Czołowe zderzenie historii z historią

Czołowe zderzenie historii z historią

Jadą ze wsi wozy / Aprowizacyjne, / Jadą na wieś wozy / Asenizacyjne. / Przy rogatce się minęły / Pod szlabanem, / Jak kareta ślubna z karawanem. / Przyjechała na targ zielenizna, / Przyjechał nawóz na pole, / I zaczęła nowy dzień ojczyzna, / Żeby pełnić posłannictwo dziejowe / I odegrać historyczną / Rolę.
Julian Tuwim, Bal w Operze

 

Skończył się tragiczny dla wielu Polaków – z powodu powodzi – wrzesień 2024, a wraz z nim 85. rocznica Wojny Obronnej 1939. Inspirując się interesującym wywiadem z prof. Andrzejem Friszke, w którym ceniony historyk poddaje silnej krytyce naszą współczesną narodowo-konserwatywną historiografię, należy dodać, że nie tylko Zachód nie docenia (nie zauważa) – jak twierdzi prof. Friszke – w takim stopniu, w jakim chcielibyśmy polskich w sensie etnicznym ofiar II wojny światowej. Nie dostrzegają jej także kręgi opiniotwórcze o proweniencji liberalnej czy lewicowo-liberalno-progresywnej, zwłaszcza z ośrodków wielkomiejskich, co bardzo silnie – patrząc z oddolnej perspektywy – wzmaga po prawej stronie sceny politycznej narrację o celowym przemilczaniu pamięci o polskich ofiarach wojny wśród wielkomiejskich liberałów (liberalnej lewicy). Podsyca także konflikt historyków po obu stronach ideowej barykady. Wydaje się, że u praprzyczyn lekceważącego stosunku naszych rodzimych liberałów do historii tkwi m.in. trafna diagnoza prof. Friszke, dotycząca braku historycznego wykształcenia domowego Lecha Wałęsy przedstawiona w innym ciekawym wywiadzie tegoż naukowca udzielonym dla programu „Historia bez kitu”.

Otóż u źródeł nieodebrania domowego wykształcenia historycznego bardzo wielu dzisiejszych mieszkańców wielkich miast, w tym wielkomiejskich liberałów, stoi nie tyle nawet samo ich plebejskie w dużej mierze pochodzenie, ile fakt, że dwa czy trzy pokolenia wstecz przeprowadzili się oni (ich rodzice, dziadkowie) ze wsi, zrywając z różnych powodów więzi ze środowiskami, w których tkwią ich korzenie. Spotęgowała to zjawisko po 1989 roku nadmierna gloryfikacja „błękitno-krwistego” pochodzenia społecznego, z której dorobku czerpie nasza współczesna narodowo-konserwatywna historiografia. Wskazywanie szlacheckich korzeni nawet u prominentów komunistycznych (gen. Wojciech Jaruzelski) miało prawo być poczytywane jako oczywista nobilitacja tychże osób i spuścizny szlacheckiej jako pewnej trwałej wartości. Tymczasem większość przybyłych po wojnie do Nowej Huty, Warszawy czy Gdańska była plebejuszami i nie tylko herbowym pochodzeniem poszczycić się nie mogła, ale wcale nierzadko miewała dziadków w Armii Czerwonej, Wehrmachcie, SB, nie mówiąc już o PZPR, przez którą przewinęły się miliony Polaków. Jako rodzinną legendę stworzoną u schyłku PRL na użytek państwowy należy bowiem poczytywać tę z „Drogi nadziei” Lecha Wałęsy, gdzie jest mowa o tym, jakoby dziadek naszego noblisty walczył ramię w ramię z Piłsudskim, zaś sami Wałęsowie wywodzą się od jednego z żołnierzy Wielkiej Armii Napoleona. Prof. Friszke zdecydowanie, choć nie wprost, obala ten mit już na wstępie wywiadu.

Ponieważ większość mieszkańców naszych miast, w tym metropolii – nie tylko Lech Wałęsa – nie posiada herbowych przodków, a ciekawość własnych korzeni jest u nich równie duża jak u tych „nobliwych”, niejako w kontrze do narodowo-konserwatywnej i zarazem postszlacheckiej wizji dziejów od jakiegoś czasu kształtuje się m.in. ze wszech miar potrzebna i wielowymiarowa ludowa wizja naszej historii. Niestety jednak w swej masie próbuje strząsnąć z siebie religijno-romantyczną spuściznę, będącą, czy to nam się podoba czy nie, immanentną cechą polskości – zwłaszcza tej ludowej. Jej rozmaici reprezentanci nazbyt często próbują opisywać historię ludu wiejskiego lekceważąc albo nawet kompletnie pomijając aspekt religii i towarzyszącej jej wiary w Boga, ewentualnie traktując ten obszar jako co najwyżej ciekawostkę etnograficzną. Nie potrafią dostrzec, a czasami nie umieją bądź nie chcą zrozumieć, że historii i współczesności polskiego ludu najzwyczajniej w świecie nie da się opowiedzieć bez religii, kościołów, kaplic i kapliczek, figurek i krzyży. I to niezależnie od tego, że laicyzacja dotyka od pewnego czasu także wieś.

Co najmniej ostatnie dwa stulecia wiejski lud zapisywał w takich obiektach bardzo wnikliwie swoje dzieje – np. te związane z zapominaną przez Zachód i część naszych wielkomiejskich elit martyrologią (o czym było na początku), ale i te związane z pamięcią o uwłaszczeniu chłopów czy upadku pańszczyzny. Ich fundatorami bądź odnowicielami bywają w większości oczywiście osoby wierzące, ale nierzadko również i zeświecczone, czasem nawet zupełnie indyferentne religijnie. Gdy wygłaszają hasła „wolność”, „równość”, „tolerancja”, czerpią z dumą – i mają do tego pełne prawo – ze źródeł i inspiracji odmiennych niż robi to lewicowo-liberalny wielkomiejski patrycjat. Na przykład religijnych i romantycznych. Niekoniecznie z oświeceniowych – czego będący autorytetem dla liberałów Lech Wałęsa z wizerunkiem Matki Boskiej w klapie jest także żywym przykładem.

Wobec niechęci świeżo nobilitowanych liberalnych „wielko-mieszczan” do owej religijno-romantycznej tradycji, wywodzący się z ich kręgów niektórzy głośni historycy zaczęli poszukiwać swojego „herbu” przeszczepiając na polski grunt wszystko, co zachodnie, byle było zachodnie, w tym tezy przystające doskonale do społeczeństw postkolonialnych o bardzo silnych od wieków korzeniach mieszczańskich (Francja, Holandia, Niemcy) ukształtowanych na tradycji oświeceniowej. Ale niekoniecznie dobrze przystające do naszych realiów. Znaleźli w tym oczywiście głośnych promotorów w postaci wpływowych mediów. W tym toku myślenia, świadomie bądź nie, wypierają z siebie fakt, że w Polsce religijno-romantyczna spuścizna – wzmocniona w XXI wieku katastrofą smoleńską – jest i na długie lata pozostanie fundamentem mentalności dużej części społeczeństwa, w tym m.in. tej, z której wyrasta owa konserwatywna czy konserwatywno-narodowa wizja dziejów. Przy lekceważącym stosunku naszych liberałów do martyrologii tę ostatnią wzmagać będą na pewno np. rodzinne i grupowe wycieczki Polaków do muzeum bajek braci Grimm w niemieckim Alsfeld. Zwłaszcza gdy po wyjściu z niego ten i ów turysta uda się z dziećmi na centralny plac tamtejszej starówki i natknie na tablicę ilustrującą niniejszy artykuł. Wspominam o tym celowo, jako że ze środowisk lewicowo-liberalnych nierzadko słyszy się głosy o konieczności niezajmowania się już historią, bo „na nowoczesnym Zachodzie” patrzy się przede wszystkim w przyszłość, a nie wstecz. No to proszę spojrzeć na fotografię wykonaną przeze mnie w wakacje 2023 r.

