Z perspektywy pacjenta

NFZ przeprowadził badanie wśród pacjentów na temat postrzegania opieki szpitalnej. Metodologia badania, oparta na Net Promoter Score, czyli ankietowaniu mającym na celu wskazanie ambasadorów marki, może być nieco nietrafiona, ponieważ pytanie o chęć polecania szpitala innym brzmi nieco dwuznacznie. Jednak główne spostrzeżenia z raportu są zbieżne z moimi obserwacjami, gdy byłem pacjentem.

Pacjenci najsłabiej oceniają jakość wyżywienia, co do tego trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości. Jednak istotniejsze dla mnie są inne elementy systemu ochrony zdrowia, które skutkują negatywnymi doświadczeniami: wsparcie emocjonalne i szeroko rozumiana komunikacja z pacjentem.

Gdy w 2018 roku zachorowałem na raka, miałem mgliste pojęcie o tym, jak działa system ochrony zdrowia. Sporadyczne wizyty w przychodni, najczęściej z dziećmi, dają obraz tylko małej, choć istotnej, części systemu. Historie poważnych chorób w najbliższej rodzinie to tylko powierzchniowa wiedza na temat bardziej rozbudowanych procesów. Natomiast miesiące poświęcone na leczenie, kilkadziesiąt dni spędzonych na oddziałach trzech szpitali, liczne wizyty i badania, pozwoliły mi na obserwację instytucji ochrony zdrowia w taki sposób, w jaki patrzyłem na organizacje jako konsultant. Widziałem szpitale jako części dużego systemu, ale ze swoistymi kulturami organizacyjnymi, procesami zarządzania, komunikacją.

Zdaję sobie sprawę, że ta obserwacja uczestnicząca, odbywająca się przy okazji leczenia, dotyczyła pacjenta uprzywilejowanego, który trafił do dobrych wielkomiejskich szpitali. Mieszkam w dużym mieście, mam grono rodziny i przyjaciół, którzy potrafili wspierać mnie choćby swoimi kontaktami wśród medyków. Dodatkowo po zakończeniu leczenia miałem możliwość przeprowadzenia wywiadów ukierunkowanych na poprawę procesów komunikacyjnych w jednym ze szpitali, co pozwoliło mi na uchwycenie dodatkowej perspektywy dzięki relacji konsultant-organizacja, świetnie uzupełniając spostrzeżenia z perspektywy pacjenta.

Miałem szczęście leczyć się przed pandemią, która mocno uderzyła w system ochrony zdrowia. Mam wrażenie, że to uderzenie uwypukliło tylko moje spostrzeżenia, przekreślając tylko jedno, ale dla mnie osobiście bardzo istotne: po zakończeniu leczenia miałem poczucie, że ten system jest efektywniejszy niż opinia na jego temat. Pozostałe spostrzeżenia nie były już tak pozytywne dla systemu.

Niewiedza na starcie

Nikt nie musi zagłębiać się w szczegóły procedur dotyczących opieki medycznej, dopóki tego nie potrzebuje. Gdy potrzebuje, nie ma możliwości szybkiego uzyskania potrzebnej wiedzy na ten temat, bo system i procedury są zbyt skomplikowane, a gubią się w nich również lekarze. Niewiedza pacjentów była najczęściej powtarzanym problemem podczas wywiadów w ramach diagnozy komunikacji w szpitalu. W efekcie pacjenci (oraz ich rodziny) skupiają się na drugorzędnych kwestiach w rozmowach z lekarzami podczas omawiania diagnozy.

Niewiedza prowadzi również do czegoś, co przez medyków jest określane jako „roszczeniowość” – pacjenci oraz przede wszystkim ich rodziny oczekują działań, które często mają się nijak do rzeczywistego procesu leczenia albo są niemożliwe do szybkiego przeprowadzenia. Z psychologicznego punktu widzenia jest to jak najbardziej zrozumiałe, jeśli walczy się o zdrowie czy życie swoje lub bliskiej osoby. Taki nacisk pozwala czasem ugrać coś więcej, o czym wspominali zarówno pacjenci, jak i lekarze. Przy czym to „więcej” może oznaczać np. niepotrzebne badanie, zlecone tylko po to, żeby uniknąć awantury.

Niewiedza dotyczy nie tylko pacjentów. Lekarz z mojej przychodni, chcąc założyć mi kartę Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego (tzw. zieloną kartę, dającą przywilej w postaci stosowania procedur opracowanych właśnie dla takiego leczenia), musiał konsultować się telefonicznie ze znajomymi, aby wprowadzić mnie do tego systemu. Nic dziwnego, że pacjenci poruszają się w ramach systemu po omacku, bazując na szczątkowej wiedzy, a czasami wręcz na fałszywych danych, łatwych do znalezienia przy pomocy wyszukiwarki internetowej u doktora Google’a.

Hierarchiczny paternalizm

Jedną z najbardziej widocznych cech systemu ochrony zdrowia jest panująca tam hierarchiczność. Nie jest to typowa dla służb mundurowych podległość wobec wyższych szarżą, raczej podział na kasty, różniące się prestiżem, zakresem władzy symbolicznej, a także realnej. Lekarze dają odczuć pozostałym grupom pracowniczym, że są ważniejsi – co również odczuwają pacjenci. Pielęgniarki mogą podobnie traktować personel pomocniczy, chociaż tu już zróżnicowanie jest mniej wyraźne. W samej grupie lekarzy budowana jest również wewnętrzna hierarchia: ordynatorzy potrafią pokazać miejsce w szeregu innym lekarzom, którzy z kolei traktują z góry stażystów czy narzekają na niekompetencję lekarzy POZ-ów.

Ta hierarchiczność i jej toksyczny wpływ na miejsce pracy jest widoczna w wywiadzie z pielęgniarką Zofią Miś w „Nowym Obywatelu” nr 87. Wydaje się to być cechą tak mocno zakorzenioną w polskiej kulturze, że również pacjenci wpasowują się ten schemat, okazując uległość wobec prestiżu ordynatora i traktując z góry personel sprzątający. Jest to odtwarzanie kultury zaobserwowanej w instytucjach ochrony zdrowia.

Oczywiście pomiędzy szpitalami istnieją znaczące różnice. W jednym ze szpitali obchód lekarski był całym rytuałem, rozpoczynającym się przygotowaniem pacjentów i sali przez pielęgniarki i personel sprzątający. Wejście grupy lekarzy odbywało się w taki sposób, że od razu wiadomo było, kto jest ordynatorem, kto jest ważnym lekarzem, a kto mało istotnym rezydentem. Pytania pacjentom zadawał tylko ordynator, potrafiący niezbyt kulturalnie zrugać pacjenta, który zanieczyścił pokój odklejonym workiem stomijnym. W innym szpitalu obchód lekarski był zadaniem dla lekarzy prowadzących lub dyżurnych, a sprawy pacjentów były omawiane z ordynatorem na codziennych odprawach (o czym przekonałem się, pytając ordynatora o sprawę moich badań – chociaż wcześniej nigdy nie rozmawialiśmy, był bardzo dobrze zorientowany, jeśli chodzi o moje leczenie). Ordynator nie miał potrzeby pokazywania wszystkim, że jest najważniejszym z lekarzy.

Hierarchiczność przekłada się na zakres władzy. W szpitalu o mocnej hierarchii, pielęgniarki nie miały możliwości decyzyjnych do podawania pacjentom środków przeciwbólowych (w przypadku nagłego, mocnego bólu pooperacyjnego, dostałem taki środek dopiero, gdy z bólu prawie zemdlałem). W szpitalu, gdzie hierarchiczność nie była tak widoczna, pielęgniarki same dysponowały środkami przeciwbólowymi w takich sytuacjach.

W przypadku mocno hierarchicznych instytucji pacjent miewa poczucie, że najważniejszy na szpitalnym oddziale jest ordynator. Na szczęście w pozostałych można mieć poczucie, że to pacjent jest w centrum działań.

Pacjent jako źródło przychodu (z ograniczeniami)

W prywatnym lecznictwie jest to oczywiste, ale i w leczeniu refundowanym przez NFZ daje się czasami zauważyć, że w procesie leczenia nie zawsze najważniejsze jest samo leczenie. Dotyczy to działań, które są niezrozumiałe dla pacjenta, a które rodzą podejrzenia, że taki sposób działania bardziej się „opłaca”. Przykładami są trzymanie pacjenta na oddziale bez żadnych badań przez tydzień, manipulowanie z otwieraniem i zamykaniem karty DILO, zlecanie zbędnych (z punktu widzenia pacjenta) badań – być może wszystko to miało głębsze uzasadnienia. Jednak jeśli pacjentowi nikt tego nie potrafił wytłumaczyć, wówczas takie sytuacje rodzą podejrzenia, że robione jest to, co opłaca się szpitalowi. Znacznie boleśniejsze dla pacjenta są sytuacje, w których przekonuje się, że przekroczone zostały limity budżetowe na poszczególne działania i nie może w związku z tym mieć przeprowadzonych badań czy zabiegów.

Brak otwartości w informowaniu oraz brak wiedzy pacjentów skutkuje z jednej strony tworzeniem legend o kosztach leczenia, z drugiej strony – spiskowymi teoriami o medykach podstępnie wykorzystujących sytuacje pacjentów. Dlatego dobrym rozwiązaniem jest udostępnienie informacji o kosztach leczenia w ramach internetowego konta pacjenta. Po rozmowach na oddziale z „bardziej świadomymi” pacjentami o tym, ile kosztuje leczenie onkologiczne, rzeczywiste kwoty nieco zaskoczyły mnie – część była niższa, niż spodziewałem się np. po opowieściach pacjentów leczących się prywatnie za granicą.

Złudzenie prywatnej opieki zdrowotnej

Pandemia częściowo obaliła mit prywatnej opieki zdrowotnej jako tej jedynej efektywnej, gdy okazało się, że tylko publiczny system ochrony zdrowia może cokolwiek zdziałać w takiej skali. W pełni prywatna opieka zdrowotna w ramach naszego systemu skupia się tylko na tych działaniach, które są opłacalne kosztowo. Natomiast źródła mitu jej przewagi tkwią w historii – przed laty zapłacenie lekarzowi dawało poczucie, że pacjent będzie właściwie leczony i dobrze traktowany. Obecnie wciąż to obowiązuje w wersji: warto pójść na wizytę prywatną, bo efekt będzie lepszy.

Poza takimi, nieco magicznymi wyobrażeniami, prywatny system ma jedną istotną i powszechnie odczuwalną przewagę: czas oczekiwania. Przy okazji różnych chorób można przekonać się o tym, jak długo trzeba czekać na wizytę w ramach publicznej ochrony zdrowia, podczas gdy to samo bywa dostępne od ręki, jeśli opłaci się je prywatnie. To jeden z najbardziej destrukcyjnych wizerunkowo aspektów systemu. Nie jest istotne, że prywatny system nie daje kompleksowości, że jest bardzo drogi, że jakościowo niewiele się różni – jest szybciej dostępny i ta cecha bywa kluczowa dla oceny porównawczej.

Moje doświadczenia z prywatnym systemem w leczeniu raka są ograniczone do pierwszej wizyty, która z perspektywy nabytej później wiedzy nie była warta wydanych pieniędzy. Raz, że lekarz pozostawił mnie po pierwszej diagnozie samemu sobie, bez możliwości wpisania mnie do systemu leczenia, z mglistymi wskazówkami, co mam dalej robić. Dwa, że gdybym miał świadomość szybkiej ścieżki dla pacjentów z podejrzeniem nowotworu w publicznej ochronie zdrowia, moje leczenie mogłoby zacząć się szybciej, a przez to wyglądać inaczej. Dlatego jedno z moich kluczowych doświadczeń brzmi: zanim zapłacisz za prywatne leczenie, sprawdź, co jest możliwe w ramach publicznego systemu. Nie dziwiły mnie później rozmowy z pacjentami, którzy próbowali prywatnego leczenia za granicą, a w końcu lądowali w ramach krajowego leczenia refundowanego przez NFZ, co okazywało się najsensowniejszą dla nich opcją.

Chora komunikacja

W badaniu przeprowadzonym na zlecenie NFZ to komunikacja z pacjentem bywa kluczowa dla niezadowolenia pacjenta. To moje podstawowe doświadczenie, po części wzmocnione moim zawodem (ćwierć wieku doradztwa w zakresie komunikacji organizacyjnej). W rezultacie byłem pewnie trudnym pacjentem, bo wciąż zadającym pytania, a jako konsultant opracowywałem w głowie działania doskonalące komunikację, żeby pacjenci odczuwali większy komfort leczenia.

Przeprowadzona diagnoza procesów komunikacji w jednym ze szpitali dała mi lepszy wgląd w przyczyny trudności w tym obszarze. Oczywiście pierwszoplanowe są kwestie interpersonalne. Lekarze nie są do swojego zawodu przygotowywani od strony komunikacji z pacjentem, a jest to część procesu leczenia wpływająca na komfort obu stron. Lekarz nie potrafiący dobrze komunikować się w trudnych sytuacjach (przedstawianie diagnozy, informacja o procesie leczenia, informowanie o niedobrych perspektywach dla pacjenta) odczuwa więcej stresu i unika pacjentów. Widziałem to wielokrotnie, szybko potrafiłem określić, z kim warto rozmawiać, bo można dowiedzieć się czegokolwiek na temat swojego leczenia, a kogo nie warto pytać o nic. Miewałem lekarzy prowadzących, którzy wręcz unikali mojego wzroku idąc korytarzem, bo bali się rozmowy. Z drugiej strony oczywiście spotkałem też świetnych specjalistów, którzy byli za takich uważani również ze względu na swoją gotowość do rozmowy z pacjentem i umiejętność przekazania każdego rodzaju informacji.

Co istotne, pielęgniarki wydają się grupą o wiele lepiej radzącą sobie z komunikacją. Są bliżej pacjentów, przebywają z nimi więcej czasu, hierarchicznie mają mniejszą władzę – nie podejmują kluczowych decyzji o procesie leczenia, ale mają duży wpływ na komfort leczenia. Chyba nie spotkałem niesympatycznej pielęgniarki w trakcie swojego leczenia (nawet jeśli działa tu zasada „Każdy spotyka na swej drodze takie pielęgniarki, na jakie sobie zasłużył”). Pamiętam wiele rozmów z nimi, które zmniejszały mój stres podczas leczenia. Mój przyjaciel ze szpitalnej sali, zakonnik, zwykł mawiać, że „Pielęgniarki to anioły”. Ja po konsultancku powiedziałbym: „Pielęgniarki starają się swoimi interpersonalnymi kompetencjami łatać dziury niezbyt efektywnego systemu opieki zdrowotnej”.

Problemy komunikacyjne są również widoczne w przepływie informacji w ramach systemu. Szpitale, jak każde duże organizacje, mają niezbyt efektywne procesy komunikacyjne pomiędzy poszczególnymi częściami struktury. Bywa to również widoczne z perspektywy pacjenta, gdy konieczne są dodatkowe konsultacje w innym oddziale. Przejście ze szpitala do szpitala często łączy się z tym, że w nowej jednostce jest się pacjentem z prawie czystą kartą, informacje o procesie leczenia nie podążają za pacjentem w postaci bazy danych, co skutkuje powtarzaniem tych samych badań na nowo.

Zwiększyć nakłady, poprawić komunikację i zwiększyć nakłady

Od czasu mojego leczenia konieczność zwiększenia nakładów na system ochrony zdrowia jest coraz bardziej widoczna. I nie chodzi o zapewnienie lepszych posiłków, czyli najgorzej ocenianego aspektu leczenia w badaniu NFZ. Pandemia uwidoczniła braki kadrowe na wszystkich poziomach. Z perspektywy pacjenta na pewno wzmocnienia wymagają zawody nielekarskie: od pielęgniarek, przez ratowników medycznych, po personel administracyjny, który odciąża tych bezpośrednio zajmujących się leczeniem. Również rozbudowa systemu, pozwalająca na sprawne zarządzanie danymi pacjentów, wymaga nakładów. Edukacja medyków powinna lepiej przygotowywać ich do pracy od strony komunikacyjnej, co wymaga również zmian w kulturze pracy lekarzy i nieco innego rozumienia przez nich swojej pozycji.

Publiczny system ochrony zdrowia jest na pewno wart naszych składek, ale ja piszę z perspektywy fana tego systemu, w końcu tam uratowano mi życie. To w ramach tego systemu na jednej sali szpitalnej spotkać może się np. profesor uniwersytetu z licznymi międzynarodowymi kontaktami, po próbach leczenia za granicą, oraz wychodzący z bezdomności były gangster – takie towarzystwo miałem w jednym ze szpitali. Wszyscy byliśmy leczeni w ramach NFZ z naszych wspólnych składek. Ta świadomość to też jedno z moich najważniejszych doświadczeń z czasów leczenia.

Roman Rostek

Pracownicy mają dość!

Z Wojciechem Jasińskim, przewodniczącym związku zawodowego Konfederacja Pracy w firmie Solaris, rozmawia Mateusz Jurewicz

Co się dzieje w Solarisie?

Wojciech Jasiński: W wyniku głosowania pracownicy Solarisa zdecydowali, że rozpoczną strajk, domagając się tym samym wyższych płac. W referendum zagłosowały 1342 osoby, czyli 51,7% uprawnionych do głosowania. Za przeprowadzeniem strajku opowiedziały się aż 1244 osoby, czyli 92,7% wszystkich głosujących. Z uwagi na niespełnienie żądania dotyczącego wzrostu wynagrodzenia pracowników oraz wynik referendum strajkowego, zadecydowaliśmy, że 24 stycznia 2022 r. rozpocznie się strajk generalny pracowników spółki, który potrwa do odwołania.

Media informują, że pracodawca zaoferował wam podwyżki. Uważacie, że są zbyt niskie?

Przede wszystkim domagamy się podwyżek w jednakowej kwocie dla wszystkich pracowników. Wychodzimy z prostego założenia: chcemy podnieść płace w firmie o równą kwotę. Poprzedni właściciele firmy przy podwyżkach postępowali właśnie w ten sposób. W tym roku wyszliśmy, jak zawsze, z taką propozycją, ale spotkała się ona z krytyką ze strony nowych władz firmy. Usłyszeliśmy, że nie wszyscy pracują jednakowo, nie wszyscy mają jednakową wydajność i dlatego podwyżka musi być procentowa, a nie kwotowa. To tłumaczenie nie trzyma się kupy, bo przy takim rozwiązaniu większą podwyżkę dostanie nie ten, kto efektywniej pracuje, lecz ten, kto już teraz otrzymuje wyższe wynagrodzenie.

Spółka zaoferowała 5% podwyżki (nie mniej niż 270), a więc każdy pracownik, który ma wynagrodzenie do kwoty 5400 zł brutto, otrzyma podwyżkę 270 zł brutto. Natomiast menedżer zarabiający powyżej np. 15 tysięcy złotych otrzyma 750 zł podwyżki brutto.

Mając na uwadze aktualny wzrost cen, propozycja zaledwie 270 złotych podwyżki, przede wszystkim dla pracowników produkcyjnych i magazynowych na najniższych szczeblach, spowodowała decyzję o podjęciu strajku.

A jakie są zarobki w firmie przed podwyżkami?

Bolączką jest brak tabeli prac. Od lat zabiegamy o siatkę płac, aby każdy wiedział, że na takim czy innym stanowisku obowiązuje taka płaca, z drobnymi widełkami ustalonymi indywidualnie przez pracodawcę. Domagamy się, zgodnie z kodeksem pracy, żeby za taką samą pracę otrzymywać takie samo wynagrodzenie. Natomiast dochodzą do nas wieści, że różnice pomiędzy podobnymi stanowiskami potrafią przekraczać nawet tysiąc złotych. Byliśmy umówieni z zarządem na przygotowanie tabeli płac. Nasza propozycja wyglądała następująco: najpierw negocjujemy podwyżkę płac, a później wspólnie zajmujemy się tworzeniem wspomnianej tabeli. Domagamy się jasności i transparentności.

Czyli podwyżki zaoferowano wszystkim?

Obecna oferta miała podnieść płace każdemu – od sprzątaczki do menedżera. Każdy otrzymałby podwyżkę o 5%. Z wyjątkiem trzech grup, którym spółka przyznała dodatkowo 80 zł brutto oraz czwartej grupy – brygadzistów – którzy dostaliby 200 zł podwyżki. Ta kwestia mocno bulwersuje załogę, gdyż dla nas jest to dość oczywista próba skłócenia ludzi. Załoga odbiera to jako próbę dzielenia ich na lepszych i gorszych. Sami brygadziści też nie są tym zachwyceni, chcieliby mieć dobre relacje ze swoimi zespołami. Jeżeli władze spółki chcą wyróżnić ich w tak ostentacyjny sposób, to jest to przez nich odbierane z niesmakiem. Wielu brygadzistów brało udział w referendum strajkowym i popierają nasze postulaty.

Chcieli was podzielić?

Propozycja podwyżek dla brygadzistów wyszła od władz firmy w trakcie mediacji, przed pikietą. To wtedy postanowiono dać dodatkową podwyżkę kilku grupom pracowniczym. Nietrudno zgadnąć, że miało to nas podzielić. Zapewne wszyscy ci, którym zaoferowano dodatkowe pieniądze, mieli w zamyśle firmy nie wziąć udziału w pierwszej pikiecie, a później nie przyłączyć się do naszego strajku. Jednak nie widać takich reakcji ani u pracowników, dla których podwyżka 80 zł brutto wydaje się dość marną próbą przekupienia ich przez firmę, ani u brygadzistów, którzy wolą pozostać w dobrej relacji ze swoimi zespołami.

Ten zabieg jest czytelny tym bardziej, że gdy w przeszłości upominaliśmy się o te grupy zawodowe, firma nic z tym nie robiła. Gdy wcześniej zgłaszaliśmy, że pewne grupy pracownicze należy wyróżnić, to ciężko było znaleźć wspólny język z władzami spółki. Natomiast kiedy zaczął się konflikt, szybko przypomnieli sobie o tych pracownikach, o których im wspominaliśmy, wypaczając przy okazji nasze postulaty. Wielkopolski rynek pracy potrzebuje tego typu specjalistów, za ich pracę należy się godna płaca.

Czyli w celu złamania waszej solidarności, zarząd przejął wasze dawne postulaty.

Tak. Ponadto firma wielokrotnie, nie mówiąc wprost, sugerowała pracownikom, że dałaby podwyżki jak najszybciej, natomiast nie mogą tego zrobić przez związki zawodowe, które nie chcą wypracować porozumienia. Gdy nie ma porozumienia płacowego, to nie mogą dać podwyżki, a tego porozumienia nie ma, bo związki nie chcą się zgodzić na zaproponowaną podwyżkę – takie są sugestie zarządu. To wszystko tworzyło wokół nas nieprzyjemną atmosferę i kreowało obraz związków jako podmiotów, które blokują podwyżki. Były też komunikaty, w których spółka wprost zadawała pytanie, dlaczego liderzy związków nie chcą się zgodzić na szybkie podwyżki dla pracowników. W jednym z takich komunikatów pracodawca „z żalem” informuje, że liderzy związkowi nie chcą być stroną w podnoszeniu wynagrodzeń pracownikom spółki. To zwykłe bezczelne kłamstwo i nonsensem jest twierdzić, że związkowcy nie chcą podwyżek dla załogi. Chcemy – ale większych niż oferuje zarząd.

Wygląda to na bardzo nieuczciwe zabiegi pracodawcy.

We wspomnianym komunikacie zarząd stwierdził też, że jego oferta podwyżek jest nadal aktualna, natomiast z każdym kolejnym upływającym dniem coraz mniej realna. Tego typu komunikaty mają wytworzyć obraz, że pracodawca te podwyżki chce dać, ale z powodu związków nie jest w stanie tego zrobić. Po czym 14 stycznia informuje, że jednak podwyżki zostaną wdrożone, niezależnie od związków zawodowych, czym odsłonił się i pokazał, że poprzednie komunikaty były kłamliwe.

