Nie bójmy się robotów i o robotę

Era robotów nadchodzi. Od nas zależy, czy za ich przyczyną nadejdzie kres pracy ludzkiej, czy tylko przybierze ona inny kształt.

Gdy John Winzeler oprowadzał mnie po swojej czystej, cichej chicagowskiej fabryce, produkującej od 75 lat skrzynie biegów dla przemysłu samochodowego na całym świecie, na stanowiskach pracy znajdowało się znacznie więcej maszyn niż ludzi. Tylko cztery z czterdziestu trzech urządzeń były obsługiwane przez maszynistów-ludzi; pozostałe dzieliły się pracą nad poszczególnymi stadiami produkcji skrzyni biegów w dzień i w nocy, przy niewielkiej interwencji człowieka.

Wielkie fabryki „zatrudniają” tego typu roboty już od 50 lat, jednak Winzeler Gear jest jedną z niewielu małych firm, które posunęły się pod względem robotyzacji produkcji tak daleko. Przedsiębiorstwo ma zamiar wkrótce wprowadzić pionierskiego „współpracującego” robota, czyli robota łatwo przystosowującego się do warunków i dającego się zaprogramować do wykonywania wielu różnorodnych zadań. Pomimo ostrej konkurencji ze strony fabryk produkujących w krajach o niskich płacach Winzeler Gear kwitnie w Chicago właśnie dzięki robotom. W 1985 r. firma zatrudniała 60 osób i produkowała 2 miliony skrzyń biegów miesięcznie. Obecnie, przy 43 robotach oraz 35 zatrudnionych na pełen etat i 15 na jego część pracownikach, liczba produkowanych elementów wzrosła do 15 mln miesięcznie. Właściciel ma nadzieję, że ostatecznie roboty zastąpią wszystkich robotników z krwi i kości, a na stanowiskach pozostaną tylko wysoko wyspecjalizowani, dobrze opłacani pracownicy techniczni i biurowi, zaś jego przedsiębiorstwo pozostanie wytwórcą zdolnym do globalnego współzawodnictwa. Moja wizja, której realizacji nie dożyję, to całkowita automatyzacja procesu produkcji – mówi Winzeler, który ma obecnie 72 lata. – Nie chcę rezygnować z pracy ludzkich rąk dla samej rezygnacji, ale dla regularności i efektywności. Uważam, że roboty są świetne.

Roboty mogą być świetne – a mogą być też złe. Napędzają zarówno ludzkie fantazje, jak i obawy. Ostatnio rozniecają jedne i drugie, i to w nadmiarze. Inżynieryjne przełomy w robotyce, sztuczna inteligencja i uczenie się przez maszyny nadeszły szybciej, niż się spodziewano. W 2013 r. dwaj badacze z Oxfordu, Carl Benedikt Frey i Michael Osborne, oszacowali, że 47 procent amerykańskich pracowników jest zagrożonych zastąpieniem przez roboty lub inne technologie oparte na komputerach. Błyskawiczny postęp w rozwoju robotyki rodzi otrzeźwiające pytania: ile miejsc pracy – i których – zostanie utraconych lub ulegnie przekształceniom? Jaką politykę powinniśmy wdrożyć w oczekiwaniu na nadejście świata zależnego od robotów? I co się stanie z pracą ludzką, jeśli roboty zaczną wykonywać większość naszych obecnych obowiązków? Zależy to w większości od wyboru, jakiego dokonamy: czy pozostawić robotyzację wolnemu rynkowi, czy też podjąć rozważne kroki, by kształtować przyszłe relacje pracy, maszyn i człowieka.

Nie takie złe, jak myślimy

Roboty łatwo mogą wzbudzić w ludziach panikę. Zaniepokojonym prekariuszom zautomatyzowane fabryki jawią się jako widmo przyszłego bezrobocia. Bardzo dobrze świadome tego faktu korporacje mogą radośnie używać wizji „zrobotyzowanej” przyszłości jako groźby – tak jak wcześniej używały pomysłu przeniesienia biznesu do miejsc o tańszej sile roboczej – aby dyscyplinować swoich pracowników i utrzymać pensje na niskim poziomie.

Dwa lata temu, gdy pracownicy sieci fast foodów w całym kraju zaczęli domagać się 15 dolarów za godzinę pracy, Employment Policies Institute, organizacja-przykrywka, reprezentująca interesy przemysłu restauracyjnego, wykupiła w „Wall Street Journal” ogłoszenie na całą stronę. Informowało ono: Dlaczego roboty mogą niebawem zastąpić domagających się wyższych wynagrodzeń pracowników sieci fast food? Owszem, okazuje się, że zautomatyzowane maszyny robiące hamburgery i przyjmujące zamówienia są już w stadium rozwoju i mogą potencjalnie zamienić franczyzy fastfoodowe w wysoce wyspecjalizowane automaty do sprzedaży żywności.

Pracodawcy od dawna używają technologii w celu podkopania sił i wpływów robotników. W przedostatniej dekadzie XIX wieku firma McCormic Harvesting Machine Company, producent kos żniwnych, zainstalowała nowe maszyny, choć wytwarzały one produkty gorszej jakości i o wyższych kosztach wytwarzania od tych wychodzących spod ludzkich rąk. Celem było złamanie silnego w tamtym czasie związku zawodowego metalowców. Posunięcie zadziałało.

Jednak w skali całej gospodarki roboty wcale nie muszą okazać się tak rewolucyjne, jak sądzimy. W zeszłym roku Pew Research Center przeprowadziło wśród 1896 ekspertów ds. cyfryzacji badanie opinii, które ujawniło, że podzieleni są oni na dwie równe grupy. Połowa uważa, że roboty wyeliminują więcej miejsc pracy, niż stworzą, a połowa, że tak nie będzie. Robert Gordon, ekonomista z Northwestern University, wskazuje, że silnik parowy, elektryczność i domowa hydraulika (które to wynalazki uwolniły kobiety od większej części harówki) wprowadziły do naszego życia i sposobu pracy więcej głębokich zmian niż cyfryzacja, komputery i roboty.

