Katolickie, więc społeczne

Dzieła realizujące Katolicką Naukę Społeczną są tyleż ważne, co niewidoczne w przestrzeni publicznej. Często nie otrzymują również należytego wsparcia ze strony ustawodawców, mediów, biznesu, a także członków i pasterzy samego Kościoła. A szkoda – refleksja nad postulatami i praktycznym dorobkiem takich inicjatyw pomogłaby nam znaleźć rozwiązanie przynajmniej niektórych bolączek społecznych.

Trzy drogi w jedno miejsce

Jadąc od Zambrowa w stronę Łomży, z drogi międzymiastowej należy skręcić w lewo. Po pokonaniu krótkiej trasy wśród gęstego, iglastego lasu docieramy do Czerwonego Boru. Mieszka tu znacznie ponad tysiąc osób. A precyzyjniej: ponad tysiąc więźniów. To jeden z największych zakładów karnych w kraju. Oprócz więzienia znaleźć można w Czerwonym Borze tylko jedno gospodarstwo – „Przystanek w Drodze”, czyli dom dla byłych więźniów i osób bezdomnych, działający pod auspicjami łomżyńskiego Caritasu. Wita nas jego gospodarz, ksiądz Adam Jabłoński, niespełna czterdziestoletni, energiczny kapłan o potarganej fryzurze.

Zupełnie inaczej wygląda droga do siedziby Fundacji Archidiecezji Warszawskiej „Nadzieja”, wspierającej osoby trwale bezrobotne, utalentowaną młodzież i rodziny w wyjątkowo trudnej sytuacji materialnej. Wchodząc do reprezentacyjnego budynku Domu Katolickiego Roma, w samym centrum Warszawy, przy ulicy Nowogrodzkiej, spodziewam się wielu pokojów i sztabu personelu. Nic bardziej mylnego. Fundacja mieści się w maleńkim pokoiku z dwoma biurkami. Oprócz jej prezesa, Jana Kabicza, na stałe pracuje tu tylko jedna osoba.

Aby zaś odwiedzić mieszczącą się na peryferiach Lublina wspólnotę „Emaus”, z centrum miasta najlepiej wziąć taksówkę. Autobus dojeżdżający do Krężnicy Jarej kursuje bowiem średnio raz na godzinę, a z końcowego przystanku do siedziby wspólnoty trzeba jeszcze dojść 2,5 kilometra. Gości mnie twórca tego miejsca, Zbyszek Drążkowski, ponad pięćdziesięcioletni Kaszub o niemałej charyzmie. Moim przewodnikiem będzie zaś dwudziestoletni, choć wyglądający na starszego, Bartek Mitura, nieco hipstersko ubrany i brodaty chłopak. Od szesnastego roku życia uzależniony od alkoholu i narkotyków.

Wszystkie trzy inicjatywy łączy jedno: zakorzenienie w Ewangelii i Katolickiej Nauce Społecznej. Realizować postulaty tej ostatniej nie jest dziś jednak lekko.

Budując na kartoflisku

Wszystko zaczęło się w 1989 roku, gdy Zbigniew Drążkowski, mający już wtedy działkę w Krężnicy Jarej, gościł pochodzących ze Szwajcarii Jacqueline i Frédèrica. Gdy usłyszeli, że za 40 arów ziemi trzeba zapłacić zaledwie 400 dolarów, uznali, że to dobry moment, by coś razem zrobić. Z kapeluszem w ręku uzbierali wśród szwajcarskich znajomych Jacqueline kilka tysięcy dolarów. To wtedy powstała Fundacja „Między nami”, pierwszy etap tworzenia wspólnoty.

Za te pieniądze Drążkowski kupił cztery hektary ziemi, na których znajdowało się zwykłe kartoflisko. Dzięki sponsorom, którzy podarowali głównie materiały i użyczyli maszyn, w lipcu 1990 r. stała już pierwsza kondygnacja domu. Był to początek wielkich projektów.

Najpierw, we współpracy z „Lekarzami bez granic”, powstały zajęciowe pracownie terapeutyczne dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, przekształcone później w warsztat terapii zajęciowej, w którym dziś uczestniczy 36 osób, tworząc bajecznie piękną ceramikę, ręcznie malowane, drewniane zabawki, poduszki, dywany, bombki i wiele innych małych dzieł sztuki. Już wcześniej Drążkowski miał styczność ze wspólnotami „Arki” Jeana Vaniera i ruchem „Światło-Życie”. Jednak strzałem w dziesiątkę okazało się dla niego dopiero dzieło legendarnego Abbé Pierre’a, francuskiego księdza, twórcy międzynarodowego ruchu „Emmaus”.

– Moja sąsiadka z Lublina, która dobrze znała Francję, napisała list do Emmaus, w którym podzieliła się swoim marzeniem, by również w Polsce zaczęła działać ta wspólnota – wspomina Drążkowski. Po jakimś czasie zadzwoniła do niego przerażona: „Zbyszek, ratuj, przyjeżdża tu ktoś z Emmaus i nie wiem, co mam robić”. Przyjechał Stephan Drechsler, wiceprzewodniczący ruchu i bliski współpracownik Abbé Pierre’a, zapraszając Drążkowskiego na walne zebranie organizacji. W Polsce wszyscy mi mówili, że tak się nie da, że to nierealne, a tam spotkałem mnóstwo ludzi, którzy myśleli jak ja, zobaczyłem, że to działa w wielu krajach. Okazało się, że cele, jakie stawiał sobie Drążkowski, są zbieżne z ideami „Emmaus”. A wsparcie międzynarodowego ruchu było nie do przecenienia dla małej wspólnoty spod Lublina.

Głównym źródłem finansowania wszystkich wspólnot ruchu na świecie jest zbiórka i sprzedaż rzeczy używanych: mebli, naczyń, książek, ubrań, sprzętów gospodarstwa domowego i wielu innych. Na potrzeby pierwszej wspólnoty w krajach Europy środkowo-wschodniej zorganizowano tak zwaną sprzedaż wyjątkową. Dzięki wsparciu trzydziestu wspólnot z całego kontynentu grupa w Kolonii zebrała 120 tys. marek niemieckich i sporo sprzętu, który trafił do sprzedaży w sklepie błyskawicznie utworzonym w Lublinie. Do dziś około połowa przedmiotów sprzedawanych w dwóch sklepach wspólnoty przyjeżdża do Polski TIR-ami na zachodnich rejestracjach.

Rozrastającej się wspólnocie, dziś liczącej 30 osób żyjących w trzech domach, potrzebne było jednak dodatkowe źródło utrzymania. Początkowo powstał jedynie niewielki warsztat, w którym remontowano niektóre meble, by móc je sprzedać drożej. – Po jakimś czasie zaczęło to żyć własnym życiem – wspomina Drążkowski. Dziś we wspólnocie działają stolarnia, tartak, warsztat spawalniczo-ślusarski i betoniarnia, oferujące najróżniejsze elementy małej architektury – wiaty przystankowe, kosze na śmieci, meble ogrodowe czy bramy i ogrodzenia. Łatwo jednak nie jest. Drążkowski mówi otwarcie: Cały czas jesteśmy na styk. Zarabiamy od 1 do 29, na dwa dni w miesiącu nie starcza. Pod koniec roku daje to już miesiąc.

Z chmur na ziemię

Dużo młodsza Fundacja „Nadzieja” powstała w 2003 r. dzięki wspólnej inicjatywie biskupa Piotra Jareckiego i Davida Thomasa, przewodniczącego Polsko-Brytyjskiej Izby Handlowej. Pomysł, wzorowany na potężnej organizacji „The Prince’s Trust”, założonej przez księcia Karola w Wielkiej Brytanii, powstał w chmurach, podczas wspólnej podróży samolotem do Rzymu. Gdy Fundacja rozpoczęła działalność, jej liderzy szybko musieli zejść z chmur na ziemię. Kapitał początkowy skończył się błyskawicznie, a w ślad za pierwszymi sukcesami nie poszło wsparcie sektora prywatnego i przemysłu. – Liczyliśmy na to, że duży biznes zacznie wspierać nasze działania. Ale odzew, inaczej niż w Anglii, był minimalny – przyznaje otwarcie prezes Kabicz.

