Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Wywiad z Panem dla pisma „Kontakt” nosił tytuł „Walka klas”. Czy rzeczywiście polska edukacja została poddana konfliktom klasowym?

Tomasz Szkudlarek: Teoretycznie rzecz biorąc, mamy do czynienia z publicznym systemem edukacji, powszechnie dostępnym. Natomiast doświadczenia pokazują, że gdy formalna dostępność wzrasta, pojawiają się inne bariery na drodze do edukacji o dobrej jakości. Zaczynają funkcjonować mechanizmy selekcyjne, które tylnymi drzwiami wprowadzają elementy segregacji. W Polsce ewidentnie mamy z tym do czynienia. Szczególnie jest to widoczne na poziomie ponadpodstawowym. Wyniki testów egzaminacyjnych są bardzo silnie skorelowane ze statusem społeczno-ekonomicznym rodziców, przede wszystkim z poziomem ich wykształcenia. Jeśli szkoła jest selekcyjna, posiada możliwość wyboru uczniów, to dobiera tych z wysokim statusem społecznym. Następuje powolna segregacja klasowa edukacji.

Gdzie szukać przyczyn zjawiska?

Sytuacja wynika z neoliberalnego sposobu zarządzania systemem. Sterowanie jakością kształcenia związane jest z konkurencją między szkołami. To jest metafora rynku: jeżeli dyrektorzy zachowują się zgodnie z „logiką systemu”, to starają się pozyskać jak najlepszych uczniów. Poziom kompetencji i umiejętności przychodzących uczniów decyduje w dużym stopniu o tym, jakie będą wyniki na egzaminach końcowych. A według nich szkoły są „rankingowane” i otrzymują profity: zyskują miano elitarnych, są premiowane finansowo.

Dochodzi do rozwarstwienia: dziecko ze szkoły z „dolnych miejsc rankingowych” uczy się w klasie, z której już „wyprowadziły się” dzieci rodziców o wyższym poziomie wykształcenia – dzieci z domu, gdzie są książki, gdzie rozmawia się o sprawach, których dotyczy edukacja szkolna, gdzie można uzyskać pomoc w odrabianiu lekcji itd. Te „gorsze” dzieciaki tracą w ten sposób szanse uczenia się od swoich rówieśników rzeczy, których nie wyniosły z domu.

Proces ten w Polsce zaczął się w latach 90., na świecie – na początku lat 80. To część „pakietu” myślenia o problemach społecznych, który można wiązać z thatcheryzmem w Wielkiej Brytanii i polityką Ronalda Reagana w USA. Określa się go mianem „nowego stylu zarządzania sferą publiczną”. W momencie, w którym uznano, że tzw. budżetówka to źródło marnotrawienia pieniędzy, że podraża koszty funkcjonowania gospodarki, zaczęto ją traktować jak inne części systemu gospodarczego. Metody wykorzystywane w biznesie zastosowano do zarządzania szkołami czy szpitalami. Sztucznie wprowadzono mechanizmy rywalizacji, konkurencji, wolnorynkowego wyboru usług. Szkołę można zatem sobie wybrać. Rzecz jasna aktywnie wybierającymi są osoby o wyższym statusie ekonomicznym, bo stać je choćby na to, żeby dowozić dzieci do szkoły poza rejonem zamieszkania. Poza tym gdy mamy aktywnie wybierać, musimy mieć informacje o tym, co wybieramy. Tu jest właśnie miejsce na publikowane i powszechnie dostępne rankingi, egzaminy i testy wewnętrzne.

Z jednej strony wiąże się to z liberalizacją systemu, czyli ze zwiększeniem zakresu wolności i odpowiedzialności pojedynczych osób, co jest powszechnie akceptowane, a ludzie postrzegają to jako sensowne. Ale z drugiej strony te wybory są w większości dokonywane przez osoby o wyższym statusie społecznym, co stopniowo prowadzi do klasowego rozwarstwienia.

Jakie konsekwencje może przynieść model edukacji oparty na rozwarstwieniu ekonomicznym i kulturowym dla dalszego społecznego funkcjonowania młodych ludzi?

To przede wszystkim kwestia znacznych rozbieżności w szansach życiowych – kryteria dostępu do wyższej jakości kształcenia bardzo się różnicują. W Polsce dodatkowym czynnikiem jest to, że po wprowadzeniu reformy strukturalnej, czyli gimnazjum, wiek, w którym dokonywana jest selekcja do szkół wyższego szczebla, obniżył się o dwa lata. A im wcześniej dokonuje się wyboru szkoły, tym silniej uzależniony on jest nie od zdolności dziecka, lecz od kapitału kulturowego rodziców. A to wpływa nie tylko na losy dzieci, ale także na sposób funkcjonowania społeczeństwa. Tracimy bowiem tutaj różnorodną kulturowo, klasowo i ekonomicznie szkołę powszechną, w której młodzi ludzie przez sam fakt bycia razem uczą się ze sobą rozmawiać, koegzystować w społeczeństwie. W dorosłym życiu tacy ludzie rozumieją się lepiej lub gorzej, ale na ogół nie dziwią się, że ktoś myśli inaczej od nich, wiedzą, że ludzie są różni, różnie trzeba się z nimi dogadywać. W Polsce ten problem jest jeszcze trudny do zauważenia, ponieważ w świadomości osób dorosłych klasowy model wychowania i edukacji nie występuje. Ale przez analogię do tego, o czym przez lata pisano w USA, można prognozować stopniowy zanik zróżnicowanej, nieselekcyjnej szkoły publicznej. Będzie to prowadziło do „apartheidu kulturowego”, gdzie ludzie żyją we własnych, zamkniętych enklawach i tracą zdolność komunikowania się.

Zatem klasowy model szkolnictwa może mieć istotne skutki dla funkcjonowania społeczeństwa, dla demokracji rozumianej jako sztuka negocjacji, dla szukania konsensusu w kwestiach spornych. Jakościowe badania, które prowadzą moi koledzy z uniwersytetu, bardzo wyraźnie pokazują, że te szkoły, które plasują się w różnych miejscach rankingu, wytwarzają bardzo odmienne kultury: inaczej kształcą dzieci, te zaś inaczej myślą, mają inne sposoby argumentowania, autorytety. To są osobne światy. Takie zjawisko nie będzie obojętne dla sposobu funkcjonowania społeczeństwa w przyszłości.

Oczywiście ten proces zawsze miał miejsce, nawet w PRL nie żyliśmy w świecie egalitarnym. Ważne jednak jest to, że przy większym „wymieszaniu” niejako wymuszona była komunikacja między różnymi grupami społecznymi: poprzez szkołę, politykę mieszkaniową (osiedla, na których mieszkali ludzie z różnych warstw) itp. Dziś te światy różnicują się tak geograficznie (urbanistycznie), jak i kulturowo. Mamy do czynienia z rekonstrukcją struktury klasowej. Może to wywoływać tęsknoty do „neofeudalnego” porządku społecznego, gdzie będziemy mieli ludzi należących do elit, zupełnie nie rozumiejących pozostałych warstw społeczeństwa. I wzajemnie: klasy wyższe będą kompletnie niezrozumiane przez niższe. Będzie się to wiązało z tworzeniem coraz większej ilości barier, także czysto fizycznych, gdy ludziom coraz trudniej będzie dostać się do „nieodpowiedniego” dla nich miejsca: dobre dzielnice, złe dzielnice. W takim modelu rośnie wzajemny lęk przed kontaktami. Z jednej strony będzie to obawa o własne bezpieczeństwo w przypadku ludzi z elit, z drugiej strony osoby wykluczone będą odczuwały lęk przed ośmieszeniem się, kompromitacją, nie będą podejmować prób wchodzenia w pewne rejony, które „nie są dla nich”. I tak może tworzyć się tendencja do budowania wzajemnie izolowanych układów społecznych.

W sytuacji konfliktu społecznego może to skutkować powstawaniem populistycznych ideologii, w których szuka się kozła ofiarnego, gdzie widzi się elity jako przyczynę wszelkiego zła – ale będzie to oderwane od rzeczywistości, od znajomości prawdziwych realiów życia tych „innych”. W takim – wzajemnym – myśleniu trudno o możliwości kompromisu. Sądzę, że już dziś trzeba zacząć pracować na rzecz zmniejszania tego dystansu kulturowego.

Według informacji mediów w 2012 r. zamknięto ponad 1500 szkół. Do 2014 r. może ich zniknąć nawet pięć tysięcy, przede wszystkim na prowincji. Likwidację placówek tłumaczy się zwykle dwoma kwestiami: niżem demograficznym i problemami budżetowymi samorządów. Jaka jest Pana odpowiedź na te zwyczajowe wyjaśnienia?

Obydwa te elementy, demografia i budżet, są realne. Jednak zamiast zamykać szkoły, sensowniej byłoby przekształcać je w centra edukacji dorosłych. W Polsce ta sfera wciąż nie jest dostatecznie rozwinięta. Oczywiście dorośli się uczą, ale jeśli porównamy to choćby z krajami skandynawskimi, skala i jakość zjawiska wyglądają dość mizernie. Jest to „czarna dziura” w polityce oświatowej w Polsce. Ministerstwo Edukacji Narodowej kojarzone jest z ministerstwem edukowania dzieci, a jego kompetencje kończą się, gdy dzieci osiągają wiek, w którym kończy się obowiązek szkolny. Można by więc wykorzystać to, że mamy infrastrukturę, pustoszejące budynki oraz sporą grupę nauczycieli. Ci ostatni nie są jedynie specjalistami od nauczania biologii, geografii czy języka polskiego, bo nauczyciele to zazwyczaj ludzie dość aktywni społecznie – także emerytowani nauczyciele. Byłoby bardzo mądrze, gdyby gminy utrzymały budynki, ludzi, pieniądze, otwierając je dla dorosłych, skoro jest coraz mniej dzieci. Właśnie dorosłym w takim układzie warto dać możliwość edukacji, samokształcenia, a nawet życia towarzyskiego – wszystkiego, co może zaoferować centrum kulturowe lokalnej społeczności. Szczególnie w małych miejscowościach panuje w tym względzie dramatyczna sytuacja. Często właśnie szkoła jest tam jedynym – poza parafią – miejscem, w którym ludzie mają szansę się spotkać, działać razem. Byłoby bardzo dobrze, gdyby niż demograficzny został wykorzystany do tworzenia płaszczyzny życia wspólnotowego, właśnie w szkołach.

W PRL z reguły dzielono szkoły na gorsze, prowincjonalne oraz lepsze, (wielko)miejskie. Dziś mamy badania wskazujące, że te podziały nie są tak jasne, że znaczne różnice zachodzą np. w obrębie miast.

Są pewne sugestie, wynikające z badań nad wynikami egzaminów szkolnych, które potwierdzają ten podział w miastach. To dość ograniczona baza wiedzy, bo mówimy o badaniach mających za punkt wyjścia wyniki testów, które dzieci zdają pomiędzy progami selekcyjnymi w szkole, a to nie bierze pod uwagę mnóstwa czynników społecznych. Ale jeśli popatrzymy na te wyniki – mówię np. o analizach Romana Dolaty z Instytut Badań Edukacyjnych – to rzeczywiście zaznaczają się takie tendencje, iż mocno różnicują się szkoły miejskie. Wiąże się to z procesami, o których mówiłem na początku, czyli z neoliberalnymi sposobami zarządzania oświatą, dającymi rodzicom możliwość wyboru szkoły. Specyfika miejska powoduje, że szkół do wyboru jest w okolicy kilka czy kilkadziesiąt. Wtedy system faktycznie może aktywnie pracować na ich rozwarstwienie. Działa to na zasadzie gettoizacji – lepiej wykształcone grupy społeczne wyprowadzają się z dzielnic wymieszanych kulturowo i zabierają swoje dzieci ze szkół, które uważają za niedostatecznie dobre, przenosząc je do bardziej elitarnych. I jest to proces gwałtowny.

Natomiast w wiejskich szkołach, np. w gimnazjach, zdarza się, że dyrektorzy i nauczyciele wykorzystują wyniki testów ze szkół podstawowych nie po to, żeby klasy segregować, czyli tworzyć lepsze i gorsze grupy, tylko po to, żeby je mieszać i celowo tworzyć bardziej wyrównane środowiska edukacyjne.

Wspomniane badania Dolaty wskazują też, że zaczyna się tendencja do wyrównywania poziomu szkół wiejskich ze słabszymi szkołami wielkomiejskimi i placówkami ze średnich miast oraz bardzo silne zróżnicowanie szkół na terenie wielkich miast. Już obecnie mamy w dużych miastach szkoły, których uczniowie mają znacznie większe problemy z rozwiązywaniem testów niż w przypadku przeciętnej szkoły wiejskiej. To zupełnie inna sytuacja niż ta, z którą mieliśmy do czynienia jeszcze w latach 70. i 80., gdy socjologowie edukacji identyfikowali granicę miasto-wieś jako główną barierę blokady rozwojowej. Na wsiach było gorzej i trudniej, w miastach ten poziom był znacznie wyższy i bardziej wyrównany niż w szkołach wiejskich.

A z czego może wynikać wspomniana przez Pana polityka w wiejskich szkołach?

Mogę wysnuć tylko pewne przypuszczenia, bo nie znam szczegółowych badań na ten temat. Możliwe, że w małych, prowincjonalnych szkołach łatwiej utrzymać pewne poczucie misji, etos nauczycielski. W miejskich aglomeracjach mamy do czynienia z gęstą siecią szkół, a zatem i z poczuciem, iż zróżnicowane opcje wyboru powodują, że jeśli ktoś nie pasuje tutaj, to się powinien przenieść gdzie indziej. W małej, lokalnej społeczności jesteśmy niejako skazani na siebie, a wspólnotowość, kapitał społeczny są silniejsze, bo trudniej o alternatywę.

Druga rzecz, która także może wynikać z kultury „bycia razem” w środowiskach wiejskich – niewykluczone, że dyrektorzy nie chcą antagonizować nauczycieli. Jeżeli jest kilka równoległych klas, to nauczyciele mają mniejsze problemy, gdy prezentują one podobny poziom, niż wtedy, gdy stworzymy sobie klasy „orłów” i „kaczko-gęsi”. Łatwiej się zarządza zespołem, łatwiej utrzymać dobrą atmosferę, gdy się stosunkowo równo podzielimy trudnościami i sukcesami.

Kim jest nauczyciel w dzisiejszej szkole? Jaki jest jego status oraz poziom edukacji, którą sam otrzymuje na studiach?

Myślę, że jest nauczycielem przeładowanym pracą biurokratyczną oraz zagonionym. Logika zarządzania sferą publiczną (nie tylko szkołą, bo także służbą zdrowia, pracą socjalną itp.) jest przeładowana procedurami, parametryzacją, regułami oceniania, przygotowywaniem rankingów. Na to wszyscy narzekają, bo to odsuwa ludzi od faktycznej pracy.

Jeśli idzie o kształcenie nauczycieli, to w Polsce jest z tym źle. Z jednej strony nauczyciele kształceni są na wydziałach „przedmiotowych” – to daje potencjalnie dobrą bazę do kształcenia na wysokim poziomie. Jednocześnie ta sama struktura kształcenia jest fatalna, gdy chodzi o społeczny wymiar pracy nauczyciela: radzenie sobie z problemami wychowawczymi, współpracę z rodziną ucznia, działanie w środowisku lokalnym itp. Tego wszystkiego ludzie muszą się uczyć na własnej skórze, i to nieraz bardzo boleśnie. To, co obecnie jest systemem kształcenia nauczycieli w tej kwestii, czyli ponad 300-godzinny kurs w ramach studiów przedmiotowych (psychologia, pedagogika, metodyka nauczania), to bardzo mało. Poza tym jest to realizowane w sposób daleki od systematyczności. Na polskich uniwersytetach nie powstały wydziały, które traktowałyby „bycie nauczycielem” w kategoriach specjalistycznego wykształcenia. Moim zdaniem nauczyciel przede wszystkim – z zawodu – powinien być osobą przygotowaną do kształcenia wielokierunkowego, mniej specjalistycznego, za to znacznie lepiej radzić sobie z problemami rozwojowymi dzieci, z problemami społecznymi środowiska, w którym żyją, posiadać zdolność współpracy z instytucjami w otoczeniu szkoły i z rodzicami. To bardzo trudne, a nauczyciele narzekają, że do tego nie zostali przygotowani.

Dzieje się tak, ponieważ brakuje odpowiedniej struktury w tym względzie. A tej nie ma, bo po reformach systemu edukacji jeszcze z lat 90., uczelnie wyższe otrzymały bardzo dużą autonomię i trudno byłoby je zmusić do stworzenia innej metodologii edukacji przyszłych nauczycieli. Za tym kryje się również problem pieniędzy – bardziej zaawansowany system kształcenia wiązałby się z kosztami. Wymagałoby to również pewnej formy centralizacji całości tej dziedziny edukacji.

Chciałbym podkreślić, że jest mnóstwo nauczycieli, którzy wypruwają sobie żyły, pracując z tymi „gorszymi” dzieciakami, ale w niewielkim stopniu przekłada się to na opinię o ich pracy. Najłatwiej jest stworzyć wyobrażenie o jakości edukacji na podstawie wskaźników: zdawalności matury, rekrutacji na studia, sukcesów w olimpiadach…

Mówiąc o kwestii nauczyciela jako pedagoga, czyli współuczestnika wychowania, nasuwa się pytanie, czy z zaniedbań w tej materii wynikają kłopoty z agresją uczniów, ich sposobem bycia w szkole?

Nie sądzę, żeby to akurat błędy w wykształceniu nauczycieli powodowały tego typu problemy, ale z pewnością nie ułatwiają one ich rozwiązywania. To, że młodzi są dziś inni niż 50 lat temu, wynika z bardzo wielu rzeczy, przede wszystkim z rozwoju kultury konsumpcyjnej. Wszyscy żyjemy w świecie, w którym egoizm stał się cnotą. Media instruują nas, że powinniśmy dążyć do intensyfikowania własnych potrzeb i zachcianek. Ten przekaz jest wszędzie. Druga rzecz, że ta nuworyszowska faza kapitalizmu spowodowała, iż pokolenie rodziców dzisiejszych uczniów to ludzie wciąż uganiający się za pracą i pieniędzmi. To jest oczywiście uwarunkowane także ekonomicznie, nie tylko kulturowo, nie ma co zrzucać winy na rodziców, bo czasem z ośmiogodzinnej pracy nie da się utrzymać rodziny. Ale tak czy owak efekt jest jeden – rodzice są nieobecni. Dzieci wychowują się we własnym środowisku. Do tego dodajmy trzecią kwestię: styl życia w przestrzeni publicznej. Proszę zauważyć, że miejsca publiczne są posegregowane wiekowo. Gdy wchodzę z żoną do jakiegoś pubu, to nierzadko dwukrotnie zawyżamy średnią wieku, bo zwykle siedzą tam 17-latki. Ich rodzice są w tym czasie w domu i oglądają telewizję. Gdy się wejdzie do knajpy w Anglii czy w Niemczech, to mamy tam ludzi od 16. do 90. roku życia. Komunikacja międzypokoleniowa została zerwana w Polsce w wielu miejscach. Jeśli nauczyciele nie czują się bezpiecznie i swobodnie w kontakcie z młodymi ludźmi jako dorośli i jako profesjonaliści, którzy potrafią organizować życie zespołowe i rozumieją, czym żyją dzieciaki – to mają potężny kłopot. Myślę zatem, że wiele jest problemów, które wymagałyby pracy czasem terapeutycznej, czasem animacyjnej. W takim kontekście sytuacyjnym i kulturowym nie wystarczy profesjonalizm w przygotowywaniu dzieciaków do rozwiązywania testów.

Ale chyba już nikt nie oczekuje, że nauczyciel będzie wychowawcą? Rodzice wręcz bronią niezależności swoich dzieci od szkoły…

To bardziej złożona kwestia. Z jednej strony z radością pozbyliśmy się tej wizji szkoły, która ma wychowywać, bo kojarzyło się nam to z indoktrynacją, z dominacją państwa nad rodziną i społeczeństwem. Bezpiecznie jest patrzeć na szkołę jako na instytucję, która zajmuje się wiedzą i kompetencjami intelektualnymi, a od wychowywania jest rodzina. Z tym że rodzina znajduje się w kryzysie: mentalnym, kulturowym, ekonomicznym. Rodzina też się zawęża w swoich funkcjach, a rodzice często nie wiedzą, jak się określić wobec własnych dzieci. A do tego nie zadaliśmy sobie poważnego pytania w dyskursie publicznym o funkcję szkoły. To, co nam dziś zostało, to przekonanie, że edukacja jest ważna dla rozwoju gospodarczego. I jedyne, o czym się publicznie, głośno debatuje, to kwestia tego, czy szkoły wypuszczają na rynek bezrobotnych, czy nie. Powrót do funkcji wychowawczej wydaje mi się możliwy tylko wtedy, gdy będzie się to działo w kontekście jakiegoś większego działania społecznego, angażującego nie tylko szkoły, ale także środowiska lokalne. Trudno dziś wyobrazić sobie sytuację, że szkoła zaczyna pełnić rolę wychowawczą, wytwarzać własne normy obyczajowe, normy zachowania, które ignorują to, co dzieje się za jej murami. Wiązałoby się to ze zbyt dużym oporem społecznym, z przekonaniem, że rodzice pozbawiani są odpowiedzialności. W tej chwili rodzina nie pełni funkcji wychowawczych lub pełni je słabo, ale zarazem nie da sobie narzucić, żeby ktoś robił to za nią. Ale oczywiście, gdy dochodzi do jakichś trudnych kwestii, w rodzaju „wychowania seksualnego”, to wtedy rodzice chętnie mówią, że to jednak szkoła powinna za nich tę robotę wykonać i przygotować dzieci do odpowiedzialnego życia.

Dyskusja dotycząca sensu szkoły publicznej dopiero musi się odbyć. W jej trakcie musimy wypracować pomysły na to, czym ta instytucja ma być z punktu widzenia szerszych kwestii, niż tylko przygotowanie ludzi do znalezienia pracy.

Sposób funkcjonowania szkolnictwa, zasób i charakter wiedzy, jaką ono przekazuje, zależą w dużej mierze od ustrojowego i kulturowego zaplecza społeczeństw i państw, nie tylko od czynników ściśle ekonomicznych. Podobnie realizacja i wyznaczenie celów edukacji.

W podręcznikach pedagogiki mówi się o trzech podstawowych funkcjach edukacji, które bardzo mocno wiążą się z ideologiami politycznymi. Szkoła konserwatywna nastawiona jest na „transmisję kultury”, czyli przekazywanie wiedzy i wartości, które tworzą tożsamość społeczną, ciągłość historyczną.

Druga funkcja, która jest bliska ideologiom liberalnym, wiąże się z rozwojem potencjału i kompetencji jednostek. Dobra szkoła to taka, która sprzyja rozwojowi każdej jednostki, musi zatem być na tyle zróżnicowana, aby każdemu inaczej zapewniać to, co jest mu potrzebne.

Te dwie funkcje są w konflikcie ze sobą, bo jeżeli mówimy o ciągłości historycznej, to zakładamy wspólny kanon wartości, które wszyscy powinni opanować, a gdy mówimy o wolności indywidualnej, to wchodzimy w logikę zróżnicowania.

Trzecia funkcja, obecna przynajmniej od czasów reformacji, to traktowanie edukacji jako czynnika zmiany społecznej. Szkoły mają być promotorami modernizacji, zmiany społeczeństwa, naprawiania tego, co w społeczeństwie szwankuje. Szkoła ma uczyć tolerancji, odpowiedzialności, moralności itd. Jakimś przemieszczonym wariantem tej ideologii jest obecne traktowanie szkoły jako instytucji modernizującej gospodarkę.

Jest oczywiste, że położenie nacisku na jednym z tych trzech aspektów oznacza osłabienie funkcji dwóch pozostałych. Ideałem byłoby stworzenie systemu, w którym ta trójka pozostaje w równowadze. Rzecz w tym, że każdy z elementów jest częścią pewnych projektów i ideologii politycznych, dlatego szkoła w demokratycznych społeczeństwach staje się niesamowicie niestabilnym polem walki między nimi. Zatem to, co wyobrażamy sobie jako dobrą szkołę, będzie zależało od naszych wyborów światopoglądowych. I tak dla ludzi związanych z narodową prawicą będzie to przede wszystkim kwestia historii, kanonu kultury, literatury, wspólnych wartości, dziedzictwa itd. Dla liberałów będzie to przystosowanie jednostek do zmieniającego się szybko świata, czyli nastawienie na indywidualną drogę uczenia się i adaptowania do warunków: inicjatywa, kreatywność, elastyczność. I znów mamy tu konflikt między wersją pierwszą a drugą. Z kolei dla socjalistów, czy mówiąc językiem pedagogiki – progresywistów, ważne będzie nie to, w jakim świecie żyjemy, ale to, jaki ten świat być powinien. Dlatego – z dzisiejszej perspektywy – szkoła powinna uczyć myślenia krytycznego oraz aktywności społecznej nie w kontekście indywidualistycznym, lecz wspólnotowym.

Gdyby odnieść się do znanych nam systemów, to – przykładowo – wzorce skandynawskie byłyby liberalno-progresywistyczne. Zatem z jednej strony wspierają one wolność indywidualną, z drugiej – progresywną zmianę, za którą kryje się model społeczeństwa egalitarnego. Jest ono innowacyjne, potrafi rozwiązywać swoje problemy, troszczy się o środowisko naturalne itd. W polskim systemie edukacji mamy dominację myślenia konserwatywnego i liberalnego – jest to swoista pokomunistyczna reakcja na poprzedni system, dość trudny dziś do wyobrażenia, który był fuzją myślenia socjalistycznego, nastawionego na przyszły świat, oraz konserwatywnego, nastawionego na przeszłość, historię. Ten „dziwny system” pomijał element liberalny, dlatego – na zasadzie odreagowania – tak bardzo do niego przylgnęliśmy w III RP.

Dla równowagi warto by dziś przywrócić myślenie o szkole jako progresywnym, pozytywnym czynniku kształtowania społeczeństw, nie tylko przygotowywania jednostek do historycznej pamięci i funkcjonowania na rynku.

Jakie są sposoby krótko- i długoterminowe na ewentualną zmianę sytuacji? Jakie priorytety nakreśliłby Pan dla rodzimego szkolnictwa?

To, o czym rozmawialiśmy dotychczas – rynkowe różnicowanie, indywidualizacja, procesy segregacyjne – rozwija się od ponad 20 lat. I jeszcze nie dotarło to do opinii publicznej jako problem wymagający debaty oraz rozwiązania. Zatem pewnie następnych dziesięć lat będziemy brnąć w tę samą stronę. Cały PRL, postrzegany jako projekt, który przeorał naszą świadomość, trwał w aktywnej postaci trzydzieści kilka lat (lata 80. to był już okres schyłku, zawieszenia), a jeszcze nie możemy się z niego wyplątać w pewnych wymiarach. Są to zatem długotrwałe procesy i to nie jest tak, że po prostu zmienimy rząd po wyborach i wszystko się odmieni. Te kwestie najpierw muszą się pojawić jako ważne problemy w debacie publicznej i musi się pojawić wola zmiany tej sytuacji. Według mnie natomiast wciąż trwa chęć dalszej separacji i segregacji w ramach systemu edukacji. Te środowiska, które lepiej radzą sobie w obecnych realiach ekonomicznych, jeszcze nie mają dość izolacji, jeszcze się odgradzają, stawiają kolejne bariery. Zmiana będzie wymagała znacznej pracy politycznej, społecznej, kulturowej, organizacyjnej, i to nie tylko wśród tych, którzy dziś są marginalizowani, lecz głównie chyba wśród elit.

Moja orientacja ideowa, jeśli mogę to tak nazwać, wiązałaby się z przeciwstawieniem tendencjom separacyjnym. Dziś sprzeciwiają się im przede wszystkim ludzie z mentalnością „narodowo-socjalistyczną”, która może być niebezpieczna. Nawet jeśli tam się nieźle identyfikuje problemy, to sposoby ich rozwiązywania są nietrafne i często bardzo niebezpieczne. Choć prawdopodobnie jest to konieczny etap, gdy ludzie zaczynają sobie pewne problemy uświadamiać. Dziś tendencje do przywrócenia bardziej egalitarnego świata są zatem popularne wśród populistycznej prawicy, która zauważa problemy związane z nadmiernym dystansem i zróżnicowaniami społecznymi, ale rozwiązania widzi nie w demokratycznych sposobach przezwyciężenia problemów politycznych, lecz w szukaniu zdrajców, w formach symbolicznej przemocy w stosunku do elit. To ślepa uliczka.

Na poziomie krytyki musimy być bardzo radykalni i wolno nam przerysowywać pewne kwestie, żeby dotarły do świadomości ludzi, którzy o tym jeszcze nie myśleli. Jednak zmiany społeczne zachodzą raczej w pragmatycznej działalności, wymagają współpracy, porozumienia, zdolności do komunikowania się. Sensowniej jest myśleć o tym, jak w sposób polityczny, związany ze świadomością społeczną, definiowaniem celów wspólnotowych, przeorientować ten system tak, aby był bardziej zrównoważony.

Szkoła jest także elementem społeczeństwa obywatelskiego. Jaka jest Pana opinia o szkołach społecznych?

Są szkoły społeczne, które mają bardzo otwartą formułę. Na początku, gdy powstawały, można było na nie patrzeć jak na „wyspy obywatelskości”: proponowano odmienne od ogólnie przyjętych sposoby współpracy nauczycieli, rodziców i dzieci, nowe formy bycia razem. Sytuacja zmieniła się, gdy uspołeczniona została sama szkoła publiczna, bo ustawa oświatowa z lat 90. właściwie oddała szkoły samorządom. Dzisiaj społeczności lokalne mogłyby mieć znaczny wpływ na swoje szkoły, nie tylko w tym sensie, że decydują o ich zamykaniu. Nie mają, bo w Polsce nie wykształciły się ruchy rodzicielskie, podmiotowość rodziców jako partnerów w systemie edukacji, a jeżeli się czasami wykształca, to ma charakter głównie roszczeniowy. Z tego, co wiem, różnica między polskimi ruchami rodzicielskimi a zachodnioeuropejskimi, szczególnie skandynawskimi, jest taka, że nasze są czymś w rodzaju związków zawodowych, czyli traktują szkołę jako przestrzeń pewnego rodzaju konfliktu: trzeba dbać o dzieci przeciw instytucji. Natomiast zagranicą funkcjonują na zasadzie stowarzyszeń nauczycielsko-rodzicielskich, gdzie wspólnie decyduje się o tym, jak wyglądają programy wychowawcze, czyli rodzice realnie angażowani są w pracę szkoły. I to szkoły publicznej.

W Polsce szkoły społeczne stały się – w dużej mierze – szkołami niepublicznymi, nie tylko w sensie formalnym, ale także w sensie pewnej ideologii, filozofii. Stały się szkołami, w których konieczność opłacenia wysokiego czesnego stanowi barierę dostępu dla ludzi nie mających dostatecznej ilości pieniędzy, zatem automatycznie wpisują się w elitarny model kształcenia. Funkcjonują lepiej lub gorzej, wiele tych szkół jest znakomitych, ale z punktu widzenia całego systemu są to enklawy z dość rygorystyczną finansową barierą na wejściu. Duże znaczenie ma też kapitał kulturowy: relacje z rodzicami, kontrakty, zobowiązania. Właśnie ze względu na tę elitarność nie wierzę, żeby obecnie była to realna alternatywa dla całego systemu edukacji.

Obawiam się również, że nawet gdyby powstała odpowiednia polityka stypendialna, która zniwelowałaby barierę finansową, to nie zmieni to faktu, że będziemy mieli do czynienia z auto-segregacją środowisk elitarnych, które wciąż będą szukały dla siebie kolejnych enklaw uprzywilejowania, będą się starały wydzielić dla siebie miejsca edukacji trochę innej, lepszej, zastrzeżonej.

A co Pan sądzi o home-schoolingu, ruchu na rzecz nauczania dzieci w domach, przez rodziców? Jest on często przeciwstawiany szkole, jakoby nieefektywnej, nieprzyjaznej dzieciom i rodzicom.

W Polsce home-schooling to forma dopiero raczkująca, więc nie wiadomo, w jaką stronę się rozwinie. W wielu krajach bywa związana z wychowaniem religijnym, gdy rodzice o „fundamentalistycznych” poglądach wyłączają swoje dzieci z edukacji publicznej. Sądzę, że to ciąg dalszy procesu, który rozpoczął się wraz z tworzeniem szkół społecznych i prywatnych – chęć znalezienia dla dziecka lepszej przestrzeni edukacyjnej. Bardzo jestem ciekawy, w jaki sposób rodzice tych dzieci będą rozwiązywali kwestie społeczne. Rzecz jasna będą się pewnie sieciować, tworzyć struktury, aby „być razem”, uczyć się nawzajem od siebie. Jednak mam wrażenie, że mamy tutaj do czynienia z „fantazją pajdocentryczną” – chcemy dziecku zaoszczędzić cierpienia, konieczności dogadywania się z nie zawsze miłymi rówieśnikami, przemocy w szkole, zagrożeń w drodze do szkoły itd. Krótko mówiąc, jest to mocno podszyte lękiem, przynajmniej w tych przypadkach, które mi są znane. To trochę wypreparowane wychowanie społeczne, w którym to my, jako rodzice i opiekunowie, będziemy dobierać innych ludzi, z którymi nasze dziecko będzie się mogło kontaktować, uczyć interakcji, współpracy, itd. Ale kiedyś to dziecko wyjdzie w otwarty świat i spotka się z takimi typami ludzi, których nigdy wcześniej nie widziało. Nie sądzę, żeby było to bezpieczne i dobre dla tego dziecka…

Znów pojawia się tutaj izolacja: dla jednych oznacza ona brak dostępu do lepiej płatnej pracy, edukacji itd., dla elit – życie w świecie wypreparowanym, który jest kontrolowany pod względem bezpieczeństwa i jakości kultury. W tak sztucznym świecie dzieci będą się uczyć, jak być przyszłymi przywódcami, liderami wspólnot. Problem w tym, że te dzieci, gdy dorosną, będą „zarządzały” ludźmi, z jakimi nigdy się fizycznie i społecznie nie zetknęły. To karkołomny pomysł na rolę elit w społeczeństwie.