Czy tego chcemy czy nie, w Polsce doszło już do czołowego zderzenia dwóch wizji dziejów (upraszczająco na potrzeby artykułu: pluralistyczno-demokratycznej i narodowo-konserwatywnej), z których tę drugą, faktycznie niedoskonałą, bo opartą zbyt mocno na zero-jedynkowym widzeniu świata, wcale nie będzie łatwo przeformatować negując w tej rodzimą tradycję i spuściznę. Niestety bowiem wielkomiejskie opiniotwórcze środowiska lewicowo-liberalne o progresywnym odcieniu, będące zarazem promotorami innych niż narodowo-konserwatywna wizji dziejów, tak właśnie czynią, uderzając obuchem siekiery po kolei w „polską tolerancję”, Jana Pawła II, poszukując na siłę volkistowskich i rasistowskich elementów w rodzimym nacjonalizmie czego szczytowym osiągnięciem było porównywanie antysemickich młodzieńczych wypowiedzi kardynała Wyszyńskiego do „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, czy wreszcie stawiając tezy o rzekomych polskich koloniach na ziemiach współczesnej Białorusi i Ukrainy. Najnowszą puentą tej polityki były bliźniaczo podobne do siebie teksty, które ukazały się nieomal w tym samym czasie, zachęcające de facto do ataku internetowych trolli na zalanych falą powodziową franciszkanów z Kłodzka, którzy na swoim profilu facebookowym „ośmielili się” wystąpić do ludzi dobrej woli z prośbą o wsparcie.

Po ukazaniu się tych artykułów wybiło skrajnie antykościelne i antyreligijne szambo, można by sarkastycznie rzec „o zdrowej, odżywczej – bo przecież nowoczesno-wielkoświatowej – woni i konsystencji”, którego świadomych przecież twórców nie sposób uznać – pomimo dobrych chęci prof. Friszke – za część otwartej, tolerancyjnej i demokratycznej Polski. Czy wobec takich zachowań liberalnych i lewicowo-liberalnych promotorów pluralistyczno-demokratycznej wizji dziejów należy doprawdy dziwić się naszym narodowo-konserwatywnym historykom i ich poplecznikom, że bardziej niż o przypadkach mordów niektórych Polaków na Żydach w czasie II wojny światowej chcą mówić o celowych działaniach sojuszu liberałów i progresywnej lewicy dążących do zniszczenia naszego dziedzictwa kulturowego, tudzież o lekceważeniu przez nich polskich ofiar nazizmu i komunizmu?

dr Andrzej Dwojnych

Problem uchodźczy z perspektywy Polski lokalnej

Łatwo i lekko nie będzie. To już wiemy. Po ośmiu dekadach przerwy stajemy się znów w ciągu kilku tygodni krajem wieloetnicznym i wielowyznaniowym. Nie ma poważnych przesłanek do postawienia tezy, że ten stan nie będzie miał charakteru trwałego. Istnieje duża szansa, iż napływ uchodźców, głównie matek z dziećmi, w perspektywie kilkunastu lat przyniesie naszemu krajowi i starzejącemu się społeczeństwu korzyści. Zanim jednak to nastąpi, czekają nas trudne miesiące i lata, zaś sytuacja z pewnością inaczej będzie wyglądała w wielkich miastach i na polskiej prowincji. W niniejszym tekście spróbuję spojrzeć na problem wyłącznie z perspektywy Polski lokalnej. Konkretnie z ośmiotysięcznej gminy w centrum kraju, jednolitej pod względem etnicznym i wyznaniowym, na pół rolniczej, na pół będącej sypialnią Płocka.

Z informacji, które do mnie docierają, wnioskuję, że część ludzi zaczyna już powoli okazywać niezadowolenie, iż uchodźcy posiadają te same prawa w dostępie do zasiłków i programów pomocowych (np. program „500+”, „300+”, zasiłki rodzinne), co obywatele Polski. W sklepach emeryci zastanawiają się, czy nasze państwo, które wspiera uchodźców, będzie w stanie nadal wypłacać „13” i „14” emerytury. Ponieważ siła nabywcza złotego z miesiąca na miesiąc będzie spadać, uchodźcy mogą być wskazywani jako „główni winowajcy” omawianego procesu. Sklepowe w sąsiedniej gminie drżą o posady, bo właściciel przyjął ostatnio do pracy trzy Ukrainki. Jedna z młodych matek uczyniła mi następujący wykład: „doskonale wiadomo, że od września dzieci ukraińskie do polskich przedszkoli będą przyjmowane, podczas gdy dla jej 3-letniej córki miejsca w przedszkolu nie będzie”. Oczywiście żadne decyzje w tej materii jeszcze nie zostały podjęte, ale gołym okiem widać już pola, na których dotychczasowe problemy mogą narastać. Dotąd bowiem „Kowalska” przychodziła skarżyć się jedynie na to, że dziecko „Nowakowej” zostało szybciej przyjęte do przedszkola niż jej, bez podtekstu etnicznego dotyczącego pochodzenia „Nowakowej”. Dostęp do usług medycznych w Polsce lokalnej zawsze był na niższym poziomie w porównaniu z wielkimi miastami, a teraz, w wyniku przybycia nowych pacjentów, sytuacja musi się pogorszyć. Lekarze, których w Polsce jest zbyt mało, nie chcą pracować na terenach wiejskich. Spółka gminna, w całości należąca do kierowanego przeze mnie samorządu, od lat ma duże problemy ze ściąganiem specjalistów. Ponieważ jest to jednak problem systemowy, którego nie potrafił rozwiązać żaden rząd od dwóch dekad mojej pracy w samorządzie, mieszkańcom prowincji nie pozostaje nic innego, jak w jeszcze większym stopniu liczyć na dobre geny i łut szczęścia.

Ogólnie moje spostrzeżenie jest takie, że tarcia będą nieuchronne, gdyż niezależnie od podziałów Polak – Ukrainiec, napływ uchodźców, głównie w młodym wieku, jeszcze bardziej uwypukli różnice pokoleniowe. Generalnie ludzie młodzi, bez względu na pochodzenie etniczne, mają większe oczekiwania od państwa i samorządu niż osoby w wieku dojrzałym. Tymczasem niemal na pewno państwo i samorząd nie będą w stanie w najbliższych latach (z uwagi na kryzys uchodźczy i inflację) spełnić wszystkich oczekiwań. Wyższe ceny i ograniczona podaż towarów uniemożliwi wielu samorządom wykonanie planowanych inwestycji. Niektórzy samorządowcy i politycy będą w kampanii mówili, że „za niewykonanie wszystkich planów i obniżenie stopy życiowej odpowiedzialna jest wojna”, ale słuchający ich ludzie – elektorat, winnych mogą wskazywać konkretnie palcem.

Poważnym problemem dla samorządów może okazać się gospodarka odpadami. Zwiększony strumień odpadów komunalnych w wielkich miastach pośrednio będzie wpływał na wzrost kosztów funkcjonowania systemu na terenach wiejskich – nawet jeśli na nich uchodźców będzie względnie niewielu. Skoro bowiem ilość odpadów wywożonych dajmy na to z Warszawy do instalacji w Płońsku gwałtownie wzrośnie, a samorząd stolicy jest i będzie w stanie zapłacić za odbiór odpadów znacznie więcej niż każda jedna gmina wiejska, firmy odbierające odpady od podpłońskich gmin wiejskich będą w przetargach składać coraz wyższe oferty, a instalacja podnosić ceny odbioru.

Początkowo w większości znanych mi przypadków na terenach wiejskich uchodźcy byli przyjmowani „z odruchu serca”, tzn. ci, którzy deklarowali w rozmowach ze mną chęć ich przyjęcia, czynili to zanim w ogóle pojawiła się mowa o jakichkolwiek środkach finansowych na ten cel ze strony administracji rządowej. Wójt Gminy Łąck w powiecie płockim przyjął do budynku „zielonej szkoły” ponad 350 osób, finansując ich pobyt początkowo wyłącznie z budżetu własnego samorządu. Jego sąsiad z Gminy Nowy Duninów przyjął do świetlicy ponad 70 Romów ukraińskich także bez żadnego „ale”. Jednak z upływem czasu zdarzają się przypadki odmienne, których natężenie rośnie po wydaniu przez rząd przepisów o wypłatach w wysokości 40 zł za dzień pobytu dla podmiotu przyjmującego uchodźców. Znajoma spod Bydgoszczy usłyszała od swojej koleżanki: „czy zakwaterowałaś uchodźców? Bo to się przecież opłaca”. Jak można interpretować przyjęcie 20 osób, w tym 13 dzieci, do domku o powierzchni 130 metrów kwadratowych przez przedsiębiorcę, który z tego tytułu uzyska z budżetu państwa 800 zł dochodu dziennie, niż chęć zysku? I co się stanie z uchodźcami, jeśli środki z jakiegoś powodu nie będą wypłacane albo będą wypłacane w mniejszym zakresie?

