przez redakcja | poniedziałek 9 maja 2022 | aktualności
600 mln zł zostanie przeznaczone na rozwój trzech programów mieszkaniowych dla osób z niepełnosprawnościami oraz ich rodzin.
Wiceminister Paweł Wdówik podczas konferencji prasowej przekazał, że z funduszu PFRON uruchomione zostaną trzy programy mieszkaniowe, na które zostanie przeznaczone 600 mln zł. Program nie zakłada niestety budowania nowych mieszkań, a jedynie ich dostosowywanie do potrzeb osób niepełnosprawnych lub wynajem.
Jak informuje Portal Samorządowy, pierwszy i największy program wspomaganych społeczności mieszkaniowych to coś, o co bardzo zabiegały rodziny osób z największymi niepełnosprawnościami. W jego ramach tworzone będą małe, kameralne miejsca gwarantujące możliwość zamieszkania. Drugi program, na który przeznaczone zostało 150 mln złotych, to program dla absolwentów. Osoba z niepełnosprawnością musi mieć ukończone 18 lat i być zdolna do podejmowania czynności prawnych, żeby najpierw w ten program wejść, a później wynająć mieszkanie.
Trzeci program, również z budżetem 150 mln zł, jest skierowany do osób z niepełnosprawnością, uwięzionych w mieszkaniach, budynkach z barierami architektonicznymi.Tutaj można otrzymać dofinansowanie do równowartości 15 mkw. nowego mieszkania, które jest wolne od barier.
przez redakcja | niedziela 8 maja 2022 | aktualności
Dokładnie 4432,15 zł brutto ma od 1 września 2022 r. wynosić średnie wynagrodzenie nauczyciela stażysty – wynika z projektu kolejnej nowelizacji ustawy Karta Nauczyciela, która trafiła do konsultacji. W ten sposób Ministerstwo Edukacji i Nauki zamierza przyciągnąć młodych ludzi do zawodu. Chce jednak w zamian, by ten okres przygotowania do zawodu trwał blisko 4 lata i wprowadza do pensum dodatkową godzinę dostępności.
Jak pisze Portal Samorządowy, do konsultacji trafił projekt zmian w Karcie Nauczyciela, które mają uregulować na nowo system awansu zawodowego. Zniknie staż i stopień nauczyciela kontraktowego, a w jego miejsce pojawi się przygotowanie do zawodu nauczycielskiego, które potrwa 3 lata i 9 miesięcy. Zmiany pozwolą wygenerować podwyżkę dla osób rozpoczynających pracę w zawodzie. Jednocześnie zostanie wprowadzona dodatkowa godzina do dyspozycji dyrektora.
Projektowane zmiany zakładają skrócenie awansu zawodowego do dwóch stopni – nauczyciela mianowanego oraz nauczyciela dyplomowanego, przy jednoczesnym wydłużeniu stażu nauczycielskiego, który według projektu będzie się teraz nazywał „przygotowaniem do zawodu nauczycielskiego”.
Osoby, które się na to zdecydują, otrzymają wynagrodzenie w wysokości 4432,15 zł brutto, a więc o 729 zł więcej niż zarabia obecnie nauczyciel stażysta z przygotowaniem pedagogicznym oraz o 332 zł więcej niż wynosi pensja nauczyciela kontraktowego, który to stopień zniknie z systemu.
Owo przygotowanie do zawodu ma trwać 3 lata i 9 miesięcy, po których kandydat na nauczyciela będzie mógł przystąpić do egzaminu na pierwszy stopień awansu zawodowego – nauczyciela mianowanego. Od tej projektowanej reguły przewidziano oczywiście wyjątki. W przypadku osób, które: posiadają stopień naukowy lub prowadziły zajęcia w szkole za granicą, lub przed podjęciem pracy w szkole były nauczycielem akademickim przez co najmniej 3 lata, lub posiadają co najmniej pięcioletni okres pracy i znaczący dorobek zawodowy, dyrektor szkoły może skrócić okres przygotowania do zawodu do 2 lat i 9 miesięcy.
Projektodawca utrzymał jednorazowy dodatek na start w wysokości 1000 zł, którego nie było w założeniach zmian obowiązujących jeszcze jesienią 2021 r. Będzie on wypłacany osobom rozpoczynającym przygodę z zawodem nauczycielskim. Wyraźnie też określono formę zatrudniania nauczycieli w okresie przygotowania do zawodu nauczycielskiego – będą oni zatrudniani na czas nieokreślony. Dopiero gdy taki nauczyciel w ciągu 6 lat nie zrobi stopnia awansu nauczyciela mianowanego, umowa z nim będzie rozwiązana. Będzie ona mogła być przedłużona o rok, ale już jako umowa na czas określony.
przez redakcja | sobota 30 kwietnia 2022 | opinie
Od najdawniejszych czasów, jak ludzkość tyko pamięcią może sięgnąć, obchodzono na świecie – święta majowe. Maj to święto Wiosny. Po długiej zimie, po śnieżnych zadymkach, po mroźnych podmuchach, które kładą ziemię do snu wielomiesięcznego, gaszą energię człowieka, zamykają go w czterech ścianach, koło rozpalonego ogniska – przychodzi Wiosna. Budzi się natura do nowego życia. Niebo już nie ciąży na nas niby ołowiana pokrywa. Słońce podnosi się wyżej, widnokrąg staje się szerszy, Człowiek oddycha pełniejszą piersią. Wychodzi w pole, orze, sieje.
Maj odwiecznie był świętem człowieka. Z majem wiązały się wszelkie wspomnienia człowieka i zbiorowisk ludzkich. Maj był miesiącem bóstw specjalnych u Egipcjan, u Rzymian, u Greków, u Słowian. I Kościół wykorzystał te prastare wierzenia ludzkości i corocznie można widzieć na wsi pochody pobożnych włościanek i dzieci, pielgrzymki do figury, pod którą pobożne gromady śpiewają odpowiednie pieśni nabożne.
Kiedy ruch robotniczy po pogromie Komuny Paryskiej w roku 1871 zaczął wszędzie na świecie porastać w siłę, zaczęły się w nim budzić tendencje porozumienia na gruncie międzynarodowym. Międzynarodówka, założona przez Karola Marksa w roku 1864, rozpadła się pod wpływem pogromu paryskiego i pod wpływem agitacji anarchistycznej Bakunina. Ale potrzeba porozumienia, zespolenia sił na gruncie międzynarodowym istniała wszędzie, gdzie tylko ruch robotniczy zaczął dojrzewać i rozwijać się. Wszędzie odbywały się kongresy. Wszędzie, gdzie na to pozwalały warunki miejscowe. W Niemczech panowały prawa wyjątkowe (od r. 1878), w Rosji i w Królestwie Polskim – rządził carat i dławił wszelkie zapoczątkowanie ruchu robotniczego. W Galicji rząd austriacki więził socjalistów, tak samo – w Księstwie Poznańskim. Jednak gdy w roku 1888 kongres amerykańskich robotników, odbyty w mieście Saint-Louis, postanowił urządzić święto robotnicze międzynarodowe, myśl ta podchwycona została przez socjalistów całego świata. W roku 1889 zebrał się po raz pierwszy na nowo kongres międzynarodowy robotniczy w Paryżu. Uchwalono obchodzić uroczyście w całym świecie robotniczym we wszystkich organizacjach dzień pierwszego maja 1890 roku. We wszystkich krajach tego samego dnia proletariat porzuci jak jeden mąż pracę i zaświadczy w ten sposób, że jest solidarny wobec burżuazji i kapitalizmu. Zażąda też wszędzie 8-godzinnego dnia roboczego, które to żądanie wspólne dla klasy pracującej świata całego wypisane zostanie na czerwonych sztandarach, które opaszą świat cały jedną szkarłatną wstęgą żądań robotniczych, klasowych i rewolucyjnych i pod lazurowym niebem majowym zabłyszczą zapowiedzią i nadzieją nowego porządku, który będzie dziełem robotników…
W całym świecie zapanowała podówczas radość niezmierna. Żył jeszcze podówczas francuski socjalista utopijny Wiktor Considerant. Liczył podówczas lat osiemdziesiąt. Ogłosił on list treści następującej: „Zjednoczenie robotników całego świata – nawołuje do obchodu rocznicy, która zostanie na zawsze wielką datą w dziejach świata. Widzę w tym obchodzie pierwszy obchód braterstwa ludów i wyzwolenia pracy, wyzyskiwanej i okradanej od początków samych społeczeństwa ludzkiego na ziemi. Widzę w tym obchodzie zapowiedź nowych czasów, kiedy społeczeństwo, oparte raz na zawsze na Sprawiedliwości, będzie rzeczywistą harmonią interesów i sił, trawionych dotychczas w walkach, bezrozumnych i brutalnych; kiedy społeczeństwo odda na użytek wszystkie niewyczerpane i nieograniczone potęgi twórcze Nauki i Pracy; kiedy zacznie się na ziemi panowanie Rozumu”.
Od owego dnia, od 1 maja 1890 roku minęło lat trzydzieści z górą i tyleż było odtąd na świecie obchodów majowych. Nie wszędzie były one udane, w niektórych krajach, na przykład w Niemczech, proletariat w pierwszych latach me obchodził święta majowego przy pomocy strajku, bał się niepowodzenia. Ale w innych krajach od samego początku obchodzono 1 maja uroczyście i wedle uchwał kongresu międzynarodowego. W Polsce pierwsze święto majowe obchodzono uroczyście w roku 1891 (we Lwowie, Krakowie, Żyrardowie). W Łodzi w r. 1892 ruch wybuchł z siłą żywiołową, objął wszystkie fabryki i zaimponował nie tylko policji carskiej, ale i całemu społeczeństwu. Policja obchodziła ten dzień na swój sposób. Chwytała robotników, masowo wsadzała ich do więzienia, katowała kogo mogła, zsyłała na osiedlenie do Rosji i na Syberię. Co roku powtarzały się te uroczystości, które z biegiem lat nabierały coraz poważniejszego znaczenia. Gdy od początku stulecia zaczął się szerzyć poważniejszy ruch rewolucyjny w państwie rosyjskim i w Królestwie Polskim, święto majowe nabrało szczególnej siły. W Łodzi, w Warszawie, w Żyrardowie, w Zagłębiu strzelano do robotników świętujących spokojnie i radośnie święto proletariatu. Więzienia były pełne na długo przed świętem majowym. Były pełne długo po święcie majowym. W ten sposób dzięki rządom carskim święto majowe, które miało trwać dzień jeden – trwać musiało tygodnie całe i zwracało uwagę całego społeczeństwa. Była to propaganda pierwszej klasy na rzecz socjalizmu i robotników. Świat robotniczy stawał się siłą, która wylewała się na ulice, wypełniała powagą swoją całe miasta i świadczyła przed oczyma zdumionej burżuazji, że hasło „proletariusze wszystkich krajów łączcie się” nie jest tylko zlepkiem wyrazów bez głębszego znaczenia, ale jest potęgą, która dziś, jutro stanie ramię przy ramieniu w obliczu Kapitału międzynarodowego i zażąda rachunku.
Burżuazja żartowała sobie początkowo ze święta majowego. Ale z biegiem lat zmieniła zupełnie swój pogląd na tę manifestację. W roku 1906 w przededniu wyborów do parlamentu francuskiego Paryż wyglądał jak gdyby w nim nie było nikogo prócz robotników. Burżuazja zapowiadała po cichu powtórzenie Komuny. Strajk istotnie udał się ponad wszelkie oczekiwania. Żaden sklepikarz nie odważył się otworzyć kramu, żaden tramwaj, żadna dorożka, żaden omnibus nie wyruszył na ulicę. W wigilię święta majowego tłumy burżuazji paryskiej pouciekały na prowincję, w okolice Paryża, a ci, którzy nie wyjechali, chowali się po domach za spuszczonymi żaluzjami, firankami i roletami. Bramy bogatych domów i niezliczonych pałaców paryskich były zabarykadowane. Na ulicach snuły się tłumy rozbawionych robotników i szły wszędzie w szyku bojowym tłumy – żołnierzy! Robotnik tego dnia był naprawdę panem stolicy Francji!
