Michał Matuszak: Rymy bojowe

Michał Matuszak: Rymy bojowe

***

Chłopska nędza

 

Z bólem prostuje kręgosłup styrany od wysiłku

Znój podejmuje dla marnego posiłku i czyjegoś zysku

O godność upomnieć się trudniej, gdy z pogardy co rusz praskają po pysku

I tną batami do krwi skórę

Ten co odmawia posługi ten nierozumny dureń

Młódka nie chciała ulec, więc splugawił przed rodziną siostrę i córę

Nie mogłem nic począć, ojciec przyjął to z ogromnym bólem

Co pozostało biedocie? Ukorzyć się przed jaśnie królem

Dobra ziemskie i majątki wielkie wzniesione czyimś trudem

Upodleni nędzarze smrodem i brudem

Gdy chłodny pot spływa po rozżarzonym ciele

Gdzie wzrokiem sięgnąć rodzina i przyjaciele

Miejsce od dziecka znane, po kres życia dane

Bieda jak znamię, upokorzenie zbyt dobrze zna je

Dzień rozpoczyna się wraz z wczesnym ranem

Świt przypomina, że żywot to boskie skaranie

Należycie oddaj pokłon panu prostacki chamie

Chłopa wzgarda bo dwór ścielą gęby niegodne i cwane

Pisk rodzi szmer, szmer a po nim szepty

O rety, to nie są już sekrety

Szept do szeptu w sumie robi się już szumnie

Ponad szum wyrastają krzyki

Głosy krytyki zlewają się we wrzask przeciw katom

Wojna pałacom, a pokój chatom

Żyłę na czole rozsadza niepohamowana furia

Powiada: dosyć mam traktowania jak zwykłego durnia

Żądzy gniewu nie stępi pleban ani też liturgia

Wieści w karczmie niosą upojone podszepty

Do momentu, gdy tenże chłop korpulentny

Wykrzyczał: burżuje to niegodziwe mendy

We wsi larum i jazgot

Ktoś bez rozsądku wypowiedział posłuszeństwo panom

Siekierę z drwa wyrwał jednym szarpnięciem

Zimny trzonek mocniej zacisnął w ręce

Tępe ostrze w pniu wyżyna wcięcie

Kładzie się modrzew głuchym skrzypnięciem

Myśli krążą bez ładu zanurzone w odmęcie

Od rodzimej ziemi nie da się odwrócić na pięcie

Nawet wtedy, gdy szachuje państwo nadęte

Tfu, więcej czapkował nie będę

Ani z uniżenia ściskał mycki w dłoniach

To chłopa przesłanie, nie przebierał wysłańcowi w słowach

Oddala się dworska gnida w mrok cichnącym tętentem konia

Szlachta zniewagą uczyniła z chłopa niepokornego woja

Honor to pancerz chroniący jak zbroja

 

 

Ciągle na parterze

 

Wszystko można dziś skomercjalizować

Twarze i symbole, młodzieżowe roku słowa

Religia i bunt także mogą być towarem

Dewocjonalia, a na koszulkach noszą Che Guevarę

Być gdzieś pomiędzy zawsze się starałem

Zdrowy rozsądek pokierował mnie na lewą flankę

Tutaj jest już spoko, choć ulegam ciągłym szokom

Kryzysom finansowym i dziurom ozonowym

Zagrożeniem wojnami, społecznymi zmianami

Drogimi mieszkaniami i majątkowymi dysproporcjami

Wyzwań co niemiara do rozwikłania, więc może starczy już teoretyzowania

Spokrewniony z anarchizmem, lecz zdaję sobie sprawę, że problemy te są polityczne

Wytyczne elastyczne, układane tak by nie strącić im włosa z głowy

No co wy? Nie udawajcie zgrai niewiniątek

Pod tym kątem, jesteście niewyobrażalnie chujowi

Odchodzą starzy, a ich miejsce wypełniają nowi

Kontynuatorzy neoliberalnego pochodu zwycięzców

Choć to nie wojna na froncie, oni wciąż biorą jeńców

Grodzenie i dzielenie tego co niegdyś łączyło

Niektórym portfelom się solidnie przytyło

Opłotowań i kamer w nowych czasach przybyło

Choćby wszystko propagandą sukcesu się okryło

To co się mogło to się spierdoliło

Budzik dzwoni, wstaje dzień w świecie który nie jest rajem

Inne były obietnice, siostro, bracie się zdaje

Gorzka, czarna kawa ociepla zimne jak lód wnętrze

Znów trzeba się wspinać piętro po piętrze

Pomimo wysiłku i starań wciąż jestem na parterze

Ha, ha, ha czego oczekiwałeś jebany frajerze?

