Samoograniczająca się zmiana? Kooperatywy spożywcze w Polsce

W styczniu 2010 r. grupa znajomych założyła Warszawską Kooperatywę Spożywczą. To nieformalna organizacja stanowiąca próbę nawiązania do dawnej demokratycznej i oddolnej spółdzielczości spożywców, organizującej się w celu pominięcia kapitalistycznych pośredników. Wkrótce podobne kooperatywy zaczęły powstawać w innych miastach – w Łodzi, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu, Białymstoku, Katowicach.

Inicjatywy te miały – w duchu dawnych ideałów spółdzielczych – sprzedawać po niższych cenach żywność kupowaną bezpośrednio od producentów. Ale także tworzyć demokratyczną wspólnotę pomocy wzajemnej, głównie poprzez tzw. fundusz gromadzki, zbierany w postaci 10% kwoty od każdych zakupów na cele wspólne spółdzielni oraz wsparcie członków w potrzebie. WKS jest nieformalną spółdzielnią spożywczą. Inicjatywą świadomych konsumentów, którzy chcą budować sprawiedliwą, demokratyczną i ekologiczną gospodarkę, odwołując się przy tym do celów i wartości promowanych przez idee spółdzielcze. Tworzymy społeczność, która chce pozyskiwać zdrową żywność w sprawiedliwych cenach. Budujemy sieć współpracy producentów i konsumentów, w której celem jest zaspokajanie potrzeb stron, a nie zysk – deklarują warszawscy spółdzielcy na stronie internetowej. Podobnie piszą kooperatyści łódzcy, którzy zaczęli działalność w 2011 r. Kooperatywa zrzesza osoby, którym zależy na wcielaniu w życie idei spółdzielczości. Dzięki wspólnemu wysiłkowi co tydzień realizujemy hurtowe zakupy. Pozwala nam to nabywać produkty znacznie taniej, zazwyczaj bezpośrednio od producentów. W przeciwieństwie do jedzenia z marketu, mamy kontrolę nad jakością i świeżością produktów, które kupujemy, unikając przy tym marż pośredników. Obecnie w samej Warszawie funkcjonuje przynajmniej 6 grup, które określają się mianem kooperatyw. Od 2012 r. odbyły się trzy ogólnopolskie zjazdy kooperatyw spożywczych – w Warszawie, Łodzi i Krakowie. Tematem zainteresowały się także media1.

Nowe spółdzielnie są niewielkie w porównaniu z tymi z początku XX wieku czy z międzywojnia – liczą od kilkunastu do kilkuset członków. Jednak ich rosnąca popularność oraz powstawanie coraz to nowych grup pozwalają stwierdzić, że po latach istnienia czarnej legendy spółdzielczości jako reliktu PRL-u, mamy do czynienia z pewnym odrodzeniem idei żywej i oddolnej. Wiele też wskazuje, że nowemu ruchowi spółdzielni spożywczych trudno będzie rozwinąć się nawet na ułamek takiej skali, jaką cieszył się w dobie największego rozkwitu, zanim został wprzęgnięty w PRL-owską machinę centralnie planowanej gospodarki – pod koniec lat 30. XX wieku największy związek spółdzielczy w Polsce, „Społem”, liczył ok. 600 tys. członków. Wydaje się również, że nowo powstałe kooperatywy spełniają inną funkcję niż dawniej – w mniejszym stopniu służą celom socjalnym i emancypacyjnym, a w większym są sposobem na dystrybucję zdrowej, często ekologicznej żywności i realizację określonego stylu życia2. Należą do nich przede wszystkim lewicowo zorientowani aktywiści i inteligencja, ludzie młodzi i wykształceni. Powstają także kooperatywy innego typu (wspólnie z Dominiką Potkańską nazwałyśmy je kooperatywami zorientowanymi na konsumpcję3) – przypominają internetowe grupy zakupowe, a sprzedawana w nich żywność jest wyrafinowana i charakteryzuje się wyższymi cenami.

5 lat rozwoju

W ostatnich pięciu latach powstało ok. 30 kooperatyw spożywczych. Trudno określić dokładną liczbę zrzeszeń i ich członków. Są to w większości grupy nieformalne, które ulegają szybkim przemianom: jedne zawieszają swoją aktywność, inne powstają, nowi członkowie przychodzą i odchodzą, a niektóre kooperatywy przekształcają się w formalne organizacje. Można oszacować, że średnio jedna kooperatywa liczy ok. 50 osób, choć do niektórych okresowo należało ponad 500. Pierwsze kooperatywy spożywcze powstawały w środowiskach lewicowych aktywistów związanych z Młodymi Socjalistami, częściowo także z grupami anarchistycznymi. Są to w większości organizacje zarządzane w sposób niehierarchiczny, a funkcje takie jak przywiezienie towaru, ważenie, bycie „na kasie” czy sprzątanie, sprawowane są rotacyjnie. Niektóre, starając się usprawnić działania, wprowadziły funkcje koordynatorów, których kadencja trwa kilka miesięcy.

Kooperatyści początkowo jeździli po zakupy na giełdy warzywne, ale z czasem w mniejszym lub większym stopniu nawiązali bezpośrednią współpracę z rolnikami. Są to zazwyczaj gospodarstwa niewielkie, wiele z nich produkuje żywność ekologiczną, choć nie wszystkie posiadają oficjalny certyfikat. Poznańska Kooperatywa Spożywcza współpracuje z podmiotem ekonomii społecznej działającym w rolnictwie – Fundacją Marszewo. To gospodarstwo zostało powołane przez Fundację Pomocy Wzajemnej „Barka”, zatrudnia m.in. osoby wykluczone i bezrobotne. W Krakowie z kolei funkcjonują dwie spółdzielnie: Wawelska Kooperatywa Spożywcza (obecnie współpracuje z ok. 10 gospodarstwami, głównie ekologicznymi) oraz Krakowska Kooperatywa Spożywcza, współpracująca z aż kilkudziesięcioma gospodarstwami z okolic Krakowa i z Podkarpacia. Kooperatywy spożywcze powstały także w Katowicach („Kopera”), Białymstoku (Kooperatywa Spożywcza „Współpracownia” oraz Podlaska Zielona Kooperatywa), Opolu, Bydgoszczy i Toruniu. Niedawno utworzono kooperatywę w Gliwicach. Niektóre, jak Lubelska Kooperatywa Spożywcza, szybko zakończyły działalność. Wciąż powstają jednak nowe. W Warszawie w sierpniu 2014 r. ruszył pierwszy sklep spółdzielczy, założony przez kooperatywę spożywczą „Dobrze”. Aby móc uzyskać lokal od miasta, jej działacze zdecydowali się przyjąć formę stowarzyszenia. Sklep sprzedaje również osobom z zewnątrz, lecz członkowie stowarzyszenia otrzymują towar po niższych cenach.

W Warszawie funkcjonuje także kilka kooperatyw należących do typu „zorientowanych na konsumpcję” – jak Południowa, Grochowska czy Kooperatywa Północna-Smakoterapia. Startowały jako grupy na Facebooku, zarządzane zazwyczaj przez kilka administratorek, i w tym sensie można powiedzieć, że używanie przez nie określeń „kooperatywa” jest nieco na wyrost. Jednak część z nich przechodzi na bardziej demokratyczne formy zarządzania, większość posiada także formę wspólnego funduszu, np. w postaci składek członkowskich. Niektóre z nich dążą do formalizacji swoich działań, np. Kooperatywa Grochowska funkcjonuje od niedawna pod auspicjami fundacji oraz jest w trakcie tworzenia spółdzielni socjalnej, która będzie prowadziła sklep spółdzielczy. Niewątpliwie imponującym wyróżnikiem tego rodzaju kooperatyw jest skala ich działalności. Zapewniają setkom swoich członków tak szeroki asortyment żywności, że prawie nie muszą oni odwiedzać sklepów. Każda z nich współpracuje z kilkudziesięcioma rolnikami i producentami, którzy przywożą lub wysyłają warzywa i owoce, mięso, ryby, nabiał, przetwory czy produkty zbożowe. Oprócz tego sprzedają także inne produkty, jak np. kosmetyki czy ekologiczne środki czystości. Część producentów zaopatruje kilka kooperatyw. Jak wynika z niepublikowanych jeszcze badań Ruty Śpiewak z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, dla niektórych z nich kooperatywy stanowią aż ok. ¼ całego zbytu, stanowią więc one dość poważną siłą nabywczą.

Aktywność większości kooperatyw nie sprowadza się tylko do wspólnej pracy, niezbędnej do zakupów żywności. Kooperatywy organizują spotkania, warsztaty, wspólne posiłki, otwarte pikniki w miejskich parkach, dyskusje czy pokazy filmów. Wawelska Kooperatywa Spożywcza zainicjowała niedawno cykl „obiadów czwartkowych”, otwartych posiłków, w czasie których można uiścić dowolnej wysokości opłatę na jej rzecz. Jej członkowie organizują również wymianę ubrań czy warsztaty. Wielu uczestników podkreśla wagę wspólnotowego i towarzyskiego charakteru nowych spółdzielni, stanowiącego istotną motywację do wstępowania do nich. Kiedy ludzie są sobie równi, mają wpływ na to, żeby kształtować jakoś swoje otoczenie, swoją grupę, jest swobodny przepływ tych pomysłów i możliwości, szukamy jakichś dróg, które powinny, moim zdaniem, prowadzić do tego, żebyśmy byli społeczeństwem nie wyalienowanym, lecz rosnącym w siłę – mówiła o relacjach w spółdzielni była członkini WKS, obecnie w kooperatywie „Dobrze”. Oczywiście jedzenie jest istotne, ale jest w tym coś więcej, nie chodzi tylko o jedzenie, bo mogę pójść na targ i sobie to jedzenie kupić, i może nawet byłoby to szybciej, natomiast ważne jest to, że tworzy się grupa. I to, że jest to pewna społeczność – dodawała. Inny rozmówca określał kooperatywę w ten sposób: takie małe społeczeństwo, bo to właściwie jest społeczność. I to polega na zaspokajaniu najbardziej podstawowych potrzeb. Wydaje mi się, że tak to mogło wyglądać na początku. Taka podstawa społeczeństwa, które teraz właściwie funkcjonuje tylko z nazwy. Bo tak naprawdę nie widać żadnych tego typu działań społecznych, każdy żyje w oddzielnym świecie.

Jedzenie łączy – i dzieli

Choć kooperatywy to także społeczności, to jednak najważniejsza w nich jest żywność. Wokół niej koncentruje się działalność stanowiąca główną motywację uczestnictwa. Większość członków jest przekonana, że oferta kooperatywy różni się zasadniczo od tej ze zwykłego sklepu. Różne są oczekiwania wobec niej – jednym zależy na certyfikacie ekologicznym, innym na wytwarzaniu w tradycyjny sposób, jeszcze inni kładą nacisk na lokalne pochodzenie produktów. Kooperatyści przywiązują dużą wagę do wiedzy, skąd pochodzi żywność i jak jest uprawiana czy produkowana. Uzasadniają to na różne sposoby – część z nich odwołuje się do zdrowia i ochrony środowiska, wielu wspomina jednak o poczuciu kontroli nad swoim życiem, które dzięki tej wiedzy uzyskują. Czują się bardziej podmiotowi, samodzielni w swoich wyborach, mniej zależni od supermarketów i systemu reklam.

Często kieruję się impulsem przy kupowaniu jedzenia. Przy zakupach spółdzielczych już mniej, bo to wypada zaplanować – mówił jeden z członków WKS. To bardzo ważne w kooperatywie, że to nie jest zaspokajanie zachcianek, lecz świadome planowanie swojego pożywienia, co się będzie jadło i kiedy – stwierdzał inny. Dla członkini Gdańskiej Kooperatywy Spożywczej członkowie kooperatywy to ludzie, którzy zajmują się czymś, wydawałoby się, przyziemnym, czyli jedzeniem. Traktuje się to zwykle jako coś, co ktoś powinien załatwić za nas, a my to konsumujemy i myślimy, że wszystko jest w porządku z tym, co się nam dostarcza. A tutaj jest taka nieufność do dostawców i całego tego rynku produktów spożywczych. Może też w innych dziedzinach [kooperatyści] nie ufają różnym rynkom i przedsięwzięciom, dlatego na innych polach starają się samodzielnie w czymś uczestniczyć, decydować. I może właśnie dlatego zapisują się do kooperatywy, żeby zacząć odzyskiwać kontrolę.

Wiele osób mówi o tym, że żywność, którą kupują w kooperatywie, jest po prostu lepsza, bardziej „prawdziwa”. Ich stosunek do jedzenia przypomina ten, który można obserwować od lat 80. na Zachodzie, a którego początek można łączyć z powstaniem ruchu slow food, a obecnie z różnego typu alternatywnymi ruchami czy sieciami żywnościowymi. Odwrót od masowo produkowanej i dystrybuowanej („bezmiejscowej”, jak to ujęli badacze Murdoch i Miele) żywności wiąże się tam z potrzebą „łączności” z pożywieniem i ziemią, która je wyprodukowała, a także z powiązaną z jego produkcją społecznością lokalną. Członkowie tych ruchów niekoniecznie odwołują się także do jakości żywności jako zestawu zestandaryzowanych, mierzalnych cech – zamiast tego jeden z badaczy proponuje pojęcie „dobrej żywności”, które zawiera w sobie nie tylko takie cechy, jak smak i wygląd, ale także relacje pomiędzy producentami a konsumentami oparte na szacunku i zaufaniu4. W tym sensie „dobra żywność” pozwala wrócić do tego, co bliskie naturze, związane z terytorium, spersonalizowane, a zatracone w miejskiej cywilizacji poprzemysłowej. To właśnie, według wielu osób, z którymi rozmawiałam, zapewnia lub powinna zapewniać kooperatywa.

Badacze analizujący Alternative Food Networks (AFN) coraz częściej zwracają jednak uwagę na ekskluzywność nowych sieci żywnościowych, które z ekologii i żywności „prosto od rolnika” uczyniły sposób na podkreślanie swego statusu przez członków klasy średniej i stały się zamkniętymi przestrzeniami. Bardziej niż kolektywnemu dążeniu ku zmianie społecznej służą one realizacji indywidualnych strategii konsumentów, chcących uzyskać dostęp do zdrowszej czy bardziej „etycznej” żywności. I tak produkty ekologiczne, zrównoważone czy „sprawiedliwe” stają się po prostu jedną z wielu opcji do wyboru na rynku. Strategie zamożnych konsumentów opierają się m.in. na wyborze produktów o wysokiej jakości i wyrafinowanym smaku. Badacze wskazują, że często wyklucza to z gry najbiedniejszych producentów, którzy nie są w stanie dostarczyć produktu takiej jakości, jakiej oczekiwałby zachodni członek AFN5.

Polskie kooperatywy zdają się pełnić podobną funkcję. Wiele z nich zaopatruje się w żywność ekologiczną czy na inne sposoby nietypową (np. warzywa rzadko spotykane na rynku), która, co prawda, jest tutaj tańsza niż w komercyjnej dystrybucji, ale mimo wszystko nieco droższa niż zwykła żywność kupowana w przeciętnym sklepie, nie mówiąc już o dyskontach. Chociaż tańszy dostęp do dobrej żywności jest niewątpliwie pozytywną cechą kooperatyw, to dla osoby biedniejszej, która po prostu chciałaby taniej zrobić zwykłe, codzienne zakupy, nie stanowią one zazwyczaj atrakcyjnej alternatywy.

Wiele kooperatyw, zwłaszcza najstarszych, utworzonych przez lewicowych czy kontrkulturowych aktywistów społecznych, zajmuje się dystrybucją żywności dość specyficznej z punktu widzenia popularnych gustów. Część z nich ma profil wegetariański, należy do nich także wielu wegan, więc w asortymencie dominują warzywa i owoce, dużo jest produktów takich jak tofu, nasiona chia, tempeh itp., które nie są szerzej znane. Wegetariański profil kooperatyw sprawia, że do kooperatyw trafiają ludzie ze środowisk, gdzie taki sposób odżywiania jest elementem szerszego stylu życia, a więc często także już przekonanych do wartości stanowiących podstawę etosu spółdzielni.

Inne kooperatywy, jak np. warszawskie Południowa czy Grochowska, nie stronią od produktów mięsnych czy ryb, jednak nie oznacza to, że są pozbawione żywnościowych „barier”. Wiele ich towarów jest wyszukanych – jak jagnięcina z Nowej Zelandii, ekologiczne cytrusy z Sycylii czy cypryjskie sery, które charakteryzują się odpowiednio wyższą ceną.

Żywność jest nie tylko produktem koniecznym do życia – pozwala na integrację kooperatystów, budowanie wspólnoty. Ludzie, z którymi jesz, stają ci się automatycznie bliżsi. Ludzie, którzy robią ci jedzenie, są bardzo ważni – powiedział jeden z członków WKS. Chociaż to, co najbardziej mnie cieszy w kooperatywie, to robienie czegoś wspólnie – mówiła inna członkini. Żywność jest tematem scalającym ludzi – mówił członek kooperatywy poznańskiej.

Na „socjocentryczną” funkcję żywności wskazywało wielu socjologów i antropologów. Niektórzy zauważali jednak, że jest ona także wyznacznikiem grupowej tożsamości i w tym sensie strażniczką granic. Każdy posiłek jest ustrukturyzowanym wydarzeniem społecznym – pisała brytyjska antropolożka6. Wspólne jedzenie skłania do bycia razem, ale także wyklucza tych, którzy mają inne przyzwyczajenia i możliwości.

Niektórzy założyciele kooperatyw aktywistycznych mówili w wywiadach, że zależało im przede wszystkim na realizacji idei spółdzielczej i stworzeniu dostępu do taniej żywności. Zdecydowali się natomiast przyciągnąć osoby bardziej zainteresowane specyficzną żywnością, np. ekologiczną, żeby kooperatywy mogły się rozwijać: to była konsekwencja rozrastania się kooperatywy, bo w gruncie rzeczy mam wrażanie, że starym członkom aż tak nie zależało. Mieliśmy świadomość, że to jest coś, co przyciągnie ludzi do kooperatywy. W gruncie rzeczy była to inicjatywa nowych osób – powiedział jeden z założycieli Gdańskiej Kooperatywy Spożywczej. Taka polityka ma jednak obosieczny efekt, bo choć przyciąga nowych członków, którzy wcześniej nie byliby zainteresowani ideą spółdzielczą, to jednocześnie sprawia, że kooperatywy przesuwają swoje priorytety coraz bardziej w kierunku zaspokajania wyrafinowanych potrzeb żywnościowych. To natomiast zaczyna mocniej określać spółdzielnie w wymiarze klasowym i powoduje, że zdrowa żywność staje się ważniejsza niż zasady i wartości spółdzielcze. W postrzeganiu nowych kooperatyw przede wszystkim przez żywność i smak pomagają także media. Reportaż w tygodniku „Newsweek”, poświęcony kilku warszawskim kooperatywom, nosił tytuł „Wyznawcy smaku”, a „przewodnik”, jaki ukazał się w październiku 2014 r. w bezpłatnym dzienniku „Metro”, został zatytułowany „Kooperatywa: połączenie targu śniadaniowego, fair trade i tradycji” (to odwołanie do modnych w Warszawie i kilku miastach „targów śniadaniowych”, gdzie za naprawdę wysoką cenę można nabyć produkty regionalne, ekologiczne itp.).

Tymczasem pierwotnie spółdzielnie spożywcze powstały, by zaspokajać najbardziej podstawowe potrzeby biedniejszych warstw ludności. Tkacze z angielskiego Rochdale, założyciele Roczdelskiego Towarzystwa Sprawiedliwych Pionierów, uznawanego za pierwszą kooperatywę spożywczą (1844), sprzedawali najbardziej potrzebne produkty, takie jak kasza, mąka czy świece. Później asortyment spółdzielczych sklepów się rozrastał, jednak celem nie było zaspokajanie wyrafinowanych potrzeb, gdyż inna była baza społeczna ruchu. Dziś oczywiście sytuacja jest inna, a różnego rodzaju żywność łatwiej dostępna, choć dyskonty, które oferują ją taniej, sprzedają również produkty gorszej jakości. W obecnym kształcie kooperatywy jednak nie są w stanie zaoferować alternatywy dla osób, które z konieczności robią zakupy w najtańszych sklepach. Co prawda w dobie uprzemysłowionego rolnictwa rolę spółdzielni jako organizacji wspierającej drobnych, lokalnych rolników należy ocenić pozytywnie. Jest to reakcja na nowe warunki, które sprawiły, że rarytasem stała się żywność produkowana w sposób niemasowy. Warto jednak zdawać sobie sprawę z konsekwencji tego przesunięcia i próbować zastanowić się, w jaki sposób, utrzymując współpracę nowych spółdzielni z drobnymi, niszowymi producentami, sprawić, żeby ich produkty mogły być mimo to dostępne dla szerszej grupy członków. W niektórych kooperatywach, przynajmniej teoretycznie, jest to możliwe: w WKS czy w kooperatywie łódzkiej, które współpracują z lokalnymi rolnikami, ceny większości artykułów spożywczych są dość przystępne. Jednak istnieją także inne bariery, które utrudniają poszerzenie bazy społecznej spółdzielni.

„Ludzie z klimatów”

W zachodniej literaturze dotyczącej alternatywnych sieci żywnościowych i kooperatyw określa się zaangażowane w nie grupy szerokim terminem „klasa średnia”, czasem – „wyższa klasa średnia”. W Polsce, ze względu na odmienną strukturę społeczną, sprawa jest bardziej skomplikowana. Kooperatywy aktywistyczne powstają w środowiskach, które najbliższe są tradycyjnej charakterystyce inteligencji jako osób wykształconych, utrzymujących się z pracy niefizycznej, a jednocześnie nieposiadających dużych zasobów materialnych. To inteligencja specyficzna: ludzie młodzi, o poglądach raczej lewicowych, zaangażowani w różne inicjatywy społeczne. Z kolei kooperatywy zorientowane na konsumpcję bliższe są terminowi „nowa klasa średnia”, która dopiero tworzy się w największych miastach. Jak określiła to jedna z osób badanych, są to ludzie „zamożni”, „pracujący w mediach, w finansach”, „smakosze”. Ten drugi typ wciąż jeszcze stanowi mniejszość wśród kooperatyw, ale przyciągają one większą liczbę członków.

Dla pewnej części polskiej inteligencji zawsze istotne były idee egalitarne, społeczne zaangażowanie oraz nastawienie antymieszczańskie. Z drugiej strony, tę warstwę czy klasę charakteryzowało pewne zamknięcie, które w skrajny sposób charakteryzuje Józef Chałasiński, pisząc o „inteligenckim getcie”7. Szlacheckie pochodzenie inteligencji i jej degradacja ekonomiczna doprowadziły, zdaniem Chałasińskiego, do tego, że stała się ona zamkniętą grupą społeczną, pilnie strzegącą swoich granic. W zamkniętym środowisku inteligenckim ogromną rolę pełniło życie towarzyskie. Uczestnictwo w sieciach towarzyskich stało się niezwykle istotnym sposobem budowania pozycji społecznej, rangi intelektualnej czy wręcz utrzymania się. Z kolei socjolog Tomasz Zarycki dowodzi szczególnej pozycji inteligencji w Polsce, która opiera się na posiadanym przez tę grupę kapitale kulturowym8. W jego ujęciu etos inteligencki ma również ambiwalentny charakter – pojawiają się w nim uniwersalność, wartości demokratyczne i antyestablishmentowe, ale też ekskluzywność, oparta na nieformalnych relacjach. W świetle tej interpretacji szansę na integrację w kooperatywie zwiększa posiadanie specyficznego typu kapitału kulturowego. Do części składowych tego kapitału należą takie cechy czy sposoby zachowania, jak np. wegetarianizm lub weganizm, „chodzenie na prelekcje”, jak to określiła jedna z osób badanych (spotkania, wykłady, panele dyskusyjne, pokazy filmowe) czy demonstracje, czytanie pewnego zestawu książek, działalność w organizacjach pozarządowych czy innych nieformalnych grupach społecznych. Badania nad kooperatywami pokazały, że większość osób wstępuje do kooperatywy poprzez koneksje towarzyskie. Nie jest więc zaskakujące, że znajdują się tam ludzie o podobnych zainteresowaniach, wartościach, upodobaniach. Kooperatyści określają się czasami jako „indywidualiści”, sami siebie przeciwstawiając tzw. normalsom, czyli osobom spoza świata aktywistów społecznych. Oto kilka wypowiedzi członków kooperatyw, w których starają się opisać własną grupę:

To ludzie w wieku 25–35, single albo w związkach partnerskich, osoby wykształcone, jest też trochę osób młodszych, studentów, myślę też, że łączy ich to, że chcą być poza konwencją, szukają czegoś nowego.

Na pewno są to ludzie aktywni społecznie, którzy dużą ilość czasu poświęcają na działalność społeczną, są to też osoby bezrobotne albo osoby, które nie pracują z wyboru.

To są dość specyficzni ludzie. Powiedziałbym, że to są raczej jednak idealiści, ludzie, którzy są gotowi się poświęcić dla idei. Wszystkich ich łączy potrzeba zmiany społecznej.

To, co mówią kooperatyści, potwierdza, że są oni świadomi szczególnego charakteru społecznego kooperatyw. Wielu z nich postrzega także środowiskowy, inteligencki rys kooperatywy jako swoisty problem i wyzwanie. Tak mówił o tym jeden z działaczy Kooperatywy Spożywczej w Łodzi: Jeśli chodzi o przekrój członków, którzy się angażują, to myślę, że to są ludzie w większości między 25. a 40. rokiem życia. Wielu przedstawicieli wolnych zawodów. W większości są to ludzie, którzy już gdzieś działają. To nie są osoby, które przypadkowo się znajdują i pierwszy raz działają na rzecz pobudzania aktywności społecznej, tylko jest to świadome. To osoby, które wiedzą mniej więcej, czego chcą i mają jasno określony światopogląd. Sądzę, że to największe wyzwanie, które stoi przed kooperatywami, jeśli one chcą rzeczywiście zaistnieć i mieć jakiekolwiek znaczenie.

W wypowiedziach członków niejednej kooperatywy „aktywistycznej” pojawiły się zdania o konieczności zmiany tego stanu i przyciągnięcia normalsów. Jak mówi jeden z członków kooperatywy gdańskiej: Co do tego, żeby włączać normalsów wszyscy są zgodni, co często wywołuje różne zabawne sytuacje, kiedy na zebrania kooperatywy albo zakupy przychodzą ludzie słabo znający sens kooperatywy, a jeszcze częściej nie znający założeń ideowych większości z nas w wielu sprawach.

Stosunek spółdzielczych aktywistów do normalsów jest więc ambiwalentny. Z jednej strony artykułują oni potrzebę przyciągnięcia ich do kooperatywy i dzięki temu propagowania jej w szerszych kręgach. Z drugiej, widać wyraźny dystans wobec nich, co ma odbicie w samym pojęciu normalsa. Pozytywnie wartościowani są „wariaci”, aktywiści, którzy robią coś, czego nie muszą, coś, co wymaga dodatkowego wysiłku, dla idei. Normals jest osobą pożądaną w kooperatywie, ale również kłopotliwą – często jest nieaktywny, nie rozumie zasad funkcjonowania kooperatywy lub krytykuje lewicową symbolikę, do której przywiązani są najbardziej zaangażowani kooperatyści.

Członkowie kooperatyw podchodzą do problemu ekskluzywności spółdzielni na różne sposoby. Na drugim zjeździe kooperatyw spożywczych w Łodzi odbyła się dyskusja o „partycypacji” w kooperatywie, w trakcie której poruszono problem ekskluzywności. Jedna z uczestniczek dyskusji wówczas mówiła: I tutaj przechodzimy do innej bariery, a mianowicie te kooperatywy się integrują wewnętrznie i zostają różni ludzie, którzy się lubią. Którzy stworzyli pewną grupę towarzyską i to jest bariera wejścia, bo ktoś przychodzi i widzi, że te warzywa to tam są, ale chodzi o to, żeby się spotykać. Zatem, paradoksalnie, bardzo duży nacisk na towarzyskość, na więzi społeczne, tworzy pewną barierę wejścia.

Po pierwsze, mechanizm „selekcji” działa zatem „na wejściu”: w działalność kooperatywną angażują się najczęściej osoby o określonych zainteresowaniach i stylu życia. To do nich trafia idea kooperatywy jako pewnej alternatywy, oddolnego, niecodziennego działania, to im wydaje się ona atrakcyjna, godna bliższego zainteresowania. Po drugie, działa mechanizm eliminacji już po wejściu do kooperatywy – osoby, które w jakiś sposób nie pasują do dominującego profilu, same rezygnują z uczestnictwa w niej, zniechęcają lub z różnych powodów okazuje się, że nie są w stanie aktywnie funkcjonować w rytmie spółdzielni. Dla osób, dla których pierwszorzędną sprawą jest dostęp do niedrogich czy ekologicznych warzyw, prymat funkcji towarzyskiej nad pragmatyczną może być utrudnieniem, źródłem irytacji czy rozczarowania, argumentem za tym, że kooperatywa jest nieefektywna, w jakimś sensie „niewarta zachodu”. Jedna z osób, które odeszły z Warszawskiej Kooperatywy Spożywczej, opowiadała mi, że w związku ze swoim trybem pracy i życia czuła się w spółdzielni zmarginalizowana. Godziny, w których należało pełnić funkcje w kooperatywie, nie były dostosowane do jej czasu pracy; czuła się także outsiderką w kwestii niedopasowania wiekowego i ideologicznego. Po prostu czuję się mocno mniej alternatywna, nie jestem anarchistką. Może to przeszkadza bardziej mi niż komuś innemu, ale czuję, że jakby wyrastam, to jest środowisko ludzi, którzy są młodsi, więc mam wrażenie, że nie do końca pasuję.

Kruchość wspólnoty

Całkowicie nieformalny charakter większości kooperatyw spożywczych ma dobre i złe strony. Ponieważ kooperatywy są organizacjami zazwyczaj pozbawionymi oficjalnej hierarchii i funkcji, ich działanie opiera się na nieformalnej wiedzy, a wiele zadań jest powierzanych konkretnym osobom, które są najlepiej zorientowane w danej dziedzinie. Brak jasnego ich zdefiniowania prowadzi jednak często do rozmycia odpowiedzialności, co skutkuje chaosem, nieregularnością działań.

W niemal wszystkich kooperatywach mniejszym lub większym problemem jest niedostateczne zaangażowanie członków. Większość pracy często spoczywa na barkach kilku najbardziej zaangażowanych aktywistów. Część z nich wypala się i opuszcza kooperatywy. Sprawie niedostatecznego zaangażowania poświęconych jest wiele dyskusji i zebrań, także na zjazdach kooperatyw. W ten sposób opowiadają o tej bolączce: Jeżeli ciągle to są te same osoby, szczególnie do wyjazdów na giełdę, to jest po prostu trudne. Bo tak naprawdę mamy w tej chwili ze trzy samochody, trzy osoby, które mogą pojechać; ja już nie chcę jeździć. Jeździłem często, często było tak, że nikt się nie zgłosił, wiec mówiłem – dobrze, to pojadę, żeby zakupy się odbyły mimo wszystko. Już mam trochę tego dość. Więc ostatnio się po prostu nie odbyły. Stosunkowo często biorę na siebie tę rolę, gdy widzę, że grozi nam kryzys, że nie będzie miał kto jechać, więc się zgadzam. Nie byłem przy kasie, nie opłacało mi się akurat tego dnia robić zakupów, ale wiedziałem, że dla dobra kooperatywy ktoś musi… (Gdańska Kooperatywa Spożywcza).

To był duży problem związany z partycypacją i tym, że wziąłem na siebie za dużo obowiązków i nie było wystarczająco dużo rąk do pracy. I w pewnym momencie „przegrzałem” się, nie byłem w stanie wszystkiego ciągnąć i to skończyło się miesięcznym zawieszeniem działalności (Kooperatywa Spożywcza w Łodzi).

Część spółdzielni podejmuje wysiłki, by zachęcić nieaktywną większość do działania. Spółdzielnie WKS i Wawelska Kooperatywa Spożywcza powołały koordynatorów, którzy czuwają nad bieżącymi pracami; w obu funkcjonuje od niedawna obowiązek pracy dla kooperatywy w każdym miesiącu (w WKS należy wpisać się do grafiku przynajmniej na jedno zadanie miesięcznie). Ta ostatnia kooperatywa od niedawna również planuje przekształcenie się w sklep kooperatywny i stworzenie przy nim niewielkiego centrum spółdzielczego. Większa dyscyplina panuje w kooperatywach, które zdecydowały się na formalizację działania, np. w „Dobrze”. Tam każdy pracuje 3 godziny w miesiącu na rzecz sklepu. Również kooperatywy takie jak Grochowska czy Południowa wprowadziły obowiązek pracy członków na rzecz grupy.

Nieefektywność i chaotyczność kooperatyw są problemem szczególnie dla tych, którzy wstępują do nich głównie ze względu na dostęp do dobrej jakości i/lub tańszej żywności, czyli dla normalsów. Osoby, dla których kooperatywa jest swego rodzaju „naturalnym środowiskiem”, przechodzą nad tymi problemami, z większą lub mniejszą łatwością, do porządku dziennego. Organizacja, która pełni rolę grupy towarzyskiej, realizującej jej wartości samym istnieniem, nie musi działać do końca efektywnie – istotne jest samo jej funkcjonowanie jako miejsca spotkań towarzyskich i realizacji ważnych idei. Takie podejście sprawia jednak, że jeszcze trudniej przekonać do tej idei osoby, dla których jest ona czymś nowym. Prowadzi to nierzadko do rozczarowania praktyką funkcjonowania spółdzielni. W rezultacie wiele osób początkowo zapalonych do działania opuszcza kooperatywy. Jeden z członków kooperatywy gdańskiej łączy pojawiające się w niej problemy z zaangażowaniem z szerszymi trudnościami z działaniem społecznym w Polsce: W Polsce jest taka, a nie inna skala zaangażowania w bardzo różne rzeczy, łącznie ze związkami zawodowymi, które i tak funkcjonują lepiej niż inne formy aktywności. Wiem, jak w Polsce wyglądają stowarzyszenia, jak wyglądają ruchy lokatorskie, jak w Polsce wyglądają aktywności społeczne. Jest atrofia życia wspólnotowego, życia społecznego, dezintegracja społeczeństwa, atomizacja.

Tak już było?

Choć dziś kooperatywy spożywcze działają w innych warunkach i na nieco odmiennych zasadach, nie wydaje się całkiem bezzasadne porównanie z pewnymi aspektami dawnego rozwoju spółdzielczości na ziemiach polskich. Uderzające są podobieństwa początków spółdzielni spożywczych w zaborze rosyjskim, opisane przez Ludwika Krzywickiego, do teraźniejszej sytuacji kiełkujących spółdzielni. Nawiązuje on do pierwotnej propagandy spółdzielczej oraz przybliża początki pierwszych (od 1864 r.) spółdzielni spożywczych („Merkurego” w Warszawie, „Zgody” w Płocku i „Oszczędności” w Radomiu), ubolewając nad ich nieefektywnością i mizernymi wynikami. O początkach kooperacji pisze, że zaszczepiono ją na glebie nieodpowiedniej – warstw względnie zamożnych, których wymagania są zanadto urozmaicone […], a nadto warstwy te nie potrzebują się zbytnio liczyć z każdym groszem wydanym, co poskutkowało obojętnieniem członków i zatrzymaniem rozwoju zrzeszeń9.

Krzywicki niezwykle sugestywnie opisuje proces dezintegracji spółdzielni spowodowanej rosnącą obojętnością i indolencją jej członków: A przede wszystkim nie byli przeniknięci poczuciem pożytku i potrzeby zrzeszania się. Wielu zapisało się do stowarzyszeń, ponieważ pisma rozwodziły się nad kooperacją, idea zaś była modną; inni dali składki, uważając to za obowiązek obywatelski, od którego nie wolno się uchylać, jeszcze inni liczyli, że koszta ich utrzymania spadną o 25%. Ale zyski nie dopisały, drobne oszczędności ginęły w budżecie domowym, o idei zapomniano; kierownictwo stowarzyszeń wymagało nie tylko dobrych chęci, ale znajomości i pracy – i zrzeszenie nasze prowadziło wątły żywot, podtrzymywane nie z potrzeby, ale dla honoru10.

„Rozwodzenie się pism nad kooperacją” i „modna idea” to opis, który równie dobrze mógłby pasować do współczesnych kooperatyw spożywczych. Również podtrzymywanie zrzeszenia „dla honoru” wydaje się być analogiczne do stanu, który jeden z badanych nazwał „zabawą aktywistów”. Nowo powstające spółdzielnie pełnią niewątpliwie inną rolę niż wzrost emancypacji czy samopomocy ekonomicznej – konsolidują środowisko i wzmacniają więzi społeczne w ramach nowego „inteligenckiego proletariatu”. Wielu członków kooperatyw wskazuje wszak na dużą rolę społeczną i towarzyską kooperatywy, na to, że jest ona miejscem nawiązywania kontaktów z podobnymi sobie ludźmi, wzajemnej pomocy nie tylko na polu zaopatrywania się w warzywa. W tym sensie kooperatywy stają się formą samoorganizacji społecznej, która, choć ekskluzywna, może pełnić funkcję zalążka brakujących więzi społecznych i samoorganizacji. Jest niewątpliwie także tym, na co wskazywał inny teoretyk spółdzielczości, Edward Abramowski – szkołą demokracji i współdziałania. Istnienie kooperatyw dowodzi również, że dystrybucja żywności poza komercyjnym rynkiem, z pominięciem pośredników, wciąż jest możliwa.

Otwarte pozostaje pytanie, na ile kooperatywy spożywcze, pomimo środowiskowego charakteru, mogą oddziaływać na szersze otoczenie. I tu znów odwołam się do tego, co w „Stowarzyszeniach spożywczych” pisał Krzywicki – wskazując na słabość pierwszych kooperatyw, jednocześnie doceniał ich pionierski, inspiratorski charakter. To one pokazały, że założenie spółdzielni jest możliwe. Dlatego też należy docenić wysiłek twórców nowych kooperatyw spożywczych, które „odgrzebały” stare zasady funkcjonowania stowarzyszeń konsumentów i na niewielką skalę wcielają je w życie. Gdyby ktoś mi zadał pytanie, czy warto, żeby kooperatywy spożywcze istniały, nawet w swoim niedoskonałym kształcie, odpowiedziałabym bez wahania, że tak. Ważne jednak, żeby znały swoje ograniczenia, by móc wprowadzać takie reformy, które uczynią je bardziej otwartymi i sprawniej działającymi.

Przypisy:

  1. Niniejszy tekst piszę z perspektywy (już pięcioletniego) członkostwa w jednej z nich, Warszawskiej Kooperatywie Spożywczej. Poza tym jako socjolożka, w ramach badań do pracy doktorskiej przygotowywanej w Instytucie Socjologii UW, przeprowadziłam ponad 40 wywiadów z członkami 14 kooperatyw w całej Polsce. W artykule posługuję się cytatami z niektórych rozmów.
  2. O tendencji przekształcania się kooperatyw w ruch skupiony przede wszystkim na konsumpcji pisał także T. Sikora, Jedzenie to tylko narzędzie. Refleksje po III zjeździe kooperatyw spożywczych, http://www.ekonomiaspoleczna.pl/wiadomosc/990748.html
  3. A. Bilewicz, D. Potkańska, Jak kiełkuje społeczeństwo obywatelskie? Kooperatywy spożywcze jako przykład nieformalnego ruchu społecznego, „Trzeci Sektor” 2013, nr 31.
  4. C. Sage, Social embeddedness and relations of regard: alternative „good food” networks in south-west Ireland, „Journal of Rural Studies”, 2003, nr 19.
  5. R. Bryant, M. K. Goodman, Peopling the practices of sustainable consumption: eco-chic and the limit of the spaces of intention, „Environment, Politics and Development Working Paper Series” Department of Geography, King’s College London, Paper # 55, Year 2013.
  6. M. Douglas, Odszyfrowywanie posiłku [w:] Tejże, Ukryte znaczenia, Warszawa 2007, s. 347.
  7. J. Chałasiński, Przeszłość i przyszłość inteligencji polskiej, Warszawa 1958.
  8. Por. np. T. Zarycki, Kapitał kulturowy. Inteligencja w Polsce i w Rosji, Warszawa 2008.
  9. L. Krzywicki, Stowarzyszenia spożywcze. Ustęp z dziejów kooperacji, Warszawa 1903.
  10. Tamże, s. 274.
Polska na peryferiach – rozmowa z dr Anną Sosnowską

Polska na peryferiach – rozmowa z dr Anną Sosnowską

– Od kiedy tak naprawdę jesteśmy peryferiami, czyimi i jakie to ma znaczenie dla dzisiejszej rzeczywistości Polski i naszego regionu?

Dr Anna Sosnowska: Polska historiografia i socjologia historyczna, którą analizowałam w swojej książce „Zrozumieć zacofanie. Spory historyków o Europę Wschodnią (1947–1994)”, a w ślad za nią lub równolegle naukowcy z innych krajów, odpowiadają dwojako na pytanie o początek naszej peryferyjności. Marian Małowist i jego uczniowie, do których należy np. znany amerykański myśliciel Immanuel Wallerstein, dopatrują się źródeł gospodarczej zależności Europy Wschodniej w XVI w. i początkach nowożytności. Według autorów tej koncepcji był to bowiem okres ekspansji terytorialnej Zachodu i zarazem czas narodzin kapitalizmu. Twierdzili oni, że kształtująca się wtedy struktura handlu europejskiego zdecydowała o tym, że Europa Wschodnia stała się dostawcą surowców i peryferiami, a północny zachód Europy – wytwórcą dóbr przetworzonych i centrum nowego systemu światowego. Europę Wschodnią rozumiał zaś Małowist szeroko – od Europy Bałtyckiej (w tym ziem polskich), przez Karpacką, aż po Bałkany, choć typ gospodarki w każdej z tych stref był inny: my handlowaliśmy zbożem, Europa Środkowa bydłem i innymi zwierzętami, a Bałkany kruszcami. Małowist stawiał jednak tezę, że pod względem strukturalnym mechanizm był we wszystkich trzech przypadkach podobny: lokalne elity arystokratyczne weszły w relacje handlowe z dynamicznymi kupcami z Zachodu, którzy organizowali handel między wschodem a zachodem Europy. Europa Wschodnia stała się w rezultacie źródłem tanich surowców: zboża, zwierząt, metali. W tym samym czasie, gdy rodzące się gospodarki kapitalistyczne rozwijały się, gospodarki wschodnioeuropejskie popadały w stagnację i uzależnienie od eksportu surowcowego, utrwalając feudalne status quo u siebie. Wedle tej wizji Europa Wschodnia byłaby więc pierwszą kolonią gospodarczą i peryferiami świata zachodniego. Warto tu dodać, że Małowist, o ile mi wiadomo, nie znał teorii zależności, choć jej zręby istniały już w czasie, gdy formułował swoje hipotezy, wyrażone np. w tezach argentyńskiego ekonomisty Raula Prebischa. Podobne próby wyjaśnienia zacofania powstały więc niezależnie od siebie w dwudziestowiecznej Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej.

– A druga odpowiedź na pytanie o źródła zależności naszego regionu?

– Koncepcje Małowista miały w polskiej historiografii bardzo poważnych krytyków. Argumentowali oni, że jego tezy stanowią projekcje realiów nowoczesnego globalnego kapitalizmu w przeszłość. Najważniejsi polemiści Małowista – Jerzy Topolski i Andrzej Wyczański – twierdzili, że dopiero od XIX w. można zacząć mówić o kapitalistycznym systemie światowym i o kolonialnych zależnościach między Zachodem a innymi regionami. To prawda – powiadają – że rozwój społeczno-gospodarczy Europy Wschodniej między XVI a XVIII w. przebiegał inaczej niż na Zachodzie, ale nie wynikało to z zależności międzynarodowych. Przeprowadzone przez nich szczegółowe badania wskazywały, że bilans w handlu międzynarodowym był dla XVI-wiecznej Rzeczpospolitej dodatni. Ilość zboża eksportowanego z polskich folwarków na Zachód była przy tym na tyle mała w stosunku do ogółu produkcji, a liczba folwarków nastawionych na produkcję towarową i eksport tak niewielka, że to nie eksport zbożowy decydował o charakterze krajowej gospodarki.

Jednak, inaczej niż Małowist, jego polemiści nie stworzyli „eleganckiego” kontr-modelu rozwoju Europy Wschodniej, nie podali atrakcyjnej i wpływającej na zbiorową wyobraźnię odpowiedzi na pytanie o przyczyny upadku Rzeczypospolitej czy regionalnego zacofania. Andrzej Wyczański argumentował, że Rzeczpospolita XVI w. była średnim, nieco opóźnionym w stosunku do północnych Włoch, Francji, a także Niemiec, krajem europejskim. Była słabiej zaludniona, z mniej rozwiniętą – zwłaszcza w litewskiej części kraju – siecią instytucji tworzących ówczesną cywilizację: kościołów, miast, uniwersytetów, szkół. Według niego XVI w. był jednak naprawdę Złotym Wiekiem historii Polski, w którym z powodzeniem imitowała i doganiała ona europejską awangardę cywilizacyjną. Dopiero wiek XVII i XVIII przyniósł osłabienie pozycji kraju. Rzeczpospolita ze swoją demokracją szlachecką i dominacją szlachty nad chłopem pozostała wyjątkiem w Europie. Jerzy Topolski kojarzył natomiast ukształtowanie się osobnych dróg wschodu i zachodu Europy z XV–XVI w., ale kryzys tutejszego modelu lokował dopiero w XVII i XVIII w. Na poziomie wyliczeń i argumentów faktograficznych Topolski i Wyczański byli w stanie przekonująco wykazać, że uzależnienie od międzynarodowego handlu zbożowego w przedrozbiorowej Polsce po prostu nie miało miejsca, a źródła wtórnej pańszczyzny okresu nowożytnego tkwiły przede wszystkim w niższej gęstości zaludnienia.

– Czyli ten spór został rozstrzygnięty, a teza Małowista została w sposób ostateczny obalona?

– Nie, nie można tak powiedzieć. W debatach dotyczących odległej historii weryfikacja tez przebiega inaczej niż w fizyce. Interpretacja, a nie teoria, jest formą wyjaśnienia w historiografii. Do wielu danych nie mamy już dostępu i w tym sensie trudno o jednoznaczny wyrok. Możliwe są tylko interpretacje ograniczonego materiału badawczego, żadnej teorii nie jesteśmy w stanie zweryfikować empirycznie, np. przez przeprowadzenie eksperymentu.

Z historycznego punktu widzenia wyliczenia Topolskiego i Wyczańskiego dotyczące handlu zbożowego wydają się jednak przekonujące. Z drugiej strony warto dodać, że w modelu Małowista – inaczej niż choćby u inspirującego się jego myślą Wallersteina – ważne są nie tylko czynniki ekonomiczne, związane z wyzyskiem czy strukturą handlu, ale także kwestie społeczno-kulturowe. O tym mianowicie, czy jakiś kraj popadł w zależność od eksportu surowcowego, decydować miały według niego do pewnego stopnia lokalne elity. Małowist zwraca uwagę chociażby na przypadek XIX-wiecznej Japonii, która miała przed sobą podobne dylematy i zagrożenia, a jednak nie weszła na ścieżkę rozwoju zależnego. Miało to w jego ocenie związek ze stosunkiem lokalnych elit do Zachodu. Dla magnatów wschodnioeuropejskich Zachód i styl życia jego elit stanowiły obiekty fascynacji i aspiracji. W tym kontekście można byłoby brać pod uwagę hipotezę, że grupa posiadaczy ziemskich, która eksportowała swoje towary na Zachód, mogła być stosunkowo niewielka, ale mieć szczególne wpływy, szczególnie w sensie kulturowym. Wydaje się, że quasi­-kolonialnego modelu Małowista można bronić jako interpretacji, która wykracza poza potwierdzone fakty historyczne.

– Czy powinniśmy zatem odrzucić jako naukowo nieudowodnioną tezę o peryferyjności Europy Wschodniej czy o jej kolonialnej zależności wobec Zachodu?

– Nie do utrzymania jest ten z wariantów wspomnianej interpretacji, który ostatecznie lokuje źródła zależności już w XVI w. To wciąż kwestia sporna. Koncepcja zacofania czy peryferyjności, przyjmowana przez Małowista, Witolda Kulę czy wspomnianego już Wallersteina, kojarzy je z wejściem w orbitę kontaktów politycznych i gospodarczych, a przede wszystkim handlowych, z silniejszym partnerem na zachodzie Europy. Natomiast nie do zbicia jest teza, że Europa Wschodnia jeśli nie w XVI, to w kolejnych wiekach, znalazła się w tej orbicie.

Dość powszechnie przyjęta jest w naukach społecznych – od historii po ekonomię – ocena, że od XIX w. możemy już z całą pewnością mówić o świecie w pełni zglobalizowanym, silnie współzależnym, w którym istnieją centra rozwoju oraz regiony i państwa peryferyjne. Od tego momentu nie możemy już mówić w Europie Wschodniej o rozwoju autonomicznym i nie da się badać jej gospodarki w oderwaniu od tego, co dzieje się na świecie, a szczególnie na Zachodzie.

– Wróćmy jeszcze do XVI-wiecznej refeudalizacji Rzeczpospolitej, która – można argumentować – przyczyniła się do wejścia na tory rozwoju zależnego w późniejszym okresie. Jak ją wytłumaczyć bez odwołania się do wymiaru struktur międzynarodowego handlu?

– Utrzymanie pańszczyzny w XVI w. można tłumaczyć, za Wyczańskim, niską gęstością zaludnienia. W warunkach niskiego zaludnienia prawo ekonomii klasycznej nie działa – niska podaż siły roboczej nie skutkuje jej wysoką ceną, lecz zniewoleniem. Tak stało się w Europie Wschodniej i w skolonizowanych Amerykach. Mnie przekonuje jednak wyjaśnienie Jerzego Topolskiego. Według niego zawinił dość złożony, nieszczęśliwy dla naszego regionu splot okoliczności, którego negatywne skutki były widoczne dopiero w XVII w. Dopiero wtedy pańszczyźniana praca okazała się niewydajna, a oparta na niej gospodarka – niezdolna do konkurencji z gospodarką Zachodu, bazującą na wolnej sile roboczej i dążącym do pomnażania zysków mieszczaństwie. Do tego doszły wojny i polityczna słabość Rzeczypospolitej wobec absolutystycznych, ekspansywnych krajów europejskich. Trzeba tu zwrócić uwagę na fakt, że np. na Bałkanach nie było pańszczyzny, a mimo to podążyły one drogą podobną do Rzeczpospolitej i znalazły się pod wpływem zachodnich mocarstw, zanim zostały włączone do Imperium Osmańskiego. W Rosji z kolei istniała pańszczyzna, a jej sytuacja gospodarcza była podobna do naszej, lecz kraj ten wyrósł w kluczowym momencie na potęgę polityczną i militarną. Hiszpania, która była mocarstwem kolonialnym i nie miała pańszczyzny, popadła w XVII w. w ogromne tarapaty gospodarcze.

– A jakie konsekwencje miał peryferyjny status dla dalszej historii Polski i regionu? Jak wpłynął on np. na rozwój i strukturę jej społeczeństw?

– W moim najgłębszym przekonaniu, co najmniej od XIX w. podział klasowy zarysowuje się nie tylko w ramach konkretnego społeczeństwa, ale również na poziomie systemu globalnego. Globalna elita jest usytuowana w centrum systemu, peryferie zamieszkiwane są zaś przez elity niższych rzędów oraz przez – mocno nadreprezentowane – klasy niższe. Cechą charakterystyczną społeczeństw peryferyjnych był np. stosunkowo duży udział ludności rolniczej, chłopskiej, często pracującej (do XIX w.) w warunkach niewolniczych lub półniewolniczych.

– Te różnice wynikają z faktu, że nowe globalne zależności nałożyły się na wcześniejsze odmienności (o mniej lub bardziej przypadkowych przyczynach) i je zakonserwowały? Czy może wejście w obieg handlu międzynarodowego spowodowało jakiegoś rodzaju regres społeczny?

– Różnice między wschodem a zachodem Europy czy między Ameryką Łacińską a Zachodem są oczywiście głębsze i mają przyczyny w przeszłości odleglejszej niż powstanie kapitalizmu. W przypadku zachodu i wschodu Europy, oprócz wspomnianej już niższej gęstości zaludnienia na tym drugim obszarze, wymienia się m.in. fakt, że Europa Wschodnia nie znalazła się pod bezpośrednim wpływem Cesarstwa Rzymskiego lub stosunkowo późniejsze pojawienie się w niej chrześcijaństwa. Szczególnie podkreślałabym wagę tego pierwszego czynnika. Historycy gospodarki są zgodni, że duża gęstość zaludnienia sprzyja rozwojowi, handlowi, pojawieniu się miast, innowacjom, podziałowi pracy, a więc procesom cywilizacjotwórczym. Ale wypada docenić także znaczenie dziedzictwa greko-rzymskiego, bo to z niego wypływają takie elementy cywilizacyjnego dorobku Zachodu, jak koncepcja autonomii jednostki oraz jej praw i wolności, a także szczególna rola polityki. W Europie Wschodniej te idee weszły do obiegu później i miały słabszą siłę oddziaływania niż w Europie Zachodniej. Innym ważnym czynnikiem rozwojowym na Zachodzie był specyficzny rozkład sił między ważnymi grupami społecznymi, między panem, chłopem i mieszczaninem, i przebieg gry między nimi. W konsekwencji zbiegnięcia się tych wszystkich czynników na peryferiach później pojawiają się mieszczaństwo i koncepcja praw politycznych, których źródłem nie jest urodzenie, lecz zamożność, później powstaje przemysł i wreszcie później tworzą się nowe klasy, które – szukając zysku – jeszcze bardziej napędzają rozwój ekonomiczny.

Charakterystycznym zjawiskiem związanym z peryferyjnością jest też wspomniane zakonserwowanie cech anachronicznych, związanych z minionymi już epokami w życiu społeczno-gospodarczym. Do tej kategorii zaliczyłabym długie trwanie pańszczyzny (np. w Polsce) czy niewolnictwa (np. w Brazylii), a później – różnego rodzaju ich relikty w relacjach społecznych, takie jak silna pozycja ziemiaństwa w II Rzeczpospolitej. Paradoksalnie, tego typu syndromy zacofania są często związane nie, jak się potocznie uważa, z izolacją prowincji od nowoczesnego świata, lecz właśnie z wejściem w relacje i zależności z nim. Nieprzypadkowo najlepiej radziły sobie z wyzwaniami rozwojowymi te kraje, które mogły odpowiadać na nie w sposób samodzielny i autonomiczny. Spotkanie społeczeństw feudalnych czy półfeudalnych z silniejszymi partnerami zakłóca rozwój tych pierwszych, wymuszając np. wchodzenie przez kraje peryferyjne w role optymalnych rynków zbytu dla produktów z centrum oraz źródeł taniej pracy i surowców, potrzebnych konsumentom społeczeństw rozwiniętych. Te nowe funkcje są często wypełniane przez regiony nowo włączone do systemu przy użyciu starych instytucji społecznych: niewolnictwa czy pańszczyzny. Pod wpływem spotkania z wyższą – tak, nie bójmy się tego określenia – cywilizacją zmieniają się również style życia, poziom konsumpcji i aspiracje lokalnych klas wyższych, które tym chętniej maksymalizują poziom wyzysku klas niższych. Jeden z najlepszych przykładów tego typu mechanizmów pochodzi z badań Witolda Kuli nad XVIII-wiecznymi manufakturami magnackimi. Magnaci do wytwarzania tkanin używali importowanych z Anglii i Francji maszyn tekstylnych. Używali jednak nie – jak działo się to na Zachodzie – nisko opłacanego robotnika, który pracował pod ekonomicznym przymusem, ale był przy tym wolnym człowiekiem, lecz eksploatowali przywiązanych do ziemi (i do pana feudalnego) chłopów pańszczyźnianych, których praca była darmowa. Rozwój oznacza tu więc zmianę w wybranych sferach, która odbywa się kosztem utrwalenia status quo w innych sferach. Podział ten ma istotny wymiar klasowy. Elity mogą podróżować, podwyższać swój standard materialny, edukować się, żyć jak na Zachodzie, ale właśnie dlatego i dzięki temu, że klasy niższe żyją inaczej niż ich odpowiednicy na Zachodzie. Taka zmiana oznacza więc wzrost nierówności i społecznej polaryzacji względem wcześniejszych epok.

– Czy pojawienie się w naszej części Europy kapitalizmu i związanych z nim relacji podległości z Zachodem miało, oprócz konserwowania stanu zastanego, jakieś pozytywne efekty? Czy wykształciły się nowe, swoiste dla tej sytuacji społeczno-ekonomicznej klasy lub strategie rozwojowe?

– Sądzę, że miało. Jestem zwolenniczką modelu hybrydalnego, autorstwa Witolda Kuli. Podkreśla on, że rozwój kapitalizmu na peryferiach ma trzy „warstwy”. Po pierwsze: elementy uniwersalne, takie jak uprzemysłowienie i migracje ze wsi do miast. Są one uniwersalne w tym sensie, że pojawiały się w każdym kraju, który wchodził na drogę intensywnego, nowoczesnego rozwoju. Najwcześniej wystąpiły w krajach centrum i jako takie zostały opisane przez klasyczne teorie socjologiczne. Druga warstwa to cechy wspólne dla wszelkich regionów zacofanych. Są to międzynarodowe migracje zarobkowe z regionów mniej rozwiniętych do bardziej rozwiniętych, które na peryferiach stały się w epoce nowoczesnej typową strategią radzenia sobie z zacofaniem. Typowe dla wszystkich peryferii jest również to, że jedną z głównych linii podziałów ideologicznych jest spór o kulturowy, gospodarczy i polityczny stosunek do centrum; o to, czy imitować, zabiegać i się jednoczyć, czy też szukać osobnych dróg rozwoju, buntować się i oddzielać. Żadne z tych zjawisk nie występowało w najstarszych krajach dzisiejszego centrum, ale w Japonii, pierwszym niezachodnim kraju, który zanim dołączył do centrum przeszedł przez fazę półperyferyjną – tak. Po trzecie wreszcie, o ścieżce rozwoju peryferii decyduje to, co specyficzne dla konkretnej zbiorowości – tu mieszczą się wszystkie kulturowe odrębności, także te związane z położeniem geograficznym. Jedno z tych zjawisk lokalno-kulturowych, szczególnych dla Europy Wschodniej, jest starsze niż kapitalizm, ale zostało wzmocnione przez nowoczesny kapitalizm. Chodzi o rodzaj podległości kulturowej, o fascynację i aspirowanie do Zachodu, które to tendencje mają swoje początki w epoce Renesansu. Inaczej niż na innych peryferiach, ze względu na wspólnotę religii, tradycji instytucjonalnych i bliskości geograficznej, w Europie Środkowo-Wschodniej częściej niż w innych peryferiach mamy przekonanie, że jesteśmy częścią Zachodu. Dylematy charakterystyczne dla krajów postkolonialnych rozgrywane są w związku z tym jako czysto kulturowe, często bez świadomości ich zakorzenienia w strukturach gospodarczych. A w kapitalizmie XIX–XX-wiecznym tendencje te jeszcze się zaostrzyły. Należało żyć tak, jak żyły klasy wyższe na Zachodzie. Wypadało tak samo się ubierać, tak samo mieszkać, to samo czytać – nawet jeśli po poobiedniej lekturze wymierzało się baty swojemu chłopu pańszczyźnianemu, co w bardziej rozwiniętej części Europy było już nie do pomyślenia.

– W polskiej narodowej historiografii często ścierają się ze sobą dwie wizje. Z jednej strony narracja martyrologiczno-niepodległościowa, która gloryfikuje utraconą Rzeczpospolitą przedrozbiorową. Niewiele uwagi poświęca się w niej pańszczyźnie czy polskiej kolonizacji tzw. Kresów Wschodnich, a dużo więcej – „złotej wolności szlacheckiej”, parlamentaryzmowi, społeczno-kulturowej różnorodności, domniemanej tolerancji itd. Większość historycznych problemów i nieszczęść, jakie spotkały nasz kraj, sprowadza się wedle niej do czynników zewnętrznych, przede wszystkim imperialnej polityki sąsiadujących mocarstw. Z drugiej strony mamy do czynienia z wizją liberalno-demaskatorską (do tego nurtu zaliczałaby się też, paradoksalnie, część tradycji endeckiej), która – wręcz przeciwnie – źródła naszych perturbacji dopatruje się w czynnikach wewnętrznych: polskim charakterze narodowym, niezdolności do zbudowania państwa silnego i zaspokajającego potrzeby swoich mieszkańców. Co bardziej radykalni zwolennicy tej narracji bywają wręcz skłonni twierdzić, że to zawsze siły zewnętrzne były w Polsce nośnikami postępu, modernizacji, a wewnętrzne – kołtuństwa i reakcji. Ostatnio ważne, szeroko dyskutowane książki mieszczące się w tym nurcie myślenia o polskiej historii opublikowali Jan Sowa i Andrzej Leder. Jak widzi Pani w tym kontekście znaczenie wpływów wewnętrznych i zewnętrznych na naszą peryferyjność?

– Oba wymienione podejścia są mi raczej obce. Prawicowi gloryfikatorzy szlacheckiego republikanizmu pomijają zwykle fakt, że był on ufundowany na wyzysku i zniewoleniu chłopów, czyli grupy ogromnej, stanowiącej większość społeczeństwa – zniewoleniu, które trwało aż do drugiej połowy XIX w., a także na nędzy małomiasteczkowych Żydów, żyjących z drobnego handlu i usług (wbrew mitowi o Polsce jako „żydowskim raju”, tylko garstka z nich stała się pod koniec XIX i w ciągu XX w. częścią lokalnej burżuazji i inteligencji) etc. Można oczywiście zrozumieć, z czego wynika ta idealizacja Rzeczpospolitej szlacheckiej. W dużej mierze jest to owoc tego, że – obarczone oczywiście wielkimi kosztami społecznymi – procesy modernizacyjne, związane z uprzemysłowieniem i wielkimi migracjami ludności do miast, odbywały się w Polsce pod zaborami, a więc i poza odpowiedzialnością lokalnych elit państwowych. Wolność kraju skojarzona została w tym dyskursie z obrazem przednowoczesnej, przedprzemysłowej, wiejskiej idylli. Tomasz Zarycki, mój kolega z zespołu badań nad peryferyjnością, szczegółowo zbadał przetrwanie i zachowanie kulturotwórczej roli polskiej arystokracji w PRL-u. Mimo utraty majątku, prześladowań, utrudnionego dostępu do edukacji i zatrudnienia przez dwa pokolenia, arystokracja zachowała silną pozycję w kulturze, tak, że ciągle wydaje się wzorotwórcza, jest cool. Ja tego osobiście, jako osoba o konkretnej biografii, wnuczka małorolnych chłopów z Mazowsza, zupełnie nie rozumiem. Jako socjolog przyjmuję wyjaśnienie Zaryckiego – w peryferiach słabych politycznie, rola kapitału kulturowego jest większa niż w centrum – przynosi on większe zyski, łatwiej się go reprodukuje, jest być może najpewniejszym rodzajem kapitału na szarpanych zmianami peryferiach. W Polsce szlachecki i magnacki styl życia stał się w XVI w. hegemoniczny. Jak mówił Małowist, kult spokojnej gospodarskiej satysfakcji pod lipą Jana Kochanowskiego rozwijał się w tym samym czasie, gdy nowymi bohaterami społeczeństw północno-zachodniej Europy stawali się odważni żeglarze, zamorscy kupcy i podróżnicy. Badania niedawno zmarłego Jacka Kochanowicza nad kulturą gospodarczą naszego peryferyjnego kapitalizmu (opisane w artykule pt. „Duch kapitalizmu na peryferiach”) wskazują, że ten wzór dobrego szlacheckiego życia okazał się bezkonkurencyjny przez następnych parę wieków, był atrakcyjny dla awansujących Żydów i chłopów, a nawet dla osiadłych tu Niemców-przemysłowców. Nie ma tak silnego i atrakcyjnego wzorca bycia Polakiem-przedsiębiorcą, fabrykantem, urzędnikiem czy robotnikiem.

