Alexis Tsipras – zdrajca czy bohater?

Alexis Tsipras – zdrajca czy bohater?

Przepraszamy wszystkich marksistów świata za to, że Grecja odmówiła popełnienia rytualnego samobójstwa dla dobra sprawy. Musieliście bardzo cierpieć na swoich kanapach.

O europejskim czy nawet światowym pejzażu politycznym bardzo wiele mówi fakt, że wszystkie marzenia o socjalizmie zostały złożone na barkach młodego premiera małego kraju. Pojawiła się żarliwa, irracjonalna, niemal ewangeliczna wiara w to, że malutki kraj, tonący w długach i rozpaczliwie potrzebujący płynności finansowej, w jakiś magiczny sposób (którego nikt oczywiście nie jest w stanie sprecyzować) pokona globalny kapitalizm, uzbrojony jedynie w kamienie i patyki.

Gdy okazało się, że do tego nie dojdzie, zaczęło się odwracanie plecami. „Tsipras skapitulował”. „Zdrajca”. Złożoność międzynarodowej polityki została sprowadzona do hashtaga, który szybko zmienił się z #módlmysięzatsiprasa na #tsiprasmusiodejść. Świat domagał się kulminacji, wielkiego finału, hollywoodzkiego rozwiązania. Wszystko poza walką do ostatniej kropli krwi było nieakceptowalnym tchórzostwem.

Bardzo łatwo jest zachować ideologiczną czystość, jeśli nie ryzykujemy niczym – nie doświadczamy braku podstawowych produktów, klęski spójności społecznej, groźby wojny domowej, nie ryzykujemy życiem. Jak łatwo jest żądać zawarcia umowy, której z całą pewnością nie zaakceptowałby żaden kraj członkowski strefy euro. Jak łatwo jest podejmować odważne decyzje, gdy sam nie nadstawiasz karku, gdy nie odliczasz, tak jak ja, ostatnich dwudziestu czterech dawek leku, który zapobiega atakom choroby twojej matki.

Dwadzieścia dawek. Czternaście.

Osobliwą właściwością patologicznych krytyków jest skupianie się jedynie na tym, co zostało stracone, zamiast na tym, co zyskano. Taka mentalność powoduje również, że ta mała część każdego społeczeństwa, która wygląda swojej idealnej Socjalistycznej Utopii, równocześnie na wszystkie możliwe sposoby unika płacenia podatków.

Sam koncept „zdrady” Tsiprasa bazuje w dużej mierze na cynicznej nadinterpretacji wyników zeszłotygodniowego referendum. „OXI”, jak wmawiają nam krytycy, oznaczało „nie” dla jakiejkolwiek formy umowy, upoważniało do wdrożenia chaotycznego Grexitu. Nic z tych rzeczy. We wszystkich przemówieniach Tsipras podkreślał, że potrzebuje silnego „OXI”, by użyć go jako dźwigni, która umożliwi osiągnięcie lepszego rezultatu w negocjacjach. Czyżbyście to przeoczyli? Możecie oczywiście uważać, że nie osiągnął lepszego układu – i tu być może macie rację – ale sugerowanie, że referendum oznaczało upoważnienie dla Grexitu, jest wyjątkowo obłudne. A co z 38%, które zagłosowały „NAI”? Czy ich Tsipras nie reprezentuje?

Nie lękajcie się. Umowa tak czy siak może okazać się niewykonalna lub nie przejść przez grecki parlament. Syriza może wewnętrznie eksplodować, a Grexit zostać wymuszony przez tych, którzy od lat starają się do niego doprowadzić. Wtedy zobaczymy, jak wygląda wasze lepsze rozwiązanie.

Dwanaście dawek. Dziesięć.

Porozumienie, które osiągnął Tsipras (czy raczej to z niego, co do nas dociera) po 17-godzinnych negocjacjach, jest o wiele gorsze, niż mogliśmy sobie wyobrażać. Jest też o wiele lepsze, niż mogliśmy mieć nadzieję. Zależy to po prostu od tego, czy skupimy się na zyskach, czy na stratach. Stratą jest potworny pakiet cięć i oszczędności. Pakiet, o którym każdy, kto rozumie cokolwiek z polityki, wiedział, że i tak nadejdzie. Jedyna różnica polega na tym, że usłużny rząd, jakich mieliśmy wiele wcześniej, przyjąłby go bez walki o odszkodowania.

To, co udało się zyskać, to o wiele więcej pieniędzy, niż wcześniej mogliśmy sobie wyobrażać, na sfinansowanie średniookresowych celów i umożliwienie rządowi wprowadzenia jego programu, znaczący pakiet stymulacyjny, uwolnienie funduszy z Europejskiego Instrumentu Stabilności Finansowej (czego do tej pory odmawiano „dobremu rządowi” Samarasa) i zgoda na restrukturyzację długu poprzez transfer zobowiązań z MFW i EBC do Europejskiego Mechanizmu Stabilności. Ale to przecież nic, krzyczą krzykacze. Michael Gelantalis, analityk greckich mediów publicznych Ellinikí Radiofonía Tileórasi, szacuje, że tylko ostatni z punktów oznacza od ośmiu do dziesięciu miliardów euro odsetek mniej każdego roku. To mnóstwo pieniędzy.

Przez ostatnie kilka godzin usłyszałem, że Grecja „musi dokonać #Grexitu TERAZ”; że mamy „doskonały klimat i z łatwością osiągniemy samowystarczalność”; że powinniśmy „przyjąć bitcoin i stosować crowdfunding, żeby obejść monetaryzm”; że „USA przyślą nam lekarstwa”. Żadna z tych osób, oczywiście, nie sugeruje, że to powinno się zdarzyć w ich kraju. Tylko w Grecji, żeby mogli zobaczyć, co z tego wyjdzie. Większość z nich żyje w krajach rządzonych przez centrowe gabinety, które popierają politykę cięć i oszczędności, ale gwarantują stałą liczbę najnowszych iPadów w sklepach. Każdy z tych krajów zaś, bez wyjątku, z nożem na gardle wynegocjowałby lepszą umowę, byłby odważniejszy.

Moje pytanie do krytyków brzmi: jakie bitwy toczycie obecnie w swoim kraju, mieście, wsi? O jak wysokie stawki? Czy przypadkiem nie jesteście podobni twardogłowym ideologom cięć i oszczędności, którzy chcą eksperymentować na „zabawkowym kraju”, nażyciu milionów ludzi, żeby zobaczyć co się stanie?

Osiem dawek. Pięć.

Porażka Grecji, jeśli patrzymy na nią jak na bitwę w Helmowym Jarze, jest monumentalna i beznadziejna. To chwila, w której już „wszystko stracone”. Jeśli patrzymy na nią jak na potyczkę inicjującą o wiele większą wojnę, jest ogromnie cennym doświadczeniem. Wróg został wyciągnięty na otwartą przestrzeń, pokazał swoją siłę i słabości. Dostarczył informacji innym, Hiszpanom, Portugalczykom i Włochom, którzy upewnią się, że są lepiej przygotowani do walki. W tej bitwie walczyliśmy odważnie. I mądrze, bo Grecja przeżyje, żeby móc walczyć dalej.

Wybraliśmy dobrego, uczciwego i odważnego człowieka, który walczył jak lew przeciw niewyobrażalnie potężnym siłom i interesom. Wynik może nie jest takim męczeństwem, na jakie liczyliście. Ale na chwilę obecną wystarczy.

Alex Andreou

tłum. Mateusz Trzeciak

Zabójcze oszczędności

Sporą naiwnością byłoby widzieć Greków wyłącznie w roli ofiary dramatu. Dlatego, obserwując jednostronne przedstawianie kryzysu greckiego w polskich mediach, dobrze byłoby nie popadać w drugą skrajność i nie tworzyć teorii, według których Bogu ducha winni Grecy zostali znienacka zaatakowani przez bezwzględną Trojkę. Nie ulega wątpliwości, że swoim beztroskim postępowaniem wyraźnie przyczynili się do załamania gospodarki, choć oczywiście nie był to jedyny powód kryzysu. Obecnie głównym problemem jest jednak to, że lekarstwo serwowane przez Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy okazało się gorsze od samej choroby.

Co ciekawe i co wiele mówi o poziomie polskiej debaty publicznej, najczęściej przywoływane przez naszych komentatorów przewinienia Greków są, delikatnie mówiąc, dość wątpliwe. Słynna grecka rozrzutność i wydatki na „rozbuchany socjal” na tle danych makroekonomicznych nie wyglądają już tak jednoznacznie. W 2007 roku (czyli ostatnim przed tamtejszą recesją) ogólne wydatki sektora finansów publicznych wyniosły tam 46,9 proc. PKB, więc nie odstawały wcale od reszty strefy euro, w której wskaźnik ten przeciętnie oscylował na poziomie 45,2 proc. Szczodrość sektora publicznego była w tym okresie dużo większa chociażby we Francji (52,2 proc. PKB) czy Austrii (49,1 proc.), nie mówiąc już o Szwecji czy Danii, które do strefy euro nie należą. Jak widać, nawet wyższy od greckiego poziom wydatków publicznych nie musi prowadzić do katastrofy, a w niektórych krajach północnej Europy jest wręcz fundamentem trwałego rozwoju. Oczywiście te same pieniądze można wydawać rozsądnie lub bezmyślnie – i zapewne na miejscu byłby postulat bardziej skutecznego pożytkowania środków publicznych przez Greków. Jednak polityka oparta na takim postulacie miałaby zupełnie inny charakter niż strategia, którą podpowiadają Grekom zachodnie instytucje, czyli „zaciskanie pasa”.

Kolejnym często przywoływanym zarzutem wobec Greków jest ich rzekome lenistwo. To zarzut bez mała zdumiewający z uwagi na fakt, że Grecy są narodem pracującym niemal najwięcej na świecie. Przeciętny Grek przepracowuje aż 2042 godziny w roku, co daje drugie miejsce wśród krajów OECD. Przy tym wyniku praca statystycznego Niemca wygląda wręcz mizernie (1371 godzin). Oczywiście ktoś mógłby stwierdzić, całkiem słusznie zresztą, że sama liczba godzin pracy niewiele mówi o jej efektach. Jest w tym sporo prawdy – można przecież przesiedzieć w pracy cały dzień i nic w tym czasie nie zrobić. Jednak uznanie za szczególnie leniwego takiego narodu, który pracuje prawie najdłużej spośród państw rozwiniętych, po prostu nie ma sensu. Żeby zupełnie zaprzepaścić taką liczbę godzin pracy, całe społeczeństwo musiałoby permanentnie bimbać, a chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna, że w gospodarce rynkowej, opierającej się w przeważającej mierze na nastawionych na zysk prywatnych firmach, mogłoby uchować się społeczeństwo złożone prawie w całości z nałogowych bumelantów. Grecy nie są rzecz jasna herosami pracy, jednak nazywanie ich leniwymi jest absurdalne.

Słaba efektywność pracy jest bez wątpienia jednym z dwóch głównych zarzutów, które można postawić Grekom. W 2008 r. produktywność grecka wynosiła 22,2 euro na godzinę, czym zdecydowanie odstawała od przeciętnej wartości dla strefy euro (35,9). Wchodzenie do jednego obszaru walutowego przy tak ogromnych różnicach w produktywności jest bardzo niebezpieczne, szczególnie dla kraju, który nie zamierza konkurować niskimi kosztami. Niska efektywność pracy niewątpliwie jest jednym z tych czynników, z powodu których Grecy cierpią najbardziej. Jednak teorie mówiące, że niska wydajność jest wynikiem małego przykładania się do pracy, są zupełnie oderwane od rzeczywistości. We współczesnym świecie za wydajność odpowiada przede wszystkim poziom technologiczny przedsiębiorstw, a nie podejście do pracy. Doskonale powinni wiedzieć o tym Polacy, którzy doświadczają tego podczas wyjazdów do pracy za granicę. Wystarczy posłuchać opowieści naszych emigrantów o Norwegach potrafiących pół dnia malować jedną ścianę, którą Polak ku zdumieniu miejscowych pomaluje lepiej w godzinę, albo o Francuzach, pracujących niczym w zwolnionym tempie, w piątki wychodzących o 12, a do obiadu w pracy pijących wino. A mimo to zarówno Norwedzy jak i Francuzi produktywnością biją nas na głowę – po prostu dzięki wysoko rozwiniętym przedsiębiorstwom i zaawansowanej organizacji pracy nie muszą wypruwać sobie żył. Za niską efektywność odpowiada więc zacofanie technologiczne firm, a nie lenistwo. A wyjściem z takiej sytuacji jest skok technologiczny i wzrost innowacyjności, a nie dokręcanie ludziom śruby.

Drugim zarzutem, który należy postawić Grecji, jest niska dyscyplina podatkowa. Unikanie podatków stało się tam wręcz sportem narodowym, na co jednym z dowodów jest tamtejsza eksplozja samozatrudnienia. Grecja stała się wręcz europejskim zagłębiem osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. W UE pod tym względem jest zupełnie bezkonkurencyjna – według OECD aż 37 proc. tamtejszej siły roboczej to samozatrudnieni. Drugie w kolejności Włochy mają ten wskaźnik na poziomie aż 12 pkt. proc. mniejszym. Nawiasem mówiąc, w czołówce są głównie kryzysowe kraje grupy PIGS oraz… Polska. Oczywiście taka forma działalności zarobkowej jest w tym kraju – tak jak i nad Wisłą – po prostu sposobem na płacenie niższych podatków, co w komplecie z innymi „pomysłowymi” rozwiązaniami optymalizacyjnymi doprowadziło do bardzo dużej dziury w finansach publicznych. O ile w wydatkach tego sektora Grecja trochę przewyższała średnią strefy euro, to w jego dochodach jest wyraźnie poniżej. Ogólne dochody sektora finansów publicznych w ostatnim, przedkryzysowym roku (2007) wyniosły tylko 40,2 proc. PKB przy średniej dla eurozony wynoszącej 44,7 proc. Jeśli ktoś chce mieć rozbudowany system świadczeń socjalnych oraz zabezpieczenia społecznego taki jak na zachodzie UE, to nie może mieć dochodów publicznych na poziomie krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Porządne państwo dobrobytu wymaga dyscypliny podatkowej, której na Peloponezie nie było. Musiało się to skończyć wysokim długiem publicznym, który przed rozpoczęciem akcji „ratunkowej” wynosił, bagatela, ok. 120 proc. PKB. Jest to zresztą zjawisko idące pod prąd dominującej wykładni wolnorynkowej, która wiedzie prym w krytyce Grecji. Widać przecież, że Grecy cierpią nie z powodu lenistwa, lecz z powodu swojej… przedsiębiorczości (masowe zakładanie firm) oraz dzięki wychwalanej w Polsce „zaradności” (optymalizacja podatkowa). Jeszcze bardziej zdumiewa, że ta krytyka Greków tak dobrze przyjęła się w Polsce, chociaż pod względem obu cech bardzo Greków przypominamy.

Problemy były więc głównie dwa – niska produktywność oraz wysoki dług publiczny w stosunku do PKB. Relację zadłużenia do PKB najprościej można zmniejszyć poprzez zwiększenie produktu krajowego. Natomiast zwiększenia wydajności można dokonać głównie dzięki skokowi technologicznemu. Spełnienie obu celów wymaga sporych wydatków – wzrost PKB wymaga zarówno inwestycji, jak i konsumpcji, natomiast rozwój technologiczny głównie nakładów na inwestycje (ale za to ogromnych). Nie da się zwiększyć PKB dławiąc popyt wewnętrzny. Nie da się dokonać skoku technologicznego drastycznie obcinając wydatki. To po prostu niemożliwe. Tymczasem dokładnie taką strategię Trojka narzuciła Grecji. Wyjściem Grecji z opisanego dołka miało być „zaciskanie pasa” na wszelkich możliwych polach – od popytu prywatnego (zmniejszanie płacy minimalnej, zwolnienia i obniżki płac w jednostkach publicznych, cięcia emerytur) do sektora publicznego (cięcia jego wydatków). Siłą rzeczy musiało to doprowadzić do pogłębienia lub przynajmniej utrwalenia jej problemów. PKB nie ma prawa rosnąć, gdy konsumpcja wewnętrzna drastycznie spada. Żaden przedsiębiorca nie zaryzykuje nakładów na inwestycje w lepszy i bardziej wydajny sprzęt, gdy nie ma najmniejszej nawet pewności, czy sprzeda swoje towary lub usługi, a nawet ma pewność, że ich nie sprzeda. To wydaje się oczywiste, jednak biurokraci z UE i MFW z jakiegoś tajemniczego powodu twierdzili inaczej. Konsekwencje tego były, jak przystało na Grecję, iście dramatyczne.

Polityka „austerity” narzucona Grecji przez Trojkę, która miała przykładnie zacisnąć pas na jej cherlawym ciele, doprowadziła przede wszystkim do załamania PKB. W latach poprzedzających „pomoc” Trojki dla Grecji recesja była jeszcze umiarkowana – w roku 2008 wyniosła -0,8 proc. PKB, a w 2009 -4,4 proc. (w tym roku recesja np. w Estonii wyniosła -14,7 proc.). Od czasu, gdy Trojka zaczęła wdrażać „pakiety pomocowe”, recesja skoczyła dwukrotnie – w 2011 wyniosła -8,9 proc., a w 2012 r. -6,6. „Odchudzanie” sektora publicznego sprowadzało się do fali zwolnień, przez co bezrobocie skoczyło do ponad 25 proc., a odzyskiwanie konkurencyjności oparło się głównie na cięciach wynagrodzeń (np. obniżka płacy minimalnej), co skończyło się tym, ze w ostatnich latach płace realne w Grecji spadały o 5 proc. rocznie. Jak w takich warunkach budować prawdziwą  konkurencyjność (technologiczną), nie do końca wiadomo. Nic więc dziwnego, że główny problem Grecji, czyli niska wydajność, jeszcze się pogłębił – produktywność spadła z 22,2 euro na godzinę w 2008 r. do 20,2 euro w roku 2013. Inaczej mówiąc, strategia Trojki, która powinna w pierwszej kolejności zadbać o wzrost greckiej produktywności, doprowadziła do jej spadku. Rzekomi Samarytanie z KE, EBC i MFW, zamiast wyciągnąć Grecję za uszy z jej kłopotów, jeszcze ją dobili. Co najlepsze, zrobili to przeznaczając na ten cel setki miliardów euro.

Od 2010 r. PKB Grecji spadł o 25 proc. W takiej sytuacji nie da się zmniejszać problemu długu publicznego. Nawet gdy wartość długu się zmniejsza, to szybko spadający produkt krajowy powoduje, że relacja zadłużenia do PKB rośnie, a więc staje się on coraz trudniejszy do obsługi. Nic więc dziwnego, że wszystkie pakiety pomocowe skończyły się tym, że dług publiczny Grecji z ok. 120 proc. PKB wywindowano w błyskawicznym tempie do poziomu niemal 180 proc. PKB. Spadek produktu krajowego drastycznie wpłynął także na pozostałe wskaźniki. Pomimo poczynienia wielkich oszczędności, wydatki sektora finansów publicznych w stosunku do produktu krajowego wzrosły aż do 60 proc. PKB w 2013 r., a więc skoczyły aż o kilkanaście punktów procentowych. Co najgorsze, terapia wstrząsowa zafundowana Grekom nie przyniosła nawet specjalnych widoków na poprawę. W 2014 r. „wzrost” PKB wyniósł marne 0,8 proc., chociaż po tak wielkich spadkach baza początkowa była na bardzo niskim poziomie – z reguły po bardzo głębokiej recesji odbicie wynosi czasem nawet kilkanaście procent, więc ten niecały jeden trudno nawet nazwać wzrostem.

Setki miliardów euro publicznych środków z tytułu „pakietów pomocowych” trafiły w przeważającej części do prywatnych wierzycieli Grecji, czyli głównie do banków zachodniej Europy. Ogromna publiczna pomoc przyniosła więc uspokojenie sektorowi finansowemu, jednak problem Grecji nie tylko pozostał, ale jeszcze się pogłębił. Tymczasem można było to przeprowadzić inaczej – długów wcale nie trzeba było umarzać, ale jedynie prolongować ich spłatę na dostatecznie długi okres. A pomoc dla Grecji, i to nawet mniejszej wysokości, skierować do realnej gospodarki (np. w postaci specjalnego funduszu unijnego), przeznaczając ją na nakłady inwestycyjne, by wzrosła wydajność greckich przedsiębiorstw. Uzyskana dzięki temu wartość dodana mogłaby zostać przeznaczona na spłatę zadłużenia, a nabyte bardziej efektywne środki produkcji zostałyby Grekom na lata. Oczywiście nie byłoby pewności, że to zadziała. Ale po pierwsze byłoby taniej, a po drugie UE mogłaby powiedzieć, że cokolwiek dla Grecji zrobiła. Bo na chwilę obecną tak naprawdę nie pomogła jej w żaden sposób. Tymczasem solidarność, na której podobno oparta jest Zjednoczona Europa, wymaga pomagania także tym, którzy wpadli w kłopoty w wyniku własnych błędów.

Piotr Wójcik

Pieszy też człowiek!

Pieszy też człowiek!

O polskiej infrastrukturze pieszej, nowelizacji kodeksu drogowego i prawach pieszych rozmawiamy z Jackiem Grunt-Mejerem, psychologiem transportu badającym ruch pieszy w Polsce, autorem bloga „Strefa Piesza”.

***

Jest Pan z wykształcenia psychologiem transportu. Czym zajmuje się ta gałąź nauki, co bada?

Jacek Grunt-Mejer: W Polsce psychologia transportu kojarzy się przede wszystkim z licznymi studiami podyplomowymi, które przygotowują psychologów do prowadzenia badań kandydatów na kierowców zawodowych. W związku z tym przyjęło się, że psycholog transportu to ten, który orzeka, czy osoba nadaje się do pracy jako kierowca. Natomiast za granicą ta gałąź jest wyraźnie większa, psychologia transportu to właściwie wszystkie możliwe aspekty zachowania człowieka w kontekście przemieszczania się, jest to więc dziedzina w dużym stopniu interdyscyplinarna. Bardzo rozbudowane są działy zajmujące się ergonomią, właściwym projektowaniem przestrzeni z uwzględnieniem psychofizycznych możliwości człowieka. Współpracuje się z projektantami, urbanistami, inżynierami, bada się zachowania ludzi w transporcie lotniczym, morskim czy kolejowym. Oczywiście ważne są zachowania kierowców niezawodowych i pasażerów. Bardzo dużo uwagi poświęca się też pieszym i rowerzystom, którzy w Polsce są niemal niezauważeni przez ten dział nauki.

Prowadzi Pan bloga „Strefa piesza”, w którym opisuje Pan zmiany prawne w przepisach ruchu drogowego, sytuację pieszych i konkretne pomysły na polepszenie ich/naszej codzienności. Dlaczego zajął się Pan problemami i sytuacją pieszych?

J. G.-M.: Powodów było kilka – po pierwsze zacząłem zauważać, że poruszanie się pieszo w Polsce było często nieprzyjemne i niewygodne. Jakość infrastruktury pieszej była fatalna – połamane, nierówne, od lat nieremontowane chodniki, na nich kałuże, czasem brak utwardzonej nawierzchni, a więc i błoto, problemy z przekraczaniem jezdni, brak pierwszeństwa na przejściach bez sygnalizacji, długie oczekiwanie na zielone światło przy przejściach z sygnalizacją. Do tego różnego rodzaju szykany: odsuwanie przejść od skrzyżowań, przejścia podziemne, kładki, moda na stawianie płotów, które zagradzały dotychczasowe wygodne skróty, wysokie krawężniki, wąskie chodniki, parkowanie aut na chodnikach, brak odseparowanych od ruchu chodników wzdłuż dróg zamiejskich. Do tego dochodzą takie kwestie jak nieintuicyjność przestrzeni, złe oznakowanie czy brak rozwiązań na czas remontów i budów.

Drugim powodem był brak bezpieczeństwa. Polska jest na niechlubnym końcu listy rankingowej krajów UE pod względem bezpieczeństwa pieszych. W zeszłym roku, w którym udało się osiągnąć nasz najlepszy wynik, zginęło ich w Polsce ponad 1100. Jednak żeby właściwie oddać skalę problemu, podam jeszcze cztery wartości: co piąty śmiertelny wypadek z pieszymi w UE zdarza się w Polsce. Ginie tu około 30 pieszych w przeliczeniu na milion mieszkańców. Średnia unijna to 12 osób na milion, a w najbezpieczniejszych krajach ten wskaźnik wynosi 3. Można powiedzieć, że to tylko liczby i statystyki dotyczące rzadkich zdarzeń – wypadków. Ale to jest także odczuwalne w codziennym życiu. Podobnie częściej zdarzają się sytuacje bliskie wypadkom, które nie mają osobnej kategorii w statystykach policyjnych, ale wpływają na subiektywne poczucie bezpieczeństwa pieszych. Nieustępowanie pierwszeństwa, wyprzedzanie aut, które zatrzymały się, aby przepuścić pieszych, niezatrzymywanie się na zielonej strzałce, trąbienie, powszechne przekraczanie dozwolonej prędkości. Takie zachowanie kierowców wobec pieszych zdarzają się codziennie. Co też znamienne, gdy turyści zagraniczni przyjeżdżający do Polski są pytani w różnych ankietach o to, co się im podobało w Polsce, a co nie, jako „minusy” często wymieniają szalonych kierowców, samochody na chodnikach, trudności z przejściem przez ulicę, zbyt szybką jazdę.

Trzeci powód – 10 lat temu, kiedy zaczynałem się tym tematem bardziej interesować, z pewnym zaskoczeniem zauważyłem, że właściwie nikt się nim nie zajmuje i prawie nikogo on nie interesuje. Piesi nie mieli wtedy żadnej instytucjonalnej reprezentacji, choć od dawna istniało lobby samochodowe i różne stowarzyszenia rowerowe.

A po czwarte, podróżując za granicą zobaczyłem na własne oczy, że poruszanie się pieszo może być przyjemne, komfortowe i bezpieczne, więc zacząłem działać, aby stało się takie i w Polsce.

W Polsce możemy obserwować pewien antagonizm pomiędzy trzema grupami: kierowcami, rowerzystami i pieszymi, często podsycany przez media. Jest on chyba sztuczny, bo wielu z nas prowadzi auta, spora grupa jeździ od czasu do czasu rowerem, a absolutnie każdy jest pieszym – wielu z nas należy więc do dwóch lub trzech z tych grup. Mimo to mamy tendencję do uważania się w ruchu drogowym za przeciwników.

J. G.-M.: Jakość przestrzeni publicznej przeznaczonej dla pieszych i sposób funkcjonowania w niej jest czymś zupełnie innym dla osoby, która w 100 procentach chodzi pieszo, ewentualnie korzysta z komunikacji zbiorowej, a czym innym dla osoby, która przechodzi pieszo z domu na parking do auta, a potem z kolejnego parkingu do pracy czy sklepu. To jest ogromna różnica doświadczeń i postrzegania problemu. Żeby to pokazać, zrobię małą dygresję – gdy po posiedzeniu podkomisji sejmowej dotyczącej „propieszych” zmian w ustawie Prawo o Ruchu Drogowym podszedłem do posła, który w trakcie spotkania stawiał ogromny opór zmianom, i spytałem, dlaczego uważa, że to zły pomysł, ten ze zdziwieniem stwierdził: „Ale jak to? Jak będę jechał autem, to będę musiał jeszcze obserwować chodniki?”. Osoba, która większość czasu w trakcie przemieszczania się spędza w samochodzie, nie widzi siebie jako osoby pieszej – widzi siebie jako osobę za kółkiem i z tej perspektywy postrzega proponowane zmiany.

Jeśli przyjrzeć się problemowi dokładniej, to widać więcej aspektów dyskryminacji poruszania się pieszo. Bycie pieszym to często wybór. Jeśli komuś takie traktowanie nie odpowiada, to zmienia sposób poruszania się. Jest to dla dużej części osób łatwe. Trudne jest dla osób małoletnich, które nie mają prawa jazdy, które mogą się bać poruszać rowerem po mieście, trudne jest też dla osób starszych, które mogą na przykład niedowidzieć lub mieć inne problemy zdrowotne utrudniające poruszanie się autem lub rowerem. No i teraz możemy odpowiedzieć sobie na proste pytanie – czy dzieci, młodzież i osoby starsze mają duży wpływ na kształt przestrzeni publicznej? Czy łatwo im się zrzeszać, żeby wpłynąć na to, jak ona wygląda i w jaki sposób się z niej korzysta? Raczej nie. Zresztą te osoby mogą myśleć nieco innymi kategoriami – młodzież może postrzegać siebie jako przyszłych kierowców, starsi mogą pomyśleć, że w takim kierunku ewoluuje świat i starać się po prostu jakoś do tego dostosować, korzystając z pomocy rodziny z samochodem czy z taksówek.

Istnieją organizacje, które upominają się o prawa pieszych. Co prawda nie jest to rdzeń ich działalności, ale z pewnością wykonały na rzecz pieszych ogromnie dużo pracy – w Warszawie od dawna zajmuje się tym stowarzyszenie Zielone Mazowsze, które co prawda kojarzone jest głównie z rowerami, ale temat pieszych też bardzo często pojawia się w ich działaniach. Są też starania Fundacji Mama, znana akcja „O mamma mia, tędy wózkiem nie przejadę”, a także akcje Marka Sołtysa, „Szalonego Wózkowicza”, który swoimi akcjami jeżdżenia na elektrycznym wózku między autami po wielopasmowych ulicach zwracał uwagę na trudności niepełnosprawnych w poruszaniu się po mieście. Później pojawiły się koordynowane przez Adama Zająca działania tych stowarzyszeń w ramach Federacji Kółeczkowej, która działa na rzecz powstawania naziemnych przejść dla pieszych oraz likwidowania barier architektonicznych w przestrzeni publicznej i powstała Warszawska Mapa Barier.

Teraz można spytać – skoro jednak ktoś się tym zajmuje, to czemu jest tak źle? Myślę, że można to łatwo wytłumaczyć. Pieszym się nie jest, pieszym się bywa i stosunkowo łatwo jest przestać nim być. Gdy spojrzymy na warszawskie badania ruchu, widać, że w ciągu ostatnich 20 lat liczba podróży pieszych spadła o połowę. Jednocześnie ogromnie wzrosła liczba aut. W tej chwili w Warszawie przypada co najmniej (źródła różnie podają) 550 aut na 1000 mieszkańców. To prawie dwa razy tyle, co w miastach niemieckich. Przyczyny tego stanu rzeczy mogą być złożone. Dla wielu ludzi auto to naturalny rozwój techniki, podnoszenie poziomu życia. Dla części to jedyna możliwa, bezpieczna metoda poruszania się, bo na przykład przy ich osiedlu nie wybudowano chodnika. Jeszcze inni jeżdżą, bo lubią, bo sprawia im to przyjemność. Część postępuje bezrefleksyjnie, po prostu wszyscy dookoła tak robią, więc ja też. Istotna grupa osób to „kierowcy”, czyli osoby, które poruszają się tylko autem. Owszem, podejdą do niego pieszo, ale stanowi to ułamek ich czasu czy dystansu podróży. W tej grupie trudno o zrozumienie potrzeb pieszych, bo cechuje ją brak takich doświadczeń, a nawet rozbieżność interesów. Wiele lat temu byłem świadkiem sytuacji, w której starsza osoba z chodzikiem przechodziła przez przejście dla pieszych. Szła bardzo powoli, więc czerwone światło zostało ją w połowie drogi. I choć są przepisy, które wyraźnie określają, że osoby o widocznej ograniczonej sprawności ruchowej mają pierwszeństwo oraz że pieszy schodzący z przejścia ma pierwszeństwo, to kierowca ruszył, zahamował tuż przy tej Pani i zaczął trąbić. Do dziś pamiętam swoje wzburzenie, przykrość i współczucie, bo ta kobieta zaczęła się nerwowo cofać, choć była już w połowie drogi i miała pierwszeństwo! Co gorsze, za kierownicą auta był kierowca zawodowy.

W jednym z tekstów na blogu napisał Pan „Koszty wygody i szybkości poruszania się w mieście ponoszą piesi”. Jakie zmiany byłyby dla nich najkorzystniejsze? Jak wyglądałoby idealne prawo i miasto przyjazne pieszym? Co należałoby zmienić i jak można tego dokonać?

J. G.-M.: Miasto przyjazne pieszym byłoby miastem, gdzie po prostu wszędzie wygodnie można pójść pieszo. W takim mieście są proste, szerokie, równe i gładkie, ale nie śliskie chodniki. Przez jezdnię przechodzi się po przejściu dla pieszych podniesionym do poziomu chodnika (bez zmiany wysokości). Pieszy zbliżający się do przejścia powinien mieć na nim pierwszeństwo. Jeśli nie ma takiej potrzeby (jak w przypadku zejścia do metra), nie zmusza się pieszych do chodzenia po schodach, nie buduje się przejść podziemnych ani kładek. Pieszy może iść prosto do celu, bo przejścia dla pieszych są na wszystkich ramionach skrzyżowania i nie są od niego odsuwane. Na chodniku nie pojawiają się zaparkowane samochody. Nie stosuje się przycisków na skrzyżowaniach, a jeśli konieczna jest sygnalizacja świetlna, pieszy nie czeka na zielone dłużej niż pół minuty. Poza skrzyżowaniami po wciśnięciu przycisku czeka 5 sekund. Na ulicach osiedlowych tworzy się strefy zamieszkania, a ulice lokalne są lokalne nie tylko z nazwy – ruch na nich jest uspokojony (strefy tempo 30). Gdy pada deszcz, gdy zimą bardzo spada temperatura, fazy zielonego dla pieszych pojawiają się wcześniej. Korzystanie z komunikacji miejskiej jest maksymalnie ułatwione – buduje się przystanki wiedeńskie, nie powstają natomiast zatoki przystankowe, bo potrzeba więcej, a nie mniej przestrzeni dla pieszych, przesiadki są bliskie, czas oczekiwania na nie krótki, wiaty przystankowe są właściwie zaprojektowane i wystarczająco pojemne. Odprowadzanie wody jest dobrze pomyślane – na chodniku i przy przejściach dla pieszych nie tworzą się kałuże. Rowki odprowadzające wodę są wykonane tak, że nie przeszkadzają pieszym (także na wózkach) w przechodzeniu przez jezdnię. Wszystkie te rozwiązania powinny być też estetyczne – materiały powinny być wysokiej jakości, a przestrzeń wokół atrakcyjna (zieleń, pierzeje budynków ze sklepami, usługami). Jak można tego dokonać? Trzeba o to zabiegać, przekonywać do tego władze miast, pisać wnioski o wprowadzanie zmian.

Ostatnie zmiany kodeksu drogowego wprowadzają karanie odebraniem prawa jazdy na 3 miesiące kierowców, którzy o 50 km/h przekroczą prędkość dopuszczalną na obszarze zabudowanym. Projekt nowelizacji był wspólnym przedsięwzięciem trzech resortów: spraw wewnętrznych, sprawiedliwości oraz infrastruktury. Czekają nas również surowe sankcje dla pijaków-recydywistów oraz za przewożenie pasażerów w przepełnionych busach. Jak ocenia Pan te zmiany? Ze strony kierowców można już usłyszeć, że teren zabudowany nie równa się terenowi zabudowanemu i że kary będą zbyt surowe.

J. G.-M.: Przekroczenie prędkości o 50 km/h to nie jest pomyłka czy nieuwaga, to jest rozmyślne lekceważenie przepisów. Jeśli ktoś jedzie ponad 80 km/h w strefie tempo 30, albo 100 km/h na normalnej miejskiej ulicy, gdzie są skrzyżowania, przejścia dla pieszych, to trudno traktować poważnie argumenty o zbyt surowych karach. Oczywiście – jeśli oznakowanie jest mylące, jeśli kierowca jedzie wielopasmową drogą dwujezdniową, gdzie nie ma przejść dla pieszych, nie ma skrzyżowań, to jego zachowanie można wytłumaczyć, ale wtedy należy poprawić oznakowanie takiego odcinka drogi, a nie blokować wprowadzenie przepisów, które powinny dyscyplinować niefrasobliwych kierowców.

Które polskie miasta są najbardziej przyjazne pieszym? I na jakich zagranicznych metropoliach powinniśmy się wzorować?

J. G.-M.: Trudno odpowiedzieć na to pytanie. W większości polskich miast pojawiają się podobne problemy. Czasem wynikają z wieloletnich zaniedbań i braku funduszy, czasem ze złych priorytetów i niewłaściwego projektowania. To, co w naszych miastach jest dobre, najczęściej wynika wprost z zachowania historycznego, przedwojennego układu ulic i zabudowy. Wspaniałe są starówki Krakowa, Wrocławia, Gdańska i wielu innych polskich miast. Ten rodzaj zabudowy daje też szansę na łatwiejszą naprawę, wtedy na ogół wystarczy trochę pozmieniać układ na drodze – zamknąć ulicę dla ruchu i zrobić deptak lub przynajmniej przenieść parkowanie aut z chodników na jezdnię.

Jeśli spojrzeć na zagranicę, to dobrych przykładów jest wiele, niemal w każdym większym mieście coś ciekawego może nas zainspirować. Wiele dobrych rozwiązań wdrożył Wiedeń, ale świetnie też chodzi się po małych włoskich miastach, które jednak mają zupełnie inny charakter. Jako przykład najbardziej pieszego miasta na świecie często podaje się Wenecję, ale to jest bardzo nietypowy układ, trudno traktować go jako materiał do wzorowania się, przede wszystkim ze względu na mnóstwo barier architektonicznych.

Czy może się Pan pokusić o jakieś przewidywania na przyszłość, dotyczące zmian prawnych i transportu? Czeka nas „kultura pieszego” i odwrót od transportu samochodowego czy, wręcz przeciwnie, od transportu kołowego na wielką skalę nie da się już uciec?

J. G.-M.: Prawdopodobnie niedługo czeka nas rewolucja – pierwszy milion kilometrów przejechały już pierwsze, w pełni automatycznie poruszające się samochody. Jeśli takie auta się upowszechnią, to może być wielki skok jakościowy, prawdopodobnie nastąpi ogromny spadek liczby poważnych wypadków. W związku z tym na pewno łatwiej i bezpieczniej będzie poruszać się pieszo czy na rowerze. Nie widzę przyszłości w indywidualnym transporcie samochodowym, jest zbyt terenochłonny. Myślę też, że trochę zmienią się nawyki. Jeśli będę miał cel blisko, powiedzmy do 500 metrów – pójdę pieszo, jeśli do 10 km – pojadę na rowerze, jeśli dalej, skorzystam z komunikacji miejskiej (tańszej), a być może od czasu do czasu użyję (droższego) samochodu automatycznego, może nieco większego auta-taksówki, które w ciągu 5 minut podjedzie na wezwanie smartfonem pod dom i być może będzie w nim już siedziało 5 osób, a po drodze, zanim dojadę do celu, dosiądą się jeszcze 3?

Dziękuję za rozmowę.

3 lipca 2015 r., rozmawiała Magda Komuda.

Apel ekonomistów do Angeli Merkel ws. Grecji

Apel ekonomistów do Angeli Merkel ws. Grecji

Niekończące się cięcia i oszczędności, które Europa narzuca ludowi greckiemu, po prostu nie działają. Grecja właśnie głośno powiedziała „nigdy więcej”. Finansowe żądania postawione przez Europę zmiażdżyły grecką gospodarkę, doprowadziły do masowego bezrobocia i załamania się systemu bankowego oraz sprawiły, że kryzys związany z zewnętrznym zadłużeniem jeszcze się pogłębił, a dług urósł do niespłacalnego poziomu 175 proc. PKB – co zresztą przewidywała większa część świata. Obecnie gospodarka jest w strzępach, wpływy z podatków ostro spadają, produkcja i zatrudnienie leżą odłogiem, a przedsiębiorstwa cierpią na dramatyczny brak kapitału.

Konsekwencje dla obywateli Grecji są ogromne: 40 proc. dzieci żyje obecnie w biedzie, śmiertelność niemowląt mocno wzrasta, a bezrobocie wśród młodych ludzi zbliża się do 50 proc. Korupcja, unikanie podatków i fałszowanie ksiąg księgowych przez poprzednie greckie rządy niewątpliwie przyczyniły się do powstania problemu długu. Grecy spełnili większość z żądań Merkel dotyczących cięć – obcięli pensje, ograniczyli wydatki rządowe, obniżyli emerytury, prywatyzowali, deregulowali, podnieśli podatki. Ale w ostatnich latach tak zwane programy dostosowawcze, narzucone Grecji i innym, posłużyły tylko powstaniu ogromnego kryzysu – na skalę, jakiej Europa nie widziała od lat 1929-33. Lekarstwo przepisane przez niemieckie ministerstwo finansów i Brukselę sprawiło, że pacjent wykrwawił się zamiast wyzdrowieć.

Nalegamy, by Kanclerz Merkel i Troika rozważyli zmianę kursu, aby uniknąć dalszych katastrof i umożliwić Grecji pozostanie w strefie euro. To, co dzieje się obecnie, to proszenie greckiego rządu, by przyłożył sobie broń do głowy i pociągnął za spust. Co smutne, kula wystrzelona z tej broni przekreśliłaby więcej niż tylko grecką przyszłość w Europie. Skutki uboczne dobiłyby strefę euro, postrzeganą jako światło nadziei, demokracji i dobrobytu, i mogłyby doprowadzić do dalekosiężnych gospodarczych konsekwencji dla całego świata.

W latach 50. Europa została ustanowiona na puszczeniu w niepamięć długów z przeszłości, szczególnie niemieckich, co miało ogromny wpływ na powojenny rozwój i wzrost. Dziś musimy zrestrukturyzować i zmniejszyć dług Grecji, dać gospodarce miejsce na oddech, by mogła ozdrowieć, oraz pozwolić Grekom spłacać zredukowane zadłużenie przez dłuższy czas. Nadszedł moment, by z ludzkiego punktu widzenia przemyśleć ponownie karzący i nieudany program cięć z ostatnich lat i wyrazić zgodę na znaczne zmniejszenie greckiego długu z połączeniu z bardzo potrzebnymi w tym kraju reformami. Nasz przekaz dla Kanclerz Merkel jest jasny: nalegamy, by podjęła pani energiczne działania przywódcze na rzecz Grecji i Niemiec, a także świata. Historia zapamięta panią i pani działania z tego tygodnia. Liczymy na panią w sprawie odważnych, hojnych działań na rzecz Grecji, które służyć będą Europie przez kolejne pokolenia.

Heiner Flassbeck, b. sekretarz stanu w niemieckim Ministerstwie Finansów

Thomas Piketty, profesor ekonomii, Paris School of Economics

Jeffrey Sachs, profesor ekonomii rozwoju, zdrowia i zarządzania publicznego, dyrektor Earth Institute na Columbia University

Dani Rodrik, profesor w katedrze międzynarodowej gospodarki politycznej, Fundacja Forda, Harvard Kennedy School

Simon Wren-Lewis, profesor polityki gospodarczej, Blavatnik School of Government, University of Oxford

***

Powyższy list-apel ukazał się 7 lipca 2015 r. na łamach dziennika „The Guardian”. Tłumaczyła Magdalena Komuda.

Grecja

30 czerwca upłynął termin zakończenia negocjacji rządu Grecji z Komisją Europejską. Grecja mogłaby kontynuować zadłużanie państwa w instytucjach finansowych pod warunkiem „wdrożenia programów dostosowania strukturalnego”. Premier zapowiada referendum w tej sprawie. Komentatorzy skupiają się na ocenie zręczności polityków, ale pojawiają się też opinie kwestionujące neoliberalną receptę na rozwój gospodarczy.

W ożywionej dyskusji na temat sytuacji Grecji dominuje pogląd, że państwo było źle rządzone, co doprowadziło do kryzysu zadłużenia, a społeczeństwo gwałtownie protestuje, ponieważ chce nadal żyć na kredyt.

Nikt nie wspomina o dużych wydatkach związanych z organizacją Olimpiady w Atenach, które przyczyniły się do zapaści finansowej państwa. W Polsce nie mówi się o tym, ponieważ zbyt oczywista jest analogia do Euro 2012. Sława autostrad i eurostadionów jako sukcesu finansowego i cywilizacyjnego nieco zbladła. Dopiero Brazylijczycy wyciągnęli wnioski z doświadczeń poprzedników i organizowali protesty przeciw mistrzostwom.

W Polsce nie mówi się też o greckich armatorach, którzy rejestrują greckie statki w egzotycznych rajach podatkowych. Ciekawa jestem, kto potrafi wskazać Vanuatu na mapie. W Europie lepiej znany jest Cypr, popularny raj podatkowy armatorów. Według nowomowy neoliberalnej unikanie płacenia podatków nazywa się „optymalizacją podatkową”. Pusta kasa państwowa to zmartwienie polityków, którzy nie potrafią prowadzić takiego biznesu, jakim jest państwo. Rząd Grecji odrzucił korzystną ofertę sprzedaży kilku wysp na Morzu Egejskim. Polskim politykom spieszy z pomocą armia samorządowców pana Kukiza, doświadczonych gospodarzy, wspierana przez ekonomistów z Centrum im. Adama Smitha. Może uda się sprzedać kolumnę króla Zygmunta równie korzystnie, jak Polskie Nagrania…

Warto jeszcze wyjaśnić, co to jest „dobre rządzenie”, którego zabrakło w Grecji. Intuicyjnie wiemy, że to „system Tuska”, ale sięgnijmy do źródeł. Bank Światowy i OECD nieustannie troszczą się o polityków, wdrażając zasady „dobrego rządzenia”. „Optymalny program” pozwala ciąć wydatki na cele społeczne przy „minimalnym ryzyku politycznym”, czyli ryzyku protestów społecznych.

W 2003 r. prywatny właściciel dobrze prosperującej fabryki kabli w Ożarowie zamknął fabrykę. Prawdopodobnie chodziło o zlikwidowanie konkurencji dla importu kabli francuskich, ale są to tylko nasze domysły. Załoga protestowała, szukała wsparcia w rządzie, parlamencie, kościele. Pamiętam, że przyjechał wtedy do Ożarowa poseł Zbigniew Ziobro, wyraził poparcie zdesperowanym pracownikom, obiecał interwencję, ale nic to nie pomogło. Prawo własności jest święte. Pracownicy dzień i noc trzymali straże przed budynkiem, aby nie dopuścić do wywiezienia maszyn. Prawa własności broniły firma ochroniarska i policja. W dramatycznych okolicznościach blokada została pokonana przemocą i fabryka znikła. Protest był głośny w całej Polsce. Powstał OKP – Ogólnopolski Komitet Protestacyjny, wydawał nawet własne pismo pt. „Walka trwa”, ale ta inicjatywa ratowania miejsc pracy też upadła, jak wiele innych w tamtym czasie.

W numerze z grudnia 2003 pisma OKP trafiliśmy na trop prowadzący do interesującego opracowania autorstwa Christiana Morrisona pt. „Polityczna wykonalność programów dostosowawczych”. Jest to rzetelna praca naukowa oparta na badaniach i danych statystycznych z kilkudziesięciu zadłużonych państw zmuszonych przez banki do cięcia wydatków. Można ją znaleźć w serii „Political Economy Notebook” OECD.

