Ministerstwo Gospodarki Społecznej

Gdybym mógł decydować, to starałbym się nadać inny niż obecny kierunek gospodarczej i społecznej polityce Polski. Oczywiście ta polityka powinna być zakotwiczona w profesjonalnej diagnozie i orientować się na jasno określone cele. Te ostatnie nigdy nie mogą być jednak w pełni obiektywne. Ich zdefiniowanie zawsze związane jest z preferencją określonych interesów i wyrasta z aksjologicznych przekonań.

Patrzę na procesy społeczne i gospodarcze przede wszystkim przez pryzmat długookresowych interesów dużych grup (pracowników, rolników, a także świadczeniobiorców). Jestem przekonany, że realna równość szans jest najważniejszym warunkiem możliwie szybkiego rozwoju gospodarczego. Przyjmuję, że nie ma globalnej i pozytywnej alternatywy dla ładu ustrojowego opartego o demokrację przedstawicielską, rynek i prywatną własność. Rynek ma jednak pewne wady i dlatego konieczna jest aktywna polityka suwerennego państwa. Poniżej formułuję postulaty zgodne z tą generalną orientacją.

W najbliższych latach polityka makroekonomiczna powinna być zrównoważona, tzn. musi ograniczać deficyt, a jednocześnie w maksymalnie możliwym stopniu stymulować popyt globalny. Jedyna droga to zwiększenie podatkowych obciążeń grup o wysokich dochodach. Tylko gospodarstwa domowe o wysokich dochodach mogą bowiem ponieść dodatkowe ciężary na rzecz redukcji deficytu, a mimo to nie ograniczyć bieżących wydatków na dobra krajowe.

Kompleksowa reforma podatkowa (nie tylko z powodu wyżej wspomnianych uwarunkowań makroekonomicznych) powinna generalnie zmierzać do ustanowienia realnie progresywnych obciążeń. W moim przekonaniu powinna ona obejmować: likwidację podatku liniowego dla samozatrudnionych (ten podatek płacą tylko najbogatsi), niewielkie (o 1–2 punkty procentowe) obniżenie dolnej stawki podatku PIT i ustanowienie nowej górnej stawki od nadwyżki ponad bardzo wysokie dochody (np. ponad 50 tys. miesięcznie), stopniowe obejmowanie podatkiem PIT na ogólnych zasadach dochodów z rolnictwa (wliczając w nie dotacje obszarowe z UE), ograniczenie (przez wprowadzenie na szeroką skalę kategorii kosztu zryczałtowanego) zaniżania dochodów do opodatkowania dokonywanego przez sztuczne zaliczanie do kosztów wydatków konsumpcyjnych (np. na luksusowy samochód), opodatkowanie transakcji na rynku kapitałowym (pod warunkiem wprowadzenia takiego podatku w UE).

Reforma podatkowa powinna też zmienić konstrukcję podatku od nieruchomości poprzez przyjęcie, że podstawą wymiaru podatku jest jej wartość. Powinny być jednak zastosowane bardzo niskie stawki, tak by ciężary podatkowe np. właściciela „standardowego” mieszkania lub domu jednorodzinnego nie wzrosły. Należy też powrócić do pobierania podatku od spadków i darowizn, ale znaczna wartość spadku (np. 500 tys. zł) przypadająca na jednego spadkobiercę powinna być z podatku zwolniona.

Zasadniczych zmian wymaga również system ubezpieczeń emerytalno-rentowych. Najważniejsze jest ustanowienie zasady, że wszystkie dochody z pracy są „oskładkowane” według jednolitej stawki. Zasada ta powinna obejmować również rolników i „mundurowych”. Można oczekiwać, że w konsekwencji wprowadzenia tych zmian ustaną zasadnicze przyczyny wymuszania tzw. umów śmieciowych. Ponadto należy znieść jednolity wiek emerytalny, ustalając normę minimalną (62 lata dla kobiet i 64 dla mężczyzn), upoważniającą pracownika do przejścia na (nieco obniżoną) emeryturę, i normę maksymalną (odpowiednio 64 i 66 lat), upoważniającą pracodawcę (ale nie obowiązkowo) do „wysłania” pracownika na emeryturę. Uczestnictwo (i jego zakres) w II filarze powinno być dobrowolne, a katalog podmiotów rynkowych upoważnionych do gromadzenia składek ubezpieczeniowych rozszerzony na duże banki. Dla likwidacji (lub choćby ograniczenia) redystrybucji na rzecz ubezpieczonych o wyższych dochodach należy wprowadzić łagodną degresję wysokości świadczeń względem zgromadzonych kapitałów emerytalnych. Limit wynagrodzenia (dochodu) oskładkowanego należy powiększyć z obecnych 2,5 średnich wynagrodzeń do np. pięciu średnich. Jednocześnie ustanowić trzeba prawo ubezpieczonego do jednorazowego pobrania części kapitału emerytalnego, ponad kwotę zabezpieczającą wypłatę świadczenia na przeciętnym poziomie – oczywiście świadczenie byłoby wtedy odpowiednio obniżane.

Konieczne jest również poprawienie zabezpieczenia socjalnego dla osób bezrobotnych poprzez rozszerzenie uprawnień do zasiłku, a także jego niewielkie zwiększenie. Równolegle z tym wzmocnić należy kontrolę zatrudnienia, a także ustanowić w ograniczonym zakresie obowiązek świadczenia pracy przez osoby bezrobotne na rzecz społeczności lokalnej.

