w takim przypadku błędem. Dlaczego nie było to oczywiste w przypadku agresji na Ukrainę?
W innym artykule z „Jacobina” z początku tego miesiąca Marcetic posunął się nawet do stwierdzenia, że Tucker Carlson z Fox News miał „całkowitą rację” co do „kryzysu ukraińskiego”. To, co zrobił Carlson, to zakwestionowanie „strategicznej wartości Ukrainy dla Stanów Zjednoczonych”. Nawet Tariq Ali z „New Left Review” z aprobatą przytoczył kalkulacje niemieckiego admirała Kay-Achima Schönbacha, który powiedział, że okazywanie Putinowi „szacunku” za pomocą braku kwestionowania jego działań w sprawie Ukrainy jest „niskim kosztem, nawet brakiem kosztu”, biorąc pod uwagę, że Rosja może być użytecznym sojusznikiem przeciwko Chinom. Czy oni mówią poważnie? Jeśli USA i Rosja mogłyby dojść do porozumienia i rozpocząć nową zimną wojnę przeciwko Chinom jako sojusznicy, to czy my naprawdę właśnie tego chcieliśmy?
Reformowanie ONZ
Nie jestem fanem liberalnego internacjonalizmu. Socjaliści powinni go krytykować. Ale to nie znaczy, że musimy popierać podział „sfer interesów” między państwa imperialistyczne. Zamiast szukać nowej równowagi między dwoma imperializmami, lewica musi walczyć o demokratyzację międzynarodowego porządku bezpieczeństwa. Potrzebujemy globalnej polityki i globalnego systemu bezpieczeństwa międzynarodowego. To drugie już mamy: to ONZ. Tak, ma wiele wad i często jest przedmiotem uzasadnionej krytyki. Ale można krytykować, żeby coś obalić lub żeby coś poprawić. W przypadku ONZ potrzebujemy tego drugiego. Potrzebujemy lewicowej wizji reform i demokratyzacji ONZ.
Oczywiście nie oznacza to, że lewica powinna wspierać wszystkie decyzje ONZ. Ale ogólne wzmocnienie roli ONZ w rozwiązywaniu konfliktów zbrojnych pozwoliłoby lewicy zminimalizować znaczenie sojuszy wojskowo-politycznych i zmniejszyć liczbę ofiar. (W poprzednim artykule pisałem, jak siły pokojowe ONZ mogły pomóc w rozwiązaniu konfliktu w Donbasie. Niestety, teraz straciło to na znaczeniu.) W końcu potrzebujemy ONZ również do rozwiązania kryzysu klimatycznego i innych globalnych problemów. Niechęć wielu międzynarodowych lewicowców do odwołania się do tej organizacji jest strasznym błędem.
Po tym, jak wojska rosyjskie zaatakowały Ukrainę, redaktor europejskiego „Jacobina” David Broder napisał, że lewica „nie powinna przepraszać za sprzeciwianie się wojskowej odpowiedzi USA”. To i tak nie było zamiarem Bidena, jak wielokrotnie powtarzał. Ale duża część zachodniej lewicy powinna uczciwie przyznać, że zupełnie spieprzyła formułowanie odpowiedzi na „kryzys ukraiński”.
Moja perspektywa
Zakończę krótkim opisem swojej perspektywy.
W ciągu ostatnich ośmiu lat wojna w Donbasie była głównym problemem, który podzielił ukraińską lewicę. Każdy z nas kształtował swoje stanowisko pod wpływem osobistych doświadczeń i innych czynników. Zatem inny ukraiński lewicowiec napisałby ten artykuł inaczej.
Urodziłem się w Donbasie, ale w rodzinie ukraińskojęzycznej i nacjonalistycznej. Mój ojciec związał się w latach 90. ze skrajną prawicą, obserwując upadek gospodarczy Ukrainy i wzbogacenie się byłego kierownictwa partii komunistycznej, z którą walczył od połowy lat 80. Oczywiście ma bardzo antyrosyjskie, ale też antyamerykańskie poglądy. Do dziś pamiętam jego słowa z 11 września 2001 roku. Gdy oglądał w telewizji upadające Bliźniacze Wieże, powiedział, że odpowiedzialni za te zniszczenia byli „bohaterami” (już tak nie sądzi – teraz uważa, że sami Amerykanie wysadzili je celowo).
Kiedy w Donbasie w 2014 roku wybuchła wojna, mój ojciec wstąpił do batalionu Aidar jako ochotnik, mama uciekła z Ługańska, a dziadek i babcia pozostali w swojej wiosce, która znalazła się pod kontrolą Ługańskiej Republiki Ludowej. Mój dziadek potępił rewolucję Euromajdanu na Ukrainie. Popiera Putina, który, jak mówi, „przywrócił porządek w Rosji”. Mimo to wszyscy staramy się rozmawiać (choć nie o polityce) i pomagać sobie nawzajem. Staram się im współczuć. W końcu mój dziadek i babcia całe życie pracowali w kołchozie. Mój ojciec był robotnikiem budowlanym. Życie nie było dla nich łaskawe.
Wydarzenia z 2014 roku – rewolucja, po której nastąpiła wojna – skierowały mnie w przeciwnym kierunku niż większość ludzi na Ukrainie. Wojna zabiła we mnie nacjonalizm i popchnęła mnie na lewicę. Chcę walczyć o lepszą przyszłość dla ludzkości, a nie dla narodu. Moi rodzice, z ich postsowiecką traumą, nie rozumieją moich socjalistycznych poglądów. Mój ojciec protekcjonalnie odnosi się do mojego „pacyfizmu”. Odbyliśmy nieprzyjemną rozmowę po tym, jak pojawiłem się na antyfaszystowskim proteście wzywającym do rozwiązania skrajnie prawicowego pułku Azow.
Gdy wiosną 2019 roku prezydentem Ukrainy został Wołodymyr Zełenski, miałem nadzieję, że zapobiegnie to katastrofie, która dzieje się teraz. Trudno przecież demonizować rosyjskojęzycznego prezydenta, który wygrał programem pokojowym dla Donbasu i którego żarty cieszyły się popularnością zarówno wśród Ukraińców, jak i Rosjan. Niestety się pomyliłem. O ile zwycięstwo Zełenskiego zmieniło stosunek wielu Rosjan do Ukrainy, to jednak nie zapobiegło wojnie.
W ostatnich latach pisałem o procesie pokojowym i o ofiarach cywilnych po obu stronach wojny w Donbasie. Próbowałem promować dialog. Ale teraz to wszystko poszło z dymem. Nie będzie kompromisu. Putin może planować, co chce, ale nawet jeśli Rosja zajmie Kijów i zainstaluje swój okupacyjny rząd, będziemy się temu opierać. Walka będzie trwała, dopóki Rosja nie opuści Ukrainy i nie zapłaci za wszystkie ofiary i zniszczenia.
Stąd moje ostatnie słowa kieruję do narodu rosyjskiego: pospieszcie się i obalcie reżim Putina. Leży to zarówno w waszym, jak i w naszym interesie.
Taras Bilous
tłum. Magdalena Okraska
Tekst ukazał się 25 lutego 2022 r. na ukraińskim portalu internetowym commons.com.ua
przez Remigiusz Okraska | piątek 25 lutego 2022 | opinie
Nie jest łatwo pisać, gdy na sąsiedni kraj trwa bandycka napaść zbrojna. Mam też poczucie pewnej niestosowności takich zajęć, gdy niedaleko giną ludzie mordowani przez rosyjskich najeźdźców. Oni alarmy przeciwlotnicze, my klepanie w klawiaturkę. Ale milczeć nie wypada.
1. Rosja jest krajem bandyckim. Po prostu. Tu nie ma czego niuansować. Mamy w Europie pierwszy od czasów napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę przypadek pełnoskalowej, jawnej agresji jednego kraju na inny. Kraju większego i znacznie silniejszego na niewielki i słaby. Nie wojny domowej, nie konfliktu częściowego, nawet nie „operacji pokojowych”, w ramach których bombardowano z powietrza. Nie jest to nic nowego w rosyjskiej historii. Jest ona historią napaści, ekspansji, bandytyzmu i terroru. Traktowanych jako naturalne i oczywiste metody rządzenia czy osiągania celów politycznych lub gospodarczych. Przez wieki i aż do czasów współczesnych. W Polsce wiemy o tym dobrze, ale inni wolą nie wiedzieć i lubią zapominać. Rosja poza krótkimi okresami znaczącego osłabienia niemal zawsze stosowała właśnie takie metody. Czasami w nieco mniej zakrwawionych rękawiczkach, jak wtedy, gdy inspirowała separatyzmy w rodzaju tego w Naddniestrzu. Ale zwykle robiła to jawnie i bez pardonu. Jeśli dzisiaj ktokolwiek twierdzi, że Putin go oszukał, że nie można się było tego spodziewać itp., to musi mieć niezwykle krótką pamięć lub pustą głowę – po napaści na Gruzję, po bandyckiej pacyfikacji Czeczenii itp.
2. W Polsce to (nieendecka) prawica była jedynym środowiskiem, które nieprzerwanie, mocno i bez naiwnych nadziei podkreślało taki charakter Rosji. Wyśmiewani przez lata jako oszołomy, paranoicy, miłośnicy teorii spiskowych, pogrążeni w przeszłości itp. Tak portretowano tych ludzi. Jednak to właśnie oni mieli rację. Bracia Kaczyńscy, Jan Olszewski i inne postaci tego obozu politycznego. Nie liberałowie, nie autorzy opowiastek mówiących, iż żyjemy już w innym świecie, że „wybierzmy przyszłość”, że Rosja się zmieniła, że szkoda czasu na wyciąganie wniosków z historii, że nie są potrzebne wzmacnianie obronności czy decyzje infrastrukturalne wymierzone w uzależnienie od Rosji i jej pożytecznych idiotów w rodzaju tych z Berlina. To nie ci, którzy robili w Polsce za autorytety intelektualne i najtęższe mózgi, lecz ci uważani za świrów czy maniaków – okazali się mieć rację. Dziś, gdy wielu nagle trzeźwieje, warto przypominać o tym niewygodnym fakcie.
3. Modne niegdyś wywody o końcu historii i nastaniu wiecznego porządku liberalnej demokracji, wyglądające jak okładki pisemek Świadków Jehowy, zostały już wielokrotnie sfalsyfikowane i wyśmiane. Dziś jednak w naszej części świata zadano im ostateczny cios. Historia nie skończyła się, historia przyspieszyła. Historia to bomby na Kijów. Wszystko jest takie, jak było. Wojny, napastnicy, konieczność gotowości do obrony, agresja silnych wobec słabych, pokój trwający tylko tak długo, jak przeciwnik czuje respekt przed twoimi zdolnościami do odparcia napaści. Nie zmieniły tego pełne sklepy, konsumpcyjny nadmiar, obfitość wszystkiego na wyciągnięcie ręki, grubsze portfele, komfort. Nie nastąpiła też żadna wielka zmiana kulturowa. Naczytaliśmy się o globalizacji i uniformizacji kulturowej. Ale Rosja nadal jest Rosją, nie istnieje żaden globalny etos kulturowy spod znaku liberalizmu, bycia miłym i załatwiania sporów w biurze rozjemczym usytuowanym w galerii handlowej. Globalizacja polega na tym, że rosyjscy oligarchowie bawią się w Londynie, a zwykli Rosjanie mają smartfony, ale nie na tym, że Rosja rezygnuje ze swoich odwiecznych zamiarów, pomysłów i metod. Można było śmiać się z grubo ciosanych wywodów Huntingtona o zderzeniach cywilizacji i samych wiecznotrwałych cywilizacjach, ale jeszcze śmieszniejsze i całkiem durne okazały się wizje, wedle których nacje, kraje i kręgi kulturowe właściwie się nie różnią, może tylko cechami pozytywnymi z punktu widzenia zwiększania oferty konsumenckiej, więc wszyscy w ramach jednej globalnej rodziny będziemy robić spokojnie interesy. Dopiero od kilku lat te dziecinne wizje odchodzą do lamusa, ale organizowały one debatę i wyobraźnię zbiorową przez kawał czasu.
4. To Europa, głównie Niemcy, „wyhodowali” Putina. I w sensie robienia z nim interesów i normalizowania wizerunku Rosji, i w kwestii uzależnienia od rosyjskich surowców, i w sferze wydawania ogromnych pieniędzy na rosyjskie produkty, i w temacie partnerskiego traktowania Putina i niereagowania na kolejne jego łajdackie poczynania. Można i należy wskazywać na szeroką prorosyjską siatkę polityczną w Europie, głównie w postaci ugrupowań skrajnej prawicy, ale kluczowymi sojusznikami Putina okazał się mainstream polityczny krajów zachodu Europy. Co najmniej tolerujący, a często ułatwiający wieloaspektową ekspansję Rosji na każdym polu: politycznym, gospodarczym, a także nie mniej dzisiaj ważnym kulturowo-wizerunkowym (organizacja ważnych imprez, sponsorowanie znanych klubów itp.). Merkel powinna siedzieć za współudział.
5. Zachód jest słaby i dupowaty. Słaby nie dosłownie, bo jego potencjał militarny i gospodarczy pozwoliłby rzucić Rosję na kolana w ciągu kwartału, wysłać ją na samo dno piekła. Słaby w sferze reakcji, chęci i jedności. Gdy stolica europejskiego kraju jest bombardowana i ostrzeliwana, elita potężnych i bogatych krajów zastanawia się nad reakcją i podejmuje nieśmiałe kroki. Nie sięga po te choć ciut bardziej dotkliwe, jak odłączenie Rosji od systemu SWIFT, w ogromnej większości przypadków nie dostarcza Ukrainie broni. Nawet nie mówi jednym głosem. Zwyczajowo prorosyjskie szmaciarskie zachowania Orbána bledną na tle tego, że kraj NATO, Turcja, odmawia blokady cieśnin morskich wobec rosyjskich okrętów wojennych. Samo NATO też nie robi niczego poważnego. Dotkliwymi sankcjami byłyby bombowce nad Rosją (i jej białoruskim przyczółkiem), a nie to bezjajeczne ugładzone słodkie pierdzenie, że może coś tam, a może jednak nie, że może zaraz, a może kiedyś. Putin i jego koledzy z rosyjskiej elity władzy śmieją się z tego wszystkiego. I z niewielkiej reakcji, i z jej mizernej dotkliwości, na którą zapewne od dawna byli przygotowani. A będzie zapewne tylko gorzej, gdy wraz z upływem czasu wszystko zacznie się rozmywać. Za pół roku Rosjanie będą pełnoprawnymi uczestnikami „spotkań na szczycie”, a za rok czy dwa wróci temat powierzania im prestiżowych imprez sportowych czy kulturalnych. To samo, może nawet szybciej, w kwestii robienia z nimi interesów.
6. Naród ukraiński i jego liderzy zapisują kartę wielkiej chwały. Nie ma słów, by wyrazić podziw dla narodu ukraińskiego, jego armii, zachowań mnóstwa cywilów, a także dla liderów politycznych. Szczególnie prezydenta Zełeńskiego, który jako pierwszy przywódca państwa od wielu lat zasługuje na zgrany i wyświechtany termin męża stanu. Merkel nie powinna mu nawet czyścić butów, nie zasługuje ona na to. Przedstawiany przez polskich „znawców” jako komik, swego czasu jako „człowiek znikąd”, a nawet „człowiek Putina”, pokazuje, na czym polega przywództwo polityczne w godzinie najwyższej próby. Być może to historia uczyniła go kimś takim, ale historia inne charaktery łamie w takich okolicznościach jak zapałki. Zełeński ma też absolutną rację, gdy w słowach pełnych goryczy mówi, że Ukraina została sama, że Zachód robi dla niej niewiele, że nikt nie chce u jej boku walczyć z rosyjskim najeźdźcą. To są słowa prawdy rzucone w twarze moralnych zer. W twarze ludzi, którzy są liliputami na tle tych mieszkańców Ukrainy, których reporterzy pytają, do kiedy będą się bronić, a oni odpowiadają: do końca.