Jak do tej pory roboty wydają się jednak odgrywać w wypieraniu pracowników niewielką rolę. W 1961 r. General Motors umieściło w swojej fabryce samochodów w New Jersey pierwszego przemysłowego robota-spawacza. Do roku 2000 liczba przemysłowych robotów zwiększyła się do 92900. Jednak pomiędzy rokiem 1970 a 2000 liczba etatów w produkcji i wytwórstwie pozostawała na tym samym poziomie i wynosiła około 18 milionów. Poważny spadek nastąpił dopiero po roku 2000, gdy Stany Zjednoczone otworzyły granice na nielimitowany handel z Chinami. Wykorzystywanie robotów przemysłowych faktycznie przyspieszyło w nowym tysiącleciu, ale zarówno Robert Scott z Economic Policy Institute, jak i Dean Baker z Center for Economic and Policy Research twierdzą, że więcej miejsc pracy straciliśmy z powodu delegowania jej do krajów trzecich niż w wyniku „zatrudnienia” robotów. Jeśli zaś chodzi o bardzo ślamazarny wzrost liczby miejsc pracy od ostatniego kryzysu gospodarczego, ekonomista Dani Rodrik z Institute for Advanced Study twierdzi, iż można go przypisywać nie nowym technologiom, lecz postawom gospodarstw domowych, przedsiębiorstw i rządu, którzy wybrali cięcia w gospodarce w miejsce bodźców i zachęt.

Choć może się to wydać sprzeczne z intuicją, konwencjonalna wizja gospodarki głosi, że używanie maszyn oszczędzających ludziom pracy wcale nie redukuje ogólnego zatrudnienia. Dzieje się tak dlatego, że zazwyczaj w biznesie wykorzystuje się podniesienie stopy produktywności w celu obniżenia cen i podwyższenia sprzedaży, co prowadzi do zwiększenia zatrudnienia. Na przykład w fabryce Winzelera niektórzy z operatorów maszyn stracili pracę, zostało to jednak zrównoważone przez nowe etaty przy sprzedaży i pracach pomocniczych. Nowa technologia wymaga także zatrudniania ludzi, którzy się na niej znają, umieją ją wytworzyć, zreperować i (czasami) obsługiwać. Większość ekonomistów twierdzi, że w ostatecznym rozrachunku, po wprowadzeniu nowej technologii, zatrudnienie wraca do poprzedniego poziomu, a nawet rośnie. Jeśli ten model jest prawdziwy, to jedynym, czego możemy się ze strony robotów obawiać, jest początkowy okres. Podczas jego trwania niektórzy pracownicy będą bardziej bezbronni od innych. Oksfordzcy badacze, Frey i Osborne, odkryli, że roboty najbardziej zagrażają miejscom pracy, które nie wymagają specjalnych umiejętności i są nisko płatne, a więc zwłaszcza osobom, którym najtrudniej jest znaleźć zatrudnienie. Nasuwa się widmo rozrostu podklasy i towarzyszące mu odkształcenie tkanki społecznej.

I tu właśnie wchodzi do gry polityka publiczna. Oto, czego możemy nauczyć się z historii i od innych krajów.

Nowy Ład ery robotów

Historia kapitalizmu korporacyjnego była zawsze znaczona przez zakłócenia i spowolnienia, począwszy od masowej utraty zarobku przez drobnych rolników po wprowadzeniu upraw na skalę przemysłową, po zastąpienie pracy rzemieślników maszynami. Pracownicy jednak zawsze stawiali opór. W początkach XIX wieku w Anglii luddyści niszczyli zwiastujące wprowadzenie nowej technologii krosna mechaniczne, maszyny tkackie, które przejmowały ich pracę i obniżały lub zabierały zarobek. Historyk Eric Hobsbawm opisywał ten akt jako wyraz wczesnego działania związków zawodowych, rodzaj „zawierania układu zbiorowego poprzez zamieszki”, co często skutkowało podniesieniem wynagrodzeń.

Do początków XX wieku związki zawodowe działające w przemyśle niechętnie akceptowały zmiany technologiczne, ale jednak robiły to, pod warunkiem przyznania pracownikom udziału w zyskach wypracowanych dzięki ich wprowadzeniu. Gdy nowe narzędzia i metody pracy podniosły produktywność przemysłu samochodowego, ceny spadły, wzrosła sprzedaż i zatrudniano więcej osób. Robotnicy naciskali na pracodawców w sprawie podwyższenia pensji, które podniosły ich siłę nabywczą i wykreowały jeszcze więcej miejsc pracy. Inni pracownicy podążyli ich śladem, wspierając popyt na wiele towarów, łącznie z samochodami.

Jeśli znajdujemy się właśnie na progu przewrotu związanego z robotyzacją, organizowanie się w związki zawodowe będzie jeszcze ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Pracownicy będą potrzebowali silnego zaplecza, by negocjować warunki i podkreślać potrzeby tych z nich, którzy zostaną zastąpieni przez automaty.

Innym aspektem tego procesu będzie zaostrzenie nierówności ekonomicznych. Ekonomista z MIT przedstawia to następująco – nastanie ery komputerów w późnych latach 70. wykształciło obecne podziały wśród pracowników. Rosło zapotrzebowanie na pracę abstrakcyjną (obowiązki wykonywane przez wykształconych w college’ach pracowników potrafiących używać komputerów), malało zaś na pracę manualną, rutynową (pracownicy serwisowi wykonujący niewiele zadań, które wymagałyby specjalnych umiejętności). To zaś, jak mówi, sprawiło, iż wynagrodzenia za różne rodzaje pracy spolaryzowały się, napędzając nierówności.

Jednak Lawrence Mishel, jego koledzy z Economic Policy Institute oraz Dean Baker zwracają uwagę, że tak ukazany model polaryzacji pomija istotny niuans współczesnego rynku pracy i ignoruje podstawowy czynnik nierówności: politykę publiczną, a nie roboty. Wskazują oni, że wiele z polityk rządu USA, na czele z pompowaniem wzrostu sektora finansowego i likwidacją pensji minimalnej, przyczynia się do jej rozkwitu. Nieważne, kto z nich ma rację – niepodważalne jest to, że polityka publiczna oraz związki zawodowe mogą odegrać ogromną rolę w ukróceniu złych efektów „zakłócenia technologicznego”.

Na szczęście nie musimy na nowo wymyślać koła. Kilka krajów europejskich wypracowało już efektywne modele, na których możemy się wzorować. Na przykład skandynawska polityka flexicurity od dawna służy jako kompromis między kapitalistycznymi zapędami podporządkowania sobie nowoczesnej technologii a pracownikami, poszukującymi bezpieczeństwa socjalnego. W zamian za gotowość ze strony pracowników do „elastyczności” w przyjmowaniu unowocześnień wprowadzanych w ich miejscach pracy rząd pomaga im złagodzić odczuwanie skutków takich zmian za pomocą silnego wsparcia i pomocy społecznej, np. ubezpieczenia na wypadek bezrobocia. Rząd zapewnia także programy przekwalifikowujące, przygotowujące pracowników do zawodów nowego typu.

