Matka Polka wyjechała – rozmowa z dr Sylwią Urbańską

– Skąd pomysł na książkę „Matka Polka na odległość”?

dr Sylwia Urbańska: Duży wpływ miała frustracja wywołana obserwowaniem przemian rzeczywistości po 1989 roku. Pomysł pojawił się pod koniec studiów magisterskich i był związany z moim doświadczeniem osobistym – wychowałam się w rodzinie transnarodowej. Miałam czternaście lat, gdy moja mama wyjechała na emigrację zarobkową. Musiałam przejąć jej obowiązki, w tym opiekę nad siostrą, która miała wtedy osiem lat. Poza tym widziałam, że osób takich jak ja jest bardzo dużo. Moje koleżanki i moi koledzy też regularnie rozstawali się z rodzicami, z ojcem, z matką, czasem były to dwie osoby wyjeżdżające z gospodarstwa domowego.

Gdy przyjechałam na studia do Warszawy, zaczęłam chodzić na kursy związane z socjologią rodziny, socjologią przemian posttransformacyjnych i równocześnie obserwowałam dyskurs publiczny. Zauważyłam, że w debacie publicznej nie porusza się wielu kwestii lub – jeśli są w niej obecne – przedstawia się je inaczej niż wynika to z mojego doświadczenia wyrastającego z obserwowania codzienności wsi, małych miasteczek, szerzej – zwyczajnego społeczeństwa polskiego.

Przyglądałam się tym dyskusjom publicznym dotyczącym rodziny, obserwowałam, jak się zmieniają normatywne oczekiwania wobec kobiet. Dyskurs stawał się coraz bardziej konserwatywny, a „zdrowa rodzina” to był obrazek pełnej rodziny rezydencjalnej.

– Co to jest rodzina rezydencjalna?

– To rodzina osadzona w jednym miejscu, utożsamiana z jednym domem. Taki wizerunek rodziny – jakby na przekór masowym migracjom i rozwodom – zaczął być nadreprezentowany w polityce społecznej, w mediach, w sferze publicznej. Stał się nowym wzorcem zdrowej rodziny, a zarazem pejczem dyscyplinującym, blokującym prowadzenie polityki społecznej nastawionej na rozwiązywanie realnych problemów.

Po PRL-u, gdzie przynajmniej w sferze deklaratywnej kładziono nacisk na równość płci i emancypację, w debacie publicznej zagościł na dobre model rodzinności, w którym silny nacisk kładzie się na intensywne macierzyństwo, pojmowane jako wielozadaniowa misja kobiety. Powinna ona być w domu, by zajmować się dziećmi i inwestować w nie całą energię. Dyskurs neoliberalny, który przedstawia opiekę nad dzieckiem jako inwestycję w przyszłość i profesjonalną kompetencję, wszedł w sojusz z dyskursem konserwatywnym, uświęcającym rolę kobiety jako tej, która poświęca się roli emocjonalnej, pozostając w domu. Stała się ona zarówno udomowioną świętą, jak i menedżerką inwestującą w dziecko we wszystkich możliwych wymiarach: w rozwój emocjonalny, wykształcenie, rozliczne sprawności. To właśnie obecność matki w domu zaczyna być postrzegana jako najważniejsza z inwestycji w dobrostan osobowościowy dziecka, przyszłego obywatela, który dzięki takim inwestycjom powinien osiągnąć sukces, zostać liderem. Po 1989 roku – w trochę innej postaci niż wcześniej – powrócił, silnie wspierany przez Kościół katolicki, wzorzec Matki Polki jako „pusty element” do dyscyplinowania kobiet.

– Dlaczego mówisz o pustym elemencie?

– Ponieważ konserwatywny dyskurs nie daje obywatelkom, a zwłaszcza matkom, żadnych skutecznych narzędzi do politycznej walki o prawa kobiet, prawa opiekujących się osobami zależnymi, prawa socjalne czy pracownicze, co świetnie pokazały dr Renata Hryciuk i dr Elżbieta Korolczuk w „Pożegnaniu z Matką Polką”. Stąd, im dłużej obserwowałam dyskusję wokół rodziny, macierzyństwa, a także zmiany w praktyce instytucjonalnej i zmiany rynkowe, tym większe miałam poczucie, że nie wypływały one z realnego życia większości Polek, że jest to dyskurs demagogiczny i normatywny.

– A jakie były twoje intuicje?

– Wiele zjawisk transformacji można lepiej zrozumieć, analizując je na tle procesów i nierówności globalnych. Widziałam, że kobiety, które wyjeżdżają na emigrację zarobkową, zmieniają się, emancypują. Migracja była katalizatorem dla wielu interesujących przemian polskich rodzin.

Nie znajdywałam wyjaśnień dla tych intuicji nie tylko w sferze publicznej, lecz także w debacie naukowej. Nawet dyskurs feministyczny, jeszcze do niedawna, był bardzo mocno skupiony na problemach w obrębie granic narodowych. Kiedy czytałam teksty feministyczne, miałam wrażenie, że sprawy macierzyństwa czy pracy kobiet analizuje się bardzo lokalnie. Gdzieś umykał fakt, że od wielu już dekad Polki migrują, żyją tu i tam, pracują w sektorach zdominowanych przez imigracyjne robotnice. I dotyczy to przede wszystkim kobiet z klasy ludowej, rolniczek, pracownic zakładów i gospodyń domowych ze wsi i małych miasteczek, a nie tylko wielkomiejskich menedżerek czy absolwentek wyższych uczelni. Wyjazd za granicę do pracy otwierał dostęp do różnych zasobów, powodował, że kobiety przekraczały nie tylko granice państw, lecz także wiele innych granic społeczno-obyczajowych. Trudno było dostrzec takie niuanse, bo cała para badawcza szła, jak w przypadku analiz przemian wsi, raczej w analizę uwarunkowań strukturalnych, makroekonomicznych zmian w rolnictwie, przemian demograficznych i tym podobnych niż w studia nad doświadczeniem.

Kiedy rozpoczynałam prace, brakowało mi w dyskursie feministycznym badań sytuacji kobiet wiejskich. Podobne doświadczenia miała Izabela Desperak. Kiedy kilka lat temu przygotowywała się do badań na wsi, znalazła tylko kilka publikacji. Niewiele było też dyskusji wokół robotnic, kobiet spoza klasy średniej. Impas przełamały m.in. badaczki i badacze z Think Thanku Feministycznego, którzy analizy ubóstwa zogniskowali właśnie na doświadczeniu robotnic i matek ze specjalnych stref ekonomicznych oraz migrantek. Oczywiście, zainteresowanie badaniami nad tymi grupami jest coraz większe, ale to dzieje się od niedawna, od 5–10 lat. To istotny zwrot po feminizmie z lat 90. XX w., który formował się w innym kontekście, skupiony był na walce z silnym zwrotem konserwatywnym.

Podejmując się tych badań, miałam poczucie, że temat rodziny rozłączonej imigracją dotyka sedna zmiany społecznej, zarówno globalnej, jak i lokalnej.

– Czy możemy nakreślić perspektywę czasową, która ukazywałaby różne etapy imigracji zarobkowej kobiet oraz ich specyfikę?

– Trzeba mówić o dwóch procesach. Pierwszy, to globalna współczesna historia migracji kobiet, która stworzyła warunki również do migracji Polek. Od lat 70. XX w., w związku z neoliberalizacją polityk społecznych, czyli przekierowaniem myślenia o budżecie ze sfery opieki na inne wydatki, skurczyło się wsparcie sfery opiekuńczej. To zjawisko ogromnie zwiększyło zapotrzebowanie krajów pierwszego świata na usługi opiekuńcze. Stworzyło warunki do outsourcingu, który miał inną specyfikę, niż ten dotyczący choćby przemysłu, gdy wyprowadzano fabryki do krajów Trzeciego Świata. Ekonomistki feministyczne pokazują, że to jest „outsourcing wewnętrzny” – importuje się tanią pracę opiekuńczą imigrantek do krajów zamożniejszych.

Jeśli chodzi o Polskę, to pracę kobiet importujemy od końca lat 70. XX wieku, przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych. Wynikało to z faktu, że kobietom było łatwiej wyjechać, łatwiej dostawały wizę, właśnie ze względu na ich role macierzyńskie. Decydenci uważali, że kobieta, która ma dzieci tutaj, z pewnością wróci. Pokazała to antropolożka Frances Pine, która przez trzydzieści lat badała społeczności Podhala.

– Przychodzi 1989 rok.

– W latach 1989-2004 doszło do zupełnej zmiany profilu emigranta i skali imigrowania. Pojawiła się wolność przemieszczania się, ale nie wolność pracy i pobytu. Od tego momentu migranci rekrutują się przede wszystkim z klasy ludowej. To rolniczki i rolnicy, pracownicy zakładów, bezrobotni. To bardzo ważne, bo w PRL migrowały przede wszystkim osoby z wyższym wykształceniem, które dodatkowo stać było na wyjazd. Wyjątkiem były społeczności o dużych tradycjach migracji, jak Podhale czy Podlasie, z których łatwo było wyjechać dzięki gęstym sieciom migracyjnym.

Co więcej, od początku III RP znacznie przybywa migrujących kobiet. Oprócz faktu, że na pracę kobiet jest większy popyt na Zachodzie, w Polsce równocześnie mamy do czynienia z feminizacją ubóstwa. Polki ponoszą ogromne konsekwencje narastania ubóstwa transformacyjnego. Badania pokazują, że transformacja ekonomiczna dotknęła najbardziej kobiet przed 24. rokiem życia, kobiet w wieku 50+, kobiet spoza wielkich miast, mieszkanek wsi i małych miasteczek, kobiet zatrudnionych w rolnictwie i przemyśle. To one stanowią grupy nowych wykluczonych i zaczynają na masową skalę włączać się w łańcuchy migracyjne.

Imigracja staje się strategią przetrwania, zdobycia środków na elementarne życiowe potrzeby. Zmienia się też przelicznik zarobków emigranta. W latach 80. można było z pracy na emigracji utrzymać rodzinę na dobrej stopie, wybudować dom, kupić sprzęt rolniczy i samochód, nie wspominając o sprzętach do gospodarstwa domowego. W latach 90. imigracja staje się strategią przeżycia. Odłożyć na inwestycje można, ale tylko wtedy, gdy pracuje się do późnych godzin nocnych, także w soboty i niedzielę – bo rosną koszty życia w Polsce.

Z kolei po 2004 roku, kiedy Polska wchodzi do UE, dochodzą jeszcze migracje młodych ludzi – absolwentów. Są to już migracje spośród wszystkich grup społecznych. Nie są już one tylko strategią przetrwania, ale mają na celu założenie rodziny, posiadanie dzieci czy ucieczkę od marazmu i konserwatyzmu społeczności. Dla kobiet to również migracje motywowane potrzebą znalezienia bezpieczeństwa egzystencjalnego, które sprzyja zdecydowaniu się na przynajmniej jedno dziecko.

– Jak wygląda imigracyjna mapa Polski? Czy i jak się ona zmienia? Jak często imigrantki pochodzą ze wsi, a jak często z miast mniejszych i większych?

– Ze statystyk wynika, że obecnie strumień migracji z Polski najliczniej reprezentują osoby z województwa dolnośląskiego, śląskiego, opolskiego, podkarpackiego. Jednak intensywniejsze migracje, w przeliczeniu na liczbę mieszkańców poszczególnych województw, są ze wschodniej Polski. Dla „ściany wschodniej” migracje to wciąż przede wszystkim strategie przeżycia i ratowania gospodarstwa domowego, związane z brakiem możliwości normalnego funkcjonowania i zarobkowania w tamtych regionach.

Najliczniej migrują osoby w wieku reprodukcyjnym 20-40 lat, co wiąże się z planem zakładania rodzin. Najliczniej migrują też ludzie z rejonów o największych wskaźnikach bezrobocia, czyli z terenów wiejskich, mało uprzemysłowionych, które charakteryzuje rozdrobnione rolnictwo. Na przykład, na podlaskich wsiach bezrobocie wśród młodych waha się w przedziale 40-60% i dotyka przede wszystkim kobiet. Jest im o wiele trudniej niż mężczyznom znaleźć pracę w rejonach rolniczych – produkcja rolna to sektor, który zatrudnia przede wszystkim mężczyzn.

– Kim są – bardziej szczegółowo – bohaterki twojej książki, matki na odległość?

– Moimi rozmówczyniami były kobiety z klasy ludowej: rolniczki, pracownice zakładów przemysłowych i gospodynie domowe, co najwyżej ze średnim wykształceniem. Większość z nich w momencie rozmowy była w wieku 30-65 lat, pochodziła ze wsi lub małych miasteczek. Zależało mi, żeby badać kobiety, które miały co najmniej roczne doświadczenie bycia z dzieckiem na odległość. Niektóre z nich były nawet ponad 20 lat za granicą.

Badania wyglądały tak, że dwa miesiące prowadziłam obserwacje na wsiach na Podlasiu, a pięć miesięcy w Belgii, przede wszystkim w Brukseli. Chciałam dotrzeć do jak najbardziej zróżnicowanej grupy osób, a przez to uchwycić lepiej niuanse doświadczenia bycia robotnicą i matką na odległość. Aby to się udało, musiałam szukać Polek i Polaków na ulicy. Zagadywałam kobiety w polskich sklepach, zakładach usługowych, w metrze, w dzielnicach gett imigracyjnych, gdzie mieszkają Polki. Sporo czasu spędziłam pod Polskimi Misjami Katolickimi. Zebrałam ogółem ponad 50 wywiadów biograficznych. Doświadczenie migracyjne kobiet, z którymi rozmawiałam, wpisywało się w lata 1989-2010. Nie jest to więc historia najnowszych migrantów, którzy wyjechali na Wyspy już legalnie i mieli zupełnie inny start, dostęp do wsparcia socjalnego. Ważna jest również kwestia nielegalności pracy Polek. Bruksela dopiero w 2009 r. otworzyła rynek pracy dla Polaków, więc historie badanych przeze mnie kobiet to w większości historia doświadczeń „niewidzialnych” i wykluczonych.

Zakładałam, że będę badać migrantki ekonomiczne. Wcześniej właściwie nie myślało się w polskiej socjologii o wyjazdach w innych terminach niż uchodźcy polityczni z czasów PRL i imigranci ekonomiczni z czasów transformacji. Okazało się, że potrzebna jest inna kategoria: migracja społeczno-ekonomiczna.

– Dlaczego?

– Ponieważ oprócz motywacji ekonomicznych wyjazdów istotne są inne przyczyny – przemoc wobec kobiet w Polsce. W Brukseli po jakimś czasie zrozumiałam, że zamiast opowieści o macierzyństwie na odległość słucham historii o problemach polskich żon. W większości wywiadów kobiety mówiły, że wyjazd był dyktowany nie tylko potrzebami ekonomicznymi, lecz także strategią radzenia sobie z przemocą – zarówno z przemocą fizyczną, jak i z eksploatacją, z mężami-pieczeniarzami, czyli ludźmi, którzy nie podejmowali żadnej odpowiedzialności opiekuńczej i zarobkowej. To były ucieczki przed kilkoma formami przemocy: psychiczną, fizyczną, ekonomiczną i gwałtem małżeńskim. Skala tego zjawiska wśród badanych przeze mnie migrantek była uderzająca.

W literaturze dotyczącej migracji z Polski zagadnienia dotyczące ucieczki kobiet pojawiały się na marginesie. Opisywano je jako pojedyncze przypadki, a nie jako strukturalne, masowe zjawisko. Były one też opisywane przez termin „eskapizm”, który moim zdaniem zrobił dużo złego, ponieważ sugeruje ucieczkę od odpowiedzialności wobec rodzin i dzieci. Taka powierzchowna psychologizacja, zamiast rzeczywiście rozpoznać zjawisko, zamiotła pod dywan systemowe przyczyny ucieczki kobiet, czyli patriarchalizm i niedowład polityki państwa oraz modelu rodzinnego. A termin eskapizm wrzuca do jednego worka uciekiniera alimentacyjnego z uciekającą matką bitą przez męża.

– Jaki obraz strategii emigracyjnej Polek wyłania się z twoich badań?

– Zarówno w okresie przedakcesyjnym, jak i po akcesji widać wyraźnie, że często występuje cyrkulacyjno-wahadłowa strategia imigrowania. W przypadku kobiet są to wyjazdy naprzemienne: kobieta wyjeżdża do pracy na 3 miesiące, później wraca do domu, a na jej miejsce pracy wyjeżdża przyjaciółka lub krewna. Ta strategia służyła temu, by regularnie wracać do domu, być z rodziną, ale też zrobić pracę w gospodarstwie rolnym, ogródku, przygotować weki na zimę, zaopiekować się starszymi rodzicami.

Inna strategia dotyczyła wyjazdu długookresowego, choć także definiowanego jako tymczasowy. Zdarzało mi się rozmawiać z kobietami, które „tymczasowo” przebywały na emigracji zarobkowej już ponad 20 lat! To strategia kobiet, które najczęściej miały różne problemy małżeńskie i wyjechały, aby wziąć rozwód albo żyć w nieformalnej separacji.

To również strategia w rodzinach, w których układa się dobrze, ale w związku ze zmianami, jakie spowodowała transformacja, coraz trudniej było odłożyć z emigranckich zarobków. Pensja imigrantki musi wystarczać na utrzymanie i edukację dzieci w Polsce, żywienie, leczenie, spłatę kredytu, utrzymanie gospodarstwa domowego, remonty i równoczesne własne utrzymanie w dużej metropolii, w której trzeba się wyżywić, wykupić bilet komunikacji miejskiej, zapłacić za pokój. Wtedy okazuje się, że niewiele zostaje z relatywnie dużych zarobków, które wynoszą ok. 6–8 tys. złotych. Nawet przy bardzo oszczędnym trybie życia koszty utrzymania w kraju imigracji to ok. 3 tys. złotych. Jeśli ma się więcej dzieci, jeździ raz na jakiś czas do domu, robi zakupy, obdarowuje krewne, które wypada obdarować za to, że pomagają opiekować się domem, robią obiady, „mają oko” na dzieci i męża, migrantki opowiadają o różnych sytuacjach… Czasem jeszcze trzeba przesłać pieniądze starszym rodzicom. W efekcie tych zarobionych pieniędzy nie zostaje zbyt dużo.

Zwykle kariera migrantki zarobkowej w okresie, który badałam, wyglądała tak, że jeżeli nie była ona świetnie osadzona w polskich rodzinnych sieciach migracyjnych, to musiała podejmować pracę z zamieszkaniem u pracodawców, czyli być zarazem pracownicą, służącą i pomocą domową. Wtedy przez rok zyskiwała mieszkanie, możliwość nauczenia się języka. Podobnie wyglądała praca związana z opieką nad osobami starszymi czy chorymi.

– Takie strategie migracyjne wykluczały możliwość sprowadzenia do siebie rodziny?

– W okresie, który badałam, sprowadzenie do siebie rodziny było wręcz strategią przeczącą zdrowemu rozsądkowi. Kobiety mieszkały w dzielnicach, które nazywamy gettami migracyjnymi. To dzielnice, gdzie stłoczeni są ubożsi mieszkańcy, w tym migranci – tam są relatywnie tanie mieszkania na wynajem. Wskutek tego, że mnóstwo osób w tych dzielnicach-sypialniach pracowało i mieszkało nielegalnie, występowała tam duża przestępczość. Większość moich rozmówczyń przynajmniej raz została napadnięta na ulicach Brukseli, niektóre w mieszkaniach. W tamtym okresie powstały liczne drobne gangi, grupy przestępcze, które wiedziały, że w Brukseli pracuje mnóstwo nielegalnych migrantek, które nie poskarżą się policji, a w torebkach noszą ze sobą dniówkę za wysprzątane mieszkania. Te kobiety były nazywane w slangu grup przestępczych filet mignon – najlepsza część mięsa – w ich torebkach zawsze znajdzie się kilkadziesiąt euro.

– Z tego, co opowiadasz wynika, życie tych kobiet musiało być bardzo stresujące. Czy kwestia stanu ich zdrowia i kondycji psychosomatycznej pojawiła się w twoich badaniach?

– Możliwości zapewnienia sobie dostępu do opieki zdrowotnej były niewielkie. Leczono się domowymi sposobami. Kobiety opowiadały mi, jak trudna jest praca sprzątaczki. Często pracowały w bardzo zamożnych rodzinach, w domach mieszczaństwa belgijskiego o kolonialnych tradycjach, czyli domach urządzonych antykami. W związku z tym miały kontakt z olbrzymią ilością chemikaliów. Przynajmniej raz dziennie myły okna, co zwiększa ryzyko infekcji dróg oddechowych, związane z wdychaniem szkodliwych oparów. Do tego dochodziły alergie, problemy skórne, nieustanne zapalenia spojówek. Nieustanny kontakt z wilgocią u kobiet, które pracowały wiele lat, sprawił, że mają problemy reumatyczne, artretyzm stawów, najczęściej powykręcane stawy dłoni. W Belgii jest duża wilgotność powietrza, częste opady – a Polacy w latach 90. wynajmowali tanie piwnice, gdzie spali na materacach, oszczędzali na ogrzewaniu. W dodatku Polki nie były przyzwyczajone, by do sprzątania zakładać rękawice ochronne. Rozpoznawałam je w Brukseli w metrze czy w tramwajach po bardzo zniszczonych, obrzękniętych dłoniach.

Do tego dodajmy noszenie ciężarów. Dopiero po 2009 r., gdy praca stała się legalna, kobiety są świadome i informowane o swoich prawach przez agencje Titres-service [agencje takie emitują bony titre service, służące do opłacania drobnych usług domowych – przyp. red. NO]. Dziś jest tak, że niektóre kobiety mają wydrukowaną listę swoich praw i jeżeli pracodawca każe im przenieść np. ciężki stół, który waży 25 kilogramów, machają mu tym dokumentem przed nosem i odmawiają.

W latach 1989-2010, które badałam, istniała niewielka sieć nieformalnej pomocy medycznej. Zajmowano się także ciałami osób, które zmarły, a miały nielegalny status. Na przykład, kiedy mężczyzna pracujący nielegalnie na budowie spadł z konstrukcji i zmarł, nierzadko wszyscy – pracodawcy i pracownicy – uciekali, bo bali się policji. W takich sytuacjach informowano wolontariuszy z Polskiej Misji Katolickiej. Były to osoby, które dawały wsparcie imigrantom w kryzysowych sytuacjach. Niektórzy księża organizowali zbiórki pieniędzy na transport do rodziny w Polsce ciała osoby, która zmarła na poddaszu czy w piwnicy, lub pieniądze na operację złamanej nogi. Niektóre wolontariuszki asystowały przy porodach, tłumaczyły. Czasami były wzywane do interwencji. Słyszałam historię, że jedna z imigrantek z Polski prosto z fotela porodowego chciała iść do pracy, sprzątać. Bała się stracić nielegalną pracę u pracodawczyni, która nie dawała jej urlopów. Belgijscy lekarze dzwonili do Polskiej Misji Katolickiej, żeby ktoś koniecznie przyszedł i wyperswadował to świeżo upieczonej matce, bo jeśli pójdzie do pracy wprost z porodówki, to może skończyć się krwotokiem lub sepsą. Jedna z moich rozmówczyń, samotna matka czwórki dzieci, którą mąż zostawił bez środków do życia, z przepracowania zemdlała na ulicy. Zanim znalazła pracę z zamieszkaniem, trzy miesiące spała na klatkach schodowych. Gdy zemdlała na ulicy, zabrano ją do charytatywnego szpitala prowadzonego przez zakonnice.

– Czy powodem, dla którego tak niewiele miejsca i czasu w debacie publicznej poświęcono opisanemu przez ciebie zjawisku, jest niski/niższy status społeczny tych kobiet?

– Ewa Charkiewicz i Monika Bobako upowszechniły w polskim dyskursie feministycznym pojęcie „rasizmu klasowego”. Pokazały, analizując różnego typu badania empiryczne, jak wyklucza się i stygmatyzuje kobiety z warstw mniej uprzywilejowanych. Rasizm klasowy widać wyraźnie w praktyce urzędniczej, dyskursie publicznym, w programach w rodzaju „Polska 2030”. Na to nakłada się wyjaśnianie problemów osób spoza klasy średniej językiem moralistyczno-psychologicznym. Jak pokazuje wiele badań, konstruuje się polską wersję „homo sovieticusa”, czyli warstwy leniwych, biernych, roszczeniowych i niezaradnych z własnej winy.

Echa tego dyskursu słychać również w sposobie opisywania przyczyn migracji i samych migrantów. Ten problem bardzo mocno pokazuje także panika moralna, jaka wybuchła wokół eurosieroctwa na przełomie lat 2007 i 2008, kiedy to dzieci migrantów uznano za dzieci porzucone.

– Co masz na myśli?

– Ówczesna panika moralna pokazała, że inaczej traktowało się uboższe migrantki próbujące wychowywać dzieci na odległość, a inaczej np. europosłanki, posłanki, przedsiębiorczynie, o których zupełnie nie myśli się w kategoriach „złych matek”. W przypadku tych drugich wyjazd kobiety jest inwestycją w dziecko, dobrą drogą do zapewnienia sukcesu potomstwu czy rodzinie.

– Określenie „Matka Polka” niesie z sobą wartościującą symbolikę. Jest w dodatku pojęciem mitycznym, o silnym zabarwieniu romantycznym, które czyni kobietę zarówno strażniczką domowego ogniska, jak i często siostrą miłosierdzia. Odarłaś je z tego nimbu, wskazując, że „Matka Polka” nie tylko nie jest własnością (konserwatywnej) klasy średniej, lecz z reguły wcale do niej nie należy. Prawdziwa matka, prawdziwa Polka niewiele ma wspólnego z nobliwymi opowieściami na jej temat.

– Bardzo konsekwentnie rozprawiły się z tym mitem dr Renata Hryciuk i dr Elżbieta Korolczuk w wydanej w 2012 r. antologii tekstów „Pożegnanie z Matką Polką? Dyskursy, praktyki i reprezentacje macierzyństwa we współczesnej Polsce”. We wstępie do książki dodefiniowały ten efemeryczny wzorzec. I tak, Matka Polka to heroina, która powinna poświęcić siebie na ołtarzu ojczyzny. Jej misją jest wychowanie przyszłego obywatela, której to misji powinna poświęcić wszystko ze swojej biografii, a najbardziej osobistą przyjemność. I tak funkcjonuje Matka Polka w naszym symbolicznym uniwersum, ale w rzeczywistości ten termin ma jedynie znaczenie dyscyplinujące, nie idzie za tym żaden potencjał polityczny. Kobiety, które angażują się w różnego rodzaju ruchy polityczne na rzecz poprawy sytuacji kobiet ubogich, rodzin i dzieci, oraz próbują odwoływać się do opinii publicznej przez hasło Matki Polki – dostrzegają, że nie ma to żadnej siły przebicia. To pojęcie jest politycznie bezwartościowe.

Co więcej, jeżeli przyjrzymy się praktykom życiowym kobiet z różnych warstw społecznych, to widać dobrze, że nie realizują tego wzorca poświęcenia w jego mitycznej formule.

– A jak się to ma do sytuacji opisywanych przez ciebie migrantek ekonomicznych?

– Tutaj sprawa dodatkowo się komplikuje. Imigrantki, mimo że chcą, nie mogą być matkami dla swoich dzieci na miejscu. W konfrontacji z ubóstwem muszą w trudnych warunkach zapewnić przeżycie swoim rodzinom. Często właśnie na emigracji kobiety zyskują świadomość bycia Matką Polką. Widzą swoje ogromne poświęcenie dla własnych rodzin – ciężką pracę, koszty nielegalności, utratę zdrowia, niemożność bycia z dziećmi, poczucie okradania z biografii oraz brak wsparcia i ostracyzm. Mówią o tym jak o amputacji biografii – czują, że ich życie jest im zabrane. Dodatkowo na emigracji konfrontują swoje doświadczenia z realiami życia pracodawczyń, zamożniejszych Belgijek, które kilka razy w roku wyjeżdżają na wakacje, które na emeryturze nie finansują swoich dzieci, ale jeżdżą po świecie, chodzą do spa, myślą o sobie. Imigrantki widzą to od środka i dopiero tam nabywają świadomości, że są inne, że są Matkami Polkami indywidualnie i jako grupa. Dodatkowo cały czas muszą walczyć z polskim urzędniczo-politycznym ostracyzmem i udowadniać, że są zaangażowanymi matkami, które nie porzuciły dzieci. Poczucie, że są Matkami Polkami to autentyczna broń w walce z oskarżeniami polityków o materializm, egoizm, porzucanie dzieci i rodzin. To bardzo ważne, że mogą odwołać się do takiego wzorca i nadać mu nowy, subwersywny potencjał polityczny.

– Ten opis nie idzie za daleko?

– Przecież te kobiety zmagały się nawet z donosami wysyłanymi w Polsce przez sąsiadów do szkół, do których chodziły ich dzieci… W takich sytuacjach kobiety bronią się, mówiąc, że przecież też są Matkami Polkami, że poświęcają wszystko. Feminizm intersekcjonalny [tu: zajmujący się wzajemnym wzmacnianiem się różnych kategorii wykluczeń – przyp. red. NO], który stoi u podstaw moich badań, pozwala zwrócić uwagę, jak różne warunki życia mają różne klasy społeczne w Polsce. Jak inaczej, bo subwersywnie!, może być używany repertuar symboliczny, który kojarzymy z ideologią konserwatywną. Debata o sytuacji kobiet musi uwzględniać to, że tego typu obronna (i autentyczna) narracja wcale nie jest „konserwatywna”, ponieważ wbrew pozorom imigrantki realizują o wiele bardziej ponowoczesne wersje życia niż kobiety wielkomiejskie w Polsce.

– Pytanie, czy same imigrantki tak to postrzegają.

– Nie mówią o swoich doświadczeniach językiem praw kobiet, ale świadomość nienormatywności nowych wzorców występuje u nich, nawet jeśli przebija się przez to poczucie winy. Tym bardziej, że nierzadko Wcodzienne praktyki intymno-rodzinne migrantek wiążą się z przekraczaniem norm obyczajowych. Kobiety mówią, że mają prawo do romansów z innymi emigrantami czy Belgami, że mają prawo do wchodzenia w związki partnerskie, legalne (PACS) lub nielegalne, albo do życia z kimś na emigracji, mimo wciąż istniejącego formalnie małżeństwa w Polsce.

A nie poruszyliśmy jeszcze sprawy migracji jako strategii separacyjno-rozwodowej, chroniącej przed rozwodem formalnym jako stygmatem. W literaturze migracyjnej te związki imigrantek się upupia w kategoriach demoralizacji, promiskuityzmu, a nie dostrzega się, że te małżeństwa już nie funkcjonują, że trwanie w nich wiąże się np. z lękiem o utratę mieszkania lub praw opiekuńczych do dzieci przy rozwodzie. Nierzadko jest tak, że gdy mężczyzna zostaje na miejscu w Polsce, ma romanse, to rozgrzesza się go z tego, bo „ona go zostawiła”. Jednak ona nie ma już takiego prawa do romansu, bo jest matką, a więc w domyśle osobą aseksualną; odmawia się jej tego prawa nawet, gdy jest matką samotną. Kobiety wchodzą tam w związki nie tylko z innymi imigrantami z ojczystego kraju, lecz także z imigrantami z Afryki, z krajów arabskich, o innym kolorze skóry, z innego kręgu religijnego. Notabene, wiele młodszych imigrantek mówiło mi, że gdy idą ulicą za rękę z czarnoskórym mężczyzną, to są zaczepiane przez Polaków, zupełnie obcych ludzi, którzy wyzywają je w wulgarny sposób. Ten „polski szariat”, czyli kontrola i roszczenie sobie prawa do kontroli wśród polskich mężczyzn wobec kobiet, jest bardzo silny.