7. Zachodnia lewica zapisuje kartę wielkiej hańby. Ogromna część środowisk zachodniej lewicy, w tym jej najtęższe umysły, staje po stronie Rosji. Bez wiedzy o realiach regionu, z niemal wprost rasistowskim lekceważeniem praw narodów Europy Wschodniej, ich wolności i samostanowienia, reprodukują antyzachodnie, antynatowskie, antyimperialistyczne i w efekcie prorosyjskie klisze. Tworzą ekwilibrystyczne konstrukcje, wedle których to Ukraina zagraża Rosji, a NATO, w znacznej mierze olewające Ukrainę, ma jakoby wchodzić w „sferę wpływów” Rosji. Nie ma czegoś takiego jak sfery wpływów, nie jesteśmy poddanymi Rosji tak samo, jak Meksykanie, Wenezuelczycy, Kubańczycy czy Boliwijczycy nie są w „sferze wpływów” USA. Rosja jest dla krajów naszego regionu tym, czym dla „boliwarystów” Ameryki Południowej i Środkowej jest USA. Można i należy mieć wiele zastrzeżeń do poczynań USA i NATO – sam je wielokrotnie miałem i wyrażałem, łącznie ze sprzeciwem wobec napaści na Serbię, Irak czy Libię – ale to żaden powód, aby usprawiedliwiać i pokrętnie wyjaśniać czy wspierać imperializm rosyjski. Konsekwentny antyimperializm dotyczy wszystkich imperiów i ich napaści. Także takich poczynań Rosji. Liderzy zachodniej lewicy okazują się łajdakami i kretynami, gdy w imię „antyamerykanizmu”, krytyki NATO, idealizowania Rosji itp., wspierają imperializm kremlowski. Takie nazwiska jak Corbyn, Warufakis, Mazzucato, redaktorzy „Jacobina” itp. – są dziś nazwiskami idiotów w ogóle i nazwiskami pożytecznych idiotów Putina. Są oni idiotami na wielu poziomach. Nie potrafią dotrzymać wierności nawet swojej doktrynie. Lenin głosił zasadę samostanowienia narodów. Leniniści uważają, że niech imperium robi co chce z Ukrainą i odmawia jej praw. Lenin stworzył rozróżnienie na zły nacjonalizm narodów uciskających i zrozumiały nacjonalizm narodów uciskanych. Leniniści twierdzą, że niech silna, mocarstwowa Rosja robi „denazyfikację” słabej Ukrainy. Po drugie, to idealizowanie Rosji jest po prostu dziecinne, niegodne przytomnego człowieka. Zapatrzenie sporej części zachodniej lewicy w ZSRR było naiwne, a z punktu widzenia narodów naszej części świata ohydne, ale wiązało się z jakąś obietnicą alternatywy systemowej. Dzisiejsza Rosja nie ma nic wspólnego nawet z tamtym projektem. Jest krajem wielkich nierówności społecznych, wyzysku, neoliberalizmu, mizernego socjalu, potężnych fortun oligarchów, brutalnej akumulacji kapitału przez uprzywilejowaną i bezwzględną garstkę, podatku liniowego, podwyższanego wieku emerytalnego itp. Nie trzeba być „prozachodnim”, żeby nie mieć za grosz sympatii wobec Rosji z lewicowego punktu widzenia. Nie trzeba wielbić „ładu amerykańskiego”, aby na Rosji położyć lagę – nie ma ona nic wspólnego nawet z takimi niedoskonałymi projektami antyzachodnio-socjalnymi, jak Wenezuela czy Libia za rządów Kaddafiego. Jest neoliberalnym reżimem ograniczonej demokracji, bliżej jej do prawicowych rządów w typie Pinocheta niż do jakiegokolwiek projektu lewicowego, a jej „antyzachodniość” ma taki sam sens, jak „antyzachodniość” Mussoliniego. W dodatku typowe dla zachodniej lewicy doszukiwanie się postaw prawicowych w łonie społeczeństwa ukraińskiego jest odkrywaniem Ameryki setki lat po Kolumbie – tak, w obliczu presji i zagrożenia dla własnej tożsamości, niepodległości i bytu państwowego Ukraińcy gromadzą się m.in. wokół nacjonalistów, a ich tożsamość narodowa bywa „bojowa”. To Putin produkuje takie postawy swoją polityką. Ten sam Putin, którego wychwala wiele środowisk skrajnej prawicy z Zachodu, co zachodnim „antyfaszystom” jakoś nie przeszkadza w wielbieniu czy idealizowaniu obecnej Rosji. Tradycje polskiej lewicy – jej niegdyś głównego nurtu, symbolizowanego przez PPS – są zupełnie inne: przeciwko Rosji i jej imperializmowi, za niepodległością ludów naszej części świata i za ich pokojową koegzystencją. Gdy jakiś pajac wzdycha do knuta i nahajki z poziomu próżniaczego życia w Nowym Jorku, to należy życzyć, aby doczekał i zaznał tego na własnym tyłku.
8. Uważam, że docelowo Rosja powinna zostać zniszczona. Zdruzgotana militarnie i gospodarczo. Rozparcelowana. Wszystkie ludy, które tłamsiła, mordowała i terroryzowała, powinny same stanowić o sobie, być niepodległe, dysponować suwerennymi niepodległymi państwami. Tylko Rosja słaba i niewielka to Rosja, która nie zagraża innym na poważniejszą skalę. Jak to zrobić, to inna rzecz, ale nie ma innej alternatywy dla pokoju w tej części świata.
9. Putin chujło.
10. Chwała wolnej, niepodległej, suwerennej Ukrainie. Kij w oko wszelkim postawom i środowiskom prorosyjskim. Z lewa, z prawa, skądkolwiek. Bliższy jest mi pierwotniak pantofelek, niż wy, skurwysyny.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. SaveUkraine z Pixabay.
przez Shira Feder | środa 23 lutego 2022 | opinie
Stany Zjednoczone mają problem ze swoją wagą – ale nie w taki sposób, w jaki mogłoby się wydawać. Według Centers for Disease Control and Prevention ponad 70% Amerykanów ma nadwagę lub jest otyłych. Ale jest jeszcze jedna strona „epidemii otyłości”. Taka, o której nie mówi się wystarczająco dużo. To uprzedzenia wobec grubych osób.
Amerykanie, którzy nie są otyli, żyją w strachu, że staną się takimi. Szacuje się, że 45 milionów z nich jest na jakiejś diecie. Według sondażu Gallupa 45% Amerykanów niepokoi się wagą, a w jednym z badań prawie połowa dziewcząt w wieku od 3 do 6 lat stwierdziła, że martwi się, iż przytyje.
To nic nowego.
Wiek XX rozpoczął się burzliwą debatą na temat gorsetów. Czy kobiety powinny nadal je nosić, aby wyglądać szczuplej? A co z zagrożeniami zdrowotnymi, zwężeniem jelit, które wiąże się z zaciskaniem talii na wiele godzin? Omdlewanie stało się tak powszechne, że zamożne kobiety miały w swoich domach „pokoje do mdlenia”, w których mogły dojść do siebie po epizodach utraty przytomności. Kobiety pod ogromną presją społeczną nosiły gorsety pomimo przeciwnych zaleceń medycznych.
W 1921 r. niejaki G. B. Pulfer napisał w czasopiśmie branżowym „Gorsety i bielizna”, że „lęk przed obwisłymi ciałami, lęk przed utratą sylwetki, lęk przed bezwładnym wyglądem” trzymał kobiety w gorsetach. Odwoływał się do strachu, który zaczął nawiedzać etos kulturowy Ameryki: strachu przed tłuszczem.
W XIX wieku bycie grubym oznaczało bogactwo, a szczupłość – ubóstwo. Sto lat później to przekonanie uległo odwróceniu. Profesor Peter Stearns, autor „Fat History”, mówi, że najpierw zmieniły się wzorce dostępu do żywności. System przetworzonej obfitości zastąpił wcześniejsze niedobory. Potem zmieniły się modele pracy, a kapitalizm oznaczał mniej czasu na samodzielne gotowanie: Amerykanie pracują średnio najdłużej w świecie uprzemysłowionym.
Pod koniec XIX wieku lekarze prowadzili kampanię, by przekonać opinię publiczną, że szczupli ludzie żyją dłużej, są bardziej stabilni emocjonalnie i atrakcyjni niż ich grubi odpowiednicy. Niektórzy lekarze „z radością wykorzystywali komercyjne możliwości, jakie niosła populacja bardziej świadoma wagi i borykająca się z nadwagą w połowie XIX wieku”, pisze Jayne Raisborough w książce „Fat Body, Health and the Media”. Wtedy po raz pierwszy rynek zalały produkty dietetyczne, takie jak Safe Fat Reducer firmy Kellogg i tabletki Dr. Vincent’s Anti-Stout Pills.
Po II wojnie światowej strach przed tłuszczem przerodził się w fobię. W latach pięćdziesiątych psychologowie zaczęli argumentować, że bycie grubym jest objawem „nieprzystosowania i niepewności”, a otyli ludzie są „nieszczęśliwi, nadmiernie folgujący sobie i pozbawieni samokontroli”, zgodnie z „Fat History” Stearnsa. „Dziewczyny przybierają na wadze, ponieważ są zaburzone emocjonalnie” – to jeden z przykładów powojennej pseudonauki cytowanej w tej książce.
Te obawy były również związane z supremacją białych, mówi Sabrina Strings, autorka książki „Fearing the Black Body: The Racial Origins of Fat Phobia” („Obawa przed czarnym ciałem: rasowe korzenie fatfobii”). Błędna nauka o rasie stworzyła stereotyp „dużej czarnej kobiety” i powiązała otyłość z byciem Afr(oamer)ykaninem. „Smukłość stała się formą amerykańskiej wyjątkowości” – mówi Strings. Byłby to znak, że biali są rzekomo bardziej zdyscyplinowani niż Afrykanie, których sprowadzono do Ameryki Północnej na fali handlu niewolnikami. Ta ponura historia pokazuje sposób, w jaki fatfobia została wykorzystana do wzmocnienia propagandy rasistowskiej.
Fatfobia, definiowana jako „irracjonalny strach, niechęć lub dyskryminacja wobec otyłości lub osób z otyłością”, nie jest tylko kwestią uprzedzeń personalnych. Jest to kwestia strukturalna, która wpływa na każdy aspekt naszego życia, od ekonomii po psychologię. Mary Himmelstein, badaczka, która skupia się na konsekwencjach zawstydzania osób z nadwagą (fatshamingu), mówi: „Kiedy pomyślisz o piętnowaniu wagi, w zasadzie dostrzeżesz je wszędzie”, od placówek edukacyjnych, przez media, po relacje osobiste. A takie piętnowanie może mieć wiele szkodliwych skutków.
Ostatnie akceptowalne uprzedzenie
Stres związany z nadwagą wpływa na zdrowie psychiczne i fizyczne, a także na śmiertelność i obciążenie chorobami, mówi Himmelstein. Wpływ tej stygmatyzacji na zdrowie psychiczne jest skorelowany z myślami samobójczymi, depresją, lękiem i zaburzeniami odżywiania. W badaniu z 2019 r. naukowcy odkryli, że „większe” dzieci tak bardzo niepokoiły się potwierdzeniem negatywnych stereotypów związanych z otyłością, że ich zdolności w nauce zostały rzeczywiście zmniejszone.
Badaczki Paula Brochu i Victoria Esses twierdzą, że fatfobia jest naszą ostatnią akceptowalną kulturowo formą uprzedzeń. Grubsze postaci często pojawiają się w telewizji i filmach, aby można je było wyśmiewać, a ich waga jest używana jako skrót narracyjny, wyjaśniający, że postać jest leniwa lub nieinteligentna (patrz Gruba Amy z „Pitch Perfect”). W serialu Netfliksa „Insatiable” główny bohater zakłada kostium dodający kilogramów (fat suit), co wskazuje, że używanie tak obraźliwych tropów wydaje się producentom lepsze niż zatrudnienie prawdziwej grubej osoby.
Do dziś dowcipy „o grubych” są nadal pierwszym wyborem komików i nadal jest społecznie akceptowalne, aby grubi ludzie byli publicznie wyśmiewani. Badaczki Rebecca Puhl i Chelsea Heuer twierdzą, że społeczeństwo to usprawiedliwia, „ponieważ osoby otyłe są osobiście odpowiedzialne za swoją wagę”, a wstyd może motywować je do zmiany stylu życia.
Ale zawstydzanie ludzi, aby schudli, nie działa. W przełomowym badaniu obejmującym 2600 nastolatków badaczka Janet Tomiyama odkryła, że powiedzenie „jesteś za gruba” z czasem zwiększyło u badanych przyrost masy ciała, a także powodowało zaburzenia odżywiania.
Ekonomia nadwagi
W internecie jest mnóstwo miejsc, które mają pomóc ludziom z dylematem „robienia zakupów, gdy jest się grubym” (shopping while fat, nawiązanie do amerykańskich sformułowań „driving while drunk” i „driving while black” – przyp. tłum.). To zadanie, któremu można często sprostać tylko online. Ludzie z nadwagą muszą zmagać się z „podatkiem od tłuszczu”, zjawiskiem, zgodnie z którym otyli płacą więcej za przedmioty takie, jak odzież i meble. Wiele linii lotniczych wymaga od osób z nadwagą wykupowania dwóch siedzeń, a materace, rowery, a nawet trumny dla osób o większych rozmiarach kosztują więcej.
Niektórzy twierdzą, że grubi ludzie powinni płacić więcej za te przedmioty, ponieważ zużywają więcej materiału. Ale przemysł odzieżowy nie ustala swoich kosztów na podstawie ilości użytej tkaniny – koszty są obliczane na podstawie podaży i popytu. Na przykład wysocy ludzie nie płacą więcej za dłuższe spodnie. Gdyby przemysł odzieżowy po prostu pobierał opłaty za ilość materiału, ubrania dla niemowląt byłyby najtańszym zakupem.
Innym sposobem, w jaki grubi ludzie są pozbawiani praw obywatelskich pod względem ekonomicznym, są kwestie zawodowe. Badania pokazują, że osoby z nadwagą są rzadziej zatrudniane, rzadziej awansują i są opłacane gorzej niż ich szczupli odpowiednicy. Jedno z badań wskazuje, że tylko 15% menedżerów ds. rekrutacji zatrudniłoby kobietę z nadwagą, a dyskryminacja ze względu na wagę jest legalna w każdym stanie poza Michigan.
Firmy ubezpieczeniowe mogą legalnie pobierać wyższe stawki od osób, których wskaźnik masy ciała przekracza 25, pomimo faktu, że BMI ma skomplikowaną, medycznie kontestowaną historię. Nawet leki na receptę, takie jak tabletka „po”, antykoncepcja i antybiotyki, są często nieskuteczne u osób otyłych.
Medyczne koszty nadwagi
Nadwaga oznacza otrzymanie nieodpowiedniej opieki medycznej. Lekarze spędzają mniej czasu z grubymi pacjentami i okazują im mniej empatii. Kiedy otyli ludzie idą do lekarza, często po prostu mówi im się, aby przeszli na dietę, niezależnie od innych problemów medycznych, jakie mogą mieć. Połowa kobiet biorących udział w badaniu z 2013 r. powiedziała, że odkłada pójście do lekarza, dopóki nie będą w stanie schudnąć.
„Nie ma sposobu, aby stwierdzić tylko na podstawie jego wyglądu, do jakiego stopnia ktoś jest zdrowy” – mówi Himmelstein. Podczas gdy otyłość może zwiększać ryzyko zawałów serca i cukrzycy, możliwe jest zachowanie zdrowia metabolicznego, choć jest się otyłym. W niektórych przypadkach otyłość może być nawet zaletą, jeśli chodzi o pewne choroby.
Nasz „przemysł odchudzania”, mający wartość 72 miliardów dolarów – nie działa. Naukowczyni Traci Mann poświęciła większość kariery udowadnianiu, że diety są lepszymi wskaźnikami długoterminowego przybierania na wadze niż cokolwiek innego. A termin „dieta”, mający teraz negatywne konotacje, został zastąpiony słowem „zdrowie” dzięki wzrostowi popularności pseudonaukowych wypowiedzi na instagramie, np. aktorki Gwyneth Paltrow i wielu wpływowych osób. Według Himmelsteina to tak naprawdę to samo: „Ludzie mówią »Chcę, żebyś był zdrowy«, co oznacza »Chcę, żebyś schudł«”.
Ze względu na seksistowską, rasistowską historię walki z otyłością i istniejący „przemysł zdrowia” nastawiony na zysk, mamy wszechobecne i akceptowalne uprzedzenia, które każdego dnia krzywdzą ludzi. Ale nie musimy w tym tkwić. „Jedną z najważniejszych rzeczy, które ludzie mogą na początek zrobić, jest zbadanie własnych uprzedzeń” – przekonuje Himmelstein. „Świadomość tych uprzedzeń może pomóc w zmniejszeniu dyskryminacji, tak jak w przypadku każdej innej piętnowanej tożsamości”.
