Koń a sprawa polska – jak jedna stajnia stanęła na przeszkodzie Kolei Dużych Prędkości

Koń a sprawa polska – jak jedna stajnia stanęła na przeszkodzie Kolei Dużych Prędkości

Dzisiaj Donald Tusk przyjechał do Brzezin i w towarzystwie łódzkich posłów mówił o Kolei Dużych Prędkości, goszcząc u osoby, która aktywnie protestuje przeciwko budowie KDP. Dość łatwo domyślić się, co to będzie oznaczało po ewentualnym zwycięstwie partii Tuska w wyborach. Czeka nas albo zawieszenie prac nad KDP, albo próba powrotu do przebiegu z 2012 roku, gdy rząd PO-PSL rękami niesławnego ministra Sławomira Nowaka wyrzucił cały projekt KDP do kosza na śmieci.

Postaram się, jako osoba zaangażowana osobiście w ten projekt i ktoś, kto pracował w CPK (spółce) przez ostatnie dwa lata przybliżyć w przystępnym skrócie, jakie będą konsekwencje tej decyzji dla Łodzi i okolicy.

Przede wszystkim „powrót” do przebiegu z 2012 roku oznacza tyle, że do kosza na śmieci trafią ponad trzy lata pracy moich kolegów w zakresie pozyskiwania różnych decyzji wymaganych proceduralnie, w tym przede wszystkim kwestie dotyczące decyzji środowiskowych. Procedur tych nie załatwia się od ręki i zazwyczaj ciągną się one latami. Nie bez powodu w branży budowlanej mówi się, że im dłużej trwają prace przygotowawcze, tym krócej trwa potem sama budowa. Decydując się na kolejną zmianę paradygmatu i kolejny raz zmieniając, wyznaczony już i obudowany proceduralnie, przebieg KDP na terenie samej Łodzi i jej okolic opóźnia się całą inwestycję o kolejnych kilka lat.

Tym samym odsuwa w czasie moment, w którym oprócz bardzo sprawnego transportu indywidualnego, zapewnionego przez rozległą sieć dróg ekspresowych i autostrad, będziemy mieć również bardzo sprawny system połączeń kolejowych, w końcu oderwany od dawnych, pamiętających jeszcze zabory ograniczeń. Musimy się za to szykować na to, że możliwość rozpoczęcia budowy w 2024 zamieni się w możliwość rozpoczęcia budowy w 2029, w sam raz na ponowną zmianę paradygmatu przy okazji kolejnych wyborów.

Oczywiście można się kłócić, że powinniśmy byli pozostać przy „starym” przebiegu, wzdłuż autostrad, a nie marnować czas na rysowanie nowego przebiegu i wstrzymanie prac na kilka lat, zamiast budować od ręki w 2019 roku. Czemu tego nie zrobiliśmy? „Nowy” przebieg przez Brzeziny i włączenie KDP w stację Łódź Widzew miały na celu trzy rzeczy:

• poprawienie elastyczności sieci kolejowej poprzez utworzenie stacji na LK85 (nowa linia kolejowa Łódź – Warszawa) oraz połączenie LK85 z LK17 (Łódź – Koluszki). W pierwotnych zamierzeniach od Łodzi Fabrycznej aż do Warszawy, a później do CPK nie było możliwości wjechania/zjechania z LK85 i każda awaria na linii miałaby łatwe do przewidzenia konsekwencje.

• poprawę dostępności łódzkiego węzła kolejowego – nie jest żadną tajemnicą, że LK85 będą obsługiwać poza KDP sprintery 160 km/h Łódź – Warszawa (zgłosiła się już do tego np. Łódzka Kolej Aglomeracyjna) i dobrze byłoby, gdyby dało się nimi obsłużyć Łódź Kaliską, Łódź Fabryczną i Łódź Widzew, a następnie wbijać na LK85 i ciągnąć do Warszawy.

• poprawę dostępności transportowej powiatu brzezińskiego za pomocą LK85 i zjazdu z niej na Łódź Widzew – to w sumie jedyny fragment, gdzie tracą przede wszystkim Brzeziny, jeśli to wyciąć, ale traci też Łódź, bo to my borykamy się z zalewem samochodów z Brzezin i powiatu, a nie oni.

Podsumowując – powrót do przebiegu z 2012 cofa nas z myśleniem o transporcie kolejowym do poprzedniej epoki, w której Kolej Dużych Prędkości rozpatrywano jako oddzielny system, niekoniecznie współpracujący z całością sieci kolejowej, a przez to mniej opłacalny ekonomicznie. Jest mi cholernie przykro, że łódzcy posłowie tak szybko i na wyścigi biegną popierać każdy protest przeciwko KDP w Brzezinach, Mileszkach i gdzie tylko się da (np. we Włocławku, gdzie krwiożercza kolej według interpelacji podpisanej przez kilku posłów zniszczy drogocenne ogródki działkowe), bo dla bieżącej politycznej korzyści wyrzucają do kosza łódzką rację stanu, jaką jest Kolej Dużych Prędkości i sprawnie działający łódzki węzeł kolejowy. Najwyraźniej dla nich Łódź posiadająca dworce w Koluszkach i Kutnie nie jest niczym złym, w końcu i tak pewnie korzystają głównie z samochodów (które im opłacamy), a niektórzy nawet niekoniecznie mieszkają już w Łodzi.

Wisienką na tym torcie jest to, że Koalicja Obywatelska na swoje listy zaprosiła osobę, która prowadzi stajnię w Brzezinach i aktywnie protestuje przeciwko KDP. Jak w soczewce skupia się w tym fakcie tryumf partykularnego indywidualizmu nad interesem całego regionu.

Nie jest to zresztą pierwszy raz w historii, kiedy tak się stało. W połowie XIX wieku rajcy miejscy w Bytomiu, żyjący z przewozu konnymi powozami towarów przez granicę z carską Rosją zbojkotowali przebieg linii kolejowej z Berlina i Wrocławia na wschód, dzięki czemu w efekcie pod ich bokiem wyrosły Katowice. Same Brzeziny również już przeżyły taką historię, dzięki czemu powstały Koluszki, do dziś będące głównym dworcem Łodzi. Czy tym razem historia się powtórzy?

Jarosław Ogrodowski

Fotografia w nagłówku tekstu: Erich Westendarp z Pixabay.

Przyspieszony kurs bycia faszystą

24 lutego wszyscy na Zachodzie obudziliśmy się w nowym świecie. Obejrzeliśmy (niektórzy z nas kolejny raz) bomby spadające na ukraińskie miasta i rosyjskie czołgi wjeżdżające na terytorium sąsiedniego, suwerennego państwa. Ci z nas, którzy pamiętali rok 2014, wiedzieli że to kolejne stadium trwającej od ośmiu lat rosyjskiej napaści na Ukrainę, ale dla pozostałych był to szok. Wydawać by się mogło, że role w tej wojnie są proste – jest agresor, czyli Moskwa i jej dyktator, Władimir Putin. Jest ofiara – demokratyczny naród Ukrainy, który dzielnie broni się od lat przeciwko najeźdźcy. Są wreszcie widzowie – czyli my wszyscy. Jak się okazuje, nic nie jest aż tak proste.

Wojna w Ukrainie otworzyła nowy rozdział w historii Unii Europejskiej i szeroko rozumianego Zachodu. W ciągu niespełna tygodnia jej trwania ogromna większość krajów zachodnich przeszła z pozycji business as usual do pozycji totalnych sankcji gospodarczych i politycznych wymierzonych w moskiewski reżim. Zachodnie koncerny jeden po drugim paliły gospodarcze mosty, biorąc udział w przedziwnym i chyba nigdy nie widzianym na taką skalę wyścigu pomiędzy sobą i z własnymi rządami o to, kto szybciej i mocniej dołoży Rosjanom. Tak stanowcza reakcja zaskoczyła chyba wszystkich – nawet skrajni optymiści nie mogli spodziewać się takiej skali działań Zachodu, utożsamianego bardziej z leniwym i podstarzałym kotem uwielbiającym się wylegiwać w słońcu niż z groźnym tygrysem, który umie użyć kłów i pazurów. Zaskoczony był przede wszystkim Kreml, który najwyraźniej uległ własnej propagandzie, zaskoczony był też Pekin, który widząc, co się dzieje, stonował oficjalne komunikaty i przyjął postawę wyczekującą, choć początkowo udzielił Moskwie niemal bezwarunkowego poparcia. Zaskoczona była rosyjska ulica, od poniedziałku borykająca się z permanentnym brakiem gotówki. Zaskoczeni byli rosyjscy oligarchowie, których majątek topnieje w oczach (co nota bene napełnia moje serce ogromną radością). Zaskoczona też była, ale z zupełnie innego powodu, wschodnioeuropejska lewica.