Szokujący jest cynizm dobrych rad, jak „dobrze rządzić”. Podam kilka przykładów za pismem OKP.

„Jeśli pracownicy najemni przedsiębiorstw prywatyzowanych są dobrze zorganizowani, mogą skutecznie przeciwstawić się decyzji rządu (o prywatyzacji czy masowych zwolnieniach z pracy). Pożądana byłaby wszelka polityka osłabiająca tego rodzaju interesy zawodowe – z gospodarczego punktu widzenia usunęłaby ona przeszkody stojące na drodze wzrostu, a pod względem politycznym rząd uzyskałby swobodę działania – bezcenną w okresie przystosowawczym. Ktoś mógłby zgłosić zastrzeżenie, że taka polityka wywoła opór, ale lepiej, żeby rząd stoczył walkę na tym polu w sprzyjającej koniunkturze gospodarczej niż w sytuacji kryzysowej, gdy jest osłabiony”.

„W przypadku wdrażania programu dostosowawczego, rząd może zrekompensować spadek popularności, spowodowany cięciami wydatków budżetowych, stosując w obliczu zaburzeń represje”.

„W trudnej koniunkturze, w której mogą być potrzebne siły porządkowe, odradza się znoszenie premii dla sił porządkowych”.

„Cięcia wydatków budżetowych na inwestycje zwykle nie wywołują żadnych reakcji, nawet gdy są bardzo ostre”.

„Jeśli zmniejsza się wydatki na ich (służb publicznych) utrzymanie, należy wystrzegać się zmniejszania ilości świadczonych usług, można natomiast sobie pozwolić na obniżanie ich jakości. Np. można zmniejszyć środki na utrzymanie szkół czy wyższych uczelni, lecz niebezpieczne byłoby zmniejszenie liczby uczniów czy studentów. Rodzice zareagują gwałtownie na odmowę przyjęcia swoich dzieci do szkół czy na studia, ale nie na stopniowy spadek jakości nauczania”.

„Stopniowo i w odpowiednich chwilach szkoła może wprowadzać odpłatność za naukę lub zlikwidować nauczanie pewnych przedmiotów. Należy to robić krok za krokiem”.

„Jeśli przy wdrażaniu programu dostosowawczego rząd ma posiadać odpowiednie pole manewru, powinien mieć poparcie jednej czy dwóch wielkich partii, a nie w koalicji małych partii, co oznacza, że wybierając parlament, należy preferować ordynację większościową, a nie wybory proporcjonalne (w najgorszym razie doradza się kombinacje obu tych systemów)”.

Dziesięć lat temu słuchacze traktowali informacje o wspieraniu niewidzialnej ręki rynku przez przemoc i politykę rządu jak bajki o żelaznym wilku. Wróciliśmy do tematu, ponieważ ekonomiści i pani premier wciąż mówią nam o dobrym rządzeniu, które PO opanowała perfekcyjnie, oraz straszą przykładem Grecji.

                Joanna Duda-Gwiazda

1 lipca 2015 r.

Obróbka lękiem, czyli unschooling po polsku

Obróbka lękiem, czyli unschooling po polsku

W ciągu ostatnich miesięcy często bywam w piwnicy. Sukcesywnie opróżniam kartony, wyjmuję z nich książki i przenoszę na trzecie piętro. Zawirowania życiowe sprawiły, że wiele spośród nich biorę do ręki po raz pierwszy od dziesięciu lat. Oprócz waloru sentymentalnego, opróżnianie piwnicy ma i tę zaletę, że natrafiam czasem na ciekawe, mocno przykurzone, archeologiczne znaleziska, do których – jak pamiętam – nie miałem niegdyś dość serca i cierpliwości. Należy do nich praca Krzysztofa Kicińskiego „Wizje szkoły w społeczeństwie posttotalitarnym”. Rzecz została wydana w 1993 roku, zaś podstawę zawartych w niej rozważań o kierunkach zmian polskiej szkoły stanowią wywiady prowadzone w środowisku nauczycielskim u zarania transformacji, w roku 1991 (warto nadmienić, że Kiciński kontynuował w ten sposób swe badania sprzed roku 1989).

Pytania, jakie zadawano nauczycielom, dotyczyły głównie sposobów wyjścia poza odziedziczony po PRL model szkoły indoktrynującej i krępującej wolność, a także takiej jej przemiany, aby stała się instytucją odpowiadającą wizji państwa demokratycznego. Postawiono więc, przykładowo, kwestie granic ingerencji szkoły w postawy światopoglądowe uczniów, pytano o model socjalizacji, partnerstwo i paternalizm, zróżnicowanie podręczników szkolnych, kształcenie obywatelskie, ale też o stosunek państwa i nauczycieli do szkolnictwa niepublicznego. Wyniki badań pozwalały sformułować tezy o istnieniu w środowisku nauczycieli wyraźnie zarysowanego podziału na zwolenników postaw partnerskich i stosunku paternalistycznego, a więc na frakcję „reformatorską” i „zachowawczą”, przy czym – wprost i między wierszami – wskazywano na korelację tych postaw z posttotalitarnym dziedzictwem ancien regime’u. W wywiadach można jednak było także dostrzec, na poziomie obecności ideologii w systemie szkolnym, obawy przed zmianami, jakie wynikły z dekretu ministerialnego o nauczaniu religii.

Mniejsza jednak o ideologiczne spory z zamierzchłych czasów, jako że badania wykazały coś jeszcze. Otóż nauczycielom, nawet tym „z pasją”, oraz szkołom, nawet tym „z klasą”, niebywale mocno doskwierało coś innego. Z jednej strony degradacja majątkowa personelu, z drugiej – degradacja materialna instytucji. Dlatego właśnie wielu nauczycieli, także tych najbardziej rzutkich i entuzjastycznych, powątpiewało w możliwość pozytywnych zmian lub, po prostu, przytłoczonych codziennymi zmaganiami, nie miało do nich głowy. Pytanie, ile potencjału reformatorskiego ugrzęzło w czasach górnolotnych zamierzeń i przyziemnej nędzy, jest retoryczne. Warto jednak postawić je na nowo. Oprócz książek z piwnicy mamy wszak gazety oraz portale, gdzie w ostatnich miesiącach i tygodniach natrafiłem na dwa teksty odkurzające problematykę podnoszoną przed ćwierćwieczem.

Ratujmy dzieci!

Kilka tygodni temu wpadł mi w oko artykuł poświęcony różnym formom edukacji pozasystemowej. Złożyły się nań historie rodziców, którzy bądź to zabrali swoje dzieci ze szkoły tradycyjnej, bądź też zdecydowali, by ich tam nigdy nie posyłać. Wybrali natomiast szkoły demokratyczne lub nauczanie domowe, sami podejmując trud edukacji potomków. Tytuł artykułu sformułowano z pewną rezerwą, podkreśloną znakiem zapytania – „Koniec tradycyjnej szkoły?”. O wiele mniej zniuansowane są z kolei tezy wywiadu, jakiego „Uważam Rze” udzielił amerykański psycholog Peter Gray, którego poglądy na szkołę systemową dobrze streszcza tytuł „Szkoła to więzienie”.

Mamy zatem do czynienia z dwiema wypowiedziami z odległych obszarów mapy prasowej. Ich wymowa jest jednak zbieżna i daje się zasadniczo sprowadzić do dwojakich odniesień do rzeczywistości edukacyjnej. Odniesieniem negatywnym jest tu model „szkoły tradycyjnej”, „systemowej”, czyli – po skonkretyzowaniu miłych dla wolnościowego ucha frazesów – szkoły publicznej. Miałaby się ona opierać na staromodnej dyscyplinie, rywalizacji, hamowaniu indywidualnej samorealizacji oraz zinstytucjonalizowanej przemocy skierowanej przeciw wolności uczniów. Przy tym wszystkim miałby to być model edukacji nie tylko sprzeczny z ideałami demokratycznymi, ale też nieefektywny, gdyż niedostosowany do współczesności, w której źródła wiedzy są łatwo dostępne i zdecentralizowane. Takiej krytyce „tradycyjnego” modelu edukacji towarzyszy propozycja pozytywna, którą stanowią szkoły demokratyczne lub tzw. unschooling (nauczanie domowe), a więc formy znoszące opresję, by zastąpić ją w edukacji wolnością, demokratycznymi procedurami i efektywnością.

Mój synek za półtora roku skończy sześć lat i pójdzie do szkoły. Mógłbym więc uchodzić za idealnego adresata wspomnianych artykułów. Jako rodzice obawiamy się, niepokoimy, lękamy. A trudno chyba znaleźć kogoś, kto ze „szkoły systemowej” nie wyniósł jakichś urazów, nie doświadczył niesprawiedliwości lub przemocy – fizycznej lub psychicznej. Lęk jest potężnym narzędziem społecznej obróbki, szczególnie w sytuacji, gdy może sycić się rzeczywistymi niedomaganiami polskiego systemu edukacji. Skierowanie potencjału lęku przeciw szkole publicznej, odmalowanej w najczarniejszych barwach, jest więc zadaniem dziecinnie łatwym, jak ideologiczne mnożenie agresji przez opresję i zniewolenia przez więzienie. Dlatego, jako przedmiot urabiania, mówię: „Sprawdzam!”.

Demokracja czy segregacja?

Peter Gray, któremu tak łatwo przychodzi nazywanie szkoły systemowej więzieniem, przywołuje jako przykład sukcesu szkolnictwa demokratycznego amerykańską Sudbury Valley School. Sukcesy absolwentów, ich samorealizacja oraz demokratyzm wewnętrzny mają, jak się okazuje, swoją cenę. Roczne czesne za naukę jednego dziecka wynosi 8700 dolarów, za rozmowę wstępną rodzice płacą dolarów 50, tydzień próbny kosztuje zaś 250 dolarów. Nie są to kwoty bagatelne nawet po wzięciu poprawki na większą zamożność społeczeństwa amerykańskiego. Ustawiają one poprzeczkę na wysokości dostępnej dla klasy średniej. W Polsce wysokość czesnego w szkołach niepublicznych, włączając w to demokratyczne, również wyklucza z udziału w takiej formie kształcenia zdecydowaną większość dzieci. Jest rzeczą oczywistą, że demokracja, która opiera się na segregacji majątkowej, zasługuje jedynie na miano deklaratywnej. I nie zmienią tego żadne zniżki lub dobroczynne zbiórki, mające na celu dokooptowanie do wyselekcjonowanej majątkowo grupy dzieci spoza niej. Wymierne bariery finansowe i konsekwencje ich istnienia to tylko jedno z oblicz segregacji społecznej. Innym, o wiele mniej wymiernym, ale pociągającym za sobą podobne konsekwencje, jest różnica potencjałów kulturowych. Zobaczymy ją najwyraźniej, gdy weźmiemy pod lupę zjawisko nauczania domowego.

Dość często przeglądam oferty pracy dla nauczycieli. Od jakiegoś czasu znajduję wśród nich propozycje zatrudnienia guwernerów i guwernantek. Słowa te, które pobrzmiewają echem odległych czasów, wróciły do łask i użycia. Często oznaczają osobę dyspozycyjną przez niemal cały tydzień, o nienagannych manierach, znającą w mowie i piśmie języki obce, realizującą podstawę programową, podającą zdrowe posiłki i otrzymującą wynagrodzenie w wysokości kilku tysięcy złotych. Takie guwernantki i tacy guwernerzy wychowali Polsce całe pokolenia elit społecznych i kulturalnych, które wywodziły się ze szlacheckich dworków. Dziś zapewne nie pracują w dworkach, ale ich misja będzie podobna. Tym, których nie stać na wydatek kilku tysięcy miesięcznie oraz zapewnienie stancji, lecz pragnących podarować swym dzieciom jak najlepsze miejsce w społecznej hierarchii, pozostają właśnie unschooling i nauczanie domowe. Finansowanie takiej formy nauczania jest możliwe przy spełnieniu – w zmiennych proporcjach – dwóch warunków. Po pierwsze, warunku względnej zamożności lub pracy w wolnym zawodzie, która pozwoli rodzicom zrezygnować lub ograniczyć obowiązki zarobkowe. Po drugie, konieczne jest tu posiadanie – w zastępstwie lub jako uzupełnienie dobrej sytuacji finansowej – dużego kapitału wiedzy i kwalifikacji. W skali społeczeństwa znaczna jego część została zgromadzona w trakcie wieloletniej i często finansowanej z publicznych środków „edukacji systemowej”. Kapitał ten (znamy to zjawisko z innych dziedzin życia społecznego) jest w ten sposób wyprowadzany z domeny publicznej do domeny prywatnej, chociaż fakt ten nie pozostawi żadnych śladów w postaci faktur i bankowych przelewów.

Ten rodzaj prywatyzacji publicznego, przy zachowaniu wszelkich pozorów decyzji indywidualnych, oddolnych i opartych na wolnym wyborze, ma swoje społeczne konsekwencje, których zasięg nie ogranicza się do bezpośrednio zainteresowanych rodziców i dzieci. O ile taka wizja demokratyzacji edukacji będzie się urzeczywistniać lub ostatecznie powiedzie się, uczniowie nieuprzywilejowani finansowo lub kulturowo zostaną pozbawieni kontaktu z tymi, których odpowiednio wyposażeni rodzice zdecydowali się na różne formy walki ze „szkolną opresją”. Finansowa baza i kulturalna nadbudowa, działające ręka w rękę i wołające o pluralizm i demokratyzację, doprowadzić mogą do usankcjonowania segregacji. Diagnoza szkoły-więzienia, tak chętnie wygłaszana przez krytyków publicznego systemu edukacji, nie straci ważności, a problem sam z siebie nie zniknie. Rzecz w tym, że w aspołecznym świecie, którego bojowy okrzyk brzmi „Ratuj się, kto może!”, będzie to już problem cudzy.

Uprzywilejowani nie będą już musieli trapić się poziomem edukacji mniej uprzywilejowanych, dzieci z lepszych i gorszych domów poznawać wzajemnie swych światów, zaś nauczycielskie ziarno uda się wreszcie oddzielić od plew. Przy okazji niejako dokonuje się swoista, wyprzedzająca stygmatyzacja tych uczniów, którzy w więzieniu pozostaną. Bo skoro pozostają i reprodukować będą tę więzienną mentalność, tak obcą awangardzie zmian, to może lepiej zainstalować kamery monitoringu, wstawić solidniejsze kraty i wzmocnić ogrodzenie?

Czego można nauczyć się w więzieniu?

Straszenie więzieniem nie przekonują mnie jakoś, może dlatego, że nie spełniamy kryteriów pozwalających na skorzystanie z alternatyw. Moglibyśmy ostatecznie, z marnymi szansami powodzenia, ubiegać się o kredyt lub, odwołując się do kapitału zgromadzonej wiedzy, uczyć syna w domu. Co prawda i tak wpadłby w końcu w łapy więziennych klawiszy, bo domowa edukacja nie zwalnia z egzaminów klasyfikacyjnych. Dlatego też, obok obywatelskiego niepokoju o segregacyjne konsekwencje podkopywania szkolnictwa publicznego, warto mieć na uwadze coś jeszcze.

Wielu z nas, być może wszyscy, wynieśliśmy ze szkoły trudne doświadczenia, może nawet, jak wypada dziś mówić, traumy. Stykaliśmy się z agresją i niesprawiedliwością, miewaliśmy w szkole różnych kolegów, koleżanki, nauczycieli i nauczycielki. Oni byli prawdziwi, doświadczani wszystkimi zmysłami i całą psychiką. W żadnym razie nie byli to ludzie, których poznawało się przez szybę samochodu lub ekranu komputerowego czy telewizyjnego. Oczywiście, zderzenia z takimi przeszkodami bywały nieprzyjemne. Ale wiem też, że okazały się one bardziej kształcące od stosów psychologicznych podręczników oferujących lekkostrawny budyń osobistego rozwoju i nieskrępowanej samorealizacji. Życie w szkole, która stawia opór, gdzie opresja i agresja są z konieczności i mimo wszelkich starań obecne, ma tę zaletę, że świat poznajemy takim, jaki jest i będzie po wyjściu ze szkoły w dorosłość. Jeśli naszą ambicją nie jest pozostanie w granicach grodzonych osiedli i innych sztucznych baniek społecznych, szkoła tradycyjna działa jak szczepionka i wzmacnia organizm. Pozwala też na naukę nazywania niesprawiedliwości niesprawiedliwością, a agresji – agresją.

O wiele mniej dziś oczywiste jest zaś to, że szkoła stawiająca granice ostro, szkoła rozumnie opresyjna – daje młodszym dzieciom poczucie bezpieczeństwa, zaś w starszych kształtuje postawy oporu i buntu. Wystarczy rozejrzeć się po świecie, by zrozumieć, jak bardzo są nam one dziś potrzebne. Odwołując się do słów pewnego działacza, można wszak zapytać, jak możliwe jest to, by w kraju tak bardzo rozwarstwionym i niesprawiedliwym demonstracje przypominały niedzielne spacery? Nam i naszym dzieciom, którym przyjdzie żyć w świecie, gdzie trudno spodziewać się powitalnych kobierców rozwijających się pod stopami, przyda się i taka szkoła demokratyczna. Taka, w której namacalne przejawy społecznej niesprawiedliwości nie będą tabu wypychanym na margines, zaś ich stała, napominająca obecność doprowadzi wreszcie do powstania takiej kultury demokratycznej, gdzie postawy buntu i niezgody nie będą jedynie dziwactwami lub przedmiotem kpin z palących opony.

„Odszkolnienie” po polsku – doktryna szoku na raty

Bywa, że rzeczywistość bezlitośnie natrząsa się z reformatorów, spełniając ich życzenia w osobliwy sposób. Dotyczy to także krytyków polskiego systemu oświaty. W 1976 roku ukazał się pierwszy przekład książki Ivana Illicha „Deschooling society” („Społeczeństwo bez szkoły”). Autor głosił, że szkoła nie służy wyrównywaniu szans, lecz konserwuje hierarchie i nierówności, wtłaczając do głów uczniowskich zbędną wiedzę oraz ideologię status quo. Należałoby więc zastąpić ją czymś w rodzaju policentrycznej, zdemokratyzowanej sieci wymiany wiedzy i doświadczeń, która ukształtuje społeczeństwo prawdziwie wolne. Nie potrafię oprzeć się pokusie przytoczenia współczesnej recenzji Małgorzaty Szpakowskiej: Bronię szkoły. Najbardziej konserwatywnej, upupiającej, ogłupiającej. Nienadążającej za życiem, wpędzającej w kompleksy, powracającej w koszmarnych snach. Bronię jej nie dlatego, że jest dobra. Bronię jej, ponieważ to, co proponują reformatorzy, jest o całe niebo gorsze. Gorsze, ponieważ wyzwolicielski utopista proponował, zdaniem recenzentki, likwidację niezbędnego społecznie wspólnego kodu kulturowego, nie proponując w zamian nic na tyle wiarygodnego, by mogło zagwarantować społeczną spójność.

Książkę Illicha w roku 2010 wydano w nowym przekładzie pod tytułem „Odszkolnić społeczeństwo”. Wstęp napisał Piotr Laskowski, zaś tom zamykał wywiad Jana Sowy ze Zbigniewem Liberą. Zadziwiające, jak mało spostrzegawczy byli autorzy polskich dopisków do projektu Illicha. Brak spostrzegawczości wynikał zapewne stąd, że wzrok mieli skierowany ku wyżynom najszczytniejszych ideałów. Gdyby bowiem skierowali spojrzenie nieco niżej, dostrzegliby bez trudu odszkolnienie najzupełniej dosłowne, polegające na likwidowaniu setek placówek edukacyjnych.

Jak wiemy, proces ten nie został zahamowany i prowadzi, szczególnie na prowincji, do regresu cywilizacyjnego. Tym dziwniejsze jest, że również dziś krytycy szkoły-więzienia zdają się zupełnie ignorować ów przyziemny, materialny sens unschoolingu i deschoolingu. Ktoś bardzo podejrzliwy mógłby nawet pomyśleć, że ślepota taka wpisuje się , chcąc nie chcąc, w schematy doktryny neoliberalnej.

Nauczyciele z książki Kicińskiego, narzekając na nędzę szkół i własną, coś niecoś musieli przeczuwać. Młoda polska demokracja sprzed ćwierćwiecza musiała być bardzo oszczędna, dlatego wielką zmianę szkolnictwa karmiła wielkimi ideami, skąpiąc przy tym materialnych środków. Wielkie idee przybierały najczęściej kształt reform podstaw programowych, wprowadzenia gimnazjów, nowych przedmiotów szkolnych, przekazywania zarządzania szkołami samorządom, zmiany zasad awansu zawodowego, niekonsekwentnie przeprowadzonej skolaryzacji sześciolatków, najpierw uwolnienia, następnie zaś centralizacji rynku podręczników. Powstawał zatem swoisty chaos, w którym jedynymi pewnikami były niedofinansowanie, niepewność i wzajemne pretensje uczniów, nauczycieli, rodziców. W takich warunkach obróbka lękiem przed szkołą systemową działała i działa znakomicie.

System publicznej oświaty, mimo nieustannego potrząsania i oszczędności, jeszcze jakoś się trzyma. O tym, by zmniejszać liczebność klas, utrzymać zatrudnienie i na nowo przemyśleć kształcenie nauczycieli – jakoś ostatnio cicho. Zapewne dlatego, że wymagałoby to długofalowej, zorientowanej na przyziemny konkret i dobrze finansowanej państwowej strategii. Na północy Europy znalazłyby się też zapewne takie modele edukacji publicznej, z których warto skorzystać. Zamiast tego słyszymy z różnych stron bajki o szkole demokratycznej i unschoolingu, które miałyby wyprowadzić dzieci, oczywiście nie wszystkie, z edukacyjnie niewydolnego publicznego więzienia. Być może jestem złym tatą, skoro chciałbym posłać syna do publicznej szkoły. Jednak, uwierzcie mi, rozpaczliwa nadzieja z jednej strony, z drugiej zaś obawy podejrzliwych przemawiają do mnie znacznie mocniej niż straszenie więziennym klawiszem i pruskim kapralem.

Nasza własna wieża Babel

Nasza własna wieża Babel

Wiele już powiedziano o kontrowersyjnej kampanii Fundacji Mamy i Taty „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Jej obrońcy zwracali uwagę, że sukces życiowy i poczucie samorealizacji mogą okazać się pułapką i przeszkodą dla macierzyństwa. Krytycy udowadniali za to, że odkładanie macierzyństwa/ojcostwa „na potem” nie sprowadza się z reguły do sugestii zawartych w kampanijnym spocie. A to dlatego, że przytłaczająca część polskich kobiet i wielu potencjalnych rodziców broni się przed dziećmi (często wyczekiwanymi, w tym dramat!) wcale nie dlatego, że zwiedzali stolicę Kraju Kwitnącej Wiśni, ocierali z ust okruszki po śniadaniach w paryskich kawiarniach, albo wygodnie urządzali się w swoich apartamentach, loftach i posiadłościach.

Niewykluczone, że nie byłoby tak wielkiego zamieszania, gdyby prezes Fundacji Mamy i Taty, Paweł Woliński, poprosił twórców kampanii o opatrzenie filmu krótkim opisem: „spot przeznaczony tylko dla osób odpowiednio zamożnych”. Podobną informację powinien zawierać inny ze spotów tej fundacji, „Pomyśl o dziecku!”, w którym oglądamy dziewczynkę stwierdzającą: „fajnie mieć kucyka, ale siostrę fajniej”, a z offu słychać męski głos: „Im nas więcej – tym weselej. Pomyśl o dziecku!”. Jeśli wziąć pod uwagę dane zawarte w niedawnym raporcie Głównego Urzędu Statystycznego, wskazujące, że aż 27 proc. gospodarstw domowych z więcej niż trójką potomstwa żyje poniżej progu skrajnego ubóstwa, rzecz przestaje budzić ciepły uśmiech. Dodajmy, że próg skrajnego ubóstwa to wydatki poniżej 540 zł miesięcznie dla osoby samotnie gospodarującej lub 1458 zł dla gospodarstwa czteroosobowego.

Na marginesie: w spocie „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” to kobieta nie chce mieć dziecka, a w spocie drugim, „Pomyśl o dziecku”, to mężczyzna zachęca do posiadania potomstwa. Nawet jeśli to tylko zbieg okoliczności, to rzecz jawi się interesująco – egoizm kobiet plus troska i zachęta ze strony mężczyzny. Tyle że w rzeczywistości to polskie kobiety są często zarządcami gospodarstw domowych, to na ich głowach i ramionach spoczywa troska o to, żeby często niewielkie domowe budżety pozwoliły związać koniec z końcem. Dla twórców kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” bogata kobieta jest osobą, której trzeba przypomnieć (może nie bez racji), że może być matką. Jednak dla bardzo wielu polskich kobiet ich zdolności menedżerskie, ich samoorganizacja, umiejętność strukturyzowania otaczającego je świata mają zupełnie inny wymiar, niż troska o piękne urządzenie luksusowego wnętrza.

Rzecz nie tylko w tym, że panie wysyłają panów do sklepu z listą zakupów. I nie tylko w tym, że często mieszkania kobiet-wdów są schludne, a mężczyzn-wdowców zabałaganione. Nawet nie tylko w tym, że kobieta „musi mieć czas” i na dom, i na pracę, a jeszcze dobrze by było, żeby wyglądała jak top modelka. I również nie w tym, że – choć oczywiście nie jest tak zawsze – to kobieta musi łączyć doglądanie chorego dziecka z innymi obowiązkami, domowymi i zawodowymi, bo taka jest „jej naturalna rola”. Są i inne sprawy. Czas jakiś temu prof. Elżbieta Tarkowska opowiadała „Nowemu Obywatelowi”: Do znudzenia powtarzam przykład z moich badań przeprowadzonych w połowie lat 90. Matka ośmiorga dzieci mówiła, że każdego dnia zamyka się na klucz w łazience, ponieważ musi się skupić i zastanowić, co im dać do jedzenia. Śniadanie jest dla większości z nas rzeczą banalną, w ogóle nie zwracamy na nie uwagi. Natomiast w przypadku biednych rodzin to samo śniadanie urasta do problemu, który wymaga namysłu, wysiłku, strategicznego myślenia.

Prof. Tarkowska wskazywała na coś jeszcze: na ogromną wyobraźnię i kreatywność tych kobiet, które wcale nie odwiedzają Tokio, Paryża ani Szanghaju, a własny kucyk dla dziecka to dla nich wizja równie prawdopodobna jak to, że polecą na Marsa. Robienie czegoś z niczego to sztuka, w której biedne kobiety są mistrzyniami. Dlatego właśnie szybko się starzeją, chorują. Mówię głównie o kobietach, ponieważ jedną z postaci zjawiska feminizacji ubóstwa jest często przejmowanie przez nie odpowiedzialności za to, żeby potrzeby rodziny były zaspokojone. Kobiety nie tylko wykonują prace domowe, ale także pożyczają, zwracają się o pomoc, kupują na kredyt. W rzeczonych badaniach była również pozycja nicnierobienie” – okazało się ono domeną mężczyzn.

To sprawy wstydliwe, bo wcale nie dotyczą one jedynie zdecydowanie uboższej części społeczeństwa, a stanowią pewien kulturowy schemat, który mężczyźnie daje pozycję „żywiciela rodziny”, a kobiecie „strażniczki domowego ogniska”. W rzeczywistości często kobiety pełnią obie te funkcje, co najwyżej czasami „biorąc sobie wychodne”. I szkoda, że obrońcy kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”, często rekrutujący się z grupy „aspirujących do klasy średniej”, nie chcą dostrzec tych różnic między samodzielnością zawodową i „wyuczonym egoizmem” kobiet ze spotu a znacznie powszechniejszym losem Matek Polek, które muszą zdążyć ze wszystkim: to tańsza siła robocza pośród taniej siły roboczej. Ale nikt nie tworzy kampanii społecznych zwracających uwagę na ich sytuację. Nie jest tak, że krytycy kampanii Fundacji Mamy i Taty nie zrozumieli intencji jej twórców – za to twórcy kampanii sprawiają wrażenie absolutnie impregnowanych na świat bez kucyków, bez apartamentów i bez podróży na antypody naszej rzeczywistości.

A przecież rzecz nie tylko w biedzie. Nawet przy przeciętnych polskich zarobkach trudno znaleźć pieniądze na prawdziwego konika dla swojej pociechy. Nie mówiąc już o tym, że dane GUS i Eurostatu potwierdzają, że Polacy żyją w przeludnieniu. Na tzw. przeciętnego Polaka/przeciętną Polkę przypada 26,3 m kw. powierzchni mieszkaniowej, gdy statystyczny Duńczyk ma ich dwa razy więcej (50 m kw.), a Niemiec – o dwie trzecie więcej. Cytuję za „Nowym Obywatelem”: Nad Wisłą na mieszkańca przypada jeden pokój, a średnia europejska to 1,6 pomieszczenia. 45 proc. obywateli mieszka w za małych mieszkaniach, przy średniej dla Europy wynoszącej jedynie 17 proc. Gorzej niż w Polsce jest tylko w Rumunii i na Węgrzech. Jeszcze słabiej przedstawia się sytuacja podziału metrażu pomiędzy osoby w mieszkaniach wynajmowanych – Polacy aż w trzech przypadkach na cztery (73 proc. badanych) mieszkają w za małych pomieszczeniach, gdyż wynajmują niewielkie pokoje, często z kimś współdzielone. Jako typowy Krzysztof patrzę zatem na wspomniany wyżej spot i dziwię się niepomiernie: „ale skąd, psiakość, kucyk?”. A przecież wszystko jest jasne: to spot tylko dla bogatych. I to powinno być jasno powiedziane.

Błędem byłoby jednak sądzić, że tylko rodzimi bogaci i bogobojni na tyle odkleili się od typowo polskich realiów, że epatują społeczeństwo własnymi klasowymi przekonaniami i przesądami, mniej lub bardziej subtelnie przekonując maluczkich, że są to wzorce uniwersalne i normatywne. Warto przypomnieć głośną wypowiedź sprzed kilku lat, autorstwa liberalnej feministki Magdaleny Środy. Wywiad z nią ukazał się w „Magazynie Świątecznym”, w czasie gdy trwał właśnie Kongres (Bogatych i Wyzwolonych) Kobiet. Agnieszka Kublik pyta: Wie pani, jak trudno jest kobietom łączyć pracę w domu z karierą zawodową? Na co jej rozmówczyni: Przecież łączyłam i łączę. Nie jest trudno. Kublik ripostuje: Nie? Pani pierze, prasuje, zmywa, gotuje… Ale trudno zbić z pantałyku Magdalenę Środę: Pierze pralka, prasować nie trzeba, gotować uwielbiam. A sprząta mi pewna pani. Szach mat, proszę państwa, szach mat, szanowne prekariuszki, które pewnie nigdy nie doczekacie się, że sprzątać wam będzie „pewna pani”. Szach mat, matki, które zarabiacie tyle, że na „pewną panią” musiałybyście wydać własną pensję, a może jeszcze coś dorzucić z pensji męża, partnera czy konkubenta. Szach mat i dla „pewnej pani”, która – jako służąca – musi sprzątać i u siebie, i u liberalnej feministki. Temat na wypracowanie (o ile w szkołach takie tematy są jeszcze omawiane): porównaj ścieżki kariery zawodowej Magdaleny Środy i „pewnej pani”, wskazując na determinanty ekonomiczne, klasowe, środowiskowe, kulturowe i społeczno-gospodarcze.

Przyznam szczerze: myślę, że to naprawdę sympatycznie mieć kucyka. Jeszcze sympatyczniej jest mieć i kucyka, i rodzeństwo. Cieszy mnie i to, że są w Polsce kobiety, przed którymi otworem stoją Tokio, Paryż i znaczne sukcesy zawodowe. Dlaczego by nie? Rozumiem i to, że ktoś chce przypomnieć tym kobietom, że mogą też być matkami. Ale nie zgadzam się na to, żebyśmy jako społeczeństwo byli zakładnikami najbogatszych. Choć, niestety, już jesteśmy. Tak urządzony jest ład społeczno-gospodarczy III Rzeczpospolitej.

Rozwarstwienie, szczelny podział klasowy to nie jest tylko problem ekonomiczny. To kwestia języka, obyczajów, perspektyw, szans na przyszłość, definiowania problemów i przedstawiania antidotum na nie. Świat bogatych rządzi się własnymi prawami – jest w nim większe przyzwolenie choćby na prywatną opiekę zdrowotną i edukację, na racjonalne – z punktu widzenia interesów bogatych – żądanie mniejszych obciążeń podatkowych, często też na bezkarność wobec fiskusa. Jest w tym świecie przyzwolenie na narastanie różnic między obszarami bogactwa i biedy. Jest w nim chęć odseparowania się od ogółu za wieloma już zamkniętymi drzwiami, za murami, za kordonami prywatnej ochrony, za barierami, które tworzy próg dochodów. Jest w tym świecie także znacznie więcej miejsca na nieznany ogółowi (z własnego doświadczenia) komfort życia, z którym wiążą się i pewne przyjemności, i możliwości działania i odpoczynku, i pewne zagrożenia.

Świat bogatych to łatwiejszy dostęp do polityki, większy wpływ na legislację, znacznie szersze możliwości wzmocnienia kapitału kulturowego własnej rodziny, zatroszczenia się o los swoich dzieci. To również lepszy dostęp do środków masowego przekazu, to możliwość opłacenia odpowiednich kampanii, spotów, billboardów itp. Przeciętni Polka i Polak skazani są zwykle na samych siebie, ponieważ oferta publiczna jest coraz skromniejsza, a często skierowana już jedynie do rzeczywiście najuboższych, a i to w formie rzuconego ochłapu. Polityczne oddziaływanie większości społeczeństwa jest znacznie słabsze niż oddziaływanie jego części nielicznej, ale uprzywilejowanej przez bogactwo. Skromnie żyjące matki, skromnie żyjący ojcowie, skromnie żyjące rodziny są prawie nieobecni w naszej debacie publicznej. Kto ma mówić w ich imieniu? I kto ich wpuści do telewizyjnych studiów, do redakcji opiniotwórczych gazet, kto im da pieniądze na dużą kampanię w nowych mediach i na billboardy?

Nie bez wpływu na to wszystko jest fakt, że niezależnie od wykonywanych zawodów, niezależnie od wahań w zarobkach, niezależnie od miejsca zamieszkania – ta znacznie większa część społeczeństwa jest zorganizowana znacznie gorzej niż kluby, koterie, lobby i sitwy najbogatszych. Trudno się w tym kontekście dziwić, że „antysystemowy” ruch w Polsce w kwestiach społeczno-gospodarczych bazuje na przekonaniu, że „liberalizm dla bogatych” wreszcie rozwiąże bolączki społeczne tej biedniejszej części społeczeństwa. Przecież wkurzony Paweł Kukiz jest człowiekiem jak na polskie realia naprawdę majętnym, a jego „wyobrażenia społeczne” i recepty na gospodarkę i państwo są do tego adekwatne. No chyba że duży dom z basenem i całkiem sporym areałem to rodzima norma…

Bogaci nie potrzebują państwa, a przynajmniej nie w taki sposób, jak ludzie zarabiający znacznie mniej. Mogą to państwo ominąć, tak jak mija się prowincjonalną Polskę z zamkniętymi dworcami kolejowymi, pełną dziurawych i wąskich dróg, podróżując pociągiem klasy premium z jednej metropolii do drugiej. Mówiąc publicystycznym skrótem: bogaci żyją w innej czasoprzestrzeni, w alternatywnym świecie. Ale dyktują swoje warunki, przekazują swoje wyobrażenia, nauczają i pouczają. Podstarzały bon vivant Janusz Korwin-Mikke, prorok liberalizmu po polsku, jest najwymowniejszym tego przykładem.

Cały kłopot w tym, że często ta znacznie skromniej żyjąca część społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy, że logika bogactwa i racjonalność bogatych to nie jest ich własna logika i racjonalność. Dla wielu ludzi Kukiz, czyli burżua po polsku, jest „zwykłym, wkurzonym facetem”, „swojakiem” wściekłym na oderwaną od polskich realiów klasę polityczną. Ale to zwykły humbug – taki sam żart jak kucyk w każdym polskim domu. Nie wykluczam, że Kukiz raz po raz odczuwa wkurzenie, bo wściec się każdy może. Nie wykluczam, że Środa świetnie łączy życie rodzinne z zawodowym – tylko że ich świat nie jest światem znacznej części polskiego społeczeństwa. Niestety, jak długo w polskim życiu publicznym myślenie klasowe będzie leżało odłogiem, tak długo będziemy skazani na „jedynie słuszne” opowieści bogatych.

Póki co mamy swoją własną wieżę Babel. Języki już pomieszano, ale mowa bogatych znaczy więcej. Wyrobnicy, najemnicy, biedni dźwigający w górę coraz większe ciężary na coraz bardziej elastycznie zgiętych plecach, przynaglani, by wznosić kolejne piętra cudzego dobrobytu, słuchają tej mowy, próbują w niej mówić, uznając ją za własną. I w tym ich nieszczęście i kolejne lata w niewoli.

Odgórna rewolucja miejska

Odgórna rewolucja miejska

Czy pracownicy najemni będą mieli cokolwiek do powiedzenia w neoliberalnym mieście? W nowych metropoliach są oni niewidzialni. Zwyczajni mieszkańcy są tymi, w imieniu których wdraża się decyzje – nie są natomiast podmiotowi i samodzielni w podejmowaniu decyzji.

Podczas gdy federalne stanowienie prawa utknęło niemal w martwym punkcie, a Republikanie w Kongresie blokują każdą odważną odpowiedź na stagnację gospodarczą, miasta wydają się być ostatnimi ocalałymi miejscami, gdzie nadal można prowadzić alternatywną politykę. To fakt, który postępowe organizacje zauważyły już dawno – od lat 90. koalicje wspólnotowo-pracownicze (community-labor coalitions) coraz bardziej skupiają uwagę na regionach metropolitalnych. Teraz potencjał miast zaczął przyciągać także wzrok neoliberałów.

Dla obozu neoliberalnego przyszłość Ameryki jest jasna: w nadchodzącej dekadzie burmistrzowie, elity biznesowe, filantropi i władze uniwersytetów muszą zbudować gospodarki metropolitalne oparte na innowacji, współzawodnictwie i wzroście gospodarczym. Niestety, na tym obrazku czegoś brakuje: ludzi pracy, związków zawodowych i społeczności. To pominięcie jest istotne. Przy nieobecności ich głosu szanse na wytworzenie w miastach takiego wzrostu gospodarczego, na którym skorzystają szerokie grupy, są niewielkie.

Debata na temat przyszłości metropolii została wzniecona przez Bruce’a Katza, wiceprezydenta Brookings Institution i współautora – wraz z Jennifer Bradley – niedawno wydanej książki pod tytułem „The Metropolitan Revolution: How Cities and Metros Are Fixing Our Broken Politics and Fragile Economy” („Rewolucja metropolitalna: Jak miasta i metropolie naprawiają naszą zepsutą politykę i kruchą gospodarkę”). Katz i Bradley robią z urbanistyką to, co Thomas Friedman zrobił dla globalizacji – promował brednie o nowym porządku światowym w korporacyjnych innowacjach, będąc jednocześnie ślepym na niebezpieczeństwa galopującej nierówności. Oferują neoliberalną ścieżkę postępowania, której założenia umieszczają elity „na siedzeniu kierowcy”, a robią niewiele, by zagwarantować, że rozwój gospodarczy w metropolii pozwoli na solidny rozrost klasy średniej.

Pytaniem nie brzmi: czy potrzebujemy wzrostu gospodarczego w naszych miastach. Brzmi ono: czy Amerykanie będą rozwijali się wspólnie, czy też oddalą się od siebie. Bez akcentowania interesów oddolnych wspólnot podczas projektowania nowej przyszłości miasta, Katz i Bradley – jak również władze miast takich jak Chicago i Filadelfia, które od pewnego czasu pędzą w tę przyszłość – przegapiają kluczową lekcję, jaką poznaliśmy już w latach 90., gdy regiony metropolitalne stały się tematem dyskusji o planowaniu gospodarczym. Jeśli korzyści z gospodarki konkretnego regionu metropolitalnego mają wyjść poza wąskie elity, w kształtowanie miejskiej polityki muszą być zaangażowane szerokie rzesze uczestników.

Metropolie na tronach

Katz i Bradley słusznie argumentują, że miasta są siłami napędowymi dzisiejszej gospodarki. Na konkretnych przykładach udowadniają, że regiony metropolii mają niepowtarzalne, często zdrowe ekosystemy gospodarcze, które w szybkim tempie stają się niezależnymi graczami w gospodarce globalnej. Piszą: Metropolie dominują, ponieważ uosabiają koncentrację i nagromadzenie – sieci nowoczesnych firm, utalentowani pracownicy, przedsiębiorcy odważnie podejmujący ryzyko, oraz wspierające instytucje i stowarzyszenia gromadzą się na terenach metropolii i wspólnie wytwarzają postęp gospodarczy oraz działają efektywnie. Nie istnieje w istocie gospodarka amerykańska (lub chińska, niemiecka czy brazylijska) – istnieje raczej gospodarka narodowa jako sieć gospodarek miejskich.

Poza byciem żywotnymi gospodarczo, regiony metropolitalne mają także znaczenie polityczne. W kontraście z wysoce upolitycznionym środowiskiem Dystryktu Waszyngtońskiego, obszary metropolii są mniej podatne na popadanie w polityczny impas. Katz i Bradley wyjaśniają: Miasta i regiony metropolitalne myślą w kategoriach sieci, której elementy współdziałają ze sobą, by osiągnąć wspólne cele, a także zachęcają do współpracy i pracy zespołowej. Mają skłonność do wdrażania postępu i ciągłego doskonalenia się. Tam dobry kierunek postępowania oznacza dobrą politykę – dla tych, którym zależy na zyskaniu zaufania i zaangażowania społeczności. Sukces w metropolii jest namacalny i niemalże dotykalny: można go skosztować, dotknąć i poczuć na sposoby, na które nie można doświadczyć abstrakcyjnych działań na poziomie narodowym.

Wizja Katza i Bradley na temat tego, kto uratuje naszą gospodarkę, ma zdecydowanie neoliberalne zabarwienie. To prawda, w obecnym politycznym klimacie jest wysoce nieprawdopodobne, by nastał boom federalnych inwestycji na wielką skalę, aby ratować miasta. W obliczu ich braku, Katz i Bradley w rolach bohaterów obsadzają znanych polityków, filantropów, instytucje akademickie i biznesowe – ta definicja przywództwa trąci paternalizmem. Autorzy włączają od czasu do czasu do swojej wizji przewodniczących związków zawodowych czy niesprecyzowane „organizacje obywatelskie”, gdy wymieniają liderów tych miejskich rewolucji; mówią także o „demokracji uczestniczącej” i „odwróceniu hierarchii władzy” na korzyść ludzi „najmocniej stąpających po ziemi”. Ale liderzy organizacji lokalnych i pracowniczych są przeważnie nieobecni w podawanych przez nich przykładach, a także w ich wizji pełnej realizacji rewolucji miejskiej. Gdy umiejscawiają kadrę dyrektorów naczelnych, zarządców akademickich i kierowników fundacji na pozycji „bardziej rozsądnych” i „pragmatycznych” niż grupy oddolne, takie jak Occupy, Katz i Bradley nie tylko spychają na boczny tor ruchy demokratyczne i robią to na korzyść planowania miejskiego zdominowanego przez korporacje, ale także ignorują istotną lekcję, jaką wysnuć można z ostatnich dekad rozwoju regionalnego.

Manuel Pastor z Uniwersytetu Południowej Kalifornii oraz Chris Benner z Kalifornijskiego Uniwersytetu w Davis stworzyli przekonujący zbiór analiz, których wnioski sugerują, że trwały wzrost zazwyczaj opiera się na fundamencie sprawiedliwego podziału dóbr. W swojej pracy z 2013 roku, powstałej dla MacArthur Foundation, przyjrzeli się oni kilku badaniom empirycznym, włączając w to jedno przeprowadzone w połowie pierwszej dekady XXI wieku przez ekonomistów Rezerwy Federalnej, opisujące kluczowe czynniki wpływające na wzrost gospodarczy na poziomie regionalnym. Konkluzją badania było to, jak piszą Pastor i Benner, że wykwalifikowana siła robocza, wysoki stopień integracji rasowej i postęp w zakresie równości dochodów łączą się w silny i pozytywny sposób ze wzrostem ekonomicznym.

Niewidzialny pracownik

Nie jest zaskoczeniem, że w schemacie Katza i Bradley, obejmującym nowoczesne firmy, utalentowanych pracowników, przedsiębiorców odważnie podejmujących ryzyko oraz wspierające instytucje i stowarzyszenia, to właśnie pracownicy odgrywają najmniejszą i najbardziej niekonkretną rolę. W 2010 r. Katz był bohaterem filmu nakręconego dla „Time” i pokazywanego w internecie, a demonstrującego, jak wyglądałyby innowacje w wielkich miastach. Kiedy Katz opowiadał o tym, jak regiony metropolitalne na całym świecie konkurują ze sobą na globalnej scenie, przyspieszony materiał filmowy pokazywał samochody śmigające przez miejską noc, dźwigi przerzucające ładunek w dokach jak ogromne pracowite insekty oraz, co prawdopodobnie najbardziej wymowne, fabrykę produkującą pojazdy mechaniczne, gdzie samochód był właśnie składany przez roboty. Ilustruje to rysę na założeniach Katza i Bradley: w nowych neoliberalnych metropoliach ludzie pracy są niewidzialni. Zwyczajni mieszkańcy są tymi, w imieniu których wdraża się decyzje – nie są natomiast podmiotowi i samodzielni w podejmowaniu decyzji.

W najlepszym razie Katz i Bradley chcą, aby pracownicy zmusili się do wysiłku i stali się bardziej wykwalifikowani, niż byli do tej pory. Oczywiście wykształcenie jest kluczowym dobrem publicznym, ale nie ma innej drogi niż nalegać, by wszelkie miejsca pracy w naszej gospodarce – a nie jedynie te obsadzone przez pracowników o wysokim poziomie wiedzy – zapewniały godne wynagrodzenia i pozwalały wejść do klasy średniej.

To napięcie jest widoczne w studiach przypadków opisywanych przez Katza i Bradley. W rozdziale dotyczącym Houston, autorzy prezentują Neighborhood Centers Inc., organizację charytatywną, która zapewnia pomoc społeczną i otwiera możliwości edukacyjne zubożałym dzieciom i dorosłym ze społeczności imigranckiej. Jej wysiłki są godne podziwu. Ale nie ma żadnej gwarancji na to, że – o czym wielu na rynku pracy ostatnio się dowiedziało – dorośli beneficjenci takich organizacji charytatywnych jak Neighborhood Centers Inc. zarobią wystarczająco dużo, aby zapewnić sobie przyzwoity poziom życia, gdy zaczną szukać nowego zatrudnienia.

