przez Kamil Piskała | środa 23 stycznia 2013 | inspiracje, z Polski rodem
Wieloletni redaktor „Robotnika”, współtwórca programowego oblicza Polskiej Partii Socjalistycznej, znakomity publicysta i przez wiele lat jeden z przywódców partii. Mimo tak bogatego politycznego życiorysu, Res – bo tak brzmiał jego najpopularniejszy pseudonim – jest postacią zupełnie zapomnianą, znaną bliżej jedynie zawodowym historykom. Tymczasem wiele słuszności jest w słowach jego wieloletniego współpracownika, Jana Libkinda: Nie tylko więc historia socjalizmu w Polsce, lecz i historia ruchu niepodległościowego, a nawet myśli politycznej polskiej w końcu ubiegłego i na początku bieżącego stulecia nie może być dobrze zrozumiana bez dokładnego poznania działalności Feliksa Perla. Przyjrzyjmy się wobec tego bliżej losom i ideowej sylwetce tego, którego przez wiele lat polscy socjaliści z szacunkiem nazywali myślą i sumieniem partii.
***
Feliks Rafał Perl przyszedł na świat 26 kwietnia 1871 r. Pochodził ze zasymilowanej żydowskiej rodziny warszawskich kupców. Jego ojciec wziął czynny udział w powstaniu styczniowym, za co zresztą spędził jakiś czas w więzieniu. Wszystko to nie było bez znaczenia. Finansowe wsparcie, na jakie mógł liczyć ze strony rodziców, niejednokrotnie pozwalało rewolucjoniście przetrwać „chude” miesiące. Pod wpływem atmosfery rodzinnego domu Perl nabrał także głębokiego przywiązania do kultury polskiej.
Droga asymilacji, poparta lekturami ówczesnych prac marksistowskich myślicieli na ten temat, określiła poglądy Perla na kwestię żydowską. W jego opinii, Żydzi nie stanowili narodu w nowoczesnym znaczeniu tego słowa. Nie tylko nie posiadali odrębnego, wydzielonego terytorium, będącego miejscem osiedlenia większości członków narodowości, ale nie stanowili także wspólnoty pod względem kulturalnym. Nie mogła ona powstać, bowiem język jidysz, zdaniem Perla, nie nadawał się do spełnienia kulturotwórczej roli. Z kolei odrębność rasowo-wyznaniowa oraz specyficzna struktura społeczna czyniły z Żydów kastę, będącą reliktem średniowiecza. Żydzi to, jego zdaniem, mgławica, pełna wewnętrznych sprzeczności, z którą praktycznie dziś nic zrobić się nie da.
Konsekwencją tych dość kontrowersyjnych poglądów była formułowana przez Perla alternatywa stojąca przed ludnością żydowską – albo asymilacja, albo dalsze odgradzanie się od świata murem dobrowolnego getta i konserwowanie kastowości. Występował przeciwko aktom antysemityzmu, ale w wielu artykułach bardzo nieprzychylnie traktował ortodoksyjnych Żydów. Tradycyjna społeczność żydowska stanowiła dla niego synonim ciemnoty, zacofania i gospodarczego anachronizmu. Ostateczna emancypacja i całkowite zniesienie antysemityzmu nastąpić miały, zdaniem Perla, wraz ze zwycięstwem idei społecznej sprawiedliwości – socjalizmu.
***
Jego droga do ruchu socjalistycznego była bardzo podobna do tej, którą pokonali inni członkowie „pokolenia niepokornych”. Jako uczeń gimnazjum został członkiem tajnych kółek samokształceniowych, których zadaniem było uzupełnienie – okrojonego i nastawionego na rusyfikację – oficjalnego programu szkolnego. Oprócz historii walk narodowowyzwoleńczych i dziejów polskiego romantyzmu zapoznawano się wówczas także z bieżącą publicystyką polityczną, pracami z zakresu socjologii, ekonomii, filozofii. Wtedy właśnie nastoletni Perl po raz pierwszy zetknął się z marksizmem.
W 1888 r. rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Szybko włączył się w życie polityczne środowiska studenckiego. Został członkiem tzw. marksówki – nielegalnego koła zrzeszającego studentów-marksistów – a także II Proletariatu. W tej ostatniej organizacji Perl uchodził za radykała – był zwolennikiem stosowania metod terrorystycznych, a centralny punkt jego światopoglądu stanowiła idea rewolucji społecznej, znoszącej wszelki ucisk i wyzysk; kwestia walki o niepodległość Polski nie poruszała wówczas umysłów młodych rewolucjonistów.
W maju 1892 r., zagrożony aresztowaniem, musiał opuścić Królestwo. Na emigracji, najpierw w Zurychu, a później w Berlinie i Paryżu, przystąpił do rewizji swego światopoglądu. Po latach wspominał: Byłem gorliwym zwolennikiem ówczesnej partii socjalno-rewolucyjnej „Proletariat”, zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że świetne dni „Proletariatu” bezpowrotnie minęły i trzeba czegoś nowego w ruchu. Nie bez oporu jednak przyjąłem nowy program, którego głównym rzecznikiem był S. Mendelson. Rychło więc, zastanawiając się dokładniej, szczególnie pod wpływem przyjaciela, B. A. Jędrzejowskiego, przekonałem się, iż hasło „rewolucji socjalnej” nie może zastąpić programu politycznego, a żywotny program polityczny musi się oprzeć na walce z najazdem i uwzględnić należycie sprawę polską.
***
Tym przełomem w ruchu socjalistycznym, którego potrzebę odczuwali ówcześni działacze, był Zjazd Paryski, rozpoczęty 17 listopada 1892 r. W obradach wzięli udział przywódcy różnych grup i nurtów polskiego ruchu socjalistycznego, a jego celem było wypracowanie platformy programowej dla jednolitej partii socjalistycznej, która obejmie wpływami wszystkie najważniejsze ośrodki Królestwa. Tak powstała Polska Partia Socjalistyczna i jej program socjalizmu niepodległościowego.
W dyskusjach nad programem paryskim Perl, mimo stosunkowo niewielkiego stażu w II Proletariacie, odegrał rolę bardzo znaczącą. Stał na stanowisku, że pierwszym zadaniem socjalistów powinna być walka o odbudowę niepodległej Polski i nadanie jej demokratycznego charakteru. We własnym państwie, korzystając ze swobód politycznych i wolności agitacji, polski proletariat miał już walczyć o realizację ideału socjalistycznego. Odpowiadając na zarzuty części dyskutantów, że realniejsza jest wewnętrzna demokratyzacja Rosji, którą należy traktować jako etap na drodze do niepodległości, mówił: W Rosji [tak] trudno zdobyć minimum swobód, jak niepodległość. Wszystko w Rosji musi być zdobyte drogą rewolucyjną. A skoro tak, po co mówić o etapach rozwoju i ustępstwach. Nie rozumiem także liczenia na jakieś kombinacje polityczne, musimy iść wprost do celu i w Rosji, ponieważ wszystko się zdobywa rewolucją, a więc możemy osiągnąć swój cel w rewolucyjnym agitowaniu. Podobny pogląd podzielała większość delegatów – w programie nowej partii w sposób organiczny spleciona została idea walki o niepodległość z pracą na rzecz realizacji ustroju socjalistycznego. Na straży czystości tych zasad w PPS przez wiele lat stał właśnie ich orędownik na paryskim zjeździe, czyli Feliks Perl.
Należał on do tych, którym, żeby użyć sformułowania K. Pietkiewicza, Marks już nie wystarczał, niezbędny był Limanowski. Perl traktował patriotyzm jako naturalne i uzasadnione uczucie miłości do ojczyzny. To nie tylko sentymentalne przywiązanie do „ziemi ojców”, ale również poczucie łączności z całą kulturą narodową oraz wspólnoty z przedstawicielami tej samej narodowości. Celem socjalistów nie może być więc negowanie naturalnego uczucia, ale raczej praca na rzecz nadania kulturze narodowej możliwie demokratycznego i ludowego charakteru. W warunkach ucisku narodowościowego, patriotyzm, zdaniem Perla, jest bardziej żarliwy, a przez to łatwiej o polityczną mobilizację opartą na uczuciu przywiązania do ojczyzny. Jednak nie był to jedyny powód, dla którego postulował wprowadzenie hasła odbudowy niepodległej Polski do programu PPS.
Postulat niepodległości uzasadniał dwoma wzajemnie powiązanymi argumentami. Pierwszy odwoływał się do „naturalnego” prawa do samostanowienia 20-milionowego narodu o bogatej kulturze i kilkusetletniej tradycji państwowej. Drugi argument bezpośrednio odwoływał się zaś do interesów ruchu socjalistycznego. Odbudowa niepodległej Polski musiała oznaczać wyrwanie części ziem spod władzy cara rosyjskiego – najbardziej reakcyjnego monarchy ówczesnej Europy. Ponadto, niepodległa Polska (Perl myślał głównie o zaborze rosyjskim) będzie państwem bardziej rozwiniętym gospodarczo i społecznie od Rosji, a tym samym, zgodnie z ówczesnym kanonem marksizmu, bliższym ostatecznemu zwycięstwu socjalizmu. Wreszcie, niepodległa Polska, jak wierzył Perl i jego towarzysze, będzie państwem demokratycznym, otwierającym przed socjalistami możliwości legalnego działania, nieosiągalne w caracie. W tej sytuacji polski ruch socjalistyczny byłby w stanie, zdaniem Perla, szybko pomnożyć szeregi i dorównać liczebnością ugrupowaniom z zachodu Europy.
***
Od Zjazdu Paryskiego z żelazną konsekwencją przypominał w swojej publicystyce o konieczności walki o niepodległość jako warunku przyszłego zwycięstwa socjalizmu w Polsce. Nic więc dziwnego, że jednym z najczęściej wracających w jego tekstach wątków była krytyka Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, postulującej walkę o zniesienie kapitalizmu, równoznaczne z likwidacją wszelkiego ucisku narodowościowego. Socjaldemokratom zarzucał, że pomimo szermowania cytatami z Marksa, Engelsa i Kautsky’ego w kwestii niepodległości Polski zajmują stanowisko… niesocjalistyczne. Koronnym argumentem było dla niego poparcie dla odbudowy niepodległej Polski, które w toku swojej politycznej działalności wielokrotnie powtarzał Marks.
Odrzucał też poglądy głoszone przez Różę Luksemburg na temat braku ekonomicznych przesłanek odbudowy państwa polskiego. Zarzucał jej, że w tendencyjny sposób dobiera argumenty i nie dostrzega narastających konfliktów pomiędzy przemysłem centralnych guberni rosyjskich a przedsiębiorcami z Królestwa. Jego zdaniem odbudowa niepodległej Polski, wbrew przewidywaniom autorki „Akumulacji kapitału”, prowadzić miała do przyspieszenia rozwoju gospodarczego kraju. Stworzony zostałby bowiem chłonny rynek wewnętrzny, a rodzimy przemysł mógłby korzystać z opieki i protekcji własnego rządu, nie zaś rozwijać się tylko w takich ramach, jakie wyznaczał dotychczas polityczny interes imperium carów. Polemizując z Luksemburg, pisał: Po pierwsze, żadna tendencja rozwoju kapitalistycznego nie może Polski przerobić na bezwłasnowolną część Rosji, po drugie, związki ekonomiczne nie są dostateczną podstawą spojenia państwowego, o ile temu przeczą interesy kulturalne, narodowe i polityczne (nie mówiąc już o tym, że właśnie na tle związków ekonomicznych powstają i antagonizmy ekonomiczne) […] po trzecie, tendencja rozwoju ekonomicznego sprowadzająca się do tego, że kapitał musi mieć rynki zbytu, wcale niekoniecznie i nie zawsze wymaga utrzymania dotychczasowych związków politycznych, tym bardziej zaś – przymusowych.
Tak więc nie uznanie „organicznego wcielenia” i walka o demokratyzację Rosji powinny stanowić program polskich socjalistów, lecz konsekwentna praca na rzecz odzyskania niepodległości. Proletariat już dziś musi do niej dążyć – pisał – musi się starać zbliżyć do tego ideału, musi walczyć o to wszystko, co odrębności narodowej i społecznej Polski nadaje, choć częściowo, polityczny wyraz.
***
Od momentu zakończenia Zjazdu Paryskiego, mimo młodego wieku i niedużego doświadczenia, Perl stał się jednym z czołowych działaczy polskiego ruchu socjalistycznego i jednym z najważniejszych publicystów pism wydawanych na emigracji: „Przedświtu” i „Światła”.
Ciekawe były podejmowane przez niego próby wykazania łączności idei socjalistycznej z tradycjami kultury polskiej. Przeciwnicy socjalistów, jak choćby narodowi demokraci czy księża, starali się przedstawić ich jako kosmopolitów, wojujących ateistów i burzycieli porządku społecznego, całkowicie obcych polskości. Z tymi zarzutami, choć nie brzmiały one szczególnie poważnie, socjaliści musieli podjąć polemikę, o ile chcieli uzyskać szeroki wpływ społeczny. Feliks Perl w popularnej broszurze „Komunizm w pierwotnym chrześcijaństwie” pokazywał socjalistów jako spadkobierców idei przyświecających Jezusowi i pierwszym chrześcijanom.
Przeciwstawiał współczesny mu Kościół, cieszący się materialnym dostatkiem, zhierarchizowany i nastawiony na podtrzymywanie społecznego status quo, Kościołowi pierwszych chrześcijan, wyrzekających się bogactw i doczesnych przyjemności. Wobec ludowego charakteru chrześcijaństwa w pierwszej jego dobie – pisał – nic dziwnego, że znajdziemy w nim wyraźne i niewątpliwe dążenia komunistyczne. Jeżeli ludzie są sobie braćmi, jeżeli bliźniego należy kochać jak siebie samego, to czyż podobna odróżnić „moje” od „twego”? Własność prywatna jest wyrazem samolubstwa i oschłości serca; kto pragnie miłości powszechnej i „Królestwa Bożego na ziemi”, ten powinien wyznawać zasadę wspólności i czynem ją stwierdzać. Jednak z biegiem czasu Kościół, którego zadaniem było głosić idee wolności, równości i sprawiedliwości, zdradził historyczne posłannictwo i stał się instytucją opresyjną, czerpiącą korzyści z wyzysku mas. Walkę o realizację idei powszechnego szczęścia, odrzuconej przez Kościół, podjęli wobec tego socjaliści. […] naturalnie, szczęścia bezwzględnego, doskonałego nie ma tu na ziemi i rozkosze „tysiącletniego królestwa”, które malowała wyobraźnia pierwszych chrześcijan, nigdy nie będą udziałem śmiertelnych. Lecz nam wystarczy to szczęście, które zdobędziemy sobie w społeczeństwie bez klas i bez wyzysku, bez nędzy i ciemięstwa. Oto nasz „gruby materializm”. Oto nasza prawdziwa idea Chrystusa naszych czasów.
„Sojusznikiem” socjalistów, zdaniem Perla, był również Mickiewicz. Jan Cynarski wspominał, że Perl potrafił […] cytować z pamięci bardzo długo ustępy wybitnych poetów-romantyków, niektórzy nawet byli przekonani, że Perl zna na pamięć całego „Pana Tadeusza”. Twórczość jego autora interpretował w duchu niepodległościowym i radykalnym. Mickiewicz był dla niego niezrównanym poetą buntu, sprzeciwu wobec gwałtu i orędownikiem przyszłej Polski Ludowej. Perl pisał: chociaż socjalizm nasz dzisiejszy różnić się musi od mickiewiczowskiego, to wszakże dla nas jest najważniejszym, że Adam był socjalistą. Jego poezja miała zwiastować nadejście lepszych dni i stanowiła nieocenione narzędzie w rękach socjalistycznych agitatorów. W popularnej i szeroko kolportowanej broszurze pisał: Wielkiemu poecie, gorącemu rewolucjoniście i szlachetnemu człowiekowi postawiono w Warszawie pomnik. Teraz wiecie, czytelnicy, co nam Mickiewicz mówi z wysokości swego pomnika. On nam wciąż przypomina potrzebę walki z wrogiem, nieubłaganej walki o wolność. On nas uczy ofiarności dla wielkiej sprawy, budzi w nas nienawiść do ucisku i miłość do ludu i do ludzkości. On nam mówi też o przyszłych lepszych czasach, zdobytych krwią naszą i poświęceniem, kiedy słońce wolności zajaśnieje nad ziemią polską i lud nasz nieszczęsny zrzuci wreszcie kajdany nędzy, ciemnoty, ucisku…
***
Wybuch rewolucji w 1905 r. i związany z tym spór w łonie PPS o wybór odpowiedniej taktyki przyspieszyły rozwój konfliktu w partii. Dwie antagonistyczne grupy – „starzy” z Piłsudskim i dawnymi liderami na czele oraz „młodzi” – rozpoczęły walkę o przywództwo w partii.
W sporze tym Perl był nastawiony raczej kompromisowo i dążył do utrzymania jedności. Osobiście jednak sympatyzował ze „starymi”, z którymi dzielił silne przywiązanie do postulatu odbudowy niepodległej Polski i niewiarę w możliwość rzeczywistej demokratyzacji Rosji. Dostrzegał oczywiście zależność polskiej rewolucji od wydarzeń zachodzących w centralnych ośrodkach Cesarstwa, przestrzegał jednak przed bliższym wiązaniem walk polskiego proletariatu z polityką rosyjskich stronnictw socjalistycznych. Jego zdaniem, dzięki specyficznemu położeniu polskich robotników, rewolucja w Królestwie miała szansę osiągnąć cele znacznie poważniejsze niż ruch rewolucyjny w Rosji. Na pytanie „koordynacja czy utożsamienie?”, zawarte w tytule broszury nastawionej na polemikę z „młodymi”, jednoznacznie odpowiadał: koordynacja. Zbliżenie organizacyjne i utożsamienie taktyki polskich i rosyjskich socjalistów uważał za krok szkodliwy dla dalszego rozwoju walki rewolucyjnej. Zamiast tego nawoływał, aby dążyć do utrzymania stałych stosunków z obozem socjalistycznym w Rosji w celu porozumiewania się i wzajemnego na siebie oddziaływania.
Nie dziwi więc, że gdy w PPS doszło do ostatecznego przesilenia i rozłamu na dwa odrębne ugrupowania, Perl wybrał tworzoną przez „starych” Frakcję Rewolucyjną. W trakcie pierwszego zjazdu nowej partii, odbytego w 1907 r., Perl występował obok W. Jodko-Narkiewicza jako główny mówca w sprawach programowych i to właśnie projekt przygotowany przez niego stał się podstawą nowego programu partyjnego. Jako jeden z najlepszych publicystów Frakcji uzasadniał na łamach prasy, że to „fracy” są prawdziwymi spadkobiercami tradycji PPS, która w imię i z punktu widzenia socjalizmu powiązała interesy społeczno-polityczne i narodowe proletariatu Polski, wytworzyła syntezę tych interesów, w której miejsce właściwe zajęły dążenia proletariatu jako klasy ekonomicznie wyzyskiwanej, społecznie upośledzonej, jak i potrzeby polityczno-narodowe proletariatu, jako klasy rewolucyjnej w narodzie ujarzmionym, w kraju podległym obcemu panowaniu.
Decyzja Perla o przystąpieniu do PPS-Frakcji Rewolucyjnej była motywowana nie tylko kwestiami programowymi, ale również poczuciem przywiązania do „starych”, z którymi od lat wspólnie znosił trudy życia emigranckiego i konspiracyjnego. O tym, jak ważną był częścią tego środowiska, świadczy fakt, że to właśnie do niego Piłsudski pisał przed akcją pod Bezdanami słynny list z prośbą o ewentualny nekrolog i wyjaśnieniem przyczyn, które zadecydowały o wyborze drogi rewolucjonisty, kończący się słowami: A teraz buzi, chłopcze. Tobie i wszystkim Wam, starzy druhowie, z którymi się przemarzyło tyle, przeżyło jeszcze więcej i kochało się dobrze. Twój i ich Ziuk.
***
Z czasem jednak Piłsudski coraz mniej był Ziukiem, coraz bardziej zaś stawał się Komendantem. Wiązało się to ze zmianą taktyki i przejściem do szkolenia kadr wojskowych przyszłego powstania antyrosyjskiego. Kierunek polityki PPS-Frakcji Rewolucyjnej ulegał coraz poważniejszym zmianom. Zacierały się akcenty socjalistyczne w agitacji, ciężar działalności partii zaczął coraz bardziej przenosić się do Galicji, a głównym zajęciem części jej przywódców stawała się praca na rzecz Związku Walki Czynnej i formacji strzeleckich.
Perl obserwował te zmiany z niepokojem – obawiał się utraty przez partię robotniczego oblicza i zawarcia sojuszu z prawicą w imię realizacji powstańczych planów. Na łamach „Przedświtu” przestrzegał swoich partyjnych kolegów, pisząc: Odrzucamy koordynację z burżuazyjną niemocą wszelkiego gatunku, z polityczną kołowacizną i nacjonalistyczną frazeologią klas posiadających. Efektem narastającego konfliktu był rozłam w 1912 r. i utworzenie nowej partii – PPS-Opozycja, której niekwestionowanym przywódcą został Perl.