Aby utrzymać się na prowadzeniu, przed robotami, pracownicy będą potrzebowali takich szkoleń – pomogą im one rozwinąć kreatywność i inteligencję społeczną, które są charakterystyczne tylko dla ludzi (w każdym razie w tej chwili). Wymaga to dostępu do możliwości uczenia się przez całe życie, daleko wybiegającego poza zwyczajne szkolenia zawodowe.

To minimum, które musimy wprowadzić w życie, skoro wkraczamy w Erę Robotów. Jednak jeśli miałyby one zastąpić większość pracowników, polityka flexicurity byłaby z pewnością nieadekwatna. Nawet jeśli współczesne roboty wywarłyby zaskakująco niewielki wpływ na rynek pracy, nie możemy odrzucić możliwości, że eksplozja ich kolejnej generacji może rozbić dawne zasady w pył.

Najgorszy możliwy scenariusz

Tempo zmian staje się coraz szybsze. Frey i Osborne nie przeprowadzili dokładnych symulacji czasowych dotyczących przewidywanej utraty 47 procent miejsc pracy, ale zwolennicy robotów mówią o ogromnych przemianach, które miałyby nastąpić na przestrzeni najbliższych kilku dekad. Sprzedaż robotów przemysłowych rośnie o około 17 procent rocznie, a postępy w rozwoju robotyki następują nawet szybciej, niż się spodziewano. Boston Consulting Group przewiduje, że do roku 2025 zakup robota przemysłowego będzie o 16 procent mniej kosztowny od ogółu kosztów pracy ludzkiej.

Foxconn, ambitny i agresywny tajwański producent kontraktowy, który wypuszcza na rynek iPhony, stawia na zautomatyzowaną przyszłość. Trzy lata temu ogłosił, że w swoich fabrykach w Chinach zainstaluje milion robotów. Okazało się to niemożliwe, po części z powodu zamieszania z ich specjalnie zaprojektowanym „Foxbotem”. Nawet jednak okrojone plany pozostają ambitne i to z ich powodu mówi się, że Chiny będą ojczyzną większości robotów już w 2017 r. Foxconn upatruje w nich nadziei na pozostanie konkurencyjnym, jako że staje twarzą w twarz z żądaniami podwyżek płac oraz z niedoborem pracowników. Co więcej, roboty mogą sprawić, że liczne dziś problemy firmy – m.in. plaga samobójstw wśród robotników i powszechne strajki – ograniczą się do sfery… mechaniki.

Wytwórstwo to jedna z rutynowych czynności, które, zarówno pod względem poznawczym, jak i manualnym, są oczywistymi polami dla robotyzacji. Jednak Frey i Osborne twierdzą, że nawet nierutynowe zawody, takie jak pisanie, przed nią nie uciekną. Analitycy latami twierdzili, że aktywność robotów będzie ograniczona do zadań związanych z powtarzalnymi czynnościami wedle określonych reguł, a ludzie będą wkraczali tam, gdzie pojawi się problem do rozwiązania. Obecnie jednak roboty stają się coraz bieglejsze w czymś, co nazywamy „rozpoznawaniem wzorów”. Wkraczamy w erę współistnienia z robotami, które widzą, słyszą, mówią, uczą się, sortują i wybierają przedmioty, potrafią prowadzić samochód osobowy lub ciężarówkę, zwyciężają ludzi w konkursach wiedzy, przeprowadzają ekspertyzy prawne, diagnozują pacjentów, przeprowadzają operację kolana, piszą opowiadania, komponują oryginalną muzykę i opiekują się starszymi osobami.

Gdy roboty rozpowszechnią się poza sferę produkcji, skala utraty miejsc pracy przez ludzi może stać się katastrofalna. Weźmy choćby samochód bez kierowcy (ang. driverless car). Google spieszy się, by wyprodukować „robotyczne” samochody i ciężarówki, a Tesla, Mercedes-Benz i Apple depczą mu po piętach. Obecnie 4 miliony Amerykanów zarabiają na życie, prowadząc ciężarówki, taksówki, autobusy i inne pojazdy. Rozpowszechnienie się robotów w wielu sferach zawodowych mogłoby sprawić, że pozbawieni pracy kierowcy mieliby trudności ze znalezieniem nowej. Jeśli każda sfera zatrudnienia zastąpi ludzi robotami będącymi w stanie produkować, programować i reperować inne roboty albo zająć najprostsze stanowiska typu „przewracanie burgerów”, które inaczej dostaliby ludzie pozbawieni pracy, wzrost gospodarczy nie będzie w stanie wyrównać strat. Równowaga tworzenia nowych miejsc pracy i ich eliminacji może zachwiać się na stałe.

Wiele zależy od tego, w jaki sposób projektujemy nasze roboty. John Markoff, dziennikarz naukowy „New York Timesa”, w swojej nowej książce „Machines of Loving Grace: The Quest for Common Ground Between Humans and Robots” twierdzi, że kluczową kwestią jest to, czy roboty zostaną zaprojektowane w taki sposób, by zastąpić istoty ludzkie (jak zapowiada to rozwój sztucznej inteligencji, AI [ang. artificial intelligence – przyp. red.]), czy też będą jedynie zwiększać i wzmacniać możliwości człowieka (stając się narzędziami zwiększania inteligencji, IA [ang. intelligence augmentation – przyp. red.])? W wyprodukowanym przez Google samojezdnym samochodzie chodzi o sztuczną inteligencję, która ma zastąpić kierowcę-człowieka. Ale jego bliski kuzyn, obecnie sprzedawany przez firmę Tesla pakiet wspierający kierowcę, ma za zadanie pomóc ludziom w unikaniu groźnych błędów przy prowadzeniu auta i tym samym podpada pod rubrykę „przyjazne człowiekowi zwiększanie inteligencji”.

Markoff sugeruje, że różnice między AI i IA są wynikiem zakorzenienia w gospodarczych paradygmatach, które je wytwarzają. IA jest atrakcyjna dla tych, którzy chcieliby, aby człowiek pozostał w centrum wszechrzeczy. AI interesuje raczej systemy napędzane przez zysk, które liczą na zmniejszenie roli pracownika w procesie produkcji. Jak to ujął Henry Ford: Dlaczego, kiedy proszę ludzi, by przyszli do mnie z parą rąk, zawsze muszą dołączyć do nich mózg?

Jeśli wolnorynkowy kapitalizm przetrze sobie drogę, większa część świata może zacząć przypominać fabrykę z marzeń Johna Winzelera, gdzie maszyny brzęczą w ciemnych, zimnych warsztatach. Praca rąk ludzkich stanie się przestarzała, może oprócz zatrudnienia przy sprzedaży i projektowaniu oraz przy pewnej ograniczonej formie utrzymania maszyn i nadzoru nad nimi.

