przez Tadeusz Markiewicz | środa 16 stycznia 2013 | opinie
„Gdyby na Ziemię przylecieli dzisiaj Marsjanie, obejrzeli programy informacyjne, przeczytali nasze gazety czy przyjrzeli się pracy ONZ, bez wątpienia byliby przekonani, że największym problemem ludzkości jest kraj wielkości stanu New Jersey” – dziwi się Dennis Prager, wykładowca uniwersytetu Stanforda oraz znany amerykański komentator polityczny.
O jaki kraj mu chodzi, wszyscy wiemy. Prager ma na myśli oczywiście Izrael. Gdzie leży maleńkie żydowskie państewko – wie prawie każdy europejski student. Izrael jest stałym „gościem” niemal wszystkich mediów na świecie. Regularnie pojawia się w raportach organizacji pozarządowych. Jest popularnym tematem protestów i akcji bojkotu. W takich krajach jak Francja sama nazwa Izrael jest w lewicowych środowiskach przyjmowana z irytacją.
Wszechobecny Izrael
Jednak gdybyśmy mogli oderwać się od codziennego szumu informacyjnego, zostawić nasze zasklepione, zunifikowane poglądy polityczne i choć na chwilę z dystansem spojrzeli na geopolityczną mapę globu, to okazałoby się, że zalew informacji na temat Izraela nie licuje z wagą problemu, jaki przedstawia on w skali światowej.
Weźmy na przykład kwestie praw człowieka. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy na temat izraelsko-palestyńskiego łamańca, zgodzić się należy, że kierujące się racjonalnym myśleniem media winny w pierwszej kolejności zajmować się regionami, w których prawa człowieka łamane są na największą skalę.
Podkreślmy: nie oznacza to, że redakcje nie powinny kłopotać się Izraelem. Wręcz przeciwnie. Jednak skoro opisując np. światowy kryzys, w pierwszej kolejności omawiają wydarzenia na giełdach najistotniejszych z perspektywy tegoż (Nowy Jork, Tokio czy Londyn), to czemu, zajmując się prawami człowieka, miałoby być inaczej? Najświętszą regułą doboru informacji jest przecież jej ważkość, a nie ideologiczny kontekst czy prywatne odczucia dziennikarzy.
Jednak gdy spojrzymy na ramówki serwisów informacyjnych, zobaczymy, że o ile w przypadku ekonomii jako tako obowiązują reguły dziennikarskiej grawitacji, o tyle zanikają one w materii praw człowieka i stosunków międzynarodowych. Tutaj jednym z medialnych beniaminków jest państwo żydowskie.
„Żaden naród w historii świata, włączając reżimy autorytarne czy totalitarne, nigdy nie był tak nieustępliwie, niesprawiedliwie i nieobiektywnie krytykowany i potępiany przez społeczność międzynarodową jak Izrael” – uważa znany amerykański jurysta oraz profesor uniwersytetu Harvarda, Alan Dershowitz.
Medialna rzeczywistość
Arytmetyka, fakty czy obiektywizm w ogóle w sprawie Izraela w mediach mają się nie najlepiej.
Mimo że w ciągu ostatniej dekady w konflikcie izraelsko-palestyńskim zginęło nie więcej niż pięć tysięcy osób (przytaczam tutaj nieweryfikowane statystyki strony palestyńskiej), jego medialna obecność przewyższa choćby konflikt w Darfurze, który pochłonął ponad 300 tys. ludzkich istnień. Na stronie Causes.com, będącej jednym z najpopularniejszych serwisów zrzeszających aktywistów z całego świata, znajdziemy ponad 5 tys. akcji związanych z konfliktem izraelsko-palestyńskim oraz 500 dotyczących Kurdów, czyli największego (25 mln osób) narodu bezpaństwowego.
„Ta obsesja na punkcie jedynej na Bliskim Wschodzie maleńkiej demokracji jest absolutnie irracjonalna” – kwituje Prager.
Winny jest jeden
Jeszcze gorzej sprawa ma się na arenie międzynarodowej. Nawet pobieżna analiza prac ONZ dobitnie pokazuje podwójne standardy, jakimi kieruje się ta organizacja. Rekordzistką jest Komisja Praw Człowieka (KPC) ONZ, która przez niektórych dyplomatów nazywana jest maszynką do oskarżania Izraela.
Od czasu założenia jej w 1946 roku KPC spędziła więcej czasu debatując w sprawie państwa żydowskiego niż na temat jakiegokolwiek innego kraju.
Podczas gdy w okresie od 2006 do 2010 roku delegaci KPC uchwalili 20 rezolucji potępiających państwo żydowskie, Koreę Północną skarcili raz. W 2012 r. ONZ było wyjątkowo zapracowane – Izrael zdołało ukarać 19 razy. Niestety na zbrodniczy reżim syryjski – którego to działalność w tym czasie pochłonęła życie co najmniej 40 tys. osób – najwyraźniej nie starczyło czasu, gdyż pod jego adresem dyplomaci wystosowali tylko jedną rezolucję.
W 2002 roku Lawrence Summers, ówczesny prezydent uniwersytetu Harvarda, wygłosił znane przemówienie dotyczące zjawiska narastającego antysemityzmu w środowiskach akademickich. Działalność ONZ ocenił wtedy jako „zjadliwą”.
„Sponsorowana przez Organizację Narodów Zjednoczonych Światowa Konferencja Przeciwko Rasizmowi[z 2001 roku]– podczas gdy zupełnie pominęła kwestie łamania praw człowieka w Chinach, Rwandzie lub jakimkolwiek kraju arabskim – wydarzenia w Izraelu kwitowała terminami »czystka etniczna« czy »zbrodnia przeciwko ludzkości«” – tłumaczył.
Dziwny bojkot
W ciągu ostatnich kilkunastu lat obserwuje się drastyczny wzrost inicjatyw nawołujących do bojkotu Izraela. I tym razem podwójne standardy organizatorów tego typu projektów/idei widać jak na dłoni.
W tej sprawie wielokrotnie wypowiadał się m.in. Summers. Kilka lat temu na spotkaniu w Memorial Church na uniwersytecie Harvarda podkreślał, że podczas gdy „setki europejskich pracowników akademickich apelują o zaprzestanie wspierania izraelskich naukowców, uniwersytetów i placówek badawczych, nie obserwujemy tego typu ruchów pod adresem jakiegokolwiek innego kraju”.