Dziękuję za rozmowę.

Sianowo, 8 listopada 2012 r.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Szkoła życia? O wsparciu materialnym uczniów w Polsce

O edukacji dyskutuje się sporo, jednak pewne jej obszary traktowane są po macoszemu. Sferą zmarginalizowaną jest np. cały obszar polityki wsparcia materialnego uczniów – być może dlatego, że sam dotyczy grup społecznie zmarginalizowanych.

W Polsce ten problem jest szczególnie palący, bowiem wiąże się z pozaszkolnymi, społecznymi uwarunkowaniami systemu edukacji, na czele z wysoką stopą wykluczenia materialnego wśród dzieci i wysokim poziomem nierówności dochodowych. Według metodologii Eurostatu ubóstwem i/lub wykluczeniem społecznym zagrożone było w 2010 roku 30,8% osób w wieku do 17. roku życia (w UE średnio 26,9%), podczas gdy dla ogółu populacji wskaźnik ten był nieco niższy (27,8% w Polsce i 23,4% w UE). Możemy zatem mówić o tzw. juwenalizacji biedy w Polsce i w Europie. Nad sytuacją materialną dzieci pochyla się też raport UNICEF, w którym pod względem ubóstwa relatywnego i deprywacji materialnej plasujemy się na niechlubnym wysokim 24. miejscu (pierwsze miejsce ma kraj z najmniejszą skalą takich problemów) wśród analizowanych krajów rozwiniętych. Polskę cechują również bardzo wysokie nierówności dochodowe. Owe społeczne uwarunkowania zmniejszają szanse uczestnictwa w systemie edukacyjnym części uczniów, ograniczając np. możliwości zakupu książek, opłacania dodatkowych zajęć, a także generują m.in. poczucie bycia „gorszym” z powodu ubóstwa, co może negatywnie wpływać na motywację.

Warto przywołać tezę prof. Marty Zahorskiej o dualizmie warunków oświatowych. Zgodnie z nią system szkolny jest formalnie dość egalitarny (np. brak wczesnych selekcji), ale procesy społeczne są na tyle niekorzystne, że de facto szanse edukacyjne dzieci i młodzieży są mocno zróżnicowane. W takim razie, aby zapewnić dzieciom podobne możliwości uczenia się, nie wystarczy ograniczanie selekcji i segregacji na wczesnym poziomie, które odbywają się już na etapie przedszkolnym. Potrzebne są aktywne, kompleksowe działania zmierzające do wyrównania szans i warunków uczestnictwa dzieci ze środowisk defaworyzowanych. Jednym z takich działań jest polityka wsparcia materialnego uczniów. Warto jednak zastrzec, że pomoc materialna powinna być jedynie elementem wsparcia uczniów. Tam, gdzie to możliwe, powinien on być jak najsilniej powiązany z innymi wymiarami pomocy, obejmując również wsparcie psychologiczne, edukacyjne itp.

Sprawa wsparcia uczniów defaworyzowanych powinna zaprzątać głowę zarówno badaczy i praktyków oświatowych, jak i osób zajmujących się polityką społeczną. Problematyka ta leży bowiem na pograniczu tych dwu dziedzin. Oficjalnie jednak tak się nie dzieje – jest szereg rozproszonych form pomocy, z których po zestawieniu i przeanalizowaniu wyłania się dopiero pewien obraz. W niniejszym tekście posłużyłem się kryteriami opisu i klasyfikacji form wsparcia, które zawarłem w raporcie przygotowanym dla Wyższej Szkoły Pedagogicznej.

Główne dylematy

Pierwsze kryterium: wielkość świadczenia. Na ile ono odpowiada potrzebom? Można próbować oceniać wielkość na podstawie relacji do potrzeb, np. jak się ma wartość ufundowanej uczniowi „wyprawki szkolnej” do średnich wydatków związanych z zakupem książek, przyborów szkolnych i odzieży. W przypadku pewnych form wsparcia, np. programów dożywiania, liczy się nie tylko wielkość, ale i jakość (wartość odżywcza).

Drugie kryterium: forma świadczenia – pieniężne czy rzeczowe? Jest to kluczowe zagadnienie, które wiąże się z kwestią równowagi między skutecznością pomocy a autonomią jej odbiorców. W przypadku świadczeń rzeczowych zyskujemy większą gwarancję, że środki, które państwo wygospodarowało na dany cel, zostaną spożytkowane zgodnie z przeznaczeniem. Ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku rodzin głęboko dysfunkcyjnych, w których np. występuje alkoholizm – pojawia się wówczas ryzyko, że pieniądze z zasiłku przeznaczonego na naukę dziecka zostaną przynajmniej w części wydane w inny sposób.

Wsparcie rzeczowe zmniejsza to ryzyko. Zakłada ono jednak na starcie brak wiary w odpowiedzialność i umiejętność podejmowania właściwych decyzji przez potrzebujących. Choć w przypadku części rodzin dysfunkcyjnych ów brak wiary bywa uzasadniony, pojawia się pytanie, czy traktując je paternalistycznie, ułatwiamy przezwyciężenie takich postaw i uczymy mądrego gospodarowania ograniczonymi środkami. Moim zdaniem: nie.

Nie ma łatwego wyjścia z tego dylematu, ale można go łagodzić za sprawą podejścia zindywidualizowanego. Wybór formy wsparcia powinien być zależny od rozpoznania potrzeb i możliwości rodzin. Część z nich ma po prostu problemy materialne i należy dać im środki, by mogły nimi załatać domowy budżet. Część natomiast jest jeszcze przed reintegracją społeczną lub w jej wczesnej fazie i wówczas bezpieczniejszy będzie większy udział pomocy rzeczowej i usługowej. Aby prowadzić taką politykę, potrzeba jednak dobrej diagnozy sytuacji rodziny, dokonanej przez profesjonalne służby społeczne – diagnozy, która nie będzie jednorazowa, lecz aktualizowana w toku pracy z ową rodziną. Niestety w Polsce służby społeczne są niedofinansowane i nie działają w sposób skoordynowany ze sobą nawzajem ani ze szkołą. Dlatego możliwość trafnej oceny potencjału rodziny jest ograniczona, podobnie jak rozpoznanie rzeczywistych potrzeb i deficytów edukacyjnych dzieci.

Trzecia kwestia to grupa odbiorców. Czy świadczenie będzie przysługiwało tylko tym najuboższym, żyjącym poniżej odpowiedniego progu dochodowego (w domyśle: najbardziej potrzebującym) oraz uczniom o szczególnych potrzebach (np. niepełnosprawnym), czy też ma ono przysługiwać w podstawowym wymiarze wszystkim jako wyraz ich praw społecznych? Przywykliśmy sądzić, że świadczenia, zwłaszcza te materialne, są marnotrawione, jeśli nie trafiają do najuboższych. Ale czy wprowadzenie arbitralnego kryterium faktycznie pozwoli dotrzeć do wszystkich potrzebujących? Praktyka realizowania dożywiania dzieci pokazuje, że nie, zwłaszcza gdy progi są niskie i sztywno przestrzegane, bez uwzględnienia specyfiki danej rodziny. Złagodzić ów problem może ustalenie progu na wysokim poziomie, a także dopuszczenie odstępstw w wybranych przypadkach.

Czwarty dylemat wiąże się ze sposobem przyznawania świadczenia, jego dystrybucją. Czy refundowanie poniesionych i pokwitowanych kosztów to dobra strategia? Z jednej strony tak – mobilizuje beneficjentów, żeby właściwie wykorzystali pieniądze, a władze otrzymują gwarancję, że środki zostały wydane zgodnie z przeznaczeniem. Jednak wiele rodzin nie ma na starcie wystarczających środków, by najpierw samodzielnie, bez zadłużania się, dokonać zakupu pomocy edukacyjnych dla dziecka, a dopiero później liczyć na refundację.

Ze sposobem dystrybucji wiąże się jeszcze kwestia stygmatyzacji, szczególnie ważna w kontekście wykluczenia edukacyjnego. Przyznawanie świadczeń powinno być zorganizowane w taki sposób, aby nie naznaczało negatywnie. Ma to kluczowe znaczenie w przypadku dzieci, bardzo zależnych od opinii grupy.

Po określeniu parametrów instrumentów poli­tyki wsparcia – wielkości, formy, kryteriów dostępu i sposobu dystrybucji – można przejść do omówienia samych instrumentów. Postanowiłem zająć się tymi, które są realizowane przy pomocy środków publicznych. Są to:

  • dodatki edukacyjne do zasiłku rodzinnego, przyznawane przez gminy na podstawie ustawy o świadczeniach rodzinnych;
  • stypendium i zasiłek szkolny, przyznawane przez gminy na podstawie ustawy o systemie oświaty;
  • rządowy program „Wyprawka szkolna”;
  • wieloletni program „Pomoc państwa w zakresie dożywiania”;
  • programy żywieniowe realizowane przy współudziale środków UE: „Szklanka mleka” i „Owoce w szkole”.

„Edukacyjne” dodatki do polityki rodzinnej

Świadczenia rodzinne nie odnoszą się bezpośrednio do wsparcia ucznia. Mają jednak poprawić sytuację rodzin ubogich, a więc pośrednio wpływają na warunki materialne (i nie tylko), w jakich uczy się dziecko. Zwiększenie dochodu rodziny może ograniczyć ryzyko napięć, jakie pojawiają się w warunkach rygorystycznego zaciskania pasa. Wielkość zasiłków jest jednak zbyt niska, podobnie jak próg dochodowy uprawniający do ich otrzymania. Od 2004 r. wynosił 504 zł na osobę w rodzinie (583 zł, gdy wychowuje się w niej dziecko niepełnosprawne), zaś od listopada 2012 r. próg podniesiono do kwoty 552,3 zł (639,8 zł dla rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem). Również samo świadczenie zostanie nieznacznie podniesione. Brak podwyższania progu przez lata sprawił, że liczba dzieci objętych pomocą drastycznie spadła. Wiele osób wypadło poza system, na który składa się nie tylko niewielki zasiłek, ale także siedem dodatków do niego, związanych z konkretnymi sytuacjami i potrzebami, takimi jak np. urodzenie dziecka, przebywanie na urlopie wychowawczym, samotne wychowywanie dziecka, wychowywanie dziecka w rodzinie wielodzietnej itd. Warto zaznaczyć, że w odróżnieniu od kryterium dochodowego i kwoty zasiłków, wysokość dodatków pozostanie na dotychczasowym, niewysokim poziomie! Trzy spośród siedmiu dodatków wiążą się z potrzebami edukacyjnymi. Są to:

  • jednorazowy dodatek z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego, wynoszący 100 zł;
  • dodatek z tytułu rehabilitacji i kształcenia dziecka niepełnosprawnego: 60 zł dla dziecka do 5. roku życia, 80 zł dla dziecka w wieku 5–18 lat oraz – w przypadku orzeczenia o niepełnosprawności w stopniu znacznym lub umiarkowanym – w wieku 18–24 lat;
  • dodatek z tytułu kształcenia dziecka poza miejscem zamieszkania: 50 zł, jeśli dziecko dojeżdża, oraz 90 zł, jeśli mieszka w internacie lub na stancji.

Jak widać, dodatki te są niskie w relacji do potrzeb wynikających z powyższych sytuacji. Są to świadczenia wyłącznie pieniężne i bardzo selektywne, przyznawane w oparciu o sztywne kryterium dochodowe, bez możliwości odstępstw od niego. Z uwagi na niepodnoszenie progów oraz równoczesny wzrost cen i średnich zarobków wielkość wypłacanych dodatków zmalała w ostatnich latach. Budżet zaoszczędził, lecz czy to właśnie w tej sferze powinniśmy szukać oszczędności? Tym bardziej, że – jak wynika z danych Eurostatu – już w 2009 r. wydawaliśmy na zabezpieczenie rodzin i dzieci najmniejszą część narodowego bogactwa w całej UE.

Warto przyjrzeć się tym trzem rodzajom świadczeń. Kwoty wydawane na wypłatę dodatków związanych z nauką poza miejscem zamieszkania mogą wzrosnąć, ponieważ coraz więcej dzieci będzie się uczyć z dala od domu. Dzieje się tak ze względu na masowy proces likwidacji szkół, zwłaszcza w środowiskach wiejskich, ale także w metropoliach. Rodzi to duże koszty, dla rodzin mniej zamożnych trudne do udźwignięcia. Choć gminy mają obowiązek zapewnić transport dzieci do szkół, jest wątpliwe, czy wszystkie się z tego należycie wywiążą. W związku z kurczeniem się infrastruktury transportowej w Polsce powiatowej wiele dzieci o niskim statusie materialnym nie skorzysta np. z zajęć dodatkowych, bowiem o danej porze nie kursują już autobusy do ich miejscowości. Ponadto oddalenie szkoły od domu i społeczności, w której wychowuje się dziecko zmarginalizowane, może utrudnić identyfikację jego potrzeb oraz wsparcie ze strony służb socjalnych i edukacyjnych.

Również udział dzieci niepełnosprawnych będzie w najmłodszych pokoleniach rósł, w tym także tych, które rodzice chcieliby posyłać do szkół masowych i integracyjnych, zgodnie ze współczesnymi trendami pedagogiki oraz rosnącymi świadomością i aspiracjami rodziców. Wzrasta też liczba dzieci o głębokiej niepełnosprawności, które wymagają opieki i rehabilitacji, nieraz długookresowej i intensywnej. Wyjściem w stronę tych grup jest wspomniany dodatek z tytułu rehabilitacji i kształcenia dziecka niepełnosprawnego. W ruchu rodzin osób niepełnosprawnych, z którym współpracuję, kwestionowana jest nie tylko wysokość, ale przede wszystkim konstrukcja tego świadczenia. Sugeruje się po pierwsze, by znieść lub podwyższyć limit wieku. Obecnie wynosi on 24 lata, tymczasem osoba niesamodzielna, którą opiekuje się rodzina, powinna mieć prawo do rehabilitacji także po przekroczeniu tego wieku. Można by też pójść dalej i zlikwidować (lub podnieść) kryterium dochodowe uprawniające do korzystania z tego dodatku. Możliwość skorzystania z niego w oparciu o potrzeby (świadczenie typu needs-tested), a nie o bardzo niski dochód (means-tested), byłaby wskazana zarówno z punktu widzenia kompensacyjnego (zmniejszenie nakładów ponoszonych na rehabilitację i edukację dziecka ze strony rodzin), jak i motywacyjnego (część osób, która obecnie ze względów materialnych nie korzysta z tego wsparcia, mogłaby się na nie zdecydować, wiedząc, że państwo sfinansuje je w większym stopniu). Ulokowanie dziecka w ramach instytucjonalnych dziennych placówek edukacyjnych może odciążyć rodziców, podnieść ich jakość życia, a niektórym także umożliwić podjęcie pracy, choćby w niepełnym wymiarze, co z kolei zmniejszy problem ubóstwa tych rodzin.

Trzeci „edukacyjny” dodatek do zasiłku rodzinnego jest związany z rozpoczęciem roku szkolnego. Wynosi 100 zł, tymczasem według badań CBOS w 2011 r. prawie połowa rodzin przyznała, że wydatki związane z rozpoczęciem roku szkolnego wyniosły powyżej 800 zł, a następne 25% respondentów określiła ich poziom w przedziale 501–800 zł. Jedynie 2% indagowanych odpowiedziało, że wydają na ten cel poniżej 200 zł.

Wyprawka, stypendium i zasiłek szkolny

Na szczęście wspomniany dodatek nie jest jedynym wsparciem, na jakie może liczyć rodzina w związku z rozpoczęciem roku szkolnego. Działa bowiem także rządowy program „Wyprawka szkolna”, zorganizowany wedle zasady refundacyjnej. Gdy rodzina uprawniona do wsparcia udokumentuje, że dokonała określonych zakupów, może uzyskać post factum refundację do wysokości limitowanej ustawowo. Nie wszystkich rodziców jednak stać na wyłożenie danej sumy bez zapożyczania się. Ponadto zakres uprawnionych budzi pewne zastrzeżenia ze względu na zbyt restrykcyjne i wybiórcze kryteria selekcji. „Wyprawka szkolna” przysługuje bowiem uczniom spełniającym kryterium dochodowe, przekraczającym kryterium dochodowe, ale doświadczającym trudnych sytuacji życiowych uwzględnionych w ustawie o pomocy społecznej (ich udział w ogólnej liczbie beneficjentów nie może jednak przekroczyć 5%), a także uczniom niepełnosprawnym. Świadczenie jest więc selektywne – częściowo zależne od dochodu (1. grupa uprawnionych), a częściowo od potrzeb (2. i 3. grupa uprawnionych). Możliwość wsparcia i jego wysokość zależą także od rodzaju szkoły oraz rodzaju klasy. Na rok 2012/2013 przeznaczone są następujące kwoty:

  • 180 zł dla uczniów klas I–III szkoły podstawowej;
  • 210 zł dla uczniów klas IV szkoły podstawowej oraz niepełnosprawnych uczniów klas IV–VI szkoły podstawowej;
  • 325 zł dla niepełnosprawnych uczniów gimnazjum;
  • 352 zł dla uczniów klas I szkół ponadgimnazjalnych i niepełnosprawnych uczniów szkół ponadgimnazjalnych.

Już z tego wyliczenia widać, że z dofinansowania podręczników nie będą korzystać ubodzy uczniowie niektórych klas. Program omija pełnosprawnych uczniów klas V i VI szkoły podstawowej, uczniów gimnazjum, a także uczniów klas powyżej I szkół ponadgimnazjalnych.

Teoretycznie mogą oni otrzymać podręcznik od starszego rodzeństwa, kolegów lub kupić taniej. Ustawodawca nie przewidział jednak, że części dzieci nie uda się pozyskać wymaganych podręczników tą drogą ani że pozyskane podręczniki mogą być w niezadowalającym stanie. Niektórzy uczniowie muszą kontynuować edukację z bardzo wybrakowanym zestawem podręczników, a owe braki w rodzinach defaworyzowanych (niejednokrotnie wykluczonych cyfrowo, bez dostępu do Internetu) trudno uzupełnić innymi kanałami.

Zasadniczo świadczenie to adresowane jest do najuboższych. Kryterium dochodowe jest również warunkiem uzyskania stypendium szkolnego, wyszczególnionego w ustawie o systemie oświaty z 1991 r. W tym wypadku nie przewiduje się odstępstw od kryterium dochodowego. Zgodnie z literą prawa stypendium może być przeznaczone na całkowite lub częściowe opłacenie uczniom udziału w zajęciach dodatkowych, w tym wyrównawczych, albo na zakup pomocy naukowych, zwłaszcza podręczników. Preferowana jest forma rzeczowa, choć samorząd ma prawo wypłaty świadczenia pieniężnego, gdy inna forma nie jest możliwa. Podobne zalecenia odnoszą się do zasiłku szkolnego, który przysługuje dzieciom przeżywającym czasowe trudności materialne z powodu zdarzenia losowego.

Tak stanowi prawo, ale co z jego realizacją? Częściowej wiedzy na ten temat dostarcza raport kontroli NIK z 2011 r., przeprowadzonej w 52 szkołach na terenie 19 gmin z 10 województw. Celem kontroli była ocena sposobu podziału i wykorzystania środków, realizacji zadań wynikających z istniejącego prawa przez odpowiednie podmioty oraz efektów takiej pomocy.

Wnioski z raportu nie są wesołe. Dowiadujemy się na przykład, że gminy organizujące pomoc materialną nie bardzo radzą sobie z tym zadaniem. W 2009 r. do budżetu wróciło 9% środków przeznaczonych na ten cel, a w 2011 r. już 16%. Dzieje się tak, ponieważ programy takie jak „Wyprawka szkolna” opierają się na wspólnym wkładzie gmin i budżetu. Pieniądze z budżetu mogą być wykorzystane, jeśli gmina będzie posiadała odpowiedni wkład własny. Gdy tak się nie stanie, środki nie zostają wykorzystane. Inne wnioski płynące z raportu to:

  1. MEN nie kontroluje rozdzielania i wydawania środków, ponieważ prawo go do tego nie zobowiązuje;
  2. większość gmin nie przeprowadza rozpoznania potrzeb na swoim terenie, do czego prawo ich również nie zobowiązuje;
  3. w większości gmin wsparcie jest realizowane w formie pieniężnej, co – w przypadku braku kontroli wydatkowania – nie daje gwarancji, że zostało przeznaczone na cele edukacyjne;
  4. w części gmin zdarzało się łamanie prawa (wprowadzanie dodatkowych kryteriów, opóźnienie wypłaty stypendium lub decyzji o jego przyznaniu).

Ogólna konkluzja, jaka nasuwa się po przeczytaniu raportu, jest taka, że po raz kolejny polska rzeczywistość nie odpowiada zapisanym w prawie założeniom normatywnym, a środki przeznaczone na pomoc nie są skutecznie wydatkowane.

Dożywianie w dobie likwidacji stołówek

W Polsce ogromną i wstydliwą kwestią społeczną jest niedożywienie dzieci. To zjawisko trudne do uchwycenia przy pomocy wskaźników ilościowych, ale bezsprzecznie wymagające poważnego potraktowania. Dotyczy braku zaspokojenia najbardziej elementarnych potrzeb. Rodzi ogromne straty w potencjale ludzkim i społecznym młodego pokolenia poprzez zły wpływ na zdrowie, możliwości przyswajania wiedzy czy poziom agresji.

Programy dożywiania ludności (w tym na szczególnych zasadach młodzieży szkolnej) funkcjonują w Polsce od dawna. Początkowo realizowane były wyłącznie przez gminy, ale z uwagi na niemożność samodzielnego podołania temu wyzwaniu otrzymują od lat systemową, pieniężną pomoc z budżetu w ramach rządowego programu „Pomoc państwa w zakresie dożywiania”, funkcjonującego od 2005 r. i wielokrotnie modyfikowanego. Ogólny kierunek owych modyfikacji jest słuszny, bo pozwala na objęcie programem większej liczby uczniów, ale wciąż niewystarczający. Obecnie mogą z niego korzystać uczniowie z rodzin, których dochód nie przekracza 150% kryterium dochodowego uprawniającego do pomocy socjalnej – gminy mają jednak możliwość zwiększenia tego progu. Szkoła może też na prośbę dziecka objąć je Programem bez konieczności robienia testu dochodów ani wywiadu środowiskowego, przy czym limit takich dzieci w ogólnej puli świadczeniobiorców nie może przekraczać 20% (do 1 stycznia 2010 roku było to 10%).

Obecność tego limitu wydaje się nieporozumieniem. Oznacza to bowiem, że dopuszczamy sytuację, w której dziecko będzie chciało być dożywiane, ale z uwagi na to, że limit został przekroczony, zostanie z tego wsparcia wykluczone. Taka sytuacja nam wprawdzie nie grozi, gdyż dzieci niechętnie zgłaszają się po pomoc w obawie przed stygmatyzacją lub wskutek niewiedzy, że istnieje taka możliwość. Jednak prawnie taka kuriozalna sytuacja jest dopuszczalna, co wymaga rewizji.

Choć program stopniowo stawał się coraz bardziej inkluzyjny, jego realizacja nie jest wolna od zagrożeń. Owo zagrożenie wiąże się z likwidacją stołówek szkolnych. Najważniejsza z obaw, jakie towarzyszą likwidacji stołówek i przekazywaniu ich zadań prywatnym podmiotom zewnętrznym, dotyczy spodziewanego wzrostu kosztów ponoszonych przez rodziców. Doświadczenia warszawskie, gdzie już w minionych latach dokonano przekształceń, a obecnie mają one nastąpić na jeszcze większą skalę, pokazują, że tam, gdzie przekazano żywienie podmiotom zewnętrznym, koszty ponoszone przez rodziców wzrosły średnio o 30%. Wynika to w dużej mierze z tego, że w stołówkach rodzice płacili jedynie za sam produkt (tzw. wsad do kotła), a wraz z przekształceniem stołówek szkoły chętnie wyzbywają się całkowicie odpowiedzialności za żywienie dzieci.

Część rodziców może w wyniku podrożenia posiłków nie być w stanie opłacić ceny pełnego obiadu, a jednocześnie nie zmieścić się w kryterium dochodowym uprawniającym do skorzystania z programu dożywiania. Nawet gdy ich pociechy „załapią się” na pomoc, będzie to oznaczało dodatkowy koszt dla gmin. Zatem czy szukanie oszczędności na prowadzeniu stołówek jest rzeczywiście ekonomicznie uzasadnione?

W kontekście programów dożywiania, likwidacja stołówek ma jeszcze jedną wadę. Jak wskazała jedna z kucharek zrzeszonych w warszawskim „Porozumieniu Oświatowym”: tam, gdzie stołówka jest prowadzona przez szkołę (w odróżnieniu od cateringu), suma jedzenia nie jest dokładnie wymierzona, zawsze trochę zostaje i można to przeznaczyć dla dziecka głodnego, które nie korzysta z programu dożywiania. Oczywiście nie powinniśmy na takiej uznaniowej formie dystrybucji opierać myślenia o dożywianiu dzieci, jednak jest to pewien wentyl bezpieczeństwa, gdy formalne formy wsparcia zawodzą.

Nie bez znaczenia dla socjalizacji uczniów jest fakt wspólnego spożywania posiłków przez dzieci z różnych warstw. Buduje się tym samym w ich świadomości poczucie wspólnoty i tego, że wszyscy są podmiotami społecznych praw. Taka filozofia zdaje się przyświecać polityce edukacyjnej Szwecji i Finlandii, gdzie wszystkie dzieci otrzymują w szkole bezpłatny posiłek (oraz podręczniki i przybory szkolne).

W Polsce, gdzie system jest selektywny, pomoc jest nieraz dostarczana w taki sposób, że bardziej szkodzi, niż wspiera. Pomoc bywa udzielana niedyskretnie, wystawiając dziecko „na świecznik”. W obawie przed stygmatyzacją część głodnych dzieci może nie skorzystać z przysługujących im praw. Występowanie takich sytuacji sugeruje pośrednio kontrola NIK z 2009 r., która wykazała, że część uprawnionych nie zgłasza się po pomoc. Może też dochodzić do segregacji w dostępie do posiłków między uczniami dożywianymi a resztą, np. wówczas gdy obie grupy otrzymują na obiad coś innego lub siedzą w osobnej części stołówki.

Segregacja w murach szkolnych jest szczególnie groźna, gdyż dzieci doświadczające jej przejawów przyswajają podziały i bariery społeczne jako naturalne. Warto dodać, że zróżnicowanie dokonuje się na poziomie międzyszkolnym. Jak przed rokiem informowała prasa, podczas gdy dzieci dożywiane w miastach mogą liczyć na pełny obiad, ich rówieśnicy w małych szkołach wiejskich niejednokrotnie otrzymują jedynie przekąskę na zimno.

Szklanka mleka w połowie pusta

Dożywianie w szkole powinno nie tylko zaspokajać głód, ale także przygotowywać do zdrowych nawyków żywieniowych. Nacisk na profilaktykę i promocję zdrowia jest jeszcze silniejszy, gdy mówimy o programach współfinansowanych ze środków UE – „Szklanka mleka” i „Owoce w szkole”. Obydwa są adresowane do uczniów szkół, które złożą wniosek o uczestnictwo w programie. Gdy tak się stanie, posiłki i napoje otrzymują wszyscy uczniowie, niezależnie od sytuacji rodzinnej i testu dochodu.

W tym sensie program jest – co nieczęste w polskim systemie wsparcia uczniów – uniwersalny. W istocie nie jest jednak uniwersalny w pełni (a więc powszechny, dostępny dla wszystkich uczniów w Polsce) z uwagi na to, że choć szanse na uzyskanie świadczenia nie zależą od sytuacji rodzinnej dziecka, to zależą od polityki szkoły, do której uczęszcza.

W dodatku program „Owoce w szkole” jest przeznaczony tylko dla uczniów klas I–III. Czy pierwsze trzy lata edukacji wystarczą, by wpoić dzieciom nawyk sięgania po owoce i warzywa w codziennej diecie? A jeśli nawet tak, to co, jeśli domowa kuchnia nie zapewnia starszym uczniom jedzenia owoców i warzyw w wystarczającej ilości? Czy starsze dzieci nie są zagrożone niedoborem produktów owocowo-warzywnych? Przecież to właśnie wraz z dorastaniem dziecka rodzi się więcej pokus, by odżywiać się niezdrowo.

Wnioski i rekomendacje

Polityka edukacyjna w Polsce jest realizowana w bardzo niekorzystnym kontekście, którego szczególnie przykrymi symptomami są bieda i wykluczenie społeczne dzieci oraz ryzyko niedożywienia części z nich. W związku z tym szczególnie uzasadnione na polskim gruncie są działania zmierzające do wsparcia materialnego uczniów, w tym w zakresie dożywiania.

Polityka wsparcia materialnego uczniów jest w Polsce nieautonomiczna względem zjawisk, jakie dzieją się poza sferą oświaty. Krąg uprawnionych do dużej części form wsparcia jest zależny od progów dochodowych (świadczeń rodzinnych i pomocy rodzinnej), a więc czynników kształtowanych poza sferą oświaty. A ponieważ polityka socjalna i rodzinna jest w Polsce bardzo selektywna (wciąż niskie progi), wsparcie materialne jest dostępne dla kręgu odbiorców węższego niż grupa rodzin, którym rzeczywiście takie wsparcie by się przydało.

Również w systemie oświaty istnieją zjawiska prowadzące do reprodukcji nierówności społecznych i pomnażające ryzyko marginalizacji grup defaworyzowanych. Do zjawisk tych należą choćby likwidacja szkół i przekazywanie stołówek podmiotom prywatnym. Procesy te mogą prowadzić do wzrostu edukacyjnych kosztów ponoszonych przez rodziny, a jednocześnie utrudniają efektywną realizację programów wsparcia i skuteczne dotarcie do potrzebujących.

Sama infrastruktura wsparcia – choć obejmuje niemało instrumentów – nie tworzy spójnego systemu, który odpowiadałby wszystkim potrzebom. Świadczenia są w dużej mierze nazbyt selektywne, aczkolwiek w przypadku niektórych instrumentów istnieją pewne, nie dość często otwierane furtki dla ominięcia progu. Programów opartych na diagnozie potrzeb (a nie tylko technicznym wyznaczeniu dochodu), jest niewiele. Jeszcze mniej jest świadczeń działających w logice uniwersalnej, a i tu „uniwersalność” jest niepełna („Owoce w szkole”, „Szklana mleka”). Wysokość świadczeń jest nieduża względem potrzeb, co widzimy, choćby porównując wsparcie z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego do realnych wydatków ponoszonych przez rodziny. W praktyce dominują świadczenia pieniężne, co rodzi ryzyko, że pomoc nie trafi do dzieci lub zostanie wydana na cele inne niż edukacyjne. Nawet te instrumenty, które w świetle prawa powinny w pierwszej kolejności być realizowane „w naturze”, zbyt często – co pokazują kontrole – wypłaca się w postaci zasiłku pieniężnego. Także sposób dystrybucji – zwłaszcza gdy mówimy o programie dożywiania – budzi niekiedy zastrzeżenia.

Aby uzdrowić sytuację, należałoby zatem:

  1. W debacie publicznej i politycznej podnieść rangę tego wymiaru polityki edukacyjnej, ujawnić jej braki i toczyć spór o środki zaradcze. Płaszczyzn potencjalnego sporu (który może prowadzić jednak do szerokiego konsensusu) jest wiele na poziomie celów i „treści” wsparcia (forma i wielkość świadczenia, zasady dystrybucji i zakres odbiorów) oraz tego, jak owe cele skutecznie i efektywnie zrealizować.
  2. Przez pryzmat możliwości realizacji skutecznego wsparcia uczniów należy przyglądać się także szerszym tendencjom w polityce edukacyjnej związanym z likwidacją i przekształceniami placówek szkolnych (i sposobu prowadzenia stołówek w ich ramach) czy segregacjom związanym z rozwojem segmentu szkolnictwa prywatnego. Polityka wsparcia materialnego powinna umiejętnie reagować na te zjawiska i łagodzić ich negatywne skutki społeczne.
  3. Leczyć problemy tam, gdzie się pojawiają, a więc w środowisku rodzinnym dziecka, ograniczając sferę ubóstwa wśród rodzin przy pomocy polityki społecznej, w tym polityki zatrudnieniowej, rodzinnej, mieszkaniowej i socjalnej. Bez strategii walki o godne społeczno-ekonomiczne warunki życia i nauki polskich dzieci i młodzieży same programy wsparcia materialnego nie wystarczą. Powinny być one jedynie (koniecznym!) uzupełnieniem.
  4. Polityka wsparcia materialnego powinna być z jednej strony bardziej autonomiczna względem tego, co dzieje się w polityce socjalnej i rodzinnej (np. część instrumentów mogłaby być słabiej powiązana z istniejącymi restrykcyjnymi progami dochodowymi), z drugiej zaś strony być silniej skoordynowana z działaniem służb społecznych w tym obszarze (np. warto zacieśnić i pogłębić współpracę pracowników socjalnych z kadrą szkoły w celu lepszego zidentyfikowania potrzeb dziecka i możliwości jego rodziny i środowiska).
  5. Należy dążyć do rozszerzania zakresu odbiorców programu, przy jednoczesnej indywidualizacji podejścia do nich i ich rodzin oraz kompleksowości stosowanych instrumentów. Elastyczne mechanizmy selekcji powinny służyć nie oddzieleniu potrzebujących od niepotrzebujących wsparcia, lecz wyznaczeniu, kto jakiej pomocy potrzebuje i jakie środki w danym przypadku będą najwłaściwsze. Polityka wsparcia powinna wykorzystywać różne instrumenty, jeśli chodzi o formę (rzeczowe czy pieniężne) oraz o zasady dostępu. Ważne, aby instrumenty były stosowane adekwatnie do sytuacji danego dziecka i zmian zachodzących w niej.
  6. W obliczu silnej orientacji polityki wsparcia na selekcję w oparciu o dochód, zasadne wydają się działania łagodzące lub równoważące ową selektywność. Wśród możliwych kierunków zmian można wymienić uniezależnienie części świadczeń od progu dochodowego, podwyższanie kryterium dochodowego oraz rozbudowanie systemu świadczeń niezależnych od dochodu.
  7. Powiązać sferę wsparcia materialnego silniej ze wsparciem pozamaterialnym (socjalizacyjnym, profilaktycznym, integracyjnym) poprzez dofinansowywanie oferty zajęć dodatkowych, aby dzieci z biedniejszych rodzin nie pozostawały zbytnio w tyle za bogatszymi rówieśnikami, których stać na prywatne korepetycje. Polityka wsparcia materialnego może też być ściślej powiązana – tam, gdzie to wskazane – z działalnością reintegracyjną na rzecz całych rodzin, w których wychowują się dzieci zmarginalizowane.

