Zbigniew Romaszewski

Zbigniew Romaszewski

Nie musimy się zgadzać, musimy myśleć i wymieniać poglądy. Dla wymiany poglądów została w naszej rzeczywistości bardzo okrojona przestrzeń medialna. „Nowy Obywatel” to właśnie fragment tej wolnej przestrzeni, miejsce, gdzie nie ulegając „poprawności”, modom czy partykularnym interesom różnych lobby możemy wymieniać nasze autentyczne poglądy. Chwała mu za to.

Zofia Romaszewska

Zofia Romaszewska

„Nowy Obywatel” to zdumiewające pismo, po przeczytaniu którego czytelnik, zatroskany polski obywatel, jasno widzi, że istnieje – i to realnie istnieje – sposób na Polskę zamożną i dynamicznie rozwijającą się. Pomysły są różne, niektóre całkiem nieźle sprawdzone. „Nowy Obywatel” jest pismem kompletnie nie ulegającym modnym ideologiom, bardzo mocno stąpającym po ziemi i jej realnych problemach. Jest to pismo pełne inspiracji do działania i jednocześnie pełne zdrowego rozsądku, bardzo rzadka kombinacja, świetnie się go czyta.

Paweł Rojek

Paweł Rojek

„Nowy Obywatel” łączy dwie drogie mi idee, które najczęściej się rozdziela: solidarność i patriotyzm. Ktoś nazwie to złośliwie narodowym socjalizmem, ale przecież jest to po prostu prawdziwa polska wrażliwość społeczna. Każda z tych idei z osobna stanowi wyzwanie dla liberalnego mainstreamu. Połączenie ich obu to wyzwanie do kwadratu.

Bartłomiej Radziejewski

Bartłomiej Radziejewski

Polska potrzebuje lewicy patriotycznej, upominającej się o interesy ludzi ubogich, prawdziwie wykluczonych i zwracającej uwagę na wady kapitalizmu. „Nowy Obywatel” spełnia tę rolę lepiej niż jakikolwiek inny znany mi tytuł w naszym kraju. Chętnie się z głoszonymi na jego łamach tezami nie zgadzam.

Piotr Pałka

Piotr Pałka

„Nowy Obywatel” to jedno z nielicznych środowisk, które są mądrym i wiarygodnym partnerem do otwartej i bezinteresownej rozmowy o tym, jakie są prawdziwe problemy społeczne i rozwojowe Polski. W wielu kwestiach są konserwatywni w szczególnym sensie. To znaczy aideologiczni. To pomaga otwarcie rozmawiać na każdy temat. Działalność, przetrwanie takich środowisk oraz zapewnienie im niezależności ma większe znaczenie z punktu widzenia przyszłości naszego kraju niż milion stron napisanych przez lewicowych i prawicowych akuszerów systemu. Poza wszystkim jednak, „Nowy Obywatel” to jeden z najciekawszych i najważniejszych głosów odrębnych w polskiej debacie publicznej, a takie głosy są dzisiaj na wagę złota.

Adam Ostolski

Adam Ostolski

„Nowy Obywatel” zajmuje na mapie ideowej polskiej lewicy miejsce szczególne. Proponuje trzeźwe, oparte na faktach i analizach spojrzenie na polskie problemy oraz rzadką gotowość do debaty – zarówno z innymi nurtami lewicy, jak i z ideowymi oponentami z prawej strony. Można się z różnymi diagnozami tego środowiska zgadzać lub nie zgadzać, ale zawsze ma się pewność, że dyskusja nie będzie bujała w obłokach. Trudno wyrazić, jak wiele osobiście zawdzięczam lekturze „Nowego Obywatela”, jeśli chodzi o moje rozumienie polityki społecznej, ochrony zdrowia czy systemów emerytalnych. Bardzo gorąco zachęcam do prenumeraty tego wyjątkowego pisma.

prof. Leokadia Oręziak

prof. Leokadia Oręziak

„Nowy Obywatel” to:

  • pismo o dużej wrażliwości społecznej, zaangażowane w obronie dobra wspólnego Polaków,
  • o wszechstronnej tematyce,
  • przybliżające polską myśl społeczną,
  • przybliżające dorobek polskich społeczników,
  • przykład rzetelnego dziennikarstwa, którego często brak w mainstreamie,
  • zapewnia pasjonującą lekturę i nie pozostawia czytelnika obojętnym na poruszane kwestie.
Andrzej Muszyński

Andrzej Muszyński

Problem w tym, że świat dojrzewa do myśli „Nowego Obywatela” z przynajmniej dziesięcioletnim opóźnieniem. Sam nie wiem, czy świadczy to bardziej o „Nowym Obywatelu”, czy o świecie. Dla mnie od dawna jedno z najważniejszych pism w kraju.

Bernard Margueritte

Bernard Margueritte

Odkryłem „Nowego Obywatela” z przyjemnością i ulgą. Nareszcie znalazłem w Polsce pismo, które nie satysfakcjonuje się tanimi sensacyjkami, płytkimi wiadomościami, wydarzeniami bez znaczenia, ale stara się patrzyć dalej, szerzej i omawia to, co jest istotne dla nas dziś i jutro: jakie są konsekwencje dotychczasowego modelu globalizacji, co robić, aby zapewnić ekorozwój Polski i świata, jak dążyć do tego „aby Polska była Polską”. Przy tym pismo stara się pokazać inne drogi działania, oparte na szacunku dla godności człowieka. Jak sama nazwa pisma wskazuje, „Nowy Obywatel” pokazuje jeszcze – i to jest niezmiernie istotne – że te zaszczytne cele mogą być osiągnięte tylko dzięki zaangażowaniu społecznemu, dzięki budowie społeczeństwa obywatelskiego.

dr hab. Ewa Leś

dr hab. Ewa Leś

„Nowy Obywatel” spełnia ważną funkcję w polskiej debacie publicznej po 1989 r. Konsekwentnie przyczynia się do myślenia w kategoriach sfery publicznej i tworzenia takiej polityki, która system polityczny i społeczny oprze na zasadach sprawiedliwości społecznej. Zasady te zapewnią poprawę egzystencji całego społeczeństwa, jego rozwój i kreowanie egalitarnych stosunków społecznych – przywracając w ten sposób zaufanie do państwa.

Jerzy Kłosiński

Jerzy Kłosiński

„Nowy Obywatel” to jedno z niewielu pism w kraju, które rzetelnie i wnikliwie zajmuje się najważniejszymi tematami społeczno-gospodarczymi, ale tymi przede wszystkim, które na ogół są pomijane lub trywializowane w debacie publicznej. Skupia wokół siebie ludzi ideowo przekonanych, że pogłębianie świadomości życia społecznego jest warunkiem rozwoju naszego kraju. Na łamach „Nowego Obywatela” wypowiadają się ludzie mający za sobą różne doświadczenia ideowe czy nawet polityczne, ale mają jedną cechę wspólną – zależy im na tym, aby ich teksty wnosiły wartość dodaną do krajowej publicystyki.

Joanna i Andrzej Gwiazdowie

Joanna i Andrzej Gwiazdowie

Środowisko „Nowego Obywatela” i wydawany przez nie magazyn zajmują wyjątkową pozycję w polskim życiu publicznym. Można wymienić wiele powodów; godna podziwu erudycja i pracowitość całego zespołu, wysoki poziom merytoryczny i wydawniczy, odwaga w podejmowaniu tematów nowych i trudnych. Kwartalnik nie mieści się w żadnej szufladce i jest to jego największą zaletą. Na łamach pisma publikują ludzie o różnych poglądach. „Nowy Obywatel” wciąż szuka, jest wolny i autentyczny, i co najważniejsze – rzetelny. Naszym zdaniem jest to najważniejsze środowisko opiniotwórcze, chociaż nikt nie odważy się oficjalnie tego przyznać.

Pełzająca dominacja algorytmów

Algorytmy zaczynają decydować o naszych losach. Jeżeli ich stosowanie ma przynieść postęp społeczny, musimy zdobyć się na ich krytyczną ocenę.

Słowo „algorytm” było do niedawna dla większości z nas jedynie elementem żargonu informatyków. Należało mu poświęcać tyle uwagi, ile poświęca się pojęciom z zakresu geologii lub lingwistyki – czyli bardzo niewiele. Dzisiaj rzecz wygląda inaczej: niemiecka wersja Google News (usługa umożliwiająca przeszukiwanie mediów internetowych) po wpisaniu hasła „algorytm” oferuje prawie 150 tysięcy wyników w serwisach informacyjnych – tytuły artykułów to na przykład: „Algorytm rozpozna kłamliwe e-maile”, „Przejrzystość: algorytm Amazona wprowadza klientów w błąd”, „Wskazówki dotyczące pisania listu motywacyjnego: sposób na przechytrzenie algorytmu”. Tytuły te dobrze ilustrują rolę, jaką algorytmy zaczęły od niedawna odgrywać w naszym życiu.

Algorytmy nie odczuwają głodu

Upraszczając, algorytmy to zadania do wykonania przez programy komputerowe. Definiują one, jakie czynności w jakiej kolejności wykonać. Jako takie nie są więc niczym nowym – pierwszy algorytm służący do programowania poprzednika dzisiejszych komputerów powstał już w XIX wieku. Obecnie coraz bardziej przenosimy swoje życie do cyfrowego świata, zabierając tam mnóstwo cyfrowych danych (tzw. big data) podatnych na analizę. To daje algorytmom nowe pole działania. Z takiej analizy coraz częściej wyciągane są konsekwencje dla naszego cyfrowego, a także rzeczywistego życia. Problematyka algorytmów zaczyna dotyczyć bezpośrednio każdego z nas.

Obecnie z algorytmów korzysta się na przykład w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych ponad 70% CV w ogóle nie przechodzi przez ręce żywego rekrutera – są selekcjonowane przez algorytmy. Algorytmy decydują też o tym, co wyświetli nam się w internecie, obojętnie, czy chodzi o reklamę szytą na miarę użytkownika, czy o cenę produktu w sklepie Amazona, która jest różna – i można to udowodnić – dla różnych klientów. Zazwyczaj także decydują o tym, czy i na jakich warunkach otrzymamy pożyczkę albo jakie stawki ubezpieczeń zostaną nam zaoferowane. W Stanach Zjednoczonych algorytmów używa się również do przewidywania prawdopodobieństwa recydywy w odniesieniu do więźniów. To tylko kilka przykładów.

Podczas analizy big data korzysta się z algorytmów głównie ze względu na ilość danych, z którymi człowiek mógłby poradzić sobie jedynie z wielkim trudem lub których przetwarzanie leży całkiem poza jego możliwościami. Jednocześnie algorytmy mają służyć eliminacji tzw. czynnika ludzkiego – udowodniono na przykład, że sędziowie wydają surowsze wyroki, gdy są głodni, a rekruterzy nie wybierają kandydata do pracy wyłącznie na podstawie kompetencji aplikującego, lecz także na podstawie jego podobieństwa do nich samych. A ponieważ algorytmom głód raczej nie przesłoni prawidłowego wnioskowania, wierzymy w ich obiektywność i racjonalność.

Niektórzy obserwatorzy zaczęli jednak podważać to założenie. Często zapominamy bowiem, że algorytm został przez kogoś stworzony i że również ta osoba nie reprezentuje neutralnego lub obiektywnego punktu widzenia. Sposób, w jaki algorytm został zdefiniowany, musi więc nieuchronnie obejmować zniekształcenia poznawcze uwarunkowane subiektywnym odbiorem rzeczywistości przez tę osobę, a nawet powielać stereotypy. Typowym przykładem jest wpisanie w algorytm rzekomo obiektywnych kryteriów, takich jak osiągnięty poziom wykształcenia czy miejsce zamieszkania. Czy formalnie osiągnięty poziom wykształcenia rzeczywiście mówi cokolwiek o przydatności kandydata na dane stanowisko? Czy przez mechaniczną klasyfikację osób według powyższych kryteriów nie wykluczamy tych, które nie miały jednakowych warunków wyjściowych, jak cała reszta? Czy nie reprodukujemy ich wykluczenia społecznego?

Rasizm maszyn

Problem pojawia się także podczas selekcji danych, na którą może wpływać specyficzna wizja świata, co następnie rzutuje na wyniki analizy. Należy także liczyć się z faktem, że same dane zawierają zniekształcenia rzeczywistości lub wzory społeczne, których powielanie czy wzmacnianie nie leży w naszym interesie. Na przykład grupy wykluczone są w danych reprezentowane w mniejszym stopniu albo w sposób, który odpowiada ich dyskryminacji. Przykładem jest mniejszy udział kobiet na stanowiskach kierowniczych. Na takiej podstawie algorytmy nie powinny jednak ślepo formułować przewidywań i zaleceń co do przyszłości ani ukierunkowywać czyichś zachowań.

Konkretnych przykładów tego rodzaju kłopotów z algorytmami jest coraz więcej – do bardziej zabawnych należy próba zorganizowania konkursu piękności, którego celem było wyłonienie „obiektywnie” najpiękniejszego człowieka. Ludzie zostali zaproszeni do wysyłania swoich zdjęć, na podstawie których algorytm miał wybrać najpiękniejszą osobę. Zdjęcia przesłało jednak znacznie mniej osób o ciemnym kolorze skóry, przez co były o wiele słabiej reprezentowane wśród zwycięzców. Algorytm na podstawie niższej reprezentacji takich osób w danych wejściowych wywodził, że cechy charakterystyczne ich urody stanowią raczej negatywne odchylenie od powszechnie przyjętego wyobrażenia na temat piękna. Mniej zabawna jest natomiast sytuacja, kiedy kobietom w internecie wyświetla się mniej ogłoszeń o pracę na wyższych stanowiskach. Dzieje się tak, ponieważ algorytm z faktu, że są na takich stanowiskach mniej reprezentowane, wywodzi, iż kobietom nie przysługują stanowiska tego rodzaju. Dochodzi tym samym do reprodukowania istniejącego niesprawiedliwego porządku rzeczy. Do najbardziej drastycznych przykładów można zaliczyć wyniki krytycznej oceny algorytmu, którego celem było przewidywanie prawdopodobieństwa popełnienia recydywy przez więźniów w Stanach Zjednoczonych. Wynika z niej, że dla kryminalistów o ciemnym kolorze skóry istnieje dwukrotnie wyższe prawdopodobieństwo, iż ryzyko recydywy zostanie dla nich przewidziane błędnie, podczas gdy kryminalistom o białym kolorze skóry dwa razy częściej błędnie przypisuje się bezproblemowość.

Im powszechniej używa się algorytmów do analizy danych, tym częściej należy myśleć o możliwych pułapkach. Taką refleksję utrudnia jednak fakt, że nie zawsze możemy się w ogóle dowiedzieć, czy tego rodzaju analiza została w danym przypadku przeprowadzona. Odrzuceni kandydaci do pracy nigdy się nie dowiedzą, czy nie zostali wyselekcjonowani przez algorytm zawierający przesłanki o charakterze dyskryminacyjnym. Dokładna budowa algorytmów oraz dane, na których bazują, stanowią u większości programów i aplikacji ściśle strzeżoną tajemnicę handlową, a zatem bardzo trudno poddać je krytycznej ocenie. Jeśli jednak ma miejsce ich wykorzystywanie w usługach publicznych – jak choćby w przypadku wspomnianego algorytmu przewidującego recydywę – powinniśmy się domagać ujawnienia mechanizmu ich działania oraz odpowiednich danych.

Z całości można wyciągnąć jeszcze jeden wniosek: nie tylko w czeskiej debacie publicznej coraz częściej słyszymy o tym, że szybki postęp technologiczny pociąga za sobą coraz większe zapotrzebowanie na osoby z wykształceniem technicznym. Społeczne skutki niewłaściwego stosowania algorytmów są jednak dość dobrym przykładem na to, dlaczego w erze cyfrowej być może bardziej potrzebni będą ludzie z wykształceniem humanistycznym, zdolni do zwrócenia uwagi na podobne zagrożenia. Tylko właściwie ukierunkowany rozwój technologiczny możemy nazywać postępem. Od osób wykształconych czysto technicznie raczej trudno oczekiwać, że będą to ukierunkowanie korygować. Decydujące znaczenie dla przyszłości będzie mieć ścisła interdyscyplinarna współpraca dyscyplin humanistycznych i technicznych.

Tłumaczenie Krzysztof Kołek
Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie A2larm.cz – w czeskim internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”. Przedruk za zgodą autorki.

NGO-izacja społeczeństwa politycznego i segregacja ekonomiczna

Zaniepokojony hurraoptymistycznym tekstem Piotra Pacewicza oraz krytyką partii Razem za brak poparcia marszów KOD, doszedłem do wniosku, że obie wyrażone postawy wynikają ze wspólnej im niewiedzy na temat ekonomii politycznej segregacji we współczesnym świecie.

Ideologia społeczeństwa obywatelskiego służy idealizacji organizacji pozarządowych jako bardziej efektywnych i bardziej demokratycznych niż demonizowane instytucje państwa opiekuńczego i administracji publicznej. Żadne badania nie są w stanie potwierdzić tej demagogii. Promocja tzw. trzeciego sektora stanowi istotny, choć nie kluczowy element ataku ekonomicznej oligarchii na instytucje państwa opiekuńczego, wydatki społeczne, redystrybucję zasobów. Kluczowym elementem tego procesu jest zniszczenie progresywnego systemu podatkowego. NGO-izacja, czyli obejmowanie coraz większej liczby funkcji przez organizacje pozarządowe, jest tylko symptomem ekonomicznej dyskryminacji mas. Społeczeństwo obywatelskie jest ideologią NGO-izacji.

Powszechnie podzielana teza o pozytywnym wpływie trzeciego sektora na społeczeństwo jest nie do obronienia na gruncie empirycznym. Proste statystyki pokazują, że jest dokładnie odwrotnie, niż się powszechnie sądzi: im więcej jest organizacji pozarządowych1, tym więcej osób spędza część życia w więzieniach2, tym więcej osób żyje poniżej granicy ubóstwa3, tym niższy jest udział w PKB wydatków państwa na szkolnictwo i służbę zdrowia4, a nawet tym niższy staje się kapitał społeczny (sic!)5. I nie są to statystyki charakterystyczne tylko dla Polski, ale także dla wielu innych państw z grona zwanego demokratycznym, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Coś, co z perspektywy pojedynczej organizacji wygląda niezwykle chwalebnie i korzystnie, w wymiarze makroekonomicznym ma katastrofalne efekty. Pisząc bardziej dosłownie: im więcej grantów i projektów z Unii Europejskiej przerabiają polskie NGO-sy, tym trudniejsza jest sytuacja życiowa uboższej części społeczeństwa.

