Jestem ukraińskim socjalistą. Oto, dlaczego jestem przeciwnikiem rosyjskiej inwazji

Jestem ukraińskim socjalistą. Oto, dlaczego jestem przeciwnikiem rosyjskiej inwazji

Jako socjalista i internacjonalista brzydzę się wojną. Ale podstawowa przesłanka samostanowienia uzasadnia opór zwykłych Ukraińców wobec brutalnej inwazji Władimira Putina na nasz kraj.

Piszę z Ukrainy, gdzie służę w Wojskach Obrony Terytorialnej. Rok temu nie mogłem się spodziewać, że będę w takiej sytuacji. Podobnie jak miliony Ukraińców, poczułem, że moje życie zostało wywrócone do góry nogami przez chaos wojny.

Przez ostatnie cztery miesiące miałem okazję spotykać ludzi, których w innych okolicznościach raczej bym nie poznał. Niektórzy z nich przed 24 lutego nigdy nie myśleli o chwyceniu za broń, ale inwazja rosyjska zmusiła ich do rzucenia wszystkiego i udania się do walki, by chronić swoje rodziny.

Często krytykujemy działania rządu ukraińskiego i sposób organizacji obrony. Ale nasi odbiorcy nie kwestionują konieczności oporu i dobrze rozumieją, dlaczego i o co walczymy.

Jednocześnie w ciągu tych miesięcy starałem się śledzić dyskusje międzynarodowej lewicy o wojnie rosyjsko-ukraińskiej i uczestniczyć w nich. Jednak najważniejszą rzeczą, jaką odczuwam po tych dyskusjach, jest zmęczenie i rozczarowanie. Zbyt dużo czasu na obalanie w oczywisty sposób fałszywej rosyjskiej propagandy, zbyt wiele wysiłku na wyjaśnianie, dlaczego Moskwa nie miała „uzasadnionych obaw o bezpieczeństwo”, by usprawiedliwiać wojnę, zbyt wiele czasu na udowadnianie podstawowych przesłanek samostanowienia, z którymi każdy lewicowiec powinien się już zgodzić.

Być może najbardziej uderzające w wielu z tych debat na temat wojny rosyjsko-ukraińskiej jest ignorowanie opinii Ukraińców. Ukraińcy są nadal często przedstawiani w lewicowych dyskusjach jako bierne ofiary, którym należy współczuć, lub jako naziści, których należy potępić. Ale skrajna prawica stanowi wyraźną mniejszość ukraińskiego ruchu oporu, podczas gdy absolutna większość Ukraińców popiera ruch oporu i nie chce być tylko biernymi ofiarami.

Negocjacje

Nawet wśród wielu ludzi o dobrych intencjach słychać w ostatnich miesiącach coraz głośniejsze, ale ostatecznie niejasne wezwania do negocjacji i dyplomatycznego rozwiązania konfliktu. Ale co to dokładnie oznacza? Negocjacje między Ukrainą a Rosją trwały kilka miesięcy po inwazji, ale wojny nie przerwały. Wcześniej negocjacje w sprawie Donbasu trwały ponad siedem lat z udziałem Francji i Niemiec, ale pomimo podpisanych porozumień i zawieszenia broni, konflikt nigdy nie został rozwiązany. Z drugiej strony, w wojnie między dwoma państwami nawet warunki kapitulacji są zwykle ustalane przy stole negocjacyjnym.

Wezwanie do dyplomacji samo w sobie nic nie znaczy, jeśli nie zajmiemy się stanowiskami negocjacyjnymi, konkretnymi ustępstwami i chęcią stron do przestrzegania podpisanego porozumienia. Wszystko to bezpośrednio zależy od przebiegu działań wojennych, który z kolei zależy od zasięgu międzynarodowej pomocy wojskowej. A to może przyspieszyć zawarcie sprawiedliwego pokoju.

Sytuacja na okupowanych terytoriach południowej Ukrainy wskazuje, że wojska rosyjskie starają się tam o stałą pozycję, ponieważ zapewnia to Rosji lądowy korytarz na Krym. Kreml wykorzystuje zrabowane na tych terenach zboże do wspierania swoich klientelistycznych reżimów w różnych częściach świata i jednocześnie grozi głodem całemu światu, blokując ukraińskie porty. Umowa o odblokowaniu eksportu ukraińskiego zboża podpisana 22 lipca w Stambule została złamana przez Rosję dzień po jej podpisaniu, gdy zaatakowała ona rakietami Morski Port Handlowy w Odessie.

