Lewica fundamentalistyczna, czyli powrót do korzeni

Lewica fundamentalistyczna, czyli powrót do korzeni

Przyznaję – tytuł tekstu to prowokacja. Przecież każdy szanujący się lewicowiec wie, że fundamentalizm – tak jak populizm czy nacjonalizm – jest z gruntu nielewicowy! Jednak gdy odrzucimy epitety, okaże się, że populizm to w rzeczywistości nic innego jak solidarność z realnym (a nie wyimaginowanym) ludem, zaś nacjonalizm może oznaczać dążenie do upodmiotowienia społeczeństwa (jak w przypadku ruchów narodowowyzwoleńczych), dlatego warto też zdemistyfikować pojęcie fundamentalizmu. Jest to idea powrotu do podstaw (fundamentów) danego systemu wartości, światopoglądu czy doktryny, poprzez odrzucenie późniejszych wypaczeń, a zwłaszcza obcych naleciałości. Idea ta może się odnosić nie tylko do religii, ale też do świeckiej ideologii.

Czy również lewicowej? Gdy w dyskusjach z nowolewicowymi adwersarzami podpierałem swoje kontrowersyjne poglądy przykładami z dziejów ruchu robotniczego i społeczno-wyzwoleńczego, ci na ogół tylko wzruszali ramionami: „może i było tak kiedyś, ale nic nas to nie obchodzi, bo istotą lewicy jest ciągły postęp, rozwój, zmiana”. Przyszło nam jednak żyć w czasach, w których zmiana konfuduje nawet najbardziej zagorzałych lewicowców. Do tej pory niejako konstytutywną cechą lewicowości był historyczny i antropologiczny optymizm (spór między reformistami i rewolucjonistami toczył się jedynie o tempo historycznego postępu) – teraz zaczynają pojawiać się nuty zwątpienia i rozgoryczenia, desperacji, wręcz histerii (ot, choćby tutaj). Niestety, na ogół jest to bezradny lament dziecka, które nagle odkryło, że tak naprawdę za brodą Świętego Mikołaja ukrywa się niemiły pracownik hipermarketu, albo bunt nastolatka rozczarowanego szarą rzeczywistością swej rodziny, nijak nie przypominającą życia w modnych serialach.

Na tym tle rzeczowością i trafnymi obserwacjami wyróżnia się ważki tekst Krzysztofa Posłajki „Rok zapowiedzianej przyszłości”. Warto przeczytać go w całości, tu zacytuję tylko najistotniejszy, moim zdaniem, fragment: „Lewicowy projekt polityczny jest bowiem oparty na pojęciu postępu – a dokładniej na założeniu, że z postępem technologicznym powinien iść w parze postęp społeczno-etyczny. Lecz w sytuacji, gdy sądzimy, że mamy do czynienia z upadkiem cywilizacji, wiara w jakikolwiek postęp społeczny jawi się jako naiwność”.

Posłajko podniósł problem o absolutnie podstawowym znaczeniu, którego waga zdaje się wykraczać poza horyzont większości obserwatorów. Otóż istotą lewicowości od XVIII w. jest połączenie pewnego fundamentalnego systemu wartości (Wolność – Równość – Braterstwo) z ideą Postępu, czyli przekonaniem, że zmiany są nie tylko historycznie zdeterminowane, ale też prowadzą w nieunikniony sposób w pożądanym kierunku. Rzeczywiście, przez dwa stulecia było to prawdą. Każde kolejne pokolenie Europejczyków (na innych kontynentach wskutek kolonializmu było to bardziej powikłane) żyło w większym dobrobycie, doświadczało mniejszych nierówności, miało więcej praw i swobód. Jednak dwieście lat to króciutki wycinek w dziejach ludzkości, a formułowanie na tej podstawie praw historycznych jest dość ryzykowne.

Wątpliwości wobec tej metafizycznej (bo zapożyczonej poprzez Hegla z chrześcijaństwa) idei Postępu wyrażali nie tylko zdeklarowani reakcjoniści, ale też ludzie tacy jak Izajasz Berlin: „Ja nie dostrzegam stopniowego postępu. Oczywiście więcej wiedzy, szczęścia, dobroci, wolności, wydajności oznacza postęp. Niektórych z tych rzeczy mamy teraz więcej niż w innych epokach, innych mniej. Czy w dwudziestym wieku – niewątpliwie jednym z najgorszych w historii rodzaju ludzkiego – ktoś może jeszcze wierzyć w nieprzerwany postęp ludzkości? Albo w postęp w ogóle? Czy można w ogóle mówić o postępie, nie precyzując o jaką dziedzinę chodzi? Można mówić o systemie wartości, który większość ludzi na Zachodzie akceptuje obecnie, a nie akceptowała dwa tysiące lat temu; jest to postęp z punktu widzenia naszych wartości – pod pewnymi względami, a pod innymi nie. Ale ogólny ruch w jakimś określonym kierunku – nie, tego nie dostrzegam”…

Teraz rzeczywistość wdziera się już nawet pod najsilniej zaciśnięte powieki. Schyłek XX wieku przyniósł załamanie się progresywizmu. Vaclav Havel mówił w 1992 r.: „Upadek komunizmu oznacza koniec modernizmu. Tej ery, która zaczęła się w renesansie i rozwijała się przez oświecenie do socjalizmu, od pozytywizmu do scjentyzmu, od rewolucji przemysłowej do rewolucji informatycznej. Oznacza koniec ery, w której człowiek uważał, że może wszystko objaśnić i kontrolować, jest końcem ery ideologii, doktryn, poszukiwań uniwersalnej teorii świata i klucza do dobrobyt”.

Wbrew nadziejom „prawdziwej lewicy” upadek „realnego socjalizmu” nie otworzył drogi dla nowych eksperymentów w poszukiwaniu lepszego świata, ale zepchnął lewicowców do niekończącej się defensywy (pomijam z premedytacją kwestie obyczajowe). Kolejne dekady przynoszą pogłębianie się nierówności, demontaż osłon socjalnych, deregulację, liberalizację itd. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, na całym świecie. W imię czego? W imię nowoczesności, tj. wydajności, konkurencyjności, otwartości, elastyczności, mobilności. Może to być zjawisko trwałe – Ted Kaczynski zauważył, że technologia jest z natury elitarna: im bardziej skomplikowana, tym mniej ludzi jest w stanie ją kontrolować. To dziś jest postęp – ten realny, przez małe „p”.

Już tak bywało w historii. Z górą tysiąc lat temu Słowianie żyli we wspólnotach rodowych – demokratycznych, względnie egalitarnych. Ale nadeszli książęta, możni, misjonarze i ustanowili feudalizm. Wtedy to był postęp. Rozwojowi kapitalizmu w Anglii towarzyszyło rugowanie chłopów z ziemi i pauperyzacja miejskiego proletariatu. Skutki kolonialnego „postępu” w XIX-wiecznych Indiach dobitnie opisał Marks.

Gdy postęp/nowoczesność coraz bardziej rozchodzi się ze sprawiedliwością/równością, lewica pozostaje zdezorientowana niczym żaba z dowcipu („przecież się nie rozdwoję!”). Chciałaby być za, a nawet przeciw. Być za postępem technologicznym – ale przeciw zwalnianiu pracowników, za globalizacją – ale przeciw jej neoliberalnym implikacjom, za uciskanymi mniejszościami – ale przeciw ich partykularyzmowi. Nieodmiennie jednak za postępem, a przeciw konserwatyzmowi (nawet jeśli wymaga to semantycznych i logicznych łamańców).

Dogmat, że zmiany muszą być zawsze dobre, sprawił, iż lewicowcy en masse zaakceptowali wszelkie, nawet najbardziej kontrowersyjne nowinki obyczajowe (w XX w. wcale nie było to oczywiste). Nawyk „stania w awangardzie postępu” przyniósł skutek w postaci upowszechnienia się taktyki nazwanej przez Lenina wdzięcznie „chwostyzmem” (ros. chwost – ogon). Gdy pojawia się jakieś poruszenie – wszystko jedno: na londyńskim rave party czy kairskim placu Tahrir – lewicowcy muszą tam być, choćby wirtualnie. Niestety te jaskółki lewicowej wiosny najczęściej okazują się wybudzonymi nietoperzami partykularnych konfliktów. Przymus „postępowości” prowadzi też do niezliczonych dezercji: kolejni bojownicy lewicy dochodzą do logicznego wniosku, że skoro lewicowość to postęp, a postęp to imperialistyczna globalizacja i neoliberalizm – trzeba to zaakceptować. Wymieniać by tu można i Tony’ego Blaira, i Jose Barroso, i amerykańskich neokonserwatystów, i wschodnioeuropejskich postkomunistów, ale przypadek Syrizy jest chyba najbardziej żałosny.

Wszystko to sprawia, że lewica nie jest w stanie wykorzystać potencjału oporu przeciw zmianom, który przechwytują prawicowe ruchy populistyczne, ksenofobiczne i fundamentalistyczne. I lamentuje, że lud nie dorósł do swej światłej awangardy. Że w Polsce robotnicy wolą głosować na PiS niż na Razem, we Francji wolą Front Narodowy od Nowej Partii Antykapitalistycznej.

„Co robić?”, zapytałby Lenin. Odpowiedź nie jest łatwa, bo i problem jest trudny. Odpowiedzi mogą być dwie, obie bolesne, oznaczające rozdarcie, pożegnanie się z częścią lewicowego dziedzictwa. Odpowiedź pierwsza to Lewica Postępu – lewica płynąca z prądem, akceptująca każdą zmianę, bez względu na wysokość kosztów „postępu”; lewica utożsamiająca się bez zastrzeżeń ze swoją nową mieszczańską bazą społeczną – produktem i beneficjentem przemian. Ale są też na lewicy ludzie, którzy zawsze stają po stronie przegrywających, po stronie rugowanych z ziemi chłopów czy tracących pracę górników, po stronie Indian przeciw kowbojom, choć to ci drudzy nieśli „postęp”. Bracia Strugaccy w opowiadaniu „Las” napisali: „Mam gdzieś fakt, że Kaczonóg [taka wioska – J.T.] to kamyczek w żelaznych żarnach ich postępu. Zrobię wszystko, by na tym kamyczku żarna się zaklinowały”. To odpowiedź druga – Lewica Wartości, broniąca zasad Wolności, Równości i Braterstwa nawet wbrew dominującym trendom, wbrew „postępowi”. Lewica sięgająca do swych korzeni. Lewica fundamentalistyczna.

Posłajko we wspomnianym tekście pisze: „Zadaniem dla lewicy jest zatem teraz stworzenie takiego progresywnego projektu politycznego, który będzie się przedstawiał jako możliwy do realizacji w czasach kryzysu poźnodwudziestowiecznego porządku”. Uznając, w kontekście tego, co napisałem powyżej, słowo „progresywnego” za retoryczny ozdobnik, pozwolę sobie zaproponować swoją wizję takiej lewicy na czas kryzysu. Moim zdaniem w sytuacji, gdy Postęp jest problematyczny, a Wolność niesie zagrożenia, lewicowy projekt adekwatny do ery zamętu musi ogniskować się wokół idei Solidarności (Braterstwa, jak kto woli). To właśnie poszukiwanie bezpieczeństwa, stabilizacji, oparcia w obliczu narastającego chaosu pcha ludzi w objęcia prawicy. Oczywiście solidarne społeczności mogą być rozmaicie zorganizowane – rolą lewicy jest walka, by stosunki międzyludzkie w ramach zbiorowości były oparte na zasadach maksymalnej możliwej równości i wolności.

Otwartym pozostaje pytanie o zasięg tej wspólnoty. Lewicowiec będzie oczywiście zawsze marzył o braterstwie uniwersalnym, wszechludzkim, w którym „już nie ma Greka ani Żyda” (List do Kolosan, 3). Warto jednak odróżnić program minimum od celu ostatecznego. W warunkach rozkładu więzi społecznych, atomizującego hiperindywidualizmu, postępującej anomii należy pielęgnować KAŻDĄ formę międzyludzkiej solidarności, zaczynając na najniższym poziomie, wychodząc od najbardziej elementarnych form: rodziny (niekoniecznie tradycyjnej), wspólnoty sąsiedzkiej. Myśl globalnie, działaj lokalnie! Nie oznacza to idealizowania partykularnych form wspólnotowości, które nader często pozostają ze sobą w konflikcie; zadaniem lewicy byłoby harmonizowanie interesów jak najliczniejszych grup i stopniowe integrowanie ich na coraz szerszej podstawie.

Koncepcja budowania solidarności „od dołu”, od tego, co bliskie, zrozumiałe, konkretne, może się jawić obrazoburczą. Wszak przeciętnemu lewicowcowi wszelki partykularyzm kojarzy się jak najgorzej – to Kaczyński, Orban, Trump, Państwo Islamskie… Obecnie jednak jedynym REALNYM uniwersalizmem jest uniwersalizm globalnych korporacji. W tych warunkach partykularyzm może stać się bastionem oporu – jak w przypadku Palestyńczyków, zapatystów, Kurdów. Perspektywicznie partykularyzm może być etapem pośrednim w budowie innego uniwersalizmu – szanującego, a nie niwelującego lokalne odrębności, zachowującego autentyczną wielokulturowość.

Przyjęcie takiego programu – powrotu do fundamentalnych wartości, do lewicowości starej, prastarej, archetypicznej – oznaczałoby trudne przewartościowanie, bolesną transformację. Byłaby to inna lewica, lewica pozbawiona złudzeń. Ale byłaby to lewica odpowiadająca na wyzwanie narastającego kryzysu.

Jarosław Tomasiewicz

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska

 

O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”.  Spojrzenie z dystansu

O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”. Spojrzenie z dystansu

Ostatnie wybory zaowocowały stanem bez precedensu we współczesnej Europie: w polskim parlamencie nie ma żadnej partii lewicowej1. Co więcej, na obie lewicowe listy (Zjednoczona Lewica i Razem) oddano zaledwie 11 proc. głosów, podczas gdy cztery lata wcześniej lewica (SLD i ruch Palikota) zyskała 18 proc. Polska scena polityczna została sformatowana przez liberalno-konserwatywny duopol PO-PiS, choć być może na biegunie liberalnym Platforma zostanie zastąpiona przez Nowoczesną. To zaskakujące dla kogoś, kto pamięta, że dziesięć lat temu liberalno-konserwatywna PO i konserwatywno-liberalny PiS wydawały się naturalnymi partnerami koalicyjnymi (tak, tak, były takie czasy!). Później jednak zaostrzający się spór między nimi spolaryzował polskie społeczeństwo – Platforma przesunęła się na pozycje integralnie liberalne (np. w sprawie in vitro), a partia Kaczyńskiego, wchłonąwszy elektorat LPR i Samoobrony, stała się narodowo-konserwatywną. Dla lewicy w tym układzie sił nie ma miejsca: Nowoczesna/Platforma przejmują jej elektorat liberalny kulturowo, PiS – elektorat socjalny.

Sytuacja ta nie wróży też dobrze perspektywom lewicy, skazując ją na rolę sekundanta w sporze głównych sił. Opór przeciw nielewicowym posunięciom nowych władz pchał będzie lewicowców pod komendę dominujących liberałów, przypieczętowując satelityzację lewicy. Akceptując to lewica polska nieuchronnie utraci własną tożsamość.

Oczywiście jakaś „lewica” będzie istnieć, powstaje jednak pytanie, jaka ona będzie, kto będzie używał tego sztandaru. Nad jej przyszłością pochylają się wszyscy: zarówno ci wierzący w jej rychłe wskrzeszenie, jak i stawiający na jej ostateczny zgon. Tymczasem przyszłości nie ma, to fantasmagoria, wróżenie z fusów i projekcje własnych marzeń. Zamiast tego pomówmy o przeszłości. To trudne, bo choć wszystko, co nas otacza, jest bezpośrednim skutkiem przeszłości, to jednak żyjemy w społeczeństwie „krótkiej pamięci”, w którym kolejne newsy i mody bez ustanku wymazują wcześniejsze. Dlatego nawet ludziom – teoretycznie – pamiętającym poprzednią dekadę trudno jest sobie uświadomić, że w 2001 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał poparcie 41 procent wyborców! Po wprowadzeniu Polski do Unii Europejskiej hegemonia lewicy wydawała się przypieczętowana na kolejne kadencje. Nikt nie spodziewał się katastrofalnego upadku, który niebawem nastąpił. I ten fenomen warto prześledzić.

Żadne zjawisko nie ma jednej przyczyny i również w przypadku zapaści polskiej lewicy możemy doszukać się wielu przyczyn. Spróbujmy uszeregować je od najgłębszych, obiektywnie zdeterminowanych, po doraźne, subiektywne, nawet przypadkowe. Po pierwsze, historia: w Polsce lewica zawsze była słaba, nigdy nie była ideowopolitycznym hegemonem, co wynikało tyleż z zacofania ekonomicznego kraju, co z indywidualistycznej i idealistycznej kultury politycznej Polaków (pomijam tu oczywiście PRL jako skutek ingerencji zewnętrznej). Lewicy w Polsce udawało się zyskiwać masowe poparcie tylko wtedy, gdy zgrywała swe działania z aspiracjami społeczeństwa: przykładami są walka niepodległościowa PPS, narodowy komunizm i „mała stabilizacja” w PRL.

I tu warto zwrócić uwagę, że typowy polski sympatyk lewicy nie ma najmniejszej ochoty na dostosowanie się, choćby taktyczne, do społeczeństwa, w którym żyje. On, ufny we wsparcie płynące z zewnątrz („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, że zacytuję Kwaśniewskiego), chce dostosować społeczeństwo do siebie. Ustawia się w roli misjonarza cywilizującego zacofane peryferie, a gdy tubylcy uparcie obstają przy swoim – wtedy wojna. To jest właśnie przyczyna numer dwa porażek polskiej lewicy, tkwiąca w jej psychologii: autogettoizacja, samomarginalizacja. Mam wrażenie, że wielu lewicowców dobrze się czuje zamkniętych w ciasnym, ale przytulnym środowisku sobie podobnych, w poczuciu zgorzkniałej wyższości nad „ciemnogrodem”. To błędne koło: wyalienowana lewica przyciąga outsiderów i ekstrawagantów, outsiderzy i ekstrawaganci pogłębiają izolację lewicy. Jeśli ktoś przyłącza się do lewicy, to szuka światowości, egzotyki, a nie swojskości. Ale ludzie nie lubiący swego otoczenia, swego społeczeństwa, nie mogą oczekiwać, że to społeczeństwo polubi ich i poprze.

Przyczyna trzecia to zmiany strukturalne i demograficzne polskiego społeczeństwa w ostatnich dekadach: po bolesnych konwulsjach transformacji lat 90. większość społeczeństwa odnalazła swe miejsce w nowym systemie, a ci, którzy zostali trwale zmarginalizowani, przestali się liczyć. Rozpadły się wielkie grupy społeczne stanowiące naturalne zaplecze lewicy (wielkoprzemysłowa klasa robotnicza), a rozrosły nowe, lewicowości obce lub nawet wrogie (klasa średnia). No i, nie oszukujmy się, cokolwiek mówiliby krytycy transformacji, poziom dobrobytu w ostatnim ćwierćwieczu generalnie wzrósł. Wszystko to skutecznie erodowało sentyment po PRL. I wreszcie po piąte – to błędy taktyczne kierownictwa SLD, które najpierw po sekciarsku (a do tego zupełnie nieprofesjonalnie) wystawiło własną kandydatkę na prezydenta, a potem dla odmiany zawarło nonsensowny (z uwagi na arytmetykę wyborczą) sojusz ze zużytym Palikotem i różnymi planktonowcami2.