Shira Feder
tłum. Magdalena Okraska
Powyższy tekst ukazał się w wydaniu internetowym „Yes Magazine” w listopadzie 2019 r.
przez redakcja | niedziela 20 lutego 2022 | klasyka, opinie
W 1928 r. w zameczku La Sarraz w Szwajcarii zebrało się, na zaproszenie p. Hélène de Mandrot, grono zbuntowanych przeciw rutynie pionierów nowego budownictwa, któremu wielki architekt francuski Le Corbusier przedstawił następujące zasadnicze tematy do przedyskutowania:
Nowoczesna technika i jej konsekwencje w budownictwie; standaryzacja; zagadnienia socjalno-ekonomiczne; zagadnienia budowy miast; wychowanie młodego pokolenia architektów. Zebranie to ukonstytuowało placówkę współpracy międzynarodowej: CIAM – Les Congrès Internationaux d’Architecture Moderne. Dla każdego kraju wyznaczono delegata CIRPAC-u (Comité International pour la Réalisation des Problèmes d’Architecture Contemporaine – Komitet Międzynarodowy dla realizacji problemów architektury współczesnej), któremu powierzono organizację miejscowej grupy Kongresów.
Już w lutym następnego, 1929 roku, odbył się pierwszy Kongres CIÀM-u w Bazylei, pod przewodnictwem prof. Karola Masera, zmarłego niedawno architekta szwajcarskiego. Postawiono od razu sprawę na szerokiej płaszczyźnie społecznej: nowa architektura służyć musi szerokim kręgom konsumentów. Brak zdrowej podstawy, brak czynnika masowości odbiera rację bytu zawodowi architekta. I dlatego program działalności Kongresów nie obejmuje tematów indywidualnych; już wówczas postawiliśmy sobie za cel dojście do syntezy funkcjonalnego miasta.
W zrozumieniu różnorodności problematów, składających się na pojęcie „Miasto”, postanowiono przede wszystkim zebrać materiał obiektywny, stwierdzający istniejący stan rzeczy. Zaczęto od elementu najmniejszego: mieszkania dla „szarego człowieka”, rozpatrywanego pod kątem potrzeb biologicznych: Air – son – chaleur – lumiére – prawa każdego człowieka do powietrza, światła, ciepła i ciszy w obrębie mieszkania.
Opracowano kwestionariusze i wzory dla jednolitego przedstawienia planów „mieszkania najmniejszego” – takiego, jakie się w danym mieście najczęściej spotyka i takiego, jakim powinno być. Już wówczas Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa przyszła grupie polskiej z pomocą. Teodor Toeplitz ogromnym nakładem pracy wypełnił jeden z kwestionariuszy i był pierwszym członkiem Kongresu w charakterze nie architekta, lecz specjalisty: społecznika i spółdzielcy.
Ponieważ miasto Frankfurt n. Menem, podporządkowane talentowi organizatorskiemu Ernsta Maya, miało wówczas w dziedzinie masowego zaspakajania potrzeb mieszkaniowych najwięcej bodaj do powiedzenia – tam odbył się II Kongres. Zebrani fachowcy uzgadniają wymagania, stawiane „mieszkaniu najmniejszemu”. Rezultaty opublikowano w wydawnictwie „Die Wohnung für das Existenzminimum”. Zebrane plany wystawione były w r. 1930 w WSM w Warszawie, podczas wystawy „Mieszkanie najmniejsze”.
Kongres frankfurcki konstatuje fakt, że nie można realizować dobrych tanich mieszkań bez racjonalnego rozwiązania sposobu zabudowy dzielnic mieszkaniowych, i postanawia rozpatrzyć na następnym kongresie łączenie komórek mieszkalnych w większe jednostki. Zainicjowano wystawę i wydawnictwo „Racjonalne sposoby zabudowy dzielnic”, mające na celu:
a) porównanie przez jednolicie zestawione tablice możliwości zabudowy w ramach istniejącego prawodawstwa budowlanego w poszczególnych krajach;
b) opracowanie w jednolity sposób prób poprawienia zabudowy z punktu widzenia higieny i komunikacji.
III Kongres w Brukseli. Wystawa „Racjonalne sposoby zabudowy dzielnic mieszkaniowych”. Zestawienie zdobyczy kilkunastu krajów. Przodują ówczesne Niemcy, dzięki wybudowanym osiedlom Frankfurtu n. Menem, Dessau, Karlsruhe-Dammerstock, Celle, Kassel, Berlina etc. Projekty i realizacje grup szwajcarskiej, amerykańskiej, belgijskiej, holenderskiej, węgierskiej, hiszpańskiej, francuskiej etc. Projekt Praesensu, osiedla WSM na Rakowcu – pierwszego w Polsce osiedla, w którym domy ustawione są zdecydowanie „frontem do słońca a nie do rynsztoka”.
Kongres przekonuje się na mocy zebranego materiału, że architekci wszystkich niemal krajów walczą o zapewnienie mieszkańcom miast – światła, powietrza, zieleni przez racjonalne sposoby zabudowy, wypracowane w latach ostatnich (zabudowa liniowa). Na przeszkodzie stoją sztywne plany regulacji miast, nie nadające się przeważnie do zastosowania w nich nowych systemów zabudowy.
Ażeby zdobyć pewność, jak należałoby zorganizować. miasta, grupy Kongresu w 16 krajach przeprowadzają w jednolicie opracowanym znakowaniu i w jednakowym formacie analizę 31 miast: Amsterdamu, Aten, Bandungu, Baltimore, Barcelony, Berlina, Brukseli, Charleroi, Como, Dalat, Dessau, Detroit, Frankfurtu, Genewy, Genui, Hagi, Kolonii, Littorii, Londynu, Los Angeles, Madrytu, Oslo, Paryża, Pragi, Rotterdamu, Sztokholmu, Warszawy, Werony, Zagrzebia i Zurichu.
Każde miasto przedstawione jest w postaci trzech map: mapy funkcji w obrębie miasta, mapy komunikacji w obrębie miasta oraz mapy funkcji komunikacji w obrębie regionu wraz z tablicami przyrostu ludności, warunków topograficznych i klimatycznych, z fotografiami z lotu ptaka, fotografiami charakterystycznych dzielnic itp.
Spróbujmy wczytać się w znaki na wszystkich tych mapach. Charakterystyczna mapa funkcji dzielnic wskazuje wszędzie niemal, jak na przekór logice, dzielnice mieszkaniowe przemieszane są z fabrycznymi, bez względu na kierunek zwiewania dymów. Znamy tę chorobę, toczącą dzielnice fabryczne w śródmieściu Warszawy, ale dowiadujemy się, że gdzie indziej to samo się dzieje. Dzielnice handlowe zlewają się z mieszkalnymi – nie tylko w Warszawie. Ulica, wąski korytarz, obliczony na komunikację pieszą lub konną, nieprzygotowany do szybkości pojazdów mechanicznych, zagraża życiu mieszkańców. Z mapy regionów widać jasno, że proletariat – pracownicy fizyczni i umysłowi – 10-15 proc. swego życia spędzają w kolejce dojazdowej, kolei podziemnej, autobusie czy tramwaju, a ile czasu tracą na dojście pieszo do najbliższej stacji? Nigdzie prawie zagadnienia komunikacyjne nie są opanowane – ani w obrębie miast, ani tym bardziej w obrębie regionu. Porównanie Le Corbusiera, że Paryż to stół biesiadny, na który od dwóch tysięcy lat wnosi się nowe potrawy, nie uprzątnąwszy resztek, jest słuszne dla wszystkich miast.
Rozpatrzenie tych „stołów biesiadnych” 31 miast to temat IV Kongresu Ateńskiego w 1933 roku. W rezultacie tego rozpatrzenia zostaje sformułowana zasadnicza hierarchia funkcji nowego miasta: habiter – mieszkać, travailler – pracować, se distraire — wypoczywać, circuler – przenosić się z miejsca na miejsce. Specjalnie podkreśla Le Corbusier zapoznane zagadnienie.
Ażeby zapewnić mieszkańcom miast „radość is– totną” (les joies essentielles)
niebo
drzewa
światło,
należy uratować przyrodę, otaczającą miasta, przed trądem przedmieść.
Miasto-ogród zadowala egoizm jednostek, niwecząc zalety organizacji kolektywnej. Miasto skoncentrowane, dzięki nowoczesnej technice, zapewni swobodę indywidualną w obrębie mieszkania i zorganizuje życie kolektywne w związku z coraz aktualniejszym zagadnieniem organizacji zjawiska „wczasów”.
Stąd czynnik indywidualny: mieszkanie; czynnik kolektywny: wczasy, które wypełnione będą przez sporty, odpoczynek, naukę. Wczasy dzielą się na codzienne i sezonowe. Miasta znaleźć muszą odpowiednie przestrzenie dla organizacji wczasów.
Kiedy w dniu 29 czerwca roku bieżącego na V Kongresie Le Corbusier wstąpił na trybunę Sali Iéna w Paryżu, odnieśliśmy wrażenie, że czas cofnął się. Oto pierwsze słowa jego referatu:
,,Cztery podstawowe funkcje urbanizmu, to: mieszkać, wypoczywać, pracować, przenosić się z miejsca na miejsce. Na kongresie paryskim tylko dwie pierwsze funkcje: mieszkanie i wczasy – będą tematem dyskusji. Te dwie funkcje są nierozłączne. Wczasy codzienne stanowią bezpośrednią funkcję mieszkania”.
Ale czas nie cofnął się. Przez cztery lata pracy, które dzielą nas od podróży do Grecji, tezy wykładów ateńskich dojrzały i zyskały ugruntowanie teoretyczne. A dzięki osiągnięciom Rządu Ludowego we Francji, nabrały nagle ostrej aktualności. Zakres ich ze zbyt ciasnego pojęcia miasta objął regiony i ich część składową: wieś. Kongres paryski odważył się poruszyć zagadnienia, które dotychczas rzadko interesowały architektów, wierzących jeszcze w mit „wsi spokojnej, wsi szczęśliwej”; zmusił ich do myślenia nie tylko o proletariacie miejskim, ale i o warunkach mieszkania, wypoczynku, pracy i komunikacji robotnika wiejskiego. Szkielet kongresu paryskiego, zatytułowanego „Mieszkanie i wczasy”, składał się z trzech zasadniczych referatów:
Rozwiązania zasadnicze (Le Corbusier, Paryż);
Ulepszenie miast istniejących (J. L. Sert, Barcelona);
Propozycje, które pozwoliłyby przystąpić do problematu wsi (mieszkanie i wypoczynek) (S. Syrkus, Warszawa)
dopełnionych przez referat dodatkowy robotnika rolnego Norberta Bezard o stosunkach rolnych we Francji i propozycjach co do ich ulepszenia. Zaproszono również licznych specjalistów, ażeby wypowiedzieli się ze swego punktu widzenia na zasadnicze tematy kongresu w nawiązaniu do jednego z czterech referatów. Dzięki poparciu rządu francuskiego, jeszcze w tym roku ukaże się „Księga V Kongresu Architektury Nowoczesnej”.
Rozważano zagadnienia wielkiej wagi: zagadnienia terenowe, które już w Atenach stanowiły oś debaty. Zarówno na wsi, jak w mieście, rozkawałkowanie gruntów uniemożliwia projektowanie w szerokim zakresie. Architekt na każdym kroku napotyka na trudności nie do przezwyciężenia. A jednak trudności te muszą być przezwyciężone, jeżeli nasze miasta i wsie nie mają być skazane na zagładę. W każdym kraju w innym tempie – innymi metodami – nastąpią zmiany, ale architekci wszędzie muszą głośno i wyraźnie wypowiedzieć wspólne dla wszystkich krajów postulaty, sformułowane przez Le Corbusiera i przyjęte przez Kongres:
„Najwyższym prawem urbanizmu jest generalny plan kierunkowy, oparty na istotnych i palących potrzebach ludności”.
„Konieczność stworzenia terenów budowlanych, sprzyjających mieszkaniu i wczasom”.
„Wyzwolenie ziemi pod kątem przestudiowania i opracowania planu widzenia interesu publicznego, wykluczającego spekulację”.
„Mieszkanie i wczasy, uznane za obowiązek społeczeństwa wobec wszystkich jego członków, stać się muszą dalszym ciągiem urządzeń użyteczności publicznej”.
Liczni specjaliści poparli te postulaty. Nie możemy wymienić tu wszystkich – ograniczymy się do kilku charakterystycznych. Więc znany paryski lekarz, dr Winter, z którym by przedstawiciele Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na pewno znaleźli wspólny język, mówił o architekturze i medycynie, o konieczności i możliwości współdziałania tych dwóch zawodów, a w szczególności o zagadnieniu „dziecka w mieście”. P. Lenoir, sekretarz Domu Techniki, mówił o technice i finansach w służbie planu; referat jego dopełniły bardzo optymistyczne wywody znanego ekonomisty, p. Delaisi. Pułkownik Vauthier ze Sztabu Generalnego poruszył zagadnienie urbanizmu i architektury w obliczu niebezpieczeństwa wojny powietrznej.
Drugi dzień: Ulepszenie miast istniejących – J. L. Sert. Ze sprawą tą wiąże się ściśle kwestia zmian ustawodawstwa budowlanego. Genewski architekt, F. Quêtant, opracował na ten temat bardzo szczegółowy kwestionariusz. Odpowiedzi nań stanowić będą nowy ważny dokument międzynarodowej współpracy – nową broń w walce z istniejącym stanem rzeczy, uniemożliwiającym racjonalne ,,mieszkanie i wczasy”.
Holendrzy zademonstrowali wzorową ankietę na temat „Wczasy ludności Rotterdamu”, zilustrowaną wspaniałym reportażem fotograficznym, której punktem wyjścia był znów przeciętny mieszkaniec i jego potrzeby. Nie wystarczyła tu oficjalna statystyka. Ażeby dotrzeć do dna zagadnienia, architekci sami zajęli się statystyką, taką, jaka im jest potrzebna. Więc np. w szkołach rotterdamskich dzieci dostały taki temat wypracowań: „W co się bawisz, kiedy masz czas wolny?”, „Gdzie się bawisz?”, „Dlaczego tam właśnie, a nie gdzie indziej?” itp.
Podobnymi metodami posługuje się WSM i jej organy. Osiągnięcia jej w dziedzinie organizacji wczasów, tj. życia społecznego na terenie osiedli spółdzielczych przedstawił zebranym Stanisław Tołwiński. Referat i realne, poparte doświadczeniem w pracy spółdzielczej propozycje, wzbudziły wielkie zainteresowanie. Tołwiński, jako specjalista-spółdzielca, został zaproszony na członka Kongresów.
Trzeci dzień przyniósł nowy dla Kongresu temat: Reorganizacja wsi, dla którego Francuzi ukuli nowy termin „Urbanizm wiejski” – Urbanisme rural. Temat ten wymaga intensywnej i długiej współpracy agronomów, ekonomistów, statystyków, geologów, urbanistów etc. dla wspólnego celu: stworzenia racjonalnych warunków mieszkania i wczasów, pracy i komunikacji dla ludności wiejskiej. Toteż zasadniczy referat S. Syrkusa nie pretendował do wyczerpania tematu: wytyczył tylko linie kierunkowe pracy architekta w tej nowej dlań dziedzinie. Referent oparł się częściowo na „Strukturze Społecznej Wsi Polskiej” (Wyd. Instytutu Gospodarstwa Społecznego), częściowo zaś na opracowanej wespół z Janem Chmielewskim „Warszawie funkcjonalnej – przyczynku do urbanizacji Regionu Warszawy”.
Po nim wstąpił na trybunę Norbert Bezard, chłop z Maine. Ten „specjalista” wzbudził burzę oklasków zarówno swoim „niefałszowanym” wyglądem, jak werwą i przekonaniem, z jakimi żądał pomocy architektów. Poczuliśmy nagle wszyscy, jak bardzo jesteśmy na świecie potrzebni.
„Wszystko robi się dla miast – mówił – nic dla miasteczek i dla ferm”.
„Wszystko jest na wsi do zrobienia, bo wieś jest stara jak świat, zgrzybiała, niedostosowana do obecnej epoki. Zabudowania gospodarskie rozpadają się w gruzy – a z nimi całe wsie. Są one zresztą pobudowane bezmyślnie, bez pojęcia o zasadach urbanizmu. Konia z rzędem temu, kto odkryje jakiś plan zabudowy w naszych wsiach i farmach… Jeżeli są ślady planu – to chyba rzymskie lub z epoki neolitycznej: drogi – gościńce, które gdzieś tam kiedyś prowadziły…”.
