przez Maciej Zaboronek | środa 11 maja 2022 | opinie
Usłyszałem kiedyś, od kogoś pesymistycznie nastawionego do kierunku rozwoju Szwecji, że aby zobaczyć, jak w przyszłości będzie wyglądała sytuacja w tym kraju, trzeba patrzeć na takie państwa jak Polska. Bo szwedzka gospodarka się powoli liberalizuje, a polska zrobiła to już dawno temu. I może to czytelników zaskoczy, ale sytuacja mieszkaniowa w kraju trzech koron wygląda pod pewnymi względami jak w Polsce lat 90. Mniej więcej połowa ludzi mieszka w domach, mieszkań komunalnych jest ok. 20%, a reszta żyje głównie w blokach spółdzielczych. Mieszkań nie buduje się już tyle co kiedyś, a tych komunalnych ubywa. Prawo zliberalizowano i stworzono ułatwienia dla rozwoju własności prywatnej. A państwo nie inwestuje już w budownictwo społeczne tyle, co kiedyś. Na pozór – nie wygląda to dobrze. Na szczęście dla Szwedów to, co u nas trwa już od lat, tu dopiero się zaczyna i wcale niekoniecznie będzie postępować.
A jak jest konkretnie? Na przykład moi koledzy z pracy w firmie przeprowadzkowej w Szwecji, zarabiający nieco poniżej mediany wynagrodzeń, są w stanie wynajmować dwu- lub trzypokojowe mieszkania w 60-tysięcznym mieście, co pochłania mniej więcej 1/3 ich pensji. Coś, co nieraz mnie zaskakiwało, to fakt, że znajomi single mieszkają sami, niekoniecznie w kawalerkach, co wydawałoby się naturalne z polskiej perspektywy, lecz w dwóch, a nawet w trzech pokojach. Cóż, zwyczajnie ich stać. Ponadto, o ile przeciętne mieszkanie w kraju nad Wisłą ma ok. 61 metrów kwadratowych, to w Szwecji aż 86 – dobre dwa pokoje różnicy.
Średnia cena wynajmu 70-metrowego mieszkania w śródmieściu Sztokholmu, w lokalu wybudowanym po 2011 roku, to 13 800 tysięcy koron. Osoba zajmująca się np. sprzątaniem i pobierająca minimalną przewidzianą dla tej branży pensję, zarobi miesięcznie niewiele więcej, ok. 18 tys. koron. Ale mówimy o nowych mieszkaniach w stolicy, w miejscu, w którym czynsze są najwyższe w całym kraju i o zawodzie, który ma jedne z najniższych wynagrodzeń. Tymczasem według danych związku lokatorów (Hyregastforeningen) średni dla całej Szwecji czynsz za 70-metrowe mieszkanie wynosi obecnie ok. 7 tysięcy koron, przy przeciętnym wynagrodzeniu 36 tys. koron brutto (ok. 28 tys. na rękę). Da się więc godnie mieszkać taniej.
To, co w kraju trzech koron łatwo rzuca się w oczy, to fakt, że budynki i podwórka są tu bardzo czyste i estetyczne. Dla mnie jako Dolnoślązaka standardem w centrach miast są masy kamienic, w których mimo usilnych akcji rewitalizacyjnych zazwyczaj sypie się tynk, łuszczy farba, podchodzi wilgoć, a klatki wyglądają i pachną niekoniecznie ładnie. To chyba największa różnica widoczna gołym okiem względem Szwecji, gdzie czegoś podobnego po prostu nie ma. Stare budynki w centrach miast są dobrze utrzymane. Duże blokowiska z wielkiej płyty w tzw. gettach wyglądają zupełnie tak, jak zadbane polskie osiedla. Estetyczne, z czystymi wnętrzami i dobrą infrastrukturą na podwórkach.