Wzmocniłbym również politykę przeciwdziałania zapaści demograficznej. Konieczne jest w krótkim okresie zagwarantowanie powszechnego dostępu do żłobków i przedszkoli – bezpłatnych dla rodzin wielodzietnych i wysoko dotowanych dla pozostałych. W nieodległej przyszłości ustanowione powinno być także uprawnienie rodzin do bonów na zakup „wyprawki szkolnej” (przede wszystkim podręczników). Płatne urlopy macierzyńskie zastąpiłbym „stypendiami” dla matek/ojców zajmujących się dziećmi do lat 3. Stypendia w tej samej wysokości, np. na poziomie minimalnego wynagrodzenia, byłyby przyznawane bez względu na wcześniejsze zatrudnienie.

Ponadto konieczne jest ograniczenie niektórych rodzajów wydatków publicznych. Wiele instytucji jest rozbudowanych ponad miarę. Liczba członków Trybunału Konstytucyjnego, Rady Polityki Pieniężnej, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji powinna być radykalnie zmniejszona. Dodatkowo zmniejszone powinny być koszty administracyjne, a także nakłady na utrzymanie sejmu, senatu, urzędu prezydenta. Poza tym zrezygnowałbym z trójszczeblowego systemu samorządów terytorialnych i zlikwidowałbym samorządy powiatów. Można także bez szkody zmniejszyć dotacje do partii politycznych nawet o 2/3.

Istotne oszczędności można uzyskać również poprzez rezygnację z ostentacyjnych wydatków publicznych i zmniejszenie jednostkowych kosztów infrastruktury (np. słynnych ekranów dźwiękochłonnych na budowie dróg).

Uważam też, że państwo powinno zaangażować się w realną pomoc uzyskania mieszkania przez młode rodziny o niewysokich dochodach. Trzeba podjąć znaczący program budowy mieszkań na wynajem (20–30 tys. mieszkań rocznie). Czynsz w tych zasobach powinien pokrywać bieżące koszty eksploatacyjne. Rodziny wynajmujące mieszkania powinny mieć – po określonym czasie – prawo do ich wykupu po cenie równej wartości odtworzeniowej.

Podobnie za konieczne uważam radykalne przeciwstawienie się upolitycznieniu kadr przedsiębiorstw publicznych. Można tu uzyskać poprawę, powołując instytucję analogiczną do RPP, wyłanianą przez parlament (jednak nie według zasady, że większość obsadza wszystkie miejsca, lecz w przybliżonej proporcji do liczebności większości rządowej i opozycji) spośród osób o odpowiednich kwalifikacjach, nie pełniących w przeszłości żadnych funkcji politycznych. Rada powinna mieć wyłączną i bezpośrednią kompetencję do powoływania w trybie konkursowym kadr kierowniczych w „strategicznych przedsiębiorstwach”.

Sądzę też, że w Polsce powinien istnieć mniejszościowy sektor przedsiębiorstw publicznych działających generalnie zgodnie z zasadami rynkowymi, ale korzystających (w niektórych przypadkach i tylko w niedługim okresie przejściowym) z pewnych form pomocy publicznej. Powinny to być nieliczne przedsiębiorstwa technologiczne, przedsiębiorstwa w sektorach „naturalnego monopolu” (np. na kolei), wybrane banki i przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe, a również przedsiębiorstwa w sektorach silnie zdominowanych przez kapitał zagraniczny. Przesłanką do utworzenia listy takich przedsiębiorstw publicznych powinna być aktywna polityka przemysłowa.

Uważam również, iż pracownicy powinni uzyskać realne prawa współuczestnictwa w zarządzaniu przedsiębiorstwami – zarówno prywatnymi, jak i publicznymi. Wynagrodzenia menedżerskie powinny być ograniczone przez prawo: w przedsiębiorstwach publicznych przez określenie bezpośrednich limitów (wyższych niż obecnie), natomiast w przedsiębiorstwach prywatnych ten limit powinien dotyczyć wypłat wliczanych w ciężar kosztów. Jednoznacznie prawnie powinna być też uregulowana kwestia wysokości odpraw, np. dla menedżerów z tytułu zakazu pracy u konkurencji.

W moim przekonaniu państwo powinno – przez system ulg podatkowych oraz decyzje dotyczące inwestycji infrastrukturalnych – silniej wspierać regiony o niskim poziomie rozwoju i wysokim bezrobociu. Potrzebne jest przeciwstawienie się demontażowi usług publicznych (szczególnie poczty i transportu publicznego) na terenach o niskim rozwoju gospodarczym. Ze względów ekologicznych (a również dla wzmocnienia pozycji konkurencyjnej krajowych wytwórców) przystąpić należy do realizacji programu „TIR-y na tory” w przewozach transgranicznych.

Niezbędne jest także jednoznaczne określenie długookresowej polityki integracyjnej. Polska nie powinna w dającym się przewidzieć czasie przystępować do strefy euro, natomiast musi stanowczo domagać się respektowania przez Brukselę zasady solidarności zgodnie ze standardami stosowanymi w przeszłości (transfery finansowe do 4% PKB na „politykę spójności” – na lata 2014–2020 byłoby to 450–500 mld zł). Nie można też akceptować dyskryminujących Polskę programów redukcji zanieczyszczeń. Nie ma również dobrych powodów, by przystępować do zintegrowanego europejskiego nadzoru finansowego. Jednocześnie Polska powinna energicznie zabiegać o oszczędności na rozdętej brukselskiej biurokracji, a także o racjonalizację wydatków na dotacje rolnicze.