„Opozycjoniści” stawiali sobie za cel obronę programowych tradycji PPS oraz utrzymanie ścisłej syntezy haseł niepodległościowych i socjalistycznych. Zdaniem Perla doktryna „militaryzmu rewolucyjnego”, realizowana przez Piłsudskiego i jego najbliższych współpracowników, była błędna, bowiem odrywała powstańcze wysiłki od emancypacyjnych dążeń mas ludowych. Szkolenie wojskowe, pozbawione wyraźnego związku z ideologią socjalistyczną, niewiele różniło się, jego zdaniem, od pozbawionych szans realizacji inteligenckich mrzonek irredentystycznych. Fałszywym jest i szkodliwym – pisał – gdy się „uświadomienie wojskowo-rewolucyjne” wyodrębnia jako osobny, udzielny świat, w którym nie obowiązuje metoda socjalistycznego myślenia, który wytwarza własną ideę i własną politykę poza kontrolą socjalistycznych zasad. Dodawał też, że partia socjalistyczna opiera się na proletariacie i na tych odłamach innych warstw społecznych, które na stanowisku proletariackim stoją. […] Przecież ruch zbrojny rewolucyjny opierać się będzie na masach ludowych, głównie na proletariacie miejskim, a mas tych nie poruszy, spójni moralnej im nie da, interesów i ideałów ich nie wyrazi „tęsknota do zupełnej z Ducha i z Woli solidarności w narodzie”, ani „koordynacja”, ani od socjalizmu starannie odseparowany „militaryzm rewolucyjny”, ani inne pomysły inteligenckie – lecz walka z najazdem pod sztandarem socjalistycznym.
PPS-Opozycja, w której oprócz Perla znaleźli się m.in. Tomasz Arciszewski i Kazimierz Pużak, okazała się jednak efemerydą, która przestała istnieć wraz z wybuchem I wojny światowej. „Opozycjoniści” w liście wysłanym do władz PPS oznajmiali: W chwili walki orężnej z najazdem rosyjskim zniknąć muszą wszelkie różnice, które nas dotychczas dzieliły. PPS-Opozycja rozwiązuje swoją organizację i przystępuje do PPS, wzywając jednocześnie wszystkich socjalistów polskich do walki o niepodległość kraju i interesy ludu pracującego we wspólnych szeregach.
Perl na fali patriotycznego uniesienia wstąpił do Legionów, jednak jako człowiek już nie najmłodszy, obdarzony kiepskim zdrowiem i kondycją, szybko został zwolniony ze służby przez komisję lekarską. Skupił się wobec tego na odbudowie struktur PPS w Królestwie, która była zadaniem kluczowym, jeśli socjaliści chcieli odegrać rolę w przyszłej walce o ustrojowy kształt niepodległej Polski. Powodzenie procesu odbudowy PPS było w dużej mierze zasługą Perla, przez cały okres wojny będącego niekwestionowanym przywódcą partii.
***
Wybuch wojny zmusił socjalistów do przejścia od abstrakcyjnych rozważań o drogach wiodących do odbudowy niepodległej i demokratycznej Polski do konkretnej działalności na rzecz realizacji tego hasła. Stanowisko, które w sporach wokół taktyki PPS zajmował Perl, było jednoznaczne. Postulował, aby partia prowadziła samodzielną, wyraźnie klasową politykę i unikała porozumień z ugrupowaniami burżuazyjnymi oraz rządami mocarstw centralnych. Był przekonany, że o sile partii nie będą stanowić gabinetowe porozumienia, ale rzeczywiste poparcie mas społecznych. Dlatego też znacznie bardziej cenił pracę organizacyjną na najniższym szczeblu, niż konwentykle i jałowe negocjacje z przedstawicielami ugrupowań burżuazyjnych.
Odrzucał ideę „konsolidacji narodowej”, czyli ponadpartyjnego porozumienia różnych sił politycznych w imię wspólnych wysiłków na rzecz odbudowy państwa polskiego. Podsumowując wojenną politykę różnych stronnictw inteligenckich, często tworzonych przez dawnych członków Frakcji Rewolucyjnej i lojalnych współpracowników Piłsudskiego, pisał: widzieliśmy ustępliwość nadzwyczajną wobec konserwatyzmu, stałe uganianie za kompromisem i żywiołami prawicy, kosztem zasad politycznych i wpływów społecznych, widzieliśmy po prostu jak pracowało się nad tym, by wypchnąć na czoło różne konserwatywne wielkości, zazwyczaj zupełne miernoty, a nawet zera.
Podobne poglądy zdobyły sobie wkrótce poparcie większości liderów PPS. Radykalizacji partii i emancypacji spod wpływów Piłsudskiego sprzyjały także wydarzenia w Rosji. Rewolucja lutowa, której efektem było obalenie caratu, w opinii Perla stanowiła zapowiedź zmiany nastrojów w całej Europie. Długotrwała i krwawa wojna doprowadziła wreszcie, jego zdaniem, do politycznego rozbudzenia społeczeństw europejskich. Rewolucja rosyjska była tego najlepszym dowodem, jednak wszystko wskazywało na to, że to jedynie pierwszy krok, a fala radykalizmu i dążeń demokratyzacyjnych wkrótce zaleje cały kontynent.
Celem socjalistów w Polsce powinno być wyzyskanie tych nastrojów już nie tylko dla odbudowy niepodległego państwa, ale również dla możliwe najszerszego zdemokratyzowania jego ustroju. Rewolucja jest smutną koniecznością – mówił podczas jednej z narad polityków obozu niepodległościowego. Ta rewolucja jest to szereg ruchów w całej Europie. Nie ma tu mowy o robieniu rewolucji. Ale trzeba ją opanować, jak przyjdzie żywiołowo. Rzeczą stronnictw demokratycznych i ludowych pokierować nią. […] Nie bądźmy bierni, gdy ona wybuchnie, aby nie opanowały jej żywioły anarchiczne […]. Owe żywioły anarchiczne to w pierwszej kolejności SDKPiL – pewne wpływy tej partii wyjaśniał politycznym niewyrobieniem pracowników i obecnością anarchistycznych „przeżytków” w ruchu robotniczym, stanowiących dziedzictwo okresu, gdy masowa walka proletariatu nie była możliwa, a dominowały poglądy spiskowe. […] esdectwo może czerpać swoje znaczenie tylko z niewyrobienia robotników. A jeżeli prawi o swojej „naukowości” to dlatego, że do esdectwa mają pociąg umysły talmudyczne spośród inteligencji, a raczej półinteligencji – ludzie nie zżyci głębiej z Polską i uważający tę swoją talmudyczność i brak głębszych uczuć za – naukowość.
***
Wojenna taktyka PPS, której architektem był Perl, przyniosła pożądane skutki. W listopadzie 1918 r. powstało suwerenne państwo polskie, a na jego czele stanęły rządy współtworzone przez ugrupowania postępowe. Wkrótce jednak lewicowy gabinet został zmuszony do dymisji, wyraźnie widoczne było też, że państwo polskie, wbrew dążeniom Perla i jego towarzyszy, raczej nie będzie „ludowe”. Jednocześnie coraz szerszym strumieniem napływały wieści z Rosji, gdzie umacniały się władze bolszewickie, zachęcające do pójścia w swoje ślady socjalistów z innych państw. Zachęty te trafiały na podatny grunt – w PPS rosła w siłę partyjna lewica, zarzucająca kierownictwu partii zbyt łatwe oddanie władzy i odrzucenie postulatu dyktatury proletariatu. W ten sposób rozpoczynała się jedna z najgorętszych dyskusji programowych w dziejach PPS, a jej efekt miał zadecydować na długie lata o ideowym obliczu partii i jej politycznej taktyce.
Perl był wówczas zwolennikiem parlamentarnej i ewolucyjnej drogi do socjalizmu. Nadejście ustroju społecznej sprawiedliwości uważał za konieczne, chciał jednak, aby dokonało się bez rozlewu krwi i wojny domowej. Jednocześnie był przekonany, że sytuacja po temu jeszcze nie dojrzała, a rewolucyjna niecierpliwość utoruje drogę kontrrewolucji. Był autorem określenia „rewolucja w majestacie prawa”, które na trwałe weszło do kanonu polskiej myśli socjalistycznej. W trakcie sejmowej debaty mówił: Użyję tu porównania Lassalle’a, który mówił, że rewolucja, rozumiana jako wielka przemiana społeczna, może się odbyć w różnych formach; w znacznym stopniu zależy to od czynników dzierżących władzę czy przyjdzie rewolucja z rozwianym włosem, z mieczem w dłoni, czy przyjdzie w majestacie prawa. My zasiadamy tutaj w Sejmie, my socjaliści, którzy agitowaliśmy za wyborami do tego Sejmu, którzy przyczyniliśmy się do powstania tego Sejmu, […] dołożymy wszelkich starań, ażeby rewolucja, która jest nieunikniona jako wielka przemiana społeczna, odbyła się u nas w całym majestacie prawa. I chodzi o to, ażeby i reakcja rozumiała to, że to jest konieczność historyczna. Jeśli nie zrozumie tego, to rewolucja przejdzie po nich z ich własną szkodą.
Koncepcja „rewolucji w majestacie prawa” była ostro krytykowana przez wewnątrzpartyjną lewicę. Postulowała ona przesunięcie głównego ciężaru polityki socjalistów z burżuazyjnego parlamentu do rad delegatów robotniczych, a także radykalizację taktyki partii i rozpoczęcie przygotowań do ewentualnego przejęcia władzy siłą. Do konfrontacji różnych koncepcji programowych doszło na kongresach PPS w 1919 i 1920 r. Feliksowi Perlowi, głównemu mówcy z ramienia kierownictwa partii, przyszło odpierać zarzuty radykałów. Do zwolenników dyktatury proletariatu mówił: Pomiędzy krańcowymi pojęciami Polska burżuazyjna i Polska socjalistyczna mieści się jeszcze pośrednie: okres demokracji. Socjalizm jest twórczością, która oprzeć się musi na demokracji. Zanim dojdziemy do socjalizmu, musimy przejść przez ten konieczny szczebel, którym jest sejm.
Dyktaturze proletariatu w wydaniu bolszewickim zarzucał, że oznacza ona nie tylko zniesienie wolności burżuazyjnej, ale zniesienie wolności jako takiej. Zdaniem Perla samo pojęcie „dyktatura proletariatu” jest mylące – proletariat jako wielomilionowa klasa nie jest w stanie sprawować dyktatury, władza pozostaje w rękach wąskiej grupy i zamienia się w dyktaturę nad proletariatem, skutecznie ograniczającą spontaniczny rozwój ruchu robotniczego. Przekonywał partyjnych towarzyszy, że należy odrzucić pojęcie „dyktatury proletariatu” jako prowadzące do zaniku wolności i ustanawiające rządy arystokratyczno-demagogiczne.
Ostatecznie Perl zdołał przekonać większość członków partii i to właśnie przygotowany przez niego projekt został przyjęty w 1920 r. jako oficjalny program PPS, tym samym określając na całe dwudziestolecie główne zasady ideowe polskiego ruchu socjalistycznego.
***
W niepodległej Polsce, już po ustabilizowaniu granic i rozładowaniu rewolucyjnych nastrojów, Perl znalazł się nieco na uboczu życia politycznego. Posiadał co prawda mandat poselski, był też członkiem najwyższych władz PPS, jednak ze względu na pogarszający się stan zdrowia starał się ograniczać aktywność na tych polach. Większość energii poświęcał na redagowanie „Robotnika”, który po latach konspiracyjnego wydawania mógł w końcu stać się legalnym, wysokonakładowym dziennikiem. W redakcji Perl panował niepodzielnie, budząc u młodszych współpracowników mieszaninę podziwu i lęku. Traktowano go jak cudem zachowany relikt z poprzedniego, bohaterskiego pokolenia ofiarników i ludzi podziemnych walk o niepodległość i socjalizm. Józef Mieszkowski, wówczas korektor w „Robotniku”, wspominał, że gdy na sali pojawiał się Perl, wszyscy pochylali się pilnie nad robotą. Perl bowiem sam pracował aż do zapomnienia, ale i od innych wymagał, by rzetelnie pracowali. Mówiono o nim, że jest wprawdzie osobą ludzką, ale bez ludzkich potrzeb. Gdy utonie w robocie, zapomina o wszystkim. Może nie jeść, nie pić, nie spać. Nie znosi jedynie, gdy mu przeszkadzają, kiedy pisze. „Robotnik” był pismem poważnym i niezwykle rzetelnym, Perl nie publikował tekstów anonimowych i niesprawdzonych informacji, nie gonił za sensacją i plotkami. Gdy niektórzy proponowali, aby redagować dziennik w sposób bardziej przystępny, miał w zwyczaju odpowiadać: Musimy wychowywać masy, a nie zniżać się do ich poziomu.
Mimo że nieco wycofany, Perl zabierał głos zawsze, gdy przychodziło socjalistom rozstrzygać poważne kontrowersje taktyczne. Gdy sytuacja polityczna w kraju zaczęła się coraz bardziej komplikować, a na prawicy i lewicy pojawiły się głosy nawołujące do zastąpienia demokracji parlamentarnej rządami „silnej ręki”, Perl przestrzegał licznych w PPS zwolenników powrotu do władzy Piłsudskiego: Broniliśmy go przed zarzutami, chcemy go widzieć na wysokich odpowiednich stanowiskach – ale stwierdzić musimy, że Piłsudski nie jest naszym człowiekiem. Nie wolno z niego robić lewicowego Mussoliniego. Będącego następstwem zamachu majowego procesu demontażu demokracji i budowy systemu rządów autorytarnych nie dane było mu już jednak widzieć. Zmarł, po ciężkiej dziesięciomiesięcznej chorobie, 15 kwietnia 1927 r.
Feliks Perl nie był pozbawiony wad – wedle współpracowników był apodyktyczny, oschły, chimeryczny. Głoszone przez niego poglądy miały wielu przeciwników, a ironiczny sposób prowadzenia przez niego polemiki często irytował i złościł. Mimo to otoczony był powszechnym szacunkiem. Jego nieprzeciętny intelekt, całkowite oddanie sprawie i zupełna bezinteresowność sprawiały, że nad trumną Perla z szacunkiem pochylili głowę nawet polityczni przeciwnicy. Jego wieloletni współpracownik, Jan Libkind, pisał: Postać Feliksa Perla, jak nić czerwona snuje się przez trzydziestopięcioletnią historię Polskiej Partii Socjalistycznej. Stał u jej kolebki, stworzył program, uzasadniał i bronił od ataków z lewej i prawej strony, bronił czystości jego zasad, był sumieniem partii. Natomiast Ignacy Daszyński u stóp trumny przykrytej czerwonym sztandarem i ostatnim numerem „Robotnika” mówił o nim: Poświęcił wszystko, nie żądał niczego. Te słowa stanowią chyba najlepszą puentę życia i pracy Feliksa Perla.
Kamil Piskała
przez Kamil Piskała | środa 16 stycznia 2013 | kultura zaangażowana, Zima 2012
Profesor Andrzej Nowicki, wspominając po wielu latach seminarium filozoficzne dla warszawskiej młodzieży socjalistycznej, pisał: Nie tylko zachęcał do tego, żeby dużo czytać, ale sam w życiu codziennym był personifikacją pasji czytania, wiecznego nienasycenia czytaniem, palącej ciekawości, wymagającej natychmiastowego zapoznania się ze wszystkim, co zostało wydrukowane […]. lewa ręka przyciska do boku tyle tomów, ile się tylko da utrzymać, w prawej ręce otwarta książka o kilka centymetrów od oka; obok teczka wypchana książkami, a prócz tego jeszcze kilka książek w kieszeniach. […] Był prawdziwym „pożeraczem książek”, a temu potężnemu apetytowi czytelniczemu odpowiadała w sposób symboliczny jego potężna tusza. Takim był socjalistyczny erudyta i niestrudzony oświatowiec – Kazimierz Czapiński – bo o nim mowa.
***
Przyszedł na świat 18 listopada 1882 r. w Mińsku, w niezbyt zamożnej rodzinie o szlacheckich korzeniach. Jego społeczne pochodzenie, atmosfera panująca w domu rodzinnym, a także początki aktywności politycznej mogą uchodzić za typowe dla reprezentantów lewicowo-liberalnej części elit międzywojennej Polski. Po powstaniu styczniowym władze carskie prowadziły forsowną politykę rusyfikacyjną. Jej głównym instrumentem była szkoła. Promowano postawy konformistyczne, młodzież przymuszano do używania języka rosyjskiego w miejscach publicznych, obowiązkowe było uczestnictwo w uroczystościach prawosławnych. Nad przestrzeganiem takiej „dyscypliny” czuwał liczny personel – od inspektorów szkolnych, przez nauczycieli, a na woźnych skończywszy.
Najpopularniejszą odpowiedzią na politykę władz było kultywowanie patriotycznych tradycji w domu rodzinnym, a także praca w nielegalnych kołach samokształceniowych. Tak było również w przypadku Czapińskiego, który w gimnazjum zaangażował się w działalność w tego typu grupie, nadając zresztą szybko własnemu kółku charakter zdecydowanie socjalistyczny. Już wtedy przekonał się, że ciekawość świata, odwaga myśli i samodzielność sądów nie mieszczą się w ramach ówczesnych systemów edukacyjnych tej części Europy. Niewiele brakowało, a jeden z najzdolniejszych uczniów mińskiego gimnazjum nie uzyskałby nawet matury. W VIII klasie groziło mu bowiem aresztowanie za agitację socjalistyczną – opuścić musiał szkołę i wyjechać na wieś, gdzie podjął pracę korepetytora. Egzamin dojrzałości zdał jako ekstern.
Studia prawnicze rozpoczął na Uniwersytecie Petersburskim, nie bez powodu cieszącym się wówczas sławą uczelni, z której promieniowały na całą Rosję niebłagonadiożne, rewolucyjne idee. Już na początku pobytu w ówczesnej stolicy Czapiński nawiązał kontakt z miejscową organizacją Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji (SDPRR) i wkrótce zaangażował się w prowadzenie agitacji wśród studentów i robotników. Na fatalne skutki nie trzeba było długo czekać – w 1902 r. został aresztowany i relegowany z uniwersytetu. Choć ostatecznie zwolniono go z braku dowodów, do Petersburga już nie wrócił. Nakazano mu przymusowe osiedlenie w Mińsku, gdzie mimo obserwacji policji wciąż prowadził działalność w SDPRR.
W 1904 r. wyjechał na krótko do Niemiec i Szwajcarii, gdzie zawarł liczne znajomości w kręgu socjaldemokratycznej emigracji polskiej i rosyjskiej. Na wieść o wybuchu rewolucji wrócił do Rosji i zaangażował się w prace SDKPiL, za co znów został aresztowany i skazany na zesłanie. Ostatecznie – była to wówczas powszechna praktyka – zamieniono mu karę zesłania na obowiązek opuszczenia Rosji. Czapiński wybrał „bliską zagranicę”, czyli Galicję, pozostającą pod władzą Austriaków. Okazało się zresztą, że tamtejsze warunki działania znacznie bardziej odpowiadały jego usposobieniu, gdyż zdecydowanie lepiej niż w roli konspiratora czuł się jako publicysta i oświatowiec.
W Galicji zaczął coraz wyraźniej dystansować się wobec SDKPiL. Przez kilka lat wchodził w skład różnych emigracyjnych ciał tej partii, jednak zdecydowanie najwięcej uwagi poświęcał współpracy z czasopismami wydawanymi przez galicyjską Polską Partię Socjalno-Demokratyczną (PPSD). Był również jednym z czołowych prelegentów Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego im. Adama Mickiewicza – otwartej instytucji oświatowej stworzonej przez socjalistów galicyjskich. Adam Ciołkosz pisał później: Coroczne sprawozdania tego Towarzystwa, którego zasługi w pracy oświatowej na terenie b. zaboru austriackiego są niepomierne, w rejestrach odczytów wygłoszonych na przedmieściach Krakowa, w miastach i miasteczkach galicyjskich, niezliczoną ilość razy notują nazwisko Czapińskiego.
Pierwsze kilka lat spędzonych w Galicji to bez wątpienia moment kluczowy w biografii politycznej Czapińskiego. Zakończył się wówczas proces formowania zrębów jego politycznego światopoglądu, zakreślone zostało pole najważniejszych zainteresowań jako publicysty, mógł również swobodnie poświęcić się pracy oświatowej, którą cenić miał szczególnie przez całe życie. Wyrazem ewolucji, której ulegał Czapiński, był ostateczny rozbrat z SDKPiL i zaangażowanie w prace znacznie mniej radykalnej, a zarazem niepodległościowo nastawionej PPSD.
Przerwane niegdyś studia prawnicze próbował kontynuować na Uniwersytecie Jagiellońskim, lecz został szybko relegowany z uczelni za udział w tzw. zimmermaniadzie, czyli protestach środowiska studenckiego przeciwko objęciu katedry socjologii przez znanego z konserwatywnych poglądów, a nieposiadającego żadnych osiągnięć naukowych ks. Kazimierza Zimmermanna. Ciołkosz pisał później: Ten człowiek, którego wkład do kultury polskiej był ogromny, nie miał nie tylko stopnia akademickiego, ale nawet absolutorium.
