Wielka Orkiestra Sygnalizowania Cnoty

Wielka Orkiestra Sygnalizowania Cnoty

Choć sama w sobie krytyka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z lewicowej perspektywy nie jest niczym nowym, trudno nie odnieść wrażenia, że wciąż ma horrendalne problemy z przebiciem się do mainstreamu. Gdy na potrzeby researchu do tego artykułu wpisałem w przeglądarce hasło „WOŚP – krytyka”, ogromna większość artykułów zawierała wypowiedzi przedstawicieli prawej strony politycznej: oskarżenia o antyklerykalizm i demoralizację młodzieży, o hipokryzję polegającą na chęci niesienia pomocy chorym dzieciom a jednocześnie promocję ich „zabijania” (chodzi o zeszłoroczne wsparcie dla Strajku Kobiet). Częste było też wskazywanie alternatywnej, również prywatnej, ale nie bezbożnej a pobożnej instytucji, czyli oczywiście Caritasu. W oczach znacznej większości Polaków podział wobec WOŚP to podział pokrywający się z podziałem na PiS i AntyPiS. Mamy więc klasyczny establishmentowy rozłam na Polskę zacofaną i purytańską oraz Polskę uśmiechniętą, tolerancyjną i oświeconą. Walka dobra ze złem, w której my oczywiście stoimy po tej właściwej stronie.

To, że nie ma w tej rozmowie miejsca na niuanse i merytorykę, jest oczywiście w dużej mierze kwestią tego, że zarówno prawicy, jak i liberałom zależy na utrzymaniu fałszywej dychotomii w celu utwierdzenia swoich elektoratów – znów na tej samej zasadzie, na jakiej w TVN-ie i w TVP mówi się bardzo rzadko o stronnictwach politycznych spoza duopolu rządzącego Polską od 17 lat. Nietrudno jednak odnieść wrażenie, że to także wina zaniedbań po stronie samej lewicy. Tak, jak od lat rzuca się w oczy jej zbyt silne podpięcie pod liberałów i odejście od klasowego konfliktu interesów na rzecz domniemanej walki „oświecenia” z „zacofaniem”, tak doskonale widać to w jej stosunku do inicjatywy Owsiaka. Trudno mieć nadzieję na zmiany, skoro nawet najbardziej „skrajna” partia lewicowego mainstreamu, czyli Razem, oficjalnie „Gra z WOŚP”.

Warto więc przypominać zarówno o wizerunkowych, jak i praktycznych konsekwencjach sojuszu tego typu.

Pomówmy o skali

Zacznijmy od samego sedna i tego, od czego jakakolwiek merytoryczna krytyka Orkiestry powinna się zawsze zaczynać. Czyli od pytania, na ile WOŚP tak naprawdę pomaga. Przytoczmy więc liczby. Podczas 29. finału WOŚP zebrała łącznie prawie 211 milionów złotych. W poprzednich latach kwoty te były niewiele mniejsze – 186 milionów w 2020, 176 milionów w 2019 i 125 milionów w 2018 roku.

Robi wrażenie? Na pierwszy rzut oka – owszem. Ludzki mózg ma to do siebie, że obrazowo odbiera tego typu liczby. Przyrównuje je do budżetu domowego, do własnych bieżących wydatków, by lepiej zobrazować sobie „ogrom” tej kwoty. Chęć ku temu jest jeszcze większa, gdy sami wrzuciliśmy parę złotych do puszki – wtedy bowiem pojawia się pragnienie poczucia sprawczości i tego, że dołożyliśmy swoją cegiełkę do czegoś Wielkiego i Dobrego.

Jednak jak słusznie zwróciła kiedyś uwagę Magdalena Okraska – nie ma przypadku w tym, że te kwoty podawane są w złotówkach, a nie w stosunku do całości PKB, która idzie co roku na zdrowie. Roczny budżet NFZ wyniósł w 2021 r. 103 MILIARDY złotych. Kiedy porównamy te kwoty, okaże się, że Orkiestra zebrała ledwie 2 promile rocznych wydatków państwa na tę kwestię. I jest to moment, w którym czar pryska.