Żyjemy w świecie gdzie wolność jest taka dokąd sięga

Własność prywatna i ile aktywów się w kieszeni posiada

A ten co nie ma spłaca dobytek w ratach

Ta relacja jest jak syndrom sztokholmski

Musisz dalej w tym trwać, pomimo że grunt jest grząski

Wyprowadzam lewy sierpowy i kończę z nimi potężnym prostym

Ten system promuje panów wyniosłych, co brzuchy sadłem im obrosły

I konkurencję, w której należy wyciąć w pień rywala

Winny każdy z tych co się na szczycie nie znalazł

Nie do wywabienia skaza w życiorysie jak tłusta plama

Każdy musi sam przetrawić swój życiowy dramat

Napięcia eskalują, w końcu rozsadzą porządek jak granat

To normalne, że poczciwemu w biedzie i tak się nie powiedzie

Rodziny w komunalkach wychudzone jak po cud diecie

Z drogi śmiecie, bo panicz Lexusem jedzie

Uśmiechnięty i przystojny, bo takiemu inaczej nie przystoi

Doprawdy piękne słowa w szczerbatym uśmiechu tracą powab

Ci którym poskąpiono urody mogą mieć na świat focha

Dziś nikt nie wznosi myśli, wszyscy chcą się wyróżniać na fotach

Do wypowiedzi nie agora, a w sieci fora

Instagram, Tik-Tok albo patobójki w oktagonach

Odlatuję stąd czym prędzej jak kapitan Wrona

 

 

Tak pięknie, globalnie

 

Jestem uczestnikiem skomplikowanych globalnych więzi

Mimo prawa do wolności czuję się jak na uwięzi

Układają świat krwawi dyktatorzy i marionetkowi prezydenci

Polityczna sitwa całe życie na debacie spędzi

Jak czarownice z Salem oni są jacyś przeklęci

Zabawa czyimś kosztem, może ich to zwyczajnie kręci

Dysydenci schodzą do podziemia jak czeski Krecik

To Squid Game, świat wszechmogących jak Bruce

Shell zostawia za sobą wycieki i gruz

Jak przy ludzkim dramacie zachować luz?

W Chinach zeskrobują z ulicy robotnika mózg

Który nie podołał niewolniczej pracy dłużej już

Zginął przez telefon, który ktoś wyrzuci po roku i gra blues

Znudzony szejk wytarł gębę pobrudzoną przez humus

Z klima-loży zerkał na roboli rozpływających się jak owocowy mus

Stadion na mundial w Katarze musi być panie, wiesz konkret luksus

Będziemy emocjonować się meczami

Zawodnicy znów będą bohaterami

W sklepach gadżeciarski szał

Wszyscy jesteśmy biało-czerwonymi orłami

Nie bądź malkontent, konsumuj razem z nami

Globalny świat drynda w kieszeni

Globalne ciuchy, cuda wprost nie z tej ziemi

Globalne media, one wpływają na dyskurs

Globalną żywność leniwie przeżuwam w pysku

Trujące toksyny połykam z każdym oddechem

Zagrożenia klimatyczne prezydent w Brazylii zbywa śmiechem

Więc karczują puszczę pod kolejne uprawy soi dla wołowinki

Zanieczyszczenia i fermy to wysoki koszt taniej wędlinki

Co wyląduje na moim talerzu zależy od chińskich fosforanów

I czy w Ameryce Południowej Stany nie zaprowadzą rabanu

Dla przykładu, Fruit Company zabijał dla zysku z bananów

Chamów czas pożegnać już, co wy robicie ciągle tu?