Otwierając social media w ciągu pierwszych dni trwania wojny, wschodnioeuropejski lewicowiec dowiadywał się fascynujących rzeczy. Po pierwsze, agresorem nie jest wcale Rosja, ale NATO, które „rozszerzyło się” ponad miarę, obejmując obszar Europy Wschodniej i zagrażając Rosji. „Musimy zrobić bardzo dużo, by powstrzymać jakąkolwiek eskalację NATO. Musimy zbudować międzynarodową solidarność, która zapewni, że ludzie w Ukrainie będą mogli żyć w pokoju, a nie pod butem jakiejkolwiek armii. I że NATO wycofa się z Europy, szczególnie z Europy Wschodniej” – te słowa wczorajszego idola i gwiazdy lewicowych mediów, Janisa Warufakisa, wprawiały w osłupienie. „Jeśli zaczniemy od lutego 2022 roku, głównym problemem będzie atak Rosji na Ukrainę. Jeśli jednak zaczniemy od 1997 roku, głównym problemem będzie fakt, że Waszyngton naciskał na ekspansję NATO” – dodawała Naomi Klein, cytując „doskonałą analizę” Phylis Bennis (obydwa cytaty w podaję w tłumaczeniu polskim za tekstem „Antyimperializm idiotów” Stanisława Krawczyka z pisma „Kontakt” z 27 lutego br.). W podobnym tonie zdołali się również wypowiedzieć publicyści na łamach m.in. lewicowego „Guardiana” czy magazynu „Jacobin”.

Wszystkie te wypowiedzi cechowało kilka wspólnych punktów, które wydawałoby się powinny być niezwykle odległe od lewicowej agendy:

• obwinianie ofiary – argument z niedrażnienia Rosji jest przecież typowym argumentem z serii „nic by się jej nie stało, gdyby nie sprowokowała go strojem/zachowaniem/tym że wyszła z domu”

• odmowa podmiotowości – niepodległy i demokratyczny naród ma prawo wybierać swoją przyszłość i organizacje międzynarodowe, których chce być członkiem, pod warunkiem że akurat nie leży w strefie wpływów Rosji, bo wtedy nie, patrz punkt pierwszy

• skrajny zachodocentryzm – brak znajomości lokalnych uwarunkowań i bezpośrednie przekładanie swoich wartości i uprzedzeń na kraje o odmiennej kulturze i historii

Wszystkie te punkty do tej pory wydawały się być domeną raczej prawicy i to tej konserwatywnej, a nie liberalnej. Wiele z nich wręcz odkurzało zimnowojenne narracje o geopolityce, strefach wpływu i politycznym realizmie. Wczorajsi szafarze moralnego oburzenia dzisiaj nagle zaczęli dostrzegać odcienie szarości i zaczęli wzywać do opamiętania i umiarkowania. Ich odbiorcy jednak nie byli dla nas tak łaskawi.

Gdy wschodnioeuropejska lewica zaczęła protestować, a Adrian Zandberg napisał słynnego tweeta, którym zawstydził Naomi Klein, zachodni lewicowy komentariat odpowiedział działami. Spojrzenie w komentarze pod dowolnym wątkiem dotyczącym Ukrainy i jej walki przeciwko moskiewskiemu imperializmowi przynosiło zawsze te same wnioski. Ukrainą rządzą naziści, a wszyscy, którzy ich wspierają, również są nazistami. Wojna jest zawiniona przez NATO, które uraziło Rosję i zagroziło jej bezpieczeństwu. Bezpieczeństwo mieszkańców Ukrainy jest nieistotne, bo Afganistan/Syria/Jemen/wpisz dowolny inny nieeuropejski kraj. Polacy i reszta wschodnich Europejczyków to rasiści, ponieważ przyjmują uchodźców z Ukrainy, ale nie chcieli przyjąć tych z Syrii, Jemenu, Afganistanu, Afryki (nieważne, że Afryka to nie jest jeden kraj – nagle zachodnia lewica zaczęła postrzegać cały kontynent tak, jak zazwyczaj według niej postrzega go prawica). Naziści rządzą również w Europie i wysyłają ukraińskim nazistom broń, aby ich rękami pognębić Rosję, która z bliżej nieznanego powodu nazistowska akurat nie jest. Całej tej awanturze z kolei przewodzi nazistowski prezydent Ukrainy, który co prawda jest Żydem, ale jak była łaskawa napisać jedna z użytkowniczek twittera „jest tylko wynajętym aktorem i gra swoją rolę”. Bo, jak wiadomo, Żydzi są niemoralnymi chciwcami, którzy zrobią wszystko dla pieniędzy. Gdzieś już słyszeliśmy tę antysemicką piosenkę, prawda?

Po pierwsze, taką melodię cały czas grają putinowskie media. Napaść na Ukrainę jest według nich „operacją wojskową”, a jej celem jest „denazyfikacja Ukrainy”. Kreml usiłuje nas wszystkich przekonać, że w Kijowie siedzi faszystowsko-nazistowski reżim, a sam Zeleński jest w prostej linii spadkobiercą Bandery i Hitlera, marzącym tylko o tym, aby zetrzeć w proch demokratyczne i wolne narody. To wszystko zaś przekazywane jest w akompaniamencie bomb spadających na Babi Jar, miejsce kaźni dziesiątek tysięcy ukraińskich Żydów – bomb, które wystrzeliwane są przez moskiewskich żołnierzy, a nie ukraińskich „nazistów”.

Po drugie, słowo „nazista” używane zamiennie ze słowem „faszysta”, stało się w ostatnim czasie, szczególnie na młodej lewicy, wygodnym wytrychem. Każdy, kto nie zgadza się z nami i nie jest wystarczająco taki jak my – jest nazistą/faszystą. Każdy, kto nie zachowuje ideologicznej czystości – jest nazistą/faszystą. Uważasz, że wojsko jest potrzebne, a granice to nie są tylko kreski na mapie? Jesteś faszystą! Uważasz, że państwo ma prawo bronić swoich granic przed obcą napaścią? Jesteś faszystą! Uważasz że państwo ma prawo uczestniczyć w sojuszu obronnym? Jesteś faszystą! Nie przeliczasz każdego czołgu czy helikoptera na miejsca i pluszowe misie w żłobkach i szpitalach? Jesteś faszystą! Wpłacasz na ukraińską armię, a nie na zbiórkę na rzecz uchodźców z Syrii (mimo że wpłacasz i tu, i tu)? Jesteś faszystą!

I tak dalej, i tak dalej. Faszyzm unosi się nad lewicą jak ogromna gradowa chmura, a faszyści i naziści są wśród nas, wychylając swoje paskudne łby. Wschodnioeuropejska lewica została wzięta w dwa ognie – od przodu atakują ją za faszystowskie odchylenie wczorajsi zachodni towarzysze, od tyłu zaś atakuje ją za niewystarczającą czystość ideologiczną jej własny narybek z lewicowych grupek i forów. Samo poparcie decyzji o byciu w NATO i prawa do samostanowienia wschodnioeuropejskich narodów wystarcza, aby zapłonął stos.

Politycy i polityczki partii lewicowych są zdziwieni, choć nie powinni być. Ten stos rozpalano już bardzo wiele razy, ale dopóki płonęli na nim inni, nie budziło to ich wielkiego oporu. Łatwo było wzruszyć ramionami i nie zauważać, w końcu wtedy płonął mityczny „alt-left” albo „stara lewica” – teraz jednak zapłonęli oni sami. W Polsce partia Razem musiała wystąpić z lewicowych międzynarodówek (Progressive International i DiEM25), za co została solidnie zgrillowana zarówno na Zachodzie, jak i przez własny komentariat. Mógłbym oddać się tutaj schadenfreude, ale byłoby to bezcelowe. Odbieram ten ruch jako odważny i potrzebny, idący w poprzek bieżących politycznych interesów partii, ale za to ideologicznie i moralnie słuszny. Mam nadzieję, że tą drogą pójdą również inne wschodnioeuropejskie lewicowe ugrupowania i będzie to solidny fundament do budowania własnej podmiotowości, dalekiej od niewolniczego powielania zachodnioeuropejskich, a przede wszystkim anglosaskich kalek, zazwyczaj mocno nieprzystających do wschodnioeuropejskich realiów.

