przez Katarzyna Machnik | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
Większość towarów kupowanych w Europie czy USA jest opatrzonych metką Made in China. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że ubrania amerykańskiej czy hiszpańskiej marki są takimi jedynie z nazwy. Jeśli jesteś jedynie konsumentem, prawdopodobnie nie obchodzi cię, gdzie powstała nowa para butów czy aparat fotograficzny – ważna jest cena oraz fakt, że na wiele rzeczy możemy sobie pozwolić dzięki tanim towarom z krajów Azji. Jeśli natomiast jesteś szefem firmy zlecającej wytwarzanie swoich towarów, wówczas niskie koszty pracy i produkcji z pewnością pomogą podjąć decyzję o lokalizacji fabryk czy zamówień właśnie w tamtym rejonie świata, co zminimalizuje koszty i zwiększy zyski przedsiębiorstwa. Dla władz Chin czy Indii zainteresowanie zagranicznych inwestorów i produkcja dla firm z całego świata to z kolei czynnik pozwalający uzyskać wzrost gospodarczy oraz sprawić, że kraje te są potęgami eksportowymi. Z drugiej strony outsourcing usług oraz offshoring produkcji do krajów rozwijających się pozbawiają pracy tysiące ludzi w krajach Europy i USA.
Tak więc niezależnie od perspektywy i pozycji społecznej, globalny rynek i łańcuch dostaw, którego pierwszym elementem są tysiące fabryk w krajach Azji Południowo-Wschodniej, mają wpływ na życie ludzi na całym świecie. Widać już jednak pewne symptomy, które mogą zmienić dotychczasowe trendy.
Kot łapie inwestorów
Deng Xiaoping, sukcesor Mao Zedonga, był pragmatykiem. Jego naczelny cel stanowiło doprowadzenie do pełnej samowystarczalności Chin – zarówno gospodarczej, jak i politycznej. Słynne stało się jedno z powiedzeń Denga: Nieważne, czy kot jest czarny, czy biały – ważne, żeby łowił myszy. Dlatego nie podważał prymatu Chińskiej Partii Komunistycznej i jej roli w każdej dziedzinie życia, ale zarazem nie widział niczego złego we wprowadzaniu elementów gospodarki rynkowej. Jednym z naczelnych haseł jego polityki był socjalizm o chińskiej specyfice, czyli swoiste połączenie socjalizmu i kapitalizmu.
Pod koniec lat 70. Deng rozpoczął długi i niezwykle znaczący proces otwierania kraju na świat i zagranicznych inwestorów. Efektem są obecne Chiny – z jednej strony wielka fabryka, potęga eksportowa. Z drugiej – wschodzące mocarstwo o olbrzymich rezerwach walutowych, rozdające karty nie tylko w regionie Azji i Pacyfiku, ale też inwestujące w krajach Ameryki Południowej czy Afryki. W latach 80. i 90. XX wieku Chiny były dopiero na początku tej drogi. Chiński rząd ochoczo wspierał powstające jak grzyby po deszczu spółki joint-ventures, a także firmy krajowe, które zaczynały produkować towary na rynek lokalny i na eksport. Władze zamroziły kurs yuana, aby utrzymać koszty produkcji i ceny towarów na bardzo niskim poziomie. W efekcie cały świat zaczął sprowadzać z Chin dosłownie wszystko – poczynając od ubrań i elektroniki, a kończąc na truskawkach i czosnku.
Niskie ceny i dostępność każdego rodzaju towaru sprawiły, że przeciętny konsument mógł nie tylko pozwolić sobie na więcej dóbr, ale też kupować je coraz taniej. Oczywiście istnieje druga strona medalu – jest nią jakość i trwałość. Po pierwszym okresie oczarowania taniością i ilością łatwo dostępnych towarów konsumenci zaczęli zauważać, że mimo reklam i logo dobrze znanych firm towary produkowane w chińskich fabrykach są gorszej jakości, szybciej się zużywają, psują i co gorsza – nie można ich naprawić, ponieważ bardziej opłaca się kupić nowy produkt niż części zamienne.
Przez wiele lat najefektywniejszym sposobem wytwarzania części lub całego towaru był outsourcing i zlecanie produkcji podwykonawcom z tańszych krajów rozwijających się, w których koszty zatrudnienia były mniejsze, a lista praw pracowniczych krótka lub żadna. Niskie koszty produkcji i pracy pozwalały generować większe zyski. Outsourcing (czy też offshoring) stał się dominującym trendem w globalnej produkcji. Jego początki sięgają lat 70. XX wieku, kiedy Deng Xiaoping otworzył Chiny na świat, a chińskie władze wprowadziły zachęty i ułatwienia mające przyciągać zagranicznych inwestorów. Państwa takie jak Chiny i Indie oferowały tanią i nieprzebraną wręcz siłę roboczą, tanie materiały oraz niewielkie koszty budowy i utrzymania zakładów produkcyjnych. Świat przez ponad 30 lat łapczywie pochłaniał coraz większe ilości tanich towarów produkowanych w Azji.
Chytry traci wiele razy
Dzisiaj widać już jednak wyraźnie, że uzależnienie od Chin odbija się czkawką. Producenci zdali sobie sprawę, że wytwarzanie towarów w Azji wcale nie przynosi spodziewanych zysków, a ryzyko związane np. z przekazywanym podwykonawcom know-how bywa dla producenta strzałem w stopę.
Lista problemów pojawiających się w przypadku zlecania produkcji fabrykom krajów Azji Południowo-Wschodniej jest długa. Zaczyna się już na etapie planowania zamówienia – jego wielkość opiera się często nie na realnym zapotrzebowaniu, a jedynie na hipotezach, jakie można wysnuć na podstawie dotychczasowego popytu i ewentualnych trendów rynku. Zlecenie rozpoczyna się od przedpłaty (najczęściej 30% wartości towaru), co oznacza zamrożenie gotówki i oczekiwanie na produkty, które pojawią się w miejscu przeznaczenia średnio po ok. 6–8 tygodniach od złożenia zamówienia. Wzrastające ceny oleju napędowego wpłynęły w ostatniej dekadzie znacząco na koszty transportu morskiego i lotniczego. To z kolei spowodowało, że armatorzy i linie lotnicze zredukowali liczbę połączeń, co negatywnie odbiło się na szybkości transportu towarów z Azji. Dystans między fabryką a centralą to często ponad 6 stref czasowych.
Kwestią problematyczną jest także kontrola jakości, dużo bardziej skomplikowana i ryzykowna w przypadku relokacji produkcji do Chin. Różnice kulturowe, różnice w podejściu do zawartej umowy i wzajemnych zobowiązań, w interpretacji pojęć związanych z produkcją, kłopoty z wyegzekwowaniem postanowień umowy czy zamówienia – to problemy, z jakimi na co dzień stykają się menedżerowie kierujący produkcją w krajach Dalekiego Wschodu. Do tego dochodzi konieczność wizyt w fabrykach i delegacje do Chin, które poza generowaniem kosztów często nie przynoszą spodziewanych rezultatów. Aby poradzić sobie z problemami, organizuje się albo telekonferencje z uczestnikami rozsianymi po świecie, albo dłuższe lub krótsze wyjazdy do fabryk, żeby utrzymać w ryzach całość procesu produkcji, kontrolować jakość na każdym etapie i poprawiać stosunki z lokalnym zespołem. To wszystko kosztuje jednak niemałe pieniądze, nie licząc czasu i energii włożonych w pracę nad zniwelowaniem różnic kulturowych i „dogadanie się” stron.
Osobna sprawa to półlegalne lub nielegalne praktyki, powszechne w całej Azji, takie jak łapówkarstwo i nepotyzm, nie tylko w strukturach władz lokalnych czy składach celnych, ale także w prywatnych firmach, m.in. przewozowych i załadunkowych. Natomiast powszechne w Azji piractwo i kopiowanie wszelkich możliwych wzorów czy rozwiązań technicznych powoduje, że innowacyjny produkt będzie wkrótce miał azjatyckie podróbki, sprzedawane za połowę ceny oryginału. Wielu producentów odczuło na własnej skórze kradzież praw autorskich, logo marki, fasonów czy patentów związanych z produkcją.
Chińscy robotnicy od co najmniej dekady nie są już i nie chcą być bezimienną masą produkującą za półdarmo towary, które zostają później sprzedane kilkanaście razy drożej na rynkach zachodnich. Od wielu lat skutecznie domagają się podwyżek płac i lepszych warunków pracy przy czynnym wsparciu władz lokalnych i centralnych (pisałam o tym obszernie w „Nowym Obywatelu” nr 58). Z danych Międzynarodowej Organizacji Pracy wynika, że płace realne w krajach Azji wzrosły od 2000 do 2008 r. o 7,1–7,8% rocznie. Natomiast wynagrodzenie kadry zarządzającej w Chinach często jest dużo wyższe niż w krajach Europy czy w USA. Płace chińskich robotników wzrosły o ok. 10% rocznie od 2000 do 2005 r., a od 2005 do 2010 r. o 19% rocznie. Władze Chin planują podwyższenie wynagrodzeń o kolejne kilkanaście procent do 2015 r. Ponadto zagraniczni pracodawcy muszą obecnie partycypować w chińskim systemie zabezpieczeń społecznych, opłacając składki emerytalno-rentowe na poziomie ok. 40% wynagrodzenia.
W dodatku chiński rząd zaczyna wycofywać się z pomocy i dopłat dla zakładów wytwarzających na eksport, skupiając się na promowaniu producentów dostarczających towary na rynek krajowy. Stopniowe uwalnianie kursu yuana sprawia, iż towary pochodzące z Chin są droższe niż wcześniej. Natomiast konsumenci w Europie i USA są coraz bardziej krytyczni wobec produktów pochodzących z Azji i często wolą wydać więcej, jeśli tylko mają możliwość wspierania rodzimego przemysłu. Niższa jakość towarów oraz metka Made in China, będąca symbolem masowej, kiepskiej produkcji, negatywnie wpływa na wizerunek firmy, marki i w rezultacie na sprzedaż.
Zatem łączny koszt offshoringu i produkcji w Azji jest dużo wyższy i składa się ze znacznie większej liczby elementów, niż przewidywano. Często w odniesieniu do zjawiska outsourcingu i offshoringu mówi się o całkowitym koszcie własności (ang. total cost of ownership), a więc łącznym koszcie zakupu, utrzymania, użytkowania i naprawy oraz zbycia określonych towarów lub aktywów firmy w danym okresie czasu. Dla konsumenta łączny koszt własności to np. wszystkie problemy, jakie mogą pojawić się podczas użytkowania produktu: czy działa wadliwie, jak często się psuje, ile kosztuje naprawa i czy w ogóle jest możliwa. Dla producenta są to wszystkie wspomniane formy ryzyka i ukryte koszty związane z produkcją w innym kraju: problemy z jakością, terminowością realizacji zamówień, naruszanie własności intelektualnej itd. Dla państw-importerów total cost of ownership można zdefiniować jako wzrastające bezrobocie, zamykanie rodzimych zakładów produkcyjnych, uzależnienie od produkcji zagranicznej i spadającą konkurencyjność kraju.
Powrót syna marnotrawnego?
Aby rozwiązać choć niektóre z tych problemów, amerykańskie firmy decydują się wycofać część lub całość produkcji z Azji i przenieść z powrotem do USA. Wśród pionierów reshoringu – a więc przenoszenia całości lub części łańcucha dostaw z zagranicy do kraju macierzystego producenta – znajdują się takie przedsiębiorstwa jak General Electric czy Whirlpool, potentaci w branży sprzętu gospodarstwa domowego, a także wielu producentów z branży AGD/RTV (Tacony Corporation, Element Electronics, Coleman), elektronicznej, meblarskiej itd.
Tempo, z jakim firmy amerykańskie przenoszą produkcję z Chin do USA lub krajów Ameryki Południowej, z miesiąca na miesiąc jest coraz szybsze. Reshoring ma sporo innych zalet oprócz wspomnianej funkcji marketingowej, tj. wspierania krajowego przemysłu i miejsc pracy. Pozwala lepiej kontrolować produkcję i jakość, skraca czas realizacji zamówienia, zmniejsza koszty transportu oraz kontroli celnej, pozwala przedsiębiorstwu być bardziej elastycznym i na bieżąco reagować na potrzeby rynku, niweluje też ryzyko zamrażania gotówki w towarze, który być może nie będzie się sprzedawał tak dobrze, jak zakładano.
