Efekty samorządu uczniowskiego w Polsce

Wychowanie moralne

1. Ogólne wyniki samorządu pod względem moralnym są dodatnie wszędzie (kilka wyjątków). Formułują się w następujący sposób: „rozwój poczucia godności osobistej i odpowiedzialności zbiorowej”, „kształci wolę, uprzejmość, solidarność, prawdomówność”, „samodzielność, odpowiedzialność, solidarność, zaufanie do przełożonych”, „tępi egoizm, kłamstwo, kradzież, plotkarstwo”, „w klasie wzięły górę jednostki najlepsze, które pociągają za sobą oporniejsze”, „kształci wolę, urabia charakter, budzi i rozwija instynkty społeczne, zabija egoizm, rozwija altruizm pod warunkiem aktywizacji wszystkich jednostek wchodzących w skład danej grupy samorządowej”, „szczerość, rozwój odwagi cywilnej”, „zmniejszenie się bójek, nie ma skarg, nic nie ginie, porządek, mniej kłamstwa, więcej szczerości, spotęgowanie ambicji”, „zaradność w rozmaitych sprawach szkolnych i pozaszkolnych, współżycie i wzajemna pomoc”, „zrozumienie pojęcia zła i dobra bez względu na karę i nagrodę”. Są to motywy, które powtarzają się w różnych wariantach i połączeniach wszędzie. Kilka wyjątków brzmi przeważnie lakonicznie: wyniki są „małe” (po 4 miesiącach), „wątpliwe” (po roku przerwany), samorząd jest „bez wpływu”, „niezupełnie zadowalające, ale jest postęp” (po roku stosowania).

Pewne zastrzeżenie przy dodatnich wynikach ogólnych zawarte jest w następującej odpowiedzi: „Z ogólnych wyników byłem zupełnie zadowolony. Klasa w krótkim czasie przeistoczyła się w grupę poważnie traktujących swe obowiązki osobników. Wzrosło poczucie odpowiedzialności, ale, co gorsza, zniknęła z twarzyczek wesołość, ustępując miejsca zbytniej stosunkowo powadze”.

2. a) Więcej nieco ograniczeń (45 wypadków) daje odpowiedź pozytywna co do ducha pomocy wzajemnej, wyrabianego w pracy samorządowej. W 33 wypadkach wynik taki dał się zauważyć tylko „częściowo”, stosunek ten wyrażany jest nieraz ściślej, np. u 50%, 3/4, 25–75%. U innych wynik jest „mały” albo „żaden” (po 3 miesiącach stosowania), albo też „jeszcze” nie nastąpił (po roku); czasem też wymagania lub nadzieje widocznie są zbyt wygórowane, np. „tego (dobrych wyników w tym kierunku) nie zauważyłem – może ze względu na wiek” (istotnie, dzieci są w wieku 8–9 lat, a nauczyciel stosuje samorząd od… 4 miesięcy). Niektórzy ograniczają wpływ samorządu w danym kierunku: osiągający wyniki w rozwoju ducha pomocy wzajemnej nie przypisują ich samorządowi albo nie wyłącznie. Jedna odpowiedź określa wyniki jako „obłudę”, inna zaś zastrzega się, że „byli tacy, co nadużywali pomocy kolegów”. Inni natomiast podkreślają bardzo duże wyniki w tym kierunku: „u niektórych dzieci aż do fanatyzmu” „nawet u 7–8-letnich mogą to stwierdzić”. Forma tej pomocy wyraża się przeważnie w pomocy przy nauce młodszych lub mniej uzdolnionych w pewnych przedmiotach; rzadziej w pomocy materialnej. W każdym razie jest tu 80% odpowiedzi pozytywnych bez zastrzeżeń.

b) Niewłaściwą dążność do wysuwania się na czoło spotyka się w 56 wypadkach stale, w 160 wypadkach „częściowo”, „rzadko”, w 147 wypadkach objawów takich nie ma. Niektóre odpowiedzi zawierają inne uwagi, np.: „zdarza się, ale czy to zawsze jest złe?” albo podobnie: „dążność tę uważam za bardzo właściwą”, „każdą ambicję wysuwania się na czoło można wykorzystać, przydzielając odpowiednią pracę; wolałem takich niż obojętnych”. Dzieci, u których tę dążność się spostrzega, to albo dzieci młodsze, albo chłopcy, albo jednostki ambitne, albo „zdolne, ale często mniej wartościowe”, albo dzieci, „które to z domu wyniosły”, albo „w żeńskiej nie, w koedukacyjnej tak”. Jak różne (a może i niepewne) jest doświadczenie nauczycieli pod tym względem, dowodzi zeznanie 8 nauczycieli (różnych klas w jednej szkole (powszechnej): 4 razy – tak, 1 – często, 2 – rzadko, 1 – nie.

c) Chęć krytykowania i obmowy występuje bez omówień w 71 wypadkach, jako zjawisko częste („wprost walczyć trzeba z tym”) w 2 wypadkach, czasem (rzadko, początkowo) w 105 wypadkach, u dziewcząt w 11 wypadkach, krytyka – tak, obmowa – nie w 22 wypadkach albo też jeżeli występują, to nie w związku z samorządem i nie jako skutek systemu lub przy źle prowadzonym samorządzie, albo też w czasie, kiedy istniał sąd, „przeto sąd został usunięty”, czasem „u tych, którzy piastowali urzędy”, czasem zaś przeciwnie, „hamuje się przez wybór krytyków do zarządu”, niekiedy samorząd wpływa na usunięcie poprzednio istniejącej wady obmowy.

d) Wzrost poczucia odpowiedzialności jest niemal powszechny, zaznaczony jest bez zastrzeżeń w 335 wypadkach, w tym w 31 wypadkach podkreśla się taki skutek jako wybitny, „może to najpoważniejsza zdobycz systemu”, „występuje to już od samego początku”, „już po trzech miesiącach pracy i wśród najmłodszych dzieci się objawia”.

Częściowe wyniki otrzymało 14 nauczycieli, nie uzyskało dobrych wyników w tym kierunku zaledwie 11 odpowiadających; inni jeszcze uzależniają osiągnięcie poczucia odpowiedzialności od dobrego prowadzenia samorządu, od typu dziecka, od jego wieku (jedni od starszego, inni od młodszego), od sprawowania przez nie urzędu, od długości pracy.

e) Skłonność do sądzenia i sprawiedliwości spotyka się również bardzo często, acz nie powszechnie, przy tym więcej jest różnorodnych zastrzeżeń. Bezwzględnie przyznaje taki skutek 264 nauczycieli, przyznaje sprawiedliwość, zaprzecza sądzeniu – 10, reszta zaprzecza obojgu, wyrażając przekonanie, że dzieci umieją wytykać błędy, ale nie sądzić obiektywnie, że „gdyby nie osoba wychowawcy, sprawiedliwość ucierpiałaby na korzyść uczucia”, że „duża impulsywność (dzieci) utrudnia prawidłowy wymiar sprawiedliwości”, wymiar sprawiedliwości jest zbyt surowy.

f) Podobnie przedstawia się wyrabianie przez samorząd większego panowania nad sobą: w 293 wypadkach wynik taki osiągano bezwzględnie, w 23 wypadkach tylko częściowo („rzadko”, „nie u wszystkich”, „u paru”), w kilku tylko wypadkach u tych, którzy zajmowali stanowiska odpowiedzialne lub tylko po dłuższym stosowaniu samorządu albo też z trudnością, czasem osiągało się tylko „dobre chęci”, w 10 tylko wypadkach wyników w tym kierunku nie uzyskano.

g) Znacznie słabszy wynik otrzymało się w kierunku poszukiwania kompromisu, bo tylko w 181 wypadkach bezwzględnie, w 27 wypadkach częściowo, w 7 tylko u starszych albo u tych, co pełnią urzędy, w 67 wypadkach wyników w tym kierunku nie osiągnięto; jedna z odpowiedzi zaznacza, że praca w samorządzie nie usposabia do kompromisu, raczej do radykalizmu. Czasem odpowiedzi budzą wątpliwości, wynikają bowiem ze zrozumienia pytania, jako dotyczącego niegodzenia sprzecznych interesów grup lub sprzecznych mniemań, lecz schodzenia z linii uznanej za właściwą; na przykład zdarzyło się to „u kilku mniej wartościowych” albo kompromis „między dobrem a złem? Tak, stanowi to, niestety, wadę nie tylko młodzieży, ale i ogółu społeczeństwa, z którego ona pochodzi”.

h) Skłonność do intryg występuje dość rzadko: w 31 wypadkach wymieniona jest bez zastrzeżeń, w 70 wypadkach z oznaczeniem „rzadko”, „czasem”, „wyjątkowo”, „w ciągu 10 lat zauważyłem tylko 4 razy”, „w ciągu 5 lat dwa wypadki”, w 4 wypadkach „z początku”, w 4 wypadkach „w okresie dojrzewania”, „w klasach wyższych” (gimnazjum), w 10 wypadkach „wśród dziewcząt”, w 3 wypadkach „u pewnych typów”, np. u „ambitnych a mało uspołecznionych”, w 3 wypadkach samorząd taką skłonność „zmniejsza”, czasem na tle narodowościowym lub religijnym. W 154 wypadkach skłonność ta nie występuje wcale.

i) Natomiast częściej występuje nadmierna ufność do własnego zdania i pewność siebie, bo na ogół w 158 wypadkach, przy czym jednak w 116 wypadkach wymieniana jest jako objaw rzadki, występujący u inteligentnych, u starszych (4 odpowiedzi), to znowu u młodszych (1 odpowiedź) lub nawet w klasach średnich gimnazjum albo też u „jedynaków”, „u członków zarządu”, „u niektórych, o ile zbyt długo piastują urząd”. W 6 odpowiedziach zaznacza się, że skłonność ta, o ile występuje, nie może być uważana za skutek systemu samorządowego, lecz że najwyżej „samorząd wyzwala tę skłonność”, ale jej nie wytwarza, „u jednostek, mających te właściwości z natury, samorząd potęguje je”. Uznając pewien wpływ samorządu na wytwarzanie się tych skłonności u pewnych jednostek lub grup, podkreślają równocześnie niektórzy zjawisko odwrotne, pewnej uległości, „przygaszenia” względnie reakcji oporu ze strony tych jednostek lub grup, które nie mogły się wybić.

Objawu pewności siebie pod wpływem instytucji samorządu nie dostrzeżono w 108 wypadkach.

3. Ułatwianie przez samorząd uczniowski samowychowania stwierdzone jest przez wszystkie odpowiedzi z wyjątkiem jednego wypadku stanowczego przeciwnika tej metody. Niektórzy podkreślają znaczenie samorządu w tym kierunku jako „jedyny środek” albo „główny cel”. W kilku wypadkach są drobne zastrzeżenia, jak np. że to środek tylko częściowy (3 odpowiedzi), że jest mało skuteczny w zastosowaniu do dzieci poniżej lat 14. lub do dziewczynek w tym wieku, lub do dzieci słabych i nieśmiałych, które wolą podporządkowywać się tylko innym, wreszcie, że wyniki w tym kierunku są na ogół dobre, ale „spotkałem jednostki, u których samorząd uwydatnił silniej zboczenia”, „zwiększa to konieczność czuwania wychowawcy nad kierunkiem tego samowychowania. Łatwo o zboczenia: fałszywa ambicja itp.”.

4. Równie jednomyślna jest opinia o objawianiu się w samorządzie charakteru indywidualnego wychowańców. Wprawdzie odpowiedzi negatywnych jest nieco więcej, bo 3, ale też mniej zastrzeżeń, że udaje się to tylko w małym stopniu lub u niektórych; takich zastrzeżeń jest 4. Natomiast w kilku wypadkach uznano samorząd za jedyny względnie najlepszy środek do poznania wychowanków, „nawet skrytych i pojedynków”, przy czym samorząd ujawnia nie tylko „typy bardziej aktywne, pomysłowość, trafność sądu, zaradność, inteligencję i inicjatywę”, ale także „ofiarność lub aspołeczność”, albo „często niezaradność życiową uczennic lepszych, a samodzielność gorzej się uczących”.

5. Podobnie rzecz przedstawia się z poznaniem wychowanków pod względem moralnym. Stanowczo zaprzecza tej możności tylko 5 odpowiedzi, potwierdzają z pewnym ograniczeniem („często, ale nie zawsze”, „czasem”, „trochę”) 4 odpowiedzi, we wszystkich innych wypadkach odpowiedzi są twierdzące z podkreśleniem, że w tym kierunku „nie ma lepszego systemu w dzisiejszej szkole”, że „dopiero teraz poznałem dobrze swoje dzieci”, że system „dał wiele materiału i wiele ciężkich, ale i pięknych przeżyć”, że rezultaty były „często nawet rewelacyjne” lub że poznawało się dzieci „częściej pod względem ujemnym”.

6. Powierzanie odpowiedzialnych czynności w samorządzie, jako środek wpływu wychowawczego na kolegów, nie było stosowane w 81 szkołach, przy czym tylko w 3 z uzasadnieniem, że miało się w tym kierunku „złe doświadczenie”, „wynik niepomyślny” lub że unikało się tego, ponieważ stanowi „pole do nadużyć i złośliwości, co się może minąć z celem”. W 267 wypadkach jest ten środek stosowany, przy czym w 8 z zastrzeżeniem, że dzieje się to z inicjatywy nauczyciela albo też „stosuje to nauczyciel, nie podając tego samego uczniom, bo wykonywaliby pewne czynności z poczuciem, że to jest kara, co wpływałoby na niesumienność wykonania”. Niekiedy podkreśla się, że przeważnie stosował to nauczyciel sam, ale niekiedy także i dzieci, albo że właśnie metoda powstała samorzutnie. Zakres i formy tych czynności są dość rozmaite. A więc wybiera się „brudasów na porządkowych”, „niesfornych na wójtów”, powierza się nawet kasę „dziewczynce posądzonej o kradzież – skutek był doskonały”, „spóźniającej się – ewidencję nieobecnych i spóźniających się” albo „uczniowi, który się spóźniał, polecono badać temperaturę i notować przed godziną 8 – nie spóźniał się więcej”, „uczniowi, który często podlegał kodeksowi, powierzono misję sądzenia – skutek był pomyślny”.

Wpływ kolegów w samorządzie wyraża się także w innej formie: na przykład „starsze są opiekunkami młodszych klas” albo „czasem samorząd prosi o utrzymanie w zakładzie jakiegoś zagrożonego usunięciem chłopca, zobowiązując się rozciągnąć nad nim specjalną opiekę”.

[…]

Wychowanie społeczne

1. W kierunku wychowania społecznego wszystkie niemal samorządy, z wyjątkiem 3, otrzymały wyniki dodatnie. Wyjątki te sprowadzają się do następujących okoliczności: a) zdecydowanie ujemne ustosunkowanie się względem metody samorządowej w ogóle, wprowadzonej przez nauczyciela wskutek nakazu; b) „wątpliwe” wyniki ogólne samorządu wprowadzonego na próbę i przerwanego po roku, c) „ogólnie słabe” wyniki samorządu, wprowadzonego bez stadiów przygotowawczych do klasy przyzwyczajonej przez poprzedniego nauczyciela do surowego rygoru.

Poszczególnie wyrabiane zalety społeczne dzieci prowadzących samorząd zdefiniowane są jako: wyrobienie poczucia obywatelskiego, zrównanie społeczne klasy, zrozumienie idei demokratycznej, wiara w pracę zbiorową, sprawność techniczna w pracy zbiorowej, solidarność, poczucie zbiorowej odpowiedzialności, pogłębienie instynktów społecznych, spotęgowanie uczuć altruistycznych, ofiarność, poczucie prawa i sprawiedliwości, karność dobrowolna. Przykłady sformułowań: „zrozumienie istoty współżycia organizacyjnego, wzajemna tolerancja, poszanowanie prawa i władzy, umiejętność wspólnego rozstrzygania wszelkich spraw i wątpliwości, które nastręczają się w życiu dzieci”. „Samorząd szkolny, jako wyraz zorganizowanej i owianej jednym duchem społeczności szkolnej, okazał się dobrym środkiem wychowania społecznego, ponieważ pozwala uczniom poznać takie fakty społeczne, jak: solidarność, kierownictwo, podporządkowanie się woli jednostki kierowniczej, posłuszeństwo, współdziałanie, karność, obowiązkowość, poczucie potrzeby norm, lojalność, zdolności organizacyjne itd. Tu do pewnego stopnia zaznajamia się młodzież z techniczną stroną organizacji społecznych. Jeżeli chodzi o dziedzinę wychowania obywatelskiego, to ustrój samorządowy sprzyja krzewieniu i utrwalaniu pewnych cnót obywatelskich, jak: oszczędność (prawie wszyscy uczniowie posiadają książeczki oszczędnościowe), popieranie wytwórczości krajowej, ofiarność na cele państwowe (flota narodowa, liga obrony powietrznej i przeciwgazowej, budowa łodzi podwodnej, szkoły polskie na obczyźnie)”. „Współżycie i współdziałanie (zabawy uczniów starszych dla młodszych, odczyty), ofiarność (pomoc materialna i intelektualna, korepetycje bezinteresowne), zmysł społeczny i obywatelski (np. samorząd ustanowił stałe stypendium ku uczczeniu 10. rocznicy odzyskania niepodległości)”.

Rzecz godna podkreślenia, że praca organizacyjno-społeczna i wprawa w niej nabyta odzywają się w dalszym życiu. Niestety, nie zawsze szkoła ma możność śledzenia dalszych losów wychowanka. Niejednokrotnie wszakże fakty są przytoczone. Na przykład: „Informacje o pracy byłych wychowanków na stanowiskach nauczycielskich, ich zainteresowania społeczne, udział w samorządach, spółdzielniach, strażach ogniowych zachęcają do dalszej pracy nad samorządem szkolnym”. „Jednostki z samorządu pracują potem w zarządach kół młodzieży wiejskiej”. A potem: „Zżycie się, solidarność i poczucie odpowiedzialności wszystkich za uczynki jednego z nich przetrwały długo poza czas pobytu w szkole”.

2. Co do poszczególnych stron życia zbiorowego, samorząd dał uczniom pojęcie o tym, co to jest: a) prawo – w 198 wypadkach, b) sąd – w 159 wypadkach, c) sejm – w 169 wypadkach, d) podział władz – w 187 wypadkach. W innych wypadkach albo tych pojęć nie dał, albo tylko je zbliżył lub ułatwił, albo też, jak w sposób charakterystyczny zeznaje jeden z nauczycieli, uczniowie znają te pojęcia skądinąd, „ale tu poznają technikę”. W każdym razie w tym kierunku samorządy uczniowskie w Polsce w większości wypadków nie są nastawione.

3. Natomiast w kierunku wychowania obywatelskiego samorząd wychowuje bez zastrzeżeń według 314 odpowiedzi, przy czym w 46 wypadkach czyni to w sposób wybitny, jest „najlepszym”, a nawet „jedynym środkiem”, „jednym z głównych zadań”, „jedyną realną prawdziwie «poglądową» formą tego wychowania w szkole powszechnej i niższym gimnazjum, niezbędną również na poziomie wyższym”. W 21 wypadkach samorząd tylko przyczynia się do wychowania obywatelskiego lub w niewielkim stopniu może być do tego pomocny. W niewielu wypadkach spotykamy zastrzeżenia: „jeśli w planie lekcyjnym udzielić na to czasu”, „stopień zależy od typu samorządu”, „całkowicie nie daje, gdyż nie posiada wszystkich znamion komórki życia obywatelskiego”, „może być pomocą, ale nie mniej ważnym czynnikiem jest atmosfera życia obywatelskiego wytworzona przez Dyrekcję i Radę Pedagogiczną”, „względnie stosowany – tak, inaczej stwarza warcholstwo”, „o ile jest prowadzony poważnie i systematycznie przez szereg lat”, „tylko obejmujący wszystkie klasy i o jednym systemie”, „sam – nie, może tylko pomagać skutecznie innym zabiegom szkoły”.

4. Zagadnienia mniejszości narodowych i wyznaniowych w większości samorządów (60%) nie są poruszane bądź dlatego, że szkoła jest pod względem narodowym i wyznaniowym jednolita, bądź dlatego, że dzieci są młode, bądź dlatego, że sprawy te nie należą do istoty samorządu i omawiane są na lekcjach i pogadankach historycznych, spółdzielczych, etycznych. Dobre wyniki wychowawcze w kierunku wyrównania sprzecznych interesów i uprzedzeń wobec mniejszości osiąga się więc i poza samorządem: „Mamy wśród wychowanek seminarium grupy wyznaniowe: ewangelicką, prawosławną i żydowską, po kilka uczennic każdej grupy w całym seminarium. Stosunki koleżeńskie wszystkich grup są najserdeczniejsze. Żydówki wybierane bywają do zarządu. Nie jest to jednak zasługą samorządu uczniowskiego, tylko ideologii Rady Pedagogicznej, która oddziałała na uczennice”. Często nauczyciele wprost pomijają te tematy w szkołach o składzie mieszanym, aby uniknąć zadrażnień, gdy tymczasem w innych szkołach o takim składzie życie samorządowe samo przynosi z sobą takie zagadnienia, które wymagają rozstrzygnięcia. Praca na terenie samorządu w kierunku zwalczania tych antagonizmów nie zawsze jest skuteczna, bo silnie działają tu wpływy domu, ale niejednokrotnie daje jednak dobre wyniki. Tak np. kwestie te powstawały z początku, „potem przestały istnieć wskutek wpojenia tolerancji” albo powstają „szczególnie przy urządzaniu wspólnych prac, jednak z domu dzieci wynoszą złe nastawienia i nienawiść do mniejszości, którą zwalcza się jednak skutecznie”, „większość dzieci nie chce zastanawiać się nad sprawiedliwym ujęciem praw, przysługujących mniejszościom narodowym, sądzę, że nastawienie takie jest wynikiem wychowania domowego”.

Pomijanie zasadniczego rozpatrywania zagadnień mniejszości jest nieraz celowe i metodyczne: „Unikamy tych zagadnień, ujmując rzeczywistość szkolną z punktu widzenia równości obywatelskiej bez uwzględnienia różnic narodowościowych i wyznaniowych”, „natomiast wpajamy w dzieci szacunek dla państwa jako zbioru i ochrony interesów zamieszkujących w nim różnych narodowości i wyznań”, albo: „traktuję dzieci jednakowo bez dyskusji i zastanawiania się”. W innych wypadkach samorząd, nie rozwiązując tych spraw z góry i teoretycznie, jest praktyczną szkołą wyrobienia sobie sprawiedliwego podejścia do trudności. „W gminie jest 10 Żydów. Z wprowadzeniem samorządu wyeliminowano Żydów, względnie nie pozwolono Żydom sprawować żadnych urzędów w gminie, mimo iż większość z nich to najzdolniejsi i najpilniejsi uczniowie. Przy ponownych wyborach weszli do zarządu gminy dwaj Żydzi, większość bowiem przekonała się, że będą lepszymi urzędnikami niż każdy inny”. Podobnie: „Kwestie te wyłaniają się często przy wyborze przodowników i dają sposobność zrozumienia, że dobrym, obywatelem (klasy, szkoły, państwa) może być każdy rozumny i uczciwy człowiek, który pracą swoją dla dobra gminy lub państwa nabywa różnych praw, mimo różnicy wyznania czy narodowości”.

5. Sąd polubowny był instytucją, do której praca samorządowa uciekała się w niewielu stosunkowo, bo w 54 wypadkach. Zazwyczaj w tych wypadkach odwoływano się do wychowawcy, jako do „superarbitra” lub „rozjemcy”.

6. Stronnictwa powstawały w 109 samorządach. Były to przeważnie ugrupowania czasowe, doraźne, wynikające na tle poszczególnych spraw, czasem w związku ze zdarzeniami życia pozaszkolnego („przed wyborami do ciał ustawodawczych – na tle przynależności rodziców do ugrupowań politycznych”). Samorząd jako taki rzadko je wytwarzał, „raczej tylko ujawniał, bo istniały niezależnie od niego”. Jeżeli więc ujawnia się w nim rywalizacja grup, „przyczyna tego leży we wpływie domu, imprez teatralnych i organizacji pozaszkolnych, które na młodzież wpływ swój wywierają, niwecząc, a nawet do pewnego stopnia anulując pracę nauczyciela, przejętego np. wychowaniem pacyfistycznym, lub też dając dzieciom możność wnikania w te sprawy, zagłębiania się i wyciągania nieodpowiednich wniosków”.

7. Stron niedogodnych dla życia klasy samorząd nie miał w 185 wypadkach. Dość często zatem był połączony z trudnościami w różnych kierunkach. W kierunku organizacyjnym, gdy np. „nie obejmował całokształtu życia szkolnego i nie był uznawany i poważnie traktowany przez ogół grona nauczycielskiego”. W kierunku utrzymania karności: „brak natychmiastowej egzekutywy”, „czasem nieład”. W kierunku pracy naukowej: „czasem wpływał ujemnie na inne obowiązki”, wywoływał „zaniedbanie w nauce”, „absorbował nieraz czas przeznaczony na przedmioty naukowe”, „absorbował czas i energię umysłową”. W kierunku moralnym: „podchodzenie nauczyciela, umizgi względem przełożonych”, „niektórzy starali się pochlebiać wychowawcy lub szefom”, „rozwinął zmysł pieniactwa”, „chęć wywyższenia się niektórych”. W kierunku społecznym: „koterie narodowościowe”, „antagonizmy”, „wprowadzony zbyt wcześnie, zamiast łączyć, rozdrabniał (koterie, intrygi, stronniczość)”. Czasami wynikać mogą niedogodności dalej jeszcze sięgające. „Przy pewnych niedopatrzeniach wytwarzały się wśród członków samorządu nastroje opozycyjne względem szkoły, co utrudniało pracę wychowawczą. Objawy takie powstawały pod wpływem najrozmaitszych czynników, nie zawsze dających się przewidzieć, ulegały zawsze zlikwidowaniu dzięki znajomości młodzieży i taktowi wychowawców”.

Izrael – Żyd wśród narodów świata

Izrael – Żyd wśród narodów świata

„Gdyby na Ziemię przylecieli dzisiaj Marsjanie, obejrzeli programy informacyjne, przeczytali nasze gazety czy przyjrzeli się pracy ONZ, bez wątpienia byliby przekonani, że największym problemem ludzkości jest kraj wielkości stanu New Jersey” – dziwi się Dennis Prager, wykładowca uniwersytetu Stanforda oraz znany amerykański komentator polityczny.

O jaki kraj mu chodzi, wszyscy wiemy. Prager ma na myśli oczywiście Izrael. Gdzie leży maleńkie żydowskie państewko – wie prawie każdy europejski student. Izrael jest stałym „gościem” niemal wszystkich mediów na świecie. Regularnie pojawia się w raportach organizacji pozarządowych. Jest popularnym tematem protestów i akcji bojkotu. W takich krajach jak Francja sama nazwa Izrael jest w lewicowych środowiskach przyjmowana z irytacją.

Wszechobecny Izrael

Jednak gdybyśmy mogli oderwać się od codziennego szumu informacyjnego, zostawić nasze zasklepione, zunifikowane poglądy polityczne i choć na chwilę z dystansem spojrzeli na geopolityczną mapę globu, to okazałoby się, że zalew informacji na temat Izraela nie licuje z wagą problemu, jaki przedstawia on w skali światowej.

Weźmy na przykład kwestie praw człowieka. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy na temat izraelsko-palestyńskiego łamańca, zgodzić się należy, że kierujące się racjonalnym myśleniem media winny w pierwszej kolejności zajmować się regionami, w których prawa człowieka łamane są na największą skalę.

Podkreślmy: nie oznacza to, że redakcje nie powinny kłopotać się Izraelem. Wręcz przeciwnie. Jednak skoro opisując np. światowy kryzys, w pierwszej kolejności omawiają wydarzenia na giełdach najistotniejszych z perspektywy tegoż (Nowy Jork, Tokio czy Londyn), to czemu, zajmując się prawami człowieka, miałoby być inaczej? Najświętszą regułą doboru informacji jest przecież jej ważkość, a nie ideologiczny kontekst czy prywatne odczucia dziennikarzy.

Jednak gdy spojrzymy na ramówki serwisów informacyjnych, zobaczymy, że o ile w przypadku ekonomii jako tako obowiązują reguły dziennikarskiej grawitacji, o tyle zanikają one w materii praw człowieka i stosunków międzynarodowych. Tutaj jednym z medialnych beniaminków jest państwo żydowskie.

„Żaden naród w historii świata, włączając reżimy autorytarne czy totalitarne, nigdy nie był tak nieustępliwie, niesprawiedliwie i nieobiektywnie krytykowany i potępiany przez społeczność międzynarodową jak Izrael” – uważa znany amerykański jurysta oraz profesor uniwersytetu Harvarda, Alan Dershowitz.

Medialna rzeczywistość

Arytmetyka, fakty czy obiektywizm w ogóle w sprawie Izraela w mediach mają się nie najlepiej.

Mimo że w ciągu ostatniej dekady w konflikcie izraelsko-palestyńskim zginęło nie więcej niż pięć tysięcy osób (przytaczam tutaj nieweryfikowane statystyki strony palestyńskiej), jego medialna obecność przewyższa choćby konflikt w Darfurze, który pochłonął ponad 300 tys. ludzkich istnień. Na stronie Causes.com, będącej jednym z najpopularniejszych serwisów zrzeszających aktywistów z całego świata, znajdziemy ponad 5 tys. akcji związanych z konfliktem izraelsko-palestyńskim oraz 500 dotyczących Kurdów, czyli największego (25 mln osób) narodu bezpaństwowego.

„Ta obsesja na punkcie jedynej na Bliskim Wschodzie maleńkiej demokracji jest absolutnie irracjonalna” – kwituje Prager.

Winny jest jeden

Jeszcze gorzej sprawa ma się na arenie międzynarodowej. Nawet pobieżna analiza prac ONZ dobitnie pokazuje podwójne standardy, jakimi kieruje się ta organizacja. Rekordzistką jest Komisja Praw Człowieka (KPC) ONZ, która przez niektórych dyplomatów nazywana jest maszynką do oskarżania Izraela.

Od czasu założenia jej w 1946 roku KPC spędziła więcej czasu debatując w sprawie państwa żydowskiego niż na temat jakiegokolwiek innego kraju.

Podczas gdy w okresie od 2006 do 2010 roku delegaci KPC uchwalili 20 rezolucji potępiających państwo żydowskie, Koreę Północną skarcili raz. W 2012 r. ONZ było wyjątkowo zapracowane – Izrael zdołało ukarać 19 razy. Niestety na zbrodniczy reżim syryjski – którego to działalność w tym czasie pochłonęła życie co najmniej 40 tys. osób – najwyraźniej nie starczyło czasu, gdyż pod jego adresem dyplomaci wystosowali tylko jedną rezolucję.

W 2002 roku Lawrence Summers, ówczesny prezydent uniwersytetu Harvarda, wygłosił znane przemówienie dotyczące zjawiska narastającego antysemityzmu w środowiskach akademickich. Działalność ONZ ocenił wtedy jako „zjadliwą”.

„Sponsorowana przez Organizację Narodów Zjednoczonych Światowa Konferencja Przeciwko Rasizmowi[z 2001 roku]– podczas gdy zupełnie pominęła kwestie łamania praw człowieka w Chinach, Rwandzie lub jakimkolwiek kraju arabskim – wydarzenia w Izraelu kwitowała terminami »czystka etniczna« czy »zbrodnia przeciwko ludzkości«” – tłumaczył.

Dziwny bojkot

W ciągu ostatnich kilkunastu lat obserwuje się drastyczny wzrost inicjatyw nawołujących do bojkotu Izraela. I tym razem podwójne standardy organizatorów tego typu projektów/idei widać jak na dłoni.

W tej sprawie wielokrotnie wypowiadał się m.in. Summers. Kilka lat temu na spotkaniu w Memorial Church na uniwersytecie Harvarda podkreślał, że podczas gdy „setki europejskich pracowników akademickich apelują o zaprzestanie wspierania izraelskich naukowców, uniwersytetów i placówek badawczych, nie obserwujemy tego typu ruchów pod adresem jakiegokolwiek innego kraju”.

Ta sytuacja – gdy ponownie postaramy się o obiektywizm – razi. Przypomnijmy jedynie, że Izrael od lat zajmuje miejsca w ścisłej czołówce rankingów oceniających poziom demokracji czy edukacji akademickiej. W tegorocznym prestiżowym Democracy Ranking nie tylko zdeklasował wszystkie państwa arabskie, ale – zajmując 21. pozycję – wyprzedził również takie kraje jak Polska (nr 30) czy Włochy (nr 29).

Izraelski Sąd Najwyższy od lat jest uznawany za jeden z kilku najlepszych tego typu organów nadzorczych świata. Raji Sourani, założyciel oraz dyrektor Palestinian Center for Human Rights in Gaza, znany ze swoich niezwykle ostrych opinii na temat państwa żydowskiego, podkreśla, że jest „ciągle zaskakiwany wysokimi standardami izraelskiego systemu sprawiedliwości”.

Nie zmienia to jednak faktu, że dla wielu środowisk akademickich to Izrael – a nie Arabia Saudyjska (kobiety oficjalnie obywatelem drugiej kategorii), Kolumbia (masowe zabójstwa obrońców praw człowieka) czy Erytrea (ostatnie miejsce na Ziemi w rankingu wolności prasy organizacji Reporterzy Bez Granic) – jest jedynym celem zmasowanych akcji nawołujących do bojkotu.

LGBT zniesmaczone Tel Awiwem

Kolejną grupą, która w sposób zastanawiający koncentruje się na krytyce Izraela, zdaje się być część środowisk mniejszości seksualnych (LGBT). Kiedy w 2011 r. Tel Awiw otrzymał przyznawany przez organizacje turystyczne tytuł „Gejowskiej stolicy świata”, w kręgach LGBT pojawiły się jednak głosy oburzenia. Kraj przedstawiano jako nagminnego łamacza praw osób o odmiennej orientacji seksualnej, całkowicie pomijając przy tym rzeczywistość.

Podkreślmy, że państwo żydowskie jest i było jednym z prekursorów równouprawnienia środowisk LGBT. Już w 1963 r. izraelska prokuratura krajowa ogłosiła, że nie będzie prowadziła żadnych spraw wymierzonych w prawa homoseksualistów. W 1994 r. zalegalizowano konkubinaty tej samej płci. W 2008 r. Sąd Najwyższy umożliwił małżeństwom homoseksualnym adopcję dzieci. Ponadto Izrael ma najwyższy na świecie poziom poparcia dla małżeństw jednopłciowych.

– „Izrael jest dzisiaj jednym z nielicznych krajów na świecie, który gwarantuje gejom i lesbijkom równe prawa w niemal wszystkich dziedzinach życia” – konstatują autorzy „Completely Queer: The Gay and Lesbian Encyclopedia”.

Te fakty zdają się nie mieć jednak żadnego wpływu na działaczy LGBT. Podczas niemal każdej większej europejskiej manifestacji możemy zobaczyć grupy aktywistów maszerujących pod hasłami „Queers for Palestine”. To hasło winno wprawiać w konsternację osoby o jakiejkolwiek wiedzy na temat sytuacji osób LGBT na Bliskim Wschodzie.

Nie wdając się w drastyczne opisy tego, jak na terenach Autonomii Palestyńskiej władze, a często sąsiedzi, obchodzą się z osobami LGBT, powiedzmy jedynie, że w Izraelu obecnie ukrywają się tysiące tego typu palestyńskich uciekinierów. Uciekając przed szykanami, torturami czy chcąc bronić dobrego imienia rodziny, znajdują schronienie właśnie na terenie państwa żydowskiego.

W prawie każdej większej aglomeracji zlewają się oni z lokalnym bujnym środowiskiem LGBT i tworzą własny emigracyjny mikrokosmos. Jedną z takich półoficjalnych komun widziałem niedawno w Hajfie, trzecim co do wielkości mieście Izraela. Na Rehov Galgal, jednej z tamtejszych uliczek przyportowych, jak grzyby po deszczu wyrastają kawiarnie, bary i restauracje „LGBT Friendly”.

Histeryczna historia

Kolejnym zastanawiającym podwójnym standardem, zarezerwowanym jedynie dla konfliktu żydowsko-palestyńskiego, jest rola historii w narracji mediów czy naukowców. Dominujący dyskurs jest po prostu ahistoryczny.

Podczas gdy Izrael prezentowany jest jako regionalny agresor, konkwistador, który przybył do brzegów Palestyny nagle i z jasnym planem podporządkowania sobie tamtejszej ludności „tubylczej”, Palestyńczycy są przedstawiani wyłącznie jako niewinny, pragnący pokoju naród.

W tym scenariuszu sporo jest jednak nieścisłości. Po pierwsze stawiając znak równości między przybywającymi do Palestyny syjonistami (ten zwrot, nawiasem mówiąc, wśród warszawskiej lewicy zaczyna być używany jako dyskredytujący epitet) a konkwistadorami Cortesa, wyrządzamy tym pierwszym ogromną niesprawiedliwość.

Hiszpańscy wojacy obracając w ruinę azteckie imperium oraz eksterminując tamtejszą ludność, byli zwyczajnymi najeźdźcami. Reprezentowali europejskie imperium, którego jedynym interesem w Ameryce Południowej było znalezienie wszystkiego, co przedstawia większą wartość. Następnie upakowanie tego na statki i przewiezienie do ojczyzny.

Wstrętni syjoniści

Ruch syjonistyczny nie miał na celu działań łupieżczych. Był atrakcyjny głównie dla prześladowanej w Europie od setek lat żydowskiej biedoty, która w Palestynie upatrywała szansy na lepszą przyszłość. Nadzieją na powrót do historycznej ojczyzny narodu wybranego.

Ta „historyczność” jest tutaj kluczowa. Gdy konkwistadorzy czy koloniści podbijali terytoria im obce, Żydzi przyjeżdżali do Palestyny, krainy, z którą kulturowo związani byli od tysiącleci. Co więcej, na miejscu spotykali nie tylko palestyńskich Arabów, ale także Żydów.

Na terenach dzisiejszego Izraela, w takich miastach jak Hebron czy choćby Jerozolima, przez wieki uchowały się przecież społeczności żydowskie. Jedyny okres, w którym dyskryminowani i regularnie przepędzani jerozolimscy Żydzi opuścili całkowicie swe „święte miasto”, to momenty na krótko po zburzeniu Drugiej Świątyni przez Rzymian oraz w trakcie krucjat.

Kierunek Palestyna

Izraelscy Żydzi w lewicowej narracji pojawili się w Palestynie właściwie w jednym momencie. Przybyli do brzegów nagle, doskonale znając sytuację tamtejszej ludności arabskiej. Następnie przemocą odbili „żyzne” terytoria od rdzennych mieszkańców i ustanowili państwo żydowskie.

Ta wersja ignoruje fakt, że okresowa żydowska imigracja do Izraela trwała od zawsze. Ruch syjonistyczny zapoczątkował sukcesywnie rosnące fale emigracyjne już w XIX wieku. Żydzi jadąc do Palestyny, wyruszali do jednego z najbiedniejszych i najmniej rozwiniętych zakątków Bliskiego Wschodu. Populacja na tym terenie od wieków była niewielka oraz bardzo chwiejna. Starozakonni nie jechali do „złotonośnego raju”, jak Hiszpanie, czy do żyznych prerii, jak osadnicy przybyli do Ameryki Północnej.

Jechali do kamienistych wzgórz Galilei i pustynnych terenów Negewu. Nie wybrali tego miejsca ot tak sobie, bo im było wygodnie.

Palestyna – wybór czy konieczność?

Traktująca o powstaniu Izraela lewicowa narracja wyprana jest także z tego, co nazywam ludzką perspektywą. Pozbawiona jest przyczynowo-skutkowej logiki historycznej. Pamiętać należy, że Żydzi – w odróżnieniu od europejskich najeźdźców – najczęściej opuszczali swoje domostwa nie dla czegoś, ale przed czymś. Uciekali przed biedą, dyskryminacją, pogromami. Jechali do Palestyny, bo musieli. Jechali, bo nie chciała ich Europa, bo nie wpuszczały ich Stany Zjednoczone, bo nie mieli się gdzie podziać.

Europa jednak nie chce o tym pamiętać. Nigdy nie przyjęła do wiadomości swojej odpowiedzialności za powstanie Izraela. A przecież ostatecznym impulsem konstytuującym projekt państwa żydowskiego były dogasające piece krematoryjne Auschwitz czy Mauthausen. To – do dziś nurtująca antropologów, socjologów i historyków – wroga postawa wielu Europejczyków wobec żydowskich sąsiadów dobitnie pokazała prawdziwe oblicze antysemityzmu. Antysemityzmu, pod którego podwaliny przez setki lat z wytrwałością godną lepszej sprawy kładli katoliccy, protestanccy i prawosławni duchowni.

Dziś czy wczoraj?

Mówiąc o żydowskich osadnikach, ocenia się ich z perspektywy ahistorycznej także dlatego, że wielokrotnie decyzje o przybyciu do Palestyny analizujemy z dzisiejszego punktu widzenia. Intelektualne elity patrzą na syjonistów nie z perspektywy powojennych obozów dla europejskich uchodźców, lecz zza przedzielonej murem bezpieczeństwa Wschodniej Jerozolimy AD 2012.

Ta postawa, często wyrastająca ze słusznych przesłanek, ma niestety niewiele wspólnego z faktami historycznymi. Jest szkodliwym i nieuprawnionym skrótem myślowym, w którym brakuje najprostszych faktów.

Choćby tego, że przedwojenni i powojenni imigranci, jadąc do Palestyny, nigdy nie słyszeli o Palestyńczykach. Historycznym faktem jest przecież, że to jeden z kilku najmłodszych narodów świata.

Warto nadmienić, że do 1967 r. liderzy palestyńscy nie domagali się własnego państwa, ale chcieli być zaanektowani przez sąsiednie kraje arabskie. To wraz z rosnącą liczbą Żydów wprost proporcjonalnie rosła palestyńska świadomość narodowa.

Te fakty oczywiście nie muszą zmienić naszych obecnych poglądów na wydarzenia w regionie. Niemniej bez nich ocena ruchu syjonistycznego jest tyleż błędna, co kłamliwa. Brak tego typu argumentów historycznych w medialnych debatach na temat syjonizmu pokazuje jedynie uprzedzenie, z jakim traktuje się Izrael.

Krótka pamięć

Lewicowa ahistoryczność najskrajniej przejawia się jednak w kwestii samego konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Tutaj też na pozór wszystko wydaje się proste. Żydzi w 1948 r. pozbawili Palestyńczyków kraju. Wygrali szereg wojen ze wspierającymi naród palestyński państwami ościennymi, po czym rozłożyli leżaki na telawiwskiej plaży.

Zapomina się całkowicie o tym, że od proklamowania Izraela jego obywatele stoczyli serię wojen z sąsiadami, których stawką było przetrwanie. Dla Żydów wojna o niepodległość z 1948 roku, wojna sześciodniowa z 1967 roku czy wojna Jom Kippur z 1973 roku – wszystkie były walką o utrzymanie państwa żydowskiego. Ze strony arabskiej były nieudaną próbą ludobójczą oraz zwykłą agresją terytorialną.

Zaznaczmy, że podczas gdy we wszystkich tych starciach armia Izraela swoje działania toczyła przeciwko wojskom nieprzyjaciela, to armie arabskie przeprowadzały akcje wymierzone także przeciw ludności cywilnej. Kiedy jawnym hasłem wojsk Egiptu, Libanu, Syrii, Iraku czy Jordanu było „wyrzucenie” wszystkich Żydów z regionu Lewantu, celem Izraelczyków była obrona kraju.

Wybiórcza retoryka

Nie chcąc dostrzec tych wszystkich faktów, lewica obarcza Izrael całą winą za obecną sytuację Palestyńczyków.

Zapomina przy tym, że historia palestyńskiej walki o niepodległość to przede wszystkim historia zmarnowanych szans na niepodległość. Jak mawiał wybitny izraelski dyplomata Abba Eban: „Palestyńczycy nigdy nie zmarnowali okazji, by zmarnować okazję”.

Trudno temu przeczyć. Palestyńczycy od 1937 roku (komisja Peela) do dziś regularnie odrzucają wszelkie propozycje, które umożliwiłyby im uzyskanie własnej ojczyzny. Ostatnio zrobili tak w 2008 r., gdy otrzymali najhojniejszą od początku istnienia Izraela ofertę pokojową. Wedle jej autora, premiera Ehuda Olmerta, przejęliby kontrolę nad niemal całością terytorium Zachodniego Brzegu, całą Strefą Gazy oraz nad Wschodnią Jerozolimą.

I tym razem strona palestyńska odrzuciła propozycję. Wadą planu w oczach arabskiej ulicy oraz elit politycznych był fakt, że uprawomocniał on nie tylko Palestynę, ale i państwo żydowskie. Czyli „syjonistyczny czyrak”, który do dziś na dobre nie zadomowił się w arabskich rachunkach geopolitycznych.

Jednak na przekór faktom historycznym media w swoich analizach dotyczących konfliktu bliskowschodniego są zaskakująco jednostronne. Solidaryzując się ze słabszą stroną sporu, zupełnie nie dostrzegają, że Palestyńczycy od pół wieku tkwią w politycznej matni na własne życzenie.

Regularnie powtarzane sondaże od lat pokazują, że Arabowie nie chcą mieć Izraela za sąsiada. Dlatego właśnie nie prowadzili i nie prowadzą z nim prawdziwych negocjacji pokojowych. Grudniowy sondaż Arab World Research and Development z siedzibą w Ramallah po raz kolejny ujawnił radykalną wizję polityczną Palestyńczyków: spośród 1200 respondentów mieszkających w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu 87,7% poparło walkę zbrojną z Izraelem.

Intelektualne lumbago

Na szczęście ta sytuacja ma również swoje jasne strony. Lewica – coraz śmielsza w jednostronnych analizach, powierzchownych ocenach i płytkich obserwacjach – po prostu bawi. Gargantuiczne brednie gonią tutaj kłamstwa ścigane przez nieścisłości, którym po piętach depczą lapsusy i niedopatrzenia.

Jeden z moich znajomych był niedawno na spotkaniu z Ewą Jasiewicz, znaną polsko-brytyjską działaczką propalestyńską. Opowiadał, że sala z rosnącym zainteresowaniem słuchała rewelacji na temat trwającej na Zachodnim Brzegu „czystki etnicznej”, prowadzonej przez izraelskich „żołdaków”. Ochoczo przyklaskiwała porównaniom izraelskiego muru bezpieczeństwa, wymierzonego w palestyńskich terrorystów, do muru oddzielającego Żydów stłoczonych w getcie warszawskim.

W pewnym momencie atmosfera na sali jednak jakby oklapła. Stało się tak po tym, gdy Jasiewicz przekonywała, że 5 milionów Palestyńczyków mieszkających w sąsiadujących z Izraelem krajach arabskich ma prawo powrotu na tereny państwa żydowskiego. „Każdy człowiek powinien móc wrócić do miejsca, w którym mieszkali jego przodkowie” – podkreślała zaaferowana aktywistka.

Zanim zorientowała się, że tego typu propozycja wygłoszona w… Szczecinie, w którym miało miejsce spotkanie, nie jest najlepszym pomysłem, sprawa palestyńska utraciła kilku bezkrytycznie nastawionych zwolenników.

Utopijny komunista patrzy na getto

Utopijny komunista patrzy na getto

Gdy spojrzeć z historycznego i ideowego dystansu na Piera Paola Pasoliniego, widać człowieka, który chciał pogodzić radykalną świeckość ze świętością. I to w życiu społecznym, w kulturze, nie w zaciszu ludzkiego sumienia. A równocześnie trudno nie dostrzec w nim nieledwie mizantropa, buntownika przeciw obcym i swoim, przeciw całej włoskiej rzeczywistości, która stała się jego udziałem. Jest także Pasolini autorem, którego twarde słowa, bezpardonowe oskarżenia, ostre wypowiedzi można odczytać – pilnując się uproszczeń – w dzisiejszej polskiej rzeczywistości. Również dlatego był prorokiem.

Wydany niedawno w Polsce tom „Po ludobójstwie. Eseje o języku, polityce i kinie” przynosi teksty opublikowane w latach 1972–1976 w trzech zbiorach: „Empiryzmie heretyckim”, „Pismach korsarskich” i pośmiertnych „Listach luterańskich” (choć najwcześniejsze artykuły ukazały się w prasie jeszcze w połowie lat 60.). Ich rozpiętość tematyczna jest znaczna: od języka włoskiego i jego dialektów, przez zagadnienia dotyczące niuansów sztuki filmowej, po kwestie ściśle polityczne i partyjne. To jednak tematyka zintegrowana: kultura stanowi dla włoskiego reżysera przestrzeń meta-polityczną, a polityka jest ważnym aspektem ludzkiej kultury, dotykającej zarówno serca (tego, co intymne), jak społeczeństwa (tego, co powszechne). Pasolini udowadnia swoimi esejami, że sztuczne jest oddzielenie działalności politycznej od świata kultury wraz z jej obyczajami, wieloznacznością, „dziwactwami”, a nawet „sentymentalizmem”. Polityka zaś w swojej radykalnej, marksistowskiej wersji ma prowadzić ku nowemu społeczeństwu.

Przyjrzyjmy się perspektywie historycznej, jaką odmalowuje Pasolini na kartach swoich esejów. Ona bowiem przynosi – niejednokrotnie opisane za pomocą symboli – rozdzielenie włoskiej rzeczywistości na dwie epoki: przed i po nastaniu uniformizującej, represyjnej i okrutnej cywilizacji „nowego faszyzmu”, jaką przyniósł neokapitalizm. Pasolini używa tego ostatniego terminu, nie precyzując go. Rozumiem, że opisuje w ten sposób kapitalizm po dwóch wielkich wojnach, kapitalizm konsumpcyjny, różniący się od wersji XIX-wiecznej, „klasycznej”, choćby masowością ujednoliconej produkcji, intensyfikacją użycia i znaczenia marketingu dla kreowania potrzeb, a także homogenizacją różnych klas społecznych poprzez narzucenie im podobnych aspiracji, obyczajów konsumenckich, kodów kulturowo-rynkowych. W nostalgiczny sposób, który nie czyni użytej metafory iluzją, ten „moment zmiany” opisany jest w „Artykule o świetlikach”. Pasolini pisze: Na początku lat 60. z powodu zanieczyszczenia powietrza i, przede wszystkim na wsi, z powodu zanieczyszczenia wody (błękitne rzeki i przezroczyste ruczaje) zaczęły znikać świetliki. Zjawisko to było nagłe i porażające. Po kilku latach świetlików już nie było. (Są dziś rozpaczliwym wspomnieniem z przeszłości: stary człowiek, który ma takie wspomnienie, nie potrafi rozpoznać w nowych młodych siebie samego z młodości, a zatem nie może mieć już pięknych, niegdysiejszych tęsknot). […] Reżim demokratyczno-chrześcijański miał dwie całkowicie oddzielne fazy, których już nie można ze sobą porównywać, zakładając niejaką ich ciągłość, ale które stały się wręcz historycznie niewspółmierne.

W latach 60. doszło we Włoszech do kolejnej rewolucji przemysłowej, której naczelne hasło brzmiało: „produkować i konsumować”. To właśnie doprowadziło do „znikania świetlików” (choć i bez cudzysłowu fraza ta byłaby poprawna). Ten moment przeoczyli także włoscy komuniści: nikt nie mógł podejrzewać rzeczywistości historycznej, jaką miała się stać niedługa przyszłość, ani też identyfikować tego, co nazywało się wówczas „dobrobytem”, z „rozwojem”, który miał po raz pierwszy we Włoszech dokonać w pełni „ludobójstwa”, o jakim w „Manifeście” mówił Marks.

A zatem w Italii dokonała się transformacja przemysłowa, ekonomiczna i kulturowa, nie naruszając przy tym pozornego ładu politycznego. Ten porządek oparł się na amorficznej, trudnej do instytucjonalnego zidentyfikowania, jak zwie ją Pasolini, „nowej Władzy”. Została ona przeciwstawiona „starej władzy” faszystowskiej, która nigdy nie miała dość sił ani odpowiednich narzędzi, by zawładnąć duszą ludu. Nowej Władzy ta sztuka się udała, ze skutkami, dla których historycznych analogii Pasolini szuka w nieodległych dziejach Niemiec: włoska trauma będąca skutkiem kontaktu między pluralistyczną „archaicznością” i przemysłowym zrównaniem może chyba tylko przypominać sytuację w Niemczech przed Hitlerem. Tu także wartości różnych, partykularystycznych kultur zniszczone zostały przez gwałtowną, ujednolicającą moc industrializacji: wraz z wynikającym stąd ukształtowaniem się ogromnych mas, już nie starych (chłopskich, rzemieślniczych), a jeszcze nie nowoczesnych (burżuazja), które utworzyły dziki, niedorzeczny, niespodziewany korpus oddziałów nazistowskich. Ważne jest także to, jak procesy transformacji wpłynęły na język. Włochy, szczególnie południowe, to (również dziś) niezliczona liczba lokalnych dialektów: Pasolini oskarżał kulturę neokapitalizmu, dyktaturę mowy telewizyjnej, że dokonała na tych dialektach nieledwie „językobójstwa” – wraz z okaleczeniem języków zmuszono do milczenia duszę włoskiego ludu.

Tym, na co Pasolini zwraca uwagę w wielu tekstach, niemal obsesyjnie, z pasją, jest właśnie homogenizacja nowej, powszechnej, drobnomieszczańskiej włoskiej kultury, która za fetyszem „rozwoju” – rozumianego jako przymus konsumpcji – ukrywa swą faktyczną reakcyjność. Materialny rozwój nie jest postępem: „Postęp” jest pojęciem idealnym (społecznym i politycznym), gdy tymczasem rozwój jest faktem pragmatycznym i ekonomicznym. Stąd zdehumanizowana „kultura rozwoju” myli wolność z permisywizmem, tolerancję ze zobojętnieniem, uniwersalizm z dyktaturą bezmyślności i uogólnień medialnych komunikatów. Jeszcze mocniej: kultura neokapitalizmu, burżuazja epoki industrializacji, zastępują wszystko, co cennego miała w sobie przeszłość (albo nieść mogła odmienna przyszłość utopijnego komunizmu) rzeczami na ogół bezwartościowymi. Epoka „produkcji i konsumpcji”, ingerując w tożsamość społeczeństwa i lokalnych społeczności, właściwie je przepoczwarzyła: Włosi stali się narodem zdegenerowanym, śmiesznym, potwornym, zbrodniczym.

Władza polityczna chadecji w tym kluczu stała się „pustką”. Nowa Władza używa jej jako fasady, za którą „stara burżuazja” (szukająca odniesienia w Kościele i traktująca z powagą swoje hasła o narodzie, wartościach, rodzinie) przegrywa walkę z „nową burżuazją”, kierującą się logiką ekonomicznego zysku i napędzającą rozwój konsumpcji. Sojusz między tymi siłami możliwy jest o tyle, o ile historia ludzkości ma być historią burżuazji: jej opowieściami o świecie, uzasadnieniami dla konfliktów i podziałów społecznych. Jednoczy zatem starą i nową burżuazję wspólny wróg – marksizm, komunizm, (niektórzy) komuniści.

Trzeba zrozumieć tę kwestię, by lepiej uchwycić, dlaczego Pasolini – mówiąc eufemistycznie – nie pasjonował się „nową lewicą” i tym, co umieszczała na swoich sztandarach. Kwestię aborcji, rozwodów czy studenckich walk z policją traktował konsekwentnie w tym kluczu historiozoficznym, który skonstruował i w którym widział wierne wypełnienie myśli marksistowskiej. Jeśli dziś w Polsce jest urywkami cytowany przez prawicę, to za cenę niemal całościowego okrojenia jego światopoglądu, łącznie z radykalną (z mojej perspektywy bardzo ograniczoną i wyrywkową) krytyką Kościoła rzymskokatolickiego, który uznawał za instytucję „bez Miłosierdzia”, na wskroś reakcyjną. Ta cząstkowa lektura – także na lewicy – powoduje, że Pasolini staje się niezbyt jasny i histerycznie zajadły jako autor ociekających pamfletyczną złością tekstów w rodzaju „PCI w ręce młodzieży!”. PCI to, rzecz jasna, Partito Comunista Italiano – Włoska Partia Komunistyczna.

Nie mamy w tomie „Po ludobójstwie” jasnego wykładu marksizmu Pasoliniego. Trzeba więc uznać, że tropy, które pozostawił, dają możliwość zrozumienia tego, co uważał w nim za najistotniejsze, tego, co rzeczywiście ma nie tylko interpretować, ale także zmienić świat. W tekście „Wystąpienie na kongresie Partii Radykalnej”, uznawanym za polityczny testament artysty, czytamy: jeśli ekstremiści walczą o prawa obywatelskie w rozumieniu marksistowskim pragmatycznie, w imię, jak powiedziałem, ostatecznej identyfikacji między wyzyskiwanym a wyzyskiwaczem – komuniści walczą o prawa obywatelskie w imię odmienności. Odmienności (nie zaś zwykłej alternatywy), która z samej swej natury wyklucza wszelką możliwą asymilację wyzyskiwanych z wyzyskiwaczami. W istocie bowiem Pasolini sądził, że te formy walki czy wręcz jej treści, jakie są udziałem „nowej lewicy” i socjaldemokracji (pojmowanej jako „rewizjonistyczna herezja” marksizmu), niczego w gruncie rzeczy nie zmieniają w strukturze neokapitalistycznego świata.

Robotnicy, chłopi, inteligencja, a nawet burżuazja stają się tu drobnomieszczanami, wychowywanymi przez telewizję, nieznośnie do siebie podobnymi w konsumpcyjnych aspiracjach pozbawionych jakiejkolwiek rzeczywistej Odmienności, zasklepionymi w nowomowie sloganów reklamy i sztucznie wytwarzanych potrzeb. W takim świecie umiłowanie wolności, które Pasolini jest skłonny przyznać intelektualistom socjalistycznym, komunistycznym, lewicowym intelektualistom katolickim, skodyfikowało się, zyskało pewność konformizmu, a wręcz terroryzmu i demagogii. Lewicowa inteligencja stanęła w szeregu klerków, którzy dopuścili się zdrady Odmienności, przyjmując nad sobą kuratelę cynicznego, neokapitalistycznego ustroju.

Pasolini nie traktuje marksistowskiego projektu Odmienności w kategoriach utopijnych, wręcz odżegnuje się od takiego postrzegania komunizmu. Mówi zatem, że stary „klerykalny faszyzm” został zastąpiony we Włoszech przez nowy „technofaszyzm”, a hedonistyczna ideologia narzuciła fałszywą tolerancję i fałszywy laicyzm jako kanony fałszywej realizacji praw obywatelskich. W takiej sytuacji istnieje następujące ryzyko: przestrzeń dla rzeczywistej odmienności rewolucyjnej zostałaby ograniczona do utopii albo do wspomnienia: redukując zatem funkcję partii marksistowskich do funkcji socjaldemokratycznej, choć, z historycznego punktu widzenia, całkowicie nowej. To spostrzeżenie ma swoje wymowne implikacje także w dzisiejszych, polskich realiach: w tej mierze np. „lewica obyczajowa” czy nawet lewica postkomunistyczna byłyby faktycznie socjaldemokracją, tyle że w historycznie i społecznie nowych warunkach. Byłyby/są socjaldemokracją, która z przyczyn historycznych, geopolitycznych i „geoekonomicznych” nigdy nie spełniła swoich „funkcji pierwszych” (historycznie i aksjologicznie): swoich społeczno-gospodarczych, kulturowych powinności wobec klasy robotniczej, pracowników najemnych, pracującej inteligencji, a także chłopstwa i biedniejszych warstw (prowincjonalnego) mieszczaństwa. To socjaldemokracja, która od razu weszła w rzeczywistość neokapitalizmu, mając za sobą albo brzemię nieistnienia („nowa lewica”), albo dyktatury, terroru, cynizmu i etycznego nihilizmu PZPR.

Wróćmy do Pasoliniego. Jeśli nie postrzega on swojej interpretacji marksizmu/komunizmu jako „utopii” lub „wspomnienia”, to czym on ma być? I co przeciwstawia zastanym realiom? Sam artysta odwołuje się z jednej strony do pewnych „sentymentalnych przeczuć”, do „uczuciowości” rewolucji, tworzy poetykę marksizmu przeciwstawioną trywialnej prozaiczności neokapitalizmu, z drugiej wskazuje wprost na aksjomaty marksowskiej historiozofii, kompletnie zapoznane w sowieckiej wersji komunizmu. Mówię tu o wizji porewolucyjnego zaniku państwa. Zacznijmy od pierwszej kwestii. W tekście „Z laboratorium. Poetyckie uwagi do językoznawstwa marksistowskiego” (1965 r.), poświęconym m.in. analizie języków/dialektów, jakimi posługiwał się Antonio Gramsci, napotykamy znamienny cytat, zaczerpnięty z twórczości włoskiego poety, Umberta Saby: Nie, komunizm nie ujmuje blasku pięknu i wdziękowi! Ta fraza jest „wyznaniem wiary” Pasoliniego w tajemnicę, jaką – wedle jego słów – rozum rozpoznaje i uznaje. Mamy do czynienia z sytuacją, w której intelektualista, konfrontując się na przykład ze skrajnie uproszczonym „marksizmem językoznawczym”, broni tajemnicy ludzkiej kultury, myśli i języka, nie cofając się przed nazwaniem jej naturalną poetyckością,irracjonalnym elementem. Jeśli uświadomimy sobie, do jak skrajnie zwulgaryzowanych form doprowadzono „racjonalizm” marksizmu choćby w ZSRR, zrozumiemy odmienność nastawienia Pasoliniego wobec całej kultury, także jej form archaicznych czy nawet archetypicznych, niesprowadzalnych do kanonów naszych racjonalizmów i racjonalizacji świata.