Ta sytuacja – gdy ponownie postaramy się o obiektywizm – razi. Przypomnijmy jedynie, że Izrael od lat zajmuje miejsca w ścisłej czołówce rankingów oceniających poziom demokracji czy edukacji akademickiej. W tegorocznym prestiżowym Democracy Ranking nie tylko zdeklasował wszystkie państwa arabskie, ale – zajmując 21. pozycję – wyprzedził również takie kraje jak Polska (nr 30) czy Włochy (nr 29).
Izraelski Sąd Najwyższy od lat jest uznawany za jeden z kilku najlepszych tego typu organów nadzorczych świata. Raji Sourani, założyciel oraz dyrektor Palestinian Center for Human Rights in Gaza, znany ze swoich niezwykle ostrych opinii na temat państwa żydowskiego, podkreśla, że jest „ciągle zaskakiwany wysokimi standardami izraelskiego systemu sprawiedliwości”.
Nie zmienia to jednak faktu, że dla wielu środowisk akademickich to Izrael – a nie Arabia Saudyjska (kobiety oficjalnie obywatelem drugiej kategorii), Kolumbia (masowe zabójstwa obrońców praw człowieka) czy Erytrea (ostatnie miejsce na Ziemi w rankingu wolności prasy organizacji Reporterzy Bez Granic) – jest jedynym celem zmasowanych akcji nawołujących do bojkotu.
LGBT zniesmaczone Tel Awiwem
Kolejną grupą, która w sposób zastanawiający koncentruje się na krytyce Izraela, zdaje się być część środowisk mniejszości seksualnych (LGBT). Kiedy w 2011 r. Tel Awiw otrzymał przyznawany przez organizacje turystyczne tytuł „Gejowskiej stolicy świata”, w kręgach LGBT pojawiły się jednak głosy oburzenia. Kraj przedstawiano jako nagminnego łamacza praw osób o odmiennej orientacji seksualnej, całkowicie pomijając przy tym rzeczywistość.
Podkreślmy, że państwo żydowskie jest i było jednym z prekursorów równouprawnienia środowisk LGBT. Już w 1963 r. izraelska prokuratura krajowa ogłosiła, że nie będzie prowadziła żadnych spraw wymierzonych w prawa homoseksualistów. W 1994 r. zalegalizowano konkubinaty tej samej płci. W 2008 r. Sąd Najwyższy umożliwił małżeństwom homoseksualnym adopcję dzieci. Ponadto Izrael ma najwyższy na świecie poziom poparcia dla małżeństw jednopłciowych.
– „Izrael jest dzisiaj jednym z nielicznych krajów na świecie, który gwarantuje gejom i lesbijkom równe prawa w niemal wszystkich dziedzinach życia” – konstatują autorzy „Completely Queer: The Gay and Lesbian Encyclopedia”.
Te fakty zdają się nie mieć jednak żadnego wpływu na działaczy LGBT. Podczas niemal każdej większej europejskiej manifestacji możemy zobaczyć grupy aktywistów maszerujących pod hasłami „Queers for Palestine”. To hasło winno wprawiać w konsternację osoby o jakiejkolwiek wiedzy na temat sytuacji osób LGBT na Bliskim Wschodzie.
Nie wdając się w drastyczne opisy tego, jak na terenach Autonomii Palestyńskiej władze, a często sąsiedzi, obchodzą się z osobami LGBT, powiedzmy jedynie, że w Izraelu obecnie ukrywają się tysiące tego typu palestyńskich uciekinierów. Uciekając przed szykanami, torturami czy chcąc bronić dobrego imienia rodziny, znajdują schronienie właśnie na terenie państwa żydowskiego.
W prawie każdej większej aglomeracji zlewają się oni z lokalnym bujnym środowiskiem LGBT i tworzą własny emigracyjny mikrokosmos. Jedną z takich półoficjalnych komun widziałem niedawno w Hajfie, trzecim co do wielkości mieście Izraela. Na Rehov Galgal, jednej z tamtejszych uliczek przyportowych, jak grzyby po deszczu wyrastają kawiarnie, bary i restauracje „LGBT Friendly”.
Histeryczna historia
Kolejnym zastanawiającym podwójnym standardem, zarezerwowanym jedynie dla konfliktu żydowsko-palestyńskiego, jest rola historii w narracji mediów czy naukowców. Dominujący dyskurs jest po prostu ahistoryczny.
Podczas gdy Izrael prezentowany jest jako regionalny agresor, konkwistador, który przybył do brzegów Palestyny nagle i z jasnym planem podporządkowania sobie tamtejszej ludności „tubylczej”, Palestyńczycy są przedstawiani wyłącznie jako niewinny, pragnący pokoju naród.
W tym scenariuszu sporo jest jednak nieścisłości. Po pierwsze stawiając znak równości między przybywającymi do Palestyny syjonistami (ten zwrot, nawiasem mówiąc, wśród warszawskiej lewicy zaczyna być używany jako dyskredytujący epitet) a konkwistadorami Cortesa, wyrządzamy tym pierwszym ogromną niesprawiedliwość.
Hiszpańscy wojacy obracając w ruinę azteckie imperium oraz eksterminując tamtejszą ludność, byli zwyczajnymi najeźdźcami. Reprezentowali europejskie imperium, którego jedynym interesem w Ameryce Południowej było znalezienie wszystkiego, co przedstawia większą wartość. Następnie upakowanie tego na statki i przewiezienie do ojczyzny.
Wstrętni syjoniści
Ruch syjonistyczny nie miał na celu działań łupieżczych. Był atrakcyjny głównie dla prześladowanej w Europie od setek lat żydowskiej biedoty, która w Palestynie upatrywała szansy na lepszą przyszłość. Nadzieją na powrót do historycznej ojczyzny narodu wybranego.
Ta „historyczność” jest tutaj kluczowa. Gdy konkwistadorzy czy koloniści podbijali terytoria im obce, Żydzi przyjeżdżali do Palestyny, krainy, z którą kulturowo związani byli od tysiącleci. Co więcej, na miejscu spotykali nie tylko palestyńskich Arabów, ale także Żydów.