W tym samym czasie proletariat Warszawy, Łodzi, Sosnowca, Radomia itd., itd. nie tylko snuł się po ulicach miast polskich w dawnej Kongresówce, ale ginął od kul kozackich, trzymając wysoko nad głowami tłumu sztandar czerwony! To były lata sławnej, ofiarnej, bohaterskiej Rewolucji. Kto pamięta Warszawę 1905 i 1906 r., ten przypomina sobie, że święto majowe było podówczas świętem powszechnym. Żadnego ruchu kołowego na ulicach. Sklepy zamknięte. Ulice, ogrody, aleje pełne tłumu. Nikt bram nie barykadował. Być może, że byli tchórze podszyci rublami, którzy trwożliwie i zza spuszczonych rolet wyczekiwali końca święta i tęsknym uchem wsłuchiwali się w echa ulicy, czy aby nie słychać już grzmotu armat skierowanych przeciwko robotnikom. Żadna gazeta nie wychodziła. W dzielnicy robotniczej – sztandarki czerwone umajone kwiatami, dzieci świątecznie ubrane, śpiewające „Czerwony Sztandar”, „Warszawiankę”. Sklepiki zamknięte, a przed sklepikiem – handlarz w odświętnym ubraniu przyglądający się tłumowi, co głosem płynącym z piersi wypełnionej entuzjazmem i wiarą – śpiewa pieśń Nadziei, pieśń lepszego Jutra, pieśń wielkiej przemiany społecznej! Gdy dziś z odległości lat kilkunastu wspominamy owe wielkie chwile, wydaje nam się, że byliśmy świadkami podówczas narodzin nowego świata. Ginął wyzysk, ginęła nieprawda, ginęła niesprawiedliwość i krzywda mas uznojonych! Powstawał, rodził się – cudowny, marzeniem owiany świat nowy, świat nowej Prawdy, rodził się nowy człowiek zbiorowy, zwycięski Proletariat, który przychodził żądać rachunku od złych gospodarzy, wypędzał najeźdźcę z kraju i głośno, na cały świat wołał, że Polska żyje i że ta Polska nie będzie Polską spekulantów ani fabrykantów, że to nowa Polska Pracy i Miłości, solidarności robotniczej, solidarności pracy fizycznej i umysłowej! I kiedy ten świętujący proletariat ginął od kul kozackich, ginął ze sztandarem buntu i nadziei w mężnej dłoni i młode ciała pokrywał całun czerwony i wszyscy, i robotnicy, i burżuazja, i pachołek policyjny, i żołdak obcy wiedzieli, że z kości tego, który pod tym całunem czerwonym spoczywa, narodzi się Mściciel ludowy, co przyjdzie i z martwej dłoni podejmie stary sztandar dziurawy od kul, osmalony prochem, spłowiały a wiecznie od „robotniczej krwi” czerwony.
Dziś, jak przed piętnastu laty, świat robotniczy Polski z tym samym sztandarem czerwonym świętować będzie pierwszego maja. Ileż rzeczy uległo zmianie od owej świętej daty 1905 i 1906 roku! Nie ma już dziś najeźdźców obcych w Polsce! Jest Polska wolna i niepodległa! Wolność, o którą walczył podówczas proletariat, została urzeczywistniona w tej mierze przynajmniej, że nie ma kozaków w Warszawie ani Austriaka w Krakowie, ani pikelhauby w Poznaniu. I dziś w warunkach nowych, w warunkach Wolności narodowej proletariat może walczyć o swoje klasowe robotnicze cele. Dziś on już jest równy proletariatowi Francji, Włoch, Anglii… Dziś na równi z robotnikami zorganizowanymi klasowo, zawodowo, politycznie – występuje na arenę dziejową ze starym sztandarem czerwonym w ręku. Świętuje stare święto robotnicze, zapowiadając, że nie spocznie, aż solidarnie z braćmi robotnikami wszystkich wolnych krajów wywalczy nowy świat społeczny. Że nie spocznie, aż ustaną krzywda i wyzysk i deptanie człowieka. Że nie spocznie, aż jeden tylko robotnik pozostanie nieuświadomiony, nie wiedzący, nie znający siły swojej, potęgi solidarności klasowej i celów, wielkich dziejowych celów socjalizmu. Do tych mas uznojonych, żyjących jeszcze w wiekuistej nocy nieświadomości i ciemnoty, ten świadomy, widzący i zorganizowany robotnik woła: „mógłbyś, gdybyś chciał tylko! przejrzałbyś, gdybyś wiedział!”.
Mógłbyś dźwignąć świat z posad, gdybyś wolę swoją zorganizował. Mógłbyś znieść krzywdę i wyzysk i nieprawdę. Mógłbyś nowy ład na świecie zaprowadzić. Mógłbyś szczęścia stworzyć podwaliny – słońca światłem i radością wypełnić ten świat dzisiejszy smutku i chłodu i nocy. Gdybyś chciał tylko, robotniku! Gdyby wola twoja była rozumna, wyrobiona, świadoma, silna!
Przejrzałbyś! Spadłaby z oczu twoich zasłona, spadłoby bielmo, co nie pozwala ci widzieć Prawdy, co zakrywa przed tobą istotę rzeczy, co każe ci żyć głupim frazesem, powtarzać ,,za księdzem pacierz”, słuchać złych doradców. Przejrzałbyś, gdybyś wiedział… Gdyby przemówiła do ciebie Wiedza wielkim, mocnym, stanowczym głosem swoim. Gdyby odsłoniła przed tobą wszystkie swoje tajemnice, gdybyś dzięki niej zrozumiał zasady, na których spoczywa życie współczesne, życie na kłamstwie społecznym i moralnym opartego Kapitalizmu, gdybyś dzięki niej nauczył się odróżniać prawdę od kłamstwa, ziarno zdrowe od plew i oszwabek, gdybyś dzięki niej nauczył się odróżniać fałszywych proroków od przyjaciół, nędznych faryzeuszów, podstępnych świętoszków, co wciąż Ojczyznę i postęp mają na ustach, a rękami zgarniają do wiecznie rozwartych trzosów – miliardy pracą twoją zdobyte!
Słyszysz, bracie i towarzyszu? Mógłbyś, gdybyś chciał tylko; przejrzałbyś, gdybyś tylko chciał wiedzieć!
Pracujmy, abyśmy wiedzieli i przejrzeli, abyśmy chcieli i mogli!
Czas nagli. Czas nie czeka. Pracujmy, abyśmy nie przychodzili ostatni na szaniec dźwigany łączną, solidarną pracą międzynarodowego proletariatu.
Pracujmy, aby warunki pracy były lepsze, aby udział robotników w zarządach fabryk był coraz poważniejszy, aby wyzysk był coraz mniejszy. Pracujmy, aby oświata była coraz większa i coraz poważniejsza. Pracujmy, aby socjalistów było coraz więcej w radach miejskich, w urzędach, w sejmie. Aby żadna ustawa nie mogła przyjść do skutku bez naszego w jej opracowaniu udziału.
Pracujmy, aby proletariat miast i wsi, który jest najpotężniejszym w kraju czynnikiem, gdy chodzi o liczbę, stał się najpotężniejszym czynnikiem władzy i rządu.
Oto, co znaczyć będą sztandary czerwone, które proletariat zorganizowany poniesie pierwszego maja tego roku ponad głowami tłumów. Ten świat nasz będzie i nasza nim rządzić będzie Prawda! Nie będzie ani Wyzysku, ani Krzywdy, ani bezładu, ani bezrządu. Ci, co pracują, będą tym światem rządzili. Ci, co pracują dłonią czy głową, proletariusze kielni i pióra, robotnicy miast i wsi, urzędnicy, nauczyciele, pisarze – cierpiący od niesprawiedliwości społecznej, krzywdzeni i wyzyskiwani pójdą pod jednym sztandarem, aby w oczach świata zaświadczyć o solidarności klasowej i rewolucyjnej zorganizowanego i międzynarodowego proletariatu. Pierwszego maja proletariat całego świata protestować będzie przeciwko podnoszącej głowę reakcji, przeciwko białemu terrorowi na Węgrzech, w Irlandii i gdzie indziej, przeciwko zakusom monarchistów i zamachom na ustrój republikański, przeciwko zamachom na jedność proletariatu. Jutro jest nasze! Jakże słusznie mówił ów mędrzec, który przed laty pięćdziesięciu wołał, że przyjdzie czas, kiedy powstanie najdrobniejszej organizacji robotniczej więcej znaczyć będzie niż król, niż wygrana wojna! Gdzie dziś najpotężniejsi mocarze świata! Gdzie dziś Romanow, gdzie Hohenzollern, gdzie Habsburg? Zapadły się w otchłań nocy największe mocarstwa przedwojennej Europy. A ruch robotniczy pomimo wszystkich załamań, pomimo rozłamów i podstępnej, prowokacyjnej walki Kapitału – trwa i rozwija się. Związki zawodowe liczyły przed wojną dziesięć milionów, a dziś liczą trzydzieści milionów zorganizowanych członków.
Jutro jest nasze, bracia i towarzysze! Pracujmy, aby ono było bliskie! Aby ono długo nie dało na się czekać. Ramię do ramienia! Jedni – w organizacji, w szkole partyjnej, w agitacji, w pochodzie majowym – wszędzie razem. Na pohybel ciemnym siłom, które by daleką przeszłość przywrócić chciały. Pierwszego maja wszyscy na ulicę! Niechaj staną warsztaty. Niech odpocznie spracowana ręka. Niech się mózg odpręży. Tłumaczcie tym, którzy nie wiedzą, co znaczy święto Pracy i Nadziei!
Stanisław Posner
Powyższy tekst to cała broszura, wydana przez Polską Partię Socjalistyczną pierwszy raz w roku 1920, a następnie kilkakrotnie wznawiana. W pierwotnej edycji była sygnowana pseudonimem autora – Henryk Bezmaski. Nie była wznawiana od lat 30. XX wieku. Poprawiliśmy pisownię według obecnych reguł. Ilustracja w nagłówku tekstu to rysunek zamieszczony w PPS-owskim dzienniku „Robotnik” w wydaniu 1-majowym z roku 1934.
Stanisław Posner (1868-1930) – polski działacz socjalistyczny pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Na początku lat 90. XIX wieku związał się z nielegalnymi inicjatywami lewicowymi w zaborze rosyjskim. Był publicystą legalnych pism postępowych, w których promował rozmaite postępowe rozwiązania, m.in. spółdzielczość, związki zawodowe, prawa człowieka, samostanowienie narodów podbitych i uciskanych, zwalczanie prostytucji. W okresie rewolucji 1905 wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, a po rozłamie w niej związał się z niepodległościową Frakcją Rewolucyjną. Od roku 1910 przebywał na emigracji politycznej we Francji, z której powrócił w roku 1919. W roku 1921 należał do grona pomysłodawców i założycieli Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Od roku 1922 przez dwie kadencje był senatorem RP wybranym z listy Polskiej Partii Socjalistycznej w okręgu Kielce; w drugiej kadencji pełnił przez dwa lata, do śmierci, funkcję wicemarszałka Senatu. Autor setek artykułów i wielu większych publikacji.
przez redakcja | piątek 29 kwietnia 2022 | aktualności
Brakiem porozumienia i spisaniem protokołu rozbieżności zakończyła się ostatnia tura rokowań między przedstawicielami organizacji związkowych działających w PKP Cargo i pracodawcą.
Teraz czas na mediacje. Jak pisze portal pulshr.pl, Do 6 maja PKP Cargo przedstawi stronie związkowej mediatora. Jak poinformował Jan Majder, przewodniczący „Solidarności” w PKP Cargo, pierwsze spotkanie z jego udziałem odbędzie się nie później niż 16 maja.
– Po raz kolejny usłyszeliśmy tylko, że zarząd chciałby dać ludziom podwyżki, ale nie ma na nie pieniędzy. W związku z tym zdecydowaliśmy o podpisaniu protokołu rozbieżności. Nie zmieniliśmy swojego stanowiska i podtrzymaliśmy swoje żądania – podkreśla Jan Majder, cytowany przez katowicką Solidarność.
Najważniejszy postulat strony związkowej dotyczy podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych wszystkich pracowników firmy o 600 zł. Związkowcy argumentują, że to uzasadnione żądanie, bo zbiorowych podwyżek wynagrodzeń nie było w firmie od 2019 roku.
Spór zbiorowy w PKP Cargo trwa od początku marca.
przez redakcja | środa 27 kwietnia 2022 | aktualności
Bez nas nie ma szpitala, a nie mamy z czego żyć – mówią niemedyczni pracownicy szpitala miejskiego w Radomiu. Obecnie ich zarobki wynoszą około 2400 złotych.
Jak informuje Portal Samorządowy, niemedyczni Radomskiego Szpitala Specjalistycznego im. dr. Tytusa Chałubińskiego mówią, iż latem ubiegłego roku władze odebrały 150 rejestratorkom, salowym i sanitariuszkom 800 złotych dodatku do pensji wypłacanego w poprzednich latach. Dodatki w pewnym stopniu rekompensowały niskie wynagrodzenie pracowników niemedycznych. Obecnie ich zarobki wynoszą około 2,5 tys. złotych.
Mówimy tutaj o dodatkach nocnych i świątecznych, które odebrano bez zapowiedzi. Pracownicy zorientowali się, że ich pensje zostały obniżone, gdy sprawdzili wyciągi na kontach – mówił na dzisiejszej konferencji prasowej przed radomskim urzędem miasta Krystian Krasowski, przewodniczący OMZZ Personelu Pomocniczego w Ochronie Zdrowia.
Krasowski podkreślał, że w Radomiu, tak jak w całej Polsce, brakuje pracowników niemedycznych. – Związki zawodowe obawiają się, że przez brak dodatków w szpitalu miejskim w Radomiu dojdzie do odpływu personelu, który jest wsparciem dla chorych i medyków. Dyrektor powinien starać się, żeby byli dostępni dla pracodawcy i godnie wynagradzani, co się łączy – podkreślał przewodniczący.
