Grecja

30 czerwca upłynął termin zakończenia negocjacji rządu Grecji z Komisją Europejską. Grecja mogłaby kontynuować zadłużanie państwa w instytucjach finansowych pod warunkiem „wdrożenia programów dostosowania strukturalnego”. Premier zapowiada referendum w tej sprawie. Komentatorzy skupiają się na ocenie zręczności polityków, ale pojawiają się też opinie kwestionujące neoliberalną receptę na rozwój gospodarczy.

W ożywionej dyskusji na temat sytuacji Grecji dominuje pogląd, że państwo było źle rządzone, co doprowadziło do kryzysu zadłużenia, a społeczeństwo gwałtownie protestuje, ponieważ chce nadal żyć na kredyt.

Nikt nie wspomina o dużych wydatkach związanych z organizacją Olimpiady w Atenach, które przyczyniły się do zapaści finansowej państwa. W Polsce nie mówi się o tym, ponieważ zbyt oczywista jest analogia do Euro 2012. Sława autostrad i eurostadionów jako sukcesu finansowego i cywilizacyjnego nieco zbladła. Dopiero Brazylijczycy wyciągnęli wnioski z doświadczeń poprzedników i organizowali protesty przeciw mistrzostwom.

W Polsce nie mówi się też o greckich armatorach, którzy rejestrują greckie statki w egzotycznych rajach podatkowych. Ciekawa jestem, kto potrafi wskazać Vanuatu na mapie. W Europie lepiej znany jest Cypr, popularny raj podatkowy armatorów. Według nowomowy neoliberalnej unikanie płacenia podatków nazywa się „optymalizacją podatkową”. Pusta kasa państwowa to zmartwienie polityków, którzy nie potrafią prowadzić takiego biznesu, jakim jest państwo. Rząd Grecji odrzucił korzystną ofertę sprzedaży kilku wysp na Morzu Egejskim. Polskim politykom spieszy z pomocą armia samorządowców pana Kukiza, doświadczonych gospodarzy, wspierana przez ekonomistów z Centrum im. Adama Smitha. Może uda się sprzedać kolumnę króla Zygmunta równie korzystnie, jak Polskie Nagrania…

Warto jeszcze wyjaśnić, co to jest „dobre rządzenie”, którego zabrakło w Grecji. Intuicyjnie wiemy, że to „system Tuska”, ale sięgnijmy do źródeł. Bank Światowy i OECD nieustannie troszczą się o polityków, wdrażając zasady „dobrego rządzenia”. „Optymalny program” pozwala ciąć wydatki na cele społeczne przy „minimalnym ryzyku politycznym”, czyli ryzyku protestów społecznych.

W 2003 r. prywatny właściciel dobrze prosperującej fabryki kabli w Ożarowie zamknął fabrykę. Prawdopodobnie chodziło o zlikwidowanie konkurencji dla importu kabli francuskich, ale są to tylko nasze domysły. Załoga protestowała, szukała wsparcia w rządzie, parlamencie, kościele. Pamiętam, że przyjechał wtedy do Ożarowa poseł Zbigniew Ziobro, wyraził poparcie zdesperowanym pracownikom, obiecał interwencję, ale nic to nie pomogło. Prawo własności jest święte. Pracownicy dzień i noc trzymali straże przed budynkiem, aby nie dopuścić do wywiezienia maszyn. Prawa własności broniły firma ochroniarska i policja. W dramatycznych okolicznościach blokada została pokonana przemocą i fabryka znikła. Protest był głośny w całej Polsce. Powstał OKP – Ogólnopolski Komitet Protestacyjny, wydawał nawet własne pismo pt. „Walka trwa”, ale ta inicjatywa ratowania miejsc pracy też upadła, jak wiele innych w tamtym czasie.

W numerze z grudnia 2003 pisma OKP trafiliśmy na trop prowadzący do interesującego opracowania autorstwa Christiana Morrisona pt. „Polityczna wykonalność programów dostosowawczych”. Jest to rzetelna praca naukowa oparta na badaniach i danych statystycznych z kilkudziesięciu zadłużonych państw zmuszonych przez banki do cięcia wydatków. Można ją znaleźć w serii „Political Economy Notebook” OECD.

Szokujący jest cynizm dobrych rad, jak „dobrze rządzić”. Podam kilka przykładów za pismem OKP.

„Jeśli pracownicy najemni przedsiębiorstw prywatyzowanych są dobrze zorganizowani, mogą skutecznie przeciwstawić się decyzji rządu (o prywatyzacji czy masowych zwolnieniach z pracy). Pożądana byłaby wszelka polityka osłabiająca tego rodzaju interesy zawodowe – z gospodarczego punktu widzenia usunęłaby ona przeszkody stojące na drodze wzrostu, a pod względem politycznym rząd uzyskałby swobodę działania – bezcenną w okresie przystosowawczym. Ktoś mógłby zgłosić zastrzeżenie, że taka polityka wywoła opór, ale lepiej, żeby rząd stoczył walkę na tym polu w sprzyjającej koniunkturze gospodarczej niż w sytuacji kryzysowej, gdy jest osłabiony”.