To, że tak się nie musiało stać, pokazuje przypadek Rosji, kraju słabego gospodarczo, ale potężnego politycznie, gdzie szlachta utraciła znaczenie.

Zupełnie obce jest mi jednak również podejście, które kwestionuje sens istnienia suwerennej polskiej państwowości, a ociepla za to wizerunek obcych imperializmów. Wydaje mi się ono w gruncie rzeczy naiwne politycznie i szkodliwe. Z badań historyków, politologów i socjologów wynika, że struktury państwowe odegrały ogromną rolę w XIX-wiecznych przemianach modernizacyjnych i tworzeniu podstaw rozwoju gospodarczego na całym Zachodzie. W dotychczasowej historii nie można wskazać żadnego społeczeństwa, które z sukcesem przeszłoby modernizację poza strukturami własnego państwa narodowego. Przywoływany czasem w tym kontekście przykład Czech, najbardziej uprzemysłowionego regionu Imperium Habsburskiego w XIX w., jest o tyle niefortunny, że lokalna ludność czeska odgrywała tam rolę ludu skolonizowanego. To jest wielka debata także o roli kolonializmu dla rozwoju gospodarczego Ameryk, Azji, Afryki. Rozstrzygnięcia są tu polityczne, a nie czysto naukowe. Jestem przekonana, że kolonializm jest zły dla całościowo rozumianego zrównoważonego rozwoju, a państwo narodowe – dobre (jeśli nie wywołuje wojen).

– Leder i Sowa mogliby odpowiedzieć, że nie negują postępowej roli struktur państwa ani na Zachodzie, ani w Polsce. Zauważają jedynie, że w polskim przypadku były to przede wszystkim struktury obcych państw, kolonizatorów. W domyśle: nieprzypadkowo, bo Polacy są niezdolni do samodzielnej modernizacji.

– Przesłanie tych prac nie jest chyba aż tak esencjalizujące, przesądzające o naturze Polaków. To byłoby krzywdzące wobec Sowy i Ledera. Jednak w przesłaniu obu książek jest ta, zupełnie mi obca, niechęć do polskich tradycji politycznych. Państwo jest narzędziem obosiecznym – można wykorzystywać jego struktury na rzecz modernizacji, ale można też blokować przy jego pomocy różne potrzebne zmiany. Warto wziąć jednak pod uwagę to, jaka była polityka europejskich państw narodowych ukształtowanych w epoce nowożytnej, równolegle do przemysłowego kapitalizmu. Wiek XIX to okres kulminacji nacjonalizmu, tj. umacniania państw narodowych. Nacjonalizm rozumiem tu – za Ernestem Gellnerem – jako ideał polityczny, zgodnie z którym granice państwowe pokrywają się z granicami etnicznymi. Jak pokazują badania jego czy Michaela Manna, ukształtowanie się państw narodowych związane było z demokratyzacją: upowszechnieniem praw i wolności obywatelskich, parlamentaryzmu. W dziedzinie gospodarki wiązało się natomiast z protekcjonizmem, patriotyzmem konsumenckim i polityką nastawioną na wspieranie rozwoju rodzimego przemysłu i lokalnej burżuazji. Hasła tak rozumianego nacjonalizmu oraz m.in. postulaty reformy rolnej podnosiły również polskie stronnictwa niepodległościowe.

Widzę, jak nośne i atrakcyjne okazały się tezy Sowy i Ledera, gdy obserwuję moich kolegów humanistów – literaturoznawców i kulturoznawców. Jednak problem z interpretacjami w stylu Sowy i Ledera jest taki, że są kompletnie niefalsyfikowalne, tzn. nie da się ich poprzeć twardymi dowodami ani zweryfikować eksperymentalnie. Są one nie do przyjęcia z perspektywy nauk społecznych i historycznych skoncentrowanych na procesach gospodarczych. Nie można wskazać żadnego kraju na świecie, który rozkwitłby gospodarczo na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci w warunkach innych niż państwo narodowe. Ich wywody historyczne dobrze się czyta, ale mają one cechy samopotwierdzających się interpretacji – trochę jak w psychoanalizie, do której obaj się odwołują. Nawet podważające ich tezy zjawiska i fakty historyczne stają się dla nich ostatecznie potwierdzeniami problematyczności polskiej kultury i państwowości.

– Według narracji popularnych w debacie publicznej ostatnich 25 lat źródeł naszego zapóźnienia należy doszukiwać się przede wszystkim w okresie PRL i w narzuconym Polsce, niewydolnym ekonomicznie ustroju, jakim był realny socjalizm. W swoich pracach przypomina Pani, że strukturalne przyczyny zacofania polskiej gospodarki leżą głębiej. Jak zdefiniowałaby Pani w tym kontekście rzeczywistą rolę PRL-u? Czy był on po prostu – jak dowodzi w innej szeroko dyskutowanej książce ostatnich lat Adam Leszczyński – kolejną, dostosowaną po prostu do określonych realiów geopolitycznych próbą dokonania w naszym kraju modernizacji i przezwyciężenia peryferyjności? Jak widzi Pani bilans tego projektu? Czy przez 45 lat jego trwania zapóźnienie Polski względem centrów systemu światowego pogłębiło się czy zredukowało?

– Stan i poziom debaty nad tą częścią historii, zarówno w publicystyce, jak i w naukach społecznych, od lat 90., kiedy rzeczywiście prymitywne i ahistoryczne ujęcia problematyki zacofania były na porządku dziennym, bardzo się poprawiły. Dziś chyba już nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że PRL-u nie można ocenić jako okresu społeczno-gospodarczego upadku. Oprócz wspomnianej monografii Adama Leszczyńskiego „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” do grona prac, które przyczyniły się do tej zmiany można zaliczyć choćby „Odwieczny naród” Michała Łuczewskiego czy publikacje Tomasza Zaryckiego.

Z mojego punktu widzenia PRL była kolejną, nie pierwszą i nie ostatnią w polskiej historii, próbą przezwyciężenia zacofania. Podobnie jak poprzednie okazał się próbą niezbyt udaną. Wydaje mi się, że niespecjalnie owocne jest dziś zastanawianie się, czy PRL była radziecką kolonią, czy też nie. Badania historyczne okresu powojennego – o ile można zaufać ich konkluzjom, mimo że nie są poparte żadnymi sondażami – wskazują, że wprowadzenie zmian kojarzonych z realsocjalizmem miało poparcie większości obywateli. Mam na myśli takie podstawowe rozstrzygnięcia ustrojowe jak reforma rolna (jedna z najważniejszych niezałatwionych spraw II Rzeczpospolitej), upowszechnienie dostępu do edukacji czy zniesienie tytułów i konfiskata majątków arystokratycznych. Były one zarówno wyczekiwane, jak i potrzebnych z punktu widzenia rozwoju kraju.

– Z drugiej strony mówi się o rysach wspólnych reform powojennych po obu stronach żelaznej kurtyny. Zarówno kapitalistyczny Zachód, jak i komunistyczny Wschód wprowadzały w tamtym okresie powszechne usługi publiczne i nie bały się interwencjonizmu państwowego – zarówno tego prorozwojowego, np. w postaci inwestycji w nowoczesny przemysł, jak i prospołecznego, związanego z ograniczaniem nierówności. Zgodnie z tym „ponadblokowym” podejściem należałoby stwierdzić, że z dwóch modeli opartych na istotnej roli państwa, to ten zachodni okazał się skuteczniejszy i bardziej rozwojowy.

– Intuicja historyczno-socjologiczna podpowiada mi, że europejskie welfare state najprawdopodobniej nie rozwinęłoby się w takim stopniu, gdyby nie istniał konkurencyjny model ustrojowy wspierany przez potężny po wojnie ZSRR. Bez tej presji ideologiczno-propagandowej ze strony bloku wschodniego przesunięcie konsensusu politycznego na lewo i wzmocnienie strony pracowniczej w stosunkach pracy na Zachodzie wydaje mi się mało prawdopodobne. Trzeba pamiętać, że model radziecki jawił się w pierwszych powojennych dekadach jako atrakcyjny, a kompromitacje na tle gospodarczym i politycznym były dopiero przed nim. Ale to oczywiście są tylko spekulacje.

– Równie nieumotywowany i ahistoryczny charakter mają jednak sugestie „polonosceptyków”, zwolenników przeprowadzenia ogólnonarodowej psychoanalizy itd., że bez radzieckiej „czapy” nie przeprowadzilibyśmy w Polsce żadnej modernizacji ani prospołecznych reform. Twierdzą tak, mimo że wszystkie ugrupowania Państwa Podziemnego przesunęły się w okresie wojny i okupacji na lewo pod względem programowym, co odzwierciedlają oficjalne dokumenty wydawane przez Radę Jedności Narodowej i poszczególne stronnictwa.

– To prawda, to także są tylko spekulacje. Świadczy to o fakcie, że stosunek do tej kwestii determinują przede wszystkim tożsamości i światopoglądy polityczno-ideowe. To, co jest jasne, to tyle, że PRL miał swoje ciemne strony zarówno na poziomie politycznym (represje, brak podstawowych wolności obywatelskich), jak i społeczno-gospodarczym. Przemiany w ideologii, propagandzie i praktyce politycznej ówczesnych władz, ich stopniowe odchodzenie od marksizmu w stronę różnie pojmowanego pragmatyzmu, stanowią zresztą świadectwo, że same zdawały sobie do pewnego stopnia sprawę z bankructwa pierwotnych założeń.

– A czy wydaje się Pani, że dla sytuacji rozwojowej regionu istotne znaczenie miała geopolityka, tzn. to, w czyjej strefie wpływów poszczególne kraje lądowały lub na jakie ośrodki się orientowały? W polskim przypadku kwestia wydaje się szczególnie istotna w związku z okresem zaborów.

– Pozycja biednego regionu w ramach bardziej rozwiniętego organizmu politycznego niekoniecznie musi być lepsza niż pozycja silnego gospodarczo regionu w ramach mniej rozwiniętego mocarstwa. Na przykład Wielkopolska miała zdecydowanie bardziej rolniczy charakter niż Kongresówka. Chociaż jednocześnie było to rolnictwo nowocześniejsze, bardziej wydajne, chłopi pracowali w lepszych warunkach i obowiązkowo uczęszczali do niemieckich szkół. Znaczna część najważniejszych zakładów przemysłowych, które powstały na ziemiach polskich w drugiej połowie XIX w., znajdowała się na terenach zaboru rosyjskiego. Gęstość sieci kolejowej była największa w zaborze pruskim, ale już ich wykorzystanie przez przemysł było większe w rosyjskim.

– Jakie znaczenie w tym kontekście może mieć w przyszłości fakt, że część naszego regionu przyłączyła się w ostatnim 25-leciu do Unii Europejskiej? Czy integracja ze strukturami europejskimi trwale podzieli region pod względem rozwojowym na „Europę Wschodnią dwóch prędkości”?

– Na wejście krajów regionu do Unii Europejskiej trzeba patrzeć jak na kolejną strategię przezwyciężenia zacofania. Jest to oczywiście projekt zupełnie inny niż realny socjalizm. Upodabnia je do siebie jedynie fakt, że oba są oparte na imitacji pewnego gotowego modelu, a nie wytworzone lokalnie w sposób autonomiczny. Tyle że tym razem przywieziono nam rozwiązania w teczkach bez wsparcia bagnetów i policji politycznej. Oczywiście jest to różnica zasadnicza, ale problem z modelami z importu polega na tym, że niekoniecznie zakorzenione są one w realnych potrzebach tutejszych społeczeństw. Jest za wcześnie, żeby orzec, na ile projekt unijny jest udany z perspektywy jego wschodnioeuropejskich uczestników. Jeśli jednak porównamy dzisiejszą sytuację członków Unii w naszym regionie z krajami, które do Unii nie weszły, to odnosi się wrażenie, że akcesja w każdym niemal przypadku była korzystna.

– A czy dostrzega Pani jakieś negatywne dla krajów naszego regionu skutki uboczne wejścia do Unii lub spodziewa się, że z czasem mogą się one ujawnić?

– Przez ostatnią dekadę zajmowałam się przede wszystkim problematyką międzynarodowych migracji, bo wydaje mi się, że ogniskuje ona w sobie wiele problemów i wiele aspektów globalnych zależności. Od 200 lat migracje stanowią jeden z najbardziej podstawowych i zarazem najpewniejszych wskaźników peryferyjności w ramach świata kapitalistycznego. Ludzie migrują w poszukiwaniu pracy i zarobku z krajów biedniejszych do bogatszych, z peryferyjnych do centralnych. Zdarzają się przypadki odmienne, jak migrujący pracownicy korporacji, którzy są delegowani z centrum do obejmowania stanowisk w krajach peryferyjnych, ale główny strumień migracji to migracje zarobkowe.

Myślę, że migracje są też jedną ze sfer, z którymi wiązać się może sporo napięć i niebezpieczeństwo pojawienia się skutków ubocznych. Migracje, które miały spełniać w europejskim systemie funkcję swego rodzaju wentylu bezpieczeństwa, w praktyce okazują się dla obywateli najmłodszych i zarazem najbiedniejszych państw członkowskich osobną strategią radzenia sobie z peryferyjnością w ramach elitarnego klubu Unii Europejskiej. I jako strategia łatwo okazać się mogą półśrodkiem – swego rodzaju „zapchajdziurą” budżetów domowych i krajowych, prowadzącą jednocześnie do rozpowszechnienia zjawiska pracy poniżej kwalifikacji, problemów demograficznych czy choćby do załamania się systemów emerytalnych, nie przyczyniając się przy tym do długotrwałego rozwoju.

– Jak i na ile Pani zdaniem zmieniła się sytuacja, jeśli chodzi o uznanie i rozpoznanie w głównym nurcie debaty publicznej i naukowej problematyki globalnych zależności czy też podziałów centroperyferyjnych? Wspominała Pani, że monografia „Zrozumieć zacofanie” powstała do pewnego stopnia w kontrze do ducha czasów i atmosfery, jaka panowała wówczas w polskich naukach społecznych.

– Gdy pisałam pierwszy artykuł dotyczący kwestii pozycji Europy Wschodniej wobec Zachodu w połowie lat 90. („Tu, Tam – pomieszanie”; ukazał się w „Studiach Socjologicznych” w 1997 r.), miałam wrażenie, że poruszam się po terenach nierozpoznanych, niemal pustych. W tym czasie ukazały się prace o zbliżonej tematyce, w tym autorstwa wybitnych i znanych socjologów – Jacka Kochanowicza, Jadwigi Staniszkis czy Witolda Morawskiego. Moja koleżanka z tej samej grupy badaczy peryferyjności, Agnieszka Kolasa-Nowak, która bada dyskurs transformacyjny, twierdzi, że autentyczny przełom nastąpił w okolicach połowy pierwszej dekady XXI w. Być może wynikało to z zachodzącej stopniowo zmiany pokoleniowej. Inne wyjaśnienie Kolasy to zmiany świadomości po wejściu do Unii Europejskiej, co oznaczało – także dla socjologów – konfrontację z jej realnością. Europa przestała być wtedy mitycznym tworem i odległym celem. Moja książka wyszła akurat w momencie wejścia do Unii Europejskiej, wiosną 2004 r. Jednak poza środowiskiem naukowym wzbudziła zainteresowanie bodaj wyłącznie w środowiskach radykalnej lewicy, które doceniły poważne (nawet jeśli krytyczne) potraktowanie tezy kolonialnej przez kogoś spoza własnego grona. Wydaje mi się, że prawdziwy przełom w dyskursie publicznym następuje dopiero teraz, w drugiej dekadzie XXI w., wraz z ukazywaniem się wspomnianych książek Sowy, Ledera, Leszczyńskiego czy Łuczewskiego. Cieszy przy tym fakt, że debata o peryferyjności Polski i jej regionu oraz o strategiach jej przezwyciężania wyszła poza nisze tego czy innego obozu politycznego.

– A jak jest z wychodzeniem tej tematyki z niszy akademickiej i przebijaniem się do szerszej publiczności?

– Mam wrażenie, że ten proces również ma miejsce. Patrząc na to odrobinę cynicznie, można by podejrzewać, że ma on związek z faktem, iż problemy społeczne związane z aktualnym etapem rozwoju globalnego kapitalizmu oraz naszej pozycji w tym systemie zaczęły dotykać także wpływowych, opiniotwórczych grup pochodzących z klasy średniej – włącznie z pracownikami mediów, naukowcami, publicystami. Mam tu na myśli zjawiska takie, jak bezrobocie wśród osób z wyższym wykształceniem, problem umów śmieciowych, a ostatnio problemy kredytobiorców. Gdy pisałam „Zrozumieć zacofanie”, te zjawiska były niemal nieobecne. Klasa średnia w powszechnym – a także własnym – mniemaniu była wielką beneficjentką reform rynkowych i czuła, że duch historii jest po jej stronie. A problemy społeczne, określane wdzięcznie mianem „patologii”, miały być niemal wyłączną domeną środowisk robotniczych, chłopskich, PGR-ów i małych miasteczek. Bardzo dobrze pamiętam – i z goryczą wspominam w kontekście obecnej debaty nad pomocą państwa dla zadłużonych we frankach – protesty zadłużonych rolników zorganizowanych przez Leppera. Media im wtedy nie współczuły, mimo że ich sytuacja była bezpośrednią konsekwencją polityki pieniężnej prowadzonej przez państwo. Zgodnie z liberalnymi dogmatami twierdzono, że setki obywateli same są sobie winne, bo gdy się bierze kredyt, to trzeba się liczyć z ryzykiem. Oczywiście ten nieproporcjonalny wpływ klasy średniej na debatę publiczną i politykę to nie jest tylko polska przypadłość. Od kilku lat zajmuję się badaniami nad społeczeństwem amerykańskim i mogę powiedzieć, że tego typu mechanizmy funkcjonują również tam. Jeśli jakiś problem dotyka klasy średniej, wykształconej, mającej dostęp do mediów, będącej w stanie sformułować i wyartykułować w atrakcyjny sposób swoje postulaty, nagłośnić je i wzbudzić współczucie opinii publicznej, wtedy wchodzi on do mainstreamu.

– Krytykuje Pani podejście, które definiuje polskie wyzwania modernizacyjne w kategoriach „doganiania Zachodu”, ale sama używa Pani w swoich pracach pojęcia „zacofanie”, które wydaje się pochodzić z tego samego rejestru, stosowanego niejednokrotnie do uzasadniania z jednej strony imitacji, a z drugiej quasi-kolonialnej interwencji. Dlaczego?

– Rozumiem, że chodzi o to, iż termin „zacofanie” czy „zapóźnienie” kojarzy się z ewolucjonistycznym, liniowym sposobem myślenia o rozwoju: że są jakieś etapy wspólne dla wszystkich społeczeństw, jest przód i tył. Tak rzeczywiście jest, ma prawo tak się ewolucjonistycznie kojarzyć, ale nie mamy lepszego słownika. Wybrałam słowo „zacofanie” na oznaczenie słabości gospodarczej kraju lub regionu i używam go opisowo, bez tej ewolucjonistycznej interpretacji. Zależność, peryferyjność, opóźnienie – to już konkretne interpretacje przyczyn zacofania. Słabość gospodarcza to z kolei pojęcie zbyt szerokie, nie skłaniające do pytań o kontekst systemowy. Choć z grubsza o to po prostu chodzi: zacofanie to względna – wobec centrum – słabość. Pamiętam, że gdy przedstawiałam swoją książkę kolegom z New York University – to byli w większości socjologowie kultury i socjologowie edukacji – w dyskusji pojawiło się skojarzenie, które mnie dotknęło: Aha, zacofanie, rozumiemy, to coś jak „kultura biedy”. „Kultura biedy” jest zaś określeniem, którego używa się w amerykańskim dyskursie publicznym do wyjaśniania nędzy Portorykańczyków czy Afro-Amerykanów w sposób, który zakłada winę, a przynajmniej pewną wrodzoną niezdolność tych nędzarzy do bycia kimś innym. Uświadomiłam sobie wtedy, że mówienie na Zachodzie o wschodnioeuropejskim zacofaniu może mieć inne implikacje niż u nas.

Co możemy powiedzieć, nie brnąc w żargon, jakich słów użyć, żeby diagnoza sytuacji była dla nas jednocześnie mobilizująca do rozwoju, żeby nie wpędzała nas w kompleksy, a Zachodu nie utwierdzała w jego stereotypach na nasz temat? Możemy z tych dylematów wybrnąć tylko nazywając rzecz po imieniu. Lubię używać w tym kontekście anegdoty ze świata sztuki: polski reżyser teatralny, Cezary Tomaszewski, wystawił w 2009 r. w Wiedniu sztukę opartą na operetce „Wesoła wdówka” Franza Lehara. W rolach głównych obsadził cztery polskie sprzątaczki, naturszczyczki, choć niektóre miały za sobą studia wyższe. W finale sztuki ubrał je w futra z norek – wbrew rekomendacji ambasady RP, sponsorującej przedstawienie. W Wiedniu panował bowiem stereotyp na temat polskich sprzątaczek, jakoby przeznaczały swoje pierwsze zaoszczędzone pieniądze na futra. Wydaje mi się, że jako socjologowie z kraju peryferyjnego też musimy te metaforyczne norki założyć, mówić o naszych krajach poprzez doświadczenia sprzątaczek, a nie ukrywać się za poezją Miłosza i muzyką Pendereckiego. To muszą robić politycy i dyplomaci.

– A jak zmieniał się w ostatnich dekadach obraz Europy Wschodniej na Zachodzie? Na ile kwestia jej peryferyjności była tam zauważana?

– W światowych naukach społecznych teza o kolonialnym charakterze relacji naszego regionu z Zachodem ma się bardzo dobrze, jeśli nie jest wręcz dominująca. Podejście kolonialne było tam poważnie traktowane nawet w latach 90., gdy tak trudno było przekonać do niego polskich kolegów i koleżanki, przebić się z nim na uczelniach i w mediach. Pamiętam, jakie wrażenie robiły na mnie reakcje zachodnich odbiorców na moje referaty, gdy okazywało się, że rzeczy niezwykle kontrowersyjne w polskim kontekście, są np. w USA trochę wyważaniem otwartych drzwi. Dla tamtejszych nauk historycznych jednym z podstawowych punktów odniesienia w myśleniu o naszym regionie był i pozostaje do dziś Witold Kula. Na konferencjach i stypendiach na Zachodzie zorientowałam się, że to, co dla europejskich badaczy jest w Europie Wschodniej najbardziej interesujące, to skutki liberalnych reform dla struktury tutejszych społeczeństw – powstanie miejskiej podklasy, problem strukturalnego bezrobocia czy sytuacja w byłych PGR-ach. Czyli dokładnie te sprawy, od których polska socjologia uciekała.

– Dziękuję za rozmowę.

Bez alternatywy socjaldemokratycznej

Znaczenie terminu „Ameryka Łacińska” jest dla wszystkich oczywiste: chodzi o kraje położone na południe od USA, które (poza małymi wyjątkami) łączą język i kultura dwóch dawnych mocarstw kolonialnych Półwyspu Iberyjskiego – Hiszpanii i Portugalii. Tak silna więź nie przeszkadza jednak istnieniu potężnych różnic kulturowych między poszczególnymi narodami i państwami; różnic, które przekładają się także na współczesny ustrój i porządek społeczny. Ograniczywszy się do terenu Ameryki Południowej, stajemy w obliczu dwóch wyrazistych podziałów, z których jeden ma oblicze polityczne, drugi społeczne.

Pierwszy z nich polaryzuje się wokół stosunku do Stanów Zjednoczonych, drugi zaś – do Europy. Podział polityczny dotyczy dziedzin tak kluczowych z punktu widzenia każdego państwa, jak system ekonomiczny i poglądy na suwerenność narodową. W Ameryce Południowej wciąż są państwa, które przyszłość widzą w zacieśnianiu stosunków gospodarczych z Ameryką Północną na zasadach wolnego handlu i przepływu kapitałów w stosunkach zewnętrznych oraz dyscypliny fiskalnej – w wewnętrznych. Do tej grupy zaliczamy Kolumbię Peru, Chile, zaś poza kontynentem południowoamerykańskim także Meksyk. Wkrótce dołączy do niej prawdopodobnie Paragwaj. Drugą stroną tego sporu są kraje dopatrujące się przyczyn złej (czasami wręcz katastrofalnej) sytuacji społecznej właśnie w tej polityce, której głównymi promotorami były Stany Zjednoczone, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Jako alternatywę proponują niezależność od strefy dolarowej, silną (mniej lub bardziej inkluzywną) tożsamość narodową i dążącą do autarkii politykę gospodarczą, opartą o silny przemysł, mniej rozwarstwione społeczeństwo i bogactwa naturalne. Najgłośniejszymi i najbardziej skrajnymi reprezentantami tej grupy są oczywiście Wenezuela, Boliwia i Ekwador (wraz z Kubą tworzące Sojusz Boliwariański dla Ludów naszej Ameryki – ALBA), lecz należą do niej także Argentyna, Brazylia i Urugwaj (współpracujące ze sobą w ramach grupy MERCOSUR).

Podział społeczny dotyczy natomiast stopnia identyfikacji ludności tych krajów z kulturą byłej metropolii – nie chodzi tutaj tylko o Hiszpanię i Portugalię, lecz także o wszystkie inne kierunki, z których napływała tam imigracja: Włochy, Niemcy, Polska… Przebiega ona częściowo zgodnie z granicami państwowymi: bardzo zeuropeizowane Chile i Argentyna obok niezwykle silnie identyfikującej się z kulturą autochtoniczną Boliwii; częściowo zaś z klasowymi: zasadniczo większe ciążenie klasy średniej i wyższej ku kulturze europejskiej versus przywiązanie do kultur indiańskich wśród klas uboższych.

Chciałbym, aby niniejszy artykuł był próbą rozrachunku z moimi własnymi poglądami, które przedstawiłem m.in. w tekście „Notatki iberoamerykańskie”, opublikowanym ponad rok temu na portalu „Nowe Peryferie”. Wyrażałem w nim wówczas entuzjazm w stosunku do nowej fali łagodnego, jak wówczas sądziłem, eksperymentu populistycznego w niektórych, bardziej zeuropeizowanych krajach kontynentu południowoamerykańskiego, zwłaszcza w Argentynie. Wydarzenia ostatnich kilkunastu miesięcy wystawiły mój optymizm na poważną próbę, a w końcu doprowadziły do załamania wiary w sensowność działań podejmowanych przez rządzącą ekipę peronistyczną. Zarysowywanie się natomiast w skali światowej swoistej osi kleptokratycznej, złożonej z państw odrzucających reguły wolnego rynku tam, gdzie ich transparentność utrudnia działania korupcyjne na wielką skalę, zaś nie wyrzekających się dziewiętnastowiecznego wyzysku tam, gdzie chodzi o maksymalizację zysków (Chiny, Rosja, Wenezuela, Argentyna, Iran), sprawiło, że znacznie wzrosła moja nieufność do formułowanych alternatyw wobec kapitalizmu, w tym wobec jego europejskiej wersji socjaldemokratycznej.

Bankructwo argentyńskie pierwszej dekady XXI wieku uznane zostało przez wielu ekonomistów (np. przez Josepha Stiglitza) za najbardziej efektowny przykład porażki neoliberalnej koncepcji ekonomicznej, wdrażanej w wielu krajach tego regionu od początku lat 80. W samej Argentynie widać to było w pełnej krasie dopiero po upadku dyktatury wojskowej, zwłaszcza podczas przypadającej na całą dekadę lat 90. prezydentury Carlosa Saúla Menema. Dokonano wtedy prywatyzacji (i praktycznej likwidacji) większości liczących się gałęzi przemysłu oraz rozczłonkowania infrastruktury energetycznej, kolejowej, drogowej, gazowej itd. Procesy te przebiegały z intensywnością zupełnie nieporównywalną do krytykowanych często – skądinąd słusznie – zjawisk polskich reform po 1989 roku. Powszechnej wyprzedaży majątku narodowego i gwałtownej redukcji obciążeń fiskalnych, mających na celu pobudzenie inicjatywy prywatnej, nie towarzyszyła jednak redukcja dość obfitych – ze względu na silnie zakorzenione w Argentynie tradycje syndykalistyczne – przywilejów socjalnych, głównie w postaci dotacji. Inflację, która była zmorą poprzednich dekad, udało się opanować poprzez wymianę waluty i ścisłe powiązanie nowego peso z dolarem (w parytecie 1:1). Obrona tego kursu wymagała, zwłaszcza w chwili, gdy kryzys dał już o sobie znać, poważnych interwencji na rynku walut, finansowanych przez dług zagraniczny. Ekipa Menema zastała państwo argentyńskie w stanie dość poważnego zadłużenia, którego siłą sprawczą byli przede wszystkim wojskowi oraz pierwsza administracja demokratyczna. W ciągu dziesięciu lat swoich rządów doprowadzili oni jednak dług do sumy 130 miliardów dolarów, zaś jego obsługa przestała być w pewnym momencie możliwa.

Lewicowi krytycy ideologii neoliberalnej mają rację, gdy wskazują na bardzo duże koszty społeczne tego typu systemu. Nie jest jednak tak, że zawsze musi się on skończyć zapaścią w stylu argentyńskim. Jest wręcz przeciwnie. Ośmielę się stwierdzić, że jego popularność w międzynarodowych organizacjach finansowych nie wynika tylko z tego, że umożliwia łatwiejsze instalowanie się kapitału krajów wysoko rozwiniętych w państwach biednych i średnio zamożnych. Wynika ona raczej z jego prostoty i właśnie stabilności, jaką zapewnia. Przykładem może być chociażby graniczące z Argentyną Chile, a także postkomunistyczne kraje Europy Środkowej. Wyjątkowość przypadku argentyńskiego polegała natomiast na tym, że doszło w tym kraju do zetknięcia się dwóch silnych prądów polityczno-ideologicznych, z których jeden, dominujący, był w stanie zabezpieczyć interesy swojej klienteli bez brania jednocześnie pod uwagę globalnej sytuacji ekonomicznej kraju.

Od ponad pół wieku rozwija się w Argentynie silna tradycja populistyczna, której duchowym patronem jest kontrowersyjne małżeństwo Peronów. Choć pierwotnie usadowiona wśród proletariatu i wielkomiejskiej biedoty, skupiająca się na przekształcaniu płynących z Europy idei (głównie socjalistycznych, ale też faszystowsko-korporacjonistycznych), z czasem okrzepła wśród struktur państwa, wytworzyła własną elitę polityczno-oligarchiczną i cieszy się wsparciem części klasy średniej, przede wszystkim z niewielkich miast i odleglejszych prowincji. Przyznawanie się do peronizmu nie wiąże się obecnie z żadnym konkretnym światopoglądem, lecz jest raczej akcesem do korporacji czasami wzajemnie wspierającej się, a czasem zwalczającej się na różnych poziomach. Peronistą był ultraliberał Carlos Menem, jest nim również skrajna interwencjonistka Cristina Fernández de Kirchner, kończąca w tym roku drugą kadencję prezydencką. Tym, co łączy wszystkich peronistów bez wyjątku, jest raczej styl uprawiania polityki, charakteryzujący się konfliktowaniem kolejnych grup społecznych i podporządkowywaniem aparatu urzędniczego potrzebom elity i elektoratu. Jako że pogodzenie tak różnorodnych i często sprzecznych wymagań jest bardzo trudne, prowadzi to do instytucjonalnego i merytorycznego chaosu.

Radykałowie tworzą drugą wielką tradycję polityczną Argentyny. Ma ona nieco starszy rodowód i wywodzi się ze zwycięskich bojów ideologicznych, jakie pod koniec XIX i w pierwszej połowie XX wieku toczyła świecka i liberalna inteligencja z rządzącymi elitami konserwatywnymi, cieszącymi się głównie poparciem posiadaczy ziemskich. Radykałowie, nawiązując do programu podobnych środowisk we Francji i we Włoszech, zdołali dojść do władzy w latach 20. i 30. XX wieku, przeprowadzając wiele śmiałych i postępowych reform, które uczyniły Argentynę wielkim graczem międzynarodowego handlu żywnością. Zreformowali – choć dopiero pod wpływem dramatycznych protestów studenckich – ustrój uniwersytetów, rozpowszechnili edukację i wspierali uprzemysłowienie, bez jednoczesnego sięgania zbyt często po narzędzia interwencji państwowej. Z czasem politycy radykalni stali się ostoją establishmentu i reprezentantami wielkomiejskiej, zeuropeizowanej klasy średniej, ze wszystkimi charakterystycznymi dla niej obciążeniami, które nam mogą się kojarzyć z wizerunkiem nieboszczki Unii Wolności. Nie mieli oni również zbyt wielkiego szczęścia po upadku dyktatury: pierwszym demokratycznym prezydentem został radykał Raúl Alfonsin, powszechnie szanowany w kraju za odbudowę instytucji państwa prawa, lecz jednocześnie lekceważony za miękkość i nieumiejętność radzenia sobie z narastającym kryzysem gospodarczym w latach 80. Postępująca inflacja i narastający dług przekonały Argentyńczyków, że niezbędne są rozwiązania radykalne, które zaoferowali „prawicowi” peroniści Menema. Drugi, o wiele krótszy epizod rządów radykalnych, nastąpił po jego odejściu w 1999 r., gdy urząd prezydenta objął Fernando de la Rúa. Mimo mandatu społecznego de la Rúa nie był w stanie uporać się z „dziedzictwem” poprzednika, postulowane przez niego reformy oszczędnościowe były atakowane przez opozycję, a on sam nie wykazał się – jako kolejny polityk radykalny – wystarczająco silnym charakterem i odszedł ze stanowiska przed końcem kadencji w nie najlepszym stylu. W efekcie, w sposób w dużej mierze niezawiniony, radykałowie utrwalili w głowach Argentyńczyków swój wizerunek jako ci, którzy „nie umieją rządzić”, co trafnie podsumował jeden z publicystów najpoważniejszego argentyńskiego dziennika „La Nación”: żeby zrozumieć współczesną sytuację polityczną w Argentynie, trzeba przyjąć do wiadomości, że ekipie rządzącej od dwudziestu lat udało się wmówić, iż wszystkie nieszczęścia kraju wydarzyły się w ciągu dwóch lat, podczas których nie rządziła.

Stabilność polityczną udało się krajowi odzyskać dopiero w 2003 r., gdy wybory prezydenckie wygrał dość niespodziewanie lewicowy peronista i milioner z Patagonii, Nestor Kirchner. Energicznie przystąpił do renegocjacji długu zagranicznego Argentyny, na którym to polu odniósł poważny sukces: ok. 90% najpoważniejszych wierzycieli (w tym wszystkie państwa, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi) zgodziło się na redukcję zadłużenia do zaledwie 25% jego pierwotnej sumy. Do nieprzejednanych należała grupa wierzycieli prywatnych, głównie banków i funduszy inwestycyjnych, które wcześniej wykupiły obligacje od prywatnych właścicieli za bezcen, a następnie domagały się od państwa argentyńskiego całej sumy. W tym właśnie wydarzeniu tkwi zarzewie obecnego kryzysu. Trzeba od razu dodać, że ówczesny emitent obligacji oddał jurysdykcję w ich sprawie sądowi stanu Nowy Jork, wychodząc ze słusznego założenia, że sądownictwo zasadniczo sprzyjające wierzycielowi spowoduje niższe oprocentowanie długu.

Fundusze spekulacyjne wygrały w zeszłym roku proces przed sądem amerykańskim, co wywołało falę zrozumiałego oburzenia w Argentynie. Rząd postanowił jednak wykorzystać okazję do rozpętania kampanii przeciwko Stanom Zjednoczonym w ogóle, zaś ekipie Baracka Obamy w szczególności – tej samej ekipie, która wcześniej umorzyła 75% długu państwowego Argentyny, a następnie opowiedziała się przed sądem – występując jako amicus curiae – przeciwko funduszom spekulacyjnym. Jeden z opozycyjnych publicystów napisał, że Cristina Kirchner nie rozumie lub raczej nie chce zrozumieć, iż sądy w USA nie działają tak samo jak w Argentynie czy Wenezueli i nie są „na telefon”. Przeoczył jednak fakt, że w bardzo podobnej sprawie dotyczącej sprzymierzonego z USA Konga, prezydent George W. Bush uniemożliwił wykonanie wyroku, argumentując, że sąd wkracza w obszar kompetencji władzy wykonawczej, wyrokując w sprawie długów państw.

Kirchner zadowolił się porozumieniem z większością wierzycieli, mając nadzieję, że uda mu się na drodze sądowej unieważnić roszczenia mniejszości lub zmusić ją do przystąpienia do ugody zawartej z większością. Przedsięwziął jednocześnie realizowanie redystrybucyjnych obietnic wyborczych, finansując je w dużej mierze z dochodów eksportowych. Przez długie lata pierwszej dekady XXI w. szczęście dopisywało jego administracji – na rynkach międzynarodowych obowiązywały wysokie ceny eksportowanych przez Argentynę surowców, przede wszystkim soi. Pozbawiony możliwości zadłużania się przez emisję obligacji, kraj związał nadzieje na rozwój z handlem materiałami nieprzetworzonymi, co upodabnia go trochę do Rosji, Wenezueli czy państw Zatoki Perskiej. Patrząc z perspektywy roku 2015, można stwierdzić, że tego rodzaju gospodarki skłonne są do przyjmowania podobnego modelu politycznego. Argentyna, w porównaniu z reżimami Putina, ajatollahów czy Cháveza-Maduro, oczywiście jest wciąż krajem bardzo demokratycznym, lecz metody walki z opozycyjną prasą, traktowanie opozycji przez ekipę rządzącą czy maksymalizowanie zysków z eksportu surowców kosztem praw ludności indiańskiej, zbliżają ją niebezpiecznie do tego modelu. Podobnie jak to możemy zaobserwować w Rosji czy Wenezueli, zakres swobód ograniczany jest wraz z pogarszaniem się sytuacji na rynkach i pozbywaniem się przez elektorat złudzeń co do obranego modelu rozwoju.

Latem 2014 r. w dzienniku „Die Welt” ukazał się obszerny artykuł o kosztach społecznych ciągłego poszerzania obszarów upraw soi w północnej Argentynie w prowincji Formosa. Współpraca właścicieli plantacji – często wielkich koncernów, takich jak Monsanto czy Bayer, których doskonałe stosunki z rządem są kolejnym dowodem na ideową niekonsekwencję tego ostatniego – z lokalną policją prowadzi do brutalnych przesiedleń, a nawet morderstw wśród lokalnej ludności1. Spadek cen soi i ekstensywny charakter rolnictwa w Argentynie wymusza powiększanie obszarów uprawnych w coraz większym tempie, gdyż budżet kraju jest w sporej części uzależniony od zysków z eksportu tej rośliny2. O sytuacji nie informuje także opozycyjna zazwyczaj prasa ogólnokrajowa, co może świadczyć o istnieniu jakiejś ponadfrakcyjnej zmowy milczenia.

Trzeba podkreślić, że propaganda ekipy rządzącej Argentyną, zupełnie jak w Rosji i Wenezueli, wciąż mówi o industrializacji, nowoczesności i postępie, podczas gdy coraz bardziej uzależnia się ona od trzecioświatowych metod pozyskiwania kapitału i towarów. Mam na myśli m.in. wspomniany już eksport surowców oraz długoterminowe umowy importowe z Chinami, przypominające te, które mocarstwo azjatyckie zawiera z krajami afrykańskimi.

Należy jednak przyznać, że reformy socjalne przyniosły również pozytywne efekty. Podróżując przez północno-zachodnie pogranicze kraju dowiedziałem się na przykład, że udało się dokonać elektryfikacji najbardziej oddalonych nawet miejscowości górskich, instalując w nich kolektory słoneczne. Po raz pierwszy w historii obowiązek oświatowy zaczął być konsekwentnie egzekwowany, gdyż państwo zaczęło zapewniać transport dzieci i młodzieży do placówek edukacyjnych. Wśród licznych nacjonalizacji, które przedstawiano jako naprawienie błędów poprzedników, były także te niezbędne dla bezpieczeństwa narodowego lub wynikające z ewidentnej złej woli nowych właścicieli, dążących do zniszczenia przejętych przez siebie przedsiębiorstw. Można tu wymienić przykład argentyńskich linii lotniczych (działających obecnie wyłącznie dzięki ogromnym dotacjom państwowym, lecz jednocześnie uratowanych od likwidacji), koncernu naftowego YPF lub sporej części infrastruktury energetycznej. Nacjonalizacje za czasów rządów Cristiny Kirchner były często dokonywane bez odszkodowania, co naraziło Argentynę na kosztowne i przegrane procesy przed międzynarodowymi organami sądowniczymi i arbitrażowymi. Odszkodowanie dla hiszpańskiego Repsolu, byłego właściciela YPF, ma wynosić 9 miliardów dolarów. Czy zarząd państwowy, składający się często z co ambitniejszych działaczy młodzieżówek peronistycznych, będzie w stanie wyprowadzić przejęte przedsiębiorstwa na prostą i sprawić, by przynosiły zyski? Przykłady Aerolineas Argentinas czy nieskuteczność argentyńskich wysiłków w kierunku eksploatacji złóż gazu i ropy w Patagonii, nie nastrajają optymistycznie.

Poprawa sytuacji nastąpiła jednak głównie w prowincjach słabo zaludnionych i związana była z rozbudową infrastruktury. Sytuacja warstw uboższych w wielkich aglomeracjach jest gorsza niż 15 lat temu, gdyż na skalę dotychczas w Argentynie nienotowaną rozwija się przestępczość i – wspierany przez wysoko postawionych polityków – handel narkotykami. Wciąż niewyjaśniona została afera udzielenia przez państwo zgody na import efedryny będącej składnikiem narkotyków metaamfetaminowych3. Środek ów służył również do produkcji innych leków, lecz w jednym roku sprowadzono go do Argentyny w ilości kilkunastokrotnie przewyższającej zapotrzebowanie. Utrudniane przez władze wykonawczą postępowanie prokuratorskie wykazało, że ślady afery prowadzą do pałacu prezydenckiego. Z raportu agendy ONZ wynika, że Argentyna jest obecnie trzecim światowym eksporterem kokainy4. Ta sama organizacja alarmuje o najwyższej w Ameryce Łacińskiej liczbie napadów rabunkowych – 973,3 napady na 100 tys. mieszkańców w 2013 r.

Szok społeczny, jakim była niewypłacalność 2001 roku, dotknął nie tylko wyborców, ale także polityków. Ekipa Kirchnera była w zasadzie jedyną zdeterminowaną wówczas do objęcia rządów w kraju. Ten stan rzeczy utrzymuje się do dziś. Głównym opozycjonistą wobec Cristiny Kirchner nie jest żadna partia parlamentarna, lecz stołeczna prasa. Zachęca to do naginania zasad demokracji i zacierania podziałów między sferami prywatną, partyjną i państwową.

Warto zadać pytanie, czy ów projekt ideologiczny, który ta ekipa realizuje, ma charakter socjaldemokratyczny lub przynajmniej jest do nich zbliżony. Tak właśnie mogło się wydawać przez pierwszych kilka lat jego funkcjonowania. Wzrost gospodarczy był wysoki lub bardzo wysoki. Bezrobocie spadło z 22 do ok. 7%. Dochody ludności – po zapaści z początku XXI wieku – na powrót zaczęły rosnąć, zagrożenie inflacyjne utrzymywano pod kontrolą do mniej więcej 2011 r. Jednak głębsze spojrzenie na argentyński model społeczny prowadzi do wniosku, że z zachodnioeuropejskim państwem dobrobytu miał on (i ma) niewiele wspólnego. Większa część transferów socjalnych odbywa się poprzez dotacje przypominające system dopłat w realnym socjalizmie (a obecnie w Rosji, do niedawna także w Ukrainie), a nie poprzez świadczenia skierowane do konkretnych grup społecznych. Państwo „na ślepo” dopłaca ogromne sumy do cen energii, ciepła, środków komunikacji publicznej, żywności, wody, mieszkań itd., co sprawia, że zatraca się poczucie realnej wartości produkowanych dóbr i świadczonych usług.

System taki mógł być utrzymywany, gdy Argentyna zarabiała na handlu zagranicznym. Jednak spadek cen surowców zmusił władze do finansowania świadczeń emisją pieniądza, a więc dzieje się to za cenę inflacji. W tej chwili sięga ona ok. 30–35% w skali roku (rząd przez kilka ostatnich lat fałszował dane na tym polu), zaś wzrost płac dawno przestał nadążać za wzrostem cen. Według danych Ministerstwa Pracy pensje między czerwcem 2013 a czerwcem 2014 roku wzrosły o 29,7 procent, podczas gdy minimalny koszt utrzymania (żywność, mieszkanie, edukacja, podstawowa rozrywka) aż o 44,5%5.

Rząd argentyński coraz bardziej ogranicza swobodę działalności gospodarczej na bardzo podstawowym poziomie. Pojawiają się pomysły dyktowania przedsiębiorcom cen, po jakich mają sprzedawać swoje towary, co, pod pretekstem walki z wyzyskiem, jest oczywiście narzędziem mogącym łatwo doprowadzić ich do bankructwa. Coraz bardziej ogranicza się możliwości legalnego handlu dewizami – doprowadziło to do rozkwitu czarnego rynku walutowego, z którego zyski czerpie również świat przestępczy. Mylą się jednak ci, którzy sądzą, że mechanizmy takie mają na celu walkę z kapitalizmem jako takim. Chodzi raczej o pognębienie biznesu spoza peronistycznej rodziny; to praktyka znana nam lepiej z realiów putinowskiej Rosji. O ile zatem kirchneryzm jest odległy od socjaldemokracji, która – mówiąc w największym skrócie – polega na redystrybucji części zysków wysokowydajnej gospodarki kapitalistycznej na cele społeczne, o tyle nie jest on również – tu w kontraście z modelem wenezuelskim – zakwestionowaniem kapitalizmu. Chodzi raczej o stworzenie korzystniejszych warunków rozwoju dla jednych podmiotów kosztem innych. Model ów nie jest całkowicie oryginalny także w kontekście Argentyny, gdyż nawiązuje do systemu stworzonego w tym kraju przez rodzinę Peróna w latach 40. i 50. XX wieku.

Największa iluzja wielu Argentyńczyków zadowolonych z rządów Kirchnerów polegała na przekonaniu, że stwarzają one podstawy trwałego rozwoju kraju. Spadek cen surowców oraz niekorzystny dla Argentyny wyrok amerykańskiego sądu w sprawie niezrestrukturyzowanej części zadłużenia były – jak to określił „The Economist” – momentem, w którym nastąpił odpływ i okazało się, że pływający nie ma kąpielówek. Oczywiście moje spojrzenie na „konieczne reformy” różni się zapewne nieco od spojrzenia redaktorów brytyjskiego tygodnika, jednak faktem jest, że trudno mówić o budowie potęgi przemysłowej w sytuacji, gdy w kraju otwierane są głównie filie wielkich koncernów zagranicznych, zaś podstawowy dochód eksportowy czerpie się ze sprzedaży soi.

Zmiana koniunktury na rynkach światowych skłoniła argentyńską prezydent, podobnie jak jej kolegów z Wenezueli, Rosji, Iranu, Południowej Afryki czy nawet Brazylii, do pomstowania na spisek międzynarodowego kapitalizmu przeciwko ich nowemu modelowi rozwojowemu. Nie zwracają oni przy tym uwagi na to, że przez szereg poprzednich „lat tłustych” bogacili się dzięki temu kapitalizmowi w sposób nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do stopnia bezpieczeństwa inwestycyjnego, jaki oferują ich gospodarki6. Ani przez chwilę Argentyna nie miała szansy stać się tygrysem gospodarczym, gdyż jej społeczeństwo było i jest zbyt zamożne, żeby zaakceptować wiążące się z tym ograniczenia charakterystyczne dla społeczeństw azjatyckich „tygrysów” gospodarczych. Ta sama uwaga zresztą dotyczy Chile (neoliberalni piewcy chilijskiego cudu zaklinają rzeczywistość równie umiejętnie), a także – przy wszystkich różnicach wynikających z położenia i faktu przynależności do UE – naszego kraju.

Obecną sytuację należy po prostu traktować jako oczekiwanie posiadaczy kapitałów z krajów rozwiniętych na lepsze dostosowanie gospodarek krajów rozwijających się do ich wymagań. Wymagania te należy oczywiście podzielić na toksyczne i korzystne dla społeczeństw. Niebezpieczeństwa zbytniego konformizmu w stosunku do zewnętrznego otoczenia ekonomicznego nie powinny jednak przysłaniać faktu, że zbyt mało zrobiono dla zmniejszenia poziomu korupcji, uproszczenia regulacji prawnych czy urealnienia cen poprzez zastąpienie dotacji nowoczesnym systemem wsparcia socjalnego. W przypadku Argentyny dochodzi jeszcze notoryczne łamanie prawa międzynarodowego i umów dwustronnych w zakresie regulacji celnych poprzez arbitralne wydawanie zakazów i ograniczeń eksportowych i importowych (działania znane nam również z praktyki rosyjskiej). Z tej perspektywy błędem wydaje się nadmierna łagodność krajów wysoko rozwiniętych, które w ostatnich latach, kierując się chciwością w zdobywaniu nowych rynków, były skłonne przyjmować do swego grona kraje zupełnie lekceważące zasady wolnego handlu, czego symbolem było wstąpienie Chin i Rosji do WTO w ostatnich latach. Założony w latach 90. XX, na wzór europejski, wspólny rynek kilku krajów kontynentu południowoamerykańskiego MERCOSUR (skupiający Argentynę, Brazylię, Paragwaj, Urugwaj i Wenezuelę) stał się instytucją praktycznie martwą ze względu na ostre konflikty interesów poszczególnych członków (zwłaszcza Argentyny i Brazylii oraz Argentyny i Urugwaju), którym oczywista dla tego typu organizacji idea wolnego handlu nie jest w smak.

Moje zbyt optymistyczne spojrzenie na populizm argentyński było skorelowane z nadmiernie surową oceną polityki chilijskiej lewicy. Pod wieloma względami życie w tym zamożniejszym i zdrowszym gospodarczo kraju jest trudniejsze od życia w Argentynie. Każdy krok w lewą stronę (np. wprowadzenie darmowych studiów dziennych) okupiony jest latami drobiazgowych negocjacji, co kończy się zazwyczaj znacznym okrojeniem planowanej reformy. Zaletą tego stanu rzeczy jest fakt, że najważniejsze decyzje podejmowane są w warunkach konsensusu narodowego, co sprawia, że polityka wewnętrzna Chile jest znacznie bardziej stabilna, zaś scena polityczna nie jest areną ciągłej wojny stronnictw. Wbrew moim przewidywaniom druga kadencja socjalistki Michelle Bachelet nie przyniosła bardziej socjalnego kursu w stosunku do lat 2006–2010. O ile jednak poprzednio byłbym w stanie uważać to za wadę tej ostrożnej i doświadczonej polityk, o tyle obecnie – patrząc na degrengoladę społeczno-gospodarczą Argentyny i Wenezueli – zaczynam doceniać zalety tej taktyki. Gospodarka Chile znacznie bardziej niż argentyńska przypomina kraje wysokorozwinięte. Oczywiście, istotną rolę odgrywa w niej wydobycie kopalin (zwłaszcza miedzi; niedawno KGHM otworzył w północnym Chile jedną z największych kopalni tego metalu na świecie), lecz ważne w skali całego kontynentu są również takie branże jak lotnicza (linie LAN są największe w całej Ameryce Łacińskiej) czy telekomunikacyjna.

Otwartość, a nawet pewna ekspansywność kapitału chilijskiego sprawia, że państwo to prowadzi zupełnie odmienną od wschodniej sąsiadki politykę zagraniczną i woli tworzyć podwaliny jedności kontynentalnej wspólnie z Peru i Kolumbią (w ramach tzw. Sojuszu Pacyfiku), niż z tymi krajami, które obrały bardziej protekcjonistyczną drogę rozwoju. Paradoksalnie głównym celem Sojuszu Pacyfiku jest rozwój kontaktów gospodarczych z Chinami, co jest również wielkim marzeniem Argentyny, Brazylii, Boliwii, Kuby i Wenezueli. O ile jednak wymienione przed chwilą kraje są w pewnym sensie klientami ChRL, gdyż, poza Brazylią, posiadają ograniczony dostęp do dewiz, niewielkie możliwości zadłużania się na wolnym rynku, a tym samym nieskrępowanego handlu zagranicznego, o tyle Chiny są dla Chile tylko jednym z wielu partnerów, zaś nadrzędnym celem pozostaje utrzymanie dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, co w obecnych realiach politycznych jest na tym kontynencie rzadką postawą.

Stosunek do Wielkiego Brata z Północy jest bardzo delikatnym, choć silnie zmitologizowanym zagadnieniem. USA popełniły w stosunku do Ameryki Łacińskiej wiele zbrodni i błędów głównie w okresie największego napięcia zimnowojennego, w ramach kissingerowskiej Realpolitik oraz podczas rządów Ronalda Reagana (na ten ostatni okres przypada również największa intensywność promieniowania doktryny neoliberalnej). Problem polega jednak na tym, że głębokie przeżycia społeczeństw latynoamerykańskich z tamtych czasów znajdują odzwierciedlenie w dzisiejszym stosunku do Stanów Zjednoczonych, które są już zupełnie inne. Ich zainteresowanie Ameryką Łacińską jest minimalne, co w przyszłości może mieć dla tego mocarstwa niedobre skutki (ekspansja Chin i zainteresowanie Rosji, rozwój karteli narkotykowych). Odejściu od roli nowego kolonizatora nie towarzyszy żadna inna spójna i pozytywna polityka, co trochę przypomina stosunek dawnych europejskich mocarstw kolonialnych wobec Afryki. Ponieważ nie można już oskarżać Białego Domu o popieranie dyktatur na kontynencie (wszystkie pozostałe mają charakter lewicowy), retoryka antyamerykańska miesza się z ogólnym potępieniem dla kapitalizmu i odwróceniem od atlantyckiego kręgu cywilizacyjnego, będącego przecież naturalnym środowiskiem również dla Ameryki Łacińskiej.

Konkluzja niniejszego artykułu musi być raczej pesymistyczna. Krótka analiza sytuacji społeczno-gospodarczej Argentyny i Chile wykazuje, że obydwa te kraje, mimo dużych kontrastów, łączą dwie cechy: w jednym i drugim rządzi ekipa lewicowa, lecz jednocześnie żaden z nich nie stał się terenem reform w duchu socjaldemokratycznym. Władze Argentyny przyjęły krótkowzroczną politykę ekstensywnego rozwoju w duchu wenezuelsko-rosyjskim, bez jednoczesnej możliwości uruchomienia zasobów drzemiących w tym bogatym kraju. Chile – mimo nastawania po sobie konkurencyjnych ekip partyjnych – nie odeszło od swojej roli wzorca z Sèvres modelu neoliberalnego, zaś poważne turbulencje innych państw regionu, które się na to odejście zdecydowały, sprawią, że Michelle Bachelet z pewnością będzie jeszcze ostrożniejsza. Trudno zresztą mieć do niej o to pretensje. Kraj o dość burzliwej historii najnowszej, wciąż zmagający się ze świeżymi ranami po dyktaturze, zdołał wypracować bardzo wysoki poziom kultury politycznej i konsensualnego rozwiązywania problemów. To prawda, że junta Pinocheta ustawiła punkt wyjścia tego konsensusu bardzo mocno po prawej stronie. Zanosi się jednak na to, że w najbliższych latach Argentyna będzie lizała rany po kolejnym okresie niewypłacalności i w końcu zostanie zmuszona do radykalnego poskromienia inflacji, podczas gdy Chile w sposób nieprzerwany, choć powolny będzie się pięło w górę i zwiększało gospodarczą wiarygodność.

Przypisy:

  1. Por.: http://www.welt.de/wirtschaft/article130331317/Das-ist-ein-programmierter-Genozid.html
  2. Obowiązuje specjalny kurs dolara do peso dla eksportu soi (ok. 6 pesos za dolara, czyli dwukrotnie niższy od rynkowego), co stanowi rodzaj podatku.
  3. Por.: http://www.perfil.com/contenidos/2014/12/12/noticia_0064.html
  4. Por.: http://www.nuevatribuna.es/articulo/america-latina/argentina-renuncio-a-controlar-el-trafico-de-drogas-segun-el-informe-de-la-auditoria-general-de-la-nacion/20130711095927094633.html
  5. http://www.lanacion.com.ar/1712233-la-canasta-basica-se-encarecio-22-en-el-primer-semestre-en-la-capital-federal
  6. Por.: http://www.latribune.fr/opinions/tribunes/20140820trib000845108/ou-vont-les-pays-emergents.html

Rewolta zapatystów w Meksyku – wojowniczy Indianie czy świadomi obywatele?

1 stycznia 1994 r. meksykański stan Chiapas zwrócił na siebie uwagę świata. Wraz z wejściem w życie traktatu ustanawiającego Północnoamerykańską Strefę Wolnego Handlu (NAFTA), którą utworzyły Stany Zjednoczone, Kanada i Meksyk, Indianie z jednego z najbiedniejszych regionów państw-założycieli podnieśli bunt i pod szyldem Zapatystowskiej Armii Wyzwolenia Narodowego (Ejército Zapatista de Liberación Nacional, EZLN) podjęli walkę z państwem meksykańskim.

EZLN to ruch polityczno-wojskowy walczący o interesy grup ludzi zmarginalizowanych, głównie chłopów i ludności rdzennej. Nazwa ruchu odwołuje się do Emiliano Zapaty Salazara (1879–1919), przywódcy partyzantki chłopskiej w czasie rewolucji meksykańskiej, opowiadającego się po stronie najbiedniejszej części społeczeństwa. Aktywność EZLN jest określana jako guerrilla nowego typu, ponieważ w odróżnieniu od wcześniejszych „podobnych” przedsięwzięć (rewolucjonistów kubańskich, Świetlistego Szlaku w Peru, przedsięwzięć Ernesto Che Guevary w Boliwii itd.) nie dąży do zbrojnego przejęcia władzy w państwie. Kładzie nacisk na polityczną mobilizację społeczeństwa obywatelskiego. Zamiast obalać rząd, zapatyści wzywają do oddolnych reform i budowy alternatywnego systemu polityczno-gospodarczego, a ich taktyka opiera się na zdecentralizowanych działaniach zbrojnych, podejmowanych na niewielką skalę.

Zapatyści są produktem lat 90., które wytworzyły w Meksyku nową sytuację. Rok 1992, rocznica „Spotkania dwóch światów” – jak określa się dotarcie Krzysztofa Kolumba do Ameryki – był ważnym momentem dla ruchu indiańskiego. Nastąpił wzrost kontaktów między różnymi grupami etnicznymi, a ludy rdzenne zaczęły silniej akcentować swoją tożsamość. Wcześniej główną ideą odnoszącą się do ich praw był indygenizm, który przyjmował charakter paternalistyczny i miał na celu włączenie autochtonów do społeczeństwa za pomocą naśladowania przez nich głównego nurtu kultury. Lata 90. to natomiast rozkwit indianizmu, zakładającego dążenie do społeczeństwa, w którym Indianie kultywują tożsamość i sami o sobie decydują. Ruch zapatystów, w skład którego wchodzą głównie różne grupy Majów (Tzotzil, Tzeltal, Tojolab’al, Ch’ol, Mam), walczy o ich prawa, solidaryzując się jednak ze wszystkimi zmarginalizowanymi w Meksyku i na świecie.

Geneza i historia

Początków EZLN można upatrywać w guerrilli utworzonej około 1968 r. Zbrojne grupy chciały wywołać narodowe powstanie i sformować socjalistyczny rząd. Ostre represje w latach 70. i 80. doprowadziły do ostrego kryzysu w łonie opozycji. Ci, którzy przeżyli, przyłączyli się do walczących Indian. Ludność rdzenna w Meksyku tworzyła grupy samoobrony dla indiańskich chłopów i bezrolnych pracowników, którzy organizowali się w związki zawodowe i stowarzyszenia dla przeciwdziałania represjom. W 1974 r. w Chiapas miał miejsce kongres Indian – pierwsze oficjalne spotkanie ludności rdzennej nie podlegające silnej presji ze strony rządu. Przyniosło ono rozbudzenie świadomości i powstanie kanałów komunikacji między społecznościami Indian. Wielcy właściciele ziemscy, od wieków żyjący z półniewolniczej pracy ludności, nie zamierzali z niej rezygnować, a państwo nie chciało popierać „dzikich”. 17 listopada 1983 r. założono organizację polityczno-militarną pod nazwą Ejército Zapatista de Liberación Nacional, która była zbrojnym ramieniem ruchu społecznego. Była to grupa samoobrony, która miała przeciwstawić się uzbrojonym bandytom, zatrudnianym przez właścicieli wielkich majątków ziemskich.

EZLN było początkowo tradycyjną organizacją guerrilli, opierającą się na partyzantce wiejskiej, skrytym poparciu miejscowej ludności i potyczkach z małymi oddziałami. Początkowo organizacja miała charakter marksistowski, jednak przeszła transformację. Decyzja o rozpoczęciu wojny w latach 90. spotkała się z uznaniem reprezentantów wspólnot lokalnych, ale była sprzeczna z wolą większości wykształconych kadr miejskich. Wielu marksistowskich intelektualistów opuściło EZLN, które zostało tym samym zdominowane przez ludność miejscową. Był to pierwszy przypadek, w którym szeregowi członkowie guerrilli zadecydowali o kierunku, w jakim ma ewoluować ugrupowanie. Zazwyczaj decyzja ta należała do przywódców partyzantki (comandantes). Tym samym EZLN pozostało pod kontrolą Indian.

Ugrupowanie zyskiwało coraz większe poparcie kosztem innych organizacji chłopskich. Zapatyści dawali nadzieję na zmianę trudnego położenia regionu. Stan Chiapas, mimo bogactw (surowców mineralnych i rozwiniętego rolnictwa), niemal od zawsze znajdował się w trudnej sytuacji ekonomicznej. Był na uboczu wielkich wydarzeń i procesów w Meksyku. Nadmierne podatki, oszustwa, manipulacje prawne i wyzysk gospodarczy były powodem licznych buntów przeciwko właścicielom wielkich majątków. Na początku lat 90. prawie 60 proc. mieszkańców żyło za mniej niż 5 dolarów dziennie, 60 proc. dzieci nie chodziło do szkoły, a analfabeci stanowili 30 proc. obywateli stanu. Polityka władz uderzała w ludność rdzenną i chłopów, co postrzegane było jako kontynuacja wcześniejszych działań kolonizatorów, osadników i latyfundystów. Sytuację pogorszyło zniesienie limitów w imporcie kukurydzy i ochrony cen kawy, co sprawiało, że podstawowe produkty miejscowej gospodarki musiały konkurować z tańszymi z importu. Chiapas, jako jeden z najbiedniejszych stanów Meksyku, miał ponieść szczególnie wysokie koszty porozumienia NAFTA z powodu wycofania subsydiów rządowych, komercjalizacji własności indiańskiej oraz liberalizacji cen artykułów rolnych.