Tymczasem wysocy rangą politycy rosyjscy, jak były prezydent i obecny wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew czy szef Roskosmosu Dmitrij Rogozin, nadal twierdzą, że Ukraina musi zostać zniszczona. Nie ma podstaw, by sądzić, że Rosja zaprzestanie ekspansji terytorialnej, nawet jeśli kiedyś korzystne dla Kremla będzie podpisanie tymczasowego rozejmu.

Z drugiej strony 80 proc. Ukraińców uważa ustępstwa terytorialne za niedopuszczalne. Dla Ukraińców rezygnacja z okupowanych terytoriów oznacza zdradę współobywateli i krewnych oraz znoszenie codziennych uprowadzeń i tortur dokonywanych przez okupantów. W tych warunkach parlament nie ratyfikuje złożenia broni, nawet jeśli Zachód wymusi na ukraińskim rządzie zgodę na straty terytorialne. To tylko zdyskredytowałoby prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i doprowadziłoby do reelekcji bardziej nacjonalistycznych władz, podczas gdy skrajna prawica zostałaby nagrodzona korzystnymi warunkami dla rekrutacji nowych członków.

Rząd Zełenskiego jest oczywiście neoliberalny. Ukraińscy lewicowcy i związkowcy szeroko organizowali się przeciwko jego polityce społecznej i gospodarczej. Jednak pod względem wojny i nacjonalizmu Zełenski jest najbardziej umiarkowanym politykiem, który mógł dojść do władzy na Ukrainie po aneksji Krymu w 2014 roku i rozpoczęciu wojny w Donbasie.

Istnieje też pewne nieporozumienie dotyczące jego poczynań. Na przykład wielu publicystów obwinia Zełenskiego za nacjonalistyczną politykę językową, skoncentrowaną wokół ograniczania zasięgu języka rosyjskiego w sferze publicznej i m.in. ograniczenia szkolnictwa średniego w językach mniejszości narodowych. W rzeczywistości te językowe ustawy zostały uchwalone w poprzedniej kadencji parlamentu, a poszczególne zapisy tych ustaw weszły w życie po objęciu urzędu przez Zełenskiego. Jego rząd wielokrotnie próbował je złagodzić, ale za każdym razem wycofywał się po nacjonalistycznych protestach.

Widać to po rozpoczęciu inwazji w jego częstych apelach do Rosjan, zaproszeniu na Kreml do negocjacji, a także w jego oświadczeniach, że armia ukraińska nie będzie próbowała odbić terytoriów znajdujących się pod rosyjską kontrolą przed 24 lutego, ale będzie starała się o ich powrót na drodze dyplomatycznej w przyszłości. Gdyby Zełenskiego zastąpił ktoś bardziej nacjonalistyczny, sytuacja znacznie by się pogorszyła.

Nie muszę chyba wyjaśniać konsekwencji takiego wyniku. W naszej polityce wewnętrznej byłoby jeszcze więcej autorytaryzmu, przeważałyby nastroje odwetowe, a wojna by się nie skończyła. Każdy nowy rząd znacznie mniej powstrzymywałby się przed ostrzałem rosyjskiego terytorium. Z ożywioną skrajną prawicą nasz kraj zostałby wciągnięty coraz głębiej w wir nacjonalizmu i reakcji.

Jako ktoś, kto widział okropności tej wojny, rozumiem pragnienie, aby jak najszybciej się skończyła. Nikt nie jest bardziej chętny do zakończenia wojny niż my, którzy mieszkamy na Ukrainie, ale dla Ukraińców ważne jest też, jak dokładnie ta wojna się skończy. Na początku wojny również miałem nadzieję, że rosyjski ruch antywojenny zmusi Kreml do zakończenia inwazji. Ale niestety tak się nie stało. Dziś rosyjski ruch antywojenny może wpływać na sytuację jedynie poprzez sabotaż na małą skalę: na kolei, w fabrykach amunicji itp. Coś większego będzie możliwe dopiero po militarnej klęsce Rosji.