Model działania Fundacji był prosty. Osobom trwale bezrobotnym proponowano fachowe szkolenie z dziedziny przedsiębiorczości, księgowości, wsparcie psychologiczne, pomoc w pisaniu biznesplanu etc. Na uczestników programu, którzy ukończyli szkolenie, czekała również nieoprocentowana pożyczka na rozruch działalności. W trakcie rozkręcania biznesu fundacyjni doradcy, pracujący jako wolontariusze, wciąż służyli podopiecznym wsparciem. Prezes Kabicz wspomina: Przewróciliśmy do góry nogami zasady bankowości, udzielając pożyczek osobom bez żadnej zdolności kredytowej, często zagrożonym lub już objętym wykluczeniem, z wyłączonym prądem w mieszkaniach i komornikiem szacującym ich majątek. Pożyczka od Fundacji miała być sposobem na wyjście ze swoistego błędnego koła. Można nawet powiedzieć, odwołując się do utartego sloganu, że podopieczni Fundacji otrzymali nie tylko dobrej jakości wędkę, ale także kilka ryb. Zdecydowana większość pożyczek została później umorzona. Skuteczność programu Kabicz ocenia na 60–70%.

Czas szeroko zakrojonej działalności „Nadziei” skończył się wraz z jednoczesnym zmniejszeniem i sprofilowaniem strumienia funduszy unijnych płynących do Polski i zwiększeniem konkurencji przy ubieganiu się o europejskie granty. Zaczęła się praca od projektu do projektu, bez stabilności i wiedzy, jak długo jeszcze będzie możliwa działalność. Fundacja wspierająca bezrobotnych musiała przeprowadzić się z kilku pomieszczeń do jednego pokoiku, i, o smutna ironio, zwolnić część pracowników.

Pan Bóg mnie kupił

Zgoła odmiennie wygląda sytuacja w Czerwonym Borze. Powojskowy teren z każdym rokiem staje się bardziej uporządkowany, powstają kolejne budynki, a już istniejące są sukcesywnie remontowane. Ksiądz Jabłoński zaczynał działalność na niewielkiej przestrzeni. Dziś wszystko robi imponujące wrażenie. Prace budowlane wykonują sami mieszkańcy oraz więźniowie pobliskiego zakładu karnego.

Wchodzimy do budynku. Ksiądz Adam przedstawia nas młodemu mężczyźnie stojącemu przy drzwiach. – To dobrzy ludzie są, dziennikarze – mówi. To strażnik więzienny, pilnujący, jak co piątek, młodocianych przestępców odwiedzających ośrodek, by poczuć namiastkę domu. O to dba przede wszystkim matka księdza Adama, spędzająca w Czerwonym Borze pięć dni w tygodniu. Razem z synem tworzą dobrze uzupełniający się duet: Ja bym bez niego nic nie zrobiła, on by beze mnie też nic.

Pomysł na ośrodek nie wziął się znikąd. Ksiądz Adam wychowywał się wspólnie z pięciorgiem rodzeństwa adoptowanego przez jego rodziców, a w domu Jabłońskich zawsze było ubogo. Poszedłem do seminarium, bo chciałem łatwych pieniędzy. W Wyszkowie, gdzie mieszkaliśmy, księża zawsze mieli dobre zegarki, dobre buty i kręciły się wokół nich najlepsze dziewczyny – mówi, jak zwykle, bez ogródek. Cechuje go radykalność sądów i języka. Podobno nie przysparza mu to przyjaciół.

Nawrócenie przeżył podczas rekolekcji w seminarium, gdy podeszła do niego kobieta ze słowami: Pan chce coś do ciebie powiedzieć, by po chwili dodać: Ja ciebie kocham i nigdy cię nie zostawię. Ksiądz Adam przeżywał wtedy nie tylko duchowe rozterki, ale także kłopoty finansowe. – Kilka dni później podszedł do mnie kolega z seminarium i powiedział, że pewna kobieta została cudownie uzdrowiona i chciałaby wspomóc kleryka. Zapłaciła za studia księdza Adama 15 tysięcy złotych. Gdy wrócił, znalazł także przekaz od wujka na kolejne 1,5 tysiąca. – W ciągu tygodnia miałem opłacone studia i jeszcze zapas pieniędzy. Pan Bóg kupił mnie wtedy za 16,5 tysiąca.

Dziś podobnie czyni wobec więźniów: A to kurtkę kupimy, a to buty. Chrystus mówił: „Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków”. Kupujemy ich, bo miłość wyraża się w gestach. Nie możesz mówić człowiekowi o Panu Jezusie, a kiedy przychodzi w rozwalonych butach, to nie dać mu porządniejszych. Po niedługim pobycie na parafii, gdzie również wspierał ubogich, po dotkliwym odczuciu dysonansu między swoim wygodnym życiem na plebanii a sytuacją mieszkańców całej dzielnicy ubóstwa, w której pracował, stwierdził, że nie może tak dalej żyć. Wtedy pojawiła się propozycja pracy w więzieniu w Czerwonym Borze. Do dziś jest jego kapelanem, spędzając tam codziennie kilka godzin.

Linia najtańszego oporu

Podstawowe punkty odniesienia Katolickiej Nauki Społecznej, takie jak spółdzielczość, zasada pomocniczości czy korporacjonizm, w oczach wielu osób uchodzą dziś za doszczętnie skompromitowane, nieaktualne lub nieprzystające do rzeczywistości. Ogólnopolska moda na ekonomię społeczną, jaka powstała przy okazji strumienia pieniędzy płynącego z unijnego projektu EQUAL, wytraciła impet krótko po tym, gdy zakręcono kurek z funduszami. Wiele spośród powstałych w latach 2000–2006 przedsiębiorstw społecznych nie zdołało utrzymać się na rynku i pozbawione wsparcia z budżetu Unii szybko upadły. Wynika to nie tylko z braku funduszy.

– Ponieważ rozwój ekonomii społecznej w Polsce został uzależniony od środków unijnych, to ktoś, kto zajmuje się pracą podstawową, chcąc pomagać dzieciom, niepełnosprawnym lub bezdomnym, nie ma szans – przekonuje Drążkowski. – A jeśli zajmie się projektami, to zapomni o swojej misji, realizując takie działania, na jakie są pieniądze. To podcina tożsamość organizacji pozarządowych.

Przekonali się o tym także pracownicy Fundacji „Nadzieja”, którzy od jakiegoś czasu zajmują się również wsparciem idei przedsiębiorczości społecznej jako możliwego uzupełnienia wolnego rynku, zwłaszcza na obszarach masowego bezrobocia. Prezes Kabicz nie ma wątpliwości, że bez ułatwień legislacyjnych, a przede wszystkim bez wsparcia władz lokalnych, niełatwo będzie osiągnąć jakikolwiek postęp w tej dziedzinie. Dzisiaj prawie zawsze dobrze zarządzane prywatne przedsiębiorstwo będzie sprawniejsze niż spółdzielnia socjalna. To jednak nie powód, by rezygnować z ich wspierania. – Władze poszły po linii najtańszego oporu, przyjmując ustawę o ściśle kapitalistycznych, dogmatycznie liberalnych założeniach, w ramach których daję ci pieniądze i mam cię z głowy – mówi Kabicz. Jak ocenia Drążkowski, w kwestii ekonomii społecznej w Polsce wszystko stoi na głowie: Jednym z głównych kłopotów jest urzędnicze myślenie o spółdzielczości i przedsiębiorczości. To nie urzędnicy zakładają firmy. Urzędnik zajmuje się wydawaniem pieniędzy, czym innym jest jednak ich zarabianie.

Niemniej nie zawsze są to trudności nie do przezwyciężenia. Ideały ekonomii społecznej realizuje również dom w Czerwonym Borze. Jego mieszkańcy wspólnie prowadzą hodowlę cielaków, kur i świń. Produkują znakomitą kiełbasę, wędliny, sery, sprzedają jajka. Wszystko w symbiozie z zakładem karnym – inwentarz karmiony jest resztkami ze stołu więźniów. Wieść o jakości produktów z „Przystanku w Drodze” rozchodzi się sama – ludzie przyjeżdżają do niego specjalnie na zakupy.