Czas pokaże, na ile reshoring jest tylko chwilowym trendem, a na ile trwałą tendencją, mającą wpływ na kształt całego globalnego łańcucha dostaw. Wielu mówi o końcu ery outsourcingu (offshoringu), czyli poniekąd końcu dominacji Chin w dziedzinie produkcji wszelkiego rodzaju dóbr na eksport. Jak wynika z raportu opublikowanego 19 stycznia 2013 r. w „The Economist”, w niektórych przypadkach koszty produkcji w Chinach, wliczając koszt transportu, odprawy celnej i innych, są tylko o 10% niższe niż produkcja w USA. Do tego należy dodać koszty i problemy opisane wcześniej, z których istnienia importerzy zdali sobie sprawę dopiero niedawno, patrząc wstecz na swoje działania w krajach Azji Południowo-Wschodniej.
Jednym z pierwszych przedsiębiorstw, które zdecydowały się na reshoring, jest wspomniany General Electrics, czołowa firma z branży AGD. W 2013 r. rozpoczęła przywracanie do życia olbrzymiego kompleksu Appliance Park w Louisville w Kentucky. Zamknięty kilkanaście lat temu, gdy zarząd zdecydował się na offshoring na rzecz Chin i innych krajów Azji, teraz ponownie zaczyna produkować pralki, zmywarki oraz bojlery sprzedawane na rynku krajowym. Po wdrożeniu głośnego i odważnego projektu GE wiele innych firm amerykańskich, niewielkich, średnich, ale także takich gigantów jak Whirlpool, zaczęło wdrażać plany uruchamiania produkcji w kraju, wycofując się stopniowo z Chin. W 2012 roku Apple ogłosiło, że rozpoczyna budowę nowej linii montażowej w Texasie; mają tam być składane komputery Apple, a komponenty dostarczane będą z zakładów produkcyjnych w Illinois, na Florydzie i od innych lokalnych producentów.
Jest to oczywiście zjawisko nowe i dotychczas niemasowe. Większość firm mających swe fabryki i centra R&D (research & development) na całym świecie, także w krajach Azji Południowo-Wschodniej, nie przenosi całej produkcji, a jedynie jej część, głównie związaną z towarami sprzedawanymi na rynku macierzystym producenta. Mimo to trend jest coraz silniejszy i prawdopodobnie już niedługo będzie stanowił poważną konkurencję dla offshoringu. Jak wskazuje badanie na ten temat, przeprowadzone przez Boston Consulting Group w kwietniu 2012 r., 37% firm, których obroty roczne sięgają ponad 1 mln USD, deklaruje chęć lub już zaczęło planować albo wdrażać przenoszenie produkcji z Chin do USA. Spośród gigantów, tj. firm o rocznych dochodach ponad 10 mld USD, wskaźnik ten wynosi aż 48%. Z kolei analizy Hackett Group – think tanku doradzającego firmom międzynarodowym – mówią, że ok. 30% amerykańskich przedsiębiorstw produkujących w Chinach planuje przenieść część tego procesu do kraju. Analitycy Hackett Group przewidują, że tempo przenoszenia produkcji z krajów wysokorozwiniętych do krajów rozwijających się zwolni dwukrotnie w kolejnych latach. Z kolei trend reshoringu będzie dużo silniejszy i dwukrotnie więcej firm zdecyduje się na taką ścieżkę rozwoju produkcji.
Jeszcze nie tak dawno mówiło się, że firmy produkujące w kraju macierzystym i niedecydujące się na tani import z Chin są skazane na bankructwo – nie wygrają z konkurencją zalewającą sklepy tanimi, łatwo dostępnymi towarami. Teraz trend odwrotny opanowuje coraz większą liczbę firm średniej wielkości oraz światowych gigantów w takich branżach jak informatyka, elektronika, sprzęt gospodarstwa domowego, meblarstwo i inne. The Boston Consulting Group w swoim raporcie przewiduje, że do 2020 roku w związku z trendem reshoringu aż 4 miliony miejsc pracy związanych z produkcją powrócą z krajów Azji do USA.
Są też opinie bardziej sceptyczne. Mimo przewijających się często nazw amerykańskich gigantów (m.in. Apple, Ford, Caterpillar, Lenovo czy GE), obwieszczających, że przenoszą fabryki z powrotem do USA, skala zjawiska jest nadal zbyt mała, by można mówić o trwałym trendzie czy o rewolucji w globalnym łańcuchu dostaw. Największą zaletą reshoringu wydaje się jego funkcja marketingowa. Jak mówi prof. Richard B. Freeman, wicedyrektor Labor and Worklife Program w Harvard Law School: To, co tak naprawdę oznacza reshoring, to budowanie wizerunku firmy. Większość firm relokujących swoją produkcję, powracających do kraju macierzystego, tak naprawdę ma jedną fabrykę w ojczyźnie, zaopatrującą rynek lokalny, a także sieć fabryk ulokowanych w miejscach o niskich podatkach, kosztach stałych, taniej sile roboczej. Rzeczywiście powstają nowe fabryki, produkujące na potrzeby lokalnego rynku, ale nie wydaje mi się, by reshoring był masowym trendem w USA. Jednocześnie powstają bowiem fabryki w innych lokalizacjach na świecie. Na przykład General Electrics, która stworzyła w 2011 roku 10 000 nowych miejsc pracy w USA, jednocześnie otworzyła nowe fabryki w Chinach, Indiach i innych krajach.
Wysoka cena niskich kosztów
Budowanie potęgi gospodarczej i przemysłowej zawsze jest okupione zanieczyszczeniem środowiska oraz chorobami, na jakie narażeni są obywatele. Ale szybkość i skala rozwoju gospodarczego Chin nie mają chyba odpowiednika w historii świata, podobnie jak zakres skutków ubocznych tego procesu. Skażenie powietrza i wody stanowi tam główną przyczynę raka. Ponad 500 mln Chińczyków nie ma dostępu do czystej wody pitnej. Jak wynika z danych Banku Światowego, tylko 1% populacji chińskich miast, liczącej łącznie ok. 600 mln osób, oddycha powietrzem „czystym” według norm przyjętych przez Unię Europejską. W 2006 r. w Pekinie średnie stężenie zanieczyszczeń i pyłów wynosiło 141 mikrogramów/m2 – w krajach UE pułap uznany za bezpieczny to maksymalnie 40 mikrogramów, a w USA 50. Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że w Chinach więcej osób umiera z powodu zanieczyszczenia wody pitnej i powietrza (ok. 750 tys. rocznie) niż z powodu wypadków (89 tys. rocznie).
Począwszy od lat 80. XX wieku Chiny stawały się głównym producentem nie tylko tekstyliów, zabawek czy drobnej elektroniki. W tamten rejon świata przeniesiona została lwia część gałęzi tzw. brudnego przemysłu (dirty industries). Jak podaje chińskie Ministerstwo Ochrony Środowiska, w 1995 r. aż 30% wszystkich zagranicznych inwestycji należało do tych właśnie branż: przemysłu chemicznego, farmaceutycznego, papierniczego, garbarskiego, włókienniczego (w tym barwienia tkanin), elektronicznego, gumowego, plastikowego czy związanego z energetyką i budową maszyn. To właśnie te gałęzie gospodarki najbardziej zatruwają środowisko i powodują najwięcej szkód dla zdrowia pracowników i mieszkańców.
Pogarszający się stan zdrowia milionów ludzi oraz zniszczenie środowiska były przez ostatnie 30 lat problemami drugorzędnymi. Jednak ostatnio polityka rządu zaczyna ulegać zmianie, m.in. pod presją niezadowolenia społecznego. Niemal zupełnie zniesiono subsydiowanie eksportu dóbr produkowanych przy użyciu metod nieekologicznych, wprowadzono zachęty i pomoc finansową dla firm chcących rozwijać technologię zasilania energią odnawialną. Bieżący plan pięcioletni szczególnie podkreśla konieczność zmian w podejściu do ekologii, ochrony środowiska i zdrowia obywateli oraz wspiera korzystanie z odnawialnych źródeł energii.
Firmy wytwarzające towary w Chinach na europejskie i amerykańskie rynki zbytu w znacznym stopniu przyczyniły się do obecnego stanu rzeczy i złej sytuacji ekologicznej w tym kraju. Chińskie fabryki produkujące tony odpadów zatruwających glebę i powietrze wytwarzają dobra, które w większości trafiają na półki sklepów za granicą. Firmy zachodnie, zachęcone brakiem surowych regulacji dotyczących produkcji przemysłowej i ochrony środowiska, przez ostatnie 30 lat masowo inwestowały w swoje zakłady produkcyjne w Chinach. Tym samym nie narażały środowiska i zdrowia obywateli w macierzystym kraju. Chiny stały się globalną fabryką i globalnym wysypiskiem śmieci, przy czynnym udziale milionów konsumentów na całym świecie.
Co przyniesie przyszłość?
Oczywiście nie wszyscy importerzy zrezygnują ze zlecania lub prowadzenia produkcji w Chinach – kraju o doskonałym zapleczu logistycznym i zasobach surowcowych. Przez kilka ostatnich dekad wiele firm zachodnich zainwestowało mnóstwo środków i czasu w zaplanowanie i rozpoczęcie produkcji towarów w Chinach, wdrożenie odpowiednich standardów produkcji oraz utrzymanie jakości i wydajności na określonym poziomie.
Niewątpliwie wzrost kosztów wytwarzania w Chinach będzie miał jednak negatywne skutki dla pozycji eksportowej tego kraju. Już dzisiaj widać rosnące zainteresowanie inwestycjami w krajach takich jak Kambodża czy Birma, gdzie koszty wytwarzania są bardzo małe, a egzekwowanie prawa pracy i dbałość o środowisko naturalne pozostają na bardzo niskim poziomie. Jeszcze innym zjawiskiem, również nasilającym się, jest nearshoring, czyli produkcja w uboższych krajach ościennych – w przypadku USA są to coraz częściej Meksyk, Chile i inne kraje Ameryki Południowej, a dla Europy niektóre państwa afrykańskie.
Wydaje się, że Chiny jeszcze długo pozostaną krajem bardzo atrakcyjnym dla producentów. Państwo Środka to bowiem kraj nie tylko o największej na świecie populacji – to również społeczeństwo o największym odsetku osób zdolnych do pracy (84%). 28% z nich jest zatrudnionych w przemyśle – to więcej niż w innych krajach Azji Południowo-Wschodniej. W Chinach jest obecnie około 215 milionów pracowników fabryk, co stanowi ponad 58% ogółu pracowników przemysłowych w całej Azji Południowo-Wschodniej, włączając Indie. Na przykład w Wietnamie robotnicy zarabiają ok. 25% tego, co ich chińscy koledzy, nie mogą jednak się z nimi równać pod względem wydajności, co znacznie wpływa na ogólny koszt produkcji.
