przez Radosław Stupak | niedziela 3 września 2023 | opinie
Proletariat (prekariat) toczy wewnętrzne bratobójcze walki o tożsamościowe etykietki, podczas gdy nierówności ekonomiczne, zyski wielkich koncernów, majątki multimiliarderów i ich wpływ na rzeczywistość polityczno-ekonomiczna rosną, a na świecie coraz więcej ludzi cierpi z powodu głodu i niedożywienia i nie ma gdzie mieszkać.
Tęczowe barwy na produktach wyzyskujących ludzi i eksploatujących planetę korporacji w żaden sposób nie ograniczą władzy międzynarodowej finansowej oligarchii, nie poprawią warunków życia ludzi ani nawet nie wpłyną specjalnie na los przedstawicieli tych czy innych mniejszości – szczególnie, jeśli owi przedstawiciele nie należą do tzw. klasy średniej. Ze snu polityki tożsamości warto się przebudzić – ale nie po to by bronić status quo. Woke to symulakrum rewolucji, sprzedawane jako radykalny sprzeciw wobec opresji i postęp, w istocie jednak konserwujący strukturalne nierówności. Z tej perspektywy, zarówno „lewicowy/postępowy” dyskurs woke, jak i jego „prawicowa/konserwatywna” i „konserwatywno-liberalna” krytyka pełnią tę samą rolę. Musimy wyjść poza ten klincz, jeśli faktycznie chcemy realizować prospołeczną politykę w interesie ogółu. Także, lub nawet przede wszystkim, jeśli niepokoi nas rosnąca popularność skrajnej prawicy – w Polsce i na świecie.
Z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia w psychiatrii. Woke, opierające się przede wszystkim na identity politics i różnych „tożsamościach” oraz kultura terapeutyczna (powinno się chyba raczej mówić o „kulturze psychiatrycznej”) wyrastająca z reifikowanych diagnoz psychiatrycznych i odpowiadających tym diagnozom tożsamości – są sobie bliskie. Woke podlany jest też współczesny „renesans psychodeliczny”. Ten ruch, momentami przypominający skomercjalizowany skansen po Woodstocku rzekomo nawiązujący do hipisowskiej kontrkultury i lewicowych protestów z końca lat 60., jest równocześnie głęboko osadzony w indywidualistycznej polityce tożsamości oraz kulcie „innowacyjności” i wydajności ekonomicznej wprost z Doliny Krzemowej, świata technologicznych start-upów i Big Techu. Snując opowieści o wolnościowej rewolucji, której narzędziem miał być internet, budowano kapitalizm nadzoru i systemy inwigilacji dla wielkich korporacji i rządowych agencji. W przypadku psychodelików, zamiast „rewolucji świadomości” otrzymamy zapewne wyłącznie nową klasę równie „bezpiecznych, skutecznych i nieuzależniających” leków psychiatrycznych, co te wcześniejsze. Dobrym przykładem jest Spravato, w którym stary tani generyczny lek – ketamina, po zapakowaniu w spray, co umożliwiło uzyskanie nowego patentu, stał się bardzo drogim (a od niedawna refundowanym także w Polsce) lekiem o wątpliwej skuteczności i profilu bezpieczeństwa. Zamiast zmiany świadomości mamy więc nowy produkt i narrację o neuroplastyczności i glutaminianie, czyli biologizację indywidualizującą problemy społeczne.
Postępowe i szczytne idee, przejęte przez główny nurt, stają się swoim przeciwieństwem. Katowicka „miejska farma”, w formie wielkiego napisu w centrum miasta umieszczonego przed wysypanym żwirkiem skwerkiem nad podziemnym parkingiem ze smutnymi roślinkami w skrzyniach, jest dobrym symbolem tego, co mainstream może zrobić z „oddolnymi” słusznymi inicjatywami, w rodzaju tych permakulturowych. Przykładem z psychiatrii, obrazującym nieoczywiste skutki bliskiej kulturze woke fiksacji na używaniu poprawnych słów, zamiast na rozwiązywaniu problemów, na które wskazują te niepoprawne, są forsowane od jakiegoś czasu (najprawdopodobniej przez część Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) zmiany w ustawie o ochronie zdrowia psychicznego. Poprawne politycznie zastąpienie określenia „choroba psychiczna” (które odnosiło się wcześniej do „zaburzeń psychotycznych”) rzekomo mniej stygmatyzującym „zaburzenie psychiczne” (które obejmuje znacznie więcej problemów), przy równoczesnym zastosowaniu przepisów dotyczących przymusowego leczenia, które wcześniej dotyczyły wyłącznie „chorób”, również do „zaburzeń”, sprawić może że znacznie łatwiej, niemal każdego, będzie można leczyć przymusowo właściwie wyłącznie na podstawie subiektywnej opinii psychiatry. Mariaż władzy medycznej i psychiatrycznej z sądowniczą czy też z aparatem represji, jest wyjątkowo groźny, o czym przekonuje zarówno historia III Rzeszy (w ramach Akcji T4, która była pierwowzorem lub też początkiem Holocaustu, wymordowano najpierw pacjentów szpitali psychiatrycznych, nazywając to „eutanazją” – opracowane wtedy technologie masowego mordu przeszczepiono potem do obozów koncentracyjnych, po „podludziach” „chorych psychicznie”, przyszła kolej na Żydów, Słowian i Romów), jak i radzieckie tortury dysydentów pod pretekstem leczenia tzw. bezobjawowej schizofrenii.
Co ciekawe, w głośnej niedawno sprawie Joanny z Krakowa, wbrew nawet słowom samej poszkodowanej, która wprost wyrażała pretensje wobec lekarki (twierdząc, że ta ją oszukała, informując, że wzywa ratowników medycznych, choć dzwoniła na policję), liberalne media próbowały przekierować oburzenie na rząd i policję. Warto jednak zauważyć, że, cokolwiek by o takich standardach nie myśleć, psychiatra podejrzewająca pacjentkę o zamiary samobójcze ma prawo wezwać służby, które taką osobę mogą pod przymusem umieścić w szpitalu. Potraktowanie Joanny nie odbiega specjalnie od tego, jak często osoby określone jako „chore psychicznie”, tym bardziej „suicydalne”, traktowane są przez lekarzy i policję. Dokładna rewizja i rekwirowanie wszelkich rzeczy osobistych, które mogłyby potencjalnie posłużyć do odebrania sobie życia (włączając w to np. sznurówki butów czy ładowarkę telefonu – ze względu na kabelek, którym można się np. udusić), nie są w takiej sytuacji niczym wyjątkowym. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego że, nawet w świetle obowiązujących przepisów, od przymusowego pobytu w szpitalu psychiatrycznym dzieli ich właściwie jeden telefon na policję wykonany przez psychiatrę subiektywnie oceniającego, że zagrażają swojemu życiu.
Sama „lewicowość” w dużej mierze stała się etykietką-produktem mającym głównie sygnalizować status społeczny, nadążanie za modnymi tematami i „najnowszymi trendami” (w dużej mierze koncentrującymi się wokół posiadania którejś z woke tożsamości lub przynajmniej „sojusznictwa”) – poza frazesami rzadko stoją już jednak za nimi realne działania w interesie pracowników. „Lewicowość” często nie łączy się już nawet z żadnymi propracowniczymi poglądami – wszelkie badania pokazują bowiem, że elektorat lewicy jest gospodarczo nawet bardziej „na prawo” od zwolenników Platformy i w poparciu dla neoliberalnych reform uderzających w najsłabszych niewiele różni się od Konfederacji.
Podobnie, woke jest raczej wynaturzonym neoliberalizmem (o ile neoliberalizm może być w ogóle inny niż wynaturzony…) niż ruchem autentycznie lewicowym. W istocie bliższy jest na wielu poziomach postawom neokonserwatywnym, tyle że z lekko przestawionym wektorem. W efekcie ci sami ludzie, którzy kpią z „obrazy uczuć religijnych”, są gotowi palić na stosie za obrazę „uczuć tożsamościowych”. Częściowo dotyczy to również etykiet psychiatrycznych. Choć w Polsce jest to jeszcze relatywnie mało widoczne zjawisko, to zapewne z czasem będzie i u nas przybierać na sile. Na ironię zakrawa przy tym wszystkim fakt, ze DSM, czyli tzw. biblia psychiatrii zawierająca definicje zaburzeń psychicznych, a więc podstawa i źródło opartych na nich tożsamości, tworzona jest przede wszystkim przez… garstkę uprzywilejowanych starszych białych bogatych cisheteroseksualnych mężczyzn opłacanych przez koncerny farmaceutyczne. Kreowane i/lub promowane przez koncerny etykiety oraz utożsamiający się z nimi ludzie, stają się zarazem targetem dla przekazów agencji marketingowych i idących za nimi produktów i postaw. Wykorzystywane przez III Rzeszę do zwiększania produktywności i nadania prędkości Blitzkriegowi stymulanty są teraz lekiem na ADHD. Jak w tekście opublikowanym w lewicowym „Counterpunch” sugeruje terapeuta Bruce E. Levine – efekty działania stymulantów mogą ułatwiać wpasowanie się w system, w którym pełnić mamy wyłącznie rolę bezwolnych trybików destrukcyjnej maszyny.