W świecie na zewnątrz neoliberalnej bańki Katza i Bradley związki zawodowe, organizacje lokatorskie, koalicje ekumeniczne i grupy działające w społecznościach są narzędziami, które mieszkańcy metropolii wykorzystują, aby zyskać kartę przetargową w walce o władzę i rościć sobie prawo do części zasobów potrzebnych ich rodzinom, by mogły wejść do klasy średniej. Na przykład w 2006 r. w Houston strajk trwający aż miesiąc, wspierany przez płynące z całego kraju wyrazy solidarności ze strony liderów społeczności i organizacji religijnych, pomógł 5300 pracownikom firmy sprzątającej wygrać batalię o wyższe płace i ubezpieczenie zdrowotne. To nie jest rodzaj innowacji, o jakim myśleli Katz i Bradley. Sprzątacze z Houston nie odgrywają żadnej roli w ich rewolucji.

Oddolna siła

W przeciwieństwie do Katza i Bradley, organizacje pracownicze i społeczności lokalne podkreślają konieczność wytwarzania wzrostu, który będzie zrównoważony i dzielony szeroko. Koalicje wspólnotowo-pracownicze przetarły szlaki w regionalnych debatach dotyczących rozwoju, nalegając, aby projekty, które otrzymują wsparcie publiczne (np. odchylenia od planu zagospodarowania przestrzennego, ulgi podatkowe i subsydia rządowe) wytwarzały realne publiczne korzyści – takie jak tworzenie godnie opłacanych miejsc pracy lub Community Benefit Agreement (Umowa o Korzyściach Dla Społeczności) dla tych, którzy zostaną najbardziej dotknięci nowymi inwestycjami.

Choć Katz i Bradley pobieżnie zwracają uwagę, że prawdopodobnie bieda i nierówność mogą być zawadą dla wzrostu gospodarczego, model prezentowany w „Rewolucji metropolitalnej” unika jakiejkolwiek poważnej dyskusji na temat sprawiedliwego podziału zysków, akceptując wzrost sam w sobie jako wystarczający cel, i pośrednio popierając przysłowiowy – i w sposób oczywisty nietrafny – pogląd, że przypływ podnosi wszystkie łodzie.

Ich analiza sytuacji w Denver dostarcza na to przykładu. Prezentują oni zapoczątkowany w latach 80. sukces, jaki region Denver odniósł na polu pobudzania rozwoju gospodarczego i budowania regionalnej jedności za pomocą serii głosowań nad projektami infrastrukturalnymi. Kulminacja nastąpiła w 2004 r., gdy, pod przewodnictwem ówczesnego burmistrza miasta, Johna Hickenloopera, burmistrzowie kilku innych miast w tym regionie metropolitalnym współpracowali ze sobą w celu przekonania mieszkańców do zaaprobowania FasTracks, regionalnego systemu komunikacji miejskiej stworzonego kosztem 4,2 miliarda dolarów.

Katz i Bradley dokładnie opisują ten rodzaj współpracy w ramach okręgu administracyjnego, dokonujący się pomiędzy wybranymi w głosowaniu urzędnikami, a potrzebny do tworzenia polityki regionalnej. Jednak, skupiając się na Hickenlooperze jako na bohaterze pierwszoplanowym, koloryzują historię, opisując zorientowane na pomoc społecznościom inwestycje, których pomysły nie wyszły wcale z biura burmistrza. Ignorują na przykład intensywną pracę wykonaną przez Front Range Economic Strategy Center (zwane obecnie FRESC) – grupę, o której książka nawet nie wspomina, a która miała na celu znaczące skorygowanie projektu rozbudowy FasTrack w sposób mający na celu wspieranie równości ekonomicznej.

Podczas gdy burmistrzowie Denver i otaczających je przedmieść zastanawiali się, w jaki sposób ujednolicić kody pocztowe miast i ustalić kwestie granic, by ułatwić powstawanie FasTracks, FRESC pracowało, aby pomóc mieszkańcom zwyciężyć w batalii o wyraźne przepisy dotyczące sprawiedliwego podziału podczas rozrostu FasTracks i pobocznych inwestycji na przystankach tranzytowych, łącznie z klauzulami dotyczącymi dostępu do miejsc pracy o dobrej jakości, mieszkań w przystępnych cenach oraz wydzielonych miejsc dla drobnego biznesu. W innych regionach metropolitalnych, takich jak St. Paul w Minnesocie, trzeba było aż bojowych kampanii o „tranzytową sprawiedliwość”, prowadzonych przez grupy lokalne i pracownicze, by wywalczyć, żeby nowe linie tranzytowe obsługiwały społeczności o niskich dochodach, zamiast tylko przecinać zubożałe okolice bez zatrzymywania się.

Powinniśmy nalegać, aby wybrani przez nas urzędnicy współpracowali ze sobą w obrębie okręgu w celu rozwoju infrastruktury. Powinniśmy też chwalić lokalne organizacje charytatywne za zapewnianie wsparcia i pomocy społecznej, których państwo nie oferuje. Ale charytatywność i paternalizm nie zastąpią nam upodmiotowienia i nie przydadzą nam władzy.

Sukces Denver i innych regionów metropolitalnych – gdzie grupy oddolne rozpisały na nowo wertykalne schematy i zamieniły je w plany szeroko dzielonego dobrobytu – pokazuje, że potrzebujemy nie tylko wzrostu. Potrzebujemy wzrostu, który wesprze rozwój klasy średniej. Potrzebujemy nie tylko miejsc pracy. Potrzebujemy dobrych miejsc pracy.

Sieć elit nie da rady podnieść wszystkich łodzi bez podjęcia walki z trwałą nierównością w miastach, do czego Katz i Bradley nie czują potrzeby nawiązywać. Nie dostrzegają także, iż związki zawodowe, grupy pasażerów komunikacji miejskiej, organizacje lokatorskie, rodzice dzieci ze szkół publicznych i nisko opłacani pracownicy usług mogą być, i są, istotną częścią rozwiązania. Rezultatem jest brak wyobraźni, który pomija wielką część mieszkańców metropolii – i ukrywa głęboko jeden z najbardziej interesujących i ekscytujących przewrotów organizacyjnych ostatnich dwóch dekad.

Amy Dean
tłum. Magda Komuda

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w lewicowym amerykańskim miesięczniku „In These Times”, październik 2013 r., vol. 37, nr 10.

Patriotyzm krajobrazu

Patriotyzm krajobrazu

O tym, czym jest dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze i jak je chronić, o Mazurach i o tym, jak w Polsce lekceważy się długofalowy rozwój, rozmawiamy z Krzysztofem Worobcem – liderem Stowarzyszenia na rzecz ochrony krajobrazu kulturowego Mazur „Sadyba”.

***

Jak trafiliście Państwo na Mazury? Czytałem, że zaczęło się od planów biznesowych: mieliście handlować porożami. A skończyliście jako „ekolodzy”…

Krzysztof Worobiec: To prawda. Był 1989 rok i zmiany ustrojowe złapały nas zagranicą, gdzie przebywałem od stanu wojennego. To nie była planowana emigracja, nigdy nie chciałem mieszkać poza Polską, po prostu byłem w 1981 r. na krótkim wyjeździe i gdy usłyszałem o wprowadzeniu stanu wojennego, postanowiłem nie wracać. Kilka lat później dołączyła do mnie Danusia, z którą wziąłem ślub. Od początku przemian szukaliśmy jednak okazji i sposobu, by się przeprowadzić z powrotem do kraju. Traf chciał, że spotkaliśmy w Berlinie grupę Koreańczyków, którzy zamierzali skupować rogi jelenie. My oczywiście ani o rogach, ani o jeleniach nie mieliśmy zielonego pojęcia, ale 3 czy 4 miesiące później przeczytałem w gazecie, że na Mazurach jest hodowla jeleni. Połączyliśmy fakty i postanowiliśmy pojechać, żeby wybadać sytuację. Mazury natychmiast bardzo nam się spodobały i postanowiliśmy skorzystać z okazji, która się nadarzyła, i założyć swoją fermę jeleni. Szybko okazało się jednak, że hodowla, a już zwłaszcza obcinanie zwierzętom rogów, to nie jest nasza bajka i z całego planu nic nie będzie. Ale mieliśmy już kupioną ziemię i stary, podupadający dom, więc trzeba było spróbować znaleźć tu jakieś inne źródło zarobku. Stwierdziliśmy, że spróbujemy utrzymać się z turystyki. Odremontowaliśmy nasz dom, a potem obok otworzyliśmy „Oberżę pod psem”.

Długo chodziło po prostu o sposób na utrzymanie. W którym momencie staliście się Państwo zagorzałymi obrońcami lokalnego krajobrazu i jak doszło do tej przemiany?

K.W.: To działo się stopniowo. Zaczęło się od tej starej chałupy i jeszcze bardziej rozpadającej się obórki, które kupiliśmy „w pakiecie” z ziemią na fermę. Potem, na początku lat 90., otworzyliśmy małą kawiarenkę czy raczej sklepik z napojami, kawą i herbatą, papierosami, filmami do aparatów itd. Szybko stwierdziliśmy jednak, że w ten sposób długo nie pociągniemy. Postanowiliśmy wyremontować obórkę. Wkrótce później, na trasie z Warszawy, między Mazurami a Kurpiami, zauważyłem starą drewnianą chałupę na sprzedaż. Najpierw chcieliśmy ją wykorzystać jako tanie źródło materiałów do remontu obórki, ale gdy już kupiliśmy zrobiło nam się jej żal, bo była duża i bardzo ładna, przedwojenna. Zdecydowaliśmy się ją przenieść i postawić u nas w Kadzidłowie. Równolegle rosło nasze zainteresowanie lokalną historią i kulturą materialną, zaczęliśmy sporo czytać na te tematy. Nieopodal naszego domu odkryliśmy stary cmentarz z prawosławnymi krzyżami i zaczęliśmy się zastanawiać, skąd się tu wzięli prawosławni. Kiedy zgłębiliśmy sprawę, okazało się, że to nie były krzyże prawosławne, lecz starowierskie, i że to właśnie staroobrzędowcy byli pierwszymi osadnikami-założycielami naszej i kilku innych okolicznych wsi w latach 30. XIX w., że w Puszczy Piskiej była taka rosyjska enklawa. Krok po kroku drążyliśmy kolejne wątki historyczne, a nasza świadomość rosła z każdą kolejną lekturą i każdym kolejnym odkryciem.

Po pierwszym przeniesionym budynku przyszły kolejne…

K.W.: Do tej chwili sprowadziliśmy już cztery duże i dwa mniejsze drewniane domy z różnych części południowych Mazur. Najstarszy ma 200 lat, pozostałe ok. 100. W każdym przypadku to była dla tych budynków kwestia przetrwania, bo wszystkie były już przeznaczone do rozbiórki – gdybyśmy ich nie przejęli, dzisiaj nie byłoby już po nich śladu.

A one nie powinny znajdować się pod opieką konserwatora?

K.W.: Oczywiście, że powinny. Najlepszy przykład to wspomniany już najstarszy dom, klasyczna chałupa podcieniowa, unikalny okaz drewnianej architektury mazurskiej z przełomu XVII i XIX w. Zwrócił na niego uwagę nasz przyjaciel, ale my nie byliśmy jakoś szczególnie zainteresowani, bo właśnie skończyliśmy remont pierwszego sprowadzonego budynku, otwieraliśmy oberżę i mieliśmy poczucie, że to nam wystarczy. Pojechaliśmy obejrzeć ten dom z czystej ciekawości i oceniliśmy, że jest to bardzo cenny zabytek, ale w fatalnym stanie – miał dziurę w dachu i zaczynał się już po prostu walić. Zwróciliśmy się więc do konserwatora z apelem o jego zabezpieczenie. Ten zwlekał jednak z podjęciem jakichkolwiek działań, my wysyłaliśmy kolejne pisma, aż w końcu dach zupełnie się zawalił. Pisaliśmy artykuły do opiniotwórczych gazet, napisaliśmy też skargę do ministerstwa kultury. Dopiero wtedy zaczęło się cokolwiek dziać. Okazało się, że budynek należy do Polskiej Akademii Nauk. Konserwator potwierdził, że jest to zabytek, ale orzekł, że jest już za późno i jego stan uniemożliwia wpisanie go do rejestru. Zalecił tylko zabezpieczenie kilku najcenniejszych, charakterystycznych elementów, bo żaden z okolicznych skansenów nie dał się namówić na przejęcie i odremontowanie budynku. Ze względu na jego stan nikt nie był już zainteresowany przenoszeniem, więc wydawało się, że pozostaje tylko rozbiórka, czyli zniszczenie budynku. My jednak, po doświadczeniach z poprzednimi remontami, byliśmy przekonani, że jest on nadal do uratowania. Na to usłyszeliśmy: jak wam tak zależy, to zróbcie sami. No to zrobiliśmy. W tej chwili jest to jeden z dwóch zachowanych budynków tego typu na całych Mazurach!

Czyli okazało się, że cały ten instytucjonalny system opieki nad zabytkami nie działa – przynajmniej w Waszym regionie?

K.W.: Może nie tyle nie działa, co zbyt często nie jest skuteczny. Potem w tej ocenie mieliśmy okazję jeszcze wielokrotnie się utwierdzić, bo podobnych doświadczeń mieliśmy więcej. Na miarę naszych możliwości wypełniliśmy tę lukę, choć nauczenie się zasad rekonstrukcji i renowacji zabytków wymagało od nas, laików, sporego wysiłku. Czytaliśmy fachową literaturę, jeździliśmy po muzeach i skansenach, oglądaliśmy, wypytywaliśmy specjalistów. W tym czasie nie było tylu publikacji fachowych i nie dało się jeszcze znaleźć w internecie informacji na każdy temat, więc musieliśmy szukać własnych źródeł i zdobywać wiedzę w sposób empiryczny. Wraz z naszą świadomością i kompetencjami rosło grono ludzi, którym podobało się to, co robimy. Gdy w 1999 r. otworzyliśmy oberżę, bardzo dużo ludzi przyjeżdżało, żeby pytać nas, w jaki sposób takie budynki się przenosi, bo chcieli pójść naszym śladem. W końcu, w 2004 r., założyliśmy wraz z grupą przyjaciół i zainteresowanych Stowarzyszenie na rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur „Sadyba”.

Dlaczego się na to zdecydowaliście?

K.W.: W 2004 r., niedaleko naszego domu, właściwie po sąsiedzku, przeznaczono do rozbiórki ładny starowierski budynek – tak jak większość budownictwa staroobrzędowców drewniany, tyle że z wierzchu później otynkowany. Próbowaliśmy temu zapobiec, bo wiedzieliśmy, że to kawałek cennego i zanikającego dziedzictwa. Zwróciliśmy się znów do konserwatora, do lokalnych urzędów i usłyszeliśmy: „A co wam do tego? Nie wasz budynek, nie wasza sprawa!”. I wtedy pomyśleliśmy, że najwyższa pora zawiązać stowarzyszenie, bo jako osoby prywatne jesteśmy ignorowani, a stowarzyszeniu przysługiwać będą względem urzędników pewne uprawnienia: będziemy mogli zgłaszać swoje wnioski, domagać się spełnienia postulatów itd. Głównym celem stowarzyszenia miało być ratowanie lokalnego dziedzictwa materialnego, a w szczególności architektury drewnianej. Zaczęliśmy monitorować sytuację w sposób systematyczny: dokumentować i pisać wnioski do konserwatora, zabiegać o wpisywanie kolejnych budynków do rejestru zabytków itp. Pisaliśmy także artykuły do gazet, starając się upowszechnić świadomość wartości tkwiących w tych często niepozornych i niedocenianych zabytkach. Wiele osób uzna za zabytek zamek krzyżacki czy gotycki kościół, ale nie drewnianą chałupę.

Leśniczówka Zdrożno

Postanowiliśmy się upomnieć m.in. o mazurskie leśniczówki, spośród których bardzo wiele zostało już niestety zniszczonych. Kiedyś całe te tereny to była bezkresna puszcza – osadnictwo było tu bardzo rzadkie, a w związku z tym leśniczówki odgrywały rolę swoistych centrów cywilizacyjnych. W obecnych czasach okazuje się, że leśnicy wcale niekoniecznie chcą mieszkać w lesie. Leśniczówki nie są również doceniane jako zabytki czy część dziedzictwa kulturowego regionu i są traktowane przez właścicieli jako część „zbędnej infrastruktury”. O jedną taką „zbędną infrastrukturę” – najstarszą leśniczówkę Puszczy Piskiej – walczymy z nadleśnictwem już od 2004 r. Wymieniliśmy setki pism, wygraliśmy trzy sprawy w sądzie administracyjnym – m.in. dwukrotnie skutecznie zaskarżyliśmy decyzję ministra kultury i dziedzictwa narodowego zezwalającą na przeniesienie lub rozebranie tego budynku. W międzyczasie leśniczówka prawie się rozsypała, a oni wciąż nic z nią nie robią, mimo że znajduje się oficjalnie – dzięki złożonemu przez nas wnioskowi – w rejestrze zabytków. Wiele innych leśniczówek, o które walczyliśmy, zostało rozebranych, bezpowrotnie zniszczonych lub nieudolnie zmodernizowanych, ocieplonych styropianem itd. Udało nam się szczęśliwie uratować dwie najcenniejsze – Jeziorko oraz Duży Kamień – które stanowią wizytówkę swojego stylu architektonicznego. Ocaliliśmy również przed rozbiórką szereg innych cennych zabudowań, w tym poprzemysłowych, takich jak dwie wieże ciśnień w Piszu, drewniany dworzec w Budwitach, browar, tartak, willa leśna oraz dawne koszary w Olsztynie, a nawet zabudowę zespołu dworca towarowego w Białowieży – łącznie ok. 60 zabytków lub ich zespołów. Szczególnie zadowoleni jesteśmy z efektu naszych działań w kwestii olsztyńskiego tartaku, w którym dzięki naszej inspiracji powstało Muzeum Nowoczesności. Na początku władze miejskie nie chciały z nami w ogóle rozmawiać, dążyły do wykreślenia zabytku z rejestru, by móc rozebrać budynek. Dziś oczywiście szczycą się tą placówką. To dobry przykład na to, jak łatwo jedną pochopną decyzją zniszczyć wielki potencjał lub stworzyć atrakcyjne miejsce.

Olsztyn - Knosały - Tartak Raphaelsohnów

Jednym z obszarów Waszych działań stała się obrona przed wycinką przydrożnych drzew oraz cennych – zarówno ze względów krajobrazowych, jak i przyrodniczych – ich alej rosnących wzdłuż dróg. Z czego wynika, że w ogóle trzeba ich bronić? Przecież o ile da się jeszcze zrozumieć, dlaczego instytucje publiczne bronią się przed obowiązkami i kosztami związanymi z opieką nad zabytkami, o tyle trudno o to w przypadku alej, koszty opieki nad którymi nie przekraczają raczej możliwości lokalnych budżetów…

K.W.: Dla nas aleje przydrożne to cenny element krajobrazu kulturowego i naturalnego, wizytówka regionu, ale dla innych drewno z wyciętych drzew to jest potencjalnie olbrzymi majątek! Przy drogach rosną np. jesiony, które są poszukiwane przez producentów mebli, a nie mamy zbyt wielu jesionów w polskich lasach. Z drugiej strony wycinka przydrożnych alej ułatwia remonty i modernizację infrastruktury drogowej realizowaną ze środków unijnych. Działania te są uzasadniane populistycznie względami bezpieczeństwa – stosowane były trafiające do przekonania wielu kierowców manipulacje, przerzucające na drzewa odpowiedzialność za wypadki czy wręcz czyniące z nich „cichych zabójców”. Rozbite samochody miały być konsekwencją nie prędkości nadmiernej w stosunku do warunków drogowych, ale obwiniano o to właśnie drzewa. Obserwacje pokazują tymczasem, że jest dokładnie na odwrót i wraz z usunięciem drzew prędkości wzrastają, a wypadki stają się jeszcze bardziej śmiercionośne.

Mikołajki - aleja w trakcie wycinki - 2005 r.

Z alejami jest bardzo podobnie jak z zabytkami – również w tym przypadku jedna decyzja może błyskawicznie zniszczyć dorobek wielu pokoleń, który stanowi o wyjątkowości lokalnego krajobrazu. Problemy zaczęły się wiosną 2004 r., gdy zmiany w ustawie o ochronie przyrody umożliwiły de facto wycinkę przydrożnych drzew bez konieczności ubiegania się o zezwolenie – wystarczyło uznać je arbitralnie za zagrożenie dla infrastruktury drogowej czy bezpieczeństwa na drodze. W odpowiedzi jesienią 2004 r. zainicjowaliśmy akcję „Ratujmy aleje”, która trwa do dzisiaj, a po drodze za jej sprawą odbyła się pierwsza w Polsce interdyscyplinarna konferencja i ukazała się książka na temat alei przydrożnych oraz znowelizowano w 2010 r. przepisy ustawy o ochronie przyrody. Udało się też wpłynąć na zmianę świadomości ludzi. Wielu drogowców nie mówi już: „Musimy wyciąć wszystkie drzewa z poboczy dróg!”, ale „Drzewa to ważny element krajobrazu” albo „Sposobem na ograniczenie liczby zabitych na drogach w regionie powinny być nie tylko wycinki drzew, ale edukacja kierowców, bowiem aleje wymagają innego sposobu jazdy”.

Przykład alej pokazuje też, jak trudno oddzielić ochronę krajobrazu kulturowego – którą przede wszystkim zajmuje się nasze stowarzyszenie – od ochrony przyrody czy krajobrazu naturalnego. Dziedzictwo kulturowe kształtuje się i funkcjonuje zawsze w określonym kontekście krajobrazowym i przyrodniczym. Teraz jest to prawda niemal powszechnie uznawana, ale gdy zaczynaliśmy działać, to istniały z jednej strony organizacje ekologiczne, a z drugiej towarzystwa miłośników zabytków – między tymi środowiskami właściwie nie było współdziałania. My staraliśmy się od początku działać na obu frontach – z jednej strony np. zabiegając o utworzenie na Mazurach parku narodowego, a z drugiej walcząc o znajdujące się na tym terenie zabytki. Aleje należą do obu tych światów – jako dzieło człowieka są ważnym elementem krajobrazu kulturowego, a zarazem są to obiekty przyrodnicze mające wkład w bioróżnorodność.

Jak zmieniły się Mazury od czasu Waszej przeprowadzki przed ponad 25 laty?

K.W.: Zmieniały się i zmieniają – niestety – w sposób niekontrolowany. Wynika to z braku planów zagospodarowania przestrzennego i z mentalności zarówno naszej klasy samorządowej i politycznej, jak i biznesowej, które nie cenią krajobrazu jako wartości samej w sobie. Liczy się tylko cena rynkowa ziemi lub tego, co na niej stoi. Dlatego też masowo sprzedaje się brzegi jezior, „zagospodarowuje” wyspy, a nawet grodzi całe jeziora. Pokolenie, które nadaje dziś ton życiu społecznemu, nie ceni ani dzikiej natury, ani harmonijnego krajobrazu kulturowego, nieprzekształcanego dla doraźnych celów. Jeśli miałbym określić podstawowe tendencje ostatnich dekad, to byłyby to przede wszystkim pogłębianie się chaosu przestrzennego i pozbawiona zahamowań komercjalizacja przestrzeni publicznej, a wręcz jej rabunkowa eksploatacja. Dla doraźnych zysków ekonomicznych czy politycznych można zniszczyć najcenniejsze kulturowo czy przyrodnicze miejsca, bo przecież krajobraz jest „niczyj”.

A jak zmieniły się Mazury pod względem społecznym? Czy dotyka ich wyludnienie, jak ma to miejsce choćby na ścianie wschodniej, czy wręcz przeciwnie, osadników przybywa?

K.W.: Mieszkam w centrum Mazur, między Mikołajkami a Rucianem Nidą, czyli w najbardziej turystycznej części regionu. W związku z tym tutaj nie odnotowujemy wyludniania. Zmienia się natomiast struktura społeczna. Coraz więcej działek wykupują zamożni ludzie spoza Mazur, którzy traktują je jako sezonową bazę wypadową. Są w naszej okolicy miejscowości, w których poza sezonem praktycznie nie ma żywego ducha – zostają dwie czy trzy rodziny, a cała reszta wyjeżdża, zostawiając za sobą krajobraz jak z filmów grozy.

Jak dogadywaliście się jako przyjezdni z lokalną społecznością? Jak, wraz z kolejnymi podejmowanymi przez Was działaniami, zmieniały się te relacje?

K.W.: To złożona kwestia. Wielu „tutejszych” niezbyt ceni to, co mają, tę kulturową specyfikę Mazur. Ale w przypadku Mazur, co wynika z ich historii, problematyczny jest sam podział na lokalną społeczność i ludność napływową. Po 1945 r. nastąpiła tu przecież niemal stuprocentowa wymiana ludności. Od tego czasu zdecydowaną większość stanowią ludzie wykorzenieni, przybysze z dawnych Kresów Wschodnich, Mazowsza, a zwłaszcza Kurpiowszczyzny, a także przesiedleńcy z Akcji Wisła. Oni nie identyfikowali się z tutejszym krajobrazem, nie traktowali go jako czegoś swojego. Jest to zresztą zupełnie zrozumiałe. Otoczenie, do jakiego byli przyzwyczajeni, mogło być bardziej płaskie, jak w okolicach Lwowa, albo górzyste, jak w Beskidach, ale nie jeziorne. Przeniesienie na Mazury oznaczało dla nich ponadto przeskok do infrastruktury z innego stadium rozwoju cywilizacyjnego niż to, które znali. Zdecydowana większość nowo przybyłych wychowała się w budownictwie drewnianym (takie przecież były wsie na Kresach, Kurpiach czy Beskidach), a na Mazurach dominowały już wówczas domy murowane. Na brak emocjonalnego związku z tym, co tu się zastało, nakładał się strach, że te nowe małe ojczyzny (i wszystko, co w nich zastali) jest tymczasowe, nie nasze, „poniemieckie” – to ostatnie określenie wciąż powszechnie się przecież stosuje. Krajobraz Mazur, tutejsza przyroda i kultura materialna, były dla osiedleńców – jak to się często określa – dziedzictwem niechcianym, obcym. Pokłosie tej historii zbieramy do dziś. Bodaj 2 lata temu ostatni raz słyszałem tego typu myśl wypowiedzianą wprost. To był leśniczy, który miał do mnie pretensje, że nie mógł swojego zabytkowego domu ocieplić styropianem – na remont nie zgodzili się konserwatorzy. „Bo to pan pisał artykuły do gazet, że nie wolno, bo to cenne, zabytkowe”. Ja na to: „No tak, to jest cenne, bo to jest nasze dziedzictwo”. A on: „Jakie tam dziedzictwo, jak to wszystko poniemieckie”. To samo, jakieś 5 lat temu, powiedział były burmistrz naszej gminy. Jak się ma tego typu podejście do swojego otoczenia, to trudno o nie dbać. M.in. dlatego nasze działania były długo postrzegane jako dziwactwo.

Kobulty - spichlerz

Oprócz tego czynnika, związanego ze specyfiką Mazur, trzeba dodać, że mamy do czynienia też z szerszym, dotykającym całej Polski (i nie tylko Polski) trendem ujednolicania wyglądu miasta i wsi: wszędzie kładzie się te same bruki, stawia te same ławki i latarnie, otwiera sklepy tych samych sieci, montuje identycznie wyglądające okna z PCV, ociepla się domy tym samym styropianem, wykańcza sidingiem itd. Znikają tradycyjne wioski, które zarówno z racji pełnionych funkcji, jak i wyglądu przypominają coraz bardziej miasteczka, natomiast miasteczka przypominają osiedla wielkich miast. Ludzie, którzy coraz mniej cenią sobie wszystko to, co kojarzy się z wiejskością, dziwią się, po co chcemy pielęgnować stare drewniane domy i inwestować w ich przetrwanie. Trochę oczywiście generalizuję, ale takie myślenie jest rozpowszechnione. Z drugiej strony mamy pośród miejscowych niemałą rzeszę zwolenników naszych działań, szczególnie w młodym pokoleniu, wśród ludzi, którzy się tu urodzili i wychowali, a jednocześnie widzieli, jak dba się o lokalne dziedzictwa na Zachodzie. Niestety tych pierwszych jest znacznie więcej niż tych drugich…

Czy często spotykacie się z zarzutem, że jesteście hamulcowymi rozwoju lokalnego?

K.W.: Ten zarzut pojawia się od samego początku.

Wbrew temu, co się o nas mówi, nie jestem jednak przeciwnikiem rozwoju, nie mam np. nic przeciwko powstawaniu współczesnej architektury. Chciałbym po prostu, żeby nie gryzła się ona z otoczeniem. Problemem jest natomiast zalew tandety i kiczu oraz chaos przestrzenny. Co drugi dom, który powstaje obecnie na Mazurach, projektuje się na wzór willi z amerykańskich seriali lub kolumnowych dworków mazowieckich, których w tym regionie nigdy oczywiście nie było. Wbrew temu, co słyszymy, nie jesteśmy też przeciwko modernizacji infrastruktury drogowej, wprost przeciwnie. Apelujemy tylko o to, by uczyć się na doświadczeniach zachodnich. Tam też swego czasu wycinano przydrożne drzewa na potęgę, a teraz z powrotem je nasadzają, bo doszli do wniosku, że sprzyjają one nie tylko estetyce krajobrazu, ale i bezpieczeństwu, osłaniając drogi od słońca i niwelując owo pozorne poczucie bezpieczeństwa, które – jak potwierdziły liczne badania – skłania kierowców do dociśnięcia pedału gazu i bardziej ryzykownej jazdy.

Działania w obronie lokalnego krajobrazu czy choćby na rzecz parku narodowego stawiają Was zapewne w opozycji nie tylko do kierowców, ale i lokalnych przedsiębiorstw, np. związanych z przemysłem drzewnym.

K.W.: Ale powiedzmy sobie jasno, że przemysł drzewny też nie ma zbyt wiele wspólnego z nowoczesnością i rozwojem, które jakoby hamujemy. To nie jest przecież przemysł innowacyjny, ale oparty na eksploatacji surowców naturalnych, czyli lasów. Jeśli wizja rozwoju proponowana przez lokalne władze ma się sprowadzać do tego, żeby kolejne pokolenia mieszkańców żyły tu tylko z wycinania lasów czy zbierania chrustu, jagód i grzybów, to jak najgorzej świadczy to o kondycji tutejszych samorządów. Uważamy, że nowoczesność i rozwój na Mazurach mogą się wiązać choćby z wysokiej jakości zrównoważoną turystyką i jej łagodnymi formami (turystyka studyjna, kulturowa, kulinarna, ekologiczna, muzealna, rowerowa, industrialna etc.). Z tego żyją całe regiony i państwa – przeciętnie w Unii Europejskiej turystyka generuje 11 proc. PKB i aż 12 proc. wszystkich miejsc pracy. Dobrym przykładem tego modelu rozwoju jest chociażby włoska Toskania, o której nie sposób powiedzieć, że jest zacofana i nie rozwija się, robi to jednak w stylu „slow”, szanując krajobraz i dziedzictwo kulturowe, i czerpiąc z tego faktu ogromne korzyści. Właśnie w tego typu wizji rozwoju widzimy szansę na liczne i stabilne miejsca pracy w regionie – np. samo utworzenie parku narodowego oznaczać będzie utworzenie 100-150 stanowisk. Jak ogromny potencjał tkwi w turystyce przyrodniczej okazuje też przykład małej wsi na rubieżach Polski – Białowieży, gdzie powstał ostatnio czterogwiazdkowy hotel „Żubrówka”. Tylko on jeden daje zatrudnienie ponad 100 osobom. Żaden okoliczny tartak tyle nie zatrudnia. A to już jest czwarty czy piąty hotel w tamtej okolicy, nie mówiąc o tym, że w co drugim gospodarstwie są pokoje do wynajęcia, że przez cały rok funkcjonują restauracje itd. Uważam, że turystyka oznacza – także pod względem ekonomicznym – ogromną szansę dla cennych przyrodniczo i unikalnych krajobrazowo regionów, nieporównywalną z tym, co zapewnia im przemysł drzewny. Oczywiście trzeba dodać, że nasza wizja nie oznacza zamknięcia wszystkich tartaków czy likwidacji branży drzewnej. Park narodowy na Mazurach, o którego utworzenie od lat zabiegamy, nie byłby nawet większy niż obecny park krajobrazowy, w którym już i tak istnieją pewne obostrzenia i zakazy. Nie negujemy też konieczności przeprowadzenia rzetelnego rachunku ekonomicznego. Jeżeli okazać by się miało, że tutejsze gminy stracą na utworzeniu parku narodowego, zgodnie z nazwą służącego całemu narodowi, to straty te powinny zostać zrekompensowane przez cały naród, a więc pokryte z budżetu państwa, a nie ponoszone tylko przez społeczności lokalne.

Niezbyt pochlebnie odnosił się Pan do lokalnego samorządu. Czy mógłby Pan powiedzieć więcej o tym, jak wyglądają Wasze z nim relacje?

K.W.: Dotyczy to tylko ochrony dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Faktycznie władze lokalne nie słuchają naszych (tj. licznych organizacji pozarządowych skupiających pasjonatów, ale też fachowców) argumentów. Od lat tkwią w przekonaniu, że ochrona przyrody i lokalnego krajobrazu to są nikomu niepotrzebne fanaberie ekologów. Sami nie mają jednak dla tych „fanaberii” żadnej alternatywy oprócz wspomnianej już wizji rozwoju gospodarczego opartego na zbieractwie. Mało tego: zapominają, że są one ustawowymi organami ochrony przyrody! Tymczasem od momentu przekazania samorządom lokalnym stosownych kompetencji ochrona ta staje się coraz słabsza: do kilkunastu lat nie powstają postulowane parki narodowe czy krajobrazowe, nie zwiększa się powierzchni już istniejących, obszary chronionego krajobrazu to fikcja, liczba pomników przyrody maleje etc. Podobnie jest też z zabytkami – z własnego doświadczenia wiemy, że samorządy lokalne oraz administratorzy dobra wspólnego (zarządcy dróg czy lasów) często odwołują się od wpisywania cennych obiektów i budowli do rejestrów zabytków, a nawet je likwidują.

Można odnieść wrażenie, że podstawowym polem konfliktu jest to, co w naszej rzeczywistości jest nowoczesnością, a co zacofaniem. Dla jednych anachronizmem będzie ochrona, dajmy na to, zabytkowych kuźni, a dla innych kostka Bauma. Jedni szansę na postęp dostrzegają w wiatrakach energetycznych stawianych bez umiaru i bez względu na krajobraz, a drudzy w zrównoważonej turystyce.

K.W.: Czy odwrót od tradycji i tożsamości regionalnej jest rozwojem? A może wręcz na odwrót? Czy postępem jest niszczenie dla doraźnych korzyści miejsc najcenniejszych przyrodniczo? Czy powielając błędy popełnione wiele lat temu w innych państwach europejskich – zamiast korzystać z ich doświadczeń – nie tworzymy właśnie „skansenu mentalnego”? Gdy uczymy się na błędach innych, obserwując, ile czasu i wydatków potrzebowali oni na ich usunięcie, możemy przecież rozwijać się bez podejmowania działań szkodliwych dla krajobrazu. Nie musimy sami sprawdzać ich skutków. Dobrze, że wspomniał Pan o wiatrakach. Od lat współtworzymy koalicję „Bezpieczna Energia”, w ramach której walczymy z chaotycznym ich stawianiem, zabiegając o ustalenie zasad ich lokalizacji i ustanowienie stref ochronnych wokół siedzib ludzkich i miejsc cennych krajobrazowo, w których nie mogłyby być stawiane. Zarzuca się nam w związku z tym – dla odmiany – że jesteśmy nieekologiczni, bo przecież wiatraki to odnawialne źródła energii. Rzeczywiście do tak rozumianej ekologii byłoby nam daleko. Podkreślamy, że koszty, w tym ekologiczne, wybudowania i eksploatacji wiatraków są znaczne, nie mówiąc już o względach estetycznych, niszczeniu krajobrazu itp. Nie sprzeciwiamy się wiatrakom jako takim, ale żądamy racjonalnej polityki ich lokalizowania. Bo przecież Unia Europejska narzuca nam politykę energetyczną, ale robi to w trosce o środowisko naturalne i krajobraz, o którym w Europejskiej Konwencji Krajobrazowej zapisano, że „jest kluczowym elementem dobrobytu całości społeczeństwa i jednostek”. U podstaw promocji unijnego programu rozwoju energetyki odnawialnej leżą poprawa stanu środowiska i ochrona krajobrazu, a więc stawianie wiatraków nie może prowadzić do niszczenia środowiska i trwałej degradacji krajobrazów, lecz powinno być narzędziem do osiągnięcia tych celów, m.in. poprzez ograniczenie emisji CO2.

Czy dostrzega Pan jakąkolwiek szansę na porozumienie między tymi przeciwstawnymi sposobami myślenia – z jednej strony rzeczników rozwoju zrównoważonego, a z drugiej zwolenników i beneficjentów aktualnej struktury społeczno-gospodarczej regionu?

K.W.: Trudno o pogodzenie rozwoju zrównoważonego z chaotycznym. Tak samo jak nie do pomyślenia wydaje się kompromis między ochroną krajobrazu a masowymi wycinkami drzew z poboczy dróg i ulic, betonowaniem brzegów jezior czy rozbieraniem zabytkowych budynków przez deweloperów. Jeśli natomiast chodzi o dojście do porozumienia z konkretnymi ludźmi, którzy tu mieszkają i w ten sposób myślą, to jestem przekonany, że jest ono możliwe. Dlatego nie ustajemy w działaniach i próbach przekonywania lokalnych społeczności do naszych pomysłów. Obawiam się jednak, że do prawdziwego przełomu potrzebujemy dużo czasu i wymiany pokoleniowej, bo – jak wspominałem – z młodszymi generacjami jest nam o wspólny język dużo łatwiej. Zdecydowanie najtrudniej jest nam się dogadać z lokalnym establishmentem politycznym. Na przykład w sprawie parków narodowych nie pamiętam nawet jednego przypadku, żeby udało nam się choćby wejść na poziom merytorycznej dyskusji – praktycznie zawsze kończy się ona na jałowych przepychankach. Brakuje po tej stronie dobrej woli, żeby usiąść wspólnie i porozmawiać, choćby tylko na gruncie solidnie przeprowadzonego rachunku ekonomicznego. Rachunek ten powinien jednak uwzględniać nie tylko nasze doraźne korzyści, ale też interes przyszłych pokoleń! Nie możemy przecież przejeść i przehulać całego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego, które nam przypadło w udziale – musimy myśleć o tym, co będzie za 50 czy nawet za 100 lat. Czy nasze wnuki i prawnuki zobaczą jeszcze na Mazurach las, czy będą mogły kąpać się w jeziorach i czy zabytki będą mogły zobaczyć już tylko na zdjęciach archiwalnych?

Dziękuję za rozmowę.

27 maja 2015 r. Rozmawiał Marceli Sommer.

Jak wyprzeć śmieciówki – instrukcja obsługi

Jak wyprzeć śmieciówki – instrukcja obsługi

Śmieciowe zatrudnienie wypiera dobre zatrudnienie – tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy. I tak jak wartość pieniądza jest chroniona odpowiednią polityką monetarną, tak wartościowe zatrudnienie powinno być objęte pieczą rozsądnej i aktywnej polityki rynku pracy. Tymczasem, choć śmieciowe warunki pracy wkraczają coraz śmielej nawet do sektora publicznego, który tradycyjnie był ostoją wysokich standardów pracy, to nie widać specjalnego poruszenia ani wśród polityków, ani ekspertów. Dziwnym trafem, o ile istnieje wśród ekonomistów konsensus mówiący, że państwo powinno stać na straży wartości pieniądza, to już według większości tych samych ekonomistów ochronę wartościowego zatrudnienia państwo powinno sobie odpuścić. O ile polityka fiskalna i monetarna powinny być wyposażone w szereg bezpieczników (granica zadłużenia publicznego, cel inflacyjny itp.), żeby pieniądza broń Boże nie dotknął zbyt duży spadek wartości, o tyle już rynek pracy powinien być maksymalnie zderegulowany, a fakt, że deregulacja ta prowadzi do dewaluacji zatrudnienia jakoś nie kłuje ekspertów w oczy. To dziwne, ponieważ śmieciowe zatrudnienie pociąga za sobą szereg bardzo poważnych konsekwencji. I nie mówię tu o takich „drobnostkach”, jak wyraźne pogorszenie się sytuacji pracowników – od większości współczesnych speców od ekonomii już dawno przestałem oczekiwać empatii czy troski o cokolwiek innego niż stan wskaźników makroekonomicznych. Śmieciowe zatrudnienie szkodzi jednak tym wskaźnikom w równym stopniu, co zatrudnionym. Skutkuje ono niższą wydajnością (co przekłada się na niższy wzrost PKB), niższą innowacyjnością (co wiąże się z niską konkurencyjnością) czy spadkiem wpływów budżetowych (czyli pogorszeniem się stanu finansów publicznych). A na to wszystko różnej maści eksperci zawsze zwracają pieczołowitą uwagę – niestety obok propozycji przeróżnych cięć czy restrukturyzacji, jakoś mało który z nich proponuje gruntowną reformę rynku pracy.

Śmieciowe zatrudnienie to praca na niegodnych warunkach, zarówno płacowych, jak i innych, np. dotyczących stabilności pracy czy jej czasu. Najczęściej wiąże się ono z umowami cywilnoprawnymi, które pozwalają bardzo łatwo omijać kodeksowe uprawnienia pracownicze czy regulacje dotyczące płacy minimalnej. Jednak dotyka ono także osób pracujących na umowach o pracę – trudno nie nazwać śmieciowymi warunków pracy pielęgniarki w NZOZ, która na etacie zarabia 1500 zł netto, mając 30-letni staż pracy. Reforma zmierzająca do zrobienia porządku na rynku pracy powinna więc iść w dwóch kierunkach. Po pierwsze w stronę polepszenia pozycji pracownika, by wzmocnić go podczas negocjacji z pracodawcą, tak by nie godził się łatwo na warunki nieadekwatne do wykonywanych zadań. Po drugie zaś w stronę zwiększenia wśród pracodawców motywacji do podpisywania umów o pracę, które siłą rzeczy gwarantują wyższy standard od umów cywilnoprawnych.

Siła przetargowa polskiego pracownika jest bardzo niska, przede wszystkim z powodu żałosnego poziomu zabezpieczenia społecznego w Polsce. Polską sieć bezpieczeństwa trudno w ogóle nazwać siecią, o bezpieczeństwie już nie wspominając. Łapie się w nią ledwie 14 proc. bezrobotnych – tylu ma prawo do zasiłku. Tym, którzy jakimś cudem z niej korzystają, ma do zaoferowania dość niepoważne wsparcie. 6-miesięczny zasiłek, którego wysokość to przeciętnie 19 proc. ostatniej pensji (w Czechach czy na Węgrzech to ponad 30, w Finlandii niemal 80 proc.), nie wystarczy absolutnie na nic, więc w gruncie rzeczy przynosi prawie taki sam efekt, jak by w ogóle nie istniał. Bezrobotny, który na rynku pracy jest pozostawiony samemu sobie, nie będzie grymasił i weźmie każda pracę, nawet na umowie zlecenie za 5 zł na godzinę, co niektórzy pracodawcy ochoczo wykorzystują.

Pierwsze więc, co należy zrobić, żeby zniwelować panoszące się w Polsce śmieciowe zatrudnienie, to wzmocnić naszą sieć bezpieczeństwa. Należałoby złagodzić wymagania dotyczące przyznawania zasiłków dla bezrobotnych, tak by objąć nimi ok. 80 proc. osób tracących pracę. Przekładałoby się to na 40 procent wszystkich zarejestrowanych w urzędach pracy – niemal 50 proc. z nich to osoby bezrobotne od ponad 12 miesięcy, do których powinno być skierowane wsparcie innego rodzaju. Jego wysokość powinna wzrosnąć do wysokości płacy minimalnej, która obecnie wynosi 1750 zł brutto, co oznaczałoby ponad dwukrotny wzrost. Zamiast 6 miesięcy, byłby on wypłacany przez rok. Trudno uznać taki poziom zabezpieczenia przed bezrobociem za jakiś szczególnie szczodry (w końcu płaca minimalna w niektórych częściach kraju zupełnie nie wystarczy na utrzymanie), jednak dopiero on spełniłby swoje zadanie i wzmocnił pracownika.

Ważnymi elementami sieci bezpieczeństwa są instytucje rynku pracy. Ich efektywność to w Polsce powód do drwin. Do urzędów pracy nie mają zaufania zarówno pracodawcy, jak i pracownicy – dość powiedzieć, że trafia do nich między 10 a 20 procent wszystkich ofert pracy. Urzędy pracy powinny się zamienić w pośredniaki z prawdziwego zdarzenia, oferujące bezrobotnym nie tylko możliwość płacenia składki zdrowotnej (tak, jak jest obecnie), ale także rozbudowany system szkoleń i poradnictwa zawodowego. Powinny też dysponować własnymi analizami rynku pracy i blisko współpracować z lokalnymi przedsiębiorstwami. Należałoby także rozliczać pracowników UP z wyników długofalowo, żeby ich głównym celem nie było wyrejestrowanie bezrobotnego za wszelką cenę, lecz znalezienie dla niego odpowiedniego miejsca na rynku pracy. System awansów oraz podwyżek powinien być powiązany z wynikami, a nie ze stażem pracy.

Również Państwowa Inspekcja Pracy ma spore zadanie domowe do odrobienia. Nie ulega wątpliwości, że to jej wyjątkowa impotencja doprowadziła do rozpanoszenia się śmieciowego zatrudnienia na taką skalę. W 2013 r. skontrolowała zaledwie 44 tys. umów cywilnoprawnych (według GUS, pracujących na takich umowach jest ok. 1,35 mln osób), choć dobrze zdaje sobie sprawę, że są one masowo nadużywane. Co więcej, do sądów skierowała zaledwie… 240 powództw o uznanie stosunku pracy, czyli wiążących się z zamianą umowy śmieciowej na umowę o pracę. W jej przypadku przede wszystkim należy zintensyfikować kontrole – w minionych latach przeprowadzała więcej kontroli niż obecnie, choć dysponowała mniejszą kadrą – oraz zwiększyć maksymalną możliwą wysokość mandatów za łamanie przepisów kodeksu pracy, np. zwykły z 2 tys. zł do 20 tys., a dla recydywistów z 5 tys. do 50 tysięcy. Dopiero przy takich karach łamanie prawa przestanie być dla wielkich spółek atrakcyjne. Należałoby także umożliwić inspektorom pracy stwierdzanie stosunku pracy tak, aby do sądów trafiały tylko przypadki niejednoznaczne. W sytuacji, gdy umowa zlecenie jest podpisana z ewidentnym naruszeniem przepisów, decyzja inspektora powinna wystarczyć, by zamienić ją na umowę o pracę, bez rozpoczynania długotrwałej procedury sądowej.