Marta Sasin, radomska liderka OMZZ Personelu Pomocniczego w Ochronie Zdrowia i pracownica szpitala miejskiego, nakreśliła trudną sytuację finansową, z którą ona i jej koleżanki i koledzy z pracy muszą się mierzyć: – Odebranie pracownikom dodatków w wysokości 700-800 zł to poważny cios. Obniżyło to nasze pensje nawet do 2500 złotych. My chcemy pracować w zawodzie, ale z tego trudno jest wyżyć. Wykonujemy swoje obowiązki i chcielibyśmy być wynagradzani adekwatnie. Bez nas szpital nie będzie funkcjonował, a dyrekcja niestety od kilku miesięcy nas unika.
Związkowcy z pomocą posłanki Magdaleny Biejat i działaczy radomskiej Lewicy zwrócili się o wsparcie do wiceprezydenta miasta Jerzego Zawodnika.
przez Karol Trammer | środa 27 kwietnia 2022 | opinie
Na zapomniane linie na pograniczu województw mazowieckiego i kujawsko-pomorskiego wróciły połączenia pasażerskie.
Jeszcze na początku grudnia 2021 r. granicy województw mazowieckiego i kujawsko-pomorskiego nie dało się przekroczyć koleją.
Ruch pasażerski na trasie Sierpc – Rypin – Brodnica zlikwidowano 3 kwietnia 2000 r. w ramach największego w historii Polski cięcia połączeń, które objęło 1028 km linii. Natomiast z linii Sierpc – Lipno – Toruń pociągi wycofano w marcu 2020 r. pod pretekstem epidemii koronawirusa.
Panuje niepewność
Przywrócenia ruchu między Sierpcem a Toruniem domagały się społeczności lokalne i samorządowcy. W grudniu 2020 r. pojawiła się internetowa petycja – podpisało ją 638 osób. W lutym 2021 r. do marszałków województw kujawsko-pomorskiego i mazowieckiego trafił list otwarty, pod którym podpisali się starostowie powiatów sierpeckiego, lipnowskiego, toruńskiego, prezydenci Płocka i Torunia oraz wójtowie i burmistrzowie gmin leżących wzdłuż ciągu. Domagali się nie tylko powrotu pociągów, ale także uruchomienia ich na wydłużonej trasie Toruń – Sierpc – Płock.
Marszałek województwa kujawsko-pomorskiego Piotr Całbecki w maju 2021 r. zapowiedział ogłoszenie szykowanego już od dwóch lat przetargu na realizację przewozów: „Pozwoli to na przywrócenie zawieszonych obecnie połączeń Toruń – Sierpc”.
Wkrótce od tej deklaracji zdystansował się Tomasz Moraczewski, szef departamentu transportu samorządu województwa kujawsko-pomorskiego. W lipcu 2021 r. oznajmił: „Panuje niepewność związana z ciągłymi zmianami stanu epidemicznego, ewentualnym ponownym wzrostem zakażeń i wynikającymi z nich ograniczeniami. Wszystkie te uwarunkowania nie pozwalają na wskazanie konkretnej daty przywrócenia połączeń na odcinku Toruń – Sierpc”.
Przetarg został ogłoszony dopiero 17 września 2021 r., mimo to założono, że przewoźnicy złożą oferty do 18 października 2021 r. i już od 12 grudnia 2021 roku rozpoczną realizowanie dziewięcioletnich kontraktów. Zamówienie podzielono na 10 pakietów obejmujących od jednej do kilku linii. W zamyśle chodziło o to, aby do przetargu stanęli przewoźnicy działający w sąsiednich regionach, którzy mogliby niejako przy okazji obsłużyć wybrane zlecenia na terenie województwa kujawsko-pomorskiego.
Linia Toruń – Sierpc stanowiła jeden pakiet. O jego zdobycie, przynajmniej zgodnie z zamysłem twórców przetargu, powinny starać się Koleje Mazowieckie, obsługujące linie Kutno – Płock – Sierpc oraz Nasielsk – Płońsk – Sierpc. Mazowiecki przewoźnik od początku nie był jednak entuzjastycznie nastawiony do rozszerzania swojej działalności o realizację przewozów w sąsiednim regionie. Koleje Mazowieckie – w przeciwieństwie do trójmiejskiej PKP SKM czy Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej – nie skorzystały nawet z zaproszenia do udziału w konsultacjach poprzedzających przetarg.
Wszystko od nowa
W październiku 2021 r. kujawsko-pomorski samorząd ogłosił, że wydłuża okres składania ofert i przede wszystkim przesuwa termin rozpoczęcia realizacji kontraktów o rok – na grudzień 2022 r. Jednak zarówno Polregio, jak i Arriva zaskarżyły warunki przetargu do Krajowej Izby Odwoławczej przy Urzędzie Zamówień Publicznych.
W tle zamieszania Tomasz Moraczewski w październiku 2021 r. przestał kierować departamentem transportu, a marszałek Piotr Całbecki zaczął sobie uświadamiać, że przetarg źle przygotowano. W listopadzie 2021 r. stwierdził: „Może się okazać, że na podstawie decyzji KIO unieważnimy całe to postępowanie, co jest bardzo prawdopodobne, i będziemy musieli wszystko od nowa organizować”.
W grudniu 2021 r. KIO rzeczywiście orzekła, że przetarg należy unieważnić. I w styczniu 2022 r. samorząd województwa kujawsko-pomorskiego to uczynił.
W obliczu fiaska z przetargiem kujawsko-pomorski samorząd zdecydował, że przewoźników, którzy będą obsługiwali połączenia od grudnia 2021 r. do grudnia 2022 r., wybierze z wolnej ręki. Negocjacje były prowadzone z dotychczas realizującymi przewozy Arrivą i Polregio.
Doszło więc do powtórki sytuacji z końca 2020 r., gdy kończyły się dotychczasowe kontrakty kujawsko-pomorskiego samorządu: pięcioletni z Polregio oraz dziesięcioletni z Arrivą. Mimo to władze regionu nie zdołały ogłosić zapowiadanego od początku 2019 r. przetargu na obsługę kolejowych połączeń regionalnych przez 15 lat. Konieczne stało się więc zawarcie na ostatnią chwilę umów z wolnej ręki. Dwaj przewoźnicy działający w regionie – pełni świadomości, że samorząd nie ma ani czasu, ani możliwości wyboru – wywindowali swoje oczekiwania finansowe. Jako że samorząd nie był w stanie im sprostać, doszło do cięć połączeń.
Pociąg do sukcesu
Rok później pertraktacje też były burzliwe. Pod koniec listopada 2021 r. doszło nawet do tego, że kujawsko-pomorski samorząd zerwał rozmowy z Arrivą i oświadczył, że obsługę całej siatki połączeń powierzy spółce Polregio. Przewoźnik ten zaoferował, że od kwietnia 2022 r. będzie w stanie wprowadzić połączenia na linię Toruń – Sierpc. Jak informowała członkini zarządu województwa kujawsko-pomorskiego Aneta Jędrzejewska, kilka miesięcy zajmie wynajęcie przez Polregio szynobusów od Stowarzyszenia Kolejowych Przewozów Lokalnych.
Arriva oświadczyła, że samorząd zerwał z nią negocjacje zanim przedstawiła ostateczną ofertę. I zadeklarowała gotowość do dalszych rozmów. Zapomniana jak dotąd linia nagle stała się języczkiem u wagi. Arriva – chcąc przebić ofertę złożoną przez Polregio – oznajmiła bowiem, że będzie gotowa uruchomić pociągi w relacji Toruń – Sierpc już pod koniec stycznia 2022 r.
Po kolejnych perypetiach z przetargiem, który miał być wielkim sukcesem kujawsko-pomorskiego samorządu, a kolejny raz okazał się porażką, marszałek Piotr Całbecki potrzebował czegoś, co odmieni jego wizerunek w kwestii kolei. Wizja reaktywacji połączeń na linii Toruń – Lipno – Sierpc była właśnie czymś takim. Tym bardziej, że niektóre sukcesy prezentowane przez marszałka były nieco naciągane. Kujawsko-pomorski samorząd pochwalił się, że na jego zlecenie pociągi przejadą w 2022 roku 5,250 mln km, a więc o jedną trzecią więcej niż w 2021 r. (4 mln km). Ale jak przypomniał Portal Kujawski, w 2019 r. – nim nastała epidemia i tłumaczone nią cięcia połączeń – pociągi przejechały 5,883 mln km.
Finalnie Arrivie udało się przekonać władze województwa kujawsko-pomorskiego i pozostać w tym regionie. Dzięki temu Całbecki mógł już 31 stycznia 2022 r. stanąć na peronie w Toruniu i – prawie dwa lata po podjęciu decyzji o likwidacji – uroczyście odgwizdać powrót połączeń do Sierpca.
Bardzo duże zainteresowanie
Toruń to dla leżącego na północnym zachodzie województwa mazowieckiego Sierpca najbliższe miasto wojewódzkie. Z Sierpca do Torunia jest 80 km, zaś do Warszawy 120 km. Dlatego Toruń, choć jest stolicą sąsiedniego województwa, stanowi dla sierpczan ważny cel dojazdów. Po reaktywacji – mimo skromnej oferty trzech połączeń na dobę – pociągi szybko się więc zapełniły. – „Wznowione połączenia między Toruniem a Sierpcem spotkały się z bardzo dużym zainteresowaniem pasażerów” – mówi Wiktor Plesiński, wicedyrektor kujawsko-pomorskiego departamentu transportu. Na przykład w niedzielę 13 lutego 2022 r. szynobusem do Torunia odjeżdżającym z Sierpca po 17:00 wyruszyły 64 osoby.
Na linii Toruń – Sierpc już w pierwszych tygodniach po reaktywacji dochodziło do sytuacji, że część ludzi nie była w stanie się zmieścić do szynobusu. Pasażerów przyciągnęły bardzo atrakcyjne ceny biletów: przez pierwszy miesiąc, od 31 stycznia do 28 lutego 2022 r., przejazd z Torunia do Sierpca kosztował tylko 1 zł. Dobra frekwencja utrzymała się jednak po okresie promocji (teraz bilet kosztuje 15,70 zł). I z początkiem kwietnia 2022 r. nawet zwiększono ofertę z trzech do pięciu par połączeń dziennie.
Jeszcze niedawno zapomniana linia Toruń – Lipno – Sierpc znalazła się w centrum uwagi samorządu województwa kujawsko-pomorskiego. Podjęto ustalenia z gminami i powiatami, aby – za sprawą dofinansowania z ich strony – wprowadzić kolejne połączenia. – „Prowadzimy też rozmowy z samorządem województwa mazowieckiego w kwestii przywrócenia pociągów relacji Toruń – Warszawa przez Lipno” – oznajmił Piotr Całbecki.
Kierunek Warszawa?
– „Nie wykluczamy podjęcia rozmów z partnerami z Torunia w celu zwiększenia liczby kursów, w tym uruchomienia bezpośrednich pociągów łączących Toruń z Płockiem” – mówi Marta Milewska, rzecznik prasowy samorządu województwa mazowieckiego. – „Na obecną chwilę mało prawdopodobne wydaje się jednak uruchomienie bezpośrednich połączeń kolejowych Toruń – Warszawa przez Sierpc”.
Według Milewskiej, problemem są dwie kwestie: ograniczona przepustowość na wlocie do stolicy z północy oraz zbyt mała pojemność szynobusów w stosunku do potoków pasażerskich notowanych między Nowym Dworem Mazowieckim a Warszawą. Z tych powodów z końcem 2016 r. Koleje Mazowieckie wycofały bezpośrednie pociągi relacji Sierpc – Warszawa. Kursowały one od 2010 r., zdobywając coraz więcej pasażerów. Teraz przy podróżach między Sierpcem a Warszawą konieczne są przesiadki, niestety nie zawsze dogodne, w Nasielsku lub Nowym Dworze Mazowieckim.
Obecnie więc mieszkańcy Sierpca nie mają bezpośredniego połączenia z Warszawą. Za to mogą bez przesiadki dotrzeć do czterech innych miast wojewódzkich: nie tylko do Torunia, ale także Łodzi, Gdańska i Katowic.
„Flisak” zdobył pasażerów
12 grudnia 2021 r. rozpoczął kursowanie pociąg TLK „Flisak”, który relację Katowice – Częstochowa – Łódź – Płock – Trójmiasto pokonuje trasą przez Sierpc, Rypin, Brodnicę i Grudziądz (licząc 94 tys. mieszkańców był on dotychczas jednym z największych miast pozbawionych pociągów dalekobieżnych).
Docelowo, po zakończeniu dramatycznie opóźnionej modernizacji linii Grudziądz – Malbork, „Flisak” ma jeździć przez Kwidzyn i Sztum. Prace modernizacyjne na tym odcinku zaczęto w 2017 r. i jak wówczas informowały PKP Polskie Linie Kolejowe, „realizacja projektu za 212 mln zł zakończy się jesienią 2019 r.”. Obecnie zakłada się, że pociąg „Flisak” będzie można wytrasować przez Kwidzyn i Sztum od czerwca 2022 r.