Na koniec chciałbym podkreślić, iż chociaż dotychczasowa transformacja ma na koncie istotne sukcesy, nie była ona (szczególnie z perspektywy „zwykłych ludzi”) polityką optymalną. Najważniejsze jest jednak to, że polityka ta już się „zużyła” i warunkiem rozwoju w najbliższych latach jest zasadnicza jej korekta. W szczególności odrzucić trzeba zamiar rządu, by koszty kryzysowych procesów w gospodarce niemal w całości przerzucić na uboższe grupy, chroniąc środowiska uprzywilejowane, stanowiące polityczne zaplecze obecnej większości parlamentarnej. Również warunkiem zapewnienia większego dynamizmu (i przeciwstawienia się peryferyzacji gospodarki) jest dużo bardziej aktywna polityka państwa.

Ewidentnie demagogiczny jest argument, że zwrot „socjalno-interwencyjny” miałby być nierealny z powodów budżetowych („nie stać nas”). Polska decydując się na pobieranie podatków według standardów powszechnie stosowanych w krajach Unii ma wszelkie możliwości, aby celową i możliwą korektę programu gospodarczego państwa sfinansować bez popadania w pułapkę zadłużenia.

Lewica, czyli co?

Lewica, czyli co?

Każdy wielki nurt polityczno-ideowy jest zmienny i niejednoznaczny. W każdym pojawiają się patologie, nieraz go dominując. To – rzecz jasna – dotyczy też (może nawet szczególnie) lewicy. Gdy nurt ten ponad sto lat temu zyskiwał swoją tożsamość, jego identyfikacja była łatwiejsza niż obecnie. Odniesieniem był kapitalizm, postrzegany jako system niesprawiedliwy, nieefektywny i niedemokratyczny. Odpowiedzią – postulat jego zniesienia. Dominująca wówczas lewicowa ideologia czerpała z doktryny marksowskiej. Jednak marksizm opisywał i oceniał kapitalizm, ale bardzo ogólnikowo prezentował alternatywę.

Lewica opowiadała się za równością ludzi (szczególnie w kwestii położenia materialnego) oraz za ludowładztwem rozumianym jako system, w którym zbiorowość swobodnie kształtuje reguły życia społecznego. Zakładano, że ludzie – jeżeli uzyskają taką możliwość – opowiedzą się przeciw kapitalizmowi.

Lewica w realnym świecie stanęła wobec konkretnych dylematów. Kapitalizm – w miarę upływu czasu – wcale nie ewoluował w kierunku systemu coraz bardziej niesprawiedliwego i coraz mniej efektywnego. Już u schyłku XIX wieku rozpoczął się proces ustrojowej przebudowy kapitalizmu. Pozostawało to w związku z rodzącą się demokracją polityczną. Rosła rola parlamentów, a prawa wyborcze zyskali „zwykli ludzie”, choć najpierw tylko mężczyźni. Dało to możliwość skutecznego modyfikowania systemu w interesie tych grup (przede wszystkim robotników), które lewica uznawała za główne ofiary kapitalizmu. Kluczowe stało się pytanie, czy na tej drodze można się posunąć tak daleko, by – nie odrzucając konstytutywnych cech ładu kapitalistycznego (rynku i prywatnej własności) – uzyskać trwałą i wystarczającą poprawę położenia grup upośledzonych. Odpowiedź na to pytanie podzieliła – uprzednio względnie jednolity – nurt lewicowy na dwa odłamy: komunistyczny i socjaldemokratyczny.

Komuniści podtrzymywali tezę, że rynek i prywatna własność są nie do pogodzenia z celami lewicy, a rozszerzanie demokracji interpretowali jako wybieg ochronny kapitalizmu. Taka opinia zresztą dobrze harmonizowała ze słabością nurtu komunistycznego, który (nawet gdyby nie dotykały go represje) nie był zdolny do uzyskania szerokiego poparcia wyborczego. Stąd był tylko krok do afirmacji „dyktatury proletariatu”, a więc dyktatury mniejszości, która „wie lepiej”, co jest w interesie większości.

Socjaldemokraci postawili na daleko idącą reformę kapitalizmu. Uznali, że skoro większość w ramach systemu kapitalistycznego doświadcza dyskomfortu, to – jeżeli tylko wykorzystane zostaną możliwości, jakie daje demokracja – poprze ona jego zasadniczą reformę. Zaangażowali się w walkę o modyfikację zasad ekonomicznych systemu kapitalistycznego, jak choćby ubezpieczenia społeczne i podatki progresywne. Z postulatem „zniesienia” kapitalizmu socjaldemokraci rozstawali się stopniowo, a „socjalizm” (bardzo różnie pojmowany) był bardzo długo oficjalnym celem prawie wszystkich partii socjaldemokratycznych. Jednak w praktycznej polityce socjaldemokraci koncentrowali się nie na przygotowaniu rewolucji, lecz na pragmatycznej modyfikacji zasad kapitalizmu.