Na pozycji pracownika waży również aktywność organizacji pracowniczych. Niestety obejmują one w Polsce margines zatrudnionych – są z nich „z urzędu” wykluczone osoby na umowach cywilnoprawnych oraz pracujące w firmach zatrudniających do 9 pracowników, czyli ogromna część wszystkich pracujących. Związki zawodowe działają w mało którym z większych przedsiębiorstw. Rozwiązaniem jest upowszechnienie rad pracowników. Według dyrektywy UE powinny one działać w 30 tysiącach polskich firm (zatrudniających powyżej 50 pracowników i bez organizacji związkowej), tymczasem działają w… 528. Rady pracownicze znakomicie sprawdzają się chociażby w Niemczech, bo dzięki nim pracownicy mają realny wpływ na firmę. Pracodawca, mając przed sobą dobrze zorganizowaną radę pracowniczą, nie może już sobie pozwolić na traktowanie firmy jak własnego folwarku, na którym jest „równy wojewodzie”. Rady pracownicze jednak nie rozwiążą problemu wykluczenia najmniejszych firm ze zrzeszeń pracowników. Ukłonem w ich stronę byłoby umożliwienie im zrzeszania się w ponadzakładowych związkach branżowych lub terytorialnych.

Zwiększenie atrakcyjności umowy o pracę wśród pracodawców należałoby osiągnąć przez możliwie największe zbliżenie do siebie warunków i obciążeń dla obu rodzajów umów. Z jednej strony będzie się to więc wiązało ze zwiększeniem obciążeń dla umów cywilnoprawnych, a z drugiej ze zmniejszeniem obciążeń oraz uelastycznieniem umów o pracę. Umowy cywilnoprawne muszą znów spełniać swoją podstawową rolę umowy regulującej pracę dorywczą czy nieregularną, a przestać być dużo tańszym i dużo łatwiejszym substytutem zatrudniania regularnych pracowników. Należałoby więc w pierwszej kolejności obciążać każdą umowę zlecenie i o dzieło takimi samymi składkami, jak umowę o pracę, wyłączając jednak z tego składki płacone przez pracodawcę. Obecnie oskładkowana jest tylko jedna wybrana umowa zlecenie danej osoby (a umowy o dzieło nie są oskładkowane wcale), więc wybierana jest niemal zawsze ta z najniższą kwotą, a od pozostałych płacona jest jedynie składka zdrowotna. Od przyszłego roku oskładkowane będą wszystkie umowy podpisane przez konkretnego pracownika, lecz tylko do wysokości płacy minimalnej. Tymczasem składki powinny być płacone od całego wynagrodzenia zawartego w umowie i nie ma żadnego powodu, żeby w przypadku umów cywilnoprawnych było inaczej.

Z drugiej strony należałoby zmniejszyć składki płacone przez pracodawcę przy umowach o pracę. W przypadku tych umów pracodawca płaci dodatkowe składki na rzecz pracownika, które nie są „widoczne” w kwocie brutto wynagrodzenia. Obecnie wynagrodzenie 3000 zł brutto oznacza całkowity koszt dla pracodawcy w wysokości 3618 zł. Należałoby zlikwidować składkę rentową (tylko tę po stronie pracodawcy) oraz na Fundusz Pracy i FGŚP. W ten sposób całkowity koszt takiej umowy spadłby o 271,50 zł, do 3346,50 zł, a więc byłby tylko o 346,50 wyższy niż przy umowie zlecenie, nie zaś o 618 zł. Warto także uelastycznić umowy o pracę pod względem warunków ich rozwiązania, szczególnie w najmniejszych firmach (do 9 pracowników), tak, by mali pracodawcy nie mieli oporów przed zatrudnianiem nowych pracowników na etat na czas nieokreślony. W tym celu w najmniejszych przedsiębiorstwach można by skrócić okres wypowiedzenia z 3 miesięcy do 6 tygodni, a w przypadku pracowników pracujących krócej niż 3 lata wynosiłby on 3 tygodnie. Natomiast w pozostałych firmach do dwóch miesięcy zostałby zmniejszony okres 3-miesięczny. Na umowach o pracę na czas określony pozostałby we wszystkich przypadkach okres 2-tygodniowy. Oczywiście te rozwiązania należałoby wprowadzić wyłącznie w połączeniu ze wzmocnieniem sieci bezpieczeństwa oraz zwiększeniem efektywności instytucji rynku pracy, aby ogólne bezpieczeństwo pracowników etatowych nie zmalało nawet pomimo pewnego zmniejszenia stabilności ich zatrudnienia. Dobrym wyjściem uatrakcyjniającym umowy o pracę byłoby też zmniejszenie wymogów formalnych dotyczących dokumentacji, co jest szczególnie dotkliwe w małych firmach.

Umowy cywilnoprawne służą bardzo często omijaniu przepisów o płacy minimalnej. To właśnie dzięki nim można płacić np. pracownikom ochrony 4 zł za godzinę pracy. Żeby utrudnić takie obchodzenie prawa, należałoby wprowadzić, obok miesięcznej płacy minimalnej, minimalną stawkę godzinową, wynikającą wprost z wysokości płacy minimalnej. Obowiązywałaby ona przy wszystkich rodzajach umów, w których jest wyrażona godzinowa wysokość wynagrodzenia albo wskazana jest liczba godzin lub inna jednostka czasu, która jest wymagana od zleceniobiorcy, by mógł otrzymać wynagrodzenie. Utrudnienie obchodzenia płacy minimalnej dzięki umowom cywilnoprawnym może być kolejnym argumentem skłaniającym pracodawców ku rezygnacji z ich stosowania na szeroką skalę.

Bardzo ważną rolę w uatrakcyjnianiu umów o pracę odgrywa sektor publiczny. Nie mówię tu o takich oczywistościach, jak zaprzestanie praktyki zatrudniania części pracowników na umowy zlecenie, która jest popularna szczególnie w… urzędach skarbowych. Mowa o umieszczaniu w zamówieniach publicznych wymogu zatrudniania przez oferentów na umowy o pracę we wszystkich przypadkach, gdy charakter zadania do tego obliguje. Obecnie tak zwana klauzula społeczna stosowana jest w zaledwie 2 proc. wszystkich przetargów. Dość powiedzieć, że nawet Państwowa Inspekcja Pracy nie wymaga od oferentów umów o pracę w swoich zamówieniach – tak było chociażby przy niedawnym przetargu na świadczenie usług pocztowych dla PIP. Jeśli zamówienia publiczne, które są bardzo ważnym działem gospodarki, wciąż będą polem dla prekaryzacji pracowników, to trudno oczekiwać poprawy standardów zatrudnienia w pozostałych obszarach.

Pozostaje pytanie, skąd wziąć na to pieniądze. Obciążenie budżetu generowałyby głównie dwa rozwiązania – zmniejszenie oskładkowania umów o pracę po stronie pracodawcy oraz zwiększenie wsparcia w postaci zasiłków dla bezrobotnych. Pierwszy krok wygenerowałby maksymalnie 4,5 mld zł straty dla budżetu. Likwidacja składki rentowej oraz na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych po stronie pracodawcy przy przeciętnym polskim wynagrodzeniu według GUS (ok. 4100 zł), zmniejszyłyby składkę o 371 zł. Przy ok. 12 mln Polaków zatrudnionych na umowach o pracę dałoby to właśnie 4,5 mld zł; należy jednak pamiętać, że średnia krajowa jest mocno zawyżona (nie uwzględnia chociażby płac w najmniejszych firmach), więc realny koszt byłby wyraźnie mniejszy. W pewnej części byłby on poza tym zrekompensowany przez zwiększenie wpływów z oskładkowania wszystkich umów cywilnoprawnych.

Natomiast koszt wyższych, dłuższych i powszechniejszych zasiłków wyniósłby ok. 12 mld zł. Jeśli objętych byłoby nim 40 proc. zarejestrowanych bezrobotnych, to otrzymywałoby go ok. 712 tysięcy Polaków. Pomnożone przez 1750 zł i 12 miesięcy dałoby to niecałe 15 mld zł, od których należałoby odjąć 3 mld zł, które już teraz wydajemy na zasiłki. Zatem można bezpiecznie założyć, że cały dodatkowy ciężar dla budżetu z tytułu przeprowadzenia opisanej reformy wyniósłby około 15 mld zł, czyli 0,9 procenta PKB. Jeśli zwiększylibyśmy o ten niecały procent generalne wpływy sektora finansów publicznych, to wynosiłyby one w Polsce 39,5 proc. PKB, czyli wciąż bylibyśmy grubo poniżej średniej UE (45,2 proc. PKB), krajów naszego regionu, takich jak Czechy (40,1 proc.) czy Węgry (47,6 proc.), a nawet raju podatkowego, jakim jest Cypr (tamtejsze dochody finansów publicznych to 40,3 proc. PKB). Skąd dokładnie należałoby wziąć ten 1 procent PKB, to już temat na inny tekst dotyczący polskiego skrajnie niesprawiedliwego i nieefektywnego systemu podatkowego, o czym zresztą po części już pisałem na portalu „Nowego Obywatela” w ubiegłorocznym artykule „Niesprawiedliwości stało się zadość”. W każdym razie, mówiąc krótko, przez nasz dziurawy jak sito system uciekają nieporównanie większe kwoty. Oczywiście 15 mld zł to całkiem sporo, jednak wydaje się to ceną niewygórowaną za stworzenie w końcu w Polsce zrębów w miarę cywilizowanej sieci bezpieczeństwa i uporządkowanie tej stajni Augiasza, zwanej szumnie rynkiem pracy.

Ćwiczenia z ciekawości i literatura

Ćwiczenia z ciekawości i literatura

Miesiąc przed śmiercią (której 50. rocznicę obchodziliśmy w ubiegłym miesiącu, 19 maja) notowała w swoim dzienniku Maria Dąbrowska:

„Opowiadanie salowej p. Kazi o krawcu-strażaku, miłośniku pierścionków.

Pani Kazia mówi: Znam sama jednego strażaka, bo to i mój mąż jest strażak, więc ze środowiska. Ale tamten jest krawcem w straży. Córki wykształcił, jedna jest lekarzem. Żonę pochował i dopiero zaczął oszczędzać: miał krowę, bo to tak u nas na przedmieściu – to wszystko spod niej sprzedał, a sobie tylko litr mleka zostawiał. A tłuste było mleko, bardzo dobre. To do tego mleka dolał pół wody, i tym mlekiem żył. A miał tylko jedno zakochanie – a tym były pierścionki. To już tych pierścionków miał z pięć kupionych, aż w sklepie jubilera zobaczył taki, co mu się więcej podobał od wszystkich. To jak zaczął szyć, to prywatnej roboty sobie dobierał i szył całymi dniami i nocami, żeby zebrać na ten pierścionek. A co dzień biegł zobaczyć na wystawę do tego jubilera, żeby zobaczyć, czy on aby jest. Aż milicja zwróciła na to uwagę i zaczęli go śledzić, co on tak tę wystawę u jubilera ogląda.

Aż wreszcie zebrał tyle, ile mu potrzeba było na ten pierścionek, poleciał i kupił. I taki szczęśliwy, że ma, czego upragnął – aż tu przychodzi milicja, zrobili rewizję, znaleźli pierścionki, aresztowali go. I choć wszyscy za nim świadczyli, że uczciwy, tylko tę jedną manię ma pierścionki kupuje, strawy sobie od gęby odejmie, a kupi. – Ale nie. – Siedział 7 miesięcy jako spekulant.

– Ale pierścionki mu zwrócili?

– A – a – nie. Skąd by mieli zwracać. Zabrali sobie – taka gratka!”.

Fragmencik niezwykły, choć podobnych w „Dziennikach” Dąbrowskiej mnóstwo. Pół stroniczki, a gotowa nowelka z wciągającą fabułą, z dramatycznym momentem, wyrazistym bohaterem. Historia – banalna, utkana z elementów przyziemnych, przez którą jednak prześwituje tajemnica: nigdy niedające zrozumieć się do końca siły powodujące człowiekiem, los, którego wyroków ani przewidzieć, ani zrozumieć nie sposób.

I jeszcze jeden element niezwykły, dla mnie tym bardziej, że właśnie jestem po lekturze kilku dzienników pisarzy: kilku rówieśników Dąbrowskiej, kilku dużo od niej młodszych, niektórzy wciąż żyjący i tworzący (mogę nie wymieniać nazwisk?). I tam się zdarzały świetne, zgrabne i lakoniczne historie, i tam czuło się tchnienie tajemnicy, i tam z rzadka pomiędzy kolegami po piórze i koryfeuszami innych sztuk, tudzież postaciami ze świata polityki, nieśmiało przemknęła salowa. Ale nie zdarzało się raczej, aby salowa była panią Kazią (salowa wystarczy), opowiadała historie, których treść służyła czemuś więcej niż zabawnej ilustracji sposobu myślenia ludzi prostych. W „Dziennikach” neurotycznej i egotycznej – może nawet bardziej niż to w jej środowisku przyjęte – Dąbrowskiej to jest właśnie niezwykłe. Ich autorka żyje przecież w bańce: w swoim, inteligenckim i elitarnym środowisku, spotyka się z największymi intelektualistami kraju i kontynentu, o jej uznanie zabiegają ludzie władzy. A jednocześnie świat spoza tej bańki do niej czasem przenika i jest równie wyrazisty, jak to, co znajduje się wewnątrz: dozorca z jej kamienicy ma nazwisko, rodzinę, kłopoty; imiona i swój pogląd na różne sprawy mają gospodarze na wsi, w której Dąbrowska spędza wakacje; student, który przychodzi naprawić radio, jest sympatyczny, a dentystka kocha swoją pracę. Ludzie bywają dla Dąbrowskiej ciekawi niezależnie od zajmowanego życiowego stanowiska. Niby banał – ale czy znowu tak wielu jest pisarzy, tak wiele osób umiejących dać wyraz swojej ciekawości dla ciekawych ludzi, niezależnie od ich pozycji społecznej?

***

Czy ta ciekawość ludzi to przyrodzona cecha charakteru Dąbrowskiej? Chyba raczej element programu życiowego, świadomie wybranego jeszcze w latach młodzieńczej fascynacji Abramowskim i z Abramowskiego czerpiącego. Programu, który nakazuje, wbrew szlachecko-inteligenckiej tresurze, przyglądać się „ludziom stamtąd” równie uważnie, jak tym oswojonym. Ludziom, którzy w tradycyjnej optyce tej klasy nie istnieją jako samodzielne i oddzielne byty, ale jako kategorie bądź zbiorowości, wymagające czy to tresury, czy to troski i oświecania. Dzienniki Dąbrowskiej są niezwykłym dokumentem uprawianych przez całe życie duchowych ćwiczeń ciekawości, ciągłego ich porzucania – kiedy pisarka z falą życiowego powodzenia dryfuje w kierunku inteligenckiej alienacji, i kolejnych do nich powrotów. Wszyscy uczymy się, że ważnych – i dlatego ciekawych – ludzi możemy dostrzec patrząc w górę i wszyscy wyrobiliśmy w sobie odruch spoglądania w górę. Dąbrowska nakazała sobie na siłę zwracać oczy tam, gdzie one patrzeć nie chcą, bo spodziewają się czegoś brzydkiego i nieciekawego, a w każdym razie nieważnego. Etyczne ćwiczenie ciekawości wysublimowało w twórczości Dąbrowskiej w bardzo interesujący kształt estetyczny.

Wielu pisarzy pozytywistycznej proweniencji (jak choćby Sienkiewicz, Konopnicka czy Orzeszkowa, ale widać to także u twórców następnych pokoleń – Żeromskiego czy Nałkowskiej) wyobrażało sobie, że zrealizują swoją powinność wobec niższych klas w taki sposób, że dokonają artystycznej diagnozy ich upośledzenia, która dotrze do inteligentów, wstrząśnie ich sumieniami, skłoni do organicznej, edukacyjnej, społecznej pracy na rzecz tamtych. Dąbrowska widziała to inaczej. Ponieważ jako inteligentka posiada komunikacyjne umiejętności, których ludzie klas niższych nie posiadają: literacki język, kulturę literacką, znajomość konwencji, gatunków i form itp., a więc nie mogą we własnym imieniu wypowiedzieć własnych stanowisk i interesów, to ona powinna tych umiejętności tamtym ludziom udzielić. Najpierw słucha ich z ciekawością, bez jakichś odgórnych założeń, a potem mówi w ich imieniu, reprezentować ich takich, jakimi są, a nie takich, jakimi mają się dopiero stać, nawet wbrew własnemu inteligenckiemu oglądowi świata, klasowym interesom czy – co chyba najtrudniejsze – wbrew własnemu inteligenckiemu poczuciu troski o nich i wbrew przekonaniu o konieczności ich „oświecania” czy cywilizowania.

Opowiadania, które złożyły się na „Ludzi stamtąd”, były takimi właśnie szlachetnymi ćwiczeniami ciekawości, próbą oddania inteligenckiego pióra ludziom, którzy się piórem nie posługują. Ale był to raczej projekt artystycznie nieudany. Dąbrowska pokazała tam świat „ludu” jakby w ekstrakcie, laboratoryjnie czysty. Dopiero w „Nocach i dniach” przemówił on pełnym głosem, nieco paradoksalnie dlatego, że został może nawet nie tyle wycofany na drugi plan, co stworzył osnowę dla zasadniczych wątków. Główni bohaterowie – małżeństwo, a później także dzieci Niechciców – za sprawą życiowego zajęcia Bogumiła, najemnego administratora majątków rolnych (Bogumił jest pracownikiem najemnym, co warto podkreślać – „Noce i dnie” to nie jest powieść ziemiańska), żyją w ciągłej interakcji z „ludźmi stamtąd”, muszą wciąż się z nimi – wzajemnie – poznawać, dogadywać, docierać i użerać, muszą wciąż układać sobie z nimi wspólne życie. Choćby bardzo chcieli (a chcą), nie mogą odwrócić od nich wzroku ani oddalić ich od siebie inteligenckim frazesem o opiece i powinności, bo tamci są wszędzie dookoła i uparcie nie chcą być inni niż są. I Bogumił – kochający życie i bardzo go ciekaw, i Barbara – świata rzeczywistego się bojąca i bezskutecznie próbująca przed nim uciec, przez codzienną bliskość z pracownikami Krępy, Serbinowa, Pamiętowa, wręcz zmysłowo doświadczają współzależności ludzi różnych klas i stanowisk. Słowo „współzależność” wypadałoby tu powtórzyć, bo chodzi o to, że Niechcicowie nie mogą po inteligencku wyprzeć faktu, że są od „ludzi stamtąd”, od ich wysiłku i twórczości, ale także od obecności w przestrzeni nieskończenie wielkiego świata zależni co najmniej w równym stopniu, jak tamci od nich.

To m.in. właśnie dzięki takiej wizji społeczności, w której – mimo pochodzenia z różnych grup społecznych, wynikających z tego różnic w sposobie widzenia świata, mimo sprzecznych interesów i aspiracji – wszyscy są nawzajem zależni od swojego wysiłku i obecności, „Noce i dnie” są powieścią tak gęstą i wyrazistą. Dąbrowska potrafi fantastycznie wielowymiarowo pokazać nawet takich bohaterów z dalszego planu, którzy w życiu pierwszoplanowych pojawiają się tylko na chwilę czy zgoła pojawiają się obok nich, bo skoro los każdego człowieka tak bardzo od każdego człowieka zależy, to dla każdego jest istotne, kim jest, jaki jest, czego chce inny. W „Nocach i dniach” wielokrotnie jest wypowiadane (najczęściej przez panią Barbarę), ale i daje się odczuć nawet wypowiadane nie będąc, pytanie: „Czemu to wszystko [trud, wysiłek, „wieczne zmartwienie” i pogoń za wciąż uciekającymi mirażami, czy w ogóle życie] służy?”. Pytanie, na które jednocześnie odpowiedzi nie ma i są odpowiedzi niezliczone. Ale daje się wyczuć unoszącą się nad zmysłową realnością świata przedstawionego powieści mgiełkę przeczucia, że może właśnie ta zależność każdego wysiłku od innego wysiłku, każdego życia od innego życia, nadaje temu wszystkiemu jakiś sens. To właśnie zmysłowa, wręcz materialistyczna wizja świata Dąbrowskiej przepełnia jej powieść duchem i nadaje metafizyczną głębię.

Wart zauważenia jest jeszcze jeden, jednocześnie etyczny i artystyczny, zamysł Dąbrowskiej: bardzo przemyślany język, z jednej strony bardzo solidnie zanurzony w tradycji polszczyzny literackiej, z drugiej mający trafić także do czytelnika mniej wyrobionego literacko. Dąbrowska miała taką ambicję, aby trafić ze swoim przekazem nie tylko do uczestników własnej klasy, a jednocześnie miała na tyle zaufania do nieinteligenckiego czytelnika, aby sztucznie nie upraszczać ani przekazu, ani języka. Projekt ten był na tyle wymagający od samej autorki, że wyczerpał jej talent: nie zdołała ona ani go ukończyć – nie udało się jej, jak wcześniej planowała, doprowadzić akcji do czasów jej współczesnych – ani później realizować w żadnym innym dziele. A jednak projekt należy uznać za udany – zaowocował bodaj najlepszą polską powieścią XX w., powieścią, która trafiła do bardzo szerokiej rzeszy czytelników oraz wyobraźni masowej (i bezpośrednio, i za pośrednictwem filmu, serialu telewizyjnego, adaptacji radiowych czy teatralnych).

***

Program pisarski Dąbrowskiej chyba już trochę trąci myszką, z tego choćby powodu, że nie istnieje już klasa niepiśmienna, za którą ktoś musiałby się wypowiadać. Ja jednak tęsknię za polską literaturą piękną, polską epiką, która bez tezy, tendencji czy dydaktyzmu bierze pod uwagę fakt, że każdy przekaz, a przekaz artystyczny w szczególności, ma moc zmieniania świata na lepsze lub na gorsze. Za literaturą wykazującą namysł nad społeczeństwem jako siecią wzajemnych oddziaływań i nad wzajemną niezbędnością ludzi. Gęstą od postaci, które – niezależnie od swojej funkcji w świecie przedstawionym i przedstawionej społecznej hierarchii – oglądane są z ciekawością, z potwierdzającym się przekonaniem, że każdy człowiek posiada jakieś imię, nazwisko, aspiracje i problemy – jakąś głębię i jakiś sens. Literaturą, w której los (a także jego składowe: praca, miłość, aspiracje) ludzi zwykłych, nawet banalnych, ukazany jest z perspektywy pozwalającej dotknąć jego nieziemskości. I w dodatku literaturą, która mówi do odbiorcy z szacunkiem, a więc traktując go jako kogoś zawsze zdolnego do głębokiego przeżywania świata. Tego mi bardzo w naszej literaturze brakuje: skupienia uwagi na banalności, powtarzalności i ciągłej bezskuteczności ludzkich starań, na mozolnym podtrzymywaniu, a nie tylko efektownym inicjowaniu relacji miłosnych, na codziennej pracy (praca rozumiana nie jako posada, ale właśnie jako czynność, to temat niemal nieobecny w naszej dzisiejszej literaturze) i odnajdywania w tym nadzwyczajności i jakiegoś wyższego porządku. Nie domagam się – oczywiście – istnienia wyłącznie takiej literatury, która właśnie na banalność codzienności zwraca uwagę. Ale myślę, że także taka przydałaby się niejednemu czytelnikowi, już trochę zanudzonemu przez coraz to bardziej nadzwyczajnych bohaterów, coraz to większe wichry namiętności, coraz to głębsze mroczności ludzkiej duszy, coraz szybsze tempo ucieczki od banalnego życia.

Błędne koło biedy

Błędne koło biedy

O tym, czym jest ubóstwo, jak wygląda sytuacja żyjących w nim rodzin i jak mu systemowo przeciwdziałać rozmawiamy z prof. Wielisławą Warzywodą-Kruszyńską z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, badającą od kilku dekad łódzkie enklawy biedy.

***

Czym jest bieda i skąd się bierze?

Wielisława Warzywoda-Kruszyńska: To pytania absolutnie fundamentalne, ale w tej kwestii nie ma zgody. Czym jest bieda? Definicja zależy od tego, czy myśli się o biedzie absolutnej, a więc takiej, gdy ludzie nie mają środków na zaspokojenie podstawowych potrzeb. W społeczeństwie funkcjonuje najczęściej takie rozumienie jeśli ludzie nie mają pieniędzy na jedzenie, na ubranie, na opłaty za mieszkanie, to wtedy mamy do czynienia z biedą. Najbardziej jaskrawym przykładem biedy jest oczywiście bezdomność. Ale na biedę można spojrzeć też inaczej, w szczególności w krajach rozwiniętych – biednymi są ci, których poziom życia jest niższy niż uznawany za odpowiedni w danym kraju. Wtedy mamy do czynienia z tzw. relatywnym ujmowaniem biedy. Tak to ujmują analitycy społeczni, badacze – natomiast w powszechnym odbiorze ludzie raczej myślą o biedzie w tym pierwszym rozumieniu, a więc pojawia się ona, gdy nie można zaspokoić podstawowych potrzeb.

Skąd się bierze bieda? Bieda to nie tylko kwestia ekonomiczna, ale także polityczna – to, czy mamy do czynienia z biedą, czy ludzie są biedni czy nie, zależy także od tego, w jaki sposób państwo ingeruje w nierówności ekonomiczne, bo nie ulega wątpliwości, że nierówności są immanentne dla społeczeństwa kapitalistycznego. Ważne jest, na ile interwencja państwa pozwala na to, żeby poziom życia ludzi, którzy nie mogą zaspokoić własnych potrzeb poprzez pracę, nie spadał tak dalece, że staje się za niski w stosunku do tego, który jest uważany za odpowiedni.

Czyli rozwarstwienie może wynikać z braku interwencji państwa?

W. W.-K.: Tak, ponieważ to państwo jest instytucją, która może nierówności ekonomiczne ograniczać poprzez odpowiednią politykę np. podatkową, ale także i poprzez to, w jaki sposób wspiera ludzi, którzy mają dochody zbyt niskie, aby zaspokoić swoje potrzeby.

Wspiera na jakie sposoby? Zasiłkami celowymi, pomocą w opłatach za mieszkanie?

W. W.-K.: Na przykład. Bardzo ważną sprawą są także dodatki na dzieci, które u nas są dramatycznie niskie. W wielu krajach są one zdecydowanie wyższe. Można wspierać niekoniecznie poprzez system zasiłków socjalnych z pomocy społecznej – pomocą mogą być np. ulgi podatkowe dla rodzin z dziećmi. Trzeba dodać, że w ostatnim czasie wiele się w naszym kraju zmieniło na lepsze w polityce rodzinnej, choć nie zawsze prowadzi to do niwelowania nierówności ekonomicznych.

To nadal drobne kroki.

W. W.-K.: Tak, ale ponieważ przez szereg lat ich w ogóle nie było, to jednak należy je odnotować, chociaż są one motywowane głównie chęcią ułatwienia łączenia pracy zawodowej z życiem rodzinnym. W związku z tym nie myśli się o jakości życia dzieci w takim rozumieniu, aby ich potrzeby były maksymalnie zaspokojone. Chodzi głównie o przywracanie kobiet na rynek pracy, żeby jednocześnie mogły zajmować się jednym i drugim.

Natomiast do utrwalania nierówności społecznych prowadzą decyzje polityczne dotyczące podatków od spadków i darowizn. W Polsce z tych podatków zwolnieni są najbliżsi krewni (dzieci, rodzice), niezależnie od wysokości darowizny czy spadku. Oznacza to międzygeneracyjną transmisję bogactwa lub biedy. Tylko nieliczne państwa mają takie prawo podatkowe. W Polsce wprowadzone zostało w czasie, gdy rządził PiS, którego hasłem wyborczym była „Polska solidarna”. Likwidacja podatku od darowizn i spadków pozostaje w jawnej sprzeczności z tym hasłem.

Przejdźmy na lokalny grunt. Obserwujemy np. w Łodzi rewitalizację centrum, ulicy Piotrkowskiej. Istnieje program „Mias100 Kamienic”, który polega na odnawianiu budynków. Co się dzieje z ich lokatorami, zwykle osobami niezamożnymi? Jaki wpływ na ich codzienność mają te zmiany?

W. W.-K.: Zamierzamy zrobić badania wśród osób, które mieszkały w tych stu odnowionych kamienicach. Ich odnowienie w żadnym razie nie było „rewitalizacją” społeczną. Był to po prostu remont, który podniósł standard tych budynków. Usiłujemy się dowiedzieć, dokąd zostali wyprowadzeni mieszkańcy, którzy mieli zaległości czynszowe. Ci, którzy mogą zapłacić podwyższony czynsz, będą mogli wrócić, natomiast ci, którzy zapłacić nie mogą, a ponadto mieli zaległości w opłatach, oczywiście do tych kamienic nie wrócą.

Czyli zostali wysiedleni?

W. W.-K.: Tak. Właśnie usiłujemy ustalić, dokąd – najprawdopodobniej do innego miejsca, w którym czynsze są niskie i gdzie oczywiście jest inna enklawa biedy.

Czy enklawy biedy, które Pani badała, mieszczące się wzdłuż Piotrkowskiej, utrzymują się nadal?

W. W.-K.: Niestety tak. Ale istnieje bardzo duży program rewitalizacji Łodzi, który obejmować ma także rewitalizację społeczną. Wiążę z tym duże nadzieje. W urzędzie miasta została powołana specjalna komórka, w której pracują ludzie z organizacji pozarządowych. Ruszyły już pierwsze działania, na razie nieznaczne, ponieważ nie zostały jeszcze uruchomione fundusze unijne. Absolutnie nie starczyłoby środków miejskich, ponieważ to są ogromne kwoty. Patrzę na ten program z optymizmem, bo po raz pierwszy mówi się także o rewitalizacji społecznej. W tych enklawach już teraz realizowane są projekty, które mają na celu zaktywizować społeczność.

Chciałabym zapytać o sytuację kobiet żyjących w ubóstwie. Wiadomo, że strukturalne przyczyny biedy kobiet i mężczyzn są podobne, natomiast wydaje się, że bieda dotyka kobiet dotkliwiej, ponieważ świadczą one na co dzień prace reprodukcyjne, prace „niewidzialne”, które podtrzymują byt rodziny. Czy mogłaby Pani scharakteryzować, w jaki sposób bieda konkretnie dotyka kobiety? Prowadziła Pani badania nad trzema pokoleniami kobiet z łódzkich enklaw biedy. Jak te kobiety sobie radzą, czego im brak, jak żyją?

W. W.-K.: Generalnie rzecz biorąc trzeba powiedzieć, że w sytuacji biedy kobiety radzą sobie lepiej od mężczyzn. Dzieje się tak z różnych powodów. Po pierwsze dlatego, że lepiej umieją organizować gospodarstwo domowe. Druga przyczyna to fakt, że kobiety są traktowane jako bardziej zaufani świadczeniobiorcy pomocy społecznej – instytucje pomocy społecznej mają do nich większe zaufanie niż do mężczyzn, w tym sensie, że mężczyźni uważani są za takich, którzy przepiją, przehulają, kobiety natomiast są postrzegane jako te, które wydadzą pieniądze na swoje dzieci i byt całej rodziny. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje, ale jednak w zdecydowanej większości tak jest, wobec czego, z jednej strony, pracownicy socjalni mają do kobiet większe zaufanie, z drugiej zaś – jeśli jest rodzina nie będąca w stanie utrzymać się samodzielnie, to do pomocy społecznej posyłana jest kobieta. Uważa się, że jej obowiązkiem jest zaspokojenie podstawowych potrzeb bytowych rodziny, jeżeli mężczyzna nie może tego zrobić. Mężczyźni traktują jako uwłaczające im staranie się o zasiłek, natomiast godne jest, by zrobiła to kobieta. Widać tu oczywiście niesymetryczność pozycji w rodzinie, jak i stereotyp, że kobieta może się upokorzyć, bo proszenie o pomoc, przyznanie się, że „nie daję rady”, jest traktowane jako forma upokorzenia. Jest to na pewno rola niekomfortowa, która jest kulturowo przypisana kobiecie.

Przeprowadzaliśmy badania wśród kobiet mieszkających w enklawach biedy, które urodziły dziecko jako nastolatki. Te z nich, które podejmują naukę i są wychowankami domów dziecka, mogą do 25. roku życia pobierać zdecydowanie wyższy zasiłek, niż gdyby się nie uczyły. Takiej możliwości nie ma mężczyzna – młodociany ojciec. Wobec tego, oczywiście z pewnego punktu widzenia, kobiety znajdują się w lepszej sytuacji. Nie ulega jednak wątpliwości, że jeśli w rodzinie jest bieda, to kobieta ponosi jej największy ciężar.

Jak wygląda sytuacja biednych dzieci w Łodzi?

W. W.-K.: Generalnie, jeśli popatrzeć na liczby, trzeba powiedzieć, że się ona poprawia. Zasięg biedy wśród dzieci i wśród ludności dorosłej zmniejsza się. Oczywiście jest to też wynikiem faktu, że przez wiele lat nie był podnoszony tzw. próg dochodowy, wobec czego, jeśli w całym społeczeństwie rosły dochody, a próg dochodowy, upoważniający do uzyskania zasiłku z pomocy społecznej, był na tym samym poziomie, to procentowo liczba ludności będącej poniżej tego progu oczywiście się zmniejszała. Najważniejsza jest jednak rzecz inna – to, że w pewnych środowiskach bieda się utrwala, że się petryfikuje i jest zdecydowanie trudniej z niej wyjść. Jeśli dziecko znajdzie się w rodzinie biednej, a nie daj jeszcze boże w rodzinie dysfunkcyjnej, to wydostanie się na powierzchnię wydaje się bardzo trudne. Dzieci te mają szereg deficytów i żyją w potwornym stresie, który powoduje, że ich możliwości są ograniczone. Poza tym, jeśli chodzą do szkoły z lepiej sytuowanymi kolegami, którzy mają więcej możliwości rozwojowych, są wożeni na korepetycje i zajęcia dodatkowe, to te dzieci mają poczucie niskiej wartości. Psychologowie amerykańscy wykazują, że właśnie te dwa czynniki – stres i poczucie mniejszej wartości – właściwie determinują szanse człowieka w życiu dorosłym.

Czy przypadki wyjścia z biedy przez kolejne pokolenia są jednostkowe?

W. W.-K.: Oczywiście, że zdarzają się przypadki, gdy ludziom udaje się – ale do tego jest potrzebna bardzo mądra, wczesna interwencja. Musi być to również interwencja całościowa, a więc nie ograniczenie się tylko do tego, by dziecko dostało wyprawkę szkolną. Bardzo interesujące badania przeprowadzane są w Stanach Zjednoczonych. Pokazują one, że najlepiej, by taka interwencja pomocowa odbyła się do trzeciego roku życia. Natomiast u nas interwencje próbuje się robić na poziomie szkoły podstawowej. Jest to już zdecydowanie za późno.

I często jest to tylko pomoc doraźna.

W. W.-K.: Interwencja jest u nas prowadzona w ten sposób, że skupia się np. na tym, aby dziecko nadrobiło zaległości z matematyki czy z czytania. Pomoc koncentruje się na oddziaływaniu na poznawcze umiejętności dziecka, natomiast badania psychologiczne dowodzą – i bardzo ładnie pokazują to ekonomiści, którzy w oparciu o te badania robią analizy – że najważniejsze jest oddziaływanie na „miękkie” umiejętności. Poczucie zaufania, wiara w siebie, umiejętność współpracy z innymi – dają o wiele lepsze rezultaty niż uczenie dzieci „twardych” umiejętności.

Na koniec mam pytanie o percepcję biedy przez tę część społeczeństwa, która znajduje się ponad progiem ubóstwa. Z jednej strony w ostatnich latach żyje nam się trudniej, mnóstwo osób nie ma środków na godne życie, ale nadal pokutuje przekonanie, że ktoś, komu „nie idzie”, po prostu nie starał się wystarczająco. Czy to się zmienia, czy Pani to badała?

W. W.-K.: Nie zmienia się. Niedawno robiliśmy badania wśród wójtów i burmistrzów z województwa łódzkiego. Powszechne wśród nich jest przekonanie, że ludzie żyjący w biedzie są sobie sami winni, że czegoś nie dopatrzyli lub są leniwi. Powszechny jest pogląd, że każdy, jeśli chce, może być samowystarczalny, że „każdy jest kowalem własnego losu”. Równocześnie badani zdawali sobie sprawę z tego, że nie wszyscy mogą dać sobie radę właśnie z tego powodu, że w okresie dzieciństwa ich szanse od razu zostały ograniczone. Jednak nie staje się to źródłem przekonania, że należy zacząć pomagać właśnie w dzieciństwie. Uważa się, że za dzieciństwo odpowiedzialni są rodzice, a nie instytucje.

Dziękuję za rozmowę.

Łódź, 29.04.2015. Rozmawiała Magda Komuda.

Wszyscy jesteśmy równi wobec prawa (nie dotyczy kibiców piłkarskich)

Czy jesteśmy świadkami powstawania dualistycznego systemu prawnego, w którym kibice piłki nożnej są traktowani jako obywatele drugiej kategorii?

Mówi się, że postrzeganie kibiców piłkarskich jako problemu, z którym trzeba sobie poradzić, to już przeszłość. Wiara w prawdziwość tego twierdzenia jest z pewnością krzepiąca. Niestety, pomimo że zorganizowani kibice wymyślili i wprowadzili w życie lepsze wzorce zachowań, nie brakuje przykładów świadczących, iż fani piłki nożnej wciąż traktowani są przede wszystkim jako problem. Jest to ważna kwestia, ponieważ dyskryminowanie i demonizowanie całych grup społecznych jest po prostu złe. Ma znaczenie również dlatego, że wywiera istotny wpływ na resztę społeczeństwa. Ci z nas, którzy dorastali w latach 80. i chodzili na mecze, a jednocześnie angażowali się politycznie, szybko rozpoznali przećwiczone na kibicach techniki, których użyto przeciwko zorganizowanemu ruchowi związkowemu.

Wielu specjalistów mówi o powstawaniu dualistycznego systemu prawnego, w którym kibice piłkarscy są traktowani jako osobna kategoria obywateli. Kluczowa dla tego procesu jest demonizacja fanów piłki, którą osiąga się poprzez mobilizowanie tradycyjnego strachu przed „chuliganem” – od wieków wykorzystywanego jako pretekst do zwiększania kontroli nad społeczeństwem. O tym rozpowszechnionym wciąż stereotypie pisze na swoim blogu prawniczka Alison Gurden:

„Gdy mówię ludziom, że reprezentuję w sądzie kibiców piłkarskich, tradycyjna odpowiedź brzmi: »Co? Chuliganów?«. Odpowiadam wtedy: nie, mężczyzn, kobiety, nastolatków, studentki, lekarzy, policjantów, architektki, budowlańców i barmanki, którzy jednocześnie są kibicami piłkarskimi!”.

W tym roku [2014 – przyp. red.], w miarę zbliżania się brazylijskiego Mundialu, zaroi się w prasie od historii o kibicowskich „grupach ryzyka”, zakazach stadionowych, ograniczeniach prawa do swobodnego przemieszczania się i innych środkach podjętych w celu zapobieżenia masakrze, której wizją chętnie nas postraszy kilku chuliganów-pozerów. Gdy nastrój moralnej paniki zostanie już należycie podgrzany i podchwycony bez zbędnych pytań przez media, o wiele łatwiej będzie uzasadnić użycie środków represji, które raz wprowadzone będzie można z łatwością rozszerzać. Dlatego ważne jest, żeby starać się rozpatrywać te kwestie w szerszym kontekście i zastanawiać się, czy wprowadzane rozwiązania nie wykraczają poza to minimum, jakie jest rzeczywiście niezbędne dla zachowania porządku publicznego. Jest to szczególnie istotne w momencie, gdy rząd brytyjski zaangażowany jest w przepychanie przez parlament ustawy o zachowaniu aspołecznym, przestępstwach i utrzymaniu porządku (Antisocial Behaviour, Crime and Policing Bill), którą George Monbiot opisał w „Guardianie” jako „najbardziej opresyjną ustawę głosowaną ostatnimi czasy w parlamencie”.

Życie pod eskortą

W sierpniu 2011 r. Cardiff City grało w Londynie z West Ham United na stadionie Boleyn Ground. Policja przyznała spotkaniu status „meczu wysokiego ryzyka”. W praktyce oznacza to, że fani Cardiff musieli wsiąść w specjalne autokary o 5 rano, żeby zdążyć spotkać się z policją pod stacją benzynową w South Mimms. Tam zostali przeszukani, wymienili otrzymane wcześniej kupony na bilety na mecz, po czym autokary odeskortowano na stadion. Fani Cardiff dostali tylko połowę swojej puli biletów, a żaden kibic nie mógł dojechać na spotkanie indywidualnie. Niektóre grupy kibiców Cardiff i West Hamu mają co prawda na swoim koncie historię brutalnych starć, ale w ciągu ostatnich dekad bitwy, którymi zapracowali na złą reputację, zdarzały się bardzo rzadko. Wciąż jednak dla wielu mecz Cardiff z West Hamem oznacza, że mogą być problemy, więc argumenty przeciw restrykcjom i eskorcie były łatwo zbijane jako świadczące o zbytniej miękkości wobec chuliganów.

Podobnej historii wzajemnych konfliktów nie mają za sobą kibice Huddersfield Town i Hull City. Mimo to w marcu 2013 r. policja West Yorkshire oznaczyła ich mecz najwyższą możliwą kategorią niebezpieczeństwa C+IR. Fani Hull City, których wolność przemieszczania się miała zostać ograniczona w dzień meczu, nie byli nigdy karani za udział w bójkach. Decyzja policji wywołała oburzenie. John Prescott, były wicepremier i poseł z Hull, określił zarządzenie mianem „najbardziej drakońskich ograniczeń prawa do swobodnego przemieszczania się od czasu akcji przeciw strajkującym górnikom”. Klub zachował się nietypowo i wydał oficjalne oświadczenie protestujące przeciw „praktycznej kryminalizacji kibiców” i „możliwym konsekwencjom dla kibiców na meczach wyjazdowych w ogóle”. Piętnastolatek z Hull, Louis Cooper, pozwał policję do sądu, twierdząc, że restrykcje nie miały żadnych podstaw prawnych.

Policja odpowiedziała, że „uważnie wysłuchała uwag fanów” i złagodziła restrykcje. Mimo tego złagodzenia, indywidualny dojazd na mecz wciąż był zabroniony. Hull City FC zaproponował zorganizowanie wszystkiego co potrzebne, żeby Cooper mógł dojechać na mecz, ale to oznaczałoby, że nie dotknęłyby go ograniczenia obowiązujące pozostałych kibiców i nie mógłby zaskarżyć policji. Cooper odmówił, tłumacząc, że nie chodziło mu o specjalne traktowanie.

Kiedy policja chciała ogłosić meczem podwyższonego ryzyka tegoroczne derby Newcastle vs. Sunderland, zapewniając przy tym, że nie ma możliwości ograniczania wolności swobodnego przemieszczania się kibiców ani wpływania na godziny rozpoczęcia meczu, oba kluby były tak oburzone, że wspólnie zaprotestowały przeciw decyzji policji. […]

Według badań przeprowadzonych przez skłaniający się w stronę libertarianizmu Manifesto Club, co najmniej 48 meczów w ciągu ostatniej dekady uzyskało status meczów podwyższonego ryzyka. Brało w nich udział 14 dużych klubów z Anglii i Walii, a mecze odbywały się w sześciu różnych dystryktach policyjnych. Manifesto Club wskazuje, że dane te są prawdopodobnie zaniżone. Informacje zebrano na podstawie próśb o udostępnienie informacji publicznej, a „władze policyjne często opóźniają przekazanie informacji lub odwołują się do wyjątków na podstawie cz. II paragrafu 31 ustawy o Wolności Informacji (Freedom of Information Act)”.

Amanda Jacks, pracownica Federacji Kibiców Piłkarskich (Footbal Supporters’ Federation) zajmująca się meczami podwyższonego ryzyka: „FSF sprzeciwia się przypisywaniu meczom statusu podwyższonego ryzyka z tego prostego powodu, że ogranicza to swobodę przemieszczania się zwykłych kibiców, nie dając gwarancji zapobiegnięcia burdom. Restrykcje nie wpływają na złagodzenie atmosfery w dniu meczu, wręcz przeciwnie, mogą ją pogarszać. Przypisanie meczowi statusu szczególnego ryzyka jest jednocześnie trudne do podważenia drogą sądową. Prawo do niezakłóconej podróży na mecz nie jest prawem człowieka, a sądy mogą powoływać się na to, że bilet na mecz kupujesz dobrowolnie”.

Niepokojąca dla tych, którym leżą na sercu swobody obywatelskie, jest trudność ze wskazaniem odpowiedzialnych za wdrożenie zarządzeń dotyczących meczów podwyższonego ryzyka. Jak wskazuje Manifesto Club, „często bardzo ciężkie jest ustalenie, kto jest odpowiedzialny za decyzję o statusie danego meczu”. Każdy profesjonalny mecz w Anglii i Walii organizuje się z udziałem Grupy Doradczej ds. Bezpieczeństwa, składającej się z przedstawicieli służb ratunkowych, członków komisji licencyjnej Sports Grounds Safety Authority, lokalnych samorządowców oraz reprezentacji klubów biorących udział w meczu. Warto zauważyć, że nie uwzględniono tu żadnych organizacji kibicowskich, mimo że zarówno Federacja Piłki Nożnej, jak i Związek Wyższych Oficerów Policji zalecają dialog z fanami. Manifesto Club ocenia, że oznacza to, iż „żadna ze stron nie bierze odpowiedzialności za podjęte decyzje”, czyli, w skrócie: „łatwiej przepchnąć dowolne rozwiązanie”.

W sezonie 2010/2011 profesjonalne mecze piłkarskie w Anglii i Walii obejrzało 37 mln ludzi. W sumie aresztowano 3089 osób – 0,01 proc. wszystkich widzów. Mecze podwyższonego ryzyka kryminalizują i karzą wszystkich fanów drużyn grających na wyjeździe w nadziei, że powstrzymają dzięki temu ową malutka mniejszość chuliganów. „Zgodnie z prawem Wielkiej Brytanii, wszystkich obowiązuje zasada domniemania niewinności, nie domniemania winy. Ludzie ponoszą odpowiedzialność za swoje czyny, nie za czyny innych”.

Kryminalizowanie grup kibiców to jedno, ale co z traktowaniem pojedynczych fanów? Istnieją świadectwa, które pozwalają zadać pytania o zasadność podejmowanych decyzji i o to, kto jest za nie odpowiedzialny. Wszystko razem rysuje przed nami niepokojący obraz ataku na wolności osobiste i świadczy o wpływie uprzedzeń na procesy prawne.

Służąc społeczeństwu

Fan Liverpoolu Keith Culvin przyjechał na mecz z Manchesterem United na Old Trafford razem z innymi kibicami. Keith ma 53 lata, jest ojcem trójki dzieci i ma firmę świadczącą usługi hydrauliczne. Jest też członkiem stowarzyszenia kibiców Spirit of Shankley, w imieniu którego regularnie spotyka się z policją – na jej prośbę, w celu usprawnienia działań związanych z pilnowaniem kibiców.