Uruchomienie pociągu „Flisak” to kolejny etap rozbudowywania sieci PKP Intercity o kilkudziesięciotysięczne miasta położone na liniach niezelektryfikowanych (w grudniu 2019 r. pociągi dalekobieżne dotarły do Żar i Żagania, w grudniu 2020 r. do Prudnika, Nysy, Dzierżoniowa i Świdnicy, a w czerwcu 2021 r. do Hajnówki i Bielska Podlaskiego).
Lokomotywa spalinowa prowadzi pociąg „Flisak” od Gdyni do Płocka. Obsługę zapewnia gdyńska sekcja PKP Intercity spalinowozem typu 754 wynajmowanym od spółki České Dráhy. Na dalszym odcinku z Płocka do Katowic skład prowadzony jest elektrowozem EP07. Rozkład jazdy ułożono tak, że „Flisak” jadący z Gdyni do Katowic oraz „Flisak” jadący z Katowic do Gdyni spotykają się w Płocku – i tu wymieniają się lokomotywami (wiąże się to niestety z aż półgodzinnym postojem obydwu składów).
Pociąg TLK „Flisak” – przynajmniej przez pierwsze miesiące funkcjonowania – nie został dotknięty chorobą regularnie dręczącą połączenia spółki PKP Intercity na liniach niezelektryfikowanych. „Flisak” ani razu nie został odwołany z powodu braku sprawnej lokomotywy spalinowej, mimo że w tym samym czasie na innych ciągach zdarzało się to nagminnie (w tym roku najczęściej na trasie Wrocław – Żagań – Żary – Zielona Góra i w rejonie Gorzowa Wielkopolskiego).
„Flisak” szybko zdobył pasażerów: 13 lutego w jego trzywagonowym składzie było między Laskowicami a Grudziądzem 120 osób, a między Rypinem a Sierpcem 96 osób.
Wielkie święto, mało połączeń
Dla 16-tysięcznego Rypina uruchomienie pociągu TLK „Flisak” oznaczało powrót na mapę połączeń kolejowych po ponad 20 latach. Pierwszy po dwóch dekadach pociąg pasażerski witały na rypińskiej stacji setki mieszkańców miasta. – „Dziś mamy otwarte okno na świat. To naprawdę wielkie święto dla naszego miasta i szansa na rozwój” – mówił burmistrz Rypina Paweł Grzybowski.
Entuzjazmu nie zmąciło to, że „Flisak” to jedyne połączenie obsługujące Rypin. Na 55-kilometrowej linii Sierpc – Rypin – Brodnica nie kursują żadne pociągi regionalne. I nie wiadomo, kiedy się pojawią. Mazowiecki samorząd nie jest zainteresowany ich uruchomieniem. Z kolei kujawsko-pomorski samorząd uwzględnił linię (tylko na leżącym w granicach województwa odcinku Brodnica – Rypin) jako jeden z pakietów przetargu, który, jak wiadomo, został unieważniony.
W 2021 r. – w obliczu planów uruchomienia pociągu „Flisak” – spółka PKP PLK wykonała remont, w efekcie którego na całym ciągu od Sierpca przez Rypin do Brodnicy obowiązuje prędkość maksymalna 80 km/h. Dodajmy, że codziennie tą linią z i do grudziądzkiej bazy Arrivy podsyłane są – bez zabierania pasażerów – szynobusy kursujące między Sierpcem a Toruniem.
Barierą dla zwiększenia liczby połączeń pasażerskich i pogodzenia ich z przewozami towarowymi jest jednak mała przepustowość linii Sierpc – Brodnica, ograniczona wskutek zdegradowania przez PKP PLK wszystkich stacji pośrednich do roli przystanków.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 2/118 marzec-kwiecień 2022; http://www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez redakcja | wtorek 26 kwietnia 2022 | aktualności
Ochrona funkcyjnych związkowców przed zwolnieniem w praktyce nie działa; zwolnieni związkowcy latami czekają na wyroki sądów; proponujemy ustawę, według której sąd zapewni, by działacz pracował do ogłoszenia wyroku sądowego – zapowiedzieli posłowie Lewicy na konferencji prasowej.
Jak informuje portal wnp.pl na wtorkowej konferencji prasowej posłowie Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk oraz Maciej Konieczny wraz z przedstawicielami organizacji związkowych, m.in. Solidarności, OPZZ, Inicjatywy Pracowniczej oraz organizacji związkowej działającej w mBanku, przedstawili projekt ustawy, który, jak argumentowali, ma chronić funkcyjnych związkowców przed bezprawnymi zwolnieniami.
To problem dotykający w Polsce pracowników z każdej strony sceny związkowej, niezależnie od poglądów i afiliacji. Mowa o prześladowaniach za działania związkowe, o bezprawnym zwalnianiu związkowców za to, że odważyli się zorganizować się w swoim zakładzie pracy, że odważyli się upomnieć o należne im podwyżki – mówił Konieczny.
W Polsce nieuczciwym pracodawcom opłaca się zwalniać liderów i liderki związków zawodowych. Co z tego, że prawo teoretycznie związkowców chroni, skoro sprawy o przywrócenie do pracy ciągną się latami. Nawet, jeżeli pracodawca przegra proces, to często dzięki zwolnieniu osób stojących na czele związku udaje mu się skutecznie rozwalić organizację związkową. Musimy wzmocnić prawną ochronę związkowców. Dlatego złożyliśmy projekt ustawy, który sprawi, że to pracodawca będzie musiał udowodnić przed sądem, że miał prawo zwolnić związkowca. Do wydania przez sąd wyroku pracodawca nie będzie się mógł po prostu pozbyć związkowca z zakłądu pracy.
Ostatnie głośne przypadki zwolnienia Mariusza Ławnika z mBanku i Magdaleny Malinowskiej z Amazona to tylko wierzchołek góry lodowej. Prześladowanie związków zawodowych jest smutną codziennością w wielu zakładach pracy w Polsce.
Sukcesy strajków w Parocu i Solarisie pokazały, jak dużą siłą dysponują związki zawodowe i jak skutecznie zjednoczeni pracownicy są w stanie walczyć o swoje prawa. Dlatego w interesie wszystkich polskich pracowników i pracownic leży wzmacnianie związków zawodowych i ochrona ich przed nieuczciwymi działaniami pracodawców – pisze poseł Konieczny na swoim profilu w mediach społecznościowych.
przez redakcja | poniedziałek 25 kwietnia 2022 | aktualności
Celem resortu klimatu i środowiska jest uchwalenie ustawy wdrażającej system kaucyjny w Polsce jeszcze w 2022 r. Kończą się analizy w sprawie ewentualnego rozszerzenia systemu zbiórki o kolejne dwie frakcje. Obecnie projekt zakłada kaucję tylko na plastik i szkło.
Jak informuje Portal Samorządowy, zgodnie z projektowanymi przepisami do odbierania butelek objętych systemem kaucyjnym i zwrotu kaucji byłyby zobowiązane sklepy o powierzchni powyżej 100 metrów kwadratowych. Mniejsze placówki będą mogły do systemu dołączyć dobrowolnie. Wszystkie punkty sprzedaży będą musiały jednak pobierać kaucję.
Kończą się prace analityczne dotyczące rozszerzenia sytemu zbiórki o kolejne frakcje opakowań. Jak na razie projekt zakłada, że system kaucyjny miałby objąć butelki jednorazowego użytku z tworzywa sztucznego na napoje o pojemności do 3 l oraz butelki szklane wielokrotnego użytku na napoje o pojemności do 1,5 l.
Dyrektor resortu przekazał, że analizy dotyczą rozszerzenia systemu jeszcze o kolejne dwie frakcje, nie doprecyzował jednak, o może chodzić. Pod koniec lutego wiceszef MKiŚ Jacek Ozdoba informował, że “wydaje się zasadne rozszerzenie systemu” o aluminiowe puszki. Zwracał jednak uwagę, że nie może tego zagwarantować na 100 proc.
przez redakcja | niedziela 24 kwietnia 2022 | aktualności
Pacjent w ciągu 12 miesięcy w ramach współpłacenia za leki refundowane płaciłby z własnej kieszeni tylko pierwsze 400 zł. Resztę miałoby dopłacać państwo.
Jak informuje portal rynekzdrowia.pl, powstał raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Współpłacenie za leki w Polsce. Jak ograniczyć nierówności w dostępie do leków?”. Autorzy proponują wprowadzenie limitu współpłacenia za leki refundowane. Pacjent w ciągu 12 miesięcy w ramach współpłacenia za leki refundowane płaciłby z własnej kieszeni tylko pierwsze 400 zł wynikające z zasad odpłatności ryczałtowej, 30 proc. i 50 procent.
Jakie są wnioski z raportu? Produkty farmaceutyczne są najbardziej niedofinansowaną częścią opieki zdrowotnej w Polsce. Obciążenie Polaków prywatnymi wydatkami na leki jest jednym z najwyższych w Unii Europejskiej.
Wobec tego PIE proponowane rozwiązanie – wprowadzenie limitu współpłacenia za leki refundowane. Mając na uwadze powyższe wnioski proponujemy wprowadzenie górnego limitu dopłat do leków refundowanych w wysokości 400 zł rocznie – czytamy w raporcie.
Pacjent w ciągu 12 miesięcy w ramach współpłacenia za leki refundowane płaciłby z własnej kieszeni tylko pierwsze 400 zł wynikające z zasad odpłatności ryczałtowej, 30 proc. i 50 procent. Po przekroczeniu tej sumy, resztę kwoty współpłacenia pokrywałby płatnik publiczny. W ocenie Polskiego Instytutu Ekonomicznego, limit współpłacenia jest narzędziem relatywnie prostym technicznie i operacyjnie (przez powiązanie z systemem e-recept oraz Internetowym Kontem Pacjenta), a powinien istotnie wpłynąć na obniżenie częstotliwości występowania druzgocąco wysokich wydatków na leki wśród najbardziej chorych pacjentów.
przez Bartosz Oszczepalski | niedziela 24 kwietnia 2022 | opinie
„Gierek” to bardzo przeciętny film, który jednak był w Polsce potrzebny. Dość często razi, bo trudno nie dostrzec jego niedostatków, ale zarazem prowokuje w pozytywnym sensie, a o PRL opowiada w tonie dalekim od czarno-białego.
Ballada o człowieku, który stał się ikoną z przypadku
Nie ma co ukrywać. Nowa produkcja o pierwszym sekretarzu PZPR kuleje na wielu płaszczyznach. I to tych czysto warsztatowych. Razić mogą mało zabawne żarty średnio pasujące do tematyki filmu, dziwna praca kamery, niekiedy niezbyt błyskotliwe linie dialogowe popadające w niezamierzony komizm, telenowelowa otoczka czy słabo rozrysowane postacie połączone z nie do końca trafionym doborem aktorów do konkretnych bohaterów. Oczywiście Jaruzelski był skrajnie negatywną postacią w polskiej historii, jednakże w opinii osób go znających raczej w kontaktach sprawiał wrażenie stonowanej i powściągliwej osoby, a nie narwańca-spiskowca o wyglądzie i zachowaniu Gargamela, a tak go przedstawiono w filmie. Kania, tu ukazany jako towarzysz Maślak, ogładą i wyrafinowaniem nie grzeszył, lecz trudno uwierzyć, że był też pajacującym przygłupem, a tak zagrał go aktor zwykle zresztą specjalizujący się w takich rolach.
Postacie w ogóle są grubo ciosane, kliszowe i mało zniuansowane. Dotyczy to również samego Gierka, który zupełnie słusznie został przedstawiony jako bohater bardziej pozytywny niż Jaruzelski i Kania, jednak za bardzo przesadzono z jego wybielaniem, tworząc cukierkową laurkę. O ile jego rolę w zmienianiu Polski oceniam dobrze, o tyle ciężko uwierzyć, że był prawie antykomunistą, kremlosceptykiem i zwolennikiem „koncesjonowanej opozycji”, a przypadkowo został sekretarzem w systemie, którego tak naprawdę nie popierał. Mało jest prawdopodobne, by tak wysoką funkcję powierzono dobrodusznemu gamoniowi, który nie ma pojęcia o meandrach polityki i zostaje łatwo oszukany przez konkurentów, także przecież nie grzeszących inteligencją. Oczywiście Gierek uchodził za sympatycznego i naprawdę miał dobry kontakt z ludźmi, ale zarazem zanim został pierwszym sekretarzem, przez wiele lat przewodził partyjnym strukturom na Śląsku. Wiedział, z czym się je politykę i można go nazwać politycznym wygą. Tymczasem w filmie jest liściem, który omyłkowo spadł na dach i został dość szybko strząśnięty przez wiatr.
Ziarno prawdy
Wiele wydarzeń historycznych zostało w „Gierku” przedstawionych z przymrużeniem oka i dość umownie, ale to nie dokument, więc można to potraktować ulgowo. I nawet jeśli tak ukazany Gierek nie zawsze przekonuje, to akurat Koterski ze względu na podobną fizjonomię i usilne starania, tego dobrodusznego empatę przedstawia dobrze i w sposób wiarygodny. Tak jak zapewne chciał reżyser, choć jak już wspomniałem, taki pomysł na Gierka średnio mi odpowiada. Docenić należy kilka drugoplanowych ról, jak choćby radzieckiego polityka granego przez Krzysztofa Tyńca. Intryga, choć grubo ciosana, po pewnym czasie nawet zaczyna wciągać, przez co film się nie dłuży, mimo że trwa aż 2,5 godziny. Sama myśl przewodnia scenariusza też jest mi bliska, bo Gierek na tle innych dygnitarzy wypadał dobrze i był kojarzony z tym, z czym powinien być utożsamiany prawdziwy socjalizm – sprawczością, niwelowaniem nierówności społecznych, stawianiem oporu imposybilizmowi. I nie tylko socjalizm, ale każde cywilizowane państwo oraz prozwojowy projekt społeczno-gospodarczy, więc polityczny przekaz produkcji można bronić z pozycji niesocjalistycznych.