A jak w takich realiach wyglądało referendum strajkowe?

Spółka na początku podała, że uprawnionych do głosowania jest 2597 osób. Nie podała ich nazwisk, a jedynie numery ewidencyjne. Byliśmy zaskoczeni, gdyż wiemy, że w spółce pracuje 2480 osób. Skąd wzięła się początkowa liczba? Dodano osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych. Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych mówi wyraźnie o pracownikach firmy. Natomiast spółka Solaris policzyła też osoby wykonujące na jej rzecz pracę zarobkową w formule innej niż umowa o pracę. O tych osobach mówi ustawa o związkach zawodowych. A zatem zapisy ustawy o związkach zawodowych firma zastosowała do ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Nie chcieliśmy już w tym temacie wchodzić ze spółką w dyskusje. Problem rozwiązał się w ten sposób, że skoro podali nam, iż uprawnionych do głosowania jest 2597 osób, to aby referendum było ważne, musiało do głosowania przystąpić co najmniej 1299 osób. Do głosowania przystąpiły 1342 osoby, czyli więcej niż wymaga tego próg wskazany przez ustawę.

Spośród osób, które przystąpiły do głosowania, 1244 osoby były za strajkiem. To daje nam 92,7% wszystkich głosujących. Przeciwko strajkowi było 71 osób, a 27 głosów było nieważnych. Co zrobiła firma? Do 71 głosów na NIE doliczyli 1255 osób nie biorących z różnych przyczyn udziału w głosowaniu i przekazali załodze komunikat, że ponad 51% pracowników opowiedziało się przeciw strajkowi. Przecież to jakaś groteska! Takim komunikatem po raz kolejny władze firmy próbują wprowadzić pracowników w błąd, traktując ich jak idiotów. To jest niesłychane!

Co możesz powiedzieć o pracownikach nie biorących udziału w głosowaniu?

W referendum udział wzięli przede wszystkim pracownicy działów produkcji bezpośredniej, pracownicy magazynowi i pracownicy serwisu. Czyli robotnicy. Dołączyli do nas także koleżanki i koledzy z działów administracyjno-biurowych, natomiast nie głosowali oni tak masowo jak pracownicy produkcji. Na tych stanowiskach praca jest mniej uciążliwa, zdarzają się trochę wyższe stawki, co zmienia podejście do związków zawodowych. W związkach zawodowych są głównie robotnicy. To oni są trzonem organizacji związkowych. Jednak spora część kadry biurowej popiera nasze postulaty, gdyż wielu z nich też nie ma zbyt wysokich wynagrodzeń, a niektórzy zarabiają na poziomie pracowników produkcyjnych.

Druga sprawa jest taka, że większość pracowników biurowych wykonuje pracę zdalną. Z tego powodu robiliśmy głosowania również poza zakładem pracy. Umawialiśmy się z takimi ludźmi i do nich dojeżdżaliśmy. Ale część z nich nie chce się wychylać. Na produkcji ludzie mają mniej do stracenia, jest zapotrzebowanie na fachowców.

Reprezentuje Pan związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy, ale udział w akcji referendalnej i strajkowej bierze też udział „Solidarność”. Jak układa się współpraca obu związków?

Idziemy wspólnie ramię w ramię. Oczywiście jakaś rywalizacja zawsze jest. Jeśli komuś nie podoba się „Solidarność”, to może dołączyć do nas – i na odwrót. Staramy się, żeby to było naszą siłą napędową. Atutem jest natomiast to, że mając w zakładzie dwa związki zawodowe możemy liczyć na wsparcie ze strony dwóch ogólnopolskich dużych central związkowych – „Solidarności” oraz OPZZ, w którym jesteśmy zrzeszeni my. Co za tym idzie, możemy korzystać np. z rozbudowanej pomocy prawnej.

Jak wyglądała do tej pory pomoc dla waszych działań z zewnątrz?

W ubiegłym roku po raz pierwszy pojawiła się u nas posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, kiedy spółka chciała zwolnić pięciu pracowników. Daliśmy wtedy informacje do prasy, przyjechała do nas pani Agnieszka i zorganizowała konferencję. Gdy zaczęliśmy działania na rzecz referendum, zaprosiliśmy do nas panią posłankę w roli obserwatora. A teraz zapowiedziała wizytę w firmie w trakcie akcji strajkowej. Swoją pomoc zaoferowali również poseł Adrian Zandberg oraz posłanka Katarzyna Ueberhan. Mamy też stałą pomoc ze strony naszego związkowego prawnika, mecenasa Grzegorza Ilnickiego. Uważam go za jednego z najlepszych prawników związkowych w Polsce.

Jakie ma Pan przeczucia co do strajku?

Nie chcę prorokować. Mottem naszej organizacji są słowa „kto walczy, ten może przegrać, ale kto nie walczy, ten już przegrał”. Dlatego walczymy.

Kiedy rozpocznie się strajk i jak będzie wyglądał?

Pracy odmówimy w poniedziałek 24 stycznia od 6 rano. Strajk generalny będzie trwał do odwołania.

Dziękuję za rozmowę.

22 stycznia 2022 r.

Trzeba myśleć o przemyśle!

Często przejeżdżam obok ruin fabryki, w której poznali się moi rodzice. Stoją jeszcze resztki kilku hal i innych budynków, coraz bardziej ginąc w gąszczu roślinności; reszta już zburzona, zapadnięta, rozszabrowana przez potrzebujących każdego grosika. Ta fabryka przetrwała dwie wojny światowe i rozmaite zawirowania dziejowe. Nie przetrwała inwazji liberalizmu po roku 1989.

Nie była duża jak na realia epoki przemysłowej. Na trzy zmiany pracowało w niej w szczytowym momencie 400 osób. To wystarczyło, żeby pół dzielnicy miało pracę na miejscu. Bez konieczności dojeżdżania do innych dzielnic, do innych miast, a co dopiero mówić o innych regionach czy krajach, gdzie dzisiaj wędrują za chlebem młodzi ludzie z tej samej dzielnicy.

Produkowała to, czego używa się do dzisiaj. Tyle że dzisiaj przyjeżdża to z Chin. Może i taniej, ale zwykle gorszej jakości. Jednak nawet to „taniej” oznacza tylko tyle, że nikt nie policzył, ile traci się bez tylko tej jednej fabryki. Na braku pracy na miejscu. Na braku podatków lokalnych i centralnych. Na tym, że w epoce kryzysu ekologicznego wozimy proste produkty przez pół świata, czyli zużywamy surowce i energię na transport, a emitujemy zanieczyszczenia. Na tym, że nie ma już przy zakładzie kina, przychodni, biblioteki, imprez sportowych, życia społecznego. Na tym, że lokalne sklepy nie zarabiają na wydawaniu pracowniczych pensji. Na tym, że młodzi nie widzą przyszłości na miejscu, więc uciekają. Zostają niemal sami starsi ludzie.

Nie liczy się w tym równaniu jeszcze i tego, że w duszach odkłada się czarny, smolisty osad beznadziei, braku perspektyw, frustracji. Albo i wkurzenia. Którego z kolei nie rozumieją syci, świetnie ustawieni, delikatni i wrażliwi ludzie z odległych stolic i bogatych miast. Zasmuceni i zdegustowani tym, jacy tutaj w interiorze jesteśmy nieprzyjemni, jak nieładnie mówimy i myślimy, na kogo głosujemy i kogo nienawidzimy. Albo zszokowani tym, ile zarabiamy: „to za takie pieniądze da się żyć?”.

Takie refleksje nie były mile widziane w III RP. Traktowane jak „oszołomstwo”, zbywane złotymi myślami w rodzaju „świat idzie do przodu”, portretowane jako nieżyciowy sentymentalizm itp. Ewentualnie kwitowane opowieściami, że jedno upada i odchodzi, ale inne powstaje. Cóż, w wielu miejscach nie powstało nic w zamian – lub tylko niewiele. A i to „niewiele” oznaczało zazwyczaj enklawy harówki i wyzysku.

Opowieść o przemyśle to nie tylko wspomnienia o „starych dobrych czasach”. To także temat teraźniejszości i przyszłości. Czy jest praca i czy jest nie tylko w metropoliach. Czy jest ona w przyzwoitych warunkach i dobrze płatna. Czy są perspektywy i czy jest stabilizacja. Czy są porządne podatki lokalne i krajowe od porządnych zysków. Czy mamy szanse na rozwój. Czy potrafimy zaspokoić własne potrzeby – pandemia pokazała, że w Polsce i Europie zaczyna brakować wielu ważnych rzeczy, bo już nie produkuje się ich tutaj. Przemysł to przyszłość i temat nie z dawnych lat, lecz z nadchodzących czasów.

Tej kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Piszemy o przemyśle dawnym i o jego zniszczeniu. O tym, kto, dlaczego i w imię czego to zrobił. Czym to poskutkowało. O przemyśle obecnym i o kierunkach jego rozwoju. O pracownikach tego sektora. O tym, co powinniśmy zrobić, żeby nie być krajem montowni, dyskontów, centrów logistycznych, call centers i stacji serwisowania TIR-ów wożących produkty ze wschodu na zachód lub odwrotnie.

Wiele jest tematów ważnych. Ten jest jednym z najważniejszych. Zapraszam do lektury!

W historii według IPN społeczeństwo jest gdzieś z boku

O Instytucie Pamięci Narodowej z dr. Bartoszem Rydlińskim, prezesem i współzałożycielem Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, rozmawia Krzysztof Mroczkowski.

Dlaczego kandyduje Pan do Kolegium IPN? W Pańskim środowisku pojawiają się głosy na temat likwidacji IPN-u – czy Pan ich nie podziela?

Dr Bartosz Rydliński: Trudno byłoby wskazać bardziej upolitycznioną państwową instytucję aniżeli Instytut Pamięci Narodowej. IPN na przestrzeni lat udowodnił, że ma poważny problem z pluralizmem, jeśli chodzi o prowadzoną politykę historyczną. W działaniach Instytutu razi promocja radykalnie prawicowej wizji przeszłości. Ślepe wychwalanie endecji, kult „żołnierzy wyklętych”, pozbawione pluralizmu perspektyw podejście do oceny PRL – to wszystko budzi moją niezgodę. W działaniach IPN ciężko doszukać się także widocznego docenienia roli lewicy w odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Symbolicznym jest to, że obchody 100-lecia powstania pierwszego rządu niepodległej Polski, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej, organizowało kierowane przeze mnie Centrum im. Ignacego Daszyńskiego we współpracy z UMCS. IPN tego dnia nie zrobił nic. Podobnie rzecz się ma w podejściu Instytutu do naprawdę ikonicznych postaci Polskiej Partii Socjalistycznej. To, że przez ponad 20 lat działalności Instytutu nie ukazała się na przykład ani jedna biografia Bolesława Limanowskiego, nestora polskiej lewicy niepodległościowej, świadczy o IPN kiepsko.

Ostatnio wśród książek historycznych pojawia się nurt historii ludowej (przykładem może być „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego). Jak instytucja taka jak IPN powinna odpowiedzieć na ten nurt? Czy w pracach publikacyjnych IPN-u aspekt historii społecznej oraz aspekty klasowe są wystarczająco uwzględniane?

Historia została sprowadzona w większości publikacji IPN do anachronicznie uprawianej historii politycznej, dziejów dygnitarzy, urzędów. Polacy jako społeczeństwo są gdzieś z boku. IPN posiadający potężny budżet na badania historyczne pomija chociażby analizę strajków chłopskich międzywojnia, protestów robotniczych przed 1939 rokiem. Żeby IPN w sposób rzetelny mógł pochylić się nad „ludowym” nurtem historii Polski należałoby poszerzyć okres analizy IPN na cały XX wiek. W innym wypadku anihiluje się jeden z największych niepodległościowych i społecznych zrywów w dziejach ziem polskich, jakim była Rewolucja 1905 roku. Odbiorca propagandy historycznej IPN nie dowie się o Republice Ostrowieckiej czy Zagłębiowskiej.

Ludowa Historia Polski jest też niepełna bez historii najnowszej, historii transformacji. Nie da się bowiem rzetelnie odnosić do naszej współczesności bez krytycznego spojrzenia na wielomilionowe bezrobocie, upadek przemysłu, na to, że wielu z naszych współobywateli zostało pozostawionych samych sobie przez państwo w ustrojowym „skoku do królestwa wolności” po 1989 roku.

Kreatorzy przemian 1989 roku i pierwszych lat III RP nadal odgrywają istotne role w życiu publicznym. Można przypuszczać, że do końca obecnej dekady się to zmieni, a dla młodszej części polskiego społeczeństwa przełom ustrojowy będzie wydarzeniem z odległej historii. Jak w tych nowych warunkach, bez udziału decydentów okrągłostołowych, opowiedzieć tę najnowszą historię społeczną i polityczną Polski? Jak IPN (w przypadku poszerzenia badanego okresu o koniec XX. wieku) powinien badać to, co stało się w latach 90.?

Coraz więcej badaczy i dziennikarzy młodego pokolenia oddaje głos naocznym świadkom tamtych przemian. Rafał Woś, Magdalena Okraska, Marek Szymaniak, Katarzyna Duda czy Piotr Witwicki są autorami książek, które mogą stanowić przykład tego, jak mówić o transformacji do młodych. Dodatkowym walorem jest to, że wspomnianymi autorami są osoby, które same dorastały w latach 90. i były świadkami wielu kosztownych społecznie reform. Z wiadomych powodów „ojcowie założyciele” III RP będą chcieli mówić o sukcesach tamtych czasów, o wykorzystanych szansach, o historycznych wzrostach PKB. Jednak dla uczciwego podejścia do historii najnowszej warto oddać głos mieszkańcom Włocławka, Myszkowa czy Wałbrzycha, którzy będą mieć inne spojrzenie na tamte czasy.

Jeżeli prace historyczne IPN miałyby oddać głos mieszkańcom, to w jaki sposób praktycznie mogłoby to wyglądać?

Weźmy przykład mojego rodzinnego Nowego Dworu Mazowieckiego, w którym się urodziłem i dorastałem. Historia miasta garnizonowego, ściśle związanego z wojskiem, nie tylko z Twierdzą Modlin stanowiącą symbol polskiego oręża z wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku czy kampanii wrześniowej 1939 roku. To nade wszystko rozwój nowych jednostek wojskowych po 1945 roku w samym Nowym Dworze, powstanie nowych bloków, całej infrastruktury, migracji wewnętrznych, tworzenie pewnej wojskowej tożsamości rodzin, niekrytej dumy oficerów LWP. Wszystko to się zmienia w 1990 roku, do mojego miasta przychodzi swoista „doktryna szoku”. Z miesiąca na miesiąc są zamykane jednostki, a żołnierze i oficerowie tracą pracę. Zaś po ponad dwóch dekadach w miejscu lotniska wojskowego powstaje lotnisko cywilne obsługujące jedną, zagraniczną i „tanią” linię lotniczą. Cała ta historia nadaje się na dobre opracowanie historyczne, którego niestety brakuje.

Jest Pan kojarzony z raczej pozytywną oceną dorobku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. IPN powołany został m.in. do krytycznego rozliczenia z przeszłością. Czy nie ma w tym pewnej sprzeczności?

Tak, jestem kojarzony z uznaniem dla milionów ludzi, którzy budowali Polskę Ludową, jedyną możliwą Polskę w powojennych realiach geopolitycznych. IPN nie został powołany do tego, by przedstawiać PRL jako wyrwę w państwowości, blisko pięciu dekad totalitaryzmu niszczącego polską tożsamość narodową. To wyjątkowo płytki i poznawczo wątpliwy proceder. Przez ostatnie 20 lat o zbrodniach PRL zostało powiedziane wszystko. Może zatem nadszedł czas na analizę tego, co w PRL się udało, np. reformy społeczne, inwestycje infrastrukturalne, olbrzymi wysiłek zagospodarowania ziem północnych i zachodnich. Coraz więcej badaczy nauk społecznych i humanistycznych wskazuje na to, że dzięki rewolucji Polski Ludowej, czyli stworzeniu nowoczesnego społeczeństwa, wyrwanego z feudalnych zależności, współczesna Polska zawdzięcza swój sukces gospodarczy. Innymi słowy nadszedł czas na to, aby IPN zaczął analizować historię społeczną PRL w możliwie profesjonalny i niezideologizowany sposób.

Co uważa Pan za największy sukces, a co za największą porażkę Polski okresu 1945-1989?

Zacznę od sukcesu, w tym celu podam liczby. Po hekatombie II wojny światowej Polska miała 24 milionów obywateli – w 1990 było to 38 milionów. Zatem odbudowa demograficzna, sprzężona z polityką społeczną PRL, to moim zdaniem największy sukces tamtego okresu. Największą porażką po 1945 roku będą bez wątpienia represje stalinowskie, wymierzone także w działaczy PPS. Praktyki totalitaryzmu powinny zawsze spotykać się z potępieniem.

Dla wielu Polaków symbolika patriotyczna jest bardzo ważna i wciąż jest elementem wzmacniającym więzi społeczne. Istnieje pewne imaginarium ważne dla zbiorowej tożsamości wielu Polaków niezależnie od pochodzenia klasowego, poglądów partyjnych czy miejsca zamieszkania. Powiedzmy, że na jego obrzeżach, chociaż nie zupełnym marginesie, są żołnierze wyklęci, a w centrum Armia Krajowa i ruch „Solidarności”, opór wobec sowieckiej dominacji. Czy rewizja myślenia o Polsce Ludowej w kierunku, który Pan zarysował, nie nosi ryzyka rozbicia jednego z niewielu punktów wspólnych w myśleniu Polaków?

Ale także za sprawą IPN od lat Armia Krajowa jest zastępowana przez mit żołnierzy wyklętych. Niezbyt licznego w istocie grona, w którym pomieszano autentycznych bohaterów, jak Pilecki, z niemożliwymi do obrony postaciami w stylu „Ognia”, czy „Burego”. Ruch „Solidarności” z jego postulatami socjalnymi, których wiele bez problemu byłoby aktualnych w realiach III RP, też ustępuje miejsca historii poszczególnych działaczy i liderów „Solidarności”.

Zaś w kontekście patriotyzmu nie mam wątpliwości, że postacie takie jak Ignacy Daszyński czy Wanda Krahelska stanowią lepszy symbol umiłowania Ojczyzny aniżeli Roman Dmowski. Za sprawą działalności IPN w obecnej postaci również patriotyzm nie ma dziś niestety uniwersalnego charakteru. Najwyższy czas to zmienić!

Dziękuję za rozmowę.

22 stycznia 2022 r.

Zamiast „ostatniej prostej” mamy czwartą i piątą falę

Mija osiem miesięcy, odkąd Kancelaria Prezesa Rady Ministrów przez swoje kanały w mediach społecznościowych oraz spot reklamowy obiecywała Polakom „ostatnią prostą” w walce z pandemią.

Stowarzyszenie Pacjent Europa przestrzegało wtedy przed nieuzasadnionym optymizmem. Pisaliśmy: „To nie jest żadna ostatnia prosta”. Przekonanie to oparliśmy na podstawie nie tylko tempa szczepień, ale również sposobu oraz czasu wprowadzania, utrzymywania i znoszenia innych polityk sanitarnych.

Od zeszłego roku podkreślamy, że – według danych wskazywanych przez ekspertów – polityką najlepiej chroniącą ludzkie życie, zdrowie, ale również wolności obywatelskie i nadzieję na trwały powrót do normalności jest „strategia eliminacji wirusa”. Polega ona na zduszeniu liczby zakażeń (szeregiem działań dotyczących administracyjnych restrykcji, w tym lockdownów i kwarantann) do poziomu bliskiego zera. Zamiast tego mamy do czynienia z polityką reakcji dopiero w momencie gwałtownego wzrostu zakażeń, gdy przepełnienie szpitali skutkuje lawiną zgonów.

Jest to polityka nieefektywnie reagująca na problem oraz skutkująca wieloma możliwymi do uniknięcia zgonami. Wbrew pozorom nie musimy dokonywać wyboru między „normalnym życiem” i ignorowaniem zgonów a długotrwałymi restrykcjami. Aby uniknąć kolejnej, piątej fali zakażeń oraz śmierci wielu osób, konieczna jest zmiana polityki. Po przejściu tej fali musimy ograniczyć liczbę zakażeń w pobliże zera i utrzymywać ten stan lekkimi i czasowymi działaniami przeciwepidemicznymi.

Niski na tle europejskiej średniej poziom zaszczepienia populacji, jak również utrzymująca się w społeczeństwie niechęć do przestrzegania administracyjnych restrykcji sanitarnych oddalają nas od zakończenia pandemii i przyczyniają się do przedłużania obecnego stanu rzeczy. Jednakże, choć niezadowolenie obywateli skierowane jest w niewłaściwym kierunku, Stowarzyszenie Pacjent Europa – w przeciwieństwie do przekazu płynącego z wielu ośrodków medialnych – dostrzega racjonalne podstawy tych lekkomyślnych i antyspołecznych postaw wielu Polaków. Odruchowe zbywanie tych głosów jako irracjonalnych i absurdalnych oddala nas od rozwiązania ważnego problemu społecznego.

Polacy mają prawo być źli na rządzących. Mają prawo podejrzewać, że ochrona interesów społeczeństwa nie zawsze w rządowych gabinetach miała priorytet nad, przykładowo, bieżącą narracją PR-ową czy strategią komunikacyjną. Obywatele mają prawo oczekiwać rzetelnej komunikacji nauki zamiast perswazyjnego hurraoptymizmu polityków i części ekspertów co do skuteczności szczepionek (wspomniana „ostatnia prosta”). Mają też prawo wątpić w to, czy eksperci zawsze dobro pacjentów i populacji stawiają wyżej niż środowiskowe konformistyczne presje i utarte stanowiska. Mają prawo pytać, czy na kształtowanie medialnych przekazów większy wpływ ma troska o życie i zdrowie ich bliskich, czy chęć dopasowania narracji do oczekiwań odbiorców. W obliczu sprzeciwu zarządów wielkich korporacji medycznych wobec zawieszenia patentów – sprzeciwu blokującego możliwości produkcji szczepionek przez kraje ubogie – również nie powinno nas dziwić stawianie przez wielu obywateli pytań o wpływ „Big Pharmy” na dobrostan społeczeństwa.

Sceptycyzm obywateli ma głębokie korzenie, ugruntowane m.in. doświadczeniami postkomunistycznej transformacji ustrojowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Regiony i miejscowości „wygrane” bardziej ufają autorytetom i szczepią się chętniej. Regiony i miejscowości „zapomniane” podchodzą do nich z nieufnością. Nieprzypadkowo w Unii Europejskiej najniższe poziomy zaszczepienia mają kraje z populacjami najdotkliwiej dotkniętymi tym problemem, jak np. w Bułgarii. Poczucie „zdradzenia” przez elity i nieufność wobec ich przekazu ma więc racjonalne korzenie, chociaż jawi się jako irracjonalne i wydaje szkodliwe owoce.

Dotychczasowe strategie nie działają. Dlatego Stowarzyszenie Pacjent Europa uważa, iż dla uniknięcia piątej fali powinniśmy wykorzystać nadchodzący po czwartej fali spadek transmisji wirusa do wdrożenia strategii jego eliminacji i utrzymania zakażeń na jak najniższym poziomie dzięki konsekwentnemu korzystaniu z dostępnych mechanizmów minimalizacji wpływu lokalnych ognisk zakażeń, takich jak: śledzenie przypadków zachorowań przez Sanepid, kierowanie na kwarantanny zarówno przyjezdnych, jak i mających kontakt z osobami zakażonymi, izolowanie tych przypadków (najlepiej przez kwarantanny „hotelowe”), a także wprowadzanie lokalnych lockdownów celem zatrzymania krążenia wirusa.