W walce

1 stycznia 1994 r. zapatyści rozpoczęli powstanie zbrojne, które przyniosło im międzynarodową sławę. Od 2 do 5 tys. słabo uzbrojonych rebeliantów – mężczyzn i kobiet, Indian z różnych grup etnicznych, a także Metysów i „miejskich intelektualistów” – zajęło główne miejscowości Chiapas: San Cristóbal de las Casas, Altamirano, Ocosingo, Las Margaritas. Choć kontrola zapatystów nad miastami trwała tylko kilka godzin, udało się im poinformować o swojej walce cały świat.

Przywódca buntowników, subcomandante („wicekomendant”) Marcos, z balkonu ratusza w San Cristóbal de las Casas zadeklarował początek rewolucji. Marcos to jeden z głównych przywódców powstania i rzecznik ruchu. Charakterystycznie ubrany (nieodłączne kominiarka, kapelusz i fajka), poruszający się czarnym motocyklem, przyciąga uwagę mediów. Jest on, co warto podkreślić, rzecznikiem i strategiem ruchu, a nie jego przywódcą. Pewien czas temu zrzekł się tytułu „wicekomendanta”, a w maju 2014 r. ogłosił, że jego osoba była „przebraniem”, hologramem ruchu. W wygłoszonym wówczas przemówieniu zadeklarował, że jego postać schodzi ze sceny, co w żaden sposób nie wpłynęło na działalność zapatystów.

Wypowiedziano wojnę armii i rządowi oraz wezwano obywateli do wspierania walki. Głównymi postulatami były: przeprowadzenie uczciwych wyborów, rezygnacja z nowego modelu ekonomicznego, parcelacja państwowych latyfundiów, zakaz sprzedaży ziemi wspólnotowej. Meksykańska armia przystąpiła do kontrofensywy i powstańcy wycofali się na tereny leśne. W walkach zginęło wtedy po kilkadziesiąt osób z grona powstańców, cywilów, żołnierzy i policjantów, a wojsko prawdopodobnie rozstrzelało kilkudziesięciu pojmanych guerrilleros. Powstanie zwalczały nie tylko siły rządowe (17 tys. żołnierzy), ale także właściciele ziemscy i ich oddziały paramilitarne oraz wywiad i wsparcie taktyczne z USA i Gwatemali. 12 stycznia specjalny wysłannik prezydenta Meksyku doprowadził do rozpoczęcia rozmów pokojowych, a 27 stycznia podpisano porozumienie o zawieszeniu broni, uwolnieniu więźniów i rozpoczęciu negocjacji. W marcu nastąpiła stabilizacja granicy między armią a zapatystami. Rozmowy pokojowe znalazły się w impasie, a rebelianci odrzucili propozycje rządowe.

W lutym 1995 r. miała miejsce nieudana akcja wojsk meksykańskich – porwanie dowódców EZLN. Na ulice wyszło 100 tys. obywateli wyrażających poparcie dla zapatystów. W odpowiedzi siły rządowe rozpoczęły okupację wiosek oraz budowę baz wojskowych na terenie stanu. W marcu parlament Meksyku wprowadził nowe prawo, ułatwiające wznowienie dialogu i załagodzenie konfliktu, oraz utworzył specjalną komisję, mającą wesprzeć negocjacje. Pierwsze spotkanie odbyło się w San Miguel; w kolejnych miesiącach rozmowy były wielokrotnie przerywane i wznawiane. W trakcie negocjacji zapatyści zorganizowali konsultacje ludowe, w których wzięły udział (w całym Meksyku) prawie 2 mln obywateli, w większości popierających plan przekształcenia EZLN w siłę polityczną. Zapatyści zachowali jednak broń.

Głównym punktem dyskusji między władzą a powstańcami w latach 1995–1996 stały się zwyczajowe prawa indiańskie: własne trybunały, kolektywna własność ziemi, język, medycyna tradycyjna, szacunek do natury itd. EZLN zaprosiło do rozmów kilkuset lokalnych, krajowych i międzynarodowych doradców, z których wielu było ekspertami w zakresie praw tubylczych. Osiągnięto konsensus w kwestii praw kulturowych (związanych z odrębnością Indian, sposobem ubierania się, leczeniem, kultem przodków, solidarnością, sakralizacją ziemi itp.) i w lutym 1996 r. podpisano Porozumienia z San Andrés, gwarantujące autonomię ludności rdzennej. Rząd nie dotrzymał jednak obietnic. Problem dotyczył przede wszystkim zachowania własności ziemi w kontekście podejrzeń o istnieniu w Chiapas złóż ropy naftowej. Przez stan przeszła fala przemocy, wbrew przyjętym zobowiązaniom nastąpiły ataki wojska. 23 grudnia 1997 r. doszło do ataku wspieranych przez rząd grup paramilitarnych na wieś Acteal w regionie Altos, zakończonego masakrą 43 cywilów.

Od połowy 1998 r. postępowała demobilizacja ruchu, spowodowana ustaleniem granicy między wojskiem i zapatystami oraz względnym spokojem po ostrych represjach. Nasilenie aktywności nastąpiło dopiero pod koniec 2002 r. W międzyczasie, w grudniu 2000 r., doszło do zmiany władzy. Opozycyjna Partia Akcji Narodowej zwyciężyła w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Zapatyści wyrazili wówczas nadzieję na poprawę współpracy oraz sformułowali prośbę o spełnienie trzech warunków niezbędnych dla kontynuacji dialogu: wypełnienie Porozumień z San Andrés, uwolnienie przetrzymywanych zapatystów i likwidację siedmiu baz wojskowych w regionach zapatystowskich. W lutym 2001 r. zapatyści przemawiali w Kongresie, apelując o gwarancje autonomii dla ludności tubylczej. W kwietniu tego samego roku wprowadzono ustawę dotyczącą uznania praw autochtonów, jednak nie była ona zgodna z najważniejszymi postulatami ruchu indiańskiego. Stany o największym udziale ludności rdzennej odrzuciły reformę, odbierając ją jako kolejną zdradę.

Zapatyści postanowili, że Porozumienia z San Andrés zostaną wprowadzone na terytoriach powstańczych metodą faktów dokonanych. Zawieszono kontakty z rządem federalnym i partiami. Zapowiedziano bojkot rządowych programów i odrzucenie władzy państwa. Utworzono strefy autonomiczne, których rząd nie uznał de iure, ale de facto zmuszony był to uczynić. W ten sposób rozpoczęła się nowa faza działalności zapatistas. Pierwszą odpowiedzią prezydenta Carlosa Salinasa de Gortari było oskarżenie rebeliantów o to, że nie są Indianami; w rządowej propagandzie twierdzono, że zapatyści to agitatorzy z zagranicy, gwatemalscy komuniści itp. W rzeczywistości większość bojowników i sympatyków EZLN to Majowie. Również większość przywódców ruchu (poza Marcosem) należała do ludności rdzennej. Strategia rządu polegała też na izolacji rebeliantów i zwiększeniu militaryzacji stanu Chiapas (wysłano tam 70 tys. żołnierzy). Do stanu, gdzie żyło niespełna 4 proc. populacji kraju, skierowano ⅓ armii. Uwięziono niektórych przywódców EZLN oraz mobilizowano i wspierano grupy paramilitarne. Rząd usiłował podzielić wspólnoty Indian i osłabić poparcie dla zapatystów w regionie. Wszystkie te działania nie przyniosły jednak pożądanych skutków.

Przywódcy EZLN pozostają celem ataków oddziałów paramilitarnych, wspieranych przez lokalną administrację. Przykładem może być wydarzenie z maja 2014 r., kiedy w zasadzce zabito nieuzbrojonego compañero Galeano – działacza oświatowego, mówcę, niezależnego doradcę, zapatystę. Brutalny atak miał na celu sprowokowanie zbrojnego odwetu, co z kolei uzasadniłoby dalsze represje i ataki wojsk rządowych. Celem przemocy są nie tylko partyzanci, ale także działacze społeczni związani z zapatystami.

Największym zagrożeniem z punktu widzenia władz jest sukces autonomii, pokazujący, że inny świat jest możliwy. Po wybuchu rewolucji zwiększono pomoc rządową dla Chiapas, m.in. na opiekę zdrowotną, edukację, rozwój wspólnot, kupno ziemi i subwencje rolnicze. Wszystkie działania prowadzone były odgórnie, bez konsultacji społecznych. Równolegle dążono do zniszczenia EZLN, odizolowania go od ludności cywilnej oraz zdobycia jej poparcia. Rząd chciał przede wszystkim zakończyć „stan wojny” i powrócić do „normalności”, co oznaczało dla niego stan sprzed rewolucji, a więc taki, który był przyczyną jej wybuchu.

Ideologia, postulaty i metody walki

Korzeni zapatyzmu można doszukiwać się w socjalizmie, municypalizmie (decentralizacji, samorządności, konfederacji miast), ruchu Indian i teologii wyzwolenia. Zwłaszcza ta ostatnia odegrała dużą rolę w krystalizacji oblicza ruchu. Księża katoliccy nie tylko wspierali i legitymizowali działania opozycyjne, ale także pomagali kształcić aktywistów chłopskich, choć przeciwstawiali się walce zbrojnej.

Zapatismo stanowi kombinację dwóch elementów. Pierwszy to tradycyjny światopogląd Majów, postrzegających świat jako twór zróżnicowany kulturowo, ale zarazem oparty na fundamencie uniwersalnych wartości oraz dialogu. Prowadzi to do odnalezienia wspólnego języka i konsensusu, który pozwala zbudować lepszy świat. Drugi nurt to natomiast alterglobalizm i krytyka neoliberalizmu. Ruch zapatystów to nowy, postmodernistyczny nurt guerilli (guerilla posmoderna). Zaprzestali używania siły inaczej niż w samoobronie, przy atakach wojska, policji czy oddziałów paramilitarnych na ich pozycje. Rozwiązania militarne miały także pozostać możliwym do wykorzystania sposobem na zwrócenie uwagi elit rządzących.

Nie uważają się za rewolucjonistów, lecz za buntowników (rebeldes), których motywacją jest dążenie do demokracji i sprawiedliwości. Nie chcą władzy, ich hasłem jest: „Dla wszystkich wszystko, dla nas nic” (Para todos todo, para nosotros nada). Ruch zapatystów uznał społeczeństwo za „katalizator demokratycznego przełomu w Meksyku”. Chciał zmobilizować obywateli przeciwko elitom oraz budować autentyczny samorząd lokalny. Jak stwierdził subcomandante Marcos: to społeczeństwo obywatelskie musi przekształcić Meksyk – my jesteśmy tylko małą częścią tego społeczeństwa, uzbrojoną częścią – naszą rolą jest bycie gwarantami przestrzeni politycznej, której to społeczeństwo potrzebuje.

Ideologia zapatystów koncentruje się wokół sprzeciwu wobec neoliberalizmu oraz rozwijania autentycznej, oddolnej demokracji. Są przeciwni globalizacji, wolnemu rynkowi, elitom finansowym. W swoich deklaracjach stwierdzają, że: Kapitalizm wraz z neoliberalną globalizacją niszczy państwa, które zdobywa, ale także dostosowuje i zmienia wszystko na swój sposób, który przynosi mu korzyści i pozbywa się sprzeciwu. […] niszczy to, co stanowi o tych państwach, niszczy ich kulturę, ich język, ich system gospodarczy, ich system polityczny, a także zależności między mieszkańcami tych państw. Uważają, że globalny neoliberalizm przekształca świat w jeden „kraj”, w którym podstawową wartość stanowi kapitał. Tradycyjne przekonania ludności rdzennej dotyczące podboju, wyzysku, eksploatacji, ucisku i wykluczenia zostały więc powiązane z poglądami na porządek globalny. Zapatyści chcą walczyć ze skutkami reform gospodarczych oraz z istniejącym porządkiem geopolitycznym. Ich ideologię cechuje wyraźny dualizm: decydującą rolę odgrywają podziały między globalną finansjerą i biznesem a lokalnymi grupami etnicznymi, między bogatym centrum a biednymi peryferiami, między rządem a obywatelami. Wierzą, że istnieje alternatywa: system oparty na realnej równości szans obywateli i narodów.

Sprzeciwiają się polityce w takim kształcie, jaki zakłada demokracja przedstawicielska. Czy mówimy, że polityka nie służy żadnemu celowi? Nie, chcemy powiedzieć, że TAKA polityka nie służy żadnemu celowi. Nie służy, ponieważ nie bierze pod uwagę ludzi, nie słucha ich, ignoruje, a zbliża się do nich tylko na czas wyborów. Zapatyści chcą działać inaczej: zamierzamy słuchać i rozmawiać bezpośrednio, bez mediatorów, ze zwykłymi i skromnymi Meksykanami i, zgodnie z tym, co usłyszymy i czego się dowiemy, […] zaczniemy budować, razem z tymi ludźmi […] narodowy program walki […] o sprawiedliwość, demokrację i wolność dla ludu meksykańskiego […] spróbujemy innej drogi uprawiania polityki.

Inny z celów to dbałość o interesy różnych grup etnicznych, społecznych, religijnych i ideologicznych, żeby w ten sposób budować solidarną wspólnotę. Domagają się więc tolerancji i gwarancji praw ludności indiańskiej do zachowania różnic kulturowych, etnicznych i ideologicznych. Zabiegają także o prawa i lepszy los robotników rolnych i przemysłowych, ludzi zmarginalizowanych, studentów, kobiet, młodych ludzi, mniejszości seksualnych, księży, zakonnic i ludzi świeckich, którzy wspierają lud w jego walce, działaczy ekologicznych oraz aktywistów społecznych, poświęcających życie walce o lepszy los ludzi wyzyskiwanych. Odwołują się do tradycji indiańskiej demokracji wspólnotowej i walczą z wykluczeniem i autorytarnym podejmowaniem decyzji. Dążą do zapewnienia wszystkim obywatelom pracy, ziemi, mieszkań, żywności, opieki zdrowotnej, bezpłatnej edukacji.

Ważnym elementem koncepcji zapatystowskich jest także szacunek dla natury. Na terenach kontrolowanych przez EZLN nie używa się pestycydów, nie buduje zapór wodnych, nie wycina lasów. Indianie promują ekoturystykę i zrównoważony rozwój. Terytoria przez nich zarządzane to lasy o jednym z największych na świecie wskaźników różnorodności biologicznej. Majowie od wieków prowadzili zrównoważoną gospodarkę wiejską w taki sposób, aby jednocześnie chronić różnorodność biologiczną oraz produkować żywność potrzebną do przetrwania lokalnych społeczności. Według miejscowej kosmowizji Indianie stanowią jedność z naturą i mają obowiązek chronić jej równowagę, gdyż śmierć ekosystemu oznaczać będzie także śmierć dla nich.

Komunikacja i symbole

Bardzo ważne miejsce w działaniach EZLN zajmuje podejście do komunikacji ze światem. Ruch zapatystów nazywany jest pierwszym ruchem informacyjnym lub postmodernistycznym. Od początku zapewniono mediom stosunkowo wolny dostęp do informacji o działalności zapatystów, nawet w strefach objętych działaniami zbrojnymi, a także do kwater głównych ruchu. Dzięki temu wytworzyła się sytuacja, w której istniało wielu nadawców informacji i nikt nie był w stanie kontrolować ich przepływu. Media alternatywne demaskowały rządową propagandę, wywierając nacisk na oficjalne ośrodki informacyjne. Raporty dziennikarzy, działaczy humanitarnych, obserwatorów religijnych i indiańskich potwierdzały wersje zapatystowskie i obciążały meksykański rząd.

Główną bronią zapatystów stało się słowo, rozpowszechniane dzięki relacjom z prasą międzynarodową i użytkownikami internetu. Wykorzystywano różne środki przekazu. Zapatyści publikowali także communiqués dla prasy, deklaracje (tzw. Deklaracje z Selwy Lakandońskiej – główne manifesty ideologiczne ruchu), książki, eseje, wywiady, artykuły, opowiadania. Zwoływali konferencje prasowe, organizowali marsze (m.in. do stolicy) i masowe zebrania. Uwagę przyciągały także przypadki uwalniania więźniów, konsultacje społeczne, publiczne głosowania i proces podejmowania decyzji we wspólnotach zapatystowskich. Społeczeństwo obywatelskie zostało uznane przez zapatystów za największego sprzymierzeńca i wiele wysiłków poświęcono nie tylko propagowaniu inicjatyw EZLN, ale także wymianie poglądów i doświadczeń. W dużej mierze dzięki temu udało się zapobiec represjom wojska i oddziałów paramilitarnych wobec ludności cywilnej Chiapas.

Indianie zyskali światowy rozgłos i miliony zwolenników. Nacisk międzynarodowej opinii publicznej sprawił, że rząd meksykański został zmuszony do ustępstw: negocjacji, ograniczenia represji, zwrócenia uwagi na prawa ludności. Zagraniczne wsparcie przyjmowało różne formy: od czysto moralnego, przez polityczne, po pomoc materialną (leki, ubrania, opatrunki, komputery itd.).

Bardzo ważnym elementem symboliki zapatystów jest czarna kominiarka. Ma ona pokazać, że do ich grona może przystąpić każdy, bez względu na kolor, płeć czy przynależność etniczną – wszystko to znajduje się pod spodem i jest nieważne, liczy się tylko chęć wspólnej walki. Kominiarka podkreśla też jedność ruchu oraz ma chronić przed represjami ze strony rządu, gdyż zapewnia anonimowość. Sprawia również, że wizerunek polityka/lidera jest nieistotny – liczy się tylko jego skuteczność i to, jak spełnia obowiązki powierzone mu przez obywateli.

Świat kupił chwytliwy wizerunek zrewoltowanych autochtonów. Fotogeniczni Indianie, często pozujący do zdjęć, noszący kolorowe ubrania, kominiarki, balaclavas (chusty na twarzy i szyi) itp., przyciągają uwagę mediów. Zapatystowskie wspólnoty pełne są murali z Che Guevarą, Zapatą, Matką Boską z Guadalupe z balaclava na szyi oraz rewolucyjnymi hasłami.

Autonomia i ustrój

Gdy mowa o ustroju wprowadzonym przez zapatystów, musimy mieć na uwadze dwie kwestie: strukturę organizacyjną samego EZLN oraz autonomie municypalne tworzone na obszarach zapatystowskich.

Struktura zbrojnego ramienia zapatystów składa się z trzech poziomów: 1) baz wsparcia (bases de apoyo), złożonych z organizacji, które zapewniają EZLN zaplecze logistyczne i ekonomiczne, 2) członków milicji, którzy mają okresowe szkolenia wojskowe i mogą być powołani do służby w zależności od potrzeb, 3) powstańców, którzy są na stałej służbie, zorganizowani według rang i uzbrojeni. Najwyższy szczebel to Dowództwo Generalne (Comandancia General), na której czele stał subcomandante Marcos, a obecnie jest to subcomandante insurgente Moisés. Struktura polityczna jest połączona z militarną na najwyższym szczeblu, ale opiera się na zorganizowanych oddolnie organizacjach delegatów i na zgromadzeniach lokalnych, a kończy na Tajnym Rewolucyjnym Komitecie Indiańskim (Comité Clandestino Revolucionario Indígena, CCRI). Jest on sformowany spośród cywilnych przywódców obojga płci z każdej z 11 autochtonicznych grup oraz z Metysów. Komitet reprezentuje najwyższą władzę polityczną w ruchu i sprawuje zwierzchnictwo także nad Dowództwem Generalnym EZLN. Zadaniem komitetu jest dowodzenie operacjami wojskowymi, a do 2003 r. odpowiadał on również za sprawy cywilne. W lipcu tegoż 2003 r. doszło do reformy: CCRI zachowało wojskowe i polityczne funkcje, ale kwestiami gospodarczymi i cywilnymi oraz usługami dla ludności zajęły się organy cywilne. Wojskowe skrzydło zapatystów znalazło się więc pod kontrolą obywateli i w zasadzie utraciło decyzyjność, zachowując jedynie funkcję doradczą.

Niektórzy twierdzą, że zapatyści demokrację mają we krwi, ponieważ są Indianami. Ma to związek z funkcjonującą od wieków romantyczną wizją Indianina – dumnego, wolnego, posiadającego szczególne relacje z naturą. Należy jednak pamiętać, że w praktyce demokracja zapatystowska pozostaje kwestią problematyczną. Wiele wspólnot żyjących w Chiapas cechuje system autokratyczny. Co więcej, zapatyści mieli początkowo charakter nie tubylczy, lecz chłopski i meksykański. W zasadzie nie wiadomo do końca, na ile EZLN funkcjonuje w zgodzie z głoszonymi przez siebie demokratycznymi regułami, ponieważ ma ono charakter półjawny, a groźba represji państwa powoduje, że wiele informacji musi być trzymanych w tajemnicy. Inaczej jest z systemem wspólnot zapatystowskich, których funkcjonowanie zostało zbadane.

Gdy kolejne rundy negocjacji z rządem nie przyniosły rozwiązania konfliktu i konkretnych zmian legislacyjnych, zapatyści skoncentrowali się na tworzeniu autonomicznych rządów we wspólnotach lokalnych w tych strefach, nad którymi utrzymali kontrolę. W rezultacie powstały 32 autonomie zapatystowskie (Municipios Autónomos y Rebeldes Zapatistas; MAREZ), do których należy ponad 2200 wspólnot, zamieszkanych przez ok. 100 tys. ludzi. Poprzez system komunalnych zebrań i narzędzia demokracji uczestniczącej organizują one ochronę zdrowia i edukację oraz nadzorują system sprawiedliwości i redystrybucji. Ich strategia polega na samoorganizacji przeciwko niesprawiedliwemu i skorumpowanemu systemowi politycznemu, bez użycia przemocy. W systemie tym każdy może brać bezpośredni udział w rządach. Warunkiem jest posłuszeństwo wobec wspólnoty, która go wybrała – innymi słowy, funkcjonuje tu mandat imperatywny. Rozwiązanie to polega na tym, że nikt z zewnątrz nie przychodzi tu, by rządzić, ale to sami ludzie decydują miedzy sobą, kto i jak będzie rządził, a jeśli nie jest posłuszny – musi odejść. Jest to tzw. zarządzanie przez posłuszeństwo (mandar obedeciendo), wyrażające całkowitą zależność władzy wykonawczej od decyzji ustalonych przez obywateli.

Model zapatystowski to wizja oddolnej demokratyzacji rozwijana na poziomie wiosek. System jest tak skonstruowany, żeby mieszkańcy mieli jak największy wpływ na proces podejmowania decyzji. Podczas zgromadzeń w wioskach każdy ma prawo głosu, niezależnie od płci, wieku czy przynależności etnicznej. Decyzja podejmowana jest 66-procentową większością głosów, co wymaga większej jednomyślności niż 50 proc. znane z demokracji przedstawicielskiej. Zawsze jednak dąży się do konsensusu i próbuje wypracować rozwiązanie, które odpowiada wszystkim.

Istotne problemy są omawiane z innymi wspólnotami zapatystowskimi poprzez system konsultacji i ponadlokalnych zgromadzeń. Organizuje się też zgromadzenia regionalne. Żadna ważna decyzja strategiczna czy polityczna nie może być podjęta bez przedyskutowania i przyjęcia przez wszystkie zgromadzenia. Podjęcie ważnych decyzji zabiera zwykle ok. 6 miesięcy. Lokalne zgromadzenia rozstrzygają natomiast wszelkie kwestie dotyczące życia danej wspólnoty oraz organizują wybory do rządu zapatystowskiego. Obecność na zebraniach wspólnotowych jest obowiązkowa dla wszystkich ludzi starszych niż 12 lub 15 lat – usprawiedliwienie nieobecności stanowić mogą tylko praca lub choroba. Zebrania gromadzą zwykle od 50 do 200 ludzi, zależnie od wielkości wspólnoty. Ich przebieg jest zawsze podobny: tzw. koordynator wyjaśnia problem, toczy się dyskusja (która może mieć różny przebieg), zazwyczaj wyłania się kilka pomysłów czy propozycji i koordynator je podsumowuje. Potem uzgadnia się wspólne stanowisko. Na zgromadzeniach każdy może się wypowiedzieć, a podjęcie decyzji poprzedzają niekiedy długie debaty. Panują przy tym zasady pełnej otwartości i wolnego przepływu informacji.

Zgromadzenia mieszkańców wybierają dwie lub cztery osoby reprezentujące ich w samorządach obejmujących po kilkanaście wsi. Reprezentanci wybierani są w jawnym i otwartym głosowaniu na 1–3 lata. Zmieniają się co 7–10 dni tak, aby mieć możliwość prowadzenia swoich gospodarstw lub innej działalności. Dodatkowo każda wspólnota wspiera przedstawicieli za pomocą projektów wspólnotowych (głównie związanych z hodowlą), a także opiekując się ich gospodarstwami, dostarczając żywność lub opłacając transport, kiedy pełnią oni funkcje publiczne. Te ostatnie są bowiem zajęciami nieodpłatnymi. Wprowadzono też mechanizm rotacji, by zabezpieczyć zgromadzenia przed przerostem władzy personalnej.

W zapatystowskiej strefie wpływów utworzono 5 regionalnych centrów (caracoles), które koordynują działania rządu cywilnego, zarządzają stosunkami z zagranicą, funduszami i projektami poprawy usług dla ludności oraz organizują plany produkcyjne dla zaspokojenia podstawowych potrzeb ludności. Mieszkańcy przy pomocy zapatystów sami tworzą i zajmują się sprawami edukacji, zdrowia i pracy. Nie ma tam narzucania decyzji ani rozwiązywania problemów za kogoś. Niektóre usługi, jak edukacja, ochrona zdrowia czy żywność, dostępne są także dla nie-zapatystów – ludzi, którzy nie biorą udziału w systemie i nie deklarują związku z ruchem.

W 2003 r. powołano Zgromadzenia Dobrych Rządów (Juntas de Buen Gobierno) – po jednym w każdym centrum zapatystowskim. Przejęły one od EZLN funkcje administracyjne we wspólnotach. Podział administracyjny autonomii zapatystowskich jest inny niż rządowy, ma na celu równą dystrybucję usług, dóbr oraz pomocy z zewnątrz. Caracoles stały się w efekcie centrami administracyjnymi i przejęły formalne kontakty ze światem zewnętrznym. Zadania Zgromadzeń to natomiast koordynacja działalności gmin, ułatwienie wymiany informacji, mediacje. Miały one pokazać m.in., że do sprawowania władzy nie trzeba „profesjonalnych polityków” i każdy nadaje się do uczestnictwa w rządzie – tym, czego chcemy uniknąć, jest sytuacja, w której polityka jest uprawiana przez profesjonalistów i przekształca się w zawód czy sposób życia. Ustrój jest elastyczny: zasady, które się nie sprawdzają, są zmieniane przez wspólnoty. Decyzja obywateli ma tu zawsze charakter nadrzędny wobec istniejących reguł.

Zapatyści nie akceptują przejawów obecności państwa meksykańskiego na swoim terenie. Obywatele sami stanowią prawo i domagają się uznania przez państwo tradycyjnych indiańskich procedur, związanych ze sposobem życia, organizowaniem się, kolektywnym podejściem do pracy i podejmowania decyzji. Zapatystowskie struktury władzy są równoległe i konkurencyjne wobec rządowych. Organy autonomii pozostają w konflikcie z oficjalną władzą, zwłaszcza w kwestii kontroli nad surowcami naturalnymi oraz wymiaru sprawiedliwości i edukacji. Zapatyści i ich sympatycy stosują wobec oficjalnych instytucji bierny opór oraz wielowymiarowy bojkot, w tym podatkowy. Nie biorą także udziału w wyborach. Do roku 1997 zapatyści byli radykalnie przeciwni rządzącej partii i nakłaniali do głosowania na opozycję, jednak później zaprzestali udziału w wyborach i konsekwentnie wzywali do ich bojkotu. Odmówili zgody na umieszczenie na swoim terenie urn i zbrojnie odpierają próby narzucenia im obowiązku wyborczego (w Meksyku, jak w wielu państwach Ameryki Łacińskiej, funkcjonuje przymus wyborczy).

Odrzucają też wsparcie finansowe od agend rządowych. Jak sami twierdzą: Oczywiście, że brak akceptacji dla rządowej „pomocy” jest czasami trudny – bardzo trudny. Ale to, co oznacza dla nas „pomoc”, to mówienie nam, jakie są nasze problemy, narzucenie nam ich modelu rozwoju, mówienie nam, jak powinniśmy żyć […], często oznacza to przeniesienie na bardziej zurbanizowane tereny albo w miejsca, gdzie możemy po prostu zostać zapomniani. Obywatele Chiapas nie chcą jałmużny, lecz szansy na stworzenie innej rzeczywistości dla siebie samych. Odrzucenie programów socjalnych państwa nie oznacza, że zapatyści dążą do secesji czy autarkii, ale ma być sprzeciwem wobec braku uznania państwa dla ich praw obywatelskich i postulatów. Wspólnoty otrzymują natomiast wsparcie od organizacji pozarządowych. Samowystarczalność wiosek i lokalnie wybranej administracji uzupełnia więc globalna sieć organizacji humanitarnych.

W 2005 r. rozpoczęto tzw. Inną Kampanię (Otra Campaña), czyli projekt, w ramach którego meksykańskie społeczeństwo obywatelskie poznaje i uczy się, z pomocą zapatystów i ich sympatyków, alternatywnych metod uprawiania polityki i zarządzania wspólnotą. Inicjatywa miała na celu m.in. zerwanie z marginalizowaniem Indian i innych poszkodowanych grup. Skierowana była zaś do tych, którzy są „na dole i po lewej” w strukturze społecznej. Zapatyści chcieli w ten sposób wyjść ze swoimi ideami poza caracoles i pokazać całemu Meksykowi, że ich system może skutecznie zwalczać korupcję, nepotyzm, klientelizm i wyzysk.

Podsumowanie

W regionie Chiapas trwa nieprzerwana walka zapatystów z armią meksykańską. Wojna jest określana jako „konflikt o małym nasileniu”. Od 1994 r. ginie tam około 100 osób rocznie. Jednocześnie postępuje pauperyzacja ludności Chiapas, co powoduje z kolei radykalizację jej dążeń. Zapatystów jest prawdopodobnie mniej niż kilkanaście lat temu, ale też jest to ruch o trwałym charakterze, do którego przystępują wciąż nowi członkowie.

Według niektórych danych sytuacja społeczna w Chiapas pogarsza się – zwiększa się ilość analfabetów, biednych (78 proc. obecnie w porównaniu z 75 proc. w roku 1994), niedożywionych (48 proc. obecnie w porównaniu z 46 proc. w roku 1990). Trudno powiedzieć, na ile są to skutki polityki rządu i neoliberalizacji, a na ile porażka projektów zapatystów. Należy pamiętać, że obszar kontrolowany przez rebeliantów to tylko część Chiapas, a pogarszająca się sytuacja w regionie może świadczyć w równym stopniu o błędach zapatystów, co o fiasku rządowej polityki socjalnej.

Z drugiej strony, dzięki współpracy między wspólnotami udało się rozwiązać wiele problemów. Skutkiem działalności EZLN jest uznanie wielokulturowego charakteru Meksyku, nadanie nowych praw Indianom i wzrost szacunku dla tej grupy etnicznej. Sami Majowie twierdzą: Nie jesteśmy tymi, którzy oczekują łaski i jałmużny od tych, którzy udają, że pomagają, podczas gdy w rzeczywistości – kupują, i którzy nie ułaskawiają, ale poniżają tych, którzy przez samo istnienie wyrażają bunt i stanowią dla nich wyzwanie. We wspólnotach indiańskich zreformowano działanie służby zdrowia i oświaty. Wydano podręczniki szkolne w językach tubylczych. Trwa walka z biedą, brakiem ziemi, niedożywieniem, niewystarczającą opieką medyczną i analfabetyzmem. Są to problemy, które mają źródło w podboju Meksyku przez Hiszpanów, w polityce Europejczyków wobec regionu, we wpływach Stanów Zjednoczonych oraz w polityce kolejnych rządów meksykańskich – i nie da się rozwiązać ich z dnia na dzień. Za sukcesy na terenach autonomicznych uznaje się stopniowy spadek absencji szkolnej, niedożywienia i śmiertelności niemowląt, a także zmniejszenie zasięgu alkoholizmu i przemocy domowej. Są także pozytywne wskaźniki dotyczące warunków życia, związane ze zmniejszeniem przeludnienia, poprawą warunków mieszkaniowych czy dostępem do wody. Tutaj również trudno powiedzieć, czy dzieje się tak dzięki sytuacji w caracoles, czy też jest to szerszy proces, obejmujący cały region.

Trudno przewidzieć, jak będzie wyglądała przyszłość zapatismo. Wydaje się, że ruch ten jest na tyle trwałym zjawiskiem, iż dalej będzie się rozwijał, choć prawdopodobnie bez spektakularnych akcji czy radykalnego zwiększenia poparcia. Przykładem na to, że zapatyści nadal działają, może być cichy marsz około 20 tys. zapatystów w październiku 2014 r. w proteście przeciwko „zniknięciu” i najprawdopodobniej zamordowaniu 43 studentów, o co oskarża się lokalne władze i policję współpracującą z lokalnym gangiem narkotykowym.

Warto pamiętać o postawie tysięcy zwykłych ludzi, którzy chwycili za broń: karabin (często będący jedynie drewnianą atrapą), słowo i działanie, aby walczyć o swoje przekonania i zrzucić jarzmo niewoli. Jak twierdzą zapatyści w jednym z manifestów: ludzie, którzy nie kontrolują swoich przywódców, są skazani na bycie niewolnikami, a my walczymy o to, aby być wolnymi, a nie o zmianę pana co 6 lat.

Dlaczego jesteśmy zapracowani?

Podczas niedawnej konferencji w Paragwaju Carlos Slim Helú – rywalizujący z Billem Gatesem o tytuł najbogatszego człowieka na Ziemi – rzucił postulat skrócenia tygodnia pracy do trzech dni. Niezależnie od tego, co pracownicy mieliby dać w zamian, jego głośna propozycja skłania do refleksji na temat tego, dlaczego przy nieustającym wzroście wydajności pracy cały czas pracujemy tak długo.

Propozycja Slima brzmi świetnie – każdy wyobraża już siebie odtrąbiającego weekend w środowe popołudnie. Ale zaraz przychodzi refleksja: nie ma darmowych obiadów. Życiowe doświadczenie podpowiada nam, że jeśli za zmianę trzeba zapłacić, to ponoszącymi koszty będziemy ostatecznie my sami. Gdybyśmy chcieli pracować na pół etatu, to byśmy takiej pracy szukali – tyle że zdecydowana większość z nas nie zdołałaby się utrzymać za połowę aktualnej pensji.

Jednak wizja multimiliardera nie musi być postrzegana jak science fiction – zakłada on, że dzień pracy wydłużyłby się do 11 godzin. Jeśli pracujemy aktualnie 8 godzin przez pięć dni, to łatwo wyliczyć, że tydzień pracy skróciłby się z 40 do 33 godzin, czyli o 7 godzin (17,5%). Jeśli nie oczekujemy manny z nieba, powinniśmy spodziewać się zmniejszenia poziomu wynagrodzeń o zbliżoną wielkość, czyli o prawie 1⁄5 – co dla wielu mieszkańców Zachodu (oraz krajów aspirujących do standardu i dochodów Zachodu) byłoby zapewne do przyjęcia. Co ciekawe, skrócenie tygodnia pracy do wymiaru 4⁄5 etatu jest właśnie tematem dyskusji Brytyjczyków, których zainspirowały teksty opublikowane m.in. na łamach „The Observer”. Namawiały one tych, których na to stać, do poświęcenia 1⁄5 dochodów poprawie jakości życia: zdrowia, relacji z rodziną, życia towarzyskiego i społecznego.

Drugi element koncepcji meksykańskiego potentata o libańskich korzeniach może być nieco trudniejszy do przełknięcia: zakłada on, że pracować będziemy do siedemdziesiątki (kobiety i mężczyźni). To, że moglibyśmy odpoczywać po pracy aż cztery dni, ma nas przekonać, że bylibyśmy w stanie fizycznie unieść trud pracy o kilka lat dłużej niż do tej pory. Jego ideę można więc zinterpretować przede wszystkim jako interesujący sposób na ocalenie systemów emerytalnych w ich obecnym schemacie oraz – i tu robi się ciekawiej – na redystrybucję pracy. Żyjemy bowiem w świecie, w którym w sytuacji stałego wzrostu wydajności pracy (napędzanego robotyzacją, automatyzacją, oprogramowaniem, lepszą organizacją) zasoby tejże pracy zdają się kurczyć. Z drugiej strony coraz częściej dostrzegamy problem zaburzenia równowagi między życiem zawodowym a rodzinnym/prywatnym – wiele osób skarży się, że na to drugie brakuje im czasu i sił. Skoro jednak wielu z nas stać na to, by pracować mniej, to dlaczego pracujemy tak dużo, poświęcając inne ważne dla nas sprawy?

Plusy i minusy krótszego tygodnia pracy

Dotychczas kwestia skracania czasu pracy pojawiała się za sprawą samoorganizacji pracowników (i szerzej: obywateli) domagających się limitowania zapędów pracodawców i regulowania czasu pracy oraz wynagrodzeń za nadgodziny. Równolegle do takich ruchów skłaniała rosnąca zamożność społeczeństw oraz przekonanie, że przy wyższym poziomie dochodów warto pokusić się o więcej wolnego czasu – bo sprzyja on większej konsumpcji (wzrost gospodarczy) oraz ma wpływ na stan zdrowia społeczeństwa.

Nie brakuje ekonomistów, którzy twierdzą, że nieznaczne skrócenie tygodnia pracy może być racjonalne także dla pracodawców. Mniej zmęczony pracownik jest bowiem bardziej kreatywny i wydajny, krótsze przebywanie w pracy sprzyja dyscyplinie (nie ma potrzeby załatwiania prywatnych spraw w godzinach pracy), mniej zestresowani pracownicy rzadziej chorują… W praktyce efekty bywają różne: doświadczenia Szwedów z miasta Kiruna1 oraz Francuzów, którzy przez kilka lat cieszyli się krótszym tygodniem pracy (35-godzinnym) pokazały, że pracownicy nadrabiają brakujące roboczogodziny dodatkowym wysiłkiem, co potrafi skutecznie eliminować korzyści w zakresie zdrowia i poziomu stresu. Tomasz Kasprowicz, publicysta portalu Obserwator Finansowy, zestawił szereg badań dotyczących problemu, które pokazują rozmaite efekty takiej operacji:

  • Crépon i Kramarz (2002 r.) na przykładzie Francji (obniżenie czasu pracy z 40 do 39 godzin) wykazują utratę pracy przez 2–4 proc. pracowników, szczególnie tych o wyższych pensjach;
  • Gonzaga i inni (2003 r.) na przykładzie Brazylii (obniżenie czasu pracy z 48 do 44 godzin) – brak wpływu na bezrobocie;
  • Hunt (1999 r.) na przykładzie Niemiec pokazuje spadek zatrudnienia w branżach dotkniętych wynegocjowanymi redukcjami czasu pracy;
  • Skans (2004 r.) na przykładzie Szwecji (5-procentowe zmniejszenie tygodniowego wymiaru czasu pracy w przemyśle wydobywczym i firmach produkcyjnych) wykazuje spadek liczby przepracowanych godzin;
  • Skuterud (2007 r.) na przykładzie Kanady (obniżenie tygodniowego czasu pracy z 44 do 40 godzin w prowincji Quebec) bez wpływu na bezrobocie, choć liczba przepracowanych godzin spadła;
  • Varejão (2006 r.) na przykładzie Portugalii (obniżenie tygodniowego czasu pracy z 44 do 40 godzin) wykazuje marginalny spadek bezrobocia;
  • Estevão i Sá (2008 r.) na przykładzie Francji (obniżenie czasu pracy z 39 do 35 godzin) wykazuje zmniejszenie liczby przepracowanych godzin i zwiększenie ryzyka utraty pracy.

W połowie powyższych analiz skracanie tygodnia pracy skutkowało niewielkim, ale zauważalnym zwiększeniem bezrobocia. Choć trzeba podkreślić, że odbywało się to bez ułatwienia pracodawcom obniżenia wynagrodzeń proporcjonalnie do zmiany liczby roboczogodzin w tygodniu. Problem wydaje się bardzo złożony, a efekty reformy zależą od wielu czynników osadzonych na poziomie prawnym, kulturowym i ekonomicznym.

Niechętne dzielenie się pracą

W każdym kraju rozwiniętym istnieje możliwość legalnego zatrudnienia na ułamek etatu. W 2013 r. w krajach OECD – w których mieszka prawie 1,3 mld ludzi i na które przypada ok. 45% PKB globu – na pół, ćwierć lub inny ułamek pełnoetatowego kontraktu zatrudnionych było 16,8% pracujących. W Unii Europejskiej (0,5 mld ludności i 17% globalnego PKB) takich osób było zaś 32,7%. Z jednej strony można powiedzieć, że to całkiem sporo – szczególnie zwracając uwagę na wskaźniki wybranych krajów, takich jak np. Holandia (38,7% wg metodyki OECD), Szwajcaria (26,4%), Australia (24,8%) czy Wielka Brytania (24,5%). Z drugiej strony nie brakuje krajów, gdzie przy zbliżonym poziomie wynagrodzeń i PKB per capita zjawisko „part time job” jest znacznie mniej rozpowszechnione. W Korei Południowej jest to 11,1%, w Stanach Zjednoczonych – 12,3%, w Fin­landii – 13,0%, a we Francji – 14,0%. Dla porządku warto zaznaczyć, że Polska z udziałem niepełnoetatowego zatrudnienia na poziomie 7,7% jest na piątym miejscu wśród krajów OECD, w których występuje ono najrzadziej (ustępujemy Rosji, Węgrom, Czechom i Łotwie).

Dlaczego to rozwiązanie nie stało się furtką dla masowego zmniejszenia obciążenia pracą i w konsekwencji zyskania wolnego czasu, jaki można przeznaczyć na odpoczynek, działania społeczne lub zacieśnienie więzi z bliskimi?

Przyczyn może być kilka. Po pierwsze i najważniejsze – poziom dochodów. Łatwo zauważyć korelację między pułapem wynagrodzeń a popularnością pracy niepełnoetatowej. Jeśli np. z ⅔ etatu nie można się utrzymać, to pracownicy starają się znaleźć pracę na cały etat. Nie może dziwić, że wśród rekordzistów OECD jeśli chodzi o wysoki udział ułamkowych etatów dominują państwa, w których zarabia się najwięcej na świecie.

Po drugie – względy kulturowe. Definiują one podział ról między płciami, ale także to, w jaki sposób postępujemy z dostępnym nam czasem. W Korei Południowej i Japonii duża część kobiet zajmuje się domem. W dużej części krajów zachodnich, np. w Wielkiej Brytanii, Holandii i Szwecji, coraz popularniejsze jest natomiast bardziej symetryczne dzielenie się obowiązkami domowymi i opieką nad dziećmi. Prowadzi to w pierwszym rzędzie do większego wskaźnika zatrudnienia kobiet (w tym zatrudnienia na część etaty), a w drugiej fazie może prowadzić także do rezygnacji z części etatu również przez ojców – akcja nawołująca panów do przejścia na 4⁄5 etatu przetoczyła się niedawno przez Zjednoczone Królestwo.

Po trzecie w końcu – polityka państwa. Nie ulega wątpliwości, że zatrudnienie dwóch osób na pół etatu jest dla pracodawcy bardziej kosztowne niż jednej na cały etat. Gdzie istnieją różne formy promowania i wspierania niepełnoetatowego zatrudnienia (np. Holandia, Niemcy), tam jest ono popularniejsze. Promocja ta, połączona z polityką ułatwień dla matek małych dzieci, prowadzi czasem do wyraźnej popularyzacji zatrudnienia na część etatu. W Holandii na niepełny etat zatrudnionych jest 77% pracujących kobiet, w Szwajcarii – 61%, a w Niemczech – 46% (dane Eurostatu).

Dzielenie etatów jest także jednym z pomysłów na spadającą liczbę miejsc pracy w nowoczesnych gospodarkach. Koncepcja ta miała być także odpowiedzią na kryzys. Trzeba jednak zauważyć, że można ją z sukcesem realizować tam, gdzie rozwiązane zostaną problemy na trzech wspomnianych poziomach:

  • praca na część etatu musi dawać wystarczający poziom dochodów, by pozwalać na poziom konsumpcji, jaki narzuca nam presja społeczna,
  • powinna pasować do ogólnie przyjętego modelu funkcjonowania jednostki w społeczeństwie,
  • nie może być odrzucana przez pracodawców, którzy wymagają różnych form zachęty dla częstszego stosowania part time job.

Ci ostatni mogą wprawdzie przyjąć takie rozwiązanie jako standard pod wpływem sił rynkowych, ale tylko w okolicznościach wyjątkowo sprzyjających pracownikom – a na takie w nadchodzących latach raczej nie mamy co liczyć.

Prognoza Keynesa na 2028 rok

Na długość tygodnia pracy warto jednak popatrzeć z innej strony i zadać pytanie: dlaczego ciągle pracujemy tak długo? Nasi przodkowie w XIX wieku, schylający karki na polach i w fabrykach, pracowali dłużej niż my, ale za sprawą tysięcy wynalazków, specjalizacji i lepszej organizacji praca jest dziś o wiele wydajniejsza. W 1928 r. John Maynard Keynes, jeden z największych ekonomistów w historii, napisał esej pt. „Economic Possibilities for Our Grandchildren”, w którym prognozował, że za sprawą stale poprawiającej się wydajności dzień pracy będzie się stopniowo skracał aż do trzech godzin w roku 2028. Zdaniem Keynesa 15 godzin pracy w tygodniu wystarczy dla zaspokojenia (z dużą nadwyżką) popytu na wszelkie dobra i usługi, a ludzkość stanie przed zupełnie nowym wyzwaniem: co zrobić z nadwyżką wolnego czasu? Przykłady z Ameryki lat 20. XX wieku nie nastrajały optymistycznie: kobiety z bogacącej się klasy średniej zatrudniały niańki i służące, które wykonywały za nie większość prac domowych, co skazywało panie domu na nudę i depresję.

Keynes przewidywał, że rozmiary globalnej gospodarki powiększą się w ciągu stulecia siedmiokrotnie w przeliczeniu na mieszkańca planety. Faktyczny wzrost był zbliżony: z 3,3 bln dolarów w roku 1920 do 71,8 bln dolarów w roku 2012 (obie wartości w przeliczeniu na przeciętną wartość dolara w roku 2012): niemal 22-krotny wzrost globalnego PKB przy 3,5-krotnym wzroście ludności oznacza 6,5-krotnie wyższy PKB per capita. Realny PKB per capita w Stanach Zjednoczonych wzrósł w tym czasie 6-krotnie. Błyskotliwy ekonomista przewidział więc wzrost wydajności ze zdumiewającą precyzją, jednak zupełnie błędnie ocenił zmianę ludzkiego zachowania. Dlaczego więc nadal pracujemy tyle, by czuć się przytłoczonymi nadmiarem obowiązków zawodowych?

Chociaż w kinie, to ciągle w pracy

Ann Burnett z University of North Dakota analizowała listy z wakacji pod względem ich zawartości. Okazuje się, że od 50 lat coraz rzadziej pojawiały się w nich informacje o przyjemnościach, odpoczynku i pogodzie, a coraz więcej – o zmęczeniu pracą i obowiązkami domowymi, nagromadzonym przez cały ubiegły rok. Badaczka wysunęła więc tezę, że żyjemy w czasach, w których zmęczenie i nadmiar obowiązków jest elementem statusu. Nie wypada być wypoczętym, wyspanym i zrelaksowanym, ani mieć wiele wolnego czasu. Imponują nam ludzie, którzy śpią cztery godziny i robią bardzo wiele dla rodziny i dla swoich firm, szczególnie gdy firmy te są ich własnością. Takie osoby wzbudzają szacunek i stawiane są za wzór. Przepracowanie miałoby być efektem nie tyle próby zaspokajania realnych materialnych potrzeb, ile presji społecznej.

Zmęczenie i poczucie przytłoczenia bierze się także stąd, że coraz bardziej zacierają się granice między pracą i relaksem a obowiązkami domowymi i zawodowymi. Brigid Schulte, dziennikarka „Washington Post”, w tekście na temat zapracowania Amerykanów zwróciła uwagę, że wizytę w lokalnym sklepiku, a nawet wyprawę do kina z dziećmi wpisujemy do planu zadań na dany dzień obok obowiązków dalece bardziej stresujących i obciążających. Wywołuje to w nas samych wrażenie wypełnienia każdej minuty dnia. A ponieważ mamy zwyczaj stałego sprawdzania służbowej skrzynki e-mailowej – także w kinie z dziećmi czy na zakupach – mentalnie nie wychodzimy „z trybu pracy”. Brak psychicznej higieny pracy sprawia, że budujemy poczucie pracy w trybie ciągłym, co dla wielu z nas jest bardzo wyczerpujące.

Schulte zwróciła jednak uwagę na to, że powód do przemęczenia i narzekania mają szczególnie kobiety. Nawet w relatywnie zamożnej Ameryce ⅔ matek dzieci w wieku szkolnym pracuje zawodowo (a wśród nich ⅓ zarabia więcej niż mężowie!), ale praca na cały etat nie zmieniła podziału obowiązków domowych. Na kobiety, jeśli uwzględnić pochłaniany czas, przypada 70–80% zadań domowych

Pracujemy długo, bo pracujemy długo?

Celność w prognozowaniu wzrostu gospodarczego przez Keynesa i jego zupełna nieudolność w kwestii przewidywania długości dnia pracy zafrapowały włoskich badaczy Lorenzo Pecchiego i Gustavo Pigę, którzy o wyjaśnienie zagadki poprosili ekonomistów z całego świata. Szereg naukowców zwróciło uwagę na fundamentalny błąd w myśleniu klasyka: zakładał on, że istnieją ściśle zdefiniowane potrzeby, na których spełnienie pracujemy. Tymczasem lista potrzeb wydłuża się i dziś kupujemy rzeczy i usługi, o których nie śniło się ludziom sto lat temu, od sprzętów domowych po coraz bardziej wyrafinowane rozrywki. Wraz ze wzrostem dochodów rosły nasze apetyty, co sprawiło, że nie mogliśmy pozwolić sobie na skrócenie dnia pracy – stwierdzają np. Gary Becker z University of Chicago i Luis Rayo z London School of Economics.

Tymczasem Joseph Stiglitz z Columbia University ma na ten temat nieco inny pogląd. Jego zdaniem sposób funkcjonowania jednostek wynika z konwencji kulturowych utrwalanych w społeczeństwach, czyli ludzie konsumują, pracują i odpoczywają w taki sposób jak ich otoczenie, co sprawia, że zwyczaje te są trwałe i łatwo stają się powszechne. Stiglitz wskazuje tu różnice między Amerykanami i np. Włochami czy Francuzami. Podczas gdy ci pierwsi nie mają zagwarantowanych prawnie dni urlopowych, ci drudzy i trzeci cieszą się regularnymi wakacjami. Zakosztowawszy uroków czasu wolnego, Europejczycy stale dyskutują o dalszym cięciu liczby godzin pracy, podczas gdy Amerykanie pracują wciąż dużo więcej i zamiast myśleć o wakacjach, po prostu… więcej kupują. Wiele badań pokazuje na przykład, że w ciągu dwudziestolecia – za sprawą rosnącego poziomu konsumpcji, ale i spadku cen wywołanego globalizacją – Amerykanki zwiększyły liczbę kupowanych sztuk odzieży od 3 do 10 razy. A trudno chyba bronić tezy, że w latach 90. nie miały się w co odziać…

Trzecia grupa wyjaśnień zbudowana została na jeszcze innej płaszczyźnie. Edward Phelps z Columbia University zwraca uwagę, że w ramach nowoczesnych społeczeństw to właśnie praca zapewnia większość, jeśli nie wszystkie osiągalne drogi samorealizacji. Richard Freeman, akademik z Harvardu, wtóruje mu, dodając, iż jest tak wiele do nauczenia i do osiągnięcia, że powinniśmy się raczej dziwić, czemu ludzie nie pracują więcej niż dziś.

Skamlący yuppies

Oczywiście wzrost wynagrodzeń za godzinę pracy, jaki historycznie towarzyszy wzrostowi wydajności i który powinien przynosić sposobność do skrócenia tygodnia pracy, jest – mówiąc ironicznie – zjawiskiem statystycznym, czyli dotyczy wartości przeciętnych. W praktyce zupełnie inaczej wygląda sytuacja osób o niskich dochodach, a inaczej – osób ze szczytu ekonomicznej drabiny. Dla przykładu, w ciągu ostatniego dwudziestolecia w Stanach Zjednoczonych społeczeństwo – pomijając 10% najlepiej zarabiających – nie cieszyło się wzrostem wynagrodzeń, jeśli policzymy jego realną wartość. Owoce wzrostu wydajności pracy konsumowali wyłącznie ci z najwyższego decyla.

Mimo to, choć podobnie długie godziny w pracy spędzają ludzie o różnym poziomie dochodów, najczęściej i najgłośniej uskarżają się na to menedżerowie wysokiego szczebla oraz inni świetnie opłacani specjaliści. Nad tą asymetrią w świecie różnicujących się dochodów postanowili pochylić się Daniel Hamermesh z University of Texas i Jungmin Lee z Sogang University w Seulu, którzy stereotypowe marudzenie na długą i ciężką pracę świetnie zarabiających fachowców nazwali „skamleniem japiszonów”. Badacze doszli do wniosku, że osoby o niskim poziomie dochodów pracują długo, bo inaczej nie mogą zaspokoić swoich potrzeb konsumpcyjnych, które zresztą zdają się stale narastać, więc coraz trudniej im sprostać. Tymczasem zapracowanie yuppies podlega innym mechanizmom. Są oni zatrudnieni w wysoce konkurencyjnych środowiskach, gdzie o premie i pozycję rywalizuje się m.in. poprzez swoistą eskalację godzin pracy, np. wygrywa ten, kto wychodzi z pracy ostatni. Wiele analiz potwierdza, że w tej grupie dochodowej każda kolejna godzina pracy jest opłacana lepiej niż poprzednia – a np. premia za pracę ponad 40 godzin tygodniowo zwiększyła się w USA dwukrotnie w ciągu ostatnich 30 lat, gdy wziąć pod uwagę zarobek za godzinę.

Konsumpcyjny multitasking

Jaki jednak sens ma praca np. 70 godzin w tygodniu, skoro nie sposób skonsumować jej owoców z braku czasu? Cóż, z tym ostatnim zamożni radzą sobie znakomicie, co z resztą przewidział w latach 70. XX wieku szwedzki ekonomista Staffan Burenstam Linder. Obserwując dotychczasowe trendy, doszedł on do wniosku, że bogacąca się upper-middle class (zamożniejsza klasa średnia) staje się stopniowo zabieganą klasą próżniaczą (harried leisure class), która zarabiając coraz więcej, musi zmieścić w ograniczonym czasie coraz więcej „jednostek konsumpcji”. Zdaniem Lindera prowadzi to najpierw do sięgania po produkty klasy premium i towarów luksusowych, a w następnym kroku – do równoległego, jednoczesnego konsumowania wielu rzeczy na raz. Jako przykład podawał człowieka sukcesu, który po długim dniu w biurze siada w fotelu kupionym w sklepie z antykami, zapala cygaro, popija francuski koniak i czyta sprowadzonego zza oceanu „New York Timesa”. Dziś bez trudu dostrzeżemy ten konsumpcyjny multitasking w mainstreamie popkultury.

W naszych dociekaniach na temat pomyłki Keynesa nie możemy zapominać o jednym: Brytyjczyk, prócz doraźnego pragmatyzmu, był marzycielem i sądził, że mechanizmy ekonomii oraz polityka ekonomiczna pozwolą rozwiązać nam wiele palących problemów. Uważał przy tym, że część z nich zakorzeniona jest w istocie kapitalizmu, ale wierzył, że obfitość owoców tego systemu potrafi go zmienić na lepsze, a szczególnie wyeliminować te praktyki biznesowe i zwyczaje ugruntowane w społeczeństwie, które choć sprzyjają akumulacji kapitału, to są po prostu nieetyczne i szerzą niesprawiedliwość – jak pisał.

Niestety, zróżnicowanie płac narasta, ubóstwo nie przestaje być problemem nawet w krajach rozwiniętych, a pracownicy harują zaniedbując często życie prywatne i rodzinne – szczególnie w Polsce, która jest pośród krajów OECD w czołówce tych, gdzie pracuje się najwięcej. Aby to ostatnie uległo zmianie, potrzeba być może trzęsienia na miarę rewolucji przemysłowej – a skoro już dziś zaczynamy się bać o pracę, którą w przyszłości może nam podbierać sztuczna inteligencja, to przełom taki może być za progiem. Jednak bez głębokich przemian społecznych sytuacja większości mieszkańców naszej planety po takiej rewolucji może się tylko pogorszyć.

W tekście wykorzystałem fragmenty artykułu Elizabeth Kolbert opublikowanego 26 maja 2014 r. na łamach „The New Yorker”.

Powyższy artykuł jest rozszerzoną wersją tekstu, który pierwotnie ukazał się na portalu http://rynekpracy.org/.

Przypis:

  1. Szwedzi od ponad 20 lat testują krótszy tydzień pracy w wielu regionach kraju i miastach. Aktualnie trwa eksperyment w Göteborgu. Podobnie jak w szeregu poprzednich prób, część urzędników zatrudniona została na krótszy (w tym przypadku 6-godzinny) dzień pracy. Po 12 miesiącach przeanalizowane zostaną różne aspekty kosztu pracy, m.in. kwestie zwolnień lekarskich czy efektów pracy poprzez porównanie wybranej grupy i pozostałych urzędników.

Bałtycka alternatywa

Jednym z zasadniczych zadań sił dążących do zapewnienia podmiotowości Polski jest prawidłowe określenie kierunków poszukiwań sojuszów zagranicznych. Można mieć liczne i uzasadnione wątpliwości co do solidarności partnerów z Unii Europejskiej, NATO czy USA z wieloma strategicznymi celami polityki polskiej. Są rzecz jasna i obszary, gdzie wspólnota interesów ma miejsce, ale potrzebujemy także węższego grona partnerów, z którymi łączy nas najwięcej.

Narzucają się tu oczywiście więzi regionalne, a szczególnie popularna koncepcja Międzymorza. Jej zwolennicy odwołują się do długiej tradycji, obejmującej z jednej strony jagiellońską politykę dynastyczną, a z drugiej rozważania nad pozycją geopolityczną Polski i najlepszymi odpowiedziami na położenie średniej wielkości kraju pomiędzy dwoma potężnymi państwami o mocarstwowych aspiracjach – Niemcami i Rosją. Wydawałoby się, że wspólnota losów w latach 1945–1989, a także później, w geopolitycznym czyśćcu lat transformacyjnych, zakończona dopiero przyjęciem krajów Środkowo-Wschodniej Europy do NATO, a następnie Unii Europejskiej, powinna stanowić zaczyn żywotnych i mocnych związków. Tymczasem rezultaty ponad dwóch dekad współpracy w Grupie Wyszehradzkiej są raczej rozczarowujące, a ostatnie poczynania Budapesztu i Bratysławy czy – w mniejszym stopniu – Pragi, coraz mocniej wskazują, że zasadniczo rozbieżne są faktyczne interesy nasze i „braci Słowian” czy też „bratanków”. W dzisiejszych warunkach węgierska droga do podmiotowości może wieść przez Moskwę, a polska – w żadnym wypadku. Stąd odmienne reakcje Madziarów np. na rosyjskie projekty w zakresie polityki energetycznej czy na kryzys ukraiński.

Kuleje także współpraca krajów Grupy Wyszehradzkiej w dziedzinie militarnej. Zasadniczym uzbrojeniem krajów, które opuściły Układ Warszawski, były identyczne wzory sowieckiego pochodzenia. Ich starzenie się czy konieczność dostosowania do wymogów NATO nakazywały podejmowanie analogicznych wysiłków w celu modernizacji czy pozyskania nowego sprzętu. Wydawałoby się, że powinno to skłaniać do podejmowania wspólnych programów wykonawczych czy zakupowych oraz do łączenia sił przemysłów poszczególnych krajów pozostających na zbliżonym poziomie technologicznym. Mówiąc krótko, do daleko posuniętej koordynacji polityk obronnych. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Współpraca w ramach Grupy Wyszehradzkiej była znikoma. O wiele bardziej spektakularne były niepowodzenia takie jak krach programu wspólnej modernizacji śmigłowców Mi-24 na początku poprzedniej dekady. Problemy napotyka również aktualny program budowy wspólnego radaru trójwspółrzędnego dla obrony powietrznej, w którym siłą rzeczy wiodącą rolę odgrywałby polski przemysł.

Nie jest również koordynowana polityka zakupowa tam, gdzie konieczne jest pozyskanie sprzętu spoza Grupy. Chociaż Polska, Czechy i Węgry równolegle poszukiwały nowych, zachodnich wielozadaniowych samolotów bojowych, każde z państw prowadziło procedury oddzielnie. W efekcie Polska kupiła F-16C/D, a Czesi i Węgrzy wypożyczyli szwedzkie JAS-39 Gripen. Perspektywy rozwoju współpracy wojskowej między krajami Grupy Wyszehradzkiej w dalszej przyszłości też nie wyglądają zachęcająco. Nie wydaje się np., aby partnerzy wyszehradzcy byli zainteresowani dołączeniem do polskich poszukiwań samolotu V generacji, który miałby zostać zakupiony w latach 20. Nie istnieje najmniejsza nawet koordynacja z nimi naszego programu modernizacji obrony przeciwlotniczej. Jedynym oficjalnie anonsowanym obszarem współdziałania są prace nad pozyskaniem bojowego wozu piechoty nowej generacji, jednak nawet w odniesieniu do tego projektu trudno być optymistą. Jeżeli zaś współpraca militarna w obrębie Grupy Wyszehradzkiej jest bardzo słaba, to nie istnieje ona niemal w ogóle w relacjach z innym filarem koncepcji Międzymorza – Rumunią oraz z traktowaną nieco bardziej marginalnie Bułgarią.

Dlaczego to nie działa? Czy może zadziałać?

Rozbieżność interesów krajów Międzymorza wynika przede wszystkim z położenia w różnych podobszarach geopolitycznych. Polska w leży w Europie Bałtyckiej, kraje zatatrzańskie – w Dunajskiej. Rozdzielające je potężne pasmo Karpat różnicowało losy, izolując w pewnym sensie od siebie nawzajem narody leżące po przeciwległych stronach. Nierzadko chroniło mieszkających po jednej stronie łańcucha przed zagrożeniami, które były fundamentalnymi po drugiej, oraz kierowało ku współpracy z różnymi ośrodkami politycznymi.