Warto przy okazji zaznaczyć, że bronią się też komentarze i wątki ekonomiczne, z których dużą część zapewne napisał publicysta ekonomiczny Rafał Woś. Sam zresztą zagrał małą rólkę liberalnego ekonomisty doradzającego Gierkowi terapię szokową i radykalną prywatyzację, co można traktować jako zapowiedź ery Balcerowicza, której upadek Gierka był być może pierwszym zwiastunem. Bawić, a jednocześnie nie pozostawać obojętnym może też na przykład stwierdzenie amerykańskiego bankiera, że tak naprawdę pożyczają wszyscy, również kraje kapitalistycznego Zachodu, a Polska nie jest wyjątkiem. To ważne w kontekście zarzucenia Gierkowi socjalistycznego populizmu.
I pewnie nie każdy wątek spiskowy w „Gierku” stał blisko prawdy, ale zarazem trudno się nie zgodzić, że przeciwko pierwszemu sekretarzowi został zawiązany spisek, o czym świadczy fakt, iż internowano go w stanie wojennym. Dlatego z dużą dozą sympatii podchodzę do tego, że reżyser Michał Węgrzyn ukazał w swoim dziele ponadczasowe i ponadpolityczne mechanizmy niszczenia ludzi. Całkiem „przypadkowo” prawie zawsze są to osoby występujące przeciwko establishmentowi i działające na rzecz „zwykłych” obywateli, a nie tylko elit. Teraz, kiedyś, w administracji państwowej, w samorządach, w spółkach skarbu państwa i przedsiębiorstwach prywatnych. Podobnie jak Gierkowi, w taki sposób gębę złodzieja i prymitywa dorobiono między innymi Andrzejowi Lepperowi. Jakkolwiek całościowo nie oceniałbym „Gierka”, doceniam to, iż wiele osób, które oglądały film, wspominało, że rozjaśnił im on sporo faktów ekonomicznych i związanych z kulisami władzy.
Film mógł być znacznie lepszy, ale krytycy też
A dlaczego był on Polsce i Polakom potrzebny? Bo mimo swoich wad – jednowymiarowych postaci czy zbyt propagandowego wymiaru – i tak jest bardziej zniuansowany w ocenie PRL czy w ogóle aktywnej roli państwa w gospodarce niż przytłaczająca większość polskich filmów powstałych po 1989 roku. Oczywiście miał ten system mnóstwo wypaczeń, jak choćby cenzura, brutalna pacyfikacja strajków i uzależnienie od Rosji, jednakże miewał i zalety. Nie brakowało ambitnych reform społecznych, inwestycji robionych z wielkim rozmachem czy takich polityków jak Gierek, którzy w jakimś stopniu próbowali otworzyć Polskę na świat i uniezależnić od ZSRR, nawet jeśli deklaracje wskazywały na coś innego. I o tym właśnie opowiada „Gierek”. Film wadliwy, a zarazem taki, który trochę nieporadnie, ale jednak próbuje tamten okres w historii Polski pokazać w sposób mniej zerojedynkowy niż to zwykle ma miejsce.
Być może z tego wynika furia, która zawładnęła recenzentami oceniającymi „Gierka”. Rozumiem, że film może się nie podobać, bo i ja nie jestem do niego w pełni przekonany, jednak zaskakiwać może zaciętość każąca niektórym redakcjom pisać aż po dwie recenzje tej produkcji, w dodatku pełne wulgaryzmów. Nikt mnie też nie przekona, że recenzenci oceniając dzieło nie mieli w głowie pewnych politycznych klisz. Szczególnie ci o przekonaniach neoliberalnych, konserwatywno-liberalnych bądź lewicowo-liberalnych. Nie ma w tym przypadku, że określali złośliwie jednego ze scenarzystów Rafała Wosia mianem „alt-leftowego publicysty” czy twierdzili, że jest radykalnym socjalistą przesadnie nienawidzącym Balcerowicza, z czego wynikają wady filmu. Jeden z historyków posunął się nawet do tego, żeby zarzucić twórcom, iż nie przedstawili polityka z Sosnowca jako nieoczytanego nieuka nieinteresującego się filmami i teatrem, bo w jego opinii to właśnie ma świadczyć o tępocie danego człowieka. Mieszanka klasizmu i uprzedzeń wobec wszelkich polityków, którzy mieli inny pomysł na Polskę niż neoliberalny, wielu recenzentom nie pozwoliłaby docenić filmu, nawet gdyby był lepszy. Zresztą warto tu zadać pytanie: skoro „Gierek” to produkcja słaba, dlaczego do tej pory nie powstał jakiś inny, lepszy film o tym polityku albo chociaż bardziej zniuansowany i zarazem wartościowy artystycznie obraz o epoce PRL-u? Dlaczego w Polsce kino społeczne kuleje, a w rodzimych filmach przeważnie szczytem analizy społecznej jest naigrawanie się z ciemnego ludu nienawidzącego „obcego” i elitarny dydaktyzm? Tego recenzenci nie napiszą, a szkoda.
Moja ocena: 5/10
Bartosz Oszczepalski
przez redakcja | piątek 22 kwietnia 2022 | aktualności
Obowiązujące przepisy wciąż nie chronią przed zabudową terenów zielonych spełniających w miastach istotne funkcje klimatyczne, wentylacyjne czy hydrologiczne. Jak pokazała kontrola przeprowadzona przez NIK, normy prawne regulujące od 18 lat planowanie i zagospodarowanie przestrzenne, zamiast wspierać zachowanie i powiększanie systemów przyrodniczych, dopuszczają do ich postępującego i nieodwracalnego osłabiania.
Obecnie jedynie miejscowe plany zagospodarowania przestrzenne umożliwiają samorządom skuteczną ochronę terenów zielonych przed zabudową. To te dokumenty wskazują, gdzie w przyszłości mogą powstać w gminie drogi, punkty usługowe, przychodnie, szkoły czy place zabaw i ostatecznie zabezpieczają miejsca przeznaczone na zieleń. Problem w tym, że choć według ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym z 2003 r. plany miejscowe powinna mieć każda gmina, ich tworzenie nie jest obowiązkowe. W efekcie rzadko pokrywają one 100% powierzchni gminy (średnia krajowa to 31,4%).
Wśród miast kontrolowanych przez NIK, na koniec 2020 r. jedynie Chorzów był objęty planami miejscowymi w całości, Mikołów niemal w 100%, a Zamość w 99%. Na drugim biegunie znalazł się Leżajsk, w którym plany zagospodarowania przestrzennego pokrywały niecałe 10% powierzchni miasta. Presja inwestycyjna dotyczy jednak przede wszystkim największych miast. Mimo to, pokrycie planami miejscowymi kontrolowanych stolic województw również było mocno zróżnicowane i wynosiło w badanym okresie od ok. 16% w Rzeszowie do niemal 69% w Krakowie.
W sytuacji, gdy inwestycja ma powstać na terenie nieobjętym planem miejscowym, urzędy wydają decyzje o warunkach zabudowy (WZ), które nie zawierają wiążących zapisów dotyczących urządzania i kształtowania zieleni. Na 180 decyzji WZ zbadanych przez Najwyższą Izbę Kontroli, ponad połowa umożliwiała zabudowę terenów zielonych, ponieważ rady miast albo w ogóle nie przystąpiły do opracowania dla tych rejonów miejscowych planów zagospodarowania, albo opracowywanie planów trwało od kilku, a w skrajnych przypadkach nawet od kilkunastu lat. Bez planów miejscowych, samorządy nie miały kontroli nad zagospodarowaniem terenów, które wcześniej, ze względu na ich walory przyrodnicze, same chciały wyłączyć z zabudowy, co zapisano w gminnym studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego (studium). Stąd też wniosek NIK do premiera o zmianę przepisów. Zdaniem Izby w przypadku terenów spełniających funkcje przyrodnicze, do czasu objęcia ich planem miejscowym wydawanie decyzji WZ powinno być zawieszane. Obecnie możliwe jest jedynie ich odroczenie i to najwyżej na dziewięć miesięcy.
W 2020 r. ochronę terenów zielonych osłabiła jeszcze ustawa o zapobieganiu, przeciwdziałaniu i zwalczaniu COVID-19. Dopuszczała ona zabudowę także obszarów przyrodniczych, z pominięciem przepisów regulujących planowanie i zagospodarowanie przestrzenne, a nawet przepisów budowlanych.
przez redakcja | czwartek 21 kwietnia 2022 | aktualności
Nasz nowy patronat medialny – książka Pawła Kaczmarskiego, który w „Nowym Obywatelu” pisze od pewnego czasu o najnowszej polskiej poezji i jej wymiarze krytyczno-społecznym. W książce znacznie większa dawka takich rozważań.

„Oporne komunikaty. Strategie znaczenia w poezji współczesnej” Pawła Kaczmarskiego to zbiór krytycznoliterackich esejów o poezji ostatnich dwóch dekad – o tym, co wiersze robią, by trafić do czytelników, i o różnych sposobach, na jakie definiują swoją relację z odbiorcą. Jak w recenzji wydawniczej pisała Anna Kałuża: „Autor prowadzi narrację krytycznoliteracką w taki sposób, że można zapomnieć o wszelkich ograniczeniach i utrudnieniach, blokujących dostęp do jego pisania. Robi też znacznie więcej: może sprawić, że ci, którzy nie czytali poezji, pomyślą o niej przychylniej, a ci, którzy przestali ją czytać, zechcą ponownie się jej przyglądać”.
W książce omówieni zostają najważniejsi współcześni polscy poeci i poetki – od Andrzeja Sosnowskiego po Tomasza Bąka, od Konrada Góry po Annę Adamowicz – a komentarze krytycznoliterackie łączą się z polityczno-społeczną refleksją o ostatniej recesji, kryzysie klimatycznym i obojętności kapitału.
Książkę można kupić u wydawcy: https://sklep.instytutliteratury.eu/pl/p/Oporne-komunikaty.-Strategie-znaczenia-w-poezji-wspolczesnej-Pawel-Kaczmarski/441
przez redakcja | czwartek 21 kwietnia 2022 | aktualności
Do II etapu programu Kolej Plus zostało złożonych 47 wniosków wraz z przygotowaną dokumentacją studiów planistyczno-prognostycznych. PKP Polskie Linie Kolejowe oceniły dokumenty i wybrały 34 projekty, które zostaną zrealizowane.
Jak informuje portal nakolei.pl, ze zgłoszonych 47 projektów, aż 24 dotyczyło miast, które nie mają pasażerskich połączeń kolejowych. Złożone dokumentacje dotyczyły łącznie 42 miast o co najmniej 10 tys. mieszkańców. W puli 47 projektów znalazło się 39 liniowych, w tym 13 o łącznej długość ok. 450 km, dotyczących odbudowy lub poprawy parametrów nieczynnych linii. 9 projektów dotyczy budowy nowych linii o łącznej długości około 300 km. Rewitalizacji linii dotyczy 7 projektów o łącznej długość około 710 km. Jest 8 projektów punktowych związanych z budową nowych przystanków.
Program dostanie dodatkowy zastrzyk: zamiast 5,6 mld zł wyniesie ono ponad 11 mld złotych. Dofinansowanie otrzymają m.in. odcinki Kozienice – Dobieszyn, Sokołów Podlaski – Siedlce, Kraków – Olkusz, Gorlice – Jasło, Piotrków Trybunalski – Bełchatów czy Turek – Konin.
przez redakcja | środa 20 kwietnia 2022 | aktualności
Objęliśmy patronat medialny nad cyklem debat na ważne i ciekawe tematy. Zapraszamy do udziału w nich.
„ZA, A NAWET PRZECIW” – debata inauguracyjna projektu „DWA KOLORY – MIĘDZY BUNTEM A POSŁUSZEŃSTWEM”
Co oznacza dzisiaj „bycie patriotą”? Udział w Marszu Niepodległości czy pomoc uciekinierom wojennym? A może jedno i drugie? Debatą „ZA, A NAWET PRZECIW”, która odbędzie się 27 kwietnia o godz. 17:00 na Zamku Królewskim w Warszawie, Centrum Myśli Jana Pawła II rozpoczyna projekt „DWA KOLORY – MIĘDZY BUNTEM A POSŁUSZEŃSTWEM”. Zaprasza w nim do wielopłaszczyznowej refleksji nad współczesnym rozumieniem patriotyzmu. Właśnie otwarta została rejestracja na pierwszą debatę.