Długotrwałe próby ignorowania problemu są kosztowne i niebezpieczne. Opanowanie problemu w jego łagodnej fazie pozwoli na obniżenie wydatków administracyjnych, ale również – co najważniejsze – pozwoli ochronić wiele ludzkich istnień. Towarzyszyć temu powinny finansowa pomoc dla obywateli oraz transparentna, intelektualnie uczciwa komunikacja, traktująca ludzi podmiotowo, dzięki której poziom zaufania do elit, a także do programu szczepień powinien wzrosnąć. Od początku pandemii populacja Polski obniżyła się o ćwierć miliona – za sprawą czterech fal zakażeń oraz towarzyszącego im przeciążenia służby zdrowia. Uniknięcie śmiertelnej piątej fali jest dzisiaj w rękach polityków.

Krzysztof Mroczkowski, Mateusz Piotrowski

Stowarzyszenie Pacjent Europa

Nasza transklasa

Z wielu powodów, prywatnych i zawodowych, zastanawiam się często nad tym, czemu od czasów transformacji stale słyszy się tyle kłamstw na temat PRL-u. Nieprawdy, półprawdy, gównoprawdy, ale przede wszystkim wielkie przemilczenia, jak o zmarłym krewnym, który był czarną owcą rodziny i wszyscy chcą już o nim zapomnieć, ale jakoś jego duch stale nawiedza rodzinne spotkania. Jest to bardzo ważne, może nawet definiujące kondycję naszych czasów zjawisko, więc będę do niego wracać. Dzisiaj o jednym wątku – o awansie społecznym.

Bo wszak PRL dał ludziom z niższych klas potężne pchnięcie w górę. Potem w okresie transformacji to się zatrzymało i dla wielu grup społecznych – odwróciło, a dla innych zintensyfikowało, przyspieszyło. Jednak bez PRL-owskiej windy w górę bylibyśmy w innym miejscu. Ja również byłabym kimś innym, na pewno nie profesorem zwyczajnym – jestem inteligentką w drugim pokoleniu i moje korzenie są robotniczo-chłopskie. Po moich robotniczo-chłopskich rodzinach odziedziczyłam nie kapitał kulturowy, lecz ciekawość poznawczą, upartą odwagę i optymizm kogoś ostro mobilnego w górę. Słabą orientację w tym, co wypada, z kim, jakie wrażenie należy zrobić na kim. Silne przekonanie, że edukacja rozwiąże jeśli nie wszystkie problemy świata, to raczej większość, a na pewno moje własne. Wiem też, że to wszystko mało by mi pomogło, gdybym szykowała się do lotu w potransformacyjnych czasach. Te cechy są teraz obciążeniem. Były znakami rozpoznawczymi w społeczeństwach awansu społecznego. Jako sygnały wychwytywane są przez innych w podobnej sytuacji. Nie zabrnęłabym pewnie zbyt daleko, gdyby osoby o podobnych stygmatach, bez związków pokrewieństwa, znajomości, wzajemnych zobowiązań – tylko dla tego podobieństwa – po drodze mnie nie dostrzegły i w kluczowych momentach nie podały mi ręki.

Dla zestabliszowanych elit wyglądamy niedobrze: arrivistes; zawsze coś kłuje w oczy, wystaje nam słoma z butów, brak nam ogłady, nie umiemy się zachować, nie mamy taktu. A przede wszystkim nie mamy tej całej sieci wujków, stryjków, zblazowanych koleżanek cioci babci z prywatnej szkoły, tych gwarantów, mentorów, odźwiernych czy po prostu zdolnych do wskazania drogi.

Herbert biadolił swego czasu, że PRL kusił go zbyt mało przekonująco. Mnie tam kusił o wiele bardziej niż to, co po nim nastąpiło. PRL miewał przyjemną mieszankę kultury ludowo-inteligenckiej, z różnymi falami wzrostu i upadku. Ta mieszanka bywała momentami ciekawa, niebanalna, zaskakująca. Właśnie ci wszyscy arrivistes wyglądający w każdym ubraniu jak wymięci po długiej, męczącej podróży, miewają w oczach czar i blask jak nikt inny. Bywa, że wiedzą o tym stare kulturowe klasy, szlachetna inteligencja, la grande bourgeoisie wie, że bez nas by się skalcyfikowała – i dlatego miewamy nadal swoje miejsce w społeczeństwach, gdzie są one aktywne. Nie w neoliberalizmie.

Neoliberalizm to jeden wielki pochód triumfalny klasy średniej. Od czasów prorokini drobnomieszczaństwa Thatcher trwa totalna kolonizacja świata przez tę warstwę: jej moralność, jej estetykę, jej zasady, ambicje i dążenia. Wciskają się wszędzie, nie ma już takiego miejsca, gdzie nie dyktują wszystkim swoich zasad. Są jako klasa pełni zazdrości, asertywnego przekonania o własnej doskonałości. Generalnie pogardzają klasami niższymi od siebie i powierzchownie naśladują klasy wyższe, nie dbając o żadną głębię ani o wartości. Tylko pozory są ważne, tylko powierzchnia. Zdobyć „pieniążki” i zachwycić się sobą. To nie są czasy ani warunki dla arrivistes. A szkoda. Jesteśmy nie tylko czarujący, ale i potrzebni.

Wszędzie tam, gdzie otwiera się blokada klasowa i można awansować, od rewolucji francuskiej poprzez Napoleona i jego wojaków, a na angielskim romansie z socjaldemokracją w latach od II wojny do połowy lat 70. – wszędzie tam wyzwala to nieprawdopodobną energię, tryskają nowe idee, geniusze rodzą się na kamieniu, pojawia się ten wiatr odnowy, który potem w historii sztuki zapisuje się jako okres szczególnie inspirujący, a w nauce jako lata nowych prądów i odkryć. Pojawiają się nowe pytania, nowe trendy, zdarzają się ciekawe próby odpowiedzi. A czasem tylko szalone mody. I też dobrze.

Francuska filozofka Chantal Jaquet, pisze o transclasses, transklasach – osobach znajdujących się w ruchu pomiędzy klasami społecznymi. Klasa jest dla niej nie tożsamością, lecz dynamiczną relacją. Przejście pomiędzy klasami wymaga pokonywania wielu niespójności, co jest trudne i energochłonne. Stąd wiąże się to z zestawem afektów i aspiracji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Polega na używaniu kodów kulturowych wywodzących się z różnych środowisk, często twórczym. Na przykład obecnie gwiazdy sportu dokonują przekraczania granic, co kreuje interesujące postaci, ale za cenę dysonansów, np. bycia postrzeganymi jako „nieokrzesani”.

Otóż myślę, że cały PRL był jedną wielką transklasą. Dlatego wstydzimy się go, bo on mówi o tym, kim jesteśmy i skąd przybywamy, zdradza coś, co jest pod powierzchnią – w świecie, gdzie powierzchnia jest najważniejsza, bo dająca moc definiowania świata na zasadzie tożsamościowych ukazów. Staramy się wyprzeć to coś pod powierzchnią, tę kolektywną słomę wystającą z butów. W popularnych telewizyjnych serialach opowiadana jest nasza kulturowa historia, jakby to nie istniało, tyle że puste półki (kiedy? w latach 80. czy 70.? w Polsce czy w Rumunii? mniejsza o to…) i ubecja śledząca każdego kierownika działu zaopatrzenia i każdą uczennicę szkoły podstawowej (w rzeczywistości czy na szpiegowskim filmie? mniejsza o to…). Był Bareja i łyżki na łańcuchach (fikcja, dla śmiechu? mniejsza o to…). I szare bloki. Nic więcej. Nic, co by nas osobiście dotyczyło czy definiowało. Definiuje nas kultura szlachecka przedwojnia, ewentualnie Skamandryci. Ewentualnie – ewentualnie! – jakiś pradziad kosynier, który pod Kościuszką walczył o niepodległość. No bo jednak gdzieś jakiś chłop musiał nam się w społecznym rodowodzie trafić. Ale nie ma tego całego arrivistowskiego kontekstu, który tak dobrze pamiętam: wiotkie dziewczyny w niemodnych bluzkach recytujące Stachurę na dworcu w Szklarskiej, nierówno ostrzyżonych panów na prestiżowym zachodnim kongresie, będących wszak nieprawdopodobnie zdolnymi szefami, poetów „walających się w przedpokoju” (cytat z przyjaciółki, która miała taki przedpokój). I hasło, które towarzyszyło nam wtedy w naszych nieraz alarmująco pretensjonalnych wieczorach przy węgierskim winie: bądźmy oryginalni za każdą cenę, zesrajmy się, a bądźmy oryginalni. Tak było. OK, zoomer, deal with it.

prof. Monika Kostera

Górnicza walka trwa

z Jarosławem Niemcem, przewodniczącym Związku Zawodowego „Przeróbka” w kopalni Bogdanka na Lubelszczyźnie, rozmawia Mateusz Jurewicz

Jakie działania podejmujecie obecnie jako związek zawodowy?

Jarosław Niemiec: Jesteśmy świeżo po masówkach, czyli spotkaniach, wiecach załogi. Zaczęliśmy już rejestrować pikietę na przyszły tydzień, gdyby rozmowy z zarządem kopalni nie doszły do skutku. Zarząd poinformował nas, że spór zbiorowy jest nieuzasadniony. Twierdzili, że porozumienie zostało już zawarte. Nie wiem z kim, ale twierdzą, że zostało. Uzasadnienie brzmi tak, że związek zawodowy nie może podejmować żadnych sporów zbiorowych, bo nie możemy walczyć o poprawę warunków płacy i pracy. To zabawne, ponieważ to zupełne ograniczenie podstawowego prawa związku zawodowego, prawa do sporu, strajku, do manifestowania niezadowolenia załogi. Krótko mówiąc, jest to ograniczenie prawa do reprezentowania załogi i działania na rzecz poprawy warunków pracy i płacy. O tym powinny decydować inspekcja pracy i sąd, a nie druga strona sporu. Powiadomiliśmy Państwową Inspekcję Pracy o takich działaniach zarządu.

Skoro zarząd nie chce prowadzić rokowań w sposób ustalony przepisami o sporze zbiorowym, będziemy próbowali mówić o tym głośniej. Zorganizujemy pikiety oraz zaczniemy naciskać na zarząd, żeby jednak zaczął z nami poważnie rozmawiać i przestał nas lekceważyć. Nas i nasze związkowe uprawnienia.

Jak wygląda poparcie tego, co robicie jako związek?

Ludzie po prostu popierają nas nogami. Załoga przychodzi z wyrazami poparcia. A także zapisuje się do nas – w ciągu ostatnich kilku tygodni wrzenia pracowniczego zwiększyliśmy liczebność związku o 50%. Mało tego: w sytuacji konfliktowej z innymi związkami ludzie należący do nich podchodzą do nas i mówią, że dobrze robimy, że tak trzymać, co rzadko się zdarza w realiach przynależności pracowników do różnych związków. Przeważnie związkowcy są krytykowani za to, że za mało robią, że są za mało stanowczy. A tutaj okazało się, że jest związek, który dla paru osób jest za bardzo zdecydowany. Padają oczywiście oskarżenia o wichrzycielstwo i inne, cała ta gadka, która ma na celu unieważnienie przeciwnika i jego dyskredytacje.

Kto głównie stosuje wobec Was takie oskarżenia?

Zarząd oraz, co najgorsze, inne związki zawodowe.

Możesz opowiedzieć więcej o sytuacji z innymi organizacjami związkowymi?

Z punktu widzenia taktyki związkowej, kiedy inny związek wchodzi w strajk ja osobiście odczekałbym kilka dni i zobaczył, czy załoga w to idzie czy nie, a jeżeli idzie to trzeba przyłączyć się do akcji. Jeśli nie ma poparcia załogi, to wiadomo, że umrze to śmiercią naturalną i związek przegra.

Myślisz, że przegracie?

W tej chwili nie mam żadnych podstaw do takiego myślenia, tym bardziej, że to, co w tej chwili robimy to jest to, czego ludzie chcą, żebyśmy robili. Załoga chciała uczestniczyć aktywnie w negocjacjach. W zakładzie aktywność oddolna została tak wzbudzona, że gdy jadę gdzieś z ulotkami, to okazuje się, że ludzie już sami je sobie podrukowali i wyłożyli, zanim je tam dowiozłem. Wszystkie komunikatory kopalniane już się grzeją. Ludzie się zbierają, rozmawiają, wymieniają się opiniami. Czegoś takiego u nas jeszcze nie było. Jesteśmy kilka kroków przed zarządem, który mówił nam o partycypacji. My już to robimy – przed zarządem i przed wszystkimi innymi związkami. To, że klasa robotnicza na Bogdance się upodmiotowiła, to już nie nasza wina. Gdy się z ludźmi rozmawia i daje im prawo do stawiania żądań poprawy warunków pracy, to tak to po prostu działa. I tak to powinno działać.

Jakie są wasze żądania?

Najważniejsze dla nas są podwyżki procentowo-kwotowe. Głównie chodzi o podwyższenie płac osobom najniżej zarabiającym plus rekompensaty dla ciężkich prac głównie na tzw. ścianach, gdzie trudno to nazwać pracą, bo bardziej pasuje określenie sport ekstremalny.

Nasze postulaty mają charakter socjalny, chodzi w pierwszej kolejności o zaspokojenie potrzeb płacowych, wynikających z rosnących kosztów życia. Mówimy, że wszyscy muszą odczuć podwyżki netto. Po to, by móc przetrwać przyszły rok z rosnącymi cenami. Nie chodzi nam tu wcale o jakieś kokosy. Niech nikogo nie zwiedzie ta wysoka średnia na kopalni, bo do tej średniej płacy wliczane są nagrody jubileuszowe, czternastka i wszelkie inne świadczenia. Na miesiąc wcale tak kolorowo nie wychodzi, zwłaszcza u pracowników z najniższych grup zaszeregowania. Domagamy się, żeby podwyżka była kwotowa, a nie procentowa. Procentowa działa tak, że kto zarabia dużo, ten zarobi więcej, a kto zarabia mało – temu podwyższą mniej.

Sytuacja chyba wam sprzyja? Mamy niedobór węgla na rynku światowym oraz rosnące zapotrzebowanie na specjalistów na rynku. Jak do tego odnosi się zarząd?

Zarząd mówi, że ma długoterminowe plany strategiczne. Na razie jedynym pomysłem na to, jak poprawić wydajność, jest dodatek motywacyjny, który tak naprawdę sprowadza się do zorganizowania nam wyścigu szczurów. Wtedy wszystko samo się rozwiąże, bo w tym pędzie ludzie sami będą ukrywać problemy, żeby przełożony przyznał premie. Drugi zarzut jest taki, że siadaliśmy do rozmów z trzema punktami, a kiedy dostaliśmy inne propozycje od załogi – wyłoniliśmy ich siedem. Teraz powinniśmy zrobić przerwę, przeprowadzić konsultacje i brnąć dalej w spór zbiorowy. Natomiast pozostałe związki uznały, że to już je satysfakcjonuje i nie uznały za stosowne skonsultować się z załogą. Reszta związków boi się teraz wyjść na zakład, a my organizujemy zarówno zapowiedziane, jak i niezapowiedziane masówki, na które ludzie sami przychodzą.

Widzimy już jako górnicy, że nie musimy dłużej słuchać o byciu nieprzydatnymi, że coś od nas zależy. Choćby to, żeby był prąd w gniazdkach. Zielony ład zielonym ładem ale węgiel nadal będzie potrzebny przez jeszcze sporo czasu. Węgiel ma znaczenie również jako sam surowiec. Paradoksalnie, górnictwo musi istnieć, aby mógł być wprowadzony zielony ład. Ponieważ jest to rezerwa paliwowa, trudno będzie się od niej uwolnić, ale w momencie, kiedy wieje, kiedy jest słońce, to po co ten węgiel wydobywać tylko dla wyników. Jako związek Przeróbka uważamy, że lepiej byłoby wprowadzić coś na zasadzie dopłaty za gotowość lub za zachowanie złóż. Nie musimy sprzedawać węgla nie wiadomo gdzie za marne pieniądze, bo gdy za dwa czy trzy lata przyjdzie koniunktura, on znów będzie potrzebny tutaj. W tym czasie kopalnie jako ośrodki o wysokiej kulturze technicznej mogłyby być liderami transformacji, ośrodkami naukowymi, technicznymi. Wiele można u nas zrobić, zaplecze tutaj jest. Zamiast tego widzimy zmianę gospodarki tylko jako proces rynkowy, a nie społeczny. Mówi nam się, że musimy konkurować cenowo z węglem z tzw. rynku światowego. Ale jak można konkurować na ceny np. z takimi krajami, gdzie nie ma kodeksów pracy czy lekceważy się warunki BHP. Konkurencyjność polskiego węgla to pułapka, która skończy się konkurowaniem o wyniszczenie i koszty pracy z krajami trzeciego świata.

Najbardziej nurtującym mnie pytaniem po wszystkim, co usłyszałem, jest to, w jaki sposób organizować się w miejscu pracy i jak robić to skutecznie?

Recepta jest bardzo prosta, odpowiedzi na to pytanie udzielił mi kiedyś mój mentor związkowy Bogusław Szmuc ze Związku Zawodowego Górników. Powiedział mi on, że związkowiec może być nawet głupi – wystarczy, żeby wiedział w kluczowym momencie, po której stronie stanąć. Przewodniczący związku musi pamiętać, żeby słuchać załogi i dać się jej wypowiadać.

Oczywiście liczy się też autentyczność. Trzeba również być jednym z tych ludzi, a nie tylko wykonywać funkcje w związku.

Jako pierwszy na tej kopalni zacząłem prowadzić profil związku na facebooku z możliwością komentowania, przygotowywać informacje dla załogi, a inni związkowcy zaczęli przychodzić do nas, żeby się czegoś dowiedzieć. Wszyscy się przyzwyczaili do tego, że było spokojnie i cicho, ale to już się zmieniło. Nas od pół roku nazywają szantażystami. Robią o nas ulotki na poziomie „on mówi nieprawdę, bo jest zły”. Myśleli, że będzie jak było, a tutaj okazuje się, że załoga nie dość, że potrafi sama czytać, to jeszcze i pisać.

Dziękuję za rozmowę.

18 stycznia 2022 r. 

Polski (Nie)Ład

Obecna reforma przedstawiana jest jako system progresywny, w odróżnieniu od degresywnego, jaki istnieje dotąd, a którego nie ma chyba nigdzie indziej, a w Europie tym bardziej.

Opowieść władzy o nowym systemie wygląda jednak jak zaoferowanie zakupu uszkodzonego produktu, przy ukrywaniu owego uszkodzenia. Założenie naiwne, powodujące zamiast reakcji pozytywnej – negatywną. Także u tych, którzy na reformie zyskają, bo na początku prezentacji myśleli, że dostaną sporo więcej. Po raz kolejny zabrakło wyczucia psychologii społecznej. Nagłaśnia się tylko wielki wzrost kwoty wolnej od podatku oraz podwyższenie progu przechodzenia nadwyżki na 32% z 85 tys. rocznie do 120 tys. Wstępnie robi to wielkie wrażenie, ale potem listki opadają.

„Polski Ład” obejmuje wiele propozycji korzystnych dla ludzi. Jednak w mentalności odbiorcy najbardziej liczy się płaca. Gdy odbiorcy orientują się, że ich wykolegowano, czyli przedstawiono prawdę częściową, a w tym przypadku oznacza to kłamstwo, bo wykonano owo świadomie – reakcja jest nieprzyjemna. Chodzi oczywiście o ukrycie nieodliczania składki zdrowotnej. Obecnie po odliczeniu w rocznym PIT efektywny podatek z tego tytułu wynosi dla wszystkich 1,25% od brutto, czyli w zasadzie bez znaczenia. Gdy nie będzie się składki zdrowotnej odliczać, wszyscy zapłacą 9%.

Jak to się przekłada na realne skutki zmian w dochodach netto? Zarobek czy świadczenie 2500 zł brutto jest bez podatku, bo 30 tys. jest zwolnione z opodatkowania. Mający taki dochód lub świadczenie, czyli w wysokości ok. średniej emerytury lub ok. najniższej płacy, zaoszczędzi ok. 230 zł miesięcznie (wszystkie kwoty wzrostu czy spadku dochodu oznaczają kwoty netto). Ten, kto ma dochód brutto 2000, zaoszczędzi 180 zł. Czyli zyski z reformy w dół od dochodu 2500 zł mają charakter degresywny (różnice się zwiększają), ponieważ stawka podatku wynosi 17%, a składka zdrowotna 9% dla wszystkich – obie wartości maja charakter liniowy (bez progresji). Inaczej z tego rachunku wyjść nie może.

Jeśli jesteśmy przy tym zjawisku, to zupełnie niepostrzeżenie przeszła Ustawa z 21.01.2021 o nowelizacji rent i emerytur. Przywraca ona skrajnie niesprawiedliwą waloryzację świadczeń, czyli procentową, jaka przez wiele lat powodowała stale rozciągającą się stratyfikację owych świadczeń. W zeszłym roku w przestrzeni środkowej (dość szerokiej) zastosowano wreszcie waloryzację kwotową. Ta zmiana była ułomna, bo tylko częściowo objęła świadczenia najniższe (gwarancja podwyżki o co najmniej 50 zł) oraz procentowo traktowała nadal świadczenia wysokie, ale był to krok w dobrym kierunku.

Teraz wrócono do sposobu wieloletniego – niesprawiedliwego. Ten manewr nie będzie zauważony szerzej, natomiast zauważona będzie inna zmiana zawarta w tej ustawie. I wzbudzi oburzenie ludzi najbiedniejszych – właśnie teraz, bo ZUS dopiero obecnie przesyła zawiadomienia o nowych wymiarach świadczeń po waloryzacji. Chodzi o to, że w Ustawie zawarto informację, iż jeśli waloryzacja przekroczy 4,16%, to gwarancja zachowania minimum 50 zł tejże przestaje obowiązywać. Waloryzację określono na poziomie 4,24%, czyli ociupinę wyżej i owo gwarantowane 50 zł poszło się bujać. Jest jasne, że próg w ustawie i próg waloryzacji, który określono później, pozostają ze sobą w relacji z góry zaplanowanej.

Jak wspomniałem – wartości podwyżki z tytułu podniesienia kwoty wolnej będą miały charakter spadający w liczbach bezwzględnych, idąc w kierunku biedniejszych (od 2500 zł) i w ogóle nie wiadomo, czy zrekompensują brak gwarancji podwyżki waloryzacyjnej 50 zł dla najbiedniejszych.

Nietrudno przewidzieć ich reakcje na takie dictum.

A co się dzieje przy wyższych dochodach?

Mediana dochodów wynosi ok. 4200 zł brutto. Zysk na reformie w tym punkcie wynosi 100 zł. Zatem zyski pomiędzy 2500 zł a 4200 zł rozciągają się pomiędzy 230 zł a 100 i mamy progresję podatkową. Czy 100 zł netto dla zarabiającego na poziomie mediany da mu satysfakcję? Może trochę da, bo 4200 to kwota brutto a 100 zł netto – z 4200 na rękę zostaje teraz sporo mniej.

Płaca średnia to teraz ok. 6 tys. brutto.. Na tym pułapie mamy stratę netto 40 zł. Wyżej te straty się podwyższają. Na poziomie górnej granicy pierwszej stawki, czyli 10 tys., strata wynosi 350 zł. Cały czas mamy więc progresję podatkową, ale bardzo małą, przy czym straty biegnące już powyżej średniej i bardzo niewielki zysk przy medianie oraz degresja zysku od 2500 zł w dół – to wszystko nie przyniesie radości społecznej, zwłaszcza że mamy efekt psychologiczny opisany wcześniej, czyli ukrycie w narracji nieodliczania składki zdrowotnej. Ci, do których to nie dotarło, dziwią się, jakim cudem przy podniesieniu drastycznym kwoty wolnej i podniesieniu progu 17% do 120 tys. rocznie dostają albo tak mało (ci poniżej średniej), albo tracą (ci od średniej w górę).