To tylko ogólne kierunki, które czekają na przyporządkowanie konkretnym, szczegółowym działaniom. Polityka wsparcia materialnego uczniów, jawiąca się obecnie jako terra incognita o niejasnych granicach i podglebiu, powinna być użyźniona nowymi pomysłami i zaorana stanowczymi, kompleksowymi działaniami.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Bieda po polsku – rozmowa z prof. Elżbietą Tarkowską

Rozmowę o biedzie warto zacząć od zdefiniowania tego zjawiska.

Elżbieta Tarkowska: Bieda nie zawsze była czymś złym. Przykładowo w średniowieczu ubogi żebrak, pustelnik czy asceta był pośrednikiem między ludźmi a Bogiem, w związku z czym spływał na niego splendor. Sytuacja uległa zmianie wraz z rozwojem kapitalizmu. Podzielono wówczas biednych na tych, którzy nie mogą zdobyć środków do życia ze względów zdrowotnych czy rodzinnych, a więc zasługujących na pomoc, oraz na uchylających się od pracy, czyli niewartych tej pomocy. Zygmunt Bauman pisał o ambiwalencji, która zawsze towarzyszy ubóstwu – z jednej strony rodzi ono współczucie i litość, z drugiej jednak – pogardę, odrzucenie. W różnych okresach dominował raz jeden, raz drugi wariant. Współcześnie przeważa odrzucenie – w świecie sukcesu bieda jest czymś złym, dowodem, że coś się nie powiodło.

Dopiero około stu lat temu, podczas pierwszych socjologicznych badań ubóstwa, odkryto, że nie należy ono do sfery moralności, lecz ekonomii. Bieda zaczęła być rozumiana jako niedostateczne dochody czy zasoby. Nie należy przy tym, na co zwracał uwagę choćby Ryszard Kapuściński, sprowadzać biedy do „pustego żołądka”, czyli głodu. W socjologii mówi się współcześnie o syndromie ubóstwa, czyli całym zespole czynników, których podłoże stanowi bieda materialna, uniemożliwiająca uczestnictwo w pewnych aktywnościach, uznanych w danym środowisku za oczywiste i należące się każdemu. Koncepcja wykluczenia społecznego wpisuje się właśnie w takie szerokie rozumienie biedy: nie odnosi się jedynie do czynnika materialnego, ale uwzględnia też potrzeby innego rodzaju. Według niej bieda jest nie tylko niedostatkiem czy brakiem zasobów, ale też brakiem dostępu – do edukacji, życia kulturalnego itp.

Mamy jednak także bardziej precyzyjne wskaźniki kondycji materialnej czy socjalno-bytowej.

Miary ubóstwa są następujące: minimum egzystencji, ubóstwo relatywne, ubóstwo ustawowe i ubóstwo subiektywne. Minimum egzystencji to poziom zasobów i środków, który pozwala na zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb, jak jedzenie, dach nad głową, ubranie – potrzeb, których długotrwałe niezaspokojenie zagraża biologicznemu przetrwaniu. Ta miara ubóstwa jest aktualizowana ze względu na ceny produktów wchodzących w skład koszyka dóbr.

Z kolei ubóstwo relatywne, przeze mnie nazywane biedą umiarkowaną, to osiąganie nie więcej niż 50% (według GUS) lub 60% (według Eurostatu) średnich dochodów ogółu gospodarstw domowych w danym kraju. Ustawową linię ubóstwa wyznacza poziom dochodów, poniżej którego jednostka lub rodzina ma prawo do korzystania z pomocy społecznej. Wyznaczono go w roku 2006 i mimo inflacji nie zmieniono, wynosi nadal 477 zł. W 2011 r. po raz pierwszy zdarzyło się, że nie wszystkim znajdującym się w obszarze skrajnej biedy (czyli poniżej minimum egzystencji, którego granicę wyznaczono na 495 zł dla jednoosobowego gospodarstwa domowego) przysługiwała ustawowa pomoc. Na szczęście próg interwencji socjalnej ma wkrótce zostać podwyższony.

Subiektywny wymiar ubóstwa to z kolei opinia ludzi w kwestii tego, jaka wysokość dochodów wystarcza do życia ich rodziny w obecnych warunkach. Jest jeszcze kategoria minimum socjalnego, oparta o koszyk dóbr, obejmujący nie tylko najbardziej podstawowe wydatki, ale też pewne potrzeby edukacyjne, społeczne czy towarzyskie. Uważa się, że minimum socjalne jest raczej wskaźnikiem zbliżania się do zagrożenia ubóstwem niż miarą ubóstwa.

Takich wskaźników używa GUS i gdy mówi się o biedzie, trzeba zawsze dookreślić, do którego z nich się odnosi. W roku 2011 w skrajnej biedzie żyło 6,7% społeczeństwa, w biedzie umiarkowanej – 16,7%. Jeszcze nie znamy danych dla 2012 roku, ale ceny idą w górę, a problem bezrobocia się nasila, tymczasem jest ono jednym z najczęstszych źródeł biedy, obok nisko płatnej pracy.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że o ile w Europie Zachodniej współczesna bieda jest z reguły biedą metropolii, w Polsce problem ten dotyka przede wszystkim terenów wiejskich. Na pierwszy rzut oka go nie widać, w odróżnieniu od nowo budowanych domów, a nawet pałaców. Dane pokazują jednak, że odsetek biednych jest na wsi kilkakrotnie wyższy niż w mieście. Nieraz są to drastyczne różnice – wskaźnik skrajnego ubóstwa dla ogółu społeczeństwa wynosi 6,7%, przy czym w miastach w takich warunkach żyje 4,2% osób, w wielkich miastach powyżej 500 tys. mieszkańców zaledwie 1,1%, ale na wsi aż 10,9%.

Jak wspomniany koszyk dóbr i usług ma się do tego, co ludzie sami uznają za niezbędne do pełnoprawnego funkcjonowania w społeczeństwie?

Jeśli chodzi o biedę subiektywną, potrzeby nie są wygórowane, ale nieco większe.

Zawartość koszyka ustalają eksperci z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Musi znaleźć się w nim chleb, ale jaki – czy najtańszy? Spory o koszyk są bardzo istotne; trudno zdefiniować zwłaszcza skrajne ubóstwo. Na pytanie zadane w ramach badania CBOS-u: „Jak Pan/-i sądzi, poniżej jakiego poziomu dochodu na 1 osobę w rodzinie zaczyna się bieda?”, 1% respondentów odpowiedział, iż poniżej 200 zł, a najwięcej, bo aż 16% odpowiedzi, wskazywało na kwotę 1000–1100 zł. Średnia z wszystkich odpowiedzi to 695 zł na osobę. Ludzie, którzy więcej zarabiają, oczywiście stawiają tę granicę wyżej. Z kolei wspomniany 1% stanowią ci, którzy w ogóle nie mają pieniędzy, prawdopodobnie żyją z zasiłków i zapomóg.

Porozmawiajmy o innych niż materialne wymiarach ubóstwa. Upokarzający bywa fakt korzystania z systemu wsparcia socjalnego.

Ciągle zdarzają się skandaliczne incydenty związane z dziećmi uzyskującymi w ramach pomocy społecznej bezpłatne posiłki w szkole: dostają one gorsze obiady albo w innych godzinach niż pozostali uczniowie. Wiadomo, jak dzieci potrafią być wykluczające, okrutne. W moich badaniach odnotowałam przypadek młodego człowieka, który miał prawo do takiej pomocy, lecz z niego nie korzystał – wolał być głodny niż dostawać posiłek w takiej stygmatyzującej formie. W pewnej szkole pani pedagog stwierdziła, że ma świadomość tego problemu, dlatego nigdy nie wywiesza listy dzieci uprawnionych do bezpłatnych obiadów, lecz wywołuje je z klasy w trakcie lekcji. No i co, dzieci nie wiedzą, po co pani pedagog wywołuje ich koleżanki i kolegów?

Były też przykłady fundowania przez pomoc społeczną bezpłatnych wyprawek szkolnych. Wszystkie plecaki miały jednak identyczny, jaskrawy kolor, więc wiadomo było, kto tę wyprawkę dostał. Kiedy siedem lat temu przeprowadzałam w szkołach badania, uczniowie korzystający z pomocy byli przezywani przez rówieśników „dziećmi MOPS-u” czy nawet gorzej…

Korzystanie z pomocy to w naszym społeczeństwie sprawa wstydliwa, niełatwa. Pierwsze badanie ubóstwa przeprowadzałam w połowie lat 90. Kobiety – bo w Polsce mężczyznom „nie godzi się” przecież chodzić do ośrodka pomocy społecznej – opowiadały wówczas, jak ogromnym przeżyciem jest dla nich żebranie o pomoc. Takiego używały słowa: żebranie. Samo staranie się, pisanie podań, wywiad środowiskowy – cała ta procedura jest uważana za coś bardzo przykrego, upokarzającego. Zresztą sami pracownicy socjalni skarżą się, że kwestionariusz, który muszą wypełnić podczas wywiadu w domu kandydata, jest gorszy niż policyjny formularz z przesłuchania. Istnieje oczywiście pewna kategoria ludzi, którzy sobie z tym radzą; uważają, że skoro państwo nie daje pracy, to powinno utrzymywać. Natomiast większość ludzi nie chciałaby korzystać z pomocy, gdyby tylko miała inne źródło utrzymania. W 2011 r. przeprowadziłam badanie polegające na dyskusjach grupowych z ludźmi, którzy obecnie lub w przeszłości doświadczali ubóstwa. Według ich opowieści ośrodek pomocy społecznej to jedna z instytucji, w których czują się gorzej traktowani. Mają zresztą poczucie, że wszystkie instytucje traktują ich inaczej niż zamożnych; nawet w sklepie zagląda się do torebek ludzi biednych, a nie bogatych. Towarzyszy im nieustanne poczucie upokorzenia, bycia kimś gorszym.

W Polsce bardzo często możliwość pobierania świadczeń traktowana jest jako luksus. Wielu ma wręcz pretensje do osób, które korzystają z „naszych podatków”.

Tak, uważa się, że korzystający z pomocy to nieroby, lenie albo oszuści. Gdy w jednym z badań CBOS zapytano: „Co przede wszystkim decyduje o tym, że niektórzy ludzie nie mogą wydostać się z biedy?”, najwięcej respondentów wskazało na bezrobocie jako pierwszą przyczynę. Jednocześnie aż 42% społeczeństwa upatruje jej w niezaradności życiowej, alkoholizmie, lenistwie, niechęci do podejmowania pracy. Co więcej, takie odpowiedzi padają w ankietach coraz częściej. Dopiero w dalszej kolejności wymieniane są choroba, kalectwo, brak wykształcenia, brak wsparcia ze strony państwa czy rodziny, ślepy los.

Tymczasem wcale nie jest tak, że alkoholizm czy lenistwo są przyczyną bezrobocia. Jest nią brak pracy. Gdy rozmawia się z przedstawicielami klasy średniej, z oburzeniem wskazują np. na to, że chcieli, aby ktoś wykonał za nich jakąś pracę, np. naprawił płot, lecz bezrobotni są zbyt leniwi, by popracować za… 10 złotych. To rozpowszechnione podejście. Zdarza się, że kiedy w sytuacjach towarzyskich mówię o biedzie i bezrobociu w takiej perspektywie, w jakiej te zjawiska widzę jako badacz, słyszę, że jestem idealistką – moi rozmówcy „wiedzą lepiej”.

Niedawno opublikowałam tekst traktujący o tym, że nie zdajemy sobie sprawy, co odczuwają ludzie ubodzy. Odwołuję się w nim do swoich badań na temat stresu związanego z biedą, trudnościami w zdobywaniu środków, poszukiwaniem pomocy itd.; podkreślam też ogromne psychologiczne koszty utraty pracy i bezrobocia, świetnie udokumentowane w pamiętnikach bezrobotnych. Całą tę sferę, którą zajmuję się w ostatnich latach, nazywa się relacyjno-symbolicznymi aspektami ubóstwa: jak zamożny świat odnosi się do świata biedy oraz jak biedni to odczuwają.

Maksymalizacja dochodów oraz minimalizacja kosztów stanowią dwie główne strategie radzenia sobie z biedą. Jest jednak także trzecia, bardzo ważna strategia: zarządzanie stresem w warunkach ubóstwa. Zarówno zdobywanie brakujących środków, jak i strategie oszczędnościowe są bowiem bardzo obciążające. Nie wiem, czy kiedykolwiek przebije się do opinii publicznej fakt, że ludzie biedni są tacy sami jak my, a sytuacja, w której się znaleźli, jest źródłem cierpień i ogromnego wysiłku. Do znudzenia powtarzam przykład z moich badań przeprowadzonych w połowie lat 90. Matka ośmiorga dzieci mówiła, że każdego dnia zamyka się na klucz w łazience, ponieważ musi się skupić i zastanowić, co im dać do jedzenia. Śniadanie jest dla większości z nas rzeczą banalną, w ogóle nie zwracamy na nie uwagi. Natomiast w przypadku biednych rodzin to samo śniadanie urasta do problemu, który wymaga namysłu, wysiłku, strategicznego myślenia.

Jedno z moich badań zakładało powrót badawczy po 7–8 latach do rodzin wielodzietnych żyjących w ubóstwie, żeby zobaczyć, co się stało z dziećmi, czy odnalazły się w życiu, mają zawód, pracują, uczą się itd. Ubocznym skutkiem była wiedza na temat sytuacji kobiet, które te dzieci wychowywały. Wszystkie leczyły się na nerwicę lub depresję, skarżyły na stany złego samopoczucia oraz choroby somatyczne. To nie były stare kobiety, jednak stres i wysiłek bardzo je zniszczyły.

Na przykładzie rodzin wielodzietnych widać wyraźnie, jak szalenie dużo przedsiębiorczości wymaga funkcjonowanie w trudnych warunkach materialnych.

Istnieje stereotyp „biernego ubogiego”, również badacze posługują się terminami, takimi jak bezradność społeczna czy pasywność. Gdyby jednak przyjrzeć się z bliska sposobom radzenia sobie z biedą, to widać ogromną wyobraźnię i kreatywność, niezbędne chociażby do tego, żeby przygotować posiłek dla ośmiorga dzieci. Robienie czegoś z niczego to sztuka, w której biedne kobiety są mistrzyniami. Dlatego właśnie szybko się starzeją, chorują. Mówię głównie o kobietach, ponieważ jedną z postaci zjawiska feminizacji ubóstwa jest często przejmowanie przez nie odpowiedzialności za to, żeby potrzeby rodziny były zaspokojone. Według pewnych badań jedyna czynność, której w biednych rodzinach poświęcają się głównie mężczyźni, jest zdobywanie środków do życia, czyli praca zarobkowa. Kobiety nie tylko wykonują prace domowe, ale także pożyczają, zwracają się o pomoc, kupują na kredyt. W rzeczonych badaniach była również pozycja „nicnierobienie” – okazało się ono domeną mężczyzn.

Przy czym absolutnie nie chciałabym przyłączyć się do stereotypu, według którego kobieta w biedzie jedynie rodzi dzieci, a mężczyzna się upija. W moich badaniach występowali mężczyźni odznaczający się pracowitością, troską o rodzinę, a nawet swego rodzaju bohaterstwem. Jako przykład mogę podać rodzinę popegeerowską z siedmiorgiem dzieci, mieszkającą kilkanaście kilometrów od miasta. On ma pracę, jeździ do niej na rowerze. Zapytany o to, jak radzi sobie w zimie, odparł, że na nieodśnieżonym odcinku trasy, czyli przez cztery kilometry dzielące jego dom od drogi krajowej, rower nosi na plecach.

Natomiast są też wśród biednych, podobnie jak wśród żyjących w dostatku, rodziny powielające tradycyjne wzory zachowań związanych z płcią. Mężczyzna sądzi, że nie wypada mu iść do kościoła czy urzędu i prosić o pomoc. Tu również mogę posłużyć się przykładem. Bardzo opiekuńczy, troskliwy ojciec, też ze środowiska popegeerowskiego, opowiadał, że przyszedł do niego ksiądz z informacją, iż do parafii wpłynęły dary dla najuboższych. Sam jednak wstydził się po nie pójść, wysłał więc żonę. Tradycyjny model przedstawia mężczyznę jako przynoszącego do domu pieniądze – gdy jest ich za mało, to kobieta musi postarać się o inne źródła utrzymania rodziny i to ona odpowiada za to, aby na wszystko wystarczyło.

Stereotypowe wyobrażenia wiążą biedę z rozmaitymi patologiami społecznymi.

Przyczyniają się do tego niektórzy badacze, ujmujący biedę w kategoriach patologii. Istnieje książka pod tytułem „Czy bieda czyni złodzieja?”. Na tytułowe pytanie jej autorka stanowczo odpowiada: nie. Związki między sytuacją ekonomiczną a przestrzeganiem prawa są bardzo złożone.

Siedem lat temu robiliśmy w gimnazjach badania na temat stosunku szkół do problemu ubóstwa. Jeden z dyrektorów zapytany, czy w jego szkole występuje problem biedy wśród uczniów, odparł, że nie, skoro nie zdarza się, żeby dziecko ukradło drugiemu kanapkę lub kurtkę z szatni. Jest to bardzo mocne, niemal podświadome utożsamianie biedy z kradzieżą. Tymczasem w moich badaniach na temat stylów życia część biednych odpowiada, że nigdy nie zdecydowałaby się na żebranie, prostytucję czy kradzież. Są też oczywiście badania, zwłaszcza angielskie, pokazujące, jak brak środków do życia prowadzi do zachowań patologicznych. Od wieków część ludzi biednych ucieka się do społecznie nieakceptowanych form zdobywania środków na życie, a „ładunek złej sławy”, jak pisał Bronisław Geremek, z tej niewielkiej części przenosi się na ogół.

Tak jak w całym społeczeństwie są przestępcy, tak są również wśród biednych. CBOS robił badania na temat strategii, jakie podejmują ludzie w różnych sytuacjach życiowych, i 22% całej populacji przyznało, że zdarzało im się zdobywać środki do życia w sposób nieetyczny.

Być może myślenie o biednych w kategoriach patologii jest próbą ucieczki od zobowiązania do solidarności z nimi.

Oczywiście. W okolicach Bożego Narodzenia kupujemy świeczkę wigilijną, z której zysk przekazywany jest biednym dzieciom. I mamy spokojne sumienie, mimo że na co dzień jesteśmy obojętni. Ale wystarczy bezpośredni kontakt z biedą, aby podejście się zmieniło. Moja znajoma zajmowała się, wraz z innymi paniami, przygotowywaniem prezentów świątecznych dla ubogich ze swojej parafii. Zainteresowani uprzednio pisali listy, w których określali swoje potrzeby i życzenia. Pewna pani napisała, że jej marzeniem jest herbata Earl Grey, gdyż nie stać jej na tak drogi produkt. Moją znajomą wstrząsnął fakt, że taka rzecz może być dla kogoś zupełnie niedostępna i że tak łatwo można spełnić marzenia ubogich. Kiedy się zobaczy, że biedni to nie żebracy w łachmanach, nie kryminaliści czy osoby z zaawansowanym alkoholizmem, lecz zwykłe rodziny, które mają identyczne problemy jak te zamożniejsze, tyle że spotęgowane przez brak środków, to zmienia się stosunek do problemu biedy.

Ludzie powinni nauczyć się, że w dzisiejszym świecie łatwo stracić pracę, a pozycja społeczna, zdrowie i szczęście nie są nam dane na zawsze. Mamy jednak tendencję do myślenia, że jeśli komuś się nie udało, to jest nic niewart.

W Internecie często można spotkać wypowiedzi młodych osób, również z małych, niezamożnych miejscowości, które piszą, że własnymi rękami zapracowały na niezły standard materialny, więc inni też mogą – muszą tylko „wziąć się wreszcie do roboty”.

Jedna z moich współpracownic zrobiła analizę dyskursu internetowego. „Gazeta Wyborcza” opisała kilka lat temu wydarzenie, gdy pasażerowie skłonili kierowcę do zatrzymania się i wyrzucili z autobusu starego człowieka, biednego, o nieprzyjemnym zapachu. Język, którym się posługiwano, choć nie wiedziano, o kim się mówi – był pełen pogardy i złości. Że bilet kupiony, że jedzie się do pracy, a w takim smrodzie nie można wytrzymać… Tak traktuje się na forach internetowych ludzi słabych, biednych, z problemami, i to jest bardzo przykre.

Dziecko, które wychowuje się na strzeżonym osiedlu i chodzi do prywatnej szkoły ma niewielkie szanse nauczyć się empatii wobec ubogich rówieśników.

Absolutnie żadne. Poza tym rodzice życzą sobie, żeby ich dzieci miały lepsze warunki również w szkołach publicznych, żądając segregacji według statusu społecznego. Naciskają także na dodatkowe zajęcia, nawet jeśli trzeba za nie dopłacić – nieważne, że innych na to nie stać. Są oczywiście przykłady odwrotne, gdy rodzice składają się, żeby jakieś dziecko, którego rodzice nie mają na to pieniędzy, pojechało na wycieczkę. Nie umiem powiedzieć, która tendencja jest silniejsza, natomiast uważam, że powinniśmy uświadomić sobie zły wpływ dyskryminujących zachowań na Bogu ducha winne dzieci. I na własne dzieci, których w ten sposób nie uczy się solidarności i postaw prospołecznych.

Jakie wizerunki biedy obserwuje Pani w przekazach medialnych oraz w debacie politycznej? Czerpią one ze społecznych stereotypów, ale także je kształtują.

Media gonią za sensacją. A bieda na co dzień nie jest sensacyjna, staje się taka jedynie czasami, pod wpływem tragicznych wydarzeń. Gdy spalił się Dom Pomocy Społecznej w Kamieniu Pomorskim, ukazała się w „Polityce” seria artykułów o biedzie, ale wszystkie były pisane strasznym, prześmiewczym językiem… Dziennikarze nie zdają sobie sprawy, jak bardzo potrafią skrzywdzić. To jest brak pewnej wiedzy, wyobraźni, a może także wrażliwości. Temat biedy wypływa, gdy można napisać o zamordowanych dzieciach ukrytych w beczce. Tymczasem zwykła bieda nie jest fotogeniczna. Ludzie jakoś sobie radzą, kiedy indziej sobie nie radzą, mają kłopoty – co tu pokazywać… Inna sprawa, że pokazywanie biedy jest niezmiernie trudne, chociażby ze względu na język. Badam ją od prawie dwudziestu lat i nadal mam wątpliwości, jakiego używać języka, bo każdy jest albo stygmatyzujący, albo niedobrze oddaje moje intencje.

Jeśli chodzi o polityków, to rzadko zdarzają się tacy, którzy potrafią mówić o ubóstwie. Odnoszę wrażenie, że jeśli już odwołują się do biedy, to po to, by użyć jej jako maczugi, którą można walnąć przeciwnika, np. mówiąc, że jest ona jego winą.

Swego czasu Paweł Graś, wówczas młody poseł PO, i Paweł Poncyljusz, wówczas poseł PiS, postanowili zrobić eksperyment i przeżyć miesiąc za 500 złotych. Być może mieli dobre intencje, jednak wywołali ogromne oburzenie tych, którym na miesiąc muszą wystarczyć mniejsze kwoty, a do tego są obarczeni rodzinami. Może to świadczyć o dystansie między światem polityki a ubogimi i o kompromitującej niewiedzy.

Jak do problemu biedy odnosi się kultura popularna? Mógłbym bez problemu wymienić kilka rodzimych seriali, których bohaterowie cieszą się ponadprzeciętnym standardem życia. Jednocześnie nie przypominam sobie takich, których akcja toczyłaby się w świecie osób o najniższych dochodach, nie pokazując go w krzywym zwierciadle.

Z tematyką biedy w sposób wrażliwy zmierzył się film „Edi”, moim zdaniem bardzo dobry, oraz „Boisko bezdomnych”; poza nimi nie spotkałam się z tym zagadnieniem w polskiej kinematografii ostatnich lat. Jeśli chodzi o seriale, to jedna z moich współpracownic dokonała analizy „M jak Miłość” z punktu widzenia biednej starości – i owszem, pojawia się ten temat, ale marginesowo. Mam wrażenie, że pokazuje się nam głównie wyidealizowany świat, na który przyjemnie jest popatrzeć.

Co możemy zrobić dla przełamywania społecznego wykluczenia biednych? Czy wskazana jest np. pomoc materialna, której przyjęcie może być dla nich trudne emocjonalnie?

Pomaganie ludziom ubogim to strasznie delikatna sprawa, bowiem pomoc często bywa przemocą symboliczną. Trzeba jej udzielać, nie upokarzając, nie pouczając, nie zmuszając, a to nie jest łatwe.

Najlepsze, co można zrobić, to zobaczyć w biednym drugiego człowieka, partnera; nie okazywać mu wyższości, ale np. wciągnąć do jakiegoś działania, w którym będzie mógł być twórcą, a nie tylko odbiorcą. Wśród dobrych wzorów wskazałabym działalność Stowarzyszenia ATD Czwarty Świat, które m.in. prowadzi tzw. biblioteki podwórkowe. Ważne wydaje mi się również, żeby młodzież stykała się z problemem ubóstwa i takimi ludźmi. Jak wspominałam, bezpośredni kontakt z ubogim zmienia stosunek do biedy.

Szkoła i dom powinny uczyć solidarności międzyludzkiej. Zamiast tego uczą postaw indywidualistycznych, egoistycznych. Szkoła w ogóle zrezygnowała z wychowywania. Wspaniałą formą kształcenia prospołecznych postaw było harcerstwo, straciło ono jednak masowy charakter. Droga przez organizacje pozarządowe też jest dobra, choćby działalność przy parafiach prowadzona na rzecz ludzi starszych, samotnych, potrzebujących. Są tutaj wypracowane różne metody, np. studenci mogą pomagać w nauce dzieciom z biednych rodzin.

We wszelkich podejmowanych działaniach ważne jest unikanie „smrodku dydaktycznego”, jak to określał Melchior Wańkowicz, czyli protekcjonalnego narzucania swojej wizji. Należy budować partnerskie relacje, co jest bardzo trudne, ale możliwe. Najważniejsze, żeby człowiek ubogi miał poczucie, że nie jest ofiarą, lecz partnerem, że on też coś daje – swoją wiedzę na temat biedy, doświadczenie, umiejętności radzenia sobie z tą sytuacją.

Pomoc niematerialna, np. wsparcie w poszukiwaniu pracy, jest szczególnie cenna, bo mniej stygmatyzująca.

Do jakiego stopnia instytucjonalna pomoc społeczna i jej pracownicy są przygotowani do tego, by pomagać biednym w sposób szanujący ich godność?

W ramach moich badań przeprowadzona została analiza organizacji pozarządowych i ośrodków pomocy społecznej. Wydaje się, że ich podejście do człowieka potrzebującego zmienia się na lepsze, przynajmniej w sferze świadomości i deklaracji. Pod koniec lat 90. łódzka badaczka, Agnieszka Golczyńska-Grondas, badała dziewięćdziesięciu przedstawicieli służb pracujących w enklawach ubóstwa: lekarzy, pielęgniarki, kuratorów, pracowników socjalnych itd. Wyniki były wstrząsające, np. często pojawiały się w ich wypowiedziach pogardliwe wyrażenia typu „lumpy”, „szambo”. Obecnie język się zmienia, pojawia się świadomość, że nie należy używać pewnych stygmatyzujących określeń. Trudno jednocześnie powiedzieć, jak przekłada się to na praktyczne działania. Pomoc biednym jest zbiurokratyzowana, zakłada mnóstwo sprawozdawczości. Ogrom zadań i liczba rodzin, które poszczególni pracownicy mają pod opieką, nie pozwalają właściwie na prawdziwą pracę socjalną, w związku z czym często ogranicza się ona do wypłacania zapomóg.

W przekazywaniu wsparcia podstawą jest nie szkodzić, ale to oczywiście za mało. Dobrze, że służby społeczne zdają sobie sprawę z tego, czego nie należy robić, ale w praktyce nawet w tej kwestii jest jeszcze wiele do przepracowania, w całym społeczeństwie. I należy o tym nieustannie mówić.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 26 listopada 2012 r.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Wsparcia Rolnictwa i Wsi

Gdybym był ministrem, moją pierwszą decyzją byłaby zmiana stanowiska negocjacyjnego Polski w kwestii dopłat bezpośrednich i jednoznaczne zażądanie ich wyrównania do poziomu kwot przypadających rolnikom z innych krajów. Obecna dyskryminacja polskich rolników, wynikająca ze złych warunków akcesji do UE, nie może być utrzymywana po 2013 r., gdyż jest bezprawna, niezgodna z artykułami 18 ust. 2 i 40 ust. 2 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, z których to przepisów wprost wynika zakaz dyskryminowania rolników i producentów rolnych ze względu na ich przynależność państwową. Trzeba zachować w tym względzie żelazną konsekwencję – nie można w drodze kompromisów zgadzać się na jakiekolwiek przedłużanie bezprawnej dyskryminacji, osobiście nie zawahałbym się przed wetem oraz skierowaniem sprawy do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Polska otrzymuje rocznie dopłaty bezpośrednie w wysokości ok. 3 mld euro, a żeby dorównać do średniego poziomu w UE, ta roczna pula powinna wynosić ok. 4 mld euro. I o to należy walczyć – o dodatkowy miliard euro rocznie i 7 mld euro, czyli 28 mld zł, w skali 7 lat. Wyrównanie dopłat jest warunkiem przetrwania polskiej wsi w bardzo trudnej konkurencji unijnej i pozaunijnej.

W mojej opinii nie wolno również dopuścić do zmniejszenia Polsce środków z tzw. II filara, czyli przeznaczonych na rozwój obszarów wiejskich. Polska otrzymuje ich rocznie ok. 2 mld euro. Ten poziom musi być utrzymany, bo mamy do odrobienia bardzo poważne zapóźnienia w stosunku do krajów starej Unii. Tu również nie można się zgadzać na żadne kompromisy – te pieniądze się po prostu Polsce należą.

Trzeba także zmienić niesprawiedliwy system ustalania dochodów rolniczych, który polega na wliczeniu wszystkich dopłat i dotacji, otrzymywanych przez wszystkich rolników. Przez to znaczna część osób naprawdę biednych na wsi pozbawiona jest praw do zasiłków, stypendiów, świadczeń pomocy społecznej. Dochody rolnicze powinny być rzetelnie oszacowane, a nie brane „z sufitu”, jak obecnie.

Potrzebny jest również sprawiedliwy system podziału funduszy strukturalnych, których tylko 10% trafia na wieś, choć na wsi mieszka 40% społeczeństwa.

Ponadto należy zmienić wytyczne i procedury w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa tak, aby nie dochodziło do ścigania rolników za nieprawidłowości, które nie wynikają z ich winy. W ostatnich 4 latach aż 8 tys. rolników zostało podanych do prokuratury za rzekome nadużycia we wnioskach o dopłaty unijne, a w rzeczywistości chodziło o nieścisłości powstałe wskutek niedokładności map geodezyjnych, nie zaś z winy rolników.

Za konieczne uważam też zatrzymanie procesu „ucieczki państwa ze wsi”, czyli likwidacji szkół, posterunków policji, placówek pocztowych, przystanków autobusowych, połączeń kolejowych – bo to wszystko prowadzi do cywilizacyjnej i kulturowej degradacji wsi.

Dążyłbym również do ukrócenia oszustw, których ofiarą padają rolnicy w skupie płodów rolnych. Nieuczciwe firmy skupujące nie płacą rolnikom za ich produkty i czynią to bezkarnie. Trzeba zapewnić skuteczność ścigania takich oszustw, a także wprowadzić fundusz państwowy, który wspomagałby rolników nimi dotkniętych, wypłacał odszkodowania i egzekwował ich zwrot od oszustów.