Co do kwestii dziejowych przeznaczeń marksizmu, Pasolini wskazuje po pierwsze na degenerację historycznie znanych form komunizmu. Nie wyciąga stąd jednak wniosku, że inny komunizm nie jest możliwy. Gdyby tak uczynił, pozbawiłby się jedynej chyba nadziei, jaką mógł przeciwstawić własnym analizom zastanej rzeczywistości. W tekście „Koniec awangardy” stwierdza,że istnieją pewne „szokujące formy” świadomości, które stanowią wyraz sprzeciwu zarówno wobec racjonalizmu burżuazyjnego, jak i marksistowskiego. Zauważa, że w narodach, które przeszły rewolucję komunistyczną (stalinizm, biurokrację, itd.), ustał rewolucyjny impet. Co zatem czynić? Skąd ratunek dla komunizmu? Odpowiedź, najistotniejszy chyba fragment, w którym Pasolini przedstawia pozytywny program dla marksizmu, ukryta jest w formie napomknięcia w jednym z przypisów. Pod adresem anarchii – pisze myśliciel – wciąż kieruje się dawne i słuszne zarzuty, które sformułował Marks. Co jednak wskazywał Marks jako ostateczny cel rewolucji? Unicestwienie państwa poprzez zniszczenie instytucji, na których się opierało (np. rodziny), oraz całkowitą decentralizację. To nie nastąpiło. Tak więc o ile Marks miał rację, gdy się denerwował na osoby – sympatyczne, lecz istotnie nieco szalone – które konkurowały z nim w jego dziele zniszczenia władzy państwowej, o tyle obecnie nie ma racji wpadający w złość komunistyczny funkcjonariusz.

I tu mamy właśnie do czynienia z fundamentalnym, radykalnym powrotem do utopii marksizmu, która oczywiście dla samych „wierzących” marksistów utopijna nie była/nie jest. Jest to marksizm anarchiczny, który przeprowadzony zgodnie z historiozofią komunistyczną miałby prowadzić do samoorganizującego się, wyzwolonego spod opresji państwa (i rynku) społeczeństwa obywatelskiego. O tym „nowym świecie” wiemy właściwie tyle, że miałby być Odmienny od wszystkiego, czego ludzkość doświadczyła w swoich dotychczasowych dziejach, w epokach feudalizmu, (neo)kapitalizmu i wszelkich ich wariacjach, w systemach innych niż zachodnie. Wobec tej perspektywy „radykalnej odmienności” marksistowskiej utopii, myśl socjaldemokratyczna, którą postponuje Pasolini, jest rzeczywiście jedynie zakładnikiem szarej rzeczywistości. Jeśli jednak uznać, że utopia to miejsce, którego nie ma, to, jako socjaldemokrata, zawsze wybieram możliwe zmiany zamiast nieistniejącej Odmienności, dla której realizacji żadnych szans nie widzę i do której zagadki każe się zdystansować historia realnego komunizmu.

Marksizm Pasoliniego, jego analizy neokapitalizmu nie wydadzą się nam nadto oryginalne, a może nawet wtórne, jeśli przypomnimy sobie choćby XIX-wieczne krytyki Zachodu czynione przez rosyjskich antyokcydentalistów (pozbawiona piękna i różnorodności „marynarkowa cywilizacja”, opisy Londynu Dostojewskiego, nadzieja na „rosyjski socjalizm” Hercena). Wspomnijmy także tęsknoty za przeszłością niemieckich romantyków, do których nawiązywał Marks, a wreszcie szkołę frankfurcką z popularną przecież teorią „soft-totalitaryzmu”.

Najistotniejszy jest jednak fakt, że Pasolini opisywał, interpretował i kontestował zastaną rzeczywistość – był zarazem teoretykiem, jak i „praktykiem sprzeciwu”. I próbował zachować wiarę w możliwość radykalnej zmiany. W tekście „Poza Pałacem” oprotestował „kulturę wykluczenia”, na jakiej opiera się burżuazyjny porządek świata, w którym gospodynie domowe istnieją jedynie jako przedmiot kpin, albo nie ma ich wcale. Pisał: wasze nieliczne wykształcone elity – socjalistyczne, radykalne, czy też postępowo katolickie – zduszone są z jednej strony przez konformizm, z drugiej przez desperację. Jedynymi, którzy walczą jeszcze o jakąś kulturę i w imię jakiejś kultury, skierowaną w stronę przyszłości, a zatem od samego początku pozostającą poza kulturami straconymi (klasową, burżuazyjną, i archaiczną, ludową), są młodzi komuniści. Ale jak długo jeszcze będą mogli bronić swojej godności?

Pozwolę sobie na pompatyczne zakończenie. Człowiek, jeśli jeszcze pozostał człowiekiem w świecie neokapitalizmu, gdy nie wierzy w Boga (ani Bogu), musi zaufać temu, co ma jakąś fundamentalną wartość aksjologiczną. Choćby wspólnocie z innymi ludźmi, ideom, także idei utopii – żeby nie oszaleć albo nie znikczemnieć. Żeby nie zapaść się w sobie, w tej części swojego człowieczeństwa, która chętnie odda się pod jakąkolwiek dyktaturę, a najchętniej pod taką, która da sytość zmysłom, bezmyślności i poczuciu bezpieczeństwa, jakie daje stado. Pasolini zaufał – moim zdaniem – utopii, a zatem temu aspektowi ludzkiej kultury, który na poły jest onirycznym marzeniem, na poły intelektualnym projektem. Zaufał wizji, która nie chciała pogodzić się z wiarą, że historia jest i może być jedynie historią burżuazji,czyli historią pisaną pod dyktando zwycięzców, przeciwko przegranym, przemilczanym, wbitym w ziemię. Być może jest to także imperatyw moralny, wszak twierdził, przeciwstawiając się światu bezdusznemu, w którym możliwości techniki zastąpiły wybory sumienia: Co w rzeczywistości czyni wykonalnymi – konkretnie, w gestach, realizacji – polityczne rzezie po tym, jak zostały obmyślone? Jest to przerażająco oczywiste: brak poczucia świętości cudzego życia, a także kres wszelkich uczuć we własnym życiu. […] Nie należy nadmiernie dyskredytować świętości; bez obawy też dobrze mieć serce.Ten sprzeciw wobec „łatwej dehumanizacji” jest z pewnością jedną z wizytówek myśliciela, znakiem jego krnąbrności wobec prostych schematów i truizmów oddzielających na ogół strony konfliktu lewicy z prawicą.

Pytanie, kim byłby Pasolini dziś, gdy spisano już skrupulatnie i bez złudzeń „czarną księgę komunizmu”. Zdaję sobie sprawę, że takie pytanie może być dla wielu niestosowne czy wręcz bezzasadne, „prawicowe”. Jednak to właśnie „Po ludobójstwie” uczy, że idee niosą odpowiedzialność, że wymagają odwagi myślenia, przede wszystkim wobec własnych, nie cudzych doświadczeń dziejowych i koncepcji kulturowych, politycznych, społecznych. Nic też dziwnego, że jeden z zawartych w tomie artykułów, „Język pisany rzeczywistości”, otwiera cytat z platońskiego „Fedona”: – Tylko strzeżmy się pewnego stanu, aby nas nie spotkał. Jaki stan? zapytałem. Abyśmy się nie zrazili do myśli, tak jak mizantrop się zraża do świata i ludzi. Bo nie ma – powiada – większego nieszczęścia, jakie by mogło człowieka spotkać, niż to, jeżeli ktoś się do myśli zrazi. A właśnie ta odwaga myślenia sprawiła, że Pasolini – utopijny komunista zbuntowany przeciw gettom, jakie zbudowała dla człowieczeństwa kultura neokapitalizmu – wart jest czytania i refleksji.

Pier Paolo Pasolini, Po ludobójstwie. Eseje o języku, polityce i kinie, Biblioteka kwartalnika KRONOS, Warszawa 2012, przełożyli Anna Mętrak, Izabela Napiórkowska, Mateusz Salwa.

Książkę można nabyć u wydawcy. Kontakt: Redakcja pisma „Kronos”, Instytut Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, ul. Krakowskie Przedmieście 3, 00–927 Warszawa, e-mail: redakcja@kronos.org.pl

Utopijny komunista patrzy na getto

Utopia w Hrubieszowie

O Stanisławie Staszicu powstało już wiele opracowań, które podsumowują dokonania tego wybitnego działacza polskiego oświecenia. Staszic to jednak nie tylko ksiądz, historyk, ekonomista, polityk, geolog czy filozof. Był on również społecznikiem, który szczególnie troszczył się o los chłopów, a także twórcą pierwszej na ziemiach polskich inicjatywy o charakterze zbliżonym do późniejszych organizacji spółdzielczych.

***

Istotny wpływ na poglądy Staszica wywarły podróże po Europie. Podczas pobytu we Francji zetknął się z ideą fizjokratyzmu, uznającą rolnictwo za najważniejszą gałąź gospodarki. Przesądziło to o postrzeganiu przez Staszica sprawy chłopskiej. W jego poglądach pojawił się swoisty kult ziemi. Zaczął uważać chłopów za stan najbardziej uświęcony i produkcyjny. W „Przestrogach dla Polski”upominał, by nie traktować ich jak niewolników, gdyż doprowadzi to do ruiny gospodarczej całego społeczeństwa. Jak zauważa Zbigniew Łotys, w odróżnieniu od współczesnych sobie moralizatorów, Staszic nie apelował w sprawie włościańskiej do dobrej woli szlachty, lecz wysuwał w obronie chłopów argumenty ekonomiczne. Przekonywał, że polepszenie doli włościan skutkować będzie wzrostem dobrobytu również wyższych klas.

Na podstawie doświadczeń z podróży stwierdził, że najbiedniejsi chłopi mieszkają na ziemiach polskich. Wzorem państwa, które przyczyniło się do poprawy bytu włościan, była dla Staszica Anglia. Kraj, który nie posiadał żyznych gleb, dzięki polityce agrarnej i zastosowaniu nowych środków uprawy był zdolny do wyżywienia społeczeństwa i rozwoju eksportu. Szczupła i niegdyś błotnista Anglia […] miliony ludzi żywi, zbyteczne jeszcze zboża sprzedaje, najmniejsze z królestw największe w Europie podatki składa, a w sztukach i fabrykach, co tylko doskonałego ludzie widzą, jest Anglika dziełem – pisał w „Przestrogach…”.

Poglądy Staszica nie były jednak tak radykalne jak np. reformatorów francuskich – myśliciel domagał się zmian w systemie pańszczyźnianym, a nie jego zniesienia. Zdaniem Staszica pańszczyzna hamuje rozwój kraju i negatywnie wpływa na wzrost liczby ludności oraz wielkość plonów. Zauważył, że we wsiach zamieszkałych przez chłopów pańszczyźnianych nie dokonał się żaden postęp w ciągu stu lat. Argumentował, że gospodarka oparta na wielkich majątkach ziemskich jest nieefektywna i proponował wprowadzenie drobnych gospodarstw dzierżawnych. Postulował, by chłopi odzyskiwali wolność pod okiem patronującej szlachty, oraz domagał się ich oczynszowania. Czynsz tam, gdzie pańszczyzna pięćdziesięciu chłopów umieszcza, osadziłby sto gospodarzy. Wkrótce ta wieś w dwójnasób powiększyłaby na swoich polach robotę i staranność, rok w rok wzmagałyby się urodzaje i ludność. Właściciele nie tylko z oranych gruntów [mieliby] stałe dochody, ale z wzrastającą ludnością rok w rok zwiększone braliby z propinacji pożytki – twierdził. Proponował także uwalnianie chłopów od pańszczyzny dzięki odbyciu przez nich służby wojskowej oraz ścisłe ustalanie wymiarów obowiązkowej pracy. Nie zgadzał się też z tezą, że polski lud jest zbyt „ciemny”, aby mógł uzyskać wolność. Zdaniem Staszica duży wpływ na świadomość chłopów mogłyby wywrzeć czynniki ekonomiczne i prawne.

Reformator zwracał również uwagę na znaczenie własności w kształtowaniu stosunków społecznych, gdyż między społeczeństwem a własnością istnieje bliska współzależność. Społeczeństwo zabezpiecza własność jednostki, a własność określa z kolei pozycję tej jednostki w społeczeństwie. Uważał, że dzięki doprowadzeniu wszystkich członków społeczeństwa do własności, następuje uspołecznienie jednostek. Szczególne znaczenie miała dla Staszica własność ziemi. Przestrzegał przed konsekwencjami wynaturzenia własności indywidualnej oraz wskazywał na zalety posiadania grupowego. Istotną rolę upatrywał także we wprowadzaniu równości i wolności. Niwelowaniu różnic miała służyć możliwość stowarzyszania się oraz rozwijająca się pomoc wzajemna. Jak pisze Zofia Chyra-Rolicz, z pojęcia własności, a następnie równości i wolności wyprowadził Staszic zasady tworzenia stosunków społecznych takich, w których znajdował odbicie pogląd, że wszyscy ludzie rodzą się równi i na równi powinni też korzystać z praw do dóbr natury, wszyscy też powinni posiadać jednakowe prawa nabywania ziemi, jako że ziemia została stworzona dla wszystkich ludzi.

Za znaczące Staszic uznawał też kwestie regulacji prawnych. Jego zdaniem ustawodawstwo powinno wyrażać nowe relacje zachodzące w społeczeństwie, być zgodne z prawem natury oraz zabezpieczać żywność, wolność i własność. Instytucję wymiaru sprawiedliwości postrzegał jako niezwykle istotną, ponieważ pozwalała unikać samowoli.

Ówczesna szlachta nie była zainteresowana reformami, które polepszałyby dolę chłopów i modernizowały rolnictwo. Staszic, ze względu na pochodzenie ze stanu mieszczańskiego, niemającego w feudalnej Rzeczypospolitej istotnego znaczenia, prowadził ostrą krytykę ówczesnego systemu. Dla swojego programu chciał jednak pozyskać średnią szlachtę i utworzyć sojusz szlachecko-mieszczański. Miało to służyć zmniejszeniu pozycji magnaterii, która według niego była odpowiedzialna za całe zło panujące w Rzeczypospolitej. Potępienie działalności wyższych klas było zresztą zgodne z ideą fizjokratyzmu, która przeciwstawiała feudałom pracujących rolników.

***

Nie poprzestając na teorii, Staszic w 1801 r. nabył dobra hrubieszowskie. Jako mieszczanin nie mógł wówczas stać się ich pełnoprawnym właścicielem – zakupu dokonał na nazwisko Anny Sapieżyny z Zamoyskich. Formalnie dobra hrubieszowskie, zamieszkiwane przez około 4 tys. osób, zostały własnością Staszica w 1811 r., gdy obowiązywał już na tych ziemiach Kodeks Napoleona. W skład majątku wchodziła część Hrubieszowa (wójtostwo i osada Podzamcze) oraz wsie: Białoskóry, Bohorodyca, Busieniec, Czerniczyn, Dziekanów, Jarosławiec, Pobereżany, Putnowice i część Szpikołos.

W 1816 r. nabywca zawarł z 329 gospodarzami „Kontrakt Towarzystwa Rubieszowskiego w zamiarze udoskonalenia rolnictwa i przemysłu oraz wspólnego ratowania w nieszczęściu” i tym samym utworzył Towarzystwo Rolnicze Hrubieszowskie (TRH). Jak pisze Bogdan Suchodolski, Fundacja Hrubieszowska miała urzeczywistnić dawny ideał zlikwidowania wyzysku i nędzy przez osadzenie na ziemi drobnych właścicieli, uprawiających ją własną pracą. Zarazem jednak fundacja ta miała urzeczywistnić ideał, którego dotychczas Staszic nie głosił, a mianowicie ideał wspólnej pracy i wspólnego posiadania. Nie darmo statut Fundacji głosił, iż chodzi nie tylko o „udoskonalenie rolnictwa i przemysłu”, ale także i o „wspólne ratowanie się w nieszczęściach”.

Obszar dóbr, na których powstała fundacja, liczył około 12 tys. morgów. Znajdowały się na nim zarówno grunty folwarczne, jak i osady chłopskie. Treść kontraktu i zasady funkcjonowania organizacji Staszic opracował sam. W dobrach Towarzystwa zniesiono pańszczyznę, ziemia nie należała jednak do chłopów, lecz stanowiła własność grupową. Wieczystym dzierżawcą gruntu stało się Towarzystwo, a nie jego poszczególni członkowie, którzy byli jedynie dziedzicznymi użytkownikami ziemi. Takie rozwiązanie przyczyniło się do stworzenia silnej więzi pomiędzy Towarzystwem a jego członkami.

Inicjatywa odnosiła sukcesy, Staszic zaczął więc w 1821 r. starać się o legalizację przedsięwzięcia. Uzyskał ją w 1822 r., kiedy to otrzymał od cara Aleksandra I akt zatwierdzenia ustawy TRH. W skład Towarzystwa wchodził obszar obejmujący ok. 6 tys. ha. Części gruntów (około 2,7 tys. ha) nie podzielono między poszczególnych członków, lecz stały się one wspólną własnością Towarzystwa. W ich skład wchodziły lasy, karczmy, młyny, stawy i pastwiska. Własność wspólną stanowiły również ziemie przekazywane prezesowi i urzędnikom. Członkami Towarzystwa byli mieszkańcy wsi i części Hrubieszowa oraz urzędnicy zatrudnieni w administracji i gospodarce fundacji. Liczba posiadaczy dziedzicznego prawa własności ziemi stanowiła w 1822 r. 329 osób.

Biorąc pod uwagę kryterium własnościowe, członkowie Towarzystwa nie byli równi. Jedną grupę stanowili posiadacze, a drugą bezrolni chłopi, parobkowie czy chałupnicy. Wśród posiadaczy można wyróżnić byłych chłopów pańszczyźnianych, którzy w chwili śmierci Staszica zostali zwolnieni z obowiązku płacenia tzw. czynszu doczesnego, a także posiadaczy gruntów pofolwarcznych, płacących za użytkowanie ziemi jedynie opłatę składającą się na uposażenie wójta. Dawni chłopi pańszczyźniani zobowiązani byli także do wpłaty na rzecz Towarzystwa 2 zł od morga polskiego rocznie. Bezrolni członkowie mogli otrzymać ziemię jedynie w razie wykluczenia z Towarzystwa posiadacza, który nie wypełniał należycie swoich obowiązków. Awans społeczny był więc bardzo utrudniony. Zamożność poszczególnych członków Towarzystwa zależała natomiast od położenia wsi, w której mieszkali, liczby posiadanych morgów oraz kategorii ziemi.

W fundacji istniało natomiast pełne zrównanie społeczne w dziedzinie stosunków wyznaniowych. Każdy, niezależnie od wyznania, mógł być członkiem Towarzystwa i zasiadać w jego władzach. Prawo to nie dotyczyło jednak duchownych.

Staszic wydzielił z ziem, lasów i budynków fundacji tzw. własność wspólną, którą przeznaczył na budowę szkół oraz szpitala. Fundator utworzył również urządzenia gospodarcze, oświatowe oraz pomocowe dla chorych i starców.

Jednym z największych osiągnięć Staszica w ramach prac w Towarzystwie było otwarcie Banku Pożyczkowego, finansowanego przede wszystkim z dochodów z młynów i propinacji. Założenie banku chwaliło wielu ówczesnych myślicieli, m.in. Fryderyk Florian Skarbek w „Rozprawie o Kasach Zasiłku i Oszczędności”. Była to jedna z pierwszych takich instytucji w Polsce i Europie. Pożyczki mogły być wykorzystywane tylko na ściśle określone cele inwestycyjne: modernizację rolnictwa, tworzenie fabryk i rozwój rzemiosła, działalność handlową oraz budowę domów. Zabronione było udzielanie pożyczek na cele konsumpcyjne. Pożyczek udzielano na bardzo korzystnych warunkach – rocznie należało spłacać jedynie 5% jej wartości oraz 0,5% kosztów, co pozwalało na spłatę długu po dwudziestu latach. Istotnym novum wprowadzonym przez reformatora było utworzenie magazynu zbożowego, z którego pożyczano zboże na zasiewy. Pożyczka była oprocentowana – wynosiło ono garniec od korca.

Ważną funkcję w Towarzystwie spełniała samopomoc, na co zwraca uwagę już tytuł „Kontraktu…”. Jak pisze Barbara Szacka, Tak zróżnicowaną ekonomicznie społeczność Staszic traktował jako pewien organizm społeczny, wspólnotę, której obowiązkiem jest dbać o poszczególne jednostki wchodzące w jej skład. Gospodarze musieli więc udzielać sobie wzajemnie pomocy w przypadku pożaru, gradobicia czy nieurodzaju. Oprócz urządzeń gospodarczych i obowiązku wsparcia Staszic zapewnił członkom Towarzystwa także szereg rozwiązań socjalnych, wspierających przede wszystkim sieroty, chorych i starców. Otrzymywane przez nich świadczenia pochodziły ze składek członkowskich bądź z funduszy Towarzystwa.

Starcy i inwalidzi otrzymywali zapomogi w postaci renty. Prawo do nich mieli jedynie ci członkowie organizacji, którzy mieszkali w rodzinnych wioskach. Biorący świadczenia tracili do nich prawo w przypadku opuszczenia zamieszkałych przez siebie wsi. Zapomogi wynosiły równowartość 10 korców żyta rocznie, inwalidzi wojenni otrzymywali rentę powiększoną o cenę 2 korców. Na zapomogi składali się mieszkańcy danej wsi. Nad rozdzielaniem pomocy czuwała Rada Gospodarcza, która kontrolowała, czy otrzymujący rentę ma do niej prawo i czy każdy potrzebujący otrzymał zapomogę. Warto zaznaczyć, że biedni i starzy nie mieli obowiązku pracy – do ich zadań należało jednak opiekowanie się chorymi. Dbano również, by ludzie wymagający pomocy znajdowali ją przede wszystkim w domach krewnych. W przypadku jej braku wsparcia udzielały im parafie i prowadzone przez nie domy schronienia. Jak zauważył Z. Łotys, fundator zadbał, by chłopi mieszkający w Towarzystwie nie otrzymali niczego za darmo. Pomoc była ściśle reglamentowana i przysługiwała tylko osobom, które rzeczywiście nie mogły pracować.

Towarzystwo utrzymywało również zdolnych młodzieńców, którzy dzięki jego zaangażowaniu mogli kształcić się w Szkole Głównej. Pomogło to przełamać monopol szlachty na edukację i umożliwiło kształcenie się osobom ze stanu chłopskiego. Pomocy, podobnej do dzisiejszej instytucji rodziny zastępczej, udzielano też sierotom, o losach których decydowała Rada Gospodarcza w porozumieniu z radą familijną. Miały ich wychowywać rodziny bezdzietne lub posiadające mniej niż sześcioro dzieci, a w przypadku ich braku najbogatsi gospodarze we wsi. Otrzymywali za to pomoc od fundacji, która mogła polegać na umorzeniu długów czy pożyczce z banku. Towarzystwo wspierało sieroty do ukończenia 15. roku życia. Rada Gospodarcza czuwała również nad losem dzieci mieszkających z rodzicami, ale nieotrzymujących od nich odpowiedniej opieki.

Ze składek członków Towarzystwa utrzymywano szpital i pracującego w nim lekarza. Fundacja opłacała również lekarstwa dla chorych, zakupione w hrubieszowskiej aptece. Do jej obowiązków należała także pomoc w budowie szpitala, domu dla lekarza i ośrodka dla osób starych i kalek.

Członkowie Towarzystwa zawdzięczali Staszicowi również popularyzację i rozwój szkolnictwa. Początkowo utworzono pięć szkół elementarnych: cztery wiejskie i jedną w Hrubieszowie. Ich budowa należała do zadań Towarzystwa, którego członkowie mieli zapewnić robociznę i opłacać składki. Budynki stawiano z drewna pochodzącego z lasów fundacji. Szkołami opiekowali się radni. Sytuacja materialna nauczycieli była nieporównywalnie lepsza niż w szkołach państwowych. Zostali wyposażeni w mieszkania, ogród, pensje, a nauczyciele wiejscy w 6 morgów pola. Rodziców zobligowano do posyłania dzieci do szkół. Z placówek mogli również korzystać uczniowie z sąsiednich wsi, pozostających poza Towarzystwem. Celem Staszica było utworzenie w Hrubieszowie placówki wyższego szczebla. W 1823 r. utworzono więc szkołę podwydziałową, co umożliwiło jej absolwentom dalsze kształcenie w szkołach średnich i wyższych. Towarzystwo finansowało każdego roku jednemu z najzdolniejszych młodzieńców trzyletnią naukę w gimnazjum oraz drugiemu trwające pięć lat studia wyższe.Jak zauważa Z. Chyra-Rolicz, zamysłem fundatora było, aby owi zdolni młodzieńcy zdobywali praktyczną wiedzę, jak na przykład medyczną i prawniczą lub techniczną, przydatną na miejscu i aby po ukończeniu nauki powrócili w rodzinne strony.

Na uwagę zasługuje również wprowadzenie urządzeń, które miały zapobiegać pożarom i łagodzić ich skutki. Gospodarstwa należało ubezpieczać. Oprócz wzajemnej pomocy kontrakt Towarzystwa zachęcał do niebudowania domów drewnianych i gwarantował zapomogi dla stawiających budynki murowane. Posiadacze ziemi musieli też pomagać w wystawieniu domów osobom, które straciły dobytek w pożarze. Pogorzelcy mogli liczyć również na zboże przeznaczone na zasiewy i wyżywienie.

Staszic dbał o to, by założone przez niego Towarzystwo spełniało funkcje wychowawcze oraz przyczyniało się do rozwoju moralności wśród jego członków. Od innych gmin w kraju odróżniał Towarzystwo brak sądów. Drobne wykroczenie skutkowało najczęściej obowiązkiem naprawienia szkody i zapłaty grzywny, przeznaczanej na cele socjalne. Popełnienie ciężkiego przestępstwa karane było natomiast usunięciem z Towarzystwa. Ziemię można było utracić w przypadku zaległości podatkowych oraz na skutek popełnienia kradzieży, zabójstwa czy podpalenia. W takich sytuacjach grunt otrzymywali bezrolni chłopi, którzy sprawowali się najlepiej i posiadali najlepsze kwalifikacje do pracy na roli.

Terytorium Towarzystwa nazywane było „gminą”. Podstawą prawną dla jej utworzenia stało się postanowienie namiestnika z 1818 r., zgodnie z którym wsie danego dominium mogły łączyć się w jedną gminę. W jej skład wchodziło osiem miejscowości. Jak pisze Józef Duda, gmina hrubieszowska nie wyrosła z mechanicznego podziału administracyjnego – tak jak tworzono je zazwyczaj – lecz ze wspólnoty gospodarczej i ze społecznych form życia gromady. Nie przyległość terytorialna, lecz wspólność interesów i obowiązków stały się podstawą utworzenia gminy odmiennej od innych gmin administracyjnych.

Ludność Towarzystwa była wolna i niezależna ekonomicznie od szlachty. Umożliwiło to sprawowanie władzy przez stowarzyszonych. Na czele Towarzystwa stał Prezes i Rada Gminna, składająca się z sześciu członków będących dziedzicznymi posiadaczami ziemi. Radnych wskazywali w wyborach pośrednich elektorzy, trzech z każdej osady, powoływani co sześć lat.

Funkcja Prezesa była dziedziczna i dożywotnia, fundator zastrzegł jednak możliwość jego odwołania. Pozbawić go urzędu mogła Komisja Rządowa Spraw Wewnętrznych na wniosek Rady Gospodarczej Towarzystwa w przypadku niewywiązywania się z obowiązków. Nowego prezesa wybierałaby wtedy Rada. Pierwszym Prezesem został ziemianin Józef Grotthus.

Prezes zajmował w Towarzystwie szczególną pozycję. Oprócz zadań powierzonych przez fundację pełnił także funkcję wójta gminy, ustanowioną prawem krajowym. Wprawdzie władza Prezesa była ograniczona (sprawował ją przecież razem z Radą Gminną), jednak warunki materialne, w jakich żył, znacznie odbiegały od sytuacji innych gospodarzy. Posiadał on bowiem 150 morgów gruntu, a więc prawie dwa razy więcej niż dopuszczona dla gospodarzy liczba 80 morgów. Był zwolniony z wszelkich opłat i podatków, które uiszczali za niego pozostali członkowie, proporcjonalnie do ilości posiadanej ziemi. Otrzymywał również stałą pensję, odpowiadającą 400 korcom żyta rocznie. Składały się na nią opłaty wnoszone przez dziedzicznych właścicieli, posiadających ziemię pochodzącą z gruntów folwarcznych, a gdyby były one za niskie – uzupełniano je dochodami z młynów i propinacji.

Rada Gospodarcza składała się z sześciu osób, z wójtem na czele. Po upływie dwóch lat ustępowało dwóch radnych. Pozostali nadal sprawowali funkcję, co zapewniało Radzie ciągłość działania. Decyzje podejmowano na posiedzeniach zwyczajnych, zwoływanych co kwartał pod przewodnictwem wójta. Wójt mógł w każdej chwili zwołać posiedzenie nadzwyczajne. Rada rozstrzygała w postaci uchwał, podejmowanych większością głosów. W przypadku równej liczby głosów decydowało zdanie przewodniczącego. Oprócz Rady funkcjonowały również komisje składające się z radnych i wybranych członków Towarzystwa. Ich działalność miała na celu bliższe zaznajomienie się z kwestiami podejmowanymi przez władze. Radni za wypełnianie obowiązków nie dostawali premii. Byli jednak zwolnieni z podatków i kilku innych świadczeń. Podatek gruntowy uiszczali za nich chłopi z wsi, z których pochodzili radni.

Do zadań radnych należało decydowanie o sprzedaży i podziale gruntów, obradowanie o budżecie i sporządzanie rocznych bilansów gospodarczych, tzw. etatów. Rada pilnowała również terminowego płacenia podatków oraz nakładała kary i upomnienia na gospodarzy spóźniających się z płatnościami. Ponadto reprezentowała Towarzystwo przed państwem, gdyż funkcje samorządowe połączono z funkcjami sołtysa, oraz pilnowała nienaruszalności granic i obszaru Towarzystwa. Radni strzegli także moralności mieszkańców, mieli pilnować porządku administracyjnego oraz dbać o stosowanie ustaw Towarzystwa. O nadużyciach musieli informować wójta. Nadzorowali, czy posiadacze nie uchylają się od obowiązków religijnych, a dni wolnych nie poświęcają na pijaństwo. Pilnowali też, by dzieci przestrzegały obowiązku szkolnego, a nauczyciele swoim zachowaniem stanowili wzór dla uczniów oraz stosowali się do swoich obowiązków. Zadania te miały być dla radnych priorytetem – dopiero na dalszym planie znalazły się obowiązki związane z wykonywaniem szarwarków w terminie lub sadzeniem drzew przy drogach. W Towarzystwie funkcjonowała również Rada Starszych, będąca podmiotem doradczym dla Rady Gospodarczej, pomocna szczególnie przy rozwiązywaniu wyjątkowo trudnych problemów. W jej skład wchodzili ojcowie rodzin, którzy uczciwie wychowali swoje dzieci i cieszyli się powszechnym szacunkiem.

Na uwagę zasługuje zwiększające się, w miarę upływu czasu, zainteresowanie chłopów-radnych zarządzaniem Towarzystwem, głównie sprawami jego wydatków. Pozwoliło to rozszerzyć działalność i kompetencje Rady Gospodarczej. Pilnowano, by radni nie opuszczali posiedzeń, których nie wolno było przekładać. W przypadku nieobecności członka Rady, chłopi wysyłali delegata na zastępstwo. Monitorowali wydatki fundacji i dyskutowali o nich, twierdząc, że zależy im na dobru Towarzystwa tak, jak na dobru ich gospodarstw. Coraz częściej zaczęli też wychodzić z własną inicjatywą, w szczególności w sprawach gospodarczych.

***

Poważne zagrożenie dla działalności Towarzystwa nadeszło w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Na mocy reform administracyjnych wprowadzanych w Królestwie Polskim teren „staszicowski” został podzielony na dwie gminy. Pomimo protestów, wsie połączono w gminę z miejscowościami znajdującymi się poza fundacją. Wójtem nowej struktury został urzędnik spoza Towarzystwa, co utrudniło jego funkcjonowanie. W 1864 r. szkoły Towarzystwa znalazły się pod zwierzchnictwem dyrekcji szkolnej z Chełma. W 1869 r. fundacja straciła własność ziem miejskich, gdyż podzielono majątek Towarzystwa między Hrubieszów i stowarzyszone wsie. Powyższe wydarzenia i szeroko zakrojona akcja rusyfikacyjna podważyły autonomię TRH. W 1887 r. Komitet Ministrów zmienił statut Towarzystwa, pozbawiając Grotthusów praw do dziedzicznego stanowiska prezesa. Na czele fundacji stanął urzędnik carski, delegowany przez władze guberni.

Kolejne zmiany nastąpiły już po uzyskaniu niepodległości przez Polskę. Zgodnie z dekretem o fundacjach i zatwierdzaniu darowizn i zapisów z 1919 r., prezesa mianował Minister Rolnictwa, który zastrzegał sobie również prawo nadzoru nad organami Towarzystwa. W 1921 r. Towarzystwo zostało objęte przez Ministerstwo Rolnictwa przymusowym zarządem, który miał unormować panujące w nim stosunki gospodarcze oraz pomóc w pozyskaniu kredytów od państwa. W takiej formie Towarzystwo przetrwało do końca II wojny światowej. Ostatecznie przestało istnieć w 1951 r. na mocy dekretu Bieruta.

Elżbieta Pawluk vel Kiryczuk

Bibliografia:

Z. Chyra-Rolicz, Stanisław Staszic prekursor spółdzielczości rolniczej,Siedlce 2004.
J. Duda, Hrubieszowska Fundacja Stanisława Staszica [w:] Dzieje Hrubieszowa. Tom I. Od pradziejów do 1918 r., red. R. Szczygieł, Hrubieszów 2006.
Z. Łotys, Stanisław Staszic filozof i reformator społeczny,Olsztyn 1999.
J. Skodlarski, Nowe spojrzenie na poglądy i działalność Stanisława Staszica,Łódź 2010.
B. Suchodolski, Wstęp [w:] S. Staszic, Pisma filozoficzne i społeczne, Warszawa 1954.
S. Staszic, Przestrogi dla Polski [w:] Pisma filozoficzne i społeczne,red. J. Cierniak, Warszawa 1954.
B. Szacka, Stanisław Staszic, Warszawa 1966.

Utopijny komunista patrzy na getto

O nową kulturę

Profesor Andrzej Nowicki, wspominając po wielu latach seminarium filozoficzne dla warszawskiej młodzieży socjalistycznej, pisał: Nie tylko zachęcał do tego, żeby dużo czytać, ale sam w życiu codziennym był personifikacją pasji czytania, wiecznego nienasycenia czytaniem, palącej ciekawości, wymagającej natychmiastowego zapoznania się ze wszystkim, co zostało wydrukowane […]. lewa ręka przyciska do boku tyle tomów, ile się tylko da utrzymać, w prawej ręce otwarta książka o kilka centymetrów od oka; obok teczka wypchana książkami, a prócz tego jeszcze kilka książek w kieszeniach. […] Był prawdziwym „pożeraczem książek”, a temu potężnemu apetytowi czytelniczemu odpowiadała w sposób symboliczny jego potężna tusza. Takim był socjalistyczny erudyta i niestrudzony oświatowiec – Kazimierz Czapiński – bo o nim mowa.

***

Przyszedł na świat 18 listopada 1882 r. w Mińsku, w niezbyt zamożnej rodzinie o szlacheckich korzeniach. Jego społeczne pochodzenie, atmosfera panująca w domu rodzinnym, a także początki aktywności politycznej mogą uchodzić za typowe dla reprezentantów lewicowo-liberalnej części elit międzywojennej Polski. Po powstaniu styczniowym władze carskie prowadziły forsowną politykę rusyfikacyjną. Jej głównym instrumentem była szkoła. Promowano postawy konformistyczne, młodzież przymuszano do używania języka rosyjskiego w miejscach publicznych, obowiązkowe było uczestnictwo w uroczystościach prawosławnych. Nad przestrzeganiem takiej „dyscypliny” czuwał liczny personel – od inspektorów szkolnych, przez nauczycieli, a na woźnych skończywszy.

Najpopularniejszą odpowiedzią na politykę władz było kultywowanie patriotycznych tradycji w domu rodzinnym, a także praca w nielegalnych kołach samokształceniowych. Tak było również w przypadku Czapińskiego, który w gimnazjum zaangażował się w działalność w tego typu grupie, nadając zresztą szybko własnemu kółku charakter zdecydowanie socjalistyczny. Już wtedy przekonał się, że ciekawość świata, odwaga myśli i samodzielność sądów nie mieszczą się w ramach ówczesnych systemów edukacyjnych tej części Europy. Niewiele brakowało, a jeden z najzdolniejszych uczniów mińskiego gimnazjum nie uzyskałby nawet matury. W VIII klasie groziło mu bowiem aresztowanie za agitację socjalistyczną – opuścić musiał szkołę i wyjechać na wieś, gdzie podjął pracę korepetytora. Egzamin dojrzałości zdał jako ekstern.

Studia prawnicze rozpoczął na Uniwersytecie Petersburskim, nie bez powodu cieszącym się wówczas sławą uczelni, z której promieniowały na całą Rosję niebłagonadiożne, rewolucyjne idee. Już na początku pobytu w ówczesnej stolicy Czapiński nawiązał kontakt z miejscową organizacją Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji (SDPRR) i wkrótce zaangażował się w prowadzenie agitacji wśród studentów i robotników. Na fatalne skutki nie trzeba było długo czekać – w 1902 r. został aresztowany i relegowany z uniwersytetu. Choć ostatecznie zwolniono go z braku dowodów, do Petersburga już nie wrócił. Nakazano mu przymusowe osiedlenie w Mińsku, gdzie mimo obserwacji policji wciąż prowadził działalność w SDPRR.

W 1904 r. wyjechał na krótko do Niemiec i Szwajcarii, gdzie zawarł liczne znajomości w kręgu socjaldemokratycznej emigracji polskiej i rosyjskiej. Na wieść o wybuchu rewolucji wrócił do Rosji i zaangażował się w prace SDKPiL, za co znów został aresztowany i skazany na zesłanie. Ostatecznie – była to wówczas powszechna praktyka – zamieniono mu karę zesłania na obowiązek opuszczenia Rosji. Czapiński wybrał „bliską zagranicę”, czyli Galicję, pozostającą pod władzą Austriaków. Okazało się zresztą, że tamtejsze warunki działania znacznie bardziej odpowiadały jego usposobieniu, gdyż zdecydowanie lepiej niż w roli konspiratora czuł się jako publicysta i oświatowiec.

W Galicji zaczął coraz wyraźniej dystansować się wobec SDKPiL. Przez kilka lat wchodził w skład różnych emigracyjnych ciał tej partii, jednak zdecydowanie najwięcej uwagi poświęcał współpracy z czasopismami wydawanymi przez galicyjską Polską Partię Socjalno-Demokratyczną (PPSD). Był również jednym z czołowych prelegentów Towarzystwa Uniwersytetu Ludowego im. Adama Mickiewicza – otwartej instytucji oświatowej stworzonej przez socjalistów galicyjskich. Adam Ciołkosz pisał później: Coroczne sprawozdania tego Towarzystwa, którego zasługi w pracy oświatowej na terenie b. zaboru austriackiego są niepomierne, w rejestrach odczytów wygłoszonych na przedmieściach Krakowa, w miastach i miasteczkach galicyjskich, niezliczoną ilość razy notują nazwisko Czapińskiego.

Pierwsze kilka lat spędzonych w Galicji to bez wątpienia moment kluczowy w biografii politycznej Czapińskiego. Zakończył się wówczas proces formowania zrębów jego politycznego światopoglądu, zakreślone zostało pole najważniejszych zainteresowań jako publicysty, mógł również swobodnie poświęcić się pracy oświatowej, którą cenić miał szczególnie przez całe życie. Wyrazem ewolucji, której ulegał Czapiński, był ostateczny rozbrat z SDKPiL i zaangażowanie w prace znacznie mniej radykalnej, a zarazem niepodległościowo nastawionej PPSD.

Przerwane niegdyś studia prawnicze próbował kontynuować na Uniwersytecie Jagiellońskim, lecz został szybko relegowany z uczelni za udział w tzw. zimmermaniadzie, czyli protestach środowiska studenckiego przeciwko objęciu katedry socjologii przez znanego z konserwatywnych poglądów, a nieposiadającego żadnych osiągnięć naukowych ks. Kazimierza Zimmermanna. Ciołkosz pisał później: Ten człowiek, którego wkład do kultury polskiej był ogromny, nie miał nie tylko stopnia akademickiego, ale nawet absolutorium.

Czapiński na dobrą sprawę „politykiem” stał się dopiero wraz z narodzinami II RP. Do tego momentu znany był jako redaktor krakowskiego socjalistycznego dziennika „Naprzód”, działacz oświaty robotniczej i społecznik, pozostawał jednak na uboczu „partyjnego” życia politycznego. Niemałym zaskoczeniem dla wielu był wobec tego jego wybór do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1919 r. Brakowało mu politycznego i parlamentarnego doświadczenia, nie miał cech przywódcy, nie był też trybunem, który umiałby porwać swoim przemówieniem tłumy. Jednak gdy potrzebne były rzetelne argumenty, rozległa wiedza i jasne przedstawienie stanowiska PPS – wtedy na sejmową mównicę zazwyczaj wysyłano właśnie erudytę Czapińskiego. Jedną z takich sytuacji relacjonował sprawozdawca sejmowy, Bernard Singer: Sejm debatuje nad ustawą konstytucyjną. Chodzi o uregulowanie stosunków państwa do kościoła. PPS wysyła obrazoburcę Czapińskiego. Ciężkim krokiem wchodzi na trybunę mól biblioteczny, nosi ze sobą pakę ksiąg. Gdy rozpoczyna przemówienie bije w pulpit, chce podkreślić te zdania, których nie może zaakcentować jego monotonny głos. Cytuje Voltaire’a, Reya, wyciągi z podręczników szkolnych o obskurantyzmie w Polsce, opowiadania Nankego, wyjątki z „Prowincjonałek” Pascala, bulle papieskie, kanon Ojców Kościoła. Patrzą chłopi na fury książek „biskupa masonów”, podziwiają uczoność w sprawach kościelnych, a poseł Czapiński coraz mocniej uderza w pulpit imitując temperament polityczny. Takim właśnie parlamentarzystą był nieprzerwanie przez 16 lat (1919–1935) – zawsze świetnie przygotowanym, doskonale argumentującym swoje stanowisko, ale zarazem niezbyt żywiołowym, raczej udającym temperament polityczny, budzącym bardziej szacunek i uznanie niż silne emocje.

***

W debacie konstytucyjnej, której przebieg z uwagą śledziło niemal całe społeczeństwo, Czapiński był obok Mieczysława Niedziałkowskiego głównym mówcą socjalistów. Koncentrował się na prawach i wolnościach obywatelskich, a także na uregulowaniu wzajemnych relacji państwa i kościołów. To wówczas obdarzono go przydomkiem „osobisty nieprzyjaciel Pana Boga”. Czy słusznie? Zdecydowanie nie. Posłom prawicy zależało, żeby utrwalić obraz socjalistów jako wrogów religii, wulgarnych materialistów i wojujących ateistów. Najwięcej „dostawało się” właśnie Czapińskiemu, który z wielkim zaangażowaniem dążył do konstytucyjnego zapisania zasady rozdziału Kościoła od państwa.

Czapiński dowodził w swych wystąpieniach, że niechęć do religii nie stanowi integralnego elementu ideologii socjalistycznej. Jego zdaniem socjaliści – uznając wiarę za prywatną sprawę jednostki – w sposób najpełniejszy realizują zasadę poszanowania godności człowieka i światopoglądowej tolerancji. O stosunku socjalizmu do religii pisał: Pozostawia przekonania religijne sumieniu jednostki, pozostawiając jej prawo wyznawać jaką chce religię, inaczej mówiąc uznaje religię za „sprawę prywatną”. Dlaczego tak czyni? Dlatego przede wszystkim, iż stoi na stanowisku szeroko pojętej wolności duchowej jednostki ludzkiej. Nie chce narzucać członkom partii żadnych dogmatów w dziedzinie filozoficznej czy religijnej.Owej tolerancji miały być za to pozbawione, jego zdaniem, stanowiska zajmowane z jednej strony przez brutalnie walczących z religią komunistów, z drugiej zaś przez klerykałów.

Wbrew zarzutom stawianym socjalistom, Czapiński podkreślał, że uznanie wiary za sprawę prywatną nie jest tylko czasowym, taktycznym ustępstwem, powodowanym religijnością znacznej części robotników, stanowiących społeczną bazę ruchu. Choć sam był ateistą, uznawał, że wierzenia religijne odpowiadają na obecną w ludzkiej naturze potrzebę zrozumienia i wyjaśniania świata. Materializm pod tym względem jest zdaniem Czapińskiego niewystarczający, a w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania w systemach religijnych widział najlepszą drogę zaspokojenia owej potrzeby.Nie widzę możności – pisał – żeby materializm mógł rozstrzygać wszystkie wiekuiste kwestie światopoglądu. Wszystkie nieśmiertelne, powikłane sprawy filozoficzne, należy zostawić sumieniu jednostki, należy pozostawić jej zupełne prawo decydować w co wierzy i w co nie wierzy, i żądać należy tylko jednego, ażeby była ta jednostka dobrym obywatelem ruchu socjalistycznego, dobrym członkiem partii i ruchu robotniczego. Był przekonany, wbrew marksistowskiej ortodoksji, że w ustroju socjalistycznym religia nie zniknie; wiara stanowiła dla niego nieredukowalną część ludzkiej natury.

Problem miejsca, jakie powinny w odrodzonym państwie zająć kościoły, a zwłaszcza kościół rzymskokatolicki, stanowił jeden z centralnych punktów debaty konstytucyjnej. Czapiński, reprezentując jednocześnie stanowisko całej PPS, dowodził, że rozdział kościoła i państwa uzasadniają trzy wielkiej wagi argumenty: narodowy, naukowysocjalny. W pierwszym wypadku przekonywał, że kościół katolicki, jako instytucja ponadnarodowa, a jednocześnie posiadająca swój „polityczny” sztab w Rzymie, stanowić może zagrożenie dla suwerenności młodego państwa polskiego. Wyrażał opinię, że duchowieństwo postawione przed koniecznością dokonania wyboru między interesem Watykanu a interesem Polski, wybierze to pierwsze rozwiązanie. Dopóki papieże nie zrezygnują z aktywnego uczestnictwa w polityce międzynarodowej, dopóty silna pozycja kleru stanowić może istotne ograniczenie podmiotowości państwa w polityce zewnętrznej. Uzasadnienia dla swego stanowiska szukał w historii, przy każdej okazji wspominając o niechlubnej roli odegranej przez kościelną hierarchię w procesie politycznej dezintegracji Rzeczypospolitej Obojga Narodów i o przypadkach jawnej współpracy z mocarstwami ościennymi. Kontynuacją tej polityki był, jego zdaniem, lojalizm i serwilizm hierarchów względem zaborców, silnie popierany zresztą przez kolejnych papieży. Podczas wykładu dla polskich robotników-emigrantów w Stanach Zjednoczonych mówił: Kiedy w końcu Polska była złożona do grobu przy współudziale arcybiskupów, którzy brali łapówki od carów, rozpoczął się okres przeszło 150-letniej niewoli polskiej. Kiedy próbowała wstać z grobu, Rzym ciskał na nią klątwy.

Drugi argument za rozdziałem państwa i Kościoła – przez Czapińskiego nazwany naukowym – dotyczył negatywnego wpływu na system edukacyjny. Znów posługiwał się argumentem historycznym, dowodząc, że to kler był odpowiedzialny w znacznej mierze za kulturalny upadek Polski w XVII i XVIII w., a duchowieństwo najenergiczniej zwalczało oświeceniowe hasła i reformatorskie dążenia. Czapiński uważał, że w sprawach oświatowych Kościół zawsze zajmować będzie konserwatywne i wsteczne stanowisko, zaś zapewnienie duchowieństwu wpływania na system edukacyjny uniemożliwi stworzenie nowoczesnej szkoły, pobudzającej ciekawość świata i nadążającej za trendami światowej nauki.

Trzeci argument za rozdziałem państwa i Kościoła miał charakter społeczny. Publicysta PPS uważał, że z powodu wspólnego interesu klasowego, a także podobieństwa ideowego, duchowieństwo w Polsce odgrywać będzie rolę sojusznika i adwokata warstw najbardziej konserwatywnych, tamujących proces demokratyzacji społeczeństwa. Jego zdaniem Kościół nie zamierzał zrezygnować z wywierania wpływu na życie polityczne. Pisał: Poza pięknymi frazesami, poza dźwięczną ideologią, poza piękną szatą i reminiscencjami z Ewangelii i nauk chrystusowych – kryje się brudna i brutalna treść polityczna i socjalna. Za rzymskimi agentami, dążącymi do ustalenia i rozszerzenia wpływów rzymskich lękliwie bieży zagrożony w swej egzystencji „kwiat” arystokracji polskiej, obszarnictwa i kapitalizmu polskiego; te sfery widzą i czują jak potężna fala nowoczesnych ruchów społecznych podmywa ich egzystencję, jak niepewne są już podstawy ustroju kapitalistycznego. Toteż wyciągają kornie i błagalnie ręce do Rzymu o pomoc. Tam jeszcze – myślą – może tkwi zbawienie! Może ozdobiwszy ohydną treść wyzysku kapitalistycznego i obszarniczego pięknym imieniem Chrystusowym można będzie trwać, panować i wyzyskiwać jakiś czas jeszcze…

Sejmowa batalia o kształt konstytucji zakończyła się kompromisem, w większym jednak stopniu zbieżnym z pierwotnymi postulatami prawicy. Dotyczyło to także większości zapisów omawiających rolę Kościoła w państwie. Czapiński jednak nie zrezygnował z walki o świeckie państwo, toczonej nie tylko za pomocą sejmowych przemówień, ale również dziesiątków artykułów na łamach socjalistycznej prasy i licznych broszur. Przydomek „osobisty nieprzyjaciel Pana Boga” przylgnął do niego na stałe, lecz mało kto zwracał uwagę na te fragmenty jego wystąpień, w których podkreślał rolę religii w życiu człowieka. Pisał zresztą, że antyklerykalne (w żadnym razie „antyreligijne”) stanowisko socjalistów jest konsekwencją okoliczności, nie zaś wyrazem wpisanej w samą naturę ruchu niechęci do Kościoła. Nie jesteśmy antyklerykałami za wszelką cenę i przede wszystkim – przekonywał. – My mamy swój własny ruch i swój własny cel, do którego dążymy. Antyklerykalizm nie jest dla nas jakimś dogmatem. To dla nas smutna konieczność, obowiązek zburzenia przeszkody, która odgradza nas od lepszej przyszłości, nie pozwala nam się rozwijać normalnie. Słowa te dobrze i – jak można przypuszczać – szczerze oddają intencje przyświecające Czapińskiemu w wystąpieniach na temat Kościoła i duchowieństwa. Czynienie z niego wojującego ateisty i obrazoburcy byłoby przeinaczaniem historii.

***

Po objęciu mandatu poselskiego z niezbyt znanego działacza krakowskiej organizacji PPSD zaczął stawać się jednym z członków najwyższych władz zjednoczonej PPS, a także cenioną postacią w klubie parlamentarnym socjalistów. Już pod koniec lat 20. zaliczano go do ścisłego kierownictwa PPS. Zasiadał przez wiele lat w Centralnym Komitecie Wykonawczym partii, reprezentował PPS podczas międzynarodowych kongresów socjalistycznych, znalazł się również w zarządzie Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, a w 1936 r., jako osoba posiadająca szczególnie bogate doświadczenie w pracy oświatowej, objął funkcję prezesa TUR. Coraz większe uznanie zdobywał także jako publicysta. Skrupulatni historycy szacują jego dorobek w tej dziedzinie na ok. 6 tys. artykułów i kilkanaście broszur. W PPS-owskim dzienniku „Robotnik” w latach 30. pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego i w dużej mierze odpowiadał za publicystykę polityczną oraz dział poświęcony kulturze.

Czapiński-publicysta szczególnie wiele uwagi poświęcał analizom przemian zachodzących po rewolucji bolszewickiej w Rosji. Predyspozycje miał po temu niemałe – urodzony w Mińsku, świetnie znał język i kulturę rosyjską, przez pewien czas był członkiem SDPRR, a przed I wojną światową przyjaźnił się również z Leninem. Jak oceniał rewolucję październikową? Konsekwentnie, przez cały okres międzywojenny uważał, że bolszewicy wykazali się godną potępienia rewolucyjną „niecierpliwością”. Powołując się na opinie dwóch socjalistycznych autorytetów – Karla Kautsky’ego i Otto Bauera – Czapiński dowodził, że przejęcie władzy i „zadekretowanie” budowy ustroju socjalistycznego przez Lenina i jego towarzyszy dokonało się stanowczo zbyt wcześnie. Rosja była bowiem krajem zacofanym zarówno pod względem gospodarczym, jak i społecznym. Aby wprowadzić socjalizm, nie wystarczy nieugięta wola i determinacja, których Czapiński bolszewikom nie odmawiał, lecz konieczne jest również zaistnienie obiektywnych przesłanek. Biorąc zaś pod uwagę poziom rozwoju carskiej Rosji, jedyna możliwa rewolucja, dla której istniały w tym kraju warunki, mogła być, zdaniem Czapińskiego, jedynie rewolucją burżuazyjną, druzgocącą resztki dawnego systemu feudalnego. Pisał o tym wprost: Istotą przedmiotową (obiektywną) przewrotu bolszewickiego jest likwidacja stosunków feudalnych w Rosji, tzn. złamanie samodzierżawia, panowania szlacheckiego, obszarnictwa itd. Jakakolwiek byłaby oficjalna ideologia tego przewrotu, nic to nie zmieni w istocie rzeczy. I tak, jak wielka francuska rewolucja w 1789 odbywała się pod hasłami wolności, równości i braterstwa, a jednakowoż, jak wiemy, była po prostu dochodzeniem do władzy trzeciego stanu, czyli burżuazji – tak samo rosyjski przewrót bolszewicki odbywa się formalnie w szatach ideologii bolszewickiej, treścią jednak jego jest przejście od przestarzałych form feudalnych, samodzierżawnych, szlacheckich do form nowoczesnego ustroju burżuazyjnego.

Zasadniczy błąd bolszewików polegać miał na przecenianiu możliwości, jakie daje sprawowanie władzy. Wielowiekowe zapóźnienie nie może zostać zniwelowane w ciągu kilku lat, nie da się zbudować socjalizmu nie przechodząc wcześniej przez piekło systemu kapitalistycznego – zdawał się rozumować Czapiński. Gospodarcza niewydolność „komunizmu wojennego” w połączeniu z koniecznością stosowania przez bolszewików terroru i przemocy (aby utrzymać władzę) dowodziły obiektywnej niemożności przejścia Rosji do socjalizmu, a tym samym pomyłki Lenina. W tym poglądzie utwierdziło też Czapińskiego wprowadzenie przez władze radzieckie polityki NEP-u. Przywrócenie w wielu sektorach wolnego handlu, dominacja prywatnego rolnictwa, a także usilne poszukiwanie zagranicznych kredytów świadczyć miały o powrocie do kapitalizmu. Znacznie przesadzając, w latach 20., nazywał Czapiński ZSRR państwem kułacko-kapitalistycznym oraz kolonią kapitału zagranicznego. Październikowe zwycięstwo, będące skutkiem chwilowo sprzyjających okoliczności i dobrego doboru haseł przez bolszewików (Ziemia i pokój!), nie oznaczało wcale przekreślenia prawidłowości rozwojowych odkrytych przez Marksa. W napisanej w 1927 r. broszurze „Socjalizm czy komunizm?” Czapiński pisał: Przesunęła się tu przed nami cała historia rosyjskiego bolszewizmu. Udało mu się przyjść do władzy dzięki specjalnym warunkom, zaś w pierwszym rzędzie dzięki zrewolucjonizowanym chłopom i wojsku. Ale bolszewizm nie osiągnął nic z postawionych sobie celów, zrujnował tylko Rosję, spustoszył miasta, zdruzgotał przemysł i wreszcie wrócił do kapitalizmu. Wszystkie dzikie pomysły o wprowadzeniu socjalizmu do Rosji, przy pomocy gwałtu ze strony rządzącej drobnej mniejszości, zakończyły się zupełnym bankructwem!

Niepowodzenie planu bolszewików, czego wyraz stanowił zarówno NEP, jak i upadek rewolucji w innych krajach europejskich, doprowadzić miało, jego zdaniem, do odrodzenia się rosyjskiego imperializmu i powrotu do tradycyjnych carskich form sprawowania władzy – silna i scentralizowana władza, rozbudowany aparat ucisku, liczna armia itd. Nowością, specyficznie bolszewickim tworem, był Komintern, według Czapińskiego całkowicie podporządkowany realizacji państwowych interesów ZSRR.

W tych opiniach często mieszały się cenne, momentami wręcz błyskotliwe spostrzeżenia i poważne uproszczenia czy niezbyt wyrafinowane ataki na bolszewików. W dużej mierze zaważył pewnie na tym fakt, że wiele z tych tekstów powstało na potrzeby bieżącej walki o „rząd robotniczych dusz”, toczonej z komunistami. Nieco zmieniać zaczął się jednak ton Czapińskiego w latach 30., gdy z jednej strony świat kapitalistyczny mocował się z katastrofalnym w skutkach kryzysem gospodarczym, z drugiej zaś ZSRR z powodzeniem realizował ambitne założenia pięciolatki. Oczywiście, krytyczna ogólna ocena dyktatorskiej formy rządów nie uległa zmianie, jednak opinie Czapińskiego stały się znacznie bardziej wyważone. Przyspieszona industrializacja, znaczący wzrost produkcji, a także poprawa aprowizacji stanowiły zdaniem publicysty PPS niewątpliwe osiągnięcia władz radzieckich. Dostrzegał ich wielkie koszty, jak m.in. wzrost natężenia represji, militaryzację życia codziennego itd., jednak pisał: Ale ogromne postępy gospodarcze są niezaprzeczalne. Świadczą aż nadto wyraźnie o wyższości gospodarki planowej – nawet w trudnych sowieckich warunkach.Wierzył, że wkrótce gospodarka planowa będzie mogła również pokazać swoją wyższość w innych państwach Europy, tym razem jednak bez gwałtu na ludzkiej wolności, charakterystycznego dla warunków radzieckich.

Umiarkowany optymizm, jakim Czapińskiego nastrajał pomyślny rozwój gospodarczy ZSRR, nie trwał jednak długo. Tak jak dla wielu socjalistów w całej Europie, również dla niego „procesy moskiewskie” oznaczały konieczność głębokiej weryfikacji ocen sytuacji w Związku Radzieckim. Coraz jaśniejszym stawało się dla Czapińskiego, że nie ma do czynienia ze „zwykłą” dyktaturą, ale z systemem dążącym do absolutnego podporządkowania jednostki. Kult wodza, rozbudowa tajnej policji politycznej, ogromny wysiłek propagandowy władz, a także procesy pokazowe – to wszystko zadecydowało, że na przełomie 1937 i 1938 r. Czapiński zaczął określać system radziecki mianem „totalizmu”, co – upraszczając nieco – odpowiada naszemu dzisiejszemu „totalitaryzmowi”. W konsekwencji totalizacji życia społecznego następował również uwiąd kultury, której rozwój jeszcze parę lat wcześniej, na początku lat 30., stanowił, zdaniem Czapińskiego, jeden z największych sukcesów bolszewików. Od kilku lat sowiecka literatura nie daje prawie nic. Filozofia to samo […] W nauce to samo. Niektóre nauki są w ogóle skasowane. […] Żadna monopartia, żaden totalizm, żadna trwała dyktatura nie prowadzi do rozwoju kultury i twórczości.

Sporo uwagi poświęcał Czapiński również drugiemu „totalizmowi”, czyli hitlerowskim Niemcom. Źródeł powodzenia nazistów upatrywał w dotkliwości kryzysu gospodarczego, który uderzył na początku lat 30. w Republikę Weimarską. Bazę społeczną NSDAP stanowić mieli w jego opinii głównie drobnomieszczanie, podupadła burżuazja, a także chłopstwo i bezrobotni. Do hitleryzmu zwabić miała ich antykapitalistyczna retoryka, hasła rewizjonistyczne oraz idea przywrócenia społecznego „ładu”. Sam program głoszony przez nazistów Czapiński uważał za mętny, ogólnikowy, a w wielu przypadkach wręcz sprzeczny. Jego sukces tłumaczył w dużej mierze specyficzną postawą drobnomieszczaństwa, które mniej zwraca uwagę na spójność głoszonej ideologii, a bardziej poddaje się nastrojowi chwili, emocjom oraz charyzmie wodza. Dla Czapińskiego, podobnie jak dla wielu ówczesnych teoretyków ruchu socjalistycznego, faszyzm był ostatnią, rozpaczliwą próbą obrony systemu kapitalistycznego podjętą przez burżuazję. Jego cel był podwójny – z jednej strony podtrzymać i udoskonalić system kapitalistyczny, któremu dyktatura i idea „silnej władzy” zapewnią pożądaną stabilność, z drugiej zaś strony faszyzm miał być narzędziem służącym zwalczaniu rozwijającego się ruchu socjalistycznego. O nazizmie pisał: W ten sposób widzimy, że całość programu ma charakter burżuazyjnej dyktatury skierowanej przeciwko demokracji i klasowej walce proletariatu. Ta dyktatura jest skierowana nie tylko przeciwko demokracji i klasie robotniczej wewnątrz państwa, lecz także służy celom imperialistycznym i wzmacnianiu militaryzmu.

