przez Andrzej Muszyński | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
1.
W zasadzie nie wiem, czym imponuje mi najbardziej. Może tym, że gdy leczył się na gruźlicę w szpitalu w Zakopanem, wypuszczał się samotnie na grań Miedzianego. Musiał mieć w sobie jakiś górski gen, bo parę sezonów robił najtrudniejsze drogi w Tatrach. A taternictwo znajdowało się w epoce międzywojnia na naprawdę wysokim poziomie. Być może miał słabo rozwiniętą korę mózgową. To podobno ona działa na nas hamująco. No, głupi trochę był. Napalony na te ściany jak nieszczęście. 13 sierpnia 1927 roku w schronisku w Pięciu Stawach spotkał dwójkę sztubaków. Nie miał się z kim wspinać, nie chciało mu się łazić, pragnął pionu, więc zabrał ich na Zamarłą Turnię. Pozabijali się. Nie pamiętam, czy któryś przeżył. W każdym razie Szczuka spadł do podnóża ściany. Toprowcy zapakowali ciało na bambus i zaczęli znosić do Palenicy. Niestety na szosie do Morskiego Oka odbywały się modne wtedy wyścigi samochodowe, więc złożyli ciało w krzakach i czekali. Szczuka by na pewno nie czekał. Pewnie przez las by szedł. Nie skończył trzydziestki. Miał życiorys jak osiemdziesięciolatek.
Swoją drogą jakoś nam się przesuwa granica dojrzałości – twórczej, i w ogóle. Dziś trzydziestoparolatek to wciąż artysta młody, zapowiadający się, obiecujący. Kiedyś propozycje artystyczne dwudziestolatka traktowano serio i uważano go po prostu za twórcę. No i ludzie jednak wtedy szybciej zakładali rodziny, brali odpowiedzialność za swoje.
Szczuka zostawił po sobie trochę wspomnień, zapisków z gór. Czyta się to kapitalnie. Był chyba geniuszem. Nie potrafię wymienić wszystkich pasji i obsesji, którymi żył. Przede wszystkim zajmował się malarstwem jako prekursor awangardy w Polsce, pionier polskiego konstruktywizmu i produktywizmu.
Ale nie za to go podziwiam. Tylko za co? Przecież nie za to, że młodo zginął. A może za to, że przy tej jego narowistości trzymał się zasady, by zawsze w górach czekać na ostatniego? To naprawdę niełatwe. Każdy ma swoje tempo życia, myślenia i chodu.
Na pewno zmagał się z wadami. Podobno potrafił dać w pysk. Niewykluczone jednak, że nie zważał na nie. Interesowała go żywa sztuka. Byłbym w stanie założyć się, że go to wypalało. Wyżerała go od wewnątrz ta pasja do twórczości i… życia? Niekoniecznie, to nie zawsze idzie w parze. Wysuszało go nienasycenie, którego nie można zaspokoić. Co najwyżej przelotnie.
2.
Parę faktów: urodził się w 1898 roku. Mieszkał głównie w Warszawie, ulica Wspólna 20. Jako dziecko kolekcjonował robaczki czy motylki do swoich gablotek. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie u Miłosza Kotarbińskiego. Bywał w kawiarni Bliklego. Boksował. Tak też nazwał swojego psa – Boks. Zakochał się w Teresie Żarnówerównie, członkini Komunistycznej Partii Polski. To ona wciągnęła go w sprawę Wielkiej Przemiany. Mietek wyczuwał, że idzie nowe. Że świat burżuazji odchodzi do przeszłości.
1923 rok to dla niego szczyt. Pod pseudonimem Rekuć wystawił w Zachęcie monumentalne kompozycje o tematyce religijnej. Nikt go z nimi od dawna nie kojarzył, choć Mietek wcześniej malował z furią sceny Apokalipsy, Mesjasza. Jego krytycy nie mogli się nachwalić. Gdy dowiedzieli się, kto zacz, szlag ich trafił. Za bardzo odstawał, zbyt ostentacyjnie się nie słuchał. Wziął udział w wernisażu w Wilnie, gdzie razem z Żarnówerówną pokazali rzeźby i grafiki, nazywane poezjografią albo poezjoplastyką. Zakochał się bowiem Mietek w fotomontażu, plakacie. W 1924 roku razem założyli pismo „Blok”, w którym Szczuka wyłożył swój program artystyczny. Jego plakat „Amnestia dla więźniów politycznych”, opublikowany w broszurze, został częściowo skonfiskowany i ocenzurowany. Nikt przed nim plakatem politycznym się w Polsce nie zajmował. Projektował nowoczesne osiedla robotnicze i obszernie pisał o potrzebie nowej wizji budownictwa. Oczywiście miał ją gotową. Współorganizował Międzynarodową Wystawę Architektury Nowoczesnej w Warszawie w 1926 roku. Rok później wziął udział w Wystawie Nowoczesnej Architektury w Moskwie. W tym roku założył też pismo „Dźwignia”, w którym opublikował esej „Sztuka a rzeczywistość”. No a chwilę potem miało miejsce to spotkanie w Pięciu Stawach.
3.
Przez długi czas nie mogłem znaleźć jego zdjęcia w sieci. Te w jego monografii, pióra Sterna i Bermana, pt. „Mieczysław Szczuka”, też nie są zbyt wyraźne. Widziałem jego portret, oglądam go teraz w internecie, ale za chwilę znów nie pamiętam, jak wygląda. Podobno miał bardzo wyraziste niebieskie oczy. Stal, typowa dla ludzi gór? Podejrzewam, a jest to podejrzenie graniczące z pewnością, że nie dbał o takie sprawy. Zakładam, że nie fotografowałby się dziś na ściankach medialnych. Z relacji o nim wiadomo, że niespecjalnie troszczył się o honoraria. Toteż nie miał pieniędzy.
W czwartym numerze „Dźwigni” Szczuka opublikował tekst „Sztuka a rzeczywistość”, który przedrukowujemy w tym numerze „Nowego Obywatela”. Chyba nigdy wcześniej nie czytałem tekstu sprzed wojny, który wybrzmiałby dziś tak aktualnie. Jest celujący, bo Szczuka jasno nazywa rzeczy.
Gdzie dziś jest sztuka, a gdzie rzeczywistość? Rzeczywistość włączyła turbo. Reportaż chełpi się, że tylko on nadąża, goni jak policjant za zbójem w amerykańskich filmach. Internet też nie nadąża, ale przynajmniej nigdy, jak wyrocznia delficka, nie zostawia człowieka bez słowa. Sztuka przyjęła postawę krytyczną i przez długie lata wychodziło jej to przekonująco. Tyle że dalsza krytyka już nic nie wnosi, bo ten świat potrzebuje teraz nadziei, wiary i lepszej pogody. Więc pasowałoby się znów nauczyć go afirmować. Zachwycać się tym, co jest, co pozostało. Wyjść do ludzi. Jak? Ironia i szydera są narzędziami krytyki. W jaki sposób się zachwycać, nie odwołując się do patosu, komunikując się z ludźmi w ich nowym języku, który formy zachwytu wyparł albo oskubał do nagich „wow”, „omg”? Trzeba szukać nowego, podpowiada Szczuka. Bo otaczanie się minionym, bibelotami, antykami, które – owszem – koją pamięć, ale nie oferują nadziei zmiany, to drobne, nieszczególne, ale jednak oszustwo. I rejterada. Proszę czytać.
Andrzej Muszyński
przez Andrzej Muszyński | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016
Myślę, że najlepiej jest wrócić do Raqqi i wziąć busa do Hama. W Rasafeh nie ma nic, same ruiny i bardzo, bardzo biedna wieś. Jeśli poprosisz, możesz coś zjeść i przespać się u kogoś pod samymi ruinami. Zapytaj dzieci.
Odpowiedź niejakiego zincou na pytanie o podróżowanie po Syrii na forum przewodnika turystycznego Lonely Planet,
9 marca 2011 roku, tydzień przed wybuchem rewolucji
1
Przepraszam za tak trudny tytuł. Ale miejsca nie wybierają nazw, a ludzie miejsc, poprzez które majta ich los, i które naznaczają. Amezri leży wysoko w Atlasie, w suchych marokańskich górach i było idealnym miejscem, by przejść na islam. Postanowiliśmy przejść całe pasmo w poprzek z zachodu na pustynny wschód. Szliśmy z zeszkapiałym Berberem i jego jucznym osłem. Berber nazywał się Mohamed. Szedł kawałek przed nami, czekał i gdy ujrzał nas wyłaniających się zza czerwonej skały, ruszał dalej. Za którymś zakrętem przystanąłem – Mohamed klęczał na potężnym płaskim głazie tuż przy ścieżce i oddawał pokłon Allachowi. Osioł stał tuż za nim z opuszczoną szyją zwróconą też w stronę Mekki.
W którymś momencie skończyły się słupy z prądem. Nocowaliśmy w małej wsi, jeszcze przed przełęczą, z glinianymi chałupami wtopionymi w ochrowe ciężkie zbocza. Wieczorem pasterze jak z nieba zsuwali się po pionowych żwirach, w ogóle nie podpierając się rękami, otoczeni rojami czarnych kóz. Muezzin z małego wiejskiego meczetu śpiewał o zachodzie słońca, gdy ostatnie krzyki dzieciarni rozbijały się jak szkło o dno czarnej doliny, ale dopiero przed świtem wybrzmiał jak należy, wprowadzając człowieka w stan nieosiągalny zwykle ani przez sen, ani przez wódkę, ani przez modlitwę. Kolejnej nocy ktoś zrobił to samo, ale potężny krzyk niósł się gdzieś z bardzo wysoka, nie wiadomo skąd, aż zrozumiałem, że dobiega z przełęczy na samej grani pod żyłami gwiazd, pękając na rozrogu góry i niosąc wzdłuż dolin bezapelacyjną nowinę o właściwym porządku rzeczy.
Dopiero potem – chyba czwartego dnia – było Amezri. Tuż powyżej wioski kobiety przerywały na nasz widok pranie w drewnianych baliach. Domy tonęły w ciemnozielonej oazie. Trafiliśmy na Id Al Fitr, koniec ramadanu, a więc wielkiego islamskiego postu, najważniejszego święta w roku, trwającego trzy dni, gdy w dół nie jeździ żaden transport. Po południu jeszcze gdzieś za górą zawarczał silnik, ucichł, przybrał mocy, znów ucichł i w końcu przechylona beżowa maska kamaza wyłoniła się zza skały. Z samochodu wyskakiwali wąsaci Berberowie ubrani w beżowe swetry z wzorkami i mokasyny z łuskami, i zmierzali do swoich rodzin. Wieczorem bordowe, ale lekkie chmury rozproszyły nasycone, miedziane światło, wyciągając z roślinności zupełnie nieziemski odcień. Potężna ściana góry do złudzenia przypominającej Lodowy od Jaworowej, wpadła w ciepły metaliczny fiolet. Ponad wioską rozpostarła się wielka tęcza. Niewykluczone, że w podobnych okolicznościach Mahomet doznał objawienia, bo stało się to w czasie wędrówek po górach. Uroczyście ubrani i pachnący ludzie wyszli z domów. W naszym kierunku zmierzał stary człowiek odziany w śnieżnobiałą szatę. Zanim przywitał się z ciepłym, niepojęcie serdecznym uśmiechem, kilka młodych osób ucałowało go w rękę. Wszyscy ściskali się i pozdrawiali, rzucając w naszą stronę błyski raz oczu, raz zębów.
To właśnie wtedy – w Amezri – po raz pierwszy przyszło mi do głowy, by przejść na islam.
2
Aby to uczynić, o ile mi wiadomo, wystarczy szahada, wyznanie wiary poprzez wypowiedzenie słów: „Zaświadczam, że nie ma Boga prócz Jednego Boga prócz Allacha i zaświadczam, że Muhammad jest Jego Wysłannikiem”. Ponoć nie potrzeba do tego świadków, choć zaleca się ich obecność. Oczywiście mówię tu o niewypowiedzianej myśli, jednej z tych, które swawolnie fruwają po naszych głowach.
Nie potrafię jednak patrzeć obojętnie na tysiące Europejczyków, którzy niczym backpackerzy zmierzają przez Stambuł z przewodnikiem dżihadistów w smartfonie na swoją pielgrzymkę do Państwa Islamskiego. Śledzę w prasie losy kolejnych z nich, lecąc do Kairu dowiaduję się o śmierci Maksymiliana R., blond cherubina z Pomorza, który padł w walce gdzieś na froncie północnego Iraku, wciąga mnie jak kryminał historia Krystiana Ganczarskiego z Gliwic, który dostarczał leki na cukrzycę Osamie bin Ladenowi. Większość zdaje się być tam wiedziona naiwnymi myślami, ale żyję niemal z pewnością, a może i trochę się tego obawiam, iż są wśród nich tacy, którzy swój wybór potrafią uczciwie uargumentować.
Spotkanie z muzułmaninem – piszę o tym na bazie swoich doświadczeń – jest jeszcze bardziej wymagające niż dialog wierzącego z niewierzącym na gruncie chrześcijańskim. Polski wierzący może niewierzącego zlekceważyć albo spróbować zrozumieć, niezwykle rzadko jednak posądzi go o nieracjonalność. Dla muzułmanina – coś mi się wydaje – istnienie Boga nie jest nawet kwestią wiary, jest oczywistością, a sam Stwórca istotą racjonalności. Jesteś człowieku, ślepy? – trzyma cię mocno za rękę Ahmed w algierskim Djanet pod granicą libijską, nie chce jej puścić, bo oni tak mają, i pyta: Nie widzisz? Rzucasz nasiona bobu do ziemi, a one kiełkują…
Oczywistość istnienia takiej konieczności tworzy unikalną wspólnotę. Nie chciałbym się powtarzać – bo sprawę opisałem pokrótce w „Południu” – ale niech siła obrazów usprawiedliwi pewną wtórność. Tuż przed wymarszem w Atlas staliśmy pod meczetem Kutubijja w Marrakeszu. Znów trafiliśmy na duże święto związane z ramadanem. To czas, gdy jeść i pić można dopiero w nocy. Gdy zajdzie słońce, ludzie dzielą się jedzeniem. Biedacy mogą wtedy raz w roku spróbować dobrych potraw. W ciągu dnia na placu Dżemaa el-Fna złaknieni spryskiwali twarze z dozowników. Wieczorem na wielki, muskany zielonym światłem meczetu plac ściągały zewsząd tłumy. Wszyscy dostojni i pachnący po kąpieli w hammamie, a świeżość podkreślała nieskalana biel wykrochmalonych szat. Smagli i zdrowi, dobrze zbudowani, stopy wielkie w skórzanych sandałach, umięśnione łydki. Rozproszeni turyści z Zachodu stali przy barierkach i pstrykali foty, nie budząc żadnego zainteresowania wiernych. Wyglądaliśmy przy nich marnie – różowawi, pokraczni, w plastikowych japonkach, z krostami i z goleniami jak kołki osinowe. Przed nami tysiące ciał zlały się o zachodzie słońca w regularny wzór jak ornamenty na ścianach, które w tym samym momencie oddawały pokłon dotykając ziemi czołem, a gdy naraz ryknęli, przeszyły nas ciarki. Duch muzułmańskiej wspólnoty, ummy, dosłownie promieniował. Byłem zazdrosny. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”? Nieszczelna jest szpara między dobrem a złem: czułem, że wystarczy podmuch, by roznieśli nas w pył. Nocą obudził nas śpiew muezzina z meczetów całego miasta, zwielokrotniony i nieludzki, spajający jawę i sen.
3
Idą w naszą stronę. Idą. Gdy ten tekst ukaże się w druku, będzie styczeń, a więc do Polski dotrą pewnie pierwsze grupy uchodźców. Na długo zanim media obiegły obrazy z Bałkanów, na trzy-cztery miesiące wcześniej znajomi donosili mi z Macedonii: idą. Idą czarne objuczone tłumy, idą gęsiego, idą przed siebie i jak węże wślizgują się na Bałkanach w doliny Gór Przeklętych prowadzące na północ. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć.