Widać jednak, że wielkie firmy zmieniają powoli podejście do biznesu i przestają traktować produkcję w Chinach jako jedyną możliwość. Wiele z nich zaczyna szerzej patrzeć na kwestię oszczędności, wydatków i problemów związanych z obecnym modelem zaopatrzenia i w rezultacie odchodzi od prostych analiz opartych tylko na koszcie zatrudnienia, włączając w całość kalkulacji także inne koszty, dotychczas niebrane pod uwagę. To z kolei sprawia, że zaczynają uelastyczniać metody działania, próbując dostosować swój model dostaw do coraz szybciej i dynamiczniej zmieniającej się rzeczywistości rynkowej. Chiny także korygują swoją politykę i dostrzegają zagrożenia związane z wieloletnią pogonią za dwucyfrowym wskaźnikiem PKB. Kluczowe zadania, jakie stawiają przed sobą Chiny, to przede wszystkim poprawa jakości życia obywateli, ochrona środowiska, wzrost konsumpcji wewnętrznej oraz rozszerzanie wpływów politycznych. Można powiedzieć, że obie strony, po okresie wzajemnej fascynacji, zaczynają szukać nowych dróg rozwoju. Miejmy nadzieję, że będzie to model rozwoju opartego na zasadach poszanowania środowiska naturalnego, praw człowieka i praw pracowniczych niezależnie od miejsca produkcji.
przez Katarzyna Machnik | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Na początku grudnia 2012 r. potężny tajfun Bopha zabił setki ludzi na południu i południowym wschodzie Filipin, zmuszając dziesiątki tysięcy mieszkańców do ucieczki. Filipiny to kraj podatny na katastrofy naturalne: w latach 1987–2000 odnotowano tam 523 klęski żywiołowe, co daje średnio 37 na rok. Każdorazowe straty w wyniku katastrof naturalnych sięgają 30 mld dolarów, a ograniczone możliwości obrony przed tego rodzaju zagrożeniami wpływają też na wzrastający poziom ubóstwa. Lata 2008–2009 były szczególnie dotkliwe dla milionów Filipińczyków. Globalny kryzys gospodarczy, połączony z kryzysem na rynku paliw, zbiegł się w czasie z olbrzymimi stratami spowodowanymi przez tajfuny pod koniec 2009 r. Biedni najsilniej odczuwają skutki kryzysu. Według danych Banku Centralnego huragan El Nino, który przeszedł przez Filipiny na początku 2010 r., wpłynął na pogłębienie się ubóstwa aż 58% najbiedniejszych mieszkańców, których byt i dochód zależą od skrawka uprawianej ziemi.
Mimo tak trudnej sytuacji i naturalnych ograniczeń Filipiny są krajem wprowadzającym w życie ciekawe rozwiązania prospołeczne. Warto się im przyjrzeć.
Bieda na starcie
Jak pokazują dane Banku Światowego, wskaźnik ubóstwa wśród Filipińczyków stopniowo maleje: w 1991 r. wynosił 33,1%, a w latach 2006 i 2009 oscylował wokół 26,5%. Nie zmienia to faktu, że wciąż ponad jedna czwarta obywateli (23 mln) żyje w biedzie. Mimo zmniejszania się współczynnika Giniego1 – z 0,4605 w 2003 r. do 0,4484 w roku 2009 – jest on w dalszym ciągu najwyższy spośród członków ASEAN (Association of Southeast Asian Nations, Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej). Ponad 25% mieszkańców nadal nie jest w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb (wyżywienie, dach nad głową itd.). Śmiertelność i odsetek źle odżywionych dzieci są wciąż jednymi z najwyższych w rejonie Pacyfiku i we wschodniej Azji.
Najwięcej ubogich rodzin zamieszkuje tereny wiejskie. Wśród najbiedniejszych rejonów Filipin są takie prowincje jak Luzon, Mindanao (Autonomiczny Region Muzułmański), Bicol czy Caraga. W wielu z tych miejsc ponad 70% obywateli żyje w ubóstwie. Wskaźnik ten jest prawie trzykrotnie większy niż na terenach miejskich, gdzie biedą zagrożonych jest ok. 25–30% mieszkańców.
Wszystko to ma podłoże nie tylko w czynnikach naturalnych, lecz także w przebiegu dziejów tego obszaru. Filipiny to kraj przez ponad 300 lat rządzony przez kolonizatorów. Rezultatem kolonizacji hiszpańskiej (1521–1898) była olbrzymia bieda tubylców. Pozbawieni ziemi, poddani wyzyskowi (quasi-niewolnictwo, niskie zarobki, olbrzymie podatki oraz trybuty na rzecz kolonizatorów) – byli obywatelami drugiej kategorii. Przymus uprawiania tylko jednego rodzaju roślin, np. w związku z monopolem tytoniowym, sprawił, że całe regiony kraju stały się bardzo podatne na wszelkie zmiany ekonomiczne.
Amerykanie, którzy w 1898 r. w wyniku działań zbrojnych przejęli Filipiny, wnieśli pewien wkład w rozwój dobrobytu i struktur zapewniających obywatelom równy dostęp do podstawowych usług. Stworzyli bazę dla systemu bezpłatnej edukacji oraz pierwsze programy ochrony zdrowia. Z drugiej jednak strony, jak uważa wielu badaczy zajmujących się historią i geopolityką krajów Azji Południowo-Wschodniej, wszystko to służyło USA głównie jako narzędzie podboju i asymilacji filipińskiej ludności. Ubóstwo czy brak wykształcenia wciąż były problemami jednostki, a nie państwa, które nie miało zamiaru brać odpowiedzialności za ogół obywateli i ich sytuację. Bieda, według Amerykanów i powszechnej wówczas opinii, była wynikiem niskiego poziomu wykształcenia („niedouczony, ciemny dzikus”) i braku europejskiego, „nowoczesnego” systemu wartości i sposobu życia.
Na uwagę zasługuje pojawienie się w owym czasie nowej klasy społecznej. Komercjalizacja rolnictwa, szczególnie pod koniec panowania Hiszpanów, ułatwiła uformowanie się warstwy właścicieli ziemskich, którzy byli stosunkowo (a z czasem – coraz bardziej) niezależni od państwa i później, w 1899 r., stanowili główną grupę formującą pierwszą Republikę Filipin.
Liberalizm i zawiedzione obietnice
Po II wojnie światowej i odzyskaniu niepodległości najważniejszym zadaniem była odbudowa gospodarcza kraju. Nacisk położono na rozwój przemysłu, głównie poprzez inwestycje publiczne w sektor energetyczny i transportowy. Dzięki rozwojowi importu i przemysłu władze chciały zmniejszyć bezrobocie, a co za tym idzie – zredukować biedę. Jednak w ciągu trzech lat od odzyskania niezależności elity rządzące doprowadziły kraj na skraj bankructwa, zawłaszczając kontrybucje pomocowe przyznane przez USA.
W połowie lat 50., przede wszystkim za sprawą nacisków ze strony właścicieli gruntów, plantacji i fabryk, polityka państwa stawała się coraz bardziej liberalna, szczególnie po zwycięstwie w wyborach w 1962 r. Diosclado P. Macapagal, który zamierzał zreformować gospodarkę na wzór amerykański. W tym samym czasie Filipiny uzyskały doraźną pomoc w formie kredytu od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który spłacają do dzisiaj. W 1965 r. na prezydenta kraju został wybrany Ferdinand Marcos. Cztery lata później ponownie objął to stanowisko, niewiele robiąc sobie z protestów społecznych i powszechnych oskarżeń o sfałszowanie wyborów. Za rządów Marcosa polityka społeczna uległa niejakiej poprawie: głównym jej elementem była walka z wysokim bezrobociem, niedorozwojem infrastruktury, dużą rozpiętością płac oraz bardzo niskim standardem życia.
Co istotne, zmienił się wówczas model rozwoju – położono nacisk na uprzemysłowienie oraz reformę rolną. Nie brakło jednak pomysłów kuriozalnych i nietrafionych. Wśród nich były olbrzymie inwestycje w budownictwo komercyjne (szczególnie luksusowych hoteli) zamiast w lokale mieszkaniowe dostępne dla przeciętnych obywateli. Rząd Filipin wydał na to 350 mln dolarów, na budownictwo komunalne przeznaczając wówczas jedynie ok. 13 mln dolarów. Kraj notował w latach 70. ponad 5-procentowy wzrost gospodarczy, była to jednak głównie zasługa kredytów udzielanych przez instytucje zewnętrzne. W połowie lat 80., w okresie poważnej recesji, także gospodarka Filipin znacznie spowolniła, głównie wskutek spadku cen na główne produkty eksportowe (kawa, trzcina cukrowa, tytoń). W tym samym czasie Międzynarodowy Fundusz Walutowy całkowicie zmienił politykę wobec Filipin, z „dobrego wujka” stając się „karzącym ojcem”. Popularność reżimu wśród obywateli malała z dnia na dzień, a w efekcie – w wyniku buntu zainicjowanego przez ruchy lewicowe i umiarkowaną opozycję – Marcos został w 1986 r. odsunięty od władzy.
Corazon Aquino, żona opozycjonisty Benigno Aquino, zabitego przez ludzi Marcosa, pierwsza kobieta-prezydent w krajach Azji,objęła władzę w sytuacji, gdy gospodarka znajdowała się w recesji, pogłębionej niedawnymi działaniami zbrojnymi. Różne grupy domagały się zmian, m.in. rzesze biedniejących i sfrustrowanych obywateli, lub przeciwnie – dążyły do zachowania przywilejów (frakcje wojskowe, elity biznesowe, Kościół).Aquino rozpoczęła walkę z kryzysem poprzez liberalizację handlu zagranicznego i finansów, przeprowadziła prywatyzację wielu przedsiębiorstw. Taka polityka spotkała się z poparciem i pomocą ze strony Banku Światowego, MFW oraz innych krajów Azji Południowo-Wschodniej skupionych w ASEAN. Politykę Aquino do pewnego stopnia kontynuował jej następca, wybrany w 1992 r. Fidel Ramos. Pod hasłem „Filipiny 2000” wypowiedział walkę korupcji, kartelom i monopolistom handlującym tytoniem. Zintensyfikował także reformy liberalizujące gospodarkę i przyspieszył prywatyzację, natomiast tak palące kwestie jak rozwój terenów wiejskich nie odegrały w jego polityce istotnej roli.Prezydent Ramos wprowadził też w życie szereg rozwiązań dotyczących polityki społecznej, znanych pod nazwą Social Reform Agenda (SRA). Całość składała się z 9 programów koncentrujących się na innej płaszczyźnie problemów społecznych i na różnych sektorach: rolnictwie, rybołówstwie, biedocie miejskiej, problemach rdzennych Filipińczyków itd. Programy te obejmowały 20 najbiedniejszych prowincji, wybranych przez samego prezydenta, mimo że oficjalnie miały być one wybierane na podstawie danych statystycznych ogólnego poziomu ubóstwa i innych obiektywnych wyznaczników. Ostatecznie wskazana przez prezydenta lista zawierała 9 najbiedniejszych prowincji, z czego tylko jedna była zamieszkana przez największy odsetek ubogich. Walka z kartelami i bogatymi rodzinami również okazała się bardziej chwytem wyborczym niż realnym zamierzeniem prezydenta, który w żaden sposób nie dążył do ukrócenia wpływów i realnej władzy elit decydujących „z tylnego siedzenia” o coraz bardziej neoliberalnym kształcie polityki gospodarczej kraju.
Joseph Ejercito Estrada, wybrany w 1998 r. na prezydenta, aktywny i przedsiębiorczy polityk, jednym z głównych haseł uczynił szerokie reformy społeczne, szczególnie zaś walkę z ubóstwem i rozwój najbiedniejszych regionów kraju. Flagowy program walki z biedą „Lingap para sa Mahikap” (Opiekowanie się biednymi) miał polegać na udzielaniu pomocy najbiedniejszym rodzinom z każdej prowincji i miasta. Pomoc obejmować miała wsparcie finansowe, zapewnienie opieki medycznej, subsydiowanie jedzenia i mieszkań socjalnych. Ta kampania, niezwykle entuzjastycznie przyjęta przez społeczeństwo Filipin, pomogła Estradzie wygrać walkę o fotel prezydencki, lecz niestety okazała się głównie chwytem propagandowym. Prezydent i jego otoczenie byli skupieni na zapewnieniu „odpowiedniego poziomu życia” sobie i swoim rodzinom, nie na realizacji planów walki z ubóstwem.
Rządy Estrady zakończyły się w 2001 r. po ujawnieniu malwersacji finansowych i po kolejnym przewrocie na szczytach władzy, zainicjowanym przez rewoltę społeczną. Władzę przejęła dotychczasowa wiceprezydent – Gloria Macapagal-Arroyo. Oczekiwano, że Arroyo, doktor nauk ekonomicznych, będzie rządzić w sposób nowoczesny i bardziej prospołeczny. Polityka gospodarcza nowej pani prezydent okazała się natomiast kontynuacją neoliberalnego trendu, wspieranego aktywnie przez Bank Światowy oraz MFW. Arroyo rozpoczęła jednak program pomocy społecznej oraz walki z biedą, wspierany i finansowany przez Bank Światowy, nazwany Kapit-Bisig Labon sa Kahirapan (KALAHI, „Łączenie rąk w walce z ubóstwem”). Obejmował on wsparcie w znalezieniu zatrudnienia i zakwaterowania, poprawę bezpieczeństwa i zwalczanie przemocy, rozwijanie instytucji pomocy społecznej oraz większe zaangażowanie rządu i władz lokalnych w poprawę warunków życia ubogich. Program dość znacznie poprawił dostępność usług pomocy społecznej, warunki życia wielu najbiedniejszych mieszkańców oraz po części przyczynił się do wzrostu solidarności społecznej w lokalnych społecznościach. Arroyo, podobnie jak kilku jej poprzedników, pożegnała się jednak z urzędem w atmosferze skandalu: oskarżano ją o fałszowanie wyników wyborów, wyłudzanie olbrzymich sum ze Skarbu Państwa, złe zarządzanie publicznymi pieniędzmi i nepotyzm.