Starałbym się także o ustanowienie krajowego zakazu upraw genetycznie zmodyfikowanych (GMO), bo jest to poważne zagrożenie dla zdrowia ludzi, dla środowiska i dla ekonomicznej egzystencji, zwłaszcza niewielkich gospodarstw rodzinnych.

Jednym z moich celów byłoby również niedopuszczenie do wprowadzenia podatku dochodowego w rolnictwie. Ten podatek oznaczałby poddanie rolników biurokracji skarbowej, która zniszczyłaby wiele gospodarstw. Nie wolno do tego dopuścić.

Jeśli chodzi o wykorzystanie potencjału funduszy europejskich, ukierunkowałbym je przede wszystkim na rozwój gospodarstw ekologicznych, które mogą stać się napędem polskiego rolnictwa i jego wielką szansą. Mamy niezniszczone chemią gleby, doskonałe warunki naturalne i wielki potencjał małych gospodarstw rodzinnych, zdolnych do produkcji ekologicznej, a Europa i świat będą, jak sądzę, nadal poszukiwać zdrowych, organicznych produktów. A zatem rolnictwo ekologiczne i zdrowa żywność powinny być polskimi priorytetami.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Transportu i Mobilności

Gdybym był ministrem, zająłbym się kwestią dostępności komunikacyjnej, która w moim przekonaniu musi zostać uznana za kluczowy instrument państwa, niezbędny dla zrównoważonego rozwoju, zatrzymania trendów wyludniania się wsi i małych miast czy wyrównywania szans mieszkańców różnych części Polski. Zamiast chwalić się miliardami euro wydanymi na infrastrukturę, władze powinny dążyć do osiągnięcia stabilnych standardów mobilności społeczeństwa.

Należy ustalić standardy obsługi transportowej – począwszy od określenia najdłuższej dopuszczalnej odległości do przystanku transportu publicznego, a skończywszy na wyznaczeniu maksymalnego czasu przejazdu z dowolnego punktu Polski do najbliższego międzynarodowego portu lotniczego. Następnie w perspektywie około 10 lat dążyć do wypełnienia tych warunków. To pozwoli skończyć z chaotycznym rozwojem – czy raczej regresem – sieci transportowej.

Pierwszą kwestią, którą zająłbym się, byłyby inwestycje infrastrukturalne. Uważam, iż wielkie projekty – jak budowa autostrad czy kolej dużych prędkości – często stanowią ucieczkę przed realnymi problemami istniejącej sieci transportowej, wymagającymi natychmiastowego rozwiązania, takimi jak chociażby drogi wojewódzkie urywające się na rzekach, bo na podstawowej sieci drogowej brakuje mostów. Przykładowo w woj. mazowieckim przez Wisłę przerzuconych jest 14 mostów, z czego tylko 6 poza granicami Warszawy. Na polskich rzekach odcinki bez przepraw mostowych osiągają długość nawet 80 km. Między polskimi regionami wciąż widać różnice w udziale nawierzchni asfaltowej na sieci dróg. Dlatego za kluczowe uważam wspomożenie samorządów w realizacji inwestycji drogowych i mostowych o podstawowym znaczeniu.

Kosztowne modernizacje linii kolejowych, które w praktyce sprowadzają się do trwających latami prac, zbyt często finalnie nie przynoszą pożądanych efektów w postaci skrócenia czasów przejazdu czy poprawy przepustowości. Polska sieć potrzebuje przede wszystkim renesansu bieżącego utrzymania oraz przebudowy tzw. wąskich gardeł (odcinków z najniższą prędkością oraz najsłabszą przepustowością). Takie działania – nie wymagające ani czasochłonnych prac projektowych, ani kilkuletnich robót dezorganizujących ruch pociągów – przyniosą widoczne efekty nawet w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy. Nadzieję wiązałbym z nieśmiało inicjowanymi obecnie rewitalizacjami linii kolejowych, czyli gruntownymi naprawami całych ciągów, pozwalającymi przywrócić w stosunkowo krótkim czasie dawne parametry techniczne linii kolejowych, które wskutek braku bieżącego utrzymania drastycznie się pogorszyły. Co istotne, Komisja Europejska wyraziła zgodę, aby rewitalizacje – mimo iż są projektami bardziej odtworzeniowymi niż modernizacyjnymi – były współfinansowane z funduszy unijnych. Następnym działaniem mogącym szybko przynieść efekty jest budowa nowych przystanków kolejowych w miejscowościach, na osiedlach czy przy zakładach lub centrach handlowo-usługowych, których dotychczas kolej wydawała się nie zauważać.

I wreszcie: należy skończyć z przekonaniem, że demontaż „zbędnych” linii poprawi efektywność polskiej kolei. Prowadzone od ponad 20 lat likwidacje połączeń oraz sieci kolejowej nie wyprowadziły polskiej kolei z kryzysu, lecz pogłębiły go wskutek odcięcia głównych linii od pasażerów z bocznych ciągów. Polska sieć kolejowa znalazła się na takim etapie demontażu, że dla zapewnienia spójności przestrzennej kraju powinniśmy rozważać odbudowę niektórych ciągów.

Kolejna kwestia, której poświęciłbym uwagę, to organizacja i integracja transportu publicznego. W Polsce transport publiczny organizowany jest wyłącznie w dużych miastach – na pozostałych obszarach jakość komunikacji staje się dziełem przypadku. Ze sprawowaniem funkcji organizatorskich nie radzi sobie obecnie minister transportu, który odpowiada za organizację kolejowych połączeń dalekobieżnych, a w praktyce przekazując dotacje, pozostawia Grupie PKP wolną rękę w kształtowaniu sieci połączeń. Prowadzi to do sytuacji, w której państwo de facto płaci Grupie PKP za likwidowanie tych połączeń. Gdybym był ministrem, określiłbym pożądaną sieć połączeń dalekobieżnych, obejmującą cały kraj wedle ustalonego kryterium – np. odległość do stacji kolejowej, na której zatrzymują się pociągi międzyregionalne, z żadnego punktu w Polsce nie może być większa niż 50 km. Zadbałbym o to, aby sieć pociągów międzyregionalnych kursujących na głównych trasach co godzinę, a na ciągach znaczenia ponadlokalnego co 2–4 godziny, zapewniająca bezpośrednie połączenia ośrodków powiatowych, subregionalnych i największych aglomeracji, stała się szkieletem sieci transportu publicznego w Polsce.

Za konieczne uważam także stworzenie ogólnokrajowej taryfy przewozowej, honorowanej przez wszystkich przewoźników kolejowych (równolegle do ich własnych ofert i promocji), by przesiadka przestała oznaczać konieczność zakupu nowego biletu. Stopniowo do taryfy ogólnokrajowej włączałbym przewoźników autobusowych – przede wszystkim kursujących w relacjach nie obsługiwanych przez kolej.

Wprowadziłbym także zmiany w ustawie o publicznym transporcie zbiorowym z 2010 r., która jak na razie jedynie konserwuje dezintegrację transportu publicznego, po pierwsze rozdzielając odpowiedzialność za linie komunikacyjne między gminy, powiaty i województwa, a po drugie uniemożliwiając tworzenie związków komunikacyjnych między samorządami różnych szczebli. Na obszarach wiejskich – stojących dziś w obliczu całkowitego wycofania się transportu publicznego – starałbym się stworzyć warunki do wprowadzenia elastycznych rozwiązań znanych z Niemiec czy Szwajcarii, jak „autobus na telefon” (kursy autobusowe na trasach lub w porach najmniejszego ruchu realizowane są po telefonicznym zgłoszeniu na 30 min przed rozkładową godziną odjazdu, w przeciwnym razie kurs się nie odbywa) czy „taksówka zbiorowa” (zapewniająca mieszkańcom kilku-kilkunastu wsi na określonym obszarze transport z punktu przesiadkowego na „sztywnej” linii komunikacyjnej, elastycznie dopasowująca swoją trasę do celów podróży pasażerów).

Za kolejną kwestię wymagającą uregulowania uznałbym bezpieczeństwo na drogach. To bardzo poważny problem. Spośród państw Unii Europejskiej Polska charakteryzuje się jednymi z najwyższych – tuż za Grecją, Rumunią i Bułgarią – wskaźników śmiertelności ofiar wypadków. Do polskich kierowców nie trafiają ani apele, ani znaki drogowe, dlatego należy skończyć z budowaniem przeskalowanych dróg, wręcz namawiających do brawurowej jazdy. Bardzo szerokie pasy ruchu, szeroko wyprofilowane łuki zakrętów czy wycinka drzew rosnących wzdłuż dróg stwarzają iluzję bezpieczeństwa, która skłania do wciśnięcia gazu. Uważam, iż dla faktycznej poprawy bezpieczeństwa na drogach konieczne jest wprowadzenie nowych standardów projektowania dróg, uwzględniających powszechnie stosowane w zachodniej Europie narzędzia uspokajające ruch. Dodatkowo zmieniłbym przepisy tak, by zapewnić bezwzględnie uprzywilejowaną pozycję pieszym, którzy w Polsce są wciąż traktowani jako gorsi uczestnicy ruchu i w efekcie stanowią prawie 1/3 ofiar wypadków drogowych.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Ochrony Środowiska i Przyrody

Gdybym był ministrem, miałbym wiele do zrobienia, ale żeby jakiekolwiek zmiany były możliwe, Ministerstwo Ochrony Środowiska i Przyrody musiałoby zyskać właściwą pozycję w Radzie Ministrów. Dziś warunek ten nie jest spełniony.

Ministra Środowiska wybiera się w negocjacjach koalicyjnych na samym końcu, jakby był najmniej ważnym członkiem Rządu, powoływanym do funkcji podrzędnej i dlatego zwykle powierzanej słabszemu koalicjantowi. Wygląda też na to, że doraźne cele są Ministerstwu Środowiska dyktowane przez „nadministerstwa”: Finansów i Gospodarki. Cele tych ministerstw są stawiane ponad sprawami przyszłości kraju, dobra następnych pokoleń i stanu środowiska. Na szefów resortu środowiska wybiera się zwykle osoby pozbawione kwalifikacji profesjonalnych, do tego możliwie najbardziej uległe wobec techno-despotów; a pryncypialnego ministra środowiska, jeśli się taki zdarzy, szybko się traci z rządu (casus prof. Macieja Nowickiego). Ponadto sam personel Ministerstwa jest niezmiennie zdominowany liczebnie i hierarchicznie przez osoby niechętne ochronie, a sprzyjające de facto eksploatacji środowiska.

W rezultacie obecnie w Polsce nie przestrzega się ani Konstytucji, ani Traktatu Lizbońskiego, według zapisów których kraj nasz powinien się rozwijać zgodnie z zasadą rozwoju zrównoważonego (art. 5. Konstytucji), czyli przy rozważnej (kompromisowej) dbałości o środowisko i przyrodę. Akty prawne i decyzje administracyjne, jeśli nawet są wydawane według obowiązujących procedur, to ich ukryta w zawiłościach prawnych treść nieraz wynika z niewłaściwej dla resortu środowiska hierarchii wartości wyznawanej przez ich twórców. Ustawy o ochronie środowiska lub ochronie przyrody przemycają rozporządzenia sprzyjające raczej eksploatowaniu środowiska i przyrody niż rzeczywistej, długofalowej ich ochronie. Dzisiejszemu stanowi rzeczy sprzyja totalny odwrót polskich elit od wiedzy ekologicznej. Tymczasem akurat od uwzględnienia tej wiedzy zależeć będzie przyszłość ludzkości, gdyż główne zagrożenia stojące przed naszym światem mają charakter właśnie ekologiczny – zagrażają środowisku, przyrodzie i zależnej od nich ludzkości.

Gdyby jednak kiedyś powstał rząd traktujący poważnie zadania ministerstwa ds. ochrony środowiska, to jako najpilniejsze działanie wskazałbym uwolnienie takiego ministerstwa spod dominacji lobby leśnego, aby to resort decydował o polityce leśnej i ochronie środowiska, a nie odwrotnie – jedno przedsiębiorstwo, nawet jeśli państwowe. Na to zadanie składałby się szereg działań:

  1. Likwidacja Dyrekcji Generalnej Przedsiębiorstwa „Lasy Państwowe”, jako największego krajowego monopolisty (decydującego o 1/4 obszaru kraju), a nadanie samodzielności gospodarczej dyrekcjom regionalnym Lasów Państwowych, koordynowanym i nadzorowanym przez resort (Departament Leśnictwa).
  2. Zatrudnianie w resorcie na stanowiskach dyrektorów departamentów i dyrektorów parków narodowych także osób z wykształceniem biologicznym i z hierarchią wartości uwzględniającą rzeczywistą ochronę środowiska i przyrody, nie zaś – jak dotychczas – wyłącznie ludzi z wykształceniem i światopoglądem „leśnym”.
  3. Zmiana dzisiejszej zasady, iż osoby na wszystkich kierowniczych stanowiskach w resorcie środowiska muszą mieć kwalifikacje leśno-ekonomiczne zamiast merytorycznych z zakresu ochrony środowiska i przyrody; za sprawy gospodarcze w jednostkach ochroniarskich mógłby odpowiadać odpowiedni zastępca dyrektora jako zarządca, natomiast o celach nadrzędnych powinien dalekowzrocznie decydować sam dyrektor w oparciu o swą wiedzę i hierarchię wartości, pozostającą w zgodzie z powierzoną funkcją. Nie może być dalej tak, jakbyśmy – tu analogia – powierzali opiekę nad cennymi zbiorami narodowymi w muzeach akurat… handlarzom dzieł sztuki.

Poza tym starałbym się przekonać rząd, aby wymusił większą partycypację najbogatszych krajowych przedsiębiorstw w finansowaniu badań naukowych związanych z praktyką, w tym badań przedinwestycyjnych, co umożliwiłoby opieranie ocen oddziaływania na środowisko na konkretnych danych z terenu. Dziś oceny takie opierają się, w najlepszym razie, na skąpych danych pochodzących z badań inaczej ukierunkowanych, bo prowadzonych przez ubogie placówki naukowe.

Jako minister wystąpiłbym również do środowiska naukowego, mediów i do innych członków rządu w obronie zasady rozwoju zrównoważonego, przed sprowadzaniem wszystkiego do kategorii natychmiastowego zysku.

Wspierałbym także szeroką edukację ekologiczną. Mimo iż to się aktualnie robi, to w stopniu niezadowalającym – konieczna jest odbudowa edukacji ekologicznej w publicznych środkach przekazu, zapobiegająca nastawianiu obywateli przeciw ekologizacji życia. Ministerstwo i rząd powinny pomóc przełamać perfidną kilkunastoletnią blokadę medialną na wystąpienia edukacyjne profesjonalnych ekologów.

Dołożyłbym również starań, aby odbudować system kształcenia ekologów-praktyków dla stworzenia nowoczesnych kwalifikowanych interdyscyplinarnych kadr zdolnych do obiektywnego wykonywania ocen oddziaływania na środowisko. Nie mogą prawidłowej oceny dokonywać ani technofile, sami oceniający wpływ na środowisko projektów swoich kolegów po fachu, ani dzisiejsi przyrodnicy-teoretycy, zbyt skupieni na swych wąskich specjalnościach.

Zająłbym także zdecydowane stanowisko popierające rozwój nowoczesnej energetyki, tzn. optujące za oszczędzaniem energii (negawaty) oraz za rozbudową energetyki rozproszonej, jako opartej na rodzimych źródłach odnawialnych, bezpieczniejszych dla środowiska, oraz stwarzającej miejsca pracy poza ośrodkami miejskimi, gdzie jest największe bezrobocie.

Starałbym się również wywrzeć nacisk na ministra rolnictwa dla przeorientowania polskiego rolnictwa z błędnego modelu „przemysłowego” (szkodliwego i dla środowiska, i dla ludności – bo zwiększającego bezrobocie) na drogę bardziej wydajnego i „zdrowszego” rolnictwa ekologicznego, wspartego najnowszymi wynalazkami z zakresu probiotyki i doboru hodowlanego ulepszonego wiedzą biotechnologiczną, ale z wykluczeniem możliwości zdominowania go przez uprawy GMO.

Dążyłbym do tego, aby wspólnie z rządem definitywnie zakończyć kompromitującą władze państwowe sprawę powiększenia Białowieskiego Parku Narodowego, najcenniejszego i najsłynniejszego z krajowych, a zarazem jednego z najmniejszych w Europie. Trzeba sfinalizować chwalebne starania własne resortu („Kontrakt dla Puszczy Białowieskiej”, „Białowieski Program Rozwoju”), jak i inicjatywę śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego z r. 2006, powiększając park narodowy przynajmniej do ok. 30 000 ha (połowa polskiej Puszczy) i zatrzymując na tym obszarze bezlitosny wyrąb ostatnich naturalnych drzewostanów. Władze krajowe nie mogą tolerować blokowania realizacji tak prestiżowej decyzji naszego państwa przez społeczność lokalną.

Ponadto powróciłbym do szerokiego kontaktu resortu z przedstawicielami nauki i organizacjami pozarządowymi jako emanacją społeczeństwa, bez traktowania ich jak utrudnienia, lecz w kategoriach sprzymierzeńców. Składałoby się na to:

  1. Częstsze wykorzystywanie przez władze resortu opinii ciał doradczych i naukowych (Państwowa Rada Ochrony Środowiska, Państwowa Rada Ochrony Przyrody, komitety naukowe PAN), na których działalność opiniującą konieczne jednak byłoby przeznaczenie środków finansowych;
  2. Nowelizowanie ustaw i rozporządzeń z aktywnym wykorzystaniem wiedzy gremiów naukowych i kompetentnych organizacji pozarządowych, a nie – jak czasami bywało – w tajemnicy przed nimi;
  3. Organizowanie wspólnie z naukowcami i społecznikami konferencji dokształcających w zakresie postępów światowych w ochronie środowiska i przyrody, gdyż nikt z nas nie zna wszystkiego, a wymiana wiadomości jest korzystna;
  4. Wspólne z gremiami naukowymi podejmowanie i współfinansowanie badań aplikacyjnych w zakresie wzbudzających kontrowersje wielkoskalowych rozwiązań strategicznych w energetyce, transporcie, rolnictwie itd.

Skąd wziąć środki finansowe na te zmiany? Nie jest to zadanie możliwe do rozwiązania przez jedno ministerstwo, lecz problem dla całego rządu i dla elit krajowych. Trzeba bowiem zmienić podstawy ideowe państwa, przyjmując wzorzec zrównoważonego i bardziej sprawiedliwego kapitalizmu socjaldemokratycznego (skandynawskiego) zamiast niszczącego społeczeństwo i państwo modelu amerykańskiego.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Skarbu Państwa i Finansów Publicznych

Gdybym był ministrem, za priorytet uznałbym zatkanie dziur w polskim finansowym „dzbanie”, którymi za granicę wyciekają już dziesiątki i setki miliardów złotych. Szacuję, że rocznie bezpowrotnie tracimy 50–150 mld zł z powodu różnego rodzaju nadużyć związanych z przemytem towarów, takich jak spirytus, papierosy czy pręty stalowe, w przypadku których unika się płacenia akcyzy lub podatku VAT. Do tego dochodzą różnego rodzaju dziwne transfery z Polski nie objęte normalną statystyką, np. zlecenia dotyczące rebrandingu firm, wypłaty wynagrodzeń dla zagranicznej kadry menedżerskiej, umowy w formie leasingów itp. Olbrzymią kwotę – w tym roku nawet kilkadziesiąt miliardów złotych – tracimy również z powodu interwencji walutowych Narodowego Banku Polskiego i Ministerstwa Finansów. Ingeruje się, żeby sztucznie utrzymać kurs polskiego złotego, aby on z kolei sztucznie zaniżał wartość naszego zadłużenia w relacji do PKB, ponieważ istnieją progi konstytucyjne, których rzekomo nie możemy przekroczyć, a które tak naprawdę już przekroczyliśmy. Tego typu uszczupleń i wycieku polskich pieniędzy przez nasz „dziurawy dzban” jest bardzo dużo. Należy prędko zahamować wypływ tej finansowej krwi, bo kiedy otworzy się żyły i puści krew z organizmu gospodarczego, to kraj tego nie przeżyje.

Druga sprawa to niewątpliwie nowa koncepcja systemu podatkowego. On w dzisiejszej formule nie działa – bogaci de facto nie płacą w Polsce podatków, istnieje bowiem możliwość tzw. optymalizacji podatkowej, czyli unikania płacenia przez duże koncerny zagraniczne, sieci handlowe czy banki. Przykładowo przedsiębiorstwo KGHM, już tylko w 30% będące własnością Skarbu Państwa, płaci składki takie jak prawie wszystkie banki zagraniczne działające w Polsce razem wzięte, to jest 4–5 mld zł, plus od niedawna jeszcze podatek od kopalni, co daje kolejne 2 mld zł. Natomiast banków komercyjnych jest w tej chwili ok. 70, z czego liczących się 20. Są to głównie banki zagraniczne, polskich banków praktycznie nie mamy, poza częścią PKO BP. Wśród polskich podmiotów finansowych są jedynie banki spółdzielcze, np. SKOK-i.

Jestem zdania, że w Polsce trzeba wprowadzić większe obciążenia podatkowe dla banków czy wielkich sieci handlowych, które mają ponad stumiliardowe obroty, a które osiągają rzekomo zyski zaledwie kilku miliardów złotych i do budżetu płacą 700 mln zł podatku. Popieram wprowadzenie podatku od transakcji finansowych. Takie rozwiązanie jest już wprowadzane w Europie. Trzeba też zupełnie zmienić ustawę o VAT. Żeby VAT faktycznie przynosił dochody państwu, nie trzeba go podwyższać, lecz trzeba zlikwidować te dziury, które lobbyści skutecznie wpisali do obecnych rozwiązań i które powodują, że bogaty może nie płacić. Wówczas można by ten podatek nawet obniżyć.

Jako minister zająłbym się także kwestią naszych zobowiązań w stosunku do Unii Europejskiej i do nowych form narzucających utratę suwerenności ekonomicznej w Polsce, takich jak Unia Bankowa, do której nie powinniśmy się przyłączać. Polska wiele razy w ciemno brała na siebie różne zobowiązania, których nie była w stanie wykonać. Zresztą jeśli chodzi o fundusze spójności, z każdego jednego euro, które przychodzi do Polski, 60 centów trafia natychmiast do bogatych krajów strefy euro. Płacimy też olbrzymie składki do Unii Europejskiej, rzędu 15–16 mld zł rocznie. Niewątpliwie trzeba stworzyć bilans korzyści i strat z tytułu relacji z budżetem unijnym.

Kolejna kwestia to konieczność zaprzestania zadłużania się za granicą. Wszystkie podatki Polaków, czyli ok. 40 mld zł, wpadają na sekundę do budżetu i natychmiast są transferowane za granicę, do naszych wierzycieli. To przypomina system państwa kolonialnego. Pieniądze wywozi się do Rzymu, Madrytu, Berlina czy Lizbony, skąd rekrutują się duże banki zagraniczne, które nam te pieniądze pożyczają. Jeszcze 5 lat temu nasz dług publiczny wynosił ok. 534 mld zł, dzisiaj wynosi prawie 900 mld zł.

Obecnie wyprzedawane są za granicą polskie obligacje. Sprzedają się jak świeże bułeczki. Nikt nie myśli o tym, że to są przecież nowe długi, zobowiązania, za które trzeba dać procent. My takich długów narobiliśmy na niemal 200 mld zł. Te obligacje mogą być przecież w każdej chwili wymagalne, ktoś może zażądać ich wykupienia. Płacimy bardzo hojnie: za dziesięcioletnie obligacje – 4,5% – podczas gdy np. Czesi – 1,69%. Stąd taki popyt na nasze obligacje. Jednak te „świeże bułeczki” mogą bardzo szybko zamienić się w zakalec, bowiem przy jakimś tąpnięciu w strefie euro czy kłopotach z budżetem w Polsce może nastąpić ich gwałtowna wyprzedaż, załamanie się rynku. To bardzo niebezpieczna polityka. Zadłużając się za granicą, żyjemy na takiej przymusowej kroplówce i zachowujemy się jak narkoman, który musi mieć ciągle nowy zastrzyk finansowy. To się musi skończyć bankructwem – tak jak w Grecji, Portu­galii czy Hiszpanii. Dlatego proponuję unarodowienie długów – na wzór japoński. Jeśli musimy się zadłużać, to róbmy to u Polaków.

Ponadto konieczna jest repolonizacja majątku narodowego. Tak naprawdę Polska wyprzedała już niemal wszystkie swoje dobra. W tej chwili prywatyzujemy sanatoria, myśli się o sprzedaży lasów, nawet nowo wybudowane autostrady mają być na razie oddane pod zarządzanie prywatnym firmom. Nie mamy ani własnych banków, ani firm ubezpieczeniowych, ani nowoczesnych przedsiębiorstw produkcyjnych. Obecnie rząd twierdzi, że na 2014 r. nie robi planów prywatyzacyjnych – trudno się dziwić, wszystko już sprzedane. Pojawia się tylko pytanie, gdzie są te 140–150 mld zł uzyskane od 1990 r. z prywatyzacji? Po drugie jak to się stało, że im więcej wyprzedawaliśmy tego majątku, w tym większe długi popadaliśmy? W końcu stanie przed Polską konieczność odzyskania tego bezmyślnie i tanio sprzedawanego majątku. Repolonizację majątku narodowego należy jednak przeprowadzić mądrze. Nie ma sensu odkupywać tych samych banków, które sprzedaliśmy, za wielokrotność ich ówczesnej ceny. Trzeba też uważać na niebezpieczeństwo odkupienia tzw. banków-wydmuszek, których kapitał zostanie przetransferowany do Lizbony czy Rzymu, a zostaną tylko długi.

Poza tym zlikwidowałbym ZUS w jego dotychczasowej formule, pozostawiając go jako niewielką strukturę administracyjną. Na jego miejsce utworzyłbym Państwowy Bank Emerytalny i dał Polakom prawo wyboru – kto chce, może zostać przy prywatnych, zagranicznych OFE; kto chce, może przejść do owego banku, gdzie na zasadach konkurencyjnych inwestowałoby się nasze pieniądze. Pieniądze, które dotychczas trafiały do OFE i które tworzyły Polsce zadłużenie publiczne, a zyski przynosiły głównie zagranicznym właścicielom Powszechnych Towarzystw Emerytalnych, wcale nie gwarantując wysokich emerytur. Bank Emerytalny, inwestując na giełdzie, mógłby pomału odzyskiwać wyprzedany majątek narodowy na rzecz polskich emerytów. W ten sposób mielibyśmy podwójne korzyści – do Polaków wracałaby własność w formie akcji, które posiadałby ten bank, a także dawałoby to obywatelom gwarancję pewnego bezpieczeństwa ekonomicznego na starość.

Majątek narodowy to kwestia niezwykle istotna. Polska obecnie funkcjonuje jako montownia dla dostawcy części zamiennych do przemysłu niemieckiego. Gdy przychodzi kryzys do Europy i Włosi przestają kupować samochody, Niemcy przestają je produkować, to natychmiast stają też zakłady montażowo-produkcyjne w Polsce, chociażby w Tychach.

Niewątpliwie jest też wiele do zrobienia w sferze finansowania inwestycji, zwłaszcza infrastrukturalnych. Jak dotąd wyrzucono dziesiątki miliardów złotych, a nadal nie mamy autostrady od jednego krańca granicy do drugiego. Istnieją tylko poszatkowane fragmenty, z czego częściowo są to już porzucone inwestycje, część będzie budowana latami, a część jest po prostu partactwem. Nie mamy też dobrze funkcjonującej kolei – podczas gdy za II Rzeczpospolitej uchodziła ona za wzorową. Dzisiaj do niektórych miejsc jedziemy dłużej niż przed II wojną światową.

Myślę, że w tej sytuacji trzeba też sprawdzić przez instytucje kontrolne typu NIK czy CBA dotychczasowe wydatkowanie środków. Twierdzę bowiem, że ok. 30% z tych inwestycji, chociażby przygotowań do Euro 2012, zostało rozkradzionych lub zmarnotrawionych, zdarzały się zjawiska ustawiania przetargów, korupcja. Być może część tych pieniędzy dałoby się odzyskać.

Dodatkowo należy zlikwidować wrogość instytucji państwowych wobec obywatela, która w ostatnich miesiącach jest szczególnie widoczna – z jednej strony wielcy hochsztaplerzy, którzy robią przekręty na setki milionów złotych, z drugiej samotna matka w Opolu, do której przychodzi policja, bo jest winna Urzędowi Skarbowemu 2 tys. zł za źle wypełnioną fakturę. To pokazuje, jak to państwo potrafi być okrutne, represyjne, bezwzględne w stosunku do słabszych. A tych słabszych jest coraz więcej. Dzisiaj same długi zagrożone, czyli kredyty niezapłacone przez Polaków, wynoszą w przypadku gospodarstw domowych 40 mld zł. Dwa miliony Polaków już nie reguluje swoich zobowiązań nie tylko wobec banków, ale też wobec przedsiębiorstw energetycznych, spółdzielni itd.

Oczywiście, trzeba zapewnić pewną stabilność dochodów budżetowych. Świat stoi przed gigantycznym kryzysem, który nie będzie tylko kryzysem zadłużeniowym, ale też kryzysem wiarygodności elit, kryzysem etycznym. Dzisiejsze rządy i przedstawiciele władz są albo zbyt słabi, albo zbyt skorumpowani, aby dbać bardziej o gospodarki narodowe niż o banki i rynki kapitałowe. W związku z tym kryzys będzie się pogłębiał, a dla wszystkich pieniędzy nie wystarczy. Grekom mówi się, że jeżeli bardziej się odchudzą, to będą zdrowsi, uważa się, że mogą jeść trawę i pluć krwią, ale długi spłacić muszą. Dokonuje się dalszych cięć wynagrodzeń, emerytur itd., a zadłużenie zamiast się zmniejszać – rośnie. To samo widać w Hiszpanii czy Portugalii. Takie rozwiązania do niczego nie prowadzą – lekarstwo okazuje się gorsze od choroby i zamiast wyjść z kłopotów, popada się w jeszcze większe.

Musimy zatem zastanowić się, jak zgromadzić dochody podatkowe, a nie da się tego osiągnąć jedynie kosztem kieszeni obywateli. Polacy mają obecnie 3–4-krotnie niższe wynagrodzenia niż pracownicy strefy euro, podczas gdy ceny produktów żywnościowych i usług są takie same. Polakom trzeba wreszcie zacząć godziwie płacić. Mnóstwo młodych ludzi już wyjechało – 2 miliony, z czego ponad 300 tysięcy to osoby poniżej 14. roku życia. Jeśli w kraju nic się nie zmieni, to wyjadą wszyscy, bo tu nie ma dla ludzi młodych żadnej nadziei – ani na mieszkanie, ani na pracę, ani na założenie i utrzymanie rodziny.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Rozwoju Społecznego i Wsparcia Socjalnego

Za jakie działy administracji rządowej odpowiadałoby moje ministerstwo? Przyjąłbym wąskie rozumienie rozwoju społecznego, pozostawiając rozwój gospodarczy czy ekologiczny kompetencjom innych ministerstw. Co składałoby się na sprawy rozwoju społecznego? Z grubsza to, co wchodzi w zakres kwestii, którymi zajmuje się obecnie ministerstwo pracy i polityki społecznej, czyli sprawy pracy i zabezpieczenia społecznego, natomiast sprawy rodziny (którymi również zajmuje się MPiPS) oddałbym oddzielnemu ministerstwu ds. rodziny.

Zmiana nazwy „ministerstwo pracy i polityki społecznej” na „ministerstwo rozwoju społecznego i wsparcia socjalnego” zapewne spotkałaby się z dużym oporem. Po pierwsze mógłby pojawić się problem ze sprecyzowaniem pojęcia rozwoju społecznego, po drugie wątpliwości, czy kluczowa dla rozwoju społecznego, z jego główną zasadą sprawiedliwości społecznej, jest praca. Byłbym jednak skłonny przyjąć taki punkt widzenia, gdyż od pozycji członków gospodarstwa domowego w świecie pracy (ogólniej od ich pozycji w strukturze społeczno-ekonomicznej) zależą w dużej mierze ich szanse życiowe oraz mobilność międzypokoleniowa, tzn. szanse dzieci z rodzin z różnych klas społecznych.

Najbardziej dotkliwe problemy społeczne w obszarze rozwoju społecznego rozumianego poprzez pryzmat pracy to: 1. bezskuteczne poszukiwanie zatrudnienia; 2. pozostawanie bez pracy wbrew woli; 3. wyzysk i inne patologie w sferze pracy; 4. niestabilność sytuacji w tej sferze.

Za najbardziej dotkliwy problem społeczny w obszarze wsparcia socjalnego uważam ubóstwo mierzone minimum egzystencji, czyli ubóstwo skrajne, które w Polsce dotyka ponad 2,5 miliona osób, a wśród nich duży odsetek stanowią dzieci. Ubóstwo skrajne wzrosło w 2011 r., co oznacza, że sytuacja się pogarsza.

Inicjatywy koniecznie wymagające dofinansowania w obu tych dziedzinach to: aktywne i pasywne programy rynku pracy, działalność kontrolna Państwowej Inspekcji Pracy, zasiłki okresowe z pomocy społecznej, zasiłki rodzinne i dodatki do nich, opieka instytucjonalna dla dzieci (szczególnie w postaci żłobków i przedszkoli), asystentura rodziny i piecza zastępcza (te ostatnie mogą być jednak w zakresie ministerstwa spraw rodziny).