Minister Finansów zdał sobie teraz sprawę, że straty nie mogą zaczynać się od średniej i zapowiedział jakieś „algorytmy”, aby to wyrównywać. Już samo słowo dla niejednego nie jest zrozumiałe i nikt nie wie, co to miałoby być. Wrażenie jest takie, że cała reforma nie została wymyślona z sensem i należnym namysłem.

Osobną sprawą jest sytuacja przedsiębiorców Płacili oni składki praktycznie od ok. najniższej pensji (ryczałt). To znaczy mogli płacić więcej, ale zdecydowana większość nie chciała. Odbijało się to na ich perspektywie emerytalnej, rentowej i zasiłku chorobowym i wypadkowym, ale tak chcieli, więc ich broszka.

Nie miało to prawie znaczenia, bo składka zdrowotna prawie cała była wszystkim – także emerytom, rencistom i pracownikom – zwracana.

Teraz, gdy muszą oni płacić, tak jak wszyscy, niezwracaną składkę zdrowotną 9%, mają – irracjonalne – poczucie, że ich dochody straciły 9%. Tymczasem korzystają zarówno z kwoty wolnej od podatku, jak i z podniesienia progu ze stawką 17% do 120 tys. rocznie – tak jak wszyscy. Diabeł tkwi w tym, że oni w dużej większości zarabiają powyżej 6 tys. i na całej reformie tracą. Nie tak, jak im się wydaje, ale jednak.

Można było przewidzieć, co się stanie z ich świadomością, ale znowu o psychologii społecznej nikt nie pomyślał. A przedsiębiorców mamy kilka milionów plus rodziny.

A przecież można było po prostu skopiować system, jaki na Zachodzie jest niemal wszędzie. Czyli kilka progów progresywnie. Od stawki 5% lub 10% (5 ma Francja, a 10 Anglia) aż do np. 50%. Wszak da się wyliczyć tak system, aby budżet nie stracił, biedniejsi zyskali (a jest ich, czyli tych z zarobkami do 4200 zł, połowa społeczeństwa).

Progresja podatkowa jest u nas bardzo niska, bo wciąż mamy tylko dwie stawki, a pierwsza jest bardzo wysoka (dlatego nie ma wyższych ponad 32%), a zyski już na poziomie mediany idąc od dołu się kończą, niżej są niewielkie, a poniżej 2500 zł zaczyna się degresja zysków.

Mariusz Muskat

Twarze wykluczenia – czas na informacyjną i cyfrową alfabetyzację

Twarze wykluczenia – czas na informacyjną i cyfrową alfabetyzację

Walka ze współczesnym wykluczeniem społeczno-cyfrowym stawia przed nami wyzwania o skali porównywalnej z tymi, które wiązały się z procesem masowej alfabetyzacji w XX wieku.

Dlaczego zjawisko wykluczenia społeczno-cyfrowego jest tak istotne? Odpowiedź na to pytanie można częściowo uzyskać dzięki zdefiniowaniu problemu wykluczenia, a ściślej rzecz ujmując: określeniu jego zakresu. Bardzo rzadko spotykamy się dziś z pojmowaniem tego zjawiska jako jednej z form nierówności społecznych prowadzących do marginalizacji zarówno jednostek, jak i całych grup. W zakresie cyfryzacji dominuje technokratyczny paradygmat myślenia i polityki, który uwzględnia prawie wyłącznie ilościowe wskaźniki infrastrukturalne: zakupy sprzętu i kolejnych rodzajów technologii czy tworzenie aplikacji mobilnych i wdrażanie nowych procesów zarządzania w IT. W wielu liczących się kręgach politycznych i gospodarczych wykluczenie cyfrowe sprowadzane jest do jednego z działów administracji pod nazwą „informatyzacja”. Rezultatem takiego sposobu myślenia i kierowania się wyłącznie wskaźnikami technicznymi jest szkicowanie, w najlepszym razie, niepełnego obrazu sytuacji. Możne to prowadzić nawet do przekonania, że zjawisko wykluczenia nie istnieje, gdyż zasięg sieci internetowej pokrywa dziś niemal całe terytorium Polski. Z doświadczeń i obserwacji, szczególnie wyraźnych w czasie dwóch lat pandemii, wiemy jednak, że w zjawisku wykluczenia społeczno-cyfrowego, nie chodzi wyłącznie o sam dostęp do internetu.

Sprzężenie zwrotne

Kluczowych informacji na temat cyfryzacji, pozyskiwania informacji i współczesnych mediów, udzielają eksperci reprezentujący nurt ekologii mediów. Zajmują się oni badaniem relacji człowieka ze środowiskiem technologii informacyjnych. W ocenie dr hab. Magdaleny Szpunar, socjolożki kierującej Zakładem Nowych Mediów Uniwersytetu Jagiellońskiego, ekologia mediów „koncentruje się na tym, jak media mogą zmieniać nasze postrzeganie, wyznawane wartości, ale także […], jak nasze interakcje z mediami ułatwiają bądź też utrudniają przetrwanie”. „Nowa technologia nic nie dodaje ani niczego nie odejmuje. Nowa technologia wszystko zmienia” – twierdzi badaczka.

Rozpatrywanie wykluczenia cyfrowego wyłącznie jako wyzwania technokratycznego może prowadzić do wzrostu rozwarstwienia społecznego. Wykluczenie ma wiele przyczyn, których nie da się dostrzec za pośrednictwem wskaźników skoncentrowanych wyłącznie na rozwoju technologii. Powody omawianego zjawiska dotyczą bowiem także ludzkiej psychiki, relacji społecznych, zasobów materialnych, edukacji, zdrowia, spraw obywatelskich, kapitałów – społecznego, ludzkiego, moralnego i kulturowego – wprost wpływających również na jakość systemu politycznego.

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wyodrębnia dwa typy wykluczenia cyfrowego. Pierwszy dotyczy dostępu do technologii informacyjno-komunikacyjnych, w tym dostępu do urządzeń, oprogramowania, łącza i stabilności usług oraz finansów niezbędnych do ich zakupu. Drugi rodzaj definiuje się ze względu na użytkowanie technologii. Uwzględnia on kompetencje, motywacje związane z korzystaniem z sieci oraz urządzeń, a także funkcje, jakim ono służy (rozrywka, informacja, wiedza, relacje, zaangażowanie obywatelskie etc.).

Bazując na sposobie myślenia promowanym przez OECD i traktując wykluczenie cyfrowe jako jeden z wymiarów społecznych nierówności, jako Fundacja Orange wraz z Fundacją Stocznia stworzyliśmy raport „Wykluczenie społeczno-cyfrowe w Polsce” (autorzy: Aleksandra Pierścińska, Jan Herbst, Anna Bartol). Został w nim naszkicowany zintegrowany model tego zjawiska.

W modelu tym potraktowano wykluczenie jako strukturalne ograniczenie szans życiowych poszczególnych osób i całych społeczności lokalnych. Jest ono wynikiem nakładania się na siebie niekorzystnych uwarunkowań społecznych i ekonomicznych oraz deficytów związanych z możliwością korzystania z usług cyfrowych. Kluczowym mechanizmem jest w tym przypadku sprzężenie zwrotne, w którym infrastrukturalne, dochodowe, kulturowe, mentalne i kompetencyjne uwarunkowania korzystania z technologii powodują i jednocześnie są kształtowane przez nierówności społeczne i ekonomiczne, w tym przez dysproporcje dochodowe, nierówności edukacyjne, różnice w dostępie do oferty i infrastruktury edukacyjnej oraz w kapitale kulturowym.

Skala wykluczenia i zjawisk towarzyszących

Z przeprowadzonych przez nas badań wynika, że prawie 20 proc. Polaków w ogóle nie używa internetu. Ponad połowa osób, które nigdy nie korzystały z sieci, mieszka na terenach wiejskich. W czasie pandemii 25 proc. gospodarstw domowych o najniższych dochodach nie miało dostępu do internetu w swoich domach. Najważniejszą formą wykluczenia – mówiąc językiem używanym przez OECD – jest wykluczenie motywacyjne. Okazuje się, że 66 proc. osób niekorzystających z sieci uzasadnia to brakiem potrzeby, mimo tego, że – w zależności od grupy społecznej – od 20 do 45 proc. z nich ma w domu urządzenia zapewniające dostęp do sieci. Na brak umiejętności w zakresie korzystania z internetu wskazuje 52 proc. badanych.

Polskę charakteryzuje jedna z najwyższych w Europie dysproporcji sposobów użytkowania internetu w zależności od ukończonej edukacji. Osoby gorzej wykształcone znacznie rzadziej niż w innych krajach korzystają z usług publicznych w sieci, poszukują tam wartościowych treści lub traktują ją jako źródło codziennych informacji o świecie.

Ogromne znaczenie ma także to, że wykluczenie społeczno-cyfrowe nie jest związane wyłącznie z brakiem dostępu do internetu lub świadomym niekorzystaniem z nowych technologii. Wiąże się ono także z dysfunkcyjnymi wzorcami korzystania z nich. Grupy wykluczone są narażone w pierwszej kolejności na skutki dezinformacji, cyberprzestępczości, niebezpiecznych zachowań w sieci czy uzależnień behawioralnych.

Ważnych informacji dostarcza nam doświadczenie pandemii, która jeszcze bardziej zwiększyła rozwarstwienie społeczno-cyfrowe. Osoby niekorzystające z sieci przed wybuchem pandemii Covid-19 nadal w 90 proc. twierdzą, że nie mają takiej potrzeby. Z drugiej strony, osoby mające nieograniczony dostęp do technologii i stale ich używające, uciekły wykluczonym o kilka długości. Udział niekorzystających z internetu wśród respondentów o niskim poziomie wykształcenia jest ponad 10-krotnie większy niż wśród osób, które ukończyły uczelnie wyższe. Przepaść ta jest olbrzymia również w przypadku osób mniej i bardziej zamożnych, a różnica między najmłodszymi i osobami po 70. roku życia jest aż 20-krotna.

Darwinizm społeczny czasu pandemii

W społeczeństwie zauważyć można także niepokojące cechy „indywidualistyczno-darwinistyczne”. Problem ten jest przez nas traktowany raczej opisowo niż związany z faktycznymi kosztami społecznymi. Jest on dostrzegany, ale jednocześnie jest na tyle przezroczysty, że ignorujemy wagę jego istnienia. Utrwalony został stereotyp, że wykluczenie cyfrowe związane jest z wiekiem oraz że jest to zjawisko dość naturalne. Uważa tak aż 59 proc. internautów, mimo że wielu wykluczonych to ich bliscy. Wiemy jednak, że obraz sytuacji jest znacznie bardziej złożony. Mentalne bariery leżące u podstaw wykluczenia cyfrowego stanowią obecnie jego główną przyczynę, choć w społecznej świadomości nie są częścią tego problemu. Zaryzykowałbym tezę, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest panująca od wielu lat orientacja technokratyczna, która nie uwzględnia procesów społecznych i psychologicznych. Jednak najbardziej niepokojące jest to, że 40 proc. internautów uważa za przyczynę wykluczenia brak chęci niekorzystających z sieci, nie zaś uwarunkowania systemowe czy bariery poznawcze. Spora grupa Polaków przypisuje zatem „winę/odpowiedzialność” za wykluczenie samym wykluczonym.

Ten indywidualistyczny ton brzmi dość znajomo, kiedy uwzględnimy badania 30-lecia Krystyny Skarżyńskiej („My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle”, 2019). Zdiagnozowano w nich mniejszościowy, ale bardzo wyraźny i łatwo rozprzestrzeniający się społeczny zestaw zachowań opisanych przez autorkę jako „społeczny darwinizm”. Jest to zestaw przekonań, na które składa się antagonistyczna wizja świata, brak wiary w istnienie dobra wspólnego i traktowanie życia społecznego jako gry o sumie zerowej, w której wygrywa się tylko wtedy, gdy wykorzystuje się słabe strony innych osób. Nie trzeba dodawać, że integralną częścią tego zbioru jest głęboka nieufność wobec otoczenia oraz instytucji, akceptacja instrumentalizowania otaczających nas osób, a także akceptacja dla „siłowych” i agresywnych zachowań.

W obliczu pandemii opisane wyżej rysy nabierają znacznie groźniejszego charakteru. Pandemia jest bowiem niczym innym jak doświadczeniem społecznej traumy, dobrze opisanej przez badaczy (np. prof. Piotra Sztompkę czy prof. Piotra Długosza) na przykładzie transformacji ustrojowej w Polsce i innych krajach. Społeczne doświadczenie traumy jest całym tsunami kryzysów – zdrowotnych, finansowych, społecznych, psychicznych i wielu innych. Jego konsekwencją jest pogłębianie syndromu nieufności, wzrost agresji i konfliktów społecznych, stanu bierności i wycofania się do własnej prywatności lub podatności na skrajne ideologie proponujące uproszczone wizje świata. Co można zatem robić?

Kompetencje

Przyjęcie paradygmatu społecznego wobec procesów cyfryzacji skutkować powinno zaakceptowaniem tego, że głównym wyzwaniem jest mentalny wymiar wykluczenia, a chcąc być bardziej precyzyjnym – kompetencje, na które składają się postawy (a wśród nich motywacje i systemy wartości), wiedza i umiejętności. Dla zarysowania pełniejszego obrazu kompetencje te nazwę cyfrowymi, informacyjnymi i medialnymi. Traktowane powinny być one jako priorytetowe rozwiązania dla systemowych polityk publicznych państwa i samorządu, dotyczące wszystkich grup społecznych. W zakres tych działań, powinny wchodzić między innymi takie dziedziny wiedzy jak: język mediów, selekcja i korzystanie z informacji oraz umiejętność ustalania ich wiarygodności, tworzenie treści, aspekty prawne i etyczne, bezpieczeństwo w komunikacji, ekonomiczne aspekty funkcjonowania mediów, umiejętności techniczne (np. przechowywanie danych, utrwalanie materiałów, programowanie), rodzaje mediów cyfrowych, organizacja wydarzeń w sieci. Powinny one zawierać także wiedzę o zaangażowaniu obywatelskim z wykorzystaniem narzędzi cyfrowych, relacjach społecznych w internecie oraz spójności zachowań online i offline, a także o najczęstszych zniekształceniach poznawczych i możliwościach radzenia sobie z nimi. Fundamentem tych działań jest nauka krytycznego i refleksyjnego myślenia, które za Johnem Deweyem nazwać można w następujący sposób: „czynnym, wytrwałym i uważnym rozważaniem jakiegoś mniemania lub przypuszczalnej formy wiedzy – w świetle podstaw, na której się wspiera, oraz wniosków do których doprowadza […], rozważać pro i contra, zastanawiać się nad daną kwestią, to znaczy szukać dalszych dowodów, nowych danych, które by pozwoliły rozwinąć nasuwającą się myśl, potwierdzić ją lub wykazać jej bezsensowność i niewłaściwość […] Istotą krytycznego myślenia jest odroczenie sądu; a istotą tego odroczenia jest dociekanie w celu określenia natury problemu przed przystąpieniem do prób jego rozwiązania”.

Inspiracje pedagogiczne

Inspiracja płynie z nauk i praktyk pedagogicznych, szczególnie pedagogiki społecznej. Bada ona warunki środowiskowe, „w jakich przebiegają procesy opiekuńczo-wychowawcze człowieka. Od jego urodzenia do końca życia. W badaniach tych uwzględnia się zwłaszcza warunki społeczne, kulturowe, przyrodnicze i biopsychiczne oraz warunki związane z rozwojem współczesnej cywilizacji”.

Szczególna rola przypisana zostaje tu nie tylko szkole, ale także innym instytucjom, takim jak świetlice środowiskowe, kluby seniora, Domy Pomocy Społecznej, organizacje pozarządowe, biblioteki, muzea, pracownie psychologiczno-pedagogiczne, urzędy pracy, interdyscyplinarne zespoły działające w samorządach i wiele innych. Każda z nich stanowić powinna element systemu składającego się na wzmacnianie potrzeb kształcenia ustawicznego (odbywającego się przez całe życie). Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że postęp technologiczny powoduje niespotykane dotąd tempo zmian społecznych i stwarza potrzeby nabywania nowych umiejętności. Oczywiste powinno być ich zdobywanie w sposób znacznie bardziej solidarny i wspólnotowy, a nie zindywidualizowany i sprywatyzowany, którego istotę oddaje powiedzenie „radź sobie sam”. Henry Jenkins, ekspert nowych mediów, przyznaje, że „Prawie wszystkie nowe kompetencje wymagają umiejętności społecznych, które są rozwijane poprzez współpracę i networking”.

Warunkiem koniecznym wprowadzenia tego rodzaju systemowych rozwiązań jest odpowiedzialne zastosowane dialogu. Rozwiązań w tym zakresie szukać można u Paulo Freire, brazylijskiego pedagoga zajmującego się walką z masowym analfabetyzmem milionów dorosłych w XX wieku. Rozróżniał on dwa podejścia. Jedno związane było z nakazywaniem adaptowania się do aktualnych wymogów, technologii i zmian, bez względu na cenę społeczną płaconą za to. Uzupełnieniem tego podejścia był model edukacji bankowej czy też depozytowej, a więc traktowanie uczących się jako biernych odbiorców, u których deponuje się wiedzę i idee płynące wprost z systemu reprezentowanego przez edukatorów. W tym przypadku stosuje się jeden schemat, do którego wszyscy muszą się bezwzględnie dopasować. Podejście to utożsamiane było przez niego jednoznacznie z dehumanizacją i kończyło się wielką skalą wykluczenia oraz traum.

Badacz przeciwstawiał mu metodę integracyjną, której naturalną składową powinien być autentyczny dialog skoncentrowany na poznaniu potrzeb i kontekstu życia grup społecznych i osób uczących się, do których wspierania powołany jest system. Stosowane w nim rozwiązania powinny być „szyte na miarę”. Jego istotą powinna być ochrona godności, tworzenie warunków do wzrostu świadomości i rozwoju dla każdego. Celem wszelkich wysiłków polityk publicznych powinna być nie technicyzacja, a humanizacja warunków życia społecznego.

Przeciwko efektowi św. Mateusza

Kolejnym krokiem do przyjęcia dwóch poprzednich założeń powinien być wybór sposobu realizacji poszczególnych polityk i inicjatyw nastawionych na budowanie kompetencji społecznych i cyfrowych. Istnieje wiele możliwych wariantów. To, co powinno je łączyć, to zrozumienie faktycznych potrzeb i sposobu docierania dopasowanego do lokalnego kontekstu, które są dziś powszechnie ignorowane przez większość decydentów oraz wielkie instytucje koncentrujące się na własnych celach. Wielu z nas ma poczucie, że programy pomocowe, społeczne i edukacyjne – publiczne i prywatne – odmieniające „społeczną inkluzję” przez wszystkie przypadki, w praktyce wcale nie pełnią takiej funkcji. Zjawisko to nazywane jest przez socjologów efektem św. Mateusza. W skrócie rzecz ujmując, wsparcie trafia często do tych osób i miejsc, które posiadają pewne przewagi konkurencyjne i zasoby umożliwiające uzyskanie nowych korzyści, a niekoniecznie tam, gdzie faktycznie jest potrzebne. Przykładem wykorzystania prezentowanego tu modelu jest podejście zastosowane przez zespół Fundacji Orange, prowadzącej ogólnopolskie programy edukacji formalnej i pozaformalnej w zakresie kompetencji cyfrowych i informacyjnych oraz wspierania lokalnych liderek i liderów. Mając na uwadze brak idealnych rozwiązań i potrzebę stałego ulepszania metod dotarcia, przygotowaliśmy analizę z wykorzystaniem tzw. Indeksu Wykluczenia Lokalnego. Uwzględnia ono różne wymiary wykluczenia – społeczny (ubóstwa, bezrobocia, niskiego kapitału ludzkiego), ekonomiczny (różnice w kondycji lokalnej gospodarki, aktywności przedsiębiorstw), infrastrukturalny (dostęp do infrastruktury telekomunikacyjnej i możliwościach z tym związanych), edukacyjny (różnice w wykształceniu rodziców dzieci w wieku szkolnym, wyniki edukacyjne szkół). Z badania wynika, że około 20 proc. polskich gmin spełnia kryteria wykluczenia społeczno-cyfrowego. Wiedzieliśmy też, że szkoły pochodzące z tych terenów są niedoreprezentowane wśród tysięcy innych szkół korzystających z oferty programowej. Dodatkowym aspektem niezbędnym do uwzględnienia były także małe miejscowości i tereny wiejskie. Aby rozpocząć działanie w nowych szkołach, przygotowaliśmy system oceniania wniosków, który przyznawał 10 proc. punktów za lokalizację. Ponadto specjalne centrum informacyjne dzwoniło w pierwszej kolejności do wszystkich szkół z tych terenów, zachęcając do wzięcia udziału w rekrutacji. Każda szkoła w Polsce otrzymała od nas korespondencję, która różniła się jednak akcentami związanymi ze specyfiką danego miejsca. Zintensyfikowaliśmy też komunikację internetową kierowaną do szkół we wspomnianych gminach. W konsekwencji zastosowanych działań, w obecnym roku szkolnym ponad 20 proc. szkół pochodzi bezpośrednio z terenów zagrożonych wykluczeniem cyfrowym w najwyższym stopniu. 80 proc. uczestniczących pochodzi z miejscowości do 40 tysięcy mieszkańców oraz terenów wiejskich. Obecni jesteśmy w 100 nowych gminach, w których nasze programy wcześniej nie funkcjonowały. Podjęliśmy też współpracę pilotażową z Towarzystwem Przyjaciół Dzieci i prowadzonymi przez nie świetlicami środowiskowymi.

Brak woli politycznej

Powyższe działania – z pewnością wymagające dalszego rozwoju – zaprezentowałem w intencji zobrazowania potrzeby przełamania powszechnych schematów myślenia związanych z ograniczającymi przekonaniami instytucji, firm i organizacji lub wynikającymi z innych celów niż deklarowana przez nie walka z nierównościami. Poszukiwanie nowych form dotarcia, opartych na lepszym i głębszym rozumieniu potrzeb społeczności lokalnych wydaje się niezbędne do zasypywania nierówności społecznych wynikających z wykluczenia społeczno-cyfrowego. Także spustoszenie, jakie niesie ze sobą rosnąca skala dezinformacji politycznej i ekonomicznej, przestępczości w sieci, przemocowej radykalizacji, ale także masowych zaburzeń psychicznych, alienacji i polaryzacji społecznej – są kokpitem pełnym czerwonych lampek bijących na alarm i wzywających do całościowego zajęcia się tymi wyzwaniami. Tak jak w przypadku alfabetyzacji w XX wieku, tak samo dzisiaj, wobec alfabetyzacji cyfrowej, informacyjnej i medialnej kluczem jest posiadanie politycznej woli i elementarnego konsensusu społecznego. Wagę edukacji w zakresie kompetencji medialnych i informacyjnych odzwierciedla cytat prof. Lena Mastermana: „[…] to bardzo poważne i znaczące zadanie. Jej celem jest upełnomocnienie [upodmiotowienie – przyp. aut.] większości obywateli oraz wzmocnienie demokratycznych struktur w społeczeństwie”. W obecnych warunkach kryzysu zaufania, obserwując działania rządzących, w tym politykę resortu edukacji i kilku innych ośrodków odpowiedzialnych za sprawy społeczne, zaryzykowałbym twierdzenie, że woli takiej – być może świadomie – po prostu nie ma.

dr Konrad Ciesiołkiewicz

 

W tekście wykorzystano następujące źródła:

M. Szpunar, Nowa Ekologia Mediów, „Studia Humanistyczne AGH” 2014, vol. 13 (1), s. 135.
K. Skarżyńska, My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle, Scholar, Warszawa 2019, s. 117.
Z. Wiatrowska, Pedagogika społeczna a inne obszary wiedzy naukowej, [w:] red. E. Marynowicz-Hetka, Pedagogika społeczna, t. 2, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. 189-190, za: M. Cichosz, Pedagogika społeczna. Zarys problematyki. Impuls, Kraków 2020, s. 11-12.
H. Mizerek, Refleksja krytyczna w edukacji i pedagogice. Misja (nie)wykonalna?, Impuls, Kraków 2021, s. 24-25.
P. Freire, Pedagogy of the Opressed, Penguin Books, 2017, s. 49-70.
A. Ogonowska, Współczesna edukacja medialna: teoria i rzeczywistość, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Pedagogicznego, Kraków 2013, s. 26.