***

Tak jak w przypadku stalinowskiej dyktatury, również w odniesieniu do nazizmu Czapiński podkreślał postępującą kulturalną degradację społeczeństwa. Treści kultury faszystowskiej były w jego ocenie skoncentrowane wokół trzech głównych motywów: apoteoza wojny, sztywna hierarchia oraz pochwała okrucieństwa. Uważał, że popularność prądów faszystowskich, wprost odwołujących się do wojny i przemocy, z pogardą traktujących dorobek kulturalny ludzkości, stawia przed proletariatem doniosłe zadanie. Ruch robotniczy stawał się spadkobiercą rzetelnej kultury i nosicielem nowych metod wychowawczych.

Czapiński nie uważał, że kultura „nowego człowieka”, kultura socjalistyczna, może powstać dzięki całkowitemu zerwaniu z dziedzictwem kultury burżuazyjnej. Pisał: Naturalnie proletariacka kultura (jak każda inna) nie buduje całej kultury na nowo – np. zdobycze naukowe, zwłaszcza w niektórych dziedzinach, przejmuje z okresów poprzednich. Ale charakter tej kultury jest inny. Jest to kultura optymistyczna. Kultura zaufania do nauki. Kultura solidarności ogólnoludzkiej, a więc pokojowej współpracy – kultura pracy, bo właśnie praca jest największym szlachectwem okresu proletariackiego. Kultura równości, kultura równego startu dla wszystkich. Kultura wolności prawdziwej, bo opartej na gwarancjach równości gospodarczej. Kultura maksymalnego, największego wysiłku całej ludzkości – w kierunku szczęścia i sprawiedliwości. Słowa te brzmią dziś niezwykle patetycznie. Czapiński jednak pośród przywódców polskiego ruchu socjalistycznego był bez wątpienia tym, który najmocniej podkreślał konieczność zbudowania nowej kultury, jako warunku realizacji projektu socjalistycznego.

Treść ruchu socjalistycznego powinny stanowić nie tylko walka klasowa i dążenie do obalenia kapitalizmu, ale również wysiłek mający na celu moralne i intelektualne podniesienie proletariatu. Swoje powołanie widział Czapiński głównie w realizacji tego drugiego zadania. Przez współpracowników i przyjaciół zapamiętany został właśnie przede wszystkim jako działacz oświatowy, niestrudzony prelegent i popularyzator wiedzy. Jan Mulak pisał: Często nachodzili go całymi gromadami, członkowie ZNMS, studenci i studentki. Młodzi intelektualiści partyjni grupowali się wokół niego. Miał na nich duży wpływ, zwłaszcza w dziedzinie pogłębiania teorii socjalistycznej. Pod tym względem spełniał rolę TUR, a właściwie był drugim TUR-em jako jednoosobowa instytucja. Wynikało to z jego olbrzymiej wiedzy i siły oddziaływania. Wtórował mu Ciołkosz, który w pośmiertnym wspomnieniu pisał: Ku nowej kulturze… Taka była treść życia Czapińskiego, życia bardzo pracowitego. Jego dorobek trzeba mierzyć nie tylko broszurami i książeczkami, artykułami w prasie, mowami sejmowymi i odczytami. Trzeba go mierzyć – lecz to wymierzyć się nie da – obudzeniem się w klasie robotniczej nowych pragnień i tęsknot do życia pełnego i twórczego w każdej dziedzinie.

Tę pracę Czapińskiego przerwał wybuch wojny, przed którą ostrzegał od kilku lat. Po klęsce wrześniowej, licząc na szybkie zwycięstwo aliantów, nie podjął działalności konspiracyjnej. Dopiero na początku 1940 r. nawiązał kontakt z grupą skupioną wokół Adama Próchnika, na konspiracyjnych zebraniach wygłosił wówczas kilka referatów i odczytów. We wrześniu 1940 r. został aresztowany przez Gestapo, pięć miesięcy później trafił do Auschwitz. Zmarł tam w lipcu 1941 r.

***

Spośród przywódców międzywojennej PPS, Kazimierz Czapiński jest z pewnością jedną z tych postaci, których biografia budzi stosunkowo niewielką ekscytację. Nie miał za sobą romantycznych epizodów w bojówce jak choćby Pużak czy Arciszewski, nie był porywającym mówcą jak Żuławski, nie był wytrawnym graczem parlamentarnym jak Niedziałkowski, daleko było mu też do radykalizmu Zaremby, Dubois czy Barlickiego. Jako myśliciel i publicysta nie zawsze bywał Czapiński oryginalny i wystarczająco analityczny. Mimo to jednak uznawany jest za jedną z najwybitniejszych i najciekawszych postaci międzywojennego ruchu socjalistycznego.

Z usposobienia był przede wszystkim nauczycielem i wychowawcą. W tych setkach i tysiącach artykułów, niezliczonych wykładach i odczytach, a nawet w sejmowych przemówieniach – wszędzie wyraźnie widoczne jest dążenie Czapińskiego do wyjaśnienia skomplikowanych problemów, uprzystępnienia i popularyzacji wiedzy. Chciał pisać w sposób zrozumiały przede wszystkim dla robotników. Wierzył, że aby ruch socjalistyczny zwyciężył, musi dokonać się olbrzymi awans kulturalny mas pracujących. Pisał: Partia socjalistyczna dobrze rozumie, że nie podoła olbrzymim zobowiązaniom i wielkiej odpowiedzialności, jeśli nie potrafi wytworzyć ludzi obowiązkowych, wykształconych i moralnie odpowiedzialnych. […] Stąd pochodzi w ruchu socjalistycznym wzmożone zainteresowanie się kwestią oświatowo-kulturalną. Idzie zarówno o reformę szkolnictwa, jak i o kształcenie dorosłych robotników.

Czapiński bardzo silnie podkreślał etyczny i humanistyczny wymiar socjalizmu – nie chodziło tylko o wzrost produkcji i zniesienie własności prywatnej, ale także, a może przede wszystkim, o nowego człowieka i nową kulturę. Realizacji tego zobowiązania poświęcił niemal całe swe dojrzałe życie. Cytowany już uczeń Czapińskiego, filozof Andrzej Nowicki, pisał o nim, że był personifikacją związku między socjalizmem a ideą godności człowieka. Trudno o bardziej zwięzłą, a trafną charakterystykę.

Utopijny komunista patrzy na getto

Badamy proletariat

I.

Książka, którą przedkładamy tutaj czytelnikowi, jest wyrazem spotkania się dwu inicjatyw badawczych i współpracy dwu instytucji. W seminarium pedagogicznym UJ prof. Mysłakowski rozpoczął badania nad samokształceniem w grupie młodzieży uniwersyteckiej z zamiarem rozszerzenia stopniowo terenu badań na inne grupy kulturowe i dzięki temu nawiązany został kontakt z seminarium socjologicznym Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego w Krakowie; w tym samym bowiem czasie seminarium TUR-a rozpoczęło pod kierunkiem dr. Feliksa Grossa badania nad całokształtem warunków życia robotniczego, na razie w ramach bardzo skromnych; czterdziestu kilku robotników rozpoczęło studia w małej, niskiej salce Domu Górników w Krakowie.

Był to pierwszy rok wykładowy Szkoły Nauk Społecznych Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego (TUR) im. Adama Mickiewicza. Robotnicy różnych zawodów, w różnym wieku schodzili się trzy razy w tygodniu przez kilka miesięcy, słuchali dwóch, trzech godzin wykładów, dyskutowali, kształcili się z zapałem, mimo nieraz bardzo trudnych warunków. Byli np. tacy, którzy półtorej godziny wędrowali z Bronowic na kurs, wracając nocą w zawiei. Patrzyliśmy na rozwój Szkoły z ciekawością i z obawą.

Był to bowiem eksperyment, pierwszy na naszym terenie, eksperyment nieudany byłby dla naszych poczynań niekorzystnym przesądzeniem sprawy na długie lata.

Ośrodkiem gorących dyskusji było tzw. seminarium socjologiczne. Nazwa zresztą niezupełnie odpowiadała istocie, były to bowiem raczej ćwiczenia socjologiczne, pomyślane jako jeden z elementów wychowania i kształcenia proletariatu.

Wybór takiej właśnie, a nie innej metody wychowawczej był podyktowany długoletnim doświadczeniem.

Zauważyliśmy w ciągu wielu lat pracy oświatowej, połączonej z obserwacją proletariatu i jego życia, że ten kapitał, który robotnik wnosi w społeczeństwo w formie samodzielności w myśleniu i w decyzji w niektórych sytuacjach, nie jest należycie uwzględniany w pracy wychowawczej i oświatowej.

Samodzielność ta nie jest wytworem romantycznej fantazji. Robotnik od wczesnej młodości znajduje się w samym ogniu walki życiowej. Wtenczas kiedy my, zawodowi, że tak powiem, inteligenci, kształcimy się, chłoniemy wiedzę czy zbijamy bąki, młody robotnik musi już samodzielnie walczyć o swą egzystencję. Brak większego doświadczenia życiowego, a przede wszystkim wykształcenia, zmusza go do podejmowania decyzji w sprawach życiowych wyłącznie niemal w oparciu o własne przemyślenia sytuacji, zaś walka o byt nagina jego umysł do jej trudów, nasuwa myśli, nadzieje i zwątpienia związane przede wszystkim z jego stanem socjalnym i walką ekonomiczną.

Nie ma tu burs, stypendiów, zapomóg – jest tylko strajk, akcja cennika, organizacja. Wydaje nam się, że z punktu widzenia wychowawczego cała ta sytuacja jest korzystna, mimo niewątpliwie ciężkich przeżyć jednostek. Chodzi tylko o wyzyskanie w kształceniu robotników tej właśnie samodzielności życiowej, a częściowo i myślowej, o wydobycie jej, że tak powiem, na wierzch, z mroków podświadomości, wykształcenia jej i uczynienia elementem zasadniczym oświaty robotniczej, przynajmniej na wyższych jej stopniach.

Odczyt – główny instrument oświaty robotniczej – tej funkcji nie spełniał i nie spełnia, podobnie w normalnych warunkach i książka.

Słowo wypowiedziane ex cathedra, druk, mają w oczach ludzi prostych moc niezwykłą, bo moc prawdy. Robotnik świadomy, dojrzały, kulturalny powinien umieć jednak samodzielnie do zagadnienia podejść, umieć patrzeć krytycznie na pewne zjawiska, odróżnić prawdę od demagogii.

Odczyt, książka – wspomnieliśmy – dają pewną ilość wiadomości, naświetleń wykładowców czy autorów, nie dają jednak sposobności do kształcenia samodzielnego sądu słuchaczy, nawet dyskusja nad książką tej funkcji nie spełnia w całej rozciągłości, bo materiał dyskusji został tu zebrany poza uczestnikami i narzucony. Uznając w pełni niezaprzeczalne korzyści wykładu w pracy oświatowej, szukaliśmy metody skuteczniejszego kształcenia samodzielności. Eksperymentem tym, w bardzo skromniutkich rozmiarach, było właśnie seminarium socjologiczne Szkoły Nauk Społecznych TUR. Robotnik i jego życie były ośrodkiem naszych studiów, praca samodzielna i dyskusja zajęły miejsce wykładu i książki, które znowu niepodzielnie królowały na innych lekcjach Szkoły. W ten sposób obie metody uzupełniały się i harmonizowały. Otóż robotnik, uczestnik seminarium, dostawał do opracowania pewien temat, wyłącznie z zakresu samodzielnej obserwacji, np. jak układają się stosunki między robotnikami miejskimi a wiejskimi na terenie określonej fabryki? Tym prostszy – zbadać kilka rodzin robotniczych pod kątem widzenia łączności ze wsią, a więc czy dana rodzina robotnicza posiada krewnych na wsi, czy utrzymywała z nimi łączność itd. Uczestnik seminarium badał sprawę na miejscu, zbierał informacje, przy czym trudności technicznych nie było, chodziło bowiem o szczegóły z życia, z którym był on mocno związany i do których miał dostęp.

Uczestnik przygotowywał referat na podstawie danych zebranych, często też kierujący seminarium przy pomocy odpowiednich pytań wydobywał szczegóły czy też ważniejsze momenty, nie poruszone przez samego referenta. Dyskusję otwierano potem nad samym referatem. Referat był oryginalny, zebrany dzięki samodzielnemu twórczemu wysiłkowi, dyskutanci czerpali też owe wiadomości nie z książek, lecz z własnych obserwacji, a najczęściej z własnego życia i osobistych doświadczeń. „Samorodna” praca naukowa, samodzielna myśl panowały tu niepodzielnie. Dyskusje były gorące, nieraz wprost pasjonujące, a raz bodaj doprowadziły do wzajemnego zagniewania. W dyskusji rej wodzili starsi robotnicy, przynajmniej w pierwszych latach seminarium. Dopiero na samym końcu zabierał głos kierujący seminarium, streszczał wyniki referatu i dyskusji; wiązał je z całością nauk społecznych, przedstawiając pokrótce wyniki badań naukowych, poglądy badaczy itp., polecając literaturę. W ten sposób samodzielny wysiłek myślowy kierowano w odpowiednie łożysko i wiązano z całością nauki i dostępnej literatury.

Staraliśmy się zatem unikać przesady w stosowaniu naszej koncepcji, a przede wszystkim błędów w wychowaniu samych uczestników. W przeciwnym razie mogli oni łatwo popaść w jakąś goryczą zawodu zaprawianą megalomanię czy też grafomaństwo o samorodnej wprawdzie, lecz nie mniej dyletanckiej, a często zgoła nieistotnej problematyce.

Problem stawialiśmy, uwzględniając już pewne założenia naukowe, teoretyczne, np. zagadnienie rodziny robotniczej, stosunku elementu wiejskiego po fabrykach do robotnika miejskiego itd. Stąd też gromadzić się zaczął w formie opracowań przez naszych uczniów wyników dyskusji wcale interesujący materiał socjologiczny. Obok swego skromnego założenia wychowawczego stało się seminarium niewielką pracownią naukową socjografii, a robotnicy, ci sami, co rano twardy metal na tokarnię kładli czy gdzieś na rusztowaniu na zaprawie cegłę osadzali, zamieniali się w twórczych pracowników naukowych. Materiały dostarczane przez nich miały swe wady, ale i wiele wartości. Przede wszystkim robotnik jako obserwator socjologiczny swego środowiska ma dużą łatwość w samej pracy terenowej, ma łatwy dostęp, nie ma zaś przeszkód w pracy, naturalnie poza wyjątkowymi wypadkami – sam jest częścią warstwy którą bada, odczuwa jej tęsknoty, rozumie pragnienia. […]

Aczkolwiek skromne, niemniej ciekawe dla nas materiały socjograficzne dotyczące życia, zwyczajów itd. proletariatu zachęciły nas do prowadzenia szerszych prac, już poza szczupłym gronem uczniów.

Pozostał nam do dyspozycji sam teren i bezpośrednie studia terenowe, prowadzone wedle możliwości, i szersza akcja w formie ankiety. Zainteresowania nasze skupiły się na zagadnieniu wysiłków robotniczych do awansu kulturalnego, nad kulturą robotniczą życia codziennego, stosunku do organizacji, do rodziny, na samokształceniu. Chcieliśmy otrzymać obraz życia robotniczego codziennego, chcieliśmy wreszcie głębiej poznać nie romantycznego, ale żywego człowieka pracy. Sporządziliśmy najpierw kwestionariusz i oddaliśmy do wypracowania kilku robotnikom jako „ankietę próbną”. […] Tekst ankiety rozesłaliśmy bodajże w 7500 egzemplarzach do wszystkich oddziałów TUR – otrzymaliśmy też sporą ilość odpowiedzi. Mimo skromnych nagród robotnicy nie zawiedli. Z różnych stron Polski, a nawet z emigracji napływać zaczęły pamiętniki. Ankieta zorganizowaną została w zasadzie przez Oddział Krakowski TUR-a, a przeprowadzaną w skali ogólnej dzięki poparciu Zarządu Głównego TUR. W ten sposób wkroczył TUR na drogę prac badawczych, a ankieta zatytułowana „Ankieta o Kulturze Proletariatu i Samokształceniu” Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego Oddziału im. Adama Mickiewicza w Krakowie, zapoczątkowała tę gałąź działalności kulturalnej.

Obok celu poznawczo-naukowego spełniała też ankieta rolę eksperymentu kulturalno-wychowawczego. Zachęcano w ten sposób wielu zdolniejszych robotników do większego i głębszego wysiłku myślowego, i to twórczego, i w ten sposób zmuszono ich do samodzielnej obserwacji i samodzielnego przemyślenia wielu spraw. […] Przewidując możliwości błędów, staraliśmy się już w samym tekście ankiety, drogą odpowiednich wskazówek, zachęcić autorów do ich unikania. Zachęcaliśmy do swobody w wypowiadaniu się, w przeciwieństwie do odpowiedzi niewolniczych i podążania za naszymi pytaniami. Podkreślono także wartość społeczną odpowiedzi szczerych. Zdaje się, że apel nasz nie pozostał bez echa. Uczestnicy ankiety, pamiętając na ogół o celu ankiety, wypowiedzieli się z dużą swobodą, nie trzymając się kurczowo pytań ankietowych. Jest to objaw, naszym zdaniem, korzystny, dowodzi o samodzielności w podejściu do zagadnienia. […]

Wprowadziliśmy poza tym zupełnie nowy – wydaje nam się – sposób korektury ankiety.

Posługiwaliśmy się naszą pracownią, seminarium socjologicznym Szkoły Nauk Społecznych TUR. Wyjątki z ciekawych wypracowań odczytywano na posiedzeniach seminarium ubiegłego roku, a robotnicy-uczestnicy seminarium w dyskusji wypowiadali swe opinie co do zagadnień i kwestii w nich poruszanych. Robotnik inteligentny, obeznany z natury rzeczy ze swym własnym środowiskiem i życiem robotniczym, ma duże możliwości w odróżnianiu prawdy od fałszu, wyjątkowych wypadków od reguły w pamiętnikach robotniczych.

W ten sposób mogliśmy też uzupełniać pewne luki, rozwijać problemy tylko dotknięte przez autora danego wypracowania, który nie doceniając należycie znaczenia, nie starał się bliżej go wyświetlić.

Dyskusja była zazwyczaj żywa, bo i seminarium złożone aż z 80 uczestników zbyt było liczne, co miało w dyskusjach nieco długich swe dobre i złe strony.

Wychowawczo rzecz sama przedstawia się nie mniej korzystnie.

Uczniowie nasi poruszali konkretne, nieraz trudne problemy życia robotniczego w oparciu o żywe, prawdziwe wypracowania, w których niejedno zagadnienie było i zagadnieniem naszych uczestników. […]

Traktowaliśmy tekst [ankiety] tylko jako drogowskaz, ale nie martwiliśmy się, gdy ktoś nie szedł za nim, lecz obierał sobie własną drogę. Raczej go nawet do tego zachęcaliśmy. Rezygnując z porównywalności, czyniliśmy to w przeświadczeniu, że zyskiwaliśmy na swobodzie i bezpośredniości wypowiedzenia, czyli – co na jedno wychodzi – zwiększaliśmy szanse ujawnienia się naturalnych tendencji psychospołecznych, prawdziwszego obrazu podłoża.

Linie zainteresowania badanych i badających nie nakrywają się zazwyczaj, niestety. Oczekujemy pewnych rezultatów, a otrzymujemy często wprawdzie nie te, których oczekiwaliśmy, lecz inne. O to jednak chodzi, czy te „inne” są bez wartości, dlatego że są inne? Właśnie nie. Rzeczą interpretującego jest wykrycie tej innej wartości; wyniki jednak będą nieporównywalne.

W celu wydobycia tej właściwej swoistej wartości różnych, początkowo nie dość jasnych dla nas momentów wypowiedzi, posłużyliśmy się wspomnianą już powyżej metodą korektury: dyskusja nad poszczególnymi pamiętnikami czy ich fragmentami, prowadzona w środowisku, z którego pochodzili autorzy, pozwalała uwydatnić znaczenie niejednego symptomu, obok którego, jako inteligenci i jako czytelnicy manuskryptu, gotowi byliśmy przejść.

Społeczeństwo nasze nie jest jednolite. Szereg elementów natury gospodarczej i społecznej wpływa na wytworzenie się warstw i klas.

Między klasami i warstwami czy innymi grupami znajdujemy gruby, wielki mur wzajemnej nieświadomości. Mimo że ludzie ci, w skład różnych grup społecznych wchodzący, żyją lata obok siebie, a nawet rozmawiają ze sobą często, istota społeczna pozostaje nadal nieznaną.

Wyobrażenie o danej grupie czerpiemy raczej ze stosunku do idei niż z doświadczenia. W zależności od tego kształtować się też będzie w oczach „szarego” przeciętnego inteligenta obraz robotnika i proletariatu. Wrogo usposobiony przekonany będzie, że proletariat to ciemna, nieoświecona „czerń”, pozbawiona wszelkiej kultury i kulturalnych potrzeb, ci zaś, co w robotniku składają swe nadzieje, co ze zwycięstwem jego wiążą swe tęsknoty, a nie związani są z żywym, tętniącym ruchem robotniczym, co najwyżej z gazetą i z kawiarnianym stolikiem, podchodzą znowu do robotnika jak do ołtarza. Dla nich robotnik to człowiek mocny, w niebieskiej koszuli z podwiniętymi rękawami, młot trzyma w muskularnych dłoniach a za nim, niczym na propagandowym afiszu, czerwone słońce – „jutrzenka swobody wschodzi”.

Jedno i drugie z gruntu błędne. Nie potrzebuję tłumaczyć, wystarczy przerzucić kilka pamiętników, by poznać gorące zamiłowanie do czytelnictwa, zainteresowanie kulturą, tak znamienne dla wielu robotników. Ich poziom wykształcenia, ciężko zdobytego po żmudnym dniu roboczym, przerasta nieraz kilkakrotnie poziom i brydżowe zainteresowania przeciętnego, a ufnego w swe zdolności dyplomowanego groszoroba. Ale robotnik nawet kulturalny jest tylko zwykłym i normalnym człowiekiem, dalekim od wymarzonych ideałów. Codzienna walka, własne, rodzinne sprawy, ludzkie namiętności kształtują jego osobowość w tym samym stopniu co innych. Nie ma wreszcie jakiegoś „typowego”, „przeciętnego” robotnika, który by za wzór mógł służyć. Przeciwnie, czytając ankiety i pamiętniki zapoznamy się z dużą rozmaitością typów, z wielością środowisk. Pamiętniki robotników dają nam dużą możność poznania warstwy i środowiska, poniekąd łamią – wydaje nam się – mur nieporozumień wyniesiony wokół klasy.

Jak jednak należy ująć zagadnienie typów ludzkich proletariatu, czym wytłumaczyć zróżniczkowanie?

Przede wszystkim sama rozmaitość warunków ekonomicznych stwarza już różnolitość typów robotniczych.

Inaczej żyje, w innym nastroju psychicznym znajduje się pracownik stabilizowany, o stałej miesięcznej pensji, którego można usunąć dopiero drogą sądu dyscyplinarnego – inaczej znowu robotnik ceramiczny, zatrudniony przez cztery, pięć miesięcy w roku, o trzyzłotowym dziennym zarobku, przy dużej rodzinie, któremu stale zagraża zwykłe, czternastodniowe wypowiedzenie.

Moment gospodarczy wpływa już na stworzenie środowiska. Od zarobku zależy, czy robotnik mieszkać będzie w zdrowym, jasnym i obszernym mieszkaniu, czy będzie miał możność spędzenia urlopu na wsi, czy będzie miał izbę w zimie ciepłą i oświetloną, czy wreszcie będzie kupował książki, korzystał z kina, teatru itd.

Wszystkie te okoliczności, na pierwszy rzut oka „drobnostki”, składają się na wytworzenie środowiska.

Warunki zawodowe i geograficzno-środowiskowe wywierają też piętno.

Duża fabryka zatrudniająca pięć, sześć tysięcy ludzi jest specyficznym skupiskiem, wymagającym już odrębnych form organizacji zawodowej. W warsztacie takim siła solidarności robotniczej ma znaczenie tak wielkie, że często gwarantuje, w pewnych przynajmniej granicach, robotnikom swobodę przekonań i organizowania się. Samo otoczenie, fabryka, maszyny, piece pozostawiają swe ślady na zachowaniu się i psychice robotnika.

A teraz porównajmy ten typ robotnika „wielkofabrycznego” z czeladnikiem lub chłopcem u szewca. Gdzieś tam w suterenach, w małej mrocznej izbie pracuje trzech, czterech ludzi. Ustawowego czasu pracy nikt nie przestrzega, śladów higieny nie znajdziemy, organizacja w łonie samego warsztatu nie ma znaczenia (co innego organizacja ogólna, jednocząca wszystkich czeladników).

Warunki pracy, warsztat pracy i jego rozmiary składają się również na strukturę socjalną, a nawet przyrodniczą, środowiska robotniczego.

Dodajmy teraz i inne ważne współczynniki – a więc wielkość skupisk ludzkich, położenie geograficzne zakładu i osady, ciężar tradycji i wychowania.

Wielkie milionowe miasto w porównaniu z osadą robotniczą czy małą, odległą od linii kolejowej mieściną stanowi zupełnie odmienny typ środowiska, wiadomym jest również, jak silne piętno wywiera na charakterze mieszkańców środowisko portowego miasta. Sprawy te poruszamy tylko ogólnikowo, nie wdając się w szczegóły, pomijając też cały zespół innych współczynników kultury robotniczej.

Ale nawet pobieżny tylko przegląd współczynników środowiska robotniczego wystarczy dla uzasadnienia wielości typów robotniczych, bo przecież środowisko ma w tym względzie pierwszorzędne znaczenie.

Autorzy pamiętników zamieszczonych w niniejszym tomie rekrutują się z różnych środowisk, z rozmaitych gałęzi przemysłu, reprezentują także rozmaite kategorie płac i kwalifikacji. […]

„Klasa robotnicza”, „proletariat”, nie jest grupą jednolitą kulturowo. Są to wyrażenia wskazujące raczej na pewną kategorię struktury gospodarczej niż na konkretną treść społeczną. Rzut oka na załączone prace przekonywa, jak dalece są one różne – od zupełnego prymitywu człowieka, żyjącego na marginesie społeczeństwa, do inteligenta, żywiącego ambicje intelektualne, dbającego o formę literacką, usiłującego zająć określoną, własną postawę wobec różnorodnych zagadnień kultury.

Różnorodna ta masa (a ściślej mówiąc szereg warstw kulturalnych i towarzyskich) może w pewnych warunkach działać jako jednolita grupa, np. w akcji strajkowej; wówczas przestaje ona być tylko abstrakcyjną kategorią, a staje się rzeczywistością społeczną, która jednak po ukończeniu jakiejś akcji scalającej może znowu okazywać tendencje odśrodkowe i różnicujące. „Klasa” nie jest, lecz w pewnych warunkach „staje się”; jej trwanie ma charakter dynamiczny, stałym zaś czynnikiem są raczej warunki ekonomiczne, które w razie konfliktu mogą prowadzić do „uświadomienia” siebie jako klasy.

Ta różnorodna masa, żyjąca w bardzo różnych warunkach, przenikana przez najróżnorodniejsze prądy ideologiczne, ogarnięta tendencjami do awansu społecznego, stale w chwiejnej równowadze, stale nie czująca się „nasyconą” i dlatego objawiająca dużą prężność społeczną, zasługuje na jak największą uwagę. Tej uwagi udziela jej się zbyt mało. Wyłącznie administracyjno-polityczny stosunek to stanowczo zbyt mało. Społeczeństwo musi znać robotnika, otoczyć zrozumieniem jego dążenia do kultury: państwo powinno zajmować się nim nie tylko w okresach rozruchów, musi ono otoczyć opieką jego uzasadnione ambicje, jego dążenia do współudziału w dobrach kultury; rozszerzy ono w ten sposób swe oparcie społeczne, wyjdzie poza zaklętą sferę inteligencji i biurokracji. A masa ta nie musi być dopiero mozolnie rozbudzana; przez swoją dynamikę, przez swój pęd do kultury zaznacza sama mocno, czym jest i ku czemu dąży. […]

Ile problemów wyłania się przy czytaniu tych paru pamiętników, ile kwestii poruszono, ile problemów w nich nurtuje, jak wartościowych autorów czytają ci ludzie, a o tym wszystkim piszą przecież ludzie prości, od młota, biedni, ludzie, którzy nieraz kilka zaledwie miesięcy w szkole spędzili. Pismo wielu wskazuje, że ciężką pracą było dla nich utrwalenie swych przeżyć. Jeden np. szewc z małej lubelskiej mieściny zeszyt kołkami widocznie przybił do stołu, by się nie suwał, litery stawiał wolno, mozolnie w ręcznie wyliniowanym zeszycie…

Słusznie czytelnik zauważy, że to może być materiał najlepszy, wybrany. Prawda. Ale wskazuje to na wielkie możliwości kształcenia i wychowania, na wartość materiału ludzkiego, a przede wszystkim na wielkie zadania, które stoją przed nami – zadania kształcenia i wychowania tych ogromnych mas, udostępnienia nauki i możliwości rozwoju kulturalnego, a przede wszystkim stworzenia ludzkich warunków bytowania. […]

__

Powyższy tekst pierwotnie stanowił przedmowę do książki „Robotnicy piszą. Pamiętniki robotników – studium wstępne”, Księgarnia Powszechna, Kraków 1938. Pominięto przypisy, zaznaczono większe skróty.

Utopijny komunista patrzy na getto

Idzie nowa wieś!

Zbyteczne byłyby uwagi nad praktyczno-społeczną doniosłością dzieła „Młode pokolenie chłopów”. Jest ona oczywista dla każdego myślącego czytelnika. Należy się spodziewać, że kierownicy państwa, politycy społeczni, ideologowie, działacze organizacyjni, wychowawcy wyciągną odpowiednie wnioski.

Ale dzieło to jest przede wszystkim naukową pracą socjologiczną, której teoretyczne znaczenie tylko nieliczni w Polsce socjologowie należycie ocenić mogą. Dobrze będzie więc uwydatnić pokrótce w przedmowie, co praca ta wnosi do socjologii jako nauki teoretycznej.

Zacznijmy od samego materiału i sposobu jego zużytkowania. Przeważającą większość materiałów stanowią zgromadzone ad hoc autobiografie młodzieży chłopskiej w Polsce. Warto zaznaczyć, że nie ma dotąd w literaturze socjologicznej dzieła opartego na równie bogatym materiale autobiograficznym, dotyczącym określonej kategorii społecznej osobników. Wdzięczność winni jesteśmy tej młodzieży, która tak licznie i skutecznie zareagowała na apel Redakcji „Przysposobienia Rolniczego” i Państwowego Instytutu Kultury Wsi. Ze względów naukowych jednak podkreślić też należy niezwykle umiejętną technikę pozyskiwania masowych wypowiedzi autobiograficznych, która doprowadziła do tak świetnych wyników. Technika ta, zainicjowana przed 16 laty przez Polski Instytut Socjologiczny i później wielokrotnie stosowana przez różne instytucje w Polsce i za granicą, została tu w najwyższym stopniu udoskonalona. Różni się ona znacznie od techniki ankiet i kwestionariuszy, ponieważ dąży do zdobycia innego typu danych faktycznych. […]

Autobiografia nie jest w ogóle traktowana w socjologii jako obiektywnie wiarygodny opis zaobserwowanych przez autora faktów: socjolog wie dobrze, że do takiego opisu zdolni są tylko ludzie z odpowiednim wyszkoleniem intelektualnym, którzy przy tym albo nie są praktycznie zainteresowani w opisywanych faktach, albo w dążeniu do czystej prawdy umieją swe praktyczne zainteresowania zostawić na uboczu – takich ludzi zaś wśród autorów autobiografii jest bardzo mało. Rezygnując z korzystania z autobiografii, jako z teoretycznego opisu, socjolog tym samym unika większości tych trudności, z którymi ma do czynienia historyk, gdy na zasadzie krytycznej analizy pamiętników usiłuje dotrzeć do tego jądra obiektywnej prawdy o ludziach i rzeczach, jakie zawierają. Dla socjologa, jak dla psychologa, autobiografia jest dokumentem osobistego świadomego życia autora, wyrazem jego subiektywnych doświadczeń, jak wszelkie ludzkie wypowiedzi nie mające uroszczenia do obiektywności naukowej. Jej wielka bezpośrednia wartość jako dokumentu życiowego wynika stąd, że wyraża ona znaczną ilość różnorodnych a powiązanych doświadczeń osobnika, które nawzajem się dopełniając i oświetlając, stanowią całość umożliwiającą badaczowi daleko lepsze ich zrozumienie, kontrolę i analizę, niż gdy ma do czynienia z poszczególnymi odosobnionymi wypowiedziami, jak w kwestionariuszu, wywiadzie lub liście.

W odróżnieniu jednak od psychologa socjolog nie traktuje osobnika ludzkiego jako odrębnej istoty biopsychicznej, lecz jako uczestnika w rzeczywistości społecznej. Toteż doświadczenia wyrażane w autobiografii wyprowadzają socjologa poza „wewnętrzne” życie psychiczne jednostki, są nawet bez jej wiedzy i woli źródłem do poznania ponadindywidualnego społecznego świata. Z jednej strony bowiem życie świadome jednostki jest w znacznej mierze wytworem działań tego środowiska społecznego, w którym wyrosła i uczestniczy z całą jego złożoną strukturą, z jego tradycjami, wierzeniami i przesądami, jego obyczajami, regulującymi stosunki między ludźmi, jego wzorami, według których kształtują się role społeczne osobników, jego grupami i instytucjami. Wszystko to przejawia się, choć tylko fragmentarycznie, w całokształcie indywidualnych doświadczeń. Z drugiej strony sam osobnik, przez swe postawy wartościujące i dążenia czynne, jest wraz z innymi współtwórcą rzeczywistości społecznej, bierze mniejszy lub większy udział w jej utrzymywaniu i przekształcaniu, gdyż rzeczywistość społeczna nie jest niczym innym jak właśnie częściowo uporządkowaną syntezą wielu żyć osobistych i każda indywidualna postawa i dążenie jest realną siłą społeczną.

Im liczniejsze i różnorodniejsze mamy autobiografie z pewnej zbiorowości ludzkiej, tym dokładniej i bardziej wyczerpująco możemy odtworzyć te systemy i wzory społeczne, które w niej istnieją, i te zmiany, które w niej zachodzą. Autobiografie, które posłużyły za podstawę niniejszego dzieła, wykazują niezwykłą różnorodność pod względem przynależności regionalnej, przekonań politycznych, religijnych, ekonomicznych, typu rozwojowego, itd. Toteż w całości dzieło to daje tak dokładny obraz tej rzeczywistości społecznej, którą obecnie żyje młode pokolenie chłopów w Polsce, jakiego nie posiadamy o żadnej wielkiej zbiorowości ludzkiej! […]

Publikacja materiału w tej ilości ma za cel nie tylko poinformowania czytelników mało obeznanych ze współczesną młodzieżą wiejską w Polsce, ale jest usługą oddaną przyszłym teoretykom. Postępowanie takie ma znane precedensy w literaturze etnologicznej i socjologicznej. Nie wiadomo jednak, czy w dzisiejszym stanie naszej socjologii znajdą się wkrótce teoretycy, którzy materiału tego dalej używać będą. Na szczęście wnioski naukowe, które sam autor ze swych danych wyprowadził, już zapewniają temu dziełu pierwszorzędne znaczenie w rozwoju myśli socjologicznej. Podkreślmy niektóre z nich.

Przede wszystkim więc znakomita analiza dwóch przeciwstawnych kategorii społecznych „chłopa” i „pana” rzuca nowe światło na ogólne zagadnienia struktury klasowej społeczeństw. Wykazuje ona, że struktura ta jest wytworem wartościowań i dążeń społecznych, jest sprawą ustosunkowania, w doświadczeniu i działaniu osobistym i zbiorowym, różnych wzorów obyczajowych życia jednostek w różnych kręgach społecznych. W tym świetle tradycyjne teorie, schematycznie sprowadzające strukturę klasową do czynników ekonomicznych lub politycznych, muszą być całkowicie zrewidowane, nasuwa się bowiem przypuszczenie, że samo zróżnicowanie ekonomiczne i polityczne jest wynikiem działania głębszych sił społecznych, dotychczas prawie niezbadanych. Przypuszczenie to potwierdza studium ruchu społecznego młodzieży chłopskiej, który świadomie dąży do przekształcenia struktury klasowej przez wprowadzenie nowych kryteriów wartości ludzkiej, drogą wytworzenia nowych wzorów, nowych typów osobowości. Ruch ten wyraźnie się odróżnia od dążeń wypływających z motywów ściśle ekonomicznych i politycznych, które doprowadzając jednostki do zamożności lub do władzy, strukturę społeczną pozostawiają niezmienioną, innymi słowy czyniąc z „chłopów” „panów”, zachowują dawne wzory osobowe „chłopa” i „pana”.

Ta sprawa ruchu młodzieży ściśle się wiąże z drugim ogólnosocjologicznym zagadnieniem: stosunku starszego i młodszego pokolenia. Każda struktura klasowa utrzymać się może jedynie pod warunkiem, że nie tylko warstwy wyższe, lecz i niższe przyjmują składające się na nią wzory życia społecznego jednostek jako coś normalnego. Przyjmowanie to u warstw niższych nie może być wyjaśniane samym tylko poczuciem własnej bezsilności. Położenie tych warstw musi zawierać pierwiastki z ich punktu widzenia pozytywne, dawać jednostkom, których życie stosuje się do danego wzoru klasowego, jakieś pole do zadowolenia ich dążności, inaczej bunt mas nie dałby się stłumić żadną przemocą. Odnośnie do warstwy chłopskiej w Polsce znajdujemy w dziele niniejszym rozwiązanie tego problemu, które da się zastosować i do innych krajów i czasów. Przy całym poczuciu zależności „chłopów” od „panów”, chłopska społeczność wiejska, żyjąc kulturą własną i będąc pod wielu względami samowystarczalną społecznie, dawała każdej jednostce możność zadowolenia w ramach tradycyjnego wzoru osobowego tych dążności, które w niej od urodzenia rozwijała. Przez wychowanie rodzinne, rosnący udział we wszelkich czynnościach rodziny i następnie w roli członka rodziny, w życiu zbiorowym wspólnoty sąsiedzkiej jednostka wrastała w owe ramy, przyswajała sobie cały tradycyjny system zbiorowy i z nim wiązała swe znaczenie w środowisku wiejskim; później zaś z kolei system ten narzucała młodym. Na tym tle wytworzył się stosunek całkowitego podporządkowania młodych starym, w którym posłuszeństwo jest zasadniczą, najistotniejszą cnotą młodych. Starzy są wyrazicielami tej tradycji, oni stoją na jej straży, a tym samym na straży tradycyjnego społecznego porządku wsi. Cokolwiek uderza w tradycję, uderza w nich samych, w ich znaczenie społeczne i poczucie wartości. Konserwatyzm starszego pokolenia jest więc po prostu reakcją samoobronną. Broniąc porządku, który tkwi w nich samych, bronią swego znaczenia (tom I, str. 241).

Dopóki młodzież widziała dla siebie jedyną właściwą drogę do znaczenia i wartości osobistej w tradycyjnym porządku wsi (za wyjątkiem nielicznych, co wychodzili na księży lub innego rodzaju „panów”), tłumiła w sobie dążności buntownicze; i nawet indywidualna emigracja zarobkowa była w założeniu powrotna i miała służyć wywyższeniu reemigranta i jego rodziny w hierarchii tradycyjnych wiejskich ról społecznych.

Ale w miarę zaniku izolacji społecznej wsi, jej wchodzenia w orbitę wpływów nowoczesnego systemu ekonomicznego oraz wielkiej społeczności narodowo-państwowej, tradycyjna struktura wsi ulega osłabieniu, traci w oczach młodych swój urok społeczny, te możliwości, jakie otwiera przed nimi, nie mają już dawnej mocy przyciągającej w konflikcie z odmiennymi sprawdzianami wartości; część młodych zaś w ogóle nie znajduje w niej miejsca w dzisiejszych warunkach ekonomicznych. Rośnie bunt młodych przeciw starym i reprezentowanemu przez nich porządkowi; a prawie zupełne odcięcie dróg emigracji zagranicznej oraz zahamowanie rozwoju przemysłu w kraju utrudniają ucieczkę od tego porządku i szukanie ról nowych poza społecznością wiejską. O ile wewnątrz tej ostatniej nie wytwarzają się nowe możliwości zadowolenia dążności indywidualnych na społecznie uznanej drodze, bunt objawia się w antyspołecznym działaniu. Autor wyciąga tu wniosek ogólny: kto zostaje odsunięty od pozytywnie ocenianej działalności lub kto sam zatraca w pewnych warunkach możność takiego działania społecznego, ten zaspakaja swoją dążność do znaczenia na drodze destrukcyjnej działalności. Wniosek to ważny dla wyjaśnienia pewnych form przestępczości indywidualnej w ogóle oraz wielu destrukcyjnych ruchów masowych.

U pewnej części jednak młodzieży wiejskiej dążności buntownicze przeciw dawnemu porządkowi wiążą się z nowymi, pozytywnymi kulturalnymi zainteresowaniami i znajdują wyraz w marzeniach i usiłowaniach twórczej jego przebudowy. Jednostka znajduje tu dla siebie nową rolę społeczną, rolę reformatora, która daje poczucie wyższej wartości osobistej i większego znaczenia w przeciwieństwie i do zwolenników starego porządku, i do destrukcyjnych buntowników. Mamy tu znowu do czynienia z procesem typowym osobistego rozwoju, odwiecznie i powszechnie występującym w zmieniających się społeczeństwach, jest on w niniejszym dziele oświetlony niezwykle jasno w najrozmaitszych jego odmianach.

Przebudowa tradycyjnego porządku społecznego wsi jest nieodłączna od przebudowy całej struktury klasowej społeczeństwa polskiego, toteż, jak autor podkreśla, młodzież chłopska walczyć musi z oporem zarówno starszego pokolenia własnej warstwy, jako też nadporządkowanych klas społecznych, które bądź wyraźnie przeciwdziałają nowym siłom społecznym wsi, bądź też starają się nimi pokierować i zużytkować bez naruszenia istniejącej struktury. A że sama potrzeba przebudowy wsi powstała wskutek zaniku jej izolacji społecznej, dążenia reformatorskie rozwijające się w społeczności wiejskiej są częścią procesu włączenia tej społeczności jako czynnego składnika w szersze społeczeństwo państwowo-narodowe. […] Stopniowe wchodzenie niegdyś całkowicie odosobnionych społeczności wiejskich do społeczności narodowo-państwowej jako integralnych jej części jest sprawą rosnącego udziału chłopów w najistotniejszych wartościach materialnych i duchowych tej wielkiej społeczności. Udział ten jednak może być dwojakiego rodzaju: zgodny z rolą wyznaczoną chłopu w państwie i w narodzie przez grupy kierownicze tych społeczności lub zgodny z rolą, którą chłop sam dla siebie wytwarza w czynnym dążeniu do uczestnictwa w życiu państwowym i narodowym. Role te różnią się głęboko między sobą.

W dziedzinie materialnej rola chłopa w szerszej społeczności wiąże się ściśle z terytorium państwowym, jako podstawową własnością grupową. Według wzoru tradycyjnego warstw rządzących zadaniem chłopa jako podwładnego uprawiającego ziemię w obrębie terytorium państwowego jest być „żywicielem”, w razie potrzeby żołnierzem, broniącym tego terytorium przed obcymi pod komendą rządzących. Jednostka chłopskiego pochodzenia może wyjść z tej roli, tylko przestając być chłopem, stając się jako poseł, urzędnik, oficer członkiem warstwy rządzącej. Tymczasem według tego nowego wzoru, który się wytwarza w ruchu chłopskim, funkcje chłopa-żywiciela i żołnierza są tylko częścią jego roli jako chłopa-obywatela, w tej roli zaś główną funkcją zbiorowa warstwy chłopskiej jest być „gospodarzem ziemi polskiej”. Cała ta sprawa zrozumiałą się staje dopiero przy pomocy socjologicznej koncepcji przestrzeni, po raz pierwszy tu zastosowanej do tego rodzaju zagadnień.

W świat kultury duchowej narodu pod naczelnym kierunkiem jego elity umysłowej wprowadza wieś przede wszystkim szkoła. Według tradycji ludu wiejskiego ta kultura to rzecz „pańska”, oderwana od rzeczywistości chłopskiej, nie mająca żadnego znaczenia dla życia rodziny wiejskiej i wspólnoty sąsiedzkiej. Ta tradycyjna koncepcja znajduje stałe potwierdzenie w przeważającym do dziś dnia typie wychowania szkolnego. […] Szkoła jest instytucją warstw wyższych, przeznaczoną do kształcenia na „inteligentów”; daje wprawdzie technikę czytania, pisania i rachowania, której potrzebę wieś na ogół odczuwa, pod względem wychowawczym jednak reprezentuje takie „kryteria wartościowania i wybitności”, które stoją w jaskrawej sprzeczności z kryteriami stosowanymi w życiu pozaszkolnym. Główny, jeżeli nie całkowity wysiłek wychowawczy szkoły powszechnej skierowany jest na rozwinięcie u młodzieży zdolności, o których, gdy się je uda rozwinąć, żywi się przekonanie, że ich dla wsi szkoda. Jeżeli ten wysiłek szkoły udaje się, to znaczy, gdy szkoła jest dobra, to owoce swych wysiłków oddaje wyższym warstwom społecznym. Jeżeli wysiłek nie udaje się lub jeżeli szkoła jest zła – to produkty jej wysiłków pozostają dla wsi. Wartość szkoły na wsi, tak samo jak innych dziedzin życia wiejskiego, mierzy się tym, co ze wsi wydobywa dla pozawiejskich grup społecznych.

W zasadniczym przeciwieństwie do tej postawy warstw wyższych jest dążenie młodego ruchu chłopskiego do jak najpełniejszego uczestnictwa chłopów jako chłopów w kulturze duchowej narodu, do wytworzenia typu chłopa-inteligenta, używającego swego wykształcenia nie do wyjścia ze wsi, lecz do wzbogacenia kulturalnego życia wsi i społecznej jej przebudowy. Dalszym stadium w tym dążeniu ma być twórcze wnoszenie przez wieś nowych wartości do wspólnego skarbca kultury narodowej. Dążenie to, zapoczątkowane przed laty przez nielicznych inicjatorów i doradców ze sfer inteligencji, kontynuowane przez przodowników-chłopów, którzy wiedzę swą czerpali z samokształcenia raczej niż z kształcenia szkolnego, wpływać zaczyna na szkołę, zwłaszcza tam, gdzie znajduje poparcie w osobie nauczyciela. Zużytkowanie go dla badań porównawczych może dopomóc do zrozumienia różnych prądów, nurtujących w nowoczesnym wychowaniu. Ten proces samorzutnego wchodzenia wsi jako aktywnej cząstki w społeczność narodowo-państwową znajduje wyraz w kole młodzieży wiejskiej jako ośrodku skupiającym indywidualne usiłowania i wyrabiającym samodzielnych przodowników. Lokalne koło młodzieży skupia młodzież w podwójnej roli społecznej: członków wsi i członków szerszej społeczności… jest… ogniwem pośrednim między wsią a wielką społecznością narodową, wcielając i asymilując wzajemnie treść jednej i drugiej…. Jest to typ grupy, który po raz pierwszy, o ile nam wiadomo, stał się tu przedmiotem naukowego badania, choć istnieją liczne jego odmiany we wszystkich społeczeństwach nowoczesnych i nie tylko wśród warstwy chłopskiej. Nasuwają się ciekawe możliwości dalszych studiów porównawczych w ślad za obecną inicjatywą Chałasińskiego, ale dyskutowanie tych możliwości wychodziłoby poza zakres obecnej przedmowy.

__

Powyższy tekst pierwotnie stanowił przedmowę do czterotomowej edycji książki Józefa Chałasińskiego pt. „Młode pokolenie chłopów. Procesy i zagadnienia kształtowania się warstwy chłopskiej w Polsce”, Państwowy Instytut Kultury Wsi, Warszawa 1938. Pominięto przypisy, zaznaczono większe skróty. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Utopijny komunista patrzy na getto

Głos z otchłani

W pamięci mojej wypływa jeden z utworów Kielanda.

Ku schyłkowi wspaniałej uczty proszą obecnego tam wirtuoza, ażeby zechciał coś zagrać. Mistrz siadł do fortepianu i zgrzytem przejął obecnych – zaimprowizował pieśń głodnych…

Mam wrażenie, że „Pamiętniki bezrobotnych” będą dla wielu takim zgrzytem. Ale niechaj idą w świat, choćby miały wywoływać takie ciężkie wrażenie, niechaj budzą sumienia ludzkie! Niechaj idą w świat te odgłosy nędzy, która w chwili obecnej nie tylko u nas, ale i gdzie indziej rozsiadła się tak buńczucznie – te podźwięki ciężkich doświadczeń, a przede wszystkim głodu i chorób, te niedopowiedziane męki cierpień moralnych, które tak obficie tkwią w sytuacji dzisiejszej. Liczba wołających o pomoc idzie w dziesiątki i setki tysięcy! A nie jest to sprawa zamknięta tylko w obrębie chwili obecnej. Chodzi tam o przyszłość naszą, o to nie odrosłe jeszcze od ziemi pokolenie, na którego barkach spoczną kiedyś losy kraju, a które dzisiaj nie dojada, podupada na zdrowiu, karłowacieje i wyrodnieje. Albowiem, pomimo nędzy, dzieci rodzą się obficie. Rodzą się i umierają! Traktuje się te narodziny jako dopust boży, który wywołuje niekiedy westchnienie: ach! Boże z wysokiego nieba, nie daj już nikomu dużej rodziny, aby chodzili po ojczystej ziemi boso i głodno! A ojcom opadają bezwładnie ręce: powiła mi żona aż dwoje dzieci… Przyzwyczaiłem się już do dziecka, które miało przyjść, ale dwoje – tego się nie spodziewałem. Sąsiedzi z suteryn mi gratulowali, a ja stałem prawie oszołomiony, widząc całą grozę swego położenia. Żona wzrokiem jakby mi się tłumaczyła, że nie jest temu winna. Rodzice korzą się przed „wolą nieba”, a dla niemowlęcia nastają ciężkie chwile doświadczeń: pierś matki wyschnięta nie darzy dziecka pokarmem, na kupno mleka nie stać rodziców, dziecku wlewa się do ust czarne pomyje, które noszą miano kawy… Może wybawi je śmierć, a jeśli tego nie uczyni, krajowi przybędzie cherlak ze skutkami wygłodzenia w ciele swoim na całe życie. Wśród ciężkich doświadczeń nawet pożycie rodzinne ulega rozprzężeniu: mąż opuszcza żonę i przemierza nieraz kraj cały, czy nie znajdzie zarobku. Żona przyjmuje miejsce stałej posługi lub wraca do swoich rodziców. Małżonkowie marzą o wznowieniu wspólnego pożycia, gdy nastaną lepsze czasy. Niekiedy żona zniecierpliwiona niedołęstwem męża, „który nie umie znaleźć pracy”, porzuca go i żyje z mężczyzną, który ma zarobek. To rozejście się małżonków, chwilowe lub stałe, jest ostatnim ogniwem długiego pasma swarów i kłótni. Nędza materialna, zanik więzi uczuciowych, niekiedy kompletne piekło! Człowiek marnieje. Marnieje fizycznie, marnieje duchowo. A ponieważ największym bogactwem społecznym jest niewątpliwie istota ludzka, klęska dzisiejsza zastoju, tak chłoszcząca ją głodem i chorobami, tak szarpiąca jej nerwy i tak wroga subtelniejszemu poczuciu godności osobistej, jest wielkim marnotrawieniem tego bogactwa.

Ale w zastoju istnieje jeszcze inna strona, znaczenia pierwszorzędnego.

Chodzi o nastroje tłumów dotkniętych klęską bezrobocia.

Tam, wśród tych tłumów odsuniętych od jedynego źródła utrzymania, jakim jest praca, z konieczności narasta jakiś osad stanów uczuciowych dotychczas nieznanych wcale albo nieznanych w takim napięciu. Kiełkują tam poglądy mocnym zabarwione niezadowoleniem, a nieraz i chęcią odwetu. Narastają i kiełkują żywiołowo z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Oddźwięki tych kiełkowań rozbrzmiewają obficie w nadesłanych pamiętnikach, oddźwięki tym rzetelniejsze, iż głos zabiera człowiek, któremu najczęściej obca jest umiejętność przyoblekania swoich myśli w barwne wyrazy, a nawet niekiedy w logiczny tok skojarzeń. I właśnie to oddziaływanie zastoju na umysły ludzkie, to rzeźbienie przezeń – z potulnego człowieka – zgorzkniałego malkontenta, to kiełkowanie tu i ówdzie możliwości jakiegoś odruchu zbiorowego, są sprawą niezmiernie doniosłą z punktu ogólnospołecznego. Każdy usiłujący trzymać rękę na pulsie życia społecznego: mąż stanu, polityk partyjny, działacz społeczny, powinien mieć to w pamięci swojej, że chwila taka jak dzisiejsza nie tylko doświadcza ludzi nędzą i głodem, ale nadto krzesze w jaźniach ludzkich iskry rokoszu – żywiołowo, samorzutnie w każdej chwili ich ciężkiego żywota. Dlatego „Pamiętniki bezrobotnych”są nie tylko opowieścią mającą ocknąć sumienia ludzkie, ale także książką dla ludzi dbałych o przyszłość, dla polityków, dla mężów stanu, aby wiedzieli, co tam w głębi narasta w duszach ludzkich. Niekiedy wyrazy tego narastania są mocno naiwne, niemal dziecinne, nieraz nawet zakrawają na niepowiązany bełkot, na odruch emocjonalny w jednym wykrzykniku zawarty, ale swoją drogą są wyrazami czegoś, co chociaż nie zawsze dorzeczne, staje się przecież wyznaniem tysięcy.

Ale zanim podejmiemy sprawę tych nastrojów, warto poznać tych, którzy są wyrazicielami tych stanów, jak rzekliśmy raczej emocjonalnych niż jasno sformułowanych.

W „Pamiętnikach” doszli do głosu różni ludzie: mocno religijni i zdecydowani ateusze, osobistości o dużej wrodzonej inteligencji i półanalfabeci, duchy niespokojne żądne wciąż nowych wrażeń i oportuniści z urodzenia, godzący się z losem swoim i z każdą sytuacją. Są w tej gromadzie wyznawcy różnych stronnictw, a obok nich inni, zupełnie obojętni na sprawy ogólniejsze. Różnobarwna mozaika typów! I tak samo unosi się nad nimi złożona atmosfera zapatrywań i nastrojów, acz bardzo jednolita przy głębszym wejrzeniu. W tym rozbiorze poczesne miejsce należy się tym, którzy zaliczają siebie do tej lub innej partii, a więc bezrobotnym, którzy mają jakiś wyrobiony pogląd na stosunki społeczne lub raczej jakieś ułomki sformułowanych aspiracji. Albowiem o konsekwentnej całości powiązanych zapatrywań wyjątkowo może być mowa wśród tego grona osób, które nadesłały do Instytutu Gospodarstwa Społecznego swoje wynurzenia. Ale różnego znaku „partyjnicy” są w nieznacznym odsetku, nawet bardzo nieznacznym. Rdzeń pamiętników tworzą zwyczajni śmiertelnicy, może żywiący jakieś żywsze sympatie dla haseł tego lub innego stronnictwa, ale nie idący w żadnym ordynku partyjnym, a więc mający swoje własne drogi myślenia, swoje własne zapatrywania i nawet własne środki zaradcze na poskromnienie kryzysu – naiwne, nieraz bardzo naiwne, ale, jeszcze raz powtarzamy, własne bez jakiegokolwiek stempla partyjnego. A w tej gromadzie bezkształtnej są niektórzy jako tako oczytani, ale znowu ci stanowią niewielki odsetek, większość zaś nie grzeszy ani umiejętnością zdawania sobie sprawy z natury tej klęski, jaka ich dotknęła, ani potrzebą głębszego wniknięcia w jej istotę. Nie winniśmy temu się dziwić. […] Wiele spośród osób, które nadesłały pamiętniki, odczuwa tę żywiołowość klęski, ale nadaje jej charakter jakiegoś fatum – widzą w niej dopuszczenie boże i w bezwładnej rozpaczy opuszczają ręce. Ale przecież zrozumienie istoty kryzysu i jego źródeł jest rzadkie nawet wśród osób bardziej wykształconych spośród inteligencji! Jest również rzadkie pomiędzy naszymi pamiętnikarzami. Bądź co bądź kryzys jest ostatecznie dziełem rąk ludzkich po omacku plączących się i poruszających wśród bezplanowej anarchii w sferze produkcji. Ale jego wyładowanie się, jego przebiegi stale posługują się świadomą działalnością ludzi. Właśnie tych ludzi stawia się zwykle pod pręgierz jako sprawców i winowajców. Żywiołowe, ślepe potęgi anarchii gospodarczej rozpływają się w ludziach, zostają przetłumaczone na czyny woli ludzkiej, na skutki ich świadomości.

Takie stanowisko zajmują zazwyczaj nasi pamiętnikarze.

Myśl ich w uściskach ciężkiej rzeczywistości pracuje – naiwna, niepogłębiona.

Rzecz ciekawa, u wielu daje się wyczuwać jakiś żal, niekiedy niejasny, jak gdyby zamglony, a niekiedy wyraźny, do Niepodległej Polski, iż pozwala na srożenie się takiej klęski: w głowie nie może im się pomieścić, ażeby ta Niepodległa nie zdołała ukrócić kryzysu. Częściej jednak szuka się winowajcy wyraźniej skrystalizowanego, a więc czyjejś złej woli, która przyczyniła się do rozpanoszenia się kryzysu, a w każdym razie sprawiła, iż nie ma wystarczającej pomocy zbiedzonym ludziom w tej ciężkiej potrzebie, albo że pomoc, o ile istnieje, jest powolna, niedostateczna, niedbała. Winowajcami są przede wszystkim przemysłowcy, którzy wypowiedzieli pracę. Poprzez pamiętniki wije się nieustająca skarga na niesprawiedliwy sposób dokonywania redukcji: zwalnia się nie tych, którzy najmniej potrzebują zarobku, ale tych, którzy nie byli dostatecznie czołobitni i potulni lub nie mieli „pleców za sobą”. Pozostają przy pracy tacy, którzy mają grunty i sklepy, pozostają młodociani, a tymczasem ojcowie licznej rodziny są odsunięci od zarobku. Niekiedy pozostaje dziewczyna, ponieważ złożyła daninę ze swoich wdzięków… Oto pierwsze źródło obrachunków bezrobotnego – ze swoim przedsiębiorcą, obrachunków odbywających się w izdebce poszkodowanego w jego rozmyślaniach wśród ciszy nocnej, w jego rozmowach z żoną, w jego żalach przed towarzyszami niedoli. Zarzuty czepiają się na razie jednej osoby, tj. pryncypała, który wymówił miejsce, ale w zetknięciu z innymi poszkodowanymi tak samo dotkniętymi redukcją i tak samo pielęgnującymi w sercu swoim żal na razie tylko do swego pryncypała rzecz żywiołowo, samorzutnie przybiera charakter ogólniejszy, klasowy. Człowiek zaczyna, że tak powiemy, chwytać z powietrza nastrój o takim zabarwieniu. Te nowe pierwiastki poczynają się nie tyle z samej nędzy, ale z rozważań, z rozmów o niej. Zwłaszcza dojrzewają tam, wśród długich wystających ogonków przed różnymi instytucjami pomocy. Ach te ogonki!… Ludzie wystają głodni, nieufni, zdenerwowani, toczą się rozmowy, rozbrzmiewają żale. Uczestnik tych zborów odchodzi stamtąd z ułamkami filozofii klasowej, z wrogością dla komitetów pomocy. A te komitety, te instytucje pomocy!… To inni winowajcy. […]

I wreszcie jeszcze jeden winowajca, zresztą rzadziej wysuwany. Są to organizacje państwowe. Ten i ów zwraca się z prośbą o pracę do władz różnej instancji od najniższych do najwyższych. Patrzy się tam na państwo jako na potęgę, która na wszystko ma środki, wszystkiemu może zaradzić. A ponieważ państwo jest również bezradne i bezsilne, rodzi się żal do niego i do Niepodległej Polski. Jak to w Polsce nie ma miejsca dla chcących pracować! Czy Polska nie jest niepodległa! A zwłaszcza takie żale występują w postaci napiętej u tych, którzy orężnie walczyli o Polskę1, a obecnie znaleźli się bez pracy. A jest ich przeszło 15% wśród naszych pamiętnikarzy. A pomiędzy nimi są tacy, którzy poszli na obronę kraju od warsztatu zarobkowego lub odeń zostali powołani do wojska – a gdy wrócili, bez ogródek odmówiono im pracy…

Winowajców więc jest co niemiara.

Winowajców, którzy niekiedy są coś winni, ale najczęściej są bezsilni wobec podmuchów huraganu gospodarczego. Im wyrobienie społeczne pamiętnikarza jest mniejsze, tym więcej rozbrzmiewa skarg przeciw poszczególnym osobom, tym namiętniej są piętnowane jako sprawcy sytuacji obecnej. I tylko u niewielu występuje świadomość, że klęska tkwi nie w osobach, nie w poszczególnych instytucjach, nie w dobrej lub złej czyjejś woli, ale w anarchii dzisiejszej produkcji, w bezplanowości dzisiejszego gospodarstwa społecznego, znajdującego się w rękach przedsiębiorstw prywatnych.