Będzie lepiej?
W 2010 r. prezydentem Filipin został Benigno Aquino III, syn Benigno Aquino i Corazon Aquino. Niedługo po objęciu urzędu zadecydował o wdrażaniu programu Pantawid Pamilyang Pilipino Program, zwanego w skrócie 4P lub Pantawid Pamilya, wspieranego przez Bank Światowy. Program ten był od 2007 r. wdrażany w formie pilotażowej. Zakłada się, że do 2016 r., a więc do końca prezydentury Aquino, programem ma być objętych 4,3 mln rodzin. Walka z ubóstwem jest jednym z najważniejszych punktów rządowego planu rozwoju na lata 2011–2016. Program 4P opiera się na warunkowych transferach pieniężnych.Warunkowe transfery pieniężne (conditional cash transfers) to coraz popularniejsze narzędzie polityki społecznej, wprowadzone w 2008 r. i stosowane w kilkudziesięciu krajach, szczególnie w Ameryce Łacińskiej (głównie Brazylia, ale także Meksyk, Ekwador, Boliwia, Argentyna, Chile), w kilku krajach Afryki (Kenia, Nigeria, Burkina Faso) i państwach Azji Południowo-Wschodniej (Indie, Bangladesz, Indonezja, Kambodża i Filipiny).System transferów pieniężnych polega na regularnych przekazach pieniężnych kierowanych do rodzin ubogich pod warunkiem spełniania przez nie określonych wymogów, m.in. w zakresie edukacji dzieci (np. zapisywanie do szkół zamiast posyłania ich do pracy), wyżywienia oraz obowiązkowej opieki zdrowotnej (okresowe badania lekarskie oraz szczepienia dla dzieci, opieka medyczna kobiet w ciąży itp.). Do pobierania tego rodzaju transferów upoważnione są najczęściej matki, które w większości przypadków pełnią rolę głowy rodziny. Celem krótkookresowym takich programów jest walka z ubóstwem poprzez doraźną pomoc materialną. W założeniu jednak transfery pieniężne mają być przede wszystkim formą inwestycji w kapitał ludzki, tj. w dorastające, młode pokolenie, przyczyniając się do redukcji dziedziczonego ubóstwa.
W obliczu pogarszającej się sytuacji ekonomicznej większości społeczeństwa, a także po sukcesach podobnych programów w takich krajach jak Meksyk czy Brazylia, Filipiny zdecydowały się skorzystać z tego narzędzia.
Pomysł na pomoc
„Pantawid” znaczy „pomagać wybrnąć z trudnej sytuacji”, nazwę programu można więc tłumaczyć jako „Pomoc dla filipińskich rodzin”. Najważniejsze cele programu 4P to zmniejszenie skali ubóstwa, głodu, zapewnienie dostępu do edukacji na poziomie elementarnym, zagwarantowanie podstawowej opieki medycznej dzieciom do 14. roku życia oraz matkom i kobietom ciężarnym, promowanie równości obywateli bez względu na płeć oraz redukcja śmiertelności dzieci.
Rozwój programu nie byłby możliwy bez organizacyjnego i finansowego wsparcia Banku Światowego, Asian Development Bank i Australijskiej Agencji Rozwoju Międzynarodowego. Wdrażaniem programu zajmuje się Ministerstwo ds. Społecznych i Rozwoju (Departement of Social Welfare and Development, DSWD), wspierane przez szereg agencji rządowych, szczególnie przez resorty edukacji i zdrowia, władze lokalne oraz Land Bank – filipiński bank państwowy. Instytucje rządowe zajmują się zwiększeniem dostępu do edukacji i ochrony zdrowia osobom uczestniczącym w programie, podczas gdy Land Bank jest głównym źródłem wypłat środków przyznanych w ramach programu. Ogólna suma transferów gotówkowych do 31 maja 2012 r. wyniosła ponad 9 mld 40 mln pesos filipińskich, co stanowi ponad 215 mln 230 tys. dolarów.
Najistotniejszym elementem programu jest właściwe określenie beneficjentów transferów gotówkowych. Jak wskazują zwolennicy Pantawid Pamilya, zasady przyznawania pomocy, w przeciwieństwie do wielu wcześniejszych programów rządowych, są obiektywne, klarowne i jednakowe dla wszystkich. Ma to zapobiec ewentualnym naruszeniom, tak częstym w przeszłości.
Beneficjentami programu mogą zostać mieszkańcy miast najbiedniejszych według danych Narodowego Biura Statystycznego3 (NSCB), a dokładnie rodziny, których dochód jest równy lub niższy od najniższego dochodu w danej prowincji i w których są dzieci do 14 lat i/lub kobieta ciężarna w momencie składania deklaracji przystąpienia do programu, oraz które zgodzą się na warunki uczestnictwa sformułowane w regulaminie programu Pantawid Pamilya.Ponad 75% ubogich Filipińczyków żyje na terenach wiejskich, tylko ok. 25% stanowią mieszkańcy miast. Do 27 czerwca 2012 r. (ostatnie dostępne dane) do programu włączono 138 miast, 1261 gmin we wszystkich 79 prowincjach kraju, obejmując zasięgiem łącznie 3014586 gospodarstw domowych. Niemal połowa beneficjentów pochodzi z prowincji Mindanao, niewiele mniej z Luzon i Visayas, uznawanych za najbiedniejsze rejony Filipin.Selekcja beneficjentów programu to proces wieloetapowy. Najpierw na podstawie danych dotyczących ubóstwa, zebranych pod nazwą Family Income & Expenditures Survey przez Narodowe Biuro Statystyczne, wybierane są najbiedniejsze prowincje. W nich wskazuje się najbiedniejsze miasta i barangays (najmniejsza jednostka podziału administracyjnego na Filipinach, dawne określenie wioski, obecnie oznacza raczej dzielnicę miasta czy metropolii, z wybieranymi przez mieszkańców władzami), w oparciu o dane zebrane w Small Area Estimates (SAE) oraz Narodowe Biuro Statystyczne. Większe miasta wybierane są na podstawie danych Prezydenckiej Komisji ds. Biedoty Miejskiej. Następnie wybiera się najuboższe gospodarstwa domowe w obrębie poszczególnych barangays na podstawie określonych wyznaczników, m.in. dostępu do wody pitnej i sanitariatów, poziomu wykształcenia głowy rodziny, dochodu na członka rodziny, dostępu do podstawowych dóbr czy warunków mieszkaniowych.Korzystając z danych zebranych podczas selekcji beneficjentów 4P, Ministerstwo ds. Społecznych i Rozwoju zaczęło tworzyć bazę danych nazwaną National Household Targeting System for Poverty Reduction (NHTS-PR, Narodowy System ds. Redukcji Ubóstwa). Ma ona pomóc w identyfikacji i przydzielaniu pomocy właściwym osobom i rodzinom. Jest to największa rządowa baza danych dotyczących ubóstwa i biednych mieszkańców Filipin. System identyfikuje osoby kwalifikujące się do programu według modelu PMT (proxy means test), przewidującego niejako dochód per capita na podstawie warunków socjoekonomicznych, dostępu do podstawowych dóbr itd. Tego rodzaju model wydaje się najlepszym rozwiązaniem w kraju, gdzie dochody mieszkańców są bardzo trudne do zweryfikowania. Jak bowiem wynika z danych Ministerstwa Pracy i Zatrudnienia5, ok. 40% ogółu zatrudnionych pracuje w sektorze „nieformalnym”, bez ustalonej relacji pracodawca – pracownik, często w rodzinnych przedsiębiorstwach, małych warsztatach lub prowadzi własną, drobną działalność zarobkową.
Kto korzysta?
Program nakłada na uczestników pewne obowiązki. Kobiety ciężarne, przed oraz po porodzie, muszą korzystać z profesjonalnej opieki medycznej i regularnie uczęszczać na badania lekarskie. Rodzice muszą brać udział w spotkaniach Family Development Sessions. Dzieci w wieku do lat 5 mają być regularnie badane i szczepione, te w wieku od 3 do 5 lat muszą chodzić do żłobka lub przedszkola i mieć frekwencję nie niższą niż 85% obecności. Dzieci w wieku od 6 do 14 lat powinny zostać zapisane do szkoły podstawowej i uczęszczać regularnie na zajęcia (frekwencja nie niższa niż 85% obecności) oraz dwa razy do roku zażywać pigułki odrobaczające.
Rodzina, w której troje dzieci zakwalifikowało się do programu, otrzymuje miesięcznie 1400 PHP przez cały rok szkolny lub 15 000 PHP rocznie tak długo, jak długo dzieci spełniają warunki programu. Gotówka wypłacana jest głowie rodziny, zazwyczaj matce, poprzez specjalną kartę do wypłat gotówkowych wydawaną przez współpracujący z programem Land Bank lub inne banki, mające swoje punkty w miejscach zamieszkania beneficjentów.Określanie beneficjentów przy pomocy danych statystycznych oraz informacji zebranych w terenie wydaje się obiektywne i sprawiedliwe. Jednak jak wskazują uczestnicy 4P, „komputer” wybiera na chybił trafił i pomoc nie zawsze dociera do rodzin najbardziej potrzebujących. Zdarza się, że najbiedniejsze rodziny nie zostają włączone do programu, a ich ciut lepiej sytuowani sąsiedzi – tak.Kolejną kwestią, na którą skarżą się beneficjenci programu, są formalności. Pierwszą przeszkodą dla wielu chętnych jest dostarczenie w wymaganym terminie (najczęściej 7 dni) niezbędnych dokumentów, takich jak świadectwo urodzenia, fotografie portretowe, dowód zapisania dziecka do szkoły oraz świadectwo wykonanych szczepień. Niektórych uczestników nie stać nawet na zrobienie zdjęcia czy zapłacenie za przejazd, żeby dostarczyć wymagane dokumenty. Często w takich przypadkach pomagają sąsiedzi lub nawet władze barangay, którym zależy, aby jak najwięcej osób zostało zakwalifikowanych do programu.
Jak wskazano wyżej, transfery gotówkowe wypłacane są w zamian za regularne posyłanie dzieci do szkoły (obecność na zajęciach musi wynosić min. 85%), regularne szczepienia ochronne oraz wizyty kontrolne w ośrodkach zdrowia. Jednak w niektórych rejonach Filipin, szczególnie najsłabiej rozwiniętych, spełnienie tych wymogów nie jest wcale łatwe – głównie ze względu na brak dostatecznie rozwiniętej infrastruktury, duże odległości między miejscem zamieszkania a szkołą czy przychodnią. Według danych DSWD 20–30% beneficjentów 4P zostaje po jakimś czasie zdyskwalifikowana właśnie z tego powodu. W przeciwieństwie np. do Meksyku, jednego z liderów wprowadzania warunkowych transferów pieniężnych, który najpierw zapewnił obywatelom łatwy dostęp do podstawowych usług (edukacja, opieka zdrowotna), na Filipinach mamy raczej sytuacje odwrotną: to wymagania programu 4P sprawiają, że „pojawia się” potrzeba budowania nowych placówek edukacyjnych czy ośrodków zdrowia.
