Danger. €uro. Keep out?

Danger. €uro. Keep out?

Wspólna waluta europejska stała się projektem, który przedstawiany jest jako szczytowe osiągnięcie europejskiej integracji. Jako instrument, za sprawą którego procesy zjednoczeniowe w Europie nabrały jeszcze większego rozmachu i przyspieszenia. Zwłaszcza w środowiskach euroentuzjastycznych wskazuje się ją jako przedmiot pożądania wszystkich krajów, które znajdują się obecnie poza strefą euro.

Posiadanie euro staje się wręcz papierkiem lakmusowym pozwalającym stwierdzić poziom rozwoju danego państwa i jego dostosowania do standardów unijnych. Kraje, które nie wchodzą w skład dziewiętnastki (oprócz Danii, Szwecji i Wielkiej Brytanii, z której członkostwem unijnym mamy jak wiadomo pewien problem), prezentowane są jako te, które nie zdołały spełnić określonych wymagań, czyli tzw. kryteriów konwergencji w zakresie inflacji, długu publicznego, deficytu budżetowego, stóp procentowych czy stabilizacji kursu wymiany walut. Z własnej winy więc pozostają poza elitarnym klubem, na który jednak z tęsknotą spozierają i nieustannie do niego aspirują. Euro w tym ujęciu stanowi ostateczny sprawdzian czy glejt europejskości wydawany przez Radę Unii Europejskiej.

W naszym kraju również od dłuższego czasu trwa dyskusja na ten temat. Podnoszone są głosy o potrzebie jak najszybszego spełnienia przez Polskę kryteriów spójności, aby móc wystąpić o dopuszczenie do eurostrefy. Zdaniem niektórych miałoby to przynieść liczne błogosławione skutki, jak np. przyspieszenie dynamiki wzrostu gospodarczego, rozwój rynków finansowych, zwiększenie konkurencyjności i atrakcyjności polskiego rynku inwestycyjnego itp. Autorzy listu otwartego do premiera Mateusza Morawieckiego, który ukazał się na łamach „Rzeczpospolitej” 2 stycznia 2018 r. (m.in. Marek Belka, Henryka Bochniarz, Marek Goliszewski, Stanisław Gomułka, Jerzy Hausner, Wiesław Rozłucki, Witold M. Orłowski) stwierdzają wręcz apodyktycznie, iż mamy tutaj do czynienia z wyborem: euro albo Rosja. Zdaniem autorów tego listu, „produkt krajowy brutto strefy euro dynamicznie rośnie, napędzając koniunkturę w naszym kraju”, w związku z tym nie możemy tracić ani chwili. Wszystkie te tezy, wydawałoby się oczywiste i niepodważalne, kwestionowane są jednak otwarcie przez amerykańskiego noblistę w dziedzinie ekonomii Josepha E. Stiglitza.

Główną tezę monumentalnej książki zawarł już w samym jej tytule: „Euro. W jaki sposób wspólna waluta zagraża przyszłości Europy”. Jak widać, Stiglitz nie zadaje pytania „czy?”, nie zastanawia się nad istnieniem lub nieistnieniem takowych niebezpieczeństw, ale jasno stwierdza, że mamy z nimi do czynienia oraz usiłuje je wskazać. Można byłoby zrzucić winę na pochodzenia autora – euro przecież od początku było lansowane jako przeciwwaga dla dolara, mająca uczynić z Europy wiodącą gospodarkę świata. Stąd też mieliśmy do czynienia z pewnymi napięciami na linii dolar – euro. Ujawniało się to nawet przy okazji tak marginalnych spraw jak muzyka rozrywkowa. Ponad 10 lat temu dość duże ożywienie w USA wywołał videoclip do piosenki rapera Jaya Z pt. „Blue magic”, w którym ten pokazał walizy wypchane nie dolarami, lecz banknotami euro. O tym, w jaki sposób poruszyło to opinię publiczną w Stanach Zjednoczonych świadczy fakt, iż specjalną audycję temu poświęconą wyemitowała m.i. stacja CNN i to nie w sekcji dotyczącej rozrywki, ale biznesu. Widziano w tym bowiem dowód na słabnącą pozycję dolara oraz coraz większe kłopoty amerykańskiej gospodarki.

Jednak w żaden sposób nie możemy odnieść tego rodzaju stwierdzeń do amerykańskiego ekonomisty, zarzucić mu reprezentowania interesów amerykańskich czy też amerykocentrycznego spojrzenia na problemy Europy. Mamy u niego do czynienia z niekłamaną troską o sprawy europejskie, kondycję gospodarczą państw Starego Kontynentu, przebieg i charakter dokonujących się na nim procesów integracyjnych. Dawał temu zresztą wyraz w praktyce, działając jako doradca premiera Grecji Jorgosa Papandreu, doradca rządu szkockiego, wspomagając Jeremy’ego Corbyna w wyścigu o przywództwo w brytyjskiej Partii Pracy czy biorąc  udział w madryckim „I Foro Social del 15M”, gdzie wyraził poparcie dla całego ruchu antyoszczędnościowego w Hiszpanii.

Za główną tezę książki Stiglitza można uznać przekonanie, że wprowadzenie wspólnej waluty obniżyło zdolność krajów eurostrefy do reagowania na zmieniające się warunki w światowej gospodarce,  spowodowane głównie kryzysem finansowym oraz ekspansją Chin. Gdyby Grecja miała własną walutę, mogłaby w reakcji na kryzys doprowadzić do jej dewaluacji. Stanowiłoby to atrakcyjną zachętę dla turystów, w Grecji byłoby po prostu taniej, dzięki czemu dochód narodowy szybko by się zwiększył. Korekta kursu walutowego mogłaby mieć też na celu zniechęcenie do importu oraz wpłynąć dodatnio eksport, Grecja bowiem cierpiała na deficyt bilansu płatniczego, importowała więcej niż produkowała. Wreszcie Bank Centralny mógłby obniżyć stopy procentowe, czyli zrobić coś odwrotnego niż uczynił Europejski Bank Centralny.

Tymczasem wiodąca narracja propagowana przez kraje wielkiej Trojki na czele z Niemcami szukała przyczyn kryzysu gdzie indziej: w rzekomych mało elastycznych rynkach pracy funkcjonujących w poszczególnych krajach, skłonności do korupcji, marnotrawstwie czy nawet wrodzonym lenistwie. Tego rodzaju diagnoza powodowała, iż remedium na kłopoty szukano przede wszystkim w zmianie struktury gospodarczej krajów, które najmocniej dotknął kryzys. Polegało to na osłabieniu roli związków zawodowych, zmianie prawa pracy czy systemu podatkowego. Jak jednak wskazuje Stiglitz, jeśli te czynniki miałyby być źródłem kłopotów takich krajów jak Grecja, to ich stan gospodarczy powinien być równie katastrofalny przed kryzysem, jak po nim. Tymczasem przed kryzysem Grecja, Hiszpania, Irlandia, Portugalia czy Włochy notowały wzrost, czasami nawet powyżej średniej w strefie euro.

Zdaniem Stiglitza, projekt wspólnej waluty w Europie od początku skazany był na niepowodzenie z kilku względów. Przede wszystkim Europa stanowi zbyt zróżnicowany organizm, aby w prosty sposób można było łatwo wprowadzić tego rodzaju rozwiązania. Oczywiście kontrprzykładem w takim przypadku będą Stany Zjednoczone obejmujące obszar dwukrotnie większy niż kraje UE, dodatkowo również przecież mocno zróżnicowany pod względem gospodarczym, klimatycznym, kulturowym czy rozkładu bogactwa. Jednakowoż w przypadku USA, jak wskazuje autor, wprowadzono określone instytucje umożliwiające istnienie wspólnej waluty, o które nie zadbano w Europie. Po pierwsze, jeśli jakiś stan amerykański przechodzi gospodarcze trudności, dokonuje się z migracja z tych terenów, która nie stwarza żadnych problemów. Na terenie całego USA obowiązuje bowiem ten sam język, a podstawowe programy społeczne takie jak Social Security czy Medicare mają zaś zasięg ogólnokrajowy. W Europie zaś pod tym względem mamy do czynienia z barierami językowymi, kulturowymi oraz problemami odnośnie do prawa wykonywania zawodu. Kolejny mechanizm to pomoc od rządu federalnego dla stanu, który popadnie w kłopoty finansowe w postaci takich programów jak Medicaid, Medicare czy SNAP. W czasach kryzysu rząd federalny bierze na swoje barki dużą część kosztów związanych z bezrobociem. Tymczasem w Europie jeśli jakiś kraj popadnie w tarapaty, lokalny rząd, mimo spadających przychodów, musi znaleźć dodatkowe środki na świadczenia socjalne. Ponadto rząd federalny może udzielić bezpośredniej pomocy finansowej takiemu stanowi, podczas gdy europejski budżet na poziomie centralnym jest mikroskopijny i nie zawiera tego rodzaju funduszy (budżet Unii to ok. 1% jej PKB, budżet władz federalnych w USA wynosi zaś 20% PKB). Wreszcie zaś system bankowy funkcjonujący w USA ma charakter narodowy – jeśli jakaś instytucja finansowa popadnie w kłopoty, ratunek przychodzi ze strony określonej agencji federalnej. W Europie natomiast każdy kraj odpowiada za swój system bankowy.

W zamierzeniu projektodawców eurostrefy, wspólna waluta miała przyczynić się do niwelowania różnic pomiędzy poszczególnymi krajami, zbliżania ich pod względem gospodarczym i poziomu życia. To z kolei miałoby zaowocować większą integracją na innych płaszczyznach. Tymczasem brak jakichkolwiek instrumentów, które pozwalałyby na prowadzenie polityki w tym kierunku, spowodował, iż różnice jeszcze się powiększyły. O ile kilka lat temu PKB per capita w Portugalii wynosił 57% Niemiec, to w 2016 r. dysproporcje te nie zmniejszyły się, lecz wzrosły i PKB per capita Portugalii wynosi zaledwie 48% niemieckiego, w przypadku zaś Estonii będzie to 38%,  Litwy natomiast  34%.  Rozbieżności te widoczne są również np. w kwestiach bilansu handlowego poszczególnych krajów. Niemcy od dawna mają olbrzymie nadwyżki handlowe, w procencie PKB prawie dwukrotnie wyższe od chińskich. Tymczasem suma deficytów musi równoważyć nadwyżki – skoro jedno państwo skupia większą ich część, pozostałe muszą być na minusie. Z definicji więc, nie wszystkie kraje mogą posiadać nadwyżki w handlu, bo wzrost nadwyżki jednych odbywa się kosztem powiększania deficytu innych, co skutkuje zmniejszonym popytem wewnętrznym i zwiększeniem ryzyka bezrobocia. Kumulowanie nadwyżek prowadzi do osłabienia popytu. Niektóre państwa nie wydają całego dochodu, a zbyt niski popyt spowalnia rozwój gospodarczy.

W strefie euro nie zrobiono dotychczas nic, aby ukrócić proceder nadmiernego odkładania środków. Efektem tego wszystkiego są zjawiska, które jeszcze bardziej intensyfikują problemy i pogłębiają nierówności: ucieczka kapitału z krajów dotkniętych kryzysem, migracja za pracą powodująca depopulację niektórych regionów i tzw. drenaż mózgów, zmniejszanie poziomu inwestycji publicznych czy powiększanie się dysproporcji technologicznych. Polityka cięć, zalecana jako remedium dla krajów ogarniętych kryzysem, wzmacnia jeszcze bardziej te niekorzystne tendencje, jako że nikt nie lubi inwestować w niepewnych miejscach czy pracować w krajach, gdzie płace spadają, a wraz z nimi pogarsza się jakoś usług publicznych. Wszystko to coraz bardziej nakręca spiralę recesji.

Pakiety pomocowe, które narzucono  krajom najbardziej pogrążonym w kryzysie, tylko go pogłębiły, dodatkowo osłabiając jedność, o którą przez lata w Europie walczono. Pomimo tego, wbrew liczbom i faktom, obwieszczono sukces tej polityki. Stiglitz przedstawia szczegółowo założenia pakietów pomocowych i skutki, jakie one przyniosły. Robi to przede wszystkim na przykładzie Grecji, co nie może dziwić w związku z jego zaangażowaniem w pomoc rządowi tego kraju. Jednak można to ekstrapolować również na inne państwa w rodzaju Hiszpanii czy Portugalii. Bezpośrednim celem programów pomocowych było doprowadzenie do stanu, w którym kraje nie musiałyby się już dalej zadłużać. Uznano, iż zostanie to zapewnione dzięki zmniejszeniu wydatków wraz z jednoczesnym podniesieniem podatków. Jednak, jak można było się spodziewać, polityka cięć doprowadziła do spowolnienia gospodarczego, które zaowocowało mniejszymi wpływami budżetowymi i zwiększeniem środków przeznaczanych dla rosnącej liczby bezrobotnych oraz na sferę socjalną.

W efekcie, jak konkluduje autor, pakiety pomocowe pomogły jedynie europejskim bankom, które zaczęły ściągać długi od państw pogrążonych w kryzysie, w żaden sposób natomiast nie przyczyniły się do poprawy kondycji gospodarczej tych krajów. „Wydawało się, że celem tych programów było raczej ratowanie euro, a nie troska o dobrobyt obywateli” (s. 278). Można powiedzieć, iż w równym stopniu przysłużyły się transnarodowym korporacjom, których zyski powiększyły się kosztem rodzimych przedsiębiorstw (taki charakter miały wprowadzone w Grecji regulacje dotyczące mleka, chleba, handlu lekami, długości godzin otwarcia sklepów). Pod różnymi górnolotnymi hasłami kryła się chęć zapewnienia międzynarodowym sieciom handlowym dostępu do greckiego rynku oraz wzmocnienia tych podmiotów. W momencie, kiedy bezrobocie wśród młodych w Grecji przekroczyło 60%, debatowano nad tym, ile może ważyć chleb lub jak stare może być mleko, żeby wciąż można było nazywać je „świeżym”. Programy narzucone przez strefę euro zakończyły się sukcesem w jednym znaczeniu: „francuskie i niemieckie banki odzyskały swoje pieniądze […] a na rachunkach bieżących krajów dotkniętych kryzysem przywrócona została równowaga. Był to warunek konieczny, aby bogatsze państwa mogły wytransferować z nich zasoby” (ss. 308-309).

Zdaniem Stiglitza, rachunek zysków i strat, jaki powinny sporządzić kraje dotknięte kryzysem oraz późniejszymi działaniami „naprawczymi”, przedstawia się ujemnie. Mieliśmy do czynienia z niewielkimi korzyściami związanymi z napływem kapitału w okresie od wprowadzenia euro do 2008 r. oraz z ogromnymi kosztami wynikającymi z kryzysu, którego korzenie immanentnie tkwią w unii monetarnej. Jego zalążki dojrzewać miały już w pierwszej dekadzie od stworzenia euro, a nasilenia problemów należy spodziewać się w przyszłości. Dowodem na to może być również porównanie wzrostu gospodarczego w krajach eurostrefy z państwami UE nieużywającymi euro. W 2015 roku państwa spoza strefy euro, pomijając kraje Europy Wschodniej, odnotowały wzrost o 8,1%  wyższy niż w 2007 r., natomiast eurogrupa na poziomie 0,6%. W przypadku krajów Europy wschodniej wskaźniki te były jeszcze wyższe, np. Polska 28%, Rumunia 12%.