– Jak wygląda życie Polek na emigracji zarobkowej? Co stanowi o jego charakterystyce, a co – poza biografią – różnicuje te doświadczenia?

– Różne kraje oferują różne systemy wsparcia społecznego. Polacy w ramach swoich sieci informują się, gdzie i jakie istnieją systemy wsparcia i gdzie najlepiej byłoby założyć rodzinę lub żyć. Wiadomo, że najlepsze systemy są na Wyspach i w krajach skandynawskich, dlatego są to najbardziej popularne kierunki migrowania.

Nasi imigranci są grupą bardzo niejednorodną. Młodzi imigranci często edukują się w krajach, do których wyjeżdżają, próbują wyrwać się z sektorów prac dla imigrantów, choć w przypadku kobiet wciąż mamy do czynienia ze zjawiskiem lepkiej podłogi i to wręcz dosłownie – bardzo trudno im się wydostać z pracy w sektorze opiekuńczym.

To, co jest wspólne dla sektora opieki, to zjawisko, które socjolożka Arlie Russell Hochschild nazywa zglobalizowaniem biografii, zassaniem biografii przez globalne rynki prac dla imigrantów. A to dlatego, że te zajęcia wymagają pełnej dyspozycyjności, praca w nich jest elastyczna. Kobiety, z którymi rozmawiałam, opisywały swoją pracę, sprzątanie gospodarstw domowych, właśnie jako zawłaszczenie biografii. Zwykle zajmowały się pięcioma-sześcioma gospodarstwami domowymi. Codziennie pracowały w dwóch, pięć godzin w jednym, pięć w drugim. Opisywały swoją pracę i życie jako orbitujące wokół tych sprzątanych domów i ich potrzeb: generalne porządki, czasem robienie zakupów, dodatkowe rzeczy takie jak zapewnienie opieki dzieciom. Postrzegały swoje życie jako zrutynizowane, kręcące się wokół potrzeb i problemów pracodawców. Jedna z kobiet opisywała mi to jako ciągłą eksploatację fizyczną i separację od życia społecznego – nie ma czasu na spotkania ze znajomymi, przyjaciółmi, krewnymi.

Moje rozmówczynie, które miały rodziny w Polsce, rozdzielały swoje życie na to, które jest poświęcone pracy, czyli czas wyjazdu, i przestrzeń prywatną, kojarzoną z odpoczynkiem i przyjemnością, czyli z Polską. Czas na przyjemność i regenerację dla kobiet, które nie wchodziły w romanse, to był kościół, godzinne spotkanie z innymi kobietami na herbatę i wódeczkę, żeby poplotkować, nadanie paczek i telefony do Polski. I właściwie to wszystko. Czas wolny tam prawie nie istnieje. Dla Matki Polki czas wolny na ogół zaczynał się w polskim domu, dlatego kiedy zapraszałam rozmówczynie do cukierni, aby móc tam rozmawiać, to nie chciały pójść – bały się, że zostaną zauważone przez krewnego czy koleżankę i oskarżone o to, że poszły tam dla przyjemności. Bar/pub jako miejsce spotkania odpadał zupełnie – to niemoralna przestrzeń. W barze mogłam umówić się tylko z kobietami, które w Belgii miały już własne życie prywatne.

Na początku XX w. amerykański socjolog Robert E. Park ukuł pojęcie człowieka marginalnego. Pisał w ten sposób o emigrantach z Włoch, którzy przyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych, a tam wyłącznie pracowali, nie funkcjonowali w przestrzeni prywatnej, w życiu publicznym, właściwie przemieszczali się tylko między noclegownią a miejscem pracy. Myślę, że ten termin można zastosować także do biografii wielu Matek Polek na imigracji zarobkowej.

– Długo da się tak żyć?

– Dubravka Ugrešić, chorwacka pisarka, napisała kiedyś esej zatytułowany „Requiem dla emigrantów”. Poświęciła go serbskim imigrantom, którzy żyją w Berlinie przez 30, 40 lat na wynajmowanych poddaszach, w piwnicach, kanciapach, właściwie poza czasem…

Zaprzyjaźniłam się z niektórymi z moich rozmówczyń, spędzałam z nimi niedziele. Jedną z nich, która uciekła z Polski przed przemocą i mieszkała w Belgii od dwudziestu lat, zaprosiłam na spacer po Brukseli. Po tym spacerze powiedziała mi, że ostatni raz na Starówce i na spacerze była piętnaście lat wcześniej. Nie miała czasu, bo pracowała. Trudno to sobie wyobrazić, ale tak jest.

– Czy imigrantki w trakcie wizyt w Polsce opowiadały w swoich domach o tym wszystkim, o problemach z wyobcowaniem, harówką?

– Niektóre skarżyły się, czasami była to strategia obrony w konfliktach rodzinnych, gdy słyszały: zostawiłaś nas. I wtedy pojawiał się „matkopolskoizm” jako reakcja obronna: ja się tam dla was zaharowuję! Czasem kobiety ukrywały warunki, w jakich żyją i pracują, żeby nie martwić rodziny, dzieci. Jednak wiele kobiet mówiło mi też o mężach, którzy mocno je wspierali, pracowali nad wizerunkiem matki-heroiny w oczach dzieci. A to było ważne, bo rodziny i dzieci łatwo oskarżają matkę o porzucenie, a szybko zapominają o pierwotnych powodach wyjazdu. Wiele kobiet mówiło mi, że aby ta strategia się udała, mąż musi często przypominać dzieciom, po co matka tam jest, co tam robi, dlaczego wyjechała. I czasem tę nieobecną matkę oprawia się w uświęconą ramkę, co jest potrzebne, żeby zachować ciągłość relacji.

– Poruszasz w książce jeszcze jeden temat, który w Polsce stanowi tabu: przemoc wobec kobiet. Jak często doświadczenie przemocy, nieradzenia sobie w patologicznym związku stało u podstaw decyzji o emigracji?

– W książce pokazuję choćby historię kobiety, której mąż był przemocowym alkoholikiem. Nawet policja, która bardzo chciała jej pomóc, była bezradna. Doszło do tego, że policjanci posunęli się do działania poza procedurami – wrzucili pijanego pod mocny strumień wody w stodole, żeby go przestraszyć. Nie chcieli go zawieźć do izby wytrzeźwień, ponieważ to ta kobieta musiałaby zapłacić 350 zł za taki pobyt. Ten mężczyzna był pieczeniarzem – nie zarabiał, ale brał chwilówki w parabankach, żeby pić, a ona musiała je spłacać. Tego dnia próbował udusić żonę. W końcu policjanci poradzili kobiecie, żeby wyjechała do pracy zarobkowej, a więc zrobiła to, co inne kobiety w ich regionie robią w takich sytuacjach. To pokazuje bezradność policji w tamtym czasie (był to rok 2006) i to nawet w przypadku faktycznie zaangażowanych funkcjonariuszy, którzy chcieli pomóc. Na Podlasiu na ponad milion mieszkańców było tylko 8-12 łóżek dla kobiet, które doświadczały przemocy domowej. W dodatku te miejsca były ciągle zajęte.

Problemem jest także obyczajowość w tych tradycyjnych społecznościach, w której jest więcej wzorców adaptowania się do przemocy w rodzinie niż wzorców dotyczących tego, jak szukać efektywnej pomocy, jak wyjść z sytuacji. Te wzorce adaptacji są bardzo silne. Lokalna wspólnota czy krewni na różne sposoby zachęcają do tego, aby trwać i przetrwać. Co smutne, w tych opowieściach w ogóle nie było Kościoła katolickiego – nie pojawiał się jako przestrzeń, gdzie szuka się pomocy i wsparcia.

Infrastruktura wsparcia właściwie ograniczała się do tego, żeby przemoc nazwać przemocą – i to już było dużo. W mojej książce opisuję doświadczenia Wiesławy, która była regularnie gwałcona przez męża. Tym, co pozytywnego „wyciągnęła” ona z naszych instytucji, jest fakt, że w pewnym momencie jedna z pracownic z ośrodka pomocy nazwała po imieniu przemoc wobec niej. Dla tych kobiet bardzo ważne jest, że uzyskują takie potwierdzenie – bo w swoich społecznościach wyrosły w obserwowaniu akceptowanej przemocy wobec matek, babek, koleżanek.

Zmiana wzorców radzenia sobie z przemocą wymagałaby przebudowy całej obyczajowości społecznej, a są to bardzo mocno zakorzenione wzorce. Jednak już samo doświadczenie migracyjne spowodowało załamywanie się tego tradycyjnego ładu społecznego. Otworzyły się granice i zaczęła się emancypacyjna, „feministyczna” rewolucja – cicha, przeżywana indywidualnie, z rosnącą świadomością, że rzecz dotyczy przemian zbiorowych czy klasowych. W klasach niższych rewolucja obyczajowa dokonuje się właśnie za sprawą migracji – społeczności przestają być homogeniczne i tradycyjne, przestają odzwierciedlać oczekiwania i wizje konserwatywnych polityków.

Badania migracji kobiet pokazują, że ta rzekomo tradycyjna Polska jest coraz bardziej różnorodna, jeśli chodzi o wzorce życia i myślenia o świecie. Mimo to w naszej debacie publicznej nierozpoznanie całego kontekstu zjawisk wywoływało co najwyżej moralną panikę – opisywano migrację jako to, co rozbija zdrową polską rodzinę…

– W swojej książce pokazujesz jak bardzo wybory indywidualne były i są warunkowane systemowo. Przyjrzyjmy się kwestii: Matka Polka i polskie instytucje. Kobieta często chyba niewiele im zawdzięcza?

– Dorota Szelewa określa nasz system wsparcia społecznego mianem domniemanego familializmu. Polega to na tym, że odpowiedzialność w każdym wymiarze – jeśli chodzi o działanie i wsparcie ekonomiczne – jest przerzucona prawnie i faktycznie na rodzinę. Oczywiście są jakieś elementy wsparcia, ale dla niewielkiej grupy potrzebujących. Osoby starsze, chore, dzieci są de facto na barkach kobiet, one są pielęgniarkami, są też menedżerkami ubóstwa.

– Z migracjami dość mocno wiąże się wspomniana już sprawa spod znaku paniki moralnej, popularnie nazwana eurosieroctwem. Jakimi modelami opisu tego zjawiska dysponujemy? Jak ono jest duże? Na jakie kwestie zwracasz uwagę przy jego analizowaniu?

– Cały XX w. to czas gigantycznych migracji Polaków. Jednak rodziny migracyjne odkryto u nas dopiero w związku z panikami moralnymi wynikłymi z wejścia do Unii i migracji poakcesyjnych. Problem eurosieroctwa bardzo mocno nakręciły media. Wtedy zaczęto postrzegać rodziny objęte migracją jako rodziny z dziećmi dotkniętymi wszystkimi objawami sieroctwa. Zaczęto liczyć „eurosieroce pogłowie” w szkołach, wprowadzono nawet termin europółsieroty. Gdy to się zaczęło, przecierałam oczy ze zdumienia – bo jeśli za pomocą terminu europółsieroty określać dzieci, w których przypadku jedno z zarobkujących rodziców mieszka w innym kraju lub w innym mieście w Polsce (co też nie jest tak rzadkie), to jak nazywać dzieci, których rodzice się rozwiedli i mieszkają osobno? A jak nazwać dzieci naszych posłów i posłanek mieszkających w hotelu poselskim? Posłosieroty?

Wkrótce okazało się, że rzeczywistych eurosierot, czyli dzieci faktycznie zostawionych w domach dziecka wskutek migracji rodziców, jest jakiś ułamek promila. I że są to głównie dzieci rodziców, którzy już wcześniej mieli problemy z alkoholem, byli notowani przez policję. Ta panika trwała 2–3 lata. Wreszcie Rzecznik Praw Dziecka stwierdził, że ten termin nie może być używany w oficjalnych dokumentach ze względu na jego stygmatyzujący charakter. Dziś raczej nie używa się go w dokumentach instytucjonalnych, ale wciąż funkcjonuje w wyobraźni społecznej i w praktyce instytucjonalnej.

– Z tego, co mówisz, wynika, że najłatwiejszą formą reakcji na duże wyzwanie społeczne była stygmatyzacja.

– Mamy badania i ankiety robione przez pedagogów Magdalenę Kwiecień i Sławomira Trusza, zatytułowane „Społeczne piętno eurosieroctwa”. Wynika z nich, że pedagodzy i nauczyciele mają na temat dzieci z rodzin migracyjnych fałszywe założenia wstępne: że to dzieci, które gorzej ubrane przychodzą do szkoły, są gorzej odżywione, mają mniejsze szanse na sukces edukacyjny. Z badań wynikało, że realia nie potwierdzają tych stereotypów.

Co bardzo ważne, często wśród pedagogów to migracja jest postrzegana jako czynnik, od którego zaczyna się wszelkie zło. Nie spostrzega się, że w przypadku wielu dzieci to nie sama migracja rodzica jest problemem, ale procesy, które zachodziły w rodzinach wcześniej, choćby silne konflikty między rodzicami, alkohol, przemoc. Podobnie masowe rozwody małżonków po 2004 roku (rzeczywiście mamy do czynienia ze znacznym wzrostem rozwodów po tej dacie) tłumaczone są migracją. Dzieje się to nawet w analizach instytucjonalnych, przygotowywanych przez urzędników tworzących profile polskich rodzin. Czytałam dokument przygotowany przez urzędniczki z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, które po wizycie u pewnej rodziny napisały w diagnozie, że mąż nie pracuje, używa przemocy, regularnie pije od wielu lat, dlatego matka musiała podjąć emigrację zarobkową i zostawić swoje córki pod opieką odwiedzającej je siostry. Jako wniosek podały, że to… migracja matki przyczyniła się do problemów dziewczynek i spowodowała obniżenie ocen tych dzieci.

– To pokazuje – wróćmy do stereotypu Matki Polki – że to matka ma być remedium na wszelkie zło i to ją obarcza się odpowiedzialnością za dysfunkcje rodziny.

– Zjawisko eurosieroctwa pokazało, że obwinia się matki nie tylko za to, że wyjechały, ale i za to, że nie robią tego, co robiły w Polsce, choć one starają się robić to na odległość, na różne sposoby. Nie rozlicza się ojców z tego, jak wywiązują się z opieki, jak przejęli pewne role i czy są w ogóle do tego zdolni.

– Dziękuję za rozmowę

Warszawa, 6 października 2015 r.

Ludzie są najważniejsi

Zmienił się rząd, zmienił parlament, zmieniają obsady instytucji publicznych. Czy zmieni się Polska? Jak się zmieni? Czy przeciętni Polak i Polka będą za rok czy kilka lat mogli z przekonaniem powiedzieć, że żyje im się lepiej? Czy tak powiedzą również ci z nich, którzy nie popierają rządzącej opcji politycznej? To najważniejszy sprawdzian.

Bo w Polsce niezmiennym trendem, bez względu na przemijające rządy i ulotne obietnice, było lekceważenie ludzi. Tych szarych, zwykłych, bez wielkich pieniędzy, znajomości, takich czy innych „dojść” itp. Choć ogromną większość społeczeństwa stanowią pracownicy najemni, przez lata i dekady słyszeliśmy głównie narrację pracodawców i przedsiębiorców. Jeśli mówili ci ostatni, to zazwyczaj prezesi wielkich firm i środowisk lobbystycznych, nie właściciel(ka) straganu czy punktu naprawy AGD. Choć mamy milionowe masy konsumentów, trudno szukać ich głosu w mediach, pełno jest tam natomiast reklam i opinii tych, którzy coś im sprzedają. Zwykły człowiek ma płacić podatki – procentowo znacznie wyższe niż płacone przez zamożnych – i siedzieć cicho. Gdy chce pracy – jest „roszczeniowy”. Gdy nie ma pracy i chce zasiłku – jest „leniem” albo „cwaniakiem”. Gdy nie idzie na wybory – jest nieodpowiedzialny. Gdy głosuje nie na tych, którzy akurat rządzą, jest – do wyboru, do koloru – „ciemniakiem”, „populistą”, „lemingiem”. I tak dalej.

To nie jest kraj dla zwykłych ludzi. Dlatego 2 miliony Polaków wyjechały za granicę, a przyrost naturalny mamy jeden z najniższych w Europie. Dlatego prawie 70% Polaków nie działa w żadnej organizacji społecznej. Dlatego frekwencje wyborcze są mizerne. Bo skoro mamy siedzieć cicho, to siedzimy. Bo czujemy, że niewiele od nas zależy, że nikt nas nie słucha, nikogo nie obchodzimy. Tymczasem nie będzie Polski bez Polaków. Czy to miałaby być Polska „moherowa” czy „lemingowa”, a może jeszcze jakaś inna, musi to być Polska, która oprze się na barkach swoich obywateli, przekonanych, że ich wysiłki mają sens i są doceniane, a oni sami mają nie tylko płacić podatki i siedzieć cicho. W przeciwnym razie będzie to Polska wyjeżdżająca, wymierająca czy obojętniejąca coraz bardziej.

O tym m.in. piszemy w bieżącym numerze. Rozmowa z dr Sylwią Urbańską poświęcona jest losom Polek-emigrantek – kobiet, które uciekły przed biedą, brakiem perspektyw, przemocą i obojętnością czy bezradnością instytucji. W ich losach skupia się wszystko to, co było w naszym kraju najgorsze – taka forma państwa, z której nic dobrego nie wynika dla zwykłych ludzi. Podobne wnioski wyłaniają się z rozmowy z dr. Adamem Mrozowickim o losach – co za niemodny termin – klasy robotniczej po roku 1989: zdradzonej, lekceważonej, pozbawionej głosu, zapomnianej. Z kolei analiza Marcina Malinowskiego przedstawia plan takiego rozwoju Polski, który uwzględniłby interesy szerokich rzesz obywateli w perspektywie długofalowej i związanej z wieloma aspektami rzeczywistości, w tym takimi, na które elity rzadko zwracają uwagę. O taką tematykę zahacza także kilka innych tekstów – o transporcie publicznym, nierównościach społecznych, potrzebie odzyskania państwa.

Oczywiście przygotowaliśmy także wiele innych materiałów. W dziale historycznym pokazujemy, jak przeciwko niesprawiedliwościom walczono dawniej w Polsce i na świecie. Przedstawiamy pozytywne przemiany w Boliwii, ale także tamtejsze lekceważenie najsłabszych ze słabych. Pokazujemy, jak z kolan wstają chińscy robotnicy i jak intelektualiści z dawnych kolonii zrywają z perspektywą silnych i możnych w opisie przeszłości ich ojczyzn. Piszemy o problemach z GMO i o kryzysie światowego systemu ekonomicznego. I o jeszcze kilku sprawach. A na koniec Andrzej Muszyński zabiera nas w świat islamu i pokazuje jego wymiar, który nijak ma się do tego, czym w ostatnich miesiącach bombardują nas media.

Zapraszam do lektury!.

Prężą muskuły słabi

Zawsze śmieszyło mnie sprowadzanie patriotyzmu do zbierania kup po swoim psie albo, w porywach, do rzetelnego płacenia podatków. Oczywiście bycie przyzwoitym człowiekiem ma wartość nie do przecenienia, ale to jeszcze nie to samo, co patriotyzm. Przyznaję także, iż lepiej być przyzwoitym, aczkolwiek niespecjalnie patriotycznym człowiekiem, niż nieprzyzwoitym patriotą. Jednak patriotyzm, poza wypełnianiem obowiązków obywatelskich, łączy się także chociażby z odczuwaniem empatycznej więzi ze swoją wspólnotą polityczną – z całością, jak i z poszczególnymi członkami z osobna. Wiąże się też również z gotowością do ewentualnego podjęcia działań może nie heroicznych (bo do tych zdolny jest mało kto), ale kosztujących wiele wyrzeczeń – dużo więcej niż płacenie podatków. To ostatnie zresztą wyrzeczeniem nie jest, raczej uiszczaniem opłaty za usługi i to we własnym interesie, jeśli te usługi mają być wysokiej jakości. Tak więc, o ile nie da się być patriotą nie płacąc podatków, to samo ich płacenie jeszcze z nikogo patrioty nie czyni.

Żeby autentycznie pokochać wspólnotę, poza treścią musi mieć ona formę. Nie da się pokochać czegoś, co nie ma formy. Dlatego patriotyzm zawsze i wszędzie wyraża się w pewnej symbolice – flagach, godłach, legendarnych miejscach i zdarzeniach. Wspólne symbole, kody kulturowe czy rytuały spajają wspólnotę i sprawiają, że jej członkowie czują z nią ponadczasową więź – ponadczasową, gdyż dotyczy ona także więzi z jej umarłymi członkami, z przeszłymi wydarzeniami. Dla wspólnoty nie do przecenienia są przeżywane razem mecze, koncerty, pogrzeby – wspólna radość daje ludziom pewność, że tworzą jeden podmiot. Wspólnie przeżywana rozpacz czy smutek daje tę pewność jeszcze mocniej. Nigdy nie rozumiałem teorii, że nie można budować wspólnoty na kulcie klęski, np. Powstania Warszawskiego. Niby dlaczego? „Łza ma korzenie zawsze głębsze niż uśmiech” – napisał Emil Cioran w „Na szczytach rozpaczy”. Łza więc wiąże głębiej i trwalej niż niezobowiązujące podśmiechujki. Bez wątpienia kolejna rocznica PW’44 czy nawet smoleńska miesięcznica mają większy potencjał wspólnototwórczy niż orzeł z czekolady czy wymachiwanie różowymi flagami, które nic konkretnego nie symbolizują. Podważanie sensowności prezentowania barw narodowych czy obchodzenia tragicznych rocznic jest więc niemądre, gdyż dla wspólnoty mają one niebagatelne znaczenie.

Niestety w ostatnim czasie mamy w Polsce do czynienia z ekspansją patriotyzmu innego typu. Czy też zjawiska innego typu, bo omawiana postawa, jak zaraz postaram się wskazać, patriotyzmem w gruncie rzeczy nie jest. Poza zwykłym epatowaniem symbolami narodowymi, mamy epatowanie poczuciem wyższości i siły (złudnej). Zamiast dumy z polskich osiągnięć, mamy raczej radość z momentów, w których rzekomo okazaliśmy się lepsi od kogoś innego. Zamiast patriotyzmu pełnego empatii i poczucia odpowiedzialności, coraz częściej możemy nad Wisłą podziwiać „patriotyzm” pełen szowinizmu i niechęci do innych. Momentem szczególnie czczonym przez ten rodzaj „patriotów” jest więc Bitwa pod Wiedniem, która nie dała nam zupełnie nic, ale dokopaliśmy w niej muzułmanom, których obecnie się w kraju nie lubi. Osiągnięciem polskiej polityki zagranicznej, które wywołało największą euforię, nie było załatwienie jakichś naszych interesów czy realne wzmocnienie pozycji w gremiach międzynarodowych – było nim wystąpienie premier Szydło w Parlamencie Europejskim, podczas którego klepał nas po plecach najbardziej zmarginalizowany plankton w PE, tylko dlatego, że przy okazji utarł nosa eurokratom. Przestaliśmy się już zastanawiać, jak ma wyglądać polska kultura we współczesnym świecie i czym ma przyciągać – zresztą nad czym tu się zastanawiać, ona od lat leży i kwiczy. Mamy za to dziwną pewność, że jest przynajmniej lepsza od przegniłej kultury lewacko-liberalnego Zachodu, który stracił swój kręgosłup i tożsamość. Czym jest nasz kręgosłup, mało kto ma pojęcie. W czym jest lepszy od tego zachodniego? Już dawno przestaliśmy odpowiadać na to pytanie. Wiemy za to, że będziemy go bronić maczetami i ubrani w kominiarki, jeśli tylko zaczną nam się tu pałętać jakieś muslimy – co obwieszczają setki memów udostępnianych nawet przez ludzi, których przez lata uważałem za całkiem rozsądnych.

Nie chcę tu dołączyć do szeregu poszukiwaczy odradzającego się w Polsce faszyzmu. Oczywiście ewidentnie nawiązujące do symboliki nazistowskiej parady ONR-u czy przypadki pobić obcokrajowców są godne największego potępienia, ale proste ekstrapolowanie ich na przyszłość i twierdzenie, że niechybnie za parę lat oba zjawiska będą proporcjonalnie większe, ma raczej słabe podstawy. Na tej samej zasadzie Jeremy Rifkin twierdzi, że już niedługo co drugi człowiek będzie prosumentem wytwarzającym zieloną energię, a każda lodówka będzie podłączona do internetu, bo tak mu wyszło z badania trendów. Trendy się zmieniają, są wyhamowywane, innym razem odradzają się te, które wydawały się zapomniane – tak właśnie jest z podnoszącym głowę szowinizmem, który po wojnie już głowę podnosił nieraz, także w krajach Europy Zachodniej. Wszczynanie antyfaszystowskiego alarmu we wciąż najbardziej euroentuzjastycznym społeczeństwie Unii wydaje się więc nieco przesadzone. Jednak coraz większej popularności prostackiego i opartego na poczuciu wyższości „patriotyzmu” nie warto bagatelizować. Głównie dlatego, że może nam to powiedzieć całkiem sporo o obecnym stanie naszej wspólnoty politycznej.

Z grubsza mówiąc, patriota powinien kierować się dobrem ojczyzny. W obecnych czasach o powodzeniu wspólnoty politycznej decydują sprawne instytucje, wysoko produktywne przedsiębiorstwa, rozbudowana infrastruktura oraz sprawne usługi publiczne. Razem składa się to nie tylko na dobrobyt poszczególnych obywateli, ale też na sukces kraju: jego wpływy, prestiż, zdolność do osiągania swoich celów. Jak widać, powyższe niespecjalnie wiąże się z barwami narodowymi czy godłem. Oczywiście symbolika spajająca wspólnotę może niebywale pomóc w wytworzeniu chociażby sprawnych instytucji, które same mogą potem stać się takim spoiwem. I tak się właśnie dzieje w krajach wysoko rozwiniętych – to właśnie gospodarka czy instytucje stają się czynnikiem, na którym opiera się etos patriotyzmu. Epatowanie barwami narodowymi czy wspominanie dawnych zwycięskich bitew oczywiście wciąż występuje, ale schodzi na drugi plan. Na pierwszy wysuwają się otoczone powszechnym szacunkiem marki niemieckich producentów czy instytucje francuskiego państwa. Obywatel w pierwszej kolejności czuje przywiązanie do nich, a nie do jakiejś XVII-wiecznej bitwy. Oczywiście w krajach słabiej rozwiniętych obywatele muszą szukać tożsamościowego zaczepienia właśnie w symbolice czy historii, bo z ich instytucji czy firm wielką dumę trudno odczuwać. Dlatego w krajach słabszych element symboliczno-historyczny zawsze jest bardziej istotny. Nic więc dziwnego, że w Polsce przywiązanie do symboliki ma większe znaczenie niż w Niemczech czy w Szwecji.

Jednak oczywiście zawsze z tyłu głowy patrioty powinna pozostawać świadomość, że to nie symbolika czy nawet zwycięskie mecze piłkarskie są celem. Celem powinno być osiągnięcie wreszcie tego, co naprawdę składa się na powodzenie wspólnoty. Tymczasem w coraz popularniejszym modelu nowego polskiego „patrioty” – prężącego muskuły i wywyższającego się ponad innych – trudno doszukać się chęci rozwoju naszej wspólnoty politycznej w jej realnym, a nie symbolicznym wymiarze. Wręcz przeciwnie, ci „patrioci” podważają wszystko to, na czym moglibyśmy dalej budować owocną przyszłość. Na przykład gremialnie nie znoszą policji i to nie tylko ci, którzy się z tą policją ochoczo biją. Jak jeden mąż uważają donos obywatelski za kapowanie i powód do wstydu. Urzędników mają za leniwych urzędasów. Jakąś połowę społeczeństwa, czyli ok. 50 proc. własnych rodaków, uważają za lemingów wartych jedynie drwiny i wyśmiania. Jak można nazwać patriotą kogoś, kto nie szanuje instytucji oraz wielkiej części członków własnej wspólnoty politycznej? Często się mówi, że podczas wojny Polski będą bronić przede wszystkim właśnie ci prężący muskuły „patrioci” – kibice, narodowcy itd. Mógłbym się zgodzić, z tym że raczej nie będą tego robić z jakiejś wielkiej miłości do naszej wspólnoty. Bardziej z powodu tego, że w końcu będzie okazja do naprawdę niezłej rozpierduchy.

Widać więc, że coraz głośniejszy szowinistyczny „patriotyzm” nie ma nic wspólnego z miłością do ojczyzny. Jest to jedynie sztafaż skierowany na osobiste cele. Motywowany jest chęcią podbudowania własnego ego i wyróżnienia się z tłumu. A kto potrzebuje udowadniać sobie, kim to on nie jest? Oczywiście ktoś, komu brak argumentów, planu działania i przekonania o własnej wartości, a krzykliwe prężenie muskułów może być dla niego jedynym sposobem zwrócenia na siebie uwagi. Chyba najlepszym dowodem na bezradność wobec rzeczywistości znacznej części „patriotów” była słynna sesja zdjęciowa kibiców Zawiszy Bydgoszcz w ich „środowisku domowym” – napakowani i ubrani w klubowe barwy, a często także w kominiarki, niemal wszyscy… okupowali swoje pokoiki dziecięce.

Te same uwagi dotyczą poziomu państw. Niestety krzykliwy „patriotyzm” coraz bardziej widoczny jest także w polityce naszego kraju – chociażby w buńczucznych i często niestety idiotycznych wypowiedziach naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Witolda Waszczykowskiego, w wyraźnym wzmocnieniu narracji symboliczno-historycznej przedstawicieli naszego państwa czy chociażby zupełnie absurdalnych planach MON, by podczas Światowych Dni Młodzieży przedstawić… inscenizację Bitwy pod Wiedniem. Wystarczy wspomnieć, o jakich państwach najczęściej mówi się w debacie publicznej, że prężą muskuły – to oczywiście Rosja i Korea Północna. Kraje słabe i zacofane, których jedyną kartą przetargową jest to, że mogą boleśnie kogoś uderzyć; ewentualnie ostatnio wpadająca w autorytaryzm Turcja, chcąca uchodzić za państwo wyjątkowo silne i sprawne, choć na jej terytorium mają miejsce zamach za zamachem. Kraje rzeczywiście silne wolą nie tracić energii na pokrzykiwania i skupić się na załatwianiu swoich interesów – zawieraniu kontraktów, wywieraniu wpływu za pomocą soft power. Czy widział ktoś kiedyś, żeby prężyły muskuły Kanada, Szwajcaria albo Niemcy? Chyba najlepszym przykładem takiej strategii są wiecznie uśmiechający się i przytakujący Chińczycy, którzy do zmiany globalnego układu sił zabierają się tak, że 99 proc. ludzi na świecie nie ma pojęcia, że cokolwiek się szykuje.

Nic zresztą dziwnego, prężenie muskułów to nie tylko tracenie czasu i energii – to przede wszystkim możliwość zrażenia do siebie potencjalnych partnerów. A po co kolekcjonować wrogów, skoro można sojuszników? Państwo pokrzykujące nie jest uważane za poważnego i przewidywalnego partnera, raczej za przykład autoparodii. Już nie mówiąc o tym, że w grze międzynarodowej niekoniecznie dobrym pomysłem jest odkrywanie wszystkich swoich argumentów. A jeśli ktoś te argumenty nie tyle pokazuje, co wręcz wykrzykuje, to najprawdopodobniej zostanie to uznane za blef, za którym nic się nie kryje. Strategia cichego załatwiania swoich interesów i zjednywania sojuszników dużo częściej przynosi oczekiwane efekty. Strategia napinania się dobra jest tylko dla tych, którym poza prężeniem się nic już nie pozostało.