Wzbiera więc powódź utyskiwań, urasta w napięciu żal, z wolna nabierający charakteru klasowego, potężnieje niechęć ku okupionej tylu ofiarami Niepodległej Polsce, a w końcu kiełkują możliwości różnych dreszczów, przynajmniej dreszczów miejscowych. A w tym zamęcie niejasnych stanów, rozgoryczonych myśli, tego szukania winowajców silnym tętnem uderza tęsknota do utraconej pracy i jej idealizowanie.

Oto wiązanka takich wynurzeń:

Wszędzie i zewsząd płyną skargi ludu, dotkniętego bezrobociem, tłumnie i gromadnie skarga łączy się w jedno wielkie, rozpaczliwe wołanie: Pracy! Pracy nam dajcie!

Robotnik pracowałby chętnie, gdyby zaofiarowano mu zamiast jałmużny pracę za sprawiedliwą zapłatę.

Bez pracy nikczemnieją dusze, łamią się charaktery. O pracę więc wołam z głębi serca, o pracę dla siebie i tych tysięcy innych bezrobotnych, którzy pracować są zdolni do niej, ale nie mają sposobu na jej zdobycie. Witaj jutrzenko pracy!

Nie chcę zapomogi ni wsparcia – dajcie mi pracy!

O kiedyż się skończą te nasze męczarnie? Kiedy wreszcie przestaniemy być nędzarzami my wszyscy, którzy przecież mamy zdrowe i młode ręce do pracy, z której moglibyśmy żyć jak ludzie? O kiedyż znów zaryczą syreny fabryki, by oznajmić, że jest praca? Kiedy to nastąpi, kiedy… O błogosławiona praca, praca, praca!

***

Do konkursu stanęło 774 bezrobotnych: jeden uczestnik przypada na 400 zarejestrowanych bezrobotnych.

Liczba uczestników jest poważna, tym bardziej, iż ta gromada powstała samorzutnie w różnych zakątkach kraju, i to spomiędzy osób, które siebie nigdy nie oglądały.

Wolno więc się spodziewać, iż ogół tych pamiętników posiada charakter dostatecznie przedstawienniczy, że użyjemy starego wyrażenia zamiast dzisiejszego „reprezentatywny”.

Nasuwają się jednak różne zastrzeżenia co do wagi tego przedstawiennictwa.

Po pierwsze wśród bezrobotnych, którzy stanęli do konkursu, wielu mogło ulec złudnej pokusie, że ten uzyska nagrodę, kto przeszedł najcięższe doświadczenia, i dlatego przedstawiali swój los beznadziejniej niż było w rzeczywistości. Istotnie, moglibyśmy wskazać kilka pamiętników, z których w całej pełni wyziera chęć wzruszenia czytelnika – może ktoś litościwy pośpieszy z pomocą… Ale opowieści robione rzucały się od razu w oczy swoją nienaturalnością. Wypadło nam odrzucić dwa opowiadania, niby nowele, które niezręcznym mnożeniem sytuacji ciężkich i ponurych, a do tego niedorzecznych, dawały zamiast rzeczywistości jej karykaturę. Są to jednak wyjątki. Ludzie pracy fizycznej nie są przyzwyczajeni do chodzenia na szczudłach i nawet gdyby chcieli nakładać sztuczne barwy, poczucie prawdy bierze górę, a obraz kreślony staje się rzetelnym odtworzeniem tego, co było. Przesady nie było! I nie było także tego, czego obawiał się jeden z bezrobotnych: W ankiecie – pisał – weźmie udział nieliczna garstka bezrobotnych, umiejących się wysłowić w piśmie, i ci nie opiszą wszystkiego, nie opiszą dokładnie swej nędzy, gdyż w naturze Polaka leży hardość, która wyraża się w przysłowiu: Trzy dni wodę krasić, a o biedzie nie dać po sobie znaczyć. A Litwini o Polakach (a właściwie Polacy na Litwie) tak mówią: Koroniarz, psia krew, trzy dni nie je, a jeszcze wykałaczką w zębach dłubie. Gdyby jednak ci oficjalni bezrobotni chcieli opisać swe zmagania się z ciężką swoją sytuacją, to burżuazja miałaby taki obraz, że piekło dantejskie zbladłoby przy nim. Ta ankieta uchyli tylko skromny rąbek tajemnicy – bezrobocia. Obawy płonne! Wielu jęło się pióra nie po to, by otrzymać nagrodę, lecz ażeby wyspowiadać się ze swoich utrapień, jak ktoś w ciężkim zmartwieniu płacze, aby się wypłakać. Niektórzy nie tylko opowiadają o swoich upokorzeniach, ale spowiadają się także z chwilowych pomysłów zbrodniczych, przyznają się do czynów, które bądź co bądź nie przynoszą zaszczytu, acz które nędza całkowicie uniewinnia. […]

Niewątpliwie pamiętniki pochodzą od pracowników pod względem ruchliwości umysłowej będących w swoim otoczeniu powyżej średniego poziomu i może dlatego wrażliwszych na swój stan i nędzę, na swoje upokorzenia. Przy tym w przeważającej większości zabrali głos ludzie, którzy umieli pracować i chcieli pracować, ale których kryzys wyrzucił na bruk, słowem właściwi bezrobotni. Wprawdzie jest nieco pamiętników od ludzi nierobotnych, od łazików, którzy częściej byli bez pracy, niż pracowali – opowieściami swymi urozmaicili treść plonu konkursowego, ale bynajmniej nie zajęli pod względem liczby miejsca jako tako poczesnego. Zabrali więc głos różni ludzie o różnej wartości i różnym temperamencie. Swoimi przyczynkami wydali stanowczo chlubne świadectwo naszej warstwie pracującej, a jednocześnie wykazali, iż są tam talenty nieświadome, iż są nimi. Niechaj ogłaszane przez nas przyczynki poniosą wiadomość o ich niedoli, o wzlotach ich ducha i marzeniach, o sposobie ujmowania dróg życia i borykania się z losem swoim. Nie krępowaliśmy ich treści żadnymi ograniczeniami – społeczeństwo we własnym dobrze zrozumianym interesie powinno wiedzieć, co ci głodni czują i myślą. Pamiętniki te to przecież cios zrozpaczonych, zdenerwowanych, rozżalonych! […]

Głód i nędza były źródłem, z którego myśl o pamiętnikach się poczęła. Drukujemy obecnie 57 przyczynków, które właśnie treścią swoją wysunęły się na stanowisko poczesne. Od funduszów, jakimi Instytut będzie rozporządzał, zależy, czy wyjdą dalsze tomy i kiedy. Pozostało przecież jeszcze 717 pamiętników! Swoją drogą i ten tom początkowy – może jedyny! – uwypukla w całej pełni ciężkie chwile, jakie przeżywa Polska bezrobotna – sytuacje są ostre, jaskrawe w swojej posępnej rzeczywistości. Ów zbiorowy obraz – obraz nękanej klęską bezrobocia wielkiej rzeszy istot ludzkich – stworzyły swoim wysiłkiem zbiorowym setki rąk, które nadesłały do Instytutu opowieść o swojej nędzy. W pierwszej chwili tym znękanym, zrozpaczonym pragnęliśmy poświęcić książkę. Ale zrozumieliśmy, iż taka dedykacja byłaby jedynie szyderstwem z ich nędzy – im potrzeba nie takiego hołdu czołobitnego, ale pracy, owej ,,błogosławionej” pracy, i jeszcze raz pracy!..

Przypis:

  1. Spośród 774 pamiętnikarzy (w tej liczbie są i kobiety) 121 walczyło w latach 1918–1921 o Niepodległą Polskę, a nadto 28 służyło w formacjach polskich w latach 1914–1918 (w tej liczbie było 17, którzy uczestniczyli później w walkach lat 1918–1921). Pomiędzy tymi 121 bojownikami jest 62 ochotników do wojska z dobrej woli, 9 powstańców śląskich, 6 ochotników do wojska, a później do powstania śląskiego.

__

Powyższy tekst stanowił przedmowę do zbioru „Pamiętniki bezrobotnych (nr 1–57)”, wydanego pierwotnie przez Instytut Gospodarstwa Społecznego w roku 1933. Przedruk za reedycją dokonaną przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 1967. Pominięto jeden z przypisów, zaznaczono większe skróty. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Utopijny komunista patrzy na getto

Poznaj swój kraj

A kogo to obchodzi? Taka odpowiedź padnie zapewne na propozycję, żeby podjąć gromadzenie, analizę, publikację i propagowanie – jako swoistego zwierciadła epoki – wspomnień „zwykłych ludzi”. Media nie sięgną po nie nawet w ramach epatowania odbiorców ciekawostkami – konkurencję w kategorii „szok i przerażenie” zawsze wygrają Katarzyna W. z Sosnowca, pijane matki, dzieci pogryzione przez groźne psy, dzieci w beczkach, pijani ojcowie, matki pogryzione przez groźne psy itd., itp. Nie zainteresują się również pokłosiem takich inicjatyw decydenci i ich doradcy, elity polityczne i kulturalne czy opiniotwórcze media. Polska demokracja (a coraz bardziej także demokracja w ogóle) nie polega przecież na wsłuchiwaniu się w głos ludu. A w dodatku ze wspomnień i refleksji „szarego człowieka” mógłby się wyłonić obraz zupełnie odmienny od urzędowego optymizmu i propagandy sukcesu, prezentowanych przez celebrytów pełniących obowiązki premierów, liderów, komentatorów i jurorów.

Nie chodzi tylko o brak zainteresowania opiniami, owszem, subiektywnymi, lecz poszerzającymi przecież nasz ogląd świata i wiedzę o nim. Chodzi również o brak wiary w to, że „zwykli ludzie” mogą mieć coś wartościowego do powiedzenia, że ich spostrzeżenia mogłyby rzucić światło na ważne, lecz skrywane aspekty kondycji współczesnej Polski. Deficyty polskiej demokracji wynikają w mniejszym stopniu z tego, że lud jest niedoskonały czy bierny, bardziej natomiast z przyjmowanego a priori założenia, że on właśnie taki jest. Jeśli „zwykły człowiek” zagości w mediach w charakterze innym niż sensacyjny, to jedynie jako ktoś, kto w trybie konkursowym zaśpiewa, zatańczy, rozwiąże zagadkę, ugotuje lub po­chwali się wiedzą encyklopedyczną. Żyjemy w czasach, w których przez wszystkie przypadki odmieniane są „demokracja” i „społeczeństwo obywatelskie”, a jednocześnie za nic ma się obywateli, ich opinie, odczucia, przemyślenia. Ba, żyjemy w czasach, gdy publicyści uważający się za lewicowych uznają każdy przejaw ludowego gniewu czy buntu za prymitywny resentyment. I w czasach, gdy intelektualiści uważający się za lewicowych są przekonani, że im bardziej jakaś teoria jest hermetyczna w treści i formie, tym jest słuszniejsza, mądrzejsza i bardziej lewicowa.

Bywało inaczej. W czasach znacznie trudniejszych niż obecne pod względem tak prozaicznym, jak umiejętność pisania i czytania czy dostępność środków komunikacji mieliśmy w Polsce bardzo dynamiczny nurt badawczy, poświęcony wspomnieniom i relacjom zwykłych mieszkańców naszego kraju. Mieliśmy wówczas także szerokie zainteresowanie mediów, opinii publicznej i elit społecznych efektami tychże badań. W niniejszym numerze przypominamy trzy teksty stanowiące świadectwo takich postaw.

Pierwszy z nich jest autorstwa wybitnego naukowca, prekursora socjologii w Polsce, działacza społecznego, nazywanego „papieżem polskiego marksizmu” – Ludwika Krzywickiego (1859–1941). To fragmenty przedmowy do książkowej edycji „Pamiętników bezrobotnych” (1933), zawierającej 57 pamiętników spośród 774 nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1931 przez Instytut Gospodarstwa Społecznego (IGS). Instytut był placówką naukowo-badawczą o wyraźnie prospołecznym, lewicującym profilu, mającą w okresie II RP ogromny dorobek w dziedzinie analizy i dokumentacji rozmaitych problemów socjalnych i kondycji warstw społecznych i grup zawodowych. Konkurs na pamiętniki bezrobotnych, skierowany do pozbawionych zatrudnienia pracowników fizycznych, został ogłoszony w momencie kulminacyjnym wielkiego kryzysu gospodarczego. Odzew na tę inicjatywę – zarówno w postaci ilości i jakości nadesłanych prac konkursowych, jak i reakcji mediów i opinii publicznej (kilkaset recenzji książki w prasie, wielokrotne przywoływanie wyników konkursu przez rozmaite gremia polityczne czy naukowe) – przeszedł oczekiwania organizatorów.

W roku 1933 ogłoszono zatem kolejny konkurs, tym razem na pamiętniki chłopów. Jego inicjatorką była Irena Kosmowska – znana działaczka społeczna, jedna z liderek lewicowego ruchu ludowego. W ramach projektu zebrano 498 pamiętników, z których najlepsze doczekały się edycji książkowej. Z kolei w roku 1936 ogłoszono konkurs na pamiętniki emigrantów – Polaków, którzy wyjechali za chlebem na stałe lub na dłuższy okres do jednego z siedmiu państw, gdzie tego rodzaju emigracja była najbardziej nasilona (Francja, USA, Kanada, Urugwaj, Brazylia, Argentyna i Paragwaj). Tym razem nadesłano 212 pamiętników, a efektem były kolejne publikacje. Również one wywołały duże zainteresowanie opinii publicznej i poskutkowały wieloma omówieniami i analizami.

Tego rodzaju wysiłki poznawcze nie kończą się na IGS. Drugi z prezentowanych tekstów wyszedł spod pióra Floriana Znanieckiego (1882–1958) – najwybitniejszego polskiego socjologa, uczonego światowej sławy oraz jednego z prekursorów badania rzeczywistości społecznej przy wykorzystaniu autobiografii, pamiętników, listów itp. dokumentów. Tekst Znanieckiego to przedmowa do „Młodego pokolenia chłopów” Józefa Chałasińskiego – monumentalnego, czterotomowego dzieła stanowiącego analizę i dokumentację efektów konkursu na pamiętniki młodzieży wiejskiej, z naciskiem na osoby zaangażowane w działalność organizacji młodzieżowych. Konkurs został ogłoszony przez Państwowy Instytut Kultury Wsi przy współpracy z czasopismem „Przysposobienie Rolnicze” na przełomie lat 1936 i 1937, a nadesłano na niego 1544 prace.

Książka Chałasińskiego, wydana w roku 1938, do dzisiaj jest uznawana za jedno z czołowych dokonań rodzimej socjologii. Również i ona odbiła się szerokim echem w ówczesnej Polsce, wywołując wiele debat i refleksji na temat kondycji wsi i warstwy chłopskiej. Zamiarem autora była jednak nie tylko analiza status quo, ale także ogląd kształtowania się „nowego chłopa”. W młodym pokoleniu mieszkańców wsi zachodziły wówczas niezwykle ciekawe procesy emancypacji, samodzielnego, wbrew wielu przeszkodom, „uobywatelnienia”.

Trzeci z prezentowanych tekstów to przedmowa do tomu „Robotnicy piszą” (1938). Książka zawierała 25 najwyżej ocenionych spośród kilkuset pamiętników nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1935. Autorzy publikowanego tutaj tekstu to Zygmunt Mysłakowski (1890–1971), profesor UJ, pedagog, teoretyk wychowania, oraz Feliks Gross (1906–2006), socjolog, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, kierownik Szkoły Nauk Społecznych przy krakowskim Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego, autor pionierskiej na gruncie polskim książki „Proletariat i kultura” (1938). Choć obaj nie ukrywali lewicowych przekonań, ich wysiłek poznawczy może być wzorem naukowego obiektywizmu, a także – co ważniejsze – autentycznej ciekawości świata, chęci poznania środowiska robotniczego bez przykrawania go do wygodnych i oczekiwanych założeń. Samą istotę oraz historię badań opisuje ich tekst, więc tutaj warto podkreślić tylko, że była to inicjatywa szczególna, bowiem jej pomysł zrodził się podczas seminarium samokształceniowego z udziałem krakowskich robotników, oni też byli współtwórcami części aparatu badawczego i uczestnikami prac związanych z analizą zebranego materiału.

W ciągu zaledwie 20 lat trwania II RP oprócz już wspomnianych badań polegających na gromadzeniu pamiętników plebejuszy zorganizowano jeszcze konkursy m.in. na wspomnienia prowincjonalnych lekarzy, na życiorys pracownika fizycznego (Polski Instytut Socjologiczny) czy zapiski wiejskiego działacza społecznego (Instytut Socjologii Wsi). Wszystkie one znajdowały żywy oddźwięk w mediach oraz wśród elit społeczno-politycznych, zyskiwały także wsparcie wybitnych przedstawicieli kultury i nauki (w jury wspomnianych konkursów zasiadali m.in. Maria Dąbrowska, Tadeusz Boy-Żeleński, Andrzej Strug). Można wręcz mówić o swoistej modzie na konkursy pamiętnikarskie, choć takie stwierdzenie sugerowałoby działanie pochopne i bezrefleksyjne. Tymczasem było zgoła inaczej – tego rodzaju badania postrzegano jako inicjatywę znaczącą zarówno ze względów naukowych i poznawczych, jak i społeczno-politycznych. Ówcześni politycy i działacze państwowi traktowali ich wyniki jako wgląd w realną sytuację grup społecznych i obszarów kraju, dla naukowców były one natomiast okazją do zmierzenia się z subiektywnym, lecz szczegółowym materiałem badawczym, pozwalającym zweryfikować wiele teorii i przypuszczeń. Wszyscy reformatorzy społeczni, obojętnie skąd się wywodzący, czerpali z nich wiedzę o problemach, ich skali i możliwych receptach na przezwyciężenie.

Badania pamiętników i konkursy na relacje różnych grup społecznych są przeprowadzane również współcześnie. W roku 2001, w siedemdziesiątą rocznicę rozpoczęcia konkursu Instytutu Gospodarstwa Społecznego na pamiętniki bezrobotnych, zorganizowano podobną inicjatywę. W apogeum bezrobocia w III RP, gdy jego poziom wynosił ok. 20%, w konkursie wzięło udział 1635 prac, ukazało się kilka tomów zawierających pamiętniki osób pozbawionych pracy. Organizowano także konkursy pamiętnikarskie m.in. dla rolników i młodzieży, a w momencie, gdy piszę te słowa, trwają one m.in. na pamiętnik samotnego rodzica oraz na wspomnienia działaczy spółdzielczości z okresu początków transformacji ustrojowej. Nie są to już jednak wydarzenia, które ogniskowałyby tak wiele energii i wysiłku świata nauki. Ale przede wszystkim nie spotykają się one z porównywalnym zainteresowaniem mediów i opinii publicznej, a tym bardziej decydentów i elit społecznych. Jeśli nawet jakaś instytucja podejmuje podobny trud, jego efekty zazwyczaj interesują głównie organizatorów i uczestników.

Polska międzywojenna była krajem wielu problemów społecznych, których skala jest dla nas wręcz niewyobrażalna. Była też przez sporą część istnienia państwem, w którym występowały deficyty demokracji. Była wreszcie krajem, w którym działało znacznie mniej ośrodków naukowych i kanałów informacji niż obecnie. Ale interesowano się tym, co lud myśli, jak żyje, co odczuwa, jakie trapią go bolączki – dyskutowano o tym, traktowano to jako istotny problem społeczny i wyzwanie polityczne, temat ten był obecny w wystąpieniach postaci z „górnej półki” politycznej czy kulturalnej.

Te – i inne oczywiście również – różnice wiele mówią o dzisiejszej Polsce. Nie mówią o niej niestety niczego dobrego.

Utopijny komunista patrzy na getto

Jak walczyć z czymś, czego nie rozumiemy?

Powiedzmy to raz jeszcze: lewica jest w kryzysie. Na prawicy zresztą nie jest lepiej. Żadna ze stron nie ma odpowiedzi na coś, co potocznie zwie się „kryzysem kapitalizmu”. My – ludzie lewicy (nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zwrot ten może być tylko ironiczny) – zajęci jesteśmy ciągłym powtarzaniem tych samych gestów, które absolutnie do niczego nie prowadzą. „Źli kapitaliści okradają biednych ludzi, należy się zorganizować i obalić ten obrzydliwy kapitalizm!” – krzyczymy na demonstracjach, podniesionym głosem przekonujemy znajomych, piszemy na blogach, w gazetach czy periodykach naukowych. Na prawicy jest jeszcze gorzej, bo jeśli rzeczywiście lekiem na współczesne problemy miałaby być jeszcze większa deregulacja, to może od razu zlikwidujmy struktury polityczne i ze zwieszoną głową módlmy się o łaskę do świętych derywatów i błogosławionych funduszy hedgingowych. Kryzys lewicy i prawicy to tak naprawdę kryzys polityczności w ogóle. Jeśli żadna ze stron nie jest w stanie wypracować rozwiązań, które mogłyby zmierzyć się z obecnym stanem rynków (czyli czymś, co najbardziej determinuje dobrostan społeczeństw), to znaczy, że polityka przestała po prostu odpowiadać na problemy świata, w którym żyjemy.

Mogłoby się zatem wydawać, że mamy do czynienia z dwoma powiązanymi kryzysami: polityczności i kapitalizmu. Mniemanie takie jest błędne, gdyż kapitalizm nie znajduje się w kryzysie. Należałoby raczej powiedzieć, że żyje on pełnią życia, rozwija się bez większych przeszkód, biorąc we władanie coraz większe obszary. Upadek Grecji, bankructwa banków, niespłacalne kredyty, stagnacja gospodarcza – są problemami dla społeczeństw, ale w żaden sposób nie nadwątlają samego systemu kapitalistycznego. Kapitał staje się tak wszechobecny, że gdyby starożytni Grecy mieli dziś formułować listę żywiołów, to do powietrza, ognia, wody i ziemi dodaliby pieniądz.

Jeśli z kapitalizmem wszystko jest w porządku, oznacza to, że jedynie polityczność znajduje się w kryzysie. Kryzys ten spowodowany jest właśnie rosnącą siłą kapitału. Kapitał stał się niejako potężniejszy i większy od społeczeństw, które utraciły możliwości kontroli. Paul Krugman stwierdził, że nawet gdyby ludzie na początku obecnego wieku wiedzieli, że w 2008 r. dojdzie do krachu na rynkach finansowych, nie zachowaliby się inaczej, gdyż i tak nie byliby w stanie wyzwolić się z kapitalistycznego sposobu myślenia. Jak bowiem można myśleć inaczej, skoro kapitał jest podobny do powietrza: naturalny i wszechobecny. Różnica jest tylko taka, że wiemy, czym jest powietrze, natomiast o kapitalizmie nie można tego powiedzieć.

Przestaliśmy rozumieć kapitalizm. Oczywiście pomijam tzw. korwinowców, bo trudno zaufać gimnazjalistom. Mówię zatem w pierwszym rzędzie o zwykłych ludziach, o nas. Jasne, przyzwyczailiśmy się do tego, że fabryki muszą być przenoszone tam, gdzie praca jest tańsza, że makler z Wall Street zarabia 1000 razy więcej od kucharki, że gospodarka kraju może upaść, ponieważ bankierzy podejmowali ryzykowne decyzje. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale czy rozumiemy przyczyny takich faktów? Czy wiemy, dlaczego w USA od 1978 r. dochody najbogatszej grupy społeczeństwa wzrosły o 277%, a tylko o 18% zwiększyły się zarobki najbiedniejszych 20% obywateli1? Albo: jak to się stało, że w 1987 r. obrót instrumentami pochodnymi wynosił 10% globalnego PKB, a już w 2005 r. stanowił 570%2?

Nie powinniśmy się jednak specjalnie martwić, jeśli nie znamy odpowiedzi na takie pytania. Bez cienia wątpliwości można przecież stwierdzić, że nawet politycy, tj. osoby, które powinny się jakoś w tym wszystkim orientować, również raczej nie potrafiliby udzielić spójnej odpowiedzi. Choć to może już trochę martwić. Jeszcze bardziej niepokojący jest jednak fakt, że nawet ludzie, którzy zawodowo zajmują się finansami, niezbyt dobrze rozumieją, na czym polega obecnie kapitalizm. Prof. Geoffrey Ingham, socjolog z Cambridge, w książce „Kapitalizm” stwierdza bez ogródek: Ekspansji sektora finansowego towarzyszyła zdumiewająca złożoność zjawisk. Nawet ich uczestnicy mają problemy ze zrozumieniem zaskakującego rozprzestrzeniania się wyspecjalizowanych rynków, które przemieniają pieniądz – w ramach czegoś, co jest znane pod nazwą „inżynierii finansowej” – w rozbudowany szereg ciągle zmieniających się zbywalnych papierów i instrumentów finansowych.

Odnośnie do stanu świadomości osób znajdujących się w samym centrum sterowania światowym kapitalizmem, pouczająca była anonimowa wypowiedź3 programisty pracującego w firmie tradingowej w Londynie. Zanim ją przytoczę – kilka słów o tym, czym zajmuje się ów człowiek. Otóż odpowiada on za program komputerowy, który handluje aktywami w ramach HFT (High-frequency trading). Czym jest HFT? Chodzi o to, że skomplikowane algorytmy (dostające na wejściu informacje o tym, jak wcześniej zachowywał się dany obiekt finansowy) i bardzo szybkie komputery dokonują dziennie dziesiątek tysięcy transakcji, pozycje inwestycyjne zajmowane są na bardzo krótki okres (od sekundy do kilku godzin), a zyski osiągane nawet dzięki minimalnym wahaniom w kursie. Na początku tego wieku czas wykonania transakcji HFT wynosił kilka sekund, później liczony był już w milisekundach, a obecnie w skali mikro. Choć brzmi to absurdalnie, im szybszy masz komputer, im lepszy program i im bliżej jesteś serwerów giełdy (czas przesyłu danych!), tym więcej zarabiasz. Wróćmy jednak do naszego programisty. Został on zapytany przez dziennikarza o tzw. Flash Crash z 6 maja 2010 r., gdy Dow Jones w 5 minut stracił 1000 pkt., czyli prawie 10% (był to najbardziej gwałtowny spadek w historii indeksu), po czym po kilkunastu minutach odrobił straty. Anonimowy programista na pytanie, czy to nie HFT było przyczyną krachu, odpowiada: Ciągle nie rozumiemy, co było przyczyną. Mogło to być HFT, ale możliwe też, że to właśnie HFT złagodziło efekty. Nie istnieją tu żadne przekonujące dowody. Dziennikarz rozsądnie dopytuje: Można by powiedzieć, że to dobry powód, by zakazać HFT. Nie używaj czegoś, czego nie rozumiesz. Człowiek z City rezolutnie odpowiada: Zwykłe zakazywanie czegoś, czego nie do końca rozumiesz, jest głupotą. Cóż tu rzec?

Nie, nie chodzi mi o to, że HFT jest niebezpieczne, więc powinno zostać zakazane. Całkiem prawdopodobne, że handel na wysokich częstotliwościach transakcji nie wpływa znacząco na rynek finansowy. Chcę tylko pokazać, jak bardzo jest to abstrakcyjne; jak bardzo kapitalizm oderwał się od świata ludzi – żyje on własnym życiem, karmiąc się czystymi liczbami. 70% transakcji w USA odbywa się za pomocą wielce skomplikowanych algorytmów komputerowych. Pytam więc: w jaki sposób to, co dzieje się w świecie finansów, może zostać pojęte przez człowieka? Nie może – a przecież to wszystko decyduje o losie całych społeczeństw. A jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć, to z pewnością nie możemy umieścić kapitalizmu w centrum politycznych sporów. Jak debatować nad czymś, czego nie rozumiemy?

Co więc robić? Oczywiście kuszącą strategią jest zwracanie uwagi na problem. Krzyczmy więc: „kapitalizm jest zły, nieludzki i niepotrzebny, odrzućmy go i wtedy będzie dobrze”. Krzyczmy tak, a później z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku pójdźmy do bankomatu, wypłaćmy 50 zł, kupmy kilka piw i papierosy, po czym w domu włączmy jakiś hollywoodzki film od czasu do czasu przerywany ładnymi reklamami. Jak widać, kapitalizmu nie da się zanegować. Działa tu dokładnie ten sam mechanizm, jak w przypadku semantyki. Zdanie „nieparzyste krzesła mają nadzieję na symfoniczny obiad” jest nonsensowne. Jednak negacja zdania pozbawionego sensu jest tak samo bezsensowna jak to zdanie. I nic się z tym nie da zrobić. Trzeba przemilczeć, nie negować.

Współczesnym sposobem negowania kapitalizmu są ruchy typu Occupy Wall Street. W świetle tego, co dotychczas tutaj stwierdzono, wydaje się jasne, dlaczego Occupy Wall Street i jemu podobne ruchy wstrzymywały się z artykułowaniem programu, pozytywnych tez, które miałyby wskazywać kierunek dalszych działań. Większość publicystów przychylnych tym ruchom argumentowała, że brak programu był pewną strategią: „nie mówimy, co trzeba zrobić, gdyż najpierw chcemy stworzyć przestrzeń dla wolnej dyskusji, chcemy przywrócić polityczność, to jest naszym celem”. Jednak nie da się stworzyć żadnej przestrzeni dla dyskusji, gdyż jej przedmiot w ogóle nie może być dyskutowany. Nie było więc żadnej strategii. To, że Occupy Wall Street pozostało nieme, spowodowane było faktem, iż nie istniał sposób, na który potrafili się oni odnieść do kapitalizmu. Poza – oczywiście – emocjami, ale z takiej mąki chleba nie będzie.

W październiku 2011 r. McKenzie Wark opublikował tekst „Jak okupować abstrakcję”4. Tytułową abstrakcją jest oczywiście kapitalizm, symbolizowany przez Wall Street. Wark stawia pytanie o strategię walki z kapitalizmem. Odpowiedź – wyrażona nie do końca wprost – była następująca: „Jak? Dokładnie tak, jak zrobiło to Occupy Wall Street!”.Sama okupacja Zuccotti Park była abstrakcją, gdyż na abstrakcję, jaką jest kapitalizm, należało zareagować za pomocą innej abstrakcji. Wydaje się, że – przynajmniej w teorii – równanie się zgadza. Jednak gdy przyjrzymy się rezultatom OWS, trudno stwierdzić, że ich strategia okazała się skuteczna. Jak się zdaje, Wark dostrzegł te problemy, gdyż w wywiadzie5 udzielonym na początku sierpnia 2012 r. ponownie spróbował odpowiedzieć na pytanie postawione we wcześniejszym tekście: Problem jest taki: jak możesz okupować abstrakcję? Władza stała się wektorowa. Może przemieszczać pieniądze i zasoby z niespotykaną szybkością w dowolne miejsce na Ziemi. Możesz zablokować konkretne miejsce, ale wektory władzy po prostu ominą blokadę.

Tezę Warka doprowadza do końca Levi Bryant, amerykański filozof, jeden z twórców nowego i coraz bardziej wpływowego nurtu filozoficznego o nazwie object-oriented ontology. Bryant swój wywód6 rozpoczyna od stwierdzenia, że kapitalizm nie tyle jest abstrakcją, co raczej hiperobiektem (termin Tima Mortona). Przykładem tego, czym są hiperobiekty, jest klimat. Hiperobiekty nie znajdują się w żadnym konkretnym miejscu: są wszędzie i nigdzie. Zawsze mają wpływ na ludzi, nie jest możliwe trzymanie się od nich na dystans. Z drugiej jednak strony nigdy nie stykamy się z nimi w ich totalności. Możemy doświadczyć jedynie poszczególnych manifestacji, lokalnych wydarzeń i konkretnych rezultatów działań hiperobiektów. Jeśli kapitalizm jest takim hiperobiektem, to Bryant musi powtórzyć pytanie Warka: jak walczyć z przedmiotem, którego nawet nie możemy doświadczyć?

Odpowiedź jest złożona i warto się jej przyjrzeć. Bryant stwierdza, że współcześni teoretycy polityki zbyt wielką wagę przykładają do semiosfery, tj. do ideologii, narracji, praw czy tekstów, za pomocą których władzautwierdza swoje panowanie. Jako materialista stwierdza, że kapitalizm przede wszystkim potrzebuje infrastruktury, dzięki której może działać. Drogi, lotniska, sieci komputerowe, programy, satelity, fabryki, porty itd. – gdyby to wszystko zniknęło, znikłby również kapitalizm, gdybyśmy jednak pozbyli się tylko ideologii, to kapitał ciągle pozostałby nienaruszony. Czym były protesty w ramach ruchów Occupy? Wyłącznie aktami mowy. Bryant pyta zatem: Czy kapitalizm oparty jest na indywidualnych decyzjach bankierów i prezesów, czy raczej system ten ma swoje własne formy świadomości, własny sposób działania, w którym ludzie zostali uwięzieni? […] Wartość [OWS] polega na tym, że tworzone są kolektywy chcące walczyć z tymi nieludzkimi bytami, które funkcjonują pośród nas (rynki, korporacje, etc.), ale protesty nie wpływają na owe byty, gdyż te nawet nie rozpoznają faktu istnienia protestujących. Protestowanie przeciw kapitalistom czy politykom jest więc nieskuteczne, gdyż ci są jedynie prostymi robotnikami (choć z bardzo wysokimi zarobkami) w wielkiej fabryce kapitalizmu.

Akty mowy protestujących z Wall Street są z perspektywy, którą przyjmują Bryant czy Wark, strategią nieadekwatną wobec przedmiotu ich protestów. Nie szkodzą one kapitalizmowi, albowiem ten nie jest ufundowany na sferze dyskursu. Recepta Bryanta jest następująca: Nie stój na Wall Street, narzekając na bankierów i brokerów – okupuj autostradę. Zhakuj satelitę i zamknij komunikację. Zablokuj port. Usuń dane trzymane przez banki itd. Blokuj arterie, dzięki którym hiperobiekt utrzymuje się przy życiu. Tylko w ten sposób wstrząśniesz władzą i zyskasz siłę, z którą będą musiały się liczyć rządowe organy kapitalizmu i korporacji.

Levi Bryant ma rację, twierdząc, że dyskursywne strategie walki z rynkami są skazane na porażkę. System kapitalistyczny pochyli się nad nimi – jasne – ale tylko po to, by sprawdzić, czy przez przypadek nie da się tutaj czegoś zarobić (słynna sprawa z maskami Guya Fawkesa, na których zarabia gigant medialny Time Warner). Wróćmy do HFT i faktu, że 70% transakcji na rynku finansowym zawieranych jest za pomocą algorytmów komputerowych. Algorytmy te dostają liczbowe dane o różnych aktywach i na tej podstawie kupują i sprzedają. Oznacza to, że w ich ontologii nie istnieją takie rzeczy jak wyzysk, prawo pracy, strajk, bieda itd. W przemysłowym kapitalizmie właściciel fabryki traktował robotnika jako środek produkcji, jako rzecz, musiał jednak mieć do niego jakiś stosunek, robotnik znajdował się w jego polu widzenia. Dla współczesnych kapitalistów z Wall Street czy londyńskiego City robotnik nie jest nawet rzeczą – wiedza o istnieniu klasy nieposiadającej środków produkcji nie jest im do niczego potrzebna. Przypomnijmy sobie słynne zdjęcia, na których finansjera Wall St. z kieliszkami szampana w dłoniach i uśmiechami na ustach przyglądała się protestom. Co znaczy ten obrazek? Stwierdzenie, że jest to jedynie dowód demoralizacji elity współczesnego kapitalizmu, pomija istotę sprawy. Zdjęcia te w rzeczywistości pokazują, że owa elita, żyjąc w świecie do samego końca przesiąkniętym kapitałem, nie ma możliwości zrozumienia, skąd biorą się protesty. Nie chodzi zatem o degenerację finansistów, ale o ich niezdolność do operowania tymi samymi pojęciami, których używa OWS. Oznacza to, że nie ma żadnego punktu styku – miejsca, od którego można by zacząć rozmowę.

Niemiecki socjolog Wolfgang Streeck w bardzo ciekawym tekście opisującym napięcia kryjące się w zachodnim modelu demokracji kapitalistycznej7, formułuje następującą myśl: W ciągu trzech lat od 2008 r. konflikt dystrybucji w ramach demokratycznego kapitalizmu zmienił się w skomplikowane przeciąganie liny między globalnymi inwestorami a państwami narodowymi. Podczas gdy w przeszłości pracownicy zmagali się z pracodawcami, obywatele z ministrami finansów, a prywatni dłużnicy z prywatnymi bankami, obecnie instytucje finansowe siłują się z państwami. Oznacza to, że rynki finansowe nie są w sporze z okupującymi Wall Street. Zresztą dlaczego miałyby być? W jaki sposób protestujący mogliby zagrozić światu finansów? Nie jest to przecież sytuacja, w której strajkujący robotnicy zatrzymują produkcję w fabryce, przez co właściciel ponosi straty. Główna linia sporu nie przebiega już między tymi, którzy dysponują środkami produkcji, a tymi, którzy ich nie posiadają. Obecnie protesty osób, które nie mają (prawie) nic, nie są żadnym zagrożeniem dla kapitału.

Przywołałem tekst Bryanta, ponieważ uważam, że jest to zasadniczo logiczna odpowiedź na pytanie, jak walczyć z kapitalizmem. Wiemy jednak przecież, że jest to zarazem odpowiedź błędna i nierealistyczna. Błąd nie leży w odpowiedzi, lecz w samym pytaniu. Nie powinno się zaczynać rozważań politycznych od tego zagadnienia, gdyż obecnie z kapitalizmem nie da się zwyciężyć. Nie da się wprowadzić kapitalizmu jako kwestii, od której można rozpocząć polityczność. Oddaję jeszcze raz głos Streeckowi: Krajowe rynki pracy w latach 70. wyposażone w różnorakie możliwości politycznej mobilizacji i międzyklasowych sojuszy czy też polityka publicznych wydatków lat 80. nie były z konieczności czymś, czego nie zrozumiałby „człowiek z ulicy”. Od tego czasu bitwy, w ramach których rozgrywają się sprzeczności demokratycznego kapitalizmu, stały się czymś dużo bardziej złożonym, co sprawiało, że dla kogoś spoza elity finansowej lub politycznej rozpoznawanie ukrytych interesów i identyfikowanie własnych stało się niezmiernie trudne.

Wszechpotęga kapitalizmu – ograny manewr lewicowych intelektualistów. Jego popularność bierze się głównie stąd, że łatwiej tworzyć spektakularne teorie, gdy za punkt wyjścia weźmie się jakiś potężny byt, który odpowiada za całe zło. Niech to będą władza, patriarchat, dyskurs kolonialny czy właśnie kapitalizm – coś, co w założeniu przenika wszystkie sfery ludzkiej działalności, co determinuje każdą aktywność człowieka – dysponując takim przedmiotem teoretycznym, można napisać co najmniej kilka bardzo ciekawych książek, które dogłębnie wskażą, na czym polega potęga tego wroga ludzkości. Problem w tym, że wniosek z podobnych rozważań jest zawsze jeden: nic nie da się zrobić. Pasuje tu bon mot Rorty’ego, zgodnie z którym po przeczytaniu „Kapitalizmu lub kulturowej logiki późnego kapitalizmu” Jamesona wiemy wszystko – z wyjątkiem tego, co trzeba robić. Wydaje się, że w niniejszym tekście również próbowałem w taki sposób przedstawić kapitalizm, aby jego moc przede wszystkim zniechęcała do działania. Nie do końca. Twierdzę jedynie, że siła systemu kapitalistycznego powoduje, iż rozważania nad strategią nie mogą zaczynać się od zawołania: „obalmy kapitalizm!”. Jeśli jesteśmy wystarczająco bystrzy, to zaczynając w taki sposób, dość szybko dojdziemy do wniosku, że jednak nie potrafimy osiągnąć takiego celu, więc rewolucyjny zapał osłabnie. Skoro zatem nie da się działać globalnie, działajmy lokalnie. To znaczy: może nie przezwyciężymy systemu kapitalistycznego, ale próbujmy walczyć o podwyższenie płacy minimalnej. Najpewniej nie uda się nam na dobre zlikwidować wyzysku, ale można sprawić, że ludzie będą pracować odrobinę krócej. Oto pierwszy wniosek z poczynionych tu uwag: wróćmy do projektu socjaldemokratycznego.

Chciałbym zaproponować jeszcze jeden wniosek, który być może na pierwszy rzut oka stoi w sprzeczności z pierwszym. Sądzę jednak, że jest raczej jego uzupełnieniem. Socjaldemokracja narodziła się jako reakcja na rewolucyjny marksizm. Marksizm był marzeniem, bez którego pragmatyczni socjaldemokraci najpewniej nie byliby w stanie odnieść sukcesu. Oznacza to, że teraz również potrzebujemy nowego marzenia, nowej idei, które będą w stanie poruszyć masy. Pozwólmy sobie na formułowanie postulatów, które będą daleko przekraczały obecną sytuację. Na najbardziej podstawowym poziomie siłą kapitalizmu jest jego nieubłagana logika: lepiej posiadać dziesięć milionów niż dwa tysiące. Mamy tu najzwyklejszy matematyczny znak nierówności, bezproblemowo przyswajalny w prawie każdej kulturze. Należy zatem próbować formułować teorie, które będą w stanie przekonać ludzi, że owa kapitalistyczna logika jest szkodliwa. Potrzebujemy zatem koncepcji operujących na przynajmniej odrobinę bardziej skomplikowanych wartościach niż matematyczna nierówność.

Takie teorie i wartości nie mogą być jednak zwykłą negacją kapitalizmu. Negacja wymaga operowania w tej samej logice, co negowana teza, a z kapitalizmem nie da się wygrać na jego podwórku. Ogólnie mówiąc: spór polityczny nie polega na dwóch tezach – A i nie-A – które rywalizują ze sobą na podstawie pewnej określonej logiki. Gdyby tak było, to każdy spór byłby łatwo rozstrzygalny. Polityczność rodzi się dopiero, gdy przeciwstawiane są sobie dwa porządki wartości, których nie da się po prostu rozsądzić. Dlatego też współczesny kapitalizm nie wymaga zwykłej negacji (a więc wpisania się w jego logikę), ale raczej stworzenia nowej myśli, która go przezwycięży. Próbujmy więc odbudować polityczność za pomocą nowych idei, które dźwigną społeczeństwa z letargu, i zarazem starajmy się sukcesywnie rozwiązywać kłopoty ekonomiczne na sposób socjaldemokratyczny. Obie strategie powinny się uzupełniać.

Filip Białek

Przypisy:

  1. Dane za: http://www.trystero.pl/archives/11743
  2. Zob. P. Dembinski, Finansjalizacja – klęska urodzaju w gospodarce, 24.01.2012, http://www.obserwatorfinansowy.pl/forma/debata/finansjalizacja-kleska-urodzaju-w-gospodarce/
  3. Zob.: http://www.guardian.co.uk/commentisfree/joris-luyendijk-banking-blog/2011/sep/26/capitalism-banking-blog-computer-programmer
  4. Zob. McKenzie Wark, How to Occupy an Abstraction, 3.10.2011, http://www.versobooks.com/blogs/728
  5. Zob.: http://theoccupiedtimes.co.uk/?p=6451
  6. Zob.: http://larvalsubjects.wordpress.com/2012/08/04/mckenzie-wark-how-do-you-occupy-an-abstraction/
  7. W. Streeck, The Crises of Democratic Capitalism, „New Left Review”, September-October 2011, dostępne na stronie internetowej: http://newleftreview.org/II/71/wolfgang-streeck-the-crises-of-democratic-capitalism#_edn21
Utopijny komunista patrzy na getto

Lewica, czyli co?

Każdy wielki nurt polityczno-ideowy jest zmienny i niejednoznaczny. W każdym pojawiają się patologie, nieraz go dominując. To – rzecz jasna – dotyczy też (może nawet szczególnie) lewicy. Gdy nurt ten ponad sto lat temu zyskiwał swoją tożsamość, jego identyfikacja była łatwiejsza niż obecnie. Odniesieniem był kapitalizm, postrzegany jako system niesprawiedliwy, nieefektywny i niedemokratyczny. Odpowiedzią – postulat jego zniesienia. Dominująca wówczas lewicowa ideologia czerpała z doktryny marksowskiej. Jednak marksizm opisywał i oceniał kapitalizm, ale bardzo ogólnikowo prezentował alternatywę.

Lewica opowiadała się za równością ludzi (szczególnie w kwestii położenia materialnego) oraz za ludowładztwem rozumianym jako system, w którym zbiorowość swobodnie kształtuje reguły życia społecznego. Zakładano, że ludzie – jeżeli uzyskają taką możliwość – opowiedzą się przeciw kapitalizmowi.

Lewica w realnym świecie stanęła wobec konkretnych dylematów. Kapitalizm – w miarę upływu czasu – wcale nie ewoluował w kierunku systemu coraz bardziej niesprawiedliwego i coraz mniej efektywnego. Już u schyłku XIX wieku rozpoczął się proces ustrojowej przebudowy kapitalizmu. Pozostawało to w związku z rodzącą się demokracją polityczną. Rosła rola parlamentów, a prawa wyborcze zyskali „zwykli ludzie”, choć najpierw tylko mężczyźni. Dało to możliwość skutecznego modyfikowania systemu w interesie tych grup (przede wszystkim robotników), które lewica uznawała za główne ofiary kapitalizmu. Kluczowe stało się pytanie, czy na tej drodze można się posunąć tak daleko, by – nie odrzucając konstytutywnych cech ładu kapitalistycznego (rynku i prywatnej własności) – uzyskać trwałą i wystarczającą poprawę położenia grup upośledzonych. Odpowiedź na to pytanie podzieliła – uprzednio względnie jednolity – nurt lewicowy na dwa odłamy: komunistyczny i socjaldemokratyczny.

Komuniści podtrzymywali tezę, że rynek i prywatna własność są nie do pogodzenia z celami lewicy, a rozszerzanie demokracji interpretowali jako wybieg ochronny kapitalizmu. Taka opinia zresztą dobrze harmonizowała ze słabością nurtu komunistycznego, który (nawet gdyby nie dotykały go represje) nie był zdolny do uzyskania szerokiego poparcia wyborczego. Stąd był tylko krok do afirmacji „dyktatury proletariatu”, a więc dyktatury mniejszości, która „wie lepiej”, co jest w interesie większości.

Socjaldemokraci postawili na daleko idącą reformę kapitalizmu. Uznali, że skoro większość w ramach systemu kapitalistycznego doświadcza dyskomfortu, to – jeżeli tylko wykorzystane zostaną możliwości, jakie daje demokracja – poprze ona jego zasadniczą reformę. Zaangażowali się w walkę o modyfikację zasad ekonomicznych systemu kapitalistycznego, jak choćby ubezpieczenia społeczne i podatki progresywne. Z postulatem „zniesienia” kapitalizmu socjaldemokraci rozstawali się stopniowo, a „socjalizm” (bardzo różnie pojmowany) był bardzo długo oficjalnym celem prawie wszystkich partii socjaldemokratycznych. Jednak w praktycznej polityce socjaldemokraci koncentrowali się nie na przygotowaniu rewolucji, lecz na pragmatycznej modyfikacji zasad kapitalizmu.

Postulaty socjaldemokratyczne stopniowo wprowadzano w życie. Sukcesy na pewno były ograniczone i nie przychodziły łatwo, ale też były niewątpliwe. Położenie klasy robotniczej, jej dobrobyt, zabezpieczenie społeczne i wykształcenie poprawiły się jeszcze przed I wojną światową. Jednak ogromny awans „zwykli ludzie” w krajach rozwiniętych (przede wszystkim w Europie Zachodniej, ale też w Stanach Zjednoczonych) przeżywali w okresie trzech dekad po II wojnie światowej, zwanym złotym wiekiem kapitalizmu. Szybko rósł dobrobyt, bezrobocie było niskie, rozbudowano zabezpieczenia społeczne, państwo gwarantowało dostęp do bezpłatnej edukacji i prawie bezpłatnej ochrony zdrowia. Pracownicy w niektórych krajach uzyskali realny wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwami. Ludzie powszechnie cieszyli się wolnością osobistą i partycypowali w systemie demokratycznym. Systematyczna poprawa położenia materialnego uznana została za normę. Nie ustanowiono raju na ziemi, ale powojenny kapitalizm w rozwiniętych krajach był z pewnością najbardziej przyjaznym „zwykłym ludziom” systemem, jaki kiedykolwiek funkcjonował.

Socjalno-demokratyczno-etatystyczna reforma zagwarantowała kapitalizmowi stabilność i prestiż. To był wielki historyczny sukces socjaldemokratycznego odłamu lewicy, ale do utworzenia tego ładu przyczyniły się również środowiska i ugrupowania nielewicowe. Podobnie w wymiarze intelektualnym powojenny kapitalizm był „dziełem zbiorowym”. Decydujący wpływ miała doktryna ekonomiczna J. M. Keynesa, a dużo wcześniejsze pisma J. S. Milla zawierały idee, które dla socjaldemokratycznej reformy kapitalizmu również miały bardzo istotne znaczenie. Ideowi przeciwnicy formuły powojennego kapitalizmu istnieli, ale znaleźli się na marginesie (najważniejszą postacią był z pewnością F. von Hayek).

Nurt komunistyczny także uzyskał szansę na praktyczne sprawdzenie swojego programu. W Rosji po 1917 r., zgodnie z sugestią Marksa, zlikwidowano rynek i prywatną własność. Polityczną dyktaturę ustanowiono już nie tyle z powodów doktrynalnych, co z praktycznego powodu niemożności uzyskania demokratycznego mandatu. Od początku była to nie „dyktatura proletariatu”, lecz brutalna dyktatura aparatu partii komunistycznej. Ten system uległ błyskawicznej petryfikacji, a jego późniejsza (po II wojnie światowej) ekspansja dokonywała się przede wszystkim na drodze agresji Rosji Sowieckiej albo dzięki zmasowanej pomocy tego państwa dla środowisk komunistycznych w innych krajach.

W pierwszym okresie gospodarka krajów komunistycznych rozwijała się szybko, lecz skrajnie nieefektywnie, za cenę niebywale drastycznych ograniczeń dobrobytu. Aby utrzymać tempo wzrostu w warunkach potężnej tendencji do marnotrawnego zużywania zasobów, należało przeznaczać na rozwój coraz większą część wytwarzanej produkcji. Trzeba było też zatrudniać coraz więcej pracowników. „Pełne zatrudnienie” w krajach komunistycznych to po prostu rezultat nieefektywności ich gospodarek. Nieefektywność przesądzała też – wbrew temu, co niektórzy twierdzą – że marne były zabezpieczenie socjalne, standardy wykształcenia i ochrony środowiska, nie wspominając o warunkach mieszkaniowych. Bardzo wątpliwe są też twierdzenia, że komunizm przyniósł sprawiedliwość. Wprawdzie różnice w dochodach pieniężnych były z pewnością ograniczone, ale dystrybucja wielu dóbr (szczególnie mieszkania i samochody) i usług (wypoczynek, ochrona zdrowia) została podporządkowana politycznej hierarchii i przesądzała o silnych nierównościach. Zreformowany kapitalizm, z perspektywy celów lewicy, wykazał swoją bezwzględną przewagę nad projektem komunistycznym.

Oczywiście pod presją społecznego niezadowolenia podejmowano próby zmodyfikowania systemu komunistycznego. Polegały one na ogół na wprowadzeniu do jego porządku nieco elementów kapitalistycznych – trochę rynku i prywatnej własności oraz odrobinę wolności. Zmiany (przesilenia) wzbudzały wielkie i autentyczne nadzieje – na Węgrzech, w Czechosłowacji i w Polsce – bo system komunistyczny miał jednak urok wielkiej idei. Wydawało się więc wielu, że zła jest nie sama idea, lecz jej pokraczna realizacja. Znaczna większość społeczeństw krajów komunistycznych długo godziła się z wytyczną: socjalizm tak, wypaczenia nie. Modyfikacja systemu przebiegała jednak z ogromnymi oporami, bo elity polityczne systemu komunistycznego zajęły wcześniej uprzywilejowaną pozycję i nie były zdolne do rezygnacji z niej.

Jednak nie ten czynnik miał rozstrzygające znaczenie – fundamentalna niesprawność wynikała z istoty tego systemu. Dla ludzi miało znaczenie, jaki konkretny kształt miał system komunistyczny, ale dopóki obowiązywały zasadnicze jego cechy, tak długo trwały też ich główne następstwa. System komunistyczny nie mógł być skutecznie zreformowany, bo reforma godziła w jego fundamenty ustrojowe.

Historia rodzimej wersji systemu komunistycznego mieści się w zarysowanym schemacie, choć Polska – z racji swojej tradycji i tożsamości – doświadczała komunizmu w formach mniej ortodoksyjnych, m.in. nigdy nie skolektywizowano rolnictwa i nie została złamana siła Kościoła. Zaraz po II wojnie środowiska lewicy niekomunistycznej (przede wszystkim PPS-owskie) komuniści uznali za wrogie. Bogata tradycja intelektualna i polityczna lewicy socjaldemokratycznej została odrzucona, a osoby związane z tą tradycją prześladowano. W latach 1949–1955 sowieckie wzorce zdominowały zarówno politykę, jak i gospodarkę. Po „Październiku” system został wprawdzie złagodzony, ale ani zakres zmian, ani rezultat nie były (i być nie mogły) satysfakcjonujące. Wydaje się jednak, że jeszcze protesty w grudniu 1970 r. nie wyrażały utraty nadziei na „reformę socjalizmu”, lecz komunistycznym animatorom systemu postawiony został wówczas de facto warunek: możecie rządzić, jeżeli zapewnicie stały wzrost dobrobytu. Spełnienie tego warunku było jednak niemożliwe bez odrzucenia konstytutywnych cech systemu – jego samolikwidacji. To wówczas nie nastąpiło i (szczególnie za sprawą „Solidarności”) system komunistyczny w Polsce stracił wszelką legitymację. Mógł trwać tylko dzięki przemocy. Wszedł w fazę rozkładu, a w roku 1989 został wyeliminowany. Bilans ponad czterech dekad komunizmu w Polsce jest pod każdym chyba względem negatywny.

Jak należy traktować komunizm? Jako jeden z dwóch nurtów lewicy czy jako jego patologię? Odpowiedź na to pytanie nie może być tylko kwestią konwencji. Jałowe wydają się zabiegi polegające na przyjęciu, że nie ma związku między praktyką krajów socjalistycznych a marksowskim „przesłaniem”, choć – istotnie – dostrzec można też kolizję między marksowską doktryną a polityką krajów „realnego socjalizmu”. Byli działacze (choćby Róża Luksemburg), którzy komunistyczny system kontestowali z pozycji doktryny marksowskiej. Jednak gospodarka bez rynku i prywatnej własności to esencja marksizmu. Tu nie ma rozbieżności między doktryną i praktyką.

Natomiast jeżeli przyjmiemy, że do tożsamości lewicy należy postulat równości i ludowładztwa, to komunizm jawi się jako… najgłębsza patologia lewicy. To wskutek działania systemu komunistycznego życie straciły miliony osób (szacunki sięgają nawet 100 mln). To w tym systemie najdrastyczniej ograniczona została wolność ludzi i wyeliminowano wszelkie mechanizmy demokratyczne. Jakkolwiek komunizm nie był jedynym systemem niosącym ucisk i nędzę, to tylko ten system w praktyce był tak totalnym zaprzeczeniem własnych zapowiedzi.

Upadek systemów komunistycznych w latach 90. nie wzmocnił lewicy socjaldemokratycznej. Choć uzyskała ona po lewej stronie pozycję całkowicie dominującą, to – inaczej niż kilka dekad wcześniej – jej tożsamość nie była wyrazista. Socjaldemokratyczna polityka w rozwiniętych krajach (gdzie wcześniej triumfowała) znalazła się w impasie – i to znacznie wcześniej niż upadły systemy komunistyczne. Ich upadek został jednak – bezzasadnie, ale skutecznie – zinterpretowany jako dowód nieprzydatności również nurtu socjaldemokratycznego.

W gospodarce rozwiniętych krajów kapitalistycznych, mniej więcej w drugiej połowie lat 70., pojawiły się zjawiska kryzysowe, takie jak stagnacja wzrostu, przyrost bezrobocia czy inflacja. Działo się tak właściwie we wszystkich krajach rozwiniętych, w których system został ukształtowany generalnie w zgodzie z projektem socjaldemokratycznym. Obejmował on aktywną, keynesowską regulację makroekonomiczną, progresywne podatki, rozbudowane państwo opiekuńcze, spory sektor przedsiębiorstw publicznych itp. Choć trudno jednoznacznie przesądzić o związku zjawisk kryzysowych z zasadami „socjaldemokratycznego modelu” kapitalizmu, to objaśnienie spiętrzenia problemów mankamentami systemu socjaldemokratycznego nasuwało się wielu obserwatorom. W każdym razie neoliberałowie skutecznie przekonali dużą część opinii publicznej, że ten związek jest bliski i uniwersalny.

Nie ograniczali się oni zresztą do krytyki, lecz zaprezentowali program reformy (czy raczej: kontrreformy) kapitalizmu. Makroekonomiczna polityka antycykliczna została uznana za przeciwskuteczną. Opiekuńcze zadania państwa zalecano zredukować. Osłabieniu miała ulec – przez zmniejszenie opodatkowania i ustanowienie podatków płaskich lub liniowych – redystrybucja dochodów, a sektor przedsiębiorstw publicznych miał zostać wyeliminowany. Rynek miał działać całkowicie swobodnie, a usługi społeczne (ochrona zdrowia, ubezpieczenia emerytalne czy edukacja) miały być co najmniej poddane rygorom komercjalizacji. Na konkurencję, dzięki „deregulacji”, miały być otwarte branże dotychczas zmonopolizowane i będące na ogół domeną przedsiębiorstw państwowych, z takich dziedzin jak: wytwarzanie i dystrybucja energii elektrycznej i gazu, transport kolejowy i lotniczy, telekomunikacja, poczta itd. Ważne znaczenie miał postulat „otwarcia” gospodarek przez eliminację ograniczeń w handlu i wobec przepływów kapitałowych.

Przekonywano, że jeżeli tylko polityka pieniężna zagwarantuje niską inflację, a motywacja jednostek zostanie „wyzwolona” dzięki niskim i płaskim podatkom (a budżet będzie zrównoważony), to gospodarka rozwijać się będzie szybko – z pożytkiem dla zwykłych ludzi. Neoliberalna doktryna trafnie uderzyła w słabe punkty „socjaldemokratycznego kapitalizmu”. Bo też model ten nie był wolny od patologii. Makroekonomiczna regulacja z polityki antycyklicznej przekształciła się w oportunistyczną politykę powiększania długu publicznego, a państwo opiekuńcze stawało się coraz bardziej marnotrawne.

Partie socjaldemokratyczne na krytykę neoliberalną zareagowały w najwyższym stopniu defensywnie. Najpierw próbowały ją ignorować, a następnie stopniowo, ale i chaotycznie, wycofywały się ze swojej generalnej linii programowej. Programy tych partii w latach 90. można chyba najlepiej określić jako „kunktatorski neoliberalizm”. Z reguły nie akceptowały one najdalej idących zaleceń neoliberalnych, ale bardziej wynikało to ze strachu przed wyborcami niż z pryncypialnych przekonań przywódców. Do tej polityki partie socjaldemokratyczne starały się dopasować swoje doktryny. Popularne stały się więc pomysły Trzeciej Drogi czy Nowego Centrum. Poszukując nowej pozycji, partie socjaldemokratyczne skierowały uwagę na „mniejszości”. Socjalne zaangażowania zostały wyparte właśnie przez postulaty praw dla różnych mniejszości, szczególnie seksualnych. W znacznej mierze postulat równości materialnej był zastępowany przez postulat równości płci.

Pod presją neoliberalnej krytyki nie doszło do skrystalizowania nowej tożsamości socjaldemokratycznej. Ale też partie działające pod socjaldemokratycznymi szyldami nie zostały wyeliminowane ze sceny politycznej. W wojnie między ofensywnymi środowiskami neoliberalnymi a defensywnie zorientowaną socjaldemokracją zarysował się impas. Neoliberalizm uzyskał znaczną przewagę przede wszystkim w kwestiach ideologicznych (i w postawach grup zamożnych), a znacznie mniejszą na płaszczyźnie realnych zmian. Mimo ostrej krytyki państwa opiekuńczego i progresywnych podatków nawet partie liberalne i konserwatywne ostrożnie wprowadzały zmiany. Kapitalizm ukształtowany po wojnie nie zmienił się radykalnie. Daleko posunął się proces eliminacji publicznego sektora przedsiębiorstw, dokonano deregulacji wielu rynków, gospodarki w znacznej mierze zostały otwarte na konkurencję zagraniczną, ale „państwo opiekuńcze” zostało okrojone stosunkowo nieznacznie, podobnie jak prawa pracownicze. Nie dokonała się jednak w Europie Zachodniej postulowana przez neoliberałów radykalna rewolucja podatkowa. Wprawdzie stępione zostało ostrze progresji, ale w Europie w sektorze publicznym nadal gromadzono i wydatkowano bardzo dużą część dochodu narodowego. Przed ostatnim kryzysem było to z reguły 40 do 50% PKB – obecnie jeszcze więcej. Wszystko to oznacza, że „socjaldemokratyczny kapitalizm” w znacznej mierze ocalał. Jednak doktryna neoliberalna utrzymała dominującą pozycję i „skrzypi” dopiero w następstwie obecnego kryzysu.