Mecze między tymi drużynami bywają bardzo emocjonujące, a zacięta rywalizacja między miastami sprawia, że kibice nie wytrzymują napięcia. W związku z tym, żeby zredukować ryzyko konfrontacji między chuligańskimi ekipami obu drużyn, policja Greater Manchester zatrzymuje fanów po meczu. W ostatnich latach kibice narzekali, że w czasie pomeczowych blokad na stadionie policja nie pozwalała im korzystać z toalet. Podczas spotkań stowarzyszenia Spirit of Shankley z Greater Manchester Police, przedstawiciele policji przyjęli skargi do wiadomości i zobowiązali się do poinstruowania funkcjonariuszy w tej sprawie, a stowarzyszenie kibiców wydało na ten temat oświadczenie prasowe.

Pięć minut po zakończeniu meczu Culvin zauważył, że na schodach przy jednym z wyjść powstała problematyczna sytuacja. Słyszał kibiców, którzy chcieli skorzystać z toalet, i tłum, który zaczynał gromadzić się na szczycie schodów. „Wśród tych kibiców były kobiety, dzieci i starsze osoby, zdenerwowane faktem, że nie mogą skorzystać z toalety, mimo oficjalnych ustaleń. Próbowali przekazać to funkcjonariuszom”. Culvin postanowił rozwiązać problem.

Po około pięciu minutach stało się jasne, że policjanci na schodach nie zamierzali nikogo słuchać. Stawali się również „agresywni wobec mnie i innych fanów, co groziło eskalacją nastrojów”. Culvin zadzwonił do policjanta, którego numer otrzymał jako kontakt w razie problemów. Funkcjonariusz znajdował się poza stadionem, ale zapewnił, że wyśle kogoś w celu rozwiązania sytuacji. Kiedy Keith zauważył policjanta u dołu schodów, zwrócił się do pilnujących z prośbą, żeby go przepuścili i pozwolili z nim porozmawiać. Jego prośba została jednak agresywnie odrzucona, co sugerowało, że jeśli nawet wyżsi rangą policjanci zrozumieli problem, to ustalenia z ich spotkania nie zostały przekazane szeregowym funkcjonariuszom.

Teraz poziom wzburzenia wśród kibiców był już bardzo wysoki. Keith poprosił jeszcze raz o umożliwienie rozmowy z funkcjonariuszem kontaktowym – znów bezskutecznie. Przeszedł kilka kroków z rękami przyciśniętymi do boków, po czym zobaczył funkcjonariusza w żółtej kamizelce lądującego na siedzeniu obok. „Nagle dwóch policjantów, z którymi rozmawiałem wcześniej, wynosi mnie ze schodów. Zaciągnęli mnie w zbiegowisko przy toaletach, rzucili o ścianę, zaczęli bić po nogach i plecach, po czym zakuli w kajdanki”.

Culvin został zamknięty w celi na stadionie, a następnie odwieziony na komisariat, gdzie postawiono mu zarzut napaści na policjanta. Odczytano mu oświadczenie funkcjonariusza, którego miał zaatakować. Rzekomo odepchnął go, co spowodowało, że stracił równowagę.

Sprawa trafiła do sądu, ale została oddalona. Keith Culvin, doświadczony w radzeniu sobie z takimi sytuacjami, zanim podszedł do policjantów poprosił bowiem jednego z kibiców, żeby filmował całe zdarzenie telefonem. Nagranie jasno pokazało, że nie zaatakował funkcjonariusza. „Kiedy prokurator skonfrontował zeznania policjantów z linią obrony i nagraniem z telefonu, postępowanie karne zostało natychmiast przerwane” – mówi Melanie Cooke, która reprezentowała Keitha w sądzie.

„Nie mam wątpliwości, że bez tego nagrania zostałbym uznany winnym czegoś, czego nie zrobiłem. Uważam, to za odrażające, tak samo jak fakt, że prokuratura wciąż utrzymuje akt oskarżenia w rejestrze, żeby móc trzymać próbki mojego DNA, odciski palców i fotografię”. Keith zapowiada złożenie skargi na Greater Manchester Police.

W lecie 2010 r. Tony McManus wybierał się na Mistrzostwa Świata w RPA. Odkładał pieniądze od miesięcy i zarezerwował sobie miesięczny urlop w pracy. Tony jest czterdziestoletnim budowlańcem z Middlesbrough. Jeździł po całej Wielkiej Brytanii i Europie, kibicując Middlesbrough FC i reprezentacji Anglii.

Jak wielu innych, Tony McManus miał za młodu pewne problemy z prawem, nic poważnego. Dorósł, ustatkował się i od dawien dawna nie zrobił nic złego. Kiedy tamtego lata wraz z kolegami pojawili się na lotnisku, zostali zatrzymani przez policję. Istniały rzekomo dowody, że są „kibicami potencjalnie niebezpiecznymi”. W policyjnym języku oznacza to tyle, że policja uważa, iż mogą włączyć się w jakąś bójkę. Nie chodzi nawet o to, że mają na koncie tego rodzaju akty czy że istnieje podejrzenie, że mogli je mieć. Ot, pozbawione podstaw podejrzenie, że mogą rozrabiać w przyszłości.

McManus i jego kolega nie zostali wpuszczeni do samolotu – ich paszporty zostały skonfiskowane, a następnie zatrzymano ich na 7 godzin w policyjnym areszcie. Później powiedziano im, że policja będzie się ubiegać o zakaz stadionowy i że tego samego dnia mają stawić się w sądzie. Zasugerowano im, że powinni przystać na takie rozwiązanie, bo sprawa w sądzie będzie kosztowna. McManus nie zgodził się i wynajął prawnika.

Dowody, którymi dysponowała policja, okazały się niezbyt mocne. Nagranie z telewizji przemysłowej pokazało Tony’ego McManusa, który wychodzi z pubu w Tottenhamie. Było to w 2002 r. w dzień meczu Middlesbrough. Pub jest znany jako miejsce, w którym pojawiają się chuligani Middlesbrough i każdy, kto do niego wszedł, został uznany za podejrzanego jedynie na podstawie tego skojarzenia. Tony był również widziany w Stoke, jak siedział w minibusie obok kogoś, kto wyglądał, jakby został ranny w bójce. Policja nie widziała bójki, nie było również nic, co wskazywałoby, że McManus brał w niej udział.

McManus odkrył, że gdy policja zabiegała o zakaz stadionowy dla niego, opisała go jako jednego z przywódców 750-osobowej grupy chuliganów Middlesbrough. Nie wyjaśniono, jak policjanci doszli do tego wniosku na podstawie dowodów, które wskazywały najwyżej, że wśród jego otoczenia znajduje się kilka osób, które nie są aniołami. Wyjaśniło się za to, jak bardzo beztroska jest policja w rzucaniu oskarżeń.

„Wygląda na to, że wystarczy, żebyś porozmawiał z kimś, kto jest »kibicem potencjalnie niebezpiecznym« czy poszedł do tego samego pubu co on, żeby samemu zostać za takiego uznanym. To oznaczałoby, że każdy kibic Boro, który kiedykolwiek ze mną rozmawiał, jest teraz »kibicem potencjalnie niebezpiecznym«”.

Jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że policja najwyraźniej zbiera szczegółową dokumentację zupełnie niewinnych zachowań kibiców piłkarskich, do których może się odwołać w dowolnym momencie, nawet po ośmiu latach.

Policja wielokrotnie odraczała przeprowadzenie sprawy sądowej McManusa (minęły miesiące od zakończenia Mundialu), po czym zdecydowała, że nie ma wystarczających dowodów, aby nałożyć na dwóch mężczyzn zakaz stadionowy i wycofała wniosek. Tony McManus bez przyczyny stracił swój urlop i szansę obejrzenia na żywo upokarzanej reprezentacji Anglii.

Zatrzymajmy się tu na chwilę. Tony’emu uniemożliwiono wyjazd zagranicę i zamknięto go w areszcie nie dlatego, że stosował przemoc albo popełnił jakieś przestępstwo, ale dlatego, że w jego środowisku obracały się osoby, które policja uznaje za podejrzane. Może zabrzmi to jak wyolbrzymienie, ale to są metody, które z reguły utożsamiamy, cóż, z państwami policyjnymi. No ale przecież policja myślała, że Tony może być chuliganem, więc wszystko w porządku.

Tony McManus wytoczył policji proces. Takie sprawy z reguły osądza ława przysięgłych. McManus i jego prawnicy byli pewni, że ławnicy dostrzegą jawną niesprawiedliwość i będą po jego stronie. Policja twierdziła jednak, że to czysto techniczno-proceduralny spór dotyczący tego, czy policja zachowała się „rozsądnie”, i dlatego decyzję powinien podjąć sędzia. Sąd przystał na tę interpretację i sprawa odbyła się bez udziału ławy przysięgłych. W jej trakcie sędzia jawnie dawał do zrozumienia, że uważa, iż policja zachowała się „rozsądnie” w rozumieniu istniejącego prawa. McManus i jego prawnicy zrozumieli, że sędzia z dużym prawdopodobieństwem orzeknie na ich niekorzyść.

Gdy firma ubezpieczeniowa, która opiekowała się sprawą McManusa, dowiedziała się, jak wygląda sytuacja, wycofała finansowanie. Tony nie mógł kontynuować sporu bez ubezpieczenia, de facto został więc zmuszony do wycofania pozwu. Najbardziej przerażający wydaje się jednak fakt, że sędzia uznał za całkowicie uzasadnione i zgodne z prawem działania policji, która podejrzewa kogoś o bycie chuliganem i odmawia mu prawa do wyjazdu za granicę jedynie z powodu towarzystwa, w jakim się obraca. Co gorsza, sędzia mógł mieć rację, co z kolei mówi nam coś bardzo niepokojącego na temat obowiązujących przepisów.

Jest wreszcie John (imię zostało zmienione). John ma 15 lat i jest fanatycznym kibicem Portsmouth. Mieszka z rodzicami i nigdy nie miał kłopotów z prawem. Pod koniec zeszłego sezonu Portsmouth zostało relegowane do czwartej ligi przed ostatnim meczem sezonu z Shrewsbury. Klub został jednak przejęty przez fundację stworzoną przez kibiców i spodziewano się na meczu rekordowej frekwencji fanów Portsmouth chcących świętować ten nowy początek.
John jechał do Shrewsbury pociągiem ze swoim kolegą i jego tatą. Kiedy przyjechali na stację, kolega z tatą poszli skorzystać z toalety. John czekając na nich kręcił się przed stacją wraz z innymi kibicami.

W pewnym momencie, bez ostrzeżenia, duży oddział policji uformował szpaler i kazał kibicom iść z nimi. John próbował wyjaśnić, że czeka na dorosłego opiekuna, ale został zignorowany. Kibice zostali zaprowadzeni do pustego klubu nocnego. Na wejściu zostali przeszukani przez kogoś, kto wyglądał na ochroniarza, po czym zamknięto ich w klubie na ok. dwie godziny, bez dostępu do picia i jedzenia. Johnowi pozwolono wyjść i kupić smażonego kurczaka, ale z powodu zagrożenia, jakie najwidoczniej stwarzał, musiał iść pod policyjną eskortą i natychmiast wrócić. Ani razu nie wyjaśniono mu, co się właściwie dzieje.

Po dwóch godzinach kibice zostali wypuszczeni, uzyskali zgodę na pójście na stadion, a John w końcu dołączył do kolegi i jego taty.

Po powrocie do domu John opowiedział rodzicom, co się stało. Ci skontaktowali się z Federacją Kibiców Piłkarskich, która z kolei skontaktowała ich z prawnikiem. Wspólnie zwrócili się do lokalnej policji i wytknęli funkcjonariuszom, że nie mają prawa traktować dzieci w taki sposób. Policja odpowiedziała, że operacja była uzasadniona, ponieważ w pociągu, którym jechał John, znajdowali się „potencjalnie niebezpieczni kibice”. Funkcjonariusze przyznali jednak, że powinni byli zwrócić uwagę na to, że John jest niepełnoletni, i zgodzili się wypłacić mu czterocyfrowe odszkodowanie.

W przypadku Johna znów mamy do czynienia z domniemaniem winy z powodu towarzystwa. Policja podejrzewała kilka osób z pociągu, więc uznała, że zamknięcie niewinnych ludzi, w tym dzieci, jest uzasadnione.

Twarda ręka dla kibiców

Federacja Kibiców Piłkarskich w ciągu ostatnich 12 miesięcy miała do czynienia z wieloma przypadkami, które sugerują istnienie dualistycznego systemu prawnego – traktującego kibiców piłkarskich inaczej niż resztę społeczeństwa. Amanda Jacks, pracownica FKP, wielokrotnie słyszała od fanów, że sami policjanci mówili im, że gdyby nie byli kibicami piłkarskimi, nie mieliby problemów. Miała do czynienia m.in. z przypadkami siedemnastolatka, który został zakuty w kajdanki i aresztowany za to, że chciał zabrać piłkę na pamiątkę; kibica, który dostał zakaz stadionowy od swojego klubu w związku ze sprawą kompletnie niezwiązaną z futbolem, w której zabrakło dowodów do postawienia go w stan oskarżenia; historie grup młodych ludzi zatrzymywanych i zmuszanych do podania swoich danych osobowych przed kamerą; kibiców, których zatrzymano w sprawach cywilnych, po czym ich dane przekazano policji, która trzyma je w archiwum. „W dosłownie każdej sprawie, przy której pomagamy, postawiony przed sądem kibic dostanie zakaz stadionowy – niezależnie od tego, co zrobił, i od tego, czy ma na swoim koncie dawniejsze przewinienia”.

W dokumencie wydanym w sierpniu 2013 r. prokuratura ogłasza, że będzie kontynuować „politykę zera tolerancji wobec wykroczeń i przestępstw związanych z piłką nożną” i że „w przypadku, gdy zgromadzone dowody uznane zostaną za wystarczające do postawienia przed sądem, stosowana będzie zasada domniemanego oskarżenia”. Ta zasada jest kluczowa, oznacza bowiem, że inne środki, takie jak ostrzeżenie czy mandat, nie są stosowane – za wszelką cenę dąży się do postawienia podejrzanych w stan oskarżenia. Jak napisano na blogu Heresy Corner „zasada domniemanego oskarżenia „nie bierze pod uwagę kwestii proporcjonalności kary [do popełnionego czynu]; wytaczanie procesu komuś, kto nie miał wcześniej problemów z prawem może złamać mu życie, nawet jeśli ostatecznie zapadnie wyrok uniewinniający”. Również blogerzy zajmujący się prawem wyrażali obawy odnośnie do decyzji prokuratury o automatycznym stawianiu w stan oskarżenia i skutków podejmowania tak poważnych kroków.

Nie twierdzimy, że kibice piłkarscy to jedyna grupa społeczna, która podlega „szczególnemu traktowaniu” i stereotypizacji. Chcemy jedynie podkreślić, że za każdym razem, kiedy władze usprawiedliwiają odejście od równości wobec prawa i powszechnie obowiązujących standardów sprawiedliwości względami bezpieczeństwa, tak naprawdę stajemy się mniej bezpieczni. Granice tego, co dopuszczalne w życiu publicznym, zostają przesunięte, a my osuwamy się w demonizację i dehumanizację naszych współobywateli.

Epilog

Skończyliśmy pisać ten artykuł na kilka dni przed derbami Merseyside na Anfield. Kibice Evertonu opowiadają, że gdy usiłowali dostać się na stadion, przy wejściu dla gości rozpętało się istne pandemonium. Dla tysiącosobowego tłumu otwarto zaledwie cztery kołowrotkowe bramki. Tłum przygniótł część kibiców do ściany budynku. Trzynastoletniemu kibicowi nastąpił na stopę policyjny koń. Materiały wideo z tych zdarzeń trafiły na portal Liverpool Echo.

Policja broniła się twierdząc, że kibice zostali poinstruowani, aby przybyć odpowiednio wcześnie, tymczasem „o 7:45 mniej niż połowa z 2700 przyjezdnych fanów była na stadionie”. Przedstawiciele służb podkreślali, że apel o wcześniejsze przybycie był szeroko rozpowszechniany z racji wprowadzonej przez klub surowszej niż zazwyczaj polityki przeszukiwania kibiców, wprowadzonej w celu niedopuszczenia do wniesienia na stadion flar i innych materiałów pirotechnicznych. Zagrożenie pirotechniką jest jednym z najnowszych argumentów służących tworzeniu opowieści o nieodłącznej groźbie, jaka łączy się z kibicami piłkarskimi […].

Na skargi kibiców dotyczące bezpieczeństwa odpowiada się, że sami są sobie winni. Gdyby chodziło o jakąkolwiek inną grupę klientów, zadawano by pytania: dlaczego władze nie miały planu, jak poradzić sobie z łatwym do przewidzenia nagromadzeniem ludzi przed bramkami albo czy priorytetem było dla nich bezpieczeństwo, czy przeszukania. Ale to byli kibice piłkarscy. Przyjechali za późno. Byli potencjalnie niebezpieczni.

Mówi się, że postrzeganie kibiców piłkarskich jako problemu, z którym należy sobie poradzić, to już przeszłość…

Tłum. Mateusz Trzeciak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się 17 lutego 2014 r. na łamach portalu lewicowego tygodnika „New Statesman”.

Skąd się biorą pasażerowie?

Skąd się biorą pasażerowie?

Niemiecka kolej rozpoczyna wielkie dogęszczanie sieci przystanków kolejowych. Koncern Deutsche Bahn przystępuje do realizacji programu budowy 350 nowych przystanków kolejowych na terenie całych Niemiec. Obecnie na niemiecką sieć stacji i przystanków kolejowych składa się około 5,4 tys. punktów. Nowe przystanki powstać mają na liniach regionalnych – głównie w pobliżu wsi i osiedli, ale również przy uczelniach, szpitalach, basenach, centrach handlowych i przy większych przedsiębiorstwach. Program rozbudowy sieci przystanków prowadzony jest pod nazwą „Stationsoffensive”.

Najpierw wytypowanych zostało ponad 2 tys. potencjalnych lokalizacji. Obecnie prowadzone są prace mające na celu wyłonienie 350 najlepiej rokujących punktów, w których powstaną nowe przystanki. W zasięgu pieszego dojścia do nich – wyliczanego maksymalnie na 1,2 km w miastach i 2,4 km na obszarach wiejskich – znajdą się aż dwa miliony mieszkańców Niemiec.

Tysiące nowych pasażerów

Program „Stationsoffensive” bazuje na dotychczasowych doświadczeniach w dogęszczaniu sieci przystanków, dzięki czemu w Niemczech udało się przyciągnąć do pociągów tysiące nowych pasażerów.

Tylko na terenie Bawarii w ciągu minionych 20 lat otwarto 60 nowych przystanków kolejowych – między innymi w tych miastach, gdzie pociągi bez zatrzymania przejeżdżały przez centrum, by zatrzymać się dopiero na dworcu leżącym nieco na uboczu. Kolej zbliżyła się do małych i średnich miast między innymi za sprawą przystanków Wilhermsdorf Mitte z 1998 r., Rödental Mitte z 2005 r., Schweinfurt Mitte z 2006 r. czy Neustadt (Aisch) Mitte z 2012 r.

Przystanki Aschaffenburg Hochschule z 2007 r. oraz Rosenheim Hochschule z 2012 r. zostały zbudowane w pobliżu uczelni, przystanek Graben (Lechfeld)-Gewerbepark zlokalizowany został w 2012 r. przy centrach logistycznych koncernu wysyłkowego Amazon i sieci spożywczej Lidl, z kolei w mieście Bad Aibling nowy przystanek – Bad Aibling Kurpark – powstał w 2009 r. tuż przy parku uzdrowiskowym.

Nowe przystanki kolejowe zbudowane zostały również na terenach wiejskich – w miejscowościach, przez które wcześniej pociągi przejeżdżały bez zatrzymania. Na przykład w 2006 r. powstał przystanek w liczącej niespełna 1 tys. mieszkańców wsi Rottershausen na północy Bawarii.

Jak wynika z danych bawarskiego resortu spraw wewnętrznych, budownictwa i transportu, na 60 przystankach, które zostały zbudowane w ciągu ostatnich 20 lat, do pociągów każdego dnia wsiada w sumie 40 tys. pasażerów.

Kolej bliżej ludzi

Pierwsze przystanki w ramach programu „Stationsoffensive” zostaną zbudowane właśnie w Bawarii. Na początku marca 2015 r. porozumienie w tej sprawie zostało zawarte między koncernem Deutsche Bahn a władzami landu.

Przystanek otrzyma między innymi miejscowość Ergolding, przez którą pociągi regionalne relacji Monachium – Passau dziś przejeżdżają bez zatrzymania. Do jedynej stacji w liczącym 42 tys. mieszkańców mieście Weiden dołączą dwie kolejne: Weiden Nord i Weiden-Rehbühl. W centrum miasta Hof zbudowany zostanie przystanek Hof Mitte. Na linii Lindau – Hergatz, która obecnie cechuje się niską dostępnością dla miejscowej ludności, nowe przystanki powstaną w czterech wsiach. – Dzięki programowi „Stationsoffensive” zbliżymy kolej do ludzi – również na obszarach wiejskich – mówi Joachim Herrmann z władz Bawarii, w której w ramach pierwszego etapu realizacji programu „Stationsoffensive” zbudowanych zostanie 20 przystanków.

Zgodnie z założeniem programu, budowa każdego przystanku ma być sfinansowana w połowie ze środków koncernu Deutsche Bahn i w połowie z budżetu landu. Dodatkowo władze landów – jako odpowiedzialne za organizację i finansowanie kolejowych połączeń regionalnych – zobowiązują się, że przez nowe przystanki pociągi będą kursowały przynajmniej raz na godzinę. Gwarantuje to nie tylko określony poziom zamówień dla przewoźników, ale również stabilność wpływów zarządcy infrastruktury z tytułu udostępniania przewoźnikom torów i dworców. Wymóg minimalnie 60-minutowej częstotliwości kursowania pociągów ponadto zapewni atrakcyjność oferty przewozowej, tak by rzeczywiście przyciągała pasażerów.

– Wyjdzie to na dobre całej kolei. Nowi pasażerowie będą korzystać nie tylko z połączeń regionalnych, ale będą też docierać do większych węzłów i tam przesiadać się do pociągów dalekobieżnych – mówi André Zeug, szef odpowiedzialnej za zarządzanie dworcami i przystankami spółki DB Station & Service. – Już rozmawiamy z kolejnymi landami na temat „Stationsoffensive”.

350 x 350

Na terenie landu Badenia-Wirtembergia, według wstępnych założeń, powstać ma 55 nowych przystanków kolejowych. – Gdy wiele osób, także żyjących poza metropoliami, uzyska wygodny dostęp do kolei, liczba pasażerów rzeczywiście może wyraźnie wzrosnąć – przewiduje Stefan Buhl, szef oddziału Związku Pasażerów Pro Bahn w Badenii-Wirtembergii.

Aż jedna trzecia przystanków w ramach programu „Stationsoffensive” powstać ma na terenie Nadrenii Północnej-Westfalii. Ogólna koncepcja mówi o sensowności wybudowania w tym landzie nawet 120 nowych przystanków kolejowych. Miejscowe władze wskazują na potrzebę dogęszczenia sieci przystanków kolejowych nie tylko w miastach silnie zurbanizowanego Zagłębia Ruhry, jak Dortmund czy Düsseldorf, ale też w mniejszych ośrodkach leżących na peryferiach: chociażby w położonym na linii Krefeld – Kleve 34-tysięcznym mieście Goch, gdzie obecnie pociągi bez zatrzymania przejeżdżają przez osiedle Pfalzdorf.

Jak zaznaczają przedstawiciele Deutsche Bahn, przy wyborze przystanków należy brać pod uwagę bardzo wiele czynników – choćby powiązanie komunikacyjne z otoczeniem, zakres koniecznych prac budowlanych, przewidywane koszty utrzymania czy wpływ nowego postoju na rozkład jazdy pociągów. O sukcesie programu „Stationsoffensive” będzie można mówić, jeśli na każdym z 350 nowo wybudowanych przystanków wsiadać do pociągów będzie 350 pasażerów na dobę.


Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 3/77 (maj-czerwiec 2015).

Nasza własna wieża Babel

Wieś, czyli kultura niepamięci

Kilka tygodni temu w Krakowie odbył się pokaz filmu „Niepamięć” w reżyserii Piotra Brożka oraz dyskusja nad nim. Zapowiadany jako „pierwszy dokument o pańszczyźnie”, wzbudził spore kontrowersje. „Niepamięć” nie jest właściwie filmem o pańszczyźnie ani nawet analizą jej dziedzictwa we współczesnym polskim społeczeństwie. To raczej mocno subiektywny zapis spotkania wywodzącej się ze wsi wielkomiejskiej inteligentki, Magdaleny Barteckiej, z potomkiem arystokratycznej rodziny, Franciszkiem Ledóchowskim. To zbyt mało, żeby mówić o filmie na temat pańszczyzny i jej dziedzictwa. Ale wystarczająco dużo, by zastanowić się, co właściwie pozostało we współczesnej Polsce z dość już odległej przeszłości. Znamienny jest także tytuł. Niepamięć wiąże się z brakiem wiedzy i rzeczywiście w trakcie krakowskiej dyskusji po filmie miałem wrażenie, że poruszamy się po omacku w dziedzinie niepamięci, czyli domniemań i hipotez, mniej lub bardziej udolnych prób rekonstrukcji stanu rzeczy.

W naszej współczesnej kulturze i obyczajach bardzo trudno wyraźnie rozpoznać, co jest realnym dziedzictwem wsi, a co konglomeratem bardzo wielu transformacji, przez jakie przechodziło polskie społeczeństwo w ciągu tylko ostatnich dziesięcioleci. Należałoby zresztą doprecyzować na wstępie, o jakiej wsi myślimy. Mamy w granicach Polski wsie z tak różnych regionów, jak Pomorze Zachodnie, Wielkopolska, ściana wschodnia, Galicja, świętokrzyskie. Mamy wieś na Kaszubach i na Spiszu. Historyczne różnice są tu znaczne, kwestie gospodarcze mieszają się ze strukturą etniczną czy z politycznym, społecznym i kulturowym dziedzictwem zaborów, a nawet czasów przedrozbiorowych. Ale to wszystko, co przetrwało do dziś z tego odleglejszego dystansu czasowego, jest właściwie wyłączną domeną profesjonalistów, przede wszystkim etnologów. Laik może tylko uchwycić pewne najwyrazistsze znaki odmienności, wciąż dostrzegalne czy to w języku, czy w obyczajach i artefaktach, pozostałościach tego, co jeszcze ocalało ze specyfiki wsi, która weszła w kontakt z homogenizującą siłą kultury masowej i w znacznej mierze „dostosowała” się do wzorców życia tworzonych w miastach. Na marginesie: jeśli pojedziecie dziś na „wiejski odpust”, dostaniecie tam najczęściej zabawki przywiezione z miejskich hurtowni, wyprodukowane w Chinach. Jeśli będziecie mieli szczęście, to ozdobą odpustu będzie kilka stoisk z eko-żywnością oraz z dość różnej jakości i „autentyczności” wyrobami z drewna. To jest najwymowniejszy znak tego, co się stało z kulturą wiejską/ludową w skali masowej – także na samej wsi.

Początek końca kultury wiejskiej w jej różnych historycznych odmianach to ten moment w czasach PRL, kiedy na wsi masowo pojawiły się telewizory. Kobiety przestały się spotykać wieczorami, by drzeć pierze – każdy we własnym domu oglądał kolejny odcinek Teatru Sensacji „Kobra”. Wcześniej wtopienie się wsi w wielkomiejską nowoczesność sygnalizowała ekspansja innych produktów przemysłowych: ubrań, potrzebnych w domu i zagrodzie artykułów codziennego użytku oraz sprzętu rolniczego. Na polskiej wsi znajdziecie jeszcze starych ludzi, opowiadających ze łzami w oczach o tym, jak w ich gospodarstwie pozbyto się ostatniego konia służącego do prac na roli. Było to w latach 60., 70., niekiedy jeszcze w 80. Czy tego chcemy, czy nie, dziś wiejskie rzemiosło stanowi na ogół element folkloru – wytwarzanego na potrzeby bądź to bardzo bogatego klienta, bądź na rynek masowy, dla turystów albo uczniów szkół podstawowych, którzy na wycieczce w Zakopanem kupią masowo produkowane imitacje ciupag.

Kolejną okolicznością, która przyczyniła się do zaniku wiejskiej kultury jako znaczącego zjawiska, była masowa migracja ludności wiejskiej do miast. Być może to właśnie ten, rozłożony na wiele pokoleń i wciąż niezakończony proces, był tu najistotniejszy, choć także mówienie o migracjach jako o spójnym fenomenie jest uproszczeniem. Tak naprawdę bowiem niewiele mają ze sobą wspólnego ludność chłopska z Galicji emigrująca za chlebem do Ameryki w drugiej połowie XIX w., imigranci z bieda-wsi piaszczystego Mazowsza i dzisiejsi emigranci zarobkowi, uciekający ze wsi popegeerowskiej w Wielkopolsce do Anglii, Niemiec, do rodzimych metropolii. Bardzo trudno nam też w pełni zrozumieć dziś migracje ludności wiejskiej opisane w „Ziemi obiecanej” Reymonta, gdy wegetację na głodnej i bezrobotnej wsi zamieniano masowo na robotnicze życie w łódzkich manufakturach. Tymczasem to właśnie rewolucja wielkiego przemysłu – co dobrze widać właśnie na kartach tamtej powieści – przetrąciła kark kulturze wsi – zarówno kulturze chłopstwa (biednego i bogatego), jak i kulturze panujących nad wsią i folwarkami szlacheckich/arystokratycznych dworków. Ale pal licho dworek. Skupmy się na chłopkach i chłopach, wieśniakach, którzy nie mieli do stracenia nic oprócz głodu, nie tylko na przednówku, dla których piekło fabryk, których kominy sięgały wyżej niż kościelne wieże, okazywało się atrakcyjniejsze od piekła wsi.

To jedno jest pewne. Gdy pytamy dziś, dlaczego współczesna rodzima kultura jest tak „miastocentryczna”, prawdopodobna odpowiedź może brzmieć: ta wiejska była niechciana, nie miała nic lub niewiele, co można byłoby przechowywać i kultywować po przeprowadzce do większego ośrodka. Wyrzekali się jej więc ci, którzy z niej się wywodzili, czyli masy migrujące do miast. Czym często była wieś? Harówką od wczesnego rana do nocy, brakiem higieny, błotnistymi drogami, podporządkowaniem czterem żywiołom i czterem porom roku. Miasto dawało awans, nawet jeśli był to awans problematyczny, obciążony nowymi rodzajami ryzyka. Miasto to była (i wciąż jest) edukacja, miasto to był (i znów coraz częściej się tym staje) dostęp do „reglamentowanych” dóbr cywilizacyjnych: lekarza, urzędów, instytucji kulturalnych, lepiej zaopatrzonego rynku towarów i usług itd., itp. Miasto to był dostęp do lepszego standardu mieszkaniowego. I wreszcie miasto to praca, a przynajmniej cień szansy na pracę, której tak często nie starczało na przeludnionej i małorolnej wsi.

Co można było przenieść ze wsi do miasta? Artefakty? Strój wiejski okazywał się zbędny. Przedmioty starzały się i odchodziły do lamusa. Często były zresztą ubożuchne i nie było ich wiele – widomy znak mizerii kulturowej przednowoczesnej wsi. Piosenki, klechdy, bajania? Powoli zacierały się w pamięci, wypierane przez miejską kulturę masową i jej rozrywki. Zostawała pamięć, ale i ta z czasem coraz bardziej okazywała się niepamięcią, czymś schowanym głęboko w duszy, bo nikomu już – z coraz młodszych i młodszych – niepotrzebnym. A może zostawała duma z własnej przeszłości? Ale jaka duma i z czego, skoro tamto życie było nierzadko upokarzająco smutne i ubogie? Przecież wielu z tych, co ze wsi przybywali do miasta, nie miało niemal nic własnego. Może poza religijnością, która na płótnach malarzy ukazujących Wielkanoc na wsi zawsze jest taka sama: dworek, pan i pleban, chłopki klęczące na ziemi przy święceniu pokarmów. Tak, piękne wiejskie obyczaje, tyle że były obyczajami służącymi przede wszystkim panom, a ci klęczący ludzie o spracowanych rękach, o surowych twarzach, które szybko przegryzały starość, zmęczenie i ból, byli tylko postaciami z drugiego, trzeciego planu. Te masy nie miały w zasadzie nic swojego – nawet ich kultura była „kulturą podporządkowaną”, niepodmiotową, niesuwerenną. Nic więc dziwnego, że w kolejnych pokoleniach zrzucali z siebie resztki tej wiejskości, tego „wieśniactwa”, tej „wsiowości” – nawet nie dlatego, że im tak kazano, ale dlatego, że pamięć była brzemieniem, a może wręcz głęboko schowanym resentymentem i wstydem (to właśnie widać w „Niepamięci”!), świadomością podległości nawet jeśli już nie pańszczyźnianej, to zawsze instytucjonalnej, obyczajowej, kulturowej.

Ale tu warto wprowadzić kontrargument. Polska wieś ostatnich dekad zaborów i późniejsza miała przecież swoje reprezentacje partyjne, swój ruch ludowy, swoje elity polityczne i kulturowe. Miała samoorganizację i samopomoc, wcieloną choćby w różne formy spółdzielczości. Była zatem także wieś zamożniejsza, świadoma swoich praw, harda. Niejednokrotnie antyklerykalna, choć religijna. Była wieś, która umiała korzystać z rewolucji przemysłowej dla powiększenia własnej zasobności, która z mas swojej ludności potrafiła uczynić siłę polityczną. Jednak i w jej obrębie zachodziło stopniowe obumieranie „tradycyjnej wiejskości”. Chłopki i chłopi w strojach ludowych, których widzimy jeszcze na zdjęciach z czasów II Rzeczpospolitej, nie chadzali tak przecież na co dzień, o czym wielokrotnie informowali mnie przeróżni rozmówcy. Zakładali je właśnie na specjalne okazje – tak tworzył się folklor jako specyficzna wizytówka własnego rodowodu. Niby wciąż „naturalna”, ale w jakiś sposób już odświętna, kultywowana w ramach rytuałów manifestowania własnej tożsamości/odrębności, świadomie przyjmowanej konwencji, z definicji niecodzienna.

Te procesy przebiegały coraz intensywniej i sięgały coraz głębiej, by w czasach PRL doprowadzić do niemal pełnego „umiastowienia” wsi, związanego m.in. z coraz częściej występującą dwuzawodowością, która utrzymuje się do dziś. To umiastowienie dokonywało się tym bardziej, że w ustroju centralnego sterowania wyobraźnią i aktywnością społeczną wszelka samorządność, wszelki oddolny ruch społeczny, były skrzętnie pilnowane. Szczególnie wyraziste były konsekwencje tego faktu w wymiarze politycznym: cały dawny ruch polityczny chłopstwa, bardzo różnorodny, został reglamentowany w ramach Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Centralizowała się także kultura ludowa, przemieniając się w „Cepelię” i ekskluzywne kramy w Sukiennicach. W dodatku wieś w czasach PRL – obok niewątpliwego skoku cywilizacyjnego – doświadczyła dwóch specyficznych form „neopańszczyzny”. Ta bardziej znana to Państwowe Gospodarstwa Rolne, ta rzadziej wspominana to ogromne kontyngenty żywności, jakie polska wieś musiała składać na rzecz miasta. Polegały one na dostarczaniu państwu w ściśle wyznaczonych terminach zboża, ziemniaków, żywca (a do 1957 r. także mleka) po znacznie zaniżonych cenach. Warto także przyjrzeć się historii powszechnych ubezpieczeń społecznych na polskiej wsi – znany nam stan rzeczy jest de facto wynikiem ustaleń, jakie wywalczyła dopiero na początku lat 80. XX w. Solidarność Rolników Indywidualnych! Do 1972 r. bezpłatna opieka zdrowotna w ogóle nie dotyczyła rolników indywidualnych i ich rodzin. Pierwsze świadczenia dla rolników pojawiły się w PRL dopiero w 1963 r., a i to w zamian za nieodpłatnie przekazane państwu przez chłopów gospodarstwa rolne. Również dopiero w 1972 r. ostatecznie zniesiono kontyngenty! To pokazuje skalę upośledzenia wsi.

Gdy nadeszła III RP wyzwaniem dla polskiej wsi stały się nowe, bardzo silne czynniki modernizacyjne, związane z transformacją. Wieś po raz kolejny doświadczyła wówczas swej podrzędności: zwłaszcza rolnicy, których część na krótką chwilę zjednoczył Andrzej Lepper, oraz wieś popegeerowska, której zrzucono z pleców jarzmo neo-pańszczyzny, w zamian dając jej nieznośną lekkość masowego bezrobocia.

Dla wszystkich wyżej wymienionych przyczyn bardzo trudno dziś zrobić film o pańszczyźnie, który rzeczywiście byłby dokumentem wprost jej poświęconym i analizującym jej skutki w perspektywie długiego trwania. Temat wymaga z pewnością więcej niż jednego dokumentu, prędzej już wielopłaszczyznowego cyklu w rodzaju poświęconego polskiej transformacji „Systemu 09”. Gdybym jednak miał zaryzykować odpowiedź na pytanie, co jest współczesnym dziedzictwem pańszczyzny, a przynajmniej jego ważnym elementem składowym, odpowiedziałbym, że jest nim kultura podporządkowania, nieumiejętność budowania własnej podmiotowości. Kultura wsi, kultura mas po-chłopskich jest de facto kulturą wyrzeczenia się samej siebie i dostosowania do cudzej logiki i wzorców. Być może jest to istotna część fenomenu, który nazywamy dziś neokolonializmem; masy wciąż potrzebują pana, nawet jeśli coraz rzadziej potrzebny im pleban. Równocześnie trwa zaciekła walka o lepsze umiejscowienie w szybko kostniejącej hierarchii ekonomiczno-kulturowej III RP – „kultura polskich menedżerów”, oparta na bezinteresownym upokarzaniu stojących niżej także może być dalekim echem pańszczyzny, rodzimej tradycji przed-nowoczesnego wyzysku. Ale to spekulacje. „Niepamięć” to dopiero punkt wyjścia dla uświadamiania sobie tożsamości mniej sielankowej niż pogodne dni Jana Onufrego Zagłoby, we wsi Burzec bawiącego dzieci Skrzetuskich. Póki co to niepamięć jest prawdziwą kulturą polskiej wsi.

Polityka ma zawsze rację

Niemal od zawsze ludzi zaprzątają pytania o źródła dobrobytu oraz o efektywne, a przy tym korzystne dla społeczeństw sposoby sprawowania władzy. Wraz z narodzinami kapitalizmu i nauk społecznych zagadnienie to jeszcze bardziej zyskało na wadze. Z reguły nasze realia opisywane są zgodnie z „obiektywną logiką rynkową”, poza obszar której wypada choćby zainteresowanie wzajemnymi relacjami między instytucjami publicznymi a procesami gospodarczymi i ich różnorakimi podmiotami. Zupełnie inny punkt widzenia prezentuje książka „Dlaczego narody przegrywają. Źródła władzy, pomyślności i ubóstwa” Darona Acemoglu i Jamesa A. Robinsona.

Pierwszy z autorów jest profesorem ekonomii, wykładowcą w Massachusetts Institute of Technology i laureatem Medalu Clarka, przyznawanego przez Amerykańskie Stowarzyszenie Ekonomiczne. Drugi to politolog i ekonomista, profesor Uniwersytetu Harvarda, zajmuje się problematyką sprawowania władzy. Przedmiotem ich zainteresowania są wielkie różnice dochodów i poziomu życia, które bogate kraje świata – takie jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania czy Niemcy – przeciwstawiają krajom biednym: w Afryce Subsaharyjskiej, Ameryce Środkowej, Azji Południowej. Te dociekania prowadzą ich przez dzieje i kontynenty – badacze ukazują, w jaki sposób dominacja niektórych narodów/państw wpływała i wpływa – na ogół negatywnie – na realia podporządkowanych im peryferii, terytoriów kolonizowanych.

Podczas lektury niejednokrotnie miałem wrażenie, że to opowieść nie-wprost o przyczynach stopniowego pogrążania się Polski w pułapce „rozwoju dla bogatych i uprzywilejowanych”. Nie jest to jednak lektura o tym, dlaczego socjalizm jest dobry, a kapitalizm zły, nie jest to też „krótki kurs etatyzmu”. To praca ukazująca, w jaki sposób, w konkretnych warunkach historycznych, społeczeństwa oraz ich elity okazują się zdolne lub niezdolne do stworzenia podstaw dobrostanu i dalszego harmonijnego rozwoju. Uniwersalną odpowiedzią nie są ani wolny rynek, ani skrajny centralizm. Kluczem jest sprawne polis, wcielone w dopełniające się instytucje polityczne i ekonomiczne. Wbrew znanemu złudzeniu, nie ma ekonomii bez polityki – i nie ma polityki bez ekonomii. Problemem nie jest to, jak je raz na zawsze „rozłączyć” lub jak skutecznie doprowadzić do dominacji jednej z tych dziedzin nad drugą. Wyzwaniem jest utrzymanie instytucji państwa i rynku w zasięgu rzeczywistego oddziaływania obywateli, tak aby jak najszersze warstwy mogły partycypować w wypracowanych dobrach.

Na papierze recepta wydaje się prosta, ale autorzy nie mają złudzeń, że rzadko bywa ona realizowana. Stąd taki, a nie inny tytuł książki, w którym pobrzmiewa nuta pesymizmu: odmienności dzisiejszych instytucji [w krajach rozwiniętych i kolonizowanych – K. W.] są głęboko zakorzenione w przeszłości, bo gdy społeczeństwo zorganizuje się w określony sposób, zwykle taki stan rzeczy się utrzymuje. Także głęboka nierówność jest wynikiem interakcji instytucji politycznych i gospodarczych. Pozbawiona kontroli społecznej „dyktatura bogatych i uprzywilejowanych” bacznie pilnuje swoich wpływów, nawet jeśli oznacza to stopniowe rozszerzanie stref ubóstwa wskutek transferu dóbr ku nielicznym grupom.

Rozważając kondycję państw, w których wydarzyła się „arabska wiosna”, oraz przyczyny buntu tamtejszych społeczeństw, autorzy zauważają: Egipt cierpi biedę właśnie z tego powodu, że włada nim wąska elita, która organizowała społeczeństwo dla własnej korzyści, ze szkodą dla wielkich mas obywateli. Władza polityczna skoncentrowała się w rękach nielicznych, a ci wykorzystali ją do budowania wielkich fortun. […] Egipt tkwił w biedzie, gdyż nie zmieniała się jego podstawowa struktura społeczna. I przeciwnie, bogate społeczeństwa Zachodu nie stały się takimi za sprawą „niewidzialnej ręki rynku”: Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone stały się bogate, gdyż ich obywatele obalili elity sprawujące władzę i stworzyli społeczeństwa, w których prawa polityczne były o wiele powszechniejsze, których rządy były odpowiedzialne przed obywatelami i reagowały na ich potrzeby, a z możliwości gospodarczych mogły korzystać wielkie masy ludzi.

Możliwość handlu i wolność gospodarcza, ale także instytucje służące redystrybucji dóbr i prawa chroniące pracowników/konsumentów przed dominacją właścicieli kapitału, są wynikiem politycznej działalności społeczeństw świadomych własnych interesów. Dobre instytucje, przekonują Acemoglu i Robinson, to te, które stanowią formę samoobrony przed nadmierną władzą polityków, finansistów i właścicieli koncernów, oraz zachowują charakter służebny wobec społeczeństw, zawsze podlegając ich kontroli.

Na początku jest polityka jako aktywność społeczeństw – reszta to jej pochodne. Tam, gdzie kapitalizm okazał się opłacalny nie tylko dla nielicznych, ludzie walczyli o prawa polityczne, a gdy je zyskali, skorzystali z nich, aby poszerzyć swe możliwości gospodarcze. Efektem była całkowicie odmienna [niż u pozostałych społeczeństw – K.W.] trajektoria polityczna i gospodarcza.

Jako wymowny przykład służy historia polityczna i gospodarcza miasta Nogales, przedzielonego granicą USA – Meksyk. Nogales amerykańskie jest o wiele bogatsze, jego instytucje – przewidywalne, umożliwiające walkę z korupcją, a życie w nim bardziej stabilne. Nogales meksykańskie jest biedniejsze, dotknięte znaczną przestępczością, ma wysoki wskaźnik śmiertelności noworodków. Jest również, co istotne, miastem o mocno skorumpowanej i nieprzewidywalnej sferze instytucjonalnej. Jak zaznaczają autorzy: ludzie po obu stronach granicy mają podobną genealogię. Zdecydowanie dzielą ich natomiast różnice instytucjonalne, sięgające głęboko w kolonialną przeszłość Meksyku i w dzieje amerykańskiej – nieidealnej, ale zawierającej korzystne rozwiązania – demokracji.

Specyfika kolonialnych podbojów pozostawiła niezatarte piętno na Meksyku: na wszystkich terenach skolonizowanych przez Hiszpanów pojawiły się podobne instytucje i struktury społeczne. Po początkowej fazie łupienia oraz żądzy złota i srebra Hiszpanie wypracowali sieć instytucji, których celem był wyzysk tubylców. [Przyjęty system] miał na celu obniżanie do jak najniższego poziomu standardów życia mieszkańców, aby mogli oni zaspokoić tylko podstawowe potrzeby, gdyż pozwalało to Hiszpanom zabierać wszelkie nadwyżki. W tym celu Hiszpanie wywłaszczali Indian, zmuszali ich do pracy za podłe wynagrodzenie, nakładali wysokie podatki i ustalali wysokie ceny na towary. Korona hiszpańska zarobiła na tym krocie, konkwistadorzy i ich potomkowie dorobili się wielkich majątków, ale zarazem zrobili z Ameryki Łacińskiej kontynent, gdzie nierówność jest największa na świecie, a do tego zniszczyli wielką część jej potencjału gospodarczego.

Kariera jednego z najbogatszych ludzi na świecie, Carlosa Slima, przypomina po części historię Jana Kulczyka: Slim zdobył pieniądze nie dzięki innowacjom. Początkowo doskonale sobie radził na giełdzie, kupując i reorganizując nierentowne firmy. W 1990 r. przejął Telmeks, meksykańskiego monopolistę z branży telekomunikacyjnej. Dzięki koneksjom politycznym wcale nie zaproponował najwyższej stawki, nie zapłacił też za przejęte udziały natychmiast – wykorzystał do tego dywidendy przejętej firmy. Korzystał przy tym z takich narzędzi jak recurso de amparo – to petycja, jaką można wnieść do sądu, aby wykazać, że konkretna ustawa nie odnosi się do danego podmiotu. Stanowi ona pozostałość po konstytucji Meksyku z 1857 r., która w zamierzeniu jej twórców miała zapewniać obywatelom prawa i swobody. Slim, gdy próbowano ograniczyć jego pozycję monopolisty telekomunikacyjnego, odwołał się do amparo. Acemoglu i Robinson zauważają: w rękach Telmeksu i innych monopolistów meksykańskich [petycja – K.W.] stała się potężnym narzędziem wykorzystywanym do umacniania posiadanego monopolu. Ostatecznie więc „amparo” nie broni praw obywateli, lecz pozwala ominąć zasadę równości wobec prawa. Z czasem Slim rozszerzył wpływy także na pozostałe państwa Ameryki Łacińskiej.