„W przypadku wdrażania programu dostosowawczego, rząd może zrekompensować spadek popularności, spowodowany cięciami wydatków budżetowych, stosując w obliczu zaburzeń represje”.

„W trudnej koniunkturze, w której mogą być potrzebne siły porządkowe, odradza się znoszenie premii dla sił porządkowych”.

„Cięcia wydatków budżetowych na inwestycje zwykle nie wywołują żadnych reakcji, nawet gdy są bardzo ostre”.

„Jeśli zmniejsza się wydatki na ich (służb publicznych) utrzymanie, należy wystrzegać się zmniejszania ilości świadczonych usług, można natomiast sobie pozwolić na obniżanie ich jakości. Np. można zmniejszyć środki na utrzymanie szkół czy wyższych uczelni, lecz niebezpieczne byłoby zmniejszenie liczby uczniów czy studentów. Rodzice zareagują gwałtownie na odmowę przyjęcia swoich dzieci do szkół czy na studia, ale nie na stopniowy spadek jakości nauczania”.

„Stopniowo i w odpowiednich chwilach szkoła może wprowadzać odpłatność za naukę lub zlikwidować nauczanie pewnych przedmiotów. Należy to robić krok za krokiem”.

„Jeśli przy wdrażaniu programu dostosowawczego rząd ma posiadać odpowiednie pole manewru, powinien mieć poparcie jednej czy dwóch wielkich partii, a nie w koalicji małych partii, co oznacza, że wybierając parlament, należy preferować ordynację większościową, a nie wybory proporcjonalne (w najgorszym razie doradza się kombinacje obu tych systemów)”.

Dziesięć lat temu słuchacze traktowali informacje o wspieraniu niewidzialnej ręki rynku przez przemoc i politykę rządu jak bajki o żelaznym wilku. Wróciliśmy do tematu, ponieważ ekonomiści i pani premier wciąż mówią nam o dobrym rządzeniu, które PO opanowała perfekcyjnie, oraz straszą przykładem Grecji.

                Joanna Duda-Gwiazda

1 lipca 2015 r.

Kultura korporacyjna

Kultura korporacyjna

Używanie słowa „kultura” w odniesieniu do korporacji jest uprawnione. Mówimy o kulturze plemienia łowców głów, o hiszpańskiej kulturze zabijania byka ku uciesze gawiedzi, o żydowskim rytuale wieszania żywej krowy głową na dół, islamskim obyczaju zabijania pohańbionych kobiet. Dziwimy się, ale mądrzy ludzie tłumaczą, że wiara, tradycja i emocje w innych kręgach kultury mogą być odmienne i dla nas niezrozumiałe.

W tym sensie kultura korporacyjna zasadniczo różni się od innych. Wprawdzie korporacji przyznano prawa osoby, może nawet poczuć się obrażona i zażądać przeprosin, ale jedyną namiętnością tej dziwnej osoby jest pożądanie pieniędzy, chociaż nie słyszałam o uniewinnieniu z powodu działania w afekcie. Korporacja ma prawo do ochrony dobrego imienia i interesów materialnych. Jeśli korporacja przegra proces sądowy, płaci odszkodowanie i jak sądzę bardzo cierpi. Natomiast zarząd jest bezkarny, pracownicy też i pozostają anonimowi. Nawet bankructwo banku czy innej dużej spółki nie kompromituje prezesa. Jeśli postrzegany jest jako twardziel bezwzględnie dążący do zwiększenia zysku, bez trudu i niezwłocznie znajduje zatrudnienie w innej korporacji. Wygranie sprawy sądowej z korporacją, która zatrudnia armię najlepszych prawników jest wydarzeniem niezwykłym.

Wszyscy zatrudnieni w korporacji są tylko trybikami umieszczonymi w sprawnie zorganizowanym systemie obniżania strat i powiększania zysków. Korporacja jest współczesnym Golemem. Chociaż stworzona przez ludzi, żyje własnym życiem, nie ulega ludzkim emocjom, które jej przypisujemy, a także nie podlega ocenom moralnym.