Euro stało się przyczyną kryzysu z jeszcze jednego powodu, na który nie zawsze zwraca się uwagę. Chodzi o fakt, iż kraje zadłużały się we własnej walucie, nad którą jednak nie miały żadnej kontroli. Za sprawą tego dokonał się transfer władzy, która zaczęła być nadużywana, a unia walutowa ze związku równych państw podejmujących wspólne decyzje i wspólny wysiłek,  przemieniła się w agencję ściągającą długi na rzecz bogatych krajów, na czele z Niemcami. Kraje, które znalazły się w tarapatach finansowych, nie mogły już po prostu dodrukować pieniądza i wypuścić go na rynek, nie miały bowiem żadnej kontroli nad własną walutą. Aby prowadzić skuteczną politykę makroekonomiczną, poszczególne kraje potrzebują bowiem stóp procentowych na odpowiednich poziomach oraz elastycznego kursu waluty. Stiglitz ilustruje to tego rodzaju przykładem: „gospodarka niemiecka się przegrzewa, wisi nad nią groźba inflacji. Naturalną reakcją rządu w Berlinie jest chęć podniesienia stóp procentowych. Ale jeśli w tym samym czasie Grecja zmaga się z bezrobociem, stopa procentowa powinna spaść. Sęk w tym, że unia monetarna uniemożliwia tego typu działania. Jak pokazaliśmy na przykładzie Stanów Zjednoczonych, brak możliwości samodzielnego ustalania stóp procentowych może zostać złagodzony dzięki wprowadzeniu innych mechanizmów adaptacyjnych oraz odpowiednich instytucji. Tyle że Unia nigdy o takowe nie zadbała” (s. 141).

Europejski Bank Centralny posiada bardzo ograniczone kompetencje. W jego gestii leżą głównie sprawy związane z inflacją, co więcej, jak podkreśla Stiglitz, mamy w przypadku tej instytucji do czynienia ze swoistym zafiksowaniem na jej punkcie, przekonaniem, że jedynym wystarczającym warunkiem dobrej kondycji makroekonomicznej jest niska inflacja. Polityka tego rodzaju w czasach kryzysu miała przyczynić się do mniejszego wzrostu i większej niestabilności. Wynika to zarówno z neoliberalnego paradygmatu, który tam obowiązuje, jak i ze zwykłej pragmatyki. Inflacja redukuje realną wartość zadłużenia, wspierając tym samym kredytobiorców kosztem wierzycieli. „Jean-Claude Trichet, szef EBC w okresie poprzedzającym kryzys, wiedziony pogonią za stabilnością cen, przyczynił się znacząco do zwiększenia nierówności. W latach 2008-2011 wielokrotnie powtarzał, że Europa potrzebuje większej elastyczności płac (piękny eufemizm, za którym kryją się po prostu niższe zarobki. Jest to także doskonały przykład zagrania w stylu »zrzuć winę na ofiarę« […] Pracowników i pracownice obarcza się winą za wysokie bezrobocie, ponieważ mają oni rzekomo domagać się zbyt wysokich płac oraz umów zawierających jakiekolwiek zabezpieczenia społeczne). Oczywiście redukcja zarobków na krótką metę opłacała się korporacjom i ich właścicielom – ale, podkreślam, tylko na jakiś czas. Powinni oni bowiem zdawać sobie sprawę, że Europa wychodząca z kryzysu boryka się z niedostatecznym popytem, a niskie płace osłabiają go jeszcze bardziej, co prowadzi jedynie do pogłębienia recesji” (s. 215). Kryzys zresztą był poniekąd ostatecznym sprawdzianem tezy na temat pożytków płynących z niezależności banków centralnych (w tezie o konieczności tego rodzaju rozwiązań  Stiglitz widzi notabene ledwie maskowaną niechęć do demokracji) – te kraje, w których instytucje te miały ograniczoną autonomię, zniosły załamanie gospodarcze o wiele lepiej.

Co zatem w tej sytuacji zrobić? Czy istnieją jakieś sposoby przezwyciężenia istniejącego impasu? Stiglitz zarysowuje trzy alternatywy dla istniejącego stanu rzeczy. Najlepszym wyjściem wedle niego byłaby gruntowna naprawa istniejącego systemu w oparciu o hasło „więcej Europy”. Jest to jego zdaniem jednocześnie scenariusz najmniej realny. Euro bowiem można, wedle niego, uratować, ale nie za wszelką cenę, nie jeśli kosztem mają być recesje, załamania gospodarcze, rosnące nierówności i wysokie bezrobocie. Należy jednak wprowadzić kilka zasadniczych zmian, jeżeli chodzi o najważniejsze zasady rządzenia strefą euro, jak i podstawy gospodarcze, na których się ona opiera. Każdą z nich omawia szczegółowo, wskazując, w jaki sposób winna być wdrażana i w oparciu o jakie zasady powinna funkcjonować. Są to: unia bankowa zakładająca wspólne ubezpieczenie depozytów i te same procedury dla wszystkich; uwspólnienie długu zapobiegające nadmiernym przepływom na rynku pracy – w dobie powszechnej mobilności wiązanie zadłużenia z konkretnym miejscem, jak pisze, wydaje się być bezsensowne; wprowadzenie wspólnych ram dla stabilności będących gwarantem dobrobytu na całym kontynencie (stworzenie funduszu solidarnościowego,  stabilizacja polityki fiskalnej, regulacje zapobiegające ekscesom w rodzaju „baniek spekulacyjnych” itp.); rzeczywista polityka spójności (zniechęcanie do posiadania nadwyżek przez państwa w strefie euro, rozwój infrastruktury publicznej w rejonach zapóźnionych itp.); promocja pełnego zatrudnienia i polityki wzrostu w całej Europie; mocniejsze zaangażowanie na rzecz dobra wspólnego wyrażające się m.in. przesunięciem o wiele większej odpowiedzialności za redystrybucję na szczebel unijny czy opodatkowaniu na poziomie Unii wszystkich dochodów powyżej pewnego progu np. 250 tys. euro rocznie.

Drugie rozwiązanie to rozwód. Stiglitz podkreśla, że w takim przypadku należy dołożyć wszelkich starań, aby okazał się on najmniej bolesny i projektuje jak mogłoby to wyglądać. Przy czym nie oznacza on powstania automatycznie 19 odrębnych walut, rozwiązaniem mogą być 2 lub 3 odrębne unie walutowe. Wskazuje też, że w przypadku kontrolowanego rozłamu w strefie euro najbardziej sensownym wyjściem byłoby opuszczenie jej przez Niemcy, a nie przez kraje peryferyjne. Jak konstatuje: „wiele osób w Europie będzie zasmuconych śmiercią euro. Ale nie jest to jeszcze koniec świata: waluty przychodzą i odchodzą. Euro było zaledwie siedemnastoletnim eksperymentem, słabo przemyślanym i zaprojektowanym w taki sposób, aby źle funkcjonować. Pamiętajmy, że projekt europejski, wizja zjednoczonej Europy to coś o wiele więcej niż tylko umowa monetarna. Wspólna waluta miała zwiększyć solidarność, wesprzeć dalszą integrację i przynieść dobrobyt. Żaden z tych celów nie został osiągnięty” (s. 387).

Trzecie wyjście nazwano „elastycznym euro”. Jest to koncepcja bazująca na dotychczasowych osiągnięciach unii monetarnej i wykorzystująca je. Zakłada ona istnienie systemu, w którym państwa lub grupy państw będą posiadały własne euro, których wartość byłaby zmienna. Po jakimś czasie, kiedy wykształci się odpowiednia solidarność, różnice te mogłyby być niwelowane. W ramach dzisiejszej eurostrefy funkcjonowałoby zatem kilka odrębnych obszarów walutowych posiadających własną elektroniczną walutę.

Euro, jak widzimy, nie jest zdaniem Stiglitza skazane na klęskę. Można je uratować, jednakże nie może to stanowić celu samego w sobie. Celem głównym jest osiągnięcie solidarności i europejskiego dobrobytu, w czym wspólna waluta winna pomagać. Tak się jednak w tym momencie nie dzieje – co gorsza, euro staje się jego zdaniem zagrożeniem dla przyszłości Starego Kontynentu. Euro od swego zarania w mniejszym stopniu było projektem ekonomicznym niż politycznym, a w największym stopniu prawdopodobnie stanowiło projekt ideologiczny. Za jego sprawą miało dojść do pogłębienia procesu integracji na kontynencie, która wydawała się niedostateczna. Dziś możemy powiedzieć, że działania w tym kierunku okazały się wręcz przeciwskuteczne. Trzeba też pamiętać, że cały projekt unii monetarnej powstawał w czasach wielkiego optymizmu i dominacji myślenia w kategoriach neoliberalizmu czy rynkowego fundamentalizmu. Wedle niego polityka gospodarcza rządu winna ograniczać się tylko do utrzymywania inflacji na niskim poziomie, a wówczas rynki same zapewnią wzrost i powszechny dobrobyt. Do dziś wyraźnie to nad nim ciąży.

Można powiedzieć, że Stiglitz, nawołując do porzucenia euro, czyni to z pozycji euroentuzjastycznych. Podkreśla, że Europa powinna zdecydować się na rezygnację z niego po to, aby ratować coś donioślejszego, projekt o wiele ważniejszy dla niej samej i dla całego świata, tzn. polityczną jedność. Omawiana książka, będąc swego rodzaju diagnozą oraz programem naprawczym, może być przyjmowana rozmaicie. Nie sposób jednak odmówić autorowi śmiałości w formułowaniu tez i szerokości spojrzenia na analizowaną problematykę. Niezwykle cenne jest niewątpliwie osadzenie przez niego rozważań dotyczących euro w szerszym kontekście – wskazywanie jak problemy eurostrefy oddziałują na kwestie związane z kryzysem migracyjnym, wolnym handlem światowym, tendencjami separatystycznymi, prawami człowieka, globalizacją itp. Spektrum zagadnień poruszanych przez niego przy tej okazji jest naprawdę imponujące. Jednocześnie daje on oręż tym wszystkim, którzy nie zgadzają się na prymitywne dychotomie wykorzystywane zwłaszcza w politycznych przepychankach w rodzaju, euro albo Rosja, UE albo Białoruś.

    dr hab. Rafał Łętocha

Joseph E. Stiglitz, Euro. W jaki sposób wspólna waluta zagraża przyszłości Europy, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

euro-joseph-stiglitz

Ultrasi czterech kółek

Ultrasi czterech kółek

Zima to ta pora roku, która najdobitniej unaocznia, że ruch samochodowy jest realnym problemem obniżającym poziom życia w Polsce. Okres świąteczno-noworoczny zawsze przynosi śmiertelne żniwo wśród fanatyków szybkiej jazdy oraz amatorów prowadzenia auta po pijaku. Trudniejsze niż zwykle warunki drogowe jeszcze zwiększają poziom zakorkowania polskich miast, który już i tak jest ogromny nawet w piękne wiosenne dni. Natomiast sezon smogowy sprawia, że częściej niż zazwyczaj zwracamy uwagę na stan powietrza. Oczywiście smog jest przede wszystkim skutkiem ogrzewania domów, jednak w miastach ruch samochodowy odczuwalnie się dokłada do złego stanu powietrza. Zbyt duża w stosunku do polskich realiów skala ruchu samochodowego uderza w nasze najbardziej podstawowe potrzeby – bezpieczeństwo, zdrowie oraz ilość czasu do dyspozycji.

Autem za wszelką cenę

Ranną podróż autobusem do pracy zawsze umilałem sobie puszczaną w słuchawkach muzyką oraz obserwacją kierowców stojących w korkach. Mieszkam w jednej z południowych dzielnic Katowic, więc okazji miałem ku temu co niemiara. W drodze z południa do centrum mija się co najmniej kilka wąskich gardeł, z którymi od lat władze lokalne nie do końca wiedzą co zrobić. Zawsze zwracały moją uwagę dwa fakty. Po pierwsze niemal we wszystkich autach siedział tylko kierowca, a po drugie – zdecydowana większość stanowiły samochody na katowickich rejestracjach, chociaż połączenia autobusowe z południa są zupełnie przyzwoite, z mojego osiedla autobus odjeżdża regularnie co 10 minut. Infrastruktura dzielnic południowych jest zwykle położona blisko, więc najczęściej nie ma potrzeby dowożenia dziecka do przedszkola czy szkoły, można spokojnie je odprowadzić. Jeżdżę samochodem od kilkunastu lat, jednak nie wyobrażam sobie, jak można w zwykły dzień pracy jechać do centrum autem – męczyć się ze znalezieniem miejsca parkingowego, potem dreptać 15 minut do biura, w zimie jeszcze odśnieżać pojazd itd. I na dodatek płacić za całą tę „przyjemność” dużo więcej niż za dojazd komunikacją publiczną. Tymczasem w mojej pracy były osoby, którym cały dojazd autem z dojściem z parkingu włącznie zajmował więcej czasu niż dojście na piechotę lub podjechanie dosłownie kilku przystanków tramwajem.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wielu Polaków musi dojechać własnym autem z powodu braku połączeń z miejscem zamieszkania lub ze względu na konieczność załatwienia spraw –  odebrania dziecka z daleko położonej placówki lub zrobienia tygodniowych zakupów. Takie sytuacje są zupełnie zrozumiałe, jednak nawet pobieżna obserwacja codzienności dowodzi, że Polacy masowo korzystają z aut nie tylko wtedy, gdy nie jest to niezbędne, ale nawet wtedy, gdy jest to dużo mniej komfortowe i opłacalne.

Według związku ACEA, liczba zarejestrowanych w Polsce w 2015 roku wyniosła 628 na tysiąc mieszkańców, co było czwartym wynikiem w UE. Z większych krajów wyprzedzały nas jedynie Włochy (poza nimi przed Polską były Malta i Luksemburg) z 706 pojazdami na tysiąc osób. W Niemczech, w których przemysł samochodowy jest jednym z największych powodów do dumy, wskaźnik ten wynosi 593, w Wielkiej Brytanii 587, na Słowacji 438, a na Węgrzech zaledwie 372. Oczywiście wielu zauważa, że te dane są zawyżone, gdyż wiele samochodów w Polsce nie jest wyrejestrowywanych. Zapewne, tylko że tak jest we wszystkich krajach. Trudno dać wiarę, że wszystkie narody w Europie grzecznie biegną do wydziałów komunikacji zaraz po skasowaniu auta, a tylko Polacy masowo ignorują ten obowiązek. Dane ze wszystkich krajów są zawyżone, więc sama liczba 628 jest zapewne niedokładna, jednak bez wątpienia w stosunku do innych państw liczba samochodów w Polsce jest bardzo wysoka.