Przede wszystkim jednak chciałbym skoncentrować się na przyczynie numer cztery – błędach strategicznych lewicy. Oczywiście zalicza się tu lekceważenie własnego elektoratu, jego interesów i oczekiwań, w imię obłaskawiania wyborców – przede wszystkim elit – centrowych. Traktowane było to jako wymóg pragmatyzmu, w przekonaniu, że lewicowy wyborca i tak nie znajdzie alternatywy dla SLD. Jak to powiedziałby klasyk, „ciemny lud wszystko kupi”. W rezultacie rozgoryczony elektorat socjalny odpłynął najpierw do Samoobrony, potem – często – do PiS.

Zasadniczy wszakże błąd popełniony został, moim zdaniem, w sferze metapolityki: lewica pozwoliła się zdelegitymizować. Pozwoliła – będąc nadal u władzy! – na zakwestionowanie swej narracji historycznej, swej ideologii, swych aksjologicznych fundamentów. Pozwoliła na to, mam wrażenie, świadomie, choć oczywiście nie rozumiejąc długofalowych konsekwencji tego zaniechania.

Trzeba uświadomić sobie, że główna siła lewicy, SLD, tworzona była przez późne pokolenie aparatczyków lat 80., traktujących „ideolo” jako pusty rytuał, niepotrzebny balast, przekonanych, że przegrali konfrontację z „Solidarnością” właśnie z powodu obciążenia „nieżyciową” ideologią wymagającą jakiejś tam sprawiedliwości społecznej. Co więcej (i tu znowu kłaniają się reguły psychopolityki), elita lewicy miała głęboki kompleks wobec elit postsolidarnościowych (zwłaszcza tych z okolic Agory), epatujących wielkoświatowym blichtrem i koneksjami. Parlamentarna lewica, nawet gdy wygrywała wybory, pozostawała w głębi duszy Kopciuszkiem marzącym o dopuszczeniu na salony Księcia3. Stąd zupełnie inny modus operandi niż przyjęty przez prawicę: o ile prawica systematycznie, krok po kroku, budowała swoje zaplecze medialne (które obrastało siecią organizacji społecznych), to lewica szukała akceptacji mediów głównego nurtu. Gdy prawica kreowała własne salony, lewica antyszambrowała w salonie Agory, ślepa na fakt, że tenże czasy świetności ma za sobą.

Z tym wiązał się też brak lewicowej polityki historycznej. To historia była zasadniczą kością niezgody między socjalliberałami z SLD a socjalliberałami z UD, dlatego ci pierwsi najchętniej zapomnieliby o swej przeszłości. Przedwyborcze mruganie okiem do nostalgicznego elektoratu, okazjonalne gesty posłanki Sierakowskiej, nie zmieniają faktu, że cały wysiłek SLD w tej sferze polegał na spuszczaniu wstydliwej zasłony nad spuścizną PRL. „Wybierzmy przyszłość!”, wołał Kwaśniewski. Inne były przyczyny historycznej abnegacji różnych ultralewicowych sekt, często nie obciążonych (jak trockiści) negatywnymi aspektami PRL. Tu współgrały ze sobą oikofobia (jakże w tej ciemnogrodzkiej Polsce mogłyby istnieć jakieś godne przypomnienia tradycje rewolucyjne?!) i doktrynerstwo (lewica zwrócona jest ku postępowi, ku przyszłości, grzebanie w starociach zostawmy prawicy!). Jeśli już przypominano jakieś fakty z historii polskiej lewicy, związane były one – cóż za niespodzianka! – z mieszkającymi na naszych ziemiach mniejszościami narodowymi. Czytelnik „Dalej!”, „Solidarności Socjalistycznej” czy „Barykady” lepiej znał dzieje lewicy na Sri Lance czy w Burkina Faso niż w kraju, w którym miał nieszczęście pomieszkiwać.

I jeszcze jedna, również psychologiczna bariera, której istnienie uświadomiłem sobie, gdy przez lewicowe media po raz kolejny przetoczyła się dyskusja dotycząca Powstania Warszawskiego. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego lewica tak słabo odwołuje się do tradycji lewicowego ruchu oporu, dlaczego mitowi „Żołnierzy Wyklętych” nie przeciwstawia kontrmitu choćby Socjalistycznej Organizacji Bojowej (o GL/AL nie wspominam), dlaczego nie ukazuje młodzieży zafascynowanej bohaterami prawicy alternatywy w postaci heroizmu bojowców lewicy. I zrozumiałem, że współczesnej lewicy nadają ton ludzie, którzy przeciwni są heroizmowi jako takiemu. Dlaczego jednostka miałaby narażać się na dyskomfort, ból, śmierć w imię jakiejś tam „sprawy” (wszystko jedno, czy chodzi o Powstanie Warszawskie czy Komunę Paryską)? To sprzeczne z indywidualistycznym i hedonistycznym humanitaryzmem współczesnej lewicy. To nie jest materiał na rewolucjonistów. Takie sprawy woli więc omijać.

Tymczasem na opuszczone przez lewicowców pole wkroczyli historycy prawicy. Przekopywali archiwa, publikowali artykuły i książki, organizowali konferencje, zakładali instytuty i muzea, inspirowali twórców popkultury. Pracowicie przywracali pamięci społecznej nurty i postacie pomijane w PRL. Ale selektywnie! Zasada jest prosta: tym więcej uwagi, im bardziej na prawo. Niekomunistyczna lewica pokroju PPS była traktowana po macoszemu, starannie pomijano też niezgodne z prawicowym wariantem Politycznej Poprawności wątki takie, jak np. lewicowa geneza piłsudczyzny. Dekonstrukcja PRL4 nie otwierała więc drogi do odrodzenia lewicy niekomunistycznej, bo obowiązującą linią nie jest po prostu antykomunizm, ale integralna prawicowość5. Skoro nikt nie przypominał autentycznych tradycji polskiej lewicy, nic dziwnego, że w społeczeństwie utrwaliło się przekonanie, że cała lewica została tu zrzucona na spadochronach przez NKWD. Jeśli zaś taki – kolaborancki i zbrodniczy – jest rodowód lewicy, to jej spadkobiercy nie mają moralnego prawa bytu w III Rzeczpospolitej.

Wyrzeczenie się przez lewicę własnej historii ma jeszcze jeden paradoksalny skutek – przejmowanie za swoją historii cudzej. Lewica postkomunistyczna, która została wysadzona z siodła przez postsolidarnościowe elity, obecnie odnajduje się w roli najzagorzalszych orędowników dziedzictwa III Rzeczpospolitej: a więc planu Balcerowicza, konkordatu, interwencji w Iraku. Trudno to określić inaczej niż jako „syndrom sztokholmski” wiążący pokonanego z pogromcą, swoisty masochizm (już nawet nie uzasadniany obroną „mniejszego zła”, ale pełnym utożsamieniem się). Czyż jednak nie lepiej, zamiast wlec się w ogonie liberalnych obrońców Trzeciej, wystąpić jako samodzielna awangarda Piątej Rzeczypospolitej?

Przypisy:

1. Żeby było jasne: w tym tekście stosuję najprostsze możliwe kryterium lewicowości: autoidentyfikacji. Nie będę więc dzielił włosa na czworo, oddzielając lewicę „prawdziwą” (czymkolwiek miałaby być) od „nieprawdziwej”.

2. Wcześniej (2004-2005) takim błędem taktycznym zapoczątkowującym równię pochyłą, był wynikający z pychy konflikt kierownictwa SLD ze (względnie sprzyjającymi wcześniej) mediami czyli tzw. afera Rywina.

3. W „Okruchach Dziennika” Mieczysława F. Rakowskiego z końca 1992 r. można przeczytać: „Moi przyjaciele są zdumieni, że jestem […] czytelnikiem dziennika »Nowy Świat« [prawicowy dziennik, poprzednik »Gazety Polskiej« – przyp. J.T.]. /…/ czytam go namiętnie, ponieważ znajduję w nim /…/ publikacje obnażające niecne zamysły »lewicowców« spod znaku Mazowieckiego, Suchockiej, Michnika i Kuronia. Czyż mogłem kiedykolwiek marzyć, że ja – człowiek lewicy /…/ znajdę się /…/ w jednym szeregu z wyżej wymienionymi osobistościami?”. Opowiedz mi o swych marzeniach, a powiem ci, kim jesteś.

4. Utrwalająca komiksowy obraz PRL, w której żyjący w nędzy i terrorze naród, złożony niemal bez wyjątku z „żołnierzy wyklętych”, prowadził niezmordowaną walkę przeciw garstce cynicznych sprzedawczyków z obcego nadania, rujnującej spuściznę po mlekiem i miodem płynącej II Rzeczypospolitej.

5. Na jednym z prawicowych blogów znalazłem refleksje na temat tradycji PPS. Autor skłonny był zaakceptować lewicę o ile ta, po pierwsze – odetnie się od spuścizny PRL, po drugie – zaprzestanie walki z Kościołem i forsowania reform obyczajowych, po trzecie – uzna, że nie ma alternatywy dla kapitalizmu. Tylko tyle. Wyjątki takie jak Piotr Lisiewicz http://www.gazetapolska.pl/33441-list-z-sekty-smolenskiej-do-partii-razem potwierdzają regułę. Inną kwestią jest na ile prawidłowo Lisiewicz identyfikował adresata.

O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”.  Spojrzenie z dystansu

Przewodnik po Bliskim Wschodzie

Europejczycy (i szerzej – ludzie tzw. Zachodu) mają zwyczaj postrzegania wszelkich zjawisk, gdziekolwiek by one nie zachodziły, z eurocentrycznej perspektywy. W każdym więc konflikcie politycznym doszukują się „prawicy” i „lewicy”, przy czym oczywiście te pojęcia mają odpowiadać współczesnym zachodnim kryteriom1. Ponieważ jednak świat nie jest powiększoną Europą (czy Ameryką Północną), nieraz prowadzi to do konfuzji2. Podziały ideowopolityczne w innych regionach nieraz przebiegają zgoła odmiennie. Spróbujmy więc te sprawy uporządkować, z zastrzeżeniem, że próba uczynienia tego w krótkim artykule musi wiązać się z nieuniknionymi uproszczeniami. W końcu nie jest to tekst ściśle naukowy.

Obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie jest pochodną nałożenia się na siebie co najmniej dwóch konfliktów. Pierwszy to konflikt geopolityczny między blokiem szyickim (Iran, zdominowany przez szyitów Irak, alawicki rząd Syrii, Hezbollah w Libanie) a światem sunnickim, w którym przywódczą rolę próbuje odgrywać Arabia Saudyjska; dodajmy, że pierwszy wspierany jest przez Rosję, podczas gdy Arabia Saudyjska pozostaje najbliższym (poza Izraelem) sojusznikiem USA w tym regionie. Drugi konflikt ma charakter ideologiczny – to zmagania między obozem sekularystycznym (laickim) a islamistycznym. Uwzględniać jednak trzeba oba czynniki, bo inaczej nie zrozumiemy np. sojuszu fundamentalistycznego Hezbollahu z laickim rządem Asada czy wsparcia irackich baasistów Ibrahima al-Duri’ego dla Państwa Islamskiego.

Zacznijmy od scharakteryzowania obozu SEKULARYSTYCZNEGO. Jest łatwiejszy do zrozumienia dla Europejczyka, gdyż na ogół reprezentuje ideologie importowane z Zachodu. Nieraz jednak zachodnie idee zostały znacząco zmodyfikowane. Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na inne znaczenie pojęcia świeckości: o ile w Europie laicyzm oznacza już walkę o dechrystianizację całej sfery publicznej (nieszczęsne choinki we francuskich szkołach!), to na Bliskim Wschodzie żadna siła polityczna nie walczy z religią jako taką. Wielu przedstawicieli obozu sekularystycznego jest głęboko wierzących i praktykujących, większość proklamuje szacunek dla religii i jej dziedzictwa kulturowego. Sprzeciwiają się jedynie monopolistycznym tendencjom islamu pretendującego do roli jedynego źródła legitymizacji władzy, a jeszcze częściej występują po prostu przeciw szczególnej, rygorystycznej interpretacji islamu. Co więcej, postulatem części ugrupowań świeckich wcale nie jest rozdział religii od państwa a jedynie kontrola państwa nad religią (tak jak uczynił to Naser w Egipcie, podporządkowując sobie słynny uniwersytet Al-Azhar, zwany „muzułmańskim Watykanem”). Gen. Sisi prezentuje się wręcz jako obrońca islamu „wypaczanego” przez Braci Muzułmanów.

Największym odłamem obozu laickiego są nacjonaliści3. Wymyślone w Europie pojęcie narodu pojawiło się na Bliskim Wschodzie stosunkowo późno, w zasadzie dopiero na przełomie XIX i XX w. To sprawiło, że w tym regionie mamy do czynienia z pewną dowolnością wyboru tożsamości i co za tym idzie – nacjonalizmu. Z jednej strony mamy do czynienia z nacjonalizmem panarabskim, dążącym do zjednoczenia wszystkich ludów języka arabskiego (bez względu na wyznanie) w jednym świeckim państwie. Laicyzm i antyimperializm (a co za tym idzie sojusz z ZSRR) nadawał panarabskiemu nacjonalizmowi na ogół lewicujące oblicze: jego zwolennicy postulowali szerokie reformy społeczne (nacjonalizacja przemysłu, gospodarka planowa, reforma rolna), często nazywali się „socjalistami”. Socjalizm ten odróżniać miał się od materialistycznego marksizmu narodowym i idealistycznym charakterem. Socjalizujący panarabski nacjonalizm występował w dwóch głównych odmianach: naseryzmie (zainicjowanym przez Dżamala Abd el-Nasera, od 1952 r. przywódcę Egiptu) i baasizmie (Hizb al-Baas, czyli Socjalistyczna Partia Odrodzenia Arabskiego, założona w 1947 r. w Syrii). Dziś panarabizm czas świetności ma za sobą. Ostatnią redutą baasizmu jest Syria, gdzie Baas opiera się na mniejszości religijnej alawitów. W Egipcie lewicowy naserysta Hamdin Sabahi z Nurtu Ludowego w wyborach prezydenckich 2014 r. uzyskał 3 proc. głosów4. Lewicowi nacjonaliści (Kongres na rzecz Republiki, Nurt Demokratyczny, Ruch Ludowy) znaleźli się natomiast w parlamencie Tunezji. Odnotować należy też aktywność w Iraku baasistowskiego ruchu oporu (Najwyższe Dowództwo Dżihadu i Wyzwolenia) pod wodzą Duri’ego5, jednak ugrupowanie to opiera się na sufickim6 bractwie Nakszbandija i pozostaje w antyszyickim sojuszu z fundamentalistami7.

Obecnie większą rolę odgrywają lokalne nacjonalizmy państwowe. W Egipcie przed II wojną pewną popularność w kręgach intelektualnych zyskał tzw. faraonizm, głoszący istnienie narodu egipskiego zachowującego swą ciągłość od czasów faraonów. Upadł w 1952 r. wraz z monarchią, ale odrodził się faktycznie już po śmierci Nasera – jego następca Anwar Sadat, zawierając w 1979 r. pokój z Izraelem, wykazał jasno, że stawia egipski interes narodowy ponad arabską solidarność. Kolejni prezydenci Egiptu Hosni Mubarak, a zwłaszcza obecny – Abd al-Fattah al-Sisi, pogłębiają tą politykę. W Libanie tamtejsi chrześcijanie-maronici głosili ideologię fenicjanizmu (uważali się za potomków Fenicjan, nie mających nic wspólnego z Arabami), w Syrii z kolei prawosławni chrześcijanie utworzyli Syryjską Partię Ludową dążącą do stworzenia Wielkiej Syrii (wraz z Libanem i terytorium Palestyny). Lokalne nacjonalizmy kultywowali gen. Abd al-Karim Kasim w Iraku, prezydent Habib Burgiba i partia Destur w Tunezji, Front Wyzwolenia Narodowego Huari Bumediena w Algierii. Specyficzny charakter miał nacjonalizm palestyński, wyrażany przez Fatah, ponieważ ze zrozumiałych względów mocno akcentował zarazem solidarność arabską. Oblicze ideowe tych ruchów było bardzo różne. Libańska Falanga miała charakter skrajnie prawicowy. Również SPL (później Syryjska Partia Socjal-Nacjonalistyczna) zaczynała jako ugrupowanie faszyzujące, ale w latach 60. przeszła na pozycje lewicowe. Kasim i algierski FLN współpracowali z komunistami i ZSRR. Obecnie jednak większość sił nacjonalistycznych ma oblicze prawicowo-autorytarne, czego dobitnym przykładem jest Sisi8, albo liberalne, jak post-burgibistowska partia Nidaa (Wezwanie) w Tunezji9.

Na Bliskim Wschodzie mamy do czynienia nie tylko z arabskimi nacjonalistami. Niewątpliwie najsilniejszy pozostaje nacjonalizm turecki – kemalizm, występujący w trzech odmianach: faszyzującej (Partia Ruchu Narodowego, MHP), socjaldemokratycznej (Ludowa Partia Republikańska, CHP) i ultralewicowej (Partia Robotnicza, IP). Nie ma natomiast żadnego znaczenia politycznego świecki nacjonalizm innego wielkiego narodu niearabskiego – Persów. Irańska Narodowo-Socjalistyczna Partia Robotnicza (SUMKA) i Liga Aryjska to drobne grupki emigracyjne, z nienawiścią odnoszące się do wszelkiej lewicy, islamizmu i „niższych rasowo” Arabów10.

Osobno zająć należy się nacjonalizmem najliczniejszego narodu bezpaństwowego – Kurdów. Ucisk tureckich, arabskich i irańskich władz sprawił, że wśród Kurdów uczucia narodowe przeważają nad religijną gorliwością („Kurdystan jest moją religią, Barzani moim prorokiem!”, mówił jeden z kurdyjskich bojowników). Z drugiej jednak strony podziały plemienne i klanowe sprawiają, że Kurdowie nigdy nie stworzyli jednolitego frontu. Najstarszym z kurdyjskich ruchów niepodległościowych jest Kurdyjska Partia Demokratyczna, utworzona (przy wsparciu ZSRR) w 1946 r. w Iranie przez Mustafę Barzaniego. W 1975 r. przeciw Barzaniemu wystąpił Dżelal Talabani, tworząc Patriotyczną Unię Kurdystanu. Do rozłamu doszło pod hasłami lewicowymi, ale miał on podłoże klanowe: KPD grupowała górali z Zagros, mówiących innymi dialektami kurdyjskimi niż mieszkańcy pogórza (region Sulejmaniji) stanowiący zaplecze PUK. Stosunki między dwoma frakcjami irackich Kurdów zawsze pozostawały napięte, w latach 90. przerosły w krwawą wojnę domową, w której PUK wspierane było przez Iran, a KPD przez… Saddama Husajna.

Własne partie posiadają też Kurdowie w innych krajach regionu. W Iranie działała Demokratyczna Partia Kurdystanu Irańskiego o socjaldemokratycznej orientacji oraz maoistowska Komala (właściwie Organizacja Rewolucyjnych Pracowników Irańskiego Kurdystanu); obecnie główną siłą jest Partia Wolnego Życia Kurdystanu (PJAK). Ugrupowanie to, mimo ultralewicowej ideologii i związków z turecką PKK, posądzane jest o współpracę z wywiadem amerykańskim w walce przeciw wspólnemu wrogowi – rządowi Iranu. W Turcji zakazane jest tworzenie partii na platformie etnicznej, jednak przyjmuje się, że interesy mniejszości kurdyjskiej reprezentuje Demokratyczna Partia Regionów (DBP), pozostająca w unii z lewicową Demokratyczną Partią Ludową (HDP). W podziemiu walkę zbrojną prowadzi od 1984 r. Partia Pracujących Kurdystanu (PKK) Abdullaha Őcalana. PKK początkowo wyznawała marksizm-leninizm, ale po aresztowaniu Őcalana w 1999 r. zmienić miała swój program w kierunku wolnościowego socjalizmu i „demokratycznego konfederalizmu”. W Syrii główną partią kurdyjską jest Partia Unii Demokratycznej (PYD), pozostająca w sojuszu z PKK. Syryjski rząd baasistowski przez długie lata wspierał partyzantkę kurdyjską w Turcji, co zaowocowało w czasie wojny domowej życzliwą neutralnością PYD wobec Asada11.