O tych zjawiskach nie należy oczywiście myśleć jako o jakimś skoordynowanym i ściśle zaplanowanym „spisku elit”. Wydaje się to być raczej konsekwencją szeregu złożonych procesów ekonomicznych i społecznych, w których, jak pokazywał choćby Mark Fisher, a dużo wcześniej np. Guy Debord, kapitalizm przejmuje skierowaną przeciwko sobie krytykę, wulgaryzuje ją, komercjalizuje i zaprzęga do celów sprzecznych z oryginalnymi, umacniając tym samym swoją hegemonię. Wydaje się że podobny los spotkał kontrkulturę czy też ruch hipisowski lat 60. i 70. oraz ówczesne europejskie protesty. Być może indywidualistyczny rdzeń tych zrywów i ich w jakimś sensie konsumpcjonistyczny u zarania charakter (nawet jeśli chodzi np. o konsumpcję „wrażeń” czy „doznań”) odpowiada za ich łatwe zawłaszczenie i podporządkowanie przez dominujący dyskurs. Podobnie może być dzisiaj tak z psychodelikami w psychiatrii, jak i z ruchem neuroróżnorodności, którego szczytne ideały, połączone jednak z zafiksowaniem na przedrostku neuro, a więc biologicznym esencjalizmie, sprawiają, że bardzo łatwo zawłaszczany jest przez biomedyczną neoliberalną indywidualistyczną psychiatrię. Czy powiemy „neuroróżnorodny” czy też „neuroatypowy” nie ma większego znaczenia, jeśli nadal de facto odsyła to w praktyce do tego samego, co „zaburzony”.
W przeciwieństwie jednak do sytuacji sprzed pół wieku, możliwe, że mamy do czynienia dzisiaj z sytuacją, w której aparaty ideologiczne państwa, o których pisał Althusser, stają się coraz mniej państwowe. Państwo stopniowo przestaje być potrzebne do sprawowania ideologicznej kontroli służącej reprodukcji siły roboczej i stosunków klasowych. Tym samym kapitał, uniezależniając się od przynajmniej częściowo podlegającym demokratycznej kontroli instytucji państwowych, umacnia pozycję i cementuje swoją władzę. Dziś to bardziej (ponowoczesne) media społecznościowe niż (nowoczesna) szkoła formują umysły, a Tik Tok, Instagram czy Twitter stają się „najważniejszą ze sztuk”. Nawet, jeśli naszym celem miałoby być w ostateczności wyzwolenie się także z opresji państwa, to, jak wskazywał Althusser, to właśnie jego aparaty ideologiczne, zaprzęgnięte w interesie klasy pracującej, mogą być środkiem do tego celu – innej siły choćby potencjalnie zdolnej przeciwstawić się Mamonie, nie widać na horyzoncie.
W (po)nowoczesnym sporze o inwestyturę pomiędzy wielkimi korporacjami (współcześnie dominującą rolę wydaje się odgrywać Big Tech) a państwem, w interesie społecznym jest wzmocnienie roli państwa. Tylko państwo, a nawet ponadnarodowe organizacje (o ile podlegałyby realnej demokratycznej kontroli), mogą bowiem stanowić przeciwwagę dla molocha korpo. Choć państwa i międzynarodowe instytucje są w dużej mierze uzależnione od korporacyjnych lobbystów, skorumpowane oraz podległe zainteresowanej wyłącznie swoim partykularnym interesem „klasie eksperckiej/menadżerskiej” (i/lub „akademickiej”), to mamy wciąż legalne i nieprzemocowe ścieżki wpływu na te ciała i podejmowane przez nie decyzje. Na decyzje wielkich korporacji, wielkiego kapitału – wpływ mają tylko jego posiadacze. Niezależnie od sympatii politycznych, sytuacja, w której Big Tech cenzuruje urzędującego prezydenta ponoć najpotężniejszego demokratycznego państwa na świecie, tak jak to miało miejsce w wypadku Donalda Trumpa, powinna być dla nas alarmem, nie zaś powodem do małostkowej radości. Podobnie jak sytuacja, w której ambasador obcego państwa blokuje rozwiązania mające na celu uregulowanie działalności Big Tech w Polsce. W kulturze woke, pozornie traktującej o systemowych niesprawiedliwościach, a faktycznie skoncentrowanej na cechach jednostek i indywidualnych sympatiach i antypatiach wobec nich, strukturalny aspekt takich zdarzeń przechodzi niemal niezauważony.
Siłę mediów społecznościowych w kreowaniu rzeczywistości, choć jest to przykład o znacznie mniejszym ciężarze gatunkowym, dobrze było widać przy okazji niedawnej „afery Janoszek”. Jej bohaterka m.in. dzięki mediom społecznościowym spreparowała swoją rzekomą karierę. „Duże” media, także w kwestiach całkiem poważnych, coraz częściej ograniczają się do referowania treści postów czy tweetów poszczególnych osób; to media społecznościowe także jako źródło przekładających się na wpływy z reklam „klików” zaczynają kręcić mediami „tradycyjnymi”.
Równocześnie, większość komentujących sprawę skupiała się na tym, kto jest fajny (Janoszek czy Stanowski?), na tym, kto kogo nie lubi lub kto się ładnie, a kto brzydko zachował. Niewiele widać było namysłu nad tym, co nam ta sprawa mówi o stanie mediów, dezinformacji, propagandzie i stojących za nimi strukturami i mechanizmami. Największe i najważniejsza media w Polsce przez lata podawały niesprawdzoną informację, którą można byłoby zweryfikować w kilka minut przy pomocy Google’a. Moglibyśmy spojrzeć na tę aferę przez pryzmat warunków pracy w mediach, moglibyśmy spróbować głębiej zastanowić się nad „post-prawdą”, symulakrami, relacją między rzeczywistością wirtualną i medialną a jej wpływem na realne zjawiska i związkiem tego wszystkiego z materialnym osadzeniem różnego rodzaju instytucji. Jest to przecież jaskrawy przykład na to, że medialny spektakl może nie mieć wiele wspólnego z faktami, może być fabrykacją całkowicie oderwaną od rzeczywistości, ale jednak ową całkiem materialną i prawdziwą rzeczywistość kształtuje. Moglibyśmy też zapytać, jaką właściwie rolę pełnią „wolne media” (czyt. korporacyjne), skoro nie można im zaufać w tak prostej sprawie i jaki sens ma ich obrona przez tzw. lewicę. Może właśnie, żeby uniknąć tego rodzaju pytań, wielu lewicowych komentatorów wolała w trybie woke pogardliwie wypowiadać się o Stanowskim, o „przygłupach, którzy to obejrzą” czy nawet w ogóle o ludziach, dla których Janoszek nie była postacią anonimową.
Komentarze te więc same nie wychodziły poza schemat konsumpcji tego typu informacji narzucony przez media, przypominały one raczej komentarz do reality show lub głosowanie w Tańcu z Gwiazdami. Pokazuje to problem z wyjściem poza narzucone ramy ideologiczne po to, aby przyjrzeć się samym mechanizmom ideologii. Podobnie, uwięzieni w symulacji woke ludzie nie widzą, że narzuca im ona interpretację rzeczywistości, która może być nawet sprzeczna z ich rzeczywistymi interesami, ani nawet że znajdują się pod jej wpływem. Zamiast głębszego namysłu nad tym, co sprawa Janoszek może nam powiedzieć o świecie, otrzymaliśmy więc przede wszystkim typowy dla woke „oburz” skierowany w stronę tej czy innej jednostki, z którego właściwie nic nie wynika. Nawet wykraczające nieco poza tę prostą perspektywę komentarze często ostatecznie skupiały się na „cnotach” (a raczej ich braku) u Stanowskiego, w klasycznym manewrze woke przekierowując uwagę na jednostkę rzekomo łamiącą normy moralne. Co zresztą można też odczytać jako próbę obrony autorytetu mediów przez medialnych „ekspertów” – nie gryzie się w końcu ręki, która karmi. Sam Stanowski, nota bene, „zdiagnozował” „zaburzenie” u Janoszek, co ma podobny indywidualizujący i zasłaniający strukturalne zjawiska efekt i może też wskazywać na to, jak przenikają się kultura woke i terapeutyczna oraz jak podobnymi rządzą się mechanizmami. Janoszek zaś potraktować można jako skrajny (i skuteczny) przykład autoprezentacji w mediach społecznościowych, której wszyscy podlegamy, np. kreując wizerunek na potrzeby pracodawcy czy też próbując udowodnić sobie i znajomym, że jesteśmy szczęśliwi i odnosimy sukcesy realizując wizję konsumpcjonistycznego szczęścia i pragnienia sztucznie wykreowane przez media.
Te same media, które nie potrafiły zweryfikować informacji o Janoszek, od lat opowiadały nam też o „nierównowadze chemicznej” jako „przyczynie depresji”, odwracając uwagę od jej społecznych i ekonomicznych przyczyn. Często zresztą powtarzali to występujący w nich „eksperci”. Nie powinno więc może dziwić, że jak pokazuje jeden z ostatnich sondaży, dziennikarze są grupą zawodową cieszącą się najniższym zaufaniem w Polsce. Psychiatrzy są niewiele wyżej, na szóstym miejscu od końca (pomiędzy pracownikami NGOsów i sędziami), w przeciwieństwie do innych lekarzy, którzy nadal cieszą się dużym zaufaniem społecznym.
Mimo że deklaratywne cele woke, polityki tożsamości, politycznej poprawności czy cancel culture (to właściwie różne aspekty i nazwy tych samych procesów) same w sobie są słuszne i szczytne, a ich celem ma być zniesienie różnego rodzaju opresji i samych tych celów nie należy porzucać, to w praktyce zjawiska te przyjmują autorytarne opresyjne formy, ze swoim własnym zestawem arbitralnych wzorców, tożsamości, słów, norm, nakazów, zakazów i kar za ich przekroczenie. Można odnieść wrażenie, że woke i dyskurs skrajnej prawicy stają się swoimi lustrzanymi odbiciami. W ustawionych naprzeciwko siebie lustrach wzmacniają się nawzajem w nieskończonym ciągu powtórzonych odbić. Jeśli faktycznie chcemy emancypacji, to woke staje się wrogiem emancypacji.