Czapiński na dobrą sprawę „politykiem” stał się dopiero wraz z narodzinami II RP. Do tego momentu znany był jako redaktor krakowskiego socjalistycznego dziennika „Naprzód”, działacz oświaty robotniczej i społecznik, pozostawał jednak na uboczu „partyjnego” życia politycznego. Niemałym zaskoczeniem dla wielu był wobec tego jego wybór do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1919 r. Brakowało mu politycznego i parlamentarnego doświadczenia, nie miał cech przywódcy, nie był też trybunem, który umiałby porwać swoim przemówieniem tłumy. Jednak gdy potrzebne były rzetelne argumenty, rozległa wiedza i jasne przedstawienie stanowiska PPS – wtedy na sejmową mównicę zazwyczaj wysyłano właśnie erudytę Czapińskiego. Jedną z takich sytuacji relacjonował sprawozdawca sejmowy, Bernard Singer: Sejm debatuje nad ustawą konstytucyjną. Chodzi o uregulowanie stosunków państwa do kościoła. PPS wysyła obrazoburcę Czapińskiego. Ciężkim krokiem wchodzi na trybunę mól biblioteczny, nosi ze sobą pakę ksiąg. Gdy rozpoczyna przemówienie bije w pulpit, chce podkreślić te zdania, których nie może zaakcentować jego monotonny głos. Cytuje Voltaire’a, Reya, wyciągi z podręczników szkolnych o obskurantyzmie w Polsce, opowiadania Nankego, wyjątki z „Prowincjonałek” Pascala, bulle papieskie, kanon Ojców Kościoła. Patrzą chłopi na fury książek „biskupa masonów”, podziwiają uczoność w sprawach kościelnych, a poseł Czapiński coraz mocniej uderza w pulpit imitując temperament polityczny. Takim właśnie parlamentarzystą był nieprzerwanie przez 16 lat (1919–1935) – zawsze świetnie przygotowanym, doskonale argumentującym swoje stanowisko, ale zarazem niezbyt żywiołowym, raczej udającym temperament polityczny, budzącym bardziej szacunek i uznanie niż silne emocje.
***
W debacie konstytucyjnej, której przebieg z uwagą śledziło niemal całe społeczeństwo, Czapiński był obok Mieczysława Niedziałkowskiego głównym mówcą socjalistów. Koncentrował się na prawach i wolnościach obywatelskich, a także na uregulowaniu wzajemnych relacji państwa i kościołów. To wówczas obdarzono go przydomkiem „osobisty nieprzyjaciel Pana Boga”. Czy słusznie? Zdecydowanie nie. Posłom prawicy zależało, żeby utrwalić obraz socjalistów jako wrogów religii, wulgarnych materialistów i wojujących ateistów. Najwięcej „dostawało się” właśnie Czapińskiemu, który z wielkim zaangażowaniem dążył do konstytucyjnego zapisania zasady rozdziału Kościoła od państwa.
Czapiński dowodził w swych wystąpieniach, że niechęć do religii nie stanowi integralnego elementu ideologii socjalistycznej. Jego zdaniem socjaliści – uznając wiarę za prywatną sprawę jednostki – w sposób najpełniejszy realizują zasadę poszanowania godności człowieka i światopoglądowej tolerancji. O stosunku socjalizmu do religii pisał: Pozostawia przekonania religijne sumieniu jednostki, pozostawiając jej prawo wyznawać jaką chce religię, inaczej mówiąc uznaje religię za „sprawę prywatną”. Dlaczego tak czyni? Dlatego przede wszystkim, iż stoi na stanowisku szeroko pojętej wolności duchowej jednostki ludzkiej. Nie chce narzucać członkom partii żadnych dogmatów w dziedzinie filozoficznej czy religijnej.Owej tolerancji miały być za to pozbawione, jego zdaniem, stanowiska zajmowane z jednej strony przez brutalnie walczących z religią komunistów, z drugiej zaś przez klerykałów.
Wbrew zarzutom stawianym socjalistom, Czapiński podkreślał, że uznanie wiary za sprawę prywatną nie jest tylko czasowym, taktycznym ustępstwem, powodowanym religijnością znacznej części robotników, stanowiących społeczną bazę ruchu. Choć sam był ateistą, uznawał, że wierzenia religijne odpowiadają na obecną w ludzkiej naturze potrzebę zrozumienia i wyjaśniania świata. Materializm pod tym względem jest zdaniem Czapińskiego niewystarczający, a w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania w systemach religijnych widział najlepszą drogę zaspokojenia owej potrzeby.Nie widzę możności – pisał – żeby materializm mógł rozstrzygać wszystkie wiekuiste kwestie światopoglądu. Wszystkie nieśmiertelne, powikłane sprawy filozoficzne, należy zostawić sumieniu jednostki, należy pozostawić jej zupełne prawo decydować w co wierzy i w co nie wierzy, i żądać należy tylko jednego, ażeby była ta jednostka dobrym obywatelem ruchu socjalistycznego, dobrym członkiem partii i ruchu robotniczego. Był przekonany, wbrew marksistowskiej ortodoksji, że w ustroju socjalistycznym religia nie zniknie; wiara stanowiła dla niego nieredukowalną część ludzkiej natury.
Problem miejsca, jakie powinny w odrodzonym państwie zająć kościoły, a zwłaszcza kościół rzymskokatolicki, stanowił jeden z centralnych punktów debaty konstytucyjnej. Czapiński, reprezentując jednocześnie stanowisko całej PPS, dowodził, że rozdział kościoła i państwa uzasadniają trzy wielkiej wagi argumenty: narodowy, naukowy i socjalny. W pierwszym wypadku przekonywał, że kościół katolicki, jako instytucja ponadnarodowa, a jednocześnie posiadająca swój „polityczny” sztab w Rzymie, stanowić może zagrożenie dla suwerenności młodego państwa polskiego. Wyrażał opinię, że duchowieństwo postawione przed koniecznością dokonania wyboru między interesem Watykanu a interesem Polski, wybierze to pierwsze rozwiązanie. Dopóki papieże nie zrezygnują z aktywnego uczestnictwa w polityce międzynarodowej, dopóty silna pozycja kleru stanowić może istotne ograniczenie podmiotowości państwa w polityce zewnętrznej. Uzasadnienia dla swego stanowiska szukał w historii, przy każdej okazji wspominając o niechlubnej roli odegranej przez kościelną hierarchię w procesie politycznej dezintegracji Rzeczypospolitej Obojga Narodów i o przypadkach jawnej współpracy z mocarstwami ościennymi. Kontynuacją tej polityki był, jego zdaniem, lojalizm i serwilizm hierarchów względem zaborców, silnie popierany zresztą przez kolejnych papieży. Podczas wykładu dla polskich robotników-emigrantów w Stanach Zjednoczonych mówił: Kiedy w końcu Polska była złożona do grobu przy współudziale arcybiskupów, którzy brali łapówki od carów, rozpoczął się okres przeszło 150-letniej niewoli polskiej. Kiedy próbowała wstać z grobu, Rzym ciskał na nią klątwy.
Drugi argument za rozdziałem państwa i Kościoła – przez Czapińskiego nazwany naukowym – dotyczył negatywnego wpływu na system edukacyjny. Znów posługiwał się argumentem historycznym, dowodząc, że to kler był odpowiedzialny w znacznej mierze za kulturalny upadek Polski w XVII i XVIII w., a duchowieństwo najenergiczniej zwalczało oświeceniowe hasła i reformatorskie dążenia. Czapiński uważał, że w sprawach oświatowych Kościół zawsze zajmować będzie konserwatywne i wsteczne stanowisko, zaś zapewnienie duchowieństwu wpływania na system edukacyjny uniemożliwi stworzenie nowoczesnej szkoły, pobudzającej ciekawość świata i nadążającej za trendami światowej nauki.
Trzeci argument za rozdziałem państwa i Kościoła miał charakter społeczny. Publicysta PPS uważał, że z powodu wspólnego interesu klasowego, a także podobieństwa ideowego, duchowieństwo w Polsce odgrywać będzie rolę sojusznika i adwokata warstw najbardziej konserwatywnych, tamujących proces demokratyzacji społeczeństwa. Jego zdaniem Kościół nie zamierzał zrezygnować z wywierania wpływu na życie polityczne. Pisał: Poza pięknymi frazesami, poza dźwięczną ideologią, poza piękną szatą i reminiscencjami z Ewangelii i nauk chrystusowych – kryje się brudna i brutalna treść polityczna i socjalna. Za rzymskimi agentami, dążącymi do ustalenia i rozszerzenia wpływów rzymskich lękliwie bieży zagrożony w swej egzystencji „kwiat” arystokracji polskiej, obszarnictwa i kapitalizmu polskiego; te sfery widzą i czują jak potężna fala nowoczesnych ruchów społecznych podmywa ich egzystencję, jak niepewne są już podstawy ustroju kapitalistycznego. Toteż wyciągają kornie i błagalnie ręce do Rzymu o pomoc. Tam jeszcze – myślą – może tkwi zbawienie! Może ozdobiwszy ohydną treść wyzysku kapitalistycznego i obszarniczego pięknym imieniem Chrystusowym można będzie trwać, panować i wyzyskiwać jakiś czas jeszcze…
Sejmowa batalia o kształt konstytucji zakończyła się kompromisem, w większym jednak stopniu zbieżnym z pierwotnymi postulatami prawicy. Dotyczyło to także większości zapisów omawiających rolę Kościoła w państwie. Czapiński jednak nie zrezygnował z walki o świeckie państwo, toczonej nie tylko za pomocą sejmowych przemówień, ale również dziesiątków artykułów na łamach socjalistycznej prasy i licznych broszur. Przydomek „osobisty nieprzyjaciel Pana Boga” przylgnął do niego na stałe, lecz mało kto zwracał uwagę na te fragmenty jego wystąpień, w których podkreślał rolę religii w życiu człowieka. Pisał zresztą, że antyklerykalne (w żadnym razie „antyreligijne”) stanowisko socjalistów jest konsekwencją okoliczności, nie zaś wyrazem wpisanej w samą naturę ruchu niechęci do Kościoła. Nie jesteśmy antyklerykałami za wszelką cenę i przede wszystkim – przekonywał. – My mamy swój własny ruch i swój własny cel, do którego dążymy. Antyklerykalizm nie jest dla nas jakimś dogmatem. To dla nas smutna konieczność, obowiązek zburzenia przeszkody, która odgradza nas od lepszej przyszłości, nie pozwala nam się rozwijać normalnie. Słowa te dobrze i – jak można przypuszczać – szczerze oddają intencje przyświecające Czapińskiemu w wystąpieniach na temat Kościoła i duchowieństwa. Czynienie z niego wojującego ateisty i obrazoburcy byłoby przeinaczaniem historii.
***
Po objęciu mandatu poselskiego z niezbyt znanego działacza krakowskiej organizacji PPSD zaczął stawać się jednym z członków najwyższych władz zjednoczonej PPS, a także cenioną postacią w klubie parlamentarnym socjalistów. Już pod koniec lat 20. zaliczano go do ścisłego kierownictwa PPS. Zasiadał przez wiele lat w Centralnym Komitecie Wykonawczym partii, reprezentował PPS podczas międzynarodowych kongresów socjalistycznych, znalazł się również w zarządzie Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, a w 1936 r., jako osoba posiadająca szczególnie bogate doświadczenie w pracy oświatowej, objął funkcję prezesa TUR. Coraz większe uznanie zdobywał także jako publicysta. Skrupulatni historycy szacują jego dorobek w tej dziedzinie na ok. 6 tys. artykułów i kilkanaście broszur. W PPS-owskim dzienniku „Robotnik” w latach 30. pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego i w dużej mierze odpowiadał za publicystykę polityczną oraz dział poświęcony kulturze.
Czapiński-publicysta szczególnie wiele uwagi poświęcał analizom przemian zachodzących po rewolucji bolszewickiej w Rosji. Predyspozycje miał po temu niemałe – urodzony w Mińsku, świetnie znał język i kulturę rosyjską, przez pewien czas był członkiem SDPRR, a przed I wojną światową przyjaźnił się również z Leninem. Jak oceniał rewolucję październikową? Konsekwentnie, przez cały okres międzywojenny uważał, że bolszewicy wykazali się godną potępienia rewolucyjną „niecierpliwością”. Powołując się na opinie dwóch socjalistycznych autorytetów – Karla Kautsky’ego i Otto Bauera – Czapiński dowodził, że przejęcie władzy i „zadekretowanie” budowy ustroju socjalistycznego przez Lenina i jego towarzyszy dokonało się stanowczo zbyt wcześnie. Rosja była bowiem krajem zacofanym zarówno pod względem gospodarczym, jak i społecznym. Aby wprowadzić socjalizm, nie wystarczy nieugięta wola i determinacja, których Czapiński bolszewikom nie odmawiał, lecz konieczne jest również zaistnienie obiektywnych przesłanek. Biorąc zaś pod uwagę poziom rozwoju carskiej Rosji, jedyna możliwa rewolucja, dla której istniały w tym kraju warunki, mogła być, zdaniem Czapińskiego, jedynie rewolucją burżuazyjną, druzgocącą resztki dawnego systemu feudalnego. Pisał o tym wprost: Istotą przedmiotową (obiektywną) przewrotu bolszewickiego jest likwidacja stosunków feudalnych w Rosji, tzn. złamanie samodzierżawia, panowania szlacheckiego, obszarnictwa itd. Jakakolwiek byłaby oficjalna ideologia tego przewrotu, nic to nie zmieni w istocie rzeczy. I tak, jak wielka francuska rewolucja w 1789 odbywała się pod hasłami wolności, równości i braterstwa, a jednakowoż, jak wiemy, była po prostu dochodzeniem do władzy trzeciego stanu, czyli burżuazji – tak samo rosyjski przewrót bolszewicki odbywa się formalnie w szatach ideologii bolszewickiej, treścią jednak jego jest przejście od przestarzałych form feudalnych, samodzierżawnych, szlacheckich do form nowoczesnego ustroju burżuazyjnego.
Zasadniczy błąd bolszewików polegać miał na przecenianiu możliwości, jakie daje sprawowanie władzy. Wielowiekowe zapóźnienie nie może zostać zniwelowane w ciągu kilku lat, nie da się zbudować socjalizmu nie przechodząc wcześniej przez piekło systemu kapitalistycznego – zdawał się rozumować Czapiński. Gospodarcza niewydolność „komunizmu wojennego” w połączeniu z koniecznością stosowania przez bolszewików terroru i przemocy (aby utrzymać władzę) dowodziły obiektywnej niemożności przejścia Rosji do socjalizmu, a tym samym pomyłki Lenina. W tym poglądzie utwierdziło też Czapińskiego wprowadzenie przez władze radzieckie polityki NEP-u. Przywrócenie w wielu sektorach wolnego handlu, dominacja prywatnego rolnictwa, a także usilne poszukiwanie zagranicznych kredytów świadczyć miały o powrocie do kapitalizmu. Znacznie przesadzając, w latach 20., nazywał Czapiński ZSRR państwem kułacko-kapitalistycznym oraz kolonią kapitału zagranicznego. Październikowe zwycięstwo, będące skutkiem chwilowo sprzyjających okoliczności i dobrego doboru haseł przez bolszewików (Ziemia i pokój!), nie oznaczało wcale przekreślenia prawidłowości rozwojowych odkrytych przez Marksa. W napisanej w 1927 r. broszurze „Socjalizm czy komunizm?” Czapiński pisał: Przesunęła się tu przed nami cała historia rosyjskiego bolszewizmu. Udało mu się przyjść do władzy dzięki specjalnym warunkom, zaś w pierwszym rzędzie dzięki zrewolucjonizowanym chłopom i wojsku. Ale bolszewizm nie osiągnął nic z postawionych sobie celów, zrujnował tylko Rosję, spustoszył miasta, zdruzgotał przemysł i wreszcie wrócił do kapitalizmu. Wszystkie dzikie pomysły o wprowadzeniu socjalizmu do Rosji, przy pomocy gwałtu ze strony rządzącej drobnej mniejszości, zakończyły się zupełnym bankructwem!
Niepowodzenie planu bolszewików, czego wyraz stanowił zarówno NEP, jak i upadek rewolucji w innych krajach europejskich, doprowadzić miało, jego zdaniem, do odrodzenia się rosyjskiego imperializmu i powrotu do tradycyjnych carskich form sprawowania władzy – silna i scentralizowana władza, rozbudowany aparat ucisku, liczna armia itd. Nowością, specyficznie bolszewickim tworem, był Komintern, według Czapińskiego całkowicie podporządkowany realizacji państwowych interesów ZSRR.
W tych opiniach często mieszały się cenne, momentami wręcz błyskotliwe spostrzeżenia i poważne uproszczenia czy niezbyt wyrafinowane ataki na bolszewików. W dużej mierze zaważył pewnie na tym fakt, że wiele z tych tekstów powstało na potrzeby bieżącej walki o „rząd robotniczych dusz”, toczonej z komunistami. Nieco zmieniać zaczął się jednak ton Czapińskiego w latach 30., gdy z jednej strony świat kapitalistyczny mocował się z katastrofalnym w skutkach kryzysem gospodarczym, z drugiej zaś ZSRR z powodzeniem realizował ambitne założenia pięciolatki. Oczywiście, krytyczna ogólna ocena dyktatorskiej formy rządów nie uległa zmianie, jednak opinie Czapińskiego stały się znacznie bardziej wyważone. Przyspieszona industrializacja, znaczący wzrost produkcji, a także poprawa aprowizacji stanowiły zdaniem publicysty PPS niewątpliwe osiągnięcia władz radzieckich. Dostrzegał ich wielkie koszty, jak m.in. wzrost natężenia represji, militaryzację życia codziennego itd., jednak pisał: Ale ogromne postępy gospodarcze są niezaprzeczalne. Świadczą aż nadto wyraźnie o wyższości gospodarki planowej – nawet w trudnych sowieckich warunkach.Wierzył, że wkrótce gospodarka planowa będzie mogła również pokazać swoją wyższość w innych państwach Europy, tym razem jednak bez gwałtu na ludzkiej wolności, charakterystycznego dla warunków radzieckich.
Umiarkowany optymizm, jakim Czapińskiego nastrajał pomyślny rozwój gospodarczy ZSRR, nie trwał jednak długo. Tak jak dla wielu socjalistów w całej Europie, również dla niego „procesy moskiewskie” oznaczały konieczność głębokiej weryfikacji ocen sytuacji w Związku Radzieckim. Coraz jaśniejszym stawało się dla Czapińskiego, że nie ma do czynienia ze „zwykłą” dyktaturą, ale z systemem dążącym do absolutnego podporządkowania jednostki. Kult wodza, rozbudowa tajnej policji politycznej, ogromny wysiłek propagandowy władz, a także procesy pokazowe – to wszystko zadecydowało, że na przełomie 1937 i 1938 r. Czapiński zaczął określać system radziecki mianem „totalizmu”, co – upraszczając nieco – odpowiada naszemu dzisiejszemu „totalitaryzmowi”. W konsekwencji totalizacji życia społecznego następował również uwiąd kultury, której rozwój jeszcze parę lat wcześniej, na początku lat 30., stanowił, zdaniem Czapińskiego, jeden z największych sukcesów bolszewików. Od kilku lat sowiecka literatura nie daje prawie nic. Filozofia to samo […] W nauce to samo. Niektóre nauki są w ogóle skasowane. […] Żadna monopartia, żaden totalizm, żadna trwała dyktatura nie prowadzi do rozwoju kultury i twórczości.
Sporo uwagi poświęcał Czapiński również drugiemu „totalizmowi”, czyli hitlerowskim Niemcom. Źródeł powodzenia nazistów upatrywał w dotkliwości kryzysu gospodarczego, który uderzył na początku lat 30. w Republikę Weimarską. Bazę społeczną NSDAP stanowić mieli w jego opinii głównie drobnomieszczanie, podupadła burżuazja, a także chłopstwo i bezrobotni. Do hitleryzmu zwabić miała ich antykapitalistyczna retoryka, hasła rewizjonistyczne oraz idea przywrócenia społecznego „ładu”. Sam program głoszony przez nazistów Czapiński uważał za mętny, ogólnikowy, a w wielu przypadkach wręcz sprzeczny. Jego sukces tłumaczył w dużej mierze specyficzną postawą drobnomieszczaństwa, które mniej zwraca uwagę na spójność głoszonej ideologii, a bardziej poddaje się nastrojowi chwili, emocjom oraz charyzmie wodza. Dla Czapińskiego, podobnie jak dla wielu ówczesnych teoretyków ruchu socjalistycznego, faszyzm był ostatnią, rozpaczliwą próbą obrony systemu kapitalistycznego podjętą przez burżuazję. Jego cel był podwójny – z jednej strony podtrzymać i udoskonalić system kapitalistyczny, któremu dyktatura i idea „silnej władzy” zapewnią pożądaną stabilność, z drugiej zaś strony faszyzm miał być narzędziem służącym zwalczaniu rozwijającego się ruchu socjalistycznego. O nazizmie pisał: W ten sposób widzimy, że całość programu ma charakter burżuazyjnej dyktatury skierowanej przeciwko demokracji i klasowej walce proletariatu. Ta dyktatura jest skierowana nie tylko przeciwko demokracji i klasie robotniczej wewnątrz państwa, lecz także służy celom imperialistycznym i wzmacnianiu militaryzmu.
***
Tak jak w przypadku stalinowskiej dyktatury, również w odniesieniu do nazizmu Czapiński podkreślał postępującą kulturalną degradację społeczeństwa. Treści kultury faszystowskiej były w jego ocenie skoncentrowane wokół trzech głównych motywów: apoteoza wojny, sztywna hierarchia oraz pochwała okrucieństwa. Uważał, że popularność prądów faszystowskich, wprost odwołujących się do wojny i przemocy, z pogardą traktujących dorobek kulturalny ludzkości, stawia przed proletariatem doniosłe zadanie. Ruch robotniczy stawał się spadkobiercą rzetelnej kultury i nosicielem nowych metod wychowawczych.