Wynika to nie tylko z ogólnej wyższej zamożności społeczeństwa, a na pewno nie z lepszych warunków klimatycznych. Nawet niekoniecznie z innej kultury. Spore znaczenie ma fakt, że wysokość czynszów w danym budynku jest powiązana z tym, w jakim on jest stanie, tzw. wartością użytkową, a związek lokatorów bierze udział w negocjowaniu wysokości opłat. Jeśli właściciel/spółdzielnia/gmina nic nie robi, to czynsz nie powinien być podwyższany. To ciekawy mechanizm, który skłania instytucje czy osoby posiadające budynki do większych starań o poczucie komfortu mieszkańców. Wpływ lokatorów na wysokość czynszu powoduje, że ceny nie są zostawione tylko rynkowi. Drugi czynnik brany jest pod uwagę przy ustalaniu wysokości opłat to odniesienie do innych budynków o podobnych warunkach. Do 2011 r. panowała zasada, że ceny w obiektach prywatnych i spółdzielczych są zależne od zasadniczo niskich cen w budynkach komunalnych. Regułę tę jednak rozluźniono za rządów liberałów z partii Moderaterna (M). Oddzielenie powiązania czynszów komunalnych i innych spowodowało wzrost tych drugich. Wciąż jednak ceny są pośrednio kontrolowane przez lokatorów, a państwo ma wpływ na ich wysokość poprzez gminy, które utrzymują zasoby komunalne. Ewentualne spory co do wysokości czynszu rozstrzygają specjalne sądy poświęcone właśnie temu problemowi (Hyresnamnden). Przy nieadekwatnych opłatach sąd może zarządzić zwrot pieniędzy, które najemca niesłusznie zapłacił.
Ogólnie w Szwecji około połowa obywateli żyje w domach jednorodzinnych. Te w zdecydowanej większości są własnością prywatną mieszkańców. Druga połowa zamieszkuje mieszkania w obiektach wielorodzinnych. Wśród nich mamy mieszkania komunalne i spółdzielcze (w tym spółdzielcze własnościowe) oraz na wynajem ze spółek prywatnych. Są też mieszkania zupełnie własnościowe. Te ostatnie buduje się dopiero od 2009 roku, ale w niewielkich ilościach i ich suma na rynku jest marginalna. Lokale komunalne, kluczowe dla kształtowania polityki państwa w tym zakresie, stanowią prawie 20% całego zasobu mieszkaniowego w kraju.
Trzeba zaznaczyć, że prawo do lokalu komunalnego w Szwecji ma każdy. Nie jest ono zależne od wysokości dochodów tak jak przyjęto w wielu innych państwach, także w Polsce. Dla ludzi w trudniejszej sytuacji przewidziano za to dopłaty do czynszów. Przysługują one np. emerytom, młodym singlom i osobom z dziećmi.
Ale skąd wziął się tak poważny udział mieszkań państwowych w kraju kapitalistycznym? Zaczęło się w okresie międzywojennym, kiedy wskutek wzrostów czynszów powstawały pierwsze w Szwecji związki lokatorów domagające się regulacji czynszów i interwencji państwa. Związki odnosiły pewne lokalne sukcesy, np. w Goeteborgu i Sztokholmie, ale poważne zmiany nastąpiły dopiero w czasie długich, czterdziestoletnich rządów socjaldemokratów (1936-76). Zaczęły przebijać się m.in. wyśmiewane dzisiaj przez polski mainstream idee o tym, że mieszkanie jest prawem, nie tylko towarem. W latach 40. rządzący postanowili nie tylko zaangażować państwo do budowy mieszkań, ale nawet poprawić jakość zabudowy kraju przez częściowe wyburzenia źle utrzymanych kwartałów w miastach. Kulminacją wpływu państwa na mieszkalnictwo było powołanie, z poparciem opozycji, tzw. Miljonprogrammet.
Był to plan budowy miliona mieszkań w latach 1965-75. Rozpoczęty zaraz po zatwierdzeniu, okazał się sukcesem. Przy czym większość powstałych wtedy lokali była własnością spółek gminnych zatem były to mieszkania komunalne. Miljonprogrammet był bardzo ambitny, ale nie jedyny. W sumie w latach 1950-80 w Szwecji wybudowano, w przeliczeniu na liczbę ludności, najwięcej mieszkań w całej Europie.