Organizacje pozarządowe przyczyniają się do depolityzacji społeczeństwa. Służy temu ich sposób funkcjonowania, oparty na publicznych grantach i dotacjach. Stanowi on mechanizm instytucjonalizacji ruchów politycznych (zwanych w konsekwencji „społecznymi”) w organizacje usługowe, zajmujące się łataniem dziur po niedofinansowanych instytucjach państwa opiekuńczego. Przy czym ideologiczne określanie ruchów politycznych mianem społeczeństwa obywatelskiego, a nie politycznego, służy li tylko legitymizacji ich NGO-izacji.

Na tym się jednak nie kończy. Organizacje pozarządowe stanowią element pośredni w drodze do prywatyzacji usług publicznych – poprzez wprowadzanie ukrytych za konstrukcją „składek” opłat za dostarczane przez siebie usługi. To jednocześnie mechanizm unikania opodatkowania w postaci składek i darowizn. Nie bez powodu fundacje cieszą się niechlubną opinią pralni pieniędzy. W tej chwili, dzięki ustawie pozwalającej na zamianę szkół publicznych w społeczne, czyli zarządzane przez stowarzyszenia i fundacje, odbywa się masowa prywatyzacja szkolnictwa. Zatrudniani w tak sprywatyzowanych placówkach nauczyciele nie podlegają już opiece układu zbiorowego zwanego Kartą Nauczyciela. I nie ma żadnych gwarancji, że w przyszłości szkoły te nie zaczną pobierać opłat, wbrew temu, co napisał Pacewicz.

Wbrew powszechnym poglądom, organizacje pozarządowe nie zajmują się pomaganiem ludziom ubogim. Przytłaczająca większość z nich nastawiona jest na zaspokajanie pretensjonalnych aspiracji i stylu życia liberalnej klasy średniej. Tylko niewielki odsetek organizacji, i to głównie religijnych, wspiera ubogich. Organizacje te nie pomagają jednak w wyjściu z ubóstwa, lecz sprawiają, że ubóstwo staje się bardziej do zniesienia. Jest to zgodne z konserwatywną wizją świata, w której bieda jest naturalnym porządkiem rzeczy i służy jako tło działalności łaskawych i szlachetnych filantropów z klasy wyższej. Finansowane poprzez system regresywnych podatków organizacje pozarządowe są elementem systemu wyzysku pracowniczych klas ludowych. Wspieranie organizacji pozarządowych jest jak leczenie choroby przez wzmaganie jej symptomów.

Jesteśmy obecnie świadkami zorganizowanego działania liberalnych elit, skierowanego przeciw masom tzw. klas ludowych: działania nastawionego na ich wyalienowanie przez ograniczenie dostępu do szkolnictwa, opieki społecznej i zdrowotnej, oraz podporządkowanie przez pułapkę kredytowego zadłużenia. Społeczeństwo obywatelskie służy tu tylko jako ideologiczny parawan, figowy listek zasłaniający brak systemowego wsparcia, w istocie będąc koniem trojańskim neoliberalnej polityki cięć wydatków społecznych. To tylko pretensjonalne i narcystyczne mrzonki nowobogackiej klasy średniej. Organizacje pozarządowe nie są w istocie odpowiedzialne za powstały stan rzeczy, nie są czynnikiem sprawczym, ale zaledwie symptomem zachodzących procesów. Prawdziwa gra toczy się bowiem zupełnie gdzie indziej.

Istota problemu tkwi w tym, że trzeci sektor organizacji pozarządowych nie jest rzeczywistą alternatywą dla instytucji państwa opiekuńczego. Jedyną realną alternatywą dla państwa opiekuńczego jest państwo policyjne. Taki wniosek należy wysnuć z podanych wyżej statystyk zwiększających się populacji więźniów. I taki jest populistyczny ideał ekonomicznych liberałów (a właściwie kapitalistów), pokrętnie ukrywany za stwierdzeniami o państwie jako nocnym stróżu albo o państwie minimalnym. Gdy się obserwuje postępującą militaryzację państwa i rosnący aparat inwigilacji, jasnym się staje, że państwo policyjne liberałów wcale nie jest państwem minimalnym. Jego funkcją jest, jak twierdzą liberałowie, „ochrona własności prywatnej”, czyli utrzymywanie systemu ekonomicznej segregacji na klasy posiadające własność i klasy jej pozbawione. To przedstawiciele liberalnej klasy średniej chcą inwigilować i kontrolować beneficjentów opieki społecznej bardziej niż rząd PiS. Stworzenie systemu policyjnej represji służy utrzymaniu mechanizmów wyzysku bezpośredniego przez tzw. pracodawców i pośredniego za pomocą regresywnego systemu podatkowego. Sam system mandatów również może służyć wyzyskowi ekonomicznemu. Kryminalizacja biedy ostatecznie może nawet prowadzić do pozbawienia praw politycznych objętych nią obywateli, jak ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych. Zakaz aborcji jest jednym z głównych narzędzi kryminalizacji ubóstwa.

To przeciwko tym mechanizmom głosowano w ostatnich wyborach. W przeciwieństwie do instytucji nadzoru, jakiekolwiek szerzej zakrojone programy społeczne możliwe są do sfinansowania wyłącznie za pomocą progresywnego systemu podatkowego. Obietnice poprawy i poluzowania reżimu fiskalnego znalazły się zarówno w postulatach PiS (program 500+ jako element progresji podatkowej w postaci tzw. podatku negatywnego, które to rozwiązanie postulowałem już w 2009 r.), jak i PO (likwidacja składek ZUS – najbardziej regresywnego podatku w Polsce). Wygrała bardziej zrozumiała i bezpośrednio wpływająca na życie przeciętnego obywatela opcja pierwsza, ale kłopot z drugą pozostał (plus klasyczny problem z warunkowym przyznawaniem 500+ na pierwsze dziecko, co powoduje wypychanie beneficjentek z rynku pracy).

Kształt struktury wydatków państwowych jest uzależniony od struktury przychodów. Obecnie problemem jest to, że miłościwie nam rządząca partia zdaje się nie rozumieć, w jaki sposób funkcjonuje bieżący system podatkowy, który ma sfinansować jej rzekomo socjalne tudzież narodowe obietnice. Świadczy o tym powierzenie stanowiska ministra finansów radykalnemu liberałowi ekonomicznemu i akolicie Janusza Korwin-Mikkego – wroga wszelkich podatków poza skrajnie regresywnymi pogłównymi. Niestety, frakcja skrajnych liberałów ekonomicznych o silnych powiązaniach zawodowych z sektorem bankowo-finansowym monopolizuje stanowiska gospodarcze i finansowe w każdym dotychczasowym rządzie początku transformacji ustrojowej. Ekonomiści są obecnie kształceni wyłącznie w ramach wąskiego neoliberalnego podejścia, a brakuje świadomości, że stanowiska gospodarcze mogą być obsadzone przez osoby o innym wykształceniu – np. historyków, politologów, filozofów czy socjologów ekonomicznych. Rządzący zdają się być ślepi na jakiekolwiek inne szkoły i podejścia ekonomiczne. A Polacy przez lata głosowali na ugrupowanie, które powinno prowadzić lewicową politykę, lecz tego nie robiło, zupełnie dyskredytując socjalną lewicowość.

Fakt, że stanowiące znacznie większe niebezpieczeństwo dla naszej demokracji korporacyjne porozumienia CETA i TTIP nie wywołują w Polsce podobnie masowych protestów, napawa grozą. Wynika to z partyjnie sterowanego charakteru afektywnej mobilizacji bieżących antyrządowych protestów. Występujące patetycznie na pochodach KOD i prezentujące się jako obrońcy społeczeństwa obywatelskiego i Trybunału Konstytucyjnego, partie Nowoczesna i PO są większym zagrożeniem dla demokracji niż PiS, ze względu na swe pełne hipokryzji programy ekonomiczne, których efektem może być tylko pogłębienie segregacji społecznej. Ekonomiczna dyskryminacja i oligarchizacja są największymi wrogami demokracji. Regresywny system podatkowy jest mechanizmem antydemokratycznym.

Obserwując pogardliwy stosunek przedstawicieli klasy średniej do ubóstwa nie można być zdziwionym, że to właśnie wśród nich najbardziej popularne są postawy nacjonalistyczne, eufemistycznie nazywane konserwatywnymi. To w „liberalnej” klasie średniej najbardziej rozpowszechnione są postawy nacjonalistyczne, szowinistyczne i ksenofobiczne, a w efekcie – postępują sukcesy wyborcze skrajnej prawicy. Prowadzący do podziałów liberalizm ekonomiczny idzie w parze z postawami nacjonalistycznymi. Neoliberalnych i nacjonalistycznych polityków łączy wiele, ale przede wszystkim wspólna polityka totalnego dyskredytowania lewicy i socjaldemokracji. Nie dziwne więc, że scenę polityczną zdominowały jedynie te dwa rodzaje partii. Z pogardy wynika strach przed ubogimi, który jest tym większy, im większy jest dystans ekonomiczny dzielący obie klasy. Poziom obawy klasy średniej przed degradacją warunkowany jest stopniem zubożenia i trudnymi warunkami bytowymi najuboższych. Na rekinów sukcesu, którym się powinie noga, zawsze czeka armia bezdomnych, którym nikt przecież nie jest skłonny pomóc.

Zamiast zaszczytnej alienacji, elitom zamkniętym w grodzonych osiedlach klasowej segregacji potrzebna jest nauka racjonalnej empatii. Jak pisał Tocqueville, „dobrze pojętego interesu”, a nie konkurencji, oraz praca u podstaw demokratycznego systemu, a nie na jego wyimaginowanych szczytach. Stawiam w tym miejscu postulat i tezę, że u podstaw prawdziwie demokratycznego systemu politycznego znajduje się przede wszystkim progresywny system podatkowy. Między ekonomią a demokracją zachodzą ścisłe związki, a głównym zwornikiem pomiędzy nimi jest system podatkowy.

Jednym z rozwiązań łączących bezpośrednio progresję podatkową z prawami politycznymi byłoby finansowanie przez państwo wypłat wyborczych za udział obywateli w wyborach (zamiast karania za brak uczestnictwa, jak w niektórych krajach) – byłaby to forma płacy za sprawowanie „urzędu państwowego wyborcy”, odwołując się do platońskiej terminologii. Rozumiana również jako forma nagrody, nawet symbolicznie skromna wypłata wyborcza, umożliwiłaby aktywizację głosujących, którzy nie widzą związków korzyści ekonomicznych z partycypacją polityczną. Z drugiej strony, wprowadzenie górnego limitu wydatków partyjnych na kampanie wyborcze ustanowiłoby barierę dla korporacyjnego lobbingu, zwłaszcza zagranicznego. Rozwiązania te poszerzyłyby bazę wyborczą i ograniczyły wpływy oligarchii na proces wyborczy.

Ostatnie wybory polityczne mas oraz mowa nienawiści przedstawicieli klasy średniej pod adresem beneficjentów programu 500+ wydają się wskazywać, że polityczna linia podziału na prawicę i lewicę ma charakter tylko estetyczny. Prawdziwe, „określające świadomość” interesy ekonomiczne rozgrywają się pomiędzy neoliberałami z ich ekonomicznym szowinizmem, a socjaldemokratami dążącymi do regulacji kapitalistycznego rynku w celu poprawy sytuacji życiowej wykluczonych i dyskryminowanych. Piramida potrzeb Maslowa nie zdezaktualizowała się jeszcze i należy pamiętać o kolejności ich zaspokajania. To właśnie teraz, gdy do głosu doszły masy, z całą rażącą wyobcowane elity estetyką konieczności istnienia, a z drugiej strony, gdy elity uciekły się do obrony swych wartości w emocjonalnych zachowaniach masowych, znaleźliśmy się na drodze ku prawdziwej, a nie fasadowej demokracji. Dopiero teraz możliwa stała się dyskusja nad prawdziwymi źródłami i podstawami demokracji. To nie społeczeństwo obywatelskie, ale świadome swych interesów, podziałów klasowych, sytuacji społeczno-ekonomicznej oraz możliwych rozwiązań i kompromisów społeczeństwo polityczne jest warunkiem istnienia prawdziwej demokracji.

Nowoczesne demokracje wywalczone były w politycznej walce mas robotniczych, pracowniczych i ludowych równolegle z nowoczesnymi rozwiązaniami opiekuńczymi, czyli prawami socjalnymi. Nowoczesne demokracje, w prawdziwym rozumieniu tego słowa, powstały jako państwa socjaldemokratyczne, a nie liberalne demokracje. Innymi słowy, pełna demokracja została osiągnięta tylko w tych państwach, które wprowadziły rozwinięte programy socjalne. Podobnie, żadne państwo, które osiągnęło wysoki poziom rozwoju gospodarczego i politycznego, nie osiągnęło tego bez szeroko zakrojonych programów socjalnej redystrybucji. Odwrót od państwa opiekuńczego i progresywnego systemu podatkowego to odwrót od demokracji w kierunku ekonomicznej i politycznej oligarchii wyalienowanej z życia mas i alienującej masy ze społeczeństwa politycznego. Regresywny system podatkowy blokuje bowiem ścieżki awansu. Tylko ekonomiczne wsparcie awansu społecznego klas niższych może zapobiec demograficznemu wymarciu klasy średniej, bowiem dominujący wśród niej model prokreacji nie pozwala na odtwarzanie się. Klasa średnia wywodzi się z awansu klas niższych. Awans ten odbywał się głównie za sprawą rzeszy stanowisk urzędniczych, a nie przedsiębiorczości.

Chciałbym w tym miejscu wyrazić stanowisko, że prawdziwa demokracja jest dopiero wtedy, gdy te „ciemne” i „barbarzyńskie” masy ludowe zaczynają decydować o polityce i kształcie społeczeństwa politycznego. Problemem nowobogackiej klasy średniej jest to, że w sposób wręcz pasożytniczy zbyt wiele dochodów przeznaczyła na budowę swych prywatnych majątków, a zbyt mało na szeroką edukację i oświatę tego ludu, niemożliwe bez jednoczesnej poprawy jego warunków życiowych. Transformacja ustrojowa przyniosła systematyczne obniżanie wydatków na publiczny system edukacyjny, prowadząc do edukacyjnej segregacji. Rezultatem tego procesu jest rosnąca obawa przed „ciemnym ludem”, prowadząca liberalną klasę średnią do jego dalszej dyskryminacji i postępującej segregacji. Przerwanie tego błędnego koła możliwe jest za pomocą rozwiniętej i powszechnej oświaty i edukacji, ale w tym celu należałoby zwiększyć nakłady na publiczne szkolnictwo i rozwój zawodowy.

Jedynym skutecznym sposobem, by to osiągnąć, jest ustanowienie prawdziwie demokratycznego progresywnego systemu podatkowego opartego przede wszystkim na podatkach majątkowych, a nie tylko dochodowych. Podatki powinni płacić bogaci, a nie biedni. To możemy przeczytać w Biblii i tak pisali Adam Smith i John S. Mill – autentyczni chrześcijanie i liberałowie byli zwolennikami progresji fiskalnej. Pierwotnie słowo „liberalny” znaczyło hojny, łaskawy. Stworzenie prawdziwie demokratycznego społeczeństwa politycznego jest możliwe nie poprzez budowę fantasmagorycznego społeczeństwa obywatelskiego, ale przez odpowiednie opodatkowanie ludzi bogatych, ich majątków i korporacji, tak, aby można było sfinansować w pełni obywatelskie wychowanie i wykształcenie najuboższych nawet wyborców. Bez progresywnego systemu podatkowego każde szerzej zakrojone działanie rozwojowe jest skazane na porażkę. Szczególnie pilne jest obecnie stworzenie progresywnego podatku majątkowego, co w obliczu postępującej reprywatyzacji i refeudalizacji należy uznać za dziejową konieczność.

Przypisy:

  1. http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosc/1313619.html
  2. http://isws.ms.gov.pl/pl/baza-statystyczna/publikacje/download,2779,5.html
  3. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ub%C3%B3stwo_w_Polsce
  4. http://stats.oecd.org/Index.aspx?QueryId=4549
  5. Robert Putnam „Bowling Alone: America’s Declining Social Capital” 2000, http://ks.mkidn.gov.pl/media/download_gallery/20130520SRKS_na_stronie_internetowej.pdf
W garści giganta

W garści giganta

Z Dominikiem Owczarkiem i Agatą Chełstowską, pracownikami Instytutu Spraw Publicznych, rozmawiamy o ich raporcie „Amazon po polsku. Warunki pracy i stosunki z pracownikami”.

***

Są Państwo autorami raportu „Amazon po polsku”, dokumentującego warunki pracy w polskich centrach logistycznych firmy Amazon. Jaka jest historia jego powstania?

Dominik Owczarek: Głównym celem badania było zdiagnozowanie sytuacji dialogu społecznego i stosunków pracy w tej firmie. Wybraliśmy Amazon nie dlatego, że to jakaś szczególnie wyjątkowa firma, ale dlatego, że jest jednym z przykładów, w jaki sposób międzynarodowe korporacje rozwijają swój model biznesowy w polskim kontekście. Amazon jest soczewką, w której skupiają się różne problemy rynku pracy i modelu polskiej gospodarki, natomiast oczywiście równie dobrze moglibyśmy wziąć pod lupę zupełnie inną firmę inwestującą w Polsce. Zależało nam na tym, żeby dotknąć problemu z bardzo wielu perspektyw, stąd chcieliśmy, aby wśród respondentów pojawili się nie tylko przedstawiciele samej firmy, ale i pracownicy, równowaga musiała być zachowana. Ale chodziło nam też o szersze spojrzenie – o cały kontekst oddziaływania firmy Amazon na społeczności lokalne. Dlatego w raporcie pojawiają się np. przedstawiciele samorządów, ale też ośrodków analitycznych, które są lokalnie osadzone i mogą z tej lokalnej, pogłębionej perspektywy przedstawiać pewne opinie na temat funkcjonowania firmy. Nie zapomnieliśmy też oczywiście o ekspertach, którzy pozwolili nam poszerzyć dyskusję na temat tej firmy czy na temat modelu polskiej gospodarki i stosunków pracy w Polsce.

Samo skontaktowanie się z firmą było niezwykle trudne. Z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że firma ta co prawda oficjalnie jest zarejestrowana w Warszawie, bo ma tam dwie spółki, natomiast nie ma biur. Kiedy staraliśmy się dotrzeć fizycznie do tych miejsc, okazywało się, że to są po prostu adresy kancelarii prawnych, które są niejako skrzynkami pocztowymi. Zatem kontakt bezpośredni z przedstawicielami firmy w warszawskim biurze nie był możliwy. Firma nie dysponuje też stroną internetową inną niż portal, na którym dokonuje sprzedaży. Istnieje co prawda strona poświęcona rekrutacji pracowników, ale nie ma tam żadnego kontaktu do biura zarządu. Dopiero po długim czasie i wielu próbach kontaktu, po pięciu miesiącach, udało się skontaktować z rzeczniczką firmy. Wymagało to też dużej cierpliwości ze strony fundatora naszego badania. Ten wywiad był jedyną rozmową z przedstawicielem Amazona. Był wprawdzie długi, wyczerpujący i bardzo informacyjny, ale nie udało się porozmawiać z nikim innym – a szczególnie zależało nam na rozmowie z przedstawicielami działu kadr, bo stosunki z pracownikami były dla nas głównym przedmiotem badania.