Psychiatryczny Matrix

„Czy ja wariuję?” – pyta zaniepokojony Neo swojego psychiatrę-psychoterapeutę w jednej ze scen najnowszego Matrixa. Na co ten troskliwie wyjaśnia mu, że „nie używamy tutaj takich słów” i proponuje uzupełnienie zapasu niebieskich pigułek, nie pozwalających Thomasowi Andersonowi wyrwać się z koszmaru korporacyjnego wyzysku. W późniejszej scenie ów Analityk, główny nadzorca Matrixa, tłumaczy Neo, w jaki dokładnie sposób manipuluje nim i innymi ludźmi, aby eksploatować ich jeszcze mocniej, tak by nawet nie zdawali sobie sprawy z bycia oszukiwanymi i bez sprzeciwu akceptowali coraz gorsze warunki. „Użyć mocy, która Cię zdefiniowała, aby Cię kontrolować” – mówi, dodając „cóż za ironia”. Pomimo pozornego odrzucenia „stygmatyzującego języka”, psychiatryczne etykiety definiujące ludzi i ich doświadczenie stają się ostatecznie narzędziem kapitalistycznej kontroli.

Uwaga Analityka z początku filmu dobrze oddaje charakter powszechnych już „kampanii antystygmatyzacyjnych”, które skupiają się przede wszystkim na kwestiach językowych (co przypomina politycznie poprawną politykę tożsamościową), a z drugiej strony podkreślają, że do czynienia mamy z „chorobami jak każde inne”, z „chorobami mózgu”. Nie zmienia to jednak, nie podważa, a nawet umacnia, nierówności w systemie psychiatrycznym i społecznym. Jaskrawym przykładem tego zjawiska jest skandal wywołany przez Bożenę Dykiel, która jako ambasadorka kampanii „Twarze Depresji. Nie Oceniam. Akceptuję” sponsorowanej przez koncern farmaceutyczny Servier, producenta antydepresantów, ośmieliła się wyrazić własne zdanie na temat depresji, odbiegające od scenariusza przygotowanego w ramach kampanii. Spotkało się to z powszechnym hejtem, nie mającym nic wspólnego z „nieocenianiem i akceptowaniem”, a sama Dykiel została błyskawicznie usunięta z kampanii i plakatów niczym Beria ze zdjęć ze Stalinem.

Jak jednak pokazuje część badań, prezentowanie tego, co nazywamy zaburzeniami psychicznymi jako przede wszystkim „chorób mózgu”, które leczyć należy farmakologicznie, nawet jeśli odbywa się w dobrych intencjach, może mieć skutki przeciwne do zamierzonych i prowadzi do jeszcze większego wyobcowania, dystansu społecznego czy nawet dehumanizacji pacjentów psychiatrycznych. W końcu ktoś z genetycznie popsutym mózgiem nie dość że jest „wybrakowany”, to jeszcze tym bardziej nieprzewidywalny – po „zepsutym mózgu”, spodziewać można się wszystkiego, „zepsutego mózgu”, w przeciwieństwie do np. skrzywdzonego człowieka, zrozumieć nie sposób, z „zepsutym mózgiem” trudno empatyzować, z „zepsutym mózgiem” nie ma sensu rozmawiać, „zepsuty mózg” i tak nie zrozumie. „Zepsuty mózg” to ktoś fundamentalnie inny, gorszy od nas „normalnych”.

Jeśli więc taką wizję „zaburzeń” i „chorób psychicznych” zinternalizuje zdiagnozowana osoba, to prowadzić to może do autostygmatyzacji – postrzegania samego siebie jako kogoś innego, gorszego, wybrakowanego, w dodatku z powodów wrodzonych genetycznych biologicznych ułomności, które pozostają poza kontrolą osoby z diagnozą psychiatryczną. Pacjent może więc postrzegać się jako osoba, która nawet własnemu mózgowi, a w konsekwencji własnym myślom, uczuciom i zachowaniom nie może ufać – w końcu to ten mózg „produkuje” „chorobę”. Dlaczego więc takiej osobie ufać mieliby „zdrowi”? Badania zdają się potwierdzać, że przyjęcie biomedycznej narracji (a więc sprowadzającej naturę i przyczyny cierpienia do np. zdyskredytowanej już hipotezy „nierównowagi chemicznej w mózgu”) na swój temat wiąże się z obniżonym poczuciem nadziei, sprawstwa i utratą wiary w możliwość wyzdrowienia.

Nie oznacza to oczywiście, że doświadczenia, które nazywamy zaburzeniami lub chorobami psychicznymi, nie mają podłoża biologicznego. Czym innym jest jednak podłoże biologiczne, a czym innym są biologiczne przyczyny – podłoże biologiczne mają zapewne wszystkie nasze cechy, stany czy zachowania, od najprostszych typu podnoszenie ręki po bardziej złożone typu czytanie, śmiech, smutek czy miłość. Nie oznacza to jednak, że np. przyczyną niezadowolenia z warunków pracy czy wypalenia, jest chory mózg, choć „ucieleśnienie” lub „realizacja” tego niezadowolenia przebiega również na poziomie biologicznym.

Sławomir Murawiec w tekście „Nieoczekiwana spowiedź bohaterów psychiatrycznego dzieciństwa”, opublikowanym w czasopiśmie „Psychiatra”, dobrze pokazuje, niechcący zapewne, na czym w praktyce polega dominacja myślenia biomedycznego w psychopatologii. Stwierdza: „Drugi błąd, o którym pisze prof. Murray, dotyczy leczenia przeciwpsychotycznego w schizofrenii. Rozpoczyna on ten temat od przytoczenia wyników badań z użyciem PET, które mówią, że ostatecznym wspólnym mechanizmem leżącym u podłoża psychozy jest nadmierna synteza dopaminy w neuronach prestynaptycznych. Dodaje, że większość czynników środowiskowych mających znaczenie dla wystąpienia schizofrenii, to czynniki nasilające dysregulację dopaminy. A więc – problem leży w neuronach presynaptycznych. Natomiast leczenie farmakologiczne nie jest skierowane na nadmierną produkcję dopaminy, ale na blokadę post-synaptycznych receptorów D2. Powstaje więc pytanie: czy można je blokować w sposób przewlekły i ciągły, nie powodując zmian w receptorach D2?”.

Czynniki środowiskowe – takie jak np. przemoc, wyzysk, nierówności społeczne itd. – zostają więc sprowadzone zaledwie do poziomu wyzwalacza nadmiernej syntezy dopaminy (podatność na ową nadmierną syntezę miałaby zaś być genetycznie uwarunkowana), następnie całkowicie pominięte, problem umiejscowiony w neuronach jednostek, a więc oddziaływanie lecznicze sprowadza się do farmakologicznej korekcji indywidualnych mózgów. W dalszej części tekstu Murawiec przywołuje też badania mówiące o tym, że stosowana współcześnie farmakoterapia może wręcz pogarszać długoterminowe rokowania, a podobne wątpliwości pojawiają się też współcześnie w literaturze naukowej w odniesieniu m.in. do depresji i antydepresantów.

Jest to więc „prywatyzacja stresu” (pod pojęciem „stres” może zaś ukrywać się szereg innych negatywnych zjawisk kulturowych, społecznych i ekonomicznych), ale w tej prywatyzacji mamy do czynienia nie tylko z problemami jednostek i ich indywidualnych mechanizmów psychicznych, ale wręcz z problemami indywidualnych wyjętych z kontekstu mózgów. Takie podejście umieszcza więc w jednostce przyczyny problemów, żeby nie powiedzieć iż odpowiedzialność za nie, a zadaniem pacjenta jest jedynie stosowanie się do zaleceń lekarza.

Od kilku lat środowisko brytyjskich psychologów skupionych przede wszystkim w ramach British Psychological Society sugeruje rozwiązanie opierające się na innej logice, wykraczającej poza model biomedyczny i diagnozy oparte na odhaczaniu „symptomów” z listy według DSM lub ICD. Proponowane przez nich Power Threat Meaning Framework zaleca pójście w kierunku diagnozy psychologicznej, która pytałaby o kwestie związane z relacjami władzy/siły, sytuacjami zagrożenia i sensami/znaczeniami, które związane były z jednostkowym cierpieniem i/lub umożliwiały zmierzenie się z nim. W największym skrócie, zamiast „co z tobą nie tak?” pytalibyśmy więc „co ci się stało?” i „co musiałeś zrobić, żeby przetrwać?”.

Do czynienia mielibyśmy wtedy nie z „chorobami” i patologizacją jednostek, lecz z trudnymi życiowymi sytuacjami – wielorako uwarunkowanymi społecznie i kulturowo – i różnie przejawiającym się i rozumianym cierpieniem. Mogłoby to pozwalać na jego faktyczne uszanowanie, z zachowaniem sprawstwa i podmiotowości, zamiast redukowania sytuacji do pozornie tylko wyjaśniającej cokolwiek psychiatrycznej etykiety, która ostatecznie zasłania kwestie kulturowe i społeczne.

Pomimo poparcia inicjatyw krytycznych wobec modelu biomedycznego przez postaci, którym udało się przebić do masowej świadomości, takich jak np. Gabor Mate czy Johann Hari, projekt ten nie zyskał szerszego rozgłosu. Jednak w Wielkiej Brytanii silne środowisko psychologów stara się zwiększać rolę psychoterapii w ramach systemu psychiatrycznego, co zaowocowało niedawno nowymi oficjalnymi wytycznymi, które w przypadku depresji zalecają oferowanie psychoterapii przed farmakoterapią. Mimo że tego typu rozwiązania są nadal uwikłane w neoliberalną indywidualistyczną logikę, to pozwalają przynajmniej na dostrzeżenie, że cierpienie niekoniecznie powinniśmy redukować do genów i biologii, odzierając je z sensu i znaczenia. Pytając bowiem o sens, znaczenie i ekonomiczne uwarunkowania coraz powszechniejszego psychicznego cierpienia możemy dowiedzieć się czegoś o kondycji współczesnego świata i tym samym wskazać kierunek zmian, przekształcenia naszego rozumienia rzeczywistości i samej rzeczywistości.

Radosław Stupak

Wielka sprawa. O filmie „Lokatorka”

Dyskusje internetowe mają krótki lont – szybko się wzniecają i jeszcze szybciej kończą. Pamiętacie te wszystkie kilometrowe spory o znaczenie czy przyszłość jakiegoś zjawiska, toczone na podstawie jednego słowa, jednego zdjęcia czy wyrwanego z kontekstu cytatu, który ktoś ze złą wolą wyodrębnił, a reszta uczestników rozmowy cierpi na chroniczne zmęczenie, wobec czego nie może tego zweryfikować? Identycznie jest z filmami – na podstawie trailerów, plakatów, mglistych zapowiedzi komentariat podejmuje nie tylko decyzję, czy na film pójdzie i za niego zapłaci (w czym nic dziwnego, jesteśmy w końcu konsumentami w późnym kapitalizmie), ale także decyzję, czy film, którego przecież nie widzieli, dostatecznie dobrze przedstawia „wielką sprawę”, o której ma traktować, i czy inni powinni go oglądać, czy też jest „szkodliwy”.

Tak było z „Lokatorką”, filmem Michała Otłowskiego o zbrodni polskiej reprywatyzacji. Tak prawdopodobnie będzie z „Gierkiem”, który to film, na podstawie dość, jak trzeba przyznać, słabego trailera, wrzucono do worka z napisem „nieoglądalne”, i to na miesiące przed premierą.

Wszystko byłoby z grubsza w porządku, w końcu prawem widza jest wybrzydzać, oczekiwać i rozczarowywać się – gdyby tylko komentujący wracali do treści, która tak rozpalała ich zmysły, gdy nie była dostępna w całości, i czytali ją lub oglądali, by zweryfikować swoją pierwotną, wydaną w pośpiechu i bez kompletnych danych opinię. Tak się jednak nie dzieje – komentator, który uczestniczył w zapalczywych dyskusjach o jakimś zjawisku, budował okopy i sojusze, zrywał przyjaźnie (przynajmniej te internetowe), traci zainteresowanie realnym oglądem zjawiska czy dzieła, gdy staje się ono już dostępne. A już zwłaszcza wtedy, gdy zaczynają się pojawiać informacje, że pierwotna opinia nie była uprawniona, gdyż wycinek nie oddawał całości.

Wtedy nasz komentator starannie udaje, że dzieła/zjawiska/artykułu nie ma. Nigdy nie czytałam tak długich i zapalczywych dyskusji o swoich tekstach, jakie toczyły się po ujawnieniu wieści, że będę regularnie pisywała felietony w pewnym medium. Przed opublikowaniem choć jednego z nich dziesiątki osób wymieniały spekulacje i podejrzenia, co też tam będzie pisane, oczywiście większość w trybie niezbyt przyjemnym. Żaden z opublikowanych potem kilkunastu tekstów nie spotkał się z podobnym zainteresowaniem, nawet w przybliżeniu.

Wniosek z tego, że widz/czytelnik najbardziej lubi podejrzewać, kategoryzować, „obawiać się”. Gdy już ma w zasięgu ręki dzieło, o które lub przeciw któremu tak walczył, bardzo często po nie wcale nie sięga. Zainteresowanie się wypaliło, czekają kolejne fenomeny do „wnikliwego opisu”. A już lewicowi dyskutanci są pod tym względem tak samo słabi, jak prawica tropiąca czarnoskóre elfy w „Wiedźminie”, bo „nie było czarnoskórych elfów”. Proszę państwa, proszę usiąść i poświęcić mi całą swoją uwagę: elfy nie istnieją. Ani czarne, ani białe.

Film „Lokatorka” idealnie wpasowuje się w trend „obawiania się”. Zatroskani widzowie, zamiast wspierać nogami i portfelami pierwszy mainstreamowy, nie-niszowy film o ważnej sprawie, której poświęcili tyle serca i dyskusji, woleli „obawiać się”. Że będzie sztuczny, papierowy, przegadany albo niejasny, że będzie miał wszystkie złe cechy polskich filmów i żadnej dobrej. Obawa przed rzekomą topornością sprawiła, że mnóstwo osób, które, zresztą słusznie, były oburzone procederem warszawskiego ratusza i krzywdą lokatorów kamienic komunalnych, w ogóle na film nie poszło, ponieważ „nie będzie dobry”. To kolejna z pułapek, które zastawia na nas konsumpcja w kapitalizmie – ułuda mikrodecyzyjności, samosterowalności, w zamian za zezwolenie na zarzucanie nas papką przypadkowych treści. Widzowi wydaje się, że samodzielnie decyduje, odrzuca dzieło, gdyż ma tak wyśrubowane wymagania estetyczne i etyczne. „Nie może patrzeć”, jak wielka sprawa jest omawiana czy pokazywana w uproszczony, toporny sposób – wobec czego wcale nie obejrzy. Zaoszczędzony czas poświęci na oglądanie filmów o sprawach politycznych z odległych krajów (bo wtedy nie będzie wiedział, czy „mówią prawdę”) albo absolutnego shitu, dla którego pozwalamy co miesiąc netfliksowi drenować nasze portfele.

Nasz lewicowy widz zwycięża – we własnych oczach.

Za to ci, którzy na „Lokatorkę” poszli, zobaczyli nowocześnie zrealizowany polski film (oksymoron, prawda?), z dobrymi kreacjami aktorskimi i, przede wszystkim, prosto i jasno streszczający zbrodnię reprywatyzacji, czyli nieuczciwy, krwawy, wołający o pomstę do nieba proceder, kosztujący wiele osób zdrowie, pieniądze i życie. Fabuła ogniskuje się rzecz jasna na walce i śmierci Jolanty Brzeskiej, bo film potrzebuje głównej bohaterki i „tajemnicy” do wyjaśnienia. Twórcy scenariusza zdecydowali się poprowadzić ten wątek w stylu kryminału, co zresztą pokrywa się z prawdziwym rozwojem wydarzeń – cały czas szukamy mordercy Brzeskiej. Obraz nie jest zatem polityczną agitką ani fabularyzowanym dokumentem, lecz od początku konsekwentnie buduje napięcie w stylu „sensacyjnym” (walenie do drzwi, strach, szantaże, odkrywanie krok po kroku powiązań, przemoc fizyczna, niedopowiedzenia), co w sensie filmowym przyniosło bardzo dobre skutki. Film był także reklamowany jako sensacyjny, jako opowieść o tajemnicy i wielkim przekręcie, co sprawiło, że w naszej małomiasteczkowej sali kinowej pojawili się młodzi chłopcy z popcornem. I bardzo dobrze – tematy polityczno-społeczne nie są wcale zarezerwowane dla sal akademickich, poranków w TOK FM ani dyskusji na skłotach. Wręcz przeciwnie, to właśnie takich chłopaków wyrzucano by z mieszkań komunalnych, gdyby reprywatyzacja dotknęła małych miast.

Fabuła poprowadzona jest lekko, a niektóre zwroty akcji przykuwają widza do fotela; nawet takiego widza, który z konieczności zna finał i wie, że tutaj dobro wcale nie zwycięży. Ożywieniu historii (której, bogiem a prawdą, wcale nie trzeba „ożywiać”, bo roi się w niej od czarnych charakterów i przeciwności losu) sprzyja poprowadzenie akcji z punktu widzenia młodej policjantki (w tej roli Irena Melcer) prowadzącej śledztwo w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej. To dobry zabieg, bo porządkuje prawną i kryminalną stronę fabuły. Policjantka Anka gromadzi materiały, spotyka się z kolejnymi osobami, jest ofiarą nagonki, zniechęcania i zastraszania – a jednocześnie ciekawą, silną, dobrze zagraną postacią. Także inne kreacje są niezłe: czy to dwulicowy pułkownik, czy przekupna, infantylna prokurator, czy dość przekonujący przestępcy-mózgi operacji. Jak to zwykle w polskich filmach sensacyjnych, najbardziej groteskowo są przedstawiane „zbiry”. Twórcy „Lokatorki” także niestety nie oparli się pokusie, by para przestępców prezentowała się jak Flip i Flap, miała (w zamyśle) zabawne powiedzonka itp. Na szczęście jednak atmosfera grozy i ręki myjącej rękę jest silnie wyczuwalna przez cały film. Muszę także pochwalić twórców za niewrzucanie do społecznego dramatu rozpraszacza typu romans czy seks. Takie zabiegi nie posuwają zazwyczaj fabuły do przodu, służą tylko wynagrodzeniu widza za uwagę i serwują mu koktajl pt. „trudne sprawy plus goła dupa”. „Lokatorka” w ogóle nie używa tego typu tanich chwytów.

Właśnie, a jak ze społecznym i obyczajowym tłem filmu? Na szczęście dobrze. Fabuła nie jest przegadana, żaden narrator z offu nie zarzuca widza faktami i liczbami, sceny mają mówić same za siebie. I mówią, a ich głos wzmacnia właśnie ten brak komentarza. Proste, krótkie przebitki – Brzeska smaży kotlety schabowe, sama w pustej kamienicy, ostry dzwonek do drzwi. Rodzina ogląda wspólnie telewizję, ale wyczuwalna jest atmosfera strachu. Policjantka pije alkohol, patrząc w przestrzeń. Zwyczajne sceny z życia, zwyczajne mieszkania są pokazane zgodnie z realiami. Obraz nie jest kolorowy, nie pulsuje TVN-owską estetyką, nie ma „dynamicznego montażu” podlanego głośną muzyką. Jest przygaszony, stonowany, tak, jak Warszawa w listopadzie czy marcu. Nie jest to Ken Loach, ale społeczne tło, nawet nie walka, lecz zwykłe realia „my kontra oni”, „bogaci kontra biedni” – są bardzo dobrze oddane, także w szczegółach. Przy kilku scenach nie udało mi się zachować suchych oczu.

Film pokazuje także, iż takie sprawy miewają półcienie. Zło i chciwość także bywają stopniowalne. Nie poznajemy motywacji przestępców (nie byłoby tu zresztą żadnej wielkiej niespodzianki), ale czasem widzimy wahanie tych, którzy mają przyczynić się do krzywdy lokatorów, przyklepać nieuczciwą decyzję, przedwcześnie zamknąć śledztwo. Ale młyny reprywatyzacji mielą bez ustanku. Tego błędnego koła nie uda się zatrzymać. Ostatnia scena jasno nam sugeruje, że proceder będzie trwał i przynosił zyski, a lokatorzy mieszkań komunalnych będą, jak to ujęła aktorka grająca Jolantę Brzeską, nikim. Nikt się z nimi nie liczy i nie zacznie liczyć, dlatego tak istotne jest, by powstawały filmy, które wprowadzą do popkultury tego rodzaju tematy. Taki film jest wart tysiąc razy więcej niż debata dla dwudziestu przekonanych osób czy ulotny tekst, którego pies z kulawą nogą nie czyta.

Magdalena Okraska

„Lokatorka”, reż. Michał Otłowski, 2021.

dwa teksty rymowane

***

 

wkładka mięsna

 

kolejny remont na klatce; wiertarki

rozwyte w obrotach od czwartej do czwartej

z jazgotem i groźbą i smołą pod butem

wylaną pod progiem; na drzwiach widzę dziurę

co dłutem rozgrzebał gospodarz; minutę

zaledwie mi dajcie na ciszę; na lustrze

pęknięcia i szkiełka, gdy trzęsie budynkiem

opona przecięta, lecz dajcie mi chwilkę

nim pęknie gdzieś okno i w trzaskach głośnika

popłynie muzyka; tak ciężko oddychać

gdy lepią się wargi a fetor zza klatki

przeżera posadzki i szafki po babci,

gdy w hukach petardy upchanej w kontener

wydzieram godziny wśród nocy bezsennej

na linii adwokat mi mówi, że szkoda

mych nerwów na pokaz, by biegać po sądach

wtem znowu hałasy i wrzawa z podwórka

wiązanki w śmietniku i tumult aż ósma

wybije w majakach; więc leżę do rana

w tym chłodzie, co smaga z ciasnego mieszkania

a myśl gdzieś się gnieździ jedyna przytomna,

że kraj chyba cały już o mnie zapomniał

 

 

peryferie

 

chciałby pisać rap o metrze, ale brak go w jego mieście

a więc pisze jak pod kerfem stali pijąc czarną perłę

jak zaciągał się chesterkiem i jak potem gdzieś pod kebsem

tłukli butle na podeście, bo to tak jak w czyimś wersie

jak dopiero jedenasta a już w mieście pełna pustka

na Jagiełły pękła butla a ktoś z okna słuchał Tuska

kiedy znowu na Augusta wszystkie kluby się skończyły

zgasły miejskie już latarnie – poza pomnikiem Wojtyły

chciałby pisać co wypili, jak rozmowy się toczyły,

że się Marcin rozstał z Anką – nie obyło się bez spiny,

to że Bartek rzucił szlugi i przerzucił się na Juulsa,

że impreza jest pod bursą, to że w lotku padła szóstka,

że lokalny deweloper betonuje znowu parki

na Dniach Siedlec będą targi i wystawią je przed Bajmem

to jak miejską jest aferą, że ktoś znowu spalił śmietnik,

że rozbiła się beemka i że komplet ma Elektryk,

że odwiedzi nas Wałęsa i że znowu ktoś swastykę

namalował na kirkucie, że pierdoli ktoś policję,

że na Bema nowa Żabka, że ktoś pobił nastolatka,

rośnie liczba znów wypadków i że zbiórka jest na Maćka

chciałby pisać o tym wszystkim, chociaż nie wie, czy wypada

bo czy warto o tym mówić, jeśli nie jest to Warszawa?