Nieprzypadkowo wspólne formacje państwowe – za czasów Piastów, Andegawenów czy Jagiellonów – były efemeryczne. Krwawe wojny toczone przez Czechów pod koniec Średniowiecza i u progu nowożytności, decydujące o ich losach i tożsamości, były dla Polaków dalekimi burzami bez szczególnego znaczenia, i vice versa. Dla Węgrów naturalniejszym oparciem okazał się bliższy, leżący w tej samej co oni przestrzeni, habsburski ośrodek polityczny. Rosja była dla Polaków ciemiężcą, a dla wielu kręgów czeskich – nadzieją. Dwie wojny światowe Polskę spustoszyły, zaś Czechom i Słowakom (a nawet, w mniejszym stopniu, Rumunom) nie przyniosły istotnych strat. Różnice geopolitycznych perspektyw nie były bez znaczenia dla niemożności zaistnienia współpracy polsko-czechosłowackiej w okresie międzywojennym. Oparty teoretycznie na mocnych fundamentach alians polsko-rumuński, w chwili próby rozpadł się jak domek z kart. Węgry natomiast znajdowały się w obozie rewizjonistycznym wobec regionalnego ładu, ustalonego w traktatach kończących Wielką Wojnę.

Mimo pozornej atrakcyjności koncepcji Międzymorza istniejące bariery geopolityczne są silniejsze niż siły przyciągające do siebie kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Czesi i Słowacy mogą mieć zasadne nadzieję, że wydarzenia mające bardzo negatywne skutki dla Polski pozostawią ich bez szwanku, zaś Węgrzy mogą wręcz liczyć na odniesienie z nich pewnych korzyści. Osłabia to więzy solidarności oraz zmniejsza skłonność do ponoszenia ryzyka na rzecz partnera, który leży po prostu w polu innych sił i toczy inną grę. W związku z tym trwały alians międzymorski jest co najmniej problematyczny.

Należy również zastanowić się, czy korzyści, które mógłby przynieść, są tak wielkie, jak głoszą ich rzecznicy. Blok Międzymorza miałby wedle nich stanowić przeciwwagę dla Niemiec oraz Rosji. Niemcy mają ponad 81 mln mieszkańców, osiągają PKB w wysokości 3,4 bln dolarów, a na zbrojenia wydają ok. 48 mld. Te statystyki, zdające sprawę z orientacyjnej siły państwa, dla Rosji wynoszą odpowiednio 144 mln, 2 bln i ok. 90 mld. Dla Polski – 38,5 mln mieszkańców, PKB wysokości 488 mld dolarów, a wydatki zbrojeniowe – ponad 9,2 mld dolarów. Czesi mają 10,5 mln ludzi, PKB wynoszący 196 mld dolarów i wydatki na obronność niewiele przekraczające 2 mld dolarów. Słowacy – 5,4 mln, 92 mld i niecały miliard. Węgrzy – poniżej 10 mln, 127 mld i 1,2 mld. Ograniczając się do kierunku południowego i należących do NATO oraz UE państw dawnego Układu Warszawskiego, które z racji wspólnoty historii w ciągu ostatnich 70 lat oraz najsilniejszych więzi formalnych powinny być w największym stopniu predestynowane do współpracy w ramach bloku politycznego, należałoby uwzględnić jeszcze Rumunów – odpowiednio niecałe 20 mln, 169 mld i 2,5 mld, a także Bułgarów – 7,2 mln, 51 mld i 838 mln. Zatem potencjał państw międzymorskich daje dość imponującą liczbę ludności, ale już połączone potencjały gospodarcze stanowią zaledwie nieco ponad połowę rosyjskiego i ⅓ niemieckiego. Zupełnie kiepsko jest zaś pod względem militarnym: wszyscy partnerzy razem wzięci wydają niewiele ponad ¾ tego, co sama Polska. Wydatki na zbrojenia całego, bardzo rozległego geograficznie bloku, wynoszą raptem ⅓ niemieckich i mniej niż 1⁄5 rosyjskich.

Sedno problemu nie tkwi jednak w liczbach. Alians musi bowiem być spajany siecią wzajemnych powiązań gospodarczych, inwestycji, wspólnych przedsięwzięć. Do roli głównego ośrodka i inicjatora predestynowana jest Polska. Tymczasem pozostaje ona, w stopniu nie mniejszym niż inne kraje, a pod pewnymi względami nawet w większym, krajem gospodarczo niezbyt wydolnym, o neokolonialnej strukturze, którego „renacjonalizacja” (w sensie zespołu działań na rzecz autonomicznego rozwoju krajowej gospodarki, niekoniecznie państwowych form własności), np. odbudowa przemysłu i sektora kapitałowego, nie jest nawet na początku drogi – taki cel dopiero czeka na polityczną artykulację. Walka o odzyskanie podmiotowości gospodarczej samej Polski byłaby zapewne tak długa i trudna, że trudno określić horyzont czasowy, w jakim mogłaby ona przedstawić sąsiadom atrakcyjne oferty i uzyskać zdolność walki o wpływy z gigantycznymi globalnymi koncernami. Nie inaczej rzecz ma się w branży zbrojeniowej. Wszystkie kraje potencjalnego sojuszu są przede wszystkim konsumentami technologii. O sukcesie można tu mówić, gdy znaczący zakup, np. wielozadaniowych samolotów bojowych czy systemów obrony przeciwlotniczej, zostanie efektywnie skonsumowany przez krajowy przemysł, dzięki czemu choć część wydanych środków nie wypływa za granicę. Skonstruowanie własnymi siłami „międzymorskiego” samolotu, czołgu czy systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu pozostaje poza zakresem naszych możliwości.

Istotne znaczenie ma tu również nieduży potencjał militarny bliższych i dalszych południowych sąsiadów Polski, wynikający z niewielkich wydatków. Pozyskanie po jednej eskadrze nowych myśliwców to wszystko, na co stać Czechów i Węgrów. Dla Rumunów zakup eskadry zmodernizowanych wiekowych F-16A/B był dużym wysiłkiem. Bułgarzy, mimo planów formułowanych od niemal dekady, nie byli jak dotąd w stanie zdobyć się nawet na to. Żaden z tych krajów nie przeprowadził kompleksowej modernizacji sprzętu pancernego, jaka stała się udziałem Wojska Polskiego, żaden nie planuje też podobnych do polskich inwestycji w nowoczesną obronę przeciwlotniczą. Nawet abstrahując od kluczowego przecież problemu „państw teoretycznych” czy braku zgody elit co do istotności racji stanu jako takiej, projekt Międzymorza przypomina żartobliwe tłumaczenie na czeski wezwania z „Manifestu komunistycznego”: Gołodupki hop do kupki.

Alternatywą dla koncepcji Międzymorza jest obszar Europy Bałtyckiej, obejmujący obok państw leżących na wybrzeżu rzeczonego morza również Białoruś i Ukrainę.

Nieco historii

Rola wojen szwedzkich w skierowaniu Polski na tory wiodące ku jej upadkowi jest nie do przecenienia. Nieco uważniejsze spojrzenie na ten okres pokazuje jednak, że, jak wskazywał Paweł Jasienica, wynikały one raczej z nieszczęśliwych splotów okoliczności niż z naturalnej, geopolitycznie uzasadnionej wrogości. Polska rywalizowała ze Szwecją o ziemie, które de facto były dla niej mało istotne. Oba państwa były zarazem zagrożone przez wzmacniającą się Moskwę. Oba miały w istocie zbieżne interesy w krajach niemieckich, wreszcie dla obu fatalną okolicznością okazał się wzrost potęgi Prus. Nieprzypadkowo karta w rywalizacji regionalnej zaczęła odwracać się na niekorzyść Szwecji w XVIII w., gdy Rzeczpospolita Obojga Narodów stała się państwem fantomowym. Wkrótce zaś po tym, kiedy państwo polskie definitywnie upadło, na początku wieku XIX Szwedzi utracili status mocarstwa. Nie byli w stanie oprzeć się ekspansji Rosji i Prus samodzielnie – z przyczyn ekonomicznych i demograficznych – a po rozbiorach Polski nie było już w regionie wystarczająco mocnych kandydatów na sojuszników.

Od tego czasu datuje się era formalnej neutralności Szwecji i trzymania się przez nią na uboczu wielkich konfliktów. Neutralność ta w żadnym razie nie oznaczała jednak bezbronności. Szwecja, która nigdy nie przekroczyła progu 10 mln obywateli, nie mogła myśleć o powrocie do minionej chwały i zbudowaniu sił zbrojnych porównywalnych z potęgami grającymi w skali globalnej, ale zawsze miały one potencjał, którego nie można było lekceważyć. Dochodziły do tego niebagatelne zaplecze przemysłowe, oparte o posiadane złoża surowców, a także wysoki po rewolucji przemysłowej poziom ogólnego rozwoju i zamożności. Istotne było także dogodne położenie, dzięki przestrzeni morskiej oddalającej od tras, po których toczyły się walce historii, a po I wojnie światowej także istnienie niezależnej Finlandii, spełniającej rolę bufora od wschodu. Zabezpieczało to Szwedów przed przykrościami ze strony sąsiadów, wyjątkowo agresywnych w XX w. Pozwalało zarazem na prowadzenie względnie aktywnej polityki zagranicznej w dziedzinie bezpieczeństwa, której przejawem było np. istotne wsparcie dla Finów wojujących w latach 1939–1944 z ZSRR. Warto wspomnieć także o istotnej roli Szwecji jako dostawcy uzbrojenia oraz technologii wojskowych dla II Rzeczypospolitej.

Zimna Wojna przyniosła kontynuację tradycyjnego szwedzkiego podejścia do spraw międzynarodowych. Neutralny i pozostający poza wielkimi sojuszami wojskowymi (chociaż NATO gwarantowało bezpieczeństwo Szwecji) Sztokholm utrzymywał w związku z sowieckim zagrożeniem (narastającym ze względu na znaczny wpływ uzyskany przez Moskwę na Finlandię) liczące się w regionie siły zbrojne. Prowadził jednocześnie politykę bardzo dużej samodzielności w zakresie produkcji uzbrojenia. Najbardziej znanym jej symbolem jest seria odrzutowych myśliwców firmy Saab, reprezentowana przez tak słynne maszyny, jak J 29 Tunnan, J 35 Draken, J 37 Viggen, a ostatnio JAS 39 Gripen. Ale Szwedzi budowali i budują również okręty, w tym zaawansowane i wysoko oceniane przez specjalistów jednostki podwodne, większość asortymentu uzbrojenia wojsk lądowych czy rakiety przeciwokrętowe. Przez ćwierć wieku prowadzili poważny program nuklearny, który jednak z uwagi na opozycję wewnętrzną i naciski USA nie doprowadził do uzyskania własnej broni jądrowej.

Po roku 1989 świadomość zagrożenia utrzymywały powtarzające się incydenty z rosyjskimi okrętami podwodnymi, penetrującymi szwedzkie wody terytorialne. Jednak smuta u jedynego niebezpiecznego sąsiada, wyjście spod jego wpływów Finlandii, a wreszcie przystąpienie do Unii Europejskiej odbiły się na szwedzkich wydatkach obronnych. Stopniowo spadały one z 2,6 proc. PKB w roku 1990 do 1,2 proc. w 2008. Mimo drastycznych redukcji liczebności ogólnej – z 850 tys. żołnierzy przewidywanych na czas „W” w 1988 r. do 54 tys. wedle planów z roku ubiegłego – prowadzona była jednak ciągła modernizacja armii. Kontynuowano najważniejsze programy, takie jak myśliwiec Gripen czy korweta „Visby” (co prawda w okrojonej formie), a ponadto zakupiono od Niemców 280 nowych i używanych czołgów Leopard 2. Aż do 2010 r. utrzymywano też powszechny pobór.

Dzień dzisiejszy

Szwecja roku 2015 jest nadal krajem pozostającym poza wielkimi blokami wojskowymi. Całość jej armii to 15,7 tys. żołnierzy, podoficerów i oficerów służby czynnej, 11,7 tys. utrzymywanych w bieżącej rezerwie, 5,7 tys. pracowników cywilnych wojska oraz 22 tys. żołnierzy obrony terytorialnej. Wojska lądowe utrzymują dwie brygady, jedną ciężką i jedną zmotoryzowaną, wyposażonych łącznie w 45 czołgów pozostających na stopie czynnej, po 160 bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych oraz 24 haubice samobieżne; obronę przeciwlotniczą zapewniają 2 bataliony wyposażone w rakiety bliskiego zasięgu. Siły te wspiera wspomniana obrona terytorialna, podzielona na 40 batalionów. Chociaż takie ilości sprzętu wydają się znikome, należy pamiętać o jego znacznych zasobach utrzymywanych w rezerwie – znajduje się w niej np. większość szwedzkich Leopardów 2A5, nieco nowocześniejszych od pojazdów pozyskiwanych obecnie przez Wojsko Polskie.

Głównym komponentem sił powietrznych są 4 dywizjony wyposażone łącznie w 80 wielozadaniowych samolotów bojowych JAS 39C/D Gripen, wspierane przez 2 samoloty wczesnego ostrzegania S200D i 2 maszyny rozpoznania radioelektronicznego S102B. W rezerwach znajduje się ok. 50 samolotów Gripen w wersji A/B, starszej, ale i tak znacznie przewyższającej maszyny MiG-29 i Su-22, na utrzymywanie których w aktywnej służbie jeszcze przez ponad dekadę będzie skazane, jeżeli nic się nie zmieni, lotnictwo polskie. Zasadniczą siłę Królewskiej Marynarki Wojennej stanowią okręty podwodne. Obecnie w służbie pozostają 4, wszystkie względnie nowe i nowoczesne. Na powierzchni towarzyszy im 7 korwet, w tym 5 należących do odznaczającego się obniżoną wykrywalnością, w dużej mierze awangardowego typu „Visby”, oraz pewna liczba mniejszych jednostek.

Generalnie siły te należy ocenić jako znaczące w skali europejskiej. Każda strona planująca działania w obszarze Bałtyku będzie musiała brać je pod uwagę. Siły zbrojne Szwecji są pod względem ogólnego potencjału porównywalne z polskimi – choć wojska lądowe Skandynawów są znacznie mniej liczne, to już ich lotnictwu wypada przyznać pewną przewagę, m.in. dzięki posiadaniu maszyn wczesnego ostrzegania. Podobnie jest z marynarką wojenną. Możliwości bojowe Szwecji zwiększa dopracowywana teoretycznie i praktycznie od dłuższego czasu sieciocentryczność, utrudniająca porażenie całej struktury obronnej i ułatwiająca odtwarzanie jej gotowości. Za piętę achillesową uznać należy natomiast zasadniczą słabość obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu oraz zupełny brak przeciwrakietowej.

Szwecja posiada też znaczącą samowystarczalność w produkcji uzbrojenia. Procesy konsolidacyjne sprawiły, że zasadniczym producentem stał się koncern Saab Group. Sztandarowym jego produktem jest myśliwiec Gripen. Poza tym koncern wytwarza m.in. wysokiej klasy radary naziemne, morskie i montowane na samolotach, pociski rakietowe różnego rodzaju – przeciwokrętowe, przeciwlotnicze oraz współprodukowane z EADS lotnicze manewrujące – a także bardzo zaawansowane kompleksowe systemy dowodzenia, kontroli i łączności, symulatory etc. Nieco mniej znaczący dla całokształtu obronności kraju sektor produkcji uzbrojenia wojsk lądowych został sprzedany podmiotom zagranicznym. Z kolei nabycie przez niemiecki koncern HDW (który następnie stał się częścią jeszcze potężniejszego ThyssenKrupp) stoczni Kockums, będącej „nadwornym” dostawcą szwedzkiej marynarki wojennej, w ostatnich miesiącach doprowadziło do rozwoju wypadków w pouczającym kierunku. Przejęcie nastąpiło w 1999 r., z uwagi na kłopoty finansowe wywołane cięciami w wydatkach obronnych Szwecji i innych państw skandynawskich, które doprowadziły do zamrożenia realizacji planów budowy okrętu podwodnego „Viking” (miał zasilić również floty Danii i Norwegii) oraz spadku wartości programu korwety „Visby”. Niemieckiego właściciela zaczęto w Szwecji oskarżać, że przejęcie miało wrogi charakter i jego celem jest doprowadzenie do zniknięcia konkurencji dla zakładów w Niemczech. Koncern Saab złożył w związku z tym ofertę odkupienia ThyssenKrupp Marine Systems AB (tak obecnie nazywa się Kockums) i podjął działania w tym kierunku, w czym wspierany był przez władze, wywierające presję na niemieckich właścicieli. Zabiegi zakończyły się pełnym sukcesem Szwedów: ThyssenKrupp za symboliczną kwotę 340 mln koron szwedzkich sprzedał stocznię Saabowi.

Czego boją się Szwedzi

Zgodnie z obowiązującym planem obrony szwedzkie siły zbrojne mają za zadanie bronić terytorium całego kraju i zapewniać jego integralność. Jako potencjalne zagrożenia szwedzcy analitycy wymieniają ataki mające na celu neutralizację kluczowych obszarów strategicznych: Sztokholmu, infrastruktury rozpoznania dalekiego, systemu portów na południowym wybrzeżu, obszaru południowo-centralnego, w którym mogłaby potencjalnie być rozwijana pomoc sojusznicza lub, w przypadku kryzysu w obszarze Arktyki, północy Szwecji. Pod uwagę brane są scenariusze o różnym stopniu eskalacji.

Jednoznacznie określonym przeciwnikiem jest Rosja, którą szwedzkie czynniki polityczne za zagrożenie uznawały zawsze, a za dzwonek alarmowy, przerywający postzimnowojenną drzemkę, uznano wojnę w Gruzji w roku 2008, wieszczącą powrót użycia siły na dużą skalę w stosunkach europejskich. Wydarzenia, takie jak rajd w okolice granic kraju pod koniec marca 2013 r. rosyjskich bombowców, ćwiczących atak na cele w rejonie Sztokholmu, czy obserwacja przez odpowiednie służby intensyfikacji rosyjskiej działalności agenturalnej utwierdzały Szwedów w poczuciu zagrożenia.

Jednocześnie krytycznie ocenia się tam obecnie własne możliwości obronne. Prowadzone w ostatnich latach analizy zdolności operacyjnych armii w kontekście przewidywanych działań wroga wskazywały jednoznacznie, że zmniejszenie finansowania i związane z nim drastyczne redukcje liczebne wojsk operacyjnych i obrony terytorialnej, wynikające z całkowitego uzawodowienia tych pierwszych rozmontowanie systemu uzupełnień, oraz braki sprzętowe każą sceptycznie spoglądać na zdolności do obrony. Pokłosiem tych rozważań był m.in. wywiad, jakiego jeszcze w lutym 2013 r. udzielił wicepremier Jan Arne Björklund. Postulował m.in. zwiększenie wydatków na obronność, podniesienie liczebności wojsk operacyjnych do 30 tys. żołnierzy w czasie pokoju, rozbudowę systemu rezerw i zakup systemów przeciwlotniczych/przeciwrakietowych Patriot w celu rozmieszczenia ich na Gotlandii.

Jeżeli Gruzja była sygnałem alarmowym, sprawę Krymu potraktowano w Sztokholmie jako dzwon na trwogę. Ciąg deklaracji i konkretnych działań układa się tu w spójną całość. Na początku marca 2014 r. ówczesna minister obrony Karin Enström zdecydowała o opóźnieniu o dwa miesiące publikacji raportu o bezpieczeństwie kraju w celu uwzględnienia w nim zmiany sytuacji strategicznej. Niedługo później Riksrevisionen, parlamentarny organ audytu nadzorujący pracę rządu, zalecił przeznaczenie w ciągu najbliższych 10 lat dodatkowych funduszy, stanowiących równowartość 5–8 mld dolarów, na zakupy nowego sprzętu dla wojska oraz poddał krytyce przebieg profesjonalizacji sił zbrojnych. Ministerstwo obrony zadeklarowało natomiast zwiększenie z 60 do 70 sztuk zamówienia na myśliwce Gripen E nowej generacji, o istotnie zwiększonych możliwościach bojowych. Rozważa się również wyposażenie ich w pociski manewrujące dalekiego zasięgu, szacowanego na ponad 500 km. Podkreśla się także konieczność przyspieszenia zakupu nowej generacji zestawów przeciwlotniczych/przeciwrakietowych średniego zasięgu.

Wszystkie te działania zyskały aprobatę komisji ds. obrony szwedzkiego parlamentu. Zaleciła ona ponadto m.in. istotne wzmocnienie obrony terytorialnej, rozbudowę sił stacjonujących na Gotlandii, zwiększenie liczby operacyjnych okrętów podwodnych do pięciu, pozyskanie nowego typu rakiet przeciwokrętowych oraz skierowanie uwagi na zagadnienie bezpieczeństwa cybernetycznego. W aspekcie finansowym zalecono zwiększenie rocznych wydatków na obronność o ok. 13 proc. – już w bieżącym roku resort obrony otrzyma dodatkowo równowartość niemal 100 mln dolarów. Co ważne, wszystkie te działania podejmowane są w atmosferze ponadpartyjnej zgody. Socjaldemokraci, do września 2014 r. pozostający w opozycji, postulowali wręcz większą hojność na rzecz obronności niż ówczesna koalicja rządząca, a przejąwszy stery, bynajmniej nie zmienili zdania.

Strategiczne poszukiwania

Szwedzka polityka obronna nie jest oczywiście realizowana w próżni. Kraj ten nie jest w stanie odgrywać roli mocarstwa, przede wszystkim z uwagi na ograniczoną populację. Szwedzi są tego w pełni świadomi i starają się oprzeć bezpieczeństwo o szerszy układ międzynarodowy. Roli takiej nie może, poza określonymi aspektami, spełniać Unia Europejska. Bardzo ważne znaczenie strategiczne mają natomiast relacje z NATO – obecne scenariusze obrony opracowywane w Sztokholmie zakładają współdziałanie z Sojuszem Północnoatlantyckim.

Pojawiają się tu jednak po obu stronach zasadnicze problemy. Szwecja członkiem paktu nie jest, a zmiana tego stanu rzeczy i odstąpienie od dwuwiekowej tradycji neutralności wymagałyby swoistej rewolucji mentalnej. Dopóki tak się nie stanie, ograniczone są zarówno możliwości NATO, jak i jego chęci. Ograniczenia w pierwszej sferze wynikają z niekompatybilności infrastruktury Szwecji z sojuszem – od braku baz po odmienne standardy w zakresie łączności, wymiany danych czy identyfikacji „swój-obcy”. Sfera druga jest prostą pochodną stanu formalno-prawnego: skoro Szwecja nie partycypuje w sojuszniczej solidarności, to pozostając poza strukturami paktu nie może liczyć na jej stosowanie wobec siebie mimo współpracy militarnej, polegającej np. na włączeniu pod koniec 2013 r. eskadry myśliwców Gripen i niszczyciela min do NATO Response Force. Oficjalne komunikaty w tym zakresie, płynące z najwyższych szczebli NATO czy ze Stanów Zjednoczonych, są jednoznaczne. Można je zapewne interpretować jako element nacisku na Sztokholm i przewidywać, że w razie faktycznej wojny Szwecja uzyskałaby pomoc, jednak trudno je zupełnie zignorować.

Kwestia przystąpienia do NATO jest obecnie przedmiotem debaty publicznej. Klasa polityczna do ubiegłorocznych wyborów wydawała skłaniać się ku takiemu rozwiązaniu, np. przez ostatnią deklarację solidarności i gotowości przyjścia z pomocą, w tym wojskową, w przypadku zaatakowania któregoś z krajów UE lub Norwegii. Jednak większość opinii publicznej zachowuje wciąż rezerwę, a nowy rząd złożony z socjaldemokratów i Zielonych zawiesił działania mające prowadzić do akcesji do NATO.

Drugą istotną sferę poszukiwań wyznaczają tradycyjne dla polityki szwedzkiej kierunki skandynawski oraz bałtycki. Nawiązują one tak do historii dawniejszej, obejmującej tworzenie wspólnych organizmów państwowych i historyczne strefy wpływów, jak i nowszej, np. planowanej po II wojnie światowej skandynawskiej unii obronnej czy też użytkowania do lat 90. przez Danię oraz Finlandię myśliwców Draken. Szwedzi są bardzo aktywni w zakresie formułowania regionalnych inicjatyw na rzecz bezpieczeństwa. Doprowadzili do powołania w 2009 r. organizacji NORDEFCO (Nordic Defence Cooperation), grupującej obok nich Danię, Norwegię, Finlandię i Islandię. Stawia sobie ona za cel współpracę w zakresach rozwoju strategicznego, możliwości obronnych, zasobów ludzkich i edukacji, szkoleń oraz prowadzenia operacji. Udało jej się osiągnąć pewne efekty w zakresie organizacji wspólnych ćwiczeń czy zakupów sprzętu wojskowego w ramach organizacji. Natomiast z dość chłodnym przyjęciem partnerów spotkały się sformułowane przez Sztokholm na początku 2013 r. wezwania do głębszej integracji, polegającej na stworzeniu ram prawnych dla wspólnej polityki zakupowej, systemu serwisowania, wzajemnego udostępniania zapasów oraz powołania wspólnych jednostek szybkiego reagowania wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Dla Danii i Norwegii mogłoby to oznaczać komplikacje wynikające z nakładania się zobowiązań wobec NORDEFCO i NATO. Finowie, chociaż wyrazili zainteresowanie, obecnie, już w obliczu kryzysu krymskiego, ogłosili ustami szefa parlamentarnej komisji obrony, że efekty kooperacji pozostają dość ograniczone, a docelową drogą powinno być jednak członkostwo w NATO, mającym znacznie większy potencjał niż inicjatywy skandynawskie. Ostatnie miesiące przyniosły jednak wzmożenie szwedzko-fińskiej współpracy m.in. w zakresie obrony powietrznej.

Poza obszarem ściśle skandynawskim Szwedzi pozostają aktywni na południowym wybrzeżu Bałtyku. Tamtejsi analitycy wskazują na konieczność objęcia siecią porozumień państw bałtyckich. Z Estonią porozumienie analogiczne do konstytuującego NORDEFCO podpisano już na początku roku 2011. W październiku 2014 r. podjęta została decyzja o otwarciu projektów NORDEFCO dla Litwy, Łotwy i Estonii. Pojawiały się również doniesienia o intensywnym sondowaniu stanowiska Warszawy w odniesieniu do współpracy obronnej.

Warto się przyjrzeć potencjałom militarnym pozostałych krajów NORDEFCO (poza pozbawioną armii Islandią) i państw bałtyckich. Dania, Finlandia i Norwegia dysponują siłami zbrojnymi porównywalnymi w każdym z przypadków ze Szwecją. Wszystkie trzy kraje utrzymują przynajmniej formalnie powszechny pobór, prowadzą też modernizację sił zbrojnych. Specjalnością Duńczyków jest flota nawodna przy dość silnym lotnictwie, Norwegów – lotnictwo (kraj ten nabędzie w najbliższych latach znaczącą liczbę samolotów F-35, bo aż 52 sztuki) przy dość silnej flocie. W obu tych krajach relatywnie słabsze pozostają wojska lądowe. Finowie z kolei dysponują silnymi komponentem lądowym oraz lotnictwem z marynarką wojenną o charakterze pomocniczym. Podjęli też kroki w celu wyposażenia sił zbrojnych w środki rażenia o zasięgu operacyjnym. Litwa, Łotwa i Estonia są z kolei znacznie słabsze, posiadając wojska zdolne w istocie jedynie do symbolicznego oporu i wojny partyzanckiej. Ograniczone zasoby ekonomiczne uniemożliwiają (nawet po realizacji zapowiadanych znaczących podwyżek wydatków na obronność) każdemu z tych krajów w pojedynkę zakup np. wielozadaniowych samolotów bojowych w ilościach mających sens z uwagi na koszty infrastruktury i obsługi oraz znaczenie operacyjne. Zasadniczą zmianę mogłyby przynieść zakupy wspólne, dokonywane albo przez te trzy państwa razem, albo wespół z Polską, Szwecją czy Finlandią.

Wnioski dla Polski

W zakresie polityki obronnej na konkretne przejawy współpracy można wskazać już teraz: Marynarka Wojenna używa szwedzkich rakiet oraz radarów na okrętach, oferta A26 wraz z pakietem przemysłowym została zgłoszona do konkursu na nowy okręt podwodny, wojska lądowe z sukcesem wykorzystują fińskiego pochodzenia kołowy transporter opancerzony Rosomak, a podstawowym czołgiem wszystkich krajów skandynawskich oraz Polski w perspektywie kolejnych dekad pozostaje Leopard 2. Być może, gdyby nie braki postkomunistycznej kadry w zakresie przyszłościowego myślenia oraz wielka smuta w polskiej obronności w latach 90., te związki byłyby jeszcze bliższe i bardziej dla nas korzystne – Szwedzi już wtedy formułowali bowiem propozycje współpracy przemysłowej, które rozbijały się o mur niemożności.

Oczywiście kierunek bałtycki nie może (i niewiele wskazuje, żeby coś mogło zmienić w tym zakresie w przewidywalnej przyszłości) stanowić alternatywy dla gwarancji strategicznych najwyższego rzędu, choćby przez wzgląd na brak środków odstraszania nuklearnego. Może jednak stanowić ich bardzo cenne uzupełnienie, szczególnie na płaszczyźnie polityki bieżącej, regionalnej, nieocierającej się o globalną konfrontację. Szwecja liczy 9,8 mln obywateli, jej PKB wynosi 526 mld dolarów, wydaje na obronność 6,5 mld dolarów. Dla Finlandii te wartości wynoszą odpowiednio 5,5 mln, 267 mld i 3,3 mld, dla Norwegii – 5,2 mln, 501 mld i 7,2 mld, natomiast dla Danii – 5,7 mln, 314 mld i 4,5 mld. Połączone potencjały gospodarcze Polski i krajów skandynawskich są więc wyższe od rosyjskiego, natomiast siła demograficzna naszego kraju kompensuje jeden z zasadniczych braków narodów nordyckich.

W świetle powyższych obserwacji wydaje się, że nurty polityczne, którym leży na sercu podmiotowość i suwerenność Polski, powinny wyjść poza popularną optykę, która konserwatystom każe widzieć w Szwecji (czy szerzej – Skandynawii) wyłącznie nową Sodomę i Gomorę, natomiast lewicy postrzegać ją przede wszystkim jako socjalne państwo dobrobytu. Oczywiście, bardzo wiele aspektów szwedzkiej polityki wewnętrznej może budzić daleko idący sceptycyzm tych pierwszych. Jednak państwo to uparcie nie chce zawalić się pod własnym ciężarem, system gospodarczy natomiast wydaje się wykazywać znaczną elastyczność, umożliwiającą dzięki kolejnym seriom reform zachowanie wysokiej wydolności. Lewicowcy powinni z kolei widzieć, że szwedzcy socjaldemokraci są w dzisiejszym świecie dość osobliwą formacją – antypacyfistyczną, bardzo poważnie traktującą zagadnienia obronności. Trzeba odwołać się w tym miejscu do Carla Schmitta i jego rozróżnienia na wroga i sojusznika, stanowiącego istotę polityki. Tak jak wróg nie musi być etycznie wstrętny, tak nie ma konieczności, aby sojusznik był pod tym względem dla wszystkich pociągający. Tym, co dzieli i łączy, są twarde interesy i polityka jako język ich artykulacji. Dlatego właśnie należałoby aktywnie poszukiwać możliwości współpracy strategicznej z krajami skandynawskimi, która w razie sukcesu mogłaby, przy zupełnie naturalnym włączeniu Litwy, Łotwy i Estonii, w jakiejś perspektywie i przy pomyślnej koniunkturze zostać rozszerzona również o Białoruś i Ukrainę w celu integracji wszystkich krajów Europy Bałtyckiej dążących do niezależności od ościennych potęg.

Tureckie postscriptum

Spośród istniejących do dziś krajów tym, który najwięcej obok Polski i Szwecji stracił na wielowiekowej ekspansji Rosji, jest niewątpliwie Turcja. Utraciwszy przeciwników na północy, Moskwa mogła skierować swe siły na Bałkany, co doprowadziło zaś poprzez kolejne wojny do wyjścia Imperium Osmańskiego z Europy. Rachunki krzywd i świadomość zagrożenia ze wschodu są zatem wspólne. Dzisiejsza Turcja jest krajem potężnym ludnościowo (ponad 78 mln obywateli), coraz silniejszym ekonomicznie (przy dynamicznym wzroście PKB dobija do wartości 800 mld dolarów) i dysponującym – dzięki znacznym wydatkom, wynoszącym około 20 mld dolarów rocznie – bardzo silną armią, liczącą ponad 620 tys. żołnierzy. Dysponuje ok. 500 nowoczesnymi czołgami (wśród których są znów Leopardy 2), uzupełnianymi przez ponad 3 tys. starszych. Główną siłę lotnictwa stanowi zaś 236 F-16C/D. Adekwatny jest również komponent morski – kraj prowadzi obecnie analogiczny do polskiego program modernizacji obrony przeciwlotniczej, dążąc do zakupu jak najnowocześniejszych systemów średniego zasięgu.

Co bardzo ważne, kraj ten od dawna rozwija, umiejętnie korzystając ze współpracy międzynarodowej, potencjał w dziedzinie przemysłu zbrojeniowego. Przykładowo wszystkie tureckie F-16 zostały zmontowane w lokalnych zakładach (które ponadto eksportowały gotowe maszyny), zaś w bieżącym roku do produkcji powinien wejść opracowany wespół z partnerem południowokoreańskim czołg Altay, odpowiadający standardem nowoczesnym konstrukcjom zachodnim. Firmy znad Bosforu przedstawiają natomiast tak zaawansowane wzory uzbrojenia, jak pociski manewrujące modelu SOM, który ma osiągnąć docelowo zasięg aż 2,5 tys. km. A plany są jeszcze ambitniejsze: w 2014 r. Turcja wybrała jako partnera, z którym firma TAI będzie rozwijała nowy myśliwiec, szwedzki koncern Saab.

W polityce regionalnej Turcja jest protektorką Azerbejdżanu, skonfliktowanego z Armenią wspieraną przez Rosję. Do 2008 r. silnie wspierała Gruzję Micheila Saakaszwilego, choć w trakcie samej wojny zachowała daleko idącą wstrzemięźliwość. W trakcie kryzysu krymskiego tureckie czynniki oficjalne akcentowały potrzebę zachowania integralności terytorialnej Ukrainy. Otwarcie agresywne poczynania Rosji są tam postrzegane jako ewidentne zagrożenie. Z drugiej strony jednak Turcja ma własne, neoosmańskie interesy na Bliskim Wschodzie, otwierające pole różnego rodzaju targów z Rosją, np. w kwestii syryjskiej. Również stanowisko Ankary w odniesieniu do kwestii tranzytu surowców nie zawsze jest zbieżne z interesem np. Ukrainy czy Polski. Wydaje się jednak, że Turcja powinna być otwarta na wszelkie scenariusze ewentualnościowe, odnoszące się do zabezpieczenia przed rozwojem niebezpieczeństwa z kierunku wschodniego, ponadto w oczywisty sposób jest wartościowym partnerem w dziedzinie współpracy militarnej i przemysłowej. Pożądane byłoby zatem uzupełnienie postulowanej intensywnej bałtyckiej współpracy regionalnej o jak najściślejsze kontakty z potężnym partnerem z południa – utworzenie „półksiężyca” Sztokholm – Warszawa – Ankara.

Czyj właściwie jest Księżyc?

Podaruję ci Księżyc – mówi George Bailey do swojej ukochanej w filmie „To wspaniałe życie”. Romantyzm tej obietnicy wynika z absolutnej niemożności jej spełnienia – możemy wpatrywać się w Księżyc, pisać o nim dziecięce rymowanki, wyznawać zabobony dotyczące jego faz, ale nie możemy go posiąść, bez względu na to, czy chcielibyśmy go zatrzymać dla siebie, czy komuś podarować. Wydaje się jednak, że ustanowienie prawa własności na Księżycu – i ogólnie w przestrzeni kosmicznej – jest już coraz bliżej.

Pod koniec zeszłego roku Bigelow Aerospace, firma zajmująca się technologiami kosmicznymi, na którą jej założyciel i deweloper nieruchomości Robert Bigelow przeznaczył już 250 milionów dolarów, złożyła wniosek do Federalnego Urzędu Komercyjnego Transportu Kosmicznego z prośbą o zapewnienie „strefy nieingerencji” wokół jej przyszłych działań na Księżycu. Bigelow wytwarza nadmuchiwane siedliska do użytku w przestrzeni kosmicznej (miękkie konstrukcje, zaprojektowane tak, aby zajmować bardzo mało cennego miejsca w rakiecie kosmicznej, powiększające później objętość) i planuje założenie bazy na Księżycu. Ten krok może być pierwszym ku ustanowieniu tam praw własności.

Technologia komercyjnych przedsięwzięć w przestrzeni kosmicznej wyprzedza tempem rozwoju ramy prawne – ale prawo w końcu nadrobi ten dystans. Zarządzanie terenami wspólnymi jest wystarczająco brzemienne w problemy tu na Ziemi – np. gdy chodzi o terytorialne dysputy dotyczące prawa do połowów w Morzu Południowochińskim lub o spory na temat finansowania nowojorskich parków. Decyzje te są o wiele bardziej skomplikowane, jeśli ma się do czynienia z wielkim dobrem wspólnym na niebie.

Podstawą międzynarodowego prawa regulującego kwestie przestrzeni kosmicznej jest Traktat o Przestrzeni Kosmicznej (Outer Space Treaty) z 1967, powstały na fali zimnowojennych obaw, że Stany Zjednoczone lub Związek Radziecki uruchomią z kosmosu broń nuklearną. Traktat ten zakazuje zarówno używania broni nuklearnej w przestrzeni kosmicznej (ale już nie konwencjonalnego uzbrojenia), jak i przywłaszczania sobie przez państwa Księżyca i innych ciał niebieskich. Został podpisany przez ponad setkę państw, łącznie z „Wielką Trójką” (Chinami, USA i Rosją) i jest uważany za wiążące prawo międzynarodowe. Nie wspomina on jednak o prywatnych przedsiębiorstwach, a jego wytyczne stają się w najlepszym razie rozmyte wraz z rozwojem komercyjnego biznesu w kosmosie. Trudno winić autorów Traktatu za przeoczenie. Wydobycie zasobów na asteroidach czy turystyka kosmiczna nawet obecnie brzmią szokująco – 50 lat temu musiały być więc trudniejsze do pojęcia.

Układ Księżycowy z 1979 r. poszedł dalej, zakazując posiadania własności na Księżycu – jego powierzchni, terenów podpowierzchniowych i wszelkich znalezionych tam zasobów – przez jakąkolwiek osobę, organizację lub rząd. Układ deklarował również, że jego sygnatariusze mają intencję ustanowić międzynarodowy reżim nadzoru w celu zawiadywania eksploatacją naturalnych zasobów na Księżycu. Podobny reżim zabezpiecza już zasoby wód międzynarodowych, a ustanowiony został poprzez Konwencję Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza. Jednak żaden reżim dotyczący Księżyca nie został ostatecznie ustanowiony. Tylko 11 krajów podpisało Układ Księżycowy i nie ma pośród nich żadnego z państw aktywnych na polu podróży kosmicznych i transportu kosmicznego.

Bigelow nie prosi o prawo własności na Księżycu. Firma, założona w 1998 r., stawia sobie za cel ustanowienie tam bazy i użyczanie przestrzeni kosmicznej w leasing klientom. Chociaż powstanie bazy lunarnej wydaje się odległe o całe lata, Bigelow ma już na orbicie dwa prototypy siedlisk, a także, na mocy wartego 17 milionów dolarów kontraktu z NASA, zamierza dostarczyć Międzynarodowej Stacji Kosmicznej rozszerzalny moduł (obecna cena na stronie Bigelow to 25 milionów dolarów za dwumiesięczne użytkowanie Bigelow Alpha Station na prawach wyłączności). Jak twierdzi adwokat Bigelow, Mike Gold: Prosimy Federalny Urząd Komercyjnego Transportu Kosmicznego o aprobatę dla wystrzelenia i lądowania siedliska na powierzchni Księżyca oraz o zapewnienie, że jeśli to zrobimy, będziemy działać w strefie nieingerencji. Jest to zgodne z wymogami Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej – państwa nadzorują handel. Bardziej niż prawa własności Bigelow pragnie zapewnień, że ich działania nie zostaną zakłócone. Tak czy inaczej odpowiedź FUKTK na prośbę Bigelow pozwoli rozproszyć istniejące obecnie niejasności prawne. Nasza prośba jest katalizatorem zmiany – mówi Gold.

Z perspektywy firmy Bigelow – a perspektywę tę podziela wiele osób w rozwijającym się przemyśle komercjalizacji przestrzeni kosmicznej – ustanowienie prawa własności na Księżycu nie jest nowością, lecz koniecznością. Prawa własności są kluczem do pozyskania inwestycji niezbędnych dla dalszego rozwoju – mówi Gold. Ignorujemy Księżyc na własne ryzyko – należy postawić pytanie nie o to, czy lunarne zasoby będą wykorzystywane, ale o to, kiedy i przez kogo. Chociaż trudno wyobrazić sobie powierzchnię Księżyca tak zatłoczoną poszukiwaczami zasobów, że mógłby pojawić się konflikt o terytorium, Gold wskazuje, iż miejsca, które mogłoby sprzyjać ludzkiemu bytowaniu i działaniu nie jest tam aż tak wiele. Wreszcie, jak dowodzi: Jeśli Stany Zjednoczone nie podejmą kroków, by przynajmniej ustalić pewne zasady gry w związku z działaniami na Księżycu, to jest to recepta na konflikt i katastrofę.

Gold jest zwolennikiem porównywania obecnych działań człowieka w przestrzeni kosmicznej z zasiedlaniem Zachodu Ameryki: najpierw następuje rekonesans rządu (NASA, Lewis i Clarke), ale najważniejsza praca wykonywana jest przez kolejną falę przybywających, cywili i przedsiębiorców poszukujących majątku. To zresztą interesujące, że Gold traktuje tę grupę jako ważną, dorastał bowiem w rezerwacie Indian w Montanie. Kiedy zapytałam go o tę część analogii, odparł po prostu: Cóż, na Księżycu nie ma Indian. Jest faktycznie niezamieszkany. I kontynuuje o swojej wizji: Rząd odegrał bardzo istotną rolę w przecieraniu szlaku, jednak najważniejszą odegrali rolnicy, osadnicy, przedsiębiorcy, którzy tak naprawdę zasiedlili region – a w przestrzeni kosmicznej to się po prostu nie wydarzyło. Dla Golda dzisiejszymi odpowiednikami tamtych osadników w kosmosie są firmy, włączając w to Bigelow, których celem jest założenie tam biznesu.

Osadnicy, którzy pakowali swoje wozy i zmierzali ku Wielkim Równinom, są pod wieloma względami różni od przedsiębiorców marzących o kosmosie. Po pierwsze, mieli oni Ustawę o Gospodarstwach Rolnych (Homestead Act), umożliwiającą ubieganie się o przyznanie im każdej parceli ziemi, na której pracowali i rezydowali. Czy tego rodzaju drogę postępowania Bigelow przewiduje dla kosmosu? W sensie idealnym, oczywiście. Ustawa o Gospodarstwach Rolnych, której skutkiem było zasiedlenie i rozwój Zachodu, to wspaniały model – mówi Gold. – Problemem byłoby jego wdrożenie – Traktat o Przestrzeni Kosmicznej zabrania gromadzenia terenów przez państwa, i tu właśnie można by popaść w kłopoty, gdyby zachować się jak w przypadku Ustawy o Gospodarstwach Rolnych. Ponieważ Stany Zjednoczone nie mają praw własności do ciał niebieskich, nie mogą zapewnić ich innym podmiotom.

Adwokat Michael Listner, założyciel firmy konsultingowej o nazwie Space Law and Policy Solutions, ma już dość słuchania analogii z Dzikim Zachodem, używanych, żeby opisać przyszłość przestrzeni kosmicznej. Pod koniec 2013, odpowiadając na publiczne obwieszczenie Bigelow, że firma wystosowała prośbę do FUKTK, napisał: Kosmos jest wszystkim, tylko nie Dzikim Zachodem. Zwolennicy prawa własności w przestrzeni kosmicznej, którzy używają tej analogii, ignorują obecne uwarunkowania polityczne i prawne. Środowisko geopolityczne jest inne, niż było w XIX wieku. Listner uznał też moment opublikowania prośby przez Bigelow za „kłopotliwy”. Obecne środowisko rozwiązań prawnych i politycznych nie jest przygotowane na ustrój, który jednostronnie zagwarantuje prywatne prawa własności w przestrzeni kosmicznej – napisał w artykule w „Space News”, ostrzegając, że jeśli USA spróbują wprowadzić to rozwiązanie w sposób tak jednostronny, może to sprowokować „silną reakcję geopolityczną”.

W Ustawie o Gospodarstwach Rolnych chodziło o skonsolidowanie amerykańskiej władzy w terytoriach, ale była ona również świadomie demokratyczna, oparta wprost na ideale „rolnika”. Jedynymi wymogami, aby otrzymać ziemię na Dzikim Zachodzie były: wiek przynajmniej 21 lat, brak antyrządowych wystąpień w przeszłości oraz gospodarowanie na ziemi od pięciu lat. Aby dotrzeć na Księżyc, przeciwnie  potrzebujemy sporo pieniędzy oraz statku kosmicznego.

W dzisiejszych czasach jest wiele firm, które mają obie te rzeczy. Prośba Bigelow jest częścią szerszej tendencji: w ostatnich latach powstało mnóstwo komercyjnych korporacji zainteresowanych kosmosem. Planetary Resources (Planetarne Zasoby) i Deep Space Industries (Przemysł w Przestrzeni Kosmicznej) chciałyby wydobywać rzadkie minerały z asteroid. Virgin Galactic Space Adventures (Kosmiczne Przygody w Dziewiczej Galaktyce) oferuje natomiast turystykę kosmiczną. Wszystkie te firmy zostały założone pomiędzy 2004 a 2013. Nowy prywatny sektor kosmiczny przyciągnął zainteresowanie – i kapitał – wielu chcących inwestować sław, m.in. Richarda Bransona, Erica Schmidta, Rossa Perota juniora czy Jamesa Camerona.

Jak do tej pory rozwój technologiczny – i oparty na technologiach biznes – postępuje z dużo większą szybkością, niż rozwijają się związane z nim ramy prawne. Ale, tak jak w odpowiedzi na powstanie internetu wyewoluowało nowe prawo dotyczące prywatności i własności intelektualnej, tak samo zostanie stworzone nowe prawo dotyczące przestrzeni kosmicznej. W lipcu 2014 r. dwóch deputowanych z Izby Reprezentantów, Bill Posey (republikanin z Florydy) i Derek Kilmer (demokrata z Waszyngtonu), przedstawiło projekt ustawy o nazwie American Space Technology for Exploring Resource Opportunities In Deep Space (ASTEROIDS) Act – Ustawa o Amerykańskiej Technologii Kosmicznej dla Poznania Możliwości Pozyskiwania Zasobów w Przestrzeni Kosmicznej. Ustawa sprawiłaby, że zasoby wydobyte na asteroidzie stawałyby się własnością firmy, która je wydobyła. Legislacja zagwarantowałaby „prawa mineralne” – prawo do wydobywania i eksploatacji jakichkolwiek złóż znalezionych na asteroidzie – a nie prawo do posiadania na własność samej asteroidy.

Listner nazywa ustawę ASTEROIDS dobrym pierwszym krokiem, ale twierdzi, że moment nie jest odpowiedni. Nie sądzę, żeby międzynarodowe środowisko prawne i polityczne było naprawdę gotowe dojść do porozumienia na temat takiego „prawa własności”. Z tego powodu wątpi, by owa legislacja miała wyjść poza tworzącą ją komisję. Dodatkowo, jak twierdzi, ustawa nie jest napisana w tak jasny sposób, jak powinno być napisane prawo dotyczące własności w przestrzeni kosmicznej. Mówię „prawo własności” w cudzysłowie, ponieważ nikt nie wie, jaki przybierze ono kształt. Zauważa też, że choć ustawa instruuje Kongres, by znalazł sposób na stworzenie owych praw własności, nie informuje, jak to zrobić.

Tradycja prawa rzymskiego ustaliła dwie obszerne koncepcje dotyczące zasobów niemających właściciela: res nullius („rzecz niczyja”) oraz res communis („własność wspólna”). Ta pierwsza dotyczyła rzeczy, takich jak dzikie zwierzęta leśne albo złoto Dzikiego Zachodu – ktokolwiek je znalazł i miał do nich dostęp, ten nabywał prawa do ich posiadania. Asteroidy wydają się należeć do tej kategorii; niektóre z nich zawierają platynę czy wartościowe minerały, ale jako że znamy ich w naszym Układzie Słonecznym już ponad 500 000, są w gruncie rzeczy kosmicznym „gruzem”. Jeśli chcecie zaklepać sobie prawo do kawałka lodowej skały pędzącej w przestrzeni kosmicznej, do dzieła!

Jeśli jednak chodzi o Księżyc, bardziej poprawne wydaje się być określenie go jako res communis albo „wspólny dla całego gatunku ludzkiego”. Tak jak napełnia nas goryczą pomysł, by ktoś posiadał na własność ocean, tak i idea posiadania Księżyca budzi podobne uczucia. Mogę pragnąć, by naukowcy studiowali Księżyc i starali się go objąć ludzkim rozumieniem, lub by od czasu do czasu wysyłano emisariuszy w celu prowadzenia tam eksperymentów czy przywiezienia okazów skał księżycowych, ale kiedy spojrzę ponad sylwetki billboardów i obwieszonych reklamami drapaczy chmur, rysujące się na tle nieba, chcę zobaczyć coś, co pozostaje poza sferą ludzkiej własności – nie symbol władzy człowieka, lecz jego maleńkości, coś, co da mi odpowiednią perspektywę w kwestii mojego miejsca w świecie. Innymi słowy, zasoby, które chcę pozyskać z Księżyca, to poczucie transcendencji i pokory.

Taka sentymentalna postawa, charakterystyczna dla luddystów, rzadko jednak ostatecznie zwycięża. Zatem, pomijając pomysł ustanowienia pozaziemskiej wersji Systemu Parków Narodowych, być może najatrakcyjniejszą wizję zarządzania dobrem wspólnym w przestrzeni kosmicznej sformułował Michael Simpson, dyrektor wykonawczy w Secure World Foundation, organizacji zajmującej się odpowiedzialnym wykorzystaniem zasobów kosmicznych. Tak jak Gold i inni zwolennicy prawa do posiadania własności w kosmosie, Simpson również przywołuje przykład z przeszłości Ameryki. Ale nie Dziki Zachód – chodzi mu o park Boston Common. Ten model jest dość intrygujący – mówi o najstarszym parku w Stanach Zjednoczonych, który na początku XVII wieku był terenem pod wypas bydła, dzielonym przez wielu lokalnych rolników. Tryb jego użytkowania zmieniał się wraz z miastem: był on używany jako baza wojskowa, miejsce wieszania skazanych lub teren pod publiczne wiece czy protesty. Dla XVII-wiecznych bostończyków – mówi Simpson – to była przestrzeń, której nie posiadał na własność żaden z użytkujących, ale zarządzano nią w sposób zrównoważony, tak aby była dostępna pod wypas bydła w kolejnym roku tak samo, jak była w bieżącym. Oczekiwano od ludzi, że będą znaczyli swoje zwierzęta, aby uniknąć konfliktów. Pomimo nieposiadania prywatnej własności w parku Common, mieszkańcy mogli go używać i pozyskiwać z tego dochód.

Simpson wierzy, że to dobry wzorzec w stosunku do Księżyca – udzielenie przyzwolenia na wspólne, zrównoważone użytkowanie zasobów, a nawet prawa do tych zasobów mineralnych, które mogą być wydobywane (jednak nadal nie ma mowy o prawie własności). Na Księżycu mamy całe mnóstwo zasobów o nadzwyczajnej wartości, zarówno rynkowej, jak i społecznej – mówi. Możliwe do pozyskania tam zasoby są warte o wiele więcej, niż wskazuje na to ich wartość handlowa. Na jego powierzchni znajduje się hel-3, izotop, który, jak wierzy wielu, może stać się rewolucyjnym paliwem napędowym. Odleglejsza strona powierzchni Księżyca, zwrócona tyłem do Ziemi, to najmniej zakłócany przez fale radiowe punkt w wewnętrznym układzie słonecznym, co czyni go kopalnią złota dla astronomów.

Będzie to taka sama dyskusja, jak w przypadku parków narodowych. Niektórzy uważają, że te miejsca posiadają wielką wartość społeczną i estetyczną, ale są i ci, którzy powiedzą: nie, musimy na tym zarobić. Simpson docenia fakt, że ustawa ASTEROIDS daje tylko prawo do wydobycia, uznając, że Kongres nie ma władzy nadawania tytułów własności do asteroid. Uważa nawet, że mimo braku międzynarodowego traktatu amerykańskie firmy mogłyby bez prowokowania geopolitycznych incydentów korzystać z minerałów wydobywanych na asteroidach pod warunkiem wejścia projektu ustawy w życie. Można by to osiągnąć albo sprzedając wydobyte minerały tylko w obrębie Stanów Zjednoczonych, albo poprzez podpisanie z innymi krajami osobnych umów, umożliwiających sprzedaż pozaziemskich zasobów. Ale jeśli chodzi o sprawę Bigelow, Simpson widzi większe źródło problemów w Traktacie o Przestrzeni Kosmicznej, który dyktuje krajowi ustanawiającemu bazę na Księżycu przymus udostępniania jej innym krajom.

Wreszcie, jak twierdzi Simpson, ustalenie, jak w pokojowy sposób dzielić się przestrzenią kosmiczną w obliczu braku władzy suwerennej, będzie trudnym przedsięwzięciem. Możemy przywoływać Dziki Zachód czy Boston Common ile tylko chcemy, ale, jak wskazuje Simpson, faktem jest, iż: W udokumentowanej historii nie ma śladu po tym, byśmy kiedykolwiek rozwinęli system rządzenia formalny lub nieformalny, przy braku suwerenności. A tym bardziej przy braku grawitacji.

tłum. Magda Komuda

Tekst pierwotnie ukazał się w „Dissent Magazine” w numerze z jesieni 2014 r. Więcej o piśmie: www.dissentmagazine.org

Dobre, bo publiczne

W debatach medialnych regularnie pojawia się odmieniany przez wszystkie przypadki termin „prywatyzacja”. Najczęściej dzieje się to, gdy któraś z państwowych spółek przechodzi ciężkie chwile lub gdy na tapetę trafia temat niewydolności służby zdrowia. Prywatyzacja urasta w takich sytuacjach do najbardziej rozsądnego rozwiązania proponowanego przez szanowanych ekspertów, przeciw któremu występują głównie roszczeniowe i bojące się rozwoju grupy społeczne. W tym spontanicznym sprzeciwie objawia się intuicyjna mądrość ludu, a za popieraniem prywatyzacji przez różnej maści ekspertów stoi często ich uwikłanie w interesy środowisk, z których się wywodzą. W związku z takim podziałem ról do opinii publicznej nie docierają uporządkowane i jasno artykułowane argumenty przeciw prywatyzacji i za utrzymaniem szerokiego sektora publicznego. Sprawia to wrażenie, że owe postulaty są przejawem warcholstwa i obrony własnych interesów. Jest zgoła przeciwnie – mają one głębokie uzasadnienie społeczne, instytucjonalne i ekonomiczne.

Jeszcze publiczne czy już prywatne?

Termin „prywatyzacja usług publicznych” jest bardzo szeroki i w powszechnym odbiorze często oznacza również zjawiska takie jak „komercjalizacja”, „urynkowienie” czy „outsourcing”. Prywatyzacja w ścisłym znaczeniu tego terminu to sprzedaż zorganizowanego majątku publicznego lub jego części, tymczasem „komercjalizacja usług publicznych” lub ich „urynkowienie” niekoniecznie muszą wiązać się ze sprzedażą mienia publicznego. Komercjalizacja to zmiana celów, jakimi kierują się jednostki wykonujące zadania publiczne – z jak najlepszego świadczenia usług na rentowność i zysk. Odbywa się to np. poprzez zmianę zasad zarządzania lub wprowadzenie państwowego przedsiębiorstwa na giełdę, gdzie musi się ono dostosować do panujących reguł, jednak przy zachowaniu większościowej własności państwa. Urynkowienie natomiast to wprowadzenie do usług publicznych konkurencji, a więc stworzenie dla nich specyficznego rynku. Można to osiągnąć poprzez wprowadzenie kilku dostawców danej usługi lub dopuszczenie do świadczenia usług także prywatnych świadczeniodawców, np. ubezpieczycieli zdrowotnych, którzy muszą konkurować o pacjenta. Outsourcing zaś to po prostu zlecenie świadczenia danej usługi prywatnemu podmiotowi na zasadach ustalonych przez instytucje publiczne, z nadzieją, że wykona je on lepiej. Wszystkie wymienione rozwiązania nie muszą się wiązać z prywatyzacją, jednak często zbiorczo określa się je tym terminem – to właściwie zasadne, gdyż wszystkie one wiążą się z podobnymi zagrożeniami.

Głównym argumentem za prywatyzacją usług publicznych jest przeświadczenie, że podmioty działające na zasadach rynkowych są bardziej efektywne. A zatem, jeśli wprowadzimy te zasady również do sektora publicznego, poziom usług wzrośnie. Problem w tym, że nie ma dowodów, iż dzieje się tak zawsze. Nie tylko dlatego, że sam rynek jest zawodnym mechanizmem, ale także z tego powodu, że sektor publiczny kieruje się innymi zasadami i celami niż prywatny. I nawet jeśli wśród tych rozmaitych celów pojawia się również zysk, to nie jest on jedyną ani główną racją – administracja publiczna nie może przecież zrezygnować ze świadczenia danej usługi tylko dlatego, że jest nieopłacalna. Na przykład przy decyzji o podciągnięciu wodociągów do niewielkich osad w górskich rejonach nie można kierować się rentownością projektu, gdyż prawdopodobnie koszty nie zwrócą się nigdy. Ale obywatele tam mieszkający mają takie same prawo posiadania dostępu do bieżącej wody. Sektor publiczny musi też brać pod uwagę o wiele więcej względów niż prywatny. Administracja publiczna ma dbać o interesy przeróżnych grup, często ze sobą sprzeczne, gdy tymczasem sektor prywatny dba głównie o własny interes i nawet jeśli także w nim pojawia się konflikt celów (np. między pracownikami a akcjonariuszami spółki), to jest on nieporównywalnie mniej złożony. Relacja obywatel–administracja publiczna jest zupełnie inna niż klient–sprzedawca. Zakłada ona wzajemną odpowiedzialność, nakłada na obywatela nie tylko uprawnienia, ale i obowiązki, i nie kończy się w momencie uzyskania usługi. „Obywatel” jest pojęciem dużo szerszym i bardziej złożonym niż „klient”.

W związku z tymi różnicami niedoskonałości mechanizmów i podejścia rynkowego muszą się ujawniać w sektorze publicznym jeszcze bardziej niż w prywatnym. Można się bardzo pomylić, gdy kierujemy się obniżeniem kosztów dostępu do usług publicznych podczas zlecania ich prywatnym podmiotom. Gdy np. jeden z podmiotów zdominuje pozostałe i po przejściowym obniżeniu ceny oraz zduszeniu konkurencji nagle zacznie owe koszty dostępu podnosić, wówczas powstanie monopol prywatny, nieskończenie bardziej niebezpieczny od publicznego, gdyż nie poddany demokratycznej kontroli społecznej. Nawet jeśli bezpośrednie koszty trwale spadną, to w ich miejsce pojawią się nowe koszty transakcyjne, związane głównie z egzekwowaniem wymogów poziomu świadczonych usług i kontrolowaniem przestrzegania umów. W przypadku przerwy w świadczeniu usług oraz konieczności błyskawicznego znalezienia nowego usługodawcy (gdy pozycja negocjacyjna administracji drastycznie się obniży) straty mogą być ogromne. Jednak nawet jeżeli prywatyzacji nie będą towarzyszyć żadne dramatyczne wydarzenia, wzrost kosztów transakcyjnych i tak może spowodować, że bilans okaże się negatywny, tym bardziej jeśli nie ma się kadry odpowiednio przeszkolonej do monitorowania poziomu prywatyzowanych usług. W sytuacji gdy sektor prywatny stać często na najlepszych prawników, egzekwowanie umów przez państwo czy samorządy może okazać się fikcją.

Bardzo częstym elementem urynkowienia i komercjalizacji usług publicznych jest tzw. selekcja negatywna. Poszczególni usługodawcy mogą nie dbać o „klientów” szczególnie problematycznych lub wręcz zniechęcać ich do wybrania właśnie ich usług. Ma to szczególnie duże znaczenie przy komercjalizacji służby zdrowia. Prywatne podmioty stawiają na wykonywanie najbardziej zyskownych procedur, a ubezpieczyciele z otwartymi ramionami przyjmują głównie pacjentów o końskim zdrowiu. Wtedy mniej zyskowne, aczkolwiek równie istotne obszary (jak np. geriatria) leżą odłogiem, a schorowani pacjenci mają problem z ubezpieczeniem się. Najbardziej prawdopodobna jest reaktywacja podmiotów publicznych właśnie w tych mało zyskownych obszarach (podczas gdy zyskowne zostają już w rękach prywatnych), co jest kolejnym przykładem zjawiska „prywatyzacji zysków i uspołecznienia strat”.

Bardzo istotne zagrożenie to zmniejszanie się wpływu władzy publicznej na rzeczywistość. Gdy oddajemy rynkowi kolejne obszary życia, wspólnotą w coraz większym stopniu zaczyna rządzić pieniądz, a w coraz mniejszym demokracja. Może to ostatecznie doprowadzić do zaistnienia fasadowej demokracji, w której obywatele głosują, lecz nie ma to większego znaczenia, bo władza i wpływy zostały już wcześniej wykupione przez najzamożniejszych. Nawet jeśli nie spełni się najgorszy scenariusz, to i tak reagowanie władzy publicznej na zagrożenia stanie się utrudnione, gdyż odpowiedzialność usługodawców będzie miała jedynie charakter kontraktowy, sprowadzający ją do zapisów w umowie. Bardzo ogranicza to paletę działań władzy oraz wydłuża czas potrzebny do pociągnięcia winnych do odpowiedzialności i do naprawienia złej sytuacji. Rozszerzanie się zasad rynkowych na kolejne obszary życia niewątpliwie odbije się także negatywnie na transparentności życia społecznego – w sektorze prywatnym nie obowiązuje taki poziom jawności informacji jak w publicznym.

Konkretne zagrożenia mogą w różny sposób ujawniać się w poszczególnych formach prywatyzacji usług. W przypadku partnerstwa publiczno-prywatnego rośnie ryzyko drożyzny, ponieważ partner prywatny, mając ograniczoną ilość czasu na czerpanie zysków z inwestycji, może windować ceny, by maksymalnie zrekompensować sobie poniesiony wkład. Drastycznie rosną też koszty transakcyjne, bo pojawia się częsta konieczność renegocjowania umów – partnerstwo trwa czasem kilkanaście lub więcej lat, więc zmieniają się okoliczności. Nawet jeśli poszczególne niewydolności rynku uwydatniają się w usługach publicznych z różną intensywnością, można znaleźć wiele przykładów, które każą się przynajmniej zastanowić, czy prywatyzacja jest zawsze dobrym rozwiązaniem.