Czyli mieliście trochę wrażenie, że firma próbuje ukryć się przed mediami i badaczami społecznymi? Rozumiem, że nikt wcześniej nie próbował jej badać. A jak było z rozmowami z pracownikami – czy jeździliście do magazynów i „czatowaliście” tam na nich?

Agata Chełstowska: Tu nie było raczej problemów z dotarciem. Pracownicy chcieli rozmawiać. Oczywiście zdarzały się osoby, które nie chciały udzielić wywiadu, inne chciały, ale były ogromnie zmęczone, obciążone czasowo – musieliśmy brać to pod uwagę. Zgłosiliśmy się do związków zawodowych i rozmawialiśmy też z pracownikami uzwiązkowionymi. I tu już wcale nie było problemu z uzyskaniem opinii na temat tego, jak oceniają swoje warunki pracy i jakie mają zdanie na temat firmy.

Na terenie firmy działa związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, który wchodzi w spory z pracodawcą. Jaki jest w Amazonie poziom uzwiązkowienia, jakie konflikty i czego dotyczą?

A. Ch.: Trudno podać dokładny poziom uzwiązkowienia i policzyć członków związku, bo związek nie musi nam podawać tych liczb. Ona się też dynamicznie zmienia, bo jest ogromna rotacja pracowników, którzy mogą wstępować do związku i z niego występować. Bardzo ważny jest istniejący w Amazonie podział na dwa rodzaje pracowników: zatrudnionych przez agencję pracy tymczasowej i zatrudnionych bezpośrednio przez Amazona, co komplikuje stosunki związkowe. Główne ich problemy to oczywiście płace i organizacja pracy, która wymusza bardzo wysokie tempo i wielki wysiłek fizyczny, przy długich, ponad dziesięciogodzinnych zmianach. Pakiet socjalny, którym Amazon się bardzo chwali – darmowy dojazd czy tanie obiady – jest właściwie niezbędny do funkcjonowania tej firmy. Pracownicy dojeżdżają z odległych miejscowości, bo w pewnym momencie w regionie w sektorze tych niskopłatnych prac Amazon rzeczywiście oferował konkurencyjną stawkę za godzinę. Skoro jednak dojeżdżają z takich miejsc, to ten transport jest niezbędny, tak samo jak posiłek w trakcie zmiany, która trwa 10,5 godziny.

Czyli coś normalnego firma reklamuje jako niezwykłe dobro, które łaskawie oferuje.

D. O.: Dokładnie tak. Chciałem jeszcze dodać parę słów odnośnie do okresu rozliczeniowego czasu pracy. Pracownicy magazynowi pracują cztery dni w ciągu tygodnia, a nie pięć, jak to się zwykle przyjęło, ale ich zmiany są dużo dłuższe. Czas pracy to 10-11 godzin, z przerwą, która się do niego nie wlicza. Jest to forma optymalizacji kosztów: dowożenie pracowników cztery razy w tygodniu zamiast pięciu razy po prostu obniża koszty transportu, a więc to raczej forma obniżania kosztów dostarczenia tych osób do miejsca pracy. Jednak pakiet socjalny jest przedstawiany przez pracodawcę jako coś dodatkowego, szczególna troska o pracowników – natomiast gdybyśmy spojrzeli na to, jak wyglądałaby organizacja pracy w centrach Amazon bez tych wszystkich dodatków, okazałoby się, że praca w przypadku wielu osób nie byłaby możliwa.

Czy warunki pracy i płacy pracowników tymczasowych i stałych różnią się?

A. Ch.: Nie. Oni się tylko nazywają „stali” i „tymczasowi”, ale to nie znaczy, że tymczasowi pracują tam krócej. Do pewnego stopnia wymusza to obowiązujący model biznesowy – to, że Amazon szczytowy okres działania ma w czwartym kwartale roku i wtedy rzeczywiście jest bardzo dużo paczek do przepakowania i dostarczenia, co oczywiście wymaga zatrudnienia dodatkowych pracowników sezonowych. Ale ten podział utrzymuje się cały rok i ma inne cele, niż tylko odpowiedź na sezonową naturę tego biznesu.

Mają takie same płace – rozmawialiśmy ze specjalistami od pracy tymczasowej i okazuje się, że nie można zatrudnić jednej osoby na umowie tymczasowej, a drugiej na stałej na tym samym stanowisku i płacić im inaczej. Jednocześnie jednak zrozumiałe są postulaty pracowników, którzy pracują w firmie od początku – żeby bardziej doświadczone osoby miały wyższą płacę, dodatki stażowe, a nie zarabiały tyle samo, co osoba, która jest w pracy pierwszy dzień.

Co jeszcze? Rosną normy, nie rosną płace – to główne zastrzeżenie związków zawodowych. Normy nie mogą przecież rosnąć w nieskończoność, a na razie tak to wygląda – nie jest przewidywane, jak bardzo będą rosły i w jakim okresie, sama firma tego nie uściśla. Płace zwyżkują, rzeczywiście zmieniła się stawka, ale nadal jest ona oceniana przez pracowników jako nieadekwatna do wysiłku. Są też dwa rodzaje premii – wynikowa i związana z frekwencją. Niejasne są algorytmy i zasady przyznawania premii wynikowej – jest przyznawana na podstawie wyników z działów albo z całego zakładu, wysiłek pojedynczego pracownika ma więc na nią mały wpływ. Ta strategia, na którą natykamy się od początku, czyli brak jednoznacznych odpowiedzi albo trudność skomunikowania się z firmą, jest też formą odpowiedzi. Stosowana jest nawet strategia, zgodnie z którą związki nie mają się do kogo zgłosić w sprawie stawek. Słyszą na przykład – o, tym to się zajmuje inny dział, a w ogóle to on znajduje się w czeskiej Pradze.

Czy stawki wzrosły w efekcie dialogu Amazona ze związkami, czy związki są zupełnie ignorowane i nie toczy się żaden dialog?

A. Ch.: Pracodawca mówi, że stawki wzrosły, bo tak postanowił, a związki mówią, że to zasługa i wynik ich wysiłków. Zdania są podzielone, a każdy ma trochę inną ocenę tej sytuacji.

W raporcie często wspominacie o zależnym modelu gospodarki, który opiera się na tym, że koszty pracy są równane w dół, że przedsiębiorstwa zagraniczne nie przenoszą na polski grunt swojej kultury organizacyjnej, zabezpieczeń socjalnych, które oferują innym pracownikom w swoich krajach, natomiast w Polsce nie. Na czym jeszcze ten model polega?

D. O.: Ten model został już opisany w literaturze jako funkcjonujący w krajach Europy Środkowo-Wschodniej i opiera się na kilku filarach. Po pierwsze, zawiera się nim duży udział inwestycji zagranicznych w gospodarce. Te inwestycje opierają się na niskich kosztach pracy, ale jednocześnie firmy przebierają w dość wykwalifikowanych pracownikach. Mogą tu wybierać pomiędzy pracownikami nisko wykwalifikowanymi i średnio wykwalifikowanymi, mają też dostęp do pracowników wysoko wykwalifikowanych. Inny element tego modelu to kwestia dość elastycznego prawa pracy, które umożliwia realizowanie pewnych działań optymalizacyjnych. No i na koniec – dość pluralistyczne stosunki pracy, a raczej słabe stosunki pracy, trzeba to otwarcie powiedzieć: niski poziom uzwiązkowienia, brak układów zbiorowych. Te 10,5-godzinne zmiany w trybie czterech dni pracy pod rząd zostały umożliwione przez ostatnie zmiany kodeksu pracy. To właśnie te uwarunkowania, z których korzystają międzynarodowe korporacje. Nawet jeśli dysponują one rozbudowanym dialogiem społecznym w swoich firmach-matkach lub w innych firmach zlokalizowanych w krajach starej Unii Europejskiej, to zarządzający bardzo często korzystają z okazji i nie przenoszą wzorców dialogu społecznego na polski grunt. Jeśli firma uznaje dialog społeczny za istotną wartość, to stara się przenosić te rozbudowane struktury do Polski. Tak jest np. w EDF – to duża firma elektroenergetyczna, która ma swoje elektrownie w Polsce. Natomiast w większości przypadków te rozwiązania nie są przenoszone na polski grunt – co zaskakujące, nie robią tego nawet duże firmy skandynawskie. W przypadku Amazona mamy do czynienia z jeszcze inną sytuacją. Z założenia jest to firma, w której dialog społeczny jest na bardzo dalekim planie. Kultura organizacyjna tej firmy opiera się na indywidualizmie, w związku z tym kolektywne, zbiorowe stosunki pracy nie za bardzo znajdują w niej swoją przestrzeń. Doskonale wpisuje się to w kształt dialogu społecznego w Polsce. W Amazonie istnieje atrapa dialogu w postaci Forum pracowników. Wybór do tego Forum następuje w drodze demokratycznych wyborów, natomiast podmiot ten nie jest w żaden sposób umocowany prawnie. Nie jest to rada pracowników, która realizuje ustawę o informacji i konsultacjach z pracownikami ani nie jest to związek zawodowy, który dysponowałby kompetencją prowadzenia negocjacji z pracodawcą czy wchodzenia w spór zbiorowy. Firma Amazon preferuje ten podmiot jako główną formę zbiorowego dialogowania z pracownikami. Oprócz forum pracowników są jeszcze inne instytucje dialogu, jak spotkania zespołów, kwartalne spotkania kierowników czy codzienne badanie satysfakcji pracowników oraz tablica, na której pracownicy mogą umieścić dowolny komunikat. Przede wszystkim jednak preferowany jest dialog indywidualny: pomiędzy jednym pracownikiem a pracodawcą. To utrzymuje strukturalną nierównowagę pomiędzy pracodawcą a pracownikami. Duży nacisk na indywidualne stosunki pracy będzie siłą rzeczy odtwarzać tę nierównowagę.

Jeśli chodzi o stosunek wobec związków zawodowych, to oczywiście oficjalnie jest on pozytywny, ale jeśli przyjrzymy się praktyce dialogu społecznego, możemy powiedzieć, że wyraża się on w sztywnym stylu negocjacyjnym. Nie mamy tutaj do czynienia z próbą zrozumienia drugiej strony, znalezienia wspólnego rozwiązania w sytuacji ograniczonych możliwości – to sztywna gra negocjacyjna. Ten model wpisuje się w najbardziej charakterystyczny dla Polski model dialogu społecznego, czyli po pierwsze intensywny, a po drugie – konfliktowy – zgodnie z typologią wypracowaną przez Eurofound. Nie sprzyja to rozwojowi zaufania i kultury kooperacji oraz współpracy pomiędzy pracownikami a pracodawcą.

Chciałabym nawiązać do kolejnej rzeczy, którą wyczytywałam w raporcie – że w Polsce istnieją magazyny Amazona, istnieją centra logistyczne, natomiast nie istnieje (choć podobno ma powstać) polska strona internetowa, polska domena amazon.com, na której Polacy mogliby kupować różne rzeczy, które w tych magazynach są składowane. Jesteśmy zatem traktowani jako obszar, który można „skolonizować”, by mieć na nim tanich pracowników, ale już nie pełnoprawnych klientów.

A. Ch.: Może Amazon ocenia, że mu się to nie opłaca. Jeśli zamawiamy towary z niemieckiej strony firmy, to one przyjeżdżają do Poznania, ale płacimy jak za dostawę zagraniczną.

D. O.: Potwierdzam ten wniosek – nie dość, że jesteśmy traktowani jako pracownicy gorszej kategorii w porównaniu np. do niemieckich pracowników, którzy są lepiej uzwiązkowieni, mają wyższe płace, trwa dyskusja na temat objęcia ich układem zbiorowym w sektorze logistycznym itd., to – oprócz tego – polscy konsumenci są konsumentami gorszej kategorii, choćby dlatego, że zamawiając towary np. przez platformę niemiecką muszą dokonywać dodatkowej opłaty za dostarczenie tych przesyłek. Geograficznie nie ma to uzasadnienia.

Czyli jesteśmy traktowani jako rezerwuar taniej siły roboczej, ale jako konsumenci nie jesteśmy jednocześnie dość majętni, by zostać pełnoprawnymi klientami tej firmy.

A. Ch.: Związkowcy dokonują bezpośrednich porównań: ile godzin pracują pracownicy polscy, a ile niemieccy, ile jedni i drudzy zarabiają na godzinę. Trzeba dodać, że obydwa związki polskie są w kontakcie z niemieckimi, jest międzynarodowa komunikacja i są podejmowane wspólne akcje.

Jaki ma wpływ powstawanie i istnienie tych centrów logistycznych na lokalne rynki pracy?

D. O.: Warto wyjść od samej decyzji lokalizacyjnej. Po pierwsze, jest to związane z walorami logistycznymi: to gminy pod Wrocławiem i Poznaniem, z dobrym dojazdem do autostrad i lotnisk. Jest spora możliwość transportu przesyłek. Drugi fakt: oba te centra zlokalizowano w gminach, które są bardzo prężne, jeśli chodzi o ściąganie zachodnich inwestycji, zagranicznych firm produkcyjnych czy usługowych. Jednak przedmiotem krytyki w naszym raporcie jest kwestia dostępności zasobów pracy. W obu tych gminach bowiem poziom bezrobocia jest bardzo niski – ok. 2-3 proc. – nawet w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. Mamy więc do czynienia z brakiem zasobu pracy. Rozmawialiśmy z lokalnymi ośrodkami badawczymi, które twierdzą, że sektor prac niskopłatnych jest w zasadzie wydrenowany w tych regionach. Prowadzi to w konsekwencji do konieczności ściągania pracowników spoza tych gmin i powiatów – nawet z odległości 60-80 km. Pytanie zatem, czy Amazon nie popełnił błędu. Wiemy na pewno, że firma ma ogromne problemy rekrutacyjne. Jednym ze sposobów zachęcania nowych pracowników jest oczywiście ten wspomniany pakiet socjalny – oraz wyższa płaca, rzeczywiście wyższa od rynkowej. Wydaje się jednak, że to nie rozwiązuje wszystkich problemów. Przytoczę anegdotkę: ostatnio sam znalazłem w poczcie zaproszenie, by zostać pracownikiem centrum logistycznego w Poznaniu, mimo że mieszkam daleko od Poznania, a moje kompetencje dalece się rozmijają z tymi potrzebnymi w halach logistycznych. Skoro nawet ja dostałem takie zaproszenie, to może oznaczać, że trafiło ono do sporej części Polaków. Prowadzi to wniosku, że Amazon jest w nienajlepszej sytuacji, żeby nie powiedzieć, że rozpaczliwie szuka pracowników.

I trochę na oślep.

D. O.: Oczywiście. Trzeba jednak przyznać, że pojawienie się Amazona wiązało się z utworzeniem wielu miejsc pracy i zwiększenia liczby ofert pracy. Można więc powiedzieć, że to pozytywny wpływ. Rodzi się jednak pytanie, czy przypadkiem instytucje publiczne nie popełniły tutaj pewnego błędu ściągając te centra w miejsca, gdzie zasób pracy jest bardzo ograniczony. Czy to nie jest odpowiedzialność instytucji samorządowych, a może i po części rządowych, żeby kierować takie inwestycje w miejsca, które pozwoliłyby prowadzić politykę rozwoju regionalnego?

Na przykład Podkarpacie, Podlasie?

D. O.: Właśnie. Jeden z ekspertów, z którymi prowadziliśmy rozmowy, sugerował, że dość duży zasób pracy jest dostępny choćby w województwie lubuskim, a ono też jest położone w pobliżu autostrady łączącej Polskę z Niemcami. Czemu właśnie nie ta lokalizacja została zasugerowana Amazonowi, lecz gminy podwrocławskie i podpoznańskie? Zabrakło elementu instytucjonalnego, który mógłby wprowadzić rozwój regionalny na właściwe tory.

Prawdopodobnie nie stawiano po prostu inwestorowi żadnych wymagań.

D. O.: Tak, to właśnie kolejny wniosek z naszego badania. Rozmawialiśmy z wójtami i można było wyczuć w bezpośrednim kontakcie, że w tych miejscowościach funkcjonuje psychologiczny mechanizm „please, in my backyard”, czyli ściąganie inwestycji za wszelką cenę i bezwarunkowo, bez względu na to, czy to będzie przynosić długofalowe korzyści, czy jednak będzie się wiązało z jakimiś ograniczeniami lub negatywnymi konsekwencjami. Z jednej strony wypadałoby pogratulować sukcesu, bo rzeczywiście obie te gminy ściągają wiele inwestycji zagranicznych; z drugiej – te inwestycje nie prowadzą do zrównoważonego rozwoju. Nie dziwię się samym wójtom, bo jeśli popatrzeć na czysty rachunek ekonomiczny, nawet jeśli pracownicy nie pochodzą z danej gminy, to jednak są duże wpływy z podatków lokalnych i części PIT-ów, które potem zostają w tych gminach. Polityka regionalna nie powinna być realizowana wyłącznie na poziomie gmin, bo niekoniecznie odpychanie inwestycji zagranicznych leży w ich interesie – to powinna być odpowiedzialność instytucji regionalnych i centralnych.

Do jakich wniosków na poziomie ogólnym doprowadziły badanie i raport?

D. O.: Przede wszystkim są to wnioski związane z modelem polskiej gospodarki, który ma kształt gospodarki zależnej – i wiążą się z nim liczne ograniczenia. Po pierwsze, w momencie dekoniunktury tego typu inwestycje szybko znikają z Polski. Mieliśmy taki przykład w fabryce Fiata. Centrala włoska wycofała całą linię produkcyjną z Tychów, co wiązało się ze zwolnieniami grupowymi, a wiceminister pracy i polityki społecznej musiał być zaangażowany w rozwiązywanie tego problemu. Pan Jacek Męcina przyjeżdżał negocjować z szefami Fiata programy zwolnień grupowych. Po drugie, gospodarka zależna cechuje się też tym, że, skoro opiera się na niskich kosztach pracy, to jest też niska wartość dodana produkcji czy usług, które są świadczone przez dane przedsiębiorstwo. W konsekwencji mniejsze zasoby ekonomiczne zostają na miejscu. Gospodarka oparta na niskich kosztach pracy nigdy nie będzie tworzyć zamożnych gospodarstw domowych.

Następna kwestia dotyczy utrwalania się obecnego kształtu struktur dialogu społecznego, które natrafiają na barierę w postaci twardego negocjatora po stronie zachodniego pracodawcy. Ta zasada nie dotyczy wszystkich zachodnich korporacji, ale większości. Będziemy w dalszym ciągu tkwić w nierozwiniętym, pluralistycznym, konfliktowym modelu, co negatywnie wpływa na ogólny rozwój społeczny, na budowanie zaufania i kapitału społecznego. Ma to zatem skutki społeczne.