Istotne jest, aby przystępujące do polskich szkół dzieci nie zrywały kontaktu z językiem i kulturą ukraińską. Póki co nie ma w tym zakresie jasnych wytycznych ze strony Ministerstwa Edukacji i Nauki (dopuszczone jest włączanie dzieci ukraińskich do polskich klas oraz nauka w trybie zdalnym w szkołach ukraińskich), więc każdy samorząd realizuje tego typu zajęcia „po swojemu” bądź nie realizuje wcale. Na niedaleką przyszłość kwestia wypracowania odpowiednich założeń programowych jest bardzo ważna. Trudno sobie wyobrazić, by ukraińskie dzieci były uczone w polskich szkołach o „bohaterskich wyczynach UPA i OUN w okresie drugiej wojny światowej”, a z drugiej strony wtłaczanie w głowy małych Ukraińców polskiej wersji historii na temat chociażby obrony Lwowa semper fidelis przed Ukraińcami w 1919 rokiem i rzezi wołyńskiej także skutkować musi zupełnie niepotrzebnymi konfliktami o podłożu etnicznym. Historie o tym, jak to Ukraińcy w 1943 roku rozpruwali polskim kobietom brzuchy i wkładali weń trociny, przynoszą mi w ostatnich dniach osoby, które o historii nie mają bladego pojęcia, więc tego problemu nie powinno się bagatelizować. Nie będę w tym miejscu po raz kolejny powielał swoich tez o konieczności zmian w polskiej polityce historycznej i w nauce historii, o czym pisałem niedawno. Nadmienię jedynie, że zmiany te są konieczne niemal od dziś – jeśli nie chcemy mieć problemów jutro. Nie zamiatając pod dywan najtrudniejszych tematów z relacji polsko-ukraińskich, w nauce historii dla młodych Polaków i rosnącej grupy młodych Ukraińców konieczne jest umieszczanie tych kwestii, które będą łączyć i będą zrozumiałe dla wszystkich. Powinno położyć się zatem nacisk na kwestię tolerancji w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, na Wielką Emigrację po Powstaniu Listopadowym i niewiele mniejszą po 1945 roku czy na tematykę „bieżeństwa 1915 roku” (czyli uchodźstwa), która objęła do 3 mln potomków przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, a który to temat zupełnie nie istnieje w polskiej świadomości historycznej. Dla gmin wiejskich włączenie dzieci ukraińskich w system edukacji będzie trudne, ale wydaje się, że i tak łatwiejsze niż dla samorządów największych polskich miast, które mogą nie dysponować warunkami lokalowymi dla przyjęcia setek tysięcy nowych dzieci. Wśród uchodźców w naszej gminie znajduje się emerytowany nauczyciel z Kijowa i w tej chwili zastanawiam się już tylko nad tym, w jakiej formie zorganizować zajęcia z literatury ukraińskiej i języka dla młodych Ukraińców, bo wszystkie „nowe” dzieci zostały włączone do dotychczasowych klas. W wielkich miastach problem na pewno będzie większy i nie tak prosty do rozstrzygnięcia. Na terenach wiejskich sytuacja też nie będzie prosta, ale jednak rezerwy w placówkach szkolnych są większe – w odróżnieniu od miast bowiem dzieci nie uczą się zazwyczaj systemem zmianowym.

W liberalnych i lewicowych mediach często stawiane są zarzuty pod adresem Kościoła rzymskokatolickiego o zbyt małe zaangażowanie w pomoc uchodźcom. Być może uwagi te nie są zupełnie pozbawione racji, choć odnotować należy, że mamy np. po sąsiedzku gminę Stara Biała, a w niej Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przyjęło do prowadzonego przez siebie Domu Samotnej Matki kilkoro ukraińskich kobiet z dziećmi. Generalnie jednak w Kościele rzymskokatolickim z pewnością tkwią jeszcze rezerwy, choć z ostatecznymi krytycznymi ocenami należy poczekać. Wymaga czasu wypracowanie spójnego stanowiska przez tak dużą wspólnotę religijną o hierarchicznej strukturze, ale rozmaitych frakcjach i zróżnicowanych poglądach społeczno-politycznych. Problemem w tym przypadku może być postrzeganie uchodźców przez dużą grupę duchownych głównie poprzez kalkę wyznaniową i etniczną. Przybysze, w większości prawosławni, na pewno nie zapełnią świątyń rzymskokatolickich. Część z nich w niedalekiej przyszłości będzie być może chciała budować na terenie RP cerkwie prawosławne. Większemu zaangażowaniu Kościoła nie pomaga też nazbyt wstrzemięźliwy język papieża Franciszka. Można odnieść wrażenie, iż najważniejsze w polityce Watykanu nie są problemy ludzi, którzy cierpią w wyniku działań wojennych, ale szeroko rozumiane interesy Kościoła w Rosji.

Patrząc z lokalnej perspektywy nie wydaje się natomiast, aby duży problem na terenach wiejskich i małomiasteczkowych miały stanowić różnice wyznaniowe. Religijność ludu ma w dużym stopniu podłoże kulturowe i powierzchowne, jej podglebie intelektualne jest płytkie. W kierowanym przeze mnie urzędzie pracuje kobieta z paszportami polskim i rosyjskim, w mojej gminie od dawna mieszkają Polki pochodzenia białoruskiego, w sąsiedniej mieszka ceniony przez tubylców przedsiębiorca budowlany pochodzenia ormiańskiego. Nigdy nie słyszałem pod ich adresem żadnych złośliwości na tle etnicznym lub religijnym ani nie słyszałem, by sami się na coś takiego uskarżali. Skala oddziaływania przysłowiowego „ksenofobicznego Radia Maryja”, jak określają ową rozgłośnię wielkomiejskie opiniotwórcze elity liberalne, jest w Polsce lokalnej mniejsza niż to się może pozornie wydawać. Problem „narastającej nietolerancji religijnej” może być czasami celowo rozdmuchiwany przez środowiska wielkomiejskie – ażeby udowadniać, że przeciętny Polak jest jednak o wiele bardziej ksenofobiczny niż np. Francuz. Oczywiście w miarę postępującego kryzysu uchodźczego wzrost zachowań nietolerancyjnych i ksenofobicznych jest nieuchronny. Jednak w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych nie widać zarzewia poważnych konfliktów na tle religijnym (choć znów – oczywiście w wielkich miastach i na podmiejskich „strzeżonych osiedlach” zamieszkiwanych przez wielkomiejskich liberałów może być inaczej). Znacznie większym problemem dla interesów RP może być natomiast narastająca niechęć mieszkańców polskiej prowincji do Brukseli, o ile w miarę szybko do naszego kraju nie spłyną środki pomocowe przeznaczone na utrzymanie uchodźców. Jakakolwiek próba powiązania ich przyznania z tzw. kwestią praworządności niemal na pewno interpretowana byłaby jako przejaw hipokryzji zachodnich elit.