Korporacja nie jest strukturą hierarchiczną. Na przykład nie można złożyć skargi na pracownika do jego zwierzchnika. Można tylko wnieść udokumentowaną reklamację. Korporacja jest siecią, w której żadne „oczko” nie jest dostatecznie kompetentne, aby załatwić jakąś, nawet najprostszą sprawę, do końca. Kontakt klienta z korporacją odbywa się drogą elektroniczną (telefonicznie lub przez internet). Rozmowa jest nagrywana. Odwiedzanie biura obsługi klienta jest stratą czasu. Na rozmowę z tak zwanym konsultantem czeka się dłużej niż w połączeniu telefonicznym. Informacje przekazane klientowi przez konsultanta nie są dla korporacji wiążące. Klient na ogół nie nagrywa rozmowy, więc nawet przed sądem jest na pozycji przegranej.

Najtrudniejszą sprawą jest rezygnacja z niechcianych usług. Korporacja nie spocznie, dopóki nie sprzeda jakiejś dodatkowej usługi. „Granie na czekanie” w T-Mobile wyłączałam już wiele razy. Dwukrotnie bezskutecznie rezygnowaliśmy z dodatkowych pakietów telewizyjnych premium Film Box i premium Canal +. W ostatniej umowie już tych kanałów nie ma, ale wciąż za nie płacimy. Podobno płacenie jest dowodem akceptacji. W umowie pojawiły się Filmy i Seriale, ponieważ wszyscy tego chcą. Są klienci, którzy mają dość czasu i energii, aby na bieżąco kontrolować rachunki. Nasze rachunki reguluje bank.

System korporacyjny powstał w Stanach Zjednoczonych. Cięcie kosztów opiera się na zasadzie „kliencie, obsłuż się sam”. Korporacja może wtedy zrezygnować z zatrudniania fachowców. Wystarczą „profesjonaliści” ściśle przestrzegający procedur. Dzięki temu specjaliści od zarządzania zasobami ludzkimi, od kontaktów z klientami, od marketingu, reklamy, reklamacji i sprzedaży, są uniwersalni i mogą pracować w każdej korporacji.

Klient w systemie korporacyjnym rozmawia z automatem. Wybiera jedną z wielu opcji albo odpowiada „tak” lub „nie” na pytania. System jest uniwersalny. W 1988 r. kolega w Sacramento opowiadał, jak wzywał pomocy, kiedy żona zaczęła rodzić. Przyjechali strażacy z nożycami do cięcia blachy, ubrani w kombinezony zabezpieczające przed wyciekami substancji promieniotwórczych. Sprawnie załadowali rodzącą i odwieźli do szpitala. Podejrzewaliśmy, że kolega na polecenie automatu „jeśli kobieta rodzi naciśnij …i tu jeden z kilkunastu numerów”, które trzeba odsłuchać, wybrał niewłaściwą opcję.

Śmialiśmy się, gdy w serialu Nash Bridges policjant, któremu ukradli samochód, rozmawiał z policyjnym automatem. Przy pytaniu, czy jesteś nieletnią Murzynką rodzącą na środku autostrady – trzasnął słuchawką, ponieważ tylne światła samochodu rozpłynęły się w sinej dali.

Teraz już nam nie do śmiechu, ponieważ amerykański system korporacyjny rozszerzył się z prędkością pożaru w Kalifornii i objął już wszystkie dziedziny, firmy i instytucje. System wygodny i bezpieczny dla decydentów i dysponentów, jest uciążliwy i niebezpieczny dla klientów.

Mam nadzieję, że czytelnicy już sami się zorientowali, że nasze państwo akceptowało kulturę korporacyjną i wdrożyło jej zasady z całą starannością, jak powiedziałaby pani premier. Wszyscy obywatele są klientami korporacyjnego państwa. „Racjonalna”, jak mówi prezydent, większość podporządkowała się nieludzkim zasadom i nawet już tego nie dostrzega. Oduczenie się empatii i poczucie wyższości nad naiwnym klientem, którego łatwo oszukać i oskubać z pieniędzy, jest w korporacji gwarancją awansu. Mniejszość, która zachowała zdrowy rozsądek, godność, patriotyzm i wolę walki wychodzi na ulice, wznosi okrzyki, nosi transparenty, macha sławnym krzesełkiem. Większość publicystów z obu stron jest zdegustowana. Podobno są inne „racjonalne” sposoby naprawy Rzeczpospolitej. Nie wiem, jakie. Wszystkie zostały zablokowane lub okazały się bezskuteczne. Nawet groźba bankructwa Polski nie przeraża zarządu państwa. Zawsze znajdzie się jakaś lukratywna posada poza granicami Polski. Pozostaje jeszcze zorganizowanie państwa alternatywnego.

Kultura korporacyjna odrzuca argumenty wykraczające poza priorytetowe zadanie: ciąć koszty, zwiększać zyski. Korporacji nie boli przeniesienie kosztów i uciążliwości na klienta, czyli obywatela. Podam najświeższy przykład zasady „kliencie, obsłuż się sam”. Listonosze nie będą już przynosić rent i emerytur do domu. Każdy musi założyć konto w banku. Na wsi nie ma banków i bankomatów, nie ma też komunikacji publicznej. Nie wyobrażam sobie, jak starzy, często schorowani i samotni ludzie, mieszkający w chałupach rozrzuconych na wzgórzach, będą maszerować do Nowego Sącza.