Pewne zmiany w polityce mieszkaniowej państwa zaczęły następować w latach 90., począwszy od czteroletnich rządów liberałów. Socjaldemokraci (S) także ulegli duchowi czasów utrzymując tendencje pro-prywatyzacyjne oraz liberalizujące budownictwo i zasady wynajmu wprowadzane przez kolejne rządy centroprawicy jeszcze na początku XXI wieku.
Jednym z ciekawszych wydarzeń politycznych ostatnich lat była zeszłoroczna próba częściowego urynkowienia czynszów w Szwecji. Reforma miała dotyczyć tylko nowo wybudowanych obiektów, w których czynsze mogłyby nie podlegać negocjacjom ze związkiem lokatorów. Był to postulat zaproponowany przez S wskutek kryzysu rządowego i próby dogadania się z liberałami. Ostatecznie po sprzeciwie partii Lewicy premier Socjaldemokratów podał się do dymisji. Cała sytuacja była jednak o tyle oryginalna, że według badań związku lokatorów zdecydowana większość Szwedów nie popiera urynkowienia czynszów. Nawet przeważająca część elektoratu liberałów jest takiego zdania. A 70% respondentów uważa też, że państwo nie tylko powinno wpływać na budowę większej ilości mieszkań, ale powinny to być przede wszystkim lokale na wynajem. Co znamienne, tuż po kryzysie rządowym prezentująca właśnie takie stanowisko partia Lewicy zanotowała zauważalny wzrost poparcia w sondażach, z 9 do 12%, kosztem spadku notowań Socjaldemokratów. Ma to znaczenie o tyle, że w obliczu jesiennych wyborów do parlamentu nie jest wykluczone, że te dwa ugrupowania będą tworzyć przyszłą koalicję rządową. A to, sądząc po nastrojach wyborców, mogłoby oznaczać zwiększanie roli wynajmu komunalnego.
Oczywiście sytuacja mieszkaniowa w Szwecji nie jest wolna od problemów. Jednym z kluczowych jest długi czas oczekiwania na lokale komunalne. W dużych miastach przekracza nawet 10 lat, w mniejszych czekać trzeba od kilku miesięcy do kilku lat. Taki stan rzeczy jest wynikiem bardzo dużego wzrostu liczby ludności Szwecji w związku z imigracją zarobkową i polityką prouchodźczą. W czasie dekady Miljonprogrammet ludność kraju zwiększyła się tylko o 130 tys. Przez ostatnie 15 lat, kiedy mieszkań wybudowano znacznie mniej, ludzi przybyło aż 1,3 mln (z 9 mln w 2005 do 10,3 mln obecnie)! Nie może więc dziwić realny niedobór, a także obecne wśród Szwedów poczucie pogorszenia sytuacji. Warto tu jednak dokonać porównania do Polski. W Szwecji obecnie na 1000 osób przypada ok. 470 mieszkań. W Polsce ok. 390 i to mniejszych. A dane te nie uwzględniają jeszcze uchodźców z Ukrainy. Trudno uciec od stwierdzenia, że lepszy szwedzki kryzys niż polski boom budowlany.
Mimo to związek lokatorów północnego królestwa spogląda z zazdrością w stronę Finlandii, przytaczając dane, że tam na budownictwo mieszkaniowe przeznacza się z budżetu 1,5% PKB, a w Szwecji „tylko” 1%. W Polsce według danych NIK na rok 2019 było to, uwaga, 0,08%. Sześć razy mniej niż średnia unijna, kilkanaście razy mniej niż w Skandynawii…
Przeglądając programy polskich partii politycznych można zauważyć, że budowa przystępnych cenowo mieszkań na wynajem zaczyna się przebijać jako jedno z możliwych rozwiązań. Program „Mieszkanie plus” jest nawet pierwszą realną próbą realizacji tych dążeń, choć trudno nazwać go sukcesem. Nie jest też nawet przeciwwagą dla postępującej od dekad wyprzedaży polskich zasobów komunalnych. Niewątpliwie problem zaczyna się ostatnio robić dostrzegalny, szczególnie w związku z trudnościami kredytowymi umiejącej nagłośnić swoje sprawy klasy średniej. Szukając inspiracji do działań pomagających wszystkim, warto więc czasem spojrzeć na północ. Bo tu nie jest może idealnie, ale na wynajem stać praktycznie każdego. Nikt też nie jest skazany na brzemię kredytu. A to już coś.