Kolejna kwestia to pułapka średniego dochodu, która jest konsekwencją oparcia modelu gospodarki na niskich kosztach pracy. W dłuższej perspektywie pojawią się pewne ograniczenia rozwojowe, a zapewnienia o tym, że znajdziemy się w G20, nigdy nie zostaną zrealizowane.

A. Ch.: Co do dialogu społecznego – Amazon jest rzeczywiście twardym negocjatorem i ma spójną, opracowaną już strategię, która mówi, że PR jest ważniejszy od komunikacji. Kiedy zakładano komisję związkową „Solidarności”, to pracodawca wezwał policję, ale jednocześnie wyszedł z szefem działu human resources do zakładających związek i podał im wodę. Mamy więc do czynienia z gestami PR-owymi, jak przyniesienie kawy czy wody, a jednocześnie z działaniem, które, najdelikatniej rzecz ujmując, jest zniechęcaniem do zakładania związku, jeśli nie próbą zastraszenia. Gdyby nie doświadczeni działacze z centrali „Solidarności”, to różnie mogłoby się to potoczyć. Gdybym miała streścić, co najbardziej przeszkadza związkom i co chcą zmienić, to powiedziałabym, że jest to maksymalne wykorzystanie wszystkich możliwości technicznych i technologicznych, żeby osiągnąć maksimum efektów z fizycznego wysiłku i służbowej dyscypliny pracowników. Wskazują na to np. długości zmian. W okresie tego przedświątecznego peaku pracodawca może zarządzić jeszcze dłuższe. Praca jest nadzorowana i kontrolowana w bardzo dokładny, intymny sposób. Różne opracowane w USA techniki zarządzania są zupełnie nowe i budzą kontrowersje. Co najbardziej niepokojące, przydarzające się w magazynach wypadki przy pracy często nie są uznawane za oficjalne wypadki przy pracy (w znaczeniu prawa pracy).

Dziękuję za rozmowę.

29 września 2016 r., rozmawiała Magdalena Okraska.

Notatki z krainy ksenofobii

Przechodziłem dziś obok lokalu gastronomicznego, w którym sprzedawany jest döner kebab. Moją uwagę przyciągnęła informacja w dolnym rogu witryny. „Polska firma rodzinna” – głosił napis. Uśmiechnąłem się półgębkiem, bo dotarło do mnie, że mam do czynienia z kwintesencją tego, co można nazwać narodowym wzmożeniem.

Nie ma nic przeciwko polskim firmom rodzinnym, pod warunkiem, że zapewniają pracownikom godziwe warunki, odprowadzają składki i płacą podatki. Mój ironiczny uśmieszek wywołał ten nasz rodzimy paradoks, że knajpę sprzedającą dania kuchni tureckiej chrzci się polską etykietą. To zresztą przykład dość skromny. Zwłaszcza gdy porównamy go ze słynnymi „polskimi hot dogami Husaria”. Zdjęcia wózka, z którego sprzedawano te patriotyczne bułki z parówką, były kilka miesięcy temu hitem internetu.

Ale dość żartowania. Wbrew pozorom problem jest bardziej złożony i poważny. Nie chodzi rzecz jasna o nalepkę przy szyldzie lokalu gastronomicznego czy Januszów biznesu, którzy koniunkturalnie wykorzystują symbole narodowe do nabijania własnej kabzy i sprzedają pościel z godłem Polski czy chcą wprowadzić na rynek napój energetyczny „Żołnierze Wyklęci”.

Pod koniec września Prokuratura Okręgowa w Białymstoku umorzyła postępowanie w sprawie kazania wygłoszonego w kwietniu przez ks. Jacka Międlara. Młody kapłan podczas mszy w katedrze białostockiej mówił przez blisko pół godziny m.in. o „zwykłym tchórzostwie, zwykłej żydowskiej pasywności, która wkrada się w grupy społeczne na całym świecie”. Zdaniem prokuratury, zakonnik odwoływał się do treści historycznych, a zatem nie nawoływał tym samym do nienawiści. Sam Międlar wystąpił w ostatnich dniach września ze zgromadzenia Księży Misjonarzy, czyniąc polskiemu Kościołowi przysługę. Obie sprawy zbiegły się w czasie. Ksiądz wyraził radość z decyzji organów ścigania, wrzucając na Twittera zdjęcie z 1937 r. Przedstawiało narodowców pozdrawiających się
„salutem rzymskim”. Opatrzył je komentarzem: „Białostockie postępowanie umorzone! Zero tolerancji dla »żydowskiego tchórzostwa«. Salut!”. Na udostępnionej fotografii widać oskarżonych w procesie uczestników tzw. wyprawy myślenickiej. W czerwcu 1936 r. bojówki pod dowództwem Adama Doboszyńskiego opanowały na kilka godzin małopolskie miasto. Doszło wówczas do wystąpień antysemickich, niszczono żydowskie sklepy i próbowano podpalić synagogę.

Przypadek ks. Międlara to sprawa ostatnio najgłośniejsza. Ważniejsze niż wypowiedzi zbuntowanego kapłana są incydenty o podłożu rasistowskim i ksenofobicznym. Atak na Rumunkę w Łomży, pobicie profesora, który rozmawiał ze swoim niemieckim kolegą w języku Goethego, wyzwiska pod adresem ciemnoskórego chłopca w Przemyślu czy pod adresem Azjatek podróżujących warszawskim metrem – to tylko kilka ujawnionych przykładów na to, jak w naszym kraju niebezpiecznie przesuwają się granice. Śmiem jednak wątpić, że społeczeństwo zaczyna dryfować w kierunku nacjonalizmu. Istota problemu tkwi gdzie indziej. Jest nią odgórne przyzwolenie czy może raczej tworzenie klimatu, który daje zwykłym rasistom, ksenofobom, ale też środowiskom nacjonalistycznym poczucie, że mogą nie tylko głosić swoje poglądy, lecz także bezkarnie wprowadzać je w życie.

Owo przyzwolenie nie zostało i nie zostanie wyartykułowane wprost, ale wystarczy czytać między wierszami, by je dostrzec. Przykład? Minister Mariusz Błaszczak broniący partyjnej koleżanki i jej córki po tym, jak obie próbowały zablokować gdański Marsz Równości, a młodsza z kobiet wdała się w przepychankę z policją. Szef MSWiA tłumaczył, że przekazał komendantowi głównemu policji, że nie akceptuje zachowania mundurowych. Zlecił też kontrolę i sprawdzenie, czy nie doszło do przekroczenia przez nich uprawnień. Jej wyniki były pozytywne dla funkcjonariuszy. Kilka dni później córka radnej została skazana przez sąd za wykroczenie przeciw porządkowi publicznemu podczas innego protestu, przeciwko czytaniu sztuki „Golgota Picnic”.

Inny przykład? Wypowiedź tego samego ministra w sprawie pobicia Polaków w Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy są sfrustrowani napływem imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Ale ze względu na wspomniane zasady politycznej poprawności nie mogą swojej frustracji wyładowywać na tych ludziach, więc okazują ją wobec Polaków, którzy są chrześcijanami, kulturowo tożsamymi Brytyjczykom – mówił szef MSWiA w wywiadzie dla „Naszego Dziennika”. Trudno interpretować te słowa inaczej, jak w ten sposób, że Brytyjczycy wybrali po prostu niewłaściwie i dlatego dostało się Polakom.

Można też wymienić sprawy niższego szczebla. Jedną z nich było zaangażowanie radnego związanego z ugrupowaniem Kukiz ‘15 w organizację koncertu m.in. zespołu Nordica, którego członkowie nie kryją rasistowskich poglądów. Z kolei wojewoda łódzki tłumaczył w marcu dziennikarzom, że patrole ONR na ulicach Łodzi to przejaw „obywatelskiej odpowiedzialności za nasze bezpieczeństwo, za pomyślność społeczeństwa”. ONR-owcy mieli tym samym dać dowód myślenia „w kategoriach odwagi”.

Artykuł 13. Konstytucji mówi o zakazie istnienia partii i ugrupowań odwołujących się do nazizmu, faszyzmu i komunizmu. Niestety, klimat jest taki, że prędzej Stefan Okrzeja zostanie uznany za twórcę Czeka, a Ludwik Waryński za Nadieżdę Krupską, niż doczekamy się potępienia nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu przez obecną władzę. I rzeczywiście prędzej znikną z polskich miast ulice 1 maja czy Komuny Paryskiej, niż nacjonalistom spadnie włos z głowy. Ci ostatni świetnie to wyczuwają, dlatego są coraz bardziej pewni siebie.

Balon wolności i demokracji

W Stanach Zjednoczonych wiele osób uznaje, że wolność i demokracja są nierozerwalnie powiązane z kapitalizmem. W swojej książce „Kapitalizm i wolność” Milton Friedman posunął się nawet tak daleko, że zaczął udowadniać, iż kapitalizm jest koniecznym warunkiem istnienia ich obu.

Jest z pewnością prawdą, że pojawienie się i rozprzestrzenienie kapitalizmu przyczyniło się w olbrzymim stopniu do poszerzenia zakresu wolności jednostek, a także ostatecznie doprowadziło do upowszechnienia starań o bardziej demokratyczne formy organizacji politycznej. Zatem twierdzenie, że kapitalizm w sposób zasadniczy blokuje wolność i demokrację może dla wielu brzmieć dziwnie.

Założenie, że kapitalizm ogranicza rozwój tych wartości, nie oznacza, że w każdym przypadku był on im przeciwstawny – a raczej tyle, że poprzez działanie swoich najbardziej podstawowych procesów, kapitalizm generuje znaczące deficyty wolności i demokracji, którym później nie potrafi zaradzić. Co prawda przyczynił się do pojawienia się pewnych ograniczonych form wolności i demokracji, jednocześnie jednak blokuje ich głębszy rozwój.

U podstaw tych wartości leży idea samostanowienia: przekonanie, że ludzie powinni mieć możliwość decydowania o warunkach swojego życia w jak najwyższym możliwym stopniu. Gdy działanie danej osoby wpływa tylko na nią samą, powinna móc angażować się w nie bez konieczności pytania kogokolwiek o zgodę. To jest wolność. Ale kiedy to działanie ma wpływ na życie innych, wtedy oni także powinni mieć coś do powiedzenia w tej sprawie. To jest demokracja. W obu przypadkach najważniejszą kwestią jest utrzymanie jak największej kontroli nad kształtem własnego życia.

W rzeczywistości niemal każdy wybór dokonywany przez poszczególne osoby będzie miał jakiś wpływ na innych. Niemożliwe jest, by każdy, kogo ma dotyczyć konkretna decyzja, był w stanie się do niej odnieść, a i każdy system opierający się na tak szerokiej partycypacji społecznej nakładałby na ludzi obowiązki niemożliwe do zrealizowania. Potrzeba nam zatem zestawu reguł pozwalających odróżnić kwestię wolności od kwestii demokracji. W naszym społeczeństwie takie rozróżnienie przeprowadzane jest zazwyczaj na zasadzie określenia granicy między sferą prywatną a publiczną.

W rozdziale między prywatnym a publicznym nie ma nic naturalnego ani spontanicznego: jest tworzony i podtrzymywany przez procesy społeczne. Sposoby, na jakie te procesy działają, są złożone i często się je kwestionuje. Państwo energicznie narzuca nam granice pomiędzy prywatnym a publicznym, jednocześnie utrzymując w mocy inne granice jako normy społeczne – a jeszcze inne pozostawiając na pastwę losu, by rozpłynęły się w niebycie. Często granica prywatne/publiczne jest rozmyta. W społeczeństwie w pełni demokratycznym poddaje się ją zatem ogólnej dyskusji. Kapitalizm jednak konstruuje granicę między tymi sferami w sposób, który krępuje prawdziwą wolność jednostki i zmniejsza zakres funkcjonowania wyraźnej siły demokracji.

Dzieje się to na pięć sposobów łatwych do uchwycenia.

1. Wybór „pracuj albo głoduj” to nie wolność

Kapitalizm jest oparty na prywatnej akumulacji bogactwa i dążeniu do zysku poprzez działania rynku. Rezultatem tych „prywatnych” aktywności są przyrodzone kapitalizmowi nierówności ekonomiczne, tworzące kolejne niesprawiedliwości na polu, jak nazywa to filozof Philippe van Parijs, „wolności rzeczywistej”.

Cokolwiek rozumiemy pod pojęciem wolności, musi ono implikować możliwość powiedzenia „nie”. Bogata osoba może swobodnie zadecydować o tym, by nie podejmować jakiejś pracy najemnej, natomiast osoba bez środków do życia nie posiada takiej łatwości decyzji. Ale wartość wolności sięga głębiej. To także możliwość aktywnego wpływania na własne plany życiowe – to móc wybrać nie tylko odpowiedź, ale i samo pytanie. Na przykład dzieci dobrze sytuowanych rodziców mogą podjąć bezpłatne staże, inwestując czas w rozwój swoich karier zawodowych. Dzieci rodziców gorzej sytuowanych nie mają takiej możliwości.

Kapitalizm w tym sensie pozbawia wielu ludzi „wolności rzeczywistej”. Bieda pośród dostatku istnieje dlatego, że występuje bezpośrednia zależność pomiędzy dostępem do zasobów materialnych a dostępem do zasobów niezbędnych dla samostanowienia.

2. Kapitalista decyduje

Sposób, w jaki kapitalizm rysuje granicę między sferą publiczną a prywatną, wyklucza duże grupy ludzi z demokratycznej kontroli nad decyzjami kluczowymi dla ich życia. Prawdopodobnie najbardziej podstawowym prawem związanym z prywatną własnością kapitału jest prawo do inwestowania lub wycofywania się z inwestycji jedynie ze względu na własny interes. Decyzja korporacji o przeniesieniu produkcji z jednego miejsca w drugie jest jednak „kwestią prywatną”, pomimo że ma znaczący wpływ na życie ludzkie w obu miejscach. Nawet jeśli ktoś upiera się, że koncentracja władzy w prywatnych rękach jest niezbędna dla efektywnej alokacji zasobów, to wyłączenie tego typu decyzji spod demokratycznej kontroli jednoznacznie zmniejsza zdolność do samostanowienia wszystkich poza właścicielami kapitału.

3. Tyrania od dziewiątej do siedemnastej

Przedsiębiorstwom kapitalistycznym pozwala się organizować się na podobieństwo dyktatur. Podstawą władzy właściciela firmy jest prawo do mówienia pracownikom, co mają robić. To podwalina umowy zatrudnienia: starający się o pracę zgadza się wykonywać polecenia w zamian za konkretną płacę.

Oczywiście pracodawca może przyznać pracownikom sporą dozę autonomii; w pewnych sytuacjach staje się to nawet sposobem na zwiększenie zysków. Ale taka autonomia jest dawana i odbierana zgodnie z wolą pracodawcy. Żadna silna koncepcja samostanowienia nie obejmuje pozwolenia na uzależnienie autonomii od preferencji elit.

Obrońca kapitalizmu może odpowiedzieć, że pracownik, któremu nie odpowiadają rządy szefa, może zawsze odejść z pracy. Jednak pracownicy są z definicji ludźmi bez zabezpieczonych stałych środków do życia i w takim przypadku będą musieli zacząć szukać nowego zatrudnienia, a z racji tego, że dostępne są głównie miejsca pracy w kapitalistycznych firmach, nadal będą poddani dyktatowi szefów.

4. Rządy państw służą przede wszystkim interesom prywatnych przedsiębiorców

Prywatna kontrola nad najważniejszymi decyzjami inwestycyjnymi stwarza ciągłą presję na władze publiczne, by wprowadzały przepisy faworyzujące interesy kapitalistów. Groźba wycofania inwestycji i mobilność kapitału zawsze przewijają się tle dyskusji o polityce publicznej – z tego powodu politycy, bez względu na orientację ideologiczną, są przymuszeni do podtrzymywania „dobrego klimatu dla biznesu”. Wartości demokratyczne pozostają pustosłowiem tak długo, jak długo jedna klasa obywateli ma pierwszeństwo przed innymi.

5. Elity kontrolują system polityczny

I na koniec: bogaci ludzie mają większy niż inni dostęp do władzy politycznej. Tak się sprawa przedstawia we wszystkich demokracjach kapitalistycznych, aczkolwiek nierówność w dostępie do władzy politycznej związana ze stanem posiadania, jest w niektórych krajach większa niż w innych. Konkretne mechanizmy umożliwiające większy wpływ są zróżnicowane: to np. wsparcie finansowe kampanii politycznych, finansowanie lobbystów, udział w elitach towarzyskich różnego rodzaju, a także bezpośrednie łapówki i inne formy korupcji.

W Stanach Zjednoczonych nie tylko bogate jednostki, ale także kapitalistyczne korporacje nie napotykają żadnych znaczących ograniczeń przy angażowaniu prywatnych środków do politycznych celów. Ten zróżnicowany dostęp do władzy politycznej podważa podstawowe założenia demokracji.

To typowe skutki działania kapitalizmu jako systemu gospodarczego. Nie znaczy to, że w społeczeństwach kapitalistycznych nie mogą być one czasami złagodzone. W różnych czasach i różnych miejscach stosowano wiele dróg wyrównywania strat spowodowanych zniekształcaniem wolności i demokracji przez kapitalizm.

Publiczne ograniczenia mogą zostać nałożone na prywatne inwestycje w taki sposób, by rozluźnić sztywną granicę między prywatnym a wspólnym. Silny sektor publiczny i aktywne państwowe inwestycje mogą osłabić groźbę mobilności kapitału. Ograniczenia w korzystaniu z prywatnych środków w kampaniach wyborczych i publiczne finansowanie tych kampanii potrafiłyby zmniejszyć uprzywilejowany dostęp bogatych do władzy politycznej. Prawo pracy może wzmocnić kolektywną siłę pracowników zarówno na scenie politycznej, jak i w miejscu pracy. Cała gama polityk społecznych może zwiększyć wolność rzeczywistą tych, którzy nie mają dostępu do prywatnego bogactwa. I temu podobne.

Gdy panują sprzyjające warunki polityczne, wówczas antydemokratyczne i ograniczające wolność cechy kapitalizmu mogą zostać złagodzone, ale nie można ich wyeliminować. Ujarzmianie kapitalizmu w taki sposób było głównym celem strategii postulowanych przez socjalistów działających w ramach kapitalistycznego porządku na całym świecie. Ale jeśli wolność i demokracja mają zostać w pełni urzeczywistnione, kapitalizmu nie można tylko ujarzmić. Trzeba go przezwyciężyć.

Tłumaczył Filip Gaweł
Współpraca językowa Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w „Jacobin Magazine” w kwietniu 2014 r.