Wyjście poza klincz ideologii woke i konserwatyzmu wymaga powrotu do podstaw myślenia krytycznego, uwzględnienia roli uwarunkowań ekonomicznych (zarówno na strukturalnym, jak i indywidualnym poziomie) i potężnych instytucji finansowych oraz ich wpływu na kulturę. Pominięcie lub wyłącznie hasłowe potraktowanie tych kwestii prowadzi do mylnych diagnoz i chybionych działań, które zamiast pomagać – szkodzą. Taka analiza jest jednak trudniejsza i bardziej wymagająca niż bezrefleksyjne kopiowanie zagranicznych propagandystów – z obu stron tej de facto pozornej barykady – i trudniejsze niż zamykanie oczu i zaklinanie rzeczywistości upartym powtarzaniem, ze „cancel culture nie istnieje”, ewentualnie że „zawsze się trochę cancelowało” i właściwie to nie ma problemu. Szczególnie, że można by się było wtedy narazić na scancelowanie…
Być może, w przeciwieństwie do toksycznego zamku wampirów woke, jedyną ideą, która byłaby w stanie skutecznie, bez unieważniania i wykluczania, połączyć całą różnorodność doświadczeń i sposobów bycia, w prospołecznym celu, jest idea wspólnej tożsamości narodowej i państwa jako narzędzia emancypacji. O ile tylko kapitalistyczna oligarchia nie zaprzęgnie jej do imperialistycznych wojen, w których za pełne kasy tłustych szuj giną prości ludzie.
Radosław Stupak
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.
przez Radosław Stupak | niedziela 17 lipca 2022 | opinie
Jeszcze niedawno jednym z głównych dań, którymi byliśmy faszerowani przez media, była sprawa sądowa Amber Heard i Johnny’ego Deppa. Te same media serwowały nam też od razu deser w postaci „krytycznych komentarzy”. Na przykład komentarz Stawiszyńskiego w „Tygodniku Powszechnym”, który właściwie zainspirował mnie do napisania tego tekstu, sprowadzał clou tego fenomenu do faktu, że „tłumy” odkrywają, iż sławni i bogaci też miewają problemy ze sobą i brzydko się zachowują – tak jakby było to jakieś novum – a niesprawiedliwie wydające wyroki „tłumy” powinny być w zasadzie wdzięczne, że ktoś niesie za nie ciężkie brzemię wielomilionowych majątków. Wiele z tych komentarzy było więc potrawami z taśmy do sztampowej seryjnej produkcji śmieciowego żarcia wprost z fabryki przemysłu kulturowego. Jednak zdarzały się też bardziej wnikliwe głosy. Zwracały one uwagę na wpływ tego procesu na społeczne postrzeganie kobiet, które padły ofiarą przemocy.
Na pewien kluczowy aspekt, który umknął chyba większości komentujących, można byłoby tutaj jednak zwrócić uwagę. Mianowicie, obie strony próbowały wykorzystywać diagnozy psychiatryczne do dyskredytowania przeciwnika i podważania jego wiarygodności. Prawnikom Deppa udało się jednak jego problemy psychiczne przedstawić w zasadzie jako okoliczność łagodzącą, skutki trudnego dzieciństwa – wzbudzało to więc raczej współczucie, które działało na jego korzyść. W przypadku kobiety, Heard, aktywował się za to stereotyp „agresywnej, nieobliczalnej i zmyślającej wariatki”. Niezależnie od tego, kto w tym przypadku był bardziej „winny”, o ile w ogóle można tego typu zagmatwane, cyrkularne sytuacje wzajemnej przemocy rozpatrywać w kategoriach „winy”, mogliśmy zaobserwować, jak przemocowy charakter mogą mieć same diagnozy psychiatryczne.
Heard postawiono m.in. „zarzut” osobowości z pogranicza (Borderline Personality Disorder, BPD). Sama ta nazwa ma jeszcze psychoanalityczne korzenie. „Pogranicze” odnosiło się pierwotnie do granicy między „neurozą” (a więc „łagodniejszymi” zaburzeniami) a „psychozą” (a więc czymś znacznie cięższym i poważniejszym, głębszą patologią). Osoby borderline miałyby więc być zbyt zaburzone, aby kwalifikować się do przegródki neuroz, lecz wciąż na tyle osadzone w rzeczywistości, że nie można było ich określić jako „psychotyczne”. W wydanej niedawno książce „Sexy But Psycho: How the Patriarchy Uses Women’s Trauma Against Them” (Seksowna, ale psychiczna: Jak patriarchat wykorzystuje traumę kobiet przeciwko nim) brytyjska psycholożka Jessica Taylor, wpisując się w długą linię feministycznej krytyki psychiatrii (która w Polsce, w dominującym wydaniu, ogranicza się niestety do hasłowo ujętego i rytualnie odsądzanego od czci i wiary Freuda, którego „pokonanie” oznacza właściwie możliwość odtrąbienia sukcesu i zamknięcia sprawy) pokazuje, jak również współcześnie na psychiatrię patrzeć można jak na instytucję, której celem jest regulowanie kobiecości według norm stworzonych przez mężczyzn. Te normy z jednej strony patologizują kobiety za „nieracjonalną” rzekomo nadmierną emocjonalność, a z drugiej za autoagresywne skierowanie wypartych pod wpływem patriarchatu emocji przeciwko sobie. Z jednej strony za „rozwiązłość”, a z drugiej za „oziębłość”. Kulturowo diagnozy tego rodzaju mogą więc pełnić podobną funkcję do określania buntujących się kobiet mianem „czarownic”, a psychiatria pełniłaby rolę podobną inkwizycji.
W ten sposób, jak pokazują również autorki opublikowanym już w 2005 r. w czasopiśmie „Feminism & Psychology” artykule „Women at the Margins: A Critique of the Diagnosis of Borderline Personality Disorder” reakcja na przemoc staje się objawem choroby. Pozwala to ową reakcję podważyć jako nieracjonalną. Natomiast jej źródło przypisać zreifikowanemu stygmatyzującemu zaburzeniu. A samą przemoc ukryć, choć bowiem znaczna część kobiet zdiagnozowanych jako borderline to ofiary przemocy seksualnej, to fakt ten pominięty jest w kryteriach diagnostycznych, znika więc z pola widzenia. Uzasadniony traumą seksualną lub innym nadużyciem i przemocą brak zaufania wobec męskich figur czy innych postaci w pozycji siły staje się więc wtedy nieracjonalnym objawem choroby. Z tego też powodu część kobiet domaga się zmiany diagnozy borderline np. na Complex PTSD (Złożony Zespół Stresu Pourazowego), bo w tej diagnozie rola traumy jest przynajmniej uwzględniona. Nadal jednak zrozumiała reakcja na nadużycie jest patologizowana.
Choć BPD wywodzi się z psychoanalizy, to w oficjalnych systemach diagnostycznych znalazło się dopiero w 1980 r. wraz z wprowadzeniem DSM III, które, w odpowiedzi m.in. na antypsychiatryczną krytykę, która doprowadziła też do depatologizacji homoseksualizmu, miało psychiatrii zapewnić nimb prawdziwej „naukowej” „medyczności” i „obiektywności”. Robert Spitzer, który przewodniczył pracom nad DSM III, w opublikowanym niedawno wywiadzie z rozbrajającą szczerością, śmiejąc się, przyznał np. że „osobowość unikająca” to właściwie to samo, co „fobia społeczna”, ale po prostu grupa pracująca nad zaburzeniami osobowości chciała mieć taką własną kategorię i stąd w klasyfikacji pojawiły się dwa bardzo podobne konstrukty. Gdzie indziej mówił też, że DSM III był wielkim sukcesem, ponieważ „wygląda bardzo naukowo. Jak otworzysz, to wygląda, jakby musieli coś wiedzieć”, co wiele mówi na temat tego, ile ów nimb naukowości ma faktycznie wspólnego z nauką.
Współcześnie w najważniejszych naukowych psychiatrycznych czasopismach na świecie można już spotkać się z określaniem obowiązującej aktualnie wersji DSM mianem ideologii, a stojących na ich straży psychiatrów z American Psychiatric Association określa się mianem sekty. DSM głośno i wyraźnie krytykuje także jeden z twórców Acceptance and Commitment Therapy (ACT), czyli tzw. trzeciej fali CBT (terapii poznawczo-behawioralnej), pracując nad „Gwiazdą śmierci” – programem badawczym nazwanym tak ze względu na jego długotrwały i monumentalny charakter, ale też zapewne dlatego, że jego celem ma być unicestwienie DSM i stworzenie nowego podejścia do ujmowania ludzkich problemów.
Różnica między „fobią społeczną” a „osobowością unikającą” jest jednak głębsza na poziomie tego, jak te konstrukty są zazwyczaj rozumiane. Zaburzenia osobowości najczęściej przedstawia się jako głębokie patologie, niezwykle trudne do zmiany trwałe wzorce zachowania, ciężko poddające się terapii. Mieć „zaburzoną osobowość” to tak jakby rdzeń czyjejś podmiotowości określić jako nieprawidłowy i patologiczny. Określenie „borderka” funkcjonuje już zaś niemal jak obelga. W Internecie spotkać się można z wieloma stygmatyzującymi opisami przypadków (także publikowanymi przez specjalistów na poczytnych portalach), ludźmi ostrzegającymi się przed „borderami” i sugerującymi, że wszystko jest lepsze od związku z taką osobą, a od „bordera” najlepiej jak najszybciej uciekać gdzie pieprz rośnie.