Czapiński nie uważał, że kultura „nowego człowieka”, kultura socjalistyczna, może powstać dzięki całkowitemu zerwaniu z dziedzictwem kultury burżuazyjnej. Pisał: Naturalnie proletariacka kultura (jak każda inna) nie buduje całej kultury na nowo – np. zdobycze naukowe, zwłaszcza w niektórych dziedzinach, przejmuje z okresów poprzednich. Ale charakter tej kultury jest inny. Jest to kultura optymistyczna. Kultura zaufania do nauki. Kultura solidarności ogólnoludzkiej, a więc pokojowej współpracy – kultura pracy, bo właśnie praca jest największym szlachectwem okresu proletariackiego. Kultura równości, kultura równego startu dla wszystkich. Kultura wolności prawdziwej, bo opartej na gwarancjach równości gospodarczej. Kultura maksymalnego, największego wysiłku całej ludzkości – w kierunku szczęścia i sprawiedliwości. Słowa te brzmią dziś niezwykle patetycznie. Czapiński jednak pośród przywódców polskiego ruchu socjalistycznego był bez wątpienia tym, który najmocniej podkreślał konieczność zbudowania nowej kultury, jako warunku realizacji projektu socjalistycznego.
Treść ruchu socjalistycznego powinny stanowić nie tylko walka klasowa i dążenie do obalenia kapitalizmu, ale również wysiłek mający na celu moralne i intelektualne podniesienie proletariatu. Swoje powołanie widział Czapiński głównie w realizacji tego drugiego zadania. Przez współpracowników i przyjaciół zapamiętany został właśnie przede wszystkim jako działacz oświatowy, niestrudzony prelegent i popularyzator wiedzy. Jan Mulak pisał: Często nachodzili go całymi gromadami, członkowie ZNMS, studenci i studentki. Młodzi intelektualiści partyjni grupowali się wokół niego. Miał na nich duży wpływ, zwłaszcza w dziedzinie pogłębiania teorii socjalistycznej. Pod tym względem spełniał rolę TUR, a właściwie był drugim TUR-em jako jednoosobowa instytucja. Wynikało to z jego olbrzymiej wiedzy i siły oddziaływania. Wtórował mu Ciołkosz, który w pośmiertnym wspomnieniu pisał: Ku nowej kulturze… Taka była treść życia Czapińskiego, życia bardzo pracowitego. Jego dorobek trzeba mierzyć nie tylko broszurami i książeczkami, artykułami w prasie, mowami sejmowymi i odczytami. Trzeba go mierzyć – lecz to wymierzyć się nie da – obudzeniem się w klasie robotniczej nowych pragnień i tęsknot do życia pełnego i twórczego w każdej dziedzinie.
Tę pracę Czapińskiego przerwał wybuch wojny, przed którą ostrzegał od kilku lat. Po klęsce wrześniowej, licząc na szybkie zwycięstwo aliantów, nie podjął działalności konspiracyjnej. Dopiero na początku 1940 r. nawiązał kontakt z grupą skupioną wokół Adama Próchnika, na konspiracyjnych zebraniach wygłosił wówczas kilka referatów i odczytów. We wrześniu 1940 r. został aresztowany przez Gestapo, pięć miesięcy później trafił do Auschwitz. Zmarł tam w lipcu 1941 r.
***
Spośród przywódców międzywojennej PPS, Kazimierz Czapiński jest z pewnością jedną z tych postaci, których biografia budzi stosunkowo niewielką ekscytację. Nie miał za sobą romantycznych epizodów w bojówce jak choćby Pużak czy Arciszewski, nie był porywającym mówcą jak Żuławski, nie był wytrawnym graczem parlamentarnym jak Niedziałkowski, daleko było mu też do radykalizmu Zaremby, Dubois czy Barlickiego. Jako myśliciel i publicysta nie zawsze bywał Czapiński oryginalny i wystarczająco analityczny. Mimo to jednak uznawany jest za jedną z najwybitniejszych i najciekawszych postaci międzywojennego ruchu socjalistycznego.
Z usposobienia był przede wszystkim nauczycielem i wychowawcą. W tych setkach i tysiącach artykułów, niezliczonych wykładach i odczytach, a nawet w sejmowych przemówieniach – wszędzie wyraźnie widoczne jest dążenie Czapińskiego do wyjaśnienia skomplikowanych problemów, uprzystępnienia i popularyzacji wiedzy. Chciał pisać w sposób zrozumiały przede wszystkim dla robotników. Wierzył, że aby ruch socjalistyczny zwyciężył, musi dokonać się olbrzymi awans kulturalny mas pracujących. Pisał: Partia socjalistyczna dobrze rozumie, że nie podoła olbrzymim zobowiązaniom i wielkiej odpowiedzialności, jeśli nie potrafi wytworzyć ludzi obowiązkowych, wykształconych i moralnie odpowiedzialnych. […] Stąd pochodzi w ruchu socjalistycznym wzmożone zainteresowanie się kwestią oświatowo-kulturalną. Idzie zarówno o reformę szkolnictwa, jak i o kształcenie dorosłych robotników.
Czapiński bardzo silnie podkreślał etyczny i humanistyczny wymiar socjalizmu – nie chodziło tylko o wzrost produkcji i zniesienie własności prywatnej, ale także, a może przede wszystkim, o nowego człowieka i nową kulturę. Realizacji tego zobowiązania poświęcił niemal całe swe dojrzałe życie. Cytowany już uczeń Czapińskiego, filozof Andrzej Nowicki, pisał o nim, że był personifikacją związku między socjalizmem a ideą godności człowieka. Trudno o bardziej zwięzłą, a trafną charakterystykę.
przez Kamil Piskała | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Wieloletni redaktor „Robotnika”, współtwórca programowego oblicza Polskiej Partii Socjalistycznej, znakomity publicysta i przez wiele lat jeden z przywódców partii. Mimo tak bogatego politycznego życiorysu, Res – bo tak brzmiał jego najpopularniejszy pseudonim – jest postacią zupełnie zapomnianą, znaną bliżej jedynie zawodowym historykom. Tymczasem wiele słuszności jest w słowach jego wieloletniego współpracownika, Jana Libkinda: Nie tylko więc historia socjalizmu w Polsce, lecz i historia ruchu niepodległościowego, a nawet myśli politycznej polskiej w końcu ubiegłego i na początku bieżącego stulecia nie może być dobrze zrozumiana bez dokładnego poznania działalności Feliksa Perla. Przyjrzyjmy się wobec tego bliżej losom i ideowej sylwetce tego, którego przez wiele lat polscy socjaliści z szacunkiem nazywali myślą i sumieniem partii.
***
Feliks Rafał Perl przyszedł na świat 26 kwietnia 1871 r. Pochodził ze zasymilowanej żydowskiej rodziny warszawskich kupców. Jego ojciec wziął czynny udział w powstaniu styczniowym, za co zresztą spędził jakiś czas w więzieniu. Wszystko to nie było bez znaczenia. Finansowe wsparcie, na jakie mógł liczyć ze strony rodziców, niejednokrotnie pozwalało rewolucjoniście przetrwać „chude” miesiące. Pod wpływem atmosfery rodzinnego domu Perl nabrał także głębokiego przywiązania do kultury polskiej.
Droga asymilacji, poparta lekturami ówczesnych prac marksistowskich myślicieli na ten temat, określiła poglądy Perla na kwestię żydowską. W jego opinii, Żydzi nie stanowili narodu w nowoczesnym znaczeniu tego słowa. Nie tylko nie posiadali odrębnego, wydzielonego terytorium, będącego miejscem osiedlenia większości członków narodowości, ale nie stanowili także wspólnoty pod względem kulturalnym. Nie mogła ona powstać, bowiem język jidysz, zdaniem Perla, nie nadawał się do spełnienia kulturotwórczej roli. Z kolei odrębność rasowo-wyznaniowa oraz specyficzna struktura społeczna czyniły z Żydów kastę, będącą reliktem średniowiecza. Żydzi to, jego zdaniem, mgławica, pełna wewnętrznych sprzeczności, z którą praktycznie dziś nic zrobić się nie da.
Konsekwencją tych dość kontrowersyjnych poglądów była formułowana przez Perla alternatywa stojąca przed ludnością żydowską – albo asymilacja, albo dalsze odgradzanie się od świata murem dobrowolnego getta i konserwowanie kastowości. Występował przeciwko aktom antysemityzmu, ale w wielu artykułach bardzo nieprzychylnie traktował ortodoksyjnych Żydów. Tradycyjna społeczność żydowska stanowiła dla niego synonim ciemnoty, zacofania i gospodarczego anachronizmu. Ostateczna emancypacja i całkowite zniesienie antysemityzmu nastąpić miały, zdaniem Perla, wraz ze zwycięstwem idei społecznej sprawiedliwości – socjalizmu.
***
Jego droga do ruchu socjalistycznego była bardzo podobna do tej, którą pokonali inni członkowie „pokolenia niepokornych”. Jako uczeń gimnazjum został członkiem tajnych kółek samokształceniowych, których zadaniem było uzupełnienie – okrojonego i nastawionego na rusyfikację – oficjalnego programu szkolnego. Oprócz historii walk narodowowyzwoleńczych i dziejów polskiego romantyzmu zapoznawano się wówczas także z bieżącą publicystyką polityczną, pracami z zakresu socjologii, ekonomii, filozofii. Wtedy właśnie nastoletni Perl po raz pierwszy zetknął się z marksizmem.
W 1888 r. rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Szybko włączył się w życie polityczne środowiska studenckiego. Został członkiem tzw. marksówki – nielegalnego koła zrzeszającego studentów-marksistów – a także II Proletariatu. W tej ostatniej organizacji Perl uchodził za radykała – był zwolennikiem stosowania metod terrorystycznych, a centralny punkt jego światopoglądu stanowiła idea rewolucji społecznej, znoszącej wszelki ucisk i wyzysk; kwestia walki o niepodległość Polski nie poruszała wówczas umysłów młodych rewolucjonistów.
W maju 1892 r., zagrożony aresztowaniem, musiał opuścić Królestwo. Na emigracji, najpierw w Zurychu, a później w Berlinie i Paryżu, przystąpił do rewizji swego światopoglądu. Po latach wspominał: Byłem gorliwym zwolennikiem ówczesnej partii socjalno-rewolucyjnej „Proletariat”, zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że świetne dni „Proletariatu” bezpowrotnie minęły i trzeba czegoś nowego w ruchu. Nie bez oporu jednak przyjąłem nowy program, którego głównym rzecznikiem był S. Mendelson. Rychło więc, zastanawiając się dokładniej, szczególnie pod wpływem przyjaciela, B. A. Jędrzejowskiego, przekonałem się, iż hasło „rewolucji socjalnej” nie może zastąpić programu politycznego, a żywotny program polityczny musi się oprzeć na walce z najazdem i uwzględnić należycie sprawę polską.
***
Tym przełomem w ruchu socjalistycznym, którego potrzebę odczuwali ówcześni działacze, był Zjazd Paryski, rozpoczęty 17 listopada 1892 r. W obradach wzięli udział przywódcy różnych grup i nurtów polskiego ruchu socjalistycznego, a jego celem było wypracowanie platformy programowej dla jednolitej partii socjalistycznej, która obejmie wpływami wszystkie najważniejsze ośrodki Królestwa. Tak powstała Polska Partia Socjalistyczna i jej program socjalizmu niepodległościowego.
W dyskusjach nad programem paryskim Perl, mimo stosunkowo niewielkiego stażu w II Proletariacie, odegrał rolę bardzo znaczącą. Stał na stanowisku, że pierwszym zadaniem socjalistów powinna być walka o odbudowę niepodległej Polski i nadanie jej demokratycznego charakteru. We własnym państwie, korzystając ze swobód politycznych i wolności agitacji, polski proletariat miał już walczyć o realizację ideału socjalistycznego. Odpowiadając na zarzuty części dyskutantów, że realniejsza jest wewnętrzna demokratyzacja Rosji, którą należy traktować jako etap na drodze do niepodległości, mówił: W Rosji [tak] trudno zdobyć minimum swobód, jak niepodległość. Wszystko w Rosji musi być zdobyte drogą rewolucyjną. A skoro tak, po co mówić o etapach rozwoju i ustępstwach. Nie rozumiem także liczenia na jakieś kombinacje polityczne, musimy iść wprost do celu i w Rosji, ponieważ wszystko się zdobywa rewolucją, a więc możemy osiągnąć swój cel w rewolucyjnym agitowaniu. Podobny pogląd podzielała większość delegatów – w programie nowej partii w sposób organiczny spleciona została idea walki o niepodległość z pracą na rzecz realizacji ustroju socjalistycznego. Na straży czystości tych zasad w PPS przez wiele lat stał właśnie ich orędownik na paryskim zjeździe, czyli Feliks Perl.
Należał on do tych, którym, żeby użyć sformułowania K. Pietkiewicza, Marks już nie wystarczał, niezbędny był Limanowski. Perl traktował patriotyzm jako naturalne i uzasadnione uczucie miłości do ojczyzny. To nie tylko sentymentalne przywiązanie do „ziemi ojców”, ale również poczucie łączności z całą kulturą narodową oraz wspólnoty z przedstawicielami tej samej narodowości. Celem socjalistów nie może być więc negowanie naturalnego uczucia, ale raczej praca na rzecz nadania kulturze narodowej możliwie demokratycznego i ludowego charakteru. W warunkach ucisku narodowościowego, patriotyzm, zdaniem Perla, jest bardziej żarliwy, a przez to łatwiej o polityczną mobilizację opartą na uczuciu przywiązania do ojczyzny. Jednak nie był to jedyny powód, dla którego postulował wprowadzenie hasła odbudowy niepodległej Polski do programu PPS.
Postulat niepodległości uzasadniał dwoma wzajemnie powiązanymi argumentami. Pierwszy odwoływał się do „naturalnego” prawa do samostanowienia 20-milionowego narodu o bogatej kulturze i kilkusetletniej tradycji państwowej. Drugi argument bezpośrednio odwoływał się zaś do interesów ruchu socjalistycznego. Odbudowa niepodległej Polski musiała oznaczać wyrwanie części ziem spod władzy cara rosyjskiego – najbardziej reakcyjnego monarchy ówczesnej Europy. Ponadto, niepodległa Polska (Perl myślał głównie o zaborze rosyjskim) będzie państwem bardziej rozwiniętym gospodarczo i społecznie od Rosji, a tym samym, zgodnie z ówczesnym kanonem marksizmu, bliższym ostatecznemu zwycięstwu socjalizmu. Wreszcie, niepodległa Polska, jak wierzył Perl i jego towarzysze, będzie państwem demokratycznym, otwierającym przed socjalistami możliwości legalnego działania, nieosiągalne w caracie. W tej sytuacji polski ruch socjalistyczny byłby w stanie, zdaniem Perla, szybko pomnożyć szeregi i dorównać liczebnością ugrupowaniom z zachodu Europy.
***
Od Zjazdu Paryskiego z żelazną konsekwencją przypominał w swojej publicystyce o konieczności walki o niepodległość jako warunku przyszłego zwycięstwa socjalizmu w Polsce. Nic więc dziwnego, że jednym z najczęściej wracających w jego tekstach wątków była krytyka Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, postulującej walkę o zniesienie kapitalizmu, równoznaczne z likwidacją wszelkiego ucisku narodowościowego. Socjaldemokratom zarzucał, że pomimo szermowania cytatami z Marksa, Engelsa i Kautsky’ego w kwestii niepodległości Polski zajmują stanowisko… niesocjalistyczne. Koronnym argumentem było dla niego poparcie dla odbudowy niepodległej Polski, które w toku swojej politycznej działalności wielokrotnie powtarzał Marks.
Odrzucał też poglądy głoszone przez Różę Luksemburg na temat braku ekonomicznych przesłanek odbudowy państwa polskiego. Zarzucał jej, że w tendencyjny sposób dobiera argumenty i nie dostrzega narastających konfliktów pomiędzy przemysłem centralnych guberni rosyjskich a przedsiębiorcami z Królestwa. Jego zdaniem odbudowa niepodległej Polski, wbrew przewidywaniom autorki „Akumulacji kapitału”, prowadzić miała do przyspieszenia rozwoju gospodarczego kraju. Stworzony zostałby bowiem chłonny rynek wewnętrzny, a rodzimy przemysł mógłby korzystać z opieki i protekcji własnego rządu, nie zaś rozwijać się tylko w takich ramach, jakie wyznaczał dotychczas polityczny interes imperium carów. Polemizując z Luksemburg, pisał: Po pierwsze, żadna tendencja rozwoju kapitalistycznego nie może Polski przerobić na bezwłasnowolną część Rosji, po drugie, związki ekonomiczne nie są dostateczną podstawą spojenia państwowego, o ile temu przeczą interesy kulturalne, narodowe i polityczne (nie mówiąc już o tym, że właśnie na tle związków ekonomicznych powstają i antagonizmy ekonomiczne) […] po trzecie, tendencja rozwoju ekonomicznego sprowadzająca się do tego, że kapitał musi mieć rynki zbytu, wcale niekoniecznie i nie zawsze wymaga utrzymania dotychczasowych związków politycznych, tym bardziej zaś – przymusowych.
Tak więc nie uznanie „organicznego wcielenia” i walka o demokratyzację Rosji powinny stanowić program polskich socjalistów, lecz konsekwentna praca na rzecz odzyskania niepodległości. Proletariat już dziś musi do niej dążyć – pisał – musi się starać zbliżyć do tego ideału, musi walczyć o to wszystko, co odrębności narodowej i społecznej Polski nadaje, choć częściowo, polityczny wyraz.
***
Od momentu zakończenia Zjazdu Paryskiego, mimo młodego wieku i niedużego doświadczenia, Perl stał się jednym z czołowych działaczy polskiego ruchu socjalistycznego i jednym z najważniejszych publicystów pism wydawanych na emigracji: „Przedświtu” i „Światła”.
Ciekawe były podejmowane przez niego próby wykazania łączności idei socjalistycznej z tradycjami kultury polskiej. Przeciwnicy socjalistów, jak choćby narodowi demokraci czy księża, starali się przedstawić ich jako kosmopolitów, wojujących ateistów i burzycieli porządku społecznego, całkowicie obcych polskości. Z tymi zarzutami, choć nie brzmiały one szczególnie poważnie, socjaliści musieli podjąć polemikę, o ile chcieli uzyskać szeroki wpływ społeczny. Feliks Perl w popularnej broszurze „Komunizm w pierwotnym chrześcijaństwie” pokazywał socjalistów jako spadkobierców idei przyświecających Jezusowi i pierwszym chrześcijanom.
Przeciwstawiał współczesny mu Kościół, cieszący się materialnym dostatkiem, zhierarchizowany i nastawiony na podtrzymywanie społecznego status quo, Kościołowi pierwszych chrześcijan, wyrzekających się bogactw i doczesnych przyjemności. Wobec ludowego charakteru chrześcijaństwa w pierwszej jego dobie – pisał – nic dziwnego, że znajdziemy w nim wyraźne i niewątpliwe dążenia komunistyczne. Jeżeli ludzie są sobie braćmi, jeżeli bliźniego należy kochać jak siebie samego, to czyż podobna odróżnić „moje” od „twego”? Własność prywatna jest wyrazem samolubstwa i oschłości serca; kto pragnie miłości powszechnej i „Królestwa Bożego na ziemi”, ten powinien wyznawać zasadę wspólności i czynem ją stwierdzać. Jednak z biegiem czasu Kościół, którego zadaniem było głosić idee wolności, równości i sprawiedliwości, zdradził historyczne posłannictwo i stał się instytucją opresyjną, czerpiącą korzyści z wyzysku mas. Walkę o realizację idei powszechnego szczęścia, odrzuconej przez Kościół, podjęli wobec tego socjaliści. […] naturalnie, szczęścia bezwzględnego, doskonałego nie ma tu na ziemi i rozkosze „tysiącletniego królestwa”, które malowała wyobraźnia pierwszych chrześcijan, nigdy nie będą udziałem śmiertelnych. Lecz nam wystarczy to szczęście, które zdobędziemy sobie w społeczeństwie bez klas i bez wyzysku, bez nędzy i ciemięstwa. Oto nasz „gruby materializm”. Oto nasza prawdziwa idea Chrystusa naszych czasów.
„Sojusznikiem” socjalistów, zdaniem Perla, był również Mickiewicz. Jan Cynarski wspominał, że Perl potrafił […] cytować z pamięci bardzo długo ustępy wybitnych poetów-romantyków, niektórzy nawet byli przekonani, że Perl zna na pamięć całego „Pana Tadeusza”. Twórczość jego autora interpretował w duchu niepodległościowym i radykalnym. Mickiewicz był dla niego niezrównanym poetą buntu, sprzeciwu wobec gwałtu i orędownikiem przyszłej Polski Ludowej. Perl pisał: chociaż socjalizm nasz dzisiejszy różnić się musi od mickiewiczowskiego, to wszakże dla nas jest najważniejszym, że Adam był socjalistą. Jego poezja miała zwiastować nadejście lepszych dni i stanowiła nieocenione narzędzie w rękach socjalistycznych agitatorów. W popularnej i szeroko kolportowanej broszurze pisał: Wielkiemu poecie, gorącemu rewolucjoniście i szlachetnemu człowiekowi postawiono w Warszawie pomnik. Teraz wiecie, czytelnicy, co nam Mickiewicz mówi z wysokości swego pomnika. On nam wciąż przypomina potrzebę walki z wrogiem, nieubłaganej walki o wolność. On nas uczy ofiarności dla wielkiej sprawy, budzi w nas nienawiść do ucisku i miłość do ludu i do ludzkości. On nam mówi też o przyszłych lepszych czasach, zdobytych krwią naszą i poświęceniem, kiedy słońce wolności zajaśnieje nad ziemią polską i lud nasz nieszczęsny zrzuci wreszcie kajdany nędzy, ciemnoty, ucisku…
***
Wybuch rewolucji w 1905 r. i związany z tym spór w łonie PPS o wybór odpowiedniej taktyki przyspieszyły rozwój konfliktu w partii. Dwie antagonistyczne grupy – „starzy” z Piłsudskim i dawnymi liderami na czele oraz „młodzi” – rozpoczęły walkę o przywództwo w partii.