Generalnie aklimatyzacja uchodźców znacznie lepiej powinna przebiegać w Polsce lokalnej niż w wielkich miastach. Oczywiście przy założeniu, że ten lub kolejny rząd nie podejmie decyzji o przymusowej relokacji części uchodźców do gmin wiejskich. Łatwiej zmiany zaakceptować będzie tym, którzy nie preferują skrajnie konsumpcyjnego stylu życia – typowego zwłaszcza dla wielkich miast. Obecność względnie niewielkich grup Ukraińców (większość garnie się do dużych ośrodków) wymuszała będzie na nich szybką naukę języka polskiego i – co za tym idzie – niezamykanie się w tylko własnym środowisku etnicznym. Gettoizacja uchodźców jest dużym zagrożeniem w miastach, ale na wsiach, gdzie nie ma ludzi anonimowych, już nie. W lekceważonych przez środowiska wielkomiejskie remizach strażackich i na wiejskich festynach o charakterze kulturalnym względnie łatwiej jest zorganizować przedsięwzięcia, w których ukraińscy sąsiedzi brali będą aktywny udział. Posługiwanie się z kolei w miarę sprawnie językiem polskim to automatyczna przepustka do naszego rynku pracy oraz mniejsza bądź większa akceptowalność uchodźców przez otoczenie (polskie w sensie etnicznym i rzymsko-katolickie w sensie wyznaniowym). Nawet jeśli pojawią się spory w kolejce do lekarza czy o miejsce w przedszkolu, łatwiej będzie je rozwiązać ludziom częściowo „wtopionym w społeczeństwo” na festynie przy remizie strażackiej.

Zarzuty o nieudolność pod adresem administracji rządowej czy samorządowej różnych szczebli nie wnoszą wiele poza samą krytyką. Mój pogląd nie wynika z „solidarności zawodowej” czy z twierdzenia, iż administracja nie popełnia błędów (bo popełnia ich wiele). Ale tylko ten, kto nigdy nie miał do czynienia z pracą w niej może wypowiadać osądy, że „to i tamto można było przewidzieć”, zaś rozwiązanie powstających problemów jest „proste jeśli do problemu podejdzie się w sposób profesjonalny”. Mimo zasygnalizowanych wybranych problemów, które udało mi się dostrzec z perspektywy wójta średniozamożnej wiejskiej gminy i z którymi przez wiele lat najpewniej będziemy się borykać, nie uważam, by należało popadać w pesymizm i konstatację, że problemom nie da się zaradzić. Oczywiście ich kompleksowe rozwiązanie wymagać będzie ogromnego wysiłku zarówno ze strony administracji rządowej, jak i samorządowej oraz organizacji pozarządowych. Włączenie „na nowo”, po ponad 80-letniej przerwie, dużej społeczności ukraińskiej w ramy państwa polskiego wymaga dostosowania przepisów, które obecnie tworzone są naprędce (ale inaczej być nie może) i które muszą być cyklicznie korygowane. Zwłaszcza że będą to zmiany trwałe. Zarówno nasze społeczeństwo, jak i aparat państwa muszą stać się bardziej elastyczne niż dotąd. Chociażby nostryfikacja dyplomów ukraińskich powinna być zdecydowanie uproszczona – te zmiany nie wymagają wielkiego zachodu, a będą bardzo przydatne. Im szybciej ukraiński lekarz rozpocznie pracę w wiejskiej spółce zdrowotnej, a nauczyciel w szkole (choćby na część etatu), tym lepiej nie tylko dla lekarza i nauczyciela, ale przede wszystkim dla wszystkich pacjentów i uczniów bez względu na przynależność etniczną. Krótko mówiąc: tym lepiej dla Polski.

dr Andrzej Dwojnych

Jak pies z kotem (na marginesie inwazji Rosji na Ukrainę)

***

 

Motto:

Liberał postępowy: O ile można ryzykować uproszczenie, to znaczy zatrzymać się tylko na pewnym stopniu analizy nie uwzględniając wszystkich dostępnych nam danych i nie biorąc pod uwagę współdziałania tych czynników, które na obecnym poziomie studiów nie są nam znane, można przypuścić, że pańskie zachowanie wobec mnie nacechowane jest ostatnio pewną drażliwością.

Związek Radziecki: Ja dałem panu w mordę.

Liberał postępowy: Powstrzymując się od wyciągania zbyt pochopnych wniosków, które mogłyby sprawiać wrażenie, nota bene mylne w tym kontekście, jakobym cofając się przed trudnościami porozumienia na gruncie humanistycznych wartości wspólnych obu stronom dążącym do porozumienia mimo różnic metodologicznych skłaniał się ku pesymizmowi odnośnie możliwości wzajemnego zrozumienia, będącego pierwszym krokiem do porozumienia, które jest niezbędnym warunkiem zbliżenia, żywię nadzieję, że oczekuję od pana pewnych kroków zwiększających szanse wzajemnego zaufania, czy też, lub jednocześnie, niepodejmowania pewnych kroków, w konsekwencji których mogłoby dojść do tego zaufania podrywania, nie zawiodę się co do bezpodstawności mojego oczekiwania. Aj!

Związek Radziecki: Ja panu daję w mordę.

Liberał postępowy: Rozumiejąc skomplikowaną strukturę naszych wzajemnych stosunków, na które nie bez wpływu pozostaje historycznie uwarunkowana kompleksowość pańskich reakcji nacechowana jakże usprawiedliwionym poczuciem pokrzywdzenia, osamotnienia i zagrożenia ze strony otoczenia, pragnę pana zapewnić, że mimo pewnej jednostronności naszego obustronnego zrozumienia, które niewątpliwie doprowadzi do pełnego porozumienia, którego brak jest konsekwencją chwilowego nieporozumienia, cieszę się z tego zbliżenia.

Związek Radziecki: To ja panu dam w mordę.

Sławomir Mrożek: „Krótka rozmowa między zachodnim liberałem postępowym a Związkiem Radzieckim zupełnie już postępowym” (1985)

 

W jednej z audycji „Pytania z księżyca” mała dziewczynka zadała doktorowi Tomaszowi Rożkowi pytanie: „dlaczego pies z kotem nie są w stanie się porozumieć”. W odpowiedzi usłyszała, że głównej przyczyny dopatrywać należy się w zupełnie różnym sposobie komunikacji obu zwierząt. Otóż kiedy pies merda ogonem – to znaczy, że się cieszy, ale już merdający ogonem kot to zwierzę zdenerwowane, przygotowane do ataku. Kot stawiając ogon „na baczność” daje wyraz swojemu zadowoleniu, rozluźnieniu, ale zachowujący się w podobny sposób pies oznacza zwierzaka przygotowanego do agresji.

Każdy, kto miał okazję spotykać się z Rosjanami na ich terenie, wie, że teoretycznie są oni podobni do ludzi Zachodu. To znaczy przyjmują swoich gości bardzo serdecznie (zapewne bardziej niż ci z Zachodu), w punkcie wizyty niemal obowiązkowo zawarte są (a raczej już: „były”) uroczysta kolacja suto zastawiona wykwintnymi daniami i trunkami, „ruska bania”, atrakcje kulturalne itp. Co więcej – podobnie jak my, także Rosjanie noszą krawaty i koszule na spinki, a nawet dżinsy. Ale jednak pod tą zewnętrzną formą kryje się człowiek mentalnie odmienny, inaczej się komunikujący, o innym podejściu do kobiet, a już na pewno zupełnie inaczej postrzegający sferę polityki niż człowiek Zachodu.

Tak jest dziś, tak było przed upadkiem komunizmu, ale tak było też i dwie dekady temu, kiedy optymistom wydawało się, że Rosja i Rosjanie przechodzą transformację w kierunku westernizacji. W 2005 roku miałem okazję na początku maja obserwować na Placu Czerwonym w Moskwie ćwiczenia armii rosyjskiej przygotowującej się do uroczystych obchodów 60. rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej. Samą rocznicę spędziłem w Nowosybirsku, gdzie, poza oficjalnymi uroczystościami, widziałem zakrojone na ogromną skalę fajerwerki, tłumy obwieszonych orderami weteranów i gdzie uczestniczyłem w wielkim festynie/pikniku wespół z grupą kolegów Rosjan. Jeden z nich, mający korzenie polsko-ukraińskie, zwesternizowany, na stałe mieszkający w Warszawie, podśmiewał się ze swoich kolegów Rosjan, dawnych kumpli z ławki szkolnej, gdy rozmowa zeszła „po stakanie” na skutki drugiej wojny światowej. Rzekł do nich mianowicie: „wy, koledzy, reprezentujecie azjatycką myśl polityczną”. A absolwenci nowosybirskiej politechniki i tamtejszego uniwersytetu odpowiedzieli zgodnie: „tak” – i w tym wyrazie „tak” było poczucie dumy, a nie wstydu jak by się nam, ludziom Europy Środkowej czy Zachodniej, mogło wydawać. Ukraińców, zwanych dość obraźliwie „chachłami”, żaden z tych młodych wówczas ludzi, dziś czterdziestokilkulatków, nie traktował jako narodu odrębnego od Rosjan. Dziś moi dawni koledzy stali się jeszcze bardziej azjatyccy w swoim myśleniu – co stwierdzam na podstawie rozmów z niektórymi spośród nich.