Prywatni leserzy, publiczni prymusi

Z powyższych zjawisk, które mogą towarzyszyć prywatyzacji, najczęstszym i najłatwiejszym do wykazania jest wzrost cen usług publicznych, często drastyczny. Drożyzna to chleb powszedni dla obywateli, którym usługi publiczne zapewniają prywatne podmioty. Przekonali się o tym Francuzi po prywatyzacji sieci wodociągowych – w gminach, które zdecydowały się na ten krok, ceny wody były o ok. 20 proc. droższe od cen w miejscach, gdzie tego nie uczyniono. Dodatkowo wykazano, że prywatni operatorzy osiągali nieproporcjonalnie wysokie zyski w stosunku do kosztów. W Boliwii sprzedaż systemu wodociągów amerykańskiej spółce Bechtel w 1999 r. momentalnie przyniosła trzykrotny wzrost opłat za wodę, co skończyło się zamieszkami i renacjonalizacją systemu.

Najbardziej szokujący przykład olbrzymich kosztów, które wiązały się z prywatyzacją publicznego systemu, to reforma emerytur z czasów generała Pinocheta w Chile. Wprowadzona w roku 1981, oddawała los emerytur Chilijczyków w ręce prywatnych funduszy emerytalnych. Rachunek za ten krok był wyjątkowo słony. W latach 1981–2008 suma składek wpłaconych do AFP (tamtejszego OFE) wyniosła 59 mld dol., natomiast suma pobranych z tego tytułu prowizji to aż 19,9 mld. Co trzeci dolar ze składek emerytalnych Chilijczyków trafiał więc do kieszeni funduszy emerytalnych. Byłoby to do zniesienia, gdyby w zamian wypracowały one mieszkańcom Chile godne emerytury, jednak nawet to się nie zdarzyło. Okazało się, że emerytury wypracowane w prywatnym systemie były o 50 proc. mniejsze, niż byłyby, gdyby wciąż obowiązywał stary system. Aż ⅔ członków AFP nie zebrało środków wystarczających do uzyskania świadczeń umożliwiających przeżycie. W związku z tym trafili na garnuszek państwa, które musi wypłacać im pomoc socjalną. Jest to jednym z przykładów wyżej opisywanych kosztów transakcyjnych – za nieudolność (lub też zwyczajną pazerność) prywatnych funduszy muszą płacić wszyscy podatnicy.

Przykład prywatyzacji chilijskich emerytur obrazuje jeszcze jedno z zagrożeń – powierzanie zabezpieczenia społecznego rozwiązaniom rynkowym wiąże się z ogromnym ryzykiem i brakiem stabilności. Na skutek obecnego kryzysu AFP straciły aż 60 proc. zysków wypracowanych do roku 2007, czyli ponad połowę tego, co wypracowywały przez ćwierćwiecze. Tę naukę należy bez wątpienia rozciągnąć na inne usługi publiczne (bo ubezpieczenie społeczne jest jedną z nich) – nie warto powierzać rynkowi usług, od których zależy egzystencja społeczeństw, gdyż koniunktura rynkowa bywa zmienna, a dostępność do takich świadczeń musi być stabilna. Przynajmniej częściową stabilność mogą zapewnić przede wszystkim instytucje publiczne ukierunkowane na wypełnianie potrzeb społecznych, a nie na zysk. Dobrze wiedział o tym zresztą sam generał Pinochet – służby mundurowe, z których się wywodził, pozostawił w starym publicznym systemie emerytalnym.

Chile jest najbardziej szokującym przykładem nieudanej prywatyzacji emerytur. Na dobrą sprawę krok ten jeszcze nigdzie się nie udał, a kolejne kraje wycofują się z niego rakiem, tak jak Polska czy Węgry. Tymczasem na drugim biegunie są tzw. emerytury bezskładkowe, czyli po prostu finansowane z budżetu i wypłacane przez publiczne podmioty – w zasadzie sprawdzają się wszędzie, gdzie je wprowadzono, np. w Australii czy Nowej Zelandii. W Nowej Zelandii przysługują wszystkim osobom, które ukończyły 65 lat i mieszkają na wyspie przynajmniej od dekady. Emerytura wynosi 72,5 proc. średniej płacy netto (dla osób samotnych jest trochę wyższa) i jest wliczana do dochodu podlegającego opodatkowaniu. Dzięki temu, że jest ona całkiem wysoka i właściwie równej wysokości dla wszystkich (z rozróżnieniem jedynie na stan cywilny), znakomicie przeciwdziała ubóstwu i rozwarstwieniu. Chwalą ją dosłownie wszyscy – w roku 1997 odbyło się referendum w sprawie wprowadzenia w zamian modelu emerytur kapitałowych, wzorowanych na chilijskich, jednak propozycja została masowo odrzucona przez obywateli (przeciw było 93 proc. głosujących przy frekwencji 80 proc). W Australii system działa na podobnych zasadach, z tym że obowiązuje kryterium majątkowe – emerytury nie są wypłacane osobom najbardziej zamożnym.

Ktoś mógłby stwierdzić, że to kraje dość bogate, więc mogą sobie pozwolić na tak szczodry system. Jednak system publicznych emerytur bezskładkowych sprawdza się również w krajach o średnim dochodzie (np. RPA) oraz bardzo biednych (Boliwia, Botswana, Nepal). W RPA emerytura wynosi 50 proc. przeciętnego dochodu gospodarstwa domowego. Przysługuje wszystkim obywatelom – mężczyznom, którzy ukończyli 65 lat, a kobietom od 60. roku życia. Systemem administruje publiczna agencja South African Social Agency, która stworzyła złożoną strukturę wypłacania świadczeń nawet w miejscach głęboko zapóźnionych cywilizacyjnie, wykorzystując m.in. pojazdy wyposażone w bankomaty oraz pomoc administracji lokalnej, często asystującej starszym osobom w dzień wypłaty. System działa bardzo sprawnie i przynosi znakomite efekty w zwalczaniu ubóstwa. Głównymi problemami, z którym muszą borykać się administratorzy systemu, są wysokie opłaty za dostarczanie emerytur, jakich żądają prywatni dostarczyciele przesyłek wypłacający świadczenia w niektórych miejscach, a także niechęć do otwierania filii przez banki w rejonach wiejskich. Świetnie działający publiczny system emerytalny w RPA napotyka kłopoty głównie tam, gdzie musi współpracować z sektorem prywatnym…

Najsłynniejszym przykładem drożyzny prywatnego systemu jest amerykańska opieka zdrowotna. Niemal w całości prywatny (zarówno świadczeniodawcy, jak i ubezpieczyciele są prywatni), lecz generuje ogromne koszty, niespotykane w żadnym innym miejscu na świecie. W USA na opiekę zdrowotną wydaje się 17,6% PKB i jest to rekord w skali globu. Amerykanie wydają przeciętnie na osobę 8500 dol., a tymczasem druga pod tym względem Norwegia „zaledwie” 5670 dol. Ta sytuacja przekłada się często na ludzkie dramaty aż 46% upadłości konsumenckich w Stanach jest spowodowanych koniecznością poniesienia kosztów niezwykle drogiej opieki medycznej. Około 15% Amerykanów (46milionów) nie stać na opłacenie prywatnego ubezpieczenia i nie zmieniła tego stanu nawet reforma „Obamacare”, wprowadzająca system tanich ubezpieczeń. Co ciekawe, te olbrzymie nakłady niespecjalnie przekładają się na efekty w kategorii „stan zdrowia” obywateli Stany Zjednoczone plasują się na ok. 30 miejscu na świecie.

Tymczasem odrobinę na północ funkcjonuje służba zdrowia stanowiąca antytezę systemu amerykańskiego. System kanadyjski opiera się na środkach publicznych, które stanowią aż 70 proc. wszystkich kosztów opieki medycznej w tym kraju. Nakłady wynoszą 10,6 proc. PKB, a więc są o wiele mniejsze niż w USA, a mimo to nie ma żadnych problemów z nieubezpieczonymi – system gwarantuje opiekę wszystkim obywatelom, niezależnie od zatrudnienia czy innych czynników. Uderzające są przede wszystkim wyniki porównania wyceny poszczególnych zabiegów medycznych. Różnice są ogromne – zwykła wizyta u specjalisty jest wyceniana w Kanadzie na 30 dol., a w USA trzy razy drożej; wycięcie wyrostka robaczkowego w Kanadzie to koszt 400 dol., gdy w USA ponad tysiąc; badanie naczyń krwionośnych w USA kosztuje 900 dol., a za północną granicą już jedynie 35 dol. Kanadyjska opieka medyczna jest nie tylko tania, ale także dość efektywna – pod tym względem plasuje się ona na 21. miejscu na świecie, tymczasem amerykańska dopiero na 44.

Skuteczności publicznych służb zdrowia dowodzi też niedawny raport naukowców z Cambridge i Uniwersytetu w Kalifornii pt. „Porównanie działania prywatnych i publicznych systemów opieki zdrowotnej w krajach o niskim i średnim poziomie płac”. Zbadali oni efektywność systemów w krajach o PKB per capita maksymalnie niewiele ponad 12 tys. dol. Ich wnioski są dość jednoznaczne – sektor państwowy wykazuje się lepszymi, nawet aż o 85 proc., wynikami w leczeniu (np. w Pakistanie). Sektor prywatny często nadużywa niektórych procedur medycznych – w RPA 62 proc. porodów przyjmowanych przez prywatnych usługodawców kończy się cesarskim cięciem, a przez publicznych jedynie 18 proc. Pracownicy sektora publicznego posiadali także lepsze kompetencje i rzadziej łamali przepisy. Wykazano również, że prywatyzacja systemu oznacza wzrost kosztów opieki oraz cen przepisywanych lekarstw. Interesujące, że wzrost kosztów wiązał się głównie z wyraźnym skokiem kosztów administracyjnych – np. w Kolumbii po prywatyzacji wynoszą one, w co aż trudno uwierzyć, 53 proc. Dla porównania – w Polsce koszty administracyjne NFZ to zaledwie 1 proc. Z raportu wynika, że mocną stroną prywatnej służby zdrowia są głównie mniejsze kolejki i bardziej uprzejmy personel, jednak te zalety nie są w stanie zmienić bilansu, który jest jednoznacznie pozytywny dla sektora publicznego.

Nie tylko służba zdrowia lub system emerytalny przynoszą dowody na to, że prywatyzacja nie zawsze musi być dobrym rozwiązaniem. Wielka Brytania wycofała się z prywatyzacji infrastruktury kolejowej z 1993 r., gdyż prywatny operator, tnąc koszty, nie kwapił się do remontów, a w efekcie była ona w fatalnym stanie i dochodziło do wielu poważnych wypadków. Okresowe przerwy w dostępie energii elektrycznej przeżyli mieszkańcy Kalifornii – słynny blackout z 2001 r. spowodował tam ogromne straty, a miał miejsce z powodu kłopotów, w jakie popadli prywatni dostawcy energii. Wisienką na torcie niech będą polskie doświadczenia z partnerstwem publiczno-prywatnym, których efektem są autostrady jedne z najdroższych dla użytkowników w skali europejskiej.

To może się opłacać

Innym problemem jest kwestia prywatyzacji przedsiębiorstw publicznych, które świadczą działalność produkcyjną. W takiej sytuacji dużo większe znaczenie mają cele i uwarunkowania ekonomiczne, takie jak zysk czy rentowność. Fakt, że prywatne przedsiębiorstwo kieruje się głównie zyskiem, nie oznacza od razu, że przedsiębiorstwo publiczne musi być ślepe na inne względy. Nie ulega jednak wątpliwości, że czerpanie zysków z państwowych firm pod postacią dywidendy jest bardzo ważnym argumentem za utrzymaniem takiego charakteru własności. Coraz powszechniejsza staje się tzw. optymalizacja podatkowa, więc wpływy budżetowe są coraz bardziej zagrożone. W takiej sytuacji pozostawienie w ramach majątku publicznego zyskownych firm może być zgodne z interesem publicznym, tym bardziej, że państwowe spółki są zazwyczaj najlepszymi płatnikami składek, dodatkowo wspierającymi budżet. Może się to zmienić po ewentualnej prywatyzacji – spółki prywatne często tną koszty, oszczędzając właśnie na składkach pracowników i wprowadzając niestabilne formy zatrudnienia.

Oprócz względów fiskalnych pojawia się również inny argument – sektor publicznych przedsiębiorstw może być ostoją wysokich standardów zatrudnienia, dając dobry przykład reszcie rynku pracy. Dobrze więc, gdy jest on odpowiednio szeroki. Istotne jest także utrzymanie pod kontrolą państwa tzw. sektorów strategicznych. Globalna konkurencja gospodarcza jest często bezwzględna, a wiele sektorów, takich jak energetyka czy finanse, służy do wywierania nacisku przez jedne państwa na inne. Utrzymanie pod kontrolą choćby sektora energetycznego może być więc podyktowane chęcią zwiększenia bezpieczeństwa kraju oraz zabezpieczenia suwerenności gospodarczej.

Publiczne przedsiębiorstwo jest najlepszym wyjściem także w sytuacji istnienia „naturalnego monopolu”, czyli warunków, w których głównym kosztem jest stworzenie sieci dystrybucyjnej (np. wodociągi). Gdy taka sieć już istnieje, najrozsądniejsze z punktu widzenia ekonomicznego jest rozszerzanie bazy klientów jednego dostawcy, gdyż przy każdym kolejnym kliencie spada koszt jednostkowy (główna część kosztów została już poniesiona w trakcie budowy sieci). W związku z faktem, że monopol państwowy jest zdecydowanie bezpieczniejszy dla społeczeństwa niż prywatny, najlepiej aby tym jedynym dostawcą było przedsiębiorstwo publiczne. Innym idealnym miejscem dla zaistnienia firmy państwowej jest raczkujący dopiero sektor, który wymaga sporych nakładów na badania i rozwój, bez żadnej gwarancji zwrotu tej inwestycji. Sektor prywatny jest dużo mniej skłonny do ryzyka, szczególnie długoterminowego, celując raczej w inwestycje dające krótko- lub średnioterminowy pewny zysk. Państwo może tworzyć przedsiębiorstwa wzorcowe, które staną się podstawą rozwoju nowego segmentu gospodarki w danym kraju.

Wielu przeciwników wspólnej własności w gospodarce opiera argumentację na tezie, którą można sprowadzić do stwierdzenia „wspólne, czyli niczyje” – ludzie nieszczególnie dbają o mienie, które nie jest ich prywatną własnością. Tyle że przytłaczająca większość interesariuszy średnich i dużych firm, mających olbrzymi wpływ na ich działalność (np. pracownicy, kontrahenci, członkowie zarządu itd.), nie jest ich właścicielami, a mimo to nie przeszkadza im to w wykonywaniu swojej pracy porządnie i/lub dbaniu o odnoszenie przez nie korzyści. Oczywiste, że pracownikom zależy na utrzymaniu miejsc pracy, a kontrahentom na stabilnej współpracy, jednak te motywacje nie tracą wcale mocy w przedsiębiorstwach państwowych, więc kwestia własności jest drugorzędna. Spółki państwowe to kuszący owoc dla elit rządzących, bo można w ich zarządach „upychać” niekoniecznie kompetentnych „swoich”, co negatywnie odbija się na poziomie kierowania firmą. Można sobie z tym jednak poradzić, tworząc jasne i skuteczne przepisy regulujące zatrudnianie menedżerów. Tak jest np. w Norwegii, której gospodarka w ogromnym stopniu oparta jest na sektorze publicznym (wg OECD udział tylko jej największych państwowych przedsiębiorstw w dochodzie narodowym brutto wynosi 25 proc.), a norweskie spółki państwowe (np. Statoil) są wzorem dobrego zarządzania.

Z samego procesu prywatyzacji płyną inne rodzaje zagrożeń. Porządne jego przeprowadzenie może być dużo bardziej wymagającym zadaniem, niż dobre zarządzanie spółkami państwowymi. Dobrze prywatyzować potrafią tylko sprawne administracje, więc, wbrew pozorom, dysponując mało skutecznymi instytucjami publicznymi bezpieczniej jest utrzymać państwową formę własności i zahamować sprzedaż publicznego mienia do momentu, gdy będzie można ją przeprowadzić bez strat dla społeczeństwa. Rządy jednak decydują się na sprzedaż państwowej firmy najczęściej wtedy, gdy przedsiębiorstwo przechodzi kłopoty i staje się obciążeniem dla władzy publicznej (zarówno budżetowym, jak i wizerunkowym). Jest to, wbrew pozorom, najgorszy moment na sprzedaż, gdyż rynkowa wartość firmy będzie wtedy prawdopodobnie mocno niedoszacowana, więc trudno będzie uzyskać satysfakcjonująca cenę. Sekwencja działań jest wtedy często następująca: najpierw restrukturyzacja, a następnie sprzedaż. Ale skoro możliwa jest restrukturyzacja firmy w warunkach publicznego zarządzania, to może ona z powodzeniem nadal funkcjonować pod państwowym zarządem. Po co ją w ogóle sprzedawać, skoro włożono tyle wysiłku w jej uzdrowienie i najgorsze już minęło?

Kolejnym wyzwaniem jest znalezienie dobrego inwestora, który zagwarantuje rozwój, utrzymanie produkcji i poziomu zatrudnienia. Na to pozwoli tylko solidne rozpoznanie oferentów, do czego również potrzeba dobrze przygotowanej administracji. Przy wyborze inwestora bardzo łatwo popełnić błąd, za który cała wspólnota będzie potem płacić. Trzeba też wspomnieć o zagrożeniu korupcyjnym, które podczas procesu prywatyzacyjnego jest bardzo wysokie. Z drugiej strony, zupełnie nietrafione są argumenty zwolenników prywatyzacji, którzy twierdzą, że należy ograniczać sektor publiczny, gdyż jest on w jakiś szczególny sposób narażony właśnie na korupcję. Korupcja w sektorze prywatnym jest nawet częstsza niż w publicznym, a dodatkowo dużo trudniejsza do wykrycia z powodu mniejszej jawności działań.

Szkodliwe efekty małych słabostek

Pojawiające się co jakiś czas przypadki złego zarządzania w państwowych spółkach stają się natychmiast powszechnie przywoływanymi argumentami przeciw publicznej własności w gospodarce. Za to liczne przykłady katastrofalnego zarządzania w firmach prywatnych już nie są wykorzystywane w taki sposób. A przecież Polacy mogą akurat powiedzieć bardzo wiele o słabościach sektora prywatnego, które w polskiej gospodarce widać jak na dłoni. Wielu z nas męczy się na co dzień w źle zarządzanych spółkach prywatnych, w których często jedynym pomysłem na biznes jest cięcie kosztów pracy. Mimo to wciąż dogmat o wyższości własności prywatnej w naszym kraju trzyma się mocno; niespecjalnie nawet nadszarpnął go obecny kryzys, choć przecież przyniósł wiele nowych przykładów słabości i błędów w zarządzaniu firmami prywatnymi. Symbolem obecnego kryzysu gospodarczego stał się upadek banku Lehman Brothers w 2008 r., a więc zaledwie kilka lat po słynnej upadłości Enronu, która wstrząsnęła USA. Raport zespołu śledczego Valukasa, pokazujący główne przyczyny upadku banku, jest również świetnym przeglądem zagrożeń, które pojawiają się w warunkach własności prywatnej. Zespół Valukasa postawił kierownictwu Lehman Brothers trzy główne zarzuty: kreatywną księgowość, ukrywanie prawdziwej sytuacji finansowej, ignorowanie sytuacji finansowej firm, które pożyczały środki Lehmanowi. Ogromna skala lekkomyślności wynikała oczywiście z pazerności menedżerów nakierowanych na krótkoterminowy zysk, co jest jedną z częstych cech sektora prywatnego.

W podobnym duchu jest napisany niedawny raport KPMG o nadużyciach gospodarczych. Okazało się, że kryzys spowodował drastyczny wzrost nadużyć finansowych wśród członków zarządów spółek – odsetek ten skoczył z 22 proc. w 2007 do 44 proc. w roku 2010. Jest to spowodowane wielką presją akcjonariuszy na utrzymanie wyników, co kończyło się m.in. masowymi manipulacjami przy wynikach sprzedaży. Z raportu wynika, że 80 proc. nadużyć finansowych ma miejsce w przedsiębiorstwach prywatnych, a same firmy wykrywają zaledwie 24 proc. z nich, co oznacza, że spółki nie radzą sobie z kontrolą wewnętrzną. Ciekawe również, że jednym z najczęściej występujących nadużyć jest preferowanie konkretnego dostawcy podczas zakupów. Odbywa się to m.in. poprzez skracanie terminu na złożenie ofert, aby zdążył tylko wcześniej poinformowany kontrahent, oraz formułowanie specyfikacji zamówienia pod konkretnego producenta. Jak widać, praktyki, które są słusznie wytykane sektorowi publicznemu, również w prywatnym są na porządku dziennym.

Publiczni czempioni w globalnej grze

Firmy publiczne potrafią sobie znakomicie radzić na globalnym rynku w przeróżnych branżach. Niejeden Polak byłby zaskoczony, gdyby się dowiedział, że nasi państwowi operatorzy telekomunikacyjni (Telekomunikacja Polska i Polska Telefonia Cyfrowa) zostali „sprywatyzowani” w taki sposób, że sprzedano ich… państwowym operatorom innych krajów – czyli odpowiednio France Telecom (obecnie Orange) i Deutsche Telekom, które są czołowymi spółkami telekomunikacyjnymi świata. Własność publiczna ma również swój duży udział w jednej z najlepszych firm motoryzacyjnych świata, Volkswagenie – od początku jej istnienia władze Dolnej Saksonii posiadają 20 proc. udziałów i przez dziesięciolecia blokowały próby przejęcia przez inne koncerny; dopiero w 2008 r. kontrolę nad spółką przejął koncern Porsche. Podobny przykład stanowi brazylijski Embraer, czołowy producent samolotów odrzutowych krótkiego zasięgu, który najszybciej rozwijał się, gdy był własnością państwa. Obecnie państwo brazylijskie pozostawiło sobie tzw. złotą akcję (1 proc. udziałów), dzięki której może zablokować szczególnie istotne decyzje.

Znakomitym przykładem świetnie działającego przedsiębiorstwa publicznego jest Brazylijski Narodowy Bank Rozwoju (BNDES). Zajmuje się on finansowaniem i kreowaniem narodowych czempionów. BNDES jest najlepszym bankiem rozwoju na świecie – na jednego zatrudnionego pracownika przypadają 2 mln dolarów zysku. Powstał w roku 1952, by zapewnić Brazylii finansowanie dużych inwestycji infrastrukturalnych (kolej, elektrownie, później przemysł stalowy) i miał olbrzymi wkład w złoty okres brazylijskiej gospodarki, która od lat 70. przez kolejne ćwierć wieku osiągała średnioroczne tempo wzrostu PKB na poziomie 7 proc. Strategia banku polega na zapewnianiu finansowania wybranym firmom oraz przejmowaniu części udziałów. W ten sposób stał się m.in. właścicielem firmy JBD, która dzięki wsparciu BNDES jest największą korporacją na świecie zajmującą się przetwórstwem wołowiny. BNDES, a więc de facto państwo brazylijskie, ma w niej 30 proc. udziałów. Firmom, które wspiera oraz częściowo wykupuje BNDES, publiczna forma własności nie przeszkadza w osiąganiu dobrych wyników. Spółki, których udziałowcem stał się BNDeS, osiągały o 7 pkt. proc. wyższą stopę zwrotu z aktywów niż pozostałe spółki notowane na brazylijskiej giełdzie w latach 1995–2009. Co więcej, każdy wzrost udziałów banku o 10 pkt. proc. pociągał za sobą wzrost stopy zwrotu o 7,25 pkt. proc. – są to w tej branży wyniki tak dobre, że aż zdumiewające.

Singapur charakteryzuje się jednym z największych wśród państw rozwiniętych udziałów państwa w gospodarce, wynoszącym ok. 20 proc. PKB. Państwowe spółki lub Rady Statutowe (np. Rada Mieszkalnictwa i Rozwoju) zajmują się tam różnymi dziedzinami – od budownictwa mieszkaniowego, przez produkcję przemysłową, aż do doradztwa biznesowego. Państwowy koncern Temasek Holdings posiada większościowe lub kontrolne udziały w firmach produkcyjnych (np. półprzewodniki, zbrojeniówka), frachtowych, stoczniowych, energetycznych czy kolejowych. Temasek, którego wyłącznym udziałowcem jest Ministerstwo Finansów Singapuru, posiada też 57 proc. udziałów w Singapore Airlines – jednych z najlepszych linii lotniczych świata. Państwowy charakter własności w żaden sposób nie przeszkadza im w osiąganiu znakomitych wyników. W ciągu 35 lat istnienia firma ani razu nie zanotowała straty, co wśród linii lotniczych jest osiągnięciem niespotykanym.

W 2013 r. ekonomiści z OECD opublikowali na portalu voxeu.org analizę, według której sektor państwowy, dotychczas nastawiony głównie na rynki krajowe, bardzo szybko zaczyna się rozwijać na rynku globalnym. Według badaczy państwowe spółki należą obecnie do najszybciej rozwijających się firm na świecie. Wśród 2000 największych firm świata państwowych jest 204, a ich łączne obroty wyniosły w 2011 roku 3,6 bln dol., dużo więcej niż PKB Francji czy Wielkiej Brytanii. A trzeba pamiętać, że te szacunki są mocno zaniżone, bo badacze wzięli pod uwagę tylko te firmy, w których państwo posiada ponad 50 proc. własności, tymczasem aby kontrolować spółkę, wcale nie musi mieć ich aż tyle, co udowadnia chociażby wyżej opisany przykład Embraera, w którym zaledwie 1 proc. udziałów pozwala państwu na zachowanie sporego wpływu na firmę. W gronie rozwiniętych państw najwyższy odsetek państwowych firm wśród największych krajowych przedsiębiorstw ma Norwegia (48 proc.), za nią jest Singapur (23 proc.), Francja (17 proc.) i Niemcy (11 proc.). Na samym szczycie jednak znajdują się głównie państwa szybko rozwijające się, takie jak Chiny (96 proc.), Indonezja (69 proc.), Malezja (68 proc.), Indie (59 proc.) czy Brazylia (50 proc.). I właśnie na ten fakt ekonomiści zwracają uwagę w swoich końcowych wnioskach – skoro państwa charakteryzujące się dużym odsetkiem państwowych firm mają obecnie bardzo szybkie tempo wzrostu, to wielce prawdopodobne jest, że przedsiębiorstwa państwowe w przyszłości będą się nadal dynamicznie rozwijały na międzynarodowych rynkach, zwiększając na nich swoją obecność. Warto te wnioski zapamiętać, gdyż wiele wnoszą do rozumienia współczesnej gospodarki.

Walczmy o sektor

Nie warto zbyt łatwo pozbywać się silnego sektora publicznego, ponieważ może on się stać podstawą dynamicznego rozwoju. Jak widać, nie jest on żadnym przejawem archaicznego porządku – w rozwiniętych krajach wciąż odgrywa znaczącą rolę, a w krajach rozwijających się jest wręcz fundamentem, na którym buduje się przyszłość. Słabości sektora publicznego nie są argumentami przeciw sektorowi jako takiemu, ale przeciw złym rozwiązaniom, które trzeba zmieniać oraz patologiom, które należy zwalczać. Gdy raz pozbawimy się sektora publicznego, odbudować go będzie niezmiernie trudno. A zacierać ręce z tego powodu będą przede wszystkim nasi przeciwnicy w globalnej konkurencji gospodarczej, w której każdy używa swego sektora publicznego jako jednej z decydujących kart. Ograniczenie sektora leży głównie w interesie silnych podmiotów zagranicznych (często zresztą również publicznych), zajmujących miejsce po nim błyskawicznie, oraz najbardziej zamożnej części rodzimego sektora prywatnego, która może wtedy uzyskać kosztem obywateli zyski nieproporcjonalne do poniesionych nakładów. W naszym interesie jest naprawienie go, by stał się również naszą najmocniejszą kartą.

Pierwszym krokiem niech będzie podejmowanie rękawicy przeciwko każdemu, kto będzie starał się upowszechniać frazesy o bezwzględnej wyższości własności prywatnej i skuteczności prywatyzacji. Walczmy o silny i możliwie szeroki sektor publiczny piórem, mową i uczynkiem – bo to nasze wspólne dobro, a nie obciążenie.

Doktryna silniejszego

Władze Rio de Janeiro posłużyły się wielkimi imprezami sportowymi – Mistrzostwami Świata w piłce nożnej oraz Igrzyskami Olimpijskimi – jako pretekstami dla wprowadzenia „stanu wyjątkowego”. W jego trakcie mogły przeforsować prywatne projekty deweloperskie i neoliberalne reformy.

Idąc ulicami Rio w dzień otwarcia mundialu, byłam zaskoczona ilością haseł protestacyjnych: Nie będzie Mistrzostw! Przeciw autorytarnemu państwu policyjnemu! Chcę tylko szczęśliwie żyć w faweli, gdzie się urodziłem. Masy ludzi szły tego dnia ulicami z jednego powodu: oskarżały brazylijski rząd o nadmierne wydatki oraz korupcję i protestowały przeciw FIFA i MKOl.

Karioka (potoczna nazwa mieszkańców Rio) są znani z miłości do futbolu. Ale ogromne społeczne brzemię megaimprezy nie umknęło uwadze obywateli i obywatelek Rio. Miasto w lecie 2014 r. gościło osiem meczów mundialu, jest również jedynym gospodarzem letnich Igrzysk Olimpijskich w 2016 r. Tylko w związku z organizacją Igrzysk trwa właśnie realizacja 21. Strategicznych Projektów Rozwoju, od nowych linii autobusowych po budowę osiedli, których łączny koszt wynosi 10 miliardów dolarów. Wiele z tych wydatków jest jedynie luźno powiązanych z wydarzeniami sportowymi. Wśród przeciwników organizacji wielkich imprez powszechne jest pomstowanie na międzynarodowe komitety zarządzające sportem, jak FIFA i MKOl. Nienawiść do komercyjnych struktur, które, przebierając się w piórka organizacji non profit, naciągają państwa na miliardy dolarów, jest całkowicie uzasadniona.

FIFA i MKOl mają bardzo wiele do powiedzenia na temat tego, jak wyglądają megaimprezy w goszczących je krajach. Po zwycięstwie w konkursie na organizatora kraj musi podpisać umowę Host City Agreement (z FIFA) lub Matrix of Responsibilities (z MKOl), zawierającą złagodzone wymogi wizowe dla pracowników i współpracowników organizacji, zwolnienia podatkowe, pełnomocnictwo do upiększania okolic infrastruktury sportowej oraz wyłączne prawa dla sponsorów i oficjalnych partnerów do sprzedaży produktów na stadionach i w strefach kibica.

Obarczanie winą za marnotrawstwo środków publicznych jedynie FIFA i MKOl byłoby jednak pomyłką. FIFA wymaga od państw-organizatorów jedynie ośmiu stadionów na Mundial, tymczasem poprzedni rząd Brazylii, pod przewodnictwem prezydenta Luiza Inácio Luli da Silvy, postanowił wybudować ich dwanaście. Sporą część przygotowań do Igrzysk stanowiła przyspieszona „restrukturyzacja” regionu Porto Maravilha, mimo że w zwycięskiej ofercie miasta jego wykorzystanie nie było kluczowe.

Dlaczego zatem Brazylia i Rio de Janeiro wprowadzają w życie projekty przekraczające wymagania FIFA i MKOl? Otóż megaimprezy jawią się jako szansa dla miast na globalną promocję i na walkę z innymi miastami o inwestycje finansowe.

Miasta są transformowane w duchu neoliberalnej globalizacji: prywatyzują swój majątek i poddają decyzje dotyczące polityki publicznej logice globalnego rynku. Powstają nowe partnerstwa publiczno-prywatne, a gminy zmuszone są do współzawodnictwa na poziomie państwowym i międzynarodowym. Rio i inne miasta postępują jak przedsiębiorstwa, poszukując zagranicznych inwestorów poprzez tworzenie wizerunku opartego głównie na turystyce i handlu.

Siła polityczno-ekonomiczna ulega przekształceniu – międzynarodowe organizacje i korporacje uzyskują wpływy i notują zyski, podczas gdy samorządy obarczane są ryzykiem niepohamowanego rozwoju. Technokratyczni eksperci mogą już prowadzić interesy na całym świecie, oferując usługi samorządom oraz pomagając im w konkurowaniu z innymi. Tam, gdzie jeszcze istnieją, usługi publiczne skupione są na kontrolowaniu ludzi pozbawionych praw obywatelskich, przegranych w neoliberalnej rozgrywce. A organizacja megaimprez stała się w tej grze kluczowa.

Nie zawsze tak było. Do Letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles z 1984 r. megaimprezy były okazją do osiągania zysków poprzez korporacyjny sponsoring oraz sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych. Igrzyska w Barcelonie (1992) przeniosły potencjał komercjalizacji o stopień wyżej, gdy Barcelona włączyła olimpijską modernizację do miejskich planów strategicznych, głównie w celu przyciągnięcia zagranicznych inwestorów.

Rio de Janeiro poszło tą drogą. Z pomocą katalońskich konsultantów Jordiego Borji i Manoela de Forn Rio stało się pierwszym miastem Ameryki Południowej, które stworzyło plan rozwoju oparty na promocji miasta jako kierunku turystycznego i na włączeniu go w obieg megaimprez. Ale Rio poszło za daleko, doprowadzając proces do takich ekstremów, że krytycy od Brazylii do Barcelony sygnalizują faul: za dużo prywatyzacji, za dużo przesiedleń, za dużo pieniędzy zainwestowanych w infrastrukturę olimpijską.

Fetysz rozwoju spotyka neoliberalizm

Brazylijskie miasta przeszły w ostatnich pięćdziesięciu latach ogromne przekształcenia. Pod rządami wojskowej junty w latach 1964–1985 wzrost miast odbywał się w warunkach centralnego planowania, a rząd nadzorował większość rozwoju ekonomicznego i urbanistycznego. W tym kształcie program rozwoju przedkładał ambicje krajowe nad miejskie. Wraz z transformacją ustrojową oraz presją wywieraną przez ruchy miejskie, domagające się reformy przestrzennej, nowy rząd włączył do konstytucji z 1998 r. rozdział o polityce miejskiej. Miasta uzyskały jeszcze szerszą autonomię w 2001 r. wraz z wprowadzeniem Statutu Miast Brazylijskich (Brazil’s City Statute), który uczynił władze miejskie odpowiedzialnymi za tworzenie „planów ramowych” poprzez szeroką partycypację społeczną.

Raquel Rolnik, brazylijska urbanistka, aktualnie Specjalna Sprawozdawczyni ONZ ds. Mieszkalnictwa, mówi, że te nowe zasady doskonale wpasowały się w tworzoną właśnie globalną agendę neoliberalną. W procesie, który nazywa „perwersyjnym sprzężeniem” między prawami miejskimi a neoliberalną prywatyzacją, wspomniany Statut przekazał w ręce samorządów sporą władzę, podczas gdy miasta stawały się przedsiębiorstwami rywalizującymi o państwowe i międzynarodowe fundusze. Nacisk położony na szeroką partycypację i konsultacje umożliwił prywatnym firmom uzyskanie rosnącego wpływu w kręgach tworzących prawo i oddziaływanie na przepływ funduszy od rządu centralnego.

A fundusze te płyną szerokim strumieniem. Chociaż brazylijski rząd sprywatyzował dużą część narodowego majątku i przetransferował ogromne źródła przychodów do sektora prywatnego, w kilku kluczowych kwestiach pozostał wciąż pod wpływem fetyszu rozwoju: koncentracji na wzroście ekonomicznym i tworzeniu miejsc pracy poprzez inwestycje w infrastrukturę. Nacisk ten wzmógł się po wybuchu światowego kryzysu finansowego w 2008 r. Gdy wiele państw wprowadzało kryzysową politykę cięć i oszczędności w wydatkach budżetowych, rządząca Partia Pracujących (Partido dos Trabalhadores, PT) rozpoczęła program wielkich projektów infrastrukturalnych w ramach antykryzysowego pakietu stymulacyjnego. Znaczenie ma jednak sposób, w jaki fundusze zostają rozdysponowane oraz wydane. Samorządy, jak korporacje, są albo zmuszone do konkurowania z innymi o część funduszy, albo uzyskują je bezpośrednio, z racji bliskich stosunków politycznych z decydentami.

Czasami obie te sytuacje występują równocześnie, a „zwycięzcami” są ci, którzy mają odpowiednie dojścia. Nie jest przypadkiem, że np. Odebrecht SA – największa cywilna firma budowlana w Brazylii oraz poważny sponsor partii rządzącej – od swojego powstania za czasów wojskowej dyktatury zdobywa ogromną część rządowych kontraktów zawartych w projekcie rozwojowym państwa. Tutaj właśnie fetysz rozwoju spotyka się z neoliberalizmem, jako że państwowe inwestycje infrastrukturalne w projekty rozwoju skutkują transferem funduszy z publicznej kiesy w ręce prywatne.

Rio de Janeiro przystępuje do realizacji projektów z entuzjazmem. Mundial 2014 i Igrzyska Olimpijskie 2016 dały miastu możliwość reorganizacji strategicznych planów rozwoju, czyli, mówiąc słowami brazylijskiego urbanisty Ermínia Maricato, stania się cidade corporativa, miastem-korporacją. Transformację Rio w korpomiasto łatwiej zrozumieć, jeśli skupimy się na trzech projektach powiązanych z megaiprezami: prywatyzacji Maracany, „rewitalizacji” Porto Maravilha i pacyfikacji faweli.

Maracanã 2.0

Każdy, kto interesuje się futbolem, słyszał o Maracanie. To prawdopodobnie najsłynniejszy stadion świata, znany z sektora stojącego, który może się dwukrotnie powiększyć na meczach reprezentacji narodowej. To stadion, który wielu z najlepszych piłkarzy w historii, jak Pele i Garrincha, nazywało domem. To tam miało miejsce niesławne „Maracanazo”, kiedy w meczu finałowym Mundialu z 1950 r. Urugwaj zwyciężył Brazylię, doprowadzając do jednego z największych rozczarowań w historii futbolu. Wciąż, mimo wielu lat wojskowej dyktatury i powszechnego ubóstwa, ta porażka jest dla wielu Brazylijczyków najciemniejszym punktem w historii państwa. Innymi słowy, Maracanã pozostaje dla brazylijskich kibiców czymś więcej niż tylko budynkiem. Zmieniło się to jednak dramatycznie wraz z Mundialem i Igrzyskami. Stadion został przebudowany do takiego stopnia, że trudno go teraz rozpoznać. Wygląda obecnie jak każdy inny sterylny obiekt przeznaczony do rozgrywania międzynarodowych spotkań. Obiekt, w którym korporacyjne boksy zastąpiły stojący tłum, jest dokładnie takim rodzajem sterylnego środowiska, jakie samorządy budują, aby piąć się w górę w światowej hierarchii miast, mogących przyciągnąć jeszcze więcej imprez, turystów i kapitału. Ogromne kwoty publicznych pieniędzy zostały zainwestowane w przebudowę stadionu w zgodzie z wytycznymi FIFA. Władze krajowe, regionalne i samorządowe wydały na ten cel około 598 milionów dolarów – dwukrotnie więcej, niż początkowo zakładano.

Jak pisze geograf Chris Gaffney, problem nie polega wyłącznie na wielkości inwestowanych kwot. Stadion mógł stać się „misiem na miarę brazylijskich możliwości”, wykorzystywanym tylko podczas megaimprez. Bardziej frapujący jest jednak fakt, że miejsce niegdyś publiczne zostało przekształcone w przestrzeń prywatną, gdzie wszystkie wydarzenia są podporządkowane generowaniu zysku dla spółki publiczno-prywatnej, która aktualnie zarządza stadionem. Maracanã jest również doskonałym przykładem nowo powstających specjalnych stref prawnych, które charakteryzują neoliberalną globalizację. Stadion i jego okolice są aktualnie „strefą wyłączności”, rynkiem wydzielonym dla FIFA i jej korporacyjnych sponsorów. Budweiser, Coca-Cola i McDonald’s sprzedają bez ograniczeń swoje produkty, za to nie uświadczy się tam podstawowych artykułów brazylijskich – churrasco, guaraná, czy açaí – jak również sprzedawców, którzy handlem nimi zarabiali na życie całymi latami.

Wielu brazylijskich komentatorów opisuje tę sytuację jako stan wyjątkowy: demokratyczne zasady zostają zawieszone na rzecz autorytarnych i nieprzejrzystych form zarządzania, kształtowanych przez niewybieralne, niezwiązane z rządem organizacje jak FIFA, MKOl i nowo utworzone w Rio ciało – Public Olympic Authority. Co ważne, brazylijski rząd nie znika w tym równaniu: jest konieczny do pisania prawa, które pozwala na tworzenie stref wyłączności i nowych instytucji. Stan wyjątkowy dotyczy również obywateli i obywatelek mieszkających w okolicy stadionu, ich miejsc pracy, domów i ciał, które uczyniono spisanym na straty odstępstwem od normy. W neoliberalnym mieście to właśnie biedni są pierwszymi do usunięcia w imię zysku.

Porto Maravilha

Megaimprezy nie ograniczają się do stadionów. Porto Maravilha (Cudowny Port) jest przedstawiany jako największy okołoolimpijski projekt w Rio. Całkowity koszt przebudowy pięciu kilometrów kwadratowych to bajońska kwota 4 miliardów dolarów.

A przecież ten projekt nie jest kluczowy dla organizacji Igrzysk, ma się tam odbyć jedynie kilka pomniejszych wydarzeń. Jego celem jest dalsza konsolidacja władzy w rękach największego partnerstwa publiczno-prywatnego, jakie widziała Brazylia. Okolice portu w Rio de Janeiro mają bogatą historię. To tam umiejscowione było centrum atlantyckiego handlu niewolnikami. Dzielnica wciąż pozostaje centrum kultury afrobrazylijskiej. Była domem dla portugalskiej monarchii, gdy jej przedstawiciele zbiegli z Półwyspu Iberyjskiego, a jeszcze niedawno mieściła się tam siedziba rządu. Ale wraz z przeprowadzką stolicy do Brasilii w latach 60., deindustrializacją w kolejnej dekadzie i odpływem firm do zachodniej części miasta w latach 80. okolica popadła w ekonomiczną zapaść. Dziś mieszczą się tu opuszczone budynki fabryczne, a mieszkańcy okolicy żyją w ubóstwie.

Firmy budowlane, inżynierskie i architektoniczne – wszystkie one mają chrapkę na „rozwój” portu. Projekty jego rewitalizacji zostały umieszczone na widocznym miejscu w strategii korpomiasta, obliczonej na przyciągnięcie zagranicznego kapitału, firm i turystów. W miastach na całym świecie dzielnice portowe – Puerto Vell w Barcelonie, Atlantic Gateway w Manchesterze, Inner Harbor w Baltimore, a teraz Porto Maravilha w Rio – są traktowane jako potencjalne centra turystyki, kultury, handlu nieruchomościami i biznesu.

Megaimprezy w Rio, tak jak podobne spektakle na całym świecie, sprzyjają powstawaniu istnych „stanów wyjątkowych”. Jak zauważają badaczki Fernanda Sánchez i Anne-Marie Broudehoux, zmianie uległy regulacje dotyczące podziału miasta, udzielono ulg podatkowych i zreformowano mechanizmy prawne w celu stworzenia największego konsorcjum prywatnych spółek, jakie kiedykolwiek było odpowiedzialne za realizację projektu w Brazylii. Rzeczone konsorcjum, nazwane Porto Novo, składa się z trzech firm – Odebrecht, Carioca i OAS, biorących udział w wielu projektach przebudowy Rio.

Poważni gracze od dłuższego czasu dążyli do stworzenia strategii przebudowy portu i nie jest przypadkiem, że oni właśnie realizują projekt. Mieli go na oku od wielu lat. Według Gusmão de Oliveiry nowa regulacja samorządowa, dająca im prawo do projektu, była w zasadzie kopią propozycji sektora prywatnego w sprawie przebudowy portu z roku 2009, stworzonej przez te właśnie firmy. Pośpiech związany z olimpiadą umożliwił szybkie przeprowadzenie zmian bez odpowiedniego publicznego nadzoru.

Ale liczy się nie tylko to, kto zyskuje na tych mechanizmach. Równie istotne jest to, kto i jak zostaje wypchnięty. Osiedla i dzielnice mogą zostać „zrewaloryzowane”, jeśli wcześniej uległy „dewaluacji”. Za zaniżających ich wartość uważani są biedniejsi lokatorzy. Ludzie, którzy przez pokolenia byli uciskani i zostawiani sami sobie, teraz zostaną wypchnięci ze swoich domów. Tego dokonuje się poprzez język i koncepcje rewitalizacyjne. Meu Porto Maravilha, interaktywna wystawa mająca na celu prezentację planów przebudowy, określa dzielnicę portową jako „pustą” i „porzuconą”. Ale szybki rzut oka na okolicę ukazuje pełne życia społeczności skupione wokół swoich domów, ludzi pracujących na ulicach i lokalne biznesy serwujące tłumom jedzenie w porze lunchu. Opisywanie dzielnicy jako martwej i opuszczonej wymazuje z obrazu tysiące ludzi. Retorycznie usuwana w celu legitymizacji procesu, uboga populacja Rio zostanie stąd wysiedlona, a wartość ziemi i nieruchomości poszybuje w górę w spekulacyjnym amoku.

Uciszyć fawele

Trudno o proces, w który rasa, klasa i retoryka opuszczenia wpisują się lepiej niż w pacyfikację faweli Rio. Te ubogie społeczności rosły bardzo szybko w ostatnich czterdziestu latach jako rezultat ogromnej fali urbanizacji, rozwijając się na wzgórzach i innych zielonych terenach otaczających miasto – jedynych obszarach dostępnych dla przybyszów zarobkowych z całego kraju.

Historyczna marginalizacja i pozostawienie faweli samym sobie przez rząd centralny i samorządy, sprawiły, że ich mieszkańcy nie mają normalnego dostępu do miejskiej infrastruktury i usług publicznych. Na przełomie lat 80. i 90., po kolejnych falach deindustrializacji przetaczających się przez kraj, Rio otrzymało szczególnie dotkliwe ciosy. Handel narkotykami okopał się w fawelach miasta jak w twierdzy. Było to szczególnie frapujące dla mediów i władz miasta, ponieważ fawele zlokalizowane są w sąsiedztwie niektórych bogatszych dzielnic Zona Sul. W związku z tym oczywistym zagrożeniem dla bogatych władze regionalne i krajowe postanowiły zdławić przemoc. Megaimprezy dostarczyły pretekstu do wdrożenia tego planu. Zajęcie faweli przez żandarmerię jest centralnym punktem strategii Rio dla wielkich wydarzeń sportowych. Pierwsza operacja militarna na wielką skalę odbyła się na krótko przed Igrzyskami Panamerykańskimi w 2007 r. Setki żandarmów wkroczyły do Complexo do Alemão, położonego w ubogiej Zona Norte, pod hasłem „odebrania” dzielnicy handlarzom narkotyków. Dziewiętnaście osób, głównie młodych czarnoskórych mężczyzn, zostało zabitych w trakcie operacji. W 2008 r., krótko po wygraniu przez Brazylię konkursu na organizatora Mundialu 2014, gdy Rio składało ofertę w konkursie na gospodarza Igrzysk Olimpijskich, władze miasta wdrożyły program Oddziału Policyjnej Pacyfikacji (Police Pacification Unit, UPP). Stworzony rzekomo w celu kontroli terytorium, na którym odbywała się spora część handlu narkotykami, doprowadził do stałej obecności sił policyjnych w wielu fawelach. Complexo do Alemão i inne ubogie społeczności zostały dotknięte najazdem sił UPP. Media przedstawiały obecność sił policyjnych jako sposób na uratowanie „niewinnych” mieszkańców faweli oraz ochronę zagranicznych turystów i gości w Rio.

Program pacyfikacji opracowano w części po to, aby zabezpieczyć megaimprezy i „chronić” mieszkańców faweli, mimo że to właśnie oni giną z rąk żandarmerii. Ale wpisuje się on również w szerszą neoliberalną strategię Rio. Mieszkańcy zubożałych dzielnic mówią, że pierwszymi, którzy wkraczali do faweli po żandarmerii, byli pracownicy firmy Light, sprywatyzowanej (dawniej państwowej) spółki zajmującej się infrastrukturą elektryczną. Po nich były oddziały banków oraz służby oczyszczania miasta. Program UPP jest częścią strategii integracji faweli z resztą Rio i zapewnienia wsparcia rządu tam, gdzie dotychczas go brakowało. Ale umożliwił również wprowadzenie permanentnego nadzoru policyjnego i otworzył fawele na sankcjonowany przez państwo rozwój ekonomiczny.

Pacyfikacyjna retoryka sławiła drobnych przedsiębiorców i próbowała przyciągnąć firmy do społeczności postrzeganych wcześniej jako „niebezpieczne” i „niewykorzystane”. Aktualnie organizuje się wydarzenia obliczone na wykorzystanie biznesowych możliwości oferowanych przez fawele. Impreza nazwana „Bairro Chic” (Szykowna Dzielnica), która odbyła się w maju 2014 r. w jednym z okazałych teatrów zgromadziła akcjonariuszy z sektora prywatnego na rozmowie o potencjalnych zyskach możliwych do uzyskania w spacyfikowanych fawelach. Takie wydarzenia, celujące w wypromowanie faweli, sprawienie, że będą modne, są w Rio na porządku dziennym.

Podczas gdy spacyfikowane fawele są sprzedawane w imię komercyjnego rozwoju, wartość ziemi rośnie. Zwłaszcza w Zona Sul, która oferuje piękny widok na ocean, spekulacja osiąga zatrważające rozmiary od czasu pacyfikacji. Do tego stopnia, że Vidigal, fawela położona po zachodniej stronie Zona Sul, wkrótce stanie się domem piłkarskiej megagwiazdy, Davida Beckhama.

Znów na ulicach

Tego dnia, w inaugurację mundialu, stałam z protestującymi. Grupy mieszkańców faweli skandowały hasła przeciw policyjnej przemocy towarzyszącej pacyfikacji. Aktywiści trzymali transparenty mówiące o prawdziwym obliczu „rewitalizacji” w dzielnicy portowej. Byli też wyrzuceni z okolic Maracany sprzedawcy oferujący im jedzenie.

Tego dnia, kiedy protestujący stali ramię w ramię na chodniku, związki stawały się oczywiste: renowacja, rewitalizacja i pacyfikacja. Wszystkie wiążą się z prywatyzacją mienia publicznego, wywłaszczają ubogich członków i członkinie społeczeństwa. Wszystkie są nieodłączną częścią skutków megaimprez organizowanych w Rio.

Jest prawdą, że niektórzy Brazylijczycy i Brazylijki zarobią pieniądze na Mundialu i Igrzyskach. To, co jest szczególnie zdradliwe w neoliberalnym mieście Brazylii owładniętej fetyszem rozwoju, to fakt, że ogromne sumy publicznych pieniędzy są inwestowane w rozwój infrastruktury, aby przynieść zysk tym, którzy już są bogaci i blisko powiązani finansowo i politycznie z głównymi partiami.

Ale ludzie są wściekli. Obywatele i obywatelki domagają się zmiany, demonstrując na ulicach Rio de Janeiro i innych brazylijskich miast. Retoryka i medialna dyskusja o protestach muszą wykroczyć poza krytykę megaimprez. Ruchy społeczne i demonstrujący, niezadowoleni z rewitalizacji Rio, muszą kontynuować dyskusję na ulicach i w salach konferencyjnych, biorąc na cel struktury władzy i ideologie, które sprawiły, że współzawodnictwo o fundusze i poszukiwanie zysku stały się jedynym możliwym i oczywistym kierunkiem rozwoju miasta.

Ze wszystkich miast, które zostały dotknięte prywatyzacją przez megaimprezy, może właśnie Rio jest w stanie rozegrać sprawę inaczej. Brazylijskie ruchy miejskie pokazały w przeszłości, że są w stanie doprowadzić do znaczących zmian. To dzięki nim prawa miejskie są zapisane w brazylijskiej konstytucji. Teraz nowe pokolenie aktywistów walczy, by nadać im w Rio prawdziwe znaczenie.

tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Jacobin Magazine” nr 15–16, jesień 2014 r. Więcej o piśmie: www.jacobinmag.com

Rozwój dla wszystkich – rozmowa z prof. Ladislauem Dowborem

– Ma Pan dość niezwykły życiorys: syn uciekinierów z Polski czasów wojennych i ważna postać brazylijskiego życia publicznego, znawca myśli Oskara Langego i Michała Kaleckiego i lewicowy partyzant o pseudonimie Jamil, dowódca i główny ideolog Ludowej Awangardy Rewolucyjnej w czasach rządów wojskowej junty, powszechnie szanowany profesor ekonomii, jeden z doradców prezydenta Luli da Silvy… Jak stał się Pan rewolucjonistą? Czy to była kwestia idei czy charakteru i usposobienia? I dlaczego z czasem przestał Pan nim być, przesuwając się na pozycje reformistyczne?

Prof. Ladislau Dowbor: Działalność wywrotowa, rewolucyjna, to nie był wybór podyktowany ideologią. Zadecydowało połączenie wielu czynników: wartości przekazywanych mi przez rodzinę, wstrząsającej biedy i nierówności, z jakimi zetknąłem się w Recife, gdzie zamieszkałem po przybyciu do Brazylii… Przystąpienie do partyzantki było w tamtym czasie w Brazylii jedynym sposobem wyrażenia sprzeciwu wobec władzy junty, jako że wszelka pokojowa działalność opozycyjna – czy to polityczna, czy związkowa – była brutalnie tępiona, a morderstwa działaczy i tortury były na porządku dziennym. Jako że charakter naszej dyktatury był charakterystyczny dla Ameryki Łacińskiej i par excellence prawicowy – generałów wspierali bowiem lokalni oligarchowie, wielki międzynarodowy kapitał i Stany Zjednoczone – to odruch opozycyjny w naturalny sposób przybierał raczej lewicową formę. Podjęliśmy więc walkę zbrojną, która poniosła miażdżącą klęskę w obliczu przeważających sił wojska i policji politycznej. Sam byłem dwukrotnie więziony i torturowany, za drugim razem wyszedłem z trudem, wymieniony na porwanego przez współtowarzyszy ambasadora Niemiec. Wtedy czułem już, że nasza walka nie ma perspektyw, a jej koszty są zbyt duże. Z więzienia przewieziono mnie do samolotu i wysłano do Algierii. Jakiś czas zabiegałem o kontakt z organizacją, czułem jednak, że sprawa jest coraz bardziej beznadziejna. W końcu zdecydowałem się na wyjazd do Europy na studia. Byłem w Szwajcarii na studiach dla bankierów, później na warszawskim SGPiS-ie, zrobiłem doktorat. Kiedy trafiłem do kraju w połowie lat 80., po tym jak junta oddała władzę, w naturalny sposób wróciłem do pracy na uniwersytecie.

– Czyli w momencie, gdy dyktatura przestała istnieć, rewolucyjne metody przestały mieć dla Pana rację bytu?

– Zgadza się. Byłem rewolucjonistą w czasach dyktatury, ale nie widziałem powodów, żeby nim pozostawać w systemie demokratycznym. Pojawiło się bowiem bardzo wiele innych możliwości działania politycznego. Można było zakładać partie polityczne, związki zawodowe, uprawiać pracę organiczną, uczyć na uniwersytecie w sposób nieskrępowany. Jacyś rewolucjoniści jeszcze się w Brazylii ostali, ale zdecydowana większość dawnych partyzantów wolała w nowych warunkach działać metodami pokojowymi. Oprócz czynnika, jakim była dyktatura, trzeba pamiętać też o tym, że nasza walka przypadła na szczególny okres, lata 60. i 70. – czas wojny w Wietnamie, maja ’68 i rozkwitu rewolucyjnych ruchów narodowowyzwoleńczych i lewicowych na całym świecie, zwłaszcza w Ameryce Południowej i Afryce. To był taki czas. Ludzie, którzy nie chcieli albo nie potrafili podporządkować się uciskowi i represjom, którzy próbowali coś we własnych krajach, na miarę swoich możliwości, zmienić, w naturalny sposób odwoływali się do symboliki i metod rewolucyjnych. Jeśli przyjrzymy się obecnej scenie politycznej czy organizacjom pozarządowym, to zobaczymy, że niemało aktywnych dziś ludzi i środowisk zaczynało działalność w strukturach opozycyjnych czasów dyktatury. Dotyczy to także samego Luli, który działał w ruchu związkowym, oraz jego następczyni, Dilmy Rousseff, która podobnie jak ja walczyła w partyzantce. A cele pozostają wciąż te same: demokratyzacja rządów i gospodarki, zmniejszenie nierówności społecznych oraz ochrona środowiska naturalnego.

– Czy wierzy Pan w demokratyczny socjalizm? A może uznaje się Pan dziś za pragmatyka niezwiązanego z żadną ideologią?

– Na pewno czuję się związany z demokratycznym socjalizmem, uważam, że to zasadniczo jest dobre podejście. Chociaż wolę dziś używać nieco konkretniejszego pojęcia demokracji ekonomicznej. Wiąże się to z przekonaniem, że w dzisiejszych realiach do osiągnięcia pełnej demokracji nie wystarczy głosowanie raz na cztery lata. Cały system międzynarodowy, który ma gigantyczny wpływ na nasze życie, pozostaje wówczas nieuregulowany. Wielkie koncerny czy banki dysponują środkami, dzięki którym mogą wpływać na przebieg i wyniki wyborów, zniekształcając wolę narodów. Mamy więc przed sobą wielkie wyzwania. Potrzebujemy nowego ładu i nowych instytucji, które będą chronić i poszerzać sferę demokracji. Potrzebujemy mediów, które będą rzetelnie informować, oraz nowych form podejmowania i konsultowania decyzji dotyczących wspólnie wypracowywanych zasobów, które będą gwarantować zaspokajanie najbardziej palących potrzeb społecznych.

– Jest Pan najbardziej znany z doradzania Luli, prezydentowi, który w ogromnej mierze przesądził o kształcie współczesnej Brazylii, ale doradzał Pan wielu rządom państw rozwijających się, politykom europejskim, był Pan ekspertem przy ONZ. Jak to się stało, że w latach 80. i 90., a więc czasie największych triumfów ideologii rynku, udało się Panu przebić do mainstreamu z ideami tak „heretyckimi” jak np. regulacje działań międzynarodowego kapitału?

– Pracowałem w tym czasie przede wszystkim w krajach afrykańskich, jak Angola, Gwinea-Bissau, Republika Zielonego Przylądka czy RPA po przejęciu władzy przez Mandelę. Były to kraje specyficzne, o nieortodoksyjnym i postępowym spojrzeniu na różne kwestie. Zaprosili mnie do siebie, za pośrednictwem ONZ-u, także np. sandiniści z Nikaragui. Moimi atutami była znajomość języków, zainteresowania związane z ekonomią rozwoju, ale także pragmatyzm – przekonanie, że to lokalne uwarunkowania i potrzeby, a nie przyjęty z góry abstrakcyjny model, muszą mieć decydujący wpływ na wybór rozwiązań. Podobne otwarte podejście przyjąłem już w Brazylii.

– A czy interesował się Pan w tym okresie przemianami, do jakich dochodziło w Europie Wschodniej? A jeśli tak, to czy myśli Pan, że była tu możliwa inna droga, inny model transformacji?

– Na początku lat 70. wyszedłem z więzienia i wkrótce potem przyjechałem do Polski studiować. Razem ze mną przyjechała moja żona, Fatima. W Warszawie, w szpitalu przy ul. Madalińskiego, urodził się mój pierwszy syn. Obserwowaliśmy, jak bardzo Polacy są niechętni systemowi, jak bardzo narzekają, ale przyznam, że nie bardzo wtedy rozumieliśmy dlaczego. Nie rozumieliśmy gloryfikowania Zachodu, wyobrażenia, że po tamtej stronie żelaznej kurtyny jest jakiś raj na ziemi. Z kolei Polacy często nie rozumieli nas i doświadczeń ludzi, którzy zaznali życia w biedniejszej, mniej demokratycznej części tego „raju”. Dla nas kapitalizm to był system, który ojca Fatimy skazał na więzienie za to, że uczył biednych czytać i pisać, a socjalizm to było to, o co walczyliśmy. Ale Polakom socjalizm kojarzył się z niesprawiedliwością i opresją. Spędziliśmy w Polsce trzy lata, podczas których bardzo uważnie śledziłem tutejszą politykę i rozmaite rozwiązania systemowe. I np. do dziś uważam, że opieka zdrowotna była w PRL-u naprawdę przyzwoicie zorganizowana, że był niemal powszechny dostęp do kultury (w tym kultury wysokiej), że szkolnictwo wyższe i nauka były na bardzo dobrym poziomie. O wielu rozwiązaniach z tych obszarów dyskutowaliśmy potem w Brazylii, a nierzadko się nimi inspirowaliśmy – choćby programami profilaktyki medycznej.

– Czy po wyjeździe z Polski obserwował Pan jeszcze Europę Wschodnią? Jak reagował Pan na rozwój wypadków: powstanie opozycji demokratycznej, a potem „Solidarności”, wprowadzenie stanu wojennego i wreszcie, na przełomie lat 80. i 90. neoliberalną terapię szokową?

– Uważałem, że Polska potrzebuje z całą pewnością reform, zarówno gospodarczych, jak i politycznych: uwolnienia przedsiębiorczości, ograniczenia biurokracji, poszerzenia praw obywatelskich. Ale nie sądziłem, że cały system, cały dorobek PRL nadaje się tylko do wyrzucenia na śmietnik. I chyba dalszy rozwój wydarzeń przyznał mi rację. Przed kilkoma dniami ukazał się świetny artykuł Amartyi Sena, w którym pokazuje on, jak zbawienne skutki społeczne i ekonomiczne ma powszechny i bezpłatny dostęp do służby zdrowia. Istnieją oczywiście sfery, którym służy konkurencja rynkowa. W zdrowej gospodarce jest miejsce zarówno dla sektora publicznego czy spółdzielczego, jak i prywatnego. Rzecz w tym, żeby nie traktować wszystkich obszarów życia społecznego i gospodarczego jedną ideologiczną sztancą, do czego tendencję miał zarówno fundamentalizm typu sowieckiego, jak i „eksperci” rodem ze szkoły chicagowskiej. Istnieją sfery, takie jak edukacja, zdrowie, bezpieczeństwo czy komunikacja, które powinny pozostać pod kontrolą publiczną. Nie ma natomiast najmniejszej potrzeby, żeby to samo dotyczyło produkcji ubrań, otwarcia baru, piekarni czy zakładu fryzjerskiego.

– Pytanie jednak, czy w tamtym konkretnym momencie historycznym w reformującej się Europie Wschodniej możliwe było do przyjęcia takie zdroworozsądkowe podejście. W polskiej debacie na ten temat, także wśród części komentatorów o lewicujących poglądach, powszechne jest przekonanie, że slogan Margaret Thatcher „There is no alternative”, nawet jeśli niesłuszny, był prawdziwy w odniesieniu do warunków, w jakich znalazł się nasz region, że presja lobby konsensusu waszyngtońskiego była zbyt silna, by się jej przeciwstawić, a nastroje społeczne sprzyjały terapii szokowej.