Może to nauczka, by wyobraźnia przygotowała umysł na podobne obrazy na polskiej ziemi: czarne węże wyłaniają się z mroku Pienin i wypełzają na osłonecznione łąki pod Trzema Koronami. Trzymają przed sobą iphony z nawigacją i zmierzają na Zakopiankę, na niebie fruwają drony z kamerami i błękitny TVN24. Odlatuje dalej, bo kolejny oddział napiera wprost od południa, okrążywszy Tatry i majaczy na prześwietlonym plateau Podhala. Od Bieszczad i od Gorlic, zmierzają na północ, w kierunku Bałtyku, który Ibrahim ibn Jakub nazywał Oceanem. Rozbijają się przy drogach pod billboardami z napisem „I love Poland”. Idą przez wsie, które ożywają po raz pierwszy od lat i na simpsonach wyjeżdżają wsiowe chłopaki oderwane od fejsbuka. Parkują jak dawniej na przystanku, spluwają łupinkami słonecznika, które kleją im się do warg i łypią z byka na czarnych. W oknach stoją stare zmęczone kobiety z tłustymi włosami i z grubym szkłem na oczach – i odmawiają różaniec. Muzułmanie pod oknem czynią to samo na swojej subhie, wygląda podobnie. Zmęczeni przysiadają na ławce przed domem i podchodzi do nich jako pierwszy Zygmunt, który zna w językach obcych „Jawohl” i „ok”, i z wyciągniętymi rękami, z głupkowatym uśmiechem zdradzającym trochę ciekawość, trochę współczucie, a trochę strach, wypowiada na zmianę te słowa. Ale to trwa krótko. Zza wysokiego muru z piaskowca wybiega z siekierą Marian i przegania ich, drąc się: Wypierdalać mi stąd, kurwa jego mać, brudasy. Jego syn pracuje w Anglii i powtarza, że ciapaty to ścierwo. Dlatego rozbijają się dalej za wsią, na pochyłym zboczu pod osamotnionymi topolami. Prawie jak dawniej Cyganie, ale jest ich więcej. Cyganie byli jednak inni. Przemierzali swoimi starymi merolami wiochę, czasem coś podpieprzyli, ale generalnie cechowała ich ulotność – gdy tylko gruchnęła na szkolnym wieść, że się pojawili, zrywaliśmy się na składaki i motory, ale na skraju wsi zostawał po nich już tylko podmuch, lekki smród benzyny.
Gdy zachodzi słońce, zaczynają się modlić. O świcie babka Kłobuszowa przynosi im w koszyku ser, jabłka i chleb, żegna się i odchodzi.
Patrzę na uchodźców w telewizji i poznaję typy, z którymi zadawałem się przez całe lata tam, w ich krajach. Słońce i biel. Czarne, gęste jak wełna, lśniące włosy, modne okulary, obcisłe, często modnie poszarpane dżinsy i białe adidasy, za duże plastikowe klapki, puchowe połyskliwe kurtki albo pstrokate bluzy. Inaczej ci starsi – spodnie w kant, skórzane trepy, wciągnięte w spodnie koszule, na nie swetry i ciepłe, brązowawe marynarki. Kobiety w chustach, zza których błyszczą czarne przenikliwe oczy. Obracają w dłoniach smartfony, jakby obojętni na świat, gdy letni skwar odcina zbawiennie umysł, bo praca w takiej temperaturze skutkuje czymś, co uczeni nazywają syndromem stresu z powodu upału, i co grozić ma coraz większej populacji świata z racji globalnego ocieplenia. Jakby ciut obojętni, bo brakuje języka, by opisać doświadczenie pokolenia odciętego od korzeni swojej cywilizacji epoką kolonialną, a jedyną drogę do powrotu do niej proponuje Państwo Islamskie.
Od czerwca do września ubiegłego roku nie przeczytałem ani jednej książki i nie napisałem ani jednego zdania. Między innymi dlatego się z nimi solidaryzuję. Z wszystkimi pozbawionymi chłodu, w którym może pracować umysł. Ze wszystkimi wsiami i miasteczkami, których mieszkańcy nigdy nie widzieli niczego innego, a dywan w sieni przywołuje marzenie o ogrodzie, wodzie, a więc raju. Ubiegłą jesienią liście wydzieliły u nas po raz pierwszy ostro żółtą barwę, bo nigdy jeszcze nie było takiego lata. Słońce paliło od świtu, wentylatory klekotały całą dobę. Z ulic zniknęli ludzie. Koło południa na podwórku można było jeszcze tylko dojrzeć dzieci, ale chwilę potem znikały i one. Faceci pod sklepem kucali podparci pod ścianę w wąskim pasku cienia, ale kreska żaru przypalała im już palce u stóp, które bezcelowo podciągali pod tyłek.
4
Skłamałbym mówiąc, że nie planowałem wyjazdu do Państwa Islamskiego. Sprawdzałem na forach globtroterów, czy ktoś nie wpadł na tak „kozacki” pomysł, byłem przekonany, że komuś w tym towarzystwie strzeliło to do głowy, ale się zawiodłem. Państwo Islamskie doprowadziło do precedensu – nie akceptuje żadnych dziennikarzy, którzy do tej pory cieszyli się na frontach wojennych jako taką autonomią. John Cantlie, brytyjski korespondent, jest podobno ostatnim żywym zakładnikiem, ale czy nadal żyje, pewności nie ma. Islamiści wykorzystywali go w serii filmów, które mają prezentować ludzkie oblicze IS – Cantlie popyla po Mosulu na motorku na tyle z odzianym w czerń rozbawionym brodatym grubasem z kałachem i jak w programie na Discovery Travel, przymuszony, ale z uśmiechem i dobrze zagranym przekonaniem na ustach opowiada o normalności, jaką zaprowadzają bojownicy Państwa Islamskiego. Wygląda to na tragikomedię. Tyle że tam naprawdę wszystko przedstawia się w miarę normalnie jak na współczesne jądro ciemności. Jeżdżą żółte taksówki, wyją autoalarmy, na bazarach tłok, nowa tablica z zakwefioną kobietą z informacją o karach za nieprzestrzeganie nowych reguł ubioru na pierwszy rzut oka nie robi specjalnej różnicy. Tylko podobno ceny znacznie wzrosły. Oficerowie religijni snują się po ulicach, poklepują ludzi i bratersko ściskają ich dłonie. Ze szczerymi uśmiechami na twarzy wyglądają na oddanych i lubiących ludzi. Zaniedbując polską prasę, przeglądam też ich czasopismo „Dabiq”, które można sobie ściągnąć w pdfie z internetu. Przypomina grafiką uboższe polskie Logo, choć gdy się dłużej przyjrzeć, widać amatorszczyznę. Ogłaszają tam zwycięstwa na froncie, sprawiedliwość rządów i wprowadzenie swojej waluty. Jedynym obcokrajowcem, który przebywał tam legalnie, był niemiecki dziennikarz Jürgen Todenhöfer. Jakimś cudem uzyskał glejt od samego kalifa, islamiści zachowali się honorowo. Schudł tylko paręnaście kilo, a bardziej bał się amerykańskich dronów, które fruwały nad głową.
Dlatego wtedy po raz drugi przyszło mi przez myśl, by przejść na islam i dołączyć do grona awanturników, którzy udając muzułmanów, a więc popełniając grzech zagrożony karą śmierci, przenikali do zakazanych miast jak jeszcze przed wiekiem niebieski Szewszewan w marokańskich górach Rif. Oczywiście znów przywołuję przelotną i nieuzewnętrznioną myśl. Dlatego zostało mi YouTube. Nie można się od tego oderwać, bo realność nagranych kadrów ścina się z wrażeniem fikcyjności. Chodzą z mieczami, które wbijają w ziemię, krzycząc, że zaprowadzą na niej prawo szariatu. Dzieci w syryjskim Raqqa nabierają wspomnień, biegając pod wysokim płotem z nadzianymi na jego ostrza ludzkimi łbami żołnierzy Asada – niejedna literatura na tym wyrośnie. Gdy zdobyli to miasto, na czołgach posadzili miejscowych chłopców. Widać, że ci poczuli moc, ten dzień jest ich, ich odtąd są podwórka, innego świata nie ma. Grubasy w cyjanowych koszulkach wyglądają jak gówniarze z koledżu w USA. Dziesięciolatek oznajmia do kamery, że chce dołączyć do bojowników, by zabijać z nimi wszystkich niewiernych. Na placu tłum krzyczy „Allach Akbar!”: egzekucję na zdrajcach wykonują mężczyźni w czarnych kominiarkach, białych adidasach i spodniach w trzy paski. Wieczorem organizują tam wiec, wygląda to prawie jak festyn, nabijają się nawet z jakiegoś nawiedzonego karła, tłum parska śmiechem, w tle śmigają taksówki i jarzą się przydymione światła blokowisk – gdyby tylko nie te dzieci z kałachami jako ochroniarze. Jednego filmu nie da się już oglądać – na środku idealnie płaskiej pustyni patrol islamistów zatrzymuje syryjskich kierowców ciężarówek. Stanęli ciut dalej niż wypadało. Brodacz testuje ich wiedzę religijną. Jeśli okażą się szyitami, będą problemy. Tłumaczą, że są sunnitami z Homs. Brodacz ogląda ich dowody osobiste. Już odchodzą, już wracają do wozów, gdy brodacz mówi stop: Jak sprawdzę, że jesteście sunnitami? Pyta ich o liczbę uklęknięć przy modlitwach rannych, południowych i wieczornych. Nie potrafią odpowiedzieć, tłumaczą, że są tylko kierowcami, zarabiają na życie, ale brodacz wyciąga ich na środek drogi i rozwala kałachem.
Te klipy wciągają, bo emanując najczystszym złem, budują w wizji zglobalizowanego świata poczucie istnienia w realu wyczuwalnej granicy, za którą zapada się przestrzeń. Zło staje się niemal namacalne i zasysa. Wzrok ściąga błękitne idealnie czyste niebo.
Nocą widać tam pewnie dużo gwiazd. Muszą przypominać razem konstelację, przedmiot. Raz, że pustynia i przejrzyste powietrze, a dwa, że odkąd przez region przetoczyła się wojna, brakuje żarówek. Długo przyglądałem się zdjęciu satelitarnemu, które pokazuje zmiany w zanieczyszczeniu sztucznym światłem. Na terenie Syrii widnieje czarna dziura.
Podobno białych ochotników wywożą czasem na obozy szkoleniowe. Palą ogniska i dużo rozmawiają. Opowiadają, że brodacze są dla nich niezwykle ciepli i ojcowscy. Rozlewają dla wszystkich miętową herbatę ze srebrnych dzbanków i karmią. Człowiek wreszcie ma okazję z kimś po ludzku posiedzieć i pogadać. Ma się wrażenie, że jest się wewnątrz czegoś, a nie na zewnątrz. Że znowu jest paka. Dziś, paradoksalnie, co do zasady większe bezpieczeństwo w wielkim świecie daje bycie z islamistami niż z Europą. Niektórym zawsze lżej być po stronie tych, co mogą uciąć łeb. Donoszą, że dbają o swoich ludzi, rozwożą darmową żywność i wodę. Ludzie robią tam to, co mówią. Jak post, to post – ludzie ćwiczą dyscyplinę ducha, a wieczorami siadają wspólnie przy stołach z rodzicami, dziadkami i wujostwem. Uczą białych modlitwy. Gdy neofici z chrześcijańskich klęczek pochylą się w naturalnym odruchu do przodu i upadną głową do ziemi, pojmą doskonałość tego aktu, aktu poddania. Islam znaczy uległość.
5
Pewnie właśnie tam gdzieś w górach opowiadają im o przeszłości, którą wskrzesza nowy kalifat Państwa Islamskiego. O czasach, gdy prawo Allacha i sprawiedliwość obowiązywały od Samarkandy po Kordobę. Gdy wiadomość w poprzek całego Maghrebu docierała nad Atlantyk w jedną noc wzdłuż linii ribat, położonych na wzgórzach wież – można wyobrazić sobie, jak wyglądałoby to z satelity: światełko zapala się gdzieś nad Kairem i przeskakuje jak pchełka aż po Tanger. Kawałek na północ jest już Andaluzja z Kordobą.
Gdyby wtedy – w końcu pierwszego tysiąclecia po Chrystusie – istniały mapy light pollutioni, światło promieniowałoby tylko z tej części świata, bo już wtedy ulice miasta oświetlały publiczne latarnie. Na sinej okrągliźnie obracającej się Ziemi o wschodzie słońca wybłyskały rzeki, ośnieżone szczyty i minarety Kordoby. Mieszkało w niej pół miliona ludzi, gdy parotysięczny Londyn spływał strugami szczyn, a Słowianie ciepali za siebie obgryzione kości w kurnych chyżach dzielonych z bydłem. Były w niej kanalizacja, tysiące willi z kunsztownymi maszrabijamiii, pięćdziesiąt szpitali, dwadzieścia trzy szkoły wyższe, apteki i parę tysięcy łaźni, w których wisiały obrazy. Żyli w nim w harmonii muzułmanie, Żydzi i chrześcijanie. O świcie ożywał wielki bazar, który zapełniali pachnący ludzie. Handlarze wozili po brukowanych uliczkach na wózkach tafle lodu zamrażane w górach na wietrze i trzymane w specjalnych ziemiankach głęboko pod ziemią. Wozy z wołami czyściły chodniki. Ze sklepu z perfumami wypływała woń szarej ambry. W dzielnicy papierników wytwarzali pergamin z gazeli i fenków. Dzieci pluskały się w fontannach z krystaliczną wodą. Nadzorcy sukuiii pilnowali porządku, uczciwości i traktowania zwierząt. Wyznaczeni urzędnicy podlegli kadiemu, islamskiemu sędziemu, dbali o standardy irygacji. Nawozili pola siedmioma rodzajami nawozów – końskim, ludzkim, z odpadów, bydlęcym, gołębim, popiołem z toalet i mieszanką ziemi i ziół, dlatego rolnicy osiągali sześć ziaren z jednego, dwa razy więcej niż na terenie dzisiejszej Francji. Wprowadzili uprawy trzciny cukrowej i palm. Sadzili gaje oliwne i Andaluzja wyrosła na największego eksportera oliwek na świecie. W pałacach automatyczne umywalki, przy których manekiny podawały ręczniki. Wieczory były orzeźwiające i rześkie. Z oświetlonych patio niosły się czysto śmiechy i muzyka.
Kordoba świeciła blaskiem islamskiego imperium rozciągającego się od Chin po Andaluzję, wielkiego islamskiego domu, Dar al-islam. W kwitnącej Andaluzji muzułmanie ujrzeli obiecany raj. Ale na pustyniach Azji i Afryki jak żyrandole świeciły nocą oazy. Wielkie żaglowce ze sklepami, jadalniami i pralniami pływały z setkami pasażerów po morzach. Na sukach płaciło się listami kredytowymi. Na soczystych polach bawełny uwijali się ludzie pokryci skrzącym puchem. Latem bogate rodziny wyjeżdżały z namiotami na biwaki pod miasta. Szachiści otrzymywali pensje od kalifa. W rzekach organizowali zawody pływackie. Wędrowni lekarze przemierzali kraj i leczyli wiernych. Pod koniec IX wieku ar-Razi stworzył encyklopedię chorób i alergii, którą tysiąc lat później nazwano katarem siennym. Chirurg z Kordoby Abu al-Kasim napisał trzydziestotomową encyklopedię, w której narysował setki wynalezionych przez siebie narzędzi. Biblioteka w Kairze liczyła półtora miliona tomów. W Kordobie sam katalog składał się z czterdziestu czterech tomów, a w mieście prawie wszyscy potrafili czytać. Zdobywanie wiedzy było nakazem Mahometa: w domach mądrości i uniwersytetach kwitły matematyka, geografia i astronomia, a dzięki uczonym i filozofom arabskim, jak Awicenna czy Awerroes, przetrwała wiedza starożytnych. Z Kordoby wyruszali w świat islamscy podróżnicy, do Kordoby ściągali studenci z całego świata. Z dwumilionowego Bagdadu, miasta zbudowanego na planie koła, przybył słynny Ziryab, poeta i muzyk, który w 822 roku objął stanowisko naczelnego animatora kultury w pałacu kalifa. Kordoba kwitła jak jej ogrody: Ziryab założył pierwsze na świecie konwersatorium muzyczne, przywiózł do Europy lutnię i skórzane meble, zamienił ciężkie srebrne lub złote naczynia na szkło, wprowadził modę na krótkie fryzury, kosmetyki i mycie zębów, zwyczaj zmiany strojów w różnych porach roku i tradycję trzyczęściowego posiłku złożonego z zupy, drugiego i deseru doprawionego nieznanymi w Europie przyprawami Wschodu. Mógł być świadkiem pamiętnego wydarzenia. W 852 roku, pięć lat przed jego śmiercią, od rana miasto wrzało, gdy rozeszła się wieść, że niejaki Armen Firman postanowił zamienić się w ptaka. Pod wielkim meczetem stały tłumy, gdy Firman pojawił się na górze jak ćma w oślepiającym słońcu. Firman, obserwując ptaki, przypiął do ciała zaprojektowany przez siebie kostium z bawełny i drewnianej konstrukcji imitującej skrzydła. Skoczył i hamując lot prototypem spadochronu wylądował na ziemi, tylko trochę się obijając. Podobno wśród widzów był ibn Firnas, człowiek orkiestra – geniusz, wynalazca, fizyk, inżynier, poeta i muzyk. W 875 roku postanowił sprawdzić swój wynalazek. Do drewnianych skrzydeł zamontował naturalne pióra i skoczył ze wzgórza Jabal Al-‘Arus. Świadkowie twierdzili, że unosił się w powietrzu dobre dziesięć minut, aż zaczął spadać, coraz szybciej, ledwie uchodząc z życiem i z wnioskiem, że do pełnego sukcesu zabrakło właściwego ogona, który spowolniłby upadek. Świat czekał prawie tysiąc lat aż kolejny śmiałek, osmański Turek, powtórzył wyczyn kordobańczyka, rzekomo frunąc nad Bosforem.