Spierajmy się, kłóćmy, rozmawiajmy – ale róbmy to samodzielnie i na własnych warunkach. W końcu na tym polega faszyzm: że mamy wielość poglądów, wielość głosów i nie wszyscy myślimy tak samo. I że traktujemy innych jako równych sobie, jak każdy porządny nazista powinien.

Jarosław Ogrodowski

Ruchy (anty)miejskie

W minionym trzydziestoleciu przyzwyczailiśmy się myśleć, że jedyną rewolucją, jaką przyszło nam oglądać, była rewolucja roku 1989 i idąca za nią transformacja gospodarcza i społeczna. Transformacja ta jest centralnym elementem zbiorowej świadomości zdecydowanej większości Polek i Polaków i nie bez przyczyny. Była ona zjawiskiem bezprecedensowym – całkowitą zmianą paradygmatu dokonaną bez jednego wystrzału. Wydarzenia tamtych lat do dziś stanowią o osiach konfliktu rozpalających polityczne serca i głowy i nic w tym dziwnego. Dziwnym za to jest, że tuż obok, niedługo później, wydarzyła się inna rewolucja, równie bezkrwawa i równie donośna w skutkach – ale przezroczysta i całkowicie niezauważona.

Aby zrozumieć doniosłość tej drugiej, modernizacyjnej rewolucji, musimy cofnąć zegary o dwadzieścia lat. Wylądujmy w roku 2001 – gdzieś pomiędzy wielką powodzią, która zniszczyła Wrocław latem 1997 roku, a wejściem Polski do Unii Europejskiej w maju 2004 roku. Ówczesna Polska jest krajem na rozdrożu. Zdecydowanie nie przypomina już Polski doby wczesnej transformacji. Zniknęły jej atrybuty – wszechobecne kioski „szczęki”, z których toczył się handel, „Ruscy” przyjeżdżający i handlujący towarem ze Wschodu. Pojawiły się już pierwsze atrybuty nowej, kapitalistycznej stabilności – mamy pierwsze korporacje, w Warszawie rosną już biurowce, w radiu Kazik z zespołem Yugoton wyśpiewują odę do rycerzy nowych czasów, a cała Polska nuci ją razem z nimi. W końcu każdy śni o tym, żeby być nowoczesnym i pracować w szklanym biurowcu – a niektórym nawet się to już udało. Powoli dostosowujemy się do Zachodu – od kilku lat obowiązuje już zbliżone do europejskiego prawo autorskie, objawiające się tym, że coraz mniej teatrów jest w stanie wystawić Kubusia Puchatka, ale również wejściem na nasz rynek wielkich marek odzieżowych i nie tylko. Mamy już oryginalne płyty cd i kasety, choć te odchodzą powoli w przeszłość. W rękach trzymamy telefony komórkowe, a w kinach oglądamy najnowsze filmy w dniu ich ogólnoświatowej premiery. Wakacje umilają nam koncerty zespołów muzycznych, które dotychczas nigdy tu nie przyjeżdżały, a malowane na murach napisy i ręcznie powielane plakaty już całkiem zostały zastąpione przez billboardy i podświetlane szyldy. Nadal jesteśmy głodni sukcesu, ale ten sukces już się zaczął materializować i powoli zaczynamy rozumieć, że nie wszystko udało się tak, jak powinno.

W tym miejscu warto zadać pytanie: kim jesteśmy? To ważne, bo odpowiedź na nie jest kluczowa dla zrozumienia dalszego biegu wypadków. Mamy około dwudziestu lat – najstarsi z nas urodzili się w późnych latach 70., najmłodsi – najdalej dekadę po nich. Wszyscy pochodzimy z miast. Oczywiście przede wszystkim z tych największych, ale całkiem sporo nas również w tych mniejszych. Nasze rodziny mają różne statusy, ale wszyscy otrzymujemy bardzo dobre wykształcenie. Nikt z nas nie kończy nauki na maturze, wszyscy uczymy się języków i kolekcjonujemy certyfikaty ich znajomości. Doświadczeniem pokoleniowym, które nas połączy, a o czym jeszcze nie wiemy, będzie kryzys roku 2001, który najstarszym z nas zwichnie dobrze zapowiadające się kariery, a tym młodszym po prostu je uniemożliwi. Wtedy jeszcze nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale już za chwilę zauważymy, że zamknęły się drogi awansu na sam szczyt. Nasi starsi o kilka lat koledzy i koleżanki okopali się wysoko – im wystarczyła znajomość języka angielskiego, odrobina szczęścia i odrobina bezczelności. My, już zdecydowanie lepiej od nich wykształceni (pierwsi absolwenci „nowoczesnych” kierunków – zarządzania, marketingu, dziennikarstwa, politologii, europeistyki) boleśnie zderzymy się ze szklanymi drzwiami, które zatrzasnęli nam przed nosem. Oni zarabiają, pracując po kilkanaście godzin dziennie w korporacjach, ale mają etaty, urlopy, służbowe samochody i wszystkie symbole statusu, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. My mamy w rękach dyplomy, certyfikaty znajomości języków i… nie mamy pracy. A jeśli ją mamy, to jest to już praca prekarna, najczęściej na śmieciówce. Różnica w naszym statusie jest ogromna – a przecież jesteśmy tak samo ambitni, tak samo głodni sukcesu i tak samo jak oni chcemy zmieniać świat dookoła nas.

Sukces naszych starszych kolegów i koleżanek był na swój sposób egalitarny. W mniejszym stopniu zależał od znajomości i ustalonych układów, a w większym od własnej zaradności, sprytu i świadomości, że jeśli nie wykorzysta się tej jednej jedynej szansy, to następnej może nie być. Ten bardzo charakterystyczny, straceńczy wręcz pęd opisał Sławomir Shuty w swojej powieści „Zwał” (2004) – była ona swoistym epitafium dla drogi, którą przeszło jego pokolenie. My czytaliśmy ją już jak bajkę z innego świata, choć nadal robiła ona na nas wielkie wrażenie.

Prekarność naszej pracy, ale też wciąż względnie dobra sytuacja finansowa naszych rodziców pozwala mieć to, czego nasi starsi koledzy nie mieli – czas. Czas ten pozwoli niektórym z nas podróżować, ale przede wszystkim uczestniczyć w życiu raczkującego Internetu. To my zaludniamy pączkujące wówczas fora internetowe, to my żyjemy na czatach i na gadu-gadu. I to właśnie tam, w czeluściach Internetu poznawanego przez pierwszą Neostradę, zaczynamy się kontaktować i wymieniać poglądami. Początkowo jesteśmy ostrożni – narzekamy głównie na niemożność. Tu jest brzydko, tam jest kałuża, tam wali się jakaś ruina. Szukamy swojego miejsca na ziemi i usiłujemy się jakoś zdefiniować. Już wiemy, że nie będziemy jak nasi starsi koledzy – świat korporacji jest jeszcze bardzo płytki i nie jest w stanie wchłonąć nas, roczników wyżowych. Jesteśmy sfrustrowani i szukamy czegoś, co ma jakąś wartość, co da nam sens. Rozsadza nas potrzeba działania – choć nie jest nas dużo, szybko zauważamy, że jest nas wystarczająco wiele, aby się spotkać i razem zacząć coś zmieniać. Naszym polem działania staje się przestrzeń dookoła nas – jesteśmy wyczuleni na genius loci, dajemy się porwać nowym narracjom osadzającym nas w małej ojczyźnie, którą wymyślamy na nowo, w kontrze do tej przaśnej, którą widzimy dookoła. Uciekamy w głowach do wyidealizowanego przedwojnia, do XIX wieku, kiedy nasze miasta rosły, kiedy budowano wielkie pałace, kamienice i fabryki. Zachłystujemy się historią, ale naskórkowo – uczymy się nazwisk przemysłowców i rabinów, protestanckich pastorów, architektów i filantropów. Odkrywamy utraconą niemieckość i żydowskość, ale ograniczamy się do ich artefaktów. Interesują nas stare napisy na murach, sprzątamy stare cmentarze, staramy się ocalić wciąż istniejące świadectwa przeszłości, które zaczynają znikać pod rozpędzającym się walcem modernizacji. Oglądamy z przerażeniem jak wyburzane są kolejne fabryki i kamienice, jak działki po nich zamieniają się w parkingi albo place budowy, na których rosną blaszane hipermarkety. Czujemy, że tak nie powinno być i powoli dojrzewamy do buntu.