O ile ład ustrojowy w krajach europejskich ukształtował się w dekadach powojennych, a potem został tylko po części zmodyfikowany, o tyle w Polsce i innych krajach postkomunistycznych system był budowany niejako od podstaw i dokonywało się to w okresie pełnej dominacji (w wymiarze intelektualnym i emocjonalnym) neoliberalizmu. Żywe było też negatywne doświadczenie komunizmu, utożsamione z opiekuńczością i etatyzmem. Nie ukształtowała się silna partia polityczna o tradycyjnie socjaldemokratycznej tożsamości. Owszem, komuniści wywiesili socjaldemokratyczny sztandar, ale była to barwa ochronna. Zdemoralizowane środowisko SLD posługiwało się socjalnymi i etatystycznymi hasłami dla pozyskania wyborców, ale rządząc realizowało postulaty doktryny neoliberalnej (konstytucja, komercjalizacja w służbie zdrowia i ubezpieczeniach, eksmisja „na bruk”, postulaty podatku liniowego).

W Polsce ukształtował się system kapitalistyczny odległy od powojennego wzorca europejskiego, bardziej rynkowy i indywidualistyczny. Zrodził on wielkie nierówności dochodowe i majątkowe. Nie jest respektowana zasada „równego startu”. Prawa pracownicze są radykalnie ograniczone, a związki zawodowe słabe. Pracownicy mają status siły roboczej. Korzyści z prywatyzacji majątku, stworzonego wielkim wysiłkiem społecznym przez kilka dekad, przechwyciły wąskie grupy – przede wszystkim zagraniczne, gdyż duże przedsiębiorstwa w znacznej większości należą do zagranicznych właścicieli. Ale fakt, że transformacja przyniosła sporo negatywnych następstw, nie uzasadnia negatywnej oceny globalnej. Na odesłaniu komunizmu do lamusa historii nie można było stracić.

Obecny kryzys w światowej gospodarce stawia na porządku dziennym pytania o program modyfikacji ładu kapitalistycznego. Nie wyłoniły się frapujące odpowiedzi. Środowiska neoliberalne interpretują kryzys w kategoriach „wypadku przy pracy” i zalecają… bardziej konsekwentne respektowanie zasad rynkowych. Środowiska „socjaldemokratyczne” zgłaszają postulaty wycinkowych modyfikacji, które nie składają się na spójny program i są skutecznie kontrowane przez niechętne tym postulatom grupy interesów (tak dzieje się choćby z postulatem ograniczenia gigantycznych apanaży menedżerów bankowych). Nie widać intelektualnego odrodzenia socjaldemokracji. Brak spójnej i odważnej alternatywy przekreśla szanse socjaldemokratów na objęcie roli lidera zmian. To nie przypadek, że kontestacyjne ruchy „wykluczonych” są spontaniczne i – niestety – pozbawione programu.

W Polsce sytuacja jest odmienna. Wprawdzie z powodu splotu kilku szczególnych okoliczności przeszliśmy przez pierwszą fazę kryzysu dość łagodnie, ale nasz model kapitalizmu nie ma wielu cech ukształtowanych po wojnie w Europie Zachodniej. Zdecydowanie dotkliwiej jawi się kwestia jego potencjalnej korekty. Szczególnie, że w najbliższych latach ostrzejsze staną się konsekwencje trwania tego systemu. Trzeba liczyć się ze znacznie wolniejszym wzrostem gospodarki i blokadą mobilności społecznej.

Nie wydaje się, by istniała globalna alternatywa dla kapitalizmu, ale – szczególnie w Polsce – ważne jest, aby demokratyczny mechanizm gwarantował możliwość modyfikacji systemu. Nie zawsze jednak „realna demokracja” stwarza takie możliwości. W Polsce scena polityczna nie jest „konkurencyjna”. Coraz bardziej dominuje więc „postpolityka”. Ważne są skandale, wielkie pieniądze i „snucie opowieści”. Mało istotne są programy i wiarygodność. Wielu opisuje ten stan jako normalną ewolucję „realnej demokracji”. Gdyby przyjąć, że mają rację, to trzeba by też uznać, iż demokracja to przede wszystkim teatr pozorów.

Polska scena polityczna jest z pewnością niekompletna. Stosunkowo jednoznacznie wykrystalizowała się tylko opcja liberalna. Choć PO jest partią bardzo pragmatyczną, to jej polityka jest określona przez neoliberalną tożsamość i interesy „rdzeniowego” elektoratu. Widać to dobrze choćby na przykładzie podniesienia wieku emerytalnego. „Prawica” dysponuje silną reprezentacją parlamentarną, ale jej tożsamość jest coraz bardziej niejednoznaczna, zachowania cechuje populizm, a poważna odpowiedź na pytanie o model kapitalizmu nie pada. W parlamencie mają też reprezentację ugrupowania określające się jako lewicowe. Jednym z tych ugrupowań kieruje komunistyczny aparatczyk z PZPR-u, który rządził później pod sztandarem socjaldemokracji, ale całkowicie zrezygnował z elementarnych postulatów lewicy. Drugim jest osobnik, który neoliberalną samoidentyfikację przemalowuje na „lewicową”, ale koncentruje się na prawach gejów, zwalczaniu Kościoła i legalizacji „miękkich” narkotyków. Trudno oczekiwać, że któraś z tych grup przedstawi wizję reformy polskiego kapitalizmu. Byłaby ona zresztą całkowicie niewiarygodna.

Mamy kłopot.

Utopijny komunista patrzy na getto

Społeczeństwo obywatelskie jako wentyl bezpieczeństwa? – rozmowa z dr. Pawłem Załęskim

Zacznijmy od genezy pojęcia społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Dlaczego cenzura okresu bierutowskiego w 1949 r. wprowadziła to pojęcie?

Paweł Załęski: To prawdopodobnie jedna z licznych wówczas manipulacji na języku. Pewne terminy stały się zakazane i takim było m.in. społeczeństwo cywilne – tzn. to, co w terminologii okresu nowoczesności określano sferą prywatnych przedsięwzięć, czyli po prostu wolnym rynkiem. W tamtych czasach określało się go pojęciem społeczeństwa cywilnego i zrozumiałe, że w warunkach scentralizowanej gospodarki socjalistycznej termin ten musiał zostać w jakiś sposób usunięty z tłumaczeń Marksa i Engelsa. Wówczas to wprowadzono określenie „społeczeństwo obywatelskie”, które jest na tyle niesprecyzowane i wieloznaczne, że idealnie pasowało jako narzędzie dezorientowania.

Czy już wtedy to społeczeństwo obywatelskie było przeciwstawione społeczeństwu politycznemu?

Wydaje mi się, że pojęcie społeczeństwa obywatelskiego zostało wprowadzone po to, aby zagmatwać różnicę między społeczeństwem cywilnym a społeczeństwem politycznym, nie żeby ją podkreślać. Później – we współczesnym dyskursie – przerodziło się to w usytuowanie społeczeństwa obywatelskiego między rynkiem a państwem.

Przenieśmy się teraz do połowy lat 70. W swojej książce „Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie” piszesz o środowisku polskich dysydentów we Francji, w Paryżu. Twoim zdaniem Aleksander Smolar interpretował wtedy pojęcie społeczeństwa obywatelskiego jako niezależnego społeczeństwa politycznego w opozycji do komunistycznego aparatu państwowego.

Udało mi się natrafić na wątek wskazujący, że to Aleksander Smolar jest niejako pierwszą „ofiarą” pomieszania pojęć – wprowadzenia terminu „społeczeństwo obywatelskie” zamiast „społeczeństwo cywilne”. To on zaczyna odnosić je do polskiej opozycji politycznej, i to jeszcze przed czasami „Solidarności”. Jest to istotne, ponieważ z reguły narodziny dyskursu o społeczeństwie obywatelskim wiąże się z „Solidarnością”. Widać jednak wyraźnie, że po pierwsze narodził się on wcześniej, a po drugie, że „Solidarność” – i to jest kolejne odkrycie – w ogóle go nie znała. To jest tylko mit. Zbadałem ówczesną prasę, dokumenty, prześledziłem wszystkie najważniejsze wątki i okazało się, że solidarnościowy dyskurs opierał się na zupełnie innych kategoriach, na innych pojęciach. To wszystko doprowadziło mnie do kolejnego odkrycia, że „społeczeństwo obywatelskie” jest dziełem komunistycznej propagandy. Można powiedzieć, że stanowi szczytowe osiągnięcie nowomowy polskich komunistów.

A jak wyglądał proces przeszczepiania tego pojęcia na nasz grunt?

Koncepcja zaproponowana przez Smolara rozwijała się niezależnie wśród zachodnich intelektualistów, dysydentów czy emigrantów z krajów Europy Wschodniej. Najważniejszymi osobami w tym kontekście, poza samym Smolarem, byli Jacques Rupnik (pochodzący z Czech) oraz Andrew Arato (pochodzący z Węgier). Bardzo wyraźnie widać, że jeśli w tym czasie ktoś z Polski zaczynał pisać o aktywności obywatelskiej i później wyjechał na Zachód, to po powrocie stosował już pojęcie społeczeństwa obywatelskiego.

W takim razie czy można mówić o „Solidarności” jako społeczeństwie obywatelskim?

Członkowie „Solidarności” definiowali się jako samorządna rzeczpospolita. To określenie jest pierwszą ofiarą dyskursu o społeczeństwie obywatelskim.

Samorządna rzeczpospolita ma bardzo wyraźny charakter wspólnotowy i odwołuje się do klasycznych republikańskich idei związanych z poczuciem solidarności. Była to wspólnota obywateli, a głównie wspólnota robotników, bo pierwsza „Solidarność” była przede wszystkim ruchem robotniczym. Później zaczyna się coraz większa ingerencja intelektualistów, a robotnicy zostają w tle rozmów i działań „Solidarności”. Wtedy dochodzi do głosu neoliberalny dyskurs o społeczeństwie obywatelskim, który podkreśla pluralizm, różnorodność – a nie wspólnotowość. To zupełne przeciwieństwo tego, czym była pierwsza „Solidarność”, dlatego wydaje mi się nadużyciem stosowanie terminu „społeczeństwo obywatelskie” w odniesieniu do pierwszej „Solidarności” – to były dwie zupełnie inne jakości pojęciowe i ideowe.

Jakie były dalsze losy pojęcia „społeczeństwo obywatelskie”? Z lektury Twojej książki wynika, że rok 1989 niekoniecznie był przełomem – wprowadzenie tego terminu w gruncie rzeczy miało na celu manipulację, odsunięcie na bok koncepcji społeczeństwa politycznego.

W książce wysnułem tezę o alienacji polityczności, czyli o odsunięciu tejże z życia potocznego. Twierdzi się dzisiaj, że polityka to coś, co dzieje się daleko od nas, a my tak właściwie zajmujemy się czymś zupełnie innym i to nas nie dotyczy. Jest to jednak zaprzeczenie klasycznych podejść do polityki czy do życia politycznego we wspólnocie państwowej, gdzie każdy gest mógł być gestem politycznym. Tak było chociażby w czasach zaborów. Związek sportowy był wówczas organizacją polityczną, ponieważ krzewił polską krzepę – działał właściwie przeciwko zaborcy. Dotyczyło to wielu różnych organizacji w tym czasie. Natomiast działalność propagandy komunistycznej, to, że społeczeństwo obywatelskie pojawiło się w języku generała Jaruzelskiego, związane było właśnie z tym – o czym napisał wówczas Bronisław Geremek – że oto dzisiaj, w 1989 r., mamy możliwość stowarzyszania się, zakładania rozmaitych organizacji, ale myśli o całkowitej demokratyzacji, o pełnym pluralizmie politycznym musimy odsunąć na później. Proszę zwrócić uwagę, że Polska była jedynym krajem, który w okresie transformacji nie dokonał od razu pełni reform politycznych. Zrealizowano głównie reformy gospodarcze, czyli plan Balcerowicza, który nie został wprowadzony na zasadach demokratycznych, gdyż Polska stała się demokratyczną dopiero w 1991 r.

Czy byłoby inaczej, gdyby te reformy polityczne zostały wprowadzone? Czy są może jeszcze inne przyczyny tego, że taki właśnie projekt społeczeństwa obywatelskiego ma się dobrze?

W latach 90. właśnie dzięki temu, że w 1989 r. termin „społeczeństwo obywatelskie” zaczął się pojawiać na łamach „Trybuny Ludu” i pokrewnych czasopism, trafił on do publicznej świadomości. I to na masową skalę. Widać, jak zaczyna on opisywać zjawiska, które wcześniej definiowano wyłącznie jako organizacje społeczne. Stał się ideologiczną przykrywką dla trzeciego sektora, takim pojęciem-kluczem, legitymizującym powstanie i idealizującym działanie tego sektora jako jednego z elementów współczesnych demokracji. Podczas gdy żadne badania nie pokazują, że te organizacje są jakoś szczególnie zaangażowane w procesy polityczne! To, czym się zajmują, to głównie pełnienie funkcji usługodawczych w stosunku do instytucji publicznych. One się zajmują tymi samymi kwestiami, którymi zajmuje się dobrze funkcjonujące państwo opiekuńcze, przede wszystkim takimi jak edukacja, zdrowie czy opieka społeczna.

Opisujesz te organizacje jako neoliberalne hybrydy wolnego rynku i państwa opiekuńczego. W związku z tym nie są one w stanie podjąć działań antysystemowych. Czy możliwe jest odwrócenie tego porządku, tak aby obywatele mogli się rzeczywiście oddolnie i spontanicznie organizować?

Musiałaby nastąpić skonsolidowana ingerencja polityczna ze strony osób zainteresowanych taką zmianą. Takie osoby są zwodzone obecnością organizacji trzeciego sektora po to, żeby nie protestować przeciwko przemianom. Trzeci sektor stanowi bufor bezpieczeństwa pomiędzy obywatelami a państwem, które wycofuje się ze swoich funkcji. Obecnie te organizacje niby coś robią, ale tak właściwie, w porównaniu z tym jak funkcjonowało państwo opiekuńcze, są to działania pozorowane. Mają niesamowity PR, dużo się mówi o ich działaniach, ale faktycznie to wygląda inaczej. Nie korzystają z dorobku państwa opiekuńczego, bo są one przecież w opozycji do państwa – przynajmniej ideowo. Natomiast korzystają z państwowych pieniędzy. W Polsce to najczęściej środki z funduszy europejskich, natomiast w bogatszych państwach zachodu takie organizacje są finansowane bezpośrednio przez instytucje rządowe. Ta sytuacja, moim zdaniem, jest antydemokratycznym atakiem neoliberalnych elit politycznych na państwo opiekuńcze. Pojawienie się trzeciego sektora w jego współczesnej postaci jest związane z postępami neoliberalnych ideologii i neoliberalnych rozwiązań oraz z przemianami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi, zmierzającymi do demontażu instytucji państwa opiekuńczego.

Schemat wygląda tak, że organizacje pozarządowe pojawiają się często jako organizacje polityczne. Najbardziej wyraźnie słychać to w dyskursie feministycznym. Organizacje, które mają działać na rzecz praw kobiet, stają się powoli organizacjami usługodawczymi, realizującymi projekty zlecane przez instytucje państwowe, co nazwane zostało przez jedną z niemieckich feministek, Sabine Lang, procesem NGO-izacji. Istnieje realne zagrożenie, że jeżeli nie będzie działań politycznych sprzeciwiających się temu procesowi, to dojdzie do sytuacji, że organizacje te będą musiały się skomercjalizować albo po prostu zniknąć. Te usługi, które obecnie wykonują dzięki pieniądzom z instytucji państwowych, będą wykonywały nadal, lecz na zasadach komercyjnych, czyli trzeba będzie płacić, żeby z nich skorzystać. Ale organizacje trzeciego sektora nie są zainteresowane podważaniem podstaw własnego funkcjonowania. Protest przeciwko zachodzącym zmianom, czyli osłabianiu państwa opiekuńczego, nie może wyjść od nich. Głównym oszustwem dyskursu o społeczeństwie obywatelskim jest zatem sugestia, że organizacje trzeciego sektora reprezentują obywateli. Jest to raczej grupa interesu, która rywalizuje z tradycyjnymi instytucjami państwa opiekuńczego.

W tym kontekście piszesz też w swojej książce o młodych ludziach, których działanie i zaangażowanie jest kanalizowane przez organizacje. Czy jest szansa na wyjście z tego zaklętego koła instytucjonalizacji działań, tak aby pozostały naszymi oddolnymi inicjatywami?

Myślę, że to bardzo trudne. Przeszkodą są ideologiczne klisze, którymi posługują się działacze trzeciego sektora na własny użytek. Takie działanie, o jakim wspomnieliście, jest obce trzeciemu sektorowi. Oni funkcjonują dzięki temu, że realizują odgórnie wyznaczone projekty, które ktoś tam gdzieś podpisuje i akceptuje. Same te organizacje mają niewielką siłę na poziomie oddolnym czy lokalnym. Mam wrażenie, że bardziej dynamiczne i oddolne są inicjatywy na polu ekonomicznym, co objawia się na poziomie rozmaitych rozwiązań o charakterze gospodarczym, które ludzie próbują razem realizować – w formie wymiany barterowej, czyli wzajemnej wymiany usług. Organizacje pozarządowe dostają pieniądze na aktywizację ludzi na poziomie lokalnym, a niestety tłumią tę aktywność. Wchodzą w role reprezentantów biernych osób, stając się aktorami, którzy wyręczają obywateli z możliwości zaangażowania politycznego. Bywa również, że same dość skutecznie tłumią głosy lokalnej społeczności. W związku z tym, ostatnim rozwiązaniem takich projektów jest np. propozycja, aby mieszkańcy i przedstawiciele organizacji pozarządowych spotykali się osobno. Wszystko dlatego, że przedstawiciele organizacji, ze względu na swój większy kapitał kulturowy i dyskursywny, nadają ton całej dyskusji, marginalizując mieszkańców.

Wyobraźmy sobie, że zakładamy stowarzyszenie lub fundację i chcemy działać dla dobra wspólnoty lokalnej. Aby przystąpić do konkursu i zdobyć jakieś finansowanie naszych działań, musimy spełnić odgórne warunki – czyli od początku jesteśmy skazani na wpisanie w format. Tracimy w ten sposób impet oddolnego autentycznego działania.

To jest właśnie wspomniana NGO-izacja. Mamy kilku ludzi, którzy coś robią razem i raptem wpadają na pomysł, żeby zamienić tę nieformalną grupę w stowarzyszenie, sądząc przy okazji, że może zdobędą dzięki temu jakąś dotację. To jest taka spirala wciągająca w system grantowy, która podporządkowuje sobie organizację i czyni ją podwykonawcą usług, którymi kiedyś zajmowało się państwo. Oczywiście są również pozytywne tego aspekty. Podkreślam tylko, że cały ten proces odbywa się pewnym kosztem – kosztem tradycyjnych rozwiązań i instytucji państwa opiekuńczego. W związku z określonymi przemianami, które nazwałem restrukturyzacją systemów opiekuńczych, tracimy coś, co zostało kiedyś wywalczone przez ojców naszych ojców. Te przemiany są związane z kolei z neoliberalnymi politykami, czyli pewnym odgórnym projektem. To, co wygląda jak oddolna aktywność, okazuje się elitarystycznym projektem polityczno-ekonomicznym.

Czyli takie neoliberalne chomąto?

Chomąto jest dla aktywistów i działaczy tych organizacji, natomiast dla osób, które teoretycznie mają być beneficjentami ich działań, tak właściwie jest to redukcja funkcji opiekuńczych. Państwo się wycofuje, zamiast tego wchodzą organizacje trzeciego sektora, które niekoniecznie robią lepiej to, co kiedyś robiło państwo.

W wyniku takiego systemowego działania, państwo w świadomości obywateli jako podmiot mający pełnić określone funkcje nie tyle traci na znaczeniu, co zanika.

Tak, świetnie to ujęliście. Wspomniane organizacje są czymś w rodzaju bufora, który odseparowuje obywatela od źródła politycznych decyzji, czyli od tego, w jaki sposób będą wypełniane obowiązki w zakresie opiekuńczości. Kiedyś szło się do urzędnika, rozmawiało z nim, można było trafić wyżej, a w tej chwili jest ta bariera. Są organizacje, które zajmują się określonym fragmentem rzeczywistości i one umywają ręce od odpowiedzialności za działania, które realizują na rzecz zleceniodawców. Jest to związane z rozmyciem odpowiedzialności politycznej za decyzje, wynikającym z przemian funkcji opiekuńczych państwa. Z horyzontu przeciętnego obywatela giną decydenci odpowiedzialni za konkretne decyzje, w tym rozmontowanie państwa opiekuńczego.

Konsekwencją takiego charakteru trzeciego sektora jest odseparowanie obywateli od polityczności. Nietrudno sobie wyobrazić, jakie mogą być tego skutki. Przestaniemy zwracać uwagę na to, kto, jakie i dlaczego w naszym imieniu podejmuje decyzje, wpływające przecież bezpośrednio na rzeczywistość, w której żyjemy. Jak możemy i czy w ogóle możemy się upolitycznić?

Proces depolityzacji był charakterystyczny zarówno dla nowoczesnego projektu liberalnego, a w tej chwili projekt ponowoczesny neoliberalny stanowi wzmocnienie i przyspieszenie tego zjawiska. Rządy tzw. technokratów są przykładem tego, że to specjaliści decydują za nas o czymś, co powinno być w naszych rękach. Wydaje mi się, że dobrym kierunkiem jest to, że na poziomie lokalnych społeczności władze decydują się na konsultacje społeczne. Wprowadzenie zasady pytania o zdanie obywatela jest ważne dla jakości demokracji. Państwo opiekuńcze w naszym kraju zostało dość mocno zredukowane. Jak wspominałem, zaczęły je zastępować organizacje trzeciego sektora. I tutaj rodzi się pytanie, czy nie powinniśmy wrócić do tego, żeby państwo zracjonalizowało czy ulepszyło proces redystrybucji. Ona się odbywa, ale uprzywilejowane są te grupy, które mają najlepszy dostęp do twardej polityki. Wiadomo, że osoby biedne czy wykluczone tego dostępu nie mają.

Czy to by oznaczało wycofanie się z zasady pomocniczości?

Może rozsądniejsze i bardziej świadome z niej korzystanie. Moja książka została napisana, aby ujawnić pewne mechanizmy i pokazać, że jest tu wiele rzeczy do zrobienia. Organizacje mogą funkcjonować, ale tak, abyśmy wiedzieli, co one robią i za jakie pieniądze, żeby ich działania były bardziej transparentne finansowo. Chodzi też o to, żebyśmy mogli decydować, mieć wpływ na ich aktywność. Ale przejrzystość ich działań jest podstawową barierą.

Ideałem byłoby pewnie wspólne ustalanie, konsultowanie celów polityk publicznych, a później ewentualnie wykorzystanie organizacji pozarządowych do ich realizacji, przy klarowności i jasności sytuacji oraz możliwości kontroli ich działań. Wracając jednak do idei pomocniczości – według Zygmunta Baumana staje się ona nieco karykaturalna, ponieważ polega na cedowaniu, zrzekaniu się odpowiedzialności przez państwo. Być może czeka nas jakiś renesans roli państwa, zwiększenia zakresu jego działalności?

Wydaje mi się, że już najwyższy czas na to. Jesteśmy w takim momencie, w którym coraz donośniejsze stają się głosy krytykujące neoliberalne oczywistości lat 90. Sądzę też, że mamy szansę zacząć dyskusję na temat roli państwa: czym to państwo dla nas jest, jakie role powinno spełniać, czy to, co robi w tej chwili, robi właściwie. Z punktu widzenia systemów opiekuńczych najważniejszą funkcją państwa jest redystrybucja zasobów od bogatych do biednych. Natomiast w tej chwili, dzięki neoliberalnej ofensywie, pieniądze trafiają na pomoc bankom, dużym, upadającym instytucjom, a budżet opieki społecznej czy szkolnictwa podstawowego jest ograniczany. To zasługa potężnego lobby gospodarczego, elit ekonomicznych, które dążą do korzystnej dla siebie redystrybucji zasobów. Szersza dyskusja na ten temat mogłaby usprawnić i zdemokratyzować decyzje polityczne. Ale jesteśmy w dość trudnym momencie, gdy język neoliberalnych oczywistości zdominował nasze myślenie i wszelkie socjaldemokratyczne rozwiązania stygmatyzuje się jako komunizm.

Dziękujemy za rozmowę.

Utopijny komunista patrzy na getto

Kiedy będzie „lepsze jutro”?

Zapnijcie pasy i złapcie za czapki – mówią nam eksperci – do Polski nadchodzi szalejący europejski kryzys. Z tym należy się zgodzić: kolejne kwartały będą pokazywały coraz gorsze wskaźniki makroekonomiczne. Wkrótce i u nas aktualny stanie się bon mot, iż „lepsze jutro było wczoraj”. Ten ahistoryczny pogląd będzie trzeba wypalać żywym ogniem w roku 2013, kiedy to podstawowe usługi publiczne, szczególnie na prowincji, padną ofiarą zmasowanej presji narracji spod znaku „koniecznych wyrzeczeń”. Jeżeli jednak nie mamy przestać wierzyć w lepsze jutro, powinniśmy już dziś mieć w głowie jego wyobrażenie – postęp nie jest bowiem replikacją przeszłości.

Jak powinniśmy mierzyć rozwój? Czy bezduszny ekonomizm nie odbiera znaczenia takim dobrom jak czas wolny lub rozwój kulturalny jednostki? Kiedy możemy naprawdę powiedzieć, że podążamy drogą rozwoju?

Nie od dziś wiadomo, iż współczynnik PKB może być bardzo niedoskonałym wyznacznikiem rozwoju i jakości życia. Warto pamiętać, że podczas ostatniego „boomu” gospodarczego (ok. 2006–2007), przy bardzo wysokim wzroście gospodarczym, wyemigrowało z Polski około miliona osób. Papierowe Eldorado miało dla polskich emigrantów mniejszy urok niż niepewne perspektywy życia za granicą. Nic dziwnego, bowiem wiele z tej przyrosłej „wartości” nierzadko było wartością jedynie papierową, np. drożejących mieszkań. Poza światem instytucji finansowych i przywódców państw nie jest wielkim odkryciem stwierdzenie, że postęp, który dokonuje się w czasie (np. dekady albo tysiąclecia), nie powinien być mierzony monetarnie, lecz materialnie. To nie liczba złotówek czyni nasz kraj bogatszym w porównaniu do czasów Bolesława Chrobrego. Sprawia to ilość i jakość fizycznych dóbr, które potrafiliśmy stworzyć i obrócić na nasz użytek.

Skojarzenie rozwoju z poziomem produkcji jest więc już dobrym wstępem do dyskusji, choć niezupełnie wystarczającym. Całkowicie materialne ujęcie owego postępu nie czyni zadość niezwykle ważnej kategorii „opanowania ognia”, czyli powiększania dostępu oraz tworzenia nowych źródeł energii, kluczowych dla masowej produkcji dóbr fizycznych. Wskazanie na ten niematerialny postęp i jego źródła, leżące w innowacyjnej działalności człowieka, pozwala wyodrębnić to, co jeszcze bardziej niż wysokie wieżowce i odbiorniki telewizyjne tworzy przepaść między nami a naszymi praszczurami sprzed milenium. Tym czymś jest wiedza. Bez jej kreowania i kumulacji nie byłoby mowy o rozwoju, bowiem postęp cywilizacyjny, zarówno gospodarczy, jak i społeczny, jest funkcją umiejętności tworzenia i wykorzystania kapitału intelektualnego. W procesie kreowania bogactwa to właśnie zastosowanie nowych rozwiązań, wynalazków i usprawnień zwiększa ilościowo i jakościowo pole dostępnych dóbr i usług.

Antyrozwojowy model stosunków przemysłowych (kapitału i pracy), będący pokłosiem niezrozumienia źródeł postępu, prowadzi do wynaturzeń i wyzysku. To z kolei służy do pochopnego podważenia tezy, zgodnie z którą źródłem polepszenia jakości życia populacji jest poprawa produktywności pracy. Oczywiście, możliwe jest czasowe „rozjechanie się” poprawy produktywności pracy, osiąganej dzięki ludzkiej innowacyjności, z poprawą jakości życia. Możliwy jest również czasowy wzrost jakości życia większości populacji dzięki odebraniu i konsumowaniu „nadwyżki”, będącej wcześniej w posiadaniu niewielkiej warstwy superbogaczy. Niemniej w dłuższym okresie niemożliwy jest stały wzrost jakości życia w warunkach kurczącej się lub nierozwojowej gospodarki. Chodzi tu zarówno o szybszy przyrost fizycznych dóbr na głowę, jak i o towarzyszące temu przyrost i ujarzmianie energii.

W gruncie rzeczy jednak najważniejszy jest inny argument. Otóż jeżeli przyjmiemy, że źródłem postępu są twórcze zdolności człowieka, skutkujące rozwojem naukowo-technicznym, wówczas polepszanie warunków życia ludzi jest skutkiem oraz przyczyną tegoż postępu. W coraz to bardziej ludzkich, oderwanych od materialnych trosk warunkach życia powstaje miejsce dla kształtowania się twórczych możliwości człowieka. Zatem pytanie o sens wysokopłatnego parytetu płac, zmniejszania wymiaru czasu uciążliwej pracy czy dotowania działalności kulturalnej i oświatowej wydaje się być zbędne. Poprawa wydajności pracy i lepsze warunki życia idą w parze, powiązane w przyczynowo-skutkowym splocie z ludzkim impulsem twórczym.

Natrafiamy w tym miejscu na kolejne zagadnienie, którego nie można przemilczeć. Skoro ludzkość zdolna jest – dzięki rozwijaniu indywidualnych potencjałów i rozprzestrzenianiu wiedzy na coraz większą liczbę osób – do powiększania „systemu”, w którym żyje, logiczna wydaje się możliwość zużywania zasobów w zbyt szybkim tempie. Na problem ten zwrócili uwagę 40 lat temu D. i D. Meadowsowie w swoim raporcie dla Klubu Rzymskiego, zatytułowanym „Granice wzrostu”. Raport wywołał alarm swoimi przewidywaniami, że połączone trendy zużywania zasobów, wzrostu populacji i zanieczyszczeń doprowadzą do radykalnego pogorszenia warunków życia. Prognozy nie sprawdziły się jednak. Do roku 2012 świat miał wyczerpać 12 z 19 substancji, które badali Meadowsowie, w tym m.in. aluminium, ropę, gaz ziemny, srebro, cynk, molibden, miedź i ołów. Jak wskazał autor artykułu w magazynie „Foreign Affairs”, ilość zasobów, które będzie można wytworzyć dzięki ludzkiej pomysłowości [inegnuity], daleko przewyższa wymagania ludzkiej konsumpcji1.

Mimo iż powyższy przykład dowodzi, że czasowe granice wzrostu są przekraczalne, zignorowanie możliwości pojawienia się wielkich zagrożeń byłoby nierozsądne. Skala globalnej aktywności gospodarczej wymaga stałego monitoringu zachodzących procesów oraz ingerowania w nie. Rozwój bowiem, jeżeli daje się go jakkolwiek zdefiniować, powinien być mierzony jako zapewnienie długookresowej zdolności poprawy warunków życia, towarzyszącej zwiększaniu potencjału wiedzy i materialnych instrumentów potrzebnych do przeżycia. Pytanie więc brzmi: czy nauka jest dziś przygotowana do podołania wyzwaniom rysującym się na horyzoncie? Przy całym optymizmie należy przyznać, że jest wiele do zrobienia w tej kwestii.

Niektóre pożądane kierunki zmian są oczywiste i nie wymagają wielkiego podniesienia poziomu obecnej wiedzy. U progu XXI wieku przychodzi nam się zmagać z kryzysem dezindustrializacji i rosnącego rozwarstwienia społecznego. Inteligentne zarządzanie może poradzić sobie ze skutkami tego stanu rzeczy poprzez regulację systemu finansowego i politykę gospodarczą zainteresowaną gospodarką sfery realnej. Jednak realizacja ambitniejszych, moralnie i ekonomicznie koniecznych, globalnych wyzwań, takich jak dynamiczny rozwój krajów zapóźnionych, jest niezwykle odległa. Podjęcie takich projektów, służących całej światowej społeczności, opartych na rozpowszechnieniu wiedzy i techniki w krajach o niskim poziomie rozwoju oraz rozbudowie globalnego potencjału twórczego, wymaga wizji, instrumentów i narzędzi, których współczesnej nauce brakuje.

Współczesna ekonomia znalazła się w ślepej uliczce, ograniczona narzuconymi sobie dogmatami. Brak w niej interdyscyplinarności i odwołań do rzeczywistego świata, z jego uwarunkowaniami społecznymi i politycznymi. Oparta jest na sztucznych matematycznych modelach, do których na siłę dopasowywane są realia empiryczne, zaś jej celem jest nie rozwojowa zmiana, lecz znalezienie się w upragnionym statycznym punkcie optimum.

Bez uporania się z przyczynami błędnego myślenia ekonomicznego, skuteczna walka z efektami kryzysu nie może mieć miejsca. Twórczy aspekt rozwoju został w dzisiejszych czasach całkowicie utracony w nierozumnym formalizmie modeli. Jest to efekt politycznego triumfu neoliberalizmu. Pod maską nauki społecznej narzuca on swój regresywny ogląd świata, w którego centrum jest egoistyczna jednostka. Wytyczone ściśle i sztucznie ramy działania ekonomistów nie zostawiają miejsca na rozwój. Jak stwierdziła grupa krytycznych ekonomistów, przyczynę ostatniej katastrofy tej dyscypliny, którą było nieprzewidzenie kryzysu, stanowiło skupienie się na modelach zaprojektowanych tak, aby ignorować kluczowe elementy wpływające na rzeczywisty rynek2.

Dzisiejsze nauki ekonomiczne zmniejszają liczbę palących problemów, „rozwiązując” je poprzez nieuznanie ich istnienia. Według ortodoksyjnej teorii bank centralny powinien być w pełni niezależny (od społeczeństwa), aby nie być użytym do pobudzania wzrostu, lecz jedynie zajmować się obroną świętej stabilności cen, co faworyzuje rentierów i kredytodawców.

Dla bezrobotnych zaś wielkim pokrzepieniem musi być fakt, iż w dominującym obecnie w pracach ekonomistów (i uznanym za wielkie osiągnięcie) modelu DSGE bezrobocie jest zawsze dobrowolnym wyborem bezrobotnego. Ten sam model w swojej standardowej wersji nie zakłada w ogóle istnienia sektora finansowego i banków. Krytykujący dominujące „mądrości” ekonomista Philip Arestis zwraca uwagę: musimy uwzględniać banki, musimy uwzględniać fakt istnienia pieniądza3.Dlaczego?

Dobitnie pokazuje to głośna dysputa Paula Krugmana z kwestionującym obecny paradygmat Stevem Keenem. Krugman, mimo swej krytyki polityki cięć oszczędnościowych, bronił standardowego modelu neoklasycznego, w ostateczności posuwając się do kompromitującego stwierdzenia, iż brak uwzględnienia przez modele faktu istnienia banków i sektora finansowego nie ma żadnego znaczenia. Otóż ma ogromne znaczenie i pozwala wyjaśnić rzekome „paradoksy”, z którymi nie potrafi sobie poradzić neoklasyczna ekonomia, tłumacząc niedociągnięcia „szokami zewnętrznymi”, czynnikami behawioralnymi, brakiem zaufania rynków itd. Według owej neoklasycznej, mainstreamowej teorii ekonomicznej, obniżka stóp procentowych i luzowanie ilościowe (QE), czyli zwiększenie tworzenia pieniądza przez bank centralny, powinny skutkować ożywieniem gospodarczym i inflacją. Tymczasem mamy do czynienia z gospodarczą stagnacją i co najwyżej inflacją na spekulacyjnych rynkach giełd towarowych. Wyjaśnienie jest proste: to rezultat polityki banków komercyjnych, pośredniczących i – mówiąc w wielkim uproszczeniu – współemitujących pieniądz, a także instytucji finansowych, posiadających wielkie ilości prywatnych zobowiązań (długu, derywat).

Dopiero takie postawienie sprawy pozwala pójść krok dalej w analizie ekonomicznej i prześledzić przepływy nowo powstającego pieniądza, kredytu i długu. Wtedy zrozumiałe stanie się, dlaczego usilnie promowana jest fałszywa narracja zbyt wielkiego długu publicznego. Okaże się, iż tak naprawdę to długi prywatne, spekulacyjne piramidy finansowe poza wszelką kontrolą państwa, wysysają kreację pieniądza na potrzeby finansowania obsługi tego gigantycznego, wirtualnego kasyna.

Ten obraz jest jednak starannie ukryty i niewidoczny w mainstreamowej ekonomii. Dzieje się tak, ponieważ konstruowane modele są w istocie ekstrapolacją zachowań gospodarczych w mikroskali na skalę makro. Bazą do rozważań o gospodarce jest wobec tego jeden wymyślony neoklasyczny homo economicus i jego zachowania. Do jak wielkich pomyłek prowadzi to założenie, pokazały nam ostatnie lata eksperymentów z cięciami budżetowymi.

Niczym innym niż fatalnym błędem jest porównanie budżetu gospodarstwa domowego i państwa. Całość (państwo) nie ma tych samych właściwości co jego części, jest też czymś innym niż ich sumą (gdyż suma racjonalnych decyzji jednostek niekoniecznie przekłada się na optymalny stan gospodarki4). Dlatego gdy dla gospodarstwa domowego oszczędzanie jest często dobrą strategią, państwo może wydawać więcej, dla maksymalizacji potencjału rozwojowego, stymulacji gospodarki i utrzymania zatrudnienia.

Niestety neoliberalne recepty cięć budżetowych znalazły wygodną „podkładkę”, jaką były przeczące wielu innym badania pary Alesina & Ardagna z 2009 roku, sugerujące dobroczynne skutki cięć oszczędnościowych. Po pewnym czasie tendencyjny dobór danych stał się oczywisty5, nawet dla narzucającego pakiety „reform” Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jednak przysłowiowe mleko już się rozlało, zaś pseudonaukowy mit, mimo swej niewiarygodności, został wykorzystany ku większej chwale spekulantów, przejmujących za bezcen wyprzedawany grecki majątek.

Dobór danych pod tezę jest, według zajmującego się szczegółową analizą badań prof. Toma D. Stanleya, plagą aż 70% publikacji. Co smutne, acz mało zaskakujące, to fakt, iż bardziej prestiżowe czasopisma są jednocześnie bardziej tendencyjne. Konsensus, jak zauważył zespół Stanleya, znacząco zmniejsza wartość merytoryczną i dokładność badań. Poddał on analizie m.in. dostępne badania na temat wpływu płacy minimalnej na liczbę zatrudnionych. Po ponownym ich przetworzeniu okazało się, iż wzrost płacy minimalnej ma zerowy lub statystycznie nieistotny wpływ na liczbę zatrudnionych.

Istnienia modeli ekonomicznych w takiej formie jak dzisiaj nie da się wytłumaczyć pozytywnymi rekomendacjami dla praktyków polityki gospodarczej, gdyż ich użyteczność jest po prostu niska. Tym trudniej bronić pozytywnego dydaktycznego wpływu modelowania na myślenie młodych ekonomistów. Jak zauważył prof. Jan Toporowski, na pytanie o trudności, jakie ma dziś przed sobą ekonomia, studenci pierwszego roku opowiadają o walce z biedą, kwestii wzrostu, czasami wymieniają deficyt. Studenci trzeciego roku wcale nie wspominają o tych kwestiach. Nauczanie i rozumienie ekonomii kuleje, w czego następstwie gospodarka zmierza ku recesji.

Jak wskazują krytycy, stary model, powielany m.in. w uznanych przez młodych ekonomistów za święte podręcznikach Paula Samuelsona6, zakłada, iż wartość sumy czynników włożonych w produkcję jest tożsama z wartością gotowego produktu. Tym samym w procesie gospodarczym wartość nie jest tworzona (co najwyżej odkrywana), gdyż to, co powstanie, równe jest temu, co już jest. Ten pozornie logiczny nonsens pozwala lansować niemające wiele wspólnego z rzeczywistością ricardiańskie założenie, iż wyższe płace robotnika muszą oznaczać niższy zysk. Ekonomia w tym modelu jest statyczna, nic więc dziwnego, że oparta na niej polityka gospodarcza przynosi stagnację. Jak stwierdził ekonomista Frank Hahn, Często zastanawiam się, czy inne dyscypliny też tak mocno cierpią przez autorów podręczników7. Konieczna jest alternatywa wobec neoliberalnej ortodoksji, szkodzącej nie tylko swej dyscyplinie, ale i całemu społeczeństwu.

Tak jak odpowiedzią na wywody Samuelsona jest znacznie lepszy podręcznik Davida Colandera8, tak też odpowiedzią na fakt, iż ani klasycy, ani neoklasycy, ani keynesiści nie poradzili sobie z dochodem i zyskiem9, jest zintegrowane podejście do kredytu, pieniądza, dochodu, produkcji i bogactwa z prac Godleya i Lavoie’a10. Skonstruowany przez nich i ich naśladowców model typu stock-flow znacznie lepiej odzwierciadla rzeczywistość i wskazuje m.in., że w przeciwieństwie do każdego modelu klasycznego zyski nie zawsze wracają do gospodarstw domowych, zaś oszczędności nie są równe inwestycjom. Wprowadzenie tych urealniających zmian całkowicie zmienia obraz sytuacji. Jak wskazuje w swej książce „Nikt tego nie przewidział?”11 jeden z czołowych ekonomistów nowego nurtu, Dirk Bezemer, przed kryzysem ostrzegała grupa ekonomistów pokazujących rzeczywiste przepływy (flow of funds) w gospodarce i finansach. Jednym z nich był Michael Hudson, który jeszcze przed kryzysemwskazywał, że pomimo pęczniejących bilansów „realna gospodarka” ugnie się pod ciężarem bańki prywatnych długów, odciągającej kredyt od inwestycji w kapitał wytwórczy. Mimo to zamykający oczy i zatykający uszy wpływowi ekonomiści głównego nurtu i finansiści twierdzą, iż „nikt tego nie przewidział”.

Jednocześnie mamy do czynienia z reinterpretacją kryzysu na neoliberalną modłę i brak jakiejkolwiek refleksji nad przyczynami porażki ekonomii głównego nurtu, gdzie wciąż w modzie jest zamaskowane skomplikowaną matematyką wyszukiwanie korelacji w ramach nierealistycznych modeli. Narzędzia pracy ekonomisty zamiast ułatwiać, uniemożliwiają mu jej wykonywanie. Warto zauważyć, że podobnie nierealistyczne, statyczne podejście byłoby nie do przyjęcia w łatwiej namacalnych co do swych efektów naukach o zarządzaniu. Trudno wyobrazić sobie firmę, która przez kolejne dekady byłaby zarządzana przy założeniach rynku jako „gry o sumie zerowej”, bez możliwości wzrostu, zmiany, innowacji. Nieprzypadkowo uważana za wzór dobrej szkoły menedżerów Harvard Business School została założona przez protegowanego Gustava Schmollera, ekonomisty z niemieckiego nurtu szkoły historycznej. Do dziś działa ona w oparciu o koncepcje tej szkoły, znacznie lepiej rozumiejącej gospodarczą rzeczywistość i procesy wzrostu. Inna prestiżowa szkoła biznesu – Wharton Business School – została założona przez Josepha Whartona, ucznia Henry’ego Careya, wybitnego ekonomisty promującego interwencjonizm państwowy12.

Aby ekonomia głównego nurtu również zdawała test nauki o skutecznym działaniu, musi, po ucieczce z ciasnego więzienia swych założeń, zacząć mierzyć się z realnymi problemami. To oznacza wymyślanie na nowo rozwoju, podobnie jak robili to myśliciele w poprzednich epokach, umiejętnie korzystając z nowo dostępnych narzędzi (matematycznych, cybernetycznych) podporządkowanych osiągnięciu wytyczonej przez myśl ścieżki rozwoju.

Po pierwsze globalizacja procesów gospodarczych, społecznych, światowy wymiar regionalnych zmian demograficznych, klimatycznych, kulturowych etc. wskazują na potrzebę zdecydowanie bardziej interdyscyplinarnego podejścia naukowego. Tym samym ekonomista nie może ignorować tych aspektów kultury, nauk społecznych i przyrodniczych, które wpływają nawet bardzo pośrednio na jakość życia społeczeństwa. Nie może abstrahować od kwestii struktury społecznej i z niej wypływającej siły politycznej i ekonomicznej. Musi również umieć używać narzędzi programowania wizyjnego, pozwalającego przewidywać możliwość wystąpienia w dalekiej przyszłości „ubocznych” i nieoczywistych efektów i sprzężeń zwrotnych procesów dziejących się dziś i w przeszłości. Przykładowo musi umieć ocenić efekty (pozytywne, negatywne, neutralne) wprowadzenia danej technologii na np. zdrowie. Rodząca się obecnie complexity economics jest zalążkiem takiej koniecznej naukowej „infrastruktury” planowania strategicznego.

Po drugie niezwykle ważny jest powrót do ekonomii metafor biologicznych, podkreślających zmienność, ewolucyjność i złożoność procesów gospodarczych. Aby uczynić zadość chęci wymyślania nowej drogi rozwoju, przedmiotem rozważań w miejscu myślenia statycznego musi być zatem dynamika. W klasycznej teorii ekonomii wartość powstaje dzięki akumulacji kapitału. Jak zauważył w latach 50. profesor Uniwersytetu Stanforda, Moses Abramowitz, czynnik ten można w wyliczeniach określić na jedynie ok. 10–15% wpływu na powstanie nowej wartości, zaś resztę (85–90%) jako miarę niewiedzy ekonomistów13. Istnieje jednak grupa ekonomistów (m.in. Carlota Perez, W. Drechsler, R. Nelson i wielu innych), którzy znacząco zmniejszają tę miarę, studiując ewolucję gospodarki i jej wchodzenie w nowe fazy rozwoju. Dzięki ich pracy nasze pojęcie o tym „nieznanym” czynniku, czyli ludzkiej kreatywności, nie jest zlepkiem ogólnie słusznych stwierdzeń, lecz rygorystyczną, naukową podstawą do świadomego wchodzenia na nowy poziom rozwoju, swoistym przewodnikiem po naturze zmian paradygmatów technologiczno-gospodarczych.

Studia te rozwijają się w nowy kierunek14, zwany technology governance, świadomie integrujący historię myśli ekonomicznej, makroekonomię, zarządzanie na poziomie wdrożeń innowacji do biznesu, ekonomię ewolucyjną i narodowe systemy innowacji. Właśnie ten aspekt, czyli zarządzanie wiedzą i techniką, aby dokonać jakościowych, systemowych przeobrażeń gospodarki jako całości, wydaje się być, oprócz kompleksowego gospodarczego programowania wizyjnego, przyszłością nauki o rozwoju, a zatem (z jego natury) o wymyślaniu rozwoju na nowo.

Oczywiście dziś, gdy wciąż dyskutowana jest kwestia wdrożenia lub wycofania polityki rażąco głupich cięć oszczędnościowych, kurczących gospodarkę, wspomniane wyżej kierunki zdają się być pieśnią odległej przyszłości. Mimo wszystko są powody do umiarkowanego optymizmu. W ostatnich latach internet zaczął obfitować w strony i blogi poświęcone alternatywom dla dzisiejszej ekonomii. Są niejednokrotnie prowadzone przez ekonomistów (często uznanych), których niezwykła aktywność i rozpierająca energia nie mogą być wytłumaczone tylko ambicjami środowiskowymi i chęcią udowodnienia swojej racji. Można je wytłumaczyć jedynie głębokim, mającym mocne naukowe podstawy, przekonaniem o możliwości zmiany ekonomii, a za jej pomocą świata i warunków życia oraz przyszłości miliardów ludzi. Choć stara ekonomia jeszcze się trzyma, to nowa już bardzo mocno napiera wzbierającym entuzjazmem jej zwolenników. Zupełnie świadoma, z jak słabym i fałszywym przeciwnikiem ma do czynienia – nie odpuści.

Krzysztof Mroczkowski

Przypisy:

  1. Bjorn Lomborg, Environmental Alarmism, Then And Now. The Club of Rome’s Problem – and Ours, „Foreign Affairs” July-August 2012, ss. 24–40.
  2. David Colander et al. The Financial Crisis and the Systemic Failure of Academic Economics, „Kiel Working Paper” 1489, February 2009, s. 1.
  3. Interventions. 17 Interviews with Unconventional Economists (2004–2012), Metropolis Verlag 2012, s. 16.
  4. Jest to tzw. błąd kompozycji (fallacy of composition): Charles P. Kindleberger, Manias, Panics, and Crashes: A History of Financial Crises (2nd Ed.), London 1989, s. 243.
  5. Sebastian Dullien, Is new always better than old? On the treatment of fiscal policy in Keynesian models, „Review of Keynesian Economics”, Autumn 2012, London s. 16.
  6. „PKB może być mierzone w dwojaki sposób: (1) jako produkty końcowe albo (2) jako suma kosztów ich produkcji. Obie metody wyniosą dokładnie ten sam łączny PKB” (Samuelson and Nordhaus 1998, p. 392) cytowany w: Egmont Kakarot-Handtke, The Common Error of Common Sense: An Essential Rectification of the Accounting Approach, „Levy Economics Institute Working Paper” No. 731, 2012, s. 11.
  7. E. Kakarot-Handtke, op. cit.
  8. Podręczniki Davida Colandera:Economics, a także Microeconomics oraz Macroeconomics, wydawane przez dom wydawniczy McGraw-Hill, tworzą przeciwwagę dla trwającej dziesiątki lat dominacji podręczników Samuelsona. Ich autor w 2010 r. stanął przed Kongresem i w szeroko komentowanym wystąpieniu wypunktował błędy ekonomii głównego nurtu i ich wpływ na kryzys.
  9. E. Kakarot-Handtke, op. cit.
  10. Wynne Godley and Marc Lavoie, Fiscal Policy in a Stock-Flow Consistent (SFC) Model, 2007.
  11. Dirk J. Bezemer, „No One Saw This Coming”: Understanding Financial Crisis Through Accounting Models, 2009.
  12. Daniel A. Wren and David D. Van Fleet, History in Schools of Business [w:] Jeremy Attack (ed.) Business and Economic History, Second Series, Volume Twelve, 1983, ss. 29–36.
  13. Moses Abramovitz, Resource and Output Trends in the United States Since 1870, „The American Economic Review” Vol. 46, No. 2, Papers and Proceedings of the Sixty-eighth Annual Meeting of the American Economic Association (May, 1956), ss. 5–23.
  14. Zarówno jako nurt poszukiwań naukowych, jak i program nauczania, czego przykładem są nowoczesne studia magisterskie Technology Governance na Tallińskim Uniwersytecie Technicznym, prowadzone przez wielu naukowców czołowych w swych dziedzinach.
Utopijny komunista patrzy na getto

Chiny – robotnicy wstają z kolan

Chiny to dla większości ludzi ponury, komunistyczny moloch z twarzą Mao Zedonga i masami robotniczo-chłopskimi na placu Tiananmen, z „Czerwoną książeczką” w dłoniach. Ze świętoszkowatym współczuciem wypowiadamy się o 10-letnich dzieciach zmuszanych do pracy w fabrykach zabawek, drobnej elektroniki czy plastikowych gadżetów. Z pogardą i poczuciem wyższości debatujemy o Chinach jako komunistycznej fabryce świata, kraju robotników potulnie pracujących za „miskę ryżu”. Ten stereotypowy obraz niekoniecznie odpowiada rzeczywistości. Olbrzymia populacja robotników, ponad 160 mln osób, w tym migrujących z biedniejszych, centralnych i zachodnich prowincji, jest od wielu lat siłą napędową chińskiej gospodarki. Po latach pracy za nędzne stawki zaczynają oni jednak walczyć o swoje prawa i dostrzegać własną zbiorową siłę.

Niekończący się strumień chińskiej taniej siły roboczej to mit nieaktualny od jakiegoś czasu. Ten strumień powoli wysycha, co jest szczególnie dotkliwe dla fabryk z miast południowo-wschodniego wybrzeża, zwłaszcza z olbrzymich ośrodków przemysłowych w delcie Rzeki Perłowej. Siła i bogactwo tego regionu opierają się na pracownikach napływowych, którzy jednak coraz rzadziej decydują się migrować kilkanaście tysięcy kilometrów w poszukiwaniu pracy w tamtejszych fabrykach.

W ostatniej dekadzie uległ też zmianom model zatrudnienia w Chinach. Szacuje się, że po pierwszej fali kryzysu w latach 2008–2009 pracę straciło ponad 20 mln (tj. ok. 15%) robotników, głównie przyjezdnych z prowincji centralnych. Z kolei rok później w rejonie delty Rzeki Perłowej notowano niedobór siły roboczej – wszystko przez to, że wielu robotników znalazło pracę bliżej swojego miejsca zameldowania i nie musiało przemieszczać się na południe. Jak podaje Chińskie Biuro Statystyczne, w 2010 r. łączna liczba migrantów zarobkowych z terenów wiejskich wynosiła 242 mln osób, z czego 153 mln pracowały w miejscu innym niż wskazane w dokumentach meldunkowych, a ponad 1/3 (89 mln) w pobliżu miejsca zameldowania. Według najnowszych danych Chińskiego Biura Statystycznego coraz mniej osób decyduje się na opuszczenie rodzinnego miasta czy wsi w poszukiwaniu pracy. Miasta przemysłowe bogatego Południa Chin, takie jak Kanton, Shenzhen czy Foshan, coraz częściej mają problemy ze znalezieniem odpowiedniej liczby rąk do pracy.

Nowe pokolenie

Od pewnego czasu wydaje się, że powoli, lecz stale na chińskim rynku pracy na znaczeniu zyskują wola i siła pracowników najemnych. Protesty robotników, które odbywają się coraz częściej, począwszy od 2000 r., były i są organizowane przez dwie główne grupy. Pierwsza to pracownicy mający duży staż w państwowych zakładach produkcyjnych, zwolnieni po ich prywatyzacji. Do drugiej należą napływowi robotnicy zasilający coraz liczniej powstające prywatne przedsiębiorstwa.

Pod koniec pierwszej dekady XXI w. zaszły znaczące zmiany w strukturze drugiej ze wspomnianych grup. Pojawiła się tzw. nowa generacja migrantów ze wsi. To ludzie urodzeni w późnych latach 80. i w latach 90., których mentalność i przekonania są całkowicie różne od poprzedniej generacji tej grupy społeczno-zawodowej. Z „Raportu dotyczącego migrantów zarobkowych z terenów wiejskich w 2009 roku” wynika, że stanowią oni ponad 60% pracujących migrantów. Z kolei raport opublikowany rok później przez Chińską Akademię Nauk informuje, że są to ludzie dobrze wykształceni (najczęściej legitymujący się dyplomem gimnazjum czy liceum), z biegłą znajomością obsługi Internetu i urządzeń mobilnych, mający wysokie aspiracje i dużo większą niż poprzednie pokolenie pewność siebie.

Sprawne posługiwanie się nowymi technologiami pozwala im także organizować protesty, jak to miało miejsce np. podczas strajku w zakładach Nankai Honda. Niedługo po tym, jak w tej fabryce w maju 2010 r. wybuchł bunt, robotnicy założyli specjalną grupę w serwisie QQ (bardzo popularny w Chinach komunikator internetowy). Na bieżąco informowali o przebiegu strajku, kontaktowali się z prawnikami i organizacjami społecznymi, udzielającymi im wsparcia.

Młode pokolenie nie godzi się na niesprawiedliwe traktowanie, wykorzystywanie lub próby oszustw ze strony pracodawcy – inaczej niż wcześniejsze pokolenie, otwarcie broni swoich praw. Młodzi robotnicy nie są już potulni i gotowi pracować za jakiekolwiek pieniądze w byle jakich warunkach. Domagają się czasu wolnego, perspektyw rozwoju, nie zgadzają się na pracę w godzinach nadliczbowych. W większości są świadomi ryzyka i niebezpieczeństwa wiążącego się z pracą w fabryce, w kwestii bhp są dużo bardziej wymagający niż pokolenie ich rodziców. Chcą rozwijać swoje umiejętności, kształcić się i zakładać rodziny w mieście – ok. 90% z nich nie planuje powrotu na wieś, gdzie mogą pracować jedynie na roli. Unikają zakładów, gdzie płace i warunki pracy są dla nich nieodpowiednie, gdzie nie oferuje im się podstawowych świadczeń (darmowe zakwaterowanie, wyżywienie, ubezpieczenie od wypadków przy pracy).

Według danych zgromadzonych przez badaczy z Chińskiej Akademii Nauk swoista zmiana pokoleniowa w chińskich zakładach produkcyjnych ma też przemożny wpływ na rozwój i obecny kształt ruchów robotniczych w Chinach (patrz tabela 1).

Tabela 1. Charakterystyka tzw. nowego pokolenia migrantów zarobkowych

Dane dot. nowego pokolenia migrantów Wpływ na podejście do pracy
29% migrantów ukończyło szkołę średnią Większa świadomość praw pracowniczych i obowiązków pracodawcy
47% regularnie korzysta z Internetu Łatwiejsza i bardziej efektywna komunikacja
45% pracuje w sektorze wytwórczym Sektor wytwórczy jest gałęzią przemysłu najbardziej narażoną na strajki i protesty
45% jest niezadowolonych ze swoich dochodów Żądania wyższych płac
Wyższe zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne Żądania wyższych płac
45% nie planuje powrotu na wieś Decyzja o pozostaniu w mieście
90% niezaangażowanych w produkcję rolną planuje pracować wyłącznie w mieście Większość migrantów nie ma żadnej wiedzy dot. pracy w rolnictwie

Opracowanie: za China Labour Bulletin, marzec 2012.

Młode pokolenie robotników najemnych, migrantów z zachodnich i centralnych prowincji, ożywiło, wcześniej praktycznie nieaktywny, ruch robotniczy w Chinach. Dzięki przedstawicielom „nowej generacji migrantów” robotnicy stali się bardziej pewni siebie i swoich racji. Co prawda protesty w poszczególnych zakładach raczej nie przeradzają się w większe wydarzenia, nie dokonały też póki co konsolidacji robotników w organizacjach większych niż zakładowe, można jednak mówić o całkowitej zmianie sposobu myślenia i działania tej grupy społecznej.

Na korzyść pracowników działają też procesy demograficzne, będące efektem chińskiej polityki jednego dziecka. Coraz mniej młodych ludzi decyduje się na wyjazd za pracą do prowincji oddalonych o tysiące kilometrów. Poza tym jedynacy wychowani jako „mali cesarzowie”, przekonani o własnej wysokiej wartości, często mierzą wyżej niż dożywotnia praca przy taśmie montażowej. Jeśli tylko wykształcenie pozwala im na zatrudnienie w usługach lub handlu, korzystają z okazji, nierzadko rzucając posadę w fabryce z dnia na dzień. Gdy zaś decydują się na pracę w fabryce, to często liczą na ofertę konkretnej „ścieżki kariery”.

Cai Fang, ekonomista i demograf, dyrektor Instytutu Badań nad Ekonomiką Pracy przy Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, uważa, że Chiny zbliżają się nieubłaganie do lewisowskiego punktu zwrotnego – pozornie niewyczerpalne zasoby taniej siły roboczej z terenów wiejskich zaczynają się gwałtownie kurczyć. Co za tym idzie, robotnicy będą domagać się dużo wyższych wynagrodzeń, a kraj będzie zmierzał ku bardziej rozwiniętej formie gospodarki niż tylko opartej na przemyśle wytwórczym. W raporcie przygotowanym w 2009 r. dla Organizacji Narodów Zjednoczonych zespół badaczy pod jego kierownictwem wskazał na istotne zmiany społeczne i ekonomiczne, które będą miały wpływ na kierunek i rozwój chińskiej gospodarki najbliższych lat: W przyszłości Chiny stracą swój największy atut, jakim są nieograniczone zasoby taniej siły roboczej. Chiny, zbliżając się do punktu zwrotnego, już teraz przywiązują coraz większą wagę do respektowania praw pracowników. Robotnicy, którzy w każdej chwili mogą zagłosować nogami, mają coraz silniejszą kartę przetargową w negocjacjach z pracodawcami. Ci z kolei zdają sobie sprawę, że muszą zwracać coraz większą uwagę na warunki pracy oraz pensje, jakie oferują pracownikom. Co więcej, władze na szczeblu lokalnym i władze centralne w Pekinie zaczęły aktywnie promować formułę trójstronnych negocjacji, wspierając pracodawców i pracowników w rozwiązywaniu problemów w zakładach pracy. Zmiany, jakie obserwujemy na rynku pracy w Chinach, już teraz zmuszają pracodawców do uelastycznienia modelu zarządzania i działania zgodnie z zasadami przedsiębiorstw społecznie odpowiedzialnych (Cai Fang, Du Yang, Wang Meiyan, Migration and Labor Mobility in China, Human Development Research Paper 2009/09, UNDP, kwiecień 2009, s. 29).

Chińscy robotnicy, prawdopodobnie całkowicie nieświadomie, pokazali swoją siłę, masowo nie wracając do fabryk na południu Chin po Święcie Wiosny (chiński Nowy Rok) w 2004 r. Olbrzymi deficyt siły roboczej spowodował wielotygodniowe przestoje w produkcji, odczuwalne w wielu branżach na całym świecie. Po Nowym Roku chińska „fabryka świata” stanęła, a dyrekcje zakładów produkcyjnych zaczęły w panice szukać kogokolwiek do pracy, oferując o niebo lepsze warunki niż jeszcze miesiąc wcześniej. W latach 2008–2009, w pierwszej fazie globalnego kryzysu finansowego, problemy z siłą roboczą zmalały. Taki stan rzeczy wiązał się przede wszystkim z faktem, że wiele małych i średnich przedsiębiorstw zbankrutowało, ponad 20 mln migrantów straciło pracę i zostało zmuszonych do powrotu w rodzinne strony. W 2010 r. problemy jednak pojawiły się znowu – w samej tylko delcie Rzeki Perłowej brakowało ponad 2 mln pracowników.