Postulaty socjaldemokratyczne stopniowo wprowadzano w życie. Sukcesy na pewno były ograniczone i nie przychodziły łatwo, ale też były niewątpliwe. Położenie klasy robotniczej, jej dobrobyt, zabezpieczenie społeczne i wykształcenie poprawiły się jeszcze przed I wojną światową. Jednak ogromny awans „zwykli ludzie” w krajach rozwiniętych (przede wszystkim w Europie Zachodniej, ale też w Stanach Zjednoczonych) przeżywali w okresie trzech dekad po II wojnie światowej, zwanym złotym wiekiem kapitalizmu. Szybko rósł dobrobyt, bezrobocie było niskie, rozbudowano zabezpieczenia społeczne, państwo gwarantowało dostęp do bezpłatnej edukacji i prawie bezpłatnej ochrony zdrowia. Pracownicy w niektórych krajach uzyskali realny wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwami. Ludzie powszechnie cieszyli się wolnością osobistą i partycypowali w systemie demokratycznym. Systematyczna poprawa położenia materialnego uznana została za normę. Nie ustanowiono raju na ziemi, ale powojenny kapitalizm w rozwiniętych krajach był z pewnością najbardziej przyjaznym „zwykłym ludziom” systemem, jaki kiedykolwiek funkcjonował.

Socjalno-demokratyczno-etatystyczna reforma zagwarantowała kapitalizmowi stabilność i prestiż. To był wielki historyczny sukces socjaldemokratycznego odłamu lewicy, ale do utworzenia tego ładu przyczyniły się również środowiska i ugrupowania nielewicowe. Podobnie w wymiarze intelektualnym powojenny kapitalizm był „dziełem zbiorowym”. Decydujący wpływ miała doktryna ekonomiczna J. M. Keynesa, a dużo wcześniejsze pisma J. S. Milla zawierały idee, które dla socjaldemokratycznej reformy kapitalizmu również miały bardzo istotne znaczenie. Ideowi przeciwnicy formuły powojennego kapitalizmu istnieli, ale znaleźli się na marginesie (najważniejszą postacią był z pewnością F. von Hayek).

Nurt komunistyczny także uzyskał szansę na praktyczne sprawdzenie swojego programu. W Rosji po 1917 r., zgodnie z sugestią Marksa, zlikwidowano rynek i prywatną własność. Polityczną dyktaturę ustanowiono już nie tyle z powodów doktrynalnych, co z praktycznego powodu niemożności uzyskania demokratycznego mandatu. Od początku była to nie „dyktatura proletariatu”, lecz brutalna dyktatura aparatu partii komunistycznej. Ten system uległ błyskawicznej petryfikacji, a jego późniejsza (po II wojnie światowej) ekspansja dokonywała się przede wszystkim na drodze agresji Rosji Sowieckiej albo dzięki zmasowanej pomocy tego państwa dla środowisk komunistycznych w innych krajach.

W pierwszym okresie gospodarka krajów komunistycznych rozwijała się szybko, lecz skrajnie nieefektywnie, za cenę niebywale drastycznych ograniczeń dobrobytu. Aby utrzymać tempo wzrostu w warunkach potężnej tendencji do marnotrawnego zużywania zasobów, należało przeznaczać na rozwój coraz większą część wytwarzanej produkcji. Trzeba było też zatrudniać coraz więcej pracowników. „Pełne zatrudnienie” w krajach komunistycznych to po prostu rezultat nieefektywności ich gospodarek. Nieefektywność przesądzała też – wbrew temu, co niektórzy twierdzą – że marne były zabezpieczenie socjalne, standardy wykształcenia i ochrony środowiska, nie wspominając o warunkach mieszkaniowych. Bardzo wątpliwe są też twierdzenia, że komunizm przyniósł sprawiedliwość. Wprawdzie różnice w dochodach pieniężnych były z pewnością ograniczone, ale dystrybucja wielu dóbr (szczególnie mieszkania i samochody) i usług (wypoczynek, ochrona zdrowia) została podporządkowana politycznej hierarchii i przesądzała o silnych nierównościach. Zreformowany kapitalizm, z perspektywy celów lewicy, wykazał swoją bezwzględną przewagę nad projektem komunistycznym.

Oczywiście pod presją społecznego niezadowolenia podejmowano próby zmodyfikowania systemu komunistycznego. Polegały one na ogół na wprowadzeniu do jego porządku nieco elementów kapitalistycznych – trochę rynku i prywatnej własności oraz odrobinę wolności. Zmiany (przesilenia) wzbudzały wielkie i autentyczne nadzieje – na Węgrzech, w Czechosłowacji i w Polsce – bo system komunistyczny miał jednak urok wielkiej idei. Wydawało się więc wielu, że zła jest nie sama idea, lecz jej pokraczna realizacja. Znaczna większość społeczeństw krajów komunistycznych długo godziła się z wytyczną: socjalizm tak, wypaczenia nie. Modyfikacja systemu przebiegała jednak z ogromnymi oporami, bo elity polityczne systemu komunistycznego zajęły wcześniej uprzywilejowaną pozycję i nie były zdolne do rezygnacji z niej.

Jednak nie ten czynnik miał rozstrzygające znaczenie – fundamentalna niesprawność wynikała z istoty tego systemu. Dla ludzi miało znaczenie, jaki konkretny kształt miał system komunistyczny, ale dopóki obowiązywały zasadnicze jego cechy, tak długo trwały też ich główne następstwa. System komunistyczny nie mógł być skutecznie zreformowany, bo reforma godziła w jego fundamenty ustrojowe.