Mechanizmy, które moim zdaniem obecnie nie działają tak, jak powinny, to: regulacja rynku pracy (nie zapobiega rozprzestrzenianiu się zatrudnienia niskiej jakości), klauzule społeczne w zamówieniach publicznych (nie są dostatecznie często wykorzystywane), pomoc społeczna w postaci zasiłków okresowych (są za niskie i nie trafiają do wszystkich uprawnionych), system waloryzacji kryteriów dochodowych w strukturze pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych (zawiódł skandalicznie, kryteria pomocy społecznej były do niedawna niższe niż minimum egzystencji, czyli granica skrajnej biedy), centra integracji społecznej (jest ich za mało, nie powstają nowe), asystentura rodziny i system pieczy zastępczej (problemy z upowszechnieniem i jakością).

Z pewnością moim pierwszym posunięciem byłoby doprowadzenie do ratyfikowania przez Polskę Zrewidowanej Europejskiej Karty Społecznej wraz z protokołem umożliwiającym składanie skarg do Komitetu Praw Społecznych Rady Europy nie tylko przez organizacje europejskie, ale również przez ogólnokrajowe organizacje polskie (wzorem jest tu Finlandia). Karta została podpisana przez Polskę wiele lat temu i już dawno powinna być ratyfikowana. Dałbym też zielone światło pracom dążącym do sprawienia, by polskie ustawodawstwo było w pełni zgodne z Konwencją 102 Międzynarodowej Organizacji Pracy o minimalnych normach zabezpieczenia społecznego.

W obszarze dialogu społecznego wprowadziłbym programy wzmacniające jego aspekty techniczne i merytoryczne, szczególnie po stronie związkowej. Aby dialog społeczny był prowadzony na odpowiednim poziomie, obie strony powinny dysponować podobnymi zasobami. Dodatkowo włączyłbym jako pełnoprawnych członków przedstawicieli ogólnokrajowych federacji organizacji pozarządowych, również wzmocnionych, wówczas dialog społeczny uzyskałby także wymiar obywatelski.

W obszarze pracy priorytet dałbym zmianom ustawowym, które sprawiłyby, że umowy na czas określony nie byłyby nadużywane, a także nie stosowano by umów cywilnoprawnych zamiast umów kodeksowych.

W obszarze zabezpieczenia społecznego osób niepełnosprawnych dałbym zielone światło dla reformy, dzięki której uprawnienia do rent byłyby przyznawane na innej zasadzie niż obecnie – nie jako rekompensata niezdolności do pracy, ale uwzględnienie zwiększonych kosztów utrzymania. Wówczas można byłoby łączyć te renty z pracą bez żadnych ograniczeń.

W obszarze pomocy społecznej doprowadziłbym do tego, że stanie się ona prawem obywatelskim. Byłoby to związane z usunięciem z ustawy tych zapisów, które sprawiają, że takim prawem nie jest. Musiałoby nastąpić: po pierwsze usunięcie klauzuli o możliwościach pomocy społecznej; po drugie zagwarantowanie 100% zasiłku okresowego. Zmieniłbym też zasadę przyznawania świadczeń pieniężnych – wystarczałoby tu spełnienie kryterium ubóstwa. Zgodnie z już ogłoszonymi propozycjami obecnego Ministerstwa Pracy, oddzieliłbym wyraźnie sprawy przyznawania zasiłków od udzielania usług o charakterze pomocowym. W tej dziedzinie zadbałbym o upowszechnienie sprawdzonych naukowo metod pracy socjalnej (np. koncentrowanie pracy na zadaniach, na rozwiązaniach, wywiad motywujący).

W obszarze zatrudnienia socjalnego popierałbym reformy upowszechniające system Centrów Integracji Społecznej, a szerzej idee i praktyki gospodarki społecznej.

W obszarze świadczeń rodzinnych usunąłbym kryteria dochodowe, aby pomoc pieniężna była skierowana do wszystkich dzieci.

W obszarze zamówień publicznych klauzulę społeczną uczyniłbym obowiązkową. Kto chce korzystać ze środków publicznych, ten powinien wykazać się społeczną odpowiedzialnością nie tylko w takim sensie, że płaci podatki i składki na czas. Zatrudnianie osób znajdujących się w sytuacji gorszej niż inne na rynku pracy powinno być jednym z punktowanych kryteriów.

Co do wykorzystania funduszy europejskich w przyszłym okresie finansowania, w interesującym mnie obszarze EFS popieram wyodrębnienie priorytetu przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu społecznemu od priorytetu prozatrudnieniowego. W ramach tego pierwszego postawiłbym na aktywną integrację i wszechstronne strategie społecznościowe. W programie aktywnej integracji odzwierciedlone byłyby trzy filary tego podejścia: minimalny dochód, inkluzywny rynek pracy, usługi prointegracyjne wysokiej jakości.

Jeżeli chodzi o poparcie dla strategii lokalnych, konieczna byłaby m.in. część związana z sensowną partycypacją obywateli oraz podmiotów ze wszystkich sektorów, a głównym celem tych programów powinno być ograniczenie ubóstwa. Ze względu na daleko idącą decentralizację programów z zakresu rozwoju społecznego i wsparcia socjalnego współpraca z samorządami jest bardzo ważna, więc poszukiwałbym nowej formuły podziału zadań i środków w tym obszarze.

W przypadku organizacji społecznych zainteresowanych projektami EFS, wspierałbym tworzenie sieci i federacji, żeby na poziomie centralnym wyłonić silną reprezentację. Ważne byłoby również zapewnienie w lokalnej implementacji programów EFS większej kontroli ze strony obywateli, w tym tych, którzy mają korzystać z pomocy.

W przypadku środowisk naukowych przemyślałbym usytuowanie trzech instytutów – Centralnego Instytutu Ochrony Pracy, Instytutu Rozwoju Służb Społecznych, Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych – w kontekście działów analitycznych samego ministerstwa. Na pewno wzmocniłbym te podmioty i uruchomiłbym program zwiększenia przekładalności wyników badań naukowych na praktykę.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Rozwoju Nauki i Szkolnictwa Wyższego

Gdybym był ministrem, postawiłbym sobie za cel przekonanie rządu do tego, co na świecie przyjmuje się za oczywiste: że inwestycje w naukę i edukację są inwestycjami dającymi każdemu narodowi największy zysk. Oczywiście nie w ciągu kilku lat, lecz w dłuższej perspektywie. Dlatego takie inwestycje musi robić państwo. „Niewidzialna ręka rynku” tego nie potrafi. (Dla wielu Polaków „niewidzialna ręka rynku” to ręka aferzysty – niestety nie bez powodu). Czysty mechanizm rynkowy może dać efekty w ciągu 2–4 lat, ale nie wobec zadań długofalowych i podstawowych dla przyszłości państwa i narodu.

Dlaczego nauka i szkolnictwo wyższe są Polsce potrzebne? Badania podstawowe, prowadzone na właściwym poziomie, zapewniają kontakt z najnowszymi osiągnięciami nauki i technologii na świecie. W momencie pojawienia się nowych zastosowań dysponujemy kadrą znającą odpowiednie zagadnienia, a więc potrafiącą dokonać właściwego wyboru aparatury i technologii, oraz odrzucić zbyt kosztowne a niewłaściwe oferty. Kadra ta nie pozwoli „wcisnąć” nam złych i zbyt kosztownych aparatów czy wyrobów. To tylko jedna z korzyści posiadania dobrze wykształconych specjalistów. Uprawianie nauk humanistycznych jest z kolei niezbędne dla kształtowania społeczeństw świadomych swojej przeszłości oraz wyzwań przyszłości. Nauki społeczne, takie jak socjologia i psychologia, pomagają właściwie zorganizować i ukształtować relacje międzyludzkie i solidarne społeczeństwo. Znajomość kultur i języków innych narodów jest podstawą naszych kontaktów ze światem. Prosty przykład: wykształcony doktorant badający kulturę, filozofię i historię np. Chin jest wart miliony dolarów, doradzając w czasie negocjacji handlowych.

Podsumowując: nie powstanie innowacyjna gospodarka i nowoczesne państwo bez odpowiednio finansowanych badań naukowych i szkolnictwa wyższego w Polsce. Tymczasem obecny poziom nakładów budżetowych na naukę oraz na szkolnictwo wyższe w przeliczeniu na jednego mieszkańca Polski plasują nas w ogonie krajów Europy. Na szkolnictwo wyższe przeznaczamy ok. 0,8% PKB, a na naukę ok. 0,4% PKB. Nakłady te powinny możliwie szybko wzrosnąć do 1,5% PKB na każdą z tych dziedzin. „Podbarwianie” statystyk przez dodawanie pieniędzy z Unii Europejskiej jest metodą krótkowzroczną, bo prowadzi do już obserwowanego pogorszenia płynności finansowej oraz bilansu polskich jednostek naukowych, jeżeli nie zdobędą dodatkowych środków na wdrożenie i utrzymanie inwestycji. Dlatego uważam, że należy: a) do pieniędzy z UE dodać przynajmniej 20% ze środków krajowych, b) zapewnić środki na koszty eksploatacji nowych budynków i urządzeń, tzw. running cost (rocznie ok. 10% kosztów inwestycji), c) zagwarantować wynagrodzenie dla wysoko kwalifikowanych specjalistów, którzy muszą się opiekować nową aparaturą.

O prawdziwym poziomie nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce będą decydować nakłady budżetowe, a nie pieniądze europejskie. Dlatego należy pilnie opracować 3–4 letni harmonogram wzrostu nakładów budżetowych do wspomnianego poziomu po 1,5% PKB na naukę i na szkolnictwo wyższe. Wymaganie i oczekiwanie, by Polska za mniejszą kwotę dokonała skoku jakościowego, jest oszukiwaniem się.

Niezwykle istotne jest zapewnienie stabilnego poziomu wynagradzania pracowników nauki i szkolnictwa wyższego. Jako podstawę proponowałbym ład płacowy według proporcji 3 : 2 : 1,5 : 1,25 w stosunku do średniej krajowej dla odpowiednio: profesorów, adiunktów, asystentów (wykładowców, lektorów, instruktorów itp.), pracowników nie będących nauczycielami akademickimi (bibliotekarze, pracownicy naukowo-techniczni, pracownicy ekonomiczno-administracyjni itp.). Odniesienie do średniej krajowej jest warunkiem zapobiegania zaległościom w finansowaniu nauki i szkolnictwa wyższego. W przeciwnym razie powstaną krytyczne zaniedbania, a ich nadrobienie będzie coraz trudniejsze. Jednocześnie w przypadku kryzysu i spadku PKB nie powstaną napięcia między pracownikami nauki i szkolnictwa wyższego a resztą społeczeństwa.

Z powodu niskich wynagrodzeń nauczyciele akademiccy są zmuszeni do szukania dodatkowych zarobków kosztem własnego zdrowia, czasu, wysiłku oraz oczywiście kosztem osłabienia aktywności naukowej i dydaktycznej na macierzystych uczelniach państwowych, w instytutach PAN lub placówkach badawczych. Tylko zapewnienie stałego wynagrodzenia na postulowanym poziomie może być początkiem procesu odnowy.

Gdybym był ministrem, zdecydowanie przeciwstawiłbym się polityce obniżania wynagrodzeń w nauce i szkolnictwie wyższym i zastępowania ich w całości grantami. System grantów nie jest wynalazkiem obecnego rządu. Został wprowadzony w Polsce w 1991 r. Niebezpieczna zmiana wprowadzana obecnie polega na tym, że granty mają zastąpić pensje, a nie być dodatkiem do nich, promującym najlepszych i najbardziej aktywnych. Przy ułomności systemu przydzielania grantów może to oznaczać istotne utrudnienie warunków prowadzenia badań naukowych w Polsce, a nawet uniemożliwienie ich prowadzenia w wielu wypadkach. Sprzeciwiam się również umowom śmieciowym (prekariatowi) uczonych i nauczycieli akademickich, które w aspekcie ekonomicznym uważam za zaprzeczenie wolności badań naukowych.

Trzeba też przemyśleć kwestię Krajowych Ram Kwalifikacji. W UE stanowią one rewolucyjną ideę wyprzedzającą dominujące w polskim środowisku poglądy na edukację od przedszkola do doktoratu. Jednak w Polsce zostały wprowadzone w sposób biurokratyczny, stając się przekleństwem dla większości pracowników i zaprzeczeniem swojej istoty. Wymagają przełomu w sposobie myślenia i wypracowania takiego modelu ewolucji, który pozwoli w stosunkowo krótkim czasie wprowadzić te nowe idee do praktyki akademickiej.

Uważam, iż zanim zacznie się reformować, trzeba uważnie przyjrzeć się obecnemu stanowi prawnemu, a przede wszystkim rzeczywistości. Należy także spokojnie dokonać przeglądu kadry zatrudnionej w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, postarać się, aby każdy dostał konkretne zadania, i po pewnym czasie zweryfikować rezultaty pracy. I wtedy ewentualnie podjąć decyzje personalne. Gdybym był ministrem, nie podjąłbym żadnej próby reformy bez zagwarantowanych dodatkowych pieniędzy na jej wprowadzenie. Każda reforma bez dodatkowych środków stworzy sytuację olbrzymich napięć w środowisku, bo będziemy zabierać jednym, by dać innym. Przynosi to nieodwracalne szkody nawet dla struktur dobrych i bardzo dobrych, jak to się dzieje obecnie w stosunku do instytutów Polskiej Akademii Nauk. Dużo lepiej jest przeznaczać środki finansowe na wsparcie pozytywnych zmian, bez zabierania strukturom już działającym.

PS Przedstawione poglądy i propozycje powstały podczas mojej działalności lub wymiany poglądów w Krajowej Sekcji Nauki NSZZ „Solidarność”, Komitecie Ratowania Nauki Polskiej, Inicjatywie Obywatelskiej Instytutów PAN i ruchu Obywatele Nauki.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Obrony Państwa i Obywateli

Gdybym był ministrem, zmieniłbym m.in. politykę rekrutowania do armii zawodowej. Doskonalenia wymagają kryteria i warunki, zwłaszcza materialne, pozyskiwania kadry podoficerskiej. Ciągle mamy do czynienia z nadmiarem generałów i wyższych oficerów w stosunku do kadry podoficerskiej i szeregowych żołnierzy. Odchudziłbym nadmiernie rozbudowane centralne struktury dowódcze, a zaoszczędzone w ten sposób środki przeznaczył na wzmocnienie, także kadrowe, jednostek liniowych, zwłaszcza brygad.

Siłom Zbrojnym RP należy nadać bardziej sieciocentryczny charakter, odpowiadający naturze i wymogom współczesnego pola walki i możliwościom wynikającym z informatyzacji. Warto także zbadać decyzje skutkujące likwidacją zielonych garnizonów, co wygenerowało bezrobocie tam, gdzie wojsko było głównym pracodawcą. Być może niektóre z nich mogły być utrzymane. We współpracy z innymi resortami podjąłbym działania mające na celu tworzenie nowych miejsc pracy w tych regionach, gdzie garnizony zostały pochopnie zlikwidowane.

W pierwszej kolejności niezbędne jest jednak dokonanie kompleksowej oceny koncepcji profesjonalizacji Sił Zbrojnych RP, opracowanej i pośpiesznie realizowanej przez ministra Bogdana Klicha, szczególnie w części odnoszącej się do tworzenia Narodowych Sił Rezerwy (NSR). Rozpoznać należy przyczyny, dlaczego nabór do Narodowych Sił Rezerwy okazał się nieskuteczny. W tej sytuacji proponowałbym – zamiast stawiać na NSR – poczynić starania mające na celu stworzenie Straży Narodowej, opartej na istniejących już strukturach posiadających uprawnienia do posiadania broni, takich jak straże: ochrony kolei, rybacka, leśna, bankowa i celna, a nawet firmy ochroniarskie. Formacje te powinny być okresowo szkolone do współdziałania z oddziałami armii zawodowej, a także do użycia przenośnych rakietowych zestawów obrony przeciwlotniczej i przeciwpancernej krótkiego zasięgu.

Pilnej reformy wymaga kwestia zaopatrywania Sił Zbrojnych w uzbrojenie i sprzęt wojskowy na styku z polskim przemysłem obronnym. Aktualnie zajmuje się tym kilka instytucji, zaś nadzór właścicielski nad przedsiębiorstwami przemysłu obronnego sprawuje Ministerstwo Skarbu Państwa, a nad wojskowymi przedsiębiorstwami remontowo-produkcyjnymi – MON. Powoduje to wydłużenie procedur i podejmowania decyzji w sprawie rozpoczęcia prac badawczo-rozwojowych, modernizacyjnych czy produkcji i zakupu wspomnianych uzbrojenia i wyposażenia wojskowego. Aby w zasadniczy sposób zmienić tę sytuację i stworzyć odpowiednio wydajny system, skupiłbym się na powołaniu Urzędu ds. Uzbrojenia. Aby w niestabilnych warunkach polskiej polityki Urząd ten mógł racjonalnie funkcjonować, w ciągu pierwszych 2–3 lat istnienia powinien być podporządkowany bezpośrednio premierowi – później jego miejsce znalazłoby się w Ministerstwie.

Urząd powinien być budowany na bardzo silnych podstawach merytorycznych. Oznacza to powierzenie tych prac najwybitniejszym fachowcom oraz stworzenie schematu organizacyjnego od podstaw, z minimalnym wykorzystaniem struktur istniejących. Potencjalni pracownicy Urzędu powinni przechodzić w pierwszej fazie bardzo intensywne szkolenie, przy wsparciu specjalistów z podobnych struktur w innych krajach NATO.

Pod względem organizacyjnym Urząd byłby kompatybilny z podobnymi strukturami państw UE i NATO zajmującymi się obronnością, w tym uzbrojeniem. Przełożyłoby się to na efektywne uczestnictwo we władzach tych organizacji oraz współpracę w realizacji europejskich programów uzbrojenia. Urząd zapewniłby efektywne działanie w programach offsetowych poprzez bezpośrednie sterowanie procesem zakupu i zawarciem umowy kompensacyjnej, z uwzględnieniem potrzeb techniczno-technologicznych dla przyszłych programów MON. Ponadto umożliwiłby bezpośrednią współpracę z krajowym przemysłem obronnym (oddziaływanie na ten przemysł), to zaś pozwoliłoby na realizację programów projektowania, produkcji i wdrożenia nowego uzbrojenia dla potrzeb MON oraz na zwiększenie możliwości rozwoju przemysłu i silne wsparcie promocyjne eksportu.

W zakresie polityki zbrojeniowej niezbędne jest ustalenie priorytetów; biorąc pod uwagę aktualny stan wyposażenia i wieloletnie zaniedbania, w ciągu najbliższych 10–15 lat za najważniejsze zadanie należy uznać odbudowę i unowocześnienie systemu obrony powietrznej i przeciwrakietowej oraz Marynarki Wojennej RP. Rozbudowy wymaga nowa formacja – wojska informacyjne – której zadaniem jest odpieranie cyberataków, najpewniej stanowiących w niedalekiej przyszłości wielkie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

W polityce modernizacyjnej, przy pozyskiwaniu nowego uzbrojenia, zwłaszcza z zagranicy, należy konsekwentnie kierować się zasadą przeskoku generacyjnego, która ułatwi zmniejszenie luki technologicznej dzielącej nas od najnowocześniejszych armii. Zgodnie z nią w pierwszej kolejności należy nabywać uzbrojenie i wyposażenie jutrzejszej, następnej generacji, nie zaś nieperspektywiczne i nie nadające się do modernizacji i rozwijania w ciągu co najmniej 20 lat pozostawania na wyposażeniu wojska. Na przykład samoloty wielozadaniowe F-16, które nabyliśmy stosunkowo niedawno, bazują na konstrukcji powstałej ponad 30 lat temu – choć zostały kupione prosto z fabryki i są najnowszą wersją, jest to model, którego przemysł amerykański nie planuje rozwijać.

Trzeba również dokonać przeglądu uzbrojenia Sił Zbrojnych w celu wytypowania rodzajów i jednostek broni, które nadają się do modernizacji. W okresie zmiany generacji sprzętu przez siły zbrojne zazwyczaj pojawia się luka pomiędzy potrzebami obronnymi a dostępnym wyposażeniem do czasu pozyskania i wdrożenia do służby zupełnie nowego sprzętu (8–10 lat). Modernizacja sprzętu jest najtańszym i najszybszym sposobem zapełnienia tej luki bez osłabiania możliwości obronnych i nadwyrężania możliwości finansowych państwa. W każdej armii zupełnie nowe uzbrojenie stanowi najwyżej 30% wyposażenia. Wybrane i odpowiednio wyselekcjonowane egzemplarze wycofywanego sprzętu, znajdujące się w stosunkowo dobrym stanie, powinny być przekazywane Straży Narodowej.

We współpracy ministerstw ds. gospodarki, obrony oraz nauki należy wypracować mechanizmy szybkiego przepływu technologii zamówionych i wdrożonych na potrzeby wojska do sfery cywilnej (tzw. technologii podwójnego zastosowania – dual-use technology). Realizacja programów mo­dernizacji technicznej i organizacyjnej poszczególnych rodzajów sił zbrojnych generować będzie bowiem wzrost udziału nowoczesnych technologii, rozwijane i wdrażane będą te uważane za najbardziej innowacyjne, decydujące o rynkowej przewadze konkurencyjnej i napędzające całą gospodarkę. Będą to m.in. technologie teleinformatyczne, mechatroniczne, optoelektroniczne, nanotechnologia i inżynieria materiałowa, a także badawcze, treningowe i wspomagające platformy modelowania i symulacji działań bojowych w wielowymiarowej przestrzeni. Dziedziny te wykorzystują najnowsze osiągnięcia nauk fizycznych i technicznych, stymulując jednocześnie rozwój naukowych dyscyplin stosowanych. W wielu państwach NATO transfer technologii od zastosowań wojskowych do wykorzystania w sektorze cywilnym i vice versa jest integralnie związany z technologiami podwójnego zastosowania. Komercjalizacja takich technologii odbywa się poprzez znalezienie dla nich właściwego zastosowania cywilnego. W tej sytuacji nakłady na technologie militarne należałoby traktować jako inwestycje, które cechują się wysokim mnożnikiem inwestycyjnym oraz przynoszą tzw. efekty zewnętrzne w postaci rozprzestrzeniania się innowacji. Odpowiednio koordynowane mogą przyczynić się do rozwoju całych sektorów gospodarki.

Zadbałbym również o to, aby wojsko w większym niż dotąd zakresie nawiązało współpracę z władzami samorządowymi i organizacjami społecznymi, m.in. przy kultywowaniu tradycji patriotycznych i kształtowaniu świadomości obronnej. Jest to szczególnie pożądane teraz, gdy nie ma już armii z poboru. Armia zawodowa może bowiem szybko przekształcić się w swoistą korporację, oderwaną od społeczeństwa. Dlatego wskazane są kontakty z obywatelami na wielu płaszczyznach, włączanie się wojska do realizacji przedsięwzięć, gdzie jego pomoc może być pożądana i skuteczna.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Sprawiedliwości

Gdybym był ministrem sprawiedliwości, musiałbym się zmierzyć z poważnym kryzysem polskiego wymiaru sprawiedliwości, co nie byłoby łatwe, biorąc pod uwagę słabą pozycję tego ministerstwa.

Stanowisko Ministra Sprawiedliwości jest wyjątkowo niewdzięczne, gdyż będąc obciążone odpowiedzialnością za funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości nie daje jednocześnie dostatecznych kompetencji pozwalających zwalczać powstające tam patologie. Problem ten ma źródło w uregulowaniach konstytucyjnych, a te wymagają większości 2/3 w Sejmie. Art. 173 Konstytucji stanowi, że Sądy i trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz. Nie jest do końca jasne, czy artykuł ten ogranicza proklamowaną przez art. 4 tejże zwierzchnią władzę narodu, konstytuującą państwo demokratyczne. Nie ulega jednak wątpliwości, że Konstytucja nie precyzuje, w jaki sposób mają być realizowane uprawnienia władcze narodu wobec wymiaru sprawiedliwości.

W ostatnim okresie obok sądów i trybunałów niezależność uzyskała również prokuratura. Tak więc państwo de facto przekazało wymiar sprawiedliwości w ręce korporacji sędziów i prokuratorów, a te skutecznie rozszerzają uprawnienia w interesie swoich członków. W takich realiach niezawisłość czy niezależność stanowią podstawę coraz bardziej rozprzestrzeniającej się nieodpowiedzialności.

Wystarczy zauważyć, że z około 230 spraw, w których IPN zamierzał prowadzić śledztwo przeciw sędziom i prokuratorom winnym morderstw sądowych w okresie stalinowskim, przed sąd trafiła… jedna. W pozostałych odmówiono uchylenia immunitetu i mordercy w togach dożywali lub dożywają swych dni jako sędziowie lub prokuratorzy w stanie spoczynku, korzystający z 70% współczesnego wynagrodzenia na ostatnio przez nich zajmowanym stanowisku. Myślę, że to mówi wszystko o kondycji moralnej środowisk podejmujących decyzje w polskim wymiarze sprawiedliwości.

Kolejnym istotnym problemem jest zalew legislacyjny. 1350 ustaw uchwalonych przez Parlament VII kadencji, ponad 20 tys. stron Dziennika Ustaw – to plon działalności parlamentu i rządu zwalający się na głowy obywateli. Jest to wyraz tendencji rozpowszechniającej się w krajach Unii Europejskiej. Eliminując z relacji międzyludzkich zasady moralne, relatywizując pojęcie dobra i zła, próbujemy je zastąpić sformalizowanym prawem stanowionym. Możliwość uregulowania wszelkich zjawisk społecznych przy pomocy prawa stanowionego wydaje się jednak po pierwsze wątpliwa, po drugie – niepraktyczna. Wątpliwa, gdyż – zgodnie z twierdzeniem Godla – wszelkie systemy sformalizowane są albo niezupełne (nie obejmują pewnych zjawisk), albo sprzeczne; niepraktyczna, gdyż zalew prawa pozwala traktować je instrumentalnie i odrywać prawo od sprawiedliwości.

Totalne bezprawie, cechujące rządy komunizmu w Polsce, zaszczepiło w społeczeństwie głęboką potrzebę prawa i nabożny, często bezkrytyczny stosunek do prawników. Pozwala to na produkcję bełkotliwych tworów prawnych, co chwila zmienianych w związku z pojawiającymi się sprzecznościami lub partykularnymi interesami poszczególnych grup nacisku. Prawo staje się niestabilne. Zapomina się, że mijają lata zanim określony przepis zostanie zaabsorbowany przez społeczną świadomość, nim stanie się uznawaną przez wszystkich normą zachowań. Tak więc żyjemy w świecie przepisów, które w zależności od potrzeb można zmieniać, obchodzić czy w ogóle o nich zapominać.

Musimy uświadomić sobie, że to sprawiedliwość jest wartością, a prawo jedynie narzędziem służącym jej realizacji.

Przedstawiona sytuacja pozwala na sformułowanie tezy o głębokim kryzysie w polskim wymiarze sprawiedliwości. W tych warunkach praca przyszłego ministra będzie w ogromnej mierze zależała od siły poparcia, jaką uzyska rząd w parlamencie. Jednak nawet w przypadku uzyskania większości konstytucyjnej należy liczyć się z protestami i szantażem ze strony Unii Europejskiej, gdy reformy będą naruszały interesy wpływowych lobby. Przekonał się o tym premier Orban, który z niektórych reform był zmuszony wycofać się lub ograniczyć ich radykalizm. Podobnie i u nas program reform będzie rozłożony w czasie, krótszym lub dłuższym, ale musi konsekwentnie realizować założone cele.

Podstawowy cel, jaki postawiłbym sobie jako minister, to stworzenie zasad konstytucyjnych podporządkowujących wymiar sprawiedliwości władztwu narodu. Jako najistotniejsze rozumiem tu stabilizację prawa, np. poprzez wprowadzenie instytucji ustaw organicznych, regulujących podstawowe prawa obywatelskie, których uchwalenie wymagałoby większości kwalifikowanej. Sądzę, że powinny to być ustawy dotyczące prawa do informacji, funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, uprawnień ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego, kodeksów czy podstawowych praw gospodarczych i podatkowych. Każde z wymienionych zagadnień może być tematem szerokich odrębnych dyskusji, które przygotują grunt do przeprowadzenia głębokich reform konstytucyjnych w dziedzinie stanowienia prawa i funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Oczywistym jest, że wymaga to zbudowania przez polityków bardzo szerokiego konsensusu, przy czym przygotowanie podstawowych aktów legislacyjnych powinno stanowić zasadnicze zadanie ministra sprawiedliwości.

Za najpoważniejsze bolączki wymiaru sprawiedliwości, które można usunąć w ramach bieżącej działalności ministerstwa, uważam:

  1. Uchylenie ustawy o utworzeniu niezależnej prokuratury i umiejscowienie jej w systemie władzy wykonawczej. Państwo, które jest odpowiedzialne za bezpieczeństwo obywateli, powinno mieć możliwość prowadzenia polityki karnej. Można dyskutować potrzebę wprowadzenia instytucji sędziego śledczego, co mogłoby zwiększyć kontradyktoryjność postępowania karnego, natomiast urząd oskarżycielski, czyli narzędzie prowadzenia polityki karnej, powinien pozostać w sferze władzy wykonawczej; nie mają tu nic do rzeczy aspiracje niezależności i tak dość już spatologizowanej prokuratury.
  2. Ograniczenie długotrwałości postępowania, jego przewlekłości, a przede wszystkim doprowadzenie do tego, by rozprawa toczyła się w sposób ciągły, dzień po dniu, a nie była dzielona przerwami trwającymi czasami po kilka miesięcy, zależnie od kalendarza sędziego czy dobrej woli podsądnych i ich adwokatów. Zaangażowanie się, a nawet tylko pamiętanie kilkudziesięciu spraw prowadzonych równolegle przez jednego sędziego, przekracza ludzkie możliwości koncentrowania się i dogłębnej analizy poszczególnych problemów.
  3. Uregulowanie kwestii jawności. Art. 45 Konstytucji pozwala na wyłączenie jawności ze względu na: moralność, bezpieczeństwo państwa, porządek publiczny, ochronę życia prywatnego stron oraz inny ważny interes prywatny. To ostatnie stało się podstawą do wyłączania jawności w sprawach, w których sąd zamierza wydać, mówiąc oględnie, kontrowersyjny wyrok. W ten sposób wymiar sprawiedliwości ukrywa się przed społeczeństwem. Samo sformułowanie „inny ważny interes prywatny” niezmiernie przypomina „inne czasopisma” czy „inne surowce oleiste” – sformułowania stanowiące źródło afer korupcyjnych. Nim taki lapsus usunie się z Konstytucji, należy doprecyzować „ważny interes prywatny” w ustawie zwykłej i monitorować z urzędu przypadki wyłączenia jawności.
  4. Problem jawności dotyczy również ustalenia obowiązku udostępniania obywatelom przez sądy akt spraw, które toczyły się jawnie i w których zapadły wyroki. Sytuacja, w której odmawia się dostępu do akt ministrowi sprawiedliwości, stanowi kuriozum w skali światowej. Jest to niewątpliwy syndrom uchylania się przez sądy od jakiegokolwiek pozakorporacyjnego nadzoru i odpowiedzialności.
  5. Przywrócenie rewizji nadzwyczajnej. Osobiście byłem jej zwolennikiem i ciągle uważam, że instytucja kasacji, obejmująca jedynie formalną ocenę postępowania, pozostaje niezrozumiałą dla społeczeństwa i bardzo odległą od powszechnego rozumienia sprawiedliwości.

Osiągnięcie tych celów przy oporze bardzo skonsolidowanego środowiska prawniczego i niejasnej siły parlamentu oraz stanowiska głównych mediów wymaga w chwili obecnej uruchomienia szerokiego społecznego monitoringu wymiaru sprawiedliwości. Warto zauważyć, że ciągnące się z przerwami wieloletnie procesy oraz uchylanie jawności wyeliminowały z mediów, kiedyś niezwykle popularne, sprawozdania sądowe. Stanowiły one bardzo proste i ważne źródło edukacji prawnej społeczeństwa. Dostarczały obywatelom prostej wiedzy o tym, w jaki sposób działa prawo, co prawo może, a czego nie może. Jednocześnie sądy odczuwały, że ktoś interesuje się ich pracą i może wytykać błędy. Dziś zapadła głęboka cisza. Obywatele przestali się sądami interesować, a sądy uciekły w boską nieomylność.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Cyfryzacji i Nowych Mediów

Gdybym był ministrem cyfryzacji i nowych mediów, moją pierwszą decyzją byłoby zaplanowanie w kalendarzu regularnych, cotygodniowych, otwartych spotkań konsultacyjnych. Każdy mógłby na takie spotkanie przyjść i porozmawiać ze mną. Nie chciałbym być oddzielony od świata kordonem sanitarnym gabinetu politycznego i sekretariatu. Wszystkie materiały ministerstwa byłyby publikowane on-line, a wszystkie istotne decyzje poprzedzone konsultacjami. Tak, ten proces jest czasochłonny, ale pozwala na wczesne wykrywanie problemów. Warto słuchać innych, żeby uniknąć złych decyzji.

Drugie istotne zadanie, które bym sobie wyznaczył, to przemyślenie całej logiki wydatkowania środków publicznych. Zgodnie z zasadą pomocniczości, państwo powinno przede wszystkim pomagać ludziom w realizacji ich pomysłów. Nie chciałbym, aby ministerstwo było zleceniodawcą usług publicznych, których kształt został wymyślony i zaplanowany za biurkiem, w oderwaniu od rzeczywistości, kontekstu i warunków realizacyjnych. Absolutna większość funduszy publicznych powinna być rozdysponowana poprzez otwarte i transparentne konkursy. Państwo powinno pytać: „co chcecie w danej sferze zrobić i jak możemy wam pomóc?”, a nie samodzielnie decydować o konieczności zbudowania rury, położenia kabla czy przeprowadzenia szkolenia.