O ciągłości mentalnej Rosjan, przekładającej się na sposób uprawiania polityki przez władze od czasów carskich po okres Związku Sowieckiego, znakomicie traktują chociażby książki Jana Kucharzewskiego „Od białego caratu do czerwonego” czy trylogia urodzonego w Cieszynie Richarda Pipesa: „Rosja carów”, „Rewolucja rosyjska” i „Rosja bolszewików”. Ponieważ książki obu autorów są bardzo, ale to bardzo grube – w zasadzie mało kto dziś je czyta. A szkoda, bo one pozwalają nam po pierwsze otrząsnąć się z nacechowanego emocjami stosunku do wschodniego sąsiada. Po drugie zrozumieć, dlaczego miażdżącej większości Rosjan obce były, są i będą idee liberalne oraz zachodni, czy nawet środkowo-europejski, sposób myślenia o polityce. Po trzecie wyjaśniają masowe poparcie Rosjan zarówno niegdysiejszych jak i współczesnych dla silnej, autorytarnej władzy. Mało tego – te książki tłumaczą nam dogłębnie, dlaczego po wyczekiwanym przez Zachód ewentualnym puczu na Kremlu zastąpi Putina najpewniej jego mniej lub bardziej wierna kopia.

„Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników ani wiecznych wrogów – ma tylko wieczne interesy” – mawiał ponoć lord Palmerston. Trawestując owo powiedzenie nasi politycy i dziennikarze prezentują często w swojej masie przekaz: „Polska ma wiecznych sojuszników i wiecznych wrogów oraz zmienne interesy”. Jednym z naszych wiecznych wrogów, dziś głównym, jest oczywiście Rosja. Zdaniem Marii Janion następstwem „angelizacji” Polski w naszym rodzimym mesjanizmie, podkreślania jej cierpień i krzywd oraz adoracji jako niewinnej ofiary, była „satanizacja” jej prześladowców, stojących oczywiście na niższym poziomie kultury: „W XIX wieku to Rosja, przede wszystkim, stała się wcieleniem szatana, szatana politycznego, jak mawiał Mickiewicz; przeświadczenie to miała potwierdzać Rosja bolszewicka. Niedaleko owe wyobrażenia odbiegały od reaganowskiego »imperium zła«. Tradycyjne polskie poglądy na Rosję i dzisiaj nie tracą na znaczeniu”. Według autorki „Niesamowitej Słowiańszczyzny” nadal „często mamy do czynienia z publicystyczną demaskacją zła Rosji w stylu postromantycznym”.

Nasza ideologiczna niechęć do Rosji ma oczywiście dobre strony. Oprócz nas (i może jeszcze Bałtów) nikt w Unii Europejskiej nie brał w ciągu ostatnich dwóch dekad zagrożenia ze strony putinowskiej Rosji na poważnie. Jakże prorocze – niestety – okazały się słowa Lecha Kaczyńskiego wypowiedziane w Gruzji w 2008 roku. Zgodnie z naszym postrzeganiem Rosji jej autokratyczny władca – Władimir Putin agresję na Ukrainę inicjuje z pobudek zarówno ideowo-imperialistycznych, jak i wewnętrzno-politycznych – czyli pragmatycznych, tj. rozpętuje konflikt, aby zagarnąć część ziem ponoć „historycznie rosyjskich” i w ten sposób wzmocnić swoją pozycję w kraju. Dziś niektórzy dodają także jego „niezrównoważenie psychiczne”, typowe dla tyranów. Takie opinie można w Polsce przeczytać i usłyszeć z kręgów wielu środowisk ideowo-politycznych od lewa, poprzez liberalne centrum, aż po prawo. Oczywiście w tym przekazie jest dużo prawdy, ale pomijany jest w nim regularnie dość istotny szczegół.

Otóż z narracji naszych mediów i polityków najczęściej wynika, jakoby nasi wieczni ideologiczni sojusznicy – a więc np. tracący do niedawna w słupkach sondażowych ulubieniec środowisk liberalno-lewicowych prezydent Joe Biden oraz tracący w słupkach sondażowych ulubieniec prawicy premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, ostrzegali przed agresywnymi działaniami Rosji głównie z pobudek romantyczno-ideowych. Czyli że oni niby chcą szczepić demokrację na wschód od Bugu oraz nieść bezpieczeństwo i pokój Ukraińcom bezinteresownie, tyle że czynią to może trochę niemrawo.

Starając się zatem oceniać obecną sytuację na zimno, to działania Amerykanów, pomimo pohukiwania i gróźb kierowanych pod adresem Rosji oraz ostrzeżeń przed inwazją, które okazały się ze wszech miar trafne, Kreml miał prawo interpretować jako „zielone światło do przejęcia Ukrainy”. Amerykańska reakcja na aneksję Krymu, Ługańska i Doniecka była niemrawa. W polityce zawsze ważną rolę odgrywają symbole. Gdyby to Polska pierwsza wycofała swoją ambasadę z Kijowa i prosiła obywateli o opuszczenie Ukrainy – mało kto na świecie potraktowałby ten fakt poważnie. Ale skoro zrobiły to Stany Zjednoczone – cały świat zachodni, zwłaszcza świat biznesu, zaczął panikować i wycofywać się z Ukrainy zanim nastąpiła inwazja. Mieliśmy tu zatem do czynienia z „Kabulem-bis” i Rosjanie nie mogli zinterpretować tego faktu inaczej. Doprawdy trudno sobie zresztą wyobrazić, by także Amerykanie nie rozumieli skutków własnych działań. Być może niedługo podobnie rozumować będą także Ukraińcy i to nie tylko ci, którzy dzierżą stery władzy. Wycofujący się w panice za Amerykanami z Ukrainy biznes zachodni skutkowałby i tak niemal pewną zapaścią gospodarczą na znajdującej się pod bagnetami rosyjskimi Ukrainie nawet wówczas, gdyby Rosjanie do Ukrainy nie wkroczyli – a co dopiero teraz.

Jednak tragiczne wydarzenia, które mają obecnie miejsce za naszą wschodnią granicą niekoniecznie muszą zaowocować takimi skutkami, jakich chciałyby polskie elity. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, że po trudach wojny chwiejna „stabilizacja pod bagnetami”, podminowana czysto ludzkim strachem o własne życie, może w przyszłości wywołać apatię u tych Ukraińców, którzy nie opuszczą swojego kraju (uchodźcami władze na Kremlu nie będą się przecież przejmować), zaś gniew ukraińskiego ludu może równie dobrze zostać skierowany przeciwko władzom własnego kraju, które nie były w stanie zapewnić bezpieczeństwa obywatelom. Dość przypomnieć jak w naszej historiografii, i to nie tylko komunistycznej, ale także emigracyjnej, były, a czasem i są dzisiaj oceniane rządy sanacji z okresu tuż przed wybuchem wojny. Jeśli dodamy do tego fakt, którego my, jakże tolerancyjni przecież przedstawiciele cywilizacji łacińskiej jakoś nie potrafimy przyjąć do wiadomości, a mianowicie, że wiele społeczeństw i narodów świata działania Zachodu polegające na „zaszczepianiu” demokracji postrzega jako czysty przejaw imperializmu – czyli dokładnie tak, jak my spoglądamy na działania Rosji, to może okazać się, iż Putin wcale nie stoi na straconej pozycji, dokonując inwazji na Ukrainę. Nawet jeśli hipotetycznie założyć spełnienie się w przyszłości naszego chciejstwa, a mianowicie że prezydent Rosji zostanie w jakiś sposób „odstrzelony”, putinowskie „zwycięstwo zza grobu” (prawdziwego lub w przenośni) nie jest wykluczone. Irak, Afganistan czy kraje Ameryki Łacińskiej są tego dobrym przykładem. Wszędzie tam Amerykanie i ich sojusznicy nieśli szczytne idee wolności, demokracji i tolerancji, a kończyło się na rozlewie krwi, wojnach i chaosie. Czy nam się to podoba czy nie, nawet w Europie są w tej chwili nacje, które otwarcie sprzyjają Rosji, na przykład Serbowie.