Maciej Zaboronek
przez Maciej Zaboronek | środa 2 lutego 2022 | opinie
Istnieje dość powszechne przekonanie, że Polska jest nieświadoma i nieekologiczna, a Skandynawia – świadoma i ekologiczna. A tak naprawdę to wcale nie. Może to was zaskoczy, ale zasadniczo jest wręcz odwrotnie. A wszystko, jak zwykle, nie zależy od świadomości, lecz od tego, ile kto ma pieniędzy.
Pracuję w Szwecji przy przeprowadzkach i czasem dostajemy zlecenie wywiezienia śmieci od klienta. Firma ma co najmniej kilka takich akcji w tygodniu. I powinienem raczej napisać „śmieci”, bo zazwyczaj są to dobre, acz już tej osobie niepotrzebne rzeczy, które ciężarówką zabieramy na wysypisko. Ostatnio dwa dni zajęło nam zabranie takiego transportu ze sporej willi, której właściciele przy okazji przeprowadzki pozbyli się 3,5 tony (!!!) głównie dobrych rzeczy. Oczywiście nic na tym nie zarabiając, a nam za to płacąc. Buty, ubrania, szafy, komody, łóżka, meble z domu i ogrodu, narzędzia z garażu, talerze i sztućce, elektronika itp. Co się dało, tośmy sobie wzięli, ale przecież nie każdy co miesiąc jest w stanie przygarnąć do domu skórzaną sofę, komodę czy zestaw siekier. A nie mamy czasu, by się tym zająć inaczej niż tylko wywożąc na składowisko. Nieraz, dosłownie, łza mi się w oku kręci. Myślę o tym, ilu ludzi marzy o takich sprzętach, a ich na to nie stać, nawet tu w Szwecji, a już na pewno w Polsce, nie mówiąc o biedniejszych krajach. Oraz ile energii i zasobów marnuje się na moich oczach. Potłuczone szkło, które może wyślą do Chin, by tam je w hucie przetapiać i wysłać znowu do Europy, połamane meble, które pewnie się spali, tekstylia, z którymi nie wiadomo co począć, wyroby ze skóry zabitych zwierząt, procesory z metalami rzadkimi, za które ludzie giną w Afryce. A wszystko to dalej wieźć, tworzyć dalsze emisje dwutlenku węgla, na kolejny transport, przetwarzanie albo po prostu bezsensowne składowanie.
Jednocześnie nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce. Jeszcze. Króluje u nas sprzedaż na OLX czy Allegro, bo za biedni jesteśmy, żeby wyrzucać dobre rzeczy, za bardzo to się nam jeszcze nie mieści w systemie wartości. Stare meble nieraz stoją latami w piwnicy, ale wyrzucić żal. I tak, mamy w kraju więcej energii z węgla niż z wiatraków i więcej torebek foliowych zamiast papierowych, ale w skali makro to w Polsce marnuje się mniej rzeczy. Dużo mniej.
To nie tylko mojej subiektywne obserwacje. Według Eurostatu Polak wyrzuca rocznie 336 kg odpadów komunalnych – prawie najmniej w Unii. Choć i wewnątrz kraju są różnice zależne od województw. Co ciekawe, tam, gdzie wyższa średnia płaca, tam zazwyczaj śmieci więcej. Za danymi GUS, na bogatszym Dolnym Śląsku, to aż 400 kg rocznie, na biedniejszym Podkarpaciu tylko 236 – mniej niż w jakimkolwiek państwie UE. Tymczasem Szwed wyrzuca średnio 449 kg, a Duńczyk 844! Norweg też ponad 800, Fin 566. Tak, Szwedzi wypadają tu bardzo dobrze na tle sąsiadów. Jest to w końcu kraj światowej awangardy ekologicznej. A jednak w tym wypadku znajduje się za Polską pod względem dobrych postaw. Gdy mieszkańca Szwecji stać na więcej, to i śmieci więcej. Mimo wielkich starań systemu.