Oczywiście w pewnych okolicznościach może być właściwe wyrażenie zgody na zawieszenie broni. Ale takie zawieszenie broni byłoby tylko tymczasowe. Każdy rosyjski sukces wzmocniłby reżim Władimira Putina i jego reakcyjne tendencje. Nie oznaczałoby to pokoju, ale dziesięciolecia niestabilności, partyzanckiego oporu na okupowanych terytoriach i powtarzających się starć na linii demarkacyjnej. Byłaby to katastrofa nie tylko dla Ukrainy, ale także dla Rosji, gdzie reakcyjny dryf polityczny nasiliłby się, a gospodarka ucierpiałaby z powodu sankcji, z poważnymi konsekwencjami dla zwykłych obywateli.

Porażka militarna rosyjskiej inwazji leży zatem również w interesie Rosjan. Tylko masowy wewnętrzny ruch na rzecz zmian może w przyszłości otworzyć możliwość przywrócenia stabilnych stosunków między Ukrainą a Rosją. Ale jeśli zwycięży reżim Putina, ta rewolucja będzie niemożliwa przez długi czas. Jego porażka jest konieczna dla możliwości zaistnienia postępowych zmian na Ukrainie, w Rosji i w całym obszarze postsowieckim.

Co powinni zrobić socjaliści

Skupiłem się w dużej mierze na wewnętrznym wymiarze obecnego konfliktu – zarówno dla Ukraińców, jak i Rosjan. Dla wielu lewicowców za granicą dyskusje skupiają się na szerszych implikacjach geopolitycznych. Ale moim zdaniem, oceniając konflikt, socjaliści powinni przede wszystkim zwracać uwagę na osoby bezpośrednio w niego zaangażowane. Po drugie, wielu lewicowców nie docenia zagrożeń, jakie stwarza możliwy sukces Rosji.

Decyzji o przeciwstawieniu się rosyjskiej okupacji nie podjęli ani Joe Biden, ani Zełenski, lecz naród ukraiński, który masowo powstawał w pierwszych dniach inwazji i ustawiał się w kolejce po broń. Gdyby Zełenski wtedy skapitulował, zostałby tylko zdyskredytowany w oczach większości społeczeństwa, ale opór trwałby dalej w innej formie, kierowany przez twardogłowe siły nacjonalistyczne.

Poza tym, jak zauważył Wołodymyr Artiuch w „Jakobinie”, Zachód nie chciał tej wojny. Stany Zjednoczone nie chciały problemów w Europie, bo chciały skupić się na konfrontacji z Chinami. Jeszcze mniej chciały tej wojny Niemcy i Francja. Chociaż Waszyngton zrobił wiele, by podważyć prawo międzynarodowe (na przykład my, jak socjaliści na całym świecie, nigdy nie zapomnimy zbrodniczej inwazji na Irak), wspierając ukraiński opór wobec inwazji, postępuje słusznie.

Ujmując to w kategoriach historycznych, wojna na Ukrainie nie jest wojną zastępczą, tak jak wojna wietnamska była wojną zastępczą między Stanami Zjednoczonymi z jednej strony a Związkiem Radzieckim i Chinami z drugiej. A jednocześnie była to także wojna narodowo-wyzwoleńcza narodu wietnamskiego przeciwko Stanom Zjednoczonym oraz wojna domowa między zwolennikami Wietnamu Północnego i Południowego. Prawie każda wojna jest wielowarstwowa; jej natura może się zmieniać w trakcie trwania. Ale co to mówi nam w praktyce?

Podczas zimnej wojny internacjonaliści nie musieli wychwalać ZSRR, aby wspierać walkę Wietnamczyków przeciwko Stanom Zjednoczonym. I jest mało prawdopodobne, by jakikolwiek socjalista doradzał lewicowym dysydentom w Związku Radzieckim sprzeciwianie się wspieraniu Wietkongu. Czy należy się opierać sowieckiemu wsparciu militarnemu dla Wietnamu, ponieważ ZSRR zbrodniczo stłumił Praską Wiosnę 1968 roku? Dlaczego więc, jeśli chodzi o wsparcie Zachodu dla Ukrainy, mordercze okupacje Afganistanu i Iraku mają stanowić kontrargument?

