przez Jarosław Tomasiewicz | środa 5 października 2016 | Lato 2016
Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.
Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.
Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.
Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą, i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.
Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.
Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.
Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.
Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom.
(Łk 6, 20–26)
Lewica zawdzięcza chrześcijaństwu więcej, niż chciałaby przyznać. Idea, że ludzie są równi wobec Boga, zaowocowała egalitaryzmem społecznym. Przekonanie, że wszyscy są dziećmi jedynego Boga, którego panowanie rozciąga się na cały świat i przekracza plemienne panteony, legło u podstaw uniwersalizmu. Nawet koncepcja Postępu nie mogłaby zaistnieć bez wcześniejszego zadomowienia się w ludzkich umysłach linearnej koncepcji czasu, w myśl której historia dzieje się od punktu Alfa do punktu Omega, od stworzenia świata do paruzji…
Tak, chrześcijaństwo było ruchem rewolucyjnym. Nawet jeśli niektóre z tych idei występowały wcześniej (np. w stoicyzmie), to dopiero ono poniosło je w masy. Było także u swego zarania ruchem ludowym. Fryderyk Engels pisał: Z jakich żywiołów rekrutowali się pierwsi chrześcijanie? Przeważnie z „cierpiących i obciążonych”, z najniższych warstw społecznych, jak przystoi żywiołowi rewolucyjnemu. A z kogo składały się te warstwy? W miastach z podupadłych wolnych, należących do najrozmaitszych narodów, […] dalej z wyzwoleńców (byłych niewolników) i zwłaszcza z niewolników; w wielkich posiadłościach ziemskich Włoch, Sycylii, Afryki – z niewolników, na wsi chłopów, upadających coraz bardziej pod brzemieniem długów. To ich aspiracje i marzenia chrześcijaństwo wyrażało, obiecując Królestwo Niebieskie, Miasto Święte – Jeruzalem Nowe, w którym wynagrodzona będzie cnota: I otrze Bóg wszelką łzę z oczu ich: a śmierci dalej nie będzie, ani smutku, ani krzyku, ani boleści więcej nie będzie. Marksistowski historyk żydowskiego pochodzenia Max (Moses) Beer uważał, że komunizmem proletariatu rzymskiego był chrześcijanizm.
Cnotą chrześcijańską była pokora i życie skromne, znamionujące biednych. Był to pogląd na wskroś rewolucyjny, bo w dotychczasowych systemach teologicznych bogactwo traktowano na ogół jako widomy dowód przychylności bogów. Chrześcijanie natomiast uważali, że aby wyzwolić się z mocy szatana, pana tego świata (kuszącego Chrystusa słowami: Dam ci całą tę potęgę i wspaniałość, bo jest mi dana, a komu chcę daję ją, Łk 4, 6–7), trzeba wyrzec się dóbr materialnych. Żaden nie może dwóm panom służyć. […]. Nie może służyć Bogu i mamonie, mówi Jezus (Mt 6, 24). Gdy więc pewnego razu przystąpił do Jezusa pobożny młodzieniec, pytając, jak ma postępować, aby „mieć żywot wieczny”, rada Nauczyciela była jednoznaczna: Jeżeli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Usłyszawszy to młodzieniec odszedł smutny, bo posiadał wielkie dobra. Jezus zaś rzekł uczniom swoim: zaprawdę powiadam wam, bogacz tylko z trudnością wejść może do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz powtarzam wam: łatwiej przejdzie wielbłąd przez ucho igielne, niż bogacz wejdzie do królestwa Bożego (Mt 19, 21–24). Swoich uczniów napominał: żaden z was, jeśli nie wyrzeknie się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem (Łk 14, 33). Warto tu zwrócić uwagę, że Jezus nie rozróżniał między bogaczami, którzy w sposób godziwy nabyli swój majątek, i bogaczami, którzy wzbogacili się w sposób nieetyczny – potępiał bogaczy w ogóle.
Ideał Dwunastu miał charakter nie tylko antykonsumpcyjny, ale też antyprodukcyjny. Uczeń Chrystusa miał troszczyć się o zbawienie, a nie o codzienność, zdawać się na łaskę Boga, brać przykład z ptaków niebieskich czy kwiatów polnych (Mt 6, 25–32). Wynikało to z faktu, że światopogląd pierwszych chrześcijan był na wskroś apokaliptyczny – wierzyli oni, że starcie sił dobra z siłami zła, koniec starego świata i ustanowienie Królestwa Bożego na ziemi nastąpią jeszcze za ich życia. Zobaczą, jak Bóg rozprasza pysznych i ich serc zamysły, strąca mocarzy z tronów, a wywyższa pokornych. Głodnych napełnia dobrami, a bogaczy odprawia z pustymi rękoma (Łk 1, 51–53). Nadejdzie Dzień Sądu, wyrównanie krzywd.
Kosmiczna rewolucja nie następowała, należało więc organizować sobie życie doczesne w ramach istniejącego społeczeństwa. Mistyczna egzaltacja ustępowała praktyce życia codziennego, jednak chrześcijanie starali się postępować zgodnie z nakazami Chrystusa. Najwyższym nakazem etycznym była – oprócz miłości Boga – miłość bliźniego (gr. agape), która miała manifestować się codziennymi uczynkami. Ks. prof. Mieczysław Żywczyński pisze: Tu wszystkich łączyła miłość i kto jej nie praktykował, nie był właściwie chrześcijaninem. Oznaczało to obowiązek wzajemnej pomocy: Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe (Ga 6, 2).
W Jerozolimie pierwsi wierzący ustanowili koinonia, wspólnotę dóbr, oddając swój majątek we wspólne posiadanie: Wszyscy, którzy przyjęli wiarę, stanowili jedno serce i jedną duszę. Nikt nie nazywał swoim tego, co posiadał, i wszystko było im wspólne. […] Nikt więc spomiędzy nich nie cierpiał niedostatku. Bo kto posiadał ziemię lub domy, sprzedawał je, a uzyskane stąd pieniądze przynosił i składał u stóp apostołów. A z tego przydzielano każdemu według potrzeby (Dz 4, 32–35). Dzieje Apostolskie przytaczają charakterystyczną opowieść o Ananiaszu, który próbując zachować dla siebie część pieniędzy ze sprzedaży majątku, nie tylko został surowo skarcony przez św. Piotra, ale w dodatku zaraz zmarł (Dz 5, 1) – to czytelna sugestia boskiej kary za samolubstwo. Zwyczajem pierwszych chrześcijan były też codzienne wspólne posiłki, podczas których wierni łamali chleb po domach i spożywali pokarm z radością i w prostocie serca(Dz 2, 46). „Wspólność dóbr” była tu wspólnością użytkowania, nie wytwarzania. Każdy chrześcijanin mógł użytkować dobra swych współbraci, ci zaś, którzy coś posiadali, nie mogli odmawiać nieposiadającym. Właściciel nie tracił swych praw, ale dzielił je z innymi. Ten wczesnochrześcijański komunizm spożycia występował w początkach nowej religii, gdy chrześcijanie byli jeszcze nieliczni, za to ogarnięci świętym zapałem.
Jednak również w okresie późniejszym, gdy gminy chrześcijańskie przestały prowadzić wspólne gospodarstwa, utrzymały charakter organizacji samopomocowych. Wbrew pozorom wsparcie to nie ograniczało się do jałmużny i dobroczynności. Homilia „Pseudo Clementina” z III wieku mówi, że obowiązkiem chrześcijan jest dawać pracę zdolnym do niej, niezdolnym zaś okazywać miłosierdzie. Dlatego przede wszystkim starano się potrzebującym pomocy zapewnić zajęcie, a jeśli nie mieli odpowiednich kwalifikacji, usiłowano ich przyuczyć. Św. Cyprian organizował pomoc dla jednej z biednych gmin afrykańskich, posyłając m.in. rzemieślników, którzy mogliby nauczyć rzemiosła jej członków. W rezultacie ówcześni chrześcijanie to już nie „ptaki niebieskie”, ale społeczność ludzi pracy, głównie fizycznej. Nawet kapłani i biskupi utrzymywali się sami. Św. Justyn (II wiek) pisze, że wszyscy chrześcijanie utrzymują się z pracy swych rąk. Potwierdzał to przeciwnik chrześcijaństwa Celsus, opisując z pogardą chrześcijan jako zbiorowisko szewców, tkaczy i krawców.
Nie wszyscy jednak członkowie gminy byli w stanie sami się utrzymywać. Osoby chore, kalekie, niedołężne, a zwłaszcza wdowy i sieroty – oni wszyscy musieli żyć z pomocy współbraci. Trzeba było nie tylko od czasu do czasu zapewniać im wsparcie w pieniądzu czy w naturze, lecz także zorganizować stałą opiekę, gdy nie mieli przy sobie nikogo. Gmina wspierała też współwyznawców przebywających w więzieniach. Niechętny chrześcijanom Lucjan z Samosaty opisał ich postępowanie: Bo jest rzeczą nie do wiary, jak prędko ci ludzie [chrześcijanie] znajdą się wszędzie, gdzie idzie o jakąś sprawę dotyczącą ich wspólnoty, nie szczędzą wtedy niczego. Wynikać miało to z faktu, że ich pierwszy prawodawca wpoił w nich mniemanie, że wszyscy są między sobą braćmi, skoro się nawrócą.
Generalnie pomoc zapewniano braciom w wierze. Były jednak i przypadki pomagania poganom. Gdy około 251 roku w Aleksandrii wybuchła zaraza, chrześcijanie opiekowali się wszystkimi chorymi, zbierali i chowali zmarłych bez różnicy wyznania. Jeszcze w IV wieku cesarz Julian Apostata pisał ze zdumieniem o tym pomaganiu przez chrześcijan poganom.
Taka pomoc wymagała dużych środków, które pochodziły z ofiar wiernych. Jałmużna nie była obowiązkiem prawnym, lecz religijnym – kto jej nie udzielał, popełniał grzech (delictum według św. Cypriana). Akt pomocy bliźniemu był taką czynnością jak modlitwa, wymagał stanu łaski. Dawało się nie ludziom, ale Bogu, a potrzebujący otrzymywał pomoc nie od ludzi, lecz od Boga. Dlatego bogatsi nie dawali ofiar bezpośrednio biednym (choć nie było to zakazane), ale biskupowi, bo ten był przedstawicielem Boga, i biskup w imię Boże pomagał potrzebującym. Ofiary uiszczali wszyscy (choć w zależności od możliwości), był to więc swego rodzaju podatek.
Legendy rzymska z V wieku mówi, że gdy urzędnik zapytał diakona Wawrzyńca o skarby kościelne, ten wskazał mu tłum biednych – to miała być ta, użyjmy współczesnego języka, „inwestycja Kościoła”, gdyż środki pochodzące z ofiar były tym lepiej zabezpieczone, im bardziej święcie zostały użyte. Urzędnik miał zapałać nienawiścią do niezrozumiałej religii,która nakazuje takie używanie bogactw.
W ślad za praktyką podążała wczesnochrześcijańska myśl społeczna, a zwłaszcza refleksja dotycząca własności. Problem stawał się tym bardziej palący, im większą popularność zyskiwało chrześcijaństwo, gdyż pociągało to za sobą rozwarstwienie majątkowe gmin. Wstępowali do nich coraz częściej ludzie zamożni, którzy niechętnie pozbywali się swego majątku. Opinie chrześcijan na temat tego problemu były podzielone. Rygoryści, tacy jak Minucjusz Feliks (II wiek), krytykowali własność prywatną jako ostoję egoizmu, żądali zrzeczenia się majątku na rzecz gminy przez wiernego, który miał zostawić sobie tylko pewne minimum. Nie odwracaj się od biedaka – czytamy w „Didache” (II wiek) – ale podziel się wszystkim z bratem swoim i nie zwij niczego swą własnością, albowiem, jeśli macie wspólny udział w nieśmiertelności, tedy ileż więcej w rzeczach znikomych. Wtórował temu św. Jan Chryzostom (IV wiek): Nic więcej ani nic cenniejszego nie zostało dane bogaczowi, nic mniej ani nic gorszego biednemu, wszystkich powołał[Bóg] jednakowo i po równo wszystkim dał zarówno rzeczy doczesne, jak i duchowe. Skąd zatem pochodzi tak wielka nierówność w życiu? Pochodzi z chciwości i zuchwalstwa bogaczy. I dodawał: Niepodobna się wzbogacić bez nieprawości. A jeśli ktoś odziedziczył po swym ojcu? Wówczas dziedziczy mienie nieprawością zdobyte.
Również św. Ambroży uważał własność prywatną za sprzeczną z prawem natury. Mimo arystokratycznego pochodzenia należał do najbardziej radykalnych chrześcijan. Choć jako biskup Mediolanu był zarządcą rozległych dóbr ziemskich, uważał majątek kościelny za własność diecezjan i sam żył bardzo skromnie. Nie ograniczał się jednak do osobistego przykładu i doraźnej krytyki krzywd, ale tworzył chrześcijańską teorię sprawiedliwości społecznej. Twierdził, że wszystko na ziemi zostało stworzone przez Boga na użytek ludzi. Bóg kazał przyrodzie rodzić w tym celu, aby każdy mógł się wyżywić. Ponieważ zaś ludzie rodzą się w łączności wzajemnej, by sobie nawzajem mogli być pożyteczni, wnioskował, że natura wytwarza wszystko dla wspólnego użytku wszystkich (natura enim omnia omnibus in commune profudit). Zdaniem Ambrożego więc natura stworzyła wspólne prawo własności, uzurpacja wytworzyła prywatne prawo własności (natura igitur ius commune generavit, usurpatio ius fecie privatum). Bóg chciał, by ziemia była posiadłością wszystkich ludzi i owocami służyła wszystkim, lecz chciwość rozdała prawa własności – głosił. Uważał, że własność prywatna jest skutkiem grzechu. Wyjaśniał więc bogaczom: Nie z twego dajesz biedakowi, lecz zwracasz mu z tego, co jego jest, co bowiem wspólne na użytek wszystkich jest dane, to sobie uzurpujesz, ziemia należy do wszystkich, nie do bogaczy (quod enim commune est in omnium usum datum solus usurpas. Omnium est terra, non divitum). Rufin z Akwilei wyciągał stąd wniosek: Ziemia wspólnie wszystkim ludziom została dana, niech nikt nie nazywa swoim tego, co zostało wzięte ze wspólnego ponad własną potrzebę i otrzymane siłą.
Głos rygorystów, choć z początku donośny, ostatecznie znalazł się jednak w mniejszości. W Kościele zwyciężył pogląd, że chrześcijanin może zachować majątek, by wspierać nim bliźnich. Klemens Aleksandryjski (II-III wiek) oznajmił, że Bóg nie odrzucił bogatych i nie zamknął przed nimi zbawienia, o ile gotowi są spełniać wolę Bożą, tzn. jeśli nie będą używać swej własności wyłącznie dla siebie, ale też dla potrzebujących. Bogactwo miało być tylko narzędziem czynienia dobra w służbie bożej. Różnica ze stanowiskiem rygorystów leżała raczej w sferze rozwiązań praktycznych niż założeń teoretycznych. Umiarkowani zgadzali się, że dobra ziemskie Bóg stworzył jednakowo dla wszystkich, a nierówność majątkowa jest następstwem grzechu. To Bóg jest rzeczywistym właścicielem wszystkich dóbr, które służyć mają wszystkim, a posiadacze doczesnych tytułów własności są jedynie Jego powiernikami. Instytucja własności prywatnej była więc akceptowana jako przypadłość grzesznego świata, nakładano jednak na nią chrześcijańskie powinności. Dobre używanie własności miało polegać na tym, że właściciel zachowywał dla siebie tylko to, co jest konieczne do utrzymania, a resztą dzielił się z innymi zgodnie z zasadą miłości bliźniego.
Św. Cyprian w III wieku uważał, że grzeszy ten, kto zatrzymując bogactwa dla swych dzieci, nie zmniejsza ubóstwa potrzebujących. Jeszcze w VI wieku Grzegorz Wielki pisał:Nie wystarcza, że się innym nie zabiera ich własności; nie jest bez winy, kto zachowuje dla siebie dobra, które Bóg stworzył dla wszystkich. Kto nie daje innym, co ma, jest zbójem i mordercą; ponieważ bowiem zachowuje dla siebie, co mogło by służyć do utrzymania ubogich, więc można powiedzieć, że dzień w dzień zabija on tylu, ilu mogłoby wyżyć z jego zbywających bogactw. Kiedy dzielimy się z potrzebującymi, to nie dajemy im niczego, co do nas należy, lecz to, co do nich należy. Nie jest to miłosierdzie, lecz spłata długu.
Przytoczmy jeszcze jeden przykład radykalnej interpretacji wczesnochrześcijańskiej teorii własności, wymagającej użytkowania jej na rzecz dobra ogółu. Biskup Cezarei, św. Bazyli, tak opisywał egoistycznych bogaczy: Jak gdyby ktoś, zająwszy w teatrze miejsce na widowni, nie chciał tam wpuszczać przychodzących, uważając za swoją własność to, co wspólnie stoi otworem dla powszechnego użytku, tak właśnie postępują bogacze. Zająwszy bowiem naprzód wspólną własność, przywłaszczają sobie na podstawie wcześniejszego zajęcia. A gdyby każdy zabierał sobie tylko to, co wytwarza na jego własną potrzebę, a to, co nadto, pozostawiał potrzebującemu, to nikt nie byłby bogaty i nikt biedny. I dalej zwracał się wprost do nich: A skąd pochodzi to, co masz? Jeśli powiesz, że ze zrządzenia losu, toś bezbożnik, co nie zna Stworzyciela ani nie poczuwa się do wdzięczności wobec Dawcy, jeśli zaś przyznajesz, że masz to od Boga, to powiedz nam, dlaczegoś to dostał? Czy Bóg, który nierówno rozdzielił dobra ziemskie, nie jest niesprawiedliwy? Czy to nie musi być dlatego, abyś i ty otrzymał zapłatę za swoją poczciwość i dobre włodarstwo, i on odebrał wielką nagrodę za cierpliwość? Ty zaś, ogarnąwszy wszystko nienasyconym łonem chciwości, sądzisz, że nikogo nie krzywdzisz, choć tylu pozbawiasz ich części?
Zasady te jednak były z biegiem czasu interpretowane w sposób coraz bardziej elastyczny. Przyczyniły się do tego przemiany w łonie chrześcijaństwa. Nawrócenia zamożnych zmieniały strukturę gminy, ich masowość sprawiała, że konwertyci nie dostosowywali się do dawnych zwyczajów, ale wnosili do Kościoła podziały klasowe. Już w II wieku Hermas skarżył się na pychę bogatych chrześcijan wobec biedaków i na niechęć zamożnych do dawania jałmużny. Tymczasem gminy obrastały w dobra i instytucje, co rodziło nowe hierarchie. Od początku istnieli duchowni (biskupi), którzy wskutek pracy dla gminy nie mieli możności zarabiać na swe utrzymanie, dlatego żyli z datków wiernych. W miarę upływu czasu wyjątek przerodził się w regułę. Duchowieństwo rozrosło się liczebnie, wyodrębniło w zwartą grupę, wewnętrznie uhierarchizowaną. Część bogaciła się kosztem biednych, zaniedbywała chorych, wdowy i sieroty – opisywali takie przypadki już m.in. Orygenes i Cyprian. Choć majątek gminy nadal był uważany za „dziedzictwo ubogich”, to zmieniły się zasady jego użytkowania. W V wieku dochody kościelne dzielono na cztery równe części, przeznaczane odpowiednio dla biskupa, kleru, kościoła (budowa i utrzymanie świątyń) i biednych.
W ślad za ukorzenianiem się Kościoła w strukturze społeczeństwa rzymskiego narastały tendencje kompromisowe wobec panującego ładu. Tkwiący w samym rdzeniu chrześcijaństwa pierwiastek pacyfistyczny interpretowany był już nie tylko jako odrzucenie gwałtu, ale pogodzenie się z immanentnie skażoną złem doczesnością. Pokora wobec wyroków Opatrzności zmieniała się w akceptację instytucji wyrosłych z grzechu pierworodnego. Swój finał ewolucja ta znalazła w pismach św. Tomasz z Akwinu, który stworzył teologiczne uzasadnienie dla własności prywatnej. Warto jednak zauważyć, że Akwinata nie zerwał z fundamentami myśli wczesnochrześcijańskiej. W jego ujęciu własność jest nadana człowiekowi w użytkowanie przez Boga, dlatego nie oznacza (jak w prawie rzymskim) prawa do „użycia i nadużycia”, ale wymaga właściwego wykorzystania. W zgodzie z Ojcami Kościoła Tomasz uważał, że właściciel ma stosownie do rozmiarów swego majątku obowiązek pomagania bliźnim przez udzielanie jałmużny. Przyznawał nawet, że w sytuacji wyjątkowej wolno przy pomocy siły zabrać nadwyżkę własności i rozdać ją potrzebującym.
Ostatnim bastionem chrześcijańskiego kolektywizmu były klasztory. Pojawiły się one w IV wieku (pierwszy został założony przez byłego żołnierza Pachomiusza w 323 roku), gdy chrześcijanie mogli już działać legalnie, a zarazem łagodzenie rygorów rodziło wśród chrześcijańskich radykałów tęsknotę za ewangelicznymi ideałami. Jednak nie tylko fundamentaliści garnęli się do wspólnot monastycznych. Jak zauważył jeden z najwybitniejszych marksistów przełomu XIX i XX wieku Karol Kautsky, klasztory stanowiły przytułek dla proletariuszów i ciemiężonych włościan. Potwierdzał to św. Augustyn, pisząc, że służbie Bożej poświęcają się najczęściej niewolnicy lub wyzwoleńcy, […] albo chłopi, rzemieślnicy i inni plebejusze. Zwracają uwagę, że twórcy monarchizmu – Antoni, Pachomiusz, Benedykt z Nursji – nakazywali mnichom pracę ręczną, Kautsky stwierdzał: Większość klasztorów były to związki ludzi ubogich, którzy się zjednoczyli, aby wspólnie łatwiej zapracować na kawałek chleba. […] Pod względem charakteru i celu można klasztory porównać do stowarzyszeń wytwórczych proletariuszów naszych czasów. Usprawiedliwiał nawet celibat: Odrębne małżeństwa jednostkowe w klasztorze byłyby niewątpliwie rozbiły jego komunizm […]. Klasztorom nie pozostawało nic innego jak wyrzeczenie się małżeństwa, jeżeli chciały ratować swój komunizm, a przez to i same siebie.
Zakony niebawem podzieliły los duchowieństwa świeckiego. Hojne nadania sprawiły, że klasztory, jak pisał Kautsky, ze stowarzyszeń wytwórców stały się stowarzyszeniami wyzyskiwaczy. Zakonnicy nie musieli już pracować, zaś bezczynność – wbrew najsurowszym nawet wymogom reguły – prowadziła do demoralizacji. Upadkowi obyczajów cyklicznie wypowiadano wojnę: ruchy takie jak Cluny (X/XI wieku) czy cystersi (XI/XII wieku) wymagały od mnichów powrotu do ewangelicznej prostoty, wyrzeczenia się własności osobistej, bezwzględnego posłuszeństwa i surowego umartwienia popędów cielesnych. Po pewnym czasie wszystko wracało jednak w stare koleiny.
Najbardziej radykalna była próba reformy podjęta przez św. Franciszka z Asyżu na przełomie XII i XIII wieku Franciszek nawiązał do tradycji zakonu żebraczego, rozciągając jednak nakaz ubóstwa nie tylko na mnichów, ale na całe zgromadzenie. Zakon Braci Mniejszych nie mógł mieć majątku ani prowadzić działalności gospodarczej. Miał się utrzymywać wyłącznie z własnej pracy, o jałmużnę (ale nie pieniężną!) prosić tylko w skrajnych przypadkach. Zwolennicy złagodzenia rygorów rychło znaleźli jednak furtkę. Papież Innocenty IV w 1245 roku uznał, że franciszkanie mogą użytkować dobra nie jako swą własność (ta przynależała papiestwu), ale „posiadłość”. Reforma wywołała opozycję spirytuałów (fraticelli), którzy opierając się na tercjarzach, czyli świeckich zakonnikach, będących najczęściej rzemieślnikami, domagali się prawa do przestrzegania reguły całkowitego ubóstwa.
Ruch spirytuałów został stłumiony przez Jana XXII (1316–1334), ale duch św. Franciszka odżył jeszcze w XVI wieku, gdy franciszkanin Mateusz z Bascio założył zakon kapucynów oparty na pierwotnej regule Braci Mniejszych. To „bractwo życia pustelniczego” praktykowało surową ascezę (mieszkanie w szałasach, odziewanie się w szorstkie suknie, chodzenie boso), a kaznodziejstwo, adresowane do prostego ludu, łączyło z działalnością dobroczynną („sklepy chrystusowe” dla ubogich, spichlerze monti frumentari dla głodujących).
Dzieje chrześcijaństwa to nieustanne zmagania między ewangelicznym duchem a ciążeniem materii. Chrześcijaństwo, stając się religią panującą, nie tylko zinstytucjonalizowało się, sformalizowało i zrytualizowało, ale też odeszło od pierwotnych maksymalistycznych ideałów w kierunku pragmatyzmu. Ale czy był to jedyny ruch społecznej przemiany, który wejście w główny nurt okupił daleko idącymi kompromisami? Czyż nie mamy takich przykładów w XX czy nawet XXI stuleciu?
przez Piotr Wójcik | środa 5 października 2016 | Lato 2016
XXI wiek także doczekał się swojego Schumpetera. Teorię antykruchości autorstwa Nassima Taleba wiele łączy z teorią twórczej destrukcji, której zwolennikiem był austriacki ekonomista. Ma ona jednak także zaskakująco wiele wspólnego z filozofią, na której oparto ideę państwa dobrobytu, szczególnie w jego skandynawskiej wersji. Ta zaś godzi bardzo wysoki poziom zabezpieczenia społecznego z wyjątkową elastycznością oraz otwartością na ryzyko, dzięki czemu doskonale wpisuje się w ramy antykruchości zarysowane przez amerykańskiego myśliciela pochodzącego z Libanu.
Pochwała zmienności
Koncepcja antykruchości jest oparta na niezbyt odkrywczej tezie, że przeciwności losu mogą wzmacniać i rozwijać człowieka. Oryginalność Taleba polega na tym, że choć swoją koncepcję, budzącą intuicyjne zaufanie większości ludzi, wywodzi ze zjawisk biologicznych, to stara się przenieść ją na poziom społeczny, by na tej podstawie budować zręby zdrowego porządku.
Powiedzenie „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni” można zastosować nie tylko do prozaicznych sytuacji życiowych. Pasuje ono także do ludzkiego ciała i zjawiska hormezy. Polega ona na tym, że niewielka, kontrolowana dawka trującej substancji może spowodować nadmierną reakcję obronną organizmu, który po starciu z wrogiem staje się bardziej odporny także na zagrożenia innego rodzaju. Powstaje zatem pewna nadwyżka, którą można wykorzystać do rozwoju. Dotyczy to ciała i duszy, ale i różnych obszarów życia społecznego: Właśnie ów nadmiar energii uwolniony dzięki przesadnej reakcji na przeszkody odpowiada za innowacje1. Inaczej mówiąc, człowiek wystawiony na pewne trudności, które dzięki wysiłkowi jest jednak w stanie przezwyciężyć, może dokonać wartościowych społecznie czynów, jakich nie dokonałby, gdyby jego droga była usłana różami.
Społeczeństwo poddawane przeciwnościom losu, które nie są w stanie go unicestwić, może być wspólnotą ukształtowaną znacznie lepiej niż inne, żyjące np. w komfortowym otoczeniu geopolitycznym czy dysponujące bogatymi zasobami surowców. Łatwo wymienić przynajmniej kilka państw, które pasują do tej teorii jak ulał – chociażby małą, ubogą w surowce i zagrożoną bliskością Rosji, ale zamożną Finlandię. Dla organizmów żywych istnienie przeszkód, nazywanych przez Taleba stresorami, może być zbawienne, ich brak zaś – degenerujący. Można sprowadzić to do kolejnego popularnego powiedzenia, według którego ktoś spoczywa na laurach po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju. Przypadków sportowców przegrywających łatwe z pozoru potyczki mamy w historii sportu całkiem sporo i właśnie brak stresorów najczęściej odpowiadał za takie sytuacje. Pewny siebie, lecz zbyt „wyluzowany” mistrz świata w boksie przyjmuje nokautujący cios od zawodnika, który mógłby być co najwyżej jego sparingpartnerem. Słynna, pełna gwiazd drużyna piłkarska lekceważy mecz – i odpada z krajowego pucharu, przegrywając z trzecioligowcem. A potomek słynnej rodziny bankierów, który może mieć wszystko na zawołanie, przepuszcza życie przez palce, urządzając hulanki, wydając pieniądze na lewo i prawo, zmieniając partnerki jak rękawiczki, aż pewnego ranka budzi się sam jak palec, goły i (nie)wesoły. Zupełny brak stresorów nikomu nie wychodzi na zdrowie.
Istnienie stresorów łączy się zarówno z powstawaniem pożytecznej nadwyżki w wyniku nadmiernej reakcji, jak i ze zmiennością. Komfortowa egzystencja pozbawiona większych niepokojów jest niewątpliwie stabilna, ale nierzadko– nadto stabilna. Brak przeszkód nie tylko nie pozwala wspiąć się na palce, by poszerzyć horyzont naszej obserwacji, ale też pozbawia nas zmienności, czyli naturalnego filtru, który co jakiś czas oczyszcza otoczenie lub nas samych z zaległych spraw do rozwiązania. Stresory są po prostu informacją, która wskazuje, co w naszym życiu nie gra, a następujące co jakiś czas huśtawki wydarzeń niejako wymuszają podjęcie działań naprawczych w tych podatnych na awarię obszarach, tak by nawarstwione przez lata problemy nie zwaliły się nam kiedyś na głowę jednocześnie. Taleb daje przykład pożarów wybuchających co jakiś czas w lasach:Wahania mogą również pełnić funkcję swego rodzaju czynników oczyszczających. Niewielkie pożary lasów okresowo oczyszczają system z najbardziej łatwopalnych materiałów, nie dając im się nagromadzić2. Gdyby nie te okresowe pożary w końcu wybuchłaby jedna wielka pożoga, która objęłaby cały las i zapewne pobliskie domostwa.
Zmienność jest więc wentylem bezpieczeństwa, który spuszcza powietrze z nabrzmiałego balona. Gdy w związku nie dochodzi co jakiś czas do karczemnych awantur, kończy się to z reguły czymś dużo gorszym, czyli „cichymi dniami”, które są zwykle pierwszym krokiem do rozstania. Spadek sprzedaży może być dla przedsiębiorstwa i przejściowym kryzysem, i znakomitym sygnałem, że należy szukać nowych obszarów działalności, bo obecne już się wyczerpują, a to pozwala w porę można zareagować na zmianę trendów. Wystarczy przypomnieć historie takich firm, jak Kodak czy Nokia, które przez lata miały komfortową i stabilną sytuację podmiotu dominującego na rynku, przez co przespały rynkowe przesilenie i obecnie słaniają się na nogach.
Zasada potrzeby zmienności dotyczy też poziomu społecznego. Bardzo stabilne na pierwszy rzut oka porządki społeczne mogą wybuchnąć i zamienić się w ekstremistan, gdy długi okres niezwykłego spokoju prowadzi do nagłego załamania, a patologie zamiatane pod dywan ujawniają się nagle z jakiejś przyczyny. Na pewno wszyscy pamiętają, jak wielkim zaskoczeniem dla świata była Arabska Wiosna, czyli seria buntów społecznych, które znienacka rozlały się na Egipt i niemal cały Maghreb, choć wydawało się, że sytuacja jest tam zakonserwowana na lata. Tymczasem w przeciętnostaniezmienność jest immanentną cechą porządku społecznego i choć wahania są częste, to – umiarkowane. Doprowadzają do naprawy systemu, a nie do jego załamania. Za przykład mogą posłużyć kraje zachodniej Europy, gdzie od lat bardzo często wybuchają strajki, mają miejsce liczne demonstracje czy niepokoje społeczne, a jednak są one jednymi z najbardziej bezpiecznych miejsc na świecie, nawet gdy uwzględnimy niedawne zamachy w Paryżu i Brukseli.
Jak widać, odpowiednia dawka stresorów to nie jedyny czynnik ważny dla odpowiedniego funkcjonowania człowieka czy społeczeństwa – równie ważna jest towarzysząca im zmienność. Antykruchy jest więc człowiek, którego życiu towarzyszy odpowiednia dawka stresorów oraz zmienności. Stresory są mu potrzebne, żeby się rozwijał, a zmienność – aby utrzymywał czujność, dzięki której w porę będzie mógł reagować na rozwój wydarzeń. Antykruchy porządek społeczny powinien więc stworzyć obywatelom warunki zapewniające odpowiednią dawkę obu czynników.
Nieodzowność zabezpieczenia
W jaki sposób powyższe tezy mogłyby się przełożyć na zręby porządku społecznego? Jak na razie czytelnik może odnosić wrażenie, że koncepcji Taleba najbliżej jest do modelu anglosaskiego, mocno elastycznego, ze stosunkowo niewielką liczbą sztucznie stworzonych stabilizatorów, w którym system sam co jakiś czas wraca do stanu równowagi. Tymczasem porządek skandynawski, pełen różnego rodzaju zabezpieczeń społecznych, wydaje się bardzo daleki od pomysłu libańskiego filozofa. Nic bardziej mylnego.
Oczywiście, skoro stresory wpływają zbawiennie na człowieka, to trzymanie obywateli pod kloszem jest najlepszą drogą do wytworzenia społecznej apatii. Jednak stresory mogą wpływać korzystnie na ludzkie ciało (wzmacniając je), ale tylko do określonej granicy3. Hormeza przecież nie polega na tym, że im większa dawka trucizny, tym szybszy postęp. Wręcz przeciwnie – jeśli przesadzimy z ilością, to organizm, zamiast wzmocnić się, umrze. Gdy przed człowiekiem stanie przeszkoda zupełnie nie do pokonania, zamiast podjąć walkę i wygrać ze swoimi ograniczeniami może on raczej się załamać i już do końca życia wystrzegać się ryzyka. Gdy pracownik traci pracę w mało stabilnej, ale rokującej branży i musi obniżyć standard życia, lecz nie grozi mu utrata środków na utrzymanie, możemy raczej założyć, że zmobilizuje się i jeszcze nieraz zaryzykuje pracę w tak niepewnym, ale rozwojowym otoczeniu. Porażka go zaboli, ale nie wbije w ziemię. Da impuls do nadmiernej reakcji, dzięki której być może zajdzie dalej niż w sytuacji, gdyby wszystko szło mu jak z płatka. Tymczasem gdy człowiek tracący pracę orientuje się, że w zasadzie nie ma niczego, na czym mógłby się oprzeć, jest prawie pewne, że sytuacja raczej go stłamsi, niż rozwinie, a o jego odważnych krokach w przyszłości możemy zapomnieć. Podobnie jest ze zmiennością – nie chodzi o to, żeby życie ludzkie przypominało jazdę na rollercoasterze. Zmienności muszą towarzyszyć okresy, gdy czujemy, że odzyskaliśmy kontrolę nad swoim życiem, a sprawy znów idą w dobrym kierunku: Ważna jest częstotliwość stresorów. Ludzie zwykle lepiej sobie radzą ze stresorami ostrymi niż z chronicznymi, szczególnie gdy po tych pierwszych następuje odpowiednio długi czas na regenerację, dzięki czemu stresory mogą wykonać swoje zadanie jako nośniki informacji4. I właśnie dlatego istnieje system zabezpieczenia społecznego – ma być tamą dla stresorów niebezpiecznych.
Potrzebę istnienia zabezpieczeń widać już we fragmentach, które opisują wyżej nakreśloną nadmierną kompensację. Zjawisko redundancji (czyli nadmiarowości w stosunku do tego, co wystarczające) w naturze pojawia się nie tylko pod postacią nadmiernej reakcji żywych organizmów. Innym jej przykładem jest to, że natura ubezpiecza się na różny sposób, np. obdarzając organizmy większą liczba organów, niż jest to potrzebne. Dlatego człowiek ma np. dwie nerki, a jego płuca mają większą wydolność niż niezbędna do przeżycia. Dzięki temu natura jest gotowa na sytuacje ekstremalne, w których np. konieczne jest wycięcie organu. Człowiek powinien brać z tego przykład. Nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę chronić każdego przed upadkiem, lecz o to, by stworzyć takie otoczenie, w którym z upadku można się podnieść. Należy pozwolić ludziom popełniać błędy, gdyż tylko w taki sposób możliwy jest rozwój, trzeba jednak stworzyć mechanizmy pozwalające im odpowiednio szybko stanąć na nogi, gdyby upadli. Co więcej, wypracowanie takich zabezpieczeń jest priorytetem także według Taleba. To ubezpieczenie ma pierwszeństwo przed ryzykiem, nie odwrotnie: Pierwszym krokiem w kierunku antykruchości jest ograniczenie potencjału spadku, a nie zwiększenie potencjału wzrostu. […]. (N)asze zadanie polega na wyjaśnieniu co robić, żeby zminimalizować szkody powstałe wskutek błędów prognozowania, czyli co robić, żeby nasz świat nie rozpadł się na kawałki, kiedy popełnimy błąd, a wręcz zyskał na tym doświadczeniu. Na razie nie chcemy zmieniać świata […], najpierw powinniśmy zwiększyć wytrzymałość różnych rzeczy na usterki i błędne prognozy albo nauczyć się wykorzystywać te pomyłki5.
Na nieodzowność zabezpieczenia społecznego wskazuje również strategia sztangi Seneki, którą według Taleba należy kierować się w życiu. Polega ona na połączeniu maksymalnego zabezpieczenia przed niebezpieczeństwem oraz wystawienia pozostałych wolnych zasobów (energii, środków pieniężnych) na maksymalne ryzyko. Inaczej mówiąc, jest to strategia łącząca mocno rozwiniętą elastyczność z daleko posuniętym zabezpieczeniem. Najpierw zadbajmy o asekurację, a tym, co nam zostanie, grajmy z pełnym ryzykiem. W ten sposób zabezpieczamy tyły (minimalizujemy potencjał straty), a jednocześnie zachowujemy szansę wykorzystania potencjału wzrostu. Nawet jeśli z tej ryzykownej gry wyjdą nici, de facto nic nie stracimy, gdyż o własne bezpieczeństwo zatroszczyliśmy się wcześniej. Za to gdy jedna z naszych ryzykownych kart weźmie, zyski mogą być wręcz nieograniczone. Strategia pozbawiona zabezpieczenia byłaby sztangą bez obciążenia z jednej stronie, zbyt podatną na ryzyko, a więc kruchą. Zrezygnowanie z niezbędnej asekuracji to odwrotność koncepcji antykruchości i jako takie jest zupełnie niezgodne z myślą Taleba.
I tu dochodzimy do systemu skandynawskiego, będącego w istocie dokładnym odwzorowaniem strategii sztangi, gdyż łączy on szerokie zabezpieczenie społeczne ze znaczną elastycznością. O tej cesze modelu „Norden” mówi się rzadko, tymczasem charakteryzuje się on ogromną otwartością na zmiany i ryzyko. Ryzyko to jest jednak przeniesione na poziom społeczeństwa, dzięki czemu negatywne efekty błędów czy spadków rozchodzą się po całej wspólnocie. Ta zaś amortyzuje je, nie są więc tak bolesne, jak w systemie pozbawionym zabezpieczenia społecznego. Doskonałym przykładem mógłby być duński model rynku pracy, zwany flexicurity, czylielaspieczeństwo. Sama jego nazwa musi przywoływać na myśl sztangę Seneki. Wystarczy tylko pobieżnie się mu przyjrzeć, żeby przekonać się, że jest to system antykruchy. Łączy bardzo wysokie zasiłki (otrzymuje je aż 80 proc. bezrobotnych – w Polsce kilkanaście procent), dochodzące w niektórych przypadkach nawet do 90 proc. ostatniego wynagrodzenia (przeciętnie jest to ok. 50 proc.) i wypłacane przez dwa lata (w Polsce 6 miesięcy) z bardzo dużą elastycznością zatrudnienia (krótkie okresy wypowiedzenia, łatwość rozwiązania umowy, niskie odprawy itd.)6. Całość spina aktywna polityka rynku pracy, dzięki której publiczne instytucje pośrednictwa pracy potrafią błyskawicznie pomóc w znalezieniu nowego zatrudnienia. Utrata pracy nie jest więc dla pracownika wielkim problemem, gdyż wie on, że będzie w stanie szybko odbić się od dna. Zapewniana przez ten system zmienność jest ogromna – aż 30 proc. zatrudnionych zmienia pracę co roku. Średni okres zatrudnienia w jednym miejscu wynosi zaledwie niecałe 8 lat, co jest drugim po Islandii7 najniższym wynikiem w Europie. Wszystko to dzieje się przy jednocyfrowym bezrobociu, bo pracodawcy nie mają większych oporów przed zatrudnianiem, wiedząc, że w razie potrzeby nie będą mieli problemu z rozwiązaniem umowy. System ten bardzo dobrze wpasowuje się w ramy, które nakreśliłem powyżej – nie skupia się na likwidowaniu sytuacji, w których ktoś upada, lecz na minimalizowaniu szkód, żeby upadający mógł szybko stanąć na nogi: Flexicurity osiąga swoje podstawowe cele. Jednym z nich nie jest bowiem, przypomnijmy, unikanie bezrobocia w ogóle, lecz raczej bezrobocia długoterminowego, czyli maksymalnie szybki powrót bezrobotnych do pracy8.
Na podobnych zasadach oparty jest w zasadzie cały model skandynawski, co oczywiście nie oznacza, że w każdym kraju wygląda on dokładnie tak samo. Skandynawowie słusznie wyszli z założenia, że prawdziwej elastyczności nie można zapewnić bez odpowiedniego zabezpieczenia społecznego, tak jak i sztanga Seneki potrzebuje obu końców, aby działać. Publiczna opieka medyczna, zasiłki mieszkaniowe, polityka prorodzinna – wszystko to ma za zadanie tworzyć minimalizującą straty poduszkę, na którą zawsze mogą opaść obywatele w razie niekorzystnego biegu wydarzeń. Nie zdejmuje to z nich odpowiedzialności, daje im jedynie pewność, że w razie katastrofy nie stracą wszystkiego i nie zostaną na lodzie. Dzięki temu mogą odważnie i sprawnie poruszać się w zmiennym otoczeniu. Zwolennicy wolnego rynku i państwa minimum, podważający konieczność istnienia systemu zabezpieczenia społecznego, chcą więc stworzyć ułomną wersję sztangi Seneki, wyposażoną tylko w jeden koniec, czyli w ekspozycję na ryzyko. Model wolnorynkowy jest zatem wyjątkowo kruchy, a model antykruchy musi się składać zarówno z zabezpieczenia (i to w pierwszej kolejności), jak i ze zmienności oraz ryzyka. Tak jak model „Norden”.
Nie przegapić żadnej możliwości
Spoiwem zabezpieczenia oraz zmienności są opcje, czyli okazje, jakie przynosi nam życie i spośród których musimy rozsądnie wybierać. Są gryfem sztangi, łączą oba jej obciążenia. Żeby w pełni efektywnie z nich korzystać, człowiek musi się na nie otworzyć i pogodzić ze zmiennością życia. W końcu nigdy nie wiadomo, co nam przyniesie historia, a zakładanie z góry, że nie chcemy już nic w naszym życiu zmieniać, siłą rzeczy będzie oznaczać przegapienie mnóstwa okazji do rozwoju. Jednak z drugiej strony, żeby swobodnie korzystać z pełnego wachlarza opcji, musimy być odpowiednio zabezpieczeni. Trudno racjonalnie planować, gdy ma się uzasadnione wątpliwości, czy uda się wyżywić rodzinę. Młody publicysta może poświęcać wolny czas na pisanie w kilku miejscach, stawiając na przyszłe powodzenie na tej drodze życiowej, ponieważ ma w miarę stabilny etat w urzędzie – gdyby nie to, raczej nie miałby głowy do pisania. Natomiast dobrze zapowiadający się gitarzysta basowy punkowej kapeli musi zrezygnować z grania nieprzynoszącego mu jak na razie dochodu, gdyż jego żałośnie niska pensja wymaga brania nadgodzin, po których zwyczajnie nie ma sił na koncerty i próby.
Bezpieczeństwo socjalne jest więc niezbędną podstawą pełnego korzystania z dostępnych opcji i wolności w ogóle: Inteligentnie wykorzystana niezależność finansowa może uczynić was wytrzymałymi; otwiera przed wami różne możliwości i pozwala podjąć dobrą decyzję. Ostateczną opcją jest wolność9. W bardzo podobnym duchu pisze Guy Standing, autor „Prekariatu”. Argumentuje on za koncepcją gwarantowanego dochodu podstawowego, ale jego tezy możemy traktować jako argumenty na rzecz samego zabezpieczenia społecznego – mniej istotne, w jakiej dokładnie formie: Co do zasady, transfery pieniężne mają charakter emancypujący: zapewniają bezpieczeństwo ekonomiczne, które pozwala podejmować życiowe decyzje i rozwijać własne zdolności. Ubóstwo wiąże się z brakiem wolności tak samo jak z brakiem pożywienia, odzienia i odpowiedniego schronienia10. Solidne zabezpieczenie społeczne nie tylko poszerzy zakres wolności osobistej, lecz także pozytywnie wpłynie na wolność gospodarczą, gdyż zrówna pozycje przetargowe wszystkich graczy rynkowych, a nie jedynie dysponentów kapitału. Pozwoli, by cena pracy bardziej odpowiadała jej realnej wartości, gdyż zwykle jest ona zaniżona – negatywnie wpływa na nią przymus ekonomiczny, jakiemu poddani są bezrobotni, którym kończą się środki do życia. Bezrobotny, któremu w oczy zajrzy głód, podejmie zatrudnienie, nawet jeśli proponowana stawka to potwarz, a nie wynagrodzenie, gdyż kierować się będzie pustym żołądkiem, a nie zdroworozsądkową oceną oferty.
Z tej perspektywy nie powinno już nikogo dziwić, że państwa skandynawskie regularnie zajmują czołowe miejsca w rankingach wolności gospodarczej. Rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych nie jest sprzeczna z wolnością gospodarczą, wręcz przeciwnie – jest jej niezbędna: Bezpieczeństwa można mieć za dużo lub za mało. Jeśli jest go za mało, zapanuje irracjonalność. Gdy za dużo – niedbałość i brak odpowiedzialności. […]. Zapewnienie bezpieczeństwa ekonomicznego nie zlikwiduje oczywiście niepewności egzystencjalnej oraz związanej z rozwojem osobistym (chcemy rozwijać nasze zdolności i żyć wygodniej, a to wymaga podjęcia ryzyka). Poczucie stabilności pozwala jednak myśleć racjonalnie11.
Z perspektywy całego społeczeństwa sieć zabezpieczeń ma również niebagatelne znaczenie dla opcjonalności. Według Taleba podczas inwestowania należy, po pierwsze, zawsze stawiać na człowieka, a nie na projekt, a po drugie – lepiej obstawić mniejszymi kwotami więcej prób niż tylko kilka dużymi: Zatem właściwą strategią byłaby strategia jeden dzielone przez n albo 1/N, która dzieli próby na jak największa liczbę podejść; jeśli masz n opcji, zainwestuj w nie wszystkie taką samą kwotę12. Dla społeczeństwa jako całości takimi opcjami są poszczególni członkowie wspólnoty. Najlepiej więc będzie, jeśli obstawi ono każdego, zapewniając mu podstawowe bezpieczeństwo socjalne, licząc, że jak największa liczba obywateli (czyli obstawionych podejść) swoimi sukcesami zwróci mu wysiłek z nawiązką. Wydatki na instytucje państwa socjalnego można więc traktować jak zwykłą inwestycję, pragmatyczne lokowanie środków w możliwie najliczniejsze aktywa, z których zwrot przyniesie tylko część, ale będzie on na tyle duży, że ze sporą nawiązką pokryje wydatki. Państwo dobrobytu to nie wyrzucanie pieniędzy w błoto, jak twierdzą niektórzy – ono po prostu się opłaca. Społeczeństwa nie stać na to, by tracić opcje tylko dlatego, że ktoś, dzięki komu może ona zostać zrealizowana, urodził się w patologicznej rodzinie, a jeszcze innej osobie powinęła się noga. Tym bardziej nie stać na to społeczeństwa takiego jak polskie, któremu grozi kryzys demograficzny, a z nim będzie się przecież wiązać drastyczny spadek liczby dostępnych opcji: Jak powiedział mi jeden z menedżerów funduszy, „zysk może być tak ogromny, że nie możesz sobie pozwolić na to, żeby nie obstawiać wszystkiego”13.
Antykruche państwo wynalazców
Kraje skandynawskie od lat znajdują się w czołówce najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Eksport produktów high-tech w Finlandii wynosi obecnie ok. 30 proc. całego kontyngentu sprzedaży zagranicznej, choć jeszcze w 1990 roku było to zaledwie 8 proc. W 1960 roku 75 proc. eksportu fińskiego stanowiły produkty drzewne, a elektroniczne – jedynie 15 proc. Już w 2000 roku proporcje te uległy odwróceniu, by wynieść odpowiednio 30 proc. i 55 proc.14 Podobnie rzecz ma się ze Szwecją – w rankingu konkurencyjności gospodarek World Economic Forum za lata 2012–2013 zajęła czwarte miejsce na świecie (Finlandia trzecie), a w rankingu innowacyjności Global Innovation Index znalazła się na drugim miejscu. Nie ma w tym nic dziwnego: innowacyjność wymaga ryzyka, a na nie najchętniej decydują się obywatele państw dysponujących dobrze rozwiniętą siecią zabezpieczeń. Ludzie, którzy nie są pewni, czy będą w stanie podnieść się z upadku wywołanego błędnymi decyzjami, skłonni są raczej postępować dużo bardziej zachowawczo. Młody inżynier w kraju pozbawionym zabezpieczeń wybierze raczej pewną pracę w publicznej spółce wydobywczej, która nie przyniesie mu wielkiej chwały ani specjalnie dużych pieniędzy, zamiast zatrudnić się w przedsiębiorstwie działającym w raczkującej, ale bardzo rozwojowej branży o niepewnej przyszłości. W krajach skandynawskich ludzie stojący przed takim dylematem dużo częściej wybiorą bardziej ryzykowną opcję, która im oraz społeczeństwu może (choć nie musi) przynieść niewiarygodny zysk.
W latach 90. w Korei Południowej, w której tradycyjne wydatki na instytucje państwa dobrobytu w zasadzie nie istnieją, bardzo uelastyczniono dotychczas wyjątkowo sztywny kodeks pracy. Takie jednostronne działanie (uelastycznianie bez zabezpieczania) skończyło się tym, że na początku XXI wieku aż 80 proc. najlepszych młodych „umysłów ścisłych” wybierało studia medyczne. Chcieli zostać lekarzami, choć zawód ten ani nie cieszył się tam specjalną renomą, ani nie dawał wielkich pieniędzy. Wystarczyło jednak, że zapewniał pewną pracę15. Można jednak wątpić, czy 80 proc. największych talentów wybierających fach lekarza, dobrze wpływa na gospodarkę.
Trzeba też zauważyć, że nie tylko gotowość do podjęcia ryzyka jest niezbędna do powstania innowacyjnego społeczeństwa. Nieodzowne są także wolne zasoby energii, którymi dysponować muszą jednostki, by zająć się innowacyjną działalnością. Zabiegany człowiek, który musi zajmować się dokładnie każdą dziedziną życia, od zapewnienia prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego rodzinie po opłacenie uczelni wyższej syna czy córki, prawdopodobnie nie będzie miał już sił, chęci i – przede wszystkim – czasu, by szukać nowoczesnych rozwiązań w różnych obszarach. Na to wszystko zwraca uwagę Taleb: Tworzenie wiedzy, nawet teoretycznej, wymaga czasu, odrobiny nudy oraz swobody, jaką zapewnia inny zawód, pozwalający uniknąć presji […]16. W podobnym duchu pisze Standing: Co więcej, odrobina bezczynności nie musi być wcale zła. Skąd wiemy, że pozorna bezczynność nie jest chwilą odpoczynku lub kontemplacji?17.
Tę niezbędną swobodę, którą można wykorzystać do tworzenia innowacji, dają właśnie instytucje państwa dobrobytu, a jednym z ich zadań jest „zdjęcie z głowy” obywatela wszystkiego, co może zrobić za niego efektywniej państwo, oczywiście jeśli jest sprawne (Polakowi może wydać się to nieco szokujące, ale takie też istnieją). Dzięki temu, zamiast grzebać w papierkach i tracić czas na roztrząsanie najdrobniejszych codziennych spraw, może spokojnie zająć się tym, do czego jest najbardziej predestynowany – działalnością obywatelską czy odkrywaniem nowych sposobów ujarzmiania rzeczywistości:Zaskakująco wielu odkryć dokonali angielscy proboszczowie, ludzie pozbawieni większych zmartwień, erudyci z dużym albo przynajmniej wygodnym domem z gosposią, dysponujący stałym dostępem do herbaty i nadmiarem wolnego czasu. Oraz opcjonalnością18. Trudno więc dziwić się, że wydatki na państwo dobrobytu mogą być znakomitym kołem zamachowym rozwoju gospodarczego: Na przykład w 1980 roku udział wydatków socjalnych w PKB wynosił w USA tylko 13,3 procent […]. Wskaźnik ten sięgał aż 28,6 procent w Szwecji, 24,1 procent w Holandii i 23 procent w Niemczech (zachodnich). […]. W tym okresie dochód per capita w Niemczech rósł rocznie w tempie 3,8 procent, w Szwecji – 2,7 procent, w Holandii – 2,5 procent, a w USA – 1,9 procent19.
Brak zabezpieczeń prowadzi do jatrogenii
Taleb, przestrzegając przed nadmierną interwencją państwa, która może bardziej zaszkodzić niż pomóc, wprowadza do wywodu pojęcie jatrogenii: Taka strata netto, przewaga szkód nad korzyściami z terapii, nosi nazwę jatrogenii20. Jatrogenia jest wynikiem naiwnego interwencjonizmu, który rządy podejmują często w dobrej wierze, a który kończy się na przekór zamierzeniom. Jaka sytuacja może sprzyjać takiej naiwnej jatrogenicznej interwencji, tłumaczył już Raghuram Rajan w swej książce „Linie uskoku”, wydanej w tej samej serii co „Antykruchość” Taleba, ale rok wcześniej. Rajan, opisując przyczyny kryzysu, który wybuchł w 2008 roku w USA, bierze pod lupę również nieodpowiedzialną politykę monetarną i kredytową rządu Stanów Zjednoczonych. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że obecny kryzys należy rozpatrywać jako element szerszej sekwencji zdarzeń, rozpoczynających się od kryzys na początku lat 90., gdy USA nawiedziła pierwsza od dziesiątek lat recesja specyficznej odmiany. Wyjście z tej sytuacji nie wiązało się z odzyskaniem przez gospodarkę utraconych miejsc pracy. Kolejne załamanie, tym razem skorelowane z pęknięciem bańki spółek internetowych (początek XXI wieku), znów miało ten sam charakter – recesja doprowadziła do spadku liczby miejsc pracy, a odbicie, pomimo niezłego wzrostu PKB, nie przyczyniło się do zwiększenia zatrudnienia.
W kraju, w którym funkcjonuje rozwinięta sieć zabezpieczeń społecznych, politycy mogą się na nią zdać, ewentualnie wprowadzając pewne kryzysowe korekty systemu. Tymczasem w państwie pozbawionym takich rozwiązań, czyli m.in. w USA, muszą prowadzić politykę dyskrecjonalną, złożoną z doraźnych działań, które nie tworzą przemyślanego systemu i nie rozwiązują problemów u źródła. Skupiają się raczej na gaszeniu pożarów, co często – zamiast pomóc – jeszcze podsyca ogień. Według Rajana właśnie z tym mieliśmy do czynienia w USA po dwóch wspomnianych kryzysach. Naiwny amerykański interwencjonizm polegał na prowadzeniu polityki bardzo taniego pieniądza (za pomocą niskich stóp procentowych) i łatwego kredytu, co miało udobruchać rzesze obywateli. Dzięki tym posunięciom nawet najbiedniejszych stać było na mieszkanie czy na inne potrzeby zaspokajane pożyczką. Do czasu – ekspansja kredytów typu NINJA (dla osób bez pracy i dochodu) czy subprime (bardzo ryzykowne pożyczki o wysokiej stopie oprocentowania), które coraz częściej nie były spłacane, doprowadziła w końcu do potężnego krachu na rynku hipotek: Słaba sieć bezpieczeństwa oraz ożywienie gospodarcze w warunkach bezrobocia oznaczają, że amerykański elektorat jest znacznie mniej odporny na załamania gospodarki niż wyborcy w innych krajach uprzemysłowionych. […] Rząd i Rezerwa Federalna, a zwłaszcza bank centralny, usiłowały nakłonić niechętne firmy do tworzenia miejsc pracy. W efekcie stały się współodpowiedzialne za bańkę cenową na rynku nieruchomości i kryzys finansowy21. Modelowy wręcz przykład kruchości i jatrogenii.
Tego krachu można było uniknąć, prowadząc odpowiedzialną politykę monetarno-kredytową, która jest jednak dostępna tylko wtedy, gdy społeczeństwem nie wstrząsają gwałtowne niepokoje. Właśnie dlatego obecny kryzys najlepiej w UE przechodzą państwa skandynawskie, które uodporniły się na takie załamania, tworząc antykruchy system zabezpieczeń. Niestety, zabrakło go w USA, co skończyło się czystej wody jatrogenią, wynikającą z kruchości systemu: Niepokój tracących pracę Amerykanów pogłębia brak powszechnej opieki zdrowotnej albo przystępnego prywatnego ubezpieczenia od kosztów leczenia. […]. Ponadto prywatny ubezpieczyciel może odmówić objęcia ubezpieczeniem osoby bezrobotnej, jeśli ta cierpi na jakieś schorzenie. […]. (N)ietrudno zrozumieć, że większość Amerykanów obawia się potencjalnego bezrobocia. […]. (W)raz z rosnącym bezrobociem zwiększają się naciski na polityków, by coś z tym zrobili22. Na ogół trudno tworzyć efektywną politykę z politycznym pistoletem przystawionym do głowy23. Brak silnej sieci bezpieczeństwa w połączeniu z powolnym przyrostem miejsc pracy w okresie ożywienia sprawił, że z perspektywy politycznej każda z ostatnich recesji w USA była naprawdę dotkliwa. Stworzyło to olbrzymią presję na rząd, od którego oczekiwano, by wprowadził program stymulacyjny za pomocą zarówno środków fiskalnych, jak i polityki łatwego pieniądza24.
Ha-Joon Chang zwraca tymczasem uwagę, że brak rozbudowanej sieci zabezpieczeń prowadzi nie tylko do lekkomyślnej polityki fiskalno-monetarnej, lecz także znacznie utrudnia realizowanie rozsądnej polityki gospodarczej – zarówno przez państwo, jak i poszczególne przedsiębiorstwa. Pracownicy pozbawieni sieci zabezpieczeń będą reagować alergicznie na każdą pogłoskę o ograniczaniu zatrudnienia lub o zmianach jego zasad w związku z wyzwaniami, jakie stają przed branżą lub firmą. Może to prowadzić do sytuacji, w której będzie się podejmować pozorowane kroki lub wręcz odkładać na święty nigdy zmiany niezbędne w całych branżach czy choćby pojedynczych spółkach, bo ich przeprowadzenie będzie niemożliwe w związku z – całkowicie zresztą zrozumiałym – oporem załogi. W konsekwencji doprowadzi to do nawarstwienia się nierozwiązanych problemów i jeszcze większych kłopotów: W Europie jeśli twoja gałąź przemysłu chyli się ku upadkowi i tracisz pracę, to jest to cios, ale nie koniec świata. Zachowasz ubezpieczenie zdrowotne i prawo do mieszkania komunalnego, skorzystasz z zasiłku dla bezrobotnych i dotowanych przez państwo szkoleń oraz pomocy w szukaniu pracy. Jeśli pracujesz w USA, to przeciwnie – lepiej zapewnij sobie możliwość utrzymania się na aktualnym stanowisku, jeśli trzeba to dzięki protekcjonizmowi, bo razem z pracą tracisz prawie wszystko. […] W konsekwencji w USA pracownicy znacznie bardziej opierają się wszelkim restrukturyzacjom, które obejmują zwolnienia niż Europejczycy25. Ta zależność jest szczególnie warta uwagi w Polsce, gdzie wiele branż wymaga niecierpiących zwłoki rozsądnych reform – nic dziwnego, że restrukturyzacja niektórych obszarów gospodarki idzie tak opornie, skoro sieć zabezpieczeń jest w naszym kraju żałośnie słaba. Jej rozbudowa jest więc niezbędna, by móc kontynuować modernizację gospodarczą naszego kraju.
Na koniec tych rozważań jeszcze jeden cytat z Rajana, który znakomicie tłumaczy naturę jatrogenii i kruchości. Nieznającym tego naukowca wyjaśniam, że to ekonomista z Chicago, a więc z mekki gospodarczego liberalizmu, jednoznaczny zwolennik kapitalizmu i rynku. Tym bardziej jego słowa powinny skłonić do myślenia wielu nazbyt zapatrzonych w wolnorynkowe schematy: Żadna nowoczesna gospodarka nie powinna zmuszać zwolnionych pracowników do podejmowania tak bolesnych decyzji, jak na przykład: które dzieci objąć ubezpieczeniem zdrowotnym. Jest to sytuacja nie tylko barbarzyńska, lecz także niemożliwa do utrzymania przez dłuższy czas, ponieważ ci, którzy znaleźli się na straconej pozycji ekonomicznej, będą mieli wszelką motywację do zastosowania środków politycznych w celu odzyskania tego, co stracili. I chociaż w końcu system demokratyczny zareaguje, to reakcja może być nieprzewidywalna, co jeszcze bardziej wzmocni niepewność pracowników. Wiele przemawia za wzmocnieniem sieci bezpieczeństwa w USA w taki sposób, by zbytnio nie hamowała elastyczności gospodarki26.
Państwo dobrobytu się opłaca
Społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej muszą w końcu uświadomić sobie fakt, że utrzymywanie rozwiniętych instytucji państwa dobrobytu to nie żadna fanaberia, troskliwe opiekowanie się nieporadnymi życiowo obywatelami czy projekt czysto ideologiczny. To zwykłe pragmatyczne działanie, które można porównać po prostu z inwestycją. Długoterminowe inwestycje nie zwracają się od razu (co innego spekulacje) i wymagają solidnych nakładów w dłuższym czasie, jednak ich efekty mogą przerosnąć najśmielsze oczekiwania.
Nieprawdą są także tezy, według których Polski na obecnym etapie rozwoju nie stać na tak rozwinięte zabezpieczenie społeczne. Gdy państwa skandynawskie zaczęły tworzyć zręby swoich struktur, były na dużo niższym poziomie rozwoju niż obecna Polska. Gdy szwedzki premier Alvin Hansson w latach 30. ogłaszał słynną koncepcję folkhemmet(dom ludu), która dała początek „modelowi Norden”, jego krajem wstrząsały protesty wywołane złą sytuacją robotników. Gdy Finowie w latach 60. zabierali się za gruntowną reformę edukacji, która położyła podwaliny pod ich błyskawiczny rozwój, byli raczej zacofanym „społeczeństwem drwali” (aż 70 proc. obywateli kończyło naukę na 6-letniej podstawówce), eksportującym głównie drewno.
Sposobów finansowania sprawnych instytucji państwa dobrobytu jest wiele. To temat wart osobnego tekstu. Tutaj wskażę chociażby konieczność lepszej ściągalności danin od przedsiębiorstw zagranicznych, z których ledwie połowa płaci w naszym kraju podatek dochodowy. Do odrobienia jest również lekcja „uszczelnienia” podatku VAT, który obecnie stał się popularną platformą do robienia przekrętów. Nie obędzie się również bez gruntownej zmiany całego systemu podatkowego, mającego skrajnie niesprawiedliwy, regresywny charakter, co oznacza, że bogatsi de facto płacą proporcjonalnie mniejsze podatki. Na początek najważniejsze jest jednak, abyśmy zrozumieli, że dobrze rozwinięte zabezpieczenie społeczne to nie żadne utrzymywanie „darmozjadów”, lecz wspólny projekt inwestycyjny. Nawet jeśli niewielka część obywateli będzie się chciała zabrać z nami „na gapę”, nie warto z ich powodu zarzucać projektu tak obiecującego dla całej wspólnoty.
Przypisy:
- N. Taleb, Antykruchość, Warszawa 2013, s. 68.
- Ibidem, s. 144.
- Ibidem, s. 85.
- Ibidem, s. 91.
- Ibidem, s. 189–190.
- W. Anioł, Szlak Norden, Warszawa 2013, ss. 98–100.
- Ibidem, s 102.
- Ibidem, s. 103.
- N. Taleb, op. cit., s. 238.
- G. Standing, Prekariat, Warszawa 2014, s. 335.
- Ibidem, s. 338.
- N. Taleb, op. cit., s. 308.
- Ibidem, s. 308.
- W. Anioł, op. cit., s. 124.
- H.J. Chang, 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, Warszawa 2013, ss. 287–289.
- N. Taleb, op cit., s. 303.
- G. Standing, op. cit., s. 315.
- N. Taleb, op. cit., s. 303.
- H.J. Chang, op. cit., s. 294.
- N. Taleb, op. cit., s. 158.
- R. Rajan, Linie uskoku, Warszawa 2012, s.149.
- Ibidem, s. 151.
- Ibidem, s. 149.
- Ibidem, s. 168.
- H.J. Chang, op. cit., ss. 291–292.
- R. Rajan, op. cit., s. 200.
przez Olga Drenda | środa 5 października 2016 | Lato 2016
Katowice od dawna próbują budować tożsamość w oparciu o muzykę. W mieście, tradycyjnie uchodzącym za ośrodek bluesa i metalu, nową, reprezentacyjną siedzibę w centrum zyskała Narodowa Orkiestra Studia Polskiego Radia (NOSPR), trwają inwestycje w modne festiwale. W tym roku Katowice otrzymały tytuł Miasta Muzyki UNESCO. Wydaje się, że władze starają się wzorować na Leeds, mieście uchodzącym za modelowy przykład sukcesu niełatwej transformacji ośrodka przemysłowego w centrum usług i kultury. To obieg oficjalny, cieszący się hojnym wsparciem instytucjonalnym i budujący miastu dobry PR, jak się wydaje – z powodzeniem. Poza nim jednak w Katowicach i, szerzej, na Śląsku działają mniej znani, za to bardzo pracowici i zaangażowani animatorzy życia muzycznego, starający się wyjść poza reprezentacyjną miejską witrynę ścisłego centrum i organizować przedsięwzięcia bliskie codziennemu doświadczeniu lokalności. To Joanna Bronisławska, ucząca dzieci eksperymentowania z dźwiękiem. To Wojciech Kucharczyk, skoczowski muzyk i wydawca. To wreszcie Reaktor, społeczno-artystyczna platforma zrzeszająca miejscowych twórców, znana z prowadzenia Biura Dźwięku (które zagospodarowuje nieużywane na co dzień amfiteatry w dzielnicowych parkach, organizując tam darmowe koncerty) i imprez techno na hałdzie w Kostuchnie. Od niedawna zaś znany jest również za sprawą, poświęconego zjawisku orkiestr górniczych, spektaklu „Witom – Żegnom” w reżyserii Remigiusza Brzyka.
Etnomuzykolodzy często powtarzają, że na wsi nastąpił proces „odmuzykalnienia”. Przyczyniła się do niego najpierw polityka kulturalna czasów PRL, promująca folkloryzm (termin oznaczający zinstytucjonalizowaną stylizację na ludowość, reżyserowaną sztukę pozornie ludową; zjawisko, które przyjęło się nazywać „cepeliadą”), a następnie szybkie zmiany technologiczne, w wyniku których ludzie z wykonawców muzyki stali się przede wszystkim jej odbiorcami.
Dziś trudno mówić o powszechnym zwyczaju śpiewania, a tym bardziej gry na instrumentach. Tymczasem w miastach istnienie chórów i orkiestr było ściśle związane z organizowaniem codzienności wokół zakładu pracy, stanowiło element rozbudowanego systemu wspierania przez pracodawcę życia społecznego i kultury. W okresie przedwojennym, gdy na Śląsku powstawały modelowe kolonie przemysłowe, wokół kopalni czy huty pojawiło się budownictwo mieszkaniowe, a wraz z nim świetlice, szkoły, instytucje opieki (co można prześledzić na mapie pierwotnego przeznaczenia budynków, dziś często nieczynnych, w poszczególnych dzielnicach Katowic). W Polsce powojennej mecenat utrzymywał pracodawca państwowy w ramach rozbudowanego systemu wspierania kultury i organizacji czasu wolnego. W okresie III RP, wskutek rozchwiania się uprzedniego stanu rzeczy, orkiestry często przestawały działać, nie mając środków na dalsze funkcjonowanie, albo przechodziły pod opiekę miejskiego czy dzielnicowego ośrodka kultury. Okresem ich wielkiego wymierania stał się koniec lat 90. i początek nowego stulecia, gdy zespoły milkły wraz z upadkiem zakładów pracy lub niedługo później.
Przypadek, gdy orkiestra, niejednokrotnie o lata, przeżywa swój macierzysty zakład, nie jest wyjątkowym zjawiskiem na mapie Śląska. Tak stało się z Orkiestrą KWK Katowice, która wystąpiła w „Witom – Żegnom”. W roku premiery spektaklu Katowice świętowały 150-lecie nadania praw miejskich, co celebrowano m.in. wielką paradą orkiestr dętych. Wśród nich znalazł się zespół z kopalni Murcki-Boże Dary, który dosłownie chwilę później stracił swojego mecenasa. W samych Murckach ostatni szyb zamknięto przed dekadą, co niemal natychmiast odbiło się na całej dzielnicy. Śliczne jak z piernika miasteczko dzisiaj zamieszkują seniorzy i bezrobotni młodzi. Wizyta w nim natychmiast wywołuje uczucie rozgoryczenia: zniknął powód, dla którego powstała cała kolonia z rozbudowaną infrastrukturą i osiedliło się tu tylu ludzi, którzy dziś zostali sami, zdezorientowani, coraz bardziej odcięci od reszty Katowic (stacja kolejowa oczywiście również nie działa). Sama orkiestra, funkcjonująca w oderwaniu od pierwotnego kontekstu, pozostaje ostatnim elementem całości, gdy pozostałe „puzzle” już poznikały.
„Witom – Żegnom” to spektakl wielowątkowy, luźny, bliski gawędzie. Splatają się tu anegdoty zebrane przez twórców w czasie ich rocznej bliskiej współpracy z orkiestrami, żart, notatki na marginesie historii Śląska, sceny z życia wspólnot, których składową były górnicze zespoły, oraz oczywiście muzyka. Obok orkiestr pojawiają się na scenie kapelmistrzowie w roli samych siebie, narrator-przewodnik zagrany przez Marcina Gawła, wreszcie prof. Zbigniew Kadłubek w filozofującym monologu wprowadzającym w kontekst zjawiska. Znamienne, że do tej roli wybrano właśnie Kadłubka, specjalizującego się w oikologii – nauce o zakorzenieniu, relacji człowieka z miejscem jego zamieszkania. Z reguły bowiem ktoś, kto ma ambicje i dobrą wolę zajmowania się tematami oddolnej twórczości różnych grup, balansuje na wąskiej granicy między fascynacją a folkloryzacją, czyli chęcią zamrożenia stanu rzeczy w skansenowej formie. Zwłaszcza że fascynacja taka często jest wynikiem jakiegoś oddalenia, czy to pierwotnego (zbieracz lub miłośnik w ogóle nie pochodzi ze społeczności, której muzykę pokochał), czy wtórnego (jako wyniku ponownego spojrzenia na miejsce i kontekst, z którego się wyrosło, zwykle po wyjeździe gdzieś indziej – na studia czy do pracy, i spowodowanej tym zmiany własnego spojrzenia).
Zbieracz, animator, etnomuzykolog, choćby amator, powinien mieć w pamięci historię Johna Lomaxa i odkrytego przez niego genialnego bluesmana Leadbelly’ego. Lomax, chcąc widzieć w bluesie gatunek korzenny i nieskażony, ignorował fakt, że jego podopieczny w rzeczywistości najbardziej chciał śpiewać popularny miejski jazz. Uparcie nakłaniał go, aby podczas koncertów wykonywał piosenki więzienne. Nikt nie chce zostać „sfolkloryzowany”. „Witom – Żegnom” jest jednak spojrzeniem od środka, zakotwiczonym w „byciu stąd”. Wybór takiego tematu, a następnie potraktowanie go z serdecznością i entuzjazmem nie dziwią. Na Śląsku mamy do czynienia z renesansem lokalnej tożsamości, który przybiera najrozmaitsze formy, od zupełnie popkulturowych koszulek z modro kapustą czy śląskojęzycznych memów, poprzez podkreślanie robotniczej dumy, aż po tworzenie własnej literatury i odkrywanie specyficznej filozofii miejsca (ucieleśnionej przez Grupę Janowską, Janoscha, Henryka Wańka).
Górnośląska mimesis, tak mi się wydaje, nigdy nie dążyła do odtworzenia przyrody, do naśladownictwa natury. Ponieważ była późna i mało ukorzeniona, oddalona od pierwotności, raczej zmierzała do oddania drugiej natury – natury maszyn, miasta, zagęszczenia materialnego. Usiłowała wytrąbić to, co gdzie indziej dawało się wypowiedzieć słowami – pisał Zbigniew Kadłubek. Czyżby zatem w śląskich orkiestrach dętych dało się zauważyć wczesną zapowiedź muzyki industrial i techno, fabrycznych dźwięków z Detroit, Sheffield i Łodzi?
Bliskość muzyki i górnictwa tymczasem nikogo na Śląsku nie dziwi – jest świadectwem wspaniałej i niedocenionej tradycji autodydaktyki klasy robotniczej. Mój dziadek Ewald, zatrudniony w kopalni Halemba, nie tylko grywał na akordeonie, lecz także prowadził notesik z recenzjami ulubionych wykonań muzyki klasycznej, które kolekcjonował na płytach. Najbardziej lubił Brahmsa.
Znamienne, swoją drogą, że spektakl wystawiono w „Dezember Palast”, dawnym Centrum Kształcenia Ideowo-Wychowawczego Kadr Robotniczych. Ta kłopotliwa pamiątka ambicji I sekretarza KW PZPR w Katowicach, Zdzisława Grudnia, jedno z typowych dla lat 70. monumentalnych rozwiązań architektonicznych, była przez pewien czas siedzibą NOSPR, a obecnie mieści się tam Centrum Kultury im. Krystyny Bochenek. Ze względu na osobę fundatora „pałac” wielu Ślązakom nie kojarzy się dobrze. Epoka „Cysorza” Grudnia to okres wielkoskalowych przebudów miasta i modernizacyjnych inwestycji, ale też brutalnej ingerencji w tkankę starych Katowic (czego symbolem stało się zniszczenie części założenia miasta-ogrodu na Giszowcu pod osiedle z wielkiej płyty), co często interpretowano jako próby zbudowania od nowa tożsamości miasta i regionu, symboliczne karcenie za odmienność kulturową. Kulturę śląską próbowano przykroić, podobnie jak kulturę wsi, do uładzonego modelu oficjalnego, w którym Górny Śląsk, Zagłębie i Beskidy zasadniczo nie różniły się od siebie. „Pałac Grudniowy” w końcu oswojono, wprowadzając do niego kulturę – to na jego scenie grano przez wiele lat szalenie popularnego i na wskroś śląskiego „Cholonka” według powieści Janoscha.
Jak przyznał w jednej z rozmów Remigiusz Brzyk, „Witom – Żegnom” powstało minimalnym nakładem środków. Scenografię złożono z obiektów znalezionych w Centrum Kultury. Wydaje się, że gdyby nie oddolny ruch artystów współpracujących z Reaktorem, nikt nie zainteresowałby się tematem orkiestr. W raporcie Narodowego Centrum Kultury z roku 2010 pojawia się konkluzja, że próby zainteresowania socjologów i kulturoznawców śląskimi chórami i orkiestrami nie dały jak dotąd zadowalającego rezultatu. Odchodzące dziedzictwo muzyki wiejskiej w ostatniej chwili znalazło swoich odkrywców, apologetów, archiwistów takich, jak Andrzej Bieńkowski, zespół Księżyc czy Adam Strug. Znaleźli w nim świadectwa różnorodności regionalnej, etnicznej, bogactwo obyczajów, mów i rejestrów, które wygładziła i ujednoliciła monolityczna Polska powojenna. Samorzutna kultura miast, z wyjątkiem Warszawy, to obszar, który pozostaje mimo wszystko słabo zbadany, co jest w Polsce smutnym losem wytworów nowoczesności w ogóle. Miasto czy obszar przemysłowy traktowane były przez długi czas jeśli nie z rezerwą, to przynajmniej z obojętnością, jako materia przezroczysta, której naturą jest szybka ewolucja, brak tradycji i właściwości.
przez Marceli Sommer | wtorek 4 października 2016 | Kwartalnik, Lato 2016
– Niedługo upłynie 18 lat od utworzenia IPN. Może ten zbliżający się moment symbolicznej „pełnoletności” jest dobry na dokonanie próby bilansu istnienia tej instytucji i – szerzej – roli historii w sferze publicznej i polityki historycznej w III RP.
– Prof. dr hab. Jerzy Eisler: Mówiąc ściśle, mija 18 lat od uchwalenia ustawy o IPN. Dopiero w czerwcu 2000 roku – po półtora roku – udało się wybrać Leona Kieresa na prezesa i Instytut rozpoczął działalność. Dodajmy, że kandydatura prof. Kieresa była bodaj dziesiątą rozpatrywaną przez Sejm.
– To był realny przełom?
– Tak. W latach 90. społeczeństwo polskie zajęło się przede wszystkim walką o indywidualny status materialny – chyba nigdy jeszcze hasło „bogaćcie się” nie było tak otwarcie lansowane i tak silnie zinternalizowane przez Polaków. Dlatego dla badań historycznych był to czas raczej niesprzyjający. Symbolicznie wyrażało to hasło, z którym Aleksander Kwaśniewski wygrał wybory prezydenckie w 1995 roku: „Wybierzmy przyszłość”. Kiedy Leon Kieres zostawał prezesem IPN, na temat lat 1956–1980 istniało nie więcej niż 30 książek, które mógłbym z czystym sumieniem polecić czytelnikom, przy czym ponad połowę z nich napisało zaledwie pięciu autorów.
W tym czasie ważniejsze były kariery biznesowe – przy czym stosuję to określenie opisowo, bo przecież owe kariery nierzadko zaczynały się od łóżka polowego czy „szczęk”, a kończyły na otworzeniu małego sklepu albo warsztatu. Dziś brzmi to jak żart, ale w latach 90. jeden z najbogatszych ludzi w Polsce, Aleksander Gawronik, w jednym z wywiadów powiedział zupełnie serio, że ze swoimi kolegami na Zachodzie jest w stanie „zgromadzić kapitał do 6 mln dolarów”. Nie zdawał sobie sprawy, że prawdziwy międzynarodowy kapitał takie pieniądze to nosi w kieszeni, przy sobie.
– Ale brak zainteresowania historią najnowszą wśród samych historyków trudniej już chyba wyjaśnić szczękami.
– To miało m.in. związek z dostępnością archiwów. W latach 90. powstało sporo książek, często bardzo solidnych, dotyczących pierwszego dziesięciolecia PRL, okresu stalinowskiego. Został on już w tym czasie nieźle przebadany, m.in. dlatego, że od 1956 roku minęło 30 lat, karencja się skończyła, zatem można było już w latach 1989–1990 korzystać np. z materiałów partyjnych z 1955 roku, a z 1975 – wciąż nie. Drugi obszar, którym zajęło się więcej historyków, to lata 80. – „Solidarność”, stan wojenny, okrągły stół, transformacja. Jednak cały okres 1956–1980 stanowił wtedy właściwie „białą plamę” w naszej historiografii. Pod tym względem rok 2000 stanowił niewątpliwą cezurę.
– Do IPN-u jeszcze wrócimy. Tymczasem pochylmy się nad szerzej rozumianą polityką historyczną. Skąd w ogóle wziął się ten termin i jak przebiegał proces kształtowania się i materializowania polityki pamięci w III RP?
– Moim zdaniem polityka historyczna – choć niekoniecznie pod tą nazwą – stanowi nieodłączny element polityki uprawianej w ostatnich 140–150 latach, a jej rola powiązana była z zasięgiem prasy drukowanej i książek oraz z liczebnością czytającej opinii publicznej.
W XX wieku karierę zrobiło słowo „propaganda”, które dzisiaj ma dla nas wydźwięk negatywny, kojarzy się z manipulacją, wykorzystywaniem na masową skalę kłamstwa w życiu publicznym. Pierwotnie propaganda oznaczała po prostu rozpowszechnianie (łacińskie propagare to nic innego jak propagować, krzewić) pewnych poglądów czy wizji i przekonywanie do nich za pośrednictwem środków masowego przekazu. Ten proceder nie wiązał się koniecznie z nieuczciwością. To się zmieniło w XIX wieku wraz z pojawieniem się demokracji parlamentarnej. Wtedy też propaganda stała się szczególnym narzędziem gry politycznej oraz walki wyborczej i to zarówno w krajach demokratycznych, jak i państwach totalitarnych. W Trzeciej Rzeszy mistrzem propagandy w nowym złowrogim znaczeniu stał się twórca tzw. propagandy totalnej, Joseph Goebbels.
Kiedy kończyła się PRL, zaimportowaliśmy z Zachodu i przyswoiliśmy w naszym potocznym języku inne pojęcie opisujące perswazję stosowaną na masową skalę – public relations, czyli PR. Było to określenie zakorzenione w świecie i języku biznesowym, zwłaszcza w handlu. Ów specyficzny język autopromocji, jaki wiązał się z PR-em, był dla Polaków, którzy wychowali się w świecie bez reklam, czymś niezrozumiałym, niekompatybilnym z kulturą późnego PRL-u. Powiedzieć w Polsce – dajmy na to – „jestem najwybitniejszym polskim aktorem” oznaczało automatycznie narażenie się na śmieszność i reakcje w rodzaju: „naturalnie, i najskromniejszym też”.