Historia rodzimej wersji systemu komunistycznego mieści się w zarysowanym schemacie, choć Polska – z racji swojej tradycji i tożsamości – doświadczała komunizmu w formach mniej ortodoksyjnych, m.in. nigdy nie skolektywizowano rolnictwa i nie została złamana siła Kościoła. Zaraz po II wojnie środowiska lewicy niekomunistycznej (przede wszystkim PPS-owskie) komuniści uznali za wrogie. Bogata tradycja intelektualna i polityczna lewicy socjaldemokratycznej została odrzucona, a osoby związane z tą tradycją prześladowano. W latach 1949–1955 sowieckie wzorce zdominowały zarówno politykę, jak i gospodarkę. Po „Październiku” system został wprawdzie złagodzony, ale ani zakres zmian, ani rezultat nie były (i być nie mogły) satysfakcjonujące. Wydaje się jednak, że jeszcze protesty w grudniu 1970 r. nie wyrażały utraty nadziei na „reformę socjalizmu”, lecz komunistycznym animatorom systemu postawiony został wówczas de facto warunek: możecie rządzić, jeżeli zapewnicie stały wzrost dobrobytu. Spełnienie tego warunku było jednak niemożliwe bez odrzucenia konstytutywnych cech systemu – jego samolikwidacji. To wówczas nie nastąpiło i (szczególnie za sprawą „Solidarności”) system komunistyczny w Polsce stracił wszelką legitymację. Mógł trwać tylko dzięki przemocy. Wszedł w fazę rozkładu, a w roku 1989 został wyeliminowany. Bilans ponad czterech dekad komunizmu w Polsce jest pod każdym chyba względem negatywny.

Jak należy traktować komunizm? Jako jeden z dwóch nurtów lewicy czy jako jego patologię? Odpowiedź na to pytanie nie może być tylko kwestią konwencji. Jałowe wydają się zabiegi polegające na przyjęciu, że nie ma związku między praktyką krajów socjalistycznych a marksowskim „przesłaniem”, choć – istotnie – dostrzec można też kolizję między marksowską doktryną a polityką krajów „realnego socjalizmu”. Byli działacze (choćby Róża Luksemburg), którzy komunistyczny system kontestowali z pozycji doktryny marksowskiej. Jednak gospodarka bez rynku i prywatnej własności to esencja marksizmu. Tu nie ma rozbieżności między doktryną i praktyką.

Natomiast jeżeli przyjmiemy, że do tożsamości lewicy należy postulat równości i ludowładztwa, to komunizm jawi się jako… najgłębsza patologia lewicy. To wskutek działania systemu komunistycznego życie straciły miliony osób (szacunki sięgają nawet 100 mln). To w tym systemie najdrastyczniej ograniczona została wolność ludzi i wyeliminowano wszelkie mechanizmy demokratyczne. Jakkolwiek komunizm nie był jedynym systemem niosącym ucisk i nędzę, to tylko ten system w praktyce był tak totalnym zaprzeczeniem własnych zapowiedzi.

Upadek systemów komunistycznych w latach 90. nie wzmocnił lewicy socjaldemokratycznej. Choć uzyskała ona po lewej stronie pozycję całkowicie dominującą, to – inaczej niż kilka dekad wcześniej – jej tożsamość nie była wyrazista. Socjaldemokratyczna polityka w rozwiniętych krajach (gdzie wcześniej triumfowała) znalazła się w impasie – i to znacznie wcześniej niż upadły systemy komunistyczne. Ich upadek został jednak – bezzasadnie, ale skutecznie – zinterpretowany jako dowód nieprzydatności również nurtu socjaldemokratycznego.

W gospodarce rozwiniętych krajów kapitalistycznych, mniej więcej w drugiej połowie lat 70., pojawiły się zjawiska kryzysowe, takie jak stagnacja wzrostu, przyrost bezrobocia czy inflacja. Działo się tak właściwie we wszystkich krajach rozwiniętych, w których system został ukształtowany generalnie w zgodzie z projektem socjaldemokratycznym. Obejmował on aktywną, keynesowską regulację makroekonomiczną, progresywne podatki, rozbudowane państwo opiekuńcze, spory sektor przedsiębiorstw publicznych itp. Choć trudno jednoznacznie przesądzić o związku zjawisk kryzysowych z zasadami „socjaldemokratycznego modelu” kapitalizmu, to objaśnienie spiętrzenia problemów mankamentami systemu socjaldemokratycznego nasuwało się wielu obserwatorom. W każdym razie neoliberałowie skutecznie przekonali dużą część opinii publicznej, że ten związek jest bliski i uniwersalny.

Nie ograniczali się oni zresztą do krytyki, lecz zaprezentowali program reformy (czy raczej: kontrreformy) kapitalizmu. Makroekonomiczna polityka antycykliczna została uznana za przeciwskuteczną. Opiekuńcze zadania państwa zalecano zredukować. Osłabieniu miała ulec – przez zmniejszenie opodatkowania i ustanowienie podatków płaskich lub liniowych – redystrybucja dochodów, a sektor przedsiębiorstw publicznych miał zostać wyeliminowany. Rynek miał działać całkowicie swobodnie, a usługi społeczne (ochrona zdrowia, ubezpieczenia emerytalne czy edukacja) miały być co najmniej poddane rygorom komercjalizacji. Na konkurencję, dzięki „deregulacji”, miały być otwarte branże dotychczas zmonopolizowane i będące na ogół domeną przedsiębiorstw państwowych, z takich dziedzin jak: wytwarzanie i dystrybucja energii elektrycznej i gazu, transport kolejowy i lotniczy, telekomunikacja, poczta itd. Ważne znaczenie miał postulat „otwarcia” gospodarek przez eliminację ograniczeń w handlu i wobec przepływów kapitałowych.