Nie ma więc co się dziwić, że nasze miasta należą do najbardziej zakorkowanych na kontynencie. Według Tomtom Traffic Index, Łódź jest najbardziej zakorkowanym miastem Europy, wyprzedzającym Bukareszt i Moskwę. Na 12. miejscu znajduje się Lublin, wyprzedzając między innymi czternasty Paryż. Siedemnasty Kraków wyprzedza osiemnaste Ateny, a znajdująca się na 19. miejscu Warszawa wyprzedza o jedno oczko Lizbonę. Wrocław (26. miejsce) jest zaraz nad Stuttgartem, a Poznań (29. miejsce) nad Kolonią.

Śmierć na czterech kołach

Zbyt duża liczba pojazdów to nie tylko korki, ale też gorszy stan powietrza. Polska rocznie emituje średnio 3,5 kg pyłów zawieszonych PM10 na osobę. To ósmy najwyższy wynik w UE – średnia unijna wynosi kilogram na osobę mniej. Podobnie jest z pyłami PM2.5 –  emitujemy ich rocznie 1,84 kg na osobę, co jest siódmym wynikiem w UE, przy średniej UE wynoszącej 1,38 kg. Oczywiście ruch samochodowy odpowiada za mniejszość tej emisji. Spaliny samochodowe odpowiadają za około 7 procent emisji pyłów zawieszonych, a kolejne kilka procent dokładają ścierane opony i klocki hamulcowe. Jednak w miastach, w których zanieczyszczenie powietrza jest szczególnie uciążliwe, udział ruchu samochodowego jest znacznie wyższy niż w skali kraju. Szacuje się, że w Warszawie ruch samochodowy odpowiada za ponad połowę zanieczyszczenia powietrza, a w Krakowie za jedną trzecią.

Fatalny stan powietrza w Polsce realnie odbija się na zdrowiu Polaków. Wskaźnik śmiertelności z powodu raka płuc wynosi nad Wisłą 69 przypadków na 100 tys. osób. Średnia unijna to tylko 54. W Niemczech śmiertelność z powodu raka płuc wynosi 51, na Słowacji równe 50, a w Szwecji zaledwie 39.

Ruch samochodowy zbiera śmiertelne żniwo także bezpośrednio – w wyniku wypadków. Bardzo duża liczba śmiertelnych ofiar w Polsce to oczywiście w dużej części efekt złego stanu infrastruktury. Choćby dziurawych dróg, na których łatwo stracić kontrolę nad pojazdem, braku oświetlenia czy chodnika wzdłuż pobocza dróg w gminach wiejskich, a także dużej liczby przejść dla pieszych pozbawionych sygnalizacji świetlnej. Jednak bez wątpienia olbrzymią rolę gra żałosna kultura jazdy nad Wisłą oraz dosyć niskie umiejętności polskich kierowców. Oczywiście sami wyobrażamy sobie, że jesteśmy narodem mistrzów kierownicy, jednak prawda jest zupełnie inna – większość z nas nie potrafi zachować się w sytuacji nagłego poślizgu czy niespodziewanego ruchu innego pojazdu. A połączenie ignorancji i przekonania o własnej genialności to najgorszy możliwy koktajl, w wyniku którego młodzi właściciele BMW rozjeżdżają rodaków na pasach lub zabijają własnych przyjaciół siedzących na fotelach pasażerów. Nie wspominając już o skończonych chamach prujących lewym pasem na łeb, na szyję i wymuszających zjechanie na pas prawy.

Wskaźnik śmiertelności w wyniku wypadków komunikacyjnych wynosi w Polsce 10,3 przypadków na 100 tys. mieszkańców i jest czwartym najwyższym w UE. Wyprzedzają nas jedynie dwa kraje bałtyckie (Litwa i Łotwa) oraz Rumunia. Średnia unijna wynosi 5,8, a więc jest niemal dwa razy niższa. Szwedzi giną na drogach trzy razy rzadziej, a Brytyjczycy niemal cztery razy rzadziej. Także śmiertelność pieszych jest dosyć wstrząsająca – wskaźnik śmiertelności wynosi 3,2, a więc jest… trzykrotnie wyższy od średniej unijnej. Przypadki zabitych pieszych wracających z pasterki czy sylwestra, których było ostatnio sporo w mediach, nie są więc czymś okazjonalnym, lecz tragiczną codziennością polskich dróg.

Rozwiązanie: zakaz wjazdu

Konieczność ograniczenia ruchu samochodowego w Polsce wydaje się więc oczywista. Pojawiają się jednak pomysły zarówno dobre, jak i nietrafione. Zdecydowanie najbardziej przereklamowanym sposobem na ograniczanie ruchu samochodowego jest upowszechnianie transportu rowerowego. Przy polskim klimacie, w którym dosyć często pada, a temperatura spada poniżej 5 stopni, rower nigdy nie będzie masowym sposobem poruszania się. Jest on też środkiem transportu głównie dla osób młodych lub w średnim wieku, nie mających problemów z układem ruchu. Przede wszystkim jednak nieefektywnym środkiem transportu – w końcu to środek transportu indywidualnego. Zabiera niewiele mniej miejsca niż ruch samochodowy (oczywiście w hipotetycznej sytuacji przewożenia takiej samej liczby osób) i bardzo słabo komponuje się z ruchem pieszym, a to piesi powinni być grupą uprzywilejowaną w mieście. Efektywność ruchu rowerowego jest zupełnie nieporównywalna z transportem zbiorowym: tramwajami czy autobusami.

Bardzo złe są pomysły selektywnego wykluczania kierowców z ulic. Mowa np. o zakazie wjazdu do centrum starszych samochodów, emitujących więcej spalin, czy samochodów spoza danego miasta (takie pomysły pojawiają w Warszawie, co w przypadku stolicy jest szczególnie skandaliczne). De facto selektywne są także opłaty za wjazd do centrum, np. wysokości 30 zł, co poparła ostatnio nowa minister Jadwiga Emilewicz. Są one zwyczajnie niesprawiedliwe, gdyż uderzają w osoby mniej zamożne, których nie stać na opłatę lub zakup nowego samochodu. W ten sposób nie skłonimy do korzystania z komunikacji zbiorowej osób zamożnych, bo one tego nawet nie odczują, za to zrazimy do niej osoby mniej zamożne.

Dobra strategia ograniczania ruchu samochodowego jest więc dosyć prosta – to przede wszystkim wyłączanie z indywidualnego ruchu samochodowego coraz większych obszarów śródmiejskich, co będzie zmuszało do korzystania z transportu zbiorowego wszystkich, a nie tylko mniej zamożnych. Poza kijem należy oczywiście też stosować marchewkę, czyli zwiększać komfort i efektywność komunikacji publicznej. Zagęszczać siatkę połączeń, także w nocy i poza godzinami szczytu. Budować centra przesiadkowe, które pozwolą korzystać z komunikacji miejskiej również osobom spoza aglomeracji. Tworzyć buspasy, które pozwolą unikać korków autobusom, dzięki czemu będą one dowozić pasażerów szybciej niż prywatne auta. I budować nowe linie tramwajowe, gdyż to tramwaj jest najbardziej efektywnym środkiem transportu w mieście. Powyższe to żadne odkrycia, tylko „oczywiste oczywistości” znane od lat. Czas je wreszcie wprowadzić w życie, bo zbyt duży ruch samochodowy realnie wpływa na zmniejszenie standardu życia w Polsce. Ograniczenie ruchu samochodowego powinno być więc jednym z celów polityk publicznych w najbliższych latach – nawet za cenę jazgotu ultrasów motoryzacji.

  Piotr Wójcik

Odebrać prawicy monopol na krytykę UE

Odebrać prawicy monopol na krytykę UE

Obóz euroentuzjastów w krajach postkomunistycznych nie przestaje zachowywać się jak najpilniejszy uczeń w brukselskiej klasie, który posłusznie wkuwa na pamięć nawet te formułki, które bez szczególnej wiary wykłada już sam nauczyciel. Jeżeli lewica nie wybije się z tego obozu ze swoim niezależnym głosem i nie odbierze nacjonalistycznej prawicy monopolu na krytykę Unii Europejskiej, coraz trudniej będzie utrzymać poparcie dla integracji.

Chorwacki politolog Boris Buden w wydanej także w Polsce książce „Strefa przejścia”, zauważył, że po upadku reżimów realnego socjalizmu nawiązała się między Europejczykami ze Wschodu i Zachodu relacja pedagogiczna. Ci pierwsi mieli zostać przez tych drugich wychowani do wolności, nowoczesności, demokracji, kapitalizmu czy europejskości. Pokojowe rewolucje w dawnych „demokracjach ludowych” nie wywołały u zachodnich obserwatorów entuzjazmu znanego z przeszłych rewolucji. Nie zostały uznane za wydarzenia, które otwierają historię Europy na zupełnie nowy etap, który podda transformacji tak Wschód, jak i Zachód kontynentu. Postrzegano je jak dopełnienie dziejowej epopei Zachodu, która teraz zagości wreszcie za dotychczasową „żelazną kurtyną”. Transformacja Wschodu miała być transformacją w Zachód, w ślad za słowami popularnego wówczas przeboju grupy Pet Shop Boys: Go West / Life is peaceful there / There in the open air / Where the skies are blue / This is what we gonna do.

W szkole europejskości

Jednak obietnica „doganiania Zachodu” czy „powrotu do Europy” okazała się ideologiczną bujdą. Akcesja do UE odbyła się dla nowych państw członkowskich na warunkach peryferyjnych. Zajęły one podrzędne miejsce w gospodarczym podziale pracy, zlikwidowały lub oddały za bezcen znaczną część swojego potencjału przemysłowego, wyspecjalizowały się jako montownie zachodniego kapitału z tanią siłą roboczą, którą na dodatek można było eksportować. Systemy polityczne byłych krajów postkomunistycznych zareagowały na tę nową rzeczywistość polaryzacją. Z jednej strony ukształtował się obóz euroentuzjastów, przyjmujący pozycję najlepszego ucznia w klasie, który zasiada w pierwszej ławce i stara się zaimponować belfrowi. Z tyłu klasy zasiadły ugrupowania eurosceptyczne, które na zajęcia trzeba było zaciągać siłą. W trakcie lekcji rzucały papierkami w kujonów i przedrzeźniały nauczyciela, ale gdy były wywoływane do tablicy, na ogół pokornie rozwiązywały zadania, chcąc zdać kolejny egzamin. Swój bunt okazywały przede wszystkim na przerwach, przewodząc antybelferskiej krucjacie, która wygasała ilekroć rozległ się szkolny dzwonek.

Gdzieś pomiędzy tymi dwiema klikami rozsiadła się lewica. Czasem garnęła się do przodu, zafascynowana nauczycielem. Niekiedy z dumą demonstrowała swoje zdolności, pokazując, że w przeciwieństwie do naiwnych euroentuzjastów, potrafi przyswajać wiedzę bardziej refleksyjnie i krytycznie. Gdy w swoim młodzieńczym buncie i sceptycyzmie wobec autorytetów posuwała się za daleko, lądowała w oślej ławce, w oczach nauczyciela upodabniając się do eurosceptycznej bandy. W części przypadków gotowa była zaprzyjaźnić się z nowym towarzystwem, tworząc sojusz autsajderów. Ostatecznie jednak lewica nie wybiła się w stosunku do UE na autonomię, nie wykształciła własnego wyrazistego języka, który przebiłby się szerzej poza jej kółko pozalekcyjne, gdzie miała trochę więcej swobody.

Upadek belfra

Tymczasem z biegiem lat stawało się coraz bardziej oczywiste, że nauczyciel zestarzał się, nie nadąża za rzeczywistością i tkwi przy swoich pożółkłych podręcznikach. Jego niedomagania przestały być jedynie uprzedzeniami wobec hultajów z ostatniego rzędu. Posuwanie się naprzód w edukacji stało się możliwe tylko poprzez zmianę relacji pedagogicznej, dzięki wyjścia z „niezawinionej niedojrzałości” ku Oświeceniu, którego beneficjentem byliby już nie tylko uczniowie, ale i sam nauczyciel.

Przedstawiony tu metaforycznie upadek autorytetu nauczycielskiego, jakim jest Unia Europejska rozpoczął się na dobre wraz ze światowym kryzysem gospodarczym 2008 roku, po którym przyszedł kryzys zadłużeniowy strefy euro. Ujawnił on błędy w konstrukcji unii monetarnej, która okazała się na taki scenariusz nieprzygotowana. Brak mechanizmów solidarnościowych spowodował, że koszty pokrywania strat w sektorze bankowym spadły przede wszystkim na słabsze gospodarki strefy euro – Grecję, Hiszpanię, Włochy, Portugalię, Irlandię – które pogrążyły się w kryzysie długu publicznego. Brak woli politycznej w państwach o najlepszej kondycji, w szczególności w Niemczech, które rozdawały karty w zarządzaniu kryzysem, przyczynił się do wzrostu antyunijnej reakcji.

Kryzys systemowy nie był zatem widoczny dla wszystkich. Zarówno sam nauczyciel, jak i zapatrzeni w niego prymusi poszli w zaparte, zmuszając słabszych uczniów do przyswajania jeszcze większej dawki bezużytecznej wiedzy, która przyczyniła się do kiepskich ocen. Na porażki neoliberalnego programu nauczania zaaplikowano jeszcze więcej neoliberalizmu: cięć budżetowych, oszczędności w wydatkach socjalnych, wyprzedaży majątku publicznego, osłabiania prawa pracy. Kiedy zagrożeni tym programem uczniowie podnieśli wreszcie bunt, zrobiono z nich wyrzutków, którzy nie potrafią się dostosować do jedynie słusznych zasad i wystraszono ich groźbą odmowy promocji do następnej klasy.

Lekcja Piketty’ego

Na szczęście znaleźli się bardziej wiarygodni krytycy nauczyciela i jego pupilków. Wśród nich Thomas Piketty, najgłośniejszy ostatnimi czasy ekonomista na świecie, który wykazał systemowy wpływ kapitalizmu na wzrost nierówności. W odróżnieniu od licznych marksistów, alterglobalistów i prawicowych suwerenistów, którzy próbowali stawać w obronie buntowników, jego nie można było tak łatwo zdyskredytować. Był wzorowym uczniem dawnego nauczyciela, który opanował jego zestaw wiedzy po to, by poddać ją korektom, które były nie tylko zrozumiałe, ale nawet akceptowalne dla znacznej części grona pedagogicznego. Nie można było go obsadzić w roli niedorosłego, nieodpowiedzialnego bachora czy zadufanego w sobie wolnomyśliciela, który w swojej krytyce nadmiernie się zagalopował (potraktowano tak na przykład Janisa Warufakisa, swego czasu ministra finansów Grecji).