„Wszystko jest na wsi do odrobienia – według planu i w porządku. My wszyscy, my, młodzi, wiemy, że w architekturze i w urbanizmie wszystko jest możliwe – że inżynierowie i architekci dysponują techniką i materiałami potrzebnymi dla naszej budowy”.
„Mieszkanie chłopa. Tu zaczyna się nasza »rozmowa« z architektem. Czy chłop ma pragnąć czy nie tradycyjnej strzechy (choćby nowej), którą narzuca mu akademia? My, chłopi, odpowiadamy: nie! Żądamy farm – narzędzi cywilizacji, odrzucających na bok romantyzm i… gnój. Jasno – wyraźnie. Jeżeli spotykacie jeszcze wieśniaków roztkliwiających się romantycznością, to dlatego, że nikt dotychczas nie wyjaśnił im dobrodziejstw farmy-narzędzia, farmy promiennej, funkcjonalnej. Jeżeli wieśniacy nie potrafią żądać takiej właśnie farmy, to dlatego, że nie znają możliwości nowoczesnej techniki”.
„Jakie były etapy rekonstrukcji wsi? Wypytywałem o to chłopów z naszej grupy gminnej. Przede wszystkim spichrz-elewator, brzuch wsi – zabezpieczenie przed spekulacją. Następnie klub – z wielkim krzykiem żądano sali zebrań. Potem drogi, łączące wieś z najbliższymi ośrodkami. A po zaspokojeniu tych trzech najpilniejszych postulatów wszystko inne: farmy, miasteczko spółdzielcze, drogi. Całość inspirowana przez plan gminny, dzieło chłopów, stanowiący nieodłączną część planu regionalnego”.
Z wystąpień następnych delegatów: angielskich, włoskich, węgierskich widać było jasno, iż to, co zrobiono dotychczas w dziedzinie urbanizacji miast, wsi, regionów, jest kroplą w morzu potrzeb.
Widać było również, że zagadnień tych nie rozwiążą urbaniści w zaciszu swych pracowni. Masa – robotnicy wiejscy i miejscy muszą uświadomić nas o swych potrzebach – my uświadomimy ich o możliwościach technicznych. Przykład współpracy chłopa z Maine, Norberta Bezard, z architektem Le Corbusierem powinien być wszędzie naśladowany.
Helena i Szymon Syrkusowie
Powyższy tekst Heleny i Szymona Syrkusów pierwotnie ukazał się w piśmie „Życie WSM” nr 9/1937, Warszawa, wrzesień 1937. Pismo to było miesięcznikiem wydawanym przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową. Od tamtej pory tekst prawdopodobnie nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Adrian Grycuk, Ulica Pruszkowska w Warszawie, rok 2021, fragment jednego z osiedli zaprojektowanych przez autorów powyższego tekstu; źródło: Wikipedia.
przez Monika Kostera | środa 16 lutego 2022 | opinie
Trzydzieści kilka lat temu stałam na peronie ze spakowanym plecaczkiem, blaskiem w oczach i czekałam na pociąg, który zawiezie nas do pięknej transformacji w kierunku socjaldemokracji. Nie byłam żadnym dziwolągiem – moja wiara była podzielana przez otaczających mnie ludzi, w większości niezbyt radykalnych w żadnym kierunku. Moje zróżnicowane społecznie i regionalnie otoczenie w większości zdawało się oczekiwać jakiegoś modelu samorządowego lub społecznego kapitalizmu. Może wyróżniałam się w nim szczególną sympatią dla modelu szwedzkiego. Napisałam o tym doktorat – czego możemy my, w Polsce, nauczyć się ze szwedzkich doświadczeń zarządzania. Kiedy go broniłam na wiosnę 1990 roku, zostało to przyjęte bardzo dobrze, przede wszystkim ze względu na walory praktyczne. Teoretycznie mój doktorat nie był odkrywczy. Z radością patrzyłam w przyszłość, ku konstruktywnemu profesjonalnemu życiu, pełnego ciężkiej, ale sensownej pracy polegającej na wcielaniu w życie tego, o czym pisali profesor Tadeusz Kowalik czy profesor Karol Modzelewski. Wkrótce zapisałam się do Unii Pracy. Stałam na peronie z biletem w ręku. Jednak przyjechał inny pociąg, wielki, ciężki ekspres z napisem „Koniec historii” na szybie.
Nie minęły dwa lata i nikt już nie chciał ze mną rozmawiać o modelu skandynawskim. Nikt też nie był zainteresowany etnograficznymi badaniami polskich szefów, które prowadziłam i które ukazywały zestaw cholernie kompetentnych i doświadczonych osób. Ale ta wizjonerska, niepokalana konformizmem polska inteligencja – uczeni, dziennikarze, ludzie kultury – nie mieli już czasu na pogawędki o różnych alternatywnych ideach. I to nie tylko dlatego, że zajęli się robieniem pieniędzy. Tak, część robiła pieniądze, jedni wielkie, inni mniejsze. Jedni – dlatego, bo lubili, inni (może większość) dlatego, bo strasznie bali się tego, co działo się za wschodnimi granicami. Ale nie mieli na pogawędki czasu głównie ze względu na dysonans poznawczy. O nim za chwilkę. Teraz o tym, co się działo za tymi wschodnimi i południowymi granicami, czego wszyscy się obawiali, ale o czym zawsze mówiło się w jakichś krwawych fragmentach: ruska mafia, biedna Ukraina, nieszczęsna Rumunia, Bałkany.
Niedawno ukazała się książka, która pokazuje cały obraz, od byłego NRD po Rosję, od Estonii po Bałkany. Książka amerykańskich badaczy Kristen Ghodsee i Mitchella Orensteina „Taking stock of shock: Social consequences of the 1989 revolutions” ma potencjał, by zostać wypowiedzią przełomową, jakie czasami zdarzają się w historii, podobnie jak kiedyś było słynne przemówienie Chruszczowa. Też nie od razu jego treść została podchwycona w refleksjach i dyskusjach, bo takie wypowiedzi wymagają skupienia. Po nich już żadna rozmowa nie jest taka sama jak wcześniej. A jest nad czym się skupiać. Czytajmy więc:
„Przyczyny postsocjalistycznej śmiertelności są wciąż gorąco dyskutowane […] W 1999 roku Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) szacował, że w dwudziestu siedmiu krajach transformacji badanych w raporcie »Ludzkie koszty transformacji« brakowało 9,7 milionów mężczyzn, podczas gdy w 2001 roku UNICEF donosił o 3,26 milionów nadmiarowych zgonów w pierwszych dziewięciu latach transformacji”.
Radykalne obniżenie średniego wieku życia, wzrost uzależnień, kryzys ekonomiczny znacznie głębszy i bardziej długotrwały niż Wielka Depresja w USA, dramatyczny i gwałtowny rozpad struktur społecznych – a co za tym idzie załamanie zaufania społecznego. Wszystko to wykazane jest na podstawie wyjątkowo rzetelnych i rozległych badań naukowych: ilościowych badań statystycznych i jakościowych, etnograficznych.
Z tej zapaści wiele krajów byłego Bloku Wschodniego nie wydobyło się dotąd. Przypomnijmy, że amerykańscy doradcy z czasów wczesnej transformacji obiecywali nam „J-curve”, czyli chwilowe (trwające kilka lat, raczej 2 aniżeli 5) obniżenie dochodu per capita a następnie wykładniczy wzrost. To zjawisko nie miało miejsca nigdzie. W wielu krajach zwyżka nie nastąpiła. Polska jest ukazana w książce jako sukces transformacji. Inne kraje tzw. Grupy Wyszehradzkiej też poradziły sobie znacząco lepiej, niż pozostałe. Węgry, Polska – wyszły zasadniczo na plus, choć dopiero stosunkowo niedawno, kilkanaście lat temu. Czyli co, radość i duma? Brawo my? Jeśli poradziliśmy sobie – jak kto woli to nazwać: świetnie, nieźle, jakoś – to – pomyślmy przez chwilę: co by było, gdybyśmy wybrali inną drogę, gdyby pociąg skandynawski przyjechał wtedy na stację?
Mówiono nam wówczas – i mówi się do tej pory – że nie istniała alternatywa.
No właśnie, miało być o dysonansie poznawczym. On był, jest i rośnie w siłę. Rządzi krajem, stał się główną zasadą społecznej ontologii. Właściwie wszystko, co się w post-transformacyjnej Polsce działo, co dzieje się nadal w polityce, sztuce, nauce – opiera się na intensywnym wysiłku zniszczenia, wymazania, zaklajstrowania dysonansu poznawczego. Najchętniej nie mówi się o tym wcale, media głównego nurtu starają się nie przyjmować alternatywnych wypowiedzi, choćby były nie wiem jak dobrze podbudowane naukowo. Niektóre dyscypliny nauki też. Coraz ostrzejsze podziały polityczne skonstruowane wokół podziału, o którym nie wolno mówić. Mnóstwo energii wkłada się w czynienie pewnych tematów nieistniejącymi. Tych zasadniczych tematów. Zamiast tego mówi się, że nie było alternatywy. Mówi się, że w przeciwnym razie byłoby u nas jak na Ukrainie – ale czemu? Czy graniczymy z Rosją (z obwodem Kaliningradzkim tak, ale potencjalny problem jest raczej dalej na wschód)? Mówi się, że Zachód kazał – fakt, ale jednak Sachs po latach twierdzi, że spodziewał się, iż Polska będzie się upierać przy jakiejś formie socjaldemokracji. Ile w tym wyrzutów sumienia samego Sachsa, a ile rzeczywistości – nie wiem. Mówi się, że inaczej nie darowano by nam długów. Trudno powiedzieć, ale czy próbowaliśmy porządnie negocjować? Czy poprosiliśmy o wsparcie w tej sprawie np. kraje skandynawskie? I wreszcie, jak pokazują Ghodsee i Orensetin, dwa kraje wybrały inną drogę transformacji – Chiny i Wietnam. Może nam się ta droga nie podobać, ale jest wszak inna. A skoro tak, to my mogliśmy powędrować jeszcze inaczej. Za mały kraj? A czy musieliśmy sami? Czy próbowaliśmy dogadać się z Czechosłowacją (wtedy jeszcze), Węgrami?
Alternatywa była, o czym wiem, bo byłam jej częścią. Była wizja: Kowalik, Modzelewski, Bugaj. Była praktyka: szefowie, których badałam. Ale nikt nas nie spytał wtedy, ani mnie, ani moich mądrych kolegów i mistrzów, ani tych doświadczonych szefów, ani załóg pracowniczych, które badaliśmy z kolegami w trakcie projektów doradztwa organizacyjnego (prowadzonych przez spółdzielnię konsultingową – sic! – przy Uniwersytecie Warszawskim). Po tych wszystkich „nocnych Polaków rozmowach” nie padło ani jedno pytanie. Tylko wielkie, właściwie boskie ogłoszenie: Nie istnieje alternatywa. I szkolenia, szkolenia, szkolenia, które sama przeszłam w 1990 roku i troszkę później badałam etnograficznie (powstał na podstawie tych badań artykuł pod tytułem „The Modern Crusade”, który to tytuł oddaje charakter tego, co tam się działo). Na to szły gigantyczne zasoby. Co by było, gdyby poszły na wykorzystanie wiedzy, która istniała w systemie, na recykling idei i praktyk, na konsultacje z innymi doświadczeniami? Na wzmocnienie naszego własnego zarządzania, naszego przemysłu, nauki, edukacji? Co by było, gdyby nie prywatyzować wszystkiego na hurra, lecz podejść refleksyjnie i stopniowo do procesu przekształceń własnościowych? Co by było, gdyby wspierać związki zawodowe i upatrywać w nich fundament nowego systemu – to one wszak wówczas nie tak dawno temu go wywalczyły, to one były jednym z motorów generowania idei struktur nowego zarządzania.
W jakimś równoległym kosmosie ten pociąg, na który czekałam wtedy, przyjechał. Przez 30 lat z groszami zajmowałam się trudną i odpowiedzialną, ale pożyteczną dla ogółu pracą. Wokół rósł kraj, gdzie nie jest idealnie, jest mnóstwo problemów, bo jednak na świecie dominuje neoliberalizm i czuje się schyłek jakiejś wielkiej epoki. Jednak nie jest źle. Ludziom w moim kraju żyje się na ogół dostatniej. Publiczna służba zdrowia działa. Jurek Owsiak gra z Wielką Orkiestrą Świątecznej Radości, zbierają środki na tworzenie domów kultury w większych i mniejszych miastach, i rzecz jasna na wsiach. Uniwersytety są bardzo różne, rządzą się kolegialne a polska szkoła filozofii ekonomicznej podbija kraje frankofońskie. Żaden Polak ani żadna Polka nie figuruje na liście najbogatszych ludzi świata. Ale za to nie ma bezdomności, budowane są całkiem nieźle zaprojektowane osiedla, gdzie ludzie mogą wynajmować mieszkanie od gminy lub spółdzielni. Konstytucyjne prawo do mieszkania traktowane jest bardzo poważnie. Drogami i autostradami nie możemy się za bardzo pochwalić w Europie, ale za to mamy świetną sieć kolejową, można dojechać dosłownie wszędzie. Jeffrey Sachs kupił domek na Mazurach i ufundował centrum animacji kultury regionalnej jako swego rodzaju zadośćuczynienie za tamte, dawne czasy. Grają amerykańskiego bluesa i alt-folk. Nikt zresztą tamtych czasów nie pamięta – są inne, nowe sprawy i problemy.
Wysyłam samej sobie kartki z tamtego kosmosu. Ostatnio wysłałam sobie gustowny kosz na śmieci w stylu skandynawskim, żebym miała gdzie wyrzucić te trzydzieści-parę lat mojej pracy w tym kosmosie, tutaj.
prof. Monika Kostera
przez Karol Trammer | środa 9 lutego 2022 | opinie
Wykluczenie transportowe jest tam, gdzie nie da się dojechać drogą ekspresową lub autostradą – uważa Ministerstwo Infrastruktury.
– „Likwidujemy wykluczenie komunikacyjne” – powiedział minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, otwierając jesienią 2021 r. drogę ekspresową S19 na granicy Lubelszczyzny i Podkarpacia. – „Każdy z Polaków mieszkający w każdym regionie naszego kraju ma prawo do tego, by korzystać z komfortowych dróg autostradowych, ekspresowych”.
Kolejny odcinek
Ministerstwo Infrastruktury coraz częściej przedstawia budowę dróg ekspresowych i autostrad jako element walki z wykluczeniem transportowym. Ostatnio zrobił to nawet wiceminister Andrzej Bittel, który w resorcie odpowiada za kolej, a przy tym jest pełnomocnikiem rządu ds. przeciwdziałania wykluczeniu komunikacyjnemu. Otwierając w grudniu 2021 r. drogę ekspresową w rejonie Mławy, oznajmił: „Udostępniamy kierowcom kolejny odcinek drogi S7 w województwie mazowieckim. To kolejny etap walki z wykluczeniem komunikacyjnym”.
Opracowany w resorcie infrastruktury „Rządowy program budowy dróg krajowych do 2030 r.” jako wykluczone komunikacyjnie definiuje te obszary kraju, do których nie da się dotrzeć autostradą lub drogą ekspresową.
Problem w tym, że drogi szybkiego ruchu nie eliminują wykluczenia transportowego. Pokazało to badanie „Ocena zagrożenia wykluczeniem społecznym związanym z transportem w powiatach Wielkopolski”, zrealizowane w 2015 r. pod kierunkiem dr. inż. Marcina Kicińskiego z Politechniki Poznańskiej. Jeden z największych odsetków gospodarstw domowych skarżących się na problemy transportowe, wynoszący aż 59%, odnotowano w powiecie nowotomyskim, choć przez jego środek biegnie autostrada A2 z węzłem Nowy Tomyśl. Autostrady i drogi ekspresowe przyspieszają tranzyt, ale tworzą bariery dla mobilności lokalnej.
Rozcinanie
„Problemem lokalnym jest rozcinanie układów osadniczych przez drogi ekspresowe budowane po śladzie starych tras” – pisze prof. Tomasz Komornicki w raporcie „Polska sprawiedliwa komunikacyjnie”, przywołując badania z gmin, przez które poprowadzono drogi ekspresowe: „5-10% respondentów deklarowało, że czas dojazdu do takich miejsc jak szkoła podstawowa, ośrodek zdrowia czy urząd gminy nie tylko nie zmalał, ale nawet uległ wydłużeniu”.