Prezydent Komorowski ma nadzieję na zlikwidowanie polskiego zaścianka. Ja odwrotnie. Mam nadzieję, że wygra Andrzej Duda i Polska przetrwa.

Kultura korporacyjna

Nawrócenie

W 1968 roku wojska Paktu Warszawskiego dokonały inwazji na demokratyzującą się Czechosłowację. Było nam wstyd, ponieważ Wojsko Polskie uczestniczyło w tej haniebnej wojnie. Pierwsi na liście hańby byli Rosjanie z Armii Czerwonej. Zastanawialiśmy się, co może ich zmusić do wycofania się z okupowanego kraju. Proponowane były dwa sposoby – cudowny i naturalny. Naturalny polegałby na tym, że z nieba sfrunąłby hufiec anielski, każdy Rusek byłby wzięty za kark i odtransportowany na Plac Czerwony w Moskwie. Natomiast cudowny sposób – władcy imperium sami zrozumieją, że źle czynią i zostawią Czechosłowację w spokoju – był nierealny.

Tomasz Terlikowski czekając na cud nawrócenia imperium („Gazeta Polska” z 17 września) nie jest człowiekiem ani pobożnym, ani mądrym. Nikt wierzący nie ma pewności, że cud nastąpi. Powołując się na III tajemnicę fatimską, Terlikowski pisze: „Pokój na świecie realny (a nie pozorny i werbalny jak obecnie), powrót Rosji do Chrystusa są możliwe tylko wtedy, jeśli my, katolicy przylgniemy do Niepokalanego Serca Maryi i sami głęboko się nawrócimy. Lekarstwem na chorobę Rosji – przynajmniej w wymiarze duchowym – jest wytrwała modlitwa różańcowa, pokuta i nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Kościół – a to oznacza każdego z nas – musi podjąć to wyzwanie. Taka jest droga pokoju. Innej nie ma”.

Język artykułu Terlikowskiego, być może oczywisty dla teologów, dla przeciętnego czytelnika jest niezrozumiały. Nie wiem, co znaczy „uwewnętrznienie aktu zawierzenia Rosji Najświętszemu Sercu Maryi”. Nieuważny czytelnik może odnieść wrażenie, że mamy dać wiarę rosyjskim kłamstwom. Wystarczyło napisać po polsku: „powierzenie Rosji”. „Uwewnętrznienie” Terlikowski wyjaśnił, przedstawiając w cytowanym fragmencie artykułu drogę do pokoju światowego.

Sytuacja jest niepokojąca. W tym samym czasie otrzymaliśmy dwie zbieżne propozycje. Od prominentnego katolika „uwewnętrznienia” się w kościele, od pani premier „uwewnętrznienia” się w domu. Pochowamy się, a na ulicy będą grasować zbiry z niebezpiecznymi przedmiotami w ręku, żeby posłużyć się poetyką pani premier.

Terlikowskiego kwalifikowałam do tej pory jako katolickiego celebrytę, który na gromieniu grzeszników robi karierę w mediach. Teraz po nieoczekiwanej dymisji Bronisława Wildsteina został Terlikowski redaktorem naczelnym Telewizji Republika. Ostatnie zmiany wydają się elementem szerszego planu poskromienia niezależnych mediów i wolnej opinii publicznej. Profesor Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego opowiadał w Telewizji Republika jak pogróżkami skłoniono kolejno dwóch proboszczów do wycofania zgody na koncert w kościele z udziałem muzyków ukraińskich i polskich. Abp Dziwisz poparł decyzję o zerwaniu umowy z organizatorami koncertu. Ryszard Kapuściński, koordynator Klubów „Gazety Polskiej”, informuje o czynnej napaści na siedzibę w Krakowie.

Żyjemy w niespokojnych czasach. Nawet jeśli kogoś nie martwi kalifat islamski, agresja Rosji na Ukrainę, brak reakcji rządu na ustalenia komisji Macierewicza, to jest jeszcze afera podsłuchowa i gnijące warzywa i owoce, których Unia nie pozwala rozdać szkołom, ponieważ mogłyby je zjeść bez różnicy dzieci bogate i biedne. Szkoły nie mają magazynów i transportu. Państwo nie ma pieniędzy, aby dystrybucję zorganizować.

Natomiast cały kraj bawi się na imprezach rozrywkowych, ponieważ przed wyborami samorządowymi wszyscy troszczą się o igrzyska dla ludu. PO i PSL zabawiają publiczność niekończącą się telenowelą z życia wewnętrznego partii politycznych, tak jakby to był sezon ogórkowy.