Pryska on jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że ten coroczny festiwal dobrego serca i solidarności w naszym kraju skutkuje efektem identycznym do tego, jakby każdy mieszkaniec Polski dorzucił na zdrowie 5 złotych i 50 groszy ROCZNIE. Medialny festiwal i zachłyśnięcie się własną sprawczością zdają się być więc zupełnie niewspółmierne do rzeczywistych osiągnięć Orkiestry. Jest to oczywiście typowe dla wszelkich prywatnych inicjatyw charytatywnych.

Pomówmy o idei

Choć inicjatywa Jerzego Owsiaka budzi co roku nastroje mogące uchodzić za quasi-lewicowe (dużo mówi się bowiem o altruizmie i świeckiej pomocy bliźniemu), trudno nie odnieść wrażenia, że znacznie więcej o jej ideowym profilu mówi to, czego w programie Orkiestry nie ma. A nie ma ani słowa o pomocy systemowej, czyli tworzeniu instytucjonalnych warunków ku temu, żeby zdrowie w naszym kraju było NAPRAWDĘ dobrze chronione. Samym sednem idei Orkiestry jest zresztą wskazanie na – w zależności od interpretacji mniejszą lub większą – niesprawność tego, co publiczne. Jurek Owsiak – choć wcale nie musi nawet znać tego pojęcia – promuje ideę Ludzkiego Działania, autorstwa Ludwiga von Misesa, czołowego doktrynera ultraliberalizmu gospodarczego.

Niektórzy stojący po lewej stronie sceny politycznej obrońcy WOŚP-u lubią powtarzać, że taka dychotomia, podział na publiczne i prywatne, na NFZ i na WOŚP – jest fałszywa. Że w idealnym państwie (takim „nie z kartonu”) te dwa organy powinny się uzupełniać, a Orkiestra wcale nie gra w kontrze do systemu publicznego. To właśnie zdaje się wynikać ze wsparcia udzielanego Orkiestrze przez Partię Razem. Taką narrację prezentuje także chociażby Rafał Bakalarczyk w tekście opublikowanym w Krytyce Politycznej 29 stycznia 2019 roku, czyli podczas 27 finału:

„Myślę natomiast, że merytoryczna rozmowa o roli WOŚP i jej współpracy z systemem ochrony zdrowia może być dobrym punktem wyjścia do rozmowy o problemach państwowej opieki zdrowotnej […] Ustawianie się w radykalnej kontrze do WOŚP i jej lidera, zwłaszcza gdy są oni przedmiotem bezpardonowych ataków z prawej strony, raczej nie służy lewicowym celom”.

Taka retoryka miałaby rację bytu tylko w jednym przypadku – gdyby z wypowiedzi Jerzego Owsiaka jasno wynikało, że swoją inicjatywę traktuję jedynie pomocniczo i że nie zastąpi ona systemowych reform, a ich postulowanie jest tu głównym celem. W agendzie Orkiestry jednak nic takiego nie widać. Jedyna pamiętna wypowiedź Owsiaka na temat reform systemowych to słynne postulowanie „Planu Balcerowicza dla ochrony zdrowia” – co z tego, że wypowiedziana dawno temu, skoro do dziś niezreflektowana i nieskontrowana przez żadną alternatywę.

Przede wszystkim tego typu wizje nie mają jednak nic wspólnego z samym sednem lewicowości – konfliktem interesów. Bakalarczyk zdaje się wierzyć, że do modelu idealnego państwa, w którym publiczne i prywatne będzie się uzupełniać, można dojść za pomocą dialogu z ludźmi odpowiedzialnymi za jedne z największych systemowych oszczędności na zdrowiu w Europie. To ten sam całkowicie błędny tok myślenia, jaki zdaje się towarzyszyć Michałowi Sutowskiemu, który również w Krytyce Politycznej postuluje „odgrodzenie Planu Balcerowicza grubą linią”, bo Nowoczesne Państwo Dobrobytu można budować ręka w rękę z następcami neoliberalnego ekonomisty.