Przekonywano, że jeżeli tylko polityka pieniężna zagwarantuje niską inflację, a motywacja jednostek zostanie „wyzwolona” dzięki niskim i płaskim podatkom (a budżet będzie zrównoważony), to gospodarka rozwijać się będzie szybko – z pożytkiem dla zwykłych ludzi. Neoliberalna doktryna trafnie uderzyła w słabe punkty „socjaldemokratycznego kapitalizmu”. Bo też model ten nie był wolny od patologii. Makroekonomiczna regulacja z polityki antycyklicznej przekształciła się w oportunistyczną politykę powiększania długu publicznego, a państwo opiekuńcze stawało się coraz bardziej marnotrawne.

Partie socjaldemokratyczne na krytykę neoliberalną zareagowały w najwyższym stopniu defensywnie. Najpierw próbowały ją ignorować, a następnie stopniowo, ale i chaotycznie, wycofywały się ze swojej generalnej linii programowej. Programy tych partii w latach 90. można chyba najlepiej określić jako „kunktatorski neoliberalizm”. Z reguły nie akceptowały one najdalej idących zaleceń neoliberalnych, ale bardziej wynikało to ze strachu przed wyborcami niż z pryncypialnych przekonań przywódców. Do tej polityki partie socjaldemokratyczne starały się dopasować swoje doktryny. Popularne stały się więc pomysły Trzeciej Drogi czy Nowego Centrum. Poszukując nowej pozycji, partie socjaldemokratyczne skierowały uwagę na „mniejszości”. Socjalne zaangażowania zostały wyparte właśnie przez postulaty praw dla różnych mniejszości, szczególnie seksualnych. W znacznej mierze postulat równości materialnej był zastępowany przez postulat równości płci.

Pod presją neoliberalnej krytyki nie doszło do skrystalizowania nowej tożsamości socjaldemokratycznej. Ale też partie działające pod socjaldemokratycznymi szyldami nie zostały wyeliminowane ze sceny politycznej. W wojnie między ofensywnymi środowiskami neoliberalnymi a defensywnie zorientowaną socjaldemokracją zarysował się impas. Neoliberalizm uzyskał znaczną przewagę przede wszystkim w kwestiach ideologicznych (i w postawach grup zamożnych), a znacznie mniejszą na płaszczyźnie realnych zmian. Mimo ostrej krytyki państwa opiekuńczego i progresywnych podatków nawet partie liberalne i konserwatywne ostrożnie wprowadzały zmiany. Kapitalizm ukształtowany po wojnie nie zmienił się radykalnie. Daleko posunął się proces eliminacji publicznego sektora przedsiębiorstw, dokonano deregulacji wielu rynków, gospodarki w znacznej mierze zostały otwarte na konkurencję zagraniczną, ale „państwo opiekuńcze” zostało okrojone stosunkowo nieznacznie, podobnie jak prawa pracownicze. Nie dokonała się jednak w Europie Zachodniej postulowana przez neoliberałów radykalna rewolucja podatkowa. Wprawdzie stępione zostało ostrze progresji, ale w Europie w sektorze publicznym nadal gromadzono i wydatkowano bardzo dużą część dochodu narodowego. Przed ostatnim kryzysem było to z reguły 40 do 50% PKB – obecnie jeszcze więcej. Wszystko to oznacza, że „socjaldemokratyczny kapitalizm” w znacznej mierze ocalał. Jednak doktryna neoliberalna utrzymała dominującą pozycję i „skrzypi” dopiero w następstwie obecnego kryzysu.

O ile ład ustrojowy w krajach europejskich ukształtował się w dekadach powojennych, a potem został tylko po części zmodyfikowany, o tyle w Polsce i innych krajach postkomunistycznych system był budowany niejako od podstaw i dokonywało się to w okresie pełnej dominacji (w wymiarze intelektualnym i emocjonalnym) neoliberalizmu. Żywe było też negatywne doświadczenie komunizmu, utożsamione z opiekuńczością i etatyzmem. Nie ukształtowała się silna partia polityczna o tradycyjnie socjaldemokratycznej tożsamości. Owszem, komuniści wywiesili socjaldemokratyczny sztandar, ale była to barwa ochronna. Zdemoralizowane środowisko SLD posługiwało się socjalnymi i etatystycznymi hasłami dla pozyskania wyborców, ale rządząc realizowało postulaty doktryny neoliberalnej (konstytucja, komercjalizacja w służbie zdrowia i ubezpieczeniach, eksmisja „na bruk”, postulaty podatku liniowego).

W Polsce ukształtował się system kapitalistyczny odległy od powojennego wzorca europejskiego, bardziej rynkowy i indywidualistyczny. Zrodził on wielkie nierówności dochodowe i majątkowe. Nie jest respektowana zasada „równego startu”. Prawa pracownicze są radykalnie ograniczone, a związki zawodowe słabe. Pracownicy mają status siły roboczej. Korzyści z prywatyzacji majątku, stworzonego wielkim wysiłkiem społecznym przez kilka dekad, przechwyciły wąskie grupy – przede wszystkim zagraniczne, gdyż duże przedsiębiorstwa w znacznej większości należą do zagranicznych właścicieli. Ale fakt, że transformacja przyniosła sporo negatywnych następstw, nie uzasadnia negatywnej oceny globalnej. Na odesłaniu komunizmu do lamusa historii nie można było stracić.