Do licznych komentarzy na temat odejścia Donalda Tuska do Brukseli dołożę swój. Tusk ma być tą twarzą Europy, która usprawiedliwi pozostawienie Ukrainy w paszczy niedźwiedzia. Polacy mają w Europie opinię desperatów broniących przegranych spraw. Jeśli Tusk zaświadczy, że naprawdę nie było szans na obronę Ukrainy, dla Europejczyków będzie to wiarygodne. W Europie nikt nie pamięta serwilizmu Polski wobec Rosji, ale na wszelki wypadek Tusk po agresji na Ukrainę demonstrował brak wiary w dobre intencje Putina. To nawrócenie na patriotyzm Tusk wyraził w sposób szczególny, czyli tak jak po Smoleńsku straszył nas wojną z Rosją i to już przed początkiem roku szkolnego. Premier Polski, dobry aktor, który nie ma żadnych zahamowań przy wygłaszaniu zadanych tekstów, jest idealnym kandydatem do firmowania polityki europejskiej w niezręcznej sprawie porzucenia Ukrainy.

Rozważania na temat, czy podbijanie Ukrainy i Mołdawii to już wojna, czy jeszcze nie, godne są rozprawy naukowej na temat hipokryzji w polityce międzynarodowej.

Z wojną w tle (czy bez wojny, co kto woli) Polacy muszą wybrać między internacjonalistyczną PO i patriotycznym PiS-em. Początkowo między PO a PiS nie było wyraźnych różnic, ale PO stopniowo ewoluowała i nie przebierając w metodach zawłaszczała państwo, ograbiała PiS z projektów i wylansowała się na skuteczną partię, która modernizuje zapyziałą Polskę. Internacjonalizm PO w stosunku do NATO i Unii Europejskiej jest kontynuacją usługowej roli PZPR wobec Paktu Warszawskiego i RWPG. Rzeczywistej troski o stan i przyszłość tych ponadnarodowych struktur nie widać. Wykonamy postanowienia Unii – deklarowała pani premier, ale jej horyzont polityczny nie wykracza poza BOR przed drzwiami.

Mogłabym teraz bez trudu dowieść, że patriotyzm i pamięć historyczna są niezbędne dla przetrwania narodu i państwa oraz że są dosłownie, w sensie ekonomicznym, opłacalne, ale nie przekonam nikogo, kto nie ma honoru i odwagi. Opłacalna jest zdrada. Zdrajców się nie wiesza, wiesza się ich portrety, cieszą się uznaniem, wdzięcznością, pamięcią, zawsze znajdują obrońców. Rycerz ksiądz Jerzy skończył śmiercią męczeńską. Odwołam się zatem do przykładu Ukrainy. Gdyby Ukraińcy zachowali pamięć o wielkim śmiertelnym głodzie (hołodomor), nikt nie przeszedłby na stronę wroga. Gdyby pamiętali o ludobójstwie na Kresach, mieliby więcej przyjaciół w Polsce.

A na koniec dobra wiadomość, która przywróciła mi optymizm. Koncert w Krakowie się odbył i można go było obejrzeć w Telewizji Republika. Nie mam wątpliwości, że Niebiańska Sotnia z Majdanu zwyciężyła. W filmie o księdzu Jerzym w scenie obławy na partyzantów w lesie ojciec mówi do syna: rycerze nie przegrywają. „Głęboka duchowość” Terlikowskiego jest pusta.

Każdy sobie rzepkę skrobie

Z takim hasłem pojawili się niegdyś działacze Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego na wiecu młodzieżówki liberałów. Mieli też inne hasła, np. „Więcej banków, mniej szpitali”. Dziennikarze pogubili się w sytuacji i pokazali ten wiec w telewizji. Długi czas uważałam hasła gdańskich anarchistów za najlepszą syntetyczną definicję nowego systemu, który rozwalcował Polskę po upadku marksizmu.

Dla komunistów ideologia wspólnej własności środków produkcji była tylko skutecznym narzędziem rządów jednej partii, dyktatury urzędników i posłuszeństwa Moskwie. Elity PRL bez żalu porzuciły wspólną własność na rzecz swojej prywatnej własności, a do posłuszeństwa wobec Moskwy w ramach pluralizmu dołożyły Berlin i Brukselę. Demokrację sprowadzono do przegłosowywania opozycji. Zamiast nieznanych sprawców działają teraz seryjni samobójcy. Procedury, na które powołują się aroganccy i niekompetentni urzędnicy, zastąpiły słowo „socjalizm”, rozstrzygające o prawomocności decyzji funkcjonariuszy PRL. System oparty na bezkarności władzy i strachu obywateli okazał się trwały. Nie wiem, co jeszcze musiałoby się wydarzyć – po Smoleńsku, po wielu skandalach i aferach, po ośmieszeniu ministra spraw wewnętrznych, który „szedł po kibiców”, a teraz tropi własnych agentów – aby obalić może nie system oparty na tradycjach PRL, bo to zadanie trudne, ale przynajmniej skompromitowany rząd.