Przeorał masową kulturę odważny ruch MeeToo

Teraz mówi się głośno, że trzeba jebać seksistów

Odtąd wyważać muszę bardziej słowa

I dobrze

Niemożność pierdolenia byle czego odbierana jest jak nowomowa

Totalitaryzm albo cenzura, co za bzdura

Wreszcie skończyły się czasy, że wstydzi się nie oprawca, a ten upokarzany

Typ co się w tym nie łapie stoi jak tryk zbaraniały

Widziały gały co brały

Chyba że akurat robisz zakupy w markecie

Z wierzchu wygląda pięknie jak w żurnal-gazecie

Glutaminian, barwniki, spulchniacze ze sobą w komplecie

W takim żyjemy świecie, monokultury i rzęsiste opryski

Nie po to by karmić, a osiągać kolosalne zyski

Kształt owoców i warzyw ocenia estetów komisja

Ogromne marnotrawstwo, a nie taka ponoć była wizja

 

 

Płonące butle

 

Gdy się wkurwiam, taaa, to temperaturą wrzenia

Nienazwany gniew nie robi na władzy wrażenia

Kompatybilny tłum idzie z postulatami

Wiedz, że wówczas nie chcą już zadzierać z nami

Siła rewolty zwiastunem zmiany

Jak pobudzony Krakatau sejsmicznymi wstrząsami

A psami mogą szczuć, to początek jatki

Nadrzędna zasada: nie trafić za kratki

Oczy dookoła miej jak Inspektor Gadżet

Pięści, w nich kamienie, to dżungla bez maczet

Prośby nie poskutkowały, grzecznie to już było

Nie ma tu baranów, robi się już bydło

W starciu wizerunków zero do jednego dla was

A małe uciechy dla wielu jak awans

Między problemami sztuką jest zachować balans

Szczęściarze z tych, których życie to nie marazm

Odpowiedzią na wzgardę są płonące butle
Pytanie, czy ryzykować przejebanym jutrem

Jesteśmy niezadowoleni i mamy już dosyć

W końcu wasze mordy dosięgną z ulicy ciosy

Niszczycie wspólnotę bo bez niej czujecie bezkarność

To czego się boicie, solidarność, to jest prawdziwa wartość

Dlatego krzyczymy to głośno w grupie

Jebać polityków, mamy was kurwy w dupie

W starciach ulicznych nowy świat wciąż będzie się wyłaniać

Choć obwieścił koniec historii Fukuyama

Gdy jesteś przydatny, po wpadce dadzą szansę do pokajania

By odzyskać zaufanie będzie trzeba się nachapać

Komentariat żeby istnieć musi dalej gadać

A pomiędzy ludźmi wspólnej sprawy nadal będzie trwała sztama

Zatrzymujemy policyjny pochód jak weselników brama

Choć na co dzień rozpierzchnięci zlejemy się w jedność jak woodstockowe pogo

Wiesz co oni wtedy nam mogą? Naskoczyć

A batalia od propagandy po fizyczny kontakt będzie się toczyć

Pycha kroczy ponoć chwilę przed upadkiem

Systemu sługusy taszczą typa z wykręconym karkiem

Rozbiegany wzrok jak tłum, lecz nie ma mowy o popłochu

Mamy swoje prawa, choć twierdzą, że my to ci z motłochu

Dlatego świszczą kule w górze, demokracja ma konflikt w naturze

Więc spokoju nie może być tutaj dłużej

Zwłaszcza, gdy nie odpowiada nam misja rządu

Jesteś z nami człeku, to jesteś mordo w porządku

 

 

Projekty nowego życia

 