Efekty i defekty
Udział w programie 4P dał wielu obywatelom Filipin szansę na lepsze życie, wiarę w siebie, możliwość decydowania o własnym losie i kształtowania lepszego losu swoich dzieci. Dochody uczestników programu wzrosły, środki z programu pomagają w sfinansowaniu przyborów szkolnych czy żywności dla całej rodziny. Od momentu wprowadzenia programu, tj. od września 2007 r. do grudnia 2010 r., liczba gospodarstw domowych objętych pomocą wzrosła 100-krotnie. Prezydent Benigno Aquino III zdecydował o zwiększeniu środków przeznaczonych na 4P. W 2012 r. budżet na ten cel wynosić miał 39 miliardów pesos (tj. ok. 655 mln euro), a objęte programem miały być w sumie 3 mln gospodarstw domowych. W ogłoszonym niedawno budżecie na rok 2013 prezydent Aquino podkreśla potrzebę dalszego wdrażania w życie programu 4P6.
Przeciwnicy warunkowych transferów gotówkowych uważają, że tego rodzaju programy, przeprowadzane w zasadzie w całości przez instytucje międzynarodowe (jak Bank Światowy i inne), odciążają rząd od palących problemów społecznych i pozwalają władzom nie zauważać potrzeby dogłębnych reform. Podkreślają oni, że system nie wspiera redystrybucji dóbr, ponieważ nie oferuje się żadnego transferu od bogatych do biednych. Przeciwnie, ponieważ program finansowany jest z kredytu, tym samym obciąża przyszłych obywateli.
Tabela 1. Zasięg programu Pantawid Pamilya, transze 1–5 (do 27 czerwca 2012), bez uwzględnienia programu pilotażowego (IX–XII 2007 r.)
| Transza/rok rozpoczęcia |
Zakładana liczba gosp. domowych objętych programem |
Liczba gosp. domowych włączonych do programu |
Odsetek beneficjentów w zakładanej grupie odbiorców |
| 1 (2008) |
343 264 |
321 380 |
93,62% |
| 2 (2009) |
286 746 |
272 976 |
95,20% |
| 3 (2010) |
414 697 |
405 782 |
97,85% |
| 4 (2011) |
1 296 272 |
1 289 119 |
99,45% |
| 5 (2012) |
766 00 |
725 329 |
94,69% |
| Ogółem: |
3 106 979 |
3 014 586 |
97,03% |
Za: Pantawid Pamilyang Pilipino Program, Program Implementation Status Report, 2nd Quarter of 2012, Department of Social Welfare and Development, June 20122.
Tabela 2. Zasięg programu Pantawid Pamilya na Filipinach
| Jednostka administracyjna |
Ogółem w kraju |
Liczba objęta programem 4P |
% objęty programem 4P |
| Region |
17 |
17 |
100,00 |
| Prowincja |
80 |
79 |
98,75 |
| Miasto |
138 |
138 |
100,00 |
| Gmina |
1496 |
1261 |
84,29 |
Za: Pantawid Pamilyang Pilipino Program, Program Implementation Status Report, 2nd Quarter of 2012, Department of Social Welfare and Development, June 20124.
Tabela 3. Warunki, jakie muszą spełniać beneficjenci programu Pantawid Pamilya
| Członek rodziny |
Warunki otrzymania transferu gotówki na ochronę zdrowia |
Warunki otrzymania transferu gotówki na cele edukacyjne |
| Dzieci od 0 do 5 lat |
Regularne badania lekarskie. |
Dzieci od 3 do 5 lat muszą chodzić do przedszkola i wykazać się min. 85% frekwencją. |
| Dzieci od 6 do 14 lat |
Przyjmowanie tabletek odrobaczających dwa razy do roku. |
Dzieci muszą być zapisane do szkoły podstawowej lub ponadpodstawowej i uczestniczyć w min. 85% zajęć szkolnych. |
| Kobiety ciężarne |
Przynajmniej jedna konsultacja przedporodowa w trymestrze.Poród przeprowadzony przy udziale wykwalifikowanego personelu. |
|
| Beneficjent |
Uczestniczenie w spotkaniach dot. wspierania rodziny (tzw. family development sessions). |
|
Zwolennicy programu 4P twierdzą, że jest on bardzo przydatnym i względnie skutecznym narzędziem w walce z biedą. Sekretarz Soliman, szefowa Ministerstwa ds. Społecznych i Rozwoju, uważa, że program pomaga ubogim rodzinom nie tylko wyrwać się z dziedziczonego ubóstwa, ale też uwierzyć we własne siły. Tego rodzaju programy, skierowane siłą rzeczy na pomoc doraźną, w dłuższej perspektywie powinny być jednak wspierane przez inne inicjatywy rządu, np. tworzenie nowych miejsc pracy, budowę placówek edukacyjnych, kulturalnych i medycznych oraz działania na rzecz bardziej sprawiedliwego podziału dóbr.Warto pamiętać, że wiele problemów Filipin, w tym ubóstwo, jest w znacznej mierze skutkiem liberalnej polityki kolejnych rządów, wprowadzających np. jednostronne obniżenie taryf na importowane towary. W wyniku takiej polityki towary sprowadzane z zagranicy mogą konkurować bez przeszkód z lokalnie produkowanymi. Natomiast wyroby filipińskie nie mają większych szans przebicia się na rynku międzynarodowym, głównie przez bardzo wysokie taryfy celne narzucane przez inne kraje. Władze Filipin nigdy nie negocjowały redukcji stawek na swoje towary, czego wynikiem jest duża dysproporcja między tymi importowanymi a eksportowanymi. Gospodarka oparta na wpływach z inwestycji zagranicznych oraz eksporcie surowców sprawiła, że Filipiny są wciąż krajem bardzo podatnym na najmniejsze zachwiania światowego rynku. Prywatyzacja edukacji i opieki zdrowotnej doprowadziła do podziału społeczeństwa na tych, których stać na te usługi, i resztę – zdaną na samych siebie. Zgoda władz na wieloletnią dzierżawę olbrzymich terenów przez międzynarodowe korporacje sprawiła, iż tysiące rolników straciło jedyne źródło utrzymania.W tym kontekście wszelkie działania naprawcze są wskazane i niezbędne. Program 4P w opinii umiarkowanych zwolenników – takich jak np. znany działacz społeczny i krytyk neoliberalnej globalizacji Walden Bello – jest przydatnym narzędziem, jednak nie stanowi rozwiązania kluczowych problemów i wyeliminowania ich przyczyn. Jego zdaniem główną rolę w walce z ubóstwem powinny odgrywać stopniowe wycofywanie się z polityki neoliberalnej, reforma rolna oraz umorzenie długów zagranicznych Filipin (wg danych Banku Centralnego Filipin z września 2012 r. długi Filipin wobec Banku Światowego, Asian Development Bank i innych podmiotów wynoszą 62,5 miliardów USD, stanowiąc tym samym 26,6% PKB kraju7).
Istotnym problemem związanym z właściwą realizacją programów polityki społecznej na Filipinach jest silna pozycja elit, tj. posiadaczy ziemskich, właścicieli plantacji, ludzi związanych z branżą nieruchomości itp. Sfery te, formalnie nie posiadające żadnej władzy, potrafią wciąż, tak jak 50 lat temu, skutecznie blokować wszelkie reformy, w wyniku których straciłyby część wpływów lub zysków. Bardzo trudno zatem przeprowadzić jakiekolwiek głębokie i długofalowe zmiany w kraju.
Mimo to od początku wdrażania Pantawid Pamilyang Pilipino w 2007 aż do dziś rozszerza się zakres programu. Obecnie obejmuje on ponad 30% najbiedniejszych obywateli Filipin. Wdrożenie 4P pozwoliło zmniejszyć poziom ubóstwa w najbiedniejszych rejonach kraju. Około 62% rodzin objętych programem żyło poniżej granicy biedy. Ponad 33% nie było stać na zakup dostatecznej ilości żywności. Pieniądze otrzymane w ramach programu 4P pozwoliły więc tym ludziom zaspokoić podstawowe potrzeby, związane głównie z wyżywieniem rodziny. Według danych Banku Światowego dzięki programowi o ponad 13 punktów procentowych udało się zmniejszyć liczbę osób zagrożonych niedożywieniem lub głodem.Transfery gotówkowe znacznie wpłynęły na wzrost zarobków: z wyliczeń Banku Światowego wynika, że dochody beneficjentów wzrosły per capita o ok. 12%. Jednocześnie poziom ubóstwa spada średnio o 2,6 punktu procentowego na rok, dzięki 4P udaje się też obniżyć różnicę w dochodach między mieszkańcami średnio o 3,6 punktu procentowego rocznie. Poza poprawą warunków życia i pomocą w zaspokojeniu podstawowych potrzeb program 4P – podobnie jak tego rodzaju programy w Brazylii czy Meksyku – przyczynia się do znacznej poprawy poziomu wykształcenia i zdrowia dzieci. Dane z pięciu kolejnych cykli programu Pantawid Pamilya wskazują, że co roku w wycinkowo wybranych okresach dwóch miesięcy ponad 96% dzieci w wieku 3–5 lat uczęszczało regularnie na zajęcia szkolne, podobną frekwencję (ponad 97%) wykazywały dzieci w wieku 6–14 lat. Jeśli zaś chodzi o zobowiązania beneficjentów (rodziców) dotyczące regularnych badań lekarskich dzieci, tu także widać znaczący postęp: ponad 95% dzieci w wieku 0–5 lat oraz kobiet ciężarnych poddawało się regularnym badaniom lekarskim oraz koniecznym szczepieniom ochronnym, zaś 98% dzieci w wieku 6–14 lat regularnie przyjmowało tabletki przeciw pasożytom. Z kolei rodzice w przeważającej większości (96%) uczestniczyli w warsztatach rozwoju osobistego, przedsiębiorczości itp.8Oczywiście są to jedynie dane z krótkiego okresu. Podobnie jak w programach w Meksyku czy Hondurasie, dane wskazują także na spore zaniedbania jeśli chodzi o frekwencję szkolną starszych dzieci i o uczestnictwo w obowiązkowych badaniach lekarskich. Wydaje się jednak, że główne zadania programu Pantawid Pamilya są realizowane z dużym powodzeniem. Nakłady na zapewnienie odpowiednich warunków życia, nauki i opieki zdrowotnej dla najmłodszych obywateli i ich rodzin dają milionom najuboższych dzieci szansę na wyrwanie się z biedy i pozwalają na lepszy start w dorosłe życie. Dzięki stosunkowo sprawnej organizacji i dobremu systemowi definiowania i wyłaniania beneficjentów transferów gotówkowych, program Pantawid Pamilya obejmuje zasięgiem ponad 90% przedstawicieli 40-procentowej, najbiedniejszej części populacji Filipin i pozwala dotrzeć do największej liczby beneficjentów w porównaniu z wcześniejszymi programami pomocy społecznej. Na potrzeby 4P stworzono też olbrzymią bazę danych o obywatelach Filipin, ich warunkach życia, poziomie wykształcenia, infrastrukturze poszczególnych rejonów kraju. Te informacje, wcześniej zbierane wyrywkowo i chaotycznie, stanowią przydatne źródło wiedzy także dla innych projektów pomocowych, a know how organizacji wdrażających program 4P stanowi doskonałą podstawę do realizacji podobnych programów w innych krajach regionu.
Mimo mniej lub bardziej uzasadnionych krytyk program Pantawid Pamilya jest, jak dotychczas, najbardziej efektywnym sposobem walki z ubóstwem na Filipinach. Promuje aktywność i dyscyplinę, ale przede wszystkim stwarza szanse na podstawową edukację dzieciom, które dotychczas musiały pracować, zamiast się uczyć, oferuje opiekę medyczną matkom, dzieciom i kobietom ciężarnym, których do tej pory nie było stać na podstawowe usługi medyczne. Mimo „bagażu” nie zawsze uczciwych praktyk, jakie na Filipinach są wpisane w prawie każdą działalność publiczną, program ten jest dobrym krokiem w kierunku bardziej sprawiedliwego społeczeństwa i efektywniejszej polityki społecznej państwa.