Kolejna ważna kwestia to informacja publiczna. System komunikacyjny ministerstwa powinien być systemem publicznym. Chciałbym, aby urzędnicy porozumiewali się ze sobą poprzez publiczne, poddane społecznej kontroli kanały komunikacji. Obieg dokumentów musi odbywać się w formie elektronicznej, dostępnej dla osób niepełnosprawnych i poddającej się automatycznemu przetwarzaniu.

Następny problem wymagający uwagi to infrastruktura informatyczna państwa, która jest zasobem krytycznym, dlatego musi być pod pełną kontrolą administracji. Sytuacja, w której państwo nie posiada fizycznej kontroli albo nie posiada pełni praw do swojej infrastruktury krytycznej, jest niedopuszczalna. Dlatego wszystkie rozwiązania informatyczne do obsługi administracji publicznej na dowolnym poziomie (włącznie z samorządowym) muszą być oparte na wolnym oprogramowaniu. Dzięki temu unikniemy przy okazji dzisiejszej zmory: wielokrotnego pokrywania kosztów tego samego. To rozwiązanie jest w dłuższej perspektywie także efektywne finansowo. Żeby do tego dojść, trzeba nie tylko wprowadzić odpowiednie zmiany ustawowe. Potrzebne są także np. zestandaryzowane umowy, repozytorium kodu itd.

Nie dotyczy to wyłącznie oprogramowania. Wszystkie informacje tworzone na zamówienie państwa i z funduszy publicznych muszą być udostępniane administracji, a w konsekwencji także obywatelom, wraz z pełnią praw do ich dalszego wykorzystania. Informacje finansowane publicznie muszą się stać publiczną własnością. Dlatego obywatel musi mieć prawo dostępu, korzystania i adaptowania, rozpowszechniania informacji i rozpowszechniania adaptacji informacji tworzonych z funduszy publicznych.

Trzeba też zauważyć, że obecna infrastruktura sieci jest niesłychanie scentralizowana. W wyniku procesu konwergencji mediów doprowadziliśmy do sytuacji, w której kilka największych podmiotów sprawuje całkowitą kontrolę nad całością komunikacji międzyludzkiej poprzez media. Swoboda komunikacji jest warunkiem niezbędnym istnienia demokracji. Dlatego państwo powinno wspierać wszystkie posunięcia i inicjatywy służące decentralizacji infrastruktury, w tym poprzez uwalnianie częstotliwości radiowych, wsparcie dla budowy sieci rozproszonych i budowę sieci publicznych na poziomie samorządowym.

Najwyższym priorytetem byłaby dla mnie neutralność sieci komunikacyjnej. Zakaz wykorzystywania pozycji pośrednika do wpływania na sposoby komunikacji obywateli przez media jest kluczowy dla zachowania zasady wolności słowa. Nadzór nad siecią w mojej wizji sprowadza się do jej ochrony przed zawłaszczeniem, a w konsekwencji uprzedmiotowieniem obywateli.

Otwarte standardy uważam za kluczową zasadę działania sieci. Bez otwartych standardów wymiana informacji pomiędzy różnymi systemami informatycznymi jest niemożliwa. Dlatego państwo musi obligatoryjnie korzystać w komunikacji z obywatelami z otwartych formatów danych.

Ochrona prywatności to w moim odczuciu największe wyzwanie społeczeństwa informacyjnego. Ingerencja państwa w prywatność obywateli musi być ograniczona do minimum. Równie istotne jest uniemożliwienie ingerencji w prywatność ze strony podmiotów korporacyjnych, w szczególności różnego typu pośredników w procesach komunikacji społecznej. Zarówno podmioty zapewniające infrastrukturę, jak i świadczące usługi komunikacyjne mają wszelkie środki techniczne, by śledzić, rejestrować i wykorzystywać informacje, które sobie nawzajem przesyłamy. Prawo tych podmiotów do monitorowania i gromadzenia danych musi być radykalnie ograniczone, jeśli nie chcemy tworzyć społeczeństwa panoptykalnego.

Trzeba wreszcie wdrożyć potwierdzanie tożsamości on-line. Wszystko jedno, czy będzie to dowód osobisty, czy inna metoda. Prace nad tym trwają, choć z wielkimi trudnościami.

Ogromnym problemem jest ochrona praw podstawowych w sieci. Nasze zapisane w konstytucji prawa w sferze medialnej bardzo często po prostu nie są przestrzegane. Nie chodzi tutaj bynajmniej o tworzenie jakiejś listy nowych praw podstawowych. Wystarczy przestrzegać starych – wolność słowa, prywatność, swoboda komunikacji. Jednak w praktyce przekładanie języka praw podstawowych na sferę komunikacji międzyludzkiej nie jest jednoznaczne, bo społeczne rozumienie roli i miejsca mediów ciągle nie jest zbyt duże.

Media publiczne muszą się stać faktycznie publiczne. Chciałbym, aby rzeczywiście realizowały swoją misję, pozostawiając rozrywkę komercyjnym odpowiednikom, i były przy tym niezależne politycznie. Poza tym powinny objąć wszystkie kanały komunikacyjne, szczególnie Internet, bo myślenie o mediach publicznych wyłącznie w kontekście radia i telewizji to przeżytek. Bliska jest mi koncepcja portalu mediów publicznych, który rozpowszechnia zarówno zasoby archiwalne, jak i nowe. Oczywiście wszystkie produkcje mediów publicznych muszą być udostępnione na wolnych licencjach.

Za swoje podstawowe zadanie jako ministra uznałbym obniżanie barier dostępu do kultury i edukacji. Konieczne są dwa podstawowe kierunki działania do podjęcia we współpracy z Ministrem Kultury i Ministrem Edukacji. Pierwszy to likwidowanie barier prawnych poprzez rozszerzenie zakresu dozwolonego użytku osobistego i edukacyjnego w prawie autorskim. Obywatele muszą mieć prawo do uczestnictwa w kulturze bez strachu, że podejmują działania nielegalne, dlatego aktywność o charakterze niekomercyjnym nie może być przedmiotem monopolu prawno-autorskiego. Instytucje edukacyjne z kolei muszą mieć jasno określone prawo do korzystania z utworów bez opłat i konieczności uzyskania zezwolenia także w realizacji swojej misji poprzez media. Drugi kierunek to wspieranie budowy wolnych zasobów edukacji i kultury, dostępnych na wolnych licencjach, poprzez tworzenie odpowiednio ukierunkowanych programów grantowych i stworzenie odpowiednich standardów dotyczących sposobu publikacji tych zasobów, obowiązujących na wszystkich poziomach administracji publicznej.

Ostatnim z kluczowych zadań ministerstwa jest w moim przekonaniu zobowiązanie się do nierobienia pewnych rzeczy. Listę rzeczy, których Ministerstwo Cyfryzacji i Nowych Mediów nie powinno robić, otwierają wybory przez Internet. Wybory przez Internet mogą być bowiem albo tajne, albo równe. Nie istnieje technologia, która pozwala na zachowanie tajności wyborów, nie otwierając przy tym szeroko drzwi do ich fałszowania. Pojawiające się co jakiś czas pomysły wprowadzenia tego rozwiązania są po prostu niebezpieczne.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Polityki Prorodzinnej

Gdybym była ministrem, zajęłabym się palącą kwestią braku polityki przyjaznej rodzinie w głównych fazach jej cyklu życia, tj. dostatecznego wsparcia młodych par i rodziców posiadających małe dzieci, rodzin o niskich dochodach oraz rodzin, w których znajdują się ludzie w podeszłym wieku i niepełnosprawni. Jak wskazują wyniki badań, rodzice dzieci w wieku żłobkowym preferują opiekę osobistą nad dzieckiem.

Drugim kluczowym problemem jest głęboki niedobór przystępnych cenowo usług opieki nad dzieckiem, umożliwiających godzenie pracy zarobkowej z macierzyństwem. Stąd konieczna jest bezzwłoczna odpowiedź państwa na te potrzeby rodzin w postaci polityki rodzinnej, służącej zażegnaniu regresu demograficznego. W ciągu zaledwie ćwierćwiecza (1989–2012) Polska z kraju o wysokiej dynamice demograficznej stała się państwem o jednym z najniższych wskaźników dzietności w Europie. Wysokie bezrobocie, niepewność zatrudnienia i godziwych dochodów z pracy (minimalne wynagrodzenie wynosi jedynie nieco ponad 40% przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej i należy do najniższych w Europie) oraz nieadekwatne instrumenty polityki rodzinnej sprawiają, że warunki do zakładania rodziny są dziś w Polsce trudniejsze niż w wielu państwach europejskich. W Polsce udział wydatków na transfery pieniężne dla rodziny wyniósł 0,7% PKB (średnia dla UE-27 to 2,2% PKB). Dlatego gdybym była ministrem, podniosłabym nakłady na świadczenia rodzinne, takie jak zasiłki rodzinne i dodatki do nich, zasiłki z pomocy społecznej oraz zasiłki wychowawcze.

Trzecia kwestia to sytuacja rodzin w kryzysie i słabnący potencjał wielu z nich w realizacji funkcji ekonomicznej i wychowawczej. Polska należy do państw OECD o jednym z najwyższych wskaźników zagrożenia ubóstwem dzieci i młodzieży. Według najnowszego Raportu OECD z 2011 r. nadal aż 20% polskich dzieci egzystuje w ubóstwie. Dla porównania na Węgrzech wskaźnik ten wynosi 7%, w Republice Czeskiej nieco ponad 10%, na Słowacji 11%, we Francji 8%, w Wielkiej Brytanii 10%. Stąd konieczne jest dofinansowanie szkolnego systemu wczesnej diagnozy deficytów i problemów socjalnych uczniów oraz programów profilaktycznych dla dzieci i młodzieży, realizowanych przez instytucje publiczne i organizacje obywatelskie.

Zgodnie z potrzebami rodziców wprowadziłabym instrumenty finansowe także w zakresie godzenia zadań rodzinnych z zawodowymi, które zapewnią wsparcie zarówno rodzinom z obojgiem pracujących rodziców, jak i rodzinom z jednym żywicielem. Wśród tych instrumentów znalazłyby się płatny urlop rodzicielski uzależniony od stopnia ograniczenia pracy zawodowej rodzica oraz powszechny system edukacji przedszkolnej dla dzieci w przedziale wiekowym 2–5/6 lat, finansowany ze środków publicznych. Ponadto dostrzegam konieczność stworzenia programu na rzecz wyrównania socjalnego wobec rodzin o niskim statusie kulturowym i ekonomicznym. Wprowadziłabym bezzwłocznie zmianę ustawowych terminów weryfikacji świadczeń rodzinnych raz w roku (obecnie raz na trzy lata), wzorem wielu państw europejskich. „Zamrożenie” tych kryteriów spowodowało spadek liczby dzieci, na które wypłacano zasiłek rodzinny, z ponad 5,5 mln w 2004 r. do ok. 2,7 mln w 2011 r., czyli o ok. 50%. Zwiększyłabym także wysokość zasiłków rodzinnych dla rodzin o najniższych dochodach. Ich obecny symboliczny poziom 77/106/115 zł na dzieci w wieku 0–5/6–18/19–24 lat nie zmniejszy skali problemu ubóstwa dzieci i młodzieży w Polsce. Pilnej weryfikacji wymagają także kryteria dochodowe uprawniające do świadczeń rodzinnych. Dzisiaj są one zdecydowanie zaniżone w stosunku do kosztów utrzymania. Kryterium dochodowe uprawniające do świadczeń rodzinnych winno stanowić minimalne wynagrodzenie.

W latach 2014–2020 z funduszy europejskich należałoby finansować w zdecydowanie większym stopniu niż dotąd kształcenie i zatrudnienie specjalistów polityki rodzinnej, zwłaszcza asystentów rodziny. Nowa architektura polityki rodzinnej powinna opierać się na współdziałaniu państwa i organizacji społecznych we współrządzeniu oraz koprodukcji usług dla rodziny. Przykładowo: mimo pewnej poprawy w ostatnich latach, nadal istnieje ogromna luka usługowa w dostępie dzieci w wieku 3–5 lat do edukacji przedszkolnej. Tymczasem w 2010 r. polskie stowarzyszenia i fundacje prowadziły zaledwie 6,7% przedszkoli dla 4,1% dzieci. Dla porównania we Francji, w Niemczech i Wielkiej Brytanii liczba dzieci korzystających z przedszkoli prowadzonych przez świeckie i wyznaniowe organizacje społeczne wynosiła w latach 90. odpowiednio: 40%, 34% i 81%. Konieczne są też nowe inicjatywy polityczne, zapewniające sprawdzonym stowarzyszeniom i fundacjom, realizującym kluczowe zadania z zakresu polityki rodzinnej, przynajmniej kilkuletnie perspektywy finansowania.

W Polsce należy rozwijać model mieszany polityki rodzinnej, oparty na solidarności państwa i społeczeństwa. W tym celu zainicjowałabym przygotowanie międzyresortowego programu nowej polityki rodzinnej, uwzględniającego obowiązki państwa, pracodawców, organizacji obywatelskich oraz prawa i obowiązki samych rodzin. Dla osiągnięcia celów polityki prorodzinnej niezbędna jest głęboka korekta dotychczasowej struktury redystrybucji dochodu narodowego i potraktowanie polityki rodzinnej nie jako kosztu, lecz jako inwestycji społecznych, ukierunkowanych na rozwój nowoczesnej gospodarki (future oriented investment). Konieczne jest też zapewnienie rzeczywistej ochrony podstawowych praw rodziny, w tym ochrony macierzyństwa, równego traktowania i równych szans pracowników posiadających dzieci, oraz ochrony przed ubóstwem i marginalizacją. Polski model polityki rodzinnej winien wspierać jednostki zarówno w rolach rodzinnych, jak i pracowniczych, a także doskonalić organizację pracy zawodowej i usług dla gospodarstw domowych w godzeniu obu ról.

W przypadku rodzin z trojgiem lub więcej dzieci należałoby rozważyć wprowadzenie dla tego z rodziców, który zajmuje się wyłącznie wychowaniem dzieci, tzw. płacy rodzicielskiej, na wzór tzw. płacy kierowanej (routed wage) dla świadczeniodawców usług dla dzieci lub osób starszych. Dostrzegam także konieczność wprowadzenia programu dla rodzin o niskim statusie ekonomicznym i społecznym, uwzględniającego instrumenty modelu welfare state oraz instrumenty modelu workfare state oraz in work benefits, czyli okresowe łączenie pracy i dochodów ze świadczeń społecznych. Ponadto należy zwiększyć dostępność programów prewencyjnych, antycypujących problemy rodzin i je redukujące, popracować nad wczesną identyfikacją potrzeb, a także wspierać rozwój stowarzyszeń i ruchów społecznych zrzeszających rodziny.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Mediów Publicznych

Od dwudziestu lat elity głoszą pogląd, że politykom wara od mediów. TVP i Polskie Radio wielokrotnie były „odpolityczniane”, a równocześnie trwała ostra walka między partiami o wpływy we władzach tych mediów, zaś one same zostały doprowadzone do ruiny finansowej i programowej. Obłudne odżegnywanie się rządu od kształtowania polityki w dziedzinie mediów audiowizualnych doprowadziło do powstania rażących dysproporcji udziału w debacie publicznej ważnych grup społecznych. „Niewidzialna ręka rynku” sprzyjała komercjalizacji, obniżaniu poziomu intelektualnego i kształtowaniu mentalności postkolonialnej, zniszczyła obywatelski wymiar tych mediów, działała antypaństwowo. Media publiczne są w Polsce niczyje, władza nad nimi rozproszona jest pomiędzy ministrami kultury, administracji i cyfryzacji, ministrem skarbu oraz Krajową Radą Radiofonii i Telewizji. W rezultacie nie ma gospodarza, który zatroszczyłby się zarówno o poziom materialny, jak i programowy mediów, o stworzenie właściwych podstaw prawnych dla ich funkcjonowania, i który dbałby o ich wolność.

W wielu krajach obserwowane jest zjawisko osłabienia wpływu tradycyjnych narodowych nadawców radiowych i telewizyjnych, co jest rezultatem słabnięcia państw i dekompozycji wspólnotowych struktur niekomercyjnych. Jednak tam zawczasu elity zadbały o właściwy poziom finansowania mediów publicznych, traktując je jako system scalania społeczeństwa wokół wspólnych wartości, a także ważny czynnik promocji kultury własnego kraju na zewnątrz. W Polsce poziom finansowania publicznego radia i telewizji kształtuje się na poziomie 0,2–0,3 promila PKB, podczas gdy w Niemczech wynosi 2,9 promila PKB, w Wielkiej Brytanii 2,5 promila, w Szwajcarii i w Słowenii 2,3 promila, we Włoszech 1,1 promila. Średnia dla 20 badanych krajów wynosi 1,6 promila PKB. To miara polityki państwa wobec mediów publicznych jako instytucji. Niech symbolem tych dysproporcji będzie kwota 7 miliardów euro przeznaczanych na publiczne media w Niemczech w stosunku do zaledwie 120 milionów euro w Polsce.

Dlatego pierwszym moim celem jako ministra byłoby ustalenie takiego systemu finansowania mediów publicznych, by zapewnić im środki publiczne w wysokości co najmniej 1 promila PKB, co w liczbach bezwzględnych wynosi około 1,5 mld zł. Dla uzyskania takiej kwoty wystarczyłby abonament wynoszący zaledwie 4 zł miesięcznie, płacony jednak solidarnie przez wszystkich dorosłych obywateli. Widać stąd, jak wielkie spustoszenie poczyniło przyzwolenie na dziurawy system abonamentowy, wskutek czego obecnie media publiczne utrzymywane są zaledwie przez ok. 10% Polaków. Proponowana kwota finansowania pozwoliłaby na znaczne ograniczenie emisji reklam w TVP, której utrzymanie opłacane jest aż w 90% z przychodów komercyjnych, co ma destrukcyjny wpływ na poziom programu.

Kto płaci, ten wymaga. Zwiększenie poziomu środków publicznych powinno być przeprowadzone równocześnie z poddaniem ich surowej kontroli. Zalążki tego systemu już istnieją, jednak nie są wykorzystywane. To szczegółowy roczny plan programowy, w którym ustala się liczbę godzin produkcji programów dla dzieci, filmów animowanych, dokumentalnych, seriali historycznych, spektakli teatru telewizji, transmisji koncertów, publicystyki, transmisji sportowych itd. Przepisy te obecnie nie są egzekwowane.

Zdjęcie komercyjnej klątwy doprowadziłoby do zwiększenia liczby godzin programu poświęconego kulturze wysokiej, edukacji historycznej i pogłębionej debacie publicznej. Media publiczne powinny być mecenasem wielkich produkcji filmowych i seriali opartych na klasyce polskiej literatury. Ile to już lat upłynęło od ostatnich ekranizacji „Lalki”, „Faraona” czy „Krzyżaków”? A ile znakomitych dzieł literackich dotychczas w ogóle nie trafiło na ekrany? Media publiczne kształtują gusty kulturalne i są niezastąpionym nauczycielem tradycji dla milionów. Co roku powinny powstawać co najmniej dwa ciekawe seriale historyczne, wypełniające białe plamy w naszej historii, także tej dawniejszej. Chciałabym również, żeby odrodziła się polska produkcja filmów animowanych dla dzieci, zamawianych przez TVP, i aby w Polsce powstawało ich co najmniej tyle, ile we Francji, czyli 300 godzin rocznie, a nie… zero, jak obecnie. Należy też powrócić do mecenatu nad reportażem radiowym i hojnie wspierać filmy dokumentalne oraz dbać o obecność poezji. Jesteśmy krajem niezwykle bogatym przyrodniczo, z tradycjami produkcji filmów tego typu. Czas tę tradycję nie tyle odrodzić, ale uczynić z niej narodową specjalność. Ważne są także audycje o języku polskim, wyjaśniające rolę kultury języka i wzbudzające zainteresowanie polszczyzną.

Przywróciłabym również zlikwidowane ledwo w rok po utworzeniu prestiżowe nagrody mediów publicznych dla najlepszego dzieła muzyki poważnej (OPUS) i literatury (COGITO).

W porze największej oglądalności trzeba nadrobić braki w edukacji obywatelskiej Polaków. Należy wyjaśniać im zasady funkcjonowania państwa i najważniejszych dziedzin życia zbiorowego: edukacji, służby zdrowia, systemu emerytalnego, budżetu, ochrony środowiska. Usunęłabym z mediów publicznych infantylną formę programów informacyjnych i głupie seriale. Poszukałabym nowych talentów dziennikarskich i zrezygnowałabym z usług większości obecnych dyżurnych „ekspertów”.

Odrodzenie mediów publicznych to także znaczne wzmocnienie regionalnych stacji radiowych i telewizyjnych. Przykład klęski regionalnych programów komercyjnych (TVN Warszawa i TV Silesia), które musiały przejść do Internetu lub zmienić charakter na ogólnokrajowy, wskazuje, że nie sposób finansować mediów lokalnych z reklamy. Co najmniej połowa środków publicznych powinna być przeznaczana na ten cel. Lokalna produkcja telewizyjna wynosi obecnie zaledwie 3 godziny dziennie, a budynki i urządzenia nie są modernizowane i właściwie wykorzystywane. W wielu miastach są świetni dziennikarze, z których umiejętności się nie korzysta. Konieczne jest kilkakrotne zwiększenie liczby godzin lokalnej produkcji – promocja wybitnych osobowości, tradycji regionu, stowarzyszeń, obszarów przyrodniczych.

Współczesność mediów oznacza większy udział widzów w tworzeniu programu. Niezbędne jest radykalne zwiększenie kompetencji rad programowych (dziś zupełnie ignorowanych), wyłanianych spośród aktywnych widzów. Ocena rad programowych w formie corocznego absolutorium programowego decydowałaby o przedłużeniu kontraktu prezesów publicznej radiofonii i telewizji. Potrzebna jest publikacja w Internecie ocen i recenzji poszczególnych programów, wytworzenie zwyczaju dobrej analizy poszczególnych gatunków radiowych i telewizyjnych. Każda redakcja miałaby obowiązek stworzenia własnej społeczności wśród widzów; nie od rzeczy byłoby również tworzenie sieci klubów w mniejszych miejscowościach, które regularnie odwiedzane byłyby przez autorów i wykonawców danych audycji. Media publiczne miałyby obowiązek wspierania samoorganizacji obywateli.

Aby to uzyskać, nie trzeba czekać, aby obecna telewizja „zdechła”, żeby „zaorać pobojowisko”. Wystarczy zawrzeć pakt na rzecz mediów publicznych pomiędzy wszystkimi ugrupowaniami politycznymi, które uznają ich wartość i nie chcą ich zniszczenia, wsparty utworzeniem ogólnopolskiego ruchu aktywnych odbiorców mediów publicznych. Stanowiłoby to symboliczny nowy początek polskiego radia i telewizji.

Odnowione media publiczne miałyby obowiązek prezentacji pełnego spektrum poglądów politycznych i gospodarczych. Ważnym ich zadaniem byłaby ochrona dzieci i młodzieży przed przemocą i demoralizacją. Media publiczne wspierane przez moje ministerstwo uczyłyby także, jak uchronić się przed manipulacją poprzez media i reklamę.

Archiwa mediów publicznych stałyby się bezpłatnie dostępne przez Internet dla wszystkich płacących abonament.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Ministerstwo Zdrowia

Gdybym miał być ponownie ministrem zdrowia, skupiłbym się na rozwiązaniu kluczowych problemów naszego systemu ochrony zdrowia, mianowicie na kwestiach dostępu do opieki zdrowotnej, finansowania ze środków publicznych i funkcjonowania Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) oraz planowania zasobów rzeczowych, czyli sieci szpitali.

Obecnie NFZ jest dysfunkcjonalny i wymaga zmian o charakterze strukturalnym. Jako minister wprowadziłbym demokratyczną kontrolę nad tą instytucją. Na przestrzeni ostatnich lat, w związku z brakiem demokratycznego nadzoru, doszło bowiem do wielu wynaturzeń. Są dziedziny, w których NFZ finansuje świadczenia medyczne na poziomie 60–70% ich realnych kosztów, a są i takie, w których to finansowanie wynosi 130–140%, czyli występuje duża nadpłata w stosunku do rzeczywistych kosztów ponoszonych przez świadczeniodawców. W sytuacji, gdy rozwijający się sektor prywatny, który sprzedaje usługi NFZ, koncentruje swoją działalność na świadczeniach wysoko wycenianych, następuje poważne zagrożenie nieracjonalnej alokacji środków na poszczególne dziedziny. Sektor prywatny udziela świadczeń, które są opłacalne, a sektor publiczny w większości udziela tych świadczeń, które są niedofinansowane. Oprócz właściwego nadzoru, należy doprowadzić do decentralizacji, a co za tym idzie: do regionalizacji NFZ. Musi się ona jednak odbywać zgodnie z podziałem administracyjnym kraju, a nie – jak chciałaby Platforma Obywatelska – według specjalnie utworzonych regionów, obejmujących teren kilku województw.

Uważam, że nie ma potrzeby zmiany struktur NFZ, które funkcjonują na poziomie województw. Trzeba zlikwidować centralę oraz powołać agencję ds. taryf i rozliczeń. Ustalałaby ona ceny świadczeń tak, żeby nie było anomalii, które występują obecnie. Natomiast oddziały wojewódzkie NFZ, po uzyskaniu większej niż dotychczas samodzielności, powinny być nadzorowane przez rady pochodzące z wyborów powszechnych. Można je przeprowadzić wraz z wyborami do samorządu terytorialnego. Wtedy – oprócz burmistrzów, radnych gmin, powiatów i sejmików województw – wybieralibyśmy również przedstawicieli do rady wojewódzkiej NFZ.

Moim zdaniem nie jest celowe wspieranie przez państwo rozwoju ubezpieczeń prywatnych. Wiadomo bowiem, że ich efektywność jest niższa niż systemów ubezpieczeniowych opartych na finansowaniu publicznym, ponieważ sektor prywatny nie obejmie całej populacji.

Co do planowania zasobów, to dzisiaj nie mamy żadnego mechanizmu prawnego, który w skali województwa regulowałby sieć placówek opieki zdrowotnej. Skutkuje to chaotycznymi decyzjami dotyczącymi wydatków inwestycyjnych, nieadekwatnym do potrzeb rozmieszczeniem placówek, likwidowaniem niektórych dziedzin działalności, przede wszystkim tych, które są gorzej finansowane, a nadmiernym rozwojem tych, które są dobrze finansowane, jak np. kardiologia interwencyjna. Konieczne jest zatem ustawowe wprowadzenie instrumentów, które umożliwią planowanie rozmieszczenia zasobów służących udzielaniu świadczeń medycznych finansowanych ze środków publicznych.

Jeśli chodzi o racjonowanie dostępu do opieki zdrowotnej, to problemem tym nikt się w Polsce nie zajmuje. Wprawdzie pewne próby podjęto w zespole ekspertów w 2004 r., tj. gdy Trybunał Konstytucyjny uchylił pierwszą ustawę o NFZ, ale w ostatnich latach nie poszły za tym żadne działania. I tu jest chyba najwięcej do zrobienia. Bo jeśli mamy ograniczone środki, to niezwykle ważne jest ustalanie priorytetów, właściwych procedur określenia tychże priorytetów oraz takich zasad korzystania z systemu, żeby wydatkowanie środków było możliwie najkorzystniejsze z punktu widzenia interesu publicznego i całego społeczeństwa.

Należy odejść od identyfikowania ubezpieczonych. Polaków nieobjętych powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym jest kilkaset tysięcy. Tymczasem każdego roku mamy do czynienia z milionami wniosków o ubezpieczenie, identyfikację składek itd. Prowadzi się więc mnóstwo czynności po to, aby oddzielić te kilkaset (100–200) tysięcy obywateli od 37 milionów. Są to czynności zupełnie nieracjonalne, a w ZUS i KRUS wydaje się na nie około 200 mln zł rocznie. W dodatku nie mamy policzonych kosztów, jakie w związku z tymi czynnościami ponoszą pracodawcy. Należy więc wprowadzić obywatelskie prawo do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych i zrezygnować z prowadzenia ciągłej identyfikacji tego, czy ktoś jest ubezpieczony, czy nie. Jednocześnie proponuję, żeby utrzymać składkę zdrowotną na obecnym poziomie, ale nazwać ją podatkiem zdrowotnym, i pobierać od tych samych dochodów, od których jest teraz naliczana, przy czym mogłyby to robić urzędy skarbowe. Wtedy nie trzeba będzie marnotrawić co roku tych 200 mln zł.

Jeśli celem polityki zdrowotnej państwa jest zapewnienie zdrowia całej populacji, to powinno nam zależeć, żeby nieubezpieczeni, najczęściej ludzie wykluczeni społecznie, chodzili do lekarza. W naszym interesie jest, aby właśnie takie osoby korzystały z ambulatoryjnej opieki zdrowotnej, a nie trafiały do szpitala dopiero w momencie, kiedy stan ich zdrowa jest krytyczny, a leczenie bardzo kosztowne. Przecież gdy człowiek, który nie ma żadnych dochodów, trafi do szpitala, to państwo i tak ostatecznie jest zmuszone opłacić jego leczenie.

Warto zastanowić się nad wykorzystaniem w ochronie zdrowia takich form organizacyjnych placówek, które nie mieszczą się w klasycznym podziale na prywatne i publiczne. Kilka lat temu w szpitalu, którego jestem dyrektorem, podjęliśmy taką próbę. Na gruncie obowiązującego prawa (kodeks spółek handlowych) chcieliśmy przekształcić szpital w przedsiębiorstwo non profit, które nie byłoby publiczne, nie należałoby ani do skarbu państwa, ani do samorządu terytorialnego. Chcieliśmy przekształcić się w przedsiębiorstwo społeczne, tj. spółkę działającą według zasad ekonomii społecznej. Jej głównym celem nie byłoby działanie dla zysku, lecz realizacja misji. Udziały należałyby do pracowników, ale byłyby nieodstępowalne, czyli nie byłaby to prywatyzacja pracownicza, polegająca na rozdawaniu akcji, które później można sprzedać. Niestety spotkaliśmy się z całkowitym niezrozumieniem władz samorządowych. Dla mnie było to rozczarowanie, że w stolicy dużego, europejskiego państwa brakuje zrozumienia dla tej formuły, skoro np. w Wielkiej Brytanii nawet deweloperzy podejmują takie kroki.

Działań na rzecz wprowadzenia możliwości tworzenia placówek ochrony zdrowia w formie przedsiębiorstwa społecznego nie zaczynałbym od regulacji ustawowych. Zbyt duże jest ryzyko, że powstanie prawo nieżyciowe i niewykonalne, jak np. ustawa o partnerstwie publiczno-prywatnym, która po prostu nie działa. Uważam, że najpierw należy przeprowadzić kilka eksperymentów w oparciu o obowiązujące prawo, tj. kodeks spółek handlowych. Na jego podstawie umowę spółki można spisać w taki sposób, aby nie było możliwości przekształcenia jej w podmiot o charakterze biznesowym. Jedną z zalet tego rozwiązania jest demokratyczny nadzór nad firmą, sprawowany przez ludzi, którzy w niej pracują. Dopiero po dokonaniu kilku takich prób można myśleć o uregulowaniach prawnych. Sądzę, że rząd, zamiast forsowania wyłącznie polityki przekształcania szpitali w spółki o charakterze biznesowym, zaproponowanej przez minister Kopacz, powinien stworzyć program wspierający tego typu przekształcenia, przy czym część środków na jego realizację mogłaby pochodzić z funduszy europejskich. W większych ośrodkach organizacje pozarządowe mogłyby być dobrym partnerem samorządów w tego typu przedsięwzięciach, które rząd powinien nie tylko wspierać, ale i inicjować.

Obszarem wymagającym naprawy jest również wielkość nakładów przeznaczanych na zdrowie. U nas finansowanie publiczne ochrony zdrowia jest wyraźnie mniejsze niż w byłych krajach socjalistycznych, takich jak Czechy, Słowacja czy Węgry. Dzisiaj wydajemy na nią około 4–4,5% PKB, a powinniśmy wydawać 6–6,5% PKB. Uzyskanie tak dużego wzrostu nakładów z pewnością nie jest możliwe w ciągu najbliższych lat, ale jak najszybciej trzeba rozpocząć przygotowania do osiągnięcia takiego poziomu finansowania w przyszłości.

Wbrew temu, co sugeruje PO, reformy strukturalnej NFZ nie da się przeprowadzić w ciągu jednego roku. Ale na pewno można to zrobić w dwa lub trzy lata. I w takim samym czasie można wprowadzić uregulowania prawne dotyczące sieci szpitali. Poza tym niezbędne jest pilne opracowanie i wdrożenie przejrzystych mechanizmów alokacji środków przeznaczonych na opiekę zdrowotną, a także rozpoczęcie poważnej, publicznej debaty na ten temat. Dlaczego jest to tak ważne? Zobaczmy na przykładzie. Ponieważ w ostatnich latach wydatnie wzrosły wydatki na leki, to należy zapytać, czy tak duży wzrost był racjonalny? Czy nie jest tak, że wydając te pieniądze, ograniczyliśmy istotnie dostęp innych pacjentów do leczenia? Czy nie jest tak, że w ten sposób nie uzyskaliśmy żadnych znaczących efektów w zakresie stanu zdrowia obywateli, a jedynie pozwoliliśmy zarobić koncernom farmaceutycznym? Tego typu problemów związanych z racjonowaniem środków na ochronę zdrowia jest bardzo dużo. Dlatego rząd powinien w końcu wziąć byka za rogi, a nie ulegać naciskom różnego rodzaju lobby.