Ekspansja krzykliwego szalikowo-wyklętego „patriotyzmu” w naszym kraju nie jest więc dowodem na to, że wstajemy z kolan. Wręcz przeciwnie, w ten sposób raczej przyznajemy się do naszej niemocy powstania z nich. Oczywiście nie chodzi o to, żeby przestać kultywować zapomnianych przez lata bohaterów. Jednak te działania, które powinny być jedynie formą naszej wspólnoty, coraz częściej stają się jej główną, jeśli nie jedyną treścią. Stają się więc dowodem na naszą bezradność w wypełnianiu jej realną treścią – czyli codzienną rzetelną pracą na rzecz osiągania wspólnych celów. A tego w pierwszej kolejności wymaga patriotyzm.

500 plus samochód

Co zmusiło Polaków do wydania pieniędzy z programu „Rodzina 500 plus” na zakup samochodu?

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku po raz pierwszy w dziedzinie importu aut używanych pęknie milion – powiedział „Rzeczpospolitej” Dariusz Balcerzyk z Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego Samar. Od stycznia do czerwca 2016 r. sprowadzono do Polski 453 tys. używanych aut – to o 16% więcej niż w pierwszych sześciu miesiącach 2015 r.

Stare i małe

Dealerzy samochodów i analitycy rynku wiążą boom na używane auta z wejściem w życie rządowego programu „Rodzina 500 plus”, w ramach którego polskie rodziny co miesiąc otrzymują po 500 zł na drugie i każde kolejne dziecko. – Wszystko wskazuje na to, że właśnie te 500 zł dało bodziec do sprowadzania używanych aut. Taka kwota wystarczy na spłatę rat, tym bardziej, że są to pieniądze gwarantowane – twierdzi Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Handlująca samochodami używanymi firma AAA Auto w maju i czerwcu 2016 r. przeprowadziła badania wśród swoich klientów, pytając ich, z czego chcą sfinansować zakup auta. Spośród 2 tys. ankietowanych aż 78 proc. odpowiedziało, że za samochód przynajmniej w części zapłacą pieniędzmi otrzymanymi w ramach programu 500 plus. Większość zamierza przeznaczyć te środki na spłacanie comiesięcznych rat.

W ramach tegorocznej fali ściągane są do Polski głównie samochody najtańsze. Aż 64 proc. używanych aut sprowadzonych z zagranicy w pierwszym półroczu 2016 r. to pojazdy co najmniej dziesięcioletnie (jedynie co dwudziesty sprowadzany w ostatnim czasie samochód ma trzy lata lub mniej). Największy wzrost sprzedaży – przekraczający poziom 20 proc. – dotyczy samochodów Opel Corsa i Ford Fiesta, czyli aut niewielkich i dość tanich w eksploatacji.

Wymuszona motoryzacja

Tegoroczny boom na używane samochody sprowadzane z zagranicy to kolejny etap wyraźnie widocznego od kilkunastu lat trendu wymuszonej motoryzacji. Wymuszonej z jednej strony słabym dostępem do pracy i usług na wsi i w mniejszych miastach, a z drugiej – fatalną ofertą transportu publicznego, która na wielu obszarach Polski nie zaspokaja nawet podstawowych potrzeb.

W 2002 r. na 1000 mieszkańców naszego kraju przypadało 288,6 samochodów osobowych. Do 2014 r. wskaźnik ten wzrósł do poziomu 519,9 (dane Głównego Urzędu Statystycznego). Niektórzy wspominają o silnej fascynacji motoryzacją wśród społeczeństwa, które jest na dorobku, aczkolwiek w chwili obecnej fascynację zastępuje konieczność korzystania z własnego samochodu – podkreślali w 2014 r. autorzy raportu „Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi” Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Jak prognozuje Centrum Zrównoważonego Transportu, rok 2016 Polska zamknie wynikiem 612 samochodów osobowych na 1000 mieszkańców, znacznie przekraczając poziom „usamochodowienia” Czech, Francji, Niemiec, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii.

Aktualnie w Polsce – w ramach nowego etapu wymuszonej motoryzacji – decyzję o wejściu w posiadanie samochodu podejmują ludzie, których dotykał problem wykluczenia transportowego, ale dotychczas nie było ich stać na wydatki związane z zakupem i utrzymaniem choćby skromnego auta.

Enklawy bez komunikacji

Po latach likwidacji połączeń kolejowych i autobusowych, w wielu miejscach kraju już tylko samochód daje możliwość dotarcia do pracy, na większe zakupy czy do urzędów.

O wytworzeniu się enklaw, w których nie ma żadnej komunikacji, piszą autorzy wspomnianego badania „Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi”. W ramach tego projektu badawczego przyjrzano się sytuacji komunikacyjnej w dziewięciu powiatach z różnych części Polski.

Z badania wynika, że charakterystyczną tendencją ostatnich kilkunastu lat jest problem wykluczenia transportowego, dotykający sporych obszarów: przewoźnicy koncentrują się na obsłudze głównych arterii, jednocześnie wycofując komunikację z wielu mniejszych miejscowości.

Potwierdzają to badania przeprowadzane w 2011 r. przez Centrum Studiów Regionalnych UniRegio na temat dostępności komunikacyjnej w województwie pomorskim. Spośród 1753 sołectw tego regionu, transport publiczny nie dociera do 429 – z tego z 45 sołectw do najbliższego przystanku trzeba iść przynajmniej godzinę.

Brak dojazdu

W wielu miejscowościach transport publiczny, choć funkcjonuje, to ogranicza się do kursów dostosowanych do potrzeb uczniów. „Kursuje w dni nauki szkolnej” – to powszechne oznaczenie w rozkładach jazdy oznacza, że do tysięcy polskich miejscowości autobusy nie docierają od końca czerwca do początku września.

Z wielu tras całkowicie wycofano kursy międzyszczytowe – które zapewniały dojazd do urzędów, przychodni i na zakupy – oraz kursy popołudniowe. W 2011 r. Federacja Inicjatyw Oświatowych alarmowała, że: rodziny wymagające największego wsparcia na ogół nie mają samochodów, w związku z tym ich możliwości uczestniczenia w szkolnych zebraniach rodziców są minimalne – komunikacja publiczna nie zapewnia połączeń pozwalających na dotarcie po południu na zebranie i wieczorny powrót do domu.

Wycięcie kursów realizowanych wieczorami zmniejszyło dostęp do miejsc pracy. Uwagę na ten problem zwrócili pracownicy urzędu pracy w Nowym Sączu podczas badania realizowanego przez SGH w 2014 r.: Najwięcej ofert pracy pojawia się w gastronomii i handlu, gdzie pracę kończy się o godz. 21.00-22.00. Pracownicy nie mają później możliwości powrotu do miejscowości na terenie powiatu. Urzędnicy zauważają także problemy w weekendy, gdy nasilenie pracy w gastronomii jest większe, a kursowanie autobusów znacznie ograniczone lub zupełnie zawieszone. Urząd, gdy kieruje bezrobotnych do pracodawców z ofert, często otrzymuje odpowiedź »brak dojazdu«.

Już w 2003 r. prof. Zbigniew Taylor z Polskiej Akademii Nauk, badając konsekwencje zamykania połączeń kolejowych, wskazał miejscowości – takie jak Przybroda w Wielkopolsce czy Olbrachtowice na Dolnym Śląsku – których mieszkańcy po likwidacji pociągów całkowicie utracili możliwość dojazdu do pracy i zmuszeni byli z niej zrezygnować.

To polska polityka transportowa zmusiła rodziny do wydania pieniędzy z programu „Rodzina 500 plus” na zakup samochodu.

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/85 wrzesień-październik 2016)
www.zbs.net.pl

Jak pracownicy przejmują kontrolę w dobie kryzysu kapitalizmu

W lutym 2016 roku kilkunastu byłych pracowników zakładu obróbki drewna w niewielkiej greckiej miejscowości Patrida, około 60 kilometrów od Salonik, powiedziało „Dość!”. Od 2008 roku byli oszukiwani przez właścicieli. Obiecując rychłą wypłatę, szefowie nie wypłacali pracownikom pełnej pensji, zredukowali godziny pracy i ogłosili upadłość firmy – nie informując o tym oficjalnie. Sytuacja nie poprawiła się, a pracownicy nigdy nie ujrzeli swoich pieniędzy. W grudniu 2015 roku zakład został zamknięty. Dług firmy w postaci niewypłaconych pensji sięga obecnie 700 tys. euro.

Pracownicy nie wierzą, że kiedykolwiek zobaczą należne im pieniądze. Zamiast tego, postanowili przejąć zakład i prowadzić go pod własną kontrolą. Skontaktowali się z ludźmi zatrudnionymi w odzyskanej fabryce Vio.Me w Salonikach z prośbą o wsparcie. Pracownicy Vio.Me zjawili się na miejscu, pomogli w walce o przetrwanie zakładu i jak najszybsze uruchomienie produkcji. Robotnicy z Patridy chcą zmienić profil produkcji i wytwarzać ławki oraz stoiska dla targowisk i kiosków – produkty potrzebne zwykłym ludziom i ich społecznościom. Poza tym kontaktują się ze spółdzielniami i kolektywami w całej Grecji i organizują się oraz uczestniczą w mobilizacjach.

VIO.ME
Saloniki, Grecja

Vio.Me w Grecji jest prawdopodobnie najsłynniejszą odzyskaną fabryką w Europie. Posługując się hasłem „Jeśli wy nie możecie, my możemy!”, pracownicy byłego producenta materiałów budowlanych zajęli swoją zamkniętą fabrykę i rozpoczęli wytwarzanie ekologicznych środków czyszczących. Pomimo grożącej fabryce eksmisji, Vio.Me stało się w Grecji symbolem walki z kapitalizmem.

www.vio.me

Zjawisko o szerokim zasięgu

Robotnicy z Patridy robią to samo, co tysiące innych na całym świecie w ciągu ostatnich kilku lat kryzysu kapitalizmu. Zjawisko przejmowania zakładów pracy stało się najbardziej widoczne i znane w Argentynie, w odpowiedzi na kryzys z 2001 i 2002 roku – a następnie rozpowszechniło się na całym świecie. Na początku roku 2016 w Argentynie działało około 360 odzyskanych firm zatrudniających 15 tys. pracowników, co najmniej 78 odzyskanych zakładów zatrudniających 12 tys. pracowników w Brazylii i prawie 25 fabryk w Urugwaju. W Wenezueli istnieje kilkadziesiąt firm odzyskanych przez robotników, niektóre z nich są wspólnie zarządzane przez pracowników i lokalną społeczności, nieco takich inicjatyw pojawiło się też w Meksyku, Indiach i Indonezji. W czasie obecnego kryzysu około 60 zakładów zostało odzyskanych w Argentynie, około 25 w Wenezueli, kilka we Włoszech, Francji, Grecji, Bośni, Chorwacji, USA, Egipcie, Turcji oraz Tunezji.

Okupacje zakładów, przejęcia firm i walka o więcej kontroli dla pracowników nie są nowymi zjawiskami. Inicjatywy pracownicze dążące do przejęcia kontroli w firmach pojawiały się w przeszłości w sytuacjach ekonomicznego, politycznego lub społecznego kryzysu, socjalistycznych, nacjonalistycznych czy demokratycznych rewolucji, w realiach socjalistycznych i kapitalistycznych, w czasach szczytowej produkcji, jak też podczas restrukturyzacji lub upadku zakładów. Wiele razy, w każdym systemie politycznym, na całym świecie, pracownicy walczyli o udział w podejmowaniu decyzji w miejscu pracy, jak też starali się rozwinąć formy współ- i samozarządzania oraz kontroli pracowniczej.

Nawet bez doświadczenia w tworzeniu rad pracowniczych, zarządzenie kolektywne – czy to przez zgromadzenia, czy inne mechanizmy demokracji bezpośredniej i relacji horyzontalnych – od zawsze zdawało się być wrodzoną skłonnością pracowników. Co więcej, udowodnili oni, że potrafią prowadzić zakłady w większości branż, w tym w metalowej, tekstylnej, ceramicznej, żywnościowej, przetwórstwie, przemyśle tworzyw sztucznych i gumowym, drukarstwie, jak też w sektorze usług, np. w klinikach, placówkach edukacyjnych, mediach, hotelach i restauracjach.

Wyzwalające doświadczenie

Historyczne oraz współczesne doświadczenia kontroli pracowniczej pokazują, jak wyzwalającym zjawiskiem jest przekształcenie sytuacji kapitalistycznego odosobnienia i autorytarnej kontroli w praktykę demokratyczną. Pracownicy w Argentynie i Francji doświadczają być może różnych warunków pracy, ale sedno ich walki pozostaje jednakowe: stawanie w opozycji do kapitalistycznego procesu produkcji – kręgosłupa każdego współczesnego społeczeństwa – oraz budowanie, poprzez rady pracownicze i samozarządzanie, elementów przyszłego bezklasowego społeczeństwa.

NEW ERA WINDOWS
Chicago, USA

W 2008 roku fabryka okien w Chicago zbankrutowała i została zamknięta nagle i w podejrzanych okolicznościach. Banki zostały zwolnione ze swoich zobowiązań, a pracownicy stracili pracę. W 2012, po roku walki i przy wsparciu lokalnej społeczności, pracownicy uzbierali wystarczająco dużo pieniędzy na wykupienie fabryki, która od tamtego momentu działa jako spółdzielnia pod nazwą New Era Windows.

www.newerawindows.com

W tym kontekście należy podkreślić, że tego rodzaju wysiłki podejmowane są przez zwykłych pracowników i społeczności. Jak zauważa Andrés Ruggeri, argentyński badacz: W firmie odzyskanej przez pracowników pozostają wszyscy, którzy wcześniej w niej pracowali. Od lewicowego awangardowca przekonanego o konieczności zdecydowanej walki przeciwko kapitalizmowi, po kogoś, kto wczoraj zagłosował po raz pierwszy i był najlepszym kumplem pracodawcy. Wniosek płynie stąd taki, że samozarządzanie nie potrzebuje awangardy – każdy może uczestniczyć w tym procesie.

Jeremy Brecher podkreślał w swoim artykule z 1973 roku: Rady pracowników nie mają żadnych sekretnych cech, które czyniłyby je rewolucyjnymi w formie. Różnią się one jednak pod kilkoma względami od związków zawodowych. Po pierwsze, opierają się na sile pracowników, którzy przebywają ze sobą codziennie i sprawują ciągłą pieczę nad produkcją. Po drugie, są kontrolowane bezpośrednio przez pracowników, którzy mogą w dowolnym momencie odwołać swoich delegatów. Po trzecie, ich formuła jest dynamiczna i związana ze zmieniającymi się realiami miejsca pracy/produkcji, zamiast definiować organizację w sposób, który szybko staje się przestarzały, co działo się wielokrotnie w historii ruchu związkowego.

Pracownicy przejmujący zakład pracy lub walczący o kontrolę muszą zazwyczaj stawić czoła nie tylko prywatnym przedsiębiorcom, strukturom kapitalistycznym i zarządom firm, ale także organizacjom związkowym i instytucjom publicznym. Prawie wszystkie historyczne przypadki kontroli pracowniczej związane były z konfliktami z partiami politycznymi, związkami i państwowymi aparatami biurokratycznymi, czy to w czasie rewolucji październikowej, we Włoszech lat 70., Polsce lat 50. i 80., czy we współczesnej Argentynie, Wenezueli, Grecji lub Indiach. Z drugiej strony, pracownicy mogą zwykle liczyć na wsparcie społeczności lokalnych, struktur solidarnościowych i innych zakładów pozostających pod kontrolą pracowników.

HOTEL BAUEN
Buenos Aires, Argentyna

W marcu 2003 roku byli pracownicy hotelu Bauen w śródmieściu Buenos Aires postanowili działać, jako że zostali zwolnieni i od wielu miesięcy nie wypłacono im zaległej wypłaty. Odzyskali swoje miejsce pracy i utworzyli kolektywnie prowadzony hotel i miejsce spotkań dla aktywistów. Do dziś Hotel Bauen jest modelowym przykładem odzyskanych miejsc pracy w Argentynie.

www.bauenhotel.com.ar

Zakłady kontrolowane przez pracowników działają w inny sposób, niż zwykłe firmy kapitalistyczne: zachodzą w nich zmiany w relacjach społecznych, procesie produkcji, czasem nawet zmieniają się same produkty. Jednak presja ze strony rynku kapitalistycznego pozostaje ogromna, a pracownicy muszą czasem godzić się na kompromis, ponieważ nie mogą całkowicie uniknąć udziału w mechanizmach rynku.

Mimo że nie da się zaprzeczyć, iż nieuniknione relacje ze środowiskiem kapitalistycznym wywołały silne sprzeczności i komplikacje w firmach zarządzanych przez pracowników oraz że bywało to źródłem wewnętrznych konfliktów, firmy te okazały się bardziej żywotne od wielu zwykłych przedsiębiorstw kapitalistycznych. W przypadku Argentyny, z 205 odzyskanych firm badanych w 2010 roku, tylko 6 zostało zamkniętych pod koniec 2013 roku, gdy w tym samym czasie powstały 63 nowe odzyskane firmy. Nie tylko przetrwały one pod względem ekonomicznym, ale też podążały drogą demokratycznego decydowania i równości między pracownikami.

Alternatywny system wartości

Zakłady pozostające pod kontrolą pracowników nie kierują się logiką kapitalistyczną. Zamiast tego, produkują i starają się kierować własnymi wartościami na tyle, na ile to możliwe. Czynią to nawet wtedy, gdy dobrze wiedzą, że te wartości stoją w sprzeczności z regułami standardowych doktryn o przedsiębiorczości. Jak wyjaśnia Ernesto z kontrolowanej przez pracowników drukarni Chilavert w Buenos Aires: My, tutaj, odczuwamy presję – utrzymujemy się z naszej pracy, więc każda godzina pracy, którą zdecydujemy wykorzystać na walkę w jakiejś społecznej sprawie, jest godziną straconą z kapitalistycznego punktu widzenia; to pieniądze, które tracimy, gdyż ich nie zarabiamy. Tego uczymy się jako dzieci, to mówią nam wszyscy. Odczuwamy więc ciągłą presję ze strony systemu, który chce nas wciągnąć w swoje tryby. Najpierw system odrzuca nas, a gdy widzi, że nie może nas uśmiercić, włącza nas w swój obręb i przekształca w coś, co może być kupione i sprzedane.

Większość zakładów pracy pozostających pod kontrolą pracowników postrzega solidarność z innymi, zwłaszcza z nowymi odzyskanymi zakładami, jako kluczową część swojej aktywności. Prawie wszystkie odzyskane zakłady otrzymują wsparcie od innych wcześniej powstałych przedsiębiorstw tego typu. Zazwyczaj utrzymują one kontakty z innymi podobnymi firmami, ale też z bardziej wojowniczymi spółdzielniami i całym sektorem „gospodarki solidarnej”. Powiązania i formy współpracy są polityczne, ale też ekonomiczne. W miarę możliwości firmy kontrolowane przez pracowników wolą budować relacje biznesowe z innymi zakładami tego typu.

Większość firm odzyskanych przez pracowników utrzymuje też kontakty z innymi ruchami, organizacjami politycznymi lub społecznymi, jak też z sąsiedztwem. Prawie wszystkie odzyskane przedsiębiorstwa angażują się w działalność polityczną, społeczną i kulturalną, a 39 procent z nich oferuje nawet przestrzeń użytkową centrom kulturowym, stacjom radiowym, żłobkom i przedszkolom, instytucjom edukacyjnym i innym przedsięwzięciom. Im krótszą historię ma odzyskany zakład w swej nowej formule własności/zarządzania, tym chętniej podejmuje współpracę z innymi ruchami. Stąd też płynie siła jego pracowników.

FRALIB
Gémenos, Francja

Po 1336 dniach sprzeciwu pracownicy firmy Fralib – fabryki przetwarzającej i pakującej herbatę niedaleko Marsylii we Francji – mogli świętować zwycięstwo nad Unilever, gigantycznym przedsiębiorstwem międzynarodowym, które zdecydowało się zamknąć ich zakład. Unilever wycofał się, pracownicy przejęli fabrykę, założyli spółdzielnię Scop-TI i wprowadzili na rynek nową markę herbaty, „1336”, która to nazwa nawiązuje do czasu trwania ich walki.

www.scop-ti.com

To, co Andrés Ruggeri opisuje w odniesieniu do Argentyny, dotyczy też innych odzyskanych zakładów na całym świecie: Jednym z najbardziej interesujących aspektów działania odzyskanych zakładów jest ich relacja ze wspólnotą, ze społecznością, i o tym właśnie mówimy, gdy stwierdzamy, że żaden z odzyskanych zakładów nie odzyskuje się sam. Chodzi tu o całość ruchu, z którym silnie wiążą się aktywizm i bojowość. Wokół odzyskanej firmy i całego zjawiska tworzy się spory ruch z powiązaniami i sieciami społecznymi. Ruch ten jest bardzo duży i silny, zmienia samo znaczenie słowa „firma”. Jeżeli pracownicy odzyskają jedynie zakład, a następnie przekształcą go w spółdzielnię, i tak dalej, bez względu na to, jak radykalny jest proces wewnętrzny, przy prowadzeniu przez firmę jedynie działalności gospodarczej nie będzie ona mieć takiego potencjału transformacyjnego, jaki posiadałaby z siecią otaczającą ruch.

Gigi Malabarba z WRC RiMaflow z Mediolanu we Włoszech, stwierdza: Możemy wygrać, jeśli będziemy częścią większego ruchu i pomnożymy nasze doświadczenia dziesięcio- i stukrotnie, żeby promować ideę, że inny rodzaj gospodarki jest możliwy. Jeśli „gospodarka szefów” znajduje się w kryzysie, musimy rozwinąć inne pojmowanie gospodarki.

Owa „inna gospodarka”, oparta na potrzebach i życzeniach pracowników i społeczności, nie jest jedynie testowana i rozwijana w praktyce – ludzie pracujący w odzyskanych firmach spotykają się regularnie z pracownikami innych odzyskanych zakładów i spółdzielni oraz badaczami rynków pracy, w celu dyskusji i wymiany doświadczeń związanych z „gospodarką pracowniczą”. Spotkania kontynentalne i światowe odbywają się co dwa lata. Pomysł ten narodził się w Argentynie, gdzie w ostatnich latach miało miejsce już kilka zgromadzeń tego rodzaju. Wszystko zaczęło się od spotkań na szczeblu krajowym. Do dziś zorganizowano już siedem spotkań regionalnych na Amerykę Łacińską i cztery spotkania ogólnoświatowe.

KAZOVA
Stambuł, Turcja

Zainspirowani historycznymi protestami w parku Gezi, pracownicy fabryki tekstyliów Kazova w Stambule podwoili wysiłki w walce o sprawiedliwość z byłymi szefami, którzy odmówili im wypłaty zaległych pensji, a następnie zwolnili całą załogę i zniknęli. Obecnie Özgür („Wolna”) Kazova jest jedną z pierwszych prowadzonych przez pracowników fabryk w Turcji, produkującą „swetry bez szefów”, jak brzmi ich slogan.

www.ozgurkazova.org

W 2014 roku miały miejsce pierwsze spotkania w Ameryce Północnej, Europie i regionie Morza Śródziemnego pod hasłem „Gospodarka pracownicza”. Spotkanie w Europie zostało zorganizowane w odzyskanej fabryce Fralib niedaleko Marsylii. Przybyło około 200 osób, między innymi pracownicy z pięciu innych odzyskanych fabryk w Europie i jednej w Argentynie oraz badacze z Europy, Meksyku, Brazylii i Argentyny. Ideą tych zgromadzeń jest tworzenie samodzielnie zorganizowanej przez pracowników przestrzeni do debatowania nad wspólnymi i indywidualnymi wyzwaniami, przed którymi stają odzyskane fabryki; nad tym, w jaki sposób mogą wykorzystać różne własne doświadczenia w budowaniu sieci między sobą oraz nad tym, jak przez alternatywne, samodzielne i demokratyczne formy produkcji i samozarządzania tworzyć nową gospodarkę służącą pracownikom i społecznościom, a nie na odwrót.

Nie ma wątpliwości co do tego, że odzyskiwanie zakładów pracy zyskuje popularność, a przejęcie miejsca pracy jest coraz częściej rozważane przez zbuntowanych pracowników. Biorąc pod uwagę fakt, że wciąż trwa finansowy, ekonomiczny, polityczny i społeczny kryzys kapitalizmu, który zapoczątkował obecne procesy odzyskiwania zakładów pracy, wydaje się prawdopodobne, że przejęcia będą kontynuowane.

Dario Azzellini
Tłum. Kamila Zubala

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej roarmag.org

Audiowizualny prozak, czyli o prawdziwej i nieprawdziwej Polsce

Kilka tygodni temu poszliśmy z żoną na obiad do lokalu w centrum Lublina. Rozmawialiśmy o książce poświęconej Zdzisławowi i Tomaszowi Beksińskim, gdy moja małżonka wypatrzyła człowieka siedzącego na schodach przed sklepem spożywczym. – Zobacz, on prosi o jedzenie, a ludzie mijają go obojętnie – powiedziała. Wstałem, podszedłem do tego człowieka i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, usłyszałem prośbę, bym kupił mu coś do chleba. Bochenek ściskał mocno w dłoniach. Wszedłem do sklepu, kupiłem kilka rzeczy. Gdy przekazywałem mu reklamówkę z zakupami, powiedział tylko jedno zdanie: Byłem głodny, a daliście mi jeść.

Opisywany człowiek nie wyglądał na bezdomnego z wieloletnim stażem. Był ogolony, schludnie, choć skromnie ubrany. Na ulicę trafić musiał niedawno. Nie opisuję tej sytuacji, by pochwalić się dobrym uczynkiem. Dla mnie ta pomoc znaczyła niewiele i nie obciążyła nadmiernie mojego budżetu. Gdy jednak zobaczyłem szczere łzy w jego oczach, sam niemal się rozpłakałem.

Niedawno Krzysztof Wołodźko opublikował na tych łamach poruszający felieton pt. „Czyste ręce, brudne paznokcie”. Traktuje o tej Polsce, którą widać doskonale, pod warunkiem, że chce się ją dostrzec. Zupełnie jak w opisanej przeze mnie sytuacji. Proszącego człowieka minęło kilka osób. Wszyscy udawali, że go nie ma.

Kilka dni temu mój szef opublikował na Twitterze zdjęcie z RPA. Zostało zrobione z lotu ptaka. Widać na nim po lewej stronie dzielnice bogatych i klasy średniej, a po prawej slumsy, w których zamieszkuje biedota. Bardzo sugestywna fotografia wywołała reakcję użytkowników serwisu społecznościowego. „To jest podział na nierobów i nieuków oraz na przedsiębiorczych i zaradnych” – pisał jeden. „Nawet gdyby dać im te osiedla po lewej i kilkaset miliardów w gotówce, to za 5 lat lewa strona będzie wyglądać jak prawa” – dodał drugi.

Znieczulica – można by powiedzieć. Do tego podszyta głupotą i neoliberalnymi bajkami o tym, że obie strony na starcie miały takie same szanse, przy czym jedna je wykorzystała i żyje w dobrobycie, a drugiej nie chciało się pracować i mieszka w slumsach. W tej narracji nie ma słowa o tym, że 1 na 5 osób w tzw. krajach rozwijających żyje za 1,25 dolara dziennie, a 836 milionów egzystuje w skrajnym ubóstwie. Nie ma też zdania o dysproporcjach płacowych, nierównym dostępie od edukacji itp.

Jasne, jest różnica między komentowaniem zdjęć w Internecie a odmówieniem pomocy człowiekowi proszącemu o coś do jedzenia. Nie pomylę się znacznie, gdy napiszę, że z pierwszej postawy łatwo może zrodzić się druga. Skoro bowiem traktujemy ludzi biednych jako nieudaczników, a samych siebie uważamy za zaradnych, już tylko krok dzieli nas od pogardy i braku współczucia.

Jest jeszcze jedna ludzka skłonność. Nie lubimy (i nie chcemy) patrzeć na biedę, cierpienie, zło, wyzysk, starość, choroby, śmierć. Często udajemy, że ich nie widzimy, bo psują nasze dobre samopoczucie. Najchętniej zamieszkalibyśmy w huxleyowskim nowym wspaniałym świecie, gdzie słabości zostały wyeliminowane.

Z klipów nakręconych z pokładów dronów, ukazujących Polskę, wyłaniają się czerniące się autostrady i ekspresówki, okazałe warszawskie drapacze chmur, pięknie oświetlone zabytki. Niebo jest zawsze niebieskie, trawa soczyście zielona, a kłosy zbóż złote. Jak w telewizyjnej reklamie. Widać same pozytywy i żadnych negatywów. Ten sielankowy obraz jest fałszywy. To taki audiowizualny prozak.

Wystarczy minimalna dawka dobrej woli, by zobaczyć prawdziwą Polskę. Dość powiedzieć, że potrzeba tylko sięgnąć wzrokiem ponad czubek własnego nosa lub ekran smartfona. Co wtedy ujrzymy?

Mieszkam na peryferiach Lublina. W mojej dzielnicy znajdują się bloki spółdzielcze, komunalne, deweloperskie i TBS-y. Niezły przekrój polskiego budownictwa mieszkaniowego. Osiedle jest stosunkowo młode, a jego gwałtowny rozwój nastąpił w ostatniej dekadzie. Dlatego nie widać tu zbyt wielu oznak biedy. Z drugiej strony nie ma też grodzonych apartamentowców i wylewającego się bogactwa. Ot, rodzima średnia. Gdy wsiądzie się do autobusu komunikacji miejskiej, po zaledwie kilku minutach następuje subtelna zmiana krajobrazu. W sąsiedniej, dużo starszej dzielnicy dostrzec można więcej ludzi w podeszłym wieku. Młodsi są skromniej ubrani niż ci spotykani w reprezentacyjnych punktach miasta. Nie, nie wjeżdża się do slumsów. To kolejne zwyczajne blokowisko, ale z nieco inną strukturą mieszkańców.

Kilka razy w roku bywam w Poznaniu. Wtedy jeszcze bardziej uderza mnie kontrast. W stolicy Wielkopolski widzę więcej ludzi w markowych i droższych ubraniach, modnie uczesanych, dzierżących w dłoniach flagowe smartfony. Lublin wydaje się w tym zestawieniu smutniejszy i po prostu biedniejszy. Nie mówiąc o Polsce powiatowej i roztoczańskiej wsi, którą odwiedzam przynajmniej raz w miesiącu.

Skoro z perspektywy komunikacji miejskiej można dostrzec tego typu drobne niuanse, naprawdę niewiele trzeba, by zobaczyć prawdziwą biedę. Ludzi liczących grosze wysupłane z kieszeni, ubogie zakupy na taśmach kasowych w supermarketach, spraną odzież z second handów. Przecież w tak wielu rodzinach są osoby pracujące za niewiele ponad tysiąc złotych i na śmieciówkach. Ich nie pociesza informacja, że stopa bezrobocia w Polsce wyniosła pod koniec lipca 8,6 proc. i jest najniższa od 25 lat. System wypluł ich, bo choć zarabiają grosze, jednak zarabiają.