Wcale nie jest zatem wykluczone, że prozachodnio obecnie nastawieni Ukraińcy zaczną z czasem traktować USA i ich sojuszników z Europy jako partnerów niewiarygodnych, w których nie można pokładać większych nadziei. Hasło „Ukraina w UE” jest przecież raczej z gatunku science fiction. Poza tym trudno uwierzyć w trwały odwrót Zachodu od Rosji. Węgrzy nawet go nie symulują. Polak czy Litwin nie zostawi po wojnie tyle pieniędzy w kasynach Monte Carlo, butikach Mediolanu czy sklepach z zegarkami w Zurychu, co bogaty Rosjanin, któremu z kilkunastu miliardów dolarów po straszliwych sankcjach Zachodu na koncie zostanie „skromnych kilka”.

Patrząc pragmatycznie na kwestię bezpieczeństwa naszego kraju nie ulega wątpliwości, że Polska powinna orientować się przede wszystkim na NATO, zwłaszcza na militarne mocarstwo, jak USA, na potęgę gospodarczą, jak Niemcy, oraz na Unię Europejską jako całość bez względu na to, jakimi wadami jest ona obarczona. Chodzi tu bowiem nie tylko o „kasę z Brukseli”, ale i o nasze bezpieczeństwo. Tu nie ma w ogóle nad czym dyskutować. O ile jednak w odniesieniu do polityki Niemiec, naszego „wiecznego” wroga, polski nos jest dość silnie (poniekąd słusznie) wyczulony z uwagi na zaszłości historyczne i obecną współpracę naszego zachodniego sąsiada z Rosją, której symbolem jest Nord Stream 2 i obecne działania hamulcowe w odniesieniu do nakładania ostrych sankcji na Rosję, o tyle w USA, naszego „wiecznego” sojusznika, jesteśmy nadal wpatrzeni niczym w bożka. Oczywiście jest to dzisiaj najpoważniejszy zewnętrzny gwarant naszej niepodległości obok kordonu coraz słabszych państw dzielących nas od Rosji, z których Ukraina jest podmiotem największym. Ale jakoś nie mam przekonania, że dla naszego Wielkiego Brata zza Wielkiej Wody, a zwłaszcza dla jego europejskich sojuszników na zachód od Odry, utrzymanie integralności Ukrainy jest ważniejsze niż dajmy na to niepodległość Tajwanu.

Tak samo jak nie mam przekonania, że nawet militarne opanowanie Ukrainy przez Rosję przeszkodzi w uruchomieniu gazociągu Nord Stream 2. Romantyzm w polityce zagranicznej raczej nie jest czymś, co przyczynia się do osiągania zakładanych celów. W obliczu konfliktu zbrojnego za naszą wschodnią granicą nie jest to, niestety, dobry prognostyk ani na dziś, ani na przyszłość. Oczywiście po inwazji na Ukrainę zajmowanie stanowiska w pierwszym szeregu krajów domagających się jak najostrzejszych sankcji dla Rosję było koniecznością, podobnie jak niesienie pomocy humanitarnej Ukraińcom, pomoc uchodźcom i wreszcie dochowanie pełnej lojalności wobec naszych partnerów z NATO w konflikcie z Rosją. Ale już pomoc militarna dla Ukrainy, której symbolem jest hałas wokół przekazania naszych MIG-ów Ukraińcom, wydaje się być obarczona ogromnym ryzykiem. Krótko mówiąc, ponieważ czasy są niewesołe, w tyle głowy warto zapisać sobie morał, który płynie z tego oto dowcipu:

– Jak łatwo poznać prawdziwego pioniera na Dzikim Zachodzie?

– Po strzałach w plecach.

dr Andrzej Dwojnych

Potrzebujemy korekty polskiej polityki historycznej

na to zwracają uwagę też politycy izraelscy, że młodzież uczy się o Polsce i to Polskę kojarzy ze zbrodniami II wojny światowej, zbrodniami holokaustu. Nie kojarzy tych zbrodni z Niemcami. Niemcy dziś przedstawiane są jako kraj przyjazny i nowoczesny. Tam jest narracja zupełnie inna. To jest coś, co należałoby zmodyfikować. Jeśli młodzi ludzie przyjeżdżają do Polski i kojarzą ją tylko ze złem, które tutaj miało miejsce ze strony Niemców, a nie mają okazji na przykład spotkania się z polską młodzieżą, nie poznają Polski dzisiejszej, nie poznają także historii zbrodni Niemców na Polakach, to jest coś, co później może prowadzić do utwierdzania się negatywnych opinii o Polsce. Trzeba z tym walczyćpowiedział niedawno, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Sierpniowa diagnoza wiceszefa MSZ Pawła Jabłońskiego jest jedną z wielu trafnych w ostatnich latach, jakie obecny rząd stawia w obszarze polityki historycznej. Co z tego jednak, skoro trafne oceny i intuicje nie przekładają się na wymierne efekty.

Trudno za obecny stan rzeczy winić wyłącznie stronę rządową. Można nawet zaryzykować tezę, że polityka historyczna obecnego polskiego rządu jest m.in. dlatego nieskuteczna, gdyż nie ma realnej konkurencji na opozycji, przez co grzęźnie w samozadowoleniu i braku nowych inspiracji. To o tyle dziwne, że prezydent Bronisław Komorowski zdawał się doceniać omawianą problematykę, czego dowodem było podtrzymanie linii politycznej w kwestii „żołnierzy wyklętych” autorstwa poprzednika – Lecha Kaczyńskiego. Wychodził też z własnymi udanymi inicjatywami. W 2013 r. Kancelaria Prezydenta RP organizowała obchody 150. rocznicy powstania styczniowego, w trakcie których odbyła się m.in. konferencja i ciekawa wystawa na Krakowskim Przedmieściu, zaś sam prezydent był wielce zaskoczony faktem – czemu dał wyraz w swoim wystąpieniu – że w obchodach uczestniczą niemal wyłącznie samorządowcy i animatorzy kultury z prowincji.

O tym, że po 1989 r. polskie elity i społeczeństwo wielokrotnie wykazywały się naiwnością w podejściu do Zachodu w aspekcie instrumentalizacji przeszłości daje niejednokrotnie wyraz w swoich publikacjach Rafał Chwedoruk. Polityka historyczna Niemiec, zmierzająca całkiem skutecznie do relatywizacji ich roli w zbrodniach II wojny światowej, zdaje się nie robić większego wrażenia na dużej części opiniotwórczych środowisk liberalnych. Zdaniem Chwedoruka można wysnuć wniosek, że środowiska liberalne są zapętlone – z jednej strony mamy zatem ahistoryczny kult pamięci, „cancel culture”, postkolonializm, za którymi idzie łatwość adaptacji pozbawionych naukowych podstaw oskarżeń ze strony USA i Izraela pod naszym adresem, na drugim biegunie klasycznie liberalna wizja modernizacyjno-okcydentalistyczna, której przejawem jest kult Lecha Wałęsy jako symbolu ziszczenia wielowiekowej drogi (takie wątki silnie zaznaczały się w podręcznikach szkolnych).