Rozbudowa drogi krajowej w drogę ekspresową wiąże się ze zmniejszeniem liczby miejsc, w których można wjechać na główną trasę z dróg lokalnych. Zgodnie z przepisami, węzły na drogach ekspresowych poza miastami powinny być lokalizowane nie częściej niż co 5 km, zaś na autostradach nie częściej niż co 15 km. Odległości te bywają jednak dużo większe. Przykładowo na drodze S6 węzły Kołobrzeg Zachód i Kiełpino dzieli 26 km. Na trasie S3 dystans między węzłami Myślibórz i Gorzów Wielkopolski Północ to 28 km – leżący na tym odcinku Nowogródek Pomorski, choć S3 biegnie skrajem tej wsi gminnej, ma do najbliższego wjazdu na trasę 9,5 km. Na autostradzie A4 nie ma węzłów nawet w miejscach jej przecięcia z drogami wojewódzkimi 987 Kolbuszowa – Sędziszów Małopolski i 414 Opole – Prudnik oraz drogą krajową 39 Brzeg – Strzelin.
Ekspresowe wykluczenie
Trasy szybkiego ruchu – choćby z uwagi na rzadkie rozmieszczenie węzłów oraz małą liczbę przystanków budowanych na drogach ekspresowych – w ograniczonym stopniu służą komunikacji autobusowej. Mimo to w programie budowy dróg Ministerstwo Infrastruktury zdecydowało się na zaklinanie rzeczywistości: „Poprawa czasu dojazdu do miejscowości, a także wysokiej jakości infrastruktura przystankowa wpływa bezpośrednio na opłacalność uruchomienia nowych linii autobusowych”. Ostatecznie po etapie konsultacji resort zapisał, że budowa nowych dróg „może wpłynąć na decyzję o uruchomieniu nowych linii autobusowych”.
W Małopolsce po otwarciu drogi S7 niemal wszystkie autobusy relacji Kraków – Zakopane przestały stawać w Chabówce. Na rozbudowanej Zakopiance nie powstał bowiem przystanek w tej miejscowości, a przewoźnicy uznali, że nie opłaca im się zjeżdżać z drogi ekspresowej.
Mieszkańcy Rabki-Zdroju obawiają się, że – po oddaniu do użytku w połowie 2022 r. kolejnego odcinka drogi ekspresowej S7 – oni będą następni. – „Otwarcie nowej drogi, która miała nam ułatwić kontakt ze światem, może doprowadzić do wykluczenia komunikacyjnego” – powiedział portalowi Podhale24.pl burmistrz Rabki-Zdroju Leszek Świder.
Wcześniej problem odczuli mieszkańcy gminy Lubień. Przewoźnicy działający na trasie Kraków – Zakopane, nie chcąc zbaczać z S7, zrezygnowali z postojów na jej terenie.
W województwie kujawsko-pomorskim na wylocie drogi S5 z Bydgoszczy autobusy podmiejskie kursują biegnącymi wzdłuż ekspresówki jezdniami lokalnymi. Na terenie gminy Białe Błoto autobusy zmierzające z Bydgoszczy jadą po jednej stronie drogi S5, a wracają po drugiej. Problem w tym, że przy części przystanków nie da się przejść przez drogę ekspresową. W miejscowościach, w których Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad „zapomniała” o zbudowaniu kładek, niektórzy mieszkańcy mogą autobusem do Bydgoszczy tylko pojechać, a niektórzy tylko z niej wrócić – w zależności od tego, po której stronie drogi S5 mieszkają.
Niebezpieczne drogi
To, że trasy szybkiego ruchu zapewniają uatrakcyjnienie komunikacji autobusowej, nie jest jedynym mitem rozpowszechnianym przez resort infrastruktury. Kolejny dotyczy bezpieczeństwa. – „Każda oddana do użytku droga ekspresowa to większe bezpieczeństwo w ruchu drogowym” – oznajmił minister Andrzej Adamczyk, wizytując w listopadzie 2021 r. budowę drogi S7 koło Miechowa.
W grudniu 2021 r. Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, którą kieruje Adamczyk, opublikowała „Narodowy program bezpieczeństwa ruchu drogowego 2021-2030”, alarmujący, że „polskie drogi wciąż należą do najniebezpieczniejszych w Europie”. Na podstawie danych za 2019 r. program informuje, że „największy wskaźnik ryzyka śmierci w wypadku odnotowano na drogach ekspresowych, gdzie wyniósł on 53 ofiary śmiertelne/1000 km”. Jak wskazuje dokument, drogi ekspresowe cechują się również najwyższym wskaźnikiem ciężkości wypadków – „wyniósł on 18 ofiar śmiertelnych/100 wypadków, co oznacza, że był dwukrotnie wyższy niż na drogach powiatowych i blisko czterokrotnie wyższy niż na drogach gminnych”.
Wśród czynników wpływających na niski poziom bezpieczeństwa na polskich drogach program wymienia „niewielki udział podróży publicznymi środkami transportu względem transportu indywidualnego”, dodając, że „wpływ na ten stan ma także poziom i dostępność rozwiązań w zakresie komunikacji zbiorowej, która w ostatnich latach – szczególnie na terenach pozamiejskich – znajduje się w recesji”.
Imposybilizm Polski resortowej
Na problemy z transportem publicznym na obszarach wiejskich zwrócił uwagę rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek w piśmie skierowanym w październiku 2021 r. do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi: „Na podstawie liczby skarg wpływających do mojego biura nie mogę stwierdzić, że problem wykluczenia komunikacyjnego został rozwiązany”. Wiącek dodał, że należy zagwarantować obsługę komunikacyjną, określając jej minimalne standardy.
Pytany o tę kwestię rzecznik prasowy resortu infrastruktury Szymon Huptyś odparł: „Ministerstwo Infrastruktury nie komentuje wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi”.
Wypowiedź Huptysia to przejaw Polski resortowej, w której ministerstwa unikają wspólnego rozwiązywania problemów wykraczających poza kompetencje jednego resortu (zjawisko to Mateusz Morawiecki w 2016 r. określił mianem „głównego hamulca zmian w Polsce”).
Rzecznik praw obywatelskich w końcu doczekał się stanowiska Ministerstwa Infrastruktury. Wiceminister Rafał Weber, wykazując się imposybilizmem, oświadczył: „Wprowadzenie jednolitych w całym kraju regulacji ustanawiających wymagane połączenia komunikacyjne nie znajduje obecnie uzasadnienia”.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/117 styczeń-luty 2022)
http://www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Radosław Stupak | niedziela 6 lutego 2022 | opinie
Guy Debord, legendarny lewicowy myśliciel, pisał: „Wszyscy eksperci służą mediom i państwu, temu właśnie zawdzięczają status ekspertów. Każdy ekspert musi służyć swojemu panu, gdyż organizacja obecnego społeczeństwa doprowadziła do niemal całkowitego zaniku dawnych warunków niezależności. Ekspertem, który służy najlepiej, jest oczywiście ten, który łże”.
Dodawał też, że w „społeczeństwie spektaklu” zarówno wypromowanie usłużnego, jak i zniszczenie nieposłusznego eksperta nie stanowi większego problemu. Bez trudu można zorganizować oczerniającą kampanię a prawdziwość zarzutów nie ma żadnego znaczenia. Podobnie o ekspertach wypowiada się Slavoj Žižek: „Być może modelowym przypadkiem pozycji Mistrza, która stoi za dyskursem uniwersyteckim, jest sposób, w jaki dyskurs medyczny funkcjonuje w naszym życiu codziennym: na poziomie powierzchniowym mamy do czynienia z czysto obiektywną wiedzą, która odpodmiotowia podmiot-pacjenta, redukując go do obiektu badania, diagnozy i leczenia. Jednak pod tą powierzchnią można z łatwością zauważyć zaniepokojony, rozhisteryzowany podmiot, opętany lękiem, zwracający się do lekarza jako do swojego Mistrza i proszący go o otuchę. Odwołując się do jeszcze bardziej powszedniej sytuacji, wystarczy przywołać eksperta od rynku, który opowiada się za silnymi cięciami budżetowymi (obcięcie wydatków na opiekę społeczną, etc.) jako koniecznością wynikającą z jego neutralnej ekspertyzy pozbawionej jakiejkolwiek stronniczości ideologicznej: tym, co ukrywa, jest seria relacji władzy (począwszy od aktywnej roli aparatów państwa do przekonań ideologicznych), która podtrzymuje »neutralne« funkcjonowanie mechanizmów rynkowych”.
W tym kontekście zadać można by pytanie o to, co ukrywają i podtrzymują „eksperci medyczni” i czy przypadkiem nie chodzi o uwikłania podobne, jak w przypadku „ekspertów ekonomicznych”. O tych drugich, w głośnym wywiadzie „Byliśmy głupi”, mówił prof. Marcin Król: „Bo rozsądny człowiek nie może mieć zdania o OFE. Można mieć emocje i uczucia z tym związane. I gwałtownie je wyrażać. Ale zdanie to mogą mieć ekonomiści, eksperci. I nie wierzę im jak psom. Bo jeden pracował w banku, który jest właścicielem OFE, inny po prostu doradza OFE i się bezczelnie wypowiada, a trzeci nie chce sobie robić kłopotów w środowisku i uchodzić za oszołoma, więc mówi to samo co tamci dwaj”.
Sam wywiad, pomimo że pokazywał już zafiksowanie uniwersyteckiej inteligencji na postaci Kaczyńskiego (które to zafiksowanie stanowić może dzisiaj jedno z największych obciążeń opozycji), to zresztą jedna z wielu lekcji, których „demokratyczna opozycja” do tej pory nie odrobiła. Mimo że słowa te padły już sporo lat temu z ust jej kluczowego przedstawiciela. Jeśli chodzi o rolę ekspertów, ze względu na strukturalne uwarunkowania, społeczne i ekonomiczne umiejscowienie i powiązania opozycji jako formacji i jej liderów, może to być zresztą niemożliwe. „Marsz przez instytucje” kończy się tak, że nawet lewica ulokowana na eksperckich pozycjach zajmuje się przede wszystkim obroną swojego statusu w ramach instytucji władzy, obroną samych tych instytucji i obroną status quo zapewniającego jej przedstawicielom wysoką pozycję społeczną.
Owi eksperci mogą mieć różną twarz. W ramach neoliberalizmu to przede wszystkim twarz ekonomisty i „naturalnych praw rynku”, ale dziś jest to także w dużej mierze twarz prawnika czy lekarza, którzy decydować mają o tym, jak wyglądać powinno państwo i jego ustrój i na czym polegać mają podstawowe swobody obywatelskie (lub ich brak). Jeśli zaś obywatele nie zgadzają się z opinią ekspertów – to znaczy, że ów lud jest niedemokratyczny. Prawdziwie demokratyczne są bowiem wyłącznie decyzje i opinie wąskiej grupy uprzywilejowanych ekspertów.
Przykładem tego zjawiska może być udostępnione niedawno w mediach społecznościowych przez jednego z powszechnie szanowanych i dość medialnych profesorów zajmującego się nierównościami społecznymi, badanie (pt. „Democracy Confused: When People Mistake the Absence of Democracy for Its Presence”), z krótkim komentarzem: „Poparcie dla demokracji, gdy rozumie się ją błędnie jako formę autokracji legitymizuje autokrację: ludzie, którzy twierdzą, że popierają demokrację, w rzeczywistości wyrażają w tej odpowiedzi poparcie dla rządów autokratycznych, gdy te ostatnie mylą z demokracją. Fakt, że zawyżone oceny demokracji zbiegają się z autorytarnym niezrozumieniem demokracji, potwierdza te dwie oznaki autokratycznej legitymizacji, która istnieje pod przykrywką pozornego poparcia dla demokracji”.
Komentarz sugerować miał „oczywisty” wniosek: w Polsce zagrożona jest demokracja, zmierzamy w stronę autorytaryzmu, a to dlatego, że (ciemny) lud nie rozumie, czym jest „prawdziwa” demokracja. Wystarczy jednak zajrzeć do samego badania, poza tytuł i abstrakt, żeby obraz się nieco skomplikował a w oczy rzuciło kilka innych kwestii.
Po pierwsze, badanie polegało na zestawieniu „rzeczywistego poziomu demokracji” z „ocenianym poziomem demokracji” w różnych krajach. Ten „rzeczywisty poziom” wyznaczany był na podstawie wskaźników finansowanej przez rząd USA fundacji Freedom House oraz Banku Światowego. Punktem wyjścia jest więc założenie, że te eksperckie instytucjonalne oceny i definicje są prawidłowe i „obiektywne” – to one definiują, czym jest, a czym nie jest „prawdziwa demokracja”. Rozumienie i postrzeganie demokracji przez lud jest zaś z założenia niepoprawne i może co najwyżej lepiej lub gorzej odpowiadać prawidłowej z założenia opinii ekspertów. Wydawać się to może paradoksalne, można by przecież teraz argumentować, że przeczy to podstawowej idei demokracji. Jeśli demokracja to rządy ludu, to również lud, w ramach sprawowania władzy, decyduje o tym, co jest demokracją, a co nie – nie powinni tego robić niewybieralni eksperci.
Tak czy owak, z badania wynika, że w Polsce nie przeceniamy rzeczywistego poziomu demokracji. Podobne wyniki uzyskano np. we Włoszech, Japonii, Hiszpanii i Norwegii. Zgodnie z logiką artykułu, nie mylimy więc autokracji z demokracją i pod tym względem demokracja w Polsce nie jest „zagrożona”. Co ciekawe, najcelniej demokrację oceniano w Maroku, które to z kolei Maroko, według innego rankingu, dziennika „The Economist”, oceniane jest jako „reżim hybrydowy”.
W obu przypadkach mamy zresztą do czynienia z oceną „demokratyczności” dokonaną przez neoliberalne instytucje i neoliberalnych ekspertów. Odwołanie do mocy autorytetu, tego rodzaju chwyt retoryczny i światopogląd nie powinien może dziwić w przypadku kręgów konserwatywnych, ale jeśli jest to postawa, a coraz częściej podstawowy sposób argumentacji przedstawicieli liberalnej lewicy, czy nawet ruchów określających się jako anarchistyczne – zaczynamy mieć do czynienia z całkowitym odwróceniem znaczenia podstawowych terminów.
Lewica staje się więc technokratyczna. Pod płaszczykiem walki o demokrację kryje się walka o władzę i status ekspertów. Uprzywilejowanej elity realizującej jej interesy i decydującej nawet o tym, czym ma być demokracja. Władza ludu to według ekspertów, jak nietrudno się domyślić – władza ekspertów.
W wywiadzie opublikowanym w Kulturze Liberalnej, Andráse Sajó (przedstawiony jako „węgierski konstytucjonalista, profesor prawa na Central European University. Były sędzia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Odznaczony przez RPO Adama Bodnara za zasługi dla ochrony praw człowieka. Autor książki „Ruling by Cheating. Governance in Illiberal Democracy”), mówi:
„Weźmy przykład nowej Krajowej Rady Sądownictwa w Polsce. Proszę mi wierzyć, co do zasady jej konstrukcja opiera się na modelu hiszpańskim. Ten zaś celowo ukształtowano w taki sposób, aby ograniczyć rolę władzy sądowniczej w procesie nominacji sędziów. Wynikało to z okoliczności, że po upadku reżimu Franco wydawało się, że sądy będą ostoją tradycji frankistowskiej, której należało się pozbyć. To w pełni zrozumiałe stanowisko. W Polsce wprowadzenie podobnego pomysłu wynikało z innej idei, choć również rewolucyjnej. Natomiast samo rozwiązanie instytucjonalne jest w tym sensie neutralne.”
Później, oczywiście, gimnastykuje się, dwoi i troi, aby wykazać, dlaczego te same rozwiązania w jednym wypadku są faszystowskie, a w drugim są esencją liberalnej demokracji oraz dlaczego w imię liberalnej demokracji można instrumentalnie i politycznie wykorzystywać i zmieniać prawo i jest to słuszne i szlachetne, ale gdy robi to ktoś sprzeciwiający się unijnym możnym, to jest to zamach na podstawowe wartości. Fragment ten jednak daje też pretekst do tego, żeby na zmiany ustrojowe w Polsce spojrzeć z innej strony. W końcu reformy Balcerowicza wprowadzono bez demokratycznego mandatu, łamiąc procedury, a jednym z ich głównych opozycyjnych obrońców jest Donald Tusk, który zresztą przed laty wybielał reżimy Franco i Pinocheta.