Przemoc instytucjonalna w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Z Parku znika fragment Łyśca

10 grudnia 2021 Rada Ministrów przyjęła projekt rozporządzenia w sprawie usunięcia z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego enklawy o powierzchni 1,35 ha na Łyścu. Rządowe Centrum Legislacyjne poinformowało o tym na swoich stronach 13 grudnia. Dokument po podpisaniu przez premiera Mateusza Morawieckiego wejdzie w życie 14 dni później. Wciąż nie wiemy, czy premier podpisał dokument. Projekt ten narusza prawo.

Od kwietnia 2019 roku trwają rządowe prace zmierzające do usunięcia z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego niewielkiego fragmentu w szczytowej partii Łyśca. Kolejni ministrowie środowiska, a obecnie klimatu i środowiska (Henryk Kowalczyk, Michał Woś, Michał Kurtyka, Anna Moskwa) forsują tezę, jakoby 1,35 ha na Łyścu wraz z fragmentem zabytkowej zabudowy klasztornej utraciło wartości przyrodnicze i kulturowe. Tylko udowodnienie tej tezy może pozwolić na zmianę granic ŚPN w świetle prawa. Po usunięciu tego terenu z granic Parku przejdzie on w zarząd starosty kieleckiego, a następnie w jakiś sposób przekazany lub odsprzedany Zakonowi Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Oblaci jako zamieszkujący obiekt mają prawo do zakupu z bonifikatą.

Klasztor na Łyścu nie ma wartości

Usunięcie jakiegoś terenu z granic parku narodowego może nastąpić zgodnie z ustawą o ochronie przyrody wyłącznie w przypadku, gdy „bezpowrotnie utraci on swoje wartości przyrodnicze i kulturowe”. Od kwietnia 2019 roku podejmowałem wszelkie dostępne i zgodne z prawem wysiłki, aby zweryfikować tę tezę w odniesieniu do Łyśca. Powołałem zespół naukowców, przeprowadziliśmy badania pokonując utrudnienia, jakie stawiali przed naszym zespołem minister środowiska Michał Woś oraz dyrektor ŚPN Jan Reklewski. Wyniki badań zostały opublikowane w raporcie, który otrzymały wszystkie zajmujące się sprawą instytucje. Jednoznacznie wynika z niego, że teren przeznaczony do usunięcia z granic ŚPN nie utracił ani wartości przyrodniczych, ani kulturowych. Zmiany, jakie zaszły na Łyścu, nie mają też charakteru nieodwracalności. Tym samym nie istnieje ani jedna przesłanka, która pozwala na zmianę granic ŚPN w tym miejscu.

Kolejni ministrowie oraz dyrektor ŚPN nie uwzględnili tych ustaleń w swoich działaniach i decyzjach. Mimo wszystko jednak musieli się jakoś wobec nich zachować. Wytrychem – niezgodnym z prawem – jakiego użyli, jest koncepcja włączenia do ŚPN oddalonej od jego granic leśnej enklawy o umiarkowanych wartościach przyrodniczych o powierzchni ponad 62 ha pod wsią Grzegorzowice. Karkołomna logika ministra Wosia, który wpadł na taki pomysł, jest taka, że gdy w jednym akcie prawnym usuwa się mniejszy fragment i włącza inny, większy, to zapisy ustawy o ochronie przyrody nie mają zastosowania. Bo przecież obszar Parku zostaje powiększony, a nie pomniejszony. Jest to zwykła manipulacja, ponieważ pomniejszenie obszaru parku w jednym miejscu nie ma nic wspólnego z jednoczesnym powiększeniem powierzchni Parku w innym miejscu. To tak, jakby ktoś wyciął mi serce i jednocześnie przyszył np. głowę konia. Funkcjonalnie i medycznie to dwie zupełnie inne rzeczywistości i procedury.

Ważną rolę w procedurze łamania prawa miała Sekretarz Stanu Małgorzata Golińska, która argumentowała, że ocena wartości Łyśca to kwestia sporna, subiektywna i to w ministerstwie zostanie ona poddana ocenie. Sekretarz Stanu wykazała się tu całkowitą nieznajomością obszernej literatury naukowej omawiającej rzeczywiste wartości tego terenu. Poza tym przyznała w ten sposób, że jednak kwestia oceny wartości jest istotna i nie wystarczy wszczepić większego kawałka, aby wyciąć mniejszy.

Argument podnoszony przez dyrekcję ŚPN i powielany przez ministerstwo, a mówiący, że na Łyścu doszło do głębokich przekształceń o charakterze antropogenicznym, co doprowadziło do bezpowrotnej utraty wartości, jest bezprzedmiotowy i dowodzi czegoś zupełnie innego. Na Łyścu przekształcenia antropogeniczne sięgają czasów przedchrześcijańskich. Od czasów Piastów znajduje się tam kościół, obecnie klasztor. Znajdowały się tam więzienia carskie, sanacyjne i hitlerowskie. W roku 1939 Niemcy ciężko zbombardowali Łysiec. Jednak już w 1950 r. powołano tu Świętokrzyski Park Narodowy. Zrujnowana niemieckimi bombami góra była w lepszym stanie niż obecnie, po tym, jak przez 70 lat była objęta najwyższą formą ochrony w Polsce? I dopiero w 2019 ktoś zauważył, że doszło do rzekomo bezpowrotnej utraty wartości? Co w takim razie działo się pod zarządem obecnego dyrektora Jana Reklewskiego? Polscy patrioci, przyrodnicy i działacze społeczni, z prof. Władysławem Szaferem na czele, od roku 1908 zabiegali o objęcie Łyśca ochroną. W latach trzydziestych ubiegłego wieku prof. Szafer postulował utworzenie Muzeum Świętokrzyskiego Parku Narodowego w miejscu, gdzie obecnie się ono znajduje – w budynku, który chcą przejąć Oblaci. Ponadto chyba we wszystkich parkach narodowych w Polsce znajdują się obiekty związane z działalnością człowieka: kościoły, klasztory, drogi, parkingi oraz inna zabudowa. Nikt nie postuluje wyłączenia tego wszystkiego z granic parków narodowych.

Głos naukowców do kosza na śmieci

W kolejnych miesiącach batalii o wycofanie wadliwego projektu rozporządzenia głos zabrały najważniejsze organizacje pozarządowe, wyrażając sprzeciw i wykazując liczne niezgodności z polskim prawem. Dokument krytycznie ocenił Komitet Biologii Środowiskowej Polskiej Akademii Nauk, Instytut Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk, Rada Naukowa Świętokrzyskiego Parku Narodowego, Państwowa Rada Ochrony Przyrody, a ostatnio w ramach procedowania dokumentu także sejmowa komisja prawnicza.

Krytyczne słowa publicznie wypowiedział ojciec Stanisław Jaromi, wzywając Oblatów do zaniechania działań na szkodę Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Po kilku dniach burzy złagodził znacznie swoją wypowiedź i można przypuszczać, że stało się to na skutek presji, jakiej został poddany.

W październiku 2021 roku odbyła się konferencja naukowa prezentująca najnowsze wyniki badań na Łyścu. Mimo zaproszenia nie pojawili się na niej przedstawiciele ministerstwa klimatu i środowiska, dyrekcji ŚPN ani zakonników.

Powstała petycja wzywająca do zaprzestania bezprawnych działań wobec ŚPN, która podpisało 38 000 Polek i Polaków. We wrześniu 2021 został wysłany apel do premiera Morawieckiego. Kilka tygodni temu poinformowaliśmy w liście papieża Franciszka o sprawie i poprosiliśmy o jego interwencję. Sprawą od dawna zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli.

Ile zapłacą?

Oblaci na Łyścu pojawili się w latach trzydziestych XX wieku. Zasiedlili klasztor. Od tamtego czasu czynią starania o przejęcie obiektu, który jest własnością Skarbu Państwa. Dotychczas żaden rząd nie zgodził się na przekazanie Oblatom tego terenu. Dopiero minister Jan Szyszko złożył Oblatom obietnice szybkiego obdarowania ich własnością państwową. Poseł Przemysław Gosiewski był rzecznikiem interesu Oblatów w tamtym czasie. Jego śmierć zatrzymała ten proces. Kolejnym świętokrzyskim reprezentantem zakonników w ministerstwie został ówczesny członek zarządu województwa świętokrzyskiego, a dziś poseł – Mariusz Gosek. Lobbował on na rzecz zakonników, tłumacząc to w ten sposób, że jako „Polak-Katolik” spotyka się z superiorem zakonu Marianem Puchałą, ministrami oraz dyrektorem ŚPN Janem Reklewskim. W tamtym czasie także poprosiłem o takie spotkanie, jako Polak-Obywatel zatroskany o losy Skarbu Państwa i bezcennego dziedzictwa kultury i przyrody świętokrzyskiej. Nie otrzymałem możliwości lobbowania w tej sprawie.

Nie całkiem jasna w tej sprawie jest rola świętokrzyskiego posła PiS Krzysztofa Lipca. W kuluarach mówi się, że wykonał dużą robotę, aby Oblaci dostali Łysiec. Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz dyrekcja ŚPN pytane przeze mnie pisemnie o spotkania z posłem Lipcem odpowiedziały, że do takich nie dochodziło w tej sprawie. Jednocześnie widywałam posła na Łyścu kilkakrotnie, a także pod siedzibą Ministerstwa Klimatu i Środowiska w dniu, w którym zorganizowaliśmy w Warszawie barwny korowód, który przeszedł spod Pałacu Kultury pod ministerstwo. Tam nowej ministrze Annie Moskwie wręczyliśmy petycję podpisaną przez 38 000 Polek i Polaków oraz tekturowego jelenia z krzyżem świętokrzyskim. W nadziei, że się nim zaopiekuje.

Jak widać, superior zakonu Oblatów Marian Puchała skutecznie znalazł polityczną niszę głównie w postaci polityków Solidarnej Polski, którzy postanowili obdarować na Gwiazdkę zakonników własnością wszystkich Polaków.

Do początku 2021 roku zarówno ministerstwo, jak i sami Oblaci zaprzeczali, jakoby teren po wyłączeniu miał stać się ich własnością. Choć było to oczywiste, bo podejmują tam liczne inwestycje i działania, w istotny sposób zmieniające zarówno stan przyrody, jak i zabytków. Dopiero latem 2021 w świetle licznych publikacji, interpelacji poselskich, apeli, informacji medialnych zakonnicy przyznali, że teren ten jest im potrzebny do budowy centrum turystyczno-pielgrzymkowego. Rzecznik Oblatów w oficjalnej wypowiedzi dla TVN stwierdził, że zakonnicy na Łyścu nie mają gdzie przyjąć gości na kawę. Zostałem przyjęty przez Mariana Puchałę w klasztorze i piłem z nim kawę. W każdym razie usunięcie kluczowego obiektu z granic ŚPN oraz rozmontowanie systemu ochrony przyrody w Polsce odbyło się, bo Oblaci na Łyścu uważają, że nie mają gdzie pić kawy ze swoimi gośćmi. Nieco żartuję, ale to jest wstrząsające. Na życzenie jednej z grup religijnych został zaangażowany aparat państwa. Ile to kosztowało? Co do kosztów: 23.12.2021 dyrekcja ŚPN udzieliła mi informacji, że wartość dwóch z trzech działek przeznaczonych do usunięcia z granic ŚPN i podarowania Oblatom to 5 500 000 zł. Liczę na to, że zakonnicy zapłacą cenę rynkową.

Przemoc

Sprawa ta jest jeszcze jednym przykładem przemocy instytucjonalnej i użycia aparatu państwa do załatwienia prywatnych interesów. Sprawa ta otworzy drogę do podobnych aneksji na rzecz rozmaitych grup interesów w pozostałych parkach narodowych. To jest kamyk, który pociągnie lawinę.

Po podpisaniu projektu rozporządzenia przez premiera Morawieckiego musi upłynąć 14 dni, aby wszedł on w życie. Po tym czasie teren przejdzie w zarząd starosty kieleckiego. We wrześniu 2020 roku z inicjatywy dyrektora ŚPN został podpisany list intencyjny między nim, wojewodą i starostą, który reguluje sposób przekazania Oblatom 1,35 ha na Łyścu. Przypomnę, list był podpisany w czasie, gdy wszyscy, łącznie z Oblatami, zaprzeczali, że sprawa przemocowego pomniejszenia ŚPN ma cokolwiek wspólnego z nieuzasadnionymi roszczeniami zakonników.

Ostatnią procedurą, z jakiej mogę skorzystać, jest po podpisaniu przez premiera projektu rozporządzenia, skierowanie sprawy do Rzecznika Praw Obywatelskich. Ten powinien sprawę przekazać do Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ cała ta procedura narusza właśnie konstytucję. W grę wchodzą też zawiadomienia do Prokuratury, bo popełniono kilka przestępstw, jednak wydaje się, że w obecnej sytuacji politycznej jest to bezcelowe i zamknie szansę na dochodzenie sprawiedliwości w przyszłości.

Łukasz Misiuna

Autor na naszych łamach prezentuje sprawę od kilku lat, w tym zamieścił tutaj pierwszy w Polsce artykuł opisujący ten problem:

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu

Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?

Ostatnia bitwa o zachowanie w całości Świętokrzyskiego Parku Narodowego?

Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym

Świętokrzyski Lunapark Narodowy

Staremu światu (1913)

Staremu światu (1913)

Znowu jesteśmy świadkami obchodzonej – u schyłku starego roku – tysiąc dziewięćset czternastej rocznicy przyjścia na świat wielkiego reformatora ludzkości, którego nauki rozsadziły starożytny świat pogański. Zasady głoszone przezeń – mimo to do dziś dnia nie zostały urzeczywistnione. Maluczkich on ci nauczał, z maluczkimi przestawał i maluczkim chciał zgotować inny… lepszy los. Marzyciel… chciał zaprowadzić wszechludzkie braterstwo na ziemi, głosił równość wszystkich synów ziemi – karcił fałsz i obłudę, chłostał faryzeuszów i bogaczy. Przewrotni kapłani – głosiciele wiary w innego boga – oskarżyli go przed rządem rzymskim jako buntownika i poniósł sromotną śmierć na krzyżu. Ale za wzniosłą była idea, za wzniosłe „ziarna prawdy” przezeń głoszone, żeby jego nauka zeszła wraz z nim do grobu. Ponieśli ją w świat daleki jego apostołowie, którzy wszyscy pochodzili z prześladowanej i gnębionej masy ludowej. W miejsce zdrajcy przybył potem do nich mędrzec – uczony, św. Paweł. Szli przez wszystkie lądy z jednym hasłem: Jedną jest owczarnia i jeden kościół boży, a więc wszyscy ludzie są równi, nie wolno jednemu nad drugim panować, bo wszyscy są między sobą równi bracia. Potęga imperium rzymskiego nic ostała się wobec tych nowych haseł. Skruszyły one jej podstawy społeczne, zmiażdżyły jej bogów prastarych. Ale nie wytrwali przy ideach i przykazaniach, głoszonych przez Wielkiego Marzyciela jego następcy w wiekach późniejszych. Zastępcy Syna Człowieczego, który nie miał gdzie głowy skłonić, powkładali ziemskie korony i zamieszkali w pysznych pałacach. W galilejskich chatach rybackich – a później w katakumbach rzymskich bujnie krzewiła się prosta prawda, by potem zamrzeć w bogatych, złoconych kościołach. Wypędzał ongi Chrystus przekupniów ze świątyń – dziś handlują w nich głosiciele jego nauki świętościami. Sprzedają odpusty – nawet sakrament chrztu, „bez którego człowiek nie może wnijść do Królestwa niebieskiego”, nie jest wolnym od opłaty. A w Ameryce każą sobie księża już i za spowiedź wielkanocną, za odpuszczenie grzechów w imieniu Chrystusa, płacić po 10 dolarów.

Wszędzie, gdzie lud walczy o swe prawa, o lepszy kawałek chleba, gdzie broni się przed wyzyskiem, nie znajdziesz księży przy boku maluczkich; stoją oni przy jego krzywdzicielach.

I robi się coraz zimniej i coraz bardziej pusto w złoconych świątyniach. Berlińskie pisma podają, że w wielkich kościołach znajdziecie tam w niedzielę zaledwie kilkudziesięciu ludzi.

Nauka Chrystusowa jednak nie zamarła. Podstawowe jej zasady, miłość wszechludzka, równość i braterstwo całego rodzaju ludzkiego, których wyrzekli się nowocześni faryzeusze-kapłani, wypłynęły na nowo z odmętu wieków – świeże i nieskażone, jakie padły niegdyś nad błękitnymi toniami jeziora tyberiadzkiego… Macie je wypisane na czerwonych sztandarach, wokoło których skupiają się milionowe rzesze dzisiejszych maluczkich – nowoczesnych proletariuszy…. na czerwonych sztandarach, zabarwionych niejednokrotnie męczeńską krwią – robotnika! Chrystusowe ziarna prawdy znajdziecie dziś – jasno i bez wykrętów podane – w katechizmach socjalnej demokracji!

Prawdę Chrystusową umiłowały czerwone masy robotnicze i hasła jego ewangelii wzięły za swoje… One też podjęły się ich zrealizowania.

________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” nr 52/1913, Frysztat, 26 grudnia 1913 roku. Pismo to było organem Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej, ukazującym się na Śląsku Cieszyńskim, w tym na przygranicznych terenach należących obecnie do Czech, a wówczas zamieszkiwanych w znacznej większości przez ludność polską.

Tusk i stary świat

Przeczytałem ten wywiad Sierakowskiego z Tuskiem i Applebaum i jest tam jeden dobry moment. Który zresztą pokazuje, że w Polsce, a może i nie tylko w Polsce język przestaje być narzędziem komunikacji. Nie chodzi o to, że ja jestem mądry, ktoś jest głupi, ja rozumiem, ktoś nic nie rozumie itd. Chodzi o to, że te same słowa znaczą co innego w zależności od tego, jakie mamy poglądy.

Otóż Tusk w pewnym momencie mówi, że za triumfy „prawicowych populizmów” odpowiada „przyspieszona i nieadekwatna do rzeczywistości społecznej rewolucja obyczajowa”. Dla liberalnej lewicy jest to kamień obrazy i dowód na głupotę Tuska oraz krach wszelkich, licznych przecież w tym gronie, choć skrywanych, nadziei na sojusz z Tuskiem jako bardziej progresywnym niż PiS (a wszyscy wiemy, że dzisiejszą lewicę interesuje głównie progresja obyczajowa i niewiele więcej, na pewno nie jakiś socjal). Twierdzą oni, bo to dla nich oznaczają „obyczaje”, jakoby Tusk przekonywał do takiej wizji dziejów, w której szło to mniej więcej jakoś tak, że „przyszli geje i feministki, zaczęli być widoczni, ludziom się to nie spodobało, wręcz wystraszyli się, a w reakcji poszli głosować na prawicę”. Gdyby Tusk coś takiego powiedział, rzeczywiście byłby idiotą. Ale Tusk czegoś takiego wcale, wbrew interpretacjom, nie mówi. On nie rozwija w ogóle wątku płciowo-seksualnego, za to przechodzi od razu do wątku rozpadu świata, jaki znamy.

Bo tak jest w istocie. Popularność populizmów ma dwie przyczyny. Pierwsza, której Tusk zupełnie nie rozumie, bo jest balcerowiczowskim matołkiem, to sprawa socjalna i krytyczna reakcja na neoliberalizm. Tusk i podobni są zaćpani wskaźnikami PKB, dochodu per capita i tak dalej, a umyka im mnóstwo rzeczy: wzrost nierówności, niepewność ekonomiczna, zablokowane kanały awansu, „uśmieciowienie” całości zatrudnienia (nie tylko form umów, ale i tego, że trzeba się ciągle przebranżawiać, doszkalać, zmieniać pracę, miejsce pobytu itp, aby utrzymać się na ekonomicznej powierzchni) i tak dalej. Jedną z reakcji na neoliberalizm jest zwrócenie się ludzi w stronę populizmu; dzisiejsza prawica jest znacznie częściej niż dawniej prawicą socjalną, „ludową”, a przynajmniej na tle swoich konkurentów (to świetnie widać na Węgrzech, gdzie Orban jest zasadniczo gospodarczym liberałem, ale kilka benefitów dla rodzin, klasy średniej, małych firemek itd., uczyniło go kimś, kto „daje więcej” niż opozycja).

Ale drugą z przyczyn krachu neoliberalizmu jest jego wymiar społeczno-kulturowy. Właśnie zmiana obyczajowa. Ale nie w takim wąskim sensie, jaki pod terminem „obyczaje” rozumieją lewaccy fiksaci. Obyczaje to nie są geje i feministki. Obyczaje to jest to, jak żyjemy. A dawny świat, stabilny i oswojony, rozpadł się. Nie przez gejów i feministki, Tusk niczego takiego nie mówi. On się rozpadł przez inwazję neoliberalizmu. Tusk mówi tu, choć nieświadomie, niemalże Marksem, że „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. I tak się rzeczywiście dzieje. Ludzie chcą mieć pracę, więc muszą wyjeżdżać setki i tysiące kilometrów od rodziny i przyjaciół, od krainy swego dzieciństwa. Chcą mieć karierę, ale ona koliduje z posiadaniem dzieci. Chcą mieć dzieci, ale nie mają czasu ich wychowywać. Chcą mieć stabilne życie, ale ciągle jest jakiś chaos. Chcą mieć w czymś oparcie, ale nawet dach nad głową mają na kredyt i jeszcze 30 lat wysokich rat do spłacania. Co chwilę jest kryzys finansowy, migracyjny, ekologiczny, nowe technologie, nowe systemy organizacji pracy, nowe formy życia, konsumpcji itd. To jest właśnie ta „rewolucja obyczajowa”. Stąd popularność, jako reakcja, rozmaitych mrzonek spod znaku „tradycji”, poczynając od „dżemu babuni” jako nurtu konsumpcji, a kończąc na odrzuceniu szczepionek „bo nie wiadomo, czego oni tam używają”.

W Polsce to wszystko jest wzmocnione jeszcze i tym, że oprócz ofensywy neoliberalizmu miała miejsce ofensywa „europeizmu”. Na nachalne trendy tego typu ludzie odpowiedzieli bardzo szybko i bardzo wyraźnie ofensywą patriotyzmu, nacjonalizmu, tożsamości, wyklętyzmem itp., wszystkim tym, co w narracji wyjaśniającej triumf PiS-u nosi nazwę „godności”. PiS dał ludziom nie tylko chleb – powiedział im także, że nie musicie się wstydzić i wypierać tego, że jesteście jacy jesteście, skąd jesteście i dlaczego.
Wybór „prawicowego populizmu” to część tej reakcji. „Populiści” mówią, że ocalą przynajmniej część dawnego świata – obronią stare fabryki i miejsca pracy, zamkną granice na towary i innych ludzi, będą porządek, ład, „po staremu”. I ludzie to kupują nie dlatego, że boją się geja i feministki, w każdym razie nie wszyscy się boją. Za to mnóstwo ludzi chce mieć wreszcie spokój z ciągłymi zmianami, chce ich mniej, chce wolniej, chce rzadziej. Bo już się nazmieniali. Gdyż kapitalizm jest dynamiczny w ogóle, a neoliberalizm był, jak ładnie to określił pewien angielski myśliciel, „leninizmem rynkowym”. Niszczył, burzył, wywracał do góry nogami, przekształcał co się da i kiedy zechciał, nie pytając nikogo o zdanie. Dla zysku garstki robił „rewolucję obyczajową”. „Szary człowiek” musiał ciągle nadążać, musiał wciąż więcej i więcej biec, żeby pozostać w choć tym samym miejscu, a nie daleko w tyle.

Tusk to intuicyjnie rozumie, choć oczywiście nie ma żadnego pomysłu i lekarstwa, co z tym zrobić, bo proponując neoliberalny kapitalizm, proponuje zarazem kolejne turbodoładowanie zmian. Im więcej neoliberalizmu, tym większa będzie reakcja „antynowoczesna”. Prawicowa, jak PiS, Le Pen czy Orban, albo lewicowo-„konserwatywna”, jak słowacki Smer. Albo jeszcze jakaś inna, w każdym razie napędzana strachem „szarych ludzi” przed kolejnymi zmianami.