Zdaniem autorów „Dlaczego narody przegrywają” meksykański potentat zyskał swą pozycję głównie dzięki koneksjom politycznym i temu, że instytucje polityczne i prawne świata latynoamerykańskiego umożliwiły mu stałe rozszerzanie monopoli i ekspansji rynkowej. Slim nie mógł jednak poczynać sobie podobnie w realiach północnoamerykańskich. W 1999 r. należąca do niego Grupo Corso wykupiła sieć sklepów komputerowych CompUSA, powiązaną z siecią COC Services, która na terenie Meksyku miała prowadzić sprzedaż na zasadach franczyzy. Slim złamał umowę i „zrezygnował” z usług COC, gdyż zamierzał wprowadzić na jej miejsce własną sieć sklepów i wyeliminować konkurenta. COC Services pozwała przejęty przez Slima CompUSA przed sąd w Dallas. Slim nie mógł odwołać się do amparo przed północnoamerykańską instytucją. Przegrał i zmuszony był zapłacić 454 miliony dolarów grzywny. Zdaniem Acemoglu i Robinsona: Wystarczyło, by znalazł się w zasięgu instytucji amerykańskich, aby jego zwykła metoda zarabiania pieniędzy przestała działać. Dobrze widać na tym przykładzie, że to nie rynek ma zawsze rację, a najistotniejsza jest specyfika ustrojowa poszczególnych państw. Wymowny jest także los amparo: trwale skorumpowana rzeczywistość południowoamerykańskiego kraju sprawiła, że prawo, które w zamierzeniu miało chronić zwykłych ludzi przed nadmiernymi roszczeniami ze strony silniejszych od nich, z czasem stało się narzędziem w ręku najpotężniejszych.

Narzucony model instytucjonalno-gospodarczy zdeterminował historię Ameryki Południowej. Jej stałymi tendencjami są stagnacja gospodarcza, wojny domowe i zamachy stanu: pojawiło się wprawdzie powolne rozszerzanie praw politycznych, ale dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku w większości krajów latynoamerykańskich wprowadzono ustrój demokratyczny, co i tak nie zapobiegło ich politycznej niestabilności. Ma to bardzo konkretne konsekwencje dla gospodarek tych państw, takie jak niska innowacyjność i znaczne rozwarstwienie oparte na licznych przywilejach polityczno-ekonomicznej oligarchii.

A jak jest w Stanach Zjednoczonych? Autorzy pracy nie idealizują przeszłych ani współczesnych realiów tego państwa, zwracają jednak uwagę na elementarną odmienność jego instytucjonalnej formacji. Już na wczesnym etapie (XVII w.) zapewniała ona osadnikom nie tyle „wolny rynek”, co prawa polityczne do samostanowienia i samoorganizacji – także wbrew brytyjskim instytucjom politycznym i handlowym. Wskazują ponadto, że „amerykańskie marzenie”, które pozwala zostać milionerem nawet pucybutowi, ma głębokie zakorzenienie w przyjętych rozwiązaniach: na wszystkich poziomach życia społecznego ważne są indywidualne talenty, ale nawet one potrzebują ram instytucjonalnych, które pozwolą zrobić z nich pozytywną siłę. To stabilność instytucji publicznych i rozwiązań prawnych oraz przewidywalność relacji społeczno-gospodarczych umożliwia realizację zamierzonych celów choćby takim ludziom jak Bill Gates.

Nie oznacza to, że Microsoft nie dąży do supremacji w skali globalnej. Jednak – pod pewnymi warunkami i w określonych realiach ustrojowych – musi liczyć się ze społeczeństwami, na których próbuje zarobić. Tymczasem lokalni oligarchowie działający w obrębie swojego dominium nie mają tego problemu. Rynek wolny choćby od korupcji zapewnia właśnie efektywna kontrola polityczna, na którą realny nacisk mogą wywierać podmiotowe społeczeństwa. Każda instytucja rynkowa okazuje się instytucją polityczną także dlatego, że jest żywo zainteresowana kontrolowaniem społeczeństw, w obrębie których działa. Nie bez przyczyny istotną częścią działań rynkowych jest silny lobbing wywierany na prawodawców poszczególnych państw przez potężne instytucje gospodarcze. Im mniejsza kontrola społeczna, tym skuteczniejszy jest z reguły lobbing. Niedowład lub podmiotowość polityki determinuje relację między państwem, rynkiem i ludzkimi wspólnotami.

W kontekście tych rozważań ważne jest rozróżnienie, jakie wprowadzają Acemoglu i Robinson dla opisania narastających dysproporcji między światami bogactwa i ubóstwa. Instytucje gospodarcze i polityczne pojawiające się w różnych częściach światach dzielą oni na włączające i wyzyskujące. Instytucje włączające to te, które bronią praw własności szerokich mas oraz tworzą zasady „gry o dobrobyt”, obowiązujące wszystkich jej uczestników. Co ważne, włączające instytucje gospodarcze wspierają włączające instytucje polityczne i są przez nie wspierane, gdyż przy tych drugich dokonuje się pluralistyczne rozłożenie władzy, zapobiegające powstawaniu monopoli i oligarchizacji życia społeczno-gospodarczego. Natomiast instytucje wyzyskujące zawsze zmierzają do ustanowienia autorytaryzmu polityczno-ekonomicznego: wyzyskujące instytucje gospodarcze są synergicznie sprzężone z wyzyskującymi instytucjami politycznymi, koncentrującymi władzę w rękach nielicznych, którzy mają wtedy mocne powody, aby zachowywać i rozwijać instytucje wyzyskujące, dzięki nim bowiem gromadzą zasoby pozwalające im umacniać władzę polityczną.

Powyższa koncepcja autorów „Dlaczego państwa przegrywają” pozwala wiele zrozumieć z polskich realiów. Jeśli uznamy, że jako wspólnota cierpimy na „wyuczoną bezradność polityczną”, czyli nie potrafimy o własnych siłach zbudować instytucji włączających, to łatwiej będzie nam odczytać nie tylko rzeczywiste przyczyny nieumiejętnego prowadzenia polityki społecznej, zdrowotnej, edukacyjnej czy mieszkaniowej. Zrozumiemy również, dlaczego nie dochodzi do znaczącego rozpowszechnienia własności prywatnej, i to pomimo kilku dekad jej specyficznego kultu i usilnych przekonywań, że dzięki zdaniu się na „obiektywne mechanizmy rynkowe” z pewnością osiągniemy sukces gospodarczy i zbudujemy dostatnie społeczeństwo.

Czy oznacza to, że w warunkach prymatu instytucji wyzyskujących nie jest możliwy rozwój gospodarczy? Czy instytucje wyzyskujące i wzrost PKB wykluczają się wzajemnie? Acemoglu i Robinson udzielają odpowiedzi, która pozwala lepiej rozumieć reguły gry panujące w naszym kraju. Jak twierdzą, każda elita zainteresowana jest jak największym sukcesem gospodarczym, gdyż dzięki mechanizmom i instytucjom wyzysku może więcej zagarnąć dla siebie. Do pewnego momentu – dzięki czynnikom zewnętrznym albo możliwości eksploatacji zasobów pozostających pod jej kontrolą – gospodarki i społeczeństwa opanowane przez elity wyzyskujące mogą generować zyski. Jednak „trwały wzrost wymaga innowacji”. A wyzyskujące instytucje polityczne i gospodarcze nie tyle nie są nim zainteresowane, co nie są zdolne do tworzenia takiej jakości, gdyż zakłada ona chociażby przełamywanie status quo i wprowadzenie na scenę nowych aktorów życia społeczno-gospodarczego, niekontrolowanych przez elitę. W sytuacjach skrajnych zaś (realia państw Afryki czy Ameryki Południowej) brak powszechnego dostępu do dóbr kontrolowanych przez nielicznych wzmacnia niepokoje społeczne i sprzyja rewolucjom. Na ogół nie prowadzą one jednak do upowszechnienia dobrobytu, lecz tylko do „korekt” w obrębie elit wyzyskujących. W demokracji peryferyjnej taka sytuacja skutkuje zmianą jednego szyldu politycznego na drugi i nieco innym transferem środków w obrębie grup, jakie wraz ze zmianą uzyskują (lub tracą) dostęp do „polityki wyzysku”. Na przykład w pewnym stopniu mogą zmieniać się wysokości kwot i adresaci środków płynących z instytucji politycznych i gospodarczych choćby w kierunku mediów, prywatnych firm wykonujących państwowe zamówienia, instytucji kulturalnych itd. W takich realiach imitacyjne próby reform czy modernizacji (Pendolino!) zawsze okazują się więcej niż dwuznaczne pod względem korzyści ogólnospołecznych.

Zdaniem Acemoglu i Robinsona problem z kolonializmem nie polegał tylko na ekonomicznym wyzysku i grabieży dóbr oraz zasobów ludzkich. Dokonywana ekspansja miała przede wszystkim charakter polityczny, gdyż to polityka decyduje o sposobach samoorganizacji ludzkich wspólnot. W ten sposób dewastacja sięgała korzeni. Kolonializm przede wszystkim zniszczył autonomię społeczną i polityczną obszernych połaci świata, „wybił je” z ich własnej historii. Kolonizatorzy przynieśli podbijanym ludom takie instytucje i obyczaje, które przede wszystkim były nastawione na ich eksploatację, albo znacznie potęgowały zastane realia wyzysku. Społeczna i polityczna niesuwerenność, wypracowane dla ich podtrzymania i wzmocnienia instrumentarium, przyczyniły się do pogrążenia „terytoriów zależnych” w długotrwałej stagnacji. Jest to o tyle ważne, że godzi w dużą część postkolonialnych stereotypów, z którymi spotykamy się i dziś w mniej lub bardziej wyrafinowanych formach. Część z nich głosi, np. że Murzyni są głupi i leniwi albo że tylko „biały człowiek” zdolny jest do stworzenia globalnej cywilizacji. Przyjrzyjmy się kilku przykładom.

Handel transatlantycki był wstępem do „europeizacji” świata. Jednak większy i bardziej powszechny dobrobyt okazał się przede wszystkim doświadczeniem Ameryki Północnej. Dlaczego? Wskutek wydarzeń wieku XV i XVI Korona angielska – w przeciwieństwie do francuskiej i hiszpańskiej – nie była w stanie kontrolować całego handlu zamorskiego. W rezultacie we Francji i w Hiszpanii to monarchia i związane z nią elity najbardziej korzystały z wielkich zysków przynoszonych przez handel transatlantycki i ekspansję kolonialną. Na terytorium USA „odrębne społeczeństwo” stworzyło własne instytucje polityczne, które umożliwiły szeroką partycypację w wypracowywanych i eksploatowanych zasobach. Nigdy nie było to społeczeństwo idealne, o czym świadczy los północnoamerykańskich Indian, jednak potrafiło w trosce o własne interesy zbudować taki świat, który nie powstał choćby w Ameryce Południowej. Złożyło się na to wiele czynników: instytucjonalna trajektoria Ameryki Północnej zawdzięcza swoistość temu, że ludność przed kolonizacją żyła w rozproszeniu, co sprawiło, że europejscy osadnicy mogli wystąpić przeciw elitom, które usiłowały ustanowić Virginia Company i Korona angielska. Natomiast hiszpańscy konkwistadorzy zastali na terenie dzisiejszego Peru scentralizowane i oparte na wyzysku państwo, które mogli przejąć, a także dużą populację tubylców, których mogli zmusić do pracy w kopalniach i na plantacjach.

Rewolucje polityczne i przemysłowe w Europie doprowadziły do radykalnych zmian w strukturach politycznych i gospodarczych, które umożliwiły nie tylko demokratyzację życia publicznego, ale również „demokratyzację zasobów”. Ale nie musiało się tak stać – gdyby wiele wieków wcześniej Europę przetrzebioną przez czarną śmierć opanowali najeźdźcy ze Wschodu, mogliby wykorzystać zastane struktury polityczno-gospodarcze do zainstalowania tutaj swojego modelu kolonizacji i zaszczepienia własnych instytucji wyzyskujących.

Trzeba przy tym pamiętać, że społeczeństwa, które potrafią tworzyć własne instytucje włączające, nie muszą zabiegać o cudze dobro, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak o swoje. W trosce o zyski, transferowane z peryferii ku centrom kapitałowym, mogą skutecznie prowadzić gospodarkę rabunkową na terytoriach, na których dokonują ekspansji. Autorzy „Dlaczego narody przegrywają” określają ten proces mianem blokowania rozwoju. Jako przykład służy choćby XVIII-wieczna historia Czarnego Lądu. To przerażająca karta z dziejów „wzajemnych relacji” między cywilizowanymi najeźdźcami a ludami tubylczymi: nagłe pojawienie się na wybrzeżach Afryki Zachodniej i Środkowej Europejczyków gotowych kupować niewolników musiało wywrzeć istotny wpływ na społeczeństwa afrykańskie. Większość niewolników wywożonych do Ameryk stanowili jeńcy wojenni, których następnie przewożono na wybrzeże. Podczas owych wojen szeroko wykorzystywano broń i amunicję, którą Europejczycy wymieniali na ludzi.

Kolonizatorzy podsycali wzajemne animozje i nastroje wojenne wśród ludów Afryki – tak rodziło się jeszcze jedno źródło fortuny bogatego świata. Według statystyk podawanych przez autorów Brytyjczycy w latach 1750 a początkiem XIX w. sprzedali od 283 do 394 tysięcy sztuk broni rocznie. Afrykanie kupowali broń i śmierć, kolonizatorzy – niewolników, którzy pracowali na rozwój elit i społeczeństw świata europejskiego. Istotny jest także fakt, że te wojny przyniosły Afryce trwałą destabilizację polityczną i wzrost tendencji do „militarnego”, skrajnie despotycznego sposobu sprawowania władzy: przez wyzyskujące instytucje gospodarcze i polityczne oparte na handlu niewolnikami industrializacja nie objęła regionów afrykańskich na południe od Sahary, które pogrążyły się w stagnacji, a nawet uległy regresowi gospodarczemu, podczas gdy inne części świata przekształcały swe gospodarki.

Równocześnie z kolonializmem pojawił się na Czarnym Lądzie nowy typ państw, których jedynym powodem istnienia było chwytanie niewolników. Odbiło się to także na instytucjach religijnych. Na przykład wyrocznia Arochukwa we wschodniej Nigerii pełniła pierwotnie rolę rozjemcy między największymi lokalnymi grupami etnicznymi. Gdy jednak rozpowszechniła się sprzedaż niewolników, powszechnym „obyczajem” stało się, że osoby, które weszły do jaskini, gdzie „urzędowało” bóstwo, były prowadzone do ujścia Rzeki Krzyżowej, a tam na „dostawę” czekały już europejskie okręty. Działo się tak dlatego, że kapłani, którzy przekazywali decyzję wyroczni, związani byli z ludźmi z plemienia Aro, zajmującymi się łapaniem i sprzedażą niewolników. Tak – w najgłębszym tego słowa znaczeniu – korumpowano ludy Czarnego Lądu. Stereotypowy obraz Afryki pogrążonej w wojennym chaosie, tak chętnie do dziś podtrzymywany przez ludzi usprawiedliwiających dawną i obecną kolonizację, nie wziął się znikąd – to Europa zabrała Afryce szanse na pokój i dobrobyt.

Nieco inną strategię względem terytoriów objętych swoimi wpływami przyjęły w XVII w. Niderlandy. W 1602 r. powstała Holenderska Kompania Wschodnioindyjska, stanowiąca odpowiednik brytyjskiej spółki akcyjnej powołanej dla celów kolonizacji: powstanie obu tych spółek to prawdziwy kamień milowy w rozwoju nowoczesnych korporacji, które odgrywają kluczową rolę we wzroście gospodarczym Europy. […] Miały własne armie i były dostateczne potężne, aby prowadzić wojny i kolonizować obce kraje. Holendrzy objęli kontrolą wyspę Banda (Azja Południowo-Wschodnia) z zamiarem zmonopolizowania handlu gałką muszkatołową. Zastana tam struktura polityczna była zbyt rozproszona, aby skutecznie scentralizować handel, nie istniał też system danin. Lokalny system instytucjonalny kompletnie nie sprzyjał „globalnemu rynkowi”. Jak się w takich warunkach robi zarówno zyskowną politykę, jak i handel? Ponieważ Holendrzy nie chcieli się z nikim dzielić zyskami, w 1618 r. stworzyli na Jawie twierdzę Batawia, która de facto została stolicą Kompanii. Trzy lata później podbili wyspę i w celach podporządkowania sobie ludności wymordowali około 15 tys. autochtonów. Skoncentrowali się na lokalnej elicie: wszystkich przywódców zgładzono […] zostawiając przy życiu nielicznych, aby nie utracić wiedzy o tym, jak z muszkatołowca uzyskać gałkę i osnówkę.

Zastosowana „terapia szokowa” stanowiła nauczkę dla wielu społeczności-państw regionu. Zaprzestawały one eksportu gałki muszkatołowej i zarzucały działalność komercyjną. Był to świadomy wybór polityczny, dyktowany nadzieją na przetrwanie. Na wyspie Banten ścięto wszystkie drzewa pieprzowe, żeby uchronić się przed ekspansją Holendrów. Podobne praktyki stosowano gdzie indziej, co prowadziło do wyludniania miast, upadku tradycyjnych szlaków handlowych, niemożności prowadzenia suwerennej polityki, w tym gospodarczej. Autorzy stwierdzają: mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej przestali zajmować się handlem, odwrócili się od zagranicy i popadali w większy absolutyzm. Przez następne dwa stulecia nie byli w stanie wykorzystać innowacji, które przyniesie ze sobą rewolucja przemysłowa. A rezygnacja z handlu wcale nie uchroniła ich przed Europejczykami; pod koniec wieku XVIII niemal wszystkie te tereny stały się częściami europejskich imperiów kolonialnych.

Nie miejmy złudzeń: państwa bogate wciąż wiążą swoje zyski z budowaniem i wzmacnianiem politycznych i gospodarczych instytucji wyzyskujących na obszarach podlegających ich wpływom. A nawet jeśli starają się dziś zabiegać o rozszerzanie współczesnych standardów cywilizacyjnych – takich jak prawa obywatelskie – na regiony zapóźnione, to i tak prowadzą bardzo dwuznaczną grę. Mogą na przykład finansować organizacje zajmujące się promowaniem swobód obywatelskich i gospodarczych. W praktyce może to oznaczać osłabienie lokalnych form instytucjonalnej kontroli nad rynkiem i łatwiejszy transfer zysków poza miejscowe struktury polityczno-gospodarcze. W takim kontekście pewne strategie, organizacje czy idee, służące „demokratyzacji” czy „liberalizacji”, nie będą współtworzyć strategii włączających, lecz wyzysk.

Według koncepcji Acemoglu i Robinsona kryterium rozpoznania realnej roli poszczególnych organizacji „pierwszego świata” działających w „światach podporządkowanych” będzie zawsze to, czy przyczyniają się do wzrostu lub zmniejszenia rozwarstwienia, zaniku lub budowania autentycznej polityczności, skostnienia i skorumpowania lokalnych elit. Spojrzenie na Polskę w świetle koncepcji tych badaczy pozwala domyślać się, że nasze instytucje polityczne i gospodarcze mają charakter dualny, schizofreniczny: często reprezentują zarówno logikę włączającą, jak i wyzyskującą. Być może jest to cecha społeczeństw i państw „pogranicznych”, zbyt słabych, by uzyskać instytucjonalną podmiotowość i zbyt silnych, aby dało się je skolonizować według najbardziej brutalnych reguł. Dla takich krajów istnieje szansa: przede wszystkim ich społeczeństwa muszą sobie uświadomić własną kondycję i miejsce na mapie światowego (niedo)rozwoju.

Daron Acemoglu, James A. Robinson, Dlaczego narody przegrywają. Źródła władzy, pomyślności i ubóstwa, tłum. Jerzy Łoziński, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014.

Od „Anioła chłopskiego” do „Matki Boskiej Kazetempowskiej”. Radykalizm chrześcijański w II Rzeczpospolitej

Kościół katolicki stanowił w Polsce Odrodzonej siłę zdecydowanie konserwatywną, dystansującą się początkowo nawet od endecji i chadecji. W konsekwencji nie powstał liczący się ruch lewicy chrześcijańskiej, taki jak Le Sillon i Ligue de la Jeune République we Francji czy Partito Popolare Italiano we Włoszech. Odnaleźć można jednak na mapie ideowej II RP – słabe wprawdzie i rozproszone – społecznie radykalne środowiska chrześcijańskie, łączące demokratyzm z antykapitalizmem.

Jedno z nich objawiło się już u zarania niepodległości. 6 listopada 1918 r. w Tarnobrzegu proklamowano przejęcie władzy przez Tarnobrzeski Komitet Rewolucyjny pod przywództwem por. Tomasza Dąbala i ks. Eugeniusza Okonia. Pod pomnikiem Bartosza Głowackiego ksiądz Okoń wołał do trzydziestotysięcznego tłumu: Żołnierze, robotnicy i ty, biedoto chłopska! Zaświtał wreszcie dla was wszystkich dzień wyzwolenia, swobody, porachunku za tyle krzywd doznanych, za tyle poniewierania twej godności, za tyle wyzysku ciebie, chłopie polski, który, jakkolwiek jesteś krwią, siłą i mózgiem tej ziemi, poniewierany byłeś i poniżany. Już nie będziesz się wysługiwał i krwawo mozolił dla obcej sprawy. […] Bóg tak sprawił, że poniżani będą wywyższeni. […] Precz z tymi pasożytami, co nie orzą, nie sieją, a z chłopskiej jedynie skóry buty szyją dla siebie. […] Właśnie dzwonią [w kościele], ale już nie na „anioł pański”, ale na twój „anioł chłopski”, więc oddajmy się w opiekę Matki Boskiej Dzikowskiej i zanućmy „Serdeczna Matko”.

Ksiądz Eugeniusz nie był nową postacią w galicyjskiej polityce. W 1911 r. kandydował do parlamentu Austro-Węgier z ramienia Narodowej Demokracji, ale rok później zerwał z endekami. Zbliżył się do ruchu chrześcijańsko-ludowego ks. Stanisława Stojałowskiego i w 1913 r. uzyskał mandat poselski do Sejmu Krajowego we Lwowie. Już wtedy dał się poznać jako radykał – w czasie kampanii wyborczej został aresztowany za burzycielskie wystąpienia. W czasie I wojny światowej zgłosił się na ochotnika do pełnienia funkcji kapelana w austriackich obozach jenieckich, gdzie przetrzymywano wielu Polaków z armii rosyjskiej. Już 2 listopada 1918 r. w rodzinnym Radomyślu obalał słupy graniczne, które rozdzielały Kongresówkę od Galicji. Wreszcie stanął na czele tzw. Republiki Tarnobrzeskiej.

„Republika” ta obejmowała powiaty Tarnobrzeg, Mielec, Kolbuszowa i Nisko w widłach Wisły i Sanu. Choć nawiązała kontakt z powstałym 7 listopada Tymczasowym Rządem Ludowym w Lublinie, faktycznie pozostawała samodzielna. Chłopi zaprzestawali płacenia czynszu dzierżawnego obszarnikom, zabierali zboże i ziemniaki z magazynów dworskich, a niekiedy zajmowali pałace na potrzeby gminy. Gdy władza odrodzonej Rzeczpospolitej okrzepła, postanowiono zlikwidować to „ognisko anarchii”. Na początku 1919 r. wojsko przeprowadziło pacyfikację zbuntowanego obszaru, rozstrzeliwując kilkanaście osób, a 350 aresztując. 6 stycznia ks. Okoń został zatrzymany podczas wiecu przedwyborczego i równocześnie zawieszony w czynnościach kapłańskich przez kurię biskupią.

Niespełna trzy tygodnie później niepokorny kapłan został jednak wybrany posłem na Sejm z ramienia PSL-Lewica i w konsekwencji opuścił więzienie. Początkowo przynależał do klubu poselskiego PSL „Wyzwolenie”, ale pod koniec roku stworzył wraz z Dąbalem własną partię – Chłopskie Stronnictwo Radykalne, z organem prasowym „Jedność Chłopska”. Niebawem Dąbal wstąpił do partii komunistycznej, ks. Okoń natomiast od komunizmu się odcinał. I ubolewał: Chcemy dać chleb biednemu chłopu i za to jesteśmy [nazywani – J.T.] bolszewikami! Trwał na pozycjach chłopskiego radykalizmu o religijnym zabarwieniu. Sztandarowym postulatem Stronnictwa było wywłaszczenie (za odszkodowaniem) i parcelacja majątków ziemiańskich powyżej 100 mórg oraz kościelnych „dóbr martwej ręki”. „Dać ziemię chłopom polskim” – to hasło wielkie, najrozumniejsze i najbardziej patriotyczne – wołał ks. Okoń w Sejmie. Żądanie reformy rolnej uzasadniał względami patriotycznymi, uważając, że gdy oddamy ziemię chłopom polskim, oprzemy Polskę na granicie niezniszczalnym. Nie oznaczało to jednak międzyklasowego solidaryzmu narodowego. ChSR głosiło ideę „narodu chłopskiego”, twierdziło, że lud w Polsce – to naród, a naród – to lud, a więc prawdziwa Polska, którą Bóg dał – to Polska ludowa. Ks. Okoń podkreślał nawet, że Polskę stworzyła „dynastia chłopska Piastów”.

Radykalne przekształcenie ustroju rolnego w interesie mas chłopskich miało być pierwszym krokiem w kierunku ustanowienia owej Polski Ludowej. Program ChSR nie ograniczał się do postulatów socjalnych, jego celem strategicznym były rządy ludu wiejskiego. Ks. Okoń zapowiadał: wywalczymy chłopu polskiemu […] rządy w państwie, ażeby chłop, prawdziwy piastun i włodarz tej ziemi, tą Rzeczpospolitą zmartwychwstałą władał i kierował dla mocy i potęgi państwa oraz dla szczęścia ludu. Koncepcje ustrojowe Stronnictwa zakładały likwidację Senatu i ukonstytuowanie republiki prezydenckiej, w której głowa państwa byłaby wybierana bezpośrednio przez ogół obywateli. Postulowano też konstytucyjne gwarancje powszechnego i bezpłatnego nauczania oraz zniesienie kary śmierci i kar cielesnych.

Plebejski patriotyzm ks. Okonia skłaniał go do szerokiego zakreślania granic Rzeczypospolitej – domagał się przyłączenia do państwa polskiego Śląska Górnego i Cieszyńskiego, Spisza i Orawy, Pomorza z Gdańskiem, Mazur, Galicji Wschodniej i Litwy („kresy polskie” sfederowane miały być z Polską na zasadach unii lubelskiej). Krytykował polskie władze za opieszałość w organizowaniu odsieczy dla walczących z Ukraińcami obrońców Lwowa i za niekorzystny, jego zdaniem, traktat wersalski (w maju 1920 r. ChSR zażądało rewizji traktatu). Zarazem jednak za błąd strategiczny uważał niepotrzebny i szkodliwy pochód na Kijów i opowiadał się za niezwłocznym rozpoczęciem rokowań pokojowych z Rosją Radziecką.

Istotną rolę w ideologii Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego odgrywał wątek religijny. W programie ChSR, uchwalonym na II kongresie w Lublinie we wrześniu 1924 r., czytamy m.in, że Stronnictwo stać będzie mocno przy wierze ojców i religię jako rzecz nadziemską szanować, lecz nie pozwoli, by miejsca święte przeznaczone dla modlitwy i chwały Bożej miały być przez niegodne jednostki nadużywane dla niskich celów propagandy polityczno-partyjnej. Ks. Okoń dodawał: My wiary nie obalamy, my religię umacniamy, ale chcemy z tej religii wyrzucić te śmiecie, […] które służą jaśnie wielmożnym, kapitałowi i bogaczom. Przywódca Stronnictwa, deklarując wierność katolicyzmowi, powoływał się na duchownych reformatorów, a nawet buntowników: Stojałowskiego („największego męczennika o wolność ludu”), Staszica, Savonarolę. Oczywiście nie mogło zabraknąć też odwołań bezpośrednio do Jezusa Chrystusa: Mistrz Boski najostrzej gromił […] bogaczy, faryzeuszów, nazywając ich „rodzajem jaszczurczym”, a litował się tylko nad ubogimi, zgłodniałymi rzeszami ludu. Kościołowi instytucjonalnemu zarzucał, że zagubił swe wyzwolicielskie przesłanie.

Pierwszą linią konfliktu z klerem były kwestie majątkowe. Ks. Okoń domagał się nie tylko parcelacji dóbr kościelnych, ale również znacznego obniżenia opłat za posługi religijne. Podkreślał, że kościół i religia, a rzeczy doczesne, materialne, to są rzeczy zupełnie odrębne, że majątek doczesny […] to nie świętość, […] lecz to mamona – to marność. Przypominał, że nasz kościół katolicki powstał z ubóstwa i w ubóstwie. Nasz Chrystus Pan był najuboższy. Wyciągał z tego wniosek, że majątki […] ziemskie, tym bardziej duże, są wprost szkodliwe kościołowi. Ale zarazem ks. Okoń zauważał, że są wśród duchowieństwa biedni i pokrzywdzeni ciężko, a tymi są wikarzy, zdani na łaskę i niełaskę proboszczów i strasznie nędznie wynagradzani, oraz księża emeryci. W ich interesie leżeć miała demokratyzacja Kościoła.

Głoszone przez ks. Okonia koncepcje reformy kościelnej wychodziły od bieżących interesów chłopskich, ale miały charakter prawdziwie rewolucyjny. Domagał się, by przysługujące fundatorom parafii, na ogół obszarnikom, prawo patronatu (oznaczające w praktyce wpływ na obsadę stanowisk proboszczów), zostało przeniesione na wiejskie gromady. Przypominał, że historia kościelna […] mówi, że lud chrześcijański miał, będzie miał i musi mieć prawo głosu przy wybieraniu proboszczów, a nawet biskupów. Zgłosił więc projekt ustawy, by w miejsce obecnych patronów wprowadzono […] parafialne komitety kościelne, wybrane przez ogół wiernych z powszechnych wyborów, które by w porozumieniu z władzą kościelną wykonywały obsadzanie probostw. Co więcej, zapowiadał, iż my będziemy nawet żądali prawa mianowania biskupów. W ten sposób, obiecywał, lud nasz wyzwoli się nie tylko z pęt obszarniczych, […] ale wyzwoli się z tej niewoli duchowej, którą narzucili mu nasi biskupi autokraci i nasi niedobrzy proboszczowie. Ks. Okoń wierny pozostawał maksymie „Głos ludu to głos Boga”.

Chłopskie Stronnictwo Radykalne nie odniosło jednak sukcesu. Pozostało ugrupowaniem lokalnym, którego wpływy ograniczały się do Sandomierskiego i południowej Lubelszczyzny. W wyborach parlamentarnych w 1922 r. uzyskało cztery mandaty. Wkrótce w ChSR pojawiły się niesnaski. W lutym 1926 r. dwóch posłów zerwało z ks. Okoniem i przystąpiło do Stronnictwo Chłopskiego. Po rozwiązaniu Sejmu w 1927 r. ks. Okoń został ponownie aresztowany i kilka miesięcy spędził w lubelskim więzieniu. Osamotniony, zaprzestał działalności politycznej. Obwieścił: Niniejszym oświadczam, że w miłości Pana Boga oraz przywiązaniu, wierności, posłuszeństwie dla świętego katolickiego Kościoła, potępiam wszystkie moje czyny, którymi przez cały szereg lat dawałem zgorszenie.

Zupełnie inny rodowód miał Chrześcijański Związek Akademicki. Ta międzywyznaniowa, ekumeniczna organizacja powstała na początku 1921 r. z inspiracji protestanckiego Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodych Mężczyzn (YMCA). Od początku podkreślała wszakże swój narodowopolski charakter: Dążymy do zachowania najściślejszej łączności duchowej z całą dotychczasową polską tradycją odrodzeńczą, a potwierdzenia i pogłębienia narodowego charakteru ideologii naszej w studium polskiej myśli moralnej, zawartej w życiu i dziełach naszych wieszczów i myślicieli. Początkowo w działalność ChZA zaangażowana była też grupa narodowców z Tadeuszem Bieleckim (późniejszym prezesem Stronnictwa Narodowego) na czele, jednak w 1923 r. odeszła ona do Młodzieży Wszechpolskiej. Związek odrzucał bowiem nacjonalizm – jego deklaracja stwierdzała: Występujemy stanowczo przeciw doktrynie egoizmu narodowego jako normy etycznej dla jednostek i społeczeństw, potępiając taką doktrynę jako zasadniczo niemoralną. Istotą ideologii ChZA była koncepcja przeprowadzenia zmian społecznych poprzez odrodzenie moralne – głoszono, że gdy uciśnieni wytworzą siłę nie tylko fizyczną, ale i moralną, możliwe jest zwycięstwo prawdy i prawdziwa przebudowa społeczna. Chrześcijański Związek Akademicki kultywował ideały demokratyczne, co skłaniało jego członków do sympatyzowania z piłsudczykami. Autorytarna ewolucja sanacji (zwłaszcza po procesie brzeskim 1930 r.) doprowadziła do kryzysu Związku, który na początku lat 30. uległ rozkładowi.

Na orbicie ChZA znalazło się również początkowo „Kółko” ks. Władysława Korniłowicza, choć po 1922 r. poszło już własną drogą. Ta nieformalna grupa młodej inteligencji uformowała się w 1917 r. Trzon grupy stanowili: Zofia Landy (później siostra Teresa), Zofia Sokołowska (siostra Katarzyna) i jej siostry – Henryka i Barbara, Franciszek Tencer, Rafał M. Blüth, Tadeusz Baykowski i Stanisław Krzywoszewski; związani z nią byli także m.in. Zofia Nałkowska, Czesław Miłosz, Karol Irzykowski, Jerzy Liebert i inni. Cechą charakterystyczną środowiska był fakt, że większość jego uczestników rekrutowała się z osób religijnie indyferentnych lub konwertytów (zresztą także sam Korniłowicz wywodził się z rodziny o poglądach pozytywistycznych i racjonalistycznych). To sprawiało, że „kółkowiczom” nie wystarczał tradycyjny katolicyzm – powierzchowny i obrzędowy – lecz chcieli chrześcijaństwa świadomego, umocnionego rozumowo. Jak pisała jedna ze współzałożycielek „Kółka”, s. Teresa: Religia przyjęta w entuzjazmie wiary domagała się pogłębienia i ugruntowania intelektualnego w myśl zasady „fides quaerens intellectum”. Zarazem jednak „kółkowicze” nie ograniczali się do modlitw i dyskusji w Bibliotece Wiedzy Religijnej, ale również dawali praktyczny dowód miłości bliźniego, angażując się w działalność Zakładu dla Ociemniałych w Laskach – dwie z założycielek „Kółka” wstąpiły nawet do zakonu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, prowadzącego ów Zakład. Współpraca między „Kółkiem” a środowiskiem Lasek, trwająca od 1918 r., uległa zacieśnieniu, gdy w 1930 r. ks. Korniłowicz został kapelanem Sióstr.

Na początku lat 30. w środowisku „Kółka” i Lasek, coraz dojrzalszym intelektualnie i coraz mocniej odczuwającym swą ideową odmienność, pojawiła się myśl wydawania własnego periodyku. W 1934 r. ukazał się pierwszy numer kwartalnika „Verbum”, którego redaktorem naczelnym został Konrad Górski, a później ks. Korniłowicz.

Celem „Verbum” było nie tylko wzmocnienie intelektualnych zrębów polskiego katolicyzmu, ale też wypracowanie jego nowej formuły. Miał to być katolicyzm czynny, twórczy, otwarty, nowoczesny, dynamiczny, optymistyczny. Domagano się uznania pozytywnej wartości świata, odrzucając „manichejskie” podejście do doczesności. Historia nie jest […] źródłem pesymizmu – pisał Régis Jolivet. Postulowano więc włączanie się w procesy społeczne, s. Teresa głosiła wręcz konieczność scalenia mistycyzmu z „poczuciem społecznym”: sprawdzianem mistyki jest […] zwykłe codzienne życie wierzącego. „Tradycjonalizm” i „ciasny rygoryzm” konserwatywnych katolików krytykowano jako postawę tchórzliwą, […] wsteczną. Podkreślano natomiast zbieżność katolicyzmu i humanizmu rozumianego jako dążenie do […] wszechstronnego kultywowania różnych umiejętności, co pociągało za sobą imperatyw twórczości. Z tego powodu Jan Salamucha wytykał katolickiej inteligencji pasywność, uważając, że przyzwyczajona jest do roli „widowni”. „Verbum” interesowało się zdobyczami nauki (uznanej za „środek służenia Bogu”), starając się wpleść je w naukę Kościoła. Przy całej swej elastyczności, grupa zaznaczała jej granice: katolik nie może zminimalizować swojego programu metafizycznego czy dogmatycznego.

Otwartość na nowe idee prowadziła w warunkach kryzysu gospodarczego do antykapitalistycznego nastawienia „Verbum”. Postawę środowiska wyrażały ironiczne słowa Leopolda Caro: My […], nie dotknięci łaską wiary w kapitalizm. Katoliccy intelektualiści kwestionowali dogmaty liberalizmu ekonomicznego, zarzucając mu fatalistyczną uległość wobec zła społecznego, krytykując koncepcję homo oeconomicus, twierdząc, że w życiu gospodarczym wola ludzka ma większe znaczenie od rzekomo obiektywnych praw (w dziedzinie gospodarczej nie ma praw niezmiennych). Potępiali panujące w kapitalizmie nieludzkie […] stosunki społeczne, proponując jako alternatywę respektowanie zasad chrześcijańskich w życiu codziennym.

Chrystianizacja życia gospodarczego polegać miała na przezwyciężeniu alienacji pracy poprzez jej uduchowienie: współdziałać w dziele odkupienia przez […] każde uderzenie młotem i każdy obrót obrabiarek. Egalitaryzm wynikający z bezwzględnej wartości każdej duszy ludzkiej członkowie grupy przenosili na stosunki społeczne, by głosić wyrównanie poziomów życia przez likwidację zarówno nędzy, jak zbytku. Ich zdaniem twórczość gospodarcza jest służbą społeczną, której celem jest zaspokojenie potrzeb bliźnich i stwarzanie egzystencji możliwie najlepszej dla największej ilości ludzi. Wynikał stąd skierowany przeciw bezmyślnemu konsumpcjonizmowi postulat „produkcji celowej”. Konkretny program gospodarczy pozostawał jednak ostrożny. „Verbum” oponowało zarówno wobec indywidualizmu, jak i kolektywizmu, uważając, że obie koncepcje wyrastają z naturalnego egoizmu i walki o byt. Trzecia droga miała się opierać na zasadach upowszechnienia własności (nie ma […] ani wolności, ani równości bez minimum bodaj własności prywatnej) i samorządowej organizacji produkcji (korporacjonizm demokratyczny). Wprowadzić Chrystusa do fabryk mogą tylko robotnicy – dodawał Jerzy Siwecki.

Krytyka kapitalizmu z pozycji tercerystycznych częsta była wówczas na skrajnej prawicy, od tejże odróżniał jednak „Verbum” pozytywny stosunek do demokracji. Jak wykładał Andrzej Niesiołowski w artykule „Personalizm i jego perspektywy”, Ideą centralną jest […] koncepcja uspołecznienia człowieka przy jednoczesnym zachowaniu jego indywidualności i wolności. Personalistyczna perspektywa pisma nakazywała zachować równowagę między tymi wartościami. Jak przyznawano w 1937 r.: Człowiek wierzący, który w epoce liberalizmu poczuwał się do obrony zasady […] autorytetu, teraz zwraca się ku drugiemu zagrożonemu dobru – wolności. Idea wolności rozumiana była odmiennie niż w liberalizmie. Krytykowano koncepcję wolności jako pojęcia negatywnego, wolności jako braku wszelkiej granicy. Konstatując, że wolność jest faktem wewnętrznego doświadczenia i odczuwamy ją jako dobro, rozróżniano dwie wolności: wolność natury zmysłowej i wolność natury duchowej. Między nimi miał panować konflikt: Jedną wolność okupuje się drugą wolnością. Ponieważ wolność natury zmysłowej sprowadzać miała niewolę swych rozpętanych instynktów lub wyhodowanej […] pychy, uznawano, że prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie się zjawia się pierwiastek duchowy z charakteryzującą go świadomością  a więc wola potrafiąca okiełznać popędy. Aby jednak znieść bolesny rozziew między wolnością zmysłową a duchową, niezbędny jest stan łaski  czynnik nadprzyrodzony, który daje swobodę miłości.

Pomimo odmiennych założeń teoretycznych „Verbum” we wskazaniach praktycznych bliskie było liberalizmowi. Uznając, że każdy, nawet błędny, kierunek myślowy […] ma w sobie cząstkę prawdy krytykowało nietolerancję wobec inaczej myślących. Za cel stawiało sobie obronę osoby ludzkiej z jej prawem do posiadania przekonań […] przed […] antyosobową wszechobecnością państwa. Z tych pozycji zwalczało totalitaryzm, któremu wytykało kult grupy jako wartości absolutnej, […] lekceważenie lub zupełne odrzucenie praw jednostki, etykę kolektywistyczną, centralistyczną planowość, […] militaryzację społeczeństwa i ustrój totalny, oparty na rządach monopartii, […] niewolę sumień. I puentowało: Walka z religią, broniącą zawsze praw sumienia ludzkiego, jest konsekwencją nieuniknioną takiego systemu. Nazizmowi dodatkowo zarzucano antysemityzm i rasizm, zaprzeczające chrześcijańskiemu uniwersalizmowi.

Krytyka totalitaryzmów miała charakter symetryczny – R. M. Blüth sytuował „Verbum” w światowym obronnym ruchu antybolszewickim, który […] jednocześnie wymierzony jest przeciw antychrześcijańskim tendencjom hitlerowskim. Ale, powtórzmy, postulowana rewolucja moralna zwrócona była nie tylko przeciwko komunizmowi i nacjonalizmowi, ale również przeciw umysłowości „małomieszczańskiej” (która wyróżnia się […] brakiem bezinteresowności, drobnomieszczanin w praktyce jest ateuszem) i kapitalistycznej (tak surowo potępionej w encyklice „Quadragesimo Anno”). Franciszek M. Braun wszystkim tym ideologiom zarzucał wspólne pochodzenie naturalistyczne, zastępowanie kultu Boga ersatzami i sprzeczność radykalną z Ewangelią, kontrastując troski doczesne mentalności burżuazyjnej i prymat nieśmiertelnej duszy; nieograniczone pożądanie bogactw […] i duch ubóstwa; poszanowanie osobowości ludzkiej […] i pochłonięcie jej bez reszty przez pewną grupę socjalną; partykularyzm narodowy […] i miłość powszechną.

Już u zarania niepodległości uformowało się też Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”. Początkowo nic nie wskazywało na późniejszą ewolucję organizacji w kierunku postępowego katolicyzmu. „Odrodzenie” powstało na orbicie obozu konserwatywnego, akceptowało katolicki nacjonalizm, zawarło antylewicowy sojusz z Młodzieżą Wszechpolską. W 1923 r. rozpoczął się jednak konflikt z endekami, spowodowany tyleż ich monopolistycznymi dążeniami, co koncepcją ponadwyznaniowej jedności narodu. Katolicyzacja polskiego nacjonalizmu, jaka dokonała się na początku lat 30., powinna zniwelować różnice między endekami a odrodzeniowcami, jednak SKMA uważało ożywienie religijne młodzieży za powierzchowne. Opór budziła też radykalizacja antysemityzmu endeków: choć „Odrodzenie” początkowo popierało numerus clausus, to jednak w latach 30. potępiało ekscesy antyżydowskie. Z kolei zaangażowanie w problematykę społeczną pchało członków SKMA ku zainteresowaniu się koncepcjami lewicowymi – w spotkaniach dyskusyjnych „Odrodzenia” nieraz brali udział marksiści. Również w bratniej „Iuventus Christiana” pojawili się sympatycy socjalizmu: ks. Piotrowicz, B. Tekliński.

Deklaracja „Odrodzenia” zrywała z rozpowszechnionym w środowiskach katolickich kwietyzmem, głosiła aktywizm, społeczne zaangażowanie, reformę moralną i strukturalną. Czytamy w niej: Zrywamy z fałszywą pokorą i ckliwie pojętą miłością chrześcijańską, wypleniamy lęk i bezradność wobec idących olbrzymich, a nieraz bolesnych przewrotów współczesnych. Katolik-Polak musi iść na przedzie i władać życiem, bo z ducha Chrystusowego płynie wiara w życie oraz siły i zapał do jego budowy. […] Zrywamy stanowczo z zasadą odradzania społeczeństwa bez odradzania siebie. […] odrzucamy typ pracy, który polega na rzeźbieniu własnej duszy w oderwaniu od świata […]. Chcemy wychować pokolenie ludzi czynu i tworzyć życie polskie we wszystkich jego dziedzinach. SKMA postulowało umocnienie rodziny, ukształtowanie nowej elity w oparciu o inteligencję, organizację życia opartą na kulturze pracy, przezwyciężenie kapitalistycznego wyzysku w duchu demokratycznego korporacjonizmu.

Poglądy radykałów z SKMA wyrażał Eugeniusz Myczka – przewodniczący sekcji zagadnień społecznych warszawskiego „Odrodzenia”. W broszurze „O polską ideę czynu” domagał się uznania prymatu katolicyzmu w życiu społecznym Polski, gdyż dzieje narodu polskiego są […] najściślej związane z dziejami katolicyzmu w Polsce. Podkreślał jednak zarazem, że formy realizacji niezmiennych zasad ulegają […] zmianom w różnych okresach historycznych, dlatego należy budować nowy [podkr. J.T.] typ społeczeństwa na odwiecznych, starych zasadach. Uważał, że katolicyzm jest ideą na wskroś żywą, bojową i zdobywczą, więc z tego punktu widzenia krytykował statyczność katolików nie rozumiejących dynamizmu przemian społecznych, a nawet domagał się rozgraniczenia między katolicyzmem „społecznie-twórczym” a konserwatywnym.