W tej zimnej przyszłości różnice między dziesięcioma procent ludzi „z góry” a dziewięćdziesięcioma „na dole” staną się jeszcze większe. Elity będą czerpać dywidendy z bogactwa wyprodukowanego przez roboty i będzie je stać na cuda techniki, takie jak zwierzęta-roboty czy osobiści asystenci. Jednak większość ludności ten cudowny nowy świat zupełnie ominie. Czy dystopia świata robotów byłaby w stanie sama się utrzymać? Prawdopodobny jest raczej jej upadek: gdy pozostający bez zatrudnienia pracownicy mają mniejszy – lub żaden – dochód rozporządzalny, konsumpcja będzie zniżkować. Zagraża to zarówno pracownikowi, jak i całości systemu. Przewodniczący związku zawodowego United Auto Workers, Walter Reuther, zwrócił kiedyś na to uwagę podczas rozmowy z dyrektorem firmy produkującej samochody. Jak zamierza pan zebrać składki związkowe od tych wszystkich maszyn? – zapytał. Reuther odparł: Nie to mnie martwi. Zastanawia mnie raczej, w jaki sposób skłonię te maszyny do kupowania samochodów.

Wejście Transformersów

Ostatecznie jednak wpływ, jaki roboty zyskają na rzeczywistość i to, jakie będą, zostanie zdeterminowany zarówno przez wartości wyznawane przez tworzące je społeczeństwo, jak i przez czystą technikę. Polityka, która mogłaby zażegnać kryzys wywołany przez roboty, mogłaby również kształtować rozwój nowej robotyki i poprawić nasz poziom życia.

To wszystko wykracza poza wzmocnienie związków zawodowych, zasiłki dla bezrobotnych i uczenie się całe życie tylko po to, żeby być w stanie złagodzić „zakłócenia” rynku pracy przez roboty. Jeśli chcemy robotów, które nie zastąpią ludzi, lecz będą im pomagać, rząd powinien zainwestować środki w rozwój robotów w kierunku IA poprzez placówki cywilne, a nie tylko wojskowe. Obecnie większość tych funduszy przechodzi przez DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency). To miejsce, w którym narodził się Internet. DARPA od dziesięcioleci służy rządowi jako de facto oddział wdrażania polityk badawczych i przemysłowych. Chociaż większość badań finansowanych przez tę agencję ma oficjalnie „podwójne zastosowanie”, łatwo przewidzieć, że interesy militarne dominują. Jeśli chodzi o badania nad robotami, DARPA skłania się ku sztucznej inteligencji. W końcu wojna bez żołnierzy będzie mniej „brudna”, jak to już zaobserwowaliśmy w przypadku działań wojennych prowadzonych za pomocą dronów, gdy młodzi Amerykanie nie są bezpośrednio narażeni na ryzyko, zabijanie może być prowadzone poza polem widzenia, nie zaprzątać nikomu głów i być moralnie relatywne. Przyniosło to także inny podstępny skutek – rozwijanie AI szerzej niż IA, jako że technologie wojskowe są przykrawane do zastosowań cywilnych. Tymczasem w IA chodzi o coś więcej niż o zachowanie miejsc pracy. Amartya Sen, indyjski ekonomista, laureat Nagrody Nobla, uważa, że powinniśmy przedefiniować „bogactwo” i objąć tym terminem pełną samorealizację każdej jednostki. Roboty, które zasilą nasze szeregi, powinny to bogactwo pomnażać.

Według Markoffa AI i IA oferują nam zupełnie różniące się wizje przyszłości: W jednym ze światów ludzie współistnieją i prosperują wraz z maszynami, które stworzyli… Jest jednak równie prawdopodobne, że te technologie, zamiast wyzwolić ludzkość, ułatwią dalszą koncentrację bogactw, wywołując nową falę braku zatrudnienia w zawodach związanych z techniką, instalując na całym globie siatkę nadzoru, przed którą nie da się uciec oraz spuszczą ze smyczy samosterującą superbroń nowej generacji.

Aby uniknąć rozwoju technologii w tak aspołecznym kierunku, musimy także równo podzielić korzyści płynące z robotyzacji. Ważnym krokiem ku temu jest skrócenie czasu pracy bez redukcji wynagrodzeń. „Dywidenda z robotów” mogłaby być wypłacana w postaci trzydziestogodzinnego tygodnia pracy, większej długości płatnych wakacji, hojnie opłacanego urlopu rodzicielskiego i zdrowotnego oraz możliwości szybszego przejścia na emeryturę. Wszystkie te narzędzia pozwoliłyby rozdzielić pracę szerzej i efektywniej.

Na bardziej podstawowym poziomie – wizja rewolucji robotów przynagla nas do ponownego przemyślenia podziału pracy, który obowiązuje od czasów Rewolucji Przemysłowej. Podział ten marginalizuje znaczenie kluczowych rodzajów pracy, którą świadczy się poza rynkiem, takich jak gotowanie, sprzątanie, troszczenie się o dzieci, starców i osoby chore. Zadania te wymagają kreatywności i empatii, których roboty nie mają szans opanować, jednak nasze społeczeństwo przypisuje im nieadekwatnie niską wartość. Można przekształcić takie czynności w płatne zajęcia – za pomocą polityki przyznawania dotacji kapitałowej za każdego urodzonego noworodka czy poszerzenia sektora non profit. Praca, którą obecnie wykonują grupy niepobierające za nią wynagrodzenia, mogłaby rozkwitnąć, a społeczność wsparłaby działania artystów, muzyków, aktorów i innych pracowników kultury.

Martin Ford, entuzjasta współistnienia z robotami, autor książki „The Rise of The Robots”, proponuje bardziej radykalne rozwiązanie: uniwersalny dochód gwarantowany. W wyniku całkowitego oddzielenia kwestii pracy i wynagrodzenia dochód ten przewróciłby do góry nogami nasze wyobrażenia na temat motywacji i tego, kto zasługuje na podstawowe utrzymanie.

Na rozdrożu

Marzenia o robotach produkujących obfitość towarów pod niewielkim nadzorem nieprzemęczających się ludzi mogą się w przyszłości spełnić. Czy będzie to utopia, czy dystopia? Zależy to głównie od tego, czy potrafimy przeformułować nasze obecne przekonania dotyczące tego, które z ludzkich czynności zasługują na gratyfikację finansową. Jeśli zaś nie będziemy w stanie się przystosować do nowej rzeczywistości, możemy obudzić się, jak ujmuje to piosenka „Solidarity Forever”, wygnani i głodujący pośród cudów, które stworzyliśmy.