Kordoba nie zostałaby perłą muzułmańskiej i światowej cywilizacji, gdyby nie ścisłe podporządkowanie życia w mieście prawu islamskiemu egzekwowanego przez kadich, muzułmańskich sędziów.
6
Dziś kadi odzyskują swój dawny prestiż na ziemiach Państwa Islamskiego w zupełnie innych okolicznościach. Kadi wydaje wyroki na podstawie prawa ustanowionego mocą Koranu, doktryny i lokalnego prawa zwyczajowego. Ich rola była niegdyś ogromna w społeczeństwach arabskich, zmalała w epoce kolonialnej wraz z wchłonięciem w systemy prawne państw arabskich europejskiego prawa. Od tamtej pory sądzą głównie sprawy z zakresu prawa rodzinnego czy testamentowego, podlegające prawu religijnemu.
Europejscy prawnicy długo uważali wyrokowanie kadiego i prawo islamskie za prymitywne. Jedyną podstawą jego decyzji wydawało się „widzimisię”, bo trudno mówić o logice, gdy w sytuacjach niemal identycznych wydawał dwa skrajnie różne wyroki. Do momentu aż w końcu lat osiemdziesiątych XX wieku pracy kadiego nie przyjrzał się amerykański antropolog Lawrence Rosen. „Chrześcijaństwo jest religią miłości” – pisze za Malise Ruthven w swojej książce z 1989 roku „The anthropology of justice. Law as culture in Islamic Society”, na której opieram cały wywód. I dodaje: „Islam to religia sprawiedliwości”.
Rosen wyjechał w góry Atlas, w których leży Amezri. Dopiero po długich obserwacjach pracy kadiego zrozumiał, że jego wyroki cechują nie przypadkowość i uznaniowość, lecz logika, którą nazwał logiką konsekwencji.
Aby to pojąć, trzeba wpierw zrozumieć, że społeczeństwo marokańskie przypomina żywą sieć. W centrum jego życia – pisze Rosen – nie stoją grupy korporacyjne, jak rodzina, wieś czy plemię, a indywidualny człowiek, który odkąd wstępuje w dorosłe życie, buduje swoje miejsce w sieci na drodze następujących po sobie społecznych kontraktów. Rozumiał to T. E. Lawrence, który pisał: „Arabowie wierzą w ludzi, nie w instytucje”. Życie jest bazarem, którego porządku pilnują przepisy prawa powstające w efekcie długich negocjacji społeczeństwa. Zadaniem kadiego jest przywrócenie zwaśnionym stronom zachwianych warunków negocjacji, jakie obowiązują na bazarze, a nie ustalanie za nich warunków każdego niepowtarzalnego kontraktu. Kadi dba więc, by nie wykraczać poza wyznaczone prawem ramy umów, jeśli takie zostają naruszone, ale nie wskazuje ani ich formy, ani treści.
Już sama rozprawa wygląda zupełnie inaczej. Kadi pozwala stronom na początku na swobodną wymianę zdań i obronę argumentów, co oczywiście często zamienia się w kłótnię. W Maroku, podobnie jak na Bliskim Wschodzie, Arabowie rozumieją naturę ludzką jako napiętą grę między racją – aqel a pasją – nafs. W każdym człowieku przeważa zwykle któraś z nich i ta proporcja wpływa na ludzkie zachowania. Logiki kadiego nie sposób też pojąć bez zrozumienia idei asel. Sędzia amerykański lub europejski pyta stronę na rozprawie o zawód. Kadi uznaje, że to niewystarczające, bo, owszem, każdy negocjuje swoją pozycję w świecie, ale każdy zaczyna z innego poziomu. Dlatego pyta o asel – pochodzenie, co tłumaczy się też jako „autentyczność”. Kadi utrzymuje, że fikcją jest twierdzenie jakoby wszyscy byli równi, dlatego chce wiedzieć, skąd jest stojący przed nim człowiek, jakie ma koneksje, chce znać jego wypadki życiowe, które nie mają pozornie nic wspólnego z bieżącą sprawą. W systemie europejskim analiza przypadku zawęża się tylko do faktów mających związek ze sporem – kadi, przeciwnie, uważa to za kolejny fałsz. Skupienie na zobowiązaniach, jakie wiążą ludzi, opisuje koncepcja haqq. Haqq oznacza „obowiązek”, „dług”. Jesteśmy skazani na niezliczone interakcje z ludźmi, które obracają się albo w dług, albo w wierzytelność. To one tworzą jedyną namacalną rzeczywistość, a jeśli są rzeczywiste, to są prawdziwe, a bronić prawdy jest zadaniem prawa. Kadi, stosując prawo, stwarza fakty, kreuje rzeczywistość.
A więc to niepowtarzalny kontekst (hal), w jakim występuje w danej chwili człowiek, opisuje jego charakter. Nie ma dwóch takich samych przypadków. Niepowtarzalny – Arabowie inaczej rozumieją pojęcie czasu. Nie pojmują go ani jako linię, ani koło, lecz „drogę mleczną przypadków”. Czas to zbiór niepowtarzalnych kontekstów, w jakich znajduje się człowiek, które jednocześnie opowiadają o jego relacjach z innymi. Poznać człowieka to znaczy zdobyć informacje o jak największej ilości takich punktów na mapie jego życia. Znajduje to czytelne odbicie w arabskiej sztuce. Arabskie ornamenty to zbiory wyrafinowanych geometrycznych wzorów łączących się z innymi w sieć symbolizującą nieskończoność, dla których mury wyznaczają tylko granicę, a nie dyktują formę każdemu z osobna.
Ponieważ negocjuje swoje miejsce na bazarze życia za pomocą języka, do którego Arabowie przywiązują taką wagę, stąd kadi w kulturze wyrafinowanego słowa pisanego przywiązuje wielką wagę do spotkania twarzą w twarz i bezpośredniej relacji świadka, a także sposobu, w jaki mówi.
Wiedząc tyle, europejscy prawnicy nie potrafili przed Rosenem dostrzec ramy formalnej, korpusu przepisów, w których porusza się kadi, wydając wyroki. Słowem – wydawały im się one kompletnie uznaniowe i głupie. Rosen ją odkrył – kadi nie sądzi po to, by wyrok pasował do poprzednich, by prawo pasowało do prawa. Ramą dla kadiego jest konsekwencja, z jaką jego decyzja wpływa na społeczeństwo oraz na więzi międzyludzkie, a jego zadaniem jest dbać, by nie słabły. Ramą najwyższą jest prawo naturalne dane przez Boga z zasadami moralnymi. Prawo to nic innego jak znak niezmiennej moralności. W tej ramie społeczeństwo w długiej perspektywie wykształca swoje zwyczaje, które same w sobie są znakiem społecznego kompromisu. Jeśli kadi wydaje wyrok sprzeczny z nim, czyni to w sposób właściwy danej społeczności, zwykle wtedy, gdy opinia publiczna godzi się na nową praktykę.
Kadi, inaczej niż w Europie, nigdy nie sądzi intencji, zamiaru, jako odrębnego czynu. Kadi ocenia intencję tylko wtedy, gdy objawi się pod postacią słowa lub czynu; wszystko inne, twierdzi, jest nieuprawnionym domysłem. „Allach kocha tych, którzy ukrywają swoje grzechy” – Rosen cytuje Tradycję Prorocką. Myśli, póki nie znajdą ujścia w formie czynów, pozostają wewnętrzną sprawą człowieka i Boga, a unika się niepotrzebnego chaosu w społeczeństwie. Kadi, inaczej niż sędzia na naszym kontynencie, domniemywa szkodę, jaką zgłasza poszkodowany, a oskarżony musi udowodnić, że jest niewinny. Kadi tłumaczy to zasadą minimalizacji zła – to skuteczniej zapobiega wystąpieniu krzywdy, która rozrywa ludzkie więzi. Kadi zakłada – co wiąże się z przekonaniem powszechnym wśród Arabów – że szkoda wyrządzona przez człowieka wykształconego czy lepiej sytuowanego waży więcej niż ta autorstwa maluczkiego. Krzywda wyrządzona jest funkcją statusu społecznego, a więc znając go, można lepiej i sprawiedliwiej ocenić wyrządzoną szkodę. Prawnik europejski dba o interes klienta, muzułmański wykazuje jego dobro i pobożność.
Kadi sądzi przede wszystkim w imię dobra publicznego, które pojmuje jako troskę o kontynuację, o łatanie dziur pojawiających się na cudownej tkaninie jaką jest społeczeństwo, o zachowanie tego, co istnieje. Każda zmiana służyć może tylko lepszej konserwacji idealnego porządku społecznego ustanowionego przez Allaha. Prawo islamskie nie zna pojęcia osoby prawnej, przypisuje prawa nie instytucjom, lecz zbiorom tworzących je ludzi. W społeczeństwie marokańskim władza – pisze Rosen – jest przez to niezwykle rozproszona.
Prawo islamskie – podsumowuje – pozostaje pragmatyczne i lokalne. Zamiast tworzyć nieprzylegający do życia zbiór przepisów, jest pionowe – wnika w nie, służąc ludziom, a nie fikcji stworzonej przez ustawodawcę. Kończąc swój wywód, Rosen ocenia wady islamskiego prawa, które zrośnięte ze swoją kulturą miałoby oczywistą trudność wpasować się w inne. Troszcząc się przede wszystkim o status quo, posiadałoby trudność w sprawnej redystrybucji dóbr i praw w szybko zmieniającym się świecie. Tam jednak – w obrębie swojej kultury – utrzymuje witalność i wyraz zadziwiająco długo.
Logika, jaką reprezentuje kadi, może być niezwykle inspirująca dla europejskiego systemu prawa stanowionego, które coraz częściej tworzy niewydolne hermetyczne systemy ponad galopującą kulturą; dla którego jedyną ramą dla treści, odkąd doktryna zerwała z tradycją prawa naturalnego, jest zbiór spornych i kruchych reguł formalnych.
Prawo islamskie spogląda nieufnie na zmianę. Kto na tym wyjdzie lepiej, osądzi nieprzewidywalna i coraz bardziej mroczna przyszłość Zachodu. Brytyjscy uczeni ogłaszają, że zostało mu jeszcze sto żniw. Zabiją ziemię chemią i plastikiem. Pszczoły dowożą ciężarówkami na farmy, bo wybili wszystkie zapylacze i jeszcze zarabiają na tym forsę. Dzieci nie znają dziadków, a rodzice wnuków. Te ćpają więcej, odkąd zalegalizowali narkotyki. Mutują, bo faszerują kurczaki antybiotykami. Śmieci walają się po ulicach, po których rzygają półnagie nastolatki. W autobusach przeklinają przy starszych, dla których nie mają żadnego szacunku. Ludzie spotykają się, by patrzeć w swoje smartfony. Banki okradają ludzi, a islam gardzi lichwą (riba – zakaz odsetek) i nie tworzy sztucznego pieniądza. Bank islamski jest dla ludzi i z ludźmi dzieli ryzyko inwestycji. Muzułmanie płacą corocznie zakat – obowiązkowy podatek na ubogich, dwa i pół procenta całości posiadanego majątku. Islam zabrania monopolów. Nie pozwala, by upływ czasu, jak na Zachodzie, legalizował majątek zdobyty niezgodnie z prawem. Islam to religia zielona. Muzułmanie jako pierwsi troszczyli się o prawa zwierząt. Islam dba, by godnie traktować zwierzęta przeznaczone na ubój. Poleca jeść tyle, by zachować siły potrzebne do życia. Tylko Koran wyraża jasno troskę o przyrodę, podkreślając jedność człowieka i natury w mizan – równowadze ekologicznej. Wcale nie każe czynić sobie Ziemi poddanej. Krzywda wyrządzona naturze jest samookaleczeniem. Mury arabskich miast pokrywają niekończące się formy florystyczne, bo muzułmanie nie profanują Allacha jego wizerunkami. Islam to religia umiaru, droga środka między tępym legalizmem judaizmu a utopijną wizją miłości chrześcijańskiej, nijak niezakotwiczonej w codziennym życiu. Walka o ten umiar, nieraz zbrojna – jest koniecznością. Demokracja to głos większości, bez względu na to, kim ta większość jest, i czego chce. Allach jest jeden, jest jednością, Trójca to wymysł. Allach to nic innego jak źródło piękna. Mógł wybrać nicość, wybrał byt.
Tak mógłby tłumaczyć poszukującym oświecony kadi.
7
Póki co w Amezri jest spokój. Najlepiej przyjechać tam wiosną. Skórę pieści ciepły wiatr od pustyni, góry pokrywa biały śnieg, oazy kwitną, a strumienie huczą. Tropiki w czasie naszej zimy wymuszają na Europejczyku zdradę, bo ziemia daje z siebie dużo, by przygotować człowieka na zmianę. Dlatego jeśli późną zimą, to tylko Maghreb, bo to ledwie przeskok w aromatyczną wiosnę.
W lutym 2011 roku raz w życiu gazeta wysłała mnie za granicę. Miałem pojechać na tydzień do Tunezji do miasteczka Sidi Bouzid. W grudniu 2010 roku podpalił się w nim Mohamed Bouazizi, wywołując jaśminową rewolucję, która zamieniła się w Arabską Wiosnę Ludów. Nie przypuszczałem wtedy, że pośrednio jej efektem będzie powstanie Państwa Islamskiego.
Fajna jest taka rewolucja. Jest ogólne przyzwolenie na niechodzenie do roboty i dużo się dzieje. Wszyscy sączą kawę, wystawiają twarze do coraz cieplejszego słońca i gadają. Interes przekąskowy się kręci, orzeszki schodzą jak złoto, ktoś komuś w pysk da, jest o czym mówić. Przypominało to atmosferę jakiegoś Euro z tymi chorągiewkami, banerami i ogólną podnietą. Tak zwanego przewodnika i tłumacza znalazłem pierwszego dnia na ulicy. Aref był młody i jakiś niearabski, spokojny i wyważony. Szybko skaperował kumpla kierowcę, który wsadził za szybę kartkę A4 z wypisanym po arabsku czerwonym flamastrem PRESS, i woziliśmy się chłopacko po mieście. Hotel był za drogi, więc przeniosłem się do noclegowni w ośrodku sportowym. Był zadymiony jak lotnisko w Tunisie. W hali odlotów siedziały setki ludzi w skórzanych kurtkach i paliły papierosy. Wyglądało to smętnie i nieruchawo. Niewykluczone, że wszystkich dopadł syndrom kresu rewolucji, który objawił się identycznie jak koniec mundialu dla milionów kibiców na świecie. Ale najbardziej zadymione były knajpy, w których z pomocą starych, wypukłych ekranów przenieśli się już na „stadion” w Kairze, bo tam rozpoczęły się zadymy.
W Kairze też byłem zimą, czyli wiosną. Bus podjechał nocą do zatęchłego hotelu w wysokiej kamienicy w dzielnicy kolonialnej. Pod wejściem siedział stary Arab i palił ognisko. Noce były jeszcze zimne. Tam czuć ducha Brytyjczyków, jak w Rangunie. Wysokie kamienice przytłaczały niewydolne latarnie i ulice były mroczne i tajemnicze. Na rondach rozchodzą się w rozgwiazdę jak w Paryżu, w kawiarniach stylizowanych na wielką Europę sprzedają przesłodzone, ociekające lukrem słodycze. Gorzej było na poczcie przy placu Ataba. Klasyczne Południe. Była cała odrapana, a urzędnicy z rozczochranymi włosami i wypłowiałymi mundurami kimali na rękach. Śmieci fruwały na wysokości głowy. Światła neonów mrugały popsute. Tylko plac wrzał, Arabowie krzyczeli, przepychali się, nabuzowani, na permanentnej arabskiej fazie; potomkowie tych, którzy wymyślili al-kuhl, ale którym mądry Mahomet zabronił pić, bo czuł, że tę cywilizację picie zabije. Wszystko było przejaskrawione i wyblakłe. Nawet pracownicy polskiej ambasady tacy się wydawali: w beżowych, grubawych marynarkach, w zimnym hotelu z brudnym, wymiędlonym dywanem w jadalni, o który wycierał szorstką, żółtą stopę wielki przyjezdny Arab w piżamie – jakby pokrywał ich niewidzialny kurz. Recepcjonista gdzieś miał mój pośpiech i gdy przyszła na to pora, zaczynał się modlić. Ulice starego Kairu z wielkimi meczetami świeciły wieczorem żywą zielenią i puste wydawały się niweczyć czas, bo tak samo wyglądały tysiąc lat temu, gdy do Kordoby wyruszały karawany z kopiami Księgi Tysiąca i Jednej Nocy. Trwał Amshir, miesiąc wiatru i burz piaskowych. Po bocznych uliczkach medynyiv furkotały pudła. Zgubiłem się. Szedłem długą, niekończącą się i odludną ulicą. Nagle zobaczyłem w oddali czarną kropkę, która bliżej wyostrzyła się w siedzącą na niskim zydelku starą kobietę w nikabie, za którego błysnęły kocie oczy. Dokładnie gdy ją mijałem, spojrzała na mnie na przebłysk i z naszym kresowym mocnym „l” oznajmiła mi: „Allach…”.