Tenże Piketty opublikował właśnie krótką, acz pouczającą diagnozę dla UE na rok 2018. Poświęcił w niej specjalną uwagę Polsce i pozostałym krajom Europy Środkowo-Wschodniej. Przyswojenie sobie jego wniosków nie powinno ujść uwadze polskiej lewicy. Stanowią one zaproszenie do wyrwania się z pozycji bezrefleksyjnych euroentuzjastów, którzy pozostają ślepi na oczywiste pomyłki nauczyciela. A przy tym chronią one przed pójściem „do kąta”, po którym lewica zbliżyłaby zanadto do prawicowych eurosceptyków.

Autor głośnego „Kapitału w XXI wieku” twierdzi, że w 2018 roku nierówności będą narastały w UE podług trzech osi. Dla polskiej lewicy najistotniejsza powinna być trzecia z nich.

Pierwsza oś to globalny trend ku nierównościom, który wynika z rywalizacji państw, by poprzez obniżki opodatkowania przyciągnąć obcy kapitał. Rywalizacja ta osłabia bazę podatkową, a zatem i możliwości aktywnego przeciwdziałania nierównościom poprzez redystrybucję bogactwa.

Druga oś to pęknięcie Europy na Północ i Południe, czyli pogłębienie kryzysu państw-wierzycieli i państw-dłużników w strefie euro. Państwa zadłużone uginają się pod wpływem wyższego oprocentowania obligacji, na czym korzystają państwa-wierzyciele. Te drugie mamią swoich wyborców, jak to podobno pompują pieniądze w biedną Grecję i resztę, podczas gdy w rzeczywistości płacą za przywilej niższego zaciągania pożyczek.

Wreszcie trzecie pęknięcie bazuje na podziale Zachód-Wschód. Piketty przytacza tu bardzo interesujące dane. Wynika z nich, że po 1989 roku w Polsce i innych byłych krajach bloku radzieckiego, które otworzyły swoje gospodarki dla obcego kapitału, doszło do znacznego zagarnięcia majątku przez zagranicznych inwestorów, w szczególności niemieckich. Niższy wzrost nierówności w tej części Europy niż w Rosji czy w USA ma wynikać z odpływu kapitału za granicę. Oznacza to, że krajowe nierówności wzrosły mniej, ponieważ pogłębiły się nierówności między Polską a krajami, z których pochodzą inwestorzy zagraniczni. Zdaniem Piketty’ego, oznacza to, że Polska i kraje naszego regionu znalazły się w sytuacji podobnej jak sprzed okresu realnego socjalizmu.

W latach 2010-2016 zagraniczny odpływ zysków z kapitału wyniósł 4,7% PKB w przypadku Polski, 7,2% na Węgrzech, 7,6% w Czechach i 4,2% w Słowacji. Dla porównania, przypływ kapitału z obszaru UE wynosił 2,7% PKB dla Polski, 4,0% dla Węgier, 1,9% dla Czech i 2,2% dla Słowacji. Oznacza to, że w przypadku każdego z krajów Grupy Wyszehradzkiej nastąpił większy ODPŁYW niż przypływ (2,0% PKB dla Polski, 3,2% dla Węgier, 5,7% dla Czech i 2,0% dla Słowacji).

Dać świadectwo dojrzałości

Wnioski polityczne płynące z tej analizy są czytelne. Polska, Czechy, Węgry i Słowacja mają, podobnie jak kraje Południa, wszelkie powody, by wskazywać na to, że obecny model gospodarczy Unii Europejskiej przyczynia się do pogłębienia dysproporcji rozwojowych pomiędzy krajami. Ponadto, słabiej rozwinięte kraje, realizujące strategię przyciągania obcego kapitału, kuszą go obniżkami podatkowymi, przez co osłabiają swoje funkcje redystrybucyjne i pozwalają na wzrost nierówności wewnątrz kraju. Mówiąc krótko: UE w obecnym kształcie napędza nierówności między krajami i w obrębie krajów (przede wszystkim krajów słabszych gospodarczo).

Lewica nie powinna z tego wyciągać wniosku, by z UE wyjść – Polexit, podobnie jak przerwanie edukacji, nie daje narzędzi do odwrócenia tego negatywnego trendu. Powinna natomiast nabrać odwagi, by domagać się reformy UE w duchu redystrybucji na poziomie tak europejskim, jak i krajowym. Jeżeli lewica nie stanie na czele konstruktywnego buntu przeciwko stetryczałemu nauczycielowi, narastające pęknięcia jeszcze lepiej niż dotychczas wykorzysta antyunijna, antyimigrancka, nacjonalistyczna prawica. Aby przedstawić korektę integracji, lewica musiałaby najpierw odważnie zakwestionować błędną diagnozę, która przyrost nastrojów antyunijnych w państwach Europy Środkowo-Wschodniej zrzuca na karb jakiegoś istotowego konserwatyzmu tych społeczeństw, wynikającego z „zapóźnienia kulturowego”. Do przyrostu tego zapóźnienia – czy też „rozwoju niedorozwoju” – przyczynia się obecny kształt integracji, który powoduje dezintegrację i polaryzację UE. To właśnie jest ta nieprawomyślna wiedza, z którą absolwenci ze Wschodu mogą opuścić szkolne mury i na jej podstawie zaproponować integrację w bardziej przyjaznym, równościowym środowisku, w którym nie będzie obowiązywało już ślepe posłuszeństwo wobec neoliberalnej wulgaty oraz kapłanów stających w jej obronie.

Łukasz Moll

Związki w kryzysie

Związki w kryzysie

Z dr Magdaleną Bernaciak, ekspertką Europejskiego Instytutu Związków Zawodowych (European Trade Union Institute – ETUI), o przyczynach słabej kondycji polskich związków zawodowych rozmawia Małgorzata Szymaniak.

***

Jak wygląda obecnie poziom uzwiązkowienia pracowników w Polsce i jak wypadamy pod tym względem w porównaniu z innymi krajami?

Magdalena Bernaciak: Według raportu CBOS-u z czerwca 2017 roku, 5 procent Polaków i Polek, tj. 11 procent pracowników najemnych, jest członkami związków zawodowych. Są oni zrzeszeni głównie w trzech centralach: „Solidarności”, OPZZ i Forum Związków Zawodowych. Trend spadkowy w tym zakresie widoczny był przez większość okresu potransformacyjnego: pomiędzy 1990 a 2010 rokiem spadek uzwiązkowienia wyniósł aż 61 procent! Z drugiej strony, w ciągu ostatniej dekady odsetek ten utrzymuje się na podobnym, choć bardzo niskim poziomie.

 

Jeśli chodzi o porównanie z innymi krajami, dwa wskaźniki zasługują na to, żeby je omówić. Są w Europie Zachodniej kraje, które utrzymały czy nawet lekko zwiększyły poziom uzwiązkowienia, na przykład Belgia. Tam jest to powiązane z faktem, że związki administrują funduszami związanymi z zasiłkami dla osób bezrobotnych. Belgia jest jednak jeden z nielicznych wyjątków, ponieważ na Zachodzie trend spadkowy również jest obecny, zwykle jednak wolniejszy niż w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska i kraje naszego regionu to zupełnie inna liga, notująca spadki na łeb na szyję. Trzeba przyznać, że na tle innych byłych krajów komunistycznych Polska startowała z dość niskiego pułapu, mając w okresie przedtransformacyjnym uzwiązkowienie na poziomie ok. 40 procent, ale w innych krajach regionu, gdzie prawie wszyscy pracownicy należeli do związków zawodowych, te spadki były naprawdę dramatyczne. Właściwie oprócz Słowenii, która jest wyjątkiem na mapie Europy Środkowo-Wschodniej, uzwiązkowienie w całym regionie jest bardzo niskie. W krajach bałtyckich jest to poniżej 10 procent. Ale polskie 11 procent to też niedużo, nawet w kontekście regionalnym.

Natomiast drugi wskaźnik to odsetek pracowników objętych zbiorowymi układami pracy. To bardzo ważny miernik ochrony praw pracowniczych i siły związkowej, szczególnie jeśli negocjacje i rokowania zbiorowe nie mają miejsca na poziomie firm, lecz na poziomie sektora, a to rzeczywiście dominuje na Zachodzie i zapewnia stabilność tych układów. Można powiedzieć że poniekąd ratuje on sytuację w krajach Europy Zachodniej, ponieważ uzwiązkowienie tam spada, ale odsetek pracowników objętymi układami zbiorowymi pozostaje w miarę stały. I tak na przykład w Niemczech, gdzie uzwiązkowienie w ciągu ostatnich 30 lat zmniejszyło się prawie o połowę, odsetek pracowników objętych układami zbiorowymi pozostaje względnie stabilny i w 2010 r. wynosił 61 procent. Na wschodzie Europy, gdzie nie mieliśmy tradycji prowadzenia rokowań, a ze strony pracodawców nie było chęci, żeby włączyć się w tego typu negocjacje, wskaźnik ten zawsze był niższy; w dodatku to były i są to zazwyczaj układy na poziomie firm, jeśli w ogóle były zawierane. To ważne, ponieważ erozja takich zakładowych układów zbiorowych postępuje znacznie szybciej niż układów koordynowanych na poziomie sektorowym. Podsumowując, odsetek objęcia pracowników układami zbiorowymi pracy oraz poziom, na którym są zawierane, to moim zdaniem ważniejszy miernik ochrony praw pracowniczych niż poziom uzwiązkowienia; tutaj również zarysowuje się najważniejsza różnica między Europą Środkowo-Wschodnią a Zachodnią.

Podobnie jak w Niemczech jest też np. w Austrii, gdzie umowy zbiorowe zajmują wysoką pozycję w hierarchii źródeł prawa.

M. B.: Tak, w Austrii prawie 100 procent pracowników jest objętych układami zbiorowymi pracy i ta liczba jest właściwie niezależna od tego, jak wygląda poziom uzwiązkowienia. Siłę związków buduje w znacznej części możliwość uczestnictwa w dialogu społecznym i rokowaniach zbiorowych.

Z czego wynikało to, że poziom uzwiązkowienia drastycznie spadał w naszej części Europy?

M. B.: Miało to swoje uzasadnienie strukturalne oraz przyczyny związane z polityką i aktywnością samych związków – czy też raczej z brakiem tej aktywności. Z jednej strony bastiony, w których związki były silne w okresie gospodarki planowej, zostały zniszczone lub głęboko zrestrukturyzowane. Nowe firmy, małe czy średnie, były wrogie strukturom związkowym. Tak samo postępowała większość zagranicznych firm, które inwestowały w naszym regionie. Rzadko powielały one modele reprezentacji interesów pracowniczych, które funkcjonowały bardzo dobrze w krajach, z których pochodziły. Często problemem było również działanie samych związków w okresie transformacji. W latach 80. „Solidarność” było ogromnym ruchem społecznym, parasolem skupiającym szerokie grono przeciwników władzy, ale ideologicznie bardzo zróżnicowanym. Stało się to widoczne po zmianie systemu, gdy część kierownictwa związku i ludzi, którzy odgrywali w „Solidarności” bardzo dużą rolę, otwarcie poparło idee gospodarki rynkowej jako pierwszy krok transformacyjny, który musi być zrobiony, żeby później można było ewentualnie budować jakąś formę reprezentacji pracowniczej. Wiele z tych osób zaangażowało się bezpośrednio w politykę, przez co stali się współodpowiedzialni za pierwsze reformy gospodarcze, które były bolesne. To bardzo negatywnie wpłynęło na postrzeganie związków w tych grupach społecznych, których najbardziej dotknęły te reformy. Jednocześnie w firmach, gdzie restrukturyzacja miała miejsce, związki przyjęły dosyć pasywną postawę, nie mobilizowały się w okresie, gdy zachodziły największe zmiany. W rezultacie do dziś wielu ludzi nie traktuje związków jako organizacji, które aktywnie bronią ich interesów. OPZZ w tym samym czasie działało podobnie: z jednej strony była to źle kojarząca się organizacja z czasów komunistycznych, z drugiej – w pierwszych latach transformacji w bardzo dużym stopniu angażowało się w sojusze polityczne, szczególnie z SLD. A SLD było partią lewicową przede wszystkim z nazwy, co nie przeszkadzało jej prowadzić dość liberalnej polityki gospodarczej. I to zostało w pamięci.

Czy myśli Pani, że wizja gospodarki rynkowej w tej neoliberalnej wersji, która dominowała w latach 90. w Polsce, sprawiła, że związki zawodowe same ją przyjęły i częściowo zwątpiły w swoją rolę?

M. B.: Jak już wspomniałam, w tych kluczowych momentach związki się trochę wycofały, a w niektórych przypadkach stały się wręcz współodpowiedzialne, przynajmniej w oczach społeczeństwa, za wprowadzanie zmian bolesnych społecznie. Później z kolei trudno było im ten wizerunek i skojarzenia zmienić i działać bardziej aktywnie, bo już ich nie było w firmach lub były znacznie mniej liczne z powodu decyzji i zjawisk związanych z budowaniem liberalnego modelu gospodarki rynkowej.

Wspominała Pani o problemach funkcjonowania związków zawodowych w Polsce ze względu na brak odpowiedniego systemu regulacji negocjacji. Jaka może być rola państwa w tworzeniu atmosfery odpowiedniej dla działania związków zawodowych?

M. B.: Są kraje, w których rząd jest aktywną stroną dialogu społecznego, jest to rzeczywiście dialog trójstronny. Gdzie indziej państwo pozostaje tylko arbitrem czy stróżem tego, żeby organizacje pracodawców i związki tworzyły wspólne regulacje. Natomiast u nas problem z rolą państwa jest taki, że struktury dialogu społecznego zostały w dużym stopniu przeszczepione zamiast rozwinąć się na drodze ewolucyjnej, jak to miało miejsce w krajach Europy Zachodniej. W związku z tym państwo utrzymało dominującą pozycję w tym dialogu. Często jest tak, że w pewnych momentach udział partnerów społecznych w negocjacjach jest wyłączany jak pstryczkiem, później zaś, kiedy sytuacja staje się łatwiejsza, rząd znów pozwala im w nich uczestniczyć. Więc nie jest to rola państwa taka jak na Zachodzie – u nas państwo jest dominującym elementem, który oferuje pewien model konsultacji, ale nie daje dużych szans na faktyczny dialog.

W okresie ostatniego kryzysu gospodarczego w 2009-2010 roku, rząd początkowo zostawił trochę miejsca dla rozmów między partnerami społecznymi. Stworzyli oni wspólną listę kilku rozwiązań antykryzysowych, która później miała być przekształcona w ustawę. Niestety do samej ustawy weszły tylko niektóre pozycje zaproponowane przez partnerów społecznych. Były to głównie rozwiązania zakładające dalsze uelastycznianie rynku pracy, polegające m.in. na wydłużeniu okresów rozliczeniowych Ale już społeczne postulaty, na które zgodzili się pracodawcy, przepadły.