Nie, Tusk nie jest idiotą, gdy mówi o „rewolucji obyczajowej” jako jednej z przyczyn wyboru „populistów”, on nie straszy was gejami i feministkami, on wcale nie jest konserwatystą, który chciałby stąd przegnać „nowinki obyczajowe”. Wręcz przeciwnie, on jest „Europejczykiem” pełną gębą, chciałby modernizacji polskiego społeczeństwa, ale zarazem nie potrafi rozwikłać sprzeczności, która polega na tym, że neoliberalna doktryna i rzeczywistość rozwalają zastany świat. Nie tylko generują problemy socjalne, ale nawet jeśli oferują miraż czy sporadycznie rzeczywistość wyższego poziomu życia, to za cenę ciągłej destabilizacji społeczno-kulturowej związanej z „dynamicznymi” formami gospodarki i ekspansji kapitału. I wtedy ludzie masowo odrzucają taki system. I przestali się wstydzić głosowania na „populistów” i „faszystów”, gdy tamci oferują choć spowolnienie owej dynamiki wywracającej do góry nogami wszystko to, co znamy.

Zatem uspokajam liberalną lewicę: pan Donald nie chce dokuczać gejom i feministkom, jest waszym sojusznikiem w dziedzinie postępu, tak jak i cała niesocjalna lewica wierzy on w moc hiperkapitalizmu, który burzy stary świat. Tyle że widzi on to, czego wy ze swoich nisz nie dostrzegacie: że akcji towarzyszy reakcja i że odpowiedzią społeczną na więcej dynamiki jest żądanie mniejszej dynamiki. I znowu nie dlatego, że „szarzy ludzie” chcą prześladować gejów i feministki. Chcą spokoju w chaotycznym świecie.

Gdyby lewica nie porzuciła agendy socjalnej, znałaby wyjście z tego labiryntu: stabilne realia gospodarcze pozwoliłyby się ludziom bardziej otworzyć bez lęków na zmiany stylu życia. No ale to by trzeba znowu na serio być lewicą i robić lewicę w „bazie”, nie w „nadbudowie”, np. ***** podatkami wolne media, czyli wielkie koncerny, zamiast tropić „transfobię” w niszowych partiach i grupkach. A ponieważ tego nie robi, to fangę w nadęte gęby Tuska i liberalnego lewactwa wypłacą „szarzy ludzie” – głosem na „populistów”.

Remigiusz Okraska

Komentarz pierwotnie ukazał się na facebookowym profilu autora.

Nowoczesna cywilizacja (1907)

Żyjemy w dwudziestym stuleciu cywilizacji i kultury, w wieku postępu. Podziwiamy cuda, jakie stwarzają para, elektryczność, gaz, wprowadzone w zastosowanie ręką człowieka. Z ciekawością przyglądamy się nowoczesnym miastom jakby wyrosłym niedawno spod ziemi, olbrzymim i wspaniałym budowlom, potężnym fabrykom o całych lasach dymiących wiecznie kominów, gdzie różnorodne i doskonale skonstruowane maszyny kierowane silną ręką proletariusza wytwarzają krociowe bogactwa!

W dziewiętnastym stuleciu nauka i wynalazki w technice przemysłu zrobiły daleko większe postępy niż kilka przeszłych stuleci, a i tego należy się spodziewać, że w bieżącym stuleciu poczyni jeszcze większe postępy. Gorączkowa praca z dniem nieomal każdym stwarza i wynajduje wynalazki, które jakby goniły się wzajem, celem przysporzenia bogactw, zmniejszenia nakładu sił i pracy, uprzyjemnienia życia.

W prasie i literaturze, sięgających szczytu prawie swego rozwoju, roi się od słów, zapewnień, prawie że hymnów witających kroczący z dumą postęp; dobrobyt dzisiejszego pokolenia znajduje tylu piewców, że naprawdę zdawałoby się, że żyjemy w latach, w których życie człowieka staje się wolnym od trosk i cierpień, pełne wesela i radości, tak, że nic ludziom nie pozostaje, jak używać wszystkiego. I czemuż by nie? Wszak widać wszędzie składy przepełnione żywnością i materiałami niezbędnymi do życia, magazyny pełne wszystkiego aż do zbytku i wyuzdania, zapraszają niejako ludzi do używania nagromadzonych bogactw. A nad tym wszystkim rozbrzmiewają głosy wolności, humanitarności, sprawiedliwości…

A jednak zastanawiają i w zdumienie wprawiają każdego z nas zjawiska wręcz przeciwne cywilizacji, zjawiska nieznane nigdy nawet dzikim narodom, zjawiska tchnące śmiertelną nienawiścią do cywilizacji i postępu. W społeczeństwie głoszącym wolność i sprawiedliwość popełnia się gwałt najgorszego gatunku, w ustroju społecznym niby przesyconym dobrobytem, żyje większość ludzi w największej nędzy i niedostatku, w społeczeństwie głoszącym równość i wolność głos drobnej garści bogaczy świata więcej znaczy, niż wola całego narodu, niż wola uciśnionych mas ludu; w społeczeństwie chorującym na nadmiar oświaty i kultury zapełniają ulice i ciemne przedmiejskie sutereny tłumy ludu roboczego nie umiejące ni czytać, ni pisać, tłumy, które odpędzono od spożywania owoców kultury i dobrobytu. Około przepełnionych składów i magazynów, gdzie środki żywności gniją i niszczeją, wałęsają się masy żebraków i ludzi żądających pracy, którzy może jeszcze ani raz w życiu nie nasycili się należycie; wspaniałe gmachy i budowle, bogate zamki i drogie wille z przestronnymi i wygodnymi salami, jasnymi i ciepłymi pokojami stoją latami pustką, bo zamieszkuje je zaledwie kilka osób, jakiś biskup lub magnat, mający ku przyjemności zastęp nudzących się kobiet, które swymi pieszczotami lub ciałem rozweselają mu życie – podczas gdy całe masy pożytecznych ludzi gniotą się w brudnych, wilgotnych bez światła i słońca suterenach, gnieżdżą się na nędznych poddaszach lub w barakach pełnych brudu i niechlujstwa, w jaskiniach, gdzie nędza, głód i choroby wyprawiają swe orgie, gdzie w mrokach rodzą się zbrodnie, powstają gwałty, a śmierć najobfitsze zbiera żniwo przed czasem.

Na ochronę koni, psów i innych zwierząt wydaje się ustawy, społeczeństwo cywilizowane zakłada stowarzyszenia opieki nad zwierzętami, ale to samo „cywilizowane” społeczeństwo nie zna ustaw ochraniających tysiące robotników; w każdym roku padają w fabrykach trupy robotnicze, temu głowę zmiażdżyło, tego maszyna rozerwała w kawałki, temu rękę urwało, tam znowu w kopalniach gazy zatruły dziesiątki górników lub spadające z góry kamienie śmiertelnie pokaleczyły ojca licznej rodziny. Ilu górników przez niedbalstwo odpowiednich organów straciło życie, ilu stało się kalekami, ilu straciło siły i zdrowie w gazach i pyle kamiennym czy węglowym, gdzie za marną, psią zapłatę pracowali na jaśniepanów. Gdzież są ustawy na obronę ludu, gdzie słuszność, gdzież ta kultura głosząca sprawiedliwość i wolność. Nie ma jej? Ale niewinnego człowieka umiała wysłać na szubienicę lub wtrącić do więzienia za to, że śmiał upomnieć się o swe prawa, za to, że nędza popchnęła go do buntu; nędzarza wpakowano do aresztu za to, że z głodu ukradł kawałek chleba. Gdzież poczucie sprawiedliwości u tych „cywilizowanych” jaśniepanów, którzy dostają apopleksji na widok znęcania się woźnicy nad koniem, gdzież te pisma piszące całe artykuły o niedyspozycji żołądkowej jakiegoś książątka chorującego z przesytu, gdzież ci w czarnych sutannach głoszący miłość bliźniego, którego należy przyodziać i nakarmić?

W tej rażącej sprzeczności dobrobytu i nędzy, kultury i ciemnoty, postępu i wstecznictwa mieści się obłuda i faryzeuszostwo „cywilizowanego” społeczeństwa dwudziestego stulecia. Czy tutaj może być mowa o humanitarności, postępie lub cywilizacji? O ile prześcignęła humanitarność dzisiejszych klas burżuazyjnych życie dzikich barbarzyńskich plemion? U ludów dzikich ludzi niezdolnych do pracy wrzucano do wody lub strącano ze skały do przepaści, aby nie byli ciężarem dla innych, tak robiono np. w starożytnej Sparcie, krainie greckiej. Dziś w społeczeństwie o wysokiej kulturze i humanitarności skazuje się ludzi na powolne konanie, na śmierć głodową, na całe to piekło dzisiejszej nędzy.

W dzisiejszym ustroju społecznym wyniki nauk, korzyści badań, wszelkie owoce wynalazków i pracy, stały się wyłącznym majątkiem małej garści ludzi, fabrykantów, kapitalistów, baronów węglowych, którzy do wytworzenia tych bogactw ani jednym kiwnięciem palca się nie przyczynili.

Taki miliarder Rotszyld nie wie nawet, ile ma fabryk na świecie, ze sprawozdań dyrektorów dowiaduje się dopiero o tym, a sam spędza chwile na podróżach po norweskich zatokach lub polowaniach na tygrysy w północnej Afryce, podczas gdy lud roboczy pracuje ciężko na niego, po fabrykach i po kopalniach, po to, aby p. Rotszyld mógł życia do woli używać.

Dzisiejszy ustroi wobec tych krzyczących niesprawiedliwości i gwałtów nie zdoła się długo utrzymać, nieustające walki, jakie się w nim rozgrywają z dnia na dzień, powodują rozkład i zgubę istniejących obecnie stosunków: naprzeciw garstki ciemięzców staje milionowy tłum żebraków do walki. Prawdziwym paszkwilem ośmieszającym cywilizację i postęp dzisiejszy są istniejące ustawy i różne rozporządzenia, które służą do tego, aby mniej liczna klasa wyzyskiwaczy mogła bezkarnie okradać lud roboczy, rabować jego zdrowie, siłę i życie. Dziś nie ceni się człowieka dla jego zdolności, pracy, wykształcenia, ale dla… pieniędzy, majątków, które prawem kaduka, nieuczciwym sposobem pozyskał. Możesz być największym głupcem, ale jeśli masz pieniądze, świat powie, żeś mądry, jesteś skończonym łotrem, ale bogatym, przyjdą ludzie, pokłonią ci się i nazwą cię uczciwym, jesteś krwawym tyranem, ale mającym za sobą szubienice, armaty i ustawy, społeczeństwo ogłosi cię najsprawiedliwszym człowiekiem. Ale prawie zawsze zostaniesz głupim, nieuczciwym, szubrawcem jeśliś biedny, choćbyś był mądrym, uczciwym, ba nawet świętym. Dzisiaj potaniała już cnota – mówi poeta.

To całe piekło powyżej przedstawionych stosunków to wykwit tak wychwalanej przez klerykałów i burżuazję prywatnej własności, uświęconej, jak oni powiadają, przez samego boga, który bogaczowi kazał majątek rozdać ubogim. Kapitał, który stworzył nowoczesną kulturę i burżuazyjną cywilizację, ten kapitał będący źródłem tej krzywdy społecznej, wykopie swą zachłannością dla siebie grób. Każdy choć trochę myślący człowiek zrozumie, że obecne stosunki nie dadzą się długo utrzymali. Własność prywatna, kapitał prowadzi ludzkość na drogę zupełnego upadku, a periodycznie pojawiające się kryzysy przemysłowe, wyrzucające na bruk klasę pracującą – są najlepszym dowodem szkodliwości prywatnych kapitalistycznych przedsiębiorstw, których krzywdzącą działalność należy powstrzymać i zmienić.

Głosicielem nowych i sprawiedliwych zmian przyszłego ustroju społecznego jest lud roboczy, proletariat górniczy i fabryczny, który gromadzi siły i w swoich organizacjach gotuje się do walki o lepszy ustrój społeczny dla wszystkich. Spełnienie tego celu to wprowadzenie w życie myśli socjalistycznej, której głosicielem jest lud roboczy. Proletariat nie ma nic do stracenia, a cały świat do zdobycia, w walce więc, jaką wydał staremu porządkowi walącemu się już w gruzy, budował będzie nowy świat, który nowymi pójdzie tory. Nic więc dziwnego, że idea socjalistyczna znajduje taki posłuch wśród mas robotniczych, nic więc dziwnego, że wrogowie ludu oszczerstwa i psy wieszają na ludzie roboczym i to nic dziwnego, że świat burżuazyjny na gwałt wrzeszczy: socjaliści chcą świat, cywilizację, postęp zniszczyć, wywrócić świat do góry nogami. A byłże kiedy świat tak do góry nogami postawiony, jak dzisiaj? Lud roboczy zszeregowany w partii socjalistycznej chce ład i porządek zaprowadzić, zwycięstwo ludu roboczego to zwycięstwo prawdziwej cywilizacji i kultury, postępu i sprawiedliwości. Nie dziwi więc dzisiaj nikogo, że na całym świecie rozbrzmiewa potężny głos: proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! W ślad zanim podążają milionowe szeregi robotnicze, przed których pochodem drży w strachu stary, podły świat!

_________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Górnik – organ Unii Górników w Austrii” nr 1/1907, Cieszyn, 9 stycznia 1907 r. Było to pismo wydawane przez górniczy związek zawodowy na Śląsku Cieszyńskim, pozostający pod wpływem polskiego ruchu socjalistycznego w zaborze austriackim. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Wykluczyć wykluczenie

Problem wykluczenia transportowego wciąż nie został rozwiązany – podkreśla rzecznik praw obywatelskich. I postuluje, aby wprowadzić standardy, które społecznościom lokalnym zagwarantują połączenia.

W kwestii wykluczenia transportowego Marcin Wiącek – od lipca 2021 r. sprawujący funkcję rzecznika praw obywatelskich – kontynuuje działania swojego poprzednika Adama Bodnara. To właśnie za kadencji Bodnara problemy z funkcjonowaniem transportu publicznego weszły w zakres spraw, którymi zajmuje się Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich.

Nierówny dostęp

Problemy z dojazdami były jednym z najczęściej poruszanych tematów podczas spotkań regionalnych, których Adam Bodnar przez sześć lat urzędowania odbył w całej Polsce ponad 150. Ich uczestnicy alarmowali, że autobusy do mniejszych miejscowości zbyt wcześnie kończą kursowanie, przez co młodzież nie tylko nie może brać udziału w zajęciach pozalekcyjnych, ale czasem musi się wręcz zwalniać z ostatnich lekcji. Z kolei seniorzy skarżyli się, że z powodu braku połączeń mają problemy z dotarciem nie tylko na zajęcia uniwersytetów trzeciego wieku, ale też do przychodni: „Nie mogę dojechać do lekarza, jeśli córka nie weźmie urlopu i mnie nie zawiezie” – mówiła uczestniczka jednego ze spotkań.

– „Doprowadziliśmy do tego, że w Polsce do aktywnego życia i korzystania z praw potrzebny jest prywatny samochód” – mówił Bodnar po spotkaniu we Wrześni, a w Lublińcu stwierdził: – „Jeżdżąc po kraju, widzimy jak rośnie problem wykluczenia transportowego. Jak nierówny jest przez to dostęp do edukacji, służby zdrowia, urzędów”.

Kwestie te Adam Bodnar starał się przede wszystkim nagłaśniać: z mównicy sejmowej, na spotkaniach z samorządowcami czy na organizowanych przez biuro rzecznika Kongresach Praw Obywatelskich.

W podsumowującym kadencję Bodnara raporcie biura rzecznika odnotowano wprowadzenie przez rząd programu Kolej Plus oraz uchwalenie ustawy o Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych.

Rozsądne minimum

Nowy rzecznik praw obywatelskich alarmuje, że społeczności lokalne wcale nie przestały borykać się z trudnościami w dojazdach: „Na podstawie liczby skarg dotyczących przedmiotowej problematyki wpływających do mojego biura po wejściu w życie wyżej wymienionej ustawy nie mogę jednak stwierdzić, że problem wykluczenia komunikacyjnego został rozwiązany” – napisał Marcin Wiącek w piśmie wysłanym na początku października 2021 r. do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, zaznaczając, że „wykluczenie transportowe stanowi faktyczną przeszkodę w realizacji szeregu konstytucyjnych praw i wolności obywatelskich, takich jak wolność poruszania się, prawo do ochrony zdrowia, prawo osób z niepełnosprawnościami do pomocy ze strony władz publicznych, prawo do nauki”.

Choć rządowy Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych działa od 2019 r., to nadal duża część samorządów nie zorganizowała na swoim terenie transportu publicznego. Z wsparcia funduszu samorządy mogą, ale nie muszą korzystać. Co więcej, samorządy w ogóle nie mają obowiązku tworzenia i utrzymywania połączeń. Żadne sankcje nie grożą nawet w sytuacji, gdy nie tworzy się linii komunikacyjnych zapisanych w planach transportowych uchwalonych przez samorządy. Choć plany te są aktami prawa miejscowego, to brak ich realizacji nie może stanowić podstawy do dochodzenia roszczeń przez mieszkańców.

Rzecznik praw obywatelskich uważa, że to powinno się zmienić. „Pragnę zwrócić uwagę na możliwość innego podejścia do problemu, nie ograniczającego się wyłącznie do kwestii zapewnienia finansowania przewozów, ale ujmującego problem z perspektywy praw obywatela” – napisał Marcin Wiącek do resortu rolnictwa i rozwoju wsi, postulując przy tym, aby ustawowo określić obowiązki władzy publicznej w zakresie transportu publicznego. – „Wydaje się, że rozsądnym minimum w tym zakresie jest wprowadzenie prawa obywatela do transportu publicznego zapewniającego połączenie do siedziby władz danej gminy”.

Jeden z najważniejszych tematów

1 września 2021 r. Marcin Wiącek gościł reprezentanta Polski w Komisji Europejskiej – komisarza ds. rolnictwa i rozwoju wsi Janusza Wojciechowskiego. Biuro rzecznika informuje, że „jednym z najważniejszych tematów poruszanych w czasie spotkania były problemy związane z wykluczeniem transportowym w wielu rejonach w Polsce”.

Komisja Europejska pod koniec czerwca 2021 r. przedstawiła wizję rozwoju obszarów wiejskich, której jednym z czterech filarów jest ich lepsze skomunikowanie: „Zwiększy to ich dostępność, jednocześnie poprawiając dostęp ludności wiejskiej do szerszego zakresu usług”. To dlatego rzecznik praw obywatelskich wystąpił w sprawie transportu publicznego do resortu zajmującego się rolnictwem i rozwojem obszarów wiejskich.

– „Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi zwróciło się do Ministerstwa Infrastruktury o przekazanie stanowiska w sprawie” – mówi magazynowi „Z Biegiem Szyn” Dariusz Mamiński z resortu rolnictwa. – „Stanowisko to jest kluczowe dla dalszych ewentualnych prac nad proponowanymi rozwiązaniami”.

Samorządy nie garną się

Postulat, by Ministerstwo Infrastruktury we współpracy z samorządami opracowało minimalne standardy obsługi transportowej, został przedstawiony w czerwcu 2021 r. na Kongresie Polityki Miejskiej w Katowicach: „Aby komunikacja finansowana ze środków publicznych stanowiła realną alternatywę dla komunikacji indywidualnej, musi ona odpowiadać na zapotrzebowanie transportowe ludności i zapewniać spójny system” – zaznaczyli eksperci zajmujący się mobilnością, wnioskując przy tym, by spełnianie wypracowanych standardów stało się warunkiem korzystania ze źródeł takich jak Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych. Eksperci wskazali ponadto, że podczas formułowania standardów należy pamiętać też o stykach województw: „Kiedy organizator transportu kolejowego jest skupiony jedynie na stworzeniu optymalnej oferty przewozowej do stolicy regionu, połączenia na granicach z województwami sąsiednimi realizowane są jedynie w marginalnym zakresie lub nie są realizowane w ogóle”.

W październiku 2021 r. do Ministerstwa Infrastruktury trafił wniosek, w którym Centrum Zrównoważonego Transportu postuluje, aby do 2027 r. sukcesywnie dojść do następujących standardów: w ramach każdego regionu połączenia między miastami wojewódzkimi i stolicami powiatów oraz połączenia między stolicami sąsiadujących powiatów, a ponadto zapewnienie, aby z żadnej miejscowości liczącej minimum 100 mieszkańców nie było dalej niż 3 km do przystanku autobusowego lub kolejowego obsługiwanego przez co najmniej dziesięć par kursów w dni nauki szkolnej i sześć par kursów w pozostałe dni. W piśmie do resortu infrastruktury prezes CZT Krzysztof Rytel napisał: „Ponieważ samorządy nie garną się do odtwarzania sieci autobusowych, nasuwa się refleksja, że państwo powinno je do tego zobowiązać”.

Rozwój w standardzie

– „Nie jest rzadkością, że wójt czy starosta boją się ulepszać ofertę przewozową, myśląc, że jak zabraknie kasy, to trzeba będzie ciąć kursy i z tego się tłumaczyć” – mówi szef PKS Słupsk Piotr Rachwalski, który od 2014 do 2019 r. kierował Kolejami Dolnośląskimi. Jest on zwolennikiem przyjęcia standardów: – „Powinny one odnosić się do całego transportu zbiorowego dotowanego ze środków publicznych – i autobusów, i kolei. Ich wprowadzenie przyniosłoby skokową poprawę oferty transportu publicznego oraz skokowy powrót pasażerów do systemu”.

O ile rzecznik praw obywatelskich wskazuje, że zagwarantowany powinien zostać przynajmniej dojazd do miejscowości gminnej, o tyle Rachwalski uważa, że nawet ważniejsze jest zapewnienie połączeń z gmin do miast powiatowych, między powiatami oraz z miast powiatowych do stolicy regionu. – „Organizując całą wymienioną siatkę, niejako przy okazji skomunikowano by także znaczną część sołectw. Na poziomie gminnym w dużej mierze wystarczy zmienić zasady dowozu dzieci do szkół, udostępniając kursy pozostałym mieszkańcom i rozciągając je na cały rok” – mówi Rachwalski. Przypomina też o kwestii standardu samych pojazdów: – „Obowiązkowe miejsce na wózek dziecięcy czy inwalidzki i na większy bagaż, system informacji pasażerskiej z numeracją linii, klimatyzacja, określona norma emisji spalin, lokalizacja GPS pojazdów dostępna w internecie. Określić można też maksymalny wiek taboru: przykładowo autobusów na 15 lat, a pociągów na 30-40 lat. Standardy muszą stymulować rozwój”.

Autobusy zintegrowane z pociągami

Na to, aby przy określaniu standardów nie ograniczać się do połączeń w ramach gmin, zwraca uwagę również geograf transportu z Uniwersytetu Szczecińskiego dr Tadeusz Bocheński: – „Istotne jest zapewnienie bezpośrednich połączeń także z ośrodków gminnych do miasta powiatowego oraz z miast do ośrodków regionalnych lub subregionalnych, gdzie zazwyczaj znajdują się obiekty specjalistycznej opieki zdrowotnej i organy wymiaru sprawiedliwości poziomu okręgowego” – mówi Bocheński, dodając, że standardy muszą wiązać się z zapewnieniem stabilnego finansowania systemu transportu: – „Państwo powinno zapewnić samorządom na przykład zwiększony udział w podatku PIT, ewentualnie dotację celową. Samorządy zmuszone do uruchomienia nowych połączeń, ale bez otrzymania dodatkowych funduszy na ten cel, mogą zmniejszyć liczbę kursów na jednej trasie, aby uruchomić je na innej”.