Gdy przyjmiemy do wiadomości, że ludzkość stoi u bram Ery Robotów, ważką kwestią stanie się, czy ludzie i maszyny potrafią solidarnie współistnieć w uniwersum bogactwa, jakiego nie znano wcześniej. Ten, zbudowany z pomocą robotów, świat może nam zapewnić zarówno dobrobyt materialny, jak i bogactwa niematerialne, pochodzące od każdej osoby realizującej swój twórczy potencjał. Jeżeli wykorzystamy roboty, by przywrócić międzyludzką solidarność, ten nowy świat w rzeczy samej zostanie zbudowany na gruzach starego porządku.

Tłum. Magda Komuda

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej amerykańskiego lewicowego czasopisma „In These Times” w listopadzie 2015 roku. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Czy przemysł wytwórczy może się odrodzić w USA?

Być może, ale nie liczmy, że stanie się to poprzez „powrót” fabryk do kraju.

W ostatnim stuleciu większość Amerykanów uważała, że ich „jankeska” pomysłowość w tworzeniu produktów doprowadzi do powszechnego dobrobytu. Później, w ostatnich dekadach, Stany Zjednoczone przestały być innowacyjne w produkowaniu dóbr i skupiły się na ryzykownych inwestycjach finansowych, a firmy amerykańskie, jeśli wytwarzały produkty, coraz częściej robiły to za granicą. Rezultat? Najbogatszy jeden procent społeczeństwa pozostawił resztę z pustymi rękami. Jednak obecnie ekonomiści, Barack Obama i większość Amerykanów dochodzą do tego samego wniosku – jeżeli chcemy odzyskać szansę na powszechny udział obywateli w bogactwie kraju, trzeba ożywić produkcję w USA. W tegorocznym orędziu do narodu Obama wymienił jako jeden ze swoich priorytetów drugiej kadencji: żeby Ameryka przyciągała nowe miejsca pracy i przemysł.

Pomysł ten przemawia do społeczeństwa. Z sondażu przeprowadzonego w 2012 r. na zlecenie Sojuszu na rzecz Amerykańskiego Przemysłu Wytwórczego (Alliance for American Manufacturing, AAM), organizacji biznesowo-pracowniczej, wynika, że 67% ankietowanych w pełni popiera narodową strategię ożywienia przemysłu. Zarówno ankietowani „niezależni”, jak i głosujący na Demokratów uznali uprzemysłowienie za najistotniejszą kwestię gospodarczą, pokładając nadzieje w sektorze niegdyś stanowiącym podstawę amerykańskiej klasy średniej – zapewniał on dobrze płatną pracę dla pracowników fizycznych.

Zmiany nadeszły pod koniec lat 90. i na początku nowego tysiąclecia, gdy za sprawą amerykańskich umów handlowych, np. poprzez ustanowienie Stałych Standardowych Relacji Handlowych (Permanent Normal Trade Relations) z Chinami, umożliwiono przedsiębiorcom przeniesienie produkcji za granicę. W pierwszej dekadzie XXI wieku USA straciły prawie jedną trzecią (ok. 5,7 mln) miejsc pracy w fabrykach. Zatrudnienie w przemyśle wytwórczym zmniejszyło się podczas recesji w 2001 r., spadało nadal w czasie ożywienia, by obniżyć się jeszcze bardziej podczas Wielkiej Recesji w 2008 r.

W miarę jak gospodarka powoli wychodzi z kryzysu, prezydent i część analityków zwracają uwagę na oznaki powrotu przemysłu z zagranicy do USA.

Obama przy każdej okazji przywołuje liczbę miejsc pracy w przemyśle wytwórczym (aktualnie 500 tys.) stworzonych od najgorszego momentu Wielkiej Recesji w styczniu 2010 r. W zeszłym roku odwiedził fabrykę Master Lock w Milwaukee, żeby świętować powrót 100 miejsc pracy z Chin. Chwalił także Forda za „powrót” z Meksyku, Caterpillara z Japonii i Apple’a za obietnicę produkcji części komputerów w USA.

Do Obamy dołączyły media i analitycy. W grudniu czasopismo „The Atlantic” opublikowało na pierwszej stronie entuzjastyczny artykuł o decyzji General Electric, aby ponownie otworzyć część „Appliance Park” w Louisville w stanie Kentucky i wytwarzać towary produkowane wcześniej w fabrykach zagranicznych. W raporcie „Made in America, Again” („Wyprodukowano w USA, znowu”) firma Boston Consulting Group, świadcząca usługi doradztwa strategicznego dla menedżerów korporacji, prognozowała, że powrót przemysłu wytwórczego z zagranicy doprowadziłby do powstania setek tysięcy miejsc pracy do 2021 r., obniżając stopę bezrobocia o 1,5%.

Na ile powrót przemysłu z zagranicy jest możliwy? Jakie miejsca pracy wracają? Jeżeli przemysł wytwórczy się odrodzi, jak będzie wyglądał?

Fale „powrotu”

W krótkim okresie, gdy amerykańskie koncerny masowo przenosiły produkcję do Chin, sytuacja globalnych przedsiębiorstw znacznie się zmieniła – uważa Scott Paul, prezes AAM. Wcześniejsze bardzo niskie koszty siły roboczej w Chinach wzrosły, w miarę jak rosły zarobki robotników na terenach nadbrzeżnych – częściowo ze względu na falę protestów oraz na powolny wzrost wartości waluty krajowej. Wady przeniesienia przemysłu do Chin, przedtem przesłonięte niskimi kosztami, stają się coraz wyraźniejsze: kradzież własności intelektualnej, niski poziom kontroli jakości produktów, opóźnienia, trudności w nadzorze i sprawnym zarządzaniu na odległość, oddzielenie projektantów i inżynierów od hali produkcyjnej, rosnące koszty transportu, korupcja w urzędach i duża rotacja pracowników.

Z drugiej strony produkcja w USA ma kilka zalet, których wcześniej nie dostrzegano. Jedną z nich jest przewaga technologiczna w automatyce, robotyce oraz dostępność innych narzędzi zwiększających produktywność i zmniejszających bezpośrednie koszty pracy – wszystko to przewyższa zalety związane z tanią siłą roboczą z zagranicy. Jeszcze jednym atutem jest bliskość głównej siedziby korporacji, przynajmniej w przypadku spółek amerykańskich, i pozostałych ogniw łańcucha zaopatrzenia.

Rodzinny zakład obróbki metalu Hudson Precision Products z Broadview na przedmieściach Chicago, zatrudniający 87 robotników, jest dobrym przykładem tego, jak w skali mikro wygląda ucieczka, a następnie powrót z zagranicy. Zakład miał problemy na początku nowego stulecia, gdy wielu długoletnich klientów ruszyło za rzekomo niższymi cenami do Chin. – Pozostawiło to pewien niesmak – mówi prezes firmy, Jim Wrenn. – Myśleliśmy, że nigdy nie odzyskamy dużej części zleceń, które utraciliśmy.