Audyt na rejonie, śledzi ruch monitoring

Nie ma już oprychów, którzy bili się jak Torin

Mało co zostało po nich, towar ktoś inny goni

Nikt już nikogo nie kroi, dawni jak dzieje z kronik

Żaden w brokat się nie stroi jak na stole stroik

Żyją już gdzieś indziej, jeszcze nie złożyli broni

Zjawili się nowi, którzy przyszli z hajsem po nich

Jeśli chcesz przejrzystości to to miejsce lepiej pomiń

Świat należy do tych co trupami swój ścielą pomnik

Jeden rozbija się mercem, drugi głowy rozbija o chodnik

W hajsy płodni są ci zimni jak w talerzu chłodnik

Mający za sobą grupę szanse swe zwielokrotni

Szczególnie, gdy ta grupa grupę wpływu stanowi

Działanie ponowi, rekin, który nie przyjmie odmowy

Nawet, gdy dobiega skowyt i sypią się na łeb gromy

Nowe konstrukcje ponad marność wznoszą się jak drony

Śmierdzi szwindlem ale wszystko legal jak towar oclony

Patodeweloperka zasysa tkankę miejską i zbiera plony

Zaprojektują nowe życie dookoła kiedy wyniuchają w potencjale zyski

Jeśli nie dorównasz wzrostom możesz w poduszkę kwilić bo już jest po wszystkim

Stało się ładnym to co wcześniej było brzydkim

Nieregulaminowi muszą opuścić miejsce to krokiem szybkim

Projekty nowych dzielnic

Obietnice lepszego życia

Gentryfikacja ma stare do ukrycia

I cel w podnoszeniu dla snobów prestiżu

Miejsce to samo, już bez biedoty i kiczu

Przyszło pokolenie nowe schowane za domofonem

Z zamykanym szlabanem i agencją co zapewnia ochronę

Wyjątkowi jak monarcha noszący na głowie koronę

Skoro w niej wielu upatruje celu

Zadowoli ich tylko to co jest marką deluxe

Tych obciążonych długami pochłania czeluść

Bo polityka mieszkaniowa brzmi jak oksymoron

Nigdy nie będzie cię stać, chyba że masz hajs jak Joanna Moro

Co chcą to biorą, więc mają sporo

Przestrzenny horror jest miejską zmorą

Jak Neapol z Camorrą wieczorną porą

Rachunki cię do łysa wygolą

Jak skalp, alternatyw brak, nowy miasta ład

Więc trafia cię szlag i więdniesz jak flak

Wyrosło piękne i sterylne, a dookoła toporna nijakość

Co kłuje w oczy jak starca nagość

A miało być słodko jak z kremem ciasto

Długie cienie brył padają półmrokiem na miasto

Zagęszczonego od mikro-przestrzeni niczym w chowie klatkowym

Przelazły głowy jak u kotów, no to luz, mówić nie ma o czym

 

Michał Matuszak

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay

 

Rymowane teksty socjalne

* * *

Nr 1

Związki pracownicze, na nie bracie tylko liczę
Posiadacz mnie wysiudał z zysku, który mu wyćwiczę

Wbrew wyobrażeniu, łączy szefie nas niewiele
Twój finansowy sukces to moje upodlenie
Transakcje, spekulacje, zza kulis pertraktacje
Hegemoniczny rynek prowadzi swą narrację
Krucjata ideologii, neoliberalne szambo
Wybiło już dawno, tworząc dookoła bagno
Bank Światowy i Fundusz Walutowy
Destrukcja społeczeństw przy pomocy rewolty
Odtąd kto nie przedsiębiorczy, ten odstaje od normy
W systemie grodzenia nie ma już łąk wspólnych ani pastwisk
Miarą sukcesu jest finansowy na konto zastrzyk
Choćby dawał światu sam plastik i pastisz
Zwolennicy terapii szokowej zawieszeni są jak karnisz
Zyski prywatyzowane, uspołeczniane nadal straty
Uberyzacja pracy, zyski korpo podane na tacy
Ta dysproporcja boleśnie doskwiera jak sośnie siekiera
Solidarność pracownicza, jak równość, od dawna umiera
A ci co mają mało boją się ryzykować
By nie utracić resztek godności
To nie moja błyskotliwość, tak mówi psychologia
Dlatego nie chcę być prekariuszem
Upaćkanym pariasem w kapitału strukturze
A ci co mniej wytrwali dyndają na sznurze
Jak rolnik z Pendżabu, który doświadczył rynkowego krachu

Uderzam w kapitalizm celnie jak Piguła
Przez całe życie jebana harówa
I co z tego, że odpowiednio się nie wykształciłem
W tym manifeście chodzi o nasze bycie