Wcale nie trzeba odwoływać się do marksistowskiej wizji walki klas, aby dostrzec, że takie „popieranie z zastrzeżeniem, że…” nie ma szans na osiągnięcie jakiejkolwiek politycznej siły przebicia. Tam, gdzie następował jakikolwiek dziejowy postęp – niezależnie od tego, czy chodziło o uzyskanie praw wyborczych przez kobiety, czy o zniesienie segregacji czarnoskórych, czy to o podpisanie Porozumień Sierpniowych – odbywało się to na zasadzie ostrego politycznego konfliktu i rezygnacji ze zbędnego niuansowania sprawy. Jeśli wizja Bakalarczyka ma się zrealizować, a WOŚP stać się przydatnym, ale tylko dodatkiem do dobrze funkcjonującej publicznej ochrony zdrowia, to stanie się to właśnie za sprawą twardej systemowej alternatywy (przy jednoczesnym wskazaniu patologii systemu obecnego). Nie zaś wskutek wylicytowania na WOŚP podróży pociągiem z lewicową posłanką Pauliną Matysiak, podczas której zgodzimy się, że przydałoby się przy okazji podnieść też składkę zdrowotną.

Pomówmy o sygnalizowaniu cnoty

Po trzydziestu latach Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest już czymś zupełnie innym niż była na początku lat 90. Z czysto spontanicznej i wielkodusznej serii zrzutek, które zbierano do czarnych worków na śmieci, stała się gigantyczną marką i ogólnopolskim symbolem „Uśmiechu” przez duże „U”.

Jeśli jednak spojrzeć na WOŚP jako na symbol czegoś większego, to komercjalizacja ta zmieniła ją w jeden z najbardziej przerażających symbolów fałszu, na którym zbudowana jest cała III RP. Fałszu przez mainstreamową lewicę grającą wraz z Orkiestrą, zdawać by się mogło, zupełnie niedostrzeganego. Udawaną, koniunkturalną i niemającą niemal żadnego systemowego przełożenia dobroczynnością promują się wielkie korporacje wchodzące we współpracę z WOŚP. Promują się nią poszczególni celebryci, którzy na licytację wystawiają wspólny obiad. Promują się neoliberalni politycy odpowiedzialni za trzydzieści lat oszczędzania na zdrowiu oraz przedsiębiorcy uciekający do rajów podatkowych przed realnym dołożeniem się do wspólnej kasy. Na wspólnym spacerze licytowanym w ramach akcji Świąteczną Pomoc niesie w tym roku Marcin Matczak, który niedawno w ramach troski o zdrowie Polaków (zarówno fizyczne, jak i psychiczne!) wychwalał zalety… 16-godzinnego dnia pracy.

Na WOŚP najbardziej korzystają ci, którzy publicznie i w świetle kamer wyrażają dla niej wsparcie, a najmniej – deklarowany cel akcji. Słowem – dla wszelakiego establishmentu WOŚP jest idealnym narzędziem do tego, co określa się Sygnalizowaniem Cnoty (ang: Virtue Signalling). Zachować moralną estymę, a ze swojej uprzywilejowanej pozycji oddać dokładnie tyle, ile kosztuje wrzucenie piątaka do puszki – oto przepis na sukces uniwersalnie wykorzystywany przez Złych Samarytan III RP.

Piotr Tomaszewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia, Autorstwa Mateuszgdynia – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=56268275

Polexit i inne drobnomieszczańskie histerie

Symboliczne znaczenie dnia 10 października 2021 roku w Polsce wydaje mi się być niedostrzegalne gołym okiem dla większości osób. Dla mnie jest ono jednak dosadne i stanowi ponury rodzaj symboliczności. Dnia tego miały bowiem miejsce dwa istotne wydarzenia. Pierwsze z nich było polityczne. Drugie było polityczne jeszcze bardziej, choć to, jak przywykliśmy wyobrażać sobie politykę, zupełnie do tej prawdy nie pasuje.