Oczywiście do niskiej skuteczności polskiej polityki historycznej przyczyniają się także czynniki zupełnie niezależne od nas. Po wojnie ubrano nas w gorset państwa narodowo-katolickiego, jakim w zasadzie nigdy w przeszłości nie byliśmy, przy czym miękka narracja przedstawicieli (intelektualistów, polityków) krajów zachodnich zaczęła nam zarzucać, że na świat spoglądamy głównie przez podszyty ksenofobią paradygmat narodowy. Jednocześnie z upływem lat z Zachodu płynął (i płynie nadal) coraz ostrzejszy głos, którym podważano i nadal podważa się nasze prawa do Żydów – nawet tych, którzy zawsze bezwzględnie poczuwali się do związków z Polską (jak np. wywieszający biało-czerwoną flagę powstańcy w getcie) – jako do Polaków w sensie obywatelskim. Myśmy nie wiadomo czemu na to przystali i nie honorujemy w należyty sposób pamięci o tych osobach. Kultywujemy pamięć o ofiarach wojennych, ale ograniczamy się głównie do rzymskich katolików, których prawdziwe i symboliczne mogiły widnieją niemal na każdym cmentarzu o starszym niż 1945 r. rodowodzie, podczas gdy generalnie nie czcimy należycie pamięci o dawnych żydowskich sąsiadach, w wielu miasteczkach stanowiących przed wojną przecież 30-50% ludności. Pewne zalążki zmian w tym zakresie daje się od niedawna zauważyć w działaniach prezydenta Andrzeja Dudy i niektórych samorządowców, ale głos ten jest zbyt słabo słyszalny. Gdyby zrobić sondaż na temat tego, jaki odsetek uniwersyteckich absolwentów historii XXI wieku zna choć jednego przedstawiciela chasydyzmu polskiego, to można żywić obawy, że wyniki testu byłyby przygnębiające. Zresztą podobnie byłoby z reprezentantami i historią innych niż żydowska grup etnicznych. Nie postrzegamy ich uczciwie jako współtwórców naszej spuścizny politycznej i kulturowej.

W PRL problem ten był bagatelizowany nawet przez opozycję, nie tylko ze względu na istniejącą cenzurę, ale też dlatego, że najważniejsza była walka ze wschodnim „wielkim bratem”. Za tym szło z kolei traktowanie Kościoła rzymskokatolickiego jako głównej społecznej siły opozycyjnej – i to nie tylko przez antypeerelowską opozycję narodową i konserwatywną, ale nawet przez lewicową i liberalną, czego jaskrawym przykładem były teksty Adama Michnika. To z kolei pociągało za sobą mało mającą wspólnego z faktami narrację, jakoby na przestrzeni całego millenium interesy Kościoła rzymskiego były zawsze spójne z naszą racją stanu. Sami uwierzyliśmy w to, że zawsze byliśmy „zbrojnym ramieniem Rzymu”.

Rzecz jasna nie tylko splot niefortunnych okoliczności zewnętrznych przyczynia się do tego, że wszyscy po trosze staliśmy się narodowymi katolikami, wierzącymi i niewierzącymi. Szło za tym przypinanie w publikacjach resztkom naszych różnowierców łatek ekspozytur zachodnich lub wschodnich okupantów albo amerykańskich imperialistów (do wyboru, do koloru). Nasze „wewnętrzne” winy są bezdyskusyjne: przed wojną numerus clausus i numerus nullus na uniwersytetach oraz planowe i systemowe burzenie świątyń prawosławnych, potem wojenne i powojenne przypadki mordów na Żydach, wreszcie obrzydliwe antysemickie hucpy Moczara i Gomułki. Tym niemniej do znudzenia należy podkreślać, że to nie myśmy byli pionierami szowinizmu, nie nasi „myśliciele” byli autorami pseudonaukowych teorii rasistowskich, nie byliśmy też inicjatorami i inspiratorami Zagłady narodu żydowskiego i nie nasi naukowcy wpadli na pomysł wyrabiania mydła z ludzi. Pojawiające się nadal na Zachodzie sformułowania o „polskich obozach zagłady”, w naszych zaś opiniotwórczych kręgach lewicowo-liberalnych pozbawione refleksji próby zrównywania antysemityzmu otoczenia kardynała Wyszyńskiego i jego samego z „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, a naszych pograniczników z SS, to niewątpliwe dowody na to, że niemiecka polityka historyczna odnosi sukcesy, a nasza wykazuje się nieskutecznością. Naoczni świadkowie Zagłady, niezależnie od poglądów politycznych, widzieli zbrodniarzy wojennych w Niemcach, natomiast współcześni reprezentanci środowisk liberalnych – częstokroć w niekoniecznie identyfikowanych narodowo nazistach.

Coraz więcej osób wypiera z pamięci słowa Marka Edelmana: „Wina zbiorowa to bardzo trudna rzecz. Ale bez wątpienia Żydów nie mordowało 30 milionów Polaków, ale jakaś wąska grupa. I jak się źle czujesz być w tej grupie to znaczy, że jesteś przyzwoitym człowiekiem, ale jak cię to nie obchodzi, albo tego nie zauważasz, albo – co gorsza – próbujesz to tłumaczyć, a nawet usprawiedliwiać, to jesteś nieprzyzwoitym. Bo jak usprawiedliwiać morderstwo? Jest jednak wielka różnica między odpowiedzialnością Polaków i Niemców. W Niemczech to było szalenie masowe. W Polsce chodzi głównie o nastrój, który był przeciw Żydom”. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że przekaz inny niż Edelmana – naocznego świadka Zagłady – polegający na relatywizowaniu win Niemców i uwypuklaniu polskich, jest z pewnością korzystny dla naszych zachodnich sąsiadów, ale i tych wszystkich aliantów, których symbolicznym wyrzutem sumienia powinien być rzadko wspominany Szmul Zygielbojm. Oczywiście możemy naiwnie głosić: „Porzućmy logikę narodowych krzywd. Chcemy innej historii, bardziej europejskiej” – jak pisał jeden z lewicowych publicystów w rocznicę tragedii wołyńskiej. O infantylizmie takiego myślenia łatwo mógł się jednak przekonać polski turysta, który w tym roku zwiedził choćby mauzoleum i muzeum w Verdun, gdzie wymowy obu wystaw mają ewidentny odcień nacjonalistyczny, niespecjalnie odbiegający od np. rosyjskiego myślenia o „wielkiej wojnie ojczyźnianej” (nie mówiąc już o tym, że zwiedzający nie dowie się zbyt wiele o innych niż francusko-niemiecki frontach I wojny światowej).

Nie znaczy to oczywiście, abyśmy mieli podążać drogą francuskiego nacjonalizmu lub rosyjskiego imperializmu. Historia Polski, a wcześniej Rzeczypospolitej Wielu Narodów, powinna jednak inspirować elity opiniotwórcze o rozmaitej proweniencji ideowej do poszukiwania własnej drogi i nowych pomysłów, być może modyfikacji narracji w niektórych kwestiach, skoro dotychczasowa polityka nie przynosi oczekiwanych efektów. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby wykorzystywanie w wielu miejscach możliwie najbardziej nowoczesnych form przekazu. Nie oponując przeciwko idei odbudowy Pałacu Saskiego, wydaje się, że klasyczna rekonstrukcja gmachu, średnio oryginalnego pod względem architektonicznym, po kilku latach może nie wzbudzać już zainteresowania i pozytywnych emocji; być może np. montaż niezbędnej konstrukcji i stworzenie na trwałe hologramu, widocznego wyłącznie po zmierzchu pałacu-ducha, w wymiarze symbolicznym miałoby szerszy i trwalszy pozytywny zasięg oddziaływania.

Generalnie jednak zachowując dotychczasowe instrumentarium związane z przeciwdziałaniem rozmywania odpowiedzialności Niemców za Holocaust czy z kultywowaniem pamięci o polskich ofiarach II wojny światowej, korzystając również nadal z przemyśleń środowiska Marka Cichockiego i Dariusza Gawina, w dużo większym stopniu należy starać się uwypuklić pozytywny wizerunek Polski, koncentrując się w przekazie na przykładach z naszych dziejów. Wymaga to jednak oczywistych zmian wektorów w narracji i w symbolice. Wbrew potocznemu myśleniu, nasz niewykorzystany potencjał jest niemały.