Pamiętajmy wszakże, że Kurdowie nie stanowią wspólnoty jednolitej w swych narodowo-lewicowych poglądach. Wielu zwolenników mają też w tym regionie islamiści – Islamski Ruch Kurdystanu i jego odpryski (Ansar al-Islam, Ansar al-Sunna) w Iraku, Ruch Uciskanych w Turcji. Urodziny Mahometa zorganizowane przez Uciskanych w Diyarbakir w 2010 r. przyciągnęły co najmniej 120 tysięcy (według organizatorów 300 tysięcy) ludzi. Bojówki Hizbullahi Kurd, toczące walkę zarówno z władzami tureckimi, jak i z PKK, liczyć miały nawet 20 tysięcy członków.

Znajdujemy wreszcie na Bliskim Wschodzie mikronacjonalizmy niewielkich grup etnicznych. W północnym Iraku w reakcji na nacjonalizm kurdyjski uaktywniły się partie mniejszości asyryjskiej (Asyryjski Ruch Demokratyczny) i turkmeńskiej (Iracki Front Turkmeński). W Libanie istnieją trzy partie ormiańskie: Dasznak, Hendżak i Ramgavar. Władze Izraela wspierają „aramejską” tożsamość tamtejszych chrześcijan, starając się ich wyodrębnić z ludności arabskiej. Praktycznie martwy jest natomiast obecnie nacjonalizm egipskich Koptów – swe poparcie przenoszą oni na ugrupowania liberalne, takie jak Partia Wolnych Egipcjan12.

Drugą istotną siłę obozu laickiego stanowią liberałowie. To reprezentacja wykształconej klasy średniej, silnej swą pozycją społeczną i poparciem (politycznym i kulturowym, formalnym i nieformalnym) Zachodu. Liberałowie chcą modernizacji swych krajów na wzór zachodni, laicyzacji, swobód politycznych, ale też gospodarki wolnorynkowej (w odróżnieniu od kapitalizmu etatystycznego czy oligarchicznego podtrzymywanego przez nacjonalistów). To liberałowie zainicjowali egipską rewolucję na placu Tahrir (nie tylko symboliczne znaczenie ma fakt, że Wael Ghonim, jeden z przywódców ruchu, był dyrektorem ds. marketingu Google na Bliski Wschód)13. Ich człowiek – Mohammed el-Baradei – wydawał się pewnym kandydatem na stanowisko prezydenta. Potem okazało się jednak, że poparcie społeczne dla nich jest zbyt nikłe: najpierw władzę przejęli islamiści, potem armia i autorytarni nacjonaliści. Większość liberałów zaakceptowała dyktaturę wojskową jako mniejsze zło w obawie przed islamskim „ciemnogrodem” – kandydaturę Sisiego poparły m.in. Partia Wolnych Egipcjan, Nowa Delegacja (Wafd), Partia Kongresowa, oraz głośny w swoim czasie ruch ulicznych aktywistów Tamarod (Rebelia)14. Jeszcze bardziej dramatyczne były losy formacji liberalnej w Syrii (Damasceńska Wiosna, Blok Niezależnych Liberałów) – tu też liberałowie najpierw z entuzjazmem przyłączyli się do antybaasistowskiej rewolucji, a potem zostali zepchnięci na jej margines. Gdy rozpoczęła się wojna domowa, okazało się, że znajomi z Facebooka nie stanowią dobrego materiału na bojowników. Stosunkowo największą siłę reprezentują liberałowie w Tunezji, gdzie oprócz ciążących ku liberalizmowi burgibistów z Nidaa mamy też typowo liberalne partie Wolny Związek Patriotyczny (16 mandatów) i Tunezyjskie Aspiracje (8).

Najsłabszym ogniwem obozu laickiego pozostaje lewica, stanowiąca z reguły dodatek do formacji nacjonalistycznej lub liberalnej. Tworzona jest w większości przez dwie zupełnie różne grupy ludzi: epigonów marksizmu-leninizmu, na ogół starszego pokolenia, oraz młodzież z klasy wyższej i średniej, zafascynowaną płynącymi z internetu zachodnimi modami kontrkulturowymi. W Egipcie sojusz partii lewicowych Rewolucja Trwa (m.in. Socjalistyczna Partia Sojuszu Ludowego i Socjalistyczna Partia Egiptu) uzyskał w 2011 r. niespełna 3 proc., po czym poszedł w rozsypkę. Na jego miejsce powstała Koalicja Sił Socjalistycznych obejmująca też komunistów, trockistów (Rewolucyjni Socjaliści) i opartą na związkowcach Demokratyczną Partię Robotniczą; wszystkie pięć partii Koalicji liczą łącznie ok. 5000 członków. Nadzieje na „drugą (czy nawet trzecią) rewolucję”, przeprowadzoną przez strajkujących robotników, nie spełniły się. W Syrii lewicę podzielił stosunek rządu. Partia komunistyczna pozostała w sojuszu z Baas i naserystami (tzw. Narodowy Front Postępowy). Postkomunistyczna Partia Woli Ludu utworzyła wraz SPSN Ludowy Front na rzecz Zmian, stanowiący tzw. lojalną opozycję. Zdecydowanie przeciw rządowi wystąpił Narodowy Komitet Koordynacyjny na rzecz Demokratycznych Zmian skupiający grupy lewicowe (Arabska Rewolucyjna Partia Robotnicza, Komunistyczna Partia Pracy, Syryjska Ludowa Partia Demokratyczna), lewicowo-nacjonalistyczne (Demokratyczna Arabska Unia Socjalistyczna, Demokratyczna Baas, Arabski Ruch Socjalistyczny) oraz Partię Unii Syriackiej, reprezentującą ludność asyryjską15. W Autonomii Palestyńskiej najsilniejszym ugrupowaniem lewicowym jest post-maoistowski Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny (nieco ponad 4 proc. w wyborach 2006 r.), któremu ustępują bardziej umiarkowany blok Alternatywa (m.in. Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny i postkomunistyczna Palestyńska Partia Ludowa – niecałe 3 proc.) oraz lewicowo-nacjonalistyczny Palestyński Front Walki Ludowej (niecały 1 proc.). W Libanie jedyny mandat dla lewicy uzyskał Ruch Lewicy Demokratycznej; to socjaldemokratyczne ugrupowanie pozostaje jednak w antysyryjskiej koalicji z takimi partiami jak Narodowa Partia Liberalna czy… libańska Falanga. Także w Iraku lewica (komuniści) uzyskała jeden mandat – z listy chrześcijańskich Asyryjczyków. Silną pozycję ma natomiast radykalna lewica w Tunezji, gdzie Front Ludowy – koalicja grup marksistowsko-leninowskich (głównie hodżaistów) i lewicowo-nacjonalistycznych – stanowi z 15 mandatami czwartą siłę w parlamencie. W Turcji reprezentację parlamentarną ma bodaj jedyna w tym regionie partia lewicowa typu zachodniego (tj. łączącą postulaty socjalne z obyczajowymi) – HDP.

Na marginesie lewicy funkcjonują nieliczne grupki sympatyków anarchizmu. Względnie trwały charakter ma ruch anarchistyczny tylko w Turcji (kiedyś Inicjatywa Anarchistyczno-Komunistyczna, obecnie grupa Czerwono-Czarny Istambuł). Ich rola jest niewielka, poglądy nieraz odbiegają od eurocentrycznych schematów. Na anarchosyndykalistycznym portalu Aitrus.info ukazał się artykuł „Black Bloc Myth”, którego autor ubolewał, że „poglądy młodych egipskich opozycjonistów są wysoce wątpliwe z anarchistycznego punktu widzenia”, gdyż „aktywiści [egipskiego] Czarnego Bloku nie ukrywają swych nacjonalistycznych przekonań”. Konstatował ze smutkiem, że „lewicowcy i młodzi liberałowie po prostu przejmują image anarchizmu […] ale nie jego treść”.

Zanim przejdę do omówienia drugiego antagonistycznego obozu – ISLAMISTYCZNEGO (nie: islamskiego!) poświęcić trzeba trochę uwagi na scharakteryzowanie samego islamu. Jest to bowiem wprawdzie religia tzw. abrahamiczna, a więc pokrewna chrześcijaństwu16, ale jednak wyraźnie odmienna17. Zacznijmy od tego, że islam jest religią opartą na ortopraksji (słusznym postępowaniu) a nie – jak chrześcijaństwo – na ortodoksji (słusznej wierze); muzułmanie skupiają się nie na przekonaniach człowieka, ale na jego uczynkach. W rezultacie kościec myśli islamu stanowi nie teologia, ale prawo (szariat). Drugą różnicą jest brak rozdziału między sferą sacrum i sferą profanum. W chrześcijaństwie już u jego zarania Jezus powiedział: „Oddajcie co cesarskie cesarzowi, a co boskie – Bogu”. W islamie władca był namiestnikiem Boga, dlatego religia obejmuje tu jednolicie całe życie społeczne – szariat odnosi się nawet do przepisów ruchu drogowego! Zarazem jednak ten system prawny jest bardzo zdecentralizowany (przypomina anglosaskie common law) – nie ma jednego centralnego organu tworzącego prawo i dającego jego wykładnię, mamy do czynienie z niezliczonymi autorytetami prawnymi funkcjonującymi w obrębie czterech różnych szkół prawa muzułmańskiego (mazahib): hanafickiej, malikickiej, szafiickiej i hanbalickiej. Względną zgodność orzecznictwa zapewnia jednak zasada taklid (naśladownictwa), nakazująca powoływanie się na dorobek poprzedników, jednak islamscy prawnicy mogą wydawać skrajnie odmienne fatwy (orzeczenia). Wynika to z faktu, że w islamie nie istnieje jednolita organizacja religijna na wzór kościołów chrześcijańskich, a w jej ramach centralny autorytet religijny. Każda wspólnota skupiona wokół meczetu zachowuje autonomię. W zasadzie nie występuje tu również wyodrębniona warstwa duchowieństwa. Prowadzić modlitwy może osoba świecka znająca Koran (imam), która wyznaczana jest przez władze lub wybierana przez wiernych. Wyjątek stanowi szyizm, gdzie wytworzyła się warstwa zawodowych duchownych (nauczycieli i interpretatorów prawa) ze swoją specyficzną hierarchią. Ale nawet ta hierarchia opiera się na wiedzy, autorytecie i konsensusie, przypomina raczej hierarchię naukową niż polityczną. I ostatnia różnica: dla pobożnego muzułmanina zasadnicze znaczenie ma nie państwo, nie naród, ale ponadnarodowa i międzyrasowa społeczność muzułmańska – umma. Bardziej umiarkowane nurty islamizmu (jak Bracia Muzułmanie) próbują wprawdzie pogodzić prymat ummy z lojalnością wobec ojczyzny (watan) ale islamscy radykałowie pokroju Sajjida Kutba byli zawsze konsekwentnymi kosmopolitami.

Oczywiście nie każdy wyznawca islamu jest islamistą. Islamista chce ustroju opartego na szariacie lub przynajmniej legitymizowanego przez religię. Tak jak wiele jest odmian islamu, tak wiele jest również odmian islamizmu.

Najstarszym nurtem w islamizmie – kiedyś dominującym, dziś w defensywie – jest tradycjonalizm. Islamscy tradycjonaliści są klasycznymi konserwatystami religijnymi i społecznymi, uzasadniającymi status quo przy pomocy religii. Co więcej, akceptują zachowaną formę religii także wtedy, gdy w ciągu wieków obrosła tradycjami odbiegającymi od pierwotnego kształtu. Tradycjonaliści rzadko tworzyli własne ruchy polityczne, z reguły ograniczali się do udzielania poparcia panującym. Elastyczność tradycjonalistów jest wręcz przysłowiowa. Do egipskiej telewizji zaproszono kiedyś jednego z ulemów (muzułmańskich uczonych), by przedstawił islamskie stanowisko na temat aborcji; ten zapytał tylko, czy ma się wypowiedzieć za czy przeciw. Bastionem tradycjonalizmu pozostaje religijny establishment (jak uniwersytet Al-Azhar) i podążające za nim masy pobożnych, ale zdepolityzowanych muzułmanów. Do tradycjonalistów zaliczyć możemy zwolenników panujących dynastii18 (w odróżnieniu od cesarskiego Iranu żadna nie zdecydowała się na zerwanie z religią) i przynajmniej niektóre ugrupowania tworzone przez zakony sufickie, takie jak Głos Wolności i Partia Zwycięstwa w Egipcie czy partia Umma, utworzona w Sudanie z inicjatywy zakonu Ansar (spadkobiercy XIX-wiecznych mahdystów)19.

Pod koniec XIX w. rozpoczęło się odrodzenie religijne w świecie islamu, zapoczątkowane przez Sajjida al-Afganiego. Zjawisko to od początku miało dwoistą naturę: z jednej strony chciało dostosować islam do wymogów współczesności, z drugiej – zamierzało tego dokonać poprzez oczyszczenie religii z wypaczających ją naleciałości, poprzez powrót do źródeł. Reformę religii miało umożliwić przywrócenie zarzuconej przed wiekami zasady reinterpretacji prawa (idżtihad), która pozwalała odwoływać się bezpośrednio do źródeł islamu z pominięciem dziedzictwa wypracowanego przez tradycyjne szkoły prawne. Ta reinterpretacja mogła pójść w różnych kierunkach, dlatego – paradoksalnie – zarówno islamski modernizm, jak i fundamentalizm mają wspólne korzenie.

Islamscy moderniści starają się łączyć religię z nowoczesnością, akceptując nie tylko zdobycze nauki i technologii, ale również demokrację, pluralizm i prawa człowieka (przypominają tym samym europejską chadecję). Ta synteza może być dokonywana w różnych proporcjach: czasem ogranicza się do żądania uznania prawa muzułmańskiej większości do islamskiego ustroju, czasem prowadzi tylko do szukania religijnego uzasadnienia dla liberalnej demokracji. Mamy tu szeroki wachlarz propozycji, których wspólnym mianownikiem jest poszukiwanie systemu politycznego, który nie byłby sprzeczny z zasadami islamu.

Najstarszym i najszerzej rozgałęzionym ruchem modernistycznym są utworzeni w 1928 r. Bracia Muzułmanie (Ichwan al-Muslimin). Choć zrodzili się w Egipcie, obecnie mają zasięg ogólnoświatowy. Początkowo ruch miał charakter ekstremistyczny: jego wyznanie wiary brzmiało: „Bóg jest naszym celem, Przewodnik20 jest naszym wodzem, Koran naszą konstytucją, dżihad jest naszą drogą, śmierć na drodze do Boga naszym największym pragnieniem!”; zbrojna gałąź Braci prowadziła terrorystyczne akcje przeciw brytyjskim okupantom i monarchii. Jednym z teoretyków Braci był Kutb, którego dzieła po dziś dzień stanowią inspirację islamskich terrorystów. Stopniowo jednak ruch ewoluował w kierunku umiarkowanym. W rezultacie Bractwo stało się niejako wylęgarnią różnych radykalnych ugrupowań islamistycznych, które zeń pączkowały: w latach 50. oderwała się jordańska Hizb ut-Tahrir (Partia Wyzwolenia), w latach 70. Tanzim al-Dżihad (Organizacja Dżihadu) w Egipcie i Talija Mukatila (Walcząca Awangarda) w Syrii, w latach 80. egipska Dżama al-Islamija (Grupa Islamska). Po odejściu dżihadystów w Ichwan konkurują dwie linie: zwolennicy oddolnej islamizacji społeczeństwa przez działalność misyjną i charytatywną (dawa) oraz zwolennicy akcji politycznej, tj. zdobywania wpływu na państwo przez udział w wyborach21. Czołowym ideologiem (czy raczej autorytetem religijnym) związanym z Bractwem jest Jusuf Karadawi. Współczesny program polityczny BM zasadza się na próbie wypracowania oryginalnego modelu islamskiej demokracji – „republikańskiego, parlamentarnego, konstytucyjnego i demokratycznego porządku politycznego w ramach zasad islamu”. Według Braci ludzie mają prawo powoływać, kontrolować i odwoływać rządzących, ale suwerenność przynależy do Boga i zesłanego przezeń szariatu. W praktyce oznacza to, że wolność opinii ograniczona będzie „moralnymi fundamentami społeczeństwa”, a kobietom i mniejszościom gwarantuje się pewne prawa, ale nie całkowitą równość. Pod względem społeczno-gospodarczym program Ichwan ma charakter liberalny (domaga się deetatyzacji i deregulacji gospodarki), ale zarazem kładzie nacisk na konieczność zapewnienia biednym opieki społecznej. Poparcie dla tego programu Bractwo znajdowało z jednej strony w klasie średniej (inteligencja techniczna i lekarska, drobni przedsiębiorcy), z drugiej – wśród biedoty.

Ichwan uzyskało szerokie poparcie. W Egipcie w wyborach 2011/2012 utworzona przez Braci Partia Wolności i Sprawiedliwości uzyskała pierwsze miejsce z 38 proc. głosów, a kandydat tej partii na prezydenta Mohamed Morsi – 25 proc. w I turze i 52 proc. w II. W Palestynie z inicjatywy Bractwa powstał Islamski Ruch Oporu (Hamas), który w 2006 r. wygrał wybory do władz Autonomii Palestyńskiej zdobywając 76 miejsc w 132-osobowej legislatywie22. W latach 90. Narodowy Front Islamski Hassana al-Turabiego rządził w Sudanie. Polityczne skrzydła Ichwan są największymi partiami parlamentarnymi w Jordanii (Front Akcji Islamskiej) i Maroku (Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, PJD). Podobnie było w Tunezji w 2011 r.; trzy lata później Ennahda została zepchnięta na drugie miejsce, utrzymując jednak poparcie 28 proc. W Jemenie partia Islah zdobyła 23 proc. głosów. W skali międzynarodowej protektorem Braci był Katar, rywalizujący z Arabią Saudyjską o przywództwo w świecie sunnickim23.

Stosunkowo niewielkie wpływy Ichwan (występujące jako Ruch na rzecz Społeczeństwa Pokoju) ma w Algierii – tu główną siłą islamizmu był Islamski Front Ocalenia (FIS). W I turze wyborów parlamentarnych 1991 r. FIS uzyskał 48 proc., zanim został zepchnięty do podziemia (Islamska Armia Ocalenia, AIS) przez dyktaturę wojskową. Nie ma też związków z Braćmi wiodący ruch islamistyczny w Turcji. W tym kraju Necmettin Erbakan założył w 1969 r. organizację społeczno-religijną Millî Görüş, która stała się fundamentem szeregu partii islamistycznych: Partii Ładu Narodowego (MNP) 1970-71, Partii Ocalenia Narodowego (MSP) 1972-81, Partii Dobrobytu (Refah) 1983-98, Partii Cnoty (Fazileh) 1998-2001 i wreszcie Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) obecnego premiera Recepa Erdoğana. Kolejne wcielenia ruchu islamistycznego były coraz bardziej umiarkowane (odchodząc od islamizmu ku konserwatyzmowi)24, ale zarazem zyskiwały coraz większe poparcie (w ostatnich wyborach parlamentarnych 2011 r. AKP zyskała 50 proc. głosów). AKP przeciwstawia kemalizmowi i panturkizmowi program neoottomański, tj. odbudowanie pod przywództwem Turcji bloku państw muzułmańskich na Bliskim Wschodzie.