(Nie)bezpieczne związki

Organem powołanym do reprezentowania i obrony interesów robotników jest utworzona w maju 1925 r. w Kantonie Ogólnochińska Federacja Związków Zawodowych. OFZZ była zawsze silnie związana z Komunistyczną Partią Chin. Po dojściu komunistów do władzy, w latach 50., służyła głównie do egzekwowania posłuszeństwa wśród robotników i narzucania im oficjalnej linii partii. W latach Rewolucji Kulturalnej (1966–76) swego rodzaju „czystki” nie ominęły i tej instytucji, która praktycznie zawiesiła działalność. Po otwarciu Chin na świat i rozpoczęciu reform gospodarczych w późnych latach 70. rola OFZZ była sukcesywnie marginalizowana. Obecnie należy do niej prawie 1,4 mln organizacji związkowych, które łącznie zrzeszają ponad 160 mln członków. Międzynarodowa Federacja Związków Zawodowych nie uznaje OFZZ za przedstawiciela chińskich związków zawodowych i pracowników, zarzucając jej uzależnienie od władz państwowych. Mimo że OFZZ zrzesza ogromną liczbę ludzi, nieznacznie przyczynia się do walki o poprawę warunków pracy chińskich robotników.

Słabość OFZZ była jednym z głównych czynników przyciągających do Chin inwestycje zagraniczne. Po wprowadzeniu reform przez Deng Xiaopinga zaczęły w Chinach powstawać prywatne firmy, fabryki, joint ventures. Większość zakładów państwowych została zlikwidowana lub sprywatyzowana. W rezultacie miliony ludzi straciło pracę i musiało sobie radzić na nowym, nieznanym rynku pracy, w którym zazwyczaj przegrywali z migrantami, godzącymi się pracować za minimalne stawki, bez ubezpieczenia i innych świadczeń przysługujących robotnikom zatrudnionym legalnie. Według chińskiego prawa głównymi obowiązkami komórki OFZZ w fabryce są kontrola warunków pracy, badanie ewentualnych naruszeń praw pracowniczych, służenie robotnikom pomocą prawną, a także reprezentowanie ich interesów we wszystkich sporach z pracodawcą. Przedstawiciele OFZZ, w założeniu wybierani przez robotników, tak naprawdę często byli ludźmi z nadania partii – nierzadko dyrektorami konkretnych fabryk. Nie dziwi więc fakt, że w wielu przypadkach OFZZ nie zależało na negocjowaniu płac czy warunków pracy – wzrost kosztów zatrudnienia wiązałby się ze spadkiem konkurencyjności firmy.

W niewielkim stopniu związek pomaga pracownikom – zazwyczaj to przedstawiciele OFZZ pełnią rolę mediatorów w przypadku konfliktów między pracownikami a dyrekcją. Jednak w razie zorganizowanych form protestu, tj. demonstracji czy pikiet, OFZZ odmawia wsparcia, głównie z powodu powiązań z władzami. Postawa OFZZ sprawiła, że chińscy robotnicy zaczęli zrzeszać się w mniejsze, niezależne organizacje i stowarzyszenia, najczęściej walczące o prawa pracowników konkretnych zakładów produkcyjnych. Niestety w większości te niewielkie inicjatywy rozpadają się bardzo szybko, najczęściej po kilku nieudanych strajkach czy próbach negocjacji z pracodawcą. Po nagłośnieniu w mediach krajowych i zagranicznych wielu przypadków łamania praw pracowniczych, wykorzystywania robotników czy zatrudniania dzieci Chinami zaczęły interesować się międzynarodowe organizacje pozarządowe, szczególnie z Hongkongu czy Tajwanu. Pomagają one lokalnym stowarzyszeniom popularyzować wśród robotników wiedzę z zakresu prawa pracy, organizować szkolenia dokształcające czy rozwijające zainteresowania.

Jedną z organizacji, które przyczyniły się do ujawnienia naruszeń praw pracowniczych i praw człowieka w fabrykach, jest China Labor Watch. To organizacja non profit założona w 2000 r. przez młodego aktywistę ruchu robotniczego, Li Qianga. Jako młody robotnik napływowy Li Qiang, migrant z prowincji Syczuan, po wypadku w fabryce zaczął na własną rękę walczyć o prawo do odszkodowania. Po jakimś czasie stał się jednym z głównych aktywistów ruchu robotniczego w Chinach. Obecnie prowadzi wykłady na Uniwersytecie Columbia, publikuje w chińskiej prasie, jest też szeroko cytowany w prasie zachodniej. Organizacja działa obecnie w Nowym Jorku i Chinach kontynentalnych, aktywnie wspierana przez dziesiątki aktywistów w fabrykach. Główne cele CLW to informowanie i edukowanie robotników oraz ochrona praw ludzi pracujących w zakładach będących podwykonawcami międzynarodowych korporacji. Działacze CLW przygotowują obszerne raporty dotyczące warunków pracy, płacy i warunków bytowych pracowników wybranych fabryk, szczególnie tych, co do których istnieje podejrzenie łamania podstawowych praw pracowniczych. W swych raportach CLW wskazuje nieprawidłowości związane z zaniżonymi zarobkami, brakiem egzekwowania podstawowych praw pracowniczych (dni wolne od pracy, przerwy w pracy, dostęp do toalet czy wody pitnej). Dzięki raportom CLW światło dzienne ujrzały przypadki wykorzystywania pracowników w zakładach produkujących dla takich firm jak Apple, Carrefour, Adidas, Puma czy Wal-Mart. Bardzo istotne w działaniach CLW jest ujawnianie hipokryzji i kłamstw firm takich jak wspomniane Apple czy Wal-Mart, publicznie deklarujących chęć prowadzenia biznesu odpowiedzialnego społecznie, jednak w rzeczywistości przyczyniających się do łamania praw pracowników w zakładach podwykonawców w Chinach i innych krajach Azji Południowo-Wschodniej – głównie poprzez żądanie niskich cen towarów, niesprawiedliwe skonstruowane kontrakty, wysokie kary nakładane w przypadku opóźnień w dostawie itp.

Aktywiści CLW wykazali znaczące zaniedbania, szczególnie jeśli chodzi o ponadnormatywny czas pracy, brak płatności za nadgodziny, zaniżone pensje, niewypłacanie wynagrodzenia w terminie, ograniczanie swobody zrzeszania się robotników i inne naruszenia chińskiego kodeksu pracy i praw człowieka.

CLW prowadzi też szkolenia i warsztaty dla robotników, szczególnie w fabrykach w regionie delty Rzeki Perłowej. Współpracuje również z innymi chińskimi organizacjami i związkami zawodowymi – głównym celem kooperacji jest stopniowe wprowadzanie standardów odpowiedzialnego biznesu oraz międzynarodowych standardów bezpieczeństwa pracy. Według danych CLW w 2007 r. w szkoleniach z zakresu bezpieczeństwa pracy i praw pracowniczych wzięło udział ponad 500 robotników z fabryk położonych w delcie Rzeki Perłowej. CLW uruchomiło też infolinię, oferującą pomoc z zakresu podpisywania umowy o pracę, wynagrodzenia, ubezpieczenia zdrowotnego, godzin pracy i przysługujących dni wolnych.

Organizacja działa dwutorowo – po pierwsze zapewnia tak potrzebne robotnikom wsparcie merytoryczne; po drugie dzięki częstym inspekcjom i zamieszczaniu raportów w Internecie ma realny wpływ na poprawę warunków pracy w chińskich fabrykach. Raporty, w językach chińskim i angielskim, są dostępne na stronie internetowej fundacji. Warto im się przyjrzeć, choćby pobieżnie – wtedy stanie się jasne, kto tak naprawdę płaci najwyższą cenę za markowe buty Pumy czy bluzę Quiksilver. W opublikowanym w 2007 r. raporcie „Textile Sweatshops: Adidas, Bali Intimates, Hanesbrands Inc., Piege Co. (Felina Lingerie), Quiksilver” czytamy o sweatshopach, w których ludzie pracują po kilkanaście godzin, w skandalicznych warunkach, zarabiając grosze i wytwarzając towary, które po drugiej stronie globu zostaną sprzedane po cenach kilkunastokrotnie wyższych, często jako produkty luksusowe. W wielu zakładach, np. u podwykonawców firmy Puma, CLW kilkukrotnie przeprowadzała kontrole, niestety często okazywało się, że warunki pracy nie ulegały żadnej zmianie. Istnieje więc milczące przyzwolenie ze strony odbiorców na eksploatowanie pracowników. Brak praw i godnej płacy gwarantują bowiem niskie ceny zakupu, a tylko to interesuje kupców z międzynarodowych firm sprzedających markową odzież, zabawki czy elektronikę.

Czas na zmiany

Brak przestrzegania praw pracowniczych i niskie koszty pracy sprawiały, że w początkowym okresie otwarcia chińskiej gospodarki kraj był bardzo atrakcyjny dla zachodnich inwestorów i kupców. Doskonała organizacja zaplecza produkcyjnego i logistycznego w wielkich ośrodkach przemysłowych na południu Chin, liczne porty, dobra infrastruktura drogowa i kolejowa – wszystko to wciąż daje Chinom przewagę nad innymi „tanimi krajami” Azji Południowo-Wschodniej. W ostatnich latach jednak, głównie ze względu na częste protesty i rozruchy w fabrykach i związane z tym opóźnienia w produkcji, wiele korporacji zaczyna stopniowo wycofywać się z Chin i przenosić fabryki do Bangladeszu, Birmy czy Wietnamu. W tych krajach, może poza Wietnamem, związki zawodowe niemal nie istnieją, a siła robocza jest dużo tańsza niż w Chinach.

Chińskie władze, centralne w Pekinie oraz poszczególnych miast i prowincji, w odpowiedzi na coraz liczniejsze protesty robotników oraz strach przed zachwianiem harmonii w państwie, przywiązują rosnącą wagę do kwestii przestrzegania praw pracowniczych, godnych zarobków i zasad bezpieczeństwa w fabrykach. W 2011 r. średnia pensja wzrosła o 21,2% – i to pomimo spowolnienia wywołanego globalnym kryzysem gospodarczym.

Pierwsze bunty przekształciły się w bardziej, choć jeszcze nie do końca, zorganizowane ruchy, które coraz częściej wymuszają daleko idące zmiany w chińskim prawodawstwie. Rząd, w odpowiedzi na coraz większą presję społeczną i świadomy rosnącej siły „mas robotniczych”, rozpoczął prace nad zmianami w kodeksie pracy. W 2002 r., niedługo po dojściu do władzy Hu Jintao i Wen Jiabao, ogłoszono nową koncepcję harmonijnego społeczeństwa. Miał to być model rozwoju, w którym wyjątkowy nacisk położony jest na sprawiedliwość społeczną, stabilizację gospodarki, niwelowanie różnic społecznych, podnoszenie poziomu życia obywateli oraz owocną współpracę gospodarczą z zagranicą. Zarówno prezydent Hu Jintao, jak i premier Wen Jiabao zgodnie mówili o konieczności stawiania obywateli na pierwszym miejscu, służeniu im i szukaniu takich rozwiązań, które są dobre dla wszystkich mieszkańców Chin. Założenia te znalazły odzwierciedlenie w ogłoszonym w 2010 r. Dwunastym Planie Pięcioletnim, gdzie przywiązuje się szczególną wagę do rosnącej konsumpcji krajowej, wzrostu poziomu zabezpieczeń socjalnych, harmonijnego i szybkiego rozwoju gospodarczego.

System dokumentów meldunkowych, wprowadzony w późnych latach 50., od początku pomagał władzom regulować przepływ i strukturę społeczną poszczególnych regionów Chin. Wielu badaczy wskazuje, że wciąż jest on głównym motorem chińskiej gospodarki. Jak pisze Wang Fei Ling w swojej pracy „Organizing Through Division and Exclusion: China’s Hukou System”, przybywający do fabryk migranci ze wsi są bardzo mobilni i natychmiast reagują na zmiany zapotrzebowania na siłę roboczą. Pojawiają się tam, gdzie potrzeba rąk do pracy i znikają natychmiast, gdy tylko rynek pracy się nasyci. Tylko przez krótki czas, średnio przez około rok, przebywają w mieście. Nie mają prawa do zasiłku, awansu, a jako nielegalni pracownicy – możliwości walki o swoje prawa w przypadku ich naruszenia.

Od końca lat 90. Chiny stale zmieniają zasady meldunku. To jednak system na tyle złożony, że jego całkowite zniesienie jest według wielu specjalistów niemożliwe. Zlikwidowanie swego rodzaju instytucjonalnego systemu wykluczenia wymaga olbrzymich wydatków i nie jest mile widziane przez nikogo – nawet przez samych robotników nielegalnie przebywających w miastach. Wiejskie dokumenty meldunkowe dają im prawo do użytkowania ziemi, a w przypadku utraty pracy w mieście mają dokąd wrócić i zawsze mogą zająć się pracą na roli. W 2006 r. Rada Państwa opublikowała dokument „Komentarze dotyczące sposobów rozwiązania problemów migrantów z terenów wiejskich”, w którym wzywano do równego traktowania wszystkich obywateli niezależnie od miejsca zameldowania oraz apelowano do władz lokalnych (szczególnie władz poszczególnych miast) o zmiany w systemie przyznawania miejskiego meldunku. W odpowiedzi na to władze lokalne dokonały wprawdzie kosmetycznych poprawek w systemie, nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na poziom życia pracujących w miastach robotników ze wsi. Tak jak wcześniej, szansę na meldunek miejski i związane z tym świadczenia mają tylko wysoko wykwalifikowani robotnicy od wielu lat pracujący w danym mieście.

Kolejnym krokiem w kierunku podwyższenia płac i wzrostu krajowej konsumpcji był rządowy plan wprowadzenia w życie systemu grupowych negocjacji warunków pracy w firmach, w których istniały związki zawodowe (np. komórka OFZZ). Na mocy rządowych ustaleń do 2010 r. ponad 60% przedsiębiorstw miało włączyć się do tego systemu, rok później miało to być już ponad 80%. Przedsiębiorstwa, w których nie istniało zrzeszenie robotników, miały zobowiązywać się do podwyżki płac na mocy porozumienia zawieranego razem z innymi małymi firmami na szczeblu prowincji (układ zbiorowy). Jakkolwiek w wielu przypadkach projekt powiódł się, to jednak wykluczał udział samych pracowników w negocjowaniu warunków umów o pracę – ich przedstawicielami bowiem mieli być związkowcy OFZZ, co nie dawało gwarancji zaspokojenia oczekiwań załogi.

W 2007 r. opublikowano wiele ważnych rozporządzeń związanych z prawem pracy, które znacząco wpłynęły na poprawę warunków zatrudnienia i poziom płac robotników. Szczególnie ważne wydaje się wprowadzone w życie 1 stycznia 2008 r. „Prawo kontraktowe”, dzięki któremu robotnicy w końcu uzyskali podmiotowość prawną (nie ma o niej mowy w Konstytucji ChRL). Dokument ten stanowi też podstawę sporów sądowych, których dwukrotnie przybyło od momentu jego publikacji.

Kolejny plan pięcioletni

Zmiany w najwyższych władzach państwowych to także nowy model rozwoju gospodarki: przeniesienie punktu ciężkości z eksportu na rozwijanie popytu wewnętrznego. Po pierwszej fali globalnego kryzysu w 2008 r. Chiny dość szybko zaczęły notować wzrost gospodarczy, głównie dzięki pomocy finansowej ze strony Rady Państwa, która przeznaczyła znaczne kwoty na wsparcie zwalniającej gospodarki oraz konsumpcji krajowej. Jednym z głównych punktów nowej polityki rządu, zawartej w Dwunastym Planie Pięcioletnim na lata 2011–2015, jest wzrost płac robotników oraz zmniejszenie dysproporcji w wynagrodzeniach między poszczególnymi regionami i prowincjami, tak aby warunki życia najmniej zarabiających (tj. migrantów zarobkowych) poprawiły się i by oni także mogli więcej konsumować. Mniej więcej w tym samym czasie, w drugiej połowie 2010 r., w wielu prowincjach podniesiono płace minimalne, do tej pory zamrożone od 2008 r. na polecenie władz centralnych. Do końca 2010 r. płaca minimalna wzrosła średnio o 23%, niektóre z prowincji podniosły ją jeszcze w 2011 r. Obecnie płaca minimalna w Chinach wynosi około 1300 yuanów (ok. 650 PLN). Kolejnym punktem wprowadzanego w życie planu pięcioletniego jest, wspomniane już, ustanowienie systemu grupowych negocjacji płac.

Jakkolwiek władze kładą szczególny nacisk na poprawę warunków życia i płac, to jednak jednym z głównych problemów trapiących chińskich rządzących są niepokoje społeczne, coraz częściej prowadzące do rozruchów. Rząd wydaje olbrzymie sumy na zapewnienie porządku politycznego i społecznego – w 2010 r. wydatki rządowe na ten cel wzrosły o ponad 47% w porównaniu do ubiegłych lat. Jak wskazują socjologowie, jest to swego rodzaju „żelazna stabilność”, charakteryzująca się sztywną dyscypliną i drobiazgowymi kontrolami stosowanymi wobec wszystkich niesubordynowanych jednostek lub grup. Jednak mimo wyjątkowo czujnego aparatu państwowego coraz częściej dochodzi w Chinach do tzw. masowych incydentów. Brak jest oficjalnych i całościowych danych na ten temat, jednak w 2009 r. zanotowano ponad 90 tys. tego rodzaju zdarzeń, z czego jedna trzecia dotyczyła naruszenia praw pracowniczych. Badacze z Wydziału Socjologii Uniwersytetu Qinghua wskazują w swoim raporcie, że mimo olbrzymich nakładów na zapewnienie bezpieczeństwa i harmonii w państwie konflikty i rozruchy społeczne nadal występują, a wręcz następuje ich eskalacja: Na przestrzeni ostatnich pięciu lat wpadliśmy w „błędne koło utrzymania harmonii w kraju”. Władze lokalne we wszystkich częściach Chin poświęcają olbrzymie środki pieniężne, materialne oraz dużą ilość zasobów ludzkich na utrzymanie bezpieczeństwa, ale konfliktów i rozruchów nie tylko nie ubywa, lecz przeciwnie – ich liczba sukcesywnie wzrasta. W efekcie powstało błędne koło, w którym im większy nacisk kładzie się na zapewnienie harmonijnego społeczeństwa, tym bardziej chaotyczne ono się staje (http://www.infzm.com/content/43853).

Koszt chińskiej ceny

Ostatnie, pełne hipokryzji oświadczenie firmy H&M, apelującej do władz Chin o lepsze traktowanie robotników w zakładach szyjących dla tej marki, jest próbą odepchnięcia od siebie odpowiedzialności za niskie pensje i złe warunki pracy w fabrykach podwykonawców tej i wielu innych zachodnich korporacji.

Chiny od ponad trzydziestu lat realizują plan tzw. kapitalizmu o chińskiej specyfice i – wbrew potocznym opiniom – władze kraju mają umiarkowany wpływ na politykę prywatnych przedsiębiorstw, których setki tysięcy powstały w ostatnich 30 latach w Chinach, szczególnie w delcie Rzeki Perłowej, w okolicach Kantonu czy Szanghaju. Warunki pracy i płace są zależne m.in. od ceny, jaką nabywcy płacą dostawcy za wykonane zlecenie. Olbrzymia konkurencja sprawia, że dostawcy godzą się na warunki klientów, głównie olbrzymich korporacji.

Strategie działania międzynarodowych firm produkujących w Chinach opierają się zazwyczaj na cięciu kosztów na każdym etapie produkcji. Żądanie czy wręcz wymuszanie cen zbliżonych do minimalnych w żadnym stopniu nie wpływa korzystnie na jakość czy cenę wyrobu oferowaną ostatecznemu odbiorcy. Marże, np. w branży odzieżowej, to zazwyczaj kilkunastokrotność ceny zakupu. W przypadku tzw. produktów markowych czy luksusowych zyski sprzedawcy są dużo wyższe. Miliony konsumentów płacą zawyżone ceny za dobra produkowane za grosze w azjatyckich fabrykach.

Czy jednak odmawianie komukolwiek prawa do kupowania towarów produkowanych w Azji poprawi sytuację pracowników na liniach produkcyjnych w Chinach lub Wietnamie? Czy kolejne, szeroko opisywane w prasie przypadki samobójstw lub protestów w fabrykach produkujących dla Apple jeszcze kogokolwiek interesują? Czy nie jest tak, że ci sami ludzie załamują ręce nad warunkami pracy w Azji, stojąc potem w kolejce po najnowszą wersję iPhone’a? Jak celnie wskazuje Alexandra Harney, wszyscy jesteśmy w jakiś sposób uwikłani w ten proceder: Za to wszystko nie jest jednak odpowiedzialny wyłącznie Pekin. Wiele zależy tutaj od światowych konsumentów. Musimy pamiętać, że to nasz apetyt na odtwarzacze DVD za 30 dolarów czy koszulki za 3 dolary sprawia, iż chińskie fabryki wyrobów jubilerskich pokrywa warstwa kurzu, tamtejsze nielegalne kopalnie ciągle są otwarte, a szesnastoletnie dzieci muszą w nich harować czasem do północy. Wszyscy płacimy chińską cenę (A. Harney, Chińska cena. Prawdziwy koszt chińskiej przewagi konkurencyjnej, Katowice 2009, s. 277).

Co jest i co będzie

Można dostrzec kilka wyraźnych tendencji, które są charakterystyczne dla ciągle jeszcze kształtującego się chińskiego ruchu robotniczego. Nowe pokolenie robotników, ludzi urodzonych w późnych latach 80. i latach 90., zaczęło głośno domagać się swoich praw, zrzeszać się i organizować spontaniczne strajki. Również starsze pokolenie, szczególnie ludzi masowo zwalnianych z pracy w efekcie prywatyzacji i restrukturyzacji rozpoczętej w latach 90., rozpoczęło walkę o przywrócenie do pracy. Dołączają do nich wciąż zatrudniani w państwowych zakładach robotnicy, których pensja od lat pozostaje na tym samym poziomie, mimo inflacji i wzrostu kosztów życia. Kolejną charakterystyczną cechą ostatnich kilku lat jest fakt, że robotnicy zaczęli skupiać się w większe grupy, potrafią szukać pomocy prawników, organizacji pozarządowych czy dziennikarzy. Niemal zawsze korzystają też z nowoczesnych narzędzi komunikacji, informując o przebiegu strajku w Internecie.

Jeszcze niedawno pracownicy w Chinach zaczynali protestować dopiero wtedy, gdy ich prawa były w jawny i stały sposób łamane. Obecnie są dużo bardziej aktywni i dynamiczni – nie tylko nie czekają biernie, aż władze lub OFZZ rozwiążą sprawę za nich, lecz zanim lokalne instytucje rozpoczną oficjalne działania, sami zaczynają rozmawiać lub naciskać na pracodawcę i żądać wyższej płacy, ubezpieczenia, lepszych warunków pracy i – co niemniej ważne – szacunku. Coraz częściej odnoszą sukcesy. Liczne protesty sprawiły, że dyrektorzy fabryk zaczęli liczyć się z pracownikami, a bojąc się braków kadrowych i przestojów w produkcji – także o nich zabiegać. Oczywiście nie wszystkie strajki zakończyły się powodzeniem, wielu z liderów protestów w poszczególnych zakładach zostało zwolnionych, wielu dostało wilczy bilet lub zakaz legalnej pracy w konkretnym mieście. Mimo to, wydaje się, że można mówić o zmianach na lepsze. Determinacja, poczucie własnej wartości i realnej siły dały robotnikom możliwość decydowania o kształcie przedsiębiorstw, w których pracują. Negocjowanie z pracodawcą, do niedawna nie do pomyślenia, sprawia, że powoli rozpada się wyraźny podział na wysoko postawionych menedżerów i bezimienną masę, pracującą potulnie przy taśmie montażowej.

Pracodawcy powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że dawny model produkcji, oparty na niemal niewolniczym wyzysku milionów ludzi, to już przeszłość, więc aby przetrwać na rynku, muszą uelastycznić i unowocześnić model zarządzania pracownikami. Zmieniło się także podejście władz lokalnych i rządu w Pekinie do kwestii praw pracowniczych. Xunzi, jeden z najwybitniejszych chińskich filozofów starożytnych, mówił o wzajemnej zależności między rządzącymi a poddanymi: Władca jest łodzią, lud jest wodą. To woda łódź unosi, to woda łódź przewraca. W końcu to właśnie robotnicy są falą, która utrzymuje na powierzchni okręt zwany chińską gospodarką.

Utopijny komunista patrzy na getto

Jak oni się utrzymują? O finansach organizacji pracodawców

Ulubioną zabawą organizacji pracodawców, a jeszcze częściej mediów, jest zajmowanie się zagadnieniami finansowania związków zawodowych, zarówno organizacji zakładowych, jak i central związkowych, nie pomijając przy tym oczywiście zarobków przewodniczących organizacji. Natomiast żadne media nie napisały jak do tej pory o dochodach i wydatkach organizacji pracodawców.

Pod pręgierzem mediów znajdują się wynagrodzenia etatowych działaczy związkowych, wydatki na lokale i prowadzenie statutowej działalności przez zakładowe i międzyzakładowe organizacje związkowe (komisje) wchodzące w skład Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” i Forum Związków Zawodowych. Podobnej dociekliwości brakuje natomiast, gdy chodzi o reprezentatywne organizacje pracodawców: Pracodawców RP (dawnej Konfederacji Pracodawców Polskich), Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”, Związek Rzemiosła Polskiego i Business Centre Club – Związek Pracodawców (BCC-ZP). Przyjrzyjmy się zatem, jakimi środkami finansowymi mogą dysponować trzy największe organizacje pracodawców, tj. Pracodawcy RP, PKPP „Lewiatan” i BCC-ZP.

Przedstawione wyliczenia są czysto teoretyczne. Nie mogą być pełne i rzetelne, gdyż jak dotąd żadna firma nie pochwaliła się, jakie są średnie zarobki jej pracowników lub jaki jest jej fundusz płac w danym roku. Nie twierdzę także, że tak jest, ale tak może być! Zatem do dzieła.

Zaczynamy od członkostwa w poszczególnych organizacjach. Kto zatem może być członkiem organizacji pracodawców?

W tym przypadku jest tak samo jak w związkach zawodowych: członkami, czyli tymi, którzy zobowiązani są opłacać składkę członkowską, mogą w przypadku Pracodawców RP, zgodnie ze statutem, być pracodawcy oraz ich związki i federacje. W przypadku PKPP „Lewiatan”: związki pracodawców, federacje związków pracodawców i inne zrzeszenia organizacji działające na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej oraz pracodawcy posiadający szczególną pozycję gospodarczą i znaczenie w stosunkach pracy.

Zupełnie inaczej jest w przypadku członkostwa w trzeciej organizacji. Jej członkiem może zostać każdy członek BCC sp. z o.o., który na mocy oddzielnej decyzji właściwego organu załączonej do deklaracji przystąpienia, może również zostać członkiem BCC Związku Pracodawców.

Teraz liczba członków. Zgodnie z danymi organizacji z ich stron internetowych zrzeszają one i zatrudniają odpowiednio:

  • Pracodawcy RP w 7500 firmach – 4 miliony pracowników,
  • PKPP „Lewiatan” w ponad 3750 firmach – 700 tysięcy pracowników,
  • BCC-ZP 2500 członków (osób i firm) – 500 tysięcy pracowników.

I rzecz najważniejsza w każdej organizacji – zarówno związkowej, jak i pracodawców – czyli składka członkowska. Zasady finansowania powyższych organizacji pracodawców regulują ich statuty oraz uchwały (lub inne decyzje) w sprawie wysokości składki członkowskiej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że organizacje pracodawców, w przeciwieństwie do związków zawodowych, pośrednio finansuje państwo! Dzieje się tak w efekcie stosownego zapisu w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych.

Otóż zgodnie z tą ustawą pracodawcy i przedsiębiorcy należący do wymienionych organizacji mogą w majestacie prawa, na podstawie art. 16 ust. 1 pkt 37, wliczać w koszty uzyskania przychodów swoich firm składki na rzecz tych organizacji do wysokości łącznie nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty odpowiadającej 0,15% kwoty wynagrodzeń wypłaconych [wszystkim pracownikom – przypis J. J. G.] w poprzednim roku podatkowym, stanowiących podstawę wymiaru składek na ubezpieczenie społeczne.

Biorąc powyższe pod uwagę, na podstawie dostępnych w internecie danych można wyliczyć – w wielkim przybliżeniu – maksymalną kwotę, jaką te organizacje mogą otrzymać łącznie od swoich członków oraz jakie kwoty mogą otrzymywać od poszczególnych członków w skali roku.

Przykładowe wyliczenia w tym zakresie:

Organizacje zatrudniają łącznie 5 200 000 pracowników (2012 r.). Przeciętne miesięczne wynagrodzenie pracownika w gospodarce narodowej w 2011 r. wynosiło 3399,52 zł. Zatem organizacje te mogłyby otrzymać kwotę:

5 200 000 × 3399,52 zł = 17 677 504 zł miesięcznie

17 677 504 zł × 12 miesięcy / 0,15% = 318 195 072 zł.

Czyli średnio ponad 100 milionów złotych rocznie na jedną organizację. Kwota wręcz astronomiczna!

Ale jak się okazuje, mediom (i wspieranym przez nie organizacjom pracodawców) bardziej doskwierają kwoty, jakimi dysponują związki zawodowe ze swoich składek członkowskich. Dodajmy – składek płaconych przez osoby fizyczne ze swoich dochodów z pracy już po opodatkowaniu.

Przyjrzyjmy się innym wyliczeniom, mianowicie ile mogą płacić na rzecz organizacji pracodawców największe polskie firmy:

  • Polski Koncern Naftowy ORLEN SA w Płocku zatrudniał w 2008 r. 4692 osób, średnie wynagrodzenie (bez zarobków zarządu) w roku 2007 wynosiło 6200 zł (dane za „Tygodnikiem Płockim” z 26 maja 2008 r.). Oznacza to, że Zarząd Spółki mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
    4692 × 6200 zł = 29 090 400 zł?/?miesiąc
    29 090 400 zł/m-c × 12 miesięcy?/?0,15% = 523 627,20 zł
    Natomiast przy założeniu, że składkę zapłaci za pracowników całej grupy kapitałowej, zatrudniającej w 2008 r. 23 321 osób, otrzymamy takie kwoty:
    23 321 × 6200 zł = 144 590 200 zł/miesiąc
    144 590 200 zł/m-c × 12 miesięcy/0,15% = 2 602 623,60 zł
  • KGHM Polska Miedź S.A. zatrudniał w 2008 r. 18 486 osób, średnie wynagrodzenie w 2007 r. (w 2009 r. zdaniem rzecznika prasowego KGHM była to kwota 7900 zł) przyjmijmy, że wynosiło tyle samo co w Płocku, tj. 6200 zł. Oznacza, to, że Zarząd Spółki mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców w wysokości:
    18 486 × 6200 zł = 114 613 200 zł/miesiąc
    114 613 200 zł/miesiąc × 12 miesięcy/0,15% = 2 063 037,60 zł
  • Kompania Węglowa S.A. zatrudniała w 2008 r. 64 935 osób, średnie wynagrodzenie w 2007 r. wynosiło 5228,50 zł (Porozumienie pomiędzy związkami a Zarządem Kompanii). Oznacza to, że Zarząd Spółki mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
    64 935 × 5228,50 zł = 339 512 647,50 zł/miesiąc
    339 512 647,50 zł/m-c × 12 miesięcy/0,15% = 6 111 227,65 zł
  • Grupa PGNiG SA zatrudniała w 2008 r. 31 145 osób1, średnie wynagrodzenie w 2007 r. wynosiło 3800 zł2. Oznacza, to, że Zarząd Grupy mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
    31 145 × 3800 zł = 118 351 000 zł/miesiąc
    118 351 000 zł/miesiąc × 12 miesięcy/0,15% = 2 130 318,00 zł
  • Tauron Polska Energia S.A. zatrudnia w 2012 r. 28 800 pracowników3, średnia płaca w energetyce w 2011 r. to 4730,60 zł4. Oznacza to, że Zarząd Spółki może przekazać w 2012 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
    28 800 × 4730,60 zł = 136 241 280 zł/miesiąc
    136 241 280 zł × 12 miesięcy/0,15% = 2 452 243,04 zł

Jak wspomniałem wcześniej, wyliczenia są hipotetyczne, dokonane na podstawie dostępnych informacji. Ale jakże porażające.

Nie dziwi mnie w tym przypadku możliwość zatrudniania np. przez PKPP „Lewiatan” w siedzibie w Warszawie i w biurze w Brukseli ponad 50 osób (dane ze strony internetowej).

Ponadto innymi „skromnymi” źródłami finansowania działalności tych organizacji są świadczenia członków w zakresie wspierania organizowanych seminariów, szkoleń, konferencji, kongresów, zjazdów itp., itd., w tym międzynarodowych. Nie jestem temu przeciwny. Wskazuję jedynie, że każdy członek organizacji dysponuje funduszami na reklamę.

Na zakończenie: nie twierdzę, że kwoty, o których napisałem, organizacje pracodawców otrzymują w rzeczywistości. Obalam jednak w ten sposób mit, jakoby związki zawodowe w Polsce były w posiadaniu olbrzymich ilości pieniędzy – gdyż znacznie większymi środkami finansowymi dysponują organizacje pracodawców.

Janusz Jerzy Gołąb

Powyższy tekst jest nieco zmienioną wersją artykułu, który ukazał się w czasopiśmie „Przegląd. O czym piszą związkowcy”, wydawanym przez Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, nr 23(37)/2012, 15 września 2012 r. Dziękujemy Grzegorzowi Ilce za pomoc.

Przypisy:

  1. Zob. http://www.pgnig.pl/reports/raportroczny2010/files/assets/seo/page56.html
  2. Zob. http://www.ekonomia24.pl/artykul/112317.html
  3. Zob. http://inwestor.msp.gov.pl/portal/si/form/r73/Tauron_Polska_Energia_SA_z_siedziba_w_Katowicach.html
  4. Zob. http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/598451,w_gornictwie_place_wzrosly_o_39_7_procent_ile_mozna_zarobic.html

INTERPELACJA NR 9509

w sprawie składki członkowskiej wynikającej z przynależności firm do organizacji pracodawców

Pani Ewa Kopacz,

Marszałek Sejmu RP

Szanowna Pani Marszałek,

Na podstawie art. 192 Regulaminu Sejmu RP składam interpelację w sprawie składki członkowskiej wynikającej z przynależności firm do organizacji pracodawców – do Prezesa Rady Ministrów.

Szanowny Panie Premierze,

W dobie spowolnienia gospodarczego, a tym samym malejącego tempa wzrostu przychodów do budżetu państwa należałoby ograniczyć wydatki przedsiębiorców, które zaliczane są w ciężar kosztów działalności. Ma to bezpośredni wpływ na obniżenie podatku dochodowego CIT.

Niewątpliwie takim niezasadnym, moim zdaniem, kosztem jest składka członkowska wynikająca z przynależności firm do organizacji pracodawców.

Zasady funkcjonowania organizacji pracodawców regulują ich statuty oraz uchwały (lub inne decyzje) w sprawie składki członkowskiej.

Faktem jednak jest, że organizacje pracodawców oprócz samych firm finansuje pośrednio państwo w postaci odpowiedniego zapisu o podatku dochodowym od osób prawnych.

Otóż zgodnie z tą ustawą pracodawcy i przedsiębiorcy należący do organizacji pracodawców (Pracodawcy RP, PKPP „Lewiatan”, BCC) mogą w majestacie prawa, na podstawie art. 16 ust. 1 pkt 37 wliczać składki na rzecz tych organizacji w koszty uzyskania przychodów swoich firm. Wysokość tych składek nie może przekraczać 0,15 proc. kwoty wynagrodzeń wypłacanych wszystkim pracownikom w danym roku podatkowym, stanowiącym podstawę wyliczenia składek na ubezpieczenie społeczne.

Biorąc powyższe pod uwagę, na podstawie publicznie dostępnych danych statystycznych można wyliczyć łączną kwotę, jaką mogą otrzymać w formie składki organizacje pracodawców od swoich członków.

Oto przykładowe wyliczenie bazujące na danych z pierwszej połowy 2012 roku.

Pracodawcy będący członkami organizacji pracodawców zatrudniają łącznie 5 200 000 pracowników. Średnie wynagrodzenie pracownika to 3600 zł miesięcznie

[5 200 000 × (3600 zł × 12 miesięcy)] × 0,0015 = 336 960 000 zł.

Wynika więc, że na jedną organizację pracodawców przypada średnio powyżej 100 mln złotych rocznie.

Kwota astronomiczna!

Z tytułu tej składki do budżetu państwa nie wpłynie 19 proc. podatku CIT. To stanowi kwotę 336 960 000 zł × 0,19 proc = 64 mln złotych.

Czy stać budżet państwa na takie prezenty dla pracodawców?

Dzieje się to w sytuacji, w której państwo oszczędza 40 mln zł na wypłatach „becikowego” (projekt rządowej ustawy rozpatrywany we wrześniu przez Sejm).

Czy stać nas to, by np. PKPP „Lewiatan” mógł promować za te pieniądze swojego kandydata na prezydenta RP? By zatrudniał w swoich biurach w Warszawie i Brukseli ponad 50 wysokopłatnych pracowników?

Czy rząd RP projektując budżet państwa na 2013 rok przewiduje w tym zakresie wprowadzenie jakichkolwiek zmian?

Z poważaniem
Poseł na Sejm RP
Ryszard Zbrzyzny

Utopijny komunista patrzy na getto

Stąd się biorą dzieci. O efektywnej polityce prorodzinnej

Nie ma chyba gazety czy czasopisma społeczno-politycznego, w których nie pojawiłaby się w ostatnich latach choć krótka wzmianka o kryzysie demograficznym i o zagrożeniach, jakie może spowodować zmniejszanie się liczby ludności w Polsce i Europie. To jedno z największych wyzwań naszych czasów. Żyjemy coraz dłużej, a jednocześnie rodzi się coraz mniej dzieci. W efekcie jest coraz więcej osób starszych, którymi nie będzie miał się kto opiekować i na których emerytury nie będzie komu pracować. Jak inne kraje próbują zapobiec czarnemu scenariuszowi?

Starzenie się społeczeństwa

Europejski Instytut Statystyczny (Eurostat) wskazuje, że choć liczba mieszkańców Unii Europejskiej będzie rosła do 2040 r. (głównie dzięki migracjom), to jednak później zacznie spadać. Z 501 milionów ludzi 1 stycznia 2010 r. wzrośnie do 526 mln w 2040, ale w 2060 r. będzie nas już tylko 517 mln1. Warto zwrócić uwagę, że gdy Europa boryka się z procesami depopulacji, reszta świata walczy z czymś wręcz odwrotnym. A zatem gdy większa część świata będzie zmagać się z przeludnieniem i jego skutkami – problemem braku zasobów, głodem i biedą – Europa stanie przed zupełnie innymi wyzwaniami.

Starzenie się społeczeństwa to także zagrożenie dla repartycyjnych systemów emerytalnych, a więc takich, w których pokolenie osób pracujących finansuje obecne emerytury. W 2060 r. na każdą osobę w wieku powyżej 65 lat będą przypadały już nie cztery, jak obecnie, lecz tylko dwie osoby w wieku produkcyjnym (15–64 lata). Do 2060 r. nastąpi także wzrost liczby osób powyżej 80. roku życia w społeczeństwie: z 5 do 12% populacji.

Proces nieodwracalny?

Starzenie się społeczeństwa europejskiego wydaje się procesem nieuchronnym. W demografii istnieje nawet pojęcie „drugie przejście demograficzne”, wprowadzone przez holenderskiego profesora Dirka van de Kaa w roku 1986. Pierwsze przejście demograficzne w połowie XX w. charakteryzowało się wzrostem liczby ludności, spowodowanym znacznym postępem medycyny oraz o wiele większym niż wcześniej skupieniem się na dziecku i jego dobrobycie. Z kolei drugie przejście demograficzne, z którym mamy do czynienia obecnie, nastąpiło z powodu przewartościowania rodziny z modelu mieszczańskiego na zindywidualizowany.

Cały czas korzystamy ze zdobyczy medycyny, żyjemy dłużej i w lepszym zdrowiu, lecz obecnie mniej osób i później decyduje się na zawarcie związku małżeńskiego. Istnieje wiele różnych rodzajów związków partnerskich, ludzie później decydują się na potomstwo (jeśli w ogóle), a także zmniejsza się liczba dzieci w rodzinie. Spadkowi umieralności i wydłużaniu się ludzkiego życia towarzyszy bowiem dążenie do maksymalnego korzystania z wykształcenia, dochodów, podnoszenie poziomu życia i zadowolenia z niego. Nie są to wartości idące w parze z posiadaniem dzieci.

Ze zmianami światopoglądowymi i kulturowymi trudno walczyć, warto jednak tak kształtować politykę rodzinną i społeczną, aby młodzi ludzie dostrzegli wartość w posiadaniu dzieci i nie bali się drastycznego spadku poziomu życia w momencie, gdy pojawi się potomstwo.

Jednocześnie należy zwrócić uwagę na fakt, że zmiany demograficzne w Europie zachodzą nierównomiernie. Z jednej strony mamy do czynienia ze spadkiem liczby ludności w całej wspólnocie, z drugiej są państwa, w których współczynnik dzietności, a więc liczba dzieci przypadająca na kobietę w wieku 15–49 lat, jest bliski lub gwarantuje prostą zastępowalność pokoleń. Aby pokolenie następne było co najmniej tak liczne jak pokolenie rodziców, współczynnik dzietności powinien wynosić 2,1. W Irlandii jest to obecnie 2,07, we Francji 2,03, a w Szwecji i Wielkiej Brytanii 1,98. Polska natomiast znajduje się wśród krajów osiągających pod tym względem najniższe wyniki: 1,4. Niższy współczynnik dzietności osiągnęły tylko Hiszpania i Austria (po 1,39), Niemcy (1,36) oraz Węgry i Portugalia (po 1,32).

Dwa polskie problemy

Dlaczego w Polsce mamy do czynienia z tak niskim współczynnikiem dzietności i co robią kraje, które osiągają w tym względzie znacznie lepsze wyniki?

W kontekście przemian społeczno-demograficznych Polska zmaga się z dwoma poważnymi problemami. Jednym jest wspomniany wcześniej niski wskaźnik urodzin, drugim natomiast znaczące ubóstwo dzieci.

Chęć posiadania dzieci jest niemal powszechnie deklarowaną potrzebą wśród młodych Polaków. Z badań wynika jednak, że główną przyczyną odkładania lub rezygnacji z posiadania dzieci są obawy przed nieudanym związkiem, a także strach związany z trudnościami w realizacji kariery zawodowej, brakiem odpowiednich warunków mieszkaniowych oraz pogorszeniem się poziomu życia2. W tym kontekście poziom ubóstwa dzieci w Polsce dodatkowo może osłabiać zachowania prokreacyjne Polaków. Zagrożenie ubóstwem wśród dzieci i młodzieży w naszym kraju jest znacznie silniejsze niż zagrożenie tym zjawiskiem wśród osób dorosłych. Ze statystyk GUS wynika, że w 2011 r. około 10,5% dzieci do lat 18 wchodziło w skład gospodarstw domowych, w których poziom wydatków był niższy od ustawowej granicy ubóstwa. Dzieci i młodzież do lat 18 stanowiły ok. 31% populacji zagrożonej skrajnym ubóstwem. Dla porównania, osoby powyżej 65. roku życia stanowiły 7,5% populacji zagrożonej ubóstwem3. Bardzo niepokojące dane w tym względzie potwierdza także raport UNICEF na temat ubóstwa dzieci w państwach rozwiniętych4. Zawiera on wielowymiarowe porównanie sytuacji dzieci w różnych krajach. Wszystkie diagnozy odnoszą się do twardych wskaźników, takich jak zaspokojenie różnych potrzeb materialnych czy dostęp do określonych dóbr. Polska pod względem deprywacji dzieci znalazła się na szóstym miejscu od końca. A zatem ubóstwo w szczególny sposób dotyka rodzin z dziećmi.

Jak wiele zależy od polityki demograficznej i rodzinnej pokazuje fakt, że obywatelki naszego kraju rodzą zdecydowanie częściej na emigracji, zwłaszcza w kraju, do którego w ostatnich latach wyjechało najwięcej rodaków – w Wielkiej Brytanii. Wskaźnik dzietności w Polsce wynosi – jak wspomniano – 1,4, natomiast ten sam wskaźnik wśród Polek w Zjednoczonym Królestwie to aż 2,55. Od roku 2010 Polki rodzą tam najwięcej dzieci wśród wszystkich imigrantek6. Gdyby Polki w naszym kraju rodziły tak chętnie jak te przebywające na Wyspach Brytyjskich, wówczas w Polsce przychodziłoby na świat co roku ok. 700 000 dzieci (obecnie jest to ok. 400 000), a problem starzenia się społeczeństwa w ogóle by nas nie dotyczył. Te różnice dowodzą, że Polki chciałyby mieć więcej dzieci, lecz zniechęcają je do tego rodzime realia. W Wielkiej Brytanii państwo prowadzi politykę sprzyjającą rodzinom, istnieje duża sieć żłobków i przedszkoli, rodzice mają korzystne zasady opodatkowania i otrzymują pomoc finansową.

Francuski fenomen

Francja przykuwa uwagę demografów już od dawna, jako państwo o niezmiennie od lat wysokiej liczbie urodzeń. Według danych Państwowego Instytutu Statystyki i Badań Ekonomicznych (Institut National de la Statistique et des Études Économiques, INSEE) na początku stycznia 2011 r. liczba mieszkańców Francji po raz pierwszy przekroczyła 65 milionów. Rok później, 1 stycznia 2012 r. we Francji mieszkało 65,35 mln osób. W 2011 r. urodziło się 827 000 dzieci, rok wcześniej zarejestrowano 832 800 urodzin. Jest to największa liczba urodzin notowana od czasów baby-boomu z lat siedemdziesiątych. Należy też podkreślić, że wbrew opiniom wielu to nie imigranci przyczyniają się do takiego wyniku. Większość dzieci – 80,2% – rodzi się w związkach dwojga Francuzów. 13,3% dzieci urodzonych na terenie Francji przyszło na świat w związkach, w których jedno z rodziców pochodzi z zagranicy, a 6,5% ma oboje rodziców imigrantów7.

Francja jest też państwem, w którym, w przeciwieństwie do szacunków dotyczących całej Unii Europejskiej, zarówno dzięki wysokim wskaźnikom dzietności, jak i dodatniemu saldu migracji, po 2040 r. nie nastąpi spadek ludności. Według Eurostatu liczba obywateli tego kraju w 2040 r. będzie wynosić już 71,345 mln osób, a w 2060 aż 73,724 mln, czyli w stosunku do 2010 r. nastąpi wzrost o 13,9%. Obecne tendencje wskazują także na to, że do 2060 r. Francja oraz Wielka Brytania wyprzedzą Niemcy, które obecnie są na pierwszym miejscu w Unii Europejskiej pod względem liczby ludności8.

Obecna sytuacja demograficzna we Francji jest efektem prowadzonej w tym kraju polityki rodzinnej. Znajduje się ona w centrum polityki społecznej i jest kierowana głównie do rodzin z klasy średniej. Dzięki niej nie tylko rodzi się więcej dzieci, ale też zwiększa się pozytywna korelacja między dzietnością a zamożnością w miejsce dawnej pozytywnej korelacji między dzietnością a ubóstwem.

Polityka rodzinna we Francji jest ukierunkowana w większym stopniu na zapewnienie integracji społecznej, a nie tylko na pomoc najuboższym. Dominują świadczenia o charakterze uniwersalnym, niezależnym od dochodów, które mają na celu zmniejszanie różnic między dziećmi z rodzin o podobnym składzie, lecz zróżnicowanych dochodach. Należy jednak podkreślić, że im więcej dzieci w rodzinie, tym większa pomoc państwa. Wydaje się, że są to działania słuszne, ponieważ w największym stopniu na ubóstwo narażone są rodziny wielodzietne, z osobą niepełnosprawną lub z samotnym rodzicem.

Warto mieć dużo

Najpowszechniejsze rozwiązanie we francuskiej polityce rodzinnej to świadczenia rodzinne (les allocations familiales). Przyznawane są wszystkim rodzinom, które posiadają co najmniej dwoje dzieci nie starszych niż 20 lat, mieszkających na terenie Francji. Świadczenie przyznawane jest niezależnie od dochodów, natomiast jego wysokość zależy od liczby dzieci w rodzinie. W przypadku dwójki potomstwa jest to 127,05 euro, trójki – 289,82 €, czwórki – 452,59 €, a na każde dziecko od pięciorga dodatkowe 162,78 € miesięcznie. Dodatkowo kwota zasiłku wzrasta wraz z wiekiem dziecka. Na każde między 11. a 16. rokiem życia przysługuje dodatkowe 35,74 € miesięcznie. Od miesiąca, gdy dziecko ukończy 16 lat, zasiłek powiększany jest o 63,53 euro. Obecnie świadczenia te pobiera około 5 mln rodzin9.

Ponieważ najbardziej wspiera się wielodzietność, prawo do dodatkowych świadczeń przysługuje rodzinom, które mają co najmniej troje dzieci. Jeśli nie osiągają (wysokiego) kryterium dochodowego, mają prawo do dodatkowych 165,35 € miesięcznie. Obecnie taki dodatek pobiera 865 tys. rodzin.

We Francji dba się także o pomoc rodzinom w trudnym dla nich okresie zwiększonych wydatków. Dlatego tak bardzo znaczący w Polsce problem kosztów posłania dziecka do szkoły we Francji jest zdecydowanie mniejszy. Stworzono specjalny, jednorazowy zasiłek w związku z rozpoczęciem roku szkolnego (l’allocation de rentrée scolaire). Wypłacany jest rodzinom, które mają dzieci w wieku od 6 do 18 lat rozpoczynające rok szkolny. Otrzymują go rodziny, których dochód nie przekracza 23 200 € rocznie w przypadku jednego dziecka, 28 554 € przy dwójce i 33 908 € przy trójce. Przy czwartym i kolejnych dzieciach próg dochodowy uprawniający do otrzymania świadczenia wzrasta o 5354 €. Warto zwrócić uwagę na wysokość tego kryterium dochodowego. Pensja minimalna we Francji wynosi aktualnie 1425,67 € brutto, czyli 17 108,04 € rocznie. Dzięki temu we wrześniu 2011 r. z zasiłku skorzystało ponad 3 mln rodzin z dziećmi w wieku szkolnym. Wysokość świadczenia zależna jest od wieku dziecka. Jest to 356,20 € na każde dziecko w wieku 6–10 lat, 375,85 € na dzieci w wieku 11–14 lat i 388,87 € na dzieci w wieku 15–18 lat.

Polityka rodzinna we Francji nie ogranicza się do uniwersalnych świadczeń. Osoby najuboższe mogą uzyskać pomoc w postaci zasiłku aktywnej solidarności (revenu de solidarité active, RSA), którego rolą jest zapewnienie dochodu minimalnego. Oprócz tego istnieje także zasiłek wsparcia rodzinnego (l’allocation de soutien familial), którego celem jest wyrównywanie szans dzieci wychowywanych przez samotną matkę lub ojca, oraz takich, które straciły oboje rodziców. Jego wysokość waha sie między 84,34 € a 119,11 € miesięcznie.

Aby pokazać hojność rozwiązań francuskich, posłużmy się przykładem. Rodzina, która ma troje dzieci w wieku 6, 9 i 15 lat i jednego żywiciela zarabiającego prawie dwukrotność pensji minimalnej, może otrzymać we wrześniu, gdy rozpoczyna się rok szkolny, nawet 1794,26 €, natomiast w pozostałych miesiącach otrzymuje 653,69 €.

Warto mieć małe

Mówiąc kolokwialnie, rodzenie dzieci we Francji po prostu się opłaca. Rodziny, które decydują się na powiększenie, nie muszą obawiać się nagłego pogorszenia swojej pozycji materialnej, a czasami pozwala ono wręcz na poprawę poziomu życia. Istnieje kilka rodzajów świadczeń, z których skorzystać mogą rodzice małych dzieci.

Rodzice nowo urodzonych (lub adoptowanych) dzieci mają prawo do specjalnego zasiłku, przypominającego nasze becikowe. Aby otrzymać to świadczenie, matka musi zgłosić ciążę w ciągu pierwszych 14 tygodni jej trwania oraz poddać się badaniu prenatalnemu. Świadczenie jest jednak zależne od kryterium dochodowego. Kryterium to waha się w zależności od liczby dzieci w rodzinie i liczby żywicieli rodziny. Jego najniższy poziom to 34 103 € rocznie dla rodziny z jednym dzieckiem i jednym żywicielem rodziny, a w przypadku rodziny, w której dwie osoby pracują i jest troje dzieci, wynosi ono już 60 074 €. Wysokość świadczenia wynosi obecnie 912,12 € przy jednym dziecku, a kwota ta jest pomnażana przez liczbę dzieci w przypadku porodów wielorakich. Wysokość zasiłku dla osób decydujących się na adopcję wynosi 1824,25 €.

Rodziny nie przekraczające progu dochodowego mają też prawo do zasiłku podstawowego w wysokości 182,43 € miesięcznie, który wypłacany jest przez pierwsze trzy lata życia dziecka (lub 36 miesięcy od dnia przysposobienia).

Z kolei osoby, które zdecydują się na zaprzestanie lub ograniczenie pracy zawodowej z powodu pojawienia się dziecka w rodzinie, mają prawo do tzw. świadczenia dodatkowego wyboru typu aktywności (complément de libre choix d’activité, CLCA). W jego przypadku nie ma progu dochodowego. Świadczenie wynosi 383,59 € lub 566,01 € miesięcznie, jeśli rodzina nie otrzymuje zasiłku podstawowego. Gdy natomiast zdecydują się na wynajęcie opiekunki czy posłanie dziecka do przedszkola lub żłobka (sieć opieki instytucjonalnej nad małymi dziećmi jest bardzo rozwinięta), wówczas mogą otrzymać świadczenie dodatkowe wolnego wyboru opieki nad dzieckiem (complément de libre choix du mode de garde, CMG). Wysokość zależna jest od dochodu rodziny i kształtuje się między 85,63 € a 452,75 € miesięcznie.

Pozycja na rynku pracy i ubezpieczeń

Jednym z kluczowych zadań polityki prorodzinnej jest zapewnienie równowagi między życiem zawodowym a rodzinnym. Do najważniejszych rozwiązań w tym zakresie należą korzystne urlopy rodzicielskie, bardziej elastyczne formy pracy dla rodziców i rozbudowana sieć opieki instytucjonalnej.

We Francji istnieją dwa rodzaje opieki instytucjonalnej nad małym dzieckiem. Asystenci wychowawczy mogą zajmować się dzieckiem w swoim domu. Osoby takie mogą prowadzić działalność tylko na podstawie zezwolenia wydawanego po sprawdzeniu warunków, w jakich wykonują opiekę nad dzieckiem. Prace zarejestrowanych asystentów i opiekunów są częściowo finansowane przez samorządy lokalne. Osoby korzystające z opieki domowej mogą odpisać sobie jej koszty od podatku do wysokości 12 000 € rocznie (+ 1500 € na każde kolejne dziecko). Na opiekę zbiorową składają się natomiast żłobki zespołowe, żłobki rodzinne, żłobki rodzicielskie (organizowane przez grupy rodziców sprawujących dyżury nad dziećmi), ogródki dziecięce czy przedszkola pobytowe, gdzie są bardzo elastyczne godziny opieki nad dziećmi. Opieka zbiorowa jest finansowana częściowo ze środków publicznych, częściowo z zasiłków (m.in. wspomniane wcześniej świadczenie dodatkowe wolnego wyboru opieki nad dzieckiem), a częściowo z opłat rodziców.

Za rodzica, który zdecyduje się pozostać w domu z małym dzieckiem, Fundusz Świadczeń Rodzinnych (Caisse d’allocations familiales) może opłacać składkę emerytalną. Warunkiem jest całkowite zaprzestanie wykonywania pracy lub nieosiąganie określonego dochodu (kryterium dochodowe zależy od liczby osób w rodzinie, a najniższe wynosi 23 300 € rocznie). Obecnie ubezpieczeniem tym objętych jest około 1,5 mln osób, dzięki czemu ich emerytura będzie w przyszłości wyższa średnio o 9% od tej, jaką otrzymywaliby, gdyby składki nie były płacone.

W efekcie w 2010 r. pracowało aż 79% kobiet, które mają dwoje dzieci. Również stopa zatrudnienia matek dwojga dzieci, z których jedno ma poniżej 6 lat, pozostaje wysoka i kształtuje się na poziomie 71%, w tym 41% w niepełnym wymiarze czasu pracy10.

Nie tylko ulgi

Ulgi podatkowe są kwestią problematyczną. Pokazuje to przykład Polski, gdzie istniejące rozwiązania nie służą najbiedniejszym, których przede wszystkim powinno się wspierać w wychowywaniu dzieci. Aby w pełni odpisać ulgę na czwórkę dzieci, trzeba bowiem zarobić przynajmniej 87 tys. zł rocznie, a w przypadku trójki dzieci – 62 tysiące. Tymczasem według statystyk co czwarta rodzina z czwórką dzieci żyje na granicy ubóstwa zagrażającego życiu i zdrowiu, a w co trzeciej dochód na jedną osobę nie przekracza 350 zł miesięcznie. Ulgi podatkowe nie mają żadnego wpływu na byt takich rodzin.

We Francji obok ulg wprowadzono rozwiązanie zwane „ilorazem rodzinnym” (quotient familial). Polega ono na tym, że podlegający opodatkowaniu dochód rodziny dzielony jest przez odpowiednią liczbę części fiskalnych, w zależności od liczby dzieci i sytuacji matrymonialnej rodziców. Dzięki temu np. rodzina składająca się z dwojga rodziców z trojgiem dzieci dzieli swój dochód przez 4. Od tak podzielonej kwoty oblicza się podatek według skali i następnie mnoży przez cztery. Dzięki temu zmniejsza się efekt progresji i rodzina unika wyższych progów podatkowych. Większa liczebność rodziny pozwala na płacenie znacznie niższego podatku. Oszczędności wynikające z tego rozwiązania nie mogą jednak przekraczać 2336 € przy jednym dziecku (lub 4040 € w przypadku samotnego rodzica), 4672 € przy dwojgu dzieci (lub 6376 €) i 9344 € przy trojgu dzieci (lub 11 048 €)11.

Godne mieszkanie

Jednym z elementów francuskiej polityki prorodzinnej są działania dotyczące kwestii mieszkaniowej. Podstawowym ich celem jest zapewnienie godnych warunków mieszkaniowych parom z dziećmi, osobami wymagającymi opieki oraz rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji. W zależności od sytuacji danej rodziny, jej dochodów, stosunku własności mieszkania, metrażu czy ilości mieszkających w nim osób istnieje szereg zasiłków i świadczeń mieszkaniowych, które mają pomóc w kupnie, przeprowadzce lub dostosowaniu mieszkania do potrzeb.

Istnieje zatem możliwość uzyskania pomocy zindywidualizowanej (w przypadku zmiany warunków umowy najmu lub kredytu) i zasiłku na mieszkanie o charakterze socjalnym. Ponadto możliwe jest uzyskanie premii na przeprowadzkę dla rodzin wielodzietnych w momencie powiększenia rodziny. Aby ją otrzymać, należy mieć co najmniej troje dzieci, przeprowadzka musi mieć miejsce między trzecim miesiącem ciąży a drugimi urodzinami najmłodszego dziecka. Wysokość premii ma być równa kosztom przeprowadzki, jednak nie większa niż 957,6 € na troje dzieci (+79,80 € w przypadku każdego kolejnego dziecka). Z kolei rodziny mieszkające w niedostosowanym do ich potrzeb miejscu mogą uzyskać również pożyczkę na poprawę standardu miejsca zamieszkania. Pożyczka ta nie może przekraczać 80% planowanych wydatków, a jej górny limit to 1067,14 €. Oprocentowanie wynosi 1% i można spłacać ją przez 3 lata.

Nie tylko Francja

We Francji już dawno dostrzeżono, że wydatki na politykę rodzinną są inwestycją. Pomoc publiczna dla rodzin w tym kraju, nie licząc podatków i organizacji przedszkoli, stanowiła w 2009 r. 2,7 % PKB (średnia w UE wynosiła 2,3%). Według OECD po doliczeniu pomocy podatkowej i organizacji usług opieki instytucjonalnej koszt polityki rodzinnej sięga 3,7% PKB tego kraju12. Dla porównania wydatki na politykę rodzinną w Wielkiej Brytanii wynoszą około 3,4%, w Szwecji i na Węgrzech 3,2%, w Danii 3,1%, w Holandii, Finlandii i Irlandii 2,8%, a w Polsce tylko 1,6% (mniej wydaje się w Hiszpanii, Portugalii, Bułgarii i Grecji)13. Ważną cechą świadczeń rodzinnych jest ich uniwersalność. Prawie dwie trzecie pomocy rodzinom jest przyznawane bez konieczności spełnienia warunku dochodu. Świadczenia uniwersalne są też rozpowszechnione w krajach nordyckich, które również charakteryzują się bardzo wysoką dzietnością. Współczynnik dzietności w Islandii wynosi aż 2,2, w Szwecji 1,98, w Norwegii 1,95, a w Finlandii i Danii 1,8714.