O tak zwanej aferze taśmowej powiedziano już tyle w niezależnych mediach, że trudno dodać coś oryginalnego. Zwrócę tylko uwagę na trop, który zauważył Antoni Macierewicz. Jedynie prezydent Komorowski i jego ludzie nie ucierpieli. Prezydent patrzy na wszystko z dystansu i jest zatroskany jak dobry i mądry ojciec narodu.

Nad parlamentem unosi się duch prezydenta Wałęsy, najbardziej skutecznego polityka Polski i całego świata. Jego dewizą było: „pod przegraną się nie podpiszę”. Amerykański dziennikarz skomentował krótko: „to nie jest człowiek walki”, ale Polacy podziwiają taki talent polityczny. Wałęsa zawsze trafiał do obozu zwycięzców. Parlamentarzyści też chętnie porzuciliby obóz Tuska i przeszli do obozu Kaczyńskiego, gdyby wygrywał. „Kaczyński wciąż przegrywa” – lamentują ludzie rzekomo sympatyzujący z opozycją. Senator PO Jan Rulewski ostro potępiał bohaterów afery taśmowej, ale dręczony przez dziennikarkę Anitę Gargas pytaniem „dlaczego pan nie wystąpi z PO”, wreszcie wydusił: „pani żąda, abym popełnił polityczne samobójstwo”. Rozumując w ten sposób, będziemy czekać na zmianę władzy w Polsce do końca świata, a nawet dzień dłużej (cytuję Owsiaka). Panowie Tusk i Komorowski mają szanse pobić rekordy Putina i Łukaszenki.

Nie dołączę do obozu krytyków Kaczyńskiego, bo w tej sytuacji nie wypada. Napiszę tylko o najważniejszym błędzie PiS-u – rywalizacji działaczy o miejsca na listach do ostatniej chwili przed wyborami. Wtedy brakuje czasu na indywidualną kampanię, a wylansowanie nowych kandydatów jest niemożliwe. Nie jestem członkiem PiS-u, ale ta sprawa dotyczy mnie osobiście. Jeśli jeszcze raz prezydentem Gdańska zostanie Budyń albo jakiś jego koleżka, to popełnię czyn karalny. Nie wiem jeszcze jaki, ale coś wymyślę. W systemie liberalnym zalecana jest rywalizacja wewnątrz organizacji: partii politycznych, przedsiębiorstw, a nawet organizacji społecznych. Każdy sobie rzepkę skrobie. Pokusa motywowania ludzi indywidualnym sukcesem jest oczywista i nie jest to wynalazek liberałów. Marksiści też wierzyli w prześcignięcie kapitalistów przy pomocy współzawodnictwa pracy.

Moim zdaniem rywalizacja indywidualna sprawdza się tylko przy prostych pracach i pod warunkiem, że nie wymusza nadmiernego pośpiechu. W pracy dobrze zorganizowanej w ogóle nie musi być stosowana. Zadania trudne, nowe, interdyscyplinarne, wymagają współpracy zespołu ludzi, którzy znają się i mają do siebie zaufanie. Kultura pracy zespołowej musi być świadomie kształtowana przez kierownictwo, ponieważ ludzie mierni bywają sprytni i zręcznie podstawiają nogę zdolniejszym. Organizacja ponosi wówczas straty materialne, a szkody związane ze stratą zdolności do innowacji lub złą opinią mogą być nieodwracalne. Z książeczki „Jak zdobyć szklaną górę organizacji”, którą czytałam jeszcze w PRL, zapamiętałam smakowitą anegdotę. Menedżer, który miał uzdrowić podupadającą firmę, wpadł na pomysł wprowadzenia rywalizacji między działami. Otrzeźwił go stary Polonus: „w Polsce nazywamy to sikaniem do własnej zupy”.

Dlaczego Polacy nie otrzeźwieli po aferze taśmowej? Kibicują koalicji rządzącej albo opozycji tak, jakby to była wewnętrzna gra klasy politycznej, która nie dotyczy realnego życia. Pytani dają dziwaczne odpowiedzi. Zaczepił nas na ulicy mężczyzna, wygłosił kilkuminutowe przemówienie na temat marności rządów Tuska i zapytał Andrzeja, na kogo głosować. – „Na PiS, bo to jedyna realna opozycja”. – „Na Jarosława nie mogę, bo mnie oszukał”. – „Jak pana oszukał?”. – „Powiedział, że gdy Lech zostanie prezydentem, to on nie będzie premierem. Premierem został Marcinkiewicz. Ale potem Jarosław, oni się umówili”. Zastanawiałam się potem, czy ten człowiek kpił, czy próbował nas szczuć na PiS, czy czeka na idealną partię i idealną demokrację, czy czeka na twardziela, który wreszcie zaprowadzi porządek i rozpędzi wszystkich polityków. Kiedy trzeba dokonać wyboru i wrzucić kartkę do urny, prawda nie leży pośrodku, o czym próbują nas przekonać autorytety siedzące okrakiem na barykadzie.