Nasze działania na początku są partyzanckie. Skrzykujemy się na forach internetowych, działamy akcyjnie. Koło mieszkania jednego z nas jest rozjeżdżony trawnik? Przekopiemy go i zasadzimy rośliny! Widzimy pomazany rasistowskimi hasłami mur? Zamalujemy go farbą. Na przedpolu ważnego, reprezentacyjnego budynku jest wielka błotnista kałuża? Urządzimy happening, w ramach którego będziemy się w niej kąpać i ośmieszymy tym urzędników. Nasze akcje są błyskawiczne i spektakularne – i podobają się mediom. Umiemy zrobić to, czego nie potrafił nikt przed nami w sposób tak zorganizowany – potrafimy dostarczyć news.

Szybko przechodzimy kolejne etapy organizacji. Zakładamy stowarzyszenia, a nasze akcje stają się coraz lepiej zorganizowane i sięgamy coraz głębiej. Powoli przestaje nas interesować prosta reakcyjność na istniejącą brzydotę, zaczynamy się rozglądać za rozwiązaniami systemowymi. W międzyczasie otwiera się przed nami Europa – część z nas wyjeżdża turystycznie, część zarobkowo, część za pomocą uczelnianych programów wymiany. Podglądamy, jak wyglądają i działają miasta zachodnioeuropejskie – niemieckie, holenderskie, belgijskie, duńskie. Szybko zauważamy, że nasza nadwiślańska modernizacja jest spóźniona względem tej europejskiej o trzydzieści lat. Podczas gdy w Polsce ciągle zachłystujemy się mirażem budowy autostrad, wieżowców i wielopasmowych ulic, zachód Europy wielkim kosztem odtwarza to, co uległo zniszczeniu w wyniku takiego samego zachłyśnięcia się trzy dekady wcześniej. Z zaskoczeniem odkrywamy, że tamte miasta nie są tylko estetyczne, ale też przyjemne do życia – zielone ulice zaludnione są przez kolorowo ubranych, różnorodnych ludzi, restauracje wystawiają stoliki wprost na ulice, a centra miast nie są zawalone samochodami. Dużo osób jeździ rowerami, jeszcze większa ich ilość korzysta ze sprawnego transportu publicznego. Oglądamy centra miast i jesteśmy nimi zafascynowani – chcemy tego samego u nas w Polsce. Stajemy się apostołami nowego urbanizmu – powrotu do centrów miast. Wieszczymy odejście od powszechnego usamochodowienia, niekończącego rozlewania się miast na przedmieścia, biznesowo-biurowych monokultur podobnych sławetnemu Mordorowi na ulicy Domaniewskiej w Warszawie.

Wracamy do swoich miast i ze zdwojoną energią przystępujemy do ich upiększania. Organizujemy plebiscyty, które mają zawstydzać władze, palcem wskazujemy wszystkie niedociągnięcia i zapuszczone przestrzenie. Dopominamy się o ścieżki rowerowe, sprawny transport miejski, remonty kamienic. Dużo czytamy i domagamy się partycypacji w podejmowaniu decyzji. Ku zdumieniu urzędników, licznie stawiamy się na konsultacjach społecznych i zamieniamy je w miejsca gorących dyskusji. Zmiany, które do tej pory przechodziły bez żadnego oporu, muszą zatrzymywać się w pół kroku. Już nie można łatwo przeprowadzić trasy ekspresowej pod oknami dużego osiedla – nowe, prężne stowarzyszenie młodych mieszczan wystąpi z ostrym sprzeciwem. Plan miejscowy zakładający wyburzenie całego kwartału kamienic zostanie oprotestowany, przeciągnięty przez wszystkie media i w efekcie utrącony. Wymuszamy użycie nowych narzędzi współpracy – warsztatów, spacerów badawczych, planowania partycypacyjnego, a w końcu budżetu partycypacyjnego. Jest nam o tyle łatwiej, że szybko znajdujemy sojuszników. Rekrutują się oni z bardzo różnych grup. Część z nich to starsi działacze społeczni, członkowie towarzystw przyjaciół miasta, towarzystw opieki nad zabytkami czy klubów miłośników starych tramwajów. Inni to akademicy – albo niewiele od nas starsi, dopiero rozpoczynający naukową drogę życiową, albo ci, którzy są już na akademii od jakiegoś czasu, ale raczej nie w głównym nurcie. Wreszcie zaczyna nas popierać biznes – najszybciej nadchodzącą zmianę zaczynają rozumieć właściciele nieruchomości, a wydatnie pomaga im w tym nowy kryzys – kryzys roku 2008.

Przed tą datą dla zdecydowanej większości właścicieli nieruchomości jej prawdziwą wartość stanowiła wartość działki. Znajdujące się na niej budynki, nie daj Boże zabytkowe, są tylko kłopotliwym problemem. Typowym sposobem „zagospodarowania” takich działek jest wykupienie ich za bezcen od syndyka lub spadkobierców dawnych właścicieli, a następnie „przypadkowe” podpalenie i wyburzenie stojących tam budynków. Zazwyczaj dzieje się to w piątek popołudniu, gdy służby konserwatorskie i nadzór budowlany już nie pracują – sarkastycznie mawiamy, że „burzymurek” zawsze przychodzi wieczorem lub nocą. Na palcach jednej ręki daje się policzyć inwestycje, w wyniku których zabytkowe budynki nie znikają z powierzchni ziemi – ogromna większość starszych budynków jest fizycznie zagrożona. Uczymy się przeciwdziałać – prowadzimy dyżury, fizycznie pilnujemy budynków, wkuwamy wszystkie kruczki proceduralne, walczymy o wpisy do ewidencji i rejestru zabytków. To morderczy wyścig z czasem, który nie zawsze wygrywamy – ale mamy swoje sukcesy. Jeśli symbolem oporu dla pokolenia naszych rodziców był opornik w klapie i styropian, na którym spali podczas strajków studenckich, to dla nas są to pisma do konserwatora zabytków i kładzenie się na ziemi, aby koparka nie mogła rozpocząć rozbiórki.

Po roku 2008 sytuacja się zmienia. Pęka bańka na rynku nieruchomości, ceny działek lecą na łeb na szyję. Wczorajszy doskonale położony teren inwestycyjny staje się dzisiejszym kamieniem u szyi. Taśmowo plajtują spółki, spółki córki i spółki córki spółek córek, które jeszcze przed chwilą żwawo obracały działkami, kamienicami, fabrykami. Właściciele nieruchomości rozpaczliwie szukają pomysłów na taką ich adaptację, aby chociaż ograniczyć straty, a w najlepszym wypadku wyjść na zero. I wtedy w sukurs przychodzimy im my, nowi mieszczanie.

Wtedy nie widzimy jeszcze, że rzucamy im koło ratunkowe i że nadajemy pierwszy zamach potężnemu kołu, które za chwilę zmieni nasze miasta. Entuzjastycznie i zupełnie za darmo dzielimy się wiedzą. Opisujemy całe dzielnice, które z poprzemysłowej i pokryzysowej smuty wyszły na prostą. Rewitalizacja staje się naszym słowem-kluczem, choć każdy z nas rozumie je nieco inaczej. Podnosimy konieczność przeniesienia wydatków publicznych na remonty zabytkowej tkanki miejskiej, na pomoc przedsiębiorcom posiadającym takie nieruchomości. Zapełniamy je działaniami offowymi – w zamian za bardzo niski czynsz lokujemy tam siedziby naszych stowarzyszeń, zakładamy klubokawiarnie, tworzymy miejsca koncertowe i sklepiki ze starymi rowerami. Martwe fabryki i kamienice rozbrzmiewają nowym życiem – najpierw przychodzą wtajemniczeni, ale tuż za nimi pojawiają się pierwsze fale alternatywnej młodzieży, dzisiejszych millenialsów – to oni są naszymi pierwszymi odbiorcami i to oni natychmiast porównują nas ze swoim wyobrażeniem nowoczesności. Jesteśmy nowi, jesteśmy hipst – dobrze jest się wśród nas pokazywać. Tę nową modę zaczynają podchwytywać również politycy – prezydenci miast zaczynają wsiadać na rowery, otwarcie mówić o tym, że trzeba robić partycypację, współpracować i zmieniać miasta. Zatrudniają wręcz niektórych z nas w urzędach – ale ta pierwsza fala jeszcze rozbije się o mur wewnętrznej niemocy. Na razie jesteśmy ciekawostką, modną paprotką, którą warto mieć koło siebie. Nie wiedzą jeszcze, że nasze ambicje sięgają znacznie dalej.