Na terenach dzisiejszego Izraela, w takich miastach jak Hebron czy choćby Jerozolima, przez wieki uchowały się przecież społeczności żydowskie. Jedyny okres, w którym dyskryminowani i regularnie przepędzani jerozolimscy Żydzi opuścili całkowicie swe „święte miasto”, to momenty na krótko po zburzeniu Drugiej Świątyni przez Rzymian oraz w trakcie krucjat.
Kierunek Palestyna
Izraelscy Żydzi w lewicowej narracji pojawili się w Palestynie właściwie w jednym momencie. Przybyli do brzegów nagle, doskonale znając sytuację tamtejszej ludności arabskiej. Następnie przemocą odbili „żyzne” terytoria od rdzennych mieszkańców i ustanowili państwo żydowskie.
Ta wersja ignoruje fakt, że okresowa żydowska imigracja do Izraela trwała od zawsze. Ruch syjonistyczny zapoczątkował sukcesywnie rosnące fale emigracyjne już w XIX wieku. Żydzi jadąc do Palestyny, wyruszali do jednego z najbiedniejszych i najmniej rozwiniętych zakątków Bliskiego Wschodu. Populacja na tym terenie od wieków była niewielka oraz bardzo chwiejna. Starozakonni nie jechali do „złotonośnego raju”, jak Hiszpanie, czy do żyznych prerii, jak osadnicy przybyli do Ameryki Północnej.
Jechali do kamienistych wzgórz Galilei i pustynnych terenów Negewu. Nie wybrali tego miejsca ot tak sobie, bo im było wygodnie.
Palestyna – wybór czy konieczność?
Traktująca o powstaniu Izraela lewicowa narracja wyprana jest także z tego, co nazywam ludzką perspektywą. Pozbawiona jest przyczynowo-skutkowej logiki historycznej. Pamiętać należy, że Żydzi – w odróżnieniu od europejskich najeźdźców – najczęściej opuszczali swoje domostwa nie dla czegoś, ale przed czymś. Uciekali przed biedą, dyskryminacją, pogromami. Jechali do Palestyny, bo musieli. Jechali, bo nie chciała ich Europa, bo nie wpuszczały ich Stany Zjednoczone, bo nie mieli się gdzie podziać.
Europa jednak nie chce o tym pamiętać. Nigdy nie przyjęła do wiadomości swojej odpowiedzialności za powstanie Izraela. A przecież ostatecznym impulsem konstytuującym projekt państwa żydowskiego były dogasające piece krematoryjne Auschwitz czy Mauthausen. To – do dziś nurtująca antropologów, socjologów i historyków – wroga postawa wielu Europejczyków wobec żydowskich sąsiadów dobitnie pokazała prawdziwe oblicze antysemityzmu. Antysemityzmu, pod którego podwaliny przez setki lat z wytrwałością godną lepszej sprawy kładli katoliccy, protestanccy i prawosławni duchowni.
Dziś czy wczoraj?
Mówiąc o żydowskich osadnikach, ocenia się ich z perspektywy ahistorycznej także dlatego, że wielokrotnie decyzje o przybyciu do Palestyny analizujemy z dzisiejszego punktu widzenia. Intelektualne elity patrzą na syjonistów nie z perspektywy powojennych obozów dla europejskich uchodźców, lecz zza przedzielonej murem bezpieczeństwa Wschodniej Jerozolimy AD 2012.
Ta postawa, często wyrastająca ze słusznych przesłanek, ma niestety niewiele wspólnego z faktami historycznymi. Jest szkodliwym i nieuprawnionym skrótem myślowym, w którym brakuje najprostszych faktów.
Choćby tego, że przedwojenni i powojenni imigranci, jadąc do Palestyny, nigdy nie słyszeli o Palestyńczykach. Historycznym faktem jest przecież, że to jeden z kilku najmłodszych narodów świata.
Warto nadmienić, że do 1967 r. liderzy palestyńscy nie domagali się własnego państwa, ale chcieli być zaanektowani przez sąsiednie kraje arabskie. To wraz z rosnącą liczbą Żydów wprost proporcjonalnie rosła palestyńska świadomość narodowa.
Te fakty oczywiście nie muszą zmienić naszych obecnych poglądów na wydarzenia w regionie. Niemniej bez nich ocena ruchu syjonistycznego jest tyleż błędna, co kłamliwa. Brak tego typu argumentów historycznych w medialnych debatach na temat syjonizmu pokazuje jedynie uprzedzenie, z jakim traktuje się Izrael.
Krótka pamięć
Lewicowa ahistoryczność najskrajniej przejawia się jednak w kwestii samego konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Tutaj też na pozór wszystko wydaje się proste. Żydzi w 1948 r. pozbawili Palestyńczyków kraju. Wygrali szereg wojen ze wspierającymi naród palestyński państwami ościennymi, po czym rozłożyli leżaki na telawiwskiej plaży.
Zapomina się całkowicie o tym, że od proklamowania Izraela jego obywatele stoczyli serię wojen z sąsiadami, których stawką było przetrwanie. Dla Żydów wojna o niepodległość z 1948 roku, wojna sześciodniowa z 1967 roku czy wojna Jom Kippur z 1973 roku – wszystkie były walką o utrzymanie państwa żydowskiego. Ze strony arabskiej były nieudaną próbą ludobójczą oraz zwykłą agresją terytorialną.
Zaznaczmy, że podczas gdy we wszystkich tych starciach armia Izraela swoje działania toczyła przeciwko wojskom nieprzyjaciela, to armie arabskie przeprowadzały akcje wymierzone także przeciw ludności cywilnej. Kiedy jawnym hasłem wojsk Egiptu, Libanu, Syrii, Iraku czy Jordanu było „wyrzucenie” wszystkich Żydów z regionu Lewantu, celem Izraelczyków była obrona kraju.
Wybiórcza retoryka
Nie chcąc dostrzec tych wszystkich faktów, lewica obarcza Izrael całą winą za obecną sytuację Palestyńczyków.