Człowiek o podciętych skrzydłach

Trudno mówić o Katolickiej Nauce Społecznej nie odwołując się do pojęcia pracy. Zarówno dla Fundacji „Nadzieja”, jak również dla duchowości domu w Czerwonym Borze oraz dla wspólnoty Emaus praca jest jednym z ideałów nadrzędnych. W „Przystanku w Drodze” regulamin obejmuje tylko jeden punkt: „Żyjemy i pracujemy wspólnie”. Podobnie rzecz ma się w Krężnicy Jarej. – Nie dając ludziom pracy, nie da się ich resocjalizować. Człowiek to nie pies, któremu dasz jeść i ciepły koc i to wystarczy. Jako ludzie wiary, musimy w nim rzeczywiście dostrzec człowieka mówi ksiądz Adam. Kabicz dodaje: Nie można zostawiać ludzi samych sobie. Robimy wszystko, żeby ludzie zobaczyli tę naszą tytułową „Nadzieję”. Często jest nią możliwość stworzenia sobie miejsca pracy.

W szczególnej sytuacji są podopieczni księdza Adama – więźniowie, byli więźniowie i bezdomni. Jak mówi ich kapelan, w więzieniu człowiek ma podcięte skrzydła, wręcz „cofa się w rozwoju”. Przestępcy odsiadujący wyrok w Czerwonym Borze przychodzą więc do domu księdza Adama nie tylko po to, żeby czymkolwiek zająć dłużące się niemiłosiernie godziny i dni lub pomóc w rozbudowie i remontowaniu ośrodka. Jest to dla nich okazja, aby zdobyć nowe umiejętności, często ucząc się od siebie nawzajem hodowli zwierząt, prac budowlanych czy wykończeniowych. – Miłość realizuje się poprzez wspólne podejmowanie obowiązków. Ktoś, kto nie podejmuje obowiązków codziennych, jako człowiek dorasta z poważnym defektem – mówi ksiądz Adam. I to próbuje przekazać swoim podopiecznym.

Jego wsparcie nie kończy się jednak podczas pobytu w Czerwonym Borze. Organizuje również mieszkańcom domu pracę zarobkową poza ośrodkiem. Jak mówi, ma wśród znajomych wielu pracodawców gotowych zatrudnić i zaoferować dach nad głową byłym więźniom. Przyznaje jednak, że wielu z nich nie radzi sobie podczas okresu próbnego, a przede wszystkim tuż po nim – po pierwszej wypłacie. Bardzo niewielu z nich za pierwszym razem utrzymuje stałą pracę. Większość wraca do Czerwonego Boru, by za jakiś czas spróbować ponownie.

Bartek

Po raz kolejny spróbować chciał również Bartek, mój przewodnik po terenie wspólnoty Emaus. Jest jej członkiem zaledwie kilka miesięcy, ale widać, że czuje się znakomicie – nie mówi o niej inaczej niż w pierwszej osobie liczby mnogiej, czasami sprawiając wrażenie, jakby mieszkał tu od dawna. To człowiek obrotny, szybko orientujący się w otoczeniu. Obecnie zajmuje się promocją wspólnoty na zewnątrz, uaktualniając jej stronę internetową, prowadząc profil na Facebooku i szukając przetargów, w których spółdzielnia socjalna mogłaby wystartować. Chce reaktywować klub rowerowy. Jest karany i zadłużony. Gdy nie dawał już sobie rady z własnym życiem, zadzwonił do kolegi, który pracuje w Emaus. Za pierwszym razem jednak nawiał z terapii. Dopiero po spotkaniu ze Zbyszkiem Drążkowskim i wspólnotowym terapeutą podjął ją na nowo. W jego pokoju wisi zegar z płyty winylowej i duża flaga Polski. Jego opowieść pełna jest nadziei.

Bardzo nie chciałem pokazać, że jestem osobą wrażliwą, otwartą, bo wydawało mi się, że jeśli okażę słabość, to zostanie to wykorzystane przeciwko mnie. Stało się inaczej. We wspólnocie odkrywam wszystko na nowo. Każdy dzień na trzeźwo jest dla mnie czymś nowym. Nigdy nie przeżyłem żadnych świąt w tym stanie. Poprzednie spędziłem na komisariacie w Warszawie. A tu mam ciszę, spokój i ludzi, do których mogę się zwrócić. Sam odchodziłem od osób, które miały do mnie zaufanie, rujnowałem je. Było mi trudno sobie zaufać i zaufać komuś. W życiu straciłem wszystko oprócz dziewczyny, Doroty, która wyciągnęła mnie z dna. Zapisałem się do szkoły zawodowej, będę mechanikiem. Kiedyś pracowałem, ale wywalili mnie za picie i ćpanie. Chciałbym wyjść tu na zero: spłacić długi, odbyć dozór kuratorski, zdobyć potrzebne mi kwalifikacje. Potem wyjeżdżam do Irlandii z Dorotą do jej brata. Powoli odzyskuję relację z Mamą i braćmi. Kiedyś znikałem na długi czas, nie przejmowałem się tym, że ktoś się o mnie martwi, że na mnie czeka. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem – wiem, że ktoś się o mnie troszczy, że mam gdzie pracować, dokąd wrócić. Tylko z ojcem już nie odbuduję relacji. Za dużo razy wyciągałem do niego rękę. Kiedyś nie pił, ale znów zaczął. To nie ja mam być ojcem i dawać przykład.

Dziś ma już tylko jeden nałóg. Mówi, że i papierosy kiedyś rzuci.

Co człowiek, to świat

Z innymi problemami niż ośrodek w Czerwonym Borze w swojej działalności na rzecz zatrudnienia styka się Fundacja „Nadzieja”. – Rynek jest zawsze nieprzewidywalny i ludzie też są nieprzewidywalni. Nigdy nie mamy pewności, że dany pomysł na firmę wypali – mówi prezes Kabicz. Można odnieść wrażenie, że historia każdej spośród ponad tysiąca osób, które ukończyły fundacyjny program wspierania przedsiębiorczości, to w istocie opowieść nie tylko o trudnej sytuacji przed przestąpieniem progu „Nadziei” na Nowogrodzkiej, ale także o zmaganiu się z niełatwą rzeczywistością po założeniu firmy. Prezes fundacji opowiada: Co człowiek, to świat. Zwracamy uwagę na bardzo dokładne przyjrzenie się temu, jak to przedsiębiorstwo będzie funkcjonowało, chociażby na to, o której będzie trzeba wstać. Uświadamiamy naszym podopiecznym, że ich życie, zwłaszcza na początku, to nie będzie żaden luksus. Wręcz przeciwnie: będzie dużo cięższe niż przedtem.

Działania na rzecz tworzenia własnych firm nie wszędzie mają rację bytu. W Polsce mamy do czynienia z rozwojem enklawowym i o ile Warszawa jest enklawą względnego dobrobytu, o tyle czasami pomysł założenia firmy przez bezrobotnego to cel piękny i szczytny, ale zupełnie nierealny w regionach masowego bezrobocia – mówi Kabicz. Tym dotkliwiej dźwięczy w uszach cisza, z jaką spotykają się te tematy w krytycznej, a przede wszystkim systematycznej refleksji duszpasterskiej w Polsce. Niedawny, pierwszy od dwunastu lat (co samo w sobie jest znamienne) dokument społeczny Konferencji Episkopatu Polski, choć przedstawiany jako nowa jakość, w istocie był zbiorem zgrabnych cytatów z encyklik społecznych kolejnych papieży.

Drążkowski jest w tej kwestii bezlitosny: Jeśli mówimy o rozumieniu pomocy społecznej i pomocy drugiemu człowiekowi, to w Kościele instytucjonalnym spotykamy podejście bardzo tradycyjne, charytatywne. Ty masz, więc daj temu, który nie ma. A skoro ja mam i mnie stać, to ja jestem człowiekiem dobrej woli, a ty jesteś maluczki. To sytuacja zależności, w której brakuje partnerstwa. W Emaus żyjemy razem i pracujemy razem. Jesteśmy partnerami, bo razem coś robimy. Właśnie dlatego Kościół posiada olbrzymi potencjał w promowaniu spółdzielczości i zbiorowej samopomocy, że jest organizacją wspólnotową, a jak niekiedy zwykło się mówić, wręcz wspólnotą wspólnot. Budowanie na fundamencie zaufania, jakie powstaje w podobnych grupach, jest szansą na przetrwanie i sukces dzieła. Jak zauważa Kabicz, wiele spółdzielni w ramach różnorakich projektów zakładają ludzie, którzy się nie znają: Małżeństwa się rozpadają, a my oczekujemy, że pięć obcych sobie osób założy dobrze prosperujące przedsiębiorstwo społeczne, w którym będą się wszystkim dzielić i dobrze razem żyć. Gdy dodatkowo są to osoby z grup wykluczonych, które więcej w życiu przegrały, niż wygrały, skazuje się tych ludzi na kolejną porażkę. A tego, jak przekonują Drążkowski i poczucie przyzwoitości, robić nie wolno.