W sporze tym Perl był nastawiony raczej kompromisowo i dążył do utrzymania jedności. Osobiście jednak sympatyzował ze „starymi”, z którymi dzielił silne przywiązanie do postulatu odbudowy niepodległej Polski i niewiarę w możliwość rzeczywistej demokratyzacji Rosji. Dostrzegał oczywiście zależność polskiej rewolucji od wydarzeń zachodzących w centralnych ośrodkach Cesarstwa, przestrzegał jednak przed bliższym wiązaniem walk polskiego proletariatu z polityką rosyjskich stronnictw socjalistycznych. Jego zdaniem, dzięki specyficznemu położeniu polskich robotników, rewolucja w Królestwie miała szansę osiągnąć cele znacznie poważniejsze niż ruch rewolucyjny w Rosji. Na pytanie „koordynacja czy utożsamienie?”, zawarte w tytule broszury nastawionej na polemikę z „młodymi”, jednoznacznie odpowiadał: koordynacja. Zbliżenie organizacyjne i utożsamienie taktyki polskich i rosyjskich socjalistów uważał za krok szkodliwy dla dalszego rozwoju walki rewolucyjnej. Zamiast tego nawoływał, aby dążyć do utrzymania stałych stosunków z obozem socjalistycznym w Rosji w celu porozumiewania się i wzajemnego na siebie oddziaływania.
Nie dziwi więc, że gdy w PPS doszło do ostatecznego przesilenia i rozłamu na dwa odrębne ugrupowania, Perl wybrał tworzoną przez „starych” Frakcję Rewolucyjną. W trakcie pierwszego zjazdu nowej partii, odbytego w 1907 r., Perl występował obok W. Jodko-Narkiewicza jako główny mówca w sprawach programowych i to właśnie projekt przygotowany przez niego stał się podstawą nowego programu partyjnego. Jako jeden z najlepszych publicystów Frakcji uzasadniał na łamach prasy, że to „fracy” są prawdziwymi spadkobiercami tradycji PPS, która w imię i z punktu widzenia socjalizmu powiązała interesy społeczno-polityczne i narodowe proletariatu Polski, wytworzyła syntezę tych interesów, w której miejsce właściwe zajęły dążenia proletariatu jako klasy ekonomicznie wyzyskiwanej, społecznie upośledzonej, jak i potrzeby polityczno-narodowe proletariatu, jako klasy rewolucyjnej w narodzie ujarzmionym, w kraju podległym obcemu panowaniu.
Decyzja Perla o przystąpieniu do PPS-Frakcji Rewolucyjnej była motywowana nie tylko kwestiami programowymi, ale również poczuciem przywiązania do „starych”, z którymi od lat wspólnie znosił trudy życia emigranckiego i konspiracyjnego. O tym, jak ważną był częścią tego środowiska, świadczy fakt, że to właśnie do niego Piłsudski pisał przed akcją pod Bezdanami słynny list z prośbą o ewentualny nekrolog i wyjaśnieniem przyczyn, które zadecydowały o wyborze drogi rewolucjonisty, kończący się słowami: A teraz buzi, chłopcze. Tobie i wszystkim Wam, starzy druhowie, z którymi się przemarzyło tyle, przeżyło jeszcze więcej i kochało się dobrze. Twój i ich Ziuk.
***
Z czasem jednak Piłsudski coraz mniej był Ziukiem, coraz bardziej zaś stawał się Komendantem. Wiązało się to ze zmianą taktyki i przejściem do szkolenia kadr wojskowych przyszłego powstania antyrosyjskiego. Kierunek polityki PPS-Frakcji Rewolucyjnej ulegał coraz poważniejszym zmianom. Zacierały się akcenty socjalistyczne w agitacji, ciężar działalności partii zaczął coraz bardziej przenosić się do Galicji, a głównym zajęciem części jej przywódców stawała się praca na rzecz Związku Walki Czynnej i formacji strzeleckich.
Perl obserwował te zmiany z niepokojem – obawiał się utraty przez partię robotniczego oblicza i zawarcia sojuszu z prawicą w imię realizacji powstańczych planów. Na łamach „Przedświtu” przestrzegał swoich partyjnych kolegów, pisząc: Odrzucamy koordynację z burżuazyjną niemocą wszelkiego gatunku, z polityczną kołowacizną i nacjonalistyczną frazeologią klas posiadających. Efektem narastającego konfliktu był rozłam w 1912 r. i utworzenie nowej partii – PPS-Opozycja, której niekwestionowanym przywódcą został Perl.
„Opozycjoniści” stawiali sobie za cel obronę programowych tradycji PPS oraz utrzymanie ścisłej syntezy haseł niepodległościowych i socjalistycznych. Zdaniem Perla doktryna „militaryzmu rewolucyjnego”, realizowana przez Piłsudskiego i jego najbliższych współpracowników, była błędna, bowiem odrywała powstańcze wysiłki od emancypacyjnych dążeń mas ludowych. Szkolenie wojskowe, pozbawione wyraźnego związku z ideologią socjalistyczną, niewiele różniło się, jego zdaniem, od pozbawionych szans realizacji inteligenckich mrzonek irredentystycznych. Fałszywym jest i szkodliwym – pisał – gdy się „uświadomienie wojskowo-rewolucyjne” wyodrębnia jako osobny, udzielny świat, w którym nie obowiązuje metoda socjalistycznego myślenia, który wytwarza własną ideę i własną politykę poza kontrolą socjalistycznych zasad. Dodawał też, że partia socjalistyczna opiera się na proletariacie i na tych odłamach innych warstw społecznych, które na stanowisku proletariackim stoją. […] Przecież ruch zbrojny rewolucyjny opierać się będzie na masach ludowych, głównie na proletariacie miejskim, a mas tych nie poruszy, spójni moralnej im nie da, interesów i ideałów ich nie wyrazi „tęsknota do zupełnej z Ducha i z Woli solidarności w narodzie”, ani „koordynacja”, ani od socjalizmu starannie odseparowany „militaryzm rewolucyjny”, ani inne pomysły inteligenckie – lecz walka z najazdem pod sztandarem socjalistycznym.
PPS-Opozycja, w której oprócz Perla znaleźli się m.in. Tomasz Arciszewski i Kazimierz Pużak, okazała się jednak efemerydą, która przestała istnieć wraz z wybuchem I wojny światowej. „Opozycjoniści” w liście wysłanym do władz PPS oznajmiali: W chwili walki orężnej z najazdem rosyjskim zniknąć muszą wszelkie różnice, które nas dotychczas dzieliły. PPS-Opozycja rozwiązuje swoją organizację i przystępuje do PPS, wzywając jednocześnie wszystkich socjalistów polskich do walki o niepodległość kraju i interesy ludu pracującego we wspólnych szeregach.
Perl na fali patriotycznego uniesienia wstąpił do Legionów, jednak jako człowiek już nie najmłodszy, obdarzony kiepskim zdrowiem i kondycją, szybko został zwolniony ze służby przez komisję lekarską. Skupił się wobec tego na odbudowie struktur PPS w Królestwie, która była zadaniem kluczowym, jeśli socjaliści chcieli odegrać rolę w przyszłej walce o ustrojowy kształt niepodległej Polski. Powodzenie procesu odbudowy PPS było w dużej mierze zasługą Perla, przez cały okres wojny będącego niekwestionowanym przywódcą partii.
***
Wybuch wojny zmusił socjalistów do przejścia od abstrakcyjnych rozważań o drogach wiodących do odbudowy niepodległej i demokratycznej Polski do konkretnej działalności na rzecz realizacji tego hasła. Stanowisko, które w sporach wokół taktyki PPS zajmował Perl, było jednoznaczne. Postulował, aby partia prowadziła samodzielną, wyraźnie klasową politykę i unikała porozumień z ugrupowaniami burżuazyjnymi oraz rządami mocarstw centralnych. Był przekonany, że o sile partii nie będą stanowić gabinetowe porozumienia, ale rzeczywiste poparcie mas społecznych. Dlatego też znacznie bardziej cenił pracę organizacyjną na najniższym szczeblu, niż konwentykle i jałowe negocjacje z przedstawicielami ugrupowań burżuazyjnych.
Odrzucał ideę „konsolidacji narodowej”, czyli ponadpartyjnego porozumienia różnych sił politycznych w imię wspólnych wysiłków na rzecz odbudowy państwa polskiego. Podsumowując wojenną politykę różnych stronnictw inteligenckich, często tworzonych przez dawnych członków Frakcji Rewolucyjnej i lojalnych współpracowników Piłsudskiego, pisał: widzieliśmy ustępliwość nadzwyczajną wobec konserwatyzmu, stałe uganianie za kompromisem i żywiołami prawicy, kosztem zasad politycznych i wpływów społecznych, widzieliśmy po prostu jak pracowało się nad tym, by wypchnąć na czoło różne konserwatywne wielkości, zazwyczaj zupełne miernoty, a nawet zera.
Podobne poglądy zdobyły sobie wkrótce poparcie większości liderów PPS. Radykalizacji partii i emancypacji spod wpływów Piłsudskiego sprzyjały także wydarzenia w Rosji. Rewolucja lutowa, której efektem było obalenie caratu, w opinii Perla stanowiła zapowiedź zmiany nastrojów w całej Europie. Długotrwała i krwawa wojna doprowadziła wreszcie, jego zdaniem, do politycznego rozbudzenia społeczeństw europejskich. Rewolucja rosyjska była tego najlepszym dowodem, jednak wszystko wskazywało na to, że to jedynie pierwszy krok, a fala radykalizmu i dążeń demokratyzacyjnych wkrótce zaleje cały kontynent.
Celem socjalistów w Polsce powinno być wyzyskanie tych nastrojów już nie tylko dla odbudowy niepodległego państwa, ale również dla możliwe najszerszego zdemokratyzowania jego ustroju. Rewolucja jest smutną koniecznością – mówił podczas jednej z narad polityków obozu niepodległościowego. Ta rewolucja jest to szereg ruchów w całej Europie. Nie ma tu mowy o robieniu rewolucji. Ale trzeba ją opanować, jak przyjdzie żywiołowo. Rzeczą stronnictw demokratycznych i ludowych pokierować nią. […] Nie bądźmy bierni, gdy ona wybuchnie, aby nie opanowały jej żywioły anarchiczne […]. Owe żywioły anarchiczne to w pierwszej kolejności SDKPiL – pewne wpływy tej partii wyjaśniał politycznym niewyrobieniem pracowników i obecnością anarchistycznych „przeżytków” w ruchu robotniczym, stanowiących dziedzictwo okresu, gdy masowa walka proletariatu nie była możliwa, a dominowały poglądy spiskowe. […] esdectwo może czerpać swoje znaczenie tylko z niewyrobienia robotników. A jeżeli prawi o swojej „naukowości” to dlatego, że do esdectwa mają pociąg umysły talmudyczne spośród inteligencji, a raczej półinteligencji – ludzie nie zżyci głębiej z Polską i uważający tę swoją talmudyczność i brak głębszych uczuć za – naukowość.
***
Wojenna taktyka PPS, której architektem był Perl, przyniosła pożądane skutki. W listopadzie 1918 r. powstało suwerenne państwo polskie, a na jego czele stanęły rządy współtworzone przez ugrupowania postępowe. Wkrótce jednak lewicowy gabinet został zmuszony do dymisji, wyraźnie widoczne było też, że państwo polskie, wbrew dążeniom Perla i jego towarzyszy, raczej nie będzie „ludowe”. Jednocześnie coraz szerszym strumieniem napływały wieści z Rosji, gdzie umacniały się władze bolszewickie, zachęcające do pójścia w swoje ślady socjalistów z innych państw. Zachęty te trafiały na podatny grunt – w PPS rosła w siłę partyjna lewica, zarzucająca kierownictwu partii zbyt łatwe oddanie władzy i odrzucenie postulatu dyktatury proletariatu. W ten sposób rozpoczynała się jedna z najgorętszych dyskusji programowych w dziejach PPS, a jej efekt miał zadecydować na długie lata o ideowym obliczu partii i jej politycznej taktyce.
Perl był wówczas zwolennikiem parlamentarnej i ewolucyjnej drogi do socjalizmu. Nadejście ustroju społecznej sprawiedliwości uważał za konieczne, chciał jednak, aby dokonało się bez rozlewu krwi i wojny domowej. Jednocześnie był przekonany, że sytuacja po temu jeszcze nie dojrzała, a rewolucyjna niecierpliwość utoruje drogę kontrrewolucji. Był autorem określenia „rewolucja w majestacie prawa”, które na trwałe weszło do kanonu polskiej myśli socjalistycznej. W trakcie sejmowej debaty mówił: Użyję tu porównania Lassalle’a, który mówił, że rewolucja, rozumiana jako wielka przemiana społeczna, może się odbyć w różnych formach; w znacznym stopniu zależy to od czynników dzierżących władzę czy przyjdzie rewolucja z rozwianym włosem, z mieczem w dłoni, czy przyjdzie w majestacie prawa. My zasiadamy tutaj w Sejmie, my socjaliści, którzy agitowaliśmy za wyborami do tego Sejmu, którzy przyczyniliśmy się do powstania tego Sejmu, […] dołożymy wszelkich starań, ażeby rewolucja, która jest nieunikniona jako wielka przemiana społeczna, odbyła się u nas w całym majestacie prawa. I chodzi o to, ażeby i reakcja rozumiała to, że to jest konieczność historyczna. Jeśli nie zrozumie tego, to rewolucja przejdzie po nich z ich własną szkodą.
Koncepcja „rewolucji w majestacie prawa” była ostro krytykowana przez wewnątrzpartyjną lewicę. Postulowała ona przesunięcie głównego ciężaru polityki socjalistów z burżuazyjnego parlamentu do rad delegatów robotniczych, a także radykalizację taktyki partii i rozpoczęcie przygotowań do ewentualnego przejęcia władzy siłą. Do konfrontacji różnych koncepcji programowych doszło na kongresach PPS w 1919 i 1920 r. Feliksowi Perlowi, głównemu mówcy z ramienia kierownictwa partii, przyszło odpierać zarzuty radykałów. Do zwolenników dyktatury proletariatu mówił: Pomiędzy krańcowymi pojęciami Polska burżuazyjna i Polska socjalistyczna mieści się jeszcze pośrednie: okres demokracji. Socjalizm jest twórczością, która oprzeć się musi na demokracji. Zanim dojdziemy do socjalizmu, musimy przejść przez ten konieczny szczebel, którym jest sejm.
Dyktaturze proletariatu w wydaniu bolszewickim zarzucał, że oznacza ona nie tylko zniesienie wolności burżuazyjnej, ale zniesienie wolności jako takiej. Zdaniem Perla samo pojęcie „dyktatura proletariatu” jest mylące – proletariat jako wielomilionowa klasa nie jest w stanie sprawować dyktatury, władza pozostaje w rękach wąskiej grupy i zamienia się w dyktaturę nad proletariatem, skutecznie ograniczającą spontaniczny rozwój ruchu robotniczego. Przekonywał partyjnych towarzyszy, że należy odrzucić pojęcie „dyktatury proletariatu” jako prowadzące do zaniku wolności i ustanawiające rządy arystokratyczno-demagogiczne.
Ostatecznie Perl zdołał przekonać większość członków partii i to właśnie przygotowany przez niego projekt został przyjęty w 1920 r. jako oficjalny program PPS, tym samym określając na całe dwudziestolecie główne zasady ideowe polskiego ruchu socjalistycznego.
***
W niepodległej Polsce, już po ustabilizowaniu granic i rozładowaniu rewolucyjnych nastrojów, Perl znalazł się nieco na uboczu życia politycznego. Posiadał co prawda mandat poselski, był też członkiem najwyższych władz PPS, jednak ze względu na pogarszający się stan zdrowia starał się ograniczać aktywność na tych polach. Większość energii poświęcał na redagowanie „Robotnika”, który po latach konspiracyjnego wydawania mógł w końcu stać się legalnym, wysokonakładowym dziennikiem. W redakcji Perl panował niepodzielnie, budząc u młodszych współpracowników mieszaninę podziwu i lęku. Traktowano go jak cudem zachowany relikt z poprzedniego, bohaterskiego pokolenia ofiarników i ludzi podziemnych walk o niepodległość i socjalizm. Józef Mieszkowski, wówczas korektor w „Robotniku”, wspominał, że gdy na sali pojawiał się Perl, wszyscy pochylali się pilnie nad robotą. Perl bowiem sam pracował aż do zapomnienia, ale i od innych wymagał, by rzetelnie pracowali. Mówiono o nim, że jest wprawdzie osobą ludzką, ale bez ludzkich potrzeb. Gdy utonie w robocie, zapomina o wszystkim. Może nie jeść, nie pić, nie spać. Nie znosi jedynie, gdy mu przeszkadzają, kiedy pisze. „Robotnik” był pismem poważnym i niezwykle rzetelnym, Perl nie publikował tekstów anonimowych i niesprawdzonych informacji, nie gonił za sensacją i plotkami. Gdy niektórzy proponowali, aby redagować dziennik w sposób bardziej przystępny, miał w zwyczaju odpowiadać: Musimy wychowywać masy, a nie zniżać się do ich poziomu.
Mimo że nieco wycofany, Perl zabierał głos zawsze, gdy przychodziło socjalistom rozstrzygać poważne kontrowersje taktyczne. Gdy sytuacja polityczna w kraju zaczęła się coraz bardziej komplikować, a na prawicy i lewicy pojawiły się głosy nawołujące do zastąpienia demokracji parlamentarnej rządami „silnej ręki”, Perl przestrzegał licznych w PPS zwolenników powrotu do władzy Piłsudskiego: Broniliśmy go przed zarzutami, chcemy go widzieć na wysokich odpowiednich stanowiskach – ale stwierdzić musimy, że Piłsudski nie jest naszym człowiekiem. Nie wolno z niego robić lewicowego Mussoliniego. Będącego następstwem zamachu majowego procesu demontażu demokracji i budowy systemu rządów autorytarnych nie dane było mu już jednak widzieć. Zmarł, po ciężkiej dziesięciomiesięcznej chorobie, 15 kwietnia 1927 r.
Feliks Perl nie był pozbawiony wad – wedle współpracowników był apodyktyczny, oschły, chimeryczny. Głoszone przez niego poglądy miały wielu przeciwników, a ironiczny sposób prowadzenia przez niego polemiki często irytował i złościł. Mimo to otoczony był powszechnym szacunkiem. Jego nieprzeciętny intelekt, całkowite oddanie sprawie i zupełna bezinteresowność sprawiały, że nad trumną Perla z szacunkiem pochylili głowę nawet polityczni przeciwnicy. Jego wieloletni współpracownik, Jan Libkind, pisał: Postać Feliksa Perla, jak nić czerwona snuje się przez trzydziestopięcioletnią historię Polskiej Partii Socjalistycznej. Stał u jej kolebki, stworzył program, uzasadniał i bronił od ataków z lewej i prawej strony, bronił czystości jego zasad, był sumieniem partii. Natomiast Ignacy Daszyński u stóp trumny przykrytej czerwonym sztandarem i ostatnim numerem „Robotnika” mówił o nim: Poświęcił wszystko, nie żądał niczego. Te słowa stanowią chyba najlepszą puentę życia i pracy Feliksa Perla.
przez Kamil Piskała | środa 30 maja 2012 | nr 1/2012
W całej swojej działalności i politycznej, i naukowej Adam Próchnik pozostawał wierny ideałom, które przyjął za swoje już w latach młodości. Jeden z jego ostatnich artykułów konspiracyjnych w „Barykadzie Wolności” nosił znamienny tytuł: „O niepodległość, socjalizm, wolność”. Te trzy słowa charakteryzują dobitnie całość życia i działalności człowieka, polityka, historyka, wychowawcy – pisał w 30. rocznicę jego śmierci prof. Krzysztof Dunin-Wąsowicz.
***
Adam Próchnik przyszedł na świat 21 sierpnia 1892 r. we Lwowie. Jego matka, Felicja Nossig-Próchnikowa, to, jak na owe czasy, kobieta niezwykle oryginalna. Była głośną publicystką, zwolenniczką ruchu sufrażystek, a także jedną z pierwszych kobiet w Galicji, które uzyskały tytuł doktora filozofii (specjalizowała się w socjologii). Z prawnego punktu widzenia, ojcem Adama był Izydor Próchnik, zwykły urzędnik bankowy. Małżeństwo nie trwało jednak zbyt długo, a większą jego część małżonkowie spędzili w separacji. Wtedy też przyszedł na świat Adam Próchnik, którego biologicznym ojcem, jak głosiły plotki, był Ignacy Daszyński, wybijający się już wówczas na jednego z przywódców ruchu socjalistycznego w Galicji. Jego ojcostwo jest prawdopodobne, choć dziś historycy nie są już w stanie potwierdzić owego faktu niezbitymi dowodami.
Dorastał Próchnik w środowisku lewicowców i liberałów. Nic więc dziwnego, że już jako nastolatek wstąpił do socjalistycznej organizacji młodzieżowej „Promień”, zrzeszającej uczniów galicyjskich szkół średnich. Jego młodzieńcza droga jest charakterystyczna dla wielu działaczy PPS, którzy zaczynali w organizacjach uczniowskich, później wstępowali do Związku Walki Czynnej (ZWC), Związku Strzeleckiego, i wreszcie angażowali się w działalność partyjną w szeregach Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska. Próchnik we wszystkich tych organizacjach działał już jako uczeń szkoły średniej.