Firma przystosowała się do nowych warunków, unowocześniając produkcję, żeby jedna piąta maszyn mogła wytwarzać części w nocy bez nadzoru. Przedsiębiorstwo znalazło także klientów – takich jak firmy wytwarzające sprzęt medyczny – którzy oczekują wysokiej jakości. Hudson Precision Products podjęło jednak również strategiczną decyzję – po znacznym zamrożeniu płac podczas Wielkiej Recesji – wprowadziło system podziału zysków premiujący fachowość i wydajność pracowników, którzy nie są zrzeszeni w związkach (a których zarobki wynoszą od ok. 10 do prawie 30 dolarów za godzinę). Ze względu na to, że wiele produktów firmy to wyroby specjalistyczne, wytwarzane w krótkim cyklu produkcyjnym, Hudson nie może zautomatyzować większości etapów produkcyjnych, lecz musi polegać na wykwalifikowanych, bardzo zmotywowanych pracownikach.

Jim Wrenn uważa, że miał częściowo rację, ponieważ klienci niezadowoleni z chińskiej produkcji zaczęli do niego wracać. Pojawiają się zamówienia na małe części do zaworów, regulatorów i sprzętu elektronicznego. Wiele z nich wykonywanych jest z dokładnością do kilku dziesięciotysięcznych cala.

Pomimo to z zagranicy „powróciło” jedynie 15 do 20% zleceń utraconych przez Hudson. Niektórzy klienci dzielą zamówienia między Hudson i chińskich dostawców. Inni z kolei kupują części, które zostaną później zmontowane nie w Chinach, lecz w Meksyku – tamtejsze fabryki są bliżej głównych siedzib spółek w USA, ale koszty siły roboczej mają niższe od tych w USA.

– Warunki konkurencji się poprawiają – mówi Wrenn. – Chyba można mówić o pewnego rodzaju powrocie z zagranicy. Statystyki potwierdzają ostrożność Wrenna. Z ok. 500 tys. miejsc pracy stworzonych w przemyśle wytwórczym – odkąd gospodarka sięgnęła dna trzy lata temu – 60% nie powstało w wyniku „powrotu” z zagranicy, lecz wskutek zainicjowanej przez rząd restrukturyzacji przemysłu samochodowego, jak twierdzi Robert Scott, ekonomista w Economic Policy Institute. Harry Moser, emerytowany menedżer spółki produkującej narzędzia do maszyn oraz założyciel Reshoring Initiative – organizacji zachęcającej menedżerów do dokładniejszego wyliczenia całkowitych kosztów przeniesienia produkcji za granicę – szacuje, że od końca recesji spółki przywróciły ok. 50 tys. miejsc pracy, co stanowi jedynie 10% nowego zatrudnienia w przemyśle.

Nawet te ostrożne szacunki mogą nie uwzględniać powolnego odpływu miejsc pracy w wyniku ciągłego przenoszenia produkcji za granicę. W momencie gdy Obama chwalił powrót przemysłu w Master Lock w stanie Wisconsin, tradycyjnie zaniżone statystyki rządowe pokazały, że stan stracił w zeszłym roku 2777 miejsc pracy za sprawą konkurencji „z importu” i przenoszenia przemysłu za granicę. Na przykład firma Joerns Healthcare przeniosła działalność ze Stevens Point w stanie Wisconsin do Meksyku, a także do innych stanów USA z mniej restrykcyjnym prawem pracy, likwidując 150 etatów w Wisconsin. Jak zaś wynika z wyliczeń Chrisa Townsenda ze związku United Electrical Workers, zamykanie zakładów przez General Electric w USA i przenoszenie w ostatnich latach produkcji za granicę zdecydowanie przyćmiewają liczbę miejsc pracy, które „powróciły” do USA, a którą chwali się koncern. – Nie sądzę, żeby szykował się zalew miejsc pracy w przemyśle wracającym z zagranicy – twierdzi Leo W. Gerard, prezes United Steelworkers, największego związku zawodowego w przemyśle wytwórczym w kraju.

Dwie drogi do odbudowy

Osobną kwestią jest jakość miejsc pracy, które „wróciły” z zagranicy. Hudson to przykład firmy, która postawiła na innowacje i współpracę z pracownikami. Większość spółek wybrała tańszą drogę – opierającą się na przekonaniu, że przemysł ożywi się tylko, jeżeli zarobki będą niższe, podatki zostaną obniżone, deregulacja przeprowadzona, dodatkowe świadczenia odebrane, a związki zawodowe poskromione. „The Economist” w styczniowym raporcie o „powrocie” przemysłu zauważył, że wiele z tych chętnie prezentowanych jako przykłady nowych fabryk znajduje się w stanach takich jak Teksas, Alabama i Karolina Północna, które przyjęły ustawy o „prawie do pracy”, ograniczające wpływ związków zawodowych. Zarobki w tych stanach są przeciętnie niższe o 3–10% w porównaniu z innymi stanami, a pracownicy mają mniejsze szanse, że pracodawca będzie opłacał im składki emerytalne i ubezpieczenie zdrowotne.

Tysiące miejsc pracy przeniesionych z zagranicy, o których mówią optymistyczne analizy Boston Consulting Group, zostały utworzone właśnie według tego „tańszego” podejścia. BCG porównuje koszty w chińskich zagłębiach przemysłowych, np. Shenzhen, z kosztami produkcji w stanach takich jak Missisipi – z ustawami o „prawie do pracy”, niskimi zarobkami i zasadniczo bez związków zawodowych.

Istnieje jednak inna droga. W niektórych krajach wynagrodzenie w przemyśle wytwórczym jest wyższe niż w USA. W 2011 r. w Szwecji całkowite wynagrodzenie wyniosło 49,12 dolarów za godzinę, a w Niemczech 47,38 – w porównaniu z 35,53 w USA. W krajach tych więcej pracowników należy też do związków zawodowych. Pomimo tego przemysł wytwórczy w tych krajach kwitnie i stanowi zasadniczą część ich gospodarek.

Tę „droższą” drogę wybrały Niemcy, kraje skandynawskie, inne kraje Europy kontynentalnej o wysokich dochodach oraz Japonia. Zarówno państwo, jak i firmy traktują tam pracowników nie jako koszty, które należy ciąć – jak w USA – a bardziej jako kapitał i współpracowników. Pracownicy korzystają z inwestycji publicznych w edukację, transport, opiekę nad dziećmi i służbę zdrowia. Sprawiedliwszy podział dochodów, silniejszy rynek wewnętrzny oraz lepiej wykwalifikowana siła robocza wzmacniają krajową gospodarkę i tkankę społeczną.