Podobny, choć jeszcze chyba bardziej zaskakujący efekt mamy w kwestii śladu węglowego. Polska ze swoją energetyką węglową i Szwecja z niemal najbardziej zieloną energetyką w Europie, czyli atomem, wiatrem i wodą. A ślad węglowy, uwzględniający dwutlenek węgla wyemitowany zagranica na potrzeby konsumpcji krajowej, jest dla przeciętnej Szwedki i tak wyższy niż w przypadku Polki. Znów: więcej pieniędzy = większa konsumpcja = więcej zużytych surowców. Skoro pensja jest tu średnio 300-400% wyższa niż w Polsce, ale ubrania, meble, sprzęty domowe kosztują może 50% więcej, a czasem tyle samo, to jest co i na co wydawać. Częściej kupowane nowe ubrania, częstsze remonty i zmiany mebli czy większe i nowsze samochody. Bo przecież, wbrew pozorom, ekologiczny samochód to nie ten nowszy, ale ten, którym jeździmy jak najdłużej się da, aby nie trzeba produkować kolejnego. I w tym kontekście wysoka świadomość przestaje mieć przeważające znaczenie. Komfort wygrywa z troską o dobro bezosobowej planety czy obcych ludzi w krajach Południa. A byłoby to widać tym bardziej, gdyby wziąć pod uwagę podział według zarobków w danym społeczeństwie. Przecież stosunkowo biedny Szwed czy Polak nie wyrzuci tego, co zamożny. Nie poleci też 10 razy do roku samolotem, bo ani go na to nie stać, ani nie ma czasu. Tak wiele konsumują bogatsze warstwy społeczeństwa.
Pytanie, czy nas też to czeka? Czy to nieuniknione, że bogacenie się oznacza, iż będziemy śmiecić jeszcze więcej? I wciąż emitować za dużo dwutlenku węgla? To jest trudne filozoficzne zagadnienie. Czy nam się już nie należy? Czy tym biedniejszym od nas też nie? Dlaczego, skoro Szwedom lub Norwegom się należało? To trudne pytania, na które jednak możemy odpowiadać z pozycji niekoniecznie tych najbardziej winnych i największych czarnych owiec rozwiniętego świata. Bo choć zmiany przed nami i dużo systemowej roboty do zrobienia, to wcale tacy najgorsi jeszcze nie jesteśmy. I może nigdy nie będziemy.
Maciej Zaboronek
przez Maciej Zaboronek | niedziela 7 listopada 2021 | opinie
Nasilona migracja zarobkowa do Polski już jest faktem, a przewidywania wskazują, że będzie jeszcze większa. Jednocześnie wśród postępowej części społeczeństwa panuje twardy pogląd, że Polska powinna nie tylko pomagać uchodźcom, ale także korzystać z pracowników zagranicznych, jeśli tacy do Polski chcą przyjeżdżać. A jak to wygląda z perspektywy mojej, czyli Polaka pracującego w firmie przeprowadzkowej w Szwecji?
Otóż życie migranta zarobkowego potrafi wprawić w niezłą konsternację. Słyszę na przykład o wdrażanym gdzieniegdzie czterodniowym tygodniu pracy. A mam sześcio-, czasem siedmiodniowy.
Czytam o potężnej roli związków zawodowych w Szwecji i 73% uzwiązkowienia. A pracuję w kolejnym już miejscu bez związków w zakładzie, z ew. kilkoma procentami członków tychże w załodze, którzy jednak swoją przynależność trzymają w głębokiej konspiracji.
Słyszę o kluczowej roli układów zbiorowych. A pracuję w kolejnym z rzędu miejscu bez „kollektivsavtal”, czyli bez obowiązującej płacy minimalnej, dodatków za pracę w święta, w nocy itd.