Drugą stroną medalu było to, że o ile obywatele krajów Zachodu byli świadomi, że reklama jest rodzajem gry, a nawet ma w sobie coś z usankcjonowanego prawnie oszustwa, o tyle polska dorosła publiczność była na to zupełnie nieprzygotowana. Oszustwo było w ich najgłębszym przekonaniu domeną odchodzącego do historii państwa autorytarnego, a nie wolnego rynku. Dzisiaj już rozumiemy, że to jest pewien umowny język, który ma nas nakłonić do określonych wyborów konsumpcyjnych – ale do tego trzeba było dorosnąć. Gdy się zorientowaliśmy, o co w tym wszystkim chodzi, także pojęcie PR nabrało pejoratywnej konotacji. Do określania – wciąż niekoniecznie jednoznacznie negatywnego – procederu wytwarzania pozytywnych skojarzeń, do określania działań wizerunkowych znowu brakowało nam nieskompromitowanego pojęcia. To na tym tle – choć kontekst był raczej nieuświadomiony – pojawiło się pojęcie „polityki historycznej”.
– Przepraszam, ale to, co Pan mówi, brzmi bardzo niepokojąco. Polityka historyczna jako ekwiwalent historycznego PR albo rodzaj miękkiej propagandy?
– Powtarzam, że polityka pamięci jest równie stara, jak masowa polityka epoki nowoczesnej. Prowadzi się ją zawsze, niezależnie od tego, czy się o tym mówi wprost, czy nie, i jak się ją nazywa. Zresztą polityka historyczna nie jest wyłączną domeną państwa. W ramach różnych grup i instytucji, do których przynależymy, o pewnych elementach swojej historii pamiętamy i je akcentujemy, pewne postacie historyczne stawiamy na pomnikach, a innych do panteonu nie dopuszczamy, zapominamy o nich albo pamiętamy jako o negatywnych bohaterach historii. Czyni to każda społeczność i jest to coś całkowicie naturalnego.
– Jeden z najciekawszych współczesnych badaczy dwudziestowiecznej historii, Timothy Snyder, zwraca jednak uwagę na to, że między badaniem i popularyzacją historii a sferą polityki pamięci czy też upamiętniania istnieje zasadnicze napięcie. Przekonuje on, że zbyt daleko idące przenikanie się tych domen wiąże się z instrumentalizacją historii i zaburzeniami świadomości historycznej.
– Nie musi się wiązać, ale może. Ale co do istoty rzeczy – zgoda. Patrzę na to w ten sposób: politykom wydaje się, że to ich opowieść o najnowszej historii będzie na wierzchu. Jak się kończy taka pycha, najlepiej pokazuje przypadek gen. Jaruzelskiego. Na regale mam całą półkę książek jego autorstwa, a wszystkie napisał w ciągu raptem kilku lat. Ta płodność związana była z przeświadczeniem, że jeśli on to wszystko napisze, jeśli swoją opowieść o stanie wojennym utrwali w druku i masowo rozpowszechni, to za sto lat jego wersja się przyjmie. Ale – nie tylko moim zdaniem – się nie przyjmie.
Zostawmy jednak nieszczęsnego generała, to przecież postać w stosunkowo szerokim odbiorze społecznym uznana za skompromitowaną. Kto, oprócz historyków, specjalistów i garstki współczesnych polityków w nich zapatrzonych, czyta dziś pisma Józefa Piłsudskiego czy Romana Dmowskiego? Odnoszę wrażenie, że niemal nikt. Za to każdą kolejną biografię Dmowskiego lub Piłsudskiego czytają tysiące ludzi. Dlatego, moim zdaniem, za kilkanaście, może kilkadziesiąt lat okaże się, że to jednak my, historycy, będziemy „na wierzchu”. A najbardziej odporna na upływ czasu będzie taka historia, jaką postuluje Snyder: spokojna, rzeczowa, złożona.
– Ale to, jak dziś przedstawiamy swoją historię i jak o niej rozmawiamy, też w jakiś sposób kształtuje przyszłość.
– Zawsze byli historycy dworscy i historycy niezależni. Teraz oczywiście każdy dziennikarz i historyk mówi o sobie, że jest niezależny, co powoduje z kolei, że jestem już dosłownie o włos od określania się jako historyk zależny, bo skoro niezależni są ci, którzy mówią językiem zbliżonym do polityków albo wpisującym się w środowiskowe mody, to ja chcę być tym zależnym – zależnym od siebie samego. Ale prawda jest taka, że historiografia propagandowa, ta od zamiatania niewygodnych informacji pod dywan i tworzenia poręcznych politycznie wizji, syntez czy – jak to się dziś modnie mówi – „narracji”, była, jest i będzie. Zawsze będą ci, którzy zapytają: a czemu służy nagłośnienie tej informacji? Odpowiedź powinna oczywiście brzmieć: prawdzie. Ale po co nam ta prawda? – pytają mitotwórcy. Co zabawne, ci sami ludzie uwielbiają w nieco tylko innych okolicznościach powtarzać, że „tylko prawda jest ciekawa”, że „prawda nas wyzwoli” itd. Ale kiedy prawda okazuje się niewygodna, to bez zmrużenia powiek negują podstawowe fakty.
Rozumiem oczywiście, że trudno o historię całkowicie neutralną, całkiem abstrahującą od aksjologii. Nasze wartości nie tylko są ważne, lecz także mają to do siebie, że trudno je ukryć; zwykle i tak wychodzą na jaw, choćby przez nasze wybory językowe. Zdradzi nas to – weźmy przejaskrawiony przykład – czy napiszemy, przedstawiając realia polskiego powojnia, o „leśnych bandach”, czy o „żołnierzach niepodległościowego podziemia”. Celowo nie użyłem formuły „Żołnierze Wyklęci”, bo mam z nią pewien kłopot.
– A to dlaczego?
– Bo przez kogo oni są niby dzisiaj wyklęci? Kiedy Jerzy Ślaski pisał o nich książkę w końcu lat 80., to rzeczywiście byli wyklęci – w tym sensie, że nie było ich w pamięci zbiorowej. Ale dziś zaliczyliśmy zwrot o 180 stopni. Jeśli spytamy na ulicy stu ludzi, którzy w ogóle coś wiedzą, czytają, to podejrzewam, że więcej osób słyszało o „Ince” i „Łupaszce” niż np. o generałach Roweckim czy Komorowskim. A przecież to byli ich dowódcy. Autentyczne bohaterstwo wybranych postaci zostało w ciągu paru lat wykreowane tak, jak w popkulturze kreuje się idoli. Dobrym przykładem jest rotmistrz Witold Pilecki. Wspaniała postać, bohater. Ale gdy pisze do mnie pięćdziesiąta szkoła, że oni organizują konkurs o Pileckim, który jest taki nieznany, a powinien być, to chwytam się za głowę. Wyszło już przecież tyle książek – historycznych, dziennikarsko-publicystycznych, opublikowano też wiele artykułów, które razem układają się w całkiem dużą bibliotekę.
Przecież to, co się dzieje przed pierwszym marca, przed dniem pamięci Żołnierzy Wyklętych, to jest coś niebywałego. Historia nie jest przecież dla polityków na co dzień domeną priorytetową, ale jak przychodzi pierwszy marca, to nagle każda gmina ma swój apel, składanie kwiatów. No bo jak – w sąsiednich gminach będzie, a u nas nie?
Podobne zjawisko możemy zaobserwować w skali Warszawy w związku z kolejnymi rocznicami wybuchu Powstania Warszawskiego. Co roku, mniej więcej od 26 lipca, zaczyna się festiwal obchodów: tu kamień, tam tablica, tu pułk, tu zgrupowanie, tam oddział. Gdyby ktoś mnie zapytał o najważniejsze wydarzenie w siedemsetletniej historii Warszawy, przyznałbym ze smutkiem: Powstanie. Ale takie wydarzenie powinno mieć jedną uroczystość. Mówiąc obrazowo: to powinna być odpalana co roku bomba atomowa, a zamiast tego mamy dwieście granatów, bo każdy burmistrz dzielnicy – nawet takiej, która w 1944 roku nie należała do Warszawy i w powstaniu nie brała udziału – musi się wykazać. To jest i śmieszne, i straszne. A jak już przetoczą się uroczystości związane z powstaniem, to na horyzoncie pojawia się 15 sierpnia i Bitwa Warszawska.
– Może ten „rocznicowy patriotyzm” – znów idę tu tropem Snydera – jest wypadkową tego, co najłatwiej jest opowiedzieć w danym kontekście społecznym i politycznym? Najlepiej, rzecz jasna, kiedy tę historię da się opowiedzieć w duchu „westernowym”.
– Tylko że, niestety, ten model upamiętniania wiąże się z kurczeniem przestrzeni debaty zniuansowanej, takiej, która pochyla się nad niejednoznacznościami ludzkich losów i warunkami, w jakich ludzie funkcjonowali. Odwołajmy się znowu do żołnierzy podziemia niepodległościowego. W debacie na ich temat mamy z jednej strony sakralizację, a z drugiej – potępianie ich jako bandytów, morderców ludności cywilnej itd. A przecież należałoby pamiętać o tym, że po 1947 roku ci ludzie byli jak zwierzyna na polowaniu. Nie ma już wtedy w zasadzie walk zbrojnych między oddziałami – na każdą kilkuosobową grupę żołnierzy poluje wielokrotnie przeważająca liczebnie masa żołnierzy, milicjantów i funkcjonariuszy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którym nie chodzi o uwięzienie, lecz o zabicie. Do tego dodajmy warunki materialne, biedę powojenną, pogardę dla życia. Nic dziwnego, że kiedy żołnierze podziemia proszą we wsi o jedzenie, często go nie dostają, a wobec odmowy – zdarza się, że sięgają po przemoc. Ale w ramach debaty wyznaczanej przez tych, którzy chcą stawiać pomniki, i tych, co chcą je obalać, nie ma miejsca na dyskusję o faktach – choćby bolesnych – i stawianie pytań. Efektem jest sytuacja, w której oficjalna historia oddala się od prawdy historycznej.
– Można odnieść wrażenie, że polityka historyczna służy przede wszystkim utwierdzaniu się wspólnoty w dobrym samopoczuciu na swój temat oraz przedstawianiu historii narodowej w sposób strawny i atrakcyjny – kosztem prawdy.
– Ale pamięć jako budulec tożsamości i – co za tym idzie – pewna doza afirmacji też jest bardzo potrzebna.
– Tylko czy przypadkiem z nią nie przesadziliśmy? Może jako antidotum potrzebujemy solidnej dawki historii krytycznej?
– Odpowiem „na około”. Na początku obecnego wieku należałem do grona czterech osób – razem z Pawłem Machcewiczem, Antonim Dudkiem i Władysławem Bułhakiem – które tworzyło zręby Biura Edukacji Publicznej IPN. Przyjęliśmy wtedy założenie, że – mimo działalności cenzury i Biura Prasy KC PZPR, mimo wszystkich tych ograniczeń – co jak co, ale okres okupacji niemieckiej w zasadzie w czasach PRL zbadano i opisano dość gruntownie. Oczywiście mieliśmy świadomość, że akcenty były rozkładane zupełnie inaczej, ale zakładaliśmy, że podstawowy zrąb faktografii jest znany. Historia zadrwiła z nas i trzy miesiące później wybuchła sprawa Jedwabnego.
Nawiasem mówiąc, okazało się wtedy, że o ile wcześniej w Polsce była grupa wybitnych, znakomitych, o renomie międzynarodowej badaczy okupacji, narodowego socjalizmu czy relacji polsko-niemieckich tamtego okresu, o tyle u progu XXI wieku ci ludzie albo już nie żyli, albo byli coraz mniej aktywni zawodowo. W moim pokoleniu – a miałem wówczas 48 lat – po prostu nie było badaczy władających biegle językiem niemieckim i zajmujących się okupacją. Co więcej, okazało się, że w następnym pokoleniu też ich nie ma. Widać to zresztą do dziś: mamy kilku starszych historyków, koło osiemdziesiątki, którzy na szczęście jeszcze żyją i pracują, i kilkunastu młodych, którzy znają niemiecki, korzystają z archiwów i drążą tę problematykę.
W każdym razie to wtedy, w czasie debaty wokół Jedwabnego, pojawił się ten spór, do którego nawiązuje pana pytanie. W pewnym momencie ukazały się dwa artykuły – Pawła Machcewicza i Andrzeja Nowaka. Dotyczyły tego, czy historiografia Polski XXI wieku ma być historiografią krytyczną, jak w odniesieniu do Jedwabnego postulował Machcewicz, czy afirmatywną, jak – posługując się przykładem Westerplatte – utrzymywał Nowak. Ja od razu stwierdziłem wówczas, że historia powinna być bezprzymiotnikowa. A jeśli już ktoś musi mieć te przymiotniki – to i krytyczna, i afirmatywna. Nie wolno nam skupiać się tylko na pozytywnych aspektach dziejów Polski ani tylko na tych negatywnych.
Oczywiście jest jeden sposób uprawiania historii afirmatywnej i polityki pamięci jako budulca wspólnoty, który jest dla mnie nie do przyjęcia.
– To znaczy?
– Kiedyś, podczas debaty na Uniwersytecie w Białymstoku, powiedziałem, że nie można być rodakiem Jana Pawła II, Henryka Sienkiewicza czy Adama Mickiewicza, nie będąc jednocześnie rodakiem Feliksa Dzierżyńskiego, Bolesława Bieruta czy Stanisława Radkiewicza. Na co odezwał się głos z sali – pan na oko około pięćdziesiątki: „To może pan jest rodakiem tych sowieckich agentów, bo ja – na pewno nie”. Młodzi ludzie zebrani w sali zareagowali śmiechem, a prowadzący spotkanie próbował załagodzić sytuację, przekonując, że ów człowiek źle mnie zrozumiał. Ale on mnie przecież doskonale zrozumiał. To była ta szalenie charakterystyczna wizja narodu polskiego, który zawsze stoi po właściwej stronie.
Taka postawa wykracza, moim zdaniem, poza dopuszczalne granice naukowej debaty o historii. Jestem gotów wybaczyć historykowi wiele pomyłek wynikających z niechlujstwa. Co innego, kiedy mamy do czynienia ze świadomym fałszerstwem, manipulacją albo wypaczaniem faktów na potrzeby propagandowe. Niestety, na rynku zapotrzebowanie na tak rozumianą historię afirmatywną jest spore, Polacy lubią poczytać o sobie, że są uczciwi, prawi i bohaterscy, a przypisywane im winy to wymysł „określonych sił” .
– Rewersem modelu, w którym historia jest narzędziem narodowej (auto)afirmacji, jest tzw. pedagogika wstydu. Abstrahując od bagażu związanego z polityczną instrumentalizacją tego pojęcia i przypadkami jego nadużywania, trudno zaprzeczyć, że wykorzystywanie historii w celu przebudowy tożsamości narodowej w duchu liberalnym albo legitymizacji pozycji liberalnej elity nierzadko opierało się na podobnych mechanizmach. Z czego właściwie wynika popularność tendencyjnych wizji historii?
– Nie ma jednej przyczyny. Na pewno jednym ze zjawisk najbardziej szkodliwych dla debaty o historii w ostatnich piętnastu latach jest powstanie mediów tożsamościowych. Pokaż mi, jaki pogląd na daną sprawę prezentuje artykuł, to powiem ci, na jakich łamach się ukazał. Jeżeli autor wskazuje, że w okresie niemieckiej okupacji w Polsce było bardzo wielu szmalcowników, delatorów i kolaborantów, to bez ryzyka błędu można przyjąć, że jego artykuł opublikowano w „Gazecie Wyborczej”. Jeśli zaś czytamy o masowym procederze ratowania Żydów, zwłaszcza przez księży i siostry zakonne, to mamy w ręku prawie na pewno „Nasz Dziennik”. Próżno szukać informacji o pogromach, kolaborantach i szmalcownikach w „Naszym Dzienniku”, a w „Gazecie Wyborczej” – o niepasujących do ideologicznych przyzwyczajeń czytelników biografiach Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.
Co więcej, z przerażeniem obserwuję, że zjawisko, które dotyczyło początkowo stosunkowo wąskiej kwestii relacji polsko-żydowskich z Niemcami w tle w okresie okupacji hitlerowskiej, dziś z roku na rok obejmuje coraz szerszy zakres tematów historycznych. Jeżeli w kontekście rocznicy marca 1968 widzimy artykuły upamiętniające przede wszystkim – czy wyłącznie – warszawskie środowisko „komandosów”, grupę młodzieży skupioną wokół Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego i Adama Michnika, to najprawdopodobniej są to łamy „Wyborczej” albo „Polityki”. Jeśli zaś mamy opisy walk ulicznych np. w Tarnowie czy w Bielsku-Białej i podkreślany jest robotniczy czy generacyjny wymiar Marca, to typować powinniśmy raczej „W Sieci” albo „Do Rzeczy”. To samo zjawisko dotyka wydawców książek. Z intelektualnego punktu widzenia to jest – mówiąc najdelikatniej – niezbyt budujące. W prasie popularnej przepływ myśli między tymi okopami ograniczył się już niemal do zera.
– Bieżący spór polityczny przeżarł i przefiltrował na swoją modłę już chyba całą historię PRL.
– Tak. Innym tego przykładem jest dyskusja o wprowadzeniu stanu wojennego. Masa istotnych faktów i dokumentów nadal nie jest nam znana, a jednak moi koledzy z uczelni czy z Instytutu autorytatywnie wypowiadają się, że było radzieckie zagrożenie i gen. Jaruzelski ocalił Polskę albo wręcz przeciwnie, że nie było żadnego zagrożenia, a Jaruzelskiemu przyświecała przy wprowadzaniu stanu wojennego jedynie obrona stołków partyjnych. Oczywiście jako historyk opisałbym i jedną i drugą koncepcję, wraz z argumentami na ich rzecz, stwierdzając w konkluzji, że przy obecnym stanie wiedzy raczej nie można tej kwestii jednoznacznie rozstrzygnąć. A to, czy ja lubię, czy nie lubię gen. Jaruzelskiego, nie powinno mieć nic do rzeczy w takiej analizie.
– Czy możliwa jest w ogóle polityka pamięci pozbawiona wymiaru instrumentalizacji dla bieżących potrzeb? W końcu sam Pan powiedział, że racja bytu polityki historycznej to m.in. budowanie wspólnoty, a gdzie w grę wchodzi wspólnota, tam pojawiają się różne jej wizje.
– Spróbujmy doprecyzować, czym ta polityka historyczna jest albo czym być powinna. Jeśli polityką historyczną są działania mające na celu upowszechnianie wśród szerokich kręgów społeczeństwa wiedzy o naszej zbiorowej przeszłości, to jestem głęboko przekonany, że nie ma nikogo, kto byłby przeciwny takiej działalności. Jeżeli polityka historyczna oznaczać ma np. wysiłki państwa polskiego – szeroko rozumianego – oraz instytucji społecznych z nim współpracujących na rzecz chociażby tego, żeby już nigdy nigdzie nie pojawiły się te nieszczęsne „polskie obozy zagłady”, to znowu trudno byłoby mi sobie wyobrazić poważne argumenty przeciw. Jeżeli jednak polityka historyczna polegać miałaby na manipulowaniu pamięcią, to na to zgody nie ma.
Problemem jest też uprawiana cepem polityka rozliczeń, oparta na mechanicznej wymianie bohaterów i towarzyszących im wartościowań.
– Co ma Pan na myśli?
– Posłużę się przykładem: w 1969 roku, w 25. rocznicę Powstania Warszawskiego, prymas Polski Stefan Wyszyński wygłosił homilię, w której m.in. powiedział – w takiej kolejności – że nie wolno nam zapomnieć dokonań Armii Ludowej, Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. O udziale Batalionów Chłopskich w Powstaniu przyznam, że nigdy nie słyszałem i nie wiem o nikim, kto by słyszał. Natomiast pamiętam, że była Polska Armia Ludowa i Narodowe Siły Zbrojne, o których prymas nie wspomniał. Teraz, przy kolejnych obchodach, słyszymy z kolei, że powstanie było dziełem Armii Krajowej, czasem prawica dodaje Narodowe Siły Zbrojne. Jak widać na przykładzie PAL, są też elementy historii, które pozostają poza marginesem zainteresowania zarówno w okresie PRL, jak i po 1989 roku. Oczywiście siły NSZ były nieporównanie większe niż AL, ale tak czy inaczej jest to znowu ten sam mechanizm: wykreślamy AL, dopisujemy NSZ. Jeśli pójdziemy kroczek dalej, a idziemy już w tym kierunku, to wykreślimy też z naszej dobrej pamięci żołnierzy I Armii Wojska Polskiego, którzy forsowali Wisłę i na Przyczółku Czerniakowskim oraz na Żoliborzu próbowali przyjść z pomocą powstańcom. W 2009 roku widziałem w telewizji człowieka, który opowiadał, że jego pluton liczył 23 żołnierzy, przeprawiał się przez Wisłę z Pragi. Przeżył tylko on. Dobry Bóg dał mu jeszcze kilkadziesiąt lat życia, żeby mógł nam o tym opowiedzieć. Jeżeli coś takiego robimy – wymazujemy to doświadczenie bądź je marginalizujemy i nazywamy to polityką historyczną, to tego nie można zaakceptować.
Uważam, że w ogóle z wycofywaniem się z upamiętniania trzeba być bardzo ostrożnym, zwłaszcza gdy mówimy o dużych, masowych organizacjach. Czy jeżeli likwidujemy ulicę Armii Ludowej, zakładamy, że prawdziwe jest zdanie: „Na pewno w AL nie było ani jednego dobrego, porządnego człowieka”? Czy ulica 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki też jest do wymiany? A I Armii WP? Zaczyna to być niebezpieczne, gdzieś wypadałoby jednak postawić granice rewizjonizmowi, bo odebranie upamiętnienia to jedna z najbardziej surowych kar symbolicznych. To nie znaczy, że postrzegam AL jako tak samo „dobrą”, patriotyczną siłę jak AK. Absolutnie nie. Ale przy takich generalizacjach musimy uważać, żeby nie wyrządzić krzywdy porządnym ludziom, bardzo dzielnym żołnierzom, którzy walczyli z Niemcami. Dostali dużą arterię w środku Warszawy, centralny fragment Trasy Łazienkowskiej, bo ich formacja polityczna „wygrała”, ale wykorzystanie tego, że układ polityczny się zmienił, i odebranie im tej nazwy, byłoby chyba jednak niesprawiedliwe i niepotrzebne.
Symboliczna dekomunizacja obfituje zresztą w różnego rodzaju wypaczenia. Opowiadano mi np. taką historię zmiany nazw ulic w jakiejś miejscowości: do rynku dochodziły tam ulice Bolesława Bieruta, Małgorzaty Fornalskiej, Marcelego Nowotki i Pawła Findera. Sprawa była prosta – w latach 90., po zmianie ustroju, zmieniono im nazwy. Żadnej nie jestem w stanie odtworzyć, bo było to czterech biskupów, nienależących do grona powszechnie rozpoznawalnych nawet wśród badaczy dziejów najnowszych. Nie chcę powiedzieć, że oni nie zasłużyli na ulice ani że którakolwiek z odziedziczonych po PRL nazw była w tym przypadku do utrzymania; chodzi mi o mechanizm prostego, mechanicznego podmieniania i braku przestrzeni na jakikolwiek pluralizm. Jeżeli słyszę np., że pojawiają się pomysły odebrania ulicy Stefanowi Okrzei, to jest to dowód w najlepszym przypadku nieuctwa, a polityki historycznej nie mogą prowadzić nieuki. Czym innym jest odebranie patrona ulicy, a czym innym nieprzyznanie jakiejś nazwy, choć oba rodzaje decyzji mieszczą się w obrębie szeroko rozumianej polityki historycznej.
– Innym elementem polskiej odmiany polityki pamięci, charakterystycznym dla krajów postautorytarnych, jest to, że do jej zadań należy również rozliczanie przeszłości, m.in. w sensie prawnym. Odzwierciedla to struktura IPN. Jak widzi Pan – z perspektywy tych kilkunastu lat – zalety i wady tego modelu?
– Kiedy w latach 90. przygotowywana była ustawa o IPN, jej autorom chodziło przede wszystkim o dwie rzeczy. Po pierwsze, o osądzenie – tam, gdzie było to jeszcze możliwe – sprawców zbrodni hitlerowskich i komunistycznych. Warto tu na marginesie powiedzieć, że IPN przyjął za swój fundament obywatelskie rozumienie narodu, w związku z czym zajmujemy się m.in. zbrodniami na Niemcach – przedwojennych obywatelach Polski, którzy nie dość gorliwie służyli III Rzeszy albo wręcz pozostali wierni II Rzeczpospolitej i przypłacali to życiem.
Drugim zadaniem wyznaczonym IPN było wyjęcie archiwów szeroko rozumianego aparatu represji z rąk jego (zreformowanych, ale jednak) następców instytucjonalnych i przekazanie ich pod cywilny nadzór ekspertom, ludziom „bez przeszłości”. Towarzyszyła temu nadzieja, że w ten sposób uniemożliwi się dziką lustrację, niekontrolowane przecieki itd. Niestety, okazała się ona złudna. Były przecież takie momenty, że nie było tygodnia, żeby agentem nie ogłoszono znanego pisarza, aktora czy polityka.
– A jak z tej perspektywy czasu widzi Pan swoje „poletko”, czyli Biuro Edukacji Publicznej IPN?
– Ten „trzeci filar” Instytutu był z początku trochę takim kwiatkiem do kożucha, który miał ocieplać wizerunek „instytucji od rozliczeń”. Z czasem okazało się jednak, że kwiatek stał się o wiele cenniejszy niż kożuch: 1,5 tys. publikacji, szereg ukazujących się regularnie periodyków – naukowych i popularyzatorskich – setki wystaw, konferencji i debat. Wszystkie polskie uniwersytety razem wzięte i Polska Akademia Nauk mają dziś w badaniach nad okresem PRL mniejszy dorobek niż IPN. W ramach badań nad historią najnowszą dokonała się i dokonuje nadal prawdziwa rewolucja.
Wielkim osiągnięciem BEP jest też wychowanie całego pokolenia historyków. W 2000 roku miałem 48 lat i w całej Polsce w Biurze było tylko dwóch starszych ode mnie kolegów. To pokazuje, że IPN to byli rzeczywiście ludzie młodzi; dziesiątki, a później setki świeżo upieczonych doktorów albo jeszcze nawet doktorantów, którym zatrudnienie w Instytucie dawało niezwykłe możliwości rozwoju naukowego i awansu zawodowego. Ale jest jeszcze coś. Jeśli ktoś by mnie wtedy zapytał: a gdzie był pan 20, 30 lat temu, to musiałbym się tłumaczyć, gdzie byłem. A wobec 30-latków takie pytania nie miały racji bytu i to w polskim kontekście miało olbrzymie znaczenie, ponieważ nie byli oni obciążeni swoimi biografiami z okresu PRL, naturalną potrzebą ich obrony lub uświęcenia. Ten brak osobistego bagażu ułatwia zniuansowane podejście do historii, uwzględniające chociażby rozdział pomiędzy sferę państwową a społeczną i pozbawione charakterystycznych dla bezpośrednio zaangażowanych po jednej lub drugiej stronie barykady fałszów i uproszczeń, jak np. „PRL była krajem mlekiem i miodem płynącym” czy że było to, przeciwnie – „45 lat totalitarnej sowieckiej okupacji”.
Faktem jest jednak, że oprócz ogromnych możliwości praca w Instytucie to także duża odpowiedzialność. Jeden z kolegów z Instytutu, Rafał Wnuk, opowiadał mi, jak w pierwszych miesiącach działania IPN pojechał gdzieś z historyczną prelekcją o żołnierzach podziemia niepodległościowego. No i mówił tam językiem przystępnym, ale w zgodzie z naukowymi standardami: „wydaje się”, „można przypuszczać”, „raczej”, podkreślał, że – ogólnie rzecz biorąc – zdania wśród historyków są podzielone. Na to w końcu ktoś z publiczności mówi do niego tak: „Panie, pan jesteś z IPN-u, powiedz pan, jak to było”. I rzeczywiście, jest taka część społeczeństwa – trudno powiedzieć, jak duża – która traktuje IPN jak depozytariusza prawdy absolutnej.
– W ostatnich latach można chyba powiedzieć, że uprawiana w III RP polityka pamięci zaczęła przynosić pierwsze owoce. Z jednej strony widzimy wzrost znaczenia historii w debacie publicznej i swoiste umasowienie wiedzy o wielu wątkach najnowszych dziejów: od Powstania Warszawskiego, przez „Solidarność” i polityczną historię późnego PRL, po „Żołnierzy Wyklętych”. Kwestią, która budzi wątpliwości, jest jednak poziom tej wiedzy, ukształtowanie się czegoś w rodzaju świadomości historycznej w wersji pop, uproszczonej i przekształconej „narracji”.
– Mówimy o dwóch zjawiskach. Z jednej strony o sukcesie różnego rodzaju projektów historycznych skierowanych do młodzieży, takich jak wydawane przez IPN komiksy czy gry planszowe. I tu upierałbym się, że lepsza jest trzymająca się faktów opowieść przygotowana pod kątem dzieci i młodzieży od totalnej niewiedzy wynikającej z braku zainteresowania historią. Wydaje mi się, że lepiej próbować docierać do najmłodszych obywateli językiem i środkami przekazu, które są dla nich czytelne, zachęcać do historii od najmłodszych lat. Zaproponowanie im lektury naukowego tomu z przypisami nie miałoby przecież żadnego sensu. Natomiast jeśli wiedzę z tego tomu można – trzymając się faktów – przełożyć choćby częściowo na interesującą dla nich opowieść, to daje to bardzo dobre efekty edukacyjne. Dopóki przekazywana w ten sposób wiedza popularna jest oparta na solidnej i rzetelnie udokumentowanej wiedzy naukowej, jestem spokojny.
Inna sytuacja jest wtedy, gdy ta infantylizacja jest utrzymywana w przekazie kierowanym do dorosłych, kiedy serwuje się im wiedzę w wersji westernowej, gdzie mamy bohaterów dobrych i złych, których role są z góry rozdzielone i wszystko przebiega tak, jak tego oczekujemy. Kiedy to założenie, żeby ludzi nie przemęczać, żeby podać im w związku z tym historię uproszczoną i schematyczną, przyjmowane jest wobec ludzi dorosłych, to jest to dla mnie sytuacja niepokojąca.
– To gdzie jest w debacie o przeszłości granica, za którą kończy się historia, a zaczyna bajka dla dorosłych?
– Jako zawodowy historyk jestem uczulony na przestrzeganie reguł sztuki i łatwo dostrzegam, czy stawiane przez kogoś tezy są solidnie udokumentowane, czy są swego rodzaju oszustwem. Ale czytelnikom pozbawionym warsztatowego zaplecza nie jest tak łatwo tę granicę rozpoznać. Księgarnie pełne są, niestety, historycznych gniotów – ktoś wyczuwa nośny temat, najlepiej obyczajowy, i w połowie zmyśla, w połowie naciąga fakty, miesza udokumentowane informacje z plotkami, nie zważając na wiarygodność źródeł. Wszystko po to, żeby stworzyć produkt, który dobrze się sprzeda. Ale to zjawisko nie jest jakieś szczególnie specyficzne dla Polski. Zresztą niemała część tego typu literatury zapełniającej półki w księgarniach i bibliotekach to przekłady zagranicznych bestsellerów.
Wracając do pytania, powiedziałbym, że są dwie rzeczy, które da się stosunkowo łatwo wyłapać. Po pierwsze – język opisu. Jeżeli autor książki czy artykułu ma coś wspólnego z rzetelnością historyczną, to często będzie starał się niuansować swoje oceny, rzadko przybierając ton absolutnej pewności, będzie pokazywał blaski i cienie opisywanych przez siebie zjawisk czy postaci. Rzadko będzie twierdził też, że odkrywa coś jako pierwszy. W kwestiach, co do których nie ma naukowego konsensusu, będzie pokazywał różne interpretacje omawianych przez siebie faktów, w uczciwy sposób referując argumenty przedstawiane na ich rzecz.
Mniej szkody dla społecznej świadomości historycznej w Polsce wyrządziły nawet najbardziej wątpliwe publikacje IPN i innych instytucji popularyzujących historię niż np. książki Henryka Piecucha i innych propagatorów spiskowej teorii dziejów.
– Jednym z najbardziej wyświechtanych powiedzeń na temat historii jest to, że piszą ją zawsze zwycięzcy. We współczesnych badaniach i literaturze historycznej istotny jest nurt, który stara się tę zasadę podważyć, skupiając się na perspektywie grup mniejszościowych czy ludzi z innych względów marginalizowanych. Jak widzi Pan miejsce dla tego typu nurtów w polityce pamięci uprawianej przez państwo i jego instytucje?
– Mam do kwestii upamiętniania mniejszości podejście nieco inne niż przedstawiciele tego nurtu. Jeśli np. zabieram głos na temat Zagłady, to staram się jak najczęściej używać słowa „ludzie”, a nie „Żydzi”. Z dwóch powodów – po pierwsze, dlatego, że niemieccy naziści zrobili bardzo dużo, żeby Żydów odczłowieczyć, m.in. poprzez język swojej propagandy. A, po drugie, dlatego, że uważam, że jest to najlepsze antidotum na wszelkie manipulacje i twierdzenia w rodzaju tego, że więcej Polaków ratowało Żydów, niż ich mordowało, wydawało czy szantażowało – albo na odwrót.
Nie chcę przez to jednak powiedzieć, że nie powinniśmy dyskutować o znaczeniu pochodzenia dla doświadczeń w okresie okupacji czy o statystykach, choć wielu liczb nigdy nie poznamy. Odpowiedzią na stwierdzenie, że nasze męczeństwo było największe, musi być zwrócenie uwagi na fakt, że wśród ponad 6 milionów obywateli polskich, którzy zginęli w czasie II wojny światowej, blisko połowa to są Polacy pochodzenia żydowskiego. Co oznacza z kolei, że w przypadku polskich Żydów zamordowano prawie 3 miliony z 3,5-milionowej społeczności, a w przypadku etnicznych Polaków mówimy o 3 milionach ofiar wojny, ale na tle populacji ponad 24 milionów. Skala tragedii jest w tym sensie nieporównywalna. Etniczny Polak, który nie angażował się w działalność konspiracyjną, nie brał udziału w tajnym nauczaniu, nie miał pecha i nie został aresztowany w czasie ulicznej łapanki lub pacyfikacji wsi, nie przebywał w Warszawie w czasie powstania ani nie spadła mu na głowę aliancka bomba, miał jednak dużą szansę przeżycia lat 1939–1945. Natomiast polski Żyd czy Polak żydowskiego pochodzenia, bez względu na wiek, płeć, wykształcenie, status materialny, religijność, wygląd i język był takiej szansy pozbawiony. Największa część polskich Żydów, która przeżyła wojnę, to – o czym rzadko się mówi – ci deportowani przez Stalina w latach 1939–1941 do Związku Radzieckiego. Jeśli chodzi o tę garstkę, która przeżyła wojnę w Generalnym Gubernatorstwie – istniejące wyliczenia są tu bardzo nieprecyzyjne, podają liczby od 30 do ponad 100 tys. – to w każdym pojedynczym przypadku graniczyło to z cudem.
– Co jest właściwie złego w dyskusji o postawach Polaków wobec Zagłady? W kraju, na terenie którego funkcjonował przemysł masowej zagłady, pojawianie się takich pytań jest chyba czymś normalnym?
– Zgoda. Rzecz w tym, jak je stawiamy. Pytania, czy pomocy dla Żydów było dużo, czy mało albo czy więcej było sprawiedliwych, czy szmalcowników – to są pytania źle zadane. Czy pomoc była na miarę potrzeb? Na pewno nie. Zresztą nawet gdyby w Polsce mieszkali sami dobrzy ludzie i wszyscy chcieli ratować Żydów – a tak niestety nie było – to nie można było ukryć i wywieźć prawie trzech i pół miliona ludzi, których zdecydowana większość wyróżniała się wyglądem, nie mówiła po polsku wcale lub tylko bardzo słabo. A czy była to pomoc na miarę możliwości? Tu jest wielki znak zapytania. Pomoc Żydom wymagała nierzadko heroizmu, poświęcenia, ale prawdopodobnie można powiedzieć, że gdybyśmy się jako zbiorowość bardziej postarali, to pewnie można byłoby uratować jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy istnień ludzkich. Natomiast mam silne podejrzenie, że kontrowersji na ten temat, związanych m.in. z pretensjami wobec Polski w kręgach żydowskich, nie byłoby wcale lub byłoby ich dużo mniej, gdyby chodziło tylko o traumy okresu okupacji; gdyby nie to wszystko, co wydarzyło się w Polsce po II wojnie światowej, a co wciąż jest słabo obecne w polskiej świadomości zbiorowej.
– Czyli?
– Symbolem tego, o czym mówię, jest oczywiście pogrom kielecki z 4 lipca 1946 roku, kiedy zabito 42 osoby, a kilkadziesiąt kolejnych zostało rannych. Prawica lubi mówić, że to była prowokacja radzieckich i polskich służb specjalnych. Dobrze, dla roboczej analizy przyjmijmy, że to była prowokacja. Jak ja musiałbym pana prowokować, żeby pan wziął dwuletnią dziewczynkę za nogi i roztrzaskał jej głowę o ścianę? Jakie muszą być mechanizmy prowokacji, żeby zrzucić na głowę leżącego człowieka szynę kolejową? Nie ma takich mechanizmów. Bez pewnego podglebia w realnych nastrojach społecznych, realnych uprzedzeniach, bez niewyobrażalnej nędzy, ale niestety też bez interesów materialnych osób, które przejęły żydowskie majątki, to by się nie mogło udać.
Co słyszą od swoich sąsiadów Żydzi, którzy przeżyli wojnę – w Związku Radzieckim, w obozach koncentracyjnych wyzwolonych w 1945 roku przez Armię Czerwoną, w lasach czy ukrywani gdzieś w miastach – i wracają do swoich domów, swoich sklepów i warsztatów? Sąsiedzi mówią na ich widok np. „panie Moryc, to pan żyjesz?” – przy czym nie jest to pytanie wyrażające radość czy miłe zaskoczenie. Oni pytają tak naprawdę: „panie Moryc, po co pan przeżył?”. Myślę, że to ten moment jest decydujący dla podglebia pogromów i pośrednio dla całokształtu napięć w stosunkach polsko-żydowskich po wojnie. Do tego dochodzi też oczywiście czynnik związany z zaangażowaniem stosunkowo wielu Żydów z tej garstki, która przeżyła, w prace szeroko rozumianego aparatu władzy komunistycznej, zwłaszcza aparatu represji. Jest wspomniany już przedwojenny antysemityzm i związana z wojną pogarda dla ludzkiego życia, rozchwianie zasad moralnych. Ale jest też – nie oszukujmy się – kwestia rabunku własności żydowskiej. Ktoś powie: przecież oni nie mieli złota. Ale w latach bezpośrednio po wojnie złotem były buty, złotem był ciepły sweter, pierzyna, garnek czy patelnia. I ten wątek pojawia się w bardzo wielu relacjach.
– Wróćmy do naszego bilansu. Nie mogę nie zapytać o relacje, jakie ukształtowały się w III RP między „historią publiczną” a światem polityki. Mam tu na myśli nie tylko bezpośrednie naciski, ale również czynniki miękkie, takie jak różnego rodzaju mody i tendencje, powiązane z siłą poszczególnych nurtów ideowopolitycznych. Każdy z tych nurtów ma przecież w polityce pamięci własne priorytety. Drugą stroną tego medalu są „białe plamy”, o które nie ma się kto upomnieć. Do polityki historycznej III RP i działalności IPN przylgnęło – w sposób mniej lub bardziej zasłużony – skojarzenie z prawicowością…
– Patrząc na to od strony Biura Edukacji Publicznej, powiedziałbym, że w IPN panuje dużo większa równowaga polityczna, niż przyjęło się uważać. Początki Biura to „nadreprezentacja” wychowanków dwóch profesorów – Tomasza Strzembosza i Marcina Kuli. Ci pierwsi zajmowali się przeważnie podziemiem niepodległościowym, a ci drudzy – historią społeczną i gospodarczą oraz życiem codziennym szerokich grup społecznych. Oczywiście mody wśród historyków, o których mowa, istnieją i wynikają częściowo z oczekiwań politycznych. Ale często stanowią też odpowiedź na oczekiwania społeczne, oddolne. Jak się decyduje o przedmiocie swoich kilkuletnich prac, to myśli się np. o tym, czy i gdzie będzie się mogło to wydać. Także te mody mają często podłoże dość prozaiczne.
Jest zrozumiałe, że gdy skończyła się PRL, na początku lat 90., ludzie chcieli słuchać przede wszystkim o swojej martyrologii, o „pięknych kartach” podziemia i opozycji demokratycznej. Gdyby to wtedy ukazała się taka książka, jak „Sąsiedzi” Grossa, to myślę, że sprzeciw wobec niej byłby dużo większy niż po publikacji w roku 2000. Historycy wychodzili naprzeciw tym oczekiwaniom i można powiedzieć, że sam nie jestem pod tym względem bez „winy”, bo moje książki dotyczyły przede wszystkim „polskich miesięcy”: marca 1968, grudnia 1970, czerwca 1976 i sierpnia 1980 roku; na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że zajmowałem się tą tematyką mniej więcej od 1981 roku, kiedy były to jeszcze tematy nieopisane…
– Ale jednocześnie nawet pamięć martyrologii jest dosyć selektywna. Są wątki niemal całkiem zatarte w ogólnonarodowej pamięci, takie jak Rewolucja 1905 roku czy w jeszcze większym stopniu strajki robotnicze lat powojennych. Czy z fluktuacji tych mód ma szansę koniec końców wyłonić się jakiś pluralistyczny obraz historii?
– Zgadzam się, że mody mogą mieć negatywny wpływ na nasz obraz historii. To działa w taki sposób: najpierw pojawia się jakiś temat „obowiązkowy”, np. Katyń. Powstała o nim naprawdę pokaźna biblioteka, publikacje na ten temat nie zmieściłyby się na jednym regale. I bardzo dobrze. Ale jednocześnie ciągle słyszy się: „dlaczego to nie jest badane?”. Albo – w odniesieniu do marca 1968 roku – „dlaczego tak niewiele się o nim pisze?”. Kiedy ktoś mi tak mówi, muszę się zawsze mocno ugryźć w język, żeby nie powiedzieć: „a dlaczego się nie czyta?”. Jest ponad 60 książek i broszur na temat 1968 roku, podobnie jest z Grudniem 1970 i innymi polskimi miesiącami. Publikacje są, tylko trzeba chcieć ich szukać. Ale pytanie „dlaczego się o tym nie pisze” zwykle ma też ukryte znaczenie: dlaczego się nie pisze o nas. Zdrowym odruchem w takiej sytuacji jest pójść dalej. Nie jest ciekawe zajmowanie się czymś tak do przesady wręcz wyeksploatowanym, nawet jeśli zasadniczo temat kogoś interesuje. To historyczne poletko jest przecież bardzo duże, każdy może na nim znaleźć własne miejsce.
– Może ci ludzie, którzy pytają „dlaczego się nie pisze”, mówią tak naprawdę nie o badaniach historycznych, tylko o publicznym dowartościowywaniu poszczególnych wątków historii?
– Ma pan rację, ale przecież i tą sferą rządzą mody polityczne. Długo się nad tym zjawiskiem zastanawiałem i nie mam do końca wyrobionego poglądu: na ile to zjawisko wynika z oczekiwania społecznego, a na ile z lenistwa funkcjonariuszy państwa i samorządowców. Najpewniej te dwa czynniki wcale się nie wykluczają, tylko wręcz przeciwnie, znakomicie uzupełniają.
– Jak w tej sytuacji zabiegać o równowagę między polityką pamięci skupioną na martyrologii i heroizmie a historią, która uwzględnia różne interpretacje i różne pamięci, która może stanowić w związku z tym narzędzie nie tyle poprawiania zbiorowego samopoczucia, ile poszerzania naszej samowiedzy?
– Równolegle powinny funkcjonować upamiętnianie „wielkich” wraz z towarzyszącym mu patosem i historia jako nauka oparta na faktach i solidnym warsztacie, z konieczności zniuansowana i szukająca przysłowiowej „dziury w całym”, uwzględniająca procesy długiego trwania i to, że na rzeczywistość oddziałują zarówno jednostki, jak i duże grupy społeczne. Oba te obszary aktywności są z punktu widzenia budowania zdrowej tożsamości zbiorowej i indywidualnej niezbędne. Nie ma przy tym powodu, żeby je sobie przeciwstawiać, jedną domenę wywyższać, a drugą poniżać. Równowaga tych dwóch „wektorów” powinna być czymś zupełnie naturalnym. Niestety nie jest.
– Pojawia się też pytanie o proporcje w obrębie myślenia o historii – tym, które funkcjonuje w obiegu medialnym czy w szkole – między historią opowiadaną z perspektywy wybitnych jednostek i elit, historii „wielkich mężów i wielkich czynów”, a historią społeczną, badającą doświadczenia i dążenia szerokich grup. Czy nie mamy w Polsce do czynienia z nadmierną dominacją tej pierwszej?
– Także i w tym przypadku odpowiedzią powinna być równowaga i synteza różnych perspektyw. Nie sposób wyobrazić sobie zdrowego obrazu historii bez uwzględnienia zarówno procesów i zjawisk masowych, jak i działań elit. Jestem w ogóle sceptyczny wobec doktrynerskich schematów badawczych i walk o wyższość jednej metodologii nad inną. Jeśli ktoś twierdzi, że badania np. klasowe czy genderowe są ze swojej istoty do niczego albo – wręcz przeciwnie – że stanowią źródło wiedzy jedynie słuszne, to nierzadko mam wrażenie, że pokrywa tym w gruncie rzeczy wąskie horyzonty i niesamodzielność myślenia.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, marzec 2016 roku
przez David Moberg | wtorek 4 października 2016 | Lato 2016
Era robotów nadchodzi. Od nas zależy, czy za ich przyczyną nadejdzie kres pracy ludzkiej, czy tylko przybierze ona inny kształt.
Gdy John Winzeler oprowadzał mnie po swojej czystej, cichej chicagowskiej fabryce, produkującej od 75 lat skrzynie biegów dla przemysłu samochodowego na całym świecie, na stanowiskach pracy znajdowało się znacznie więcej maszyn niż ludzi. Tylko cztery z czterdziestu trzech urządzeń były obsługiwane przez maszynistów-ludzi; pozostałe dzieliły się pracą nad poszczególnymi stadiami produkcji skrzyni biegów w dzień i w nocy, przy niewielkiej interwencji człowieka.
Wielkie fabryki „zatrudniają” tego typu roboty już od 50 lat, jednak Winzeler Gear jest jedną z niewielu małych firm, które posunęły się pod względem robotyzacji produkcji tak daleko. Przedsiębiorstwo ma zamiar wkrótce wprowadzić pionierskiego „współpracującego” robota, czyli robota łatwo przystosowującego się do warunków i dającego się zaprogramować do wykonywania wielu różnorodnych zadań. Pomimo ostrej konkurencji ze strony fabryk produkujących w krajach o niskich płacach Winzeler Gear kwitnie w Chicago właśnie dzięki robotom. W 1985 r. firma zatrudniała 60 osób i produkowała 2 miliony skrzyń biegów miesięcznie. Obecnie, przy 43 robotach oraz 35 zatrudnionych na pełen etat i 15 na jego część pracownikach, liczba produkowanych elementów wzrosła do 15 mln miesięcznie. Właściciel ma nadzieję, że ostatecznie roboty zastąpią wszystkich robotników z krwi i kości, a na stanowiskach pozostaną tylko wysoko wyspecjalizowani, dobrze opłacani pracownicy techniczni i biurowi, zaś jego przedsiębiorstwo pozostanie wytwórcą zdolnym do globalnego współzawodnictwa. Moja wizja, której realizacji nie dożyję, to całkowita automatyzacja procesu produkcji – mówi Winzeler, który ma obecnie 72 lata. – Nie chcę rezygnować z pracy ludzkich rąk dla samej rezygnacji, ale dla regularności i efektywności. Uważam, że roboty są świetne.
Roboty mogą być świetne – a mogą być też złe. Napędzają zarówno ludzkie fantazje, jak i obawy. Ostatnio rozniecają jedne i drugie, i to w nadmiarze. Inżynieryjne przełomy w robotyce, sztuczna inteligencja i uczenie się przez maszyny nadeszły szybciej, niż się spodziewano. W 2013 r. dwaj badacze z Oxfordu, Carl Benedikt Frey i Michael Osborne, oszacowali, że 47 procent amerykańskich pracowników jest zagrożonych zastąpieniem przez roboty lub inne technologie oparte na komputerach. Błyskawiczny postęp w rozwoju robotyki rodzi otrzeźwiające pytania: ile miejsc pracy – i których – zostanie utraconych lub ulegnie przekształceniom? Jaką politykę powinniśmy wdrożyć w oczekiwaniu na nadejście świata zależnego od robotów? I co się stanie z pracą ludzką, jeśli roboty zaczną wykonywać większość naszych obecnych obowiązków? Zależy to w większości od wyboru, jakiego dokonamy: czy pozostawić robotyzację wolnemu rynkowi, czy też podjąć rozważne kroki, by kształtować przyszłe relacje pracy, maszyn i człowieka.
Nie takie złe, jak myślimy
Roboty łatwo mogą wzbudzić w ludziach panikę. Zaniepokojonym prekariuszom zautomatyzowane fabryki jawią się jako widmo przyszłego bezrobocia. Bardzo dobrze świadome tego faktu korporacje mogą radośnie używać wizji „zrobotyzowanej” przyszłości jako groźby – tak jak wcześniej używały pomysłu przeniesienia biznesu do miejsc o tańszej sile roboczej – aby dyscyplinować swoich pracowników i utrzymać pensje na niskim poziomie.
Dwa lata temu, gdy pracownicy sieci fast foodów w całym kraju zaczęli domagać się 15 dolarów za godzinę pracy, Employment Policies Institute, organizacja-przykrywka, reprezentująca interesy przemysłu restauracyjnego, wykupiła w „Wall Street Journal” ogłoszenie na całą stronę. Informowało ono: Dlaczego roboty mogą niebawem zastąpić domagających się wyższych wynagrodzeń pracowników sieci fast food? Owszem, okazuje się, że zautomatyzowane maszyny robiące hamburgery i przyjmujące zamówienia są już w stadium rozwoju i mogą potencjalnie zamienić franczyzy fastfoodowe w wysoce wyspecjalizowane automaty do sprzedaży żywności.
Pracodawcy od dawna używają technologii w celu podkopania sił i wpływów robotników. W przedostatniej dekadzie XIX wieku firma McCormic Harvesting Machine Company, producent kos żniwnych, zainstalowała nowe maszyny, choć wytwarzały one produkty gorszej jakości i o wyższych kosztach wytwarzania od tych wychodzących spod ludzkich rąk. Celem było złamanie silnego w tamtym czasie związku zawodowego metalowców. Posunięcie zadziałało.
Jednak w skali całej gospodarki roboty wcale nie muszą okazać się tak rewolucyjne, jak sądzimy. W zeszłym roku Pew Research Center przeprowadziło wśród 1896 ekspertów ds. cyfryzacji badanie opinii, które ujawniło, że podzieleni są oni na dwie równe grupy. Połowa uważa, że roboty wyeliminują więcej miejsc pracy, niż stworzą, a połowa, że tak nie będzie. Robert Gordon, ekonomista z Northwestern University, wskazuje, że silnik parowy, elektryczność i domowa hydraulika (które to wynalazki uwolniły kobiety od większej części harówki) wprowadziły do naszego życia i sposobu pracy więcej głębokich zmian niż cyfryzacja, komputery i roboty.
Jak do tej pory roboty wydają się jednak odgrywać w wypieraniu pracowników niewielką rolę. W 1961 r. General Motors umieściło w swojej fabryce samochodów w New Jersey pierwszego przemysłowego robota-spawacza. Do roku 2000 liczba przemysłowych robotów zwiększyła się do 92900. Jednak pomiędzy rokiem 1970 a 2000 liczba etatów w produkcji i wytwórstwie pozostawała na tym samym poziomie i wynosiła około 18 milionów. Poważny spadek nastąpił dopiero po roku 2000, gdy Stany Zjednoczone otworzyły granice na nielimitowany handel z Chinami. Wykorzystywanie robotów przemysłowych faktycznie przyspieszyło w nowym tysiącleciu, ale zarówno Robert Scott z Economic Policy Institute, jak i Dean Baker z Center for Economic and Policy Research twierdzą, że więcej miejsc pracy straciliśmy z powodu delegowania jej do krajów trzecich niż w wyniku „zatrudnienia” robotów. Jeśli zaś chodzi o bardzo ślamazarny wzrost liczby miejsc pracy od ostatniego kryzysu gospodarczego, ekonomista Dani Rodrik z Institute for Advanced Study twierdzi, iż można go przypisywać nie nowym technologiom, lecz postawom gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i rządu, którzy wybrali cięcia w gospodarce w miejsce bodźców i zachęt.
Choć może się to wydać sprzeczne z intuicją, konwencjonalna wizja gospodarki głosi, że używanie maszyn oszczędzających ludziom pracy wcale nie redukuje ogólnego zatrudnienia. Dzieje się tak dlatego, że zazwyczaj w biznesie wykorzystuje się podniesienie stopy produktywności w celu obniżenia cen i podwyższenia sprzedaży, co prowadzi do zwiększenia zatrudnienia. Na przykład w fabryce Winzelera niektórzy z operatorów maszyn stracili pracę, zostało to jednak zrównoważone przez nowe etaty przy sprzedaży i pracach pomocniczych. Nowa technologia wymaga także zatrudniania ludzi, którzy się na niej znają, umieją ją wytworzyć, zreperować i (czasami) obsługiwać. Większość ekonomistów twierdzi, że w ostatecznym rozrachunku, po wprowadzeniu nowej technologii, zatrudnienie wraca do poprzedniego poziomu, a nawet rośnie. Jeśli ten model jest prawdziwy, to jedynym, czego możemy się ze strony robotów obawiać, jest początkowy okres. Podczas jego trwania niektórzy pracownicy będą bardziej bezbronni od innych. Oksfordzcy badacze, Frey i Osborne, odkryli, że roboty najbardziej zagrażają miejscom pracy, które nie wymagają specjalnych umiejętności i są nisko płatne, a więc zwłaszcza osobom, którym najtrudniej jest znaleźć zatrudnienie. Nasuwa się widmo rozrostu podklasy i towarzyszące mu odkształcenie tkanki społecznej.
I tu właśnie wchodzi do gry polityka publiczna. Oto, czego możemy nauczyć się z historii i od innych krajów.
Nowy Ład ery robotów
Historia kapitalizmu korporacyjnego była zawsze znaczona przez zakłócenia i spowolnienia, począwszy od masowej utraty zarobku przez drobnych rolników po wprowadzeniu upraw na skalę przemysłową, po zastąpienie pracy rzemieślników maszynami. Pracownicy jednak zawsze stawiali opór. W początkach XIX wieku w Anglii luddyści niszczyli zwiastujące wprowadzenie nowej technologii krosna mechaniczne, maszyny tkackie, które przejmowały ich pracę i obniżały lub zabierały zarobek. Historyk Eric Hobsbawm opisywał ten akt jako wyraz wczesnego działania związków zawodowych, rodzaj „zawierania układu zbiorowego poprzez zamieszki”, co często skutkowało podniesieniem wynagrodzeń.
Do początków XX wieku związki zawodowe działające w przemyśle niechętnie akceptowały zmiany technologiczne, ale jednak robiły to, pod warunkiem przyznania pracownikom udziału w zyskach wypracowanych dzięki ich wprowadzeniu. Gdy nowe narzędzia i metody pracy podniosły produktywność przemysłu samochodowego, ceny spadły, wzrosła sprzedaż i zatrudniano więcej osób. Robotnicy naciskali na pracodawców w sprawie podwyższenia pensji, które podniosły ich siłę nabywczą i wykreowały jeszcze więcej miejsc pracy. Inni pracownicy podążyli ich śladem, wspierając popyt na wiele towarów, łącznie z samochodami.
Jeśli znajdujemy się właśnie na progu przewrotu związanego z robotyzacją, organizowanie się w związki zawodowe będzie jeszcze ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Pracownicy będą potrzebowali silnego zaplecza, by negocjować warunki i podkreślać potrzeby tych z nich, którzy zostaną zastąpieni przez automaty.
Innym aspektem tego procesu będzie zaostrzenie nierówności ekonomicznych. Ekonomista z MIT przedstawia to następująco – nastanie ery komputerów w późnych latach 70. wykształciło obecne podziały wśród pracowników. Rosło zapotrzebowanie na pracę abstrakcyjną (obowiązki wykonywane przez wykształconych w college’ach pracowników potrafiących używać komputerów), malało zaś na pracę manualną, rutynową (pracownicy serwisowi wykonujący niewiele zadań, które wymagałyby specjalnych umiejętności). To zaś, jak mówi, sprawiło, iż wynagrodzenia za różne rodzaje pracy spolaryzowały się, napędzając nierówności.
Jednak Lawrence Mishel, jego koledzy z Economic Policy Institute oraz Dean Baker zwracają uwagę, że tak ukazany model polaryzacji pomija istotny niuans współczesnego rynku pracy i ignoruje podstawowy czynnik nierówności: politykę publiczną, a nie roboty. Wskazują oni, że wiele z polityk rządu USA, na czele z pompowaniem wzrostu sektora finansowego i likwidacją pensji minimalnej, przyczynia się do jej rozkwitu. Nieważne, kto z nich ma rację – niepodważalne jest to, że polityka publiczna oraz związki zawodowe mogą odegrać ogromną rolę w ukróceniu złych efektów „zakłócenia technologicznego”.
Na szczęście nie musimy na nowo wymyślać koła. Kilka krajów europejskich wypracowało już efektywne modele, na których możemy się wzorować. Na przykład skandynawska polityka flexicurity od dawna służy jako kompromis między kapitalistycznymi zapędami podporządkowania sobie nowoczesnej technologii a pracownikami, poszukującymi bezpieczeństwa socjalnego. W zamian za gotowość ze strony pracowników do „elastyczności” w przyjmowaniu unowocześnień wprowadzanych w ich miejscach pracy rząd pomaga im złagodzić odczuwanie skutków takich zmian za pomocą silnego wsparcia i pomocy społecznej, np. ubezpieczenia na wypadek bezrobocia. Rząd zapewnia także programy przekwalifikowujące, przygotowujące pracowników do zawodów nowego typu.
Aby utrzymać się na prowadzeniu, przed robotami, pracownicy będą potrzebowali takich szkoleń – pomogą im one rozwinąć kreatywność i inteligencję społeczną, które są charakterystyczne tylko dla ludzi (w każdym razie w tej chwili). Wymaga to dostępu do możliwości uczenia się przez całe życie, daleko wybiegającego poza zwyczajne szkolenia zawodowe.
To minimum, które musimy wprowadzić w życie, skoro wkraczamy w Erę Robotów. Jednak jeśli miałyby one zastąpić większość pracowników, polityka flexicurity byłaby z pewnością nieadekwatna. Nawet jeśli współczesne roboty wywarłyby zaskakująco niewielki wpływ na rynek pracy, nie możemy odrzucić możliwości, że eksplozja ich kolejnej generacji może rozbić dawne zasady w pył.
Najgorszy możliwy scenariusz
Tempo zmian staje się coraz szybsze. Frey i Osborne nie przeprowadzili dokładnych symulacji czasowych dotyczących przewidywanej utraty 47 procent miejsc pracy, ale zwolennicy robotów mówią o ogromnych przemianach, które miałyby nastąpić na przestrzeni najbliższych kilku dekad. Sprzedaż robotów przemysłowych rośnie o około 17 procent rocznie, a postępy w rozwoju robotyki następują nawet szybciej, niż się spodziewano. Boston Consulting Group przewiduje, że do roku 2025 zakup robota przemysłowego będzie o 16 procent mniej kosztowny od ogółu kosztów pracy ludzkiej.
Foxconn, ambitny i agresywny tajwański producent kontraktowy, który wypuszcza na rynek iPhony, stawia na zautomatyzowaną przyszłość. Trzy lata temu ogłosił, że w swoich fabrykach w Chinach zainstaluje milion robotów. Okazało się to niemożliwe, po części z powodu zamieszania z ich specjalnie zaprojektowanym „Foxbotem”. Nawet jednak okrojone plany pozostają ambitne i to z ich powodu mówi się, że Chiny będą ojczyzną większości robotów już w 2017 r. Foxconn upatruje w nich nadziei na pozostanie konkurencyjnym, jako że staje twarzą w twarz z żądaniami podwyżek płac oraz z niedoborem pracowników. Co więcej, roboty mogą sprawić, że liczne dziś problemy firmy – m.in. plaga samobójstw wśród robotników i powszechne strajki – ograniczą się do sfery… mechaniki.
Wytwórstwo to jedna z rutynowych czynności, które, zarówno pod względem poznawczym, jak i manualnym, są oczywistymi polami dla robotyzacji. Jednak Frey i Osborne twierdzą, że nawet nierutynowe zawody, takie jak pisanie, przed nią nie uciekną. Analitycy latami twierdzili, że aktywność robotów będzie ograniczona do zadań związanych z powtarzalnymi czynnościami wedle określonych reguł, a ludzie będą wkraczali tam, gdzie pojawi się problem do rozwiązania. Obecnie jednak roboty stają się coraz bieglejsze w czymś, co nazywamy „rozpoznawaniem wzorów”. Wkraczamy w erę współistnienia z robotami, które widzą, słyszą, mówią, uczą się, sortują i wybierają przedmioty, potrafią prowadzić samochód osobowy lub ciężarówkę, zwyciężają ludzi w konkursach wiedzy, przeprowadzają ekspertyzy prawne, diagnozują pacjentów, przeprowadzają operację kolana, piszą opowiadania, komponują oryginalną muzykę i opiekują się starszymi osobami.
Gdy roboty rozpowszechnią się poza sferę produkcji, skala utraty miejsc pracy przez ludzi może stać się katastrofalna. Weźmy choćby samochód bez kierowcy (ang. driverless car). Google spieszy się, by wyprodukować „robotyczne” samochody i ciężarówki, a Tesla, Mercedes-Benz i Apple depczą mu po piętach. Obecnie 4 miliony Amerykanów zarabiają na życie, prowadząc ciężarówki, taksówki, autobusy i inne pojazdy. Rozpowszechnienie się robotów w wielu sferach zawodowych mogłoby sprawić, że pozbawieni pracy kierowcy mieliby trudności ze znalezieniem nowej. Jeśli każda sfera zatrudnienia zastąpi ludzi robotami będącymi w stanie produkować, programować i reperować inne roboty albo zająć najprostsze stanowiska typu „przewracanie burgerów”, które inaczej dostaliby ludzie pozbawieni pracy, wzrost gospodarczy nie będzie w stanie wyrównać strat. Równowaga tworzenia nowych miejsc pracy i ich eliminacji może zachwiać się na stałe.
Wiele zależy od tego, w jaki sposób projektujemy nasze roboty. John Markoff, dziennikarz naukowy „New York Timesa”, w swojej nowej książce „Machines of Loving Grace: The Quest for Common Ground Between Humans and Robots” twierdzi, że kluczową kwestią jest to, czy roboty zostaną zaprojektowane w taki sposób, by zastąpić istoty ludzkie (jak zapowiada to rozwój sztucznej inteligencji, AI [ang. artificial intelligence – przyp. red.]), czy też będą jedynie zwiększać i wzmacniać możliwości człowieka (stając się narzędziami zwiększania inteligencji, IA [ang. intelligence augmentation – przyp. red.])? W wyprodukowanym przez Google samojezdnym samochodzie chodzi o sztuczną inteligencję, która ma zastąpić kierowcę-człowieka. Ale jego bliski kuzyn, obecnie sprzedawany przez firmę Tesla pakiet wspierający kierowcę, ma za zadanie pomóc ludziom w unikaniu groźnych błędów przy prowadzeniu auta i tym samym podpada pod rubrykę „przyjazne człowiekowi zwiększanie inteligencji”.
Markoff sugeruje, że różnice między AI i IA są wynikiem zakorzenienia w gospodarczych paradygmatach, które je wytwarzają. IA jest atrakcyjna dla tych, którzy chcieliby, aby człowiek pozostał w centrum wszechrzeczy. AI interesuje raczej systemy napędzane przez zysk, które liczą na zmniejszenie roli pracownika w procesie produkcji. Jak to ujął Henry Ford: Dlaczego, kiedy proszę ludzi, by przyszli do mnie z parą rąk, zawsze muszą dołączyć do nich mózg?
Jeśli wolnorynkowy kapitalizm przetrze sobie drogę, większa część świata może zacząć przypominać fabrykę z marzeń Johna Winzelera, gdzie maszyny brzęczą w ciemnych, zimnych warsztatach. Praca rąk ludzkich stanie się przestarzała, może oprócz zatrudnienia przy sprzedaży i projektowaniu oraz przy pewnej ograniczonej formie utrzymania maszyn i nadzoru nad nimi.
W tej zimnej przyszłości różnice między dziesięcioma procent ludzi „z góry” a dziewięćdziesięcioma „na dole” staną się jeszcze większe. Elity będą czerpać dywidendy z bogactwa wyprodukowanego przez roboty i będzie je stać na cuda techniki, takie jak zwierzęta-roboty czy osobiści asystenci. Jednak większość ludności ten cudowny nowy świat zupełnie ominie. Czy dystopia świata robotów byłaby w stanie sama się utrzymać? Prawdopodobny jest raczej jej upadek: gdy pozostający bez zatrudnienia pracownicy mają mniejszy – lub żaden – dochód rozporządzalny, konsumpcja będzie zniżkować. Zagraża to zarówno pracownikowi, jak i całości systemu. Przewodniczący związku zawodowego United Auto Workers, Walter Reuther, zwrócił kiedyś na to uwagę podczas rozmowy z dyrektorem firmy produkującej samochody. Jak zamierza pan zebrać składki związkowe od tych wszystkich maszyn? – zapytał. Reuther odparł: Nie to mnie martwi. Zastanawia mnie raczej, w jaki sposób skłonię te maszyny do kupowania samochodów.
Wejście Transformersów
Ostatecznie jednak wpływ, jaki roboty zyskają na rzeczywistość i to, jakie będą, zostanie zdeterminowany zarówno przez wartości wyznawane przez tworzące je społeczeństwo, jak i przez czystą technikę. Polityka, która mogłaby zażegnać kryzys wywołany przez roboty, mogłaby również kształtować rozwój nowej robotyki i poprawić nasz poziom życia.
To wszystko wykracza poza wzmocnienie związków zawodowych, zasiłki dla bezrobotnych i uczenie się całe życie tylko po to, żeby być w stanie złagodzić „zakłócenia” rynku pracy przez roboty. Jeśli chcemy robotów, które nie zastąpią ludzi, lecz będą im pomagać, rząd powinien zainwestować środki w rozwój robotów w kierunku IA poprzez placówki cywilne, a nie tylko wojskowe. Obecnie większość tych funduszy przechodzi przez DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency). To miejsce, w którym narodził się Internet. DARPA od dziesięcioleci służy rządowi jako de facto oddział wdrażania polityk badawczych i przemysłowych. Chociaż większość badań finansowanych przez tę agencję ma oficjalnie „podwójne zastosowanie”, łatwo przewidzieć, że interesy militarne dominują. Jeśli chodzi o badania nad robotami, DARPA skłania się ku sztucznej inteligencji. W końcu wojna bez żołnierzy będzie mniej „brudna”, jak to już zaobserwowaliśmy w przypadku działań wojennych prowadzonych za pomocą dronów, gdy młodzi Amerykanie nie są bezpośrednio narażeni na ryzyko, zabijanie może być prowadzone poza polem widzenia, nie zaprzątać nikomu głów i być moralnie relatywne. Przyniosło to także inny podstępny skutek – rozwijanie AI szerzej niż IA, jako że technologie wojskowe są przykrawane do zastosowań cywilnych. Tymczasem w IA chodzi o coś więcej niż o zachowanie miejsc pracy. Amartya Sen, indyjski ekonomista, laureat Nagrody Nobla, uważa, że powinniśmy przedefiniować „bogactwo” i objąć tym terminem pełną samorealizację każdej jednostki. Roboty, które zasilą nasze szeregi, powinny to bogactwo pomnażać.
Według Markoffa AI i IA oferują nam zupełnie różniące się wizje przyszłości: W jednym ze światów ludzie współistnieją i prosperują wraz z maszynami, które stworzyli… Jest jednak równie prawdopodobne, że te technologie, zamiast wyzwolić ludzkość, ułatwią dalszą koncentrację bogactw, wywołując nową falę braku zatrudnienia w zawodach związanych z techniką, instalując na całym globie siatkę nadzoru, przed którą nie da się uciec oraz spuszczą ze smyczy samosterującą superbroń nowej generacji.
Aby uniknąć rozwoju technologii w tak aspołecznym kierunku, musimy także równo podzielić korzyści płynące z robotyzacji. Ważnym krokiem ku temu jest skrócenie czasu pracy bez redukcji wynagrodzeń. „Dywidenda z robotów” mogłaby być wypłacana w postaci trzydziestogodzinnego tygodnia pracy, większej długości płatnych wakacji, hojnie opłacanego urlopu rodzicielskiego i zdrowotnego oraz możliwości szybszego przejścia na emeryturę. Wszystkie te narzędzia pozwoliłyby rozdzielić pracę szerzej i efektywniej.
Na bardziej podstawowym poziomie – wizja rewolucji robotów przynagla nas do ponownego przemyślenia podziału pracy, który obowiązuje od czasów Rewolucji Przemysłowej. Podział ten marginalizuje znaczenie kluczowych rodzajów pracy, którą świadczy się poza rynkiem, takich jak gotowanie, sprzątanie, troszczenie się o dzieci, starców i osoby chore. Zadania te wymagają kreatywności i empatii, których roboty nie mają szans opanować, jednak nasze społeczeństwo przypisuje im nieadekwatnie niską wartość. Można przekształcić takie czynności w płatne zajęcia – za pomocą polityki przyznawania dotacji kapitałowej za każdego urodzonego noworodka czy poszerzenia sektora non profit. Praca, którą obecnie wykonują grupy niepobierające za nią wynagrodzenia, mogłaby rozkwitnąć, a społeczność wsparłaby działania artystów, muzyków, aktorów i innych pracowników kultury.
Martin Ford, entuzjasta współistnienia z robotami, autor książki „The Rise of The Robots”, proponuje bardziej radykalne rozwiązanie: uniwersalny dochód gwarantowany. W wyniku całkowitego oddzielenia kwestii pracy i wynagrodzenia dochód ten przewróciłby do góry nogami nasze wyobrażenia na temat motywacji i tego, kto zasługuje na podstawowe utrzymanie.
Na rozdrożu
Marzenia o robotach produkujących obfitość towarów pod niewielkim nadzorem nieprzemęczających się ludzi mogą się w przyszłości spełnić. Czy będzie to utopia, czy dystopia? Zależy to głównie od tego, czy potrafimy przeformułować nasze obecne przekonania dotyczące tego, które z ludzkich czynności zasługują na gratyfikację finansową. Jeśli zaś nie będziemy w stanie się przystosować do nowej rzeczywistości, możemy obudzić się, jak ujmuje to piosenka „Solidarity Forever”, wygnani i głodujący pośród cudów, które stworzyliśmy.
Gdy przyjmiemy do wiadomości, że ludzkość stoi u bram Ery Robotów, ważką kwestią stanie się, czy ludzie i maszyny potrafią solidarnie współistnieć w uniwersum bogactwa, jakiego nie znano wcześniej. Ten, zbudowany z pomocą robotów, świat może nam zapewnić zarówno dobrobyt materialny, jak i bogactwa niematerialne, pochodzące od każdej osoby realizującej swój twórczy potencjał. Jeżeli wykorzystamy roboty, by przywrócić międzyludzką solidarność, ten nowy świat w rzeczy samej zostanie zbudowany na gruzach starego porządku.
Tłum. Magda Komuda
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej amerykańskiego lewicowego czasopisma „In These Times” w listopadzie 2015 roku. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.
przez Jeffrey J. Williams | wtorek 4 października 2016 | Lato 2016
Innowacja to nowa mantra systemu edukacji wyższej w Stanach Zjednoczonych. Rektorzy uczelni, urzędnicy rządowi, doradcy biznesowi czy filantropi – wszyscy po równo obwołali ją niekwestionowanym dobrem. Zazwyczaj pojęcie to ma odnosić się do rozwoju technologicznego, którego celem jest dostarczenie „wypełniacza edukacyjnego” i zmiany sposobu działania samych uczelni, a także tworzenie produktów, które można sprzedać biznesowi pozauczelnianemu. Główne założenie mówi, że w naszym szybkim, napędzanym technologią świecie musimy porzucać stare praktyki i produkty – i zaakceptować nowe.
Wcześniej taką mantrą była doskonałość. Historię amerykańskiego kształcenia wyższego można by zresztą prześledzić w oparciu o dominującą terminologię. Tak oto „innowacja” wraz z kilkoma towarzyszącymi jej wyrażeniami pokazują, jakie wartości zamyka się obecnie hermetycznie w kapsułach takich pojęć. „Krytyczne myślenie” w dużej mierze zastąpiło dawniejszy cel, jakim była „edukacja moralna”. „Nowa wiedza” pojawiła się w miejscu „meblowania umysłu”, pod które to pojęcie, jak ujmuje to raport Yale z 1828 roku, podwaliny położyli klasycy, i które towarzyszyło edukacji przez cały wiek XIX. Nadal bywa prezentowane jako racjonalne uzasadnienie dla programu nauczania „wielkiej literatury” [great books program – lista lektur, które tworzą kanon literatury zachodniego kręgu kulturowego – przyp. tłum.]. Także „różnorodność” znajduje się blisko szczytu listy nadużywanych pojęć. Dawniej oznaczała zróżnicowanie między szkołami obecnymi w rozbudowanym systemie amerykańskim, obejmującym placówki od małych kościelnych uczelni po spore uniwersytety stanowe, jednak – począwszy od lat 80. XX wieku – pojęcie to stosuje się do opisu różnorodnych tożsamości studentów.
„Innowacja” w wielu aspektach podjęła rękawicę tam, gdzie porzuciła ją „doskonałość”. Wcześniejsza z tych dwóch obsesji, jak wskazywał w swojej książce „The University in Ruins” („Uniwersytet w ruinach”) z 1996 roku Bill Readings, oznaczała przewrót w obrębie głównej idei uniwersytetu, który dotąd opierał się na rozumowaniu filozoficznym lub kulturze narodowej, a stać się miał „uniwersytetem doskonałości”, skażonym wpływem kultury korporacyjnej. „Doskonałość” nie znikła, ale w ciągu ostatnich kilku dekad traci nieco na sile, jako że „innowacja” stała się podstawową misją uczelni i jej „paliwem ekonomicznym”. Pracujemy obecnie na „uniwersytetach innowacji”, pełnych nowych Centrów Innowacji i Instytutów Innowacji, które rozpleniły się na prawie każdym kampusie.
Któż sprzeciwiałby się innowacji? Chyba tylko zdziwaczali profesorowie i może Amisze. Jednak spod perspektywy nieprzerwanego dążenia ku postępowi, wyziera to, że pęd ku innowacji niesie ze sobą pewną celową, niemal niekwestionowaną politykę. O co chodzi z tą innowacją? W jakim celu i z jakim rezultatem ma być wprowadzana? I kto na niej skorzysta?
Podstawowym założeniem amerykańskiej edukacji na szczeblu wyższym – od Tomasza Jeffersona, poprzez ufundowanie uniwersytetów stanowych w XIX wieku, Komisję Trumana i wydaną po II wojnie światowej ustawę G.I. [The Servicemen’s Adjustment Actz 1944 roku to prawo, które miało ułatwić wejście w nowe życie weteranom wracającym z frontu – przyp. tłum.], aż po inne inicjatywy, jak np. Ustawa o Szkolnictwie Wyższym z 1965 roku – była równość. Oczywiście nie każdy mógł dostać się na Harvard, ale w okresie powojennego rozwoju systemu kształcenia całą energię włożono w sprawienie, by publicznie dostępna edukacja stała się podobna do tej dostępnej na Harvardzie. Uniwersytet Berkeley był kiedyś „Harvardem Zachodu”, a szkołę, w której zrobiłem doktorat, SUNY-Stony Brook, reklamowano jako „Berkeley Wschodu”. Polityka federalna miała na celu ustalenie pewnego parytetu między szkołami i oferowanie każdemu wykształcenia o porównywalnej jakości, zarówno w lokalnych college’ach w Kalifornii, jak i na uczelniach Nowego Jorku.
Obecne nawoływania do innowacji oznaczają ogromny krok wstecz i odwrót od takiego celu. Rzecznicy innowacji, w najczęściej używanym znaczeniu tego terminu, proponują mechanizację nauczania (szczególnie nauczania mniej uprzywilejowanych studentów), budowę wysoce hierarchicznej struktury dostępu do możliwości kształcenia się oraz normalizację nierówności. Wszystko to pod hasłami wygody i wolności wyboru, naprawdę jednak program innowacji reprezentuje interesy elit biznesowych i przedkłada je ponad interes nauczycieli i studentów. W najgorszym wydaniu oznacza to dodatkowo zawłaszczenie usługi, która dawniej była publiczna.
Podobnie jak „doskonałość”, także „innowacja” została zaczerpnięta z teorii biznesowych. Najszerszy zasięg miała koncepcja zawarta przez biznesowego guru Claytona Christensena w książce (napisanej wspólnie z Henrym J. Eyringiem) „The Innovative University: Changing the DNA of Higher Education from Inside Out” („Innowacyjny Uniwersytet: Przemiana DNA Kształcenia Wyższego”) z 2011 roku. Sławną ideę „niszczącej innowacji”, promowaną przez tego samego autora we wcześniejszej książce – „The Innovator’s Dilemma” („Dylemat Innowatora”) z 1997 roku, stosuje się tam już nie do fabryk, lecz do uniwersytetów.
Podstawowym założeniem Christensena jest zastosowanie w teorii biznesu ducha „twórczej destrukcji”. Uważa on, że biznes ma skłonność do trzymania się tego, co przyniosło mu sukces w przeszłości. Jednak, paradoksalnie, tak właśnie zaczyna się jego upadek. Aby przetrwać i rozkwitnąć, nie można podążać wydeptaną ścieżką, nawet jeśli okazała się efektywna, lecz należy ją przebudować, najlepiej z użyciem nowych technologii.
Jednym z najważniejszych studiów przypadku, jakie przywołuje Christensen, jest historia amerykańskiego przemysłu hutniczego, który – jego zdaniem – przyspieszył własny upadek, trzymając się sprawdzonych rozwiązań z lat 70. W efekcie pojawiły się firmy natchnione duchem innowacji, takie jak „mini-huty”, które mogły odebrać swoim poprzednikom kluczową część rynku. „Niszczycielscy” innowatorzy często zaczynają od tańszych produktów z najniższej rynkowej półki, biorąc się za rzeczy ignorowane przez renomowane firmy, po czym budują bazę kontaktów i zaczynają przejmować rynek. Innym z przykładów jest radio tranzystorowe, które w końcu odebrało pole dużym odbiornikom lampowym.
„The Innovative University” hurtowo stosuje teorię Christensena do edukacji wyższej, którą on i Eyring przedstawiają na wzór wielkiego przedsiębiorstwa obsługującego klientów, obecnie obumierającego, jak przemysł hutniczy w latach 70. Problem, według ich diagnozy, leży w „DNA” wyższej edukacji. Działa ona w obrębie tych samych struktur od stuleci, a koszty tego działania tylko rosną. Większość produktów z czasem wytwarza się coraz niższym kosztem, dlaczego więc edukacja miałaby stanowić wyjątek? Według autorów rozwiązanie stanowi, tak jak w przypadku hut lub radia, nowa technologia – lub, aby ująć to bardziej precyzyjnie, rekonfiguracja pracy za pomocą nowej technologii. Autorzy podają przykłady Brigham Young University w Idaho czy takich organizacji komercyjnych, jak DeVry University, college techniczny, który większość zajęć prowadzionline. Oto, argumentują, „niszczycielstwo” w pełnej krasie: zastąpienie tradycyjnych, pracochłonnych zajęć odbywanych twarzą w twarz nową, tańszą, zmechanizowaną praktyką. To wygodne dla studentów, łatwo mierzalne, a przy tym oszczędza pracy wykładowcom.
Christensen i Eyring dokładnie wiedzą, co jest kluczowym problemem systemu edukacji – jej rosnące koszty i wynikający z nich spadek dostępności (lub ograniczona dostępność) dla studentów. Ale biznesowe klapki na oczach każą im postrzegać to wszystko w sposób uproszczony – jako naturalny efekt działania rynku, a nie polityki – a w proponowanych przez nich rozwiązaniach, napędzanych biznesowym sposobem myślenia, zupełnie brak fundamentalnego amerykańskiego założenia, czyli równego dostępu do kształcenia. Autorzy przyznają, że uczelnie typu DeVry oferują niższy poziom kształcenia, tak jak i radio tranzystorowe było gorsze od lampowego, ale nie widzą w tym problemu; liczy się tylko fakt, że dla studentów-klientów ich istnienie oznacza poszerzony rynek z większym wyborem. Pod pozorem demokratyzacji wyższego wykształcenia oferują jegowalmartyzację [Walmart – amerykańska sieć tanich marketów– przyp. tłum.].
Autorzy konsekwentnie porównują Harvard z BYU-Idaho, uznając za pewnik, że Harvard zapewnia lepsze warunki, lepszy poziom nauczania i nabywanego doświadczenia. Ale, jak mówi przysłowie, no harm – no foul, czyli gdzie nie ma szkody, tam nie ma winy. W ich konsumpcjonistycznym sposobie rozumowania Harvard jest dobrem luksusowym, tak jak droga koszula kupiona w sklepie sieci Bloomingdale’s. To smutne, że tak wiele osób nie może jej mieć, ale jeśli pojmujemy ją jako dobro konsumpcyjne, brak możliwości kupienia jej nie odziera nas z praw obywatelskich, bo przecież zawsze możemy nabyć tańszą koszulę w Walmarcie. Może nie będzie świetnie uszyta, modna czy wykonana z materiału o tak wysokiej jakości, ale zaspokoi naszą chęć posiadania jakiejkolwiek koszuli. W dodatku, tak jak Walmart, uczelnie działające online, np. DeVry czy Southern New Hampshire University, są otwarte całą dobę!