Tytułowe „dwa kolory” to miara polskiego patriotyzmu. Symboliczna biel oznaczająca pokój oraz czerwień przypominająca bunt, to dwie ścieżki dramatyzujące Polaka – patriotę. Czy muszą się one wzajemnie znosić, czy raczej się uzupełniają – wręcz stanowią jedną flagę, która uznaje i włącza szereg różnych postaw miłości Ojczyzny?
DEBATA „ZA, A NAWET PRZECIW”
Na projekt „DWA KOLORY” składa się cykl debat, badania i działania edukacyjne. Punktem wyjścia do pierwszej debaty jest sąsiedztwo rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja, która stanie się pretekstem do rozmowy na temat stosunku Polaków do władzy – w historii i dzisiaj.
Jakie są granice obywatelskiego sprzeciwu? O jakiej Polsce ma prawo marzyć patriota? Czy Polska jest mocarstwem europejskim, czy krajem „który powinien znać swoje miejsce w szeregu”? Na te i inne pytania spróbują odpowiedzieć paneliści zebrani na Zamku Królewskim w Warszawie. W debacie udział wezmą: prof. Joanna Kurczewska (Instytut Filozofii i Socjologii PAN), prof. Wojciech Fałkowski (Zamek Królewski w Warszawie), dr Marcin Kędzierski (Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, Klub Jagielloński) oraz dr Jarosław Kuisz (Kultura Liberalna).
Spotkanie poprowadzi Michał Szułdrzyński.
DLA NAUCZYCIELI
Nauczyciele, uczestnicy debaty, zostaną dodatkowo zaproszeni do udziału w badaniach fokusowych związanych z postrzeganiem patriotyzmu przez młodych ludzi. Celem jest stworzenie angażujących materiałów edukacyjnych dla uczniów, które staną się alternatywą dla tradycyjnych szkolnych akademii i włączą młodzież w rozważania o byciu patriotą dzisiaj. Efektem pracy będzie także wystawa „DWA KOLORY – MIĘDZY BUNTEM A POSŁUSZEŃSTWEM” przygotowana do samodzielnego wydruku i szeroko udostępniona szkołom i instytucjom.
Kolejne debaty zaplanowane zostały w następujących terminach:
9 czerwca, godz. 17:00, Mt 5,14 – Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, „JEDNI DRUGICH…”
9 sierpnia, Muzeum Powstania Warszawskiego, „WSTAŃ I WALCZ!”
28 września, Stadion Narodowy, „BĘDZIEM POLAKAMI – MIĘDZY WYSZYŃSKIM A GOMBROWICZEM”
Formularz rejestracyjny dostępny na stronie: https://www.centrumjp2.pl/dwa-kolory-i-debata-zapisy/

Centrum Myśli Jana Pawła II to warszawska instytucja kultury, której zadaniem jest stawianie pytań o kondycję etyczną człowieka w odniesieniu do uniwersalnych wartości: dobra, prawdy i piękna, a także wolności, solidarności i dialogu. Centrum działa w obszarze kultury, nauki, edukacji oraz budowania zaangażowanego i odpowiedzialnego społeczeństwa. W działaniach programowych Centrum Myśli Jana Pawła II korzysta z intelektualnego, duchowego i kulturowego dziedzictwa Karola Wojtyły – Jana Pawła II, wskazując na jego uniwersalny wymiar.
przez redakcja | środa 20 kwietnia 2022 | aktualności
Roboty zbyt wiernie imitujące ludzi spotykają się z negatywnym odbiorem, zwłaszcza wśród starszych osób.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez naukowców z Ohio University, a relacjonowanych przez portal pulshr.pl, roboty, które posiadają zbyt wiele ludzkich cech, prawdopodobnie nie będą dobrymi towarzyszami osób starszych. Zdecydowanie większą akceptacją cieszą się roboty mówiące ludzkim głosem, ale nie przypominające człowieka w budowie ciała.
Ludzie czują się bardziej komfortowo z robotami, które głosem naśladują człowieka, ale nie kształtem ciała. Takie systemy głosowe są już wykorzystywane w smartfonach – powiedział jeden z autorów badania Kelly Merrill Jr., doktorant z Ohio University. Ludzie postrzegają sztuczną inteligencję jako dobrego towarzysza w zwykłej rozmowie, ale nie wyobrażają sobie jej jako zastępstwa dla bliskości i przyjaźni.
„Dolina niesamowitości” to zjawisko opisane w 1970 r. przez prof. robotyki Masahiro Mori. Doszedł on do wniosku, że im bardziej robot jest podobny do człowieka, tym cieplejsze budzi uczucia. Istnieje jednak pewna granica pozytywnej reakcji. Roboty zbyt wiernie imitujące ludzi spotykają się z negatywnym odbiorem. Prof. Mori stworzył wykres obrazujący, jak zmienia się komfort psychiczny człowieka w zależności od stopnia podobieństwa robota do przedstawiciela ludzkości. „Dolina niesamowitości” to moment, w którym następuje gwałtowny spadek komfortu.
W październiku 2021 r. Centrum Nauki Kopernik w Warszawie przeprowadziło wspólnie z Uniwersytetem SWPS badanie dotyczące właśnie tego momentu i odczucia. Wykorzystany do niego został robot Babyclon, imitujący noworodka. Psycholog społeczny Konrad Maj wyjaśniał, że jeśli robot łączy cechy ludzkie i nieludzkie, dochodzi do konfliktu poznawczego i czujemy się niekomfortowo, bo nie wiemy, jak go skategoryzować.
Jak przyznał, „produkowanie kopii człowieka nie jest do końca sensownym pomysłem”. One mogą nam pomagać – wyręczać nas w wielu zadaniach, ale nie muszą wyglądać dokładnie tak jak my – nie musimy się z nimi zaprzyjaźniać lub traktować jak własne dzieci. Po naszym badaniu widać, że chyba tego nie chcemy – tłumaczy Konrad Maj.
przez redakcja | wtorek 19 kwietnia 2022 | aktualności
Badanie naukowców z Yale University wykazało, że płeć ma ogromny wpływ na emocje, jakich pracownicy doświadczają w pracy.
Jak informuje portal pulshr.pl, awans w rankingu łagodzi negatywne uczucia, takie jak frustracja, w mniejszym stopniu u kobiet niż u mężczyzn, co wynika z nowego, obszernego badania dotyczącego różnic w emocjach między płciami w pracy.
Badanie prowadzone przez naukowców z Yale University wspólnie z Jochenem Mengesem z Cambridge Judge Business School wykazało, że wysoka pozycja zawodowa wiąże się z większymi korzyściami emocjonalnymi dla mężczyzn niż dla kobiet. Kobiety we wszystkich przypadkach zgłaszają mocniejsze negatywne uczucia niż mężczyźni.
Badanie wykazało, że płeć ma ogromny wpływ na emocje, jakich pracownicy doświadczają w pracy. W porównaniu z mężczyznami kobiety zgłaszały, że czują się bardziej przytłoczone, zestresowane, sfrustrowane, spięte i zniechęcone oraz mniej pewne siebie i szanowane. Ponieważ kobiety doświadczają więcej negatywnych i mniej pozytywnych odczuć podczas wspinania się na wyższe szczeble w hierarchii organizacyjnej, stawia je to w niekorzystnej sytuacji w pełnieniu ról przywódczych.
Na najniższym poziomie hierarchii kobiety zgłaszały, że czują się bardziej szanowane niż mężczyźni, ale sytuacja się odwraca, gdy wspinają się na wyższe szczeble zarządzania w organizacji. Powoduje to fakt, że na wyższych stanowiskach mężczyźni czują się znacznie bardziej szanowani niż kobiety.
przez redakcja | poniedziałek 18 kwietnia 2022 | aktualności
Domy Pomocy Społecznej potrzebują opieki pielęgniarskiej dla pensjonariuszy. Pielęgniarkom praca w domach pomocy społecznej się jednak nie opłaca wobec wyższych wynagrodzeń w placówkach ochrony zdrowia. Ratownikom medycznym zabraniają jej przepisy.
Jak pisze portal rynekzdrowia.pl, jedną z podstawowych potrzeb mieszkańców domów pomocy społecznej jest odpowiednia opieka lekarska i pielęgniarska. Większość pensjonariuszy boryka się z przewlekłymi chorobami somatycznymi, psychicznymi lub innymi, wynikającymi z zaawansowanego wieku lub urazów. Konieczne jest zatem zapewnienie im stałej opieki pielęgniarskiej oraz systematycznych wizyt lekarskich.
Status pielęgniarki zatrudnionej w DPS jest inny niż zatrudnionej w placówkach służby zdrowia. Przede wszystkim pielęgniarki zatrudnione w podmiotach leczniczych otrzymują zdecydowanie wyższe wynagrodzenie niż pracujące w DPS. Wynagrodzenie tych ostatnich pochodzi z budżetu samorządów. Nierówności w wynagradzaniu pielęgniarek zatrudnionych w DPS-ach (brak dodatków, podwyżek, ekwiwalentu za pracę w niedzielę i święta itp.) w porównaniu z pracującymi w służbie zdrowia, skutkują w praktyce olbrzymimi problemami w pozyskiwaniu do pracy w DPS-ach osób o tym wykształceniu, jak również częstymi rezygnacjami pielęgniarek z pracy w DPS na rzecz podmiotów leczniczych.
Dużym wsparciem dla personelu DPS byłaby również możliwość zatrudnia ratowników medycznych. Jednakże ustawa z o Państwowym Ratownictwie Medycznym nie przewiduje wprost możliwości wykonywania zawodu ratownika medycznego w DPS – mówi rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek. W opinii urzędu brak pielęgniarek, położnych i ratowników medycznych powoduje, że większość pracy nad mieszkańcami DPS przeniesiona zostaje na barki opiekunów, mających znacznie mniejsze uprawnienia.
W Ministerstwie Zdrowia trwają jednak prace nad możliwością zawierania przez DPS-y bezpośrednnich kontraktów z NFZ.
przez redakcja | piątek 15 kwietnia 2022 | klasyka, opinie
Blisko 2000 lat mija od owej chwili, gdy syn ubogiego cieśli z Nazaretu, szlachetny marzyciel, głęboki myśliciel i łagodny ten reformator umarł śmiercią męczeńską na krzyżu za to, że głosił naukę powszechnej równości, chrześcijańskiego braterstwa i wolności dla wszystkich ludzi.
I oto mijają lat tysiące, a stara nierówność między ubogimi a bogaczami zaostrza się, nienawiść między narodami rośnie, więzy niewoli dla całych ludów zacieśniają się coraz bardziej. Czyżby więc marzenie Nazareńczyka miało być złudzeniem?
O nie! My wszyscy wierzymy, że owo wielkie, powszechne zmartwychwstanie ludu, którego symbol obchodzi w tych dniach świat katolicki, zbliża się każdym dniem i jest już coraz bliższe.
Żaden okres w dziejach rodu ludzkiego nie był świadkiem takich potężnych przewrotów w dobie krótkich kilku lat, jak czasy obecne, na których kapitalistyczny system wytwarzania piętno swoje wycisnął.
„Burżuazja dokonała daleko większych cudów, niżeli piramidy egipskie, rzymskie wodociągi lub katedry gotyckie, wykonała ona o wiele inne pochody, aniżeli wędrówki ludów lub wyprawy krzyżowe”. Tak sławił już przed 60 laty Karol Marx zwycięski pochód nowoczesnej techniki, niezrównany przewrót wszystkich stosunków życiowych, które były dziełem rozrastającego się kapitalizmu. A jednak czymże były owe ogromne przędzalnie Lancashiru, służące twórcom nowoczesnego socjalizmu naukowego, Marksowi i Engelsowi, za przykład do udowodnienia prawa rozwoju kapitalizmu, w porównaniu z dzisiejszymi potworami przemysłu, w których dziesiątki tysięcy robotników dniem i nocą własną krew i pot swój, swe mózgi i swe mięśnie przekuwają na złoto dla kapitalisty, w których jeden robotnik, przy pomocy ujarzmionych, ślepych sił przyrody – wytwarza więcej nadwartości, aniżeli wówczas stu może ludzi?
I chociaż ten przewrót techniczny nie wychodzi od razu na korzyść całego ludu, chociaż pozornie staje się on nawet tylko podstawą, na której wznosi niebotyczny pałac karteli, trustów i związków przedsiębiorców, na której gruntuje się panowanie wielkich banków i umacnia wszechwładna dyktatura klasy kapitalistycznej, to jednakowoż on to właśnie – ten cudowny rozwój techniki przemysłowej daje klasie robotniczej otuchę do dalszej zwycięskiej walki, skłania on ją do zespolenia sił wszystkich warstw klasy wyzyskiwanej wszystkich uciśnionych narodów w jedną potężną wolę dla dokonania wielkiego dzieła odrodzenia ludzkości.