Przypisy:
- Według ostatnich dostępnych danych z 2009 r., opublikowanych w 2010 r. przez Bank Światowy: http://www.nscb.gov.ph/pressreleases/2012/PR-201207_PP1_08_fies.asp
- www.dswd.gov.ph/wp…/2012/09/2ndqtr2012.pdf
- http://www.nscb.gov.ph/
- www.dswd.gov.ph/wp…/2012/09/2ndqtr2012.pdf
- http://www.bles.dole.gov.ph/
- http://www.gov.ph/2012/07/24/2013-budget-message-
of-president-aquino/
- http://www.philstar.com/business/2012/09/22/851524/phl-external-debt-17–625-b
- Luisa Fernandez, Rosechin Olfindo, Overview of the Philippines’ Conditional Cash Transfer Program: The Pantawid Pamilyang Pilipino Program (Pantawid Pamilya), „Philippine Social Protection Note” Maj 2011, nr 2, s. 11.
przez Katarzyna Machnik | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Chiny to dla większości ludzi ponury, komunistyczny moloch z twarzą Mao Zedonga i masami robotniczo-chłopskimi na placu Tiananmen, z „Czerwoną książeczką” w dłoniach. Ze świętoszkowatym współczuciem wypowiadamy się o 10-letnich dzieciach zmuszanych do pracy w fabrykach zabawek, drobnej elektroniki czy plastikowych gadżetów. Z pogardą i poczuciem wyższości debatujemy o Chinach jako komunistycznej fabryce świata, kraju robotników potulnie pracujących za „miskę ryżu”. Ten stereotypowy obraz niekoniecznie odpowiada rzeczywistości. Olbrzymia populacja robotników, ponad 160 mln osób, w tym migrujących z biedniejszych, centralnych i zachodnich prowincji, jest od wielu lat siłą napędową chińskiej gospodarki. Po latach pracy za nędzne stawki zaczynają oni jednak walczyć o swoje prawa i dostrzegać własną zbiorową siłę.
Niekończący się strumień chińskiej taniej siły roboczej to mit nieaktualny od jakiegoś czasu. Ten strumień powoli wysycha, co jest szczególnie dotkliwe dla fabryk z miast południowo-wschodniego wybrzeża, zwłaszcza z olbrzymich ośrodków przemysłowych w delcie Rzeki Perłowej. Siła i bogactwo tego regionu opierają się na pracownikach napływowych, którzy jednak coraz rzadziej decydują się migrować kilkanaście tysięcy kilometrów w poszukiwaniu pracy w tamtejszych fabrykach.
W ostatniej dekadzie uległ też zmianom model zatrudnienia w Chinach. Szacuje się, że po pierwszej fali kryzysu w latach 2008–2009 pracę straciło ponad 20 mln (tj. ok. 15%) robotników, głównie przyjezdnych z prowincji centralnych. Z kolei rok później w rejonie delty Rzeki Perłowej notowano niedobór siły roboczej – wszystko przez to, że wielu robotników znalazło pracę bliżej swojego miejsca zameldowania i nie musiało przemieszczać się na południe. Jak podaje Chińskie Biuro Statystyczne, w 2010 r. łączna liczba migrantów zarobkowych z terenów wiejskich wynosiła 242 mln osób, z czego 153 mln pracowały w miejscu innym niż wskazane w dokumentach meldunkowych, a ponad 1/3 (89 mln) w pobliżu miejsca zameldowania. Według najnowszych danych Chińskiego Biura Statystycznego coraz mniej osób decyduje się na opuszczenie rodzinnego miasta czy wsi w poszukiwaniu pracy. Miasta przemysłowe bogatego Południa Chin, takie jak Kanton, Shenzhen czy Foshan, coraz częściej mają problemy ze znalezieniem odpowiedniej liczby rąk do pracy.
Nowe pokolenie
Od pewnego czasu wydaje się, że powoli, lecz stale na chińskim rynku pracy na znaczeniu zyskują wola i siła pracowników najemnych. Protesty robotników, które odbywają się coraz częściej, począwszy od 2000 r., były i są organizowane przez dwie główne grupy. Pierwsza to pracownicy mający duży staż w państwowych zakładach produkcyjnych, zwolnieni po ich prywatyzacji. Do drugiej należą napływowi robotnicy zasilający coraz liczniej powstające prywatne przedsiębiorstwa.
Pod koniec pierwszej dekady XXI w. zaszły znaczące zmiany w strukturze drugiej ze wspomnianych grup. Pojawiła się tzw. nowa generacja migrantów ze wsi. To ludzie urodzeni w późnych latach 80. i w latach 90., których mentalność i przekonania są całkowicie różne od poprzedniej generacji tej grupy społeczno-zawodowej. Z „Raportu dotyczącego migrantów zarobkowych z terenów wiejskich w 2009 roku” wynika, że stanowią oni ponad 60% pracujących migrantów. Z kolei raport opublikowany rok później przez Chińską Akademię Nauk informuje, że są to ludzie dobrze wykształceni (najczęściej legitymujący się dyplomem gimnazjum czy liceum), z biegłą znajomością obsługi Internetu i urządzeń mobilnych, mający wysokie aspiracje i dużo większą niż poprzednie pokolenie pewność siebie.
Sprawne posługiwanie się nowymi technologiami pozwala im także organizować protesty, jak to miało miejsce np. podczas strajku w zakładach Nankai Honda. Niedługo po tym, jak w tej fabryce w maju 2010 r. wybuchł bunt, robotnicy założyli specjalną grupę w serwisie QQ (bardzo popularny w Chinach komunikator internetowy). Na bieżąco informowali o przebiegu strajku, kontaktowali się z prawnikami i organizacjami społecznymi, udzielającymi im wsparcia.
Młode pokolenie nie godzi się na niesprawiedliwe traktowanie, wykorzystywanie lub próby oszustw ze strony pracodawcy – inaczej niż wcześniejsze pokolenie, otwarcie broni swoich praw. Młodzi robotnicy nie są już potulni i gotowi pracować za jakiekolwiek pieniądze w byle jakich warunkach. Domagają się czasu wolnego, perspektyw rozwoju, nie zgadzają się na pracę w godzinach nadliczbowych. W większości są świadomi ryzyka i niebezpieczeństwa wiążącego się z pracą w fabryce, w kwestii bhp są dużo bardziej wymagający niż pokolenie ich rodziców. Chcą rozwijać swoje umiejętności, kształcić się i zakładać rodziny w mieście – ok. 90% z nich nie planuje powrotu na wieś, gdzie mogą pracować jedynie na roli. Unikają zakładów, gdzie płace i warunki pracy są dla nich nieodpowiednie, gdzie nie oferuje im się podstawowych świadczeń (darmowe zakwaterowanie, wyżywienie, ubezpieczenie od wypadków przy pracy).
Według danych zgromadzonych przez badaczy z Chińskiej Akademii Nauk swoista zmiana pokoleniowa w chińskich zakładach produkcyjnych ma też przemożny wpływ na rozwój i obecny kształt ruchów robotniczych w Chinach (patrz tabela 1).
Tabela 1. Charakterystyka tzw. nowego pokolenia migrantów zarobkowych
| Dane dot. nowego pokolenia migrantów |
Wpływ na podejście do pracy |
| 29% migrantów ukończyło szkołę średnią |
Większa świadomość praw pracowniczych i obowiązków pracodawcy |
| 47% regularnie korzysta z Internetu |
Łatwiejsza i bardziej efektywna komunikacja |
| 45% pracuje w sektorze wytwórczym |
Sektor wytwórczy jest gałęzią przemysłu najbardziej narażoną na strajki i protesty |
| 45% jest niezadowolonych ze swoich dochodów |
Żądania wyższych płac |
| Wyższe zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne |
Żądania wyższych płac |
| 45% nie planuje powrotu na wieś |
Decyzja o pozostaniu w mieście |
| 90% niezaangażowanych w produkcję rolną planuje pracować wyłącznie w mieście |
Większość migrantów nie ma żadnej wiedzy dot. pracy w rolnictwie |
Opracowanie: za China Labour Bulletin, marzec 2012.
Młode pokolenie robotników najemnych, migrantów z zachodnich i centralnych prowincji, ożywiło, wcześniej praktycznie nieaktywny, ruch robotniczy w Chinach. Dzięki przedstawicielom „nowej generacji migrantów” robotnicy stali się bardziej pewni siebie i swoich racji. Co prawda protesty w poszczególnych zakładach raczej nie przeradzają się w większe wydarzenia, nie dokonały też póki co konsolidacji robotników w organizacjach większych niż zakładowe, można jednak mówić o całkowitej zmianie sposobu myślenia i działania tej grupy społecznej.
Na korzyść pracowników działają też procesy demograficzne, będące efektem chińskiej polityki jednego dziecka. Coraz mniej młodych ludzi decyduje się na wyjazd za pracą do prowincji oddalonych o tysiące kilometrów. Poza tym jedynacy wychowani jako „mali cesarzowie”, przekonani o własnej wysokiej wartości, często mierzą wyżej niż dożywotnia praca przy taśmie montażowej. Jeśli tylko wykształcenie pozwala im na zatrudnienie w usługach lub handlu, korzystają z okazji, nierzadko rzucając posadę w fabryce z dnia na dzień. Gdy zaś decydują się na pracę w fabryce, to często liczą na ofertę konkretnej „ścieżki kariery”.
Cai Fang, ekonomista i demograf, dyrektor Instytutu Badań nad Ekonomiką Pracy przy Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, uważa, że Chiny zbliżają się nieubłaganie do lewisowskiego punktu zwrotnego – pozornie niewyczerpalne zasoby taniej siły roboczej z terenów wiejskich zaczynają się gwałtownie kurczyć. Co za tym idzie, robotnicy będą domagać się dużo wyższych wynagrodzeń, a kraj będzie zmierzał ku bardziej rozwiniętej formie gospodarki niż tylko opartej na przemyśle wytwórczym. W raporcie przygotowanym w 2009 r. dla Organizacji Narodów Zjednoczonych zespół badaczy pod jego kierownictwem wskazał na istotne zmiany społeczne i ekonomiczne, które będą miały wpływ na kierunek i rozwój chińskiej gospodarki najbliższych lat: W przyszłości Chiny stracą swój największy atut, jakim są nieograniczone zasoby taniej siły roboczej. Chiny, zbliżając się do punktu zwrotnego, już teraz przywiązują coraz większą wagę do respektowania praw pracowników. Robotnicy, którzy w każdej chwili mogą zagłosować nogami, mają coraz silniejszą kartę przetargową w negocjacjach z pracodawcami. Ci z kolei zdają sobie sprawę, że muszą zwracać coraz większą uwagę na warunki pracy oraz pensje, jakie oferują pracownikom. Co więcej, władze na szczeblu lokalnym i władze centralne w Pekinie zaczęły aktywnie promować formułę trójstronnych negocjacji, wspierając pracodawców i pracowników w rozwiązywaniu problemów w zakładach pracy. Zmiany, jakie obserwujemy na rynku pracy w Chinach, już teraz zmuszają pracodawców do uelastycznienia modelu zarządzania i działania zgodnie z zasadami przedsiębiorstw społecznie odpowiedzialnych (Cai Fang, Du Yang, Wang Meiyan, Migration and Labor Mobility in China, Human Development Research Paper 2009/09, UNDP, kwiecień 2009, s. 29).
Chińscy robotnicy, prawdopodobnie całkowicie nieświadomie, pokazali swoją siłę, masowo nie wracając do fabryk na południu Chin po Święcie Wiosny (chiński Nowy Rok) w 2004 r. Olbrzymi deficyt siły roboczej spowodował wielotygodniowe przestoje w produkcji, odczuwalne w wielu branżach na całym świecie. Po Nowym Roku chińska „fabryka świata” stanęła, a dyrekcje zakładów produkcyjnych zaczęły w panice szukać kogokolwiek do pracy, oferując o niebo lepsze warunki niż jeszcze miesiąc wcześniej. W latach 2008–2009, w pierwszej fazie globalnego kryzysu finansowego, problemy z siłą roboczą zmalały. Taki stan rzeczy wiązał się przede wszystkim z faktem, że wiele małych i średnich przedsiębiorstw zbankrutowało, ponad 20 mln migrantów straciło pracę i zostało zmuszonych do powrotu w rodzinne strony. W 2010 r. problemy jednak pojawiły się znowu – w samej tylko delcie Rzeki Perłowej brakowało ponad 2 mln pracowników.