Bocheński zaznacza ponadto, że standardy stanowią szansę na zintegrowanie transportu kolejowego i autobusowego. – „Miasta, zwłaszcza te będące stolicami powiatów, powinny mieć zapewniony dostęp do kolei. Jeśli jednak kolej nie dociera do danego miasta, należałoby zapewnić komunikację autobusową dowożącą pasażerów do czynnej stacji kolejowej. Autobus taki powinien być zintegrowany z pociągiem zarówno pod względem skomunikowania na stacji przesiadkowej, jak i wspólnego biletu”.

Bez komentarza

Przygotowywanie propozycji zmian legislacyjnych koniecznych do zapobiegania wykluczeniu transportowemu oraz koordynacja prac dotyczących zwiększenia dostępności i poprawy jakości usług przewozowych – to zadania pełnomocnika rządu ds. przeciwdziałania wykluczeniu komunikacyjnemu. Funkcję tę sprawuje wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel.

Po tym, jak rzecznik praw obywatelskich zaalarmował Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi o wciąż palącym problemie wykluczenia transportowego na obszarach wiejskich, zapytaliśmy w Ministerstwie Infrastruktury, czy dostrzega potrzebę ustalenia standardów transportu i czy wraz z resortem rolnictwa zamierza zająć się tą kwestią. Rzecznik prasowy resortu infrastruktury Szymon Huptyś odparł tylko: – „Ministerstwo Infrastruktury nie komentuje wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/116 listopad-grudzień 2021)
http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Gdy wszyscy mają rację i nikt jej nie ma

Wyobraźmy sobie trójwymiarowe ludziki – grubasików – żyjących w dwumiarowej cywilizacji, w płaskiźmie. W dobrych czasach wiodą życie podobne do bohatera włoskiej kreskówki La Linea, którego przygody w liniowym świecie kontrolowane są zawsze, mniej lub bardziej spolegliwie, przez rękę rysownika wyposażoną w ołówek. Postać ludzika obrysowana jest pojedynczą linią i przemieszcza się po nieskończonej kresce, której jest częścią. Ludzik napotyka przeszkody i (energicznie) zwraca się do rysownika o pomoc. Jedną z powtarzających się przeszkód jest nagły koniec trasy. W gorszych czasach grubasikom nie pojawia się znajoma ręka z ołówkiem, tylko mniej lub bardziej niezrozumiałe płaskie geometryczne figury, błyskawice i kawałki świderków, bombardujące płaski świat, pozbawiony bezpiecznej liniowej trasy. Nasi bohaterowie unoszą się w powietrzu albo fruwają w różnych kierunkach uczepieni rombów i kwadratów. Bazgroły przepełniają ich płaski świat.

Wszak grubasikowie nie są w gruncie rzeczy płascy – są trójwymiarowi. Ale widzą tylko dwuwymiarowe szkice, w dodatku czarno-białe. Na tym polega ich cywilizacja; posiadają do rozumienia i postrzegania swojego świata tylko takie – płaskie – kategorie. Biedni grubasikowie wydają nam się bezsensowni i ograniczeni? Słusznie, bo tacy właśnie są. A my jesteśmy do nich uderzająco podobni.

W naszych czasach próby poradzenia sobie z coraz bardziej trudnymi problemami przypominają przygody pozbawionych opiekuńczej ręki grubasików w płaskiźmie. Atakują ich zewsząd jakieś chaotyczne hasła i wydarzenia. Każde z nas trzyma się jakiegoś sensownego dla nas kształtu – czegoś, co postrzegamy jako „normalność”. Nic nas nie łączy. Sami sobie nawzajem tworzymy chaos. Świat, gdzie wszyscy mają rację. Gdzie nikt jej nie ma. Gdzie istnieją dwa obozy: czarny i biały, które stają się widoczne dzięki sobie nawzajem, ale które nie łączą się nigdy w odcienie szarości (że o kolorach nie wspomnę). Gdzie koszt zabrania głosu jest zarazem za niski i za wysoki, bo można mówić cokolwiek, ale tylko wtedy, gdy się nie wykracza poza linie. Jakakolwiek kwestia która poza nie wystaje, naraża się któremuś z obozów – albo obu. Wszyscy zdają się być do tego dotknięci daltonizmem.

Grubasikowie nie są płascy. I nie są ślepi na barwy. Tylko ich cywilizacja to wszystko wyklucza. My też nie jesteśmy taką czy siaką Tożsamością. Tylko nie umiemy sobie radzić ze złożonością. Złożoność istnieje, wiemy o tym. Ale wszystko wokół nas zdaje się pochodzić z rzeczywistości o wiele prostszej. Dominujące mechanizmy zarządzania zorientowane są na proste systemy – wszystko jest upraszczane, sprowadzane do danych ilościowych, zasady zastępowane są automatycznymi algorytmami. Edukacja biznesowa i ekonomiczna głównego nurtu stara się sprowadzić wszystko do prostych kryteriów wzrostu i opłacalności. Katechizmowa teologia upiera się przy używaniu jednoznacznych miar do każdej życiowej sytuacji. Dyskurs medialny głosi, że złożoność trzeba ograniczać.

Wręcz przeciwnie.

Musimy dojrzeć do naszej złożoności. Nauczyć się ją widzieć, cenić, rozpoznawać, wreszcie – rozumieć jej zależności i pokochać jej rubensowskie kształty. Potrzebujemy wizji rozwiązań wielościennych, kanciastych, kolorowych, wieloaspektowych, grubych, barokowych! Inaczej będziemy jak biedni grubasikowie uwięzieni w liniowym świecie, podczas gdy w tym prawdziwym, trójwymiarowym, dzieją się rzeczy czasami bardzo groźne, czasami bardzo piękne. Jednak grubasikowie ignorują je nawet za cenę swojego zdrowia i życia. Co mogą na to poradzić? Produkują czarne i białe rozwiązania, które nic nie rozwiązują, bo nie wchodzą w interakcje z sobą ani z bardziej złożonymi aspektami świata. Nie są to tezy i antytezy – bo nie ma syntez, są tylko coraz bardziej spolaryzowane czarne i białe obozy. To nie są bańki – bańki są trójwymiarowe i mają lepkie ścianki, czasami łączą się w większe banie. To raczej opadający proch, martwy, bez organicznych ścianek, a przede wszystkim bez hybryd.

Hybrydy są wypychane poza marginesy świata płaskizmu. Weźmy dziennikarza, który podjął się trudnego zadania rozmawiania z osobami z różnych środowisk, należącymi do różnych porządków, i który naprawdę zaczął rozumieć tych ludzi, na ogół nierozumianych przez swoich czytelników. Pragnie ich przedstawić, pokazać ich punkt widzenia. Weźmy innego, który od wielu lat pełnił rolę jednego z nielicznych łączników lewa i prawa, ale także teraźniejszości i przeszłości – historycznej i praktykowanej obecnie lewicowości. Dobra, weźmy pewną naukowczynię, która przez kilka dziesięcioleci była – mało skuteczną to prawda, ale jednak – budowniczynią alternatyw w polskich naukach zarzadzania. Niedawno wszystkie te osoby zostały „wysprzątane” z cywilizacji płaskizmu. (Co wszak co najmniej jedna z nich sobie chwali.)

W świecie żywym i złożonym przeciwieństwa powinny się móc przyciągać. Kto się czubi, ten się lubi. Muszą istnieć hybrydy, budowniczowie mostów i tricksterzy. Musi istnieć miejsce dla odmieńców, niekoniecznie w centrum, wystarczy, aby było na względnie widocznych obrzeżach. Teraz miejsca dla takich ról nie ma, a próby ich odgrywania mają przykre konsekwencje – towarzyskie i zawodowe. Za wypowiedzi w mediach i mediach społecznościowych i inby wokół siebie miewa się poważne przykrości w pracy. Jeśli jest się bez pracy, to można jej już nie znaleźć. Jeśli jest się freelancerem lub prekariuszem, to nie znajdzie się zleceniodawców. Dla prekariuszy to dosłownie głód, bo jeśli ma się ten status, to trzeba się stale pokazywać jako osoba zatrudnialna, akceptowalna. Do tego dochodzi też strona społeczna – nikt nie chce być sam. Jeszcze 10 lat temu miałam licznych znajomych, którzy otwarcie głosili preferencje (drobne i większe) spoza swojego „obozu”. Teraz jest ich tak niewiele… Bycie oryginałem to towarzyskie i środowiskowe samobójstwo. Kto to w ogóle pamięta, że było inaczej? Pamiętać takie rzeczy to też towarzyskie i środowiskowe samobójstwo.

W świecie płaskizmu głębia jest partyzantką, a czas jest dywersją.

prof. Monika Kostera

Dzień bezradności

Promienisty niczym zorza Open Space’u uśmiech Unit Managera rozświetla mroki kuchni w naszej fabryce. W naszej fabryce wszyscy nic, tylko adresujemy. Nie, nie pracujemy na poczcie. Adresujemy potrzeby naszych klientów. Bo jak wiadomo: Klient nasz Pan, nasz Bóg. na wieki wieków Amen. Wychodzisz z roboty na „uroczystą galę rozdania prestiżowych statuetek”, by odebrać nagrodę dla naszego innowacyjnego produktu. Oprawa tego wydarzenia jest uroczysta i jako się rzekło prestiżowa, niczym na Oscarach. Czerwony dywan, reflektory. Kelnerzy roznoszący proseczio i przekąski kursują jak szaleni.

– Kanapeczkę? Zachęcamy. Proszę się częstować.

Zaczyna się. Para prowadzących jak na Sylwestrze Marzeń z Jedynką. Ona suknia cała w cekiny, on we fraku. Zastanawiasz się w duchu, czy zaraz zaintonują „Cała sala śpiewa z nami” lub „Niech żyje bal”. Sądzisz, że na pewno już za moment na estradzie pojawi się przebrana za zupkę instant Maryla Rodowicz. Nic takiego jednak nie następuje. Konferansjer odzywa się w końcu w te słowa:

– Proszę spojrzeć, po mojej prawej stoją nasze prestiżowe statuetki, które rozdamy na dzisiejszej uroczystej gali. Są piękne. Stoją na regale zaprojektowanym przez firmę Expo Retail, która jest sponsorem naszego wydarzenia. On także jest wspaniały. Piękny regał!

Myślisz: będzie grubo i nie mylisz się. Około 50 produktów FMCG, czyli żarcie. Teraz z kolei przechodząc do meritum, Pani w błyszczącej sukni mówi z uśmiechem numer pięć na ustach:
– Innowację Brylantową w kategorii „Miłe chwile z produktem” w segmencie wędliny otrzymuje…

Grają werble, błyszczą światła. Oraz wszystko inne po trochu…

– Sucha krakowska marki takiej a takiej!

Na scenę wkracza brand manager kiełbasy. Rozlega się burza braw. Oklaskiwane są jogurty, serki kanapkowe, tekturowe opakowania z przymocowaną na stałe zakrętką. To jest właśnie ta innowacja, że ona jest na stałe przymocowana.

Zapadasz w rodzaj katatonii. Zamykasz oczy. Gdy je znów otwierasz, nie widzisz już ludzi. Na sali siedzą Parówki Berlinki. Jak z reklamy. Jak żywe. Parówki oklaskują inne parówki. Ty też jesteś parówką i choć z samych trzewi swego parówczanego jestestwa chcesz się sprzeciwić, to nie możesz. Wyczytują cię w końcu. Wychodzisz na scenę. O wstydzie.

Wracasz do biura i stawiasz Innowacje na biurku swego szefa. Siadasz do swojego biurka. Świst ksera przypomina turkot kół Pendolino na trasie Kraków – Warszawa. Cichy, cichuteńki. Brakuje tylko plumkania Chopina w tle i można by przyjąć, że jest się w podróży. Gdzie indziej, gdzie indziej.

Trigger, touchpoint i faza pasywna w procesie zakupowym zrobią ci ewaluacje. Dowieź target, a choćbyś kroczył ciemną doliną zła się nie ulękniesz.

W naszej fabryce siedzisz dupogodziny. Nadgodziny. Złe godziny. Siedzisz.

Z mózgu po sześciu masz już kotlet mielony. Toteż grasz na komórce i obczajasz nowe wdzianko dla swego psa na allegro. A tu jeszcze spotkanie na Teamsach.

Jeden typ zauważa, że musimy zmaksymalizować relewantnie wolumen ludzki. Wszyscy potakują gorliwie. Kiwające miniaturowe głowy na ekranie są jak komisja kontroli gier i zakładów w totolotku. Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady i rozpoczynamy losowanie pięciu liczb. Po połowie spotkania zastanawiasz się, czy na pewno rozmawiasz z osobami. A nie na przykład z robotami, które opanowały świat. Po całym dasz już sobie rękę uciąć, że zebrani mają za uszami śrubki, które można odkręcić, by zajrzeć do środka ich głów. Pod włosami zaś na pewno skrywają wtyczki do ładowania.

Takie dni jak ten mówią ci więcej o opłakanej kondycji człowieczej w dobie „schyłkowego kapitalizmu”, niż opasłe tomy, jakie na ten temat powstały.

Wychodzisz i odbijasz kartę. Fajrant. Stajesz na chodniku. Monumentalny szklany dom przygląda ci się pustymi oczodołami okien. Ocenia. Wartościuje twoje życie. Sumuje w Excelu. Formuła policzy. Zero lub jeden. Innej opcji nie ma.

Ronja

O obronie ojczyzny – nie tylko w kontekście projektu ustawy

W cieniu kryzysu na granicy z Białorusią i obaw dotyczących możliwego rosyjskiego ataku na Ukrainę czynniki rządowe przedstawiły projekt nowej ustawy o obronie ojczyzny. Moment można uznać w związku z tym za bardzo stosowny.

Rzeczony projekt został zaanonsowany ze wskazaniem jako celu zwiększenia liczebności Sił Zbrojnych do poziomu 250 000, tj. do dwukrotności stanu obecnego. Wielkość ta budzi dyskusje, jednak zagadnienie liczebności wojska pozostaje dyskusyjne co najmniej od czasu podjęcia na początku XXI wieku decyzji o uzawodowieniu armii. Już wtedy wskazywano, że z uwagi na wyższe w sposób naturalny koszty osobowe przejście od modelu uzupełnianego poborem na w pełni profesjonalny wiąże się z redukcją stanu osobowego o około połowę. W tamtych, pozornie spokojnych czasach, w których wojny toczyły się tysiące kilometrów od Polski, a udział w nich był kwestią decyzji politycznej o dołączeniu do koalicji interwencyjnej, kwestię tę można było uznawać za akademicko-techniczną, niekoniecznie egzystencjalną.

Mało tego, niektórzy eksperci formułowali nawet stanowisko, zgodnie z którym założona liczebność wojsk regularnych, wynosząca 100 000 żołnierzy, była i tak zawyżona w stosunku do nakładów. Zgodnie z tą opinią właściwym posunięciem miało być ograniczenie liczebności do najwyżej 80 000 i przeznaczenie zaoszczędzonych środków na znacznie efektywniejszą niż dotychczas modernizację techniczną. Nie sposób zaprzeczyć, że takie podejście wspierały i wspierają ważkie argumenty. Jednak działania Rosji, zapoczątkowane wojną z Gruzją i agresją na Ukrainę, w nieprzyjemny sposób zmieniły lokalne środowisko międzynarodowe i zasadniczo przybliżyły konflikt do granic Polski. Ponadto Ukraina stała się modelem nowego typu agresywnego oddziaływania, a mianowicie wojny hybrydowej, w której agresor może wręcz utrzymywać, że nie prowadzi żadnych działań, nie odpowiadając za zielone ludziki z uzbrojeniem, które można kupić w każdej hurtowi sprzętu wojskowego tudzież za spontaniczne zrywy lokalnej ludności uciemiężonej czymkolwiek. O ile armia mała, bardzo dobrze wyposażona, ale dysponująca znikomymi rezerwami i zdolnościami odtworzenia potencjału ludzkiego mogłaby się sprawdzić w z samego założenia agresora krótkim i angażującym tylko część dostępnych jego sił konflikcie podobnym do gruzińskiego, to wątpliwa byłaby jej zdolność do radzenia sobie z wielomiesięczną pełzającą wojną taką jak ta prowadzona na Ukrainie. Taka sytuacja wymaga nieraz pozycyjnego utrzymywania terenu i prowadzenia długotrwałych działań regularnych bądź nieregularnych, zużywających oraz wyczerpujących jednostki, którymi trzeba rotować i odtwarzać je. W takim kontekście liczebność i dostępność rezerw zaczyna mieć znaczenie decydujące dla realizacji własnego celu politycznego w konflikcie, choćby czysto defensywnego, ograniczonego do samego odparcia naporu.

W krajach leżących w polu oddziaływania Rosji wyciągnięto z tego pewne konkretne wnioski. W Szwecji w roku 2017 podjęto decyzję o przywróceniu zniesionej siedem lat wcześniej obowiązkowej służby wojskowej. W Polsce, w której za zasadniczą służbą wojskową ciągnie się odium zjawisk określanych jako fala, a różnice społeczno-kulturowe wykluczają w dającej się przewidzieć przyszłości skandynawską pozytywną integrację wojska z przeżywaniem obywatelskości, bez szkód dla późniejszej kariery zawodowej, zdecydowano się na powołanie ochotniczych Wojsk Obrony Terytorialnej.

Miał to być relatywnie niedrogi sposób stworzenia formacji liczącej połowę stanu wojsk regularnych, stanowiących dla nich wsparcie i potencjalną rezerwę kadrową. Jednak z uwagi na różne czynniki, w tym często pozbawioną stosownego umiarkowania retorykę tak „ojca” WOT, ówczesnego ministra Antoniego Macierewicza, jak i innych przedstawicieli obozu rządzącego, zakładanych celów kadrowych wciąż nie osiągnięto. Chociaż już w bieżącym roku WOT miały osiągnąć stan 50 000 żołnierzy, faktycznie osiągnięto ledwie 30 000. Choć niemała część krytyki tej formacji stanowiła lustrzane odbicie wspomnianego werbalnego nieumiarkowania rządzących, a utworzenie jej stanowi tak czy inaczej sukces potwierdzany m.in. przez możliwość zaangażowania terytorialsów do ochrony granicy, założenia spełniono tylko częściowo. Problemy z obsadzeniem etatów dotykają zresztą również wojsk regularnych, w których sformowano nową, czwartą dywizję.

Sytuacja międzynarodowa uległa natomiast dalszemu zagęszczeniu. Ponieważ, jako się rzekło, przywrócenie obowiązkowego poboru byłoby niezwykle obciążające politycznie, projekt ustawy zakłada wprowadzenie rocznej dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, po której odbyciu żołnierz mógłby kontynuować karierę w wojsku lub przejść do rezerwy. Zamiary obejmują również stworzenie systemu zachęt dla kandydatów – skierowane do studentów programy stypendiów „spłacanych” późniejszą okresową służbą wojskową czy uatrakcyjnienie warunków służby jako takiej.

Ponieważ dwukrotne zwiększenie liczebności (deklarowane poziomy to 250 000 żołnierzy armii regularnej plus 50 000 WOT) przy pozostawieniu dotychczasowego finansowania byłoby przepisem na katastrofę, zakłada się wzrost wydatków do poziomu rzędu 3% PKB. Przy czym w dziedzinie konkretnych planów próg 2,5% miałby zostać osiągnięty już w roku 2026, a nie, jak wcześniej zakładano, w 2030. Pomóc temu ma Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych zasilany wpływami ze skarbowych papierów wartościowych środkami z obligacji wyemitowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego, wpłatami z budżetu państwa i wpłatami z zysku z Narodowego Banku Polskiego. Wydatki majątkowe, tj. na uzbrojenie, sprzęt i infrastrukturę, mają wynieść co najmniej 20% ogółu. W kontekście funkcjonowania wojska mają zostać wprowadzone zmiany w aspektach organizacyjnych, powodujące ułatwienie awansów czy umożliwienie uzyskania wyższego stopnia w obrębie istniejącego stanowiska. Na poziomie ustawowym zostaną usankcjonowane ponadto Wojska Obrony Cyberprzestrzeni, tworzone skądinąd już od roku 2019, nie jest więc to jakaś sensu stricto nowość wprowadzana przez obecny projekt.

Powyższy skrótowy przegląd wskazuje na poszukiwanie w nieprzyjemnej sytuacji międzynarodowej formy równowagi pomiędzy liczebnością, jakością i możliwościami finansowymi. Realność deklaratywnych celów dotyczących tej pierwszej pozostaje wątpliwa, na co skądinąd wskazuje umiarkowane powodzenie naboru do WOT. Prawdopodobnie jednak realizacja projektu spowoduje pewne odtworzenie zanikających z powodu starzenia się przeszkolonych roczników rezerw. W niełatwej sytuacji gospodarczej można obawiać się o realność celów dotyczących wzrostu finansowania. Tak czy inaczej w tym aspekcie konieczne jest zadbanie o jak największy stopień realizacji kontraktów w kraju. Pewnym powodem do optymizmu może być wybranie jako preferowanego partnera do negocjacji kontraktowych dotyczących realizacji programu obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu „Narew” koncernu MBDA oferującego pociski rakietowe rodziny CAMM i deklarującego szeroki zakres produkcji w Polsce oraz transferu technologii.

W odniesieniu do deklarowanej liczebności i dominacji Wojsk Lądowych, wyrażonej przez planowany zakup czołgów Abrams, ciekawe wydają się formułowane porównania z Bundeswehrą w postaci z czasów Zimnej Wojny. Była to bowiem armia potężna na lądzie, z relatywnie nieco niedorozwiniętymi komponentami powietrznym i morskim. Luftwaffe słaba nie była, ale np. stanowiące gros potencjału w latach 70. i 80. niemieckie Phantomy należały do uproszczonej wersji F-4F pozbawionej możliwości zwalczania celów powietrznych poza zasięgiem wzroku. Bundesmarine była flotą raczej przybrzeżną, nieporównywalną z marynarkami wojennymi Wielkiej Brytanii czy Francji. Ale wszystko odbywało się w NATO-wskim układzie odniesienia, więc brakujące zdolności mieli zapewnić sojusznicy, przede wszystkim Amerykanie.

Ponieważ do Wojska Polskiego trafią Abramsy, a mają pozostać powierzchownie zmodernizowane T-72, Polska stanie się w NATO prawdziwą marchią pancerno-zmechanizowaną, dysponującą circa 900 czołgami w linii oraz do rozwinięcia mobilizacyjnego. Dla porównania – Niemcy mają w 2025 dysponować ledwie 328 czołgami, a po wdrożeniu Abramsów potencjał Wojska Polskiego będzie wyższy także w aspekcie jakościowym. Siły Powietrzne pozostaną za to niedorozwinięte, z efektywnie ledwie 80 samolotami po wprowadzeniu F-35 i zamiarem rozbudowy potencjału o kolejne 32 maszyny w późniejszej perspektywie. Niemcy mają z kolei 231 samolotów i podobny poziom utrzymają w przyszłości. Analogicznie wygląda zestawienie marynarek wojennych nawet po ewentualnie szczęśliwym wdrożeniu „Mieczników”.

Takie niezrównoważenie poszczególnych komponentów ma sens – ale pod warunkiem założenia obustronnie twardej i obliczalnej konstelacji sojuszniczej. W razie czego Wojsko Polskie miałoby gryźć ziemię, a alianci dosyłać posiłki w powietrzu oraz na morzu, znacznie mniej grożące masowym powrotem w workach. Taka konstelacja wymaga dyplomacji i słuchania głosu stolic, od których oczekuje się odsieczy, w różnych sprawach, bo bez pewnej lojalności nikt nie będzie rzucał się do ratowania innych. Nie jest to może nadmiernie komfortowe, pytanie jednak o realną politycznie alternatywę. A ponieważ daną postać Wojska Polskiego autoryzuje ta, a nie inna formacja, można zakładać, że sporo ruchów pod hasłem „wstawania z kolan” będzie bardzo pozornych, z teatrem na użytek krajowego widza, jednak wynikiem uzgodnionym z zagranicą, która też gniewać się może dość teatralnie.

dr Jan Przybylski