Problem z radosnymi szacunkami Christensena i Eyringa zaczyna się już na poziomie ich podstawowego założenia, które głosi, że edukacja jest dobrem konsumpcyjnym. Jeśli natomiast uznamy ją za społeczne prawo, wówczas to, co opisują, oznacza pozbawianie obywateli tego prawa, ponieważ blokuje im dostęp do wykształcenia o równej jakości.
Za pomocą klisz o Wieży z Kości Słoniowej nasi innowatorzy odmalowują amerykański uniwersytet jako przestarzały i niechętny zmianom. A przecież jedna lekcja na temat historii edukacji w USA wystarczy, by dowiedzieć się, że zmienia się on stale; według książki „History of American Higher Education” (2015) znanego historyka Rogera Geigera, w ciągu 10–11 pokoleń system ten ewoluował w kilku, niekiedy przeciwnych, kierunkach. Mieliśmy już siedemnastowieczny college religijny z klasycznym programem nauczania, dziewiętnastowieczny uniwersytet badawczy z opcjonalnymi kursami i nowymi naukami ścisłymi oraz masowy, właściwie darmowy system edukacji publicznej, który wykształcił się w połowie XX wieku – a także wiele innych form po drodze. Ewolucja amerykańskiego uniwersytetu od czasów Wojny o Niepodległość po lata 70. XX wieku w znacznym stopniu rozwija ideę Jeffersona, głoszącą, że edukacja jest instrumentem demokracji – wizja ta nabrała rozpędu w XIX wieku wraz z pojawieniem się obfitości uczelni stanowych, pobudzona przez politykę pod postacią Morrill Land-Grand Act, i osiągnęła szczyt w epoce powojennej dzięki znacznemu wsparciu federalnemu i stanowemu.
Christensen i Eyring raportują, że koszty edukacji wzrosły (tak jakby to było naturalną konsekwencją sytuacji gospodarczej) i napomykają o spowolnieniu, które pozbawiło tradycyjne uniwersytety impetu. Ale prawdziwym winowajcą, szczególnie w instytucjach publicznych, jest zmierzch publicznego wsparcia. W raporcie Demos z 2015 roku znajdujemy opisy, jak w ciągu ostatnich czterech dekad prawie każdy ze stanów zredukował środki przeznaczane na system edukacyjny, a tylko pomiędzy 1990 a 2010 rokiem finansowanie spadło średnio z ponad połowy wysokości czesnego do mniej niż jednej trzeciej. Przyniosło to natychmiastowy efekt w postaci szybkiego wzrostu liczby zaciąganych kredytów studenckich, wydłużenia godzin pracy zarobkowej studentów i zadłużenia się całych rodzin. Takie zmiany w systemie edukacji w USA są skutkiem celowej polityki, która z kolei stanowi konsekwencję wielkiego ideologicznego zwrotu w kierunku prywatyzacji. Zapewnienie wykształcenia, miast być obowiązkiem publicznym, zostało ograniczone do sfery prywatnej odpowiedzialności.
Ta zmiana i związane z nią koszty pogłębiły nierówności zarówno między grupami studentów, jak i w społeczeństwie w ogóle. Opublikowany w 2015 roku przez Pell Institute raport wskazuje, że w ciągu ostatnich trzech dekad drastycznie pogłębiła się przepaść między bogatymi a biednymi studentami mierzona poziomem frekwencji oraz ukończenia szkoły z sukcesem. Elizabeth Armstrong i Laura Hamilton pokazują w swojej książce „Paying for the Party” („Płacić za imprezę”) z 2013 roku, jak edukacja wyższa wzmacnia nierówności oraz determinuje ludzkie życie i możliwości, począwszy od tego, gdzie się mieszka, a kończąc na grupie rówieśniczej. Moglibyśmy się z tym pogodzić w kraju rządzonym przez arystokrację, ale nie w państwie demokratycznym. A właśnie pod sztandarem innowacji sytuacja znacznie się pogorszyła.
Zwrot w stronę komercjalizacji uczelni wyższych przekształcił je nie tylko pod względem ilościowym, lecz także jakościowym. Podbudowa biznesowa ma na celu wymazanie różnic między publicznymi instytucjami non profit a prywatnymi przedsiębiorstwami, które dążą do zysku. Jednak innowatorzy zamiatają pod dywan fakt, że w uczelniach chodzi o coś więcej niż tylko kupowanie i sprzedawanie – celem jest również poznawanie samego siebie, rozwój intelektualny, uczestnictwo w inicjatywach obywatelskich, przygotowanie do pracy zawodowej. Uniwersytety nie są jak sklepy, ale raczej jak kościoły. Zresztą ta właśnie analogia pomogła im uzyskać status niezależnego podmiotu prawnego, nadany w 1819 roku decyzją Sądu Najwyższego, który potwierdził autonomię Dartmouth College. Dlaczego uczelnie miałyby właściwie być zwolnione z podatków, jeśli są po prostu biznesami?
Uczelnie otrzymują darowizny podtrzymujące ich nierynkową działalność, tak jak kościoły. Dlaczego ludzie mieliby przesyłać darowizny przedsiębiorstwom szukającym wyłącznie zysku? Lubię robić zakupy w Macy’s i mam nadzieję, że sklep utrzyma się na rynku, jednak nigdy nie przeznaczyłbym swoich pieniędzy na darowiznę dla niego, chociaż chcę wspierać kościoły i uczelnie. Oczywiście, uczelnie powinny przyswajać najlepsze rynkowe praktyki, ale jeśli zaczną zachowywać się jak przedsiębiorstwa prywatne, których celem jest tylko sprzedaż produktu (wykształcenia), i postrzegać studentów jak klientów, zaniedbają wówczas swoją nierynkową rolę i misję. To właśnie jest fundamentalna sprzeczność parcia ku komercjalizacji edukacji wyższej.
Co więcej, choć „niszczący” model ma szansę dopasować się do sposobu działania przedsiębiorstw technologicznych, produkujących każdego roku coraz szybsze urządzenia – jak pisała w „New Yorkerze” w 2014 roku Jill Lepore, wskazując, że dowody Christensena są wątpliwe, i udowadniając, że „trwała innowacja” ma o wiele większe szanse na powodzenie od „niszczącej” – podobny proces nie dotyczy edukacji. Współcześni neurolodzy kognitywni twierdzą, że uczenie się bazuje na empatii i zaangażowaniu uczuciowym, które towarzyszą człowiekowi w kontakcie z innymi ludźmi, nie z maszynami. Potrzeba na nie także czasu. Małe dzieci najszybciej uczą się czytać, gdy dorosły regularnie robi to wspólnie z nimi, i ten sam schemat obowiązuje w przypadku studentów. Same iPady nie zrobią tego za nas.
Jednym z najbardziej interesujących przykładów, jakich Christensen używa, by odmalować pozytywne – jego zdaniem – skutki „niszczącej” innowacji, jest przypadek radia tranzystorowego. Choć dźwięk, który emitowało, był gorszej jakości od oferowanego przez duże radia nieprzenośne, było ono jednak tanie i czyniło muzykę dostępną teraz i zaraz, szczególnie dla młodych słuchaczy z lat 60. W końcu jakość dźwięku się poprawiła, a tranzystory stały się tańsze i wszechobecne. Słusznie. Ale musimy też pamiętać, że tranzystor to tylko urządzenie transmitujące. Jego prawdziwy sens to muzyka, której przygotowanie i wykonywanie wymaga czasu i rzemiosła. Ludzie nadal wolą występ na żywo od mp3 i płacą za to znacznie więcej. Zdobywanie wykształcenia to właśnie działanie tego rodzaju. Wymaga ono odpowiedniego rzemiosła i najlepiej przebiega w sytuacji kontaktu międzyludzkiego.
Zachwalający naukę przez Internet często ignorują ten fakt, przytakując jak papugi twierdzeniom, że młodzi kochają technologie, a zatem są one dobre, a ich stosowanie – nieuniknione. Christensen i Eyring używają tego założenia, by wykazać, że młodzież kocha Facebooka, a więc będzie naturalnie ciążyć ku uczeniu się online. Ale prawdziwe dowody zadają kłam takiemu twierdzeniu. Według Jonathana Steina, regenta studentów z Kalifornii, nie dadzą się oni tak łatwo przehandlować za kilka innowacji. Chcą autentycznego kontaktu twarzą w twarz, nie ekranów. Okazuje się, że kursy internetowe kończy mniejszość podejmujących je osób, a najnowsze badania wykazały, że zajęcia przez Internet sprzyjają multitaskingowi (zajmowanie się kilkoma aktywnościami w tym samym czasie) i rozpraszaniu uwagi, a w konsekwencji okazują się mniej wydajne od tradycyjnych metod nauczania.
Ponadto argumentacja „facebookowa” opiera się na założeniu, które nazywam „cukierkowym rozumowaniem” (candy reasoning). Jeśli studenci chcieliby jeść ciągle słodycze, czy mamy ich do tego zachęcać? To odsłania podstawową wadę konsumpcjonistycznej podbudowy założeń „innowatorów”. Struktura kształcenia wyższego nie powinna polegać jedynie na czynieniu zadość pragnieniom studentów – ale na tym, co społeczeństwo jako całość uzna za użyteczne i kluczowe do nauczenia się, oraz na wiedzy eksperckiej, której studenci jeszcze nie posiadają.
„Facebookowe” uzasadnienie pasuje do jeszcze jednego z założeń kształcenia przez Internet. Polega ono bowiem bardziej na sloganach promocyjnych skoncentrowanych na autoreklamie niż na prawdziwym przekazywaniu wiedzy. „The Innovative University” opiera się na przykład na hasłach marketingowych, które przedstawia jako dowód. W swojej książce Christensen i Eyring zachwalają „wysokie, rygorystyczne standardy” uczelni DeVry, czyli używają frazy, którą zaczerpnęli wprost ze strony internetowej tej szkoły. Taka opinia nie budzi zaufania, zaś jej użycie mogło być równie dobrze sponsorowane.
Jeśli studenci nie odnoszą realnej korzyści z kształcenia przez Internet, to kto ją odnosi? Najbardziej rzucającym się w oczy beneficjentem są producenci technologii, którzy mają nadzieję czerpać spore zyski z nieeksploatowanego jeszcze źródła, czyli z sektora usług publicznych. Ten, wprowadzany tylnymi drzwiami, proces prywatyzacji przesuwa środek ciężkości z naukowców i personelu uczelni na zewnętrznych przedsiębiorców, co sprawia, że kadra naukowa staje się po prostu podporządkowaną siłą roboczą. Z perspektywy kierowniczej największym utrudnieniem we wprowadzaniu nowości jest to, kto sprawuje kontrolę nad procesem nauki – i właśnie tę kontrolę kadry naukowej Christensen i Eyring chcieliby zniszczyć. Jak wskazuje Christopher Newfield, znany krytyk szkolnictwa wyższego, „niszcząca” innowacja nie jest teorią zmiany na lepsze, lecz teorią zarządzania. Innowatorzy chcą pozbawić kadrę naukową jej tradycyjnej roli, która polegała na konstytuowaniu ducha uczelni, i zamienić ją w akordowych pracowników do wynajęcia.
Co zabawne, na czterystu stronach „The Innovative University” autorzy właściwie wcale nie wspominają o kadrze naukowej, a każdą decyzję dotyczącą szkolnictwa wyższego przedstawiają jako podejmowaną na zasadach administracyjnych i hierarchicznych. Ich książka portretuje historię amerykańskiej edukacji w taki sposób, że możemy odnieść wrażenie, że jej kształt to wynik działań kilku rektorów ważniejszych uczelni, którzy wprowadzili innowacyjne zmiany. To historia widziana przez szkiełko i oko menedżerów i to oni są jej głównymi bohaterami; nie są nimi zaś studenci, którzy mogliby uczyć się, dorastać i rozwijać ani też uczeni rozwijający wiedzę i poszukujący prawdy.
Oczywiście, koncept innowacji zasadza się na czymś więcej niż tylko na nauczaniu online. Chodzi w nim również o projektowanie i produkcję nowych wytworów do użytku komercyjnego oraz o rozwój start-upów biznesowych. Ale termin ten także został zinternalizowany przez same jednostki naukowe. To uniwersalna wartość w badaniach i procesie nauczania, modne słowo, miłe uchu dziekana i dobrze brzmiące w uchwałach uczelni. Wszyscy jesteśmy innowatorami!
Takie bezmyślne celebrowanie innowacji ma jednak wątpliwą kartotekę. Weźmy choćby obecny system pożyczek studenckich, „innowację” instrumentów finansowych i związane z nimi ustalenia. Wprowadzone na fali Ustawy o Szkolnictwie Wyższym z 1965 roku, pożyczki te miały początkowo zapewnić mniej uprzywilejowanym studentom pomoc w realizowaniu planów edukacyjnych. Ale w latach 80. uległy deregulacji i zaczęły wykładniczo rosnąć, stając się głównym źródłem dochodu dla banków. Co gorsza, wprowadzona w 1978 roku poprawka do ustawy o bankructwie nadała im oddzielny status, przestały więc podlegać umorzeniu przy deklarowaniu upadłości konsumenckiej. Ta „innowacja” dała silnego kopniaka w górę Sallie Mae i innym firmom pożyczkowym – czy temu właśnie ma to służyć?
Inną poważną innowacją była zmiana prawa, która pozwoliła opłacać uczelnie komercyjne z federalnych pożyczek studenckich. Nastąpiła ona w latach 90. Obecnie, na co wskazują wyniki tzw. raportu Komitetu Harkina, czyli przeprowadzonych przez Senat badań działania uczelni komercyjnych, większość placówek tego typu opiera się w 90 proc. na studenckich pożyczkach federalnych. Innymi słowy, pomimo wyolbrzymiania cnót wolnego rynku, uczelnie takie polegają dziś głównie na wsparciu rządowym. A zatem mamy kolejną innowacyjną strategię prywatyzacji – transfer pieniędzy ze sfery publicznej ku prywatnym firmom szukającym jedynie zysku. Taki model finansowania wspiera same finansjerę, nie studentów. Nowym beneficjentem systemu kształcenia wyższego jest zatem finansista.
Oprócz efektów materialnych, kultura innowacji ma także głębokie efekty psychologiczne. Jonathan Crary nazywa je – w swojej książce pod tym samym tytułem – uczuciem „24/7”. Posiadane przez nas urządzenia elektroniczne towarzyszą nam przez cały czas, zakłócając naturalny rytm ludzkiego życia. Doświadczamy, jak ujął to włoski autonomista Paolo Virno, „szeregu wstrząsów percepcji”, co skutkuje stałym brakiem równowagi i niepokojem. Etos innowacji, jak postrzega go Virno, kultywuje przede wszystkim oportunizm: pracownicy rezygnują z socjalnego bezpieczeństwa pracy na rzecz nowych technologii, ich życie ulega destabilizacji, a duch obywatelski przegrywa z nieustannym konformistycznym pięciem się w hierarchii kariery. Czy chcemy, by właśnie tego uczyły nasze uniwersytety?
Zmiany, których od trzech dekad doświadcza amerykański system edukacji, nie są nieodwracalne. Pokazuje to przykład Niemiec, które dziesięć lat temu wykonały historyczny zwrot w stronę ustanowienia opłat tam, gdzie do tej pory obowiązywało finansowanie systemu przez państwo. Ostatnio jednak kraj z nich zrezygnował, wracając do polityki braku opłat za nauczanie. Okazało się, że darmowa edukacja jest lepszym wsparciem dla społeczeństwa i jego bardzo produktywnej gospodarki.
Jeśli mamy wypracować bardziej demokratyczny system kształcenia wyższego, to nie zrobimy tego przy pomocy prywatyzacji i mechanizacji. Musimy zadać sobie zupełnie inne pytania. Co byłoby dzisiaj odpowiednikiem propozycji Jeffersona, by stworzyć darmowe uczelnie publiczne? W swoim czasie raport Komisji Trumana surowo skrytykował nierówność w systemie kształcenia. Jak wyglądałby nowy raport tego rodzaju? W jaki sposób możemy odzyskać język zmiany, która wspiera i buduje egalitarnego ducha edukacji? Właśnie takiej innowacji nam potrzeba.
Tłum. Magda Komuda
Powyższy tekst ukazał się na stronie internetowej czasopisma „Dissent Magazine” w wydaniu z zimy 2016 roku.
przez Marcin Rzepa | wtorek 4 października 2016 | Lato 2016
Bez rozwoju nasza cywilizacja jest skazana na zagładę. Trwanie w jednym punkcie byłoby w rzeczywistości regresem. Firmy, kierując się zyskiem, dążą do zwiększenia obrotów, obywatele chcą poprawiać swoją sytuację bytową, a bez postępu nie byłoby wynalazków ułatwiających nam życie oraz poprawiających humor. „Postęp” to słowo tłumaczące wszystko, a jego kontestatorzy stają się wrogami publicznymi. Często jednak mamy do czynienia z fałszywym postępem, który prowadzi jedynie do bogacenia się najzamożniejszych, a przy tym niszczy nie tylko naturę, ale także inne kultury.
Amazonia to największy tropikalny las deszczowy na ziemi. Zajmuje 6,4 miliona km2, co stanowi 44% powierzchni Ameryki Południowej. Znajduje się na terenie dziewięciu krajów: Brazylii (67%), Peru (12%), Boliwii (12%) oraz Kolumbii, Ekwadoru, Gujany, Surinamu, Wenezueli i Gujany Francuskiej (terytorium zależne Francji). Mieszka tu 39 milionów ludzi, większość z nich w Brazylii (ok. 75%) i w Peru (ok. 11%).
Obszar ten jest domem dla ok. miliona ludności rdzennej, tzn. 349 zidentyfikowanych grup etnicznych, które mówią ponad 300 językami i dialektami. Ludność ta została poddana wyniszczeniu i wyzyskowi już w okresie kolonizacji kontynentu przez państwa europejskie. W XXI wieku nie odgrywa większej roli w życiu politycznym, nie wywiera wpływu na działania podejmowane przez rządy państw. Mimo „przebudzenia” i emancypacji, które miały miejsce w latach 90. XX wieku, nadal jest marginalizowana.
W Amazonii przyrodę niszczy się na masową skalę. Najbardziej widoczne jest wycinanie lasów. Odbywa się to wolniej niż w Azji i w Afryce, ale bezwzględne liczby ściętych drzew są większe. Najwięcej lasów Ameryka Południowa straciła w pierwszej dekadzie XXI wieku. W sumie wycięto ich już (według różnych szacunków) od 15% do 18,5%. Mimo podejmowania różnych inicjatyw w ich obronie tempo wycinki zwiększa się – nawet w Brazylii, po przejściowym spowolnieniu w 2013 roku, mamy do czynienia z podobnym trendem.
Działania prowadzone w Amazonii to jedna z przyczyn zmian klimatycznych. Powodują one przekształcenia struktury opadów oraz wzrost temperatury, częste susze i pożary. Na masową skalę zanieczyszczane są powietrze i woda. Zaobserwowano zjawisko ekocydu, czyli wymierania całych gatunków zwierząt (np. w Boliwii wyginęło od 400 do 650 gatunków ryb). Najgorsze dla lasów deszczowych jest przejmowanie terenów pod gospodarstwa rolne i budowę infrastruktury, ponieważ wycinanie i wypalanie powodują całkowite zniszczenie ekosystemu, w zasadzie bez możliwości jego odtworzenia.
Dla zysku, wszystko dla zysku
Lasy wycina się dla zysku: aby niskim kosztem zdobyć nowe tereny pod rozwój upraw i hodowli, pozyskania drewna oraz surowców mineralnych.
Zdecydowana większość obszarów, na których prowadzono wycinkę, jest przeznaczana na cele związane z rolnictwem. Gdy na przejętych terenach gleba ulega wyjałowieniu, osadnicy zajmują kolejne. Powiększa się grupa drobnych rolników, którzy nie mają ziemi i stosują metodę wypaleniskową – stopniowo jednak jej rola maleje na rzecz stałego osadnictwa. Coraz więcej ziem przejmują wielcy producenci rolni. Trzy czwarte powierzchni po wyciętych lasach, które są skoncentrowane we wschodnich i południowych częściach krainy oraz wzdłuż Amazonki, jest użytkowane jako pastwiska. Trudno jednak oszacować dokładne przeznaczenie terenów – w Ekwadorze to przede wszystkim hodowla (ponad 80%), w Kolumbii w latach 2000–2005 ponad połowa była przeznaczana na cele rolnicze, z czego większość na pastwiska. W latach 2005–2010 już prawie 90% wylesionych obszarów w tym kraju służyło wypasaniu bydła; na lata 2005–2019 planowano zwiększenie pogłowia z 22 do 56 milionów. Hodowla odpowiada za 12% brazylijskiej emisji gazów cieplarnianych oraz za większość wycinki, głównie w stanach Rondônia, południowowschodnim Pará i północnym Mato Grosso, w których jest największa koncentracja rzeźni i firm mięsnych. Między 1996 a 2006 rokiem pogłowie bydła w Amazonii wzrosło z 37 do 73 milionów i wskaźnik ten nadal ma tendencję wzrostową. Ekspansja hodowli oraz rozrost pól uprawnych (głównie soi przeznaczanej na pasze dla zwierząt hodowanych) jest spowodowana niskimi kosztami ziemi i subsydiami państwowymi w warunkach zwiększającego się światowego popytu na mięso.
Ważną przyczyną dewastacji Amazonii jest oczywiście pozyskiwanie drewna, zwłaszcza cennych gatunków drzew – od tego najczęściej zaczyna się cały proces zajmowania nowych ziem. Istotną rolę odgrywa również górnictwo i eksploatacja surowców mineralnych. Choć stosunkowo mały obszar znajduje się z tego powodu w bezpośrednim zagrożeniu, to jednak wydobycie powoduje napływ ludzi, budowę dróg, linii kolejowych, mostów. Lasy wycinane są też pod nowe osadnictwo miejskie, a z tym wiąże się budowa infrastruktury transportowej.
Lasy tropikalne są położone głównie w państwach rozwijających się, ale na terenach po wycince produkuje się żywność przede wszystkim na eksport do krajów rozwiniętych. Pierwotnie samowystarczalne gospodarki zostały wciągnięte w rynek światowy i stały się peryferyjnymi ośrodkami produkcji tanich nieprzetworzonych surowców, a także odbiorcami wysoko przetworzonych drogich produktów z krajów bogatych, co wpędza uboższe państwa w długi. To z kolei sprawia, że rządy biednych krajów akceptują gospodarkę opartą na wycince, przemyśle wydobywczym i doraźnych zyskach. Zadłużenie skłania je do zwiększania zysków z eksportu (głównie bogactw naturalnych i produktów rolniczych), by mogły spłacać długi. Lasy postrzegają przez pryzmat możliwych zysków materialnych. Krótkoterminowe korzyści ze zwiększenia produkcji rolnej i przemysłu wydobywczego przeważają nad ochroną przyrody. Nawet zjawiska teoretycznie korzystne dla uboższych krajów skutkują naciskiem na eksploatację przyrody. Choćby tylko chwilowy wzrost cen produktów rolnych może prowadzić do zwiększania areału upraw. Podobnie jest w przypadku surowców mineralnych. Otwieranie się państw tropikalnych na międzynarodowe rynki przyspiesza proces wylesiania.
Również chęć pobudzenia wzrostu gospodarczego odgrywa istotną rolę w procesie wylesień. Istnieją jednak rozbieżności w ocenie wpływu tego czynnika. Wzrost gospodarczy i związane z nim zwiększanie mocy produkcyjnych w rolnictwie (lepsze narzędzia i maszyny, środki chemiczne itp.) zmniejszają presję na wylesianie, ale jednocześnie przyrost zasobów wolnego kapitału wzmaga presję inwestycyjną na zajmowanie nowych terenów. Większość organizacji pozarządowych i niezależnych ekspertów postrzega rozwój gospodarczy jako główną przyczynę dewastacji środowiska. Podobnie kontrowersyjna jest kwestia przeludnienia i biedy. Uważa się, że to jedne z głównych przyczyn skłaniających ludzi do wycinania lasów i eksploatacji bogactw. Oczywisty jest również związek wzrostu dobrobytu ze zwiększaniem konsumpcji dóbr.
Widoczny związek między biedą a niszczeniem lasów deszczowych jest wynikiem polityki państwa oraz działalności elit. Biedni rolnicy nie mają środków na utrzymanie płodności amazońskich, mało urodzajnych gleb laterytowych, które dają dobre plony tylko przy dużym nawożeniu. Metoda wypaleniskowa użyźnia glebę dzięki przyswojeniu przez nią wartości odżywczych powstałych w wyniku spalenia roślinności. Po kilku latach ziemia ulega jednak wyjałowieniu. Rolnicy muszą przenosić się na nowe obszary, odbierając je naturze. Elita farmerów, przejmując ziemię, spycha biedniejszych rolników coraz głębiej w las deszczowy. Bogaci właściciele mają większe środki na przystosowanie nowych terenów pod zasiewy.
Kogo nie dotyczy prawo własności?
Jednak procesy zachodzące w Amazonii są wymierzone nie tylko w przyrodę i różnorodność biologiczną, lecz także w ludzi i w różnorodność biokulturową. To ostatnie pojęcie jest kluczowe dla dalszych rozważań. Oznacza ono różnorodność życia w rozmaitych przejawach: biologicznym, kulturowym, językowym itp. Przejawy te są wzajemnie powiązane (i prawdopodobnie zależne ewolucyjnie) w systemie społeczno-ekologicznym. To zatem i zróżnicowanie gatunkowe (roślin oraz zwierząt), i bogactwo ludzkich kultur, tradycji, obyczajów, sposobów postrzegania świata i relacji z naturą.
W ogólnym schemacie działań niszczących biokulturę w Amazonii widzimy napływ przybyszów z zewnątrz: dzikich osadników, poszukiwaczy złota, farmerów, oddziałówguerrilli, lokalnych sił policji, oddziałów paramilitarnych, kompanii wydobywczych, drwali itd. W sercu terytoriów Indian następuje rozwój infrastruktury transportowej. Kolonizację najczęściej promuje rząd, choć spora część działań jest nielegalna. Tereny, na których żyła ludność tubylcza, są przejmowane przez kolonistów, spekulantów ziemią, handlarzy drewnem. Najpierw wycina się cenne drzewa, później buduje infrastrukturę transportową, następnie prowadzi wyręb reszty lasu, a obszar przeznacza się pod uprawy, a potem na pastwiska. Pozostały las zostaje podzielony na części przez drogi, a cywilizacja nieustannie posuwa się głębiej. Rzadko zwraca się przy tym uwagę na istniejącą infrastrukturę tubylczą; stawia się budynki i tworzy składy materiałów niebezpiecznych w pobliżu siedzib wspólnot indiańskich, przeprowadza detonacje na obszarach polowań, niszczy miejsca sakralne. W następstwie tego tubylcy wycofują się w głąb lasu. Dotykają ich prześladowania i choroby. Napięcia między osadnikami a Indianami niekiedy przeradzają się w otwarte konflikty, jak w Ekwadorze w przypadku grup Siona, Sucumbios, Pastaza, Shuar, Achuar i Huaorani. Stopniowo rozwija się osadnictwo. Osadnicy stają się rezerwową siłą roboczą przy ekspansji cywilizacji, zakładaniu pól i pastwisk oraz tworzeniu dużych majątków rolnych.
Działania prowadzone w Amazonii przez firmy, państwa oraz pojedynczych ludzi są atakiem na człowieka, prawo własności do ziemi i prawa intelektualne. Koncepcja własności przedmiotów materialnych oraz praw intelektualnych jest nie tylko nieobca zachodniej cywilizacji, ale stanowi podstawę jej systemu społeczno-gospodarczego. Wciąż nie stosuje się jej jednak wobec ludów tubylczych. Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka (Inter‐American Court of Human Rights) stwierdził, że: Dla wspólnot indiańskich związki z ziemią nie są tylko kwestią posiadania i produkcji, ale stanowią też element materialny i duchowy, z którego muszą one w pełni korzystać, aby chronić swoje dziedzictwo kulturowe i przekazywać je przyszłym pokoleniom. Posiadanie ziemi jest dla nich sposobem na przekazywanie tradycji, zwyczajów, języka, sztuki, rytuałów, wiedzy i wartości. Prawo do niej stanowi podstawę rozwoju kultury, życia duchowego, integralności i przetrwania. Gwarantuje zachowanie godności, życia, zdrowia, wolności, swobody zrzeszania się, wyznania, swobody przepływu osób i wyboru miejsca zamieszkania oraz dostęp do żywności i wody.
Prawa te, uznane w traktatach międzynarodowych, zobowiązują państwa do przestrzegania specjalnych relacji ludności rdzennej z ich terytorium w sposób gwarantujący jej społeczne, kulturowe i ekonomiczne przetrwanie. Prawo własności, pozwalające na użytkowanie terenów zgodnie z tradycją, ma moc sprawczą nie tylko w odniesieniu do działań państwa, lecz także w relacji z innymi podmiotami, zgłaszającymi pretensje do spornej ziemi. Ich prawa „własności” są z konieczności późniejsze niż prawa Indian. W postępowaniu sądowym należy zatem brać pod uwagę prawa wspólnot, nawet jeśli nie mają one formalnego tytułu do ziemi.
Ziemia w systemie amazońskim nie jest jednym z aspektów porządku społecznego, ale stanowi jego podstawę, co pozostaje w konflikcie z zachodnim, zwłaszcza neoliberalnym podejściem do ekonomii oraz własności prywatnej. Stąd wynika wzajemne niezrozumienie: My, Indianie, jesteśmy jak rośliny. Jak możemy żyć bez naszej gleby, bez naszej ziemi? – mówi Marta Vitor z plemienia Guaraní z Brazylii.
Z prawami do ziemi wiążą się także prawa do bogactw naturalnych. Wiele grup Indian uważa, że nie mogą być one posiadane na własność, ponieważ mają swoje „duchy”. Społeczeństwa tubylcze są w ogromnym stopniu zależne od zasobów naturalnych (choćby wody), które uważają za dobro wspólne. To inny niż zachodni sposób postrzegania świata natury. Zachód wprowadza ścisły podział między przyrodą ożywioną i nieożywioną oraz regulacje dotyczące dostępu do surowców naturalnych i posiadania majątku. Wszystko jest przedmiotem posiadania, może być wycenione, kupione i sprzedane.
Kolejny problem dotyczy intelektualnych praw własności, które zajmują ważne miejsce w systemie prawnym państw zachodnich. U Indian jest to wiedza gromadzona przez pokolenia, tzw. wiedza tradycyjna, wspólne dziedzictwo, które obejmuje praktyki kulturowe. To nie tylko faktograficzne informacje o lesie, leczeniu, roślinach i zwierzętach oraz związkach między nimi, lecz także umiejętność zastosowania ich w celach żywieniowych, medycznych i kulturowych. To wszystko powiązane jest z kulturą niematerialną i kwestiami religijnymi – szamanizmem, wierzeniami dotyczącymi świata, ekologii, zarządzaniem zasobami naturalnymi, technikami rolniczymi. Jej podstawą jest dostosowanie społeczności tubylczych do warunków ich środowiska życia. Badania naukowe dowodzą, że kultura ludów tubylczych to w wielu przypadkach najbardziej kompletna i najdokładniejsza wiedza na temat środowiska lokalnego.
Spora część współczesnej medycyny bazuje na roślinach leczniczych i innych substancjach stosowanych przez ludność rdzenną, a wiedza przejęta od tubylców jest wykorzystywana na Zachodzie. Firmy farmaceutyczne uzyskują patenty na tradycyjne środki medyczne, które następnie sprzedają z dużym zyskiem. Proceder ten, określany mianem biopiractwa, nie tylko wykorzystuje tradycyjną wiedzę do celów handlowych, ale przynosi też duże straty ludności rdzennej. Około 15 tysięcy roślin na całym świecie może być zagrożonych wyginięciem z powodu nadmiernej eksploatacji do celów medycznych. Niekiedy Indianom zabrania się używania tradycyjnych lekarstw, ponieważ zostały one opatentowane przez prywatne firmy zachodnie. Przykładów na to jest dużo. Rząd Brazylii w 2012 roku wyliczył, że 35 firm (głównie z branży medycznej i kosmetycznej) było odpowiedzialnych za 220 naruszeń prawa o różnorodności biologicznej, a w efekcie nałożył na nie karę w łącznej wysokości 44 milionów dolarów. Aveda, korporacja z USA opatentowała copaiba, drzewo amazońskie, a The Body Shop z Wielkiej Brytanii – owoc cupuagu. W 2003 roku japońska K.K. Eyela Corporations opatentowała popularną jagodę açaí, choć 4 lata później, pod naciskiem rządu Brazylii, skasowano patent.
Ludność tubylcza straci tradycyjną wiedzę, jeśli Indianie zostaną wyrwani ze swojego naturalnego środowiska. Najczęściej jest ona bowiem przekazywana ustnie i w odniesieniu do lokalnego kontekstu przyrodniczego. Rezygnacja z rytuałów religijnych, nierozerwalnie połączonych z wiedzą o roślinach i zwierzętach, oraz zmiana stylu życia, odbierają tubylcom ogromną część ich kultury: Nie jesteśmy biedni ani prymitywni. My, Yanomami, jesteśmy bardzo bogaci. Bogaci naszą kulturą, naszym językiem i naszą ziemią. Nie potrzebujemy pieniędzy ani majątku. To, czego potrzebujemy, to szacunek: szacunek dla naszej kultury i szacunek wobec naszych praw do ziemi – mówił w roku 1995 Davi Kopenawa, szaman i rzecznik Indian z brazylijskiego plemienia Janomamów.
Zbrodnie w biały dzień
W ciągu wieków ludność tubylcza była prześladowana, przesiedlana, a często po prostu eksterminowana – od końca XV wieku z różnych przyczyn jej populacja w Amazonii zmniejszyła się z 8 milionów do 1 miliona osób. Działania wobec niej określa się niekiedy mianem etnocydu, czyli próby zniszczenia tożsamości grupy, która może (lecz nie musi) prowadzić do zabijania jej członków. Również druga połowa XX wieku dostarcza przykładów zbrodni wobec Indian. Ekspansja cywilizacji prawdopodobnie spowodowała m.in. wyginięcie grup Tetetes i zdziesiątkowanie Cofán w Ekwadorze. Budowa autostrady transamazońskiej w latach 70. w czasie rządów junty w Brazylii kosztowała życie 10 tysięcy Indian.
Dziś nadal stosuje się przemoc. Najczęściej przybiera ona postać spontanicznych ataków przeprowadzanych przez osadników, firmy pozyskujące drewno czy górników. W 2012 roku ci ostatni zabili około 80 członków plemienia Janomamów z Wenezueli, podkładając ogień pod wioskę. Tylko trzy osoby zdołały uciec. Często zabija się aktywistów i przywódców wspólnot, jak np. w 2014 roku w Peru, gdzie drwale zabili czterech przywódców Indian Ashéninka. W czerwcu 2009 roku w tym kraju zamordowano co najmniej 84 Indian, walczących o swoje terytorium (zginęli w starciach z policją podczas protestów). W 2011 roku Nisio Gomes, przywódca plemienia Guaraní Kaiowa, został zastrzelony przez zamaskowanych sprawców na oczach wspólnoty: Ludzie zostaną w obozie, wszyscy umrzemy razem. Nie zamierzamy opuścić ziemi naszych ojców – to słowa jednego z mieszkańców wioski Guaraní Kaiowa.
Trudno oszacować, ile osób ginie rocznie z rąk przybyszów z zewnątrz. W samej Brazylii w latach 2002–2010 miały miejsce przynajmniej 452 zabójstwa związane z konfliktami o ziemię, w 2013 roku było ich 53, a w następnym – 138, w tym kobiety i dzieci. Prawdopodobnie ofiar było więcej, a zabójcy prawie nigdy nie zostali ukarani. Widać tu kontrast z przypadkami śmierci farmerów, które zawsze wywołują interwencję policji, często z użyciem śmigłowców i ciężkiego sprzętu, aresztowania bez dowodów, blokady wiosek i przeszukania z użyciem siły. Raporty niezależnych organizacji obejmujące różne wydarzenia, od fizycznych ataków do stosowania „systematycznej presji” przez korporacje i rządy, odnotowują wzrost liczby przypadków łamania praw człowieka w Amazonii. W Brazylii 2014 rok był najgorszy pod tym względem od 10 lat. W Peru od 2008 do 2014 roku liczba takich wypadków uległa potrojeniu. W boliwijskiej części Amazonii liczba konfliktów społecznych wzrosła w latach 2009–2011 ponad trzykrotnie. Mają miejsce pobicia, tortury, pogróżki, zabójstwa, gwałty, śledzenie poczynań pojedynczych ludzi i całych wspólnot oraz zbrojne ataki na wioski, rajdy uzbrojonych bandytów, jak np. na osadę w Serra dos Trempes w Brazylii w 2014 roku, gdy jedna osoba, która nie zdołała uciec, została zabita w czasie snu ponad 20 strzałami z broni palnej.
W Brazylii nielegalne osadnictwo w Amazonii jest źródłem konfliktów i zbrojnych konfrontacji – ziemie są odbierane tubylcom. Przemocą posługują się także organy państwa. Firmy dokonujące inwestycji na obszarze lasów deszczowych ściśle współpracują z wojskiem; instalacje wydobywcze są zmilitaryzowane, a wojsko stosuje represje. Baraki żołnierzy stawia się w pobliżu wiosek indiańskich, co prowadzi do różnych incydentów oraz seksualnego wykorzystywania kobiet przez żołnierzy. Na usługach właścicieli ziemskich pozostają także oddziały paramilitarne. Giną aktywiści organizacji pozarządowych. Na przykład w Peru w latach 2002–2014 zamordowano 57 osób związanych z takimi inicjatywami. Według niektórych danych w ciągu ostatnich 25 lat w Amazonii zginęło nawet 1500 pracowników organizacji pozarządowych oraz niezależnych obserwatorów.
Czasami Indianie muszą walczyć o przyznany im rezerwat, jak np. w Raposa Serra w północnej Brazylii, niedaleko granicy z Wenezuelą. Teren ten, objęty ochroną w 2005 roku, stał się obiektem ataków. Wielu Indian zostało zabitych przez osadników i myśliwych, którzy osiedlili się tam nielegalnie i nie chcieli odejść. Większość odeszła po otrzymaniu rekompensat od rządu, ale mała grupa pozostała i wzięła odwet na tubylcach, zabijając wielu z nich i burząc wioskę.
Według niektórych badaczy najbardziej zagrożonym plemieniem na świecie jest łowiecko-zbierackie plemię Awá z Brazylii. Rozwój przemysłu wydobywczego w latach 80. sprawił, że wybudowano linię kolejową przecinającą ich terytorium. Od tego czasu wycięto 1/3 lasu na legalnie użytkowanym przez nich terenie. Wspólnota jest nieustannie prześladowana, obecnie zostało przy życiu nieco ponad 300 osób. Maszyny wycinające drzewa niszczą jej wioski. Są raporty o zabijaniu całych rodzin. Używa się zbrojnych grup (pistoleros) do oczyszczania terenu: Ukryłem się w lesie i uciekłem od białych ludzi. Zabili moją matkę, moich braci i siostry i moją żonę. […] Spędziłem wiele czasu w lesie, głodny i ścigany przez farmerów. Nie miałem rodziny, aby mi pomogła […] więc uciekałem głębiej i głębiej w las – relacjonował Karapiru z plemienia Awá, który przetrwał masakrę dokonaną przez farmerów.
Przybysze z zewnątrz przyczyniają się do zabójstw ludności tubylczej także pośrednio. Indianie, żyjący w odosobnieniu i odmawiający kontaktu ze światem zewnętrznym, poddawani są presji, przenoszą się na obce sobie tereny i wchodzą w konflikty z innymi grupami. Rozwój przemysłu drzewnego i wydobywczego w Peru zmusza plemiona do migracji na terytorium Brazylii, gdzie napotykają inne grupy tubylcze, co często kończy się rozlewem krwi. Liczba takich ofiar jest niemożliwa do ustalenia. W wyniku działalności przybyszów z zewnątrz bezsilne, zmarginalizowane grupy muszą konfrontować się z innymi znajdującymi się w podobnej sytuacji. Dotyczy to nie tylko samych Indian, ale także konfliktu między Indianami a chłopami, np. bezrolni rolnicy migrujący do Amazonii odbierali tereny Indianom. Obecnie Ruch Rolników bez Ziemi (MST – pisałem o nim obszernie w „Nowym Obywatelu” nr 69) respektuje własność Indian, często współpracując zarówno z nimi, jak i z aktywistami organizacji pozarządowych, ale niezrzeszeni przybysze z zewnątrz stwarzają problemy.
Bezpośrednie zabójstwa to najbardziej skrajne zagrożenie, jakie dotyka ludność rdzenną – jednak niejedyne. Zniszczenia, których cywilizacja dokonuje w lasach deszczowych, są przejawem głębokiej niesprawiedliwości społecznej. Konsekwencje takich działań są dla lokalnych wspólnot katastrofalne: zniszczenie ich tradycyjnego sposobu życia, załamanie instytucji społecznych, przesiedlenie z ziemi przodków. Pośrednio cierpią również ludzie na całym świecie: spada jakość ich życia, zmienia się klimat, maleje różnorodność biologiczna planety. W pewnym sensie wszyscy doświadczamy tego, co dotyka mieszkańców lasów deszczowych, choć oczywiście w nieporównywalnie mniejszym stopniu: Wy, Biali, mówicie o tym, co nazywacie „rozwojem”, i chcecie, żebyśmy stali się tacy sami jak wy. Ale my wiemy, że to przynosi tylko chorobę i śmierć. Las jest naszym życiem i potrzebujemy go, aby łowić ryby, wytwarzać pożywienie, polować, śpiewać, tańczyć i ucztować. To daje nam wszystkim życie. Bez lasu jest tylko choroba – komentuje Davi Kopenawa, szaman i rzecznik Janomamów.
Wydajność, nowoczesność, wyniszczanie
Amazonia stała się zapleczem produkcyjnym dla krajów rozwiniętych. Brazylia od 2004 roku jest głównym światowym eksporterem wołowiny. Między 1992 a 2006 rokiem nastąpiło w tym kraju podwojenie pogłowia bydła hodowlanego. Trend się utrzymuje, a kraj zwiększa eksport wołowiny oraz soi. Drobni rolnicy nie mogą rywalizować z wielkimi firmami, takimi jak Cargill, Bunge, Archer Daniels Midland czy Blairo Maggi, eksportującymi soję i mięso głównie do Europy i Chin. Bogacące się społeczeństwa podnoszą spożycie mięsa, zwłaszcza wołowiny, która jest symbolem statusu. Dobro zwierząt hodowlanych jest ważniejsze niż dobro ludzi. Aby zapewnić paszę dla bydła, odbiera się Indianom dostęp do pożywienia, w zamian przekazując jedynie jałmużnę.
Gwałtowny rozrost monokultur uprawnych zagraża różnorodności biologicznej. Brazylia jest jednym z największych użytkowników pestycydów, bo gleby są nieurodzajne i szybko się wyjaławiają. Trujące substancje dostają się do wody i zagrażają tubylcom, ale także napływowej ludności wiejskiej. Zniszczenia lasu sprawiają, że lokalna ludność nie może zdobywać tradycyjnego pożywienia, a zanieczyszczenie wód odbiera jej możliwość połowów. Musi zmienić swoją dietę i często uzależnia się od zachodnich produktów żywnościowych. Indian Guaraní zmuszono do przeniesienia się do specjalnych rezerwatów w Brazylii, aby ich ziemie stały się dostępne dla rolnictwa i hodowli. Najczęściej panują tam głód i bieda, wybuchają konflikty, częste są przypadki samobójstw.Guaraní popełniają samobójstwa, ponieważ nie mamy ziemi. Nie mamy już przestrzeni. W dawnych czasach byliśmy wolni, teraz już nie jesteśmy. Więc nasi młodzi ludzie patrzą dookoła i widzą, że nic nie pozostało i zastanawiają się, jak mają żyć. Siadają i myślą, zapominają, zatracają siebie i wtedy popełniają samobójstwo – mówiła w roku 1996 Rosalino Ortiz z brazylijskiego plemienia Guaraní Ñandeva. Nawet jeśli nowe inwestycje nie znajdują się na obszarach przyznanych Indianom, to mogą ich otaczać, jak w przypadku ludu Xikrin w Brazylii, okrążonego komercyjnymi uprawami rolnymi.
Nawet w Wenezueli, promującej się jako kraj postępowy pod względem włączania wykluczonych do życia społecznego, sytuacja nie jest lepsza. Na południu bez konsultacji z lokalnymi mieszkańcami przyznaje się koncesje koncernom wydobywczym. Państwo nie walczy także z nielegalnym wydobyciem surowców. Nagłaśniana partycypacja obywatelska nie dotyczy najbardziej zmarginalizowanej grupy społecznej – Indian amazońskich.
Poważne konsekwencje dla ludności rdzennej ma także budowanie w Brazylii zapór wodnych produkujących energię. Rozpoczęte w latach 80. inwestycje zostały wstrzymane z powodu masowego oporu mieszkańców i organizacji pozarządowych. W 2010 roku wznowiono stare projekty oraz zapoczątkowano nowe. W planach jest budowa około 250 tam, na przykład w Santo Antônio i Teles Pires. Skutkami takich inwestycji są zatopienia ogromnych obszarów leśnych, przesiedlenia tubylców oraz zaburzenie dotychczasowych systemów wodnych. Zalane obszary stają się siedliskiem komarów, które roznoszą choroby.
Najgłośniejszą tego rodzaju sprawą jest budowa tamy Belo Monte. Propaganda mówi niemal o raju, jaki powstanie w efekcie tej inwestycji – park ekologiczny, udogodnienia dla mieszkańców, lepsze warunki dla ludności. Jednak zmiana koryta rzeki i zalanie 516 km² lasu oznacza zignorowanie indiańskiego podejścia do życia i ziemi, rozbicie wspólnot, ich związków z ziemią i miejscami pochówku. To przedsięwzięcie jest wątpliwe nawet według dzisiejszych zachodnich standardów, ponieważ oznacza przymusowe przesiedlenie 20–40 tysięcy osób. W 2010 roku brazylijski prezydent Lula da Silva porównał protestujących (koalicję, w której główną rolę odgrywały organizacje tubylcze, obrońcy środowiska i organizacje praw człowieka) do dzieci. Propaganda przeciwstawia postęp cywilizacyjny niewiedzy i zacofaniu Indian. Nie wiadomo, jak plany związane z tamami wpłyną na środowisko i ludność, ale według rządu zmiany dotkną 300 tysięcy ludzi, a szacunki Ruchu Dotkniętych Tamami (Movimento dos Atingidos por Barragens) mówią o milionie. Dla ludności rdzennej oznacza to przesiedlenia, utratę terytoriów i zmniejszenie zasobów ryb, które są ważnym źródłem pożywienia i elementem praktyk kulturowych: Rzeka jest sercem naszej ziemi i naszego ludu. Nasze życie jest zorganizowane wokół rzeki. […] Jest to główna droga do naszych terenów, naszych szkół, naszych cmentarzy i naszych świętych miejsc. Rzeka jest naszą bramą do reszty świata – pisali w liście otwartym członkowie indiańskiej organizacji indiańskiej Movimento Xingu Vivo Para Sempre z Brazylii w 2010 roku.
Stracone zdrowie
Ludność tubylcza cechuje się zwykle dobrym zdrowiem, siłą, zadowoleniem i odpornością na choroby. Przypisuje się ten fakt dużej ilości ruchu, diecie bazującej na nieprzetworzonej żywności, niskiemu poziomowi stresu i oparciu systemu społecznego na wspólnotowości i wzajemności. Oderwanie od ziemi oznacza dla niej wpadnięcie w zależność od jałmużny, rynku, wyniszczającej pracy. Indianie muszą przestawić się na przetworzoną, niezdrową żywność i kopiować zachodnie sposoby jej produkcji. Zostają pozbawieni medycyny tradycyjnej. Muszą zamieszkać w slumsach lub obozach, które są przeludnione.
Począwszy od lat 60. liczne wspólnoty etniczne po kontakcie z białym człowiekiem były dziesiątkowane przez choroby zakaźne, a niektóre z nich całkowicie wyginęły. Straty okazały się tak wielkie, że często nie było komu zajmować się chorymi czy zdobywać pożywienia. Zdrowie zarówno indywidualnych jednostek, jak i wspólnoty jako całości cierpiało z powodu przymusowej zmiany stylu życia. Indianie przeżywali załamanie psychiczne i stawali się zależni od zachodniej kultury. Dotyczyło to zwłaszcza medycyny, ponieważ szamani nie wiedzieli, jak uleczyć nieznane choroby: Zanim przybyli biali, nie byliśmy nieświadomi. Nasi szamani mogli nas uleczyć. Kiedy nie było medycyny białych, dzięki szamanom niewielu ludzi umierało w młodym wieku. Teraz, gdy biali przybyli do naszego lasu, obawiamy się malarii i gruźlicy, obawiamy się xawara [chorób zakaźnych], które oni tu zostawili. Te choroby przychodzą z daleka, nasi szamani ich nie znają. […] Aby z nimi walczyć, potrzebujemy medycyny białego człowieka […] Potrzebujemy was, abyście nauczyli nas, jak używać waszej medycyny przeciwko […] chorobom – wyjaśniał w 1997 roku Davi Kopenawa. Służba zdrowia jest jednak najczęściej niedostępna dla Indian, a jeśli już, to jest to pomoc niskiej jakości. Nawet tam, gdzie tubylcy mają dostęp do opieki medycznej, lekarstwa i specjalistyczne zabiegi są często dla nich nieosiągalne z powodów finansowych.
Lud Guaraní z Brazylii i Argentyny tracił na początku XXI wieku około 10% swojego terytorium rocznie, co prowadziło do głodu i niedożywienia dzieci. Odpowiedzią rządu było rozdawanie ryżu, manioku i oleju. Zmiana stylu odżywiania niosła jednak kolejne problemy. Zdrowa dieta, bogata w błonnik, witaminy i minerały, zawierająca niewiele cukru, soli i tłuszczów nasyconych, zmieniła się w tłustą i ubogą w składniki odżywcze. Organizowano przesiedlenia do rezerwatów, które były przeludnione. W jednym z nich, w brazylijskim stanie Mato Grosso do Sul, na terenie przewidzianym dla 300 osób mieszkało ponad 11 tysięcy Indian.
Często nawet działania mające pomóc zwalczyć choroby prowadziły do pogorszenia sytuacji. Polityka misjonarzy i agend rządowych zmierzała do zmniejszenia znaczenia i rozluźnienia jedności wspólnot. Skutki były katastrofalne, jak np. w przypadku zmiany modelu macierzyństwa. Tradycyjny model (długie okresy między jednym a drugim dzieckiem, roślinne metody antykoncepcji, abstynencja i długi okres karmienia piersią), służący zdrowiu zarówno matki, jak i dziecka, został całkowicie wyparty. Wpływy zewnętrzne spowodowały częstsze urodzenia, krótszy okres karmienia piersią, co w połączeniu z agresywnym marketingiem mleka modyfikowanego i brakiem dobrej jakości pożywienia powodowało zgony i choroby niemowląt oraz dzieci.
Dokładnie zbadany jest przypadek Indian Yanomami, którzy zostali dotknięci odrą i malarią, przyniesionymi przez górników. Od 1988 do 1993 roku zginęła ok. jedna piąta populacji tej społeczności. Badania przeprowadzone w 1991 roku pokazały, że 35% osób było niedożywionych, 76% miało anemię, a 13% dzieci straciło oboje rodziców. Na niektórych terenach ponad 90% osób było dotkniętych malarią, a 70% – chorobami układu oddechowego. Wiele przebywało w ośrodku leczniczym w fatalnych warunkach sanitarnych.
Poważne kłopoty przyniósł rozwój przemysłu wydobywczego w Ekwadorze. Działania prowadzone przez Chevron/Texaco od połowy lat 60. do 1992 roku określono mianem największej katastrofy ekologicznej w drugiej połowie XX wieku. Do środowiska odprowadzono miliony litrów ropy naftowej i toksycznych odpadów, zanieczyszczając okoliczne rzeki. Ponadto awarie rurociągów spowodowały wyciek milionów litrów ropy do lasu, zanieczyszczono także powietrze w skali lokalnej. Udokumentowano poważne konsekwencje dla zdrowia Indian z grup Siona, Secoya, Huaorani, Shuar, Quichua, Shiwiar i Zaparos. Po przebadaniu 21 wspólnot okazało się, że trzy czwarte ich członków miało problemy z układem trawienno-wydalniczym, połowa cierpiała na częste bóle głowy, a jedna trzecia na problemy skórne. Częste były też bóle różnych części ciała i gorączka. Wykryto zwiększenie śmiertelności niemowląt, wady genetyczne, choroby i infekcje skóry u młodych oraz niedożywienie. Niektóre badania mówią, że ponad 83% pozostałych przy życiu cierpi na schorzenia związane z zanieczyszczeniami. Ogromne zyski koncernu (ponad 30 miliardów dolarów) zostały osiągnięte kosztem ludzkiego życia i zdrowia.
„Mamy nasze łuki i strzały”
Państwa amazońskie nie zapewniają Indianom ochrony. Nawet w Brazylii rząd nie jest w stanie zagwarantować przestrzegania ich praw obywatelskich, dostępu do opieki medycznej i zachowania dziedzictwa kulturowego. W oddalonych częściach kraju państwo jest w zasadzie nieobecne, co stwarza problemy także dla nowych osadników. Brazylia prowadzi w Amazonii politykę wewnętrznie sprzeczną. Z jednej strony wspiera działania mające na celu kontrolę wylesiania (niekiedy nawet odnosząc sukcesy), a z drugiej – finansuje projekty niszczące las. W sąsiednich państwach wygląda to podobnie. Na terenach tubylczych wyższe są wskaźniki niedożywienia, biedy, analfabetyzmu i śmiertelności.
Ludzie biorą sprawy w swoje ręce. Przemoc spotyka się z oporem grup ludności rdzennej. Prowadzone przez nie działania są zarówno pasywne (grupy żyjące w izolacji, niepoddające się presji dominującej kultury), jak i aktywne – podejmowanie akcji bezpośrednich (marsze, demonstracje, okupacje pól naftowych, koordynowane międzynarodowo kampanie na rzecz wstrzymania wydobycia). Indianie Kichwa z Sarayaku w Ekwadorze wygrali na przykład starcie z argentyńską firmą wydobywczą CGC dzięki szeroko zakrojonej kampanii informacyjnej. Wykorzystali do tego radio, Internet i filmy. Cofán z Ekwadoru w 1998 roku przerwali wydobycie na swoich ziemiach. W Brazylii dzięki mobilizacji społecznej, oporowi, protestom i wspólnym działaniom przy decydującej roli ludności rdzennej udało się zawrzeć w konstytucji prawa do ziemi i bogactw naturalnych. Dziś ok. 21% brazylijskiej Amazonii to chronione obszary należące do Indian. Autonomia ta jednak nie zawsze jest respektowana. W 2014 roku plemię Ka’apor z Brazylii pozbyło się ze swojego terenu drwali dopiero po tym, gdy ich związali, podpalili maszyny, a następnie wypuścili.
Mimo ogromnego zagrożenia Indianie rzadko stosują inne niż pokojowe metody. Tak było np. z Macuxi w Raposa Serra do Sol. Ich wioska jest otoczona przez garnizony, żołnierze prześladują młode kobiety, przemycają alkohol i wchodzą do domów bez zezwolenia. Czasami jednak tubylcy muszą się bronić: Nie boimy się. Jeśli umrzemy broniąc tego, co nasze, to nie ma problemu. Naszą główną bronią jest słowo Boga, ale jesteśmy dobrze wyposażeni na nasz indiański sposób. Mamy swoje łuki i strzały – mówi Severino Oliveira Brasil, przywódca wioski Indian Javari.
W Brazylii naukowcy zauważyli związek obecności ludności rdzennej z ochroną ekosystemów. Na obszarach zamieszkanych wyłącznie przez Indian stan przyrody poprawia się. Indianie są tak silnie powiązani z naturą, że jej ochrona nie jest dla nich odrębną, obcą ideą, ale integralną częścią życia. Wiadomo, że tubylcy na przejętych terenach wprowadzają w życie zasady ochrony przyrody, ale wiedza o ich działaniach jest jak dotychczas niekompletna i brakuje naukowych analiz tych zjawisk. Żyją w lesie i z lasem, mają skuteczne metody podejmowania decyzji. Nie wszystkie grupy są egalitarne, ale niektóre z czasem przekształciły się w społeczności zorganizowane na zasadach odmiennych niż w ustroju państwowym, niebazujących na koncentracji siły i akumulacji kapitału. Być może system kolektywny i zrównoważone gospodarowanie mogą być krokiem ku ochronie lasów.
Postęp ludzkości czy zysk korporacji?
Cywilizacja zachodnia kładzie nacisk na zysk, nie przejmuje się kosztami ludzkimi. W przeszłości zasady rynkowe stosowane były tylko w niektórych przypadkach, obecnie rynek przenika wszystkie dziedziny aktywności człowieka. Niszczy wspólnoty, które bazują na wymianie, wzajemności, pomocy. Kładzie nacisk na konsumpcję, czyni ludzi biernymi, niektórych wyrzuca poza margines. Liczą się tylko – postęp, wzrost, rozwój, bogactwo, standard życia, dobrobyt.
Trudno odmówić ludziom prawa dążenia do poprawy swojej sytuacji. Jednak bardzo często zdarza się, że „postęp” oznacza korzyści jedynie wybranych osób czy korporacji:Nie mówię, że jestem przeciwko postępowi. Myślę, że to bardzo dobre, kiedy biali przychodzą pracować między Yanomami, aby uczyć czytania i pisania oraz żeby uczyć się sadzić i używać roślin leczniczych. To jest dla nas postępem. To, czego nie chcemy, to firmy wydobywcze, które niszczą las, oraz garimpeiros [górnicy], którzy przynoszą wiele chorób. Ci biali muszą szanować naszą […] ziemię. Górnicy przynoszą broń, alkohol i prostytucję, niszczą naturę, gdziekolwiek pójdą. Dla nas to nie jest postęp. Chcemy postępu bez zniszczenia – deklarował w 1997 roku Davi Kopenawa.
Fałszywie rozumiany postęp zderza się z prawami ludności tubylczej do życia w wolności i w czystym środowisku na terenach, które użytkowała od wieków. W imię postępu wycina się lasy, powiększa obszary hodowli, upraw, kolonizacji, turystyki. Taka sytuacja zdarza się nie tylko w państwach amazońskich, ale na całym świecie: Korzenie problemu wylesiania i marnowania surowców znajdują się w państwach uprzemysłowionych, gdzie kończy większość naszych surowców, takich jak tropikalne drewno. Bogate kraje z jedną czwartą światowej populacji konsumują cztery piąte bogactw świata. […] Tak zwany postęp prowadzi do zniszczenia i rozpaczy – mówi Harrison Ngau, członek jednego z plemion malezyjskich.
przez Marcin Malinowski | wtorek 4 października 2016 | Lato 2016
Ochrona środowiska, prawa zwierząt i kwestie zmian klimatycznych budzą w Polsce wiele kontrowersji. Środowiska prawicowo-konserwatywne zarzucają organizacjom proekologicznym „lewactwo” i postawę sprzeczną z polskim interesem narodowym. Konflikt związany z przebiegiem drogi przez cenną przyrodniczo dolinę rzeki Rospudy kwitowano w tych kręgach żartami o ochronie żab, a obecnie sporo kontrowersji budzą wycinki planowane w Puszczy Białowieskiej. Równocześnie zdarza się, że postulaty organizacji chroniących środowisko są – delikatnie mówiąc – niemożliwe do spełnienia lub ich zrealizowanie prowadziłoby w krótkim czasie do załamania się rynku pracy, bezrobocia i w konsekwencji zwiększenia siły antyekologicznych partii neoliberalnych.
Czy ochrony przyrody na pewno nie da się połączyć z interesem narodowym? Nie sądzę.
Odpowiedzialność za środowisko
Zarysowany tu konflikt wynika przede wszystkim z odmiennych systemów wartości. U podstaw stanowiska proekologicznego legło przekonanie, że ekonomia jest częścią społeczeństwa, a społeczeństwo stanowi część przyrody. Perspektywa dyskursu neoliberalnego zakłada coś wręcz przeciwnego: przyroda jest częścią społeczeństwa, a społeczeństwo jest częścią ekonomii. O wszystkim powinny decydować rynki, które w cudowny sposób doprowadzą nas do stanu idealnej równowagi.
Podejście neoliberalne jest korzystne dla dużego międzynarodowego kapitału, ponieważ pozwala mu czerpać zyski z rabunkowej eksploatacji zasobów naturalnych, zanieczyszczać gleby, wodę, powietrze, przyczyniać się do zmniejszania różnorodności biologicznej Ziemi. Faktyczne koszty ponoszą jednak lokalne społeczności, które tracą korzyści płynące z natury, a także cierpiące bezcelowo zwierzęta, poświęcane dla zysku. Natomiast stanowisko radykalnie ekologiczne stawia przyrodę na pierwszym miejscu – ponad potrzebami społeczeństw i ekonomii, co zresztą także może mieć nie najlepsze skutki polityczne.
Postaw jest jednak dużo więcej niż tylko te dwie. Warto zwrócić uwagę na trzy typy ustosunkowania się do tego problemu: utrzymanie status quo, reforma oraz transformacja.
Niniejszy tekst jest pisany z punktu widzenia sprawiedliwości środowiskowej (ang.enviromental justice), która moim zdaniem pozwala na modelowy zrównoważony rozwój i odejście od status quo opartego na działaniach odbywających się kosztem dobrostanu przyszłych pokoleń oraz odległych „obcych”. Odległy „obcy” to taki, który ponosi skutki neoliberalnego, niezrównoważonego rozwoju w postaci np. podnoszenia się poziomu wód morskich czy zmniejszania się zasobów wody pitnej. Skrajnym wynaturzeniem neoliberalizmu jest tzw. rasizm środowiskowy (ang. enviromental racism), który oznacza obciążanie uboższych społeczności kosztami środowiskowymi. Na przykład w USA toksyczne spalarnie śmieci znajdują się w większości w regionach zamieszkanych przez ludność kolorową, mimo że z formalnego punktu widzenia procedurom lokalizacji tych inwestycji nie da się niczego zarzucić. Innym przykładem jest przenoszenie „brudnej” części produkcji do krajów Trzeciego Świata, w których nie trzeba spełniać europejskich norm środowiskowych.
Według etyki środowiskowej przyroda ma wartość samą w sobie (ang. intrinsic value) i prawo do „rozkwitu” (ang. right to flourish). Ponieważ jednak w relacjach z człowiekiem nie może występować w obronie samej siebie, rolą odpowiedzialnego obywatela (ang.responsible citizen) jest bycie adwokatem przyrody i jej praw oraz angażowanie się w jej ochronę.
Oczywiście nie każdy podziela pogląd o potrzebie ochrony praw przyrody czy zwierząt. Jednak nie ulega wątpliwości, że proces rozszerzania ich przywilejów jest dynamiczny i podlega zmianom historycznym.
Jednocześnie należy podkreślić, że przyroda dostarcza człowiekowi wielu dóbr niezbędnych do egzystencji, m.in. w postaci czystego powietrza, jedzenia, lekarstw, wody pitnej itd. Pogorszenie jakości tych „usług” skutkuje konfliktami o dostęp do nich, chorobami, przedwczesną śmiercią. We wspólnym interesie człowieka i przyrody jest więc zrównoważony rozwój, który umożliwia przyrodzie utrzymanie stanu kwitnięcia, a człowiekowi daje możliwość realizacji sprawiedliwości środowiskowej (i społecznej), dobrostanu swojego, przyszłych pokoleń oraz tzw. odległych „obcych”.
Zaciekłymi wrogami takiego podejścia są beneficjenci rabunkowej neoliberalnej gospodarki, która przyczynia się do zmniejszenia różnorodności biologicznej, wymierania licznych gatunków zwierząt, zanieczyszczania powietrza i wód, cierpienia tubylczej ludności (np. w Ameryce Południowej z powodu masowej korupcji przy handlu ziemią czy przy wydawaniu koncesji górniczych) itd. Inaczej mówiąc, globalni superbogacze, właściciele międzynarodowych korporacji, inkasują zyski z tytułu nieponoszenia kosztów konserwacji czy rehabilitacji degradowanego przez nich środowiska, a są nimi obciążane lokalne społeczności. To samo ma miejsce w Polsce, czy to w wyniku presji zagranicznego i polskiego kapitału, czy z powodu braku właściwej edukacji w szkołach. Widać to począwszy od sporu o Puszczę Białowieską, a skończywszy na braku zrównoważonych reguł prawnych w urbanistyce, co skutkuje paskudną architekturą czy niszczeniem siedlisk zwierząt.
Wśród najważniejszych powodów, dla których stosuje się ochronę przyrody, trzeba wymienić przesłanki natury: estetycznej (rekreacyjne) – aby ją podziwiać i móc odpocząć; gospodarcze – aby pozyskiwać surowce i rozwijać gospodarkę; przyrodniczo-naukowe – aby badać gatunki dla młodszych pokoleń, tworzyć leki itp.
Spójrzmy na zagrożenia wynikające z degradacji przyrody z trzech perspektyw: ekosystemów, zwierząt i ludzi.
Ekosystemy
Ekosystemy zapewniają człowiekowi byt i decydują o naszym przetrwaniu ze względu na liczne „usługi”, które przyroda oferuje społeczeństwu. Najpowszechniej wykorzystywaną klasyfikację usług ekosystemów zaproponowano w Milenijnej Ocenie Ekosystemów, opracowaniu opublikowanym w 2005 roku. Szczególny nacisk położono w nim na związek między usługami ekosystemów a jakością życia (szczegóły w tabeli):
| Podstawowe (siedliskowe) |
Tworzenie gleby, fotosynteza i produkcja pierwotna, cykl biogeochemiczny (obieg azotu, węgla, siarki, fosforu i in.), cykl hydrologiczny. |
| Zaopatrujące |
Żywność (produkty zwierzęce i roślinne, miód, zioła), woda, leki, trwałe materiały (drewno, włókna), paliwa, produkty przemysłowe (tłuszcze, oleje, wosk, guma, perfumy, barwniki), wzór do stworzenia analogicznych substancji syntetycznych, zasoby genetyczne. |
| Regulacyjne |
Regulacja klimatu, neutralizacja i rozkład odpadów, oczyszczanie gleb, powietrza i wody, kontrola erozji, procesy przenoszenia (np. zapylanie roślin), ochrona przed promieniowaniem UV, łagodzenie ekstremów pogodowych, kontrola rozprzestrzeniania się zarazków. |
| Kulturowe |
Rekreacja, turystyka, funkcja estetyczna i edukacyjna, inspiracja kulturowa, intelektualna, duchowa, spokój, wyciszenie, relaksacja, relacje społeczne, powiązanie z miejscem. |
| Potencjał przyrody do dostarczania usług zależy od stanu ekosystemów |
Ta podstawowa zależność pokazuje wyraźnie, że degradując środowisko, ograniczamy jego potencjał do dostarczania nam usług. |
Tab. 1: Klasyfikacja usług ekosystemów (źródło: Milenijna Ocena Ekosystemów).
Tabelę 1 uzupełnia poniższy diagram:

Ryc. 1: Usługi ekosystemów a jakość życia (źródło: http://uslugiekosystemow.pl/?q=baza-wiedzy/uslugi-ekosystemow/co-to-sauslugi-ekosystemow).
W wyniku niezrównoważonego rozwoju polskie ekosystemy podlegają powolnej degradacji, czego skutkami są: erozja gruntów rolnych, zanieczyszczenie rzek i jezior, niski stan zarybienia wód śródlądowych, zanieczyszczenie powietrza, nadmiar chemii w rolnictwie i żywności. Z tego powodu bardzo ważne są strategie ochrony i odtwarzania ekosystemów w ramach zrównoważonego rozwoju oraz ich wdrażanie, co zresztą nakazuje art. 5 Konstytucji RP: Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju.
Kluczowym zagrożeniem dla polskiej przyrody jest nacisk zagranicznego i polskiego kapitału na prywatyzację usług ekosystemów, czyli np.:
- próby umożliwienia prywatyzacji lasów, forsowane w sejmie latem 2015 roku;
- dążenie do prywatyzacji zasobów wody pitnej i jej dystrybucji, np. przez Nestlé;
- rolnictwo przemysłowe, które w porównaniu z rolnictwem rodzinnym bardziej degraduje ekosystemy, np. przez nadmierne stosowanie środków chemicznych, antybiotyków, zanieczyszczanie okolicznych wód, ziemi i powietrza, produkcję dużych ilości odpadów, zużywanie ogromnych ilości energii i wody na jednostkę produkcyjną, kolosalną emisję CO2 w hodowli bydła;
- dążenie globalnych koncernów wytwarzających nawozy czy produkty farmaceutyczne dla zwierząt do tworzenia takich norm, by maksymalizować stosowanie nawozów czy antybiotyków i tym samym zwiększać własne zyski kosztem degradacji przyrody;
- nacisk globalnych koncernów produkujących rośliny i zwierzęta modyfikowane genetycznie do otwarcia rynków na takie produkty. Dużym zagrożeniem są regulacje prawne, które sprawiają, że zmodyfikowane ziarna są chronione przez patenty, co uniemożliwia tradycyjne odkładanie części ziaren ze zbiorów na przyszłoroczny siew;
- dążenie globalnych koncernów do prywatyzacji lasów, by móc tanio pozyskiwać drewno;
- przenoszenie do Polski „brudniejszej”, ekologicznie szkodliwej części produkcji (w tym wytwarzania u nas „brudnych” półproduktów eksportowanych następnie do innych krajów, w których jest montowany produkt finalny), zatruwającej wodę, gleby czy powietrze;
- budowa szlaków komunikacyjnych (drogi, koleje) bez uwzględnienia specyfiki lokalnej przyrody, np. szlaków migracyjnych zwierząt. Przykładem jest tu znany przypadek Rospudy;
- niezrównoważone używanie i składowanie odpadów konsumenckich, rolnych i przemysłowych;
- nieprzemyślane inwestycje w infrastrukturę energetyczną, jak budowa zapór;
- brak rozsądnych norm urbanistycznych, co powoduje niepowetowane szkody krajobrazowe (np. turystyka niebiorąca pod uwagę ekosystemów) czy środowiskowe (np. budowa domów rozrzuconych w terenie, zamiast skoncentrowanej zabudowy, bez respektowania siedlisk zwierząt).
Można wysnuć wniosek, że głównym zagrożeniem dla przyszłości „usług ekosystemów” jest dążenie wielkiego kapitału do prywatyzacji i maksymalizacji zysków z tych usług. Uniemożliwia to zrównoważone korzystanie z zasobów przyrody, ułatwia natomiast nieponoszenie kosztów środowiskowych swojej działalności, takich jak odtwarzanie środowiska naturalnego. Innym zagrożeniem są nieprzemyślane inwestycje infrastrukturalne. Kolejnym – brak solidnych norm urbanistycznych narzucających harmonię z przyrodą. Każdy z punktów jest sprzeczny z interesem publicznym, społecznym i narodowym Polski.
Dobry bądź dla zwierząt
Etyka i prawo zaczynają coraz bardziej chronić zwierzęta przed niepotrzebnym zadawaniem im bólu i cierpienia.
Jeśli chodzi o dzikie zwierzęta, to nie krytykuję potrzeby regulowania ich populacji, wynikającej z braku dużych drapieżników, podobnie jak myślistwa samego w sobie. Natomiast nieakceptowalne są przypadki zwykłego bestialstwa, o których raportuje np. „Leśny patrol”. Powinny być one bezwzględnie ścigane i karane, podobnie jak nieetyczne praktyki polowań na ptaki, a de facto ich masakrowanie, jak dzieje się to np. na granicy Parku Narodowego Ujście Warty.
Bestialstwo przemysłowej hodowli zwierząt czy przemysłowych rzeźni przekracza wszelkie granice człowieczeństwa – wystarczy zobaczyć, w jakich warunkach hoduje się przemysłowo np. świnie, krowy, lisy na futro, kury czy ryby (łososie) albo jak się je uśmierca. Cywilizowane społeczeństwo powinno sprzeciwiać się okrutnym metodom hodowli i uboju. Kwestia wykorzystywania zwierząt do eksperymentów np. w przemyśle kosmetycznym to kolejny punkt wart odnotowania. Okrucieństwo tresury w cyrkach nie wymaga komentarza.
Głównym zagrożeniem dla zwierząt jest nieetyczne zadawanie im zbędnego bólu. Niestety nie istnieje u nas żaden zapis konstytucyjny, który odnosiłby się do ochrony zwierząt. Cywilizowany świat powoli to zmienia. W 1992 roku Szwajcaria wprowadziła do konstytucji zmiany, zgodnie z którymi zwierzęta są traktowane jako istoty żywe, a nie rzeczy. W 1999 roku Nowa Zelandia zapewniła podstawowe prawa pięciu gatunkom małp. Zakazano wykorzystywania ich w ramach doświadczeń i badań. Zostało to uznane za największy sukces w historii walki o prawa zwierząt. W 2002 roku Niemcy jako pierwszy kraj w Unii Europejskiej wprowadziły do konstytucji poprawki gwarantujące zwierzętom większe prawa. Równocześnie jednak niemiecki Sąd Konstytucyjny wyrokiem 1 BvR 1783/99 z 15 stycznia 2002 roku uprawomocnił możliwość rytualnego uboju zwierząt, który jest nie do pogodzenia z ich prawami.
Ludzie są ważni
Spójrzmy na niebezpieczeństwo wynikające z degradacji przyrody w Polsce z perspektywy człowieka. W zasadzie łączy się ono z opisanymi zagrożeniami dla ekosystemów i przemysłowego rolnictwa, w tym hodowli zwierząt.
Degradacja i prywatyzacja usług ekosystemów wpływają na zdrowie i koszt leczenia oraz na koszt dostępu do tych usług. Temat jest obszerny, więc poruszę tylko kilka przykładowych kwestii, dotyczących fatalnego wpływu na zdrowie i warunki bytowe człowieka.
a) Żywność wyprodukowana i transportowana w sposób niezrównoważony
Po pierwsze, import np. ładunku truskawek z Azji czy Ameryki Południowej do Polski oznacza ogromną emisję CO2. Brak jest jakichkolwiek opłat z tytułu zużycia energii w Azji i transportu morskiego tamtejszych produktów przez pół świata. Proceder ten ma oczywiście wpływ na zmiany klimatyczne oraz ich skutki, które są odczuwalne także w Polsce (susze, powodzie itp.), dodajmy do tego zatruwanie oceanów – brak tu surowych norm.
Żywność wyprodukowana przez rolnictwo przemysłowe (intensywne) jest naszpikowana chemią i negatywnie wpływa na zdrowie ludzi.
Zanieczyszczenie powietrza, gruntów i wody spowodowane rolnictwem tego typu, ale także – przenoszenie „brudnych” elementów produkcyjnych łańcuchów dostawczych do Polski, import starych aut z Zachodu oraz stosowanie gigantycznych ilości plastikowych opakowań w przemyśle żywnościowym, farmaceutycznym czy kosmetycznym również ma fatalny wpływ na nasze zdrowie. Coraz częstsze są choroby dróg oddechowych, nowotwory itd.
Rosnąca liczba konsumentów ma etyczne problemy z jedzeniem mięsa czy nabiału wyprodukowanych w sposób okrutny dla zwierząt, charakterystyczny dla hodowli i rzeźni przemysłowych. Brak informacji na ten temat w sklepach lub dane nieprawdziwe można uznać za straty moralne i celową dezinformację.
b) Zyski i koszty wynikające z braku zrównoważonego rozwoju
Kto przede wszystkim zarabia na niezrównoważonym rozwoju? Wielki kapitał różnych sektorów, takich jak rolnictwo przemysłowe, producenci żywności, nawozów sztucznych, lekarstw, prywatna służba zdrowia, instytucje finansowe (kredyty na coraz bardziej intensywne rolnictwo), sieci supermarketów, biotechnolodzy. Przeważnie są to potężne globalne korporacje lub instytucje inwestycyjne, w niewielkim stopniu powiązane z polskim kapitałem. Bywają natomiast dyskretnie powiązane z polską polityką – przez lobbing i inne zależności.
Koszty niezrównoważonego rozwoju ponosi społeczeństwo – choćby w wymiarze zwiększonych wydatków na leczenie, kosztów spowodowanych zwolnieniami chorobowymi w pracy, braku zdolności do pracy w zaawansowanym wieku. To znowu nakręca koniunkturę przemysłowi farmaceutycznemu czy prywatnej służbie zdrowia.
Kolejnym obciążeniem jest degradacja środowiska i klimatu. Dotyka ono nas wszystkich, a oznacza coraz niższy poziom usług ekosystemów oraz uspołecznianie finansowania ich ochrony i odtwarzania. Tym samym dochodzimy do interesu społecznego i publicznego, na które powinniśmy zważać, chroniąc przyrodę. Obydwa są istotne ze względu na nasze zdrowie i obciążenie budżetowe.
Inna kwestia to społeczne koszty potencjalnej prywatyzacji usług ekosystemów, czyli np. prywatyzacja lasów (co wpłynie na ich degradację lub wyższe koszty ich konserwacji), niekontrolowana sprzedaż gruntów rolnych, wymuszanie przez biznes opłat za darmowe usługi ekosystemów (prywatyzacja zasobów wody pitnej, patenty na ziarna czy rośliny), uzależnienie zdegradowanej ziemi rolnej od chemii (nawozy, pestycydy), brak bezpłatnego dostępu do lasów.
Już na tym etapie mogę się pokusić o stwierdzenie, że zajęcie się problematyką bezpieczeństwa ekologicznego leży w interesie społecznym, publicznym i narodowym Polski. Art. 74. Konstytucji RP nie pozostawia tu żadnych wątpliwości: 1. Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom. 2. Ochrona środowiska jest obowiązkiem władz publicznych. 3. Każdy ma prawo do informacji o stanie i ochronie środowiska. 4. Władze publiczne wspierają działania obywateli na rzecz ochrony i poprawy stanu środowiska.
Kwestia bezpieczeństwa ekologicznego, czyli właśnie dostępu do wysokiej jakości usług ekosystemów, wraz z postępującą globalnie, lecz nierównomiernie, degradacją środowiska naturalnego i zmianami klimatycznymi będzie w przyszłości jednym z głównych powodów konfliktów zbrojnych. Konieczne jest zatem posiadanie przez Polskę bardzo sprawnych i skutecznych sił zbrojnych i sił obrony terytorialnej, zdolnych do szybkiej reakcji na nieoczekiwane zagrożenia hybrydowe. Jedną z iskier zapalnych konfliktu w Syrii była wieloletnia susza, zaostrzona zmianami klimatycznymi, która zmusiła 1,5 miliona mieszkańców obszarów wiejskich do przesiedlenia się do miast. To znowu przyczyniło się do wybuchu wojny domowej i do obecnej fali migracji do Europy.Dzisiejszy proces migracji i jego związek ze zmianami klimatycznymi powinien być bacznie analizowany przez strategów ds. bezpieczeństwa i obronności, ponieważ to dopiero przygrywka do tego, co będzie się działo w przyszłości.
Bezpieczeństwo ekologiczne i konkurencyjna gospodarka
Obecne ramy prawne de facto niezrównoważonego globalnego rozwoju są promowane przez globalne korporacje, mające gigantyczne przewagi konkurencyjne wynikające z „efektu skali”, czyli z masowej produkcji. Skutkiem jest rugowanie polskiej konkurencji, przeważnie małych czy średnich przedsiębiorstw różnych sektorów, począwszy od rolniczego czy przetwórstwa żywności, na handlu, przemyśle hutniczym, cementowym czy turystycznym skończywszy. Ma to bardzo negatywny wpływ na miejsca pracy w Polsce i zdolność polskiego kapitału do rozwoju.
Czy globalne koncerny mają jakąś piętę achillesową, mimo że ich interesy są dobrze chronione przez np. Światową Organizację Handlu i bilateralne Umowy o Wolnym Handlu? Oczywiście. Są nią ich bardzo skomplikowane, rozrzucone po całym świecie łańcuchy dostawcze oraz konieczność gwarantowania globalnych norm, co wspiera zyski z „efektu skali” i utrudnia lokalne specjalizacje. Stan taki ma kilka skutków.
Po pierwsze, utrzymanie go wymaga taniego i masowego transportu morskiego. Dlatego w dyskusjach o zmianach klimatycznych niemal nie mówi się o opłatach za emisję CO2czy o zatruwaniu oceanów ropą, do czego przyczynia się oceaniczna flota handlowa. Polski rolnik produkujący truskawkę płaci podatek od emisji CO2 w elektrowniach opalanych węglem kamiennym, ale już azjatycki producent truskawek nie płaci za CO2wyemitowane przez statek transportujący jego truskawkę z Oceanu Spokojnego nad Morze Czarne, nie wspominając o zatruwaniu oceanów ropą silnikową. Podobnie Wielka Brytania, importująca cement z Bangladeszu, nie płaci nawet grosza kosztów ekologicznych ani za produkcję energii, ani za transport produktu, a polska fabryka cementu – tak. To samo dotyczy np. transportu węgla kamiennego z Australii. Mówimy tu de facto o dumpingu ekologicznym.
Po drugie, łańcuchy dostawcze są tak skomplikowane i trudne do kontrolowania, że nawet gdyby globalne korporacje miały jak najwięcej dobrych chęci, nie są w stanie zagwarantować, że przy produkcji ich towarów nie mają miejsca procedery przestępcze, jak praca niewolnicza, praca dzieci, wykorzystywanie zysków poddostawców do finansowania konfliktów zbrojnych, gwałcenie praw tubylczych społeczności, np. ich praw własności ziemi. Stąd międzynarodowe instytucje, jak Bank Światowy, OECD, ONZ, UE, G7, ustalają różne normy, certyfikaty, poradniki czy plany (Cele Milenijne 2010, Plan Zrównoważonego Rozwoju 2030), ale są one bardziej świadectwem dobrych chęci i aktywnością PR-ową niż planem możliwym do pełnego zrealizowania. Brakuje globalnej instytucji o władzy kontrolnej i wykonawczej, a jak bez niej zapanować na problemem i procesami dziejącymi się w wielu państwach na raz? Strategiom brak też koordynacji, co nie znaczy, że nie należy ich wspierać. Jak bardzo skomplikowane są globalne łańcuchy dostawcze widać na przykładzie społecznego przedsiębiorstwa z Holandii, produkującego „etyczny” telefon komórkowy (www.fairphone.com). Telefon składa się z ponad 100 metali i minerałów. Po kilku latach firma jest w stanie monitorować przebieg procesu wytwarzania zaledwie… trzech z nich. W praktyce mówimy więc o faktycznym dumpingu socjalnym, a w wielu przypadkach o dumpingu przestępczym globalnych korporacji.