– Jestem przekonany, że alternatywa istniała i istnieje niezależnie od tych okoliczności. Uczyłem się ekonomii w Polsce i w Szwajcarii, a potem projektowałem i obserwowałem z bliska realizację różnego typu reform – w krajach socjalistycznych i kapitalistycznych, bogatszych i biedniejszych. Dzięki temu zrozumiałem, że można przeprowadzać mądre zmiany niezależnie od okoliczności. Jeśli oparcie się wyjątkowo silnej presji międzynarodowego kapitału i instytucji finansowych było możliwe w wielu krajach Afryki czy Ameryki Łacińskiej, to nie widzę powodu, żeby nie dało się pomyśleć w Europie Wschodniej.

– Czy zgadza się Pan z poglądem, że konsensus międzynarodowy przesuwa się obecnie na lewo? Czy o czymś świadczy np. fakt, że tacy ludzie, jak Jeffrey Sachs czy George Soros, którzy eksportowali neoliberalne rozwiązania do świata postkomunistycznego, albo instytucje takie jak Bank Światowy deklarują dziś zaniepokojenie problemem światowych nierówności i rewidują część dawniejszych dogmatów? Czy też mamy do czynienia jedynie z pewną zmianą retoryki, która w praktyce łączyć się będzie z zabiegami, by zmieniło się jak najmniej?

– Jako uczestnik różnego rodzaju międzynarodowych debat i konferencji ostatnich dekad, poczynając od Szczytu Ziemi, który odbył się w 1992 r. w Rio de Janeiro, mam wrażenie, że rzeczywiście tworzy się nowy konsensus. Mamy do czynienia z dwoma ogromnymi problemami o globalnym charakterze, których nie sposób ignorować. Po pierwsze: nierówności społeczne. Niedawno ukazał się raport Oxfamu na ten temat, który w sposób wiarygodny wykazuje, że 80 najbogatszych dysponuje dziś większym majątkiem niż cała biedniejsza połowa świata, 3,5 mld ludzi. A trend jest wciąż negatywny. I wszyscy, niezależnie od ideologii, zdają sobie sprawę, że system, który prowadzi do tak głębokich nierówności, jest nie do utrzymania, że on zmierza do samozagłady. 800 mln ludzi głoduje, z czego 200 mln to dzieci. 1,3 mld ludzi nie ma dostępu do elektryczności. Potrzebujemy odwołać się do doświadczenia 30-lecia powojennego, kiedy szybki rozwój łączył się z niwelowaniem nierówności i włączaniem mas ludzi do systemu. Dziś konieczne jest zrealizowanie tego typu przedsięwzięcia w skali globalnej.

– A drugi problem?

– Degradacja środowiska. Wymierają kolejne gatunki, szczególnie dramatyczna jest sytuacja oceanów. Warto zwrócić uwagę na wstrząsające dane zgromadzone w ostatnim raporcie WWF: od roku 1970 do 2010 poziom bioróżnorodności na naszej planecie spadł o ponad 50 proc.! Co roku tracimy ponadto ok. 70 tys. kilometrów kwadratowych żyznej ziemi. Wycinamy lasy równikowe w Indonezji, w Afryce, u nas w Brazylii. Problemy społeczne i ekologiczne nakładają się na siebie. Nie możemy zapewnić trwałego i zrównoważonego rozwoju, jeśli połowa ludzkości nie będzie miała zasobów umożliwiających dostęp do podstawowych dóbr i usług. Nie mamy jeszcze na te zjawiska łatwych odpowiedzi, ale wiemy, że nie możemy się im dłużej przyglądać bezczynnie.

Niedawno ukazał się raport UNEP-u (Program Środowiskowy ONZ), według którego łączna wartość światowych rynków finansowych wynosi ponad 300 bln dolarów, podczas gdy wartość wypracowywana przez całą ludzkość w ciągu roku to nieco ponad 70 bln. Takiej skali sumami obraca to globalne kasyno w czasie, w którym potrzebujemy tych zasobów – bardziej niż kiedykolwiek – żeby zasypać gigantyczne dysproporcje w rozwoju i stanie posiadania między ludźmi i narodami oraz inwestować w nowe technologie, które pozwolą powstrzymać degradację środowiska. Jednocześnie, za sprawą rozwoju mediów, coraz większa jest świadomość nierówności w tej biedniejszej części świata. Ludzie żyjący w nędzy odczuwają swoje położenie bardziej dotkliwie niż kiedykolwiek oraz czują, że mają prawo żądać zmian, walczyć o lepszą jakość życia, której im się odmawia. Z drugiej strony świadomość rośnie także po stronie beneficjentów obecnego ładu. Świadectwem może być tu fakt, że wspomniany już raport Oxfamu o nierównościach ma zostać oficjalnie zaprezentowany na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Jeszcze kilka lat temu podobne diagnozy można było usłyszeć co najwyżej w Porto Alegre… System pęka na całym świecie – tzw. arabska wiosna i inne masowe wystąpienia ostatnich lat, a z drugiej strony np. światowy terroryzm, to tylko jedne z bardzo wielu symptomów tego procesu. Amerykanie określają go mianem slow-motion catastrophe, katastrofą w zwolnionym tempie. Jasne jest, że próby izolowania świata zachodniego od tej katastrofy, symbolizowane przez mury graniczne między USA a Meksykiem czy Izraelem a Palestyną albo przez działania europejskiego Fronteksu w basenie Morza Śródziemnego, na dłuższą metę nie stanowią żadnej odpowiedzi i skazane są na porażkę. Musimy podjąć wspólny wysiłek na rzecz zmiany dotychczasowego modelu rozwoju.

– A czy ten nowy model przyjdzie według Pana właśnie od góry – ze strony organizacji międzynarodowych, w wyniku zmiany konsensusu w świecie naukowym i politycznym – czy może od dołu, od nowych ruchów społecznych?

– W jednym z artykułów, który napisałem wspólnie z francuskim ekonomistą polskiego pochodzenia Ignacym Sachsem i Carlosem Lopesem, dyrektorem Instytutu ONZ ds. Badań i Szkoleń, zwracamy uwagę na fakt, że dalsze pogłębianie się kryzysu jest dziś niebezpieczne dla wszystkich, od świata finansów poczynając, na obywatelach krajów Globalnego Południa kończąc. Świat międzynarodowej polityki jest podzielony i chaotyczny, brakuje mu narzędzi do rozwiązywania problemów o charakterze globalnym. Jak mówią politolodzy, mamy tu do czynienia z luką w systemie zarządzania (governance gap). Za rozwiązywanie problemów globalnych próbują się brać różnorakie gremia reprezentujące najbogatszych i najbardziej wpływowych, w rodzaju G8 czy G20. Ale z problemami naprawdę globalnymi, o których tu mówię, nie uporamy się, dopóki nie dojdzie do ustaleń w gronie G193 i dopóki nie stworzymy narzędzi do skutecznego wdrażania tych ustaleń. Jednocześnie ludzie, których dotykają te problemy albo ich konsekwencje, coraz silniej reagują na nie oddolnie, ponieważ widzą, że nie mają wpływu ani na swoją własną sytuację, ani na podejmowane „na górze” ustalenia dotyczące przyszłości świata. „Na górze” pojawiają się jednak nowe tendencje, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom wyrażanym przez nowe ruchy społeczne. Bardzo wyraźne jest to chociażby w świecie nauk ekonomicznych – zaczęło się od jednostek, takich jak Joseph Stiglitz, Paul Krugman czy Thomas Piketty. Dziś na całym świecie mnożą się wpływowe środowiska i instytucje: we Francji Alternatives Économiques, w Wielkiej Brytanii New Economics Foundation, w Stanach Real World Economics, w Indiach prężne środowisko tworzy wokół siebie Deepak Nayyar. I między tymi przemianami świadomości „na górze” i „na dole” wytwarza się z czasem synergia.

– Wielu przeciwników nieskrępowanego kapitalizmu wypatrujących „innej polityki”, która mogłaby zainspirować zmiany na całym świecie, z nadzieją spogląda na Brazylię. Ten największy kraj Ameryki Łacińskiej za pomocą mądrze zaprojektowanych programów społecznych w ostatniej dekadzie włączył do życia gospodarczego i politycznego miliony wykluczonych obywateli, pokazując, że zrównoważony rozwój nie jest tylko sloganem. Czym tłumaczy Pan wyjątkowy na tle wielu innych prób prowadzenia alternatywnej polityki gospodarczej sukces Brazylii pod rządami Luli?

– Źródłem skuteczności Luli była jego ostrożność. Od początku wiedział, że jeśli chce dokonać prawdziwej zmiany, a nie tylko zostać kolejną kultową figurą romantycznego rewolucjonisty, nie może rzucać się do realizacji wszystkich swoich celów na raz. Prawica i stojące za nią grupy interesu były i pozostają bowiem silne – mają znaczące wpływy w parlamencie, decydujące w regionach i w sądownictwie. Pod kontrolą oligarchii pozostają najważniejsze media. Brazylijska lewica pamięta też o doświadczeniach 1964 r., kiedy to prezydent João Goulart usiłował przeprowadzić reformę rolną oraz podwyższenie płacy minimalnej – i przypłacił to wojskowym zamachem stanu. Dlatego zarówno Lula, jak i jego następczyni Dilma, przyjęli strategię „pozycyjną”. Utrzymują tyle przywilejów brazylijskiej elity finansowej, ile muszą, aby przeprowadzać najgłębsze zmiany, na jakie w danym momencie mogą sobie pozwolić. Dobrą ilustracją tego sposobu działania jest brazylijskie powiedzenie: żeby przeprowadzić bydło przez rzekę, trzeba zabić kilka krów i dać piraniom na pożarcie. Wtedy wszystkie piranie rzucają się na zabite krowy i reszta stada może bezpiecznie przejść na drugą stronę. Naszej oligarchii trzeba było dać dość dużo, żeby pozwoliła na reformy. Bilans pierwszej kadencji rządów Luli to było 5 proc. wzrostu dochodów najbogatszych i 10 proc. – najbiedniejszych. Gdy wziąć pod uwagę wyjściową stopę życiową tych ostatnich, nie był to może jeszcze do końca ten zrównoważony rozwój, o jakim Lula marzył, ale najważniejsze, że dysproporcja malała, postęp był rzeczywisty, a jednocześnie oligarchia wciąż zarabiała, więc nie mogła zanadto narzekać.

Drugą rzeczą, która pomogła nam w osiągnięciu sukcesu, było uświadomienie sobie prostego faktu, że zmiana sytuacji najbiedniejszych to nie jest wcale kwestia niebotycznych pieniędzy. Bo o ile komuś, kto zarabia 20 tys. dolarów, dodatkowe 3 tys. nie zrobią wielkiej różnicy, o tyle dla kogoś, kto miesięcznie ma 200 dolarów, kolejne 200 oznacza ogromną poprawę jakości życia. Dzieci w tej rodzinie będą się lepiej odżywiać i lepiej uczyć, a w odleglejszej przyszłości ta biedniejsza część nowej generacji będzie bardziej produktywna. Nie mówimy tu o jakichś szaleństwach ideologicznych – to są naprawdę kwestie elementarnego rozsądku.

– W związku z tym, co powiedział Pan o chwiejnej w gruncie rzeczy pozycji lewicowej władzy w systemie, rodzi się pytanie: na ile trwałe są zdobycze rządów Luli i Dilmy, a na ile mogą być w kolejnych kadencjach łatwo cofnięte?

– Sytuację polityczną w Brazylii należałoby określić mianem chwiejnej równowagi między prawicą a lewicą. To, co dla nas szczególnie niepokojące, to coraz bliższe kontakty prawicowej inteligencji młodego pokolenia z czterema oligarchicznymi „familiami”, które kontrolują w Brazylii najważniejsze kanały telewizyjne (organizacyjną bazą ich zbliżenia jest m.in. potężny think tank Instituto Millenium). Stąpamy po cienkim lodzie. Do tej pory koncentrowaliśmy się na reformach, które dla prawicy i wielkiego biznesu były neutralne albo wręcz pozytywne, a to oznacza, że największe wyzwania są jeszcze przed nami. Na przykład doprowadzenie elektryczności do 2 mln gospodarstw domowych, które były od niej odcięte, to wielki sukces z perspektywy równościowej, ale jednocześnie dla wielkiego biznesu oznacza to zysk, bo na rynku pojawiają się nowi konsumenci, którzy kupują różnego rodzaju sprzęt. W tym samym czasie niezmieniony pozostaje np. de facto degresywny system podatkowy. Pilnej racjonalizacji wymaga też skartelizowany system finansowy. Zaciągnięcie debetu wiąże się dziś np. z odsetkami wysokości 180 proc. Jeśli nawet minimalnie przekroczę swój limit kupując coś przy pomocy karty kredytowej, bank może nałożyć na mój dług oprocentowanie na poziomie kilkuset proc. Trzecią reformą, którą trzeba przeprowadzić, a wobec której prawica stawiać będzie gigantyczny opór, jest reforma prawa wyborczego. W roku 1997 poprzednik Luli, prezydent Cardoso, wprowadził zapisy umożliwiające bezpośrednie finansowanie kampanii wyborczych przez prywatne przedsiębiorstwa. I w efekcie nasz parlamentaryzm jest doszczętnie skorumpowany – nie ma dziś w zasadzie deputowanego, który nie byłby wynajęty przez którąś z wielkich grup finansowych, koncernów rolnych lub firm deweloperskich. Nie ma autentycznej reprezentacji obywateli, a bez tego nie może się utrzymać żaden system demokratyczny. Tego samego doświadczają Amerykanie, u których kilka lat temu wprowadzono podobne prawo. Moi amerykańscy przyjaciele śmieją się, że ten system daje nam the best government money can buy, najlepszy rząd, jaki można kupić. Napięcie polityczne w Brazylii będzie w najbliższym czasie rosło, bo po stronie lewicy rośnie determinacja, żeby przejść do etapu przeprowadzania zmian strukturalnych. A reakcja prawicy na próby naruszenia któregoś z elementów status quo będzie z całą pewnością bardzo stanowcza. Myślę, że dojdzie do próby impeachmentu Dilmy.

– Sądzi Pan, że obóz prezydencki jest wciąż za słaby, by dokonać trwałych, strukturalnych zmian?

– Siły są skromne. Ale mam nadzieję, że się uda. Jednym z kluczy do sukcesu byłyby demokratyzacja i decentralizacja systemu komunikacji i mediów. Obecny układ, w którym kluczowe media są pod kontrolą czterech rodzin, jest według mnie nie do utrzymania na dłuższą metę. Każdy stan Brazylii powinien dysponować własnymi mediami regionalnymi, co jest wskazane nie tylko ze względu na pragmatykę polityczną, ale też na fakt, że Brazylia jest krajem nie tylko bardzo dużym, ale także znacznie zróżnicowanym społecznie i kulturowo. Ale są też pozytywne czynniki, przede wszystkim poczucie, że nie jesteśmy sami, bo do zmian dochodzi w całym regionie – od Wenezueli, przez Boliwię, po Chile, Argentynę i Urugwaj – w każdym kraju na miarę jego możliwości i potrzeb. Odczuwamy, że w jakimś sensie historia jest po naszej stronie – bo jak inaczej wytłumaczyć drugą wygraną Dilmy pomimo negatywnej kampanii, rozpętanej w mediach na naprawdę ogromną skalę? Myślę, że prawica, pozwalając nam na wprowadzenie wielkich programów walki z biedą, takich jak Fome Zero (Zero głodu), nie wzięła pod uwagę ich konsekwencji politycznych. Ludzie dzięki nim wrócili do normalnego życia społecznego i gospodarczego, stali się również aktywnymi obywatelami i wyborcami, którzy są odporni na propagandę, bo po prostu czują, że dzięki nam żyje im się lepiej. Ci ludzie okazali się poważną siłą polityczną i razem z ruchem związkowym (przede wszystkim największą centralą Central Única dos Trabalhadores, reprezentującą 7,5 mln pracowników), pozostają wierni Partii Pracujących, mimo że nie są z nią dobrze skomunikowani ani w żaden sposób zorganizowani. Niektóre zmiany są więc trwałe. Od roku 1991 do 2010 średnia długość życia Brazylijczyków wzrosła o 10 lat, a pod względem wskaźnika rozwoju społecznego (HDI) wyciągnęliśmy przeszło 80 proc. naszych gmin z głębokiej biedy.

– Brazylia w odpowiednim momencie udowodniła światu, że rządy społecznej lewicy i niwelowanie nierówności mogą iść w parze z szybkim rozwojem gospodarczym, poprawą w dziedzinie finansów państwa (za rządów Luli Brazylia z dłużnika stała się pożyczkodawcą) oraz wzrostem pozycji międzynarodowej.

– Najważniejsze zasady, na jakich się oparliśmy, zawarto później w rekomendacjach CEPAL – Komisji Gospodarczej ONZ ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów – w dokumencie zatytułowanym „Czas równości”. Ten 200-stronicowy dokument zawiera kilka prostych, acz istotnych konstatacji, takich jak ta, że wydatki na ochronę zdrowia są wydatkami inwestycyjnymi. Podobnie jest z wydatkami socjalnymi, które wyprowadzają ludzi z nędzy. Szczególnie kiedy mamy do czynienia ze światowym kryzysem, który uderza w zyski z produkcji na eksport, wzmocnienie popytu wewnętrznego stanowi jeden z ważnych sposobów na ustabilizowanie gospodarki. Z drugiej strony państwo, dzięki silnemu systemowi bankowemu, zagwarantowało eksporterom kredyty w rodzimej walucie, dzięki czemu mogli oni utrzymać działalność. Przyjęliśmy pragmatyczną zasadę, że pomagamy tym, którzy naprawdę na kryzysie cierpią.

– Rządy Partii Pracujących bywają jednak w ostatnich latach coraz częściej krytykowane także z lewej strony. W 2013 r. odbyły się w brazylijskich miastach wielkie protesty, podczas których domagano się powstrzymania podwyżek biletów komunikacji i szeroko pojętej komercjalizacji przestrzeni publicznej, sprzeciwiano się korupcji władzy i brutalności policji. Niektórzy określali je mianem „brazylijskiej wiosny”. Konflikty wybuchały także na linii rząd – ruch ekologiczny, m.in. w związku z budową wielkiej tamy na Amazonce. Czy coraz bardziej napięte stosunki partii władzy z jej naturalnym zapleczem nie świadczą o jej wypaleniu?

– To za czasów Luli minister środowiska zyskał w rządzie silną pozycję i nie był postacią przypadkową ani reprezentantem lobby rolniczego, jak to bywało wcześniej. Jako rząd podeszliśmy do tych problemów bardzo poważnie. Przez negocjacje i nacisk na największych nabywców drewna z Brazylii, takich jak Ikea, udało się doprowadzić do radykalnego ograniczenia wyrębu puszczy – z 28 tys. kilometrów kwadratowych wycinanych w 2002 r. do ok. 4 tys. w roku minionym. Na JDF, jednym z największych koncernów mięsnych na świecie, udało się wymóc politykę niekupowania mięsa pozyskiwanego od bydła hodowanego na pastwiskach powstałych wskutek wyrębu. Jeśli chodzi o konflikt dotyczący zapory na Amazonce, należy wyjaśnić, że mówimy tu o zatopieniu 450 kilometrów kwadratowych puszczy. Na tym terenie mieszkają Indianie, którzy będą zmuszeni do przenosin i to będzie dla nich wielka tragedia. Ale kiedy ekolodzy twierdzą, że „tama zniszczy bezpowrotnie bagniska Amazonki”, to jest to absurdalne, bo mówimy o zalaniu przestrzeni 20 na 20 kilometrów nad rzeką, która liczy sobie tysiące kilometrów długości. O wiele większym problemem są te 4 tys. kilometrów kwadratowych puszczy, które są wciąż wyrąbywane każdego roku, na których to terytoriach też mieszkają zresztą Indianie. Ponieważ jednak są to grunty prywatne, to się o tym nie mówi. Co innego marginalne zniszczenia, które są wynikiem inicjatywy rządowej, mającej na celu pozyskanie czystej, odnawialnej energii elektrycznej.

Przyznam jednak, że problem „zużycia się władzy” istnieje. Partie polityczne w ogóle przestały nadążać za dynamiką głębokich zmian społecznych, jakie się obecnie dokonują. Dlatego zaskakują je ich symptomy, takie jak wspomniane protesty roku 2013, kiedy na ulice brazylijskich miast wyszły miliony ludzi, za którymi nie stała żadna wielka organizacja. Dynamikę naszej sytuacji dobrze podsumowują następujące słowa hiszpańskiego filozofa José Ortegi y Gasseta: Nie wiemy, co się dzieje. I właśnie to się dzieje. Musimy z pokorą podchodzić do tych nowych zjawisk społecznych i spontanicznych przemian.

– Jaką rolę w projekcie polityczno-rozwojowym, który stworzyli Lula i Dilma, odgrywa dyplomacja? Trudno chyba nie zauważyć, że dla wzrostu znaczenia Brazylii w światowej polityce istotne było pojawienie się nieformalnego porozumienia „mocarstw wschodzących” BRICS, działających na rzecz „ładu wielobiegunowego”.

– Gdy Partia Pracujących dochodziła do władzy, handel z USA stanowił ok. 50 proc. naszej wymiany zagranicznej. Dziś to już tylko 25 proc. Kolejne 25 proc. to handel z Europą, a reszta jest rozproszona między Chiny, Indie, kraje afrykańskie i – w rosnącej mierze – partnerów z Ameryki Łacińskiej. Słowem, doszło do daleko idącej dywersyfikacji. Ponadto relacje z państwami BRICS pozwoliły na znaczne wzmocnienie pozycji Brazylii jako eksportera, dzięki czemu pozbyliśmy się deficytu handlowego. Jesteśmy dziś pożyczkodawcą Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a nie na odwrót – i jest to chyba najbliższa niezależności sytuacja, jaką można sobie wyobrazić w zglobalizowanym, współzależnym świecie. Ważnym projektem BRICS, który pokaże, czy grupa ta może stanowić coś więcej niż forum współpracy, będzie powstający właśnie Nowy Bank Rozwoju, pomyślany jako alternatywa dla zdominowanych przez USA Banku Światowego i MFW. Ale podkreślam, że jest jeszcze drugi ważny wymiar naszej dyplomacji – integracja i współpraca państw Ameryki Południowej. Potrzebujemy wspólnego silnego głosu na arenie międzynarodowej. W kręgach brazylijskiej elity finansowej wciąż pokutuje przekonanie, że powinniśmy się jednoczyć tylko z USA, bo USA to raj. My tymczasem uważamy, że naszym celem jest suwerenność, a bronią solidarność – południowoamerykańska i transkontynentalna.

– Czy wobec tego za polityką międzynarodową Brazylii stoi jakiś pozytywny projekt przyszłego porządku światowego?

– Brazylia bardzo się wzmocniła w ostatnich latach, ale mam wrażenie, że pozycja USA jest wciąż nie do ruszenia. A czy zmieni się to w dłuższej perspektywie? Myślę, że tak. Coraz bardziej widać, że Amerykanie przechodzą do defensywy. Miałem na ten temat dość ciekawą rozmowę z amerykańskim teoretykiem zarządzania Peterem Senge, który mówił mi, że w Stanach panuje dziś coraz głębsze poczucie niepewności – widać bowiem, że dzisiejsze dzieci nie doświadczą materialnego awansu w stosunku do rodziców, tak jak działo się to od pokoleń, a być może wręcz nie osiągną ich standardu. Takie poczucie niepewności w kraju, którego scena polityczna jest zabetonowana, a który posiada potężne wojsko i specsłużby, jest rzeczą bardzo niebezpieczną. Rozstrzygnięciem ważnym dla przyszłości USA będzie kwestia tzw. Transatlantyckiego Partnerstwa (TTIP) z Europą, które jeśli zostanie zawarte, może przedłużyć życie USA jako globalnego supermocarstwa. Wydaje mi się, że BRICS i tworzone przez nie nowe instytucje finansowe czy informacyjne rzeczywiście mogą się stać zalążkami jakiegoś nowego, wielobiegunowego ładu. Z drugiej strony uważam, że jest i będzie dla świata bardzo ważne, żeby USA były demokratyczne.

– Wspominał Pan o tym, że porównuje się czasem wolnościowe ruchy związkowe czasów dyktatury w Polsce i Brazylii, Lulę z Wałęsą itd. Biorąc pod uwagę mniej i bardziej uzasadnione analogie między naszymi krajami, jakie wnioski i inspiracje z doświadczeń brazylijskich ostatnich dekad Polska powinna Pana zdaniem wysnuć?

– Kiedyś przygotowałem taką analizę na prośbę polskich polityków. Podstawową sprawą, jaką akcentowałem, było ograniczenie nierówności. Z jednej bowiem strony wyższe dochody najuboższych łączą się nie tylko z poprawą sytuacji społecznej, ale także z rosnącym popytem oraz zaktywizowaniem obywatelskim całej rzeszy ludzi. Z drugiej strony akumulacja bogactwa przez niewielką, elitarną grupę także ma negatywne konsekwencje – tworzy się bowiem wyjątkowo silna grupa wpływu, która zakłóca właściwe działanie mechanizmów demokratycznych. Druga moja uwaga była taka: najważniejszym sektorem gospodarczym nie jest już tradycyjny przemysł, lecz usługi publiczne, takie jak ochrona zdrowia, edukacja czy komunikacja zbiorowa, oraz kultura. Spójrzmy chociażby na USA – jaki sektor jest dziś najważniejszy dla tamtejszej gospodarki? Sektor medyczny. Dlatego kluczową sprawą dla rozwoju w kolejnych dekadach będą jakość i powszechny dostęp do szeroko pojętej infrastruktury społecznej.

– Dziękuję za rozmowę.

Szczepionka na neoliberalizm

Szczepionka na neoliberalizm

Od dłuższego czasu niektóre środowiska w Polsce alarmują, że stajemy się ekonomiczną neokolonią. Opinii tej zaprzeczają inne, często związane z elitami odpowiedzialnymi za model reform wprowadzanych w Polsce po roku 1989. Po jednej stronie dominuje wyrywkowość i ogólnikowość diagnoz, po drugiej dążenie do ochrony „świętych” i nietykalnych życiorysów oraz – pośrednio – obrony obecnego status quo i jego beneficjentów.

Tło historyczne neoliberalizmu i jego skutki w Polsce

Neoliberalny model ekonomii był od lat 80. promowany przez kraje G7 jako propozycja dla ekonomicznej i społecznej transformacji takich regionów, jak Afryka i Ameryka Łacińska oraz, następnie, krajów postkomunistycznych, np. Polski. W praktyce oznacza on umożliwienie zagranicznemu kapitałowi:

  • przejmowania zysków z lukratywnych rynków państw będących w trakcie transformacji oraz ich najwartościowszych aktywów;
  • przejęcia potencjalnej konkurencji technologicznej (np. wrocławskie Elwro);
  • zapewnienia stabilnych ram ekonomicznych dla maksymalizacji zysków i unikania ich opodatkowania.

Większość transformujących się państw poddała się takiej kuracji, wyjątek stanowią Chiny. Instytucjami zajmującymi się promowaniem „neokolonialnych” ram ekonomicznych były Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), Bank Światowy (BŚ) czy Światowa Organizacja Handlu (WTO), w których dominowały kraje G7, a obecnie swoje wpływy zwiększają Chiny.

Metodą perswazji była warunkowość. Kraje mające problemy ze spłatą zagranicznych długów, jak Polska w 1989 r., zwracały się o pomoc finansową np. do MFW, a ten udzielał jej pod warunkiem zobligowania się do wprowadzenia pakietu reform według neoliberalnej miary.

Ważnym narzędziem utrzymania globalnych neoliberalnych ram jest Międzynarodowe Centrum Rozstrzygania Sporów Inwestycyjnych. Odpowiada ono za arbitraż, który jest de facto przebiega w oderwaniu od podstawowych zasad prawnych, takich jak prawo do odwołania czy jawność postępowań.

Obecnie w warunkach polskich pociąga to za sobą rozmaitość negatywnych skutków. Wiele zagranicznych korporacji unika płacenia podatku CIT, co zwiększa presję podatkową na małe i średnie polskie przedsiębiorstwa, klasę średnią w ogóle i prowadzi do zubożenia kraju. Jednocześnie ma miejsce przejmowanie dochodowych rynków, np. w dziedzinach handlu i finansów, oraz wypieranie z nich rodzimego kapitału. Problemy pojawiają się także w dziedzinie demografii – pracownicy, postrzegani jako „koszt bez praw”, nie mają warunków do zakładania rodzin i wychowania dzieci, co prowadzi do masowej emigracji i technologicznego pustynnienia kraju. Neoliberalne ramy ekonomiczne wpływają również na niekorzystny dla nas podział zysków w polskiej gospodarce oraz zachęcają podmioty międzynarodowe do ekspansji ekonomicznej.

Czy Polska obecnie jest neokolonią?

Odpowiedź na takie pytanie wymaga przedstawienia statystyk, które opisywałyby strukturę głównych rynków i obszarów, udział w nich własności zagranicznej, podział na małe i średnie oraz duże przedsiębiorstwa oraz poziom płaconego CIT. Właśnie obserwując rozwój udziałów zagranicznej własności w poszczególnych rynkach/obszarach, można ocenić stan i kierunki „neokolonizacji”.

Jak jednak zdefiniować pojęcie rynków? Ponieważ nie poruszamy się w dziedzinie nauk ścisłych, definicja ta powinna być umowna i zgodna ze zdrowym rozsądkiem, zaś jej granice nieostre. Dość ogólnie definiuje rynki tygodnik „Polityka” w swoim corocznym rankingu 500 największych firm. Analizując go, widzimy, że brakuje tam najciekawszych danych – np. informacji o płaconym CIT, opisu praktyk transferu pieniędzy za granicę celem niewykazania zysków w Polsce, udziałów własności polskiej i zagranicznej, udziału firmy w rynku, kluczowych powiązań kapitałowych ułatwiających praktyki kartelowe, zależności holdingowych itd. O co chodzi, widać w poniższym diagramie rynku banków, który należy do kluczowych wskaźników w rozróżnianiu, czy dany kraj jest podmiotem czy przedmiotem globalnej ekonomii, ponieważ decyduje, kto zarządza prywatnymi oszczędnościami, będącymi podstawą finansowania inwestycji krajowych.

Obserwując polską gospodarkę przez pryzmat tendencji w wybranych obszarach, można zrozumieć, jak postępuje neoliberalna „infekcja” krajowej gospodarki oraz zastanowić się nad „szczepionką”. Chcę jednak podkreślić, że zagraniczny kapitał, nawet w opisywanych tu rynkach nietechnologicznych, nie jest zły ani dobry. Jest konieczny – to miejsca pracy, innowacje w zarządzaniu, konkurencja itd. Natomiast gdy ramy prawne są złe, przejmuje on kontrolę nad rynkami – tworzy kartele, oligopole, monopole czy unika płacenia podatków; gdy jest go za dużo w wybranych sektorach – wówczas dusi rozwój słabszego polskiego kapitału, który mógłby z czasem stać się dojrzały do ekspansji zagranicznej. Kluczem są więc odpowiednie ramy prawne.

Dla dalszych rozważań zastosuję uproszczony podział na sześć obszarów, istotnych z punktu widzenia odwracania tendencji neoliberalnych: a) bezpieczeństwo finansowe, b) bezpieczeństwo ekonomiczne (poza finansowym), c) obszary wrażliwe społecznie, d) media, wiedza i informacja, e) handel detaliczny, f) inne dochodowe rynki nietechnologiczne.

Bezpieczeństwo finansowe

wykres1

W wyniku nieroztropnej metody prywatyzacji polskich banków kapitał zagraniczny kontroluje ponad 60% polskiej bankowości. Oto zagrożenia wynikające z nadmiernej koncentracji zagranicznego kapitału:

  • Drenaż zysku za granicę, zamiast krajowych reinwestycji.
  • Brak zainteresowania tworzeniem produktów kredytowych wspomagających rozwój polskich przedsiębiorstw, zdolnych konkurować np. z ważnymi klientami banku-matki z kraju jego pochodzenia.
  • Uniemożliwianie wytworzenia się silnych polskich grup bankowych, zdolnych do zagranicznej ekspansji.
  • Ryzyko używania oszczędności Polaków do finansowania ważnych inwestycji, np. infrastruktury energetycznej, dróg, itd. w kraju banku-matki zamiast w Polsce.
  • Ryzyko zmów kartelowych.
  • Ryzyko użycia polskich oszczędności do rozwiązywania problemów finansowych i bilansowych banku-matki.

Rozwiązaniem jest zwiększenie udziału polskiego kapitału w sektorze bankowym. Jednym z celów mogłoby być osiągnięcie udziału co najmniej 70-procentowego, jak w Austrii czy Holandii, a także ułatwienie rozwoju regionalnej bankowości spółdzielczej. Warto też rozważyć rozdział bankowości oszczędnościowej od inwestycyjnej – jego brak naraża oszczędności obywateli na ryzykowne spekulacje finansowe, jak miało to miejsce na świecie w 2008 r. Kolejnym działaniem może być zamknięcie kont w niepolskich bankach przez instytucje publiczne i otworzenie ich albo w PKO BP, albo w krajowych bankach spółdzielczych.

Rynek obowiązkowych składek emerytalnych jest szczególnie atrakcyjny dla zagranicznych instytucji finansowych, gdyż prowizje od gromadzonego kapitału to znaczne kwoty i łatwy zysk. Ryzyko związane z nadmiernym wpuszczeniem prywatnych instytucji finansowych na ten wrażliwy społecznie rynek, jest następujące:

  • Wygórowane prowizje, przez wieloletnią kumulację znacznie zmniejszające emerytury.
  • W przypadku nieostrożnych zmian prawnych – ryzyko użycia tych długoterminowych oszczędności do finansowania inwestycji poza Polską, np. w strategiczną infrastrukturę energetyczną czy transportową.

W przypadku OFE warto zwrócić uwagę na kilka ważnych elementów:

  • Nie ma żadnego śladu analizy skutków czy szacunku kosztów utworzenia OFE. Jeśli ich nie ma, to znaczy, że cała reforma, mająca wpływ na emerytury milionów Polaków, została wprowadzona „na oko”.
  • Zmiany z roku 2014 r. de facto jedną ustawą znacjonalizowały prywatne oszczędności milionów Polaków odłożone w funduszach.

Z tego punktu widzenia istotna jest optymalizacja zarządzania obowiązkowymi oszczędnościami emerytalnymi. Powinno się rozważyć likwidację OFE, ale bez nacjonalizacji zebranych oszczędności. Wystarczyłoby powołanie jednej instytucji, która zatrudniłaby 50 świetnie opłacanych, polskich specjalistów ds. finansów. Miałoby to wymierny wpływ na wysokość emerytur, ponieważ zwiększyłyby się one o obecne wysokie prowizje od zgromadzonego kapitału firm obsługujących OFE. Koszty funkcjonowania takiej instytucji byłyby dużo mniejsze niż obecne opłaty.

wykres2

Wielkość długu publicznego ma znaczenie o tyle, o ile jego nadmiar, zagrażający niewypłacalnością państwa, jest kartą przetargową wielkiego kapitału przy wymuszaniu neoliberalnych reform. Obserwując wzrost długu publicznego w Polsce w stosunku do rosnącego PKB i rozwój kosztów obsługi odsetek i spłaty długu (Wykres 2), a także ostatnie manewry władz w celu sztucznego zmniejszenia długu publicznego, można wyraźnie dostrzec, że dług publiczny wciąż rośnie wraz ze wzrostem PKB i spadkiem oprocentowania długu. Towarzyszy temu manipulowanie sposobem obliczania długu i PKB, czyli księgowe zaniżanie wartości długu, co niestety realnie go nie zmniejsza.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, że dług zagraniczny jest dużo bardziej ryzykowny od krajowego. Wynika to m.in. z ryzyka wahań walutowych, o czym świetnie wiedzą „frankowicze”.

Istotne jest uszczelnienie konstytucyjnej kontroli nad długiem publicznym. Polska klasa polityczna zachowuje się pod tym względem nieodpowiedzialnie (tabela 1). Należy pozbawić ją możliwości obchodzenia art. 216 Konstytucji RP, który można by zmienić np. od 2019 r. w następujący sposób: Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3⁄5 wartości rocznego produktu krajowego brutto z roku 2018. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa z roku 2014. Taka przykładowa zmiana uniemożliwi triki księgowe i powiększanie długu kraju w wyniku wzrostu PKB. Dług zagraniczny powinien być zmniejszany w pierwszej kolejności.

Tabela 1. Rozwój długu publicznego Polski

Rok

Dług publiczny w mld. zł

Roczny przyrost długu publicznego w mld. zł

1991

210

10

1995

220

10

1997

230

10

1998

210

10

1999

250

10

2000

260

10

2001

270

10

2002

280

10

2003

352

72

2004

408

56

2005

440

32

2006

466

26

2007

506

40

2008

527

21

2009

597

70

2010

669

72

2011

747

78

2012

774

27

Sporo zaczyna się mówić w Polsce o tym, że duże zagraniczne korporacje unikają płacenia podatku od dochodu kapitałowego CIT, przy pomocy sztuczek księgowych nie wykazując zysków w Polsce. Równolegle słyszy się o tym, że najbogatsi Polacy przesuwają kapitały do zagranicznych fundacji lub np. do Monako albo na Cypr celem unikania podatku CIT lub spadkowego. Skutkuje to dokręcaniem śruby podatkowej klasie średniej, która ma mniejsze możliwości wywierania presji na władzę, a także utrudnia np. zwiększanie kwoty wolnej od podatku czy dofinansowanie publicznej służby zdrowia. Ponieważ neoliberalizm jest doktryną służącą superbogatym, takie opodatkowanie regresywne, de facto zwalniające najbogatszych z podatku dochodowego i spadkowego, jest globalnym trendem, który powoduje zwiększanie się rozwarstwienia majątkowego.

Propozycja rozwiązania to wprowadzenie zrównoważonego, zrozumiałego i progresywnego systemu podatkowego. Aby zapewnić odpowiednie finansowanie obszarów ważnych społecznie, urząd skarbowy powinien poprosić właścicieli dużego kapitału, aby rzetelnie płacili podatki. Natomiast ekspansja gospodarcza – zwłaszcza zagraniczna – polskich milionerów powinna być promowana przez państwo. W parze z takim wsparciem powinny jednak iść obowiązki, a uczciwe płacenie podatków to jeden z nich. W ten sposób można by odciążyć podatkowo polską klasę średnią i zwiększyć kwoty wolne od podatku dla najmniej zarabiających, co korzystnie wpłynie na demografię.

Niedawny przypadek „frankowiczów” – kredytobiorców we frankach szwajcarskich, pokazuje, że klienci są niedoinformowani oraz manipulowani przez pożyczkodawców. Pozostawienie ich samym sobie może doprowadzić do sytuacji podobnej jak w Hiszpanii, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi zostało wprowadzonych w błąd przy udzielaniu kredytów hipotecznych, a ich życie zrujnowano. Propozycją jest więc regulacja rynków kredytów prywatnych, która wymuszałaby na kredytodawcach solidną informację dla potencjalnych klientów na temat ryzyka pożyczek, np. hipotecznych, czyli choćby o ryzyku walutowym czy groźbie załamania się rynku nieruchomości. Ponieważ zysk agentów wynika z liczby i wysokości sprzedanych kredytów w ogóle (a nie tylko kredytów bezpiecznych), warto tu antycypować ryzyko. Można również pomyśleć o edukacji obywatelskiej w tym obszarze.

Warto także wspomnieć o kapitale spekulacyjnym. Jest on formą hazardu i służy „rozbujaniu” rynków, np. towarów czy akcji celem wyprowadzania zysków. Jest bardzo szkodliwy dla długoterminowego i zrównoważonego rozwoju realnej gospodarki. Niewielki podatek obrotowy, na przykład 2 promile, od każdej transakcji, tzw. podatek Tobina, jest tu optymalnym rozwiązaniem. Nie należy jednak mylić kapitału spekulacyjnego z kapitałem zagranicznym w ogóle, korzystnym i koniecznym dla polskiej gospodarki.

Bezpieczeństwo ekonomiczne (poza finansowym)

Polska powinna zachować konieczną kontrolę nad własnymi strategicznymi zasobami i aktywami, a wypracowane przez nie zyski powinny służyć finansowaniu ważnych usług publicznych.

Kontrola nad ziemią rolną to ważne zagadnienie z niedocenianej dziedziny, jaką jest bezpieczeństwo żywnościowe. To problem strategiczny, gdyż obecnie wykup ziemi rolnej przez fundusze inwestycyjne czy państwa ma miejsce na masową skalę np. w Afryce. Wydaje się, że polscy politycy nie popełnili błędu wyprzedaży nadmiernej ilości ziemi zagranicznemu kapitałowi.

Rynkiem bardzo dochodowym i kluczowym z punktu widzenia energetycznego bezpieczeństwa państwa są surowce mineralne (metale, węgiel, gaz itp.), zwłaszcza w perspektywie ostatnich wydarzeń za wschodnią granicą. Na szczęście polskie firmy tej branży nie podzieliły losu banków, więc krajowy kapitał ma tu wciąż spory udział.

Warto zwrócić uwagę, że toczy się globalny wyścig o zapewnienie dostępu do kurczących się rezerw surowców. Wielki kapitał specjalizuje się w nabywaniu tych zasobów. W takim właśnie kontekście warto obserwować niedawny kryzys górniczy w Polsce, a zwłaszcza zmiany we własności złóż, prawie do ich wydobycia i opodatkowaniu zysków.

Tania energia jest kluczowa dla rozwoju gospodarczego każdego kraju. Ma również znaczenie społeczne, bo gdy jest zbyt droga, odbiera uboższym Polakom np. możliwość ogrzania domów w zimie. Warto ten społeczny wpływ kalkulować przy długoterminowym planowaniu inwestycji w rozwój infrastruktury energetycznej i jej kosztów.

Rynek energii jest bardzo dochodowy, a polski kapitał wciąż ma tu sporo do powiedzenia. Obecnie toczy się bezwzględna walka o kierunek energetycznego rozwoju Polski – od jej wyniku będzie zależeć, kto zarobi na naszych przyszłych rachunkach za prąd i ogrzewanie. Ważne jest więc opracowanie i wdrożenie zrównoważonej strategii energetycznej, skrojonej na potrzeby i możliwości Polski. Widać obecnie, że państwo nie radzi sobie z zagadnieniem tak ważnym dla naszego sukcesu ekonomicznego.

Sektor telekomunikacji to kolejny strategiczny i dochodowy rynek, zazwyczaj zdominowany przez kilku wielkich graczy. Telekomunikacja Polska została „sprywatyzowana” przez sprzedaż państwowej francuskiej spółce telekomunikacyjnej. Natomiast w telefonii komórkowej konkurują ze sobą trzy firmy, przy czym właścicielem tylko jednej jest Polak. Tym samym ważne jest promowanie zwiększenia udziału polskiego kapitału w rynku telekomunikacji oraz uniemożliwianie zagranicznemu kapitałowi całkowitego przejęcia go.

Obszary wrażliwe społecznie

Warto również postulować zablokowanie urynkowienia obszarów wrażliwych społecznie. Sektory, takie jak ochrona zdrowia, edukacja czy usługi komunalne nie powinny być nastawione na maksymalizację zysku wypłacanego właścicielom, lecz na dostępność dla ogółu, a tym samym powinny zachować charakter publiczny.

Dostępność powszechnej i darmowej edukacji jest rzeczą ważną i powinno się unikać prywatyzacji edukacji finansowanej z podatków. Inną jednak sprawą jest, czy opłaca się społeczeństwu np. bezwarunkowo darmowa (i bardzo droga) edukacja lekarzy lub inżynierów, z których wielu zaraz po studiach wyjeżdża do pracy za granicę. Jest to temat wart dyskusji – czy prawo do darmowej edukacji pociąga za sobą obowiązki względem sponsorującego ją społeczeństwa, czy też nie. W każdym razie bez wysokiego poziomu edukacji publicznej Polska nie ma szans na awans w światowej lidze państw. Ewentualna prywatyzacja edukacji ograniczy społeczeństwu dostęp do niej, a w konsekwencji obniży jego zdolność do globalnej konkurencji.

Bardzo ważny obszar społeczny stanowi służba zdrowia. Również w tej sferze prywatyzacja podraża dostęp do usług, wyklucza mniej zamożną część społeczeństwa oraz koncentruje się na generowaniu zysku, a nie na tanim i skutecznym wyleczeniu czy profilaktyce. Problem ochrony zdrowia w Polsce polega również na tym, że obowiązkowe składki zdrowotne finansują w coraz większym zakresie działalność prywatnych spółek lekarskich, siłą rzeczy zorientowanych na zysk, a nie na dostępność usług i tanie, lecz skuteczne leczenie. Ze względu na optymalizację dostępu do usług medycznych publiczne zakłady opieki zdrowotnej funkcjonują lepiej niż prywatne. Natomiast prywatne ubezpieczenia zdrowotne, finansowane tylko z dobrowolnej składki zdrowotnej, powinny rozwijać się nieskrępowanie.

Obecnie w Polsce systematycznie zmniejsza się udział płacy w PKB. Według „Polityki” (23 grudnia 2013), polscy pracownicy stracili aż 7,8 pkt. proc. PKB w płacach w ciągu 10 lat. Według danych Eurostatu z 2013 r. w Polsce udział płac w PKB wynosi tylko 35,6% PKB, gdy w Niemczech aż 51,6%. Równocześnie systematycznie rośnie udział dochodów kapitałowych w PKB. Pracownik został sprowadzony do roli „nadmiernego kosztu”. Warto myśleć, jak systematycznie zwiększać udział płac do przynajmniej 50% PKB.

Tu propozycją jest ulepszenie prawa pracy. Ochrona pracowników jest ważną funkcją państwa. Wspieranie tworzenia rad pracowniczych, związków zawodowych, promowanie umów zbiorowych, nadanie właściwego znaczenia Komisji Trójstronnej, wspieranie dialogu społecznego, stałych umów o pracę, rozsądnej płacy minimalnej i kwoty wolnej od podatku – wszystko to są ważne cechy cywilizowanego państwa oraz wyraz elementarnego szacunku wobec obywateli.

Niestety, jednej rzeczy nie da się obejść. Pracodawca musi mieć bezproblemową możliwość zwolnienia pracownika w przypadku tarapatów finansowych. Za to pracownik powinien mieć solidne ubezpieczenie od bezrobocia, aby zwolnienie nie było zupełną tragedią. Inaczej trudno pogodzić zdolność do konkurowania kapitału z poczuciem bezpieczeństwa pracowników.

Podobnie jak z ochroną zdrowia, prywatyzacja usług komunalnych (wodociągi, kanalizacja, wywóz i utylizacja śmieci) prowadzi do wzrostu cen, wykluczenia z nich uboższej części społeczeństwa oraz drenażu zysku do kieszeni prywatnych monopolistów.

Swobodny dostęp społeczeństwa do przyrody jest ważny, więc państwowa własność w tym zakresie powinna być chroniona. Lasy stały się państwowe i takie powinny pozostać, aby każdy mógł z nich korzystać. O żadnej reprywatyzacji nie powinno być mowy.

W kwestii produkcji żywności zauważyć można powolny spadek jej jakości, m.in. z powodu nacisku hipermarketów i dyskontów na cięcie kosztów produkcji. W konsekwencji może dojść do sytuacji analogicznej jak w USA – tylko niezdrowa żywność jest dostępna dla warstw uboższych, czego rezultatami są otyłość i związane z nią problemy zdrowotne. Oczywiście ma to też spore, choć pośrednie znaczenie dla kosztów służby zdrowia. Widać również powolną ekspansję produktów modyfikowanych genetycznie i niezdrowej żywności sprzedawanej przez zagraniczne sieci gastronomiczne. Trudno ocenić, jakie są udział zagranicznego kapitału w sektorze produkcji żywności oraz jego struktura, ale jest to temat wart analizy i wyciągnięcia wniosków.

Tutaj postulatem jest uregulowanie rynku w duchu promowania żywności zdrowej i taniej. Powinno się za pomocą norm dbać o wysoką jakość żywności oraz promować rozwój polskich przedsiębiorstw, w tym rzemiosła (piekarze, masarze itd.), oraz o dobrą edukację zawodową dla przyszłych rzemieślników. Warto też podchodzić z ostrożnością do żywności modyfikowanej genetycznie, bo tu głównym graczem są globalne koncerny, nieponoszące odpowiedzialności za długoterminowe skutki jej wprowadzania na rynek.

Spółdzielczość jest bardzo niewygodna dla doktryny neoliberalnej, ponieważ ogranicza udział prywatnego kapitału w dochodowych rynkach, takich jak handel, produkcja, finanse czy budownictwo. Widać, że państwo nie dba o tę formę działalności gospodarczej. Wspieranie rozwoju spółdzielczości to sprawienie, aby ramy prawne zarządzania spółdzielczością zostały poprawione, a sama kooperacja promowana np. w budownictwie, handlu czy bankowości.

Sfera opinii publicznej i emocji społecznych

Obszar ten ma szczególne znaczenie dla rozwoju społeczeństwa i budowania tak niewielkiego w Polsce zaufania społecznego oraz dla upodmiotowienia Polaków. W tym obszarze odbywa się każdy publiczny spór i ma on wpływ na tendencje opinii publicznej, jej gusta czy fobie.

Nie ma co się łudzić, że prywatna własność w mediach nie kieruje się chęcią zysku. Ofiarą tego pada jakość informacji, stającej się zwykłym towarem, wypieranym przez produkt tańszy i gorszy. Widoczny jest deficyt mediów publicznych, bezkarność mediów brukowych, znaczne uzależnienie prasy od kapitału zagranicznego oraz uzależnienie mediów prywatnych od reklamodawców. Dobrym krokiem wydaje się ucywilizowanie rynku mediów w duchu interesu publicznego. Powinno się promować silne media publiczne dbające o interes społeczny i narodowy oraz za pomocą regulacji uniemożliwiać nadmierną koncentrację kapitału w mediach prywatnych. Warto też stworzyć takie ramy, aby zagraniczny kapitał miał warunki działania uniemożliwiające przejęcie poszczególnych rynków medialnych. Na rynku doradztwa i konsultingu dominuje kilka zagranicznych spółek. Temat wart jest pogłębionej analizy potencjalnych praktyk kartelowych i ich wpływu na powstanie i okrzepnięcie polskich spółek doradczych. Warto też monitorować, jaki obrót mają obecni potentaci i jaki wykazują zysk. Ponadto firmy takie nie powinny pełnić istotnej roli przy wspieraniu tworzenia polskiego prawa, gdyż zachodzi tu oczywisty konflikt interesów, wyrażony ryzykiem promowania rozwiązań prawnych korzystnych dla wielkich zagranicznych klientów, w tym państw i korporacji.

Słuchając w Polsce radia czy oglądając telewizję, można przeżyć prawdziwy koszmar z powodu ciągłych, długich i często „niesmacznych” reklam. Reklamy znacząco zaśmiecają także przestrzeń publiczną. Jednocześnie drogie reklamy stanowią ważne źródło dochodów prywatnych mediów. Warto rozważać, w jakim stopniu wpływa to na obiektywność oceny reklamodawcy i jego konfliktu z interesem społecznym czy publicznym.

Powinno się więc rozważyć lepsze uregulowanie rynku reklam, m.in. z punktu widzenia szkodliwości społecznej niektórych typów reklam (np. leków), relacji reklamodawców z mediami, a także zaśmiecania przestrzeni publicznej.

Mogłyby również powstawać instytuty monitorujące media pod względem ich obiektywności względem podmiotów zamawiających reklamy.

Handel detaliczny

W handlu detalicznym można zauważyć rosnącą dominację zagranicznego kapitału oraz następujące zagrożenia i zaniedbania:

  • Wypychanie z rynku polskich sklepów, co uniemożliwia im wzrost i wytworzenie masy krytycznej, pozwalającej na ekspansję zagraniczną.
  • Ryzyko drenażu zysku celem unikania płacenia podatku CIT.
  • Nadmierną koncentrację kapitału w handlu, będącą zagrożeniem dla całej strefy produkcyjnej polskich małych i średnich przedsiębiorstw zaopatrujących sklepy. Uniemożliwia im ona „zdrowy” wzrost, niezależną ekspansję zagraniczną czy osiąganie większych zysków, ponieważ duże sieci handlowe mają swoje metody ograniczania rentowności małych dostawców. Taka dominacja degeneruje polską ekonomię.

Rynek hipermarketów jest całkowicie przejęty przez kapitał zagraniczny. Jego nadmierny rozrost, poza ogólną logiką wynikającą z powyższych rozważań, powoduje eliminację polskiej konkurencji w handlu spożywczym, kosmetykami, chemią domową czy elektroniką, a także generuje spore ryzyko tworzenia zmów kartelowych.

Rynek ten należy uregulować. Pierwszym instrumentem powinien być solidny podatek obrotowy nałożony na hipermarkety. Drugim – regulacja jasno definiująca ograniczenia w powstawaniu nowych hipermarketów oraz uniemożliwiająca ich nadmierną ekspansję. Kolejnym elementem winien być surowy monitoring antykartelowy wraz z odpowiednimi karami finansowymi wraz z nadzorem nad kapitałowymi relacjami między hipermarketami a dyskontami. Powinno się też ucywilizować relacje z dostawcami, często polskimi małymi i średnimi przedsiębiorstwami, obecnie „drenowanymi” i marginalizowanymi przez nadmiernie silną pozycję hipermarketów.

Rynek sklepów spożywczych i dyskontów jest częściowo zdominowany przez zagraniczny kapitał, zwłaszcza w średnich i dużych miastach. Ryzykiem jest możliwość powiązań kapitałowych z hipermarketami. Jego nadmierny rozrost powoduje wymieranie rodzinnych, osiedlowych sklepików.

Stąd istotne jest także uregulowanie i tego rynku. Kapitał zagraniczny powinien móc swobodnie funkcjonować, ale nie mieć możliwości przejęcia większości rynku. Głównym instrumentem powinien być również i tu progresywny podatek obrotowy. Progresja powinna zaczynać się od obrotu, od którego wielkość dyskontu zaczyna być szkodliwa dla zdrowego funkcjonowania rynku. Regulację należałoby zdefiniować tak, aby otworzyła przestrzeń dla rozwoju i koncentracji polskiego kapitału, czy to przez jego wzrost, czy organizowanie się w grupy dyskontów, czy to powstawanie spółdzielni.

Warto podkreślić, że rozproszony kapitał krajowy zaczyna się bronić, np. za pomocą zrzeszania się w polskiej grupie kapitałowej Nasz Sklep. To jedna z właściwych dróg.

Inne dochodowe rynki

Wiele znanych produktów codziennego użytku, jak sprzęt do golenia, pasty do zębów, przekąski, napoje gazowane, woda, lody, gumy do żucia czy alkohole, jest kontrolowanych przez kilka wielkich funduszy inwestycyjnych, posiadających w skali globu, przez łańcuszek firm, setki znanych marek. Deformujący wpływ takiej koncentracji na rynki w Polsce i na polską konkurencję, wytwarzającą podobne produkty, musi być ogromny, choć rzadko się słyszy, aby było to przedmiotem publicznej analizy. Mimo iż są to potężni, globalni gracze, często zarządzający kapitałem większym, niż kilkuletni PKB Polski.

Powyższe przykłady można by mnożyć, ale widać, że cały neoliberalna kolonizacja Polski jest urządzona według schematu: przejąć dochodowe rynki i wydrenować z nich nieopodatkowane zyski oraz wykupić wartościowe aktywa, jak surowce, ziemia uprawna czy lasy; przy okazji uniemożliwić wyrośnięcie lokalnej konkurencji, którą się od siebie uzależnia lub – za pomocą dumpingu cenowego – doprowadza do bankructwa (jak w przypadku Malmy czy obecnych prób wobec Fakro), wraz z tanią i pozbawioną praw siłą roboczą. Dodatkowo prywatyzuje się obszary wrażliwe społecznie celem tworzenia nowych obszarów zysku.

Ponieważ w Polsce wciąż jeszcze są rynki i „zasoby” nieskomercjalizowane, jak sektor energetyczny, ziemia, złoża mineralne czy lasy, do pełnej „neokolonizacji” jeszcze trochę brakuje, jednakże „neoliberalny rak” systematycznie postępuje. W przypadku niewypłacalności Polski temat „prywatyzacji” tych obszarów wróci jako warunek restrukturyzacji długu.

Jak „obalić” neoliberalizm i upodmiotowić Polskę?

Ponad 25 lat po obaleniu komunizmu trzeba się zastanowić, jak wprowadzić w życie art. 2. Konstytucji RP. Stanowi on, iż Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Dotychczas mieliśmy natomiast do czynienia z urzeczywistnianiem zasad neoliberalizmu.

Oczywiście zagraniczny kapitał będzie się bronił przed utratą wpływów, rynków i dochodów. Jego instrumentami wywierania nacisku na rządy, prawodawstwo i opinię publiczną są działy dużych korporacji ds. relacji z rządami i ich lobbingowe organizacje, presja medialna, oparta na kosztownej reklamie, czy oferowanie lukratywnych ofert pracy we wpływowych koncernach. Specyficznym i skutecznym narzędziem wpływu są fundacje finansowane przez różnej maści globalnych spekulantów lub rządy silnych państw trzecich. Wywierają one tzw. miękki wpływ na naszą rzeczywistość przez umiejętny i dyskretny lobbing pozornie bezstronnych specjalistów.

Innymi metodami ułatwiającymi wywieranie wpływu są przejmowanie rynku medialnego przez zagraniczny kapitał, skargi do Unii Europejskiej, używanie międzynarodowego arbitrażu. Wszystkie te instrumenty presji są uruchamiane w razie potrzeby. Tak właśnie działo się w czasie zmniejszenia zasięgu OFE i tak będzie się dziać, gdy zostanie zagrożony zysk zagranicznego kapitału w Polsce. Można się też spodziewać „spontanicznych” protestów pracowników w obronie miejsc pracy, mimo że obecnie te same koncerny aktywnie zwalczają organizowanie się w związki zawodowe czy rady pracownicze oraz płacą, mimo sporej rentowności, pensje minimalne lub zmuszają do bezpłatnych nadgodzin czy pracy ponad siły. Należy być świadomym, że takie trudności będą częścią procesu zmian.

W zasadzie „szczepionka na neoliberalizm” powinna polegać na:

  • Stopniowym zmniejszeniu udziału zagranicznego kapitału w newralgicznych obszarach ekonomii do bezpiecznego poziomu i zastąpienie go dojrzewającym kapitałem polskim.
  • Umożliwieniu wzrostu i zagranicznej ekspansji polskiego kapitału.
  • Opodatkowaniu ukrywanych zysków zagranicznych korporacji i wprowadzeniu podatków progresywnych.
  • Zablokowaniu ekspansji prywatnych rynków na obszary, które mają duże znaczenie społeczne, oraz na dbałości o rozwój tych obszarów.
  • Trzymaniu w ryzach długu publicznego, aby nie było możliwe użycie głównego instrumentu presji na utrzymanie status quo.

Ponieważ nie da się prowadzić nowoczesnej i roztropnej polityki bez stosownej wiedzy, należy umożliwić rozwój polskich think tanków promujących polski interes społeczny i narodowy. Zagraniczne firmy konsultingowe wchodzą tu w oczywisty konflikt interesów i nie powinny odgrywać istotnej roli w procesach „naprawy” neoliberalizmu i doradztwa polskim instytucjom politycznym i gospodarczym. Dlaczego? Wystarczy wspomnieć ich doradczą rolę przy prywatyzacji.

Takie dobrze dofinansowane think tanki powinny regularnie tworzyć skrojone na polskie potrzeby analizy, raporty czy statystyki konieczne dla skutecznego aplikowania „antyneoliberalnej szczepionki” i dla zrównoważonego rozwoju Polski. Na podstawie tych analiz powinno się „skalować” regulacje w każdym istotnym obszarze. W sytuacji zaś opierania się instytucji państwowych przy tworzeniu prawa na raportach zagranicznych firm konsultingowych warto wymóc absolutną przejrzystość działań.

Polska podpisała wiele międzynarodowych zobowiązań, które ograniczają pole manewru, choć nie uniemożliwiają zmian. Po pierwsze, prawo Unii Europejskiej zabrania narodowych preferencji w regulacjach. Dlatego żadna polska regulacja nie może rozróżniać narodowości kapitału, gdyż zostanie unieważniona przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Natomiast znając strukturę rynków i charakterystykę części zagranicznego kapitału, można działać skutecznie bez wyrażania wprost celu zawartego w regulacjach. Na przykład można opodatkować hipermarkety 2-procentowym podatkiem obrotowym, ale to, że opodatkowaniu podlega w tym przypadku kapitał zagraniczny, ma wynikać z analizy rynku, a nie z zapisów ustawy. Podobnie z dyskontami – jeśli analiza mówi, że zagraniczny kapitał dominuje, mając 3 mld PLN rocznego obrotu, a polski ma maksymalnie 1 mld PLN, należy wprowadzić podatek obrotowy 1,5-procentowy i zrobić wyjątek dla firm mających roczny obrót mniejszy od 2 mld PLN, a wszystko to uczynić pod hasłem promowania małej i średniej przedsiębiorczości.

Po drugie, warto uwzględniać to, że zagraniczne korporacje mają możliwość odwołania się do międzynarodowego arbitrażu, i tak definiować regulacje, aby nie było podstaw do skargi. W tym kontekście należy zachować ostrożność w ograniczaniu praw polskiego sądownictwa w zakresie relacji z międzynarodowym kapitałem.

Podsumowanie

Narracje neoliberalizmu i jego praktyczne tendencje stoją w sprzeczności z upodmiotowieniem się Polski i Polaków oraz z art. 2 Konstytucji RP. Żądanie korekty jego wadliwych elementów nie neguje wartości wolnego rynku jako takiego, lecz dąży do korekty jego zdegenerowanych elementów, stojących w jawnej sprzeczności ze sprawiedliwością społeczną i interesem narodowym Polski i Polaków.

Takie usystematyzowanie powinno ułatwić wypracowanie spójnej i uniwersalnej wizji dla różnych rozproszonych organizacji, które chcą działać w społecznym, lokalnym czy narodowym interesie. Różnice światopoglądowe nie powinny tu mieć znaczenia.

Spróbowałem opisać, za pomocą jakich instrumentów można praktycznie doprowadzić do zmiany. Oczywiście są one bardzo ogólne i zapewne niedoskonałe. Do precyzyjnego wymodelowania takich procesów trzeba sztabu specjalistów, procesu legislacyjnego, konsultacji społecznych. Chodzi jednak o pokazanie ogólnych założeń. Osiągnięcie takich zmian to kilkanaście lat systematycznej pracy, której metody są ograniczone przez międzynarodowe zobowiązania Polski. „Ograniczone” nie znaczy jednak „niemożliwe do wprowadzenia” – tyle że trzeba być kreatywnym oraz świetnie znać praktykę wdrażania prawa międzynarodowego i precedensy.

Nie powinno się również potępiać kapitału zagranicznego jako takiego. Natomiast temu mniej pożytecznemu, w przypadku nadmiernej koncentracji mającemu tendencje do tworzenia karteli, spekulacji czy uniemożliwiania rozwoju polskiej konkurencji, warto stworzyć ramy działania korzystne z punktu widzenia interesu Polski. Interes publiczny, społeczny i narodowy Polski i Polaków musi stać się wartością nadrzędną, będącą ponad interesem zagranicznych korporacji wspieranych przez neoliberalny dyskurs i jego akolitów.