Jednak jego największą namiętnością wcale nie była polityka, lecz historia. W 1911 r. podjął studia historyczne na Uniwersytecie we Lwowie. Jak wynika ze wspomnień kolegów i zachowanych dokumentów, przyszły działacz PPS był nie tylko zdolnym studentem, ale z czasem stał się także jednym z liderów środowiska lwowskiej lewicy akademickiej, sympatyzując wówczas z utworzoną przez Feliksa Perla tzw. PPS-Opozycją.
Do przerwania studiów zmusił Próchnika wybuch I wojny światowej. Jako „poddany” Franciszka Józefa, otrzymał kartę mobilizacyjną i trafił na front w mundurze armii austriackiej. Niewiele brakowało, a wojna skończyłaby się dla niego tragicznie – podczas walk w Karpatach odmroził sobie nogi i tylko dzięki usilnym staraniom Daszyńskiego udało się uratować je przed amputacją. Do walki jednak już się nie nadawał, co miało swoje dobre strony, mógł bowiem wrócić na uniwersytet.
Studia skończył jeszcze w trakcie trwania konfliktu i w 1917 r., na podstawie dysertacji „Demokracja kościuszkowska”, otrzymał tytuł doktora filozofii. Dobór tematu wyraźnie wskazywał na zainteresowania Próchnika, którym wierny został w swej pracy historycznej do końca. Nie chciał być kronikarzem wielkich wojen i zbrojnych potyczek czy apologetą monarchów, badał ruchy społeczne i prądy intelektualne, dążące do zmiany status quo. Interesowali go ci, którzy walczyli o postęp, demokratyzację i poszerzanie granic wolności człowieka. Stąd też bohaterami jego książek stawali się francuscy rewolucjoniści, polscy reformatorzy doby Oświecenia, czy – przede wszystkim – działacze ruchu robotniczego i bojowcy PPS. Jego prace w wielu aspektach do dziś zachowują żywotność, nie tylko ze względu na świetny warsztat badawczy, ale także dzięki niepospolitym zdolnościom literackim. Nie była z pewnością podyktowana kurtuazją opinia wybitnego historyka, Henryka Wereszyckiego, który pisał, że Próchnik jest jednym z pionierów badań nad epoką popowstaniową polskich dziejów i to – jednym z pionierów najważniejszych. Gdy przeglądamy dorobek historiograficzny okresu, który przed r. 1939 nazywał się historią najnowszą, to można bez wahania stwierdzić, że dorobek w nim Próchnika jest najpoważniejszy, i to nie tylko ilościowo, ale co najważniejsze i jakościowo.
Listopad 1918 r. zastał Próchnika we Lwowie, gdzie jako żołnierz POW brał udział w toczonych z Ukraińcami walkach o władzę w mieście. Wkrótce jednak trafił do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie objął funkcję dyrektora państwowego archiwum. Z Piotrkowem i piotrkowską organizacją PPS związany był przez 10 lat, szybko stając się jedną z centralnych postaci życia politycznego i kulturalnego w tym mieście.
***
W latach 20. pozostawał jednak w zasadzie jedynie działaczem lokalnym, którego nazwisko niewiele mówiło opinii publicznej. I choć nie miał większego wpływu na ówczesną politykę ogólnopolskiej PPS, to brał aktywny udział w publicystycznych debatach na temat najważniejszych problemów państwa i kierunków polityki partii. Szczególnie zajmowała go kwestia powojennego ułożenia stosunków narodowościowych w Europie i jej znaczenie dla Polski. Uważał, że „porządkowanie” mapy politycznej Europy dobiega końca i z czasem wszystkie narody kontynentu uzyskają własne państwo. Oczywiście, nie było to dla niego równoznaczne z całkowitym rozwiązaniem problemu. Pisał: Pozostaną, naturalnie, sprawy sprawiedliwego rozgraniczenia tych państw i sprawy mniejszości narodowych. Ale sprawy te nie będą mogły już mieć tego kolosalnego znaczenia, jakie dawniej posiadały. Realizacja tej pokojowej wizji, którą zresztą Próchnik mocno wiązał ze zwycięstwem socjalizmu, była jednak dużo trudniejsza niż mu się zdawało. Pokazał to choćby problem przynależności państwowej terenów Litwy, Białorusi i Ukrainy, o które przyszło toczyć walkę odrodzonej Rzeczypospolitej oraz Rosji Radzieckiej.
Kwestia wschodniej granicy państwa i polityki wobec obszarów na wschód od Bugu budziła w łonie PPS duże kontrowersje i przyznać trzeba, że do pokoju ryskiego nie zdołali socjaliści wypracować spójnej i powszechnie akceptowanej propozycji programowej. Różnie interpretowano koncepcję „federacyjną” i różnie też oceniano kolejne posunięcia Józefa Piłsudskiego, kształtujące wówczas polską politykę wschodnią. Sprawom tym wiele uwagi poświęcał też Próchnik, polemizując z kierownictwem partii i jej głównym teoretykiem – Mieczysławem Niedziałkowskim. Zdecydowanie odrzucał zarówno, posiadającą endecką proweniencję, tzw. koncepcję inkorporacyjną (przyłączenie do Polski rozległych obszarów na wschodzie), jak i popularną na lewicy ideę federacyjną. Próchnik odrzucał pomysł budowy federacji Polski oraz mniejszych państw na wschodzie (rozważano Białoruś, Ukrainę i Litwę), jako oparty na błędnym założeniu o „niedokończeniu” procesów narodowościowych na tych terenach. Nie ma bowiem – pisał – w gruncie rzeczy ukończonych procesów narodowościowych. W istocie bowiem procesu narodowościowego leży cecha płynności […]. Próchnik dowodził, że roztoczenie swoistej kurateli nad „młodszymi braćmi” i pomaganie innym narodom w „dorastaniu” do pełnej niepodległości jest nie tylko wątpliwe etycznie, ale także błędne z politycznego punktu widzenia. Dopóki Polska będzie państwem burżuazyjnym, dopóty Białorusini czy Ukraińcy nie mogliby liczyć na możliwość pokojowego opuszczenia federacji. Jedyną drogą, aż nazbyt dobrze znaną Polakom, byłaby więc irredenta. Z sarkazmem pisał, że koncepcja przemienienia Polski w zakład wychowawczy życia niepodległościowego dla sąsiadów przyniosłaby w rezultacie szkodę zarówno nam, jak i naszym uczniom.
Co proponował w zamian? Pełne urzeczywistnienie prawa samostanowienia narodów o swym losie, rozszerzenie Polski do swych granic etnograficznych i rozdzielenie terenów pośrednich między rodzinę wolnych i swobodnych narodów. […] Nie wmawiać w jedne narody, że nie dojrzały do państwowości własnej, a w drugie, że mają do spełnienia misję pedagogiczno-polityczną. Pamiętamy zbyt dobrze, jak nas wychowywano do niepodległości. Nasz program wschodni powinien być wyraźny i jasny: dać głos ludności. Propozycje Próchnika nie zyskały zbyt wielu zwolenników, jednak samodzielność jego sądów wzbudziła zainteresowanie i uznanie. Nie przypadkiem zwróciliśmy uwagę na ten aspekt poglądów Próchnika – po pierwsze, jest to mało znana część jego dorobku, a po drugie, właśnie podczas debaty nad polityką wschodnią wyraźnie zaznaczyło się jego stanowisko opozycyjne wobec przywódców partii. Jak zobaczymy, nie było mu po drodze z liderami PPS w zasadzie przez całe międzywojnie.
***
Mimo udziału w polemikach i dyskusjach na łamach prasy socjalistycznej, przez długi czas stał na uboczu „wielkiej polityki”. Uwagę poświęcał przede wszystkim działalności społecznej i samorządowej. W wielu wspomnieniach widnieje opinia, że miał duszę społecznika, angażującego całą energię dla dobra wspólnoty. Był przez całe dwudziestolecie aktywnym członkiem niezliczonej ilości stowarzyszeń, zasiadał także w samorządzie Piotrkowa Trybunalskiego i Warszawy. Jako ławnik piotrkowskiego magistratu, a później prezes Rady Miejskiej, dbał o realizację takich postulatów lewicy, jak upowszechnienie oświaty, tworzenie kas chorych czy budowa tanich mieszkań. Dowodem uznania było obdarzenie go w 1928 r. przez mieszkańców Piotrkowa mandatem poselskim.
Kariera sejmowa Próchnika trwała, wobec przedwczesnego rozwiązania izby, jedynie dwa lata, śmiało jednak można powiedzieć, że był to punkt zwrotny w jego życiu. W pracy poselskiej zajmował się przede wszystkim najlepiej sobie znaną problematyką oświaty. Z sejmowej mównicy bronił szkoły wolnej, demokratycznej i nastawionej na wyrównywanie szans. Przestrzegał przed, coraz bardziej widocznymi, dążeniami sanacji do podporządkowania szkolnictwa własnym interesom. Przypominał, że szkolnictwo służy celom szerszym i dalszym, celom przyszłości, a nie może być uzależnione od bieżącej polityki, od jej zmienności i kaprysów. Bronił też, ograniczanej przez administrację, niezależności nauczycieli. Zwracając się do ówczesnego ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego (tak nazywał się wówczas resort oświaty), Stanisława Czerwińskiego, pytał: Czyż może być wychowawcą młodzieży człowiek bojący się własnego cienia, pozbawiony swobody myśli, żyjący w ciągłym strachu utraty pracy, zmuszony do ukrywania swych poglądów, jeżeli już nie do płaszczenia się przed władzą? Czyż ten brak charakteru ma być wzorem dla młodzieży?
Swoje oświatowe pasje kontynuował Próchnik w latach 30. jako działacz Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu, a także jako wieloletni członek Zarządu Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. Wierzył, że demokratyczna oświata, pobudzająca ciekawość, a zarazem skłaniająca do krytycyzmu i nonkonformizmu, jest środkiem, który przybliża urzeczywistnienie socjalizmu. Szkoła nasza musi więc być inna od zwyczajnej szkoły. Musi chować członków przyszłego solidarnego świata pracy. Ma ona zatem dwa zasadnicze cele: 1) musi wytworzyć człowieka, który potrafi walczyć o nowy ustrój, 2) człowieka, który zdolny będzie do życia w owym ustroju, który będzie pożytecznym i twórczym członkiem przyszłego społeczeństwa. W rychłe nadejście owego „przyszłego społeczeństwa”, równego i wolnego, zachowywał niezachwianą wiarę przez całe życie.
***
Zdecydowanie antysanacyjne wystąpienia sejmowe Próchnika, a także coraz ostrzejszy ton jego artykułów prasowych sprawiły, że zaczęła się skupiać wokół niego grupa członków PPS kontestujących dotychczasową – w ich mniemaniu kunktatorską – politykę kierownictwa partii. Przyznać trzeba, że w jego publicystyce nie było awanturnictwa i efekciarstwa, nie poszukiwał taniego poklasku. Widać to choćby na przykładzie prowadzonych analiz narastania w Polsce autorytaryzmu. Nie wysuwał personalnych oskarżeń, nie chciał wyszydzić i ośmieszyć poprzez wyolbrzymianie drobnych incydentów. Pragnął natomiast zrozumieć przyczyny porzucenia demokracji i mechanikę rządów dyktatorskich.
Zastanawiając się nad fenomenem dyktatury, Próchnik zauważał, że historia uczy, iż zazwyczaj najwyższa władza przypada w takich wypadkach jednostkom przeciętnym i małym, faworytom szczęścia, kabotynom, zarozumialcom, pustym pęcherzom rozdętym przez zręczną reklamę. Rządy autorytarne, mimo wytwarzania iluzji sprawności i siły, były w jego opinii dużo mniej skuteczne niż normalnie funkcjonujący system demokratyczny. Za fasadą realizacji „woli ludu” kryło się jedynie ograniczanie swobód obywatelskich, forowanie konformizmu i mierności, łamanie moralności społeczeństwa. Wszystkie te negatywne przejawy dyktatury można było, zdaniem Próchnika, wskazać także w Polsce rządzonej przez Piłsudskiego i jego współpracowników. Trzeba raz wreszcie wyrzec się naiwnej wiary w cudowne skutki uderzenia szabli czy stuknięcia buta. Że się go przerażają ludzie małego ducha, że się korzą przed nim ludzie słabego charakteru, nie znaczy to bynajmniej, aby to samo uczynić miały spory narodowościowe, aby się ulęknąć miał kryzys gospodarczy. Zagadnień tych nie można przerazić, trzeba je rozwiązać. em>Tych problemów rozwiązać nie umiał, zdaniem Próchnika, rządzący w Polsce obóz sanacyjny.
Szczególną formą dyktatury, której wiele uwagi poświęcał, był faszyzm, rozsadzający ramy tradycyjnych interpretacji socjalistycznych. Aby móc z ruchem tym skutecznie walczyć – pisał Próchnik – trzeba znać dobrze jego istotę, trzeba wiedzieć, co on reprezentuje. Te wewnętrzne czynniki faszyzmu pozwalają dopiero wytworzyć sobie prawdziwy obraz jego siły i trwałości, i umożliwiają ocenę perspektyw toczącej się walki. Dla Próchnika faszyzm był próbą ratowania – pogrążonego w kryzysie – kapitalizmu, poprzez stworzenie iluzji, że istnieje inna droga naprawy niż ta postulowana przez ruch socjalistyczny. Porównywał jednocześnie dziejową rolę faszyzmu do tej, którą przyszło odegrać oświeconemu absolutyzmowi. Pisał na ten temat: Ludy są rzekomo niezdolne do decydowania o swym szczęściu. Operację, która jest niezbędna przeprowadzi dyktatura, która jedna posiada tajemnicę jak uszczęśliwić ludzkość. Politykę tę można nazwać śmiało polityką „oświeconego faszyzmu”. Człowieku, przemawia faszyzm do obywatela, ty nie wiesz, na czym polega twe szczęście, ja cię uszczęśliwię, ale pozwól, że najpierw wezmę cię za łeb. I tę wstępną czynność przeprowadza z energią i zapałem.
***
Walka z faszyzmem, czy szerzej, z wszelkimi formami dyktatury, a więc także z sanacją, wymagała jego zdaniem stworzenia bloku sił, który byłby zdolny przejąć władzę i rozpocząć budowę ustroju socjalistycznego. Tutaj też, jak się wydaje, kryła się jedna z głównych przyczyn intensywnych polemik, jakie toczył w latach 30. z kierownictwem PPS. To wtedy właśnie „niepokorny” Próchnik został przez komunistów okrzyknięty przywódcą „lewicy socjalistycznej” i zwolennikiem jednolitego frontu, pojmowanego na sposób kominternowski. Tak też przez długi czas przedstawiano jego postać w PRL, widząc w nim nieomal jednego z ojców „zjednoczenia ruchu robotniczego”, czego wyrazem miało być – w oficjalnej interpretacji – powstanie PZPR. Stanowisko takie nie było jednak do końca uzasadnione.
Niewątpliwie w połowie lat 30. Próchnik, dostrzegając postępy faszyzmu w Europie, zaostrzanie dyktatury w Polsce oraz wzrost wpływów Stronnictwa Narodowego i ONR, stał się zwolennikiem współpracy socjalistów z komunistami. Uważał, że w tych warunkach zbliżenie wszystkich sił walczących o nowy ustrój jest konieczne. Nie chodziło jednak o podporządkowanie PPS interesom Moskwy, lecz o trzeźwy, wolny od uprzedzeń stosunek do komunistów. Uważał, że można znaleźć w nich cennego sojusznika w walce ze wspólnym wrogiem, a być może także sojusznika w budowie nowego ładu społecznego. Pisząc o swoich doświadczeniach z żoliborskiej WSM, gdzie obok siebie zamieszkiwali i współpracowali przedstawiciele różnych partii socjalistycznych, komuniści i bezpartyjni lewicowcy, zauważał: Mamy niejednokrotnie różne poglądy co do drogi, która prowadzi do celu, hołdujemy różnym metodom walki, należymy do różnych kierunków i partii politycznych. I nie może być inaczej. Nie jesteśmy jednak oderwani od ogólnego pnia klasy pracującej, żyjemy jednym z nią życiem i po organizmie naszym krążą te same prądy, które krążą po jej organizmie. Rzucił też hasło, jego zdaniem streszczające sens idei frontu ludowego: Mamy wspólne cele, starajmy się o wspólną drogę.
Poszukiwanie zbliżenia przede wszystkim z komunistami i polemika z nawiązującymi do koncepcji „nowego Centrolewu” poglądami Niedziałkowskiego czy Pużaka, w przypadku Próchnika wynikały z przeprowadzonej analizy procesu dziejowego. Próchnik uważał, że systemy autorytarne i faszystowskie, ukształtowane w okresie międzywojennym, nie są jedynie odstępstwem, koszmarnym interludium w procesie budowy demokracji parlamentarnej, lecz stanowią po prostu kolejną fazę rozwoju społecznego, poprzedzającą socjalizm. Ci, którzy początkowo przypuszczali, że faszyzm jest to lokalne zboczenie z drogi demokracji, byli w błędzie. Faszyzm jest pewną fazą rozwojową, pewnym okresem procesu dziejowego. Dlatego też wspólna z ludowcami czy tzw. lewicą sanacyjną walka o przywrócenie stosunków politycznych sprzed przewrotu majowego, była jego zdaniem naiwną próbą zawrócenia koła historii. Przy innej okazji pisał wprost: Nie będziemy wszak walczyć z faszyzmem pod hasłem odbudowy swobód demokracji burżuazyjnej, ale pod hasłem bezpośredniej całkowitej przebudowy ustroju. Po obaleniu faszyzmu przyjść miał więc czas budowy socjalizmu, nie zaś okres restytucji demokracji burżuazyjnej.
Aby podjąć skuteczną walkę o zdobycie władzy, zdaniem Próchnika potrzeba było jednak znacznie więcej, niż tylko zawrzeć porozumienie z komunistami i pozyskać dla idei frontu ludowego warstwy zdeklasowane, np. bezrobotnych, wywłaszczonych chłopów czy ubogich urzędników. Przede wszystkim należało zmienić kierunek polityki PPS – naturalnego lidera całego projektowanego bloku. Próchnik chciał, aby partia zerwała z zachowawczą i ostrożną polityką, dostosowując się do narastających radykalnych nastrojów społecznych. Podobnie jak on myślało wielu innych działaczy, np. Norbert Barlicki czy Stanisław Dubois. Ta partyjna „lewica”, choć bardzo niejednolita, dzięki swemu dynamizmowi i radykalizmowi zdobywała coraz większe poparcie wśród szeregowych pepeesowców. Świadczył o tym choćby ostry, momentami rewolucyjny ton, uchwał podjętych przez kongres partii w 1934 r. Rok później, w tym samym kręgu powstał projekt nowego programu PPS, który mógł być zapowiedzią poważnego zwrotu w polityce partii.
Kim byli autorzy owego – jak go nazwano – „żółtego programu”? Dziś trudno ustalić skład całej grupy, ale wśród nich znalazł się Próchnik. Na łamach prasy z zapałem przekonywał o słuszności programu: Zasadniczą rzeczą, która przemawia za projektem „mniejszości” jest to, że stanowi on pewną logicznie, konsekwentnie przemyślaną i przeprowadzoną koncepcję. Nie ma tam niejasności i wnioski są wyciągane aż do końca. Program stwierdza więc, że przeżywamy fazę kapitalizmu monopolistycznego, bankructwo form gospodarczych i polityczny odpowiednik tego – faszyzm. Czy na takich przesłankach można skonstruować program reformistyczny? Niepodobna.
W istocie, projekt daleki był od reformizmu i kunktatorstwa. Zapowiadał ostrą walkę z rządami sanacyjnymi, aż do możliwości obalenia ich drogą zbrojnego przewrotu włącznie. Zwycięstwo w tej walce miało otworzyć drogę do budowy nowego, socjalistycznego ładu. W początkowym okresie socjalistyczny rząd miał sprawować władzę w formie dyktatury, aby złamać wszelkie pojawiające się próby restytucji kapitalizmu. Próchnik w artykułach na ten temat pisał, że program, który współtworzył, przewiduje szereg ograniczeń wolności i praw politycznych, niezbędnych w okresie dyktatury. Ale odrzuca równocześnie karę śmierci i kary połączone z udręczeniami. Konstytuuje dyktaturę jako demokrację proletariacką, istniejącą z woli klasy pracującej i pod jej kontrolą. Ostrze jej ma być skierowane przeciw wrogom klasowym warstw pracujących, ale nie przeciw samym tym warstwom.
Wbrew pozorom, nie oznaczało to zanegowania demokratycznej tradycji europejskiego ruchu socjalistycznego. Jego myśl szła podobnym torem, co ówczesne rozważania sporej części teoretyków Międzynarodówki Socjalistycznej, z Otto Bauerem na czele. Próchnik od początku aktywności publicystycznej podkreślał zalety systemu demokratycznego, jako najsprawiedliwszej, optymalnej formy rządów. O ile jednak w latach 20. wierzył, że powszechne prawo wyborcze i rządy parlamentu będą w stanie uruchomić proces demokratyzacji życia społecznego i tym samym przybliżą Polskę do socjalizmu, o tyle w latach 30. rozważał to zagadnienie w sposób bardziej zniuansowany. Przeprowadził wówczas wszechstronną, wielopłaszczyznową i… chyba do dziś w wielu miejscach aktualną krytykę demokracji przedstawicielskiej. Z jednej strony bowiem maskuje ona, pod pozorami równości i wolności, rzeczywiste antagonizmy klasowe i konflikty społeczne. Z drugiej zaś sprowadzenie „rządów ludu” jedynie do ponawianego co kilka lat aktu wyborczego owocuje brakiem zainteresowania sprawami kraju. Współczesna mieszczańska demokracja […] oddaje czynną rolę w ręce kilkunastu ministrów i kilkuset posłów. A aktywność reszty społeczeństwa polega na udziale co kilka lat w akcie wyborczym. W praktyce równa się to niemal bierności, gdyż nie można wymagać, aby w tych warunkach mogło się wytworzyć poczucie odpowiedzialności za losy kraju.