Czytam o „lagom”, „work life balance” i nieprzekraczalnym limicie 200 godzin pracy na miesiąc. A z kolegami prześcigamy się w doświadczeniach pracy po 250, 300, a nawet więcej godzin w miesiącu. Czasem, bo chcemy i nam pozwalają, a czasem mimo że nie chcemy, ale trzeba.
I dochodzę do wniosku, że żyjemy w dwóch równoległych rzeczywistościach. Jednej fair, przepisowej i skrojonej na ludzką miarę. Tylko że zarezerwowanej dla kogoś innego, dla migranckich szczęśliwców, którzy załapali się na pracę dla gminy, szkoły czy inną posadę wymagającą przede wszystkim znajomości języka.
A drugą taką naszą, swojską. Taką jak w Polsce, Rumunii, Albanii czy jeszcze gdzieś indziej. Ze swobodnym podejściem do litery prawa. Tylko za większe pieniądze, trochę poniżej kwalifikacji i z szefami, którzy choć nas wykorzystują, to jednak są mili, pomocni i przymykają oko na wiele rzeczy. No chyba, że firma jest polska. Wtedy szefowie nie są mili, nie można być z nimi na „ty”, a kawa nie jest za darmo. Ale pensja, kilka razy wyższa niż w kraju, skutecznie ociera łzy.
I czasem myślę, że trafiliśmy się szefom tutejszych firm jak losy na loterii. Zaglądam w statystyki i widzę, że w Szwecji w związkach zawodowych jest 51% pracowników urodzonych poza krajem, czyli migrantów lub ich dzieci. Dużo, prawda? Ale spośród miejscowych, urodzonych w Szwecji, ten wskaźnik wynosi 82%. Ewidentnie ciężej byłoby wykorzystywać swoich niż przyjezdnych. Na szczęście jesteśmy my.
Patrzę też na inną statystykę. Według badań z naszego kraju, tylko 1/3 z całej rzeszy polskich migrantów zarobkowych wyjeżdżała do pracy na dłużej niż dwa lata. Najczęściej było to kilka miesięcy lub tygodni. Miałem okazję pracować w firmie sprzątającej w Szwecji, której specyficzny model biznesowy polegał właśnie na tym. Przyjmowano tylko Polaków, a mało kto zabawił tam dłużej niż pół roku. Rotacja, rotacja i jeszcze raz rotacja – i to wśród ludzi nieobeznanych z miejscowymi normami, prawem, formami pracowniczego oporu. Kto w takim układzie miałby ochotę na zaczynanie działalności związkowej, negocjacje, ew. procesy sądowe w obcym języku, ciągnące się latami? (Tak się składa, że kilka osób się znalazło, w tym ja. Historia jest jednak na tyle długa, że nie pomieści jej ten tekst, ponadto, po półtora roku od rozpoczęcia jeszcze się nie zakończyła.) W odczuciu pracownika, który przyjechał tu na chwilę, to się zwyczajnie nie opłaca.
Ktoś powie, że być może mam pecha, albo po prostu nie dość dobrze szukałem lepszej pracy i na pewno coś by się znalazło. Rzeczywistość jest jednak taka, że ludzi podobnych do mnie jest mnóstwo. Jako migranci zarobkowi, szczególnie ci, którzy nie planują spędzić reszty życia w nowym kraju, mamy dużo cech wspólnych. Tym, co nas skłoniło do wyjazdu, jest najczęściej przymus ekonomiczny. Niska pensja, brak oszczędności, długi. Jesteśmy więc skłonni do wielu poświęceń, aby móc jak najwięcej zarobić w jak najkrótszym czasie i wrócić z lepszą perspektywą na dalsze życie. Nawet jeśli nie zawsze mamy siły i możliwości pracować bardzo długo, to w branżach narosłych wokół nas intensywna praca stała się swego rodzaju standardem. Często jesteśmy też za granicą bez rodzin i przyjaciół, co tym bardziej ułatwia poświęcenie się wyłącznie pracy. Sprzyja temu też chęć szybszego powrotu do kraju. Ale przedtem trzeba swoje zarobić.