Niektóre ugrupowania islamistyczne jeszcze bardziej zbliżają się do liberalizmu w swych wysiłkach reformowania islamu. Przykładami mogą być np. egipska partia Centrum (Wasat) albo ruch Fethullaha Gülena w Turcji. Wasat deklaruje się jako „partia obywatelska o islamskich korzeniach”, kulturowe dziedzictwo islamu traktuje jedynie jako inspirację, gwarantuje pełnię praw obywatelskich innowierców i kobiet. Gülen krytykuje autorytaryzm Erdoğana i angażuje się w dialog międzyreligijny z chrześcijanami i Żydami.

O ile islamiści głównego nurtu stanowią polityczne centrum, to w islamizmie dostrzeżemy też lewe skrzydło. Zaliczyć można tu „Trzecią Teorię Światową” Muammara Kadafiego, który starał się łączyć heterodoksyjny suficki islam z antyimperialistycznym (arabskim, a potem panafrykańskim) nacjonalizmem, w sferze programowej postulując demokrację bezpośrednią (dżamahiryja) i socjalizm. Konsekwentną lewicę islamską stanowiła Organizacja Mudżahedinów (Bojowników) Ludowych w Iranie, prowadząca walkę partyzancką najpierw przeciw monarchii absolutnej szacha, potem przeciw władzy Chomeiniego. Mudżahedini dokonali syntezy marksizmu (a nawet feminizmu) z rewolucyjnym szyizmem Alego Szariatiego, jednak po klęsce swego protektora Saddama Husajna, zmuszeni szukać oparcia na Zachodzie, przeszli na pozycje liberalne. W Egipcie istnieją lewicujące Islamska Partia Pracy i Młody Egipt; po rewolucji Tahrir grupa działaczy młodzieżówki Bractwa utworzyła partię Egipskiego Nurtu, która znalazła się w lewicowej koalicji Rewolucja Trwa. Nawet w Turcji w niedawnych protestach na placu Taksim uczestniczyli – obok lewicowców, nacjonalistów, liberałów, Kurdów, ekologistów, yuppies i aktywistów LGBT – działacze islamskiej lewicy.

Arabska Wiosna przyniosła kryzys umiarkowanego islamizmu. Nie przegrał on w starciu z demokracją, jak prorokowali niektórzy. W najważniejszym państwie arabskim, Egipcie, islamiści wygrali demokratyczne wybory, ale potem (jak dwadzieścia lat wcześniej w Algierii), zostali obaleni na drodze wojskowego przewrotu. Nowy reżim przy obojętności międzynarodowej opinii publicznej, tak wyczulonej na przypadki łamania praw człowieka, zmasakrował islamistyczną opozycję25. W takich warunkach trudno zachować wiarę w demokratyczne pryncypia. Nic więc dziwnego, że skutkiem Arabskiej Wiosny stał się kolejny renesans dżihadyzmu, którego kres już tyle raz wieszczono26, a któremu ostatecznie grunt spod nóg miały wyrwać demokratyczne reformy.

W odróżnieniu od modernistów, islamscy fundamentaliści nie chcą dostosowywać islamu do współczesności, ale współczesność do wymogów religii. Chcą powrotu do fundamentów islamu, do jego nieskażonej formy z wczesnośredniowiecznego okresu „kalifów sprawiedliwych”. Oznacza to wyłączność stosowania prawa szariackiego i odrzucenie nowoczesnej demokracji, uważanej za „pogaństwo” (dżahilija). Rządom człowieka (zarówno w formie demokratycznej, jak i oligarchicznej czy autokratycznej) przeciwstawione jest „panowanie Boga” (hakimijja, jak nazwał to pakistański islamista Abul Al’a Maududi), choć fundamentaliści różnią się co do sposobów zapewnienia tego panowania. Najogólniej rzecz biorąc islamski ustrój (emirat/kalifat) to jedynowładztwo, ale pod kontrolą islamskiej jurysdykcji (emir/kalif podlega szariatowi, jest tylko jego wykonawcą) i z elementami demokracji bezpośredniej (obowiązek konsultacji społecznych, tzw. szura). Wewnątrz społeczności wiernych panuje internacjonalistyczne braterstwo i ostentacyjny egalitaryzm, wspólnota zobowiązana jest też do opieki nad swoimi członkami27.

Najbardziej rozpowszechnioną odmianą islamskiego fundamentalizmu jest salafizm28. Jego źródeł szukać należy w działalności XVIII-wiecznego reformatora Mohammeda ibn Abd al-Wahaba, który żądał powrotu do wiary przodków poprzez oczyszczenie islamu z innowacji i obcych wpływów. Jednym z istotnych elementów wahabizmu była rewizja stosunku do tzw. ludów Księgi (czyli chrześcijan i judaistów), którym w tradycyjnym islamie przysługiwała opieka (choć nie równouprawnienie) – wahabici uznali ich za politeistów. W XX w. wahabici zjednoczyli swe siły z księciem Abdulazizem Ibn Saudem z Nedżdu, który stworzył królestwo Arabii Saudyjskiej. Od czasu boomu naftowego lat 70. Arabia Saudyjska zaczęła wykorzystywać swe wpływy do propagowania wahabizmu (salafizmu) na całym świecie.

Ruchy salafickie na świecie są zróżnicowane nie mniej od islamizmu umiarkowanego. Salafici dążą w pierwszej kolejności do zapewnienia muzułmanom warunków do życia codziennego zgodnego z rygorystyczną interpretacją szariatu. W drugiej kolejności chcą ustanowienia islamskiego ustroju politycznego – kalifatu. W trzeciej – objęcia kalifatem całej dar-ul-islam, czyli ziemi zamieszkałej przez muzułmanów29. To już rodzi konflikty. O ile Arabia Saudyjska zapewnia możliwość „promowania cnoty i zapobiegania występkom” (tak nazywa się tamtejsza policja religijna), to jej ustrój sprzeczny jest z pryncypiami kalifatu (monarchia nie ma mocnej legitymizacji w islamie). Kontrowersje wśród islamistów budzi też prozachodnia polityka zagraniczna Saudów, która była bezpośrednim powodem wystąpienia Osamy bin Ladena przeciw dynastii. Inną płaszczyzną sporów jest preferowana taktyka. Część salafitów koncentruje się na działalności misyjnej. Inni tworzą swoje partie polityczne (w Egipcie powstało ich… 10, z partią Nur na czele) i startują w wyborach (w Egipcie uzyskali blisko 29 proc.).

Niektórzy wszakże przechodzą do walki zbrojnej, traktując ją jako dżihad. Dżihadyzm jest faktycznie innowacją w stosunku do tradycyjnego islamu: po pierwsze – uznaje dżihad za „szósty filar islamu”30, po drugie – utożsamia dżihad (walkę ze złem) i kital (walkę zbrojną)31. Do pierwszych ugrupowań dżihadystycznych zaliczyć należy aktywne w latach 90. Islamską Grupę Zbrojną (GIA) w Algierii i Grupę Islamską w Egipcie. Potem pałeczkę w tej sztafecie ekstremizmu przejęła Al-Kaida, przenosząc islamski terroryzm na poziom globalny. Od czasu wojny w Iraku mamy do czynienia z „dżihadem 3.0”, czyli ukorzenianiem się dżihadystów w terenie. Owocem tego zjawiska jest m.in. Islamskie Państwo Iraku i Syrii (w skrócie Daisz)32, asz-Szabab w Somalii czy ruch Boko Haram w Nigerii. Dżihadyści nie stanowią monolitu, to nurt wewnętrznie skonfliktowany. W Syrii walczą nie tylko z armią rządową i prorządowymi milicjami, nie tylko z umiarkowaną Wolną Armią Syryjską, ale również między sobą: salafici prosaudyjscy (Front Islamski) z antysaudyjskimi (IPIS). Walki trwają nawet między dwoma syryjskimi odgałęzieniami Al-Kaidy: Dżabhat Al-Nusra i Daisz. Wiąże się to z rozpowszechnioną w tym środowisku praktyką „takfiryzmu”: dżihadyści przyznają sobie prawo okładania przeciwników rodzajem ekskomuniki (takfir); wykluczony staje się wówczas niewiernym, którego można i trzeba bezpardonowo zwalczać33.

Z tego nurtu wywodzi się islamski odpowiednik anarchizmu (choć oczywiście zwolennicy tego nurtu sami za anarchistów się nie uważają) – Takfir wal-Hidżra34, działająca w Egipcie w latach 70. XX w. Jej twórca Szukri Mustafa wierzył, że muzułmanie powinni akceptować tylko wiedzę pochodzącą bezpośrednio od Boga, a za taką uważał jedynie Koran (ortodoksyjni muzułmanie uznają także hadisy35 i sunnę36). Zakwestionował również zasady naśladownictwa, konsensusu (idżma) i analogii (kijas), stosowane przez islamskich prawników, uznając tylko idżtihad (wnioskowanie indywidualne), co prowadziło go do odrzucenia autorytetu ulemów i całego systemu szariatu. Rzecz jasna Szukri negował również wszelką lojalność wobec państwa – ku oburzeniu opinii publicznej twierdził np., że nie widzi różnicy między policją egipską a izraelską. Zwolennicy Szukriego założyli na pustyni wzorcową społeczność muzułmańską, ale po zabiciu ministra do spraw religii w 1977 r. zostali rozbici przez władze.

Odrębnym zjawiskiem jest fundamentalizm szyicki. Szyici, przez wieki stanowiący prześladowaną mniejszość w świecie islamu, w odróżnieniu od sunnitów kontestowali prawowitość muzułmańskich władców, lojalność przelewając na swych duchowych przewodników. Rozwinęli też szczególny kult martyrologii, który początkowo jednak oznaczał bierną akceptację cierpienia. Reinterpretacji szyickiej filozofii dokonał w latach 70. XX w. Ali Szariati. Po pierwsze, zerwał z tradycyjnym szyickim kwietyzmem przeciwstawiając dekadenckiemu „czarnemu szyizmowi” („religii żałoby”) aktywistyczny „czerwony szyizm” („religię męczeństwa”). Po drugie, ustrojowi społeczeństwa islamskiego nadał oblicze socjalistyczne, pisząc, że „kiedy jest powiedziane w Koranie, że własność należy do Boga, znaczy to, że kapitał należy do całego ludu”. Po trzecie, odrzucając taklid na rzecz idżma Szariati dochodził do wniosku, że islamska idea tawhid (jedności) wyklucza pośredników między Bogiem a człowiekiem, a co za tym idzie – postulował islam bez duchownych. Ideologię tę przejął częściowo ajatollach37 Ruhollah Chomeini, w przeciwieństwie jednak do Szariatiego i idących jego śladem Mudżahedinów Ludowych proklamował przywództwo duchowieństwa (welajet e-fakih) w rewolucji islamskiej. Wygrał Chomeini, rozgramiając zarówno lewicowo-islamskich Mudżahedinów, jak i liberalno-islamską Republikańską Partię Ludu Muzułmańskiego ajatollacha Szariatmadariego. W rezultacie w Iranie ukształtował się specyficzny ustrój łączący elementy demokratyczne (powszechne wybory parlamentu i prezydenta, odpowiedzialność rządu przed parlamentem) i teokratyczne (powoływane z duchownych organy: Najwyższy Przywódca, Zgromadzenie Ekspertów, Rada Strażników)38. Poza granice Iranu model ten próbują przenosić takie ugrupowania jak Hezbollah w Libanie czy Najwyższa Rada Rewolucji Islamskiej i Ruch Sadrystowski (Armia Mahdiego) w Iraku.

Na koniec wspomnijmy o ruchach, które trudne są do zaklasyfikowania w powyższym schemacie – o partiach komunalistycznych. Zjawisko to bardziej rozpowszechnione jest w Azji Południowej i Wschodniej (tzw. muzułmański nacjonalizm)39, ale występuje też w przypadku niektórych mniejszości religijnych na Bliskim Wschodzie. Chodzi tu o świeckie ugrupowania starające się reprezentować interesy swoich wspólnot wyznaniowych – np. szyicki Amal, alawicką Arabską Partię Demokratyczną i druzyjską Partię Postępowo-Socjalistyczną w Libanie czy Ruch Jezydów na rzecz Reform i Postępu w Iraku.

Jak widać, sytuacja na Bliskim Wschodzie wyraźnie odbiega od schematów świata Zachodu. Jeśli ktoś chce poznać pozaeuropejską rzeczywistość musi najpierw uczynić jedno: zbić swe europejskie okulary.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

Tekst pierwotnie ukazał się w anarchistycznym piśmie „Inny Świat”. Przedruk za zgodą autora i wydawcy.

Przypisy:

1 A więc np. lewica musi walczyć o prawa mniejszości seksualnych a prawica o wolny rynek.

2 Osobną kwestią są granice wyobraźni politycznej przeciętnego Polaka, który Arabów utożsamia z muzułmanami (choć zaledwie co piąty muzułmanin jest Arabem), muzułmanów z islamistami a islamistów z brodatymi terrorystami obwiązanymi dynamitem.

3 Przez słowo „nacjonalizm” rozumiem ideologię podmiotowości i/lub nadrzędności narodu (niekoniecznie etnicznego) a zarazem ruchy narodowe i narodowowyzwoleńcze. Traktuję to pojęcie jako neutralne a nie pejoratywne.

4 Choć faktem jest, że nastąpiło to przy bardzo niskiej frekwencji i w sytuacji rozbicia elektoratu naserystowskiego (Arabska Demokratyczna Partia Naserystowska i Narodowo-Postępowa Partia Unionistyczna poparły Sisiego). Dwa lata wcześniej Sabahi otrzymał w I turze wyborów 21 proc.

5 Jako ciekawostkę można podać, że iracki baasizm ma swój przyczółek w Polsce w postaci bloga antyimperializm.wordpress.com

6 Mistyczna odmiana islamu, na ogół skonfliktowana z fundamentalistami.

7 Ugrupowania świeckie atrakcyjne były zwłaszcza dla mniejszości wyznaniowych, dlatego w sunnickiej Syrii partia Baas zdominowana została przez alawitów, a szyickim Iraku – przez sunnitów. Wywarło to wpływ na nienawiść dzielącą oba rządzące odłamy baasistów Asada i Saddama Husejna.

8 Reżim Sisiego łączy kult jednostki, autorytarne represje wobec opozycji, nacjonalistyczną retorykę, konserwatyzm obyczajowy i neoliberalne reformy gospodarcze.

9 Zwyciężyła w ostatnich wyborach uzyskując 86 mandatów wobec 69 islamistów.

10 Choć podobno ich poglądy znajdują pewien rezonans w niektórych środowiskach młodzieżowych w Iranie, np. wśród kibiców.

11 Oprócz PYD działa też w Syrii konkurencyjna Kurdyjska Rada Narodowa, skupiająca ugrupowania powiązane z rządem Kurdystanu Irackiego.

12 Wspomnijmy jeszcze – choć to już wykracza poza region Bliskiego Wschodu – o nacjonalizmach ludów berberyjskich (np. Kabylów i Tuaregów) w Maghrebie.

13 Inny – Mohammed Adel – był uczestnikiem Center for Non-Violent Action and Strategies utworzonego przez serbską grupę Otpor, znaną z przeprowadzenia pierwszej „kolorowej rewolucji” w Europie Wschodniej. W tym kontekście warto bliżej przyjrzeć się Alliance of Youth Movements, założonemu z inicjatywy doradcy Hilary Clinton – Jareda Cohena.

14 Byli jednak i tacy (jak opisany przez „Financial Times” Ahmed al-Darawy), którzy dołączyli do dżihadu.

15 W 2014 mogliśmy zaobserwować próbę stworzenia „trzeciej siły” w konflikcie przez porozumienie między Ludowym Frontem i Narodowym Komitetem.

16 Czego nie dostrzegają prostaczkowie uważający, że muzułmanie czczą jakiegoś „Allacha”. „Allach” to po arabsku Bóg (tak jak po angielsku „God” a po francusku „Dieu”), dlatego muzułmanie wierzą po prostu w tego samego monoteistycznego Boga, którego czczą chrześcijanie i judaiści. Szacunkiem muzułmanów cieszy się również Jezus, ale nie jako Syn Boży i Zbawiciel, ale prorok poprzedzający Mahometa (co ma swe konsekwencje w stosunku wobec chrześcijan).

17 Czego uparcie nie dostrzegają inni prostaczkowie wypisujący androny np. o „muzułmańskim klerykalizmie”.

18 W tym ugrupowania monarchistyczne w Afganistanie (Narodowy Front Islamski, Front Ocalenia Afganistanu) w czasie inwazji sowieckiej.

19 Z kolei konkurencyjny zakon Chatmija utworzył świecko-nacjonalistyczną Demokratyczną Partię Unionistów.

20 Przywódca Bractwa.

21 Czasem jednak Bracia, na ogół przymuszeni przez okoliczności, sięgają broń – tak jak obecnie w Syrii, gdzie współtworzą Wolną Armię Syryjską.

22 Zwycięstwa Hamasu nie uznała jednak tzw. wspólnota międzynarodowa, popierająca bardziej umiarkowany Fatah, i islamiści utrzymali władzę tylko w Strefie Gazy.

23 Stąd zaskakujące niektórych poparcie Arabii Saudyjskiej i partii salafickich dla przewrotu wojskowego, który obalił rząd Braci Muzułmańskich w Egipcie.

24 „Twardogłowi” z rozwiązanej Fazilet założyli Partię Szczęścia (Saadet) ale pozostaje ona na marginesie polityki.

25 W jednej tylko masakrze opozycjonistów na placu Raaba w Kairze 14 sierpnia 2013 r. zginęło ok. 1000 osób wg Human Rights Watch (opozycja mówi o 2600, władze przyznają się do 638).

26 Gilles Kepel obwieścił klęskę dżihadyzmu w 2000 r. Rok później Al-Kaida atakiem na Nowy Jork rozpoczęła tzw. Global War On Terror.

27 I jeszcze jedno: mimo antyfeminizmu salafitów na uwagę zasługuje obrazek dostrzeżony przez zachodniego reportera w Państwie Islamskim: kobiety w burkach i z kałasznikowami na plecach, strzegące porządku na ulicy.

28 Innym przykładem może być wywodzący się z Indii ruch Deobandi, z którego wyrosła zarówno międzynarodowa organizacja misyjna Tablighi Dżamaat, jak i pakistańska milicja sunnicka Sipah-e-Sahaba, a pośrednio również afgański Taliban.

29 W skrajnym ujęciu dar-ul-islam to nie tylko obecne kraje muzułmańskie, ale również tereny kiedyś należące do świata islamu, np. Hiszpania czy Bałkany.

30 Klasycznych „pięć filarów” to wyznanie wiary, modlitwa, jałmużna, post i pielgrzymka do Mekki.

31 Tradycyjni muzułmanie kładą nacisk na tzw. wielki dżihad, czyli wewnętrzne zmagania ze złem.

32 Od: ad-Daula al-Islamija fil Irak wa asz-Szam.

33 W myśl islamu muzułmanie nie powinni ze sobą wojować a już na pewno nie mogą prowadzić dżihadu przeciw innym muzułmanom. Jednak w XIII w. ulem Ahmad Ibn Tajmijja, by uzasadnić prowadzenie „świętej wojny” przeciw świeżo nawróconym na islam Mongołom, zdemaskował ich jako „fałszywych muzułmanów”. Po kilku wiekach do jego koncepcji odwołał się (zgodnie z wymogiem taklid) Kutb, znajdując w nich argument przeciw świeckim rządom: formalnie muzułmański władca, jeśli nie stosuje ściśle szariatu, jest faktycznie niewiernym (co więcej, jako odstępca zasługuje na śmierć). Obecnie takfiryści hurtowo zaliczają do niewiernych już nie tylko sekty typu alawitów ale w ogóle wszystkich szyitów, a nawet (jak egipska grupa Takfir wal-Hidżra) całe współczesne społeczeństwa muzułmańskie.