Zbawieni będziemy pojedynczo

Nie da się zrozumieć Katolickiej Nauki Społecznej i działań wcielających ją w życie, dopóki nie uświadomimy sobie, że w samym jej centrum zawsze stoi człowiek. Soborowa konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym, „Gaudium et spes”, opisuje to bardzo trafnie: Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych. Te słowa najlepiej oddają skróconą wersję całego nauczania społecznego Kościoła.

Dlatego działalność Fundacji „Nadzieja” nie ogranicza się do promocji przedsiębiorczości i ekonomii społecznej. Zapytany o to Jan Kabicz wstaje i wyciąga kilka segregatorów z napisem „SOS”. To dokumentacja dotycząca próśb i pomocy udzielonej osobom w najtrudniejszej sytuacji materialnej. – Gdyby przeczytał pan te listy, to włos by się panu zjeżył na głowie – mówi, przerzucając zawartość segregatora. Mimo trudnej sytuacji Fundacja stara się nie odmawiać pomocy: Działamy w wyjątkowych przypadkach, gdy widać już tylko czarną rozpacz, bo rodzina nie ma nawet co włożyć do garnka. Zdarza się również, choćby w przypadku pożarów, że pomoc oznacza mobilizowanie znajomych ludzi z branży budowlanej, oferujących robociznę lub materiały.

Wspólnota Emaus, w duchu zasady solidarności zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej, rozdaje natomiast ciepłe posiłki przez całą zimę na starym mieście w Lublinie. Nie odmawia również osobom, które przychodząc w ciężkiej sytuacji do sklepu, nie są w stanie zapłacić za ciepłe buty czy kurtkę. Mimo tak szerokiej działalności Drążkowski przyznaje, że czegoś mu jeszcze brakuje. – Przed laty przejęliśmy od gminy budynek starej szkoły, wyremontowaliśmy go za znaczne pieniądze i zaczęliśmy tam organizować zajęcia dla dzieci, aerobik dla pań, szkółkę szachową, małe przedszkole… – wspomina. – Działo się tam mnóstwo rzeczy aktywizujących okolicznych mieszkańców, a zwłaszcza młodzież. Z tej działalności wyrosły trzy funkcjonujące do dziś stowarzyszenia. Gdy wspólnota nie była już w stanie udźwignąć ciężaru utrzymania budynku, zwróciła go gminie.

W centrum zainteresowania Katolickiej Nauki Społecznej znajduje się człowiek. Ale trzeba również pamiętać, że zawsze jest to człowiek rozumiany przez pryzmat wiary. – Jedynym założeniem ideologicznym naszego domu jest Pan Jezus, a najważniejszym środkiem działania jest miłość – mówi ksiądz Adam, z prostotą dodając, że mając duży dom, chciał po prosty przyjąć do niego tych, którzy nie mają nikogo. Wszystko rozpatruje w perspektywie zbawienia – swojego i podopiecznych: Mniej mnie obchodzi, czy będą potem dobrymi obywatelami, czy przestaną pić. To ważne, ale najbardziej dbam o to, żeby spotkali Jezusa Chrystusa, który każdego człowieka zbawia pojedynczo. Znam wielu takich, którzy poukładali sobie życie bez alkoholu, ale nie mają wiary, nie umieją kochać. I całe życie kuleją.

Jezus z odzysku

– Zawsze poczuwałem się do odpowiedzialności za to, co się dzieje na świecie – mówi Drążkowski. – Bez mojego chrześcijaństwa nie byłoby też mojego zaangażowania. Nazwa wspólnoty dobrze to opisuje. Do Emaus szli ludzie, którzy nie rozumieli, co się dzieje, których życie się zawaliło. Podszedł do nich Ktoś, kto im to wyjaśnił, powiedział, pomógł. Byłbym szczęśliwy, gdybyśmy my jako wspólnota pomagali innym odzyskać sens życia.

Tym, co prócz wielu innych kwestii łączy Jana Kabicza, księdza Adama Jabłońskiego i Zbigniewa Drążkowskiego, jest poczucie misji i ideowość, słowem: powołanie. Dotyczy to także matki księdza Adama, która wspomina trudne początki działalności syna w Czerwonym Borze. – Któregoś dnia pokłóciliśmy się i Adam powiedział: „Mamo, przecież to jest moje”. A ja na to: „To jest tak twoje, jak i moje, a przede wszystkim Pana Boga”. Uniosłam się honorem i pojechałam do domu. Po miesiącu zadzwonił: „Mamusiu, pytają o ciebie, może byś przyjechała, zobaczyła, jak to tu wygląda?”. Od tamtej pory czwarty rok razem to ciągniemy. Ksiądz Adam dodaje, że póki co jest łatwo, bo wciąż ma jeszcze dużo energii: Najgorzej będzie, kiedy zachoruję. Wtedy zacznie się najtrudniejszy czas, kiedy już nic nie będę mógł od siebie dać. Dopiero wtedy zacznie się prawdziwa Pascha.

Oprócz bezpośredniości, otwartości i gościnności ksiądz Jabłoński odznacza się również wyjątkowym zmysłem gospodarskim. To na pewno także pomaga mu w prowadzeniu ośrodka. Jak mówi, wszystko na jego terenie jest efektem recyclingu – nic tu się nie zmarnuje. Przy bramie wita przybyszów „Jezus z odzysku”, wyrzucony obok kościoła. Wszystkie meble zostały znalezione lub podarowane. Podłoga w pomieszczeniach obłożona jest kościelnymi marmurami, niepotrzebnymi po remoncie jednej ze świątyń. Kuchenny blat w mieszkanku księdza Adama zrobiony został z nagrobkowego lastryko. Podświetlony neonowy napis „Kaplica” niegdyś był logiem jednego z warszawskich sklepów sieci „Reporter”.

Nic też nie marnuje się we wspólnocie Emaus. W sklepie w Zemborzycach, usytuowanym w wielkim hangarze, stare rzeczy otrzymują nowe życie. Trochę jak ludzie. Niektórzy z tej szansy nie korzystają. Podczas mojej wizyty w sklepie i znajdującym się obok niego domu mieszkalnym wspólnoty spotykamy, wraz z Bartkiem, dwóch wyraźnie podchmielonych członków wspólnoty. – Jeden drugiego ciągnie – mówi Bartek. – Poszaleli, i to bezczelnie, w domu, gdzie mogą ich zobaczyć inni uzależnieni. Po krótkim czasie pod sklep zajeżdża odpowiedzialny za dom członek wspólnoty. Pijani koledzy zostaną póki co wydaleni. Podobnie jak jedna pani, która oszukała kilku innych członków. Taką decyzję podejmują wszyscy na wspólnym, poniedziałkowym zebraniu.

Nie każdy nadaje się do takiej pracy. Wspominają o tym ksiądz z matką. Ksiądz Adam opowiada, jak do Czerwonego Boru przyjechała na wigilię terapeutka, bardzo pobożna kobieta. – Mówię do niej: Bardzo miło, że chcesz nam pomóc, ale gdzie są twoi rodzice? – W Warszawie zostali. – A kto z nimi Wigilię spędza? – Nikt, sami zostali. – To ty nie jedziesz do nich, tylko do nas przyjechałaś? Jedź tam, gdzie nikogo nie ma! Jego matka wspomina zaś wizytę pewnego księdza, który cały czas chodził spięty i przestraszony – wyraźnie obawiał się więźniów, z którymi miał się zetknąć. – A to są dobrzy, normalni ludzie. Na wolności gorszych spotykam – dodaje.