Michel Houellebecq w ostatniej, głośnej książce „Uległość”, w której opisuje Francję 2020 roku pod władzą Bractwa Muzułmańskiego, dokonuje sprytnego zabiegu – w literacki sposób ukazuje tę moc islamu, która ściąga do siebie rzesze konwertytów.
„Chodzi o uległość – mówi do głównego bohatera jego książki niejaki Rediger, konwertyta, Francuz, nowy rektor Sorbony pod władzą islamską. – Oszałamiająca, a zarazem prosta myśl, nigdy dotychczas niewyrażona z taką mocą, że szczytem ludzkiego szczęścia jest bezwzględna uległość”. Rediger w występującej w powieści fikcyjnej publikacji „Dziesięć pytań na temat islamu” twierdzi, że islam został powołany do zdominowania świata. Zachód uważa za skazany na zagładę – trwał póki rozpuszczał w imię liberalnego indywidualizmu struktury ojczyzn, korporacji i kast, ale upadnie, gdy zaatakuje najwyższą strukturę społeczną – rodzinę. W innym miejscu: „Dla islamu dzieło boże jest doskonałe, to wręcz dzieło absolutne. […] Ludziom, którzy chcą poznać islam, nie polecam zazwyczaj rozpoczynania od lektury Koranu, chyba że są skłonni zrobić wysiłek: nauczyć się arabskiego i zagłębić w tekst pierwotny. […] Islam to jedyna religia, która zabroniła używania przekładów dla celów liturgicznych, bowiem Koran w całości opiera się na rytmie, rymach, refrenach, asonansach. Na podstawowej zasadzie poezji, na połączeniu dźwięku i znaczenia, które pozwala opowiedzieć świat”.
Jak arabeski na bramach medyn, które widziane czy to z lotu ptaka, czy z perspektywy żuka hipnotyzują i wystrzeliwują w Kosmos uwolniony umysł. Oddające jego strukturę, bo dziś wiemy, że właśnie tak wygląda – gromady galaktyk zebrane w włókna, jak tkanka czegoś znacznie większego. Złożone z niekończących się wyrafinowanych figur geometrycznych, których sztukę rysunku opisują podręczniki. Jak malunki na księgach z wykresami astronomicznymi w Muzeum Sztuki Islamskiej w Kuala Lumpur. Miały tysiąc lat, wyglądały na sto. Jak wzory na przedmiotach codziennego użytku, bo boskie piękno ma wnikać pod powierzchnię rzeczy w życiowym mozole, który jest drogą do Niego. V. S. Naipaul, laureat literackiej Nagrody Nobla, w imponującej reportażowej książce „Poza wiarą”, w której dokonuje kulturowej analizy państw zdobytych przez islam, twierdzi, że ta religia jest najwyższą formą imperializmu. Na zdobytych terytoriach wykorzenia stare kultury i rytuały, które nie mają prawa istnieć. Houellebecq cytuje w swojej książce słowa Chomeiniego: „Islam będzie polityką albo będzie niczym”. Allach jest wszystkim i jego prawu muszą podlegać wszystkie dziedziny życia, ale czyż przy takim punkcie wyjścia inna interpretacja nie jest obłudą? W Azji Południowo-Wschodniej kolejne regiony wprowadzają prawo szariatu, choćby na wyspie Aceh w Indonezji. Kilka lat temu zaczął to robić etapami obrzydliwie bogaty sułtan Brunei na Borneo. Chodziłem po supermarketowatych ulicach oddychających klimą i nie potrafiłem sobie wyobrazić kary chłosty obok Maca. Wszędzie były arabskie napisy. Spałem w największym na świecie osiedlu na palach, skąd dopiero z początkiem XX wieku Brunei przeniosło się na ląd. Na jego brzegu fosforyzował meczet Sultan Omar Ali Saifuddien. Łódki śmigały między palami i chwiały domami. Było duszno jak nieszczęście, nie dało się spać, a nie było zimnego piwa, bo jest nielegalne w całym kraju – jest nielegalne i niedostępne, więc nikt nie pije. Włączyłem ipoda i przełączałem stacje radiowe. W końcu trafiłem na stację z modłami muezzina, jak tamtejsze Radio Maryja. Brunei Darussalam, 89.1 FM i zasypiasz.
Ale gdy obudziłem się, trwały dalej. Sprawdzałem wielokroć – w południe, w nocy, nie kończyły się nigdy, układając się w wyobraźni w czułą, rozciągniętą w nieskończoność membranę. Nie ma doskonalszej pochwały wieczności niż wibrujący, gładko zmieniający koleiny tonacji głos muezzina, który wnika płytko pod skórę i powoli wypełnia sobą nową powłokę ciała. Spałem, a on powtarzał mi do ucha słowa, które jako pierwsze wypowiadane szeptem słyszy noworodek w islamskiej rodzinie. Może dlatego jadąc samochodem przez Polskę powiatową przez myśl przebiega mi czasem mimowolnie „Nie ma Boga nad Allacha..” – oczywiście jako pusta, efemeryczna myśl: między tym a owym.
Andrzej Muszyński
Dawną Kordobę próbowałem odmalować w szczególności na podstawie „Życia codziennego w Kordobie w drugiej połowie X w. i XI w. w świetle arabskich źródeł narracyjnych”, pracy doktorskiej Filipa Andrzeja Jakubowskiego z UAM w Poznaniu. Z pisma „As-Salam” czerpię wiedzę o islamie, w szczególności, na potrzeby tego tekstu, z numeru nr 2010/1431 poświęconego ekoislamowi, z artykułami S. N. Haqa i I. Smeli. Z książki L. Rosena „The Anthropology of Justice: Law as Culture in Islamic Society” – o prawniczej logice kadiego.
Andrzej Muszyński
przez Andrzej Muszyński | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015
1
Przez dwadzieścia lat myślałem, że ściemnia. Z ręką na sercu twierdził, że kiedyś widział je z najwyższego wzgórza w naszej wsi. Mało tego, oglądał je przez lornetkę. Posądzałem go o właściwą ludziom, którzy raczej nie opuszczają swojej okolicy, skłonność do przeszczepiania wytworów wyobraźni w prawdziwe życie, albo na odwrót – do przedłużania rzeczywistych scen w głowie, bo ani cyrkiel, ani google nie kłamią – to jak nic ponad sto czterdzieści kilometrów w linii prostej. Tyle że jak on mógłby kłamać? Jak może zmyślać człowiek, który codzienne od piętnastu, a może już dwudziestu lat ogląda „Jeden z dziesięciu”? Który siedzi zawsze w tym samym miejscu przed telewizorem pod pożółkłymi encyklopediami z siedemdziesiątego trzeciego, gdzie sprawdza każdy obcy lub nie do końca klarowny termin? Ostatni sprawdzał przy mnie słowo „łaszt”.
Wujek, to pewne, żyje w duchu „Wielkiej gry”, precyzję i merytoryczną wiedzę ceniąc ponad wszystko. Dlatego uwierzyłem mu, że kiedyś ciepłym latem przed piątą rano, o której przez całe życie wychodził na autobus robotniczy, widział na niebie dziwny obiekt, wyraźny, jasny, zmieniający lokalizację z zaprzeczeniem dobrze mu znanych praw fizyki, który na chwilę znieruchomiał gdzieś ponad szklarniami pana ogrodnika i pocisnął na południe. Niewykluczone, że troska o własny wizerunek nie pozwoliła mu podzielić się tym z nikim dorosłym. Całe życie czekam na taki widok. Kiedyś w górach Hoggar w Algierii leżałem pod pustynnym niebem pół nocy, wpatrzony jak szpak w dziuplę i nic, kompletnie nic. A nie uwierzyłem mu, że widział od nas Tatry.
W ubiegłym roku zwoziłem z dziadkiem siano z pola na tym samym wzgórzu. To był jeden z tych czystych, letnich dni, gdy wiatr zgarnia z powietrza pył i śreżogę, wysysa z przedmiotów pierwotne, żywe odcienie, a po bordowej ściółce lasów, na soczystej lucernie występują żółte plamy salamander. Horyzont idzie wtedy w sukurs wyobraźni spragnionej konkretu i odcina się od nieba wyraźną linią. Zostały nam ze dwie kopki na szczycie wzgórza, wrzuciłem ostatnie widły, odsapnąłem, otarłem pot z czoła, obróciłem się – i aż krzyknąłem. Były, tam na pewno były. Naszkicowane na idealnie gładkim bloku nieba cienką, ale wyraźną kreską, jak dobrze przyciśniętym H3. Dziadek spał na ciągniku z głową na kierownicy.
2
Jak cyrklem rysuję na mapie internetowej półokrąg. Sto czterdzieści kilometrów. Zakreślam okolice Cieszyna, Rybnika, Gliwic, Katowic, Buska-Zdroju, Dębicy, Krosna. A przecież to minimum, bo istnieją dowody, że widać je ze stu sześćdziesięciu albo i dwustu. Kiedyś leciałem samolotem z Gdańska do Krakowa. Nad Łodzią pilot powiedział: „Po lewej widzicie Państwo wieżowce Warszawy, przed nami widoczne Tatry, gdybyśmy mogli zerknąć do tyłu, zobaczylibyśmy wybrzeże”.
A więc musieli widzieć je ci, którzy przed wieloma wiekami, zanim ktokolwiek zaczął notować bieg spraw, znaleźli się na nizinach między Odrą a Wisłą i zmierzali na południe. Zza kolejnego wzgórza musiały się wyłonić jeszcze półrzeczywiste. Któregoś jesiennego świtu, gdy budzili się przy wypalonym żarze i wygrzebywali ze skór, jakiś bystry dzieciak z rozcapierzonymi kudłami mógł przetrzeć oczy i tyrpając jedną ręką kimającą jeszcze matkę, drugą wskazać palcem w tamtą stronę. Ludzie musieli iść w ich kierunku, bo chcemy przylegać do przestrzeni, wypatrujemy na widnokręgu form, w które można się wtulić, a nic nie nadaje się do tego lepiej niż doliny, jaskinie i góry. Za Piastów i wczesnych Jagiellonów na południe od Krakowa rozpościerała się prawdziwa puszcza. Grasowały w niej niezliczone niedźwiedzie i wilki. Była pełna wykrotów i przeszkód. W ciemny las szli tylko ci, którzy mogli odnaleźć w tym jakikolwiek interes. Uciekinierzy, prześladowani, bartnicy, budnicy, drwale, którzy coraz dalej na południe budowali swoje chyże. Dopiero około XV wieku u stóp Tatr stanęły pierwsze chałupy. Zupełnie inaczej niż po południowej, łatwiej dostępnej stronie, gdzie od paru wieków trwała na dobre węgierska kolonizacja. To jest pierwszy obraz, który nie daje mi spokoju – Zakopane, dajmy na to, 1478 rok. Zima na potęgę, zaspy po pas, z czarnego boru wyłania się na koniu oszroniony człowiek. Po drugiej stronie polany widzi parę czarnych chałup, pod którymi pełga mętne światło. Szczyty świecą w świetle księżyca jak łuski zbroi. Mniej więcej wtedy przybyli na tatrzańskie hale Wołosi. Nie wiemy, kto pierwszy stanął na wierzchołku Giewontu, Świnicy czy Rysów, ale na pewno znacznie wcześniej niż nam się wydaje. Ten, kto uczynił to jako pierwszy, najpewniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Może i dobrze – nie każdy organizm i psychika wytrzymują ciężar takiej świadomości.
Wszystko zaczęło się na dobre w XIX wieku. Nie jest celem tej opowieści streszczenie rozwoju turystyki tatrzańskiej w XIX wieku, literatura na ten temat jest nieskończona. W każdym razie dekadę później, gdy mały Mickiewicz chłonął aurę litewskiego pejzażu, a po kraju paradowali szwoleżerowie w lampasach, Staszic przemierzył Tatry wzdłuż i wszerz, przeżył burzę życia na Wołoszynie i spędził noc na Łomnicy, skąd zniósł do badań zamknięty pojemnik powietrza. Już w połowie wieku powstały pierwsze przewodniki, pióra ks. Janoty i Ludwika Zejsznera, a dopiero potem ów słynny bedeker Walerego Eljasza Radzikowskiego, którego oryginał chodzi na rynku antykwarycznym po półtora tysiąca złotych. No ale – legenda Tatr, to legenda Tatr. Początkowo pionierzy tatrzańskich wyryp często wespół z Tytusem Chałubińskim podróżowali do Zakopanego z Krakowa dorożką, co trwało bite dwa dni, zwykle z noclegiem w oberży Herza w Nowym Targu. W 1884 roku, gdy otwarto linię kolejową do Chabówki, dorożkami górale wozili śmiałków tylko na tym ostatnim odcinku, i trzeba było się ostro targować. Walizki fruwały w powietrzu, niejeden woźnica dostał od innego po mordzie. Kapitalnie opisuje to Stanisław Witkiewicz w „Na przełęczy”, od furory której zaczęła się kariera Podhala. To drugi obraz, od którego nie mogę się uwolnić. Witkiewicz jedzie z kompanią po raz pierwszy do Zakopanego. Zaczyna piekielnie lać, walą pioruny, na miejsce docierają nocą. Deszcz dzwoni o gonty i wywrócone balie, w poszarpanym mroku migoczą lampki w oknach. Towarzystwo podjeżdża do domu gościnnego u gazdy i pod parasolkami, kwikając butami o głębokie kałuże, wbiegają pod dach. O poranku muskularne sylwetki Tatr lśnią jak naoliwione. Szybko robi się parno. Zakopane jest małe i jasne. Kawałek dalej jest targ. Pod okapem siedzą górale i ćmią fajki, niespecjalnie nagabując chętnych do wyprawy w głuszę, bo wiedzą, że i tak tamci przyjdą do nich pierwsi. Na rogu stoi Sabała. Pójdzie z Witkiewiczem w góry, przez Halę Gąsienicową, Zawrat, do Doliny Koprowej i od południa na Przełęcz pod Chłopkiem, wówczas prawdziwy wyczyn, by przepaścistą percią zejść nad Morskie Oko i spotkać dwóch Brytyjczyków o polskich korzeniach. Parę dni wędrówki, parę noclegów przy ognisku pod gołym niebem i 254 stron, na których jedzie młodopolszczyzną, aż gwizda. Witkiewicz znalazł się w cieniu swojego głośnego syna, ale przecież mamy oficjalnie rok obu Witkiewiczów, więc nie zapominajmy o ojcu. To on dał swoją opowieścią bodziec do przyjazdu młodopolskich artystów do Zakopanego, a w efekcie do całej tatromanii.
Piszę o tym, bo kilka razy miałem okazję być w miejscach, na zupełnie innej szerokości geograficznej, które pachniały nastrojem Zakopca tamtej epoki. Gdy coś się raczej zaczynało, a nie kończyło. Gdy o poranku las lśni jak krucze pióra, a powietrze jest czerstwe tak, że aż wierci w nosie. Jak w Shwebwiyang w północnej Birmie, gdzie wypasionymi dżipami albo na słoniach docierają pierwsi pionierzy turystyki, albo gdzieś na płaskowyżu Ulla Ulla w Boliwii, skąd można obserwować uważnie nienazwane wierchy pasma Apolobamba. Jest tam zaskakująco dużo przestrzeni na myśli, zwłaszcza na swoje. Trudno wtedy oprzeć się wrażeniu, że cywilizacja każdego miejsca zupełnie niedostrzegalnie dla współczesnych osiąga punkt harmonii z własnym tłem. Wcześniej trwa niezbyt przyjemna walka z siłami natury, później wszystko stacza się w chaos, wir, zmultiplikowane zderzenie. Niewykluczone, że czas, gdy człowiek mógł, powtarzam to za Konwickim, „z honorem znieść swoje położenie geograficzne”, mieć jako taki święty spokój, w miarę ciepły dom, aptekę za rogiem lub w pobliskim mieście, dobrą gazetę do poczytania bez terroru szklanego ekranu, który jak eter usypia ducha, już minął. Niewykluczone, że całkiem niedawno. Pewne jest tyle, że trwał bardzo krótko.