Być może warto byłoby zatem rozważyć np. wprowadzenie oficjalnego święta państwowego w dniu 28 stycznia – data ogłoszenia aktu konfederacji warszawskiej 1573 – który byłby dniem wolnym od pracy dla niedużej liczbowo grupy naszych różnowierców i jednocześnie hołdem dla wszystkich mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych zamieszkujących tak dziś, jak i niegdyś nasze państwo. Skoro Francuzi odwołują się dziś do tradycji roku 1789, zaś Grecy i Macedończycy toczą spory o tradycję starożytną – szczycenie się osiągnięciami o dwa wieki wcześniejszymi od Wielkiej Rewolucji Francuskiej nie jest żadnym powodem do ujmy. Obchody takiego święta można i należałoby „wypchnąć” poza Warszawę – do katedry prawosławnej w Białymstoku, grekokatolickiej w Przemyślu i ewangelicko-augsburskiej w Katowicach, którejś z synagog w Krakowie, katedry mariawitów w Płocku czy zabytkowego meczetu w Kruszynianach. Pomimo pewnej inflacji muzeów warto byłoby też przemyśleć, czy nie powołać takowej instytucji poświęconej w całości mniejszościom narodowym, etnicznym i wyznaniowym zamieszkujących przez stulecia ziemie Rzeczpospolitej, ale przy okazji także i grupom dyskryminowanym – np. chłopom pańszczyźnianym, kobietom, homoseksualistom, osobom chorym i niepełnosprawnym – a także walczącym o ich emancypację. Kwestia umiejscowienia takiej potencjalnej instytucji poddana powinna być głębszej analizie, ale na pierwszy rzut oka wydaje się, że fakty, na które nacisk kładzie wspomniany minister Jabłoński, przemawiają za Krakowem. Poza walorem edukacyjnym dla mieszkańców Polski, zwłaszcza dzieci i młodzieży, zagraniczni turyści zwiedzający bardzo często oprócz Krakowa jedynie Oświęcim – pomijający zaś Warszawę i Muzeum Polin – powinni wynieść z naszego kraju inne trwałe wrażenie niż tylko to, które pozostawia w ich umysłach Auschwitz. Tym bardziej że przeciętnemu zagranicznemu turyście, który wcześniej lub później odwiedzi choćby tylko Drezno, Wilno, Pragę czy Lwów, zabytki Krakowa rozmyją się wśród wymienionych – tego nie da się zmienić.

Gruntownej rewizji domaga się program nauczania historii w szkole podstawowej i średniej. Odwołania do pozytywnych przykładów polskiej tolerancji, myśli egalitarnej i przykładów emancypacyjnych powinny być trwałą, widoczną i podstawową częścią edukacji młodego pokolenia w dziedzinie historii; podobnie jak szersze otwarcie się na spuściznę historyczną i kulturową narodów oraz innych niż rzymskokatolicka grup religijnych, z którymi przez wieki żyliśmy w jednym gmachu państwowym.

Na koniec warto uzmysłowić sobie, że mała skuteczność naszej polityki historycznej splata się z fiaskiem polityki wschodniej, co dostrzegają już chyba wszyscy, ale przynajmniej jedna przyczyna takiego stanu rzeczy ogromnej większości naszych decydentów zdaje się umykać. Chodzi mianowicie o to jak my, Polacy, postrzegamy mieszkańców Rosji i Białorusi oraz inne ludy byłego ZSRS. Ze znajdującej racjonalne wytłumaczenie „rosjofobii”, będącej pokłosiem rosyjskiego i sowieckiego imperializmu, ku uciesze Kremla stajemy się powoli „rusofobami”, którymi dawniej w swojej masie nie byliśmy. Źródeł tego procesu doszukiwać należy się m.in. w tym, iż od wielu dekad wschodnie, zwłaszcza prawosławne dziedzictwo kulturowe, staje się dla nas i naszych elit coraz bardziej obce i niezrozumiałe. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że wyraz „ruski”, powszechnie odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki przez dużą część możliwie szeroko rozumianego zaplecza politycznego, ideowego i środowiskowego Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego (czyli de facto niemal przez 2/3 społeczeństwa), ma w naszym języku – w odróżnieniu od rosyjskiego – wymowę jednoznacznie pejoratywną, dziś zdecydowanie bardziej niż kiedyś. Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy przyjąć endecką orientację na Rosję, ale niczemu nie służy trwanie naszych najbardziej opiniotwórczych kręgów na pierwszej linii antyrosyjskości niczym ks. Ignacy Skorupka. Straszenie „ruskim” jest dziś jednym z nielicznych elementów, który łączy obóz rządzący oraz główny nurt liberalnej i lewicowo-liberalnej opozycji. Poważni eksperci i analitycy od dawna powtarzają, że nasza siła wizerunkowa na Zachodzie jest m.in. pochodną tego, jak postrzegamy Wschód.

Niestety zamiast rzeczowych diagnoz nasze elity wyrażają o wschodnich sąsiadach zbyt często opinie emocjonalne, a czasami histeryczne, które wynikają z historycznych zaszłości. Abstrahując od anachronicznego antykomunizmu, który pozostaje dziś jedynie pustą formułą (marksizm-leninizm nie jest dziś przecież żadnym zagrożeniem dla interesów RP), nie zdołaliśmy tutaj wypracować opartego przecież na faktach przekazu, w którym wyraźnie rozróżnieni byliby ci, którzy prowadzili wobec Polski i naszych obywateli morderczą politykę (na czele ze Stalinem) od zwykłych żołnierzy, stanowiących mięso armatnie Armii Czerwonej, masowo ginących w walce z Niemcami, nie mówiąc już o tym, że niektórzy z nich zanim siłą zostali krasnoarmiejcami, we wrześniu 1939 r. bili się z orzełkiem na piersi w obronie II RP. I mniejsza o to, że Rosjanie i Białorusini są na punkcie szacunku do milionów własnych żołnierzy ginących na frontach II wojnie światowej bardzo wyczuleni. Ważniejsze jest to, że pokłosiem powyższego jest zniekształcony obraz dziejów, w którym: 1. Polacy nie walczyli masowo po stronie Sowietów (że byli najczęściej wcielani „siłą” do Armii Czerwonej to prawda, ale do Armii Berlinga to już wcale niekoniecznie siłą); 2. W całkiem niemałej mierze nie popierali władzy komunistycznej po wojnie (bo jest oczywistością, że duże grupy Polaków z różnych warstw i różnych powodów popierały tę władzę w różnych okresach).

W przypadku ZSRS sytuacja była zatem zupełnie odmienna niż w odniesieniu do III Rzeszy, choć niewątpliwie jest prawdą, że Niemcy po prostu nie chcieli współpracy ze strony Polaków, a Sowieci – umiarkowanie chcieli, mówiąc w dużym uproszczeniu oczywiście. Ci pierwsi nie chcieli, bo traktowali nas jako podludzi, oczywiście trochę „lepszych” podludzi niż Żydów, ale gorszych niż Czesi, o Francuzach nie wspominając. Jednak bez względu na to, jakie były przyczyny tego stanu rzeczy, Rosjanie w odróżnieniu od Niemców nie traktowali nas nigdy jak gorszej rasy ludzkiej, a my nie potrafimy tych faktów wykorzystać w polityce historycznej przede wszystkim ze względu na naszą ideologiczną antyrosyjskość. Mało tego – ten ostatni aspekt (emocjonalna antyrosyjskość, traktowanie „ruskich” jako ludzi o niższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego, a nawet traktowanie prawosławia jako ekspozytury Rosji) blokuje nam możliwość odwoływania się do najlepszych tradycji polskiej tolerancji w oparciu o historyczne fakty, bo ona wzięła się przecież w dużej mierze z tego, że, w odróżnieniu od krajów Zachodu, przez kilkaset lat większość naszych władców piastowskich i jagiellońskich traktowała jako własne oba obrządki, tj. zachodni, łaciński i wschodni (co ostatnio doskonale przypomina w swoich publikacjach Antoni Mironowicz).

Szkopuł zatem w tym, że potencjalna korekta naszej polityki historycznej w kierunku pozytywnej promocji „polskiej tolerancji”, związana ze słusznym odwoływaniem się w przypadku naszych dziejów do wartości chrześcijańskich, wymuszałaby dochowania szacunku dla wielu reprezentantów rzymskiego katolicyzmu (w tym oczywiście także duchownych – wszak nawet oryginalną cechą polskiego Oświecenia była niespotykana gdzie indziej dominacja w nim kleru) oraz rozmaitych różnowierców, w tym traktowanych z dystansem prawosławnych „ruskich”, przy jednoczesnej rezygnacji z wielce wątpliwego od strony faktów historycznych dominującego przekazu, że polska racja stanu była na przestrzeni millenium zawsze zgodna z interesami Kościoła rzymskokatolickiego i papiestwa.

dr Andrzej Dwojnych