34 Co można przetłumaczyć jako „Ekskomunika przez Emigrację” – hidżra to ucieczka Mahometa i jego zwolenników z Mekki do Medyny, która zapoczątkowała tworzenie islamskiego społeczeństwa.

35 Przypowieści o życiu Mahometa.

36 Tradycję prawną islamu.

37 Tytuł, który można porównać do profesora teologii w naszym kręgu kulturowym.

38 Obywatele wybierają Zgromadzenie Ekspertów spośród duchownych, Zgromadzenie wybiera Najwyższego Przywódcę (faktyczną głowę państwa) spośród wyższych duchownych, Przywódca wyznacza połowę członków Rady Strażników (pełniącej funkcje trybunału konstytucyjnego) – druga połowa wybierana jest przez parlament.

39 W Indiach po I wojnie powstała Liga Muzułmańska, uważająca indyjskich muzułmanów za naród odrębny zarówno od hinduistów jak i muzułmanów z innych krajów. Kryterium odrębności był nie język ale wyznanie, jednak religia nie determinowała wyznaniowego (teokratycznego) charakteru państwa (późniejszego Pakistanu). Obecnie podobne ruchy separatystyczne istnieją m.in. w Tajlandii i na Filipinach.

„Jedność – wolność – socjalizm”. Jak socjaliści arabscy tworzyli naród

Narodowy socjalizm. Trudno dziś o wyrażenie mające bardziej złowieszcze konotacje. Synteza dwóch wielkich ideologii ery nowoczesnej kojarzona jest z nazistowską recydywą barbarzyństwa, negacją Oświecenia, próbą odwrócenia postępu. Jednak poza światem Zachodu to właśnie narodowi socjaliści należeli do najbardziej radykalnych, najbardziej niecierpliwych orędowników modernizacji. Gorąco pragnęli przyśpieszyć w swoich krajach bieg historii, aby dogonić Europę zarówno pod względem świadomości społecznej, jak i rozwoju gospodarki, zachowując przy tym suwerenność i własne unikalne tożsamości. Poszukiwali drogi na skróty, eksperymentując z modnymi europejskimi ideami: Narodu i Socjalizmu.

Przez antykolonializm do nowoczesnej tożsamości

O ile dla socjalistów europejskich naród był zastaną rzeczywistością, a socjalizm ideałem, do którego dążyli, o tyle socjaliści arabscy musieli stworzyć jedno i drugie. To nie była, jak w Polsce czy Irlandii, po prostu walka o narodową niepodległość. Nowoczesny antykolonializm wymagał w pierwszej kolejności stworzenia podmiotu owej niepodległości. W Europie, choć nacjonalizm był zjawiskiem nowym, państwa narodowe miały niemal tysiącletnie tradycje. Na Bliskim Wschodzie nic podobnego nie istniało. Mieszkańcy tego regionu wyznawali lojalność wobec klanu, panującego lokalnie władcy, wreszcie wobec wszechświatowej wspólnoty muzułmanów (ummy) – pojęcie „narodu” pozostawało jednak dla nich niezrozumiałe.

Termin ten usiłowali zaszczepić w Lewancie jezuici i protestanccy misjonarze z Ameryki, tworząc w drugiej połowie XIX w. towarzystwa propagujące europejski światopogląd. Bezskutecznie. Masy żyły w rytmie tradycji, ich wyobraźnię wypełniały pojęcia rodem ze świętych ksiąg, a aspiracje polityczne wyrażał panislamski program sułtana Abdülhamida. Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero pod wpływem centralizacyjnych tendencji w imperium osmańskim; reformy w okresie Tanzimatu (1839–1876) wywoływały niezadowolenie tradycyjnych elit lokalnych, zaś nacjonalistyczna polityka rządzących od 1908 r. młodoturków miała charakter wyraźnie antyarabski. Arabski nurt narodowy pojawił się wówczas nawet w łonie panislamizmu. O ile twórca tego ruchu, Dżamal Al-Din al-Afgani (1838–1896), sam z pochodzenia Pers, pozostawał nieczuły na kwestie etniczne, o tyle jego uczeń, Raszid Rida (1865–1935), akcentował rolę „świętego języka” arabskiego i uważał Osmanów za uzurpatorów, a Abd al-Rahman al-Kawakibi (1849–1903) domagał się nawet przeniesienia kalifatu do arabskiego Hidżazu. Arabscy panislamiści ograniczali się jednak do postulatów przesunięcia władzy w obrębie muzułmańskiej ummy. Dalej szli myśliciele chrześcijańscy, tacy jak Nedżib Azuri, który głosił językowe (ponadwyznaniowe) kryterium narodowości. Idea, że mówiący po arabsku chrześcijanie Bliskiego Wschodu tworzą wraz z muzułmanami jeden naród, miała iście rewolucyjny charakter.

Rozwiniętą formę nadał panarabskiemu nacjonalizmowi Sati al-Husri (1882–1968), Jemeńczyk wykształcony w Istambule. Początkowo sympatyk ruchu młodotureckiego, odstręczony jego szowinizmem, stał się teoretykiem panarabizmu. Od niemieckiego nacjonalizmu romantycznego przejął koncepcję narodu jako bytu obiektywnego, opartego na wspólnocie języka, który zapewnia jedność myśli, norm i ideałów; pomijał natomiast rolę religii. Nacjonalizm arabski pozostawał jednak w początkach XX w. poglądem niewielkiej grupki – liczbę arabskich nacjonalistów przed I wojną światową szacuje się na 120–180 osób! Ruch ten miał ponadto charakter ściśle lokalny, ograniczając się de facto do syryjskich i irackich prowincji Turcji (Egipcjanie zainteresowani byli w tym okresie lokalną wersją nacjonalizmu, tzw. faraonizmem). Początkowo zresztą arabscy nacjonaliści koncentrowali się na regionalnych problemach Syrii i Iraku – arabskość była dla nich tylko sposobem odróżniania się od Turków. Ich nacjonalizm, powstały pod wpływem myśli europejskiej i pierwotnie traktujący Europę jako sojusznika przeciw Turkom, po I wojnie światowej zwrócił się jednak przeciw Europejczykom. Mocarstwa Ententy nie tylko nie zrealizowały obietnic stworzenia niepodległego państwa arabskiego, ale jeszcze – w deklaracji Balfoura – uznały Palestynę za „żydowską siedzibę narodową”. Będąca pokłosiem zapoczątkowanych wówczas procesów, klęska w wojnie z Izraelem w 1948 r. (w historiografii arabskiej znana jako an-Nakba – Katastrofa) przyniosła dalszą radykalizację panarabizmu.

Nowoczesność, czyli socjalizm

Nieco podobnie wyglądała dynamika rozwoju arabskiego socjalizmu. Pierwszy kontakt Orientu z europejską myślą socjalistyczną nastąpił podczas podróży saint-simonistów do Egiptu w latach 1833–1835. Później pojawili się pierwsi rodzimi socjaliści, na ogół libańscy i egipscy chrześcijanie: Szibli asz-Szumajjil (1860–1917), Farah Antun (1874–1922), Salam Musa (1887–1958). Sytuowali się oni z reguły w umiarkowanym nurcie socjalizmu, który utożsamiali z demokracją, laicyzacją i nowoczesnością, a który osiągnąć chcieli na drodze pokojowej ewolucji. Musa, w czasie pobytu w Anglii (1908–1911) członek Towarzystwa Fabiańskiego, pisał: Chodzi o przekształcenie Egiptu, słabego kraju orientalnego, zamkniętego w swych tradycjach […] – w kraj europejski, światły, uprzemysłowiony, o niezależnej osobowości, którego organizacja ekonomiczna będzie zorientowana ku socjalizmowi.

W jego wizji modernizacja łączyła się z niepodległością: naszym pierwszym patriotycznym obowiązkiem w Egipcie [jest] wyrzucić Anglików, po czym będziemy mogli przeprowadzić reformy społeczne. Socjaliści z peryferii traktowali kolonialną zależność jako jedną z przyczyn zacofania, uważając, że w interesie metropolii leży podtrzymywanie nierówności międzynarodowego podziału pracy. W 1920 r. grupa Musy ukonstytuowała się w efemeryczną Egipską Partię Socjalistyczną. W Lewancie ruch socjalistyczny zainicjowali (pod wrażeniem komunistycznego „Manifestu do ludów Wschodu”) libańscy chrześcijanie Jusuf Ibrahim Jazbuk i Iskander ar-Rijaszi oraz deportowany z Egiptu Fuad asz-Szamali.

Geneza i początki baasizmu

Dwudziestolecie międzywojenne to czas radykalizacji zarówno nacjonalizmu, jak i socjalizmu. Echa tych procesów dotarły też na Bliski Wschód. Do Arabów zafascynowanych nowymi prądami należał Zakī al-Arsūzī (1899–1968), alawita, absolwent Sorbony, a w latach 30. członek faszystowskiej Ligi Akcji Narodowej (al-asbat al-amal al-kaumi). W 1939 r. założył Arabską Partię Nacjonalistyczną (al-hizb al-kaumi al-arabi), przemianowaną rok później na Arabskie Odrodzenie (al-baas al-arabi) – ugrupowanie faszyzujące, oparte na zasadzie wodzostwa, pieczętujące się „pogańskim” emblematem tygrysa. Swą ideologię, ukształtowaną pod wpływem Hegla, Bergsona, Nietzschego i Spenglera, wyłożył w dziele „Geniusz arabskiego języka” (Abkarijjat al-arabijja fi lisaniha, 1943). Postępując śladami Husriego, nie tylko podkreślał rolę języka jako czynnika narodotwórczego, ale przede wszystkim akcentował wyjątkowe walory języka arabskiego. Nacisk położony na język pozwolił Arsuziemu dowodzić historycznej ciągłości narodu arabskiego od czasów pogańskich i głosić konieczność nawiązania do przeszłości poprzez program „odrodzenia” arabskiego imperium pierwszych kalifów. Pierwotny islam postrzegał on jako ekspresję arabskiego ducha, narzędzie służące ekspansji, niejako pierwszy arabski ruch narodowy: Arabowie podbili świat, by ucywilizować go i dla tej wizji poświęcili swe życie… Rozprzestrzenili swą władzę od Chińskiego Muru po Ocean Atlantycki i od środka Europy po środek Afryki… Jeden kalif, jedno prawo, jeden oficjalny język. O ile jednak, według Arsuziego, początkowo islam był wyrazem czystości rasowej Arabów, o tyle po przyjęciu tej religii przez inne ludy uległ degeneracji.

Z przeciwległego krańca spektrum politycznego wywodził się Michel Aflak (1910–1989), syn prawosławnego kupca, który po powrocie ze studiów we Francji zaangażował się, wraz z kolegą z Sorbony Saladynem (Salah ad-Dinem) al-Bitarem (1912–1980), w działalność Komunistycznej Partii Syrii i Libanu (al-hizb asz-szujuji al-suri al-lubnani). Aflak i Bitar zerwali wszakże z komunizmem w 1936 r., rozczarowani zwrotem w polityce Kominternu w okresie rządów Frontu Ludowego – komuniści, nie chcąc zrażać swych zachodnich partnerów, wycofali się wtedy z radykalnych postulatów antykolonialnych. W 1940 r. Aflak i Bitar utworzyli Arabski Ruch Odnowy (al-harakat al-ihja al-arabi), trzy lata później przemianowany na Arabski Ruch Odrodzenia (al-harakat al-baas al-arabi). Ruch Aflaka pociągał swym dynamizmem, uczestnicząc m.in. w kampanii poparcia Raszida Ali al-Kajlaniego – premiera Iraku, który w 1941 r. wywołał antybrytyjskie powstanie.

4 kwietnia 1947 r. doszło do zjednoczenia ARO z grupą Arsuziego w Partię Odrodzenia Arabskiego (al-hizb al-baas al-arabi). Sam wszakże Arsuzi nie uczestniczył w kongresie i nie został członkiem nowej partii; pogrążając się w manii prześladowczej uznał Aflaka za agenta imperialistycznego spisku. Priorytetem POA stała się sprawa palestyńska: baasiści uważali Palestynę za odwieczną i nieodłączną część wielkiej arabskiej ojczyzny, w związku z czym gwałtownie oponowali przeciw powstaniu państwa Izrael. Ich gniew zwrócił się również przeciw prezydentowi Syrii, Szukri al-Kuwatliemu, oskarżanemu o nieudolne prowadzenie wojny. Po obaleniu Kuwatliego Aflak przez kilka miesięcy 1949 r. pełnił funkcję ministra oświaty w rządzie jedności narodowej. Gdy po przewrocie płk. Adliba asz-Sziszakliego na Baas spadły represje, Aflak schronił się w Libanie. Tam doszło do jego zbliżenia z ugrupowaniem o podobnym programie – Arabskim Ruchem Socjalistycznym (al-harakat al-isztirakjjin al-arab) Akrama Hauraniego. Haurani początkowo należał do Syryjskiej Partii Socjal-Nacjonalistycznej (al-hizb al-suri al-kaumi al-idżtimai), faszyzującego ugrupowania głoszącego syryjski (nie: arabski) nacjonalizm. Ale już w 1938 r. stanął na czele antyfeudalnej Partii Młodzieży (al-hizb al-szabab), popularnej wśród chłopstwa prowincji Hama, z ramienia której był regularnie wybierany do syryjskiego parlamentu. W 1950 r. Partia Młodzieży zmieniła zaś nazwę na ARS, a 13 listopada 1953 r. połączyła się z baasistami w Socjalistyczną Partię Odrodzenia Arabskiego (hizb al-baas al-arabi al-isztiraki). Hauranistom udało się zdominować SPOA, która nawiązała w kolejnych latach – wbrew Aflakowi – współpracę z komunistami. W wyborach, jakie odbyły się po obaleniu dyktatury w 1954 r., Baas zdobyła 22 mandaty, co pozwoliło jej na udział w rządzie.

Partia zaczęła się też w tym czasie rozrastać poza obszar Syrii, Libanu i Jordanii, na którym powstała. W Iraku organizację baasistowską założył w 1951 r. szyita Fuad al-Rikabi – początkowo skupiała ok. 50 członków, ale już w 1955 r. – 289. W 1955 r. odgałęzienia Baas powstały w Adenie i Tunisie, później objęły Sudan, Libię, Jemen (Północny), Maghreb oraz Półwysep Arabski. Ruch zyskał tym samym wymiar prawdziwie panarabski.

Czołowym ideologiem baasizmu był Aflak. Jego celem było stworzenie filozofii przemian społecznych stanowiącą alternatywę dla marksizmu. Różnica tkwiła już w filozoficznych założeniach – baasiści odrzucali materializm. Motorem dziejów miał być według nich duch, manifestujący się zarówno poprzez naród, jak i poprzez człowieka jako jednostkę (z czego wynikała personalistyczna orientacja baasizmu). Aflak pisał: duch jest dla nas najwyższą nadzieją i siłą sprawczą naszego odrodzenia; doskonale odpowiada naszym aspiracjom do wolności, odnowy, sprawiedliwości i równości. Źródłem owego ducha miał być monoteistyczny Bóg, pojmowany wszakże niekonfesyjnie, rzec można – ekumenicznie. To sprawiało, że Aflak, choć chrześcijanin, wysoko cenił islam jako przejaw arabskiego geniuszu. Islam był, jego zdaniem, ruchem rewolucyjnym, który wyrażał arabską duchowość i zarazem ukształtował arabski charakter, dlatego Arabowie innych wyznań winni go szanować. Islam traktowany był jednak raczej jako zjawisko kulturowe – Aflak domagał się separacji religii i polityki, na równi krytykując ateizm i fundamentalizm.

Trudna jedność

Polityczny program baasizmu wyrażał się w formule „Jedność – Wolność – Socjalizm” (al-wahda al-hurijja al-isztirakijja). Priorytetem była jedność narodowa – zjednoczenie wszystkich Arabów w jednym niepodległym państwie. VI kongres Baas uznał za trzy główne pryncypia jedność i wolność narodu arabskiego w ramach arabskiej ojczyzny, wiarę w szczególny charakter oraz szczególną misję narodu arabskiego. Jak głosił Aflak jedność ma pierwszeństwo przed socjalizmem, gdyż socjalizm jest dla nas […] konsekwencją naszego nacjonalizmu, […] odnogą zależną od głównego źródła, którym jest myśl narodowa. Naród był dlań więc najważniejszą i najwyższą naturalną formą organizacji społecznej, która winna przezwyciężyć podziały klasowe, wyznaniowe, regionalne i klanowe. Nacjonalizm, który głosimy, jest przede wszystkim miłością – pisał Aflak. – Jest to całkiem takie samo uczucie, jakie wiąże jednostkę z jej rodziną, ponieważ ojczyzna jest tylko obszernym domem rodzinnym, a naród jest wielką rodziną.

Naród formował się na gruncie wspólnego języka i historii, niekoniecznie pochodzenia. Wprawdzie Aflak używał pojęcia „rasy arabskiej” (rasa arabska uchodzi za świętą i od najwcześniejszych epok historycznych nosi w sobie żywotność i szlachetność umożliwiające jej odradzanie i doskonalenie samej siebie), ale podkreślał, że jest ona otwarta dla wszystkich, którzy związani są z Arabami, ich historią i mieszkają w kręgu ich języka i kultury od pokoleń, tak że stali się Arabami z myśli i uczucia. Potwierdzał to art. 10 statutu Baas, uznający, iż Arabem jest ten, którego język jest arabski, ten, kto żyje na arabskiej ziemi albo ten, kto zasymilował się z życiem arabskim i wierzy w swą przynależność do narodu arabskiego. Jednak w praktyce politycznej partii Baas – w tym zwłaszcza jej irackiej gałęzi – pojawiały się akcenty rasistowskie, jak np. zakaz małżeństw członków partii z osobami niearabskiego pochodzenia.

Trzon narodu stanowią w myśl ideologii baasistowskiej masy ludowe. Aflak zwracał uwagę, że Rewolucja Arabska lat 1916–1918 przegrała, bo przewodziły jej klasy reakcyjne, realizujące swe partykularne interesy. Wyciągał stąd wniosek, że nacjonalizm musi mieć ludowy charakter. Masy – pisał – są najwyższą władzą. Masy, dziś bardziej niż kiedykolwiek, są twórcami rewolucji, twórcami historii. Art. 5 „Zasad ogólnych” statutu Baas proklamował więc zasadę suwerenności ludu, który jest źródłem wszelkiej władzy. Program partii zapowiadał ustanowienie demokracji przedstawicielskiej i konstytucyjnej, poszanowanie swobód obywatelskich (w granicach nacjonalizmu) oraz równość obywateli wobec jednolitego świeckiego prawa. Uroczyście postulowana wolność miała posiadać dwojaki wymiar – społeczny i indywidualny, co nadawało jej dwuznaczny charakter. Wolność, do której dążymy, nie wyklucza środków prawnych dla ukrócenia wyzysku uprawianego przez feudałów, kapitalistów i oportunistów – pisał Aflak. Ideałem miała być harmonia między wolnością jednostki i społeczności a jednością narodu, zgodność praw obywateli z siłą państwa. W praktyce oznaczało to, że w okresie przejściowym rewolucyjna awangarda, stanowiąca mniejszość, ale obdarzona polityczną świadomością, przejmie pełnię władzy, by zbudować nowe społeczeństwo.