(Nie)bezpieczne związki
Organem powołanym do reprezentowania i obrony interesów robotników jest utworzona w maju 1925 r. w Kantonie Ogólnochińska Federacja Związków Zawodowych. OFZZ była zawsze silnie związana z Komunistyczną Partią Chin. Po dojściu komunistów do władzy, w latach 50., służyła głównie do egzekwowania posłuszeństwa wśród robotników i narzucania im oficjalnej linii partii. W latach Rewolucji Kulturalnej (1966–76) swego rodzaju „czystki” nie ominęły i tej instytucji, która praktycznie zawiesiła działalność. Po otwarciu Chin na świat i rozpoczęciu reform gospodarczych w późnych latach 70. rola OFZZ była sukcesywnie marginalizowana. Obecnie należy do niej prawie 1,4 mln organizacji związkowych, które łącznie zrzeszają ponad 160 mln członków. Międzynarodowa Federacja Związków Zawodowych nie uznaje OFZZ za przedstawiciela chińskich związków zawodowych i pracowników, zarzucając jej uzależnienie od władz państwowych. Mimo że OFZZ zrzesza ogromną liczbę ludzi, nieznacznie przyczynia się do walki o poprawę warunków pracy chińskich robotników.
Słabość OFZZ była jednym z głównych czynników przyciągających do Chin inwestycje zagraniczne. Po wprowadzeniu reform przez Deng Xiaopinga zaczęły w Chinach powstawać prywatne firmy, fabryki, joint ventures. Większość zakładów państwowych została zlikwidowana lub sprywatyzowana. W rezultacie miliony ludzi straciło pracę i musiało sobie radzić na nowym, nieznanym rynku pracy, w którym zazwyczaj przegrywali z migrantami, godzącymi się pracować za minimalne stawki, bez ubezpieczenia i innych świadczeń przysługujących robotnikom zatrudnionym legalnie. Według chińskiego prawa głównymi obowiązkami komórki OFZZ w fabryce są kontrola warunków pracy, badanie ewentualnych naruszeń praw pracowniczych, służenie robotnikom pomocą prawną, a także reprezentowanie ich interesów we wszystkich sporach z pracodawcą. Przedstawiciele OFZZ, w założeniu wybierani przez robotników, tak naprawdę często byli ludźmi z nadania partii – nierzadko dyrektorami konkretnych fabryk. Nie dziwi więc fakt, że w wielu przypadkach OFZZ nie zależało na negocjowaniu płac czy warunków pracy – wzrost kosztów zatrudnienia wiązałby się ze spadkiem konkurencyjności firmy.
W niewielkim stopniu związek pomaga pracownikom – zazwyczaj to przedstawiciele OFZZ pełnią rolę mediatorów w przypadku konfliktów między pracownikami a dyrekcją. Jednak w razie zorganizowanych form protestu, tj. demonstracji czy pikiet, OFZZ odmawia wsparcia, głównie z powodu powiązań z władzami. Postawa OFZZ sprawiła, że chińscy robotnicy zaczęli zrzeszać się w mniejsze, niezależne organizacje i stowarzyszenia, najczęściej walczące o prawa pracowników konkretnych zakładów produkcyjnych. Niestety w większości te niewielkie inicjatywy rozpadają się bardzo szybko, najczęściej po kilku nieudanych strajkach czy próbach negocjacji z pracodawcą. Po nagłośnieniu w mediach krajowych i zagranicznych wielu przypadków łamania praw pracowniczych, wykorzystywania robotników czy zatrudniania dzieci Chinami zaczęły interesować się międzynarodowe organizacje pozarządowe, szczególnie z Hongkongu czy Tajwanu. Pomagają one lokalnym stowarzyszeniom popularyzować wśród robotników wiedzę z zakresu prawa pracy, organizować szkolenia dokształcające czy rozwijające zainteresowania.
Jedną z organizacji, które przyczyniły się do ujawnienia naruszeń praw pracowniczych i praw człowieka w fabrykach, jest China Labor Watch. To organizacja non profit założona w 2000 r. przez młodego aktywistę ruchu robotniczego, Li Qianga. Jako młody robotnik napływowy Li Qiang, migrant z prowincji Syczuan, po wypadku w fabryce zaczął na własną rękę walczyć o prawo do odszkodowania. Po jakimś czasie stał się jednym z głównych aktywistów ruchu robotniczego w Chinach. Obecnie prowadzi wykłady na Uniwersytecie Columbia, publikuje w chińskiej prasie, jest też szeroko cytowany w prasie zachodniej. Organizacja działa obecnie w Nowym Jorku i Chinach kontynentalnych, aktywnie wspierana przez dziesiątki aktywistów w fabrykach. Główne cele CLW to informowanie i edukowanie robotników oraz ochrona praw ludzi pracujących w zakładach będących podwykonawcami międzynarodowych korporacji. Działacze CLW przygotowują obszerne raporty dotyczące warunków pracy, płacy i warunków bytowych pracowników wybranych fabryk, szczególnie tych, co do których istnieje podejrzenie łamania podstawowych praw pracowniczych. W swych raportach CLW wskazuje nieprawidłowości związane z zaniżonymi zarobkami, brakiem egzekwowania podstawowych praw pracowniczych (dni wolne od pracy, przerwy w pracy, dostęp do toalet czy wody pitnej). Dzięki raportom CLW światło dzienne ujrzały przypadki wykorzystywania pracowników w zakładach produkujących dla takich firm jak Apple, Carrefour, Adidas, Puma czy Wal-Mart. Bardzo istotne w działaniach CLW jest ujawnianie hipokryzji i kłamstw firm takich jak wspomniane Apple czy Wal-Mart, publicznie deklarujących chęć prowadzenia biznesu odpowiedzialnego społecznie, jednak w rzeczywistości przyczyniających się do łamania praw pracowników w zakładach podwykonawców w Chinach i innych krajach Azji Południowo-Wschodniej – głównie poprzez żądanie niskich cen towarów, niesprawiedliwe skonstruowane kontrakty, wysokie kary nakładane w przypadku opóźnień w dostawie itp.
Aktywiści CLW wykazali znaczące zaniedbania, szczególnie jeśli chodzi o ponadnormatywny czas pracy, brak płatności za nadgodziny, zaniżone pensje, niewypłacanie wynagrodzenia w terminie, ograniczanie swobody zrzeszania się robotników i inne naruszenia chińskiego kodeksu pracy i praw człowieka.
CLW prowadzi też szkolenia i warsztaty dla robotników, szczególnie w fabrykach w regionie delty Rzeki Perłowej. Współpracuje również z innymi chińskimi organizacjami i związkami zawodowymi – głównym celem kooperacji jest stopniowe wprowadzanie standardów odpowiedzialnego biznesu oraz międzynarodowych standardów bezpieczeństwa pracy. Według danych CLW w 2007 r. w szkoleniach z zakresu bezpieczeństwa pracy i praw pracowniczych wzięło udział ponad 500 robotników z fabryk położonych w delcie Rzeki Perłowej. CLW uruchomiło też infolinię, oferującą pomoc z zakresu podpisywania umowy o pracę, wynagrodzenia, ubezpieczenia zdrowotnego, godzin pracy i przysługujących dni wolnych.
Organizacja działa dwutorowo – po pierwsze zapewnia tak potrzebne robotnikom wsparcie merytoryczne; po drugie dzięki częstym inspekcjom i zamieszczaniu raportów w Internecie ma realny wpływ na poprawę warunków pracy w chińskich fabrykach. Raporty, w językach chińskim i angielskim, są dostępne na stronie internetowej fundacji. Warto im się przyjrzeć, choćby pobieżnie – wtedy stanie się jasne, kto tak naprawdę płaci najwyższą cenę za markowe buty Pumy czy bluzę Quiksilver. W opublikowanym w 2007 r. raporcie „Textile Sweatshops: Adidas, Bali Intimates, Hanesbrands Inc., Piege Co. (Felina Lingerie), Quiksilver” czytamy o sweatshopach, w których ludzie pracują po kilkanaście godzin, w skandalicznych warunkach, zarabiając grosze i wytwarzając towary, które po drugiej stronie globu zostaną sprzedane po cenach kilkunastokrotnie wyższych, często jako produkty luksusowe. W wielu zakładach, np. u podwykonawców firmy Puma, CLW kilkukrotnie przeprowadzała kontrole, niestety często okazywało się, że warunki pracy nie ulegały żadnej zmianie. Istnieje więc milczące przyzwolenie ze strony odbiorców na eksploatowanie pracowników. Brak praw i godnej płacy gwarantują bowiem niskie ceny zakupu, a tylko to interesuje kupców z międzynarodowych firm sprzedających markową odzież, zabawki czy elektronikę.
Czas na zmiany
Brak przestrzegania praw pracowniczych i niskie koszty pracy sprawiały, że w początkowym okresie otwarcia chińskiej gospodarki kraj był bardzo atrakcyjny dla zachodnich inwestorów i kupców. Doskonała organizacja zaplecza produkcyjnego i logistycznego w wielkich ośrodkach przemysłowych na południu Chin, liczne porty, dobra infrastruktura drogowa i kolejowa – wszystko to wciąż daje Chinom przewagę nad innymi „tanimi krajami” Azji Południowo-Wschodniej. W ostatnich latach jednak, głównie ze względu na częste protesty i rozruchy w fabrykach i związane z tym opóźnienia w produkcji, wiele korporacji zaczyna stopniowo wycofywać się z Chin i przenosić fabryki do Bangladeszu, Birmy czy Wietnamu. W tych krajach, może poza Wietnamem, związki zawodowe niemal nie istnieją, a siła robocza jest dużo tańsza niż w Chinach.
Chińskie władze, centralne w Pekinie oraz poszczególnych miast i prowincji, w odpowiedzi na coraz liczniejsze protesty robotników oraz strach przed zachwianiem harmonii w państwie, przywiązują rosnącą wagę do kwestii przestrzegania praw pracowniczych, godnych zarobków i zasad bezpieczeństwa w fabrykach. W 2011 r. średnia pensja wzrosła o 21,2% – i to pomimo spowolnienia wywołanego globalnym kryzysem gospodarczym.
Pierwsze bunty przekształciły się w bardziej, choć jeszcze nie do końca, zorganizowane ruchy, które coraz częściej wymuszają daleko idące zmiany w chińskim prawodawstwie. Rząd, w odpowiedzi na coraz większą presję społeczną i świadomy rosnącej siły „mas robotniczych”, rozpoczął prace nad zmianami w kodeksie pracy. W 2002 r., niedługo po dojściu do władzy Hu Jintao i Wen Jiabao, ogłoszono nową koncepcję harmonijnego społeczeństwa. Miał to być model rozwoju, w którym wyjątkowy nacisk położony jest na sprawiedliwość społeczną, stabilizację gospodarki, niwelowanie różnic społecznych, podnoszenie poziomu życia obywateli oraz owocną współpracę gospodarczą z zagranicą. Zarówno prezydent Hu Jintao, jak i premier Wen Jiabao zgodnie mówili o konieczności stawiania obywateli na pierwszym miejscu, służeniu im i szukaniu takich rozwiązań, które są dobre dla wszystkich mieszkańców Chin. Założenia te znalazły odzwierciedlenie w ogłoszonym w 2010 r. Dwunastym Planie Pięcioletnim, gdzie przywiązuje się szczególną wagę do rosnącej konsumpcji krajowej, wzrostu poziomu zabezpieczeń socjalnych, harmonijnego i szybkiego rozwoju gospodarczego.
System dokumentów meldunkowych, wprowadzony w późnych latach 50., od początku pomagał władzom regulować przepływ i strukturę społeczną poszczególnych regionów Chin. Wielu badaczy wskazuje, że wciąż jest on głównym motorem chińskiej gospodarki. Jak pisze Wang Fei Ling w swojej pracy „Organizing Through Division and Exclusion: China’s Hukou System”, przybywający do fabryk migranci ze wsi są bardzo mobilni i natychmiast reagują na zmiany zapotrzebowania na siłę roboczą. Pojawiają się tam, gdzie potrzeba rąk do pracy i znikają natychmiast, gdy tylko rynek pracy się nasyci. Tylko przez krótki czas, średnio przez około rok, przebywają w mieście. Nie mają prawa do zasiłku, awansu, a jako nielegalni pracownicy – możliwości walki o swoje prawa w przypadku ich naruszenia.