Zapomina przy tym, że historia palestyńskiej walki o niepodległość to przede wszystkim historia zmarnowanych szans na niepodległość. Jak mawiał wybitny izraelski dyplomata Abba Eban: „Palestyńczycy nigdy nie zmarnowali okazji, by zmarnować okazję”.
Trudno temu przeczyć. Palestyńczycy od 1937 roku (komisja Peela) do dziś regularnie odrzucają wszelkie propozycje, które umożliwiłyby im uzyskanie własnej ojczyzny. Ostatnio zrobili tak w 2008 r., gdy otrzymali najhojniejszą od początku istnienia Izraela ofertę pokojową. Wedle jej autora, premiera Ehuda Olmerta, przejęliby kontrolę nad niemal całością terytorium Zachodniego Brzegu, całą Strefą Gazy oraz nad Wschodnią Jerozolimą.
I tym razem strona palestyńska odrzuciła propozycję. Wadą planu w oczach arabskiej ulicy oraz elit politycznych był fakt, że uprawomocniał on nie tylko Palestynę, ale i państwo żydowskie. Czyli „syjonistyczny czyrak”, który do dziś na dobre nie zadomowił się w arabskich rachunkach geopolitycznych.
Jednak na przekór faktom historycznym media w swoich analizach dotyczących konfliktu bliskowschodniego są zaskakująco jednostronne. Solidaryzując się ze słabszą stroną sporu, zupełnie nie dostrzegają, że Palestyńczycy od pół wieku tkwią w politycznej matni na własne życzenie.
Regularnie powtarzane sondaże od lat pokazują, że Arabowie nie chcą mieć Izraela za sąsiada. Dlatego właśnie nie prowadzili i nie prowadzą z nim prawdziwych negocjacji pokojowych. Grudniowy sondaż Arab World Research and Development z siedzibą w Ramallah po raz kolejny ujawnił radykalną wizję polityczną Palestyńczyków: spośród 1200 respondentów mieszkających w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu 87,7% poparło walkę zbrojną z Izraelem.
Intelektualne lumbago
Na szczęście ta sytuacja ma również swoje jasne strony. Lewica – coraz śmielsza w jednostronnych analizach, powierzchownych ocenach i płytkich obserwacjach – po prostu bawi. Gargantuiczne brednie gonią tutaj kłamstwa ścigane przez nieścisłości, którym po piętach depczą lapsusy i niedopatrzenia.
Jeden z moich znajomych był niedawno na spotkaniu z Ewą Jasiewicz, znaną polsko-brytyjską działaczką propalestyńską. Opowiadał, że sala z rosnącym zainteresowaniem słuchała rewelacji na temat trwającej na Zachodnim Brzegu „czystki etnicznej”, prowadzonej przez izraelskich „żołdaków”. Ochoczo przyklaskiwała porównaniom izraelskiego muru bezpieczeństwa, wymierzonego w palestyńskich terrorystów, do muru oddzielającego Żydów stłoczonych w getcie warszawskim.
W pewnym momencie atmosfera na sali jednak jakby oklapła. Stało się tak po tym, gdy Jasiewicz przekonywała, że 5 milionów Palestyńczyków mieszkających w sąsiadujących z Izraelem krajach arabskich ma prawo powrotu na tereny państwa żydowskiego. „Każdy człowiek powinien móc wrócić do miejsca, w którym mieszkali jego przodkowie” – podkreślała zaaferowana aktywistka.
Zanim zorientowała się, że tego typu propozycja wygłoszona w… Szczecinie, w którym miało miejsce spotkanie, nie jest najlepszym pomysłem, sprawa palestyńska utraciła kilku bezkrytycznie nastawionych zwolenników.
przez Tadeusz Markiewicz | sobota 24 września 2011 | opinie
PO rzuciło na rynek kiełbasę wyborczą i przedstawiło program poprawy sytuacji młodego pokolenia. Kiełbasa, jak to kiełbasa: składa się głównie z wody i wypełniaczy.
Na miesiąc przed wyborami zespół kierowany przez Michała Boniego przedstawił raport „Młodzi 2011”. Dokument ma być odpowiedzią na trudną sytuację młodego pokolenia Polaków. W zależności od naszych sympatii politycznych, publikacja Boniego może być różnie odbierana. Niechętni PO będą wytykali, że opracowanie ujrzało światło dzienne w przeddzień wyborów i jest elementem kampanii wyborczej. Sympatycy słusznie będą argumentować, że warto docenić inicjatywę rządu, który zajął się tak ważkim tematem.
A sprawa jest paląca. Polska jest w niechlubnej unijnej czołówce, jeżeli chodzi o odsetek młodych (18-34 lata) zatrudnionych na umowy śmieciowe. Przegania nas obecnie już tylko Portugalia i Hiszpania. Co więcej, ci, którzy mają pracę, powinni czuć się wygranymi. Obecnie bowiem już co drugi bezrobotny Polak należy do tej grupy wiekowej. Na to wszystko nakładają się obcięte przez PO programy stypendialne, brak funkcjonalnego systemu kredytów studenckich czy kulejący program wspieranych przez państwo kredytów mieszkaniowych Rodzina na Swoim.
Numerki, cyferki
Raport zespołu doradców rady ministrów rodził więc duże nadzieje. Miał spełnić pożyteczną rolę w trwającej debacie o sytuacji absolwentów uczelni. I co najważniejsze, zaprezentować konkretne rozwiązania, mające poprawić stan rzeczy. O ile pierwszy cel autorów najpewniej się powiedzie, o tyle co do drugiego można mieć wątpliwości.
Dokument stworzony przez „intelektualne zaplecze Platformy” rozczarowuje. I to mimo iż posiada właściwie bezcenną wartość informacyjną. Zawiera kompleksowe dane dotyczące młodego pokolenia. Są tu statystyki niemal na każdy temat: od preferencji mieszkaniowych po badania dotyczące wrażliwości obywatelskiej. Całość zajmuje aż 426 strony formatu A-4.
Niestety raport pełen jest także analiz porażających trafnością. Najlepiej można je prześledzić w specjalnej prezentacji zespołu doradców (patrz tutaj). Eksperci na przykład na postawione w prezentacji na stronie 25 pytanie „W czym tkwi siła i rozwojowy potencjał młodych?”, na stronie 26 odpowiadają, że „w ich młodości i energii życiowej”. Doradcom Michała Boniego zdarza się też cytowanie Michała Boniego. Dzięki dokumentowi możemy się np. dowiedzieć, że minister uważa, iż „nie można mówić o młodych bez mówienia o przyszłości i nie można mówić o przyszłości bez mówienia o młodych”.