Odrodzony katolicyzm miał być inspiracją reform społecznych. Choć Myczka zaznaczał, że Kościół nie może wiązać się z żadnym ustrojem, to twierdził, że katolicki ustrój społeczny musi być oparty na zasadach sprawiedliwości i miłości społecznej. Uznając, iż wyzysk hamuje […] rozwój życia gospodarczego, postulował sprawiedliwy podział dochodu społecznego zwiększanie sił produkcyjnych narodu. Celem miał być bezklasowy naród, wypracowany wszakże środkami ewolucyjnymi, na drodze solidaryzmu społecznego – poprzez oparcie stosunków społecznych na zasadzie współpracy i zjednoczenia wszystkich warstw społecznych. Pisał: Zmiana ustroju społecznego przez odrodzenie w nas samych idei człowieczeństwa drugich ludzi, jako jedynej miary ich wartości to jednocześnie najpewniejsza droga do urzeczywistnienia sprawiedliwości społecznej, co jest koniecznym warunkiem wewnętrznego […] zjednoczenia narodu.

W sferze politycznej Myczka, krytykując systemy oparte na przemocy społeczeństwa nad jednostką, szukał trzeciej drogi między demoliberalizmem a totalizmem – ustroju, który pogodzi ideę dobra narodu z ideą wolności człowieka. Na pozór koncepcje Myczki bliskie były programowi „młodych” narodowców. On jednak uważał, że nacjonalizm na równi z komunizmem dąży do wykluczenia Kościoła od udziału we wpływie na przyszłą rzeczywistość. Nacjonalizm krytykował za odsuwanie Boga w sferę metafizyki (hasło „przez naród do Boga!”), twierdząc, że konieczny jest też chrześcijański stosunek do ludzi i innych narodów. Choć dostrzegał odchodzenie „młodych” od nacjonalizmu „pogańskiego”, twierdził, że objawy te są […] odosobnione i uważał, że nie ma dotychczas nacjonalizmu jako organicznego wypływu nauki Kościoła.

Zbliżony charakter miały rozważania nauczyciela z Kościana, doktora filozofii Adama Mikiewicza, który nazwał je „katolickim socjalizmem”. Mikiewicz przyłączał się do krytyki kapitalizmu, uważając, że rodzi on niemoralną zależność pracy od kapitału i nędzę gospodarczą rzesz pracujących. Co więcej, dostrzegał destrukcyjne skutki liberalizmu dla moralności, gdyż osłabił lub rozbił życie rodzinne i społeczne. Przyczyna tego leżeć miała w brutalności wolnej konkurencji, która (tu cytował „Quadragesimo Anno”) daje zwycięstwo tylko najsilniejszym, tj. tym, którzy walczą najbezwzględniej i którzy nie znają skrupułów sumienia. Mikiewicz powtarzał więc za Hlondem: Ustrój społeczny wymaga bezwzględnej naprawy […] [gdyż] na arenie społecznej figuruje już jako stałe zjawisko proletariat żyjący w niezasłużonej beznadziejnej nędzy, i […] w podziale własności zachodzą różnice rażące i nieuzasadnione.

Z drugiej strony kwestionował socjalistyczną antytezę kapitalizmu, która również rozrywa organiczną jedność społeczeństw, a w dodatku ma charakter utopijny, ponieważ nie uwzględnia naturalnej interesowności człowieka. Przede wszystkim jednak opozycja katolicyzmu i socjalizmu wynikała z różnic światopoglądowych („podbudowy transcendentnej”). To prowadziło Mikiewicza do wniosku, że nie może być mowy o kompromisie z [materialistycznym – J.T.] socjalizmem, ponieważ podstawy jego są niechrześcijańskie. Widział jednak możliwość przezwyciężenia tego antagonizmu w duchu „dynamicznego tomizmu” kardynała Johna Newmana. Mikiewicz stwierdzał, że katolicyzm i socjalizm operują na różnych płaszczyznach: katolicyzm kładzie nacisk na etykę, socjalizm – na „technikę” (tj. organizację społeczną). Zwracał więc uwagę na zbieżności obu systemów ideowych: energizm i kooperatywizm oraz ewolucyjność. Pisał, że chrześcijaństwo nadaje każdej jednostce, niezależnie od jej stanowiska społecznego – godność i dostojeństwo, podnosi pracę człowieka do najwyższej godności, głosi ideał dobrobytu społecznego Królestwo Boże – warunkiem do niego jest […] praca uspołeczniona, tj. czynna miłość bliźniego.

Wiązał się z tym program konkretnych reform społecznych. Ustrój społeczny, pisał Mikiewicz, powinien być na usługach ogółu społeczeństwa, które pracuje i zapewniać sprawiedliwy podział dóbr, z tym warunkiem, aby nie ucierpiała produkcja. Osiągnąć ten cel można było przez „socjację”, czyli gospodarcze zrzeszenie pracy: korporacje, współwłasność pracowniczą, spółdzielczość, banki wymiany pracy (odpowiednik dzisiejszych LETS – Local Exchange Trading System). Stałym czynnikiem, który będzie regulował rozumnie (sprawiedliwie) mechanizm popytu i podaży będzie zrzeszona i świadoma praca – pisał Mikiewicz. Samoorganizację społeczeństwa wspierać winno państwo, ale przy zastrzeżeniu zasady subsydiarności. Drugim filarem nowego ustroju miało być upowszechnienie własności (uwłaszczenie proletariatu), gdyż pełną odpowiedzialność i inicjatywę okazują indywidualne warsztaty pracy. Obywatelskie izby gospodarcze kontrolować miały obieg ekonomiczny. Całości dopełniałyby progresywny system podatkowy oraz rozbudowana opieka socjalna.

Jednym z najsilniejszych i najbardziej zróżnicowanych ideowo ośrodków chrześcijańskiego radykalizmu było Wilno. Bogactwo kultury intelektualnej tego miasta w zderzeniu z nędzą zacofanych peryferii skłaniało do niekonwencjonalnych poszukiwań ideologicznych. Jak wspominał Stanisław Stomma, nosiliśmy w sobie bolesny kompleks wewnętrzny […] – kompleks upokorzenia z powodu stanu kwestii społecznej. Istotną rolę odgrywała też mozaika narodowościowa regionu, uwrażliwiająca na kulturową różnorodność. Hasło „polskość to katolicyzm” jest niebezpieczne, stwarza sugestię, że niekatolik nie jest pełnym Polakiem, co jest absurdem i obraża wielu współrodaków – napisał w 1937 r. wileński „Pax”.

W 1928 r. na wileńskim Uniwersytecie Stefana Batorego ukształtowała się nieformalna Grupa Dobrej Woli, której członków (Antoni Gołubiew, Stanisław Stomma, Józef Święcicki, Czesław Bobolewski, Wojciech Dąbrowski, Stanisław Perzanowski, Czesław Zgorzelski, Henryk Dembiński) łączyła fascynacja personalizmem Maritaina i dystrybucjonizmem Chestertona. Grupa włączyła się w działania SKMA i Akcji Katolickiej, nawiązała współpracę z popularnymi duszpasterzami akademickimi: ks. Walerianem Meysztowiczem (kapelanem „Odrodzenia”), o. Kazimierzem Dąbrowskim SJ (moderatorem Sodalicji Mariańskiej Akademików) i ks. Henrykiem Hlebowiczem (moderatorem Sodalicji Mariańskiej Akademiczek, doradcą „Iuventus Christiana”, kuratorem Akademickiego Czynu Społecznego). Pod względem politycznym grupę charakteryzowały sympatie piłsudczykowskie, współbrzmiące z prosanacyjnym stanowiskiem wileńskich konserwatystów („żubrów”). Pozwoliło to na stworzenie antyendeckiego bloku „Odrodzenia” z lewicą i piłsudczykowskim Związkiem Polskiej Młodzieży Demokratycznej, który w 1929 i 1931 r. wygrał wybory do studenckiego Bratniaka. Protekcja „żubrów” pozwoliła też na wydawanie własnego organu  „Żagarów”  jako dodatku do konserwatywnego dziennika „Słowo”. Jesienią 1931 r. „Odrodzenie” wraz z pokrewnymi grupami utworzyło Porozumienie Akademickich Katolickich Stowarzyszeń, mające stanowić płaszczyznę działania ruchu katolicko-społecznego.

Niebawem jednak w środowisku doszło do kryzysu. Na początku 1932 r. charyzmatyczny lider odrodzeniowców, Dembiński, opublikował artykuł „Podnosimy kurtynę”, w którym przewidywał możliwość wywłaszczenia i oparcie gospodarki na centralnym planowaniu. Próbował postulaty te pogodzić z katolicką nauką społeczną, pisząc, że katolickie prawo własności jest przede wszystkim obowiązkiem socjalnym, jest tytułem do kierownictwa produkcją i tytułem do odpowiedzialności za gospodarzenie, zgodnie z interesami całego społeczeństwa. Odżegnywał się też od komunizmu: Bardzo nam zależy, by nowy ustrój, który zakwitnie na mogile kapitalizmu, nie zmienił się w system niewolnictwa państwowego ze swoją burżuazyjną biurokracją i kliką partyjną, by nie związał się w jedno z systemem materializmu filozoficznego, z zaborem metafizyki i wiary człowieka w wartości nadziemskie. Mimo to wystąpienie Dembińskiego wywołało skandal, doprowadziło do zerwanie ze środowiskiem „Słowa” i skonfliktowało „Odrodzenie” z wileńską kurią arcybiskupią. Do ostatecznego rozłamu doszło podczas organizowanego przez SKMA XI Tygodnia Społecznego w Lublinie w sierpniu 1932 r. „Henrycjanie” (m.in. Henryk Chmielewski, Maria Żeromska, Władysław Borysowicz z Wilna, Krzysztof Zamojski i M. Bogucka ze Lwowa, Jan Frankowski z Poznania) postulowali wówczas „chrzest bolszewizmu”: komunizm należy ochrzcić, gdyż przyszłość zapowiada wiele zmian idących w kierunku komunizmu, a katolicyzm te zmiany uszlachetniłby. Gdy niekwestionowany autorytet młodzieży odrodzeniowej, ks. Antoni Szymański, wystąpił przeciw koncepcji syntezy chrześcijańsko-marksistowskiej – większość zwolenników Dembińskiego odeszła z SKMA. Określani ironicznie mianem „Koła Matki Boskiej Kazetempowskiej” (od nazwy Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej) połączyli się z dysydentami z sanacyjnego Legionu Młodych w Związek Lewicy Akademickiej „Front”, działający nielegalnie na orbicie Komunistycznej Partii Polski.

Osłabiony PAKS skoncentrował się na stworzeniu własnego organu prasowego. W styczniu 1933 r. ukazał się pierwszy numer pisma (w założeniu miesięcznika) „Pax”. Redakcję tworzyli m.in. A. Gołubiew, S. Stomma i Jerzy Turowicz. We „Wstępie do Manifestu” redakcja postulowała jako punkt wyjścia zdanie sobie sprawy z nicości kultur dzisiejszych. Nie komunistycznej tylko, nie burżuazyjnej tylko – lecz obu. Wnioski z tego płynące prowadziły jednak nie do nihilizmu, lecz do aktywizmu: By się zrodziła tęsknota do czegoś nowego, trzeba stworzyć poczucie pustki. Trzeba tę pustkę dnia dzisiejszego wykazać, by powstało pragnienie, chęć, wola tworzenia Nowego Jutra. Trzeba szukać! Iść na poszczególne placówki – religijne, naukowe, artystyczne, społeczne, zawodowe – i tam szukać nowych form, nowego wyrazu. Sprawdzać nasze osiągnięcia kryterium Ewangelii i życia. Nie wlec się z tyłu! Przodować! W „Manifeście” środowisko PAKS stwierdzało: Żyjemy na schyłku kultury kapitalistycznej, pod grozą przyjścia komunizmu. Obie formacje uważano za obce i wrogie katolikowi. Walczymy z komunizmem, gdyż komunizm to wróg Boga i człowieka. Ale z nie mniejszą zajadłością winniśmy walczyć z kulturą, którą wiek XIX narzucił chrześcijaństwu. […] Walkę widzimy na dwa fronty. Szukano więc trzeciej drogi. Dialektyka marksistowska nie przewiduje […] trzeciego czynnika, gdy dwa są w walce, my zaś wierzymy, że ten trzeci czynnik jest możliwy, my chcemy go tworzyć. Tym trzecim czynnikiem, trzecią drogą, miał być katolicyzm. Jesteśmy w chwili, w której świat czeka nowego wyrazu życia. Kościół mu niesie Ewangelię. Oparci o Niego chcemy tworzyć nowe bezkompromisowe oblicze świata. Niech wyraz „katolicki” przestanie być synonimem wyrazu „zacofany”. Cechą charakterystyczną PAKS była zarazem otwartość ideowa. Wszystko co na świecie jest dobre, jest tym samym boskie, nasze, katolickie. Nie można więc z góry odrzucać żadnego środowiska, żadnego ruchu ideowego czy kulturalnego. Nie wolno od wyznawców obcej idei odgradzać się murem jak od trędowatych, zawsze i wszędzie, bo w ten sposób odbieramy Bogu coś, co jednak do niego należy – pisano na łamach „Pax” w 1937 r.

Na środowisko postępowo-katolickie spadły jednak nowe ciosy. W 1935 r. ks. Hlebowicz został wysłany na parafię w odległych Trokach, a ks. Meysztowicz do pracy w Watykanie. Rok akademicki 1934/1935 był ostatnim rokiem działalności PAKS. Kontynuowało wszakże jego myśl Towarzystwo „Pax”, założone w 1935 r.

Inicjatywy chrześcijańsko-radykalne, choć słabe i rozproszone, stopniowo jednak krzepły. Na ich rozwój dramatyczny wpływ wywarły wojna i okupacja – z jednej strony zerwały ciągłość prac ideowych i organizacyjnych, z drugiej przyśpieszyły krystalizację postaw politycznych. Ks. Hlebowicz wraz z działaczem socjalistycznym Jerzym Wrońskim utworzył konspiracyjną organizację Akcja Ludowa, głoszącą program zbliżony do socjalistycznego, z uwzględnieniem jednak światopoglądu katolickiego. Duża grupa działaczy „Odrodzenia” (m.in. Michał Sobański, prof. Ludwik Górski, prof. Czesław Strzeszewski) współtworzyła latem 1940 r. „Unię”. W „Unii” znalazł się też Karol Koniński, który w napisanym w 1942 r. szkicu „Humanizacja własności” określił się jako zwolennik socjalizmu chrześcijańskiego czy też chrystianizmu socjalnego. Społeczno-ekonomiczną doktryną „unionizmu” opracował Kazimierz Studentowicz, który, jak pisał Jan Hoppe, z wielką pasją próbował żenić św. Tomasza z Karolem Marksem. Przywódca „Unii”, Jerzy Braun, po latach podkreślał zbieżność „unionizmu” z marksizmem w wersji Rogera Garaudy’ego, nazywając tę ideologię „socjalizmem chrześcijańskim”.

Po zakończeniu wojny echa chrześcijańskiego radykalizmu słyszymy jeszcze w działalności radykalnego ludowca ks. Mariana Borowca i w publicystyce ks. Henryka Weryńskiego, w „Tygodniku Warszawskim”, a nawet w deklaracji kardynała Augusta Hlonda z 1945 r.: Nie lękamy się ani nowoczesności, ani przemian społecznych, ani ludowej formy rządów, o ile uszanowane zostaną zasady niezmiennej moralności chrześcijańskiej. Chcemy, by Polska była krajem najbardziej postępowym […]. Chcemy pracować z poczucia katolickiego nad wprowadzeniem takiego ustroju społecznego, w którym by nie było przywilejów ani krzywd, ani proletariatu ani bezrobotnych, ani głodujących ani bezdomnych […] Państwo ludowe […] było odwieczną tęsknotą narodu […] Polska znajdzie w swym gorącym chrześcijańskim patriotyzmie pogodzenie zdrowej, rewolucyjnej treści z wiarą ludu. W PRL „postępowy katolicyzm” przetrwał jednak tylko w karykaturalnej postaci „ruchu księży patriotów” i Stowarzyszenia PAX.

Nadchodzi neo-ekologia

Nadchodzi neo-ekologia

Społeczeństwo, które traktuje postęp jak religię, nieprzychylnie spogląda na wszelkie objawy rezygnacji i zwątpienia.

Jeżeli oczekuje się od ciebie wiary w to, że wszystko zawsze będzie zmierzało ku lepszemu, przyznanie się do odmiennego zdania może stanowić poważną trudność. Stwierdzenie to jest jeszcze prawdziwsze w odniesieniu do działaczy i polityków. I jest to poniekąd zrozumiałe. Jeżeli poświęciłeś życie walce o jakąś sprawę, to będziesz się raczej czuł zobowiązany do wspierania jej w przyszłości – przynajmniej w wystąpieniach publicznych – nawet jeśli zaczyna wyglądać beznadziejnie.

Nadzieja stała się w obecnych czasach bardzo deficytowym towarem w kręgach ekologów i organizacji działających na rzecz środowiska naturalnego. Czarę goryczy przelało fiasko kolejnego szczytu klimatycznego zwołanego dla ratowania planety – konferencji „Rio +20” Earth Summit. Jest faktem bezspornym, że dzięki działalności różnej maści ekologów na przestrzeni ostatniego półwiecza udało się wiele osiągnąć. Jednak najważniejszy cel – powstrzymanie globalnej machiny przemysłowej, niszczącej środowisko naturalne i wypełniającej je wytworami człowieka – pozostaje wciąż poza naszym zasięgiem. I nie widać żadnych oznak, by ten stan rzeczy miał się w najbliższym czasie zmienić. Coraz więcej liczących się osób w ruchu ekologicznym, po latach zaprzeczania faktom, powoli zaczyna przyznawać publicznie, że tak właśnie wygląda rzeczywistość.

Dlatego nadszedł czas, aby postawić pytanie: co dalej? Jedna z zyskujących popularność odpowiedzi narodziła się w konsolidującym się ostatnio środowisku neo-ekologów. Nieprzypadkowe jest podobieństwo nazwy tego środowiska do neoliberałów. Podobnie bowiem jak kiedyś neoliberałowie, tak dziś neo-ekolodzy odrzucają zużytą i wyświechtaną starą wizję świata. Podobnie jak neoliberałowie, używają oni języka pieniędzy i władzy. Podobnie jak neoliberałowie, grupują się wokół kilku najważniejszych think-tanków. Kiedyś były to Institute of Economic Affairs, Cato Institute, Adam Smith Institute; dzisiaj ich odpowiednikami stają się Breakthrough Institute, Long Now Foundation i Copenhagen Consensus. Wreszcie, podobnie jak neoliberałowie, neo-ekolodzy są przekonani, że dysponują skutecznymi rozwiązaniami najbardziej palących problemów.

Neo-ekologizm jest postępowym, przyjaznym dla biznesu, postmodernistycznym podejściem do problemów i zagadnień związanych z niszczeniem środowiska. Odrzuca on jako naiwne tradycyjne „zielone” myślenie, kładące nacisk na ograniczenia i przekształcanie świadomości oraz wartości społecznych. Nowe technologie, globalny kapitalizm i rozwój na modłę zachodnią nie są już dla neo-ekologów problemem, lecz… rozwiązaniem problemu. Najlepszą strategią na przyszłość jest, według nich, entuzjastyczne wsparcie biotechnologii, biologii syntetycznej, energii atomowej, nanotechnologii, geo-inżynierii – słowem, wszystkiego, co nowe i „zaawansowane”.

Zgodnie z wizją neo-zielonych, dla wzrostu gospodarczego i rozwoju ludzkości nie ma ograniczeń. Według ich duchowego przywódcy, Stewarta Branda, jesteśmy równi bogom i jako tacy musimy zaakceptować odpowiedzialność związaną z racjonalnym zagospodarowaniem planety przy użyciu potężnych technologii, opartych na badaniach naukowych. Absolutna dzikość nie istnieje, „natura” jest jedynie ludzkim konstruktem, a wszystko, co ma naprawdę znaczenie, może zostać zmierzone przez naukowców i wycenione przez wolny rynek. Tylko niedobitki „romantyków” mogą myśleć inaczej.

Doktryna neo-ekologów zatacza coraz szersze kręgi, wpływając na kolejne środowiska i grupy interesów. Stuart Brand głosi swoje poglądy na wykładach we wszystkich zakątkach globu, przekonując w ich trakcie, że tworzenie gigantycznych miast i produkcja żywności modyfikowanej genetycznie są jak najbardziej wskazane. Brytyjski publicysta Mark Lynas promuje w mediach energię atomową, a swoich dawnych kolegów gromi jako zacofańców. Z kolei amerykańska publicystka Emma Marris próbuje dowodzić w swojej książce „Rambunctious Garden”, że nie ma już na ziemi prawdziwej dzikiej przyrody, której ochrona byłaby uzasadniona. Wreszcie – naukowiec Peter Kareiva, związany z największą na świecie organizacją ekologiczną Nature Conservancy, przekonuje, że ochrona dzikiej przyrody nie powinna być celem samym w sobie, lecz powinna być prowadzona na tyle – i ze względu na to – na ile przynosi ona korzyści ludziom. Ziemia, według neo-zielonych, należy dzisiaj do człowieka. A wartość środowiska naturalnego mierzona jest jedynie tym, jak dużo możemy z niego wycisnąć jako ludzkość.

Niektóre z tych tez i poglądów mogą szokować starych ekologów – i po części o to właśnie chodzi. Ale przekaz neo-ekologów nie jest wcale nowy. Jest to po prostu najnowszy wariant wellsowskiego zachwytu nad technologią, który już od ponad wieku obiecuje nam stworzenie raju na ziemi. Szeregi neo-ekologów rosną dziś nie dzięki nowatorskim ideom, lecz dlatego, że proponują oni takie podejście do ochrony przyrody, które jest wygodne dla biznesu i które – w przeciwieństwie do ciągłego zrzędzenia „zielonych” – skonstruowane jest tak, by poprawiać samopoczucie ludzi podróżujących samolotem czy kupujących kolejnego i-Pada. Świat nauki i świat biznesu poklepią ich z aprobatą po ramieniu. Natura będzie się musiała przystosować. Możemy znowu tryskać optymizmem. A w zasadzie nawet powinniśmy.

Ale może jest tak, że środowisko ekologów jest po części samo sobie winne. Od dłuższego już czasu mainstreamowi ekolodzy wykazywali obsesyjną wręcz fiksację na punkcie zmian klimatycznych i poszukiwania rozwiązań opartych o nowe technologie. Inne drogi pozostawały poza ich zainteresowaniem. W konsekwencji zarówno język, jak i przekaz stały się bardzo technokratyczne i ociekające żargonem naukowym. Przypuszczam, że większość ludzi ma w sobie miłość do przyrody w tej czy innej formie, ale jedynie nieliczni uwielbiają niekończące się spory o wyższość energii atomowej nad gazem ziemnym. Każda kampania mająca na celu ochronę dzikiego środowiska naturalnego, która nie odwołuje się do naszych intuicyjnych, emocjonalnych relacji z naturą, wystawia się na pozbawiony uczuć ideologiczny atak, który dzisiaj jest dziełem neo-ekologów.

Prowadzenie zakrojonych na szeroką skalę globalnych kampanii w obronie abstrakcyjnego „środowiska” nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Działa natomiast angażowanie się na rzecz natury na ludzką skalę. Być może najlepszym sposobem na tych, którzy traktują świat jako wielką księgę przychodów i rozchodów, jest skupienie się na splątanej, spotykanej na co dzień złożoności natury. Potrzebujemy ekologii lokalnej, odwołującej się nie do ratowania Ziemi przez wielkie „Z”, ale lokalnych, dobrze znanych i zdefiniowanych „ziem” – środowisk naturalnych, tych, które nas otaczają i w których żyjemy. Być może nadszedł czas, aby wrócić do źródeł i zacząć pracę u podstaw.

Trzeba zacząć od roślin rosnących dziko w naszym klimacie i rozważań nad tym, czy możemy je zjadać. Od odkopania zapomnianych umiejętności praktycznego gospodarowania zasobami, zaczynając od uprawy roślin po zarządzanie ziemią. Od wysiewania w środku nocy kwiatów w pustych gazonach w sąsiedztwie. Można się też zaangażować w lokalne projekty inżynierskie i konstrukcyjne, obejmujące oczyszczanie wody czy wykorzystanie energii słonecznej. Próbować chronić życie pszczół czy motyli, nie dopuszczać do osuszania bagien i moczarów, karczowania terenów leśnych, słowem: tych miejsc, które znamy i z którymi łączy nas emocjonalna więź. Możemy spacerować po okolicznych pagórkach, ścieżką wzdłuż brzegu kanału, albo po prostu powłóczyć się po zwykłych nieużytkach. Poznajmy miejsca, w których żyjemy, nauczmy się widzieć i rozumieć, jak one funkcjonują.

Już słyszę głosy kontestatorów: „żadna z tych akcji nie uratuje świata!”. To oczywiście prawda. Ale za nami są już cztery dekady „ratowania świata” i dokładnie widać fiasko tych działań. Może właśnie teraz jest czas, by zrobić krok wstecz, ubrudzić trochę dłonie, zmoczyć stopy, wziąć się do konkretnej pracy, poczuć nadchodzący deszcz. Zacząć interesować się naszym kawałkiem świata i tym, co możemy dla niego zrobić pożytecznego tu i teraz.

Wszystkie wielkie cywilizacje – jak napisał irlandzki poeta Patrick Kavanagh – są zbudowane na lokalizmie. Jeżeli alternatywą jest zabawa w bogów, to ja będę trzymał z poetami.

Tłum. Sebastian Maćkowski

Artykuł ukazał się pierwotnie na łamach „The Guardian”. Przedruk za zgodą autora. Poczyniono drobne skróty.

Na manowcach homo economicus

Żyjemy w czasach, gdy ekonomię postrzega się zazwyczaj jako domenę racjonalnych decyzji służących jak najpełniejszemu wykorzystaniu posiadanych zasobów oraz maksymalizacji zysków. Formalne zasady ekonomii, a przede wszystkim mikroekonomii, uważane są za powszechne, niepodlegające dyskusji i naturalne – jak zasady termodynamiki, prawo ciążenia czy twierdzenie Pitagorasa. W kulturze zachodniej można też zauważyć tendencję do wywyższania ekonomii ponad inne nauki. Ze wszystkich nauk społecznych to właśnie ona pretenduje do tego, aby nadać swoim teoriom i hipotezom charakter bezwzględnie obowiązujący i absolutny, najmocniej podkreśla swoją przynależność do „prawdziwych” nauk, takich jak fizyka. Ekonomiści odwołują się do skomplikowanych praw matematycznych i poszukują praw natury. Mają ogromną władzę: od ich prognoz zależy oprocentowanie naszych kart kredytowych, a ich wskazówki kształtują codzienność setek milionów ludzi1.

Z chwilą powstania ekonomia zajęła się problemem natury człowieka. Próbowała odpowiedzieć na fundamentalne pytania z zakresu antropologii. Czy człowiek jest z natury egoistyczny, czy może altruistyczny? Czy zawsze dąży do maksymalizacji własnego zysku, nawet kosztem innych, czy też jest wyposażony w zmysł moralny, który kieruje go w stronę współdziałania z innymi i realizacji dobra wspólnego? Upraszczając sprawę, możemy powiedzieć, że dominujący w dzisiejszym świecie paradygmat liberalny charakteryzuje się postrzeganiem człowieka jako istoty samolubnej, kierującej się dążeniem do prywatnej korzyści.

Z biegiem czasu zaczęto oczywiście zwracać uwagę, że interes ten może być rozumiany na różne sposoby. Pojawiały się np. refleksje, że człowiek zabiega o zyski nie tylko materialne, że korzyść stanowić mogą również np. bezpieczeństwo, spokój, miłość, satysfakcja, prestiż itp. Wielu przedstawicieli nurtu liberalnego uznało zarazem, że pogoń za indywidualnym zyskiem przekłada się na interes powszechny, że z sumy egoizmów tworzy się największe możliwe dobro dla całego społeczeństwa, że konkurencja w każdym przypadku przyczynia się do spadku cen i kosztów produkcji oraz przeciwdziała nadużyciom monopoli. Stąd doszli zaś do wniosku, że wszelka interwencja państwowa ma destrukcyjny charakter – utrudniając funkcjonowanie gospodarki rynkowej, opóźnia czy nawet uniemożliwia powstanie społeczeństwa powszechnego dobrobytu. Stanem naturalnym jest wedle tej wizji idealna homeostaza, do której zmierza rynek, pod warunkiem, że nikt i nic nie zakłóca jego działania – równowaga między podażą a popytem, wartością a ceną, nakładem a produkcją. Taka wizja wynika z przekonania o istnieniu naturalnych praw ekonomii, analogicznych do praw fizyki, które nie mają jednak szans funkcjonować w sytuacji nieustannej ingerencji w gospodarkę czynników zewnętrznych.

Te pretensje do naukowości sprawiają, że liberalizm uznaje swoje zasady za uniwersalne, niezależne od lokalnego kontekstu, zwyczajów i kultury, a osiągnięcia za mierzalne precyzyjnymi wskaźnikami. Inne niż promowane przez siebie sposoby życia i organizacji gospodarki uznaje on zaś za prymitywne i irracjonalne. Michał Buchowski pisze wręcz o magicznym charakterze neoliberalizmu czy też myśleniu magicznym jego wyznawców. Wierzą oni bowiem, że czynniki symboliczne mają tę samą moc oddziaływania na rzeczywistość jak czynniki „fizyczne”. Słowa dzięki swej magicznej mocy albo tłumaczą niepowodzenia, albo kreują nieistniejącą rzeczywistość. […] W tym miejscu nasuwa się jednak refleksja, że opisywani przez neoliberałów przegrani transformacji charakteryzowani są w równie niedookreślony empirycznie sposób. Taki hokus-pokus status mają pojęcia w rodzaju homo sovieticus, wyuczona bezradność, bezinteresowna zazdrość, kolektywizm czy antyintelektualizm i za ich pomocą próbuje się zakląć rzeczywistość. […] Gdyby więc spróbować odpowiedzieć na […] pytanie, czy neoliberalizm jest magią, religią czy nauką, odpowiedziałbym na nie następująco: „neoliberalizm jest nauką, lecz tylko dla swych gorliwych wyznawców, którzy często myślą magicznie”2. Donald (Deirdre) McCloskey twierdzi w swojej pracy „If You’re So Smart: The Narrative of Economic Expertise” (1990), że tak pojmowana ekonomia stanowi relikt pozytywizmu, opierającego się na przestarzałym przekonaniu, iż nauka jest po prostu odkrywaniem faktów i praw natury. W istocie, jego zdaniem, ekonomiści opowiadają magiczne historie. Nie ma w tym niczego niewłaściwego, dopóki nie pretendują oni do roli odkrywców i krzewicieli praw naturalnych, które nie podlegają żadnej dyskusji.

Oczywiście model liberalny nie jest jedynym istniejącym. W innych, niejako konkurencyjnych koncepcjach ekonomicznych zwraca się uwagę na naturalną dążność człowieka do przynależności do grupy i związaną z tym gotowość do rezygnacji z części swojej autonomii oraz traktowania interesów grupowych jako własnych. Alternatywne wobec liberalizmu modele podkreślają też znaczenie takich czynników, jak uwarunkowania kulturowe czy przyswojone systemy wartości, które mogą mieć decydujący wpływ na postępowanie i motywację człowieka. Zwolennicy tych koncepcji kwestionują ideę uniwersalnej natury ludzkiej czy nawet skłonności wspólnych wszystkim ludziom. Jednak to właśnie model liberalny w największej mierze pretenduje do „naukowości”, do miana niepodważalnego i totalnego paradygmatu, a stojące u jego podstaw zasady, reguły i założenia zostały uznane przez wielu za oczywistości, których nie ma sensu nawet udowadniać, ponieważ ich bezsporność jest jasna dla każdego myślącego człowieka.

***

Węgierski myśliciel i badacz Karl Polanyi wyodrębniał dwa znaczenia terminu ekonomiczny: substancjalny i formalny. Pierwsze z nich odnosił do wszelkich materialnych działań służących utrzymaniu się przy życiu, drugi zaś do nauki o racjonalnym podejmowaniu decyzji. Wskazywał przy tym, że jedynie w rozwoju historycznym nowoczesnego Zachodu pojęcia te zostały ze sobą utożsamione – system ekonomiczny połączył się w jedno z racjonalną logiką ekonomiczną, służącą maksymalizacji indywidualnych korzyści. W kulturach przedkapitalistycznych, zauważał Polanyi, istnieją wszystkie typy działań ekonomicznych, ale nie są one podporządkowane wartościom wyznaczonym przez „racjonalną logikę ekonomiczną”. W nowoczesnym kapitalizmie gospodarka zakorzeniona jest w instytucji rynku, lecz w innych kulturach może działać wedle innych wartości, związanych choćby z relacjami pokrewieństwa czy wierzeniami religijnymi.

W naukach społecznych dominuje postrzeganie społeczeństwa jako globalnego systemu, z dającymi się wyodrębnić podsystemami: ekonomicznym, politycznym i kulturowym. Podejście to odpowiada jednak wyłącznie strukturze kapitalistycznych społeczeństw przemysłowych, w których gospodarka jawi się jako autonomiczny podsystem, posiadający własne prawa funkcjonowania. Utrudnia natomiast rozpoznanie logiki społeczeństw niekapitalistycznych, gdzie zajmuje ona zupełnie inne miejsce. W świetle badań antropologów, takich jak Bronisław Malinowski czy Alfred Radcliffe-Brown, do których odwoływał się Polanyi, w społeczeństwach pierwotnych gospodarka nie istniała jako osobna sfera. Była osadzona i podporządkowana instytucjom rodzinnym, politycznym czy religijnym, które nie mają wyłącznie ekonomicznego charakteru. W gospodarce rynkowej, zdaniem Polanyi’ego, społeczeństwo funkcjonuje właściwie jako dodatek do rynku. W przypadku innych modeli gospodarczych zależność jest odwrotna – nie istnieje tam żaden odrębny system gospodarczy, który można by analizować niezależnie od społeczeństwa. Często nie ma w nich nawet osobnego słowa na „gospodarkę” jako samoistną sferę odseparowaną od życia społecznego.

Tendencja do prowadzenia handlu wymiennego, na której tak śmiało opierał się Adam Smith, konstruując swój obraz człowieka pierwotnego, nie jest podstawową tendencją, która kieruje działalnością gospodarczą człowieka – wręcz przeciwnie, występuje ona niezwykle rzadko3. Polanyi wyróżniał trzy zasadnicze wymiary integracji gospodarki ze społeczeństwem, podkreślając, że nowoczesna ekonomia zajmuje się tylko jednym z nich, nie potrafiąc zrozumieć pozostałych, rządzących się zupełnie odmienną logiką. Określał je za pomocą terminów odwzajemniania, redystrybucji i wymiany. Pierwszy oznacza pomoc i dzielenie się oparte na poczuciu tożsamości oraz zobowiązania wynikającego z łączących ludzi więzów kulturowych, społecznych, rodzinnych, klanowych etc. Redystrybucja polega na tym, że główny autorytet (kapłan, wódz, świątynia) gromadzi różne rzeczy od wszystkich członków danej społeczności, aby później je na nowo rozdzielić. Jedni dostarczają płody rolne, otrzymując w zamian ubranie, inni zaś przynoszą wyroby rękodzieła, a dostają żywność. Wymiana jest zaś skalkulowanym handlem, opiera się na zasadzie coś za coś. Może jednak mieć ona różne wymiary i warianty, nie można jej rozumieć wąsko, jako wyłącznie transakcji pieniężnych. Polanyi podkreślał wręcz, że nowoczesna wymiana rynkowa, posługująca się pieniędzmi i cenami ustalanymi poprzez negocjacje, jest przypadkiem szczególnym i stosunkowo świeżej daty.

Kombinacje tych trzech typów logiki gospodarczej występują we wszystkich społeczeństwach, jednak zawsze jeden z nich jest dominujący4. W społeczeństwach poprzedzających kapitalizm ludzie nie zawsze kierowali się przy podejmowaniu decyzji swoim partykularnym interesem. Motywy działań członków tych społeczności determinował w większym stopniu kontekst historyczny i kulturowy. W związku z tym formalna ekonomia współczesna nie znajduje tu zastosowania. Cechą gospodarek przedkapitalistycznych miałoby być, zdaniem Polanyi’ego, również to, że są one zorientowane raczej na wytwarzanie środków utrzymania, niż na mnożenie zysku. Zazwyczaj w gospodarkach plemiennych sprzedaż oraz kupno ziemi i pracy są nie do pomyślenia. Prawa do użytkowania ziemi są bowiem związane z grupą krewniaczą i dziedziczeniem. Sprzedaż pracy uniemożliwia z kolei jej niemierzalność. Podobnie było zresztą w porządku feudalnym, gdzie kwestie związane z ziemią były wyłączone spod zasad organizacji kupna i sprzedaży, a określane przez inny zbiór regulacji instytucjonalnych. Praca w systemie cechowym była natomiast częścią ogólnej organizacji społeczeństwa. Warunki pracy, płace czy relacje mistrza i czeladnika, regulowane były przez obyczaj, przepisy cechu i miasta. W gospodarce kapitalistycznej istnieją zaś rynki zbytu na wszystkie czynniki produkcji, nie tylko na towary, ale także na ziemię, pracę i pieniądz. Ich ceny to, kolejno, czynsz, płaca i odsetki. Tymczasem, jak podkreśla Polanyi, ziemia, praca i pieniądz nie mieszczą się w empirycznej definicji towarów – nie zostały bowiem wyprodukowane na sprzedaż. Praca określa jedynie ludzką aktywność, która nie jest inicjowana z myślą o sprzedaży – procesem tym powodują zupełnie inne przyczyny – ponadto nie można jej oddzielić od pozostałych elementów ludzkiego życia, nie można jej też przechować czy zgromadzić. Ziemia to z kolei inna nazwa przyrody, niebędącej przecież wytworem człowieka. Pieniądz zaś – stanowi znak siły nabywczej, która z zasady wcale nie jest produkowana, lecz powstaje za pośrednictwem mechanizmu bankowości czy finansów publicznych. Żaden z tych czynników nie powstaje z myślą o sprzedaży, dlatego używanie kategorii towaru w odniesieniu do pracy, ziemi i pieniądza to czysta fikcja. Niemniej dzięki tej fikcji zostały zorganizowane rynki pracy, ziemi i pieniądza5.

Przykładem zupełnie odmiennego paradygmatu może zresztą być także gospodarka wiejska, chłopska, która zdaniem wielu badaczy rządziła się całkowicie innymi prawami. Wybitny rosyjski ekonomista Aleksander Czajanow wskazywał, że gospodarstwa chłopskie kierują się własną logiką, opierająca się na zrównoważeniu nakładu pracy z uzyskiwanym dochodem. James Scott podkreślał natomiast, że rolnictwo kapitalistyczne, narzucone przez władze kolonialne w Azji Południowo-Wschodniej, było zamachem na wcześniejszą tradycję wiejskiej gospodarki naturalnej. Kapitalistyczny system rolniczy, polegający na eksporcie takich towarów, jak ryż czy guma, oraz utowarowieniu ziemi i pracy, zaszkodził chłopskiej gospodarce. Chłopski sposób produkcji polegał na wzajemności wśród mieszkańców wsi, na wspólnym zarządzaniu ważnymi zasobami i dzieleniu się nimi oraz na wspólnej pracy. Było to treścią norm moralnych, zawierających zobowiązanie do wzajemności, prawo do egzystencji i zasadę sprawiedliwej ceny. System chłopski rządził się zatem porządkiem moralnym i logiką ekonomiczną działającą na poziomie wspólnoty, a nie jednostki6.

***

Konsekwencją przyjmowania abstrakcyjnych zasad oraz traktowania ich jako nienaruszalnych, powszechnych prawideł rządzących ludzkim zachowaniem niezależnie od czasu i miejsca, jest też przekonanie, że istnieje jedna, obowiązująca wszystkich droga od kondycji pierwotnej do nowoczesności. Czyli uniwersalna strategia modernizacyjna, która sprawdzi się w każdych warunkach. Kraje zapóźnione gospodarczo muszą jedynie kopiować doświadczenia świata zachodniego.

Wyrazem tego przekonania była, powstała pod koniec lat 70., strategia Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, która miała wprowadzić kraje Trzeciego Świata w system globalnej gospodarki. Interwencje państwa w gospodarkę uznano za główną przyczynę niepowodzeń na drodze rozwoju i wzywano do ich zaniechania. Warunkami otrzymania środków z programów dostosowania strukturalnego były masowa prywatyzacja państwowych przedsiębiorstw, zmniejszenie zatrudnienia w administracji, likwidacja części programów pomocy socjalnej, otwarcie rynków finansowych, które umożliwiało ponadnarodowym korporacjom kupowanie lokalnych zakładów, zmniejszenie ceł importowych, deficytu budżetowego i długu publicznego. Uczynienie efektywności gospodarczej głównym kryterium uzyskania pomocy zagroziło z kolei systemowi klientelizmu i dziedziczenia, będącemu podporą władzy większości krajów afrykańskich. W rezultacie doszło tam do gwałtownego spadku standardu życia, wzrostu stopy ubóstwa, zwiększenia śmiertelności, przemocy i niepokojów społecznych. Polanyi już w swojej „Wielkiej transformacji”, która ukazała się w 1944 r., opisał mechanizm przymusowego nawracania na zasady rynkowe. Stwierdzał, że główny wkład białego człowieka w świat czarnych to zaznajomienie ich z koszmarem głodu: Kolonizatorzy wycinali drzewa chlebowe, w sztuczny sposób pozbawiając krajowców pożywienia, albo nakładali podatek na posiadaczy szałasów, żeby zmusić ich do sprzedaży swojej pracy na korzystnych dla przybyszów warunkach. Występuje tu uderzająca zbieżność z procesem grodzenia pól w czasach Tudorów, kiedy powstawały hordy bezdomnych włóczęgów. W jednym z raportów Ligi Narodów znalazło się pełne niepokoju doniesienie o pojawieniu się w afrykańskim buszu „człowieka pozbawionego pana”, dobrze znanego z historii szesnastowiecznej Europy. W późnym średniowieczu pojawiał się on jedynie w „szczelinach” społeczeństwa. Jak się później okazało, była to forma, która dała początek nomadycznemu robotnikowi z XIX wieku. To, do czego posuwa się dziś biały człowiek w niektórych odległych rejonach – a więc rozbija struktury społeczne, żeby pozyskać czynnik pracy – w XVIII wieku realizował w Europie, a przedmiotem jego działań byli inni biali7.

Przekonanie o tym, że każdy kraj może podążać drogą Zachodu legło więc w gruzach. Okazało się, że zamiast modernizacji polityka ta przyniosła rosnące ubóstwo oraz gospodarczą i polityczną zależność. Zwrócili na to uwagę twórcy teorii zależności (dependyzmu), krytykujący kapitalizm jako system wyzysku peryferii, a cywilizację zachodnią jako opresyjną dla społeczeństw i gospodarek innych rejonów świata. Przykłady tego rodzaju pokazują, iż program gospodarczego rozwoju, który nie bierze pod uwagę realnej treści tradycyjnych reprezentacji, jakie tworzy sobie jakieś społeczeństwo na temat swojego środowiska i zasobów, jest narażony na bolesne rozczarowania8. Zwróćmy uwagę, że obserwacja ta ma zastosowanie zarówno do liberalnej wersji gospodarki kapitalistycznej, którą zajmowali się marksizujący dependyści, jak i do sowieckiego systemu nakazowo-rozdzielczego – również przecież implementowanego w krajach Trzeciego Świata – która pozostawała już poza zasięgiem ich zainteresowania.

***

Podstawową figurą myślenia liberalnego jest „człowiek ekonomiczny”, sportretowany przez Johna Stuarta Milla: jednostka wolna i egoistyczna, która jednakowoż – właśnie dzięki koncentracji na własnym interesie – przyczynia się do dobra ogólnego. Paradygmat ten, z biegiem czasu rewidowany i poszerzany, wciąż cieszy się dużym wzięciem pomimo skrajnie redukcjonistycznego charakteru i stanowi podstawę wielu analiz, zwłaszcza o charakterze publicystycznym. Antropologia od dawna sprzeciwia się tej wizji człowieka, podkreślając, że może ona być traktowana co najwyżej jako uproszczony model człowieka Zachodu, który dodatkowo pojawił się na określonym etapie jego historycznego rozwoju.

Bronisław Malinowski wykazywał w swoich pracach m.in., że człowiek nie jest samolubny z natury, że tkwią w nim duże pokłady altruizmu. Gwałtownie przeciwstawiał się w związku z tym „zmyślonej” i „niedorzecznej kukle” człowieka ekonomicznego, podkreślając, że hipotetyczny twór prymitywnego czy dzikiego człowieka, który we wszystkich działaniach kieruje się racjonalistyczną koncepcją własnego interesu, nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Prymitywny Trobriandczyk dostarcza nam właśnie przykładu, który zaprzecza tej fałszywej teorii. Pracując, kieruje się nader złożonymi motywami, mającymi charakter społeczny i tradycyjny, i zmierza do celów, które nie są z pewnością obliczone wyłącznie na zaspokojenie doraźnych potrzeb, czy też na bezpośrednie osiągnięcie utylitarnych korzyści. Przede wszystkim […] pracy nie wykonuje się na zasadzie najmniejszego wysiłku. Przeciwnie, wiele czasu i energii poświęca się na całkowicie zbędny z utylitarnego punktu widzenia wysiłek. Dalej, praca i wysiłek nie tylko nie są środkami do celu, lecz w pewnym sensie są celem samym w sobie. […] Ale najistotniejszy jest tutaj fakt, że wszystkie lub prawie wszystkie owoce pracy krajowca, a z pewnością wszelkie nadwyżki, które może uzyskać dzięki dodatkowemu wysiłkowi, nie stają się jego udziałem, lecz przechodzą na rodzinę żony. […] I chociaż praktycznie rzecz biorąc, nie czerpie on z zebranych przez siebie plonów osobistych korzyści w utylitarnym tego słowa znaczeniu, jako ogrodnik otrzymuje wiele pochwał i zyskuje sławę w zależności od ich rozmiarów i jakości, i to zarówno bezpośrednio, jak i publicznie […]. Trobriandczyk pracuje może nie tak bezpośrednio dla zysku, ale w dużym stopniu dla samej pracy i wkłada bardzo wiele wysiłku w uporządkowanie i ogólny estetyczny wygląd swego ogrodu. Motywem przewodnim jest w tym wypadku nie pragnienie zaspokojenia swoich potrzeb, lecz działanie bardzo złożonego splotu tradycyjnych sił, nakazów i powinności, wierzeń w siłę magii, ambicji społecznych i próżnostek9.