Przy braku struktur i wielu niedoskonałościach dialogu społecznego, polskie związki zawodowe często szukały bezpośredniego kontaktu z partiami politycznymi. To z kolei okazało się mieczem obosiecznym: z jednej strony zapewniło im w jakimś, choć bardzo ograniczonym zakresie, dostęp do decydentów, ale z drugiej często uzależniało je od partii politycznych. Partie były zwykle w tych „duetach” silniejszym partnerem i to one ostatecznie decydowały o tym, jakie rozwiązania wprowadzano w życie. Często było też tak, że kiedy w danej konfiguracji politycznej jeden ze związków jako tako dogadywał się ze swoimi partnerami politycznymi, to po zmianie władzy ten kanał był stracony. Nie zapewniło to ciągłości relacji i realnego wpływu związków na zmiany ekonomiczno-społeczne.

Pamiętam badanie CBOS z maja 2010 roku dotyczące poparcia, którego „Solidarność” udzieliła Jarosławowi Kaczyńskiemu w wyborach prezydenckich w 2010 roku – ta decyzja została negatywnie oceniona przez 49 procent członków „Solidarności”. Taki sam odsetek ankietowanych uznał to za niewłaściwe, żeby związek zawodowy w tak otwarty sposób opowiadał się za jednym z kandydatów. Niestety obecnie obserwujemy powrót do tego asymetrycznego sojuszu związków i partii politycznych z lat 90. i dwutysięcznych: „Solidarność” w dość otwarty sposób zbliża się do Prawa i Sprawiedliwości, ale to, w jaki sposób PiS realizuje cele społeczne, jest w bardzo małym zakresie kształtowane przez związek. To jest po prostu polityka PiS-u postępującego w myśl zasady „wiemy, co jest dla was dobre; owszem czegoś tam słuchamy, ale to my decydujemy i mamy ostatnie słowo”.

„Solidarność” zdaje się tracić na wiarygodności, ponieważ są tak jednoznacznie kojarzeni z Prawem i Sprawiedliwością. A może się to zmieni po tym, jak ostatnio związek wyrażał niezadowolenie z faktu, że PiS nie zrealizował ich postulatu zakazu handlu w niedzielę w tej postaci, w jakiej „Solidarność” tego sobie życzyła.

M. B.: Powoli ten sojusz zaczyna pękać. Ale zobaczymy jeszcze, na ile to rzeczywiście się zdarzy, bo z drugiej strony w ciągu ostatnich miesięcy miało miejsce  kilka  niepokojących incydentów. Na przykład podczas reformy systemu edukacji, w którym to sektorze OPZZ i ZNP są silniejsze, „Solidarność” nabrała wody w usta. Nie wiem, na ile uda jej się odbudować po tym, kiedy ignorowała on protesty i inicjatywy pracownicze tylko dlatego, że nie były „jej własnymi”. Jest to tym bardziej przygnębiające że w drugiej fazie kryzysu, za rządów PO, gdy dialog społeczny się załamał, trzy duże centrale związkowe działały razem, wspólnie uczestnicząc w większych akcjach protestacyjnych, chociażby w Ogólnopolskich Dniach Protestu.

Czyli brakuje takiej międzyzwiązkowej solidarności przez małe „s”.

M. B.: Tak, przez pewien czas wydawało się, że będzie lepiej, że coś się zmienia, ale niestety ostatnie lata stanowiły powrót do tego, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej.

Wróćmy jeszcze do członkostwa w związkach zawodowych. Zarysowała Pani trend z poprzednich lat. A co jest obecnie problemem, oprócz tego, że trudno jest podnieść się związkom z tej wcześniejszej sytuacji? Co jest kluczowe? Że wiele osób nie ma w ogóle kontaktu ze związkami zawodowymi? Że nie funkcjonują one w wielu zakładach i branżach? Czy raczej niechęć pracowników do wstępowania do nich i angażowania się?

M. B.: Wydaje mi się, że  ten problem przyjmuje postać błędnego koła: kiedy struktury związkowe są słabe, mało jest działań, a wtedy widzimy, że nic się nie dzieje i nie dołączamy do struktur itd. Dlatego trudno powiedzieć, co jest pierwsze w tym przypadku – jajko czy kura: brak struktur czy niechęć do związków. Często jest to też strach, ponieważ w wielu firmach związki nadal nie są mile widziane przez pracodawców. Natomiast znamienne było dla mnie w ostatnim badaniu CBOS-u to, jak wiele osób w ogóle nie wie, czy na terenie ich zakładu działa jakiś związek. W 2017 roku było to 12 procent respondentów,  i ten odsetek podwoił się w ciągu ostatnich trzech lat. To jest znamienne i pokazuje, w jak wielu zakładach pracy związki nadal pozostają pasywne. Nie chcę tu jednak zbytnio generalizować. Są też inicjatywy oddolne, bardziej prężne, które mają miejsce właśnie na poziomie firm. Mogłabym przytoczyć wiele przykładów z moich badań w sektorze samochodowym – to właśnie struktury zakładowe wykazywały największe oddanie i innowacyjność w swoich działaniach, były też mniej zideologizowane niż struktury regionalne czy branżowe.

Może to jest właśnie droga w kierunku zwiększenia aktywności związkowej w odpowiedzi na to, że wielkie centrale związkowe były rozczarowaniem w ostatnich latach i przestały cieszyć się zaufaniem? Może właśnie pracownicy powinni odczuć, co to dla nich bezpośrednio znaczy w ich miejscu pracy, że związek może zająć się ich sytuacją i jej poprawą.

M. B.: Zgadzam się, największy potencjał do odbudowy siły i wiarygodności ruchu związkowego mają działania na poziomie firm i te oddolne inicjatywy. Natomiast wzmocnić dzięki temu „wyższe” struktury jest bardzo trudno i nie wiem, na ile będzie to możliwe bez ich głębokiej reformy Być może najlepszym rozwiązaniem byłoby to, żeby działaniom oddolnym towarzyszyło odejście największych central związkowych od polityki, tak jak miało to miejsce to w drugiej fazie kryzysu, około 2010 roku, i ich aktywna mobilizacja w przestrzeni publicznej. Wtedy związki wyciągnęły ludzi na ulicę, był strajk generalny na Śląsku w 2013 roku. Pojawił się też dyskurs o umowach śmieciowych, czyli mobilizacja w przestrzeni informacyjnej, pokazanie, że związki są gotowe sformułować pewne postulaty, które są szersze niż tylko interesy bazy członkowskiej, na której zawsze polegały.

Myślę, że jakiekolwiek odrodzenie ruchu związkowego czy trwała poprawa jego sytuacji nie jest możliwa, jeśli te dwa typu działań nie będą miały miejsca. Z jednej strony kluczowa jest mobilizacja związków w przestrzeni publicznej, pokazanie, że robią coś dla ludzi, ale niekoniecznie chcą to osiągnąć przez kontakty z politykami, kompromisy tu i tam. Z drugiej strony natomiast jest niezbędne, żeby prowadzić aktywną oddolną działalność organizacyjną na poziomie poszczególnych zakładów. W drugiej połowie lat dwutysięcznych mieliśmy ciekawe kampanie, gdy na przykład „Solidarność” skorzystała z doświadczeń amerykańskich związków zawodowych. Bo to w krajach anglosaskich, gdzie związki nie miały oparcia w strukturach dialogu społecznego, podobnie jak u nas, zaczęły się rozwijać pierwsze inicjatywy rekrutacyjne czy organizacyjne. To wtedy „Solidarność” stworzyła Dział Rozwoju Związku i przeprowadziła kilka udanych kampanii, czy to w sektorze ochrony, czy w handlu wielkopowierzchniowym, zaś OPZZ stworzyło Konfederację Pracy. Niestety nie były to działania na szeroką skalę, które mogłyby zmienić obraz związków i znacząco poprawić ich pozycję. W kilku innych państwach w regionie też zaczyna się coś dziać w tej kwestii. W krajach bałtyckich, głównie w Estonii, działa na przykład Bałtycka Akademia Organizowania, w ramach której związki z państw skandynawskich pomagają miejscowym aktywistom organizować ludzi, znajdować potencjalnych liderów, którzy później zbudują swoją grupę członkowską w różnych sektorach gospodarki. Część składek w tych nowych organizacjach musi być następnie przeznaczana na dalsze organizowanie, więc cały model jest oparty na tym, żeby jak najwięcej ludzi wciągać w działalność związkową. W Czechach i na Litwie istnieje instytucja anonimowego członkostwa; niektóre związki wprowadziły ją dla pracowników, którzy obawiają się, że otwarte wstąpienie do związku może skończyć się dla nich zwolnieniem czy represjami ze strony pracodawcy. Jest trochę takich inicjatyw, z których można korzystać. W zeszłym roku redagowałam z Martą Kahancovą z bratysławskiego instytutu CELSI książkę „Innowacyjne praktyki związkowe w Europie Środkowo-Wschodniej” ‘Innovative union practices in Central-Eastern Europe, wyd. ETUI 2017, w której zebrałyśmy ciekawe, często bardzo niestandardowe działania prowadzane przez związki zawodowe w naszym regionie.

A co by Pani powiedziała na temat mniejszych związków – czy one odgrywają jakąś istotną rolę?

M. B.: One zwykle są trochę bardziej radykalne w działaniu; w niektórych firmach nawet pojawiają się konflikty mniejszych związków z tymi należącymi do większych central na tle ugodowej postawy tych ostatnich, tak było np. w polskim Amazonie. Te mniejsze związki są często bardziej innowacyjne, jeśli chodzi o formy organizowania grupy, do której próbują dotrzeć. Ci ostatni to często pracownicy zatrudnieni na umowach śmieciowych, których nie można organizować w formie związkowej, ale można tworzyć grupy wsparcia. Tego typu działalność rzeczywiście się rozwija, jest nowatorska, ale jednocześnie trzeba przyznać, że jest prowadzona na dość małą skalę. Wydaje mi się jednak, że nawet jeśli nie uda im się zbudować siły, która zmienia szerszą rzeczywistość, to i tak odgrywają one ważną rolę, ponieważ pobudzają do działania większe centrale. Na przykład sam termin „umowy śmieciowe” to wkład niewielkich związków, termin, który zaczął być używany przez większe centrale związkowe, a następnie wszedł do języka opinii publicznej, polityki itd. Wydaje mi się więc, że rola małych radykalnych związków to głównie inicjowanie ciekawych pomysłów, nowych form działalności, które wcześniej nie były podejmowane przez tradycyjne centrale, oraz oddziaływanie na grupy, które  dotychczas nie były adresatami związkowych postulatów czy działań.

Jakie są obecnie możliwości reprezentowania osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych? Coraz częściej postuluje się, żeby również dla nich było możliwe wstępowanie do związków czy utworzenie związku zawodowego takich osób.

M. B.: Był werdykt Sądu Najwyższego z 2015 roku, który już powinien na to pozwolić, natomiast do dziś nie jest jasne, jak to robić w praktyce, bo brakuje przepisów wykonawczych. Ten werdykt był poprzedzony skargami związków zawodowych do Międzynarodowej Organizacji Pracy w oparciu o argument, że ta dość duża grupa pracowników jest wyłączona z możliwości zrzeszania się. Inicjatywy podejmowane dziś przez związki zawodowe wśród takich pracowników to zwykle nieformalne grupy wsparcia, komisje środowiskowe czy organizowanie pracowników na zasadzie międzyzakładowych komitetów, skupiających osoby zatrudnione przez różne firmy.

A czy w innych krajach istnieją jakieś rozwiązania w tym kierunku?

M. B.: Są kraje, które próbowały organizować tę grupę pracowników. W Austrii na przykład była organizacja, która zrzeszała dziennikarzy-freelancerów i to w sposób, który przyniósł dość wymierne efekty, jeśli chodzi o stworzenie reprezentacji ich interesów. We Włoszech jest to też temat bardzo ważny, nie tylko wśród freelancerów, ale ogólnie pracowników gdzie całe ruchy społeczne, na przykład ruch San Precario, próbują walczyć o prawa pracowników na umowach „śmieciowych. Czasem współpracują one ze związkami zawodowymi, ale w większości przypadków nadal nie są to działania na szeroką skalę.

W podejściu związków do pracowników na umowach tymczasowych czy „śmieciowych” widoczny jest pewien dylemat: czy powinniśmy wystąpić przeciw tej formie zatrudnienia jako takiej, czy też przyjąć, że ta forma stosunku pracy istnieje i skupić się na pomocy ludziom zatrudnionym w ten sposób? W kilku krajach udaje się osiągnąć to, że pracownicy tymczasowi czy agencyjni uzyskują te same warunki pracy, co inni pracownicy. Tak jest po części w Niemczech w sektorze metalowym. Ale ten dylemat zawsze wisi w powietrzu: czy związki powinny w ogóle godzić się na to, żeby ta forma zatrudnienia była stosowana.

Wspominała Pani na początku, że kraje zachodnie, które zwykle kojarzymy z tym, że mają silniejsze gospodarki i są bogatsze niż Polska, lepiej się w nich zarabia, lepszy jest też stosunek zarobków do kosztów życia, jednocześnie posiadają silne związki zawodowe, nawet mimo pewnej tendencji spadkowej. To pokazuje, że nie jest prawdziwy zarzut, iż związki zawodowe zagrażają gospodarce czy działalności gospodarczej. Jakie są obserwowane zależności w tym zakresie?

M. B.: To bardzo złożone zagadnienie. Nie ma prostej zależności między wynikami makroekonomicznymi a poziomem uzwiązkowienia. Częściej jest to natomiast powiązane z odsetkiem pracowników objętych układami zbiorowymi. W Europie Zachodniej w latach 70.i 80, przy dużym stopniu koordynacji systemu rokowań zbiorowych, czyli w sytuacji, gdy istniały układy na poziomie sektorowym lub centralnym, produktywność była wysoka, a bezrobocie utrzymywało się na niskim poziomie; w następnych dziesięcioleciach efekt ten był już jednak mniej widoczny. Natomiast do dzisiaj utrzymuje się następująca zależność: im wyższy stopień koordynacji i układów zbiorowych, tym niższa rozpiętość płac, a co za tym idzie mniejsze nierówności. Wysoki wskaźnik reprezentacji pracowników idzie też w parze z pewnym modelem systemu szkoleń czy systemu finansowania firm i to jako całość tworzy system, który może w pozytywny sposób wpłynąć na produktywność. Jeśli chodzi o skalę mikro, 20 lat temu Wolfgang Streeck wprowadził termin pożytecznych ograniczeń. Tymi pożytecznymi ograniczeniami dla firm mogą być czy to regulacje społeczne, czy właśnie reprezentacja pracowników i związane z nią procesy negocjacyjne. Jeśli firma posiada reprezentację interesów pracowniczych i prowadzi negocjacje zbiorowe, to z jednej strony swoboda podejmowania decyzji przez zarząd jest w pewnym stopniu ograniczona.  Z drugiej jednak strony ta reprezentacja buduje zaufanie po stronie pracowników, którzy czują się dobrze i nie chcą zmieniać pracodawcy. W takiej sytuacji firma może planować do przodu, pracownicy zaś czują się bardziej odpowiedzialni za przedsiębiorstwo, jest więc prawdopodobne, że będą bardziej produktywni.