Można by więc reformy ustrojowe potraktować jako osłonę redystrybucji przed instytucjami powiązanymi z opozycją, która, gdy tylko będzie miała pretekst i okazję, przywróci z trudem wywalczone zdobycze socjalne do poziomu sprzed 2015 r. Narracja opozycji cały czas opiera się przecież w dużej mierze na sprzeciwie wobec „rozdawnictwa dla nierobów”. Czy zmniejszenie władzy niewybieralnych sędziów (w środowisku, w którym pozycja jest w dużej mierze dziedziczna) jest zmniejszeniem demokracji, czy też raczej jej zwiększeniem można by się całkiem zasadnie spierać. Obrona ustrojowego status quo lub też próba przywrócenia go, można odnieść wrażenie, służyć ma raczej obronie neoliberalnego porządku ekonomicznego.
Jest zastanawiające, że lewica, szczególnie liberalna, która na sztandarach ma walkę z wszelkimi przejawami symbolicznej nierówności, dyskryminacją, paternalizmem, patriarchatem itp., itd., zarazem tak uwielbia powoływać się na autorytet ekspertów oraz nauki wyniesionej do kategorii religii. Tak jakby o relacjach między wiedzą a władzą, władzą a wiedzą, nie napisano tysięcy stron. Tak jakby nauka oferowała niepodważalne dogmaty, a nie była instytucją społeczną podlegającą różnorakim uwarunkowaniom społecznym i ekonomicznym – wpływającym na treść naukowych ustaleń. Instytucją, z drugiej strony, której istota, nawet w najbardziej pozytywistycznych wizjach, zasadzać powinna się na nieustannym sceptycyzmie i podważaniu wcześniejszych ustaleń. Notabene, w głośnym niedawno filmie „Don’t look up” „wybitni eksperci” to przecież właśnie ci, którzy na usługach wielkich korporacji dowodzą sensowności opracowanego przez nich katastrofalnego w skutkach planu.
Paternalistyczny stosunek wielbionych przez liberalną lewicę ekspertów do ludzi dobrze zaś obrazuje niedawna, opublikowana w Onecie, wypowiedź Emilii Skirmuntt, wirusolożki z Oxfordu: „Problem polega na tym, że rygorystycznych restrykcji nie można wprowadzać w nieskończoność. Bo ludzie przestają się słuchać”. Niezależnie od zasadności samych restrykcji, „nie słuchają się”, to język, jakim można mówić o niesfornych dzieciach, o nieposłusznych brzdącach (lub o niewolnikach). Tak mówić nie wypada nawet o pacjentach, a co dopiero o obywatelach. Choć dobrze oddaje to rzeczywisty charakter relacji lekarz-pacjent i obrazuje fakt, że wraz z postępującą medykalizacją coraz częściej interpretowani jesteśmy właśnie raczej jako pacjenci – już nawet nie konsumenci czy obywatele.
Przykładem z obszaru psychiatrii, który można tutaj przywołać, a który dobrze obrazuje opisywane procesy, może być historia Konwencji ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami. Miała ona znacznie ograniczać możliwość stosowania leczenia przymusowego. Wypracowane w dużej mierze oddolnie demokratyczne rozwiązanie, z zaangażowaniem i udziałem organizacji pacjenckich, byłych pacjentów i ocalałych z psychiatrii – zostało gwałtownie zaatakowane przez psychiatryczny establishment jako „sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem”. Pacjenci biorący udział w pracach nad przepisami określeni zostali przez ekspertów jako skrajni, radykalni, nieodpowiedzialni, niebezpieczni itp. W związku z tym wszczęto prace nad tzw. Protokołem z Oviedo, który te rozwiązania ma cofnąć – protestują przeciwko temu organizacje zrzeszające samych zainteresowanych, między innymi Polskie Forum Osób z Niepełnosprawnościami. Władza ekspertów uniemożliwia więc oddolne, demokratyczne zmiany, tak jak w tym przypadku, pozwalając chociażby na delegitymizację jednostek, grup i postulatów, które faktycznie mogłyby stanowić zagrożenie dla status quo. Do czynienia mamy więc z dyskryminacją epistemiczną: z odmawianiem całym rzeszom ludzi prawa/zdolności do adekwatnej oceny rzeczywistości. Psychiatria jest tutaj tylko skrajnym przykładem tego procesu. Demokracja, która miałaby polegać na władzy ekspertów, to właśnie technokratyczny autorytaryzm.
Wypierając te coraz bardziej widoczne w obrębie lewicy autorytarne tendencje, objawiające się także w poszukiwaniu lub wręcz kreowaniu coraz to nowych kozłów ofiarnych i grup, które należy wykluczać, przedstawiciele lewicy projektują je na wszystkich swoich oponentów, a fiksacja na symbolach, zamiast przyjrzenia się warunkom materialnym i realnym procesom społecznym, sprawia, że faszyzm dostrzegają już nawet w białoczerwonej fladze; nie widzą go jednak we własnym oku. Właściwie wszystkiemu, co wykracza poza obowiązujący w danym momencie zestaw prawidłowych poglądów liberalnej lewicy (a zestaw ten podlega nieustannym fluktuacjom, choć wyznawcy każdej kolejnej ortodoksji muszą z zapałem udowadniać, że właśnie tak zawsze uważali) przypina się łatkę faszyzmu lub inną modną w danej chwili wykluczającą etykietę. W tym polowaniu na czarownice (i czarowników) inkwizytorzy (i inkwizytorki) często podpierają się zresztą autorytetem „nauki”, a raczej wiarą w kazania kapłanów kościoła nauki, naukowych hierarchów – ekspertów. Tak „walka z faszyzmem” coraz bardziej przypominać zaczyna sam faszyzm. Podobnie „walka z autorytaryzmem” lub też „obrona demokracji” to raczej hasła, pod którymi kryje się chęć zachowania lub przywrócenia wpływów uprzywilejowanej garstki beneficjentów transformacji gardzących ludźmi pracy – nazywanych nierobami. Zamek wampirów, którego mechanizmy opisał Mark Fisher, nie tylko działa w obrębie lewicy, ale także skutecznie zniechęca i wyklucza z jej grona ludzi, których lewica powinna reprezentować i którzy potencjalnie mogliby stanowić o jej sile. Za powoływaniem się na autorytet ekspertów stoi często zwykła wyższościowa pogarda wobec gorzej sytuowanych ludzi – gorzej sytuowanych głównie dlatego, że „gorzej wybrali sobie rodziców”.
O tym, czym jest demokracja, nie mogą decydować wyłącznie uprzywilejowane elity. „Koniec historii”, o którym pisał Fukuyama, dawno temu się skończył, choć tego neoliberalnego porządku zdaje się właśnie bronić lewica. Koncepcje ustrojowe sprzed tysięcy czy setek lat zupełnie już nie przystają do wyzwań współczesności. Nie ma gotowych rozwiązań, nie ma też rozwiązań, które, jak to uwielbiają nasze „elity intelektualne” można byłoby po prostu bezmyślnie skopiować z Zachodu (nawet jeśli kopiujemy rozwiązania od których Zachód, po tym jak się nie sprawdziły, już odszedł lub właśnie odchodzi…). W dodatku Zachód zmaga się z takim samym, o ile nie większym, kryzysem legitymizacji demokratycznych instytucji co Polska i coraz częściej wstrząsany niepokojami społecznymi zmierza raczej w stronę technokratycznej neoliberalnej dyktatury na wzór chiński. Tam jednak, w krajach bogatego unijnego centrum władzy, brutalnie tłumione protesty czy też rozwiązania systemowe podobne do tych polskich, najwyraźniej nie stanowią zagrożenia dla liberalnej demokracji i są akceptowane zarówno przez polskich (czy raczej: kompradorskich) ekspertów, jak i w ramach unijnych instytucji.
Pora w końcu zastanowić się, na czym miałaby w ogóle polegać demokracja, której w zgodzie z prawdziwie prospołecznymi wartościami warto byłoby bronić.
Radosław Stupak
przez Remigiusz Okraska | czwartek 3 lutego 2022 | opinie
A gdyby tak zmarksizować pandemię? To znaczy spojrzeć na nią z perspektywy, którą promował marksizm? Odejść od mieszczańskiego idealizmu, od technokratycznych ciągotek, od odgórnych uzurpacji ekspertów – i postawić na materializm? Lewicowość jest teraz podobno modna, ale ja tego nie widzę. Bo nie widzę myślenia w lewicowych kategoriach.
Byli tacy faceci, jeden to Karol, drugi to Fryderyk, obaj mieli brody, wielu ich nie lubiło. W Polsce do dzisiaj nie lubią. Czasami krytycy Marksa i Engelsa mówią, że lewica powinna być jak dawny, przedwojenny PPS. Biedactwa nie wiedzą, że dawny, przedwojenny PPS często i afirmatywnie odwoływał się do Marksa i Engelsa. Ale zostawmy ignorantów i wróćmy do Marksa i Engelsa. Głosili oni – upraszczam, ale nieprzesadnie – że analiza rzeczywistości powinna być zakorzeniona w materii. Że warunki bytowania wpływają w sposób niebagatelny na świadomość. Że środki produkcji danej epoki wpływają na to, jak myślimy, co robimy, jak wyglądają życie społeczne i refleksje jednostek. I tak dalej. To nie była jedna cudowna odpowiedź na wszystko, nie byli oni tak głupi jak wielu ich późniejszych wyznawców i nie uważali, że absolutnie wszystko da się tą materią wyjaśnić. Ale sporo można.
No to spróbujmy. Ludzie w Polsce nie szczepią się chętnie? Tak, nie szczepią się chętnie. Są zatem „szurami”, „idiotami”, „bezmózgami”, „debilami”? Niekoniecznie. To znaczy jacyś na pewno tacy są. Ale skoro nie zaszczepiło się ~45% bliźnich i współobywateli, to jeśli nie jesteśmy jakimiś nadętymi elitarystami, unikałbym takich diagnoz. Bo to mało realne, a poza tym może trafić na czyjąś mamusię, tatusia, siostrę, brata, dzieci, dziadków, mężów, żony, partnerów, kumpli itd. No i okaże się, że ci wszyscy tak brzydko nazywani są dość bliscy tym, którzy ich tak nazywają. Wiem, wiem, pohukujący i moralizujący analitycy mają same doskonałe rodziny i kumpli. I nie znają nikogo, kto głosowałby na PiS. Doskonały świat doskonałych ludzi, ale na nich rzeczywistość się nie kończy.
A materia? Wiemy już na przykład, że najwięcej odmów szczepień jest w tych regionach, w których realia socjoekonomiczne były w III RP najgorsze. W regionach, dla których elity miały przez długie lata głównie kij, a prawie żadnej marchewki. Dla nadętego liberała będzie to dowodem na to, że głupi są głupi i dlatego są biedni. Dla kogoś bardziej refleksyjnego będzie to okazja do zastanowienia się nad głębokimi korzeniami i przyczynami społecznej dezintegracji i nieufności. A nawet – odwagi! – nad wskazaniem sprawców tegoż zjawiska.
Lewica mówi: przymus szczepień. Ja na płaszczyźnie gabinetowego rozumowania myślę podobnie. Bo trzeba przerwać łańcuch nie tylko zakażeń, ale i poważnego przebiegu choroby, zgonów, powikłań, obciążenia systemu ochrony zdrowia itd. Bo dobro wspólne jest ważniejsze niż jednostkowe decyzje, a państwo na serio istnieje m.in. wtedy, gdy w imię wyższej zbiorowej konieczności może zastosować przymus. Bez tego są burdel, anarchia, chaos i niewidzialna ręka nie wiadomo czego, może rynku, może klik, może sitw, może jednostkowych zachcianek realizowanych bez oglądania się na cokolwiek. W każdym razie brak społeczeństwa, są tylko jednostki i rodziny, jak chciała Thatcher.
Ale gdy moje myśli opuszczają gabinet (czyli klitkę w starym bloku na prowincji), to już nie jest tak prosto. Bo to dotyczy ~45% społeczeństwa. Czy to wszystko są szury, debile, spiskowi maniacy, pomyleńcy, bezmózgowcy? Jakoś nie jestem przekonany do takiej tezy. Nie jestem elitarystą, więc prosta arytmetyka mi tu szwankuje. Już prędzej obstawiałbym, że to żaden ciemnogród, lecz mentalne dzieci Balcerowicza: egoiści, indywidualiści, znający tylko własne zachcianki i mający czubek nosa za najwyższe prawo. Tak ich przecież wychowała III RP, to im sączono z „wolnych mediów”. Ale to nadal nie jest realna arytmetyka. Chyba że bardzo nie lubisz bliźnich, ale wtedy zalecam terapię.
A co jeśli to są ludzie całkiem racjonalni? Także i ci, którzy na podparcie racjonalnych lęków sięgają po bzdurne teorie i preteksty? Że oprócz tych, którzy nie ufają elitom, bo elity nic dobrego dla nich nie miały, są to na przykład ludzie, którzy po szczepieniu nie chcą mieć absencji w pracy, bo ich praca jest byle jaka, niepewna, a w dodatku za dłuższe chorobowe pensja spada o ustawowe potrącenia? A jeśli to są ci zatrudnieni na śmieciówkach, którzy w pracy i w gotowości muszą być cały czas, bo każda nieobecność równa się mniejszym dochodom? A jeśli to są te grube tysiące „samozatrudnionych”, czyli ludzi de facto będących w sytuacji pracowników najemnych, czyli na każde zawołanie szefów, ale zmuszonych do „założenia firmy”, a więc pozbawionych zalet etatu, a tacy też się boją każdej absencji i każdego braku gotowości? A jeśli to są liczni „biznesmeni” z gatunku tych, którzy w czasach masowego bezrobocia i masowego braku nadziei musieli „zakładać firmy” jako jedyną szansę, żeby nie umrzeć z głodu, a w tych „firmach” nie ma ich teraz kto nawet na moment zastąpić w przypadku niedyspozycji, więc muszą być ciągle zwarci i gotowi, pod telefonem, mejlem, mesendżerem itd., bo klient, bo zlecenie, bo termin, bo płatność, bo faktura itd.? To razem wzięte są miliony osób.
Oczywiście ludzie racjonalni powiedzą, żebym dał spokój, że to przecież idealizowanie, ludomania i tak dalej. Że przecież gdyby tak było, to właśnie wspomniane osoby szczepiłyby się na potęgę, aby mieć ochronę przed zarażeniem czy ciężkim przebiegiem choroby. Ale to jest racjonalność sytego i żyjącego stabilnie. Ci mniej syci i żyjący niestabilnie myślą w inny sposób. Kto miał jako tako zróżnicowane doświadczenia życiowe i choć czasami bywał nie na wozie, lecz pod wozem (nie polecam), ten wie, że nawet ta sama jednostka potrafi inaczej myśleć i zachowywać się w zależności od tego, w jakiej sytuacji się znajduje. Ludowe porzekadło mówi, że syty nie zrozumie głodnego. Powiem więcej: syty nie zrozumie nawet samego siebie z czasów, gdy był czy bywał głodny – teraz sądzi, że nie zachowałby się jak wtedy.
Zamożni ludzie dziwią się, że bezrobotna samotna matka kupiła chipsy czy papierosy z niewielkiego zasiłku. Że chłopak z osiedla z marną pensją wydał kilka stów na markowe buty. Że ktoś ubogi „roztrwonił” kilka dych na losy na loterii. W tym czasie człowiek zamożny i o swą zamożność spokojny odkładał ziarnko do ziarnka, inwestował i pomnażał kapitalik, wysłał dziecko na prestiżową uczelnię, a siebie na botoks czy przeszczep włosów, gdyż styl to człowiek, jak to mówią. A biedny żył z dnia na dzień, zachowywał się niekoniecznie racjonalnie wedle tej samej racjonalności. Bo jego racjonalność jest inna. Jego racjonalnością jest przetrwanie w takim labiryncie, jaki zna. Więc myśli, że się uda, że nie zarazi się, że ukryje zarażenie, że przebieg będzie łagodny, że z dnia na dzień nic się nie zmieni. Czy to mądre? Z perspektywy społecznej wcale. Z perspektywy przetrwania kogoś w niezbyt dobrej sytuacji – można to zrozumieć, choć nie ma potrzeby pochwalać.