Obecny kryzys w światowej gospodarce stawia na porządku dziennym pytania o program modyfikacji ładu kapitalistycznego. Nie wyłoniły się frapujące odpowiedzi. Środowiska neoliberalne interpretują kryzys w kategoriach „wypadku przy pracy” i zalecają… bardziej konsekwentne respektowanie zasad rynkowych. Środowiska „socjaldemokratyczne” zgłaszają postulaty wycinkowych modyfikacji, które nie składają się na spójny program i są skutecznie kontrowane przez niechętne tym postulatom grupy interesów (tak dzieje się choćby z postulatem ograniczenia gigantycznych apanaży menedżerów bankowych). Nie widać intelektualnego odrodzenia socjaldemokracji. Brak spójnej i odważnej alternatywy przekreśla szanse socjaldemokratów na objęcie roli lidera zmian. To nie przypadek, że kontestacyjne ruchy „wykluczonych” są spontaniczne i – niestety – pozbawione programu.

W Polsce sytuacja jest odmienna. Wprawdzie z powodu splotu kilku szczególnych okoliczności przeszliśmy przez pierwszą fazę kryzysu dość łagodnie, ale nasz model kapitalizmu nie ma wielu cech ukształtowanych po wojnie w Europie Zachodniej. Zdecydowanie dotkliwiej jawi się kwestia jego potencjalnej korekty. Szczególnie, że w najbliższych latach ostrzejsze staną się konsekwencje trwania tego systemu. Trzeba liczyć się ze znacznie wolniejszym wzrostem gospodarki i blokadą mobilności społecznej.

Nie wydaje się, by istniała globalna alternatywa dla kapitalizmu, ale – szczególnie w Polsce – ważne jest, aby demokratyczny mechanizm gwarantował możliwość modyfikacji systemu. Nie zawsze jednak „realna demokracja” stwarza takie możliwości. W Polsce scena polityczna nie jest „konkurencyjna”. Coraz bardziej dominuje więc „postpolityka”. Ważne są skandale, wielkie pieniądze i „snucie opowieści”. Mało istotne są programy i wiarygodność. Wielu opisuje ten stan jako normalną ewolucję „realnej demokracji”. Gdyby przyjąć, że mają rację, to trzeba by też uznać, iż demokracja to przede wszystkim teatr pozorów.

Polska scena polityczna jest z pewnością niekompletna. Stosunkowo jednoznacznie wykrystalizowała się tylko opcja liberalna. Choć PO jest partią bardzo pragmatyczną, to jej polityka jest określona przez neoliberalną tożsamość i interesy „rdzeniowego” elektoratu. Widać to dobrze choćby na przykładzie podniesienia wieku emerytalnego. „Prawica” dysponuje silną reprezentacją parlamentarną, ale jej tożsamość jest coraz bardziej niejednoznaczna, zachowania cechuje populizm, a poważna odpowiedź na pytanie o model kapitalizmu nie pada. W parlamencie mają też reprezentację ugrupowania określające się jako lewicowe. Jednym z tych ugrupowań kieruje komunistyczny aparatczyk z PZPR-u, który rządził później pod sztandarem socjaldemokracji, ale całkowicie zrezygnował z elementarnych postulatów lewicy. Drugim jest osobnik, który neoliberalną samoidentyfikację przemalowuje na „lewicową”, ale koncentruje się na prawach gejów, zwalczaniu Kościoła i legalizacji „miękkich” narkotyków. Trudno oczekiwać, że któraś z tych grup przedstawi wizję reformy polskiego kapitalizmu. Byłaby ona zresztą całkowicie niewiarygodna.

Mamy kłopot.

Zacznijmy od żółtej kartki – dr hab. Ryszard Bugaj

Zacznijmy od żółtej kartki – dr hab. Ryszard Bugaj

dr hab. Ryszard Bugaj

„Solidarna Polska” to jedna z emanacji hasła „IV Rzeczypospolitej”. To alternatywa PiS-u dla III RP. Alternatywa PO, która także kontestowała system III RP, była inna: omnipotentny rynek i „jak najmniejsze państwo”. Realizacja wizji Solidarnej Polski miała prowadzić co najmniej do zasadniczego ograniczenia niesprawiedliwości i pozbawienia elit wyłącznej kontroli nad państwem. Ten postulat nie określał jednak polityki tej partii, gdy była u władzy. PiS wprawdzie sugerował, że z powodu przywiązania do programu Solidarnej Polski musiał z Leppera zrobić wicepremiera, ale jego realizację powierzył najpierw Marcinkiewiczowi, a potem Zycie Gilowskiej.

PiS hasła Solidarnej Polski nigdy zresztą nie skonkretyzował, a w polityce jego rządu trudno było dostrzec działania z tym hasłem współbrzmiące (może ulgi podatkowe na dzieci i likwidacja WSI). Już łatwiej wskazać działania bliskie idei… Liberalnej Polski: spłaszczenie podatków czy likwidację podatku spadkowego. Jedno i drugie było bardzo korzystne dla najzamożniejszych, a osobliwie dla oligarchów. Ale to nie znaczy, że PiS grał cynicznie. Sądzę, że polityczne środowisko tej formacji ma raczej ograniczoną zdolność do oceny alternatyw w sferze społeczno-gospodarczej. Dla Jarosława Kaczyńskiego liczy się tylko „czysta polityka”.