Zamiast postrzegać świat jako złożony wyłącznie z obozów geopolitycznych, socjalistyczni internacjonaliści muszą oceniać każdy konflikt w oparciu o interesy ludzi pracy i ich walkę o wolność i równość. Rewolucjonista Lew Trocki napisał kiedyś, że hipotetycznie, jeśli realizując swoje interesy, faszystowskie Włochy poparły antykolonialne powstanie w Algierii przeciwko demokratycznej Francji, internacjonaliści powinni byli poprzeć włoskie uzbrojenie buntowników. Brzmi całkiem dobrze, a to nie powstrzymało go od bycia antyfaszystą.

Walka Wietnamu przyniosła korzyści nie tylko Wietnamowi; porażka Stanów Zjednoczonych miała znaczący (choć tymczasowy) efekt odstraszający dla amerykańskiego imperializmu. To samo dotyczy Ukrainy. Co zrobi Rosja, jeśli Ukraina zostanie pokonana? Co uniemożliwiłoby Putinowi podbicie Mołdawii lub innych państw postsowieckich?

Hegemonia Stanów Zjednoczonych miała straszne konsekwencje dla ludzkości i na szczęście teraz podupada. Jednak koniec amerykańskiej supremacji może oznaczać albo przejście do bardziej demokratycznego i sprawiedliwego porządku międzynarodowego, albo wojnę wszystkich przeciwko wszystkim. Może też oznaczać powrót do polityki imperialistycznych stref wpływów i militarnego przerysowania granic, jak w poprzednich stuleciach.

Świat stanie się jeszcze bardziej niesprawiedliwy i niebezpieczny, jeśli niezachodni imperialistyczni drapieżcy wykorzystają amerykański upadek do normalizacji swojej agresywnej polityki. Ukraina i Syria są przykładami tego, jak będzie wyglądał „świat wielobiegunowy”, jeśli apetyty niezachodnich imperializmów nie zostaną zmniejszone.

Im dłużej trwa straszny konflikt na Ukrainie, tym bardziej powszechne niezadowolenie w krajach zachodnich może wzrosnąć wskutek trudności gospodarczych wojny i sankcji. Kapitał, który nie lubi utraty zysków i chce wrócić do „business as usual”, może próbować tę sytuację wykorzystać. Mogą z niego korzystać także prawicowi populiści, którym nie przeszkadza dzielenie się „sferami wpływów” z Putinem.

Gdyby jednak socjaliści wykorzystali to niezadowolenie do domagania się mniejszej pomocy dla Ukrainy i mniejszej presji na Rosję, byłoby to odrzuceniem solidarności z ciemiężonymi.

Taras Bilous

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” w lipcu 2022 r.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Jean-Louis SERVAIS from Pixabay.

List z Kijowa do zachodniej lewicy

Piszę te słowa w Kijowie, który jest pod ostrzałem artylerii.

Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że wojska rosyjskie nie rozpoczną inwazji na pełną skalę. Teraz mogę tylko podziękować tym, którzy są odpowiedzialni za wyciek informacji do amerykańskich służb wywiadowczych.

Wczoraj pół dnia spędziłem zastanawiając się, czy powinienem wstąpić do jednostki obrony terytorialnej. Następnej nocy ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał rozkaz pełnej mobilizacji, wojska rosyjskie przemieściły się i przygotowały się do okrążenia Kijowa – a to zadecydowało za mnie.

Ale zanim zajmę stanowisko, chciałbym przekazać zachodniej lewicy, co myślę o jej reakcji na agresję Rosji na Ukrainę.

Przede wszystkim jestem wdzięczny tym lewicowcom, którzy teraz pikietują pod rosyjskimi ambasadami – nawet tym, którzy nie spieszyli się z uświadomieniem sobie, że to Rosja jest agresorem w tym konflikcie.

Jestem wdzięczny politykom, którzy popierają wywieranie nacisku na Rosję, aby powstrzymała inwazję i wycofała swoje wojska.

Jestem wdzięczny delegacji brytyjskich i walijskich posłów, związkowców i aktywistów, którzy przybyli, aby nas wesprzeć i wysłuchać w ostatnich dniach przed rosyjską inwazją.

Jestem również wdzięczny Kampanii Solidarności z Ukrainą w Wielkiej Brytanii za jej wieloletnią pomoc.

Ten tekst dotyczy drugiej części zachodniej lewicy. Tych, którzy wyobrażali sobie „agresję NATO na Ukrainie”, a nie widzieli agresji rosyjskiej – jak nowoorleański oddział Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA).