Demokracji politycznej przeciwstawiał Próchnik koncepcję demokracji integralnej – obejmującej obok sfery polityki (ze szczególnym naciskiem na instrumenty bezpośredniego wpływu społeczeństwa na decyzje), również sferę ekonomiczną i społeczną. Taka demokracja oddaje w ręce społeczeństwa wszystko, oddaje mu decydowanie w pierwszej i ostatniej instancji w sprawach politycznych, narodowych, kulturalnych, gospodarczych, społecznych i wszystkich innych. Znosi nie tylko absolutyzm króla czy dyktatora, ale również absolutyzm kapitalisty, fabrykanta, bankiera. Jednak realizacja tego ideału możliwa była, zdaniem Próchnika, wyłącznie w ramach ustroju socjalistycznego. W jego imię, warto było sięgnąć – choćby przemocą – po władzę i zastosować w okresie przejściowym środki dyktatorskie wobec wszystkich, którzy chcieliby czynnie zwalczać rząd socjalistyczny.
Radykalne koncepcje Próchnika i jego towarzyszy nie miały jednak, w specyficznych warunkach drugiej połowy lat 30., większych szans na realizację. Dzięki zabiegom kierownictwa PPS znacznie zmniejszyły się wpływy zwolenników porozumienia z komunistami i bezpośredniego starcia z sanacją. Tym samym nie było jakichkolwiek szans na przeforsowanie współtworzonego przez Próchnika projektu programu PPS. On sam zresztą, w obliczu narastania groźby wojny i wiadomości o kolejnych procesach pokazowych w Moskwie, sukcesywnie eliminował bardziej radykalne tony ze swoich tekstów. Wobec informacji o oskarżeniach wysuwanych wobec znanych przywódców bolszewickich, jak Zinowiew, Bucharin czy Radek, Próchnik tracił zaufanie do komunistów. Wciąż wierzył w konieczność stworzenia bloku sił walczących o socjalizm, wciąż nazywał go frontem ludowym, lecz w miejsce dawnego optymizmu, w jego wypowiedziach coraz częściej pojawiały się sceptyczne, powątpiewające tony. Ostatecznie nadzieje na „jednolity front” przekreślił Stalin, likwidując KPP i pozbawiając życia większość jej przywódców.
***
Tymczasem na pierwszy plan wysuwały się zagadnienia międzynarodowe i problem obrony kraju. Po zajęciu Czechosłowacji przez Niemcy, Próchnik z zimnym realizmem pisał: Stoimy sam na sam w obliczu państwa osiemdziesięciomilionowego, które swoją własną potęgę techniczną powiększyło o walory techniczne reprezentowane przez Czechosłowację. Z tym stanem trzeba się liczyć. […] Obalona została wiara w różne deklaracje polityczne, w składane obietnice, w ofiarowywane gwarancje. […] Świat nie będzie miał spokoju. Będzie wciąż niepokojony, nie dadzą mu zażyć ciszy. To jest właśnie tą realnością, z którą należy się rachować. Warto podkreślić jednak, że nawet w obliczu zagrożenia wojną, Próchnik pozostał bardzo wyczulony na wszelkie przejawy nacjonalizmu i szowinizmu. Podkreślał, że tylko zgodna współpraca Polaków oraz przedstawicieli mniejszości narodowych daje nadzieję na pomyślny rezultat wojny. Przestrzegał, że dopóki państwo polskie prowadzi politykę dyskryminacji ze względu na pochodzenie narodowościowe, nie może ono liczyć na to, że do jego obrony stanie 1/3 jego obywateli, czyli przedstawiciele mniejszości narodowych. Ze szczególną energią zwalczał antysemityzm i faszystowskie tendencje widoczne zarówno w obozie rządzącym, jak i – szczególnie jaskrawo – w kołach endeckich.
Jeszcze dzisiaj bardzo aktualnie brzmią jego słowa z artykułu zamieszczonego w „Robotniku”: Są ludzie, którzy mają pełne usta wielkiej Polski, do której rzekomo dążą. Wszystko zależy od tego, w czym widzimy wielkość Polski. Ale Polska barbarzyństwa, Polska młodych nieuków bijących szyby i napadających na kobiety, Polska brutalnej siły fizycznej nie jest z pewnością wielka. I co najważniejsze nie jest bezpieczna […]. Nie należy bowiem popełniać błędu i mieszać brutalności z siłą, odwagi z bezczelnością, energii z barbarzyństwem i dzielności z rozwydrzeniem, które wyrosło na bezkarność. Małe idee rodzą małych ludzi. Wielka Polska – to Polska kultury, Polska ludzi wolnych i szczęśliwych.
Najgorsze przewidywania się sprawdziły – 1 września wybuchła wojna. Próchnik w trakcie oblężenia Warszawy pracował w utworzonym przez działaczy PPS Robotniczym Komitecie Pomocy Społecznej. Po wkroczeniu Niemców zaangażował się od razu w działalność konspiracyjną: prowadził tajne komplety, udzielał w WSM schronienia ukrywającym się działaczom, redagował różne podziemne wydawnictwa. Podjął także pracę w tworzonym – w ramach Związku Walki Zbrojnej – Wojskowym Biurze Historycznym, dla którego prowadził kronikę okupacji. Znalazł się jednak początkowo na uboczu konspiracyjnego życia politycznego. Nie znalazło się dla niego miejsce w utworzonej w celu zastąpienia PPS nowej konspiracyjnej organizacji, nazwanej WRN – Wolność, Równość, Niepodległość.
Wkrótce jednak Próchnik zaangażował się w wydawanie socjalistycznego pisma „Barykada Wolności”, powstałego z inicjatywy Norberta Barlickiego i Stanisława Chudoby. Na łamach tego pisma rozważał możliwe scenariusze wydarzeń w ogarniętej wojną Europie. Był głęboko przekonany, pamiętając choćby zakończenie poprzedniej wojny światowej, że konflikt skończy się rewolucją społeczną, która otworzy drogę do budowy socjalizmu. Wojna, jego zdaniem, „obudziła” bierne dotychczas masy, uzmysłowiła im zgubne skutki trwania kapitalizmu. Przepowiadał: Wojna jest to olbrzymie przedstawienie, na którym wszyscy są obecni. A przy końcu przedstawienia do głosu dojdą widzowie. […] Olbrzymia lawina została poruszona i z wolna zaczyna się posuwać.
Po początkowej izolacji, szybko wyrósł na jednego z liderów podziemnej lewicy. Grupa działaczy skupionych wokół „Barykady Wolności” powołała we wrześniu 1941 r. nowe ugrupowanie: Polscy Socjaliści (PS), na którego czele stanął właśnie Próchnik. Deklaracja programowa PS głosiła konieczność rewolucyjnego zakończenia wojny i utworzenia opartej na wzajemnym zaufaniu „Federacji Europejskiej”. W Związku Radzieckim widziano cennego sojusznika w walce z Niemcami, ale zarazem, co warto mocno zaakcentować, zastrzegano: nie zmieniamy naszego negatywnego stosunku wobec politycznego ustroju Sowietów.
Rozłam w ruchu socjalistycznym stanowił okoliczność bardzo niekorzystną, nic dziwnego więc, że w zasadzie tuż po powstaniu PS rozpoczęto rozmowy na temat połączenia PS i WRN w jednolitą, kontynuującą przedwojenne tradycje, PPS. Jednym z głównych uczestników negocjacji był oczywiście Próchnik. Nie udało mu się jednak ich z powodzeniem ukończyć. Zmarł nagle, 22 maja 1942 r. Dostał ataku apoplektycznego w jednej z warszawskich kawiarni w trakcie rozmów na temat przywrócenia jedności w ruchu socjalistycznym.
***
Adam Próchnik to jedna z najciekawszych postaci międzywojennej PPS. Trudno uznać go za typ „działacza partyjnego”, zorientowanego w kuluarowych rozgrywkach, z bezwzględnością zwalczającego przeciwników. Nigdy też nie szukał taniego poklasku, pochwał i pochlebstw. Był za to intelektualistą naprawdę dużego formatu, bez wątpienia jednym z najtęższych umysłów PPS. Jego spuścizna historyczna w dużej mierze do dziś zachowuje aktualność – przykładem może być jedna z najgłośniejszych prac, „Pierwsze piętnastolecie Polski Niepodległej”, pisana „na gorąco” historia II Rzeczypospolitej, do której odwołania można spotkać we współczesnych rozprawach naukowych.
Analiza publicystyki Próchnika ukazuje nam go jako przenikliwego obserwatora wydarzeń politycznych, samodzielnego i oryginalnego w swych sądach i opiniach. Był Próchnik zarazem humanistą i marksistą, przekonanym o tym, że inny, lepszy świat jest możliwy. Walce o ten lepszy świat poświęcił w zasadzie całe swoje dorosłe życie.
przez Kamil Piskała | piątek 13 kwietnia 2012 | inspiracje, z Polski rodem
Straciliśmy nie tylko Człowieka – pisał Adam Próchnik w pierwszą rocznicę śmierci Mieczysława Niedziałkowskiego – który zdobył sobie jedno z pierwszych miejsc w moralnej hierarchii społeczeństwa. Pożegnaliśmy w Nim rok temu symbol tego, co najcenniejsze w polskim socjalizmie i tego, co najcenniejsze w polskiej kulturze politycznej. Jako socjalista M. Niedziałkowski podkreślał w całej swej działalności publicystycznej i politycznej wartość elementu humanistycznego. Ideał socjalistyczny łączył nierozdzielnie z ideałem wolności i kultury. Wizja socjalistycznej przyszłości świata była dlań wizją człowieka szczęśliwego, wolnego, światłego i dobrego […].
***
Urodził się w 1893 r. w Wilnie. Pochodził z rodziny inteligenckiej, wywodzącej się ze zubożałego ziemiaństwa. Wychowywano go w atmosferze kultu powstania styczniowego oraz wszechstronnego zainteresowania sprawami publicznymi.
Czas jego dojrzewania to okres szczególnie intensywnego i bogatego życia politycznego w środowisku polskiej młodzieży. Jako 16-latek, zafascynowany ideą walki o niepodległość i postulatami sprawiedliwości społecznej, Niedziałkowski zaangażował się w działalność młodzieżowego ruchu „filareckiego”, inspirowanego przez PPS. „Filareci” łączyli hasła czynnej walki z zaborcą w oparciu o masy ludowe z postulatami głębokiej demokratyzacji i reform społecznych w odrodzonej Polsce.
Aleksander Hertz, wspominając po latach zaangażowanie w ruch filarecki, pisał: Nie ulega wątpliwości, że postulat walki o niepodległość narodową dominował w motywacjach wielu moich kolegów organizacyjnych. Bez większej walki wewnętrznej wysiedli oni z czasem na „przystanku niepodległość”. Jednak dla wielu innych postulat socjalizmu był czymś zasadniczym i nie dającym się oddzielić od postulatu odrodzenia narodowego i walki o niepodległość. Do drugiej grupy, łączącej niepodległość i socjalizm, należał również Niedziałkowski.
***
W 1912 r. ukończył wileńskie gimnazjum i przeniósł się do Petersburga. Tam podjął studia na wydziale prawa miejscowego uniwersytetu. Oczytany i wszechstronnie uzdolniony zwrócił uwagę prof. Leona Petrażyckiego, uczonego o europejskiej sławie. Wpływ Petrażyckiego jest wyraźnie widoczny w późniejszych poglądach Niedziałkowskiego. Bliska była mu szczególnie sformułowana przez niego teoria państwa, przy której, jak pisał po latach, leninowskie pojmowanie państwa trąci jaskrawym konserwatyzmem umysłowym. Podzielał także poglądy Petrażyckiego nt. konieczności rozumnej „polityki prawa”, która realizowana w przemyślany sposób przez władze państwowe mogłaby stać się katalizatorem i moderatorem pożądanych zmian społecznych.
Był już wówczas bardzo aktywny jako publicysta, regularnie współpracował z redakcjami kilku pism, m.in. z opiniotwórczym „Przeglądem Wileńskim”. Cechą charakterystyczną tych wczesnych tekstów jest duży dystans wobec inspirowanego myślą K. Kautsky’ego tzw. marksizmu II Międzynarodówki, będącego wówczas oficjalną doktryną większości europejskich partii socjalistycznych. Niedziałkowski w koncepcjach Kautsky’ego piętnował nadmierny wpływ pozytywistycznego dziedzictwa oraz przekonanie o „obiektywnym” i niepodważalnym charakterze raz ustalonych praw rozwoju społecznego. Zdecydowanie bliżsi byli mu Sorel i Brzozowski, z aktywizmem swojej filozofii, kultem pracy i czynu oraz krytyką alienacji inteligencji.
***
Wybuch I wojny światowej zmusił Niedziałkowskiego do przerwania studiów. Na wezwanie władz „filarecji” wyruszył do Warszawy, żeby wzmocnić w tych – jak się wówczas wydawało – przełomowych chwilach siły obozu niepodległościowego.
W stolicy od razu zaangażował się w prace PPS, szybko awansując do grona członków ścisłego kierownictwa partyjnego. Częściowe odmłodzenie władz PPS i usunięcie się niektórych działaczy związanych z Piłsudskim wpłynęło korzystnie na sytuację partii. Socjaliści potrafili wykorzystać narastający w polskim społeczeństwie opór wobec rabunkowej gospodarki austriackich i niemieckich okupantów. PPS propagowała wówczas hasła niepodległej i demokratycznej Polski, w której dzięki głębokim społecznym reformom poprawie ulec miał byt warstw pracujących. Postulaty te znajdowały również odbicie w publicystyce Niedziałkowskiego, który był m.in. współredaktorem „Jedności Robotniczej” (legalnego organu PPS), a także legendarnego „Robotnika”.
W głoszonym wówczas haśle „najpierw niepodległość, później socjalizm” wyrażały się poglądy Niedziałkowskiego na taktykę, jaką powinna stosować PPS. Konkurentom z SDKPiL oraz PPS-Lewicy zarzucał, że poprzez schematyczne i uproszczone interpretacje myśli Marksa odrywają się od faktycznych potrzeb społeczeństwa. Uważał, że pierwszym celem polskiej lewicy powinno być rozwiązanie kwestii narodowej. Dopiero w warunkach demokratycznego i niezależnego państwa polskiego socjaliści będą mogli rozpocząć stopniową budowę ustroju społecznej sprawiedliwości.
***
Jesienią 1918 r. PPS stanął przed dylematem: czy decydować się na budowę socjalizmu drogą rewolucyjną, podobną do obranej przez bolszewików, czy pójść śladem zachodnioeuropejskich socjaldemokratów, nastawiając się na ewolucyjne, długotrwałe przemiany społeczne. W dyskusji tej, zakończonej zdecydowanym zwycięstwem zwolenników rozwiązań bardziej umiarkowanych, znaczący udział miał również Niedziałkowski, będący już wówczas jednym z najważniejszych publicystów PPS.
Niedziałkowski zdecydowanie odrzucał lansowany przez rewolucyjną lewicę pogląd o jednoznacznie klasowym charakterze instytucji państwa. Triumf idei demokratycznych i upowszechnienie prawa wyborczego sprawiały jego zdaniem, że dzięki umiejętnej polityce partii socjalistycznej możliwe jest stępienie antyrobotniczego ostrza rządów burżuazyjnych. W ramach systemu demokratycznego proletariat staje się jedną z klas posiadających faktyczny wpływ na kreowanie składu instytucji sprawujących władzę. Dzięki liczebności, zdyscyplinowaniu, a także umiejętnej polityce koalicyjnej socjaliści mają realną szansę stać się jedną z najważniejszych sił w życiu politycznym kraju.

PD Mieczysłąw Niedziałkowski, http://commons.wikimedia.org/wiki/
File:Mieczys%C5%82aw_Niedzia%C5%82kowski_%28pose%C5%82%29.jpg?uselang=pl
Tym samym państwo burżuazyjne nie tylko realizuje interesy klasy panującej, ale w coraz większym stopniu pełni funkcje ogólnospołeczne, czy wręcz staje się w rękach klasy robotniczej narzędziem przygotowującym przejście do ustroju socjalistycznego. Zamiast rewolucyjnego zniszczenia państwa burżuazyjnego Niedziałkowski preferował więc stosowanie przez socjalistów polityki stopniowego odsuwania klas uprzywilejowanych od wpływu na państwo i poszerzania w tym względzie możliwości warstw pracujących.
Innym problemem budzącym kontrowersje wśród polskiej lewicy, był stosunek do tzw. kwestii narodowej i wzajemnej relacji pojęć „patriotyzm” i „internacjonalizm”. Niedziałkowski żywo polemizował z tymi, którzy uważali, iż nie można być jednocześnie patriotą i zwolennikiem międzynarodowej solidarności proletariatu.
Polskim komunistom, którzy w PPS widzieli partię „socjalpatriotów” i „socjalzdrajców”, zarzucał uproszczone i naiwne interpretowanie słynnych słów z „Manifestu komunistycznego”, mówiących,że robotnicy nie mają ojczyzny. Jego zdaniem, to niefortunne zdanie odnosiło się do kapitalizmu z połowy XIX w., istniejącego w warunkach rządów monarchicznych i przy bardzo ograniczonej świadomości politycznej proletariatu. W ciągu 70 lat, które minęły od publikacji manifestu, gospodarcza i polityczna rola proletariatu uległa znacznemu powiększeniu, stał się on aktywnym i pełnoprawnym uczestnikiem życia narodowego. Jak pisał, proletariat ma ojczyznę i będzie ją zdobywał, odkrywał ją w sobie coraz bardziej w miarę wsiąkania jego własnych wartości duchowych do skarbnicy kultury narodowej i wzrostu wpływów na życie społeczno-państwowe.
Niedziałkowski odrzucał poglądy mówiące, że „narody” to jedynie sztuczne konstrukty, wymyślone przez klasy panujące dla umocnienia uprzywilejowanej pozycji. Bliski był za to stanowisku Otto Bauera, który widział w narodzie wspólnotę losu historycznego, a w socjalizmie najwyższą formę patriotyzmu. Idea socjalistyczna – pisał Niedziałkowski – łączy się ściśle z patriotyzmem, ukochaniem ojczyzny, przyszłej Polski socjalistycznej, teraźniejszej Polski walczącej.
Przewidywał, że powszechny triumf idei socjalistycznej nie tylko nie przyniesie unifikacji kultur, ale raczej zaowocuje ich jeszcze większym zróżnicowaniem i braterskim dialogiem. W pracy „Teoria i praktyka socjalizmu wobec nowych zagadnień” retorycznie pytał: Dlaczego piękniejszy ma być bukiet jednego tylko gatunku kwiatów, niż harmonijnie ułożony z różnych? Dlaczego kultura wszechludzka nie ma być wspaniałą, jeżeli obejmie bajeczną skalę bujnych kultur narodowych? Jednostajność, chociażby imponująca ogromem, zawsze prędzej czy później nuży i zawsze zabija postęp.
W rozważaniach nad drogami wiodącymi do socjalizmu Niedziałkowski nie mógł pomijać doświadczeń rosyjskich i taktyki stosowanej przez bolszewików. W przeciwieństwie do wielu partyjnych kolegów, pozostawał w swoich sądach bardzo wyważony i umiarkowany. Z dużym uznaniem traktował początkowo Lenina i jego zwolenników, widząc w nich jedyną siłę w rewolucyjnej Rosji, która konsekwentnie i bezwarunkowo stoi na stanowisku uznania prawa narodów do samostanowienia. Stąd też z pewnym zadowoleniem przyjął przewrót październikowy, a rok 1917 w okolicznościowym artykule ochrzcił nawet mianem pierwszego roku demokracji europejskiej.
Polemizując z burżuazyjną prasą, pisał: mówicie, panowie, o mordach rozpętanej tłuszczy, o chaosie i anarchii. Zaprawdę, jeżeli istotnie mają miejsce w Rosji „ekscesy”, toć nie rewolucja była ich matką. Zrodziła je cała przeklęta historia państwa carów, zrodziły tortury męczonych chłopów, rządy „ochronki”, katorgi, szubienice i zesłania, egoizm szlachty, samowola biurokracji. Podkreślić trzeba jednak, że nigdy nie był zwolennikiem przenoszenia doświadczeń rosyjskich na polski grunt. Zresztą z czasem jego nadzieje związane z przejęciem władzy przez bolszewików okazały się złudne, a on sam znalazł się wśród najbardziej przenikliwych krytyków radzieckiej rzeczywistości.