Diagnozy mogą również wprost decydować o ludzkim życiu i wolności, co w przypadku spraw sądowych, takich jak ta Deppa i Heard, staje się brutalnie widoczne. Widoczne staje się także to, jak subiektywne i nienaukowe są owe diagnozy. Psychiatra, który diagnozował Deppa na podstawie jego roli w filmach, przyciśnięty konkretnymi pytaniami przez prawnika Deppa wykazującymi absurdalność jego opinii, był wyraźnie zdezorientowany i zszokowany. Pytającym wzrokiem patrzył w stronę sędziego, oczekując, że ten stanie po jego stronie i zwolni go z obowiązku odpowiedzi. Cały „naukowy” i „medyczny” autorytet „eksperta” prysł w jednym momencie, a lekarz nie był przygotowany na to, że ktoś może podważać jego subiektywne opinie prezentowane jako obiektywne fakty. Psychiatrzy bowiem nie są przyzwyczajeni do sytuacji, w której ktoś kwestionuje ich opinie. Szczególnie w szpitalach psychiatrycznych, każda odmienna opinia nazwana może zostać „brakiem wglądu”. Pacjenci szybko uczą się więc, że z psychiatrami nie prowadzi się dyskusji, bo najlepsze co można w ten sposób osiągnąć, to zwiększone dawki leków, pasy lub dłuższe pozbawienie wolności.
Will Hall, psychoterapeuta i doktorant na Maastricht University, autor przetłumaczonego na kilkanaście języków poradnika bezpiecznego odstawiania leków, napisanego częściowo na podstawie własnych doświadczeń jako osoby, u której zdiagnozowano schizofrenię, komentował wystąpienie psychiatry z procesu Deppa: „Czy ktoś jeszcze spotkał tego faceta? A jego lojalnych kolegów? A ich przytakujący personel? Naśladujących go uczniów? Bo ja zdecydowanie tak. Raz za razem”.
Jessica Taylor proponuje więc inne podejście zamiast etykietek, które więcej skrywają niż wyjaśniają oraz wprowadzają podział na „my” (zdrowi, lepsi) i „oni” (chorzy, inni). Te etykietki nawet u personelu potęgują tylko poczucie bezsilności wobec problemu, które ostatecznie prowadzić może do frustracji i mniej lub bardziej otwarcie wyrażanej agresji, a pacjentom odbierać poczucie sprawstwa i podmiotowości oraz prowadzić do identyfikowania się z diagnozą, która staje się czymś w rodzaju „skażonej tożsamości”. Typowy „opis przypadku”, taki jak:
„X była maltretowana i wykorzystywana przez całe dzieciństwo i wczesną dorosłość. Zdiagnozowano u niej zaburzenia przywiązania, zaburzenie osobowości typu borderline i agorafobię. Trudno wejść z nią w relację, odmawia rozmów z personelem, zaprzecza doświadczeniom wykorzystywania i wykazuje problematyczne zachowania”
można byłoby zastąpić następującym:
„X była maltretowana i wykorzystywana przez całe dzieciństwo i wczesną dorosłość. Często się boi, zmaga się z reakcjami na traumę i czuje się przytłoczona oferowaną przez nas pomocą. Bardzo boi się małych przestrzeni i pokoi. Nie chce rozmawiać o nadużyciach i nie jest jeszcze gotowa do rozmowy. Nie ufa specjalistom i często wycofuje się, gdy ludzie wnikają zbyt głęboko lub sprawiają, że czuje się zagrożona”.
Według Taylor już takie proste przeformułowanie, nazwanie problemów w sposób bliższy temu, co faktycznie przeżywać może skrzywdzona osoba, sprawia, że biorący udział w jej szkoleniach psychiatrzy i psychologowie zaczynają z większą empatią odnosić się do pacjentki, przestają postrzegać ją jako beznadziejny przypadek i kogoś, z kim woleliby unikać kontaktu. Odzyskują też wiarę w to, że można jej jednak pomóc.
dr Radosław Stupak
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Jills from Pixabay
przez Radosław Stupak | środa 18 maja 2022 | opinie
W ramach wielu „kampanii uświadamiających” lub „antystygmatyzacyjnych” usłyszeć możemy, że choroby psychiczne i depresja są „demokratyczne”. Mogą dotknąć każdego, niezależnie od statusu społecznego czy materialnego. To, oczywiście, prawda. Nie oznacza ona jednak, że brak związków pomiędzy biedą a cierpieniem medykalizowanym przede wszystkim pod etykietą „depresji”. Zaburzenia te częściej dotykają osoby zmagające się z problemami mieszkaniowymi, finansowymi, niepewnymi formami zatrudnienia i złymi warunkami pracy. O ubóstwie można mówić nawet jako o jednej z ważniejszych przyczyn depresji w ogóle, choć wspomniane kampanie, sponsorowane często przez koncerny farmaceutyczne zainteresowane głównie zwiększeniem sprzedaży leków, rzadko o tym wspominają. Chodzi im o to, aby depresja pozostała indywidualną przypadłością leczoną farmakologicznie, a nie problemem związanym z warunkami ekonomicznymi i społecznymi. Bo w tym drugim przypadku można byłoby przeciwdziałać systemowo poprzez poprawę warunków życia i pracy, np. dzięki wyższemu opodatkowaniu owych koncernów i uniemożliwieniu wyprowadzania pieniędzy do rajów podatkowych.
Istnieje cały szereg badań wręcz wskazujących na przyczynowy charakter czynników ekonomicznych. Nie oznacza to, oczywiście, że każde cierpienie psychiczne, które zaetykietować możemy diagnozą psychiatryczną, wynika bezpośrednio z przyczyn ekonomicznych. Nawet osoby zamożne mogą odczuwać skutki alienującej neoliberalnej kultury indywidualizmu, narcyzmu, perfekcjonizmu i rywalizacji, która pośrednio odbija się też m.in. na jakości relacji interpersonalnych czy braku zaufania społecznego. Badania pokazują korelację pomiędzy nierównościami dochodowymi a problemami psychicznymi w poszczególnych krajach. Jednak nie każde cierpienie można sprowadzić do tego rodzaju okoliczności.
Notabene, nowsze badania, jak to opublikowane w 2019 w „Translational Psychiatry”, sugerują, że to nie depresja jako taka, jak wcześniej sądzono, jest związana z obniżonym poziomem empatii emocjonalnej (rozumianej jako współodczuwanie, wrażliwość na cudzy ból), ale że empatię obniżają leki antydepresyjne. Podobny efekt zaobserwowano u szczurów, którym podano leki przeciwlękowe – benzodiazepiny. Prowadziło to do zmniejszenia zachowań altruistycznych. Jest to tym bardziej niepokojące, jeśli przyjmiemy, że empatia jest nie tylko motorem pomagania innym, ale także mechanizmem hamującym zachowania agresywne.
W przeglądzie badań opublikowanym w 2019 r. w „Science” przeczytać możemy dosłownie: „Wiemy już, że utrata dochodów powoduje choroby psychiczne”. Choć taki wniosek może się wydawać wręcz zbyt mocny, ze względu na charakter i metodologię badań, które można na ten temat etycznie przeprowadzić, to autorzy referując szereg różnych wyników wskazują, że związek między ubóstwem a problemami psychicznymi jest dwukierunkowy. Ubóstwo sprzyja powstawaniu zaburzeń psychicznych, które następnie pogłębiają problemy finansowe, w efekcie tworząc pętlę sprzężenia zwrotnego, z której trudno się wydostać. Wiele innych badań pokazuje np. że wysokie zadłużenie (powodujące np. problemy ze spłacaniem kredytów) poprzedza diagnozę depresji, albo że brak pieniędzy poprzedza nadużywanie alkoholu.
Jednak nie tylko sytuacja materialna w konkretnym momencie może odbijać się na zdrowiu. Nawet przyjmując perspektywę neurorozwojową można wskazywać na wpływ ubóstwa doświadczanego w dzieciństwie (lub też innych trudnych doświadczeń, jak np. przemoc, wykorzystywanie seksualne czy utrata bliskiej osoby, np. opiekuna) na problemy psychiczne pojawiające się znacznie później.
Badanie opublikowane w 2020 r. w prestiżowym piśmie „Psychological Medicine” wskazuje na związki między doświadczaną w dzieciństwie deprywacją ekonomiczną a objawami lęku i depresji we wczesnej dorosłości. Badania te wpisują się w szereg badań epidemiologicznych pokazujących związek ubóstwa w dzieciństwie z tego rodzaju objawami. Autorki próbowały także ustalić potencjalne mechanizmy mózgowe i biomarkery tego zjawiska, ale w tym przypadku wyniki były mniej jednoznaczne.
Co ciekawe, związek pomiędzy ubóstwem a objawami depresji i lęku ujawnia się przede wszystkim, gdy pod uwagę bierze się subiektywne oceny matek dotyczące doświadczanego ubóstwa, a odzwierciedlające kwestie związane z brakiem możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych. Badanie przeprowadzono w Czechach i jak piszą autorki pokazuje ono efekt ciężkiego okresu przejściowego „po upadku Muru Berlińskiego”, czyli okresu ekspansji neoliberalizmu w krajach byłego bloku wschodniego.