Albo Międzynarodowy Komitet DSA, który opublikował haniebne oświadczenie, gdzie nie wypowiedział ani jednego krytycznego słowa przeciwko Rosji (jestem bardzo wdzięczny amerykańskiemu profesorowi i aktywiście Danowi la Botzowi i innym za krytykę tego oświadczenia).

Albo ci, którzy krytykowali Ukrainę za niewdrożenie porozumień mińskich i przemilczali ich łamanie przez Rosję i tzw. Republiki Ludowe.

Albo ci, którzy wyolbrzymiali wpływy skrajnej prawicy na Ukrainie, ale nie dostrzegali jej w „Republikach Ludowych” i unikali krytyki konserwatywnej, nacjonalistycznej i autorytarnej polityki Putina. Część odpowiedzialności za to, co się dzieje, spoczywa na was.

Jest to część szerszego zjawiska w zachodnim ruchu „antywojennym”, zwykle nazywanego przez krytyków lewicowych „kampizmem”. Brytyjsko-syryjska pisarka i aktywistka Leila Al-Shami nadała mu mocniejszą nazwę: „antyimperializm głupców” [nawiązanie do znanego stwierdzenia, że „antysemityzm to socjalizm głupców”, spopularyzowanego w ruchu socjalistycznym pod koniec XIX wieku – przyp. redakcji NO]. Przeczytajcie jej wspaniały tekst z 2018 roku, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Powtórzę tu tylko główną tezę: działalność dużej części zachodniej „antywojennej” lewicy po wojnie w Syrii nie miała nic wspólnego z powstrzymaniem wojny. Sprzeciwiali się jedynie ingerencji Zachodu, ignorując, a nawet wspierając zaangażowanie Rosji i Iranu, nie mówiąc już o ich stosunku do „prawowicie wybranego” reżimu Assada w Syrii.

„Wiele organizacji antywojennych usprawiedliwiało milczenie w sprawie rosyjskich i irańskich interwencji, argumentując, że »główny wróg jest na miejscu«” – napisała Al-Shami. „To zwalnia ich z podejmowania jakiejkolwiek poważnej analizy sił w celu ustalenia, kim w rzeczywistości są główni aktorzy kierujący wojną”.

Niestety, ten sam stereotyp ideologiczny powtórzył się na Ukrainie. Nawet po tym, jak Rosja uznała niepodległość „Republik Ludowych” na początku tego tygodnia, Branko Marcetic, autor amerykańskiego lewicowego magazynu „Jacobin”, napisał tekst prawie w całości poświęcony krytyce USA. Jeśli chodzi o działania Putina, posunął się on tylko do stwierdzenia, że rosyjski przywódca „sygnalizował posiadanie nie-do-końca łagodnych ambicji”. Serio?

Nie jestem zwolennikiem NATO. Wiem, że po zakończeniu zimnej wojny blok stracił funkcję obronną i prowadził agresywną politykę. Wiem, że ekspansja NATO na wschód podkopała wysiłki zmierzające do rozbrojenia nuklearnego i stworzenia systemu wspólnego bezpieczeństwa. NATO próbowało zmarginalizować rolę ONZ i Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie oraz zdyskredytować jako „organizacje nieefektywne”. Ale nie możemy cofnąć przeszłości i, szukając wyjścia z tej sytuacji, musimy poruszać się w obecnych okolicznościach.

Ile razy zachodnia lewica wspominała nieformalne obietnice USA wobec byłego prezydenta Rosji Michaiła Gorbaczowa dotyczące NATO („ani jednego cala na wschód”), a ile razy wspominała o memorandum budapeszteńskim z 1994 r., które gwarantuje suwerenność Ukrainy? Jak często zachodnia lewica popierała „uzasadnione obawy o bezpieczeństwo” Rosji, państwa posiadającego drugi co do wielkości arsenał nuklearny na świecie? I jak często wyrażała obawy o bezpieczeństwo Ukrainy, państwa, które pod presją USA i Rosji musiało zamienić swoją broń nuklearną na kawałek papieru (Memorandum Budapeszteńskie), i który Putin ostatecznie zdeptał w 2014 roku? Czy kiedykolwiek lewicowym krytykom NATO przyszło do głowy, że Ukraina jest główną ofiarą zmian spowodowanych rozszerzeniem NATO?