Młodopolskim Tatry były przeznaczone. Zaczęli bratać się z chłopami z Bronowic i zapuszczać na północ przez jurajskie wąwozy, Kobylańską albo Półrzeczki, Bolechowicką i Kluczwody, do kolejnych wsi zagnieżdżonych na słonecznych, jurajskich garbach (najwyższe wzniesienie Jury – Grodzisko – ma 513 m n.p.m. i leży wyżej niż Chabówka), wpatrując się z ławek pod chałupami w wyszczerbioną piłkę Tatr. Najlepiej widać je stąd wczesną wiosną, gdy jeszcze przykrywa je kremowa czapa śniegu. Jadąc olkuską, trzeba powściągać ciekawość, by nie rozbić auta. Można odbić do Będkowic, które leżą na wyniosłym wzgórzu, skąd roztacza się widok na Kraków i szmat wyliniałej ziemi. Kiedyś malarze i zachodni podróżnicy zachwycali się tymi wsiami. W kolorze fotografował je już wtedy Tadeusz Rząca. Domy były niebieskie i wtulone w bujne sady. Wokół było zielono i świeżo. Wesela były huczne i trwały parę dni. Zawsze wyobrażam sobie tęscenę – wesele w Będkowicach na powietrzu, 1901. Światło, wóda i święto krwi. I białe Tatry w oddali.
3
W 1915 roku z Krzyżnego zniknął schron. Dlaczego tak nagle? Co się wydarzyło? Ktoś go zburzył? Spalić nie mogli, bo był z kamienia. Co, tak wysoko się naparzali, bo przecież trwała wtedy wojna? Na przełęczy na 2112 n.p.m.? Nie dowiesz się. Źródła internetowe na ten temat milczą, Muzeum Tatrzańskie jest wyjątkowo oporne w dzieleniu się z obywatelami swoimi archiwami. Do dziś na przełęczy stoją fundamenty. Postawili go tam w 1880 roku. A co tam schroniska nad jeziorem, budy dla frajerów, jak górski schron, to górski schron, niech żyje słowiańska ułańskość – od razu ponad chmurami między łbem Wołoszyna a igliczkami Buczynowych Turni. Schron stał się w końcu niezwykle popularny. Odkąd ksiądz Gadowski w jakiejś górsko-eschatologicznej obsesji poprowadził od Krzyżnego przez grań Orlą Perć, spały w nim jego ekipy budowniczych, a po nich tabuny ceprów spragnionych górskiego luftu. Krzyżne ze swoją panoramą miało już markę za sprawą Chałubińskiego. Chciałbym napisać kiedyś powieść, która zaczynałaby się właśnie tam. Jest zima, wieczór i wieje jak nieszczęście. W schronie strzelają szczapki w ogniu. W środku jest dwóch mężczyzn, jeden siedzi, drugi stoi oparty o ścianę i wygląda przez szparę w kierunku Pięciu Stawów. W śnieżnej zamieci wspina się do nich wolno mała czarna postać. Jest to pewien Żyd, który ma im do przekazania kartkę z niezwykle ważną treścią nieznaną póki co ani dla nich, ani dla narratora, ani dla nawet autora. Jest 1914 rok.
Upadek schronu na Krzyżnem wyznacza zbieg epok. W Tatrach idzie nowe, zaczyna się wielka balanga międzywojnia. Tu mamy jasność – dla Rafała Malczewskiego, wziętego wspinacza, malarza i pisarza, autora „Zakopane – pępek świata”, gwiazdy tatrzańskiego międzywojnia, jest już wtedy po wszystkim. Za II Rzeczypospolitej Zakopane jest już miastem z kamienicami, samochodami i niechlujną rozbudową, i dla Malczewskiego jest oczywiste, że ów punkt harmonii z tłem już minął gdzieś przed pierwszą wojną światową.
Jego książka jest lekturą obowiązkową. Pisze już inaczej niż Witkiewicz, jest to już proza bardziej zwarta i zwięzła, ale dalej przebogata językowa, jakaś swobodna i nienapięta, i może dlatego czyta się to nawet za drugim czy trzecim razem jednym tchem. Wyłania się z nich obraz Zakopanego podwójny – mekki narciarzy i osady artystów.
Przezabawna jest poza wielu współczesnych skiturowców, z których wielu żyje w przekonaniu, że otwierają nową epokę. Ze szczytów Tatr zjeżdżano już na początku wieku, wtedy już odbywały się zorganizowane kursy narciarstwa, ale swoje apogeum skitouring przeżywał w międzywojniu. Jeździli wszyscy. Na narty przyjeżdżał w Tatry prezydent Mościcki i szusował po wymarzonym puchu pod krawatem. Wystarczy spojrzeć na inne fotografie. Szyk i elegancja obowiązywały również w sporcie, przynajmniej gdzieś do wysokości górnych regli. Mam dziwne przypuszczenie, przypatrując się przewrotności dzisiejszej mody, że ten trend lada chwila, góra za parę lat, wróci z hukiem. Widzę wyraźnie w wyobraźni te klipy w telewizjach śniadaniowych, które raczą się nowym (tak, na pewno będą podkreślać, że to rzecz bez precedensu) sznytem na stoku, lansiarnią w stylizowanych koszulach i gatkach. Trendsetterzy, czytajcie „Nowego Obywatela”, a będziecie pierwsi!
Wtedy Józef Oppenheim, kumpel Witkacego i naturalnie Malczewskiego, wydaje kultowy przewodnik pt. „Szlaki narciarskie Tatr Polskich”, którym wychowuje kolejne pokolenie zapaleńców. Gdy dziś na Allegro pojawia się ta książka w oryginalnym wydaniu, kupujący rzucają się jak piranie, kwota ostateczna sięga paru stówek, które zawsze gotów jestem wydać, ale zawsze znajduje się ktoś o większej determinacji. Mam bowiem do Józia Oppenheima, jak na niego mawiali, stosunek szczególny. Józio jest moim idolem. Posiadał wybitną niechęć do robienia pieniędzy. Wreszcie raz udało mi się napotkać człowieka, który żył tak, jak pragnął, robił to, co lubił naprawdę, poza tym starał się pracować w miarę, nie był żadnym „stachanowcem”. Przeciwnie, umiał i lubił się wybyczyć w górach czy dolinach, po schroniskach pod wantą, w kolibie czy wreszcie w klubie– pisał o nim we wspomnieniach Malczewski. Na to pozwalają sobie wyłącznie ludzie z natury wielkiego formatu. Oppenheim przybył pod Tatry w 1910 r. z wycieczką krakowskiego AZS-u i po prostu postanowił zostać, a przy okazji został rasowym zakopiańczykiem i człowiekiem gór. Przez lata pełnił funkcję szefa TOPR-u, wyczyniał w górach, głownie zimą, rzeczy nieprawdopodobne. Mieć taką krzepę fizyczną i fest intelekt to jest, bądźmy zgodni, nie lada wyczyn. Jeździł mocarnym Harleyem ze swoją „Rudą”, Wandą Krzeptowską, malarką i artystką, kolejną heroiną tatrzańskiego międzywojnia. Już jesienią, gdy pachniało pierwszym śniegiem, wybywał na Halę Pyszną, gdzie stało regularnie powiększane i wyposażane schronisko na Hali Pysznej, powyżej dzisiejszego schroniska w Dolinie Kościeliskiej, matecznik narciarzy i romantyków. Oppenheim rąbał drewno, przygotowując budynek pod napór gości. Do 1936 roku, gdy schronisko otwarto na cały rok i przydzielono mu gospodarza w osobie narciarza, olimpijczyka i wicemistrza świata w zjazdach narciarskich Stanisława Marusarza, ciągle ktoś włamywał się do środka i kradł. Zwykle byli to przemytnicy i pospolici rabusie. Oppenheim zimą prowadził na Pysznej kursy narciarskie. Wieczorem było picie i harmonia, w gruncie rzeczy dziś jest całkiem podobnie – na pewnym pułapie czas nie ma wpływu na kształt rzeczy, omija góry gdzieś dołem, gdzieś bokiem, subtelnie zakrzywiając czasoprzestrzeń.
Oni wszyscy musieli to czuć. W narciarstwie w tatrzańskiej głuszy idzie o coś znacznie istotniejszego niż adrenalina, bo płynne substancje nie nadążają za opadającymi narządami i wspinają się po ściankach organów w kierunku gardła, przestając pełnić swoje funkcje. Ruszasz w dół, ale czujesz, że to ziemia zapada się albo w najlepszym wypadku otwiera. Szus z Rakoniado Chochołowskiej to pogrzeb idei, kres matematyki euklidesowej. Dla wielu to jedyna szansa, by uwolnić się od myśli i realnie poczuć efekt medytacji. Obraz furkocze i drży, wygląda to jak na tych nagraniach z kabiny pilota, gdy świat zakrzywia się, mimo że grzejemy trawersem wprost na bydlęce cielsko Wołowca. Niewykluczone, że od fizyki i w tym wymiarze nie ma ucieczki i tak zwane poczucie jedności ze światem realizuje się dopiero przy prędkości światła, ponieważ Stwórca uznał, że tyle wystarczy. Taki zjazd pozwala choć ją musnąć, do czego na co dzień nie dopuszcza nas szczelne zbrojenie kości, powięzi i limfy. Zdaje się, że po prostu dusza jest ciut zwinniejsza od ciała pogrążonego w dyfuzji i doświadcza na te chwile wewnętrznej pustki, znając przewrotność fizyki, znoszącej się plus minus z Absolutem.
Co innego artyści.
Ściągali do Zakopanego i w „Morskim Oku” przy Krupówkach oswajali świat, wypijając morze gorzały. Wysuwam wypadkową z licznych wspomnień, pomniejszoną o gadki podejrzanie barwne, i stawiam pi razy oko obiektywną tezę, że międzywojenne Zakopane wyjątkowo sprzyjało piciu wódki. Nie idzie nawet o miłosierne dla kaca powietrze. Pili wszyscy, bo było gdzie, z kim i za co, a po ulicach nie wałęsało się jeszcze zbyt wielu meneli, którzy zawsze przypominają niewygodną prawdę, że picie jednak szkodzi. Było dużo czasu, wiadomości docierały tu umiarkowanie wolno, a przy tym nikt nie żył ze świadomością, że przed czymś ucieka – świadomość ucieczki czyni picie nad wyraz uciążliwym. Józef Oppenheim i jego kompania są na tę opowieść zbyt zaborczy. Między innymi dlatego opowiem o kim innym, o kimś nie tyle zapomnianym, co raczej w ogóle niepoznanym. Otóż do Zakopanego przyjeżdżał wtedy członek Awangardy Krakowskiej, prozaik i krytyk Adam Ważyk. Swoje wspomnienia spisał w potoczystej „Kwestii gustu”. Jest to w zasadzie źródło jedynego opisu człowieka, który miał szansę zapisać się na wieki w dziejach polskiej, a może i światowej literatury. Jego prozę Jan Gondowicz, czołowy współczesny krytyk, zaliczył w magazynie „Książki” w poczet zaginionych arcydzieł obok „Mesjasza” Schulza. Szkoda czasu na poszukiwania jakiejkolwiek fotografii czy listów. Dlatego tym bardziej warto oddać głos w wybranych partiach Ważykowi, z paroma skrótami.
Latem pojechałem do Zakopanego. Znalazłem się w przypadkowo wskazanym pensjonacie. Usadowiono mnie podczas obiadu przy końcu długiego stołu gęsto obsadzonego gośćmi. Naprzeciw mnie siedziała przystojna brunetka o nieregularnych rysach. Nazywałem ją w myślach kurewką portową. Obok niej usiadł mały człowieczek. Górna część jego twarzy przypominała szympansa, ale bardzo sympatycznego, o bystrym i melancholijnym spojrzeniu. Miałem ze sobą powieść Maxa Jacoba. Po drodze na taras zostawiłem ją na stoliku w korytarzu. Kiedy wracałem, zobaczyłem jakiegoś młodego mężczyznę w okularach w grubej rogowej oprawie. Przechodząc, pochylił się nad stolikiem, zawołał zdzwionym głosem „Max Jacob!”, i zniknął w głębi korytarza. W tej scenie było coś teatralnego. Książka porzucona zaskoczyła nieznajomego, mnie jeszcze bardziej zaskoczył jego okrzyk.
Dalej Ważyk opisuje, jak pewien adwokat podsuwa mu lekko zboczone rysunki, pytając o opinię.
Naraz spoza moich pleców wysunął się mały człowieczek o melancholijnym spojrzeniu, to właśnie on rysował te rysunki, nazywał się Bruno Schulz.
Jakiś chłopiec, słysząc nazwisko Ważyka, biegnie na górę i sprowadza na dół drugiego bohatera. Właśnie wtedy Ważyk poznaje Władysława Riffa, dwudziestopięcioletniego prozaika o galaktycznym talencie, tego możemy być pewni – był artystycznym sparingpartnerem Schulza. Idą do pokoju Riffa. Ważyk pyta głupio, czemu Riff wybrał tak chłodny pokój. Riff jest chory na gruźlicę i spędza w Zakopcu okrągły rok. Na ścianie wisi rysunek autorstwa Schulza, oczywiście kobitka i banda samców dokoła. Riff czyta Prousta i Kafkę, którego zachwala. Jest krakowianinem.
Oszołomiony tym spotkaniem, nie pomyślałem, że mam przed sobą człowieka piszącego. Po ochłonięciu, prędzej czy później przyszłoby mi to na myśl, ale Schulz mnie ubiegł, powiedział mi na osobności, że Riff pisze dużą powieść. Zapewnił mnie, że na moją prośbę wyjątkowo zgodzi się odczytać fragment. Później:
Zaskoczyły mnie długie, rozgałęzione zdania, rozumowane, wyzbyte stylistycznych efektów. Była to narracja w pierwszej osobie. Narrator opowiadał o swoim domu z lat szkolnych, o matce, o zjawieniu się sublokatora, któremu matka wynajęła pokój. Obcy człowiek wprowadzony do otoczenia domowego był nową osobowością, z którą narrator oswajał się w przelotnych spotkaniach. Dalej Ważyk rozwodzi się nad tekstem, podsumowując: „Powieść przygód psychicznych” – w ten sposób Riff określał swoje aspiracje. Opisuje ich spotkanie w zakopiańskiej knajpie, podczas którego jako krytyk trochę się mądrzy w odniesieniu do zaprezentowanej prozy. Spostrzegłem, że Riff wylał piwo z kufla, nie mógł opanować drżenia ręki. Zacząłem łagodzić swoją opozycję i żałowałem tej rozmowy.
Przesiadują wieczorami w pokoju Riffa z dwoma znajomymi kobietami, w tym z ową brunetką, panną X, jak nazywa ją Ważyk, częstochowianką, która nie zdradza jakichkolwiek ciągot intelektualnych.Riff ostentacyjnie ją ignoruje. U jej stóp kuli się za to Schulz, parodiując swoje rysunki albo udaje szympansa. Riff zdradza Ważykowi: Kiedyś za protekcją Axentowicza wysłano go do Wiednia z kwotą, która miała mu starczyć na półroczny pobyt, ale Schulz trafił na wymagającą kobietę i wrócił po dwóch tygodniach bez forsy. Któregoś wieczoru Riff zaczepia na korytarzu Ważyka. Poradził mi wesoło, abym zostawił drzwi otwarte, może panna X przyjdzie do mnie na noc. Odpowiedziałem mu tym samym tonem, że na nic podobnego się nie zanosi. To, co usłyszałem od Riffa było do niego niepodobne. Skazany przez chorobę na izolację, traktował nas jak młodych ludzi, którym los pozwolił korzystać z życia. Zauważyłem, że mnie obserwuje. Dokładnie jak sublokator z jego powieści. Człowiek piszący obserwuje ludzi, ale nie powinien się z tym zdradzać. Ważyk prosi Schulza o subtelną interwencję. Miałem wrażenie, że Schulz to dobrze załatwił.
Dalej następuje scena jak z niemego filmu. Ważyk szuka na cmentarzu grobu Mieczysława Szczuki, „genialnego outsidera”, kolejnej gwiazdy międzywojnia, malarza i grafika, grabarz wskazuje mu miejsce na wzgórzu. Riff z panną X zostają na dole. Ważyk idzie pod górę, obraca się i widzi ich w gwałtownej kłótni; schodząc w dół, traci ich z oczu. Gdy spotykają się, tamci zachowują się jakby nigdy nic. Widocznie coś mnie w tym niepokoiło, coś, co się nie zgadzało z moim wyobrażeniem o przypadkowym zetknięciu się tych dwojga ludzi, którzy nie mieli ze sobą nic wspólnego.