Misja Franciszka – misja niemożliwa?

Pontyfikat papieża Franciszka, pochodzącego z Argentyny jezuity Jorge Mario Bergoglio, przyczynił się do wzrostu zainteresowania społeczno-gospodarczym wymiarem nauczania Kościoła rzymskokatolickiego. W Polsce odbiór Franciszkowego przesłania, nakierowanego na społeczną, gospodarczą i polityczną odpowiedzialność katolików za otaczającą ich rzeczywistość, nie jest pozbawiony napięć, związanych choćby z nieprzychylną wobec papieża i jego nauczania postawą opiniotwórczych konserwatywno-liberalnych środowisk okołokatolickich. Katolicy o poglądach wolnorynkowych, świeccy i duchowni, z reguły nie mogą pogodzić się z faktem, że papieskie nauczanie społeczne, choć w gruncie rzeczy stanowi kontynuację tradycyjnych nauk kolejnych papieży, daleko wykracza poza bliskie im dogmaty radykalnego liberalizmu gospodarczego. Ich poglądy przyjmowane są nierzadko bezkrytycznie, a to dlatego, że bardzo liczna grupa wierzących właściwie nie zna katolickiego nauczania społecznego, nierzadko ograniczając jego sens i praktykę do perspektywy charytatywnej.

W ciągu kilku ostatnich lat, w związku z pontyfikatem Franciszka, doszło w naszym kraju do wymownych i wyrazistych przeobrażeń w obrębie tradycyjnych podziałów debaty wewnątrz i wokół Kościoła. Duża część prawicy wykazuje obecnie większą lub mniejszą nieufność wobec papieskiej wykładni zagadnień społeczno-gospodarczych lub stara się je przemilczeć. I przeciwnie – na lewicy widać życzliwe zainteresowanie tymi aspektami Franciszkowego przekazu, które harmonijnie współbrzmią z wątkami socjaldemokratycznymi, ekologicznymi, spółdzielczymi, alterglobalistycznymi czy kwestiami dotyczącymi zrównoważonego rozwoju. Konwergencja zachodząca między Franciszkiem a lewicą społeczną jest dla rodzimych liberalnych konserwatystów kolejnym dowodem na „lewacką” tożsamość głowy Kościoła. W bardzo niewielu prawicowych środowiskach pojawił się w trakcie tego pontyfikatu samokrytyczny namysł, że wypadałoby się raczej wsłuchać w argumentację papieża niż przeciwstawiać mu swoje wizje ładu społeczno-gospodarczego.

Istnieje jeszcze jedno zjawisko dotyczące papieża Franciszka. Nie tak rzadko przeciwieństwem ostentacyjnej wręcz niechęci wobec głowy Kościoła rzymskokatolickiego jest swoista „franciszkomania”, bazująca na zachwytach nad formą i prostotą jego przekazu oraz sposobem bycia. Franciszek staje się „papieżem, który ma wiele lajków”, a jego krótkie, dobrze brzmiące wypowiedzi są przez wielu katolików przyjmowane entuzjastycznie jako bon moty dotyczące chrześcijańskiego życia, duchowej i etycznej postawy człowieka, nastawienia wobec bliźnich. Jednak ten rodzaj przychylnej recepcji papieskiego nauczania bywa z kolei naskórkowy, właściwie popkulturowy, mało analityczny i chyba dość indywidualistyczny – każdy znaleźć może sympatyczny cytat z Franciszka i przyciąć go do swojej wizji chrześcijaństwa/katolicyzmu. Stąd klaskanie papieżowi z Argentyny przypomina klaskanie papieżowi z Polski, pewnego rodzaju kult bez zobowiązań. Ten rodzaj przyswajania sobie papieża dobrze komponuje się z katolicyzmem lajfstajlowym, religijnością memów i virali, ale niewiele z tego da się spożytkować w merytorycznej dyskusji nad rzeczywistością kapitalizmu globalnego i rodzimego.

Tym bardziej na uwagę zasługuje fakt, że ukazała się polska edycja książki niemieckiego hierarchy, kardynała Waltera Kaspera, pt. „Papież Franciszek. Rewolucja czułości i miłości. Korzenie teologiczne i perspektywy duszpasterskie”. Publikacja ta oferuje krótki, lecz systematyczny wykład na temat Franciszkowego oglądu Kościoła i zadań katolików we współczesnym świecie. Potrzebne jest jedno istotne dopowiedzenie, związane z samą książką i jej autorem, ważne w kontekście procesów zachodzących w samym Kościele i konieczne, by czytelnikom mniej zainteresowanym realiami współczesnego katolicyzmu uzmysłowić pewien istotny spór wewnątrzkatolicki, toczony przynajmniej od czasów Soboru Watykańskiego II. Otóż kardynał Kasper jest postacią kontrowersyjną. Dla tradycjonalistów to hierarcha, który w swojej interpretacji całości katolickiej doktryny posuwa się aż do jej pogwałcenia, czyli właściwie negacji tożsamości Kościoła. Środowiska integrystyczne rozumieją niekiedy sens powrotu do katolickiej nauki społecznej w jej głęboko solidarystycznym sensie, ale wskazują, że nie gwarantuje tego katolicyzm liberalny, który reprezentuje m.in. „herezja kasperyzmu”. Z kolei środowiska tzw. Kościoła otwartego widzą w niemieckim hierarsze wybitnego i prominentnego teologa, którego doceniali zarówno Jan Paweł II, Benedykt XVI, jak i Franciszek. Nie bez powodu w przedmowie do polskiego wydania książki Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny kwartalnika „Więź”, przypomina, że w 1999 r. Jan Paweł II mianował biskupa Kaspera sekretarzem Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, a dwa lata później uczynił go kardynałem i przewodniczącym wzmiankowanej instytucji. Tę ostatnią funkcję niemiecki teolog sprawował aż do przejścia na emeryturę w 2010 r.

Syn Boży przez swoje wcielenie zachęcił nas do rewolucji czułości – ten cytat z Franciszkowej adhortacji apostolskiej „Evangelii gaudium” wprost tłumaczy tytuł książki kardynała Kaspera, który – przyznaję – początkowo budził moje zastrzeżenia jako pretensjonalny, bo pompatyczny i czułostkowy. Żeby dobrze zrozumieć jego sens, trzeba zwrócić uwagę na chrześcijańskie przewartościowanie terminu „rewolucja”, który w tym przypadku odsyła do ewangelicznego radykalizmu, czyli powrotu do sedna nauczania Chrystusa i Kościoła (w łacinie słowo radix oznacza korzeń, źródło, podstawę). Rewolucja czułości i miłości jest odkryciem i przyjęciem Bożego miłosierdzia w wieloaspektowej rzeczywistości ludzkiej, która często zaprzecza nawet uszanowaniu człowieczeństwa i jest w głęboki sposób nieczuła właśnie na ludzi, co Jan Paweł II wyrażał terminem „struktury grzechu w świecie”.

Kardynał Kasper twierdzi, że lekarstwo miłosierdzia potrzebne jest przede wszystkim samemu Kościołowi: Profetyczna siła [katolicyzmu] zdawała się wygasać, a misyjny rozmach – słabnąć. Zeświecczony, już nie komunistyczny, ale konsumpcyjny, zdeterminowany przez ekonomię świat, dążył do zepchnięcia go na margines. Rezygnacja Benedykta XVI w jednej chwili uwidoczniła wszystkim kryzys, który w utajonej postaci trawił Kościół już przed ośmiu laty, i w obliczu którego sternik łodzi Piotrowej ze względu na szybką utratę sił fizycznych nie był w stanie prowadzić swego ludu przez wzburzone morze współczesności.

Nie sposób zatem zrozumieć pontyfikatu Franciszka i  papieskiej katechezy wobec katolików, chrześcijan i świata bez zrozumienia sytuacji wewnątrzkościelnej. W Polsce to temat tym bardziej niewygodny, że wyraźnie widać, iż kryzys, o którym mówi się dziś jawnie w wielu środowiskach katolickich, niejednokrotnie bardzo od siebie różnych, dotyczy już właściwie czasów pontyfikatu Jana Pawła II. Na poczucie potrzeby radykalnej zmiany w samym Kościele wyraźnie wskazuje i to, że kardynał Bergoglio zdecydował się założyć nową linię wśród papieży. A poprzez przyjęcie imienia Franciszka nowy papież wprost odwołał się do Biedaczyny z Asyżu. Na kartach encykliki „Laudato si’” czytamy, że święty Franciszek jest w najwyższym stopniu wzorem troski o to, co słabe […]. Dostrzegamy w nim, do jakiego stopnia nierozerwalnie są połączone troska o naturę, sprawiedliwość wobec biednych, zaangażowanie społeczne i pokój wewnętrzny.

Jeden z najważniejszych wątków książki kardynała Kaspera dotyczy uwarunkowań historycznych i teologicznych nauczania Franciszka, jego argentyńskich i europejskich korzeni. Wbrew stereotypowemu opisowi, który przede wszystkim zwraca uwagę na południowoamerykańską tożsamość papieża, niemiecki hierarcha wskazuje na wewnętrzną złożoność tego dziedzictwa. Otóż Buenos Aires to metropolia ukształtowana pod silnym wpływem kultury europejskiej, a na to nakładają się wpływy rdzennej ludności, gauchos, oraz znaczna i znacząca obecność wspólnot imigranckich, pochodzących przede wszystkim z Włoch (rodzina Franciszka ma piemonckie korzenie). Jak zaznacza Kasper: nie sposób również zapomnieć o ponurych przedmieściach argentyńskiej stolicy i jej dzielnicach nędzy (casas miserias). Stąd też ewangelizacja tych różnorodnych miejskich kultur, zwłaszcza w ich wymiarze peryferyjnym, była dla arcybiskupa Bergoglio stałym wyzwaniem i pilną potrzebą.

Kontekst społeczny, kulturowy i ekonomiczny bardzo silnie wiąże się ze specyfiką latynoskiej teologii. Jednym z najważniejszych mistrzów teologicznego myślenia był dla obecnego papieża Franciszka Lucio Gera (1924–2012), który w 1964 roku, na bardzo ważnej dla genezy teologii wyzwolenia konferencji Rady Episkopatów Ameryki Łacińskiej w Petropolis, wygłosił referat „Znaczenie orędzia chrześcijańskiego w kontekście ubóstwa i ucisku”. Co istotne, argentyński nurt teologii wyzwolenia, z perspektywy europejskiej postrzeganej na ogół jako monolityczna doktryna, miał własną specyfikę. U jej źródeł stała nie tyle analiza stosunków społeczno-gospodarczych i politycznych, ujmowana poprzez inspirowaną marksizmem teorię zależności, ile historyczna analiza kultury narodowej. Stąd wyrasta teologia narodu i kultury, afirmatywnie odnosząca się do pobożności ludowej, która dostrzega napięcia społeczne i umie je wyartykułować, ale rozwiązania problemów szuka nie w walce klas, lecz w chrześcijańskim nawróceniu ku żyjącej w pokoju wspólnocie (w polskim kontekście interesujące byłoby przyjrzenie się ruchowi Radia Maryja z lat 90. XX w. w świetle tego nurtu teologii wyzwolenia).

Kasper przytacza szereg argumentów, na ogół w Polsce zupełnie nieznanych, wskazujących na zakorzenienie argentyńskiej kultury i teologii w europejskim dziedzictwie. Przypomina choćby o dziewiętnastowiecznym demokratycznym romantyzmie argentyńskim, inspirowanym myślą niemieckiego filozofa Karla Christiana Friedricha Krausego (1781–1832), określanym też mianem krausismo. Pod znacznym wpływem tej koncepcji jest bliska papieżowi Franciszkowi argentyńska epopeja narodowa „Martin Fierro” z 1872 r.: utwór opisuje życie pewnego gaucho, który po przebyciu długiej drogi odnajduje życiową mądrość – ideę świata sprawiedliwego, w którym ludzie ukierunkowani są na wspólne dobro; społeczeństwa, które szanuje godność nawet swoich najmniej znaczących członków i daje im szanse rozwoju. Na tym fundamencie bazował także peronizm, zwykle przedstawiany jako źródłowy dla tradycji społecznego argentyńskiego myślenia i działania. Może lepiej zrozumielibyśmy tradycje, jakie stoją za Franciszkiem, gdyby nasza debata publiczna nie była tak naznaczona coraz radykalniejszym narodowym liberalizmem i lękową postawą wobec papieża, którego uznaje się za podejrzanego emisariusza „złowrogiej” teologii wyzwolenia.

Franciszkowi, nie tylko zdaniem kardynała Kaspera, spośród wszystkich poprzedników najbliższy jest Paweł VI, który po śmierci Jana XXIII miał pieczę nad Soborem Watykańskim II. Autor „Rewolucji czułości i miłości” zwraca uwagę, że w wystąpieniach poświęconych zagadnieniom społeczno-etycznym Ojciec Święty często powołuje się na encyklikę „Populorum progressio” (1967) i list apostolski „Octogesima adveniens” (1971) Pawła VI.

Teologia papieża Franciszka – w jej społecznym sensie, który z reguły jest najistotniejszy dla osób niewierzących, inspirujących się także katolickim solidaryzmem – w bardzo dużym stopniu związana jest ze wspomnianą wyżej teologią i eklezjologią Ludu Bożego. Niemiecki hierarcha ukazuje napięcia, jakie budziła i wciąż budzi w wewnątrzkatolickich dyskusjach wypracowana w trakcie prac Soboru Watykańskiego II koncepcja Kościoła jako Ludu Bożego: w teologii europejskiej […] pojawiły się zastrzeżenia wobec takiego sformułowania; doszukiwano się w nim wpływu eklezjologii jednostronnej, socjologiczno-politycznej i oddolnej. Równocześnie kardynał Kasper podkreśla: inaczej było w Argentynie. Tam z entuzjazmem otwarto się na soborowe inspiracje, rozwijając na ich podstawie miejscową formę teologii wyzwolenia – teologię ludu. Obecny papież napełnia ową eklezjologię Ludu Bożego nową treścią.

Jaka to treść? I czy rzeczywiście jest aż tak nowa kilkadziesiąt lat po Soborze Watykańskim II? Z pewnością jej elementarną częścią jest wskazanie na fakt, że Kościół w swojej większości to wspólnota świeckich wiernych, którym powinni służyć zawsze gotowi do duszpasterskiego nawrócenia wyświęceni szafarze. Jednak zdecydowane dowartościowanie laikatu przy bardzo nieraz ostrych Franciszkowych krytykach pod adresem kleru (to faktycznie pewne novum w nauczaniu posoborowych papieży) wiąże się także ze zobowiązaniami. Na kartach „Evangelii gaudium” Franciszek wskazuje, że świeccy katolicy mają do wypełnienia nie tylko zadania wewnątrzkościelne, ale są zobowiązani również do ewangelicznego działania w życiu społecznym, politycznym i gospodarczym. Papież mówi o przekształcaniu społeczeństwa poprzez aktywną pracę w środowiskach zawodowych czy intelektualnych, w których na co dzień funkcjonują katolicy.

Patrząc z polskiej perspektywy może się to wydawać oczywiste i dość proste, wszak „jesteśmy katolickim społeczeństwem”. Pomijając fakt, że katolicyzm realizuje się u nas często w przestrzeni publicznej w formie wojenek obyczajowych, dobrze widać, jak bardzo katolicy wolą bezpiecznie trzymać się „we własnym gronie” (więcej nawet: wolą się trzymać w ramach swoich wewnątrzkatolickich środowisk i grup wpływów). Z kolei tam, gdzie trzeba działać w obrębie rozbitego społeczeństwa, choćby w sferze zawodowej czy instytucjonalnej lub dotyczącej logiki pieniądza, hierarchii wpływów i zależności, dostosowują się do reguł gry przesiąkniętych darwinizmem społecznym i/albo etyczną obojętnością.

Zwrócenie uwagi na Lud Boży jako podmiot eklezjalnego zainteresowania wiąże się ze spostrzeżeniem, że znaczna część katolików na świecie żyje poza uprzywilejowanymi centrami cywilizacyjnego dobrostanu. W dodatku światowe enklawy życia o wyższym standardzie również są wewnętrznie głęboko i coraz głębiej rozwarstwione. Stąd, o czym często się zapomina także w Polsce, gdzie z reguły ton okołokatolickiej debacie nadają bogaci i bogobojni, pod kątem czysto statystycznym katolicyzm w świecie jest przede wszystkim religią ludzi ubogich oraz żyjących w nędzy. Podobny podział występuje zapewne w obrębie każdej z wielkich światowych religii. Mówiąc wprost: nasza planeta wciąż jest przede wszystkim planetą ludzi ubogich, nierzadko zagrożonych utratą życia i zdrowia w państwach niestabilnych politycznie, gospodarczo i społecznie. To planeta niesprawiedliwości, na której znacznych połaciach nie tyle nawet porządek miłosierdzia, ile etycznego działania jest spychany na plan dalszy przez logikę eksploatacji i wyzysku, ściśle wiążącą kwestie moralne z ekonomicznymi i politycznymi. Dla bardzo wielu chrześcijan na świecie dobrem deficytowym jest nie tylko dach nad głową, wystarczająca ilość pokarmu i wody, lecz także normy prawne, sprawne instytucje działające dla dobra ludzkiego, czy wreszcie pokój. A Kościół, w swoim ludzkim wymiarze, jest przecież zarówno instytucją oferującą wielu ubogim realne wsparcie i faktyczną reprezentację, jak i instytucją uwikłaną w interesy możnych tego świata.

Papież Franciszek jest z pewnością człowiekiem, który ma głęboką świadomość tej sytuacji – sądzę zresztą, że mieli ją także jego poprzednicy. Jednak właśnie on postanowił wysoko podnieść te kwestie, już na początku pontyfikatu wypowiadając swoje marzenie o ubogim Kościele dla ubogich. Wbrew krytykom i szydercom, uważającym, że wizja ubogiego Kościoła jest naiwna i populistyczna, papież i jego zwolennicy mają świadomość złożoności zagadnień dotyczących (sposobu) posiadania dóbr materialnych przez instytucje katolickie. Stąd stwierdzenie Kaspera, że pytać należy nie o to, czy Kościół powinien się wyrzec posiadanych dóbr świeckich, lecz o to, w jaki sposób, a przede wszystkim, na co przeznacza powierzone mu środki. Stąd także pytanie, czy Kościół zarządza posiadanymi dobrami w sposób przejrzysty i na podstawie jasnych procedur.

Niemiecki hierarcha zauważa, że reformując finansowy system Watykanu, Franciszek dał dobry przykład pożądanych działań; będzie za nim musiało pójść wiele innych zarówno w kurii rzymskiej, jak i w Kościołach lokalnych. Nie miejmy złudzeń – w gruncie rzeczy nie jest to praca, która może się dokonać w ciągu nawet kilku lat, i z pewnością nie uczyni ona Kościoła rzymskokatolickiego wielką wspólnotą Biedaczyn z Asyżu. Nadzieja na „ubogi Kościół dla ubogich” jest dopiero zaczynem reformy, ale nie jest samą reformą.