Scena polityczna jest już od dawna „zabetonowana” – po doświadczeniu z Samoobroną i LPR-em wyborcy są szczególnie nieufni w stosunku do wszystkich kontestatorów. Nie bardzo zatem widać dziś perspektywę skierowania polityki państwa w koleiny Solidarnej Polski. Wprawdzie nie wiadomo, czego można oczekiwać po PiS-ie, ale nic nie wskazuje na to, że ta partia wykroczy poza ogólnikowe hasła. Zresztą utraciła już wiarygodność – najlepiej świadczy o tym PJN, który składa się przecież z byłych wpływowych polityków PiS i zwolenników… Solidarnej Polski.

Trudno czegokolwiek spodziewać się po SLD, którym kieruje zbieracz grzybów, znany też z tanecznych popisów i ciągnięcia ciężarówki. Ale w tym roku prawo wyborcze zyskuje wielu Polaków, którzy mogą nie pamiętać, kim jest Leszek Miller i kto rządził Polską w latach 2001-2005, dlatego SLD może otrzymać nawet 15% głosów. Myślę, że jest prawie pewne, iż po wyborach będzie rządził tandem PO-SLD. Będzie rządził zgodnie z hasłem Liberalnej Polski, ale to hasło nie zostanie wprost ogłoszone, a prowadzona polityka będzie skrajnie pragmatyczna, czytaj: kunktatorska.

Jest mało prawdopodobne, by rządy PO-SLD gwarantowały stabilność. Potencjał konfliktu zdaje się w Polsce być już bardzo wysoki. Niekorzystnie zmieniają się także uwarunkowania zewnętrzne. Kryzys w światowej gospodarce jeszcze się nie zakończył (i nie można wykluczyć globalnych perturbacji), a nasz kraj wcale nie jest „zieloną wyspą”. Polsce naprawdę potrzebne są zmiany, które choć trochę urealnią zasadę równych szans i pozwolą państwu skuteczniej stymulować rozwój gospodarczy. Trzeba też zagwarantować, by zwykli ludzie mieli realnie coś do powiedzenia.

Niestety, jest wysoce prawdopodobne, że system demokratyczny w obecnym kształcie nie jest zdolny do wygenerowania koniecznych zmian. Z tym systemem związane są bardzo wpływowe interesy grup uprzywilejowanych, a i neoliberalna ideologia nie jest (jak kiedyś komunizm) martwa. Aczkolwiek dobrze, że mamy system demokratyczny, bo choć nie gwarantuje on antycypacyjnego dostosowania instytucji państwa i jego polityki, to jednak chroni przed takimi konfliktami, jakie obserwujemy dziś w krajach arabskich.

Z grubsza biorąc wiadomo, co trzeba zrobić:

  • odblokować system polityczny (dużo mniej pieniędzy dla partii i twardy zakaz używania prywatnych środków, obniżenie progów wyborczych, ograniczenie omnipotentnej władzy Trybunału Konstytucyjnego);
  • zmienić system podatkowy (wprowadzenie realnej progresji podatku dochodowego, niezależnie od źródła dochodów);
  • zmodernizować system ubezpieczeniowy (bezwyjątkowa zasada: wysokość składki proporcjonalna do rzeczywistego dochodu i dobrowolne ubezpieczenie w II filarze; powolne podwyższanie wieku emerytalnego);
  • zrezygnować z prywatyzacji „do dna” i z partyjnej nomenklatury w spółkach Skarbu Państwa;
  • zlikwidować powiatowy szczebel samorządu;
  • zająć twardą postawę wobec Brukseli (sprzeciw wobec ograniczenia funduszy spójności i ponoszenia narzuconych kosztów na program środowiskowy, niezgoda na pełzającą federalizację i odłożenie na długi okres akcesji do strefy euro).

To oczywiście nie wszystkie konieczne i celowe zmiany, a każda z nich musi być skonkretyzowana. Należy jednak podkreślić, że problemem nie jest brak możliwości prowadzenia innej polityki, lecz zakorzeniony w interesach brak woli jej podjęcia.

Trudno się spodziewać, że polityczny kartel (PO, PiS, SLD, PSL) wprowadzi zmiany otwierające dla konkurencji rynek polityczny. Zresztą jest już do wyborów zbyt mało czasu. To jednak nie znaczy, że nic nie można zrobić. Przede wszystkim potrzebne jest przekonanie jak największej części wyborców, że udział w głosowaniu to ich prawo, ale nie obowiązek. Zagrożenie bojkotem wyborów to dla klasy politycznej jedyne dziś realne niebezpieczeństwo. Jest też bardzo ważne, aby – wobec programowej impotencji ugrupowań parlamentarnych – pojawiły się pluralistyczne pomysły dla polityki. Aby jak najwięcej obywateli miało świadomość, że potencjalnie istnieją merytoryczne alternatywy, że spór o wyjaśnienie smoleńskiej katastrofy – choć ważny – nie może zastąpić sporu o kluczowe kwestie ekonomiczne i społeczne, o stosunek do integracji europejskiej i kształt systemu politycznego. Jeżeliby się to powiodło, znaczyłoby to, że społeczeństwo pokazało klasie politycznej żółtą kartkę. Nie ma pewności, czy coś by to pomogło, ale można mieć nadzieję, że powstałby niepokój. Warto zabiegać o taki efekt.