Wydaje się, że w Czechach „terapia szokowa” miała nieco łagodniejsze oblicze niż w Polsce i można tylko przypuszczać, jak efekty tych jeszcze silniejszych „elektrowstrząsów” odbijają się na dzisiejszych 20-, 30- i 40-latkach u nas. Być może należałoby się skupić na zapobieganiu biedzie zamiast „leczenia” ofiar ekonomicznej terapii szokowej tzw. antydepresantami o wątpliwej skuteczności, albo całkiem dosłownymi elektrowstrząsami, których skuteczność i rzekoma nieszkodliwość są także co najmniej kontrowersyjne.
Wystarczy zresztą zdrowy rozsądek oraz odrobina empatii i wyobraźni, aby zrozumieć że tego rodzaju problemy bytowe mogą prowadzić do obniżenia nastroju kwalifikującego się do diagnozy depresji. Wydaje się jednak, że nachalna psychiatryczna propaganda, propagująca zdyskredytowaną już hipotezę „chemicznej nierównowagi” mózgu jako przyczyny depresji, na tyle silnie oddziałuje na rozumienie tego rodzaju zjawisk, że te oczywiste spostrzeżenia stają się trudno dostępne. Co więcej, zafiksowani na niekończącym się „dobieraniu leków” i „naprawianiu mózgu” ludzie mogą zapominać, że na funkcjonowanie owego mózgu w ogromnym stopniu wpływają otoczenie i warunki życia. I to właśnie ich zmiana może prowadzić do poprawy subiektywnego stanu psychicznego.
Poprawa tych warunków to jednak zadanie przede wszystkim dla wspólnoty politycznej, nie dla cierpiących jednostek. Choć leki mogą u niektórych osób tymczasowo łagodzić ból, to jest tu tak jak z innymi substancjami psychoaktywnymi. Ich używanie łączy się z ryzykiem powstania fizycznej zależności oraz szeregiem innych, nierzadko poważnych, skutków ubocznych, a podstawowe strukturalne przyczyny problemów pozostają niezmienione. Badania na temat długotrwałych efektów stosowania antydepresantów pokazują raczej brak skuteczności lub wręcz ich szkodliwość.
W czasopiśmie „Social Science and Medicine – Mental Health” ukazał się artykuł Benjamina Anga, Marka Horowitza i Joanny Moncrieff. Pokazuje on, jak, pomimo braku dowodów, psychiatria promowała ideę „nierównowagi chemicznej” – obniżonego poziomu serotoniny – jako przyczyny depresji. Teoria ta jest dziś właściwie już tak skompromitowana, że od pewnego czasu prominentni psychiatrzy zaczęli twierdzić, iż psychiatria nigdy jej nie popierała, a promocję takiego rozumienia depresji przypisują koncernom farmaceutycznym lub wręcz „antypsychiatrom”, którzy mieliby zarzucać biologicznym psychiatrom, że mówili coś niedorzecznego, czego nigdy nie twierdzili, aby łatwiej było psychiatrię atakować. Niektórzy, jak Ronald Pies, który w „Psychiatric Times” napisał nawet, że nie zna żadnego wykształconego psychiatry, który twierdziłby, że depresja spowodowana jest nierównowagą neuroprzekaźników, uciekają się wręcz do określenia „chemicznej nierównowagi” mianem miejskiej legendy. Analiza przeglądów literatury i podręczników psychofarmakologii i psychiatrii z lat 1990-2012 pokazuje jednak, że zdecydowana większość z nich jednoznacznie promowała ten szkodliwy mit i było to (lub nawet wciąż jest) wręcz oficjalne stanowisko psychiatrii. Hasła o „przywracaniu równowagi chemicznej” lekami wciąż przecież bardzo często możemy usłyszeć od wielu psychiatrów, a nawet psychologów, choć nie ma właściwie dowodów na potwierdzenie tej tezy, za to jest to dobre hasło reklamowe i skuteczny argument, aby nakłonić pacjenta do kupna leku.
Koszty ekonomicznej terapii szokowej przykrywane mogą być więc farmakoterapeutycznymi interwencjami i biomedyczną psychiatryczną narracją. Jednak w kombatanckich opowieściach pokolenia „walczącego o demokrację” oraz odmalowywanego w kiczowato różowych barwach zwycięstwa dobra nad złem, z jakiegoś powodu brakuje refleksji nad kosztami tej walki ponoszonymi przez dzieci owego bohaterskiego pokolenia. Na dzieciach trauma transformacji odcisnęła się być może jeszcze głębiej. W końcu w przeciwieństwie do dorosłych ludzi nie miały jeszcze wykształconych mechanizmów radzenia sobie z panującą ówcześnie biedą, zniszczeniem, chaosem i najprymitywniejszą kapitalistyczną propagandą konsumpcji. To, co przeżywali dorośli, odciskało się też na dzieciach, nie tylko tych pozbawionych podstawowych dóbr, poczucia bezpieczeństwa i ciepła, których nie potrafili zapewnić im przerażeni i zdezorientowani rodzice, ale też nierzadko mierzących się z traumą samobójstwa któregoś z opiekunów, najczęściej ojców, którzy czując, że nie potrafią wypełnić stereotypowej męskiej roli żywiciela rodziny tracili grunt pod nogami z zaciśniętą pętlą na szyi.
Statystyki obrazują gwałtowny wzrost liczby samobójstw w trakcie i po transformacji. Na wsiach współczynnik samobójstw w latach dziewięćdziesiątych był o połowę wyższy, a ponad dwukrotnie wyższy w 2009 r., niż w latach siedemdziesiątych. Obrazuje to zapewne proces destrukcji PGR-ów i kondycję ekonomiczną indywidualnych gospodarstw. Wzrost, obserwowany także w miastach, udało się zahamować dopiero niedawno. Jak przyznał sam Marek Balicki, za ten efekt odpowiada prawdopodobnie w dużej mierze program 500+ i inne transfery socjalne. Taki wniosek wydaje się uprawniony w świetle opublikowanych w „Journal of Epidemiology & Community Health” badań z USA. Pokazują one, że wzrost pensji minimalnej prowadzi do spadku liczby samobójstw, szczególnie wśród osób z niższym wykształceniem. Tego rodzaju dane jasno pokazują, że jeśli poważnie myślimy o poprawie zdrowia psychicznego, to w pierwszej kolejności musimy myśleć o poprawie warunków życia wszystkich obywateli.
Dla części elit, które gładko przeskoczyły z jednego systemu do drugiego, a nawet w „odnowionej demokratycznej” umościły się znacznie wygodniej i dostatniej niż „za komuny”, jak i dla ich dzieci, które współcześnie zastępują już powoli swoich rodziców w roli nadzorców systemu, doświadczenie biedy transformacji i jego odczuwalnych wciąż konsekwencji wydaje się być zupełnie niedostępne, obce i niemożliwe do zrozumienia, co może też tłumaczyć część z aktualnie obserwowanych napięć społecznych. Równocześnie, jak pokazują badania, ścieżki awansu społecznego w Polsce należą do wyjątkowo wąskich – włączenie więc perspektywy uwzględniającej także interes poszkodowanych do głównonurtowego dyskursu, które umożliwiałoby rozładowanie konfliktu i wypracowanie korzystnych dla ogółu rozwiązań, jeśli chodzi o samą psychiatrię, jak i całe społeczeństwo – wydaje się prawie niemożliwe w tak zabetonowanym systemie.
Może to też tłumaczyć, dlaczego lewica rekrutująca się w Polsce przede wszystkim ze środowisk, które korzystały na transformacji, nomenklatury PZPR, wyższej klasy średniej, kadry kierowniczej, akademickich elit i ich dzieci (zbiory te zresztą w dużej mierze się pokrywają) ma problemy z wyjściem poza własną uprzywilejowaną perspektywę i bańkę towarzyską oraz ze zrozumieniem i dotarciem z przekazem do potrzebujących. Ostatecznie bliżej jej w konkretnych działaniach i decyzjach do neoliberalnych elit, czemu w najlepszym wypadku towarzyszy głoszenie przy okazji okrągłych „socjalistycznych” frazesów. Elity nie mają zresztą powodu, aby być prawdziwie krytycznymi wobec systemu, który ich do roli elity wyniósł i na tej pozycji utrzymuje. Ani interesu w tym, żeby do takiej krytyki dopuszczać. W interesie elit jest konserwacja stanu obecnego.
Ten wpływ doświadczanego w dzieciństwie ubóstwa spowodowanego przez transformację na cierpienie psychiczne w dorosłości, tłumaczyć może też, dlaczego jedni mogą oceniać transformację ekonomiczną i ustrojową Polski jako niekwestionowany sukces, co najwyżej dodając politycznie poprawne hasło o „dużym (ale jednak cudzym) koszcie” i „poszkodowanych”, choć jednak „było to konieczne” i „nie było alternatywy”. Innym natomiast trudno jest przejść do porządku dziennego nad dokonanymi wtedy spustoszeniami. Skutki ówczesnych decyzji są dla jednych wciąż boleśnie odczuwalne, a dla drugich były co najwyżej estetycznie przykrym doznaniem wprowadzającym łagodny dyskomfort w świecie materialnego dostatku.
Ujmowanie cierpienia psychicznego jako problemów jednostek i ich zdekontekstualizowanych „chorych mózgów” zasłania kulturowe, społeczne i ekonomiczne przyczyny tegoż cierpienia. W polskim kontekście diagnoza depresji może też podważać doświadczenia pokrzywdzonych przez transformację jako po prostu irracjonalną chorobę mózgu, wpisując się tym samym w dominującą neoliberalną narrację o jednostkowej odpowiedzialności za niepowodzenia (i rzekomo jednostkowych zasługach beneficjentów transformacji). Polska debata publiczna, porządek polityczny i ekonomiczny wciąż wydają się być zdeterminowane przez decyzje, które zapadły przy okrągłym stole, co tłumaczyć może też histeryczne reakcje na wszelkie narracje, które nie wpisują się w ten założycielski mit sukcesu transformacji jako początku III RP.