My powoli zaczynamy czuć swoją siłę. Poznajemy się, jeździmy z miasta do miasta, w końcu powołujemy Kongres Ruchów Miejskich. Wreszcie mamy przestrzeń, gdzie możemy się spotkać, wymienić informacjami, sposobami walki. Jesteśmy coraz mocniejsi – na pierwszym Kongresie jest nas kilkudziesięciu, na drugim – ponad setka. Na trzeci przyjeżdża wysłannik z ministerstwa chcąc nas poznać i opowiedzieć o rodzącej się Krajowej Polityce Miejskiej. Jest rok 2013, dwa lata wcześniej ogłosiliśmy Tezy Miejskie, w których spisaliśmy nasz program działania. Pierwsza i najważniejsza z nich brzmi: mieszkańcy mają niezbywalne prawo do miasta. Mieszkańcy – czyli my.

Aby dobrze zrozumieć to, co się wydarzyło, musimy znowu przyjrzeć się naszym miastom. Wyglądają one wtedy już zdecydowanie inaczej niż dekadę wcześniej. Jesteśmy w środku unijnej perspektywy pomocowej, a samorządy na potęgę estetyzują ulice i place. Nie mogą już tego robić po staremu – muszą oglądać się na nas i przychylne nam media. Pamiętają doskonale nasze akcje i happeningi, więc starają się oddawać nam ogarek. Powstają pierwsze ścieżki rowerowe z prawdziwego zdarzenia, pojawiają się pierwsze kompleksowe programy remontowe kamienic, a główne ulice i place naszych miast przechodzą metamorfozy. Wciąż jest mnóstwo betonu, granitu i żeliwnych słupków, ale efekt już znacznie bardziej przypomina centra zachodnich miast. Z ogromną mocą wspieramy te zmiany, widząc ich pozytywny estetyczny wyraz. Oczywiście ganimy niedociągnięcia i grozimy palcem, ale też często dajemy pochwały i rozdajemy nagrody. Nie bardzo przejmujemy się tym, jakie ta forsowna estetyzacja przynosi efekty, cieszy nas sama zmiana i tempo, w jakim ona następuje. Część z nas czuje się usatysfakcjonowana – to ci, dla których liczy się przede wszystkim wygląd miasta i wygoda korzystania z oferowanych przez nie usług i atrakcji. Odmalowane fasady kamienic, równe chodniki, posadzone pod linijkę drzewka i kwietniki wypełnione kwiatami a nie przypadkowym chwastem – są tym, czego oczekują i nie trzeba im wiele więcej. Powoli przechodzą na pozycje typowo mieszczańskie, szczególnie że sytuacja na rynku pracy zdecydowanie się poprawiła, a oni sami nie są już studentami czy prekariuszami. Pozostali jednak walczą dalej – i będą musieli przegrać, aby wygrać.

Dla wielu z nas jest to moment refleksji. Powoli widzimy, że dostępne nam drogi działania znów się wyczerpują. Jedni uważają, że należy się sprofesjonalizować i przejść na pozycje eksperckie. Inni – że należy założyć własną „partię miast” i wejść do polityki. Jeszcze inni, że należy przejść przez instytucje, ale nie tak, jak za pierwszym razem, gdy wchodziliśmy tam bez przygotowania i trochę na oślep, ale porządnie, z ustalonymi zakresami kompetencji i mocy sprawczej. Nie jesteśmy w stanie dojść do porozumienia, więc się dzielimy. Część z nas startuje w wyborach samorządowych – i sromotnie przegrywa. Jesteśmy spóźnieni, przegapiliśmy nasz moment, wyhamowała nas bratobójcza walka PiS vs. antyPiS. Zawodowi politycy nas zjedli – ci nastawieni bardziej modernizacyjnie i proeuropejsko po prostu przejęli nasze hasła i przecinali wstęgi na tle inwestycji, które realizowali wedle naszych idei i postulatów. Oczywiście według nas robili to powierzchownie, pod publiczkę i wypaczając ideę, ale nasze głosy już nie przebijają się tak dobrze jak kiedyś. Rok 2014 jest dla nas bardzo zimnym prysznicem – i choć udaje nam się zdobyć kilku radnych, współrządzić niektórymi miastami i nawet mieć jednego prezydenta, to droga wyborcza okazała się być ostatecznie ślepą uliczką. Nasze drogi się rozchodzą, a wielu odtrąbiło nasz koniec.

Dopiero z perspektywy siedmiu lat widać, że wieści o naszej śmierci były przedwczesne. Jesteśmy doskonale zsieciowaną i kompetentną grupą wpływu. Znajdujemy się u szczytu naszych karier – jesteśmy radnymi i posłami, zajmujemy ważne stanowiska urzędowe. Jesteśmy cenionymi ekspertami doradzającymi samorządom i agendom rządowym, pracujemy na kierowniczych stanowiskach w ministerstwach i spółkach skarbu państwa. Prowadzimy z sukcesami własne firmy, robimy kariery akademickie. Wielu z nas po drodze zrobiło doktoraty i habilitacje, a jest też kilku, którzy mają już tytuł profesora. W naszych miastach nic nie dzieje się bez naszej wiedzy – choć nie musi to wynikać z naszych działań. Mamy pilnych i pojętnych uczniów. Jak Polska długa i szeroka widać znaki naszego sukcesu – odnowione kamienice, ścieżki rowerowe, woonerfy, parklety, zwężane ulice, schludne ogródki pod parasolami jak ze śródziemnomorskiego obrazka, pięknie przyciętą i podlaną zieleń. Jeśli parking, to raczej schowany i obudowany innymi funkcjami, a samochód coraz częściej staje się nieproszonym gościem. Nie spoczywamy na laurach – wciąż jest tyle do zrobienia! Ale czy na pewno wszystko, co zrobiliśmy, zrobiliśmy dobrze?

Gdy spoglądam wstecz, widzę, że ta bezkrwawa rewolucja wcale nie obyła się bez ofiar. Ofiar, które znikały w ciszy, bardzo często w sposób niezauważony, albo wręcz przeciwnie, z poczuciem ulgi. Tym, co musiało odejść jako pierwsze, było to, co było najbardziej nieestetyczne. Wypowiedzieliśmy wojnę na śmierć i życie obskurnym budom, nie przyjmując do wiadomości, że rugując je z miejskiej przestrzeni zabieramy ludziom dostęp do taniej żywności. Tam, gdzie stał rząd budek z pieczywem i warzywami, dziś najczęściej jest skwer albo pusta, estetyczna przestrzeń. Gdy byliśmy młodzi, kupowaliśmy w tych budkach zapiekanki, hamburgery czy frytki, później kebab. Dzisiaj nie kupimy już w nich nic, bo ich po prostu nie ma. Stać nas na to, aby zjeść w restauracji – ale czy aby każdego jest stać tak jak nas?

Zawłaszczyliśmy przestrzenie, dotąd wspólne. Uporządkowaliśmy ulice i targowiska – tam, gdzie stały zwykłe krzywe stragany z chińską tanizną, dzisiaj często jest pusty plac i fontanna. Niektórym z nas marzyły się klimatyczne targi, ale przecież klimatyczność nie powinna być swojska i nasza, lecz historyzująca i estetyczna. Chodzimy więc na eko-targi, organizujemy jarmarki rękodzieła, na których wystawiają się w różnych miastach wciąż te same, wyspecjalizowane w nich osoby. Dwie marki kraftowego piwa, kilku producentów serów, trzech producentów wędlin, obowiązkowe stoisko z grzanym winem jednego producenta, do tego kilka straganów z ręcznie robioną biżuterią i szytymi z filcu pluszakami – jeśli widziałeś jeden, widziałeś je wszystkie. Wydawało nam się, że pragnęliśmy autentyczności, ale tak naprawdę chodziło nam o estetykę i o aspirację do tego, co kiedyś zobaczyliśmy na Zachodzie. Wielki biznes patrzył na to z radością – ogromny sukces „zrewitalizowanej” Hali Koszyki w Warszawie pokazał, że sztuczna „miejskość” i „autentyczność” sprzedają się doskonale.