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Prospołeczny gabinet cieni. Ankieta „Nowego Obywatela” (część I)

W obiegu publicznym funkcjonował niegdyś bon mot mówiący, że zmieniają się partie u steru władzy, a i tak zawsze rządzi Leszek Balcerowicz. Od momentu rozpoczęcia transformacji ustrojowej mamy niemal nieprzerwaną dominację sił neoliberalnych. Sprawnie rozmontowują one wszystkie te funkcje i usługi państwa, które sprzyjają słabszym i mogłyby zmniejszać nierówności społeczne.

Nawet gdy mandat do rządzenia otrzymują formacje deklarujące orientację prospołeczną, to nie wynika z tego istotny zwrot w polityce socjalnej czy gospodarczej. Dzieje się tak nie tylko z powodu układu sił, w którym pierwsze skrzypce grają reprezentanci interesów warstw zamożnych, ale także z dominacji „klimatu” neoliberalnego – czy to w sferze ideologii, czy w środkach masowego przekazu, czy w świecie nauki. Eksperci partyjni oraz pojawiający się w okresach politycznych kryzysów bezpartyjni kandydaci do „rządów fachowców” są zawsze przekonani, że niewidzialna ręka rynku niemal wszystko zrobi najlepiej.

Zgodnie z ideami przyświecającymi naszemu pismu postanowiliśmy zaproponować coś zgoła odmiennego. Przygotowaliśmy eksperyment intelektualny polegający na takim doborze osób i recept na rozwiązanie problemów nękających Polskę, który bazuje na perspektywie wspólnotowej, egalitarnej, prospołecznej, demokratycznej i przyznającej instytucjom publicznym istotną rolę w kreowaniu lepszej kondycji naszego kraju niż obecna.

Jak to w eksperymentach bywa, mogliśmy sobie pozwolić na dużą dowolność. Przede wszystkim, co należy mocno podkreślić, mogliśmy dokonać wyboru „ministrów” także spośród kandydatów nie zamierzających pełnić funkcji publicznych, a wręcz odcinających się – z różnych przyczyn – od takiej ewentualności. Z tego względu nie należy traktować ogółu osób biorących udział w ankiecie jako ostrzących sobie apetyty na posady rządowe. Nie o personalia bowiem tutaj chodzi (stąd brak premiera naszego „rządu”), lecz o idee, praktyczne koncepcje i intelektualne drogowskazy. Albo po prostu o ściągawkę dla potencjalnego rządu, który chciałby realizować politykę naprawdę prospołeczną.

Formuła eksperymentu pozwoliła nam także na coś, co wygląda na ekstrawagancję, a co w naszym odczuciu wcale nie musi nią być. Otóż nasz „rząd” oznacza przede wszystkim potraktowanie serio idei rządu fachowców. Po pierwsze wybraliśmy osoby z przeróżnych, nieraz silnie skonfliktowanych, środowisk ideowo-politycznych, oraz takie, które odcinają się od tego rodzaju samoidentyfikacji. Po drugie są to naprawdę fachowcy, choć o różnej „podbudowie” – od naukowców z tytułami profesorskimi i z najlepszych uczelni, przez ekspertów doświadczonych w służbie publicznej, po amatorów pełnych pasji w zgłębianiu danej dziedziny. Łączy ich krytyczny osąd neoliberalizmu – ważniejszy z naszego punktu widzenia niż lojalność środowiskowa czy przynależność partyjna.

Na potrzeby ankiety sformułowaliśmy następujące pytania/zagadnienia:

  • Jakie sfery leżące w obrębie zainteresowań Państwa resortu wymagają szczególnie pilnej bądź szeroko zakrojonej interwencji publicznej (m.in. najbardziej dotkliwe problemy społeczne, instytucje wymagające pilnego doinwestowania, mechanizmy, które nie działają z powodu braku odpowiednich przepisów wykonawczych)?
  • Jakie byłyby Państwa pierwsze decyzje po objęciu teki ministra (np. inicjatywy ustawodawcze w celu korekty wadliwych przepisów czy ustanowienia nowych mechanizmów, zmiany w organizacji lub sposobie finansowania instytucji podległych ministerstwu, w tym ich likwidacja albo tworzenie nowych)?
  • Pomysły na wykorzystanie potencjału, jaki oferują: fundusze europejskie, współpraca z innymi instytucjami centralnymi, samorządami, organizacjami społecznymi, środowiskami naukowymi oraz biznesem.
  • Główne cele do osiągnięcia w ciągu czteroletniej kadencji, z zarysem celów długofalowych.

W konstruowaniu list najpilniejszych/najważniejszych działań proszę nie obawiać się wyznaczania ambitnych celów, np. w odwołaniu do krajów o najwyższym poziomie rozwoju. Jednocześnie prosimy odnosić się do własnych doświadczeń praktycznych i wiedzy o stanie obecnym (kontekst społeczny, realia finansowe i instytucjonalne w obrębie danej sfery). Zależy nam na dokonaniu inwentaryzacji celów dla polityki państwa, które będą zarazem odważne, jak i możliwe do realizacji na przestrzeni jednej-dwóch kadencji.

Nie licząc ograniczonej objętości wypowiedzi, wynikającej zarówno z możliwości naszego pisma, jak i z chęci podobnego potraktowania wszystkich resortów, nasi „ministrowie” mieli pełną dowolność w kwestii formy, proporcji itp. Uważni czytelnicy z pewnością zauważą, iż część wypowiedzi dotyczy resortów, które obecnie… nie istnieją lub noszą odmienne nazwy. Wyszliśmy bowiem z założenia, że aby dokonać głęboko prospołecznej zmiany neoliberalnego kursu, konieczne są korekty również na poziomie takim jak nazewnictwo i zakres działania części ministerstw czy wręcz dedykowanie pewnym sferom rzeczywistości społecznej resortów celowych, dotychczas nie utworzonych.

Zapraszamy do lektury. Obecnie prezentujemy 12 ministerstw, a dokończenie cyklu opublikujemy w kolejnym numerze czasopisma.

Ankietę przygotował zespół w składzie: Konrad Malec, Remigiusz Okraska, Michał Sobczyk
Pomoc: Zuzanna Faliszewska, Bartosz Oszczepalski, Magdalena Wrzesień

Co z tą szkołą? – rozmowa z prof. Tomaszem Szkudlarkiem

Nie zgadzam się, więc jestem (obywatelem)

Gdyby za dobrą monetę przyjąć slogany dominujące w debacie publicznej, mielibyśmy mnóstwo powodów do zadowolenia. Demokracja, społeczeństwo obywatelskie, standardy europejskie, transparentność i partycypacja, pluralizm, prawa i swobody. Takie zaklęcia nie schodzą z ust przedstawicieli władzy, dziennikarzy wielkich mediów, autorytetów politycznych i kulturalnych, a także ich interesownych lub wolontarystycznych klakierów pomniejszej rangi.

A rzeczywistość skrzeczy. Gdy organizacje społeczne zbierają 2 miliony podpisów dorosłych obywateli domagających się referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego – rząd wyrzuca je do kosza. Władza wprowadza restrykcyjne prawo dotyczące zgromadzeń publicznych, czyli m.in. różnorakich form protestu społecznego. Premier przekonuje, że nie ma potrzeby organizowania referendum w sprawie zastąpienia złotówki przez euro, gdyż Polacy podjęli decyzję, głosując za akcesem do Unii Europejskiej – i choć formalnie ma rację, to nikt nie zdoła sobie przypomnieć pytania o rezygnację z narodowej waluty, a w dodatku przez już prawie dekadę sporo się zmieniło. Wbrew miażdżącym wynikom sondaży, rząd i prezydent otwierają furtkę stosowaniu organizmów modyfikowanych genetycznie. Budowę elektrowni atomowych, które na wiele lat „ustawią” polskie realia produkcji i dystrybucji energii elektrycznej, władza forsuje za pomocą kosztownej kampanii propagandowej, nie przyznając prawa głosu, a tym bardziej funduszy, zwolennikom innych technologii i rozwiązań. Takie przykłady można mnożyć.

Decydenci wszystkich krajów i ustrojów mają skłonność do podobnych postaw. U nas jednak w sukurs idą im ci, którzy powinni kontrolować władze. Te same media, które przed kilkoma laty były oburzone zapowiedziami wycofania książki Gombrowicza z listy lektur, dziś milczą o protestach przeciwko znacznemu okrojeniu nauczania historii w szkołach i o tym, że również w tej sprawie rząd wyrzucił do kosza podpisy obywateli – tym razem było ich „tylko” 150 tysięcy. Te same autorytety, które oburzały się, że lekarz-łapówkarz został aresztowany, milczą dzisiaj, gdy partia rządząca ogranicza prawa obywateli do manifestowania. Ludzie, którzy pozycję społeczną zbudowali na swych zasługach z czasów dawno minionego buntu przeciwko opresyjnemu systemowi, dzisiaj utyskują na wszystkich, którzy brużdżą panującym. Cóż jest bardziej żałosnego niż dawni opozycjoniści przekonujący o potrzebie „niewzniecania waśni”? Brakuje tylko, żeby zadeklarowali, iż przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy, a porządek panuje w Warszawie…

W takiej atmosferze umierają demokracja i społeczeństwo obywatelskie. Bo potraktowana poważnie demokracja nie jest ustrojem powszechnej zgody i harmonii, lecz systemem, w którym konflikt, spór i walka są czymś pożądanym. Owszem, bywają konflikty destruktywne, a eskalacja sporów może być groźna dla ładu publicznego, etosu dobra wspólnego i norm życia zbiorowego. Ale prawdziwe społeczeństwo obywatelskie to nie takie, które pokornie przytakuje władzy i zgadza się na wszystko, lecz to, które jest rozdyskutowane, zaangażowane, krytyczne, buntuje się i protestuje. Nie musi mieć racji, ale powinno mieć zapał i odwagę do wyrażania swoich racji.

Bycie obywatelem to zdolność nieufności i krytyki pod adresem czy to bieżącego rządu, czy też bardziej długofalowego układu sił politycznych i towarzyszącej im ideologii. Z tego względu, choć postawa krytyczna towarzyszy nam od początku istnienia pisma, niniejszy numer w stopniu jeszcze większym niż zwykle poświęciliśmy krytyce status quo i ukazaniu alternatyw. Gdy rząd daje do zrozumienia, że powinniśmy siedzieć cicho i że nasz głos się nie liczy, a obecna władza i wiele poprzednich serwują rozwiązania spod znaku rzekomych oczywistości i konieczności – my mówimy: w demokracji mamy prawo się nie zgadzać. I z tego prawa skrzętnie korzystamy, my, obywatele. Zapoznać się z efektami tej niezgody można na kolejnych stronach.

Lobbing zamiast debaty

Lobbing zamiast debaty

W lipcu 2003 r., zamiast grillować w ogródkach lub spędzać urlop w słonecznej Hiszpanii, ponad tysiąc Brytyjczyków wzięło udział w sześciu debatach o charakterze okrągłego stołu, poświęconych tematyce GMO (genetycznie modyfikowanych organizmów). Jednocześnie w ciągu jednego tygodnia zorganizowanych zostało sześćset lokalnych i regionalnych spotkań, które miały pozwolić mieszkańcom Wielkiej Brytanii wyrobić sobie opinię na temat dopuszczalności żywności GMO w ich kraju. Debaty i spotkania odbyły się w ramach kampanii GM Nation?, przeprowadzonej na zlecenie rządu brytyjskiego w latach 2002-2004 przez komisję ds. środowiska i biotechnologii rolniczej.

W czasie, gdy Brytyjczycy prowadzili publiczną, ogólnokrajową debatę na temat dopuszczalności importu i upraw GMO – inna sprawa, że rząd brytyjski wbrew jej wynikom opowiedział się „za” GMO – w Polsce dopiero rozpoczynała się dyskusja na ten temat. Związane to było z przegraną Unii Europejskiej przed trybunałem Światowej Organizacji Handlu w 2003 r., który nakazał jej znieść zakaz importu nasion GMO, oraz ze zbliżającym się wejściem Polski do Wspólnoty, co oznaczało objęcie nas europejskimi regulacjami dotyczącymi biotechnologii rolniczej.

Rozpoczęta przed dziesięcioma laty dyskusja szybko przybrała charakter wzajemnego okładania się argumentami przez przeciwników upraw genetycznie modyfikowanych, wywodzących się głównie z ruchów ekologicznych, oraz ich zwolenników, reprezentujących najczęściej przemysł biotechnologiczny. Tzw. zwykli ludzie szybko poczuli się zagubieni w tej dyskusji, pełnej przeczących sobie wzajemnie treści, których prawdziwości nie są w stanie rozstrzygnąć; tym bardziej, że spór o GMO szybko skoncentrował się wokół kwestii potencjalnej szkodliwości uprawy i konsumpcji produktów inżynierii genetycznej dla środowiska naturalnego oraz zdrowia ludzi.

W tych dysputach w naturalny sposób najwięcej do powiedzenia mają naukowcy, szafujący wynikami badań i argumentami, których prawdziwości i rzetelności przeciętny Kowalski nie jest w stanie ocenić. Sytuację pogarsza fakt, że utytułowani naukowcy i eksperci z jednostek naukowych występują w tej debacie zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. Nie można zdać się więc na „autorytet uczonych”, jak chciałoby wielu dziennikarzy, przedstawiających spór o GMO jako walkę organizacji ekologicznych z naukowcami.

O ile można zrozumieć, że w czasie, gdy rządy krajów „starej Unii” organizowały ogólnokrajowe debaty, mające na celu wypracowanie stanowiska względem GMO, u nas dyskusja dopiero się zaczynała i miała dość żywiołowy charakter, to zastanawia fakt, że po dziesięciu latach wciąż mamy do czynienia z tą samą sytuacją. W międzyczasie kilkakrotnie zmieniane było prawo dotyczące organizmów genetycznie modyfikowanych, a w Polsce wciąż brakuje rzetelnej, wyczerpującej debaty. Nic nie wskazuje na to, by ostatnie zmiany w polskim prawie, zwieńczone rozporządzeniami zakazującymi uprawy genetycznie modyfikowanej kukurydzy i ziemniaka, miały zakończyć spór (o czym świadczyć mogą chociażby różnice zdań w ocenie tych regulacji w środowisku przeciwników GMO). Przeprowadzenie wspomnianej debaty pozwoliłoby nie tylko na obniżenie temperatury sporu, dopuszczenie do głosu innych zainteresowanych niż tylko ekolodzy i biotechnolodzy, ale przede wszystkim na poddanie pod dyskusję kwestii do tej pory w dysputach nieobecnych.

Wspomniana wcześniej koncentracja na kwestii szkodliwości GMO dla zdrowia i środowiska skutkuje pomijaniem społecznych i ekonomicznych skutków wprowadzenia biotechnologii rolniczej do Polski. A wydaje się, że jest to jedna z podstawowych kwestii, które powinny być przedmiotem debaty, gdyż związana jest bezpośrednio z przyszłym modelem i kierunkami rozwoju polskiego rolnictwa oraz kształtem struktury agrarnej wsi.

Najbardziej prawdopodobną hipotezą tłumaczącą brak takiej debaty wydaje mi się być ta, która wskazuje na użyteczność takiej sytuacji dla lobby biotechnologicznego. Zgodnie ze starą zasadą, iż „w mętnej wodzie łatwiej ryby łowić”, sprowadzenie całego sporu w oczach opinii publicznej do kłótni ekologów z biotechnologami skutkuje postulatami, by decyzje w tej sferze pozostawić ekspertom. A więc: naukowcom, czyli… samym biotechnologom. Zakłada się przy tym naiwnie, że „niezależni i obiektywni” eksperci powiedzą nam, „jak jest naprawdę”. Nie dostrzega się, że wielu z tych ekspertów jest uwikłanych w sytuację konfliktu interesów; nie tylko z racji tego, że w naturalny sposób zależy im na rozwoju własnej dyscypliny, ale również ze względu na powiązania z korporacjami biotechnologicznymi.

Biotechnologia należy do najbardziej sprywatyzowanych dziedzin nauki. Badania z zakresu inżynierii genetycznej są bardzo drogie w realizacji i bez wsparcia ze strony firm i dużych koncernów w praktyce nie mogą być realizowane. Już w 1984 r. finansowanie rozwoju biotechnologii stanowiło 42% wszystkich wydatków amerykańskiego przemysłu na rozwój nauki. Badacze nauki, tacy jak Lily E. Kay, szacują, że przynajmniej 80% biologów molekularnych w Stanach Zjednoczonych posiada udziały w firmach biotechnologicznych. W efekcie trudno znaleźć naukowców, którzy nie mieliby powiązań z tym sektorem. To oczywiście nie przeszkadza im występować jako bezstronne autorytety w mediach i komisjach sejmowych lub rządowych, lobbując jednocześnie za GMO.

Wystarczy spojrzeć na przykład prof. Tomasza Twardowskiego, uznawanego przez media za jeden z największych autorytetów w dziedzinie organizmów modyfikowanych genetycznie. Ten zasłużony profesor z Instytutu Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk jest jednocześnie założycielem i wieloletnim prezesem Polskiej Federacji Biotechnologii, zrzeszającej m.in. polskie przedstawicielstwa największych światowych koncernów biotechnologicznych. Powstaje pytanie, czyje interesy reprezentował on przewodnicząc w latach 2006-2008 Komisji ds. GMO przy Ministerstwie Środowiska? Na marginesie warto zaznaczyć, że na całym świecie wiele uniwersytetów oraz czasopism naukowych (głównie medycznych) wprowadziło wymóg składania oświadczeń o konfliktach interesów, które pozwalają na ocenienie stopnia bezstronności danego profesora. U nas niestety wciąż jest to temat tabu, a w komisjach i podkomisjach działa wielu utytułowanych ekspertów, wykonujących de facto działalność lobbingową.

Co to ma wspólnego z debatą publiczną? Otóż jej organizacja ma nie tylko charakter edukacyjny, jak chcieliby niektórzy dziennikarze, nawołujący do tego, by w formie kampanii informacyjnej eksperci „wytłumaczyli” Polakom, czym są GMO i „przekonali” ich do nieszkodliwości tej technologii. Debata oparta na modelu partycypacyjnym powinna umożliwiać realizację trzech celów. Pierwszym z nich jest włączenie innych zainteresowanych podmiotów w proces podejmowania decyzji, co w tym konkretnym przypadku umożliwiłoby uwzględnienie pomijanych do tej pory aspektów i konsekwencji uprawy GMO w Polsce, związanych z interesami, potrzebami i wartościami uczestników debaty. Po drugie, będące konsekwencją pierwszego, takie podejście powinno umożliwić wypracowanie lepszej jakościowo decyzji w porównaniu z sytuacją, gdy zapada ona bądź to w zaciszu gabinetów, bądź w atmosferze walki i przeciągania liny. Po trzecie wreszcie, jedno z podstawowych zadań partycypacji publicznej stanowi sprawowanie społecznej kontroli nad procesami decyzyjnymi: monitorowanie działalności grup interesów i prób wpływania przez nie na proces legislacyjny. Krótko mówiąc, debata publiczna oznacza dopuszczenie nowych podmiotów do procesu decyzyjnego, a w efekcie jego „rozszczelnienie”, wystawienie na światło dzienne i poddanie kontroli publicznej.

Czy można się zatem dziwić, że przez dziesięć lat nie doczekaliśmy się otwartej, publicznej debaty na temat GMO?

 

Starość w „chłodku”

Starość w „chłodku”

Pamiętacie scenę z „Przedwiośnia”, kiedy terminujący u okolicznego ekonoma Cezary Baryka, po pobycie w leniwym i pełnym intryg dworku w Nawłoci, napotyka w Chłodku grupę starych, zabiedzonych ludzi, wegetujących i marznących w nieogrzanej szopie? To doświadczenie było – podobnie jak wcześniej konfrontacja ojcowskiej wizji „szklanych domów” z obrazem biednej, przygranicznej wioski – kolejnym bolesnym przesileniem w dojrzewaniu społecznym głównego bohatera. Owe przedwiosenne „przesilenia” to szczególnie ważne momenty formacyjnej powieści. Niestety literacki obraz Chłodka wydaje się nie odbiegać od rzeczywistych obrazów również współczesnej Polski.

Podczas gdy jedni bawią się na warszawskich salonach czy w nobliwych kawiarniach, na marginesie polskich przemian żyje, a często wręcz wegetuje, wielu starszych, pozostawionych samych sobie ludzi. Znaleźli się oni poza sceną wielkich przemian, a ich problemy spychane są poza sferę tego, co widziane publicznie. Zimą części z nich – m.in. wskutek niewłaściwej bazy materialnej – grozi, dosłownie, wychłodzenie organizmu, nie mówiąc o niedoborze duchowego ciepła ze strony zewnętrznego otoczenia.

Samotne wyspy zimna

Zagrożenie zamarznięciem wśród ludzi starszych nie jest tylko polskim problemem. Jak szacuje brytyjska AGE UK, nawet 25 tysięcy seniorów w Wielkiej Brytanii może umrzeć tej zimy z powodu chłodu, co oznacza ryzyko 200 zgonów dziennie. Zgonów, którym przecież można zapobiec… Ponad 35% osób starszych w wielkiej Brytanii jest zaniepokojonych brakiem możliwości utrzymania odpowiedniej temperatury w swoich domach. Ponad połowa z nich za głównego towarzysza uważa telewizor, zwłaszcza zimą, gdy spora część seniorów nie jest w stanie samodzielnie wyjść z mieszkania. Taki siedzący tryb życia prowadzi do eskalacji różnych dolegliwości zdrowotnych – od zawału i udaru mózgu po depresję.

To dane i szacunki robione na Wyspach Brytyjskich, ale czyż w Polsce nie ma podobnych, a może nawet powszechniejszych zagrożeń? Problemy te występują również u nas, tyle że często się ich nie dostrzega, a gdy nawet otrzymujemy wiarygodne informacje na ten temat, bagatelizujemy wynikające z nich symptomy zagrożeń. Tegoroczny raport GUS „Jak się żyje osobom starszym w Polsce?” doczekał się krótkiej wzmianki w prasie. Miało to miejsce w tekście o tytule „Polski emeryt jest zadowolony z życia, żyje w dostatku” – mimo że z opracowania wynikało, że aż 27% emerytów jest zagrożonych którąś z postaci ubóstwa, miażdżąca większość nie uczestniczy niemal wcale w życiu społeczno-kulturalnym ani nie prowadzi zdrowej aktywności na zewnątrz, zaś dużą część czasu spędza przed telewizorem.

Raport poświęca niewiele uwagi sytuacji mieszkaniowej ludzi starszych, a ta – wbrew obiegowym opiniom i powierzchownie odczytywanym danym – nie jest wesoła. Rzeczywistość wielu osób starszych zamyka się w czterech ścianach własnych mieszkań – często zresztą niedostosowanych do potrzeb i możliwości tej grupy wiekowej. Zazwyczaj problem mieszkaniowy kojarzymy (częściowo zresztą słusznie) z trudną sytuacją ludzi młodych, nie mających odpowiednich kwot ani zdolności kredytowych. Jednak również w przypadku osób starszych sytuacja mieszkaniowa pozostawia wiele do życzenia – przy czym tu problemy są natury bardziej jakościowej niż ilościowej, związane z warunkami i kosztami życia niż z samym dostępem do mieszkań. Wiele osób starszych żyje bowiem samotnie, w mieszkaniach zbyt dużych względem własnych potrzeb i możliwości – zarówno finansowych (związanych z utrzymaniem i opłaceniem czynszu i rachunków), jak i fizycznych (związanych z prowadzeniem takiego gospodarstwa domowego). Ponoszone przez nich koszty stałe są bardzo duże i trudno im cokolwiek oszczędzić. Choć w gospodarstwach emeryckich relatywnie niewielki udział – w porównaniu z przeciętnymi gospodarstwami pracowniczymi – stanowi wyposażenie i użytkowanie mieszkań, to trzeba pamiętać, że osoby starsze po prostu często korzystają ze sprzętów, które są już bardzo przestarzałe i nienajlepszej jakości.

Ponadto mieszkania te są w większości przypadków niedostosowane do potrzeb osób o ograniczonej samodzielności (brakuje np. uchwytów, zlikwidowanych progów, przystosowanych urządzeń higienicznych etc.). Dla porównania np. w Szwecji w wielu gminach wprowadzono dostępne dla wszystkich osób w danym wieku (niezależnie od sytuacji rodzinnej, materialnej i zdrowotnej) usługi polegające na wkręcaniu żarówek, myciu okien czy zawieszaniu firanek, co pozwala starszym ludziom utrzymać jakość życia bez ryzyka upadku i kontuzji podczas tych czynności. Wszyscy też, nie tylko najubożsi, mogą wnioskować o dostosowanie mieszkań do potrzeb osób starszych. W Skandynawii projektowanie uniwersalne, a więc dostosowane do potrzeb wszystkich, realizuje się od dawna, jeszcze zanim koncepcja design for all została spopularyzowana w innych krajach europejskich. W Polsce istnieją możliwości dofinansowania przystosowania mieszkań, ale w praktyce okres oczekiwania bywa bardzo długi. A ludzie starsi często nie mają już tyle czasu…

Zasadniczym problemem seniorów w Polsce są jednak nie tyle mieszkania, co ich społeczne i infrastrukturalne otoczenie. Ludzie starsi często do późnych lat zostają we własnych lokalach, ale już niezupełnie we własnym środowisku. Część z nich rzadko wychodzi, bo nie ma jak (ze względu na niesamodzielność, brak asysty i strach przed upadkiem) lub nie ma gdzie (brak miejsc w pobliżu, gdzie nie czuliby się jak persona non grata). Zimą jest jeszcze ciężej, bowiem trudniej spędzać wolny czas choćby na ławeczce, poza tym śliska powierzchnia ulic przy zaburzeniach równowagi może skutkować upadkiem, który na stałe wyłączy ich z jakiegokolwiek życia. W domu często – ze względu na to, że żyją samotnie – nie ma się kto nimi zaopiekować. A nawet tam, gdzie dzielą mieszkanie z kimś innym, nie zawsze są otoczeni troską adekwatną do oczekiwań. Zdarza się, że także żyjąc z rodziną, osoba starsza cierpi na osamotnienie. Wobec tego szczególnie uzasadnione jest rozwijanie różnych kanałów integracji i partycypacji, z których osoby starsze mogłyby korzystać. Samotność staje się bardzo widocznym rysem polskiej starości.

Wsi spokojna, wsi wesoła?

Problem osamotnienia ludzi starszych kojarzymy głównie z miastem, ale czy słusznie? Okazuje się, że wbrew wygodnemu przeświadczeniu, według którego seniorzy mieszkający na wsi są otoczeni rodzinnym i sąsiedzkim ciepłem, właściwym bardziej tradycyjnym społecznościom wiejskim niż miejskim, realna sytuacja nie przedstawia się aż tak różowo. W raporcie „Z godnością w jesień życia” mit ów częściowo obala tekst Janiny Petelczyc, w którym autorka przywołuje odpowiednie statystyki. Okazuje się, że wiele osób starszych również na wsi żyje w gospodarstwach jednoosobowych. Zagrożenie samotnością jest związane z migracjami zarobkowymi młodego pokolenia. Wieś wyludnia się i starzeje. Ze względu na prowadzoną od lat i niestety wciąż kontynuowaną politykę likwidacji połączeń komunikacji zbiorowej między centrami rozwoju a peryferiami decyzje o szukaniu pracy poza miejscem zamieszkania, zazwyczaj w ośrodku miejskim, często wiążą się z przenosinami na stałe do tego miasta. Zamieszkujące wieś osoby sędziwe zostają wówczas bez szans na opiekę ze strony najbliższych. A oddalenie rodziny nie jest kompensowane dostępnością do różnych instytucji i usług zewnętrznych.

Co więcej, nawet tam, gdzie występuje potencjalna skłonność do zaopiekowania się sędziwym krewnym, państwo polskie nie okazuje się dość pomocne. Zgodnie z niedawno (7 grudnia) przyjętą przez Sejm nowelizacją ustawy o świadczeniach rodzinnych przedstawiciele gospodarstw rolniczych nie są uprawnieni do specjalnego zasiłku opiekuńczego (520 złotych), adresowanego w założeniach do osób, które nie podejmują zatrudnienia z tytułu oddania się opiece. Ograniczenia w możliwości zarobkowania, a także podwyższone koszty związane z opieką nie są wobec tego solidarnie rekompensowane gospodarstwom rolniczym ze środków publicznych.

Fatalnie wygląda też sytuacja mieszkaniowa, która znacznie ustępuje tej w mieście. Aż 25% gospodarstw wiejskich nie posiada samodzielnej łazienki i toalety (co dla osób starszych jest szczególnie krępujące), o łazienkach specjalnie dostosowanych do niepełnosprawnych nie wspominając. W mieście udział takich mieszkań wynosi „tylko” 5%. W dużej części mieszkań wiejskich seniorów brakuje instalacji wodociągowych i centralnego ogrzewania czy też gazu w sieci. Mieszkańcy owych domostw są zmuszeni do samodzielnego palenia w piecu lub przynoszenia wody ze studni, co dla osób w podeszłym wieku jest wielką uciążliwością, często ponad ich siły.

***

Wszystko to są wyzwania dla polityki zarówno lokalnej, jak i centralnej, wymagające synergii między działaniami podmiotów różnych szczebli. Jednak podniesienie dobrostanu najstarszych tylko częściowo może zostać dokonane przy pomocy twardej polityki. Stanowią one raczej pewne ramy, które trzeba wypełnić żywą treścią. A ta zależy od społeczności lokalnych, oddolnych inicjatyw i działań pojedynczych osób. Punktem wyjścia wydaje się zauważenie obecności (a także nieobecności) osób starszych w różnych kontekstach i – wspólnie z nimi – zaadresowanie ich potrzeb oraz wykorzystanie społecznego potencjału, który często się marnuje. Nie muszą to być wielkie sprawy. Wystarczy podejść do starszych, żyjących samotnie sąsiadów i zapytać, jak się czują, czy czegoś nie potrzebują, zaoferować pomoc w zakupach itp. W okresie zimowym takie – nie zawsze ujawnione i artykułowane – potrzeby ze strony seniorów mogą być szczególnie częste.

Takie pojedyncze gesty solidarności zawsze skracają dystans między ludźmi i oprócz tego, że są miłe same w sobie, mogą sprawić, iż w sytuacji kryzysowej osoba starsza będzie się mniej krygować przed samodzielnym zgłoszeniem się po pomoc.

Onegdaj zasłyszałem stwierdzenie, że miarą postępu społeczeństwa jest to, jak traktuje się osoby starsze. A można to rozszerzyć na wszystkie grupy nie mieszczące się w awangardzie przemian ani w enklawach dobrobytu i rozwoju, z pozoru nie pasujące do ich sformatowanego medialnie obrazu. Odmalowany w „Przedwiośniu” obraz Chłodka stanowi swoiste memento.

Wałęsa – człowiek na smyczy

Wałęsa – człowiek na smyczy

Co kilka miesięcy mamy do czynienia z kolejnymi odsłonami sporu o agenturalną przeszłość Lecha Wałęsy. Najnowszą z nich jest próba doprowadzenia przez Wałęsę do finansowego bankructwa Krzysztofa Wyszkowskiego, oskarżającego od dawna Wałęsę o bycie agentem Służby Bezpieczeństwa. W imię niezgody na takie nowoczesne metody cenzury, czyli zamykanie ust przeciwnikom politycznym, a także w imię dążenia do wyjaśnienia prawdy o osobach, które pisały donosy na uczestników prodemokratycznego ruchu protestu przeciwko zamordystycznej władzy, zapytaliśmy Krzysztofa Wyszkowskiego – działacza opozycji antykomunistycznej, publicystę, polityka, członka Rady Honorowej „Nowego Obywatela” – o przeszłość Wałęsy.

***

Kiedy poznał Pan Lecha Wałęsę? W jakich okolicznościach? Jak go Pan wówczas oceniał?

Krzysztof Wyszkowski: Przyszedł do mnie do domu na początku czerwca 1978 r. Gdy założyliśmy w Gdańsku Wolne Związki Zawodowe, milicja urządziła najście na moje mieszkanie. Został wtedy zatrzymany mój brat, Błażej, który otrzymał karę dwóch miesięcy więzienia za rzekome pobicie milicjantów. Odbyła się wówczas w Trójmieście wielka akcja ulotkowa w jego obronie. Wałęsa podobno znalazł w tramwaju taką ulotkę i zgłosił się na podany w niej adres, gdy razem z Bogdanem Borusewiczem i Piotrem Dykiem – Józef Śreniowski głodował w Łodzi – prowadziliśmy głodówkę protestacyjną.

Gdy rozległo się pukanie, w telewizji transmitowano spotkanie piłki nożnej, trwały Mistrzostwa Świata w Argentynie. Sądziłem, że to milicja chce nam przeszkodzić w oglądaniu meczu [śmiech]. Ale za drzwiami zobaczyłem wystraszonego, niskiego człowieczka, który zaczął stękać pod nosem, że ma ulotkę i chciałby porozmawiać. Nie chciałem tracić meczu, zaprosiłem go do środka, zapytałem, kim jest. Powiedział, że robotnikiem. Rozmowa nie kleiła się. Bogdan i Andrzej Gwiazda, który był wtedy z nami, oglądali mecz i gość może dlatego, żeby zwrócić na siebie uwagę, zaczął mówić, że głodówka jest niepotrzebnym osłabianiem siebie, a to przecież komunistów trzeba osłabiać, walczyć aktywnie. Zapytałem, co w takim razie proponuje. Doszło do zupełnego zaskoczenia – powiedział, że trzeba wysadzać w powietrze komendy milicji. Gwiazda z Borusewiczem spojrzeli uważnie na typka i włączyli się do rozmowy. Gwiazda zrobił mu wykład na temat wyższości walki bez przemocy nad terroryzmem, ale nie widać było, żeby zrobiło to na gościu wrażenie. Zapytałem, jak to sobie wyobraża. Odpowiedział, że był w wojsku i tam go uczono posługiwania się granatami. Było to tak idiotyczne, że Bogdan i Andrzej odwrócili się z powrotem do telewizora. Powstało wrażenie, że to albo kompletny dureń, albo bardzo kiepski prowokator.