Socjalistyczny charakter baasizmu wynikał więc z dążenia do aktywizacji mas ludowych. Aflak pisał wprost: nie ma żadnego […] antagonizmu […] między nacjonalistami a socjalistami, gdyż nacjonalizm arabski jest synonimem socjalizmu w naszej epoce. Walka o jedność narodową musi być połączona z rewolucją socjalną, socjalizm jest zaś historyczną koniecznością, która urzeczywistni idealny porządek społeczny pozwalający narodowi arabskiemu urzeczywistnić jego dziejową misję. Baasistowska wizja socjalizmu była jednak odmienna od marksistowskiej. Moją troską nie jest, by ludzie dostawali takie same racje żywności, lecz żeby każda jednostka mogła wykorzystać swe zdolności i potencjał – podkreślał Aflak. Socjalizm miał usunąć zniewolenie, znosząc wszystkie przywileje, wyzysk i ucisk jednej grupy przez inną oraz zapewnić godność jednostki poprzez jej udział w społeczeństwie jako całości i przy zapewnieniu minimum standardu życiowego. Nacjonalizację baasiści chcieli ograniczyć do kapitału zagranicznego i przedsiębiorstw użyteczności publicznej, wobec rodzimych kapitalistów ograniczając się do postulatu „sprawiedliwego” traktowania pracowników. Wzorem tak pojętego socjalizmu były nauki i reformy Mahometa.

Ideał ustrojowy baasizmu miał – przynajmniej w porównaniu z marksizmem – umiarkowany charakter. Jednak drogą prowadzącą ku niemu miała być rewolucja, rozumiana jako długofalowy, wieloaspektowy proces. Aflak opisywał ją w nieomal poetyckim stylu: Rewolucja, zanim stanie się programem politycznym i społecznym, jest tą początkową siłą napędową, […] tym nakazem walki, bez którego przebudzenie się narodu nie może być zrozumiane. Rewolucja jest drogą wiodącą do wyznaczonych celów […]. Nie jest to jedna z wielu dróg, jest to droga jedyna. […] Rewolucja jest przeciwieństwem […] obecnej sytuacji. Jest przeciwieństwem przyszłości do teraźniejszości. […] Nasza przeszłość była rewolucją i nigdy nie […] spotkamy się z nią [inaczej], jak tylko poprzez rewolucję. Nasza rewolucja jest marszem […], gdzie […] przeciwieństwa jednoczą się, gdzie przeszłość styka się z przyszłością, a naród pojedna się sam z sobą w swej twórczości i w spełnieniu swej misji. Główną siłą rewolucji miała być młodzież, wypełniona twórczą energią zmiany, nieskażona zepsuciem starego świata, otwarta na nowe idee. Aflak akcentował przy tym, że rewolucja nie oznacza krwawej konfrontacji, że przemoc nie jest częścią naszego programu. W rzeczywistości jednak rozruchy, przewroty i akty terroru prędko stały się znakiem firmowym baasistów.

Niebawem pojawiła się okazja do zrealizowania panarabskiego programu Baas. Obawa przed przewrotem ze strony szybko rozwijającej się partii komunistycznej sprawiła, że koalicyjni partnerzy z konserwatywnej Partii Narodowej (al-hizb al-watani) przychylili się do projektu stworzenia unii z Egiptem jako zalążka federacji wszecharabskiej. Nadmienić tu należy, że egipski przywódca Naser, znany jako twórca „socjalizmu arabskiego”, początkowo nie był ani panarabistą, ani socjalistą. Jego oryginalną ideą, wyłożoną w książce „Filozofia rewolucji” (1955), była koncepcja „trzech kręgów”: arabskiego, afrykańskiego i islamskiego, których naturalnym centrum miał być Egipt. W lutym 1958 r. stanął wszakże na czele Zjednoczonej Republiki Arabskiej.

Zjednoczenie szybko rozczarowało baasistów. Wprawdzie Haurani został wiceprezydentem, a Bitar ministrem kultury, ale w unii dominującą rolę odgrywał potężniejszy Egipt (w każdym ministerstwie na jednego Syryjczyka przypadało „z klucza” dwóch Egipcjan). Naser narzucił ZRA rządy autorytarne i wprowadził system monopartyjny (tzw. Unia Narodowa), wymuszając na Aflaku rozwiązanie Baas. W tej sytuacji grupa młodych baasistów na czele z Hafezem al-Asadem i Salehem Dżadidem założyła tzw. Komitet Wojskowy i zwołała w 1960 r. IV kongres SPOA, który zdecydował o odbudowie partii. Bitar, a po nim Haurani wezwali do secesji Syrii i we wrześniu 1961 r. separatystyczni oficerowie dokonali w Damaszku przewrotu. Realne interesy partykularne wzięły górę nad abstrakcyjną doktryną panarabizmu.

Baasizmu życie po życiu

Zerwanie unii doprowadziło do rozłamu w partii Baas, gdyż Naser cieszył się wśród mas arabskich ogromną popularnością. Już w 1960 r. Jordańczyk Abdullah Rimawi założył pronaserowską Rewolucyjną Baas, a w następnym roku powstała partia Socjalistów-Unionistów (al-wahdawijjun al-isztirakijjun), która w 1964 r. weszła w skład Arabskiego Związku Socjalistycznego Syrii (al-ittihad al-isztiraki al-arabi fi surijah). Rzec można, że baasistowscy dysydenci wnieśli do naseryzmu ideologię socjalistyczną. Gdy z kolei V kongres partii w 1962 r. opowiedział się ponownie za unią, z Baas zerwał Haurani, który w 1963 r. odbudował Arabską Partię Socjalistyczną (al-hizb al-isztiraki al-arabi).

8 lutego 1963 r. doszło do zamachu stanu w Iraku. Prezydent Abd al-Karim Kasim, zwolennik nacjonalizmu irackiego (na co wpływ miało jego mieszane, arabsko-kurdyjskie pochodzenie) i współpracy z ZSRR, został obalony – nie bez inspiracji CIA – przez oficerów sympatyzujących z Baas. Prezydentem Iraku został Abdul Salam Aref, sympatyk Nasera, a premierem baasista Ahmed Hassan al-Bakr. Dokładnie miesiąc później, 8 marca, do przewrotu doszło w Syrii. Tu także powstał koalicyjny rząd baasistowsko-naserystowski, jednak na skutek tarć wewnętrznych upadł już w maju. W lipcu naseryści usiłowali bezskutecznie dokonać przewrotu w Syrii. Po jego fiasku Naser zarzucił baasistom faszyzm i ateizm. Niebawem, w listopadzie 1963 r., Aref odsunął baasistów od władzy w Iraku. Rozbrat między dwoma nurtami panarabskiego nacjonalizmu stał się tym samym nieodwracalny.

Co więcej, w łonie samego Baas zaczęło narastać napięcie między „starą gwardią” aflakistów, dominującą w Kierownictwie Narodowym (kujada al-kaumijja) SPOA, a Komitetem Wojskowym, który kontrolował syryjskie Kierownictwo Regionalne (kujada al-kutrija). Na zewnątrz było to postrzegane jako konflikt między prawym a lewym skrzydłem ruchu, gdyż wojskowi dokonali znaczącej modyfikacji baasizmu. Po pierwsze, przejęli postulaty frakcji „regionalistów” (kutrijjin), uważających, że priorytet mają sprawy syryjskie. W rezultacie kongres regionalny syryjskiej Baas w marcu 1965 r. przeniósł realną władzę z Kierownictwa Narodowego na regionalne. Po drugie, pod wpływem marksistowskiej grupy Hammada al-Szafiego, wojskowi zradykalizowali program społeczny partii. Już w maju 1963 r. upaństwowiono w Syrii banki i przyśpieszono realizację reformy rolnej, rok później przeprowadzona zaś została nacjonalizacja wielkiego i średniego przemysłu, a robotnikom zapewniono udział w zarządzaniu przedsiębiorstwami. Wreszcie, w grudniu 1964 r., wydany został dekret nr 133 stanowiący, że nie będzie udzielana żadnej osobie fizycznej lub spółce jakakolwiek koncesja na eksploatację bogactw mineralnych i naftowych. Radykalizację potwierdzały uchwały VI kongresu SPOA, w których dostrzec można wpływ marksizmu: pojawia się w nich m.in. koncepcja partii jako „rewolucyjnej awangardy” opartej na zasadach centralizmu demokratycznego, uznanie walki klas i przewodniej roli mas pracujących w miejsce solidaryzmu narodowego, krytyka własności prywatnej, nacjonalizacja środków produkcji pod „demokratyczną i robotniczą kontrolą”, centralne planowanie oraz kolektywizacja rolnictwa.

Po trzecie wreszcie, coraz wyraźniej ujawniało się w tym okresie autorytarne oblicze baasizmu. „Program Rewolucji 8 Marca” głosił: Wolność oznacza w naszej sytuacji i w tej fazie naszego rozwoju nie tylko wyzwolenie jednostek, ale także polityczne, gospodarcze i społeczne wyzwolenie naszego społeczeństwa od wszelkiego rodzaju dominacji imperialistycznej i wyzysku klasowego. W praktyce następowało przesunięcie akcentów z wolności indywidualnej na „wolność społeczną”. Baas przeszła klasyczną drogę rewolucjonistów, którzy pozostając w opozycji szczerze walczą o wolność, ale po przejęciu władzy zaczynają dostrzegać, że swobody obywatelskie mogą utrudniać realizację reform społecznych. Następują więc doraźne zrazu ograniczenia wolności, demokracja odsuwana jest na przyszłość. W trzeciej fazie autorytaryzm staje się trwałą praktyką, która zyskuje ideologiczne uzasadnienie.

W stronę modelu radzieckiego?

23 lutego 1966 r. radykałowie dokonali przewrotu. Aflak został uwięziony, ale w sierpniu udało mu się zbiec do Libanu. Wydarzenie to zapoczątkowało trwały rozłam w ruchu baasistowskim – jego irackie odgałęzienie nie uznało bowiem zmiany kierownictwa. Znaczenie rozłamu ujawniło się, gdy iraccy baasiści przejęli władzę w swoim kraju, obalając 17 lipca 1968 r. naserystowski rząd Arabskiego Związku Socjalistycznego. W rezultacie powstały dwie równoległe i zaciekle się zwalczające struktury panarabskie Baas. Różnice ideologiczne między krystalizującymi się asadyzmem a saddamizmem są trudne do uchwycenia: iracki wariant baasizmu wydaje się bardziej nacjonalistyczny (co może wiązać się z obecnością w tym kraju pokaźnej i aktywnej politycznie mniejszości kurdyjskiej), militarystyczny oraz zdecydowanie antymarksistowski (krytyka walki klas, dyktatury proletariatu i ateizmu). Saddamizm łączy zarazem nacjonalizm iracki z ogólnoarabskim, uznając starożytnych Babilończyków i Asyryjczyków za przodków współczesnych Arabów.

W istocie iracka gałąź Baas podążała jednak tą samą drogą, co jej syryjska odpowiedniczka. Konstytucja z 1968 r. stanowiła, że Irak jest państwem demokracji ludowej, którego polityka opiera się na zasadach socjalistycznych. Po przejęciu władzy rozwinięto program opieki socjalnej (m.in. przez subsydiowanie towarów pierwszej potrzeby), zainicjowano kolektywizację rolnictwa, a w roku 1972 znacjonalizowano Iraq Petroleum Company. W kwietniu 1972 r. podpisany został traktat o przyjaźni radziecko-irackiej, co jednak nie przeszkodziło baasistowskiemu rządowi przetrzebić sześć lat później szeregi lokalnych komunistów. W samym Iraku dochodzi również do walk frakcyjnych w ramach Baas: w lipcu 1979 r. al-Bakr zostaje usunięty przez Saddama Husajna at-Tikriti.

W Syrii rządząca „lewica” Baas, dążąc do uzyskania legitymizacji, uznała za twórcę baasizmu sędziwego Arsuziego, który awansował tym samym na czołowego ideologa partii syryjskiej. Towarzyszył temu początkowo kurs ekstremistyczny. Dżadid proklamował socjalistyczną transformację gospodarki, nastąpiła też likwidacja systemu wielopartyjnego – partia Baas zastąpiła parlament jako ciało ustawodawcze. Zainicjowano również bezprecedensową w kraju muzułmańskim kampanię laicyzacyjną. Oficjalny organ sił zbrojnych „Armia Ludowa” pisał: Bóg, religia, feudalizm, kapitalizm i kolonializm, i wszystkie inne wartości, które panowały w starym społeczeństwie, nie są niczym innym jak mumiami w muzeum historii, a absolutna wiara w możliwości człowieka powinna być uznana za jedyną wartość. W polityce zagranicznej rewersem zbliżenia z ZSRR była konfrontacyjna polityka wobec Izraela i „reakcyjnych” państw arabskich, takich jak Arabia Saudyjska. Dżadid nie tylko nawoływał do „wojny ludowej” przeciw syjonizmowi, ale wręcz zbroił baasistowskie siły palestyńskie (tzw. Awangarda Ludowej Wojny Wyzwoleńczej, potocznie zwana „Burza” – as-sajka), drugie co do liczebności po Fatahu.

Paradoksy arabskiego socjalizmu

Pozycja Dżadida osłabła po klęsce strony arabskiej w wojnie czerwcowej 1967 r., ale bezpośrednią przyczyną jego upadku była awanturnicza polityka w kwestii palestyńskiej. Gdy w 1970 r. w Jordanii wybuchły starcia między palestyńskimi fedainami a armią królewską (tzw. Czarny Wrzesień), Dżadid nakazał włączyć się do walki siłom palestyńskim stacjonującym w Syrii. Reprezentujący linię pragmatyczną Asad 13 listopada 1970 r. obalił Dżadida i zainicjował tzw. Ruch Naprawczy, opierając się na dawnych aflakistach, zresztą sam Aflak też zdystansował się już wtedy od irackich baasistów, rozczarowany ich biernością w sprawie palestyńskiej. Uchwalono stałą konstytucję, zalegalizowano działalność niektórych partii politycznych, przede wszystkim naserystów i komunistów (co prawda w ramach Narodowego Frontu Postępowego z kierowniczą rolą Baas), przeprowadzono liberalizację gospodarki. Nastąpiła także normalizacja stosunków Syrii z arabskimi sąsiadami (wizyta w Arabii Saudyjskiej w 1974 r.). Asad, choć podobnie jak Dżadid był alawitą, dążył do kompromisu z sunnicką większością Syryjczyków i podkreślał swą muzułmańską prawowierność, m.in. odbywając hadż (pielgrzymkę do Mekki).

Bezskutecznie. Dla ortodoksyjnych sunnitów alawici to odszczepieńcy i bałwochwalcy gorsi od chrześcijan. Tymczasem Asad konsekwentnie opierał aparat partyjno-państwowy na swych alawickich pobratymcach, co potęgowało podziały wyznaniowe. Nienawiść sunnitów wybuchła z całą mocą zimą 1982 r. w powstaniu wznieconym w Hamie przez islamistyczną Walczącą Awangardę (at-talija al-mukatila); w czasie pacyfikacji zginąć mogło nawet 10 tys. ludzi.

Rewolta w Hamie obnażyła słabość baasizmu tkwiącą w samej jego istocie. Świecki ruch panarabski przyciągał głównie marginalizowane mniejszości wyznaniowe – chrześcijan, alawitów czy druzów – dla których nacjonalizm i socjalizm były narzędziami emancypacji. Charakterystyczny był przypadek Iraku. W pierwszej dekadzie istnienia Baas w tym kraju ponad połowę jej nielicznych kadr stanowili szyici, stanowiący biedniejszą i pozostającą na uboczu życia politycznego częścią społeczeństwa. Pod względem liczebnym szyici stanowili jednak w Iraku większość, podczas gdy w skali całego świata arabskiego pozostawali nieliczną mniejszością, w związku z czym w naturalny sposób lgnęli raczej do komunizmu niż do ugrupowań panarabskich. Po 1963 r. iracka Baas została jednak zdominowana przez sunnitów. W rezultacie po zwycięstwie baasistowskich przewrotów sunnicką przeważnie Syrią rządzili alawici, a szyickim w większości Irakiem – sunnici. Autorytarne rządy rewolucjonistów opierały się na wyznaniowych mniejszościach, co skutecznie uniemożliwiało demokratyzację i skazało ostatecznie arabskich modernizatorów – o ironio! – na logikę sekciarskiego konfliktu. Tylko tym można wytłumaczyć fakt, że w 2014 r. zbrojne ramię irackiej Baas – Armia Mężów Zakonu Nakszbandijja pod wodzą Izzata Ibrahima ad-Duri – współpracowało z Islamskim Państwem Iraku i Syrii przeciw szyickiemu rządowi.

***

Wydawać by się mogło, że arabski lewicowy nacjonalizm – w obu bliźniaczych postaciach baasizmu i naseryzmu – poniósł fiasko. Zamiast demokratycznego socjalizmu w ramach wszecharabskiej ojczyzny zaowocował autorytarną dyktaturą zazdrośnie strzegącą swych partykularnych interesów. Tym niemniej socjalistyczny panarabizm pozostaje najbardziej ambitną rodzimą propozycją modernizacyjną na Bliskim Wschodzie, a co za tym idzie – najważniejszą alternatywą ideologiczną zarówno dla obrońców status quo, jak i wobec rzeczników retrospektywnej utopii globalnego kalifatu.

Od „Anioła chłopskiego” do „Matki Boskiej Kazetempowskiej”. Radykalizm chrześcijański w II Rzeczpospolitej

Kościół katolicki stanowił w Polsce Odrodzonej siłę zdecydowanie konserwatywną, dystansującą się początkowo nawet od endecji i chadecji. W konsekwencji nie powstał liczący się ruch lewicy chrześcijańskiej, taki jak Le Sillon i Ligue de la Jeune République we Francji czy Partito Popolare Italiano we Włoszech. Odnaleźć można jednak na mapie ideowej II RP – słabe wprawdzie i rozproszone – społecznie radykalne środowiska chrześcijańskie, łączące demokratyzm z antykapitalizmem.

Jedno z nich objawiło się już u zarania niepodległości. 6 listopada 1918 r. w Tarnobrzegu proklamowano przejęcie władzy przez Tarnobrzeski Komitet Rewolucyjny pod przywództwem por. Tomasza Dąbala i ks. Eugeniusza Okonia. Pod pomnikiem Bartosza Głowackiego ksiądz Okoń wołał do trzydziestotysięcznego tłumu: Żołnierze, robotnicy i ty, biedoto chłopska! Zaświtał wreszcie dla was wszystkich dzień wyzwolenia, swobody, porachunku za tyle krzywd doznanych, za tyle poniewierania twej godności, za tyle wyzysku ciebie, chłopie polski, który, jakkolwiek jesteś krwią, siłą i mózgiem tej ziemi, poniewierany byłeś i poniżany. Już nie będziesz się wysługiwał i krwawo mozolił dla obcej sprawy. […] Bóg tak sprawił, że poniżani będą wywyższeni. […] Precz z tymi pasożytami, co nie orzą, nie sieją, a z chłopskiej jedynie skóry buty szyją dla siebie. […] Właśnie dzwonią [w kościele], ale już nie na „anioł pański”, ale na twój „anioł chłopski”, więc oddajmy się w opiekę Matki Boskiej Dzikowskiej i zanućmy „Serdeczna Matko”.

Ksiądz Eugeniusz nie był nową postacią w galicyjskiej polityce. W 1911 r. kandydował do parlamentu Austro-Węgier z ramienia Narodowej Demokracji, ale rok później zerwał z endekami. Zbliżył się do ruchu chrześcijańsko-ludowego ks. Stanisława Stojałowskiego i w 1913 r. uzyskał mandat poselski do Sejmu Krajowego we Lwowie. Już wtedy dał się poznać jako radykał – w czasie kampanii wyborczej został aresztowany za burzycielskie wystąpienia. W czasie I wojny światowej zgłosił się na ochotnika do pełnienia funkcji kapelana w austriackich obozach jenieckich, gdzie przetrzymywano wielu Polaków z armii rosyjskiej. Już 2 listopada 1918 r. w rodzinnym Radomyślu obalał słupy graniczne, które rozdzielały Kongresówkę od Galicji. Wreszcie stanął na czele tzw. Republiki Tarnobrzeskiej.