Fabryka zaawansowana technologicznie

„Droższa” droga daje szansę na zachowanie tego, co było kluczowe w amerykańskim przemyśle wytwórczym w latach jego rozkwitu – nie oznacza to jednak, że będzie on taki jak wcześniej. Sektory opierające się na sile roboczej – w tym przemysł odzieżowy czy elektroniki użytkowej – które wyprowadziły większość miejsc pracy z USA, nie odrodzą się, chyba że nastąpi znaczący postęp w automatyzacji, ograniczający zapotrzebowanie na bezpośrednią pracę człowieka. Gdy koszty siły roboczej w Chinach rosną, koncerny międzynarodowe po prostu szukają tańszych pracowników w krajach takich jak Wietnam czy Bangladesz.

Amerykańskie fabryki w przyszłości będą musiały konkurować z najbardziej zaawansowanymi technologicznie zakładami przemysłowymi na świecie – w Europie Północnej i Japonii czy we wschodzących potęgach takich jak Brazylia. Konieczne będzie zatem inwestowanie w przemysł wymagający wykwalifikowanych pracowników, kapitału i zaawansowanych badań – przemysł „zielonych” technologii czy samochodowy, który w odróżnieniu od tego pierwszego nie jest nowy, ale wciąż ewoluuje.

Gdyby Stany Zjednoczone postawiły na zaawansowany technologicznie przemysł wytwórczy, cała gospodarka miałaby szanse na tym zyskać. Tworzy on bowiem więcej pozaprzemysłowych miejsc pracy niż ten tradycyjny – w branżach takich jak badania, projektowanie oprogramowania, obsługa posprzedażowa. Zwiększając produktywność, umożliwia (choć nie gwarantuje) wzrost zarobków. W branżach takich jak medyczna i energetyczna przemysł zaawansowany technologicznie może – jeżeli będzie mu towarzyszyć odpowiednia polityka publiczna – przyczynić się do rozwiązania problemów społecznych, w tym ekologicznych, będących pokłosiem rewolucji przemysłowej. Produkcja na potrzeby krajowe i na eksport może ograniczyć niezrównoważony długoterminowy deficyt handlowy. Dobrze funkcjonujący zaawansowany sektor wytwórczy przyczynia się do powstania sieci innowatorów – przez profesorów Harvard Business School Gary’ego Pisano i Willy’ego Shiha nazwanych „społecznościami przemysłowymi” – których przykładem jest Dolina Krzemowa.

Jak będą wyglądały te „zaawansowane” fabryki? Cóż, część pracowników na linii produkcyjnej może przypominać Baxtera – humanoidalnego robota o przyjaznym wyglądzie, czerwono-czarnym plastikowym korpusie, „twarzy” z płaskim ekranem i z oczami, które poruszają się i wyrażają emocje. Pracownik może łatwo nauczyć Baxtera wykonywania różnych czynności, kierując jego ramionami, a następnie wybierając przycisk programowania. Baxter korzysta ze swojego „wzroku”, żeby przystosować się do zmian w środowisku pracy.

Baxter jest pomysłem Rodneya Brooksa, robotyka w Massachusetts Institute of Technology (MIT), który we współpracy z kolegami wynalazł w 2002 r. Roombę, robota-odkurzacz domowy. Jego firma – iRobot – zaczęła produkować Roombę w Chinach, aby skorzystać z taniej siły roboczej. Brooks doszedł jednak do wniosku, że to błędna strategia biznesowa. Koszty zaczęły rosnąć. Duża odległość pomiędzy inżynierami a linią produkcyjną Roomby była kłopotliwa, ponieważ monitorowanie fabryk i rozwiązywanie problemów w globalnych łańcuchach dostaw było utrudnione. Po kilku miesiącach od otwarcia fabryki chińscy złodzieje własności intelektualnej zaczęli produkować podróbki Roomby.

Brooks sądził, że aby zapewnić sukces produktu w USA, przedsiębiorstwo będzie potrzebowało tanich, elastycznych robotów, które ograniczą koszty i błędy powtarzalnej pracy. Pięć lat temu Brooks założył firmę Rethink Robotics, żeby projektować i produkować Baxtera niedaleko Bostonu. – Celem spółki jest zapewnienie amerykańskiemu przemysłowi wytwórczemu większej konkurencyjności i powstrzymanie go przed przenoszeniem się za granicę – mówi Mike Fair, serwisant w Rethink Robotics.

Gdy ludzie słyszą o robotach takich jak Baxter, martwią się – co jest zrozumiałe – że te coraz bardziej elastyczne i inteligentne maszyny zastąpią ludzi. Rzeczywiście, Mike Fair jest zdania, że przy obecnych cenach Baxter może zastąpić przy powtarzalnych czynnościach pracowników, których stawka wynosi 4 dolary za godzinę lub więcej. Jednak Baxter pod wieloma względami nie dorówna przecież nawet pracownikom pracującym za niższą stawkę i nie potrafi wykonywać złożonych czynności.

Wyzwanie rzucone przez roboty takie jak Baxter ma istotne znaczenie. Zyski wynikające z ich większej produktywności – w postaci wyższych dochodów lub krótszych godzin pracy – należy podzielić między społeczeństwo, tak aby każdy na tym skorzystał. Brzmi to jak utopia. Ale alternatywa – w której wiele osób traci pracę, bo roboty wykonują ją za nich, a tylko nieliczni uprzywilejowani korzystają – jest mroczną dystopią.

Podejście hybrydowe

Baxter jest dowodem na to, że amerykańscy producenci zaczęli już wprowadzać innowacje w przemyśle. Konkurencja jednak nie śpi. W styczniu 2013 r. na targach automatyki pojawiło się wielu dużych wystawców z Niemiec, Japonii, Skandynawii, Szwajcarii i innych bogatych krajów. Niedaleko stoiska Rethink Robotics duńska firma Universal Robots przedstawiła dobrze zaprojektowanego humanoidalnego robota, który – jak się wydaje – potrafi to, co Baxter. Innowacyjne firmy mają w dłuższej perspektywie większą szansę na uzyskanie przewagi rynkowej, jeżeli funkcjonują w ramach dobrze prosperujących „społeczności przemysłowych”, wspieranych przez mądrą politykę przemysłową.