Tymczasem firmy, które napędzane są pracą tak zmotywowanych ludzi, którzy za godzinę pracy zarabiają częstokroć o wiele mniej niż przewiduje układ zbiorowy dla danej branży, są w stanie rosnąć i wygryzać ewentualną uczciwszą konkurencję. Firma sprzątająca, której byłem pracownikiem, nie miała w ogóle podpisanego układu zbiorowego, zatem nie obowiązywała jej minimalna stawka godzinowa w branży (w Szwecji nie ma ustawowej pensji minimalnej). Do tego szefowie nie płacili pracownikom za czas podróży między różnymi miejscami pracy jednego dnia, co wedle prawa jest nielegalne. Dzięki temu realna godzina pracy kosztowała właścicieli nawet o połowę mniej niż przewiduje minimalne wynagrodzenie dla tej branży. Skutkowało to tym, że nieduża firma zaczęła ekspansję i obsługiwała kilkadziesiąt placówek jednej z największych w Szwecji sieci siłowni. Wygryzając stamtąd inne, droższe przedsiębiorstwa. Zapewne nie chcielibyśmy, aby podobne rzeczy działy się w Polsce.
Jest jeszcze jedna perspektywa, którą warto poruszyć. Jako migranci wykonujemy najczęściej prace niepożądane przez miejscowych. Piotr Wójcik przytaczał ostatnio w Krytyce Politycznej badania, które mówią, iż warunki pracy pracowników rdzennych nie pogarszają się wraz z napływem migracji. Możliwe. Jestem jednak skłonny stwierdzić, że tworzą swego rodzaju gettoizację niektórych branż i najmniej atrakcyjnych miejsc pracy, wypychając je tylko do świata migrantów. A ci, jak widać wyżej, są mniej uzwiązkowieni, a ponadto rzadziej biorą udział w wyborach. Aż 30% osób pracujących w Szwecji nie urodziło się w tym kraju, ale nawet ok. 7% pracowników w ogóle nie ma praw wyborczych, bo nie są obywatelami. Powstaje swoista luka w systemie demokratycznym. Migranci, owszem, poprawiają swój status materialny, ale nie biorą udziału w tym, co dzieje się wokół nich. Lub ten udział jest dużo mniejszy niż średnia.
Jednocześnie przez specyfikę migranckich zawodów – raczej niskopłatnych, czasochłonnych, a ułatwiających życie miejscowym (np. sprzątanie, przeprowadzki, opieka nad osobami starszymi) migranci wypełniają obowiązki służby domowej. Za stosunkowo niewielkie wynagrodzenie wspomagają życie tych, których na to stać i którzy dzięki temu mogą skupić się na własnych karierach, bardziej wartościowych w sensie finansowym. Usługi te nie są jednak dostępne dla każdego, nawet „rodowitego” Szweda (czy innego obywatela Zachodu), co pogłębia różnice majątkowe wewnątrz danego społeczeństwa.
W mikroskali obserwowałem podobne zjawisko nawet w Polsce, pracując w schronisku górskim. Koleżanki i koledzy z Ukrainy wykonywali prace na zapleczu (gotowanie, sprzątanie, konserwacje), niewymagające dobrej znajomości polskiego, zarabiając jednak o ok. 30% mniej niż Polacy i pracując zazwyczaj dłużej niż reszta załogi. Faktycznie, płace polskiej części załogi w tym czasie nie malały. Dochodziło jednak do wyraźnej nierównowagi, gdzie za podobną pracę w podobnym albo większym wymiarze godzin ukraińska część załogi otrzymywała mniejsze wynagrodzenie. I być może zyskiwała na tym nawet polska część pracowników, nie musząc wykonywać najcięższych zadań. A na pewno zyskiwali właściciele biznesu. Pytanie, czy to dla nas sytuacja pożądana.