Ci co mniej wytrwali powpadali w rozpacz
Jak polska szwaczka, której zakład się rozpadł
Eksperymenty chłopców z Chicago
Gospodarka jak plansza Monopoly
W systemie naczyń połączonych
Nie ma miejsca do swawoli
Rygor panów zza kotary
Lobby niczym czarnoksiężnik uskutecznia swe podłe czary
Coś w tym świecie zgrzyta, potwornie mi nie odpowiada
Gdy jeden nie dojada, na koncie drugiego spoczywa suma horrendalna
Przyprawiająca o ból głowy, większa niż budżet państwa
Prywatyzacja zagarnia publiczną przestrzeń
Którą przy każdej nadarzającej się okazji kapitał zdepcze
Rządy silne są wobec słabych, za cienkie na tych mocnych
Ile jeszcze czasu na niesprawiedliwość będziemy zamykać oczy?
Błogosławiona jest własność prywatna, a daleko w tyle człapią pozostałe prawa
Prawdą ponoć jest, że urodziłem się w najlepszym systemie
Z biegiem lat ocknąłem się, że coś jest nie teges
Rwetes tu, słów szeroki strumień wypływa z ust
I będę już od dawna gotowy
Kiedy ciche głosy oburzenia zleją się w chóralne tony
Agresywnie nawołujące do obalenia
Kapitalistycznego kolosa, osiadłego u podstaw jak osad
Dosadnie, strąćmy panów z ufortyfikowanych posad
Klaruje się silna potrzeba rewolucji jak Zapatyści
Te myśli, nie chcą już opuścić mojej głowy
Pora na raban, nie ma miejsca na rezygnacji skowyt

 

Nr 2

Stoimy nad urwiskiem, a w dole tańczy pożoga
Czas się pożegnać, ogromna szkoda
Tych zniszczeń nie zrekompensuje nam żadna kwota
Na ocalenie coraz mniej szans, a zresztą na co mi hajs
Kiedy z ziemi zrobiliśmy ten szajs
Decydenci składają deklaracje, nic to nie daje
Protokół z Kioto, porozumienia kopenhaskie i paryskie
Nie przyniosły nic poza ufajdanym kłamstwem politycznym pyskiem
W wystąpieniach obiecują zmianę
Nie cichną echa gromkich oklasków
Co nie zmienia faktu, że nadal tkwimy w potrzasku
Tworzę jedność z światem, nie jak dualizm Kartezjusza
Filozofia, która wycisk przyrodzie narzuca
Różnica między podmiotem a przedmiotem
Uzmysławia kogo wyzyskiwać i co można posiadać
Choć ludzkie ciało na produkt też się nada
To nie błąd w mechanizmie, system to jedna wielka wada
Wycieczkowiec z turystami kontra tubylcza tratwa
Czy myślę, więc jestem?
Przez to reszta świata musi być martwa?
Biznes zgładził naturę, uczynił z niej na półkach towar
Stabilność świata zahaczona o próchniejący konar
Wszystkim dziś można handlować
To co dla nas jest bezcenne oznacza tani surowiec w łańcuchu dostaw
Indywidualne wybory to wciąż za mało
By życie na Ziemi uratowano
Spychana odpowiedzialność na nasze sumienia
Odwrócenia uwagi wielkim molochom potrzeba
Bo wybiórczo dobierane dane traktują nieuczciwie prawdę
Nie zawsze jest to kłamstwem, lecz pomijanym faktem
Obłudą mamiącymi masy reklamami i promocjami
Celebryckimi uśmiechami i marketingowymi zabiegami
A to czego potrzebuję to czyste powietrze
Woda wsiąkająca w glebę i ptaki na wietrze
W obliczu żywiołu serce me truchleje
Woda gasi pragnienie w dniu upalnym i daje pożywienie
Powodzie i ulewy, przeciwnie, jak ostrzeżenie
Choć nie jestem czcicielem ognia jak zaratusztrianie
To bez niego nie ma na ziemi życia panie
Lecz nieokiełznany może też nam je odebrać
Równanie jest proste, to żadna algebra
Z naturą ludzkość się musi pojednać
Nie ma odwrotu, to kwestia nadrzędna
Tu nie ocali nas polisa od Ergo Hestia
Nadmiernej konsumpcji nie można zaprzestać
Bo mimo nasycenia rynku on dalej brzuch swój chce napełniać
Otwór pustki wciąż się poszerza, a dziura to niepomierna głębia
W podmuchach wiatru coraz częściej czuć destrukcję
Orkany nadciągają, meteorolodzy imionami je oswajają
Chyba przeczuwają, że te zjawiska staną się już normą
Hormon szczęścia zniżkuje i nie poprawia mi nastroju
Ile by nie opublikowano badań zwojów
Głos denialistów nieustępliwie szturmuje do boju