Oczywiście wiem, że wśród odmawiających szczepień są też osobnicy po prostu niemądrzy, mający skłonność do bzdurnych teorii niezależnie od sytuacji, wiem też, że część tej grupy to klasa średnia ze śmietnikiem w głowach, a nawet jacyś zamożni pomyleńcy. No ale to znowu nie wystarcza do ~45% społeczeństwa. Nie tylko zresztą w Polsce. Rzut oka na wskaźniki zaszczepienia pokazuje wprost, że między bogatym zachodem Europy a uboższym wschodem kontynentu mają miejsce spore różnice, a między przewodnikami a maruderami wręcz przepaść. W tej drugiej grupie krajów z kolei spore różnice między państwami o jako takich realiach rynku pracy, zamożności itp., a słabszymi pod tym względem. Wyjątków jest garstka, a wskaźniki szczepionek na każde sto osób między krajami zamożnymi i „socjalnymi” a tymi z szarego końca takich realiów potrafią być dwu-, trzykrotnie wyższe. Można oczywiście uznać, że kraje wschodu zamieszkuje ciemnota i barbaria, jednak mnie takie wizje kojarzą się z kliszami rasistowsko-kolonizatorskimi.
Język potępiania i wyśmiewania nie zdziała tu moim zdaniem wiele, chyba że na zasadzie reakcji zwrotnej, czyli na niekorzyść trendów proszczepionkowych i prosanitarnych. Nie twierdzę, że inny język na pewno coś zdziała – być może język troski i zrozumienia jest tu na wyrost. Być może trzeba przymusu szczepień. Ale moim zdaniem trzeba też powszechności porządnych zabezpieczeń socjalnych jako lęku na niepewność i obawy. Mamy już prawie dwa lata pandemii, czyli notorycznego zagrożenia i wysokich liczb chorych. Może to już czas, żeby na chorobowym dostawać pełną pensję. Żeby zlikwidować umowy śmieciowe. Skończyć z wymuszonym samozatrudnieniem. Zamiast wspierania ogólnikowych „przedsiębiorców”, przestać się cackać z firmami zamożnymi i z ludźmi bogatymi, a zapewnić na wypadek choroby czy innego kryzysu miękkie lądowanie tym, których „firma” to naprawa laptopów czy druk ulotek na prowincji z czystym zyskiem typu 3000 netto miesięcznie.
A może to czas na przynajmniej przejściowy powszechny dochód gwarantowany? Na wprowadzenie gwarancji zatrudnienia? Pomysły leżą na stole, czas skończyć z durną wiarą, że w obliczu masowej światowej sytuacji zagrożenia zdrowotnego można robić business as usual. Że nie da się inaczej niż dotychczas? Przed kilkoma laty ponoć nie dało się wprowadzić świadczeń za samo „tylko” posiadanie dzieci. Kwartał temu ponoć nie był możliwy zerowy VAT na żywność. „Nie da się” wyłącznie w pustych głowach doktrynerów pokroju Balcerowicza. I w propagandzie klas posiadających, które do krwi ostatniej będą broniły swoich przywilejów. Utoczmy im jej trochę. Zróbmy z nich honorowych krwiodawców na rzecz krwiobiegu zdrowia publicznego.
Nie wiem dokładnie, co jest możliwe tu i teraz w ogóle, a co na gruncie woli politycznej i oporu tych, którzy mieliby stracić na takich zmianach. Wiem natomiast, że potrzebujemy w tym wszystkim kategorii pojęciowych i języka odwołujących się do materii, aby zrozumieć, co się dzieje. Bo język traktowania tak wielu obywateli kraju naszego i krajów podobnych jako szurów i paranoików to język prowadzący na poznawcze manowce. I na manowce etyczne. Choć, owszem, taki język bywa kuszący w ramach przekonania, że ja jestem nosicielem światła i rozumu, a otaczają mnie ciemność i tępota. Częściowo zapewne otaczają, ale one prawdopodobnie mają inne przyczyny niż sądzimy w ramach robienia dobrze swojemu ego.
Remigiusz Okraska
przez Maciej Zaboronek | środa 2 lutego 2022 | opinie
Istnieje dość powszechne przekonanie, że Polska jest nieświadoma i nieekologiczna, a Skandynawia – świadoma i ekologiczna. A tak naprawdę to wcale nie. Może to was zaskoczy, ale zasadniczo jest wręcz odwrotnie. A wszystko, jak zwykle, nie zależy od świadomości, lecz od tego, ile kto ma pieniędzy.
Pracuję w Szwecji przy przeprowadzkach i czasem dostajemy zlecenie wywiezienia śmieci od klienta. Firma ma co najmniej kilka takich akcji w tygodniu. I powinienem raczej napisać „śmieci”, bo zazwyczaj są to dobre, acz już tej osobie niepotrzebne rzeczy, które ciężarówką zabieramy na wysypisko. Ostatnio dwa dni zajęło nam zabranie takiego transportu ze sporej willi, której właściciele przy okazji przeprowadzki pozbyli się 3,5 tony (!!!) głównie dobrych rzeczy. Oczywiście nic na tym nie zarabiając, a nam za to płacąc. Buty, ubrania, szafy, komody, łóżka, meble z domu i ogrodu, narzędzia z garażu, talerze i sztućce, elektronika itp. Co się dało, tośmy sobie wzięli, ale przecież nie każdy co miesiąc jest w stanie przygarnąć do domu skórzaną sofę, komodę czy zestaw siekier. A nie mamy czasu, by się tym zająć inaczej niż tylko wywożąc na składowisko. Nieraz, dosłownie, łza mi się w oku kręci. Myślę o tym, ilu ludzi marzy o takich sprzętach, a ich na to nie stać, nawet tu w Szwecji, a już na pewno w Polsce, nie mówiąc o biedniejszych krajach. Oraz ile energii i zasobów marnuje się na moich oczach. Potłuczone szkło, które może wyślą do Chin, by tam je w hucie przetapiać i wysłać znowu do Europy, połamane meble, które pewnie się spali, tekstylia, z którymi nie wiadomo co począć, wyroby ze skóry zabitych zwierząt, procesory z metalami rzadkimi, za które ludzie giną w Afryce. A wszystko to dalej wieźć, tworzyć dalsze emisje dwutlenku węgla, na kolejny transport, przetwarzanie albo po prostu bezsensowne składowanie.
Jednocześnie nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce. Jeszcze. Króluje u nas sprzedaż na OLX czy Allegro, bo za biedni jesteśmy, żeby wyrzucać dobre rzeczy, za bardzo to się nam jeszcze nie mieści w systemie wartości. Stare meble nieraz stoją latami w piwnicy, ale wyrzucić żal. I tak, mamy w kraju więcej energii z węgla niż z wiatraków i więcej torebek foliowych zamiast papierowych, ale w skali makro to w Polsce marnuje się mniej rzeczy. Dużo mniej.
To nie tylko mojej subiektywne obserwacje. Według Eurostatu Polak wyrzuca rocznie 336 kg odpadów komunalnych – prawie najmniej w Unii. Choć i wewnątrz kraju są różnice zależne od województw. Co ciekawe, tam, gdzie wyższa średnia płaca, tam zazwyczaj śmieci więcej. Za danymi GUS, na bogatszym Dolnym Śląsku, to aż 400 kg rocznie, na biedniejszym Podkarpaciu tylko 236 – mniej niż w jakimkolwiek państwie UE. Tymczasem Szwed wyrzuca średnio 449 kg, a Duńczyk 844! Norweg też ponad 800, Fin 566. Tak, Szwedzi wypadają tu bardzo dobrze na tle sąsiadów. Jest to w końcu kraj światowej awangardy ekologicznej. A jednak w tym wypadku znajduje się za Polską pod względem dobrych postaw. Gdy mieszkańca Szwecji stać na więcej, to i śmieci więcej. Mimo wielkich starań systemu.
Podobny, choć jeszcze chyba bardziej zaskakujący efekt mamy w kwestii śladu węglowego. Polska ze swoją energetyką węglową i Szwecja z niemal najbardziej zieloną energetyką w Europie, czyli atomem, wiatrem i wodą. A ślad węglowy, uwzględniający dwutlenek węgla wyemitowany zagranica na potrzeby konsumpcji krajowej, jest dla przeciętnej Szwedki i tak wyższy niż w przypadku Polki. Znów: więcej pieniędzy = większa konsumpcja = więcej zużytych surowców. Skoro pensja jest tu średnio 300-400% wyższa niż w Polsce, ale ubrania, meble, sprzęty domowe kosztują może 50% więcej, a czasem tyle samo, to jest co i na co wydawać. Częściej kupowane nowe ubrania, częstsze remonty i zmiany mebli czy większe i nowsze samochody. Bo przecież, wbrew pozorom, ekologiczny samochód to nie ten nowszy, ale ten, którym jeździmy jak najdłużej się da, aby nie trzeba produkować kolejnego. I w tym kontekście wysoka świadomość przestaje mieć przeważające znaczenie. Komfort wygrywa z troską o dobro bezosobowej planety czy obcych ludzi w krajach Południa. A byłoby to widać tym bardziej, gdyby wziąć pod uwagę podział według zarobków w danym społeczeństwie. Przecież stosunkowo biedny Szwed czy Polak nie wyrzuci tego, co zamożny. Nie poleci też 10 razy do roku samolotem, bo ani go na to nie stać, ani nie ma czasu. Tak wiele konsumują bogatsze warstwy społeczeństwa.
Pytanie, czy nas też to czeka? Czy to nieuniknione, że bogacenie się oznacza, iż będziemy śmiecić jeszcze więcej? I wciąż emitować za dużo dwutlenku węgla? To jest trudne filozoficzne zagadnienie. Czy nam się już nie należy? Czy tym biedniejszym od nas też nie? Dlaczego, skoro Szwedom lub Norwegom się należało? To trudne pytania, na które jednak możemy odpowiadać z pozycji niekoniecznie tych najbardziej winnych i największych czarnych owiec rozwiniętego świata. Bo choć zmiany przed nami i dużo systemowej roboty do zrobienia, to wcale tacy najgorsi jeszcze nie jesteśmy. I może nigdy nie będziemy.
Maciej Zaboronek
przez Piotr Tomaszewski | niedziela 30 stycznia 2022 | opinie
Choć sama w sobie krytyka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z lewicowej perspektywy nie jest niczym nowym, trudno nie odnieść wrażenia, że wciąż ma horrendalne problemy z przebiciem się do mainstreamu. Gdy na potrzeby researchu do tego artykułu wpisałem w przeglądarce hasło „WOŚP – krytyka”, ogromna większość artykułów zawierała wypowiedzi przedstawicieli prawej strony politycznej: oskarżenia o antyklerykalizm i demoralizację młodzieży, o hipokryzję polegającą na chęci niesienia pomocy chorym dzieciom a jednocześnie promocję ich „zabijania” (chodzi o zeszłoroczne wsparcie dla Strajku Kobiet). Częste było też wskazywanie alternatywnej, również prywatnej, ale nie bezbożnej a pobożnej instytucji, czyli oczywiście Caritasu. W oczach znacznej większości Polaków podział wobec WOŚP to podział pokrywający się z podziałem na PiS i AntyPiS. Mamy więc klasyczny establishmentowy rozłam na Polskę zacofaną i purytańską oraz Polskę uśmiechniętą, tolerancyjną i oświeconą. Walka dobra ze złem, w której my oczywiście stoimy po tej właściwej stronie.
To, że nie ma w tej rozmowie miejsca na niuanse i merytorykę, jest oczywiście w dużej mierze kwestią tego, że zarówno prawicy, jak i liberałom zależy na utrzymaniu fałszywej dychotomii w celu utwierdzenia swoich elektoratów – znów na tej samej zasadzie, na jakiej w TVN-ie i w TVP mówi się bardzo rzadko o stronnictwach politycznych spoza duopolu rządzącego Polską od 17 lat. Nietrudno jednak odnieść wrażenie, że to także wina zaniedbań po stronie samej lewicy. Tak, jak od lat rzuca się w oczy jej zbyt silne podpięcie pod liberałów i odejście od klasowego konfliktu interesów na rzecz domniemanej walki „oświecenia” z „zacofaniem”, tak doskonale widać to w jej stosunku do inicjatywy Owsiaka. Trudno mieć nadzieję na zmiany, skoro nawet najbardziej „skrajna” partia lewicowego mainstreamu, czyli Razem, oficjalnie „Gra z WOŚP”.
Warto więc przypominać zarówno o wizerunkowych, jak i praktycznych konsekwencjach sojuszu tego typu.
Pomówmy o skali
Zacznijmy od samego sedna i tego, od czego jakakolwiek merytoryczna krytyka Orkiestry powinna się zawsze zaczynać. Czyli od pytania, na ile WOŚP tak naprawdę pomaga. Przytoczmy więc liczby. Podczas 29. finału WOŚP zebrała łącznie prawie 211 milionów złotych. W poprzednich latach kwoty te były niewiele mniejsze – 186 milionów w 2020, 176 milionów w 2019 i 125 milionów w 2018 roku.
Robi wrażenie? Na pierwszy rzut oka – owszem. Ludzki mózg ma to do siebie, że obrazowo odbiera tego typu liczby. Przyrównuje je do budżetu domowego, do własnych bieżących wydatków, by lepiej zobrazować sobie „ogrom” tej kwoty. Chęć ku temu jest jeszcze większa, gdy sami wrzuciliśmy parę złotych do puszki – wtedy bowiem pojawia się pragnienie poczucia sprawczości i tego, że dołożyliśmy swoją cegiełkę do czegoś Wielkiego i Dobrego.
Jednak jak słusznie zwróciła kiedyś uwagę Magdalena Okraska – nie ma przypadku w tym, że te kwoty podawane są w złotówkach, a nie w stosunku do całości PKB, która idzie co roku na zdrowie. Roczny budżet NFZ wyniósł w 2021 r. 103 MILIARDY złotych. Kiedy porównamy te kwoty, okaże się, że Orkiestra zebrała ledwie 2 promile rocznych wydatków państwa na tę kwestię. I jest to moment, w którym czar pryska.
Pryska on jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że ten coroczny festiwal dobrego serca i solidarności w naszym kraju skutkuje efektem identycznym do tego, jakby każdy mieszkaniec Polski dorzucił na zdrowie 5 złotych i 50 groszy ROCZNIE. Medialny festiwal i zachłyśnięcie się własną sprawczością zdają się być więc zupełnie niewspółmierne do rzeczywistych osiągnięć Orkiestry. Jest to oczywiście typowe dla wszelkich prywatnych inicjatyw charytatywnych.
Pomówmy o idei
Choć inicjatywa Jerzego Owsiaka budzi co roku nastroje mogące uchodzić za quasi-lewicowe (dużo mówi się bowiem o altruizmie i świeckiej pomocy bliźniemu), trudno nie odnieść wrażenia, że znacznie więcej o jej ideowym profilu mówi to, czego w programie Orkiestry nie ma. A nie ma ani słowa o pomocy systemowej, czyli tworzeniu instytucjonalnych warunków ku temu, żeby zdrowie w naszym kraju było NAPRAWDĘ dobrze chronione. Samym sednem idei Orkiestry jest zresztą wskazanie na – w zależności od interpretacji mniejszą lub większą – niesprawność tego, co publiczne. Jurek Owsiak – choć wcale nie musi nawet znać tego pojęcia – promuje ideę Ludzkiego Działania, autorstwa Ludwiga von Misesa, czołowego doktrynera ultraliberalizmu gospodarczego.
Niektórzy stojący po lewej stronie sceny politycznej obrońcy WOŚP-u lubią powtarzać, że taka dychotomia, podział na publiczne i prywatne, na NFZ i na WOŚP – jest fałszywa. Że w idealnym państwie (takim „nie z kartonu”) te dwa organy powinny się uzupełniać, a Orkiestra wcale nie gra w kontrze do systemu publicznego. To właśnie zdaje się wynikać ze wsparcia udzielanego Orkiestrze przez Partię Razem. Taką narrację prezentuje także chociażby Rafał Bakalarczyk w tekście opublikowanym w Krytyce Politycznej 29 stycznia 2019 roku, czyli podczas 27 finału:
„Myślę natomiast, że merytoryczna rozmowa o roli WOŚP i jej współpracy z systemem ochrony zdrowia może być dobrym punktem wyjścia do rozmowy o problemach państwowej opieki zdrowotnej […] Ustawianie się w radykalnej kontrze do WOŚP i jej lidera, zwłaszcza gdy są oni przedmiotem bezpardonowych ataków z prawej strony, raczej nie służy lewicowym celom”.
Taka retoryka miałaby rację bytu tylko w jednym przypadku – gdyby z wypowiedzi Jerzego Owsiaka jasno wynikało, że swoją inicjatywę traktuję jedynie pomocniczo i że nie zastąpi ona systemowych reform, a ich postulowanie jest tu głównym celem. W agendzie Orkiestry jednak nic takiego nie widać. Jedyna pamiętna wypowiedź Owsiaka na temat reform systemowych to słynne postulowanie „Planu Balcerowicza dla ochrony zdrowia” – co z tego, że wypowiedziana dawno temu, skoro do dziś niezreflektowana i nieskontrowana przez żadną alternatywę.