Wielotygodniowy transport żywności, np. mięsa, a potem zapewnienie jej długiej przydatności do spożycia wymagają ogromnych ilości konserwantów, które następnie spożywamy i w efekcie długofalowo podupadamy na zdrowiu. Brakuje sposobów skutecznej kontroli stosowania środków chemicznych oraz antybiotyków w rolnictwie przemysłowym. Aby żywność miała długi okres przydatności, ale wciąż była tania, wymaga pakowania w plastik, co ma dramatyczne skutki dla środowiska, np. wody, poważnie nim zanieczyszczonej. Za recykling takich opakowań czy ochronę przyrody nie płaci jednak producent, lecz całe społeczeństwo. Okrutne metody hodowli zwierząt obniżają koszty produkcji mięsa, choć nie mają nic wspólnego z etyką i wrażliwością na bezsensowne cierpienie. Można tu więc mówić o dumpingu etycznym.
Handel oceaniczny może być sparaliżowany wojną czy terroryzmem. Jeśli spora część produktów żywnościowych będzie sprowadzana do Polski tą drogą, zagraża to naszemu bezpieczeństwu żywnościowemu.
W wyniku pojawienia się międzynarodowych umów o „wolnym handlu”, podpieranych przez globalne, korzystne dla wielkiego kapitału normy, niezrównoważona produkcja wypiera zrównoważoną, co z czasem spowoduje, że coraz większej części społeczeństwa nie będzie stać na przykład na zdrowe jedzenie, które będzie coraz droższe. Ma to już miejsce w USA, a przejawia się otyłością uboższych warstw, jedzących przemysłowo produkowane niezdrowe jedzenie. Kolejnym zagrożeniem jest ryzyko pojawienia się wysokiego bezrobocia, spowodowane dumpingiem społecznym i ekologicznym. Także coraz więcej polskich firm, np. z sektora rolnego czy przetwórczego, zacznie upadać zamiast się rozwijać. Naraża to konkurencyjność polskiej gospodarki, w tym m.in. polskie bezpieczeństwo żywnościowe, społeczne i ekologiczne. Mam nadzieję, że nawet czytelnicy o poglądach prawicowo-narodowych zgodzą się, że zdroworozsądkowa postawa proekologiczna może się łączyć z bezpieczeństwem ekologicznym, które zaczyna być ważnym elementem polskiego interesu narodowego, publicznego i społecznego.
Oczywiście zwolennicy neoliberalnej ekonomii też uważają, że promują zrównoważony rozwój, jednak diabeł tkwi w szczegółach wdrażania tej idei. Mowa tu bardziej o pozorach niż o faktycznym naruszaniu interesów beneficjentów niezrównoważonego rozwoju, systematycznie obniżającego globalne bezpieczeństwo ekologiczne.
Jak te tezy można przekuć na korzyść Polski? Nasz kraj jest mało znaczącym graczem w skali globalnej. Kluczowa gra toczy się obecnie w kręgu krajów G7 i BRICS. Podstaw handlu morskiego nie da się zmienić bez zgody Chin, USA, Japonii, Kanady czy Australii, a zmiana status quo to ostatnia rzecz, na jaką się zgodzą, elity finansowe owych krajów zainwestowały bowiem w tym sektorze duże środki. Konkurencyjność najsilniejszych gospodarek zależy od taniego transportu oceanicznego, łączącego rozrzucone po świecie łańcuchy dostawcze. Nie oznacza to, że tych kwestii nie da się wykorzystać w interesie Polski oraz etyki środowiskowej.
Polski biznes pada ofiarą nieuczciwej konkurencji w wyniku opisanego już dumpingu ekologicznego i socjalnego, a dostęp do wielu rynków eksportowych jest utrudniony z powodu konkurencji wpływowych, zasiedziałych tam globalnych korporacji. Równolegle wiele państw i liczne organizacje społeczne i pozarządowe coraz silniej protestują przeciwko rabunkowej gospodarce globalnych gigantów. Tym samym Polska, nie mając tu specjalnego konfliktu interesów, mogłaby wspierać organizacje promujące zrównoważoną i odpowiedzialną globalną ekonomię i czerpać z tego w zasadzie same korzyści. Po pierwsze, pozwoliłoby to zwrócić uwagę, że to nie Polska jest istotnym emitentem CO2na osobę, lecz są nimi de facto konsumenci z najbogatszych krajów. To oni konsumują towary masowo importowane, wyprodukowane w krajach trzecich i transportowane do nich w sposób nieodpowiedzialny i niezrównoważony. Po drugie, przez wspieranie takich organizacji społecznych i pozarządowych Polska mogłaby zyskać wizerunek państwa (i faktycznie w inteligentny sposób się nim stać) walczącego z globalnym ociepleniem, z zanieczyszczaniem środowiska i z brakiem poszanowania praw człowieka. Po trzecie, wiele krajów (np. Afryki) ma dość pazernych korporacji i chętnie zacznie robić interesy z bardziej odpowiedzialnymi partnerami gospodarczymi, co otwiera nisze dla nowych kooperantów z Polski, choćby w górnictwie. Byłoby to po prostu zachowanie etyczne. To obiecujący kierunek, mogący przyczynić się do poprawienia międzynarodowej reputacji i wizerunku Polski jako kraju odpowiedzialnego i pozytywnie angażującego się w ważne sprawy świata. Pomogłoby to również wypełnić różne globalne nisze ekonomiczne, co miałoby wpływ na dobrej jakości zatrudnienie w polskich firmach.
Wprowadzając dobrze przemyślane normy zdrowotne, np. dotyczące żywności, a także restrykcyjną kontrolę ich stosowania, wraz z odpowiednimi karami, można poprawić konkurencyjność polskiej przedsiębiorczości produkującej na lokalny, polski rynek (tzw. lokalne łańcuchy dostawcze). Na przykład azjatycka truskawka czy czosnek, aby dotrzeć na nasz rynek, z powodu gorszych norm produkcyjnych i czasochłonnego transportu muszą zawierać więcej konserwantów. Dlatego zaostrzając normy do wyśrubowanego, zdrowego poziomu, który może osiągnąć tylko lokalna, ekologiczna produkcja, można wykluczyć z rynku takie niezdrowe produkty, które muszą zawierać więcej konserwantów, by przetrwać długą podróż. Ekonomia składa się właśnie z takich pojedynczych rynków produktów. Na przykład producenci czosnku w Polsce to zapewne kilka tysięcy rodzin, mających obecnie problemy wskutek importu taniego czosnku z Azji. Niestety, opór różnych sektorów gospodarki, których zyskowność zależy od ekologicznego i socjalnego dumpingu w produkcji, transporcie i zbycie żywności, byłby potężny. Mam tu na myśli szeroko pojętą gastronomię, zwłaszcza sprzedającą żywność o fatalnej jakości, jak McDonald’s, Burger King czy KFC, ale też np. sektor hotelowy, prowadzący przecież restauracje, oraz o masowych dystrybutorów żywności, jak Biedronka czy Lidl.
Polska może wprowadzać normy środowiskowe ostrzejsze od tych wymaganych przez prawo UE (art. 193 Traktatu UE). Tym samym można zaprowadzić obostrzenia, które posłużą zarówno ochronie środowiska, jak i – jako „przypadkowe” efekty uboczne – wspieraniu polskiej zrównoważonej konsumpcji i konkurencyjności polskiej gospodarki. Rolnictwo przemysłowe zużywa więcej chemii, wody i energii na jednostkę produkcyjną niż gospodarstwa mniejsze, rodzinne. Również tu można wprowadzić właściwe normy, które uczynią niezrównoważoną produkcję mniej konkurencyjną. Zdrowa żywność staje się coraz bardziej popularna w UE i z czasem mogłaby się stać znaczącym polskim towarem eksportowym.
Wspomniane pomysły są zgodne z kilkoma artykułami Konstytucji:
- Art. 23. Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne.
- Art. 68. 4. Władze publiczne są obowiązane do zapobiegania negatywnym dla zdrowia skutkom degradacji środowiska.
- Art. 86. Każdy jest obowiązany do dbałości o stan środowiska i ponosi odpowiedzialność za spowodowane przez siebie jego pogorszenie. Zasady tej odpowiedzialności określa ustawa.
Wdrożenie ich powinno być elementem polityki innowacyjnej, np. w zakresie inteligentnych specjalizacji oraz promowania odpowiedzialnych i zrównoważonych modeli biznesowych dla różnych sektorów, co znów jest zgodne z art. 5 Konstytucji:Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju.
Kwestie podwyższania norm konsumenckich czy środowiskowych należy zawsze dokładnie przeanalizować z punktu widzenia zgodności z prawem UE i prawem międzynarodowym.
Należy koncentrować się na odpowiedzialnej i zrównoważonej konsumpcji, co jest etyczne, zdrowe dla społeczeństwa, dobre dla miejsc pracy, dla polskich szans eksportowych, międzynarodowej reputacji Polski, dla bezpieczeństwa ekologicznego i przyszłych pokoleń.
Co jeszcze można zrobić?
Polska powinna tak uzupełnić Konstytucję, aby wzmocnić rolę bezpieczeństwa ekologicznego i uniemożliwić prywatyzację usług ekosystemów i strategicznych zasobów naturalnych (woda pitna, lasy, strategiczne rezerwy ziemi rolnej, kopaliny itd.) oraz podpisywanie pozwalających na to zagranicznych traktatów lub zobowiązań. Poza tym warto rozszerzyć art. 5 o zrównoważoną konsumpcję, by stosowny fragment brzmiał:…kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju i konsumpcji. Wzmocniłoby to mandat Polski w dyskusji o dumpingu socjalnym i środowiskowym. Bo właśnie niezrównoważona konsumpcja jest słabym punktem bogatych krajów.
Wraz z postępami wdrażania polityki zrównoważonego rozwoju można by stopniowo obejmować podwyższonymi normami ochrony środowiska coraz większe obszary, co dobrze wpływałoby na jakość usług ekosystemów w Polsce i na nasze bezpieczeństwo ekologiczne. Takie tereny, jak obszary sieci Natura 2000, parki narodowe, parki krajobrazowe czy rezerwaty przyrody, powinny być powiększane, ponieważ stanowią gwarancję, że następne pokolenia Polaków będą mogły się cieszyć przyrodą zachowaną w dobrym stanie. Stworzyłoby to odpowiednią podstawę do rozwoju coraz bardziej dochodowej ekoturystyki.
Tym samym warto wyciągnąć wnioski z konfliktu wokół Rospudy czy Puszczy Białowieskiej. Organizacje ochrony środowiska z całego świata tworzą dobrze zorganizowaną sieć, która potrafi zadawać potężne straty wizerunkowe i polityczne. Równocześnie, z perspektywy politycznej, organizacje te mogą stać się pożytecznym sojusznikiem Polski w wielu sprawach – od międzynarodowych negocjacji o różnorodności biologicznej po kwestie instrumentów zwalczania zmian klimatycznych. Nie do przecenienia jest także ich wpływ na globalną reputację Polski. Warto być z nimi w dobrych relacjach, zwłaszcza że są to po prostu pożyteczne organizacje.
Jeśli Polska na poważnie podjęłaby kwestię dumpingu socjalnego (niewolnicza praca, praca dzieci itd.), mogłaby nawiązać świetne relacje z bardzo wpływowymi organizacjami pozarządowymi wspierającymi prawa człowieka, zajmującymi się biedą i wykluczeniem. Warto, aby nasz kraj aktywnie zajął się kwestią Celów Zrównoważonego Rozwoju, które w 2015 roku przyjęła ONZ. To etyczne oraz korzystne dla konkurencyjności naszej gospodarki. Powinniśmy także zrobić krok naprzód na drodze ochrony praw zwierząt, zarówno dzikich, jak i hodowlanych. Uważam, że istnienie jednego artykułu na ten temat w Konstytucji RP nie jest w XXI wieku czymś niemożliwym. Pójście śladem Szwajcarii czy Nowej Zelandii mogłoby fantastycznie wpłynąć na globalną reputację Polski i przyczynić się do zmniejszenia okrucieństwa względem zwierząt.
Dzięki wspieraniu koncepcji zrównoważonej konsumpcji Polska mogłaby rozpocząć świadomą politykę innowacyjną jako formę inteligentnej specjalizacji w zakresie wspierania rozwoju polskich i lokalnych zrównoważonych łańcuchów dostawczych, np. żywności. Obecnie robią to ruchy oddolne, tworząc kooperatywy spożywcze czy spółdzielnie. Do tego celu należałoby stworzyć oznakowanie/symbolikę, których mogliby używać tylko sprzedawcy żywności wyprodukowanej w sposób zrównoważony według polskich norm, które jednak muszą być zgodne z prawem UE. Obecność takich oznaczeń na produkcie równałaby się możliwości bezpośredniej kontroli producenta przez klientów czy organizacje społeczne. Akcja taka wspierałaby także lokalne rolnictwo rodzinne. Odpowiednia fundacja finansowana przez państwo mogłaby ją promować, rozwijać i kontrolować, przydzielać oznaczenia i odbierać je. Taki model biznesowy pomógłby odpowiedzialnym obywatelom kupować zdrowe i etyczne jedzenie, co obecnie nie jest takie proste. Ponieważ ta gałąź przemysłu spożywczego rozwija się w całej UE, Polska mogłaby stać się ważnym producentem i eksporterem tego rodzaju żywności. Etykietkę tę z czasem można by przyznawać innym produktom, jak meble czy urządzenia domowe.
Odpowiedzialny i proekologicznie nastawiony obywatel może być dobrym polskim patriotą, i na odwrót. Wymaga to jednak solidnej polityki państwa, która zaczynałaby się od postaw, czyli od edukacji, zmian w prawie i odpowiedniej strategii inteligentnych specjalizacji.
Marcin Malinowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Tomasz Chmielewski
przez Mariusz Braszkiewicz | wtorek 4 października 2016 | Lato 2016
Polska nie funkcjonuje w próżni, lecz w układzie międzynarodowym, co nadaje sens śledzeniu wydarzeń politycznych w kraju położonym tak daleko od nas jak Stany Zjednoczone. Oddziałują one na nas zarówno jako światowe mocarstwo, a więc w zakresie stosunków międzynarodowych, jak i w innych dziedzinach, np. jako eksporter idei. Nastroje w USA i w Europie wpływają na siebie nawzajem. Tegoroczne wybory prezydenckie pełnią zatem dla mnie, jako bardzo odległego obserwatora, dwojaką rolę. Z jednej strony decydują, kto będzie rządził światowym supermocarstwem i sojusznikiem Polski, co może mieć wpływ na naszą pozycję międzynarodową. Z drugiej – udzielą odpowiedzi na pytanie, jakie nastroje przeważają w Stanach Zjednoczonych i w jaki sposób będą oddziaływały na nastroje europejskie.
Jak się wybiera?
Wybory prezydenckie w USA odbywają się w specyficznym trybie. Istnieje wprawdzie głosowanie powszechne, ale wyłania ono tylko członków Kolegium Elektorów, które wybiera głowę państwa. Jest ich obecnie 538, a każdy stan wybiera tylu elektorów, ilu ma łącznie reprezentantów i senatorów. Liczba senatorów jest stała – po dwóch z każdego stanu, a grupa reprezentantów – proporcjonalna do liczby ludności danego stanu, więc w nieco ponad półmilionowym Wyoming będzie to 1 osoba, w trochę ponad trzydziestoośmiomilionowej Kalifornii – 53. Wybory mają charakter większościowy – zwycięzca bierze wszystkie głosy danego stanu (wyjątkiem są Nebraska i Maine, w których przegrany może dostać część głosów, jeśli wygra w którymś z okręgów). W takim systemie jest możliwe, aby zwycięzca głosowania powszechnego przegrał w głosowaniu elektorskim – zdarzyło się tak cztery razy. Aby zostać prezydentem, trzeba zdobyć ponad połowę głosów elektorskich, czyli 270. W razie nieprzekroczenia tego progu przez żadnego z kandydatów, np. w przypadku remisu (co zdarzyło się jeden raz) lub rozdrobnienia elektoratu (również jeden raz), wyboru spośród trzech kandydatów z największą liczbą głosów elektorskich dokonuje Izba Reprezentantów. Głosy liczy się wtedy stanami – aby zostać wybranym, trzeba uzyskać głosy ponad połowy stanów. Równocześnie wyłania się wiceprezydenta, a w razie niewybrania go przez Kolegium Elektorskie wyboru dokonuje Senat. Wyborów przedterminowych nie przewiduje się – w razie śmierci prezydenta między wyborem a rozpoczęciem kadencji urząd obejmuje wiceprezydent, podobnie jak w razie śmierci na urzędzie (co zdarzyło się osiem razy, w tym cztery razy z powodu morderstwa) lub rezygnacji (jeden przypadek).
Prezydentem może zostać tylko ktoś, kto jest obywatelem kraju z urodzenia – nabył obywatelstwo na terytorium USA lub za granicą z amerykańskich rodziców. Musi mieć ponadto ukończone 35 lat i mieszkać na terenie USA od co najmniej 14 lat. Maksymalna liczba kadencji to dwie. Jeżeli prezydent objął urząd w drodze sukcesji po poprzedniku i sprawował go krócej niż dwa lata – wówczas może ubiegać się o dwie pełne kadencje. Jeżeli dłużej – tylko o jedną.
Równocześnie odbywają się wybory do Izby Reprezentantów i do Senatu, choć zmianie ulega jedynie 1/3 senatorów. Senatorów wybiera się w poszczególnych stanach, a reprezentantów – w jednomandatowych okręgach wyborczych.
System partyjny jest zdominowany przez dwie partie: Demokratów i Republikanów. Świadczą o tym liczby: 435 reprezentantów (a więc wszyscy), 98 na 100 senatorów i 49 na 50 gubernatorów należy do jednej z dwóch głównych partii. Kandydaci na prezydenta w pierwszej kolejności ubiegają się o nominację jednej z dwóch partii. W każdym stanie i niebędącym stanem terytorium odbywają się prawybory (przypominające typowe wybory) i caucus (przypominające zjazdy partyjne). Zależnie od wyników kandydaci otrzymują określoną pulę delegatów. Jest też grono unpledged delegates czy też superdelegates, którzy nie są związani wolą wyborców – to najważniejsi działacze: członkowie Kongresu, gubernatorzy i wysoko postawieni funkcjonariusze partyjni. Wszyscy delegaci pod koniec lipca zbierają się na Konwencji. Przyznaje ona nominację temu z kandydatów, który uzyska bezwzględną większość głosów. Jeżeli żaden nie uzyska jej w pierwszym głosowaniu, delegaci głosują do skutku, z tym że od drugiego głosowania nie są już związani wolą wyborców, co stwarza możliwość zakulisowych targów. Po uzyskaniu nominacji kandydat przedstawia swojego running mate, czyli kandydata na wiceprezydenta.
Kto na Prezydenta?
W rozpoczętych 1 lutego prawyborch z dwóch głównych partii wystartowało 15 kandydatów (3 z Partii Demokratycznej i 12 z Partii Republikańskiej). W momencie powstawania artykułu zostało ich pięciu – 2 Demokratów i 3 Republikanów. Ich prezentację rozpocznę od lewej strony politycznej sceny.
74-letni senator Bernie Sanders urodził się w żydowskiej rodzinie polsko-rosyjskiego pochodzenia. Jego ojciec przybył do USA ze Słopnic w powiecie limanowskim. Sanders nie jest członkiem żadnej partii, choć ubiega się o nominację Demokratów. Począwszy od lat 60. XX wieku, kiedy brał udział w protestach antywojennych i antysegregacyjnych, był działaczem niewielkich ugrupowań socjalistycznych, które kontestowały system dwupartyjny. W latach 1981-1989 był burmistrzem Burlington w stanie Vermont, a wybory wygrywał, mając przeciw sobie kandydatów obu partii. Jako burmistrz, oprócz wprowadzania lewicowych rozwiązań na lokalnym poletku, przejawiał zainteresowanie sprawami ogólnoświatowymi, o czym świadczą wysyłane przez niego apele: do przywódców nuklearnych mocarstw o rozbrojenie, do prezydenta RPA o zakończenieapartheidu, do Ronalda Reagana o zaprzestanie finansowania prawicowych organizacji terrorystycznych w Ameryce Łacińskiej, do Margaret Thatcher o zakończenie wojny w Irlandii Północnej. Już wtedy popierał prawo osób pozostających w związkach homoseksualnych do zawierania małżeństw. Radykalnie lewicowe jak na USA poglądy i dystans do obu głównych partii uczyniły Sandersa postacią rozpoznawalną poza Burlington, dzięki czemu w 1991 roku został kongresmenem.
W czasach prezydentury George’a W. Busha Sanders nawiązał współpracę z Demokratami m.in. na gruncie krytyki agresji na Irak i innych tego typu metod „walki z terrorem”. Wciąż jednak nie wstąpił do tej partii (Czasami jest Demokratą – jak powiedziała senatorka Barbara Boxer), w pewnych kwestiach zawierał jednak sojusze idące w poprzek podziałów partyjnych – o krytyce Banku Centralnego i powiązań państwa z wielkim biznesem mówił tym samym głosem, co libertariański kongresmen Ron Paul. Po ośmiu reelekcjach Bernie Sanders zdecydował się w 2006 roku na start w wyborach do Senatu, znów jako kandydat niezależny. Tym razem jednak nie miał przeciwko sobie Demokratów – zdecydowali się oni nie wystawiać własnego kandydata i poparli Sandersa. W podobny sposób uzyskał reelekcję w 2012 roku.
Określa się jako demokratyczny socjalista. Jego obietnice wyborcze oparte są na rozwiązaniach stosowanych w krajach skandynawskich. Krytykuje układy o wolnym handlu, postuluje uspołecznienie uczelni wyższych, podwyżkę płacy minimalnej, rozszerzenie systemu ubezpieczeń zdrowotnych, reformę prawa pracy w kierunku zwiększenia uprawnień pracowników, złagodzenie polityki kryminalnej (np. legalizacja narkotyków, likwidacja prywatnych więzień), zniesienie (powszechnej po zmachach 11 września) inwigilacji czy też wprowadzenie podatku od transakcji finansowych.
O nominację Demokratów ubiega się też 69-letnia Hillary Clinton, która ma szanse zostać pierwszą kobietą na stanowisku prezydenta USA. Urodzona w konserwatywnej rodzinie (jako 17-latka była wolontariuszką w kampanii wyborczej Barry’ego Goldwatera, ultrakonserwatywnego republikańskiego kandydata na prezydenta z 1964 roku), zmieniła poglądy pod wpływem kazań lewicującego pastora Dona Jonesa. Na studiach była już zaangażowana w ruch antywojenny i w 1972 roku wspierała lewicowego kandydata George’a McGoverna. W tym okresie poznała też swojego późniejszego męża, gubernatora Arkansas i prezydenta, Billa Clintona.
Za jego prezydentury była aktywna politycznie – pracowała nad ustawami gwarantującymi pomoc rodzinom adopcyjnym i zastępczym oraz ich dorosłym wychowankom, jak również nad nieprzyjętym przez Kongres projektem ustawy o ubezpieczeniu zdrowotnym dla rodzin z dziećmi. Równocześnie jednak Clinton niejednokrotnie była w ogniu krytyki. Przykładem może być afera Whitewater, dotycząca spółki działającej na rynku nieruchomości, w której Clinton miała udziały i która zbankrutowała w niewyjaśnionych okolicznościach (dokumenty zaginęły). Podejrzewa się, że firma prowadziła nielegalne interesy ze stanem Arkansas, którego gubernatorem był wówczas nie kto inny, jak Bill Clinton. Kontrowersje budzi także jej postawa wobec pozamałżeńskich przygód męża, który romansował z piosenkarką Gennifer Flowers oraz z urzędniczkami Paulą Jones i Moniką Lewinsky. To właśnie te dwa ostatnie romanse i związane z nimi kłamstwa prezydenta doprowadziły do wszczęcia wobec niego procedury impeachmentu – Hillary Clinton opowiedziała się wówczas po stronie męża i publicznie szkalowała jego kochanki (Monica Lewinsky jest częścią rozległego prawicowego spisku).
Pod koniec prezydentury Billa, w 2001 roku, Clinton została senatorką. W Senacie była przedstawicielką prawego skrzydła Demokratów – m.in. uznawała małżeństwo za związek mężczyzny i kobiety oraz głosowała za takimi republikańskimi inicjatywami, jak wojna w Iraku czy zakaz znieważania flagi. Wielu komentatorów odbierało to jako chęć zdobycia poparcia centrowych wyborców w wyborach prezydenckich. Istotnie, Clinton wystartowała w nich w 2008 roku, ale przegrała prawybory z Barackiem Obamą. Po jego wygranej została sekretarzem stanu, doprowadzając do krótkotrwałego ocieplenia stosunków z Rosją oraz do interwencji w Libii (jak sama ją podsumowała: przyszliśmy, zobaczyliśmy, zginął [chodzi o libijskiego dyktatora Muammara al-Kaddafiego]). Jej działalność na tym stanowisku spotyka się z krytyką – przeciwnicy oskarżają ją o zaniedbanie bezpieczeństwa konsulatu w libijskim Bengazi, gdzie w 2012 roku zginął ambasador USA, czy też o nielegalne przechowywanie niejawnych mejli (z których wynika, że USA przejęły libijskie złoto po wspomnianej interwencji) na prywatnej skrzynce. Hillary Clinton ma więc doświadczenie na najwyższych szczeblach władzy, również w sensie negatywnym.
Spośród kandydatów republikańskich najbliżej centrum sytuuje się 63-letni John Kasich, gubernator stanu Ohio. Jest wnukiem imigrantów z Czech i Chorwacji. W latach 1983–2001 był kongresmenem, a w latach 1995–2001 przewodniczył Komisji Budżetu Izby Reprezentantów. Podczas pracy na tym stanowisku doprowadził do uchwalenia w 1997 roku ustawy budżetowej, która – po raz pierwszy od 1969 roku – wprowadziła budżet zrównoważony, tj. taki, w którym dochody równe są wydatkom. Przeprowadził też reformę systemu opieki społecznej, która – przez ustalenie limitu czasu przysługiwania zasiłków oraz wprowadzenie obowiązku pracy beneficjentów – miała doprowadzić do zmiany charakteru opieki społecznej z „rozdawniczego” na „aktywizacyjny”. W tym czasie Kasich miał dobre relacje z Demokratami – wielu z nich poparło napisane przez niego ustawy, a prezydent Clinton je podpisał. Ponadto zasiadał w Komisji Sił Zbrojnych, w której – wbrew konserwatystom – poparł Clintona w ograniczeniu dostępu do broni palnej. Jednak potem, w 1998 roku, głosował za postawieniem go w stan oskarżenia. Po odejściu z Izby Kasich prowadził audycję w konserwatywnej stacji FOX News, a następnie pracował w banku Lehman Brothers. Do polityki wrócił w 2010 roku po zwycięskich wyborach na gubernatora Ohio. W 2014 roku uzyskał reelekcję. Jako gubernator obniżył deficyt budżetowy, ciął wydatki i podnosił niektóre podatki. Popiera konstytucyjny zakaz budżetu z deficytem, tj. takiego, który prowadzi do zwiększenia zadłużenia stanu lub państwa. Jest też zwolennikiem szkół czarterowych, czyli placówek prywatnych, nieobjętych państwowym programem nauczania, ale finansowanych z publicznych pieniędzy i rozliczanych za efekty. Sprzeciwia się aborcji, choć stwierdził, że zgwałconej córce pozwoliłby na dokonanie zabiegu. Jest też przeciwny stosowaniu marihuany nawet do celów medycznych, ale popiera prawo poszczególnych stanów do decydowania o tej kwestii. Prezentuje ponadto stanowisko krytyczne wobec postulatów ochrony środowiska, co wynika z interesów wielkiego biznesu w stanie Ohio, gdzie kwitnie wydobycie surowców energetycznych. Nie popiera małżeństw homoseksualnych, ale deklaruje, że skoro ich zniesienie wymaga wprowadzenia poprawki do Konstytucji, to nie poprze jej. Opowiada się za pozostawieniem nielegalnym imigrantom możliwości uregulowania ich statusu, poparł również wprowadzone przez Obamę powszechne ubezpieczenia zdrowotne.
Zdecydowanie po prawej stronie sytuuje się 45-letni Ted Cruz, senator z Teksasu. Ma szansę zostać pierwszym prezydentem USA urodzonym za granicą (w Kanadzie) i pierwszym pochodzenia latynoskiego (jego ojciec jest Kubańczykiem). Poglądy Cruza można określić mianem konserwatywnego libertarianizmu – dał się poznać jako zwolennik wolnego handlu, obniżki podatków i zniesienia płacy minimalnej. Sprzeciwia się aborcji, obowiązkowi szkolnemu, obowiązkowym ubezpieczeniom zdrowotnym, małżeństwom homoseksualnym i związkom partnerskim. Neguje nadto globalne ocieplenie i krytykuje rządowe programy ochrony środowiska. Ponieważ jego poglądy na ochronę środowiska przeczą uznanym naukowo faktom, Cruz porównuje się do Galileusza, który też negował dotychczasową wiedzę (Barack Obama skomentował to słowami: Galileusz uważał, że Ziemia kręci się wokół Słońca. Ted Cruz uważa, że Ziemia kręci się wokół Teda Cruza). Cruz jest też przeciwny federalnej wojnie z narkotykami, rozpoczętej przez Nixona i podsyconej przez Reagana – uważa, że każdy stan ma prawo decydować o polityce narkotykowej. Jest zwolennikiem kary śmierci, wolnego dostępu do broni i twardej polityki imigracyjnej (popiera budowę muru na granicy z Meksykiem). W polityce zagranicznej jego priorytetem jest Izrael, a głównymi wrogami – Iran i Państwo Islamskie. Cruz jest skłócony z prawie całą Partią Republikańską, której zarzuca zdradę ideałów. Przynależność do niej traktuje jako smutną konieczność w obliczu zabetonowanego dwupartyjnego systemu. Sam o sobie powiedział: Po pierwsze – jestem chrześcijaninem, po drugie – Amerykaninem, po trzecie – konserwatystą, a potem – Republikaninem.
Ostatnim kandydatem jest 69-letni Donald Trump, miliarder z Nowego Jorku. Omawiam jego postać na końcu nie dlatego, że jest najbardziej prawicowym z kandydatów, choć niejednokrotnie określano go w polskich mediach mianem skrajnie prawicowego, ultrakonserwatywnego czy nawet anarchokapitalisty. Próba przypisania Trumpowi poglądów jest karkołomna. Moim zdaniem jest on daleki od amerykańskiego konserwatyzmu. Dużo bliżej mu do europejskich ruchów nacjonalistycznych, choć to też uproszczenie. Nie pełnił dotąd żadnych funkcji publicznych. Jest biznesmenem, dziedzicem wielomiliardowej fortuny swego dziadka, imigranta z Niemiec. Działa na rynku nieruchomości. Jest ponadto osobowością telewizyjną. Występował w reality show „The Apprentice”, jako miłośnik wrestlingu występował na jego galach, a raz nawet bił się z Vincem McMahonem, prezesem World Wrestling Entertainment.
Popularność zawdzięcza temu, że jest człowiekiem z zewnątrz, nieskażonym dotychczasową polityką. W obliczu mody na antysystemowość jest to atut w oczach opinii publicznej. Trump, w przeciwieństwie do kontrkandydatów, unika konkretów w swym programie wyborczym. Hasło Make America Great Again jest odpowiedzią na wszystko. Co więcej, wielokrotnie w życiu zmieniał przynależność partyjną i poglądy: był Demokratą, Republikaninem, członkiem Partii Reform, powtórnie Demokratą, potem niezależnym i znów Republikaninem. Opowiadał się za publiczną służba zdrowia (idąc dalej niż Obama, który wprowadził jedynie obowiązek posiadania ubezpieczenia zdrowotnego), by teraz, choć bez konkretów, krytykować ten pomysł. Oceniał negatywnie elektrownie wiatrowe, by potem je popierać. Wzywał policję do aresztowania osób zakłócających jego wiece, by następnie domagać się wolności słowa. Wzywał do legalizacji narkotyków i do wojny z nimi. Jeżeli chodzi o obecnie głoszone poglądy, najwięcej rozgłosu przysparza mu ostre stanowisko antyimigranckie – jest za wzniesieniem muru na granicy z Meksykiem i obciążeniem tego kraju kosztami budowy. Popiera też zakaz imigracji muzułmanów. Obecnie antyimigranckie podejście jest typowe dla Republikanów (choć w 1980 roku dwaj republikańscy kandydaci – Ronald Reagan i George Bush Senior – prześcigali się w debacie, który z nich jest bardziej proimigrancki), ale sposób prezentowania tego stanowiska przez Trumpa odbiega mocno od politycznej rutyny. Kandydat ten potrafił też obrazić dziennikarkę prawicowej stacji FOX News, gdy zadawała mu niewygodne pytania. Zasugerował, że cierpi z powodu dolegliwości menstruacyjnych. Nie była to zresztą jedyna wyrażona przez niego seksistowska opinia – o Hillary Clinton powiedział: jeżeli nie umie zadowolić swego męża, dlaczego myśli, że umie zadowolić Amerykę?
Trump wyróżnia się na tle innych współczesnych amerykańskich polityków podejściem do spraw zagranicznych. Po latach interwencjonizmu jest przeciwko interwencji w Libii, a wojnę w Ukrainie uważa za wewnętrzną sprawę Europy. Zamierza też ograniczyć dotychczasowy liberalny charakter handlu zagranicznego i wprowadzić silny protekcjonizm, co wyraził w przemówieniu skierowanym do Chin, Arabii Saudyjskiej i krajów OPEC (kartelu państw-eksporterów ropy naftowej): Słuchajcie, skurwysyny! Zamierzamy nałożyć na was 25% podatku!
Co zmienią wybory?
Prezydent sprawuje władzę wykonawczą. Ogranicza go zasada trójpodziału władz i to, czy zrealizuje postulaty, będzie zależało także od wyniku równolegle przeprowadzanych wyborów do Kongresu, który ma władzę ustawodawczą. Po ośmiu latach rządów Baracka Obamy Stany Zjednoczone przesunęły się nieco w lewą stronę. Tegoroczne wybory wyznaczą kurs na następne lata. Dziś ideologia odgrywa bowiem dużo większą rolę niż niegdyś. Jeszcze w latach 80. zeszłego stulecia Longin Pastusiak, pisał, że cechą amerykańskiego systemu partyjnego jest me-tooism (ang. me too – „ja też”), polegający na głoszeniu przez obie partie podobnych poglądów. Jego zdaniem wybory były starciem osobowości, a nie wizji. Jeśli chodzi o tamte czasy, trzeba przyznać Pastusiakowi rację. Bardzo długo podziały ideologiczne szły w poprzek podziałów partyjnych. Jednak od niedawna scena polityczna jest bardziej spolaryzowana, a partie polityczne – bardziej skupione wokół ideologii, na co wskazują wyniki głosowań w Kongresie.
Oznacza to, że wybór Hillary Clinton z jej umiarkowanymi, centrolewicowymi i dostosowanymi do nastrojów społecznych (żeby nie powiedzieć konformistycznymi) poglądami przyniesie dalsze skręcanie USA w lewo. Z kolei prezydentura Berniego Sandersa, głoszącego od 50 lat lewicowe i nie zawsze popularne poglądy, oznaczała będzie skręt w lewo, ale dużo ostrzejszy. Choć Sanders w Europie uchodziłby za socjaldemokratę, a może nawet za przedstawiciela lewego skrzydła chadecji, to w Stanach Zjednoczonych głoszone przez niego opinie były poza głównym nurtem. Przed 2015 roku podzielały je tylko mniejsze ugrupowania i niezależni politycy. Uważam więc, że Sanders, ubiegając się o nominację Partii Demokratycznej, nie zdradził swych ideałów – nie dość, że pozostał im wierny, to wprowadził je do szerokiej debaty publicznej. Jego przeciwnicy polityczni mogą się z tym nie zgadzać, ale muszą się już liczyć z ruchem stojącym za Sandersem, nie mogą go po prostu przemilczeć – nie są w stanie sprowadzić lewicowych postulatów do słabo słyszalnego głosu mikrolewicy. Sanders przebił się do publicznej debaty jako pełnoprawny uczestnik. W tym sensie pewien skręt w lewo już się dokonał.
Wybór Teda Cruza będzie z kolei powrotem Stanów Zjednoczonych na prawą stronę. Jego poglądy są jeszcze bardziej konserwatywne niż Ronalda Reagana czy George’a Busha, więc z pewnością będzie dążył do zniwelowania przynajmniej w części efektów ośmiu lat rządów centrolewicowego Obamy. Oznacza to zmniejszenie roli państwa w gospodarce i postawienie na wolny rynek jako najlepszy środek do osiągnięcia dobrobytu. W sprawach społeczno-obyczajowych będzie natomiast prowadził politykę zgodną z oczekiwaniami duchownych, zwłaszcza protestanckich, przeważnie dużo bardziej konserwatywnych niż księża katoliccy. Jakkolwiek prezydent nie jest wszechwładny i nie zdoła po prostu zadekretować swych poglądów i celów, to z pewnością wybór konserwatysty będzie oznaką pewnych nastrojów społecznych – zachodzi tu sprzężenie zwrotne, gdyż będzie on równocześnie motorem konserwatywnych przemian. Wybór Johna Kasicha to również – łagodniejszy wprawdzie – zwrot w prawo. Z kolei zwycięstwo Donalda Trumpa oznaczałoby chyba największy ideologiczny przewrót w historii USA. Będzie to bowiem sygnał, że nie tylko nastąpił skręt w prawo, ale też na samej prawicy doszło do przełomu – główną jej siłą nie będą bowiem konserwatyści (z często libertariańskim odchyleniem), ale Trump i jego zwolennicy – ci, którym ideowo dużo bliżej do europejskich nacjonalistów.
Warto też wspomnieć o prerogatywie prezydenta do powoływania sędziów Sądu Najwyższego. Instytucja ta posiada prawo interpretacji Konstytucji, dzięki czemu może uznawać akty prawne za niekonstytucyjne. Tą drogą sankcjonowano ongiś niewolnictwo, potem zniesiono segregację rasową w szkołach, ograniczono karę śmierci, zalegalizowano aborcję i małżeństwa homoseksualne. Sędziów SN jest 9 i są nieusuwalni – pełnią funkcję do śmierci albo rezygnacji. Obecnie w SN zasiada czterech liberałów, trzech konserwatystów i jeden sędzia będący języczkiem u wagi. Jedno stanowisko wakuje. Uzupełni je nominat zwycięzcy wyborów. Ponadto można się spodziewać, że w czasie jego 4-letniej kadencji zwolnią się następne, gdyż kilku sędziów jest w podeszłym wieku. Toteż zwycięstwo Demokraty może skutkować np. zniesieniem kary śmierci czy uznawaniem za konstytucyjne popieranych przez Demokratów aktów prawnych (np. dotyczących ograniczenia wolnego dostępu do broni). Odwrotny skutek przyniesie oczywiście zwycięstwo Republikanina.
Sprawa polska
Pojęcie Stanów Zjednoczonych kojarzy się ludziom w Polsce z wolnością i demokracją, ze wspaniałomyślnością i ofiarnością, z ludzką przyjaźnią i przyjaznym człowieczeństwem. Wiem, że nie wszędzie Ameryka tak jest postrzegana. Ja mówię o tym, jaki jest obraz w Polsce, obraz ten został utrwalony przez liczne dobre doświadczenia historyczne – tak opisał relacje polsko-amerykańskie Lech Wałęsa, przemawiając 15 listopada 1989 roku przed połączonymi izbami Kongresu. Polska nigdy nie była pod amerykańskim butem, wrogów mieliśmy gdzie indziej. Nasze relacje były dobre: począwszy od udziału Polaków w wojnie o niepodległość USA, przez wsparcie dla odzyskania przez Polskę niepodległości po I wojnie światowej i podobnie w czasie rządów komunistycznych, aż po wejście Polski w NATO. Bywały i epizody dla Polski niekorzystne, jak zdrada jałtańska, albo przynajmniej kontrowersyjne, jak wspieranie takiego, a nie innego modelu transformacji, z narzuceniem popieranego przez USA modelu gospodarki i naciskaniem na udział w niej komunistów, co przejawiało się choćby poparciem dla prezydentury Jaruzelskiego. Nie zmienia to faktu, że w ostatecznym rozrachunku USA są dziś sojusznikiem Polski. Nie zmieni tego amerykańska dezaprobata wobec poczynań polskiego rządu w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. W jakim kierunku będą podążać relacje polsko-amerykańskie po wyborach w Stanach?
Aby to zrozumieć, należy przede wszystkim zdjąć ideologiczne okulary. Jako stały czytelnik doniesień polskich mediów poświęconych amerykańskiej polityce, a także jako założyciel facebookowej grupy „Wybory w USA”, zaobserwowałem, że wielu Polaków zabierających głos w tej sprawie identyfikuje się z kandydatami w oparciu o ideologiczną zbieżność. W wielkim skrócie: lewicowcy popierają Demokratów (głównie Sandersa), a prawicowcy – Republikanów (głownie Trumpa). Moim zdaniem takie podejście trąci plemiennością. Polityka międzynarodowa nie jest grą ideologii. Jeżeli ktoś chce się utwierdzić w słuszności swych poglądów – niech kibicując konkretnemu kandydatowi, patrzy na jego poglądy. Jeżeli myśli o Polsce w układzie międzynarodowym – powinien zachować dystans.
Bernie Sanders, który osobiście jest mi bliski ideologicznie, pod względem polskich racji budzi pewne obawy. Z jednej strony jest Amerykaninem polskiego pochodzenia, ponadto po napaści Rosji na Ukrainę wzywał Obamę do nałożenia na agresora sankcji. To oczywiście zaleta Sandersa, ponieważ Rosja jest potencjalnym zagrożeniem dla Polski. Jest też Sanders zwolennikiem kontynuowania działalności NATO. Są w Polsce środowiska kibicujące mu – ciepło pisze o nim „Gazeta Wyborcza”, oficjalnego poparcia udzieliła mu partia Razem. Jednak, z drugiej strony, chce on rozszerzenia NATO o Rosję. Rzecz jasna wymagałoby to od Rosji zahamowania agresywnej polityki (co tymczasowo jest ona w stanie – moim zdaniem – zrobić). Czy jednak nawet z łagodniejszą Rosją zbliżenie amerykańsko-rosyjskie jest dla nas korzystne? Śmiem wątpić. Znaczenie Polski, jako kraju położonego na wschodniej flance NATO, rośnie w sytuacji napięcia. W sytuacji odprężenia – zbliżenie między mocarstwami następuje ponad głowami Polski.
Hillary Clinton będzie kontynuowała dotychczasową politykę Obamy. Sama zresztą przez pierwszą kadencję była jej architektem jako Sekretarz Stanu (odpowiednik Ministra Spraw Zagranicznych). Na początku doprowadziła do resetu (czyli odprężenia) stosunków z Rosją. Kiedy jednak po tej chwilowej poprawie Rosja wsparła prezydenta Syrii Baszszara al-Asada, do obalenia którego dążyły USA, a następnie najechała Ukrainę, relacje znacznie się pogorszyły. Ponadto USA poparły demokratyczne protesty w Moskwie w 2012 roku – czego efektem było szkalowanie Hillary Clinton w mediach rosyjskich oraz zakaz przyjmowania zagranicznych funduszy przez rosyjskie organizacje pozarządowe. Obecnie utrzymuje się stan napięcia, moim zdaniem korzystny dla Polski. Można przypuszczać, że prezydentura Hillary Clinton nie przyniesie zmian w tej materii. Prawdopodobnie będzie też nawiązywała do polityki swego męża, a to właśnie za jego prezydentury Polska weszła do NATO. Przewidywalność tej polityki jest dla Polski zaletą, co przyznali nawet dwaj prawicowi komentatorzy z Ośrodka Analiz Strategicznych, Witold Jurasz i Jarosław Guzy, którzy uznali ją za kandydatkę najkorzystniejszą dla Polski. Minusem natomiast są powiązania jej sztabu wyborczego z Kremlem, ujawnione w Panama papers – Tony Podesta, skarbnik sztabu, to lobbysta rosyjskiego Sperbanku, który przez kontrwywiad NATO i rosyjską opozycję demokratyczną jest uważany za siedlisko rosyjskiej agentury.
Ted Cruz ideologicznie jest mi odległy, ale uważam go za kandydata przychylnego Polsce. Wprawdzie nasz region nie jest dla niego priorytetem (za najważniejszego sojusznika uważa Izrael, a za najważniejszy obszar aktywności USA – Bliski Wschód), ale odwołuje się do Ronalda Reagana i chce silnego NATO ze wzmocnioną wschodnią flanką. Można się spodziewać, że pójdzie jeszcze dalej niż Obama, który doprowadził do rotacyjnej obecności 5 tysięcy żołnierzy w krajach flanki wschodniej. Cruza darzą w Polsce sympatią media bliskie PiS. Spośród polskich polityków ciepło wypowiadał się o nim Tomasz Siemoniak z PO, były szef MON.
Zwolennikiem „jastrzębiej” polityki zagranicznej jest John Kasich. Niegdyś był on sympatykiem George’a W. Busha. Dziś zmienił opinię – twierdzi, że gdyby wiedział, że w Iraku nie było broni masowego rażenia, nie poparłby inwazji, uzasadnianej rzekomą obecnością takiej broni. Nadal jednak jest zwolennikiem zwiększania budżetu sił zbrojnych, demonstrowania potęgi oraz wspierania Ukrainy dostawami uzbrojenia. Jego prezydentura oznaczałaby interwencję w obronie interesów amerykańskich, co pozwoliłoby sojusznikom Ukrainy czuć się bezpiecznie. Kasichowi polscy komentatorzy nie poświęcają zbyt dużo uwagi ze względu na jego słabe notowania i niskie prawdopodobieństwo wygranej, ale z pewnością znalazłby wspólny język z proamerykańskimi środowiskami w naszym kraju. Tym bardziej, że jest kandydatem republikańskiego establishmentu – zadziałałyby tu kontakty z Republikanami wypracowane przez lata.
Donald Trump to dla Polski opcja najgorsza z możliwych. Nie bez powodu popiera go Aleksander Dugin, ideolog rosyjskiego imperializmu. Trump uważa konflikt w Ukrainie za wewnętrzną sprawę Europy, toteż Polska, angażując się we wsparcie Ukrainy, byłaby osamotniona na arenie międzynarodowej. Krytykuje NATO, jego priorytetem jest rywalizacja z Chinami. Można przypuszczać, że dążyłby do układu z Rosją przeciwko Chinom. Pierwszą taką próbę podjął w 2001 roku George W. Bush na szczycie w Słowenii, jednak kilka lat później zarzucił tę politykę, stąd pomysł tarczy antyrakietowej w Polsce. Gdy władzę objął Obama, spróbował po raz drugi – ogłosił nowy początek relacji z Rosją, wyrzucając przy tym do kosza projekt budowy tarczy. Jednak Rosja poczyniła w Syrii i na Ukrainie kroki wrogie Stanom Zjednoczonym, co spowodowało powrót do napiętych relacji. Zbliżenie amerykańsko-rosyjskie za prezydentury Trumpa byłoby to już trzecia taką próbą w tym stuleciu. W Polsce Trumpa popierają głównie środowiska antysystemowej prawicy, głównie młodzi widzowie kanału Mariusza Maksa Kolonki na YouTube, który nagina rzeczywistość do dobrze się sprzedającej ideologii i przekonuje, że Trump jest przyjacielem Polski.
Gdy kończę pisać artykuł, patrzę na wyniki na półmetku prawyborów. U Republikanów sytuacja jest skomplikowana i nieprzewidywalna – prowadzi Donald Trump, ale nie na tyle wyraźnie, żeby być pewnym nominacji. Po piętach depcze mu Ted Cruz. Nie można też wykluczyć, że w razie nieuzyskania przez żadnego z nich bezwzględnej większości kandydatem zostanie ktoś trzeci. Jaśniejsza sytuacja jest u Demokratów – wyraźnie wygrywa Hillary Clinton i to prawdopodobnie ona wystartuje 8 listopada w wyborach. Jej kandydatura ma swoje wady – jako osoba będąca przez lata blisko szczytów władzy jest bardziej zepsuta przez wielką politykę, przez lata prezentowała konformistyczne poglądy, a sponsorami jej kampanii są głównie banki. I nie jest Sandersem – stałym w poglądach prospołecznym politykiem, którego kampanię sponsorują głównie związki zawodowe i miliony drobnych darczyńców. Czy jest ona lepsza od kandydata Republikanów? Niepewność co do tego, kto nim będzie, uniemożliwia mi udzielenie jasnej odpowiedzi. Na pewno jest lepsza od Trumpa – lepszy powolny dryf USA w kierunku centrolewicowym niż ostry skręt w stronę nacjonalizmu. Ponadto chciałbym kolejnych czterech lat rządów dających względne poczucie bezpieczeństwa Polsce, a pod tym względem Clinton prezentuje się nieco lepiej niż Trump. W rywalizacji z nim trzymam więc kciuki za kandydatkę Demokratów, bo życzę dobrze zarówno USA, jak i Polsce. Natomiast w rywalizacji z Tedem Cruzem jej przewaga w moich oczach zmniejsza się – konserwatywny libertarianizm Cruza jest z punktu widzenia ideologii mniejszym złem niż nacjonalizm Trumpa. Clinton ma nadal ideologiczną przewagę nad Cruzem, ale po nim można się spodziewać bardziej wiarygodnej i konsekwentnej polityki zagranicznej. W razie republikańskiej nominacji dla Cruza i jego rywalizacji z Clinton będę miał więc dylemat – uważam go za gorszego kandydata dla USA, ale lepszego z punktu widzenia interesów Polski.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 4 października 2016 | Lato 2016, Wywiad - kwartalnik
– Należy Pani do Zespołu do spraw Chorób Rzadkich przy Ministerstwie Zdrowia. W Programie Trzecim Polskiego Radia mówiła Pani, że „Polska jest ostatnim krajem w Unii Europejskiej, który nie ma przyjętej strategii dla chorób rzadkich”. Pacjentom brakuje specjalistów, informacji i koordynacji leczenia. Na ile jest to specyfika tego segmentu opieki zdrowotnej, a na ile problem całej rodzimej służby zdrowia?
– Maria Libura: W przypadku chorób rzadkich mamy do czynienia z soczewką, która skupia błędy systemu. Jeżeli coś nie działa w ogólnym systemie, to w przypadku chorób rzadkich nie działa w sposób dramatyczny. Jeżeli mamy na przykład problem z dostępem do lekarzy-specjalistów i długimi kolejkami w populacji ogólnej, to w przypadku leczenia chorób rzadkich, gdy lekarzy znających daną jednostkę chorobową bywa dosłownie kilku w Polsce, dostępność do nich będzie jeszcze bardziej ograniczona. Na to nakłada się problem specyficzny dla tej grupy schorzeń – braku wiedzy i informacji na ich temat, także wśród personelu medycznego.
– To jest problem braku środków finansowych?
– Żeby było ciekawiej – chyba nie do końca.
– Dlaczego?
– Dla niektórych chorób rzadkich, choć stosunkowo niewielu, istnieje leczenie, w tym tzw. lekami sierocymi. Przykuwają one uwagę, ponieważ często są niezwykle drogie. Najdroższy lek świata, kosztująca 1,2 mln euro Glybera, jest lekiem sierocym. Takie kwestie są medialne, co może sprawiać wrażenie, że dostęp do kosztownych terapii to główny problem chorób rzadkich. Ale dla znakomitej większości, bo aż 95 proc. chorób rzadkich, w ogóle nie ma jakiegokolwiek leczenia farmakologicznego.
– Chcę się upewnić: żadnego?
– Pozostaje leczenie, które spowalnia postęp choroby. W wielu schorzeniach jest to fizjoterapia, w innych dieta, zatem nie zaawansowane rozwiązania technologiczne, ale dobrze znane metody, nieszczególnie drogie. Dramat wielu pacjentów polega na tym, że przez złą organizację systemu i brak wiedzy na temat chorób rzadkich bywają one diagnozowane bardzo, bardzo późno. W Polsce proces diagnostyczny potrafi trwać nawet dwadzieścia lat, i to w sytuacji, gdy pacjenci wykazują objawy typowe dla swojej choroby.
– …przepraszam?
– To się zdarza. W takich przypadkach pacjent nie dostaje właściwej pomocy. Niekiedy jest błędnie diagnozowany, a nawet otrzymuje niewłaściwe leczenie. Zatem nie tylko nie spowalniamy procesu chorobowego, ale możemy wręcz zaszkodzić takiej osobie.
Poprawa diagnostyki chorób rzadkich wymaga rozwiązań odmiennych od tych, które stosowane są w przypadku chorób powszechnych. Przede wszystkim wiedza na ich temat jest niewielka, nawet wśród lekarzy. Do tego dochodzi ich liczba – obecnie znamy ponad 8 tys. takich chorób. Nie jest możliwe, aby lekarz pierwszego kontaktu rozpoznał te choroby i znał je wszystkie – nie należy tego oczekiwać.
– To co powinien taki lekarz zrobić?
– Powinien wiedzieć, że takie choroby w ogóle istnieją, i dokąd może pacjenta odesłać na dalsze konsultacje. W tym miejscu pojawia się kolejny problem – w Polsce ośrodki referencyjne dla chorób rzadkich nie są umocowane systemowo. Istnieją co prawda ośrodki medyczne specjalizujące się w wybranych jednostkach chorobowych, zwykle powstałe dzięki pasji naukowej poszczególnych lekarzy-klinicystów. Wiedza o tych nieformalnych ośrodkach referencyjnych jest dość przypadkowa – jeśli ktoś w praktyce lekarskiej zetknął się z jakąś chorobą, to wie, że zajmuje się nią np. ktoś w Krakowie, Gdańsku albo Warszawie. Natomiast przeciętny lekarz nie słyszał zbyt wiele o chorobach rzadkich, a co gorsza nie ma też systemowych rozwiązań, które pozwoliłyby mu szybko dotrzeć do potrzebnych informacji. Takie systemy działają w innych krajach Unii Europejskiej, w Stanach Zjednoczonych itd. Nie musimy wymyślać koła – jesteśmy ostatnim krajem UE, który jeszcze nie wprowadził krajowej strategii dla chorób rzadkich, mamy mnóstwo gotowych wzorców, wiemy też, jakie błędy w innych krajach zostały popełnione i możemy ich uniknąć. Miejmy nadzieję, że jeszcze w tym roku powstanie Narodowy Plan dla chorób rzadkich, gdyż jednym z jego elementów jest powołanie takich ośrodków.
– A co się dzieje, gdy te ośrodki referencyjne są nieformalne i wiedza o nich jest dość hermetyczna?
– To skazuje wielu pacjentów na tzw. odyseję diagnostyczną. Zarówno sam pacjent, jak i opiekujący się nim lekarz zaczynają po omacku szukać rozwiązania, gdy kolejne podejrzenia okazują się nietrafne. Najpierw chory trafia więc do specjalisty z jednej dziedziny, a gdy ten sobie nie radzi z diagnostyką, odsyła pacjenta do kolejnego specjalisty, z innej dziedziny. To może trwać naprawdę długo; bywa, że pacjenci konsultują się u pięciu, sześciu, a rekordziści nawet u ponad dziesięciu lekarzy różnych specjalności, zanim trafią do właściwego specjalisty, który postawi trafne rozpoznanie.
Choroby rzadkie obnażają słabość systemu, która w coraz większym stopniu uderza w chorych na choroby powszechne – cała nasza opieka medyczna jest sformatowana pod kątem „typowych, nieskomplikowanych przypadków”. Tymczasem postęp medyczny powoduje, że nawet te choroby powszechne, które dotychczas uważaliśmy za jednorodne, zaczynają się rozdzielać na podgrupy, w których wiele chorób spełnia definicję choroby rzadkiej. Popatrzymy choćby na to, co się dzieje w przypadku nowotworów. Do niedawna mówiliśmy po prostu o raku piersi. Teraz wiemy, że rak piersi dzieli się na kilka rodzajów ze względu na typ guza, z których każdy wymaga odmiennego schematu leczenia. Wszystko to wiemy, ale nasz system zdrowotny nie jest do tego przystosowany.
– Gdyby miała Pani przedstawić krótką charakterystykę sprawnego systemu, to jak by on wyglądał?
– Istnieje bardzo wiele modeli ochrony zdrowia, a ich sprawność zależy do wielu czynników. Sprawny system publiczny wykorzystuje posiadane zasoby tak, by zapewnić możliwie dobry stan zdrowia społeczeństwa. Państwo nie może wycofywać się z odpowiedzialności za zdrowie obywateli.
Brak w Polsce dyskusji o celach służby zdrowia. Nasze debaty o reformie ochrony zdrowia bardzo często skupiają się na narzędziach, a nie na priorytetach, jakim ten system ma służyć. Zapominamy, że publiczny system ochrony zdrowia nie jest po prostu indywidualnym ubezpieczeniem zdrowotnym, lecz ma także spełniać cele populacyjne. Stąd znika nam z pola widzenia również to, że należy dbać o zdrowie społeczeństwa jako całości. Naprawdę trudno przebija się myśl, że jednym z celów opieki zdrowotnej nie jest tylko pomoc jednostce, ale również cele ogólnospołeczne. A przecież w grę wchodzą także kwestie gospodarcze: wpływ kiepskiego zdrowia młodych pokoleń na ich pracę będzie miał w przyszłości dramatyczne skutki. A musimy do tego dodać niekorzystne czynniki demograficzne.
Żaden system ochrony zdrowia na świecie nie zaspokoi wszystkich potrzeb pacjentów, choćby dlatego, że postęp wiedzy medycznej i technologii jest znaczny, a równocześnie te nowe technologie są często bardzo drogie. To powoduje, że zaspokojenie oczekiwań społecznych w tym sektorze staje się coraz trudniejsze. Pojawia się coraz więcej możliwości, a równocześnie są one często bardzo kosztowne i w zasadzie żadnego państwa nie stać na zapewnienie wszystkich najnowszych technologii wszystkim obywatelom. To oczywiste, ale trudne do przyjęcia – w Polsce ten fakt dopiero dociera do opinii publicznej. Pojawia się więc pytanie, czemu ten system ochrony zdrowia ma przede wszystkim służyć, bo to cel dyktuje priorytety, w tym wybór finansowania takich a nie innych świadczeń. Nie można tego narzucić z góry, np. przyjmując system i założenia ochrony zdrowia z innego kraju. Dlatego w wielu państwach włącza się w proces decyzyjny dotyczący dialogu wokół systemu opieki zdrowotnej nie tylko organizacje pacjentów, ale również zwykłych obywateli. To ważne, ponieważ musi istnieć zgoda społeczna na pewne ograniczenia i wynikające z nich kompromisy. Takim kompromisem są też regulacje określonych zachowań, o których wiemy, że definitywnie szkodzą zdrowiu i generują olbrzymie koszty leczenia. Zakaz palenia w miejscach publicznych jest tego doskonałym przykładem. Oczywiście, mówienie, że nie wszystko jest możliwe, nie jest łatwe.
– Tak, ale możemy powiedzieć, że nie wszystko jest możliwe – to w Polsce słyszymy bardzo często – żeby dać społeczeństwu do zrozumienia, że możliwe jest coraz mniej. Także po to, by sugerować, że jedynym wyjściem jest prywatyzacja służby zdrowia.
– Oczywiście, w polskiej debacie o ochronie zdrowia jest zauważalny taki trend, aby traktować prywatyzację jako lek na całe zło. Czy to jest dobry kierunek? Wydaje się wysoce wątpliwe, gdyż rynek ochrony zdrowia nie jest zwyczajnym wolnym rynkiem, i to w wielu wymiarach.
Po pierwsze, w przypadku świadczeń medycznych występuje przepaść między usługodawcą a usługobiorcą, zwana asymetrią informacji. Mechanizm ten opisał już w latach 60. ubiegłego wieku noblista Kenneth Arrow. Gdy idziemy do lekarza, musimy obdarzać go bardzo dużym zaufaniem, ponieważ nie wiemy tak naprawdę, co jest nam potrzebne. Zakładamy, że lekarz nie będzie działał na zasadach czysto rynkowych, nie będzie akwizytorem, który sprzeda nam wszystkie garnki, jakie ma pod ręką i dołoży jeszcze dezodorant [śmiech]. Chcemy wierzyć, że lekarz da nam tylko to, co nam nie tylko nie zaszkodzi, ale pomoże, i – co więcej – jest naprawdę potrzebne w naszym stanie zdrowia. Kiedy idę do piekarni, mogę łatwo ocenić, czy bułka jest świeża, czy czerstwa. Kiedy idę do lekarza, to nie wiem, czy ten rezonans magnetyczny jest mi potrzebny, czy nie – to musi ocenić lekarz.
Po drugie, nie jesteśmy w chwili obecnej w stanie ocenić, jakie usługi zdrowotne będą nam potrzebne ani też kiedy będziemy musieli z nich korzystać. Gdy kupujemy dobre buty albo jedzenie, jesteśmy w stanie dość dobrze oszacować nasze potrzeby. Jeśli chodzi o usługi zdrowotne, jest zupełnie inaczej. Zwykle zapotrzebowanie na nie kumuluje się w określonym momencie naszego życia, czyli gdy jesteśmy starsi. A najwięcej zarabiamy wtedy, gdy jesteśmy młodsi. Proszę zobaczyć, że zgoda na to, aby sprywatyzować system ochrony zdrowia, bardzo często jest deklarowana przez ludzi młodych. I nie ma w tym niczego dziwnego – oni widzą, ile wydają na składkę zdrowotną, ale jeszcze z tego nie korzystają. A gdy z kolei będą potrzebować pomocy – ich dochody będą mniejsze. Na tym polega idea systemu zabezpieczeń zdrowotnych, że w wieku, w którym najczęściej go potrzebujemy, często nie byłoby nas stać na wykupienie komercyjnych usług zdrowotnych.
– Ale znamy potoczny argument przeciwny: jak cię nie stać, to twój problem.
– Wyobraźmy sobie rzesze starszych ludzi, którzy są bez pomocy medycznej, ponieważ nie wykupili znacznie wcześniej ubezpieczenia, bo nie było ich na nie stać…
– Poza tym zupełnie pragmatycznie warto pomyśleć, jakie skutki ogólnospołeczne miałaby taka sytuacja.
– W debacie publicznej na temat systemu ochrony zdrowia często dochodzi do daleko idących uproszczeń, przez co umykają rzeczy, które – powiedzmy to sobie wprost – nie są nawet niuansami. Naprawdę nie trzeba wiele wyobraźni, by uzmysłowić sobie konsekwencje całkowitego albo daleko idącego urynkowienia tego sektora. Brak możliwości skorzystania z opieki medycznej w potrzebie to, z jednej strony, osobiste nieszczęście pacjenta, jego najbliższych, z drugiej zaś – problem społeczny, za który prędzej czy później państwo musi zapłacić, np. poprzez zasiłki dla obywatela, który staje się niepełnosprawny.
Ponadto istnieją „niskie ryzyka”, które jednak mogą się przydarzyć, choćby nagły wypadek. W Stanach Zjednoczonych – gdzie w ochronie zdrowia długo panował model w znacznej mierze rynkowy – bywało, że osoby nieubezpieczone często traciły wtedy wszystko. Nie tylko majątek życia, pozycję społeczną, ale także nierzadko musiały się potężnie zadłużyć, aby na przykład wyleczyć jakiś skomplikowany uraz kręgosłupa. Systemy oparte na powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym i solidarności społecznej chronią przed tego rodzaju sytuacjami. To, że USA zdecydowały się wprowadzić jakiś model powszechnego ubezpieczenia, pokazuje, że rynek zdrowia wymaga pewnych uregulowań m.in. ze względu na to, iż nie można obciążyć jednostki całkowitą odpowiedzialnością za ryzyko związane z utratą zdrowia.
– Nierzadko dyskusje wokół kwestii dużych struktur instytucjonalnych przedstawia się mocno pejoratywnie, np. w perspektywie ich niedowładu. A przecież za funkcjonowaniem państwa stoją z reguły przyjęta filozofia działania instytucji, siła wyobrażeń społecznych, nawyki kulturowe społeczeństwa. Z jednej strony wydaje się, że Polacy nie chcą prywatyzacji służby zdrowia, z drugiej na poziomie samorządów dochodzi choćby do prywatyzacji szpitali. Dlaczego nie potrafimy się troszczyć o to, co uważamy za korzystne dla siebie?
– Polska jest społeczną gospodarką rynkową, jak mówi konstytucja. Wiemy, że z realizacją najważniejszych założeń naszego państwa bywa różnie. Konstytucja gwarantuje szczególną opiekę zdrowotną m.in. dzieciom i młodzieży. Jak realizowane jest to w praktyce? Liczne badania pokazują, że odsetek młodzieży licealnej z wadami postawy oscyluje w granicach 90 proc. Przecież to będzie miało bardzo poważne konsekwencje dla ich zdrowia, planów życiowych i zawodowych. Prof. Brygida Kwiatkowska w trakcie Kongresu Gospodarczego w Katowicach mówiła, że pojawia się coraz więcej problemów zdrowotnych u osób młodych, które, nie zdając sobie sprawy z własnych wad postawy, podejmują spory wysiłek – jak sądzą, dla zdrowia – intensywnie uprawiając sport. A to się może skończyć – i często kończy – poważnymi urazami. Ta młodzież powinna mieć gimnastykę korekcyjną w szkole, zamiast po amatorsku „dbać o kondycję” na siłowni. Pokazuje to też, jak niska jest świadomość społeczna w obszarze zdrowia.
To naprawdę zły symptom: starzejące się społeczeństwo, coraz większe obciążenie młodszych pokoleń pracą, a my – przez brak dbałości o populację dzieci i młodzieży, o podstawowe parametry zdrowotne – niedługo dojdziemy do tego, że będziemy mieli więcej rencistów niż w poprzednim pokoleniu. I to osób rzeczywiście niezdolnych do pracy lub często korzystających ze zwolnień lekarskich. To będą ludzie, którzy utracili sprawność i zdrowie z powodu słabości naszej polityki i opieki zdrowotnej.
– Jest w tym, o czym Pani mówi, tragikomiczny rys – przecież dla nie tak małej części obecnych młodych ludzi rencista to oszust i darmozjad.
– Na to, co dzieje się w Polsce w tej materii, nie od dziś zwracają uwagę międzynarodowi eksperci. Na Forum Ekonomicznym w Krynicy Ian Banks, prezes European Men’s Health Forum, zwracał uwagę, że podnosząc wiek emerytalny musimy zadbać o lepszą jakość opieki zdrowotnej, inaczej będzie on fikcją – z przyczyn zdrowotnych ludzie nie będą zdolni do pracy w tym wieku. To wszystko są naczynia połączone. Niestety – powtórzę to jeszcze raz – w Polsce, nie tylko wśród elit, często myśli się o opiece zdrowotnej jako indywidualnej polisie ubezpieczeniowej. A przecież system publiczny służy społeczeństwu jako całości.
– Niewiarygodne – społeczeństwo jednak istnieje…
– Nowoczesne myślenie o zdrowiu zakłada powrót do idei, które wcale nie są nowe: edukacja, prewencja, profilaktyka i wczesna interwencja, to fundamenty ochrony zdrowia. System publicznej służby zdrowia naprawdę jest inwestycją w zdrowie społeczeństwa, w to, żeby ono mogło lepiej funkcjonować. W przypadku społeczeństw starzejących się – a takimi są społeczeństwa europejskie – jest to „oczywista oczywistość”, by zacytować klasyka, ale trudno przebijająca się w Polsce.
– Kto miałby Polakom to wszystko powiedzieć?
– Instytucje publiczne odpowiedzialne za ochronę zdrowia i edukację. W krajach wysoko rozwiniętych to ich zadaniem jest zapewnienie obywatelom informacji, jak korzystać z systemu ochrony zdrowia i na jakich przesłankach opierać istotne decyzje medyczne. Dziś spoczywają one w rękach pacjenta, ważne jest więc, żeby były podejmowane w oparciu o rzetelne informacje.
– Nie do końca rozumiem, w czym rzecz.
– Pacjenci nie tylko podejmują formalne decyzje o świadomej zgodzie na zabieg. Decyzją pacjenta jest, czy pójdzie do lekarza, czy weźmie leki, co zrobi z objawami, które się u niego pojawiają. Dzieje się tak po pierwsze dlatego, że medycyna coraz bardziej przestaje być medycyną interwencyjną, a coraz częściej staje się medycyną stanów przewlekłych. Dotyczy to narastającej lawinowo fali chorób cywilizacyjnych, takich jak np. cukrzyca, ale nie tylko ich. Choćby AIDS jest obecnie chorobą przewlekłą, podobnie jak bardzo wiele nowotworów; nawet te nowotwory, których nie da się wyleczyć, jeśli je odpowiednio prowadzić, stają się chorobami przewlekłymi. A choroba przewlekła ma to do siebie, że ciężar leczenia spoczywa na samym pacjencie, w takim sensie, że to on musi pilnować wielu spraw i zarządzać procesem leczenia, a także podejmować codziennie pozornie drobne decyzje, np. czy weźmie dany lek, czy go nie weźmie.
W związku z tym potrzebna jest solidna edukacja społeczna dotycząca zdrowia, a także poruszania się po systemie ochrony zdrowia. W Polsce organizacje pacjentów częściowo spełniają taką rolę. Chorzy z określonym problemem zdrowotnym zakładają stowarzyszenia, prowadzą własne strony internetowe, wymieniają się wiedzą i doświadczeniami. To wydaje się dalece niewystarczające, a czasem nawet ryzykowne. Problem widać dobrze na przykładzie ruchów antyszczepionkowych.
– Przeraża, że w kwestiach dotyczących ochrony zdrowia widać w społeczeństwie coraz większe przyzwolenie na szarlatanerię.
– Ruchy antyszczepionkowe są na całym świecie, to nie jest polska specyfika. Tylko że u nas nie ma na przykład takiego miejsca w Internecie, moderowanego przez odpowiednią instytucję publiczną, która w sposób prosty tłumaczyłaby te kwestie. Owszem, mamy choćby informacje podawane przez Narodowy Instytut Zdrowia, ale brakuje nam wciąż zrozumienia, że tego typu przekaz powinien być łatwo dostępny i podany prosto, żeby zrozumiał go nie tyle lekarz i specjalista, ile przeciętny odbiorca, np. zwykły rodzic, który boi się zaszczepić dziecko. W dodatku musi to być informacja rzetelna: muszą być opisane skutki, informacje o niepożądanych odczynach, reakcjach poszczepiennych itd.
Na Zachodzie to wszystko robią instytucje publiczne. Fantastycznym przykładem jest angielska strona NHS Choices, na której zrozumiałym językiem lub w postaci infografik wyłożone są odpowiedzi na najczęściej zadawane przez pacjentów pytania. Pacjent wchodzi, wpisuje nazwę choroby w prostą wyszukiwarkę, która jest dostosowana do potrzeb np. osób niedowidzących, i znajduje odpowiedzi na wiele wątpliwości.
– Ale ktoś to robi i ktoś za to płaci…
– W Anglii odpowiednik naszego NFZ nie tylko ma własną stronę internetową dla pacjentów, ale na życzenie także certyfikuje strony innych organizacji, np. stowarzyszeń i fundacji. Eksperci weryfikują, czy podane na nich informacje spełniają kryteria obecnej wiedzy naukowej i certyfikują je. To się po prostu długoterminowo opłaca – dobrze poinformowany pacjent popełnia mniej błędów, a dostępność wiarygodnych danych podawanych przez instytucje publiczne buduje zaufanie do całego systemu. W Polsce tego bardzo brakuje.
Z wielu badań dotyczących zachowań polskich chorych wynika, że lekarz przestaje być najważniejszym źródłem wiedzy dla pacjenta. To bardzo niebezpieczne. Co się okazuje? Pacjenci nie tylko częściej korzystają z Internetu, żeby znaleźć informacje o jakimś problemie zdrowotnym, ale także bardziej polegają na opiniach innych chorych, aniżeli lekarzy. Pacjent de facto korzysta z tego, co napisali inni pacjenci. Z jednej strony to dobrze, że ludzie wzajemnie się wspierają, ma to funkcje terapeutyczne. Z drugiej strony, gdy nie mamy informacji naukowo zweryfikowanej, istnieje groźba, że rozprzestrzeni się przekaz pseudomedyczny.
Niestety, w Polsce pokutuje myślenie, że „twoje zdrowie to twoja sprawa”. Jeśli chory zaufa błędnym źródłom, coś źle wygugluje, to jest to jego problem. Jednak błędy, które skutkują utratą zdrowia, mają dalekosiężne skutki społeczne. Dlatego trzeba dziś zmienić paradygmat myślenia o zdrowiu jako o wyłącznie prywatnej sprawie, a chorobie – jako o prywatnym ryzyku.
– Obawiam się, że sprywatyzowane myślenie o rzeczywistości po polsku nie ustąpi tak szybko.
– To się powoli zmienia, choć z trudem. Śmiejemy się z politowaniem, czytając o leczeniu poprzez włożenie do pieca na trzy zdrowaśki, a przecież historie takie, jak choćby niedawny przypadek rodziców, którzy zdecydowali się na udział w Ospa Party, co skończyło się śmiercią ich dziecka, pokazują, że i dziś brakuje podstawowej edukacji społecznej. Warto też zwrócić uwagę, że wśród reakcji środowisk medycznych na to nieszczęśliwe zdarzenie niepokojąco dużo było wezwań do rozwiązań represyjnych, postulatów, by sprawę skierować do prokuratora, napiętnować rodziców. Tymczasem ten przypadek jest przykładem klęski podstawowej opieki zdrowotnej, braku skutecznej komunikacji między lekarzem a rodzicami dziecka, który prowadzi do katastrofy. Tych dwoje ludzi spotkało się z wielkim nieszczęściem, z którym zapewne długo będą się borykać, więc dokładanie im cierpienia nic nie pomoże. Warto natomiast zastanowić się, dlaczego rodzice coraz częściej przyjmują postawy skrajnie sceptyczne wobec medycyny konwencjonalnej – i jak to zmienić.
Wspomniane reakcje „represywne” dobrze pokazują, że w środowiskach odpowiedzialnych za zdrowie nie do końca rozumie się, iż pacjent jest partnerem: nie chodzi o to, żeby wprowadzić kary albo jeszcze wyższą odpowiedzialność finansową za brak szczepień dziecka. Nie tędy droga. Trzeba uświadamiać i edukować, a także wprowadzać mechanizmy, które funkcjonują w wielu krajach, gdzie np. do przedszkoli i szkół publicznych nie przyjmuje się dzieci, które nie są szczepione bez dobrego powodu (część dzieci trzeba zwolnić ze szczepień, robią to neurolodzy).
– Ale gdy ludzie czekają miesiącami lub latami na zabieg czy operację, gdy w mediach są bombardowani reklamami suplementów diety i środków przeciwbólowych dostępnych bez recepty, przyzwyczajają się, że wszystko muszą zrobić sami. Nieufność do służby zdrowia jest już potężnym wyzwaniem.
– W globalnym rankingu społecznego zaufania do lekarzy, którego wyniki opublikował „New England Journal of Medicine”, Polska znalazła się na ostatnim miejscu na świecie. Tak dramatyczny rezultat świadczyć może nie tyle o tym, jacy są lekarze, ale raczej o tym, jaki jest system, w którym pracują: do lekarza czekamy bardzo długo, a gdy już do niego trafiamy, to ma dla nas dziesięć minut, z czego osiem musi spędzić na wypełnianiu formularzy dla Narodowego Funduszu Zdrowia. Efektywnego czasu dla pacjenta jest bardzo mało – sama organizacja ochrony zdrowia powoduje, że lekarzom jest bardzo trudno wykonywać zawód w sposób zapewniający wysoką jakość. Bez zapewnienia większej dostępności nie odbudujemy zaufania do lekarzy.
– W dyskusji o opiece zdrowotnej istotną rolę odgrywają pewne powszechniejsze mity III Rzeczpospolitej. Najbardziej znane głoszą, że prywatne zawsze jest lepsze, a państwo i jego instytucje (np. NFZ) są nieefektywne i marnotrawią pieniądze podatników. Zgadza się Pani z tą opinią?
– NFZ jest jedną z najbardziej oszczędnych instytucji, jeżeli chodzi o koszty własne. Sama obsługa administracyjna to około jednego procent całego budżetu. W przypadku systemów, w których mamy prywatnych ubezpieczycieli, te koszty sięgają 15, a nawet 25 proc. Tak niskie koszty może mieć tylko pojedynczy płatnik publiczny, gdyż nie musi się reklamować, prowadzić marketingu itp., lecz skupić się na kontraktowaniu usług zdrowotnych. Potrzebna jest natomiast zmiana filozofii, na której opiera się nasz system ochrony zdrowia, klarowne zdefiniowanie jego celów i priorytetów.
– W jednym z artykułów pisała Pani: „polski system ochrony zdrowia nie zlikwiduje kolejek, dodatkowo obciążając pacjentów. Należy się raczej przyjrzeć strukturze wydatków NFZ, w szczególności niedofinansowaniu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej i polityce kontraktowania świadczeń”. Jakie problemy dotyczą wspomnianej struktury wydatków?
– Gdy patrzymy na „tort wydatków” NFZ, widzimy, że bardzo istotną pozycję stanowią świadczenia szpitalne (ok. 45 proc.), a opieka ambulatoryjna, czyli, upraszczając, poradnie specjalistyczne, jest zdecydowanie niedofinansowana (8,5 proc.). Niestety, opieka ambulatoryjna to wąskie gardło naszej służby zdrowia: tam się bardzo długo czeka, tam są trudności z wizytą u lekarzy specjalistów. Ten sektor jest ewidentnie niedofinansowany.
– Trwa to tak długo, że problem powinien już być rozwiązywany.
– Wszyscy się do pewnego stopnia do tego przyzwyczaili. Poza tym w dużych miastach działają abonamenty medyczne, czyli mamy usługi kupowane poza publicznym systemem opieki zdrowotnej, szczególnie w przypadku dużych pracodawców, którzy zapewniają pracownikom, a często także ich rodzinom, opiekę medyczną u prywatnych firm. Pacjenci próbują ominąć kolejki do poradni, korzystając z opieki szpitalnej, która jest dla systemu znacznie droższa. Inni idą do lekarza prywatnie – wedle danych GUS niemal co czwarta wizyta u specjalisty to wizyta całkowicie opłacona przez pacjenta.
– Jakie to ma skutki społeczne?
– Przede wszystkim uderza to w grupy, które nie są finansowo uprzywilejowane lub mieszkają w mniejszych ośrodkach. Przy okazji badania, jakie przeprowadzaliśmy w przypadku chorób rzadkich, okazało się, że dla wielu ludzi z prowincji problemem jest sam dojazd do ośrodka szpitala i poradni specjalistycznych. Rodziny, które w ramach 1 proc. zbierają pieniądze na rehabilitację osoby niepełnosprawnej, wydają później te środki m.in. na dojazd do lekarza…
– Co bywa szczególnie trudne w tych miejscach, gdzie komunikacja publiczna niemal lub wcale nie istnieje, a rachityczne przewozy prywatne raczej nie sprzyjają podróżom osób chorych.
– Szczególnie, że mówimy o ludziach nierzadko znacznie ograniczonych ruchowo. Dla nich często potrzeba lepszej formy transportu. W praktyce widzimy, że im większy problem zdrowotny, tym większe bariery dla osób zagrożonych wykluczeniem. Te bariery rosną w postępie niemal geometrycznym.
– Jest to tym bardziej niepojęte, że przypomina mi czasy mojego dzieciństwa, gdy starość czy niepełnosprawność na wsi skazywały ludzi na wegetację, niekiedy dosłownie przykuwały do łóżka. Minęło ponad ćwierć wieku w nowej, lepszej Polsce…
– Publiczny system zdrowia powinien szczególnie troszczyć się o takie grupy społeczne. Takie osoby są słabo reprezentowane na poziomie organizacji pacjentów, które koncentrują się przede wszystkim na konkretnych jednostkach chorobowych. Pacjentom, którzy są po prostu biedni, trudno się zorganizować, szczególnie, że są to często osoby zagrożone wykluczeniem.
Problemy osób ubogich są bardzo słabo zauważalne w debacie publicznej. Przy okazji takich programów jak 500+ widać interesującą rzecz. Natychmiast pojawia się stereotyp społeczny: ubogim nie wolno dawać pieniędzy, ponieważ je zmarnotrawią. To silny stereotyp: nie możemy pomagać tym, którzy naprawdę tego potrzebują. To polski fenomen.
– Polacy podcinają gałąź, na której siedzą?
– Także wówczas, gdy w grę wchodzi zdrowie ich własnych dzieci. Spójrzmy na debatę wokół sklepików szkolnych. W Polsce stała się ona, w sposób zupełnie przedziwny, debatą o wolności osobistej dziecka i o jego prawie do zakupu batonika. Mamy doskonałe dane, mamy doświadczenia wielu krajów, które przeszły drogą, jaką naprawdę nie chcielibyśmy pójść. Wiemy, że określony sposób odżywiania czy otyłość wśród dzieci, która staje się coraz większym problemem również w Polsce, to będzie nieszczęście, ponieważ będą cierpiały na choroby metaboliczne, często w bardzo młodym wieku, i znacznie szybciej niż ich rodzice będą zagrożone ogólnymi chorobami krążenia, zawałami serca… A pomimo to dla wielu rodziców kwestia wprowadzenia zdrowej żywności w szkole jest bardziej problemem sklepikarza, konkurencji rynkowej, niż problemem własnego dziecka.
– Najsmutniejsze było to, że jeśli ktoś odmawiał udziału w drożdżówkowo-wolnościowej histerii, skazywał się na marginalizację w debacie publicznej.
– To pokazuje bardzo niską świadomość zdrowotną całego społeczeństwa, w tym rodziców. Lęk, może częściowo wynikający z uwarunkowań historycznych, sprawia, że wszelkie próby regulacji postrzegane są jako zamach na wolność.