Teraz to już na serio będzie ten Polexit

Mieliśmy więc falę gigantycznych demonstracji w największych polskich miastach. Demonstracji przeciwko rzekomemu Polexitowi, do którego pierwszy krokiem ma być wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający wyższość konstytucji nad prawem unijnym. Choć obrona praworządności to domena raczej liberałów, widoczne było też zaangażowanie polskich środowisk lewicowych. Niespecjalnie dziwi obecność Roberta Biedronia na Placu Zamkowym w Warszawie – jednak w akcję #zostajemy (w Unii) zaangażowali się także politycy Partii Razem, której sam jestem niebezkrytycznym członkiem.

Aby zbadać prawdziwość tezy o zbliżającym się Polexicie przeanalizujmy kilka faktów. Po pierwsze Polexit „wydarza się” w Polsce już któryś raz. Spadkobiercy Komitetu Obrony Demokracji wieszczą go przy każdym sporze Polski z władzami Unii Europejskiej. O Polexicie pisał w 2017 roku Jan Hartman, w 2019 roku robili to Wojciech Sadurski oraz Jacek Kochanowski. „Tym razem to już na serio będzie ten Polexit” – zdają się sugerować nagłówki liberalnych mediów oraz politycy przemawiający na Placu Zamkowym.

Trudno te sugestie traktować całkiem poważnie. Etatystyczna partia Jarosława Kaczyńskiego zbyt mocno potrzebuje unijnych dotacji na politykę społeczną, by zdecydować się na tak radykalny krok. Jeśli chcecie przekonać się czy Wartości Wyższe okażą się ważniejsze od pieniędzy, spójrzcie na ostatnią sytuację z samorządami. Grzecznie wycofały się z uchwał AntyLGBT, kiedy przykręcono im kurek z pieniędzmi. Włączcie też TVP. Alarmowanie o Polexicie jest tam wyśmiewane. Akcentuje się natomiast prounijne postawy części polityków PiS jeszcze z czasów sprzed dołączenia do UE. Przytacza się też archiwalne antyunijne wypowiedzi dzisiejszych polityków PO. Chociażby Romana Giertycha, który był przeciwny akcesji Polski do Unii Europejskiej.

W tej sytuacji obecne zamieszanie zdaje się być obliczone na efekt wspierający partię rządzącą. Polexitowy rozgardiasz jest jej jak najbardziej na rękę. Tezę o realnym zagrożeniu wyjścia Polski z Unii Europejskiej naprawdę ciężko jest obronić w oczach elektoratu nieprzekonanego do tego, żeby zrezygnować z oddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość. To polityczna zagrywka obliczona na scementowanie zastanych elektoratów w stanie nienaruszonym. Prężenie muskułów przed wyborcami ceniącymi sobie pozowanie na suwerenność. Warto wziąć sobie do serca także słowa Łukasza Molla, który ostrzega, że straszenie Polexitem rykoszetem spowoduje co najwyżej falę przesadnego euroentuzjazmu i odbierze lewicy impuls do reformowania Unii w stronę bardziej prosocjalną, co jest przecież bardzo potrzebne.

Problemy realne

W tej sytuacji warto byłoby się skupić na drugim wydarzeniu, które miało miejsce – jak co roku – 10 października. Był to Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego.

Jeśli na co dzień żyje się w lewicowej, emancypacyjnej bańce, zapewne przeczytało się kilka postów na ten temat w mediach społecznościowych. W skali całego kraju znaczenie tej daty pozostało jednak praktycznie niezauważone. „Zdrowie psychiczne” to bowiem termin, który w opinii społecznej wciąż kojarzy się „byciem wariatem”. I to jest – w odróżnieniu od jarmarku zorganizowanego przez Donalda Tuska – naprawdę realny problem.