Mamy więc mądrości rodem z amerykańskich poradników psychologicznych, za to w opracowaniu brakuje niestety konkretów. Zgromadzone dane statystyczne wyglądają raczej jak zaplecze przyszłego raportu ekspertów, a nie jak sam raport. W tekście próżno szukać skonkretyzowanych propozycji reform.
Mowa trawa
Są za to rekomendacje. Większość mglista i nieprecyzyjna. Na szczęście jednego możemy być pewni. Przeprowadzone przez zespół analizy nie poszły w las i na ich podstawie zalecono przeprowadzenie kolejnych analiz. Moja ulubiona: „Dokonać analizy możliwości większego skupienia wsparcia na rzecz wzrostu dzietności poprzez ulgi podatkowe w większej skali na dzieci – od trzeciego w rodzinie”.
Wątpliwości budzą również rekomendacje najczęściej komentowane przez media. Chodzi m.in. o propozycję tymczasowego zatrudnienia studentów i absolwentów w samorządach. Miałoby to służyć zdobyciu praktyki zawodowej. Zamiast więc zaproponować rozwiązania długofalowo zmniejszające bezrobocie, wymyślono, że administracja może pełnić funkcję agencji pracy tymczasowej. Zatrudni wszystkich studentów na chwilę, co by się nie nudzili i zdobyli doświadczenie. Tym samym terminujący (w powiatowym urzędzie pracy?) malarze, poloniści i historycy w mig znajdą etaty.
Nie od dziś przecież wiemy, że pracodawcy stawiają młodym duże wymagania dotyczące doświadczenia zawodowego nie dlatego, że w kraju jest wysokie bezrobocie i na każde stanowisko aplikuje wiele osób. Jak zapewniają przedstawiciele takich instytucji jak Business Centre Club czy Lewiatan, rynek jest głodny i byłby w stanie wchłonąć każdą ilość „wykwalifikowanych specjalistów”. Tych dotąd po prostu brakowało. Jednak od czego są samorządy?! Zaraz wezmą naszych nieopierzonych absolwentów w obroty i zrobią z nich rozchwytywanych bankierów.
Cud miód
Jak by tego było mało, zespół planuje rozwiązać także polski problem mieszkaniowy. Przyszłość jest jasna – dzięki analizom powstaną opracowania, w wyniku których wprowadzi się plany, by rząd, niczym bracia Golcowie, z developerskiego kretowiska zrobił San Francisco.
Jak? To proste. Po pierwsze, dzięki „nowemu programowi” pojawi się „lepsza oferta mieszkań na wynajem”. Po drugie, rząd rozwiąże wreszcie jakże wstydliwy dla Polski problem niewykorzystywanych mieszkań socjalnych i wprowadzi studenckie „programy” „uzyskiwania mieszkań z puli budownictwa socjalnego”. C’est genial!
Najnowszy dokument zespołu doradców premiera rozczarowuje. Tym bardziej, że na jego potrzeby wykonano tytaniczną pracę badawczą. Szkoda, że za nią nie poszły odważne wnioski. No chyba, że za takie uznamy np. drugą rekomendację raportu: „W rozwiązywaniu różnych problemów i podejmowaniu wyzwań powinniśmy stawiać na młodych”.
przez Tadeusz Markiewicz | niedziela 21 sierpnia 2011 | opinie
Co łączy protestujących w Anglii, Hiszpanii, Francji, Izraelu czy USA? Bezsilność. Całe szczęście, że w obliczu światowego kryzysu nie wszystkie demokracje okazały się bezradne.
Trwająca od połowy maja „szopka” Ruchu Oburzonych przejadła się już hiszpańskim elitom politycznym. Gdy na początku zeszłego tygodnia młodzi próbowali ponownie dostać się na Puerta del Sol, MSW oraz władze Madrytu odgrodziły popularny plac szczelnym kordonem policyjnym. Gdy kilka dni później zdecydowali się na protest pod madrycką siedzibą MSW, uzbrojone policyjne oddziały zaatakowały demonstrujących. Jedyną reakcją na protesty, do jakiej był zdolny rząd premiera Zapatero, okazały się pałki policyjne.
Obywatele są z Ziemi, a politycy z Marsa
Inicjatywę Oburzonych oprotestowała niemal cała hiszpańska elita polityczna. Przedstawiciele burmistrza Madrytu ostro skrytykowali protesty, podkreślając, że w ich efekcie właściciele sklepów i restauracji stracili 60 mln euro. Manifestujących zrugali lider socjalistów Alfredo Perez Rubalcaba i cała prawicowa opozycja. Tymczasem rząd ponownie nabrał wody w usta.
Taka postawa elit nie dziwi. W końcu Oburzeni nie protestują przeciwko złym przepisom drogowym, zbyt małym ulgom podatkowym czy niedofinansowaniu lokalnego szpitala. Nie postulują fragmentarycznej zmiany rzeczywistości. Protestują, bo nie podoba się im to, jak się im żyje. Tylko tyle – i aż tyle. Ich ruch odżegnuje się od prostych kalek podziałów politycznych. Jest oddolny i jawnie alter- czy nawet antysystemowy. I właśnie dlatego uwiera, jak kamyk w bucie, całą scenę polityczną.
Racjonalnych, wydawałoby się, haseł, które na transparentach wypisują dziś buntujący się Francuzi, Hiszpanie, Amerykanie czy Brytyjczycy, nikt z establishmentu nie potraktował poważnie. W Hiszpanii nie zreformowano ordynacji wyborczej, w Wielkiej Brytanii podniesiono czesne w szkołach wyższych, wbrew przytłaczającej woli Amerykanów nie podniesiono podatków najbogatszym, a Francuzom nie udało się obronić dotychczasowego wieku emerytalnego.
Wszystkie te postulaty, mimo że cechowały się wielkim poparciem społecznym, nie zostały wprowadzone przez polityków. – „Nie reprezentujecie nas!” – słusznie więc powtarzają rozjuszeni młodzi.