Nie jestem psychologiem ale doszłam do wniosku, że Polacy są w stanie ciężkiej psychozy, jak dobre małżeństwo w trakcie rozwodu po haniebnej zdradzie.

A zaczęło się od tego, że Lech Wałęsa przypiął sobie do klapy marynarki wizerunek Marii z Jasnej Góry, a Kościół nie zaprotestował. Tylko nasz przyjaciel napisał litanię do Matki Bożej przyszpilonej do klapy.

Kultura korporacyjna

Cierpienia młodego Dinozaura

Dinozaur w naturze występuje w postaci szkieletu. Dinozaur, który choć ledwie żywy, łazi, gada, a nawet od czasu do czasu pisze felieton, jest formą względnie młodą. Jeśli żyje dostatecznie długo, co dinozaurom się zdarza, może doczekać się czasów, kiedy głoszone przez niego poglądy i idee, latami przemilczane i zwalczane, zaczną docierać do opinii publicznej. Niewielki z tego pożytek, ponieważ straty wynikające z chowania głowy w piasek i odkładania problemów na dogodniejsze czasy są nieodwracalne. Ale historia jeszcze się nie skończyła i zawsze jest jeszcze co ratować.

W okresie transformacji ustroju ludzie nie chcieli słuchać ostrzeżeń. Bez chwili zastanowienia pędzili za Wałęsą w nadziei, że jakoś to będzie. Polska wyprawa na księżyc: „Polecimy, a tam się rozejrzymy”. Z myśleniem życzeniowym nie dało się dyskutować. Kłamstwa, manipulacje, łamanie zasad – były widoczne gołym okiem, ale Polska beztrosko wchodziła we wszystkie pułapki, z których teraz trudno się wydostać.

Podam tylko jeden przykład. Nie wprowadziliśmy żadnych zabezpieczeń dla ochrony polskiej gospodarki. Polacy cieszyli się, że polska (czytaj: komunistyczna) gospodarka idzie w rozsypkę. Teraz zalewa nas portugalska stonka-Biedronka, wykańczając resztki polskiego drobnego handlu. Byliśmy w kwietniu w Oslo. Dowiedzieliśmy się, że w Norwegii tylko norweskie firmy mają prawo otwierać sklepy o dużej powierzchni.

Polaków w trudnych sytuacjach ratuje niezwykły talent do improwizacji. Niestety, Unia i rząd tresują nas w niesamodzielności. Po latach tresury moskiewskiej jest to fatalny zbieg okoliczności. Ludzi o mentalności dziada, tchórza i cwaniaka nie jest w Polsce więcej niż wśród innych nacji, ale chyba nigdzie nie są tak fetowani jako rozsądni, kulturalni, ba, nawet jako bohaterzy. Zdrada jest gloryfikowana, ponieważ jest skuteczna w karierze, pozwala wyeliminować przeciwników i konkurentów. Dopóki jest nagradzana, nic się w Polsce nie zmieni.

Teza, jakoby trzeba było wybierać między entuzjastycznym popieraniem każdego zła, kłamstwa i każdej okupacji a bezskuteczną straceńczą donkiszoterią, jest fałszywa. Wystarczy dbałość o własne sumienie, co w religijnym narodzie nie powinno być czymś nadzwyczajnym. Słyszałam ostatnio taką argumentację jakiegoś lobbysty rytualnego zabijania krów: Co z tego, że w Polsce będzie to zakazane, jeśli za naszymi granicami inni przejmą ten „rynek” i będą na tym zarabiać. Mamona to najważniejszy bożek naszych czasów.

Odbył się paradny pogrzeb Wojciecha Jaruzelskiego. Wielu Polaków służyło w Ludowym Wojsku Polskim, ale tylko nieliczni uczestniczyli w zabijaniu żołnierzy niepodległościowego podziemia. Teraz, kiedy wszystkie ważne fakty z życiorysu Jaruzelskiego, a także okoliczności wprowadzenia stanu wojennego, są już znane, „ludzie rozsądni” mówią: „musiał, bo nie zrobiłby kariery, ale ostatecznie zgodził się na okrągły stół”. Wynika z tego logiczny wniosek, że „okrągły stół” był planem moskiewskim, co zawsze podejrzewałam.