Zachodnia lewica wielokrotnie odpowiadała na krytykę Rosji, wspominając agresję USA przeciwko Afganistanowi, Irakowi i innym państwom. Oczywiście trzeba podjąć dyskusję na ten temat – ale w jaki konkretnie sposób?

Argumentem lewicy powinno być to, że w 2003 roku inne rządy nie wywierały wystarczającej presji na Stany Zjednoczone w sprawie Iraku, a nie to, że teraz trzeba wywierać mniejszy nacisk na Rosję w sprawie Ukrainy.

Oczywisty błąd

Wyobraź sobie przez chwilę, że w 2003 roku, gdy Stany Zjednoczone przygotowywały się do inwazji na Irak, Rosja zachowywała się tak, jak Stany Zjednoczone w ostatnich tygodniach: groziła eskalacją.

A teraz wyobraź sobie, co rosyjska lewica mogła zrobić w tej sytuacji, zgodnie z dogmatem „nasz główny wróg jest na miejscu”. Czy skrytykowałaby rosyjski rząd za tę „eskalację”, mówiąc, że „nie powinna narażać na szwank sprzeczności międzyimperialistycznych”? Dla każdego jest oczywiste, że takie zachowanie byłoby w takim przypadku błędem. Dlaczego nie było to oczywiste w przypadku agresji na Ukrainę?

W innym artykule z „Jacobina” z początku tego miesiąca Marcetic posunął się nawet do stwierdzenia, że Tucker Carlson z Fox News miał „całkowitą rację” co do „kryzysu ukraińskiego”. To, co zrobił Carlson, to zakwestionowanie „strategicznej wartości Ukrainy dla Stanów Zjednoczonych”. Nawet Tariq Ali z „New Left Review” z aprobatą przytoczył kalkulacje niemieckiego admirała Kay-Achima Schönbacha, który powiedział, że okazywanie Putinowi „szacunku” za pomocą braku kwestionowania jego działań w sprawie Ukrainy jest „niskim kosztem, nawet brakiem kosztu”, biorąc pod uwagę, że Rosja może być użytecznym sojusznikiem przeciwko Chinom. Czy oni mówią poważnie? Jeśli USA i Rosja mogłyby dojść do porozumienia i rozpocząć nową zimną wojnę przeciwko Chinom jako sojusznicy, to czy my naprawdę właśnie tego chcieliśmy?

Reformowanie ONZ

Nie jestem fanem liberalnego internacjonalizmu. Socjaliści powinni go krytykować. Ale to nie znaczy, że musimy popierać podział „sfer interesów” między państwa imperialistyczne. Zamiast szukać nowej równowagi między dwoma imperializmami, lewica musi walczyć o demokratyzację międzynarodowego porządku bezpieczeństwa. Potrzebujemy globalnej polityki i globalnego systemu bezpieczeństwa międzynarodowego. To drugie już mamy: to ONZ. Tak, ma wiele wad i często jest przedmiotem uzasadnionej krytyki. Ale można krytykować, żeby coś obalić lub żeby coś poprawić. W przypadku ONZ potrzebujemy tego drugiego. Potrzebujemy lewicowej wizji reform i demokratyzacji ONZ.

Oczywiście nie oznacza to, że lewica powinna wspierać wszystkie decyzje ONZ. Ale ogólne wzmocnienie roli ONZ w rozwiązywaniu konfliktów zbrojnych pozwoliłoby lewicy zminimalizować znaczenie sojuszy wojskowo-politycznych i zmniejszyć liczbę ofiar. (W poprzednim artykule pisałem, jak siły pokojowe ONZ mogły pomóc w rozwiązaniu konfliktu w Donbasie. Niestety, teraz straciło to na znaczeniu.) W końcu potrzebujemy ONZ również do rozwiązania kryzysu klimatycznego i innych globalnych problemów. Niechęć wielu międzynarodowych lewicowców do odwołania się do tej organizacji jest strasznym błędem.

Po tym, jak wojska rosyjskie zaatakowały Ukrainę, redaktor europejskiego „Jacobina” David Broder napisał, że lewica „nie powinna przepraszać za sprzeciwianie się wojskowej odpowiedzi USA”. To i tak nie było zamiarem Bidena, jak wielokrotnie powtarzał. Ale duża część zachodniej lewicy powinna uczciwie przyznać, że zupełnie spieprzyła formułowanie odpowiedzi na „kryzys ukraiński”.