Uwielbiamy się odwoływać do innych systemów zdrowia, na przykład do systemu holenderskiego, który funkcjonuje znacznie lepiej, a zwłaszcza do tego, że tam jest konkurencja w systemie. Ale bardzo nie lubimy mówić o tym, że tamtejsza konkurencja jest regulowana, że jedną z podstaw odmienności tamtejszego systemu są inne zachowania pacjentów i lekarzy.
Na forach polskich pacjentów pracujących w Holandii są takie rozpaczliwe głosy, że „musiałem dzwonić do mamy i prosić ją, żeby kupiła mi ten antybiotyk w Polsce, bo tutaj żaden lekarz nie chce mi go wypisać”. Polak nie wpadnie na to, że w Holandii kultura zdrowotna, dzięki której ten system dobrze funkcjonuje, nie polega tylko na tym, że jest konkurencja wśród płatników, ale i na tym, że istnieją określone formy zachowań. Czyli, na przykład, jeżeli jestem w pierwszej fazie choroby, to mam ją wyleżeć, a nie brać od razu antybiotyk, ponieważ to wpływa na cały nasz organizm, a często jest zupełnie niepotrzebne. Holenderski lekarz nie przepisze antybiotyku tak od razu. Natomiast polski lekarz zrobi to nawet „zdalnie”: wyda receptę mamusi, która wysyła lek do Holandii. Nasze poczucie indywidualizmu i tego, że mamy do czegoś prawo, jest tak silne, że gotowi jesteśmy lekceważyć konsekwencje dla nas samych – nie mówiąc już o konsekwencjach społecznych.
– Hołubiąc swobodę, wpędzamy się w inne formy ograniczenia. Mówię nie tylko o zależność od rynku – narażamy się choćby na skutki niebezpieczne dla naszego zdrowia.
– Osobiste nieszczęście, indywidualnie przeżywana choroba to także problem społeczny. Niechęć do poddania się rozporządzeniu ministra zdrowia, że nie może być słodyczy w sklepiku, jest silniejsza niż obiektywne dane, które pokazują, że powinniśmy tego typu ograniczenia wprowadzać dla dobra dzieci.
– Wrócę do tego, co mówiła Pani o Polakach w Holandii. Myślę, że to również problem społecznej kultury pracy. Przecież Polka i Polak mają zakodowane w głowie, że są bardzo tanim zasobem ludzkim, który można szybko wymienić. Zatem muszą być zdrowi już, natychmiast – inaczej będą się obawiać, albo rzeczywiście doświadczą utraty pracy.
– Coś w tym jest. A przecież niechęć do wypisania antybiotyku w pierwszej fazie choroby nie bierze się z chęci oszczędzania na leczeniu tego człowieka. Wręcz przeciwnie – to zrozumienie połączeń między różnymi elementami systemu. Oszczędność polegająca na tym, że ktoś nie obciąży systemu zabezpieczenia społecznego czy pracodawcy pewnymi kosztami bez wzięcia zwolnienia na trzy dni – jest tylko pozorna. Za chwilę przecież wszystkie te koszty wrócą do nas w postaci gorszego stanu zdrowia jednostki, narastającej oporności na antybiotyki w populacji itp. I nie mówię jedynie o perspektywie długofalowej. Źle leczone sezonowe przeziębienia także mogą wrócić w postaci powikłań, z którymi będziemy się borykać przez długie lata. W przypadku wielu chorób brak odpowiedniej interwencji medycznej powoduje narastanie problemu zdrowotnego.
– Czy Pani zdaniem politycy postrzegają kwestie zagrożenia dobrostanu społecznego jako ważny temat?
– W ubiegłej kadencji parlamentu funkcjonował zespół do spraw polityki senioralnej. Teraz mamy program 500+, który jest próbą spojrzenia na to, co będzie, gdy wciąż będą się pogarszały wskaźniki demograficzne. Mamy też program darmowych leków dla osób powyżej 75. roku życia. Ale w rzeczywistości to wszystko powinno się przekładać na bardziej skoordynowaną współpracę różnych systemów działających w obrębie instytucji państwa. W Polsce system ochrony zdrowia działa sobie, a system zabezpieczeń społecznych – sobie. Te systemy wzajemnie nie za bardzo się „widzą”. Jeszcze szerzej – minister finansów może nie widzieć, że przez niedoinwestowanie służby zdrowia ma w innej rubryce olbrzymie wydatki w postaci rent, utraty zdolności do pracy, niepełnosprawności.
Są analizy, które pokazują, jakie są koszty pośrednie różnych chorób (czyli ile tracimy np. przez to, że osoby nieleczone przechodzą na renty albo mało wydajnie pracują) i co moglibyśmy uzyskać, podejmując szybciej leczenie, często nie tak drogie. Są setki raportów, które to pokazują, ale ich przełożenie na rzeczywiste funkcjonowanie systemu jest słabe. Być może właśnie dlatego, że „systemy publiczne” wzajemnie siebie nie widzą. Wydatki na ochronę zdrowia powinny być postrzegane jako inwestycja. I to inwestycja w zdrowe społeczeństwo.
– Czyli nie jest tak, że wydajemy te pieniądze na próżno, żeby starsi ludzie mieli gdzie spędzać czas. A jak wiadomo ze słów pewnej posłanki, lubią go spędzać w szpitalnych korytarzach.
– Inwestujemy w to, żeby ludzie utrzymali zdrowie. A życie w dobrym zdrowiu oznacza nie tylko dłuższą zdolność do pracy. To, czy osoba w podeszłym wieku jest „samoobsługowa” i prowadzi aktywne życie, czy też jest skazana na opiekę innych, wiele warunkuje. Niesprawność ma z jednej strony wymiar osobistego nieszczęścia, z drugiej generuje duże koszty społeczne, wynikające z konieczności zapewnienia opieki.
– Ktoś odpowie, że w Stanach Zjednoczonych przez dekady opieka zdrowotna była skomercjalizowana, a to i tak jedna z najwspanialszych gospodarek świata. Innymi słowy: głębokie rozwarstwienie jest wielce pożyteczne, a w tym, że część populacji jest pozostawiona sama sobie i bez szans na leczenie, też nie ma nic złego. Może powinniśmy postawić na silny darwinizm. I tak zbudujemy wspaniały kapitalizm, dzięki któremu coś skapnie uboższym. A wtedy i oni będą mogli za niewygórowaną cenę skorzystać z leczenia szpitalnego i ambulatoryjnego.
– [śmiech] W Stanach Zjednoczonych ta sama usługa kosztuje kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lub kilkaset razy więcej niż w Europie. Są badania, które pokazują, ile kosztuje ta sama operacja stawu biodrowego w różnych krajach w systemie publicznym i u świadczeniodawców prywatnych, działających na zasadach komercyjnych. Pokazują one, po pierwsze, że we wszystkich badanych krajach ta sama usługa jest o połowę tańsza w systemie publicznym aniżeli komercyjnym. Ponadto istnieją duże różnice między różnymi krajami – np. w USA w systemie publicznym ta sama operacja kosztuje 2,5 razy więcej niż we Francji. Stany Zjednoczone są fantastycznym przykładem tego, że wolny rynek w ochronie zdrowia ma zupełnie inne skutki, niż wielu by się wydawało. Może na przykład spowodować, że ceny są znacznie wyższe niż w krajach, w których rynek jest regulowany. Stany Zjednoczone ponoszą bardzo duże wydatki na ochronę zdrowia, a równocześnie ma to mały efekt populacyjny: znacznie wyższe ceny powodują, że te usługi są dostępne dla nielicznych. To fantastyczne koło zamachowe dla badań naukowych i dla nowych technologii. Ale to również pytanie o to, w jakim społeczeństwie chcemy żyć. Ono wykracza poza kwestie czysto ekonomiczne: czy chcemy przechodzić obok sąsiada, który – chcąc wyleczyć raka nerki – sprzedał dom, siedzi na ulicy i zbiera pieniądze.
– Niedawno rząd PiS wprowadził projekt „75+”, zakładający wprowadzenie darmowych leków dla seniorów. Nie ma w tym nic niezwykłego, choć w polskich realiach rzecz może się taka wydawać. Dodajmy, że poziom współpłacenia przez pacjentów za leki refundowane kształtuje się u nas na poziomie 40 proc. i należy do najwyższych w Europie.
– W Polsce tego typu rozwiązania są niemal rewolucyjne. W wielu krajach UE nie tylko seniorzy otrzymują takie leki, ale są one gwarantowane również dzieciom, młodzieży uczącej się, kobietom w ciąży, połogu i karmiącym piersią. Te grupy zdefiniowane są znacznie szerzej niż u nas. Nie mówiąc już o tym, że tanie/darmowe leki są dostępne również dla osób uboższych: są regulacje, które umożliwiają im dostęp do leków po cenach minimalnych lub wręcz nieodpłatnie.
– W jednym z artykułów komentowała Pani ten program następująco: „w tej sytuacji wyróżnienie grupy uprawnionej do darmowych leków oznacza jedynie pojawienie się »wyspy dostępności« w systemie, w którym dostęp ten jest i tak relatywnie niski”. Ale chyba lepsza choćby jedna „wyspa dostępności/normalności” w systemie tak nieprzyjaznym Polakom?
– To oczywiście dobrze, że ten program się pojawił. Tyle że „wyspowy” charakter dostępności może mieć różne skutki. Ograniczenie kompetencji do wypisywania takich leków tylko do lekarzy POZ wynikało z tego, że taka okazja będzie wykorzystywana przez różne grupy społeczne. Z tego też powodu ta lista będzie bardzo zawężona – tak, aby były to leki skierowane do populacji osób starszych. A to oznacza, że inne lekarstwa ludzie powyżej 75. roku życia będą kupowali po cenach obowiązujących w ramach refundacji dla wszystkich.
Wprowadzane ograniczenia pokazują efekt wyspowości: robimy darmowe leki dla seniorów, żeby nie było pokusy nadużycia z innych stron, w związku z tym seniorzy dostaną tylko część leków za darmo. Dobre i to, ale i dzięki temu widzimy, że istnieje w Polsce problem wysokiej współpłatności za leki.
– Jak duże jest niedofinansowanie polskiej służby zdrowia? Czy można określić jego poziom w odniesieniu do europejskiej skali?
– W rzeczywistości bardzo trudno to porównywać. Są badania, które pokazują, że jeżeli chodzi o poziom rozwoju gospodarczego, to całościowo nie mamy służby zdrowia aż tak niedofinansowanej. Rzecz polega również częściowo na tym, że mamy wyższe oczekiwania, ponieważ widzimy, że kraje lepiej rozwinięte mają więcej. Poza tym samo zwiększenie finansowania służby zdrowia nie musi się przełożyć na większą dostępność usług czy ich lepszą jakość. Widzimy to znów na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Można bardzo mocno dofinansowywać system ochrony zdrowia, ale to wcale nie musi mieć przełożenia na powszechniejszą dostępność – choć może mieć przełożenie na wyższą jakość dla nielicznych.
To, co jest nam potrzebne, to zmiana filozofii funkcjonowania całego systemu i jego organizacji, ponieważ samo proste dofinansowanie może spowodować, że niektóre procedury będą lepiej wycenione, ale wcale nie będzie ich więcej. Być może potrzebne jest nam gruntowne przemyślenie innej roli podstawowej opieki zdrowotnej, może powinna ona mieć większy zakres działania i być oceniana bardziej jakościowo.
– Problemem chyba jest też to, że przecież zdajemy sobie wszyscy sprawę ze znacznych problemów z próchnicą wśród polskich dzieci. Ale nie ma silnego nacisku wyborców na polityków, żeby rozwiązywali pewne problemy w duchu prosocjalnym. Gdyby miała Pani wskazać ścieżki zmiany, to jak należałoby je wytyczyć?
– To pole do popisu dla instytucji publicznych.
– Ale one same sprawiają wrażenie niezainteresowanych albo widzą zagadnienia bardzo wąsko.
– Owszem, potrzeba ruchu oddolnego, który zacząłby na to zwracać uwagę, ale na razie, niestety, nie ma dobrego widoku na oddolną presję społeczną. Jak wspominałam, osoby, które są w najtrudniejszej sytuacji, nie mają zdolności do samoorganizowania się. Może to zabrzmi dziwnie, ale brakuje nam takich społeczników, jakich mieliśmy przed wojną albo jeszcze w XIX wieku. Brakuje nam wśród elit ludzi, którzy byliby ambasadorami tych grup wykluczonych. I równocześnie naświetlali społeczny charakter choćby zagadnień zdrowotnych.
Poza tym wiele negatywnych zjawisk, choćby próchnica, nie ma jedynie charakteru estetycznego, nie dotyczy jedynie jamy ustnej. Próchnica przyczynia się m.in. do chorób serca, nerek czy stawów. Brakuje tej świadomości nawet wśród osób bardziej zamożnych. Gdy samorządy przeprowadzają przeglądy stomatologiczne, na poziomie gimnazjalnym okazuje się, że nierzadko co najwyżej jedno dziecko w klasie nie ma próchnicy, a często nie ma w klasie dziecka bez próchnicy. To również pokazuje, jak niska jest świadomość działań profilaktycznych.
Swoje zrobił oczywiście upadek medycyny szkolnej. Wycofanie ze szkół lekarzy, dentystów, pielęgniarek na zasadzie, że każdy rodzic sam odpowiada za dziecko i sam organizuje dla niego opiekę, nie sprawdziło się w warunkach transformacji. Przecież często rodzice zaczęli pracować znacznie dłużej, w bardzo różnych godzinach. Żeby zorganizować odpowiedni poziom profilaktyki dla dziecka, trzeba dysponować możliwościami właściwej samoorganizacji. Często to godziny pracy uniemożliwiają regularne wizyty u lekarza lub dentysty, nie mówiąc o bardziej skomplikowanych kwestiach zdrowotnych. Życie codzienne w czasach transformacji stanowi znaczne wyzwanie logistyczne także w tych sprawach.
– A przecież nie tak rzadko już mamy do czynienia nie z rodzicami, a z rodzicem samotnie wychowującym dziecko.
– Wiele czynników pokazuje, że prywatyzacja/komercjalizacja wszelkich sfer życia nie czyni go prostszym.
Ale jest jeszcze coś więcej, coś nader interesującego. Mamy angielskie badania dotyczące profilaktyki raka szyjki macicy u kobiet. Rak szyjki macicy wywoływany jest określonym wirusem. Wiemy, że to jest jeden z tych raków, którego możemy bardzo szybko wykryć. Wiemy, w jaki sposób to zrobić: za pomocą testów przesiewowych, które w wielu krajach Zachodu, w Polsce, a także w krajach rozwijających się są dostępne nieodpłatnie. Ten rak jest całkowicie uleczalny w pierwszych stadiach. Pomimo tego zgłaszalność na te darmowe badania jest u nas dramatycznie niska.
Angielskie badania na ten temat wykazały, że problem może leżeć gdzie indziej, że kobiety, które się badają i te, które się nie badają, odczuwają taki sam dyskomfort psychiczny związany z myślą o badaniu. Znacznie częściej natomiast badania wykonywały kobiety, które uczestniczyły w wyborach samorządowych w Anglii. Interpretacja jest taka, że kobiety, które mają poczucie sprawczości, tego, że mogą wpłynąć nie tylko na swoje życie, lecz także na swoje otoczenie, jednocześnie lepiej dbają o swoje zdrowie.
Moim zdaniem to lekceważony wymiar sprawy. Niskie zaufanie do systemu ochrony zdrowia ma swoje konsekwencje – ludzie nie wierzą w profilaktykę, ponieważ myślą: „wykryją u mnie chorobę, a później w nieskończoność będę czekać na leczenie”. Jeżeli nie mam zaufania do systemu ochrony zdrowia, to nie będę też dbać o swoje zdrowie.
Alternatywne wyjaśnienie tych danych brzmiało, że osoby, które mają poczucie sprawczości, mają też większą zdolność do organizacji swojego czasu: potrafię się tak zorganizować, że znajdę czas i na wybory, i na pójście do lekarza, i na zrobienie testu. W polskim przypadku interpretacja byłaby trudniejsza, ponieważ mamy jeszcze niższe zaufanie do instytucji, do samego systemu ochrony zdrowia.
– Niektóre fragmenty naszej rozmowy skłaniają do postawienia roboczej hipotezy. Choroba staje się w naszych czasach na powrót nieledwie fatum: gdy zachoruję, to mam niewielkie szanse, żeby się z tego wykaraskać, a za żadne skarby nie powinienem ufać systemowi zdrowia i lekarzom.
– Zaczynamy myśleć jak w czasach przed medycyną konwencjonalną. Choroba staje się losem. To niebezpieczny sposób myślenia. Byłoby bardzo ciekawe, gdyby jakiś socjolog zbadał zachowania związane ze stosowaniem medycyny niekonwencjonalnej czy suplementów diety i ich korelację z poczuciem braku zaufania do systemu ochrony zdrowia. W Polsce w dyskursie publicznym lubimy myśleć, że to właściwie jest wina pacjenta, jeśli się nie leczy. To znów wiąże się z paradygmatem myślenia o ochronie zdrowia jako o czymś zupełnie prywatnym, oderwanym od więzi społecznych. Tymczasem warto pomyśleć, na ile wiąże się to z daleko idącą utratą zaufania do systemu zdrowotnego w jego obecnej formie. Ludzie myślą: muszę sobie pomóc sam, na wszelkie możliwe sposoby. No, a jak ktoś sam sobie nie pomoże, to ma pecha.
– Ale ludzie jednak stoją w kolejkach do lekarza. Przy okazji: ciekawi mnie, czy są badania, które pokazywałyby, ile osób świadomie rezygnuje z leczenia ze względu na bariery strukturalne.
– Badania zrobione przez Główny Urząd Statystyczny pokazują, że ok. 5% przyznaje się do rezygnacji z potrzebnych świadczeń medycznych, przede wszystkim z powodu długich kolejek. Nie wiemy, ile osób przerzuca się na medycynę niekonwencjonalną. Od czasu do czasu słyszymy o przypadkach leczenia bardzo ciężkich chorób u znachorów – i o tragicznych skutkach takiego procederu. Jaka jest skala problemu – wciąż, niestety, nie wiemy.
– Wydaje mi się, że politycy już wyczuli pismo nosem w sposób najgorszy z możliwych. W Sejmie powstał zespół antyszczepionkowy. Kto jak kto, ale ludzie, którzy chcą znaleźć się i utrzymać w parlamencie, świetnie dopasowują się do trendów.
– Fakt, że taka postawa ma już oficjalną reprezentację, daje do myślenia. W krajach anglosaskich ma to już swoją nazwę: „sceptycyzm medyczny”. Na takie nastawienie składa się wiele czynników: negatywne doświadczenia z mocno urynkowionymi systemami ochrony zdrowia, oferowanie świadczeń o niekoniecznie udowodnionej skuteczności w ramach publicznych systemów zdrowia, przedstawianie pewnych rozwiązań terapeutycznych w nazbyt korzystnym świetle, co później prowadzi do rozczarowania realnymi wynikami wśród pacjentów.
Poza tym współczesna medycyna staje się coraz mniej zrozumiała dla przeciętnego człowieka. Sądzimy na przykład, w zgodzie z nieco staroświecką już wizją, że lek ma nas wyleczyć. Gdy słyszymy, że coś zapewnia pięcioletnią przeżywalność u połowy chorych, stajemy się nieufni. Bo co to oznacza dla konkretnego człowieka, który boi się o swoje życie? On często nie rozumie wszystkich tych nowoczesnych procedur, nie wie, co znaczą opcje terapeutyczne, a kultura informowania pacjentów w Polsce stoi na bardzo niskim poziomie. Nazbyt optymistyczne oczekiwania względem nowoczesnej medycyny prowadzą do potężnych rozczarowań.
– Alternatywą staje się medycyna rodem z westernów: wędrowny szarlatan z pudłem pełnym cudownych eliksirów, które leczą wszystko. Zastanawiam się, czy więcej mówimy teraz o takich problemach, ponieważ wyraźniej je widać – również za sprawą Internetu, czy mamy do czynienia z pewną stałą liczbą ludzi, którzy chcą korzystać z tego typu „usług medycznych”. Przecież zioła ojca Klimuszki były bardzo popularne w latach 90. XX w., reklamowane w różnych katolickich i niekatolickich gazetach. Znam niejedną opowieść o starszych ludziach, którzy całe życie świadomie uciekali od lekarzy, unikali kontaktu ze służbą zdrowia. Przecież kobiety nie tak rzadko nie chciały chodzić do ginekologa.
– Swego czasu zrobiłam badania dotyczące społecznego odbioru chorób autoimmunologicznych. Zajmowaliśmy się m.in. tym, jak prasa pisze o chorobach reumatycznych na tle zapalnym. Okazało się, że po dzień dzisiejszy – mówimy o prasie informacyjnej! – spotkamy artykuły, w których reumatyzm będzie wymieniany bardziej w kontekście leków naturalnych, niż w kontekście nowoczesnej farmakoterapii. Leczenie pierzyną, pokrzywami, jadem pszczelim – to kojarzy się z leczeniem reumatyzmu. Co ciekawe, o tej chorobie, w której przypadku bardzo wiele zależy od rehabilitacji, w zasadzie nic się na ten temat nie pisze. Myślę, że istnieje jakiś problem społecznego myślenia o chorobie i leczeniu. Niewykluczone, że to przednowoczesne myślenie o medycynie zostało w Polsce zamrożone na etapie wczesnej medycyny interwencyjnej. I może mamy kłopot ze zrozumieniem choćby choroby przewlekłej i tego, że wymaga ona długotrwałego stosowania określonego sposobu leczenia. I wcale nie prowadzi do wyleczenia, ale do utrzymania przez jak najdłuższy czas możliwie dobrego stanu zdrowia.
Jedna z firm farmaceutycznych zleciła swego czasu duże badanie globalne, które dotyczyło rozsianego raka piersi. Było ono robione w wielu krajach na całym świecie. Wczesny rak piersi przestał być tematem tabu i dziś słyszymy nawet celebrytki, które opowiadają o swojej chorobie, a media chętnie to podchwytują. Jest jednak jeden warunek: to musi być historia, która kończy się wyleczeniem. Gdy nie ma wyleczenia, mamy rozsiany proces nowotworowy i choroba jest nieuleczalna, to prasa milczy. Tabu dotyczące chorób nieuleczalnych ciągle obowiązuje.
– Pytanie, czy zacznie to zmieniać śmierć księdza Jana Kaczkowskiego.
– Wykonał wielką pracę, naprawdę nie do przecenienia. Pokazał, że można żyć z chorobą przewlekłą, która nie rokuje wyleczenia. Sądzę, że będzie to miało dobry wpływ na proces terapii takich pacjentów.
W każdym razie, w przypadku pacjentek z rakiem piersi rozsianym, nierokującym wyleczenia, mówi się o tym znacznie mniej. W dodatku są takie kraje, w których znaczna część opinii publicznej uważa, że pacjentka w ogóle nie powinna o tym rozmawiać, a Polska jest jednym z nich. Aż 33 proc. respondentów odpowiedziało, że w przypadku stanów zaawansowanych lub stanów rozsianych z przerzutami pacjentka nie powinna o tym rozmawiać z nikim poza swoim lekarzem.
– Dlaczego?
– [milczenie] Gorsze wyniki mają tylko Indie i Turcja. W Indiach 50 proc. społeczeństwa tak uważa, w Turcji 42 proc. We Francji to 22 proc. Lęk społeczny związany z chorobą nieuleczalną jest u nas duży.
W dodatku udowodniono, że bariery kulturowe przekładają się na gorsze wyniki leczenia. Widać to w krajach Trzeciego Świata, gdzie te bariery są jeszcze większe, związane z definiowaniem kobiecości, a strach przed operacją wiąże się z poczuciem możliwości utraty tożsamości. Tam pacjentki często ukrywają raka piersi tak długo, że on już jest zupełnie nieoperacyjny i leczenie nie rokuje.
– To, o czym Pani mówi, pokazuje, że powrót do „medycyny naturalnej” równa się odwrotowi od naukowej racjonalności. To brzmi strasznie w polskim kontekście – stawia nas w pozycji społeczeństwa, którego rozum zasypia.
– Medycyna naturalna ma różne oblicza. Jeśli ktoś stosuje ziółka na gardło, to nie jest to nic złego. Nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Problem polega na tym, że niska świadomość zdrowotna powoduje, iż Polacy nie odróżniają stanu, w którym możliwe, a nawet wskazane jest leczenie naturalne (lepiej wypić napar z kwiatów lipy, niż za wcześnie wziąć antybiotyk), od stanu, gdy naprawdę potrzebna jest interwencja lekarza. Potoczne myślenie, tzw. zdrowy rozsądek, naprawdę nie zawsze jest najlepszym doradcą, szczególnie w sprawach wysoko rozwiniętej nowoczesnej medycyny.
Ale żeby przełamać tego typu poważne bariery myślenia, potrzeba współudziału państwa, solidnej zdrowotnej edukacji publicznej. Tego nie zrobi amatorsko kilka stowarzyszeń pacjenckich, to powinno być przedmiotem działań państwa, i to w ramach systemu edukacji. W dodatku w ciągu wielu lat III Rzeczpospolitej zniszczono sporo z tego, co funkcjonowało jeszcze w czasach PRL: wiele obszarów myślenia profilaktycznego, łączącego kwestie zdrowotne ze społecznymi. Zrobiono to, bo rzekomo wiązały się ze złym okresem w polskich dziejach. Ale w rzeczywistości były to rozwiązania jeszcze przedwojenne, wynikające z najlepszych tradycji myślenia o medycynie, społeczeństwie i zdrowiu publicznym.
– Chętnie jako Polacy myślimy o sobie jako o wspólnocie. Ale dobrze widać z tej rozmowy, że nie spełniamy często elementarnych standardów nowoczesnej, cywilizowanej wspólnoty politycznej, zdolnej tworzyć instytucje szeroko obejmujące najróżniejsze wyzwania społeczne.
– Ale ta wspólnota objawia się w inny sposób. Są oddziały szpitalne, na których jest za mało pielęgniarek. A mimo to te oddziały funkcjonują – i to całkiem nieźle wobec poziomu finansowania i organizacji całości. A to dlatego, że istnieje coś takiego jak samoorganizacja pacjentów. Pacjenci w lepszy stanie pomagają tym w gorszej sytuacji. Jak twierdzi prof. Tadeusz Baczko, może właśnie ten kapitał społeczny powoduje, że system w ogóle sobie jeszcze radzi [śmiech].
Problem chyba polega na tym, że my się boimy państwa, że dążymy do ograniczania jego kompetencji, nie pytając, co właściwie w zamian poza urynkowieniem. Mamy niestety bardzo nienowoczesne myślenie o roli instytucji publicznych w zabezpieczeniu długotrwałego zdrowia dla całej populacji.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 8 kwietnia 2016 r.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 2 października 2016 | Lato 2016
Stare ludowe porzekadło mówi, że zanim gruby schudnie – chudy umrze. Pochodzi ono oczywiście z tych dawnych czasów, w których otyłość była synonimem zamożności pozwalającej uzyskać „słuszną” tuszę, gdy inni przymierali głodem.
Przypominam sobie te słowa za każdym razem, gdy docierają do mnie narzekania rozmaitych pracodawców, przedsiębiorców, biznesmenów, ludzi z kadry kierowniczej czy przedstawicieli klasy średniej na to, jak to oni mają ciężko, źle, harują, poświęcają się, cierpią, odmawiają sobie tego czy tamtego, a już szczególnie o tym, że państwo i ojczyzna są dla nich takie nieprzyjazne. Śmiech mnie pusty ogarnia, gdy słucham tego wszystkiego, bo w Polsce to nie oni, silni, mają najgorzej. Najgorzej mają słabi. To oczywiście żadne odkrycie, raczej zupełnie banalna teza, że słabi mają najgorzej. Tyle że gdzie indziej państwo tych słabych czy słabszych wspiera na różne sposoby, żeby im nieco ulżyć w zmaganiach z losem, wolnym rynkiem, kiepskim startem w dorosłość czy z trudną, niekoniecznie udaną przeszłością. U nas jest zazwyczaj odwrotnie – słabsi są poza kręgiem zainteresowania państwa lub wręcz dostają od niego po głowie.
O tym właśnie piszemy sporo w bieżącym numerze „Nowego Obywatela”. Zaczynamy od wstrząsającego – przynajmniej dla mnie, choć tyle już przecież widziałem, słyszałem, czytałem – wywiadu z Katarzyną Dudą. Zbadała ona to, w jakich warunkach pracują ci najsłabsi ze słabych – ochroniarze, sprzątaczki itp. – których za nasze wspólne pieniądze zatrudniają instytucje publiczne. Po lekturze chce się wyć z wściekłości.
Podobne wnioski płyną z innej naszej rozmowy, w której Maria Libura analizuje problemy polskiego systemu opieki zdrowotnej. Z kolei Rafał Bakalarczyk w swoim tekście ukazuje nam, co nie działa w systemie wsparcia socjalnego i jakie grupy lądują w efekcie na marginesie – i co z tym wszystkim należy zrobić, jeśli mamy im pomóc. Piotr Wójcik zastanawia się natomiast, jak powinno wyglądać państwo, które pomaga słabym i pozwala im wyzwolić potencjał tłamszony obecnie koniecznością ciągłej walki o przetrwanie.
Patrzymy też w przeszłość i w dal. Jeden z artykułów opisuje początki chrześcijaństwa jako ruchu tych, których pewna niemodna dziś pieśń nazywała „wyklętym ludem ziemi”. Inny z tekstów zabiera nas w czasy i realia mało znane, bo dzisiejsze nauczanie historii ma za nic słabych – do epoki śląskich buntów przeciwko feudalnemu wyzyskowi. A skoro już jesteśmy przy historii, polecam także nasz wywiad z prof. Jerzym Eislerem. Opowiada on o tym, jak niegdyś „wyklęte” wątki i postaci stały się modne i popularne, i dziś to one spychają w cień wszystko, co bardziej zniuansowane, mniej modne czy słabiej promowane. Z kolei Olga Drenda – autorka jednej z głośniejszych książek ostatnich tygodni, „Duchologii” – przypomina o zjawisku zupełnie dziś marginalnym, niepopularnym, a nierzadko wyśmiewanym, czyli o kulturze robotniczej.
Inni autorzy ukazują innych słabych. Jak wyrzut sumienia zamożnego i rozwiniętego świata brzmi artykuł Marcina Rzepy o ogromnej cenie płaconej przez rdzenną ludność odległych krain za taki rozwój, który dla ofiar tego procesu jest wyłącznie regresem. W numerze mamy również rozważania o tym, że wielu dzisiejszych pariasów już wkrótce może zacząć mieć jeszcze więcej problemów, bo… nadchodzą roboty. Jeśli tego nie przemyślimy dobrze i nie zadbamy o słabszych, czeka nas koszmar.
To oczywiście nie wszystkie materiały, które przygotowaliśmy dla Was. Zapraszam do lektury!
przez Andrzej Muszyński | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016
Myślę, że najlepiej jest wrócić do Raqqi i wziąć busa do Hama. W Rasafeh nie ma nic, same ruiny i bardzo, bardzo biedna wieś. Jeśli poprosisz, możesz coś zjeść i przespać się u kogoś pod samymi ruinami. Zapytaj dzieci.
Odpowiedź niejakiego zincou na pytanie o podróżowanie po Syrii na forum przewodnika turystycznego Lonely Planet,
9 marca 2011 roku, tydzień przed wybuchem rewolucji
1
Przepraszam za tak trudny tytuł. Ale miejsca nie wybierają nazw, a ludzie miejsc, poprzez które majta ich los, i które naznaczają. Amezri leży wysoko w Atlasie, w suchych marokańskich górach i było idealnym miejscem, by przejść na islam. Postanowiliśmy przejść całe pasmo w poprzek z zachodu na pustynny wschód. Szliśmy z zeszkapiałym Berberem i jego jucznym osłem. Berber nazywał się Mohamed. Szedł kawałek przed nami, czekał i gdy ujrzał nas wyłaniających się zza czerwonej skały, ruszał dalej. Za którymś zakrętem przystanąłem – Mohamed klęczał na potężnym płaskim głazie tuż przy ścieżce i oddawał pokłon Allachowi. Osioł stał tuż za nim z opuszczoną szyją zwróconą też w stronę Mekki.
W którymś momencie skończyły się słupy z prądem. Nocowaliśmy w małej wsi, jeszcze przed przełęczą, z glinianymi chałupami wtopionymi w ochrowe ciężkie zbocza. Wieczorem pasterze jak z nieba zsuwali się po pionowych żwirach, w ogóle nie podpierając się rękami, otoczeni rojami czarnych kóz. Muezzin z małego wiejskiego meczetu śpiewał o zachodzie słońca, gdy ostatnie krzyki dzieciarni rozbijały się jak szkło o dno czarnej doliny, ale dopiero przed świtem wybrzmiał jak należy, wprowadzając człowieka w stan nieosiągalny zwykle ani przez sen, ani przez wódkę, ani przez modlitwę. Kolejnej nocy ktoś zrobił to samo, ale potężny krzyk niósł się gdzieś z bardzo wysoka, nie wiadomo skąd, aż zrozumiałem, że dobiega z przełęczy na samej grani pod żyłami gwiazd, pękając na rozrogu góry i niosąc wzdłuż dolin bezapelacyjną nowinę o właściwym porządku rzeczy.
Dopiero potem – chyba czwartego dnia – było Amezri. Tuż powyżej wioski kobiety przerywały na nasz widok pranie w drewnianych baliach. Domy tonęły w ciemnozielonej oazie. Trafiliśmy na Id Al Fitr, koniec ramadanu, a więc wielkiego islamskiego postu, najważniejszego święta w roku, trwającego trzy dni, gdy w dół nie jeździ żaden transport. Po południu jeszcze gdzieś za górą zawarczał silnik, ucichł, przybrał mocy, znów ucichł i w końcu przechylona beżowa maska kamaza wyłoniła się zza skały. Z samochodu wyskakiwali wąsaci Berberowie ubrani w beżowe swetry z wzorkami i mokasyny z łuskami, i zmierzali do swoich rodzin. Wieczorem bordowe, ale lekkie chmury rozproszyły nasycone, miedziane światło, wyciągając z roślinności zupełnie nieziemski odcień. Potężna ściana góry do złudzenia przypominającej Lodowy od Jaworowej, wpadła w ciepły metaliczny fiolet. Ponad wioską rozpostarła się wielka tęcza. Niewykluczone, że w podobnych okolicznościach Mahomet doznał objawienia, bo stało się to w czasie wędrówek po górach. Uroczyście ubrani i pachnący ludzie wyszli z domów. W naszym kierunku zmierzał stary człowiek odziany w śnieżnobiałą szatę. Zanim przywitał się z ciepłym, niepojęcie serdecznym uśmiechem, kilka młodych osób ucałowało go w rękę. Wszyscy ściskali się i pozdrawiali, rzucając w naszą stronę błyski raz oczu, raz zębów.
To właśnie wtedy – w Amezri – po raz pierwszy przyszło mi do głowy, by przejść na islam.
2
Aby to uczynić, o ile mi wiadomo, wystarczy szahada, wyznanie wiary poprzez wypowiedzenie słów: „Zaświadczam, że nie ma Boga prócz Jednego Boga prócz Allacha i zaświadczam, że Muhammad jest Jego Wysłannikiem”. Ponoć nie potrzeba do tego świadków, choć zaleca się ich obecność. Oczywiście mówię tu o niewypowiedzianej myśli, jednej z tych, które swawolnie fruwają po naszych głowach.
Nie potrafię jednak patrzeć obojętnie na tysiące Europejczyków, którzy niczym backpackerzy zmierzają przez Stambuł z przewodnikiem dżihadistów w smartfonie na swoją pielgrzymkę do Państwa Islamskiego. Śledzę w prasie losy kolejnych z nich, lecąc do Kairu dowiaduję się o śmierci Maksymiliana R., blond cherubina z Pomorza, który padł w walce gdzieś na froncie północnego Iraku, wciąga mnie jak kryminał historia Krystiana Ganczarskiego z Gliwic, który dostarczał leki na cukrzycę Osamie bin Ladenowi. Większość zdaje się być tam wiedziona naiwnymi myślami, ale żyję niemal z pewnością, a może i trochę się tego obawiam, iż są wśród nich tacy, którzy swój wybór potrafią uczciwie uargumentować.
Spotkanie z muzułmaninem – piszę o tym na bazie swoich doświadczeń – jest jeszcze bardziej wymagające niż dialog wierzącego z niewierzącym na gruncie chrześcijańskim. Polski wierzący może niewierzącego zlekceważyć albo spróbować zrozumieć, niezwykle rzadko jednak posądzi go o nieracjonalność. Dla muzułmanina – coś mi się wydaje – istnienie Boga nie jest nawet kwestią wiary, jest oczywistością, a sam Stwórca istotą racjonalności. Jesteś człowieku, ślepy? – trzyma cię mocno za rękę Ahmed w algierskim Djanet pod granicą libijską, nie chce jej puścić, bo oni tak mają, i pyta: Nie widzisz? Rzucasz nasiona bobu do ziemi, a one kiełkują…
Oczywistość istnienia takiej konieczności tworzy unikalną wspólnotę. Nie chciałbym się powtarzać – bo sprawę opisałem pokrótce w „Południu” – ale niech siła obrazów usprawiedliwi pewną wtórność. Tuż przed wymarszem w Atlas staliśmy pod meczetem Kutubijja w Marrakeszu. Znów trafiliśmy na duże święto związane z ramadanem. To czas, gdy jeść i pić można dopiero w nocy. Gdy zajdzie słońce, ludzie dzielą się jedzeniem. Biedacy mogą wtedy raz w roku spróbować dobrych potraw. W ciągu dnia na placu Dżemaa el-Fna złaknieni spryskiwali twarze z dozowników. Wieczorem na wielki, muskany zielonym światłem meczetu plac ściągały zewsząd tłumy. Wszyscy dostojni i pachnący po kąpieli w hammamie, a świeżość podkreślała nieskalana biel wykrochmalonych szat. Smagli i zdrowi, dobrze zbudowani, stopy wielkie w skórzanych sandałach, umięśnione łydki. Rozproszeni turyści z Zachodu stali przy barierkach i pstrykali foty, nie budząc żadnego zainteresowania wiernych. Wyglądaliśmy przy nich marnie – różowawi, pokraczni, w plastikowych japonkach, z krostami i z goleniami jak kołki osinowe. Przed nami tysiące ciał zlały się o zachodzie słońca w regularny wzór jak ornamenty na ścianach, które w tym samym momencie oddawały pokłon dotykając ziemi czołem, a gdy naraz ryknęli, przeszyły nas ciarki. Duch muzułmańskiej wspólnoty, ummy, dosłownie promieniował. Byłem zazdrosny. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”? Nieszczelna jest szpara między dobrem a złem: czułem, że wystarczy podmuch, by roznieśli nas w pył. Nocą obudził nas śpiew muezzina z meczetów całego miasta, zwielokrotniony i nieludzki, spajający jawę i sen.
3
Idą w naszą stronę. Idą. Gdy ten tekst ukaże się w druku, będzie styczeń, a więc do Polski dotrą pewnie pierwsze grupy uchodźców. Na długo zanim media obiegły obrazy z Bałkanów, na trzy-cztery miesiące wcześniej znajomi donosili mi z Macedonii: idą. Idą czarne objuczone tłumy, idą gęsiego, idą przed siebie i jak węże wślizgują się na Bałkanach w doliny Gór Przeklętych prowadzące na północ. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć.
Może to nauczka, by wyobraźnia przygotowała umysł na podobne obrazy na polskiej ziemi: czarne węże wyłaniają się z mroku Pienin i wypełzają na osłonecznione łąki pod Trzema Koronami. Trzymają przed sobą iphony z nawigacją i zmierzają na Zakopiankę, na niebie fruwają drony z kamerami i błękitny TVN24. Odlatuje dalej, bo kolejny oddział napiera wprost od południa, okrążywszy Tatry i majaczy na prześwietlonym plateau Podhala. Od Bieszczad i od Gorlic, zmierzają na północ, w kierunku Bałtyku, który Ibrahim ibn Jakub nazywał Oceanem. Rozbijają się przy drogach pod billboardami z napisem „I love Poland”. Idą przez wsie, które ożywają po raz pierwszy od lat i na simpsonach wyjeżdżają wsiowe chłopaki oderwane od fejsbuka. Parkują jak dawniej na przystanku, spluwają łupinkami słonecznika, które kleją im się do warg i łypią z byka na czarnych. W oknach stoją stare zmęczone kobiety z tłustymi włosami i z grubym szkłem na oczach – i odmawiają różaniec. Muzułmanie pod oknem czynią to samo na swojej subhie, wygląda podobnie. Zmęczeni przysiadają na ławce przed domem i podchodzi do nich jako pierwszy Zygmunt, który zna w językach obcych „Jawohl” i „ok”, i z wyciągniętymi rękami, z głupkowatym uśmiechem zdradzającym trochę ciekawość, trochę współczucie, a trochę strach, wypowiada na zmianę te słowa. Ale to trwa krótko. Zza wysokiego muru z piaskowca wybiega z siekierą Marian i przegania ich, drąc się: Wypierdalać mi stąd, kurwa jego mać, brudasy. Jego syn pracuje w Anglii i powtarza, że ciapaty to ścierwo. Dlatego rozbijają się dalej za wsią, na pochyłym zboczu pod osamotnionymi topolami. Prawie jak dawniej Cyganie, ale jest ich więcej. Cyganie byli jednak inni. Przemierzali swoimi starymi merolami wiochę, czasem coś podpieprzyli, ale generalnie cechowała ich ulotność – gdy tylko gruchnęła na szkolnym wieść, że się pojawili, zrywaliśmy się na składaki i motory, ale na skraju wsi zostawał po nich już tylko podmuch, lekki smród benzyny.
Gdy zachodzi słońce, zaczynają się modlić. O świcie babka Kłobuszowa przynosi im w koszyku ser, jabłka i chleb, żegna się i odchodzi.
Patrzę na uchodźców w telewizji i poznaję typy, z którymi zadawałem się przez całe lata tam, w ich krajach. Słońce i biel. Czarne, gęste jak wełna, lśniące włosy, modne okulary, obcisłe, często modnie poszarpane dżinsy i białe adidasy, za duże plastikowe klapki, puchowe połyskliwe kurtki albo pstrokate bluzy. Inaczej ci starsi – spodnie w kant, skórzane trepy, wciągnięte w spodnie koszule, na nie swetry i ciepłe, brązowawe marynarki. Kobiety w chustach, zza których błyszczą czarne przenikliwe oczy. Obracają w dłoniach smartfony, jakby obojętni na świat, gdy letni skwar odcina zbawiennie umysł, bo praca w takiej temperaturze skutkuje czymś, co uczeni nazywają syndromem stresu z powodu upału, i co grozić ma coraz większej populacji świata z racji globalnego ocieplenia. Jakby ciut obojętni, bo brakuje języka, by opisać doświadczenie pokolenia odciętego od korzeni swojej cywilizacji epoką kolonialną, a jedyną drogę do powrotu do niej proponuje Państwo Islamskie.
Od czerwca do września ubiegłego roku nie przeczytałem ani jednej książki i nie napisałem ani jednego zdania. Między innymi dlatego się z nimi solidaryzuję. Z wszystkimi pozbawionymi chłodu, w którym może pracować umysł. Ze wszystkimi wsiami i miasteczkami, których mieszkańcy nigdy nie widzieli niczego innego, a dywan w sieni przywołuje marzenie o ogrodzie, wodzie, a więc raju. Ubiegłą jesienią liście wydzieliły u nas po raz pierwszy ostro żółtą barwę, bo nigdy jeszcze nie było takiego lata. Słońce paliło od świtu, wentylatory klekotały całą dobę. Z ulic zniknęli ludzie. Koło południa na podwórku można było jeszcze tylko dojrzeć dzieci, ale chwilę potem znikały i one. Faceci pod sklepem kucali podparci pod ścianę w wąskim pasku cienia, ale kreska żaru przypalała im już palce u stóp, które bezcelowo podciągali pod tyłek.
4
Skłamałbym mówiąc, że nie planowałem wyjazdu do Państwa Islamskiego. Sprawdzałem na forach globtroterów, czy ktoś nie wpadł na tak „kozacki” pomysł, byłem przekonany, że komuś w tym towarzystwie strzeliło to do głowy, ale się zawiodłem. Państwo Islamskie doprowadziło do precedensu – nie akceptuje żadnych dziennikarzy, którzy do tej pory cieszyli się na frontach wojennych jako taką autonomią. John Cantlie, brytyjski korespondent, jest podobno ostatnim żywym zakładnikiem, ale czy nadal żyje, pewności nie ma. Islamiści wykorzystywali go w serii filmów, które mają prezentować ludzkie oblicze IS – Cantlie popyla po Mosulu na motorku na tyle z odzianym w czerń rozbawionym brodatym grubasem z kałachem i jak w programie na Discovery Travel, przymuszony, ale z uśmiechem i dobrze zagranym przekonaniem na ustach opowiada o normalności, jaką zaprowadzają bojownicy Państwa Islamskiego. Wygląda to na tragikomedię. Tyle że tam naprawdę wszystko przedstawia się w miarę normalnie jak na współczesne jądro ciemności. Jeżdżą żółte taksówki, wyją autoalarmy, na bazarach tłok, nowa tablica z zakwefioną kobietą z informacją o karach za nieprzestrzeganie nowych reguł ubioru na pierwszy rzut oka nie robi specjalnej różnicy. Tylko podobno ceny znacznie wzrosły. Oficerowie religijni snują się po ulicach, poklepują ludzi i bratersko ściskają ich dłonie. Ze szczerymi uśmiechami na twarzy wyglądają na oddanych i lubiących ludzi. Zaniedbując polską prasę, przeglądam też ich czasopismo „Dabiq”, które można sobie ściągnąć w pdfie z internetu. Przypomina grafiką uboższe polskie Logo, choć gdy się dłużej przyjrzeć, widać amatorszczyznę. Ogłaszają tam zwycięstwa na froncie, sprawiedliwość rządów i wprowadzenie swojej waluty. Jedynym obcokrajowcem, który przebywał tam legalnie, był niemiecki dziennikarz Jürgen Todenhöfer. Jakimś cudem uzyskał glejt od samego kalifa, islamiści zachowali się honorowo. Schudł tylko paręnaście kilo, a bardziej bał się amerykańskich dronów, które fruwały nad głową.
Dlatego wtedy po raz drugi przyszło mi przez myśl, by przejść na islam i dołączyć do grona awanturników, którzy udając muzułmanów, a więc popełniając grzech zagrożony karą śmierci, przenikali do zakazanych miast jak jeszcze przed wiekiem niebieski Szewszewan w marokańskich górach Rif. Oczywiście znów przywołuję przelotną i nieuzewnętrznioną myśl. Dlatego zostało mi YouTube. Nie można się od tego oderwać, bo realność nagranych kadrów ścina się z wrażeniem fikcyjności. Chodzą z mieczami, które wbijają w ziemię, krzycząc, że zaprowadzą na niej prawo szariatu. Dzieci w syryjskim Raqqa nabierają wspomnień, biegając pod wysokim płotem z nadzianymi na jego ostrza ludzkimi łbami żołnierzy Asada – niejedna literatura na tym wyrośnie. Gdy zdobyli to miasto, na czołgach posadzili miejscowych chłopców. Widać, że ci poczuli moc, ten dzień jest ich, ich odtąd są podwórka, innego świata nie ma. Grubasy w cyjanowych koszulkach wyglądają jak gówniarze z koledżu w USA. Dziesięciolatek oznajmia do kamery, że chce dołączyć do bojowników, by zabijać z nimi wszystkich niewiernych. Na placu tłum krzyczy „Allach Akbar!”: egzekucję na zdrajcach wykonują mężczyźni w czarnych kominiarkach, białych adidasach i spodniach w trzy paski. Wieczorem organizują tam wiec, wygląda to prawie jak festyn, nabijają się nawet z jakiegoś nawiedzonego karła, tłum parska śmiechem, w tle śmigają taksówki i jarzą się przydymione światła blokowisk – gdyby tylko nie te dzieci z kałachami jako ochroniarze. Jednego filmu nie da się już oglądać – na środku idealnie płaskiej pustyni patrol islamistów zatrzymuje syryjskich kierowców ciężarówek. Stanęli ciut dalej niż wypadało. Brodacz testuje ich wiedzę religijną. Jeśli okażą się szyitami, będą problemy. Tłumaczą, że są sunnitami z Homs. Brodacz ogląda ich dowody osobiste. Już odchodzą, już wracają do wozów, gdy brodacz mówi stop: Jak sprawdzę, że jesteście sunnitami? Pyta ich o liczbę uklęknięć przy modlitwach rannych, południowych i wieczornych. Nie potrafią odpowiedzieć, tłumaczą, że są tylko kierowcami, zarabiają na życie, ale brodacz wyciąga ich na środek drogi i rozwala kałachem.
Te klipy wciągają, bo emanując najczystszym złem, budują w wizji zglobalizowanego świata poczucie istnienia w realu wyczuwalnej granicy, za którą zapada się przestrzeń. Zło staje się niemal namacalne i zasysa. Wzrok ściąga błękitne idealnie czyste niebo.
Nocą widać tam pewnie dużo gwiazd. Muszą przypominać razem konstelację, przedmiot. Raz, że pustynia i przejrzyste powietrze, a dwa, że odkąd przez region przetoczyła się wojna, brakuje żarówek. Długo przyglądałem się zdjęciu satelitarnemu, które pokazuje zmiany w zanieczyszczeniu sztucznym światłem. Na terenie Syrii widnieje czarna dziura.
Podobno białych ochotników wywożą czasem na obozy szkoleniowe. Palą ogniska i dużo rozmawiają. Opowiadają, że brodacze są dla nich niezwykle ciepli i ojcowscy. Rozlewają dla wszystkich miętową herbatę ze srebrnych dzbanków i karmią. Człowiek wreszcie ma okazję z kimś po ludzku posiedzieć i pogadać. Ma się wrażenie, że jest się wewnątrz czegoś, a nie na zewnątrz. Że znowu jest paka. Dziś, paradoksalnie, co do zasady większe bezpieczeństwo w wielkim świecie daje bycie z islamistami niż z Europą. Niektórym zawsze lżej być po stronie tych, co mogą uciąć łeb. Donoszą, że dbają o swoich ludzi, rozwożą darmową żywność i wodę. Ludzie robią tam to, co mówią. Jak post, to post – ludzie ćwiczą dyscyplinę ducha, a wieczorami siadają wspólnie przy stołach z rodzicami, dziadkami i wujostwem. Uczą białych modlitwy. Gdy neofici z chrześcijańskich klęczek pochylą się w naturalnym odruchu do przodu i upadną głową do ziemi, pojmą doskonałość tego aktu, aktu poddania. Islam znaczy uległość.
5
Pewnie właśnie tam gdzieś w górach opowiadają im o przeszłości, którą wskrzesza nowy kalifat Państwa Islamskiego. O czasach, gdy prawo Allacha i sprawiedliwość obowiązywały od Samarkandy po Kordobę. Gdy wiadomość w poprzek całego Maghrebu docierała nad Atlantyk w jedną noc wzdłuż linii ribat, położonych na wzgórzach wież – można wyobrazić sobie, jak wyglądałoby to z satelity: światełko zapala się gdzieś nad Kairem i przeskakuje jak pchełka aż po Tanger. Kawałek na północ jest już Andaluzja z Kordobą.
Gdyby wtedy – w końcu pierwszego tysiąclecia po Chrystusie – istniały mapy light pollutioni, światło promieniowałoby tylko z tej części świata, bo już wtedy ulice miasta oświetlały publiczne latarnie. Na sinej okrągliźnie obracającej się Ziemi o wschodzie słońca wybłyskały rzeki, ośnieżone szczyty i minarety Kordoby. Mieszkało w niej pół miliona ludzi, gdy parotysięczny Londyn spływał strugami szczyn, a Słowianie ciepali za siebie obgryzione kości w kurnych chyżach dzielonych z bydłem. Były w niej kanalizacja, tysiące willi z kunsztownymi maszrabijamiii, pięćdziesiąt szpitali, dwadzieścia trzy szkoły wyższe, apteki i parę tysięcy łaźni, w których wisiały obrazy. Żyli w nim w harmonii muzułmanie, Żydzi i chrześcijanie. O świcie ożywał wielki bazar, który zapełniali pachnący ludzie. Handlarze wozili po brukowanych uliczkach na wózkach tafle lodu zamrażane w górach na wietrze i trzymane w specjalnych ziemiankach głęboko pod ziemią. Wozy z wołami czyściły chodniki. Ze sklepu z perfumami wypływała woń szarej ambry. W dzielnicy papierników wytwarzali pergamin z gazeli i fenków. Dzieci pluskały się w fontannach z krystaliczną wodą. Nadzorcy sukuiii pilnowali porządku, uczciwości i traktowania zwierząt. Wyznaczeni urzędnicy podlegli kadiemu, islamskiemu sędziemu, dbali o standardy irygacji. Nawozili pola siedmioma rodzajami nawozów – końskim, ludzkim, z odpadów, bydlęcym, gołębim, popiołem z toalet i mieszanką ziemi i ziół, dlatego rolnicy osiągali sześć ziaren z jednego, dwa razy więcej niż na terenie dzisiejszej Francji. Wprowadzili uprawy trzciny cukrowej i palm. Sadzili gaje oliwne i Andaluzja wyrosła na największego eksportera oliwek na świecie. W pałacach automatyczne umywalki, przy których manekiny podawały ręczniki. Wieczory były orzeźwiające i rześkie. Z oświetlonych patio niosły się czysto śmiechy i muzyka.
Kordoba świeciła blaskiem islamskiego imperium rozciągającego się od Chin po Andaluzję, wielkiego islamskiego domu, Dar al-islam. W kwitnącej Andaluzji muzułmanie ujrzeli obiecany raj. Ale na pustyniach Azji i Afryki jak żyrandole świeciły nocą oazy. Wielkie żaglowce ze sklepami, jadalniami i pralniami pływały z setkami pasażerów po morzach. Na sukach płaciło się listami kredytowymi. Na soczystych polach bawełny uwijali się ludzie pokryci skrzącym puchem. Latem bogate rodziny wyjeżdżały z namiotami na biwaki pod miasta. Szachiści otrzymywali pensje od kalifa. W rzekach organizowali zawody pływackie. Wędrowni lekarze przemierzali kraj i leczyli wiernych. Pod koniec IX wieku ar-Razi stworzył encyklopedię chorób i alergii, którą tysiąc lat później nazwano katarem siennym. Chirurg z Kordoby Abu al-Kasim napisał trzydziestotomową encyklopedię, w której narysował setki wynalezionych przez siebie narzędzi. Biblioteka w Kairze liczyła półtora miliona tomów. W Kordobie sam katalog składał się z czterdziestu czterech tomów, a w mieście prawie wszyscy potrafili czytać. Zdobywanie wiedzy było nakazem Mahometa: w domach mądrości i uniwersytetach kwitły matematyka, geografia i astronomia, a dzięki uczonym i filozofom arabskim, jak Awicenna czy Awerroes, przetrwała wiedza starożytnych. Z Kordoby wyruszali w świat islamscy podróżnicy, do Kordoby ściągali studenci z całego świata. Z dwumilionowego Bagdadu, miasta zbudowanego na planie koła, przybył słynny Ziryab, poeta i muzyk, który w 822 roku objął stanowisko naczelnego animatora kultury w pałacu kalifa. Kordoba kwitła jak jej ogrody: Ziryab założył pierwsze na świecie konwersatorium muzyczne, przywiózł do Europy lutnię i skórzane meble, zamienił ciężkie srebrne lub złote naczynia na szkło, wprowadził modę na krótkie fryzury, kosmetyki i mycie zębów, zwyczaj zmiany strojów w różnych porach roku i tradycję trzyczęściowego posiłku złożonego z zupy, drugiego i deseru doprawionego nieznanymi w Europie przyprawami Wschodu. Mógł być świadkiem pamiętnego wydarzenia. W 852 roku, pięć lat przed jego śmiercią, od rana miasto wrzało, gdy rozeszła się wieść, że niejaki Armen Firman postanowił zamienić się w ptaka. Pod wielkim meczetem stały tłumy, gdy Firman pojawił się na górze jak ćma w oślepiającym słońcu. Firman, obserwując ptaki, przypiął do ciała zaprojektowany przez siebie kostium z bawełny i drewnianej konstrukcji imitującej skrzydła. Skoczył i hamując lot prototypem spadochronu wylądował na ziemi, tylko trochę się obijając. Podobno wśród widzów był ibn Firnas, człowiek orkiestra – geniusz, wynalazca, fizyk, inżynier, poeta i muzyk. W 875 roku postanowił sprawdzić swój wynalazek. Do drewnianych skrzydeł zamontował naturalne pióra i skoczył ze wzgórza Jabal Al-‘Arus. Świadkowie twierdzili, że unosił się w powietrzu dobre dziesięć minut, aż zaczął spadać, coraz szybciej, ledwie uchodząc z życiem i z wnioskiem, że do pełnego sukcesu zabrakło właściwego ogona, który spowolniłby upadek. Świat czekał prawie tysiąc lat aż kolejny śmiałek, osmański Turek, powtórzył wyczyn kordobańczyka, rzekomo frunąc nad Bosforem.
Kordoba nie zostałaby perłą muzułmańskiej i światowej cywilizacji, gdyby nie ścisłe podporządkowanie życia w mieście prawu islamskiemu egzekwowanego przez kadich, muzułmańskich sędziów.
6
Dziś kadi odzyskują swój dawny prestiż na ziemiach Państwa Islamskiego w zupełnie innych okolicznościach. Kadi wydaje wyroki na podstawie prawa ustanowionego mocą Koranu, doktryny i lokalnego prawa zwyczajowego. Ich rola była niegdyś ogromna w społeczeństwach arabskich, zmalała w epoce kolonialnej wraz z wchłonięciem w systemy prawne państw arabskich europejskiego prawa. Od tamtej pory sądzą głównie sprawy z zakresu prawa rodzinnego czy testamentowego, podlegające prawu religijnemu.
Europejscy prawnicy długo uważali wyrokowanie kadiego i prawo islamskie za prymitywne. Jedyną podstawą jego decyzji wydawało się „widzimisię”, bo trudno mówić o logice, gdy w sytuacjach niemal identycznych wydawał dwa skrajnie różne wyroki. Do momentu aż w końcu lat osiemdziesiątych XX wieku pracy kadiego nie przyjrzał się amerykański antropolog Lawrence Rosen. „Chrześcijaństwo jest religią miłości” – pisze za Malise Ruthven w swojej książce z 1989 roku „The anthropology of justice. Law as culture in Islamic Society”, na której opieram cały wywód. I dodaje: „Islam to religia sprawiedliwości”.
Rosen wyjechał w góry Atlas, w których leży Amezri. Dopiero po długich obserwacjach pracy kadiego zrozumiał, że jego wyroki cechują nie przypadkowość i uznaniowość, lecz logika, którą nazwał logiką konsekwencji.
Aby to pojąć, trzeba wpierw zrozumieć, że społeczeństwo marokańskie przypomina żywą sieć. W centrum jego życia – pisze Rosen – nie stoją grupy korporacyjne, jak rodzina, wieś czy plemię, a indywidualny człowiek, który odkąd wstępuje w dorosłe życie, buduje swoje miejsce w sieci na drodze następujących po sobie społecznych kontraktów. Rozumiał to T. E. Lawrence, który pisał: „Arabowie wierzą w ludzi, nie w instytucje”. Życie jest bazarem, którego porządku pilnują przepisy prawa powstające w efekcie długich negocjacji społeczeństwa. Zadaniem kadiego jest przywrócenie zwaśnionym stronom zachwianych warunków negocjacji, jakie obowiązują na bazarze, a nie ustalanie za nich warunków każdego niepowtarzalnego kontraktu. Kadi dba więc, by nie wykraczać poza wyznaczone prawem ramy umów, jeśli takie zostają naruszone, ale nie wskazuje ani ich formy, ani treści.
Już sama rozprawa wygląda zupełnie inaczej. Kadi pozwala stronom na początku na swobodną wymianę zdań i obronę argumentów, co oczywiście często zamienia się w kłótnię. W Maroku, podobnie jak na Bliskim Wschodzie, Arabowie rozumieją naturę ludzką jako napiętą grę między racją – aqel a pasją – nafs. W każdym człowieku przeważa zwykle któraś z nich i ta proporcja wpływa na ludzkie zachowania. Logiki kadiego nie sposób też pojąć bez zrozumienia idei asel. Sędzia amerykański lub europejski pyta stronę na rozprawie o zawód. Kadi uznaje, że to niewystarczające, bo, owszem, każdy negocjuje swoją pozycję w świecie, ale każdy zaczyna z innego poziomu. Dlatego pyta o asel – pochodzenie, co tłumaczy się też jako „autentyczność”. Kadi utrzymuje, że fikcją jest twierdzenie jakoby wszyscy byli równi, dlatego chce wiedzieć, skąd jest stojący przed nim człowiek, jakie ma koneksje, chce znać jego wypadki życiowe, które nie mają pozornie nic wspólnego z bieżącą sprawą. W systemie europejskim analiza przypadku zawęża się tylko do faktów mających związek ze sporem – kadi, przeciwnie, uważa to za kolejny fałsz. Skupienie na zobowiązaniach, jakie wiążą ludzi, opisuje koncepcja haqq. Haqq oznacza „obowiązek”, „dług”. Jesteśmy skazani na niezliczone interakcje z ludźmi, które obracają się albo w dług, albo w wierzytelność. To one tworzą jedyną namacalną rzeczywistość, a jeśli są rzeczywiste, to są prawdziwe, a bronić prawdy jest zadaniem prawa. Kadi, stosując prawo, stwarza fakty, kreuje rzeczywistość.
A więc to niepowtarzalny kontekst (hal), w jakim występuje w danej chwili człowiek, opisuje jego charakter. Nie ma dwóch takich samych przypadków. Niepowtarzalny – Arabowie inaczej rozumieją pojęcie czasu. Nie pojmują go ani jako linię, ani koło, lecz „drogę mleczną przypadków”. Czas to zbiór niepowtarzalnych kontekstów, w jakich znajduje się człowiek, które jednocześnie opowiadają o jego relacjach z innymi. Poznać człowieka to znaczy zdobyć informacje o jak największej ilości takich punktów na mapie jego życia. Znajduje to czytelne odbicie w arabskiej sztuce. Arabskie ornamenty to zbiory wyrafinowanych geometrycznych wzorów łączących się z innymi w sieć symbolizującą nieskończoność, dla których mury wyznaczają tylko granicę, a nie dyktują formę każdemu z osobna.
Ponieważ negocjuje swoje miejsce na bazarze życia za pomocą języka, do którego Arabowie przywiązują taką wagę, stąd kadi w kulturze wyrafinowanego słowa pisanego przywiązuje wielką wagę do spotkania twarzą w twarz i bezpośredniej relacji świadka, a także sposobu, w jaki mówi.
Wiedząc tyle, europejscy prawnicy nie potrafili przed Rosenem dostrzec ramy formalnej, korpusu przepisów, w których porusza się kadi, wydając wyroki. Słowem – wydawały im się one kompletnie uznaniowe i głupie. Rosen ją odkrył – kadi nie sądzi po to, by wyrok pasował do poprzednich, by prawo pasowało do prawa. Ramą dla kadiego jest konsekwencja, z jaką jego decyzja wpływa na społeczeństwo oraz na więzi międzyludzkie, a jego zadaniem jest dbać, by nie słabły. Ramą najwyższą jest prawo naturalne dane przez Boga z zasadami moralnymi. Prawo to nic innego jak znak niezmiennej moralności. W tej ramie społeczeństwo w długiej perspektywie wykształca swoje zwyczaje, które same w sobie są znakiem społecznego kompromisu. Jeśli kadi wydaje wyrok sprzeczny z nim, czyni to w sposób właściwy danej społeczności, zwykle wtedy, gdy opinia publiczna godzi się na nową praktykę.
Kadi, inaczej niż w Europie, nigdy nie sądzi intencji, zamiaru, jako odrębnego czynu. Kadi ocenia intencję tylko wtedy, gdy objawi się pod postacią słowa lub czynu; wszystko inne, twierdzi, jest nieuprawnionym domysłem. „Allach kocha tych, którzy ukrywają swoje grzechy” – Rosen cytuje Tradycję Prorocką. Myśli, póki nie znajdą ujścia w formie czynów, pozostają wewnętrzną sprawą człowieka i Boga, a unika się niepotrzebnego chaosu w społeczeństwie. Kadi, inaczej niż sędzia na naszym kontynencie, domniemywa szkodę, jaką zgłasza poszkodowany, a oskarżony musi udowodnić, że jest niewinny. Kadi tłumaczy to zasadą minimalizacji zła – to skuteczniej zapobiega wystąpieniu krzywdy, która rozrywa ludzkie więzi. Kadi zakłada – co wiąże się z przekonaniem powszechnym wśród Arabów – że szkoda wyrządzona przez człowieka wykształconego czy lepiej sytuowanego waży więcej niż ta autorstwa maluczkiego. Krzywda wyrządzona jest funkcją statusu społecznego, a więc znając go, można lepiej i sprawiedliwiej ocenić wyrządzoną szkodę. Prawnik europejski dba o interes klienta, muzułmański wykazuje jego dobro i pobożność.
Kadi sądzi przede wszystkim w imię dobra publicznego, które pojmuje jako troskę o kontynuację, o łatanie dziur pojawiających się na cudownej tkaninie jaką jest społeczeństwo, o zachowanie tego, co istnieje. Każda zmiana służyć może tylko lepszej konserwacji idealnego porządku społecznego ustanowionego przez Allaha. Prawo islamskie nie zna pojęcia osoby prawnej, przypisuje prawa nie instytucjom, lecz zbiorom tworzących je ludzi. W społeczeństwie marokańskim władza – pisze Rosen – jest przez to niezwykle rozproszona.
Prawo islamskie – podsumowuje – pozostaje pragmatyczne i lokalne. Zamiast tworzyć nieprzylegający do życia zbiór przepisów, jest pionowe – wnika w nie, służąc ludziom, a nie fikcji stworzonej przez ustawodawcę. Kończąc swój wywód, Rosen ocenia wady islamskiego prawa, które zrośnięte ze swoją kulturą miałoby oczywistą trudność wpasować się w inne. Troszcząc się przede wszystkim o status quo, posiadałoby trudność w sprawnej redystrybucji dóbr i praw w szybko zmieniającym się świecie. Tam jednak – w obrębie swojej kultury – utrzymuje witalność i wyraz zadziwiająco długo.
Logika, jaką reprezentuje kadi, może być niezwykle inspirująca dla europejskiego systemu prawa stanowionego, które coraz częściej tworzy niewydolne hermetyczne systemy ponad galopującą kulturą; dla którego jedyną ramą dla treści, odkąd doktryna zerwała z tradycją prawa naturalnego, jest zbiór spornych i kruchych reguł formalnych.
Prawo islamskie spogląda nieufnie na zmianę. Kto na tym wyjdzie lepiej, osądzi nieprzewidywalna i coraz bardziej mroczna przyszłość Zachodu. Brytyjscy uczeni ogłaszają, że zostało mu jeszcze sto żniw. Zabiją ziemię chemią i plastikiem. Pszczoły dowożą ciężarówkami na farmy, bo wybili wszystkie zapylacze i jeszcze zarabiają na tym forsę. Dzieci nie znają dziadków, a rodzice wnuków. Te ćpają więcej, odkąd zalegalizowali narkotyki. Mutują, bo faszerują kurczaki antybiotykami. Śmieci walają się po ulicach, po których rzygają półnagie nastolatki. W autobusach przeklinają przy starszych, dla których nie mają żadnego szacunku. Ludzie spotykają się, by patrzeć w swoje smartfony. Banki okradają ludzi, a islam gardzi lichwą (riba – zakaz odsetek) i nie tworzy sztucznego pieniądza. Bank islamski jest dla ludzi i z ludźmi dzieli ryzyko inwestycji. Muzułmanie płacą corocznie zakat – obowiązkowy podatek na ubogich, dwa i pół procenta całości posiadanego majątku. Islam zabrania monopolów. Nie pozwala, by upływ czasu, jak na Zachodzie, legalizował majątek zdobyty niezgodnie z prawem. Islam to religia zielona. Muzułmanie jako pierwsi troszczyli się o prawa zwierząt. Islam dba, by godnie traktować zwierzęta przeznaczone na ubój. Poleca jeść tyle, by zachować siły potrzebne do życia. Tylko Koran wyraża jasno troskę o przyrodę, podkreślając jedność człowieka i natury w mizan – równowadze ekologicznej. Wcale nie każe czynić sobie Ziemi poddanej. Krzywda wyrządzona naturze jest samookaleczeniem. Mury arabskich miast pokrywają niekończące się formy florystyczne, bo muzułmanie nie profanują Allacha jego wizerunkami. Islam to religia umiaru, droga środka między tępym legalizmem judaizmu a utopijną wizją miłości chrześcijańskiej, nijak niezakotwiczonej w codziennym życiu. Walka o ten umiar, nieraz zbrojna – jest koniecznością. Demokracja to głos większości, bez względu na to, kim ta większość jest, i czego chce. Allach jest jeden, jest jednością, Trójca to wymysł. Allach to nic innego jak źródło piękna. Mógł wybrać nicość, wybrał byt.
Tak mógłby tłumaczyć poszukującym oświecony kadi.
7
Póki co w Amezri jest spokój. Najlepiej przyjechać tam wiosną. Skórę pieści ciepły wiatr od pustyni, góry pokrywa biały śnieg, oazy kwitną, a strumienie huczą. Tropiki w czasie naszej zimy wymuszają na Europejczyku zdradę, bo ziemia daje z siebie dużo, by przygotować człowieka na zmianę. Dlatego jeśli późną zimą, to tylko Maghreb, bo to ledwie przeskok w aromatyczną wiosnę.
W lutym 2011 roku raz w życiu gazeta wysłała mnie za granicę. Miałem pojechać na tydzień do Tunezji do miasteczka Sidi Bouzid. W grudniu 2010 roku podpalił się w nim Mohamed Bouazizi, wywołując jaśminową rewolucję, która zamieniła się w Arabską Wiosnę Ludów. Nie przypuszczałem wtedy, że pośrednio jej efektem będzie powstanie Państwa Islamskiego.
Fajna jest taka rewolucja. Jest ogólne przyzwolenie na niechodzenie do roboty i dużo się dzieje. Wszyscy sączą kawę, wystawiają twarze do coraz cieplejszego słońca i gadają. Interes przekąskowy się kręci, orzeszki schodzą jak złoto, ktoś komuś w pysk da, jest o czym mówić. Przypominało to atmosferę jakiegoś Euro z tymi chorągiewkami, banerami i ogólną podnietą. Tak zwanego przewodnika i tłumacza znalazłem pierwszego dnia na ulicy. Aref był młody i jakiś niearabski, spokojny i wyważony. Szybko skaperował kumpla kierowcę, który wsadził za szybę kartkę A4 z wypisanym po arabsku czerwonym flamastrem PRESS, i woziliśmy się chłopacko po mieście. Hotel był za drogi, więc przeniosłem się do noclegowni w ośrodku sportowym. Był zadymiony jak lotnisko w Tunisie. W hali odlotów siedziały setki ludzi w skórzanych kurtkach i paliły papierosy. Wyglądało to smętnie i nieruchawo. Niewykluczone, że wszystkich dopadł syndrom kresu rewolucji, który objawił się identycznie jak koniec mundialu dla milionów kibiców na świecie. Ale najbardziej zadymione były knajpy, w których z pomocą starych, wypukłych ekranów przenieśli się już na „stadion” w Kairze, bo tam rozpoczęły się zadymy.
W Kairze też byłem zimą, czyli wiosną. Bus podjechał nocą do zatęchłego hotelu w wysokiej kamienicy w dzielnicy kolonialnej. Pod wejściem siedział stary Arab i palił ognisko. Noce były jeszcze zimne. Tam czuć ducha Brytyjczyków, jak w Rangunie. Wysokie kamienice przytłaczały niewydolne latarnie i ulice były mroczne i tajemnicze. Na rondach rozchodzą się w rozgwiazdę jak w Paryżu, w kawiarniach stylizowanych na wielką Europę sprzedają przesłodzone, ociekające lukrem słodycze. Gorzej było na poczcie przy placu Ataba. Klasyczne Południe. Była cała odrapana, a urzędnicy z rozczochranymi włosami i wypłowiałymi mundurami kimali na rękach. Śmieci fruwały na wysokości głowy. Światła neonów mrugały popsute. Tylko plac wrzał, Arabowie krzyczeli, przepychali się, nabuzowani, na permanentnej arabskiej fazie; potomkowie tych, którzy wymyślili al-kuhl, ale którym mądry Mahomet zabronił pić, bo czuł, że tę cywilizację picie zabije. Wszystko było przejaskrawione i wyblakłe. Nawet pracownicy polskiej ambasady tacy się wydawali: w beżowych, grubawych marynarkach, w zimnym hotelu z brudnym, wymiędlonym dywanem w jadalni, o który wycierał szorstką, żółtą stopę wielki przyjezdny Arab w piżamie – jakby pokrywał ich niewidzialny kurz. Recepcjonista gdzieś miał mój pośpiech i gdy przyszła na to pora, zaczynał się modlić. Ulice starego Kairu z wielkimi meczetami świeciły wieczorem żywą zielenią i puste wydawały się niweczyć czas, bo tak samo wyglądały tysiąc lat temu, gdy do Kordoby wyruszały karawany z kopiami Księgi Tysiąca i Jednej Nocy. Trwał Amshir, miesiąc wiatru i burz piaskowych. Po bocznych uliczkach medynyiv furkotały pudła. Zgubiłem się. Szedłem długą, niekończącą się i odludną ulicą. Nagle zobaczyłem w oddali czarną kropkę, która bliżej wyostrzyła się w siedzącą na niskim zydelku starą kobietę w nikabie, za którego błysnęły kocie oczy. Dokładnie gdy ją mijałem, spojrzała na mnie na przebłysk i z naszym kresowym mocnym „l” oznajmiła mi: „Allach…”.
Michel Houellebecq w ostatniej, głośnej książce „Uległość”, w której opisuje Francję 2020 roku pod władzą Bractwa Muzułmańskiego, dokonuje sprytnego zabiegu – w literacki sposób ukazuje tę moc islamu, która ściąga do siebie rzesze konwertytów.
„Chodzi o uległość – mówi do głównego bohatera jego książki niejaki Rediger, konwertyta, Francuz, nowy rektor Sorbony pod władzą islamską. – Oszałamiająca, a zarazem prosta myśl, nigdy dotychczas niewyrażona z taką mocą, że szczytem ludzkiego szczęścia jest bezwzględna uległość”. Rediger w występującej w powieści fikcyjnej publikacji „Dziesięć pytań na temat islamu” twierdzi, że islam został powołany do zdominowania świata. Zachód uważa za skazany na zagładę – trwał póki rozpuszczał w imię liberalnego indywidualizmu struktury ojczyzn, korporacji i kast, ale upadnie, gdy zaatakuje najwyższą strukturę społeczną – rodzinę. W innym miejscu: „Dla islamu dzieło boże jest doskonałe, to wręcz dzieło absolutne. […] Ludziom, którzy chcą poznać islam, nie polecam zazwyczaj rozpoczynania od lektury Koranu, chyba że są skłonni zrobić wysiłek: nauczyć się arabskiego i zagłębić w tekst pierwotny. […] Islam to jedyna religia, która zabroniła używania przekładów dla celów liturgicznych, bowiem Koran w całości opiera się na rytmie, rymach, refrenach, asonansach. Na podstawowej zasadzie poezji, na połączeniu dźwięku i znaczenia, które pozwala opowiedzieć świat”.
Jak arabeski na bramach medyn, które widziane czy to z lotu ptaka, czy z perspektywy żuka hipnotyzują i wystrzeliwują w Kosmos uwolniony umysł. Oddające jego strukturę, bo dziś wiemy, że właśnie tak wygląda – gromady galaktyk zebrane w włókna, jak tkanka czegoś znacznie większego. Złożone z niekończących się wyrafinowanych figur geometrycznych, których sztukę rysunku opisują podręczniki. Jak malunki na księgach z wykresami astronomicznymi w Muzeum Sztuki Islamskiej w Kuala Lumpur. Miały tysiąc lat, wyglądały na sto. Jak wzory na przedmiotach codziennego użytku, bo boskie piękno ma wnikać pod powierzchnię rzeczy w życiowym mozole, który jest drogą do Niego. V. S. Naipaul, laureat literackiej Nagrody Nobla, w imponującej reportażowej książce „Poza wiarą”, w której dokonuje kulturowej analizy państw zdobytych przez islam, twierdzi, że ta religia jest najwyższą formą imperializmu. Na zdobytych terytoriach wykorzenia stare kultury i rytuały, które nie mają prawa istnieć. Houellebecq cytuje w swojej książce słowa Chomeiniego: „Islam będzie polityką albo będzie niczym”. Allach jest wszystkim i jego prawu muszą podlegać wszystkie dziedziny życia, ale czyż przy takim punkcie wyjścia inna interpretacja nie jest obłudą? W Azji Południowo-Wschodniej kolejne regiony wprowadzają prawo szariatu, choćby na wyspie Aceh w Indonezji. Kilka lat temu zaczął to robić etapami obrzydliwie bogaty sułtan Brunei na Borneo. Chodziłem po supermarketowatych ulicach oddychających klimą i nie potrafiłem sobie wyobrazić kary chłosty obok Maca. Wszędzie były arabskie napisy. Spałem w największym na świecie osiedlu na palach, skąd dopiero z początkiem XX wieku Brunei przeniosło się na ląd. Na jego brzegu fosforyzował meczet Sultan Omar Ali Saifuddien. Łódki śmigały między palami i chwiały domami. Było duszno jak nieszczęście, nie dało się spać, a nie było zimnego piwa, bo jest nielegalne w całym kraju – jest nielegalne i niedostępne, więc nikt nie pije. Włączyłem ipoda i przełączałem stacje radiowe. W końcu trafiłem na stację z modłami muezzina, jak tamtejsze Radio Maryja. Brunei Darussalam, 89.1 FM i zasypiasz.
Ale gdy obudziłem się, trwały dalej. Sprawdzałem wielokroć – w południe, w nocy, nie kończyły się nigdy, układając się w wyobraźni w czułą, rozciągniętą w nieskończoność membranę. Nie ma doskonalszej pochwały wieczności niż wibrujący, gładko zmieniający koleiny tonacji głos muezzina, który wnika płytko pod skórę i powoli wypełnia sobą nową powłokę ciała. Spałem, a on powtarzał mi do ucha słowa, które jako pierwsze wypowiadane szeptem słyszy noworodek w islamskiej rodzinie. Może dlatego jadąc samochodem przez Polskę powiatową przez myśl przebiega mi czasem mimowolnie „Nie ma Boga nad Allacha..” – oczywiście jako pusta, efemeryczna myśl: między tym a owym.
Andrzej Muszyński
Dawną Kordobę próbowałem odmalować w szczególności na podstawie „Życia codziennego w Kordobie w drugiej połowie X w. i XI w. w świetle arabskich źródeł narracyjnych”, pracy doktorskiej Filipa Andrzeja Jakubowskiego z UAM w Poznaniu. Z pisma „As-Salam” czerpię wiedzę o islamie, w szczególności, na potrzeby tego tekstu, z numeru nr 2010/1431 poświęconego ekoislamowi, z artykułami S. N. Haqa i I. Smeli. Z książki L. Rosena „The Anthropology of Justice: Law as Culture in Islamic Society” – o prawniczej logice kadiego.
Andrzej Muszyński
przez Damian Temimi | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016
Jako Europejczycy przywykliśmy do postrzegania świata z perspektywy rozwiniętego Zachodu, patrzącego protekcjonalnie na pozostałe części globu. Pomysł, aby spróbować zmienić punkt widzenia – ze wszystkimi idącymi za tym konsekwencjami – wydaje się irracjonalny czy może nawet zupełnie abstrakcyjny. Uświadomienie sobie, że świat nie tylko nie jest czarno-biały, lecz nawet określenie go mianem wielowymiarowego może być niewystarczające, wywołuje nieprzyjemny dysonans poznawczy.
Na poziomie tożsamości narodowej prezentujemy się często jako ofiara silniejszych, wrogów nieustannie próbujących nas osaczyć i zdominować. Zapominamy przy tym, że popularne powiedzenie, iż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jest przez nas używane instrumentalnie, w zależności od potrzeb. Warto przyjrzeć się, w jaki sposób próbują poradzić sobie z podobnym problemem byłe kolonie Zachodu.
Dekolonizacja umysłów
Postkolonializm (określany też jako studia postkolonialne lub teoria postkolonialna) podejmuje próbę przedstawienia i opisania świata byłych kolonii europejskich, wychodząc z założenia, że dominująca perspektywa oraz istniejąca interpretacja uwzględniały dotychczas tylko zachodni punkt widzenia. Opiera się ponadto na tezie, że proces dekolonizacji nie oznaczał zarazem końca zjawiska kolonializmu – przyniósł koloniom samostanowienie, lecz pominął stan umysłów ich mieszkańców czy wzorce kulturowe, w ramach których funkcjonują. Obywatele państw postkolonialnych poddawani są bowiem edukacji w języku dawnego kolonizatora, a historię świata zachodniego znają czasem lepiej niż dzieje własnego kraju.
Studia postkolonialne są pewną intelektualną postawą, krytyką społeczną o charakterze interdyscyplinarnym, wymierzoną w europejskie narracje i konstrukcje myślowe na temat Trzeciego Świata. Postkolonialni teoretycy reprezentują lewicowe środowiska intelektualistów wywodzących swoje poglądy między innymi z marksizmu, psychoanalizy i poststrukturalizmu. Wielowymiarowy i interdyscyplinarny charakter tej teorii (w badania angażowane są różne dziedziny nauki, m.in. literaturoznawstwo, antropologia, historia i socjologia) sprawia, że termin „postkolonializm” bywa mglisty i niejednoznaczny.