Kim lub czym chcemy być za 15–20 lat? Zamożnym, w miarę sprawiedliwym społecznie, średnim podmiotem na międzynarodowej scenie, podobnym do Korei Południowej czy Szwecji, czy też przedmiotem w globalnej rozgrywce, smutną, niesprawiedliwą, zwasalizowaną neokolonią, zdominowaną przez zagraniczne korporacje, podobną do wielu krajów postkolonialnych? Wybór wciąż jeszcze należy do nas.

Odzyskajmy marzenia

Co w dzisiejszym świecie jest najgorsze? Bieda, wyzysk, nierówności społeczne? Potęga korporacji, banków, miliarderów? Kryzysy finansowe, spekulacje marnujące oszczędności pariasów, zamykanie przedsiębiorstw i wypędzanie pracowników na bruk? Być może. A może to, że przestaliśmy umieć marzyć?

Slogan, którym posługiwała się Margaret Thatcher, mówiący, że nie ma alternatywy, nie dotyczy tylko procesów ekonomicznych czy decyzji politycznych. Dotyczy także tego, jak myślimy o świecie, życiu, zmianach. A myślimy niezbyt odważnie. Mówiąc wprost: boimy się marzyć.

Zostaliśmy zakładnikami status quo. Nasze umysły zamknięto na kłódkę, zakuto w kajdany, związano i zakneblowano. Jesteśmy zastraszeni. Najchętniej schowalibyśmy się w mysiej dziurze. Ponieważ niemal wszystkie zmiany, jakie zachodzą w dzisiejszym świecie, są niekorzystne dla „zwykłych ludzi”, zaczęliśmy się obawiać wszelkich zmian. Wierzymy w zgrany slogan, że lepsze jest wrogiem dobrego.

Ba, tak nas stłamszono, że uważamy, iż lepsze i dobre są wrogami złego! Jest kiepsko, ale lepiej niech nic się nie zmienia, bo obawiamy się, że będzie jeszcze gorzej. Wielcy tego świata często mówią o zmianach, a my niekiedy przyklaskujemy ich wizjom – korzystnym głównie dla nich – lecz zupełnie straciliśmy chęci i odwagę, żeby wierzyć w takie zmiany, które polepszą los nasz, nie ich. Czasami wierzymy w ich wizje, ale nie potrafimy tworzyć swoich. A jeszcze bardziej boimy się dzielić marzeniami z innymi, podobnymi nam. Tylko czasami, w czterech ścianach M-3, coś przychodzi nam do głowy. Ale milczymy – bo jeszcze wezmą nas za wariatów, bo po co się wychylać, bo mało komu ufamy…

Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy w sporej części odwadze marzenia o lepszym świecie i projektowania go. Zaczynamy od tekstu, który proponuje zarys strategii takich zmian, które wyrwałyby Polskę z bezwładnego dryfu i eksploatacji, jakiej podlega ona od lat. Nie są to wcale zmiany rewolucyjne, bo dobrze znane z innych krajów – choć w naszych realiach niektóre brzmią jak utopia. Ale utopia to nie ślepa uliczka, lecz inspiracja do działania. Kto nie zrobi kroku naprzód, ten nigdzie nie zajdzie. Mówi o tym wywiad z Ladislauem Dowborem, który był jednym ze współtwórców „zrealizowanej utopii” w Brazylii, gdzie odważna polityka i śmiałość marzeń pozwoliły wyciągnąć z nędzy miliony ludzi. Mówi o tym także tekst o własności publicznej, która – wbrew liberalnej propagandzie – jest efektywna i rozwojowa w wielu miejscach świata. Również artykuł o powstańcach z biednego meksykańskiego stanu Chiapas, którzy odbili się od bardzo głębokiego dna, pokazuje, że można lepiej urządzić rzeczywistość.

Ale nie tylko o „realnym świecie” jest mowa w tym numerze. Dwa teksty poświęciliśmy rozbijaniu mitów na poziomie idei i dominujących wzorców kulturowych. Nie ma dnia, żebyśmy od głównych mediów i ich pomniejszych klonów nie usłyszeli, że egoizm jest dobry, że dbanie o innych (chyba że chodzi o rodzinę) to frajerstwo, że tylko wolny rynek i dążenie do zysku – choćby po trupach – są naturalne, normalne i przynoszą efekty, a inne postawy to szkodliwa naiwność. Jest jednak dokładnie odwrotnie: liberalne frazesy to zwykłe bzdury. Naukowcy badający inne kultury lub dawne zachowania, a także współcześni psychologowie, udowadniają, że dzisiejsza cywilizacja i jej „wartości” wcale nie są jedynie słuszne, nie są naturalne, nie bazują na niekwestionowanych faktach, nie mają oparcia w powszechnych zachowaniach. Wręcz przeciwnie – to, co dziś propagowane jest jako norma, to tylko krótkotrwały epizod w dziejach ludzkości. Epizod nieprzypadkowy, bo służący interesom silnych i zamożnych. Możliwy tylko dzięki temu, że całkowicie wyzbyliśmy się odwagi marzenia i wymyślania świata lepszego niż obecny. Tak być nie musi. Tak być nie powinno.

To oczywiście nie wszystkie materiały, jakie przygotowaliśmy dla Was w tym kwartale. Zapraszam do lektury.

W obronie abramowszczyzny (w odpowiedzi na „Nędzę etyki” Jarosława Górskiego)

W obronie abramowszczyzny (w odpowiedzi na „Nędzę etyki” Jarosława Górskiego)

„Nędza etyki” Jarosława Górskiego jest tekstem ważnym i odważnym. Autor stawia w nim najważniejsze kwestie na ostrzu noża, bez niedomówień. Zarazem jest to przykład wypowiedzi, która udatnie łączy przemawiającą do rozumu analizę społeczno–polityczną z literackim warsztatem, dzięki któremu tekst trafia do emocji i wyobraźni czytelnika. Jarosław Górski wykorzystuje ową szczególną swobodę, jaką ma felietonista, by bez ogródek powiedzieć: jest wojna!

Nie pozostawia przy tym wątpliwości co do jej charakteru. Kanwę felietonu stanowi opowieść o Sebastianie – niegdyś uczniu, którego przygotowywał do matury, dziś upokarzanemu warunkami życia i pracy młodego i zdolnego kucharza. Sebastian mógłby stać się ofiarą bezwzględnej walki silniejszych ze słabszymi, zamiast kapitulować decyduje się na bezpardonową walkę o swoje w ramach narzuconych reguł. Wie, że jest na wojnie, gdzie nie ma miejsca dla dezerterów: maszerujesz albo giniesz. Warunki narzucają tu silni, zamożni i ustosunkowani, dysponujący ekonomicznymi oraz ideologicznymi środkami nacisku na słabych. Słabym pozostają zaś kły i pazury – to dzięki nim mają szanse przetrwać. Przetrwanie w tej wojnie ma jednak swoją cenę. Trzeba tłamsić, poniżać i narzucać swoje warunki jeszcze słabszym lub dającym się dosięgnąć na polu bitwy, licząc wszelkie możliwe zyski, nie licząc się natomiast z etyką jako niedostępnym luksusem.

Cieniem Sebastiana w felietonie Górskiego jest postać Macieja Kuronia. Niczym w powieści Dostojewskiego mamy więc parę bohaterów, których losy wchodzą ze sobą w dialog – uprzywilejowany staje naprzeciw uciskanego. Pozostawiam na boku prawomocność doboru składników kontrastu. Pisarsko jest on atrakcyjny, a przy tym ma niewątpliwie liczne analogie w mniej lub bardziej anonimowej mikrohistorii społecznej naszego kraju.

Wiem, skąd znam taki świat. Wiem, skąd znam taką konsekwentną pisarsko metodę jego przedstawiania. Tak pisał Tadeusz Borowski, autor „U nas, w Auschwitzu…”: „Pamiętasz, jak lubiłem Platona. Dziś wiem, że kłamał. Bo w rzeczach ziemskich nie odbija się ideał, ale leży ciężka, krwawa praca człowieka. To myśmy budowali piramidy, rwali marmur na świątynie i kamienie na drogi imperialne, to myśmy wiosłowali na galerach i ciągnęli sochy, a oni pisali dialogi i dramaty, usprawiedliwiali ojczyznami swoje intrygi, walczyli o granice i demokracje. Myśmy byli brudni i umierali naprawdę. Oni byli estetyczni i umierali na niby”.

To była inna wojna i inny świat. Mamy tyle szczęścia, że historia oszczędziła nam najgorszego. Nie znaczy to, że w naszym świecie nie istnieje to wszystko, co wtedy, „na dnie historii”, ujawniło się z całą siłą. Świat Sebastiana jest więc zalążkiem świata Tadka.

Sebastian jest korwinistą – tak felietonista otwiera przed czytelnikiem jeden z wątków swej wypowiedzi. Twierdzi on, że „właśnie Korwin–Mikke umie coś, co kiedyś potrafili socjaliści: opisać zjawisko, którego i Sebastian, i większość z nas doświadcza zmysłowo: w tym świecie toczy się bezwzględna wojna”.

Celne spostrzeżenie. Korwin-Mikke, wiemy o tym, opanował umiejętność opisywania zjawisk. Jego retoryczna sprawność może budzić podziw, podobnie jak skuteczność trafiania do ludzi, zwłaszcza młodych, takich jak Sebastian. Gdy byłem w wieku Sebastiana zdającego maturę, także mnie uwiódł Janusz Korwin-Mikke. Pisał znakomite książki o brydżu. Nauczył mnie licytacji i rozgrywki, stawiania impasów i wielu sztuczek, które pomagały realizować trudne kontrakty. Zasadą jest tu zimna krew i wykorzystanie każdej nadarzającej się szansy, każdego błędu przeciwnika i – nade wszystko – umiejętne posługiwanie się rachunkiem statystycznym. Brydż to gra, która nie zna dylematów, najzupełniej wystarczy w nim umiejętność liczenia.

O ile przy zielonym stoliku statystyka pozwala trzymać się czystego opisu sytuacji, o tyle w życiu społecznym sytuację naszą stanowimy. Robimy to m.in. posługując się językiem. Językiem, który nie tylko nazywa świat, ale też pozwala go tworzyć. Korwin-Mikke o tym wie. Jego bezlitosna narracja społeczna, w której widać odbicie zimnej brydżowej kalkulacji, wyklucza ze świata jednostki, grupy, poglądy. Dostarcza także gotowych formuł – słownych, a więc pojęciowych – i sloganów, po które sięgają jego zwolennicy. To samo można powiedzieć o każdej narracji dotyczącej życia społecznego. Każda z nich zawiera w sobie swoistą etykę (a zoologiczna etyka korwinistów nie stanowi tu wyjątku), która porządkuje świat i którą można wykorzystać dla własnych celów. Tu także – w języku, a nie tylko w świecie przedmiotowym – toczy się wojna o nasze sprawy. W języku, w którym takie słowa jak „socjalizm” i „sprawiedliwość społeczna” stały się prawie niecenzuralne. Dlatego wydaje mi się, że od czerpania inspiracji ze spostrzegawczości i instynktu Korwina ważniejsze jest to, by przywrócić słowom ich właściwe znaczenia. Tymczasem pod tym względem omawiany felieton wydał mi się krokiem w przeciwnym kierunku.

Tytuł „Nędza etyki” ma, jak się zdaje, dwóch adresatów. Mam tu wątpliwość, bowiem tylko jeden z nich został jednoznacznie wskazany. Chodzi mianowicie o „młodą polską lewicę”, która „swoim etycznym przesłaniem” zakłamuje obraz sytuacji, czyli bezwzględnej walki o byt. W tym adresie polemicznym autor ma chyba sporo racji – zapewne wielu „socjalnie nastawionych idealistów” operuje jedynie w sferach wysublimowanej spekulacji etycznej lub do indywidualnej etyki ogranicza horyzonty swego myślenia i działania. Mniejsza już o to, kogo autor miał na myśli, chociaż takie doprecyzowanie zapewne posłużyłoby jasności przekazu. To jednak niepokoi mnie mało.

Mój niepokój budzi głównie ostatni akapit felietonu. Czytamy tam: „Tyle że i Sebastianowi, i mnie, nic po etycznej przemianie, i myślę, że także nic po niej innym ludziom, którzy żyją na wojnie, gdzie jeśli chcą coś mieć, to muszą to komuś wyrwać. Nie ma sensu mówić do ludzi żyjących w dżungli językiem etycznej powinności I przemiany”. Wydaje się, choć to jedynie moja interpretacja, że ten fragment należy rozumieć nie tylko jako podważenie stanowiska części współczesnej polskiej lewicy, ale też – zamierzone lub niezamierzone – podważenie tej części jej tradycji, którą uosabia twórczość i praktyczna działalność Edwarda Abramowskiego. I nie chodzi tu jedynie o słowa-klucze, w rodzaju „etycznej przemiany”. Rzecz dotyczy przede wszystkim zawartych w całym tekście sugestii o nicości etyki indywidualnej wobec potęgi stosunków ekonomicznych.

Myśli Abramowskiego zawdzięczają swoje miejsce w historii światowego marksizmu i w polskiej historii myśli właśnie etycznej oraz indywidualistycznej reinterpretacji tez niemieckiego filozofa. A także – chociaż w przebiegu biografii intelektualnej niekonsekwentnemu – odrzuceniu determinizmu. Był to akt odwagi i przenikliwości, któremu polska lewica wiele zawdzięcza.

Jak wiele? W tym miejscu odwołam się do znanej anegdoty, którą w swych wspomnieniach umieścił Ludwik Krzywicki. Cytuje on kpiarską wypowiedź pewnego socjalistycznego działacza, wygłoszoną w obecności Abramowskiego: „Jestem jak atom wody, nurt mnie dokądś niesie, kierunek nie ode mnie zależy, ani szybkość, z jaką prąd mnie unosi, a gdybym, jako atom, miał przymioty duchowości ludzkiej, a więc gdybym myślał, czuł, chciał, to snułbym tę samą filozofię, jaką snuje pan, panie Abramowski, dowodziłbym, że ja, atom, wpływam na kierunek biegu, iż ode mnie zależy prędkość pędu rzecznego. Idę, dokąd mnie pchają moje przekonania, są mi one narzucone przez cały mój układ duchowy, przez otoczenie, w którym się wychowałem, w którym żyję; dążę ku socjalizmowi, bo każdy uczciwy, inteligentny człowiek, o ile usłyszał o dzisiejszych teoriach społecznych i przyjrzał się krzywdom ludzkim, musi być socjalistą. Jeśli pan chce, jestem jak człowiek opętany, moją ideą opętańczą jest wyzwolenie klasy pracującej”. Tak żartował sobie z indywidualizmu i etycyzmu Abramowskiego nie kto inny, lecz sam Feliks Dzierżyński. Gospodarz i kronikarz ich spotkania pisze następnie, że poglądy Abramowskiego ekscytować mogły najwyżej zapatrzone weń „gromadki dziewcząt” lub nieco większe grupy inteligencji, podczas gdy Dzierżyński miał w sobie zdolność „pozyskania tysięcy”.

Czy Krzywicki w swej ocenie miał rację? Co do Dzierżyńskiego – z pewnością. Jeśli zaś idzie o Abramowskiego, to jego wpływ na kształt polskich inicjatyw lewicowych nie da się przecenić. Chodzi tu, oczywiście, o ruch spółdzielczy. Ale także – z postulatami etycznego indywidualizmu związany – wpływ na całe pokolenie nauczycielek i nauczycieli o prospołecznej orientacji, które działało pod wpływem Abramowskiego w czasach strajku szkolnego i później – niekiedy poza połowę wieku XX. Nie sposób również zapomnieć o tym, jak etycyzm Abramowskiego wpływał na polską kulturę literacką, na Żeromskiego i Dąbrowską, by trzymać się tylko nazwisk najbardziej znanych. To nie była etyka nędzna i samowystarczalna, lecz etyka kierująca skutecznym działaniem. Wciąż nie potrafimy być równie skuteczni, nie znaczy to jednak, że należy zarzucić raz na zawsze postulaty etyczne lub zawiesić je do czasu przekształcenia społecznych instytucji.

Dlatego właśnie nie kupuję ferworu retorycznego, w którym ginie etyczny aspekt lewicowości, zaś na pierwszym planie pojawia się sposób widzenia spraw, jaki narzuca nam bezlitosna, deterministyczna frazeologia korwinistów. Język niekiedy nas ponosi i zdradza. Uwagę tę odnoszę zresztą i do siebie. Jako czytelnika omawianego tu felietonu, który mógł mylnie go odczytać, oraz autora repliki, któremu drżała ręka, gdy w takim a nie innym kontekście przywoływał wypowiedzi Borowskiego i Dzierżyńskiego.

W obronie „abramowszczyzny”, ale też w poczuciu elementarnej solidarności z Sebastianem – pozwolę sobie na ostatni już, zamykający cytat z „Prób świadectwa” Jana Strzeleckiego:

W naszym oporze nie chodziło o ocalenie nas samych; to zyskiwało się nierównie pewniej przez uległość. Nasz opór był oporem przeciwko światu, który oni chcieli ludziom zgotować. Ale nasz opór nie był bez reszty wyznaczony przez obiektywny układ rzeczy, tylko przez nasz sąd o tym układzie, przez orzeczenie, że to, co oni czynią, jest zbrodnią, której istnienie jest dla nas wyzwaniem. Działaliśmy więc, jak mówią filozofowie, w szczelinie wolności. Nasz opór był aktem moralnego podmiotu, nie dało się go ani wywieść, ani uzasadnić wyłącznie przedmiotową wiedzą”.

Kultura korporacyjna

Kultura korporacyjna

Używanie słowa „kultura” w odniesieniu do korporacji jest uprawnione. Mówimy o kulturze plemienia łowców głów, o hiszpańskiej kulturze zabijania byka ku uciesze gawiedzi, o żydowskim rytuale wieszania żywej krowy głową na dół, islamskim obyczaju zabijania pohańbionych kobiet. Dziwimy się, ale mądrzy ludzie tłumaczą, że wiara, tradycja i emocje w innych kręgach kultury mogą być odmienne i dla nas niezrozumiałe.

W tym sensie kultura korporacyjna zasadniczo różni się od innych. Wprawdzie korporacji przyznano prawa osoby, może nawet poczuć się obrażona i zażądać przeprosin, ale jedyną namiętnością tej dziwnej osoby jest pożądanie pieniędzy, chociaż nie słyszałam o uniewinnieniu z powodu działania w afekcie. Korporacja ma prawo do ochrony dobrego imienia i interesów materialnych. Jeśli korporacja przegra proces sądowy, płaci odszkodowanie i jak sądzę bardzo cierpi. Natomiast zarząd jest bezkarny, pracownicy też i pozostają anonimowi. Nawet bankructwo banku czy innej dużej spółki nie kompromituje prezesa. Jeśli postrzegany jest jako twardziel bezwzględnie dążący do zwiększenia zysku, bez trudu i niezwłocznie znajduje zatrudnienie w innej korporacji. Wygranie sprawy sądowej z korporacją, która zatrudnia armię najlepszych prawników jest wydarzeniem niezwykłym.

Wszyscy zatrudnieni w korporacji są tylko trybikami umieszczonymi w sprawnie zorganizowanym systemie obniżania strat i powiększania zysków. Korporacja jest współczesnym Golemem. Chociaż stworzona przez ludzi, żyje własnym życiem, nie ulega ludzkim emocjom, które jej przypisujemy, a także nie podlega ocenom moralnym.

Korporacja nie jest strukturą hierarchiczną. Na przykład nie można złożyć skargi na pracownika do jego zwierzchnika. Można tylko wnieść udokumentowaną reklamację. Korporacja jest siecią, w której żadne „oczko” nie jest dostatecznie kompetentne, aby załatwić jakąś, nawet najprostszą sprawę, do końca. Kontakt klienta z korporacją odbywa się drogą elektroniczną (telefonicznie lub przez internet). Rozmowa jest nagrywana. Odwiedzanie biura obsługi klienta jest stratą czasu. Na rozmowę z tak zwanym konsultantem czeka się dłużej niż w połączeniu telefonicznym. Informacje przekazane klientowi przez konsultanta nie są dla korporacji wiążące. Klient na ogół nie nagrywa rozmowy, więc nawet przed sądem jest na pozycji przegranej.

Najtrudniejszą sprawą jest rezygnacja z niechcianych usług. Korporacja nie spocznie, dopóki nie sprzeda jakiejś dodatkowej usługi. „Granie na czekanie” w T-Mobile wyłączałam już wiele razy. Dwukrotnie bezskutecznie rezygnowaliśmy z dodatkowych pakietów telewizyjnych premium Film Box i premium Canal +. W ostatniej umowie już tych kanałów nie ma, ale wciąż za nie płacimy. Podobno płacenie jest dowodem akceptacji. W umowie pojawiły się Filmy i Seriale, ponieważ wszyscy tego chcą. Są klienci, którzy mają dość czasu i energii, aby na bieżąco kontrolować rachunki. Nasze rachunki reguluje bank.

System korporacyjny powstał w Stanach Zjednoczonych. Cięcie kosztów opiera się na zasadzie „kliencie, obsłuż się sam”. Korporacja może wtedy zrezygnować z zatrudniania fachowców. Wystarczą „profesjonaliści” ściśle przestrzegający procedur. Dzięki temu specjaliści od zarządzania zasobami ludzkimi, od kontaktów z klientami, od marketingu, reklamy, reklamacji i sprzedaży, są uniwersalni i mogą pracować w każdej korporacji.

Klient w systemie korporacyjnym rozmawia z automatem. Wybiera jedną z wielu opcji albo odpowiada „tak” lub „nie” na pytania. System jest uniwersalny. W 1988 r. kolega w Sacramento opowiadał, jak wzywał pomocy, kiedy żona zaczęła rodzić. Przyjechali strażacy z nożycami do cięcia blachy, ubrani w kombinezony zabezpieczające przed wyciekami substancji promieniotwórczych. Sprawnie załadowali rodzącą i odwieźli do szpitala. Podejrzewaliśmy, że kolega na polecenie automatu „jeśli kobieta rodzi naciśnij …i tu jeden z kilkunastu numerów”, które trzeba odsłuchać, wybrał niewłaściwą opcję.

Śmialiśmy się, gdy w serialu Nash Bridges policjant, któremu ukradli samochód, rozmawiał z policyjnym automatem. Przy pytaniu, czy jesteś nieletnią Murzynką rodzącą na środku autostrady – trzasnął słuchawką, ponieważ tylne światła samochodu rozpłynęły się w sinej dali.

Teraz już nam nie do śmiechu, ponieważ amerykański system korporacyjny rozszerzył się z prędkością pożaru w Kalifornii i objął już wszystkie dziedziny, firmy i instytucje. System wygodny i bezpieczny dla decydentów i dysponentów, jest uciążliwy i niebezpieczny dla klientów.

Mam nadzieję, że czytelnicy już sami się zorientowali, że nasze państwo akceptowało kulturę korporacyjną i wdrożyło jej zasady z całą starannością, jak powiedziałaby pani premier. Wszyscy obywatele są klientami korporacyjnego państwa. „Racjonalna”, jak mówi prezydent, większość podporządkowała się nieludzkim zasadom i nawet już tego nie dostrzega. Oduczenie się empatii i poczucie wyższości nad naiwnym klientem, którego łatwo oszukać i oskubać z pieniędzy, jest w korporacji gwarancją awansu. Mniejszość, która zachowała zdrowy rozsądek, godność, patriotyzm i wolę walki wychodzi na ulice, wznosi okrzyki, nosi transparenty, macha sławnym krzesełkiem. Większość publicystów z obu stron jest zdegustowana. Podobno są inne „racjonalne” sposoby naprawy Rzeczpospolitej. Nie wiem, jakie. Wszystkie zostały zablokowane lub okazały się bezskuteczne. Nawet groźba bankructwa Polski nie przeraża zarządu państwa. Zawsze znajdzie się jakaś lukratywna posada poza granicami Polski. Pozostaje jeszcze zorganizowanie państwa alternatywnego.

Kultura korporacyjna odrzuca argumenty wykraczające poza priorytetowe zadanie: ciąć koszty, zwiększać zyski. Korporacji nie boli przeniesienie kosztów i uciążliwości na klienta, czyli obywatela. Podam najświeższy przykład zasady „kliencie, obsłuż się sam”. Listonosze nie będą już przynosić rent i emerytur do domu. Każdy musi założyć konto w banku. Na wsi nie ma banków i bankomatów, nie ma też komunikacji publicznej. Nie wyobrażam sobie, jak starzy, często schorowani i samotni ludzie, mieszkający w chałupach rozrzuconych na wzgórzach, będą maszerować do Nowego Sącza.

Prezydent Komorowski ma nadzieję na zlikwidowanie polskiego zaścianka. Ja odwrotnie. Mam nadzieję, że wygra Andrzej Duda i Polska przetrwa.

Legalna praca na czarno

Legalna praca na czarno

Zawsze mierziła mnie pedagogika wstydu – niezależnie od tego, czy serwowana była przez głównonurtowe „oświecone elity”, czy przez „prawdziwych i niepokornych Polaków”. Według tej dydaktycznej logiki powinniśmy – właściwie permanentnie – odczuwać wstyd za naszą prowincjonalność i za to, jak nas widzą na tak zwanym Zachodzie, odwiecznym źródle cywilizowanych norm i wartości, wobec którego nam, prostackim tubylcom znad Wisły, pozostaje tylko przyjąć pozycję pokornego naśladowcy. Tymczasem wystarczy obejrzeć z bliska weekendowe eskapady zerwanych z łańcucha młodych Brytyjczyków w Krakowie czy Wrocławiu, żeby przekonać się, że inne narody w „robieniu trzody” mają dużo większe osiągnięcia niż my i nie zmienią tego żadne jajka zajadane przez naszych rodaków podczas podróży samolotem. Uśmiech politowania wzbudzają we mnie krzyki o tym, jakiego to wstydu narobił nam prezydent, bo wlazł na podest, na który podobno się nie wchodzi – wstyd, jeśli już, przynosił swemu państwu raczej premier Włoch organizujący balangi z roznegliżowanymi modelkami (na których notabene świetnie bawił się np. premier Czech) albo prezydent Francji, cichaczem wymykający się na seksualne schadzki niczym napalony nastolatek. A jednak, o ile wiem, ich rodacy nie odczuwają wskutek wybryków swoich przedstawicieli jakichś przesadnych wyrzutów sumienia. Zupełnie nie wiem, dlaczego to akurat Polacy mieliby być pierwsi do samobiczowania.

Z drugiej strony, kilka rzeczywistych powodów do krytyki naszej wspólnoty by się znalazło, ale o nich jakoś nie zamierzają się zająknąć ani „elity” spod znaku Pieńkowskiej i Kuźniara, ani niepokorni Polacy w rodzaju Warzechy czy Lisickiego. Największym z nich jest degrengolada polskiego rynku pracy.

Można przejrzeć setki statystyk dotyczących polskiego rynku pracy, a i tak nic nie zobrazuje sytuacji lepiej niż jeden reprezentatywny przykład „z życia wzięty”. Przypadkowo na taki właśnie niedawno się natknąłem – były to informacje na temat warunków, w jakich pracują zatrudnieni w salonach Reserved, a więc jednej z największych polskich marek odzieżowych. Regułą jest tam umowa zlecenie ze stawką około 10 zł brutto za godzinę. Wystarczy dokonać prostego obliczenia, żeby zrozumieć, że jest to ordynarny sposób na obejście płacy minimalnej – 10 zł razy 160 godzin w przeciętnym miesiącu pracy daje 1600 zł brutto, a więc wyraźnie poniżej pensji minimalnej, która obecnie wynosi 1750 zł. Co więcej, jest to praktyka właściwie nielegalna – kodeks pracy wyraźnie stanowi bowiem, że każda relacja między stronami umowy, która spełnia kryteria stosunku pracy, powinna być za taki uznawana niezależnie od tego, jak strony formalnie nazwą samą umowę. Kryteria te to świadczenie pracy w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, na jego rachunek i pod jego kierownictwem. Każdy człowiek pozostający przy zdrowych zmysłach przyzna, że praca w Reserved spełnia te przesłanki. Kasjerki i kasjerzy nie mogą kasować klientów za ciuchy u siebie pod blokiem, a dziewczyny składające swetry nie mogą robić tego w domu późnym wieczorem, lecz wszystko to siłą rzeczy muszą wykonywać w sklepie – w wyznaczonych godzinach i pod czujnym okiem wymagających kierowników. Nie ulega wątpliwości, że w świetle prawa powinni być zatrudnieni na umowach o pracę. Na jakiej zasadzie podpisuje się z nimi umowy zlecenie? Prawem kaduka – po prostu wielka sieć odzieżowa może w Polsce łamać kodeks pracy zupełnie oficjalnie, niczym się nie przejmując. Jednak najbardziej bulwersujący jest fakt, że z reguły pierwsza umowa jest w Reserved podpisywana dopiero po miesiącu pracy, który jest swoistym okresem próbnym. O zasadzie tej mówi się nowym pracownikom zupełnie oficjalnie.

Jak zdegenerowany musi być nasz rynek pracy, skoro nawet wielka sieć odzieżowa, obecna w niemal każdej galerii handlowej, należąca do jednej z największych polskich spółek odzieżowych LPP, może pozwolić sobie na tak bezceremonialne traktowanie kodeksu pracy? Jak niskie muszą być powszechnie obowiązujące w Polsce standardy, jeśli nawet największe firmy mogą – zupełnie się z tym nie kryjąc – bez konsekwencji zatrudniać nowych pracowników przez miesiąc bez umowy, bo w ten sposób, jeśli się nie sprawdzą, zawsze można będzie jeszcze bardziej oszczędzić na podatku i składkach? W jak głębokim poważaniu musi mieć kontrole Państwowej Inspekcji Pracy i innych instytucji szefostwo dużej spółki, która część swych pracowników zatrudnia de facto na czarno? Oczywiście kruczki prawne, dzięki którym w razie kontroli będzie można się wywinąć od kary, zawsze się znajdą – w stosunku do osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych zawsze powołać się można na kodeks cywilny, który nie określa wymaganego momentu podpisania umowy. A więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby umowę podpisać w czasie, gdy wykonywanie zlecenia trwa już w najlepsze. Jasne, niby przewidziano 7 dni na zgłoszenie osoby do ubezpieczenia, ale w razie kontroli zawsze można powiedzieć, że akurat te dziewczyny pracują dopiero od trzech. Nie mówiąc już o tym, że studentek i studentów w ogóle nie trzeba ubezpieczać.

W ten oto sposób przedsiębiorca może jawnie śmiać się w twarz reprezentującym państwo inspektorom PIP, którzy zwykle rozkładają bezradnie ręce, bo przecież osoby zatrudnione na umowach zlecenie to nie pracownicy, więc ta instytucja nic do ich sytuacji nie ma. Owszem, można ustalić stosunek pracy, ale orzeczenie może wydać tylko sąd, najlepiej na wniosek strony. Jeśli takiego wniosku nie ma, obowiązuje zasada swobody podpisywania umów. Bardzo wygodna interpretacja – dzięki temu inspektorzy pracy nie muszą się ruszać zza biurek, a ich sumienia pozostają czyste. Przecież gdyby nagle mieli sami, z własnej inicjatywy zacząć pisać powództwa o ustalenie stosunku pracy (co mogą robić), to w warunkach polskiej degrengolady – do której zresztą sami dopuścili – byliby zawaleni robotą. A po co, skoro mogą umyć ręce, dzięki czemu wszyscy będą szczęśliwi – pracodawcy, kontrolerzy, a w zasadzie to nawet i pracownicy powinni być, no bo tak na dobrą sprawę chcącemu nie dzieje się krzywda, prawda?

Tak właśnie wyglądają realia naszego rynku pracy. Bo – nie oszukujmy się – podobne praktyki to w Polsce norma, a nie wyjątek. Gdybyśmy przyjrzeli się bliżej sklepom odzieżowym dowolnej innej marki, to sytuacja wyglądałaby pewnie bliźniaczo podobnie do tej z salonów Reserved. Właściciele spółek odzieżowych, handlowych czy gastronomicznych oraz ich ajenci bez mrugnięcia okiem omijają kodeks pracy, oferując pracownikom umowy zlecenie, choć charakter ich zadań spełnia wszystkie przesłanki stosunku pracy i tak powinien być traktowany. Państwowa Inspekcja Pracy przymyka na ten proceder oko, przyjmując wygodną dla siebie „postawę wyczekiwania” na skargi pracowników, choć gdyby jej inspektorzy wpadli do takiej, dajmy na to, Galerii Katowickiej i zechcieli przeprowadzać w niej rzetelne kontrole, to po wystawione mandaty trzeba byłoby chyba podjechać ciężarówką. Nowo wchodzącym na rynek pracy młodym Polakom firmy handlowe oferują pierwszy miesiąc pracy „bez umowy”, czym od początku kariery zawodowej uczą ich kombinatorstwa, „robienia na lewo” i tego, że przepisy należy raczej omijać niż ich przestrzegać. Prawdziwie solidarnej wspólnoty nie doczekamy się chyba nigdy z taką szkołą życia, jaką serwuje wchodzącym na rynek pracy młodym Polkom i Polakom duża część pracodawców rodzimych lub działających w naszym kraju.

Najbardziej przykre w tym wszystkim jest to, że w opisanym procederze brylują rodzime firmy, których spółka LPP (właściciel marek Reserved, Cropp czy House) jest koronnym przykładem. Od czasu, gdy LPP ogłosiła przeprowadzkę swoich marek na Cypr, by móc swobodnie wyprowadzać dochody do raju podatkowego na Wyspie Afrodyty, podejrzewać można, że włodarze spółki oraz jej ajenci mają się za mitycznych Sarmatów, którzy przybyli nad Wisłę kolonizować zastany tutaj plebs. A na rzecz plebsu nie warto ponosić kosztów większych niż te absolutnie niezbędne do osiągnięcia zysku. O ile można jeszcze jakoś zrozumieć – co nie znaczy: pochwalić – zatrudnianie w opisany sposób w niewielkich szmateksach, których byt oraz dochód są równie niepewne jak utrzymanie przez nie miejsc pracy, to już wysyłania pracowników na umowy śmieciowe lub okresowo nawet do szarej strefy przez wielką firmę, zatrudniającą tysiące osób i mającą stabilną pozycję na rynku, nie sposób nazwać inaczej niż rozbojem w biały dzień.

Z drugiej strony trudno się dziwić, że zamiast rynku pracy mamy w Polsce Dziki Zachód. Firmy działające w naszym kraju, kierując się jedyną znaną im logiką (czyli rynkową), dokonały bilansu zysków i ewentualnych strat, z którego wyszło im, że opłaca się naginać prawo. I nie chodzi tu tylko o wyjątkowo małą aktywność PIP, ale też o śmieszną wysokość kar. Maksymalny mandat za łamanie kodeksu pracy wynosi w Polsce 2 tys. zł, a dla recydywistów 5 tys. Przykładowo we Francji taki mandat może wynosić nawet… 45 tys. euro. Dlatego nad Sekwaną takie swobodne interpretowanie prawa pracy po prostu się nie opłaca. Co ciekawe, pomimo że liczba kontroli PIP jest tak niewielka, to jej aktywność wciąż spada. W roku 2010 przeprowadzono 95 tys. kontroli, rok później już tylko 90,6 tys., a w 2012 r. dokładnie 89 949. I to pomimo faktu, że liczba inspektorów w tym czasie wzrosła.

Największym bodaj absurdem pozostaje przepis, który stanowi, że kontrolę PIP należy… zapowiedzieć z 7-dniowym wyprzedzeniem. W takiej sytuacji to i tak cud, że inspektorzy pracy wystawiają w Polsce jakiekolwiek mandaty. Jedną z niewielu jaskółek pozytywnych zmian jest fakt, że do prac sejmowych trafił ostatnio projekt nowelizacji prawa, która zniosłaby ten wymóg. Swoją drogą, należałoby chyba pogratulować posłom refleksu – zorientowali się, że coś tu nie gra, po, bagatela, 8 latach od wprowadzenia ustawy o PIP. Nikogo też chyba nie zdziwi, że rządowy projekt zmian w prawie negatywnie zaopiniowała Konfederacja Pracodawców Lewiatan. Reasumując: bez częstszych kontroli PIP, bez zniesienia wymogu ich zapowiadania, a także bez wyraźnego podniesienia kar za łamanie prawa pracy, nic się na naszym patologicznym rynku pracy nie zmieni.

Papież Franciszek, belka w oku wolnorynkowych katolików, wypowiedział niedawno wspaniałe słowa: Jeśli ktoś chodzi na mszę w każdą niedzielę i przystępuje do komunii, można go zapytać: a jakie są twoje relacje z pracownikami? Zatrudniasz ich na czarno? Płacisz im sprawiedliwą pensję? Odprowadzasz składkę emerytalną i zdrowotną? Należałoby zaapelować do polskich duchownych, by w zgodzie z obecną wykładnią Kościoła pod żadnym pozorem nie udzielali Komunii świętej kadrom zarządzającym spółką LPP oraz jej podmiotami zależnymi. Oczywiście jeśli mają w ogóle czelność jeszcze do niej przystępować. A podczas szczerej spowiedzi może warto zapytać wierzących przedsiębiorców, czy nie omijają lub nie łamią prawa podczas zatrudniania swoich pracowników – jestem pewien, że żaden z nich podczas sakramentu pokuty nie wymienia tego jako grzechu, choć jest to zjawisko nagminne. A jak wiadomo trwanie w grzechu jest powodem do odmowy udzielenia rozgrzeszenia. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Kościół katolicki traktuje tych pracodawców, którzy uporczywie łamią prawo pracy dużo lepiej niż choćby pary żyjące bez ślubu. Trudno nie odnieść wrażenia, że nasi duchowni traktują życie seksualne i rodzinne jako jedyną sferę życia, którą należy rozpatrywać z perspektywy moralnej.

Niestety w Polsce sfera gospodarowania generalnie nie jest uznawana za obszar życia moralnego – nie tylko przez duchownych, ale i resztę społeczeństwa. Jedyną racjonalną zasadą życia ekonomicznego jawi się nam zysk, a jakikolwiek namysł moralny w tym obszarze jest w Polsce uznawany za wyraz zwykłej naiwności lub w najlepszym razie za zbędną ekstrawagancję. Tymczasem póki nie uznamy zasad etyki za integralną część życia gospodarczego, nadrzędną w stosunku do zysku, to wciąż przepisy takie jak Kodeks Pracy będą powszechnie uznawane za nieżyciowe dziwadło, a łamanie ich za sympatyczny przykład „polskiej zaradności”. Póki nie zaczniemy naginania i obchodzenia prawa przez podmioty gospodarcze nazywać wprost bandytyzmem, polski rynek pracy nadal będzie przypominał Dziki Zachód, z tą różnicą, że refleks i dobry rewolwer zastąpiła przewaga ekonomiczna. A jak wiemy z westernów, rdzennym mieszkańcom Ameryki czasy Dzikiego Zachodu na dobre raczej nie wyszły – podobnie nie wychodzą na dobre tubylcom znad Wisły.

Może być niewesoło

Może być niewesoło

Z Andrzejem Gwiazdą rozmawia Maciej Muskat. Wywiad z 27 grudnia 2000 r. przypominamy w 80. urodziny Andrzeja Gwiazdy

Panie Andrzeju, spotykamy się na progu nowego millennium. Przyszłość naszego kraju jest o wiele silniej powiązana z tym, co się dzieje na świecie, niż miało to miejsce przed dziesięcioma laty i dlatego na wstępie chciałbym zapytać, jak Pan postrzega następne dziesięć lat patrząc na to, co dzieje się poza naszymi granicami.

Andrzej Gwiazda: Mówiąc w wielkim skrócie, osiągnęliśmy taki poziom techniki, a przynajmniej jesteśmy na progu tego poziomu, który mógłby zaspokoić wizje marzycieli, wizje społeczeństw uwolnionych od przymusu pracy ekonomicznej, które będą traktowały pracę jako narzędzie, sposób samorealizacji, hobby, że praca stanie się twórczością albo twórczość pracą. Dzięki niesłychanym usprawnieniom pracy, teoretycznie jesteśmy w stanie ten etap rozpocząć. Ale rewolucja techniczna ma też inny aspekt – chodzi o to, że dotychczasowy rozwój opierał się na logice mówiącej, iż tania produkcja musi być produkcją masową, tzn. jednostkowy niski koszt wyrobu osiągało się przez masową produkcję. Masowa produkcja wymagała jednak masowej konsumpcji. Czyli w tym systemie biedni byli powiązani z bogatymi, choć stali na przeciwnych biegunach – jedni bez drugich absolutnie obejść się nie mogli. Z chwilą, z którą biedni zbyt biednieli, majątki tracili bogaci. Gdy bogaci tracili majątki, biedni byli bezrobotni i odzwierciedlał to klasyczny układ polityczny, prawica i lewica – prawica broniła interesów bogatych, lewica broniła interesów biednych, co pozwalało zygzakiem utrzymać równowagę. W tej chwili, kiedy wydajność maszyn nowej rewolucji technicznej jest tak duża, że w zasadzie wystarczy 10% obecnie zatrudnionych do wyprodukowania dóbr dla wszystkich, ten podział polityczny traci sens. Produkcja może się już odbywać bez masowej konsumpcji. Może ją zapewnić na znacznie wyższym poziomie niż dotychczas, ale może się też obywać bez niej. W związku z tym wydaje mi się, że ta nachalna rewolucja prawicowa, neoliberalna, ostatnich 20 lat jest odzwierciedleniem tej sytuacji – produkcja nie wymaga rozpatrywania interesów osób pracujących. Automaty mogą produkować luksusowe dobra w niewielkich ilościach. Tak więc stoimy przed dwiema opcjami i wszystko wskazuje, że będzie realizowana ta druga, czyli globalizacja i cały trend wycofywania się i odbierania wszystkich zdobyczy wywalczonych przez ostatnie 200-250 lat zmagań biednych o swój udział w torcie.

No dobrze, w takim razie, jeśli mówi Pan o tym, że ten podział prawica-lewica chwieje się w posadach, to czy widzi Pan jakąś inną linię podziału, która zaczyna się pojawiać?

A. G.: W tej chwili nie ma w ekonomii kierunków, które byłyby bezpośrednio z tym procesem związane, może dlatego, że ten proces jeszcze nie jest szerzej znany, a przez wielu w ogóle niedostrzegany. W każdym razie nie widać wyraźnie takich tendencji i nie widać możliwości nacisku w tej walce. Dzisiejszy model jest forsowany przez potężne lobby na Zachodzie, a NATO – w tej chwili nie jest to nawet tak bardzo ukrywane jak 10 lat temu – to międzynarodowe siły policyjne. Fragmenty doktryny NATO przedostają się na powierzchnię informacji publicznej, i w zasadzie widać już, że są to siły, które mają obezwładniać zbuntowane społeczeństwa.

Skoncentrujmy się na Polsce. Jak Pan postrzega dziś naszą sytuację, nasze szanse i zagrożenia?

A. G.: W naszym liberalnym modelu państwo ma się wyłączyć ze sterowania gospodarką, co jest zgodne z uwalnianiem kapitału i procesami spekulacji finansowej. Ale wróćmy konkretnie do Polski. Unia zakłada całkowite wycofanie się z wszelkich dotacji i sterowania gospodarką. Dotychczas w Parlamencie Europejskim nie było posiedzenia, żeby nie wyniknęła przynajmniej jedna awantura, że np. Szwecja zainwestowała ileś państwowych pieniędzy w Scanię (duże przedsiębiorstwo, m.in. fabryka samochodów ciężarowych). Na to Szwedzi mówią, że oczywiście przepraszają, że to oczywiście jest fatalne, ale wy zainwestowaliście tyle i tyle w to i w to, a wy w tamto – i oponenci natychmiast siadają. Wiemy o tym, że wszystkie rozwinięte państwa, zanim podpisały układy OECD o wolnym handlu, o liberalizacji barier celnych itd., wybierały sobie dziedziny, których chroniły i intensywnie rozwijały. Faktycznie był to wyścig inwestycji państwowych w rozbudowywaniu swoich przemysłów lub wybranych gałęzi i dopiero po osiągnięciu przewagi te państwa stawały się zwolennikami zniesienia dotacji. Polska od samego początku wybrała model niszczenia własnego przemysłu. Mówię „wybrała”, bo byli to jednak ludzie z wyboru. Plan Balcerowicza był w sensie skutków planem zniszczenia przemysłu, a na potwierdzenie tego, że nie był to plan przypadkowy i że nie jest to oszalały, nawiedzony ekonomista i doktryner – krótka anegdota. W 1988 roku rozmawialiśmy chyba w San Francisco z kongresmanem z Kalifornii, który powiedział tak: „My bardzo chętnie poprzemy waszą niepodległość, tylko powiedz, co zrobić z waszym przemysłem”. Opadła mi szczęka ze zdumienia. Mówił tak: „Na Japonię mieliśmy 20 lat czasu, żeby się przygotować i okazało się, że te dwadzieścia lat nam nie wystarczyło. Wy, z waszym poziomem rozwoju przemysłu i waszym wykształceniem, wchodząc na rynki światowe w ciągu dwóch lat zdestabilizujecie wiele rynków lokalnych i my nie mamy przed tym żadnej obrony”.

Czyżby rzeczywiście postrzegał nasz, w gruncie rzeczy peryferyjny, kraj za tak istotne zagrożenie?

A. G.: Ten kraj ekonomiści amerykańscy szacowali na 10. miejscu pod względem potencjału przemysłowego.

Kiedy?

A. G.: Za czasów komunizmu, teraz to jesteśmy gdzieś w okolicach Bangladeszu. Polska miała jednak przemysł ukierunkowany na RWPG, brakowało nam pewnych składników i technologii, które stanowią o „wykończeniu”. Polska jednak swój przemysł zniszczyła. Zniszczyła wszelkie instrumenty, przy pomocy których rząd nawet w warunkach obecnie modnej deregulacji może sterować gospodarką. I wiemy z całą pewnością, że gospodarka startująca jakby od końca nie ma żadnych szans wobec supermarketów. Handel jest najprostszą aktywnością, więc tu nie jest jeszcze najgorzej, ale produkcja jest naprawdę w opłakanym stanie. Na handlu trudno jest stracić – można nie zarobić. Produkcja jest związana z relatywnie znacznie większymi inwestycjami i na dodatek trzeba się liczyć ze stratami, jeśli nie trafi się z wyrobem. Nawet jeśli to będzie wyrób bardzo dobry, to może się okazać, że inna firma, o większym potencjale, wyskoczy z takim samym produktem i cały wysiłek idzie na marne. W obecnych warunkach jest nam więc bardzo trudno doskoczyć do poziomu światowego.

Jeśli sytuacja wygląda tak, jak Pan to odmalował, to w takim razie jak ta najbliższa przyszłość może wyglądać, czy to już jest droga przypominająca równię pochyłą, czy może po prostu utrzymywać będziemy pewien niski, stały poziom? A może jest szansa na odbicie się od dna?

A. G.: Na pewno stajemy się neokolonią. Kraj, który nie ma własnego przemysłu i własnych banków, bo te, które są, są w większości własnością innych krajów, jest kolonią, klasyczną kolonią. Nawet jeśli mamy własne godło i nie każą nam wywieszać obcych flag na budynkach, to w sensie ekonomicznym jesteśmy kolonią i jest to o tyle bardziej niebezpieczne od zaborów, że nie budzi natychmiastowego odruchu obrony.

No więc właśnie, teraz chciałem zapytać o coś takiego. W artykule z 1997 roku napisał Pan w zakończeniu mocne słowa, iż „pozostaje nam liczyć, że w obliczu zagłady państwa, zagrożenia podstawowych interesów i dezintegracji narodowej, w ostatniej chwili obudzi się w Polakach instynkt samozachowawczy”. Czy widzi Pan jakieś oznaki takiego przebudzenia, bo w jednym z ostatnich badań opinii publicznej znalazłem informacje o tym, że Polacy są na 60. miejscu pod względem dumy narodowej. To wskazywałoby na to, że takich oznak nie ma.

A. G.: Cóż, obserwuję np. powracanie przez ludzi wspomnieniami do roku 1980. W naszych różnych inteligenckich kołach toczą się dyskusje o tym, jak doprowadzić do tego, żeby Polacy stali się społeczeństwem obywatelskim. Trzeba by jednak najpierw zanalizować, jak doprowadzono do tego, że przestaliśmy nim być, bo uważam, że w roku 1980 byliśmy społeczeństwem nadobywatelskim.

Co Pan ma na myśli, mówiąc „nadobywatelskim”?

A. G.: To znaczy, że mieliśmy pozytywny przerost myślenia o wspólnym interesie, jak wtedy, gdy górnicy lub jakaś inna branża wstrzymała rozmowy z rządem, żeby nie zapomniano o bibliotekarzach, dzięki czemu bibliotekarze dostali podwyżkę większą niż np. pracownicy Stoczni Gdańskiej. Więc to poczucie solidarności było naprawdę autentyczne – to jedno. Po drugie – wiara we własne siły. Przecież w 1980 roku byliśmy wszyscy przekonani, że jeśliby nam zdjęto nakazy i organizację komunistyczną, to sobie świetnie poradzimy. W Polsce ludzie nie mieli kompleksów w stosunku do Zachodu, wiedzieli, że produkujemy gorzej, że zarabiamy mniej, ale też wiedzieli, że potrafią zrobić nie gorzej niż na Zachodzie, mając nadzieję, że wtedy też nie gorzej zarobią. Ale byli absolutnie pozbawieni kompleksów i przekonani, że potrafią swój kraj urządzić i potrafią stanąć do konkurencji i tę konkurencję wygrać. Jedynym, co nie pozwalało nam w tej konkurencji zająć odpowiedniego miejsca, były skrępowanie komunistycznym systemem, komunistyczny wyzysk i przeznaczanie środków na cele obce lub sprzeczne z naszymi intencjami. W 1980 roku robotnicy strajkowali w imieniu lekarzy, pielęgniarek i nauczycieli, ryzykując swoje zarobki.

Właśnie chciałem do tego nawiązać. Gdy obserwuje się teraz strajki pielęgniarek, to mimo wszystko nie odczuwa się tego nawiązania do etosu „Solidarności”.

A. G.: Niezupełnie. Niech pan zobaczy – bardzo trudno znaleźć kogoś, kto wystąpiłby przeciwko nim. Lecz problem leży gdzie indziej. Cała koncepcja związku zawodowego i walki związkowej polegała na tym, że właścicielowi fabryki zależało na tej fabryce i zależało na zyskach, które z tej fabryki ciągnie. Strajk był odmową pracy, co powodowało straty pracowników, ale również o wiele większe straty pracodawcy. Z chwilą, kiedy pracodawca oświadcza: ta fabryka jest dla mnie ciężarem, strajkujcie ludzie, to będę mógł ją szybko zamknąć, nie chcę tej fabryki i jej zysków, przenoszę produkcję gdzie indziej – trudno jest podjąć walkę, po prostu ludzie nie wiedzą, z czym walczyć i jak walczyć. Dlatego wydaje mi się, że taka walka w jednym państwie czy w jednym okręgu przestaje mieć sens, pracownicy globalnej gospodarki powinni odpowiedzieć globalnym oporem. Tylko tak można zablokować możliwość mechanizmu polegającego na myśleniu: przenosimy produkcję tam, gdzie jest 25% bezrobocie, u nas jest 20%, to przenosimy tam, gdzie jest wyższe, tam się ucieszą, a u nas zmiękną. No i do tego dochodzi mechanizm zniszczenia postawy obywatelskiej. Stan wojenny i czas po 1989 roku były okresami niesłychanej propagandy, że jesteśmy do niczego i nic nie potrafimy. I o dziwo, ci sami ludzie, którzy 10 lat wcześniej czuli, że potrafią konkurować z Zachodem, uwierzyli w ten przekaz.

Chciałem teraz wrócić do naszej bieżącej sytuacji. Nie możemy abstrahować od sytuacji politycznej, jaką zastajemy w tym momencie w naszym kraju. Czy istnieją jakieś organizacje, partie, które posiadają wizję rozwoju i jednocześnie jakiś potencjał działania, czy też takiej siły nie ma?

A. G.: Nie ma.

W porządku, w takim razie gdzie by Pan szukał możliwości pojawienia się takich nowych sił, w jakiej grupie, czy może w jakim typie organizacji – gdzie można by się zwrócić, szukając pojawienia się jakiegoś spoiwa politycznego?

A. G.: No cóż. Na pewno polska scena polityczna jest chora, bo nie ma lewicy. Jedno biedne PPS, jak Urban napisał: czerwony żagiel. Zresztą Ikonowicz jest również współautorem tej pustki, bo idąc z SLD spowodował rozbicie tej formacji, a mieli szanse, bo ludzie o przekonaniach lewicowych nie muszą mieć eleganckich biur i eleganckich gaż, żeby pracować. Tak więc za 2 czy 3 pensje poselskie została rozbita partia i została rozbita idea. Solidarność Walcząca, która, jeśli chodzi o jej członków, była organizacją na wskroś lewicową, dzięki swym prawicowym odwołaniom skończyła jak skończyła. Mamy w końcu „Robotnika Śląskiego”, który jest w zasadzie jedynym pismem lewicowym, ale na nich ciążą braki kadrowe, no i przez długie lata będą się kojarzyć jako wspólnik komuny, a ludzie, którym jest wszystko jedno, będą głosować na SLD, nie na PPS. A ci, którzy mogliby być ich gorącymi zwolennikami, czyli lewica antykomunistyczna, będą im pamiętać tę zdradę. Z drugiej strony, jeśli chodzi o wstąpienie do Unii Europejskiej, dotykamy tu interesów polskich, czyli narodowych. Niestety, narodowcy są kompromitujący. Jest tam niewielu ludzi, którzy daliby się z tych środowisk wyłuskać i wytłumaczyć sobie, że obrona interesów narodowych nie musi się opierać na paranoi. I nawet, gdy się wydaje, że zrozumieli, że może coś z tego będzie, to zazwyczaj znajdują się jacyś nowi Żydzi i masoni, i to wszystko jest zupełnie bezproduktywne, a w tym momencie te zespoły, które niszczą polską gospodarkę, całkowicie uchodzą uwagi. Być może, gdyby w Polsce były rozsądne partie lewicowe i narodowe, to mogłoby z tego powstać coś sensownego. Chociaż czy teraz cokolwiek mogłyby zdziałać, to już nie wiem. Bo sądząc po bankach – polski kapitał stanowi 20% całości – to niewiele można zrobić. Polska jest krajem, który z zadziwiającą łatwością zniszczył swój przemysł, podczas gdy inne kraje przygotowując się do zniesienia ograniczeń rozbudowywały go.

Jeśli nie widzi Pan wyraźnych możliwości wyjścia z tego impasu wyłącznie naszymi, krajowymi siłami, to czy widzi Pan możliwość wyjścia poza granice geograficzne i narodowe, nawiązanie współpracy z innymi aktorami gry politycznej, być może na międzynarodowym poziomie?

A. G.: Rodzi się na świecie opór przeciwko obecnej polityce globalizacji, na razie bardzo powoli i bardzo słaby. Na dodatek usiłuje się zmienić image tego ruchu, pokazując go w mediach głównie jako rozróbę kontrkulturową – niektórzy nawet twierdzą, że najbardziej gwałtowne grupy są po prostu wynajmowane, żeby zniekształcić przekaz protestu. I wydaje mi się, że im kraj biedniejszy i bardziej potrzebuje tej pomocy ze strony międzynarodowych organizacji chroniących pewne standardy, tym mocniej prawdziwe treści są skutecznie maskowane. W tym klimacie bardzo trudno jest przekazać, o co chodzi w tym globalnym sprzeciwie. Ale myślę, że współpraca na poziomie międzynarodowym jest w pewnym sensie konieczna – utraciliśmy atuty z początku lat 90. i teraz trzeba rozejrzeć się, kto jest w sytuacji podobnej do naszej. W tej chwili nawet gdybyśmy wybrali ludzi uczciwych i trafnie oceniających sytuację, to oni sami naprawdę nie będą mogli wiele zrobić.

Mam teraz trochę inne pytanie. Mówi się, że kiedy jest źle, nie widać wyraźnej alternatywy i perspektywy są jeszcze gorsze, to zazwyczaj pojawiają się demony. Chodzi mi o to, że taka sytuacja może być swego rodzaju pożywką dla pewnego populizmu, jak mawiają niektórzy: To nie jest tak, że Żyd jest wrogiem, tylko wróg jest Żydem. Czy dostrzega Pan takie tendencje?

A. G.: Rzeczywiście jest tak, że społeczeństwa przegrane stają się restryktywne, mniej tolerancyjne, to swego rodzaju prawo psychologiczne, którego należy oczekiwać też u nas. Trzeba sobie znaleźć jakiegoś wroga, żeby nie być tym najgorszym. To samo zresztą dzieje się w USA, wśród rosnącej spauperyzowanej podklasy. Wracając do relacji wróg-Żyd. Bierze się ona z tego, że ludzie uczciwi nie wyobrażają sobie, żeby sąsiad sąsiadowi, obywatel obywatelowi mógł robić takie świństwo, jak np. plan Balcerowicza, mówię teraz o jego skutkach, takich jak kompletne rozprzężenie gospodarcze i upadek przyzwoitości. Wtedy zaczynają podejrzewać, że to na pewno są jacyś obcy, którzy nam tak zawrócili w głowie. Zgadzam się z tym, że jest to niesłychanie prymitywne, zerowy poziom dostrzegania zjawisk, ale w pewnym sensie jest w tym ziarno optymizmu, chodzi o wciąż trwającą wiarę we własną społeczność – „my byśmy przecież sobie tego nie zrobili”. To trochę jak w więzieniu – ponieważ ludzie nie znają nazwisk klawiszy, nadają im ksywy. Kiedy ludzie mnie pytają o to, czy w Polsce jest antysemityzm, zadaję im pytanie: „Wyobraźcie sobie, że wyjeżdżam do Izraela i chcę tam zostać ministrem”. Śmiech następujący po tym pytaniu jest najlepszą odpowiedzią.

Panie Andrzeju, nie da się ukryć, że jakiekolwiek głębsze zmiany rodzą się zazwyczaj wśród jakiejś grupy ludzi, która ma szersze horyzonty – Chomsky mówi o 20% ludzi posiadających lepsze wykształcenie i mających jakiś wpływ na funkcjonowanie struktur. Za czasów komuny pozycja inteligencji, pomimo braku różnic w dochodzie, była wysoka. Jak wygląda to teraz, gdzie ona się sytuuje, czy ona próbuje się odnaleźć bądź chociaż nazwać swoje interesy?

A. G.: Powiedziałbym, że w Polsce nie ma inteligencji jako warstwy społecznej. W społecznym podziale pracy inteligencja jest głową dla całego społeczeństwa. Nie chodzi o to, że jest zwolniona z obowiązku pracy. Przyjęła na siebie taką rolę, mogłaby kopać rowy, byłaby wtedy nogą. Jeśli chciała być głową to musi się z tych funkcji wywiązać i to jest również funkcja jej przeżycia. Warunkiem przeżycia głowy jest sprawnie zawiadywać rękami i nogami, żołądkiem itd., żeby przeżyć. Polska inteligencja nawet tego nie rozumie, że jest nierozerwalnie z tą resztą ciała związana, jej interesy są związane. Przez ostatnich 10 lat nasza inteligencja była właśnie tą warstwą, która najmniej rozumiała z tego, co się dzieje, najmniej widziała, bo tylko w pierwszym porywie robotnicy dorównali inteligencji w głupocie. Ale już po 3 latach to właśnie ludzie prości i niewykształceni zaczęli dostrzegać, że źle się dzieje, a inteligencja do dzisiaj głosuje na Olechowskiego, wiedząc, kim jest lub mogąc wiedzieć, bo jeżeli ja wiem, to nie rozumiem, czemu mój kolega ze studiów ma nie wiedzieć – to już jest tylko kwestia jego wyboru.

No tak, ale dziś inteligencja jest w takiej sytuacji, że przynajmniej w części stała się warstwą, która zarabia pieniądze, może korzystać z tych globalnych dobrodziejstw, które nie są związane z „nogami”, które są tutaj. Może lokować pieniądze za granicą, leczyć się za granicą, jechać na wczasy za granicę. Aspiruje do…

A. G.: …do roli pasożytów. Niewątpliwie aspiruje do roli pasożyta, ale to jest też głupota totalna, bo tylko 5% owej inteligencji się dochrapie, a reszta spadnie na sam dół, bo ja to jeszcze mimo studiów wezmę wiertarkę czy łopatę i jestem równie sprawny jak kolega niewykształcony. Większość tego nie potrafi. Co wtedy? Portier, który będzie „hrabią” i będzie się nisko kłaniał biznesmenom, jakich widzimy w telewizji i jakich pamiętam z czasów spędzonych w więzieniach…

Panie Andrzeju, co na koniec chciałby Pan dodać, czy ma Pan jakąś pozytywną wizję alternatywy dla Polski?

A. G.: Nie widzę w Polsce w najbliższych latach możliwości zaistnienia sytuacji, która mogłaby coś radykalnie zmienić i nawet trudno to sobie technicznie wyobrazić. No, może gdyby Polacy się totalnie zbuntowali i stwierdzili, że będą w nędzy, ale swojej własnej, że ignorują wszelkie ustalenia międzynarodowe, jak sprzedadzą coś na zewnątrz, to sobie za to coś kupią – być może to mogłoby spowodować duże ustępstwa z tamtej strony, ponieważ byłoby to niezwykle groźne, bo nie jesteśmy sami, w takiej sytuacji jak my jest 2/3 Europy. Co więcej, mamy tendencję do wyśmiewania się z Ruskich, natomiast mnie się wydaje, że w Rosji drzemie ogromny potencjał, nie tylko w sensie bogactw naturalnych, ale również intelektualny, tyle że dotychczas niewykorzystany – to Polska była w końcu niewątpliwie lokomotywą techniczną w tym rejonie, choć Rosjanie zaczęli nas w wielu dziedzinach doganiać i przeganiać, jeszcze za komuny. Tylko że Rosjanom uniemożliwiono start w sposób znacznie bardziej brutalny niż w Polsce. My mogliśmy się z tego wydźwignąć, mogliśmy się nie zgodzić na zniszczenie naszej gospodarki w sposób bardzo prosty. Mogliśmy poza tym na pierestrojce zrobić kolosalny interes – Polska przetrwała jako jedyne państwo o zorganizowanym społeczeństwie w tym obozie. Aparat KGB widział już koniec starego systemu, wiedział, że muszą zajść zmiany i musieli zaakceptować praktycznie każde życzenie.

Mógłby Pan bliżej wyjaśnić o co chodzi?

A. G.: Mówię o tym, że przez 12 lat aparat KGB zaangażowany był w przekształcanie komunizmu – dłuższe podtrzymywanie tego systemu było niemożliwe. Sądzę, że „Solidarność” wstrzymała pierestrojkę, a nie stała się jej przyczyną, jak to się uważa. Dopiero po zniszczeniu „Solidarności”, nie tylko nazwy, organizacji, ale także jako solidarności społecznej, można było rozpocząć pierestrojkę, żeby Polska poszła tą droga, która przewidziana była dla całego tego obszaru. W tej chwili wszystko zależy od determinacji społecznej. Myślę, że ta determinacja będzie narastać, niezadowolenie będzie narastać. Możliwy jest także kryzys społeczny, globalny w swoim zasięgu, który będzie oznaczać ogromne straty dla całej ludzkości. Na razie został zepchnięty w fazę pełzającą, ukrytą, która może spowodować koszty o wiele większe, niż gdyby już w tej chwili zdecydować, że kryzys jest, spróbować się przed nim ratować i z niego wychodzić. Tak samo w Polsce narastający stan kryzysu społecznego udaje się na razie przekształcać w kryzys pełzający, ale kiedy on dojrzeje, może być naprawdę niewesoło.