Warto uświadomić niektórym okołofranciszkowym hurraoptymistom, że najgorsze, co mogłoby się przydarzyć za tego pontyfikatu, to łatwe sprowadzenie papieskich nadziei i nawoływań do ładnego projektu medialnego i do kościelnego show, na którego organizacji skorzystają konformistyczni biurokraci kościelni, świeccy i duchowni, którzy wydadzą odpowiednio duże pieniądze na tiszerty z cytatami o sprawiedliwości, miłosierdziu i Kościele dla ubogich, nie pytając, w jakich warunkach je wyprodukowano. A niestety nie można wykluczyć i takiej wersji zdarzeń – wbrew pragnieniom papieża i wielu osób wierzących, które szukają w Kościele drogi naśladowania Chrystusa, nie zaś dróg do takiej czy innej kariery. Wszak tzw. preferencyjna opcja na rzecz ubogich jest już od dawna elementem kościelnego przekazu (a niekiedy wręcz kościelnej nowomowy), znajdziemy ją także w polskich opracowaniach katolickich zajmujących się tematyką społeczną. Nie zmienia to faktu, że Kościół instytucjonalny/hierarchiczny w swym głównym nurcie dość biernie przyglądał się rodzimemu modelowi transformacji społeczno-gospodarczej, uznając najwyraźniej, że ubodzy, względem których obowiązuje preferencyjna opcja, to egzotyczni mieszkańcy Trzeciego Świata, a nie całkiem znaczna grupa obywateli III Rzeczpospolitej.

Warto podkreślić, że Franciszkowa troska społeczna nie jest wyrazem ekstrawagancji obecnego papieża. Zarówno Jan Paweł II, jak i Benedykt XVI włączyli do swego nauczania preferencyjną opcję na rzecz ubogich. Myślę, że należy na to wskazywać właśnie w kontekście społecznego nauczania aktualnego papieża emeryta, którego dzisiaj liberalni konserwatyści w Polsce tak chętnie przeciwstawiają Franciszkowi. Rzecz nie tylko w tym, że encyklika „Caritas in veritate” jest dokumentem, który można czytać komplementarnie z „Laudato si’” choćby w takich kwestiach, jak czytelny wykład zielonej teologii, czyli katolickiej ekologii. Ważne jest również to, że na Konferencji Generalnej Rady Episkopatów Ameryki Południowej w Aparecida (2007 r.) papież Benedykt XVI w wystąpieniu inaugurującym obrady przedstawił chrystologiczne uzasadnienie owej opcji na rzecz ubogich, a z kolei kardynał Bergoglio był głównym architektem dokumentu podsumowującego, który rozwinął także koncepcję opcji na rzecz wykluczonych. W nauczaniu Benedykta XVI zawarta była również rozwinięta przez Franciszka koncepcja wyzwolenia Kościoła z różnych form doczesności, tyle że ówczesnego papieża nie rozumiano lub nie chciano zrozumieć.

Taki właśnie Kościół, taki katolicyzm, może być autentycznym świadkiem i rzecznikiem ludzkiego ubóstwa wobec świata zamożnego i bezwzględnie egzekwującego swoje roszczenia do jeszcze większej władzy, bogactwa i różnorakich form nadzoru nad masami. Kasper w bardzo czytelny sposób opisuje, co zdecydowało o takim, a nie innym papieskim kursie Franciszka. Otóż w tle licznych procesów zachodzących w świecie rozgrywa się niewyobrażalny skandal ubóstwa i nędzy, panującej zwłaszcza w południowej półkuli świata, regionie, z którego pochodzi i którego konfliktów osobiście doświadczył sam biskup Rzymu. Franciszek nie ignoruje pozytywnych stron globalizacji; z perspektywy peryferii dostrzega jednak wyraźniej niż my, Europejczycy, jej katastrofalne skutki dla milionów ludzi. Tłumaczy to, dlaczego papież często sięga do skrajnych przykładów, których nie wolno wprawdzie uogólniać, ale które bezlitośnie demaskują globalną sytuację i w związku z tym nie mogą być bezrefleksyjnie pomijane.

Książka niemieckiego duchownego nie jest łatwą lekturą, wymaga pewnej znajomości katolickiej teologii i sytuacji wewnętrznej w Kościele po Soborze Watykańskim II. „Rewolucja czułości i miłości” to właściwie esej, w którym autor niejednokrotnie wiąże prezentowaną myśl papieską z własną, zdecydowanie liberalną wizją Kościoła. Niemniej lektura tej książki niejednokrotnie przypominała mi dobrze znany fragment Listu do Kościoła z Laodycei, zawarty w Apokalipsie świętego Jana: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty”, i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny, i ślepy, i nagi.

Niewykluczone, że papieskie wołanie do Kościoła w bogatych częściach świat, do społeczeństw światowej sfery dobrobytu zawiera w sobie to właśnie wskazanie. Za bogactwem, powodzeniem i samowystarczalnością bogatych państw kryje się nierzadko znaczne zło indywidualne, społeczne, gospodarcze i polityczne, które obraca wniwecz wiele projektów pomocowych dla uboższych rejonów świata czy dla własnych obywateli, albo poważnie narusza zręby bardziej sprawiedliwego porządku społecznego i politycznego pierwszego świata. Wszak nawet w przypadku Unii Europejskiej – co dobrze było widać na przykładzie Niemiec, czerpiących korzyści z kryzysu w uboższej Grecji – zaznaczają się rażące dysproporcje i brak postawy, którą w teologii katolickiej określa się mianem miłosierdzia, a która może być remedium na różne formy wyobcowania elit. Byłoby dobrze, aby w Polsce głębiej, choć i krytycznie, czytano i pojmowano papieża Franciszka. Potrzebujemy tego dla lepszego zrozumienia własnego państwa i kryzysów zachodzących w obrębie naszego społeczeństwa.

Kard. Walter Kasper, Papież Franciszek. Rewolucja czułości i miłości. Korzenie teologiczne i perspektywy duszpasterskie, tłum. Kamil Markiewicz, Biblioteka „WIĘZI”, Warszawa 2015.

Śląsk Zbuntowany. Bunty chłopskie od XVII do połowy XIX wieku a pruska kolonizacja Śląska

Już pod panowaniem Habsburgów refeudalizacja na Śląsku spowodowała nędzę wsi i zahamowała rozwój gospodarczy miast. W połowie XVII wieku ustawodawstwo śląskie upoważniło panów feudalnych do zwiększania pańszczyzny i przymuszania do niej nawet chłopów czynszowych. Doprowadziło to do pierwszych buntów chłopskich. W 1645 roku, pod koniec wojny trzydziestoletniej, miejscowi chłopi odmówili wszelkich świadczeń dla dóbr zamku opolskiego, powołując się na rzekomą obietnicę siedmiu lat wolnizny. Obietnicę taką złożył ponoć polski król Jan Kazimierz, któremu miało być w zastaw przekazane księstwo opolsko-raciborskie.

Po zniszczeniach wojennych i wzroście obciążeń ze strony szlachty, dążącej do odbudowy, utrzymania lub pomnożenia majątków kosztem wzmożonego wyzysku, w latach 1668-1669 doszło do wystąpień chłopów przeciw pańszczyźnie w tymże księstwie – wkrótce po oddaniu go przez Wazów pod bezpośrednie panowanie Habsburgów. Dalsze podnoszenie wymiaru pańszczyzny na przełomie XVII i XVIII wieku doprowadziło do rozruchów w latach 1706-1713 na ziemi raciborskiej. W latach 1722-1727 czynny opór stawiali polscy i niemieccy chłopi w dobrach niemodlińskich. Od 1727 do 1730 roku trwała powszechna rebelia w królewszczyznach opolskich i kozielskich, którą stłumiło dopiero wkroczenie wojsk austriackich.

W tajnej umowie prusko-austriackiej, zawartej w Schnellendorf 9 października 1741 roku, Fryderyk II zadowolił się Dolnym Śląskiem do rzeki Nysy, a na prawym brzegu Odry do rzeki Brynicy. Według źródeł austriackich na dworze w Wiedniu nie mieli pojęcia, gdzie płynie owa Brynica. Jednak wiedzieli to Prusacy – najpewniej dzięki sugestii jednego z kupców z wrocławskiej rodziny Giesche, która od 1704 roku miała wyłączny przywilej na eksport galmanu, czyli rudy cynku i ołowiu z Górnego Śląska, okolic Bytomia i Tarnowskich Gór. A tych surowców armia pruska bardzo potrzebowała do produkcji amunicji.

Na Ślązaków nałożono olbrzymie podatki: dwa i pół miliona talarów rocznie. W jednej z ulotek krytykujących rządy pruskie czytamy: jego cesarska mość gnębiony licznymi potrzebami, a zwłaszcza przez wojnę z Turkami, domagał się od nas jednorazowej kontrybucji w wysokości dwóch milionów guldenów. Były to wszak rządy, które nas podobno gnębiły, a zostawiały nam swobodę uchwalania tejże kontrybucji, podczas gdy obecnie pod „słodkimi” rządami pruskiego króla musimy dawać na utrzymanie wojska pruskiego trzysta tysięcy florenów, co stanowi rocznie trzy miliony i sześćset tysięcy guldenów, z czego my, Ślązacy, i nasz Śląsk nic nie mamy prócz nowych utrapień, utrudnień i poniżeń. I jeszcze głosi się, że każdy, kto nie zapłaci, traktowany będzie jak wróg. Mówi się, że owym wrogom Prusacy spalą dach nad głową i wypędzą z kraju. Z kraju, który jest ojczyzną każdego Ślązaka, z kraju Piastów chcą nas wypędzić, jeśli nie zapłacimy w terminie, jak od nas żądają.

Na co takie podatki? Pod panowaniem Habsburgów na Śląsku stacjonowało maksymalnie do dwóch tysięcy żołnierzy monarchii austriackiej. Natomiast Prusy wprowadziły 35-tysięczną armię i narzuciły ludności obowiązek jej utrzymania. Jeszcze w wiele lat po wojnach śląskich, w 1791 roku, państwowa komisja pruska wyliczyła, że dwie trzecie dochodów górnośląskich miast i miasteczek pochłaniały koszty utrzymania kwaterującego wojska pruskiego.

Skutki rabunku Śląska pod panowaniem Fryderyka II spisał pruski inspektor Lautensack, sporządzający dokładny rejestr śląskich posiadłości: Na prawym brzegu Odry, na polskiej stronie, położenie chłopa godne jest współczucia. Ci ludzie nie będą mogli w przyszłości zapłacić podatków. Znowu powiększyła się i tak już przerażająca liczba opuszczonych domów i porzuconych zagród na wsi […]. Miasteczko Toszek […] jest chyba najnędzniejszą mieściną na Górnym Śląsku. Stoi tu już dwadzieścia opuszczonych domów, a pozostałe są w takim stanie, że ci biedni ludzie podczas deszczu leżą w wodzie. Ale jest tu na stałe szwadron huzarów z pułku Hostiz, którym mieszczanie musieli udostępnić swoje stajnie, a ich własne bydło stoi pod gołym niebem […]. Tarnowskie Góry: ze względu na upadek górnictwa ludzie cierpią głód i uciekają do Polski. Stoi tu 61 opuszczonych domów. Bytom: […] tylko 123 domy są zamieszkałe. Ludzie są bez wyjątku bardzo biedni i skarżą się na hrabiego. […] Jeśli tak dalej pójdzie, miasto zginie. Gliwice: są mniejsze jak Bytom, kilkakrotnie spalone. Wybudowano tu byle jak 131 domów, a ponad sto nie zostało odbudowanych. Z 1757 roku zachowała się taka relacja z Górnego Śląska: mieszkańcy miasteczek muszą pomagać panu przy żniwach, muszą strzyc jego owce, uprawiać wydzielone im pola, utrzymywać w porządku staw zamkowy, oczyszczać fosę i młynówkę, przywozić z odległości czternastu mil kamienie młyńskie, wozić drewno budowlane i owies i są w tym samym położeniu, jak chłopi pańszczyźniani. Ale do tego zdążyli się już przyzwyczaić. Natomiast podatki, kwaterunkowe, serwisowe, akcyza – to przekracza ich możliwości, powoduje smutek i niechęć do życia. Ludzie nie widzą przed sobą żadnej przyszłości.

Największą jednak udręką mieszkańców był przymusowy zaciąg do wojska. Gdy minął początkowy okres ochronny, w latach 1742-1743 na pruskim Śląsku utworzono tzw. kantony rekrutacyjne dla 13 regimentów. Przykładowo już wiosną 1742 roku pruski feldmarszałek Schwerin żądał z samego tylko terenu księstwa opolsko-raciborskiego dwóch tysięcy rekrutów. Do 1743 roku armię pruską powiększono w ten sposób o 18 tysięcy rekrutów. Dlatego przed pruskimi werbownikami zaczęto uciekać na Łużyce, w głąb Austrii czy do Polski. W latach 1740-1780 z Górnego Śląska tylko do Polski zbiegło ok. 15 tysięcy chłopów. Zbiegostwo było – po opieszałości i niedbalstwie w odrabianiu pańszczyzny – jedną z form oporu chłopskiego przeciw wyzyskowi feudalnemu.

Szlachta, która posiadała na pruskim Śląsku 70% ziemi, powiększała folwarki kosztem ograniczania pastwisk i łąk, z których dotychczas korzystali również chłopi. Feudałowie śląscy podnosili też chłopom świadczenia, czyli pańszczyznę i tzw. robocizny. Dochodziło w rezultacie do licznych, niekończących się procesów między panami a gospodarzami wiejskimi, wygrywanych zwykle przez feudałów, którzy powoływali się na dawne przywileje i ustalenia. Jeszcze w 1753 roku minister Śląska von Münchow żądał od Wrocławskiej Komory danych na temat handlu poddanymi. W odpowiedzi m.in. starosta bytomski potwierdził, że śląscy panowie mają prawo sprzedać, przehandlować lub podarować swoich chłopów tak samo jak inne rzeczy.

Pod panowaniem pruskim władze w sporach między wsią a panami zaczęły popierać chłopów, bo chciały względnie zamożnego stanu włościańskiego. To chłopi mieli płacić podatki do kasy państwowej i to oni byli poborowymi w nowym typie armii, opartej na piechocie. Dlatego zaraz po zajęciu Śląska, w latach 1741-1749, w Prusach wydano kilka zarządzeń mających jakoby chronić chłopów przed zachłannością szlachty. W 1746 roku doszło nawet do tego, że starosta (landrat) strzelecki, hrabia Henckel, opracował regulamin obowiązków chłopskich. W piśmie przesłanym do ministra Śląska prosił, aby nie ujawniać jego autorstwa, bo mógłby wiele ucierpieć od tutejszej noblessy [stanu szlacheckiego – przyp. R.A.] lub zgoła mogłoby go spotkać jakie nieszczęście… Szlachta stawiała bowiem opór wszelkim zmianom na korzyść chłopów.

W wyniku tych zarządzeń doszło m.in. do buntu śląskich chłopów w podgłubczyckich Lewicach w 1748 roku i stłumionego rok później buntu w Białej Prudnickiej. Z powiatu głubczyckiego dotarła do Fryderyka II skarga, w której chłopi pisali: Przedtem pracowaliśmy dla pana dwa dni w tygodniu, obecnie trzy, ale w ten sposób, że wypędzają nas z domów przed piątą rano niemiłosiernie batożąc, by zwolnić nocą, kiedy już gwiazdy świecą na niebie.

Bunt chłopów wybuchł również w dobrach rybnickich w 1749 r. Jak przypomniał Oswald Stefan Popiołek w opracowaniu „Bunty chłopskie na Górnym Śląsku do 1811 r.”, władze pruskie, aby go stłumić, zakwaterowały wojsko w każdej zagrodzie. Zrujnowało to chłopów zupełnie. Poza tym chciano ich ukarać. I tu zaczęły się kłopoty. Co dla udręczonych ludzi może być jeszcze karą? Ciężkie roboty? Taczki? Więzienie? Przecież od najmłodszych lat wykonują najcięższe roboty, nie było dnia, który by się nie równał taczkom i robotom przymusowym! Więzienie zaś o suchym chlebie i wodzie byłoby dla nich ulgą i polepszeniem bytu. Przecież i tak nic lepszego nie jedzą i ciężko przy tym pracują, a w więzieniu nie musieliby robić! Po-przestano więc na pobiciu ich.

Przypuszczalnie pod wrażeniem tych buntów władze pruskie nakazały w 1749 roku właścicielom ziemskim stosować wprowadzoną ustawowo ochronę chłopów, m.in. zakaz wykupu przez właścicieli ziemskich ziemi chłopskiej, czyli rugowania chłopów. Co więcej, nakazały zwrot gruntów zagarniętych w ten sposób w ciągu poprzednich kilkunastu lat. Ustawa jednak nie weszła w życie i już w 1750 roku bunty ogarnęły ponad 20 wsi w powiecie raciborskim.

Od 1755 roku minister do spraw Śląska, Ernst Wilhelm von Schlabrendorf, próbował wprowadzić dziedziczenie ziemi przez chłopów, zakazywał stosowania kar cielesnych, handlu poddanymi i podnoszenia świadczeń pańszczyźnianych. Jednak działania te miały jedynie wymiar propagandowy, ponieważ większość tutejszych chłopów nie była właścicielami ziemi. Decyzje ministra miały kreować wśród chłopów przekonanie, że „dobry król” i ministrowie o nich dbają, a ich gnębicielami są jedynie „źli panowie”.

W 1756 roku wybuchła chłopska rebelia na Śląsku austriackim, w dobrach lutyńskich irlandzkiego hrabiego Mikołaja von Taaffe. Dwustu czterech chłopów z Niemieckiej Lutyni, Dziećmorowic, Skrzeczonia i Wierzniowic zbuntowało się przeciw pańszczyźnie i koczowało na polach za dworem w Niemieckiej Lutyni. Gdy do wioski wkroczyły wojska austriackie, uciekli na pruski Śląsk i obozowali pomiędzy Łaziskami a Godowem. W tej sytuacji hrabia von Taaffe zwrócił się do cesarzowej Marii Teresy, a ta poprosiła o pomoc… króla Prus. Fryderyk II nie omieszkał skorzystać z okazji i wojska pruskie zmusiły buntowników do powrotu na stronę austriacką, gdzie dziesięciu przywódców wtrącono do lochów zamku w Lutyni, a następnie skazano na kilka lat ciężkich robót w twierdzy Ołomuniec. Tak wyglądała klasowa solidarność feudałów ponad państwowymi konfliktami.