Radosław Stupak
przez Radosław Stupak | niedziela 6 lutego 2022 | opinie
Guy Debord, legendarny lewicowy myśliciel, pisał: „Wszyscy eksperci służą mediom i państwu, temu właśnie zawdzięczają status ekspertów. Każdy ekspert musi służyć swojemu panu, gdyż organizacja obecnego społeczeństwa doprowadziła do niemal całkowitego zaniku dawnych warunków niezależności. Ekspertem, który służy najlepiej, jest oczywiście ten, który łże”.
Dodawał też, że w „społeczeństwie spektaklu” zarówno wypromowanie usłużnego, jak i zniszczenie nieposłusznego eksperta nie stanowi większego problemu. Bez trudu można zorganizować oczerniającą kampanię a prawdziwość zarzutów nie ma żadnego znaczenia. Podobnie o ekspertach wypowiada się Slavoj Žižek: „Być może modelowym przypadkiem pozycji Mistrza, która stoi za dyskursem uniwersyteckim, jest sposób, w jaki dyskurs medyczny funkcjonuje w naszym życiu codziennym: na poziomie powierzchniowym mamy do czynienia z czysto obiektywną wiedzą, która odpodmiotowia podmiot-pacjenta, redukując go do obiektu badania, diagnozy i leczenia. Jednak pod tą powierzchnią można z łatwością zauważyć zaniepokojony, rozhisteryzowany podmiot, opętany lękiem, zwracający się do lekarza jako do swojego Mistrza i proszący go o otuchę. Odwołując się do jeszcze bardziej powszedniej sytuacji, wystarczy przywołać eksperta od rynku, który opowiada się za silnymi cięciami budżetowymi (obcięcie wydatków na opiekę społeczną, etc.) jako koniecznością wynikającą z jego neutralnej ekspertyzy pozbawionej jakiejkolwiek stronniczości ideologicznej: tym, co ukrywa, jest seria relacji władzy (począwszy od aktywnej roli aparatów państwa do przekonań ideologicznych), która podtrzymuje »neutralne« funkcjonowanie mechanizmów rynkowych”.
W tym kontekście zadać można by pytanie o to, co ukrywają i podtrzymują „eksperci medyczni” i czy przypadkiem nie chodzi o uwikłania podobne, jak w przypadku „ekspertów ekonomicznych”. O tych drugich, w głośnym wywiadzie „Byliśmy głupi”, mówił prof. Marcin Król: „Bo rozsądny człowiek nie może mieć zdania o OFE. Można mieć emocje i uczucia z tym związane. I gwałtownie je wyrażać. Ale zdanie to mogą mieć ekonomiści, eksperci. I nie wierzę im jak psom. Bo jeden pracował w banku, który jest właścicielem OFE, inny po prostu doradza OFE i się bezczelnie wypowiada, a trzeci nie chce sobie robić kłopotów w środowisku i uchodzić za oszołoma, więc mówi to samo co tamci dwaj”.
Sam wywiad, pomimo że pokazywał już zafiksowanie uniwersyteckiej inteligencji na postaci Kaczyńskiego (które to zafiksowanie stanowić może dzisiaj jedno z największych obciążeń opozycji), to zresztą jedna z wielu lekcji, których „demokratyczna opozycja” do tej pory nie odrobiła. Mimo że słowa te padły już sporo lat temu z ust jej kluczowego przedstawiciela. Jeśli chodzi o rolę ekspertów, ze względu na strukturalne uwarunkowania, społeczne i ekonomiczne umiejscowienie i powiązania opozycji jako formacji i jej liderów, może to być zresztą niemożliwe. „Marsz przez instytucje” kończy się tak, że nawet lewica ulokowana na eksperckich pozycjach zajmuje się przede wszystkim obroną swojego statusu w ramach instytucji władzy, obroną samych tych instytucji i obroną status quo zapewniającego jej przedstawicielom wysoką pozycję społeczną.
Owi eksperci mogą mieć różną twarz. W ramach neoliberalizmu to przede wszystkim twarz ekonomisty i „naturalnych praw rynku”, ale dziś jest to także w dużej mierze twarz prawnika czy lekarza, którzy decydować mają o tym, jak wyglądać powinno państwo i jego ustrój i na czym polegać mają podstawowe swobody obywatelskie (lub ich brak). Jeśli zaś obywatele nie zgadzają się z opinią ekspertów – to znaczy, że ów lud jest niedemokratyczny. Prawdziwie demokratyczne są bowiem wyłącznie decyzje i opinie wąskiej grupy uprzywilejowanych ekspertów.
Przykładem tego zjawiska może być udostępnione niedawno w mediach społecznościowych przez jednego z powszechnie szanowanych i dość medialnych profesorów zajmującego się nierównościami społecznymi, badanie (pt. „Democracy Confused: When People Mistake the Absence of Democracy for Its Presence”), z krótkim komentarzem: „Poparcie dla demokracji, gdy rozumie się ją błędnie jako formę autokracji legitymizuje autokrację: ludzie, którzy twierdzą, że popierają demokrację, w rzeczywistości wyrażają w tej odpowiedzi poparcie dla rządów autokratycznych, gdy te ostatnie mylą z demokracją. Fakt, że zawyżone oceny demokracji zbiegają się z autorytarnym niezrozumieniem demokracji, potwierdza te dwie oznaki autokratycznej legitymizacji, która istnieje pod przykrywką pozornego poparcia dla demokracji”.
Komentarz sugerować miał „oczywisty” wniosek: w Polsce zagrożona jest demokracja, zmierzamy w stronę autorytaryzmu, a to dlatego, że (ciemny) lud nie rozumie, czym jest „prawdziwa” demokracja. Wystarczy jednak zajrzeć do samego badania, poza tytuł i abstrakt, żeby obraz się nieco skomplikował a w oczy rzuciło kilka innych kwestii.
Po pierwsze, badanie polegało na zestawieniu „rzeczywistego poziomu demokracji” z „ocenianym poziomem demokracji” w różnych krajach. Ten „rzeczywisty poziom” wyznaczany był na podstawie wskaźników finansowanej przez rząd USA fundacji Freedom House oraz Banku Światowego. Punktem wyjścia jest więc założenie, że te eksperckie instytucjonalne oceny i definicje są prawidłowe i „obiektywne” – to one definiują, czym jest, a czym nie jest „prawdziwa demokracja”. Rozumienie i postrzeganie demokracji przez lud jest zaś z założenia niepoprawne i może co najwyżej lepiej lub gorzej odpowiadać prawidłowej z założenia opinii ekspertów. Wydawać się to może paradoksalne, można by przecież teraz argumentować, że przeczy to podstawowej idei demokracji. Jeśli demokracja to rządy ludu, to również lud, w ramach sprawowania władzy, decyduje o tym, co jest demokracją, a co nie – nie powinni tego robić niewybieralni eksperci.
Tak czy owak, z badania wynika, że w Polsce nie przeceniamy rzeczywistego poziomu demokracji. Podobne wyniki uzyskano np. we Włoszech, Japonii, Hiszpanii i Norwegii. Zgodnie z logiką artykułu, nie mylimy więc autokracji z demokracją i pod tym względem demokracja w Polsce nie jest „zagrożona”. Co ciekawe, najcelniej demokrację oceniano w Maroku, które to z kolei Maroko, według innego rankingu, dziennika „The Economist”, oceniane jest jako „reżim hybrydowy”.
W obu przypadkach mamy zresztą do czynienia z oceną „demokratyczności” dokonaną przez neoliberalne instytucje i neoliberalnych ekspertów. Odwołanie do mocy autorytetu, tego rodzaju chwyt retoryczny i światopogląd nie powinien może dziwić w przypadku kręgów konserwatywnych, ale jeśli jest to postawa, a coraz częściej podstawowy sposób argumentacji przedstawicieli liberalnej lewicy, czy nawet ruchów określających się jako anarchistyczne – zaczynamy mieć do czynienia z całkowitym odwróceniem znaczenia podstawowych terminów.
Lewica staje się więc technokratyczna. Pod płaszczykiem walki o demokrację kryje się walka o władzę i status ekspertów. Uprzywilejowanej elity realizującej jej interesy i decydującej nawet o tym, czym ma być demokracja. Władza ludu to według ekspertów, jak nietrudno się domyślić – władza ekspertów.
W wywiadzie opublikowanym w Kulturze Liberalnej, Andráse Sajó (przedstawiony jako „węgierski konstytucjonalista, profesor prawa na Central European University. Były sędzia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Odznaczony przez RPO Adama Bodnara za zasługi dla ochrony praw człowieka. Autor książki „Ruling by Cheating. Governance in Illiberal Democracy”), mówi:
„Weźmy przykład nowej Krajowej Rady Sądownictwa w Polsce. Proszę mi wierzyć, co do zasady jej konstrukcja opiera się na modelu hiszpańskim. Ten zaś celowo ukształtowano w taki sposób, aby ograniczyć rolę władzy sądowniczej w procesie nominacji sędziów. Wynikało to z okoliczności, że po upadku reżimu Franco wydawało się, że sądy będą ostoją tradycji frankistowskiej, której należało się pozbyć. To w pełni zrozumiałe stanowisko. W Polsce wprowadzenie podobnego pomysłu wynikało z innej idei, choć również rewolucyjnej. Natomiast samo rozwiązanie instytucjonalne jest w tym sensie neutralne.”