Warto zwrócić również uwagę na obecność w życiu wszystkich społeczeństw tzw. jednokierunkowych transferów gospodarczych (one-way economic transfers) wymykających się rynkowej logice handlu i wymiany. Są to np. dobroczynność, prezenty, darowizny, dary, gościnność itp., których znaczenie jest ogromne – również z ekonomicznego punktu widzenia. Podarki przyczyniają się ponadto zwykle do integracji społecznej, za ich sprawą tworzą się więzi między jednostkami. Stanowi to ważne odstępstwo od ogólnych zasad wymiany dóbr w kapitalizmie. Dobrym przykładem jest także opisany i zinterpretowany przez Malinowskiego rytuał wymiany Kula, stanowiący formę wymiany, pomiędzy plemionami zamieszkującymi wschodni fragment Nowej Gwinei i archipelag wysp wokół niej, dwóch przedmiotów: naszyjników z czerwonych muszli (soulava) oraz bransolet lub naramienników z białych muszli (mwali). Wymiana ta nie ma charakteru stricte handlowego, stanowi zaś przede wszystkim narzędzie socjalizacji i podtrzymywania więzi międzyplemiennych. Jej odkrycie i opisanie zachwiało racjonalistycznymi koncepcjami człowieka pierwotnego i skłoniło do pogłębionej analizy faktów ekonomicznych. W istocie Kula wskazuje na konieczność zrewidowania w świetle faktów całej koncepcji wartości w świecie pierwotnym, konieczność zrewidowania całkowicie błędnego zwyczaju nazywania wszystkich przedmiotów przedstawiających wartość „pieniędzmi” czy „monetą”, rozpowszechnionych poglądów na handel oraz własność w społeczeństwie pierwotnym10.

Zdaniem Malinowskiego idea racjonalności motywowanej egoistycznymi i materialistycznymi interesami nie tylko ma charakter bardzo etnocentryczny, ale też po prostu się nie sprawdza – nawet w odniesieniu do nowoczesnego zachodniego kapitalizmu. Pierwotne motywy działań ekonomicznych zawsze mają charakter głęboko społeczny i symboliczny, zawsze związane są z konkretną tradycją, kulturą i obyczajem. Każda kultura jest zaś zdeterminowana przez pewne postawy i emocje, rządzi się określoną logiką, wytwarza swój system wartości. Często popełnianym błędem jest mechaniczne przenoszenie kategorii wytworzonych w świecie zachodnim na obcy grunt kulturowy i szukanie tam ich odpowiedników. Max Gluckman zwracał uwagę na skłonność europejskich kolonizatorów do traktowania wodzów plemiennych jak właścicieli w europejskim rozumieniu, a ziemi nieuprawianej jako nieużytków, które można było natychmiast przywłaszczyć. Tymczasem bez uwzględnienia lokalnego kontekstu nie sposób zrozumieć wielu specyficznych dla danej kultury praktyk czy zachowań.

Przykład stanowić może słynna ceremonia potlaczu, praktykowana przez plemiona indiańskie z północno-zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej. Jak pisze Ruth Benedict: Złożoność problemu wartości społecznych przedstawia się wyjątkowo wyraźnie w kulturze Kwakiutlów. Główny motyw, na którym wspierają się ich obyczaje i który w dużej mierze dzielą ze społeczeństwem nowoczesnym, to motyw rywalizacji. Rywalizacja jest walką, która koncentruje się nie na realnych celach działalności, lecz na usiłowaniu przewyższenia współzawodnika. Uwagę zaprząta już nie to, żeby dać wystarczające utrzymanie rodzinie czy zdobyć dobra, z których można korzystać czy cieszyć się nimi, lecz by prześcignąć pod tym względem sąsiadów i posiadać więcej niż oni. Wobec jednego wielkiego celu, jakim jest zwycięstwo, traci się z oczu wszystkie inne. Rywalizacja, w przeciwieństwie do współzawodnictwa, nie koncentruje się na pierwotnej działalności; z wyrobu koszów czy sprzedawania butów wytwarza sytuację sztuczną: zabawę polegającą na tym, żeby pokazać, iż można pokonać rywali. […] Wyścig nigdy się nie kończy. Im więcej dóbr gromadzi społeczeństwo, tym większymi żetonami posługują się ludzie, ale do końca gry jest równie daleko jak wtedy, gdy stawki były małe. W zwyczajach Kwakiutlów taka rywalizacja osiąga szczyty absurdu, zrównując inwestycje z masowym niszczeniem dóbr. O pierwszeństwo walczą oni głównie w gromadzeniu dóbr materialnych, ale często także – nie zdając sobie przy tym sprawy z przeciwieństwa – w rozbijaniu na kawałki najwyższych jednostek wartości, miedziaków, oraz w puszczaniu z dymem drewnianych domów, derek i łodzi. Społeczne marnotrawstwo jest tu oczywiste11.

Widzimy więc wyraźnie, że wedle antropologów mamy tutaj do czynienia z pewną racjonalnością, która jednak zdecydowanie różni się od tego, co zwykliśmy uważać za postępowanie racjonalne oraz co jest jako takie traktowane w ekonomii klasycznej. Wiele zachowań, które dla człowieka Zachodu wydają się zupełnie nieracjonalne, ma swoją logikę i racjonalność w ramach określonej kultury. Amerykański badacz Melford Spiro, zastanawiając się, dlaczego wielu ubogich Birmańczyków wydaje skromne dochody na cele, które z punktu widzenia człowieka Zachodu wydają się zbędne i bezużyteczne, np. uczty dla mnichów, rytuały religijne czy pagody, stwierdza, że tego typu działania stanowiły wyraz ich światopoglądu i przyjmowanej kosmologii oraz faktu, że i tak nie mogli zbytnio podnieść standardu życia poprzez oszczędzanie. Kierując się tymi przesłankami, ludzie dochodzili do racjonalnego wniosku, że wydawanie pieniędzy na mnichów, rytuały i pagody jest rozsądnym sposobem zdobywania prestiżu i szacunku, zapewnia korzyści w kolejnym wcieleniu, a zarazem dostarcza przyjemności. Nie musieli znać świadomie buddyjskiej filozofii, aby mogła ona wpływać na ich światopogląd i zachowanie. […] Birmańczycy nie byli więc specjalnie „uduchowieni” czy „metafizyczni”. Dążyli po prostu do racjonalnej maksymalizacji korzyści, kierując się kulturowo zdefiniowanymi potrzebami i wartościami, które były całkiem inne niż wartości statystycznego Amerykanina12.

Uznanie racjonalności za relatywną, zależną od kultury, może prowadzić do dwóch zasadniczych postaw. Z jednej strony można przyjąć, że istnieje jakaś gradacja „racjonalności”, w ramach której jedne są lepsze od innych (miernikiem mogą być wówczas np. – różnie definiowane – cywilizacyjny sukces i rozwój), jak to czynił Max Weber. Z drugiej strony mamy stanowisko radykalnej relatywizacji. Taką optykę reprezentuje choćby Marshall Sahlins, wedle którego kulturowe kategorie znaczenia są pierwotne wobec ludzkich dążeń. Pogląd, że ludzie we własnym interesie dążą do celów ekonomicznych, jest zasłoną dymną, „mitem założycielskim społeczeństwa kapitalistycznego” […]. Sahlins uważa, że wartości są arbitralne, nie mają uniwersalnych podstaw w pracy czy własności. […] sposób w jaki ekonomiści widzą świat, jest całkowicie symboliczny, choć im się wydaje, że mają do czynienia z namacalnymi przedmiotami13. Idą tym tropem Mary Douglas i Baron Isherwood w książce „The World of Goods”, szukając w nowoczesnych społeczeństwach źródeł konsumpcjonizmu, który nie ma charakteru naturalnego, bo pożądanie przedmiotów nie jest obserwowane choćby w społecznościach zbieracko-łowieckich. Próbują znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie wolą jedzenie A niż B, pomimo iż wykazano, że obydwa są tak samo pożywne, a jedzenie B jest dodatkowo tańsze. Tego rodzaju odpowiedzi nie może ich zdaniem dać teoria „racjonalnego wyboru”, maksymalizacji wartości, a jedynie analiza kategorii kulturowych14.

Sahlins znany jest też z koncepcji pierwotnego społeczeństwa dobrobytu. Wbrew dominującym stereotypom wskazuje on, że współczesny system rynkowo-przemysłowy instytucjonalizuje i sankcjonuje niedostatek. Konsumpcja, jak pisze, stanowi podwójną tragedię, zaczyna się bowiem od poczucia niedoboru, a kończy poczuciem deprywacji. Rynek prezentuje człowiekowi oszałamiające bogactwo produktów teoretycznie dostępnych, ale nigdy nie dających się jednocześnie uchwycić. W związku z tym każdy nowy nabytek stanowi równocześnie rezygnację z czegoś innego. Właśnie z tej perspektywy – konsumenta, który nigdy nie jest zaspokojony w swej żądzy posiadania kolejnych rzeczy – patrzymy, jego zdaniem, na paleolitycznych łowców. Wyposażywszy myśliwego w burżuazyjne popędy i paleolityczne narzędzia, z góry oceniamy jego położenie jako beznadziejne15. Jednoczenie próbujemy ekstrapolować dzisiejsze trudne warunki życia ocalałych grup zbieracko-łowieckich na położenie ich przodków, podczas gdy współczesne problemy są efektem rugowania ich z bogatszych rejonów, kolonialnego przymusu oraz zniszczeń dokonanych przez europejski imperializm. Tymczasem, zdaniem Sahlinsa, myśliwy jest dokładnym przeciwieństwem człowieka ekonomicznego – jego potrzeby są niewielkie, a środki proporcjonalnie olbrzymie, wskutek czego jest on wolny od materialnych nacisków i cechuje go „nierozwinięty zmysł własności”.

Dane z życia Buszmenów, które przytacza, wskazują, że praca jednego człowieka trudniącego się zbieractwem lub łowiectwem zapewniała utrzymanie 4–5 osób. Co więcej, wykorzystywał on do tego jedynie 36 proc. swojego czasu, co równa się dwóm i pół dniom roboczym w tygodniu przy dniówce równej 6 godzin, czyli 15 godzinom pracy tygodniowo. Wartość energetyczna pożywienia wynosiła zaś 2140 kalorii na głowę przy dziennym zapotrzebowaniu szacowanym na 1975 kalorii. W podsumowaniu swoich wywodów Sahlins stwierdza, że to o współczesnym świecie można powiedzieć, iż około jednej trzeciej do połowy populacji co noc kładzie się spać głodna. W epoce kamienia odsetek ten musiał być o wiele niższy. To obecnie mamy epokę bezprecedensowego głodu. Współcześnie, w okresie największego postępu technicznego, głód się zinstytucjonalizował. Możemy więc odwrócić jeszcze jedną szacowną formułę: liczba głodujących wzrasta proporcjonalnie i bezwzględnie wraz z rozwojem kultury. […] Rozwój gospodarczy przyjmuje więc dwa przeciwstawne kierunki: wzbogacający, ale równocześnie zubożający, przywłaszczający w relacji do natury, ale wywłaszczający w stosunku do człowieka16.

Zanim zareagujemy na powyższe wywody uśmiechem pobłażania albo zaczniemy mówić o całkowitej nieadekwatności pojawiających się tu przykładów do współczesnych realiów, warto zauważyć, że w dzisiejszym „świecie dobrobytu” każdego dnia masy ludzi spychane zostają do praktyk znanych z gospodarki zbieracko-łowieckiej. Ale nie tej pierwotnej, lecz zdegenerowanej, znajdującej się w stadium schyłkowym, poddanej presji świata zachodniego, rugowanej z naturalnych siedzib, ograniczanej w swojej tradycyjnej działalności. Ich egzystencja uzależniona jest od urodzaju puszek i innego złomu zbieranego w koszach na śmieci, od powodzenia w polowaniu na wyrzucane masowo resztki ze stołów bogatych albo promocje i przeceny oferujące tańsze o kilkadziesiąt groszy produkty spożywcze. Co więcej, współcześni zbieracze i łowcy stanowią zazwyczaj pewną hybrydę angażującą się, w przeciwieństwie do swoich antenatów z czasów paleolitu, w różne formy „ekonomicznego” myślenia, które staje się jednocześnie przesłanką ich ciągłego poczucia deprywacji, dyskomfortu i niedosytu.

Nie przesądzając w tym miejscu, czy możemy w ogóle mówić o czymś takim jak uniwersalna natura człowieka, bo i nie to było przedmiotem rozważań, trzeba jednoznacznie stwierdzić, że należy odrzucić pretensje liberalizmu do odkrycia takowej. W związku z tym jego sztandarowe zasady nie tyle są na niej ufundowane i oparte, ile usiłuje on od lat ją modelować wedle swoich pryncypiów. To właśnie współczesny liberalizm poprzez promowaną przez siebie omnipotentną i żarłoczną „logikę rynkową” kształtuje więc współczesnego „człowieka ekonomicznego”, nastawionego wyłącznie na poszukiwanie i mnożenie osobistych korzyści, albowiem najbardziej odpowiada to jego interesom.

Przypisy:

  1. R. R. Wilk, L. Cliggett, Ekonomie i kultury. Podstawy antropologii ekonomicznej, Kraków 2011, s. 53.
  2. M. Buchowski, Neoliberalizm w Europie Środkowej – magia, religia czy nauka?, „Poznańskie Studia Slawistyczne” 2013 nr 4, s. 41.
  3. K. Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010, s. 296.
  4. Ibid., ss. 58–62.
  5. Ibid., s. 88.
  6. R. R. Wilk, L. Cligget, op. cit., s. 39.
  7. K. Polanyi, op. cit., s. 196.
  8. M. Godelier, Idee i materia. Myśl, gospodarka, społeczeństwo, Kraków 2012, s. 43.
  9. B. Malinowski, Argonauci zachodniego Pacyfiku. Relacje o poczynaniach i przygodach krajowców z Nowej Gwinei, Dzieła, T. 3, Warszawa 1981, ss. 99–102.
  10. Ibid., s. 649.
  11. R. Benedict, Wzory kultury, Warszawa 2002, s. 305.
  12. R. R. Wilk, L. Cligget, op. cit., s. 156.
  13. Ibid., s. 163.
  14. T. H. Eriksen, Małe miejsca, wielkie sprawy. Wprowadzenie do antropologii społecznej i kulturowej, Warszawa 2009, s. 185.
  15. M. Sahlins, Pierwotne społeczeństwo dobrobytu [w:] Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej, wyb. M. Kempy, E. Nowicka, Warszawa 2003, s. 278.
  16. Ibid., ss. 304–306.

Daj, ać ja pobruszę, czyli czego ekonomiści nie wiedzą o współpracy

Dominującym sposobem myślenia o ludzkich zachowaniach jest wyjaśnianie ich przez samolubność. Człowiek to przede wszystkim homo oeconomicus, który podejmuje możliwie najbardziej racjonalne decyzje, dążąc do maksymalizacji swoich korzyści przy jak najmniejszym nakładzie środków własnych. Twórcy koncepcji „człowieka gospodarującego”, Adam Smith i John Stuart Mill, uważali ją jednak tylko za model. Twierdzili, że w oparciu o nią nie jest możliwe przewidywanie faktycznych wyborów ludzi, gdyż kierują się oni również innymi, pozaekonomicznymi wartościami. Jednak wraz z rozwojem mikroekonomii samolubny homo oeconomicus zaczął być postrzegany jako istota z krwi i kości. Współczesna nauka coraz mocniej podważa sens takich przekonań.

Za pomocą coraz bardziej wyrafinowanych teorii, u których podstaw leży właśnie ten model, ekonomiści starają się wyjaśnić i przewidzieć faktyczne zachowania ludzi. Na warsztat badawczy wzięli nawet zjawiska, które powszechnie uważa się za przeciwieństwo egoizmu, np. spontaniczną współpracę sprowadzili wyłącznie do oczekiwania odpłaty za dobro (teoria altruizmu zwrotnego) lub do budowania, by tak rzec, własnej marki (teoria kosztownego sygnalizowania). Odchylenia od założeń modelu homo oeconomicus uważają za błędy kalkulacji lub wpływ innych czynników, społecznych czy moralnych, którym jednak przypisuje się drugorzędną i marginalną rolę.

„Samolubny” paradygmat trzyma się mocno. Za sprawą książek popularnonaukowych i masowych mediów koncepcje mikroekonomiczne przenikają do powszechnej świadomości. Od ich wpływu nie jest wolna również tradycja lewicowa, np. u podstaw słynnej teorii sprawiedliwości Johna Rawlsa leży przekonanie, że człowiek jest istotą racjonalną w sensie ekonomicznym. My jednak uważamy próbę sprowadzenia zachowań moralnych, społecznych czy politycznych do samolubności za postawienie na głowie problemu przyczyn postępowania ludzi.

Niewydolność paradygmatu człowieka-samoluba chcemy pokazać na przykładzie zagadnienia współpracy. Od początku lat 80. powstało wiele empirycznych badań, które wykazują, że kooperacji nie można wyprowadzić z modelu homo oeconomicus. Jeśli chcemy sensownie mówić o motywach ludzkiej współpracy, to, obok skłonności egoistycznej, musimy uwzględnić również niezależną od niej skłonność grupolubną1. Na przykładach wybranych badań pokażemy, że u większości ludzi chęć współpracy ma charakter spontaniczny i jest prawie tak samo silna, jak dążenie do własnych korzyści. Jednocześnie badania te wykazują, że skłonność do współpracy wśród ekonomistów jest o wiele niższa niż u przeciętnego Kowalskiego, Jonesa czy Müllera. Upowszechnianie mikroekonomicznych dogmatów przez osoby wierzące tylko w bezwzględny egoizm (i praktykujące go w czasie eksperymentów) może zatem podkopywać naszą gotowość do współpracy.

Za darmo umarło, czyli ciężki żywot pasażera na gapę

Przydatność modelu homo oeconomicus w wyjaśnianiu ludzkiej współpracy postanowiła sprawdzić eksperymentalnie już na początku lat 80. para amerykańskich uczonych, Gerald Marwell i Ruth E. Ames. Wyniki ich badań były przełomowe i stały się punktem wyjścia dla wszystkich późniejszych badaczy, którzy powątpiewali, że dominujące teorie mikroekonomiczne dobrze opisują zachowania.

Marwell i Ames zajęli się niezwykle wówczas popularną hipotezą tzw. jazdy na gapę (free-riding). Miała ona wyjaśniać zbiorowe działania ludzi, którzy razem dokładają się do dobra wspólnego. Przeważająca część badaczy, wychodząc od modelu homo oeconomicus, argumentowała, że w takiej sytuacji racjonalna jednostka będzie unikać własnego wkładu i jednocześnie liczyć na zaangażowanie innych w tworzenie dobra wspólnego. Taka taktyka pozwoliłaby bowiem na minimalizację własnych kosztów (brak wydatków) przy równoczesnej maksymalizacji korzyści – z dobra wspólnego mogą korzystać wszyscy członkowie grupy, niezależnie od własnego wkładu. W sytuacji anonimowości i braku zewnętrznego przymusu jazda na gapę powinna być zjawiskiem powszechnym – wkład w dobro wspólne powinien być albo żaden (mocna hipoteza jazdy na gapę), albo o wiele mniejszy od optymalnej kwoty (słaba hipoteza jazdy na gapę).

Badacze postanowili przetestować tę hipotezę na dużych grupach ludzi, przeprowadzając kilkanaście eksperymentów, w których jednorazowo brało udział nawet ponad 100 osób. W jednym z nich każdy uczestnik otrzymywał pewną sumę żetonów, którą mógł wymienić na prawdziwe pieniądze, żetony te musiał jednak najpierw zainwestować. Badany miał do wyboru albo od razu wymienić żeton na gotówkę, co było odpowiednikiem prywatnej inwestycji, takiej jak np. umieszczenie pieniędzy na lokacie, albo zainwestować wspólnie z innymi graczami, przy czym wszystkie decyzje podejmowano anonimowo oraz nie były prowadzone negocjacje między graczami. W tym drugim przypadku zwrot z każdego zainwestowanego żetonu był wyższy, ale uzyskany w ten sposób „fundusz” dzielono po równo między wszystkich członków grupy, także tych, którzy się nie składali. Również oprocentowanie każdego żetonu zależało od wielkości uzyskanej sumy. Istniało więc znaczne ryzyko, że jeśli „zrzutka” będzie zbyt mała, to zwrot z inwestycji we wspólny fundusz będzie mniejszy, niż z prywatnej. W takich warunkach gracze musieli zdecydować się, jaki odsetek żetonów chcą wymienić w prywatnej inwestycji, a jaki – we wspólnej. Model homo oeconomicus przewidywał, że w takich okolicznościach ludzie będą wymieniać całe swoje sumy w prywatnych inwestycjach i ewentualnie liczyć na to, że trochę grosza wpadnie im do kieszeni z inwestycji tych, którzy lekkomyślnie zdecydowali się na grupowe działanie. Mówiąc inaczej, wszyscy mieliby jechać na gapę.

Wyniki, jakie uzyskano we wszystkich kilkunastu eksperymentach, okazały się przeczyć oczekiwaniom eksperymentatorów. Uczestnicy badań inwestowali w dobro wspólne średnio ok. 43 proc. wszystkich zasobów – znacząco więcej niż przewidywane zero lub kilka procent. Badaczom udało się zwiększyć ten odsetek nawet dwukrotnie, gdy lekko zmodyfikowali warunki eksperymentu. Wcześniej gracze inwestowali w podzielne dobro wspólne – uzbieraną w funduszu kwotę rozdzielano między uczestników, a więc korzyści ze współpracy były ostatecznie jednostkowe. O tak rozumiane dobro wspólne zabiegają np. związki zawodowe, gdy walczą o podwyżki. W jednym z eksperymentów gracze mogli się jednak złożyć na niepodzielne dobro wspólne, czyli takie, z którego korzysta się razem – jego przykładem jest choćby park miejski. Grupa nowo przyjętych, nieznających się jeszcze studentów z jednego piętra w akademiku miała możliwość przeznaczenia funduszu na dowolnie wybrane niepodzielne dobro wspólne (np. zestaw hi-fi). W tym przypadku uczestnicy inwestowali wspólnie średnio 84 proc. wszystkich zasobów.

Badania Marwella i Ames pokazały jeszcze jedną niezwykle ciekawą zależność: studenci ekonomii współpracowali znacznie rzadziej, a także częściej niż inni wybierali strategię jazdy na gapę. W tej grupie średnie inwestycje żetonów były na poziomie 20 proc., zbliżały się więc do zachowań prognozowanych przez model homo oeconomicus, choć należy podkreślić, że nawet i ten nieduży odsetek jest znacznie wyższy od przewidywanego. Badania nie rozstrzygnęły jednak, czy zachowanie studentów ekonomii wynika z autoselekcji osób podejmujących te studia, czy jest efektem indoktrynacji.

Klamka zapadła, czyli gra w ultimatum

Nie tylko gra w dobro wspólne, ale również „gra w ultimatum” podważa zasadność stosowania modelu homo oeconomicus. W tej grze para nieznajomych otrzymuje pewną kwotę do podziału między siebie, przykładowo 10 zł. Jednej z osób przypada rola składającej propozycję podziału kwoty, druga natomiast może tę propozycję przyjąć lub odrzucić. Osoba składająca ofertę otrzyma swój udział tylko wtedy, gdy partner ją zaakceptuje. Propozycję można złożyć tylko raz – stąd nazwa ultimatum.

Homo oeconomicus powinien zaakceptować każdą ofertę, nawet jeżeli podział jest skrajnie nierówny i wynosi np. 9 zł do 1 zł. Ta dodatkowa złotówka to przecież czysty zysk. I odwrotnie, osoba składająca propozycję powinna dążyć do tego, by wziąć dla siebie maksymalnie dużo. Przy tym nie musi obawiać się odmowy – dla drugiej strony nawet symboliczny grosz będzie korzyścią. Uczestnicy licznych eksperymentów opartych na „grze w ultimatum”, przeprowadzanych w najróżniejszych częściach globu, nie podporządkowywali jednak swoich decyzji takim kalkulacjom. Zwykle dzielili się kwotami po połowie (najczęstszy podział) lub w stosunku 60 proc. do 40 proc., pokazując tym samym, że w decyzjach finansowych nie chodzi wyłącznie o pieniądze, ale również – a może przede wszystkim – o inne wartości.

Poznawszy wyniki badania Marwella i Ames dotyczące jazdy na gapę, uczeni J. Carter i Michael D. Irons chcieli sprawdzić, czy również w przypadku „gry w ultimatum” można zaobserwować różnice między ekonomistami a resztą społeczności. Ich badania faktycznie wykazały odmienność tej grupy: studenci ekonomii zachowywali dla siebie średnio większe kwoty niż studenci innych kierunków (przy puli 10 dolarów: 6,15 dolara do 5,44 dolara) i częściej byli gotowi przyjąć niższe kwoty minimalne (średnia najniższa zaakceptowana kwota: 1,70 dolara do 2,44 dolara). Decyzje ekonomistów zbliżały się więc do prognozowanych przez model homo oeconomicus, ale nadal bardzo odbiegały od niego.

Urodzony, aby być ekonomistą?

Wyniki gier w „dobro wspólne” i w „ultimatum” z udziałem ekonomistów przykuły uwagę trójki badaczy: Roberta H. Franka, Thomasa Gilovicha i Dennisa T. Regana, którzy postanowili sprawdzić, czy studiowanie ekonomii prowadzi do erozji współpracy. Zagadnienie zafrapowało ich tym mocniej, gdy okazało się, że wyniki eksperymentów prowadzonych w sztucznych warunkach mają odzwierciedlenie w prawdziwym życiu. Wyniki badań nad dobroczynnością, przeprowadzone na próbie pracowników naukowych, pokazały, że wśród wykładowców-ekonomistów odsetek osób, które nie przekazują darowizn, jest najwyższy, a mediana wartości ich datków – najniższa.

Poprzednie eksperymenty pozostawiały otwartą kwestię wpływu studiowania ekonomii na współpracę. Nie wynikało z nich jasno, czy skłonność ekonomistów, by zachowywać się jak przystało na „porządnego” homo oeconomicus była wynikiem autoselekcji wśród zdających na studia, czy może efektem treningu na kursach ekonomii. Badania zdawały się jednak sprzyjać pierwszej hipotezie. Trzech badaczy postanowiło sprawdzić oba wyjaśnienia, przeprowadzając eksperymenty z użyciem tzw. dylematu więźnia.

„Dylemat więźnia” jest grą, w której nieznajomi muszą zdecydować, czy chcą ze sobą współpracować, czy zdradzić drugą stronę. Zgodnie z zasadami gry zdrada przynosi większy zysk od współpracy. Jeśli jednak obaj gracze zdecydują się zdradzić, to obaj otrzymają niższą sumę, niż gdyby ze sobą współpracowali. Dodatkowo gracze muszą podjąć decyzję bez wiedzy o tym, co postanowiła druga strona2. W tej sytuacji, zgodnie z przewidywaniami modelu homo oeconomicus, gracz powinien wybierać zdradę. Wynikiem racjonalnych decyzji powinien być nieracjonalny (nieoptymalny) wynik – wariant, w którym obie strony zdradzają. Typową matrycę wypłat w tej grze przedstawia tabela nr 1.

Tabela nr 1. Wypłaty w „dylemacie więźnia”.

Gracz X

Współpraca

Zdrada

Gracz Y

Współpraca

2 dla X

2 dla Y

3 dla X

0 dla Y

Zdrada

0 dla X

3 dla Y

1 dla X

1 dla Y

Eksperymentatorzy zaprosili do badań studentów ekonomii i pozostałych kierunków. Wbrew teorii, 267 rozgrywek pokazało, że 60 proc. studentów spoza kierunku ekonomicznego wolało współpracować. Ekonomiści zdradzali znacznie częściej i procent decyzji o współpracy wynosił w ich przypadku tylko 39. Mimo przepaści między studentami ekonomii oraz innych kierunków studiów przyszli ekonomiści także nie zdali egzaminu na racjonalnego homo oeconomicus.

Badanie pokazały jeszcze jedną znaczącą tendencję. Podczas gdy odsetek zdrad wśród ekonomistów utrzymywał się na stałym poziome na różnych latach studiów, to wśród studentów innych kierunków spadał z każdym rokiem – magistranci o 10 proc. częściej decydowali się na współpracę niż ich nowo przyjęci koledzy. Skłoniło to badaczy do wysunięcia hipotezy, że słaba skłonność ekonomistów do współpracy wynika nie tylko z procesu autoselekcji (ta została jednoznacznie potwierdzona), ale że może być również efektem programu nauczania na wydziałach ekonomii.

Frank, Gilovich i Regan nie poprzestali na tym. Przeprowadzili badania ankietowe wśród nowo przyjętych studentów, by sprawdzić, jaki wpływ na kształtowanie postaw moralnych ma program nauczania ekonomii. Uczestnicy zostali podzieleni na trzy grupy: pierwszą stanowili studenci ekonomii, którzy uczęszczali na zajęcia z mikroekonomii koncentrujące się głównie na modelu homo oeconomicus; drugą – ekonomiści, którzy również zapisali się na zajęcia z mikroekonomii, ale poruszające omawianą teorię w zaledwie elementarnym wymiarze; trzecia, kontrolna, składała się ze studentów astronomii. W ankietach zadawano pytania dotyczące uczciwości. Studentom przedstawiano historie, w których jedni ludzie bogacili się na przypadkowych błędach innych, odnajdując na przykład zaadresowaną kopertę z pieniędzmi. Następnie eksperymentatorzy pytali badanych, czy wierzą, że ludzie korygowaliby te pomyłki, i czy sami zdecydowaliby się na uczciwość – np. na odesłanie koperty. Wszystkie trzy grupy studentów odpowiadały na ankietę dwa razy – pierwszego tygodnia swojej edukacji i pod koniec semestru. Dzięki temu badacze mogli ustalić, czy uczestnicy badań stali się mniej uczciwi pod wpływem procesu edukacji. Spadek standardów uczciwości zanotowano u obu grup studentów ekonomii, przy czym najwyraźniejszy był w pierwszej, która szczegółowo zapoznawała się z modelem homo oeconomicus. Teoria ekonomiczna skłaniała do zachowań egoistycznych i uzasadniała je, co można potraktować jako wyjaśnienie, dlaczego ekonomiści rzadziej dążą do współpracy.

Podobne wnioski płyną z niedawnych badań przeprowadzonych przez troje innych badaczy: Long Wanga, Deepaka Malhotrę i J. K. Murnighana. Po ostatnim kryzysie ekonomicznym postanowili przyjrzeć się edukacji ekonomicznej, którą oskarżali o rozpowszechnianie chciwości. Jak argumentowali, prezesi, którzy doprowadzili rynek nieruchomości do załamania, zachowywali się zgodnie ze wskazaniami modelu homo oeconomicus, niepohamowanie dążąc do maksymalizacji dochodów swoich przedsiębiorstw. Badania ankietowe pokazały, że studenci ekonomii znacznie częściej oceniają pozytywnie zachowania motywowane chciwością i mniejszą wagę przywiązują do sprawiedliwości. Deklaracje z ankiet znalazły odzwierciedlenie w warunkach eksperymentalnych. Uczestnicy brali udział w grze „w dyktatora”: badani tworzyli małe grupy, po czym jedna z osób („dyktator”) dowiadywała się, że otrzymała kwotę 10 dolarów, którą może, ale nie musi, podzielić się z pozostałymi członkami grupy. Studenci ekonomii zostawiali dla siebie średnio 7,80 dolara, podczas gdy pozostali studenci – 6,26 dolara3.

Co więcej, uczeni wykazali, że nawet krótka styczność z teoriami mikroekonomicznymi sprawia, iż postrzegamy niemoralne zachowania w pozytywny sposób, i wzmacnia egoistyczną postawę kosztem dążenia do sprawiedliwości. Aby to wykazać, ponownie przeprowadzono badania ankietowe, jednak tym razem wyłącznie wśród studentów pedagogiki, którzy nie spotkali się podczas edukacji z mikroekonomią. Zanim pedagodzy przystąpili do wypełnienia ankiet dotyczących percepcji chciwości, zostali podzieleni na trzy grupy: pierwsza czytała fragmenty klasycznych dzieł ekonomicznych, które wysławiały „cnotę” egoizmu; druga – teksty o jego negatywnych konsekwencjach; trzecia, kontrolna grupa – niezwiązany z eksperymentem tekst o gospodarce Malezji. Zgodnie z przewidywaniami członkowie pierwszej grupy znacznie częściej niż reszta upatrywali w chciwości pozytywnej moralnej wartości. Jeśli więc nawet pobieżne zapoznanie się z mikroekonomią zmienia przekonania moralne, można przypuszczać, że długotrwały trening ekonomiczny ma jeszcze silniejsze skutki.

Nu pagadi!, czyli o karaniu altruistycznym

Model homo oeconomicus nie tylko nie umożliwia zrozumienia specyfiki ludzkiej kooperacji, ale może także stać na przeszkodzie zarówno jej pojęciu, jak i praktykowaniu. Autorzy, którzy kontynuowali badania nad zjawiskiem jazdy na gapę z lat 80., odkryli pewien szczególny wzorzec zachowania, wymykający się prostej kalkulacji korzyści i strat – zjawisko altruistycznego karania.

W eksperymentach z 2002 r., prowadzonych przez Ernsta Fehra i Simona Gätchera, studenci ponownie zagrali w „grę w jazdę na gapę” w warunkach zbliżonych do oryginalnego eksperymentu. Tym razem jednak byli podzieleni na małe czteroosobowe grupy, a decyzje o inwestycjach rozkładały się na kilka rund, co pozwalało uczestnikom na modyfikacje strategii w zależności od rozwoju wydarzeń. Oprócz tego badacze wprowadzili przełomową innowację: uczestnicy mogli nie tylko inwestować pieniądze indywidualnie lub grupowo, lecz również poświęcić wybraną część swoich żetonów na karanie gapowiczów. Kara wiązała się z nakładami własnymi: każda decyzja o ukaraniu kosztowała gracza 3 żetony i odbierała pasażerowi na gapę 1 żeton. W najgorszym wypadku, gdy wszyscy trzej gracze jednocześnie karali gapowicza, ten tracił 3 żetony, jednak i tę decyzję podejmowano anonimowo – bez negocjacji.

Według teorii mikroekonomicznych żaden z graczy nie powinien decydować się na tak kosztowne posunięcie jak karanie, zwłaszcza że jego efektywność mogła być niewielka. Tymczasem kary wymierzano bardzo często! Zdecydowało się na nie przynajmniej raz 85 proc. studentów, a wielu z nich dyscyplinowało gapowiczów wielokrotnie. Kary w zdecydowanej większości przypadków były wymierzane równocześnie, co dawało dobrą nauczkę samolubom, których średnia wysokość inwestycji utrzymywała się wcześniej na poziomie niższym niż średnie inwestycje reszty graczy.

Możliwość karania sprawiała, że suma żetonów inwestowanych w dobro wspólne systematycznie rosła, by osiągnąć pułap ok. 75 proc. środków. Prawie 40 proc. graczy przynajmniej raz zainwestowało wszystkie zasoby w grupową wymianę. Kiedy eksperymentatorzy wracali do pierwotnej wersji eksperymentu, bez egzekwowania kar, inwestycje we wspólny fundusz spadały do 25 proc. Możliwość wymierzania kar diametralnie zwiększała nakłady na wspólne inwestycje, a w ten sposób zwiększała również zwrot z inwestycji całej grupy, w tym zyski gapowiczów poddanych presji – dlatego badacze postanowili nazwać odkryty wzorzec zachowania karaniem altruistycznym.

Późniejsze badania nad karaniem altruistycznym pokazały, że w różnych społecznościach rozkład osób skłonnych do współpracy i jazdy na gapę jest mniej więcej taki sam. Około 25 proc. wszystkich ludzi to osoby, które obierają strategię jazdy na gapę odpowiadającą przewidywaniom modelu homo oeconomicus. Kolejne 25 proc. to „święci”, bezwarunkowo dążący do współpracy. Natomiast połowa z nas to moraliści, którzy łączą własny interes z troską o sprawiedliwość – to na tej grupie wspiera się kooperacja.

Te trzy orientacje mają najprawdopodobniej podstawę biologiczną, jak pokazują badania neuroekonomiczne. Egzekwujący kary moraliści mają pobudzoną część układu centralnego nazywanego prążkowiem, odpowiedzialną za przyjemne uczucia, których doświadczamy, gdy bierzemy na kimś odwet. Prążkowie leży niedaleko tych części mózgu, których stymulacji nie mogły sobie odmówić szczury ze słynnego eksperymentu, podczas którego pozwolono im do woli pobudzać wybrany obszar mózgu i odczuwać przy tym wielką przyjemność. Skupione na swoich doznaniach zwierzęta padły wreszcie z głodu, mimo że woda i pokarm były dostępne. Ewolucja uczyniła nas istotami, które czerpią głęboką satysfakcję nie tylko z realizacji własnego interesu, ale również z zaprowadzania sprawiedliwości.

Byli liczni jak piasek nad brzegiem morza, czyli o ultraspołeczności

Pojęcie karania altruistycznego pozwala zrozumieć specyfikę ludzkiej współpracy. Ludzie należą do nielicznych gatunków, które tworzą tzw. ultraspołeczności, wymagające współpracy w bardzo dużych grupach, często z poświęceniem interesu własnego. Zwykle w przyrodzie taka spoistość grup osiągana jest przez przeniesienie funkcji rozrodczych na nielicznych członków, pozostali pozostają bezpłodni. Takie gatunki nazywa się euspołecznymi (eusociality) i należą do nich m.in. pszczoły, osy, mrówki czy termity. To bliskie pokrewieństwo genetyczne tych owadów nakazuje im poświęcać się na rzecz kolonii. Tymczasem nawet w pierwotnych społecznościach zbieracko-łowieckich tylko 10 proc. członków było ze sobą blisko spokrewnionych. Jesteśmy jedynym grupolubnym gatunkiem, który do ofiarnej współpracy popychają nie tylko więzy krwi, ale również symboliczna identyfikacja. Naszymi „genami” są flagi, herby, hymny, godła, wyznania wiary, języki, sztuka, historia itd. Bez nich nie utworzylibyśmy wspólnot większych niż grupy krewniacze.

Ultrasocjalność daje oczywistą przewagę ewolucyjną – gatunki zdolne do współpracy na dużą skalę wypierają te bardziej samotnicze. Ultraspołeczne gatunki owadów stanowią ponad połowę masy wszystkich owadów, mimo że na jeden ich gatunek przypada 50 innych. Podobnie w całym królestwie zwierząt dominacja ludzi nie ulega wątpliwości. Już Karol Darwin, rzekomy piewca drapieżnego indywidualizmu, przypuszczał, że selekcja naturalna przebiega nie tylko na poziomie osobniczym, ale również grupowym. W odniesieniu do ludzi znaczyło to, że społeczności, które są bardziej spójne i skuteczniej hamują egoizm jednostek, będą wychodzić zwycięsko ze współzawodnictwa z grupami przeżartymi egoizmem. Jeżeli pomiędzy dwoma plemionami dojdzie do współzawodnictwa – pisał Darwin – wówczas plemię, które posiada więcej odważnych, kochających się i wiernych sobie członków, niewątpliwie odniesie sukcesy i zwycięży drugie. O przewadze decyduje głównie zaufanie. Egoiści i kłótnicy nie będą współdziałać ze sobą, a bez współdziałania nic nie można dokonać. Plemię posiadające powyższe przymioty rozwinięte w wysokim stopniu będzie rozprzestrzeniać się i zwyciężać inne plemiona4.

Ta koncepcja doboru grupowego odeszła na długi czas w zapomnienie. Jej przeciwnicy wykazywali, że gotowe do poświęceń jednostki byłyby eliminowane w wyniku selekcji wewnątrzgrupowej, gdyż egoiści i gapowicze bezwzględnie wykorzystywaliby altruistycznych naiwniaków. Tym samym model homo oeconomicus, wywodzący się z tradycji filozoficzno-ekonomicznej, zyskał mocnego sojusznika w postaci biologii, która koncentrowała się na dobrostanie indywidualnego organizmu i potomstwa.

Przełom przyniosły dopiero w latach 90. publikacje Edwarda Osborne’a Wilsona i jego współpracowników. Dzięki ich pracom coraz częściej przyjmuje się, że selekcja naturalna przebiega równocześnie na wielu poziomach, w tym na poziomie grupowym. W tej koncepcji kultura jest jednym z czynników doboru, gdyż spaja niespokrewnione jednostki (co wyjaśnia teoria selekcji grup kulturowych). Pogodzenie jednostkowego i grupowego poziomu selekcji jest możliwe dzięki zjawisku karania altruistycznego. Umożliwia ono kooperację, ponieważ zabezpiecza moralistów i „świętych” przed mechanizmem jazdy na gapę. Badania nad karaniem altruistycznym odebrały ekonomicznej argumentacji podstawy biologiczne – przyroda stoi bowiem po stronie społeczników.

…i od ekonomii wybaw nas Panie!

Dwie omówione tu gry – „gra w dobro wspólne” i „dylemat więźnia” – prowadzą do paradoksalnych konsekwencji. Racjonalne ekonomicznie zachowania prowadzą do nieracjonalnych ekonomicznie efektów: jeśli zgodnie z modelem homo oeconomicus wszyscy chcieliby jechać na gapę, to „pojazd” nigdy nie ruszyłby z miejsca; tak samo zdradzający się wzajemnie „więźniowie” zarabiają mniej, niż gdyby nawzajem się kryli. I odwrotnie, ekonomicznie racjonalne efekty w postaci wspólnych dóbr wymagają zachowań nieracjonalnych ekonomicznie. Tę zależność widać najklarowniej w badaniach nad karaniem altruistycznym. Z punktu widzenia modelu homo oeconomicus wymierzanie kary było nieracjonalne, bo bardzo kosztowne. Jednak bez karania egoistów wkład uczestników we wspólny „fundusz”, przynoszący duże zyski, byłby kilkakrotnie niższy.

Teoria doboru grup kulturowych pozwala zrozumieć, dlaczego cechy odpowiadające za współpracę rozprzestrzeniały się wśród populacji. Zgrupowanie złożone z wcielonych homo oeconomicus nigdy nie osiągnie takich sukcesów, jak zgrana paczka niesamolubów. Dlatego nie powinniśmy patrzeć na skłonność grupolubną jak na podrzędną motywację – czynnik zakłócający zasadniczo egoistyczne pobudki. Nawet wysokie stawki nie są w stanie odsunąć na bok pozaekonomicznych motywów naszych działań – w jednym eksperymencie uczestnicy mogli wygrać w ciągu dwóch godzin nawet trzykrotność swoich miesięcznych pensji, jednak nie zmieniło to w znaczący sposób ich zachowania.

Tę moc zmieniania ludzkich postaw ma jednak edukacja ekonomiczna, na co wskazują wyniki dwóch badań. Nie trzeba potępiać w czambuł modelu homo oeconomicus. Grzechem kardynalnym wielu szlachetnych przedsięwzięć jest ignorowanie tej części natury ludzkiej, która zmierza ku racjonalnemu dysponowaniu swoimi siłami i środkami. Dla przykładu, oprogramowanie typu open source, które będzie nieefektywne, nie zyska rzeszy zwolenników. Z drugiej strony, mikroekonomiści potrafią pokazać, jak nawet drobne ułatwienia zmieniają świat na lepsze. Problem z modelem homo oeconomicus pojawia się dopiero wtedy, gdy zaczynamy go traktować jako wyjaśnienie zachowań ludzi z krwi i kości. Specyfiką ludzkiego świata jest występowanie tzw. refleksyjności: teorie, które mamy na własny temat, nie tylko opisują świat społeczny, ale także nas zmieniają. Społeczności, które wierzą, że za zasadniczo wszystkimi zachowaniami ludzi kryje się racjonalność ekonomiczna, będą bardziej skłonne dostosowywać zachowanie do ekonomicznej normy. Tymczasem jeśli model homo oeconomicus faktycznie wyraża czyjąś racjonalność, to jest to racjonalność „egoistów mimo wszystko” oraz samych ekonomistów. Powinniśmy o tym pamiętać, zanim zaczniemy się stosować do ich pomysłów – aby nie skończyć jako samotnicy bez grosza przy duszy.

Bibliografia:

Y. Bauman, E. Rose, Selection or indoctrination. Why do economics students donate less than the rest?, „Journal of Economic Behavior & Organization” 2011, t. 79, s. 318–327.

J. R. Carter, M. D. Irons, Are economists different, and if so, why?, „Journal of Economic Perspectives” 1991, t. 5, nr 2, s. 171–177.

E. Fehr, U. Fischbacher, E. Tougareva, Do High Stakes and Competition Undermine Fairness? „Journal of Economic Behavior & Organization” 2014, t. 108, s. 354–363.

E. Fehr, S. Gächter, Altruistic punishment in humans, „Nature” 2002, nr 415, s. 137–140.

R. H. Frank, T. D. Gilovich, D. T. Regan, Does studying economics inhibit cooperation?, „Journal of Economic Perspectives” 1993, t. 7, nr 2, s. 159–171.

R. H. Frank, T. D. Gilovich, D. T. Regan, Do Economists Make Bad Citizens?, „Journal of Economic Perspectives” 1999, t. 10, nr 1, s. 187–192.

J. Haidt, Prawy umysł, Sopot 2014.

G. Marwell, R. E. Ames, Economists free ride, does anyone else?, „Journal of Public Economics” 1981, t. 15, s. 295–310.

D. J. de Quervain, V. Treyer i in., The neural basis of altruistic punishment, „Science” 2004, t. 305, s. 1254–1258.

A. E. Roth, Bargaining and market behavior in Jerusalem, Ljubljana, Pittsburgh, and Tokyo, „American Economic Review” 1991, t. 81, nr 5, s. 1068–1095.

R. Selten, O. Ockenfels, An experimental solidarity game, „Journal of Economic Behavior & Organization” 1998, t. 34, s. 517–539.

P. Turchin, The myth of self-interest, w: War and peace and war, New York 2007, s. 109–137.

L. Wang, D. Malhotra, J. K. Murnighan, Economics education and greed, „Academy of Management Learning & Education” 2011, t. 10, nr 4, s. 643–660.

Przypisy:

  1. „Skłonność grupolubna” jest skrótem myślowym. Chodzi nam o działania, o których należy powiedzieć, że są niesamolubne, czyli nieracjonalne w sensie ekonomicznym, ale prowadzą do korzyści dla całej grupy. Ściślej, należałoby je wiązać z wieloma, bardzo zróżnicowanymi motywami działania – m.in. z empatią, sprawiedliwością, wzajemnością pozytywną i negatywną, solidarnością itd. Nie jest to jednak możliwe w artykule tego rozmiaru.
  2. W oryginalnym scenariuszu graczami są więźniowie, którzy razem popełnili przestępstwo. Organy ścigania przedstawiają więźniom propozycję: jeśli zdradzą swojego wspólnika, mogą zostać uniewinnieni. Jeśli jednak obie strony wzajemnie się zdradzą, to otrzymają kary wyższe, niż gdyby się nawzajem kryły. Stąd gra nazywa się dylematem więźnia.
  3. Gra „w dyktatora” jest zbliżona do gry „w solidarność”. W tej drugiej grze uczestnicy rywalizowali między sobą w małych grupach. Zwycięzcy mogli zatrzymać całą wygraną lub podzielić się z przegranymi, którzy nie otrzymali nic. Ekonomiści mniej chętnie zdobywali się na gest wobec konkurentów.
  4. K. Darwin, O pochodzeniu człowieka, Warszawa 1959, s. 125. Fragment cytatu skrócony.