Dziwny kryzys
Kryzys kompetencji ogarnął nie tylko polityków, ale i część elit intelektualnych. Te utraciły ostrość widzenia tak dalece, że głosicielem postulatów młodego pokolenia został przeszło 90-letni Stephane Hessel. Jak pisze w swoim eseju „Czas Oburzenia”: Ośmielają się nam mówić, że państwo nie może już podołać kosztom tych oczekiwań obywatelskich. Jakże może zabraknąć pieniędzy na trwałe utrzymanie zdobyczy socjalnych dzisiaj, kiedy produkcja bogactw tak znacznie wzrosła od czasu Wyzwolenia, od czasu, kiedy Europa była zrujnowana?
Społeczeństwa globalnej północy domagają się obciążenia kosztami kryzysu gospodarczego tych, którzy są za niego odpowiedzialni – sektora finansowego. Jednak w tej i w pozostałych sprawach już dawno straciły moc sprawczą. Dzisiejsze państwa demokratyczne karleją, stopniowo i niezauważalnie tracąc wpływy na rzecz kapitału transnarodowego.
Gdzieś obok tego wszystkiego, zasępieni politolodzy przebąkują o kryzysie demokracji. Co lepiej zorientowani ekonomiści dodają coś o kryzysie gospodarek kognitywnych. Poczciwi dziennikarze martwią się zdrowiem mieszkających w namiotach „zakręconych manifestantów”. Wszyscy są zaniepokojeni. Tylko nic z tego nie wynika.
Ile owiec w kredycie
Z postkryzysowego scenariusza niemocy wyłamała się tylko Islandia. Ten zamieszkały przez 300 tys. obywateli kraj był przed globalnym krachem jedną ze spekulacyjnych skarbonek finansowych. Islandia, która na kilka lat przed kryzysem sprywatyzowała sektor finansowy i znacząco zmniejszyła kontrolę krajowego nadzoru finansowego (FME), była wskazywana jako wzorowe miejsce do inwestycji.
Gospodarka, której podstawą dotąd było rybołówstwo, nagle stała się bankowym eldorado. Szacuje się, że w przedkryzysowym okresie na wyspie poza Islandczykami i 1,2 mln owiec znajdowało się co najmniej 600 tysięcy kont zagranicznych.
Gdy we wrześniu 2008 r. nastąpił krach gospodarczy, okazało się, że trzy największe sprywatyzowane banki islandzkie – Islandsbanki, Landsbanki i Kaupthing Bank – są zadłużone za granicą na ponad 40 mld euro. Dodajmy, że w rekordowym 2007 r. PKB Islandii wyniósł 8 mld euro.
Wskutek kryzysu kapitalizacja tamtejszej giełdy spadła o 90%. Łączne zadłużenie sektora prywatnego i publicznego ponad sześciokrotnie przekroczyło PKB wyspy. Inflacja skoczyła do ponad 14%, a islandzka korona straciła 35% wartości. Stopa bezrobocia wzrosła z 2% do 9%.
Mały kraj, wielka odwaga
Jednak reakcja islandzkich elit politycznych na kryzys finansowy okazała się nieortodoksyjna. Decydenci nie oglądali się na neoliberalne dogmaty i natychmiast uszczelnili i objęli ścisłym nadzorem cały sektor bankowy. Jeszcze w 2008 r. rząd dokonał renacjonalizacji Islandsbanki i Kaupthing Bank, a nadzór finansowy przejął kontrolę nad Landsbanki.
Niedługo potem Islandczycy zaczęli domagać się usunięcia całego rządu. Od października 2008 do stycznia 2009 r. w Reykjavíku miały miejsce spontaniczne protesty, które z czasem przerodziły się w zamieszki. 21 stycznia limuzyna ociągającego się z ustąpieniem ze stanowiska premiera Geira Haarde został zaatakowana przez rozwścieczonych obywateli. Następnego dnia islandzka policja po raz pierwszy od 1949 r. w walkach z manifestantami użyła gazu łzawiącego. Wysiłek protestujących nie poszedł jednak na marne. Pod koniec miesiąca Haarde podał się do dymisji.
Islandia jako jedyny kraj na świecie wyciągnęła konsekwencje od współodpowiedzialnych za kryzys. Za sytuację gospodarczą zapłacił nie tylko Haarde, ale również wszyscy decydenci islandzkiego nadzoru finansowego. Podczas gdy w USA do dziś waszyngtońskie tuzy ekonomiczne zachowały stanowiska, cała dyrekcja islandzkiego nadzoru zwolniła się z pracy.
Gabinet nowej premier Johanny Sigurðardottir powołał komisję śledczą, która oskarżyła Haarde oraz trzech jego ministrów o niedopełnienie obowiązków urzędnika państwowego. W wyniku głosowania w parlamencie, sprawa byłego premiera trafiła do sądu.
Grube ryby za kratami
Na tym nie poprzestano. W 2009 r. islandzki establishment postanowił przeprowadzić wyczerpujące śledztwo, mające „zbadać potencjalne działania o charakterze kryminalnym, które miały miejsce w okresie przed krachem bankowym”. W tym celu przy prokuraturze generalnej powołano specjalny międzynarodowy zespół specjalistów ds. przestępczości bankowej. Na jego czele stanęła Eva Joly, francuska sędzina śledcza, która w przeszłości wsławiła się m.in. wykryciem afery korupcyjnej koncernu paliwowego Elf czy korupcji wśród pracowników banku Credit Lyonnais.
Śledztwo ma potrwać 2-3 lata, ale już przyniosło pierwsze rezultaty. Islandia, jako jedyny kraj, po kryzysie doprowadziła przed sądy szereg pracowników swojego sektora bankowego. Do tej pory aresztowano m.in. zarząd brytyjskiej spółki inwestycyjnej Rotch Group czy byłego prezesa banku Kaupthing. Prace zespołu Joly na tyle zaniepokoiły część islandzkiej elity, że szereg wpływowych przedsiębiorców zdecydowało się opuścić kraj – tak zrobili m.in. właściciele sieci sprzedaży detalicznej Baugur Group.