Typowe dla państw nordyckich są rozwiązania uniwersalne. Jednocześnie tym, co szczególnie wyróżnia Szwecję (i kraje nordyckie w ogóle) spośród innych państw europejskich, jest promowanie partnerskiego modelu rodziny i dążenie do ułatwiania łączenia ról zawodowych z rodzinnymi zarówno matkom, jak i ojcom.

Jak to robią w Szwecji?

Jednym z rozwiązań w dziedzinie polityki rodzinnej, które wpływa na kształtowanie modelu partnerskiego oraz może przyczyniać się do zwiększania dzietności, są urlopy rodzicielskie. Urlop rodzicielski w Szwecji wynosi 480 dni i jest płatny (80% wynagrodzenia, płacone przez państwo za pośrednictwem szwedzkiej kasy ubezpieczenia społecznego – Försäkringskassan). Jeżeli rodzic był bezrobotny, wówczas za pierwsze 390 dni dostaje po 20 € dziennie, a za pozostałe 90 dni – 7 €. 60 dni z urlopu rodzicielskiego należy tylko do matki, drugie 60 tylko do ojca, natomiast pozostałymi 360 dniami rodzice mogą dzielić się wedle uznania. Poza tym w ciągu pierwszego roku życia dziecka rodzice mogą wykorzystywać swój urlop jednocześnie (oboje pozostają w domu). Urlop nie musi być wykorzystany w całości od razu, można go wykorzystać aż do skończenia przez dziecko ósmego roku życia. Oprócz tego ojcowie mają prawo do 10 dni urlopu ojcowskiego, płatnego w wysokości 80% wynagrodzenia, tuż po urodzeniu dziecka15. Obecnie 85% ojców w Szwecji wykorzystuje 2 miesiące urlopu, a w dyskursie publicznym pojawiają się głosy, aby obowiązkową część urlopu wydłużyć nawet do 3 miesięcy. Badania potwierdzają także fakt, że rzadziej rozpadają się rodziny, w których ojciec skorzystał z urlopu rodzicielskiego.

Ponadto Szwecja to kraj, gdzie – tak jak we Francji – funkcjonują zasiłki rodzinne przyznawane na zasadzie uniwersalnej. Każda rodzina ma zatem prawo do otrzymywania 95 € miesięcznie na dziecko do 16. roku życia lub do ukończenia przez nie 20 lat, jeśli się uczy. Dodatkowo wspiera się rodziny, w których jest więcej dzieci. Na drugie dziecko przysługuje dodatkowe 10 €, na trzecie 35 €, na czwarte 85 €, a na piąte i kolejne – dodatkowe 100 € miesięcznie. Istnieją też szerokie formy wsparcia dla rodzin uboższych lub znajdujących się w szczególnych sytuacjach: samotnych rodziców, opiekunów osób niepełnosprawnych lub starszych itp.

Opieka instytucjonalna nad małymi dziećmi w Szwecji jest bardzo rozbudowana i zróżnicowana. Według danych Eurostatu objętych jest nią 95,1% dzieci w wieku 2–6 lat. Warto podkreślić, że wysokość opłat za tę opiekę uwarunkowana jest dochodem rodziny oraz ilością dzieci w rodzinie. Dodatkowo rodziny, w których jest więcej niż jedno dziecko, mają prawo do bezpłatnego pobytu dzieci w placówce przez 3 godziny dziennie. Z kolei opieka nad dziećmi w wieku 6–7 lat jest całkowicie bezpłatna.

Zielona Wyspa dla rodzin

Irlandia to państwo, które obecnie osiąga najwyższy współczynnik dzietności w Unii Europejskiej (2,07). W kraju tym istnieje szczególne wsparcie dla rodzin najbiedniejszych i najliczniejszych, a więc tych, które w największym stopniu narażone są na ubóstwo. Dlatego najważniejsze świadczenie związane z wychowaniem dzieci to zasiłek przysługujący na każde dziecko poniżej 16 lat (lub 19, jeśli nadal się uczy). Rodzina otrzymuje 140 € za dwoje pierwszych dzieci, na trzecie 148 €, a na czwarte i następne po 160 €. Jeżeli urodziły się bliźniaki lub więcej dzieci na raz, świadczenie to jest podwyższane o połowę.

W przypadku ciąży mnogiej rodzice mają także prawo do zasiłku jednorazowego zaraz po porodzie, a także w momencie ukończenia przez dzieci 4. i 12. roku życia. Zasiłek ten wynosi 635 €.

Rodziny, które nie osiągają określonego progu dochodu, mają prawo do otrzymywania zasiłku dodatkowego (Family Income Suplement, FIS). Próg dochodowy wynosi 506 € tygodniowo na rodzinę z jednym dzieckiem i rośnie wraz z ilością dzieci w rodzinie (602 € w przypadku dwójki dzieci, 703 € w przypadku trójki i 824 €, gdy dzieci jest czworo). Świadczenie to przysługuje rodzinom z dziećmi do 18. roku życia lub 22., jeśli kontynuują naukę.

Istnieją także specjalne zasiłki dla różnych rodzajów rodzin, uwzględniające ich specyficzną sytuację, np. dla rodziców samotnie wychowujących dzieci, rodziców dzieci niepełnosprawnych etc. Sytuację rodziny wspomagają także rozbudowany system ulg podatkowych oraz wsparcie finansowe w opiece instytucjonalnej dla rodzin nie osiągających określonego progu dochodu – wsparcie takie może wynosić do 66% kosztów posyłania dziecka do żłobka lub przedszkola.

Bardzo dużą rolę w kształtowaniu polityki rodzinnej przyznaje się pracodawcy. Prawo wprowadzone w ostatnich latach uczyniło pracodawcę współodpowiedzialnym za kształtowanie warunków życia rodzin. W Irlandii, gdzie wysokość zasiłku macierzyńskiego wynosi 80% pensji, w umowie o pracę pracodawca może zobowiązać się do opłacania pracownicy różnicy pomiędzy wysokością zasiłku macierzyńskiego a pensją, tak by wysokość świadczenia wynosiła 100% pensji. Dzięki temu nie spada poziom dochodu rodziny tuż po urodzeniu dziecka16. Od 2007 r. istnieje też możliwość korzystania z dodatkowych, bezpłatnych 16 tygodni urlopu macierzyńskiego. Pracodawca może zobowiązać się do wypłaty dodatkowego świadczenia kobiecie także przez ten okres. Często stosowaną praktyką jest przyznawanie przez pracodawców, na podstawie umów cywilnych, dodatkowych urlopów ojcom.

Lekcja dla Polski

Doświadczenia innych państw europejskich pokazują, że kształtując politykę rodzinną można osiągnąć pozytywne rezultaty w postaci wysokiego współczynnika dzietności. Dostrzeżono już, że wydatki na tę gałąź polityki społecznej są inwestycją, efekty przyczynią się bowiem w przyszłości do amortyzacji skutków kryzysu demograficznego.

Duży wpływ na podjęcie decyzji o dziecku może mieć wprowadzanie rozwiązań uniwersalnych oraz rozwój sieci opieki instytucjonalnej nad dziećmi. Przykład francuski jest dobrą egzemplifikacją tego, że opieka może przybierać bardzo różnorodne formy. Sprzyja to tworzeniu podobnych, równych warunków dzieciom, które pochodzą z rodzin o różnych dochodach. Ponadto z badań przeprowadzanych w Polsce wynika, że chętniej na dziecko zdecydują się osoby, które wiedzą, że ich sytuacja materialna nie ulegnie drastycznemu obniżeniu po jego urodzeniu lub adopcji, oraz takie, które nie będą musiały obawiać się straty pracy.

Największe wsparcie powinno się oferować rodzinom wielodzietnym i takim, w którym jest samotny rodzic lub niepełnosprawna osoba wymagająca opieki, ponieważ to te rodziny są najbardziej narażone na ubóstwo i wykluczenie społeczne. Aby stworzyć warunki sprzyjające rodzinie, należy również docenić pracę domową kobiet (lub mężczyzn). Dobrym przykładem jest rozwiązanie francuskie, polegające na opłacaniu składki emerytalnej rodzicowi, który decyduje się na korzystanie z 3-letniego urlopu wychowawczego. Dzięki temu osoba ta na starość nie będzie miała niższego świadczenia emerytalnego niż ci pracownicy, którzy nie mieli takiej przerwy w karierze zawodowej. Poza tym powinno się w większym stopniu promować partnerski model rodziny. Temu rozwiązaniu sprzyjać może m.in. wprowadzenie urlopów rodzicielskich zarówno dla ojców, jak i matek, oraz prowadzenie kampanii społecznych promujących aktywne ojcostwo.

Każdy kraj ma różne możliwości finansowe i infrastrukturalne. Aby kształtować politykę rodzinną zgodnie z możliwościami danego państwa oraz wymogami współczesnych rodzin, należy pamiętać o roli dialogu społecznego. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby stworzenie rady, w której zasiadałyby wszystkie zainteresowane strony, a więc przedstawiciele rządu, samorządu, pracodawców, pracowników i organizacji społecznych, skupiających swe działania na kondycji współczesnych rodzin.

Janina Petelczyc

Przypisy:

  1. Eurostat, Population projections 2010–2060, http://epp.eurostat.ec.europa.eu/cache/ITY_PUBLIC/3–08062011-BP/EN/3–08062011-BP-EN.PDF, pobrano 25.09.2012 r.
  2. Rządowa Rada Ludnościowa, Założenia Polityki Ludnościowej Polski, Warszawa 2012, s. 20.
  3. Główny Urząd Statystyczny, Ubóstwo w Polsce w 2011 r., Warszawa 2012, s. 10.
  4. UNICEF, Ubóstwo Dzieci. Najnowsze dane dotyczące ubóstwa dzieci w krajach rozwiniętych, Florencja 2012.
  5. K. Iglicka, Migracje długookresowe i osiedleńcze z Polski po 2004 roku – przykład Wielkiej Brytanii. Wyzwania dla statystyki i demografii państwa. Raporty i analizy, Warszawa 5/2011, s. 2.
  6. http://www.ons.gov.uk/ons/rel/vsob1/parents–country-of-birth–england-and-wales/2011/sb-parents–country-of-birth–2011.html; pobrano 15 października 2012 r.
  7. Natalité – Fécondité, Institut National de la Statistique et des Études Économiques, http://www.insee.fr/fr/themes/document.asp?reg_id=0&ref_id=T12F035, pobrano 29.09.2012 r.
  8. Eurostat, Population projections…, op. cit.
  9. La Confédération générale du travail. La politique familiale en France, Montreuil 2012, s. 7.
  10. P. Batard, Comparaison France-Allemagne des systemes de protection sociale, Documents de travail de la DG tresor, numéro 2012/02 – Aout 2012, s. 64.
  11. Impôt sur le revenu: plafonnement du quotient familial, http://vosdroits.service-public.fr/F2702.xhtml, pobrano 20 września 2012 r.
  12. P. Batard, Comparaison…, op. cit., s. 53
  13. OECD Family database, Public spending on family benefits in cash, services and tax measures, Paris 2011, s. 2.
  14. Eurostat, Fertility Indicators, op. cit.
  15. Parental benefits. Föräldrapenning, http://www.forsakringskassan.se, pobrano 23 września 2012 r., s. 4.
  16. M. Daly, S. Clavero, Contemporary family policy in Ireland and Europe, School of Sociology and Social Policy, Queen’s University, Belfast 2001, s. 80.
Utopijny komunista patrzy na getto

Sądy pod lupą obywateli

Polska jest krajem systemowego deficytu odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych. Nie chodzi przy tym tylko o sankcje formalne, administracyjne czy urzędowe, lecz także o reakcje opinii publicznej. I tak, po katastrofie smoleńskiej – której okoliczności ujawniły szereg fundamentalnych uchybień błędów i słabości aparatu państwa – Polacy zdecydowali się na przedłużenie rządzącym mandatu zaufania. W samym aparacie państwa nie tylko nie doszło do jakichkolwiek dymisji, ale część osób współodpowiedzialnych za uchybienia, otrzymała awanse (m.in. w BOR-ze). Nierozliczone pozostają też m.in. głośne afera hazardowa, afera taśm PSL (z wyjątkiem dymisji ministra rolnictwa) czy sprawa Amber Gold.

Jedną z barier dla oczyszczenia życia politycznego w Polsce jest właśnie specyficzne pojmowanie odpowiedzialności. W kontekście zamieszania własnego syna w aferę Amber Gold premier Tusk mówił: Nie mam wątpliwości, że spoczywa na mnie i na całej administracji, także na prokuraturze, wielka odpowiedzialność, żeby wyjaśnić absolutnie wszystkie szczegóły tej sprawy. Jednocześnie storpedowano pomysł powołania parlamentarnej komisji śledczej. W podobnym duchu w sierpniu 2012 r. minister sprawiedliwości Jarosław Gowin wypowiedział się na temat odpowiedzialności sędziów w związku z tą samą aferą: Sędziowie mieli prawo wydawać wyroki w zawieszeniu. A czy były one właściwe, to już będą rozliczani przez instancję wyższą, nie ludzką. Słowo „odpowiedzialność” w ustach polityków i funkcjonariuszy publicznych w Polsce odnosi się na ogół do odpowiedzialności moralnej. Z drugiej strony tendencja do kierowania dyskursu na tory odpowiedzialności moralnej (przed Bogiem i historią) wiąże się z prezentowaniem systemowych patologii jako przypadków jednostkowych, wyjątków, które, niestety, zawsze się zdarzają. W zależności od kontekstu odpowiedzialni są wszyscy (bo zawinił system) – czyli nikt osobiście – albo pojedyncze jednostki – a więc nie system, za którego sprawne funkcjonowanie odpowiadają rządzący. Na dodatek głośne przykłady unikania odpowiedzialności, a nawet nagradzania za uchybienia prowadzą do instytucjonalizacji nieodpowiedzialności.

Efektem jest – po części odziedziczona jeszcze z PRL, a po części wzmocniona powszechną pobłażliwością wobec niekompetencji już w III RP – nikła podmiotowość obywateli w stosunku do państwa. Polacy w dużej mierze czują się klientami, a nie mocodawcami władz publicznych. Taka sytuacja jest zresztą korzystna dla przedstawicieli klasy politycznej – brakowi zaufania towarzyszą niskie oczekiwania pod adresem klasy politycznej, a więc i niewielka skłonność do wyciągania konsekwencji wobec tych, którzy zawodzą. Sytuację pogarsza deficyt środków kontroli społecznej – słabość mediów lokalnych, pozorny pluralizm mediów ogólnopolskich, brak elit intelektualnych, w tym akademickich, zdolnych i gotowych do krytyki poczynań (każdej) władzy.

„Rozliczalność” a demokracja

Problem deficytu „rozliczalności” dotyczy wielu – może większości – obszarów życia publicznego w Polsce. Jednak szczególnie dotkliwy jest on w odniesieniu do rozmaitych instytucji, które z uwagi na pełnioną funkcję kontrolną cieszą się daleko idącą niezależnością. Są to np. służby specjalne, prokuratura czy sądy. Te instytucje łączy fakt, że z wielu ważnych powodów ustawodawca przydziela im znaczny zakres autonomii, nawet w krajach demokratycznych. Kontrola zewnętrzna jest ograniczona na rzecz kontroli sprawowanej przez organy wewnętrzne danej instytucji. Zasiadają w nich członkowie tego samego środowiska, którego przedstawiciele są przez nich kontrolowani. Do uzasadnienia kontroli wewnętrznej stosuje się najczęściej trzy grupy argumentów: 1. ocena działań profesjonalistów wymaga wyjątkowych kompetencji, posiadanych tylko przez przedstawicieli tej samej profesji; 2. informacje dotyczące pracy tych osób mają wrażliwy charakter – często są to dane posiadające klauzulę tajności; 3. należy zabezpieczyć przedstawicieli profesji przed wpływem zewnętrznym (ze strony np. władzy wykonawczej), ze względu na możliwość nieprawomocnego wykorzystania instytucji nadzoru.

Celowość kontroli środowiskowej to jedno, ale jej skuteczność to zupełnie odrębny temat. Nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy, by zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie niesie ze sobą „bycie sędzią we własnej sprawie”. Dlatego nawet formalne istnienie systemu kontroli wewnętrznej nie może wykluczać sprawowania przez społeczeństwo demokratycznej kontroli zewnętrznej. Zasada niezależności nie oznacza bowiem nigdy niezależności od suwerena, którym w państwie demokratycznym jest naród, rozumiany jako wspólnota obywateli danego państwa.

Kłopot w tym, że od uzyskania formalnego statusu obywatela państwa demokratycznego w 1989 r. do uzyskania rzeczywistego wpływu na działanie instytucji publicznych – czyli ich rozliczania – droga jest daleka. Pierwszym jej etapem jest uzyskanie odpowiednich instrumentów prawnych. W tym zakresie jest zresztą w Polsce wiele do zrobienia, ale – ogólnie ujmując – dzisiejszy ustrój naszego kraju w zakresie praw przysługujących obywatelom nie odbiega od demokratycznych standardów. Mamy więc instytucje sprawdzone w krajach, gdzie władza publiczna jest realnie rozliczana za swoje działania w stopniu znacznie większym niż w Polsce.

Drugim etapem jest wiedza o działaniach funkcjonariuszy publicznych. Spośród różnych kanałów uzyskiwania informacji szczególnie ważne są media – z uwagi na możliwość dotarcia do szerokiego grona odbiorców. Istotne są także doświadczenie osobiste – ze względu na siłę oddziaływania nieporównywalną z innymi kanałami pozyskiwania informacji, a także z racji najmniejszej podatności tego sposobu zdobywania wiedzy na manipulację. Manipulowanie doświadczeniem indywidualnych osób jest po prostu bardzo kosztowne.

Trzecim krokiem do „rozliczalności” władz publicznych jest zmiana postaw samych obywateli, w tym ich większa gotowość do angażowania się w działania na rzecz owej „rozliczalności”. Ostatnim elementem jest upodmiotowienie obywateli w relacjach z instytucjami władzy publicznej, czyli upowszechnienie tożsamości mocodawców systemu, a nie jego petentów. Stroną aktywną tego procesu musi być przede wszystkim społeczeństwo. Natomiast liczenie na to, że zajmą się tym instytucje władzy publicznej, jest zaprzeczeniem procesu demokratyzacji. Jego sednem jest właśnie wzięcie przez obywateli odpowiedzialności za kształt swojego państwa oraz kondycję instytucji publicznych. W połączeniu z instrumentami prawnymi oraz wiedzą o funkcjonowaniu instytucji społeczeństwo świadome swojej nadrzędnej roli w państwie jest zdeterminowane, aby rozliczać ze skuteczności funkcjonariuszy publicznych, gdyż ma świadomość, że ci są tylko jego pracownikami, a nie właścicielami.

Poza kontrolą

Dobitnym przykładem na to, jak formalne uprawnienia społeczeństwa do kontroli władz publicznych pozostają martwe w praktyce, jest – zapisana w art. 45 Konstytucji RP oraz art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – zasada jawnego postępowania przed sądem.

Sądownictwo zajmuje szczególne miejsce w naszym ustroju. Ma zagwarantowaną daleko idącą niezależność od pozostałych władz, choć samo kontroluje ich poczynania: sądy administracyjne kontrolują władzę wykonawczą, Trybunał Konstytucyjny – władzę ustawodawczą – a Sąd Najwyższy ocenia nawet legalność wyborów do parlamentu. Jednocześnie decyzje zapadające w sądach mają dużo większe znaczenie dla losów konkretnych obywateli. Wpływają nie na warunki brzegowe – jak wysokość podatków – ale na samą trajektorię ich dalszych losów. Odpowiedzialność trzeciej władzy domaga się skutecznego systemu kontroli społecznej.

Formalnie sądownictwo posiada wewnętrzny system kontroli dyscyplinarnej. Jest on sprawowany przez rzecznika dyscyplinarnego oraz jego zastępców. Funkcje te pełnią sędziowie. Tylko rzecznik może skierować sprawę do sądu dyscyplinarnego (składającego się z sędziów sądu wyższej instancji). Takich postępowań wszczyna się w Polsce ok. 50 rocznie, co przy liczbie ponad 10 tysięcy aktywnych sędziów oraz ponad 2 tysiącach sędziów w stanie spoczynku, którzy także podlegają odpowiedzialności dyscyplinarnej, wydaje się liczbą zaskakująco niską. Może to świadczyć o wyjątkowej kondycji moralnej sędziów. Może jednak świadczyć także o fasadowości instytucji powołanej do rozliczania sędziów z nieprawidłowego działania. Biorąc pod uwagę ilość skarg na same zachowanie sędziów, które co roku trafiają do prezesów sądów (według naszych szacunków jest to liczba ok. 4 tysięcy skarg rocznie dla samych tylko sądów rejonowych i okręgowych), liczba 50 wszczętych postępowań świadczy o tym, że sędziowie są rozliczani jedynie w zupełnie skrajnych lub oczywistych przypadkach naruszenia norm formalnych.

Istnieją również przykłady na to, że również w bulwersujących opinię społeczną przypadkach naruszenia etyki zawodowej, a nawet podejrzeń naruszenia prawa przez sędziów, istniejący system nie gwarantuje rozliczenia danego sędziego. Przykładem jest toruński sędzia Zbigniew Wielkanowski, którego najpierw, według „Rzeczpospolitej”, widywano w towarzystwie lokalnych gangsterów, a który potem został oskarżony o pomówienie przed policją byłej kochanki. Wielkanowski przez prawie 10 lat odwoływał się od wyroków, nie stawiał na rozprawy i przedstawiał zwolnienia lekarskie, dzięki czemu uniknął prawomocnego rozstrzygnięcia – sprawa uległa przedawnieniu. Sędziemu „zwrócono” wtedy 190 tys. złotych wynagrodzenia, obniżonego w czasie trwania postępowań. Mimo kilkuletniej choroby i stwierdzenia niezdolności do pracy przez orzecznika ZUS, Wielkanowski zaraz po przedawnieniu zarzutów odzyskał zdrowie i skutecznie zaskarżył decyzję Krajowej Rady Sądownictwa przenoszącą go w stan spoczynku. W 2010 r. wrócił do orzekania w toruńskim sądzie rejonowym. Mieszkańcy Torunia są więc sądzeni w sprawach rodzinnych przez osobę, która m.in. podała policji nieprawdziwe informacje nt. awantury, jaką wszczął w mieszkaniu – będącej wówczas studentką – kochanki, i co do której kontaktów ze światem przestępczym cały czas pozostają uzasadnione wątpliwości.

Z kolei sędzia Ryszard Milewski – którego kompromitującą rozmowę z domniemanym pracownikiem kancelarii premiera ujawniła „Gazeta Polska Codziennie” – przedstawił już drugie zwolnienie lekarskie Rzecznikowi Dyscyplinarnemu. Ten ostatni ma obowiązek wysłuchać wyjaśnień sędziego, zanim będzie mógł wszcząć właściwe postępowanie dyscyplinarne. Za 3 lata przekonamy się, czy także on wyzdrowieje po przedawnieniu przewinienia.

Jest sposób

W odróżnieniu od kontroli nad władzą wykonawczą i ustawodawczą podjęcie wysiłku zewnętrznej kontroli władzy sądowniczej wymaga ogromnych środków. Wynika to z rozproszenia odpowiedzialności: każdy sędzia z osobna występuje i orzeka „w imieniu Rzeczypospolitej”. Mamy zatem do czynienia ze strukturą hierarchiczną tylko w sferze administracji, ale nie w zakresie władzy. Aby kontrola była skuteczna, musi dotyczyć każdego orzekającego sędziego.

Paradoksalnie takie rozproszenie odpowiedzialności może pomóc w sprawowaniu kontroli społecznej. Przykładem na to jest metoda court watch, czyli obywatelski monitoring sądów. Wywodzi się ona ze Stanów Zjednoczonych, gdzie mniej lub bardziej sformalizowane grupy obywateli starają się obserwować jak najwięcej postępowań przed lokalnymi sądami, występując w roli publiczności. W Polsce misji promocji i rozwoju tej metody podjęła się Fundacja Court Watch Polska.

Fundacja należy do organizacji pozarządowych zwanych strażniczymi (ang. watchdog), które zajmują się kontrolą działań podmiotów uprzywilejowanych w stosunkach z pojedynczymi obywatelami. Zwykle działania strażnicze przyjmują postać obywatelskich śledztw, systematycznych obserwacji lub analizy dokumentów. Są prowadzone w stosunku do konkretnych podmiotów w wąsko zakrojonym obszarze problemowym i przez grupę (przynajmniej docelowo) „profesjonalistów z misją”, tzw. strażników.

Metoda działania, którą przyjęła Fundacja Court Watch Polska, wyróżnia się wykorzystaniem na dużą skalę krótkoterminowego i niezobowiązującego quasi-wolontariatu. Ponieważ nie sposób samodzielnie prowadzić monitoringu rozpraw we wszystkich sądach w Polsce jednocześnie, Fundacja namawia osoby postronne, aby korzystały z prawa do uczestnictwa w rozprawach w charakterze publiczności i odwiedzały lokalne sądy – choćby z ciekawości. Od obserwatorów oczekujemy wypełnienia w trakcie rozprawy krótkiej ankiety dotyczącej jej przebiegu i przesłania jej później przez Internet. Pytania kwestionariusza są tak skonstruowane, że jest w stanie odpowiedzieć na nie osoba po dwugodzinnym szkoleniu z podstawowej wiedzy o sądownictwie. Dzięki temu w monitorowanie sądów angażują się osoby, które nigdy nie myślały o braniu udziału w działaniach kontrolnych, strażniczych czy jakiejkolwiek innej aktywności obywatelskiej w stosunku do władz publicznych. Dzięki maksymalnemu uproszczeniu zadań obserwatora oraz „przyjaznej” formie współpracy z Fundacją, już ponad 500 osób z całej Polski zaangażowało się i wniosło bardzo duży wkład w działania strażnicze. Najczęściej nie po to, by „patrzeć władzy na ręce”, ale ze zwykłej ciekawości, jak pracują sądy, a w przypadku studentów – przy okazji zdobywania wiedzy potrzebnej na studiach. Udział w takim programie może być dla nich działaniem obywatelskim, a także ukształtować wspomnianą „tożsamość akcjonariusza”. Wyniki programu Obywatelskiego Monitoringu Sądów są też ważnym argumentem na rzecz rozwoju kolejnych programów kontroli społecznej bazujących na crowdsourcingu, jak nazywa się opieranie działań społecznych o synergię niewielkich odcinków pracy wykonanej przez wielu ludzi w jednym celu. Możemy wyobrazić sobie takie działania np. w obszarze usług edukacyjnych czy medycznych, gdzie sami usługobiorcy przy pomocy prostego kanału informacji, np. SMS-ów, zgłaszają przypadki nieprawidłowości i oceniają działania usługodawców, nie ponosząc przy tym praktycznie żadnych kosztów, a korzystając na zmianie społecznej.

Co widać, słychać i czuć?

Sala sądowa jest szczególnie ciekawym polem obserwacji stosunku władzy publicznej – w tym przypadku sądowej – do obywatela, i vice versa. Tam, gdzie działają siły rynku, dawno już skończyliśmy z traktowaniem klientów jak naprzykrzających się petentów. Niestety przemiana mentalności nie dotyczy części sędziów. Powszechne jest lekceważenie czasu osób wzywanych na rozprawy i rozpoczynanie ich z opóźnieniem. Tylko 46% posiedzeń, które wybrali obserwatorzy, rozpoczęło się punktualnie. W większości przypadków z perspektywy uczestnika powodem było spóźnienie sędziego. Dla Fundacji jest oczywiste, że bywają okoliczności, które mogą zatrzymać sędziego, lub że może się zdarzyć, iż poprzednia rozprawa się przedłuży. Sąd powinien jednak dbać o to, aby sytuacje takie zdarzały się wyjątkowo, a nie zwyczajowo. O lekceważeniu czekających, nierzadko i po kilkadziesiąt minut, świadczy także fakt, iż tylko w przypadku 16% opóźnionych rozpraw sędzia lub pracownik sądu wyjaśnili bądź przeprosili za opóźnienie.

O niewłaściwym stosunku niektórych sędziów do stających przed nimi uczestników postępowań świadczą także przykłady niekulturalnych i agresywnych zachowań ze strony przedstawicieli trzeciej władzy. Należy pamiętać, że są to relacje z rozpraw, które odbyły się przy udziale publiczności:

Sędzia większość czasu była niekulturalna i agresywna. Podnosiła głos, przesłuchując świadka. Nawet powiedziałabym, że krzyczała. Ponadto ostentacyjnie żuła gumę. Najpierw pytała o „przemoc seksualną”, następnie krzyczała na świadka, że jakoby nie użyła tego stwierdzenia i że niesłusznie świadek to sobie wymyślił. Ciągle komentowała coś pod nosem.

Dwóch świadków było niedosłyszących, co sędzia skomentował z szykaną „co wy tak wszyscy słabo słyszycie”, uśmiechając się złośliwie. Podobnie powiedział do świadka „niech pan słucha, będę mówił w miarę głośno” z wyraźnym szyderstwem w głosie.

Na salę chciała wjechać wózkiem inwalidzkim starsza kobieta. Nie mogła jednak zmieścić wózka na sali po wjechaniu przez drzwi, w związku z czym jej syn chwycił krzesło w celu przesunięcia go i zrobienia matce miejsca. Widząc to, sędzia oburzyła się – „co Pan robi z tym krzesłem?! Proszę je natychmiast odstawić tam, gdzie było!”, co spowodowało zamieszanie i 5-minutowe próby ustawienia wózka w wygodnej pozycji bez przesuwania krzesła.

Jeszcze częściej zdarzało się, że sędzia miał zastrzeżenia do samej obecności publiczności. Relacje wolontariuszy świadczą o tym, że prawo do publicznego procesu nie zawsze jest w polskich sądach w pełni przestrzegane. Oto kilka z nich:

Pani Sędzia wnikliwie dopytywała o siedzibę organizacji, cel ich [obserwacji] prowadzenia itp. Robiła to w dość… władczy sposób (raczej w charakterze przesłuchania).

Zadawał pytania w stylu „a panie to kto?”, „dlaczego tak w charakterze publiczności?”, „już dzisiaj mi jakieś tu łaziły” – być może było to półżartem.

Sędzia miał zastrzeżenia co do obecności obserwatora na sali rozpraw. Pomimo udzielonej informacji, że obserwator jest w formie publiczności nie związanej ze stronami, sędzia przewodniczący pytał z jakiej instytucji jest obserwator, zażądał legitymacji pracowniczej, pytał, czy obserwator ma zgodę prezesa Sądu na prowadzenie notatek. Na końcu sprawdził dane osobowe obserwatora z legitymacji studenckiej i zapisał je na kartce, ale pozwolił zostać na sali rozpraw.

Po ok. 15 minutach od rozpoczęcia rozprawy zostałam w dosyć stanowczy sposób zapytana „Co Pani tutaj właściwie robi”. Odpowiedziałam, że jestem studentką UJ i obserwatorką Fundacji CWP. Moje tłumaczenie (sprawa jest jawna itp.) zostało zlekceważone i dostałam polecenie „natychmiastowego zgłoszenia się do p. przewodniczącej wydziału i ewentualny powrót na salę z potwierdzeniem jej zgody”.

Sędzia poprosił, abym opuściła salę (przed odczytaniem przez panią prokurator aktu oskarżenia). Sędzia nie uzasadnił swojej decyzji.

Tego typu traktowanie publiczności jest relatywnie rzadkie. Większość sędziów rozumie i szanuje prawo publiczności do udziału w rozprawie jawnej. Niemniej, jeśli – jak wynika z naszych badań – sędziowie mają zastrzeżenia do obecności publiczności w przypadku 5% rozpraw, oznacza to, że co roku dziesiątki tysięcy Polaków stają przed sędzią, który lekceważy ich konstytucyjne prawa. Czasami problem sprowadza się do sposobu poinformowania publiczności, że dana rozprawa jest niejawna. Zdarza się, że wygląda to tak:

Po wejściu na salę sędzia […] zapytała się kim jestem. Jak usłyszała odpowiedź, w bardzo niekulturalny sposób wskazała palcem na drzwi i powiedziała „Za drzwi!”. Jak się potem zorientowałam, była to sprawa, na której nie może przebywać publiczność, a sposób, w jaki zostałam wyproszona z sali, był, delikatnie mówiąc, niekulturalny.

Co z oczu, to z serca?

Dobrym przykładem efektu pracy naszych wolontariuszy jest zwrócenie przez nich uwagi na szeroko rozpowszechnioną i akceptowaną praktykę pozostawania pełnomocników i (najczęściej) prokuratorów na salach rozpraw poza czasem trwania rozprawy. Sędziowie, z którymi rozmawialiśmy, wskazywali na praktyczne uzasadnienie takiej praktyki: prokuratorzy, którzy mają niejednokrotnie kilka rozpraw w danej sali jednego dnia, nie mają osobnego pokoju, gdzie mogliby się do nich przygotować. W tej sytuacji sędziowie grzecznościowo zezwalają im na pozostawanie w sali rozpraw w przerwach między rozprawami. Inni tłumaczyli, że wcześniejsze wejście na salę lub pozostanie w niej po zakończeniu rozprawy służy ustalaniu z sędzią szczegółów technicznych, a czasem – nawet korzystnemu dla oskarżonego negocjowaniu wymiaru kary, np. gdy dobrowolnie podda się karze. Uzasadnienia te wydają się racjonalne, nie bierze się jednak pod uwagę zgubnego wpływu takiej praktyki na postrzeganie instytucji sądu przez strony.

Osoby czekające na korytarzu nie wiedzą, o czym rozmawia prokurator sam na sam z sędzią, nie mają możliwości odniesienia się do tych ustaleń. W większości przypadków zresztą (jak twierdzą sami zainteresowani) do żadnej rozmowy nie dochodzi. Strony jednak tego nie wiedzą; widzą tylko zamknięte drzwi i nabierają poczucia, że część rozprawy jest de facto niejawna. Zwłaszcza gdy później, w czasie rozprawy, usłyszą, jak sędzia zwraca się do prokuratora: To zrobimy, Panie prokuratorze, jak wcześniej ustaliliśmy.

Z badań Fundacji wynika, że problem ten występował w przypadku od 11 do 14% (odpowiednio – w pierwszym i drugim cyklu monitoringu)obserwowanych rozpraw. Najczęściej miało to miejsce w wydziałach karnych. Co ciekawe, mimo iż w rozmowach z nami większość sędziów oraz pełnomocników przyznaje, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, problem jest rozpowszechniony – stwierdziliśmy jego występowanie w znakomitej większości obserwowanych sądów. Dopiero pojawienie się w sądach outsiderów – obserwatorów Fundacji niezwiązanych ze sprawą – umożliwiło dostrzeżenie negatywnych konsekwencji społecznych tej rutynowo akceptowanej praktyki. Obecnie Fundacja podejmuje działania mające doprowadzić do uregulowania obecności pełnomocników na sali rozpraw w regulaminach samych sądów. Innym proponowanym wyjściem jest zasada otwartych drzwi do sali sądowej, w której przebywa ktokolwiek inny niż sędzia i protokolant/-ka.

Kontrola i zaufanie

Konsekwencją tych i innych przejawów niepodmiotowego traktowania obywateli w sądach jest m.in. relatywnie niski poziom zaufania Polaków do sądownictwa. Choć większość sędziów to osoby uczciwe i dobrze przygotowane do pracy, opinię środowiska – a także autorytet całego sądownictwa – obniża tolerowanie nielicznych uchybień. Jak sugerowała nam część sędziów, monitoring obywatelski może pomóc przełamać źle rozumianą solidarność w takich przypadkach, gdyż – jako głos niezależnego, bezinteresownego obserwatora – ułatwia, a czasem nawet wymusza uruchomienie istniejących mechanizmów dyscyplinujących. Przykładowo: prezesowi sądu może być niezręcznie zwrócić uwagę koledze na notoryczne spóźnianie się, lecz gdy otrzyma raport dokumentujący takie zachowanie, będzie bardziej skłonny to zrobić.

Niewątpliwie poczucie odpowiedzialności – za siebie, swoje otoczenie, bliskich i dalszych ludzi – ma kluczowe znaczenie dla jakości życia jednostkowego i społecznego. Inaczej jest jednak w odniesieniu do sfery służby publicznej. Tu kluczowym zadaniem jest projektowanie i wdrażanie mechanizmów umożliwiających skuteczne rozliczanie funkcjonariuszy publicznych z tego, jak wywiązują się z powierzonych im obowiązków. Krokiem podstawowym w tym kierunku jest odróżnianie odpowiedzialności moralnej od „rozliczalności”, upodmiotowienie obywateli, aby więcej wymagali od funkcjonariuszy publicznych i byli skłonni ich rozliczać. Zmiana mentalności musi wiązać się z odrzuceniem mitu „donoszenia” oraz eliminacją klienckiej postawy wobec władzy. Krokiem drugim jest projektowanie rozwiązań zapewniających przejrzystość i wspomnianą „rozliczalność”, i to nie tylko rozwiązań administracyjno-prawnych, ale także – a może przede wszystkim – mechanizmów nieformalnej kontroli społecznej.

Utopijny komunista patrzy na getto

Na pomoc!

Pomoc psychiatryczna powinna być blisko pacjenta – dostępna i przyjazna, z pobytem w szpitalu jako ostatecznością. Między tym ideałem a realiami polskiej służby zdrowia widnieje, jak na razie, przepaść.

Jednym z kluczowych celów Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, przyjętego w 2010 r., jest rozwój form opieki i pomocy umożliwiających chorującym funkcjonowanie w środowiskach rodzinnym i społecznym. Oznacza to odejście od dotychczasowego modelu lecznictwa psychiatrycznego, zdominowanego przez opiekę stacjonarną („szpitalocentrycznego”). Jak wyjaśnia dr hab. Katarzyna Prot-Klinger, przewodnicząca Sekcji Psychiatrii Środowiskowej i Rehabilitacji Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, koncepcja psychiatrii środowiskowej nie dotyczy konkretnej instytucji czy formy leczenia, lecz jest raczej pewnym sposobem myślenia. – Wychodzi ona z założenia, że człowiek, który choruje psychicznie, powinien być leczony tak, jak każda inna osoba. Kiedy jego stan tego wymaga, powinien trafiać na specjalistyczny oddział w szpitalu ogólnym, a poza okresami zaostrzeń – tak samo jak osoby cierpiące na inne schorzenia korzystać z szeregu możliwości leczenia pozaszpitalnego. Doc. Prot-Klinger dodaje, że oferta dla chorujących psychicznie powinna być nawet bogatsza, gdyż wielu z nich czasowo lub trwale nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować, kontynuować pracy zawodowej itp. – Powinien istnieć cały system wsparcia środowiskowego, pozwalający takim osobom mieszkać i pracować w dotychczasowym otoczeniu. W szpitalu – jeśli to w ogóle konieczne – pacjent powinien przebywać jak najkrócej, pobyt ten można skracać terapią w oddziale dziennym. Po jego opuszczeniu powinien mieć łatwy dostęp (krótkie terminy oczekiwania na wizytę) do blisko zlokalizowanej poradni, a w razie potrzeby także możliwość wizyt domowych lekarza czy pielęgniarki.

Pytana o najważniejsze zalety takiego modelu, Katarzyna Prot-Klinger w pierwszej kolejności wskazuje na kwestie etyczne. Nie można grupy ludzi odizolować od reszty społeczeństwa tylko dlatego, że są chorzy. Tym bardziej, że pobyt w „wariatkowie”, jak powszechnie nazywane są szpitale dla nerwowo i psychicznie chorych, nadal stanowi społeczny stygmat. Po drugie dość dawno zorientowano się, że część rzekomych objawów chorobowych to w rzeczywistości negatywne skutki długotrwałego przebywania w instytucji zamkniętej. Dalej, jeśli podliczyć wszystkie koszty związane z hospitalizacją oraz m.in. z brakiem możliwości pracy osób pozostających w szpitalach, system oparty o leczenie instytucjonalne okazuje się dużym obciążeniem dla społeczeństwa. – Z argumentem ekonomicznym oczywiście trzeba uważać. Nie chodzi o to, żeby chorych wypisać ze szpitali, a następnie zostawić samym sobie. Istotne koszty, związane z opieką środowiskową, państwo i tak będzie musiało ponosić. Przykład lokalnych prób odchodzenia od szpitali w Stanach Zjednoczonych, gdzie pacjenci – wypisywani często trochę na siłę – powszechnie zasilali rzeszę bezdomnych, pokazuje, jak łatwo wylać dziecko z kąpielą.

Szczególnie mocny jest argument czwarty: w modelu środowiskowym pacjenci mają bez porównania większe możliwości realizacji potrzeb społecznych i rodzinnych. Posiada to wartość samą w sobie, ale także istotne walory terapeutyczne, a dodatkowo daje otoczeniu szansę na oswojenie się z chorobą. I na odwrót: długi pobyt w szpitalu, nieraz oddalonym od miejsca zamieszkania o wiele kilometrów, bardzo często powoduje osłabienie więzi międzyludzkich.

Ponowne odkrywanie Ameryki

Prof. dr hab. Aleksander Stanisław Araszkiewicz, kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i b. prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, kładzie nacisk na jeszcze jeden aspekt: powyższy model umożliwia zachowanie ciągłości opieki. – Zaburzenia psychiczne to nie grypa, która trwa tydzień. To często wiele lat pod opieką specjalistów, przyjmowania leków – podkreśla.

Choć daleki jest od idealizowania peerelowskiej służby zdrowia, profesor podkreśla, że gdy był młodym lekarzem, istniał dość zwarty, kompleksowy system opieki środowiskowej, choć samo to określenie nie było wówczas stosowane. Przykładowo w szpitalu w Kochanówce każdy z oddziałów był przypisany do określonego rejonu Łodzi. – Pracujący w tym systemie doskonale wiedzieli, co dzieje się z pacjentami. Gdy chory został wypisany z „dziesiątki”, obejmującej opieką Bałuty, informacja o nim szła do rejonowej poradni zdrowia psychicznego na ul. Lnianej, gdzie zresztą – już wtedy! – mieścił się również oddział dzienny. Jeśli nie zgłaszał się w ciągu miesiąca, lekarz z tamtej poradni jechał do niego do domu. Dopiero ustawa o powszechnym ubezpieczeniu w Narodowym Funduszu Zdrowia z 2003 r., znosząca rejonizację, zburzyła ten model. Idea sieci centrów zdrowia psychicznego, które w myśl zapisów Narodowego Programu mają docelowo stanowić podstawowe jednostki opieki psychiatrycznej, stanowi de facto powrót do sprawdzonych wzorców.

Centrum łączy różne formy opieki, dzięki czemu w każdym momencie może zapewnić pacjentowi pomoc adekwatną do jego stanu – wyjaśnia Wanda Langiewicz z Zakładu Zdrowia Publicznego warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Na placówkę tego typu składa się co najmniej kilka zespołów. Ambulatoryjny udziela porad lekarskich i psychologicznych, świadczy indywidualną i grupową pomoc psychoterapeutyczną, wykonuje czynności pielęgniarskie i interwencje socjalne. Zespół środowiskowy to wizyty domowe, terapia indywidualna i grupowa, praca z rodziną, treningi umiejętności, budowanie sieci oparcia społecznego, zajęcia i turnusy rehabilitacyjne. Zespół dzienny to częściowa hospitalizacja. Natomiast szpitalny ma funkcjonować w formie oddziału psychiatrycznego lokalnego szpitala ogólnego, uzupełnianego profilowanymi świadczeniami innych szpitali.

Wśród zadań przypisanych centrom znajduje się także promocja wiedzy dotyczącej higieny i zaburzeń zdrowia psychicznego oraz realizacja programów profilaktycznych. W instytucjach tych upatruje się również szansy na silniejsze powiązanie opieki zdrowotnej z systemem pomocy społecznej oraz z mechanizmami wspomagającymi udział chorych psychicznie w rynku pracy.

Program zakłada, że centra będą funkcjonować w każdym powiecie, dużej gminie lub dzielnicy dużego miasta, stosownie do lokalnych potrzeb.

Daleko od centrum

Silną stroną polskiej psychiatrii jest od wielu lat dość rozbudowana sieć poradni zdrowia psychicznego – podkreśla doc. Prot-Klinger. Co więcej, ich dostępność w ostatnim czasie bardzo się poprawiła. – Jakieś 15 lat temu poradni było 500–600, a w tej chwili jest ich 1000 – informuje Wanda Langiewicz. Zastrzega, że czas oczekiwania na wizytę czy bogactwo oferty są w nich zróżnicowane, ale jednocześnie podkreśla, że prawie we wszystkich powiatach pacjenci „mają gdzie pójść”. Zwraca przy tym uwagę, że psychiatria jest obszarem ogromnie rozbudowanym jeśli chodzi o subspecjalności, wśród których niektóre są ewidentnie za mało rozwinięte w stosunku do potrzeb. – W niedostatkach przoduje psychiatria dziecięca: jest mało specjalistów w tej dziedzinie (zajmujemy pod tym względem przedostatnie miejsce w Europie) i stosunkowo niewiele oddziałów. Niewiele jest również specjalistycznych poradni, zwłaszcza na prowincji. Z powodu braków kadrowych zlikwidowano oddział dziecięcy w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy pod Białymstokiem. Drugą „problemową” specjalnością jest psychiatria wieku podeszłego.

Psychiatra dr Marek Balicki, dyrektor Szpitala Wolskiego w Warszawie oraz prezes Warszawskiego Towarzystwa Pomocy Lekarskiej i Opieki nad Psychicznie i Nerwowo Chorymi, przypomina, że początek odchodzenia od wielkich szpitali psychiatrycznych datuje się na lata 70. – W poszczególnych miejscach Polski jest różnie, ale generalnie jest więcej do zrobienia, niż zostało zrobione – ocenia. Wśród przyczyn wskazuje fakt, że duże szpitale psychiatryczne bronią się przed restrukturyzacją. Innym powodem jest dramatyczne niedofinansowanie oddziałów psychiatrycznych przy szpitalach ogólnych. – W moim szpitalu przynosi on milion złotych straty rocznie. Nic dziwnego, że przestała rosnąć liczba takich oddziałów, skoro istnieją bodźce, by je raczej zamykać, niż tworzyć. Zagrożenie to potęguje presja na komercjalizację lecznictwa. Przykładem może być Szpital Bródnowski – po przekształceniu placówki przez samorząd województwa mazowieckiego w spółkę kapitałową jej zarząd chciał zlikwidować oddział psychiatryczny, z czego wycofał się dopiero po fali protestów społecznych.

Również dostęp do opieki ambulatoryjnej, oddziałów dziennych i zespołów leczenia środowiskowego, opartych o wizyty domowe, jest poważnie ograniczony. W wielu miejscach Polski te formy nie istnieją lub są do nich kolejki, a w psychiatrii pacjent nie powinien czekać – mówi dr Balicki. – Wprawdzie mamy ambulatoria, ale one często działają na pół gwizdka, tzn. nie oferują wszystkich świadczeń, które zaspokajałyby potrzeby populacji i pozwalały myśleć o oszczędzaniu szpitali.Zespołów leczenia środowiskowego mamy w Polsce kilkadziesiąt, a powinno ich być 400, może nawet więcej. Taka jest skala zaniedbań – komentuje prof. dr hab. Jacek Wciórka z Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, współautor Narodowego Programu. – Oddziały dzienne powstają, ale ciągle jest ich zdecydowanie za mało. Dla przykładu w Kujawsko-Pomorskiem, gdzie jestem konsultantem wojewódzkim, system leczenia środowiskowego powinien móc obsłużyć co najmniej 300 osób więcej – szacuje Aleksander Araszkiewicz. Zdaniem Katarzyny Prot-Klinger to, że sieć wspomnianych usług nie jest wystarczająco rozwinięta, wynika głównie ze zbyt niskiej wyceny świadczeń psychiatrycznych przez NFZ.

Prof. Araszkiewicz, współautor raportu pt. „Psychiatryczna opieka środowiskowa w Polsce” (2008), zaznacza jednak, że niskie stawki zapisane w kontraktach stanowią jedynie część problemu. – NFZ płaci za usługę, którą najpierw trzeba „wykreować”, czyli muszą być budowane oddziały, poradnie. To nie jest sprawa Funduszu, lecz samorządów, którym w ramach Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego przypisano określone zadania, nie zabezpieczając na nie środków. To głównie dlatego jego realizacja się opóźnia. Kiedy np. rada powiatu ma do wyboru budowę nowego przedszkola, drogi czy wodociągu albo budowę nowego oddziału dziennego, ośrodka interwencji kryzysowej czy poradni zdrowia psychicznego, zwykle wybór jest dla niej oczywisty.

Z powodu opisanych problemów sieć centrów zdrowia psychicznego pozostaje pieśnią przyszłości. – W praktyce istnieją one, w formie zalążkowej, tylko w kilku miejscach, m.in. w Instytucie Psychiatrii i Neurologii.Podobne centrum próbowano utworzyć w Toruniu, pewne tradycje zintegrowanego oddziaływania środowiskowego posiada Bielsko-Biała – wylicza Langiewicz. – Nie da się modernizować szpitalnictwa psychiatrycznego, jeśli nie ma go czym zastąpić – kwituje prof. Wciórka.

Często mam wrażenie, że opieka środowiskowa jest realizowana głównie przez instytucje opieki społecznej oraz organizacje pozarządowe – komentuje doc. Prot-Klinger, aktywnie zaangażowana w tworzenie i prowadzenie placówek psychiatrii środowiskowej. – W tych dwóch sferach naprawdę dużo się dzieje: powstają środowiskowe domy samopomocy, organizowane są warsztaty terapii zajęciowej, świadczone usługi opiekuńcze. Lecznictwo zostało bardzo daleko w tyle.

Szpitale grozy

Wręcz fatalnie wygląda kwestia opieki stacjonarnej. Prof. Araszkiewicz ocenia, że tylko w jego regionie brakuje co najmniej 300 łóżek dla chorych wymagających natychmiastowej hospitalizacji. – Zdarza się, że muszę wysłać pacjenta do szpitala oddalonego o 140 km, bo w okolicach Bydgoszczy nie ma placówki, która by go przyjęła. Pomijając inne aspekty tego problemu, kluczowe jest pytanie: jaka jest możliwość, że będzie potem objęty nieprzerwaną opieką, prowadzoną przez ten sam zespół, orientujący się w jego sytuacji?

Kolejny problem stanowi dramatyczne niedoinwestowanie istniejących szpitali psychiatrycznych. – Szpitalnictwo psychiatryczne działa w skandalicznie trudnych warunkach, na które składają się m.in. braki kadrowe i zapaść podstawowej infrastruktury – ubolewa prof. Wciórka. – W kraju o dość wysokim poziomie rozwoju, będącym członkiem Unii Europejskiej, warunki pobytu w wielu placówkach medycznych są ciągle jeszcze nie do zaakceptowania, urągają prawom człowieka wtóruje mu Marek Balicki, minister zdrowia w gabinetach Leszka Millera i Marka Belki. Raport Najwyższej Izby Kontroli, która sprawdziła funkcjonowanie 17 szpitali psychiatrycznych, w pełni potwierdza ich słowa. Przykładowo aż 70 proc. skontrolowanych sal nie było przystosowanych do wymogów leczenia psychiatrycznego. Połowa oddziałów była zaniedbana, ściany brudne, okna – nieszczelne… Warunki bytowe oferowane w szpitalach [psychiatrycznych] nie sprzyjają prawidłowej realizacji praw pacjentów oraz celów leczenia i terapii, a nawet mogą zaszkodzić stanowi zdrowia pacjenta, jeśli będą utrzymywać się długotrwale – ogłosiła Justyna Lewandowska z biura Rzecznika Praw Obywatelskich po tym, jak przeprowadziło ono dwie wizytacje w szpitalach, do których trafiają pacjenci skierowani przez sąd.

Raport NIK ujawnił ponadto, że szpitale często nie przestrzegają procedur związanych z przyjmowaniem chorych bez ich zgody oraz stosowaniem środków przymusu bezpośredniego. Dr Balicki potwierdza, że nagłaśniane przez media patologie w lecznictwie psychiatrycznym są czymś więcej niż odosobnionymi przypadkami. Dlatego w czasie, gdy szefował resortowi zdrowia, wprowadził instytucję rzecznika pacjenta szpitala psychiatrycznego. Głośne przypadki placówek w radomskich Krychnowicach i Kocborowie (dzielnica Starogardu Gdańskiego), gdzie etatowi rzecznicy nie zapobiegli powtarzającym się nadużyciom, dają jednak podstawy do podejrzeń, że nie zawsze funkcjonuje ona, jak powinna. – W sprawozdaniu rzecznika praw pacjenta z 2010 r. jest mowa o zbiorowym naruszeniu praw pacjenta w szpitalu w Radomiu oraz że szpital jest w trakcie działań naprawczych, które powinny być kontrolowane przez tamtejszego rzecznika. Mamy 2012 r. i dochodzi tam do gwałtów i samobójstw – mówi Adam Sandauer, honorowy przewodniczący Stowarzyszenia Pacjentów „Primum Non Nocere”. – Wyraźnie widać, że w całym systemie jednak coś nie działa – konstatuje dr Balicki.

Sytuację utrudnia fakt, że osobom chorującym psychicznie jest szczególnie trudno walczyć o swoje prawa. – Instytucje państwowe często traktują doniesienia pacjentów szpitali psychiatrycznych jako mało wiarygodneubolewa Adam Sandauer.

Objawy towarzyszące

Niestety to nie koniec poważnych bolączek opieki psychiatrycznej. Brakuje telefonów zaufania i ośrodków interwencji kryzysowej, mimo że w wyniku samobójstw ginie co roku w Polsce tyle samo osób, co w wypadkach komunikacyjnych. W zasadzie nie istnieją tzw. mieszkania treningowe, w których grupy osób po kryzysie psychicznym mogłyby pod opieką trenerów przygotowywać się do samodzielnego życia. Nierozwiązanym problemem pozostaje kwestia dostępu do pełnego zakresu nowoczesnych farmaceutyków w przystępnych cenach. – W niektórych obszarach sytuacja się pogorszyła. Nie tylko dlatego, że nie wszystkie pożądane leki zostały wpisane na listy refundacyjne. Również z tego powodu, że państwo, czyli Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia, zaczęło bardzo ściśle kontrolować przepisywanie środków stosowanych w zaburzeniach psychicznych. Lekarze, słysząc kolejne informacje o tym, że ich koledzy zostali obłożeni wysokimi karami, podchodzą do wypisywania recept z nadmierną ostrożnością – mówi dr Balicki.

Podobnie jak w wielu innych krajach, poważnym problemem jest szczególny stosunek lekarzy innych specjalności do osób chorujących psychicznie. Stanowi on istotną część odpowiedzi na pytanie, dlaczego żyją one co najmniej 10 lat krócej niż średnia dla danej populacji. – Gdy taki pacjent zgłasza się do lekarza, jego dolegliwości są często z góry składane na karb zaburzeń psychicznych, czyli: „trochę przesadza albo wymyśla sobie chorobę”. Odsyła się go do psychiatry, choć może przecież równolegle cierpieć na choroby somatyczne, jak każdy inny człowiek – tłumaczy prof. Araszkiewicz. Chorujący psychicznie zapadają na nie wręcz częściej niż inni, jako osoby o „rozregulowanym” organizmie, na dodatek nierzadko niezdolne do prawidłowego dbania o zdrowie (np. w przypadku depresji). Dlatego jednym z ważnych zadań centrów zdrowia psychicznego ma być edukowanie lekarzy ogólnych w zakresie właściwego rozpoznawania zaburzeń psychicznych oraz współpracy z psychiatrami. – Jeśli lekarz opieki podstawowej ma wystarczającą wiedzę oraz informacje o pacjencie chorym psychicznie, może go nawet prowadzić, jedynie odwołując się do konsultacji psychiatrycznych. Częste wizyty u psychiatry mogą bowiem zwiększać poczucie stygmatyzacji chorobą psychiczną – przekonuje prof. Araszkiewicz.

W niedalekiej przyszłości prawdopodobny jest ponadto ostry kryzys kadrowy w lecznictwie psychiatrycznym. Zapotrzebowanie na usługi z tej sfery będzie rosło wraz z wiedzą na temat zdrowia psychicznego oraz nasilaniem się chorób cywilizacyjnych, takich jak depresja. Tymczasem już teraz 1/3 psychiatrów stanowią ludzie w wieku emerytalnym, a młodych do wyboru tego zawodu zniechęca m.in. wysokość płac, niższa niż w innych dziedzinach medycyny. – Podobne problemy dotyczą psychologów klinicznych, pielęgniarek psychiatrycznych, pracowników socjalnych czy psychologów zatrudnionych na różnych stanowiskach w ochronie zdrowia psychicznego. Tymczasem liczba pracowników każdej z tych specjalności mogłaby ulec podwojeniu i nadal mieliby co robić – zapewnia prof. Wciórka.

Gorzki kawałek tortu

Mimo wszystkich zarysowanych problemów oraz faktu, że choroby psychiczne stanowią jedną z głównych przyczyn niepełnosprawności i przedwczesnych zgonów, spada udział psychiatrii w wydatkach NFZ.W 2009 r. z całego „tortu” skierowanego na opiekę medyczną przeznaczono na leczenie psychiatryczne oraz leczenie uzależnień zaledwie 3,9%. W kolejnych latach jeszcze mniej – ok. 3% – mimo że Sejm w nowelizacji ustawy o ochronie zdrowia psychicznego założył, że w najbliższym czasie wskaźnik ten osiągnie poziom co najmniej 5% – zwraca uwagę prof. Araszkiewicz. Podkreśla on, że w innych krajach, nawet gorzej sytuowanych niż Polska, wynosi on od 5 do 12%. – Wynika to z większej siły przebicia innych specjalności, kojarzonych z ratowaniem życia, jak onkologia czy kardiologia. Można to zaobserwować również w dyskusji o refundacji leków: grupy nacisku związane z tymi specjalnościami są w naturalny sposób silniejsze – komentuje Wanda Langiewicz.

Niedostateczne finansowanie to nie jedyny hamulec zmian na lepsze. – Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego został uchwalony przez Sejm pod koniec 2010 r., a jego realizacja miała się rozpocząć w styczniu 2011 r. Tymczasem przepisy wykonawcze ujrzały światło dzienne po 2 latach od przyjęcia dokumentu. To pokazuje poziom zainteresowania decydentów taką problematyką – irytuje się prof. Araszkiewicz. Zdaniem doc. Prot-Klinger również w środowisku medycznym bardzo niewiele osób autentycznie dąży do reformy. – Wszystkim jest tak naprawdę wygodniej, że jej nie ma. Wytworzył się pewien układ, słyszy się pytanie „dlaczego zmieniać?”. No i jest, jak jest. Podobne odczucia ma Wanda Langiewicz. – Bardzo trudno jest przekształcić zastane formy, zwłaszcza że duże szpitale są jednocześnie dużymi pracodawcami.

Z kolei zdaniem prof. Wciórki wśród przeszkód, na które napotyka realizacja Narodowego Programu, najpoważniejsze dotyczą aksjologii i świadomości społecznej. – Kwestia zdrowia psychicznego od lat jest traktowana bez zrozumienia, z lekceważeniem. Nikt o tych sprawach nie mówi, nie edukuje, w związku z czym kwitną fałszywe wyobrażenia i negatywnie zabarwione stereotypy.Jeśli się słyszy o psychiatrii, to o tym, że jakiś polityk rzekomo „nadaje się do leczenia psychiatrycznego”, albo wówczas, kiedy coś złego wydarzy się na oddziale dziecięcym. Wtedy następuje przypływ społecznego zainteresowania i krokodylich łez, po czym nadal zajmujemy się głównie potrzebami, które są lepiej rozumiane i chętniej słyszane.

Profesora boli, że niemal nie wspomina się o tym, iż rzeczywistość chorujących psychicznie jest nasycona olbrzymim cierpieniem, związanym nie tylko z chorobą, ale też tym, że się ich porzuca, marginalizuje, wyklucza. Mało kto myśli o nich z troską i poczuciem, że trzeba im zaoferować pomoc. – Dopóki nie pokona się tej bariery, co będzie trudne, ciężko oczekiwać prawdziwego przypływu entuzjazmu realizacyjnego w zakresie działań politycznych, organizacyjnych i finansowych.

Którędy do sanacji?

Zdaniem specjalistów nie ma potrzeby wymyślać nowego modelu opieki psychiatrycznej, gdyż Narodowy Program jest dobrym dokumentem. Dr Balicki jednak dodaje, że należałoby pilnie przygotować rządowy raport o stanie psychiatrii – pozwoliłby on na ewaluację opóźnień w realizowanych reformach oraz dokonanie korekt w zakresie konkretnych narzędzi czy harmonogramów.

Bez wątpienia potrzebne są efektywne mechanizmy planowania i koordynacji, a także te wymuszające egzekucję zapisów Narodowego Programu. – Powstały Wojewódzkie Rady Zdrowia Psychicznego, jednak bez uprawnień władczych. Nie ma mechanizmu, który by zagwarantował, że zespoły leczenia środowiskowego powstaną w każdym powiecie, że będą tworzone oddziały psychiatryczne przy szpitalach ogólnych.Brak również instytucji mogącej zdecydować, w którym roku ile takich oddziałów powstanie – uzasadnia Balicki. „Rozproszenie organizacyjne” jest jedną z zasadniczych barier dla powstawania centrów zdrowia psychicznego. – Centrum ma składać się z „cegiełek”, które stanowią różne formy opieki. Ich integracji nie sprzyja oddzielne finansowanie każdej z nich – wskazuje Wanda Langiewicz.