Choć znój to niełatwy, warto go podejmować. Na ścianie sklepu wspólnoty Emaus w Zemborzycach widnieje rysunek Abbé Pierre’a i jego słowa skierowane do skazanego za zabójstwo i planującego targnąć się na własne życie George’a: „Pomóż mi pomagać innym”. Gdy po latach pytano George’a, co skłoniło go, by przystać na propozycję nowo poznanego księdza, odpowiadał: „Abbé Pierre dał mi powód, by żyć”. Ksiądz Adam dodaje zaś: Jak święty Paweł, „stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby ocalić przynajmniej niektórych”. Człowiek musi wiedzieć, że jest potrzebny, że ktoś na niego czeka. Więc my czekamy. I kończy z uśmiechem: A jeśli chodzi o Katolicką Naukę Społeczną, to nie wiem, czy was szczególnie ubogaciłem.

Kościół (z) ulicy

Kościół (z) ulicy

Na ubogich nie czekają w kościołach ani zborach. Są radykalni i wiedzą, że ci, „którzy się źle mają”, nieczęsto sami przychodzą szukać pomocy. Wychodzą więc do nich tam, gdzie jest ich wielu. Na ulicę. W centrum wielkiego miasta, w radosnych nabożeństwach głoszą Ewangelię, która ma postać zarówno słowa, jak i posiłku. Nawracają i karmią. I nieważne już, że ich świątynie pozostają wtedy puste.

Plac przy stacji metra Centrum w Warszawie – popularny „dołek” lub „patelnia”. Grupa młodych ludzi rozstawia sprzęt nagłośnieniowy. Jest perkusja, klawisze oraz mały zespół wokalny. Ustawiony na stoliku, prosty, drewniany krzyż przyciąga uwagę. Na środku stoi małe, jakby przedszkolne, białe krzesełko. To centralny punkt Kościoła Ulicznego. Stojąc ledwie 30 centymetrów nad ziemią, kolejni ludzie opowiadają o swoim życiu lub głoszą Ewangelię. Wejście na tę mównicę musi wymagać nielichej odwagi.

——

Ta opowieść jest opowieścią o Bogu. Wszyscy zaangażowani w Kościół Uliczny mówią bowiem głównie o Nim.

Koniecpolska 33. Kilka niedużych budynków. Po posesji biega suczka, imieniem Nika. Należy do jednego z wychowawców ośrodka dla bezdomnych „Nowy Początek”. Przyszedłem spotkać się z Pawłem Bukałą, jego dyrektorem, a także niekwestionowanym liderem Kościoła Ulicznego w Warszawie. Wielu mieszkańców trafiło do ośrodka przez nabożeństwa przy metrze Centrum. Ci, z którymi rozmawiam, cytują te same fragmenty Pisma, które często przywołuje Paweł. Widać, że cieszy się ich szacunkiem.

Wchodzę do dużej sali z długim, stojącym na środku stołem. Nad wejściem do pokoju wychowawców wisi tabliczka z napisem „Żyjcie Ewangelią”. Po drugiej stronie sali – krzyż. Nieduży telewizor, w rogu złożony stół pingpongowy. Na tablicy regulamin, daty urodzin uczestników i zasady wspólnego życia w ośrodku.

Gabinet Pawła. Dwa skórzane fotele, biurko z komputerem i półka z książkami. Wchodzi Krzysiek – jeden z mieszkańców. Na całych rękach tatuaże, uwagę zwraca zwłaszcza jeden: „Kocham Cię, Mamo”. Rozmawia chwilę z Pawłem o kolejnej książce do przeczytania. – Chciałbym, żebyś pociągnął temat Dziejów Apostolskich – mówi Bukała. Zapraszają mnie na obiad: ziemniaki z gulaszem i buraczki. W trakcie posiłku rozmawiają o nabożeństwie z poprzedniego dnia.

——

Mężczyzna w średnim wieku bierze mikrofon i zaczyna mówić. O uzdrowieniach i wiecznym prawie Biblii, którego nikt nie powinien kwestionować. Jak prawa grawitacji. – Oddaję Chrystusowi chwałę w tym mieście! Ogłaszam, że śmierć jest pokonana! Że Szatan jest pokonany! Że zło jest pokonane! – wykrzykuje, niekiedy przesadzając z natężeniem głosu. W tłum ruszają ludzie. Rozdają materiały. W ciągu półtorej godziny dostałem: Nowy Testament, broszurki Kościoła Zielonoświątkowego: „Droga do Boga” i „Pomoc z góry”, ulotkę Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej oraz Ewangelię według św. Jana wraz z listem do Rzymian. Część ludzi traktuje je jak ulotki. W okolicznych koszach można potem trafić na egzemplarze Pisma Świętego.

——

Paweł Bukała, 32 lata, pochodzi z Rzeszowa. Jego historia to materiał na osobny tekst. – Ktoś mi kiedyś powiedział, żebym napisał książkę – mówi. W trakcie rozmowy często wpada w dygresje, ewangelizacja bowiem to jego żywioł. Opowiada o istocie człowieka, demonach, chrzcie, Piśmie. Podczas spotkania kilka razy wyraża obawę, że jego opowieść kogoś zgorszy albo że zostanie uznany za sekciarza. Albo że nikt mu nie uwierzy.

Gdy miał 14 lat, usłyszał kazanie, które zmieniło jego myślenie. Czy gdyby Jezus ci się objawił i powiedział: zostaw to wszystko, czy byłbyś w stanie pójść za Nim? – pytał ksiądz proboszcz. Paweł chciał. Ale oddanie życia Bogu nie przyszło łatwo. Zaczął się alkohol, marihuana i grzyby halucynogenne. Fascynował się Jimem Morrisonem, Arthurem Rimbaud czy Witkacym. Zainteresował się buddyzmem. Szukał prawdy. – Osoba Jezusa cały czas była dla mnie ważna, nie mogłem tego racjonalnie wytłumaczyć. Nie rozumiałem, dlaczego nie jestem w stanie uwolnić się od myśli o Nim.

Przemianę przeżył na festiwalu muzycznym Slot Art Festival. Występował zespół No Longer Music z charyzmatycznym liderem – Davidem Piercem – który głosił Ewangelię podczas i poza koncertami. To wtedy Paweł postanowił znów spróbować. Wyszedł do modlitwy. Długo siedział samotnie pod drzewem. Skończył z narkotykami.

Wrócił do Kościoła katolickiego, jednak czuł w nim pustkę. – Słowa tylko odbijały się od ścian. W końcu wrócił do nałogów. Postanowił jeszcze raz pojechać na Slot, szukając dla siebie innego miejsca. Związał się z bezwyznaniową wspólnotą, w końcu trafił do Kościoła Bożego W Chrystusie. Rodzina kompletnie tego nie rozumiała, wyzywała od sekciarzy.

Po pracy przychodził na rzeszowską Górę Rocha. Tam ponownie spotkał się z Bogiem: Usłyszałem głos głęboko w moim duchu: „usiądź, ja będę do ciebie mówił. Pojedziesz do wielkiego miasta i będziesz podnosił bezdomnych”. Pojechał do Warszawy i przyłączył się do grupy streetworkerów, chodzących po ulicy i rozdających kanapki. Ewangelizował. Wkrótce przejął liderowanie grupą. – Wychodząc na ulicę, modliłem się: „Boże, daj więcej, poszerzaj moje granice”. Chciałem czegoś większego.

W końcu uznał, że formą odpowiednią dla niego będzie działalność podobna do tego, co w Calgary robi Artur Pawłowski. Szukał kogoś, kto by go poprowadził, pomógł mu. W tym czasie do Polski przyjechał sam Pawłowski. Razem zorganizowali pierwsze spotkanie Kościoła Ulicznego w Warszawie.

To był 1 września 2010. Lało. Cały dzień dzwoniły telefony, trwały narady, czy nie odwołać spotkania. – Jeżeli mówimy, że będziemy, to musimy być, niezależnie od temperatury, deszczu czy śniegu. Bezdomni nie mają takiego wyboru jak my.Powiedziałem wtedy stanowczo, że nie rezygnujemy ze spotkania – wspomina Pawłowski.

——

Na krzesełko wchodzi Bukała. – Poproszę dziś człowieka, który jeszcze niedawno przyszedł tu o kulach, a dziś chodzi, bo Bóg go uzdrowił. Bóg rozdaje tym, którzy Go pragną. Do przemawiającego podchodzi młody, krępy mężczyzna. Chwilę rozmawiają. Bukała kontynuuje: Kolega zapytał, co dzieje się z małymi dziećmi, które umierają. Idą do nieba. Bóg kocha niewinne istoty. Zaczyna recytować fragment z listu świętego Pawła. Młoda kobieta w zielonej kurtce z zamkniętymi oczami powtarza razem z nim.