Krwawymi śladami znaczy swe kroki pochód kapitalizmu. Pokolenia całe miażdży on i rozgniata bezlitośnie. Zabija dzieci w pyłem i dymem przesyconym powietrzu swych fabryk, rabuje żonom proletariatu szczęście macierzyństwa, demoralizuje młodzież, szklanym okiem patrzy na śmierć głodową bezrobotnych, zapełnia więzienia zbrodniarzami…
Pozbawia rzemieślnika samodzielności, wypędza chłopa z ojczystego łanu, zamieniając obydwóch w „wolnych najmitów”. Na wszystko wyznaczył cenę, wszystko kupuje za pieniądze: życie i zdrowie mężów, cześć niewiast. Niszczy dalekie ludy, cudzym krajom zabiera ich bogactwa. A wszystko to po to tylko, by samemu tyć i olbrzymieć! Ociekając krwią i potem niezliczonych milionów, wiedzie kapitalizm ludzkość do przyszłej krainy zbawienia – do socjalizmu.
Dowodem tego są dzieje ostatniego dziesiątka lat. Pierwsze jego lata obfitowały w wielkie zdobycze. Rozkwit przemysłu wzmocnił znacznie siły rewolucyjne proletariatu. We Francji zdawało się, że nadeszła już chwila, gdy proletariat może sięgnąć po dyktaturę w państwie. Republika rozbiła kajdany rzymskie i uwolniła się od zmory klerykalizmu. W Rosji rewolucja zmusiła carat do pokłonu. W Austrii zdobyli robotnicy równouprawnienie obywatelskie w państwie. Na Węgrzech rząd przyrzekł to samo. Wszędzie rosły nadzieje proletariatu.
Niestety, zbyt krótko trwał ten pomyślny okres. Powoli, cichaczem, idąc od zachodu, z Ameryki, przyszła do nas zmora kapitalistyczna – kryzys przemysłowy. Straszny brak pracy osłabił znacznie obecnie, na długi może czas, siłę uderzeń proletariatu. Ośmielona tym reakcja podnosi wszędzie głowy. W Rosji carat tryumfuje nad rewolucją, którą topi w potokach krwi, dusi na szubienicach, wypędza na mroźne pola Sybiru. W Niemczech wolnomyślna burżuazja rzuca się bezwstydnie w objęcia klerykalno-szlacheckiej reakcji, aby pokonać znienawidzoną socjalną demokrację. W Austrii dzieje się to samo; raz powstaje koalicja antysocjalistyczna pod wodzą chrześcijańsko-socjalnych, to znów rozdmuchuje się rozmyślnie dziką hecę narodowościową, byle w jej zgiełku zagłuszyć żądania mas ludowych. Nawet wielkie dzieło ubezpieczenia socjalnego, które ma zapewnić spokojną starość weteranom pracy i otrzeć gorzkie łzy głodu i nędzy kalekom, wdowom i sierotom, ma się stać narzędziem, środkiem do tego, aby wydrzeć klasie robotniczej zdobyte już prawo do samorządu na tym polu.
Wraz z tym przyszło zaostrzenie się stosunków międzynarodowych. W epoce rozkwitu ekonomicznego i pomyślnej koniunktury przemysłowej państwa kapitalistyczne muszą dbać o utrzymanie pokoju. Przeciwieństwa między burżuazjami różnych państw stają się dopiero niebezpieczne, grożą jawnym konfliktem, zatargiem zbrojnym, tym prędzej, gdy ogólny kryzys daje dotkliwiej odczuwać cudzą konkurencję. I otóż byliśmy dopiero co świadkami, jak dawne przeciwieństwa między Anglią a Niemcami a zarazem między słowiańską Rosją a germańskimi Niemcami i Austrią, prawie, że doprowadziły już do wielkiej wojny europejskiej. Na szczęście obawa przed możliwymi skutkami jej – obawa przed gniewem rozgoryczonych mas proletariatu – zmusiła rządy państw do powrotu na drogę rozumu. Przykład komuny, która była następstwem wojny prusko-francuskiej, przykład rewolucji w Rosji i Polsce, która wybuchła po nieszczęsnej wojnie rosyjsko-japońskiej, uczy, że niedalekim już jest czas, gdy państwa kapitalistyczne po raz ostatni będą mogły wydobyć miecz wbrew woli ludu.
A wtedy słowo stanie się ciałem i nastąpi wybawienie ludzkości z więzów klerykalizmu, militaryzmu i kapitalizmu.
Wtedy będzie ludzkość cała święcić swoje rzeczywiste zmartwychwstanie.
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” nr 15/1909, Cieszyn, dnia 9 kwietnia 1909. Pismo to było organem Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej na Śląsku Cieszyńskim i w zagłębiu karwińsko-ostrawskim. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez Jan Przybylski | niedziela 10 kwietnia 2022 | opinie
Jednym z elementów krajowej reakcji na rosyjską agresję na Ukrainę stało się ogłoszenie w marcu przez ministra Przemysława Czarnka przywrócenia od 1 września elementów przysposobienia obronnego (PO) w ramach przedmiotu edukacja dla bezpieczeństwa (EdB). Zgodnie z deklaracjami resortu edukacji uczniowie w VIII klasie szkoły podstawowej mają zapoznawać się z bronią palną i zasadami udzielania pierwszej pomocy, natomiast w I klasie szkoły ponadpodstawowej dojdą praktyczne zajęcia ze strzelania prowadzone na strzelnicach dofinansowanych na poziomie samorządów przez MON.
Dyskusja na temat reaktywacji przysposobienia obronnego, zlikwidowanego w roku 2012 i zastąpionego właśnie przez edukację dla bezpieczeństwa, nie jest nowością. Pojawiła się po pierwszej odsłonie wojny ukraińskiej przed siedmiu laty. Wtedy jednak nie zostały podjęte idące w tym kierunku decyzje. Należy zauważyć, że EdB przejęła część materiału programowego przedmiotu znoszonego. Uczy się na niej zasad udzielania pierwszej pomocy oraz postępowania w sytuacjach zagrożenia, przy czym przedmiot ten jest sprofilowany pod kątem klęsk żywiołowych, wypadków oraz ataków terrorystycznych, które wydawały się najbardziej prawdopodobnymi problemami u progu minionej dekady.
Od kilku lat oczywiste stało się zagrożenie wojną sensu stricto, co uzasadnia powrót do odpowiednio sprofilowanego przygotowania młodzieży. Dawne, odziedziczone po PRL-u przysposobienie obronne, stanowiło element pewnego ciągu – przygotowywało do powszechnej, poborowej służby wojskowej lub szkoleń wojskowych na studiach i powiązanych z nimi Szkół Podchorążych Rezerwy. Warto jednak pamiętać, że niekoniecznie był to jakiś proobronnościowy raj utracony. W pamięci autora lekcje PO z liceum na początku lat 90. zapisały się jako nudne, prowadzone przez emerytowanych oficerów o charyzmie porównywalnej z generałem Jaruzelskim i przede wszystkim bardzo „suche”. Zakres zajęć praktycznych był minimalny, zapoznawanie z bronią nie miało miejsca poza jednorazową wyprawą klasy na strzelnicę, de facto zresztą praktycznie fakultatywną. Być może zaważyła specyfika „naukowego” liceum, ale wydaje się, że problemy infrastrukturalne w tym zakresie były w systemie edukacji powszechne, a sam przedmiot traktowano raczej jako uciążliwy spadek po minionej epoce. Mniej więcej równie poważnie jak symbol nowej – wprowadzana właśnie do szkół religia/etyka.
Według resortu edukacji celem programu ćwiczeń strzeleckich, który ma zostać opracowany „wspólnie z organizacjami proobronnymi i pod ścisłą kuratelą MON” ma być zapewnienie szkolonym uczniom „realnych umiejętności” w tym zakresie. Ponieważ koncepcja przywrócenia obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej jest konsekwentnie odrzucana, zamysł realizowany na poziomie szkoły ponadpodstawowej, a przez to de facto powszechny, można uznać za pewien jej substytut. Oczywiście bardzo ograniczony – sama umiejętność obsługi broni strzeleckiej jest tylko jedną ze zdolności nabywanych przez żołnierza podczas szkolenia. W przypadku rodzajów broni innych niż piechota czy siły specjalne – drugorzędną. Przeszkolenie potencjalnych kandydatów tylko w tym jednym zakresie będzie miało zatem w perspektywie wieloletniej bardzo umiarkowane znaczenie dla wojsk regularnych. Nieco większe dla Obrony Terytorialnej. A stosunkowo największe w ewentualnej sytuacji kryzysowej wymagającej mobilizacji i szkolenia rezerw najniższego szczebla czy rozbudowy sił typu milicyjnego. Zapowiadany przez MON program można też traktować jako swoistą „inicjację” w obronność, a także, last but not least, możliwość zainteresowania przez armię potencjalnego narybku służbą czy to zawodową, czy wprowadzaną w ustawie o obronie ojczyzny dobrowolną zasadniczą służbą wojskową.
Przedstawiony przez ministerstwo edukacji projekt na wstępnym etapie i na podstawie dość skąpych danych można zatem ocenić jako mający potencjał zapewnienia korzyści dla obronności. Wszystko oczywiście będzie zależało od konkretnej jego realizacji i zdania egzaminu przez kadry oraz infrastrukturę. Co najmniej równie ważnym jak szkolenia z bronią elementem będzie wszak przeprofilowanie programu edukacji dla bezpieczeństwa w taki sposób, aby uczone w jej ramach elementy obrony cywilnej obejmowały zagrożenia o charakterze masowym. Charakter wojny prowadzonej na Ukrainie nie pozostawia najmniejszych wątpliwości odnośnie do ich realności. To z kolei musi być powiązane z dyskusją o obronie cywilnej jako takiej czy w szczególności budownictwa ochronnego. Zmiany muszą mieć charakter systemowy, punktowe deklaracje dobrych intencji nie wystarczą.
dr Jan Przybylski
przez Andrzej Dwojnych | środa 30 marca 2022 | opinie
Łatwo i lekko nie będzie. To już wiemy. Po ośmiu dekadach przerwy stajemy się znów w ciągu kilku tygodni krajem wieloetnicznym i wielowyznaniowym. Nie ma poważnych przesłanek do postawienia tezy, że ten stan nie będzie miał charakteru trwałego. Istnieje duża szansa, iż napływ uchodźców, głównie matek z dziećmi, w perspektywie kilkunastu lat przyniesie naszemu krajowi i starzejącemu się społeczeństwu korzyści. Zanim jednak to nastąpi, czekają nas trudne miesiące i lata, zaś sytuacja z pewnością inaczej będzie wyglądała w wielkich miastach i na polskiej prowincji. W niniejszym tekście spróbuję spojrzeć na problem wyłącznie z perspektywy Polski lokalnej. Konkretnie z ośmiotysięcznej gminy w centrum kraju, jednolitej pod względem etnicznym i wyznaniowym, na pół rolniczej, na pół będącej sypialnią Płocka.
Z informacji, które do mnie docierają, wnioskuję, że część ludzi zaczyna już powoli okazywać niezadowolenie, iż uchodźcy posiadają te same prawa w dostępie do zasiłków i programów pomocowych (np. program „500+”, „300+”, zasiłki rodzinne), co obywatele Polski. W sklepach emeryci zastanawiają się, czy nasze państwo, które wspiera uchodźców, będzie w stanie nadal wypłacać „13” i „14” emerytury. Ponieważ siła nabywcza złotego z miesiąca na miesiąc będzie spadać, uchodźcy mogą być wskazywani jako „główni winowajcy” omawianego procesu. Sklepowe w sąsiedniej gminie drżą o posady, bo właściciel przyjął ostatnio do pracy trzy Ukrainki. Jedna z młodych matek uczyniła mi następujący wykład: „doskonale wiadomo, że od września dzieci ukraińskie do polskich przedszkoli będą przyjmowane, podczas gdy dla jej 3-letniej córki miejsca w przedszkolu nie będzie”. Oczywiście żadne decyzje w tej materii jeszcze nie zostały podjęte, ale gołym okiem widać już pola, na których dotychczasowe problemy mogą narastać. Dotąd bowiem „Kowalska” przychodziła skarżyć się jedynie na to, że dziecko „Nowakowej” zostało szybciej przyjęte do przedszkola niż jej, bez podtekstu etnicznego dotyczącego pochodzenia „Nowakowej”. Dostęp do usług medycznych w Polsce lokalnej zawsze był na niższym poziomie w porównaniu z wielkimi miastami, a teraz, w wyniku przybycia nowych pacjentów, sytuacja musi się pogorszyć. Lekarze, których w Polsce jest zbyt mało, nie chcą pracować na terenach wiejskich. Spółka gminna, w całości należąca do kierowanego przeze mnie samorządu, od lat ma duże problemy ze ściąganiem specjalistów. Ponieważ jest to jednak problem systemowy, którego nie potrafił rozwiązać żaden rząd od dwóch dekad mojej pracy w samorządzie, mieszkańcom prowincji nie pozostaje nic innego, jak w jeszcze większym stopniu liczyć na dobre geny i łut szczęścia.