Na wspomnianą roztoczańską wieś docieram najczęściej czymś w rodzaju marszrutki: starym busem ze zużytymi amortyzatorami i po drogach, które nie widziały remontu od dziesięcioleci. To też jest ta Polska, która nijak ma się do przesaturowanej scenerii ze stołecznym „city” w tle.

Patrząc na zdjęcie z RPA można zobaczyć niesprawiedliwość społeczną i rozwarstwienie lub podział na przedsiębiorczych i nierobów. W człowieku proszącym o jedzenie można dostrzec osobę skrzywdzoną przez los lub niezaradnego frajera. Wszystko jest kwestią wyboru.

Czyste ręce, brudne paznokcie

Kraków, Bronowice, Bar Kuchnia Polska „Palce Lizać” (tak oficjalnie) przy Gabrieli Zapolskiej. Naprzeciw zażywnej pani przy kasie stoi stara kobieta w wielkich grubych szkłach. Płacze niemal bezgłośnie. Obiad dnia czyli zupa, drugie i kompot: 12 złotych 70 groszy. Barszcz w kubku: 1 zł 50 groszy. Sadzone jajka z ziemniakami: 4 złote 90 groszy. To najtaniej.

W porze obiadowej ciasna przestrzeń (osiem stolików po cztery krzesełka) jest wypełniona ludźmi. Starszy pan siedzi z dziewczynką z zespołem Downa. Dwaj policjanci na służbie nie rozmawiają przy jedzeniu. Wymięty na twarzy, marnie odziany starszy jegomość lekko drżącą ręką unosi łyżkę ku ustom. Trochę chlapie, ale godnie pokonuje samego siebie i dystans, jaki dzieli taflę zupy od warg. Młody mężczyzna z firmy kurierskiej zamawia grochową za 3 złote 90 groszy. Chłopak i dziewczyna, dwa krzesła dla nich, dwa obok dla ich smartfonów. Ciężarna z wózkiem siadła tak, że tarasuje wejście do toalety. Można ominąć uśmiechając się przepraszająco do sennego bobasa.

A stara kobieta płacze. Nie dlatego, że jest głodna. Nie dlatego, że odejdzie z kwitkiem. Gmera palcami w portmonetce. Zaraz dostanie obiad. Jest samotna i lekko zdziwaczała. Zawsze płacze, a wtedy uspokaja ją barmanka albo barman. Gdy nikt nie zamawia, podchodzą do niej i słuchają jej cichych smutków. Zwierza się po raz setny, może tysięczny, może stutysięczny – a obok na talerzach gotowany kalafior i fasolka szparagowa po 3 złote – taka sobie porcja. Można do tego podejść całkiem życiowo: ot, z przypraw mają sól, pieprz, maggi, żale staruszki. Zresztą bardzo to grzeczna osoba, zawsze mówi na poły zdziwione, na poły lękliwe „do widzenia” gdy ją minąć przy drzwiach.

W barze jest schludnie, robotnicy w drelichach siedzą obok pracujących (w branży informatycznej) inteligentów. Skoro jest tanio i smacznie, to po co przepłacać? Dystyngowana emerytka, która siedzi w barze w jesiennym kremowobrązowym płaszczyku w ciepłe sierpniowe popołudnie, przegląda kolorową gazetę – z tych tańszych. Widzę zdjęcie turkusowej plaży, wykadrowany bezkres nieba i kilka zdań o czyimś rozwodzie, o pięknie rozkwitłej karierze po uwieńczonej sukcesem terapii; obserwuję, jak pomarszczony palec starszej pani pokazuje wzrokowi, które ma śledzić litery i myślę do siebie: what a wonderful world. Czuję sytość za 12 złotych 70 groszy: krupnik, makaron z sosem bolognese, mocno ocukrowany napój pełniący obowiązki kompotu. Płaczliwa staruszka patrzy na resztki żółtawego napoju w plastikowej butelce z napisem „Fanta”.

Jest koniec sierpnia 2016 roku. Myślę sobie, że właśnie po to powielacze powielały, solidaryce się solidaryzowały, szczekaczki wyszczekiwały, internaty internowały, po to kieliszki w Magdalence pociły się i fraternizowały, terapie szokowały, jedne gazety wyborczały, a drugie polszczały, żeby stare kobiety w tak pięknym kraju mogły wbijać lekko niepewny wzrok w resztki kolorowych napojów wielkich światowych kompanii spożywczych. Innego końca świata nie będzie.

Ale w sumie to krzepiące, jak po ludzku ciepłe i normalne jest wnętrze lokalnego baru mlecznego pełnego zwykłych ludzi, z których generałowie różnych armii chcieliby zrobić albo ciemną, niehigieniczną, propisowską tłuszczę, albo wmówić tym wszystkim Polkom i Polakom konsumującym mielone z ziemniakami i kapustą na ciepło, że najstraszliwsi są dla nich uchodźcy i francuskie problemy postkolonialne, a najlepszy – proruski straszny dziadunio Trump walczący z „homoterrorem”. Do baru mlecznego na Zapolskiej nie wejdą ani naczelny „Newsweeka”, ani naczelny „Do Rzeczy” i nie zaczną uprzykrzać ludziom życia ideologicznym bombardowaniem. Cisza, spokój, krokiety.

W maju mama przysłała smsa, że umarł sąsiad. Zmarł podczas pierwszej komunii swojej wnuczki. Ostatni raz rozmawiałem z nim podczas Wielkanocy tego roku. Był dawnym lektorem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Śremie. Był też pszczelarzem. Przez lata, wracając z rodzinnego domu do swoich spraw, dźwigałem w plecaku duże słoiki z miodem. Po 10 złotych za sztukę. Daję ci ze swoich – mówił w ostatnim czasie, a ja zdawkowo dziękowałem, choć wypadało bardziej docenić życzliwość ponad osiemdziesięcioletniego człowieka.

Tego roku, podczas Wielkanocy, sąsiad siedział na zdezelowanym krześle, pod ręką trzymał kule, a obok stał wózek z żelastwem (parę dekad po wojnie, jaką Balcerowicz wytoczył polskiej wsi, wciąż jest co zbierać po opłotkach); raczył mnie a to pikanteriami dotyczącymi spraw męsko-damskich, a to krótkimi reminiscencjami z własnego życia. Mówił, że na każdym etapie dziejowym władza uznaje się za nieomylną, a jak przepraszają, to już jest za późno. I że trzeba myśleć na własny rachunek, na ile można. Nie było to może zbyt błyskotliwe, ale nie byliśmy z sąsiadem postaciami z powieści Stasiuka – gadaliśmy, co chcieliśmy, robiło się coraz cieplej, czekaliśmy dobrej wiosny po szaroburej zimie, grzaliśmy kości na słoneczku. Ja się czułem zakorzeniony, on się czuł wysłuchany – dobrosąsiedzkie relacje w niegrodzonej okolicy. Siedzieliśmy zresztą kilkanaście metrów od kaplicy, do której sąsiad jako zdeklarowany ateista nigdy nie chodził. Ale że jakimś trafem na naszej wsi po transformacji ostała się tylko kaplica, postawiona właśnie obok Domu (byłego) Nauczyciela, to cóż, omawiał materializm historyczny i niewątpliwe walory pożycia seksualnego tuż pod nosem aniołów i kościelnego.

Na marginesie: z tej wsi zniknęła kolej i niemal doszczętnie wyginęły połączenia autobusowe, dawno zniknęła świetlica ludowa z biblioteką, przedszkole i szkoła zamieniona w dom spokojnej starości. Tak sobie myślę, że najlepsze, co w III Rzeczpospolitej miała moja wieś z tzw. cywilizacji pozareligijnej, poza remizą, to były przecież te ule i ten miód. Przez długie lata sąsiad i jego ule nie dali się zdekomunizować. Twardo bronili swojej instytucjonalnej suwerenności oraz proekologicznej bioróżnorodności względem dość parszywej w tamtych okolicach transformacji. Myślę, że sąsiad miał też w nosie coraz częstsze w ostatnich latach w owych stronach „arcypatriotyczne” wlepki przyklejane na resztkach istniejącej cywilizacji oraz ruinach po niej. Bo jakoś tak się w Polsce dzieje obecnie, że nędzę i rdzę po państwie i jego instytucjach zamalowuje się ksenofobią. W każdym razie: sąsiad już umarł. Jego pszczoły też umarły, poszły na zmarnowanie.

Teraz będzie coś z lokalnej prasy. 24 sierpnia na stronie internetowej „Kuriera Lubelskiego” ukazał się artykuł „Kuriozalny napad na sklep spożywczy na LSM. Złodziej przeprosił i wyszedł”. Pozwolę sobie przedstawić dłuższy passus, tylko nieco upraszczając cytowaną treść: Jakub Sz. wynajmował w Lublinie mieszkanie. Płacił za nie co miesiąc 900 zł. Był już 11 sierpnia, termin zapłaty minął, a bezrobotny lublinianin ciągle nie miał pieniędzy na koncie. Żeby uregulować zobowiązania postanowił się wzbogacić. W tym celu poszedł do sklepu przy ul. Krasińskiego, gdzie zamierzał dokonać „napadu stulecia”. Było już ciemno, dochodziła godz. 22. Mężczyzna poczekał jeszcze, aż ze sklepu wyjdzie ostatnia klientka. Jak ustalili śledczy badający sprawę, 23-latek z nożem wszedł do środka i zażądał od wystraszonych ekspedientek pieniędzy. – Jedną z koleżanek trzymał za kark i przykładał jej nóż do gardła. Drugiej groził śmiercią, jeśli nie odda mu pieniędzy. Koleżanka dała mu 10 zł, jednak rabuś stwierdził, że to mało, kazał otworzyć kasę i wyjąć z niej pieniądze – opowiada w rozmowie z Kurierem jedna z pracownic sklepu przy ul. Krasińskiego. Okazało się jednak, że w kasie były jedynie dwie pięciozłotowe monety. – To za mało! – krzyknął rabuś. – Nie chcę tego, nie będę kradł. Przepraszam – rzucił Jakub Sz. i po prostu wyszedł.

Nie jest to temat na „Zbrodnię i karę”: młody 23-latek przyznał się do winy i grozi mu kara pozbawienia wolności od 3 lat wzwyż. Być może ktoś się zaśmieje głucho, ktoś będzie szydził albo pomstował. A przecież rzadko kiedy i rzadko kto pokazuje nam tak dobrze, jak się w Polsce wpycha ludzi w prawdziwe tarapaty życiowe i w rozpacz, jak się ich spycha na margines, jak wreszcie bieda sprzęga się z przestępczością. Mamy w tym przykładzie wszystko: bezrobocie, brak tanich mieszkań na wynajem, długoletni brak polityki mieszkaniowej. A na końcu jest Jakub Sz., o którym niemal każdy powie w Polsce, że „sam sobie jest winien”. Tak właśnie jest zrobiony nasz kraj, że tacy nieszczęśnicy są zawsze winni i osamotnieni, za to ludzie, którzy świetnie żyli i żyją z systemowej polityki aspołecznej (coraz głośniej się mówi przecież o mafii jeśli idzie o warszawską politykę reprywatyzacyjną ściśle powiązaną z kwestiami lokatorskimi) przez lata byli albo nietykalni, albo uchodzili za mędrców epoki transformacji.

To jest przerażające: zdesperowany człowiek, który popełnia straszny czyn, przykłada drugiemu człowiekowi nóż do gardła, być może moment dzieli go od zabójstwa, z którym musiałby żyć już na zawsze, ale nie jest zbrodniarzem ani rzezimieszkiem, jest człowiekiem, który sobie kompletnie nie radzi w świecie tak obojętnym jak nasz, więc mówi: „Nie chcę tego, nie będę kradł. Przepraszam”. Ale i tak ma już solidnie spieprzone życie.

Czuję zgrozę, gdy czytam tę historię, czuję też potężne wkurwienie na elity, które zrobiły z mojego kraju książkę z takimi opowieściami, czuję złość na społeczeństwo, które na to wszystko przyzwala, ponieważ tak naprawdę jest społeczeństwem dorobkiewiczów, którzy dali się wkręcić w logikę realnego liberalizmu, bo każdy z gołodupców wierzy, że to jednak on będzie górą. A od dawna już wiadomo, że wcale nie. Jedni przekonają się o tym raz i bardzo boleśnie, a inni mniej lub bardziej boleśnie – tyle że na raty.

Nie będę czcił żołnierzy wyklętych. Będę wspominał starego komunistę, który miał ule. Nie będę zachwycał się terapiami celebrytów, którzy czasem jeżdżą do Azji, by dowiedzieć się, jak smakuje biedne życie. Będę rzewnie myślał o płaczliwej staruszce z baru mlecznego na Bronowicach. 500+ przekona mnie tylko do 500+, a nie – na przykład – do polityki informacyjno-kulturalnej TVP po #dobrazmiana. Pogardzam ludźmi, którzy z domniemanych i realnych Polaków-biedaków zrobili chłopca do bicia w swojej wojence z rządzącą partią. Pogardzam ludźmi, którzy głosili hasełka o rodzinie na swoim, a równocześnie pozbawiali polskich rodzin infrastruktury publicznej, źródeł zarobkowania, wymuszając de facto na dzieciach tych ukochanych polskich rodzin trwałą emigrację zarobkową. To dlatego niejedno polskie miasteczko, które tak dobrze znam, świeci pustkami przez cały rok, a ożywa jedynie w święta takie czy owe. To wszystko zrobili ludzie, których dziś znajdziemy i w PiS, i w KOD-owskiej opozycji. Patrzę na elity tego społeczeństwa: polityczne, kulturowe, biznesowe, są to elity i prawoskrętne, i lewoskrętne. Wszyscy mówią o sobie, że mają czyste ręce i zawsze dobrze chcieli. Tylko skąd mają tyle brudu za paznokciami?

Czyje są murale w Turku? Kilka słów o przestrzeni publicznej

Czyje są murale w Turku? Kilka słów o przestrzeni publicznej

Komercjalizacja przestrzeni publicznej w Polsce jest zjawiskiem powszechnym, związanym z przemianami systemowymi, które miały miejsce na początku lat 90. Panująca ideologia wolnego rynku pozwoliła na bezkrytyczne zdewastowanie krajobrazów dużych i małych miast. Poniższy artykuł ukazuje przykład oddziaływania komercjalizacji na przestrzeń publiczną tworzoną przez Galerię Malarstwa Wielkoformatowego w mieście Turek w województwie wielkopolskim.

Czym jest komercjalizacja przestrzeni publicznej? Mówimy o niej wtedy, gdy obszary cenne społecznie są zawłaszczane przez podmioty prywatne, przedsiębiorstwa itp. Dzieje się tak najczęściej w imię tzw. praw rynku. Najbardziej zauważalne jest to na starówkach lub przy uczęszczanych deptakach. Konsekwencją jest powolne wyludnianie miejsc, które powinny stanowić centrum społeczne i kulturalne danego ośrodka miejskiego.

W Turku na wyludnienie obszarów starówki wpłynęła budowa licznych marketów, przy których powstawały niewielkie powierzchnie do wynajęcia z przeznaczeniem na drobny handel. Efekt ten został wzmocniony poprzez sprzedaż terenu byłego dworca PKS, na którym powstało centrum handlowe.

Innym przykładem komercjalizacji przestrzeni publicznej są liczne reklamy typu outdoor (najczęściej bannery, ale też billboardy, ekrany led) umieszczone na płotach, przy ruchliwych ulicach, ale również na fasadach prywatnych posesji. W Polsce, w imię nieskrępowanej wolności ekonomicznej, doszło do tego, że mieszkańcy miast są agresywnie informowani o ofercie danego przedsiębiorstwa. Bardzo często mieszkańcy posesji ulokowanych przy ruchliwych drogach udostępniają fragmenty elewacji w celach zarobkowych.

Tym samym od początku lat 90. w Polsce w sferze przestrzeni publicznej obowiązuje chaos oraz informacyjne i krajobrazowe śmietnisko. W sukurs walce z tą krajobrazową „wolną amerykanką” przyszła w ubiegłym roku tzw. ustawa krajobrazowa. Daje ona radzie konkretnej gminy możliwość ustanowienia zasad i warunków sytuowania obiektów komercyjnych należących do tzw. małej architektury oraz umożliwia wprowadzenie opłat reklamowych i systemu kar pieniężnych.

Bloki – element przestrzeni publicznej?

W Turku od wielu lat trwa proces wyprzedawania mieszkań komunalnych za niewielki procent ich rynkowej wartości (początkowo 10%, aktualnie 16%), co mocno pogorszyło stan zasobów mieszkaniowych miasta. Poprzednia ekipa rządząca miastem wyznawała filozofię, wedle której każdy powinien mieszkanie kupić lub wybudować. Dopiero od roku powoli odzyskuje się mieszkania komunalne oraz planuje budowę lokali socjalnych, m.in. w celu odzyskania zadłużonych zasobów komunalnych.

To właśnie za sprawą możliwości taniego wykupu mieszkania komunalnego bloki przy ul. P.O.W. w Turku stały się oddzielną, niezależną wspólnotą mieszkaniową, w której większość udziałów posiadają właściciele mieszkań. Oznacza to, że właściciele mieszkań danego bloku decydują o inwestycjach względem niego poczynionych, ale także je finansują. Głos należący do mniejszościowego udziałowcy – czyli gminy miejskiej – zawsze przychyla się woli większości. W związku z niżej opisanymi wydarzeniami z ostatnich tygodni pojawia się pytanie, czy bloki należące do wspólnoty mieszkaniowej można jeszcze zaliczyć do przestrzeni publicznej.

Wielka galeria w rękach mniejszości

Od 2011 r. co roku jeden ze szczytów bloków przy ul. P.O.W. był pokrywany malowidłem wielkoformatowym. Działo się to za sprawą inicjatywy Jacka Sulkowskiego, który tym samym realizował projekt powstania Galerii Malarstwa Wielkoformatowego w Turku. Do roku 2015 udało się zrealizować pięć murali ulokowanych przy ul. P.O.W. Na galerię składają się prace artystów znanych z dzieł wykonanych w całej Europie. Liczbą malowideł wielkoformatowych nasze miasteczko nie jest w stanie konkurować z oddaloną o 70 km Łodzią, jednak zamysłem Sulkowskiego było skondensowanie ich w jednym miejscu, tak, aby były widoczne z jednego punktu (stąd też wybór lokalizacji). Tym samym przestrzeń Turku pozyskała miejsce o wyjątkowym charakterze estetycznym i kulturowym.

Problem pojawił się w roku 2016 r., gdy postanowiono wykonać dodatkowe prace termomodernizacyjne na blokach posiadających wymalowane murale. Wtedy też bliżej nieokreślona liczba właścicieli mieszkań w blokach z muralami zadecydowała o tym, że wielkoformatowe malowidła nie zostaną odtworzone na docieplonych szczytach. Nie pomogły zapewnienia, że koszty odtworzenia dzieł nie zostaną poniesione przez wspólnoty. Inicjatorzy powstania murali dostali jednoznaczną pisemną odpowiedź negatywną, nie zawierającą argumentacji.

Kiedy wieści o tym dotarły do opinii publicznej, w lokalnej społeczności zawrzało. Mieszkańcy (nie tylko młodzi) na wieść o tym, że mogą utracić coś, co wyróżnia Turek oraz daje poczucie dumy z miasta, zareagowali żywiołowo, dając upust swoim emocjom w mediach społecznościowych. Dopiero nagłośnienie sprawy oraz reakcja władz doprowadziła do tego, że zarządzono głosowanie door-to-door, przeprowadzone przez pracowników zarządcy (spółka miejska) wspomnianych wspólnot mieszkaniowych. Okazało się wtedy, że ponad 60% mieszkańców bloków z muralami chce ich odtworzenia. Tym samym otworzono drogę do ponownego pokrycia malowidłami szczytów ocieplanych właśnie bloków.

Wspólne czy niczyje? Kto decyduje o przestrzeni publicznej?

Pomimo pozytywnego (z punktu widzenia całej społeczności miasta) zakończenia tego konfliktu, sytuacja pokazuje, że często o estetyce i funkcjonowaniu przestrzeni ważnej dla wszystkich mieszkańców miasta decyduje mniejszość, która jest właścicielem danego zasobu. I nie zawsze musi się ona kierować tymi samymi pobudkami, co większość społeczności związanej z danym miastem. Nawet jeżeli udziałowcy wspólnot mieszkaniowych nie ponoszą żadnych negatywnych skutków ekonomicznych swojej decyzji, zawsze w grę mogą wejść negatywne emocje, niedoinformowanie, a także zwykłe braki w edukacji lub brak poczucia wspólnoty z innymi członkami społeczności.

Nieznany jest powód odmowy wystosowanej do inicjatorów powstania murali, jednak nieoficjalnie mówi się, że pewnej liczbie osób niektóre z murali po prostu się nie podobają. Choć panuje przekonanie, że o gustach się nie dyskutuje, to można odnieść wrażenie, że sytuacja ta spowodowana była jeszcze jedną polską przypadłością. A mianowicie nikłym obyciem ze sztuką.

Opisany przykład pozornie nie przypomina klasycznej komercjalizacji przestrzeni publicznej, gdzie korporacja, instytucja finansowa lub firmy wypierają ludność miejską z postrzeganych jako atrakcyjne miejsc publicznych i ogólnodostępnych. Jednak jej przyczyna jest identyczna i leży w obciążeniu finansowym samorządu oraz zwyczajnym braku u poprzedniej ekipy rządzącej wizji przyszłości miasta. Poskutkowało to nadmiernym wyprzedaniem zasobów mieszkaniowych miasta Turek.

To jednak nie koniec. W najbliższej przyszłości może pojawić się kolejny problem związany z lobbingiem wąskiej grupy na rzecz zagospodarowania przestrzeni publicznej. Niebawem poznamy wyniki konkursu na opracowanie koncepcji urbanistyczno-architektonicznej rewitalizacji centralnych przestrzeni miasta. Prace zostaną wystawione do publicznej dyskusji i być może okaże się, że to, co projektanci uznają za ważne dla ogółu mieszkańców, nie będzie odpowiadało właścicielom zasobów mieszkaniowych leżących w tej części miasta, albo będzie nie po myśli właścicieli obiektów handlowych oraz związanych z nimi najemców.

Tutaj z pomocą może przyjść zapomniane w naszym kraju narzędzie: dialog społeczny. Najważniejsze jest jednak, aby jak najszersza rzesza turkowian zrozumiała, że przestrzeń publiczna jest przestrzenią wspólną, a nie komercyjną lub niczyją.

Obalamy mity o przyszłości bez pracy

Obalamy mity o przyszłości bez pracy

Dokąd zmierza nasza gospodarka? Wkrótce każdy robotnik fabryczny będzie zmuszony zatrudnić się w Uberze, zaś ciężarówki będą samosterowalne – takimi historiami karmi nas prasa ekonomiczna. Kim Moody, współpracownik portalu labornotes.org i autor wielu książek na temat pracy, odmalowuje inny obraz.

***

Słyszy się wiele o tzw. gig economy (gospodarki dostępu), która polega na tym, że pracownicy imają się rozmaitych zajęć, korzystając z aplikacji firm takich jak Uber, TaskRabbit (codzienne obowiązki, sprzątanie, organizacja przeprowadzek) czy Mechanical Turk (praca zdalna online, np. opisywanie zdjęć). Czy tak wygląda przyszłość pracy?

Kim Moody: Warto zauważyć, że, pomijając takie firmy jak Uber, większość z wymienionych to nie są pracodawcy – to cyfrowe platformy, które ułatwiają poszukiwanie pracy.

Aplikacje te nie determinują godzin pracy ani wysokości wynagrodzenia, a nawet nie określają, jaka technologia ma być użyta przy jej wykonywaniu. Pracodawcy nadal mają pod tym względem ostatnie słowo. Zatem jeśli oferty dostępne na rynku oferty pracy stają się gorsze, to nie dlatego, że ludzie wyszukali je w sieci, zamiast znaleźć ogłoszenie w gazecie.

Dyskusja o gig economy często opiera się także na błędnym założeniu, że oto pojawiło się mnóstwo osób, które parają się wieloma pracami. Jednak prawdą jest, że procentowo liczba osób zatrudnionych w więcej niż jednym miejscu nie zmieniła się od czterdziestu lat. Większość z nich to po prostu ludzie posiadający jedną stałą pracę na etat, a dorabiający na czarno, a to bardzo stara sprawa. Jest także wiele osób, które pracują w kilku miejscach – ale ich także zawsze było sporo.

Czy naprawdę czeka nas przyszłość, w której 40 proc. pracowników będzie freelancerami?

K. M.: Wizja mówiąca, że 40 proc. siły roboczej będzie pracować z doskoku, to science fiction. Istnieją dwa rodzaje samozatrudnionych. Jeden z nich to „niezrzeszeni samozatrudnieni” czy też niezależni wykonawcy na kontraktach. Ich liczba spada od lat. Druga grupa to ci, którzy prowadzą jednoosobowe firmy. Ich liczba trochę wzrosła, jednak nadal stanowią zaledwie 4 proc. siły roboczej.

Twierdzi Pan, że koncepcje „gig economy” i pracy prekaryjnej nie trafiają w sedno problemu, ponieważ nie ujmują najistotniejszej kwestii: wzrostu liczby beznadziejnych, kiepskich i niskopłatnych prac. Co zmieniło się w kondycji i sytuacji świata pracy i dlaczego?

K. M.: Pierwszą zmianą jest intensyfikacja pracy. W ciągu ostatnich trzech dekad praca stała się znacznie cięższa, niż była kiedyś, i ten proces nadal postępuje. To efekt lean production [„szczupłej produkcji” – wprowadzonej w latach 80. XX wieku nowej metody zarządzania produkcją, opartej przede wszystkim na wysokiej efektywności i płynnym przepływie produktu – przyp. tłum.], która redukuje liczbę zatrudnionych, choć do wytworzenia jest taka sama lub większa ilość danego produktu lub usługi. Jest ona związana z „produkcją dokładnie na czas” [just-in-time production, czyli metodą zarządzania opartą na braku zasobów magazynowych z powodu kosztów, które generuje ich przetrzymywanie – przyp. tłum.]. „Szczupła produkcja” ma swoje korzenie w latach 80. w przemyśle samochodowym, ale obecnie jest stosowana wszędzie. Nawet w szkołach i w szpitalach.

Inny aspekt nowego stylu pracy to ciągłe bycie pod obserwacją – monitoring elektroniczny i biometryczny, mierzenie efektów, nadzór. Te metody pozwalają pracodawcom zobaczyć, w jaki sposób – dosłownie – wycisnąć więcej pracy z każdej minuty czasu pracownika. Czas przeznaczony na przerwy w pracy skurczył się od lat 80. dramatycznie.

Czy jesteśmy zatrudnieni na pełen etat, czy na jego część, czy nasza praca nosi znamiona prekaryjności, czy też nie – jest pewne, że doświadczymy takiego traktowania.

Kolejna kwestia to dochód. Pensje znacząco spadają od lat siedemdziesiątych. Coraz więcej ludzi pracuje za mniej niż kiedyś – mam na myśli wartość nabywczą wynagrodzeń. Ma to wpływ na sytuację wszystkich pracowników, choć zatrudnieni na część etatu lub na umowy śmieciowe są opłacani jeszcze gorzej od pracowników pełnoetatowych.

Rzut oka na opracowywane przez Bureau of Labor Statistics prognozy dotyczące najszybciej rosnących sektorów rynku pracy pozwoli nam przekonać się, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat najpowszechniejsze (70 proc. rynku) będą zajęcia niewymagające kwalifikacji, ale również nisko opłacane. Innymi słowy, nie zmierzamy wcale w stronę gospodarki opartej na zaawansowanych technologiach. Zamiast tego czeka nas zwiększanie się mas siły roboczej wykonującej marne prace. Koniec „dobrej pracy” jest już blisko.

Podczas gdy oparte na aplikacjach na telefon „szybkie prace” zyskały mnóstwo uwagi ze strony mediów, o wiele mniej miejsca poświęcą się „produkcji dokładnie na czas”. Dlaczego powstały i rozwijają się wielkie centra logistyczne i co to oznacza dla związków zawodowych?

K. M.: Aby globalizacja była efektywna z punktu widzenia jej beneficjentów, nie wystarczy niska płaca. Produkty trzeba przenosić z jednego miejsca w drugie. Wymagało to wprowadzenia zmian w metodzie ich transportowania – „rewolucji logistycznej”.

Czas, jaki trzeba poświęcić na dostarczenie produktu do punktu sprzedaży, jest w tej rywalizacji istotnym czynnikiem. Tak jak produkcja, transport bazuje zatem właśnie na byciu „dokładnie na czas”. Produkty przemieszczają się coraz szybciej.

Prędkość ciężarówek, samolotów i pociągów nie zmieniła się istotnie od lat. Tym, co uległo zmianie, jest sposób postępowania. Towary nie grzeją długo miejsca w magazynach. Przybywają drogą kolejową, podlegają przeładowaniu i w ciągu kilku godzin ruszają w dalszą podróż ciężarówkami. Ten proces wykształcił się dopiero w XXI wieku.

Aby to sprawnie działało, przemysł wytworzył grupy logistyczne. To gigantyczne skupiska magazynów, gdzie mogą wjechać samochody i kolej, mające dostęp do transportu wodnego i powietrznego, często koordynowane elektronicznie. Można pomyśleć: „To naprawdę zaawansowana technika”. Okazuje się jednak, że taka praca wciąż wymaga zatrudniania tysięcy pracowników. W Stanach Zjednoczonych jest 60 skupisk magazynowych, jednak z tej grupy wyróżniają się trzy: port w Nowym Jorku i New Jersey, teren portowy w Los Angeles i Long Beach, oraz Chicago. Każde z nich zatrudnia na niewielkim, ograniczonym terenie po 100 tysięcy osób.

Za całą ideą outsourcingu w latach 80. stała chęć przełamania koncentracji robotników w takich miejscach jak Detroit, Pittsburg czy Gary. A co te wielkie firmy robią obecnie? Co za zbieg okoliczności – zatrudniają nieprzebrane masy pracowników fizycznych i skupiają ich w jednym miejscu. Ewoluuje to w kierunku, który może oznaczać, że te przedsiębiorstwa strzeliły sobie w kolano. To bowiem właśnie tu i teraz tworzy się potencjał, by w związki zawodowe zorganizowały się szerokie masy kiepsko opłacanych robotników. I podejmują oni takie próby.

Inną sprawą jest, że wszystkie te skupiska logistyczne są ze sobą powiązane w systemie pracy „dokładnie na czas”. Oznacza to, że istnieją setki, może tysiące punktów na mapie tego systemu transportowego, a każdy z nich jest podatny na ataki. Jeśli przerwie się pracę w jednym miejscu, z działania zostaną wyłączone całe ogromne tereny.

Komentatorzy medialni, a nawet obecni kandydaci na prezydenta USA, zrzucają winę za miliony utraconych miejsc pracy w amerykańskim przemyśle na handel i outsourcing. Jest Pan sceptyczny wobec takich założeń. Jak może Pan to wyjaśnić?

K. M.: Outsourcing, jeśli tylko ma on miejsce w obrębie naszego kraju – a wciąż w większości przypadków tak jest – może złamać związki zawodowe, może być bardzo nieprzyjemny dla osób, które tracą pracę, ale niekoniecznie eliminuje czy zmniejsza zatrudnienie w USA. Te miejsca pracy po prostu dryfują ku innej grupie pracowników: ku osobom gorzej opłacanym.

Offshoring to inna sprawa, nie jest on też tak powszechny, jak się sądzi. Przeniesienie produkcji zagranicę z pewnością dotknęło takich przemysłów jak hutniczy czy tekstylny, jednak nie możemy go winić za tak duży spadek liczby miejsc pracy, jaki obecnie obserwujemy. Szacuję, że od połowy lat 80. na rzecz importu i offshoringu straciliśmy pomiędzy 1 a 2 mln miejsc pracy.