Kilka danych dla rozjaśnienia sprawy. Szacuje się, że na jakąś formę zaburzenia psychicznego może cierpieć nawet 6 milionów Polaków. Do trzech milionów cierpi na zaburzenia nerwicowe. U prawie miliona występują zaś objawy zaburzeń depresyjnych. Polska to kraj, w którym dziennie życie odbiera sobie 15 osób. 12 z nich to mężczyźni.

Trudno o temat bardziej zespolony z codziennym życiem każdego z nas niż zdrowie psychiczne. Nawet ludziom, których można zdiagnozować jako „w pełni zdrowych”, przydaje się bowiem podstawowa wiedza związana chociażby z higieną umysłu czy umiejętnością odpoczywania. W naszym kraju wciąż nie jest to temat polityczny. A przecież nie jest tak, że nic nie możemy zrobić z obecnym status quo. Psychiatria, w tym psychiatria dziecięca, jest w Polsce niedofinansowana tak samo jak cała reszta usług zapewnianych przez NFZ. Brakuje też podstawowej edukacji psychologicznej i wykwalifikowanych do zajmowania się nią osób w polskich szkołach.

Zdrowie psychiczne powinno być jednak przede wszystkim tematem sztandarowym dla współczesnej lewicy. Przecież nie jest tak, że pogarszające się życie wewnętrzne Polaków nie ma związku z życiem w późnym kapitalizmie. Z elastycznymi warunkami zatrudnienia, z przepracowaniem, z mobbingiem, który trudno wykazać w relacjach dla parodystycznie działającej Państwowej Inspekcji Pracy. Z zadłużeniem i z marazmem wynikającym z zablokowania kanałów awansu społecznego. Z brakiem edukacji antydyskryminacyjnej w szkołach, które wolą kształcić nas na trybiki systemu niż zdrowych, świadomych i szczęśliwych obywateli.

Co z tego wynika?

Zestawienie tych dwóch wydarzeń – masowych, euroentuzjastycznych demonstracji oraz ukrytego gdzieś w cieniu Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego – daje bardzo pesymistyczną diagnozę stanu świadomości politycznej w naszym kraju. Tego, co w ogóle jest dla nas polityczne i ważne. Spieramy się o Wartości Wyższe, podczas gdy podstawowe potrzeby pozostają niezaspokojone. Piramidę Masłowa stawiamy na samym czubku. Przestrzeń społeczna to dla nas widowisko, w którym weteranka powstania warszawskiego krzyczy do Roberta Bąkiewicza wycierającego sobie usta Rotą. Arena do Sygnalizowania Cnoty. Niemal zapomina się o tym, że polityka powinna służyć budowaniu ludzkiego dobrobytu. Sytuacja taka ma miejsce nie pierwszy i nie ostatni raz. W „wolnych mediach” w zasadzie bez echa obił się fakt, że tej samej nocy, gdy w Sejmie głosowano Lex TVN a liberalna oligarchia wieszczyła koniec demokracji, przepchnięto ustawę o zwiększeniu nakładów na NFZ do 2023 roku. Nie jest moim celem bronienie ustawy, która ostatecznie zapewne nie wejdzie w życie. Jest nim wskazanie, że i tu mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której sprawa bardziej efektowna odbiła się o wiele szerszym echem niż sprawa istotnie dotykająca ludzi.

Mógłbyś odpowiedzieć, drogi Czytelniku, że przecież dziś każdy dzień jest dniem czegoś. O Światowym Dniu Maszynisty nie pisze się na pierwszych stronach gazet i trudno oczekiwać, że będzie tak z jakimkolwiek innym dniem. Fakt, że zupełnie nic nieznaczący karnawał odbył się akurat tego dnia, w którym choć na chwilę powinniśmy pochylić się nad czymś znacznie ważniejszym, ma jednak gorzki symboliczny smak.

Jeśli polska lewica chce utrzeć nosa PiS-owi, jej strategią powinno być zagospodarowywanie tych realnych ludzkich potrzeb, które nie zostają i nie mogą zostać przez niego zaspokojone.

Piotr Tomaszewski