Jak by tego było mało, maleńka Islandia oparła się presji zagranicznych wierzycieli. Gdy w 2009 r. Wielka Brytania oraz Holandia domagały się zwrotu ok. 4 mld euro długu internetowego banku Incsave, Islandczycy powiedzieli „dość”. Zgoda rządu na warunki obu krajów oznaczałaby, że dług powstały w wyniku spekulacji pracowników jednego tylko islandzkiego banku, obciążyłby każdego obywatela wyspy na sumę ok. 12 tys. euro. Tak więc najpierw w 2010, a potem w 2011 r. prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grímsson zawetował umowę dotyczącą spłaty należności i rozpisał w tej sprawie referenda. Nie trzeba chyba mówić, z jakim skutkiem.
Islandia chcąc nie chcąc stała się przykładem demokracji zdolnej odpowiedzieć na wyzwania zglobalizowanego świata. Nie obarczyła obywateli długami zaciągniętymi przez bankierów. Jako jedyna zastosowała procedury dalekiej interwencji państwowej w sektorze bankowym, sformułowała akty oskarżenia przeciwko tuzom finansjery. Jako jedyna potrafiła trafnie osądzić własne elity polityczne i wysłuchać postulatów protestujących ludzi.
Jak widać, da się. Spekulanci, drżyjcie. Oburzeni, oburzajcie się!
przez Tadeusz Markiewicz | czwartek 14 lipca 2011 | opinie
Izraelscy żołnierze to roboty strzelające do wszystkiego, co się rusza. W Gazie nie ma szkół, bo są same więzienia. Wszyscy aktywiści Flotylli Wolności są święci. Oto konflikt izraelsko-palestyński oczami Romana Kurkiewicza.
Kilka dni temu Roman Kurkiewicz zaskoczył wywiadem, jaki ukazał się w „Krytyce Politycznej”. Znany dziennikarz dzieli się w nim przemyśleniami na temat sytuacji Palestyńczyków, polityki Izraela, a także własnymi przeżyciami z tegorocznej Flotylli Wolności.
Gaza?
Rozpoczyna stwierdzeniem, że do Strefy Gazy „nie można dostarczyć podstawowych artykułów gospodarczych”. A przecież Izrael lata temu wypracował skuteczne mechanizmy umożliwiające każdemu przekazanie Palestyńczykom pomocy humanitarnej i towarów konsumpcyjnych. Jeśli nie chcemy tego robić poprzez wsparcie jednego z ponad 120 zatwierdzonych projektów społeczności międzynarodowej, możemy zgłosić się do organizacji pozarządowych (PAH, Oxfam, ANERA, Viva Palestine itd.), które transportują towary do Strefy. Ponadto przez otwarte niedawno przejście graniczne Kerem Shalom, do Gazy codziennie wjeżdżają z Izraela setki ciężarówek z towarami.
Zdaniem Kurkiewicza, mieszkańcy Strefy Gazy żyją w więzieniu. Skoro w więzieniu, to wiadomo – są „pozbawieni jakichkolwiek szans edukacyjnych”. Nieważne, że na zamieszkałym przez 1,5 mln osób terytorium działa ponad 640 szkół i kilka uniwersytetów.
Skąd dramat Gazy? Zdaniem dziennikarza, „stało się tak w wyniku politycznych decyzji rządu Izraela”. I kropka. W czarno-białej narracji brak informacji na temat przejęcia władzy w Strefie przez Hamas. Organizacja ta, uznawana przez Unię Europejską i USA za terrorystyczną, dąży co prawda do wymazania państwa żydowskiego z map, ale widać jest to czynnik zbyt mało istotny, żeby znalazł się w analizach Kurkiewicza.
Idylla Flotylla
W wywiadzie nie brakuje także obserwacji na temat dramatu, jaki rozegrał się w czasie zeszłorocznej akcji Flotylli Wolności. Niestety i one są powierzchowne. Dowiadujemy się m.in., że „sytuacja, w której Izrael uzurpuje sobie prawo do operacji wojskowej na wodach międzynarodowych, jest absolutnym skandalem”. „Absolutny skandal” wyjątkowo nietrafnie charakteryzuje podstawy prawne izraelskiej interwencji. W świetle ONZ-owskiej konwencji Law of the Sea, wody międzynarodowe nie należą do żadnego państwa. Można na nich dokonać kontroli ładunku statku w sytuacji, gdy służby podejrzewają, że na jego pokładzie są terroryści albo broń. Państwo żydowskie od lat korzysta z tego prawa i kontroluje jednostki pływające nieopodal wód Izraela.
– „Tego typu akcja ma kilka celów. Oczywiście głównym jest dowiezienie pomocy humanitarnej” – Kurkiewicz nie ma wątpliwości co do tegorocznych zamiarów organizatorów Flotylli Wolności. Jednak już zeszły rok dobitnie pokazał, że nie o to bynajmniej chodzi. Towary wiezione do Gazy są elementem mającym nagłośnić cel walki politycznej aktywistów. W 2010 r. ponad 2/3 lekarstw transportowanych dla Palestyńczyków było… przeterminowanych już w chwili ładowania ich na pokłady.
I w tym, i w zeszłym roku aktywiści nie chcą słyszeć tureckich i izraelskich propozycji przetransportowania ładunków przez egipski port El-Arisz lub izraelskie przejścia graniczne. Nie chcą, bo gdyby do Gazy płynęli bez ładunków, w warstwie symbolicznej nikogo nie ratowaliby z „humanitarnej opresji”.
Auschwitz na pokładzie
Aby nie było żadnych wątpliwości, Kurkiewicz podkreśla, że wśród pasażerów pierwszej Flotylli „były osoby ocalone z Holokaustu”. Nie rozumiem, co to ma do meritum. Jak to uzasadnia całą akcję? To bardzo osobista i drażliwa dla wielu kwestia, ale moim zdaniem w tym przypadku dziennikarz instrumentalnie wykorzystuje ów fakt.
Holokaust to symbol, który ma nas do sprawy Flotylli konkretnie nastawić. Ma ją chyba uwiarygodnić. Doprawdy nie wiem, czemu. Czy ci, którzy przeżyli Shoah, są nieomylni? Czy reprezentują jakieś zwarte stanowisko, formację polityczną, światopoglądową?