Ważyk wyjeżdża i obiecuje Riffowi, że wpadnie w grudniu. Choruje na grypę i rezygnuje z wyjazdu, wysyła mu list. Otrzymuje odpowiedź: List Pana, niestety, nie zastał już Władysława Riffa, który zmarł 25 grudnia.
Czy Riff zdołał przed śmiercią doprowadzić powieść do końca? Wydaje mi się to wątpliwe.
Wiosną myśl o rękopisach Riffa zaczyna Ważyka dręczyć. Jedzie do Zakopanego. Od jednej z kobiet dowiaduje się, że przed śmiercią Riff intensywnie pisał, jakby przeczuwał koniec. Po wigilii upadł w drodze do pokoju, dostał krwotoku, znaleźli go po godzinie, żył jeszcze paręnaście godzin. Polecił przekazać Ważykowi wszystkie rękopisy. Funkcjonariusze wydziału sanitarnego podczas pogrzebu dezynfekują pokój, gdy w domu nie ma bliskich, i palą wszystkie papiery. Po ich spaleniu jego brat Janek popełnia samobójstwo. Chwilę później w Krakowie odwiedza Ważyka Schulz. W południe pojawia się przy bramie, ale wycofuje się. Wieczorem wraca i przyznaje się, że nie miał odwagi wejść i poszedł na pociąg do Drohobycza. Siedzą między świerkami. Schulz mówi, że duchy zmarłych krążą w pobliżu miejsca, gdzie mieszkały. – Teraz, kiedy Riff nie żyje, mogę panu powiedzieć prawdę – odpowiedział Schulz. Panna X stale przyjeżdżała do Riffa, była jego przyjaciółką blisko dwa lata, ukrywała ten związek przed rodziną. Nie mogła przyjeżdżać za często, była młodziutka i lubiła się bawić. Riff wpadał w chorobliwą nieuzasadnioną zazdrość. Chciał z nią zerwać. Podczas pobytu Ważyka dziewczyna próbowała uratować związek. Scena pod cmentarzem była pewnie kluczowa. Panna X nie pojawiła się na pogrzebie.
W kilka miesięcy później miałem sen o Riffie. Spotkałem go na ulicy ni to w Warszawie, ni to w Zakopanem. Cały był owinięty w bandaże, jak człowiek niewidzialny Wellsa. Mówił coś zagadkowego, co powinienem był odszyfrować. – Przecież pan nie żyje – powiedziałem zdziwiony. Potwierdził i bandaż zaczął się rozwijać w powietrzu, ukazując bezcielesną pustkę. Usłyszałem urywany szloch wewnątrz organizmu i obudziłem się zlany potem.
Schulz wysyła mu jeszcze parę listów Riffa z Zakopanego, w których pensjonat przeobraża się w statek, a epistolografia w prawdziwą literaturę.
Parę lat później Schulz przynosi do Ważyka maszynopis. Ważyk namawia go do pokazania „Sklepów cynamonowych” Nałkowskiej. Schulz chorobliwie boi się odrzucenia. W końcu Ważyk wypycha go do Warszawy. Jego proza wysadza w kosmos polską literaturę.
Ten sukces był dla mnie niespodzianką. Sądziłem, że imaginacyjna proza Schulza przejdzie bez echa. Czytając ją w maszynopisie nie mogłem się opędzić od niedorzecznej refleksji, że mam przed sobą namiastkę czegoś, co zaginęło. Pozbyłem się tych natrętnych myśli dopiero przy powtórnej lekturze w wydaniu książkowym.
Czy Schulz odważyłby się pokazać Nałkowskiej „Sklepy”, gdyby nie Ważyk? Gdyby nie Zakopane? Kim była panna X? Gdzie się podziała? Kiedy zmarła? Co pisał Riff? Czy straciliśmy arcydzieło?
Tyle możemy dla tego chłopaka dziś zrobić. Mam dziwne poczucie, że powinien być głównym bohaterem powieści, która zaczynałaby się na Krzyżnem, a ów niesiony w zamieci list miałby wpływ na jego los. Mogłaby nosić tytuł „Pyszna”.
Jak kończy Oppenheim? Czytajcie Malczewskiego albo, wolna wola, Wikipedię.
4
I tak mimowolnie i niepostrzeżenie przeszedłem z dominującego czasu przeszłego dokonanego na regularny teraźniejszy niedokonany, może dlatego że opisuję już wydarzenia za życia naszych dziadków. Ostatnio uczeni dowiedli, że dziedziczymy genetycznie traumy związane z wydarzeniami, w których brali udział nasi przodkowie. Wojna jest wciąż jak cień oddalającego się przedmiotu, którego kraniec zamiast znikać razem z nim, tkwi w tym samym punkcie albo wręcz wydłuża się, bo dzieje się to o zachodzie słońca.
Niemcy wchodzą do Zakopanego 1 września. Trzeba szybko zmienić zawody, funkcje, role. Stanisław Marusarz, szef Pysznej, światowej rangi narciarz, od razu zamienia się w kuriera tatrzańskiego, by przemycać przez góry ludzi i towar. Tworzy się siatka konspiracyjna, szlaki kurierskie i szyfry – pukanie do drzwi w określonym rytmie, obchodzenie budynku po parę razy przed wejściem do środka, hasła. Na przykład to: „Mam do naprawy buty”. Odzew: „Na kiedy?”. Trasa wiedzie przez przełęcze w głównej grani na Słowację, a potem do Budapesztu, gdzie wrze od polskich uchodźców, kopert i walizek z dolcami. Wojna nie zna żadnych kompromisów, długo nie docierało do mnie, że to wszystko działo się też tam, w górze. Skoro kurierzy śmigali przez zbocza Giewontu i Kondratową Przełęcz na południe, to i byli tam Niemcy. Co oni w tych czarnych skórzanych płaszczach chodzili? Trzy błyszczące postacie na upłazie Małołączniaka, które zbliżają się, aż słychać ich wyraźny, nieskrępowany szwargot.
Najwięcej o tym czasie mówi kurierski los Stanisława Marusarza. Był postacią-legendą, człowiekiem-demolką. Przed wojną podczas konkursu skoków kropnął głową w zeskok, złamał obojczyk i poturbował bark, ale nikomu się nie przyznał, bo zbliżały się mistrzostwa świata w Zakopanem. Wbrew kategorycznemu zakazowi lekarza zdjął sobie gips. Na zawodach zajął siódme miejsce w kombinacji norweskiej i piąte miejsce w skokach, co przy okazji dało mu tytuł mistrza Polski. Po wielu udanych akcjach w końcu wpada w ręce gestapo na Słowacji. Jest przesłuchiwany w budynku ich placówki. Po paru dniach decyduje się na coś, na co mógł zdecydować się tylko on. Wartownik stoi przy oknie i bawi się pistoletem. Marusarz ścieli o poranku łóżko. Wartownik każe mu je zostawić. Marusarz odpowiada, że nie lubi bałaganu. Chwyta materac, ile sił w dłoniach, wali go nim w łeb i wyskakuje przez okno. Gdy jego korpus jest już po drugiej stronie, jeden z żołnierzy zdąża jeszcze zadać mu cios nożem w nogę. Załoga rusza w pościg, Marusarz jest już w lesie. Gdy po raz drugi wpada w ręce hitlerowców, od razu zabierają go na tortury do zakopiańskiej willi „Palace” z siedzibą gestapo. Trafia do izby przesłuchań. Naprzeciwko siada wielki Niemiec, Marusarz nie wierzy własnym oczom – naprzeciw niego siedzi kolega z aren sportowych, bokser wagi ciężkiej Paul Nanen, i częstuje go papierosem. Marusarz nie może jednak liczyć na solidarność sportową. Nanen namawia go do kapowania na kolegów, a w końcu leje pięściami i gumowymi pałkami. Marusarz trafia do więzienia przy Montelupich w Krakowie. Nie mięknie i przenoszą go do „celi śmierci”. Gdy Niemcy wywożą kolejne cele na rozstrzelanie, znów postanawia uciec. Całymi nocami wygina nogą od taboretu pręty w oknie, naciągając na okno w ciągu dnia szmaty – Niemcy dla złamania morale podrzucają im zakrwawione ciuchy martwych kolegów. O świcie 2 lipca 1940 roku, gdy dwóch niemieckich wartowników odpala papierosy za rogiem budynku na dziedzińcu, rzuca hasło do ucieczki. W panice rzucają się ci, którzy odmówili z nim współpracy. Robi się bajzel i korek. W oknie utyka człowiek, Marusarz widzi, że blokują go buty schowane w kieszeni, wyjmuje je i przeciska go na drugą stronę. Nie ma czasu już korzystać z uwieszonej liny z prześcieradła. Ląduje prawie jak z telemarkiem. Wspina się przez druty kolczaste i pięciometrowy mur, biegnie ulicą Montelupich, słychać już syreny alarmowe i strzały. Wpada na targ warzywny na Kleparzu, przerażeni ludzie krzyczą, wywracają stragany, dopiero teraz widzi – cały spływa krwią poraniony drutem. Biegnie aleją Słowackiego, nie zna w ogóle Krakowa, więc biegnie, po prostu biegnie, przez Łobzów, na dziedziniec domu oficerskiego, który niestety zajęli gestapowcy, kryje się w parkanie, i biegnie dalej, do Bronowic, do Lasu Wolskiego, aż wypada na łąki pod Kopcem Kościuszki i będąc już na widoku, spostrzega pełno niemieckich żołnierzy. Schyla się i dźwiga leżącą bukową szczapę. Zarzuca ją na plecy i paraduje z nią tuż przed hitlerowcami. Jeden z nich chce go wylegitymować, drugi macha ręką. Marusarz dociera do zabudowań. Jaki silny był to strach, nie potrafi potem opisać. Na drugą stronę Wisły przewozi go wędkarz. Biegnie dalej, na przełaj, nocą, śpi w zbożu i po paru dniach dociera wieczorem do Kościeliska. Obchodzi dom, jest cicho. Wchodzi przez dach do kuchni. Jego ojciec zrywa się z łóżka. „To ja, Staszek” – mówi Marusarz. Ojcu drżą ręce, gdy dotyka jego ran. Zasłaniają okna i zapalają lampę. Matka mdleje.
Gdy Sowieci zapuszczają się w górę Doliny Kościeliskiej (po co, pytam, po co?!), ścigają ich Niemcy i podpalają schronisko na Pysznej. Dziś są tam łąka i las.
5
No i znów kolejny rok nie poszedłem na Pyszną. Na przełęcz Pyszniańską rzecz jasna, na nartach. Od polskiej strony już nie można, to rezerwat ścisły, ale od słowackiej – owszem. Bo praca, bo działka, bo impreza.
Tatry są ciągłym wyrzutem sumienia. Budzą je, gdy nie odwiedzam ich zbyt długo, a zapomnieć o nich nie można, bo tu na Jurze świecą na widnokręgu jak gromnice. W tym sensie jest to relacja czysto międzyludzka, a kto wie, może i coś więcej, bo Tatry przypominają się jakby częściej. Nasilają się, gdy na skrzynce mejlowej torpedują człowieka posty członków KW Kraków. „W piątek po 17 jadę autem do Moka, ktoś się zabiera?”. Poniedziałek: „Dziś na filarze Świnicy dobry warun”. Środa: „W kominie Drege’a sorbet z dużą ilością śniegu”. I tak dalej, bez przerwy, ci sami ludzie, co rusz. Każdą chwilę pielęgnują w Tatrach, które słabo tolerują półśrodki. Albo góry, szanowni państwo, albo rodzina, albo góry, albo życie. Dziś jedynym środowiskiem górskim z prawdziwego zdarzenia są toprowcy, instruktorzy wspinaczki, którzy zresztą już niewiele się wspinają, bo spędzają całe miesiące w schroniskach, ciągnąc po graniach kolejnych kursantów zimowej turystyki wysokogórskiej. Nie ma wśród nich Jan Gwalbert Pawlikowski wielu następców. Na kursie lawinowym podczas wykładu pracowniczki TPN w Moku wywiązała się dyskusja o destrukcji Tatr przez turystykę. Nie wierzyłem, co słyszę. Ani ona, ani instruktorzy nie wierzyli, że można skutecznie limitować ruch w Tatrach, choćby w Morskim Oku. Takich rozwiązań jest na Zachodzie wiele i są niezwykle proste. Niespecjalnie reagowałem, bo było wśród słuchaczy wyjątkowe stężenie wszystkowiedzących, może dlatego, że byli to sami faceci i jedna kobieta – w ciągu dnia paplaniny padło jedyne sensowne pytanie, a jego autorką była właśnie ona.
Od paru lat wychwytuję ten stalowy, szklący wzrok ludzi gór. Jak u R., która stojąc w Dolinie Kobylańskiej na Jurze opowiadała o zawodnym punkcie asekuracyjnym w Dolomitach tak, jakby wspominała upuszczenie łyżki. Jak W., który stojąc w styczniu gdzieś pod Bandziochem Mięgusza opowiadał mi spokojnie i precyzyjnie: „W tamtym tygodniu podchodziliśmy pod niego, napięliśmy śnieg i z drugiej strony wyjechała deska”. Jak najczystszy lód, jak u Witkiewicza, jak u Marusarza, bo od jakiegoś czasu chcę wierzyć, że rzeczywistość odkłada się warstwami na samej tęczówce. Po co tam chodzić? Wspinacze nienawidzą tego pytania, i często odpowiadają „bo są”. Niewzruszone jak sam Stwórca, ale przynajmniej je widać. Dłonie precyzyjnie wiążą prusika i wpinają ekspres, ściana w swym bezgranicznym miłosierdziu przejmuje cały nasz gniew i w którymś momencie dochodzi do ulotnego sojuszu ducha i ciała, w miejsce chaosu wstępuje ład. W tegoroczny styczniowy dzień, po nocy wietrznej i śnieżnej, gdy buda schroniska w Moku skrzypiała jak łódka na falach, wstał suchy i przejrzysty dzień. Słońce nie chciało się wzbić poza precyzyjnie wyrzeźbione szczyty. Można było sobie tylko wyobrażać, jak światło pieści południowe zbocza i spływa nimi na południe, wypełniając równiny Słowacji i Madziarów. Stały niepokojąco ostateczne, symetryczne i szare. Ale na litość, jak wtedy wierzyć, że za Mięguszami są Hińczowe Stawy, czaj z tatranskich bylin i gulasz w Wielickiej? Sprawa staje tu na ostrzu grani – za Mięguszami jest wszystko albo nic.
Górale z innej części świata, górale Rawang spod Himalajów Birmańskich, wierzą, że nie istnieje jedna historia. Edmund Leach, Brytyjczyk, wybitny antropolog i uczeń Bronisława Malinowskiego, zbierał wśród nich relacje z dawnej wojny, w której brało udział kilka klanów. Nie było dziwne to, że każdy z nich przedstawiał swoją, zupełnie inną wersję wydarzeń, lecz to, że nikt nie miał nic przeciwko istnieniu przeciwnej. Jeden z najwyższych statusów miał wśród Rawang bard, którego wynajmowano, żeby za pieniądze przedstawiał wariant opowieści po myśli płacącego. Leach postawił antropologię na głowie – społeczeństw nie można badać jako organizmów statycznych, bo wszystko, co społeczne, też płynie. Szukanie na siłę obiektywnej wersji jest tyleż żmudne, co niepotrzebne, bo to różnice mówią o nas najwięcej. Z Tatrami jest podobnie – pozwalają każdemu wyłuskać dla siebie ich-swoją historię. Zamiast o Oppenheimie mogłem napisać o Zaruskim. Zamiast o Riffie – o Małachowskim. Zamiast o Marusarzu – o jego siostrze Helenie, która miała mniej szczęścia i zginęła z rąk hitlerowców. Są obfite i plastyczne jak islam.
Teraz, gdy to piszę, jest 27 kwietnia 2015 roku. Siedzę w pustym pokoju na Tarasówce ponad Małym Cichem. Spędzałem w nim jako dzieciak całe wakacje, odkąd cokolwiek pamiętam. Rodzice w ramach wczasów pracowniczych dostawali tanie pokoje w miejscowej szkole. Całe dnie siedzieliśmy w lesie na grzybach albo na jagodach. Zawsze po przebudzeniu wychylałem głowę za okno, by sprawdzić, jak je widać. Zanim wszedłem na ich czubki, były rojeniem, ale na wyciagnięcie ręki. Tak zwana prawda spotykała się tam z fikcją i można było na nią nawet wejść okrakiem. Gdzieś już w podróży, gdy niebezpiecznie wyraźniały przed Nowym Targiem, zaczynało walić serducho. Droga do Małego Cichego wiła się jak w kreskówce przez smukły, czarny las. Pachniało drewnem i sieczką. Gdy wracałem, a powietrze koło Pcimia stawało się duszne i ciężkie od spalin, myśli przysłaniała zieleń lasów w Dolinie Tomanowej. Długo, do chwili, gdy zobaczyłem przez lornetkę ludzi na Kościelcu, nie wierzyłem, że można na nie wejść. Dlatego plecak po wakacjach wypełniały nowe albumy i pocztówki, by przygotować nieufny umysł na spotkanie z innym szczepem prawd. Przewodnik Józefa Nyki żółknął pod palcami, aż nauczyłem się go na pamięć, by jako tako zaspokoić wyobraźnię. A może w ogóle nie powinienem iść na Pyszną? Wszak spotkanie z rzeczywistością jest zawsze rozczarowaniem, tylko z tego względu, że obraca się we wspomnienie.