Największym jednak naszym „sukcesem” jest „odżulenie” centrów naszych miast. Od zarania swojej działalności walczyliśmy z „żulem” – symbolem patologicznej, zdegenerowanej tkanki ludzkiej, złośliwym nowotworem, który zjadał nasze miasta. Powtarzaliśmy sobie, że PRL zepsuł nasze miasta, bo sprowadził do pięknych kamienic przypadkowych biedaków. Klaskaliśmy, gdy jeden z architektów mówił, że najgorszym, co spotkało łódzkie kamienice, są mieszkający w nich ludzie. Gdy mówił, że trzeba tych ludzi przesiedlić, a na ich miejsce sprowadzić luminarzy i facetów z grubymi portfelami, pukaliśmy się w czoło – zgadzaliśmy się, że trzeba ten problem rozwiązać, ale byliśmy bardziej humanitarni. Uważaliśmy, że musi powstać „miks” – część osób uboższych może pozostać, ale tylko ci, którzy rokują i którzy dadzą się zrewitalizować. Pozostałych zastąpimy my i ludzie nam podobni – młodzi mieszczanie, rodziny z dziećmi, wielkomiejskie single, pracownicy korporacji, wolne zawody. Teraz już nie opłaca się wyburzyć kamienicy, ale należy ją „wyczyścić” z tkanki ludzkiej, wyremontować i sprzedać mieszkania na pniu. Całe kwartały wyludniają się i diametralnie zmienia się ich tkanka społeczna. „Gorsi” ludzie wypierani są do złych dzielnic, a ich miejsce zajmują ludzie podobni nam – w końcu każdy musi gdzieś mieszkać, a mieszkanie jest najbardziej poszukiwanym towarem na rynku. Niechcący uruchomiliśmy lawinę, której nie umiemy już zatrzymać – a wielu z nas wcale zatrzymywać jej nie chce. W końcu co to za przyjemność siedzieć w ogródku i popijać prossecco, gdy nagabuje cię nieładnie pachnący żebrak i prosi o złotówkę na bułkę? Dobrze, że szybko zajmuje się nim przechodzący właśnie patrol straży miejskiej, niech „żul” sobie nie myśli, że może swobodnie łazić, gdzie chce.

Nasze działania w znakomitej większości są dla nas kompletnie przezroczyste. Uważamy, że tworzymy przestrzeń przyjazną dla wszystkich, ale aktywnie wykluczamy z niej wielu dotychczasowych użytkowników. Na naszych wizualizacjach nie ma chłopaków z bram, pijaczków siedzących na ławkach, starszych kobiet z pieskiem z wyłupiastymi oczami i nogami jak patyki wyglądających z okien. Szybko neutralizujemy wszystkie przejawy ich aktywności – zamalowujemy kibicowskie malunki, usuwamy ławki, na których mogliby siedzieć (tak, wiemy, że ławki powinny być, ale na wszelki wypadek postawmy je tak, żeby nie dało się na nich usiąść większą grupą i żeby nie było ich za dużo, bo ludzie nie będą chcieli korzystać z ogródków knajpianych), krzywo patrzymy na lokale, które ich obsługują. Jeśli zadamy sobie trud, żeby porozmawiać z tymi „gorszymi” ludźmi, to dowiadujemy się, że nasze „dostępne i otwarte miasta” są dla nich z różnych powodów niedostępne lub trudne do przebycia. Całe ulice zapełnione są lokalami, do których nie wejdą, bo nie czują że jest ich na to stać, ale za to czują, że nie pasują ubiorem, zachowaniem, fryzurą. Poza okazjonalną Żabką nie mają gdzie kupić tańszego jedzenia, a kawa z pączkiem, która kiedyś kosztowała kilka złotych, dzisiaj wielu emerytów przyprawiłaby o bankructwo. Wielu biednych czuje swoje niedopasowanie do nowej, estetycznej przestrzeni, a jedyne, co mogą w niej robić, to przemykać szybkim krokiem lub wyładowywać na niej swoją frustrację, ku naszemu oburzeniu. Koło wykluczenia wtedy się zamyka – w końcu skoro „patologia” zniszczyła, to tym bardziej trzeba się przed „patologią” bronić. Grodzić, stawiać kamery, wysyłać patrole. Nawet, a może szczególnie wtedy, gdy ten teren sami przed chwilą tej „patologii” odbiliśmy.

Nasza rewolucja naznaczona jest paradoksami. Choć przegraliśmy, to wygraliśmy. Będąc niewielką i pozbawioną wpływów liczonych w politycznych szablach czy wielkich pieniądzach nadaliśmy ton miejskiej modernizacji na dziesięciolecia. Nasze sukcesy mają faustowską naturę. Walcząc o rewitalizację – przynieśliśmy też gentryfikację. Domagając się partycypacji, wzmocniliśmy też podziały, oddając władzę w ręce aktywnych i napędziliśmy procesy wykluczenia, mówiąc biernym, że przecież mogli być aktywni. Tworząc przestrzeń „dla wszystkich” i myśląc wspólnotowo, zniszczyliśmy istniejącą w naszych miastach demokratyczną wspólnotę przestrzeni, uruchamiając bądź napędzając procesy znacznie większe od nas samych. Walcząc z zachłannym kapitalizmem i bezmyślną konsumpcją, których symbolem byli dla nas nasi starsi, zadowoleni koledzy w swoich wielkich SUVach, sami torowaliśmy drogę jego nowej, ulepszonej wersji. Sami siebie postrzegamy jako siłę progresywną, europejską i postępową, ale nasza inkluzywność i otwartość ma bardzo jasno sprecyzowane klasowe granice. Jesteśmy dużo bardziej niejednoznaczni niż gotowi jesteśmy się do tego przyznać i najwyższy czas, abyśmy spojrzeli na siebie tym samym zimnym, analitycznym wzrokiem, którym do tej pory obdarzaliśmy tych, którzy byli przed nami.

Jarosław Ogrodowski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Yours truly, 2095

Yours truly, 2095

Jedną z moich ulubionych płyt jest „Time” grupy Electric Light Orchestra, wydana w roku 1981. To koncept-album opowiadający historię człowieka, który został przeniesiony do roku 2095 i próbuje odnaleźć się w tak zmienionej rzeczywistości. Okazuje się jednak, że przewidywania i wizje ukazane na tych nagraniach zmaterializowały się znacznie wcześniej i już teraz, w 2013, część z nich jest całkowicie realna.

Nasz podróżnik w czasie, wyrwany „ze starych dobrych lat 80.” (swoją drogą to zdanie bardzo dużo mówi o jego pozycji klasowej), tęskniąc za swoją ukochaną, ma w domu jej idealną cybernetyczną kopię. Oprócz tego, że dokładnie odwzorowuje ona wygląd osoby oraz stara się naśladować jej realne zachowanie, co wychodzi jej zresztą dość kiepsko, jest także… telefonem. Brzmi znajomo? Pewnie! Kto z nas nie ma w kieszeni podręcznej maszyny z Androidem, dostosowanej, przepraszam, spersonalizowanej pod siebie? Maszyny, która już dawno przestała być tylko telefonem, ale stała się czymś o wiele, wiele więcej?

Czym tak naprawdę jest nasz smartfon, możemy się przekonać, gdy spróbujemy pozbawić go którejś z podstawowych funkcjonalności. Mój, zakupiony w sklepie, już miał w sobie zaszytą aplikację obsługującą Facebooka, a pierwszą rzeczą, o jaką zapytał po włączeniu i ustawieniu języka, była synchronizacja z kontem Gmail, oczywiście po to, aby uzyskać pełną funkcjonalność. Zrobiłem to i, no właśnie, co ja tak naprawdę zrobiłem?

Żeby się tego dowiedzieć, musimy sięgnąć do standardowych, bardzo długich formułek, których przeczytania (i zaakceptowania) wymaga od nas każda aplikacja przed zainstalowaniem. Jest tam lista uprawnień, które przyznajemy poszczególnym aplikacjom. Standardowo zarówno Facebook, jak i Gmail proszą o dostęp do danych o naszych kontaktach i o ich edycji. Możemy się oczywiście nie zgodzić, ale wtedy aplikacja nie będzie działała. Akceptujemy więc i cieszymy się ich używaniem, a jednym kliknięciem wysłaliśmy dwóm wielkim korporacjom całą listę naszych kontaktów. I nie tylko, bo te aplikacje bardzo często pytają również o naszą lokalizację.