Branża automatyki i robotyki może się jeszcze bardziej rozwinąć, gdy Chiny – w celu rozwiązania problemu rosnących kosztów siły roboczej – postawią na przemysł zaawansowany technologicznie. Przykładowo Foxconn – producent sprzętu dla Apple’a – w którego fabrykach warunki pracy doprowadziły do samobójstw, strajków i zamieszek, zamierza rzekomo wyprzedzić konkurentów z bogatych krajów uprzemysłowionych, zastępując milion pracowników robotami.

Powodzenie amerykańskiego przemysłu zaawansowanego technologicznie będzie w mniejszym stopniu uzależnione od jednego czynnika (np. wysokości wynagrodzenia), a w większym od sumy wielu czynników: wsparcia państwa dla badań i edukacji, bezpieczeństwa społecznego i ekonomicznego obywateli, poczucia wspólnoty, upodmiotowienia pracowników i wspierania innowacyjności.

Susan Helper, Timothy Krueger i Howard Wial z think tanku Brookings Institution przygotowali plan rozwoju dla USA, który zakłada podążenie właśnie tą „droższą” drogą z wykorzystaniem zaawansowanych technologii wytwarzania. Zaapelowali o wsparcie przez państwo intensywnych publicznych i prywatnych prac badawczo-rozwojowych, a także o poprawę jakości kształcenia ogólnego, zawodowego kształcenia ustawicznego oraz współudział pracowników w podejmowaniu decyzji.

Dalsza droga

Czy Obama postawi na tę strategię? W pierwszej kadencji pokazał determinację, gdy jego administracja powstrzymała upadek amerykańskiego przemysłu samochodowego i zainwestowała więcej środków federalnych w energię odnawialną niż administracja jakiegokolwiek wcześniejszego prezydenta.

Wstępne plany Obamy na cztery następne lata są skromne, ale dobre. Opowiedział się za wsparciem finansowym dla badań naukowych, w tym ostatnio za przeznaczeniem 100 mln dolarów na opracowanie mapy ludzkiego mózgu. Popiera wykorzystanie dochodów ze złóż ropy i gazu znajdujących się na obszarach należących do państwa na sfinansowanie badań nad alternatywnymi technologiami w przemyśle samochodowym, państwowe dofinansowanie energooszczędnych rozwiązań w budownictwie oraz zwiększenie wydatków na infrastrukturę.

Propozycje te nie zyskają większego poparcia Republikanów (jeżeli zyskają jakiekolwiek). Demokraci reagują z mniejszym lub większym entuzjazmem, często proporcjonalnie do znaczenia przemysłu wytwórczego w ich regionach. Biznes jest podzielony – zwykle ze względu na wąskie interesy konkretnych firm czy branż – i zjednoczony w niechęci do większości regulacji. Związki zawodowe poszukują natomiast szerszej i bardziej ambitnej strategii.

Obama może sam podjąć pewne działania, np. realizując plan powołania 15 „instytutów innowacji przemysłowej”. W zeszłym roku w Youngstown w stanie Ohio powstał pilotażowy instytut, aby przyspieszyć rozwój druku 3D – obiecującej nowej technologii, za pomocą której maszyna nakłada na siebie warstwy różnych materiałów zamiast tuszu, żeby tworzyć łatwo modyfikowalne produkty.

Prezydent Obama nawiązał w orędziu do sukcesów z pierwszej kadencji – w czasie jej trwania nastąpiło podwojenie ilości pozyskiwanej energii wiatrowej, słonecznej i geotermalnej. Zobowiązał się też zintensyfikować działania w tej dziedzinie, co spotkało się z krytyką z prawej strony sceny politycznej. Republikanie przypomnieli fiasko Solyndry – producenta ogniw solarnych, który otrzymał gwarancje pożyczkowe rządu i upadł – argumentując, że rząd nie powinien angażować się we wspieranie nowych branż. Solyndra upadła jednak po części przez konkurencję chińskich firm dotowanych przez rząd ChRL, które prawdopodobnie obniżyły cenę konwencjonalnych silikonowych ogniw fotowoltaicznych poniżej kosztów produkcji, żeby zdobyć udziały w rynku. Gdy ceny zaczęły spadać szybciej, niż prognozowano, alternatywna technologia solarna Solyndry nie była w stanie sprostać konkurencji i spółka upadła.

Jak jednak wynika z analiz komisji pod przewodnictwem Herba Allisona, który stał na czele komisji finansów podczas kampanii prezydenckiej senatora Johna McCaina w 2000 roku, dzięki pożyczkom rządowym na rozwój czystej energii powstały nowe miejsca pracy i rozwinął się rentowny sektor przemysłu. Administracja Obamy jest tu nawet lepsza od wielu inwestorów prywatnych. Spośród spółek, które uzyskały rządowe wsparcie na rozwój zrównoważonej energii w trakcie pierwszej kadencji Obamy, upadło zaledwie 8%. Dla porównania – spośród przedsiębiorstw, w które zainwestował fundusz Bain Capital, gdy na jego czele stał Mitt Romney, zbankrutowało 22%.

Ostatecznie jednak mimo obietnic ożywienia przemysłu wysiłki Obamy są niewystarczające. Jego komisja ds. produkcji zaawansowanej technologicznie zaleciła, aby rząd stworzył klimat bardziej przyjazny dla przemysłu wytwórczego. Zwykle oznacza to obniżenie podatków dla przedsiębiorstw i deregulację. O ile podatki nie powinny pogarszać sytuacji krajowych firm i skłaniać do przenoszenia produkcji za granicę, zachęty podatkowe są mniej skuteczne od innych form wsparcia.

Biorąc też pod uwagę, że przenoszenie miejsc pracy – szczególnie do Azji – doprowadziło do obecnego kryzysu w przemyśle wytwórczym, działania Obamy polegające na zawarciu umów o wolnym handlu z Europą i krajami Pacyfiku mają mało wspólnego z jego marzeniami o odrodzeniu się produkcji w USA. Ponadto pominięcie związków zawodowych w orędziu nie wróży dobrze strategii rozwoju przemysłu.

Powrót – choć niewielki – miejsc pracy rozbudził społeczne nadzieje. Wzbudził również uzasadnione wątpliwości co do niekwestionowanej wcześniej mądrości szefów firm, którzy w owczym pędzie przenosili produkcję za granicę, nie biorąc pod uwagę potrzeb i potencjału swoich dotychczasowych pracowników. Prawdziwe odrodzenie amerykańskiego przemysłu wytwórczego będzie wymagało zdecydowanej interwencji rządu, który powinien raczej skupić swoją uwagę na innowacjach, a nie na tym, ile się zarabia w prowincji Guangzhou.

Tłum. Anna Kleina

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie internetowej niezależnego amerykańskiego magazynu „In These Times” 22 kwietnia 2013 r.