Ogólnie moje spostrzeżenie jest takie, że tarcia będą nieuchronne, gdyż niezależnie od podziałów Polak – Ukrainiec, napływ uchodźców, głównie w młodym wieku, jeszcze bardziej uwypukli różnice pokoleniowe. Generalnie ludzie młodzi, bez względu na pochodzenie etniczne, mają większe oczekiwania od państwa i samorządu niż osoby w wieku dojrzałym. Tymczasem niemal na pewno państwo i samorząd nie będą w stanie w najbliższych latach (z uwagi na kryzys uchodźczy i inflację) spełnić wszystkich oczekiwań. Wyższe ceny i ograniczona podaż towarów uniemożliwi wielu samorządom wykonanie planowanych inwestycji. Niektórzy samorządowcy i politycy będą w kampanii mówili, że „za niewykonanie wszystkich planów i obniżenie stopy życiowej odpowiedzialna jest wojna”, ale słuchający ich ludzie – elektorat, winnych mogą wskazywać konkretnie palcem.
Poważnym problemem dla samorządów może okazać się gospodarka odpadami. Zwiększony strumień odpadów komunalnych w wielkich miastach pośrednio będzie wpływał na wzrost kosztów funkcjonowania systemu na terenach wiejskich – nawet jeśli na nich uchodźców będzie względnie niewielu. Skoro bowiem ilość odpadów wywożonych dajmy na to z Warszawy do instalacji w Płońsku gwałtownie wzrośnie, a samorząd stolicy jest i będzie w stanie zapłacić za odbiór odpadów znacznie więcej niż każda jedna gmina wiejska, firmy odbierające odpady od podpłońskich gmin wiejskich będą w przetargach składać coraz wyższe oferty, a instalacja podnosić ceny odbioru.
Początkowo w większości znanych mi przypadków na terenach wiejskich uchodźcy byli przyjmowani „z odruchu serca”, tzn. ci, którzy deklarowali w rozmowach ze mną chęć ich przyjęcia, czynili to zanim w ogóle pojawiła się mowa o jakichkolwiek środkach finansowych na ten cel ze strony administracji rządowej. Wójt Gminy Łąck w powiecie płockim przyjął do budynku „zielonej szkoły” ponad 350 osób, finansując ich pobyt początkowo wyłącznie z budżetu własnego samorządu. Jego sąsiad z Gminy Nowy Duninów przyjął do świetlicy ponad 70 Romów ukraińskich także bez żadnego „ale”. Jednak z upływem czasu zdarzają się przypadki odmienne, których natężenie rośnie po wydaniu przez rząd przepisów o wypłatach w wysokości 40 zł za dzień pobytu dla podmiotu przyjmującego uchodźców. Znajoma spod Bydgoszczy usłyszała od swojej koleżanki: „czy zakwaterowałaś uchodźców? Bo to się przecież opłaca”. Jak można interpretować przyjęcie 20 osób, w tym 13 dzieci, do domku o powierzchni 130 metrów kwadratowych przez przedsiębiorcę, który z tego tytułu uzyska z budżetu państwa 800 zł dochodu dziennie, niż chęć zysku? I co się stanie z uchodźcami, jeśli środki z jakiegoś powodu nie będą wypłacane albo będą wypłacane w mniejszym zakresie?
Istotne jest, aby przystępujące do polskich szkół dzieci nie zrywały kontaktu z językiem i kulturą ukraińską. Póki co nie ma w tym zakresie jasnych wytycznych ze strony Ministerstwa Edukacji i Nauki (dopuszczone jest włączanie dzieci ukraińskich do polskich klas oraz nauka w trybie zdalnym w szkołach ukraińskich), więc każdy samorząd realizuje tego typu zajęcia „po swojemu” bądź nie realizuje wcale. Na niedaleką przyszłość kwestia wypracowania odpowiednich założeń programowych jest bardzo ważna. Trudno sobie wyobrazić, by ukraińskie dzieci były uczone w polskich szkołach o „bohaterskich wyczynach UPA i OUN w okresie drugiej wojny światowej”, a z drugiej strony wtłaczanie w głowy małych Ukraińców polskiej wersji historii na temat chociażby obrony Lwowa semper fidelis przed Ukraińcami w 1919 rokiem i rzezi wołyńskiej także skutkować musi zupełnie niepotrzebnymi konfliktami o podłożu etnicznym. Historie o tym, jak to Ukraińcy w 1943 roku rozpruwali polskim kobietom brzuchy i wkładali weń trociny, przynoszą mi w ostatnich dniach osoby, które o historii nie mają bladego pojęcia, więc tego problemu nie powinno się bagatelizować. Nie będę w tym miejscu po raz kolejny powielał swoich tez o konieczności zmian w polskiej polityce historycznej i w nauce historii, o czym pisałem niedawno. Nadmienię jedynie, że zmiany te są konieczne niemal od dziś – jeśli nie chcemy mieć problemów jutro. Nie zamiatając pod dywan najtrudniejszych tematów z relacji polsko-ukraińskich, w nauce historii dla młodych Polaków i rosnącej grupy młodych Ukraińców konieczne jest umieszczanie tych kwestii, które będą łączyć i będą zrozumiałe dla wszystkich. Powinno położyć się zatem nacisk na kwestię tolerancji w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, na Wielką Emigrację po Powstaniu Listopadowym i niewiele mniejszą po 1945 roku czy na tematykę „bieżeństwa 1915 roku” (czyli uchodźstwa), która objęła do 3 mln potomków przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, a który to temat zupełnie nie istnieje w polskiej świadomości historycznej. Dla gmin wiejskich włączenie dzieci ukraińskich w system edukacji będzie trudne, ale wydaje się, że i tak łatwiejsze niż dla samorządów największych polskich miast, które mogą nie dysponować warunkami lokalowymi dla przyjęcia setek tysięcy nowych dzieci. Wśród uchodźców w naszej gminie znajduje się emerytowany nauczyciel z Kijowa i w tej chwili zastanawiam się już tylko nad tym, w jakiej formie zorganizować zajęcia z literatury ukraińskiej i języka dla młodych Ukraińców, bo wszystkie „nowe” dzieci zostały włączone do dotychczasowych klas. W wielkich miastach problem na pewno będzie większy i nie tak prosty do rozstrzygnięcia. Na terenach wiejskich sytuacja też nie będzie prosta, ale jednak rezerwy w placówkach szkolnych są większe – w odróżnieniu od miast bowiem dzieci nie uczą się zazwyczaj systemem zmianowym.
W liberalnych i lewicowych mediach często stawiane są zarzuty pod adresem Kościoła rzymskokatolickiego o zbyt małe zaangażowanie w pomoc uchodźcom. Być może uwagi te nie są zupełnie pozbawione racji, choć odnotować należy, że mamy np. po sąsiedzku gminę Stara Biała, a w niej Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przyjęło do prowadzonego przez siebie Domu Samotnej Matki kilkoro ukraińskich kobiet z dziećmi. Generalnie jednak w Kościele rzymskokatolickim z pewnością tkwią jeszcze rezerwy, choć z ostatecznymi krytycznymi ocenami należy poczekać. Wymaga czasu wypracowanie spójnego stanowiska przez tak dużą wspólnotę religijną o hierarchicznej strukturze, ale rozmaitych frakcjach i zróżnicowanych poglądach społeczno-politycznych. Problemem w tym przypadku może być postrzeganie uchodźców przez dużą grupę duchownych głównie poprzez kalkę wyznaniową i etniczną. Przybysze, w większości prawosławni, na pewno nie zapełnią świątyń rzymskokatolickich. Część z nich w niedalekiej przyszłości będzie być może chciała budować na terenie RP cerkwie prawosławne. Większemu zaangażowaniu Kościoła nie pomaga też nazbyt wstrzemięźliwy język papieża Franciszka. Można odnieść wrażenie, iż najważniejsze w polityce Watykanu nie są problemy ludzi, którzy cierpią w wyniku działań wojennych, ale szeroko rozumiane interesy Kościoła w Rosji.
Patrząc z lokalnej perspektywy nie wydaje się natomiast, aby duży problem na terenach wiejskich i małomiasteczkowych miały stanowić różnice wyznaniowe. Religijność ludu ma w dużym stopniu podłoże kulturowe i powierzchowne, jej podglebie intelektualne jest płytkie. W kierowanym przeze mnie urzędzie pracuje kobieta z paszportami polskim i rosyjskim, w mojej gminie od dawna mieszkają Polki pochodzenia białoruskiego, w sąsiedniej mieszka ceniony przez tubylców przedsiębiorca budowlany pochodzenia ormiańskiego. Nigdy nie słyszałem pod ich adresem żadnych złośliwości na tle etnicznym lub religijnym ani nie słyszałem, by sami się na coś takiego uskarżali. Skala oddziaływania przysłowiowego „ksenofobicznego Radia Maryja”, jak określają ową rozgłośnię wielkomiejskie opiniotwórcze elity liberalne, jest w Polsce lokalnej mniejsza niż to się może pozornie wydawać. Problem „narastającej nietolerancji religijnej” może być czasami celowo rozdmuchiwany przez środowiska wielkomiejskie – ażeby udowadniać, że przeciętny Polak jest jednak o wiele bardziej ksenofobiczny niż np. Francuz. Oczywiście w miarę postępującego kryzysu uchodźczego wzrost zachowań nietolerancyjnych i ksenofobicznych jest nieuchronny. Jednak w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych nie widać zarzewia poważnych konfliktów na tle religijnym (choć znów – oczywiście w wielkich miastach i na podmiejskich „strzeżonych osiedlach” zamieszkiwanych przez wielkomiejskich liberałów może być inaczej). Znacznie większym problemem dla interesów RP może być natomiast narastająca niechęć mieszkańców polskiej prowincji do Brukseli, o ile w miarę szybko do naszego kraju nie spłyną środki pomocowe przeznaczone na utrzymanie uchodźców. Jakakolwiek próba powiązania ich przyznania z tzw. kwestią praworządności niemal na pewno interpretowana byłaby jako przejaw hipokryzji zachodnich elit.
Generalnie aklimatyzacja uchodźców znacznie lepiej powinna przebiegać w Polsce lokalnej niż w wielkich miastach. Oczywiście przy założeniu, że ten lub kolejny rząd nie podejmie decyzji o przymusowej relokacji części uchodźców do gmin wiejskich. Łatwiej zmiany zaakceptować będzie tym, którzy nie preferują skrajnie konsumpcyjnego stylu życia – typowego zwłaszcza dla wielkich miast. Obecność względnie niewielkich grup Ukraińców (większość garnie się do dużych ośrodków) wymuszała będzie na nich szybką naukę języka polskiego i – co za tym idzie – niezamykanie się w tylko własnym środowisku etnicznym. Gettoizacja uchodźców jest dużym zagrożeniem w miastach, ale na wsiach, gdzie nie ma ludzi anonimowych, już nie. W lekceważonych przez środowiska wielkomiejskie remizach strażackich i na wiejskich festynach o charakterze kulturalnym względnie łatwiej jest zorganizować przedsięwzięcia, w których ukraińscy sąsiedzi brali będą aktywny udział. Posługiwanie się z kolei w miarę sprawnie językiem polskim to automatyczna przepustka do naszego rynku pracy oraz mniejsza bądź większa akceptowalność uchodźców przez otoczenie (polskie w sensie etnicznym i rzymsko-katolickie w sensie wyznaniowym). Nawet jeśli pojawią się spory w kolejce do lekarza czy o miejsce w przedszkolu, łatwiej będzie je rozwiązać ludziom częściowo „wtopionym w społeczeństwo” na festynie przy remizie strażackiej.
Zarzuty o nieudolność pod adresem administracji rządowej czy samorządowej różnych szczebli nie wnoszą wiele poza samą krytyką. Mój pogląd nie wynika z „solidarności zawodowej” czy z twierdzenia, iż administracja nie popełnia błędów (bo popełnia ich wiele). Ale tylko ten, kto nigdy nie miał do czynienia z pracą w niej może wypowiadać osądy, że „to i tamto można było przewidzieć”, zaś rozwiązanie powstających problemów jest „proste jeśli do problemu podejdzie się w sposób profesjonalny”. Mimo zasygnalizowanych wybranych problemów, które udało mi się dostrzec z perspektywy wójta średniozamożnej wiejskiej gminy i z którymi przez wiele lat najpewniej będziemy się borykać, nie uważam, by należało popadać w pesymizm i konstatację, że problemom nie da się zaradzić. Oczywiście ich kompleksowe rozwiązanie wymagać będzie ogromnego wysiłku zarówno ze strony administracji rządowej, jak i samorządowej oraz organizacji pozarządowych. Włączenie „na nowo”, po ponad 80-letniej przerwie, dużej społeczności ukraińskiej w ramy państwa polskiego wymaga dostosowania przepisów, które obecnie tworzone są naprędce (ale inaczej być nie może) i które muszą być cyklicznie korygowane. Zwłaszcza że będą to zmiany trwałe. Zarówno nasze społeczeństwo, jak i aparat państwa muszą stać się bardziej elastyczne niż dotąd. Chociażby nostryfikacja dyplomów ukraińskich powinna być zdecydowanie uproszczona – te zmiany nie wymagają wielkiego zachodu, a będą bardzo przydatne. Im szybciej ukraiński lekarz rozpocznie pracę w wiejskiej spółce zdrowotnej, a nauczyciel w szkole (choćby na część etatu), tym lepiej nie tylko dla lekarza i nauczyciela, ale przede wszystkim dla wszystkich pacjentów i uczniów bez względu na przynależność etniczną. Krótko mówiąc: tym lepiej dla Polski.
dr Andrzej Dwojnych