Nr 3

Choć cię nie widać, nie znaczy, że jesteś niezauważalny
Dane krążą jako towar, funkcjonujemy wszyscy w trybie zdalnym
Informacja tutaj nie jest równa wiedzy
Uchodzi za znawcę typ w temacie niekompletny
Sprowadzone życie jest do ciągu cyfr
Przewidywalność w sieci jak czytanka dla dzieci
Cyfrowa dyscyplina, pierdolony tayloryzm
Bezwiedne wykonawstwo, indywidualność to tylko pozory
Autonomia kończy się, gdy uwierzytelniasz system logowaniem
Niby coś dostajesz, ale więcej jednak dajesz
Myślenie jednostkowe przemielone w strumień
Danych, których oddać nie chcemy, a oddajemy
Nie wiedząc nawet kiedy
Reguły gry nie są symetryczne, niestety
Profilaktyka ma się dobrze?
Puls sprawdzisz w telefonie,
w zegarku poziom cukru,
Streaming porad i e-zdrowie
Sprywatyzowana wartość tworzona jest przez użytkownika
Choć nie nazwiesz tego pracą, robisz tu za pracownika
Hakowana psychika, login do podświadomości, mój nick to Michał
Siedzisz przed kompem, robisz swoje ekran obserwując
Role się odwróciły, teraz twoje zachowanie bacznie monitorują
Przekroczyli granice umysłu, brak czasu do namysłu
Sformatowane potrzeby, o których nie wiedziałeś
Lecz nieważne, dadzą ci szanse
Na spełnienie każde, kreowane niuanse
Kolejne skandale jak Cambridge Analytica
Wstrząsająca ingerencja jak eugenika
Wpływ GAFA na świat jak polityka
Otępiały zgadzam się na to i ciasteczka połykam

Nikt mnie tak szczegółowo nie zna jak algorytm
Jak algorytm, Dolina Krzemowa, Mark Elliot
Wszyscy jesteśmy pochłonięci przez monitory

Chcę posłuchać muzyki
A brzdęka reklamowy song
Twarz skądś kojarzę, lecz
czy to ktoś znajomy czy
zasponsorowany post
Manipulacji mam już dość
Na wskroś – prywatności penetracja
Odzyskanie danych to docelowa stacja
Niejasności i kolejne matactwa
Osobowość skatalogowana
W kwestii ochrony dopuścili się partactwa
Aplikacja – pracodawca, nie obroni cię tu prawo pracy
A inwestor bije temu z entuzjazmem brawo
Miało być klawo w świecie łatwo dostępnej wiedzy
Społeczne korzyści kontra dla garstki kupa pieniędzy
Stopa wzrostu musi stale rosnąć dla interesanta zwrotu
Rynek niekończących się przejęć, fuzji i obrotu
Nieubłagalnie dąży to do monopolu
Ponieśliśmy wyraźną porażkę na tym polu
Licencje, prawne zasieki, chciwość i patenty
Informacja obwarowana jak pręty, choć odebrana mi za darmo
Od zagęszczenia faktami robi się już gwarno
Żyjemy dziś wszyscy w centrum, nie ma już peryferii
Tkwimy w globalnej wiosce milionów osiedli
Waszyngton – Mogadisz, bogaci i biedni
Makler – pastuch, lubiani i wredni
To nie sci-fiction ani post-apokalipsa
Algorytm warunki rynkowe na nowo wymyśla
Oplótł cały glob jak pnącze ruinę
Informacja tutaj nigdy nie zginie
Bo tworzy się w niekończącej operacji
W efekcie sieciowym chodzi o mnogość reakcji
Aktywności powiązanej jak jony
I zrabowanej koncentracji
Przyszedł czas społecznej demokratyzacji
Wspólnica danych może przynieść społeczeństwu pozytywne zmiany
Inaczej będziemy nadal z prywatności ograbiani
Scenariusz do bani!

Michał Matuszak