Później, oczywiście, gimnastykuje się, dwoi i troi, aby wykazać, dlaczego te same rozwiązania w jednym wypadku są faszystowskie, a w drugim są esencją liberalnej demokracji oraz dlaczego w imię liberalnej demokracji można instrumentalnie i politycznie wykorzystywać i zmieniać prawo i jest to słuszne i szlachetne, ale gdy robi to ktoś sprzeciwiający się unijnym możnym, to jest to zamach na podstawowe wartości. Fragment ten jednak daje też pretekst do tego, żeby na zmiany ustrojowe w Polsce spojrzeć z innej strony. W końcu reformy Balcerowicza wprowadzono bez demokratycznego mandatu, łamiąc procedury, a jednym z ich głównych opozycyjnych obrońców jest Donald Tusk, który zresztą przed laty wybielał reżimy Franco i Pinocheta.
Można by więc reformy ustrojowe potraktować jako osłonę redystrybucji przed instytucjami powiązanymi z opozycją, która, gdy tylko będzie miała pretekst i okazję, przywróci z trudem wywalczone zdobycze socjalne do poziomu sprzed 2015 r. Narracja opozycji cały czas opiera się przecież w dużej mierze na sprzeciwie wobec „rozdawnictwa dla nierobów”. Czy zmniejszenie władzy niewybieralnych sędziów (w środowisku, w którym pozycja jest w dużej mierze dziedziczna) jest zmniejszeniem demokracji, czy też raczej jej zwiększeniem można by się całkiem zasadnie spierać. Obrona ustrojowego status quo lub też próba przywrócenia go, można odnieść wrażenie, służyć ma raczej obronie neoliberalnego porządku ekonomicznego.
Jest zastanawiające, że lewica, szczególnie liberalna, która na sztandarach ma walkę z wszelkimi przejawami symbolicznej nierówności, dyskryminacją, paternalizmem, patriarchatem itp., itd., zarazem tak uwielbia powoływać się na autorytet ekspertów oraz nauki wyniesionej do kategorii religii. Tak jakby o relacjach między wiedzą a władzą, władzą a wiedzą, nie napisano tysięcy stron. Tak jakby nauka oferowała niepodważalne dogmaty, a nie była instytucją społeczną podlegającą różnorakim uwarunkowaniom społecznym i ekonomicznym – wpływającym na treść naukowych ustaleń. Instytucją, z drugiej strony, której istota, nawet w najbardziej pozytywistycznych wizjach, zasadzać powinna się na nieustannym sceptycyzmie i podważaniu wcześniejszych ustaleń. Notabene, w głośnym niedawno filmie „Don’t look up” „wybitni eksperci” to przecież właśnie ci, którzy na usługach wielkich korporacji dowodzą sensowności opracowanego przez nich katastrofalnego w skutkach planu.
Paternalistyczny stosunek wielbionych przez liberalną lewicę ekspertów do ludzi dobrze zaś obrazuje niedawna, opublikowana w Onecie, wypowiedź Emilii Skirmuntt, wirusolożki z Oxfordu: „Problem polega na tym, że rygorystycznych restrykcji nie można wprowadzać w nieskończoność. Bo ludzie przestają się słuchać”. Niezależnie od zasadności samych restrykcji, „nie słuchają się”, to język, jakim można mówić o niesfornych dzieciach, o nieposłusznych brzdącach (lub o niewolnikach). Tak mówić nie wypada nawet o pacjentach, a co dopiero o obywatelach. Choć dobrze oddaje to rzeczywisty charakter relacji lekarz-pacjent i obrazuje fakt, że wraz z postępującą medykalizacją coraz częściej interpretowani jesteśmy właśnie raczej jako pacjenci – już nawet nie konsumenci czy obywatele.
Przykładem z obszaru psychiatrii, który można tutaj przywołać, a który dobrze obrazuje opisywane procesy, może być historia Konwencji ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami. Miała ona znacznie ograniczać możliwość stosowania leczenia przymusowego. Wypracowane w dużej mierze oddolnie demokratyczne rozwiązanie, z zaangażowaniem i udziałem organizacji pacjenckich, byłych pacjentów i ocalałych z psychiatrii – zostało gwałtownie zaatakowane przez psychiatryczny establishment jako „sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem”. Pacjenci biorący udział w pracach nad przepisami określeni zostali przez ekspertów jako skrajni, radykalni, nieodpowiedzialni, niebezpieczni itp. W związku z tym wszczęto prace nad tzw. Protokołem z Oviedo, który te rozwiązania ma cofnąć – protestują przeciwko temu organizacje zrzeszające samych zainteresowanych, między innymi Polskie Forum Osób z Niepełnosprawnościami. Władza ekspertów uniemożliwia więc oddolne, demokratyczne zmiany, tak jak w tym przypadku, pozwalając chociażby na delegitymizację jednostek, grup i postulatów, które faktycznie mogłyby stanowić zagrożenie dla status quo. Do czynienia mamy więc z dyskryminacją epistemiczną: z odmawianiem całym rzeszom ludzi prawa/zdolności do adekwatnej oceny rzeczywistości. Psychiatria jest tutaj tylko skrajnym przykładem tego procesu. Demokracja, która miałaby polegać na władzy ekspertów, to właśnie technokratyczny autorytaryzm.
Wypierając te coraz bardziej widoczne w obrębie lewicy autorytarne tendencje, objawiające się także w poszukiwaniu lub wręcz kreowaniu coraz to nowych kozłów ofiarnych i grup, które należy wykluczać, przedstawiciele lewicy projektują je na wszystkich swoich oponentów, a fiksacja na symbolach, zamiast przyjrzenia się warunkom materialnym i realnym procesom społecznym, sprawia, że faszyzm dostrzegają już nawet w białoczerwonej fladze; nie widzą go jednak we własnym oku. Właściwie wszystkiemu, co wykracza poza obowiązujący w danym momencie zestaw prawidłowych poglądów liberalnej lewicy (a zestaw ten podlega nieustannym fluktuacjom, choć wyznawcy każdej kolejnej ortodoksji muszą z zapałem udowadniać, że właśnie tak zawsze uważali) przypina się łatkę faszyzmu lub inną modną w danej chwili wykluczającą etykietę. W tym polowaniu na czarownice (i czarowników) inkwizytorzy (i inkwizytorki) często podpierają się zresztą autorytetem „nauki”, a raczej wiarą w kazania kapłanów kościoła nauki, naukowych hierarchów – ekspertów. Tak „walka z faszyzmem” coraz bardziej przypominać zaczyna sam faszyzm. Podobnie „walka z autorytaryzmem” lub też „obrona demokracji” to raczej hasła, pod którymi kryje się chęć zachowania lub przywrócenia wpływów uprzywilejowanej garstki beneficjentów transformacji gardzących ludźmi pracy – nazywanych nierobami. Zamek wampirów, którego mechanizmy opisał Mark Fisher, nie tylko działa w obrębie lewicy, ale także skutecznie zniechęca i wyklucza z jej grona ludzi, których lewica powinna reprezentować i którzy potencjalnie mogliby stanowić o jej sile. Za powoływaniem się na autorytet ekspertów stoi często zwykła wyższościowa pogarda wobec gorzej sytuowanych ludzi – gorzej sytuowanych głównie dlatego, że „gorzej wybrali sobie rodziców”.
O tym, czym jest demokracja, nie mogą decydować wyłącznie uprzywilejowane elity. „Koniec historii”, o którym pisał Fukuyama, dawno temu się skończył, choć tego neoliberalnego porządku zdaje się właśnie bronić lewica. Koncepcje ustrojowe sprzed tysięcy czy setek lat zupełnie już nie przystają do wyzwań współczesności. Nie ma gotowych rozwiązań, nie ma też rozwiązań, które, jak to uwielbiają nasze „elity intelektualne” można byłoby po prostu bezmyślnie skopiować z Zachodu (nawet jeśli kopiujemy rozwiązania od których Zachód, po tym jak się nie sprawdziły, już odszedł lub właśnie odchodzi…). W dodatku Zachód zmaga się z takim samym, o ile nie większym, kryzysem legitymizacji demokratycznych instytucji co Polska i coraz częściej wstrząsany niepokojami społecznymi zmierza raczej w stronę technokratycznej neoliberalnej dyktatury na wzór chiński. Tam jednak, w krajach bogatego unijnego centrum władzy, brutalnie tłumione protesty czy też rozwiązania systemowe podobne do tych polskich, najwyraźniej nie stanowią zagrożenia dla liberalnej demokracji i są akceptowane zarówno przez polskich (czy raczej: kompradorskich) ekspertów, jak i w ramach unijnych instytucji.
Pora w końcu zastanowić się, na czym miałaby w ogóle polegać demokracja, której w zgodzie z prawdziwie prospołecznymi wartościami warto byłoby bronić.
Radosław Stupak
przez Radosław Stupak | czwartek 13 stycznia 2022 | opinie
„Czy ja wariuję?” – pyta zaniepokojony Neo swojego psychiatrę-psychoterapeutę w jednej ze scen najnowszego Matrixa. Na co ten troskliwie wyjaśnia mu, że „nie używamy tutaj takich słów” i proponuje uzupełnienie zapasu niebieskich pigułek, nie pozwalających Thomasowi Andersonowi wyrwać się z koszmaru korporacyjnego wyzysku. W późniejszej scenie ów Analityk, główny nadzorca Matrixa, tłumaczy Neo, w jaki dokładnie sposób manipuluje nim i innymi ludźmi, aby eksploatować ich jeszcze mocniej, tak by nawet nie zdawali sobie sprawy z bycia oszukiwanymi i bez sprzeciwu akceptowali coraz gorsze warunki. „Użyć mocy, która Cię zdefiniowała, aby Cię kontrolować” – mówi, dodając „cóż za ironia”. Pomimo pozornego odrzucenia „stygmatyzującego języka”, psychiatryczne etykiety definiujące ludzi i ich doświadczenie stają się ostatecznie narzędziem kapitalistycznej kontroli.