Od lat 60. aż do kryzysu w 2007 r. produkcja przemysłowa właściwie rosła – i wzrosła aż o 131 proc. Sektor wytwórczy podwoił wydajność. Gdyby wszystko było wytwarzane zagranicą, osiągnięcie takich wyników okazałoby się niemożliwe. Jakim cudem? Wierzę, że odpowiedź leży w zagadnieniu „szczupłej produkcji”. Wydajność podwoiła się, ale liczba miejsc pracy w przemyśle spadła o połowę lub nawet bardziej. I to właśnie wzrost wydajności jest wyjaśnieniem utraconych miejsc pracy.

Politykom bardzo trudno radzić sobie z tą kwestią, bo oznaczałoby to konieczność krytyki przedsiębiorców. Oznacza to powiedzenie im: „Wymagacie zbyt wiele od swojej siły roboczej”. A skoro wielu ekonomistów, polityków i ekspertów sądzi, że wzrost wydajności to wspaniała sprawa, takie ataki są uważane za poniżej krytyki.

Dużo jest załamywania rąk nad przyszłością automatyzacji pracy. Były przewodniczący związku zawodowego Service Employees, Andy Stern, notorycznie opowiada w mediach, że samojezdne ciężarówki zastąpią miliony kierowców.

K. M.: Taka pop-futorologia napędza sprzedaż mnóstwa książek. Przypomina to wielkie przerażenie, które automatyzacja pracy wywołała w latach pięćdziesiątych. Popularne było wtedy snucie przewidywań, że już niedługo nie ostaną się żadni robotnicy fabryczni.

Automatyzacja zmniejszyła liczbę pracowników fabryk, ale nadal jest ich 8 do 9 milionów – pomimo całej tej technologii i pomimo tego, że postęp okazał się o wiele poważniejszy, niż przewidywaliśmy w latach 50. Mam całą półkę książek, których autorzy przewidywali „koniec pracy”. A tymczasem liczba pracowników jest o miliony wyższa niż dawniej. Problemem jest nie to, że robotnicy nie istnieją – lecz to, że miewają się gorzej niż kiedyś.

Wzmożona konkurencja pomiędzy korporacjami doprowadziła do fuzji na masową skalę. Jaki ma to wpływ na pracowników?

K. M.: W latach 90. pojawiła się nowa fala fuzji i nabywania przedsiębiorstw przez inne przedsiębiorstwa, zupełnie różna od znanych nam fuzji i przejęć z okresu od siódmej do dziewiątej dekady XX stulecia. W tych dawniejszych firmy wykupowały produkcję, aktywa finansowe i wszystko, na czym mogły położyć ręce. Fuzje odbywające się od połowy lat 90. zmierzają w zupełnie inną stronę. Wiele firm dąży do pozbycia się filii niezwiązanych z ich główną aktywnością. Na przykład General Electric i General Motors miały w przeszłości ogromne działy finansowe i zrezygnowały z nich, pomimo że przynosiły one spore zyski.

Wszystkie główne gałęzie przemysłu postrzegają fuzje jako tworzenie większych firm-pracodawców. W niektórych z nich skala koncentracji jest ogromna. Jeśli przyjrzymy się na przykład transportowi samochodowemu, zobaczymy, że UPC stało się gigantycznym pracodawcą, jakim nie było 20 lat temu. Z kolei UPS jest obecne na każdym polu logistycznym – nie tylko w dostawach czy transporcie samochodowym, ale także w transporcie lotniczym.

Firmy wykupują zatem to, czego używanie i rozwój leży w podstawowych kompetencjach ich przedsiębiorstwa. Struktura własności wyrównała się i przypomina tę z pierwszej połowy XX wieku, gdy związki zawodowe, łącznie z CIO (Congress of Industrial Organizations), organizowały się w wielkich fabrykach. Taka koncentracja własności po linii rodzaju przemysłu oznacza, że istnieją teraz struktury bardziej racjonalne ekonomicznie, a związki mogą się organizować w ich ramach.

Nie ma więc już miejsca sytuacja, gdy związek urządza strajk w jednym dziale, ale firma ma wiele innych niezwiązanych z nim działów, które nadal pracują i wytwarzają dochód.

K. M.: Owszem. A kiedy przyjrzymy się tej logistycznej rewolucji, dostrzeżemy inny obraz – nazywam go „nowym terenem konfliktu klasowego”. Mamy do czynienia z systemami produkcyjnymi, wytwarzającymi zarówno towary, jak i usługi, które są powiązane o wiele „ciaśniej”, niż były w przeszłości. Firmy są większe, bardziej kapitałochłonne i bardziej racjonalne pod względem ekonomicznym.

Związki zawodowe powinny być zatem w stanie wykorzystać słabe punkty „produkcji dokładnie na czas” i jej logistyki, tak, aby móc rzucić tych nowych gigantów na kolana. W dawną ideę uzwiązkowienia przemysłowego można tchnąć nowe życie, jeśli – podkreślam: jeśli – związki odnajdą się w nowej sytuacji.

Moja opinia jest taka, że siła musi wyjść z samego dołu ruchu pracowniczego. Albo od tych, którzy dziś nie organizują się, jak np. pracownicy magazynów. To potencjał, którego przez dobre pół wieku tak naprawdę nie było.

Konsolidacja przemysłu i rewolucja logistyczna to rzeczy, które pojawiły się w ostatnich 10-15 latach. Kiedy pracownicy i związkowcy tych przemysłów przyjrzą się tej sytuacji, okaże się, że to dla nich coś zupełnie nowego. Uświadomienie sobie władzy, jaką ma oraz słabych punktów, jakich musi się wystrzegać, zajmuje klasie pracującej zazwyczaj jedno pokolenie. Tak było, gdy produkcja na masową skalę rozwinęła się na początku XX wieku. Do przewrotu politycznego w latach 30. [mowa o New Deal – przyp. redakcji] minęło prawie jedno pokolenie.

Inna poważna zmiana nastąpiła w strukturze demograficznej klasy robotniczej. Co oznaczają takie przemiany?

K. M.: Proces tej zmiany trwa od lat 80. i będzie postępował nadal – to zmiana składu rasowego i etnicznego całej populacji, jednak szczególnie skoncentrowana w klasie robotniczej. Na przykład, jeśli przyjrzymy się zawodom, które Bureau of Labor Statistics określa mianem „transportu i przewozu materiałów”, to dowiemy się, że w latach 80. tylko 15 proc. pracowników było tam pochodzenia afroamerykańskiego, latynoskiego lub azjatyckiego. Dziś to 40 procent.

Pracownicy o kolorze skóry innym niż biały stanowią obecnie o wiele większą niż dawniej część siły roboczej, głównie z powodu imigracji. Największy wzrost odnotowano oczywiście wśród pracowników pochodzenia latynoskiego. 30 do 40 procent pracowników o kolorze skóry innym niż biały, jest zrzeszonych w związkach zawodowych.

Wygląda na to, że prawica wykorzystuje tę okazję i pogrywa na strunie zmian demograficznych w kraju.

K. M.: Dzieje się to w całym świecie zachodnim. O wiele łatwiej jest za brak pracy, mieszkań i przepełnione szkoły winić imigrantów, niż wymyślić, jak zmierzyć się z faktycznymi siłami, które za to odpowiadają. W efekcie wiele osób wierzy, że ich problemy zostaną rozwiązane dzięki zamknięciu granic, odesłaniu ludzi do krajów pochodzenia – bądź dzięki trzymaniu muzułmanów z dala od USA.

Mamy potencjał, by stworzyć ruch pracowniczy znacząco różny od wszystkiego, co kiedykolwiek wcześniej widziała Ameryka, a także inne kraje. Czyli ruch wielokulturowy, wielorasowy, ogromny, wciąż rozwijający się i zagarniający nowe tereny i pola, o których rozmawialiśmy.

Rozmawiał Chris Brooks
Tłumaczyła Magdalena Okraska

Powyższy wywiad została przeprowadzony w lipcu i sierpniu 2016 r. i opublikowany na portalu labornotes.org. Na potrzeby przedruku pominięto jedno pytanie, dotyczące szczegółowych rozważań o regionalnym zróżnicowaniu rynku pracy w USA.

Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy?

„Jestem patriotą i wolałbym aby jak najmniej Polaków umierało na czerwonego raka” – przeczytałem w komentarzu internauty pod jednym ze swoich tekstów. Felieton dotyczył m.in. walki z malarią. Przywołałem w nim założyciela Microsoftu, Billa Gatesa, który stwierdził niedawno, że badania nad wspomnianą chorobą nie opłacają się firmom farmaceutycznym. Wspomniany komentator zdiagnozował u mnie fascynację komunizmem. Podejrzewał też z detektywistycznym zacięciem, że reprezentuję partię Razem.

W mniemaniu tego człowieka, jak i wielu innych, rozprzestrzeniam najbardziej śmiercionośną chorobę świata. Przecież to oczywiste, że raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę. Tylko głupiec nie zdaje sobie sprawy, że największą bolączką Polaków i Polski oprócz, rzecz jasna, islamizmu, jest lewactwo. Zacząłem od drobnego, błahego wręcz przykładu, bo świetnie pokazuje rodzime absurdy. Poszukiwanie wrogów wewnętrznych i zewnętrznych wychodzi nam znacznie lepiej niż diagnozowanie sytuacji społeczno-gospodarczej.

Gdyby było inaczej, Polacy płakaliby nad wyzyskiem, współczuli przedstawicielom zawodów najgorzej opłacanych, ubolewali nad praktycznie nieistniejącym rynkiem państwowych mieszkań na wynajem, przeklinali fatalny transport publiczny. Listę spraw można wydłużać w nieskończoność. Co mamy w zamian? Choćby stygmatyzację rodzin, które korzystają z programu 500+. Tu się na chwilę zatrzymam. Mój znajomy ma pięcioro dzieci. Kilka miesięcy temu, niedługo po rozpoczęciu wypłat z programu, spacerował ze swoimi pociechami po mieście. – 2 tys. złotych – usłyszał w pewnym momencie. Początkowo nie skojarzył, o co chodzi. Za chwilę dotarło do niego, że ktoś przeliczył jego rodzinę na pieniądze z 500+. To niejedyny przykład. Sam słyszałem kilkukrotnie w autobusie i na ulicy podobne docinki w odniesieniu do rodzin z większą liczbą dzieci.

Rów podziału, który kopały przez lata elity polityczne, jest bardzo głęboki. To dlatego Marlena Joks, członkini zarządu Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości, mówi głośno i bez żenady, że budowanie przez państwo tanich mieszkań to potencjalny kłopot dla deweloperów. „Zmiana struktury mieszkańców może prowadzić do konfliktów społecznych, a poza tym w dłuższej perspektywie mogą spaść ceny apartamentowców sąsiadujących z działką” – raczyła powiedzieć. Interesujący jest fakt, że, poza paroma „lewakami”, obawy tej pani nie przeraziły zbyt wielu.

Często się zastanawiam, jak to jest, że na większe współczucie wielu moich rodaków może liczyć bogacz, którego partia Razem chciałaby obłożyć in spe sprawiedliwym podatkiem, niż ofiary kamieniczników czy ochroniarze pracujący po 12 godzin dziennie za kilka złotych za godzinę. Gdzie, do cholery, podziała się empatia? Z drugiej strony, nietrudno dostrzec schizofrenię. Dlaczego bowiem prawicowy PiS wygrał w ubiegłym roku wybory w Polsce? Odpowiedzi jest wiele, ale nie pomylę się, gdy napiszę, że stało się to również dlatego, że Polacy nie czuli się beneficjentami sukcesu, o którym trąbiła przez lata Platforma. Hasła socjalne z kampanii Prawa i Sprawiedliwości padły więc na podatny grunt.

To taki polski paradoks, że partia na wskroś konserwatywna, ocierająca się czasem o narrację skrajnie prawicową, doszła do władzy z lewicowymi hasłami na sztandarach. Jeszcze smutniejsze jest to, że jednocześnie dla wielu przedstawicieli tej partii „lewactwo” to główne zło tego świata. Można zżymać się na media głównego nurtu za to, że obrzydziły lewicę Polakom, utożsamiając ją z SLD. Można irytować się na to ostatnie ugrupowanie, że z lewicy uczyniło – excuse-moi – nalepkę na sedes. Wszystko to musztarda po obiedzie. Lewicy bowiem dziś w parlamencie nie ma i niewiele wskazuje, że zmieni się to w najbliższej dekadzie. Jakaż to ironia losu, że prawicowa partia pobiła lewicę hasłami, które powinny być fundamentem tej ostatniej i jeszcze linczuje na poziomie semantycznym wszystko, co z lewicą ma się kojarzyć.

Można mieć w głębokim poważaniu cały ten spór rozbijający się o nazewnictwo i definiujący strony politycznego konfliktu. W zasadzie każdy, kto wyczekuje utopii, jaką jest sprawiedliwość społeczna, powinien się cieszyć z pomysłów PiS, które śmiało można uznać za lewicowe. Problem w tym, że na jeden dobry lub przynajmniej zadowalający pomysł przypada dziesięć złych lub bardzo złych. Jakich?

Jednym tchem mogę wymienić kilka z nich. Wizja puszczy, leśnictwa i środowiska autorstwa ministra Szyszki. Polityka zagraniczna ministra Waszczykowskiego, znaczona brakiem dyplomacji tam, gdzie dyplomacja jest kluczowa. Wynikający z tej ostatniej konflikt z Unią Europejską, otwarta wręcz walka z wartościami europejskimi i stawianie ich w kontrze do tego, co polskie (czytaj: dobre). Otwarte podjudzanie obywateli przeciwko uchodźcom. Zawłaszczenie mediów publicznych na jeszcze większą skalę niż poprzednicy i zamiana programów informacyjnych w tychże w propagandową tubę władzy. Doprowadzenie do sytuacji, w której ustawy uchwalane przez Sejm nie mają de facto żadnego recenzenta i instytucji, która mogłaby wskazać ich wady. Mogę tak wymieniać owoce dobrej zmiany do jutra. „Apele smoleńskie” znalazłyby się na szarym końcu tej listy, jako kuriozalne, ale mało znaczące. Jasne, stan wojny psychologicznej z UE jest mniej wymierny niż liczba środków, które trafiły do rodzin w ramach 500+. Podobnie nie zmierzymy łatwo, jakie będę społeczne konsekwencje utożsamiania uchodźców z terrorystami.

Właśnie dlatego trudno cieszyć się z 500+ czy Mieszkania+. Czytałem komentatorów, którzy przywoływali w tym kontekście Słowackiego. Bo podobno „nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”. Nie do końca jestem pewien jednak, co w tym zestawieniu jest różą, a co lasem.

Rok szkolny po zmianie

Pierwszy rok nowego kierownictwa MEN niestety okazał się czasem regresu. I to regresu w nieoczekiwanym wymiarze – pod względem reformowania polskiej szkoły w prospołecznym duchu. Trend reform uległ zahamowaniu, a w niektórych kwestiach wręcz cofnięciu.

Niebawem nowy rok szkolny. Pierwszy po nadejściu „dobrej zmiany”, która objęła także system oświaty. Ba, edukacja odgrywa – jak chyba u niemal każdej władzy, która pragnie gruntownie przebudować zastaną rzeczywistość – poczesną rolę. Co prawda większość przed- i powyborczych zapowiedzi czeka dopiero na realizację, jednak pierwsze decyzje już zapadły. Można z grubsza powiedzieć, że pierwsza faza oświatowej (kontr)rewolucji dotyczy bardziej samej struktury organizacyjnej systemu kształcenia niż jego treści. Cofnięcie „reformy sześciolatków”, decyzja o likwidacji gimnazjów, zmiany w uprawnieniach kuratorów, likwidacja dotychczasowych zasad godzin karcianych itp. to bilans pierwszego roku urzędowania Anny Zalewskiej w MEN. Widać, że w większości zmiany te polegają na odwracaniu tego, co zrobiły poprzednie rządy (sześciolatki, godziny karciane, gimnazja). Zresztą krokom tym towarzyszyła wypowiadana publicznie (np. podczas tzw. sejmowego audytu) diagnoza o fatalnym stanie oświaty, jaki zastano po poprzednikach.

Tymczasem sprawa wydaje się bardziej złożona. Z jednej strony, nie okiełznano wielu negatywnych tendencji, z drugiej – wprowadzono w drugiej kadencji rządów PO-PSL szereg postępowych reform, czyniących polską oświatę znacznie bardziej odpowiedzialną społecznie i obejmującą grupy w trudniejszej sytuacji. Trudno powiedzieć, jaki obraz otrzymamy pod koniec obecnej kadencji, jednak pierwszy rok wypada pod tym względem niestety dość niekorzystnie. Proponowane i podjęte działania nie prowadzą do rozwiązania palących problemów edukacyjno-społecznych, z którymi nie poradzili sobie poprzednicy, a mogą je wręcz pogłębić. Z drugiej zaś strony, wyhamowaniu uległ proces „prospołecznego” reformowania oświaty, jakie miało miejsce za czasów Szumilas i zwłaszcza Kluzik-Rostkowskiej.

Niewątpliwie rządom PO-PSL nie udało się zmierzyć z wieloma problemami oświatowej rzeczywistości. Ostatnie lata to także czas likwidacji – za sprawą niżu demograficznego – placówek szkolnych, zwłaszcza na obszarach peryferyjnych. Sieć szkolna jest dziś mniej gęsta na prowincji, co również przyniosło szereg ubocznych niepożądanych skutków dla uczniów wiejskich (zwłaszcza tych ubogich i z niepełnosprawnością), jak i dla lokalnych społeczności. Zdaje się, że władza nie umiała skutecznie odpowiedzieć na te procesy. Nie poradzono sobie też z problemem prywatyzowania szkolnych stołówek i zastępowania ich cateringiem. Wiele do życzenia pozostawia funkcjonowanie szkolnych świetlic (o czym przekonuje raport NSZZ „Solidarność”), segregacje między- i wewnątrzszkolne na różnych szczeblach kształcenia, przemoc wśród uczniów i psychospołeczne problemy wielu z nich. Gdyby w tym miejscu postawić kropkę, tendencyjna diagnoza Anny Zalewskiej nie kłułaby aż tak w oczy. To jednak obraz dalece niepełny. Pomyślność polskiej oświaty, która powinna być reformowana w oparciu o rzetelną, a nie tendencyjną diagnozę, wymaga wspomnienia także o działaniach pozytywnych, i to zwłaszcza z perspektywy najsłabszych. Wymienię cztery z nich, które wydają mi się szczególnie godne odnotowania.

Po pierwsze, wprowadzono darmowe podręczniki, poczynając od bezpłatnego elementarza w pierwszym roku reformy, a stopniowo objęto tą regułą uczniów kolejnych klas, do etapu gimnazjalnego włącznie (proces ten miał się domknąć w 2017 r.). Ta zmiana jest chyba jednak najbardziej rewolucyjna ze społecznego punktu widzenia. Odtąd finansowa odpowiedzialność za zakup podręczników spoczywa nie na rodzicach, lecz na państwie, które dystrybuuje książki do szkół. Zmiana ta dotyka wszystkich i tworzy nowy standard, ale najbardziej bezpośrednie korzyści niesie uczniom niezamożnym i ich rodzicom, dla których kilkusetzłotowy koszt wrześniowej wyprawki stanowił nie lada obciążenie, źródło wyrzeczeń i stresów. Ten rok może być pod tym względem łagodniejszy także dzięki wprowadzonemu już przez nowy rząd Prawa i Sprawiedliwości programowi 500+. Wracając jednak do programu darmowych podręczników, o jego dokładnym działaniu można dyskutować – np. czy nie lepiej, aby państwo jedynie finansowało, ale nie produkowało podręcznika, i dawało pedagogom i/lub rodzicom pewne pole wyboru, a wydawnictwom rynek zbytu? Zastrzeżenia może też budzić fakt, że docelowo program nie ma objąć uczniów szkół ponadgimnazjalnych, choć ich opiekunowie wydają nie mniej, a nieraz i więcej na materiały szkolne. O tym warto dyskutować, ale nie zmienia to faktu, że z prospołecznego punktu widzenia zrobiono duży krok w słusznym kierunku. Jest duża szansa, że obecna władza – nawet gdyby zlikwidowano gimnazja – tego mechanizmu nie odrzuci, a co najwyżej go nieco zmodyfikuje.

Po drugie – kwestia sześciolatków i przedszkolaków. Sprawy te traktowałbym łącznie, bowiem jedna poniekąd warunkuje drugą. Pójście wcześniej do szkół nieco starszych maluchów tworzy rezerwy miejsc dla młodszych (3-, 4-, 5-latków) w dotychczasowych placówkach przedszkolnych, których na skutek lat zaniedbań nie jest w Polsce wystarczająco wiele, aczkolwiek ostatnia dekada przyniosła radykalną poprawę – dostęp do nich wzrósł o kilkadziesiąt punktów procentowych. Do tego dodajmy zasadę „godzina za złotówkę”, wedle której pewne czasowe minimum (5 godzin dziennie pobytu w placówce) ma być gwarantowane, a za każdą kolejną godzinę trzeba płacić z własnej kieszeni – ale właśnie symboliczną złotówkę. Ta zmiana również ma znaczenie, zwłaszcza dla dzieci o niższym statusie społeczno-ekonomicznym. Dzięki możliwości znalezienia się w bezpłatnym lub niskopłatnym przedszkolu pojawia się możliwość ograniczenia deficytów wrodzonych lub wyniesionych z domu i przyspieszenia procesów rozwojowych – a tym samym wyrównanie szans. Dla części matek będzie to oznaczało także możliwość podjęcia pracy. Ważny jest również wymiar integracyjny publiczny placówek, w których mogłyby się zetknąć dzieci o różnym statusie – choć w ostatnich latach prężnie rozwija się segment przedszkoli prywatnych z wyszukaną i nierzadko drogą ofertą. Część klasy średniej kieruje swoje dzieci właśnie tam, co sprzyja segregacji. Dlatego ważny jest możliwie jak najszerszy dostęp do publicznej opieki przedszkolnej dobrej jakości, tak by przynajmniej część klasy średniej zatrzymać przy placówkach organizowanych przez gminy. Choć ostatnie lata przyniosły postęp, do powszechności daleko, a najbliższy rok może przynieść pogorszenie. Znów widzimy, jak ważna okazała się reforma „sześciolatków”. Gdy nowa ministra, Anna Zalewska, krótko po objęciu urzędu i bez szerszych konsultacji cofnęła reformę poprzedników, nie tylko zwiększył się poziom chaosu, jeśli chodzi o warunki opieki/edukacji dzieci 6- i 7-letnich, ale także pojawiły się trudności w zapewnieniu miejsc w placówkach dzieciom młodszym, 3- i 4-letnim. Tym bardziej, że dotacja na przedszkolaka jest w przeliczeniu na ucznia znacznie niższa od subwencji oświatowej.

Po trzecie – zdrowa żywność w szkolnych sklepikach i stołówkach. To również przełom. Państwo daje sygnał, że nie jest mu obojętne, z jakich produktów żywnościowych korzystają uczniowie, a ci w mniejszym stopniu zalewani są ofertą śmieciowego jedzenia. Krok ten nabiera znaczenia tym większego, że mamy wśród młodzieży epidemię zagrożeń zdrowotnych, których niewłaściwa dieta jest ważnym – choć bynajmniej niejedynym – czynnikiem sprawczym. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie, a problemy z uzębieniem są wśród nich powszechne. Oczywiście należy pamiętać, że to nie tylko wysokocukrowa dieta, lecz także ograniczony dostęp do opieki stomatologicznej, jej rynkowo cena (i wycena przez NFZ) oraz częstość z niej korzystania sprawiają, że problemy z próchnicą są tak powszechne wśród nastolatków. Należy również pamiętać, że otyłość ma źródło nie tylko w zbyt dużej ilości śmieciowego jedzenia, ale także w siedzącym trybie życia i niewielkiej aktywności fizycznej. Dlatego mierzyć się z tymi problemami, kosztownymi społecznie i ekonomicznie, należy szerzej. Nawet w obrębie czynnika żywieniowego ważna jest nie tylko oferta szkolnych sklepików czy stołówkowego jadłospisu, ale także uświadomienie dzieci i rodziców w zakresie zdrowych nawyków i płynących z nich korzyści. Sam dobór produktów dopuszczonych do sprzedaży również przyczynia się do wyborów dokonywanych przez dzieci. To także sygnał, że państwo obejmuje ten obszar publiczną troską. Ważne jest jednak, by „nie przedobrzyć”. Przyjęte w zeszłym roku przypisy mogły być jednak zbyt wyśrubowane i po latach wolnej amerykanki jawiły się jako zbyt znaczne ograniczenie, budzące opór rodziców i dzieci. Wydaje się, że bardziej zasadne byłoby tu podejście gradualne, polegające na stopniowym eliminowaniu szczególnie niezdrowych produktów i zastępowaniu ich smacznymi, ale i zdrowszymi, oraz próba wyważenia między walorami zdrowotnymi a smakowymi. Konkretyzacją tego rodzaju dylematów jest aktualny spór o drożdżówkę. Być może, zamiast całkowitego ich wyeliminowania ze szkolnej sprzedaży, sensowniejsze jest zadbanie o ich dopuszczalny skład odżywczy (nad czym właśnie trwają prace) oraz równoczesna eliminacja ze sklepików znacznie bardziej niezdrowych produktów oraz rozszerzenie i uatrakcyjnienie asortymentu owocowo-warzywnego. Takie kompromisowe podejście widać w nastawieniu rządzonego przez Konstantego Radziwiłła Resortu Zdrowia, w którego gestii leży piecza nad standardami żywienia w szkołach. Można więc mieć nadzieję, że program zdrowej żywności nie będzie wycofany – mimo że politycy rządzącej formacji, w tym obecna szefowa MEN, nie szczędzili swego czasu gorzkich słów pod jego adresem – a jedynie rozsądnie modyfikowany.

Po czwarte, jeśli już jesteśmy przy temacie zdrowia uczniów, poprzedni rok przyniósł zmiany w zasadach uczęszczania na zajęcia WF. Wprowadzono dwie rzeczy: regułę, że przy ocenianiu liczy się aktywność, obecność, a nie wyniki w sporcie, a także ograniczenie możliwości uzyskiwania zwolnień lekarskich z ćwiczeń na zajęciach wychowania fizycznego. Kroki te mogły przyczynić się do tego, by udział w zajęciach sportowych był bardziej włączający, także dla tych, którzy dotąd z różnych powodów byli mniej aktywni. Jak czytamy w „Gazecie Wyborczej”: Problem zwolnień z WF-u nie jest wydumany. Jeszcze w 2009 r. w polskich podstawówkach miało je tylko 7,5 uczniów, teraz – ponad 19 proc. W tym samym czasie w gimnazjach ten odsetek wzrósł z 19 do 23 proc., a w szkołach ponadgimnazjalnych – z 24 do 36 proc. Zmiany w tym zakresie to również sprawa pierwszej wagi. Współczesne trendy cywilizacyjne sprzyjają siedzącemu trybowi życia i to nie tylko w czasie nauki/pracy, ale także podczas wypoczynku. Zaszczepienie w dzieciach ruchowej aktywności może choć trochę kompensować godziny spędzone przed komputerem. Dostępne dane są alarmujące i pokazują, że młodzież cierpi na wady postawy i ograniczenia sprawności znacznie bardziej w porównaniu z poprzednimi pokoleniami, gdy te były w podobnym wieku. Jak czytamy w „Gazecie Wyborczej”: ponad 80 procent dzieci ma albo płaskostopie, albo koślawe kolana, albo krzywy kręgosłup. A ich kondycja fizyczna jest coraz gorsza – dzisiejszy 15-latek biega 1000 m o 15s dłużej niż jego rówieśnik w 1989 r.

***

Suma wszystkich wspomnianych kroków sprawia, że społeczna odpowiedzialność systemu oświaty wzrosła. Zapewne nie są one wystarczające. Ponadto dla rozwoju dzieci ważne jest nie tylko to, co dzieje się w murach szkolnych i za pośrednictwem tejże instytucji, ale także okoliczności pozaszkolne. Tym niemniej, szkoła ma za zadanie te warunki współkształtować, a także kompensować ich ograniczenia. Jeśli wsłuchamy się w narrację obecnej władzy, zobaczymy, że kuleje społeczny wymiar myślenia o edukacji. Widać to także po pierwszych przeprowadzonych i zapowiedzianych ruchach. Cofnięcie „reformy sześciolatków” niesie wiele problemów, np. zmniejszenie szans na znalezienie miejsca w przedszkolu dla trzylatków. Likwidacja godzin karcianych może ograniczyć części uczniów dostęp do zajęć pozalekcyjnych. Plan likwidacji gimnazjów również nie niesie realnej obietnicy wyrównywania szans, natomiast stan przejściowości i zagrożenia zwolnieniami nauczycieli nie tworzy dobrego klimatu dla efektywnej pracy z uczniem, zwłaszcza tym z trudnościami. Mając to na uwadze, z obawami spoglądam na tory, na które weszła polityka edukacyjna po ostatnim przesileniu politycznym. Nadaktywność w przewracaniu do góry nogami instytucjonalnych ram polityki oświatowej, a w dalszej kolejności także programu (zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty humanistyczne), może sprawić, że z pola widzenia znikną potrzeby i problemy uczniów w trudnej sytuacji. Warto, byśmy wyciągnęli naukę i przemyśleli to, zanim zadzwoni szkolny dzwonek. Oby był to dzwonek budzący do otwarcia się na realne wyzwania społeczne stojące przed polską szkołą, a także na rozsądne modyfikowanie dokonań poprzedników i podjęcie na nowo problemów, z którymi sobie nie poradzili.

O dobre zielone miejsca pracy

Miejsca pracy kontra środowisko naturalne – to stary spór konfrontujący ze sobą związki zawodowe pragnące zapewnić pracę swoim członkom oraz aktywistów protestujących przeciw projektom typu Keystone XL [Kontrowersyjny odcinek rurociągu Keystone prowadzącego z kanadyjskiej prowincji Alberta do stanów Texas i Illinois w USA. Odcinek XL miał się de facto dublować z pierwszym odcinkiem Keystone, przy okazji zagrażając ekosystemom terenów, przez które miał przebiegać. Projekt został ostatecznie odrzucony przez prezydenta Obamę w listopadzie 2015 roku – przyp. tłumacza].

Rozwijający się sektor energii odnawialnej może dostarczyć rozwiązania tego problemu. Przedsięwzięcia z zakresu energii słonecznej i wiatrowej są w stanie dać ludziom pracę, nie zagrażając przy tym planecie. Tylko czy te miejsca pracy będą tak samo przyjazne robotnikom, jak są środowisku?

International Brotherhood of Electrical Workers (IBEW) i związek zawodowy United Steelworkers (USW) pragną zapewnić związkom miejsce w rosnącej w siłę gospodarce niskoemisyjnej. Po dekadach organizowania pracowników w górnictwie, przemyśle rafineryjnym i przedsiębiorstwach użyteczności publicznej, widzą oni nadciągające zmiany. Wprowadzana po latach społecznych nacisków nowa polityka klimatyczna, w połączeniu z siłami rynkowymi, doprowadza do likwidacji rafinerii i elektrowni węglowych, a wraz z nimi miejsc pracy. W ciągu ostatniego roku liczba zatrudnionych przy wydobyciu gazu i ropy spadła o 18 procent, podczas gdy w sektorze energii odnawialnej wzrosła o 6 procent.