Czyli tam, gdzie związki zawodowe funkcjonują sprawnie, działa to na korzyść pracowników, a jednocześnie wcale nie wpływa negatywnie na efektywność gospodarki, jak niektórzy ostrzegają.

M. B.: Może wręcz pomóc firmom w tym, żeby bez obaw zaangażować się w długoterminowe planowanie czy podejmować działania w celu podwyższenia wartości dodanej ich produktów. Firmy mogą sobie na to pozwolić, kiedy mają stałą bazę pracowników, na których mogą polegać, którzy nie wszczynają strajków itd. Bieżące problemy i kwestie związane z prawami pracowniczymi rozwiązywane są na drodze negocjacji; dzięki nim można polegać na zespole i osiągać lepsze wyniki ekonomiczne niż poprzez politykę zastraszania czy poniżania pracowników, która ludzi w firmie ani nie trzyma, ani nie wzbudza u nich poczucia lojalności i odpowiedzialności za tę firmę. Istnieje wiele badań, które potwierdzają te zależności.

Wspomniała Pani o strajkach. Widziałam ostatnio zestawienie nt. organizowania strajków w różnych krajach, z którego wynikało, że w Polsce strajk jako metoda niemal przestał być stosowany, natomiast na Zachodzie nadal jest nierzadko używany.

M. B.: Są kraje, w których stosunek między pracownikami a pracodawcami jest z założenia dość wrogi. Są to głównie kraje Europy Południowej. W krajach Europy Zachodniej i Północnej działa to zwykle inaczej: strajk jest tam ostatnim narzędziem, po które związki sięgają tylko wtedy, gdy dialog nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Bo pierwszym i głównym narzędziem są negocjacje. Na przykład w krajach skandynawskich strajk nie jest często używanym narzędziem, ponieważ tam stosunki między reprezentacją pracowniczą a pracodawcą są z założenia dość harmonijne. Z drugiej strony, jeśli dialog jednak zawiedzie, funkcjonuje tam instytucja strajku solidarnościowego. Gdy z pracodawcą nie może się dogadać np. reprezentacja pracowników budowlanych na poziomie firmy, to w akcji protestacyjnej wspierają ich również np. elektrycy pracujący na tej samej budowie i poprzez to można więcej uzyskać od tego pracodawcy.

W Polsce ani nie ma takiej kultury negocjacji, jaka jest w innych krajach, ani strajków nie ma zbyt wiele…

M. B.: Wynika to z braku dialogu społecznego oraz ze słabości związków, które nie mają tego potencjału mobilizacyjnego, jaki posiadają ich koledzy we Włoszech czy we Francji.  My nie mamy ani jednego, ani drugiego…

Dziękuję za rozmowę.

17 listopada 2017 r.

Polska stanu wyjątkowego, Polacy stanu letniego

Polska stanu wyjątkowego, Polacy stanu letniego

Na początku stycznia mogliśmy przeczytać dwa teksty, które, potraktowane łącznie, doskonale streszczają sytuację polityczną w kraju. Pierwszy to wywiad z Agnieszką Holland opublikowany na stronie „Kultury Liberalnej”. Znana reżyserka uważa, że Polska znajduje się w stanie wyjątkowym – demokracja upada, PiS niszczy kraj, faszyzm stoi u bram. Sposobem na rozwiązanie tych problemów jest zdaniem Holland mówienie o nich najgłośniej, jak tylko się da. Kto tego nie robi, ten nie rozumie skali zagrożenia i szkodzi Polsce. Na uwagę, że ta strategia nie działa, Holland odpowiada: „Problemem nie jest to, iż ludzie obojętnieją, ale że od początku nie chcieli słuchać ostrzeżeń. A jeśli ludzie zatykają uszy, musisz krzyczeć coraz głośniej”.

Drugi tekst to krótkie omówienie sondażu CBOS, opublikowane na stronach „Gazety Wyborczej” pod wymownym tytułem „2017 był dla Polaków najlepszym rokiem od 1989”. 65% badanych rodaków stwierdziło, że poprzedni rok był dobry dla nich i ich rodzin. 49% oceniło, że 2017 był rokiem dobrym także dla Polski, co mogłoby się wydawać nieszczególnym wynikiem, gdyby nie to, że to najlepszy rezultat od 1989 roku. Polacy i Polki optymistycznie patrzą także w przyszłość – aż 46% uważa, że kolejny rok będzie lepszy, a tylko 6% sądzi, że czeka nas gorszy. Pozostałe osoby albo nie mają zdania, albo lokują się pośrodku.

welfare1

Takie wyniki oczywiście zupełnie nie pasują do alarmistycznego tonu Agnieszki Holland. Forumowicze na stronie „Wyborczej”, najwyraźniej stojący po stronie polskiej reżyserki, próbowali sobie tłumaczyć ten stan rzeczy na różne sposoby: a to niewiarygodnością CBOS-u, a to rządową propagandą, a to głupotą swoich rodaków. Prawda jest jednak taka, że większość ludzi, co zauważa sam CBOS, ocenia dany rok przez pryzmat swojej sytuacji materialnej, a ta w porównaniu z poprzednim latami dla sporej części Polaków była całkiem niezła, choć oczywiście daleka od doskonałości.

Większość ludzi nie interesuje się sprawami związanymi z sądami czy Trybunałem Konstytucyjnym tak bardzo, jak czyni to grupka polityków, dziennikarzy i intelektualistów. Zazwyczaj to jest ten moment, gdy jakiś zwolennik totalnej opozycji unosi się oburzony i zaczyna tłumaczyć, jak wielkie znacznie dla rządów prawa i demokracji ma to, co wyprawia PiS z Konstytucją oraz sądami. Jak można to lekceważyć? Jak można to usprawiedliwiać? Jak można to relatywizować? Ale tu nie chodzi o to, że działania PiS-u w tych obszarach są usprawiedliwione (bo nie są), lecz o proste zauważanie, że dla dużej części Polaków nie jest to aż tak istotne. Żaden krzyk ani szantaż moralny nie zmienią letniego nastawienia rodaków w odniesieniu do tych spraw. Każdy, kto mieni się obrońcą demokracji, musi to zrozumieć i wziąć pod uwagę. Ostatecznie w demokracji chodzi też o ludzi, prawda? O ich odczucia, dobrobyt i poglądy.

Brutalne fakty są więc takie, że mamy potężny rozdźwięk między elitami a społeczeństwem. Te pierwsze krzyczą, że Polska się wali i jest tak strasznie, że trzeba się zacząć zastanawiać, czy istnieje jakieś słowo gorsze niż „faszyzm”, bo nazwanie PiS-u faszystami to już za mało. Społeczeństwo z kolei odpowiada: wiele rzeczy nas denerwuje, ale w porównaniu z poprzednimi latami jest w sumie całkiem dobrze. Agnieszka Holland próbuje za ten stan rzeczy winić środowiska takie jak „Kultura Liberalna”, które niedostatecznie mocno biją na alarm. Ale nikt rozsądny nie może uwierzyć, że „Kultura Liberalna”, „Nowy Obywatel”, Rafał Woś czy partia Razem, które wspólnie mają mniejszy wpływ na opinię publiczną niż pojedyncze autorytety liberalne, są w stanie otumanić Polaków i Polki. Prawda jest banalniejsza: ludzie nigdy nie walczyli o abstrakcje i piękne idee, za to zawsze – o życiowe konkrety. Gdy Dominika Wielowieyska narzekała, czemu lekarze, domagając się lepszych warunków płacy, sięgają po tak drastyczne środki jak głodówka, słusznie przypomniano jej, że wiele słynnych protestów, w tym te najbardziej uświęcane w polskiej tradycji, brało się właśnie z takich „błahych” spraw. I właśnie dlatego do dziś jedną z najskuteczniejszych akcji przeciwko PiS-owi pozostaje „czarny protest”. Wiele kobiet zrozumiało, że oto istnieje bliskie, namacalne zagrożenie dla ich praw. Nie potrzebowały do tego pouczeń ze strony Tomasza Lisa o wartości demokracji.

Tak właśnie powinna wyglądać walka tych, którym rzeczywiście na sercu leży dobro kraju. Mniej naburmuszonych haseł o końcu demokracji, Polsce poza Europą i PiS-owskim totalitaryzmie, a więcej wskazywania na konkretne bolączki poszczególnych grup społecznych, którym partia Kaczyńskiego albo nie pomaga, albo wręcz przeszkadza w prowadzeniu godnego życia. Więcej mówienia o ludziach do ludzi, a mniej podniecania się własną elitarnością. To oczywiście bardzo nie spodoba się części opozycji. Wywiad z Holland dobitnie pokazuje, że wiele osób wciąż jest na etapie „im głośniej, tym lepiej i skuteczniej”. Nie bardzo potrafią zrozumieć, że rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana, a najgroźniejszym przeciwnikiem danego polityka niekoniecznie jest ten, który najgłośniej go krytykuje. Czego jednak spodziewać się po środowisku, w którym wciąż pokutuje naiwna wiara w to, że za władzę PiS-u odpowiedzialność ponosi dobry występ Zandberga w studiu TVP, co rzekomo doprowadziło do wyeliminowania Zjednoczonej Lewicy z sejmu (a gdyby tylko ludzie Millera i Palikota znaleźli się w sejmie to ho ho, demokracja kwitłaby w najlepsze!). Nie ogólnoświatowy bunt przeciwko neoliberałom, nie błędy poprzedniego rządu, nie fatalna kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego, ale przedstawiciel partii, która uzyskała 3% w wyborach, ukształtował naszą scenę polityczną…

Zaciekli liberałowie nie pomogą w najbliższym czasie w budowaniu lepszej Polski. Zbytnio są zajęci własnymi fantazjami. Ale zawsze są ludzie „pomiędzy”, do których warto i trzeba mówić. Ludzie, którzy czują, że liberalna opowieść o naszym kraju uległa wyczerpaniu, ale PiS od czasu do czasu przeraża ich na tyle, że odczuwają słabość wobec haseł o potrzebie stworzenia totalnej opozycji pod przywództwem Petru czy innego Kijowskiego. Im warto nieustannie przypominać kilka prostych prawd. Wielkie słowa sprzeciwu, którymi tak lubią szafować liberalne elity, od dwóch lat jedynie umacniają władzę Kaczyńskiego. Mówienie o tragicznej sytuacji Polski jest wyrazem pogardy dla ludzi, którym, np. z powodu 500 plus, dopiero od niedawna zaczęło się w tej Polsce znośnie żyć. Wszystkie pomysły jednoczenia się w obronie demokracji okazują się po czasie pomysłami na zebranie się wokół kilku facetów z rozbuchanym ego. W naszym kraju jest wiele rzeczy do poprawy. Nikt nie potrafi zagwarantować, że PiS nie pójdzie w stronę faszyzacji Polski. Nieporadność rządu na arenie europejskiej może w końcu skończyć się bardzo źle. Ale rozwiązaniem tych bolączek nie jest obrażanie się na rzeczywistość wokół nas, lecz próba uwzględnienia jej w naszych działaniach politycznych.

dr Tomasz S. Markiewka

Tory wciąż znikają

Tory wciąż znikają

Koniec z likwidowaniem linii kolejowych – zadeklarował po wygranych wyborach rząd PiS. Tymczasem Grupa PKP nadal demontuje tory.

Ostatnia decyzja o likwidacji linii kolejowej została wydana 5 listopada 2015 r. Był to sam koniec rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego – decyzję likwidacyjną dotyczącą linii z Kępna do Namysłowa ówczesna minister infrastruktury  i rozwoju Maria Wasiak podpisała już po wyborach wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość, lecz przed zaprzysiężeniem rządu tej partii. Po nastaniu rządów PiS postanowiono: koniec z wydawaniem decyzji o likwidacji linii kolejowych.

Czarna lista linii kolejowych

W lutym 2016 r. wyszło na jaw, że spółka PKP Polskie Linie Kolejowe jak gdyby nigdy nic dąży do uzyskania decyzji likwidacyjnych dla 29 odcinków sieci kolejowej liczących w sumie 432 km. Na czarnej liście, wydobytej z PKP PLK przez Fundację ProKolej, znalazły się między innymi linie Racławice Śląskie – Głubczyce, Mieszków – Śrem, Elbląg – Braniewo, Gryfów Śląski – Świeradów-Zdrój i Jelenia Góra – Karpacz. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa poinformowało jednak, że spółka PKP PLK nie ma co liczyć na uzyskanie decyzji likwidacyjnych. – „Polska kolej ma się rozwijać, dlatego spółka PKP PLK nie będzie podejmowała działań prowadzących do likwidacji linii kolejowych” – oznajmił minister Andrzej Adamczyk, podkreślając, że wśród celów, jakie stawia przed spółką, jest poszukiwanie możliwości uruchomienia nieczynnych linii.

Odejście od likwidacji linii kolejowych potwierdzali wiceministrowie odpowiedzialni za kolej: „Zostały podjęte działania polegające na wstrzymaniu likwidacji linii kolejowych oraz systemowym odejściu od likwidowania infrastruktury kolejowej” – informował w marcu i maju 2016 r. ówczesny wiceminister Piotr Stomma, odpowiadając na interpelacje poselskie. Deklaracje te podtrzymał następca Stommy wiceminister Andrzej Bittel, zapewniając w styczniu 2017 r., że „nie zakłada się dalszej likwidacji linii kolejowych”.

Infrastruktura i inne odpady

Mimo deklaracji rządu o odejściu od likwidacji infrastruktury kolejowej, Grupa PKP wcale nie zaprzestała rozbiórek linii kolejowych – od początku 2016 r. zlecono demontaż w sumie 272 km linii kolejowych. Przez ostatnie dwa lata spółka PKP – która przejmuje od PKP PLK linie po decyzji likwidacyjnej – zleciła rozbiórki linii między innymi z Sulechowa do Świebodzina, ze Skoków do Janowca Wielkopolskiego, ze Ścinawy do Legnicy, z Kamieńca Ząbkowickiego do Złotego Stoku czy z Brodnicy do Kowalewa Pomorskiego.

Wraz z demontażem 50-kilometrowej linii Brodnica – Kowalewo Pomorskie bezpowrotnie od kolei odcięte zostało powiatowe miasto Golub-Dobrzyń. Spółka PKP, ogłaszając pod koniec stycznia 2017 r. przetarg na rozbiórkę tej linii, zaznaczyła bowiem, że wykonawca ma „przeprowadzić rozbiórkę infrastruktury kolejowej, zabezpieczyć załadunek i transport, zutylizować gruz, podkłady kolejowe i inne odpady oraz uporządkować teren”. Tak brzmi standardowy zapis stosowany przez PKP przy zamówieniach na rozbiórki poprzedzające przekazanie samorządom lub sprzedaż gruntów po linii kolejowej.