Przenosząc się z telefonu na telefon, najbardziej nie lubiłem przyklepywania kontaktów. Jasne, mogłem je zapisać na karcie SIM, ale miała ona możliwość zapisywania danych o określonej liczbie znaków, co kończyło się w najlepszym razie urywaniem kawałków nazwisk lub imion albo, w gorszym przypadku, istnieniem np. trzech Przemków, pozbawionych nazwisk. Tymczasem Google wyszło temu naprzeciw – zaproponowało mi, abym każdemu kontaktowi e-mail przyporządkował telefon do danej osoby, a tak połączone kontakty trzymał w zewnętrznym miejscu, skąd będę mógł je pobrać w dowolnym momencie, np. zmieniając telefon. I faktycznie tak to działa – przesiadka z telefonu na telefon staje się łatwa i przyjemna, bo kontakty zasysa się jednym kliknięciem, a synchronizacja trwa kilka chwil. Oczywiście nic za darmo – tym zewnętrznym miejscem są serwery Google’a, który w ten sposób nie tylko otrzymuje dane o tym, z kim się kontaktuję, ale również natychmiastową informację, że określona osoba ma nowy numer telefonu albo jakiś inny, dodatkowy („dodaj numer do istniejącego kontaktu”, prawda?). Ale nawet jeśli tego nie zrobię, to i tak już sprzedałem swoich przyjaciół, znajomych i współpracowników, bo jak wspomniałem, aplikacja obsługująca Gmail już wcześniej poprosiła o dostęp do moich kontaktów.

Facebook nie pozostaje w tyle. Pierwszą rzeczą, o którą pyta aplikacja po zalogowaniu, jest synchronizacja istniejących kontaktów z tymi, które mamy na Facebooku. Niezależnie od podjętej decyzji nasze kontakty już i tak wylądowały na serwerach Marka Zuckerberga (patrz wyżej uwaga o uprawnieniach aplikacji), ale są nieposegregowane. Oczywiście, boty szybko zrobią z tym porządek, ale po co je zajmować, skoro użytkownik może zrobić to sam? Jedno kliknięcie i jego podręczna maszyna sama porówna imiona i nazwiska – i gotowe, wystarczy zaakceptować.

Prowadzi to do kilku ciekawych sytuacji. Pierwsza jest taka, że nagle w telefonie przybywa kontaktów. Nasi znajomi z Facebooka, których numeru nie mieliśmy, nagle objawiają się na naszej liście kontaktów telefonicznych – tylko dlatego, że podali własny numer na swoim profilu na Facebooku i udostępnili go znajomym. Następna jest taka, że nawet jeśli próbowaliśmy być na Facebooku anonimowi, to nasi znajomi i przyjaciele już tę anonimowość dawno unieważnili. Nieistotne, że na Facebooku nazywamy się np. Michał Orwell i mamy ponad sto lat, a naszą lokalizacją jest Katalonia. Facebook już doskonale wie, że naprawdę nazywamy się zupełnie inaczej. A co więcej, podzieli się tą wiedzą z następnymi osobami.

Dowiedziałem się o tym, jak zwykle, przypadkiem. Oto koleżanka z pracy dała mi swój numer telefonu. Po chwili telefon sam z siebie zaproponował mi połączenie jej kontaktu z kontaktem z Facebooka. I nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że koleżanka ta nigdy nie podawała Facebookowi numeru telefonu, a na tym portalu występuje pod zupełnie innym imieniem i nazwiskiem. Zagadka wyjaśniła się niemal natychmiast – jej współlokatorka ma identyczny telefon jak mój i najprawdopodobniej sama połączyła oba kontakty. A jeśli nie ona, to ktoś inny spośród jej kilkuset znajomych.

Kolejną dawkę wiedzy nabyłem, gdy postanowiłem wylogować się z Facebooka na moim telefonie. Nagle okazało się, że dużej części kontaktów po prostu nie ma. To znaczy są – ale jako gołe numery telefonów – i musiałem zgadnąć, który z nich jest który. Przyznam, że spanikowałem i mojego humoru nie poprawiło nawet to, że po chwili telefon odzyskał pełną listę kontaktów (ach, synchronizacja z serwerami Google!) – w ten nieprzyjemny sposób uświadomiłem sobie, co by się stało, gdyby nagle coś przestało działać.

Jedną z najbardziej profetycznych piosenek na „Time” jest „Here is the news”, opowiadająca o futurystycznym świecie wypełnionym informacją napływającą z każdej strony. Oprócz tekstu pojawiają się w tle losowe komunikaty z przyszłości, w tym jeden mówiący, że kilku inżynierów zostało skazanych na banicję przez sąd komputerowy. Brzmi jak zły sen? Być może, ale ten sen już nam się śni. Nie tak dawno temu Google „zniknął” portal Skąpiec. Portal ten po prostu znikł z wyszukiwarki i tak naprawdę nikt nie wiedział dlaczego. Od tej decyzji nie było żadnej drogi odwoławczej i nie było nad nią żadnej kontroli. Co więcej, decyzję tę podjął zapewne bot.

Nie inaczej jest na Facebooku. Na pewno znamy kogoś, komu zawieszono konto. Na razie czasowo, ale kto wie, czy już za rogiem nie czeka na nas ban nieograniczony w czasie. Co się wtedy może stać, przekonałem się boleśnie na przykładzie mojego smartfona, pozbawionego nagle dużej części kontaktów. Gdybym, na swoje nieszczęście, dorobił się również bana od Google, miałbym problem dużo poważniejszy – nie dość, że prawdopodobnie nie wiedziałbym, czyj telefon jest czyj, to jeszcze nie miałbym dostępu do swoich wiadomości i poczty elektronicznej. Tak, ja przecież też już od dawna zżyłem się z Gmailem i już nie pamiętam, jak to jest używać poczty od innych dostawców. Co więcej, coraz częściej nie pamiętają tego również nasi pracodawcy, opierając firmową pocztę o technologię Google i jego serwery.

Wyobraźmy sobie więc, co się stanie, jeśli zostaniemy zablokowani przez Google’a. Prywatne kontakty jakoś jeszcze damy radę opanować, o ile umiemy ograniczyć się tylko do tych osób, które nie używają Gmaila i do których można zadzwonić. Nasze życie w sieci również ucierpi, bo coraz więcej portali i stron internetowych powierza komentarze albo Google’owi (np. Agora, każąca się logować do komentowania z konta na gazeta.pl, oczywiście opartego o Google’u), albo Facebookowi (np. należący do „Krytyki Politycznej” Dziennik Opinii). Jeszcze gorzej będzie z pracą – nie dość, że całkiem szybko stracimy swoją – nie mamy już dostępu do poczty w pracy, bo nasz pracodawca przeniósł ją na serwery Google’a – to w dodatku staniemy się praktycznie niezatrudnialni. Wysłanie zwykłego CV stanie się loterią, bo przecież nie wiemy, która poczta oparta jest o Gmail. Niezwykle szybko spadamy więc do kategorii pariasów i faktycznych banitów we własnym społeczeństwie.

Na szczęście jesteśmy mało ważni i nie dajemy ani Google’owi, ani Facebookowi powodów do banowania nas. Jesteśmy grzeczni, a jedyne, co może naruszać ich polityki, to wrzucenie od czasu do czasu zdjęcia z gołymi cyckami, albo i tego nie. Czy na pewno? Jak to wygląda w praktyce, możemy się przekonać, gdy raz na jakiś czas Internet obiega pełna oburzenia wiadomość o tym, że któryś z tych gigantów „sprzedał” jakiemuś rządowi dane dotyczące politycznych przeciwników. Albo że z którymś z rządów podpisał umowę, w której zobowiązuje się do cenzurowania tego, czego szukają i o czym piszą jego użytkownicy. Dopóki dotyczy to krajów tak dalekich jak Chiny czy państwa afrykańskie, czujemy się spokojni. Nas samych stara się bronić Unia Europejska, ale kto wie, jak długo będzie się to udawało i jak paskudne rzeczy w międzyczasie będą robiły nasze własne rządy.

Google i Facebook potrzebują do życia tego samego – sieci naszych kontaktów. Obie korporacje doskonale wiedzą, z kim się kontaktujemy, jak często i gdzie bywamy (geolokalizacja to kolejna z rzeczy, na które się zgodziliśmy, instalując aplikacje!). Obie wiedzą, gdzie właśnie zrobiliśmy zakupy (ach, ludzie „czekinujący” się na Foursquare czy po prostu mający automatyczne meldowanie się) i z kim właśnie siedzimy, jedząc pizzę wieczorem, choć żonie powiedzieliśmy pół godziny wcześniej, że zostaniemy dłużej w pracy i że ma się nas nie spodziewać wcześniej niż po północy. Dane o sobie i o tym, co robimy podajemy bardzo chętnie i najczęściej zupełnie bezwiednie obu gigantom na tacy. Nawet jeśli wybierzemy cyfrową banicję i będziemy uważać, że jesteśmy poza systemem, zrobią to za nas przyjaciele, znajomi i współpracownicy.