O ile są to dobre wieści dla środowiska, to, jeśli chodzi o poziom uzwiązkowienia, cały proces może wpłynąć na jego zmniejszenie. Związkowcy rozpoczęli więc kampanię organizującą pracowników sektora czystej energii. Dane dotyczące reprezentacji związkowej w sektorach energii odnawialnej są skąpe, pochodzą tylko ze źródeł branżowych i różnią się pomiędzy stanami USA. Specjalistka od ekonomiki pracy, Carol Zabin, twierdzi, że na rozwijającym się rynku energii słonecznej w Kalifornii firmy wytwarzające i sprzedające energię odnawialną na skalę przemysłową są tworzone przy pomocy uzwiązkowionej siły roboczej, której zapewniają dobre stawki i dodatkowe świadczenia. Z kolei pracownicy montujący instalacje przydomowe są przeważnie nieuzwiązkowieni i działają w modelu bardziej „elastycznym”, wolnorynkowym. Według National Solar Jobs Census, średnie stawki monterów instalacji słonecznych na skalę przemysłową są o dwadzieścia procent wyższe niż zarobki monterów instalacji przydomowych.

To właśnie instalacje przydomowe są jednym z najszybciej rosnących źródeł energii odnawialnej, co stwarza dobrą okazję dla związków. – Monterzy paneli mierzą się z tymi samymi wyzwaniami, co wszyscy inny nieuzwiązkowieni pracownicy – mówi Maria Somma, dyrektorka ds. organizacyjnych w USW.

Wyzwania te to m.in. stawki niższe od przeciętnych, niepewność pracy, a także brak kolektywnej siły negocjacyjnej, potrzebnej, by zmienić obie powyższe kwestie. Ogólnie zarobki w sektorze energii słonecznej sytuują się znacznie poniżej tych w branży wydobycia i przetwórstwa gazu i ropy, gdzie lata zaangażowania związków zapewniły dobre wynagrodzenia i świadczenia licznym grupom pracowników. Według Bureau of Labor Statistics, mediana stawki godzinowej dla montera paneli słonecznych wynosiła w 2015 roku 18 dolarów, podczas gdy dla operatora rafinerii były to 32 dolary.

Obecnie USW poszukuje sposobów, aby zorganizować pracowników sektora energii odnawialnej w całym kraju. Z uwagi na fakt, że żadna kampania nie została jeszcze oficjalnie ogłoszona, Somma odmówiła jednak podania szczegółów. Wysiłki organizacyjne w tym sektorze napotykają na trzy główne wyzwania: opór ze strony firm z branży i innych pracodawców, rozproszoną geograficznie siłę roboczą oraz samą specyfikę zatrudnienia, które opiera się na outsourcingu i ciągłej zmianie miejsca świadczenia pracy.

Pracodawca jest pracodawcą, nieistotne, czy jest przyjazny środowisku, czy je zatruwa – mówi Somma. Opowiada, że USW już zaobserwowało, jak firmy z branży energii odnawialnej stosują w odpowiedzi na próby organizowania związków zastraszające praktyki: przymusowe spotkania z przełożonymi, groźby zwolnienia, zatrudnianie doradców antyzwiązkowych.

Pracodawcy mogą także zastosować groźbę outsourcingu: Import gigantycznej turbiny wiatrowej z Chin jest w dalszym ciągu tańszy niż wyprodukowanie jej w USA –mówi Somma. A szefowie nie krępują się zbytnio z przypominaniem o tym pracownikom. Przeciwnicy związków także powtarzają zatrudnionym to samo: Informują, że jeśli pojawi się tu związek, nie jesteśmy pewni, czy będziemy w stanie utrzymać naszą konkurencyjność w branży – wyjaśnia Jerry Kurimski, przedstawiciel międzynarodowy IBEW, które także rozwija organizację w branży energii odnawialnej. – Nie powiedzą „przeniesiemy się w inne miejsce” – bo to nielegalne – ale sugestywnie starają się przekazać taką właśnie informację bez wypowiadania jej wprost.

Zanim Kurimski trafił do waszyngtońskiego biura krajowego IBEW, pracował przy budowie farm wiatrowych. Zauważa, że specyfika takiej pracy pogłębia trudności w organizowaniu się: Na terenie elektrowni wiatrowej o powierzchni kilkuset mil kwadratowych znajduje się od pięciu do dziesięciu pracowników. To tworzy bariery dla budowania więzi i zaufania, które jest potrzebne, aby wygrać trudną walkę z szefami.

Jednak bez silnych związków firmy sektora odnawialnej energii mogą zacząć konkurować tylko w wyścigu na dno. Pracownicy branży już dostali ostrzeżenie: w 2006 roku biuro gubernatora Pensylwanii zabiegało, by Gamesa, hiszpański producent turbin wiatrowych, rozpoczął działalność na jej terenie. Zachęcona federalnymi i stanowymi ulgami podatkowymi firma otworzyła zakłady produkcyjne na terenie całego stanu. Zapewniły one pracę 1200 członkom USW, a jeden z zakładów powstał w nieczynnej od dawna stalowni U.S. Steel. Ale gdy po siedmiu latach skończyły się ulgi, skończyły się także interesy Gamesy w Pensylwanii – a wraz z nimi miejsca pracy. Dzięki łatwości przeprowadzenia outsourcingu, większość produkcji Gamesy odbywa się teraz w Chinach i Brazylii, gdzie koszty pracy są niższe, a regulacje mniej sztywne.

Związkowcy uważają, że subsydia publiczne na rozwój energetyki wiatrowej i słonecznej powinny iść w parze z zabezpieczeniem podstawowych wymogów prawa pracy. Pomiędzy rokiem 2008 a 2014 projekty związane z energią odnawialną otrzymały 24 miliardy dolarów pod postacią ulg podatkowych i innych subsydiów. Jeśli chcą publicznych pieniędzy – mówi Somma – pracodawcy powinni zapewnić dobrze płatne miejsca pracy, a także możliwość tworzenia związków zawodowych.

Pomimo tych wyzwań, Kurimski i Somma są przekonani, że gospodarka stanie się bardziej przyjazna zarówno dla pracowników, jak i dla środowiska. Wielu światowych liderów w końcu zaczęło traktować zmiany klimatu poważnie. Podczas zeszłorocznej konferencji klimatycznej w Paryżu przedstawiciele czterdziestu trzech najbardziej zagrożonych państw podpisali deklarację podkreślającą potrzebę całkowitego odejścia od paliw kopalnych do roku 2050.

Stawka jest wysoka, ale związkowcy z pewnością zadbają, by w gorączce tych zmian pracownicy nie zostali potraktowani przez sektor energii odnawialnej jak produkt jednorazowego użytku.

tłum. Filip Gaweł
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „In These Times” 1 lipca 2016 r.

Zmądrzejemy?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że świat na naszych oczach znacząco przyspiesza, jakby kolejne wydarzenia (pucze, zamachy, przewroty, aneksje, upadki rządów) były zamawiane przez redakcje 24-godzinnych mediów informacyjnych. Niestety, coraz krótszy cykl życia medialnego story sprawia, że tak samo szybko jak uwaga świata skupia się na jednym wydarzeniu, tak i szybko o nim zapomina, kierując wszystkie światła reflektorów na inne zjawiska. Niewyobrażalne do niedawna podjęcie przez Wielką Brytanię decyzji o opuszczeniu Unii Europejskiej dziś wydaje się powoli przechodzić do kącika wspomnień – a szkoda. Lekcja, którą dostał brytyjski i europejski establishment w postaci wyników głosowania o „Brexicie”, ma ponadczasowy wymiar.

Wielka Brytania osłabia decyzją o Brexicie samą siebie, a także Unię Europejską, na nowo próbując ułożyć sobie relacje z dotychczasowymi partnerami gospodarczymi i coraz częściej spoglądając z nadzieją w stronę przyszłościowego partnerstwa z Chinami. Chociaż rozmiar strat spowodowanych decyzją o wyjściu z UE jest dla Zjednoczonego Królestwa trudny do przewidzenia, pewne jest, że kraj ten na tym straci. Szczególnie dotknięte gospodarczymi konsekwencjami niepewności co do relacji z kontynentem będą północne rejony przemysłowe Anglii. Ze względu na silne powiązania gospodarcze wielu północnoangielskich rejonów z odbiorcami i kooperantami z Unii, to te obszary będą najsilniej odczuwać brak spodziewanych decyzji inwestycyjnych i modernizacyjnych dotyczących łańcuchów wartości produktów, których odbiorcy są na kontynencie. Bezpieczniej będzie bowiem, z punktu widzenia inwestora lub kooperanta, tworzyć swój ekosystem gospodarczy na „pewnym”, kontynentalnym gruncie. Mieszkańcy północnej Anglii nie powinni też zbyt mocno liczyć na osłabienie presji ekonomicznej ze strony imigrantów z Europy Środkowej. Trudno bowiem wyobrazić sobie, aby pozostająca poza UE Wielka Brytania mogła liczyć na jednoczesne całkowite zachowanie przywilejów handlowych oraz jednostronne ograniczenie przepływu ludności z Unii.

To właśnie głosy północnej Anglii sprawiły, że kampania na rzecz opuszczenia Unii okazała się sukcesem. Skala poparcia dla Brexitu była zaskakująco wyższa niż w sondażach, które co do preferencji innych regionów nie myliły się niemal wcale. Dlatego reakcja popierającej Unię południowoangielskiej wielkomiejskiej klasy średniej na decyzję Północy była mieszaniną wyrzutu, złości i pogardy. Jakże bowiem inaczej mieszkańcy północnej Anglii mogli głosować za Brexitem i pogorszeniem swojej sytuacji ekonomicznej, jeżeli nie z czystej ignorancji?

Ewidentnie moment zainteresowania „Północą” (a raczej wszystkimi gorzej radzącymi sobie rejonami) przyszedł zbyt późno – i tylko w postaci połajanki. Zapomniane przez angielski establishment rejony północnej Anglii, nie potrafiące wciąż dojść do siebie po thatcherowskich reformach i nieproporcjonalnie mocno dotknięte polityką cięć wydatków sfery publicznej przez rząd Davida Camerona, dostały w trakcie kampanii referendalnej od zwolenników wyjścia z Unii populistyczną antyimigrancką papkę. Od establishmentu popierającego pozostanie w Unii nie dostały nic. Na politycznym przedreferendalnym bazarku nadzieję ofiarowali tylko zwolennicy Brexitu; zwolennicy pozostania nie mieli takiej waluty. Wykluczał ją bowiem konsensus polityczno-medialno-biznesowego establishmentu, w fanatyczny sposób broniącego torysowskiej polityki cięć i „reform” nawet najbardziej bolesnych materialnie dla uboższych warstw. A zatem brak możliwości wyboru poprawy własnego losu okazał się demoralizujący dla głosujących i fatalny w skutkach dla państwa – Brexit wygrał. Owszem, nienaruszalny konsensus nie drgnął ani o milimetr, jednak w międzyczasie cały kraj ruszył w nieznane.

Również w naszym kraju pewną popularnością wśród środowisk opiniotwórczych cieszy się pogląd, że nadzieja na poprawę warunków bytowych powinna być walutą zakazaną na politycznym i wyborczym bazarku. Takie „schlebianie ludowi” jest bowiem uznawane przez wyrazicieli tego poglądu za populizm, nierozsądne, krótkowzroczne, może nawet nieetyczne rozdawnictwo, które z pewnością musi skończyć się katastrofą budżetową. Konsensus wyrazicieli tego poglądu jest taki, że dokonanie bardziej wyrazistej redystrybucji jest po prostu niemożliwe – a nawet jeżeli możliwe, to przypomina ignorowanie sił grawitacji: po początkowym impecie dobrych chęci musi nastąpić bolesne sprowadzenie na ziemię. Doskonałym przykładem tego typu przekonań jest kwestia wprowadzenia dodatku 500+. Zwolennik konsensusu „ludzi rozsądnych” powie, że 500+ jest pustą obietnicą, która nie może być zrealizowana. Kiedy już ta obietnica się zrealizuje, z równą pewnością stwierdzi, że jest to tylko świetny aprioryczny dowód nadchodzącej katastrofy (…bo przecież jest niemożliwe).

Tego typu logika towarzyszyła również przez ostatnie dwie kadencje kręgom, które w swoim mniemaniu były środowiskiem zaplecza intelektualnego bliskiego rządowi. W praktyce (zwrócił na to uwagę m.in. Robert Krasowski) rządy PO-PSL niespecjalnie czerpały z rad liberalnych intelektualistów. Niewielki zwrot w stronę bardziej prospołecznej polityki mógłby być mocniejszy, ale powstrzymywały go wcale nie dobre rady zwolenników konsensusu, lecz obawa o reakcję Komisji Europejskiej wobec kraju w procedurze nadmiernego deficytu. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że bez zagrożenia sankcjami KE nie doszłoby do cięć i deflacyjnej polityki lat 2012-13, na co wskazywać może także nazwanie przez byłego premiera Tuska wyczynowych reformatorów mianem „doktrynerów, eksperymentatorów, wariatów”.

Jakie dobre rady oferowali liberałowie (na łamach np. „Liberte” lub działu opinii „Wyborczej”) poprzedniej koalicji? Skończenie z polityką „ciepłej wody w kranie” i zabranie się za konieczne, niepopularne reformy. Mniej rozdawnictwa, zabranie się za „przywileje”, koniec urabiania społeczeństwa drobnymi prezentami, szarpnięcie cugli liberalizmu. Dlaczego? Bo takie postępowanie jest konieczne, a każde inne musi się skończyć katastrofą. Radom towarzyszyły przestrogi: jeżeli nie weźmiesz się, rządzie, za rozbuchane socjalne wydatki i przywileje, nie zrobisz „reformy finansów publicznych” (tj. drastycznych cięć budżetowych), jeżeli nie zmniejszysz obciążeń przedsiębiorców – będzie źle!

Oczywiście gdyby kierujący poprzednią koalicją stosowali się do dobrych rad życzliwych intelektualistów, skali konsolidacji władzy mógłby dziś zazdrościć PiS-owi prezydent Turcji Erdogan. Szczęśliwie, sytuacja w Polsce A.D. 2016 jest inna i pomimo wielu niepokojących zjawisk, w zasięgu naszych możliwości zaczyna być stworzenie kraju, w którym społeczeństwu w przeważającej większości żyje się co najmniej znośnie. Potrzeba jednak, by konsensus dotyczący przynajmniej fundamentów społeczno-ekonomicznych był ponadpartyjny, podobnie jak w krajach Europy Zachodniej po II wojnie światowej. Wydaje się, że tak właśnie będzie.

Wbrew wieszczom imposybilizmu, 500+ jest możliwe do sfinansowania w tym i kolejnym roku. Jeżeli rząd na własne życzenie nie rozchwieje budżetu, to przy progresywnych przesunięciach w podatku PIT uda się uczynić 500+ programem permanentnym, z którego nie zrezygnują również kolejne ekipy. W międzyczasie, dzięki efektom poprawy ekonomicznej sytuacji mniej zamożnych Polaków, możliwe będzie nie tylko takie zwiększenie spójności i stabilności społecznej, jakie wykluczy organizowanie impulsu zbiorowego przez mrzonki typu „Polexit” czy wojenki kulturowe, ale i umożliwi zbudowanie zaangażowanego, dobrze poinformowanego społeczeństwa obywatelskiego. Aby dobrze wykorzystać tę nadarzającą się historyczną okazję, warto uczyć się na błędach cudzych i własnych. I wyciągać z nich wnioski.

Lewica bez państwa, państwo bez lewicy

Wiem, co środowiska lewicowe w Polsce myślą o kapitalizmie, miejskim aktywizmie, mniejszościach seksualnych, zmianie klimatu, Kościele katolickim, ksenofobii, eksmisjach, marksizmie, Antonim Macierewiczu, prekariacie, weganizmie, skłotersach, a nawet o piłce nożnej. To dobrze. Nie wiem za to, co wiedzą o instytucjach publicznych i jak je rozumieją. I dostrzegam w tym pewien problem.

Pozwólmy sobie na śmiałe ćwiczenie wyobraźni. Za osiem, może dwanaście lat lewicowa partia wygrywa wybory parlamentarne i dochodzi do władzy. Do obsadzenia są nie tylko najwyższe urzędy ministerialne i miękkie fotele prezesów/prezesek spółek skarbu państwa. Okazuje się, że trzeba zarządzać całym aparatem administracyjnym III Rzeczpospolitej po plus/minus dwudziestu latach sterowania nim przez ugrupowania prawicowe. Trzeba zająć się nie tylko ministerstwem pracy i polityki społecznej, ochroną zdrowia i mieszkalnictwem, nie tylko resortami siłowymi, ale również Instytutem Pamięci Narodowej. Dodajmy do tego, że zwycięska lewica będzie musiała także spróbować zyskać choć częściową kontrolę nad agencjami obsługującymi wieś, przeniknąć mechanizmy działania tego, co zostanie ze służby cywilnej i licznych instytucji, takich jak terenowe oddziały Sanepidu, które dzisiaj właściwie dla nikogo nie istnieją. Wtedy przyjdzie także układać sobie relacje z sądownictwem i prokuratorami, z publicznymi mediami, celnikami.

W publicystycznym skrócie: wyobraźmy sobie zatem moment, gdy lewica znów odpowiada za kształt rodzimej rzeczywistości. I do listy lektur koniecznie musi dodać pozycję Maxa Webera o biurokracji. To już nie miejski aktywizm, nie polityka na szczeblu samorządowo-lokalnym, już nie ruchy protestu, panele dyskusyjne, pikiety i marsze, skłoty, prekariacki/inteligencki żywot, już nie debata akademicka. To już nie tylko związki zawodowe jako ewentualny partner do dyskusji – ale również świat biznesu i ambasad obcych państw, świat giełdy, agencji ratingowych i tajnych służb, które skrupulatnie zbierają materiały na polityków i polityczki krajów sojuszniczych, neutralnych i wrogich. To również pytanie o to, czy – pozwolę sobie na metaforę – rządząca lewica znajdzie współpracowników i kadry, którzy pomogą kłaść i remontować szyny, otwierać dawno zamknięte dworce kolejowe, a może nawet zrobi deglomerację. Właściwie podjęcie już tylko tego jednego zadania byłoby czynem iście rewolucyjnym.

Wiem, stawianie takich pytań latem 2016 roku, gdy debatą publiczną rządzą inne emocje, a nawet najkorzystniejsze dla lewicy słupki sondażowe są warte tyle, co fusy od kawy, zakrawa na ekstrawagancję. Ale naprawdę nigdy dość ćwiczeń z wyobraźni i odrobiny futurologii. Gdy mowa o przewinach Sojuszu, to jednym z ciekawszych, a chyba rzadko poruszanych wątków jest to, że upadek SLD zablokował środowiskom lewicowym kontakt z państwem jako rzeczywistością (bez)rozumną. Obecnie wiedza o państwie polskim, ta wiedza rzeczywista, czyli w większości kuluarowo-towarzysko-strukturalna, jest właściwie w depozycie prawicy (w jej nurcie są w zasadzie także po-PRL-owscy ludowcy czyli PSL) i coraz mniej licznych reprezentantów „starej lewicy”. Przypomnę, że premier Belka przestał pełnić swój urząd w październiku 2005 roku. Od ponad dekady coraz mniejsze grono ludzi w jakikolwiek sposób związanych z lewicą ma pogłębiony kontakt z tym, co dzieje się wewnątrz polskich instytucji, z panującymi tam nastrojami, wizjami własnej pracy i państwa, któremu się służy czy też powinno służyć, z realiami pracy wysoko, ale też nisko postawionych i źle opłacanych pracowników.

Po lewej stronie nie ma i właściwie nie może być obecnie żadnego odpowiednika choćby Klubu Jagiellońskiego, czyli instytucji działającej na przecięciu idei, instytucjonalnej praktyki i politycznych znajomości i możliwości – nie ma żadnych wind do strefy realnych politycznych oddziaływań.

Pewien kontakt z instytucjami publicznymi gwarantują młodszym pokoleniom działaczy lewicy związki zawodowe, choć sytuacja jest daleka od doskonałości: ani ZNP, ani OPZZ nie mają dziś przecież w partii Razem silnego partnera politycznego, z którym da się planować jakąkolwiek wiążącą wspólną przyszłość, a z SLD załatwiają swoje interesy od lat własnym sumptem. Póki co jednak świat pracy najemnej zależy w naszej rzeczywistości od woli politycznej tej lub innej opcji centroprawicowej. A choć np. Zieloni czy współczesny PPS nazywają się partiami, to o wiele bliżej im przecież do środowisk społeczeństwa obywatelskiego, klubów polityki nierealnej, niż do świata twardego instytucjonalno-administracyjnego oddziaływania.

Nie piszę tego wszystkiego w tonie protekcjonalnym – uważam to za poważne wyzwanie i ogromne zagrożenie: lewicy grozi swoisty „trend anarchistyczny”, wymuszona bezpaństwowość, instytucjonalny analfabetyzm. W dodatku jest faktem, że instytucjonalnie/organizacyjnie najsilniejszymi reprezentacjami lewicy są dziś związki zawodowe – czyli organizacje i tak przecież słabe jak na standardy ogólnoeuropejskie. Poza tym lewica organizacyjnie to właściwie partyzantka. I to raczej miejska niż wiejska. A Razem jest partią w budowie, która zanim w ogóle wejdzie w przestrzeń zarządzania instytucjami i zawierania z nimi realnych kompromisów czy wymuszania na nich jakiegokolwiek działania, musi dla siebie zdobyć jeszcze dużą część prowincjonalno-pracowniczego elektoratu i trwalsze zaufanie zadłużonej po uszy warstwy aspirującej do klasy średniej. Co gorsza, duża część polskiego społeczeństwa, wraz z przemianami pokoleniowymi, wciąż dryfuje w stronę hybrydy poglądów darwinistyczno-liberalnych i szowinistyczno-wsobnych. A to może blokować lewicowy realny marsz przez instytucje na dłużej niż kolejną dekadę z hakiem. Spójrzmy zresztą prawdzie w oczy: najbardziej opiniotwórcze środowisko młodszej lewicy w Polsce, czyli „Krytyka Polityczna”, nie miało nigdy okazji wystawić własnego kandydata na minister/ministra kultury. A co dopiero mówić o resortach o wiele bardziej upragnionych przez grupy wpływów takich czy innych.

Póki co możemy czytać książki, pisać raporty, uprawiać publicystykę, walczyć o miasta dla mieszkańców, dopominać się o prawa pracownicze, kibicować albo pomstować na 500+. Jest środek lata. Wakacje. Niestety, wakacje lewicy od rzeczywistości w jej twardej instytucjonalnej osnowie potrwają jeszcze długo. Nie wiem co z tym fantem zrobić, zagajam temat.

Wąskie przełyki

Problemy z płynnością ruchu na wielu odcinkach sieci kolejowej to skutki polityki likwidacji „zbędnych” posterunków ruchowych.

To miał być świetny sposób na oszczędności: wraz z przekształceniem stacji w przystanek znikają koszty związane z konserwacją urządzeń sterowania ruchem oraz utrzymaniem rozjazdów, torów dodatkowych i nastawni. Każda stacja przekształcona w przystanek to ponadto obcięcie przynajmniej czterech etatów dyżurnych ruchu.

Polityka likwidacji „zbędnych” posterunków ruchu jest prowadzona na polskiej kolei konsekwentnie od ponad dwóch dekad: gdy po zmianie rozkładu jazdy okazywało się, że planowo na danej stacji nie mijają się pociągi, wówczas zapadała decyzja o jej przekształceniu w przystanek. W ten sposób zdegradowano setki stacji w całej Polsce. Dziś za te oszczędności przychodzi płacić wysoką cenę.

Stacje uznane za zbędne

Na liniach jednotorowych – w wyniku przekształceń „zbędnych” stacji w przystanki – powstały nawet kilkudziesięciokilometrowe odcinki bez możliwości minięcia się pociągów. Trudno w tej sytuacji mówić o wąskich gardłach – to już całe wąskie przełyki na sieci zarządzanej przez spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe.

Jeden z najdłuższych wąskich przełyków powstał na linii Olsztyn – Ełk, na której – po zdegradowaniu stacji Ruciane-Nida – nie ma żadnego punktu umożliwiającego minięcie się pociągów na 57-kilometrowym odcinku między stacjami Szczytno i Pisz. Wjazd jednego pociągu na ten szlak na przynajmniej 75 minut blokuje go dla innych składów.

Pociągi nigdzie nie mogą mijać się na liczącym 43 km odcinku między Opolem a Kluczborkiem. To efekt tego, że leżąca w połowie drogi stacja Jełowa została uznana za zbędną i przekształcona w przystanek. Z kolei po zdegradowaniu stacji Grodków Śląski, a wcześniej także stacji Lipowa Śląska i Chróścina Nyska, żadnej możliwości minięcia się pociągów nie ma już na całej 47-kilometrowej linii Brzeg – Nysa.

Znikająca przepustowość

Wieloletnia polityka przekształcania „zbędnych” stacji w przystanki doprowadziła do problemów z płynnością ruchu na polskiej kolei. To jeden z wniosków „Analizy odcinków sieci kolejowej o ograniczonej przepustowości”, stworzonej przez Urząd Transportu Kolejowego w czerwcu 2016 r.

Na problem ograniczonej przepustowości najbardziej narażone są odcinki sieci kolejowej, na których pociągi poruszają się po jednym torze w obu kierunkach – czytamy w analizie UTK. – W Polsce często likwidowane były miejsca, w których pociągi mogą się mijać, co dodatkowo zmniejsza przepustowość odcinków jednotorowych.

Dokument opracowano po zebraniu od przewoźników pasażerskich i towarowych informacji o tym, gdzie na sieci kolejowej borykają się najpoważniejszymi problemami z przepustowością. Wśród wskazań jest linia Olsztyn – Działdowo, składająca się na ciąg łączący stolicę województwa warmińsko-mazurskiego z Warszawą. Jak czytamy w analizie UTK, na tej jednotorowej linii problem z przepustowością wynika z małej liczby stacji umożliwiających mijanie się pociągów. W ciągu minionych dziesięciu lat spółka PKP PLK zlikwidowała między Olsztynem i Działdowem dwa takie punkty: Waplewo oraz Komorniki.

Modernizacja na gorsze

Przewoźnicy zwracają uwagę na trudności z zaspokojeniem potrzeb przewozowych na ciągu łączącym Legnicę z Żaganiem i Żarami. W 2014 r., po degradacji stacji Modła, powstał na tej linii 24-kilometrowy wąski przełyk między Rokitkami i Lesznem Górnym.

Również w 2014 r. zapadła decyzja o przekształceniu w przystanek stacji Lotyń, położonej na jednotorowej linii Poznań – Kołobrzeg. Dziś przewoźnicy wskazują, że skutkiem są utrudnienia przy konstruowaniu rozkładu jazdy dla tego ciągu. Degradacje stacji ograniczają też możliwości bieżącej zmiany miejsca mijania się pociągów w przypadku wystąpienia opóźnień.

Gdy dwa lata temu stacja Lotyń została uznana za zbędną, urzędnicy samorządu województwa zachodniopomorskiego w oficjalnym wystąpieniu określili to kolejnym już dyskusyjnym działaniem spółki PKP PLK po degradacji w 2011 r. stacji Sycewice na jednotorowym ciągu Trójmiasto – Szczecin.

Przewoźnicy wskazują, że problemy występują także na liniach, które niedawno przeszły modernizację. Mowa między innymi o ciągu Piła – Szczecin z liczącym aż 44 km wąskim przełykiem między Wałczem i Kaliszem Pomorskim. Zrealizowane w latach 2010-2012 prace modernizacyjne nie objęły bowiem odtworzenia stacji pośredniej Tuczno Krajeńskie. Z kolei w węźle łódzkim w ramach modernizacji… zlikwidowano wszystkie mijanki na jednotorowej linii Łódź Widzew – Zgierz.

Zemsta niepotrzebnych stacji

Spółki towarowe alarmują, że wskutek likwidacji mijanki Raczyce na ciągu Kielce – Staszów powstał 26-kilometrowy odcinek, na którym nie ma możliwości minięcia się składów. Utrudnia to kursowanie pociągów z węglem i biomasą do elektrowni Połaniec.

W 2009 r. do roli przystanków zostały zdegradowane stacje Dalekie i Gierwaty, co mocno obniżyło przepustowość linii Tłuszcz – Ostrołęka. Zemściło się to utrudnieniami w wyznaczaniu objazdów dla składów towarowych podczas modernizacji linii Warszawa – Białystok. Stacja Gierwaty po czterech latach od degradacji została więc odtworzona i dziś znów mijają się tu pociągi. Podobnych przypadków jest jednak niewiele. W 2015 r. spółka PKP PLK przywróciła dawną rolę zdegradowanym wcześniej stacjom Gregorowce (linia Białystok – Czeremcha) oraz Wilkołaz (linia Lublin – Stalowa Wola Rozwadów)

Odtworzenie „zbędnych” posterunków, które jednak okazują się potrzebne, wymaga dużych nakładów. Jeśli bowiem urządzeń z degradowanych posterunków nie zabrano, by uzupełnić braki na czynnych stacjach, to porzucono je na pastwę wandali i złodziei.

Według szacunków Andrzeja Jezierskiego podanych w biuletynie „Na rozjazdach”, odbudowa jednej stacji kosztuje przeciętnie tyle, ile jej utrzymanie przez dziesięć lat.

Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „Z Biegiem Szyn”, nr 4/84 (lipiec-sierpień 2016)
www.zbs.net.pl

Liberalny inteligent patrzy na 500+

Szeroko rozumiane media liberalne zalała fala materiałów mających podważyć sensowność programu Rodzina 500+. Teksty te jednak zaskakująco niewiele mówią o samym programie, za to całkiem sporo o ich autorach i odbiorcach, do których były w zamierzeniu kierowane.

Gdy obserwujemy dyskusję o pierwszych efektach 500+, łatwo dostrzec ewidentne podwójne standardy reprezentowane przez intelektualistów z liberalnej strony polskiej debaty publicznej. Ludzie, którzy w stosunku do przybywającego z zewnątrz „innego” potrafią się zdobyć na bardzo daleko idącą wyrozumiałość, nawet jeśli ten „inny” jest wyraźnie tradycyjny, nie są już w stanie wykrzesać z siebie podobnej empatii w stosunku do „innego” z ich własnej wspólnoty. Zatem gdy mowa o uchodźcach z Syrii, wsparcie w postaci transferów pieniężnych, i to często większych niż „500+”, nie razi, ale jest oczywistym sposobem pomocy osobom w potrzebie. Przybywającym do Europy imigrantom z Afryki i Bliskiego Wschodu nie odmawia się pracowitości, a na argumenty, że na Zachodzie stanowią największe grupy pobierające zasiłki, zauważa się, zresztą całkowicie słusznie, że to nic dziwnego, gdyż siłą rzeczy imigranci, nie będąc u siebie, zasilają dolne warstwy społeczne. Bulwersujące przypadki zachowań części imigrantów kwituje się stwierdzeniem, że nie można wyciągać daleko idących wniosków z pojedynczych wydarzeń, co jest zupełnie zrozumiałe, bo trudno oceniać tak wielką masę osób przez pryzmat grupy najbardziej rzucającej się w oczy. Niestety to zdroworozsądkowe podejście zupełnie znika, gdy nasz rodzimy liberał patrzy na Polaka z dolnych warstw społecznych. Empatii tu już nie uświadczysz, zapomnieć też trzeba o tolerancji dla odmienności i odmiennego stylu życia. W stosunku do „innego” rodaka pozostaje już tylko słabo skrywana niechęć, żeby nie nazwać tego ostrzej.