Gayatri Chakravorty Spivak, jedna z najbardziej wpływowych badaczek postkolonializmu, poruszyła problem ignorancji zachodnich intelektualistów, przekonanych o nieomylności obranej przez siebie metodologii. Aby to zobrazować, przytoczyła słowa Jean Paula Sartre’a (nie wątpiąc przy tym w jego dobrą wolę) z jego eseju „Egzystencjalizm jest humanizmem”: jakkolwiek zamiary ludzkie mogą być różne, to jednak każdy z nich będzie dla mnie zupełnie dostępny, gdyż wszystkie one będą tylko próbą przekroczenia granic doli ludzkiej, próbą oddalenia się od nich albo zaprzeczenia im, albo przystosowania się do nich. W konsekwencji wszelki zamiar, wszelki projekt, który podejmuje jednostka ludzka, ma walor powszechności. Każdy zamiar zarówno Chińczyka, jak Indianina czy Murzyna może być zrozumiały dla Europejczyka, […] jeżeli się posiada odpowiednią wiedzę. Spivak uznała takie podejście za naiwne, a wypowiedź Sartre’a skontrowała komentarzem Jacquesa Derridy, który odnosił się do wcześniejszego fragmentu: Wyglądało na to, że znak „człowiek” nie ma żadnego źródła, żadnej historycznej, kulturowej, językowej granicy. Pokazuje to, jak karkołomnym i skomplikowanym przedsięwzięciem jest podjęcie się opisu rzeczywistości innego i próba spojrzenia na świat jego oczami.
Produkcja wiedzy, kreacja rzeczywistości
Rozwój studiów postkolonialnych zawdzięczamy m.in. refleksji Michela Foucault na temat władzy. Foucault zwracał uwagę na istnienie pewnych niewidocznych i nieuświadomionych procesów, które determinują rzeczywistość społeczną. Dużo uwagi poświęcił badaniom nad dyskursem, czyli sposobem opowiadania o rzeczywistości. Według niego nie sposób zrozumieć sensu pewnych wypowiedzi bez uwzględnienia kontekstów i ograniczeń, jakie nakłada na każdą epokę panująca ideologia i związane z nią narracje: Każde społeczeństwo ma swój reżim prawdy, swą generalną politykę prawdy, tzn. typy dyskursu, które akceptuje i powoduje, że funkcjonują one jak prawdziwe. Foucault, poprzez analizę wiedzy cementującej porządek społeczny, zadaje zatem pytanie: cui bono? Odpowiedź na to pytanie ma przynieść metoda dekonstrukcji, a więc specyficzny sposobu czytania różnych tekstów (literackich, filozoficznych), którego celem jest odkrycie rządzących nimi przekonań i ukrytych twierdzeń.
Dominacja i sprawowanie władzy za pomocą sterowania oficjalną narracją są możliwe dzięki więzi, która łączy władzę i wiedzę. Cały problem polega na tym, że rządzące nią mechanizmy pozostają zakamuflowane. Pisząc o instytucjach zapewniających nieustanne wytwarzanie i opanowywanie dyskursu służącego władzy, Foucault wymienia przykład państwowej oświaty: Każdy system edukacji jest politycznym sposobem utrzymywania lub modyfikacji przyswajania dyskursów wraz z wiedzą i władzą, które te ze sobą niosą.
Trudno nie odnieść wrażenia, że powyższe stwierdzenia dają asumpt do obrania buntowniczej postawy i skłaniają do kontestowania nie tylko władzy – której dominacja zapewniona jest przecież przez sprawowanie „rządu dusz” – ale także uważanych za obiektywne przekonań, ideologii i systemów wartości.
O ile Foucault próbował zdemaskować ukryte oddziaływanie władzy na wiedzę i tekst, o tyle Jacques Derrida skupił się na samym odczytywaniu. Jego teoria dekonstrukcyjna była ważnym wkładem w rozwój myśli postkolonialnej oraz pogłębienie refleksji nad kulturą, rasą i tożsamością. Badania Derridy dotyczyły związku pomiędzy językiem a percepcją rzeczywistości, konkretnie – kreowania świata przez interpretację języka. Nie mówimy o faktach, zjawiskach czy wydarzeniach, ponieważ nie istnieją one obiektywnie – są tylko interpretacjami. Możemy im jedynie nadawać znaczenie w ramach przyjętego przez nas światopoglądu. Tę wysublimowaną koncepcję Derrida nazwał mianem „tekstualności”. W celu znalezienia ukrytych w tekście znaczeń i wewnętrznych sprzeczności stosował metodę tak zwanej podwójnej lektury. Zadaniem pierwszej jest poznanie konkretnej treści zgodnie z obowiązującym kanonem myślenia i interpretacji, natomiast ponowna lektura ma na celu dekonstrukcję czytanego tekstu, gdyż żadna narracja nie jest wolna od zakamuflowanych znaczeń, wartościowania czy też pewnego pozycjonowania słów i pojęć.
Łatwo można zatem dojść do wniosku, że – podobnie jak u Foucault – narzucanie narracji i obowiązującego dyskursu może być formą zniewolenia, służącego temu, kto formułuje i wygłasza określone twierdzenia i sądy. Nie dziwi więc wspomniany wpływ twórczości Derridy na powstanie krytycznej postkolonialnej refleksji, próbującej stawić opór intelektualnej przemocy ze strony zachodniej historiografii. Jako swoiste centrum globalnego porządku międzynarodowego, Zachód stawiał się w roli krzewiciela racjonalizmu, kultury i wyższej cywilizacji. Pozycjonował się w ten sposób wobec peryferii, traktując je z góry i w sposób protekcjonalny. Wytwarzanie wysublimowanych struktur językowych było jednym z narzędzi dominacji, stąd zainteresowanie teoretyków postkolonialnych myślą Derridy.
Wyklęty lud ziemi
Frantz Fanon, urodzony na Martynice należącej wówczas do Francji, stał się intelektualną ikoną antykolonialnego ruchu wyzwoleńczego. Z wykształcenia był psychiatrą, uczestniczył również w algierskiej wojnie o niepodległość. W 1961 roku napisał „Wyklęty lud ziemi”, swoje najbardziej znane dzieło, polityczny manifest. Dzięki ważnemu dorobkowi ideowemu i zaangażowaniu w ruch narodowowyzwoleńczy zalicza się go do klasyków myśli postkolonialnej.
Fanon miał mieszane pochodzenie etniczne. Jako ciemnoskóry obywatel Francji zmagał się z problemem własnej tożsamości, co wynikało z pewnych sprzeczności – ani biały, ani czarny; ani autentyczny Francuz, ani rodowity Afrykanin (w późniejszym okresie odrzucił tożsamość francuską na rzecz algierskiej). Osobiste doświadczenia wraz z aktywnym zaangażowaniem w brutalną wojnę algierską (1954–1962) ukształtowały w nim antykolonialnego rewolucjonistę. Swojej bezkompromisowości wobec walki z kolonializmem dał wyraz w „Wyklętym ludu ziemi”: Dekolonizacja, mająca zmienić porządek świata, niesie ze sobą zapowiedź całkowitego chaosu. Nie bywa przy tym wynikiem zabiegu magicznego, naturalnego wstrząsu czy obopólnego porozumienia. Dekolonizacja jest, jak wiadomo, procesem historycznym, a zatem może być zrozumiała, może być czytelna i jasna dla siebie samej tylko wtedy, gdy jednocześnie wyodrębni się ruch tworzący historię, który nadaje jej kształt i treść.
Według Fanona zrzucenie kajdan nałożonych przez kolonizatorów nie mogło się odbyć w sposób pokojowy. Twierdził, że świat postrzegany przez zachodni imperializm jest grą o sumie zerowej. Dla kolonizatora lud podporządkowany to lud prymitywny, barbarzyński i dziki, nie chodzi więc jedynie o dominację fizyczną, ale także o stworzenie wizerunku skolonizowanego jako esencji wszystkiego, co złe.
Fanon zajął również stanowisko dotyczące potencjalnej drogi, jaką po uzyskaniu niepodległości miały obrać zdekolonizowane państwa. Zdawał sobie sprawę z powagi i złożoności problemu, dlatego podkreślał, że jest to niezwykle trudny i żmudny proces. Zdecydowanie opowiadał się przeciwko bezmyślnemu naśladownictwu Zachodu, gdyż jego zdaniem „małpowanie” instytucjonalnych i społecznych rozwiązań dawnych metropolii było bezcelowe. Zamiast tego postulował intensywne poszukiwania własnych korzeni, dziedzictwa i tożsamości kulturowej.
Sartre, którego myślą inspirował się Fanon, w posłowiu do „Wyklętego ludu ziemi” tak podsumował jego oskarżenie przeciwko kolonializmowi: Ten tłusty, bladawy kontynent popadł wreszcie w to, co Fanon słusznie nazywa „narcyzmem” […] A ten supereuropejski potwór, Ameryka Północna? Ile słów: wolność, równość, braterstwo, miłość, honor, ojczyzna, bo ja wiem, co jeszcze? To wszystko nie przeszkadza nam bynajmniej w wygłaszaniu rasistowskich słów: śmierdzący czarnuch, parszywy Żyd, brudny arabski szczur. Czyste, liberalne i wrażliwe umysły – ogólnie mówiąc – neokolonialiści, udają, że są zaszokowani tym brakiem konsekwencji; wietrzą błąd albo złą wiarę; nieprawda, nic bardziej konsekwentnego niż rasistowski humanizm, skoro Europejczyk mógł stać się człowiekiem jedynie produkując niewolników i potwory.
„Orientalizm”
Dorobek Edwarda Saida zalicza się do kanonu myśli postkolonialnej. Swoje najważniejsze dzieło, „Orientalizm”, napisał w 1978 roku. Datę wydania tej książki uznaje się za faktyczny początek kariery studiów postkolonialnych, a sam „Orientalizm” miał szczególny wpływ na rozkwit tej dyscypliny w latach 80. i 90. XX wieku.
Punktem wyjściowym rozważań Saida były przemyślenia Michela Foucault dotyczące powiązań wiedzy i władzy – francuski filozof był zdania, że ideologiczną podporą kolonialnej dominacji była europejska koncepcja „Orientu”, rozumianego jako dzisiejszy obszar Bliskiego Wschodu. Dla samego Saida, który był Palestyńczykiem, była to kwestia kluczowa. Nawiązując do zachodniego piśmiennictwa poświęconego temu regionowi geograficznemu, stwierdził, że: takie teksty mogą nie tylko tworzyć wiedzę, ale również rzeczywistość, którą opisują. Po pewnym czasie taka wiedza i rzeczywistość tworzą tradycję albo to, co Michael Foucault nazywa dyskursem, którego materialna obecność i waga – a nie oryginalność tego czy innego autora – jest tak naprawdę odpowiedzialna za teksty, które z niego wynikają.
Zwrócił też uwagę na konieczność zmiany dyskursu w debacie i badaniach nad kolonializmem i historią Orientu. Dominująca narracja, która rozpowszechniała i ugruntowywała zachodni punkt widzenia, była elementem konsolidacji władzy kolonialnej. Narrację tę nazywa właśnie orientalizmem, definiując to pojęcie jako sposób postrzegania Orientu, który wynikał z zajmowanego przezeń miejsca w kulturze Zachodu. […] Dzięki Orientowi została Europa zdefiniowana (czy dokładniej Zachód) jako przeciwwaga jego wizerunku, idei, osobowości i doświadczenia. Ale ten Orient nie jest wyłącznie wyobrażeniem. Jest również integralną materialną częścią kultury i cywilizacji Europy. Orientalizm wyraża tę część kulturalnie, a nawet ideologicznie w formie dyskursu, którego zaplecze stanowią nie tylko określone instytucje, słownictwo, stypendia naukowe, symbolika, doktryny, ale również biurokracja kolonialna i kolonialne style. […] orientalizm to nie tylko temat czy dziedzina polityki, biernie odzwierciedlana w kulturze, oświacie czy w instytucjach; […] Jest to raczej upowszechnienie pewnej świadomości geopolitycznej, rozpisanej na teksty artystyczne, naukowe, gospodarcze, społeczne, historyczne, filozoficzne […].
Zdaniem Saida przestrzeń geograficzna prezentowana była (i jest nadal) jako coś mitycznego i monolitycznego, a takie podejście znacznie ułatwiało legitymizację agresywnej kolonialnej polityki. Trzeba przyznać, że zabieg ten jest dosyć zrozumiały – łatwiej usprawiedliwiać swoje działanie, gdy rzeczywistość widziana jest w czarno-białych kolorach. Dzięki temu mamy do czynienia z dwoma biegunami, pozytywnym i negatywnym: Orient – widziany jako jedność pod względem historycznym, politycznym oraz kulturowym – stanowi w ramach tego dualizmu synonim zacofania, obskurantyzmu i degeneracji, natomiast Zachód przedstawia się jako wzór racjonalności, normalności i wszystkiego, co stanowi o wyższości cywilizacyjnej. Tego irracjonalnego i biernego człowieka Orientu okiełznać może zatem jedynie człowiek Zachodu, który definiuje siebie jako przeciwwagę dla tego pierwszego.
Said wyprowadza drobiazgową krytykę dorobku zachodniej historiografii (i literatury powszechnej), oskarżając ją o współudział w zniewoleniu i dominacji nad światem niezachodnim. Kiedy Zachód zabiera się za opisywanie Orientu, dyskurs, którego używa, służy wyłącznie jego potrzebom, co w efekcie daje subiektywną i tendencyjną narrację. Co więcej, wytwarzana w ten sposób wiedza, będąca jednie narzędziem władzy kolonialnej, pretenduje do roli obiektywnej prawdy.
Udzielić głosu podporządkowanym
Słowo „subaltern” w języku angielskim oznacza ludzi podporządkowanych. Autorem tego terminu był Antonio Gramsci, który używał go na określenie przeciwieństwa dominujących sił społecznych, sprawujących hegemonię nad podporządkowanymi. Od pojawienia się zorganizowanego społeczeństwa, a zwłaszcza instytucji państwa, historia pisana jest wyłącznie z perspektywy klas rządzących i w ich interesie. Gramsci zainteresowany był prawami rządzącymi historią, ponieważ postrzegał ją jako nieustanny proces konfrontacji między dominującą a podległą częścią społeczeństwa. Postulował zatem stworzenie historiografii będącej głosem klas podporządkowanych, gdyż te od zawsze były przedmiotem, a nie podmiotem historii.
Na początku lat 80. grupa indyjskich naukowców zaangażowała się w projekt ponownej dyskusji nad historiografią dotyczącą podporządkowanych mieszkańców subkontynentu indyjskiego. Zaadaptowali do swojego przedsięwzięcia skonstruowaną przez Gramsciego koncepcję hegemonii i problematykę nieobecności głosu podporządkowanych w piśmiennictwie historycznym. Zespół naukowców tworzyli m.in. David Hardiman, Dipesh Chakrabarty, David Arnold, Shahid Amin i Gayatri Chakravorty Spivak. W 1982 r. zaczęli wydawać czasopismo naukowe „Subaltern Studies”, poświęcone problemom politycznym, kulturowym, historycznym i społecznym Azji Południowej. Chcieli w ten sposób udzielić podporządkowanym głosu i zapewnić im reprezentację w oficjalnej historiografii.
Głównym celem projektu była zmiana nierównowagi istniejącej w indyjskiej humanistyce. Polegała ona na dominacji w ośrodkach akademickich dyskursu tworzonego przez elity. Zaliczono do nich znajdujących się w najwyższej hierarchii kolonialistów oraz przedstawicieli indyjskiej burżuazji. Przykładem takiego trendu w historiografii były badania nad indyjskim nacjonalizmem, których narracja forsowała tezę o wyjątkowych zasługach indyjskich i kolonialnych elit, polityki oraz instytucji dla rozbudzenia świadomości narodowej Hindusów.
Bardzo ważnym głosem w dyskusji nad Subaltern Studies był esej „Can the subaltern speak?”, opublikowany w 1985 r. przez Gayatri Chakravorty Spivak. Postrzegała ona postkolonializm polemicznie i pesymistycznie, kwestionowała roszczenie intelektualistów wywodzących się z zachodnich ośrodków akademickich do wypowiadania się na temat podporządkowanych i niejako w ich imieniu. Z kolei w rozmowie z Haroldem Vesserem odniosła się do podobnego problemu, dotyczącego tym razem podporządkowanych wykształconych na Zachodzie: Z zasady awansujący społecznie ludzie z terytoriów zdekolonizowanych udają się na uniwersytety, które tradycyjnie, od 150 lat, czerpią swój arsenał wiedzy od metropolii, choć często twierdzi ona, że wcale tak nie jest. […] Zawsze pytam swoich studentów: „Czy naprawdę myślicie, że, aby zmienić świat, wszyscy musimy się nauczyć mapować poznawczo miejsce hotelu w Los Angeles na mapie geopolitycznej?”. Tezy stawiane w USA i ich przetworzenie przez elity Trzeciego Świata, które mogą następnie zakładać maskę przedstawicieli Trzeciego Świata – to po prostu najdziwniejsza narracja, z jaką się spotkałam.
Said, Spivak i Homi Bhabha, indyjski profesor literatury, nazywani są Wielką Trójką teoretyków studiów postkolonialnych. Bhabha traktował postkolonializm jako metodę analizy mającą na celu zrozumienie i wyjaśnienie skomplikowanych zjawisk kulturowych powiązanych z kolonizacją. W jego twórczości widać duży wpływ myśli Michela Foucault, o czym świadczy częste nawiązywanie do koncepcji związku między władzą a wiedzą. Zdaniem Bhabhy związek ten miał za zadanie wypracowanie dyskursu opartego na stereotypach, co służyło usprawiedliwianiu agresywnych i pełnych przemocy praktyk podboju i utrzymania dominacji kolonialnej. Udało się za jego pośrednictwem upowszechnić korzystne z tego punktu widzenia wyobrażenia, takie jak wizerunek Hindusów jako zwyrodniałych, prymitywnych członków tradycyjnych wspólnot, aż proszących się o podjęcie wobec nich misji cywilizacyjnej.
Brytyjski dyskurs dotyczący kolonizacji Azji Południowej bazował przede wszystkim na uwypuklaniu obcości skolonizowanych. Byli oni co prawda całkiem inni od zachodnich krzewicieli postępu, jednak ich odmienność – dzięki sprzyjającej postawie środowisk naukowych, odwołujących się m.in. do teorii rasizmu – została, w przekonaniu świata zachodniego, dobrze rozpoznana i wyjaśniona.
Ważnym wkładem Bhabhy w studia postkolonialne było wprowadzenie w obieg pojęć „mimikry”, „hybrydyzacji” i „ambiwalencji”. Termin „mimikra” ukazywał ambiwalentną relację między kolonizatorem a kolonizowanym. O ile dyskurs kolonialny zachęca kolonizowanego do naśladowania kolonizatora poprzez adaptację jego kulturowych zwyczajów, przekonań, instytucji i wartości, o tyle rezultat takiego kopiowania będzie miał charakter dość karykaturalny. Mimikra bardzo często była instrumentem polityki kolonialnej. Znamiennym przykładem jest wystąpienie Thomasa Macaulaya, członka Izby Lordów, które wygłosił w 1835 r. w wyższej izbie brytyjskiego parlamentu. Zalecał forsowanie angielskiej kultury, języka, sztuki i literatury w ramach systemu oświaty w Indiach Brytyjskich. Projekt ten mieli wcielać w życie tubylcy pośredniczący między kolonizatorami a milionami, nad którymi panowano; była to grupa rodowitych Hindusów, ale z angielskimi gustami, poglądami, etyką itp. Takie stawianie sprawy mogło zresztą świadczyć o pewnych słabościach imperializmu, skoro sam przedstawiciel władzy kolonialnej (Macaulay był w latach 1834–1838 członkiem Najwyższej Rady Indii) przyznawał, że warunkiem utrzymania brytyjskiej dominacji w Azji Południowej było sprawowanie „rządu dusz” nad mieszkańcami „klejnotu w koronie”.
W swoich pracach dotyczących sprzeczności tkwiących w dyskursie kolonialnym Bhabha wielokrotnie odnosił się do zjawiska mimikry. Bezmyślne kopiowanie kultury pochodzącej z metropolii, zachowań, manier czy wartości przypominało formę przemocy, która przybierała postać poniżania kolonizowanych i kpiny z nich. „Hybrydyzacja” jest obok pojęcia mimikry jednym z najczęściej stosowanych przez teoretyków postkolonialnych. Odnosi się do pewnych mieszanych, międzykulturowych form językowych, kulturalnych, politycznych i rasowych. Bhabha posługuje się nim w celu analizy relacji kolonizator – kolonizowany, zwracając przy tym uwagę na konsekwencje wynikające z tej zależności dla obu stron. Wszelkie systemy kulturowe wraz z ich afirmacją powstają w czymś, co Bhabha nazywa „trzecią przestrzenią”. Jego zdaniem tożsamość kulturowa wyłania się właśnie w takiej dychotomicznej sferze, w której odbywa się wyrafinowana gra interakcji. Zidentyfikowanie owej „trzeciej przestrzeni” może pozwolić przezwyciężyć dystans, jakiego nabieramy w efekcie postrzegania różnorodności kulturowej jako czegoś obcego i egzotycznego.
Pojęcie „ambiwalencji” wywodzi się z psychologii i dotyczy wewnętrznego konfliktu towarzyszącego jednoczesnemu pragnieniu zaspokojenia dwóch przeciwstawnych potrzeb. Odnosi się do postawy polegającej na równoczesnej sympatii i niechęci wobec danego obiektu czy osoby. Bhabha przeniósł to pojęcie na grunt studiów postkolonialnych, aby opisać skomplikowaną mieszankę życzliwości i awersji między kolonizatorem a kolonizowanym. Relacja ta jest ambiwalentna, ponieważ podmiot kolonizowany nigdy nie jest prostym przeciwieństwem kolonizatora. Zamiast zakładać a priori, że jedni kolonizowani są po prostu ulegli, a inni wyłącznie oporni, możemy scharakteryzować ich postawę jako ambiwalentną, co sugeruje współwystępowanie obu tych nastawień z różnym natężeniem. Termin ten opisuje też sposób, w jaki dyskurs kolonialny traktuje podporządkowanych, podkreślając, że można ich równocześnie wyzyskiwać i opiekować się nimi. Dzięki swojemu podejściu Bhabha zakłóca narrację władz kolonialnych, która stara się przedstawiać rzeczywistość w sposób niepozostawiający wątpliwości co do pozytywnej oceny moralnych aspektów swego postępowania.
Inny indyjski badacz, Dipesh Chakrabarty, koncentrował się na ponownej analizie obowiązującej historiografii zawłaszczonej przez Zachód. Chakrabarty, który jest historykiem, badał najnowsze dzieje Azji Południowej, a w szczególności interesowały go kwestie społeczno-polityczne. Jako naukowiec kontestujący model historiografii reprezentowany przez Europę, zwrócił uwagę na konieczność uprawiania nauki w obrębie europejskiego dziedzictwa humanizmu, ponieważ jest on jedynym paradygmatem dostępnym dla krytyka pochodzącego z innego regionu kulturowego.
W książce „Prowincjonalizacja Europy” Chakrabarty bada mechanizmy rządzące świadomym włączaniem Indii w tryby europejskich projektów nowoczesności, co, jego zdaniem, odbywało się przez zaszczepianie pewnej wizji instytucji państwa, modelu kapitalizm czy sprawnego funkcjonowania biurokracji. Próbował pokazać, jak europejskie modele urządzenia społeczeństwa podlegają przemianie, dostosowując się do lokalnych warunków i kultury. Opisuje obecność szeroko pojętej myśli europejskiej w wielu aspektach codziennej indyjskiej rzeczywistości: Słowa, tkwiąc w czynności życia, posiadają głównie bezpośrednie i praktyczne konotacje. Słowo „Europa” nie zaprzątało mojej uwagi w dzieciństwie […]. Dziedzictwo Europy […] było wszędzie: w zasadach ruchu drogowego, w skargach dorosłych, że Indusom brak jakiegokolwiek poczucia obywatelskości, w piłce nożnej i krykiecie […]. Kategorie i słowa zapożyczone z historii europejskich znalazły w naszych praktykach nowy dom.
Pojmując europejskiego ducha jako swego rodzaju eteryczną, wyobrażoną figurę, wykazuje on stopień osadzenia Europy przede wszystkim w indyjskich nawykach myślowych. To z kolei determinuje proces kształtowania się politycznej nowoczesności w tym kraju. Chce zatem dokonać korekty i przywrócić marginesom dawnego imperium należne im miejsce w historiografii. Swoją wizję prowincjonalizacji Europy Chakrabarty tłumaczył w poniższy sposób: Prowincjonalizacja Europy nie jest projektem odrzucenia czy zdyskredytowania myśli europejskiej. Odnoszenie się do całości myśli, której w dużym stopniu zawdzięcza się swą intelektualną egzystencję, nie może mieć charakteru postkolonialnego odwetu. Myśl europejska jest […] niezbędna, […] w jaki sposób owa myśl, która jest dziś dziedzictwem nas wszystkich i która nas wszystkich dotyczy, może się odnowić – przez to, co niosą jej marginesy, a także dla swoich marginesów.
***
Umieszczony we wstępie wątek problemu poszukiwania przez Polskę tożsamości nie znalazł się tam przypadkowo. Szukanie analogii pomiędzy historią Polski a przeszłością byłych kolonii może wydawać się niedorzeczne. Ale czy na pewno? W dyskusji nad zrewidowaniem podejścia do badań nad najnowszymi dziejami naszego kraju padło już kilka poważnych głosów sugerujących zastosowanie w tym celu teorii postkolonialnej. Z pewnością przewietrzyłoby to polską debatę publiczną.
Damian Temimi
Bibliografia:
Ashcroft B., Griffiths G., Tiffin H., Post-Colonial Studies. The Key Concepts, Oxford 2000.
Beinorius A., Orientalizm i dyskurs postkolonialny. Kilka problemów metodologicznych, „Porównania” 2013, nr 12.
Benton T., Craib I., Filozofia nauk społecznych. Od pozytywizmu do postmodernizmu, Wrocław 2003.
Chakrabarty D., Prowincjonalizacja Europy, Poznań 2011.
Domańska E., Badania postkolonialne [w:] Gandhi L., Teoria postkolonialna. Wprowadzenie krytyczne, Poznań 2008.
Elliott A., Współczesna teoria społeczna. Wprowadzenie, Warszawa 2011.
Fanon F., Wyklęty lud ziemi, Warszawa 1985.
Gawrycki M.F., Szeptycki A., Podporządkowanie – niedorozwój – wyobcowanie. Postkolonializm a stosunki międzynarodowe, Warszawa 2011.
Kołodziejczyk D., Język(i) postkolonialności – historia studiów postkolonialnych w zarysie, „Porównania” 2014, nr 15.
Loomba A., Kolonializm/Postkolonializm, Poznań 2011.
Polus A., Postkolonializm i neokolonializm. Problemy definicyjne, Polskie Centrum Studiów Afrykanistycznych, Working papers 2010, nr 4.
Said E.W., Orientalizm. Wprowadzenie [w:] A. Burzyńska, M.P. Markowski, Teorie literatury XX wieku. Antologia, Kraków 2006.
Spivak G.Ch., Krytyka postkolonialnego rozumu. W stronę historii zanikającej współczesności [w:] Teorie literatury XX wieku. Antologia, Kraków 2006.
Spivak G.Ch., Strategie postkolonialne, Warszawa 2011.
Szachaj A., Jakubowski M.N., Filozofia polityki, Warszawa 2006.
Teorie i podejścia badawcze w nauce o stosunkach międzynarodowych, red. R. Zięba, S. Bieleń, J. Zając, Warszawa 2015.
przez Jarosław Tomasiewicz | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016
Lubimy patrzeć na przeszłość przez współczesne okulary, przypisywać przodkom nasze motywacje, poglądy i pojęcia, doszukiwać się w mrokach dziejów swoich ideowych antenatów. Nieważne, że na ogół to anachronizm, wpasowywanie zupełnie odmiennej rzeczywistości w schematy z innej epoki.
Lewica nie jest tu wyjątkiem. Za swego protoplastę uznała Spartakusa – przywódcę powstania niewolników z I wieku przed Chrystusem. Gladiator z Tracji stał się patronem zarówno protokomunistycznej frakcji Róży Luksemburg, jak i jednej z trockistowskich grupek, wsławionej obroną pedofilii. Obecnie zewłok zbuntowanego niewolnika przeżuwa amerykańska popkultura, produkując kiczowate seriale łączące wulgarny erotyzm i sadyzm z polityczną poprawnością. Trudno dziś wszakże ocenić, na ile Spartakus – niewątpliwie dzielny wojownik i zdolny wódz – rzeczywiście nadaje się na świętego lewicy. W jego ruchu nie można dostrzec wizji Lepszej Przyszłości – buntownicy nie zamierzali zmieniać ustroju, ich celem była osobista wolność, którą chcieli zdobyć, opuszczając Italię i wracając do swych krajów.
Takie zjawiska nie były rzadkością. Anarchiczne ruchy uciskanych nazbyt często sprowadzały się do ślepego odwetu. Nie szło tu o sprawiedliwy ład, ale o zamianę ról. Z czasów egipskiego Średniego Państwa pochodzą tzw. Nauki Ipuwera – dokument opisujący powstanie ludowe prawdopodobnie ok. XIX wieku p.n.e. Kraj obrócił się jak koło garncarskie. Biedni stali się bogaczami, bogacze biedakami… Panowie, którzy mieli mnóstwo strojów, chodzą teraz w łachmanach, a ten, kto nie tkał dla siebie, stał się właścicielem cienkiego płótna… Ludzie zależni stali się panami innych ludzi… Kto służył do posyłek, teraz posyła innego… dzieci osób wysokiego rodu rozbito o ściany murów… W Chinach ludowy ruch Czerwonych Brwi w 23 roku obalił cesarza Wang Manga, po czym ogłosił Synem Niebios przedstawiciela wcześniej panującej dynastii Han (Liu). Trzynaście wieków później żebrak i sługa klasztorny Czu Jüan-czang stanął na czele chłopskiej armii Czerwonych Turbanów, wypędził z kraju Mongołów i jako cesarz, założyciel dynastii Ming, doprowadził feudalne imperium chińskie do szczytu potęgi.
Bywały też odmienne przypadki. Niektórzy władcy reprezentowali typ (jak paradoksalnie by to nie zabrzmiało) reakcyjnego reformatora. W XXIV wieku p.n.e. w sumeryjskim mieście Lagasz doszedł do władzy Urukagina, który próbował odrodzić „prawo boskie”, tzn. prastare prawo zwyczajowe wspólnot rodowych. Obejmowało ono zmniejszenie danin, przywrócenie „majątku bogów” (własność gminną) i roztoczenie opieki nad masami ludowymi, a także, co ciekawe, walkę z obecnymi w życiu rodzinnym arystokracji przejawami matriarchatu. W III wieku p.n.e. Agis, król Sparty, postanowił odnowić ustrój ustanowiony przez legendarnego Likurga: wspólnotę równych obywateli, którzy uprawiali jednakowej wielkości działki i razem spożywali posiłki. W tym celu chciał znieść wszystkie długi i przeprowadzić nowy, sprawiedliwy podział ziemi. W Rzymie w II wieku p.n.e. bracia Tyberiusz i Gajusz Grakchowie, skądinąd wywodzący się ze środowiska arystokratycznego, usiłowali przeprowadzić egalitarne reformy (parcelacja gruntów państwowych między bezrolnych, roboty publiczne), które miały przeciwdziałać postępującemu rozwarstwieniu majątkowemu społeczności Rzymu i zarazem utrzymać obywatelski charakter armii rzymskiej. Charakterystyczne przy tym, że egalitaryzm Tyberiusza zamykał się w obrębie Rzymu – w stosunku do ludów zależnych podtrzymywał on imperialistyczne stanowisko. Tym niemniej tragiczna śmierć Grakchów otwarła drogę do oligarchizacji republiki, a później do jedynowładztwa cezarów; zarazem dochody płynące z grabieży podbitych prowincji sprawiły, że rzymska biedota przeistoczyła się w pasożytniczy proletariat.
Retrospektywna utopia złotego wieku, odgórna rewolucja – to jednak też nie jest ideał lewicy. Lewica chciałaby oddolnego ruchu ludowego występującego z ideologiczną wizją lepszego jutra. Poszukajmy takiego.
Zjawisko tego typu mogło zaistnieć dopiero wtedy, gdy pojawiła się grecka filozofia – przejaw myśli opartej na rozumowej spekulacji, a więc niezależnej od religijnych tradycji.
Polityczno-filozoficzne spekulacje Hellenów szły w różnych kierunkach. Sofiści reprezentowani przez Kaliklesa zbliżali się do swoistego protofaszyzmu (lub przynajmniej socjaldarwinizmu), głosząc naturalną nierówność ludzi, uznając prawo silniejszego do ujarzmiania i wykorzystywania słabszych, pochwalając wojnę. Platon antycypował totalitarne państwo komunistyczne, łączące kastową hierarchię i pełną kontrolę życia obywateli ze wspólną własnością dóbr i zniesieniem rodziny. Podobną wizję społeczeństwa Panchajczyków (która zdaniem M. Beera była wyidealizowanym obrazem faraońskiego Egiptu) przedstawił Euhemer z Messyny: Zasadą jest bowiem, iż nikomu nie wolno posiadać nic więcej niż dom i ogród; wszelkie wytwory i dochody zabierają kapłani i dzielą sprawiedliwie, każdemu odpowiednią rację… Cyników jako prekursorów anarchizmu prezentowałem jeszcze w latach 80. na łamach „Azotoxu Porannego”, fanzina wydawanego przez zespół Dezerter: Ich odpowiedź na pytanie – jak żyć w nowej rzeczywistości, była surowa, skrajnie anarchistyczna, nie pozbawione elementów katastrofizmu. Brzmiała ona: żyć własnym życiem, kształtować swą osobowość bez oglądania się na formy licencjonowane przez państwo. Najwyższą wartością w życiu człowieka jest jego szczęście. Szczęście polega na cnocie, ta zaś na życiu zgodnym z naturą. […] Natura identyfikowała się z przyrodą; naturalne potrzeby człowieka stanowi to, co mu absolutnie niezbędne. Był to program minimalizmu życiowego, kult prostoty życia i ascezy – rozkosze cywilizacji utrudniają życie zgodne z naturą. Ideałem cyników był Diogenes, o którym legenda mówiła, że żył w beczce i odziewał się tylko jednym płaszczem. Skrajny indywidualizm i minimalizm, a także pochwała życia na łonie przyrody prowadziły cyników do odrzucenia krępujących konwencji społecznych; nie do przyjęcia, bo niezgodnych z naturą. Byli w związku z tym przeciwni państwu. […] Państwo jest złem, bo stanowi twór nienaturalny. Idea bezpaństwowości, połączona z tezą, że człowiek ma tylko jedną ojczyznę, a tą jest cały świat, wiązała się w ruchu cyników z daleko posuniętym „prymitywizmem”, m.in. aprobatą całkowitej swobody obyczajowej.
Nas jednak szczególnie zainteresuje dziś stoicyzm. Założyciel szkoły, Zenon z Kition, miał być zwolennikiem wszechludzkiego braterstwa, równości płci i wspólnoty dóbr. Materialistyczna filozofia stoików uznawała jedność wszechświata, będącego organicznym bytem – żywym, celowym, rozumnym – który jest po prostu Bogiem. Z tej panteistycznej wizji wynikała stoicka etyka postulująca życie zgodne z naturą, z powszechną harmonią kosmosu, z Logosem. Etyka Stoi – racjonalistyczna, optymistyczna, uniwersalistyczna – w życiu społecznym ujawniała cechy ascetyzmu i kolektywizmu: człowiek jest istotą społeczną i ma obowiązki wobec współtworzonych przez siebie zbiorowości, od rodziny do ludzkości (oikoumene). Przeniesiona na grunt polityki wydawała różne owoce: mogła to być idea globalnego imperium i oświecony absolutyzm Marka Aureliusza, ale też koncepcje egalitarnych reform społecznych. Spartańscy królowie-rewolucjoniści Agis i Kleomenes pozostawali pod wpływem Sfajrosa, ucznia Zenona z Kition. Wychowawcą i przyjacielem Tyberiusza Grakchusa był Gajusz Blossiusz z Cumae, uczeń stoickiego filozofa Antypatra z Tarsu.
Antagonizmy i niesprawiedliwości zaprzeczające stoickiemu ideałowi harmonii najbardziej jaskrawe były na półperyferiach ówczesnego systemu, takich jak egejska wyspa Delos – największy targ niewolników, gdzie sprzedawano czasami nawet 10 tysięcy ludzi dziennie. Jak szokująco by to nie zabrzmiało – niewolnictwo było w swoim czasie instytucją postępową; wcześniej (a także później – choćby w państwie Azteków) jeńców po prostu mordowano. Faktem jest też, że położenie niewolników było zróżnicowane – inna była sytuacja niewolnika w kopalni, inna służby domowej; byli i tacy wśród niewolnych, którzy jako zausznicy pana zyskiwali większe dochody i znaczenie niż wolni obywatele. Jednak oczywiście warunki życia olbrzymiej większości niewolników były nieludzkie i wyzute z wszelkiej nadziei. Byli piętnowani, aby łatwiej można było ich ująć w razie ucieczki. Wypędzano ich do pracy batami, a za najmniejsze przewinienie okrutnie karano. Ciężka praca wypełniała im cały czas, na noc zamykano ich w ergastulach przypominających więzienia. Pokarmu dostawali tylko tyle, żeby nie umrzeć z głodu. Katon Starszy w „Traktacie o gospodarstwie wiejskim” pisał, że niewolnika warto trzymać dopóki może pracować, a gdy się zestarzeje lub zachoruje – trzeba się go pozbyć jak chorego bydła. Niewolnicy na ogół nie mieli rodzin, ich potomstwo było własnością pana. Plutarch podkreślał, że w ich środowisku trzeba stale podtrzymywać spory i waśnie. Odmawiano im w ogóle człowieczeństwa. Rzymski pisarz Warron w swym podręczniku rolnictwa podzielił narzędzia na nieme (np. wozy), wydające nieartykułowane dźwięki (woły) i mówiące (niewolnicy).
Warto pochylić się nad słowami Tadeusza Borowskiego, które znajdujemy w opowiadaniu „U nas, w Auschwitzu”: Jaką potworną zbrodnią są piramidy egipskie, świątynie i greckie posągi! Ile krwi musiało spłynąć na rzymskie drogi, wały graniczne i budowle miasta! Ta starożytność, która była olbrzymim koncentracyjnym obozem, gdzie niewolnikowi wypalano znak własności na czole i krzyżowano za ucieczkę. Ta starożytność, która była wielką zmową ludzi wolnych przeciw niewolnikom! Pamiętasz, jak lubiłem Platona. Dziś wiem, że kłamał. Bo w rzeczach ziemskich nie odbija się ideał, ale leży ciężka, krwawa praca człowieka. A potem: Nie ma piękna, jeśli w nim leży krzywda człowieka. Nie ma prawdy, która tę krzywdę pomija. Nie ma dobra, które na nią pozwala.
Nieopodal Delos, w Azji Mniejszej, leżał Pergamon. To hellenistyczne państewko powstało wokół… skarbca, którego nadzorca, eunuch Filetajros, wykorzystując zamęt wojny domowej, uniezależnił się od króla Macedonii. Jego następcy Attalidzi umocnili niezależność Pergamonu, przekształcając go w liczący się ośrodek gospodarczy i kulturalny (Biblioteka Pergamońska!). Polityka ścisłego sojuszu z Rzymem, głównym mocarstwem ówczesnego świata, pozwoliła Attalidom znacznie poszerzyć granice państwa, które jako powiernik rzymskiej potęgi stało się lokalnym hegemonem. Ekonomicznym fundamentem potęgi Pergamonu było rolnictwo – władcy posiadali rozległe majątki ziemskie uprawiane przez przypisanych do ziemi chłopów (tzw. ludzi królewskich). Ważną rolę odgrywały też wielkie warsztaty rzemieślnicze (ergasterie), zwłaszcza tkackie i ceramiczne, oparte na pracy niewolniczej. Znaczne dochody przynosiła również eksploatacja kopalń. Na peryferiach świata hellenistycznego podziały społeczne często pokrywały się z kulturowymi: elity były zhellenizowane lub zgoła greckiego pochodzenia, a masy ubogiej ludności (zwłaszcza w odległych regionach kraju) pozostawały przy swej tubylczej mowie, obyczajach i wierzeniach, choć nieraz mieszały je z importowaną kulturą grecką.
Przytoczyć warto opis Pergamonu autorstwa Anny Świderek. Jak pisała, miasto z równiny nadrzecznej zdawało się wstępować powoli na wysokie wzgórze wznoszące się między dwoma głębokimi wąwozami. Właściwie były tu jakby trzy oddzielne miasta. W najniższym, najuboższym mieszkali głównie azjatyccy poddani Attalidów. Ponad nim rozkładało się obszernymi tarasami miasto greckie z trzema gimnazjonami, stadionem, świątyniami Hery i Demeter. Z wysoka panował nad wszystkim wspaniały akropol ze świętym okręgiem Zeusa… Na samym szczycie stał pałac królewski. I dalej: Im jaśniej błyszczały marmurem górne tarasy dumnego Pergamonu, […] tym boleśniej odczuwali swe upośledzenie żyjący w dole u stóp królewskiego wzgórza nędzarze.
Ostatni z władców Pergamonu, Attalos III Filometor (Kochający Matkę), prawdopodobnie był szalony. Chorobliwie podejrzliwy, żył zamknięty w swym pałacu, opustoszałym i na wpół wymarłym, nie pokazując się poddanym. Nie golił brody ani nie obcinał włosów (zapewne nie ufając balwierzom), odziewał się niechlujnie. Czas poświęcał badaniom naukowym z zakresu zoologii i botaniki (interesowały go szczególnie zioła trujące), tudzież modelowaniu i odlewaniu z brązu rozmaitych posągów. Israel S. Clare w swej „Library of Universal History” napisał: Pięć lat jego rządów było panowaniem terroru. Filometor wymordował wielu krewnych i przyjaciół swego ojca i stryja oraz ich domowników, jego ofiarą padła też… matka. Gdy latem 133 roku p.n.e. sporządzał własnoręcznie jej pomnik, doznał porażenia słonecznego i po siedmiu dniach choroby zmarł bezpotomnie. Państwo uważano ówcześnie za osobistą własność władcy, który mógł nim dowolnie dysponować, tym niemniej powszechne było zdumienie, gdy okazało się, że ostatni z Attalidów w swym testamencie obdarzył wolnością Pergamon i inne greckie miasta, a resztę kraju zapisał… Rzymowi. Mocarstwo znad Tybru stanęło w Azji mocną stopą.
Możni oraz greckie mieszczaństwo zaaprobowali taki rozwój sytuacji. Wielki sojusznik, i tak od lat będący faktycznym hegemonem w regionie, zdawał się gwarantem ich osobistego i klasowego status quo. Sprzeciwił się jedynie przyrodni brat Attalosa z nieprawego łoża, bękart poprzedniego władcy Eumenesa II, zrodzony przez cytrzystkę z Efezu. Aristonikos uważał, że tron Pergamonu należy się właśnie jemu z racji płynącej w jego żyłach królewskiej krwi i na znak tego przyjął imię Eumenesa III.
Niewielu znalazł zwolenników. Pergamon i inne miasta (za wyjątkiem Fokai) zatrzasnęły przed nim swoje bramy. Pretensje do tronu musiał ogłosić w niewielkim porcie Leukaja, gdzie na jego stronę przeszła część floty i armii. Niebawem wierna mu flotylla została rozgromiona przez marynarkę Efezu w bitwie morskiej pod Kyme, co zepchnęło rebeliantów z wybrzeża w głąb interioru. Mniej więcej w tym samym czasie, prawdopodobnie na początku 132 roku p.n.e., w obozie Aristonika znalazł się uchodźca z Italii, wspominany tu już Blossiusz z Cumae. To, co zaczęło się jako próba pałacowego przewrotu, przyjęło zgoła odmienną postać.
Aristonik, osamotniony w klasach posiadających, musiał poszukać sobie sojuszników w warstwach dotąd nieobecnych na arenie politycznej – wśród niewolników i wolnej biedoty. Jak napisał rzymski historyk Strabon: Skierował się wówczas [Aristonik] do wnętrza kraju i zebrał pospiesznie mnóstwo ludzi wolnych i niewolników przyciągniętych obietnicą wolności, nazwał ich heliopolitami.
Zwróćmy uwagę na to ostatnie słowo. Heliopolita to obywatel Heliopolis, Miasta (czy też Państwa) Słońca. Dlaczego buntownicy za swego patrona przyjęli podrzędne bóstwo z greckiego panteonu, dalece ustępujące Zeusowi, Posejdonowi czy Atenie? Zapewne słyszymy tu echo poglądów stoika Kleantesa, według którego Słońce jest rozumem świata, władcą wymierzającym sprawiedliwość, bogiem obdarzającym wszystkich jednakowo swym światłem. Tadeusz Wałek-Czarnecki widział tu raczej wpływ utopii Jambulosa, opisującego idealne społeczeństwo żyjące na odległej południowej Wyspie Słońca. Zwróćmy jednak uwagę na jeszcze jeden trop. Helios mógł być bliski powierzchownie zasymilowanym masom jako bóstwo solarne, powszechnie występujące w azjatyckich religiach – to hellenistyczny odpowiednik Mitry. Według Mircei Eliadego w II i I stuleciu p.n.e. na Bliskim Wschodzie popularność zyskują apokaliptyczne idee powszechnego upadku, nadejścia króla mesjasza i ostatecznej bitwy, wyrażane np. w antyrzymskiej „Przepowiedni Hystaspesa”: kiedy Zło wydaje się zwyciężać, bóg wysyła solarnego boga Mitrę (Heliosa), który panuje w siódmym tysiącleciu.
Tłumom zrewoltowanych niewolników, wyrobników, wieśniaków, półdzikich górali potrzebny był sztandar, wokół którego by się skupili, idea zapewniająca im motywację do walki. Dynastyczne rozgrywki takim hasłem być nie mogły. Sama obietnica nadania wolności to środek doraźny. Tu mamy zaś do czynienia z zalążkiem rewolucyjnej ideologii, formułującej utopijny ideał społeczny. Stoickie marzenie o królestwie sprawiedliwości społecznej, idealnym państwie rządzonym przez Wielkie Powszechne Prawo, zaczęło przeobrażać się z abstrakcyjnego teorematu w program polityczny. Mamy tu zarazem do czynienia z działaniem „prawa retrospekcji przewrotowej”, sformułowanego przez Kazimierza Kelles-Krauza, które mówi o Przeszłości splatającej się z Przyszłością w opozycji do Teraźniejszości. W pamięci społeczeństw epoki hellenistycznej kołatała się jeszcze pamięć wspólnoty pierwotnej i plemiennej demokracji wiecowej, lecz stawała się coraz bardziej mglista, dlatego łatwo ulegała idealizacji i przemianie w uniwersalny utopijny model ustrojowy.
Powstanie rozgorzało od Hellespontu na północy po Karię na południu. Heliopolici opanowali znaczne obszary Myzji i Lidii, Aristonik zdobył Apollonis, Tyatejrę i Kolofon. Pod jego rozkazy oddawały się liczne statki pirackie. Niepokoje ogarnęły niewolników na wyspach Delos i Samos. Echa rewolty dało się słyszeć nawet po drugiej stronie Morza Egejskiego, gdzie zbuntowali się niewolnicy pracujący w kopalniach srebra w attyckim Laurion. Armii Heliopolis nie udało się jednak zdobyć Smyrny ani Pergamonu, któremu w ostatniej chwili przyszedł z odsieczą król Pontu, Mitrydates. W opozycji do rewolucji uderzającej w same fundamenty ładu społecznego uformowała się szeroka koalicja lokalnych władców, którzy nie ośmielili się wykorzystać okazji wyzwolenia od Rzymu. Przywołajmy znów Strabona: polis [wolne greckie miasta] wysłały przeciwko niemu licznych żołnierzy, przyszedł im z pomocą [król] Nikomedes Bityńczyk jak również królowie Kappadokijczyków. Następnie przybyło pięciu legatów rzymskich, potem wojsko z konsulem Publiuszem Krassusem.
Rzym postanowił zrobić wreszcie porządek w zbuntowanej prowincji. Do Pergamonu udał się osobiście jeden z dwóch konsulów, a więc najważniejszych dygnitarzy Republiki, Publiusz Krassus, znany ze swych bogactw i wykształcenia. Gdy wiosną 130 roku p.n.e. obległ kolebkę rebelii, Leukaję, losy wojny wydawały się przesądzone. Przypomnijmy, że kilkadziesiąt lat wcześniej rzymskie legiony, rozgramiając w bitwie pod Pydną (168 rok p.n.e.) falangę macedońską, zapewniły sobie nimb niezwyciężonej armii. Jednak tym razem Aristonik nadciągnął niespodziewanie z głębi lądu i rozbił Rzymian. Gdy ci wycofywali się w nieładzie ku wybrzeżu, Krassus dostał się do niewoli. Niewola pana świata u niewolników – większej hańby wyobrazić sobie nie można! Legenda głosi, że upokorzony Krassus wykłuł oko żołnierzowi eskortującemu go do Aristonika, by szybciej umrzeć.
Zwycięstwo pod Leukają było apogeum rewolucji heliopolickiej. Rzym uznał, że nie może dłużej lekceważyć buntowników i wysłał przeciw nim dwóch kolejnych konsulów: Marka Perpernę, a potem Maniusza Akwiliusza. Perperna przybył do Azji ze świeżymi siłami, zebrał i zreorganizował pozostałych żołnierzy Krassusa, ściągnął posiłki od lokalnych sojuszników. Natychmiast przystąpił do planowej ofensywy przeciw heliopolitom. Nie trzeba było długo czekać, by ujawniły się wszystkie słabości rewolucyjnej armii: brak wyszkolenia, uzbrojenia, organizacji, dyscypliny. Niekarne gromady wieśniaków i niewolników poszły rychło w rozsypkę pod ciosami legionistów. Aristonik i Blossiusz z resztkami sił wycofali się do silnie ufortyfikowanej Stratonikei. Rzymianom nie udało się zdobyć fortecy szturmem, ale wzięli ją głodem. Blossiusz popełnił samobójstwo, Aristonik jako jeniec został wysłany do Rzymu.
Pomimo śmierci wodza powstanie trwało nadal. Akwiliusz, który po niespodziewanej śmierci Perperny przejął dowództwo sił rzymskich, jeszcze przez długie miesiące musiał potykać się z heliopolitami. Ich ostoją stały się trudno dostępne górzyste masywy Myzji na północy i Karii na południu, gdzie popierające Heliopolis plemiona prowadziły walkę partyzancką. Rzymianie zdobywali górskie punkty oporu jeden po drugim, w walce z nieuchwytnym wrogiem posunęli się do zatruwania studni i źródeł. Wreszcie w 129 roku p.n.e. Akwiliusz mógł przystąpić do organizacji rzymskiej prowincji Azja.
Rewolucja heliopolitów stała się na poły zapomnianym epizodem historii. W odróżnieniu od powstania Spartakusa, które odbywało się w centrum ówczesnego świata (używając dzisiejszego języka – nieomal w błysku fleszy), na temat dłuższej pod względem czasowym, rozleglejszej terytorialnie i dojrzalszej ideologicznie rewolty w Azji Mniejszej po prostu brakuje nam źródeł, musimy więc uzupełniać je domysłami. Jednak jeśli nawet przyjmiemy, jak czynią to sceptyczni historycy, że Aristonik nie był szczerym wyznawcą ideologii heliopolickiej, a jedynie żądnym władzy awanturnikiem, który – nie mając szans na poparcie ze strony możnych – posłużył się ideą Państwa Słońca dla pozyskania mas, nie zmieni to faktu, że uruchomił potężny ruch społeczny. Odwieczna ludzka tęsknota za lepszym bytem, za sprawiedliwym ładem uosobiła się w idei państwa sprawiedliwości społecznej. Jako wizja świetlistego Miasta na Górze przetrwała w Taborze husytów i Nowym Syjonie münsterskich anabaptystów, w „Utopii” św. Tomasza Morusa i „Mieście Słońca” Campanelli, w „Słonecznym Jeruzalem” Słowackiego i Ikarii Cabeta. Próby jej urzeczywistnienia raz po raz przynosiły gorzkie rozczarowania, lecz żyje ona w człowieku po dziś dzień.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016, Wywiad - kwartalnik
– W lutym 2015 r. „Gazeta Wyborcza” donosiła: „po naszych drogach jeździ już 19 mln aut! Dwa lata temu po raz pierwszy przekroczyliśmy unijną średnią, a polskie miasta przegoniły nawet niektóre ośrodki zachodniej Europy. W Warszawie jest 600 aut na 1 tys. osób, w Berlinie zaś mniej niż 300”. Potwierdzi Pan czy zaprzeczy tym informacjom?
– Dr hab. inż. Andrzej Szarata: Absolutnie nie zgadzam się z tymi liczbami. Nie mamy w Polsce, niestety, wiarygodnej bazy danych o samochodach będących w użytkowaniu. Zresztą niedawno na łamach GW opublikowano artykuł, w którym podawano, że wedle danych Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców w Polsce jest około 19 milionów samochodów osobowych. A SAMAR, organizacja motoryzacyjna, szacuje ich liczbę na około 14 milionów aut. To nam daje 25 proc. przeszacowania. Gdyby te wyższe wskaźniki były trafne, to dawałoby nam około 800 samochodów na 1000 mieszkańców i zbliżalibyśmy się do standardów amerykańskich. Mamy wywiady i ankiety przeprowadzane z mieszkańcami miast. W Gdańsku w 2009 roku i w Krakowie w 2013 roku ponad 40 proc. gospodarstw domowych zadeklarowało, że nie ma dostępu do samochodów. Według kompleksowych badań ruchu wskaźnik motoryzacji jest na poziomie 360–380 samochodów na 1000 mieszkańców. Moim zdaniem realnie to 400–450 samochodów na tysiąc mieszkańców.
– Dobrych kilka lat temu w mojej okolicy sukcesywnie zaczęły powstawać biurowce. O ile jeszcze przed paroma laty samochód stojący na chodniku trafiał się co kilkanaście metrów, o tyle dziś wszystkie pobliskie ulice/chodniki zamieniły się w parking, oblegany od mniej więcej 8.00 do 17.00. To się chyba nazywa postęp?
– Chyba nie o taki postęp nam chodzi… To, że stoi tam tyle samochodów, można potraktować jako defekt działania systemu – nie tylko transportowego, ale także dotyczącego zagospodarowania przestrzennego.
Podam inny przykład: Warszawa, tzw. Mordor, czyli okolice ulicy Domaniewskiej. Średnia prędkość na ul. Domaniewskiej w godzinach szczytu to wedle różnych źródeł 2–4 kilometry na godzinę. To ślimacze tempo. Wynika ono z faktu, że na małej powierzchni stłoczono około 100 tysięcy miejsc pracy, nie zapewniając wydajnego transportu.
To jest cena, jaką płacimy za to, że miasto może się dynamicznie rozwijać. Ta cena mogłaby być niższa, ale do tego trzeba mieć pewne narzędzia, których w Krakowie jeszcze nie ma. Brakuje rozbudowy całego systemu transportu: linii tramwajowych, infrastruktury do jazdy rowerem, parkingów przesiadkowych typu Park+Ride na rogatkach miast itd. Tak naprawdę ludzie nie mają wyjścia – jak inaczej niż samochodem mogą dojechać do pracy?
– A co z transportem rowerowym? W jego przypadku często słychać odpowiedź, że w naszej strefie klimatycznej nie jest to środek komunikacji odpowiedni na każdą porę roku.
– To najłatwiejszy argument, który można podać, ale prawda jest taka, że wiele osób jeździ rowerem bardzo często, ewentualnie czasem uzupełniając go samochodem czy autobusem. W rzeczywistości to głębszy problem, dotyczący infrastruktury rowerowej. Odwołam się tutaj do przykładu Krakowa. Nie mamy jeszcze dobrej infrastruktury. Na szczęście mieliśmy niedawno referendum, w którym ponad 80 proc. mieszkańców powiedziało, że chce, by miasto łożyło na infrastrukturę rowerową. Powołano zespół do spraw rozbudowy infrastruktury rowerowej, pojawiły się plany, zostały wyasygnowane pieniądze. Widać, jak zadziałał mechanizm nacisku społecznego, tym bardziej, że w Krakowie było i tak, iż na infrastrukturę rowerową wydawano bardzo mało. Za te środki nie dało się nawet wyremontować fragmentów nawierzchni. Sądzę, że jeżeli infrastruktura rzeczywiście zostanie rozbudowana, mieszkańcom będzie łatwiej poruszać się na rowerze także w drodze do pracy. Jeżeli nie damy ludziom niczego, to każdy powie to, co wspomniano: jest kiepska pogoda, mam ważne spotkania, nie mogę się spóźnić, nie chcę przyjechać do pracy spocony itd. Jednak takie argumenty tracą na znaczeniu, gdy pojawia się rowerowa alternatywa transportowa.
Spójrzmy na przykłady z Zachodu: Kopenhaga ma bardzo duży udział rowerzystów w całej komunikacji w obrębie miasta, ponieważ stworzono ku temu realne, dogodne warunki. Jeżeli rozbudujemy infrastrukturę, wówczas szybko pojawią się rowerzyści. Nie mówię o jakimś małym fragmenciku, który ktoś przykleił przypadkowo do jakiegoś skrzyżowania, ale o całym ciągu, którym można podróżować. W Krakowie wprowadzono kontrapasy rowerowe i natychmiast pojawili się na nich rowerzyści.
– Jakie czynniki generują zagęszczenie miast samochodami? Nowe osiedla stawiane przez deweloperów za przyzwoleniem włodarzy miast i bez jakiejkolwiek refleksji nad infrastrukturą komunikacyjną? Galerie handlowe otaczające siecią polskie miasta? Czy to może mit, że takie miejsca/zjawiska mają negatywny wpływ na skomunikowanie naszych miast?
– Ruch samochodowy jest generowany przez mieszkańców, którzy dojeżdżają do pracy, na zakupy, do szkoły, miejsc rekreacji itd. Największą trudnością nie są same nowe osiedla czy centra handlowe – i tak mamy określoną liczbę mieszkańców w mieście. Największą trudnością jest takie rozplanowanie miasta, żeby tych podróży, które są niekoniecznie potrzebne, było jak najmniej. O jakich podróżach mówię? Na przykład o dojazdach do pracy, gdy mamy potężną sypialnię na południu miasta, a dużą liczbę miejsc pracy w jego północnej części. Wiadomo, że ludzie muszą przez miasto przejeżdżać. Bilansowanie miejsc pracy i miejsc mieszkaniowych to jedno z narzędzi planistycznych, które umożliwia zmniejszenie lub skrócenie podróży samochodem.
Bardzo ważnym negatywnym procesem, niezależnym od tego, co dzieje się w samym mieście, jest rozlewanie się miast. Mamy coraz większą liczbę ludzi, którzy żyją poza samym miastem. Szacuje się, że w Krakowie w ciągu doby jest realizowanych ok. 1,7–1,8 mln podróży
Nawet jeżeli obsłużymy te podróże wewnętrzne, to zawsze jest problem na granicach miastach. Ludzie z zewnątrz muszą wjechać do środka – wjeżdżają samochodami, ponieważ kolej aglomeracyjna dopiero się rozwija. Póki co mamy jednak wyraźne zatłoczenie komunikacyjne. Byłoby ono znacznie mniejsze, gdyby kolej aglomeracyjna była sprawna, zbierała ludzi z zewnątrz i wwoziła ich do centrum miasta. To jest w planach, to się tworzy. Już mamy pierwszą jaskółkę – linię kolejową do Wieliczki, która w ciągu roku funkcjonowania obsłużyła milion pasażerów. To bardzo dobry efekt jak na kolej. Ta linia wciąż się rozwija.
– Pamiętam czasy, gdy kolej do Wieliczki w ogóle nie kursowała i tylko busy zapewniały transport masowy.
– Były remonty, linię zawieszono, a po jej otwarciu długo jeździła pusta, także ze względu na mało wówczas konkurencyjny czas podróży. Teraz się okazuje, że kolej jest tak efektywna, że ma duże napełnienie pociągu. To bardzo nowoczesny, komfortowy skład, który szybko jedzie – to bodajże 21 min., czyli czas nie do osiągnięcia samochodem czy mikrobusem.
Na tym jednak nie koniec. Za jakiś czas będziemy mieli połączenia kolejowe o podobnym standardzie na linii Brzesko – Tarnów, połączenie do Miechowa, do Zabierzowa itd. Jeżeli do tego dorzucimy parkingi typu Park+Ride, to nagle z tych 250 tys. podróży wykonywanych w ciągu doby być może zrobi się 200 tys., może trochę mniej. A to już wyraźne odciążenie miasta.
– Samochód stanowi nieodzowną część procesu rozlewania się miast. Często jednak ludzie mówią: nie mamy alternatywy.
Z punktu widzenia jednostki suburbanizacja jest czymś pozytywnym: ludzie chcą mieć ciszę, spokój, trochę zieleni. Problem, który się wtedy pojawia, polega na tym, że na znacznym obszarze mamy wtedy niewielką gęstość zaludnienia. Nie da się tam wprowadzić sprawnej komunikacji zbiorowej: autobus musiałby kluczyć między domami, by ludzie mieli blisko do przystanku, by wszystkich zebrać, ale gdy będzie kluczył, to podróż potrwa długo i wtedy nie będzie się opłacało nim jechać. Wówczas znów atrakcyjniejszy okazuje się samochód. Efekt jest taki, że mnóstwo ludzi, którzy jeżdżą do Krakowa, wjeżdża do miasta samochodami, ale to nie jest racjonalne zachowanie. Część myśli racjonalnie – wsiada w samochód, a później przesiada się na transport zbiorowy: mikrobus, autobus albo na pociąg, jeśli ma trochę szczęścia i dojeżdża do centrum miasta. Dobrze to widać na granicach Krakowa: zbiorowiska samochodów poupychane gdzieś na klepiskach czy przy skrzyżowaniach – to przecież nie są komisy samochodowe, to w swojej istocie Park+Ride.
– Park+Ride na dziko.
– Tak to w Polsce często działa… Jeżeli miasto się rozlewa – jak to się dzieje od dziesiątków lat we wzorcowych pod tym względem Stanach Zjednoczonych – to nie da się tego obsłużyć transportem zbiorowym, bo jest on zbyt nieefektywny. Wtedy pozostaje samochód.
Park&Ride w takiej sytuacji jest pomocny, ale nie stanowi cudownego lekarstwa. Nawet sto parkingów tego typu nie rozwiąże problemów. Mamy codziennie ok. 100 tys. samochodów wjeżdżających do miasta w ciągu godziny szczytu. A my jesteśmy w stanie wybudować parkingi na 1000, może 1500 miejsc. Dysproporcja wciąż jest znaczna. A jednak Park+Ride mają dwie zasadnicze zalety. Po pierwsze, poprawiają dostępność centrum czy śródmieścia, nie pogarszając warunków drogowych. Po drugie, P+R to marchewka: wprowadzamy opłaty za parkowanie w mieście, ale w zamian macie P+R. To jest racjonalne, ponieważ nigdy nie będziemy w stanie znieść opłat za parkowanie, pozwolić wszystkim na wjazd samochodem do centrum – fizycznie jest to niemożliwe.
– Mówił Pan o kolei aglomeracyjnej. Problemem jest chyba zła marka kolei, przynajmniej w wielu medialnych opisach, w narzucanych wyobrażeniach społecznych.
– To nie jest prawda, że kolej ma złą opinię. W 2012 r. konsorcjum badawcze, którego liderem była Politechnika Krakowska, przeprowadziło badania w woj. małopolskim, rozmawialiśmy z prawie 20 tys. ludzi. Pytaliśmy mieszkańców o zachowania komunikacyjne, o to, jak podróżują po województwie. Jedno z pytań dotyczyło tego, jak oceniają różne gałęzie transportu. Najbardziej negatywnie były odbierane mikrobusy, jako coś, co jest najmniej komfortowe, najmniej bezpieczne. Komunikacja autobusowa była oceniana nieco lepiej, co może kiedyś będzie dobrym rozwiązaniem, ale wciąż nie jest najlepszą opcją, a kolej – mimo że w 2012 r. wszystko było w Małopolsce rozkopane – była przez większość respondentów oceniana najlepiej, z największą dozą zaufania. To bardzo optymistyczne. Ludzie wiedzą, że pociąg jest najwygodniejszym środkiem transportu w nieco dalszych podróżach: można się zdrzemnąć, przespacerować, wygodnie otworzyć komputer. A dodajmy do tego, że znacznie poprawia się jakość taboru. W kolei jest ogromny potencjał, modernizuje się składy, są one coraz bardziej nowoczesne, remontuje się dworce. Oczywiście, wymaga to wciąż ogromnych nakładów, pieniędzy i czasu, ale ludzie widzą olbrzymie możliwości kolei.
– Jednak na przykład kolej aglomeracyjna wokół Warszawy jest dość powszechnie krytykowana. I to niebezpodstawnie: duże opóźnienia, chaos organizacyjny i informacyjny – tego nie sposób przeoczyć.
– System kolejowy wokół Warszawy działa od wielu lat. Te negatywy są wpisane w jego długoletnie funkcjonowanie, w mechanizm, do którego trzeba się przyzwyczaić. Obecnie pasażerowie oczekują – i słusznie – że pociąg będzie punktualny, czysty, odpowiednio ogrzany zimą, a latem wychłodzony. Ale takie zmiany nie dokonują się z dnia na dzień: kolej to bardzo skomplikowany twór, łączący w jedno bardzo wiele elementów. Dlatego mówię: poczekajmy. Kolej naprawdę cały czas się zmienia. Zmienia się tabor, ciągle pojawiają się nowe składy, mamy do czynienia z wielkimi inwestycjami, które z konieczności są czasochłonne, ale przyniosą bardzo dobry efekt.
– Wspomniał Pan wyżej o wielkomiejskim, po części dzikim modelu Park+Ride. Funkcjonuje on także wokół prowincjonalnych linii kolejowych w bardzo wielu miejscach w Polsce. Funkcjonuje pod warunkiem, że w okolicy działa choćby sprawna komunikacja kolejowa.
– W mojej ocenie największą falę wygaszania kolei mamy już za sobą. W Małopolsce obserwuję pojawianie się nowych połączeń, praca przewozowa wciąż wzrasta. Jeżeli decydenci zrozumieją, że dla utrzymania pasażerów muszą zapewnić regularność, sensowną częstotliwość i pewien standard przewozów, to zobaczą też, że to się po prostu opłaca.
Wrócę do przykładu Wieliczki. W pewnym momencie zdecydowano się na połączenia co pół godziny, co było mocno ryzykowne, bo wcześniej ten pociąg jeździł prawie pusty. Od razu podniosło się larum: po co płacić za przewóz powietrza. Po jakimś czasie podróżnych znacznie przybyło. Jeśli pasażer zauważy, że ma świetną ofertę, to zacznie z niej korzystać i nie będzie chętny do zrezygnowania, jeżeli nic nie zostanie popsute. Choć sądzę, że dziś, gdyby próbować ograniczać połączenia na tej linii, ludzie zaczęliby protestować.
– Z jednej strony samochód to narzędzie komunikacji, bardzo użyteczne, a w Polsce w dodatku postrzegane jako prestiżowe. Nierzadko też niezbędne. Z drugiej – jednostkowy komfort bardzo łatwo zamienia się w problem społeczny, gdy społeczności ludzkie zmuszone są żyć w ciągłym korku, pośród hałasu i spalin. Postawię sprawę na ostrzu noża: czy w ogóle powinno być w mieście miejsce dla samochodów? A jeśli tak, to w jakich – dosłownie i w przenośni – granicach?
– To wiąże się z filozofią podejścia do miasta. Musimy zapytać siebie, dla kogo chcemy mieć miasto: dla ludzi czy dla samochodów? Jeżeli wpuszczamy samochody na każdą wąską uliczkę w mieście, to nie da się tam normalnie żyć. Zatem musimy ograniczać miasta dla samochodów. Z drugiej strony, gdybyśmy chcieli całkowicie zamknąć wszystkie ulice, to dużo byśmy stracili, miasta nie mogłyby się rozwijać. Musimy doprowadzić do sytuacji, w której obecność ludzi i samochodów będą ze sobą dobrze współgrały.
Dlaczego zamykać wjazd do centrum samochodom, jeżeli mamy szerokie ulice, sporo miejsca? Z drugiej strony, jeżeli jesteśmy w ścisłym centrum miasta, na starym mieście takim jak w Krakowie, to sytuacja się zmienia. Jeszcze w latach 70. XX w. można było pod Kościołem Mariackim przejechać swobodnie samochodem i nikogo to nie dziwiło. Dziwiło dopiero zamknięcie dla ruchu tego obszaru [śmiech].
– Ale to tworzy sytuację, w której jedne części miasta są uprzywilejowane i niejako ekskluzywne, a inne – choćby osiedla-sypialnie – zatłoczone samochodami.
– Rzecz jasna. Oczywiście, można by ograniczać dla ruchu także te osiedla, ale ich mieszkańcy oczekują, że będą mieli gdzie parkować. Swoją drogą to też nie jest najlepsze myślenie, ale tak jest. Poza tym zawsze będziemy mieli grupę osób, która rzeczywiście musi korzystać z samochodów. Jednak mamy też bardzo dużą grupę ludzi, którzy kupili samochód i jeżdżą nim właściwie dlatego, że go nabyli i nie chcą, by nieużywany stał pod domem. Wbrew pozorom to całkiem spory odsetek ludzi: właściciele samochodów, którzy uważają, że skoro zapłacili za auto, i wiedzą, że jego wartość szybko spada, a do tego płacą ubezpieczenia – to jeżdżą.
Jeżeli takie osoby mieszkają w miejscu świetnie obsłużonym komunikacyjnie i jeśli pod wpływem jakichś okoliczności przekonają się, że do pracy mają tylko sześć przystanków tramwajem, a na okoliczny targ mogą dojechać rowerem – to wtedy okazuje się, że potrzebują samochodu tylko w weekend, na jakieś większe zakupy, albo gdy jadą do rodziny za miasto. Dla takich ludzi jest odpowiedni program: car sharing, czyli współkorzystanie z samochodu. W Europie Zachodniej bardzo wiele miast ma taką ofertę, w Polsce chce ją wdrożyć Warszawa, w Krakowie mówiliśmy o tym już w 2005/2006 roku. Miasto kupuje lub korzysta z usług prywatnej firmy, która dysponuje flotą samochodów, każdy, kto się zaloguje na stronę internetową, otrzymuje odpowiedni kod. To umożliwia na przykład zarezerwowanie samochodu na następny dzień, na godzinę szesnastą i wyjazd na zakupy. Stawka jest rozsądna, co czyni rzecz ekonomicznie racjonalną. I taka oferta, wzbogacona o komunikację publiczną, jest satysfakcjonująca dla mieszkańców miast na Zachodzie: dlatego wielu z nich nie ma samochodu albo z niego rezygnuje. Wedle dostępnych wyliczeń jedno auto carsharingowe to 5–10 samochodów mniej w danym obszarze, co oznacza kilka samochodów mniej kupionych przez mieszkańców miast. Jeśli mamy sto samochodów w ofercie car sharing, oznacza to pięćset aut mniej w samym mieście – to naprawdę dobry wynik przy sprawnie działającej ofercie.
– Ale takim samochodem nie da się pojechać na wakacje do Chorwacji.
– Załóżmy, że kupimy dobry samochód za sto tysięcy złotych i pojedziemy nim na wakacje. Ile po roku będzie warte to auto? Przypuśćmy, że 80 tys. złotych. Ile kosztuje wynajęcie dobrego samochodu w wypożyczalni na dwa tygodnie? Dwa tysiące złotych? Trzy tysiące złotych? Z jednej strony mamy własny samochód, który wciąż traci na wartości, opłacamy ubezpieczenie, wszelkie dodatkowe koszty, serwisowanie itd. Z drugiej mamy wypożyczalnię, która znacznie ułatwia nam życie i wiąże się z jednorazowym, a nie stałym wydatkiem, w dodatku powiększanym o stały spadek wartości samochodu.
– Świetnie, tyle że samochód to w Polsce oznaka pewnego statusu materialnego, czy wręcz istotnego elementu z kanonu dotyczącego życiowego powodzenia.
– Jako Polska straciliśmy pięćdziesiąt lat po II wojnie światowej. To jest w większości zmarnowany czas – takie jest moje zdanie. Teraz próbujemy nadgonić standardy europejskie. Samochody są dla nas czymś, czym były dla zachodnich Europejczyków w latach 70., 80. XX w. Przecież Kopenhaga nie była od początku miastem rowerowym, w latach 70. zorientowali się, że mają duży problem z samochodami. My mamy go teraz. I Polacy zaczynają się domyślać, że trzeba coś zrobić, żeby samochodów było mniej. Może nie my, ale pokolenie naszych dzieci zacznie coraz poważniej brać pod uwagę takie rozwiązania, jak car sharing czy wypożyczalnie samochodów. A co ludzie wynajmują? Nowe BMW, nowego Opla, nowe Volvo. Nie muszę kupować starego trupa i ciągle dokładać do niego pieniądze – mogę raz w roku wynająć sobie nowe, dobre auto. Taka racjonalność jeszcze nie funkcjonuje, z naciskiem na jeszcze. Myślę, że to kwestia odpowiedniej edukacji, programów telewizyjnych, odpowiedniego tłumaczenia i przekonywania ludzi – to wszystko z czasem przyniesie efekty.
W wielu przypadkach prawda nie jest wygodna, niewygodne jest publiczne mówienie tego, co przedstawia się inaczej, niż sądzi większość. Sam bardzo często spotykam się z ostracyzmem, gdy publicznie argumentuję np. za ograniczeniem centrów miast dla ruchu samochodowego. Ludzie reagują: „co Ty opowiadasz za bzdury? Jak mam jeździć po mieście?”. Pewnych rzeczy nie przeskoczymy, ludzie sami muszą się domyśleć, co się dzieje i jakie są sensowne remedia na sytuację.
Bardzo dobrym przykładem są opłaty za parkowanie. Gdy władze Krakowa rozszerzyły strefę płatnego parkowania, od razu podniosło się larum: jak tak można, kolejny podatek, znowu nas łupią i okradają! Moje pytanie brzmiało wtedy: co zrobić? Zostawić wszystko tak jak było, samochód na każdym metrze kwadratowym w centrum i wszystko pozapychane? Nie ma innej drogi – nic poza opłatą za parkowanie nie zmusi człowieka, żeby nie parkował w centrum miasta – koniec, kropka. Nic nie da gadanie, że jeżeli kiedyś w sposób istotny rozbudujemy system transportowy miasta, to samochody znikną. Nieprawda – będzie ich jeszcze więcej.
– Dlaczego?
– Jeśli ktoś sądzi, że metro albo szybkie tramwaje sprawią – same w sobie sprawią – iż miasto stanie się wolne od samochodów, to przedstawia bardzo uproszczone podejście do bardzo skomplikowanych spraw transportowych. Jeśli nagle zrobi się na ulicach bardziej pusto, to na miejsce jednego samochodu pojawi się kolejny – bo ktoś, kto wcześniej nie jeździł, spostrzeże, że jest nieco luźniej. Powiedzmy, że otaczający nas układ drogowy jest w stanie stabilnym – jeżeli wybudujemy na przykład nową drogę, to on się na chwilę rozluźni, ale ludzie spostrzegą, że nie ma korków. Też będą chcieli z tego skorzystać. I znów zrobią się korki.
Podam przykład: zachodnia obwodnica Wrocławia. Gdy jej nie było przed rokiem 2011, cały tranzyt północ – południe przejeżdżał przez centrum miasta, wszystkie samochody musiały się przepchać przez wąskie uliczki starówki – nie było innego wyjścia. Otwarto obwodnicę samochodową, ruch tranzytowy uciekł na autostradę, bo nikt o zdrowych zmysłach nie będzie w tej sytuacji pchał się przez centrum. Ale Wrocław jest teraz – według Targeo – najbardziej zatłoczonym miastem w Polsce, jeździ się tam wolniej nawet niż w Krakowie. No i gdzie jest ta wolna przestrzeń?
Znalazłem artykuł z 2001 r. z jednej z naszych lokalnych gazet, wielki tytuł głosił: „Nareszcie znikną korki w Krakowie”. Skąd ta nadzieja? Budowano Most Kotlarski. No i guzik prawda: korki są jeszcze większe. Mentalność ludzka jest taka: skoro jest korek, to wybudujmy kolejny pas ruchu, a korek zniknie. Tak myśleli Amerykanie w latach 50. XX w. No i autostrada z dwupasmowej robiła się trzy-, cztero-, siedmiopasmowa. W efekcie mają siedem pasów zakorkowanych autostrad…
– À propos USA. Nieledwie dwie dekady temu ukazał się film dokumentalny „Wpuszczeni w korek” w reżyserii Jima Kleina, analizujący przyczyny zakorkowania amerykańskich miast – choć wciąż przybywało w nich miejsca na samochody. W Polsce z przyczyn dość oczywistych był to obraz kompletnie niszowy. Jednak wciąż jest na czasie. Czy Pana zdaniem naśladujemy Stany Zjednoczone w kwestii zatłoczenia i zakorkowania miast?
– Nie, zdecydowanie nie. Natomiast mechanizm, który powoduje, że jeśli rozbudujemy układ drogowy, to on się zapełni samochodami, działa wszędzie: w Polsce, w Niemczech, we Francji, w Stanach Zjednoczonych. To mechanizm niejako naturalny, oparty na tym, że wpuszczamy do ruchu kolejnych ludzi, którzy spostrzegli, że przez chwilę zrobiło się nieco więcej miejsca.
To, co robiliśmy w Polsce przez ostatnich dwadzieścia lat, było nadganianiem zapóźnień i zaległości z czasów wcześniejszych. W tej chwili, patrząc na inwestycje miejskie, odnoszę wrażenie, że drogi – owszem – chce się budować, jednak myśli się coraz poważniej o transporcie zbiorowym. Dwadzieścia lat temu ta dysproporcja między nakładami na transport indywidualny a zbiorowy była ogromna, oczywiście na niekorzyść tego drugiego, a o rowerach w ogóle nie było mowy. Teraz coraz więcej myśli się o infrastrukturze rowerowej, o transporcie zbiorowym, włodarze miast dostrzegają takie potrzeby, widzą, że powinny one być czymś standardowym. Nasyciliśmy nasz układ drogowy do takiego stopnia, że jest on wystarczający – choć oczywiście trzeba go jeszcze uzupełniać.
– Swego czasu przez mainstreamowe media przetoczyła się dyskusja dotycząca buspasów. Kilku prawicowych publicystów reagowało na warszawskie buspasy bardziej niż alergicznie, jak na formę „autorytaryzmu” władz miasta, które zdecydowały się na ich wprowadzenie. Uważali, że przeszkadzają w płynnym i „swobodnym”, czy wręcz „wolnościowym” ruchu na drogach w mieście.
– Trudno to komentować… Jeśli popatrzymy na pasy autobusowe w miastach, w których one występują, czy to będzie Warszawa czy Kraków, to mamy sznurek samochodów stojących w kolejce na skrzyżowaniach i obok pas z autobusami: jeden za drugim. Jaki jest inny sposób przekonania kierowców stojących w korku, żeby wsiedli w autobus? No właśnie taki: że w najbardziej zakorkowanych miejscach wydzielamy osobny pas dla autobusów. Nie ma innej możliwości: likwidacja pasów autobusów to byłaby śmierć transportu masowego w większości miast.
– Jednak ktoś powie, że uprzywilejowujemy transport publiczny kosztem prywatnych kierowców samochodów.
– I właśnie tak ma być. Tu nie ma żadnej demokracji. Gdybyśmy zapytali kierowców, czego chcą w tym względzie, to najprawdopodobniej odpowiedzieliby: budujmy tylko pasy drogowe. Przy okazji: załóżmy, że w Alejach Trzech Wieszczów w Krakowie chcemy zlikwidować pas dla autobusów i robimy trzeci pas, po którym może się poruszać każdy. Jakie to przyniesie efekty? Okaże się, że ten trzeci pas się zakorkuje, autobusy w nim utkną i kierowcy wcale nie pojadą szybciej. W dodatku więcej ludzi przeniesie się z komunikacji masowej do samochodów, bo stwierdzi, że skoro stoi wciąż w korkach w autobusie, to po co ma z nich korzystać?
– Przy okazji: niegdysiejszy poseł Przemysław Wipler twierdził nie tak dawno, że trzeba zlikwidować w Warszawie dopłaty do metra, bo to obciąża kieszenie obywateli, a każdy może sobie jeździć taksówką i wcale to drożej nie wychodzi.
– Jeżeli pensje mielibyśmy takie jak posłowie, to pewnie każdy by się pod tym podpisał [śmiech]. Jednak nie każdego stać, żeby codziennie jeździć do pracy taksówką. Dopłaty do komunikacji zbiorowej były, są i będą. To fundament tego, że można z niej korzystać. Coraz więcej miast do tego dopłaca, to jest trend, który absolutnie powinien zostać utrzymany. Jeśli ktoś mówi, że trzeba znieść dopłaty do komunikacji publicznej, to znaczy, że nie rozumie jej sensu i nie zdaje sobie sprawy z ewentualnych konsekwencji swoich opinii. A byłyby one katastrofalne: miasta zostałyby totalnie zakorkowane. To droga po równi pochyłej: znosimy dopłaty, drożeją bilety, wtedy część ludzi przestaje korzystać z transportu publicznego, wówczas znów musimy podnieść opłaty, żeby go utrzymać, wtedy ponownie tracimy klientów i trzeba by zamykać linie autobusowe, tramwajowe.
Powtórzę: do transportu zbiorowego zawsze trzeba dopłacać, miasto nie jest w stanie zarobić na nim. W Krakowie mamy jedną z najwyższych stóp zwrotu w skali kraju, ok. 66 proc. przychodu z biletów, reklam, innych opłat. To chyba kwestia dobrze funkcjonującego przedsiębiorstwa i pozyskiwania dużych środków z reklam umieszczanych na pojazdach, przystankach itd. Nie wszystkie miasta mają taką możliwość. Choćby w przypadku Warszawy koszty muszą być większe, bo utrzymanie metra kosztuje znacznie więcej.
– A co z pieszymi w mieście?
– Piesi to w ogóle inna historia. Do tej pory traktowano ich jako „coś, co się przykleja do inwestycji, bo to i tak zawsze sobie poradzi”. Dobrze widać to na skrzyżowaniach, gdzie przejścia są tak zrobione, żeby tramwaj czy samochód szybko przejechał, a pieszy poczeka sobie dwa razy albo szybko przebiegnie. To się często zdarza: zmusza się pieszych, żeby czekali dwa albo trzy cykle i nikt się tym nie przejmuje.