Nie możemy na to wiele poradzić, ale miejmy chociaż tego świadomość.

Yours truly, 2095

Roszczeniowcy na placu Taksim

108 lat temu, 22 czerwca 1905 roku, wybuchło coś, co nazwano później powstaniem łódzkim, a co stało się częścią wydarzeń w całej Polsce w ramach rewolucji 1905 r. W ciągu kilku dni stanęły niemal wszystkie łódzkie fabryki, a na ulicach pojawiły się barykady. Przyglądając się pożółkłym fotografiom i wycinkom z gazet z epoki, nie zastanawiamy się zbyt często, o co ci ludzie walczyli. Jest to dla nas kolejne wydarzenie z zamierzchłej historii, nieaktualne i pozbawione znaczenia. Nic bardziej mylnego.

Wśród żądań ówczesnych robotników znajdziemy takie jak ośmiogodzinny dzień pracy, równe płace dla kobiet i mężczyzn, ubezpieczenia zdrowotne i bezpłatną opiekę nad dziećmi. Wszystko, o co walczyli wtedy, brzmi niezwykle aktualnie także teraz, w dobie prekariatu i umów śmieciowych. Ilu z nas pracuje w nienormowanym czasie pracy, będąc pod telefonem/e-mailem praktycznie cały dzień? Ilu z nas posiada pełne ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne? Ilu z nas, jeśli już zdecydowaliśmy się na posiadanie dzieci, miało szczęście umieszczenia ich w miejskim przedszkolu, a nie musiało polegać na darmowej pracy babci?

Świadomość tego, że posiadamy prawa, jest niezwykle ważna. Prawo do pracy, prawo do godnej zapłaty za nią, prawo do ubezpieczeń społecznych, prawo do bezpłatnego leczenia i bezpłatnej nauki, prawo do posiadania dachu nad głową – to wszystko składa się na katalog najbardziej podstawowych praw, które nam przysługują, a o których coraz mniej z nas pamięta. Bezwiednie, godząc się na coraz gorsze warunki, zapominaliśmy o tych prawach. Aż wreszcie znaleźliśmy się niemal w tym samym miejscu co bojownicy roku 1905.

Ostatnie ćwierćwiecze to pole nieustającego rugowania tej świadomości z umysłów społeczeństwa. Każdy, kto upominał się o podstawowe prawa, lądował w szufladce z napisem „roszczeniowy”. Nowoczesnemu Polakowi roszczeniowość nie przystawała – nowoczesny Polak zajmował się pomnażaniem swojego kapitału i już za chwilę miał stać się nowym Carringtonem. Jasne było, że aby to osiągnąć, należy zaciskać zęby i przeć do przodu, kosztem swoim i innych, a wszelkie kłopoty i niedogodności napotykane na tej drodze miały być przejściowe.

W ten sposób zgodziliśmy się jako społeczeństwo na ciągłe wyrzeczenia i niedogodności. Wyszkoleni, że od tej pory wszystko znajduje się w rękach jednostki, oduczyliśmy się działań zbiorowych. Rozbici i zatomizowani staliśmy się łatwym celem, bo nikt już za nami nie stał. Co gorsza, przyjęliśmy panującą nowomowę – prawa stały się przywilejami, a upominanie się o nie postawą roszczeniową. Każdy, kto podnosił głos w swojej obronie, narażał się na ukamienowanie, jako ktoś, kto przeszkadza w biegu ku świetlanej przyszłości, a prawa, których bronił, należało mu w ogólnej opinii natychmiast odebrać, jako nienależne przywileje. W ten sposób napuszczano jedne grupy społeczne na inne, a podręcznikowym wręcz tego przykładem jest opublikowany niedawno w „Gazecie Wyborczej” list pracownika call center. Jego autor atakuje nauczyciela broniącego swoich praw, zamiast walczyć o takie same prawa dla siebie.

Niepostrzeżenie wyrosło całe nowe pokolenie – nie znające już innego języka i nie potrafiące działać wspólnie. Nawet postawieni pod ścianą prywatyzujemy nasze nieszczęścia i obwiniamy za nie głównie siebie, nie dostrzegając systemu stojącego za nimi. Nie wychodzimy na ulice, zamykając się z problemami w czterech ścianach. Nie mamy świadomości grupowej ani świadomości klasowej, odrzuconej jako niemodna i przestarzała.

Tymczasem poza naszymi granicami wrze. Protesty uliczne rozlały się jak Europa długa i szeroka – wszędzie tam, gdzie usiłowano zaaplikować ludziom drakońskie reformy, zmuszające do płacenia za nie swoje błędy. Grecja, Hiszpania, Szwecja, a ostatnio Turcja – zewsząd dochodzą głosy o kolejnych manifestacjach i starciach z policją. My pozostajemy na nie głusi, bo kto by sympatyzował z roszczeniowymi warchołami, którym się nie chce pracować?

Plac od wieków był najważniejszą przestrzenią w mieście. Agora, miejsce spotkań, na które każdy mógł przyjść i spotkać się z innymi. W obronie tego w Stambule polała się krew. Ludzie zaprotestowali przeciwko zniszczeniu i prywatyzacji przestrzeni wspólnej, upominając się również o pozostałe podstawowe prawa, których im odmawiano. Rewolucja na naszych oczach rozlała się na dziesiątki innych tureckich miast, napotykając brutalną reakcję rządu. Echa tych wydarzeń dotarły nawet do Polski, każąc postawić sobie pytanie, jak zachowalibyśmy się jako społeczeństwo w podobnej sytuacji?

Każda władza doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak groźna jest duża publiczna przestrzeń położona w sercu miasta. Takie miejsce szybko może się stać ogniskiem protestu, jak np. kijowski Chreszczatyk w 2004 czy plac Tahrir w Kairze. Dlatego władze chętnie odbierają społeczeństwu te obszary, oddając je w zarząd prywatnym inwestorom czy kierując na nie ruch samochodowy. W moim rodzinnym mieście jeszcze w latach 70. zeszłego wieku w ten sposób zniszczono główną arenę robotniczych wieców, jaką był Wodny Rynek. Ten największy plac Łodzi był od końca XIX stulecia widownią wieców, masówek oraz bitew z wojskiem i policją. To tam spotykali się wszyscy, którzy pragnęli zmiany, i to tam szli, aby to pragnienie zamanifestować. Dziś w jego miejscu biegnie wielopasmowa arteria, a smutne resztki placu zajmuje martwy parking. Nie lepszy los spotkał inne dawne rynki mojego miasta – Bałucki, Zielony czy Górny zostały oddane we władanie kupcom, którzy zabudowali je halami.

My jednak nie broniliśmy przestrzeni wspólnych. Nauczeni, że wspólne oznacza tyle co niczyje, nie przejęliśmy się, gdy wspólne nagle stało się czyjeś. Nie odczuliśmy straty, a ci nieliczni, którzy odczuli, spotykali się z pełnymi politowania puknięciami w głowę. W obronie Bałuckiego Rynku nie padł żaden kamień, a drzew w Ogrodzie Krasińskich bronili nieliczni. Żadne z tych miejsc nie stało się zarzewiem protestu, iskrą, która wyzwoliłaby powszechny ludzki gniew.

Mimo to klimat się zmienia. Coraz więcej osób zauważa, że razem można więcej. Coraz więcej osób gotowych jest wykonywać codzienną pracę u podstaw i odzyskiwać przestrzeń dla całej społeczności, a nie tylko dla siebie. Na razie są to małe, kilkudziesięcioosobowe grupki, słabe i izolowane, ale z każdym dniem jest ich więcej. Uczą się identyfikować swoje problemy i odnajdywać ich przyczyny. Uczą się też spoglądać za płot i zauważać, że problemy różnych grup bardzo często mają takie samo podłoże. Na ulicach dużych polskich miast pojawiają się demonstracje solidarności z protestującymi w innych częściach świata. Walczący o dach nad głową lokatorzy prywatnych kamienic otrzymują wsparcie od środowisk anarchistycznych. Mniejszości seksualne wpisały na sztandary Parady Równości żądania godnej pracy i płacy. Ludzie ze, zdawałoby się, zupełnie sobie obcych grup społecznych zaczynają współpracować i walczyć ramię w ramię.

Być może nie doczekamy się swojego placu Taksim i być może w obronie kolejnej zawłaszczanej wspólnej przestrzeni nie padnie żaden strzał. Jednak mam przeświadczenie, że do przesilenia zostało już niewiele czasu. Bądźmy gotowi, bo walka, która się wtedy rozegra, będzie walką o nasze prawa.