——

Właśnie. Artur Pawłowski, bohater głośnego radiowego reportażu „Adwokat Ulicy”. Rozmawiamy przez telefon, dzwoni do mnie z Calgary w Kanadzie. Z Polski wyjechał ponad 20 lat temu. Robi czasem błędy, bezwiednie wplata do wypowiedzi angielskie słowa.

Po krótkim pobycie w klasztorze wyjechał do Grecji. Tam poznał żonę, też Polkę. Rozkręcił biznes budowlany i szybko dorobił się fortuny. Po wyjeździe do Kanady, oszukany przez kontrahentów, stracił wszystko, by ponownie się odbić. Gdy urodził mu się syn, lekarze proponowali odłączyć go od aparatury, gdyż nie miał szans na przeżycie. – Wszedłem w totalną rebelię przeciwko Bogu. Doznał wizji. Widział Jezusa w Ogrodzie Getsemani. Zawierzył i złożył deklarację: „będę Ci służył do końca życia”. Jego syn żyje do dziś i normalnie funkcjonuje.

Byłem przez parę lat starszym zboru. Zapraszaliśmy bezdomnych na nasze obiady, ale cały czas myślałem, że coś z naszym Kościołem jest nie tak – wspomina. – Byliśmy nastawieni na to, co dzieje się wewnątrz, między nami, a nie na zewnątrz, gdzie działał Jezus. Kontrast między tym, co robił mój Kościół, a tym, o czym czytałem w Biblii, był tak drastyczny, że nie wytrzymałem i musiałem wyjść na ulicę, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście Bóg będzie przyznawał się do pracy poza czterema ścianami. Pojawiły się uzdrowienia, zaczęliśmy przywozić jedzenie, ludzie zaczęli się otwierać. Począwszy od kilku osób na pierwszym spotkaniu, dziś przychodzi ich nawet kilkaset.

——

Zespół zaczyna śpiewać i grać „Alleluja”. Dyskretny ochroniarz krąży wokół sprzętu i wykonawców. Formują się już dwie kolejki bezdomnych – jedna do ciepłego posiłku, druga do kawy i herbaty. Ale muszą jeszcze poczekać. Stoją w rzędach, by nie stracić swojego miejsca. Niektórzy rozmawiają, inni słuchają. Często słychać pytanie: „Gdzie rozdają numerki?”. Pojawia mi się wątpliwość, czy nie są stygmatyzowani, stojąc tak przez godzinę przed początkiem rozdawania jedzenia.

——

Spotkania Kościoła Ulicznego w Szczecinie odbywają się na Placu Grunwaldzkim, a jego liderem jest Zdzisław Michejów.

Na pomysł zorganizowania u nas Kościoła Ulicznego wpadliśmy przez kontakty z Pawłem Bukałą – wspomina. – Wcześniej przez dwa lata karmiliśmy ludzi bezdomnych i potrzebujących w siedzibie Kościoła Chrystus Dla Wszystkich. Wiosną odwiedzili nas Artur Pawłowski i Paweł z grupą wolontariuszy. I tak zaczęliśmy.

Komentarz pod tekstem o Kościele Ulicznym w portalu natemat.pl: Gdyby tylko podawano im kubek ciepłej zupy, bez „ewangelizacji”, podobałoby mi się to jeszcze bardziej. Nie wiem, czemu w Polsce tak trudno się przyjmuje, że sam gest miłości jest już ewangelizacją, jest zbawienny.

Gdy człowiek jest poraniony i go przytulisz, to zwykle się usztywnia, bo nie wie, co to jest miłość. W pierwszej chwili musisz zaspokoić jego najprostsze potrzeby: głód, miejsce do spania – mówi Bukała. – Ale nie jesteśmy akcją charytatywną. Dajemy ludziom posiłek, ale głosimy przy tym Ewangelię. Bezdomni czekają w kolejkach, gdyż, jak wynika z doświadczenia Pawła, dla wielu z nich uzależnienie jest silniejsze: chcieliby szybko zjeść, a potem polecieć za róg wypić flaszkę. – Czekając na jedzenie, niech posłuchają Słowa, które może ich zmienić. Danie miski zupy to za mało.

Jedno z drugim nie kłóci się Pawłowskiemu. – Chcemy przekazywać potrzebującym namacalną Ewangelię. Jesteś głodny? Mój Bóg cię kocha: nakarmię cię. Potrzebujesz ubrania? Postaramy się coś zorganizować. Kiedyś przyszedł do mnie bezdomny i powiedział: „Takich jak ty było wielu. Przyjeżdżali, robili zdjęcia, kręcili filmy i znikali. Będziemy cię obserwować”. Przyszła zima, temperatury minus trzydzieści stopni, a oni nadal nas obserwowali. Na wiosnę ten sam człowiek przyszedł do mnie, płacząc. Kościół Uliczny to nie jest chrześcijańskie show dla fajnego programu dokumentalnego czy zdjęć w biuletynie.

——

Zaczynają się kolejne radosne śpiewy, trochę w stylu gospel. Prowadzący przekonuje: Każdy z was ma za co dziękować Bogu! Zaczyna śpiewać: „Zasługujesz chwałę wziąć”. Zespół wokalny buja się na boki, skacze. Bukała woła: Chrystus jest wielki, potężny, może wyciągnąć człowieka ze śmietniska i posadzić pośród książąt. Może jesteś bezdomny i brakuje ci wszystkiego. Może opływasz w pieniądze, ale w środku czujesz pustkę.

——

Bukała widuje na spotkaniach Kościoła Ulicznego biznesmenów, dziennikarzy, reżyserów. – Myślę, że to jest wielkie błogosławieństwo dla ludzi w mieście, że mogą przyjść, posłuchać tego, co mówimy.

Kacper, przechodzień w średnim wieku, komentuje: Myślę, że chcą zbyt wiele srok złapać za ogon. Trudno jednocześnie mówić do bezdomnych i bogatych, jednocześnie głosić, śpiewać i karmić. To wszystko sprawia wrażenie wielkiego chaosu i braku planu.

Ale Pawłowski przekonuje: Kościół Uliczny jest tylko stacją, przystankiem, na którym ludzie się zatrzymują w biegu. Bez względu na to, czy mają pieniądze, czy są na ulicy. A my jesteśmy drogowskazem. Albo wsiądziesz do tego pociągu, albo do innego. Zachęcamy, by wsiedli do pociągu z Bogiem, z nadzieją, by zaczęli swoje życie od początku.

——

Wśród ludzi zaczynają się dyskusje. Młoda dziewczyna opowiada koledze, chyba z innego miasta, o co chodzi w tym wydarzeniu, namawia go, by chwilę postali i posłuchali, ale ten ją odciąga. Część przechodniów zatrzymuje się na chwilę i odchodzi. Inni zostają dłużej. Niektórzy nawet nie zwrócą uwagi na Kościół Uliczny. Jeden chłopak większość spotkania nagrywa komórką. Bezdomny siada blisko zespołu na kocu i często krzyczy „Alleluja”.

——

Gerard pochodzi z Krakowa. Lat 40. Mając 12, zaczął pić, w uzależnienie wpadł jeszcze przed osiemnastką. Jak na kogoś, kto nie skończył żadnej szkoły, wykazuje się niezwykłą kulturą słowa. W ośrodku Bukały od ośmiu miesięcy.

Mówiąc o mojej drodze, będę mówił o Bogu. Spotkałem się z Nim, zanim przyszedłem tutaj. Zawsze była we mnie tęsknota za Bogiem, ale myślałem, że nie jest mną zainteresowany. Pewnego razu trafiłem do domu dla osób bezdomnych prowadzonego przez osoby z Kościoła zielonoświątkowego. Zacząłem czytać Słowo i któregoś dnia spotkałem się z Jezusem Chrystusem. Zacząłem myśleć, kim On jest dla mnie? Sam Bóg, jak kupiec, który dla jednej perły zostawił cały majątek, zaryzykował wszystko dla mnie, bo to właśnie mnie uznał za tę bezcenną perłę.