Przede wszystkim tego typu wizje nie mają jednak nic wspólnego z samym sednem lewicowości – konfliktem interesów. Bakalarczyk zdaje się wierzyć, że do modelu idealnego państwa, w którym publiczne i prywatne będzie się uzupełniać, można dojść za pomocą dialogu z ludźmi odpowiedzialnymi za jedne z największych systemowych oszczędności na zdrowiu w Europie. To ten sam całkowicie błędny tok myślenia, jaki zdaje się towarzyszyć Michałowi Sutowskiemu, który również w Krytyce Politycznej postuluje „odgrodzenie Planu Balcerowicza grubą linią”, bo Nowoczesne Państwo Dobrobytu można budować ręka w rękę z następcami neoliberalnego ekonomisty.
Wcale nie trzeba odwoływać się do marksistowskiej wizji walki klas, aby dostrzec, że takie „popieranie z zastrzeżeniem, że…” nie ma szans na osiągnięcie jakiejkolwiek politycznej siły przebicia. Tam, gdzie następował jakikolwiek dziejowy postęp – niezależnie od tego, czy chodziło o uzyskanie praw wyborczych przez kobiety, czy o zniesienie segregacji czarnoskórych, czy to o podpisanie Porozumień Sierpniowych – odbywało się to na zasadzie ostrego politycznego konfliktu i rezygnacji ze zbędnego niuansowania sprawy. Jeśli wizja Bakalarczyka ma się zrealizować, a WOŚP stać się przydatnym, ale tylko dodatkiem do dobrze funkcjonującej publicznej ochrony zdrowia, to stanie się to właśnie za sprawą twardej systemowej alternatywy (przy jednoczesnym wskazaniu patologii systemu obecnego). Nie zaś wskutek wylicytowania na WOŚP podróży pociągiem z lewicową posłanką Pauliną Matysiak, podczas której zgodzimy się, że przydałoby się przy okazji podnieść też składkę zdrowotną.
Pomówmy o sygnalizowaniu cnoty
Po trzydziestu latach Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest już czymś zupełnie innym niż była na początku lat 90. Z czysto spontanicznej i wielkodusznej serii zrzutek, które zbierano do czarnych worków na śmieci, stała się gigantyczną marką i ogólnopolskim symbolem „Uśmiechu” przez duże „U”.
Jeśli jednak spojrzeć na WOŚP jako na symbol czegoś większego, to komercjalizacja ta zmieniła ją w jeden z najbardziej przerażających symbolów fałszu, na którym zbudowana jest cała III RP. Fałszu przez mainstreamową lewicę grającą wraz z Orkiestrą, zdawać by się mogło, zupełnie niedostrzeganego. Udawaną, koniunkturalną i niemającą niemal żadnego systemowego przełożenia dobroczynnością promują się wielkie korporacje wchodzące we współpracę z WOŚP. Promują się nią poszczególni celebryci, którzy na licytację wystawiają wspólny obiad. Promują się neoliberalni politycy odpowiedzialni za trzydzieści lat oszczędzania na zdrowiu oraz przedsiębiorcy uciekający do rajów podatkowych przed realnym dołożeniem się do wspólnej kasy. Na wspólnym spacerze licytowanym w ramach akcji Świąteczną Pomoc niesie w tym roku Marcin Matczak, który niedawno w ramach troski o zdrowie Polaków (zarówno fizyczne, jak i psychiczne!) wychwalał zalety… 16-godzinnego dnia pracy.
Na WOŚP najbardziej korzystają ci, którzy publicznie i w świetle kamer wyrażają dla niej wsparcie, a najmniej – deklarowany cel akcji. Słowem – dla wszelakiego establishmentu WOŚP jest idealnym narzędziem do tego, co określa się Sygnalizowaniem Cnoty (ang: Virtue Signalling). Zachować moralną estymę, a ze swojej uprzywilejowanej pozycji oddać dokładnie tyle, ile kosztuje wrzucenie piątaka do puszki – oto przepis na sukces uniwersalnie wykorzystywany przez Złych Samarytan III RP.
Piotr Tomaszewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia, Autorstwa Mateuszgdynia – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=56268275
przez Jan Przybylski | środa 26 stycznia 2022 | opinie
Dzisiaj odbywa się kolejne spotkanie w „formacie normandzkim” z udziałem przedstawicieli Rosji, Ukrainy, Niemiec oraz Francji. Określane jest ono jako kolejna „ostatnia szansa dla dyplomacji” w konflikcie, który wprowadził w Europie napięcie niespotykane od czasów Zimnej Wojny.
Jednocześnie na wschodniej i północnej (białoruskiej) granicy Ukrainy wciąż rozbudowywane są siły rosyjskie. Są one oceniane już obecnie na ekwiwalent 8–10 dywizji liczący ok. 125 000 ludzi. Według analiz koncentracja sił rosyjskich i rozwinięcie ich zaplecza logistycznego, medycznego itp. osiągnie poziom wystarczający do realizacji przewidywanych celów nie później niż w pierwszej dekadzie lutego. Nie oznacza to wciąż bezwzględnej pewności wojny na dużą skalę. Nikłe wydaje się jednak prawdopodobieństwo „rozejścia się po kościach” całej sytuacji, która jeszcze jesienią mogła być traktowana jako swoiste rytualne wywieranie presji na Ukrainę i Zachód w celu osiągnięcia celów dyplomatycznych (uznanie aneksji Krymu, wycofanie obiekcji w sprawie gazociągu Nord Stream 2).
Aktualna sytuacja ma antecedencje z jednej strony w „miękkim”, związanym z kulturalno-ekonomicznymi czynnikami soft power rozszerzaniu wpływów szeroko rozumianego Zachodu w przestrzeni posowieckiej. Z drugiej natomiast w przeciwdziałaniu im i dążeniu do pewnej formy odbudowy ZSRS w ramach tzw. doktryny Putina. Dla „Ruskiego Miru” zupełnie stracone są zintegrowane z Zachodem na wszystkich płaszczyznach kraje bałtyckie. Jednak losy Białorusi i Ukrainy wciąż się ważą. Ta pierwsza jest powiązana z Rosją w sposób jak się wydaje wykluczający w dającej się przewidzieć perspektywie istotniejszy zwrot. Ukraina jednak jest przypadkiem odmiennym, mając znacznie żywotniejszą tradycję niezależności politycznej i kulturowej od przestrzeni rosyjskiej.
Ukraińskie tendencje prozachodnie doprowadziły najpierw do „pomarańczowej rewolucji” w latach 2004–05, a później do Euromajdanu w latach 2013–14. Wydarzenia te skutecznie zniweczyły pomysł na trwanie państwa ukraińskiego jako pogranicza systemów, ze znacznymi podobieństwami strukturalnymi do Rosji i jej bardzo dużymi wpływami. Bezpośrednią reakcją Moskwy była inwazja na Krym i wyrwanie spod władzy Kijowa terytoriów Donbasu oraz Ługańska, na których Rosja ustanowiła marionetkowe „republiki ludowe”. Kwestia losu całej Ukrainy pozostała jednak nieokreślona, przy jednocześnie ogromnym osłabieniu sentymentu do Rosji wskutek agresji i fatalnej sytuacji ludności w „Donbabwe” oraz „Ługandzie”. Zagadnienie to dotyczy również, a z punktu widzenia rosyjskich aspiracji przede wszystkim, rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy.
Jednocześnie spowodowany wojną exodus na Zachód, w sporej mierze do Polski, w poszukiwaniu bezpieczeństwa i dobrobytu spowodował zżycie się jeszcze większej liczby obywateli Ukrainy z tamtejszymi rozwiązaniami politycznymi, gospodarczymi i prawnymi, a przez to rozwój i utrwalenie okcydentalizmu w kraju. Niewiele wskazuje, aby te procesy miały ulec zahamowaniu, nie mówiąc o odwróceniu. Z upływem lat, a tym bardziej pokoleń, Rosja będzie traciła możliwość zaprowadzenia „Ruskiego Miru” na Ukrainie jako pewnego programu wspólnoty opartej na motywach kulturowych, a nie napoleońskiego siedzenia na bagnetach.
W związku z tym prawdopodobne jest, że na Kremlu pojawiło się przekonanie o zamykaniu się okienka umożliwiającego takie rozwiązanie problemu ukraińskiego, które satysfakcjonowałoby imperialną Rosję – a zatem o konieczności podjęcia działań raczej szybciej niż później.
Wystąpiły i inne czynniki zachęcające. Chiny rzucają rękawicę amerykańskiej dominacji, póki co głównie na Pacyfiku. Pandemia COVID-19 pozostaje istotną kwestią ograniczającą możliwości działania krajów Zachodu i podkopującą pozycję ich władz. W samej Rosji spowodowała do dziś oficjalnie ponad 328 000 ofiar, co skłania władze do pokazania jakiegoś sukcesu, najlepiej jak największego. Po zapaści z roku 2020 niezła pozostaje sytuacja na rynku surowców energetycznych – a docelowe transformacje energetyczne pogorszyłyby przecież w długiej perspektywie pozycję Rosji wynikającą ze statusu kluczowego ich dostawcy. Na Białorusi uległa zachwianiu pozycja Aleksandra Łukaszenki, który, aby ratować władzę, musiał oprzeć się na Moskwie, przechodząc z pozycji polityka mocno krnąbrnego i problematycznego dla dążeń Kremla do statusu sowiecko-rosyjskiego stupajki, udostępniającego bez ograniczeń swoje terytorium wojskom protektora. Na rubieżach wschodnich Rosja zwiększyła wskutek niedawnych wydarzeń kontrolę nad Armenią i przede wszystkim Kazachstanem. Wreszcie w krajach zachodnich występują silne polaryzacje wewnętrzne – w Stanach Zjednoczonych prezydentura Joego Bidena ma niskie notowania, we Francji Emmanuelowi Macronowi zagrażają mocno prawicowi (i prorosyjsko nastawieni w polityce zagranicznej) Marine Le Pen oraz Éric Zemmour. Wreszcie w Niemczech dominującą rolę w nowej koalicji rządowej sprawuje SPD, tradycyjnie przychylna Rosji. Przy tym wszystkim Władimir Władimirowicz Putin skończy w bieżącym roku 70 lat i jego czas na zapisanie się w historii jako nowy Piotr Wielki albo Stalin dobiega końca.
Potencjalne plany militarne i idące za nimi polityczne Rosji wobec Ukrainy są trudne do odgadnięcia. Sugerowane przez analityków scenariusze rozciągają się od wariantu minimum, obejmującego zakres od ponownego rozpalenia „separatystów” do zdobycia połączenia lądowego z Krymem, po przynajmniej czasowe zajęcie większości Ukrainy z Kijowem oraz Odessą. Celem politycznym mogłoby być wyrwanie Zadnieprza (dysponującego kluczowymi zasobami przemysłowymi i energetycznymi) spod władzy Kijowa z formalnym pozostawieniem go w ramach Ukrainy z docelowym wymuszeniem federalizacji kraju i prawa weta kontrolowanej przez Moskwę części wschodniej. Inne przewidywania obejmują osadzenie w Kijowie prorosyjskiego lidera całego kraju, względnie zrujnowanie infrastruktury i oczekiwanie przez Rosjan na upadek Ukrainy.
Jakie by plany militarne nie były, najpewniej Rosjanie będą w stanie je zrealizować. Armia ukraińska została od roku 2014 odbudowana, zreformowana i dysponuje znaczącym doświadczeniem bojowym. Tym razem jednak jej przeciwnikiem nie będą zbieraniny z Doniecka i Ługańska wspierane przez najemników i dość dyskretnie przez armię rosyjską, ale elita tej ostatniej. Przy tym modernizacja armii ukraińskiej jest bardzo ograniczona. Przykładowo, tamtejsze lotnictwo nie otrzymało za czasów niepodległości ani jednego nowego wielozadaniowego samolotu bojowego, bazując na zasobach modernizowanych w ograniczonym zakresie posowieckich Suchojów oraz MiGów. Rosjanie w ramach forsownych zbrojeń wprowadzili do służby ponad 400 maszyn tej kategorii z nowej produkcji o skokowo lepszych parametrach, ponadto modernizując ponad kilkaset starszych, w tym bombowców, w zakresie niedostępnym dla Ukraińców. Podobna sytuacja dotyczy obrony przeciwlotniczej czy marynarki wojennej. Zatem operacyjnie Ukraińcy stoją na straconej pozycji.
Lepiej wygląda sytuacja w skali taktycznej. Realizowane w ostatnich latach, w tym z dużym natężeniem ostatnio, przede wszystkim przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, dostawy środków przeciwpancernych powinny pozwolić na lokalne stawianie skutecznego oporu rosyjskim wojskom zmechanizowanym i zadawanie im sporych strat. Nieoficjalnie, acz z rzetelnych źródeł wiadomo, że najniższe piętro ukraińskiej obrony przeciwlotniczej wzmacniają, obok przekazywanych przez kraje bałtyckie wyrzutni pocisków Stinger, również znaczące dostawy z Polski.
Wojna, jeżeli wybuchnie, będzie dla Rosjan prawdopodobnie zwycięska militarnie, ale może być kosztowna. Należy mieć nadzieje, że z uwagi na cele polityczne będzie prowadzona w sposób maksymalnie oszczędzający ludność cywilną.
Potencjalne implikacje w polityce zagranicznej są trudne do określenia. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wykazały sporą determinację we wzmacnianiu ukraińskiego potencjału obronnego, jednak, jeżeli scenariusze nie wymkną się do kategorii niewyobrażalnych, trudno wyobrazić sobie walkę ich sił z Rosjanami. Do tego mogłoby dojść dopiero wskutek ataku na któryś z krajów NATO. Taki scenariusz nie jest przewidywany, nie wskazują na jego prawdopodobieństwo dane z intensywnego rozpoznania prowadzonego m.in. znad terytorium Ukrainy, acz trzeba mieć na uwadze, że nie jest on wykluczony w sensie technicznym. Zapowiadane są ciężkie represje przeciwko rosyjskim instytucjom finansowym i interesom wydobywczym. Osobną kwestią jest jednak spójność Zachodu w tej mierze. Pojawiają się informacje o postulowaniu przez Niemcy zawężania zakresu środków odwetowych. Pomijam kwestię, czy stanowisko Berlina jest wynikiem zdradzieckiej prorosyjskości, jak chcą jedni, czy elementem wielopoziomowej i rozpisanej na głosy gry politycznej z Rosją, jak sugerują inni. Rosja może oczywiście być pewna lojalności Pekinu, jednak za cenę wzrostu uzależnienia od niego.
Polska w rozpatrywanych scenariuszach (pamiętając jednak o tych nierozpatrywanych, a możliwych) nie powinna być bezpośrednio zagrożona militarnie, obecnie i w ciągu najbliższych lat. Nie powinniśmy mieć zatem okazji do utyskiwania, że tak jak późnym latem 1939 zamówione systemy uzbrojenia pozostają z dala od kraju. Ewentualny wybuch wojny na Ukrainie odsunie zapewne na wiele lat realność wyrzucającego nasz kraj do swoistej strategicznej próżni przeorientowania Rosji do antychińskiego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W krótszej perspektywie wzrośnie co prawda zagrożenie wynikające z ewentualności potraktowania jako kolejnej kostki domina któregoś z krajów bałtyckich, ale będzie ono prawdopodobnie równoważone zwiększonym zaangażowaniem NATO, a przede wszystkim Amerykanów, na flance wschodniej, tudzież potencjalnym wstąpieniem Finlandii i być może też Szwecji do Paktu.
Również jeśli wojna nie wybuchnie teraz, należy podjąć wysiłki na rzecz zwiększenia skali amerykańskiego wsparcia dla polskiej (a także rumuńskiej, litewskiej, łotewskiej i estońskiej) obronności w ramach programu FMF. Dotychczas jej wartość nie przekraczała kilkudziesięciu milionów dolarów rocznie, podczas gdy Egipt otrzymuje w ciągu roku ponad miliard dolarów, Izrael natomiast – ponad trzy. Oczywiście gdyby wymienione kraje miały stać się zapleczem sponsorowanej przez Waszyngton długotrwałej wojny o niskiej intensywności z Rosją, prowadzonej przez Ukraińców, którą sugerują niektóre scenariusze, stałoby się to konieczne ponad wszelką miarę.
dr Jan Przybylski