Jego zdaniem, Rosja w 1917 r. nie była państwem, w którym dojrzały warunki do budowy socjalizmu. W „Teorii i praktyce socjalizmu…” pisał, że dokonywanie przebudowy gospodarstwa narodowego za pomocą centralizmu komisarskiego jest tak samo skuteczne, jak naprawianie zegarka biciem pięścią i przesuwaniem gwałtem naprzód opornych wskazówek. Inny cytat z tej pracy wyraża istotę poglądów Niedziałkowskiego: […] w myśl sposobu myślenia szkoły marksowskiej rozumiemy, używając pojęcia rewolucji społecznej, pewien okres historyczny o cechach określonych. Porównaliśmy go z wojną. Lata 1917-1924 w Rosji byłyby w takim razie jedną z kampanii bojowych, prowadzoną przez sztab szaleńców, zarozumiałych półgłówków, niekiedy zdrajców, prowadzoną o cele nieziszczalne środkami bądź nierealnymi, bądź zbrodniczymi, z lekkomyślnością bez precedensu. Niewątpliwie i ta kampania wchodzi w skład wojny, w roli przykładu, jak prowadzić akcji nie należy.
W toczonych na lewicy debatach na temat optymalnego kształtu ustrojowego odradzającej się Rzeczypospolitej, Niedziałkowski zdecydowanie stał na stanowisku demokracji parlamentarnej. Polemizując z zapatrzonymi w Rosję komunistami, wskazywał, że Polska – kraj słabo rozwinięty gospodarczo, zniszczony w wyniku działań wojennych i z niezbyt licznym proletariatem – nie dojrzała jeszcze do socjalistycznej przebudowy. Na zegarze dziejówwskazówka nie doszła jeszcze do godziny socjalizmu polskiego. A sztuczne popychanie jej czy to metodą komunistów, czy też oportunistów, kończy się klęską – pisał.
Niedziałkowski uważał, że Europa po I wojnie światowej weszła w swoisty „okres przejściowy” między kapitalizmem i socjalizmem. I choć ostateczne zwycięstwo było pewne, to proletariat powinien przygotować się na długotrwałą walkę. Ustrój socjalistyczny nie będzie owocem jakiejś uchwały parlamentu albo postanowienia rządu robotniczego. Z wolna, stopniowo dojrzewa nowe życie w łonie społeczeństwa dzisiejszego, krok za krokiem, wyłom za wyłomem łamie socjalistyczny ruch robotniczy twarde mury kapitalizmu, wielkie wypadki, rewolucje, wojny, przewroty popychają jeno szybciej naprzód bieg strumienia historii. Historia pracuje dla socjalizmu. W owym „okresie przejściowym” za najbardziej pożądaną formę rządów uważał republikę demokratyczną, z równym i powszechnym prawem wyborczym oraz dominującą rolą jednoizbowego sejmu.

PD Redakcja „Robotnika” w latach 30., http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=
Plik:RedakcjaRoba.jpg&filetimestamp=20090629183823
Demokracja przede wszystkim pozwala wszystkim obywatelom brać realny udział w sprawowaniu rządów. Umożliwia kompromis pomiędzy antagonistycznymi grupami i klasami. Stanowi również „szkołę” przygotowującą dotychczas odsunięte od spraw publicznych masy ludowe do udziału we władzy, co wzmacnia integrację narodu, a także otwiera przed klasą robotniczą możliwości zdobycia parlamentarnej większości i tym samym „legalnej” przebudowy ustroju. Feliks Perl, tłumacząc istotę stanowiska PPS, ukuł słynne powiedzenie o rewolucji w majestacie prawa, Niedziałkowski zaś, mając na myśli ten sam proces, formułował hasło: przez Sejm i Rzeczpospolitą Ludową do socjalizmu.
***
Własną propozycję konstrukcji ustroju odrodzonej Rzeczypospolitej przedstawił w przygotowanym przez siebie projekcie konstytucji. W styczniu 1919 r. został wybrany do Sejmu Ustawodawczego (zasiadał w ławach poselskich do 1935 r.), a Ignacy Daszyński skierował go jako przedstawiciela PPS do pracy w Komisji Konstytucyjnej, której został sekretarzem. Przenikliwy sprawozdawca sejmowy, Bernard Singer pisał o nim: Gdy […] należało w czasie ogólnej debaty konstytucyjnej zabrać głos w imieniu PPS, wówczas przemawiał poseł Niedziałkowski. Mówił jak profesor, cytował uczonych po francusku, niemiecku i angielsku. […] Był ozdobą i skarbem partii.
Przygotowana przez Niedziałkowskiego Tymczasowa Ustawa Konstytucyjna Rzeczypospolitej Polskiej stanowiła rozwinięcie poglądów formułowanych przez niego już wcześniej na łamach prasy socjalistycznej. Art. 2 projektu wyraźnie mówił, że Władzę najwyższą sprawuje w Rzeczypospolitej Sejm, wybrany przez ogół obywateli, pod bezpośrednią kontrolą narodu. Projekt socjalistów przewidywał szeroki katalog praw i swobód obywatelskich oraz takie instytucje demokracji bezpośredniej, jak referendum ludowe i społeczna inicjatywa ustawodawcza. Ponadto, co warto podkreślić, przewidziane było uspołecznienie dojrzałych gałęzi produkcji, a państwo miało przystosowywać formy własności do potrzeb społecznych i interesów pracy.
Tym jednak, co najbardziej wyróżniało projekt Niedziałkowskiego, był rozdział „Praca i jej przedstawicielstwo”. Zawierał on gwarancje wielu praw socjalnych i pracowniczych, a także omawiał organizację i sposób wyboru Izby Pracy. Miało to być specjalne ciało powołane dla reprezentowania i obrony potrzeb i dążeń wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, utrzymujących się z pracy najemnej. W trakcie debaty konstytucyjnej mówił: Przez Izbę Pracy myśmy Polskę chcieli wprowadzić na tę drogę, o której od 2 lat mówimy robotnikom polskim, na drogę rewolucji w majestacie prawa […] bylibyśmy dumni za Polskę i szczęśliwi z siebie, gdyby cała droga naszej Ojczyzny do socjalizmu mogła się odbyć w majestacie prawa.
Stosunkowo umiarkowany projekt Niedziałkowskiego, ochrzczony przez jednego z posłów prawicy mianem drogi do „eldorado sowieckiego”, nie miał większych szans na zdobycie sejmowej większości. Jednak dzięki zręcznej taktyce sejmowej lewicy, której jednym z najlepszych polemistów był właśnie Niedziałkowski, udało się oddalić większość najbardziej reakcyjnych postulatów prawicy i uchwalić nowoczesną, na wskroś demokratyczną konstytucję.
***
Pierwsze wybory w warunkach stabilizacji politycznej kraju i ukształtowanych granic przeprowadzono jesienią 1922 r. Wśród posłów wybranych z listy PPS znalazł się Niedziałkowski i mimo młodego wieku szybko stał się jedną z centralnych postaci sejmu. Dzięki erudycji i rozległej wiedzy zdobył uznanie zarówno partyjnych towarzyszy, jak i reprezentantów sejmowej prawicy i centrum.
W wolnej Polsce szybko awansował także do grupy uznanych publicystów politycznych. W redakcji „Robotnika” przez długi czas był prawą ręką nestora socjalistycznej prasy, F. Perla. Zygmunt Zaremba, wybitny działacz PPS, a zarazem daleki kuzyn Niedziałkowskiego, wspominał: Powściągliwy w wyrażaniu swoich uczuć, w odezwaniach zawsze rzeczowy, a nawet suchy, obdarzony był rozległym talentem pisarskim, pozwalającym mu władać każdym rodzajem publicystyki, od teoretycznego wywodu do lekkiego felietonu, a nawet okolicznościowego wiersza. Po śmierci Perla w 1927 r. władze partyjne jednogłośnie powierzyły Niedziałkowskiemu pieczę nad redakcją „Robotnika”, będącego jednym z najważniejszych i najlepiej redagowanych dzienników w kraju.
***
Spektakularny triumf idei demokracji po I wojnie światowej okazał się krótkotrwały. Rządy parlamentarne w wielu państwach Europy wykazały się dużą nieskutecznością w zwalczaniu nabrzmiałych problemów społecznych i gospodarczych. Coraz głośniej zaczęto mówić o „kryzysie parlamentaryzmu”, a władzę poczęły przejmować mniej lub bardziej represyjne reżimy autorytarne. Niedziałkowski, jeden z twórców powszechnie krytykowanej konstytucji marcowej, dostrzegając pewne wady polskiej konstrukcji ustrojowej, należał do najbardziej zagorzałych obrońców demokracji.
Niestabilność polskiego życia politycznego wiązał z ogólnym kryzysem politycznym, charakterystycznym jego zdaniem dla „okresu przejściowego” między kapitalizmem a socjalizmem. Pisał na ten temat: kryzys parlamentaryzmu istnieje w samej rzeczy o tyle, o ile pozostaje w ścisłym związku z ogólnym kryzysem politycznym, społecznym, gospodarczym, kulturalnym naszej epoki. Okoliczności specjalne nadają mu w różnych państwach swoiste zabarwienie […], nie rozstrzygają wszakże o zagadnieniu. Usunąć go całkowicie środkami sztucznymi, ustawowymi ograniczeniami itp. – niepodobna.
Odpowiedzią Niedziałkowskiego na niedomagania demokracji w trudnych, pełnych społecznych konfliktu czasach było… jeszcze więcej demokracji. Jest ona bowiem formą najbardziej elastyczną, najbardziej subtelną, przy której gra sił klasowych łatwo znajduje swój wyraz […]. Demokracja parlamentarna uzależnia politykę państwową w sprawach wielkich i małych od fluktuacji opinii publicznej […]. Przyśpieszone niepomiernie, nerwowe, wytężone tętno życia współczesnego wymaga właśnie takiej konstrukcji ustrojowej; im subtelniej odbrzmiewa machina rządowo-parlamentarna na ton każdorazowy społeczeństwa, jego poszczególnych klas społecznych i grup politycznych – tym większe szanse pokojowegona wewnątrz i na zewnątrz rozwoju państwa i narodu.

PD Kukiełki teatralne przedstawiające Mieczysława Niedziałkowskiego i marszałka Józefa Piłsudskiego
Z dużym dystansem przyjął zamach majowy, a z czasem stał się jednym z surowych krytyków rządów sanacyjnych. O dawnym przywódcy PPS, a obecnym dyktatorze pisał, wbrew żywym wciąż wśród socjalistów sentymentom, że jest wodzem „Gasnącego świata” starej Polski, Polski związku ziemian, „Lewiatanów”, biurokracji i sanacji moralnej. Tamten Piłsudski [sprzed 1918 – K.P.] jest częścią historii PPS. Ten Piłsudski jest taranem, który uderza w Socjalizm i Demokrację.
***
Ostateczna likwidacja w Polsce resztek demokracji, przypieczętowana uchwaleniem konstytucji kwietniowej z 1935 r., zbiegła się z wielkim kryzysem gospodarczym i wzrostem popularności w całej Europie idei faszystowskich. W 1933 r. władzę w Niemczech objął Hitler, rok później zaś prawicowa dyktatura zlikwidowała silną partię socjalistyczną w Austrii. Dla przywódców PPS był to szok, ulice będącego dla nich wzorem „Czerwonego Wiednia” spłynęły krwią tysięcy socjalistów. Obserwujący te przemiany Niedziałkowski z niepokojem notował, że faszyzm uświęcił gwałt jako jedyną skuteczną broń w walkach społeczno-politycznych. Redaktor „Robotnika” traktował ruch faszystowski jako narzędzie w rękach klas posiadających, służące obronie niewydolnego systemu kapitalistycznego. Wielki kryzys dowodził jego zdaniem jednoznacznie, że ostateczny krach kapitalizmu nastąpi niebawem – pisał, że społeczeństwa nie mieszczą się już […] w ramach ustroju kapitalistycznego.
Zaostrzająca się od początku lat 30. atmosfera walki politycznej sprzyjała narastaniu w szeregach PPS nastrojów radykalnych i rewolucyjnych. Zwolenników zdobywały hasła dyktatury proletariatu i „jednolitego frontu” z komunistami. Również Niedziałkowski dostrzegał zmianę w stanowisku zajmowanym przez komunistów, doceniał ich gotowość do poświęcenia, zdawał sobie też sprawę, że sama PPS nie jest w stanie skutecznie walczyć o obalenie sanacji i demokratyzację kraju. Mimo to jednak pisał: Nie wierzę w „jednolity front” Socjalizmu i komunizmu; wymagałby on ze strony komunistów nie tylko zmiany ideologii, ale i rzeczy trudniejszej – zmiany psychologii. Wierzę natomiast, że robotnicy, dziś komunistyczni, otrząsną się kiedyś z obłędnej taktyki swych przywódców. Pisał także, iż Współpracę PPS i KPPuznajemy za wręcz niemożliwą, dzielą nas różnice nie tylko praktyczne, ale również ideowe, ośrodek organizujący i skupiający ruch masowy i walki masowe w Polsce musi być ośrodkiem działającym w Polsce.
W latach 30. szczególnie dużo uwagi poświęcał Niedziałkowski polemice ze zwolennikami wpisania do programu PPS postulatu „dyktatury proletariatu”. Traktował rewolucję społeczną jako długotrwały proces, którego pomyślne zakończenie osiągnięte może zostać przy użyciu różnych środków. Redaktor „Robotnika” uważał, że decyzja o tym, czy przejęcie władzy przez socjalistów nastąpi za pomocą „kartki wyborczej”, czy też drogą konfrontacji zbrojnej, jest kwestią taktyki i decyzji podejmowanych w zależności od warunków; nie uważał za zasadne wpisywania konkretnych „scenariuszy” do partyjnego programu. Drogę gwałtownej rewolty uważał jednak za ostateczność. Jeżeli ktoś do mnie strzela – tłumaczył partyjnym towarzyszom – nie będę mu prawił o miłości bliźniego, ale też wystrzelę. Jednocześnie w prywatnych rozmowach trzeźwo zauważał: nie możemy się szarpać, bo staniemy się poligonem na podobieństwo Hiszpanii.
Bez wątpienia był natomiast zdecydowanym przeciwnikiem „dyktatury proletariatu” w formie znanej z bolszewickiej Rosji. Twierdził, że długotrwała dyktatura jest nie do pogodzenia z demokracją, stanowiącą jego zdaniem istotę socjalizmu.Powtarzał przy tej okazji często stare powiedzenie Kautsky’ego, że socjalizm to nie tylko chleb dla wszystkich, socjalizm to także wolność dla wszystkich. Ponadto podkreślał, iż dyktatura całej klasy (tj. proletariatu) jest niemożliwa do praktycznej realizacji. Faktycznie bowiem władza spoczywa zawsze w rękach wąskiej rewolucyjnej elity, która albo jest kontrolowana przez społeczeństwo (a wtedy nie mamy do czynienia z dyktaturą), albo też ulega zamknięciu i izoluje się od społeczeństwa.
Co ciekawe, w tym wypadku myśl Niedziałkowskiego szła podobnym tropem, co prognozy J. W. Machajskiego, a także popularne w późniejszym okresie wśród sowietologów teorie „nowej klasy”. Teoretyk PPS w 1934 r. pisał: „Nowa biurokracja” – prędzej czy później – zaczęłaby żyć życiem samoistnym, system dyktatorski rządzenia koncentrowałby się w niej, a nie w masach pozostałych po fabrykach, warsztatach, folwarkach. Masy byłyby faktycznie obiektem władzy dyktatorskiej, reprezentującej w swoim przynajmniej przekonaniu – ich potrzeby oraz pragnienia.
Oczywiście krytyka „dyktatury proletariatu” nie była dla Niedziałkowskiego równoznaczna z nawoływaniem do kapitulacji przyszłego rządu socjalistycznego przed atakami ze strony sił kontrrewolucyjnych. Protestował przeciwko podnoszeniu dyktatury do rangi trwałego systemu, natomiast w warunkach zbrojnego wystąpienia przeciwko władzy robotniczo-chłopskiej krótkotrwałe ustanowienie władzy dyktatorskiej było dla niego czymś koniecznym.
***
W latach 30. ostatecznie ustaliła się pozycja Niedziałkowskiego jako jednego z głównych liderów PPS. Kierował redakcją „Robotnika”, był zdecydowanie najważniejszym teoretykiem i publicystą partii, jej reprezentantem w stosunkach z socjalistami z innych krajów, a także w rozmowach z liderami pozostałych obozów politycznych w Polsce. Jemu też powierzono przygotowanie nowego programu PPS. Projekt jego autorstwa został jednogłośnie przyjęty na kongresie w Radomiu na początku 1937 r.
Tzw. program radomski jest niewątpliwie jednym z najważniejszych punktów w ideowym dorobku międzywojennej PPS. Stanowił on dojrzałą i przemyślaną próbę odpowiedzi na najważniejsze wyzwania stojące przed rodzimym ruchem socjalistycznym. W obszernym dokumencie poddano analizie aktualną kondycję kapitalizmu i przesłanki przyszłej ustrojowej transformacji, wskazano drogi prowadzące do zwycięstwa socjalizmu i zarysowano bardzo interesującą wizję przebudowy społeczno-ekonomicznej. Partia miała według Niedziałkowskiego dążyć do utworzenia Polskiej Rzeczypospolitej Socjalistycznej, z wszystkich ziem polskich złożonej, złączonej z innymi Republikami Socjalistycznymi węzłami stałego pokoju i ścisłej braterskiej współpracy gospodarczej, politycznej i kulturalnej.
Aktualności nie straciło przesłanie zawarte w ostatnim akapicie tego dokumentu. Socjalizm – pisał Niedziałkowski – przestał być tylko celem, stał się zadaniem praktycznym. Niesie on ze sobą ludziom nieograniczone możliwości pochodu naprzód ku najdumniejszym ideałom ludzkości. Zwycięstwo Socjalizmu oznacza wyzwolenie całej ludzkości. Socjalizm stworzy nie tylko nowy ustrój gospodarczy i społeczny, ale także wyższą kulturę i wyższą moralność wolnego człowieka.
***
Tymczasem jednak nad Europą zbierały się ciemne chmury – Hitler odbudowywał militarną potęgę Niemiec. Niedziałkowski od dawna już przestrzegał przed rewizjonistycznymi zapędami Trzeciej Rzeszy i zwalczał realizowaną przez ministra Becka politykę odprężenia w stosunkach polsko-niemieckich. Polska, wciągnięta w orbitę światowego prądu faszystowskiego, uderza piersią o sprzeczność zasadniczą; ten prąd w swojej obiektywnej treści historycznej musi być skierowany przeciwko Polsce – przestrzegał na łamach „Robotnika”.
Pogarszające się położenie kraju budziło w szeregach PPS duży niepokój. Z czasem odrzucono twarde, konfrontacyjne wobec obozu pomajowego stanowisko, proponując zamiast tego zgodę i współpracę. PPS postulowała powołanie rządu obrony narodowej, który reprezentując wszystkie liczące się siły polityczne mógłby, wzorem rządu Witosa-Daszyńskiego z 1920 r., skutecznie pokierować walką z ewentualnym agresorem. Jednak wizyta przedstawicieli PPS, a wśród nich Niedziałkowskiego, u prezydenta Mościckiego nie przyniosła żadnych rezultatów. Ten i ów widział w nich nawet podstępną próbę zawłaszczenia przez opozycję owoców przyszłego zwycięstwa (!).
Gdy wojna wybuchła, Niedziałkowski wyrósł ponad ludzką miarę. Był to szczególny rodzaj bohaterstwa. Wciąż spokojny, beznamiętny, niemal chłodny, a przecież posągowy – wspominał Adam Ciołkosz. Sam Niedziałkowski, w często cytowanym artykule z 2 września, pisał: Nie wywołaliśmy tej wojny i nie chcieliśmy jej. Została nam narzucona. Będzie to wojna o całe jutro świata. Są tylko dwie drogi rozwojowe: albo podporządkowanie się Trzeciej Rzeszy w jej planach hegemonii, albo złamanie tych planów i ocalenie zarazem wolności narodów, wolności ludów i wolności ludu polskiego. Wkroczyliśmy na drogę drugą. To jest polski dziejowy szlak.
Redaktor „Robotnika”, obok Stefana Starzyńskiego i gen. Waleriana Czumy stał się jednym z symboli bohaterskiej obrony stolicy. Wspólnie z działaczami PPS organizował Robotnicze Bataliony Obrony Warszawy, doradzał prezydentowi Starzyńskiemu, do samego niemal końca redagował też „Robotnika” – ostatnie pismo wydawane w wolnej Warszawie. Każdego dnia – wspominał Szmul Zygielbojm – artykuły Niedziałkowskiego w „Robotniku” budziły na nowo odwagę. A każdy Jego artykuł przeniknięty był wiarą w jakąś wyższą sprawiedliwość, tchnął przekonaniem, że żadna kropla krwi nie pójdzie na marne.
Nazajutrz po kapitulacji Niedziałkowski zaangażował się w tworzenie pierwszych podziemnych organizacji. Stanął na czele Głównej Rady Politycznej przy komendancie Służby Zwycięstwu Polsce, gen. Tokarzewskim-Karaszewiczu. Praca ta jednak nie potrwała długo. Odrzucił oferty potajemnego wyjazdu na Zachód, nie chciał też ukrywać się przed Niemcami. Gestapo aresztowało go w grudniu, a 21 czerwca 1940 r. został rozstrzelany w zbiorowej egzekucji w Palmirach.
***
W dziejach polskiej lewicy jest Niedziałkowski niewątpliwe jedną z najwybitniejszych postaci. Uosabiał wszystko to, co najlepsze w tradycji PPS: przywiązanie do niepodległości Polski, szczery i głęboki demokratyzm oraz żarliwą wiarę w możliwość zbudowania lepszego świata. Wartości te nie straciły do dziś nic ze swojej aktualności. Życie i myśl Niedziałkowskiego mogą wciąż być inspiracją w ich realizacji.