Wciąż nie mogłem poradzić sobie z alkoholem, zdarzały mi się upadki. Przyjechałem tutaj, żeby popracować jeszcze nad sobą, żeby dotrzeć do swojego wnętrza i dowiedzieć się, dlaczego to jeszcze nie ten dzień. Kilka razy byłem na Kościele Ulicznym, pomagałem rozkładać sprzęt, pakować, rozlewałem kawę i herbatę. Kiedyś bardzo nerwowo reagowałem, gdy byłem trzeźwy, a rozmawiałem z kimś pod wpływem alkoholu. Teraz wewnątrz mnie jest spokój.

Bóg doprowadził do tego, że pokochałem się z moją mamą, choć od dzieciństwa wzajemnie się nienawidziliśmy. Gdy już poznałem Boga, była śmiertelnie chora. Mogłaby żyć dalej, ale musiałaby zrezygnować z alkoholu, papierosów i psychotropów, a nie umiała tego zrobić. Mówiłem jej dużo o Panu Jezusie. Spędziłem z nią osiem ostatnich miesięcy jej życia. To było coś niesamowitego. Bóg zamienił nienawiść w miłość.

Moi obaj bracia siedzą w więzieniu. Marzę o tym, by również oni spotkali się z Jezusem. Po terapii chciałbym skończyć szkołę średnią i studiować teologię lub poradnictwo chrześcijańskie.

——

Na krzesełko wchodzi Ryszard, starszy mężczyzna. Opowiada, jak przyszedł kilka tygodni wcześniej na Kościół Uliczny, jeszcze o kulach. Słuchał. Dotknęło go. Podszedł do Marty, żony Bukały, bo miała takie przekonujące wystąpienie i pomyślałem, że coś w tym jest. Poprosił o modlitwę. Po jakimś czasie zaczął chodzić o własnych siłach. Dziś mieszka z siostrą, nie jest bezdomny. Ktoś z tłumu krzyczy: Przestał pić, to wstał! W ciągu całego spotkania słychać wiele szyderczych uwag, przedrzeźniania i pogardliwych docinków.

——

Ludzie reagują na nas głównie obojętnością. Nie ma w nich pogardy ani agresji. Jedynie pojedyncze osoby zatrzymują się, by posłuchać i porozmawiać – mówi Michejów.

Jednak na spotkaniach Kościoła Ulicznego w Warszawie dochodzi niekiedy do niemiłych incydentów. Głównie są to wulgaryzmy, ale jeden pastor dostał też cios głową w twarz. Bukale próbowano wyrywać mikrofon, zdarzały się przepychanki.

Widzę wiele zranionych serc, które gwałtownie reagują na Słowo Boże – mówi Gerard. – Dwa razy przychodził człowiek, któremu umarło dziecko. Wołał w gniewie: „Gdzie był Bóg?!”. Trzeba z ludźmi rozmawiać. Większość z nich się zatrzymuje, słuchają, niektórzy płaczą. Przystają choćby na chwilę.

Maja, studentka przechodząca obok, komentuje: To zbytnie narzucanie się, może nawet brak tolerancji. Chcą na siłę wszystkim wcisnąć swoją prawdę. Za dużo w tym działaniu euforii, jakby chcieli wszystkich porwać hasłem i nie zastanowili się, że bez czegoś więcej hasło budzi tylko podejrzliwość i sceptycyzm. Na pewno takie głoszenie wymaga odwagi, ale zakrawającej na ekshibicjonizm.

——

Ryszard przekonuje, że to, co go w życiu spotkało, było karą za grzechy. Bardzo szybko do akcji wkracza Bukała i prostuje: Bóg nie karze chorobami i nieszczęściami. To diabeł! Nie należy myśleć, że to kara za nasze słabości. Na krzesełko znów wchodzi jego żona, Marta, i zaczyna opowiadać. O swoim dzieciństwie, pełnym przemocy, strachu i uzależnień. – To nie my uzdrawiamy, to Bóg uzdrawia. A Duch Święty podpowiada mi, co mam dziś mówić.

——

Czekając na jednego z moich rozmówców, który wracał z innego spotkania, przyglądam się regulaminowi. Mieszkańcy ośrodka szykują się do pracy. Jeden z nich, który dziś zajmuje się ulotkami Kościoła Ulicznego, pyta wychowawcę, czy może puścić chrześcijańskie piosenki.

Regulamin jest, jak przyznają sami mieszkańcy ośrodka, surowy. Niektóre jego punkty dotyczą codziennego funkcjonowania, jak gaszenia światła czy oszczędzania wody. Ale podstawową zasadą życia w ośrodku jest „pełna jawność i szczerość”. Personel może w dowolnym momencie poddać mieszkańca testom na obecność substancji psychoaktywnych, kontrolować jego korespondencję, być obecnym przy rozmowach telefonicznych oraz przeprowadzać kontrole w pokojach. Za nieprzestrzeganie regulaminu można wylecieć z ośrodka, zostać ukaranym godziną pracy dodatkowej lub, w przypadku wulgaryzmów, przed posiłkiem recytować z pamięci fragment z listu św. Jakuba o wstrzemięźliwości języka.

Terapia podzielona jest na trzy etapy, różniące się od siebie celami, a także przywilejami. Część z nich dotyczy długości przepustek, częstotliwości rozmów telefonicznych, wpływu na życie ośrodka, a także możliwości picia kawy i herbaty. – Kościół Uliczny to początek. Konkretniejsza praca z człowiekiem zaczyna się w ośrodku – mówi Bukała. – Musimy dbać o balans między terapią i Słowem. Chcemy zajmować się człowiekiem w sposób kompletny. Pawłowski dodaje: Słowo Boże ma największą siłę. Bóg jest tak mocny, że każdego może uwolnić od uzależnień. Mój brat był uzależniony przez dziesięć lat, a w ciągu jednej sekundy został wyleczony.

Terapia w ośrodku trwa dwanaście miesięcy i dwa tygodnie. Po tym czasie mieszkaniec może skorzystać z hostelu, który mieści się w drugim budynku na posesji. Zaczyna szukać pracy. Hostel jest tani, ale nie darmowy. Jego mieszkaniec sam musi opłacić czynsz i media. Ideałem jest, gdy po sześciu miesiącach może przenieść się „na swoje”. Dziś w hostelu mieszka jedna osoba.

——

Na krzesełku znów staje Bukała. – Robimy z siebie oszołomów, robimy z siebie pośmiewisko, żeby głosić Chrystusa! Gdzie dziś byłby Chrystus? Czy byłby w super-ładnym kościółku, czy na ulicy? Znów rozlega się pieśń: „Jezus, Jezus królem jest”. Po przeszło godzinie od rozpoczęcia spotkania rozpoczyna się rozdawanie posiłku – kalafiorowej – oraz ciepłych napojów. Niektórzy stojący w kolejce próbują się przemknąć, nie oddając numerka, ale rozdający zupę twardo tego pilnują.

——

Marcin Krupa, lat 27. Pochodzi z Polkowic, wychowywał się bez ojca – zamordowano go, gdy Marcin miał 13 lat. Był ministrantem i lektorem. Zaczął ćpać, potem zajął się dilerką, rok później trafił do poprawczaka, niedługo potem, za pobicie policjanta i napad, do więzienia. Często odwołuje się do Biblii. Szybko zaczynamy mówić sobie po imieniu. Od siedmiu miesięcy w ośrodku.

Szybko zacząłem grypsować. Więzienie przestało być dla mnie strasznym miejscem. Obrosłem w piórka. Po dwóch latach wyszedłem i wpadłem w amfetaminę, która zabrała mi wszystkie plany. Znów zacząłem handlować narkotykami. Pijąc w towarzystwie recydywistów, dowiedziałem się, że jeden z kolegów psuje moją reputację na mieście. Walcząc o swój honor, pijany wtargnąłem do jego mieszkania. O mało nie zadźgałem faceta, cud, że nie trafiłem w aortę. Znów mnie zamknęli. Przestało być miło. Więzienny marazm mnie przygnębiał. Ktoś mi powiedział, że jeśli chcę spotkać się z kolegą z innego pawilonu, to mogę zapisać się na spotkanie do zielonoświątkowców. Poszedłem. Skoro już tam siedziałem, to i słuchałem.

Po czterech i pół roku wyszedłem i pojechałem do Berlina, do siostry. Zaczęły się pieniądze, dziewczyny, domy publiczne, alkohol. Łatwe, hulaszcze życie, wymuszanie haraczy, odbiór długów. Siostra wyrzuciła mnie z domu i tak trafiłem na ulicę. W końcu trafiłem do Warszawy, do Pawła. Pierwsze miesiące były ciężkie, bo alkohol wychodził ze mnie, nie mogłem się odnaleźć.