Moja perspektywa

Zakończę krótkim opisem swojej perspektywy.

W ciągu ostatnich ośmiu lat wojna w Donbasie była głównym problemem, który podzielił ukraińską lewicę. Każdy z nas kształtował swoje stanowisko pod wpływem osobistych doświadczeń i innych czynników. Zatem inny ukraiński lewicowiec napisałby ten artykuł inaczej.

Urodziłem się w Donbasie, ale w rodzinie ukraińskojęzycznej i nacjonalistycznej. Mój ojciec związał się w latach 90. ze skrajną prawicą, obserwując upadek gospodarczy Ukrainy i wzbogacenie się byłego kierownictwa partii komunistycznej, z którą walczył od połowy lat 80. Oczywiście ma bardzo antyrosyjskie, ale też antyamerykańskie poglądy. Do dziś pamiętam jego słowa z 11 września 2001 roku. Gdy oglądał w telewizji upadające Bliźniacze Wieże, powiedział, że odpowiedzialni za te zniszczenia byli „bohaterami” (już tak nie sądzi – teraz uważa, że sami Amerykanie wysadzili je celowo).

Kiedy w Donbasie w 2014 roku wybuchła wojna, mój ojciec wstąpił do batalionu Aidar jako ochotnik, mama uciekła z Ługańska, a dziadek i babcia pozostali w swojej wiosce, która znalazła się pod kontrolą Ługańskiej Republiki Ludowej. Mój dziadek potępił rewolucję Euromajdanu na Ukrainie. Popiera Putina, który, jak mówi, „przywrócił porządek w Rosji”. Mimo to wszyscy staramy się rozmawiać (choć nie o polityce) i pomagać sobie nawzajem. Staram się im współczuć. W końcu mój dziadek i babcia całe życie pracowali w kołchozie. Mój ojciec był robotnikiem budowlanym. Życie nie było dla nich łaskawe.

Wydarzenia z 2014 roku – rewolucja, po której nastąpiła wojna – skierowały mnie w przeciwnym kierunku niż większość ludzi na Ukrainie. Wojna zabiła we mnie nacjonalizm i popchnęła mnie na lewicę. Chcę walczyć o lepszą przyszłość dla ludzkości, a nie dla narodu. Moi rodzice, z ich postsowiecką traumą, nie rozumieją moich socjalistycznych poglądów. Mój ojciec protekcjonalnie odnosi się do mojego „pacyfizmu”. Odbyliśmy nieprzyjemną rozmowę po tym, jak pojawiłem się na antyfaszystowskim proteście wzywającym do rozwiązania skrajnie prawicowego pułku Azow.

Gdy wiosną 2019 roku prezydentem Ukrainy został Wołodymyr Zełenski, miałem nadzieję, że zapobiegnie to katastrofie, która dzieje się teraz. Trudno przecież demonizować rosyjskojęzycznego prezydenta, który wygrał programem pokojowym dla Donbasu i którego żarty cieszyły się popularnością zarówno wśród Ukraińców, jak i Rosjan. Niestety się pomyliłem. O ile zwycięstwo Zełenskiego zmieniło stosunek wielu Rosjan do Ukrainy, to jednak nie zapobiegło wojnie.

W ostatnich latach pisałem o procesie pokojowym i o ofiarach cywilnych po obu stronach wojny w Donbasie. Próbowałem promować dialog. Ale teraz to wszystko poszło z dymem. Nie będzie kompromisu. Putin może planować, co chce, ale nawet jeśli Rosja zajmie Kijów i zainstaluje swój okupacyjny rząd, będziemy się temu opierać. Walka będzie trwała, dopóki Rosja nie opuści Ukrainy i nie zapłaci za wszystkie ofiary i zniszczenia.

Stąd moje ostatnie słowa kieruję do narodu rosyjskiego: pospieszcie się i obalcie reżim Putina. Leży to zarówno w waszym, jak i w naszym interesie.

Taras Bilous

tłum. Magdalena Okraska

Tekst ukazał się 25 lutego 2022 r. na ukraińskim portalu internetowym commons.com.ua