Okazuje się zatem, że transfery pieniężne akurat na ubogich Polaków działają wyjątkowo destrukcyjnie. „Obywatele 500+” przestają chcieć pracować przy zbiorach truskawek za 1,50 zł od koszyka („Wyborcza”), a plantatorzy borówek nie mogą znaleźć rąk do pracy („Polityka”). Okazuje się, że polski „inny”, mając zapewnione stałe wpływy w postaci zasiłku, woli zostać w domu z trójką dzieci i leżeć na kanapie („Wyborcza”). I to najpewniej dokumentnie zalany, gdyż, jak pokazują 3 (słownie: trzy) przypadki ze 115-tysięcznego Włocławka, w całym kraju rodzice ze społecznych dołów przepijają zasiłki na dziecko („Na Temat”). A na tej całej degrengoladzie cierpi rynek pracy oraz prężni rodzimi plantatorzy owoców, którzy nie mogą znaleźć rąk do pracy i najpewniej będą musieli zwinąć interes.

Bardzo znamienne jest, że w tym lamencie nad rodzimymi plantatorami, który przetoczył się przez niektóre czołowe media, nikt jakoś specjalnie nie zwrócił uwagi na najprostsze rozwiązanie: podwyżkę pensji zbierających owoce. W końcu beneficjenci 500+, którzy nie palą się już specjalnie do katowania swoich kręgosłupów przy zbieraniu truskawek czy borówek, nie stali się nagle wyjątkowo leniwi, tylko po prostu taka harówka przestała im się ekonomicznie opłacać. Każdy człowiek ma w genach dążenie do poprawy swojego bytu i nieważne, czy jest mieszkańcem Wałbrzycha, czy Aleppo (chociaż nasze liberalne elity potrafią to dostrzec tylko w tym drugim), jednak gdy dostępne opcje zupełnie nie są warte zachodu, to racjonalnie jest te starania na jakiś czas zarzucić. Niestety plantatorzy sprzedają swoje produkty tak tanio, że nie mają już wolnych środków, które mogliby przeznaczyć na podwyżki i jednocześnie wyjść przy tym na swoje. Gdy podczas dyskusji na twitterze zwróciłem uwagę, że przecież mogliby podnieść ceny, otrzymałem informację zwrotną w postaci komentarzy w stylu „kto by je wtedy kupił”, „i tak już są po 5 zł za kilo” itd.

I z tak ze sprawy, wydawałoby się, trywialnej, jak kłopoty polskich sadowników ze znalezieniem rąk do pracy, wyłania się prawdziwy obraz porządku społecznego, który stworzyliśmy. Okazuje się, że możemy sobie pozwolić na truskawki tylko dlatego, że część naszych rodaków pracuje za półdarmo. Oczywiście truskawki to tylko symbol – to samo można powiedzieć o tanich produktach z hipermarketów kasowanych przez bardzo źle wynagradzane kasjerki, dzięki czemu mamy np. tańszą musztardę. Możliwość konsumpcji na jako takim poziomie została przez nasze społeczeństwo okupiona tym, że część z nas została pozbawiona godności, ciężko pracując za tak niskie pieniądze, iż nawet 500-złotowy zasiłek na dziecko jest dla ich pracy konkurencyjny. Widać też, jak trywialne są prawdziwe motywacje dla oburzenia naszych intelektualistów, rzekomo walczących o wartości i imponderabilia, a tak naprawdę kierujących się maksymą: „tak, macie pracować za marne pieniądze, bo my chcemy mieć tanie truskawki”.

A przecież wcale nie musi tak nadal być. Wzrost pensji tych zbierających borówki czy innych najgorzej wynagradzanych pracowników nie spowoduje żadnego dramatu gospodarczego. Wręcz przeciwnie, jest bardzo pożądany. Weźmy za przykład owe truskawki, o które było tyle lamentu. Po pierwsze, koszty pracy to tylko część całkowitych kosztów produkcji, więc nawet gdyby plantatorzy musieli podnieść zarobki dwukrotnie, to ich produkt zdrożałby co najwyżej o 1/3. Trudno podejrzewać, że wzrost ceny truskawek o 1,5-2 zł na kilogramie nagle spowoduje, że Polacy masowo przestaną kupować owoce, które wyjątkowo lubią. Nie przerzucą się też chociażby na sprowadzane mrożonki, gdyż te są zwyczajnie gorszej jakości, a w przypadku owoców świeżość ma ogromne znaczenie. Również wśród odbiorców korporacyjnych (masowi detaliści, producenci przetworów) zmiana dostawcy na zagranicznego nie musi nastąpić – w końcu import zawsze wiąże się z kosztami transakcyjnymi, które „zjadają” korzyści z niższej ceny. Tym bardziej w przypadku owoców, które łatwo się psują. Gdyby import tańszych odpowiedników był taki oczywisty, to nikt by nie sadził truskawek np. w Holandii czy w Niemczech, gdzie koszty pracy są dużo wyższe niż w Polsce. Powyższy wywód dotyczy truskawek, ale można go odnieść do prawie każdego obszaru działalności. Rzekoma konieczność utrzymania niskiej ceny stanowi jedynie alibi dla producentów wolących wymuszać niskie płace na pracownikach, niż twardo negocjować wyższą cenę z odbiorcami, których pozycja negocjacyjna jest dużo wyższa.

Tymczasem wzrost płac najniżej wynagradzanych Polaków opłaci się także tym, którzy przed podniesieniem ich pensji bronią się obecnie rękami i nogami. W końcu będzie to oznaczało, że włączymy w wymianę rynkową tych, którzy obecnie są z niej wykluczeni. A to oznacza poszerzenie bazy popytowej i to na jej dole, czyli w sposób najbardziej opłacalny z punktu widzenia rodzimych producentów. To właśnie klienci z dołów społecznych wydają całe swoje dochody (nie starcza im na odkładanie), robią to w kraju (nie stać ich na zagraniczne zakupy), i to na najczęściej na wyroby krajowe, gdyż te są z reguły tańsze, a wśród zakupów najuboższych dominują produkty podstawowe, które zwykle dostarczane są przez producentów krajowych. Inaczej mówiąc, być może truskawki nieco zdrożeją, ale okaże się, że po raz pierwszy w życiu będą je mogli w końcu kupić ci, którzy je zbierają. Tak więc sadownicy odbiją sobie wzrost płac wzrostem popytu.

Trudno też na poważnie brać doniesienia o przepijaniu 500+. Informacja o trzech przypadkach libacji za 500+ w 115-tysięcznym Włocławku, która miała być dowodem na degenerujący wpływ zasiłku na Polaków, tak naprawdę pokazuje tylko, że jest to zjawisko marginalne. Oczywiście media nie pokażą tych tysięcy rodzin, którym wsparcie na dzieci pomogło autentycznie podnieść poziom życia, lecz skupią się na kilku bulwersujących przypadkach marnotrawstwa. Jednak nie zmienia to faktu, że bez wątpienia tych pierwszych jest nieporównywalnie więcej. Czy mamy rezygnować z pomocy tysiącom potrzebującym tylko dlatego, że załapie się na nią przy okazji również paru pijaczków? Czy zamiast kreować politykę społeczną z myślą o zdecydowanej większości ciężko pracujących Polaków, mamy ją dostosowywać do wąskiego marginesu?

Sens idei wsparcia socjalnego często tłumaczy się metaforą. Wyobraźmy sobie, że jest pożar, a my mamy do dyspozycji tylko ograniczone źródło wody i przeciekające wiadro. Czy w takim przypadku zrezygnujemy z próby ugaszenia ognia tylko dlatego, że część wody wycieknie i się zmarnuje?

No cóż, osobiście wolę, żeby drobna część naszych podatków sfinansowała wódkę dla kilku pijaczyn, jeśli dzięki temu tysiące polskich rodzin podniesie swój standard życia. Wolę też zapłacić trochę więcej za truskawki, jeśli dzięki temu część moich rodaków będzie miała nieco bardziej godne pensje. Oczywiście polscy wykorzenieni intelektualiści nie zdzierżą tej świadomości, ale kto by się tym przejmował. Święte oburzenie liberalnego inteligenta jest równie interesujące, co libacja we Włocławku.

Mniej pracy, więcej czasu

Feministyczne media pełne są komunałów, które zasadzają się na opłakiwaniu faktu, że „ograniczenie czasowe” trzyma kobiety w szachu i zmusza je do wykonywania podwójnych obowiązków: rodzicielskich i zawodowych. Oferowane przez owe media rozwiązanie problemu sprowadza się jednak często po prostu do podjęcia większej ilości pracy. „Nie trać z oczu swoich celów!”, „Zegnij kark!” – tak, jak gdyby wyzwolenie było ostatnim z punktów na codziennej liście rzeczy do zrobienia. Pytanie „Czy kobiety mogą mieć wszystko?” sprowadza dziesięciolecia frustracji i wyczerpania do banalnej kwestii lepszego planowania – w jaki sposób kobiety mogą pogodzić niekończący się dzień pracy z przypadającą na nie, konieczną do wykonania, lwią częścią obowiązków domowych i rodzicielskich?

Żaden z tych wyborów nie jest sam w sobie wysoce pożądany, a połączone – stają się nie do zniesienia. Życie nie powinno sprowadzać się do szukania równowagi pomiędzy płatną pracą najemną a obowiązkami domowymi, a więc pomiędzy pracą a pracą. Jeśli zamiast tego dążymy do rozwiązania problemu „ograniczenia czasowego”, powinnyśmy sięgnąć po niewyobrażalne: poprosić o więcej czasu.

Jak pisze w swoim raporcie z 2013 r. Economic Policy Institute, pomiędzy rokiem 1979 a 2007 roczna liczba godzin pracy przeciętnego pracownika wzrosła o 181 – a więc każdy pracujący dorosły bierze na siebie dodatkowe cztery i pół tygodnia pracy rocznie. Jednocześnie pensje stanęły w miejscu. Wydłużony płatny urlop czy nawet urlop macierzyński wciąż nie są dostępne dla wielu Amerykanów i Amerykanek. Większość pracy uważanej za zbyt nieistotną, by ją opłacać – a więc opieka nad dziećmi i stałe obowiązki domowe – pozostała głównie w sferze odpowiedzialności kobiet, którym nie rekompensuje się poświęconego na nią czasu. Te rodzaje odpowiedzialności sumują się. Przeciętna Amerykanka poświęca dziennie ponad dwie i pół godziny na prace domowe i opiekuńcze; co oznacza 42 dni w roku poświęcone na wysiłek bez wynagrodzenia. Nawet dzieci nie umkną przed trendem kurczenia się czasu. Liczba godzin, które muszą poświęcić na odrabianie prac domowych, wzrosła od 1981 r. o 51 procent.

W odpowiedzi możemy zacząć wyobrażać sobie świat bez pracy – a przynajmniej z dużo mniejszą jej ilością. Propozycja podarowania sobie większej ilości czasu silnie zaakcentowana została przez Kathi Weeks w jej książce „The Problem with Work”. Aby pełniej zaprezentować swoją wizję, Weeks proponuje ponowne przeanalizowanie idei powszechnego dochodu podstawowego. Była to popularna w latach 70. XX wieku propozycja, wspierana przez pracowników służb społecznych i do pewnego stopnia przez gabinet Nixona, a polegała na zagwarantowaniu każdemu dorosłemu obywatelowi określonej sumy pieniędzy rocznie, bez względu na to, czy jest on, czy nie jest zatrudniony. Pieniądze te byłyby dystrybuowane przez rząd po równo pomiędzy wszystkimi dorosłymi obywatelami – raz na miesiąc lub raz na rok. Nie stawiano by żadnych wstępnych warunków uzyskania wsparcia. Przyznana suma nie różniłaby się ze względu na liczbę osób w rodzinie, stan cywilny czy wykształcenie lub pensję beneficjenta.

Dochód podstawowy oznacza zapewnienie społeczeństwu minimalnego standardu życia. Choć nie jest on odpowiednikiem wynagrodzenia za pracę ani nie jest wystarczająco wysoki, by je zastąpić, byłby dobrym pierwszym krokiem na drodze ku wytępieniu ubóstwa i zmniejszeniu nierówności społecznych. Różne rodzaje dochodu podstawowego były z sukcesem wdrażane w różnych krajach. Na przykład w Brazylii około jedna czwarta obywateli została objęta programem Bolsa Família, którego celem jest zapewnienie dorosłym osobom bezpośrednich transferów gotówki. Programy pilotażowe wdrażano w tak różnych miejscach, jak Namibia czy kanadyjska prowincja Manitoba. Właściwie pewna forma dochodu podstawowego już istnieje w Stanach Zjednoczonych: od 1976 r. mieszkańcy stanu Alaska otrzymują roczne udziały w dochodach, jakie stan uzyskuje z tytułu wydobycia ropy naftowej. Wspomniane programy te wykazały, że jakość życia objętych nimi obywateli poprawia się – w ciągu dziesięciu lat obowiązywania Bolsa Família liczba Brazylijczyków żyjących w nędzy zmalała o połowę. Pilotaż prowadzony w Manitobie pokazał, że polityka ta wiąże się nie tylko z poprawą sytuacji finansowej, ale również ze wzrostem liczby osób kończących szkołę średnią i zmniejszeniem przypadków hospitalizacji. To chyba nic dziwnego, że idea dochodu podstawowego zyskuje na popularności. Holenderskie miasto Utrecht niedawno ogłosiło, że zamierza podjąć eksperyment z wypłacaniem takiego wsparcia. W Stanach Zjednoczonych dochód podstawowy jest promowany nie tylko przez lewicę, ale także przez niektóre środowiska prawicowe.

Takie wsparcie oznaczałoby zaoferowanie obywatelowi siatki bezpieczeństwa socjalnego – co jest wyjątkowo ważne w czasach braku stabilności gospodarczej. Zmieniłoby także jego życie na wiele innych sposobów i podniosłoby jego jakość. Dochód podstawowy zagwarantowałby beneficjentom finansową wypłacalność, bez względu na rodzaj wykonywanej pracy, status ekonomiczny i zatrudnienie. Oferując pewną kwotę bez żadnych warunków, bez wymogu pracy czy kształcenia się, dochód podstawowy oznaczał będzie wsparcie finansowe bez stygmatyzacji, a więc nową jakość w kontraście do obecnie obowiązującego systemu welfare-to-work [„opieka społeczna skłaniająca do podjęcia pracy” – przyp. tłum.]. Co więcej, przyznając obywatelom pieniądze, które nie pochodzą bezpośrednio z ich pensji, obdarowujemy ich także wolnością i autonomią niezależną od pracy najemnej. Jeśli dodamy do tego skrócenie tygodnia pracy, okaże się, że jednostki, aby przetrwać, nie będą musiały być aż tak zależne od swojej pracy. Da im to pole do rozwijania zainteresowań i umiejętności niezwiązanych z pracą. Może to także oznaczać dla nich więcej czasu dla siebie.

Krytycy dochodu podstawowego twierdzą, że przyznawane bezwarunkowo wsparcie gotówkowe nie jest żadnym zastępstwem silnego systemu opieki społecznej, a więc dochód podstawowy nie może być jedynym rodzajem oferowanego wsparcia. Przekazywana kwota musiałaby być znaczna, jednak nie tak duża, by cierpiały na jej „zabieraniu” istniejące już programy wsparcia społecznego, takie jak opieka zdrowotna czy edukacja. Ponadto, choć pieniądze te uczyniłyby wiele dobrego na polu uniezależnienia obywateli od pracy najemnej, sam w sobie dochód podstawowy nie rozwiązałby kwestii nierównego podziału ciężaru opieki i obowiązków domowych między kobietami a mężczyznami. Badania przeprowadzone w krajach nordyckich sugerują, że ślepa na płeć redystrybucja dochodu, pozbawiona specjalnych zachęt, może nie przynieść wzrostu poziomu równości pomiędzy płciami; jeśli tę samą sumę otrzymuje się za oglądanie telewizji i opiekę nad dzieckiem, jednostka może wybrać tę pierwszą możliwość. To powód, dla którego wprowadzenie powszechnego dochodu podstawowego nie może być jedyną zmianą – wspierane przez państwo instytucje opieki nad dziećmi byłyby zobligowane do przejęcia części obowiązków związanych z gospodarstwem domowym.

Przyznajmy zatem, że to faktycznie sposób, by zyskać więcej czasu. Pytaniem staje się więc: czasu na co? Weeks twierdzi, że społecznie i politycznie akceptowalne jest proszenie o czas wyłącznie na dwie rzeczy: pracę i rodzinę. Domaganie się czasu na cokolwiek innego postrzegane jest jako ekstrawaganckie, nierealistyczne, a co gorsza – stanowi dowód lenistwa. Ale życie nie ogranicza się przecież do tych dwóch sfer, a próba zamykania się tylko w ich obrębie oznacza zaniedbanie całości egzystencji.

Myślenie o świecie z większą ilością czasu pociągnie za sobą zmianę o charakterze teoretycznym: w feministycznej koncepcji „lepszego życia” zmieni położenie koncepcji wartości pracy najemnej na mniej centralne. Od czasów drugiej fali feminizmu większość jej przedstawicielek podtrzymuje opinię, że praca najemna poza domem jest dla kobiety drogą do niezależności i wolności. Feministki głównego nurtu często wychwalały miejsce pracy jako przestrzeń, w której kobiety mogą osiągać wielkie rzeczy oraz zachęcały je do poprawiania warunków panujących w tych miejscach za pomocą aktywizmu, profesjonalnego organizowania się czy kampanii prawnych. Wysiłki te poprawiły życie wielu kobiet, gdyż zaoferowano im stabilizację ekonomiczną i możliwości, które niegdyś były dostępne tylko dla mężczyzn.

Ale sama w sobie praca najemna jest wymagająca i ma uciskający charakter – co trudno nazwać wyzwoleniem. Gdy tylko kobiety podjęły zatrudnienie, okazało się, że zawody, które mogą wykonywać, mają niską jakość, są kiepsko płatne, a jednocześnie od pracownic wymaga się więcej niż od pracowników płci męskiej, przy niestabilnych i „dusznych” warunkach pracy. Sama praca nie sprzyja niezależności czy wolności, jeśli jednostka nie może zadecydować, gdzie i w jakich warunkach ją wykonuje. Umieszczając kwestię pracy na czele listy feministycznych żądań, zaciemniamy związane z nią problemy i czynimy się ślepymi na życie istniejące poza nią.

Zamiast tego, rozwijając politykę społeczną i idąc krok za krokiem do przodu, powinniśmy wyobrazić sobie życie, którego praca jest tylko niewielką częścią. Co ludzie zrobiliby ze swoim wolnym czasem? Cokolwiek by chcieli. Więcej wolnego czasu oznaczałoby lepsze i silniejsze przyjaźnie, bardziej udane związki uczuciowe, niewciskane na siłę pomiędzy godziny pracy, zobowiązania rodzinne i sen. Czas pozwoliłby ludziom eksplorować pola własnych zainteresowań i pasji oraz stworzyłby miejsce dla dążeń obywatelskich czy artystycznych. Oznaczałoby to możliwość rozwijania kreatywności i podejmowania ryzyka, ale także zabawę, odpoczynek i „marnowanie” czasu – wszystkie te rzeczy, które wydają się niedostępne, gdy praca zabiera większą część dnia. I, co ważniejsze, więcej czasu oznaczałoby, że nie musielibyśmy wciąż tłumaczyć się ze sposobów jego spędzania. Ludzie nie musieliby już robić różnych rzeczy na czas; mogliby po prostu spędzać go, ciesząc się z życia.

Zamiast walczyć o więcej pracy, powinniśmy skupić się na walce o więcej czasu, który spędzalibyśmy tak, jak nam to odpowiada. Propozycje takie jak gwarantowany dochód podstawowy mogłyby nas skutecznie doprowadzić do tego stanu. Co ważne w kontekście „ograniczenia czasowego”, musimy cały czas pamiętać, co oznacza bycie naprawdę wolnym od przymusu marnej pracy. Powinniśmy mieć na celu pełny wachlarz możliwości, jakie niesie wyzwolenie: tym, czego chcemy, nie jest więcej pracy, ale życie w sposób, jaki nam odpowiada.

Tłumaczenie Magdalena Komuda

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Dissent” we wrześniu 2015 r.

Ułuda krótkiego prysznica

Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach byłby w stanie pomyśleć, że dumpster diving [szukanie pożywienia i przedmiotów codziennego użytku w śmietnikach miejskich – przyp. tłum.] może powstrzymać Hitlera lub że kompostowanie odpadków pomoże znieść niewolnictwo czy doprowadzi do ustanowienia ośmiogodzinnego dnia pracy, że rąbanie drewna czy noszenie wody może uwolnić ludzi z carskich więzień, albo że tańczenie nago wokół ogniska przyczyni się do wprowadzenia aktów praw obywatelskich 1957 i 1964 roku [Civil Rights Act of 1957; Civil Rights Act of 1964 – ustawy Kongresu Stanów Zjednoczonych dotyczące segregacji rasowej i praw wyborczych – przyp. tłumacza]? To dlaczego teraz, gdy stawką jest dobro całego świata, tak wielu ludzi ucieka się do indywidualnych „rozwiązań”?

Częścią problemu jest to, że staliśmy się ofiarami kampanii systematycznej dezorientacji. Kultura konsumpcyjna i kapitalistyczna mentalność nauczyły nas, żebyśmy, zamiast aktów zorganizowanego politycznego oporu, stosowali akty indywidualnej konsumpcji (lub oświecenia), które stanowią jego namiastkę. Film „Niewygodna prawda” pomógł zwrócić uwagę na problem globalnego ocieplenia. Ale czy zauważyliście, że wszystkie rozwiązania w nim proponowane odnosiły się tylko do jednostkowej konsumpcji – wymiana żarówek, dopompowywanie opon, ograniczenie podróży samochodem – i nie miały nic wspólnego z odebraniem władzy korporacjom lub zatrzymaniem niszczącej naszą planetę polityki wzrostu gospodarczego? Nawet gdyby każdy mieszkaniec USA zrobił wszystko, co zostało zaproponowane w filmie, emisja dwutlenku węgla spadłaby tam tylko o 22%. Wśród naukowców panuje przekonanie, że emisje te muszą zostać zredukowane przynajmniej o 75% w skali globu.

Porozmawiajmy może o wodzie. Tak często słyszy się o jej niedostatku na świecie. Ludzie umierają z braku wody. Następuje wysychanie rzek spowodowane jej brakiem. Dlatego też powinniśmy brać krótsze prysznice. Widzicie tu rozdźwięk? Ponieważ zażywam kąpieli, jestem odpowiedzialny za obniżanie poziomu warstw wodonośnych? Odpowiedź brzmi: nie. Znacząca większość wody zużywanej przez ludzi (ok. 90%) przypada na przemysł i rolnictwo. Pozostałe 10% przypada na użytkowanie komunalne i na indywidualną konsumpcję. Zbiorczo ujmując, pola golfowe zużywają tyle samo wody, co indywidualni odbiorcy. Ludzie, jak i ryby, nie umierają z powodu braku wody na świecie. Umierają, ponieważ woda jest zawłaszczana.

Porozmawiajmy o energii. Kirkpatrick Sale dobrze to podsumował: Przez ostatnich piętnaście lat każdego roku powtarzało się to samo: indywidualna konsumpcja – w mieszkaniu, prywatnym samochodzie itd. – nigdy nie przekracza jednej czwartej udziału w ogólnym zużyciu energii; większość jest pochodzenia komercyjnego, przemysłowego, korporacyjnego, rolniczego i rządowego (zapomniał o potrzebach armii). Więc nawet gdybyśmy wszyscy przesiedli się na rowery i zaczęli ogrzewać domy piecami na drewno, nie miałoby to wpływu na zużycie energii, globalne ocieplenie czy zanieczyszczenie powietrza.

Porozmawiajmy o odpadach. W roku 2005 produkcja odpadów komunalnych na głowę (czyli wszystkiego, co wyrzucamy do kosza) wyniosła w Stanach 750 kg. Umówmy się, że jesteście zagorzałymi aktywistami i zwolennikami prostego stylu życia i liczbę tę redukujecie do zera. Poddajecie recyklingowi wszystko, co się da. Zakupy pakujecie do toreb wielokrotnego użytku. Oddajecie do naprawy zepsute tostery. Palce wystają wam ze starych tenisówek. Ale to nie wszystko. Jako że do odpadów komunalnych wliczają się też odpady biurowe, udajecie się do biur i firm z broszurami na temat recyklingu i przekonujecie ich do takiego zmniejszenia ilości śmieci, by wasz udział w komunalnej produkcji odpadów spadł całkowicie. Cóż, mam dla was złe nowiny. Odpady komunalne stanowią tylko 3% całej produkcji śmieci w Stanach Zjednoczonych.

Chcę postawić sprawę jasno. Nie mówię, że nie powinniśmy żyć prosto. Sam prowadzę dość prosty tryb życia, ale nie udaję, że niekupowanie zbyt wiele (albo ograniczanie podróży samochodem, albo rezygnacja z posiadania dzieci) jest samo w sobie mocnym politycznym aktem lub że jest to działanie rewolucyjne. Bo nie jest. Zmiana osobista nie równa się zmianie społecznej.

Dlaczego więc, szczególnie jeśli stawką jest dalsze funkcjonowanie planety, zaakceptowaliśmy odpowiedzi zupełnie niewyczerpujące problemu? Myślę, że stało się tak dlatego, że znajdujemy się w stanie – umownie rzecz ujmując – wewnętrznego konfliktu psychologicznego, polegającego na tym, że dane nam są różnorakie możliwości, ale nieważne, którą z nich wybierzemy – i tak przegramy, a wycofanie się z gry nie jest opcją. Powinno być już oczywiste, że w tym momencie każde działanie w obrębie industrialnej gospodarki jest destrukcyjne; nie powinniśmy udawać, że np. panele fotowoltaiczne są tutaj wyjątkiem, w dalszym ciągu wymagają one bowiem wydobycia surowców i infrastruktury transportowej na każdym etapie produkcji, a to samo można powiedzieć o każdym innym rodzaju tzw. zielonej technologii. Jeśli więc wybierzemy opcję numer jeden – gorliwy udział w industrialnej gospodarce – to w krótkiej perspektywie czasowej możemy myśleć, że wygraliśmy, ponieważ możemy gromadzić bogactwo będące oznaką „sukcesu” w tej kulturze. Ale tak naprawdę przegrywamy, gdyż wyzbywamy się empatii, współodczuwania, naszego zwierzęcego człowieczeństwa. A przegrywamy tym bardziej jeszcze, że cywilizacja przemysłowa dosłownie zabija planetę, co znaczy, że przegrywają wszyscy. Jeśli wybierzemy opcję „alternatywną”, czyli prostsze życie, czyniąc w ten sposób mniej szkody, ale jednak w dalszym ciągu nie powstrzymując industrialnej gospodarki przed niszczeniem planety, możemy myśleć, że na krótką metę wygraliśmy, ponieważ pozostaliśmy „czyści” i nie wyzbyliśmy się resztek naszej empatii i człowieczeństwa (pozostawiając ich akurat tyle, by móc usprawiedliwić swoją bierność), ale jednak znowu przegrywamy, ponieważ cywilizacja przemysłowa w dalszym ciągu zabija planetę, co znaczy, że wszyscy przegrywają. Trzecia opcja, czyli zdecydowane działanie w celu powstrzymania industrialnej gospodarki, jest możliwością wzbudzającą największy strach z wielu powodów, wśród których wymienić można m.in. fakt, że utracimy niektóre z luksusów (np. elektryczność), do których zdążyliśmy się przywiązać, a także fakt, że ci będący u władzy mogą próbować nas zabić, jeśli uda nam się ograniczyć ich możliwości eksploatacji planety – co w żaden sposób nie zmienia prawdy, że ta opcja jest lepsza niż martwa planeta. Każda z nich jest lepsza niż martwa planeta.

Oprócz tego, że proste życie traktowane jako akt polityczny (w przeciwieństwie do praktykowania go, ponieważ się to po prostu lubi) jest nieskuteczne w przyczynianiu się do zmian niezbędnych dla powstrzymania tej kultury przed niszczeniem Ziemi, wskazać można jeszcze cztery inne problemy związane z tego typu postawą. Pierwszym jest wizja oparta na nieuprawnionym poglądzie, głoszącym, że ludzie w sposób nieunikniony będą niszczyć swoją naturalną podstawę funkcjonowania. Proste życie jako akt polityczny opiera się tylko na redukcji szkód, ignorując zupełnie fakt, że ludzie równie dobrze jak niszczyć, mogą także pomagać Ziemi. Możemy odbudować koryta rzek, usuwać szkodliwe substancje, rozbierać tamy, możemy zakłócać funkcjonowanie systemu politycznego nakierowanego na korzyści bogatych, szkodzić rabunkowemu systemowi gospodarczemu, możemy zniszczyć industrialną gospodarkę, która demontuje prawdziwy, fizycznie istniejący świat.

Drugi problem polega na tym, że wina jest błędnie przypisywana jednostce (i to jednostkom, które są szczególnie bezsilne) zamiast systemowi i tym, którzy rzeczywiście dzierżą w nim władzę. Znowu zacytować można Kirkpatricka Sale’a: Całe to indywidualistyczne poczucie winy na zasadzie „A co ty zrobiłeś dla ratowania Ziemi?” – jest mitem. My jako jednostki nie wywołujemy kryzysów i jako jednostki nie możemy ich rozwiązać.

Trzeci problem polega na akceptacji – charakterystycznego dla kapitalizmu – przedefiniowania naszej roli z obywatela na konsumenta. Akceptując tę redefinicję sprowadzamy dostępne nam formy oporu do kupowania i niekupowania. Obywatele mają zdecydowanie szersze pole manewru w wyborze taktyk oporu: głosowanie lub niebranie udziału w wyborach, ubieganie się o urząd, rozdawanie broszur i ulotek, bojkot, organizowanie się, lobbowanie, demonstracje, a także, gdy rząd staje na drodze rozwojowi życia, wolności i dążenia do szczęścia, mają prawo go zmienić lub wręcz obalić.

Czwarty problem jest taki, że logicznym wynikiem rozumowania opartego na zasadach prostego życia jest konieczność popełnienia samobójstwa. Jeśli każdy akt działania osadzony wewnątrz industrialnej gospodarki jest destrukcyjny, i jeśli chcemy powstrzymać tę destrukcję, jeśli jesteśmy niechętni (lub niezdolni), by zakwestionować (jeśli nie zniszczyć) intelektualne, moralne, ekonomiczne i fizyczne warunki, które sprawiają, że każde działanie jest destrukcją, wtedy możemy uznać, że najmniej szkód wyrządzimy będąc martwymi.

Dobre wieści są jednak takie, ze mamy inne możliwości. Możemy podążyć za przykładem dzielnych aktywistów i działaczy, którzy żyli w czasach wspomnianych wcześniej – Trzeciej Rzeszy, carskiej Rosji, w Stanach Zjednoczonych sprzed Wojny Secesyjnej – którzy zrobili o wiele więcej niż obnoszenie się ze swoją moralną czystością i aktywnie sprzeciwili się otaczającej ich niesprawiedliwości. Możemy wziąć przykład z tych, którzy pamiętali, że rolą aktywisty nie jest sprawne poruszanie się w systemach opresyjnej władzy z zachowaniem jak największej uczciwości, ale raczej stawienie im czoła i doprowadzenie ich do upadku.

Tłum. Filip Gaweł
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „Orion Magazine” w lipcu 2009 r.