„Republika” ta obejmowała powiaty Tarnobrzeg, Mielec, Kolbuszowa i Nisko w widłach Wisły i Sanu. Choć nawiązała kontakt z powstałym 7 listopada Tymczasowym Rządem Ludowym w Lublinie, faktycznie pozostawała samodzielna. Chłopi zaprzestawali płacenia czynszu dzierżawnego obszarnikom, zabierali zboże i ziemniaki z magazynów dworskich, a niekiedy zajmowali pałace na potrzeby gminy. Gdy władza odrodzonej Rzeczpospolitej okrzepła, postanowiono zlikwidować to „ognisko anarchii”. Na początku 1919 r. wojsko przeprowadziło pacyfikację zbuntowanego obszaru, rozstrzeliwując kilkanaście osób, a 350 aresztując. 6 stycznia ks. Okoń został zatrzymany podczas wiecu przedwyborczego i równocześnie zawieszony w czynnościach kapłańskich przez kurię biskupią.

Niespełna trzy tygodnie później niepokorny kapłan został jednak wybrany posłem na Sejm z ramienia PSL-Lewica i w konsekwencji opuścił więzienie. Początkowo przynależał do klubu poselskiego PSL „Wyzwolenie”, ale pod koniec roku stworzył wraz z Dąbalem własną partię – Chłopskie Stronnictwo Radykalne, z organem prasowym „Jedność Chłopska”. Niebawem Dąbal wstąpił do partii komunistycznej, ks. Okoń natomiast od komunizmu się odcinał. I ubolewał: Chcemy dać chleb biednemu chłopu i za to jesteśmy [nazywani – J.T.] bolszewikami! Trwał na pozycjach chłopskiego radykalizmu o religijnym zabarwieniu. Sztandarowym postulatem Stronnictwa było wywłaszczenie (za odszkodowaniem) i parcelacja majątków ziemiańskich powyżej 100 mórg oraz kościelnych „dóbr martwej ręki”. „Dać ziemię chłopom polskim” – to hasło wielkie, najrozumniejsze i najbardziej patriotyczne – wołał ks. Okoń w Sejmie. Żądanie reformy rolnej uzasadniał względami patriotycznymi, uważając, że gdy oddamy ziemię chłopom polskim, oprzemy Polskę na granicie niezniszczalnym. Nie oznaczało to jednak międzyklasowego solidaryzmu narodowego. ChSR głosiło ideę „narodu chłopskiego”, twierdziło, że lud w Polsce – to naród, a naród – to lud, a więc prawdziwa Polska, którą Bóg dał – to Polska ludowa. Ks. Okoń podkreślał nawet, że Polskę stworzyła „dynastia chłopska Piastów”.

Radykalne przekształcenie ustroju rolnego w interesie mas chłopskich miało być pierwszym krokiem w kierunku ustanowienia owej Polski Ludowej. Program ChSR nie ograniczał się do postulatów socjalnych, jego celem strategicznym były rządy ludu wiejskiego. Ks. Okoń zapowiadał: wywalczymy chłopu polskiemu […] rządy w państwie, ażeby chłop, prawdziwy piastun i włodarz tej ziemi, tą Rzeczpospolitą zmartwychwstałą władał i kierował dla mocy i potęgi państwa oraz dla szczęścia ludu. Koncepcje ustrojowe Stronnictwa zakładały likwidację Senatu i ukonstytuowanie republiki prezydenckiej, w której głowa państwa byłaby wybierana bezpośrednio przez ogół obywateli. Postulowano też konstytucyjne gwarancje powszechnego i bezpłatnego nauczania oraz zniesienie kary śmierci i kar cielesnych.

Plebejski patriotyzm ks. Okonia skłaniał go do szerokiego zakreślania granic Rzeczypospolitej – domagał się przyłączenia do państwa polskiego Śląska Górnego i Cieszyńskiego, Spisza i Orawy, Pomorza z Gdańskiem, Mazur, Galicji Wschodniej i Litwy („kresy polskie” sfederowane miały być z Polską na zasadach unii lubelskiej). Krytykował polskie władze za opieszałość w organizowaniu odsieczy dla walczących z Ukraińcami obrońców Lwowa i za niekorzystny, jego zdaniem, traktat wersalski (w maju 1920 r. ChSR zażądało rewizji traktatu). Zarazem jednak za błąd strategiczny uważał niepotrzebny i szkodliwy pochód na Kijów i opowiadał się za niezwłocznym rozpoczęciem rokowań pokojowych z Rosją Radziecką.

Istotną rolę w ideologii Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego odgrywał wątek religijny. W programie ChSR, uchwalonym na II kongresie w Lublinie we wrześniu 1924 r., czytamy m.in, że Stronnictwo stać będzie mocno przy wierze ojców i religię jako rzecz nadziemską szanować, lecz nie pozwoli, by miejsca święte przeznaczone dla modlitwy i chwały Bożej miały być przez niegodne jednostki nadużywane dla niskich celów propagandy polityczno-partyjnej. Ks. Okoń dodawał: My wiary nie obalamy, my religię umacniamy, ale chcemy z tej religii wyrzucić te śmiecie, […] które służą jaśnie wielmożnym, kapitałowi i bogaczom. Przywódca Stronnictwa, deklarując wierność katolicyzmowi, powoływał się na duchownych reformatorów, a nawet buntowników: Stojałowskiego („największego męczennika o wolność ludu”), Staszica, Savonarolę. Oczywiście nie mogło zabraknąć też odwołań bezpośrednio do Jezusa Chrystusa: Mistrz Boski najostrzej gromił […] bogaczy, faryzeuszów, nazywając ich „rodzajem jaszczurczym”, a litował się tylko nad ubogimi, zgłodniałymi rzeszami ludu. Kościołowi instytucjonalnemu zarzucał, że zagubił swe wyzwolicielskie przesłanie.

Pierwszą linią konfliktu z klerem były kwestie majątkowe. Ks. Okoń domagał się nie tylko parcelacji dóbr kościelnych, ale również znacznego obniżenia opłat za posługi religijne. Podkreślał, że kościół i religia, a rzeczy doczesne, materialne, to są rzeczy zupełnie odrębne, że majątek doczesny […] to nie świętość, […] lecz to mamona – to marność. Przypominał, że nasz kościół katolicki powstał z ubóstwa i w ubóstwie. Nasz Chrystus Pan był najuboższy. Wyciągał z tego wniosek, że majątki […] ziemskie, tym bardziej duże, są wprost szkodliwe kościołowi. Ale zarazem ks. Okoń zauważał, że są wśród duchowieństwa biedni i pokrzywdzeni ciężko, a tymi są wikarzy, zdani na łaskę i niełaskę proboszczów i strasznie nędznie wynagradzani, oraz księża emeryci. W ich interesie leżeć miała demokratyzacja Kościoła.

Głoszone przez ks. Okonia koncepcje reformy kościelnej wychodziły od bieżących interesów chłopskich, ale miały charakter prawdziwie rewolucyjny. Domagał się, by przysługujące fundatorom parafii, na ogół obszarnikom, prawo patronatu (oznaczające w praktyce wpływ na obsadę stanowisk proboszczów), zostało przeniesione na wiejskie gromady. Przypominał, że historia kościelna […] mówi, że lud chrześcijański miał, będzie miał i musi mieć prawo głosu przy wybieraniu proboszczów, a nawet biskupów. Zgłosił więc projekt ustawy, by w miejsce obecnych patronów wprowadzono […] parafialne komitety kościelne, wybrane przez ogół wiernych z powszechnych wyborów, które by w porozumieniu z władzą kościelną wykonywały obsadzanie probostw. Co więcej, zapowiadał, iż my będziemy nawet żądali prawa mianowania biskupów. W ten sposób, obiecywał, lud nasz wyzwoli się nie tylko z pęt obszarniczych, […] ale wyzwoli się z tej niewoli duchowej, którą narzucili mu nasi biskupi autokraci i nasi niedobrzy proboszczowie. Ks. Okoń wierny pozostawał maksymie „Głos ludu to głos Boga”.

Chłopskie Stronnictwo Radykalne nie odniosło jednak sukcesu. Pozostało ugrupowaniem lokalnym, którego wpływy ograniczały się do Sandomierskiego i południowej Lubelszczyzny. W wyborach parlamentarnych w 1922 r. uzyskało cztery mandaty. Wkrótce w ChSR pojawiły się niesnaski. W lutym 1926 r. dwóch posłów zerwało z ks. Okoniem i przystąpiło do Stronnictwo Chłopskiego. Po rozwiązaniu Sejmu w 1927 r. ks. Okoń został ponownie aresztowany i kilka miesięcy spędził w lubelskim więzieniu. Osamotniony, zaprzestał działalności politycznej. Obwieścił: Niniejszym oświadczam, że w miłości Pana Boga oraz przywiązaniu, wierności, posłuszeństwie dla świętego katolickiego Kościoła, potępiam wszystkie moje czyny, którymi przez cały szereg lat dawałem zgorszenie.

Zupełnie inny rodowód miał Chrześcijański Związek Akademicki. Ta międzywyznaniowa, ekumeniczna organizacja powstała na początku 1921 r. z inspiracji protestanckiego Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodych Mężczyzn (YMCA). Od początku podkreślała wszakże swój narodowopolski charakter: Dążymy do zachowania najściślejszej łączności duchowej z całą dotychczasową polską tradycją odrodzeńczą, a potwierdzenia i pogłębienia narodowego charakteru ideologii naszej w studium polskiej myśli moralnej, zawartej w życiu i dziełach naszych wieszczów i myślicieli. Początkowo w działalność ChZA zaangażowana była też grupa narodowców z Tadeuszem Bieleckim (późniejszym prezesem Stronnictwa Narodowego) na czele, jednak w 1923 r. odeszła ona do Młodzieży Wszechpolskiej. Związek odrzucał bowiem nacjonalizm – jego deklaracja stwierdzała: Występujemy stanowczo przeciw doktrynie egoizmu narodowego jako normy etycznej dla jednostek i społeczeństw, potępiając taką doktrynę jako zasadniczo niemoralną. Istotą ideologii ChZA była koncepcja przeprowadzenia zmian społecznych poprzez odrodzenie moralne – głoszono, że gdy uciśnieni wytworzą siłę nie tylko fizyczną, ale i moralną, możliwe jest zwycięstwo prawdy i prawdziwa przebudowa społeczna. Chrześcijański Związek Akademicki kultywował ideały demokratyczne, co skłaniało jego członków do sympatyzowania z piłsudczykami. Autorytarna ewolucja sanacji (zwłaszcza po procesie brzeskim 1930 r.) doprowadziła do kryzysu Związku, który na początku lat 30. uległ rozkładowi.

Na orbicie ChZA znalazło się również początkowo „Kółko” ks. Władysława Korniłowicza, choć po 1922 r. poszło już własną drogą. Ta nieformalna grupa młodej inteligencji uformowała się w 1917 r. Trzon grupy stanowili: Zofia Landy (później siostra Teresa), Zofia Sokołowska (siostra Katarzyna) i jej siostry – Henryka i Barbara, Franciszek Tencer, Rafał M. Blüth, Tadeusz Baykowski i Stanisław Krzywoszewski; związani z nią byli także m.in. Zofia Nałkowska, Czesław Miłosz, Karol Irzykowski, Jerzy Liebert i inni. Cechą charakterystyczną środowiska był fakt, że większość jego uczestników rekrutowała się z osób religijnie indyferentnych lub konwertytów (zresztą także sam Korniłowicz wywodził się z rodziny o poglądach pozytywistycznych i racjonalistycznych). To sprawiało, że „kółkowiczom” nie wystarczał tradycyjny katolicyzm – powierzchowny i obrzędowy – lecz chcieli chrześcijaństwa świadomego, umocnionego rozumowo. Jak pisała jedna ze współzałożycielek „Kółka”, s. Teresa: Religia przyjęta w entuzjazmie wiary domagała się pogłębienia i ugruntowania intelektualnego w myśl zasady „fides quaerens intellectum”. Zarazem jednak „kółkowicze” nie ograniczali się do modlitw i dyskusji w Bibliotece Wiedzy Religijnej, ale również dawali praktyczny dowód miłości bliźniego, angażując się w działalność Zakładu dla Ociemniałych w Laskach – dwie z założycielek „Kółka” wstąpiły nawet do zakonu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, prowadzącego ów Zakład. Współpraca między „Kółkiem” a środowiskiem Lasek, trwająca od 1918 r., uległa zacieśnieniu, gdy w 1930 r. ks. Korniłowicz został kapelanem Sióstr.

Na początku lat 30. w środowisku „Kółka” i Lasek, coraz dojrzalszym intelektualnie i coraz mocniej odczuwającym swą ideową odmienność, pojawiła się myśl wydawania własnego periodyku. W 1934 r. ukazał się pierwszy numer kwartalnika „Verbum”, którego redaktorem naczelnym został Konrad Górski, a później ks. Korniłowicz.

Celem „Verbum” było nie tylko wzmocnienie intelektualnych zrębów polskiego katolicyzmu, ale też wypracowanie jego nowej formuły. Miał to być katolicyzm czynny, twórczy, otwarty, nowoczesny, dynamiczny, optymistyczny. Domagano się uznania pozytywnej wartości świata, odrzucając „manichejskie” podejście do doczesności. Historia nie jest […] źródłem pesymizmu – pisał Régis Jolivet. Postulowano więc włączanie się w procesy społeczne, s. Teresa głosiła wręcz konieczność scalenia mistycyzmu z „poczuciem społecznym”: sprawdzianem mistyki jest […] zwykłe codzienne życie wierzącego. „Tradycjonalizm” i „ciasny rygoryzm” konserwatywnych katolików krytykowano jako postawę tchórzliwą, […] wsteczną. Podkreślano natomiast zbieżność katolicyzmu i humanizmu rozumianego jako dążenie do […] wszechstronnego kultywowania różnych umiejętności, co pociągało za sobą imperatyw twórczości. Z tego powodu Jan Salamucha wytykał katolickiej inteligencji pasywność, uważając, że przyzwyczajona jest do roli „widowni”. „Verbum” interesowało się zdobyczami nauki (uznanej za „środek służenia Bogu”), starając się wpleść je w naukę Kościoła. Przy całej swej elastyczności, grupa zaznaczała jej granice: katolik nie może zminimalizować swojego programu metafizycznego czy dogmatycznego.

Otwartość na nowe idee prowadziła w warunkach kryzysu gospodarczego do antykapitalistycznego nastawienia „Verbum”. Postawę środowiska wyrażały ironiczne słowa Leopolda Caro: My […], nie dotknięci łaską wiary w kapitalizm. Katoliccy intelektualiści kwestionowali dogmaty liberalizmu ekonomicznego, zarzucając mu fatalistyczną uległość wobec zła społecznego, krytykując koncepcję homo oeconomicus, twierdząc, że w życiu gospodarczym wola ludzka ma większe znaczenie od rzekomo obiektywnych praw (w dziedzinie gospodarczej nie ma praw niezmiennych). Potępiali panujące w kapitalizmie nieludzkie […] stosunki społeczne, proponując jako alternatywę respektowanie zasad chrześcijańskich w życiu codziennym.

Chrystianizacja życia gospodarczego polegać miała na przezwyciężeniu alienacji pracy poprzez jej uduchowienie: współdziałać w dziele odkupienia przez […] każde uderzenie młotem i każdy obrót obrabiarek. Egalitaryzm wynikający z bezwzględnej wartości każdej duszy ludzkiej członkowie grupy przenosili na stosunki społeczne, by głosić wyrównanie poziomów życia przez likwidację zarówno nędzy, jak zbytku. Ich zdaniem twórczość gospodarcza jest służbą społeczną, której celem jest zaspokojenie potrzeb bliźnich i stwarzanie egzystencji możliwie najlepszej dla największej ilości ludzi. Wynikał stąd skierowany przeciw bezmyślnemu konsumpcjonizmowi postulat „produkcji celowej”. Konkretny program gospodarczy pozostawał jednak ostrożny. „Verbum” oponowało zarówno wobec indywidualizmu, jak i kolektywizmu, uważając, że obie koncepcje wyrastają z naturalnego egoizmu i walki o byt. Trzecia droga miała się opierać na zasadach upowszechnienia własności (nie ma […] ani wolności, ani równości bez minimum bodaj własności prywatnej) i samorządowej organizacji produkcji (korporacjonizm demokratyczny). Wprowadzić Chrystusa do fabryk mogą tylko robotnicy – dodawał Jerzy Siwecki.

Krytyka kapitalizmu z pozycji tercerystycznych częsta była wówczas na skrajnej prawicy, od tejże odróżniał jednak „Verbum” pozytywny stosunek do demokracji. Jak wykładał Andrzej Niesiołowski w artykule „Personalizm i jego perspektywy”, Ideą centralną jest […] koncepcja uspołecznienia człowieka przy jednoczesnym zachowaniu jego indywidualności i wolności. Personalistyczna perspektywa pisma nakazywała zachować równowagę między tymi wartościami. Jak przyznawano w 1937 r.: Człowiek wierzący, który w epoce liberalizmu poczuwał się do obrony zasady […] autorytetu, teraz zwraca się ku drugiemu zagrożonemu dobru – wolności. Idea wolności rozumiana była odmiennie niż w liberalizmie. Krytykowano koncepcję wolności jako pojęcia negatywnego, wolności jako braku wszelkiej granicy. Konstatując, że wolność jest faktem wewnętrznego doświadczenia i odczuwamy ją jako dobro, rozróżniano dwie wolności: wolność natury zmysłowej i wolność natury duchowej. Między nimi miał panować konflikt: Jedną wolność okupuje się drugą wolnością. Ponieważ wolność natury zmysłowej sprowadzać miała niewolę swych rozpętanych instynktów lub wyhodowanej […] pychy, uznawano, że prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie się zjawia się pierwiastek duchowy z charakteryzującą go świadomością  a więc wola potrafiąca okiełznać popędy. Aby jednak znieść bolesny rozziew między wolnością zmysłową a duchową, niezbędny jest stan łaski  czynnik nadprzyrodzony, który daje swobodę miłości.

Pomimo odmiennych założeń teoretycznych „Verbum” we wskazaniach praktycznych bliskie było liberalizmowi. Uznając, że każdy, nawet błędny, kierunek myślowy […] ma w sobie cząstkę prawdy krytykowało nietolerancję wobec inaczej myślących. Za cel stawiało sobie obronę osoby ludzkiej z jej prawem do posiadania przekonań […] przed […] antyosobową wszechobecnością państwa. Z tych pozycji zwalczało totalitaryzm, któremu wytykało kult grupy jako wartości absolutnej, […] lekceważenie lub zupełne odrzucenie praw jednostki, etykę kolektywistyczną, centralistyczną planowość, […] militaryzację społeczeństwa i ustrój totalny, oparty na rządach monopartii, […] niewolę sumień. I puentowało: Walka z religią, broniącą zawsze praw sumienia ludzkiego, jest konsekwencją nieuniknioną takiego systemu. Nazizmowi dodatkowo zarzucano antysemityzm i rasizm, zaprzeczające chrześcijańskiemu uniwersalizmowi.

Krytyka totalitaryzmów miała charakter symetryczny – R. M. Blüth sytuował „Verbum” w światowym obronnym ruchu antybolszewickim, który […] jednocześnie wymierzony jest przeciw antychrześcijańskim tendencjom hitlerowskim. Ale, powtórzmy, postulowana rewolucja moralna zwrócona była nie tylko przeciwko komunizmowi i nacjonalizmowi, ale również przeciw umysłowości „małomieszczańskiej” (która wyróżnia się […] brakiem bezinteresowności, drobnomieszczanin w praktyce jest ateuszem) i kapitalistycznej (tak surowo potępionej w encyklice „Quadragesimo Anno”). Franciszek M. Braun wszystkim tym ideologiom zarzucał wspólne pochodzenie naturalistyczne, zastępowanie kultu Boga ersatzami i sprzeczność radykalną z Ewangelią, kontrastując troski doczesne mentalności burżuazyjnej i prymat nieśmiertelnej duszy; nieograniczone pożądanie bogactw […] i duch ubóstwa; poszanowanie osobowości ludzkiej […] i pochłonięcie jej bez reszty przez pewną grupę socjalną; partykularyzm narodowy […] i miłość powszechną.