A przecież na pokładzie „statków wolności” był także Erdin Tekir, który odsiedział 3,5 roku w rosyjskim więzieniu za współudział w porwaniu w 1996 r. promu z ponad 200 pasażerami. Tylko co z tego? Czy udział w akcji Flotylli byłego bojownika Szamila Basajewa obala szlachetne pobudki reszty aktywistów? I czy wreszcie sam Tekir nie ma prawa zmienić swych poglądów?
Dlaczego słuszna troska o los Palestyńczyków uprawnia do szkodliwych skrótów myślowych i jednostronnie upraszczanej narracji? Jak spłycanie problematyki konfliktu dwóch związanych węzłem gordyjskim narodów ma przysłużyć się do jego rozwiązania?
Europejska lewica od lat jest najodważniejszym i najbardziej postępowym adwokatem spraw ludzi spychanych na margines. Broni praw mniejszości seksualnych, mniejszości narodowych, ruchów robotniczych i drastycznie rosnącego prekariatu. Walczy o sprawiedliwy świat, wolny od rasizmu i uprzedzeń. Niestety jej spojrzenie na sprawę palestyńską od lat jest bardzo jednostronne. Ze szkodą tak dla Palestyńczyków, jak i Izraelczyków.
przez Tadeusz Markiewicz | poniedziałek 23 maja 2011 | opinie
Na początku kwietnia Biały Dom ogłosił: Barack Obama będzie w 2012 r. starać się o reelekcję. To fajnie, tylko czemu piszę to z takim niesmakiem?
Przeprowadzony niedawno przez „Washington Post” sondaż pokazuje, że pierwszy czarnoskóry prezydent wygraną ma niemal w kieszeni: pokonuje każdego z poważniejszych kandydatów Republikanów. Jeszcze rok temu byłby to dla mnie powód do nieskrywanej radości. Dziś mam mieszane uczucia.
Yes we can’t
W czasie wyborów prezydenckich 2008 r. Barack Obama złożył ponad 500 obietnic wyborczych. Choć to w znacznej mierze kwestia interpretacji, można uznać, że dotrzymał ponad 170 z nich. Trzeba przyznać, że gdyby porównać wynik z polskimi realiami, to bardzo, bardzo dużo. Administracji prezydenta udało się m.in. zrealizować kilkadziesiąt wielomiliardowych programów wspierania najsłabszych obywateli i mniejszości, innowacyjnych przedsiębiorstw czy edukacji. Wzmocniono prawa gejów, Biały Dom otworzył się na świat arabski (choćby poprzez program swoistych amerykańskich domów kultury w metropoliach na Bliskim Wschodzie), rozpoczęto realizację ambitnych programów wspierających rozwój tzw. zielonych technologii.
Niestety, ponad 300 obietnic do tej pory nie zostało zrealizowanych. USA nie wychodzą z kryzysu, Obama nie zdołał przekonać senatorów do zamknięcia więzienia w Guantanamo, w zeszłym roku pod naciskiem Republikanów przedłużył obowiązywanie ulg podatkowych dla najbogatszych, wprowadzonych przez Busha juniora.
Powyższy rachunek pokazuje, że jak dotąd pierwsza kadencja Obamy wniosła wiele pozytywnych regulacji, jednak była przede wszystkim prezydenturą walenia głową w mur. Prezydenturą nie przeforsowanych ustaw oraz tych zrealizowanych tylko połowicznie. Wreszcie, prezydenturą niespełnionych marzeń wszystkich tych Amerykanów, którzy z roku na rok coraz dotkliwiej odczuwali skutki deregulacji rynków finansowych, outsourcingu, offshoringu czy drożejącej żywności.
Czyj prezydent?
Najdobitniej problem bezsilności Obamy można było zaobserwować w czasie ciągnącego się jak brazylijska telenowela procesu przepychania ustawy o powszechnym dostępie do opieki zdrowotnej. Przegłosowana wersja pakietu Demokratów jest oczywiście wielkim dokonaniem solidarnej Ameryki. Zapewnia ona prawo do leczenia tym, których do tej pory nie było na nie stać i kładzie kres dyskryminacyjnym chwytom korporacji ubezpieczeniowych. Mimo to nie ma ona wiele wspólnego z pierwotnym programem Obamy.
Wszystko za sprawą wykreślonego przez republikańskich senatorów (czytaj: lobby ubezpieczeniowe) zapisu o utworzeniu tzw. public option, czyli państwowego ubezpieczyciela, który mógłby konkurować z prywatnymi konglomeratami i obniżać ceny usług medycznych.
USA mają rekordowo wysokie składki ubezpieczeniowe, a w efekcie – jedne z najwyższych na świecie kosztów leczenia. Mimo że do tej pory kraj nie gwarantował żadnych powszechnych usług medycznych, na jednego obywatela przeznaczał ok. dwa razy więcej środków niż np. oferująca państwowy system Kanada. Tę patologię miał pomóc zwalczyć nowy, państwowy gracz. Niestety, tak się nie stanie. Demokraci przegłosowali ze wszech miar słuszne rozwiązanie, które jednak dla podatników będzie nadal niezwykle kosztowne i które de facto gwarantuje korporacjom zachowanie monopolu na rynku zdrowia. Ba, dodatkowo wzbogacą się na zastrzyku gotówki z pakietu Obamy.
Flagowy projekt prezydenta w wersji pozbawionej public option nie obniży kosztów całego systemu lecznictwa. Tym samym nie udowodni Amerykanom, że niektóre „komunistyczne” pomysły Obamy są ekonomicznie racjonalne. Będzie ciężarem dla amerykańskiego budżetu i wielkim sukcesem neoliberalnych doktrynerów, którzy „udowodnią”, że wszelkie państwowe rozwiązania są nieefektywne.
Ustawa zdrowotna w długiej perspektywie okaże się pułapką zastawioną na Biały Dom. Jest także smutnym przykładem tego, co od wielu lat trapi USA. Mam na myśli utratę kontroli obywateli nad własnym państwem oraz bezsilności polityków chcących reformować skorumpowany system. Jest też niestety dowodem słabości samego Baracka Obamy, prezydenta, który zdołał dokonać zaskakująco mało. Pytanie tylko, czy w obecnej sytuacji mógł dokonać więcej?