Najbardziej bezczelnym argumentem usprawiedliwiającym pogrzeb państwowy jest powoływanie się na sądy, które Jaruzelskiego nie zdegradowały ani nie skazały. Nie mogły, ponieważ niepodległa RP zakonserwowała w Polsce wpływy Moskwy i miejscowych komunistów. Przyczynili się do tego politycy Zachodu, którzy sprzeciwiali się lustracji i dekomunizacji oraz jawnie popierali Jaruzelskiego jako gwaranta stabilizacji regionu. Stabilizacja okazała się nadzwyczajnie skuteczna. Putin zbezczelniał a Polska ugrzęzła w powszechnej niewydolności i korupcji.

Żyjemy w schizofrenicznym państwie opartym na fałszywych fundamentach, a naród jest głęboko podzielony. Zawodne okazują się próby zagłaskiwania różnic, przykrywania ich głupawą propagandą i likwidowania ognisk buntu przemocą. Na przemoc sądową w sprawie protestu wobec zaproszenia majora Baumana do Wrocławia internauci odpowiedzieli akcją „Wszystkich nas nie zamkniecie”.

Nasza rola wołających na puszczy jest skończona. Możemy już z czystym sumieniem pogrążyć się w słodkim lenistwie życia emerytów, ponieważ niezależni publicyści piszą sprawnie i szybko publikują to, co moglibyśmy napisać. Wróciły nasze diagnozy i pomysły. Nawet lemingi, o których pisaliśmy w styczniu 1994 roku, weszły już do języka potocznego.

Wałęsą nie ma sensu już się zajmować. Kompromituje się sam. Ci, którzy nadal kochają go i szanują, będą to czynić nadal, ponieważ akceptują zdradę.

Wyszło szydło z worka w wielu sprawach:

Joanna Duda-Gwiazda, czyli ja, została zdemaskowana jako socjalistka. Nie protestuję. Muszę tylko zaznaczyć, że nie mam nic wspólnego z Piotrem Ikonowiczem, socjalistą internacjonalistycznym. Ikonowicz został wykluczony z PPS-u za złamanie uchwały wykluczającej koalicję wyborczą z postkomunistami. Skończyło się tak, że PPS przestał istnieć, a Ikonowicz został szefem PPS-u, ale już „właściwego”. Podróbki polityczne nikogo w Polsce nie dziwią. ZSL, chłopska przybudówka do PZPR, wszedł w buty PSL. Teraz PSL składa wieńce pod pomnikiem Witosa i protestuje przeciwko sankcjom gospodarczym wymierzonym w Rosję. Na sankcje, którymi Putin dyscyplinuje Polskę, PSL odpowiada żądaniem wyrównania strat przez polski rząd albo Unię. Zasady dialektyki marksistowskiej PSL opanował perfekcyjnie.

Krzysztof Wyszkowski okazał się liberałem, Bogdan Borusewicz karierowiczem bez żadnych poglądów. Henia Krzywonos to bizneswoman i celebrytka utalentowana politycznie. Prawdopodobnie zasiądzie w parlamencie europejskim, ponieważ zwolni się miejsce po komisarzu Januszu Lewandowskim. Bogdan Lis i Andrzej Celiński to postkomuniści. Kornelowi Morawieckiemu marzy się zjednoczenie wszystkich Słowian. Mam nadzieję, że się nie doczeka, że Putin nie połknie ani Ukrainy, ani Polski.

Wyniki wyborów do europarlamentu pokazały, że między skrajnymi poglądami zachodzi symbioza. Partia Palikota przegrała, a Korwin-Mikke osiągnął sukces. Politolodzy odkryli koło Amalrika, o którym wiele lat temu pisaliśmy w „Poza Układem”.

Z punktu widzenia dinozaura wszystko idzie dobrze, ponieważ pierwszym warunkiem naprawy jest powrót ze świata propagandy do rzeczywistości. Czekam jeszcze na poważną dyskusję o światowych finansach i przyczynach kryzysu. Gdyby w takiej dyskusji pojawiło się zakazane, bo kojarzące się z marksizmem, słowo „wyzysk”, mogłabym spać spokojnie. Pewnie się nie doczekam, ponieważ poważni politycy dążą do rozwoju i pokonania konkurencji na światowych rynkach. Zwiększanie wyzysku wydaje się skutecznym sposobem. Skorumpowani politycy chcą po prostu więcej pieniędzy.

Z tymi cierpieniami w tytule może trochę przesadziłam. Ale pozostaje jeszcze cała sfera języka, pojęć i obyczajów związanych z postmodernizmem, postkulturą, postpaństwem, postedukacją i z niebezpieczną utopią zarządzania całą światową gospodarką z jednego stanowiska komputerowego, według jednie słusznego programu.

Więc się nie wycofuję. Jestem nieszczęsną gadziną zasługującą na współczucie lub przynajmniej na ochronę jako zabytek.