Już u zarania niepodległości uformowało się też Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. Początkowo nic nie wskazywało na późniejszą ewolucję organizacji w kierunku postępowego katolicyzmu. „Odrodzenie” powstało na orbicie obozu konserwatywnego, akceptowało katolicki nacjonalizm, zawarło antylewicowy sojusz z Młodzieżą Wszechpolską. W 1923 r. rozpoczął się jednak konflikt z endekami, spowodowany tyleż ich monopolistycznymi dążeniami, co koncepcją ponadwyznaniowej jedności narodu. Katolicyzacja polskiego nacjonalizmu, jaka dokonała się na początku lat 30., powinna zniwelować różnice między endekami a odrodzeniowcami, jednak SKMA uważało ożywienie religijne młodzieży za powierzchowne. Opór budziła też radykalizacja antysemityzmu endeków: choć „Odrodzenie” początkowo popierało numerus clausus, to jednak w latach 30. potępiało ekscesy antyżydowskie. Z kolei zaangażowanie w problematykę społeczną pchało członków SKMA ku zainteresowaniu się koncepcjami lewicowymi – w spotkaniach dyskusyjnych „Odrodzenia” nieraz brali udział marksiści. Również w bratniej „Iuventus Christiana” pojawili się sympatycy socjalizmu: ks. Piotrowicz, B. Tekliński.

Deklaracja „Odrodzenia” zrywała z rozpowszechnionym w środowiskach katolickich kwietyzmem, głosiła aktywizm, społeczne zaangażowanie, reformę moralną i strukturalną. Czytamy w niej: Zrywamy z fałszywą pokorą i ckliwie pojętą miłością chrześcijańską, wypleniamy lęk i bezradność wobec idących olbrzymich, a nieraz bolesnych przewrotów współczesnych. Katolik-Polak musi iść na przedzie i władać życiem, bo z ducha Chrystusowego płynie wiara w życie oraz siły i zapał do jego budowy. […] Zrywamy stanowczo z zasadą odradzania społeczeństwa bez odradzania siebie. […] odrzucamy typ pracy, który polega na rzeźbieniu własnej duszy w oderwaniu od świata […]. Chcemy wychować pokolenie ludzi czynu i tworzyć życie polskie we wszystkich jego dziedzinach. SKMA postulowało umocnienie rodziny, ukształtowanie nowej elity w oparciu o inteligencję, organizację życia opartą na kulturze pracy, przezwyciężenie kapitalistycznego wyzysku w duchu demokratycznego korporacjonizmu.

Poglądy radykałów z SKMA wyrażał Eugeniusz Myczka – przewodniczący sekcji zagadnień społecznych warszawskiego „Odrodzenia”. W broszurze „O polską ideę czynu” domagał się uznania prymatu katolicyzmu w życiu społecznym Polski, gdyż dzieje narodu polskiego są […] najściślej związane z dziejami katolicyzmu w Polsce. Podkreślał jednak zarazem, że formy realizacji niezmiennych zasad ulegają […] zmianom w różnych okresach historycznych, dlatego należy budować nowy [podkr. J.T.] typ społeczeństwa na odwiecznych, starych zasadach. Uważał, że katolicyzm jest ideą na wskroś żywą, bojową i zdobywczą, więc z tego punktu widzenia krytykował statyczność katolików nie rozumiejących dynamizmu przemian społecznych, a nawet domagał się rozgraniczenia między katolicyzmem „społecznie-twórczym” a konserwatywnym.

Odrodzony katolicyzm miał być inspiracją reform społecznych. Choć Myczka zaznaczał, że Kościół nie może wiązać się z żadnym ustrojem, to twierdził, że katolicki ustrój społeczny musi być oparty na zasadach sprawiedliwości i miłości społecznej. Uznając, iż wyzysk hamuje […] rozwój życia gospodarczego, postulował sprawiedliwy podział dochodu społecznego zwiększanie sił produkcyjnych narodu. Celem miał być bezklasowy naród, wypracowany wszakże środkami ewolucyjnymi, na drodze solidaryzmu społecznego – poprzez oparcie stosunków społecznych na zasadzie współpracy i zjednoczenia wszystkich warstw społecznych. Pisał: Zmiana ustroju społecznego przez odrodzenie w nas samych idei człowieczeństwa drugich ludzi, jako jedynej miary ich wartości to jednocześnie najpewniejsza droga do urzeczywistnienia sprawiedliwości społecznej, co jest koniecznym warunkiem wewnętrznego […] zjednoczenia narodu.

W sferze politycznej Myczka, krytykując systemy oparte na przemocy społeczeństwa nad jednostką, szukał trzeciej drogi między demoliberalizmem a totalizmem – ustroju, który pogodzi ideę dobra narodu z ideą wolności człowieka. Na pozór koncepcje Myczki bliskie były programowi „młodych” narodowców. On jednak uważał, że nacjonalizm na równi z komunizmem dąży do wykluczenia Kościoła od udziału we wpływie na przyszłą rzeczywistość. Nacjonalizm krytykował za odsuwanie Boga w sferę metafizyki (hasło „przez naród do Boga!”), twierdząc, że konieczny jest też chrześcijański stosunek do ludzi i innych narodów. Choć dostrzegał odchodzenie „młodych” od nacjonalizmu „pogańskiego”, twierdził, że objawy te są […] odosobnione i uważał, że nie ma dotychczas nacjonalizmu jako organicznego wypływu nauki Kościoła.

Zbliżony charakter miały rozważania nauczyciela z Kościana, doktora filozofii Adama Mikiewicza, który nazwał je „katolickim socjalizmem”. Mikiewicz przyłączał się do krytyki kapitalizmu, uważając, że rodzi on niemoralną zależność pracy od kapitału i nędzę gospodarczą rzesz pracujących. Co więcej, dostrzegał destrukcyjne skutki liberalizmu dla moralności, gdyż osłabił lub rozbił życie rodzinne i społeczne. Przyczyna tego leżeć miała w brutalności wolnej konkurencji, która (tu cytował „Quadragesimo Anno”) daje zwycięstwo tylko najsilniejszym, tj. tym, którzy walczą najbezwzględniej i którzy nie znają skrupułów sumienia. Mikiewicz powtarzał więc za Hlondem: Ustrój społeczny wymaga bezwzględnej naprawy […] [gdyż] na arenie społecznej figuruje już jako stałe zjawisko proletariat żyjący w niezasłużonej beznadziejnej nędzy, i […] w podziale własności zachodzą różnice rażące i nieuzasadnione.

Z drugiej strony kwestionował socjalistyczną antytezę kapitalizmu, która również rozrywa organiczną jedność społeczeństw, a w dodatku ma charakter utopijny, ponieważ nie uwzględnia naturalnej interesowności człowieka. Przede wszystkim jednak opozycja katolicyzmu i socjalizmu wynikała z różnic światopoglądowych („podbudowy transcendentnej”). To prowadziło Mikiewicza do wniosku, że nie może być mowy o kompromisie z [materialistycznym – J.T.] socjalizmem, ponieważ podstawy jego są niechrześcijańskie. Widział jednak możliwość przezwyciężenia tego antagonizmu w duchu „dynamicznego tomizmu” kardynała Johna Newmana. Mikiewicz stwierdzał, że katolicyzm i socjalizm operują na różnych płaszczyznach: katolicyzm kładzie nacisk na etykę, socjalizm – na „technikę” (tj. organizację społeczną). Zwracał więc uwagę na zbieżności obu systemów ideowych: energizm i kooperatywizm oraz ewolucyjność. Pisał, że chrześcijaństwo nadaje każdej jednostce, niezależnie od jej stanowiska społecznego – godność i dostojeństwo, podnosi pracę człowieka do najwyższej godności, głosi ideał dobrobytu społecznego Królestwo Boże – warunkiem do niego jest […] praca uspołeczniona, tj. czynna miłość bliźniego.

Wiązał się z tym program konkretnych reform społecznych. Ustrój społeczny, pisał Mikiewicz, powinien być na usługach ogółu społeczeństwa, które pracuje i zapewniać sprawiedliwy podział dóbr, z tym warunkiem, aby nie ucierpiała produkcja. Osiągnąć ten cel można było przez „socjację”, czyli gospodarcze zrzeszenie pracy: korporacje, współwłasność pracowniczą, spółdzielczość, banki wymiany pracy (odpowiednik dzisiejszych LETS – Local Exchange Trading System). Stałym czynnikiem, który będzie regulował rozumnie (sprawiedliwie) mechanizm popytu i podaży będzie zrzeszona i świadoma praca – pisał Mikiewicz. Samoorganizację społeczeństwa wspierać winno państwo, ale przy zastrzeżeniu zasady subsydiarności. Drugim filarem nowego ustroju miało być upowszechnienie własności (uwłaszczenie proletariatu), gdyż pełną odpowiedzialność i inicjatywę okazują indywidualne warsztaty pracy. Obywatelskie izby gospodarcze kontrolować miały obieg ekonomiczny. Całości dopełniałyby progresywny system podatkowy oraz rozbudowana opieka socjalna.

Jednym z najsilniejszych i najbardziej zróżnicowanych ideowo ośrodków chrześcijańskiego radykalizmu było Wilno. Bogactwo kultury intelektualnej tego miasta w zderzeniu z nędzą zacofanych peryferii skłaniało do niekonwencjonalnych poszukiwań ideologicznych. Jak wspominał Stanisław Stomma, nosiliśmy w sobie bolesny kompleks wewnętrzny […] – kompleks upokorzenia z powodu stanu kwestii społecznej. Istotną rolę odgrywała też mozaika narodowościowa regionu, uwrażliwiająca na kulturową różnorodność. Hasło „polskość to katolicyzm” jest niebezpieczne, stwarza sugestię, że niekatolik nie jest pełnym Polakiem, co jest absurdem i obraża wielu współrodaków – napisał w 1937 r. wileński „Pax”.

W 1928 r. na wileńskim Uniwersytecie Stefana Batorego ukształtowała się nieformalna Grupa Dobrej Woli, której członków (Antoni Gołubiew, Stanisław Stomma, Józef Święcicki, Czesław Bobolewski, Wojciech Dąbrowski, Stanisław Perzanowski, Czesław Zgorzelski, Henryk Dembiński) łączyła fascynacja personalizmem Maritaina i dystrybucjonizmem Chestertona. Grupa włączyła się w działania SKMA i Akcji Katolickiej, nawiązała współpracę z popularnymi duszpasterzami akademickimi: ks. Walerianem Meysztowiczem (kapelanem „Odrodzenia”), o. Kazimierzem Dąbrowskim SJ (moderatorem Sodalicji Mariańskiej Akademików) i ks. Henrykiem Hlebowiczem (moderatorem Sodalicji Mariańskiej Akademiczek, doradcą „Iuventus Christiana”, kuratorem Akademickiego Czynu Społecznego). Pod względem politycznym grupę charakteryzowały sympatie piłsudczykowskie, współbrzmiące z prosanacyjnym stanowiskiem wileńskich konserwatystów („żubrów”). Pozwoliło to na stworzenie antyendeckiego bloku „Odrodzenia” z lewicą i piłsudczykowskim Związkiem Polskiej Młodzieży Demokratycznej, który w 1929 i 1931 r. wygrał wybory do studenckiego Bratniaka. Protekcja „żubrów” pozwoliła też na wydawanie własnego organu  „Żagarów”  jako dodatku do konserwatywnego dziennika „Słowo”. Jesienią 1931 r. „Odrodzenie” wraz z pokrewnymi grupami utworzyło Porozumienie Akademickich Katolickich Stowarzyszeń, mające stanowić płaszczyznę działania ruchu katolicko-społecznego.

Niebawem jednak w środowisku doszło do kryzysu. Na początku 1932 r. charyzmatyczny lider odrodzeniowców, Dembiński, opublikował artykuł „Podnosimy kurtynę”, w którym przewidywał możliwość wywłaszczenia i oparcie gospodarki na centralnym planowaniu. Próbował postulaty te pogodzić z katolicką nauką społeczną, pisząc, że katolickie prawo własności jest przede wszystkim obowiązkiem socjalnym, jest tytułem do kierownictwa produkcją i tytułem do odpowiedzialności za gospodarzenie, zgodnie z interesami całego społeczeństwa. Odżegnywał się też od komunizmu: Bardzo nam zależy, by nowy ustrój, który zakwitnie na mogile kapitalizmu, nie zmienił się w system niewolnictwa państwowego ze swoją burżuazyjną biurokracją i kliką partyjną, by nie związał się w jedno z systemem materializmu filozoficznego, z zaborem metafizyki i wiary człowieka w wartości nadziemskie. Mimo to wystąpienie Dembińskiego wywołało skandal, doprowadziło do zerwanie ze środowiskiem „Słowa” i skonfliktowało „Odrodzenie” z wileńską kurią arcybiskupią. Do ostatecznego rozłamu doszło podczas organizowanego przez SKMA XI Tygodnia Społecznego w Lublinie w sierpniu 1932 r. „Henrycjanie” (m.in. Henryk Chmielewski, Maria Żeromska, Władysław Borysowicz z Wilna, Krzysztof Zamojski i M. Bogucka ze Lwowa, Jan Frankowski z Poznania) postulowali wówczas „chrzest bolszewizmu”: komunizm należy ochrzcić, gdyż przyszłość zapowiada wiele zmian idących w kierunku komunizmu, a katolicyzm te zmiany uszlachetniłby. Gdy niekwestionowany autorytet młodzieży odrodzeniowej, ks. Antoni Szymański, wystąpił przeciw koncepcji syntezy chrześcijańsko-marksistowskiej – większość zwolenników Dembińskiego odeszła z SKMA. Określani ironicznie mianem „Koła Matki Boskiej Kazetempowskiej” (od nazwy Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej) połączyli się z dysydentami z sanacyjnego Legionu Młodych w Związek Lewicy Akademickiej „Front”, działający nielegalnie na orbicie Komunistycznej Partii Polski.

Osłabiony PAKS skoncentrował się na stworzeniu własnego organu prasowego. W styczniu 1933 r. ukazał się pierwszy numer pisma (w założeniu miesięcznika) „Pax”. Redakcję tworzyli m.in. A. Gołubiew, S. Stomma i Jerzy Turowicz. We „Wstępie do Manifestu” redakcja postulowała jako punkt wyjścia zdanie sobie sprawy z nicości kultur dzisiejszych. Nie komunistycznej tylko, nie burżuazyjnej tylko – lecz obu. Wnioski z tego płynące prowadziły jednak nie do nihilizmu, lecz do aktywizmu: By się zrodziła tęsknota do czegoś nowego, trzeba stworzyć poczucie pustki. Trzeba tę pustkę dnia dzisiejszego wykazać, by powstało pragnienie, chęć, wola tworzenia Nowego Jutra. Trzeba szukać! Iść na poszczególne placówki – religijne, naukowe, artystyczne, społeczne, zawodowe – i tam szukać nowych form, nowego wyrazu. Sprawdzać nasze osiągnięcia kryterium Ewangelii i życia. Nie wlec się z tyłu! Przodować! W „Manifeście” środowisko PAKS stwierdzało: Żyjemy na schyłku kultury kapitalistycznej, pod grozą przyjścia komunizmu. Obie formacje uważano za obce i wrogie katolikowi. Walczymy z komunizmem, gdyż komunizm to wróg Boga i człowieka. Ale z nie mniejszą zajadłością winniśmy walczyć z kulturą, którą wiek XIX narzucił chrześcijaństwu. […] Walkę widzimy na dwa fronty. Szukano więc trzeciej drogi. Dialektyka marksistowska nie przewiduje […] trzeciego czynnika, gdy dwa są w walce, my zaś wierzymy, że ten trzeci czynnik jest możliwy, my chcemy go tworzyć. Tym trzecim czynnikiem, trzecią drogą, miał być katolicyzm. Jesteśmy w chwili, w której świat czeka nowego wyrazu życia. Kościół mu niesie Ewangelię. Oparci o Niego chcemy tworzyć nowe bezkompromisowe oblicze świata. Niech wyraz „katolicki” przestanie być synonimem wyrazu „zacofany”. Cechą charakterystyczną PAKS była zarazem otwartość ideowa. Wszystko co na świecie jest dobre, jest tym samym boskie, nasze, katolickie. Nie można więc z góry odrzucać żadnego środowiska, żadnego ruchu ideowego czy kulturalnego. Nie wolno od wyznawców obcej idei odgradzać się murem jak od trędowatych, zawsze i wszędzie, bo w ten sposób odbieramy Bogu coś, co jednak do niego należy – pisano na łamach „Pax” w 1937 r.

Na środowisko postępowo-katolickie spadły jednak nowe ciosy. W 1935 r. ks. Hlebowicz został wysłany na parafię w odległych Trokach, a ks. Meysztowicz do pracy w Watykanie. Rok akademicki 1934/1935 był ostatnim rokiem działalności PAKS. Kontynuowało wszakże jego myśl Towarzystwo „Pax”, założone w 1935 r.

Inicjatywy chrześcijańsko-radykalne, choć słabe i rozproszone, stopniowo jednak krzepły. Na ich rozwój dramatyczny wpływ wywarły wojna i okupacja – z jednej strony zerwały ciągłość prac ideowych i organizacyjnych, z drugiej przyśpieszyły krystalizację postaw politycznych. Ks. Hlebowicz wraz z działaczem socjalistycznym Jerzym Wrońskim utworzył konspiracyjną organizację Akcja Ludowa, głoszącą program zbliżony do socjalistycznego, z uwzględnieniem jednak światopoglądu katolickiego. Duża grupa działaczy „Odrodzenia” (m.in. Michał Sobański, prof. Ludwik Górski, prof. Czesław Strzeszewski) współtworzyła latem 1940 r. „Unię”. W „Unii” znalazł się też Karol Koniński, który w napisanym w 1942 r. szkicu „Humanizacja własności” określił się jako zwolennik socjalizmu chrześcijańskiego czy też chrystianizmu socjalnego. Społeczno-ekonomiczną doktryną „unionizmu” opracował Kazimierz Studentowicz, który, jak pisał Jan Hoppe, z wielką pasją próbował żenić św. Tomasza z Karolem Marksem. Przywódca „Unii”, Jerzy Braun, po latach podkreślał zbieżność „unionizmu” z marksizmem w wersji Rogera Garaudy’ego, nazywając tę ideologię „socjalizmem chrześcijańskim”.

Po zakończeniu wojny echa chrześcijańskiego radykalizmu słyszymy jeszcze w działalności radykalnego ludowca ks. Mariana Borowca i w publicystyce ks. Henryka Weryńskiego, w „Tygodniku Warszawskim”, a nawet w deklaracji kardynała Augusta Hlonda z 1945 r.: Nie lękamy się ani nowoczesności, ani przemian społecznych, ani ludowej formy rządów, o ile uszanowane zostaną zasady niezmiennej moralności chrześcijańskiej. Chcemy, by Polska była krajem najbardziej postępowym […]. Chcemy pracować z poczucia katolickiego nad wprowadzeniem takiego ustroju społecznego, w którym by nie było przywilejów ani krzywd, ani proletariatu ani bezrobotnych, ani głodujących ani bezdomnych […] Państwo ludowe […] było odwieczną tęsknotą narodu […] Polska znajdzie w swym gorącym chrześcijańskim patriotyzmie pogodzenie zdrowej, rewolucyjnej treści z wiarą ludu. W PRL „postępowy katolicyzm” przetrwał jednak tylko w karykaturalnej postaci „ruchu księży patriotów” i Stowarzyszenia PAX.