Podczas działań wojennych Śląsk był łupiony tak przez Prusaków, jak przez armie Habsburgów. Jeden z mieszkańców Jeleniej Góry zanotował: Wydaje się, że wszystkie wojujące partie sprzymierzyły się w zamiarze doprowadzenia Śląska do ruiny. Armia austriacka zaczęła na Śląsku plądrować i zdzierać okup z ludzi, którzy po złych zbiorach w 1760 roku już i tak cierpieli głód. Wkraczające do wiosek oddziały pieczętowały chłopom stodoły, aby ci nie mogli zabrać niczego na własne potrzeby. W tym samym czasie Fryderyk po odzyskaniu Wrocławia zażądał od niewiernych mieszkańców miasta 300 tysięcy talarów w srebrze, 500 tysięcy od śląskich kościołów i klasztorów, narzucił też klerowi katolickiemu, wbrew ugodzie z Altranstädt, 50-procentowy podatek. Następnie wprowadził do obiegu fałszowane pieniądze, co doprowadziło do gwałtownego wzrostu cen. Przykładowo – ryż zdrożał o 100%, dwie marchewki kosztowały 1 srebrny grosz.

Była to zapewne kolejna przyczyna, dla której nawet wojna nie całkiem stłumiła opór chłopski. Zimą 1760 roku kontrybucje doprowadziły do zamieszek w powiecie kozielskim, a komendant twierdzy w Koźlu wysłał list gończy za byłym deputowanym powiatowym von Lipa z Radoszowa i byłym starostą von Blumencronem. Obaj poszukiwani utworzyli z unikających zaciągu do wojska chłopów oddział partyzancki, założyli bazę pod Opawą i robili rajdy przeciw Prusakom aż pod Opole. W 1761 roku poddani z królewszczyzny opolskiej odmówili dostarczenia Prusakom tzw. podwodów, czyli wozów z zaprzęgiem, którymi do huty królewskiej w Ozimku produkującej uzbrojenie miała być dowożona ruda żelaza. Dopiero interwencja wojska pruskiego zmusiła ich do wykonania świadczenia. W tymże roku hutnicy z huty w Krogulnie, przeważnie wolni robotnicy najemni, zażądali podwyżki płac.

W wyniku samej tylko wojny siedmioletniej zginęło 853 tysięcy ludzi. W śląskich wsiach zniszczono 3323 domy, 2225 stodół, 3495 obór. W miastach – 2917 domów, 399 stodół i 1380 obór i stajen. Na odbudowę zrujnowanego wojnami Śląska Fryderyk II przeznaczył 3 miliony talarów, czyli mniej więcej jednoroczne podatki, jakie z tej prowincji ściągał od ponad 20 lat. Od 1736 do 1763 roku liczba ludności Śląska spadła z ok. 1 miliona 800 tysięcy mieszkańców do 1 miliona 95 tysięcy. Zniknęło prawie 700 tysięcy Ślązaków! Oto demograficzna katastrofa wywołana podbojem Śląska przez Prusy.

Wojna doprowadziła liczne majątki szlacheckie do ruiny i w rezultacie śląscy panowie feudalni nie byli w stanie płacić podatków. Wprawdzie już w 1758 roku król wstrzymał licytację zadłużonych posiadłości do czasu zakończenia wojny, jednak po jej ustaniu gwałtownie spadły ceny zboża, co znów doprowadziło na skraj bankructwa kolejne majątki ziemskie. W tych latach niżsi i wyżsi urzędnicy państwa pruskiego kupowali połacie ziemi, karczowali lasy wbrew przepisom i ustawom państwowym, zaganiali ludzi do wszelkich możliwych robót, by czym prędzej wycisnąć jak najwięcej gotówki z nabytego majątku, a następnie sprzedać go szybko z zyskiem następnemu kupcowi. Przy tych transakcjach bardzo ważną rolę odgrywała liczba poddanych, a im liczniejsze i większe były ich służebności, tym więcej płacili nowi nabywcy. Ludzie byli w tym procederze żywym inwentarzem przynależącym do majątku.

Sprzeciw wobec takiej kolonialnej gospodarce pruskich urzędników i nowych panów pruskich na Śląsku doprowadził w 1764 roku do żywiołowych wystąpień chłopskich w kilku wsiach powiatu świdnickiego na Dolnym Śląsku. Rok później chłopi z Ołdrzyszowa k. Nowogrodźca między Jelenią Górą a Żaganiem odrzucili nowe żądania tamtejszego dworu, a następnie zbrojnie odpierali ataki zaprawionego w wojnie siedmioletniej wojska pruskiego, które z trudem zdołało ich pokonać. Wiosną 1766 roku wybuchł kolejny śląski bunt chłopski, tym razem w powiatach rybnickim, raciborskim, bytomskim, pszczyńskim, nyskim i gliwicko-toszeckim. Chłopi wypowiedzieli posłuszeństwo hrabiemu Emanuelowi Wengierskiemu, właścicielowi majątków w ziemi rybnickiej. Później odmawiali zapłacenia panom wszelkich danin. Uzbrojeni gromadzili się po lasach. Zaniepokojony rząd wysłał przeciw nim znajdujące się w pobliżu pułki. Od kul żołnierzy ginęli nie tylko zbuntowani mężczyźni, lecz także kobiety i dzieci. Po likwidacji powstania nastąpił odwet panów. Jak wyglądał, ujawnia pismo poborcy podatkowego z Toszka do ministra Schlabrendorfa, z którego wynika, że na własne oczy widział, jak pan przydeptał dwóm poddanym gardła, gdy wymierzał im 150 batów „na gołą koszulę”.

Tymczasem rozruchy chłopskie z powiatu raciborskiego przeniosły się na Śląsk austriacki, do stanowego państwa frysztackiego, które od 1748 roku należało do wspomnianego Mikołaja von Taaffego. Na czele ruchu stanął Ondra Fołtyn, gospodarz posiadający konia pod wierzch, czyli siodłak (po śląsku siedlok), ze Starego Miasta pod Karwiną. Trzykrotnie był on wcześniej ze swoimi skargami w Wiedniu – bezskutecznie. W 1766 roku spisanie wspólnych skarg do władz i wysłanie delegacji na dwór cesarski zaproponował Maciej Kolář z Dětmarowic. Na delegatów wybrano jego i Fołtyna. Jednak informacje o przygotowaniach szybko dotarły do burgrabiego Schwartza, który miał donosicieli wśród chłopów. Kolář i sześciu innych przywódców chłopskich zostało zatrzymanych i uwięzionych w Cieszynie. Fołtyna uratował huzar Széhenyego, który u niego mieszkał. Dzięki tej pomocy gospodarzowi udało się spiesznie wyruszyć w drogę. Dotarł do Wiednia 22 lutego i przekazał „memoriał” frysztackich chłopów Johannowi Karlowi hrabiemu Chotka von Chotkow und Wognin, cesarskiemu kanclerzowi Czech. Ten jednak kazał Fołtyna zatrzymać i pod eskortą odesłać do Cieszyna na przesłuchanie. Gdy więzień został zwolniony, pod jego wodzą wybuchły w majątku frysztackim największe zaburzenia chłopskie w tej części Śląska. Wydarzenia zaczęły się toczyć szybko: Fołtyn założył w Olszynach „wolną osadę” dla frysztackich siedloków, a ze Śląska cieszyńskiego trafiły do Wiednia 73 skargi. Wywołało to rozruchy w sąsiednich państwach stanowych. Wprawdzie Fołtyn został aresztowany wraz z innymi przywódcami rebelii na pół roku, jednak żony aresztowanych dotarły do cesarzowej, dzięki czemu Fołtyn został uwolniony, co znacząco podniosło jego autorytet na Śląsku Cieszyńskim. Wkrótce stanął na czele nowej delegacji wysłanej przez chłopów do Wiednia. W listopadzie 1766 roku wraz z Maciejem Michalcem z Petrovic znów był w stolicy.

Ożywiło to legalną aktywność chłopów ze Śląska Cieszyńskiego i Opawskiego: w latach 1767-1768 ze 137 gmin wysłano do cesarzowej Marii Teresy ponad 1600 skarg i próśb. Chłopi przedstawiali w nich krzywdy, jakich doświadczali od panów, oraz prosili cesarzową o pomoc. W rezultacie w 1767 i 1771 roku w austriackiej części Śląska powołano specjalne komisje, tzw. komisje urbarialne, które miały ustalić i spisać dokładne wysokości chłopskich świadczeń na rzecz panów feudalnych, oraz wydano patent robotniczy (1771 rok). Również właściciele państwa frysztackiego musieli pójść na ustępstwa. W następnych latach cesarzowa Maria Teresa i jej następca, cesarz Józef II, ogłosili kilka zarządzeń ograniczających wyzysk chłopów, a w 1781 roku – ograniczenie osobistego poddaństwa chłopów.

W 1780 roku realia pruskiego Śląska opisał pewien Anglik, który zwiedził te okolice:zadziwią się moi rodacy, że w europejskich krajach chrześcijańskich istnieją szlachcice, co nie mogą pojąć, dlaczego panu nie miałoby być wolno okładać kijem i biczem swoich poddanych, ile razy im się podoba. Nic dziwnego, że pod koniec lat 70. XVIII wieku kolejne wsie wszczynały procesy przeciw swoim panom. Gdy wyroki okazały się niekorzystne dla nich – chłopi znów przestali „wychodzić na pańskie”. Uzbrojeni w kosy, siekiery itp., chronili się w lasach i organizowali zasadzki na patrole wojskowe. Kolejne powstanie chłopskie wybuchło w powiecie pszczyńskim w 1780 roku, po wysłaniu na wiosnę memoriałów i próśb do króla w Berlinie, które pozostały bez odzewu. Wówczas kilka wsi przerwało pracę podczas żniw na polach księcia pszczyńskiego Fryderyka Ferdynanda Anhalt-Köthen. Znów wezwano wojsko, znów była twierdza dla przywódców i baty dla pozostałych. Wydano nowe zarządzenie z ostrzejszymi karami, wzywające chłopów do spokoju i posłuszeństwa. Wójtowie mieli czuwać, by chłopi nie zbierali się po karczmach lub chatach, nie naradzali się w sprawie odmowy służby panom i nie urządzali zbiórki pieniędzy na pokrycie kosztów procesowych, podróży delegatów do króla lub opłacanie doradców. Wyszło też rozporządzenie ministra uprawniające panów do odebrania chłopom posiadłości i oddania ich innym – bardziej posłusznym. Rząd wysyłał wojsko do każdej opornej wsi, a chłopi na swój koszt musieli je kwaterować i żywić.

Najniebezpieczniej w latach 178–1786 było w powiatach kluczborskim, opolskim, prudnickim i średzkim oraz w ziemi kłodzkiej, wałbrzyskim i na Pogórzu Sudeckim, gdzie ruchy powstańcze chłopów miały już częściowo charakter masowy i były w pewnym stopniu zorganizowane. Nietypowy przebieg miały zamieszki w 1787 roku, gdy dobra w Ruptawie kupił Traugott von Ziemietzki, dotychczasowy właściciel Świerklan Dolnych, znany z surowości i gwałtowności. Gmina ruptawska nie chciała go przyjąć, a gdy nadjeżdżał, pojawili się chłopi z widłami i cepami. Do rzezi nie doszło tylko dlatego, że nowy właściciel obrał inną drogę do dworu i przenocował w spichlerzu. Przez noc chłopi ochłonęli i w końcu przyjęli nowego pana.

W tym czasie na śląskich chłopów spadły nowe udręki ze strony pruskiej szlachty: jeszcze w 1788 r., dwa lata po śmierci Fryderyka, sprzedawanie chłopów odbywało się na Śląsku bez ingerencji władz pruskich. Szlachta bowiem, wypełniając wolę króla, przystąpiła do budowy manufaktur i fabryk, w których zatrudniani byli chłopi – zmuszani do pracy w nieznanych sobie warunkach w ramach pańszczyzny lub tzw. odrobku.

Od 1792 roku na śląską wieś zaczęły docierać informacje o rewolucji we Francji i o uchwaleniu konstytucji w Polsce. W napiętej – z powodu handlu ziemią i ludźmi – atmosferze doszło w 1793 roku do krwawych rozruchów niemal we wszystkich powiatach górnośląskich. Dworom odmawiano pracy i płacenia podatku gruntowego, odbijano i uwalniano aresztantów, znęcano się nad urzędnikami dworskimi nieludzko postępującymi z chłopami, żądano wydalenia ich. Podobnie zachowano się w stosunku do wójtów uległych panom, odgrażano się szlachcie, obijano chętnych do pracy. Zaczęto nieprawnie korzystać z pastwisk dworskich i niszczyć dworskie zagajniki. Wybuchały protesty przeciw zbyt częstemu zamykaniu ludzi w areszcie, nędznemu odżywianiu i opłacaniu czeladzi dworskiej, przeciw likwidacji pastwisk, zakazowi hodowli owiec przez chłopów i wypasaniu pańskich owiec na chłopskich gruntach. Chłopom marzyła się równość stanów, podział gruntów pańskich i to, żeby wojsko nie występowało przeciwko nim.

W takiej atmosferze w Jemielnicy pod Strzelcami Opolskimi Marek, zwany Prawym (niem.der Gerechte), stanął na czele protestu chłopów śląskich przeciw niesprawiedliwemu gospodarowaniu drewnem w lasach opactwa cystersów. Według donosu miał on grozić, że jeśli ludzie nie dostaną lepszego drewna na opał, to powtórzy się to, co we Francji, i naród weźmie sobie drewno siłą. Podobno głosił też, że los chłopów nie poprawi się, jeśli na Śląsku nie powtórzy się to, co lud zrobił we Francji. Na podstawie takich donosów władze kazały pojmać go. A 17 marca 1794 r. – pięć dni po wybuchu insurekcji w Polsce – na rynku w Opolu w dzień targowy przepędzono Marka Prawego sześciokrotnie przez szpaler żołnierzy, którzy bili go pałkami. Po dwóch dniach skatowanego odwieziono do Jemielnicy, gdzie zmarł w wyniku odniesionych ran. Miejscowi chłopi zostali skutecznie zastraszeni. Mimo to w latach 1799-1800 znów wybuchały w tzw. polskich powiatach zamieszki, które miały już wyraźnie antyfeudalny charakter. W tym czasie wśród robotników w hutach i kopalniach Bytomia i Tarnowskich Gór oraz pośród chłopów z okolicznych wsi nasiliły się antypruskie nastroje. W 1798 roku doszło tam do buntu, po którym świerklaniecki Donnersmarck wypędził z Rudnych Piekar 24 rodziny górnicze mówiące po polsku. Powoli antykolonizatorskie nastroje wykraczały poza stan włościański.

W 1799 roku wskutek wyzysku i ucisku panów feudalnych wybuchł w Krzyżowicach, Szerokiej i Boryni dobrze przygotowany bunt chłopski. Nowością było to, że chłopi uciekli do lasu i zaczęli zbójować. Tymczasem do Krzyżkowic przybył wysłannik rządowy, dzierżawca majątków księcia pszczyńskiego w tych wioskach, Schlütterbach. Gdy w tłumie chłopów zebranych w karczmie trzech ze starszyzny wiejskiej – szanowanych chłopów krzyżkowickich – zdobyło się na odwagę, by powiedzieć mu prawdę o warunkach panujących w ich wiosce, Schlütterbach postanowił ich ukarać. Kazał im się rozebrać do koszul i gaci, a następnie wejść do klatki dla zwierząt. W końcu weszli wszyscy trzej. Parobcy dworscy musieli ich włożyć na sanie i konwój wyruszył przed karczmę pod osobistym dozorem samego Schlitterbacha. […] Zanim ich dowieziono do karczmy, Poloczkowi już puściła się krew z nosa. Osunął się na kolana, jedną dłonią opierając się o dno, drugą o boczną ścianę klatki. Po siwych włosach zaczęła mu kroplami sączyć się krew. Nieszczęśliwi, nie mogąc poruszać się swobodnie, zmieniali pozycję tylko o tyle, że raz opierali się plecami, raz lewym, kiedy indziej prawym ramieniem o ostre kanty klatki. Na jej dnie zaś raz klękali kolanami, to opierali cały swój ciężar na stopach, to podpierali się rękami. Ostre kanty coraz głębiej wbijały im się w ciało… W tym momencie na miejsce kaźni przybyli zbuntowani chłopi-zbójnicy z pobliskiego lasu i… zabili dzierżawcę. Na znak solidarności z chłopami krzyżowickimi spłonęły wtedy także pańskie stodoły w Boryni i Szerokiej.

Bunty przeciw pańszczyźnie trwały również w latach 1800-1806, tak na Dolnym, jak i na Górnym Śląsku. Ale jeszcze bardziej zaczęło wrzeć wśród chłopów, gdy po klęsce Prus w wojnie z Napoleonem na chłopów spadły główne ciężary francuskiej kontrybucji oraz grabieże i rekwizycje francuskich strzelców i huzarów (np. w Wodzisławiu i okolicy). Tym bardziej, że sprusaczona szlachta śląska coraz gwałtowniej zaczęła egzekwować powinności feudalne wcześniej często niewykonywane, a nawet nakładać nowe. Po włączeniu, na mocy pokoju w Tylży, pruskiego tzw. Nowego Śląska do Księstwa Warszawskiego oliwy do ognia dolała połowiczna reforma Fryderyka Wilhelma III, który 9 października 1807 roku zniósł wprawdzie poddaństwo osobiste chłopów, ale ziemię przez nich uprawianą pozostawił w ręku szlachty. Sprawiło to, że chłopi, osobiście wolni, nadal mieli obowiązek świadczyć dawne powinności feudalne, w tym pańszczyznę, a także podlegali sądownictwu feudałów. W 1808 roku nastroje jeszcze bardziej podgrzało uwłaszczenie chłopów w pruskich dobrach państwowych.

W 1811 roku wybuchł kolejny bunt, znany pod nazwą zmowy tworkowskiej. Tym razem przyczyną była wieść gminna, jakoby panowie ukrywali przed ludem ustawę, na mocy której w Prusach zniesiono poddaństwo. Ponieważ jej tekst był po niemiecku – Ślązacy mówiący w większości po polsku nie mogli jej zrozumieć, a tam, gdzie się o niej dowiadywali i żądali jej wprowadzenia w życie, byli przez panów oszukiwani. W rezultacie doszło do powstania chłopskiego w 170 polskich i czeskich gminach powiatów pszczyńskiego i raciborskiego, m.in. na lewym brzegu Odry w Tworkowie, Bieńkowicach, Boguminie i okolicy, a na prawym brzegu – w Lubomi, Nieboczowach, Kamieniu, Rogowie, Bełsznicy, Czyżowicach i Syryni. Wiodącą rolę odegrali w nim sołtysi i wolni kmiecie.