To nie linia kolejowa, to naniesienia

Tory między Brodnicą a Kowalewem Pomorskim zostały zdemontowane mimo apeli polityków i organizacji pozarządowych. „System kolejowy powoli jest odbudowywany i nawet jeżeli obecnie na części linii nie jest prowadzony ruch, to nie można przesądzić, że nie ma on szansy na nie powrócić za 5, 10 czy 15 lat. Dlatego należy zachowywać nieeksploatowaną infrastrukturę kolejową, gdyż jej czas prawdopodobnie jeszcze nadejdzie” – wspólnie przekonywały ministra infrastruktury Fundacja ProKolej oraz Centrum Zrównoważonego Transportu. Interpelację w tej sprawie wystosowała także posłanka Nowoczesnej Joanna Scheuring-Wielgus: „Linia kolejowa Brodnica – Kowalewo Pomorskie ma zbyt duży potencjał, żeby go tracić w wyniku pochopnej decyzji o rozbiórce. Przywrócenie jej do życia zapewniłoby mieszkańcom Brodnicy, Golubia-Dobrzynia i Kowalewa Pomorskiego najkrótszą możliwą drogę do największego miasta regionu, jakim jest Bydgoszcz”.

Old train tracks at Boscarne Junction, near Bodmin on the  Bodmin and Wenford Railway which operates a heritage service running old steam trains. Boscarne Junction is a terminus and services run to Bodmin Parkway. The Camel Trail between Bodmin and Wadebridge runs alongside.
Ministerstwo nie wstrzymując rozbiórki prowadzonej przez PKP, tłumaczyło, że decyzję o likwidacji podjął rząd Marka Belki we wrześniu 2005 r. i dodawało, że od tego czasu tory, rozjazdy i perony stanowią już tylko „naniesienia po nieczynnej linii kolejowej”.

Do ministerstwa nie przestawały spływać pytania od kolejnych polityków, dlaczego – mimo deklaracji rządu o zaprzestaniu demontażu sieci kolejowej – Grupa PKP wciąż zleca rozbiórki linii. W maju 2017 r. wiceminister Andrzej Bittel, odpowiadając na interpelację posła Tomasza Jaskóły z klubu Kukiz’15, przeciął złudzenia: „Minister systemowo rozstrzygnął, że w zakresie dalszej likwidacji linii kolejowych, zostaną wstrzymane tego typu działania. Nie oznacza to jednak, że dla linii kolejowych dotychczas zlikwidowanych zostanie przywrócony status linii kolejowych. Decyzje dotyczące likwidacji linii kolejowych, które wydane zostały do końca 2015 r., nadal obowiązują”.

Choć rzeczywiście od dwóch lat nowe decyzje likwidacyjne nie zapadają, to w przypadku decyzji wydanych przed przełomem 2015 i 2016 r. proces likwidacji jest kontynuowany. I to w najbardziej nieodwracalnym zakresie: przejścia od decyzji istniejącej na papierze do rozbiórki infrastruktury kolejowej w terenie i „odkolejowienia” gruntów.

Zlikwidować likwidacje

W listopadzie 2017 r. do komisji infrastruktury sejmu i senatu trafiła petycja z apelem o wstrzymanie prowadzonego przez Grupę PKP intensywnego procesu demontowania linii kolejowych z wydaną decyzją likwidacyjną: „Zwracamy się z prośbą o doprowadzenie do jak najszybszego przyjęcia moratorium na fizyczną likwidację nieczynnych linii kolejowych” – czytamy w petycji, którą poparło 75 podmiotów z całej Polski, wśród których są organizacje prokolejowe, obywatelskie i ekologiczne, stowarzyszenia miłośników kolei, związki zawodowe oraz samorządy terytorialne (sygnatariuszem apelu jest również dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn”).

Kolejnym krokiem po wstrzymaniu rozbiórek infrastruktury kolejowej powinno być przeanalizowanie decyzji likwidacyjnych przyjętych do końca 2015 r.: „Szlaki, które niegdyś wydawały się nierentowne, dziś stają się przydatne lub wręcz niezbędne” – czytamy w petycji. – „Liczymy, że rozbiórki zostaną wstrzymane, decyzje likwidacyjne uchylone, a linie zakwalifikowane do likwidacji zostaną z czasem przywrócone do ruchu”.

Jak zwracają uwagę sygnatariusze petycji, po zdemontowaniu infrastruktury kolejowej i „odkolejowieniu” gruntów jest już zwykle za późno na odtworzenie ciągu kolejowego: „Pas ziemi pozostały po rozebranej linii kolejowej jest niejednokrotnie przerywany poprzez sprzedaż pojedynczych działek, co definitywnie uniemożliwia ewentualną odbudowę infrastruktury”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/93 styczeń-luty 2018), www.zbs.net.pl

Taniec i rewolucja

Taniec i rewolucja

„Jeśli nie mogę do tego tańczyć, to nie jest moja rewolucja” – powiedziała w ubiegłym stuleciu Emma Goldman, urodzona na Litwie anarchosocjalistka i feministka. Właściwie to nie wyrzekła tego zdania dosłownie, jest to parafraza dłuższej wypowiedzi, jednak być może nie miałaby nic przeciwko temu, żeby przypisywać jej tę wypowiedź. Jej rewolucja była świetlistą, lekką ideą, otwarciem drzwi do ekspresji, do wyobraźni, do tego, by móc robić piękne, promienne rzeczy. Moja rewolucja, choć poglądy ekonomiczno-polityczne mam nieidentyczne z poglądami Emmy – w odróżnieniu od niej, wierzę w struktury i instytucje społeczne – jest wydarzeniem podobnym, wyzwalającym energię, sprawiającym, że chce się żyć.

Nie jestem osobą skłonną do tańca. Imprezy spędzam od wczesnej młodości raczej w kuchni, na rozmowach o upadku kapitalizmu, Star Warsach i ostatniej płycie Zeppelinów. Nie mam wyczucia rytmu, nie mam za grosz zmysły równowagi, co sprawia, że ani ja nie mam ochoty tańczyć, ani nikt specjalnie nie marzy o tym, żeby przetańczyć ze mną cały wieczór. Nie było takiej chwili, gdy mnie lub moim bliskim marzyła się dla mnie kariera baletnicy czy tancerki.

Jednak zdarzyło mi się kilka razy w życiu, że stopy same podrywały mnie do tańca. Pierwszy raz do muzyki hippisów – gdy potańcówka zamierała, bo ktoś puścił „Schody do nieba” ja, odwrotnie, nie mogłam się powstrzymać przed podskakiwaniem, tak samo przy Floydach, a najchętniej „Echoes” albo „Set the controls”, albo melorecytacjach Doorsów. Zdarzało mi się to też, kiedy słuchałam tych utworów sama.

img-rebel-sound-on-beats-1-426

Drugi raz niedawno, tuż przed ostatnimi wyborami w Wielkiej Brytanii. Zespół ska/reggae Captain SKA nagrał  piosenkę „Liar, liar” o Theresie May i torysowskich politykach naszych czasów, którzy z kłamstwa uczynili strategię i światopogląd. Piosenka zdobyła na początku czerwca 2017 czwarte miejsce na brytyjskiej liście przebojów (mimo całkowitej cenzury ze strony wielkich radiostacji, z BCC włącznie). Wszystkie dochody uzyskane z jej sprzedaży zostały przekazane na banki żywności w Wielkiej Brytanii. W Polsce ludzie często nadal mają wyobrażenie o Wielkiej Brytanii jako o wyspach dobrobytu, jednak sytuacja od dłuższego czasu jest radykalnie odmienna od tego mitu. Lata erozji struktur społecznych i ostrego neoliberalnego kursu doprowadziły tam do stanu katastrofy społecznej. Z jednej strony to nadal jeden z najbogatszych krajów świata. Z drugiej natomiast zarządzanie i podział dochodu sprawiają, że na ulicach miast dosłownie mieszkają i powoli (a czasem szybko) marnieją ludzie. Bezdomni siedzą i żebrzą przy sklepach i bankomatach miast północnej Anglii, czasami po jednym z każdej strony. Często są to osoby z problemami i uzależnieniami, którym nie ma kto pomóc z powodu drastycznych i stale nasilających się cięć wydatków na sprawy socjalne. Ale coraz częściej to zwykli ludzie, którym coś się nie powiodło i wypadli z systemu. Są wśród nich byli żołnierze, którzy nie mieli do czego wrócić. Młody bezrobotny, który pojechał za pracą do Londynu, pracy nie dostał, ale za to zadłużył się, by płacić za mieszkanie (prawie wszystko sprywatyzowane) i znalazł się po kilku miesiącach na ulicy. Udało mu się wrócić, mówi: „przynajmniej na północy Anglii ludzie są lepsi”. Młody mężczyzna mieszkał ze starym ojcem. Nie miał pracy. Gdy ojciec umarł, musiał się wyprowadzić. Ulica była jedynym miejscem, które na niego czekało.

Tak, ludzie na ulicy piją i biorą narkotyki. A co my, po szczęśliwej stronie tej cienkiej linii, robilibyśmy na ich miejscu? Bieda nie jest testem charakteru – jest nieszczęściem niszczącym charakter. W Wielkiej Brytanii staranie się o pracę jest wyczerpującym zajęciem, a sprywatyzowane służby pośrednictwa wynagradzane są za wyrzucanie z systemu osób niekwalifikujących się do zasiłków. Kontakt z instytucjami jest lodowaty, często nieludzki. Biurokracja neoliberalna jest machiną bezosobową, śmiało może konkurować z instytucjami państw totalitarnych ubiegłego stulecia. Ktoś, kto pragnie dowiedzieć się więcej o tym, jak wygląda obecnie życie w Wielkiej Brytanii, powinien obejrzeć najnowszy film Kena Loacha „Ja, Daniel Blake”. Film oparty jest na prawdziwych ludzkich historiach i wielu widzów rozpoznaje w nim świat wokół siebie. Ludzie wychodzą z kina z płaczem.

Jednak nawet ci szczęściarze, którzy mają pracę, a nawet niezbyt rzadko spotykaną pracę stałą, nie mają słodkiego życia. Profesor zarządzania Peter Fleming opisuje brytyjski rynek pracy jako zorganizowany na podobieństwo obozu pracy. Ci, którzy pracy nie mają, to kandydaci do przeprowadzki na ulicę. Ci, którzy pracują, cierpią z powodu nienawistnych warunków pracy, alienacji sięgającej poziomu placówki karnej, gdzie praca ma być dodatkową karą. Nie ma już zawodów wyjętych z tej reguły. O tym właśnie świecie śpiewał ubiegłego lata Captain SKA. O państwie kłamstwa i pogardy, alienacji, niepotrzebnego cierpienia.  Neoliberalne media, skupione w posiadaniu oligopoli, przede wszystkim będących własnością Ruperta Murdocha, robią co mogą, by wpoić ludziom przekonanie, że winni są temu nie rządzący, nie banki i właściciele tego świata, ale… biedni imigranci, w tym także Polacy. Piosenka „Liar, liar” przebiła się przez ten mur zakłamania rzeczywistości. Skoczny rytm, prześmiewczy tekst, a jednocześnie przesłanie dające nadzieję i zachęcające do oporu, trafiły do milionów odbiorców. Partia Pracy pod kierownictwem socjalisty Jeremy’ego Corbyna, choć wyborów nie wygrała, to jednak zdobyła znaczącą część głosów i pokazała silnie swoją polityczną obecność. Uczyniła to ku zaskoczeniu czy wręcz niedowierzaniu medialnych komentatorów, którzy od dłuższego czasu nie pozostawiali na Corbynie suchej nitki, twierdząc między innymi, że jest niewybieralny. Moje stopy czuły tę rewolucję od pierwszego razu, gdy usłyszałam piosenkę. Nie mogłam powstrzymać się od tańczenia, ku zdziwieniu moich bliskich i mojemu własnemu.

Trzecim miejscem, gdzie moje stopy podrywają mnie do tańca, jest warszawska Kooperatywa Dobrze. Od pięciu lat prowadzę badania w terenie w organizacjach prowadzących działalność gospodarczą, której głównym celem jest wartość wyższa, a dochód i zysk są jedynie środkami do osiągnięcia tego celu.  Są to bardzo różne organizacje polskie i brytyjskie. Są wśród nich małe prywatne biznesy, spółdzielnie, organizacje pozarządowe, nieformalne i publiczne. W większości są małe i średnie. Kooperatywa Dobrze, zrzeszająca ponad 250 osób, prowadząca sklepy spożywcze w dwóch atrakcyjnych lokalizacjach w Warszawie i osiągająca dobre wyniki finansowe, jest jedną z większych i sprawniej zarządzanych. Jest organizacją dobra wspólnego zajmującą się sprzedażą zdrowej i ekologicznej żywności. Jej struktura jest demokratyczna i zdecentralizowana, a relacje międzyludzkie opierają się na radykalnych wartościach równościowych i ekologicznych. Ludzie pracują dla idei, w które wierzą, dla siebie i dla wspólnego dobra, nie dla zewnętrznych inwestorów. Praca uważana jest za wartość samą w sobie, co wiąże się zarówno z szacunkiem dla praw pracowniczych, jak i z całym zestawem poważnie traktowanych obowiązków, przede wszystkim związanych z koniecznością pracy każdego członka i członkini na rzecz spółdzielni. Miałam okazję pracować razem ze spółdzielcami, prowadząc obserwację uczestniczącą. Często odwiedzam obie lokalizacje w charakterze badaczki, a czasami też klientki. Na pewno uczuciu taneczności sprzyja muzyka, która często jest tu grana: reggae, ska, rock. Ale jest też coś więcej w atmosferze tych miejsc, co sprawia, że chce mi się tańczyć – taki jakby wewnętrzny rytm, poczucie zgrania i harmonii.

Myślę, że właśnie to grało w duszy polskiemu uczonemu, jednemu z prekursorów nauk o zarządzaniu, Karolowi Adamieckiemu, który sto lat temu sformułował prawo harmonii jako jedną z głównych zasad organizowania. Podkreślał on znaczenie harmonii duchowej, jak ją określał, niedającej się ująć w wykresy, a jednak koniecznej dla sprawnego funkcjonowania całości. Adamiecki uważał, że prawo harmonii jest blisko związane z życiem jako takim. Przyroda w ten sposób oszczędza energię, a może wręcz ją zwiększa i mobilizuje. Już starożytni Grecy wiedzieli o tym, a nawet u nich „rytm i harmonia były pewnego rodzaju kultem religijnym”.