Jako gospodarz, trochę z uprzejmości, a trochę z rozbawienia zacząłem go podpytywać, jak miałoby wyglądać to wysadzanie komend. On na to, że uczono go wiązać granaty w pęczki i wtedy siła rażenia radykalnie się zwiększa. Na pytanie, skąd te granaty wziąć, odpowiedział, że nietrudno je kupić albo nawet zrobić. Cała rozmowa miała charakter tak absurdalny, że już bez żenady brnąłem dalej: „Ale jeśli Pan tę komendę wysadzi, to zginie także mój brat”. Wałęsa i na to miał receptę – granaty trzeba będzie wrzucać na dach! W jaki sposób? Katapultą!

Nie zamierzałem już dłużej rozmawiać. Gdy chciałem go wyprosić i pożegnalibyśmy się zapewne na zawsze, wpadły do mieszkania Magda Modzelewska, dzisiaj żona Mirosława Rybickiego, z Bożeną Rybicką, młodszą siostrą Mirka i świętej pamięci Arama Rybickiego, które uzyskały właśnie zgodę księdza Bogdanowicza, proboszcza Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, na rozpoczęcie w Kaplicy Katyńskiej codziennych modlitw w intencji uwolnienia Błażeja. Zapytały „Kto idzie z nami?” i Wałęsa cichutko do nich dołączył. Okazało się, że jest bardzo rozmodlonym katolikiem, zaczął codziennie tam przychodzić i w ten sposób, pośrednio przez zakrystię, przylgnął do tej grupy. Wyglądało na to, że zrezygnował ze swoich pomysłów z granatami, w każdym razie już nigdy o terrorze przy nas nie wspominał, za to dostał Nagrodę Nobla [śmiech]. Powoli się do niego przyzwyczailiśmy.

Później nasze stosunki układały się bardzo dobrze. Czułem się kimś w rodzaju jego opiekuna. Andrzej Gwiazda ze swoim ścisłym rozumem bardzo lekceważył tego niezbyt poprawnie klecącego zdania byłego stoczniowca, wówczas kombinatora, który żył z różnych „lewizn”. Bogdan Borusewicz też najpierw go całkowicie zlekceważył, dopiero później uznał, że jest do czegoś przydatny. A ponieważ Wałęsa zaakceptował nasze metody działania i był bardzo posłuszny, więc powoli wszedł do grupy.

Jak scharakteryzowałby Pan jego postawę później, w latach 80.? Był tą samą osobą czy dały się zauważyć zmiany?

K.W.: Nie wszystko wiem o stosunkach innych członków grupy WZZ-owskiej z Wałęsą. Bezpośrednio z konfliktem dotyczącym jego osoby w środowisku dawnych WZZ-towców zetknąłem się dopiero po strajku sierpniowym. Było to 2 września 1980 roku. Do Gdańska przyjechał Jacek Kuroń, z którym się wówczas przyjaźniliśmy. Miał projekt przechwycenia kontroli nad rodzącym się ruchem, a częścią tego projektu było ogłoszenie Lecha Wałęsy agentem Służby Bezpieczeństwa. Nie wiem, dlaczego ta historia jest prawie nieznana – najpełniej dotychczas opisał to Sławomir Cenckiewicz w książce „Anna Solidarność”. Trzeba pamiętać, że do Sierpnia ’80 Kuroń twierdził, iż „klasa robotnicza utraciła już swoje historyczne zadania, bo została skorumpowana” i teraz rolę tarana, który może rozbić system, odegra indywidualne chłopstwo. Jak widać, nawet najbardziej idiotyczne błędy nie przeszkadzają w walce o władzę…

Teraz znowu Kuroń pozostawał ślepy i głuchy wobec faktu, że w trakcie strajku Wałęsa uzyskał niesłychaną pozycję. Nikt nie przypuszczał wcześniej, że w oczach polskiej i zagranicznej opinii publicznej stanie się twarzą WZZ-ów i reprezentantem całego ruchu strajkowego. Ale te dwa i pół tygodnia strajku spowodowały, także przez mechanizm medialny, że stał się kimś znacznie „większym” niż człowiek, z którym współpracowaliśmy przed strajkiem.

Ponadto w czasie strajku sierpniowego Wałęsa związał się z grupą Mazowieckiego, Geremka i innych „reformistów”, co na Kuroniu, Michniku i reszcie „lewicy KOR-owskiej” robiło jak najgorsze wrażenie, bo były to środowiska ostro rywalizujące o wpływy polityczne. To dlatego Kuroń przyjechał z zamiarem „likwidacji” wpływów konkurencyjnej grupy, a drogą do tego było właśnie usunięcie Wałęsy. Jako narzędzie wykorzystano pewne, pojawiające się już wcześniej pogłoski – dla mnie były to wówczas plotki, których nie traktowałem serio – że był on w przeszłości agentem Służby Bezpieczeństwa.

Gdy 2 września jechaliśmy z Aliną Pieńkowską do Mariusza Muskata na spotkanie z Jackiem Kuroniem, powiedziała mi ona konspiracyjnym szeptem: „Lechu jest agentem”. Potraktowałem to jako skutek napięcia nerwowego po tym bardzo trudnym dla nas wszystkich okresie strajkowym i nie wziąłem tego poważnie. Ale już w nocy z 3 na 4 września okazało się, że jest to element szerszego planu.

Niestety do dzisiaj nie odnaleziono nagrania z narady, która miała miejsce w mieszkaniu Jacka Taylora. Jego mieszkanie było na podsłuchu, co potwierdzają archiwa IPN, zatem to musiało być zarejestrowane. Ale nagranie jest pewnie w poufnych zbiorach bardzo ważnych ludzi, dla których jest ono gwarancją bezpieczeństwa i wpływów politycznych.

Gdy Kuroń, obok innych zadziwiających pomysłów, powiedział, że trzeba jak najszybciej ogłosić Wałęsę agentem – ostro zaprotestowałem. Stwierdziłem, że byłoby to spełnienie marzeń SB, czyli powstanie dwóch rywalizujących ze sobą związków: jednego robotniczego, z Wałęsą na czele, i drugiego, KOR-owskiego. Ten drugi byłby narzędziem „warszawki”, próbującej przechwycić wielki ruch ogólnospołeczny.

Narada się na tym zakończyła, ale nie znam dalszego przebiegu dyskusji w tej grupie, bo zostałem z niej wykluczony. W każdym razie Wałęsa nie został ogłoszony – przynajmniej publicznie – agentem i jedność Związku została utrzymana.

Skoncentrujmy się teraz na sytuacji z czasów stanu wojennego…

K.W.: 13 grudnia odsunął na bok „rachunki krzywd”. Wydawało się, że to okazja do tego, by wszyscy się pogodzili, podjęli walkę o niepodległość. Przynajmniej dla mnie było jasne, że po tym, co się stało, nie może być porozumienia z komunistami. Niestety zaczęły dochodzić informacje, że „Lechu się układa”. Danuta Wałęsowa przyjeżdżała do stoczni i przekazywała wiadomości, że trwają rozmowy, wszystko idzie ku dobremu, istnieje możliwość porozumienia. To były niebezpieczne oznaki. Znając go, miałem obawy, że się ugnie – Wałęsa był człowiekiem bardzo ugodowym: silnym w gębie, ale mentalnie niezwykle ustępliwym wobec władzy. On sam zresztą zawsze oświadczał się ze swoim szacunkiem dla władzy, również dla SB, i jej ciężkiej pracy. Wówczas myślałem, że to jego dziwaczna metoda, nie wiedziałem, że twierdzenia, iż w przeszłości był agentem, są jednak prawdziwe. Jego uległość wobec władz tłumaczyłem korzystnie dla niego, czyli jako zdolność do kompromisu, może pewną naiwność, ale nie uważałem, że to coś nieuczciwego.

Obawiałem się jednak, że zrobi jakieś głupstwo i cieszyłem się, że przez długie miesiące nie dochodziły „z internatu” niepokojące wieści. Aż do czasu, gdy przyszła informacja o liście do Jaruzelskiego, który Lech napisał w Arłamowie i podpisał „kapral Wałęsa”. Zrozumiałem, że się łamie. Różniliśmy się także oceną sytuacji. Uważałem, że komunizm zdycha i trzeba go tylko twardo trzymać za gardło. On sądził, że stan wojenny to nasza przegrana i trzeba się układać. Napisałem wówczas do niego bardzo ostry list. Oskarżyłem go o zdradę. Zawarłem tam groźbę, że jeśli zawrze jakiś rodzaj kompromisu, to go zniszczę. Wiedział, że narzędzia po temu mam, bo bardzo dobrze znałem jego zachowania finansowe i obyczajowe w okresie wolnej „Solidarności”. I rzeczywiście, gdy został przywieziony przez ochroniarzy do Gdańska i moja przyjaciółka odczytała mu ten list – nie mogłem porozmawiać z nim osobiście, bo ukrywałem się wówczas – bardzo się wystraszył. A tłumy ludzi wiwatujące na jego cześć pokazały mu wyraźnie, że się pomylił, że to nieprawda, iż Jaruzelski wygrał, a „Solidarność” już nic nie znaczy. Szybko się w tym połapał i na nowo ogłosił wolę walki z komunistami.

Wtedy popsuły się Wasze relacje?

K.W.: Nie, przeciwnie, dawny stosunek „opiekuńczy” został utrwalony, ale nie wiedziałem, że on zrobił podczas internowania gorsze rzeczy niż poddańczy list do
Jaruzelskiego, np. wstrętna rozmowa z bratem i to końcowe zdradzieckie skomlenie przed Klisiem i Starszakiem.

Nasze relacje nigdy nie były równoprawne. Wałęsa to chytrus kuty na cztery łapy, chłopek-roztropek, potrafiący bardzo sprawnie pilnować swoich interesów. Nie miałem złudzeń co do tego, że nie jest bezinteresownym, ofiarnym, krystalicznie uczciwym działaczem społecznym. Przeciwnie: wiedziałem, że to egoista skupiony na własnej karierze, obliczający każdy grosz, który da się na tym wszystkim zarobić, który da susa w bok, gdy tylko uzna, że warto to zrobić. Ale z drugiej strony była rzeczywistość, z którą należało się liczyć – solidarnościowa opinia publiczna, rzesze ludzi, dla których był postacią, w którą wierzyli – i nie sposób było w tych warunkach podejmować dyskusji o demokracji wewnątrzzwiązkowej.

W Strzebielinku, gdzie byłem internowany po 13 grudnia, odbywały się wielkie dyskusje o Wałęsie. Mówiliśmy o nim bardzo pragmatycznie i otwarcie. Może zbyt otwarcie. Twierdziłem, że nie ma innego wyjścia, że trzeba go użyć w walce z komuną i zrobić prezydentem. Mówiłem to wiosną 1982 roku. Pamiętam, że Andrzej Drzycimski, który później został rzecznikiem prasowym prezydenta Wałęsy, stwierdził wtedy: „Krzysztof, znasz go, wiesz, jaki ma charakter, wiesz, że się nie nadaje”. Odparłem, że wiem, ale on jest potrzebny tylko do obalenia komunizmu, a później się go „zastrzeli”. To była oczywiście przenośnia, chodziło o usunięcie Wałęsy z polityki i nawet ten – przyznaję, okrutny – żart nie popsuł naszych stosunków, bo wiem, że Wałęsa się o nim dowiedział.

Po latach chcieliśmy zrealizować ten pierwotny plan – w 1990 r. za pomocą Wałęsy zamierzaliśmy usunąć Jaruzelskiego. Przypomnę, że miał być prezydentem mianowanym przez okrągłostołowe Zgromadzenie Narodowe, więc można było odsunąć go od władzy po wolnych wyborach. Że stało się inaczej, to wina Tadeusza Mazowieckiego, który wyobraził sobie, że wygra wybory powszechne i zmienił ordynację.

Porozmawiajmy zatem o kwestiach okrągłostołowych i wyborach prezydenckich.

K.W.: Wałęsa bez pomocników jest pijanym dzieckiem we mgle, samodzielnie potrafi najwyżej zapełnić kartkę papieru, grając w okręty, ale nie jest w stanie napisać zarysu programu. To osoba intelektualnie bezbronna. Stąd udzielanie mu pomocy oznaczało kierowanie nim. Mieszkałem w Gdańsku, pisałem za niego listy, wywiady, wystąpienia publiczne. Gdy dawałem mu do przeczytania przed publikacją, odsuwał kartki i mówił: „Krzysiu, ty wiesz lepiej, co trzeba napisać”.

Tak, przez strajki w maju i sierpniu 1988 r., dotrwaliśmy do 1989 r., gdy Wałęsa opowiedział się po stronie ludzi, którzy zdradzili „Solidarność”, polskie interesy narodowe i państwowe. To, co zdarzyło się przy Okrągłym Stole, to katastrofa, która pogrążyła kraj na dziesięciolecia, a z pewnością do dzisiaj. To, co złe w naszej obecnej sytuacji, to skutki tamtych wydarzeń. Ale muszę powiedzieć, że wtedy Wałęsa – przynajmniej w bezpośrednich kontaktach – był trochę twardszy niż Geremek, Mazowiecki czy Michnik, który szczególnie obrzydliwie wprost fizycznie wtulał się w Cioska.

Z przerażeniem patrzyłem na to, co się działo. Nie chciało mi się wierzyć, że ludzie, których lubiłem, z którymi się przyjaźniłem, mogą dokonać nagle tak szokującej, zdradzieckiej wolty. W tym towarzystwie Wałęsa należał jeszcze do tych, którzy się trochę stawiali. To dzisiaj może brzmieć dziwnie, ale tak wówczas było.

Zdaniem niektórych uczestników Okrągłego Stołu miał on być jedynie „zagrywką taktyczną”…

K.W.: Najbardziej znanymi przedstawicielami środowiska, które twierdziło, że przyjęli tę taktykę, byli bracia Kaczyńscy. Uważali, że jest to manewr, który da się obrócić przeciwko komunistom. Ale okazali się naiwni, bo nie wiedzieli o agenturalności ludzi, którzy kierowali przygotowaniami i przebiegiem Okrągłego Stołu. Nie przewidzieli też rozmiaru wspólnych interesów z komunistami, które postanowili zrealizować Michnik i Kuroń. Ci dwaj dokonali chyba największej wolty – kto mógł się spodziewać, że po latach spędzonych w PRL-owskim więzieniu doszlusują momentalnie do Jaruzelskiego i Kiszczaka. Ale chyba żaden nieuprzedzony człowiek nie mógł przewidzieć takiej diametralnej zmiany sojuszów. A stała się ona dla okrągłostołowych elit bardzo opłacalna: zawłaszczenie rynku medialnego to tylko wisienka na tym targowickim torcie.

Naszym największym błędem w ocenie sytuacji było niedocenienie skali agentury, infiltracji „Solidarności”. Liczna opozycja była polskim fenomenem, ale niestety odpowiednio wysoka była też skala jej nasycenia przez różnorakie służby PRL. Negocjacje nie były pozbawione drobnych sporów, ale głównym celem obu gangów było i jest do dzisiaj niedopuszczenie społeczeństwa do decydowania o sprawach państwa i narodu. Gdyby nie ta współpraca obu nomenklatur na rzecz obrony układu ustanowionego przy Okrągłym Stole, cały proces „transformacji” przebiegałby inaczej, poczynając od niemożliwości wyboru Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta i ustanowienia rządu z udziałem Czesława Kiszczaka i Floriana Siwickiego.

Gdy Wałęsa został prezydentem, dla wielu wciąż był symbolem polskiej walki o niepodległość, symbolem robotnika, który stojąc na czele wielomilionowego ruchu pracowniczego, obalił komunizm. A jak Pan go wówczas postrzegał?

K.W.: Cofnę się do momentu, gdy jeszcze prezydentem nie był. Koledzy z czasu Okrągłego Stołu wykorzystali go. On został w Gdańsku na pozycji lidera „Solidarności”, która radykalnie straciła na wartości, a oni doskonale się porozumieli z nomenklaturą komunistyczną. To były rzeczy zupełnie niesamowite – ostatni rząd PRL, rząd Mazowieckiego, to zupełny skandal: rzekomy opozycjonista między wicepremierem Kiszczakiem i sowieckim agentem Jaruzelskim. To oni rządzili krajem, w ich interesie następowały przemiany, łącznie z prywatyzacją, która była rozkradaniem majątku narodowego przez nomenklaturę.

To trzeba było zmienić jak najszybciej. W jaki sposób? Sięgając po symbol, który czekał na nową szansę. Ale Wałęsa się bał. Gdy pojechałem do niego w styczniu 1990 roku z żądaniem, że ma zgłosić wolę kandydowania na prezydenta, najpierw się przeraził: „Krzysiu, oni mnie zabiją, ta szansa minęła”. Płakał, jęczał, wykręcał się. Musiałem naprawdę ostro go potraktować, dwa dni go przyciskałem, aż w końcu się zgodził.

I sprawa zaczęła wyglądać obiecująco, bo układ postkomunistyczny wypowiedział mu wojnę. Wyglądało na to, że Wałęsa będzie się nas trzymał, że rozumie, iż będzie mu się to opłacało. Dzisiejsza młodzież nie uwierzyłaby w to, co Michnik wypisywał wówczas o Wałęsie, co mówili Kuroń, Hall i inni: ogólnie, że cham i prostak stanowiący zagrożenie dla Polski. I było to mówione nie tylko tutaj, na naszym podwórku. Było to mówione w świecie: że Polska zginie, gospodarka się zawali, wycofają nam kredyty. Polska miała się skończyć, gdyby Wałęsa wygrał. To dlatego przez Jacka Rostowskiego umówiłem tajne spotkanie Balcerowicza z Jarosławem Kaczyńskim i szkodząca Polsce kampania utknęła w piasku jeszcze zanim Mazowiecki się zorientował, że mamy jego własnego wicepremiera.

Niestety po wyborach okazało się, iż komuniści mieli na Wałęsę tak silne papiery, że sprowadzili go do pozycji sługi, który zaczął ich ochraniać. Jego sławne stwierdzenie, że broni „lewej nogi”, bo broni równowagi, wynikało nie z chęci obrony pluralizmu na scenie politycznej, lecz z podległości – bo tamci wiedzieli, kim naprawdę jest. I to nie tylko w czasach, gdy był zwykłym „Bolkiem”, donosicielem SB, ale i później, gdy robił rzeczy, których ujawnienie mogło spowodować, że opinia publiczna odwróciłaby się od niego. No i okazało się, że Wałęsa tak bardzo bał się tych papierów, że stracił ochotę na budowanie niepodległości.

Kiedy w III RP zaczęły się na dobre Pańskie kłopoty z Wałęsą?

K.W.: Od pojawienia się w trakcie kampanii Mieczysława Wachowskiego. Byłem członkiem sztabu wyborczego Wałęsy, organizowałem mu spotkania, pisałem przemówienia. Pierwszym jego publicznym wystąpieniem w kampanii wyborczej było przedstawienie w Poznaniu programu polityki zagranicznej, który mu napisałem. W tym programie jako pierwszy cel podałem przystąpienie Polski do NATO. Drugim było wejście do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Później było wyprowadzenie wojsk sowieckich itd. Wałęsa przyjął to wszystko bez słowa protestu. Ale gdy już wyszedł na scenę i miał ten program odczytać, nagle zza kulis wyskoczył Wachowski, coś mu szeptał na ucho i Wałęsa dał program do przeczytania Bogdanowi Lisowi. Niby więc został ogłoszony, ale już nikt nigdy więcej o nim nie wspomniał!

Wałęsa zaczął lawirować. Zakończyłem z nim współpracę po wiecu w Dąbrowie Górniczej. Przyniosłem mu do podpisania oświadczenie, w którym potępiał antysemickie okrzyki mające miejsce w trakcie spotkania. Ale on się zaczął prezentować jako człowiek nastawiony antysemicko, co było katastrofalne i z moralnego, i z politycznego punktu widzenia. Mówił – a szło to na cały świat – że sprawdzał do dziesiątego pokolenia i Żydem nie jest, co może pokazać. Gdy odmówił podpisania tego oświadczenia, uznałem, że już się nie porozumiemy. Miałem go dość. Gdy zaproponował mi pracę w kancelarii prezydenta – odmówiłem.

Byłem pierwszym, przynajmniej z naszej strony, który skrytykował jego prezydenturę. W „Tygodniku Solidarność” napisałem tekst, w którym stwierdziłem, że nie wywiązuje się on ze swojego programu wyborczego. Wówczas wiele osób miało jeszcze złudzenia, że on na razie nie może inaczej, ale niedługo weźmie się do roboty. Byłem przekonany, że tak nie jest i trzeba z nim walczyć. Użyłem wtedy słów papieża: „Wolność trzeba zdobywać stale”, żeby wskazać na antydemokratyczne ciągoty.

Gdy po pierwszych wolnych wyborach Wałęsa desygnował na premiera Bronisława Geremka, uznałem, że znów muszę interweniować. Udało nam się z Jarosławem Kaczyńskim tak rozegrać partię, żeby wbrew Wałęsie przeforsować w Sejmie kandydaturę Jana Olszewskiego. Warunkiem było poparcie Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Namówiłem Jana Krzysztofa Bieleckiego, by zgodził się objąć funkcję wicepremiera, dzięki czemu uzyskano większość. Choć później Wałęsa go tak przycisnął, że w końcu odmówił, to konstrukcja już się utrzymała i pierwszy parlament wyłoniony w wolnych wyborach wbrew prezydentowi wybrał na premiera wspaniałego patriotę.

Zostałem doradcą premiera Olszewskiego, który od razu zapytał: „Jak Wałęsa będzie traktował nasz rząd?”. „To będzie wojna” – odpowiedziałem: Wałęsa uznawał ten rząd za swojego wroga, od początku chciał go zniszczyć. W końcu mu się to udało.

Wasz sprzeciw wobec Wałęsy miał inny charakter niż ówczesne ataki pod jego adresem ze strony „Gazety Wyborczej”?

K.W.: „GW” twierdziła, że Wałęsa złamie demokrację. Rzeczywiście, jako prezydent miał zdecydowane ciągoty do jedynowładztwa, ale jego możliwości były ograniczone.

My próbowaliśmy wywierać na Wałęsę presję, żeby wprowadzał program wolności, dekomunizacji i suwerenności Polski. Przeliczyliśmy się. Nie doceniliśmy jego cynizmu, sprzedajności i siły argumentów, czyli biograficznych haków, którymi dysponowali komuniści. Owszem, nie był wobec nich całkowicie dyspozycyjny, ale słuchał się bardziej ich niż nas. My chcieliśmy poszerzać granice polskiej demokracji, tamta strona – zapewnić przywileje dla systemu postkomunistycznego.

Jak wygląda Wasza „historia procesowa” w ciągu ostatnich dwudziestu lat?

K.W.: Byłem ostatnim człowiekiem z naszego środowiska, który uznał, że Wałęsa był agentem SB. Przekonała mnie dopiero „lista Macierewicza”. Później dochodziły kolejne informacje, pochodzące z Instytutu Pamięci Narodowej, wyjaśniające skalę współpracy. Zrozumiałem, że był to czynny, ochoczy, finansowo wynagradzany agent. Że w latach 70. wcale nie wygrywał w Totolotka…

Wałęsa udawał, że deszcz pada, gdy zdecydowanie wcześniej i wielokrotnie mówili o jego współpracy z SB Joanna i Andrzej Gwiazdowie czy Anna Walentynowicz. Sprawa zaczęła się, gdy w 2005 r. miałem spotkanie w Radiu Maryja i ksiądz prowadzący audycję zapytał, co sądzę o wypowiedziach Gwiazdów i Anny Walentynowicz na temat agenturalności Wałęsy. Powiedziałem, że owszem, współpracował z SB. Ale chciałem go też jakoś bronić. Zacząłem mówić, że wszyscy wiemy, jaki on jest, że często siedział na dwóch stołkach, że trzeba też pamiętać o jego zasługach. Gdy wróciłem z Torunia do domu, już na schodach usłyszałem telefon dzwoniący w mieszkaniu. To była Anna Walentynowicz: „Krzysiu, a dlaczego Ty jesteś takim lizydupem?” – to był język Ani, gdy była naprawdę zła [śmiech]. I dalej: „Czemu Ty tak broniłeś swojego przyjaciela w Radiu Maryja?”. Więc to, że go bronię, było aż rażąco czytelne. On jednak poczuł się zaatakowany i przysłał mi obrzydliwy, wulgarny e-mail, pisany już w trakcie audycji.

Myślę, że rzucił się właśnie na mnie ze względu na jakiś resentyment, wynikający z naszych dawnych relacji, bliskiej współpracy politycznej, może to rodzaj – proszę mnie dobrze zrozumieć – „zawiedzionej miłości”. Przez tyle lat byłem jego opiekunem, pomagałem mu, wspierałem, a gdy trzeba było, to dawałem klapsa. I nigdy nie przyjąłem za tę pomoc żadnej gratyfikacji, złamanego grosza. Gdy otworzyło się przed nami – jak on to widział – koryto ze złotem, ja po prostu odszedłem. Myślę, że on nie może pojąć, jak można być w polityce człowiekiem bezinteresownym. To go oburza i chce udowodnić, że tacy ludzie muszą przegrać. Nazywa mnie nieudacznikiem, twierdzi, że niczego w życiu nie dokonałem, a w głębi duszy wie, że to on jest postacią tragiczną, kreaturą większych mocy, którym uległ i które zamieniły go w żywą kukłę. A ja zachowałem wolność i własną twarz. Może on uważa, że właśnie w tym go zdradziłem i dlatego się mści?

Przyznaję, że nie jestem całkiem niewinny. Gdy nie mogłem go przekonać do kandydowania w wyborach prezydenckich, powiedziałem w końcu straszne kłamstwo: „Ty durniu, zrozum wreszcie, że tu nie chodzi tylko o to. Masz zostać prezydentem zjednoczonej Europy i dlatego »po drodze« musisz przejść przez prezydenturę krajową!”. I on w to uwierzył. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia i dlatego nawet obecnie stosuję wobec niego taryfę ulgową i nie ujawniam rzeczy, które mogłyby go zohydzić w oczach jego zwolenników.

„W dniu 19 listopada 2012 r. po »Faktach« TVN zamieszczono komunikat, w którym Lech Wałęsa sam siebie – w moim imieniu – przeprasza za nazwanie go przeze mnie tajnym współpracownikiem o pseud. Bolek. Taką możliwość dał mu absurdalny wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z marca 2011 r., który wbrew faktom historycznym orzekł, że »nie było i nie ma sprawdzonych i pewnych dowodów« agenturalności Wałęsy” – napisał Pan na swoim blogu. Dlaczego określa Pan ten wyrok jako absurdalny? O jakich historycznych faktach mowa?

K.W.: W aktach sprawy była cała masa materiałów pochodzących z instytucji państwowych, w tym z Urzędu Ochrony Państwa i IPN, które przedstawiały jako pewnik agenturalną przeszłość Wałęsy. Ponadto w dokumentach sprawy znalazła się książka Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, poświęcona także tej kwestii. Sąd jednak całkowicie gołosłownie stwierdził, iż „nie było i nie ma” dowodów na to, że Wałęsa był agentem SB. Wyrok był ze strony składu sędziowskiego złożoną wobec mnie propozycją ugody: „dogadajmy się, nie chcemy Panu robić krzywdy, ale trzeba też iść na ustępstwo wobec Wałęsy”.

W sensie formalnoprawnym rzecz wyglądała tak: sąd podtrzymał wyrok pierwszej instancji, który oddalał powództwo Wałęsy, podtrzymał twierdzenie, że dochowałem należytej staranności w badaniu tej sprawy. A równocześnie uznawał, że skoro Wałęsie jest przykro i jest przecież sławnym człowiekiem, to trzeba go przeprosić. Ot, cały obecny wymiar sprawiedliwości w pigułce.

Co jeszcze jest interesujące w tej sprawie: zostałem zwolniony z wszelkich opłat sądowych, nawet ze zwrotu Wałęsie kosztów adwokackich. Skoro on zapłacił za ten proces, to chyba ja go wygrałem? Pewnie gdybym poprosił TVN, żeby opublikowali za darmo moje przeprosiny, oni by na to przystali. Skończyłoby się czymś bardzo typowym dla III RP: wilk syty i owca cała.

I nie zamierza Pan zapłacić? Ile kosztowało Wałęsę przeproszenie samego siebie?

K.W.: Nie zamierzam. To zdaje się 27 tysięcy za emisję przeprosin plus koszty komornicze. Gdybym zapłacił, zgodziłbym się na kompromitację polskiego sądownictwa. Wniosłem do tego samego sądu, ale pracującego w innym składzie, wniosek o wznowienie postępowania w sprawie. Mam poczucie, że ten nowy skład będzie respektować dokumenty, dowody i zeznania świadków w tej sprawie i ostatecznie wygram.

Jak Pan ocenia polski wymiar sprawiedliwości i kwestię wolności słowa w świetle tego, co stało się Pana udziałem w sporze z byłym prezydentem?

K.W.: Sytuacja jest kuriozalna. Konstytucyjna instytucja państwowa, IPN, zupełnie jawnie i oficjalnie uznała Wałęsę za agenta SB. Dlatego IPN odmawiał mu dostępu do określonych akt, ponieważ agentom się ich do wglądu nie daje. Jedna instytucja uznaje fakt, że był on współpracownikiem komunistycznych służb PRL, a druga – oczywiście w pełni niezależna – stwierdza, że dowodów na jego współpracę nie ma. Jeśli można w taki sposób „uprawiać” wymiar sprawiedliwości, to jest to katastrofa pod każdym względem. W przestrzeni publicznej hoduje się schizofrenię.

To jednak symptom znacznie szerszej sprawy o znaczeniu ustrojowym: w niskonakładowych publikacjach fachowych można wspomnieć, że Aleksander Kwaśniewski był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Alek”, jednak w dużych mediach nie wolno tego analizować, a nawet mówić głośno i wyraźnie. Mamy zatem rzekomo wolność słowa, ale zasada ta jest w podstawowym stopniu ograniczana ze względu na interes postkomunizmu. Nikt też głośno w mainstreamowych mediach nie mówił, że Lech Kaczyński był pierwszym prezydentem III RP nie zarejestrowanym jako agent SB.

Wróćmy do Wałęsy. Jest w tym wszystkim osobą mocno arogancką – zmieniają się jego sojusznicy i przeciwnicy, a on sam z coraz większą megalomanią buduje własny mit: człowieka bez skazy, który w pojedynkę obalił komunę.

K.W.:Myślę, że jest to człowiek bardzo nieszczęśliwy i głęboko samotny. W jakiejś mierze go rozumiem: on jest współtwórcą, ale i zakładnikiem tego systemu, służy jako parawan różnym ludziom, chroni ich przed odpowiedzialnością za ich zdradę, za ich zbrodnie, za kolaborację z sowietyzmem. Owszem, szkodził Polsce, być może powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Ale w polskim życiu publicznym nadal działają gorsi od niego. Oni w pełni znają jego przeszłość i trzymają go na smyczy.

A to, że część mediów udaje, że go szanuje, cytuje jego opinie, nawet te wulgarne, agresywne i podłe, to tylko gra interesów. Układ posługuje się nim jak pałką, a on musi godzić się na to w strachu przed strąceniem z piedestału i upadku w nicość. Myśl o tym, co się z nim stanie, gdy całe to kłamstwo się wywróci, jest przerażająca: bo wtedy ten biedny, mały człowiek stanie wobec sytuacji, która może go zmiażdżyć.

Spora część tych ugrzecznionych wobec niego dziennikarzy i tak sprawia wrażenie, jakby chciała mu parsknąć w twarz śmiechem…

K.W.: On nie jest osobowością refleksyjną i nie ma świadomości, że wpadł w wir, z którego już nie można się uratować. Poza tym nie zapominajmy, że to człowiek wywindowany z ogromnej nędzy, z biednego domu w Popowie, z biednego osiedla na Stogach, prosto w „przepastne wyżyny”. To jest ogromne, nieludzkie przyspieszenie, odbierające rozum i tłamszące duszę. Może większe niż to, które wynosi kosmonautów w przestrzeń okołoziemską. Oni tracą wtedy na jakiś czas przytomność. I myślę, że w przypadku Wałęsy mamy do czynienia właśnie z taką utratą przytomności: zbyt wielu ludzi mu kadziło, całowało po rękach, Michnik ze łzami w oczach klęczał przed nim, wychwalając jego geniusz. Może to takie doznania spowodowały, że stracił samokontrolę i np. Nobla dla „Solidarności” uznał za nagrodę wyłącznie dla siebie…

Wałęsa z pewnością wie, że nie stać Pana, by zapłacić takie pieniądze. Niestety sprawia wrażenie, jakby chciał Pana zniszczyć. Gdyby miał Pan możliwość powiedzieć mu w twarz, co o tym sądzi – co by to było?

K.W.: Nie chcę już z nim rozmawiać, choć żal mi go bardzo. Mówił wprost, że mnie zniszczy, powtarzał to na sali sądowej. Ale to jest poza jego możliwościami. Groźby Wałęsy to pisk myszy, która już wszystko przegrała i krzyczy z przerażenia.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 20 grudnia 2012 r.