Od końca lat 90. Chiny stale zmieniają zasady meldunku. To jednak system na tyle złożony, że jego całkowite zniesienie jest według wielu specjalistów niemożliwe. Zlikwidowanie swego rodzaju instytucjonalnego systemu wykluczenia wymaga olbrzymich wydatków i nie jest mile widziane przez nikogo – nawet przez samych robotników nielegalnie przebywających w miastach. Wiejskie dokumenty meldunkowe dają im prawo do użytkowania ziemi, a w przypadku utraty pracy w mieście mają dokąd wrócić i zawsze mogą zająć się pracą na roli. W 2006 r. Rada Państwa opublikowała dokument „Komentarze dotyczące sposobów rozwiązania problemów migrantów z terenów wiejskich”, w którym wzywano do równego traktowania wszystkich obywateli niezależnie od miejsca zameldowania oraz apelowano do władz lokalnych (szczególnie władz poszczególnych miast) o zmiany w systemie przyznawania miejskiego meldunku. W odpowiedzi na to władze lokalne dokonały wprawdzie kosmetycznych poprawek w systemie, nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na poziom życia pracujących w miastach robotników ze wsi. Tak jak wcześniej, szansę na meldunek miejski i związane z tym świadczenia mają tylko wysoko wykwalifikowani robotnicy od wielu lat pracujący w danym mieście.
Kolejnym krokiem w kierunku podwyższenia płac i wzrostu krajowej konsumpcji był rządowy plan wprowadzenia w życie systemu grupowych negocjacji warunków pracy w firmach, w których istniały związki zawodowe (np. komórka OFZZ). Na mocy rządowych ustaleń do 2010 r. ponad 60% przedsiębiorstw miało włączyć się do tego systemu, rok później miało to być już ponad 80%. Przedsiębiorstwa, w których nie istniało zrzeszenie robotników, miały zobowiązywać się do podwyżki płac na mocy porozumienia zawieranego razem z innymi małymi firmami na szczeblu prowincji (układ zbiorowy). Jakkolwiek w wielu przypadkach projekt powiódł się, to jednak wykluczał udział samych pracowników w negocjowaniu warunków umów o pracę – ich przedstawicielami bowiem mieli być związkowcy OFZZ, co nie dawało gwarancji zaspokojenia oczekiwań załogi.
W 2007 r. opublikowano wiele ważnych rozporządzeń związanych z prawem pracy, które znacząco wpłynęły na poprawę warunków zatrudnienia i poziom płac robotników. Szczególnie ważne wydaje się wprowadzone w życie 1 stycznia 2008 r. „Prawo kontraktowe”, dzięki któremu robotnicy w końcu uzyskali podmiotowość prawną (nie ma o niej mowy w Konstytucji ChRL). Dokument ten stanowi też podstawę sporów sądowych, których dwukrotnie przybyło od momentu jego publikacji.
Kolejny plan pięcioletni
Zmiany w najwyższych władzach państwowych to także nowy model rozwoju gospodarki: przeniesienie punktu ciężkości z eksportu na rozwijanie popytu wewnętrznego. Po pierwszej fali globalnego kryzysu w 2008 r. Chiny dość szybko zaczęły notować wzrost gospodarczy, głównie dzięki pomocy finansowej ze strony Rady Państwa, która przeznaczyła znaczne kwoty na wsparcie zwalniającej gospodarki oraz konsumpcji krajowej. Jednym z głównych punktów nowej polityki rządu, zawartej w Dwunastym Planie Pięcioletnim na lata 2011–2015, jest wzrost płac robotników oraz zmniejszenie dysproporcji w wynagrodzeniach między poszczególnymi regionami i prowincjami, tak aby warunki życia najmniej zarabiających (tj. migrantów zarobkowych) poprawiły się i by oni także mogli więcej konsumować. Mniej więcej w tym samym czasie, w drugiej połowie 2010 r., w wielu prowincjach podniesiono płace minimalne, do tej pory zamrożone od 2008 r. na polecenie władz centralnych. Do końca 2010 r. płaca minimalna wzrosła średnio o 23%, niektóre z prowincji podniosły ją jeszcze w 2011 r. Obecnie płaca minimalna w Chinach wynosi około 1300 yuanów (ok. 650 PLN). Kolejnym punktem wprowadzanego w życie planu pięcioletniego jest, wspomniane już, ustanowienie systemu grupowych negocjacji płac.
Jakkolwiek władze kładą szczególny nacisk na poprawę warunków życia i płac, to jednak jednym z głównych problemów trapiących chińskich rządzących są niepokoje społeczne, coraz częściej prowadzące do rozruchów. Rząd wydaje olbrzymie sumy na zapewnienie porządku politycznego i społecznego – w 2010 r. wydatki rządowe na ten cel wzrosły o ponad 47% w porównaniu do ubiegłych lat. Jak wskazują socjologowie, jest to swego rodzaju „żelazna stabilność”, charakteryzująca się sztywną dyscypliną i drobiazgowymi kontrolami stosowanymi wobec wszystkich niesubordynowanych jednostek lub grup. Jednak mimo wyjątkowo czujnego aparatu państwowego coraz częściej dochodzi w Chinach do tzw. masowych incydentów. Brak jest oficjalnych i całościowych danych na ten temat, jednak w 2009 r. zanotowano ponad 90 tys. tego rodzaju zdarzeń, z czego jedna trzecia dotyczyła naruszenia praw pracowniczych. Badacze z Wydziału Socjologii Uniwersytetu Qinghua wskazują w swoim raporcie, że mimo olbrzymich nakładów na zapewnienie bezpieczeństwa i harmonii w państwie konflikty i rozruchy społeczne nadal występują, a wręcz następuje ich eskalacja: Na przestrzeni ostatnich pięciu lat wpadliśmy w „błędne koło utrzymania harmonii w kraju”. Władze lokalne we wszystkich częściach Chin poświęcają olbrzymie środki pieniężne, materialne oraz dużą ilość zasobów ludzkich na utrzymanie bezpieczeństwa, ale konfliktów i rozruchów nie tylko nie ubywa, lecz przeciwnie – ich liczba sukcesywnie wzrasta. W efekcie powstało błędne koło, w którym im większy nacisk kładzie się na zapewnienie harmonijnego społeczeństwa, tym bardziej chaotyczne ono się staje (http://www.infzm.com/content/43853).
Koszt chińskiej ceny
Ostatnie, pełne hipokryzji oświadczenie firmy H&M, apelującej do władz Chin o lepsze traktowanie robotników w zakładach szyjących dla tej marki, jest próbą odepchnięcia od siebie odpowiedzialności za niskie pensje i złe warunki pracy w fabrykach podwykonawców tej i wielu innych zachodnich korporacji.
Chiny od ponad trzydziestu lat realizują plan tzw. kapitalizmu o chińskiej specyfice i – wbrew potocznym opiniom – władze kraju mają umiarkowany wpływ na politykę prywatnych przedsiębiorstw, których setki tysięcy powstały w ostatnich 30 latach w Chinach, szczególnie w delcie Rzeki Perłowej, w okolicach Kantonu czy Szanghaju. Warunki pracy i płace są zależne m.in. od ceny, jaką nabywcy płacą dostawcy za wykonane zlecenie. Olbrzymia konkurencja sprawia, że dostawcy godzą się na warunki klientów, głównie olbrzymich korporacji.
Strategie działania międzynarodowych firm produkujących w Chinach opierają się zazwyczaj na cięciu kosztów na każdym etapie produkcji. Żądanie czy wręcz wymuszanie cen zbliżonych do minimalnych w żadnym stopniu nie wpływa korzystnie na jakość czy cenę wyrobu oferowaną ostatecznemu odbiorcy. Marże, np. w branży odzieżowej, to zazwyczaj kilkunastokrotność ceny zakupu. W przypadku tzw. produktów markowych czy luksusowych zyski sprzedawcy są dużo wyższe. Miliony konsumentów płacą zawyżone ceny za dobra produkowane za grosze w azjatyckich fabrykach.
Czy jednak odmawianie komukolwiek prawa do kupowania towarów produkowanych w Azji poprawi sytuację pracowników na liniach produkcyjnych w Chinach lub Wietnamie? Czy kolejne, szeroko opisywane w prasie przypadki samobójstw lub protestów w fabrykach produkujących dla Apple jeszcze kogokolwiek interesują? Czy nie jest tak, że ci sami ludzie załamują ręce nad warunkami pracy w Azji, stojąc potem w kolejce po najnowszą wersję iPhone’a? Jak celnie wskazuje Alexandra Harney, wszyscy jesteśmy w jakiś sposób uwikłani w ten proceder: Za to wszystko nie jest jednak odpowiedzialny wyłącznie Pekin. Wiele zależy tutaj od światowych konsumentów. Musimy pamiętać, że to nasz apetyt na odtwarzacze DVD za 30 dolarów czy koszulki za 3 dolary sprawia, iż chińskie fabryki wyrobów jubilerskich pokrywa warstwa kurzu, tamtejsze nielegalne kopalnie ciągle są otwarte, a szesnastoletnie dzieci muszą w nich harować czasem do północy. Wszyscy płacimy chińską cenę (A. Harney, Chińska cena. Prawdziwy koszt chińskiej przewagi konkurencyjnej, Katowice 2009, s. 277).
Co jest i co będzie
Można dostrzec kilka wyraźnych tendencji, które są charakterystyczne dla ciągle jeszcze kształtującego się chińskiego ruchu robotniczego. Nowe pokolenie robotników, ludzi urodzonych w późnych latach 80. i latach 90., zaczęło głośno domagać się swoich praw, zrzeszać się i organizować spontaniczne strajki. Również starsze pokolenie, szczególnie ludzi masowo zwalnianych z pracy w efekcie prywatyzacji i restrukturyzacji rozpoczętej w latach 90., rozpoczęło walkę o przywrócenie do pracy. Dołączają do nich wciąż zatrudniani w państwowych zakładach robotnicy, których pensja od lat pozostaje na tym samym poziomie, mimo inflacji i wzrostu kosztów życia. Kolejną charakterystyczną cechą ostatnich kilku lat jest fakt, że robotnicy zaczęli skupiać się w większe grupy, potrafią szukać pomocy prawników, organizacji pozarządowych czy dziennikarzy. Niemal zawsze korzystają też z nowoczesnych narzędzi komunikacji, informując o przebiegu strajku w Internecie.
Jeszcze niedawno pracownicy w Chinach zaczynali protestować dopiero wtedy, gdy ich prawa były w jawny i stały sposób łamane. Obecnie są dużo bardziej aktywni i dynamiczni – nie tylko nie czekają biernie, aż władze lub OFZZ rozwiążą sprawę za nich, lecz zanim lokalne instytucje rozpoczną oficjalne działania, sami zaczynają rozmawiać lub naciskać na pracodawcę i żądać wyższej płacy, ubezpieczenia, lepszych warunków pracy i – co niemniej ważne – szacunku. Coraz częściej odnoszą sukcesy. Liczne protesty sprawiły, że dyrektorzy fabryk zaczęli liczyć się z pracownikami, a bojąc się braków kadrowych i przestojów w produkcji – także o nich zabiegać. Oczywiście nie wszystkie strajki zakończyły się powodzeniem, wielu z liderów protestów w poszczególnych zakładach zostało zwolnionych, wielu dostało wilczy bilet lub zakaz legalnej pracy w konkretnym mieście. Mimo to, wydaje się, że można mówić o zmianach na lepsze. Determinacja, poczucie własnej wartości i realnej siły dały robotnikom możliwość decydowania o kształcie przedsiębiorstw, w których pracują. Negocjowanie z pracodawcą, do niedawna nie do pomyślenia, sprawia, że powoli rozpada się wyraźny podział na wysoko postawionych menedżerów i bezimienną masę, pracującą potulnie przy taśmie montażowej.
Pracodawcy powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że dawny model produkcji, oparty na niemal niewolniczym wyzysku milionów ludzi, to już przeszłość, więc aby przetrwać na rynku, muszą uelastycznić i unowocześnić model zarządzania pracownikami. Zmieniło się także podejście władz lokalnych i rządu w Pekinie do kwestii praw pracowniczych. Xunzi, jeden z najwybitniejszych chińskich filozofów starożytnych, mówił o wzajemnej zależności między rządzącymi a poddanymi: Władca jest łodzią, lud jest wodą. To woda łódź unosi, to woda łódź przewraca. W końcu to właśnie robotnicy są falą, która utrzymuje na powierzchni okręt zwany chińską gospodarką.