Nienawiść. Opium elit, opium ludu

Kiedyś uważałem, że mocne frazy „Modlitwy Polaka” z „Dnia Świra” to więcej niż przesada: „Gdy wieczorne zgasną zorze, / Zanim głowę do snu złożę, / Modlitwę moją zanoszę / Bogu Ojcu i Synowi: / »Dopierdolcie sąsiadowi! / Dla siebie o nic nie wnoszę, / Tylko mu dosrajcie, proszę«”. Dziś myślę, że właściwie to standardowy pakiet codziennie obserwowanych w przestrzeni publicznej życzeń „wszystkiego najgorszego”, choć oczywiście występujący także w wersjach dla agnostyków i ateistów. Interesowna i bezinteresowna nienawiść nie mają względu na światopoglądowe różnice. Są jak nowe opium elit i opium ludu sfrustrowanego porażkami (i sukcesami!) transformacji.

Największym odkryciem w dobie 1050. rocznicy chrztu Polski są dla mnie niezgłębione pokłady rodzimej nienawiści wobec słabszych, wobec tych, którzy gorzej się mają oraz tych, którzy, stojąc na zdecydowanie słabszych pozycjach, próbują bronić swoich praw i swojego dobrego imienia. Wyobrażam sobie, że po przeczytaniu tego zdania tu i ówdzie słychać jęk rozczarowania albo wściekłości: Wołodźko zamierza uprawiać antypolską i antykatolicką propagandę. Ale nie jest moją winą, że raport o stanie tutejszych ludowych i elitarnych umysłów da się skonfrontować z akurat taką rocznicą. Niewykorzystaną zresztą jak dotąd niemal zupełnie przez szeroko rozumianą lewicę chrześcijańską do refleksji nad jej własnym, bogatym przecież dziedzictwem. A jeżeli dziś narzekamy na coraz bardziej szowinistyczno-zabobonny i wsobno-bogobojny-na-bogato charakter polskiego katolicyzmu, to jest on taki również dlatego, że właściwie nie ma żadnej konkurencji. Nie ma następców księdza Jana Ziei – w kwestiach społecznych ton w polskim Kościele nadaje ksiądz Jacek Stryczek. A on, jak wiadomo, jedną ręką daje biednym, nie szczędząc im przy tym przygan i połajań, drugą zaś szerokim gestem zaprasza do ich wyzyskiwania, choćby głosząc dobrą nowinę o dobrodziejstwach uśmieciowienia stosunków pracy. W ten sposób zawsze ma i dobrodziejów, i petentów. I spore brawa od publiki. Choć, zaiste, fascynująca to sytuacja, gdy ksiądz ma ubogich za wilki w owczej skórze. Czy może za roszczeniowe hieny.

Wróćmy do nienawiści. Z konieczności skupię się na dwóch jej odsłonach. Pierwsza z nich to nienawiść elit do niedorastających do „pewnych standardów” Polek i Polaków z klasy ludowej. Dlaczego niższe warstwy społeczeństwa (czyli właściwie solidna jego część) nie dostają do tych wzorców? Przyczyn jest wiele – a wszystkie arcyobiektywne. Zacznijmy od tego, że rzadko kto z „przaśnych” Polek i Polaków pochodzi z domów z dużym lub bardzo dużym kapitałem ekonomicznym i społecznym. Rzadko kto z nich ma rodziców – rektorów ważnych uczelni, prominentnych polityków, zasobnych biznesmenów, mamusie, które z zawodu są prezeskami spółek państwowych. Mało kto z nich wykłada na stołecznej uczelni, bywa w stołecznych mediach, ma znajomych wśród stołecznych artystów, polityków, naukowców, wysokich urzędników, osób kluczowych w wielkim biznesie itp.

Ogólnie w Polsce, co wywołuje irytację elit, całkiem sporo ludzi to prowincjonalne chamstwo, które tak śmiesznie człapie w drodze po coraz bardziej wątpliwy, choć zdecydowanie kosztowny awans społeczny. Spójrzmy na te plebejskie rodziny, które płacą słono za prywatne uczelnie swoich dzieci. Przecież to jest tragikomiczny widok, gdy pomyśleć, że to kasa wylana jak krew w piach – często uciułana z nadgodzin, emerytur babek, dorywczej roboty, braku snu, niedostatków prywatnego życia. Dodajmy do tego sfrustrowane zerknięcia na lepszy byt, jaki wiodą dzieci lekarzy, adwokatów, lokalnych sitwiarzy. Wyobrażam sobie, że dla osób o zawsze czystych i wypielęgnowanych rękach, które brudzą je sobie ewentualnie dla relaksu i przyjemności w podmiejskim ogrodzie czy warsztacie, to musi naprawdę oznaczać heroizm cnót – życie pod jednym niebem z taką ciemnotą jak Matki Polki Wózkowe. „Wózkowe” to kobiety, które ponoć „sprzedały naszą wolność” Kaczyńskiemu za 500 zł miesięcznie – podążamy za wiekopomną myślą profesora Zbigniewa Mikołejki wypowiedzianą w radio TOK FM. Naprawdę, ile można wytrzymać z takimi „wózkowymi” w jednym kraju bez poczucia irytacji? Trzecia dekada najlepszej z możliwych Rzeczpospolitej przed nami, a szerokie masy wciąż nie dorosły do demokracji przedstawicielskiej. I źle wybierają.

To kwestia smaku, jak powiadał poeta. Człowiek o pewnej pozycji życiowej i statusie społecznym nie może przestawać z tak groźną dla demokracji i wolności hołotą. Tym bardziej, że Polskę klasy B/C naprawdę zamieszkują Polako-orkowie. Czasem wystarczy zrobić kilka kroków w bok od ekskluzywnie wyglądającej ulicy i już nas to dopada. Im niżej, im dalej w głąb, tym „zdziwniej i zdziwniej”. Tam żyją mroczni ludzie zaludniający ciemne miejsca, po których nie kursują regularnie – rozświetlając mroki przaśnej polskości – wozy transmisyjne telewizji. Tam żyją osobnicy prości i podobno konserwatywni (połowa po rozwodach), którym z tej racji od zawsze współczuć nie wolno – wedle przekonania pewnej wielkomiejskiej feministki. Tacy jak oni nienawidzą demokracji i smarkają w palce. W dodatku słuchają disco polo i obnoszą się po swoich plebejskich małych ojczyznach z włosami wystającymi z uszu. To są ludzie z miejscowości, w których jest jeden kościół, jedna knajpa, jedna lokalna zblatowana elitka – a brak poczty, ośrodka zdrowia i komunikacji publicznej dorzucono im gratis na fali zwycięskiej transformacji.

Brzydka Polska à la „faszyn from Raszyn” nienawidzi demokracji i z brudnej pięści chciałaby pewnie dać w ryj osobnikom w marynarkach z zamszowymi łatami na łokciach. To jest Polska „Edków”, których również boi się prof. Mikołejko. Choć trochę na wyrost są profesorskie lęki, gdyż „Edek” dać w ryj raczej nie może, bo zasadniczo siedzi u siebie na gumnie, pilnując, czy starczy na miesięczny bilet na busa, w którym kierowca robi, co może z trzema wymiarami, żeby upchnąć jeszcze więcej taniej siły roboczej. Poza tym znam ze swoich stron rodzinnych kilku takich „Edków”, prostych facetów po zawodówkach: wyłączają swoim dzieciom internet, żeby siadły nad książkami, albo dbają o to, żeby rozwijały umiejętności sportowe lub angażowały się w życie parafialne – niekiedy jedyną ostoję społeczeństwa obywatelskiego w okolicy.

No, ale co się dziwić profesorowi Mikołejce. Nie zapominajmy, że wspomniane wyżej Matki Polki Wózkowe dają córkom na imię Dżesika, chodzą w dresach i kiepskich makijażach, szybko robią im się zmarszczki pod oczami od kłopotów okołorodzinnych. A ich matki to chytre baby z Radomia, które pakują do reklamówek jedzenie rozdawane za darmoszkę. To zupełnie co innego niż w przypadku naukowców, publicystów, artystów i trzeciosektorowców łapczywie żrących z porcelany duże darmowe porcje na stołecznych imprezach dla ViP-ów. A wolność tych kobiet kończy się niekiedy tam, gdzie uderza pięść pana domu. Ale o tym cicho sza z innych względów – nie psujmy dobrego samopoczucia prawicy, która tak bardzo wierzy w dobry prosty polski lud, że skutecznie tamuje debatę o patologiach społecznych naszej współczesności. W każdym razie: to wszystko nie są dobrze wyglądający ludzie.

Co będziemy dużo mówić? To naprawdę inny stan polako-człowieczeństwa: dlatego nie można na przykład wsiąść z ludem do komunikacji publicznej, bo „oni tam śmierdzą”. To zdaje się jeden z silniejszych argumentów przeciw komunikacji publicznej, wyrażony przez pewnego prawicowego publicystę i podchwycony przez liberalno-prawilnych samochodziarzy wyklętych. A przecież nie należy zaniedbywać nauki o pięknie – że znów zacytuję poetę. I z tej troski segregacyjne procesy ekonomiczno-kulturowe idą u nas pełną parą. Parafazując Borowskiego: jedni są brudni i za grosze żyją naprawdę. Drudzy są estetyczni i dyskutują o tych pierwszych na niby.

Jak widać, wąska kasta beneficjentów transformacji, pełniąca na ogół obowiązki elity, ma bardzo racjonalne przesłanki do nienawiści. To przesłanki inteligencko-klasowo-biograficzne. Jak już wspomniałem, prof. Mikołejko nienawidzi „Edków”, którzy głosują na Prawo i Sprawiedliwość: chamy chcą mu zabrać jego wolność. Ale jak właściwie przedstawia się wolność „Edków” w III Rzeczpospolitej? To stołecznego reprezentanta klasy paplającej (określenie ukuł naczelny „Nowego Obywatela”) nie musi interesować, ponieważ demokracja po polsku polega zasadniczo na tym, że lud ma siedzieć cicho i nie rezonować, ewentualnie wyrażać aprobatę dla kolejnych reform, które zmieniły sferę usług i zabezpieczeń publicznych w całkiem nieprzyjemny burdel. Lud ma też milcząco akceptować zwijanie państwa na prowincji i cieszyć się z faktu, że może się tanio ubrać w lumpeksach. Swoją drogą to niezbadany temat: przecież bez lumpeksów nie tak mała część Polaków miałaby problemy z zaopatrywaniem się w nawet relatywnie tanich sieciówkach odzieżowych! Naród z gołą dupą – epickie ukazanie stanu rzeczy. Lud może kupić używany samochód, żeby w ogóle wydostać się ze swojej miejscowości i racjonalnie planować czas zawodowy i prywatny. Lud może też najeść się jako tako dzięki dwuznacznym dobrodziejstwom przemysłowo produkowanej żywności (jak ja nie cierpię wielkomiejskich przeżuwaczy kiełków, protekcjonalnie/pogardliwie odnoszących się do tych zwykłych ludzi, którzy „nie prowadzą ekologicznego i zdrowego trybu życia”). Polka i Polak, którzy dziwnym trafem nie są profesorem Mikołejką, mogą też legalnie zwiać stąd za granicę, co dla klasy ludowej jest chyba największą zdobyczą polskiej wolności po 1989 roku.

Po drugiej stronie mamy ludową nienawiść do wszystkiego, co odbiega od coraz bardziej prawilnych standardów myślenia o rzeczywistości. Niektórzy uważają, że to okołokatolicka przywara, ale w rzeczywistości na tym zasadzają się najstarsze atawizmy świata ludzi i zwierząt – dziobie się najsłabszego i/lub tego, który najprawdopodobniej nigdy nam nie odda, a jeśli spróbuje, to runie powalony jednym ciosem. Zatem dzielni zwykli Polki i Polacy nienawidzą – raczej myślą, choć czasem uda się czynem – tych, którzy żadnej krzywdy im nie zrobią, ponieważ na ogół ich tutaj w ogóle nie ma.

Rzecz jasna, specyficznie realizowany katolicyzm i „patriotyzm” bardzo się przydają jako sztandary. A są przecież księża prałaci i infułaci, którzy z ambony wskażą owieczkom, na czyj widok zamienić się w bestie. I przypomną, żeśmy jak husarze gromiący pohańca. Tymczasem, jeżeli wierzyć nie tak odosobnionym opowieściom, Polki i Polacy w początkach transformacji jeśli bywali w Wiedniu, to wcale nie po to, żeby zwiedzać miejsca triumfu Jana III Sobieskiego, ale po to, żeby prostytucją wszelaką zarabiać na byt. Być może jest to jakiś głęboko ukryty i przeniesiony wstyd, może to jest jakieś wyjaśnienie neosarmatyzmu jako fałszywej świadomości: my, postchłopi, my postchłopki wcale a wcale nie jeździliśmy do Wiednia, żeby sprzedawać ciała majętnym cudzoziemcom i cudzoziemkom – my zawsze ratujemy Europę; wcale a wcale nie jesteśmy tymi, którzy służą bogatszemu światu otworami ciała i fizyczną pracą rąk, nóg, korpusów. No, ale jak ma zapytać wprost młody Polak swoich rodziców, co robili w 1990 roku w Wiedniu czy Berlinie? I jak się z tym czuli? I co z tego mieli? To już lepiej włożyć arcypolski tiszert. Czy to, co piszę jest antypolskie? Niekoniecznie – jest boleśnie polskie w tym, co schowane po ciemnych kątach i czego nie wolno mówić ani piewcom transformacji, ani kruchciano-narodowym moralizatorom.

Na marginesie: w tym roku mniej już słychać o uchodźcach. Może dlatego dowiaduję się od prostego polskiego ludu, podpisanego imieniem i nazwiskiem, że Cyganie przeżerają pieniądze z 500+. Poczciwy rasizm zwykłych ludzi, którzy nie muszą się ze wstrętem do słabszych i innych chować przy kuchennym stole – ponieważ już wolno być ksenofobem publicznie.

Czasem rodzima nienawiść zależy od tego, kto akurat rządzi. Jeżeli na przykład w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie protestują pielęgniarki, to wiadomo, że „szmatami” nazwie je szczery przeciwnik „POlszewików”, który przez ostatnie osiem lat płakał i współczuł każdej grupie zawodowej mającej na pieńku z rządami Platformy. Ale mamy jeszcze całą masę tych nienawiści, które łączą elity i klasę ludową. Na przykład wielkomiejski reprezentant klasy średniej i młody kasjer w „Biedronce”, mieszkaniec pozbawionego dawno temu przemysłu miasteczka w Wielkopolsce, wespół mogą nienawidzić rolników – którzy żądają państwowej interwencji; mogą też razem nienawidzić nauczycieli broniących Karty Praw Nauczyciela, albo roszczeniowych górników. Oczywiście, ten z wielkiego miasta raczej będzie głosował na Petru, ponieważ regularnie czyta liberalne tygodniki, a drugi na Kukiza/Korwina, bo lubi jak się w internetach „orze lewaka”. Ale nienawiść mają wspólną.

Między tymi dwoma nienawiściami, nienawiścią elit i nienawiścią ludową, występuje dość czytelny konflikt. Wy nienawidzicie nas bardziej – syczą opiniotwórcze głowy do tysiąc-gębnego ludu. To wy nas nienawidzicie mocniej – warczy gniewny lud, odziany w patriotyczne skarpety i gacie, w narodowe tiszerty i tożsamościowe krótkie spodenki.

Może to jest dobra metafora tej nieporadnej współczesnej ludowej polskości: patriotyzm w krótkich spodenkach, komiksowo hardy, radykalny i bez zmiłuj wobec uchodźców, Cyganów, ciapatych, lewaków, feministek i kto tam jeszcze podpada pod antypolskość w szerokim kanonie współczesnych fobii – ale z czapką w dłoni i na kolanach wobec szefa w pracy albo lidera partyjnego, od którego się zależy, albo faceta, który przyznaje granty. I co zostało z pokolenia JP II, skoro w ojczyźnie Jana Pawła II zarówno silni, jak i słabi są aż do wymiotów ugrzecznieni wobec silniejszych, wpływowych i bogatych? Poza tym obowiązują reguły, które, w odpowiednich dla różnych warstw społecznych odsłonach, wymuszają bezpardonową walkę o trochę lepsze miejsce na ciasnych schodach do góry. A tylko nieliczni stoją przy drzwiach do windy, pilnowanej przez wykidajłów.

Wrócę na koniec do okołochrześcijańskiego wątku. Coraz bardziej przekonuję się, że to nie tzw. katolewica jest w większości winna społecznym słabościom rodzimego chrześcijaństwa. W gruncie rzeczy wszystkie te okołokatolewicowe środowiska – od „Kontaktu”, przez „Więź” i „Znak”, do „Tygodnika Powszechnego” – niewiele mają do powiedzenia poza dość wąskimi gronami swoich odbiorców. Problemem jest to, że to wysoka kościelna hierarchia, zainteresowana np. pilnowaniem statusu majątkowego instytucji kościelnych i wąsko pojętej etyki okołorozporkowej nigdy skutecznie nie zadbała o to, żeby w życiu publicznym III Rzeczpospolitej było mniej darwinizmu i bardzo mało zrobiła, żeby pomóc ocalić dla Polaków państwo na prowincji. Za to owszem – zblatowani z prawicą i nie tak rzadko postkomunistyczną lewicą wysocy hierarchowie kościelni starali się bardzo nie naruszyć status quo III RP, ponieważ również byli i są jego beneficjentami. Stąd nie bardzo przeszkadza im logika, wedle której bogaci stają się coraz bogatsi, a biedniejszym pozostaje strach, bylejakość sypiącego się państwa, niestabilne życie w antyspołeczeństwie i liczne frustracje przemienione w nienawiść dla obcych.

Kto na tym wygrywa? Wszyscy, którzy na różne sposoby mogą żyć z taniej polskiej siły roboczej, w tym politycy. Kto przegrywa? Jakiś przypadkiem pobity cudzoziemiec, zbyt śniady jak na lokalne standardy. No i polscy nienawistnicy, zwykle ci z klasy ludowej – szerokie rzesze ludzi, wciąż niezdolni przeciwstawić się tym, którzy naprawdę robią im krzywdę.

Jazz, kanon i wykształcenie

Nacechowane pozytywnie lub negatywnie słowo „kanon” pada często, gdy rozmawiamy o muzyce, jaką powinno się grać. Muzyka o wiele częściej od literatury bywa polem, gdzie tak zwany kanon zakłada się z góry, nie przemyślawszy go, i uznaje się za niekwestionowany. Bez głębszego zastanowienia jestem w stanie wymienić splot kilku czynników, które doprowadziły do tego stanu. Muzycy nie są szczególnie dobrze przygotowywani do krytycznego myślenia o swojej dziedzinie, a działy sprzedaży zakładają, że publiczność będzie skłonna wydać pieniądze na konkretny typ produktów. Istnieje także niezaprzeczalna (i, nie zrozumcie mnie źle, oczywiście wspaniała) materialna, emocjonalna, oddziałująca na ludzkie nastroje siła muzyki, siła, której mogą doświadczyć osoby pochodzące z bardzo różnych środowisk.

W sedno problemu trafił Alex Ross w swoim artykule o nauczaniu jazzu w Yale: Robert Blocker, dziekan Yale School of Music, wyjaśnia, dlaczego jazz nie jest priorytetem dla jego instytucji. Mówi on: „Nasza misja jest jasna. Uczymy zachodniego kanonu oraz muzyki współczesnej”. To brzmi bardzo źle. Jazz jest monumentalną formą sztuki, a jego największe postaci należą do najoryginalniejszych myślicieli w muzyce dwudziestego wieku. Powiązania jazzu z muzyką klasyczną są niezliczone. Nie mający kontaktu z jazzem muzycy klasyczni będą mieli słabe rozeznanie w muzyce ostatnich stu lat, od Gerswhina do Johna Adamsa.

Zgadzam się z Alexem całkowicie; nie obcujące z jazzem osoby grające muzykę klasyczną będą pod wieloma względami gorsze od innych, a rozumienie stylu jest jednym z poważniejszych względów. Co więcej, z mojego doświadczenia pracy ze studentkami i studentami uniwersytetu DePaul wynika, że osoby nie zaznajomione z jazzem mają zdecydowanie gorsze umiejętności treningu słuchu od tych, które go znają.

Ale to nie wyczerpuje listy problemów Blockera. Po pierwsze, koncepcja „nauczania zachodniego kanonu oraz muzyki współczesnej” jest wadliwa, ponieważ zakłada, że „zachodni kanon” jest nieruchawym, konkretnym konstruktem, który nie podlega zmianom. Po drugie – że muzyka współczesna to coś innego niż kanon (czymkolwiek on jest). Żadna z tych koncepcji nie jest prawdziwa, a nieironiczne użycie frazy „zachodni kanon” do obrony priorytetów uniwersytetu zaciemnia jeszcze sprawę. Właściwie tym, co rzeczywiście istnieje, są same utwory (często nazywane „standardowym repertuarem” – mniej konfrontacyjne, ale wciąż problematyczne określenie), grane w każdym sezonie przez duże orkiestry symfoniczne… No wiecie, Eroica Beethovena, i tak dalej. Z pewnością utwory te mają głęboki i moim zdaniem uzasadniony wpływ na kulturę: w skomplikowany sposób oddziałują na gros muzyki, która zaistniała po nich, przyczyniają się do jej powstania, wpływają na nią. Rozwinęły się wokół nich praktyki wykonań, kolejne interpretacje tych utworów stają się częścią naszej tożsamości. Nie jest to jednak niezmienny zestaw melodii. Dla przykładu – ostatni koncert, którego dyrygentem był Mahler (w Nowojorskiej Orkiestrze Filharmonicznej w 1911), obejmował wykonanie „włoskiej” symfonii Mendelssohna, która oczywiście jest dość kanoniczna. Pojawił się tam jednak również utwór Busoniego, o którym mogliście nigdy nie słyszeć (Berceuse élégiaque – czy to zalicza się do kanonu? Nie mam pojęcia), oraz trzech innych kompozytorów, na których też prawdopodobnie nigdy się nie natknęliście – Bossiego, Martucciego i Sinigaglii. Najlepiej nie opisywać tego terminem „kanon” – jest to raczej złożona, nie w pełni poznawalna, wciąż płynna i reinterpretowana historia muzyki; „tradycja”, jeśli chcemy użyć mniej ogólnego słowa niż „historia”. Oczywiście istnieje wiele utworów, do których lubimy wracać, jednak przyznawanie im osobnego statusu „kanonicznych” separuje je od świata, który je stworzył, co znów kieruje nas na niebezpieczną ścieżkę ideologiczną.

Co więcej, będę się spierał, że Blocker, odwołując się do pojęcia konkretnego kanonu, właściwie dezawuuje utwory, których chce bronić. Eroica w końcu miała być utworem rewolucyjnym, nie kilkoma wybranymi fragmentami w kółko ćwiczonymi na próbach. Udawanie, że utwory te zasługują na wykonywanie, ponieważ jest w nich coś nieodłącznie, niekwestionowanie wspaniałego, to część problemu. Powodem, dla którego są one ważne dla kultury, jest coś wręcz przeciwnego: historia ich odczytań, tradycja ludzi, którzy o nich myśleli, odczuwali je, wykonywali, badali je, walczyli z nimi i buntowali się przeciwko nim. My również jesteśmy tymi ludźmi.

To prowadzi mnie do następnego punktu, czyli zmierzenia się z sugestią, jakoby „muzyka współczesna” była jakimś odrębnym zbiorem („zachodni kanon ORAZ muzyka współczesna”). Nie jest. Uważam, że jedyna rzecz, która odróżnia muzykę współczesną od muzyki Beethovena, to rok powstania. Nowa muzyka współczesna, poza tym, że jest nowa, jest również wykwitem relacji z muzyką istniejącą przed nią i reakcji na nią. Dla przykładu: mój przyjaciel Anthony Cheung, młody, błyskotliwy profesor University of Chicago oraz członek stowarzyszenia młodych kompozytorów przy Cleveland Orchestra, napisał dla filharmoników z Nowego Jorku wspaniały utwór „Lyra”, stanowiący wariację na temat czwartego koncertu fortepianowego Beethovena. Cheung jest w każdym calu częścią tradycji odczytywania, poprawiania, ponownego przemyśliwania i przepisywania na nowo kwestii, z którymi mierzył się Beethoven, tak jak Brahms i Wagner byli jej częścią wcześniej.

Chung jednak porusza się w wielu różnych tradycjach. „Lyra” odwołuje się do muzyki chińskiej, tureckiej i zachodnioafrykańskiej. Jazz jest szczególnie istotny dla jego myślenia o muzyce. Inny jego utwór, „Centripedalocity” (który wykonywałem jako dyrygent z Ensemble Dal Niente), jest częściowo oparty na sekcjach „Epistrophy” Theoloniusa Monka. Jako dyrektor artystyczny Talea Ensemble zainicjował współpracę z jazzowym saksofonistą Stevem Colemanem. W skrócie – i jazz, i Beethoven są ważnymi częściami jego tożsamości jako kompozytora, a to dlatego, że odebrał wykształcenie zakorzenione w obu tradycjach (jego biogram zawiera nawet fragment o wczesnym kontakcie z muzyką koncertową XX wieku oraz jazzem/muzyką improwizowaną). Sztuka Cheunga jest wyjątkowa, nieoczywista, angażująca, pełna wrażliwości, zabawna i trudna do sklasyfikowania. Wszystko to, ponieważ jest muzykiem XXI wieku w najlepszym znaczeniu tego słowa – wchodzi w interakcje z otaczającym go światem, ze współczesną i odległą w czasie kulturą, a utwory, które tworzy, ukazują niezrównany sposób, w jaki potrafi wyciągnąć z muzyki jej istotę.

Staram się zasugerować, że zarówno „kanon”, jak i „nowa muzyka współczesna” nie podlegają aż tak sztywnym ograniczeniom, jak wydaje się twierdzić Blocker. Dokładnie tak samo jest z jazzem; to zmieniająca się, elastyczna, głęboko wyrafinowana forma sztuki o bogatej i niespotykanej historii, która sama w sobie łączy się z ogromną liczbą wpływów i tradycji kulturowych. Niektóre z nich mają punkty styczne z muzyką, której grania chciałby uczyć swoich studentów Blocker. Alex Ross wymienia Gershwina i Adamsa, których prace z pewnością zawierają określone tropy stylistyczne, kojarzone z konkretnym rodzajem jazzu. Pojawiają się tu jednakże szersze wątpliwości natury estetycznej – w którym miejscu granice pomiędzy „muzyką współczesną” a „jazzem” są tak zatarte, że stają się pozbawione znaczenia? Można by tu na przykład przywołać całą historię AACM [Association for the Advancement of Creative Musicians – organizacja samopomocowa zorganizowana w Chicago w 1965 przez afroamerykańskich muzyków w celu pomocy w rozwijaniu nowych, tworzonych przez Afroamerykanów, wartości muzycznych i kulturowych w rzeczywistości, w której media, firmy nagraniowe i sale koncertowe należały do białych lub nie były zainteresowane progresywnym jazzem – przyp. red.]. Kapitalizm chce, abyśmy wierzyli, że zachodni kanon, muzyka współczesna oraz jazz są jednoznacznymi zbiorami, pomiędzy którymi można dokonać prostych rozróżnień – ponieważ chce nam sprzedawać płyty. Rzeczywistość jest zdecydowanie bardziej skomplikowana i trudniejsza do analizy.

Nie formułuję tutaj żądania, aby Yale School of Music miała obowiązek postawić sobie za priorytet nauczanie jazzu (choć osobiście uważam, że oczywiście powinna). Twierdzę, że ma obowiązek starannie i poważnie to przemyśleć oraz zrewidować własną ideologię. Bo to o ideologii w dużej mierze rozmawiamy. Twierdzenia na temat „jasnej misji zachodniego kanonu” są nie tyle estetyczne, co socjopolityczne. Posługuję się tutaj definicją ideologii Terry’ego Eagletona (zawartą w „Literary Theory: An Introduction”). Zgodnie z nią ideologię stanowi to, jak sposoby, w jakie mówimy i to, w co wierzymy, wiąże się ze strukturami i relacjami władzy w społeczeństwie, w którym żyjemy… Mówiąc o „ideologii” nie mam na myśli głęboko zakorzenionych, często nieświadomych przekonań, które żywią ludzie; chodzi mi raczej szczególnie o sposoby odczuwania, wartościowania i postrzegania, które mają swoiste powiązania z podtrzymywaniem i reprodukowaniem władzy społecznej.

To, czego naucza się, co się ćwiczy i przekazuje w słynnych i prestiżowych instytucjach kultury (takich, jak szkoły muzyczne), ma znaczenie. Ma znaczenie, ponieważ nasze społeczeństwa pokładają w tych instytucjach wiarę i ufność; spoglądamy ku nim szukając przewodników w formowaniu naszych własnych osądów na temat kultury i życia. Dobrze o tym wiem, studiowałem na Yale. Istnieje pewien rodzaj wzajemności pomiędzy społeczeństwem a instytucjami kultury i sztuki, szczególnie w USA, gdzie większość z nich nie może liczyć na wsparcie finansowe państwa. Przybiera ona formę „prestiżu”, „kapitału społecznego” i podobnych, dzięki czemu jest wspierana przez prawdziwy kapitał. Ufamy, że instytucje kultury pomogą nam w podejmowaniu decyzji na temat tego, co powinniśmy cenić w kulturze, oraz wspieramy je finansowo, aby mogły to robić. Alex drwiąco zauważa, że dekadę temu Yale School of Music otrzymała bezprecedensową darowiznę w wysokości stu milionów dolarów, która pozwoliła jej na zniesienie czesnego. Można by przypuszczać, że taka wolność od nacisków finansowych powinna zachęcić szkołę do poszerzenia intelektualnych horyzontów.

Taki rodzaj wsparcia oznacza, że domyślnie zakładamy, iż owe instytucje głęboko zbadały, przemyślały, odczuły i przedyskutowały szeroki zakres problemów, i że to, co nam przedstawiają, jak i metoda, jakiej do tego przedstawiania używają, są wynikiem takiego procesu. Definiowanie swojej misji w sposób, który nawet przy pobieżnym rzucie oka okazuje się niewystarczający, a tym samym celowo i świadomie marginalizuje cały kierunek muzyki XX i XXI wieku, jest, w dużym skrócie, całkowitą porażką, jeśli chodzi o centralną, definiującą inne gałęzie kultury działalność instytucji. A my nie mamy wyboru, musimy ufać, że instytucje spełniają swoją funkcję. Ciężko byłoby przecenić potencjalne szkody, które taka porażka może uczynić.

Powtórzę, tym razem bardziej konstruktywnie: żyjemy w niewyobrażalnie pojemnym świecie pełnym wielu wewnętrznych powiązań – i staje się on coraz większy i bardziej skomplikowany. Istnieje ogromna liczba tradycji muzycznych, do których mamy dostęp (a nawet jest ich tak wiele, że mogłyby przykryć nas po czubek nosa, jak powódź) i które, po pierwsze, raczej nie zanikną, a po drugie, osobiście to właśnie fakt ich istnienia wolałbym świętować. Jesteśmy w sensie muzycznym istotami zdecydowanie odmiennymi od naszych przodków. Musimy pogodzić się z tym faktem, a nasze instytucje kultury i sztuki – ze swoimi ogromnymi zasobami, talentami i mądrością – powinny czynnie pomagać nam w znajdywaniu innej drogi naprzód w świecie zbyt skomplikowanym dla starych, wygodnych odpowiedzi.

Tłum. Mateusz Trzeciak
Współpraca językowa i redakcyjna Magda Komuda

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu Michaela Lewanskiego, dyrygenta (www.michaellewanski.com/blog) w sierpniu 2015 r.