Gdańsk, 27 grudnia 2000 r.

 

Magazyn „Obywatel” nr 2 - okładka

Powyższy wywiad z Andrzejem Gwiazdą ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) numer 2, wiosna 2001 r. Przypominamy go z okazji 80. urodzin Andrzeja Gwiazdy.

Galeria zdjęć dokumentujących naszą wieloletnią współpracę z Andrzejem Gwiazdą:

Andrzej Gwiazda przemawia na organizowanych przez nas alternatywnych obchodach 25-lecia pierwszej „Solidarności”:

gwiazda-alternatywne-obchody-powstania-pierwszej-solidarnosci

Andrzej Gwiazda goszczący na „Festiwalach Obywatela”:

gwiazda-festiwal-obywatela

gwiazda-festiwal-obywatela-2012

Konferencja prasowa z okazji premiery wydanego przez nas zbioru felietonów Joanny i Andrzeja Gwiazdów „Poza Układem”

gwiazda-premiera-poza-ukladem

gwiazda-premiera-poza-ukladem2

…oraz wywiadu rzeki Remigiusza Okraski, redaktora naczelnego „Nowego Obywatela”, z Joanną i Andrzejem Gwiazdami:

gwiazda-premiera-gwiazdozbior-w-solidarnosci

Książkę tę możesz nabyć w naszym sklepie!

Gwiazdozbiór w „Solidarności” - okładka

Nędza etyki

Nędza etyki

1

Rozmawiałem niedawno z pewnym Sebastianem, którego parę lat temu przygotowywałem do matury. Dziś jest pomocnikiem kucharskim, ostatnio w jednej z warszawskich restauracji, gdzie karmią niewyszukanie i niezbyt drogo, a właściciele zarabiają nie na wysokiej marży, lecz na liczbie klientów. Jadam tam czasem właśnie dlatego, że niedrogo, ale jak mówi Sebastian, z jego perspektywy to nie restauracja, lecz fabryka. Bywają dni, kiedy rozbija po pięćset sznycli, przyprawia dwieście kaczych połówek, obiera ćwierć tony cebuli, a wszystko to w pośpiechu, krzyku, nerwach, że coś natychmiast potrzebne, a jeszcze niegotowe. Pamiętam, że Sebastian już w liceum z wypiekami na twarzy opowiadał o swoim gotowaniu, o przepisach, które wymyślił lub udoskonalił. Marzył o pracy szefa kuchni, o własnej restauracji. Polskiego chyba nie lubił, ale był świetny z biologii, chemii i fizyki, uwielbiał eksperymenty i pracę z żywą materią – czego więcej potrzeba kucharzowi? Na zakończenie roku przyniósł wytrawne babeczki z masą jajeczną i koperkiem. Pycha! Już w liceum Sebastian skłaniał się ku prawicy, dziś jest niemal fanatycznym zwolennikiem Korwin-Mikkego i jest to jeden z powodów, dla których o polityce nie rozmawiamy – po co się kłócić?

Jak dotąd Sebastianowi w żadnym z zakładów nie udało się awansować na samodzielnego kucharza. Opowiadał o wojnach z kolegami-kuchcikami, z którymi rywalizował o awans. O tym, jak jedni drugim dosypywali sól do półproduktów albo chowali narzędzia, o bójkach na zapleczu, o intrygach i donosicielstwie. O tym, jak sam musiał się nauczyć szkodzić kolegom, intrygować, donosić. No i o tym, że ostatnio, nie wiedzieć czemu, pracodawcy domagają się wyższego wykształcenia od kandydatów na kucharzy.

– Panie Sebastianie – zapytałem – ale właściwie dlaczego nie poszedł pan na te studia?

Idiotyczne pytanie, które chyba nie ja pierwszy mu zadałem, a na które odpowiedź jest oczywista. Nie poszedł, bo należy akurat do tej części naszych rodaków, którzy gdy skończą szkołę, muszą na siebie zarabiać. A dziś pracuje od 14 do północy i gdy wraca do domu, może tylko położyć się do łóżka. Jego dziewczyna jest w ciąży i bez pracy, a mieszkają w kawalerce po babci, więc niedługo nawet się nie wyśpi, bo dzieciak będzie ryczał. Nie zacznie i nie skończy tych studiów, i nie zostanie szefem kuchni.

A może zostanie? Podobno jednak są tacy restauratorzy, którzy zwracają uwagę na rzeczywisty talent i umiejętności, a nie na jakieś papiery… Sebastian kilka razy podczas naszej rozmowy zmieniał ton: najpierw mówił, jak jest, a jest przecież niewesoło, ale zaraz sam siebie za to beształ, jakby gdzieś na karku siedział mu maleńki telewizyjny coach i szeptał do ucha mowy motywacyjne. A więc będzie lepiej! Trzeba tylko wziąć się w garść, wytłumaczyć sobie, że senność i zmęczenie to fanaberie, podszkolić się w intrygach i donosicielstwie, no i oczywiście wciąż próbować od nowa. Bo wszelka słabość to jego wina, a wszelkie niepowodzenie świadczy o jego nieudolności. Do wszystkiego dochodzi się pracą i tylko pracą. A zatem: więcej pracy, mniej narzekań, a w końcu się uda.

2

Jeszcze tego samego dnia, po tej rozmowie, czytałem książkę. „Niespokojni” Aliny Kietrys to dopiero co wydany zbiór sześciu szkiców biograficznych o wybitnych postaciach polskiego XX wieku. Wśród nich tekst o Jacku Kuroniu, w którym jego synowa, Joanna, wspomina początki kariery nieżyjącego już męża, sympatycznego telewizyjnego kucharza:

Maciek [Kuroń] szybko się uczył. Świetnie liczył, choć był humanistą. Kiedy został kucharzem? Gdy zaczęła się kampania prezydencka Jacka Kuronia. Wtedy przyjaciel Jacka powiedział, że syn kandydata musi mieć zawód. Niech robi to, co lubi. I zafundował Maćkowi stypendium w instytucie kulinarnym niedaleko Nowego Jorku. Po tej szkole Maciek stał się profesjonalistą. Założyliśmy firmę, robiliśmy warsztaty, programy telewizyjne. Szło jak burza (s. 217).

No cóż, nie mogę powiedzieć, żeby mnie ta opowieść zdziwiła, bo wydaje mi się, że tak właśnie jest na świecie: jednym świat wciąż stawia opór, drogę porastają im ciernie, a wiatr wieje w oczy; innym zaś „idzie jak burza”. Ale dla mnie te dwie opowieści stały się jakby metaforą polskich dziejów, nie tylko ostatniego ćwierćwiecza, ale może wieku, czy wręcz wieków. Z jednej strony Jacek Kuroń, ikona wielu środowisk polskiej lewicy, człowiek zauważający problem nierówności i wielokrotnie wzywający – także działaniem, choćby w Teremiskach – do zapobiegania mu, projektujący lepszą, bardziej sprawiedliwą Rzeczpospolitą i z lekkością wykorzystujący swoją uprzywilejowaną pozycję polityczną oraz towarzyską dla własnych i rodzinnych celów. Z drugiej strony człowiek zdolny i zmotywowany, ale stłamszony przez warunki życiowe, rynkowe oraz przez swoje pochodzenie, a jednak zwolennik rynkowej dżungli.

Można by oczywiście powiedzieć, że moja niechęć do lekkości, z jaką Maciej Kuroń zdobył swoją zawodową pozycję (a także sam zawód), jest dyktowana czystą zawiścią – tym podlejszą, że przecież bezinteresowną, bo w końcu sam w jego branży nigdy nie działałem i nie zamierzam. I co więcej, ja takich możliwości, jakie on miał, sam nie wykorzystałem pewnie wyłącznie dlatego, że ich nie miałem. Ale niech tam sobie kto mówi, co chce. Mnie idzie jednak o to, że – choć nad tym ubolewam – żyjemy w świecie, w którym zawodowy sukces, a także sama możliwość wykonywania zawodu są towarami deficytowymi i dla wszystkich ich nie starcza. Dlatego uważam, że powinny być w jakiś sposób (choć nie wiem dokładnie, jak to zrobić) dzielone po równo. I właśnie przytoczony przykład wskazuje mi najdobitniej, że nie wolno takich spraw powierzać jednostkowej etyce i poczuciu przyzwoitości jednostek (także i mojemu), które znajdując się w sytuacji wyboru między interesem własnym i najbliższych, a nawet głoszonymi przez siebie zasadami równości i sprawiedliwości, zwykle wybierają interes własny. To wydaje mi się zrozumiałe. Bliższa koszula ciału. A już zwycięzcy historycznych zmagań, arystokraci wszelkich systemów, mają szczególną skłonność do nieprzejmowania się drobiazgami – bo ważne jest przecież to, że ich myśli i cele ich działań są wzniosłe. O tych drobiazgach coś więc (co? Prawo, głos ludu?) wciąż powinno im przypominać.

Zwycięzcy w klasowych zmaganiach oprócz bardziej materialnych deficytowych dóbr, zagarniają także te symboliczne, a wśród nich moralną czystość, co nierozerwalnie wiąże się z moralnym zbrukaniem przegranych. Starszy z panów Kuroniów mógł sobie po przejęciu władzy w ojczyźnie pozwolić na luksus i moralną cnotę niezabiegania o dobra materialne, skoro, kiedy było trzeba, na podorędziu był przyjaciel fundujący stypendium dla syna. Choć oczywiście można mieć wątpliwości, czy przyjęcie przez urzędującego posła tak cennego prezentu było uprawnione – bo czym różni się przyjęcie stypendium dla syna od przyjęcia pliku banknotów na stypendium? My, którzy większość czasu spędzamy zabiegając o mamonę, bo tylko dzięki niej możemy mieć to, co inni mają na wyciągniecie ręki, my, którzy – inaczej niż dżentelmeni – nie tylko wciąż o pieniądzach rozmawiamy, ale i myślimy, którym organizują one czas, relacje międzyludzkie, wyobraźnię, nieraz wydajemy się przez to wstrętni samym sobie. Młodszy z panów Kuroniów (mam nadzieję, że czytelnik zrozumiał już, że do pana Macieja ani za jego życia, ani po jego śmierci nic więcej nie miałem, niż do innych pań i panów w jego sytuacji, a jest mi on niezbędny jako przykład), jowialny i życzliwy, mógł sobie pozwolić na swoje cnoty, bo na jego drodze do sukcesu nie stało kilkunastu kuchcików, których musiałby intrygą i donosem usunąć z drogi do łaski szefa. Sebastian już od kilku lat awanturuje się z kolegami, jest ofiarą ich prześladowań, i sam daje innym popalić. Chociaż, podobnie jak większość tamtych, nie jest z charakteru ludzkim drapieżnikiem. Takie tam panują zasady, że musi być – przepraszam, panie Sebastianie, to samo, co o panu piszę i mnie samego dotyczy – świnią, a skoro świnią musi być, to jest i słusznie za świnię uchodzi. Ale o ile wypada każdemu, kto zauważy świństwo Sebastiana, zwrócić na nie uwagę, o tyle nikomu przecież nie wypadałoby rozważać, dlaczego pan Maciej świnią nie jest. To zwycięzcy ustalają moralne zasady, a wśród nich i tę, że podłością jest pytać zwycięzcę, z jakiego punktu startował.

Mnie jednak wydaje się, że pytanie o to, w jaki sposób kto doszedł do swojej społecznej czy zawodowej pozycji jest jak najbardziej uprawnione, a wręcz wskazane. Pytanie o to, kim byli rodzice i w jaki sposób przyczynili się do sukcesu swojego dziecka (lub jego braku), należy wydobyć z mroku plotek i złośliwostek na światło dzienne publicznej debaty po to właśnie, aby rozmowa o kwestii równości i nierówności szans zaczęła dotyczyć konkretów. I aby ukonkretnić wszelki dyskurs polityczny czy etyczny, żeby było wiadomo, kto w jakich warunkach życiowych, społecznych, ekonomicznych czy kulturalnych kształtował swoje poglądy.

Wielokrotnie słyszałem już o tym, że takie stawianie sprawy czyni wielką przykrość ludziom, którzy mając wysoko postawionych rodziców, wciąż muszą się z tego tłumaczyć. I że to bardzo niesprawiedliwe, bo nawet ewidentnie samodzielnie wypracowane sukcesy idą wciąż na konto pozycji rodziców. Oczywiście, to bardzo niesprawiedliwe. Ale każdy niesprawiedliwie odpowiada za to, kim byli jego rodzice: jowialny pan Maciej w taki sposób, że tacy jak ja podle im to wypominają, a Sebastian w ten sposób, że pewnie do końca życia będzie obierać cebulę i klepać sznycle. Nie wiem, czy obaj panowie chcieliby się zamienić. Ale myślę, że dobrze byłoby, gdyby jednak czymś się wymienili: jeden może zauważyłby, że to, iż wszystko przychodzi mu tak lekko nie musi wcale świadczyć o tym, jaki jest on sam, a drugi niech by przynajmniej zauważył, że to, iż wszystko przychodzi mu tak ciężko, nie musi wcale świadczyć o tym, jaki jest on sam.

3

Sebastian – znów przepraszam, panie Sebastianie – jest korwinistą, a ja się zastanawiam, czy nie jest przypadkiem socjalistą. Bo to właśnie Korwin-Mikke umie coś, co kiedyś potrafili socjaliści: opisać zjawisko, którego i Sebastian, i większość z nas doświadcza zmysłowo: w tym świecie toczy się bezwzględna wojna. Jeśli chcemy coś mieć, choćby to były najprostsze rzeczy, bez których życie jest niemożliwe: w miarę porządna praca, pieniądze pozwalające przeżyć bez poniżenia, mieszkanie, w którym nie leje się na głowę i w którym można się wyspać po pracy mimo ryczącego niemowlaka, musimy to komuś wyrwać albo kogoś przechytrzyć, bo tego jest po prostu za mało dla wszystkich. Musimy być silni, bo tylko silni przetrwają, musimy być bezwzględni, bo każda refleksja nad dobrem innego jest działaniem na własną szkodę. Tak jest świat urządzony (a nie jest?), że silny i wielki nawet nie zauważa, jak słabego i małego wdeptuje w ziemię. Świat to jest wojna, płacz, łzy i mozół (a nie jest?), ale kto wygra – będzie miał wszystko. Na tym polega elementarna sprawiedliwość.

Natomiast dzisiejsza młoda polska lewica ze swoim etycznym przesłaniem całą tę sytuację zakłamuje. Ponieważ duża – i prominentna – część naszych socjalnie nastawionych idealistów nie odczuwa takiego oporu materii, może sobie rozważać o projektach etycznych, eksperymentować z ograniczaniem potrzeb materialnych, nową moralnością erotyczną i zastępowaniem pieniędzy wymianą usług. Może też na wzór lewicowych świętych sprzed stulecia i sprzed ćwierćwiecza widzieć swoje style życia jako zaczyn etycznej przemiany całego kraju. Tyle że i Sebastianowi, i mnie, nic po etycznej przemianie, i myślę, że także nic po niej innym ludziom, którzy żyją na wojnie, gdzie jeśli chcą coś mieć, to muszą to komuś wyrwać. Nie ma sensu mówić do ludzi żyjących w dżungli językiem etycznej powinności i przemiany. Potrzebny jest tu raczej ów język elementarnej sprawiedliwości: jeśli nie chcemy, żeby wszystko przychodziło nam z takim trudem, musimy to komuś wyrwać. A różnica między nami a korwinistami niechaj polega na tym, że my nie chcemy wyrywać ochłapów innym kuchcikom, ale razem z nimi tym, którym wszystko przychodzi zbyt lekko, nawet jeśli wśród nich są ikony czy dobroczyńcy lewicowych środowisk, których idee są ze wszech miar słuszne, ale którzy właśnie mają na własność coś, bez czego trudno nam żyć. I wolimy rzeczywiste zdobycze, takie jak stabilna godna praca i płaca, pewny dach nad głową, dostęp do lekarza i porządnej szkoły, od wyobrażania sobie siebie w roli milionerów. Do tego wystarczy nam tej podłej etyki, którą mamy, etyki ludzi, którzy nie z własnej woli bywają świniami, a którą to etykę wytworzyły warunki, w jakich żyjemy. A nowa etyka niech się wytworzy w nowych warunkach, jakie sobie wywalczymy.

O prawa człowieka dla lokatorów

O prawa człowieka dla lokatorów

O sytuacji lokatorów i innych osób zagrożonych bezdomnością oraz o szansie na zmianę tego stanu rzeczy rozmawiamy z Agatą Nosal-Ikonowicz, przewodniczącą Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej.

***

Co grozi w Polsce ludziom, którzy zalegają z opłatami za mieszkanie? Jakie znaczenie ma dla ich sytuacji to, czy mieszkają w lokalu komunalnym, prywatnym, spółdzielczym albo należącym do wspólnoty?

Agata Nosal-Ikonowicz: Różnice są ogromne. Ustawodawca nie gwarantuje równego traktowania obywateli zamieszkujących w różnego rodzaju zasobach. Wyróżnia lokatorów i właścicieli; inaczej traktuje lokatorów zamieszkujących w zasobach gminnych, prywatnych, wojskowych i policyjnych. W budynkach należących do wspólnot mieszkają właściciele mieszkań (choć nie tylko, o tym jeszcze powiem), którzy w sytuacji długotrwałego zadłużenia tracą prawo własności. To osoby, których ustawa o ochronie praw lokatorów w ogóle nie chroni. Wywłaszczeni nie mają np. prawa do lokalu socjalnego – nie ma nawet procedur, które umożliwiałyby sądowi rozstrzygnięcie o przyznaniu lokalu. Po prostu jest licytacja. Ten problem dotyka nie tylko właściciela, bo w tych lokalach mieszkają też członkowie jego rodziny, którzy nigdy nie byli właścicielami, a korzystają z lokalu na podstawie użyczenia – np. wynikającego ze stosunków rodzinnych. To są lokatorzy, więc teoretycznie powinni mieć prawo do lokalu socjalnego. W praktyce, żeby uchronić się przed bezdomnością musieliby wygrać walkę z czasem, ponieważ tak się składa, że przysługujący im środek ochrony w postaci powództwa przeciwegzekucyjnego mogą wnieść do sądu dopiero wtedy, gdy nabywca ich mieszkania ma prawo rozpocząć egzekucję. Sprawy w sądzie toczą się miesiącami, a egzekucję komorniczą prowadzi się sprawnie, szybko i skutecznie. Teoretycznie ustawa chroni dzieci czy kobiety w ciąży przed eksmisją na bruk, ale w praktyce nie dotyczy to rodzin wywłaszczonych. To duży błąd ustawodawcy.

Z kolei mieszkania zakładowe są nagminnie zbywane z pominięciem prawa pierwokupu lokatorów. Bardzo często dochodzi do upadłości zakładu pracy i licytacji komorniczej, wskutek której lokatorzy tracą możliwość wykupu mieszkań. Jest to niesprawiedliwe, ale niestety zgodne z prawem. Najczęściej jednak firmy sprzedają mieszkania dlatego, że nie chcą być ich właścicielami. Wtedy pierwszą ofertę kupna powinien otrzymać lokator. Ale mieszkania stanowią pokaźny majątek, więc często wszystko odbywa się nie tak jak powinno. Ludzie od dawna się buntują. Z tego powodu ustawodawca stworzył rozwiązanie pozwalające na bezpłatne przekazywanie mieszkań zakładowych gminom lub spółdzielniom mieszkaniowym. Ale która firma pozbędzie się takiego majątku bezpłatnie, skoro może to zrobić, ale nie musi? Nawet jeśli zapadnie decyzja o skorzystaniu z tego trybu, to pojawiają się pola do nadużyć. Na przykład niedawno w Sosnowcu zaangażowaliśmy się w sprawę lokatorów mieszkań zakładowych, na bazie których zarząd likwidowanego przedsiębiorstwa stworzył spółdzielnię mieszkaniową, ale tylko we własnym gronie, i utrudniał byłym pracownikom uzyskanie członkostwa. W końcu zarząd „zaczął się rządzić”. Pieniądze z opłat czynszowych szły na konto „inwestycyjne”, a na koncie przeznaczonym do przetrzymywania opłat za mieszkania powstawało zadłużenie. Potem sztucznie zadłużone lokale zaczęto wyprzedawać tym, którzy kupując je za bezcen mieli na tym wszystkim zarobić… Na szczęście w tym przypadku sprawą zajęła się prokuratura i zakończyło się to korzystnie dla lokatorów.

Obecna ustawa obligatoryjnie przyznaje prawo do lokalu socjalnego np. kobiecie w ciąży, dziecku, osobom bezrobotnym czy niepełnosprawnym, ale tylko jeśli mieszkały w lokalach publicznych, czyli gminnych, spółdzielczych albo TBS-ach. Ustawa nie obejmuje całej rzeszy lokatorów mieszkań prywatnych!

Czy natężenie eksmisji w którymś z zasobów mieszkaniowych jest częstsze niż w innych?

A.N.-I.: O dziwo, eksmisje najczęściej orzekane są wobec lokatorów zasobu gminnego. Szczególnie w Warszawie, gdzie stawka czynszu za metr w mieszkaniu komunalnym jest wyższa niż w spółdzielniach mieszkaniowych. Problem potęguje fakt, że dodatki mieszkaniowe pobierają osoby biedne, ale nie najbiedniejsze. Najbiedniejsi nawet nie ubiegają się o dodatek mieszkaniowy, ponieważ gdy to zrobią, odlicza im się go od zasiłku z pomocy społecznej, przeznaczonego na jedzenie. Rachunek jest prosty: 400 zł na wyżywienie, ubranie itd., albo 200 zł na mieszkanie, i wtedy już tylko 200 na zaspokojenie reszty potrzeb… To absurd wprowadzony przez ustawodawcę, który twierdzi, że wszystko świetnie działa.

Polskie prawo zabrania eksmisji na bruk, ale w rzeczywistości wykonuje się je, jak to określacie, „na raty”. Jak to wygląda?

A.N.-I.: Wskazałam już grupy, które przed eksmisją na bruk w ogóle nie są chronione. Poza nimi ochrony nie mają także niektórzy mieszkańcy zasobu wojskowego. Zupełnie żadnych praw nie ma w przypadku mieszkań policyjnych – o tych grupach decydują osobne ustawy. Ostatnio zajmowaliśmy się panią, którą dwa lata temu egzekutor wystawił jesienią wprost na ulicę. Bywa np. tak, że mężczyzna będący sprawcą przemocy – wojskowy lub policjant – jest najemcą, ma pracę i może wynająć sobie mieszkanie. Mówi wówczas do partnerki: „Jak ty to zgłosisz na policję, ja się zrzeknę służbowego mieszkania, a ty wylądujesz z dziećmi pod mostem”. I rzeczywiście sprawca opuszcza mieszkanie, a potem policja wyprowadza ofiarę „pod most”. Ustawodawca przewidział możliwość wydawania wyroków zaocznych, a to w przypadku eksmisji jest bardzo duży problem, bo czasem nie dociera korespondencja, czasem nie mamy kiedy odebrać listu z poczty, nie mamy świadomości, czym to się może skończyć. Nie powinno tak być, że ceną za nieodebranie pisma zawiadamiającego o rozprawie, jest bezdomność, tym bardziej że często dotyczy to niepełnosprawnych lub chorych psychicznie. Dlatego istniejąca obecnie konstrukcja, w której prawo do lokalu socjalnego przyznaje się tylko na rozprawie eksmisyjnej, jest zła. Musi istnieć prawdziwa, pełna ochrona przed eksmisją na bruk. W innym razie polskie państwo nadal będzie jedynie udawało, że realizuje art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, z której wynika bezwzględny zakaz eksmitowania bez zapewnienia „alternatywnego, adekwatnego lokalu” osobom, które nie są w stanie samodzielnie takiego lokum sobie zapewnić.

Wracając do pytania: osoby, które nie mogą być eksmitowane na bruk – czyli takie, którym sąd nie przyznał prawa do lokalu socjalnego – przenosi się do tzw. pomieszczeń tymczasowych. Zgodnie z ustawą gmina ma je dostarczyć na okres od miesiąca do pół roku. Na ogół gminy dostarczają je na jak najkrótszy czas, bo same nie mają takich pomieszczeń i muszą komuś za nie zapłacić. Kiedy opłacony czas się kończy, osoba już nie jest eksmitowana, lecz po prostu wyrzucana na ulicę przez właściciela pomieszczeń. Mieszkaniec pomieszczenia tymczasowego nie ma prawa do lokalu socjalnego, więc rozprawa przed sądem nie jest potrzebna. Ale często ludzie nie otrzymują nawet pomieszczeń tymczasowych, bo komornik nie może czekać na dostarczenie takiego lokum dłużej niż 6 miesięcy, a gminy ich nie posiadają, więc eksmitowanych przenosi się do schroniska, w którym nie można zagwarantować komuś miejsca. Na ogół po prostu urzędnik bierze wykaz schronisk i wpisuje pierwsze lepsze, które w nim widnieje. Oczywiście nie można powiedzieć, że to jest zapewnienie jakiegokolwiek minimalnego schronienia, ponieważ schroniska przyjmują na bieżąco, czyli w danym dniu wieczorem, a rano trzeba je opuścić i od początku szukać miejsca do spania.

Niekiedy zdarzają się jednak eksmisje do lokali socjalnych. Jak wyglądają takie lokale socjalne w Polsce?

A. N.-I.: Bardzo różnie, ponieważ według ustawy mieszkanie musi się nadawać do zamieszkania, ale może być o obniżonym standardzie. I tu jest pies pogrzebany, bo trudno ocenić, co to znaczy. Często są to warunki niegodne, np. na Pradze Południe w Warszawie rzadko które mieszkania mają centralne ogrzewanie, bywa że wcześniej kilka lat stały puste, w związku czym są zagrzybione. Zwykle są ogrzewane energią elektryczną, a ponieważ lokatorzy mieszkań socjalnych są niezamożni, to nie są w stanie płacić wysokich rachunków za prąd. Mamy bardzo dużo osób, które po zimie muszą zapłacić 3-4 tys. zł, by nie odcięto im prądu. Jednej z naszych podopiecznych, samotnej matce, Ośrodek Pomocy Społecznej obiecał, że dołoży 1000 zł pod warunkiem, że weźmie pożyczkę w „chwilówce” na resztę i wpłaci na konto zakładu energetycznego. Pożyczka u lichwiarzy warunkiem pomocy z OPS!

Niedawno z tą samą kobietą byłam u burmistrza odpowiedzialnego w dzielnicy za przydzielanie mieszkań, ponieważ jej wniosek o wynajem lokalu komunalnego (pełnowartościowego) zarząd odrzucił uzasadniając, że jest zbyt biedna, by płacić droższy czynsz. Problem w tym, że ogrzewanie energią elektryczną lokalu w zrujnowanym budynku jest znacznie droższe od wszystkich opłat, które trzeba uiszczać w normalnym, większym, zadbanym mieszkaniu komunalnym. W rzeczywistości zarządowi chodziło o to, że gdyby samotna matka wynajęła mieszkanie komunalne, to przysługiwałby jej dodatek mieszkaniowy, który dzielnica musiałby jej wypłacać, natomiast z opłatami za prąd kobieta musi radzić sobie sama. Pomoc społeczna może bowiem jej pomóc, ale może także tej pomocy odmówić. Praga Południe w ten sposób oszczędza, a dziecko ma funkcjonować i uczyć się w lokalu, w którym w zimie jest 15 stopni. W takich warunkach trudno je zmotywować do nauki. Siedzi się pod kocem i ciężko nawet rano wstać z łóżka. Matka chłopca ma wyższe wykształcenie, jest magistrem filozofii. Teoretycznie więc, statystycznie, chłopiec, mogąc liczyć na dobre wsparcie w domu, powinien mieć większe szanse na uzyskiwanie dobrych wyników w nauce, co dawałoby lepszy życiowy start. Jednak gnieżdżąc się w jednej, zimnej, ciasnej izbie o „obniżonym standardzie” dziecko doświadcza poważnych problemów z nauką już w trzeciej klasie.

Sposób dysponowania lokalami socjalnymi i komunalnymi powinien odpowiadać jakiemuś przyjętemu modelowi polityki społecznej, która miałaby realizować racjonalne cele. W praktyce jednak samorządy myślą o tym, co zrobić, żeby w kasie pozostało jak najwięcej środków na inwestycje i żeby nie wydawać pieniędzy na politykę społeczną i mieszkania. To jest takie pozorowanie, że wykonuje się jakieś zadania własne, które zgodnie z prawem gmina musi realizować, ale tak, żeby w rzeczywistości nie wydawać na te cele. W zamian realizuje się inwestycje, które mogą przynosić profity urzędnikom, zaprzyjaźnionym biznesmenom i odpowiadać na potrzeby miejscowej elity.

Mam kolegę, który mieszkał, w mieszkaniu socjalnym, na 17 metrach kwadratowych z żoną w ciąży i dzieckiem…

A. N.-I.: Ustawa mówi, że mieszkańcom lokali socjalnych przysługuje 5 metrów kwadratowych na osobę. To prowadzi do absurdów. Na przykład kiedyś eksmitowano ludzi, którzy zamieszkiwali w tzw. kołchozie, czyli w dużym mieszkaniu, w którym w każdym pokoju kwaterowano inne gospodarstwo domowe, ze wspólną kuchnią i łazienką. Tak się to nazywało po wojnie, kiedy w zniszczonej wojną Warszawie kwaterowano ludzi gdziekolwiek, byleby mieli jakiś dach nad głową. I gdzieniegdzie takie wspólne mieszkania funkcjonują do dzisiaj, np. w miejskim warszawskim zasobie mieszkaniowym. Ci eksmitowani z „kołchozu” nie mieli ze sobą nic wspólnego, ale przyznano im wszystkim jeden lokal socjalny. Jedną z tych osób, w sposób już zupełnie dowolny, uznano za najemcę, a resztę za współnajemców. Przyszedł do mnie mężczyzna, którego dokwaterowano i mówi: „Poszedłem do tego lokalu, a tam w jednym pokoju mieszka pani najemczyni z mężem, a w drugim samotna kobieta, z którą nie mam nic wspólnego. Z kim mam zamieszkać?”. Inna sytuacja: rodzeństwo wrzucono do lokalu socjalnego, jednopokojowego. To byli ludzie po siedemdziesiątce – on miał dializę nerek 2-3 razy w tygodniu, po której musiał odpoczywać w odpowiednich warunkach sanitarnych, ona była chora psychicznie i w momencie, gdy choroba jej się uaktywniała, bywała agresywna. Osobnym kłopotem dla obojga był społeczny odbiór ich sytuacji – w końcu to ludzie o różnej płci, w jednym pokoju, brat i siostra. Dodajmy do tego poczucie wstydu i skrępowania związane choćby z koniecznością przebierania się…

Czy w całej Polsce sytuacja lokatorów jest jednakowa, czy są miejscowości, gdzie jest lepiej lub gorzej?

A. N.-I.: Jeżeli chodzi o niedobory mieszkań, to myślę że wszędzie jest podobnie, z wyjątkiem Wrocławia. To jedyne miasto, w którym zasób mieszkań komunalnych jest dość duży i prawie nie ma eksmisji na bruk, ale bardzo niepokoi pomysł władz, żeby te zasoby ograniczyć. Wiem, że w Ełku władze przyznając pomieszczenia tymczasowe starają się, żeby to były mieszkania, co później pozwala przekształcić je w lokale socjalne. Tam to jeszcze wygląda w miarę cywilizowanie. Natomiast w Warszawie niestety nie. W Poznaniu powstały osiedla kontenerowe. Protestowaliśmy przeciwko temu rozwiązaniu, zaś władze „uspokajały” obietnicami, że tam będą umieszczani tylko notoryczni alkoholicy czy osoby niszczące mieszkania. Niestety, gdy już takie osiedle powstaje, to kończy się tak, że trafia tam mnóstwo ludzi wykluczonych – rencistów o niskim świadczeniu czy samotnych matek z dziećmi. Poza tym taki blaszak nie jest w żaden sposób przystosowany, aby w nim mieszkać. Latem jest w nim tak wysoka temperatura, że nie można wytrzymać, w zimie szybko się wychładza i nie sposób go porządnie dogrzać. Po roku jest zagrzybiony i bardzo wiele dzieci choruje, ląduje w szpitalach z powodu zaburzeń astmatycznych i innych dolegliwości, często zagrażających życiu.

Jakie zmiany zawiera przygotowana przez Ciebie nowelizacja ustawowa? Czy pozwoli ona na powstrzymanie eksmisji na bruk albo do pomieszczeń tymczasowych? Co się zmieni?

A. N.-I.: Założyłam, że przed eksmisją na bruk trzeba chronić przede wszystkim w momencie, w którym ona następuje, m.in. dlatego, że realizuje się dużo wyroków, które zapadły kilka lat wcześniej. Kiedy przychodzi komornik, eksmitowana osoba znajduje się już w zupełnie innej sytuacji niż ta, którą oceniał sąd. W międzyczasie ludzie tracą pracę, zdrowie – czasami właśnie wskutek stresu związanego z obawą przed utratą mieszkania. Dlatego wprowadziłam nowe pojęcie: zamiast pomieszczeń tymczasowych – pokoje hostelowe. Po pierwsze ze względu na to, że jako pomieszczenie tymczasowe udostępnia się często np. schowek na szczotki czy blaszany barak, a nie miejsce, w którym może mieszkać człowiek. Po drugie, zmieniamy zasady funkcjonowania tych pokoi: człowiek ma prawo w nich przebywać do czasu znalezienia innego miejsca, w którym mógłby zamieszkać. To nie może być tak, jak dzisiaj, że w pomieszczeniu tymczasowym można przebywać kilka miesięcy, a potem eksmituje się ich na bruk. To właśnie zmienia ta ustawa. Do takiego pokoju można byłoby zakwaterować wyłącznie osoby stanowiące jedno gospodarstwo domowe. Jak wspominałam, do tej pory zdarzało się, że do jednego pomieszczenia trafiali bardzo różni ludzie. Zdarzyło mi się np. wspierać kobietę, która po eksmisji trafiła z córką do pokoju z facetem, który zupełnie się załamał i cały czas pił w tym pomieszczeniu tymczasowym. One nie mogły tam nawet zostawić swoich rzeczy bez nadzoru, co bardzo im utrudniało poukładanie codziennego życia czy poszukanie zatrudnienia. W takiej sytuacji nie ma miejsca na relacje rodzinne czy odpoczynek, którego wszyscy potrzebujemy. Tego nie można nazwać ochroną przed bezdomnością, ponieważ człowiek, który nie może realizować podstawowych potrzeb, jak możliwość bycia gdzieś prywatnie, już jest bezdomny. Co z tego, że mu na głowę nie kapie?

Ponadto projekt wzmacnia prawo do lokalu socjalnego dla różnych osób, np. wprowadziliśmy do niego pojęcie „osoby zagrożonej bezdomnością”. Zmienia się zresztą tytuł ustawy, która miałaby odtąd służyć nie tylko ochronie praw lokatorów, lecz także zapobieganiu bezdomności. Ten problem w ogóle nie jest w Polsce systemowo rozwiązywany, na co zwraca uwagę choćby prof. Irena Lipowicz. Państwo w ogóle nie walczy z bezdomnością. Jeśli nasz projekt zostanie przyjęty, prawo będzie chroniło wszystkich zagrożonych utratą dachu nad głową. Lokatorzy z zasobów wojskowych i policyjnych podlegać będą sądowym orzeczeniom o uprawnieniu do lokalu socjalnego. Prawo do lokalu socjalnego zyskają również osoby „z licytacji”, które także są zagrożone bezdomnością. Pomoże to również ofiarom lichwiarzy, którzy wyłudzają mieszkania pod pozorem pożyczki – znam wiele przypadków, że lichwiarz wręcza ¼ kwoty z aktu notarialnego, a potem ktoś traci mieszkanie.

W Warszawie od kilku lat nie udaje się zmobilizować organów ścigania do zajęcia się sprawą szajki Pawła Tubielewicza, który specjalizuje się w wyłudzaniu mieszkań za małą część ich wartości od zdesperowanych ludzi, którzy popadli w pętlę zadłużenia. Firmy zaprzyjaźnione z szemranymi typami oferują prywatne pożyczki ludziom, którzy nie mogą skorzystać z usług banku czy choćby z oficjalnie działających na rynku firm lichwiarskich. Gdy okazuje się, że dłużnik jest właścicielem mieszkania, otrzymuje ofertę. Mówi się mu, że pieniądze, które otrzyma, posłużą spłacie zadłużenia, po czym będzie możliwe załatwienie normalnego kredytu w banku i szybkie spłacenie prywatnego pożyczkodawcy. Potem ofiara poznaje swojego wybawcę, który po obejrzeniu mieszkania i wpłaceniu – na ogół niedużej w porównaniu do wartości mieszkania – kwoty zadłużenia prowadzi ją do notariusza. Akt notarialny jest skonstruowany w taki sposób, że wynika z niego, że Tubielewicz lub podstawiony przez niego człowiek wpłacili dłużnikowi równowartość mieszkania w dwóch ratach: poprzez spłatę długu i resztę do ręki. Jest to albo umowa pożyczki pod zastaw mieszkania, albo w ogóle akt sprzedaży. Ludzie nie wiedzą, że podpisując akt notarialny kwitują wypłatę całej kwoty, w tym tej większej części, której nigdy nie otrzymali. Akt notarialny zawiera też zobowiązanie byłego właściciela mieszkania do dobrowolnego wydania mieszkania. Pracownik firmy naganiającej ofiary następnie znika, nie odbiera telefonu, nie można go zastać w biurze. Pewnego dnia przychodzi po prostu komornik i eksmituje ofiarę. Nie ma rozprawy eksmisyjnej, bo egzekucja odbywa się na podstawie aktu notarialnego. W ogóle nie ma żadnej rozprawy. Sąd na wniosek pożyczkodawcy nadaje klauzulę wykonalności aktowi notarialnemu, badając jedynie dokumenty załączone do wniosku.

Nowelizacja przewiduje, że takie osoby jak ofiary Tubielewicza, będą mogły zwrócić się do sądu z powództwem przeciw gminie o przyznanie prawa do lokalu socjalnego. Zaproponowane rozwiązanie jest proste i każdy uprawniony będzie mógł z niego skorzystać, nawet bez pomocy prawnika. A to jest ważne, bo nie ma przecież w Polsce systemu bezpłatnej przedsądowej pomocy prawnej.

Zmienić powinny się standardy mieszkań socjalnych, ponieważ obecne 5 metrów na osobę uniemożliwia dzieciom rozwój. Gminy w ogóle nie biorą pod uwagę takich „detali”, jak np. ADHD u dziecka. Dążymy do likwidacji takich absurdów, jak umieszczanie w jednym pokoju ludzi o różnej płci, z różnych pokoleń. W projekcie zapisaliśmy również konieczność dostosowania lokalu do struktury rodziny przez zwiększenie liczby metrów na osobę czy przydzielenie dwóch pokoi, np. małżeństwu z trójką dzieci.

Na koniec najważniejsze: nie da się rozwiązać problemów, o których tu mówię, bez interwencji państwa. Państwo musi budować mieszkania komunalne i socjalne. Projekt nakłada na gminy obowiązek rzetelnego szacowania potrzeb osób, które ubiegają się o mieszkania socjalne i tych, wobec których zapadły wyroki eksmisji, bez względu na to, czy zasądzono prawo do lokalu socjalnego czy nie, oraz skali problemu z bezdomnością. To pozwoli ocenić rzeczywiste potrzeby mieszkaniowe gminy i uniemożliwi władzom „ściemnianie”, jak ma to miejsce choćby w Warszawie, że zasób jest wystarczający. Ponadto budżet państwa będzie zobowiązany do udzielenia gminom dotacji na poziomie 70 proc. istniejących potrzeb. Likwidujemy absurdy związane z dodatkiem mieszkaniowym, który nie będzie wliczany do dochodu przy obliczaniu zasiłku z pomocy społecznej. Chcę również umożliwić dogadywanie się zadłużonych lokatorów z właścicielami, by mogli – nawet po wypowiedzeniu umowy najmu – zawrzeć ugodę o spłacie zadłużenia, która umożliwi otrzymywanie dodatku mieszkaniowego (dziś nie jest to możliwe). To szczególnie ważne w sytuacji, w której mamy za mało mieszkań. Po co tworzyć sytuację, w której będzie ich potrzeba coraz więcej? Trzeba przeciwdziałać eksmisjom na etapie, kiedy człowiek jeszcze jest się w stanie pozbierać, bo jeśli zostanie bezdomnym, to właściwie nie bardzo jesteśmy w stanie mu pomóc.

Tym bardziej, że, jak wspominałaś, kolejka po lokale socjalne jest dość długa, często liczona nawet na 10 lat.

A. N.-I.: Tak, i zawsze dłużej się czeka na mieszkanie socjalne niż na komunalne. To oznacza, że problem dotyczy coraz większej grupy.

Jak oceniasz szanse na to, że nowelizacja zostanie przyjęta przez rząd i parlament, który jest niechętny nowym wydatkom z budżetu państwa, z uwagi na „odwieczny kryzys”?

A. N.-I.: Jesteśmy zobowiązani Europejską Konwencją Praw Człowieka do ochrony prawa do życia prywatnego i rodzinnego lokatorów oraz osób eksmitowanych. Z tego punktu widzenia nowelizacja stanowi konieczność, bo obecne prawo nie gwarantuje odpowiedniej ochrony. Należałoby zatem oczekiwać, że ustawa zostanie uchwalona. Jeśli się tak nie stanie, to problem wróci, i to szybko. Wszystkie próby obejścia prawa przez ustawodawcę, np. ustanawianie pomieszczeń tymczasowych, z których po trzech miesiącach wylatuje się na bruk, będą musiały się spotykać ze skargami do Trybunału Konstytucyjnego i Trybunału w Strasburgu. Bez wątpienia skargi te będą rozpatrywane po myśli eksmitowanych. Zatem nie ma na co czekać.

Dodajmy, że ta ustawa nie jest przeciw właścicielom domów. Oczywiście lepiej niż teraz chroni ona lokatorów, ale jest również w interesie właścicieli. Dzisiaj oczekują oni latami na opuszczenie mieszkania przez lokatora, któremu przysługuje lokal socjalny. Jedynym rozwiązaniem jest budowa odpowiedniej liczby mieszkań socjalnych, innej drogi nie ma. Skoro właściciel ma prawo do zwrotu mieszkania, za które lokator nie był w stanie płacić, a eksmitowany ma prawo nie być wyrzuconym na bruk, to oba te uprawnienia można zaspokoić tylko budując mieszkania socjalne. Inaczej i eksmitowani, i lokatorzy będą mieli prawo się skarżyć. I będą swoje sprawy wygrywać.

Czyli możemy założyć, że przygotowana przez Ciebie nowelizacja jest skazana na sukces?

A. N.-I.: W sytuacji, w której już drugi rok Rzecznik Praw Obywatelskich alarmuje, że polityka mieszkaniowa jest dziedziną, w której istnieje największe zagrożenie dla przestrzegania praw człowieka w Polsce, państwo musi coś z tym zrobić. Od dziennikarzy telewizyjnych programów interwencyjnych wielokrotnie słyszałam, że gdyby robili programy o tych wszystkich eksmisjach, na które skarżą się proszący o interwencję, to bez przerwy w telewizji oglądalibyśmy eksmisje. Sądzę, że na dyżury posłów też przychodzą pokrzywdzeni, w sytuacji bez wyjścia i bezradni, więc posłowie doskonale wiedzą, jaka jest sytuacja. Pytanie, czy chcą ją zmienić.

Gdyby rząd nie przyjął nowelizacji, to czy rozważacie skargę przeciwko Polsce do Trybunału w Strasburgu?

A. N.-I.: Tak, będziemy szukali wszelkich dróg. Póki co przystępujemy do budowy społecznego poparcia dla nowelizacji. Stworzyliśmy nasz projekt nie ze względu na nasze – Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej – doświadczenia jako wolontariuszy udzielających porad, ale też w odpowiedzi na kolejne inicjatywy rządu, które zmierzają do pogorszenia prawa lokatorskiego. Uznaliśmy, że nie możemy ciągle się bronić, że w którymś momencie musimy wyjść z inicjatywą, bo inaczej utracimy wszystkie prawa.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, styczeń – marzec 2015 r. Rozmawiał Konrad Malec

Od redakcji „Nowego Obywatela”:

Projekt ustawy, o której mówi Agata Nosal-Ikonowicz, został przekazany do dalszych prac w komisji sejmowej. Ta orzekła, że należy powołać podkomisję. Do dzisiaj takiej nie powołano. Do końca kadencji pozostało kilka miesięcy. Wygląda na to, że nieodrzucenie ustawy w pierwszym czytaniu miało na celu wyciszenie całej sprawy, uspokojenie środowisk walczących o prawa człowieka w Polsce. Większość zainteresowanych sądzi, że sprawy idą w dobrym kierunku, że Sejm zajmie się matkami z dziećmi i emerytami wyrzucanymi z mieszkań na bruk. Tymczasem projekt leży głęboko schowany na dnie jakiejś szuflady i najprawdopodobniej nikt nie zamierza go stamtąd wyciągać przed końcem kadencji. Potem będą wybory. A po wyborach może nie będzie już w Sejmie nikogo, kto złożyłby go ponownie?

Plan Marshalla dla Ukrainy?

Plan Marshalla dla Ukrainy?

Truizmem, ale również eufemizmem będzie stwierdzenie, że mainstreamowi polscy politycy nie popisują się w kwestii przemyślanej strategii politycznej i gospodarczej wobec Ukrainy. Pod koniec stycznia br. mieliśmy do czynienia z niejasnymi i chaotycznymi oświadczeniami Andrzeja Dudy, sugerującymi udział polskich wojsk w „ewentualnych operacjach NATO” za naszą wschodnią granicą. Z kolei w ostatnią niedzielę (22.3) prezydent Bronisław Komorowski, występujący na Forum Brukselskim zorganizowanym przez German Marshall Fund, wezwał do „nowego Planu Marshalla, wsparcia w trudzie reform, których potrzebuje Ukraina”. Nośne hasło błyskawicznie podchwyciły światowe media. Polski przywódca ocenił w przemówieniu, że los naszego wschodniego sąsiada stanowi „klucz do przyszłości całej Europy Wschodniej” i „przyszłości całego świata zachodniego”. Komorowski przyznał też, że „nowy impet wspólnocie transatlantyckiej powinna zapewnić wspólna przestrzeń gospodarcza w postaci Transatlantyckiego Partnerstwa Handlowego i Inwestycyjnego (TTIP)” (za: prezydent.pl). Czyli mówiąc w skrócie: negocjowana aktualnie przez Brukselę i Waszyngton nowa umowa o wolnym handlu.

Objęcie Ukrainy nowym „Planem Marshalla” jest samo w sobie pomysłem bardzo dobrym. Z jednym, bardzo poważnym zastrzeżeniem. Tylko wówczas, o ile zostałoby zrealizowane w duchu klasycznego programu pomocy USA dla Europy Zachodniej, wprowadzonego w życie na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Analiza sformułowań prezydenta RP wskazuje jednak, że mamy do czynienia ze sporym nieporozumieniem, a za chwytliwym sloganem nadającym się na gazetowe nagłówki nie idą żadne konkrety. „Nowy Plan Marshalla” dla Europy Środkowowschodniej i Polski proponował już zresztą wielokrotnie w latach 90. Lech Wałęsa i była to czysta, piarowska retoryka.

Zakładający pomoc finansową, materialną i charytatywną dla zniszczonej wojną Europy Plan Marshalla został przeforsowany przez demokratyczną administrację Harry’ego Trumana oraz sekretarza stanu USA gen. George’a Marshalla. Mało kto dzisiaj pamięta, że program uchwalony i wprowadzony w życie przez amerykański Kongres w 1948 roku, stał się jednym z największych przejawów twórczego rozwinięcia XX-wiecznej keynesowskiej, wyraźnie lewicowo-socjaldemokratycznej szkoły ekonomii. Dlatego też od samego początku spotkał się z dużym oporem prawicy republikańskiej. Co prawda ta nie znała jeszcze wtedy skrajnie liberalnej ideologii „reaganomiki”, ale pielęgnowała swoje idiosynkrazje w postaci ograniczenia wydatków rządu centralnego i „niemieszania się państwa do gospodarki”. Plan Marshalla był również krytykowany przez zachodnioniemieckich ordoliberałów, skupionych wokół Wilhelma Röpkego, za ich zdaniem niedostateczne uwzględnienie elementów wolnorynkowych, a także przez grupę potocznie zwaną „Gaullisten” (niem. „gaulliści”), jedną z frakcji w rządzie Konrada Adenauera, która sceptycznie patrzyła na zacieśnianie przez powojenną Europę Zachodnią więzów transatlantyckich.

Podstawą Planu Marshalla były celowe i bezpośrednie dotacje finansowe przeznaczone na odbudowę przemysłu, w szczególności zaś jego ciężkich gałęzi, wówczas słusznie uważanych za koło zamachowe gospodarki. Tym dotacjom, które przez 4-letni okres funkcjonowania planu wyniosły według dzisiejszego przelicznika ponad 100 mld dolarów, towarzyszył amerykański import surowców, żywności i środków produkcji. Środki z waszyngtońskich funduszy rządowych przyczyniły się pośrednio do znacznego ustabilizowania zachodnioeuropejskich finansów i wzrostu wydajności pracy. Niektórzy współcześni publicyści, jak chociażby Noam Chomsky, dość niesłusznie identyfikują klasyczny Plan Marshalla, działający do 1952 r., z nowoczesnymi funduszami „pomocowymi” Międzynarodowego Funduszu Walutowego, funkcjonującymi w globalnej ekonomii od połowy lat 80. XX wieku. O ile bowiem Plan Marshalla w ogóle nie stawiał krajom-beneficjentom warunków prywatyzacji przedsiębiorstw, komercjalizacji usług publicznych i ograniczenia świadczeń socjalnych, o tyle wszelkie „reformy” zalecane obecnie przez MFW w duchu neoliberalnego Konsensusu Waszyngtońskiego z 1989 r. opierają się na wyraźnym osłabieniu sektora gospodarki państwowej i polityki społecznej na rzecz prywatnych przedsiębiorstw i wielkich korporacji.

Wydaje się, że przemawiający w Brukseli Komorowski popełnia ten sam błąd, co Noam Chomsky, wiążąc własną wizję Planu Marshalla z kwestią rytualnych już wezwań do reform, jakich wymaga MFW od krajów biorących udział w jego programach pomocowych. Mylenie tych dwóch rzeczy ma w swojej istocie bardzo negatywne konsekwencje dla Ukrainy.

Wyliczenia różnych ekonomistów pokazują, że Kijów potrzebuje w najbliższych latach zastrzyku finansowego w wysokości kilkudziesięciu miliardów dolarów. W polskich mediach niedługo po obaleniu rządów Wiktora Janukowycza przez rewolucję Euromajdanu lansowano tezę, że nowe władze w Kijowie mają otwartą drogę do uzyskania olbrzymich kredytów ratunkowych MFW. Było to jednak ogromne uproszczenie i w istocie – żadna sensacja. Od momentu uzyskania niepodległości w 1991 r. Ukraina już dziewięciokrotnie była odbiorcą pomocy finansowej MFW. Pomoc ta kilkakrotnie była przekazywana podczas rządów Leonida Krawczuka i Leonida Kuczmy, raz za czasów Wiktora Juszczenki i dwukrotnie w okresie prezydentury Janukowycza (w latach 2010 i 2014). Z kolei w momencie wybuchu kryzysu związanego z zamiarem ratyfikowania przez Kijów umowy stowarzyszeniowej z UE, rząd ówczesnego premiera Nikołaja Azarowa bezskutecznie próbował uzyskać pomoc finansową z Brukseli na wspólne projekty inwestycyjne, wynoszącą około 20 mld dolarów. Nowym władzom udało się uzyskać od MFW kolejny kredyt w wysokości 17,5 mld dol., rozłożony na cztery roczne transze (Dane za: kmu.gov.ua)

Jednak za każdym razem, gdy pomoc MFW była przekazywana Ukrainie, dochodziło do wzrostu poziomu ubóstwa tamtejszego społeczeństwa. Widoczne były takie procesy, jak ograniczenie dynamiki płac sektora publicznego, cięcia w zatrudnieniu w sferze budżetowej, brak waloryzacji rent i emerytur. Obecne zalecenia MFW nakłaniają Ukraińców do obniżenia poziomu subsydiowania energii oraz wydłużenia wieku emerytalnego do 65 lat. Już teraz prawie połowa z kilkunastu milionów emerytów otrzymuje najniższe świadczenia, co przy inflacji będzie wpływać na dalszy wzrost poziomu biedy. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę takie czynniki, jak wyniszczająca kraj wojna, na której ukraińska gospodarka traci około 10 mln dol. dziennie oraz związany zawsze z działaniami zbrojnymi masowy przyrost osób potrzebujących pomocy socjalnej, rencistów i przewlekle chorych. Jeśli właśnie tak miałyby wyglądać w oczach prezydenta Komorowskiego reformy „nowego Planu Marshalla”, to można tylko złapać się za głowę…

Zupełnie też nie można zrozumieć, jakie bezpośrednie korzyści dla Ukrainy ma przynieść wymieniona przez prezydenta jednym tchem z ideą „nowego Planu Marshalla” umowa handlowa pomiędzy UE i USA (TTIP), budująca transatlantycką przestrzeń gospodarczą. Wiadomo, że w najbliższej przyszłości pełne członkostwo Ukrainy w UE nie będzie możliwe. Układ stowarzyszeniowy Kijowa z Unią wiąże się oczywiście z wieloma udogodnieniami, jak np. możliwością korzystania z funduszy unijnych, jednak dla samej wspólnoty europejskiej kraj stowarzyszony z UE wciąż posiada status państwa trzeciego i zewnętrznego, który nie jest objęty wieloma mechanizmami finansowymi i gospodarczymi właściwymi dla 28 państw członkowskich.

Reasumując, „nowy Plan Marshalla” dla Ukrainy miałby sens tylko wtedy, gdyby – podobnie jak jego klasyczny poprzednik z połowy XX wieku – oznaczał połączenie celowych dotacji finansowych przekazywanych silnemu rządowi na odbudowę zniszczonego przez działania wojenne potencjału przemysłowego na wschodzie kraju (oczywiście, po odzyskaniu przez Kijów kontroli nad obszarami objętymi wojną), szeroko zakrojoną pomoc humanitarną dla ubożejącej ludności i inwalidów wojennych, preferencyjny import surowców energetycznych i finansowe wsparcie dla reanimacji projektu przedłużenia ropociągu Odessa-Brody do Gdańska lub Kłajpedy (które amortyzowałoby wzrost cen energii, szczególnie dla gospodarstw domowych). Należałoby też pomyśleć o stworzeniu dogodnych warunków dla ukraińskich przedsiębiorstw na rynkach UE, które w wyniku ochłodzenia relacji rosyjsko-unijnych mogłyby zastąpić tam firmy z kapitałem rosyjskim. Władze w Kijowie należałoby zaś zachęcać do wzmocnienia państwowej własności w różnych sferach gospodarki i procesów renacjonalizacyjnych, obejmujących mienie oligarchów, trochę na wzór działań prowadzonych przez administrację François Mitteranda we Francji w latach 80., której udało się przywrócić kontrolę państwa nad wieloma strategicznymi gałęziami gospodarki.

Pytanie, czy polskie i europejskie elity stać byłoby na taką pomoc dla Ukrainy, pozostaje jednak w świetle deklaracji wypowiadanych przez naszych polityków czysto retoryczne.

Polskie Nabrania

Polskie Nabrania

polskie-nabrania

W czwartek 29 stycznia br. pojawiła się informacja, że szefowie Ministerstwa Kultury i Ministerstwa Skarbu Państwa poprzez syndyka masy upadłościowej sprzedali Polskie Nagrania. W stan upadłości zostały one postawione w 2013 r. Syndyk trzykrotnie wystawiał tę firmę fonograficzną na sprzedaż. Przy trzecim podejściu znalazł kupca – jest nim amerykański koncern Warner Music Poland. Polskie Nagrania sprzedano za 8,1 mln zł. Prawie 35 tys. nagrań z dorobku polskiej kultury muzycznej wpadło w ręce amerykańskiej korporacji.  Nie chcę płacić tantiem Warner Music Poland za możliwość słuchania polskiej muzyki. Warto w tym miejscu wspomnieć, że gdy powołano spółkę Warner Music Poland, jej kapitał zakładowy w dniu rejestracji, 9 lipca 2001 r., wynosił zaledwie 50 tys. zł.

Przypomnę, że po upaństwowieniu firmy „Muza” w 1947 r. Polskie Nagrania (do 1956 r. występowały pod szyldem „Muza – Polskie Nagrania”) przejęły dorobek fonograficzny muzyki  rozrywkowej, jazzu i klasyki. Później był on sukcesywnie rozwijany przez dekady. Firma Warner musiałaby wydać kilkaset razy więcej niż te 8,1 miliona złotych, aby zatrudnić tyle orkiestr, solistów, zarejestrować setki pozycji z klasyki muzycznej itp. Teraz te unikatowe i bezcenne zabytki, dziedzictwo polskiej kultury, zostały sprzedane za grosze.

Wiele podmiotów państwowych, o niejasnym statusie, „chroni” dziedzictwo pod szyldem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na przykład wydawnictwo NInA otrzymuje z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego wielomilionowe dotacje, a dyrektor festiwalu teatralnego Malta w Poznaniu wydaje rocznie 12 mln zł. Wystarczyłoby zatem na rok zrezygnować z tej ostatniej imprezy, żeby całą płytotekę Polskich Nagrań przekazać we właściwe ręce. Czy naprawdę ministra nie stać na taką kwotę, żeby bogate zasoby Polskich Nagrań chronić jako dobra kultury narodowej i przekazać pod kuratelę np. Biblioteki Narodowej lub Biblioteki Raczyńskich? W USA Biblioteka Kongresu pełni właśnie taką rolę, jaką powinna pełnić Biblioteka Narodowa. Tam zbiory bankrutujących firm fonograficznych czy wytwórni filmowych przejmuje się i z pietyzmem przechowuje.

Najróżniejsze są wersje sprzedaży Polskich Nagrań. Podobno pierwsze symptomy problemów pojawiły się, gdy spadkobiercy Anny German i grupy Alibabki zaczęli się domagać od wytwórni spłaty zaległości za tzw. tantiemy wykonawcze. Czy pozew krewnych mógł doprowadzić do upadku firmy? Teraz, gdy przedstawiciele mediów w zasadzie tylko prawicowych wszczęli larum, odzywają się głosy, że zaspaliśmy. Sprawę z premedytacją wyciszono i trudno było rozpoznać, co dzieje się w tym procesie likwidacyjno-sprzedawczym. Nikt nie wyjaśnił, skąd wzięła się tak niska cena sprzedaży Polskich Nagrań. Nie znamy nazwiska biegłego(-ych). Czy transakcji przyjrzały się ABW, CBŚ, NIK i inne instytucje? Symulacje ekspertów biznesowych wykazały, że w ciągu pół roku z samych tylko licencji Warner Music Poland odzyska wydane pieniądze, a później inwestycja będzie przynosić czysty zysk. Na tych licencjach mogłaby zarabiać instytucja publiczna, np. Biblioteka Narodowa, zdobywając w ten sposób pieniądze na inną działalność. W tej chwili zyski przejmuje Warner.

Taśmy z muzyką mają trafić do Narodowego Archiwum Cyfrowego – taką klauzulę zawarto w umowie sprzedaży. Zostaną zarchiwizowane w wersjach cyfrowych za pieniądze nasze, podatników. Warner Music Poland zostaje z olbrzymim katalogiem praw majątkowych, które może do końca swego istnienia sprzedawać tym, którzy będą chcieli muzykę rozpowszechniać. Jakoś nie podejrzewam Warnera choćby o chęć samodzielnej reedycji kronik konkursów chopinowskich.

Może jest „po ptakach”, ale niech przed wyborami obywatele wiedzą, za jakich rządów dokonano tej sprzedaży. Niech Polacy wiedzą, co jest grane z dobrami narodowymi. Oczywiście na ich zakup przez Skarb Państwa nie znaleziono pieniędzy! Wiekopomną rodzimą twórczość trzeba będzie w przyszłości najpierw odkupić – za cenę zapewne o wiele wyższą – żeby później można ją było popularyzować.

Wokalistka Elżbieta Wojnowska, nagrywająca dla Polskich Nagrań, zapytała:  Jakim prawem? Jaki sąd  handlował moimi i innych artystów licencjami, do których tylko my mamy prawa, bo Polskie Nagrania dawno je straciły. Płacono nam psie pieniądze za te nagrania. Przehandlują wszystko! Nas już też przehandlowali.

Natomiast muzyk Paweł Kukiz dodał: Warner Music Poland może teraz zrobić z zasobem archiwalnym, co chce… Na przykład niczego nie wydawać. Nie mam wątpliwości, że fonoteka Polskich Nagrań to nasz skarb narodowy, więc  również w tym przypadku mamy do czynienia z wygaszaniem Polski. Sprzedano za 8,1 mln zł, bo pewnie wydały się Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego „nierentowne”. Na nowo powstające obiekty kulturalne w Łodzi i Wrocławiu  znalazły się pieniądze – ok. 800 mln zł!

Wielu publicystów i obserwatorów  polskiego życia muzycznego skomentowało sprzedaż Polskich Nagrań jednym słowem: „niepojęte”. Rodzi się pytanie, gdzie byli animatorzy kultury, pracownicy ministerstw i ustawowi stróże spuścizny narodowej. Dlaczego nie bili na alarm i dlaczego nikt nie powołał stosownej fundacji, która mogłaby te prawa przejąć i w należyty sposób zagospodarować?

Wiele osób odnosi  wrażenie, że była to zwykła „ustawka”, gdyż ktokolwiek spoza układu musiałby zapłacić o wiele więcej. Zadawane jest też pytanie: czy istnieją podstawy prawne do unieważnienia transakcji? Raczej nie. Co dalej? Pozostaje zatem oddolny ruch con amore i protesty w portalach społecznościowych.

Wysłałem do wokalistów i zespołów tekst: „Pokaż(-my), że stać Ciebie i innych na więcej! Masz swój kamyczek w kilkudziesięcioletnim wielkim graniu Polskich Nagrań, dlatego już dzisiaj proszę na koncert dla sprzedanych niesprzedajnych, KONCERT-PROTEST skazanych na milczenie, nieobecność, zapomnienie. Zagrajmy, zaśpiewajmy (bez honorarium) na przekór słowom piosenki Pawła Kukiza »Bo tutaj jest, jak jest, na pewno i każdy o tym wie…«. Nie godzimy się na to »jak jest«”, dlatego zagrajmy i będziemy grali najdłuższy koncert, wart 8,1 mln zł – »zanim zarysuje płyty cisza…«”.