Siedzę na tarasie i patrzę na Tatry. Zbocza nad wsią, kiedyś zalesione, szpecą brązowe placki wyrębów, które podchodzą już pod Gęsią Szyję. Wytną wszystko – czy ktoś to w ogóle kontroluje? Jest cicho i słonecznie. Śnieg na szczytach jest już żółty, jakby nasiąkł światłem. Niżej jest już wiosna, która potrwa z dwa tygodnie, bo zaraz uderzy lato. Od paru lat nie ma zimy, jest sucho i przyroda nie wybucha. Śnieg jest tylko tam, na widnokręgu. W ten sposób Tatry zaspakajają kolejną tęsknotę. Jesienią zawsze przyjeżdżam tu na rydze. Dziesięć kilo w dwie godziny. Na Jurze to już niemożliwe. Tatry poza sezonem są jednym z ostatnich miejsc, które dają szansę na odosobnienie. Czasem, by to uczucie zintensyfikować, rozbijam zimą biwak na grani, najchętniej w dzień powszedni, by delektować się nią, gdy świat u stóp drga w padaczce świateł w jakimś koniecznym strachu przed zwolnieniem. Człowiek przewraca się z boku na bok, śnieg chrupie pod karimatą, para rozbija się o namiot. Wtedy wyraźnie czuć, że pośpiech nie jest w naszym ciele punktem, a wypełnia go, płynie, i człowiek zaczyna wierzyć, że zastrzyk takiej ciszy usypia go na zawsze, kapituluje, ale to tylko złudzenie. O zmierzchu poszarpany upłaz Starorobociańskiego wygląda z grani Ornaka jednoznacznie martwo i z miejsca przywołuje obrazy tych wszystkich odkrywanych egzoplanet i ich górskich pasm, Kepler 62s albo Gliese 163c, jak na wizualizacjach NASA – nic tylko światło, pył i wiatr po horyzont pod obcym niebem, aż myśl o istnieniu świata bez ludzi staje się zwyczajnie nie do zniesienia.
W styczniu szedłem na nartach na Gęsią Szyję, by potem zjechać do schroniska w Roztoce. Śnieg był niebieski, a gdzieś w żlebach Gerlacha wpadał w kobalt, zupełnie zlewając się z niebem. Człowiek wyłącza radio, zamyka auto, rusza w las, zaciąga się tym powietrzem i każdy ludzki umysł znów zaczyna krzesać jak opiłki myśli, które oczywiście wydają mu się genialne. Na szczycie nie było nikogo. Zbocza Waksmundu błyszczały jak cyna. Usłyszałem ludzkie głosy. Zbliżały się od strony Murowańca, to kawał drogi. Nagle zaczęli wyłaniać się z lasu. Ubrani w miejskie, flauszowe płaszcze i skórzane buty za kostkę zebrali się na szczycie jak kruki na dachu. Spoceni, umordowani, para biła od nich jak od wiejskich chłopaków po północy na wiejskim weselu, gdy w zimną jesienną noc wychodzą w koszulach na dwór. Ale ci byli inni, zupełnie niedzisiejsi, jacyś pełni ogłady, bo choć dosyć głośni, to bez tych typowych współczesnym nieskrępowanych bluzgów. Pomyślałem – tak, chłopaki z seminarium. Tym bardziej, że gdzieś z tyłu dokuśtykał do nich ksiądz. Gdy doszedł ostatni z grupy, spóźniony i zziajany, ściśnięci na wierchu odśpiewali mu piosenkę. Pierwszy raz ją słyszałem. Za nic nie potrafię jej odtworzyć w głowie, znaleźć w necie jakiś trop. Ładna była. Coś o powitaniu, a może o pożegnaniu? Serce, na pewno było tam serce. A diabli wiedzą, może i Bóg jakiś? Trzeba było zabrać dyktafon. Chciałem być sam, ale zupełnie mi nie przeszkadzali. Jak twierdzą znacznie mądrzejsi, odosobnienie jest zbawienne o tyle, o ile jest zbawienne dla innych. A może to byli śpiewacy operowi.
Psiklatka1
Ludziom skał
Teraz to już, ojciec, zmierzcha,
A ja wiszę jak gibon na tym czubku,
Który czarny pan w nienawiści do alpinistów
Wysmarował łajnem krów,
Których nie ma.
Teraz to już, ojciec, zmierzcha,
A naskórek horyzontu pruje się w bord,
Odsłaniając pochyłe wnętrze nieba.
Dlatego jeszcze nie zjeżdżam,
Dotykam dłońmi zimnej skały,
I oddaję jej swoje:
Nocą będzie kląć, sapać,
Kopać w pudła, rzucać talerzami,
Cierpieć na bruksizm, ryczeć, wychodzić,
Mocno trzaskać lasem.
Andrzej Muszyński
Krzykawa, 17.07.2014 r.
Przypis
- Popularna nazwa jednej z grup skał na Jurze
przez Andrzej Muszyński | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
W Dziurce nigdy nie było światła. Przynajmniej go nie pamiętam. Jeśli już – to może ze dwie żarówki na drewnianych słupach, ale nie dawało to żadnego efektu. Dlatego na odcinku wsi o tej zwyczajowej nazwie trzeba było patrzeć pod nogi, bo mielizny gwiazd na kosmicznej rzece zanadto ściągały wzrok. Otwierałem furtkę, zakładałem metalowy skobel i ruszałem na Dziurkę przez gęstą, zastaną mgłę, rozcieńczoną tu jeszcze starym, żółtym światłem lamp. Późną jesienią, nawet wtedy, gdy wioska w pogodne dni kipiała od życia, można było iść z kilometr i nie spotkać żywej duszy prócz czarnego kota, który robił wiele, by nie wpuścić do umysłu zaczynu racjonalizmu. Echo kroków odbijało się od murowanych ścian i wspinało do nieba razem z dymem z kominów. Znikałem w tej mgle ze starym brulionem pod pachą, z napisanym własnoręcznie ambitnym tytułem „Rodzina”.
Miałem dziesięć lat i dostałem świra. Chodziłem od wujka do ciotki, próbując skłonić ich pamięć do niecodziennego wysiłku. Być może jedynego takiego w ich życiu. Pytałem o przeszłość. Ale właśnie w Dziurce otworzyła się jakaś przepastna próżnia, gdy ciotka Helena otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej pożółkłą kartkę z kaligraficznie rozpisanymi słowami i idealnie prostymi strzałkami prowadzącymi po kolejnych imionach, bo nazwisko pozostawało to samo. Daty kończyły się gdzieś w połowie, ale prosta rachuba wskazywała, że pamięć jej ojca, gdyż to on był autorem notki, sięgała początków XVIII wieku. Przepadłem. Przepadłem, bo u dziecka świadomość więzi od tylu lat z kawałkiem ziemi pobudza wyobraźnię, a ta bywa obciążeniem.
Od tamtej pory kolekcjonuję tzw. literaturę regionu. To największa półka w mojej bibliotece. Jaka tam półka – już ze dwie, bo rozrasta się to jak bluszcz. Wciąż nowe książki, wspomnienia, broszury, fotografie, legendy, anegdoty, z czego większość zebrana mrówczą pracą pana Liszki. Przeglądam to wszystko od lat i końca nie widać. Sama sprawa piastowskiego gródka rycerskiego tuż obok wsi – trzy naukowe opracowania. Druga wojna światowa – jedna wielka saga. Powstanie styczniowe i śmierć Włocha płk. Nullo na polanie pod Krzykawką – temat na powieść. Można z tego czerpać bez końca. Ostatnio podczytuję pismo, które tworzą lokalni pasjonaci. Nazywa się „Korzenie” i powstaje od połowy lat 90. Zebrałem komplet – nie potrafię ich zliczyć, może ze sto numerów. Około połowa ich treści to wspomnienia mieszkańców okolic sprzed lat. Czyta się to jednym tchem, bo jest szczere i prawdziwe, a przy tym każde z nich potwierdza intuicję, że żyjemy na progu jakiegoś wielkiego kulturowego przełomu, którego symptomem jest rewolucja w naszej relacji z przyrodą. Powtarza się to niemal w każdym wspomnieniu – opis wychowania rodzinnego, którego podstawowym elementem było wtajemniczenie w świat naturalny.
Z początkiem XX w. do mojej wsi zjeżdżali letnicy z Zagłębia. Rodzina Jagodzińskich wrosła w pejzaż i nawet założyli pierwszą szkółkę. Pisze Bolesław Jagodziński: Rozkoszne były te wyprawy do Sławkowa, nie tylko ze względu na tę bułkę z kiełbasą, ale również na pogawędki z babcią. Potrafiła nam odpowiedzieć na każde pytanie. Dużo dowiedzieliśmy się od niej i o zwierzątkach żyjących na polach i w lesie – jak sobie budują nory, jak zbierają zapasy na zimę, czy są pożyteczne czy szkodliwe itp. Tymi swoimi opowieściami uczyła nas kochać przyrodę – nawet może i te zwierzątka, które może są szkodnikami, ale też chcą żyć. Z opowieści Franciszka Żulichowskiego: Sięgając myślą lat dawnych, lat mego dzieciństwa, świat nie wyglądał jak w czasach dzisiejszych. Flora i fauna zmieniły się nie do poznania. Pozornie wydaje się, że nic się nie dzieje, jednak tak nie jest. Będąc młodym chłopcem, zawsze miałem w domu oswojone ptaki, z których matka nie była zadowolona, bo robiły nieporządki. Wróble, które były stałymi lokatorami, jadły z jednej miski. Miałem oswojoną wiewiórkę, która w czasie lata była na swobodzie, a z nastaniem zimy wracała do domu, śpiąc na kożuchu ojca. […] Któregoś dnia, będąc na grzybach, i mając już pełną torbę, postanowiłem zobaczyć na własne oczy ten zagadkowy Bielny Staw. Doszedłem wreszcie na koniec lasu. Przede mną Pustynia Błędowska. Ogromna połać piasku ciągnąca się aż po Błędów i Niegowonice. Po prawej stronie pustyni wzgórek, porośnięty lasem. Idę w tym kierunku i co widzę? Kanał jak gdyby umyślnie wykopany, skąd płynie potężna struga czystej jak kryształ wody. Patrzę z podziwem na ten cud przyrody. Miałem tam ulubione miejsce pod starym może z dwieście lat liczącym dębem, pod którym niejeden raz godzinami siedziałem, patrząc na czystą spokojną wodę.
Tak można by, naprawdę, cytować bez końca. Pamiętam, że przecież jeszcze w latach 90., przed erą komórek i internetu, wyglądało to podobnie, nawet jeśli grzeszyliśmy, pakując motyle do słoików. Swoją drogą za nic nie potrafię sobie przypomnieć, jak je chwytaliśmy. Spędzaliśmy dzieciństwo w polach i na boisku. Dom był raczej obiektem zbędnym, chyba że dobrze odbijał piłkę, ponieważ równie bezpiecznie jak w kuchni czuliśmy się na miedzy i pod lasem, dlatego wszyscy mogli nam nagwizdać. Nawet porywczy sąsiad, bo przecież życie w terenie naruszało niejedną prywatę, której istoty co do zasady nie rozumieliśmy.
Dziś czytam w jednym z tygodników o badaniach stwierdzających spadek zainteresowania młodych pokoleń wspieraniem inicjatyw ekologicznych. Jak piszą, ludzie wychowani przed ekranem komputerów zupełnie tracą zainteresowanie naturą. Ale przecież wystarczy przyjrzeć się temu i owemu, porozmawiać chwilę, by ujrzeć, jak rośnie ta szklana, niewidzialna bariera. Jak obojętnieją oczy człowieka wystawionego na pastwę wiatru i pól, który ratuje się przed pustką szybkimi rachunkami kosztów działek, zysków i strat. Jak brakuje jakiejś chemii, która pozwala wskrzesić reakcję ze światem, dlatego sięga się po matematykę, bo ta zawsze jest jakimś ratunkiem. Coraz więcej ludzi traktuje pozaludzką przestrzeń jak dane raz na zawsze tło, jak wypełniacz, jakąś mamałygę, kus-kus, który wystarczy okrasić przyprawą ludzkich emocji. A zdaje się, że spotkanie z przestrzenią, w szczególności samotne, kształtuje odrębny światopogląd i nawyki. Przecież jest to jakiś rodzaj medytacji, jak posiadówki pana Żulichowskiego pod dębem, a ta potrafi fizycznie wpłynąć na strukturę mózgu, a nawet, jak donoszą uczeni, wskrzesić nowe neurony. Moja prababka sporą część życia spędziła w oknie. Podobnie sąsiad z naprzeciwka. Po prostu patrzyli przez okno, czasem długie godziny, albo siedzieli na przydrożnej ławce i obserwowali, jak poruszają się rzeczy, zwierzęta i ludzie. W upalnie letnie dni, gdy powietrze stało parne i tłuste, nie poruszało się nic. W ten sposób niemal codziennie po ciężkiej pracy medytowali, dlatego byli od nas inni. Nawet mówili inaczej. Wolniej i często się powtarzali. Ci, którzy jeszcze żyją, robią to nadal, czego młódź znieść nie może. Dziś, aby im dorównać, trzeba zdwojonego wysiłku. Dziś coś, niegdyś dane niejako darmo w pakiecie z życiem, trzeba sobie wydzierać, co chwilami musi się kończyć porażkami.
Człowiek wsiada w auto i wyrywa się upokorzeniu miejskich korków. W końcu wyjeżdża na przedmieścia, mija ostatnią Żabkę i gdy w lusterku znikają budynki, skręca w las. Jak ostatniego lata w późne lipcowe popołudnie w Dolinie Będkowskiej po długim deszczu, który pozostawił na wąskim asfalcie esy mułu. Skały były zimne i szare. Komary gęstniały tylko w cieniu. Wyłączasz silnik, wysiadasz, łapiesz głęboki oddech, bo oczekujesz natychmiastowej ulgi, oczyszczenia, nirwany nawet, tymczasem jest tylko tłustawe powietrze i niemy las, który więdnie w pospolitym mroku, a teraz nawet nieco śmierdzi.
2
Mój wujek połowę życia spędził w lesie. Miał na imię Edward, ale mówili na niego Zbyszek. Edward, czyli Zbyszek. Rodzinna plotka głosiła, że jego chrzestny uchlał się i pomylił w kościele kolejność imion. Nie chciałem w to wierzyć, ale zadziałało prawo statystyki. Mój dziadek żyje z podobnym brzemieniem. Potem to sprawdziłem – rzeczywiście chrzciny wiązały się wtedy z zakrapianym zwyczajem. W każdym razie był czas, aby przed sakramentem nawalić się i wszystko popieprzyć.
Nasze boisko stało w środku lasu pod strzelistą ścianą sosen i brzóz. Tam też odbywały się w soboty zabawy taneczne. Graliśmy, dopóki było widać piłkę i jego, gdy wracał o zmierzchu z lasu, prowadząc swoją starą, obładowaną drewnem ukrainę, którą kitrał gdzieś w krzakach. Wstawał dobrze przed świtem, palił w piecu, potrafił jeszcze przed wschodem obrobić kawałek pola, a potem znikał. Wypuszczał się aż za Wodę, to jest rzekę Białą, w gęstwę Błędowskich Lasów. To wiem na pewno – znał każdą ścieżkę, gaj i jary, w których nic prostszego się zgubić, bo zawijając się, tworzą labirynty, a miejscami prawdziwe spirale bagien. Czasem mijał Tadka z Lasu, który grzał przez chaszcze do swojej chałupy w jego ostępach. Czasem spał ot tak, w środku lasu w krzakach, bo pił jak nieszczęście. Budził się wraz ze świtem, otrzepywał z paprochów i ruszał dalej. Oboje nie czuli przed nim strachu – wujek go oswoił, Tadek zagłuszył.