Chociaż teraz to się poprawia, w tym sensie, że w śródmieściach, centrach miast pieszy ma coraz więcej przestrzeni. Coraz częściej dostrzega się pieszych, ich potrzeby, coraz rzadziej mówi się o tym, żeby pieszych „wrzucać pod ziemię”, coraz rzadziej projektuje się i buduje przejścia podziemne dla pieszych – przecież przestrzeń miejska jest dla nich, nie są jak szczury, które trzeba wrzucać pod drogę.
– Więcej samochodów to więcej zanieczyszczeń. Istnieją jakieś realne metody przeciwdziałania temu w naszych miastach?
– Większa płynność ruchu jest mimo wszystko mniej inwazyjna dla środowiska naturalnego. Mimo to nic się nie da zrobić ze smogiem transportowym w polskich miastach. Nasze ustawodawstwo nie przewiduje żadnych narzędzi, które umożliwiałyby ograniczanie liczby samochodów w centrum miasta. Nie możemy choćby wprowadzić opłat za przejazd przez centrum. Opłaty za parkowanie, które mamy w śródmieściu, to maksymalna stawka ustalona dziesięć lat temu ustawą o drogach publicznych: 3 zł 50 groszy za pierwszą godzinę. I nie może być więcej. Dotyczy to zarówno małych jak wielkich miast. Skutki tego dobrze widać w Krakowie. W centrum miasta, gdzie parkowanie kosztuje tyle samo, co na obrzeżach, jest zawsze tłok, a na parkingach położonych dalej od celów podróży jest trochę luźniej, bo tam z kolei płaci się relatywnie za drogo.
– Kilka miesięcy temu w mediach pojawiły się informacje o planowanym ustawowym wprowadzeniu w miastach tzw. ekosfer, w których wyłączone byłyby z ruchu samochody o gorszych parametrach. Podniosły się wówczas głosy protestu, że to będzie dyskryminowało uboższych użytkowników aut.
– Nawet starsze i tańsze samochody, w rodzaju Fiata Punto, spełniają normy Euro 4, bo zdaje się, że wówczas one były wymagane. Zresztą, każdą formę ograniczenia ruchu będzie można traktować jako opcję tylko dla bogatszych, bo parkowanie też kosztuje. Poza tym, jeśli wysuwa się tego typu argument, to oczekuję przedstawienia innych rozwiązań. A niespecjalnie je widzę, ponieważ najbardziej racjonalne są ograniczenia połączone z wymaganiem płatności za parkowanie albo całkowitym zamknięciem ruchu. A to nie jest nigdy możliwe w stu procentach, bo np. musimy wpuszczać do ścisłego centrum samochody dostawcze, mieszkańców tej okolicy itd.
– Czy zatłoczenie miast generowane przez ruch samochodowy to przede wszystkim przekleństwo metropolii, czy także mniejszych ośrodków?
– W mniejszych miastach sytuacja jest niestety taka sama. W małych ośrodkach problemy, które występują w dużych miastach, skupiają się jak w soczewce. Pochodzę z Nowego Sącza. Tam warunki ruchu i przejazdu samochodem to gehenna. Ulice są relatywnie wąskie, autobusy utykają w korkach razem z samochodami. Mieszkańcy są bardzo przywiązani do aut i wydaje mi się, że korzystanie z samochodów w mniejszych miejscowościach – nie mówię tylko o Nowym Sączu – jest jeszcze bardziej istotne dla mieszkańców. Wiele osób, które codziennie wjeżdżają do tych miast i miasteczek, mieszka poza ich granicami, w gminach je otaczających. I jakoś muszą tam dojechać – choćby do pracy. To wyszło nam także z prowadzonych badań: większość podróży ponadpowiatowych realizowanych jest za pomocą samochodu. Poza tym małe miasta nie mają takich środków jak Warszawa, Kraków czy Gdańsk, żeby kupić odpowiedni tabor czy zamontować zaawansowaną technicznie sygnalizację świetlną – to są bardzo kosztowne rozwiązania.
– Jak można opisać funkcjonalny transport publiczny, jakie są jego cechy?
– Jeżeli jeżdżę autobusem o wysokiej częstotliwości kursów i przesiadam się na kolejny autobus o wysokiej częstotliwości, to jest to duży plus. Istotne są sprawne węzły przesiadkowe, niekiedy przesiadka drzwi-w-drzwi. Poza tym nie należy wrzucać podróżnych do przejść podziemnych ani wyrzucać ich nad ziemię.
Inna ważna rzecz: obecnie w Polsce dyskutujemy nad biletem aglomeracyjnym w skali danego województwa, natomiast w Danii obecnie rozważa się wprowadzenie biletu komunikacyjnego na wszystkie możliwe połączenia w skali kraju. I to jest zupełnie inna jakość: o wiele mniej inwazyjne dla środowiska autobusy i tramwaje, do tego system współkorzystania z rowerów, plus kolej. Taki zintegrowany system ma duży sens.
– Przynajmniej kilka miast w kraju (Kościerzyna, Bełchatów) wprowadziło darmową komunikację miejską. Jak Pan – zarówno od strony społecznej, jak i konsekwencji komunikacyjnych – ocenia takie pomysły?
– Takie rozwiązanie ma dwie strony. Jeżeli coś jest za darmo, to jest niczyje. Mam obawy, jak takie darmowe usługi będą traktować mieszkańcy. Jednak muszę przyznać, że jest to dobra opcja – chociaż tylko w mniejszych miastach, które pan wymienił, gdzie koszty komunikacji nie są tak duże jak w wielkich ośrodkach. Czasem w Krakowie pojawiają się głosy, że komunikacja publiczna powinna być darmowa. Budżet Kościerzyny, Żor czy Bełchatowa jest zupełnie inny na takie połączenia. Zatem tam można coś takiego zrobić. Ciekaw jestem, jakie są wyniki tego działania. Wszyscy, którzy to wprowadzili, mówią ogólnie, że wzrosło zainteresowanie mieszkańców, ale nie znam badań, które by pokazywały, czy przełożyło się to na mniej samochodów w ruchu.
– Na kartach swojej pracy doktorskiej, poświęconej ocenie efektywności parkingów przesiadkowych (P+R), stwierdza Pan: „Nadmierny ruch samochodów powoduje wzrost hałasu, zanieczyszczeń powietrza oraz drgań, szkodliwych dla ludzi i budynków. Racjonalna polityka komunikacyjna opierająca się na zasadach zrównoważonego rozwoju może przyczynić się do poprawy jakości życia w miastach, w tym warunków podróżowania”. Czym jest w tym kontekście zrównoważony rozwój?
– To bardzo skomplikowana kwestia. Zrównoważony rozwój z pewnością nie polega na tym, żeby wszystkim dać po równo. Wręcz przeciwnie. Polega on na tym, że musimy znaleźć złoty środek pomiędzy oczekiwaniami wszystkich funkcjonujących w mieście: pieszych, rowerzystów, kierowców, transportu zbiorowego. Miasta muszą tak prowadzić politykę, by zminimalizować zatłoczenie komunikacyjne, mówiąc w skrócie: poprawić dostępność i czas dojazdu do celu podróży w rozsądnych ramach czasowych.
– Czyli w jakich?
– To nie są dwie godziny, ale 20–30 minut. Miasto proponuje użytkownikom: tramwaj, autobus, trasę rowerową, samochód. Konsekwencje ewentualnego wyboru są całościowo bardzo ważne, a nieraz dotkliwe dla miasta. Jeśli władze miejskie postawią na samochody i powiedzą, że chcą, aby wszędzie dało się nimi jeździć, to pojawia się problem, gdzie je parkować. Samochód w ciągu doby stoi przeciętnie 23 godziny, więc gdzieś musi się ustawić. Powiedzmy, że budujemy parkingi. Czy to jest zrównoważony rozwój, gdy zamiast domów i parków stawiamy parkingi? Oczywiście są jeszcze parkingi podziemne. Z tym że ich budowa jest bardzo droga. Poza tym nawet jeśli je wybudujemy, to musimy zapewnić dojazd do nich.
Rola samochodu w mieście będzie musiała z czasem zmaleć, ponieważ nie da się zapewnić sprawnego dojazdu z jego pomocą wszystkim, którzy by sobie tego życzyli. To także kwestia pokoleniowa. Pojawia się coraz większa grupa ludzi z młodszych roczników, dla których samochód wcale nie jest wyznacznikiem statusu społecznego i nie jest dobrem, które trzeba koniecznie posiadać. Takim ludziom przeszkadza wszechobecność aut i nie będą popierać prosamochodowych rozwiązań komunikacyjnych.
– Dziękuję za rozmowę.
przez Marcin Rzepa | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016
W styczniu 2006 roku Evo Morales Ayma objął najwyższe stanowisko państwowe w Boliwii. Był to kolejny – po Wenezueli i Ekwadorze – zwrot polityczny w regionie. Wybór Moralesa na prezydenta oznaczał nie tylko zerwanie z zależnością od USA i neoliberalną polityką narzuconą przez imperium, ale jest także świadectwem dwóch ważnych procesów w boliwijskiej polityce. Pierwszy to rosnący sprzeciw ludności wobec sytuacji społecznej i ekonomicznej, korupcji, klientelizmu, biedy i marginalizacji szerokich rzesz ludności. Drugi zaś to emancypacja Indian, którzy przez wieki byli spychani na margines, a także sami izolowali się od polityki. Koniec XX oraz początek XXI wieku oznaczają wzrost ich znaczenia w procesach społecznych. Symbolem nowej tożsamości było przyjęcie przez Boliwię wiphali, tęczowej flagi indiańskiej, która od prawie 10 lat powiewa obok państwowej, czerwono-żółto-zielonej.
Analitycy określają rządzącą opcję jako radykalną, bo wprowadza bezkompromisowe rozwiązania społeczno-gospodarcze. Opowiada się za daleko posuniętą redystrybucją dochodu narodowego, chce zwiększać partycypację społeczną, kwestionuje demokrację reprezentatywną, która skupia się jedynie na wyborach i prawach politycznych. Plan rządu boliwijskiego, zwany Procesem na Rzecz Zmiany (Proceso de Cambio), zakładał wprowadzenie nowej konstytucji – nastąpiło to w 2009 r. – oraz redefinicję charakteru państwa. Uznano, że powinno być ono wieloetniczne, antykolonialne, antyliberalne, indiańskie oraz wspólnotowe, z wiodącą rolą państwa. Odrzucono globalizację gospodarczą, neoliberalizm i indywidualizm w wydaniu zachodnim.
Za największy sukces Moralesa oraz rządzącej partii Movimiento al Socialismo (MAS) powszechnie uznaje się politykę społeczną. W czasie ich rządów nastąpiła znaczna poprawa wskaźników społeczno-ekonomicznych. Wielu Boliwijczyków zostało wyciągniętych z ubóstwa, polepszyły się wskaźniki dostępu do edukacji i ochrony zdrowia. Gospodarka jako całość odczuła przy tym stabilny wzrost, co przełożyło się na poprawę sytuacji ludności. Co jednak najważniejsze, obywatele uzyskali wpływ na proces podejmowania decyzji. Tradycyjnie marginalizowane grupy zwiększały swoją reprezentację na arenie politycznej. Rząd przedstawiał się jako rzecznik zwykłych ludzi, którzy wcześniej nie mieli nic do powiedzenia; Nie mówimy tylko o Indianach, ale o wszystkich ludziach. Martwimy się także o naszych braci i siostry, którzy nie są Indianami, a którzy także cierpią, dlatego że nie ma [dla nich] pracy.
Z drugiej strony, Boliwia idzie tą samą niebezpieczną drogą, co wszystkie lewicowe rządy w regionie. Powszechnie krytykuje się w tym kraju koncentrację władzy, zwiększanie uprawnień partii rządzącej, nadmierną władzę przywódcy oraz postępującą zależność od przemysłu wydobywczego, z którego zyski w dużej mierze przeznaczane są na bieżącą konsumpcję.
Korzenie przemian
Zmiany zachodzące w Boliwii nie zostały zapoczątkowane przez rząd Moralesa. Mają znacznie głębiej sięgające korzenie, a ich początku można upatrywać w rewolucjach społecznych trwających już kilkadziesiąt lat.
Społeczeństwo boliwijskie jest silnie zróżnicowane etnicznie. Z 10,5 mln obywateli ok. 55% stanowią Indianie z różnych grup, głównie Keczua i Ajmara. Do początku lat 50. XX wieku cenzusy zapewniały obywatelstwo jedynie ok. 2–5% ludności. Reszta była wyłączona nie tylko z systemu politycznego, lecz także z życia gospodarczego i skazana na wegetację w biedzie. Indianie stanowili szczególnie upośledzoną grupę, np. dopiero w latach 50. zyskali dostęp do edukacji. W 1952 r. uzbrojone społeczeństwo (górnicy i indiańscy chłopi) zmusiło wojsko do wycofania się ze stolicy, kapitulacji i przekazania władzy nowemu prezydentowi. Nowa partia rządząca, Ruch Narodowo-Rewolucyjny (MNR), zwróciła się do Indian i robotników, mobilizując ich do walki o prawo do godnego życia, alfabetyzacji i edukacji, ochrony zdrowia, demokracji i tworzenia związków zawodowych. Mimo pewnych korzystnych zmian – reformy rolnej, nacjonalizacji złóż mineralnych, zwrócenia uwagi na prawa Indian – polityka nowego rządu sprowadzała się do asymilacji. Mało konsekwentne działania władz oraz ich przymusowy charakter prowadziły do izolowania się Indian od społeczeństwa, pragnęli oni bowiem zachować niezależność kulturową. Przewrót wojskowy z 1964 r. zablokował postęp nawet tych ograniczonych zmian. Dwie fale emancypacji Indian (w latach 70. i na początku lat 90.) doprowadziły do artykulacji ich żądań politycznych. Mimo głębokich podziałów wewnątrz ruchu indiańskiego stali się oni pierwszoplanowymi aktorami na scenie politycznej Boliwii.
Od roku 1982, czyli od powrotu rządów cywilnych, w kraju funkcjonowała demokracja, jednak neoliberalna polityka sprawiła, że większość ludności żyła w fatalnych warunkach. Stabilność polityczna bazowała na trzech filarach: zmonopolizowaniu sceny politycznej przez trzy partie, porozumieniach parlamentarnych na rzecz stabilności rządu oraz konsensusie w kwestiach gospodarczych, polegającym na wprowadzeniu ortodoksyjnego neoliberalizmu. System boliwijski w latach 1985–2002 określa się mianem demokracji paktowej (democracia pactada). Stabilność miała swoją cenę – system nie był w stanie zaspokoić potrzeb obywateli, co w sytuacji rosnącego znaczenia indiańskich organizacji społecznych musiało doprowadzić do wybuchu niezadowolenia na dużą skalę. Idee, którymi kierowały się organizacje społeczne (zwłaszcza dotyczące kwestii gospodarczych), były nie do zaakceptowania przez establishment.
Dzięki protestom z lat 80. i 90. ruch indiański upolitycznił się. Jak twierdzili sami Indianie: Teraz jesteśmy silni i nigdy nie wrócimy do bycia popychanymi, ignorowanymi i odrzuconymi. Powstały dwie nowe partie polityczne – wspomniany MAS oraz Movimiento Indígena Pachakuti (MIP). W przededniu wyborów w 2005 r. stworzyły one Pakt Jedności – sojusz na rzecz wyboru Moralesa.
Początek XXI wieku to nasilenie protestów i marszy ulicznych, wykorzystywanych jako narzędzie nacisku na władze. Najważniejsze były trzy z nich. Pierwszy miał miejsce w rejonie Cochabamba w 2000 roku – była to tzw. wojna o wodę, czyli protesty zorganizowane w celu odebrania hiszpańskiej firmie koncesji na dystrybucję wody. Kolejny to protesty w El Alto w 2002 r., znane jako „wojna o gaz”, kiedy organizacjom indiańskim udało się zablokować przejęcie kontroli nad złożami gazu przez zagraniczne koncerny oraz obalić rząd. Rok później odbyły się natomiast masowe protesty zwane „wojną o terytorium”, które doprowadziły do wyjścia na ulicę tysięcy ludzi, paraliżu dróg i zablokowania najważniejszych miast. Te wydarzenia spowodowały uaktywnienie się różnych grup i organizacji indiańskich, a także wywarły presję na rząd, doprowadzając do upadku trzech gabinetów. Pokazały, że współpraca między MAS i MIP jest możliwa, oraz sprawiły, że ta pierwsza uzyskała decydujący wpływ na przebieg wydarzeń. Organizacje indiańskie, producenci koki (cocaleros) i związki zawodowe wykorzystali ten moment i zyskali decydujący wpływ na życie polityczne. MAS potrafił tworzyć szerokie koalicje, jednocząc Indian, biednych Metysów i białych, lewicę oraz wyborców rozczarowanych polityką. Choć zaczynał jako wyraziciel interesów Indian Keczua, stał się ogólnokrajową partią ludzi rozczarowanych polityką.
Osiągnięcia rządu Moralesa
Rząd Moralesa za główny cel postawił sobie rozwój polityki społecznej i poprawienie sytuacji najuboższych obywateli. Odniósł na tym polu spory sukces. Wskaźnik ubóstwa wśród obywateli kraju w latach 2005–2013 spadł z ponad 60 do 33%, a poziom skrajnej biedy skurczył się w tych samych latach z niecałych 40 do 20%. Zmniejszył się również poziom nierówności – współczynnik Giniego w latach 2005–2012 zmalał z 0,585 do 0,466. Dochód uzyskiwany przez 10% najbogatszych obywateli obniżył się w latach 2005–2012 z 45 do 33% dochodu narodowego. Wzrosła liczebność klasy średniej, podobnie jak wysokość płac oraz zasiłków dla najbiedniejszych.
Rząd wprowadził programy pomocowe dla ciężarnych kobiet i program opieki poporodowej, plany wsparcia dla dzieci i dla starszych obywateli (obniżające ceny prądu itp.). Objęły one ponad 3 mln ludzi, czyli prawie 1/3 społeczeństwa, dzięki czemu poprawiła się sytuacja wielu rodzin. Rozwinięto także system ubezpieczeń społecznych dla chłopów/rolników, zwalczanie analfabetyzmu, kampanie medyczne i ułatwiające dostęp do edukacji. Wszystkich obywateli powyżej 60. roku życia objęto programem emerytalnym. Rozwój dotyczył zwłaszcza pewnych obszarów pomocy, np. ułatwienia dostępu do wody pitnej we wsiach. Wzrósł on z 50% w 2007 roku do 79% (dane dotyczą odsetka mieszkańców) w 2012.
Należy tu jednak zgłosić dwa istotne zastrzeżenia. Po pierwsze, poprawa warunków życia nie jest zasługą wyłącznie MAS; polepszały się one także za poprzednich rządów. Od połowy lat 90. do początku kadencji Moralesa skrajna bieda spadła o 7 punktów procentowych, niedożywienie dzieci poniżej trzeciego roku życia zmalało o 4 punkty w latach 1994–2003, a analfabetyzm zmniejszył się w latach 1999–2005 z 6,6% do 5% populacji. Pomiędzy 1990 a 2003 r. śmiertelność niemowląt obniżyła się o 35 punktów procentowych. Już w 1994 r. wprowadzono prawo o partycypacji ludowej, które pozwoliło na automatyczną redystrybucję części przychodów państwa do jednostek samorządowych. W zasadzie po raz pierwszy obszary wiejskie otrzymały fundusze na inwestycje w edukację, ochronę zdrowia, infrastrukturę i kulturę. Skutkiem polityki MAS jest raczej przyspieszenie tych zmian, a nie wprowadzenie nowej jakości.
Drugie zastrzeżenie dotyczy obecnej sytuacji społecznej. Mimo korzystnych tendencji Boliwia nadal należy do najbiedniejszych krajów regionu oraz do państw o największych nierównościach na zachodniej półkuli. Według klasyfikacji UNDP była na 108. miejscu ze 187 krajów pod względem HDI (Human Development Index), ma niską średnią długość życia (67 lat) oraz wysoką śmiertelność niemowląt. Ponad 1/3 ludności żyje za mniej niż dolara dziennie. Poprawa sytuacji jest powolna, jednak baza społeczna rządu jest silniejsza niż jego przeciwnicy i można oczekiwać, że obecna polityka będzie kontynuowana.
Ambitne cele cechowały także politykę gospodarczą gabinetu Moralesa. Przeprowadzono parcelację latyfundiów i nacjonalizację sektora wydobywczego. Reforma rolna, polegająca na odebraniu ziemi bogatym właścicielom i przekazaniu jej biednym rolnikom i wspólnotom indiańskim, była jednym z najistotniejszych punktów programu MAS i miała bardzo ważny wydźwięk propagandowy. Około 25 milionów akrów zostało odebranych latyfundystom niepotrafiącym potwierdzić produktywności danego obszaru lub praw własności do niego. Ogółem od momentu zadeklarowania w 1996 roku przeglądu tytułów własności ziemi 90% z dotąd przeprowadzonych dokonał obecny rząd, a ziemię rozdzielił pomiędzy bezrolnych. Krytycy mówią o tym, że proces jest wolny (do 2013 r. dokonano przeglądu 60% wszystkich ziem), a z obszarów przejętych przez państwo jedynie 6% zostało przekazanych rolnikom. Mówi się też, że rząd coraz częściej staje po stronie bogatych właścicieli, którzy mogliby pomóc w zapewnieniu bezpieczeństwa żywnościowego oraz w modernizacji rolnictwa.
Gabinet Moralesa nie odrzucił kapitalizmu, ale sprawił, że struktury państwowe zaczęły brać pod uwagę interesy obywateli. Nacjonalizacja przemysłu wydobywczego miała naprawdę na celu zwiększenie wpływów do budżetu przez podniesienie opłat od zagranicznych firm działających w Boliwii. Polegała na przejęciu większości udziałów przez rządową agendę za odszkodowaniem przyznanym akcjonariuszom. Niektóre strategiczne przedsiębiorstwa zostały przejęte w całości. Na początku kadencji Moralesa korporacje międzynarodowe zgarniały ponad 80% zysków z eksploatacji złóż gazu. Reforma sprawiła, że przychody te zaczęły trafiać do firm boliwijskich. W latach 1999–2005 państwo otrzymywało z przemysłu wydobywczego około 2 miliardów dolarów rocznie, a w okresie 2005–2012 było to już ponad 16 miliardów. Oznaczało to przejęcie przez rząd kontroli nad kierunkiem, w jakim ma zmierzać gospodarka oraz nad redystrybucją dochodu narodowego. Co ciekawe, nie doprowadziło to do zmniejszenia skali inwestycji zagranicznych; Boliwia ma najwyższy na kontynencie udział zagranicznych inwestycji bezpośrednich w stosunku do PKB.
Rząd Moralesa zerwał z neoliberalizmem gospodarczym i zmniejszył zależność kraju od USA, kładąc zamiast tego nacisk na integrację regionalną. Obecnie dostrzegamy stały wzrost PKB na poziomie ok. 4,5% rocznie (w 2014 roku było to 5,6%, co stawiało Boliwię na drugim miejscu pod tym względem w Ameryce Południowej), dzięki czemu wzrósł on z ok. 10 mld USD w 2005 r. do ok. 34 mld USD w 2015 r. Miał miejsce także spadek zadłużenia (z ok. 7 bln USD do 5 bln USD) i choć później zaczęło ono rosnąć (niemal do 8 bln USD w 2015 r.), to korzystniejszy dla kraju był jego stosunek do rosnącego PKB. Bezdyskusyjne były natomiast spadek ubóstwa czy rozbudowa infrastruktury.
Pomysły Moralesa sprowadzają się do wykorzystania przychodów z gazu ziemnego do unowocześnienia gospodarki. Niestety, dowodzi to, że odwieczny problem z innowacyjnością w Boliwii – polegający na tym, że za bogactwo uważa się surowce mineralne, a więc to, co się znajduje, a nie tworzy – pozostaje nadal nierozwiązany. Taka polityka nie wprowadza nowej jakości, lecz jedynie stanowi doraźny lek na głębokie problemy.
Społeczeństwo obywatelskie
Według nowej Konstytucji Boliwii w kraju funkcjonuje demokracja partycypacyjna, reprezentacyjna i wspólnotowa. To oznacza, że mamy do czynienia z różnymi mechanizmami demokratycznymi, takimi jak wybory, referendum, inicjatywa ustawodawcza wyborców, procedura odwołania funkcjonariuszy publicznych, zgromadzenie, rada miasta oraz konsultacje. Konstytucja określa, że obywatele uczestniczą w kreowaniu polityki publicznej oraz wykonywaniu kontroli społecznej na każdym poziomie. W przeciwieństwie do niektórych krajów latynoamerykańskich demokracja reprezentacyjna/parlamentarna w Boliwii nie została osłabiona. Pozostaje fundamentem ustrojowym i głównym narzędziem umożliwiającym uzyskanie wpływu na sytuację polityczną kraju.
Kilku słów wyjaśnienia wymagają demokracja reprezentacyjna i wspólnotowa. Partycypacja wprowadzona przez stronę rządową opiera się na kilku mechanizmach, m.in. konsultacjach i spotkaniach strony rządowej z liderami organizacji. Konsultacje polegają na tym, że władza (tj. prezydent, minister lub parlamentarzysta) spotyka się z „bazą społeczną”, aby zasięgać opinii, informować, legitymizować swoje działania. Oczywiście, nie da się przedyskutować wszystkich decyzji, nie sposób rozmawiać ze wszystkimi obywatelami, nie zawsze możliwy jest konsensus. Spotkania te często stają się więc narzędziem manipulacji ze strony rządzących.
Inny mechanizm to spotkania z liderami organizacji społecznych – dotyczą one w zasadzie jedynie przedstawicieli największych z nich. Pełnią funkcję informacyjną, ale także konsolidującą – wzmacniają koalicję stworzoną przez rząd. Mechanizm ten pozwala z jednej strony na uzyskanie jasnego komunikatu społecznego, ale z drugiej – oznacza, że rząd może dowolnie dobierać sobie partnerów do dyskusji.
Demokracja wspólnotowa ma być wdrażana przez samorządne „terytoria indiańsko-rolnicze” – Tierra Indígena Originario Campesino (TIOC). Przyjmują one swoje normy i procedury wewnętrzne, mają prawo do własnego system politycznego, sądowego i gospodarczego w ramach autonomii, mogą także uczestniczyć w instytucjach krajowych. Często jednak kontrola pozostaje w rękach najbardziej uprzywilejowanych członków wspólnot, a sama definicja jednostek jest niejasna i pozostawia władzom możliwości manipulacji.
Decydującą rolę w zwiększaniu partycypacyjności odegrały w Boliwii ruchy społeczne. Pojęcie „ruch społeczny” jest w tym kraju często używane. Odnosi się ono w tamtejszych realiach do organizacji politycznych, protestów, mobilizacji społecznych oraz do wszelkich inicjatyw krytycznych wobec modelu neoliberalnego, a popierających drogę, którą podąża rząd. Partia rządząca ma silne związki z organizacjami społecznymi, jest w stanie zmobilizować duże grupy obywateli, a wręcz mówi o sobie, że jest „rządem ruchów społecznych”. Stwarza wrażenie, że Indianie i chłopi są homogeniczną grupą społeczną, a ona sama stoi na ich czele, ukrywając fakt, że utrzymuje bliskie relacje tylko z niektórymi organizacjami. Sprzyja to nowym wykluczeniom oraz wypycha część społeczeństwa poza bazę społeczną rządu. Początkowo nie było tego problemu, ponieważ wszyscy walczyli z konserwatywną opozycją, jednak stopniowo niektóre organizacje stawały się coraz bardziej krytyczne wobec MAS. W miarę upływu czasu okazało się, że nie ma dla nich miejsca w nowym systemie politycznym.
Głównym środkiem, do jakiego uciekały się organizacje społeczne, były od samego początku masowe protesty: Protest jest źródłem obecnego rządu, który wywodzi się z ruchów społecznych, z oporu. Z czasem uległy one swoistej instytucjonalizacji. Przestały być wyrazem buntu mas uciskanych, a stały się normalną formą wyrażania opinii. Władze umacniają tę tendencję, przyjmując żądania demonstrantów. W okresie rządów Moralesa zmieniła się nie tyle ich skala, ile przyczyny, charakter i skład ludnościowy. Większość protestujących wyraża poparcie dla władz, ale grupa sprzeciwiająca się im nie jest dużo mniejsza (różnice to ok. 5–10%). Można zauważyć jednak podział społeczny: ludność biała i metyska jest raczej przeciw rządowi, natomiast Indianie najczęściej popierają go.
Demonstracje zwolenników rządu pokazują, że – mimo akceptacji przez większość obywateli – nie ma on wolnej ręki, ale musi liczyć się z organizacjami społecznymi. Protestujący zgadzają się zasadniczo z kierunkiem, w jakim podąża kraj, ale krytykują konkretne posunięcia oraz domagają się realizacji swoich postulatów.
Obserwatorzy dostrzegają coraz większą koncentrację władzy w rękach Moralesa i małej grupy jego najbliższych współpracowników. Co więcej, możemy zaobserwować tendencję słabnięcia wpływów autentycznych przywódców ludowych, zastępowanych przez profesjonalne kadry, mające niewiele wspólnego za ideałami, na których zbudowano MAS. Przywódcy związków zawodowych oraz zwykli członkowie partii uczestniczą w działaniach i procesach decyzyjnych jedynie na ich najniższych poziomach.
Boliwijski system stał się więc bardziej reprezentatywny i uczestniczący, a mniej odpowiedzialny i przejrzysty. Z jednej strony, partycypacja społeczeństwa zwiększyła się znacząco. Z drugiej natomiast, rządzący włączyli do niej tylko część marginalizowanych wcześniej grup. Kolejnym problemem jest fakt, że największe organizacje często kierują się własnym interesem i w coraz mniejszym stopniu wyrażają potrzeby szeregowych członków.
Wspólnotowość indiańska
Indianie są największą grupą etniczną Boliwii i jednocześnie najbardziej poszkodowaną społecznie. Ich położenie było niezwykle trudne od samego początku podbijania ich terytoriów przez Europejczyków. Trzeba jednak pamiętać, że także demokratyzacja (wprowadzana od lat 80. XX wieku) uderzyła w nich politycznie i ekonomicznie. Odrzucono nieformalną autonomię, ograniczono świadczenia społeczne, dofinansowanie do żywności i wydatki na wsparcie rolnictwa, które stanowi podstawę ich dochodów. Bolesne były także programy walki z inflacją oraz otwarcie kraju na zagraniczny handel i inwestycje. Zmniejszyła się rola państwa jako aktora gospodarczego oraz dostawcy podstawowych usług dla ludności.
Rządy MAS dążą do zmiany tej sytuacji. Oficjalnie uznano 36 narodów indiańskich. W konstytucji zawarto zapis o rolniczych narodach i ludach pochodzenia indiańskiego (Naciones y pueblos indígenas originarios campesinas), zmieniono nawet nazwę państwa, z Republika Boliwii na Wielonarodowe Państwo Boliwii. Uznano prawa Indian do tożsamości kulturowej, edukacji, lokalnego zarządzania, terytoriów oraz bogactw naturalnych. Na wszystkich poziomach administracji przyznano możliwość stosowania języków indiańskich. Według nowej konstytucji Indianie mają prawo do swoich terytoriów, a także mogą ustanawiać na nich rządy. Wprowadzono zakaz prywatyzacji ziem wspólnotowych oraz zabroniono firmom międzynarodowym zarabiania na surowcach kraju.
Stopniowo od lat 80. powracają dawne formy organizacji wspólnotowych takie jak ayllu, będące siecią wspólnot opierających się na rodzinach, które wspólnie posiadają ziemię. Rządy MAS umożliwiły dalszy rozwój autonomii indiańskich. Obecnie można zauważyć silną tendencję do ich tworzenia; na kilkunastu obszarach proces już się rozpoczął, ale jest on mozolny. Od kilku już lat głównym powodem sporu między MAS a Indianami jest właśnie kwestia autonomii. Konstytucja z 2009 r. gwarantuje autonomię regionów (departamentów, wspólnot indiańskich, miast itd.), co stwarza im spore możliwości udziału w polityce. Według danych ONZ prawa wspólnot indiańskich nie są wystarczająco chronione, zwłaszcza jeśli chodzi o konsultacje dotyczące infrastruktury i projektów wydobywczych na ich terenach. Niekiedy ludności autochtonicznej udaje się zablokować projekty rządowe, jak np. w 2011 r., kiedy wspólnoty Indian Chiman, Yurucare i Moxos uniemożliwiły budowę drogi przez rezerwat.
Należy pamiętać, że Indianie nie tworzą harmonijnego świata, dzielą ich sprzeczne interesy. Solidarność może objawiać się jedynie na zewnątrz, wobec innych. Wszystkie grupy etniczne cechuje jednak podobny model życia, oparty na wspólnocie, równowadze, pomocy, zrównoważonym rozwoju. Indianie uważają, że aby otrzymać coś od Matki Ziemi, trzeba jej coś przekazać; krótkowzroczna eksploatacja jest im obca. Występuje u nich rotacyjne przekazywanie funkcji politycznych. Stosunki społeczne funkcjonujące na ich terytoriach mogą stanowić inspirację dla rozwijania demokracji partycypacyjnej. Zdaniem jednego z liderów protestów przeciwko prywatyzacji wody: Pojawiły się możliwości […] akcji kolektywnych, możliwość konstrukcji sił, które przychodzą od dołu […] realnej siły, która narzuca program siłom politycznym oraz zmusza je do spełnienia go […] Myślę, że oni [władze] bardzo się obawiają tego procesu i dlatego starają się odwieść ludzi od tych możliwości i skierować ich zamiast tego w stronę procesu głosowania, w stronę rynku wyborczego.
Chyba najlepszym przykładem zdolności mobilizacyjnych i organizacyjnych Boliwijczyków jest miasto El Alto, zamieszkane w 85% przez Indian (w tym 80% to grupa Ajmara). Już od lat 70. mają tam miejsce silne tendencje oddolnej samorządności. Przyczyny tego są dwojakie. Pierwsza to wiejskie tradycje bezpaństwowego ustroju Indian, andyjskie podejście wspólnot wiejskich do terytorialności i samoorganizacji. Drugą jest natomiast komunitarianizm w warunkach dużego miasta. Przynależność do takiej wspólnoty jest dobrowolna, choć łączy się z dostępem do edukacji dzieci oraz do sieci wodnej i elektrycznej, pozwala na przetrwanie w trudnych warunkach, w których państwo w zasadzie nigdy nie istniało. Wspólnota opiera się na cotygodniowych lub comiesięcznych spotkaniach sąsiadów, podczas których dyskutuje się o problemach dzielnicy, związanych głównie z dostępem do wody, elektryczności, ścieków, opieki medycznej, edukacji, placów zabaw. Każda rodzina ma prywatny dom, ale w ramach wspólnoty zarządza placami, szkołami, boiskami itp. Najmniejsze komórki sąsiedzkie są również siłą napędową protestów, a dzięki temu, że bunty zaczynają się na samym dole hierarchii społecznej, trudno je powstrzymać. Liderzy natomiast są łatwo zastępowalni bez uszczerbku dla wspólnoty jako całości. Indianie mają duże zdolności mobilizacyjne, dzięki którym organizują marsze, strajki (także głodowe), blokady dróg. Akcje odbywają się bez centralnego nadzoru czy planowania i jednolitych ram. Są spontaniczne, trudne do przewidzenia i zatrzymania.
Prawa człowieka i natury
Nowa konstytucja wzmocniła prawa człowieka, zwłaszcza gospodarcze, społeczne i kulturowe, a także zwróciła uwagę na prawa szczególnie poszkodowanych grup, takich jak kobiety, dzieci, Afroboliwijczycy, osoby niepełnosprawne oraz starsze. Głównym celem ochrony praw człowieka miało być Dobre życie (Vivir Bien) – idea, która zapewnia prawa człowieka, choć skupia się na ich trzeciej generacji, a więc kolektywnych prawach do pokoju, rozwoju, demokracji, dziedzictwa przeszłości czy środowiska naturalnego oraz uczestnictwie politycznym, pluralizmie, zmniejszaniu nierówności. Niestety, może być ona wykorzystywana w zależności od kontekstu. Niebezpieczne jest redukowanie praw obywatelskich do problemów związanych z warunkami życia oraz bezpieczeństwem. Sprowadza się to do schematu: rząd zapewnia obywatelom poprawę warunków życia, a ci w zamian za to urządzają demonstracje prorządowe.
Na pewno można powiedzieć, że rząd zasadniczo respektował prawa człowieka i wolności osobiste. Odbywały się wolne, demokratyczne wybory i referenda. W kraju panowała swoboda wyrażania opinii; co prawda władze atakowały media, ale wiele z nich było bardzo krytycznych wobec MAS i środków używanych przeciwko nim nie należy uznawać za zbyt radykalne. Działało wielu nadawców, w tym prywatni oraz media kościoła katolickiego. Często pojawiające się zarzuty o atakowanie wolnych mediów były nieco przesadzone, choć faktycznie strona rządowa podejmowała takie działania. Miały miejsce oskarżenia o ograniczanie wolności prasy, działania przeciwko mediom krytycznym wobec rządu, ataki na nieprzychylnych mu dziennikarzy. Symbolem może być przekształcenie najstarszej publicznej boliwijskiej stacji telewizyjnej, Televisión Boliviana, w strategiczne przedsiębiorstwo państwowe. Stała się ona tubą propagandową rządu, jednak zbankrutowała wskutek wycofania się reklamodawców. W jej miejsce utworzono Bolivia TV, całkowicie podporządkowaną rządowi. Stworzono także państwowy dziennik („Cambio”) i sieć radiową (Patria Nueva) oraz ponad 30 lokalnych rozgłośni skierowanych do Indian. Wprowadzone ustawy, mające na celu walkę z rasizmem i dyskryminacją, były wykorzystywane do ataków na przeciwników prezydenta.
Istotnym problemem w Boliwii jest przemoc wobec kobiet. Szacuje się, że ponad połowa Boliwijek doświadczyła przemocy domowej. System sądowy okazuje się nieefektywny w przypadkach rozsądzania spraw o gwałt i przemoc. Nowe podejście do tego problemu nawiązuje do idealistycznej, romantycznej wizji Indian, która zakłada, że płcie są równe i mają się uzupełniać. Jednak to do mężczyzn należy podejmowanie decyzji politycznych, a kobiety zajmują się raczej sferą domu. Istnieją różne poglądy na kwestię machismo u Indian, ale to mężczyzna ma rzeczywistą moc przywódczą, kobieta pełni funkcję uzupełniającą, pomocniczą. Mimo to kobieta w kulturze indiańskiej na pewno cieszy się większym równouprawnieniem niż w miejskich realiach Boliwii. Indiańskość rozumie relacje między płciami jako pomoc w codziennej pracy i małżeństwo oparte na wzajemności.
MAS popiera zwiększanie uczestnictwa kobiet w życiu politycznym. Konstytucja zapewnia ich równy udział. Ponad połowa członków parlamentu to kobiety, co stawia Boliwię na drugim miejscu na świecie pod względem reprezentacji kobiet w niższej izbie parlamentu. Już w pierwszym rządzie Moralesa znalazły się cztery kobiety. Większość obserwatorów skomentowała to twierdzeniem, że nie mają one kompetencji ani doświadczenia, co nie było prawdą. Jedna z nich, minister spraw wewnętrznych, była antropolożką, zasiadała w senacie oraz zajmowała się kwestią łamania praw człowieka. Pozostałe – Indianki – związane były z różnymi organizacjami boliwijskiego ruchu kobiecego.
Podobny problem stanowiła przemoc wobec dzieci oraz ich przymusowa praca. Co gorsza, nowa ustawa z 2014 roku pozwala na pracę dzieci w wieku 12–14 lat (pod pewnymi warunkami, np. nie dłużej niż 6 godzin dziennie), a w wieku 10–12 lat – w niezależnych, samodzielnych pracach pod nadzorem rodziców. Decyzja ta została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka. Główną przyczyną takiej sytuacji jest bieda, która zmusza niektóre rodziny do wysyłania do pracy nawet najmłodszych, wykorzystywanych później przez pracodawców.
Jednym z ważnych problemów, z którymi boryka się rząd boliwijski, jest ekologia. Boliwia jest jednym z najbardziej różnorodnych biologicznie krajów na świecie. Znajdują się tu różne ekosystemy: amazońskie lasy deszczowe, pustynia, Andy oraz około 20% tropikalnych lodowców. Sytuacja ekologiczna ma wpływ nie tylko na mieszkańców kraju, w tym na rolników, lecz także na klimat światowy.
Punktem wyjścia boliwijskiego spojrzenia na naturę jest Vivir Bien (indiańskie Suma Qamaña) – idea sprzeciwiająca się egoistycznemu, indywidualistycznemu kapitalizmowi, który dąży do akumulacji i eksploatacji. Kładzie się nacisk na wspólnotowy socjalizm, będący w harmonii z Matką Ziemią (Pachamamą). Rozwój ma odbywać się przez współpracę i uzupełnianie, a nie wykorzystywanie innych ludzi i współzawodnictwo; zamiast „lepszego życia”, rozumianego wąsko materialistycznie, proponuje „dobre życie”. Bierze pod uwagę nie tylko zysk czy przychód per capita, lecz także tożsamość kulturową, potrzeby wspólnoty, harmonię między ludźmi i z naturą. Ochrona środowiska ma podtekst typowo andyjski: Nasz głos pochodzi z przeszłości. Nasz głos to głos przykrytych śniegiem gór, które tracą swoje białe poncho. Rząd boliwijski stara się promować tę wizję za granicą, stąd pomysł na wprowadzenie Deklaracji Praw Matki Ziemi. W 2010 r. Boliwia wdrożyła prawo ustanawiające siedem zasad Matki Ziemi: życie, zróżnicowanie środowiskowe, wodę, czyste powietrze, równowagę ekosystemową, odnowę i życie wolne od zanieczyszczeń. Obywatel może nawet wnieść do sądu skargę w imieniu Matki Ziemi. Rewolucyjne prawodawstwo jak na razie znajduje się jedynie na papierze, jednak stanowi dobry punkt wyjścia.
Prezydent Morales jest postrzegany jako swego rodzaju głos ekologów, nawołujący do działań na rzecz obniżenia emisji gazów cieplarnianych, powołania międzynarodowego trybunału ds. zmian klimatycznych oraz ustanowienia Prawa dostępu do wody uniwersalnym prawem człowieka. Zgromadzenie Ogólne ONZ przyznało Moralesowi tytuł „Światowego Bohatera Matki Ziemi”. Jednak wszystkie te działania mają znaczenie głównie propagandowe; priorytetem dla rządu jest zapewnienie rozwoju gospodarczego. W czerwcu 2015 r. wprowadzono nowe ustawodawstwo, umożliwiające zwiększenie wydobycia surowców na kilku pozostałych obszarach chronionych. W miarę upływu czasu przedsięwzięcia gospodarcze mają większy priorytet niż ekologia.
Problem narkotykowy
Jednym z najważniejszych problemów Boliwii, zwłaszcza w relacjach z zagranicą, jest produkcja narkotyków. W Boliwii – inaczej niż w Peru czy Kolumbii – kwestia upraw koki to problem społeczny. Związany jest on przede wszystkim z sytuacją chłopów, a nie z guerillą, oddziałami paramilitarnymi czy gangami międzynarodowymi, czerpiącymi zyski z handlu narkotykami. Co więcej, skandal, który wybuchł w latach 80. pokazał, że rządząca junta uczestniczyła w produkcji i dystrybucji narkotyków – represje uderzyły więc jedynie w rolników, oszczędzając przetwórców, handlarzy i dostawców. Przez lata w wielu regionach państwo było w zasadzie nieobecne właśnie poza akcjami skierowanymi przeciwko uprawiającym kokę.
Rozbieżności między USA i niektórymi międzynarodowymi organizacjami a państwami andyjskimi w postrzeganiu koki biorą się głównie stąd, że ci pierwsi wiążą ją z kokainą, a ci drudzy – z kosmowizją indiańską. Koka, mimo że uznawana jest przez społeczność międzynarodową (w tym ONZ) za narkotyk, obiektywnie rzecz biorąc nim nie jest. Jest nim dopiero kokaina, wyekstrahowana z liści koki z użyciem środków chemicznych. Typowa herbatka z liści koki zawiera tak mało substancji narkotycznej, że jest ona dla organizmu nieodczuwalna. Tymczasem Konwencja ONZ z 1961 roku traktuje liście koki tak samo jak kokainę.
W regionie andyjskim od około 5 tysięcy lat kokę stosuje się powszechnie w obrzędach indiańskich (jest rośliną magiczną, źródłem energii, odgrywa istotną rolę w rytuałach i wróżbach), a także do walki z chorobą wysokościową, jako uzupełnienie diety, surowiec do produkcji różnych artykułów (takich jak mąka, herbata czy pasta do zębów) oraz lekarstwo. Koka zawiera wiele cennych minerałów, dodaje energii, zmniejsza uczucie głodu i bólu, zwiększa koncentrację.
Początek prezydentury Moralesa to zmiana nastawienia do walki z narkotykami. Boliwia postanowiła kontynuować walkę z kokainą, ale nie z uprawami liści koki. Już w 2006 r. rząd boliwijski opublikował nową strategię walki z przemytem narkotyków na lata 2007–2010. Miała ona opierać się na racjonalizacji, stabilizacji i kontroli produkcji liści koki przez partycypację społeczną oraz zapewniać legalne sposoby użytkowania wyprodukowanych liści. Przymusowa likwidacja upraw, narzucona wcześniej przez Stany Zjednoczone, została zastąpiona dobrowolnym przystępowaniem rolników do projektu oraz wzajemną kontrolą sąsiadów. Oparto się na porozumieniach z lokalnymi federacjami producentów tej rośliny, mających na celu ograniczenie areału upraw.
Założenia polityki rządu Moralesa koncentrowały się na uznaniu pozytywnych właściwości liści koki, uprzemysłowieniu upraw rośliny dla legalnych celów, racjonalizacji produkcji oraz położeniu większego wysiłku na zwalczanie produkcji kokainy i innych niedozwolonych narkotyków na wszystkich jej etapach. Służyć temu miała dekryminalizacja upraw koki, licencjonowanie ich oraz rozwijanie alternatywnych zastosowań koki, także na eksport.
Boliwia uważa, że USA, jako największy rynek konsumencki, nie mają prawa krytykować innych krajów w sprawie ich polityk antynarkotykowych. Zdaniem Evo Moralesa Ameryka nie ma też podstaw moralnych ani autorytetu, żeby w ogóle dyskutować o walce z narkotykami. Prezydent Boliwii posunął się nawet do stwierdzenia, że narkohandel jest dla Stanów Zjednoczonych dobrym interesem. Pozwala bowiem na usprawiedliwienie interwencji w krajach antyimperialistycznych, niechętnych hipermocarstwu. Jak stwierdził: Walka z przemytem narkotyków jest [dla USA] pretekstem do zdominowania Ameryki Łacińskiej […] do zdominowania naszych ludów, do pogwałcenia naszej suwerenności. Rząd Moralesa uważa, że Waszyngton powinien zająć się walką z popytem na kokainę u siebie, i z tego trzeba go rozliczać.
Perspektywy
Dzięki polityce rządu Moralesa sytuacja społeczna w Boliwii znacznie się poprawiła. „Zwrot na lewo” należy widzieć bardziej jako skutek niezadowolenia społeczeństwa i przebudzenia ludności autochtonicznej niż katalizator rewolucyjnych zmian. Społeczeństwo aktywnie protestuje przeciwko niektórym posunięciom rządu, mającemu coraz więcej przeciwników uważających jego działania za zbyt mało radykalne. Niektórzy przywódcy indiańscy, ekolodzy i aktywiści stali się krytykami MAS, argumentując, że partia coraz bardziej przychyla się do zaspokajania żądań bogatej białej mniejszości. Jak zauważył jeden z nich: [Rząd Moralesa] porzucił możliwość prawdziwej zmiany i szukania równości tak dla Indian, jak i Metysów. Poparcie dla Moralesa jednak utrzymuje się; obecnie jest na poziomie powyżej 60%. Nie wydaje się, żeby w najbliższym czasie powstała jakaś alternatywa mogąca przekonać większość Boliwijczyków.
przez Kacper Leśniewicz | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016, Wywiad - kwartalnik
– Zajmował się Pan strategiami życiowymi polskich robotników po 1989 roku. To był okres głębokich zmian, przekształcała się dotychczasowa rzeczywistość, a normy z nią związane traciły moc, tworzyły się zręby nowego systemu. Poświęcił Pan wiele godzin na rozmowy z robotnikami, którzy zostali wrzuceni w zupełnie nowy świat. Mieli oni za sobą określone doświadczenia, a przed sobą – konieczność stworzenia nowych projektów życiowych. Wzrost znaczenia niestandardowych form zatrudnienia, dezindustrializacja i ograniczone możliwości związków zawodowych – to tylko niektóre przejawy nowego porządku. Jak robotnicy radzili sobie z dominującą narracją o nowym człowieku, który miał myśleć racjonalnie i ekonomicznie? Gdzie szukali pomocy, jakie punkty orientacyjne były dla nich najważniejsze?
– Adam Mrozowicki: Na podstawie wywiadów, które przeprowadziłem z robotnikami, mogę powiedzieć, że człowiek wrzucony w tę nową rzeczywistość zwracał się często ku sobie i zaczynał myśleć w kategoriach indywidualistycznej walki o przetrwanie. Na początku zawsze trzeba było sobie radzić samemu. Z drugiej strony mieliśmy tych, którzy już na starcie poszukiwali w tej rzeczywistości wspólnotowych punktów oparcia. Mogły się one wywodzić z zasobów wyniesionych z poprzedniej rzeczywistości społecznej, z tradycji grup zawodowych, społeczności lokalnych.
– W książce, która jest efektem Pańskich badań, można przeczytać, że zebrany materiał dostarczył argumentów na rzecz tezy o negocjowanej podmiotowości robotników. Wspomniał Pan o pewnych zasobach, które wykorzystywali oni, ale szukanie dla siebie miejsca odbywało się w określonym otoczeniu społecznym. Zakładam, że pomyślenie o sobie jako o obywatelu, robotniku, osobie, której przysługuje godność, musiało być związane z walką. Jak wykuwała się podmiotowość tej grupy?
– Zasoby, na których opierały się różne formy robotniczego sprawstwa, nie były czymś całkowicie nowym. Na poziomie zbiorowym opierały się one na kapitale organizacyjnym, społecznym i kulturowym, a w pewnym sensie też politycznym, wyniesionymi z realnego socjalizmu, a często również z okresu przedwojennego, z długoletnich tradycji ruchu zawodowego. Z czasem były one dostosowywane do nowych realiów, w których – na przykład – formalna wolność związkowa była zagwarantowana, ale możliwości organizowania się były ograniczane już nie przez państwo, lecz przez kapitał prywatny i pracodawców z sektora publicznego. Na poziomie indywidualnym robotnicze sprawstwo w pierwszej fazie transformacji bazowało również na rodzinnych i indywidualnych zasobach z okresu przed 1989 rokiem. Obserwacja taka była zresztą bardzo powszechna wśród socjologów badających procesy dostosowawcze w społeczeństwie polskim w latach 90. Osobiście uważam jednak, że – wbrew tezom części badaczy – zasoby te nie mogą być interpretowane jako „niechciane dziedzictwo socjalizmu” albo bariera transformacji, rozumiałbym je raczej jako podstawę budowy środkowoeuropejskiego czy polskiego modelu kapitalizmu.
– W dyskusjach na temat związków zawodowych i robotników jako ważny punkt odniesienia dla tych środowisk podaje się często Kościół i różne autorytety. Czy takie stwierdzenia znalazły potwierdzenia w Pana rozmowach?
– Zdziwiło mnie, że podczas rozmów nie pojawiały się odniesienia do religii czy Kościoła. Nie było także odwołań do autorytetów z obszaru polityki. Nie widziałem w tych wywiadach żadnego fundamentalizmu. Spotkałem pojedyncze osoby, które mówiły językiem mesjanistycznym, ale podobnie marginalnie występowały również osoby mówiące językiem konfliktu klasowego. Przypisywany często robotnikom fundamentalizm, autorytaryzm, myślenie w kategoriach oczekiwania silnej władzy, która wszystko uporządkuje – tego wszystkiego nie było. Ocena klasy politycznej była bardzo negatywna, ale robotnicy nie tęsknili za silną ręką kogoś, kto „zrobi porządek”. Ich życie toczyło się po prostu obok władzy.
– W debacie publicznej w tamtym okresie często powtarzano, że przed społeczeństwem stoi wyzwanie związane z wielką zmianą, dzięki której Polska może się zbliżyć do Zachodu. W tej narracji podkreślano, że jedną z barier stojących na drodze do lepszego świata jest część obywateli i ich nawyki, postawy. Według intelektualistów to właśnie wspomniane podejście odpowiadało za wytwarzanie postaw roszczeniowych. Czy potrafi Pan odpowiedzieć na pytanie, jak konfrontowali się z taką narracją robotnicy?
Trudno odpowiedzieć na pytanie o konfrontację tych ludzi z dyskursami, bo oni oczywiście nie konfrontowali się bezpośrednio z językiem elit. Przede wszystkim zderzyli się z materialnością, czyli z tym, co się wokół nich zaczęło szybko zmieniać, a w pierwszym okresie te zmiany były dla nich niekorzystne. Ten proces konfrontowania się z modelem nowego człowieka odbywał się moim zdaniem przez praktyki materialne, czyli przez zderzenie z nowymi sposobami zarządzania. Robotnicy, jeszcze w PRL funkcjonujący gdzieś na peryferiach środowisk robotniczych, jako pierwsi wypadli z nich na początku lat 90., po prostu tracąc pracę. Tutaj rozczarowanie musiało być olbrzymie, a transformacja doświadczana była jako fatum. Nowy i stary system funkcjonowały gdzieś obok nich, a jeśli oni mówili o tej zmianie, to w kategoriach czegoś zewnętrznego, niekontrolowanego. Ci natomiast, którzy byli weteranami postsolidarnościowymi na poziomie zakładów pracy, byli rozczarowani, że zabrano im kontrolę nad przemianami w ich miejscach pracy.
– Konfrontacja ze zmieniającą się materią życia była procesem skomplikowanym poznawczo i nierzadko bolesnym. Przeprowadzony bez znieczulenia zabieg przeniesienia ze świata, który był jakoś przewidywalny, w rzeczywistość pozbawioną punktów orientacyjnych, mógł wywoływać dezorientację. Czy na to, jak robotnicy radzili sobie w nowej sytuacji i jakie strategie życiowe stosowali, miało wpływ ich usytuowanie klasowe?
– Tak, siłą rzeczy w początkowym okresie wiele zależało od tego, co wynieśli z okresu realnego socjalizmu, w sensie zasobów, które można wykorzystać do radzenia sobie w nowej rzeczywistości. Można podać przykład poczucia fachowości: ten fachowiec, który miał silną pozycję w zakładzie pracy w PRL, na początku mógł czuć, że jego kompetencje nie są doceniane. Był zmuszany do tego, żeby nieustannie dostosowywać się do rzeczywistości, zmieniać kwalifikacje itd. Jednak niekoniecznie musiał postrzegać tę sytuację jako coś całkiem nowego. Dla wielu ludzi konieczność pracy na wielu stanowiskach to było coś, co znali jeszcze z poprzedniego ustroju. Gdy zasoby zawodowe okazywały się zbyt słabe w nowej rzeczywistości, to często sposobem radzenia sobie było szukanie oparcia we wspólnocie, którą stanowiła np. szeroka rodzina. Wycofanie w rodzinę, we wspólnotę wielokrotnie pojawiało się w moich badaniach jako coś w rodzaju sieci bezpieczeństwa. Nierzadko w tamtym okresie pojawiały się opinie o wyuczonej bezradności, a ja powiedziałbym raczej o wyuczonej zaradności. Wiele osób wyniosło z PRL instytucjonalną zaradność, która wynikała z tego, że w gospodarce niedoboru trzeba było radzić sobie na wszystkie dostępne sposoby. Potransformacyjna przedsiębiorczość stanowiła w pewnym sensie kontynuację niektórych strategii przetrwania w PRL, choć oczywiście większość prywatnych przedsiębiorców nie przetrwała w warunkach ostrej konkurencji lat 90.
– Mówi Pan o wyuczonej zaradności robotników, ale początek lat 90. to w mediach i w debacie publicznej okres największej popularności, stosowanego z nonszalancją, pojęcia homo sovieticus. Mieliśmy do czynienia z zachętą do społecznej marginalizacji licznej grupy obywateli.
– To pojęcie w pewnym sensie zamroziło obraz robotnika – obraz, który mijał się z rzeczywistością. Nie zdawano sobie zupełnie sprawy z tego, że zasoby, które na co dzień wykorzystujemy do mierzenia się z otaczającym nas światem, nie mają znaczenia przypisanego z góry. W nowych realiach kolektywizm mógł być równie ważny w codziennym radzeniu sobie jak indywidualizm. Od początku to pojęcie było problematyczne, ponieważ zakładało, że wiele cech mentalnych ukształtowanych w realnym socjalizmie było właściwościami specyficznymi dla tego okresu. U podstaw kolejnych interpretacji tego pojęcia leżało błędne założenie o realnie uprzywilejowanej pozycji robotników. Tymczasem w badaniach z końcowego okresu PRL pojawia się raczej obraz wieloaspektowego braku uprawnień robotników. Począwszy od szans edukacyjnych dzieci, przez kwestie partycypacji, a kończąc na tym, jak robotnicy byli postrzegani przez inne warstwy i klasy społeczne. Ryszard Kapuściński w jednym z reportaży wspomina, że gdy rozpoczął się Sierpień ‘80, dla wielu inteligentów było to pomieszanie porządków – no bo jak to, robol, który wynosi śrubki z fabryki, nagle okazuje swoją podmiotowość i sprawczość, mówiąc przy tym własnym językiem. Pozytywna rewaluacja pojęcia „robotnik” nigdy w pełni nie nastąpiła, ciągle jakoś ciążyła na nim kultura postfeudalna. Nieustannie, również w PRL, były obecne elementy folwarcznej organizacji pracy. Transformacja to okres, który kulturowo kontynuował obecny także w Polsce Ludowej podział na oświecone elity i nieoświecone masy.
– W tym miejscu warto wspomnieć o procesie powielania pojęć negatywnie wartościujących, oprócz homo sovieticus były bowiem jeszcze inne. Profesor Piotr Sztompka w jednym ze swoich tekstów wskazywał na robotników jako nosicieli mentalnych nawyków, które stanowią barierę dla procesu demokratyzacji.
– Wydaje się, że podczas analizowania procesów związanych z transformacją zaniechano solidnej socjologii porównawczej, która zestawiałaby klasę robotniczą na Wschodzie i na Zachodzie. Jeśli na przykład mówi się, że górnicy są w Polsce wyjątkowo roszczeniowi, bo palą opony podczas demonstracji, to zapomina się, że trudno wskazać górników w jakimkolwiek kraju, którzy działają inaczej podczas wystąpień zbiorowych. I trudno nazywać to ich cywilizacyjną niekompetencją. Jest to element tradycyjnej proletariackiej kultury protestu. Kolejnym błędem był brak głębi historycznej, czyli brak cofnięcia się przed okres PRL i zobaczenia, jak niektóre cechy przypisywane PRL są pewną kontynuacją tego, co się ukształtowało w okresach wcześniejszych. Nieufność wobec państwa, to, co nazywamy brakiem kapitału społecznego, jest efektem nie tylko PRL – w Polsce państwo było postrzegane jako obce dużo wcześniej.
– Przedstawiciele nauk społecznych byli uodpornieni na tego typu dociekliwość poznawczą. Konsekwencje stosowania upraszczających i stygmatyzujących schematów wydają się jednak poważne.
– Te schematy w jakimś stopniu przekładały się na sposób uprawiania polityki. Można powiedzieć, że liberalne elity w pewnym sensie opuściły robotników i stworzyły grunt pod serię konserwatywnych zwrotów w polityce. Oczywiście nie można zapominać też o tym, że obóz konserwatywno-narodowy w podobny sposób instrumentalizuje robotników. Kwestie ekonomiczne są podporządkowane pewnej agendzie narodowej, mamy do czynienia z wizją solidaryzmu narodowego. Problem pojawia się, gdy pewne grupy wyłamują się z tej skonstruowanej politycznie solidarności narodowej, z wizji podporządkowania własnych interesów klasowych interesom narodu zdefiniowanym przez elity – wówczas interesy tych grup nie są adekwatnie reprezentowane. Wystarczy sobie przypomnieć protesty pielęgniarek w Białym Miasteczku w 2007 r. i paniczną reakcję na nie rządu Prawa i Sprawiedliwości.
– Liberalne i konserwatywne elity instrumentalnie traktują robotników, ale co ze społecznym sprawstwem i zdolnością do oporu robotników? Robotnik, który pracuje w branży poddanej restrukturyzacji, zaczyna sobie powoli uświadamiać skalę katastrofy.
– Opór jest wielowątkowy, sprawstwo słabych niekoniecznie musi się objawiać w zbiorowej kontestacji opartej na wyjściu na ulice czy w protestach pracowniczych. W pierwszej dekadzie transformacji silna fala protestów miała miejsce w latach 1992–1993, potem długo, długo nic i dopiero w latach 2005–2007 obserwujemy ich wyraźny wzrost, ale potem znów ich natężenie bardzo spadło. Naturalnie pojawia się pytanie, co się działo pomiędzy i czy to były momenty, gdy nie było protestów i oporu. Moim zdaniem przybierały one inne formy. W instrumentarium socjologii przemysłu te różne formy są opisywane w kategoriach pozazwiązkowych form wyrażania niezadowolenia. Na przykład w momencie, gdy po 2007 roku spadła liczba protestów, wzrosła skala takich form, jak indywidualne skargi do Państwowej Inspekcji Pracy. Najbardziej spektakularną formą sprzeciwu były i pozostają zagraniczne migracje, których znaczenia nie da się zredukować tylko do czynników czysto ekonomicznych. Te ostatnie są oczywiście ważne, ale to, dlaczego ludzie za granicą zostają, to już nie tylko kwestia pieniędzy, lecz często także jakości życia i pracy poza Polską.
– Wybranie drogi emigracji jest nierzadko trudnym osobistym przeżyciem, ale rodzi się pytanie o to, czy po tej masowej wyprowadzce nastąpi jakaś forma kontestacji, jakiegoś rodzaju mobilizacja społeczna?
– Formą obserwowaną obecnie jest głosowanie przez protest, ale nie jest to jedyny przejaw niezadowolenia społecznego. Kilka lat temu pojawiły się kampanie związków zawodowych dotyczące np. krytyki umów cywilnoprawnych czy jakości pracy w Polsce. To wszystko jest dla mnie pewnym przejawem odczarowywania mitu rynku. Pytanie, jak to niezadowolenie zostanie zagospodarowane. Czy kontrruchem będzie narodowy protekcjonizm, czy to jest coś przejściowego i będziemy mieli do czynienia z poszerzeniem pola o nowych aktorów społecznych. W moich badaniach na początku roku 2001 było widać w odniesieniu do kontrruchów i oporu społecznego, że część rozmówców zaczynała redefiniować związki zawodowe. Zaczęła się pojawiać kwestia aktywizmu związkowego, która zupełnie nie odpowiadała wizji pasywności i wycofania robotników ze sfery publicznej. Wizja aktywizmu związkowego była podparta pracą tożsamościową.
– Można powiedzieć, że działalność związkowa była pozytywnie wartościowana przez samych zainteresowanych?
– Podczas moich rozmów z osobami, które zakładały związki w supermarketach jeszcze przed wejściem Polski do UE, wynikało, że te osoby bardzo wierzyły w to, co robią, postrzegając swoją aktywność jako proces cywilizowania stosunków pracy. Poza tym w niektórych narracjach wyraźnie obecna była aktywność w społecznościach lokalnych, która także stanowiła formę oporu. Większość ludzi powtarzała, że na poziomie ich małych, lokalnych społeczności jest kompletna beznadzieja, że w wyniku masowej emigracji, między innymi ze Śląska Opolskiego do Niemiec, powstała pustynia społeczna, by użyć kategorii Winicjusza Narojka. Aby się temu przeciwstawić, część z nich zaczęła organizować się na poziomie parafii czy stowarzyszeń i zajmować misją ożywiania swoich lokalnych społeczności.
– Taki typ działania wpisuje się w rolę animatora społecznego – otrzymujemy obraz związkowca, który jest organizatorem życia na poziomie lokalnym. To zupełne przeciwieństwo powielanego w mediach wizerunku człowieka skupionego na egoistycznych interesach.
– Tak, wprawdzie ci ludzie nie posiadali przygotowania, ale taką rolę odgrywali. W tradycyjnych środowiskach robotniczych, hutniczych i górniczych związek zawodowy nigdy nie był typem związku, który skupia się wyłącznie na obronie interesów ekonomiczno-socjalnych. To było miejsce akulturacji, socjalizacji, gdzie ludzie kultywowali swoją tożsamość nie tylko robotniczą, ale też tożsamość związaną z kulturą przemysłową regionu. Dla mnie momentem kontestacyjnym w tych biografiach jest obrona fachowości, znaczenia robienia czegoś, co – pomimo że w publicznym dyskursie jest przedstawiane jako praca „robola” – ma głęboki sens, bo jest elementem tworzenia rzeczy ważnych dla całego społeczeństwa. Fachowość wpływała także na poczucie samorealizacji, ponieważ coś istotnego można przekazać kolejnym pokoleniom.
– Jeśli takie pokolenia będą i będzie komu przekazać swoją wiedzę…
– To była jedna z tragedii tych fachowców. Oni mieli poczucie, że w związku z dezorganizacją i zamykaniem zakładów nie mają komu przekazać tej wiedzy, którą zdobyli, a jednocześnie mieli świadomość, że ich praktyczna wiedza jest potężna. To, co obecnie mówi się na temat dziury pokoleniowej w szkolnictwie zawodowym, jest echem tego, co się działo na początku lat dwutysięcznych w tych biografiach. Moi rozmówcy mówili wtedy, że dokładnie coś takiego się wydarzy. Zdawali sobie z tego sprawę w momencie, gdy nie mogli przekazywać młodym ludziom swojej wiedzy, bo ich zakłady się kurczyły, bo przychodzili menedżerowie, którzy mieli inną wizję tego, jak powinna wyglądać praca robotnika. To nowe wyobrażenie było oparte na procedurach, kontroli jakości, importowanych systemach zarządzania, a nie na wiedzy praktycznej. Cały kapitał kulturowy, który oni nagromadzili, zaczął się w efekcie dewaluować.
– Mit o samoregulującym się rynku zaczyna upadać. Przykład marnowania kulturowego dorobku związanego z konkretnym zawodem jest przejawem brutalności wolnego rynku.
– Wydaje mi się, że tak, chociaż nasi rozmówcy niekoniecznie tym językiem to wyrażali. Jeżeli przyjmiemy wizje samoregulującego się rynku, to w gruncie rzeczy kwestionujemy znaczenie instytucji społecznych potrzebnych do tego, żeby ten rynek w ogóle istniał. Taką instytucją były właśnie m.in. kultury zawodowe, w ramach których istniały reguły formalne zawierające możliwość przyuczenia kogoś do zawodu. Gdy mówimy współcześnie o deregulacji zawodów, to jest ona taka liberalna, ponieważ zakłada, że zawód jest czymś, czego można się bardzo szybko nauczyć i konkurować z innymi. Robotnicy tak nie myśleli, nawet ci, którzy wykonywali proste prace, np. kasjerki – również u nich pojawiała się myśl, że aby dobrze pracować, trzeba umieć coś więcej niż obsługiwać kasę fiskalną
– Bezpośrednie obserwowanie procesów związanych z przemianami w świecie pracy, dostrzeżenie zmian, które za moment unieważnią dużą część ludzkiego doświadczenia, mogło stanowić przyczynek do krytycznej refleksji. Tymczasem obawami o przyszłość można było się podzielić z samym sobą – trudno o większe poczucie osamotnienia.
– Poczucie takiego osamotnienia, czy pewnej stygmatyzacji, było obecne w moich rozmowach i to niezależnie od strategii życiowych. Trudno wskazać partię polityczną, która realnie odwoływałaby się po 1989 roku do doświadczeń robotników. Nie było wrażliwości na głosy płynące z dołu. Niektórzy socjologowie nawet nie uznawali związków zawodowych za część społeczeństwa obywatelskiego. W sytuacji, w której miały one ograniczone przełożenie na proces polityczny, głosy pracowników nie były po prostu słyszalne.
– Zaraz po 1989 roku związki zawodowe zostały poddane w przestrzeni publicznej zabiegom dyscyplinującym. Opinie stawiające związkowców do pionu były wpisane w opowieść o wielkiej zmianie.
– Część związków zakładowych kupiła rolę pośrednika między pracownikami a wielkim projektem modernizacyjnym. Wiele działań podejmowanych na dole, które potem przekładały się na to, co na górze, to były sytuacje, gdy związkowcy zostali wpuszczeni w sytuację, w której nie do końca potrafili sobie poradzić. Związkowcy często próbowali odgrywać role odpowiedzialnych uczestników procesów prywatyzacji i restrukturyzacji. Jeżeli stali przed sytuacją bankructwa zakładu, widzieli, że się sypie, że technologicznie przegrywa, to zaczynali szukać prywatnego inwestora. Często nie widzieli wyjścia, bo słyszeli: prywatyzujemy albo likwidujemy.
Takich dramatycznych momentów było wiele. Związkowczyni z jednego z wrocławskich zakładów opowiadała mi, że siedziała na zebraniu rady pracowniczej, gdy głosowali decyzję o komercjalizacji, i płakała, bo widziała, że ten zakład się rozpada. Mamy do czynienia z potężną konfrontacją z maszyną transformacji, która nie dawała w zakładach pracy szans osobom bez wsparcia w postaci armii prawników i ekspertów. Transformacja była tragedią dla zbiorowego sprawstwa robotników. Pierwszą tragedią, pierwszym uderzeniem i rozbiciem ich sprawstwa był stan wojenny i jego konsekwencje dla wzbudzenia niewiary i rozczarowania działaniem zbiorowym, a drugim była pułapka transformacyjna, w przypadku której kapitał organizacyjny, symboliczny i zasoby związkowe były niewystarczające, aby bez wsparcia elit mogły zbudować znaczącą pozycję w nowym systemie.
– Zabrakło fachowej pomocy, bez której niewiele można zrobić w kwestii rozpoznania sytuacji, o samej zmianie nie wspominając. W tak niesprzyjających okolicznościach robotnicy nie byli w stanie poradzić sobie z efektami zmiany systemowej. To również miało duże znaczenie dla ich działania podmiotowego i zdefiniowania przez nich interesów zbiorowych.
– Zabrakło przychylnego państwa, neoliberalna transformacja nie odbyła się w sposób oddolny. To był projekt polityczny i ten projekt realizowało państwo. Gdy dzisiaj rozmawiam ze związkowcami na temat branżowych układów zbiorowych pracy i pytam, dlaczego ich w Polsce nie ma, to jednym z podawanych powodów jest to, że państwo od początku było nieprzychylne temu, żeby dać taką siłę związkom zawodowym. Formalnie to jest zapisane w prawie, ale właściwie nie ma zachęt dla pracodawców, żeby zawierać takie układy. Dyskusja o protestach związków zawodowych w procesie transformacji jest skomplikowana. Narracja o tym, jak to związki zawodowe zdradziły robotników, przyjmując kurs neoliberalny i wierząc bezgranicznie w mit wolnego rynku, wydaje mi się jednak dużym uproszczeniem.
– Państwo stało z boku, gdy walec transformacji miażdżył i unieważniał część biografii i dokonań robotników. Musiało to odcisnąć ślad na tym, jak zaczęło być ono postrzegane. Co robotnicy myśleli na jego temat?
– W zebranych przez nas biografiach bardzo wyraźnie widać było trwanie tego, co Stefan Nowak w latach 70. nazwał próżnią socjologiczną, brakiem solidnych punktów odniesienia pomiędzy poziomem codziennych mikropraktyk i wartości rodzinnych a poziomem – odświętnych – wartości narodowych. To nie jest w sytuacji polskiej coś zupełnie nowego. Państwa, które mogłoby być punktem pozytywnej identyfikacji dla szerokich rzesz obywateli, brakowało przez większą część polskiej historii. Odzyskane po 1989 roku również nie wygenerowało takich silnych pozytywnych identyfikacji – oczywiście, trwały i rozwijały się identyfikacje narodowe, ale nie udało się chyba przezwyciężyć poczucia opozycji między „narodem” a „państwem”, co zresztą stało się narzędziem mobilizacji w czasie niedawnych wyborów.
– Chciałbym jeszcze wrócić do wątku szeroko pojętego sprawstwa i jego związku z potencjalnym oporem. Biorąc pod uwagę otoczenie społeczne, w jakim żyli na co dzień robotnicy, w jaki jeszcze sposób przejawiała się ich sprawczość?
– Jeżeli mówimy o sprawstwie w kategoriach oporu, to widzimy tylko część historii. Sprawstwo może być także czymś, co pojawia się niekoniecznie jako kontestacja rzeczywistości. Sprawstwo to także próba założenia małego sklepu spożywczego w swojej miejscowości. Ciekawe są przykłady oporu na poziomie mikro, które wiążą się z tym, że ludzie w zakładzie pracy robią sobie przerwę i obchodzą imieniny. To są sytuacje, w których mamy do czynienia z próbami uczynienia czegoś, co nie do końca wpisuje się w dominujące w danym przedsiębiorstwie procedury, normy. Humor w pracy – pamiętam taką historię młodych pracowników, którzy w jednym z zakładów motoryzacyjnych na początku obecnego stulecia zaczęli na różne sposoby domagać się tego, żeby mogli słuchać radia przy stacji roboczej. To wszystko są strategie zakładające zakorzenienie we wspólnocie, w grupie, w rodzinie, w różnych kategoriach zbiorowości społecznych…
– Mamy koniec 2015 roku. Wielu zapowiada karnawał manifestacji i strajków. Jednak obserwując obywatelską aktywność i potencjalny opór, można dojść do wniosku, że najbardziej aktywne są media. Chciałbym zapytać o ocenę sprawstwa i gotowości do działania samych obywateli. Czy dostrzega Pan związek między pedagogiką zawstydzania związkowców i ich protestów w poprzednich dekadach a obecnym potencjałem sprzeciwu?
– Myślę, że będziemy obserwować dalszą polaryzację protestów, przy czym nie sądzę, aby związki zawodowe gremialnie poparły politykę obecnego obozu władzy. Po pierwsze, ich baza członkowska jest bardzo zróżnicowana politycznie. Po drugie, związki zawodowe wiedzą, że zbyt silny mariaż z obozem władzy zawsze kończył się dla nich dużymi stratami wizerunkowymi. Sądzę, że związki zawodowe będą starały się zachować sporą autonomię w obecnej sytuacji, popierając selektywnie reformy propracownicze. Co do mobilizacji pozazwiązkowej, to myślę, że tutaj prym wieść będzie nowa klasa średnia, a prędzej czy później dojdzie do konfrontacji na tle kulturowym i ustrojowym ze środowiskiem konserwatywnym. Jeśli do nich dojdzie, dla klasy średniej będzie to pierwsze doświadczenie dużych, zbiorowych protestów. Sam jestem ciekaw, czy będą one miały miejsce i jak będą wyglądały.
– Dziękuję za rozmowę.
Grudzień 2015 r.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Katarzyna Lisowska | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016
Nowy model rolnictwa, bazujący na genetycznie zmodyfikowanych roślinach uprawnych, ma wielu entuzjastów, zwłaszcza wśród osób, które uważają się za miłośników postępu. Wśród ludzi o bardziej refleksyjnych postawach rodzi on jednak wiele obaw, związanych m.in. z wpływem na środowisko i na stosunki społeczno-ekonomiczne.
Zagadnienia te są trudne do naukowej oceny i dlatego często wyobrażenia na ich temat mają charakter niepotwierdzonych obiegowych opinii. W USA powołano specjalny zespół, który miał zająć się analizą tego problemu – Committee on the Impact of Biotechnology on Farm Level Economics and Sustainability. Raport z prac zespołu1, opublikowany w 2010 r., był pierwszą próbą wszechstronnego oszacowania skutków powszechnej implementacji upraw GMO przez amerykańskie rolnictwo. Zespół analizował, w jaki sposób uprawy GMO wpłynęły na życie rolników, ich dochody, praktyki rolnicze, decyzje produkcyjne itp., a także na środowisko. Analizę oparto na przeglądzie dostępnej literatury naukowej. Przy okazji zidentyfikowano obszary problemowe, w których brakuje badań naukowych lub są one niedostateczne. Ten problem dotyczy przede wszystkim zagadnień o charakterze społeczno-ekonomicznym.
Autorzy raportu mocno podkreślają zalety biotechnologii rolniczej, jednak sygnalizują również poważne problemy towarzyszące uprawom GMO. Podobne wnioski powtórzone są w nowszym raporcie amerykańskiego Departamentu Rolnictwa z 2014 r.2 Przyjrzyjmy się negatywnym skutkom upraw GMO omówionym w obu amerykańskich raportach oraz w kilku innych opracowaniach.
Problem „superchwastów”
Większość upraw GMO w USA i na świecie stanowią rośliny z cechą oporności na środki chwastobójcze (herbicydy). Rośliny te można bezkarnie opryskiwać herbicydami totalnymi – chwasty wówczas giną, a uprawy pozostają nietknięte. Raport ocenia, że główną zaletą tej technologii jest wyeliminowanie głębokiej orki, powszechnie dotąd stosowanej metody zwalczania chwastów. To z kolei pozwala ograniczyć erozję, zjawisko szczególnie dotkliwe na amerykańskim Środkowym Zachodzie. Drugą zaletą jest to, że herbicydy stosowane w uprawach GMO to w większości środki oparte na glifosacie, substancji stosunkowo mało toksycznej.
Jednakże, jak podkreślają autorzy, korzyści te nie są trwałe, ponieważ wskutek niemal wyłącznego stosowania glifosatu narasta zjawisko uodparniania się chwastów na ten środek. Technologia upraw GMO nie jest jedyną przyczyną powstawania oporności chwastów, jednak autorzy raportu zauważają, że znacząco wpływa ona na przyspieszenie tego procesu. Dane statystyczne amerykańskiego Departamentu Rolnictwa wskazują na silną korelację między wzrostem areału upraw roślin GMO a wzrostem ilości glifosatu stosowanego na polach. Jego nadużywanie powoduje presję ewolucyjną na zbiorowiska chwastów i wytwarzanie przez nie mechanizmów obronnych (oporności).
W okresie od 1996 r., kiedy wprowadzono pierwsze uprawy GMO, do 2010 r. odnotowano w USA 9 nowych gatunków chwastów opornych na glifosat. Dla porównania – licząc od 1974 roku, kiedy skomercjalizowano glifosat, na świecie w obszarach bez upraw GMO wyewoluowało zaledwie 7 opornych gatunków. Obecnie (w 2015 r.) jest już 29 gatunków opornych na glifosat, głównie w krajach, gdzie masowo uprawia się zboża GMO (według bazy Weedscience.org)3.
Przeciwdziałanie oporności chwastów
Aby zapobiegać powstawaniu oporności, zaleca się stosowanie bardziej różnorodnych praktyk zwalczania chwastów, takich jak rotacja herbicydów, mieszanki herbicydów o różnych mechanizmach działania, metody mechaniczne (orka), płodozmian oraz czyszczenie maszyn rolniczych, co zmniejsza rozprzestrzenienie się nasion chwastów opornych na herbicydy. Warto zauważyć, że te zalecenia oznaczają zwiększenie zużycia herbicydów, powrót do bardziej toksycznych środków i do tradycyjnych, bardziej pracochłonnych praktyk rolniczych, tym samym eliminując dotychczas wskazywane korzyści płynące z technologii upraw GMO.
Opracowuje się też nowe odmiany zbóż zawierające cechę oporności na liczne substancje chwastobójcze. Ich uprawa będzie się jednak wiązała z wyższym zużyciem herbicydów oraz powrotem do bardziej toksycznych substancji. Autorzy zauważają również, że problem oporności na te kombinacje herbicydów powróci za kilka lat.
Zanieczyszczenia GMO a koszty produkcji
Zanieczyszczenie upraw konwencjonalnych jest problemem dla rolników funkcjonujących na rynkach zbytu uzależnionych od braku domieszki GMO. Domieszka GMO w produktach ekologicznych, które z definicji nie mogą go zawierać, może producentów całkowicie pozbawić zysku.
W wielu krajach konsumenci sceptycznie podchodzą do żywności GMO, co ma znaczący wpływ na rynek eksportowy USA. Na przykład soja Roundup Ready (oporna na znany herbicyd) jest importowana do Europy, ale jest tu w większości wykorzystywana w żywieniu zwierząt, a nie w produkcji żywności. Co więcej, w Austrii i Niemczech czy w sieciach handlowych Marks&Spencer w Wielkiej Brytanii i Carrefour we Francji preferowane są produkty od zwierząt karmionych paszą bez GMO. Zanieczyszczenie pasz domieszką zmodyfikowanej soi nie jest akceptowane w tych sektorach rynkowych.
Ogromne straty spowodowało zanieczyszczenie amerykańskich dostaw ryżu eksperymentalną odmianą ryżu LL601 firmy Bayer. Eksperymenty z ryżem LL601 były prowadzone na polach tylko w 2002 r.
W roku 2006 wykryto jego obecność w dostawach tego zboża na całym świecie. Po tym incydencie wiele krajów Unii Europejskiej, Japonia, Korea Południowa i Filipiny wdrożyło ścisły system kontroli importowanego ryżu, a Rosja i Bułgaria zakazały importu z USA. Ucierpiał amerykański eksport: w marcu 2007 sprzedaż na rynki zagraniczne spadła o 20% w porównaniu z 2006. W roku 2010 toczyło się ponad 500 procesów przeciw firmie Bayer z roszczeniami od 6600 powodów. Sytuacje podobne do opisanej nie są wyjątkiem. Baza danych GMcontaminationregister.org odnotowuje dziesiątki podobnych zdarzeń każdego roku4.