Spójrzmy też na sprawę politycznie. Duża ilość migrantów, którzy w krótkim czasie zasilili szwedzkie społeczeństwo, stała się jednym z najsilniejszych czynników stymulujących wzrost poparcia Szwedzkich Demokratów, czyli partii postrzeganej tu jako skrajnie prawicowa, o profilu najbardziej antyimigracyjnym w kraju trzech koron. SzD wykorzystali wzrost nastrojów przeciwnych imigracji, szczególnie z krajów muzułmańskich. W efekcie, po latach wzrostu, formacja ta zdobyła w ostatnich wyborach ponad 17% poparcia, a w powyborczych sondażach nawet wyprzedziła rządzących socjaldemokratów, co jest o tyle wyczynem, że partia lewicy wygrywała wszystkie szwedzkie wybory nieprzerwanie od 1914 roku. Znamiennie jest też to, że poparcie dla Szwedzkich Demokratów było jeszcze wyższe wśród członków LO, czyli Szwedzkiej Konfederacji Związków Zawodowych, zrzeszającej zdecydowaną większość tutejszych pracowników produkcji i administracji, tzw. niebieskich kołnierzyków. Wyniosło ono 24% wśród członków organizacji założonej przecież przez socjaldemokratów i która oficjalnie wyraża niechęć wobec SzD.
Generalnie trudno, abym był przeciwny wyjazdom zarobkowym, samemu to robiąc i widząc przecież plusy i szansy wynikające z takiej możliwości. Choć jest ona zazwyczaj, co trzeba też zauważyć, pokłosiem problemów w rodzimym kraju, a masowe wyjazdy obywateli nie rozwiązują tych problemów, a jedynie pozwalają spuścić parę z gwizdka i obniżyć wewnętrzne napięcia. Nie sądzę jednak, że możemy zawracać kijem Wisłę i blokować migrację zupełnie. Chciałbym jednak, żeby proces, na który się zanosi i który już się zaczął, mógł wyglądać w jak najbardziej cywilizowany sposób. Zarówno dla tych, którzy już pracują w Polsce, jak i tych, którzy mają taki zamiar.
Migranci są grupą, która jest bardzo podatna na gorsze traktowanie. Nieznajomość języka, realiów, prawa, sytuacji instytucjonalnej, niemożność wykorzystania za granicą nabytego wykształcenia, mniejszy zasób osób, do których można się zwrócić o pomoc. Wraz z rosnącą migracją do Polski powinniśmy największy nacisk kłaść na wzmocnienie tych organizacji czy urzędów, które odpowiadają za dobrostan pracowników. Tak, aby pracownik zza granicy nie był „okazją” na lepszy i szybszy zarobek przedsiębiorcy. Bo będzie to nie tylko potencjalnym zagrożeniem dla pracowników w naszym kraju, ale także zwyczajnie czynem niemoralnym. A jako cywilizowane społeczeństwo powinniśmy zapewnić migrantom godne i równe traktowanie. Inspekcja pracy, kontrole, zaangażowanie związków zawodowych w środowiska migrantów. Ale też np. bezpłatne lekcje języka polskiego dla chętnych.
Zapewne nie będzie to jednak łatwe. Jak pokazuje przykład Szwecji, nawet w państwie stosunkowo silnym i uzwiązkowionym, uchodzącym nawet za socjaldemokratyczny raj, nie jest łatwo wszystkiego dopilnować. Co może zatem się dziać, a właściwie co już się dzieje, w państwie o słabszych instytucjach i z dużo gorszą organizacją świata pracy, jakim jest Polska?
Sądzę, że mówiąc o migracji na lewicy czy wśród tych, którym zależy na losie pracowników niezależnie od tego, z jakiego kraju ci pochodzą, powinniśmy przede wszystkim kłaść nacisk na dobre warunki pracy dla wszystkich, a szczególnie tych z gorszą pozycją przetargową. Bo bez tego duża migracja do Polski może być zjawiskiem niedobrym zarówno dla pracowników przybyłych, jak i miejscowych. A skorzystają głównie ci, którzy ich zatrudniają.
Maciej Zaboronek