W jego domu nigdy nie brakowało opału, jagód, borówek, nie mówiąc o grzybach. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, bym widział Zbyszka bez uśmiechu. Z tymi niby radosnymi oczami, w których pogoda ducha mieszała się ze strachem albo z jakąś tajemną wiedzą, którą wynosił z tych uroczysk. Przynajmniej tak to wtedy widziałem. Bo niewiele mówił, a już nigdy się nie wynurzał, ale niewykluczone, że właśnie w ten sposób przestrzeń zmienia ludzi, bo zawsze pochłaniała ludzkie emocje, od których nadmiaru można zejść. Nic tak nie gasi zrywów ludzkiej złości i pychy jak samotna wędrówka przez duży, ciemny las. Taką pokutę również w ramach chrześcijańskiej prewencji powinni nakazywać księża.
Jeździł też sporo na rowerze. Od wiosny co niedzielę aż do Rodak pod Zawiercie, bo miał tam jakiegoś kuzyna. Żona robiła mu wałówkę, którą przypinał do bagażnika, bo nie za bardzo lubił jadać w gościach. Dawali sobie sporo luzu, bo ona wtedy wychodziła na bajki do koleżanek. Krzykawa, Laski, parę kilometrów Błędowskich Lasów, Błędów, znów lasy, Chechło, wyniosłe garby pól, skała, i za nią dopiero Rodaki pod bydlęcym wałem pasma smoleńsko-niegowonickiego, które zimą obrasta w grube futro śniegu. Kawał drogi. Był zdrowy jak koń.
Późną jesienią wracał od kolegi do Dziurki poboczem drogi przez te żółte, skisłe mgły. Jeszcze przed krzyżówką trzasnął go samochód, który opuścił miejsce zdarzenia. Skończyły się wędrówki, stracił pamięć, nie poznawał mnie, a potem zmarł.
Jeśli czegokolwiek żałuję, to tego, że nie chodziłem z nim do lasu. Mam gotowych tysiąc pytań, na które jakoś nikt nie zna odpowiedzi. Wujek był medium doskonałym, „człowiekiem mostem” między nami a tamtym, ale nie żyje. Takim medium mogłyby być sztuka i literatura, ale rezygnują z dialogu z przestrzenią. Przyroda była od swojego zarania jej równoprawnym bohaterem, czasem jedynym, ale gdzieś od rewolucji przemysłowej i nasilonej urbanizacji zaczęła brać z nią rozbrat. Tym, którzy tej tendencji się sprzeciwiają, przypina się łatki naturalistów, outsiderów i Bóg wie kogo jeszcze. Joseph Wood Krutch, nieznany w Polsce wybitny amerykański krytyk i filozof natury, określał literaturę współczesną najbardziej mroczną w swoich dziejach, winiąc za taki stan rzeczy oskalpowanie jej do jądra ludzkich, żrących emocji. Nie znam się na historii literatury, ale wystarczy przejrzeć pod tym kątem licealne podręczniki do języka polskiego, by potwierdzić taki stan rzeczy. Krytyk Konrad Górski o opisach Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”: Otóż tajemnicą świetności opisów Mickiewicza jest nie tylko ruch, ale także światło i barwa. Te trzy elementy współgrają ze sobą w każdym obrazie, a do tego dochodzi nieustanne przenikanie się przyrody i świata ludzkiego. Ktoś dziś choćby tego próbuje? Jej obecność w literaturze czyniła język niezwykle bogatym i plastycznym, czego dziś brakuje większości tekstów. Nie trzeba sięgać do arcydzieł, wystarczy rzucić okiem na przeciętną prozę, choćby tatrzańskie nowele Rafała Malczewskiego, gdzie narracja podejmuje wyzwanie złożoności świata, a pewnym tego efektem jest zmysłowość opowieści. Nawet w wychwalającym racjonalizm pozytywizmie natura była koniecznym ekranem dla ludzkich fabuł. Młoda Polska to jeden wielki hymn na cześć jej majestatu. Stajemy się dziejowym wyjątkiem.
To mechanizm samonakręcający się, więc trudno uznać, że bez wpływu na zachowania społeczne. Między człowiekiem a światem rośnie szczelina, jak między nauką a duchowością, którą próbuje zasypać choćby genialny ks. Michał Heller. A kto dziś podejmuje z przestrzenią dialog? Wystarczy zerknąć na listę najważniejszych książek ostatnich lat. W większości z nich natura nie występuje w ogóle. Ludzie, ludzi, ludziom… Kiedyś na świecie tę chemię wskrzeszał choćby wychowany na prowincji Gabriel Garcia Marquez. U nas? Niegdyś wielu, choćby Myśliwski czy Nowak, a dziś? Stasiuk? Tokarczuk? Poeta Łukasz Jarosz, ostatnio laureat Nagrody im. W. Szymborskiej? Ktoś jeszcze? Jakoś nikt więcej nie przychodzi mi do głowy. Jeden z polskich autorów literatury faktu, uznawany za wybitnego, opowiadał przy mnie, że nie znosi opisywać przyrody, mało tego, po prostu nie potrafi. Nadmiar przynudnawych albo po prostu złych opisów przyrody i tak zetnie redaktor.
Może dlatego, że pisanie o niej wymaga nie lada kunsztu, być może największego. Przecież to wszystko porusza się i giba zupełnie inaczej niż człowiek, trudno mówić o jakiejś fabule i akcji od punktu A do B. Patrząc chwilę przez okno, można poczuć się wobec plastyczności i fenomenu natury bezradnym. Parę tygodni temu w pełni naszej słonecznej jesieni włóczyłem się po Dolinie Sąspówki pod Ojcowem. Wyszedłem na wielką polanę na jej górnym skraju, zamkniętą od zachodu szczelnym parawanem wypłowiałych modrzewi i jodeł. Późnym popołudniem na łąkę padało nierzeczywiste, gęsto żółte światło gdzieś daleko spoza tabelki palety kolorów. Czarne pałuby karłowatych gaików wśród łanów przybrały ludzkie kształty. A było coraz żółciej, jakby zaraz ziemia pod ciężarem nieznanej barwy miała obrócić się jak pokrywka na wodzie na drugą stronę. Zakażony w dzieciństwie umysł zaczął wyprowadzać z lasu skrzaty i muminki. Tak, jako autor, byłem wobec tej sceny bezradny, bo wierny i realistyczny opis tej sceny zostałby uznany za niewiarygodny, a w najlepszym razie surrealny, a więc passé.
3
Tymczasem nasz świetny niegdyś bokser Dariusz Michalczewski wykazuje się empatią, broniąc gejów i lesbijki. Cała ta awantura jakoś interesuje mnie mniej niż fragment tekstu Sławomira Sierakowskiego w „New York Timesie”, przedrukowanym przez „Wyborczą”. Pisze w nim o swojej znajomej, którą zadziwiła empatia nie-intelektualisty. Jakby empatia była wypadkową wykształcenia czy intelektualnego wyrafinowania. Mam nawet poczucie, że częściej jej łaską cieszy się wywołany przez publicystę „zwykły człowiek”, bo intelekt szybko wypala co nie jego.
Jej deficyt z pewnością jest jedną z przyczyn tego fatalnego podziału na dwie Polski, podziału nie tylko politycznego, ale kulturalnego, a zatem językowego, na Polskę katolicką i laicką, „nieufną” i „otwartą”, w dużej mierze na prowincjonalną i wielkomiejską. W telewizji widać tylko czubek góry lodowej, bo gadające głowy żywią się tymi instynktami, wykorzystując je do swoich nadrzędnych rozgrywek. A ta kolejna już szczelina rzeczywiście rozpycha się między rodzinami, przyjaciółmi i sąsiadami. To staje się nie do zniesienia, bo nieufność, która kiedyś była choćby w kulturze chłopskiej buforem przed szalonymi eksperymentami świata, staje w gardle, mutuje, wypierając zdroworozsądkowe poczucie umiaru, i wyżera społeczeństwo gorzej niż ebola. Wchodzę do gabinetu prawicowego wójta pewnej gminy w małej, pospolitej sprawie, człowiek widzi mnie pierwszy raz i od razu wali: A pan jest po której stronie? Żeby była jasność… Niespecjalnie wiedziałem, co powiedzieć.
W znacznej mierze ten spór jest sporem klasowym, konfrontacją „prostych ludzi” i aspirujących do czegoś innego, nawet jeśli gdzieś słyszy się o starym punku, który wojuje w obronie PiS-u i straszy Ruskimi, czy o szanowanym intelektualiście o podobnych przekonaniach, bo przecież ten obóz posiada równie, a niewykluczone że lepiej wykształconą formację intelektualną. Składa się tak, że żyję, chcąc nie chcąc, wśród tej uznanej za zacofaną. Rzuca się w oczy w tej wędrówce między jedną a drugą stroną jakaś komunikacyjna, językowa niemoc. Prawie jak te bzdurne gadki między ceprami a góralami. Jak kiedyś przy obiedzie u pewnej gaździny na Podhalu. – To co, zwieźliście siano? – pyta niepewnie w jakiejś kompletnej niemocy przybysz. – Ano zwieźlimy… – I cisza, przejmująca, krępująca cisza, której nie przegoni nawet głośniejsze chlipanie. To pitolenie przy weselnym stole, jak się posadzi naprzeciwko ludzi z „dołów” z tymi z „góry”. Jakoś chciałoby się nawet i pogadać, ale nie za bardzo jest o czym, dlatego lepiej wyjść na dwór. Rzecz w tym, że jest, bo każdemu coś w duszy rżnie i dręczą go podobne społeczne i egzystencjalne refleksje, tylko rzadko potrafi je zwerbalizować. Na szczęście w sztuce empatii słowa są tylko pióropuszem. „Prosty człowiek” być może jest najtrudniejszym wyzwaniem dla inteligenta, bo bez żadnego dystansu odsłania całą gamę w skrajnych przypadkach ekstremalnych uczuć, jakby natura chciała koniecznie w efekciarski sposób popisać się całym swoim warsztatem. Odbierasz telefon i słyszysz pod swoim adresem takie epitety, że skóra cierpnie, bo przypadkiem uszkodziłeś człowiekowi kawałek pola, a za pół godziny zaprasza cię na flaszkę. Możesz pojechać pogadać albo skorzystać z porady życzliwego pt. „nie tak załatwia się spory w XXI wieku…”, stawiając na lata mur na miedzy. Zyskanie zaufania u prostodusznego człowieka wymaga wielkiej empatii i wyczucia, bo zawsze bezbłędnie czyta fałsz. Jedyną tego racją jest to, że on jest. Wektor empatii działa w dwie strony.
Zdaje się, że ta szczelina będzie się pogłębiać, jeśli nie przyjmiemy językowego fundamentu tego nieporozumienia. Jedna strona posługuje się w tym sporze klasycznym racjonalnym argumentem i tylko to uważa za kartę przetargową. „Prosty człowiek” odwołuje się jedynie do wzgardzonej przez racjonalizm intuicji, która jest z zupełnie innego porządku. Wystarczy sięgnąć do słownika: „Czucie, głos wewnętrzny, instynkt, inteligencja, naturalny pęd, niuch, nos, przeczucie, przenikliwość, zmysł, zdrowy rozsądek, chłopski rozum”. A może powinniśmy dodać w tym sensie „sumienie”? Jest wartością nieredukowalną do żadnych innych racji i dowodów. A pogarda dla niego jako dla fałszywego argumentu to dla jej nosiciela potwarz, która budzi agresję. Nie znaczy to, że nie może prowadzić na czarne manowce jak sam intelekt, ale wydaje się, że uznanie tego faktu i jego uszanowanie mogą być dopiero punktem wyjścia jakiegokolwiek dialogu, bo nie ma dla człowieka nic gorszego niż okazana pogarda. Nawet jeśli staje w obronie wartości uznawanych przez jego grupę za ostateczne i święte założenia, zawsze jest jakieś pole manewru – materia ludzka jest zadziwiająco elastyczna pod sprawną batutą języka. A przecież ta przepaść rośnie wraz z podziałem na elitarne szkoły prywatne i publiczne, społeczno-językowe getta, które potem trudno przeskoczyć. Przecież niejedni przenoszą dziecko do prywatnej szkoły, bo nie znoszą „głupoty i zacofania” wiejskiej nauczycielki, na co pewien „prosty” człowiek odpowiedział: Panie, jak się dziecko nauczy z głupią nauczycielką gadać, to już z wszystkimi będzie umieć. Rosną kolejni komunikacyjnie upośledzeni.
To wzajemne niezrozumienie objawia się co krok. Na przykład gdy tzw. inwestor chce kupić ziemię pod wyciąg narciarski, jak kilka lat temu w mojej okolicy. Nie chcieli puścić tych pasków ziemi. Nawet sołtysa do tego zaangażowali, zarobkami nęcili, z księdzem chodzili – ni chu chu… A jak ich pytali, dlaczego nie, to odpowiadali: to jest moja ojcowizna, mój dziadek tu żył, mój pradziadek, i już. A gdy dalej drążyli, to padało to dobrze znane i już nieredukowalne: A bo tak… W spisach inwentarzy tej wsi sprzed czterech stuleci pojawiają się takie same nazwiska co dziś. Łatwo wzgardzić człowiekiem za pomocą powiedzenia „no i na co chłopu ta ziemia”, skoro mógł zarobić, ignorując fakt, że troska o pamięć i międzypokoleniową lojalność, nawet wyrażana w prymitywny czy wulgarny sposób, może być silniejsza od pokusy doraźnego zysku. Sprzedaż ojcowizny to dla wielu ogromna trauma.
Swoją historię w tej dziedzinie ma „Obywatel”. Gdy dekadę temu pisał o groźbie wielkiego finansowego i społecznego kryzysu, a inni ślinili się nad powabem nowego świata, zapłacił łatką osady faszystów. Naprawdę trzeba tylu lat i milionów bezrobotnych, by wyczuć, że to „nie tak”? Bo właśnie na ten chłopski rozum – jak można tolerować takie szwindle? Jak można obracać wirtualną kasą bez pokrycia w rzeczywistym świecie? Gdy człowiek, który za ciężką i uczciwą pracę przy produkcji najważniejszego produktu – pożywienia, dostaje dwadzieścia groszy za kilo jabłek, ziemniaków albo marchwi? Od hipermarketów jeszcze mniej, bo dyktują ceny… Dokąd tak można? Rozwalać życie rodzinne, tak potrzebny luz i czas wolny śmieciowym światem pracy? Jak można negować sferę publiczną, a więc wspólne sprawy? Jak można sprzedawać je pojedynczemu człowiekowi? Tłumaczyć ludzką wolę argumentem bezosobowego rynku? Chłopski rozum tego nie pojmie. Trzeba naprawdę lat intelektualnego fermentu, by dojść do powalającego wniosku, że człowiek potrzebuje nad sobą jakiegoś rygoru społecznej regulacji, bo w każdym tkwi kozioł, który skacze? Czy nie lepiej wyjdzie wszystkim odrobina powściągliwości obyczajowej bez zaglądania komukolwiek pod pierzynę? Trzeba naprawdę szkół, by zrozumieć, że niedobrze jest wycinać lasy na potęgę? Nie tylko już intuicja czy sumienie, ale i rozum podpowiada, że w dobie stwierdzonej w badaniach obojętności na losy natury jest coraz mniej miejsca na kompromis między nią a zakusami człowieka. Do zdrowego rozsądku odwołuje się sam Leszek Kołakowski w wydanym ostatnio przez „Znak” niepublikowanym wcześniej kapitalnym eseju „Jezus ośmieszony”, gdzie pisze: Zdrowy rozsądek – który bardzo często, choć nie zawsze, okazuje się słuszny – nie pozostawia wątpliwości: istnieje ścisły i wzajemny związek między zapomnieniem tradycji chrześcijaństwa a tym, nad czym ubolewamy i co aż za dobrze znamy jako symptomy choroby naszej cywilizacji. Może warto znów zrobić w sobie dla niego miejsce, bo przecież dla inteligenta nie może być większej urazy niż konkluzja po zatoczeniu wielkiego, intelektualnego koła, że prosty człowiek miał rację, nawet jeśli niewiele myślał. Na szczęście każdy ma swoją intuicję i rozum – ciągle jeszcze można robić swoje, miejscami stosując uniki, o czym w mieście zapominają już niemal wszyscy, powszechnie ulegając jakiemuś nowemu fatalizmowi, zapadając w straceńczym pędzie na plagi XXI wieku – fonoholizm, poczucie samotności, depresje i stres, który, jak ten intelekt, wypala co nie jego. Tymczasem wolna wola leży pod butem.
Zdolność komunikacji językowej zawsze rodziła się z empatii, a tę razem z intuicją i pokorą kształtowała uważna obserwacja świata, którego nieodłączną częścią jest przyroda – w realu, bo ferowanie wyroków kciukiem z pozycji kanapy czyni człowieka jakoś mało wiarygodnym, tym bardziej każdego publicystę, w szczególności lewicowego.