Wbrew obiegowym opiniom zanieczyszczenie GMO następuje nie tylko poprzez zapylenie krzyżowe między roślinami konwencjonalnymi a ich zmodyfikowanymi odpowiednikami. Najczęstszym źródłem zanieczyszczenia jest fizyczne wymieszanie nasion, co może nastąpić w skupie, w magazynach rolniczych, podczas transportu czy na liniach produkcyjnych. Zanieczyszczenie pojawia się także wskutek kiełkowania nasion GMO pozostawionych na polu czy przeniesionych przez wiatr lub zwierzęta. Logistyka zapobiegania zanieczyszczeniom oraz procedury kontrolne znacząco zwiększają koszty produkcji w przemyśle spożywczym i rolniczym.
Wydajność i opłacalność upraw GMO
Amerykański raport ocenia, że rolnicy, którzy przestawili się na uprawy GMO, odnieśli korzyści finansowe. Należy je przypisać dwóm czynnikom: lepszej ochronie plonów i niższym kosztom produkcji. Według cytowanego raportu uprawy oporne na herbicydy dają nieznacznie większy plon niż uprawy konwencjonalne, a zwalczanie chwastów jest w ich przypadku łatwiejsze i tańsze. Dotyczy to jednak tylko tych gospodarstw, w których nie pojawiły się jeszcze chwasty oporne na glifosat.
Autorzy raportu przyznają, że pierwsze odmiany oporne na herbicyd plonowały słabiej niż tradycyjne, jednak w ich opinii problem ten został później wyeliminowany. W przypadku upraw soi nie potwierdza tego analiza uniwersyteckich eksperymentów polowych prowadzonych w USA, zamieszczona w opracowaniu „GM soy. Responsible? Sustainable?”5, z której wynika, że soja GMO zazwyczaj plonuje słabiej niż konwencjonalna.
W USA w cenę ziarna GMO wliczona jest tzw. opłata technologiczna. Nasiona te są więc droższe niż konwencjonalne. W pierwszym raporcie stwierdzono, że rentowność netto w postaci większego plonu i/lub niższych kosztów produkcji nie zawsze rekompensuje tę różnicę. Wysoki poziom akceptacji upraw GMO w USA nie daje się więc wytłumaczyć zyskownością tych upraw. Autorzy uważają, że należy to przypisać innym korzyściom, takim jak większa łatwość produkcji rolnej oraz mniejsze ryzyko produkcyjne. Dzięki mniej czasochłonnej technologii produkcji rolnik ma więcej wolnego czasu i może dodatkowo zarobkować poza rolnictwem. Podsumowując, wydaje się, że wydajność upraw GMO nie jest większa niż upraw tradycyjnych, a korzyści wynikają z lepszej ochrony plonów, a nie z wyższej produktywności.
Autorzy zauważają, że nie ma dotąd naukowych opracowań, które pozwoliłyby ocenić wpływ pasz GMO na opłacalność hodowli zwierząt. Przekonanie o pozytywnych efektach ekonomicznych jest zatem w większości efektem teoretycznych założeń, które nie zostały naukowo potwierdzone.
Monopolizacja rynku nasion
W raporcie podjęto próbę oceny, jak nasilająca się koncentracja rynku dostawców nasion wpływa na ceny, genetyczną różnorodność odmian uprawnych czy dostępność określonych odmian. Okazało się, że zagadnienia te nie były dotąd naukowo badane. Autorzy sygnalizują doniesienia rolników, którzy skarżyli się na utrudniony dostęp do nasion konwencjonalnych i starszych odmian GMO.
Koncerny zainwestowały znaczne fundusze w komercjalizację chronionych patentem cech GMO. Przedmiotem ich zainteresowania są przede wszystkim te rośliny uprawne, które mają duży udział w rynku rolnym. Dlatego celem modyfikacji były niemal wyłącznie kukurydza, soja, bawełna i rzepak. Dotąd nie zostały skomercjalizowane modyfikacje wielu innych roślin, ponieważ ich potencjał marketingowy jest niewystarczający. Nie skomercjalizowano też niemal żadnych innych modyfikacji poza opornością na herbicydy i szkodniki.
Społeczne aspekty agrobiznesu GMO
Amerykański raport stwierdza niedostatek badań naukowych nad społecznymi skutkami upowszechniania się upraw GMO. W tym miejscu posłużymy się więc innym opracowaniem „GM soy. Sustainable? Responsible?” z 2010 roku, które opisuje sytuację w Ameryce Południowej, drugim największym obszarze upraw GMO na świecie. Argentyna, gdzie w roku 2009 było 19 mln hektarów obsianych soją oporną na herbicyd, jest wskazywana jako przykład sukcesu tego modelu rolnictwa. Jednak produkcja soi GMO wiąże się także z poważnymi skutkami, w tym – wzrostem ubóstwa i bezrobocia, koncentracją produkcji rolnej w rękach niewielkiej liczby podmiotów, migracją ludności wiejskiej do miast czy utratą niezależności żywnościowej.
Uprawy GMO są opłacalne przede wszystkim dla właścicieli dużych gospodarstw o wysokim stopniu mechanizacji. Wielu małych i średnich rolników nie wytrzymało konkurencji z gigantami agrobiznesu. Monokultury soi GMO i metoda siewu bezpośredniego (bez orki) określane są jako rolnictwo bez rolnika – do obróbki 1000 hektarów wystarczy dwóch pracowników.
W Paragwaju około 77% gruntów uprawnych znajduje się obecnie w rękach zaledwie 1 procenta populacji. Od początku boomu sojowego w 1990 r. prawie 100 000 drobnych rolników przeniosło się do miejskich slumsów; rocznie około 9000 rodzin wiejskich jest rugowanych z ziemi. Wśród przyczyn tych zjawisk upatruje się wzrostu przemysłowej produkcji soi GMO.
Kolejny problem jest związany z rosnącym zużyciem herbicydów na bazie glifosatu. Szacuje się, że przy rocznej produkcji 50 mln ton soi GMO zużywa się ok. 200 milionów litrów herbicydów (dane z Argentyny z 2009 r.). Coraz więcej obserwacji wskazuje, że liczne problemy zdrowotne mieszkańców wsi i rolników mogą być powiązane ze stosowanymi w uprawach GMO opryskami, które często są prowadzone z powietrza. W niektórych regionach wprowadzono sądowy zakaz takich oprysków.
Wnioski
Na podstawie lektury raportu amerykańskiego zespołu problemowego powołanego do oceny wpływu technologii GMO na rolnictwo w USA można przyjąć, że dotychczasowy bilans był korzystny dla rolników i dla środowiska naturalnego. Raport sygnalizuje jednak, że niektóre korzyści mają krótkotrwały charakter i już wykazują tendencje spadkowe. Główne zalety to rezygnacja z głębokiej orki w uprawach roślin GMO opornych na herbicydy oraz zastąpienie wcześniej stosowanych, bardziej toksycznych środków, herbicydami na bazie glifosatu. Jednak nadużywanie glifosatu doprowadziło do ograniczenia jego efektywności wskutek pojawienia się chwastów opornych na ten środek.
Raport zauważa również, że wśród zmodyfikowanych genetycznie roślin dominują kukurydza, soja, bawełna i rzepak; koncerny biotechnologiczne komercjalizują tylko rośliny o dużym potencjale rynkowym. W zakresie rodzaju modyfikacji genetycznych występuje podobne zjawisko – większość roślin GMO zawiera jedną z dwóch lub obie cechy – oporność na szkodniki lub/i oporność na środki chwastobójcze. Inne cechy korzystne dla konsumenta, a nie tylko dla producenta, nie mają wystarczającego potencjału rynkowego i nie są atrakcyjne dla koncernów biotechnologicznych. Zatem mimo dużych społecznych nadziei, że inżynieria genetyczna może być wykorzystana w odniesieniu do większej liczby gatunków uprawnych i tworzyć modyfikacje, które będą pożyteczne dla ludzkości, np. przyczyniać się do zwiększenia bezpieczeństwa żywnościowego społeczeństw, takie produkty GMO nie są dotąd skomercjalizowane.
Konsumenci w wielu krajach nie akceptują GMO, dlatego zanieczyszczenie przez nie upraw i zbiorów powoduje straty u producentów i eksporterów. Do zanieczyszczenia dochodzi przede wszystkim poprzez mechaniczne mieszanie nasion GMO z nasionami tradycyjnymi w skupie, w transporcie, w magazynach czy na liniach produkcyjnych. Mechanizmy kontrolne, mające zapobiegać zanieczyszczeniom, generują znaczące dodatkowe koszty w produkcji rolnej i spożywczej, a kolejne przypadki zanieczyszczeń są przyczyną poważnych strat i problemów z eksportem.
Wiele efektów upowszechniania się biotechnologii rolniczej nie było dotychczas przedmiotem systematycznych naukowych badań i ocen. Wśród nich są przede wszystkim zagadnienia społeczne i ekonomiczne. Liczne dane z Ameryki Południowej wskazują, że upowszechnianie się upraw GMO może mieć niekorzystny wpływ na kondycję drobnych gospodarstw, prowadząc do wzrostu bezrobocia i ubożenia społeczeństwa.
Wiele korzyści przewidywanych przez nauki ekonomiczne nie zostało udokumentowanych. Podobnie niewiele jest badań dotyczących tego, w jaki sposób zwiększenie koncentracji rynku dostawców nasion wpływa na wydajność plonów, różnorodność genetyczną upraw, dostępność określonych odmian i ceny nasion. Na wiele kluczowych pytań wciąż nie ma zatem odpowiedzi, a wiele obaw związanych z GMO pozostaje nierozwiązanych.
Przypisy:
- National Research Council, The Impact of Genetically Engineered Crops on Farm Sustainability in the United States, Washington 2010.
- J. Fernandez-Cornejo, S. Wechsler, M. Livingston, L. Mitchell. Genetically Engineered Crops in the United States, ERR-162 U.S. Department of Agriculture, Economic Research Service 2014.
- GM Contamination Register, www.gmcontaminationregister.org/.
- International Survey of Herbicide Resistant Weeds, www.weedscience.org/.
- M. Antoniou, P. Brack, A. Carrasco, J. Fagan, M. Habi, P. Kageyama, C. Leifert, R.O. Nodari, W. Pengue, M Soy – Sustainable? Responsible?, www.gls.de oraz www.gentechnikfrei.at
przez Marceli Sommer | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016, Wywiad - kwartalnik
– W swojej pracy naukowej zajmuje się Pan m.in. mechanizmami systemu finansowego, które powodują destabilizację i przyczyniają się do kryzysów gospodarczych. Czy obserwując problemy, z jakimi boryka się światowa gospodarka w ostatnich latach, miał Pan poczucie, że na naszych oczach realizują się scenariusze już od dawna wyjaśnione i opisane (m.in. przez polskich ekonomistów, takich jak Michał Kalecki czy Oskar Lange, którymi się Pan inspiruje), czy może coś – jakieś nowe zjawiska, mechanizmy – Pana zaskoczyło?
– Prof. Jan Toporowski: Zaskoczył mnie początkowo sam wybuch kryzysu. A później – pokutujące do dziś – przekonanie o jego wyjątkowości i przełomowym charakterze. Pamiętam, że w 2007 r. rozmawiałem o tym, co dzieje się na rynkach finansowych, z jednym z czołowych lewicowych ekonomistów w Oksfordzie, Andrew Glynem. Widoczne już wówczas turbulencje traktowałem jako zjawisko sezonowe. Od lat śledząc sytuację na rynkach wiedziałem, że w lecie rynki w Anglii i – do pewnego stopnia – w Stanach Zjednoczonych zmagają się z brakiem płynności. Ludzie wyjeżdżają na wakacje i nikt nie chce robić wtedy większych operacji na akcjach czy obligacjach. Tak też powiedziałem Glynowi. Okazało się, że to było trochę więcej niż przejściowy brak płynności [śmiech].
Ale jednocześnie, wbrew dość wówczas na lewicy rozpowszechnionemu przekonaniu, że mamy do czynienia z „ostatecznym krachem systemu kapitalistycznego” – wobec którego byłem dość sceptyczny – moja diagnoza nie była wcale bardzo odległa od rzeczywistości.
Bardzo rozpowszechnione do dziś jest przekonanie, że kryzys wywołany został przez fałszerstwa i inne patologiczne zachowania bankierów i finansistów, związane z operacjami na tak zwanych Collateralized Debt Obligations (obligacji zabezpieczonych długiem), czyli stosowanych przez instytucje finansowe instrumentach pochodnych opartych na długu, oraz przez kredyty subprime (kredyty wysokiego ryzyka, przyznawane osobom o niskiej zdolności kredytowej). Inni twierdzili lub twierdzą, że źródłem kryzysu był nadmierny poziom zadłużenia prywatnego.
W rzeczywistości było jednak inaczej. Głównym problemem naprawdę był brak płynności. Pierwsza reakcja banków centralnych na kryzys po upadku Lehman Brothers była dość standardowa – uwolnienie rezerw, które miały ustabilizować rynki. I te metody przyniosły zamierzony efekt. Gdy płynność została przywrócona dzięki działaniom banków centralnych, rynki wróciły do stanu równowagi, a amerykańska Rezerwa Federalna, która w ramach programu antykryzysowego skupiła sporo aktywów uważanych za „toksyczne”, ostatecznie na tym zarobiła!
Racji nie miała także lewica, która utożsamiła cały system finansowy z lichwą i twierdziła, że kryzys wynikł z tego, iż biedna klasa robotnicza w Stanach kompensowała niskie zarobki życiem na kredyt, generując zadłużenie, którego nie była potem w stanie obsłużyć. W rzeczywistości przytłaczająca większość skumulowanego zadłużenia amerykańskich gospodarstw domowych dotyczyła klasy średniej – rodzin, które mają pewne zabezpieczenie i w razie niewypłacalności mogą po prostu sprzedać dom i kupić sobie mniejszy.
Na początku lat 90. przeprowadzono w USA takie badanie, w którym sprawdzono prawdopodobieństwo niewypłacalności. Intuicyjnie oczywiste wydaje się, że ono musi być związane z dochodem: że ci, którzy mają wyższy dochód, są mniej zagrożeni, a ci, którzy mają niższy – bardziej. Tymczasem z badania rynku wynikło, że jest wręcz odwrotnie – że to ci, którzy zarabiają najwięcej, najczęściej rezygnują ze spłacania swoich długów, a najbiedniejsi najrzadziej.
– Jak to możliwe?
– Dla kogoś, kto – tak jak ja – pochodzi z biednej rodziny, to wcale nie jest tak bardzo zaskakujące. Weźmy przypadek amerykański. Ubodzy w USA mieszkają często na osiedlach kontenerowych, w takich blaszanych przyczepach. I ta przyczepa stanowi wszystko, co taki człowiek ma. On będzie harował po 24 godziny na dobę, żeby tylko spłacić kredyt, bo inaczej nie będzie miał nic. Sytuacja zmienia się diametralnie, jeśli mówimy o kredycie na kupno któregoś z kolei domu. Jeśli ktoś zamożny stwierdza, że chce przestać go spłacać, to po prostu przestaje, przepisując wcześniej majątek na innego członka rodziny. Bank zajmuje niespłacony dom, kredytobiorca nie traci dobytku, i wszyscy są zadowoleni.
Każdy przypadek zajęcia domu najuboższych przez bank jest tragedią, ale jeśli tylko rynek bankowy jest odpowiednio uregulowany, to skala tego zjawiska jest marginalna. Banki nie chcą kłopotów i zazwyczaj są skłonne do renegocjacji warunków spłaty długów, obniżają oprocentowanie albo przesuwają termin uregulowania danej raty, dzięki czemu, ostatecznie rzecz biorąc, większość kredytów osób niezamożnych jest spłacana. Większości lewicy rzeczywiste mechanizmy działania systemu finansowego wydają się jednak nie interesować i trzyma się ona anachronicznej diagnozy o świecie finansów jako wielkiej pijawce przyssanej do świata pracy.
– Degradacja materialna znacznej części klasy średniej chyba jest jednak faktem.
– To prawda, ale źródłem tej degradacji nie jest zadłużenie, lecz liberalizacja rynku pracy. Tymczasowa, nisko płatna praca zagościła na dobre w sektorach, w których pracuje klasa średnia – na co dzień obserwuję to np. w szkolnictwie wyższym. Innym problemem, który dotyka klasę średnią, jest sytuacja na rynku nieruchomości i z pokolenia na pokolenie coraz marniejsze perspektywy na uzyskanie własnego mieszkania.
Warto podkreślić, że te problemy nie są tak do końca nowe. Czterdzieści lat temu, gdy przyjechałem do Londynu, na mieszkanie też trzeba było przeznaczać połowę pensji.
– Rodzi się pytanie: czy zmiany społeczne i klasowe, które obserwujemy, to narodziny nowego porządku, czy kolejny wariant tego samego porządku, a może nawet swoisty „powrót do przeszłości” i zjawisk znanych z poprzednich epok, z innej fazy cyklu?
– Bliskie mi jest myślenie o kapitalizmie w kategoriach cykliczności i wydaje mi się, że całkiem sporo problemów, z którymi się dziś zmagamy, jest „starych”.
– Przyjemniej jednak myśleć, że spotykamy się z zupełnie nowymi jakościowo wyzwaniami niż o tym, że nie potrafimy sobie dobrze poradzić z czymś, co jest po prostu powtórką z pewnej fazy cyklu gospodarczego.
– Każde pokolenie przeżywa to po raz pierwszy i myśli, że to coś nowego. Trzeba uważnych studiów nad historią rozwoju kapitalistycznego i jego mechaniką, żeby to zrozumieć.
Pamiętam, że gdy jeszcze studiowałem w Birmingham, jeden z wykładowców wytłumaczył mi cykliczność kapitalizmu na kanwie historii miasta. Społeczeństwo było tam tradycyjnie rozwarstwione nie tylko klasowo, ale także pod względem pochodzenia. W czasie, kiedy tam mieszkałem, bardzo wyraźnie było widać na przykład, że „arystokracja klasy robotniczej” składała się z Anglików i Irlandczyków. Irlandczycy przybyli tam w XIX w. i wtedy to oni byli najbardziej pogardzanymi i wyzyskiwanymi przez rodowitych Anglików nisko wykwalifikowanymi robotnikami. Później przyjechali Żydzi i to oni weszli w role zajmowane wcześniej przez Irlandczyków. Miejsce Żydów zajęli Polacy z powojennej emigracji – w tym moi rodzice. W latach 60. pojawili się Hindusi, a po nich – imigranci z Karaibów. Za każdym razem, gdy pojawiała się nowa grupa przybyszów, ta na dnie czuła ulgę, bo ktoś nareszcie był w hierarchii niżej od nich.
– Tak opisana historia Birmingham jest jednak historią postępu społecznego, a degradacja nieźle prosperującej w pierwszych dekadach powojennych klasy robotniczej do rangi mieszkającej w blaszakach podklasy albo upadek klasy średniej to – niezależnie od przyczyn tych zjawisk – przykłady społecznego regresu. Gdzie tu cykl?
– Niepewność zatrudnienia może się wydawać czymś względnie nowym we współczesnej Europie i Stanach Zjednoczonych, gdzie po wojnie zapanował ład społeczny oparty na interwencjonizmie i stabilnym stosunku pracy. To temu ładowi zawdzięczaliśmy postęp społeczny i stopniową poprawę statusu kolejnych grup na rynku pracy.
Sukces reform zapoczątkowanych w latach 30. przez Roosevelta wynikał z panicznej obawy przed deflacją. Dziś takiej obawy nie mamy. Banki centralne potrafią wręcz chwalić się tym, że ceny spadają i twierdzić, że wszyscy mamy więcej pieniędzy. Rzecz jednak w tym, że nie wszyscy.
Demontaż państwa dobrobytu i regres społeczny wzajemnie się nakręcają. Napływowi taniej siły roboczej oraz tanich towarów z gospodarek opartych na taniej pracy towarzyszy coraz to większa deregulacja i obniżanie powszechnych standardów zatrudnienia. W największym stopniu dotknęło to ludzi z dołu drabiny społecznej – pracowników tymczasowych, mniejszości, imigrantów. Ale ten wyścig do dołu nie może trwać wiecznie. Liberalizacja – choć trwa już od przeszło trzydziestu lat – jest zjawiskiem przejściowym.
– Trudno jednak siedzieć z założonymi rękami i czekać na powrót welfare state.
– Oczywiście, lewica polityczna i ruch związkowy powinny być aktywne. Przy czym wydaje mi się bardzo ważne, żeby lewica nie postawiła na potencjalnie popularny w związku z trwającym kryzysem migracyjnym protekcjonizm i odwoływanie się do antyimigranckich uprzedzeń. Wobec starych problemów należy natomiast sięgnąć do innych znanych i sprawdzonych rozwiązań: przywrócenia i wzmocnienia regulacji rynku pracy, obowiązkowych świadczeń społecznych oraz systematycznie waloryzowanych płac minimalnych.
W dalszej kolejności musi zaś dążyć do przebudowy instytucji – stworzenia nowych instrumentów wpływu na prywatny kapitał, które umożliwią prowadzenie długoterminowego planowania gospodarczego. Wolna przedsiębiorczość – tak, ale potrzebne są takie regulacje, które zapewnią dostęp do kapitału dla tych inwestycji i przedsiębiorstw, które stanowią priorytet z punktu widzenia przyjętej przez państwo strategii rozwoju społeczno-gospodarczego.
Musimy zrozumieć, że polityka społeczno-gospodarcza nie może opierać się ani na wolnorynkowej ideologii, zakładającej samorzutny rozwój na bazie sumy decyzji podejmowanych w sektorze prywatnym, ani na samych inwestycjach publicznych (to ostatnie oznaczałoby groźbę inflacji). Potrzebne są instytucje, które będą regulować rynek kapitałowy i dostarczać kapitału tam, gdzie jest potrzebny.
– Jak te rozpoznania mają się do kryzysu europejskiego, który według obiegowych opinii związany jest z problematyką finansów publicznych i nadmiernego zadłużenia krajów Eurostrefy?
– Kryzys strefy euro nie jest wynikiem nadmiernego zadłużenia ani błędnych decyzji politycznych na poziomie poszczególnych krajów czy instytucji UE. To kryzys źle zaprojektowanego modelu instytucjonalnego.
Zasady, według których stworzono struktury Eurostrefy, były skrajnie monetarystyczne: bank centralny jest tu odpowiedzialny za emisję pieniądza i jest niezależny od jakichkolwiek czynników politycznych. Z kolei europejskie państwa nie mają banków centralnych, które mogłyby spełniać stabilizującą funkcję, zapewniając obrót i płynność obligacji rządowych. Nie uwzględniono w należyty sposób faktu, że obrót pieniądza odbywa się dziś nie tylko w gospodarce realnej, ale również na rynkach finansowych, i zapewnienie obrotu pieniądza na rynkach finansowych jest w obecnym systemie światowym niezbędne dla zapewnienia stabilności waluty.
Doskonale rozumieją to Amerykanie. W Europie wciąż bierze jednak górę strach przed inflacją, bo rozumienie zasad działania rynków finansowych jest wciąż na dość niskim poziomie. Dobrze uregulowany rynek obligacji rządowych powinien być fundamentem nowego europejskiego systemu finansowego. Elementem całego tego dysfunkcjonalnego układu jest irracjonalny strach przed długiem publicznym, oparty na charakterystycznym wyobrażeniu – rozpowszechnianym m.in. przez Leszka Balcerowicza – że to jest zadłużenie zewnętrzne, działające na zasadzie zero-jedynkowej. Podkreśla się np., że wyemitowanie obligacji skarbowych oznacza zaciągnięcie przez państwo pewnego zobowiązania, ale jednocześnie pomija się fakt, że wiążą się one ze znacznym dochodem dla ich nabywców, którzy stanowią część krajowej gospodarki i którzy część zarobionych pieniędzy oddają budżetowi państwa.
– Często podnosi się także, iż problemem jest połowiczny charakter integracji gospodarczej strefy euro i uwolnienie polityki finansowej od nadzoru politycznego.
– Zgadzam się. Niestety kryzys generuje przede wszystkim reakcje typu nacjonalistycznego, co powoduje, że nie ma woli politycznej budowy nowych instytucji lub przebudowy starych. To było podstawowe doświadczenie byłego greckiego ministra finansów Janisa Varoufakisa, któremu wydawało się na początku, że wystarczy stworzyć projekt reform, który będzie sensowny z punktu widzenia całego systemu – i wytłumaczyć go Europejczykom. Zwyciężyło jednak przekonanie, że problem został wygenerowany na poziomie poszczególnych państw i na tym poziomie trzeba go rozwiązać. Nie zważano na to, że państwom strefy euro odebrano wcześniej instrumenty, które mogłyby im to umożliwić.
– W drugiej połowie lat 80. opublikował Pan jeden ze swoich najgłośniejszych artykułów – który, notabene, przypłacił Pan utratą ówczesnej posady w londyńskim City – „Dlaczego gospodarka światowa potrzebuje krachu finansowego?”. Od tego czasu mieliśmy już parę poważnych załamań na rynkach finansowych, ale pozytywnych zmian trudno się chyba dopatrzeć.
– Krach finansowy to forma rozładowania narastającej nierównowagi. Moja teza była taka, że kryzysy są niezbywalną częścią naszego systemu, jako forma jego samoregulacji. Ale to nie znaczy, że konsekwencje załamań finansowych są pozytywne ani że nie należy starać się ich powstrzymywać. Zdecydowanie lepsza od krachu byłaby reforma systemu – taka, która zmierzyłaby się z mechanizmami stanowiącymi o sednie i naturze kapitalizmu od niemal dwustu lat.
– Czy od upadku słynnego Lehman Brothers znaleźliśmy się bliżej wypracowania takiej reformy i zmierzenia się z przyczynami światowych kryzysów?
– Jednym z głównych problemów, które leżały u źródeł ostatniego kryzysu finansowego, było sprowadzenie polityki gospodarczej do polityki pieniężnej, prowadzonej przez niezależne banki centralne. Niestety, po 2008 r. przekonanie o wiodącej roli banków jeszcze się umocniło – i to po wszystkich niemal stronach politycznego sporu. Jako podmiot zdolny do załatwienia wszelkich światowych problemów – od rozwoju gospodarczego, przez zmianę nauczania ekonomii i bezrobocie, po zmiany klimatyczne – sam się przedstawia np. Bank of England. Albo weźmy przypadek kryzysu europejskiego, określanego też mianem kryzysu zadłużenia lub kryzysu strefy euro. Rządy państw członkowskich są bezwładne, nie mogą sobie poradzić z kryzysem, i tylko jeden Draghi [szef Europejskiego Banku Centralnego – przyp. redakcji NO] zawsze ma rozwiązanie. Tym rozwiązaniem jest – według niego – wykupienie przez EBC długoterminowych obligacji zadłużonych krajów eurostrefy. W praktyce jednak skup obligacji ożywi rynki finansowe i zmieni strukturę zadłużenia w gospodarce, ale nie wywrze wpływu na realną gospodarkę.
– Chodzi o to, że kluczowym problemem, który stoi za kryzysem, jest nadmierne rozdęcie świata finansowego względem realnej gospodarki, a proponowane rozwiązania oznaczają wpompowanie w te rynki jeszcze większych pieniędzy i tylko ten problem spotęgują?
– Nie do końca. Myślę, że zarówno decydenci polityczni i gospodarczy, jak i część środowisk lewicowych, przeceniają rolę zmian, które zachodzą na rynkach finansowych. Bankierzy i wsłuchani w nich politycy chcą pompować pieniądze na światowe giełdy, żeby podtrzymywać krążenie pieniądza. Z kolei część lewicy proponuje ograniczenie spekulacji jako panaceum na wszystkie problemy współczesnych gospodarek. Tymczasem rynki finansowe nie są ani sednem naszego problemu, ani kluczem do jego rozwiązania.
Żeby prawidłowo zareagować na kryzys gospodarczy, trzeba zrozumieć mechanizmy, które odpowiadają za koniunkturę i rozwój, a te – w moim przekonaniu – znajdują się poza światem finansów, w realnej gospodarce, a konkretniej w inwestycjach sektora prywatnego. To rozpoznanie, które zawdzięczam takim myślicielom, jak Michał Kalecki, Róża Luksemburg czy niektórzy lewicujący keynesiści: kryzysy kapitalizmu biorą się ze zbyt niskiego poziomu inwestycji. A to, co dzieje się na rynkach finansowych, dotyczy głównie samych finansistów. Świat finansów jest bardzo mocno skupiony na sobie i wydaje mu się, że dotykające go wahania to niewyobrażalny kataklizm, z którego biorą się wszystkie inne. To naturalne – mówimy przecież o ludziach, którzy z rynków czerpią gigantyczne dochody. Trudno im zrozumieć, że nie są pępkiem świata ani nawet najważniejszym sektorem kapitalizmu.
Tymczasem, choć prawdą jest to, że stosowane na rynkach finansowych instrumenty mają coraz bardziej złożony i spekulacyjny charakter, finanse nie są istotą współczesnego kapitalizmu.
– I nikt tego nie rozumie?
– Jest coraz więcej ludzi w świecie nauki i w sektorze eksperckim, którzy mają świadomość, że problem tkwi w sektorze prywatnym i w jego niechęci do inwestowania. Ale większości z nich wciąż się wydaje, że możliwe jest ożywienie tej koniunktury klasycznymi instrumentami polityki pieniężnej czy fiskalnej.
– A nie jest?
– Nie. To jest immanentny problem kapitalizmu: ten system gospodarczy podlega cyklom rozwojowym, które są ściśle uzależnione od poziomu prywatnych inwestycji. Kiedy sektor prywatny stawia na oszczędzanie, a nie na inwestycje, zaczyna się stagnacja. Żeby przełamać stagnację, potrzebne jest podniesienie poziomu inwestycji, ale sektor prywatny nie chce wprowadzać środków na rynek, kiedy nie wiąże się to z wystarczająco atrakcyjnymi zyskami. I nie istnieją mechanizmy, żeby te inwestycje – w skali, która byłaby konieczna do pobudzenia rozwoju – wygenerować.
Keynesiści twierdzą, że można pobudzić „ruch w gospodarce” poprzez odpowiednią politykę fiskalną, a przede wszystkim zwiększenie wydatków publicznych. O ile to wydaje się wykonalne na dużych rynkach, takich jak amerykański, to kraje europejskie – nawet tak potężne, jak niemiecki – są na to za małe i polityka inwestycji publicznych musiałaby się tam skończyć inflacją. A np. Niemcy panicznie boją się inflacji. Z kolei w takim kraju jak Polska zwiększenie deficytu odbiłoby się negatywnie na handlu zagranicznym.
Z polityką keynesowską eksperymentował w latach 70. François Mitterrand, ale jej efektem było lawinowe narastanie deficytu w sektorze publicznym i wysoki poziom inflacji, a bezrobocie pozostało na wysokim poziomie. Z kolei konserwatywny brytyjski minister finansów Nigel Lawson próbował zmierzyć się z problemem inwestycji poprzez ulgi dla prywatnych przedsiębiorstw, ale doprowadziło to do powstania bańki spekulacyjnej. Poziom inwestycji faktycznie się podniósł, ale nie był to typ inwestycji, który zapewniłby stabilny długofalowy wzrost gospodarczy.
Inwestycje publiczne mogłyby zadziałać jako podstawa polityki gospodarczej na poziomie europejskim – zresztą istnieje przecież europejski system koordynacji polityki makroekonomicznej. Barierą pozostają tu jednak zasady zapisane w traktatach z Maastricht, które jedynym w zasadzie celem wspólnej polityki gospodarczej UE czynią walkę z inflacją. Resztę – zarówno wzrost gospodarczy, jak i zatrudnienie – zawierza się sektorowi prywatnemu i „niewidzialnej ręce rynku”. Tymczasem ostatni kryzys bardzo wyraźnie wykazał, że sektor prywatny sam sobie z załamaniem inwestycyjnym nie poradzi – bo jest to poza horyzontem jego bezpośrednich interesów i możliwości.
– I tu wracamy do postulatu interwencji państwa poprzez rynek kapitałowy i planowania gospodarczego?
– Polityka antykryzysowa musi mieć charakter systemowy. Ze względu na uwarunkowania, o których mówiłem, nie obejdzie się bez instytucji, które zapewnią nam realny wpływ na kierunki inwestycji i, co za tym idzie, rozwoju gospodarczego. Inaczej mówiąc, państwo musi prowadzić aktywną politykę przemysłową.
– Jak taka polityka mogłaby wyglądać w praktyce i czy dałoby się w obecnych realiach międzynarodowych prowadzić ją na poziomie jednego państwa?
– W mniejszych państwach, takich jak Grecja czy Portugalia, byłoby to zapewne trudne, ale w kraju takim jak Polska – jak najbardziej.
– Tylko że hasło planowania gospodarczego spotka się zapewne ze znaczącymi chrząknięciami i sugestiami, że ktoś chce powrócić do skompromitowanych rozwiązań rodem z „realnego socjalizmu”.
– Ale przecież polityka przemysłowa i planowanie były elementami wielu gospodarek rynkowych! Do pewnego stopnia do dziś funkcjonują one zresztą w Niemczech czy w Austrii, która w kilku gałęziach swojej gospodarki – takich jak przemysł metalurgiczny – prowadzi politykę przemysłową, o jakiej mówię, niemal od zarania kapitalizmu. Mówimy więc o wdrożeniu na szerszą skalę rozwiązań, które są znane od co najmniej 120 lat. Ich przejawami są np. Centralny Okręg Przemysłowy Eugeniusza Kwiatkowskiego czy projekty infrastrukturalne, takie jak np. tunel kolejowy, który łączy Anglię z Francją, albo koleje transkontynentalne w Ameryce Północnej.
– Jest Pan związany z tradycją myślenia o ekonomii, w którą istotny wkład mieli m.in. polscy ekonomiści, tacy jak Michał Kalecki, Oskar Lange czy Tadeusz Kowalik. Po 1989 r. wiele ich podstawowych tez – dotyczących m.in. roli, jaką państwo ma do odegrania w gospodarce – zostało uznanych przez główny nurt świata nauki, polityki i mediów za herezje. Jak widzi Pan przyczyny marginalizacji tego nurtu ekonomii zarówno w świecie akademickim, jak i w wymiarze wpływu na politykę gospodarczą?
– Jeszcze w okresie międzywojennym w toczonej w Polsce debacie o ekonomii panował pewien pluralizm. Niestety, po wojnie rządy komunistyczne ograniczyły możliwości dyskusji o różnych modelach polityki gospodarczej i zaprzęgły naukę w służbę ideologii. Polski dyskurs ekonomiczny nigdy się z tego upadku nie podźwignął. Dominujące tendencje zmieniały się w ślad za polityką – po 1989 r. wpływy amerykańskie wyparły radzieckie, ale ekonomia uprawiana na łamach prasy i na uczelniach pozostała tandetna, prowincjonalna i silnie spolityzowana, daleka pod względem poziomu i zróżnicowania od dyskusji toczonych choćby pomiędzy ekonomistami amerykańskimi.
– Z dzisiejszej perspektywy wydaje się jednak, że okres PRL wcale nie był dla debaty ekonomicznej – przynajmniej tej, która toczyła się na uniwersyteckich seminariach czy na łamach niszowych publikacji – taki najgorszy.
– To prawda. Gdy porównuje się poziom dzisiejszych dyskusji medialnych o ekonomii do tych, które toczyły się na łamach krajowej „Polityki” czy emigracyjnej „Kultury” w latach 70. czy 80., to można odnieść wrażenie, że po 1989 r. prowincjonalizm myślenia jeszcze się w Polsce pogłębił.
Nie wiem, jak na nowo otworzyć polskie media i uniwersytety na poważną debatę o ekonomii. Szerokość horyzontów i rozmach w myśleniu o gospodarce Kaleckiego, Langego, Kowalika czy Kazimierza Łaskiego wynikały m.in. z systemowego podejścia, przekraczania ograniczeń prowincjonalnej perspektywy i podejmowanych systematycznie prób zrozumienia, jak działa kapitalizm w skali globalnej. Świadomość peryferyjnego charakteru polskiej gospodarki prowadziła ich do rozważań w kategoriach globalnych zależności i mechanizmów rozwoju, a przede wszystkim do autentycznego zainteresowania światem. Odróżniało i odróżnia ich to od wsobnej polskiej ekonomii, która – zarówno w okresie PRL, jak i po 1989 r. – zajmowała się niemal wyłącznie lokalnymi problemami, a w dyskusjach teoretycznych powtarzała bezrefleksyjnie to, co było akurat „na czasie” i zgodne z polityczną poprawnością. Oczywiście ten prowincjonalizm w myśleniu o ekonomii nie dotyczy tylko Polski ani tylko krajów peryferyjnych. Większości amerykańskich czy brytyjskich ekonomistów też takiego szerszego systemowego spojrzenia brakuje.
– Być może w Polsce – bardzo powoli, ale jednak – zmienia się koniunktura dla gospodarczych „herezji”. Mówię to z pewnym wahaniem, bo przyzwyczailiśmy się już do zasady, że „ktokolwiek by Polską nie rządził, w gospodarce i tak rządzi Balcerowicz”, ale choć o Kaleckim usłyszeć wciąż niełatwo, to w świecie polityki zagościły projekty i postulaty, które do niedawna piętnowano jako heretyckie bądź „populistyczne”. W ostatniej kampanii wyborczej wszystkie bodaj strony politycznego sporu mówiły o problemach peryferyjności, „pułapce średniego rozwoju i niskich płac”, a nowy rząd zapowiada m.in. opodatkowanie aktywów bankowych, walkę z unikaniem opodatkowania, rozbudowaną politykę przemysłową i inwestycyjną oraz podnoszenie płacy minimalnej. Co doradziłby Pan tym lub przyszłym reformatorom polskiej gospodarki?
– Wszystkie zmiany, które wspomniano, idą w dobrym kierunku i są potrzebne. Ale, choć może to zdziwi czytelników, uważam, że trzeba wprowadzać je bardzo ostrożnie i zabezpieczyć odpowiednią polityką finansową i fiskalną. W innym przypadku może się okazać, że wprowadzenie – dajmy na to – wyższej płacy minimalnej wywoła panikę na rynkach finansowych i w efekcie chwilowy brak płynności spowoduje wycofanie się rządu z wszelkich ambitniejszych planów. Reform, o których mówimy, nie można w dzisiejszych realiach przeprowadzić bez spokoju na rynkach.
Trzeba mieć zatem względnie konserwatywny program finansowania dla swoich projektów, żeby możliwe było zrealizowanie ich bez radykalnego wzrostu deficytu budżetowego. Nie można też oprzeć kosztownych reform na hipotetycznych przychodach państwa, np. pochodzących z podatków, które dopiero mają zostać wprowadzone, bo może się potem okazać, że prywatne przedsiębiorstwa znajdą sposób na uniknięcie ich płacenia.
W średnim okresie konieczne jest wprowadzanie zmian instytucjonalnych, które zapewnią państwu pewną dozę kontroli nad rynkami. Polska, podobnie jak inne kraje UE, ma departament długu publicznego w ministerstwie finansów, ma instytucje zajmujące się emisją papierów wartościowych. Można działalność tych urzędów rozszerzyć tak, żeby były w stanie regulować płynność na rynkach finansowych. Koniunktura dla tego typu zmian jest dziś w Europie nienajgorsza.
Słowem, powodzenie reform wymaga dobrze przygotowanej strategii. Samo złożenie projektów w parlamencie, powiedzenie: wprowadzamy to, to i to, z pewnością wywoła ogromną awanturę, natomiast niekoniecznie będzie skuteczne. Ten problem był bardzo widoczny w Grecji. Radykalni reformatorzy mają skłonność, by myśleć o rządzie w sposób woluntarystyczny, wierzyć, że jeśli rząd ma odpowiednie zaplecze w parlamencie, to może zrobić wszystko. Niestety, tak nie jest. Rząd jest tylko cząstką w skomplikowanym systemie społeczno-gospodarczym, składającym się z różnych klas społecznych, silniejszych i słabszych grup wpływu.
Nie ma sensu łudzić się, że jakakolwiek, najsensowniejsza nawet władza zdoła w ciągu 4 lat radykalnie przebudować strukturę społeczną. Niektórzy politycy greckiej Syrizy wyobrażali sobie, że wyprowadzą swój kraj ze strefy euro – i jednym skokiem wyprowadzą lud grecki na wolność. A przecież wiadomo, co by się stało, gdyby Tsipras zrealizował zapowiedzi „grexitu” – wolny lud grecki odebrałby mu władzę. I nie byłaby to tylko wina bankierów czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, lecz także pokłosie społecznych konsekwencji zbyt radykalnej decyzji.
– Dziękuję za rozmowę
Warszawa, 19 listopada 2015 r.
przez Marcin Malinowski | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016
W moich poprzednich tekstach („Niech znów ruszą maszyny”, „Szczepionka na neoliberalizm” i „Odzyskać państwo”) bardzo się starałem, aby nie wychodzić poza ramy narodowego, publicznego i społecznego interesu Polski i Polaków. Uznałem, że poruszane w nich tematy nie są ani „lewackie”, ani „prawicowo-oszołomskie”, ani antyklerykalne czy prokościelne. Sytuują się raczej na styku relacji większości polskiego społeczeństwa z „resztą”, czyli szeroko pojętą globalizacją, szkodliwym neoliberalnym światopoglądem, częścią oderwanych od rzeczywistości polskich elit politycznych oraz egoistycznych elit finansowych. Polska nie jest dużym graczem na scenie międzynarodowej, dlatego ma ograniczone pole manewru, choć ono rzecz jasna istnieje. Należy tym bardziej uzmysłowić sobie jego granice i możliwości, które się z nim wiążą, ponieważ determinują one przyszły los polskiej wspólnoty, a więc nas.
Temat ochrony polskich zasobów naturalnych i strategicznej infrastruktury, czyli zrównoważonego rozwoju, również warto poruszać, dążąc do mianownika wspólnego dla Polaków – chociaż jest to już ćwiczenie trudniejsze, ponieważ niektóre składowe tego zagadnienia, np. stosunek do zmian klimatycznych, energii odnawialnej, nuklearnej, wydobycia gazu łupkowego czy do samej definicji zrównoważonego rozwoju, mogą budzić duże emocje.
Co rozumiem przez zrównoważony rozwój? To zintegrowane i skuteczne prowadzenie różnych polityk, służące długoterminowym celom i interesom państwa oraz jego obywateli bez narażania interesu przyszłych pokoleń.
Państwo dobre, czyli jakie?
Dobre państwo to, moim zdaniem takie, z którego obywatele nie emigrują i które nie ma problemów z demografią, ponieważ istnieją tam dobry rynek pracy, rzetelne zabezpieczenia socjalne, solidna publiczna służba zdrowia, edukacja, przedszkola, żłobki czy usługi komunalne.
To państwo, które konkuruje nie tylko tanią siłą roboczą, lecz przede wszystkim produkcją zaawansowanych technologii opatentowanych przez rodzime podmioty gospodarcze. To także zróżnicowana ekonomia, z silnym krajowym kapitałem w sektorach finansowym, telekomunikacyjnym, handlowym, z produkcją zawansowanych i średniozaawansowanych, ale innowacyjnych produktów, sprawnym rolnictwem i sektorem produkcji żywności.
To państwo, które umiejętnie kontroluje konieczne monopole oraz dba o konkurencyjność na rynkach. Troszczy się o swoje środowisko naturalne, ekologię, lasy, rzeki i jeziora, o piękno architektoniczne, ma sprawną armię, solidną policję i inne służby. To państwo o stabilnych finansach, z bezpiecznym prywatnym i publicznym długiem oraz oszczędnościami obywateli zarządzanymi zgodnie z interesem narodowym, posiadające dość rezerw, aby móc aktywnie reagować na nieprzewidziane szoki i kryzysy.
Przede wszystkim to jednak organizm, który sam jest w stanie określić, co jest dobre i realne dla jego obywateli, bez bezmyślnego kopiowania zagranicznych wzorów, często niewpisujących się w nasz specyficzny kontekst kulturowy i geopolityczny.
Oznacza to konieczność istnienia bardzo sprawnych instytucji i systemu politycznego zdolnego do zarządzania tymi wszystkimi elementami.
Obecność pięciu poniższych obszarów stanowi, moim zdaniem, minimum konieczne do zaistnienia zrównoważonego rozwoju.
Zasoby naturalne
Kontrola nad polskimi zasobami naturalnymi i zarządzanie nimi w sposób zrównoważony stanowi jedną z podstaw przyszłego dobrobytu Polski. Zarządzanie tego typu zawsze było powodem konfliktów międzypaństwowych, co widać na przykładzie ropy czy gazu. Również obecnie toczy się o nie brutalna gra między państwami a grupami kapitałowymi. Miliardy dolarów ukryte w rajach podatkowych wracają stamtąd, by zostać ulokowane m.in. w zasobach naturalnych, także w Polsce. Konieczne jest wypracowanie takich strategii i polityk, które zapewnią zrównoważoną i dobrze przemyślaną ich eksploatację, zasilenie polskiego systemu socjalnego (a nie dywidend wielkiego kapitału), a dodatkowo wezmą pod uwagę interes przyszłych pokoleń oraz będą przyjazne środowisku naturalnemu.
Wszystkie poniższe obszary są ze sobą powiązane, np. wydobywanie złóż mineralnych na obszarach Natura 2000 wpływa na stan tych terenów, nawożenia ziemi – na jakość wody pitnej, oddziaływanie wydobycia gazu łupkowego – na wody podziemne itd. Dlatego wszystkie strategie powinny brać pod uwagę istniejące między nimi współzależności.
a) Woda pitna
Polska jest terenem stepowiejącym i nieposiadającym wielkich zasobów wody pitnej. Tegoroczna susza sprawiła, że wiemy już, co oznacza jej niedobór. Można także zauważyć, że coraz częściej pojawiają się gwałtowne opady powodujące powodzie – ale również długie okresy bezdeszczowe.
Dlatego należy, po pierwsze, zapewnić strategiczną kontrolę państwa nad odpowiednią ilością zasobów wody pitnej oraz zdecydowanie uniemożliwić ich przejmowanie przez wielki kapitał. Po drugie, stworzyć i wdrożyć plan ograniczający kurczenie się jej zasobów, poczynając od wód podziemnych. Po trzecie, rozbudować systemy przeciwpowodziowe (wały, poldery itd.), gdyż ich brak będzie powodował ogromne straty finansowe powodowane coraz częstszymi powodziami. Trzeba także rozbudować systemy ograniczające straty w czasie suszy (zbiorniki wodne), poprawić czystość zasobów wód powierzchniowych i w ten sposób rozszerzać ich dostępność. Obecnie tylko 1 proc. zasobów to woda I klasy czystości.
b) Ziemia rolna
Państwo powinno mieć taką kontrolę nad strategicznie konieczną ilością ziemi rolnej, aby w razie potrzeby było w stanie zapewnić samowystarczalność żywnościową Polski. Rynki produktów rolnych są poddane manipulacjom spekulacyjnym, ceny mogą gwałtownie się zmieniać, a potencjalne przyszłe konflikty – doprowadzić do gwałtownych niedoborów żywnościowych.
Należy więc wdrożyć, wzorem niektórych krajów Europy Zachodniej, mechanizmy, które uniemożliwią Polsce i polskiemu kapitałowi utratę kontroli nad ziemią rolną, a więc spekulację tą ziemią, gdyż, wbrew poglądom neoliberałów, nie powinna być ona traktowana jako zwykły towar. Należy też pilnować, aby Art. 23. Konstytucji RP był właściwie przestrzegany. Brzmi on: Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne. Warto zadbać o odpowiednie normy ekologiczne zapobiegające erozji ziemi oraz zanieczyszczaniu gleb i wód, np. z powodu używania nawozów.
c) Lasy
W wyniku zawirowań historycznych polskie lasy są w większości własnością państwową i tak powinno zostać, gdyż leży to w interesie społecznym. Taka forma własności promuje swobodny dostęp do nich (chociażby w czasie grzybobrania), zabezpieczenie drzewostanu przed nadmiernym wyrębem, ochronę pięknych krajobrazów, zwierząt czy ostatnich dzikich ostępów leśnych. Wystarczy popatrzeć na niektóre zachodnie państwa – tam własność prywatna oznacza grodzenie. Lasy regulują również korzystnie ilość wody i klimat. Istnieją zakusy różnych grup, aby na własność przejąć polskie lasy, co jest sprzeczne z naszym interesem.
Warto więc wzmocnić konstytucyjnie państwową własność terenów leśnych, aby nie dało się dokonać przekształceń własnościowych na drodze ustawowej za pomocą zwykłej większości w sejmie. Na szczęście, zgodnie z polskim interesem narodowym i społecznym, 27 października 2015 r. Prezydent RP zawetował zmianę ustawy o lasach. Haczyk tkwił w podkreślonym fragmencie, który umożliwiałby sprzedaż gruntów leśnych:
Art.1.1.2. Lasy stanowiące własność Skarbu Państwa mogą być zbywane wyłącznie w przypadkach określonych w ustawie w celu zachowania trwale zrównoważonej gospodarki leśnej lub realizacji celu publicznego w rozumieniu przepisów o gospodarce nieruchomościami.
Konstrukcja tego zapisu jest podobna do ustępu konstytucyjnego o ograniczeniu zadłużenia publicznego, który pozwala na manipulację metody wyliczania długu publicznego za pomocą zwykłej ustawy. Jak to działa w praktyce, okazało się przy nacjonalizacji prywatnych pieniędzy z OFE. Jeśli np. IKEA czy jakiś fundusz spekulacyjny zaproponowaliby „trwale zrównoważony” projekt zarządzania 100 tys. hektarów lasów, to mogliby kupić taki obszar od Państwa, bo weryfikację projektu przeprowadzałoby Ministerstwo Ochrony Środowiska. Wygląda to więc na rezultat profesjonalnego lobbingu, którego celem była możliwości obejścia Konstytucji.
Należy również zwiększać poziom ochrony i obszar parków narodowych czy krajobrazowych i poprawić jakość państwowych instytucji zarządzających lasami.
d) Złoża kopalin energetycznych i nieenergetycznych
Zdecydowałem się umieścić oba typy kopalin obok siebie, gdyż są podobne pod wieloma względami. Różnica jest taka, że kopaliny energetyczne są dodatkowo kluczowe dla bezpieczeństwa energetycznego – mówimy tu np. o węglu kamiennym i brunatnym, gazie konwencjonalnym, gazie łupkowym, metalach żelaznych i nieżelaznych, kryształach, pierwiastkach ziem rzadkich, surowcach budowlanych.
Zasoby wszelkich kopalin to kapitał Polaków na przyszłość. Odpowiednia strategia i jej systematyczne wdrażanie mogą być jedną z podstaw zmiany obecnego neokolonialnego modelu rozwoju Polski na model podmiotowy, taki, jakim cieszą się Szwecja czy Korea Południowa. Mówiąc inaczej, zyski z wydobycia kopalin mogą zasilać budżet państwa, strategiczne inwestycje w technologie czy zabezpieczenia socjalne, edukację i przedszkola. Mogą również – jeśli sprawy nie zostaną dopilnowane – być transferowane z Polski w postaci dywidendy dla zagranicznych właścicieli. Obecnie nie ma żadnej solidnej strategii zrównoważonego rozwoju pozyskania kopalin. Firmy takie jak KGHM odprowadzają miliardy podatku CIT do państwowej kasy. Mimo to ich rozwój jest zagrożony przez ciągłe kłopoty budżetowe, które powodują czasami zbytni nacisk podatkowy ze strony rządzących.
Różne polskie organizacje, np. Polska Platforma Technologiczna Surowców Mineralnych, od lat alarmują o zaniechaniach rządów na tym polu oraz promują propozycje strategii politycznych. Koncepcja taka powinna być długoterminowa i brać pod uwagę spore wahania cenowe surowców na światowych giełdach. Niepoważnym postępowaniem jest przejadanie sporych zysków w okresie krótkotrwałej hossy oraz zamykanie kopalń przy wahnięciach cenowych w dół, jak to ma miejsce obecnie. Wydobycie, zwłaszcza złóż rzadkich, opłaca się długoterminowo, ale trzeba realizować je w ramach polskiego interesu, a nie w imię zysków wielkiego kapitału.
Państwo powinno inwestować w badania geologiczne, aby uzupełniać mapy polskich zasobów kopalnych. Analizy te muszą być wykonywane przez podmioty zależne od polskich instytucji, aby utrzymywać kontrolę nad cennymi informacjami. Niektóre zidentyfikowane złoża można klasyfikować według odpowiednio zdefiniowanych kryteriów, np. jako kluczowe dla interesu publicznego, i tym samym chronić je przed takim użytkowaniem gruntów, które uniemożliwiłoby ich późniejsze wydobycie. Równolegle powinno się inwestować w rozwój technologii geologicznych pozwalających na badania na coraz większych głębokościach.
Warto także wydawać środki na badania i rozwój technologii wydobywczych, co zmniejszy technologiczne uzależnienie od zagranicy oraz ułatwi potencjalny dostęp do cennych złóż na większych głębokościach, równocześnie niwelując zagrożenia ekologiczne. Państwo powinno też promować rozwój polskich firm wydobywczych, aby mogły czerpać zyski (uczciwie odprowadzając podatki do kasy państwowej) i oferować solidne miejsca pracy. Równolegle można ułatwiać im zagraniczną ekspansję, jak ma to miejsce w przypadku KGHM. Przyznawanie koncesji wydobywczych powinno zostać ulepszone zgodnie z polskim interesem narodowym, publicznym oraz społecznym, i powiązane z długoterminową strategią wydobywczą. Pewne kopaliny są rzadkie i jest na nie globalny popyt, stąd można je eksploatować szybko, w sposób rabunkowy albo rozsądnie zarządzać wydobyciem, biorąc pod uwagę wahania globalnej koniunktury. Tym samym ważne jest systematyczne analizowanie globalnych rynków surowcowych w celu neutralizowania wahań i baniek spekulacyjnych, aby zapewnić rozsądną długoterminową kontrolę nad zrównoważonym wydobyciem. Niektóre złoża są już nieopłacalne pod względem eksploatacji albo będą opłacalne wraz z postępem technicznym za np. 30 lat – takie szacunki powinny stać się elementem planowania i być zsynchronizowane z postępem w badaniach nad rozwojem lepszych technologii górniczych. Równolegle proces przyznawania koncesji należy powiązać z wymaganiami dotyczącymi planowanych kopalń sformułowanymi z punktu widzenia ochrony środowiska oraz z obowiązkowym konsensusem z lokalnymi społecznościami, by uniknąć konfliktów społecznych i ustalić korzyści płynące dla nich z wydobycia. Tu wzorem są takie kraje, jak Szwecja, Finlandia czy Kanada.
Prawo geologiczne i górnicze powinno być dopasowane do realiów, gdyż obecnie do nich nie przystaje i nie realizuje właściwie polskiego interesu. Przede wszystkim nie jest odporne na rabunkową gospodarkę surowcową, na spekulacje rynkowe oraz na te inwestycje zagranicznego kapitału, które są niepotrzebne i nieopłacalne dla Polski. Przepisy powinny wspierać zarządzanie wydobyciem kopalin, uwzględniając cały cykl wydobywczy – zaczynając od mapowania geologicznego, a kończąc na zarządzaniu odpadami górniczymi i rehabilitacji terenów pogórniczych. Niektóre właściwie przerobione odpady górnicze nadają się do powtórnego umieszczenia w ziemi i z czasem staną się wartościową kopaliną. Dzięki odpowiedniej konserwacji terenów pogórniczych mogą powstać obszary wartościowe przyrodniczo lub społecznie, np. jeziora w byłych kamieniołomach lub rezerwaty przyrody.
Warto rozwijać przemysł recyklingu i związane z nim prawo i technologie, gdyż jego znaczenie rośnie. Z milionów zużytych samochodów, pralek, telefonów komórkowych, telewizorów da się w rentowny sposób odzyskać cenne surowce, które ograniczą popyt na eksploatację złóż. Istotny z tego punktu widzenia jest także rozwój przemysłu hutniczego, może on bowiem wytwarzać kolejne zyski, przetwarzając surowce na materiały o wysokiej wartości dodanej.
Strategia zarządzania kopalinami powinna wybiegać nawet o 100 lat do przodu i bazować na zarządzaniu polskimi kopalinami oraz na wydobyciu zagranicznym, jak w przypadku chilijskiej inwestycji KGHM. Zagraniczne spółki doradcze nie powinny pełnić wiodącej roli w tworzeniu tego typu programów, a zlecanie audytu spółek węglowych niemieckiej firmie doradczej, jak to miało miejsce, jest przynajmniej nieświadomym działaniem na szkodę Skarbu Państwa ze względu na konflikt interesów. Zagraniczne firmy wydobywcze są konkurencją firm polskich w dostępie do rentownych kopalin w naszym kraju.
Inteligentna infrastruktura (poza miastami)
Infrastruktura energetyczna, transportowa i telekomunikacyjna (w tym Internet) ma strategiczne znaczenie i jako taka powinna podlegać ochronie konstytucyjnej, jak dzieje się np. w Niemczech. Tamtejsza Konstytucja w artykule 87e stwierdza, że koleje żelazne, wraz z opisem chronionych funkcji, są własnością państwa. Również inne strategiczne usługi, takie jak poczta, transport powietrzny i telekomunikacja, są chronione odpowiednio w artykułach 87d i 87f. Tym samym skandaliczna i lekkomyślna prywatyzacja PKP Energetyka nie mogłaby się tam zdarzyć. Nie warto nawet wspominać o „prywatyzacji” Telekomunikacji Polskiej przez sprzedanie jej państwowej telekomunikacyjnej spółce francuskiej.
Te zadania wymagają dobrej koordynacji. O wiele łatwiej i taniej jest chociażby otrzymać pozwolenia, przygotować projekt i wybudować autostradę wraz z linią szybkich kolei, sieciami energetycznymi i położeniem kabli światłowodowych niż w przypadku wykonawstwa tych wszystkich prac z osobna. Planowanie takich inwestycji powinno być uzgadniane z MON, aby np. w przypadku konfliktu zbrojnego mosty czy autostrady nadawały się do szybkiego przerzutu wojsk. Obecnie taka koordynacja nie jest wdrożona.
Warto zwrócić uwagę na kilka istotnych elementów. Po pierwsze, inwestycja w infrastrukturę wymaga sporych wydatków na technologie – a zatem trzeba rozwijać strategie badania, rozwoju i wdrażania polskich technologii w celu częściowego uniezależnienia się od ich importu – oraz rozwoju polskiego przemysłu wytwarzającego zaawansowane technologicznie produkty, poczynając od technologii energetycznych i maszyn budowlanych, a kończąc na pociągach czy komponentach elektronicznych. Po drugie, trzeba wziąć pod uwagę syndrom NIMBY (angielski skrót od frazy „nie w moim ogródku”), czyli typową postawę w przypadku takich inwestycji. Zaistnieć więc powinny rozsądne procedury decyzyjne, gwarantujące odpowiednie konsultacje społeczne i rekompensaty dla właścicieli terenów, na których powstaje infrastruktura.
Warto wspierać rozwój polskich firm, które – w miarę możliwości – powinny budować, remontować i rozwijać inwestycje tego typu, a z czasem mogłyby podjąć zagraniczną ekspansję. Działania te przyczynią się do zwiększenia bezpieczeństwa i poziomu zatrudnienia.
Niestety, z powodu coraz bardziej gwałtownych zmian pogodowych katastrofy naturalne, takie jak upały, susze, gwałtowne wiatry i powodzie, będą w Polsce coraz częstszym zjawiskiem. Dlatego warto zrobić przegląd norm technicznych, zgodnie z którymi buduje się strategiczną infrastrukturę, aby zwiększyć jej wytrzymałość. Zagraniczny kapitał specjalizuje się w jej wykupie, ponieważ jest bardzo dochodowa i w zasadzie gwarantuje monopolistyczną rentę. Odpowiednie prawo powinno to uniemożliwić i stworzyć strategię ponownego przejęcia kontroli nad bezmyślnie sprzedanymi obcemu kapitałowi aktywami o wartości strategicznej. To bardzo ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski. Być może warto zastanowić się, jak wykorzystywać do tego oszczędności zgromadzone w OFE i inne oszczędności Polaków – takie inwestycje mogą być bardzo dochodowe.
Należy brać pod uwagę także interes społeczny, czyli dostępność tej infrastruktury w regionach, w których nie jest możliwa jej rentowność, ale jej istnienie jest konieczne ze względów społecznych. Warto spojrzeć na zyski w perspektywie szerszej niż tylko bilansowa. Na przykład szybka kolej podmiejska może zwiększyć zatrudnienie w miejscowościach podmiejskich i zarazem zmniejszyć liczbę klientów pomocy społecznej, co jest ogromną korzyścią, choć nie widać jej w bilansie spółki przewozowej.
Produkcja i dystrybucja energii
Ten temat jest bardzo istotny, gdyż tani prąd stanowi podstawę gospodarki i jej konkurencyjności. Dostęp do taniej energii jest w interesie społecznym. Gdy go zabraknie, rozwija się tzw. ubóstwo energetyczne.
Bezpieczeństwo energetyczne jest ściśle powiązane z dostępnością surowców energetycznych i z jakością sieci przesyłowej prądu, których topologia zależy od rodzaju źródeł. Sieci przystosowane do obsługi rozproszonych źródeł odnawialnych są o wiele droższe w budowie i w utrzymaniu od tych rozprowadzających prąd z kilkunastu wielkich elektrowni. Warto uświadomić sobie, że dostosowanie sieci do obsługi energii odnawialnej jest dużo droższe niż samo wystawienie wiatraków czy paneli, i że koniec końców koszt takich inwestycji odbije się na cenie prądu, o czym oficjalnie się nie mówi. Nie powinno się też zapominać, że zmiana mieszanki energetycznej, np. wykluczenie używania węgla, to koszmarnie drogi, 30- czy 40-letni proces inwestycyjny. Przyjrzyjmy się poniżej różnym źródłom energii elektrycznej.
Główną zaletą węgla brunatnego i kamiennego jest to, że mamy ich ogromne złoża, co wpływa na nasze bezpieczeństwo energetyczne.
Słabością tego źródła energii jest zaś to, że jego spalanie przyczynia się do emisji CO2, przez co jest ono na cenzurowanym. Polska ma problem, ponieważ z jednej strony w naszym narodowym interesie jest zapewnienie sobie bezpieczeństwa energetycznego, a z drugiej rośnie międzynarodowa presja na ograniczanie spalania węgla. Poniższa tabela pokazuje, że nasz rząd nie popisał się w negocjacjach klimatycznych. Polska emituje zaledwie 40 proc. CO2 na osobę w porównaniu z emisjami Luksemburga i 83 proc. w przypadku Niemiec, a mimo to jesteśmy postrzegani jako „brudny producent energii”. Również Belgia, Holandia, Finlandia, Czechy i Estonia emitują więcej CO2 na głowę niż Polska.
Rozwiązaniem dla Polski wydają się inwestycje w nowe technologie energetyczne. Obecnie średnia wydajność naszych przestarzałych elektrowni węglowych to około 33 proc., podczas gdy nowe technologie pozwalają na zwiększenie jej do nawet 50 proc. Gdy dodamy kolejne 10-15 proc. z kogeneracji [czyli jednoczesnej produkcji prądu i ciepła – przyp red. NO], będzie można istotnie zmniejszyć emisje CO2 bez ograniczania bezpieczeństwa energetycznego.
|
Kraj
|
Emisja CO2 w tonach na
osobę w 2013 r.
|
Emisja CO2 w kilotonach
na kraj w 2013 r.
|
|
Luksemburg
|
20,9
|
10 832
|
|
Australia
|
16,9
|
390 000
|
|
Arabia Saudyjska
|
16,6
|
490 000
|
|
USA
|
16,6
|
5 300 000
|
|
Kanada
|
15,7
|
550 000
|
|
Estonia
|
14
|
18 650
|
|
Korea Pd
|
12,7
|
630 000
|
|
Rosja
|
12,6
|
1 800 000
|
|
Japonia
|
10,7
|
1 360 000
|
|
Czechy
|
10,4
|
109 486
|
|
Finlandia
|
10,2
|
54 767
|
|
Niemcy
|
10,2
|
840 000
|
|
Holandia
|
10,1
|
168 007
|
|
Belgia
|
8,8
|
97 766
|
|
Polska
|
8,5
|
320 000
|
|
Austria
|
7,8
|
65 203
|
|
Wielka Brytania
|
7,5
|
480 000
|
|
Chiny
|
7,4
|
10 330 000
|
|
UE
|
7,3
|
3 740 000
|
|
Dania
|
7,2
|
40 377
|
|
Włochy
|
6,4
|
390 000
|
|
Afryka Pd.
|
6,2
|
330 000
|
|
Szwecja
|
5,5
|
52 145
|
|
Francja
|
5,7
|
370 000
|
|
Iran
|
5,3
|
410 000
|
|
Meksyk
|
3,9
|
470 000
|
|
Indonezja
|
2,6
|
510 000
|
|
Brazylia
|
2,4
|
480 000
|
|
Indie
|
1,7
|
2 070 000
|
Emisja CO2 na kraj i osobę w 2013 r. (Źródła: Bank Światowy i Wikipedia. Dotyczy tylko emisji CO2 ze spalania paliw kopalnych i produkcji cementu).
Sporo się słyszy o sekwestracji dwutlenku węgla – wyłapywaniu go i składowaniu pod ziemią. Odradzam ten proces z co najmniej dwóch powodów: technologia ta zużywa bardzo dużo energii i de facto wymaga budowy dodatkowej elektrowni. Ponadto składowanie CO2 pod ziemią nie jest certyfikowane jako bezpieczne – skompresowany dwutlenek węgla to trucizna.
Kolejnym źródłem energii jest gaz konwencjonalny. Polska wydobywa go dużo mniej, niż zużywa, co uzależnia nas od importu z Rosji. Z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego to spore ryzyko, dlatego warto inwestować w konkurencyjne źródła zaopatrzenia w gaz, choćby w celu zdobycia lepszej pozycji negocjacyjnej. Krokami w dobrym kierunku są budowa gazoportu w celu umożliwienia importu skroplonego gazu oraz rozbudowa połączeń gazowych z Czechami, Słowacją i Niemcami, co zapewni więcej alternatyw w przypadku problemów na wschodzie. Ciekawą opcją jest też gazyfikacja węgla.
Następnym potencjalnie ważnym źródłem energii jest gaz łupkowy. To zapewne ciekawa możliwość zwiększenia naszego bezpieczeństwo energetycznego. Sporo mówi się o sukcesie wydobywczym w Stanach Zjednoczonych. Jest tylko jedno ale: obecne technologie nie są bezpieczne dla zasobów wody. Biorąc pod uwagę opisane wyżej problemy ze zmniejszającą się dostępnością wody pitnej w Polsce, nie powinniśmy się spieszyć z takim wydobyciem, możemy natomiast inwestować w badania i rozwój lepszych technologii wydobywczych, które nie degradują środowiska. Ponadto nie zabezpieczono procesu koncesyjnego przed wrogim przejęciem i wiele koncesji zostało wykupionych przez naszego wschodniego sąsiada – w przyszłości trzeba unikać tak oczywistych błędów w tworzeniu i wdrażaniu kluczowych strategii.
Ważnym źródłem energii stanie się energia ze źródeł odnawialnych. Pozyskiwanie jej ma wielu zwolenników, co wynika z faktu, że w czasie dyskusji o tym sposobie pozyskiwania energii zwraca się uwagę tylko na brak emisji CO2 i ograniczenie wydobycia węgla. Sprawa nie jest jednak tak prosta. Z punktu widzenie cyklu życia produktu wygląda to zupełnie inaczej. Masowa produkcja tych technologii również wykorzystuje mnóstwo kopalin oraz powoduje zużycie energii, a więc emisję dwutlenku węgla. Ich instalacja (zwłaszcza wiatraków) jest obciążająca dla środowiska, sąsiedztwa i zwyczajnie niszczy piękno krajobrazu. Recykling, szczególnie paneli słonecznych, jest bardzo trudny, jeśli nie niemożliwy. Warto więc kalkulować wszystkie korzyści i straty, a nie tylko ich wąski wycinek zgodny z dominującą ortodoksją.
Produkcja energii odnawialnej wymaga całkowitej modernizacji sieci dystrybucji energii elektrycznej. Liczne rozproszone źródła energii oraz zmienność wiatru czy nasłonecznienia powodują, że sieci trzeba naszpikować gigantyczną ilością drogiej elektroniki, aby zarządzać niestabilnymi dostawami prądu. Dodatkowo należy budować rezerwowe elektrownie gazowe, które uruchamia się w okresie niedoboru wiatru lub słońca. Produkcja i odpady po zużyciu się technologii stanowić będą dodatkowe obciążenie dla środowiska, wliczając emisję CO2. To oczywiście ogromne dodatkowe koszty inwestycji, których obecnie nie bierze się pod uwagę.
Na zastosowaniu tych technologii zarabiają zwłaszcza ich producenci, stąd można zrozumieć zaangażowanie np. Niemiec w ich promocję, gdyż dla tego kraju oznacza ona nowe rynki eksportowe. Polska również powinna inwestować w ich rozwój.
Trochę inną kwestią są elektrownie wodne, wymagające sztucznych zbiorników, których budowa ma zazwyczaj fatalne następstwa dla okolicznego ekosystemu. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę rosnące zagrożenia powodziowe oraz problemy z rezerwami wody pitnej, jest to alternatywa warta rozważenia.
Ciekawą opcją jest geoenergia. Jej ewentualna popularyzacja powinna bazować na wynikach badań geologicznych. Warto pamiętać, że np. Islandia pozyskuje z tego źródła większość energii.
Energia ze spalania śmieci nie jest najbardziej ekologiczną formą wytwarzania, ale alternatywę stanowi składowanie odpadów na wysypiskach. W Skandynawii istnieje sporo takich spalarni, więc to opcja warta rozważenia
Nie jestem zwolennikiem produkcji energii z roślin, jeśli ogranicza ona obszary rolne służące produkcji żywności. Chyba że mówimy o biogazowniach wykorzystujących odpady z produkcji roślin spożywczych, np. słomę z żyta czy pszenicy. Jest to na pewno temat wart uwagi.
Elektrownie atomowe trudno ocenić jednoznacznie. Przyjrzyjmy się kilku minusom. Po pierwsze, w razie problemów elektrowni atomowej nie da się wyłączyć. Co to oznacza, dowiedzieliśmy się w Czarnobylu i Fukushimie. Argument producentów tych technologii, mówiący, że teraz są one już bardziej zaawansowane, jest mylący, bo zawsze istnieje pewne ryzyko, za które producent nie bierze odpowiedzialności, a skutki i koszty ponosi społeczeństwo. Poza tym Polska zapewne musiałaby importować uran, co niekoniecznie poprawi nasze bezpieczeństwo energetyczne. Budowa takiej elektrowni to ogromna emisja CO2 (beton, cement itd.), czyli uzasadnienie odwołujące się do niskoemisyjności elektrowni atomowych z punktu widzenia cyklu życia jest nie do końca prawdziwy.
W przypadku konfliktu międzynarodowego taka elektrownia to wymarzony cel ataku rakietowego lub terrorystycznego. Być może problem ten można by przekuć w zaletę, gdyby taką elektrownię zbudować w województwie lubuskim, blisko granicy z Niemcami. Byłaby to dobra odpowiedź na rurociąg Nordstream.
Odpady nuklearne są znacznym ryzykiem dla środowiska. Na przykład Francja składuje je na swoich wyspach na Pacyfiku, co stwarza potencjalne zagrożenie, lecz zwykle nie jest brane pod uwagę w rozważaniu wad energii nuklearnej.
Wśród plusów wymieńmy przede wszystkim fakt, że warto mieć grupę specjalistów od kwestii nuklearnych, która będzie dysponowała odpowiednią wiedzą o produkcji technologii tego typu, w razie gdyby sytuacja geopolityczna jej wymagała. To także zawsze pewna dywersyfikacja źródeł zaopatrzenia w energię.
Infrastruktura transportowa
Kolejnym zagadnieniem jest transport drogowy, kolejowy, rzeczny i lotniczy. Obecnie rzuca się w oczy brak zintegrowanego rozwoju sieci transportowej. Tworzy się wspólne strategie, aby zoptymalizować całą sieć, np. kontenery najlepiej przewozić koleją, a dowóz węgla z południa na północ mógłby być wykonywany za pomocą transportu rzecznego. Poza tym rozwój sieci transportowej powinien być integrowany z sieciami telekomunikacyjnymi i energetycznymi (gaz, ropa, prąd).
Szybka kolej, jako forma transportu najbardziej przyjazna środowisku, powinna być priorytetem. Dotyczy to zarówno transportu osobowego, jak i towarowego. Proces usprawniania kolei musi być zintegrowany z badaniami i rozwojem polskich technologii, aby ten ogromny rynek stał się kołem zamachowym dla polskich producentów pociągów czy zasilania energetycznego, a także firm budujących i utrzymujących infrastrukturę. Większość tranzytu towarowego przez Polskę powinna być transportowana koleją, aby odciążyć drogi.
Rozwój sieci drogowej jest strategicznie istotny. Nie jestem zwolennikiem niekorzystnego dla Polaków systemu opłat – powinny go zastąpić przynajmniej kilkumiesięczne winiety, co jest formą podatku regresywnego: osoby zamieszkałe w Polsce często korzystające z płatnych dróg płacą relatywnie mniej, a osoby mieszkające za granicą relatywnie więcej.
Transport rzeczny jest sferą niedoinwestowaną, mimo korzystnej sieci rzek północ-południe i poniemieckiej infrastruktury na Odrze.
W kwestii transportu lotniczego od lat widać nadmierną ambicję polityki regionalnej, aby w każdym mieście było lotnisko, co jest nieekonomiczne i naraża państwo na marnotrawienie środków. Polsce wystarczy tylko kilka lotnisk pasażerskich, ważne jest połączenie ich z szybką koleją, aby zapewnić sprawny dowóz pasażerów.
Infrastruktura telekomunikacyjna
Sprzedaż Telekomunikacji Polskiej państwowej spółce francuskiej jest przykładem patologii obecnego systemu i braku rozwagi decydentów. Kontrola państwa nad siecią telekomunikacyjną jest jednym z jego celów, a polityka ta powinna być zintegrowana z próbą odbudowy polskiej produkcji tych technologii oraz z ochroną przed cyberterroryzmem czy cyberwojną. Również utrzymanie i rozwój tej infrastruktury muszą być prowadzone przez polskie spółki kontrolowane przez państwo, gdyż ma to znaczenie strategiczne.
Inteligentne miasta
Znaczna część Polaków mieszka w miastach, stąd miejsca te stanowią specjalne wyzwanie, jeśli chodzi o rynek pracy i wykorzystywanie zasobów. Spójrzmy na nie z punktu widzenia zużycia zasobów w budynkach, w transporcie, przy utylizacji śmieci oraz w kanalizacji, oświetleniu itp.
Budynki zużywają sporo energii (prąd, gaz, olej opałowy itd.) i wody. Warto więc inwestować w oszczędzanie tych zasobów. W przypadku ogrzewania należy zacząć od właściwego docieplenia, a dopiero w drugiej kolejności zainwestować w instalacje technologii regulującej używanie oświetlenia, klimatyzacji, ogrzewania, wody czy generujące prąd z energii słonecznej, np. na szybach czy na powierzchniach dachowych.
Transport w miastach zużywa sporo energii oraz zanieczyszcza otoczenie szkodliwymi wyziewami i hałasem. Warto inwestować w transport elektryczny, taki jak tramwaje, elektryczne autobusy czy metro, a także promować w aglomeracjach miejskich auta elektryczne. Trzeba jednak pamiętać, że baterie obsługujące elektryczne auta robione są między innymi z litu, który wydobywa zaledwie kilka państw na świecie. Oznacza to kolejne uzależnienie od importu surowców.
Proces ten powinien być wspierany przez dobrze przemyślany system opłat parkingowych, limitowaną liczbę pozwoleń na poruszanie się autami w tłocznych centrach czy darmową (lub tanią) komunikację. Skutkiem będzie zmniejszenie poziomu hałasu (samochody elektryczne są ciche) oraz kosztów opieki zdrowotnej (transport elektryczny nie wydziela trujących emisji powodujących np. choroby dróg oddechowych). Warto inwestować w szybką kolej podmiejską, jak robią to Niemcy, aby podmiejskim społecznościom bardziej się opłacało dojeżdżać do pracy w miastach kolejką niż samochodami. Ważnym zadaniem jest tworzenie infrastruktury komunikacji rowerowej. Planowanie różnych typów infrastruktury transportowej powinno być zintegrowane.
Oszczędzanie wody, stacje jej uzdatniania, kanalizacja i oczyszczalnie ścieków są ważną infrastrukturą konieczną do ochrony niewielkich zasobów wody pitnej w Polsce. Miasta zużywają również na miejskie oświetlenie ogromne ilości prądu. Inwestując w nowoczesne systemy oświetleniowe, można sporo oszczędzić.
Ważne budynki, np. elektrownie, serwerownie itd., są potencjalnym celem ataków terrorystycznych i militarnych w przypadku wojny. Ponieważ ich działanie jest kluczowe dla państwa, należy inwestować w technologie, które zabezpieczą je przed takim ryzykiem.
Inteligentne sieci elektryczne, doprowadzające prąd do domów (tzw. ostatnia mila), również mają spory potencjał oszczędności energii. W mniejszych miejscowościach istnieje dodatkowo możliwość rozwoju lokalnego generowania prądu. Liczne zakłady produkcyjne zużywają sporo energii i wody. Odpowiednie normy i zachęty powinny wspierać ich oszczędzania, np. poprzez zamknięty obieg wody lub zmianę silników diesla obsługujących maszyny na silniki elektryczne.
Warto te procesy sprzęgnąć z rozwojem polskich technologii, odpowiednimi normami i umiejętnym definiowaniem zamówień publicznych, aby duże inwestycje generowały dodatkowy rozwój w regionach.
Inteligentne łańcuchy dostawcze produktów, ich recykling i opakowania
Użytkowane na co dzień produkty, np. auta, maszyny, AGD, telewizory, komputery, klimatyzatory, serwery itd. zużywają sporo energii i surowców w procesie produkcyjnym, a po zużyciu lądują zazwyczaj na śmietnisku. Dodatkowym problemem ekologicznym są wszechobecne plastikowe opakowania. Można temu zaradzić.
Większość tych produktów jest importowanych lub jedynie składanych w Polsce. Tym samym można się zastanowić, jak obligatoryjnie wydłużyć ich gwarancje, aby producenci byli zmuszeni do produkcji trwalszych wersji. Oczywiście podniosłoby to ich cenę, ale byłyby dłużej sprawne i zmniejszyłoby się zużycie zasobów naturalnych potrzebnych do ich produkcji. Istnieje wiele obowiązkowych norm minimalizujących zużycie prądu, ale niekoniecznie są one skuteczne z punktu widzenia klienta i środowiska naturalnego.
Warto inwestować w odzyskiwanie surowców ze zużytych technologii, które są prawdziwą kopalnią zasobów obejmujących całą tablicę Mendelejewa. To rosnący sektor, stopniowo generujący ogromne zapotrzebowanie na nowe technologie do wyłuskiwania surowców ze zużytych sprzętów. Technologie te można rozwijać także w Polsce.
Koszmarem dla środowiska są plastikowe opakowania. Warto znajdować prawne rozwiązania i wprowadzić obowiązek używania bardziej ekologicznych materiałów.
Inteligentne finansowanie
Powyższe inwestycje w zrównoważony rozwój wymagają dużych zasobów pieniężnych. Sektor finansowy powinien więc być zachęcany do tworzenia odpowiednich produktów finansowych, które ten proces wesprą.
Warto analizować, jak oszczędności Polaków – bankowe czy emerytalne – mogłyby zostać użyte, oczywiście z należnym zyskiem dla ich właścicieli, do finansowania tych koniecznych i dochodowych inwestycji oraz do wykupienia strategicznej infrastruktury, które została nierozważnie sprzedana zagranicznym inwestorom. W tym kontekście jasny staje się sens postulatów przemyślanej repolonizacji sektora bankowego. Zagraniczny kapitał nie ma interesu we wchodzeniu w konflikt z kapitałem ze swoich krajów, zainteresowanych zwiększaniem udziału na polskich rynkach strategicznej infrastruktury. Podobnie warto rozważać, jak można byłoby użyć kapitału zgromadzonego w OFE. Równocześnie trzeba ograniczać rozwój finansowych, spekulacyjnych instrumentów pochodnych, jeśli nie służą interesowi społecznemu czy publicznemu. Można tego dokonać np. przez niewielki podatek obrotowy od każdej transakcji. Niektóre z tych instrumentów są korzystne tylko dla instytucji finansowych, wykorzystujących je do spekulacji na rynkach, np. energii.
Podsumowanie
Można pokusić się o kilka ogólnych wniosków.
Po pierwsze, państwo powinno zachować lub odzyskać kontrolę nad strategicznymi zasobami naturalnymi i kluczową infrastrukturą energetyczną, telekomunikacyjną i transportową.
Po drugie, umiejętne zarządzanie zasobami naturalnymi i ważną infrastrukturą może stanowić podstawę dofinansowania ochrony zdrowia, edukacji, badań i rozwoju czy mieszkalnictwa komunalnego.
Po trzecie, we wszystkich tych obszarach rośnie zapotrzebowanie na nowoczesne technologie. Popyt ten powinien być w miarę możliwości zaspokajany przez polskich naukowców i producentów, co wpłynie na jakość rynku pracy i zamożność regionów.
Po czwarte, większość zasobów naturalnych jest konsumowana w miastach. Dlatego warto inwestować w koncepcje inteligentnych miast w celu oszczędnego zużywania tych surowców.
Po piąte, należy wpływać na całe łańcuchy produkcyjne, aby oszczędnie zużywały zasoby naturalne. Obowiązkowa dłuższa gwarancją na takie produkty, uzupełniona o recykling zużytych, wydaje się dobrym kierunkiem.
Po szóste, warto pracować nad rozwojem inteligentnych instrumentów finansowych, wspierających zrównoważony rozwój Polski i pomnażających oszczędności Polaków. Zapewne jedną z opcji jest wspieranie repolonizacji sektora bankowego czy wykupu infrastruktury strategicznej.
Po siódme, w związku z gwałtownymi zmianami pogodowymi, warto zrobić przegląd norm strategicznej infrastruktury w celu zwiększenie jej odporności na coraz silniejsze wiatry, częstsze powodzie i susze oraz wyższe temperatury.
Po ósme, powstać powinna zintegrowana strategia zrównoważonego rozwoju w zakresie zasobów naturalnych i kluczowej infrastruktury na nadchodzące 20-30 lat. Jej wdrażanie winno się odbywać na podstawie kilkuletnich planów inwestycyjnych.