W tym czasie panem na zamku w Tworkowie był Johann von Eichendorff, stryj znanego niemieckiego poety romantycznego ze Śląska, Josepha von Eichendorffa. Mimo przypomnienia edyktem z 24 października 1810 roku, że chłopi mają obowiązek odrabiania pańszczyzny dopóty, dopóki nie doprowadzą do ugody z właścicielami ziemi w sprawie jej zniesienia i np. zastąpienia oczynszowaniem, chłopi nie wierzyli urzędnikom pruskim i panom feudalnym. W przypadku Tworkowa – nie bez podstaw – dotyczyło to Johanna von Eichendorffa. Ów brak zaufania doprowadził w połowie stycznia 1811 roku do zwołania w Tworkowie zjazdu przedstawicieli 19 okolicznych gmin, którzy pod przywództwem rzeźnika (po śląsku: masorza) Macieja Gracy oraz gospodarza (czyli kmiecia) Drobnego, ogłosili, że będą się przeciwstawiać dalszemu odrabianiu pańszczyzny, bo według nich jest to niezgodne z wolą króla. W rozmowach z przedstawicielami władz oświadczyli, że są wolni i nie dadzą się zmusić żadną przemocą do jakichkolwiek pańszczyzn, że sprzymierzyli się z sobą i chętniej pozwolą się posiekać na kawałki niż dalej odrabiać robocizny.

Tak rozpoczęła się „zburzka”, jak wówczas te rozruchy nazywano. Do czynnej walki wzywał chłopów Szymon Boczek, chałupnik z Kamienia w powiecie raciborskim. Twierdził,że trzeba zbroić się, poruszyć do powstania chłopów sąsiednich gmin i pójść do Tworkowa. Stanisław Michalkiewicz, autor książki o tym buncie, przywołał opinię anonimowego pruskiego szlachcica, że po polskiej stronie Odry było jeszcze spokojnie, aż około 10 lutego 1811 r. wystąpiła wieś Pszów, która wysłała 50 chłopów do Krzyżkowic, którzy udali się do ludzi odrabiających pańszczyznę, aby odstąpili od pracy, bo zgodnie z edyktem królewskim [z 9 października 1807 roku – przyp. R.A.] wszelka pańszczyzna ustaje. O ile relacja ta jest niezupełnie zgodna z chronologią wydarzeń, bo już 7 lutego protest przeciw pańszczyźnie podjęli chłopi z Godowa, a 8 lutego z Gołkowic – o tyle godne uwagi jest to, że w opinii cytowanego Prusaka oraz w świetle innych urzędowych dokumentów istniała wówczas „polska strona Odry”, co znaczyło, że w powszechnej ocenie klas panujących na prawym jej brzegu ludność mówiła śląską polszczyzną.

Już 8 lutego sąd dominialny w Wodzisławiu Śląskim wysłał do śląskiego Wyższego Sądu Krajowego we Wrocławiu pismo, w którym stwierdzał, że Obecnie wskutek działalności deputacji wysyłanych z gmin już objętych powstaniem, szerzy się ono także na obszarze tutejszego dominium. […] Gminy nie tylko odmawiają wykonywania obowiązujących powinności, ale sięgają znacznie dalej niż ich sąsiedzi, albowiem gwałtownie wzbraniają dominium korzystania z lasów, które chcą sobie przywłaszczyć.

W takich okolicznościach Ernst Wilhelm von Birkhahn, starosta (landrat) powiatu pszczyńskiego, rozesłał do sołtysów okolicznych wsi wezwanie, aby stawili się 11 lutego wraz z dwoma przedstawicieli wiosek do jego siedziby w Marklowicach Górnych. Zamierzał powagą swego urzędu wymóc posłuszeństwo wobec właścicieli majątków feudalnych i zachowanie spokoju publicznego. Jakież było jego zaskoczenie, gdy rankiem tego dnia pod wodzą sołtysa Józefa Bieni z Jedłownika zaczęły do dworu w Marklowicach ściągać tłumne delegacje, głównie z dominium w Boguminie. Wystraszony landrat zbiegł do Pszczyny, nie spróbowawszy nawet zorganizować planowanego zgromadzenia. W tej sytuacji chłopi pod wodzą Bieni wdarli się na podwórze dworu w Marklowicach i zażądali od przerażonej żony landrata okazania edyktu królewskiego wyzwalającego od pańszczyzny. Gdy okazało się, że w siedzibie starosty takowego nie ma, zażądali wydania dokumentu zwalniającego ich z robót na rzecz dworu starościńskiego w Marklowicach. Wówczas nadjechał dziedzic majątku w Połomi Ludwik von Minnigerode. Chłopi wzburzeni ucieczką landrata i brakiem żądanych dokumentów chcieli go zmusić do podpisania ugody zwalniającej chłopów z robót w jego majątku. Gdy odmówił, obili go 50 razy pałką, jego żonę publicznie znieważyli, a następnie przegnali chłopów nadal w pobliżu odrabiających pańszczyznę. Wkrótce kilkuset chłopów pod wodzą Bieni, Jakuba Antończyka z Wilchw oraz ośmiu chłopów pańszczyźnianych z wsi Odry ruszyło do Marklowic Dolnych i wtargnęło do majątku baronowej von Tann. Tam również rozpędzili odrabiających pańszczyznę dla jej dworu oraz zażądali dokumentu zwalniającego okolicznych chłopów z robocizn. Następnego dnia podczas najścia zbuntowanych chłopów z Dolnych i Górnych Marklowic, Jastrzębia i Dolnej Boryni na dwór deputowanego powiatu pszczyńskiego von Schlotterbacha w Boryni Górnej doszło do starcia z jego czeladzią dworską. Chłopi zwyciężyli, jednak i tym razem nie zdobyli królewskiego „edyktu wolności” ani dokumentu potwierdzającego rezygnację z pańszczyzny na rzecz dworu.

W powiecie pszczyńskim w powstaniu brały udział 74 gminy, w tym 32 gminy ograniczyły się tylko do odmowy wykonywania świadczeń, 36 gmin wykazało bardzo dużą aktywność, a udział chłopów w powstaniu był powszechny. W Baranowicach groźna 500-osobowa gromada chłopów z okolicznych wsi znieważyła tamtejszą właścicielkę dworu i jej córkę von Durant i zmusiła do czterokrotnego wystawienia rewersu o rezygnacji z powinności Baranowic, Osin i Rzuchowa. […] W gminach tych oraz w Szerokiej zrodził się pomysł całej opisanej wyprawy do Baranowic. Po Baranowicach ta sama gromada chłopów udała się do Rogoźnej. Splądrowano dwór i spowodowano liczne szkody, które szacowano na blisko 730 talarów – sumę bardzo znaczną. Równocześnie wymuszono wystawienie rewersu o rezygnacji z dotychczasowych powinności. Bunt chłopski nadal się rozszerzał. Między ludźmi z innych wsi ludzie z Osin i Baranowic udali się do majątku w Gardawicach. Uciekającą właścicielkę zatrzymano i zmuszono do rezygnacji ze świadczeń feudalnych oraz wypłacenia 36 talarów, kwotę tę przypuszczalnie chłopi podzielili między siebie. Straty powodowane napadami oszacowano na 190 talarów. Potem udano się do Woszczyc, gdzie między innymi wymieniono sołtysa z Osin Harazima. Stamtąd skierowano się do Rudziczki, gdzie wyróżnił się też Harazim, a wyrządzone szkody wyniosły 56 talarów – pisał Stanisław Michalkiewicz w książce „O rzeźniku Gracy, zmowie tworkowskiej i powstaniu chłopskim w 1811”.

Do buntu przyłą¬czyły się wkrótce wszystkie gminy dominium rybnickiego: Książnice, Golejów, Ochojec, Grabownia, Wielopole, Przegędza, Rybnicka Kuźnia, Orzepowice, Jejkowice, Szczejkowice, Ligota, Smolna, Zamysłów, Radoszowy, Niedobczyce, Chwałowice, Bogu¬szowice, Rowień, Kłokocin, Popielów, Bierułtowy, Radziejów, Rój, Jankowice Rybnickie oraz Świerklany Górne. W sumie uczestniczyli w nim chłopi z 25 podrybnickich gmin. Anonimowy szlachcic sporządził następujący opis wydarzeń: przybyło do Rybnika 4000-5000 chłopa, otoczyli dzierżawcę tamtejszego urzędu inwalidzkiego i żądali od niego edyktu. Kiedy ten zapewniał, że go nie ma, krzyczeli: powiesić go! Przypadkowo jeden z nich krzyknął: na pewno ksiądz go ma. Halo, do niego! – wrzeszczeli wszyscy. Wywlekli go z izby, kiedy edyktu, rzecz jasna, nie miał, chcieli go powiesić. Wyszedł kapelan

CC0 JanDix, pixabay.com/pl/topór-stary-drwal-ostrze-tło-1008982/

w ornacie i z krucyfiksem w ręku, oni jednak na to nie zważali, wciągnęli go do izby i kazali mu szukać edyktu. W tym momencie prześliznął się ksiądz i uciekł. W sam raz przybył w tej chwili porucznik Tilow z 30 ułanami, którzy swymi dzidami zaraz zaatakowali tych 400 chłopów. Kilku z nich zadźgano, bardzo wielu raniono i jeszcze więcej schwytano. Ci ostatni zostali na miejscu wychłostani i tak uratowano szczęśliwie księdza, kapelana i dzierżawcę. Następnego dnia przyszli od powstańców kurierzy do wszystkich wsi z odezwą: Halo, halo, do walki do Rybnika, my chcemy pomścić naszych braci. Moi ludzie i ci w sąsiedztwie obiecali pójść, zostali jednak w domu. […] W Baranowicach dostała baty starsza pani von Jänisch, zarządcę nieomal zabito. Pani von Dyren, niegdyś żona pułkownika von Dyrickea, została również zmaltretowana, musiała chłopom nałożyć fajki, zapalić, później ją obrabowano.

16 lutego chłopi z Pielgrzymowic udali się do Pawłowic, gdzie napadli na dwór Ferdynanda Gusnara. Gusnar każdemu chłopu musiał ucałować ręce. W Pawłowicach wyrządzono szkodę na 1200 talarów. […] Dołączyli do nich przybysze z Jastrzębia Górnego oraz Bzia. Wsadzili właściciela do drewnianej klatki, wywieźli do pobliskiego Strumienia i zmusili do zniesienia pańszczyzny w swoich dobrach. Przywódcą był Maciek Kiełkowski z Pielgrzymowic. Na pomoc przybyło wojsko pruskie, które osadziło buntowników w pałacowych lochach i każdemu z nich wymierzyło karę chłosty od 20 do 60 uderzeń. Ruch chłopski między 11 a 16 lutym polegał na żądaniu wydania edyktu wolności, odrzuceniu jakichkolwiek świadczeń na rzecz dworów, lekceważeniu i poniżaniu panów, stosowaniu wobec nich przemocy, masowych wystąpień wykraczających poza ramy legalności – stwierdza wspomniany Michalkiewicz. Oznaczało to, że dalsza eskalacja oporu wsi zaczynała z punktu widzenia władz przybierać charakter zbyt niebezpieczny, groźny dla istniejącego porządku feudalnego.

Dlatego 11 lutego 1811 roku pruski komisarz Lehmann wracał do Tworkowa z 60-osobowym oddziałem huzarów pruskich, zachowując szczególne względy ostrożności, aby zaskoczyć oporną gminę i jej sąsiadów. W nocy z 10 na 11 lutego oddział został postawiony na nogi, a około piątej nad ranem wymaszerował z Raciborza pod dowództwem rotmistrza Koehlera. Jak pisze S. Michalkiewicz, do Tworkowa nie było daleko. Już o wpół do siódmej oddział znajdował się w pobliżu wsi. Część żołnierzy kordonem opasała Tworków. Natomiast jeden z podoficerów z grupą huzarów pośpieszył w stronę kościelnej dzwonnicy, by nie dopuścić do bicia w dzwony i zaalarmowania całej okolicy, co utrudniłoby wykonanie egzekucji. Podstawowa część oddziału tymczasem posuwała się w się w głąb wsi i przypuszczalnie została zauważona przez mieszkańców Tworkowa, gdyż prawie natychmiast po pojawieniu się żołnierzy ludność jak na komendę zaczęła gromadzić się w miejscu normalnie odbywanych zebrań gminy. Wśród przybyłych brakowało jedynie Gracy, który próbował wydostać się poza granice Tworkowa, ale został rozpoznany i zatrzymany przez jednego z żołnierzy. Należy przypuszczać, że zamierzał zaalarmować gminy związane zmową, by następnie podjąć walkę.

15 lutego 40 ułanów wkroczyło do Mikołowa. Porucznik Sługocki z tego oddziału otrzymał zlecenie, aby z 20 ułanami pospieszył jak najszybciej do Łazisk Średnich, gdzie chłopi plądrowali dwór Blandowskiego, wszystko mu zniszczyli, a jego samego ciężko poturbowali; Sługocki pierwszy przybył do Mikołowa, a dowiedziawszy się, że tu w pewnym szynku jest około 50 chłopów zgromadzonych, otoczył ów szynk i pragnął chłopów pojmać; to mu się jednak nie udało, bo chłopi się rzucili na ułanów tak zawzięcie, że ci tylko gęstą strzelaniną zdołali chłopów rozproszyć, ale nie pojmać. Porucznik Sługocki podążył dalej i po drodze we Wyrach miał bardzo poważne starcie z chłopami, którzy byli właśnie przy plądrowaniu dworu; tu we walce kilku chłopów zginęło, 32 wzięto do niewoli i odstawiono do Koźla, a kilka dni później jeszcze dalszych 14 chłopów aresztowano. Podczas starcia w Wyrach zginął Franciszek Wodziczko, chałupnik z Mokrego, który mianował się generałem. Wielu innych chłopów odniosło rany. Wyrządzone straty oceniano na 1750 talarów. Poza Wodziczką szczególną aktywnością odznaczyli się jego zastępca Jan Bończyk z Mokrego, kanonier Bartek Nawrot i fizylier Wałek Szopa oraz Piecha i Jantuła z Łazisk. Z samego Mokrego podobno uczestniczyło w zajściach 64 chłopów. Do starć z wojskiem doszło też m.in. w Ornontowicach i Mizerowie pod Pszczyną.

16 lutego do Raciborza wkroczył batalion fizylierów z Nysy i szwadron huzarów z Prudnika, a 18 lutego do Wodzisławia – śląski pułk ułanów. Rozpoczęła się pacyfikacja: ruchliwość oddziałów wojska na lewym i prawym, „polskim” brzegu Odry, wkraczanie prawie do każdej wioski, czasem kilkakrotne w ciągu dnia, sprawiały wrażenie wszechobecności armii pruskiej. 20 lutego oddziały skierowały się przez Borynię do Kopciowic, a stamtąd do granicy państwa. Ludzie pod przymusem wrócili do dawnych zajęć, schwytani za uczestnictwo w rebelii otrzymali po 50 plag, a przywódcy zostali uwięzieni w Pszczynie. Przez kilka dni trzymano ich o chlebie i wodzie. Wreszcie 18 marca, aby ostatecznie spacyfikować zbuntowanych chłopów, aresztowano 256 przywódców i pod silną eskortą wojska, zakutych w kajdany lub dyby, przypędzono do Raciborza. W więzieniu miejskim nie było już miejsc, więc, jak opisuje Michalkiewicz,zamknięto ich w celach klasztoru dominikańskiego. Każdego aresztanta położono na ławce i wymierzono mu po 20 batów. Wy macie rozum w zadkach, więc trzeba wam go wbić do głowy – tłumaczono tę czynność nieszczęsnym delikwentom. […] I tak do końca 1811 roku wojsko bez przerwy miało zajęcie przy pacyfikowaniu jednej wsi za drugą, a w końcu niemal każdy gospodarz miał swego umundurowanego stróża. W marcu 1811 zburzka chłopów była już wszędzie stłumiona; około 70 chłopów straciło w niej życie. Ale pomimo uspokojenia oddziały wojskowe pozostały nadal na straży w powiecie pszczyńskim, w okolicach Rybnika, Gliwic itd. Aż do czerwca tego roku. Sądy rozpatrzyły sprawy 788 chłopów, dwóch skazano na karę osadzenia w twierdzy, 91 ukarano więzieniem, 582 poddano chłoście, a 113 uniewinniono.

Początkowo przywódcy powstania przebywali w twierdzy w Koźlu, później przekazano ich do więzienia w Raciborzu. Byli wśród nich M. Graca i jego współtowarzysz, były gwardzista pruski, Kokolla z Olzy. Obaj uciekli. Jak stwierdzono w śledztwie, Kokolla i Graca wyzyskali nieduży otwór okienny, znajdujący się na wysokości 61 stóp nad powierzchnią rzeki, i przy pomocy sznura uplecionego ze słomy opuścili się na dół. Kto dostarczył im słomy, nie udało się wykryć. Zbiegów nie złapano. Kokolla prawdopodobnie uciekł do Księstwa Warszawskiego i wstąpił do polskiego wojska. Obok Gracy i Kokolli w czasie chłopskiego powstania wyłoniło się wielu większych i pomniejszych przywódców. Spośród znanych przywódców buntu raport Lehmanna wymienia 10 osób, m.in. sołtysa Józefa Bienię z Jedłownika, który również zbiegł po stłumieniu zaburzeń do Księstwa Warszawskiego.

Ludność miasteczek położonych na obszarze objętym powstaniem sympatyzowała z chłopami, ale – sterroryzowana kwaterunkami wojska pruskiego – nie udzieliła im czynnego poparcia. W „zburzce” wzięła udział pewna liczba żołnierzy urlopowanych lub wysłużonych, wśród których prawie wszyscy mieli nazwiska polskie. Chłopski opór na Śląsku przyczynił się w znacznym stopniu do dalszych reform pruskich: 14 listopada 1811 roku ogłoszono tzw. edykt regulacyjny, na mocy którego chłopi uzyskali możliwość nabywania na własność uprawianej ziemi, ale płacili za to oddawaniem panom jednej trzeciej, a w wielu przypadkach połowy gruntu, ewentualnie – płacili gotówką jednorazowo lub w ratach znaczne sumy. Ze względu jednak na opór miejscowych feudałów w 1827 roku rząd pruski ogłosił specjalną ustawę dla Górnego Śląska, na mocy której w regionie wstrzymano znoszenie pańszczyzny dla zagrodników.

Dla budowanych kopalń, hut i fabryk magnaci powstającego przemysłu potrzebowali taniego robotnika. Pozbawieni środków do życia śląscy chłopi zostali w ten sposób urzędowo skazani na wydziedziczenie i dołączenie do rodzącego się proletariatu. Wyrugowani z ziemi, zasilili szeregi robotników najemnych i znaleźli się w trybach równie wyniszczającego kapitalistycznego wyzysku. Dokonywanego go na eksploatowanym kolonialnie Śląsku, w interesie pruskich magnatów węgla i stali, pod dyktatem najpierw militaryzmu Prus, a później Niemiec, zjednoczonych „krwią i żelazem” przez kanclerza Bismarcka.