Uwaga Analityka z początku filmu dobrze oddaje charakter powszechnych już „kampanii antystygmatyzacyjnych”, które skupiają się przede wszystkim na kwestiach językowych (co przypomina politycznie poprawną politykę tożsamościową), a z drugiej strony podkreślają, że do czynienia mamy z „chorobami jak każde inne”, z „chorobami mózgu”. Nie zmienia to jednak, nie podważa, a nawet umacnia, nierówności w systemie psychiatrycznym i społecznym. Jaskrawym przykładem tego zjawiska jest skandal wywołany przez Bożenę Dykiel, która jako ambasadorka kampanii „Twarze Depresji. Nie Oceniam. Akceptuję” sponsorowanej przez koncern farmaceutyczny Servier, producenta antydepresantów, ośmieliła się wyrazić własne zdanie na temat depresji, odbiegające od scenariusza przygotowanego w ramach kampanii. Spotkało się to z powszechnym hejtem, nie mającym nic wspólnego z „nieocenianiem i akceptowaniem”, a sama Dykiel została błyskawicznie usunięta z kampanii i plakatów niczym Beria ze zdjęć ze Stalinem.
Jak jednak pokazuje część badań, prezentowanie tego, co nazywamy zaburzeniami psychicznymi jako przede wszystkim „chorób mózgu”, które leczyć należy farmakologicznie, nawet jeśli odbywa się w dobrych intencjach, może mieć skutki przeciwne do zamierzonych i prowadzi do jeszcze większego wyobcowania, dystansu społecznego czy nawet dehumanizacji pacjentów psychiatrycznych. W końcu ktoś z genetycznie popsutym mózgiem nie dość że jest „wybrakowany”, to jeszcze tym bardziej nieprzewidywalny – po „zepsutym mózgu”, spodziewać można się wszystkiego, „zepsutego mózgu”, w przeciwieństwie do np. skrzywdzonego człowieka, zrozumieć nie sposób, z „zepsutym mózgiem” trudno empatyzować, z „zepsutym mózgiem” nie ma sensu rozmawiać, „zepsuty mózg” i tak nie zrozumie. „Zepsuty mózg” to ktoś fundamentalnie inny, gorszy od nas „normalnych”.
Jeśli więc taką wizję „zaburzeń” i „chorób psychicznych” zinternalizuje zdiagnozowana osoba, to prowadzić to może do autostygmatyzacji – postrzegania samego siebie jako kogoś innego, gorszego, wybrakowanego, w dodatku z powodów wrodzonych genetycznych biologicznych ułomności, które pozostają poza kontrolą osoby z diagnozą psychiatryczną. Pacjent może więc postrzegać się jako osoba, która nawet własnemu mózgowi, a w konsekwencji własnym myślom, uczuciom i zachowaniom nie może ufać – w końcu to ten mózg „produkuje” „chorobę”. Dlaczego więc takiej osobie ufać mieliby „zdrowi”? Badania zdają się potwierdzać, że przyjęcie biomedycznej narracji (a więc sprowadzającej naturę i przyczyny cierpienia do np. zdyskredytowanej już hipotezy „nierównowagi chemicznej w mózgu”) na swój temat wiąże się z obniżonym poczuciem nadziei, sprawstwa i utratą wiary w możliwość wyzdrowienia.
Nie oznacza to oczywiście, że doświadczenia, które nazywamy zaburzeniami lub chorobami psychicznymi, nie mają podłoża biologicznego. Czym innym jest jednak podłoże biologiczne, a czym innym są biologiczne przyczyny – podłoże biologiczne mają zapewne wszystkie nasze cechy, stany czy zachowania, od najprostszych typu podnoszenie ręki po bardziej złożone typu czytanie, śmiech, smutek czy miłość. Nie oznacza to jednak, że np. przyczyną niezadowolenia z warunków pracy czy wypalenia, jest chory mózg, choć „ucieleśnienie” lub „realizacja” tego niezadowolenia przebiega również na poziomie biologicznym.
Sławomir Murawiec w tekście „Nieoczekiwana spowiedź bohaterów psychiatrycznego dzieciństwa”, opublikowanym w czasopiśmie „Psychiatra”, dobrze pokazuje, niechcący zapewne, na czym w praktyce polega dominacja myślenia biomedycznego w psychopatologii. Stwierdza: „Drugi błąd, o którym pisze prof. Murray, dotyczy leczenia przeciwpsychotycznego w schizofrenii. Rozpoczyna on ten temat od przytoczenia wyników badań z użyciem PET, które mówią, że ostatecznym wspólnym mechanizmem leżącym u podłoża psychozy jest nadmierna synteza dopaminy w neuronach prestynaptycznych. Dodaje, że większość czynników środowiskowych mających znaczenie dla wystąpienia schizofrenii, to czynniki nasilające dysregulację dopaminy. A więc – problem leży w neuronach presynaptycznych. Natomiast leczenie farmakologiczne nie jest skierowane na nadmierną produkcję dopaminy, ale na blokadę post-synaptycznych receptorów D2. Powstaje więc pytanie: czy można je blokować w sposób przewlekły i ciągły, nie powodując zmian w receptorach D2?”.
Czynniki środowiskowe – takie jak np. przemoc, wyzysk, nierówności społeczne itd. – zostają więc sprowadzone zaledwie do poziomu wyzwalacza nadmiernej syntezy dopaminy (podatność na ową nadmierną syntezę miałaby zaś być genetycznie uwarunkowana), następnie całkowicie pominięte, problem umiejscowiony w neuronach jednostek, a więc oddziaływanie lecznicze sprowadza się do farmakologicznej korekcji indywidualnych mózgów. W dalszej części tekstu Murawiec przywołuje też badania mówiące o tym, że stosowana współcześnie farmakoterapia może wręcz pogarszać długoterminowe rokowania, a podobne wątpliwości pojawiają się też współcześnie w literaturze naukowej w odniesieniu m.in. do depresji i antydepresantów.
Jest to więc „prywatyzacja stresu” (pod pojęciem „stres” może zaś ukrywać się szereg innych negatywnych zjawisk kulturowych, społecznych i ekonomicznych), ale w tej prywatyzacji mamy do czynienia nie tylko z problemami jednostek i ich indywidualnych mechanizmów psychicznych, ale wręcz z problemami indywidualnych wyjętych z kontekstu mózgów. Takie podejście umieszcza więc w jednostce przyczyny problemów, żeby nie powiedzieć iż odpowiedzialność za nie, a zadaniem pacjenta jest jedynie stosowanie się do zaleceń lekarza.
Od kilku lat środowisko brytyjskich psychologów skupionych przede wszystkim w ramach British Psychological Society sugeruje rozwiązanie opierające się na innej logice, wykraczającej poza model biomedyczny i diagnozy oparte na odhaczaniu „symptomów” z listy według DSM lub ICD. Proponowane przez nich Power Threat Meaning Framework zaleca pójście w kierunku diagnozy psychologicznej, która pytałaby o kwestie związane z relacjami władzy/siły, sytuacjami zagrożenia i sensami/znaczeniami, które związane były z jednostkowym cierpieniem i/lub umożliwiały zmierzenie się z nim. W największym skrócie, zamiast „co z tobą nie tak?” pytalibyśmy więc „co ci się stało?” i „co musiałeś zrobić, żeby przetrwać?”.
Do czynienia mielibyśmy wtedy nie z „chorobami” i patologizacją jednostek, lecz z trudnymi życiowymi sytuacjami – wielorako uwarunkowanymi społecznie i kulturowo – i różnie przejawiającym się i rozumianym cierpieniem. Mogłoby to pozwalać na jego faktyczne uszanowanie, z zachowaniem sprawstwa i podmiotowości, zamiast redukowania sytuacji do pozornie tylko wyjaśniającej cokolwiek psychiatrycznej etykiety, która ostatecznie zasłania kwestie kulturowe i społeczne.
Pomimo poparcia inicjatyw krytycznych wobec modelu biomedycznego przez postaci, którym udało się przebić do masowej świadomości, takich jak np. Gabor Mate czy Johann Hari, projekt ten nie zyskał szerszego rozgłosu. Jednak w Wielkiej Brytanii silne środowisko psychologów stara się zwiększać rolę psychoterapii w ramach systemu psychiatrycznego, co zaowocowało niedawno nowymi oficjalnymi wytycznymi, które w przypadku depresji zalecają oferowanie psychoterapii przed farmakoterapią. Mimo że tego typu rozwiązania są nadal uwikłane w neoliberalną indywidualistyczną logikę, to pozwalają przynajmniej na dostrzeżenie, że cierpienie niekoniecznie powinniśmy redukować do genów i biologii, odzierając je z sensu i znaczenia. Pytając bowiem o sens, znaczenie i ekonomiczne uwarunkowania coraz powszechniejszego psychicznego cierpienia możemy dowiedzieć się czegoś o kondycji współczesnego świata i tym samym wskazać kierunek zmian, przekształcenia naszego rozumienia rzeczywistości i samej rzeczywistości.
Radosław Stupak