Poszedłem na nabożeństwo. Pokuta zaczęła napływać do mojego życia, płakałem, wyznawałem grzechy, przepraszałem Boga. Poszedłem do pokoju z wychowawcą i modliliśmy się, żeby Duch na mnie zstąpił. Krzyczałem, modliłem się. Od kiedy jestem z Bogiem, każdy dzień jest dla mnie ważny. Bóg uwolnił mnie też od myśli erotycznych. Zostałem uwolniony od alkoholu, narkotyków, agresji.

Nie jestem tutaj po to, żeby przezimować: mam mieszkanie w Polkowicach, gdzie mieszka moja mama, i mógłbym się tam wprowadzić. Ale wiem, że gdybym wrócił do Polkowic, to nic by mi to nie dało. Nigdy nie skończyłem czegoś, co raz zacząłem.

Chciałbym pracować wśród dzieci. Dziś gotuję czasem dla Kościoła Ulicznego.

——

Bukała woła: Podziękujcie za ten posiłek. To najlepsza restauracja w mieście! Jadłem dziś tę zupę, jest znakomita. Zaczyna się kolejna pieśń, tym razem „Hosanna”. Solistka fałszuje, ale melodia porywa do tańca jednego z bezdomnych (tego, który krzyczał dotąd „Alleluja”). Podchodzi do zespołu, zaczyna się bujać. Jeden z uczestników Kościoła Ulicznego prosi go, by odszedł nieco dalej i nie przeszkadzał śpiewającym.

——

Komentarz pod artykułem w natemat.pl: Kubek ciepłej zupy podaje się bezdomnemu na co dzień w wielu innych Kościołach i nie robi się wokół tego takiego show. Nie, nie robią nic złego – ba, wręcz coś dobrego. Ale wielu innych robi to samo po cichu.

Jesteśmy dumni z poselstwa, które głosimy – zapewnia jednak Michejów. – Wierzymy, że ma ono moc zmieniać ludzkie życie.

Michał. Urodził się w małym miasteczku pod Lublinem, w domu pełnym alkoholu i przemocy. W wieku 14 lat zaczął pić, szybko wpadł po uszy. Pobyt w wojsku skończył z wyrokiem za pobicie cywila. Ma syna, którego nigdy nie widział. W ośrodku od 8 miesięcy.

Nie byłbym w tym miejscu, gdybym nie poznał Boga. W wieku 17 lat nie potrafiłem się bawić na trzeźwego, wchodziłem do bufetu i musieli mnie z niego wynosić. Zacząłem uciekać z domu, żeby być zauważanym, ale szukano mnie tylko raz. W końcu nie wróciłem.

Poszedłem do wojska, gdzie było picie na maksa. Uciekałem, nie wracałem z przepustek. Miałem pracę, byłem kierowcą, ale potrafiłem pić do pierwszej w nocy i o czwartej siadać za kierownicą. Poznałem w wojsku dziewczynę, ale zostawiłem ją dla picia, dla Szatana. Nie zależało mi na niczym. W więzieniu poszedłem na terapię, ale po wyjściu wróciłem do alkoholu. Pojechałem do Warszawy z myślą, że jeszcze im wszystkim pokażę. Piłem nawet denaturat. Któregoś dnia przechodziłem przy metrze Centrum i trafiłem na nabożeństwo Kościoła Ulicznego. Pierwsze pytanie, które im zadałem, brzmiało: kim wy jesteście? Odpowiedzieli, że chrześcijanami. Pomyślałem, że to chyba coś dla mnie. Byłem zdesperowany, zrobiłem kilka świeckich terapii, byłem nawet w szpitalu psychiatrycznym. Wiedziałem, że jeżeli Bóg mi nie pomoże, to nic mi nie pomoże.

Po dwóch miesiącach spróbowałem nawiązać kontakt z rodziną. Zadzwonił telefon: tata jest w szpitalu po wylewie. Pojechałem do niego, a po dwóch tygodniach zmarł. Nie mogłem sobie z tym poradzić i opuściłem ośrodek. Wychodząc za furtkę, już wiedziałem, że źle zrobiłem. Wylądowałem znowu na ulicy. Pojechałem do Berlina. Trafiłem na noclegownię, gdzie pracowało dużo Polaków. Po rozmowie z opiekunką postanowiłem wrócić do Warszawy. Jechałem z przekonaniem, że Paweł mnie nie przyjmie, wyśle mnie do innego ośrodka. Ale było inaczej. Po powrocie miałem pracę do napisania: „Dlaczego opuściłem ośrodek?”.

Zacząłem od nowa nawiązywać relację z mamą. Wybaczyła mi te wszystkie rzeczy, które zrobiłem. Chciałbym też odzyskać kontakt z synem. Wiem, jak bardzo skrzywdziłem tę dziewczynę i tego chłopca. Nigdzie nie zaznałem tyle miłości co tutaj. Nie zawsze jest pięknie i kolorowo. Ale zmienianie charakteru musi boleć.

——

Na krzesełku staje Sebastian, potężnie zbudowany, wysoki mężczyzna. Zaczyna opowiadać o swoim życiu. Ciągle brakowało mu wrażeń. Wpadł w alkohol, narkotyki, był skinem. Jak mówi, pił, bił i ćpał. Jego szwagierka, mieszkająca w Stanach i związana z tamtejszą wspólnotą protestancką, poprosiła go, by kupił jej kasety z kazaniami pewnego pastora. Sprzedaż odbywała się podczas nabożeństw. Po kilku wizytach zaczął się zmieniać, choć bardzo powoli, trwało to parę lat. – Tam było inaczej niż w kościele katolickim. Z całego jego wystąpienia wybrzmiewa nuta wyraźnie opozycyjna wobec katolicyzmu, prawie wroga.

——

Zapraszamy do współpracy również katolików. Od początku zależało nam, żeby nikt nie utożsamiał naszej działalności z żadnym Kościołem. Gdy ktoś mnie pyta, kim jestem, odpowiadam: chrześcijaninem – przekonuje Bukała. Jednak nie wszędzie tak to wygląda. Michejów mówi wprost: Jesteśmy otwarci na współpracę, ale tylko w gronie wspólnot Kościołów w nurcie ewangelicznym. Nie będziemy wychodzili poza to środowisko.

Artur Pawłowski opowiada zaś, że każdemu, kto przychodzi i chce służyć w Kościele Ulicznym w Calgary, zadaje tylko dwa pytania: „czy kocha Jezusa Chrystusa?” i „czy kocha tych ludzi?”. – Nic więcej mnie nie interesuje.

——

Bukała namawia do podchodzenia do osób z żółtymi smyczami na szyi i proszenia o modlitwę. Niektórzy podchodzą. Członkowie Kościoła Ulicznego kładą na nich ręce i głośno się modlą, niekiedy w dwie osoby. Zabrakło mi przekonania, by podejść. To nie dla mnie. Nie chciałem tego robić wyłącznie z dziennikarskiego obowiązku.

——

Liczby:

  • 20 000 – posiłków rocznie rozdaje Kościół Uliczny w Warszawie.
  • 200 000 posiłków rocznie rozdaje Kościół Uliczny w Calgary.
  • 12 wspólnot chrześcijan ewangelicznie wierzących zaangażowanych jest w Kościół Uliczny w Warszawie.
  • 500 złotych kosztuje miesięczny pobyt jednego mieszkańca w ośrodku „Nowy Początek”.
  • 4 razy w tygodniu odbywają się nabożeństwa Kościoła Ulicznego w Calgary.

——

Kolejne śpiewy. Słowa: „Twoja miłość jak ciepły deszcz” niosą się po dołku w centrum. Spotkanie powoli się kończy. Myślę o tym wszystkim, co widziałem i usłyszałem. Nie wiem, czy taka formuła społecznego zaangażowania, manifestowania swojej wiary w świecie i ewangelizacji jest najlepsza. Ale na pewno może być inspiracją dla przedstawicieli innych wspólnot, by wyjść na ulicę. Już nie tylko po to, by manifestować, ale po to, by spotkać tam człowieka. Idę w stronę tramwaju. Na przystanku nie słychać już nawet echa.