Może się ponadto okazać, że odczuwalne zmiany w lecznictwie psychiatrycznym nie będą możliwe bez zdecydowanego nacisku na decydentów. Na razie jednak szeroka opinia publiczna nie uważa zmian w tej sferze za priorytet, a samoorganizacja pacjentów jest utrudniona. Osoby, które w programie współprowadzonym przez doc. Prot-Klinger w Radiu TOK FM opowiadają o doświadczeniu choroby psychicznej, nie chcą nawet ujawniać nazwisk. – Chorujących psychicznie wciąż jeszcze dotyka bardzo silna stygmatyzacja społeczna, dlatego tym ludziom nie jest łatwo mówić publicznie o swoich sprawach – komentuje prowadząca audycję. – Tymczasem w wielu krajach reforma lecznictwa psychiatrycznego odbyła się dlatego, że powstały silne organizacje pacjentów. W Polsce ich głos jest jeszcze bardzo słabo słyszalny, więc nie mają przełożenia na żadne decyzje.

Z kolei Wanda Langiewicz podkreśla znaczenie wzrostu świadomości samorządów. – Powinny popatrzeć na to, kim są i gdzie się leczą „ich” pacjenci, a następnie zrozumieć, jak dużo można dla nich zrobić na miejscu, poprzez wsparcie w środowisku rodzinnym i społecznym. Samorządy muszą dostrzec, że to jest ich sprawa.

***

Nie chcę wpadać w biadający ton, ale sytuacja jest dramatyczna.Problemów, które drzemią pod powierzchnią i w każdej chwili mogą zaowocować takimi wydarzeniami jak w Kocborowie czy Radomiu, jest mnóstwo – podsumowuje prof. Wciórka. – One są na razie zepchnięte w niebyt publiczny, ale prędzej czy później się ujawnią.

Michał Sobczyk

współpraca Magda Wrzesień

Utopijny komunista patrzy na getto

Kościół (z) ulicy

Na ubogich nie czekają w kościołach ani zborach. Są radykalni i wiedzą, że ci, „którzy się źle mają”, nieczęsto sami przychodzą szukać pomocy. Wychodzą więc do nich tam, gdzie jest ich wielu. Na ulicę. W centrum wielkiego miasta, w radosnych nabożeństwach głoszą Ewangelię, która ma postać zarówno słowa, jak i posiłku. Nawracają i karmią. I nieważne już, że ich świątynie pozostają wtedy puste.

Plac przy stacji metra Centrum w Warszawie – popularny „dołek” lub „patelnia”. Grupa młodych ludzi rozstawia sprzęt nagłośnieniowy. Jest perkusja, klawisze oraz mały zespół wokalny. Ustawiony na stoliku, prosty, drewniany krzyż przyciąga uwagę. Na środku stoi małe, jakby przedszkolne, białe krzesełko. To centralny punkt Kościoła Ulicznego. Stojąc ledwie 30 centymetrów nad ziemią, kolejni ludzie opowiadają o swoim życiu lub głoszą Ewangelię. Wejście na tę mównicę musi wymagać nielichej odwagi.

——

Ta opowieść jest opowieścią o Bogu. Wszyscy zaangażowani w Kościół Uliczny mówią bowiem głównie o Nim.

Koniecpolska 33. Kilka niedużych budynków. Po posesji biega suczka, imieniem Nika. Należy do jednego z wychowawców ośrodka dla bezdomnych „Nowy Początek”. Przyszedłem spotkać się z Pawłem Bukałą, jego dyrektorem, a także niekwestionowanym liderem Kościoła Ulicznego w Warszawie. Wielu mieszkańców trafiło do ośrodka przez nabożeństwa przy metrze Centrum. Ci, z którymi rozmawiam, cytują te same fragmenty Pisma, które często przywołuje Paweł. Widać, że cieszy się ich szacunkiem.

Wchodzę do dużej sali z długim, stojącym na środku stołem. Nad wejściem do pokoju wychowawców wisi tabliczka z napisem „Żyjcie Ewangelią”. Po drugiej stronie sali – krzyż. Nieduży telewizor, w rogu złożony stół pingpongowy. Na tablicy regulamin, daty urodzin uczestników i zasady wspólnego życia w ośrodku.

Gabinet Pawła. Dwa skórzane fotele, biurko z komputerem i półka z książkami. Wchodzi Krzysiek – jeden z mieszkańców. Na całych rękach tatuaże, uwagę zwraca zwłaszcza jeden: „Kocham Cię, Mamo”. Rozmawia chwilę z Pawłem o kolejnej książce do przeczytania. – Chciałbym, żebyś pociągnął temat Dziejów Apostolskich – mówi Bukała. Zapraszają mnie na obiad: ziemniaki z gulaszem i buraczki. W trakcie posiłku rozmawiają o nabożeństwie z poprzedniego dnia.

——

Mężczyzna w średnim wieku bierze mikrofon i zaczyna mówić. O uzdrowieniach i wiecznym prawie Biblii, którego nikt nie powinien kwestionować. Jak prawa grawitacji. – Oddaję Chrystusowi chwałę w tym mieście! Ogłaszam, że śmierć jest pokonana! Że Szatan jest pokonany! Że zło jest pokonane! – wykrzykuje, niekiedy przesadzając z natężeniem głosu. W tłum ruszają ludzie. Rozdają materiały. W ciągu półtorej godziny dostałem: Nowy Testament, broszurki Kościoła Zielonoświątkowego: „Droga do Boga” i „Pomoc z góry”, ulotkę Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej oraz Ewangelię według św. Jana wraz z listem do Rzymian. Część ludzi traktuje je jak ulotki. W okolicznych koszach można potem trafić na egzemplarze Pisma Świętego.

——

Paweł Bukała, 32 lata, pochodzi z Rzeszowa. Jego historia to materiał na osobny tekst. – Ktoś mi kiedyś powiedział, żebym napisał książkę – mówi. W trakcie rozmowy często wpada w dygresje, ewangelizacja bowiem to jego żywioł. Opowiada o istocie człowieka, demonach, chrzcie, Piśmie. Podczas spotkania kilka razy wyraża obawę, że jego opowieść kogoś zgorszy albo że zostanie uznany za sekciarza. Albo że nikt mu nie uwierzy.

Gdy miał 14 lat, usłyszał kazanie, które zmieniło jego myślenie. Czy gdyby Jezus ci się objawił i powiedział: zostaw to wszystko, czy byłbyś w stanie pójść za Nim? – pytał ksiądz proboszcz. Paweł chciał. Ale oddanie życia Bogu nie przyszło łatwo. Zaczął się alkohol, marihuana i grzyby halucynogenne. Fascynował się Jimem Morrisonem, Arthurem Rimbaud czy Witkacym. Zainteresował się buddyzmem. Szukał prawdy. – Osoba Jezusa cały czas była dla mnie ważna, nie mogłem tego racjonalnie wytłumaczyć. Nie rozumiałem, dlaczego nie jestem w stanie uwolnić się od myśli o Nim.

Przemianę przeżył na festiwalu muzycznym Slot Art Festival. Występował zespół No Longer Music z charyzmatycznym liderem – Davidem Piercem – który głosił Ewangelię podczas i poza koncertami. To wtedy Paweł postanowił znów spróbować. Wyszedł do modlitwy. Długo siedział samotnie pod drzewem. Skończył z narkotykami.

Wrócił do Kościoła katolickiego, jednak czuł w nim pustkę. – Słowa tylko odbijały się od ścian. W końcu wrócił do nałogów. Postanowił jeszcze raz pojechać na Slot, szukając dla siebie innego miejsca. Związał się z bezwyznaniową wspólnotą, w końcu trafił do Kościoła Bożego W Chrystusie. Rodzina kompletnie tego nie rozumiała, wyzywała od sekciarzy.

Po pracy przychodził na rzeszowską Górę Rocha. Tam ponownie spotkał się z Bogiem: Usłyszałem głos głęboko w moim duchu: „usiądź, ja będę do ciebie mówił. Pojedziesz do wielkiego miasta i będziesz podnosił bezdomnych”. Pojechał do Warszawy i przyłączył się do grupy streetworkerów, chodzących po ulicy i rozdających kanapki. Ewangelizował. Wkrótce przejął liderowanie grupą. – Wychodząc na ulicę, modliłem się: „Boże, daj więcej, poszerzaj moje granice”. Chciałem czegoś większego.

W końcu uznał, że formą odpowiednią dla niego będzie działalność podobna do tego, co w Calgary robi Artur Pawłowski. Szukał kogoś, kto by go poprowadził, pomógł mu. W tym czasie do Polski przyjechał sam Pawłowski. Razem zorganizowali pierwsze spotkanie Kościoła Ulicznego w Warszawie.

To był 1 września 2010. Lało. Cały dzień dzwoniły telefony, trwały narady, czy nie odwołać spotkania. – Jeżeli mówimy, że będziemy, to musimy być, niezależnie od temperatury, deszczu czy śniegu. Bezdomni nie mają takiego wyboru jak my.Powiedziałem wtedy stanowczo, że nie rezygnujemy ze spotkania – wspomina Pawłowski.

——

Na krzesełko wchodzi Bukała. – Poproszę dziś człowieka, który jeszcze niedawno przyszedł tu o kulach, a dziś chodzi, bo Bóg go uzdrowił. Bóg rozdaje tym, którzy Go pragną. Do przemawiającego podchodzi młody, krępy mężczyzna. Chwilę rozmawiają. Bukała kontynuuje: Kolega zapytał, co dzieje się z małymi dziećmi, które umierają. Idą do nieba. Bóg kocha niewinne istoty. Zaczyna recytować fragment z listu świętego Pawła. Młoda kobieta w zielonej kurtce z zamkniętymi oczami powtarza razem z nim.

——

Właśnie. Artur Pawłowski, bohater głośnego radiowego reportażu „Adwokat Ulicy”. Rozmawiamy przez telefon, dzwoni do mnie z Calgary w Kanadzie. Z Polski wyjechał ponad 20 lat temu. Robi czasem błędy, bezwiednie wplata do wypowiedzi angielskie słowa.

Po krótkim pobycie w klasztorze wyjechał do Grecji. Tam poznał żonę, też Polkę. Rozkręcił biznes budowlany i szybko dorobił się fortuny. Po wyjeździe do Kanady, oszukany przez kontrahentów, stracił wszystko, by ponownie się odbić. Gdy urodził mu się syn, lekarze proponowali odłączyć go od aparatury, gdyż nie miał szans na przeżycie. – Wszedłem w totalną rebelię przeciwko Bogu. Doznał wizji. Widział Jezusa w Ogrodzie Getsemani. Zawierzył i złożył deklarację: „będę Ci służył do końca życia”. Jego syn żyje do dziś i normalnie funkcjonuje.

Byłem przez parę lat starszym zboru. Zapraszaliśmy bezdomnych na nasze obiady, ale cały czas myślałem, że coś z naszym Kościołem jest nie tak – wspomina. – Byliśmy nastawieni na to, co dzieje się wewnątrz, między nami, a nie na zewnątrz, gdzie działał Jezus. Kontrast między tym, co robił mój Kościół, a tym, o czym czytałem w Biblii, był tak drastyczny, że nie wytrzymałem i musiałem wyjść na ulicę, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście Bóg będzie przyznawał się do pracy poza czterema ścianami. Pojawiły się uzdrowienia, zaczęliśmy przywozić jedzenie, ludzie zaczęli się otwierać. Począwszy od kilku osób na pierwszym spotkaniu, dziś przychodzi ich nawet kilkaset.

——

Zespół zaczyna śpiewać i grać „Alleluja”. Dyskretny ochroniarz krąży wokół sprzętu i wykonawców. Formują się już dwie kolejki bezdomnych – jedna do ciepłego posiłku, druga do kawy i herbaty. Ale muszą jeszcze poczekać. Stoją w rzędach, by nie stracić swojego miejsca. Niektórzy rozmawiają, inni słuchają. Często słychać pytanie: „Gdzie rozdają numerki?”. Pojawia mi się wątpliwość, czy nie są stygmatyzowani, stojąc tak przez godzinę przed początkiem rozdawania jedzenia.

——

Spotkania Kościoła Ulicznego w Szczecinie odbywają się na Placu Grunwaldzkim, a jego liderem jest Zdzisław Michejów.

Na pomysł zorganizowania u nas Kościoła Ulicznego wpadliśmy przez kontakty z Pawłem Bukałą – wspomina. – Wcześniej przez dwa lata karmiliśmy ludzi bezdomnych i potrzebujących w siedzibie Kościoła Chrystus Dla Wszystkich. Wiosną odwiedzili nas Artur Pawłowski i Paweł z grupą wolontariuszy. I tak zaczęliśmy.

Komentarz pod tekstem o Kościele Ulicznym w portalu natemat.pl: Gdyby tylko podawano im kubek ciepłej zupy, bez „ewangelizacji”, podobałoby mi się to jeszcze bardziej. Nie wiem, czemu w Polsce tak trudno się przyjmuje, że sam gest miłości jest już ewangelizacją, jest zbawienny.

Gdy człowiek jest poraniony i go przytulisz, to zwykle się usztywnia, bo nie wie, co to jest miłość. W pierwszej chwili musisz zaspokoić jego najprostsze potrzeby: głód, miejsce do spania – mówi Bukała. – Ale nie jesteśmy akcją charytatywną. Dajemy ludziom posiłek, ale głosimy przy tym Ewangelię. Bezdomni czekają w kolejkach, gdyż, jak wynika z doświadczenia Pawła, dla wielu z nich uzależnienie jest silniejsze: chcieliby szybko zjeść, a potem polecieć za róg wypić flaszkę. – Czekając na jedzenie, niech posłuchają Słowa, które może ich zmienić. Danie miski zupy to za mało.

Jedno z drugim nie kłóci się Pawłowskiemu. – Chcemy przekazywać potrzebującym namacalną Ewangelię. Jesteś głodny? Mój Bóg cię kocha: nakarmię cię. Potrzebujesz ubrania? Postaramy się coś zorganizować. Kiedyś przyszedł do mnie bezdomny i powiedział: „Takich jak ty było wielu. Przyjeżdżali, robili zdjęcia, kręcili filmy i znikali. Będziemy cię obserwować”. Przyszła zima, temperatury minus trzydzieści stopni, a oni nadal nas obserwowali. Na wiosnę ten sam człowiek przyszedł do mnie, płacząc. Kościół Uliczny to nie jest chrześcijańskie show dla fajnego programu dokumentalnego czy zdjęć w biuletynie.

——

Zaczynają się kolejne radosne śpiewy, trochę w stylu gospel. Prowadzący przekonuje: Każdy z was ma za co dziękować Bogu! Zaczyna śpiewać: „Zasługujesz chwałę wziąć”. Zespół wokalny buja się na boki, skacze. Bukała woła: Chrystus jest wielki, potężny, może wyciągnąć człowieka ze śmietniska i posadzić pośród książąt. Może jesteś bezdomny i brakuje ci wszystkiego. Może opływasz w pieniądze, ale w środku czujesz pustkę.

——

Bukała widuje na spotkaniach Kościoła Ulicznego biznesmenów, dziennikarzy, reżyserów. – Myślę, że to jest wielkie błogosławieństwo dla ludzi w mieście, że mogą przyjść, posłuchać tego, co mówimy.

Kacper, przechodzień w średnim wieku, komentuje: Myślę, że chcą zbyt wiele srok złapać za ogon. Trudno jednocześnie mówić do bezdomnych i bogatych, jednocześnie głosić, śpiewać i karmić. To wszystko sprawia wrażenie wielkiego chaosu i braku planu.

Ale Pawłowski przekonuje: Kościół Uliczny jest tylko stacją, przystankiem, na którym ludzie się zatrzymują w biegu. Bez względu na to, czy mają pieniądze, czy są na ulicy. A my jesteśmy drogowskazem. Albo wsiądziesz do tego pociągu, albo do innego. Zachęcamy, by wsiedli do pociągu z Bogiem, z nadzieją, by zaczęli swoje życie od początku.

——

Wśród ludzi zaczynają się dyskusje. Młoda dziewczyna opowiada koledze, chyba z innego miasta, o co chodzi w tym wydarzeniu, namawia go, by chwilę postali i posłuchali, ale ten ją odciąga. Część przechodniów zatrzymuje się na chwilę i odchodzi. Inni zostają dłużej. Niektórzy nawet nie zwrócą uwagi na Kościół Uliczny. Jeden chłopak większość spotkania nagrywa komórką. Bezdomny siada blisko zespołu na kocu i często krzyczy „Alleluja”.

——

Gerard pochodzi z Krakowa. Lat 40. Mając 12, zaczął pić, w uzależnienie wpadł jeszcze przed osiemnastką. Jak na kogoś, kto nie skończył żadnej szkoły, wykazuje się niezwykłą kulturą słowa. W ośrodku Bukały od ośmiu miesięcy.

Mówiąc o mojej drodze, będę mówił o Bogu. Spotkałem się z Nim, zanim przyszedłem tutaj. Zawsze była we mnie tęsknota za Bogiem, ale myślałem, że nie jest mną zainteresowany. Pewnego razu trafiłem do domu dla osób bezdomnych prowadzonego przez osoby z Kościoła zielonoświątkowego. Zacząłem czytać Słowo i któregoś dnia spotkałem się z Jezusem Chrystusem. Zacząłem myśleć, kim On jest dla mnie? Sam Bóg, jak kupiec, który dla jednej perły zostawił cały majątek, zaryzykował wszystko dla mnie, bo to właśnie mnie uznał za tę bezcenną perłę.

Wciąż nie mogłem poradzić sobie z alkoholem, zdarzały mi się upadki. Przyjechałem tutaj, żeby popracować jeszcze nad sobą, żeby dotrzeć do swojego wnętrza i dowiedzieć się, dlaczego to jeszcze nie ten dzień. Kilka razy byłem na Kościele Ulicznym, pomagałem rozkładać sprzęt, pakować, rozlewałem kawę i herbatę. Kiedyś bardzo nerwowo reagowałem, gdy byłem trzeźwy, a rozmawiałem z kimś pod wpływem alkoholu. Teraz wewnątrz mnie jest spokój.

Bóg doprowadził do tego, że pokochałem się z moją mamą, choć od dzieciństwa wzajemnie się nienawidziliśmy. Gdy już poznałem Boga, była śmiertelnie chora. Mogłaby żyć dalej, ale musiałaby zrezygnować z alkoholu, papierosów i psychotropów, a nie umiała tego zrobić. Mówiłem jej dużo o Panu Jezusie. Spędziłem z nią osiem ostatnich miesięcy jej życia. To było coś niesamowitego. Bóg zamienił nienawiść w miłość.

Moi obaj bracia siedzą w więzieniu. Marzę o tym, by również oni spotkali się z Jezusem. Po terapii chciałbym skończyć szkołę średnią i studiować teologię lub poradnictwo chrześcijańskie.

——

Na krzesełko wchodzi Ryszard, starszy mężczyzna. Opowiada, jak przyszedł kilka tygodni wcześniej na Kościół Uliczny, jeszcze o kulach. Słuchał. Dotknęło go. Podszedł do Marty, żony Bukały, bo miała takie przekonujące wystąpienie i pomyślałem, że coś w tym jest. Poprosił o modlitwę. Po jakimś czasie zaczął chodzić o własnych siłach. Dziś mieszka z siostrą, nie jest bezdomny. Ktoś z tłumu krzyczy: Przestał pić, to wstał! W ciągu całego spotkania słychać wiele szyderczych uwag, przedrzeźniania i pogardliwych docinków.

——

Ludzie reagują na nas głównie obojętnością. Nie ma w nich pogardy ani agresji. Jedynie pojedyncze osoby zatrzymują się, by posłuchać i porozmawiać – mówi Michejów.

Jednak na spotkaniach Kościoła Ulicznego w Warszawie dochodzi niekiedy do niemiłych incydentów. Głównie są to wulgaryzmy, ale jeden pastor dostał też cios głową w twarz. Bukale próbowano wyrywać mikrofon, zdarzały się przepychanki.

Widzę wiele zranionych serc, które gwałtownie reagują na Słowo Boże – mówi Gerard. – Dwa razy przychodził człowiek, któremu umarło dziecko. Wołał w gniewie: „Gdzie był Bóg?!”. Trzeba z ludźmi rozmawiać. Większość z nich się zatrzymuje, słuchają, niektórzy płaczą. Przystają choćby na chwilę.

Maja, studentka przechodząca obok, komentuje: To zbytnie narzucanie się, może nawet brak tolerancji. Chcą na siłę wszystkim wcisnąć swoją prawdę. Za dużo w tym działaniu euforii, jakby chcieli wszystkich porwać hasłem i nie zastanowili się, że bez czegoś więcej hasło budzi tylko podejrzliwość i sceptycyzm. Na pewno takie głoszenie wymaga odwagi, ale zakrawającej na ekshibicjonizm.

——

Ryszard przekonuje, że to, co go w życiu spotkało, było karą za grzechy. Bardzo szybko do akcji wkracza Bukała i prostuje: Bóg nie karze chorobami i nieszczęściami. To diabeł! Nie należy myśleć, że to kara za nasze słabości. Na krzesełko znów wchodzi jego żona, Marta, i zaczyna opowiadać. O swoim dzieciństwie, pełnym przemocy, strachu i uzależnień. – To nie my uzdrawiamy, to Bóg uzdrawia. A Duch Święty podpowiada mi, co mam dziś mówić.

——

Czekając na jednego z moich rozmówców, który wracał z innego spotkania, przyglądam się regulaminowi. Mieszkańcy ośrodka szykują się do pracy. Jeden z nich, który dziś zajmuje się ulotkami Kościoła Ulicznego, pyta wychowawcę, czy może puścić chrześcijańskie piosenki.

Regulamin jest, jak przyznają sami mieszkańcy ośrodka, surowy. Niektóre jego punkty dotyczą codziennego funkcjonowania, jak gaszenia światła czy oszczędzania wody. Ale podstawową zasadą życia w ośrodku jest „pełna jawność i szczerość”. Personel może w dowolnym momencie poddać mieszkańca testom na obecność substancji psychoaktywnych, kontrolować jego korespondencję, być obecnym przy rozmowach telefonicznych oraz przeprowadzać kontrole w pokojach. Za nieprzestrzeganie regulaminu można wylecieć z ośrodka, zostać ukaranym godziną pracy dodatkowej lub, w przypadku wulgaryzmów, przed posiłkiem recytować z pamięci fragment z listu św. Jakuba o wstrzemięźliwości języka.

Terapia podzielona jest na trzy etapy, różniące się od siebie celami, a także przywilejami. Część z nich dotyczy długości przepustek, częstotliwości rozmów telefonicznych, wpływu na życie ośrodka, a także możliwości picia kawy i herbaty. – Kościół Uliczny to początek. Konkretniejsza praca z człowiekiem zaczyna się w ośrodku – mówi Bukała. – Musimy dbać o balans między terapią i Słowem. Chcemy zajmować się człowiekiem w sposób kompletny. Pawłowski dodaje: Słowo Boże ma największą siłę. Bóg jest tak mocny, że każdego może uwolnić od uzależnień. Mój brat był uzależniony przez dziesięć lat, a w ciągu jednej sekundy został wyleczony.

Terapia w ośrodku trwa dwanaście miesięcy i dwa tygodnie. Po tym czasie mieszkaniec może skorzystać z hostelu, który mieści się w drugim budynku na posesji. Zaczyna szukać pracy. Hostel jest tani, ale nie darmowy. Jego mieszkaniec sam musi opłacić czynsz i media. Ideałem jest, gdy po sześciu miesiącach może przenieść się „na swoje”. Dziś w hostelu mieszka jedna osoba.

——

Na krzesełku znów staje Bukała. – Robimy z siebie oszołomów, robimy z siebie pośmiewisko, żeby głosić Chrystusa! Gdzie dziś byłby Chrystus? Czy byłby w super-ładnym kościółku, czy na ulicy? Znów rozlega się pieśń: „Jezus, Jezus królem jest”. Po przeszło godzinie od rozpoczęcia spotkania rozpoczyna się rozdawanie posiłku – kalafiorowej – oraz ciepłych napojów. Niektórzy stojący w kolejce próbują się przemknąć, nie oddając numerka, ale rozdający zupę twardo tego pilnują.

——

Marcin Krupa, lat 27. Pochodzi z Polkowic, wychowywał się bez ojca – zamordowano go, gdy Marcin miał 13 lat. Był ministrantem i lektorem. Zaczął ćpać, potem zajął się dilerką, rok później trafił do poprawczaka, niedługo potem, za pobicie policjanta i napad, do więzienia. Często odwołuje się do Biblii. Szybko zaczynamy mówić sobie po imieniu. Od siedmiu miesięcy w ośrodku.

Szybko zacząłem grypsować. Więzienie przestało być dla mnie strasznym miejscem. Obrosłem w piórka. Po dwóch latach wyszedłem i wpadłem w amfetaminę, która zabrała mi wszystkie plany. Znów zacząłem handlować narkotykami. Pijąc w towarzystwie recydywistów, dowiedziałem się, że jeden z kolegów psuje moją reputację na mieście. Walcząc o swój honor, pijany wtargnąłem do jego mieszkania. O mało nie zadźgałem faceta, cud, że nie trafiłem w aortę. Znów mnie zamknęli. Przestało być miło. Więzienny marazm mnie przygnębiał. Ktoś mi powiedział, że jeśli chcę spotkać się z kolegą z innego pawilonu, to mogę zapisać się na spotkanie do zielonoświątkowców. Poszedłem. Skoro już tam siedziałem, to i słuchałem.

Po czterech i pół roku wyszedłem i pojechałem do Berlina, do siostry. Zaczęły się pieniądze, dziewczyny, domy publiczne, alkohol. Łatwe, hulaszcze życie, wymuszanie haraczy, odbiór długów. Siostra wyrzuciła mnie z domu i tak trafiłem na ulicę. W końcu trafiłem do Warszawy, do Pawła. Pierwsze miesiące były ciężkie, bo alkohol wychodził ze mnie, nie mogłem się odnaleźć.

Poszedłem na nabożeństwo. Pokuta zaczęła napływać do mojego życia, płakałem, wyznawałem grzechy, przepraszałem Boga. Poszedłem do pokoju z wychowawcą i modliliśmy się, żeby Duch na mnie zstąpił. Krzyczałem, modliłem się. Od kiedy jestem z Bogiem, każdy dzień jest dla mnie ważny. Bóg uwolnił mnie też od myśli erotycznych. Zostałem uwolniony od alkoholu, narkotyków, agresji.

Nie jestem tutaj po to, żeby przezimować: mam mieszkanie w Polkowicach, gdzie mieszka moja mama, i mógłbym się tam wprowadzić. Ale wiem, że gdybym wrócił do Polkowic, to nic by mi to nie dało. Nigdy nie skończyłem czegoś, co raz zacząłem.

Chciałbym pracować wśród dzieci. Dziś gotuję czasem dla Kościoła Ulicznego.

——

Bukała woła: Podziękujcie za ten posiłek. To najlepsza restauracja w mieście! Jadłem dziś tę zupę, jest znakomita. Zaczyna się kolejna pieśń, tym razem „Hosanna”. Solistka fałszuje, ale melodia porywa do tańca jednego z bezdomnych (tego, który krzyczał dotąd „Alleluja”). Podchodzi do zespołu, zaczyna się bujać. Jeden z uczestników Kościoła Ulicznego prosi go, by odszedł nieco dalej i nie przeszkadzał śpiewającym.

——

Komentarz pod artykułem w natemat.pl: Kubek ciepłej zupy podaje się bezdomnemu na co dzień w wielu innych Kościołach i nie robi się wokół tego takiego show. Nie, nie robią nic złego – ba, wręcz coś dobrego. Ale wielu innych robi to samo po cichu.

Jesteśmy dumni z poselstwa, które głosimy – zapewnia jednak Michejów. – Wierzymy, że ma ono moc zmieniać ludzkie życie.

Michał. Urodził się w małym miasteczku pod Lublinem, w domu pełnym alkoholu i przemocy. W wieku 14 lat zaczął pić, szybko wpadł po uszy. Pobyt w wojsku skończył z wyrokiem za pobicie cywila. Ma syna, którego nigdy nie widział. W ośrodku od 8 miesięcy.

Nie byłbym w tym miejscu, gdybym nie poznał Boga. W wieku 17 lat nie potrafiłem się bawić na trzeźwego, wchodziłem do bufetu i musieli mnie z niego wynosić. Zacząłem uciekać z domu, żeby być zauważanym, ale szukano mnie tylko raz. W końcu nie wróciłem.

Poszedłem do wojska, gdzie było picie na maksa. Uciekałem, nie wracałem z przepustek. Miałem pracę, byłem kierowcą, ale potrafiłem pić do pierwszej w nocy i o czwartej siadać za kierownicą. Poznałem w wojsku dziewczynę, ale zostawiłem ją dla picia, dla Szatana. Nie zależało mi na niczym. W więzieniu poszedłem na terapię, ale po wyjściu wróciłem do alkoholu. Pojechałem do Warszawy z myślą, że jeszcze im wszystkim pokażę. Piłem nawet denaturat. Któregoś dnia przechodziłem przy metrze Centrum i trafiłem na nabożeństwo Kościoła Ulicznego. Pierwsze pytanie, które im zadałem, brzmiało: kim wy jesteście? Odpowiedzieli, że chrześcijanami. Pomyślałem, że to chyba coś dla mnie. Byłem zdesperowany, zrobiłem kilka świeckich terapii, byłem nawet w szpitalu psychiatrycznym. Wiedziałem, że jeżeli Bóg mi nie pomoże, to nic mi nie pomoże.

Po dwóch miesiącach spróbowałem nawiązać kontakt z rodziną. Zadzwonił telefon: tata jest w szpitalu po wylewie. Pojechałem do niego, a po dwóch tygodniach zmarł. Nie mogłem sobie z tym poradzić i opuściłem ośrodek. Wychodząc za furtkę, już wiedziałem, że źle zrobiłem. Wylądowałem znowu na ulicy. Pojechałem do Berlina. Trafiłem na noclegownię, gdzie pracowało dużo Polaków. Po rozmowie z opiekunką postanowiłem wrócić do Warszawy. Jechałem z przekonaniem, że Paweł mnie nie przyjmie, wyśle mnie do innego ośrodka. Ale było inaczej. Po powrocie miałem pracę do napisania: „Dlaczego opuściłem ośrodek?”.

Zacząłem od nowa nawiązywać relację z mamą. Wybaczyła mi te wszystkie rzeczy, które zrobiłem. Chciałbym też odzyskać kontakt z synem. Wiem, jak bardzo skrzywdziłem tę dziewczynę i tego chłopca. Nigdzie nie zaznałem tyle miłości co tutaj. Nie zawsze jest pięknie i kolorowo. Ale zmienianie charakteru musi boleć.

——

Na krzesełku staje Sebastian, potężnie zbudowany, wysoki mężczyzna. Zaczyna opowiadać o swoim życiu. Ciągle brakowało mu wrażeń. Wpadł w alkohol, narkotyki, był skinem. Jak mówi, pił, bił i ćpał. Jego szwagierka, mieszkająca w Stanach i związana z tamtejszą wspólnotą protestancką, poprosiła go, by kupił jej kasety z kazaniami pewnego pastora. Sprzedaż odbywała się podczas nabożeństw. Po kilku wizytach zaczął się zmieniać, choć bardzo powoli, trwało to parę lat. – Tam było inaczej niż w kościele katolickim. Z całego jego wystąpienia wybrzmiewa nuta wyraźnie opozycyjna wobec katolicyzmu, prawie wroga.

——

Zapraszamy do współpracy również katolików. Od początku zależało nam, żeby nikt nie utożsamiał naszej działalności z żadnym Kościołem. Gdy ktoś mnie pyta, kim jestem, odpowiadam: chrześcijaninem – przekonuje Bukała. Jednak nie wszędzie tak to wygląda. Michejów mówi wprost: Jesteśmy otwarci na współpracę, ale tylko w gronie wspólnot Kościołów w nurcie ewangelicznym. Nie będziemy wychodzili poza to środowisko.

Artur Pawłowski opowiada zaś, że każdemu, kto przychodzi i chce służyć w Kościele Ulicznym w Calgary, zadaje tylko dwa pytania: „czy kocha Jezusa Chrystusa?” i „czy kocha tych ludzi?”. – Nic więcej mnie nie interesuje.

——

Bukała namawia do podchodzenia do osób z żółtymi smyczami na szyi i proszenia o modlitwę. Niektórzy podchodzą. Członkowie Kościoła Ulicznego kładą na nich ręce i głośno się modlą, niekiedy w dwie osoby. Zabrakło mi przekonania, by podejść. To nie dla mnie. Nie chciałem tego robić wyłącznie z dziennikarskiego obowiązku.

——

Liczby:

  • 20 000 – posiłków rocznie rozdaje Kościół Uliczny w Warszawie.
  • 200 000 posiłków rocznie rozdaje Kościół Uliczny w Calgary.
  • 12 wspólnot chrześcijan ewangelicznie wierzących zaangażowanych jest w Kościół Uliczny w Warszawie.
  • 500 złotych kosztuje miesięczny pobyt jednego mieszkańca w ośrodku „Nowy Początek”.
  • 4 razy w tygodniu odbywają się nabożeństwa Kościoła Ulicznego w Calgary.

——

Kolejne śpiewy. Słowa: „Twoja miłość jak ciepły deszcz” niosą się po dołku w centrum. Spotkanie powoli się kończy. Myślę o tym wszystkim, co widziałem i usłyszałem. Nie wiem, czy taka formuła społecznego zaangażowania, manifestowania swojej wiary w świecie i ewangelizacji jest najlepsza. Ale na pewno może być inspiracją dla przedstawicieli innych wspólnot, by wyjść na ulicę. Już nie tylko po to, by manifestować, ale po to, by spotkać tam człowieka. Idę w stronę tramwaju. Na przystanku nie słychać już nawet echa.

Utopijny komunista patrzy na getto

Do zdrowia wstęp wzbroniony. Leczenie ludzi chorych w sytuacji bezdomności

Wykonanie prześwietlenia rentgenowskiego, diagnostyki laboratoryjnej czy skierowanie do specjalisty osoby „zameldowanej na stałe” w warszawskim kanale, na działce lub nawet w schronisku dla bezdomnych zawsze wymagało długotrwałych i nieoczywistych zabiegów. Było to przedmiotem debat m.in. Komisji Dialogu Społecznego ds. Bezdomności m.st. Warszawa oraz Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Powołano zespół roboczy, który zaczął zbierać podobne sygnały od praktyków obserwujących analogiczną sytuację w kraju. Powstał raport1, którego główne wnioski omawiamy w niniejszym artykule.

W czym problem?

Według Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej (art. 68) każdy ma prawo do ochrony zdrowia, a obywatelom niezależnie od ich sytuacji materialnej władze publiczne powinny zapewnić równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Szczegóły określają stosowne ustawy, na mocy których część pieniędzy wpłacanych do budżetu w formie podatków jest przeznaczanych na utrzymanie systemu opieki zdrowotnej i udzielanie stosownych świadczeń obywatelom. Jak wszystkie rozwiązania systemowe, i te w niektórych przypadkach zawodzą, powodując wykluczenie pewnych grup. Taką grupę stanowią ludzie znajdujący się w sytuacji bezdomności w jej najtrudniejszym z możliwych wymiarów: bytujący dosłownie na ulicach, w parkach, na klatkach schodowych, w altankach działkowych, w miejskich zaroślach lub w noclegowniach, schroniskach i różnorodnych instytucjach zapewniających czasowe wsparcie. Wielu bezdomnych nie tylko nie posiada domu w sensie fizycznym. Brakuje im także poczucia sensu życia, korzeni, relacji społecznych i tożsamości. Znajdują się nie tylko poza systemem opieki zdrowotnej, ale ogólnie poza jakimikolwiek systemami regulującymi życie we współczesnym państwie, m.in. nie posiadają dowodów tożsamości ani dokumentów określonych w ustawach i przepisach uprawniających do korzystania z pomocy. Często nie posiadają kompetencji niezbędnych do funkcjonowania w ramach organizmu społecznego. Istotą ich stanu jest nieumiejętność czy też niemożliwość funkcjonowania w ramach systemu.

Bazując na dostępnych danych i przybliżeniach, można stwierdzić, że ludzie znajdujący się w sytuacji bezdomności stanowią około półtora procenta populacji (0,8% do 1,6%)2. Współczesne badania naukowe i obserwacje praktyków każą sądzić, że nie ma wielkiego sensu tworzenie definicji „osoby bezdomnej”, bowiem to nie cechy personalne decydują o tym stanie. Na ulicy lądują ludzie o bardzo różnych historiach życiowych. Są wśród nich np. ojcowie rodzin, którzy po rozwodzie cały dobytek zostawili byłej żonie, aby zabezpieczyć dzieci, ale także „alimenciarze” pracujący na czarno, żeby uniknąć płacenia alimentów. Są osoby o niskim poziomie intelektualnym, które skuszone współczesną ofertą zaciągnęły pożyczki na różne dobra i nie były w stanie ich spłacić. Są też wychowankowie domów dziecka, „przygotowywani do samodzielności” przez opiekunów poświęcających im pół godziny na kwartał, którzy nie załapali się na jedno z kilkunastu mieszkań chronionych łaskawie przeznaczanych na ich potrzeby przez samorządy. Są ofiary przemocy w rodzinie, uciekające z dziećmi przed agresorem. Nie łączą ich cechy charakteru, lecz bardziej lub mniej skomplikowana sytuacja mieszkaniowa, w jakiej się znaleźli.

Dlatego mówimy raczej o „kontinuum sytuacji mieszkaniowych”, w których znalezienie się oznacza bezdomność: od przebywania w przestrzeni publicznej (np. na ławce, w pustostanie, na klatce, na dworcu), mieszkania w placówce „dla bezdomnych”, przebywania w ośrodku dla uchodźców, przez mieszkanie „kątem” u przyjaciół lub znajomych, w podnajmowanym pokoju czy przeludnionym lub substandardowym lokalu (według typologii badaczy europejskich takich sytuacji jest trzynaście3). Trwanie w takich sytuacjach nie jest wieczne – ludzie doświadczają ich zwykle od kilku dni do kilku(nastu) lat. Polskie badania nad bezdomnością wypaczają ten fakt, ponieważ koncentrują się na tworzeniu obrazu bezdomności w jednym konkretnym punkcie w czasie, np. jednej nocy4. Przy takim podejściu uzyskiwany obraz jest bardzo statyczny, tymczasem w istocie wewnętrzna dynamika tej populacji jest ogromna.

Wbrew powszechnemu stereotypowi bezdomność nie jest także wyborem. Takie przekonanie stanowi wyraz głębokiego niezrozumienia sytuacji, w jakiej bytują ludzie na ulicach. Krzywdzącym uproszczeniem jest przyjęcie, iż bezdomność wybiera osoba, która nie chce skorzystać z instrumentów pomocy społecznej przewidzianych dla ludzi w takiej sytuacji życiowej, np. podczas mrozu śpi na parkowej ławce, mimo iż w miejskiej noclegowni są wolne miejsca, czy nie podpisuje indywidualnego programu wychodzenia z bezdomności w miejscowym ośrodku pomocy społecznej, choć dałoby jej to prawo do korzystania ze świadczeń zdrowotnych, finansowanych z budżetu państwa. Pomoc może być odrzucona, ponieważ jest źle zaplanowana i nie rozwiązuje rzeczywistego problemu osoby, a nie dlatego, że osoba ta wybiera bezdomność. Rzetelnie analizując relacje ludzi, którzy znajdowali się lub wciąż znajdują w sytuacji bezdomności, łatwo można dostrzec, iż zawsze wiąże się to z ogromnym cierpieniem. Jedynie przypadkowym obserwatorom może wydawać się inaczej.

Wszystkie wspomniane czynniki znacząco utrudniają, a w wielu przypadkach wręcz uniemożliwiają leczenie w ramach usług NFZ chorych bezdomnych. Prawdopodobnie dlatego większość pomocy jest świadczona przez organizacje pozarządowe. Ludzie wrażliwi na cudzy los nie potrafią przejść obok cierpienia innych, zasłaniając się brakiem przepisów, procedur lub funduszy. Po prostu zatykają nos, czyszczą zaniedbaną ranę z robaków, zakładają opatrunek i podają leki mieszkańcowi śmietnikowej altanki – bez względu na to, czy ma dowód osobisty, czy nie. Namawiają swoich znajomych, np. lekarzy, aby poświęcili pomocy innym kilka godzin społecznej pracy w tygodniu. Organizują się dalej i tworzą np. specjalistyczną poradnię zdrowia czy schronisko, gdzie w przyzwoitych warunkach mogą przebywać pacjenci wypisani ze szpitala, którzy zwyczajnie nie mają się dokąd udać. Poszukują też tańszych lub niepotrzebnych już innym leków. Wszystkiego jednak zrobić nie mogą.

Ponieważ ludzie trafiający do placówek „dla bezdomnych” mają za sobą bardzo różne przeżycia, posiadają też różne potrzeby. Wiele osób ma problemy zdrowotne, bez których rozwiązania nie jest możliwe podjęcie trudnego tzw. wychodzenia z bezdomności. Człowiek z zapaleniem płuc myśli przede wszystkim, jak uśmierzyć ból. Podejmowanie trudnych decyzji dotyczących własnego życia, np. podjęcie terapii uzależnień czy nawiązanie kontaktu z opuszczonym po długotrwałym konflikcie partnerem lub zgłoszenie się do ośrodka pomocy społecznej, będzie absolutnie wtórne. Leczenie jest warunkiem wstępnym.

Bezdomni chorują nie tylko na zapalenie płuc. Warto chyba przytoczyć kilka relacji pracowników próbujących ich wspierać. Pierwsza pochodzi od osoby zarządzającej kilkoma placówkami jednej organizacji w dużym mieście (m.in. miejska noclegownia oraz program streetworkingu):

Do noclegowni przychodzą z wizytą do lekarza i pielęgniarki uliczni bezdomni w celu dezynfekcji, zaopatrzenia ran, wymiany opatrunków itp. Często ich stan zdrowia okazuje się poważny. Jeżeli nie udzielimy im pomocy w tym momencie, mogą nie pojawić się więcej. Nasi pracownicy wyjeżdżają na dworce i w inne miejsca gromadzenia się „ulicznych bezdomnych”, aby proponować im pobyt w placówce. Stan higieniczno-sanitarno-zdrowotny niektórych z nich wymaga natychmiastowej diagnostyki pod kątem m.in. gruźlicy. Niestety nie jest to możliwe, bowiem o ile gruźlicę, jako chorobę społeczną, można leczyć bezpłatnie, to już zdjęcia RTG klatki piersiowej nikt nie zrobi nieubezpieczonemu. Tymczasem skutki przyjęcia do schroniska, w którym przebywa 150 osób, osoby prątkującej są dużo bardziej kosztowne społecznie. Bywa, że wykonanie prześwietlenia jest możliwe dopiero po trzech tygodniach, tyle bowiem trwa procedura uzyskania prawa do ubezpieczenia.

Kolejna ilustracja pochodzi ze specjalistycznego schroniska dla chorych w okolicach dużego miasta. Do schroniska przywożone są osoby z ulicy, pacjenci wypisywani ze szpitali, ogólnie osoby bezdomne, które ze względu na stan zdrowia nie mogą przebywać w tradycyjnym schronisku (nie ma w nich lekarzy ani pielęgniarek). Jest to lista najczęściej spotykanych problemów zdrowotnych mieszkańców, opracowana przez miejscową pielęgniarkę:

  • Niedożywienie, wyniszczenie, anemia: najczęściej dotyczą osób z ulicy, z działek lub dworca, wiele z nich ma padaczkę poalkoholową. Pielęgniarka niezbędna jest do: pobrania podstawowych badań, jeżeli lekarz zaleci przetoczenia płynów dożylnych, systematycznego podawania leków zarówno na padaczkę, jak i leków wzmacniających, aby osoba taka jak najszybciej ,,doszła do siebie”, pilnowania przyjmowania posiłków (z reguły na początku osoby takie nie mają apetytu), odpowiedniego postępowania z chorym podczas ataku padaczki.
  • Owrzodzenia podudzi: zdarzają się bardzo często – również u osób, które przyjechały ze szpitala, ponieważ tam zaproponowano im amputację, na co nie wyrazili zgody i trafili do nas. Owrzodzenia obejmują jedną lub dwie kończyny dolne, trzeba codziennie wykonywać opatrunki, rany są śmierdzące i brudne, ponieważ chodzili na zmianę opatrunku raz w tygodniu albo rzadziej. Czasami zdejmując opatrunek, znajduje się robaki w ranie. Konieczne jest odpowiednie dozowanie i podawanie środków przeciwbólowych (oczywiście po konsultacji z lekarzem).
  • Wszawica/świerzb, zaniedbana łuszczyca: chorzy muszą być na jakiś czas odizolowani. Systematycznie trzeba nie tylko smarować ich środkami przeciwświerzbowymi i przeciw wszawicy, ale wykonywać również zabiegi higieniczne, kąpiele, zmianę bielizny, ubrania. Wszawica zdarza się bardzo często, nawet u osób przyjętych ze szpitala. Jeśli chodzi o łuszczycę, konieczna jest konsultacja z lekarzem i smarowanie odpowiednimi środkami.
  • Chorzy po amputacjach: wymagają przeważnie zmiany opatrunków. Mamy obecnie pacjenta, który jest po amputacji obydwu kończyn i niestety na jednej kończynie rana przez długi czas nie chciała się zagoić, wyciekały z niej ogromne ilości ropy. Wykonano posiew z rany. Pacjent otrzymał odpowiedni antybiotyk, który niestety nie pomógł. W tamtym tygodniu rana otworzyła się głębiej i okazało się, że został w niej gruby szew – około 5 cm długości.
  • Schorzenia psychiczne: zdarzają się często. Tutaj potrzebna jest umiejętność odpowiedniego postępowania z pacjentem i oczywiście regularne podawanie leków oraz pilnowanie, aby pacjent przyjął je przy pielęgniarce.

Instytucje pomocowe starają się dostosować swoją ofertę do pojawiających się potrzeb poprzez specjalizację i podział pracy. Konkretne kształty rozwiązań lokalnych są pochodną nisz, w jakich powstały. Wydaje się, że można mówić o czterech rodzajach pomocy:

Pomoc lekarska udzielana w placówkach przyjmujących ludzi bezdomnych interwencyjnie, w odpowiedzi na natychmiastową potrzebę, np. w noclegowniach, czasem schroniskach. Obejmuje pomoc pielęgniarską i podstawową lekarską oraz zapewnienie leków i środków opatrunkowych.

Placówki stacjonarne z definicji „dla chorych”, czasem nazywane specjalistycznymi (Warszawa), do których są przyjmowane osoby bezdomne w stanie zdrowia uniemożliwiającym im pobyt w tradycyjnej placówce dla bezdomnych. Pomoc pielęgniarki, lekarza internisty, czasem lekarza psychiatry, zapewnienie leków i środków opatrunkowych.

Domy dla osób bezdomnych starszych, chorych i niepełnosprawnych. Pomoc pielęgniarki i lekarzy specjalistów, leki i środki opatrunkowe.

Punkty pomocy medycznej, poradnie zdrowia, czyli instytucje o charakterze niestacjonarnym, zapewniające podstawową i czasem specjalistyczną pomoc lekarską, a także leki i środki opatrunkowe.

Zdarza się, że formy te współwystępują w ramach jednej placówki w zależności od struktury lokalnego sytemu polityki społecznej. Warto zauważyć, że praktycznie w każdym większym polskim mieście, w którym występuje problem bezdomności, wykształciły się placówki adresujące ofertę specyficznie do osób chorych bezdomnych (Warszawa, Kraków, Wrocław, Pomorze).

Warto przytoczyć listę usług świadczonych przez specjalistyczną poradnię zdrowia dla bezdomnych w dużym mieście. W 2011 r. lekarze wolontariusze (internista, kardiolog, chirurg, dermatolog, laryngolog, psychiatra, pulmonolog, stomatolog) przyjęli 8444 wizyt. Pielęgniarki wykonały niemal 15 tysięcy opatrunków. Każdego roku z pomocy poradni korzysta średnio 1100 osób – część z nich kilkakrotnie.

Jeśli stan zdrowia człowieka jest wyraźnie i w oczywisty sposób zły, trafia on do publicznego szpitala. Teoretycznie pomoc ratująca życie jest udzielana bez względu na posiadanie prawa do ubezpieczenia, jednak w wielu przypadkach niezbędne jest dalsze leczenie. Jak mówi pielęgniarka zatrudniona w szpitalu publicznym:

Do naszego szpitala bardzo często przyjmowane są osoby bezdomne nieubezpieczone, przywożone ze schroniska i z ulicy. Najczęściej są hospitalizowani na oddziale wewnętrznym i chirurgicznym ogólnym. Trafiają bardzo zaniedbani higienicznie, w ciężkim lub bardzo ciężkim stanie zdrowia: z zapaleniem płuc, odleżynami, odmrożeniami, ranami. Najczęściej wymagają izolacji z przyczyn epidemiologicznych, a także drogiej terapii lekowej oraz wielokierunkowej diagnostyki. […] Po wypisaniu ze szpitala ze względu na brak środków finansowych nie realizują recept, nie leczą się w POZ i nie korzystają z poradni specjalistycznych, gdyż nikt ich nie przyjmie bez ubezpieczenia. Nie lecząc się, wracają do naszego szpitala.

Poziom skomplikowania, długotrwałość oraz niepełna skuteczność procedury, w ramach której szpitale uzyskują zwrot kosztów poniesionych z tytułu udzielenia pomocy ratującej życie osobie nieubezpieczonej, powodują niechęć do przyjmowania osób o takiej charakterystyce. Nie mówiąc już o tym, co pielęgniarka w relacji wyżej określiła oględnie „zaniedbaniem higienicznym”, czyli smrodzie, wielu warstwach brudu i ubrań, które trzeba rozcinać, oraz o skórze, której doczyszczenie wymaga wielokrotnych kąpieli z użyciem szczotki. Nie jest to praca, którą personel szpitalny – przynajmniej znakomita większość – wykonuje szczególnie chętnie. Wszak nie ma ona wiele wspólnego z leczeniem.

Gdzie jest państwo – sektor publiczny?

Fakt dominacji form pomocy świadczonych przez organizacje pozarządowe w tej sferze nie oznacza, że twórcy polskiego prawa oraz sektor publiczny ignorują problem. Po pierwsze, jak wspomniano, szpitale udzielają pomocy w nagłych przypadkach bez względu na fakt posiadania ubezpieczenia zdrowotnego i mają prawo ubiegać się o zwrot środków poniesionych z tego tytułu. Po drugie, każda osoba po spełnieniu pewnych warunków, m.in. posiadania dowodu osobistego oraz przejścia rodzinnego wywiadu środowiskowego prowadzonego przez pracownika socjalnego, dysponuje możliwością uzyskania czasowego prawa do świadczeń zdrowotnych finansowanych z budżetu państwa poprzez decyzję administracyjną wójta, burmistrza lub prezydenta gminy (art. 64 Ustawy z 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych). Zazwyczaj prawo to jest przyznawane na 90 dni. Ze względu na organ, który je zatwierdza, nazywane jest potocznie „ubezpieczeniem prezydenckim”.

Z procedury tej korzystają wszystkie instytucje udzielające wsparcia z tytułu bezdomności lub mające chorych bezdomnych wśród swoich klientów. Praktycznie każda placówka (schronisko, dom czy szpital) zatrudnia pracownika socjalnego lub posiada ugruntowaną bieżącą współpracę z pracownikiem socjalnym z lokalnego ośrodka pomocy społecznej. Przeprowadzanie procedury „ubezpieczenia prezydenckiego” to ich podstawowe zajęcie. Przykładowo pracownik socjalny ze specjalistycznej poradni zdrowia w 2011 r. udzielił 1030 konsultacji w tej sprawie. Pracownicy dwóch warszawskich szpitali miejskich, słynących z nieodmawiania pomocy osobom bezdomnym, prowadzą miesięcznie średnio 30 takich spraw.

Przeprowadzenie procedury nie jest łatwe, ponieważ status formalno-prawny ludzi w sytuacji bezdomności najczęściej jest bardzo skomplikowany. Ilustruje to relacja pracownika schroniska specjalistycznego dla chorych, który przechodzi do jej realizacji niezwłocznie po udzieleniu niezbędnej pomocy mieszkańcowi:

Zazwyczaj przy przyjęciu mieszkańcy nie posiadają kompletu dokumentów: dowodów osobistych, ubezpieczeń zdrowotnych, dokumentacji medycznej. Stopień skomplikowania ich spraw wpływa na długość ich rozwiązywania. Standardowo mieszkaniec rozpoczyna procedurę załatwiania ubezpieczenia zdrowotnego, dowodu osobistego, orzeczenia o stopniu niepełnosprawności, świadczeń socjalnych, a w dalszej kolejności Domu Pomocy Społecznej, Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego (w przypadku postępującej choroby nowotworowej mieszkańca w stanie paliatywnym – hospicjum). Procedury trwają zazwyczaj wiele miesięcy, podczas których osoba wymaga opieki medycznej. […] Gdy mieszkaniec przy przyjęciu jest nieubezpieczony, pracownik przystępuje do przeprowadzenia wywiadu środowiskowego. Dokument potwierdzający ubezpieczenie przychodzi po około miesiącu. W tym czasie mieszkaniec musi korzystać z pomocy lekarskiej i pielęgniarskiej w schronisku i w przychodni dla bezdomnych. Konieczne natychmiastowo wizyty lub badania u specjalistów opłacamy prywatnie, a gdy nastąpi nagłe pogorszenie stanu zdrowia, wzywamy karetkę pogotowia. Niejednokrotnie sprawy mieszkańców przedłużają się nawet o ponad rok z powodu spraw sądowych poszczególnych gmin, które spierają się o to, do której z gmin osoba bezdomna przynależy. Zdarza się, że gmina nie chce ubezpieczyć osoby ze względu na wcześniejszy „brak współpracy” (poza sytuacjami pilnymi, gdy prosi szpital). Niektóre gminy nie chcą realizować świadczeń wobec osób, które od lat nie przebywają na ich terenie, choć są tam zameldowane, twierdząc, że to już nie jest ich mieszkaniec. Próbują przerzucić odpowiedzialność na gminę przebywania.

Podobne problemy dostrzegają pracownicy socjalni zatrudnieni w szpitalach. Przytaczamy relację pracownika dużego szpitala miejskiego, który słynie z tego, że mimo utrudnień regularnie udziela wsparcia ludziom w sytuacji bezdomności:

Pacjenci [bezdomni] w większości przypadków nie mają ubezpieczenia, czasami posiadają decyzję na 90 dni, ponieważ wcześniej byli leczeni w innych szpitalach. Często nie posiadają dowodów osobistych. Jako pracownik socjalny po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego wysyłam wniosek do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w celu potwierdzenia prawa do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, ale czas oczekiwania na otrzymanie decyzji jest bardzo długi, trwa ponad miesiąc, pacjenta już dawno nie ma w szpitalu.

Mimo dobrej znajomości procedury i szerokiego jej stosowania przez pracowników instytucji mających wśród klientów osoby w sytuacji bezdomności, zaproponowana przez ustawodawcę opcja interwencyjnego ubezpieczenia dla osób spoza systemu powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego wciąż pozostawia pewną grupę bez pomocy. Najczęściej spotykane sytuacje, w których obecne rozwiązania zawodzą, to: (1) brak możliwości ustalenia tożsamości osoby, np. brak dokumentów lub brak przytomności?/?świadomości osoby; (2) brak możliwości ustalenia gminy ostatniego zameldowania na pobyt stały; (3) zgon lub samowolne opuszczenie szpitala przez pacjenta przed zakończeniem, a czasem nawet rozpoczęciem procedury. Jakiekolwiek odstępstwo od „normalności”, np. bycie osobą ubezwłasnowolnioną, obcokrajowcem bez karty pobytu lub spoza UE, potęguje trudności w zakończeniu procedury, wydatnie wpływając na jej wydłużenie.

W obecnym porządku prawnym występują sytuacje, w których ludzie wymagają pomocy medycznej, a jednocześnie nie mają szansy na posiadanie prawa do ubezpieczenia w momencie, w którym jest ona niezbędna. Jej nieudzielenie praktycznie likwiduje lub znacząco odkłada w czasie perspektywę jakiejkolwiek pozytywnej zmiany w życiu osoby bezdomnej. Właśnie ludzie w tej szczególnej sytuacji stanowią zasadniczą grupę podopiecznych organizacji pozarządowych.

Organizacjeświadczące pomoc medyczną osobom w sytuacjach opisanych wyżej uzyskują niekiedy dofinansowanie od samorządów lokalnych. Jednak bardzo rzadko zabezpieczenie potrzeb zdrowotnych ludzi trafiających do placówek finansowane jest wprost. Prawie nigdy organizacja nie uzyskuje całkowitego finansowania z jednego źródła. Konkretny sposób finansowania zależy od rozwiązań przyjętych przez poszczególne samorządy w odniesieniu do problemu bezdomności w ogóle. Jest to konsekwencją różnic w lokalnym charakterze zjawiska bezdomności. Na przykład w Warszawie według szacunków od 40% do 60% osób korzystających ze schronisk pochodzi spoza stolicy, podczas gdy w mniejszych miastach odsetek bezdomnych napływowych jest znacznie mniejszy. Wpływa to bezpośrednio na możliwości udzielania pomocy, której istotnym kryterium jest ustalenie „przynależności administracyjnej”, np. gminy ostatniego zameldowania na pobyt stały.

Zdaniem niektórych samorządów lokalnych (m.in. m.st. Warszawa, Wrocław) nie jest możliwe powierzanie lub zlecanie zadań o charakterze medycznym organizacjom pozarządowym wspierającym ludzi w sytuacji bezdomności. Aby nie doprowadzać do upadłości placówek, stosuje się rozwiązania zastępcze, np. pielęgniarki zatrudniane są jako koordynatorki, a poradnia zdrowia otrzymuje nazwę punktu informacyjnego dla bezdomnych.

W wydziałowo-resortowej strukturze polskiej administracji bezdomność jest przypisana do „pomocy społecznej”, a ta, jak wiadomo, nie dotyczy sfery leczenia. Z kolei „zdrowie” nie zajmuje się bezdomnością, ponieważ jest to domena pomocy społecznej. Oczekuje się, iż organizacje zajmujące się bezdomnością będą startować w konkursach jedynie na zadania z zakresu pomocy społecznej.

Krajowe i wojewódzkie programy/konkursy dla organizacji pozarządowych jeśli umożliwiają finansowanie takiej działalności, to nie wprost. Jedynie w ramach funduszu pomocy postpenitencjarnej możliwe jest otwarte aplikowanie o dofinansowanie kosztów leczenia. Fundusz ten jednak nie może być wykorzystywany przez wszystkie organizacje z innych względów. W warunkach pozostałych konkursów figuruje zastrzeżenie o niemożliwości przeznaczenia dotacji na koszty leczenia. Warto zauważyć, iż mimo powszechnie występujących problemów zdrowotnych wśród ludzi bezdomnych, w tym chorób niosących zagrożenie dla zdrowia publicznego (m.in. gruźlica), żaden konkurs prowadzony przez Ministerstwo Zdrowia nie zawiera priorytetu pozwalającego na dofinansowanie działań organizacji tego sektora.

W praktyce ten rodzaj działania organizacje finansują z nielicznych środków własnych, czyli darowizn i dotacji od instytucji prywatnych, i/lub uzupełniają braki wolontariatem albo pracą po godzinach. Zdarza się, że muszą ograniczyć zakres świadczonej pomocy, ponieważ po prostu nie są w stanie pracować więcej.

Podsumowanie

Doświadczenia wskazują, że zawsze występują sytuacje, w których ludzie – zwłaszcza znajdujący się w sytuacji bezdomności – będą potrzebowali pomocy lekarskiej, jednocześnie nie posiadając prawa do niej w świetle aktualnych procedur. Inne doświadczenia każą przypuszczać, że zawsze będą istnieli ludzie, którzy widząc taką sytuację, zechcą udzielić pomocy nie tylko indywidualnej osobie, ale również większej grupie. To ludzie z misją, którzy są dumni ze swojej działalności i nie oczekują, iż państwo w całości ich zastąpi. Mają jednak nadzieję na uzyskanie wsparcia wypracowanego w drodze społecznego dialogu i w myśl zasady pomocniczości, wpisanej do Preambuły Konstytucji RP.

Obecnie na hasło „leczenie bezdomnych” pojawia się w wyszukiwarce internetowej lista artykułów, których autorzy obliczają, ile szpitale „tracą” na leczeniu ludzi nieubezpieczonych. Taka retoryka powinna być uzupełniona relacjami osób, którym uratowano życie dzięki interwencji bez oglądania się na procedury. Niestety dziennikarzom, dyrektorom szpitali i urzędnikom ciężko oceniać efektywność działań miarą inną niż finansowa – uratowane ludzkie życie nie może się przebić jako wskaźnik jakości naszych działań. Trzeba to zmienić.

Przypisy:

  1. Porowska A., Wygnańska J., Leczenie ludzi chorych w sytuacji bezdomności. Raport Zespołu ds. Zdrowia Warszawskiej Rady Opiekuńczej, Warszawa 2012, www.bezdomnosc.edu.pl
  2. Współczesne szacunki dotyczące skali bezdomności w Polsce mieszczą się w przedziale 30–60 tys. osób. Dotyczą one osób, które znalazły się w sytuacji bezpośredniej bezdomności, czyli bez dachu nad głową lub w instytucjach „dla bezdomnych”.
  3. Europejska Typologia Bezdomności i Wykluczenia Mieszkaniowego ETHOS: http://www.bezdomnosc.edu.pl/content/blogcategory/16/71/
  4. Więcej o miarach bezdomności w opracowaniu: Julia Wygnańska, Metodologia badania bezdomności i miary podstawowe a system pomocy ludziom w sytuacji bezdomności i wykluczenia mieszkaniowego: http://www.bezdomnosc.edu.pl/images/PLIKI/Wiadomosci/opracowanie_metodologia-badania-bezdomnosci-miary-podstawowe.pdf