Co wspólnego mają hippisi, Jeremy Corbyn i Kooperatywa Dobrze, oprócz taneczności? Może właśnie odpowiedź kryje się w idei harmonii duchowej Adamieckiego. We wszystkich trzech przypadkach organizacja zawiera silny impuls sięgający do zbiorowej wyobraźni. Muzyka hippisów wprost nawiązywała do romantyzmu, do otwierania drzwi percepcji, mniej lub bardziej wyraźnych skojarzeń z poezją Williama Blake’a. Jeremy Corbyn za swoje hasło wyborcze przyjął silne wezwanie Percy’ego Bysshe Shelleya: „For the many, not for the few” – wyrecytował bardzo przekonująco fragment tego wiersza podczas festiwalu młodzieżowego w Glastonbury w czerwcu 2017 roku. Kooperatywa natomiast jest organicznym przekraczaniem granic i tworzeniem nowych form struktur, jakby poezją w codziennym działaniu. Taki program zmian jest głęboko rewolucyjny, ale nie jest ciężki – ani przemocowy, ani wykalkulowany. Jest w nim lekkość, która z dystansem czy ironią nie ma nic wspólnego. To rodzaj nadziei, który pojąć można tylko zanurzając się w niej, tak jak w muzyce.

I tego właśnie życzę Wam, drodzy Czytelnicy i sobie – nowego roku, do którego chciałoby się tańczyć.

Prof. Monika Kostera

Miasta, obywatele i nowe podejście do usług publicznych

Rekomunalizacja usług publicznych nabierała w ostatnich latach tempa w miastach i miasteczkach w całej Europie. W trendzie tym nie chodzi tylko o proste odwrócenie prywatyzacji, ale także o ponowne przemyślenie lokalnych usług publicznych w kontekście zmian klimatu i globalizacji, jak również o tworzenie nowych przestrzeni aktywności obywatelskiej. Czy może on wskazać nowy kierunek dla naszego kontynentu?

Narracją dominującą przez szereg lat w Europie, powtarzaną zasadniczo przez wszystkie strony sceny politycznej, była ta o „kryzysie” – ekonomicznym, demokratycznym, klimatycznymi i oczywiście tak zwanym uchodźczym. Problem z tą kryzysową opowieścią – niezależnie od tego, jak mocne ma ona zakorzenienie w faktach – wiąże się z tym, że jest ona często używania do podminowania naszych chęci i możliwości odpowiadania na wspólne wyzwania za pośrednictwem instytucji publicznych (choć oczywiście nie ograniczając się tylko do nich). Towarzyszy ona zatem poczuciu nieuchronnego zwijania się roli władz na różnych szczeblach oraz samej przestrzeni publicznej.

Potrzebujemy zatem kontr-narracji. Szczęśliwie kilka z nich mamy już pod ręką. Jedną z nich jest rekomunalizacja – opowieść o obywatelach i miastach odwracających procesy prywatyzacji i z powodzeniem opracowujących lepsze, bardziej demokratyczne usługi publiczne dla wszystkich, potrafiące zarazem odpowiadać na wyzwania takie jak zmiany klimatu. Trend prywatyzacyjny oraz dążenie do zmniejszania roli sektora publicznego, a także innych nienakierowanych na zysk sposobów dostarczania usług, być może nigdy jeszcze nie był w Europie i na świecie silniejszy, co widać po polityce Donalda Trumpa w USA czy Michela Temera w Brazylii. Jest jednak czymś podnoszącym na duchu widok tak wielu ludzi w większych i mniejszych miastach – polityków, członkiń służby publicznej, pracowników firm komunalnych oraz obywatelek – chcących naprostować klęski sprywatyzowanych usług i stworzyć model usług publicznych przyszłości.

Europejska fala rekomunalizacji

Opowieść tę przybliża wydana niedawno książka „Reclaiming Public Services: How Cities and Citizens Are Turning Back Privatisation”. Choć dokumentuje ona szereg działań na rzecz rekomunalizacji z różnych stron świata, to zauważalnie wyróżnia się w niej (zarówno ilościowo, jak i w kwestii znaczenia oraz ambicji prowadzonych walk) Europa Zachodnia. Czytamy w niej o dobrze znanych przypadkach, takich jak niemiecka transformacja energetyczna (Energiewende), w trakcie której dziesiątki lokalnych sieci przesyłowych wróciło w publiczne ręce, a także stworzono sporą ilość nowych – publicznych i należących do samych obywateli – producentów energii ze źródeł odnawialnych. We Francji batalie o rekomunalizację dostarczania wody pojawiały się w serwisach informacyjnych przez wiele lat, zauważalne są również dążenia do powrotu w publiczne ręce podmiotów z sektorów takich jak transport zbiorowy czy stołówki szkolne. Nawet w kolebce i pionierce polityk prywatyzacyjnych i liberalizacyjnych w Europie, czyli w Wielkiej Brytanii – miasta takie jak Nottingham, Leeds czy Bristol stworzyły nowe spółki energetyczne, stawiające sobie za cel walkę z ubóstwem energetycznym i zwrot w stronę odnawialnych źródeł energii (OZE). Spora część hiszpańskich miast, w których władzę w roku 2015 przejęły progresywne koalicje obywatelskie, również podążyła szlakiem rekomunalizacji. Na drugim krańcu kontynentu, w Norwegii, toczy się podobny proces – rady miejskie z postępowymi większościami cofają prywatyzację usług publicznych w ścisłej współpracy ze związkami zawodowymi.

Jak widać po powyższej liście, rekomunalizacja może przybierać zróżnicowane formy. W jednych sektorach, takich jak woda, oznacza powrót w ręce publiczne usługi mającej charakter monopolu naturalnego. W innych, w których doszło do liberalizacji, oznacza tworzenie nowych, nienastawionych na zysk przedsięwzięć dostarczających „opcję publiczną” – mogących być własnością publiczną, spółdzielczą lub hybrydową. Wiele przykładów rekomunalizacji było i pozostaje politycznie kontrowersyjnych – nie dotyczy to jednak ich wszystkich. Czasem obywatelki i obywatele sami zasiadają na fotelu kierowcy, dzięki czemu nowe usługi publiczne stają się przestrzenią dla partycypacji społecznej – czasem zaś ogranicza się wyłącznie do sali obrad rady miasta. Wątpliwości pojawiają się przy samym słowie „rekomunalizacja”, jako że część usług nigdy nie była świadczona za pośrednictwem publicznego podmiotu albo nigdy wcześniej nie istniała. Czasem też pojawia się wątpliwość co do tego, że trend ten pojawia się na szczeblu międzymiejskim bądź regionalnym, a nie jedynie miejskim. Innym razem dotyczy faktu, że w części przypadków chodzi o spółdzielnie czy inne formy własności, nie zaś o spółki należące do samego miasta.

Mimo wspomnianych wątpliwości da się z tych różnorodnych zjawisk zbudować jednolity obraz sytuacji. Nie mamy tu do czynienia z odwrotem fali prywatyzacji (poza niektórymi sektorami w poszczególnych krajach) ani też ze spójnym ruchem, lecz z powstającym na naszych oczach trendem rekomunalizacyjnym, mającym potencjał do zmiany reguł gry nie tylko w sektorze usług publicznych. Trend ten w dużej mierze powstawał bez większego szumu medialnego, nie licząc pewnych istotnych wyjątków w rodzaju niemieckiej Energiewende. Dokonuje się on bowiem przede wszystkim na szczeblu lokalnym, a lokalne władze nie zawsze mają ochotę rozgłaszać swoje działania z powodu lęku przed oskarżeniami o ich „zideologizowany” charakter. Dużą rolę odgrywa tu również istnienie potężnych graczy, chcących, żeby obywatelki i obywatele nie posiedli wiedzy o możliwościach, jakie mają w swych rękach.

Nie tylko deprywatyzacja

Czemu zatem Europa – i czemu właśnie teraz? Jeśli chodzi o kwestie krótkoterminowe, to kryzys ekonomiczny oraz towarzysząca mu polityka cięć i zaciskania pasa, narzucana również władzom lokalnym, zmusiły je do mocniejszego przyjrzenia się swoim finansom i lepszego kontrolowania wydatków. Często okazywało się, że, w przeciwieństwie do tyrad propagandzistów z sektora prywatnego, prywatyzacja okazywała się droższa niż bezpośrednie publiczne dostarczanie usług. Kiedy Paryż odzyskał kontrolę nad swoimi wodociągami w roku 2010, miastu udało się oszczędzić 35 milionów euro rocznie tylko z powodu braku konieczności płacenia firmom-matkom. Regionalna instytucja zajmująca się audytem potwierdziła, że rekomunalizacja pozwoliła Paryżowi „zmniejszyć ceny wody przy utrzymaniu wysokich poziomów inwestycji”.

W Newcastle (Wielka Brytania) modernizacja systemów sygnalizacyjnych oraz sieci światłowodowej zrealizowana została przez wewnętrzny miejski zespół za 11 milionów funtów, co było kwotą dwukrotnie niższą niż w przypadku, gdyby dokonała jej firma prywatna. Norweskie Bergen wzięło z powrotem pod swoje skrzydła dwa domy opieki nad osobami starszymi, co dało miastu pół miliona euro zysku, choć spodziewano się miliona euro strat. Koszty zbiórki odpadów oraz usług sprzątania zmniejszyły się w hiszpańskim Leon z 20 do 10 milionów euro, a 224 pracownic i pracowników otrzymało od sektora publicznego umowy o pracę.

Minęło około 20 lat od dużych fal liberalizacji i prywatyzacji usług publicznych, które przetoczyły się przez zachód i wschód Europy na przełomie XX i XXI wieku. To dobry moment, by sprawdzić realne osiągnięcia i niedociągnięcia zarządzania nimi przez sektor prywatny. Żyjemy również w okresie, w którym spora część koncesji, dzierżaw oraz „partnerstw publiczno-prywatnych” (PPP) powoli wygasa i kiedy można je przedłużać lub nie. Podczas gdy przez lata skupiano uwagę na prywatyzacji usług takich jak wodociągi, dochodziło również do postępującego outsourcingu do sektora prywatnego lokalnych usług społecznych i zdrowotnych czy też procesów administracyjnych. To w tych właśnie segmentach możemy dziś obserwować aktywność rekomunalizacyjną w Norwegii, Szwecji czy Austrii – krajach, w których nie sprywatyzowano nigdy usług takich jak dostarczanie wody. Lokalne władze zaczęły dostrzegać, że mogą samodzielnie świadczyć wspomniane usługi – niższym kosztem i gwarantując lepsze warunki zatrudnionym przy ich świadczeniu.

Opowieść o rekomunalizacji nie kończy się jednak na odwróceniu prywatyzacji czy na naprawie tego, co ona popsuła. W wielu przypadkach chodzi o przemyślenie na nowo usług publicznych jako takich, a więc o zmianę paradygmatu. W przypadku sektora energetycznego widać to po wzroście znaczenia inicjatyw rozproszonych, opartych na źródłach odnawialnych. Wspomniana zmiana nie ogranicza się jednak wyłącznie do odpowiedzi na wyzwania związane z wąsko rozumianymi zmianami klimatu. Widać to po sektorze odpadowym, w którym mamy do czynienia z działaniami na rzecz ograniczenia ich ilości do zera. Redukcja ilości odpadów jest jednym z kluczowych argumentów stosowanych przez miasta decydujące się na rekomunalizację ich zbiórki – stoi on bowiem w sprzeczności z modelem biznesowym prywatnych firm, skupiających się na ich spalaniu oraz składowaniu na wysypiskach.

Głównym argumentem, z powodu którego mniejsze i większe francuskie miejscowości zdecydowały się na odzyskanie stołówek szkolnych, było dostarczanie dzieciom lokalnej, organicznej żywności. Firmy takie jak Sodexo z reguły polegały na zestandaryzowanych, międzynarodowych łańcuchach dostaw. Niektóre mniejsze miasteczka we Francji decydują się nawet na dostarczanie do szkół żywności z lokalnych miejskich farm lub pozyskanej we współpracy z miejscowymi spółdzielniami rolnymi. Silne powiązania między rekomunalizacją a „relokalizacją” gospodarki (oraz pieniędzy wygenerowanych przez publiczne wydatki) są zauważalne we wszystkich opisywanych sektorach.

Priorytet dla miast i aktywności obywatelskiej

Nie jest przypadkiem, że na czoło tych trendów wybijają się miasta. To one są dziś na pierwszej linii zmagania się z konsekwencjami cięć i zaciskania pasa, jak również nowych wyzwań związanych ze zmianami klimatu i niedoborem surowców. Rzeczywistość uderza najmocniej na szczeblu lokalnym, a operującym na nim politykom trudniej niż ich koleżankom i kolegom ze szczebla krajowego i europejskiego ignorować konkretne, odczuwane na co dzień skutki takich, a nie innych polityk publicznych. Można również sądzić, że miasta kontynentu zachowały nieco ze swych politycznych tradycji wolności, gościnności i obywatelstwa. Nie ma wątpliwości, że aktywność obywatelek i obywateli, ich partycypacja – dla której miasta pozostają najbardziej oczywistą przestrzenią – jest dla wspomnianej zmiany paradygmatu kluczową kwestią, napędzającą wiele spośród najbardziej interesujących europejskich inicjatyw na rzecz rekomunalizacji, niezależnie od tego, czy realizowane są one we współpracy czy też w opozycji do lokalnych polityków.

Obywatelki i obywatele wymuszali na lokalnych władzach odzyskiwanie usług publicznych – w wielu przypadkach odgrywali wręcz aktywną rolę w ich tworzeniu i zarządzaniu nimi. Prowadzi to do wymyślenia na nowo tego, co kryje się za określeniem „publiczne”. Chodzi tu przede wszystkim o (od)budowę wspólnotowej zdolności do działania i solidarności, która nie ogranicza się do usług publicznych. Istnieją silne powiązania między walką o lokalne usługi publiczne a zmaganiami o prawa uchodźców czy imigrantek. Przykład Barcelony i innych miast hiszpańskich, w których lata mobilizacji przeciwko eksmisjom oraz odcinaniu dostępu do bieżącej wody i prądu doprowadziły do wybrania progresywnej większości we władzach lokalnych, skupiającej się na rekomunalizacji oraz prawach migrantów, pokazuje praktyczny wymiar tego typu powiązań.

Wszystko to zmusza jednak do zadania pytania o to, na ile aktualny nacisk na rolę miast w dostarczaniu usług publicznych – ale też w kwestii zmian klimatu lub przyjmowaniu uchodźców i imigrantek – nie jest związany przede wszystkim ze słabnącą rolą postępowych sił politycznych na szczeblu narodowym/państwowym. Czy narodowe rządy nie są w tym samym czasie coraz bardziej skupione na zaspokajaniu interesów wielkiego biznesu i na wymuszaniu zaciskania pasa na społeczeństwie – w tym na samorządach? Choć rekomunalizacja ma się dobrze w sporej części Europy, nie brak również przykładów rządów próbujących aktywnie się jej przeciwstawić. Władze Hiszpanii, wraz z prywatną firmą i innymi ciałami biznesowymi, pozwały miasto Valladolid za przejęcie kontroli nad swą siecią wodociągową. Przyjęły również prawo mające na celu zapobieżenie tworzenia nowych spółek miejskich czy nowych miejsc pracy w sektorze publicznym. W Wielkiej Brytanii obowiązuje obecnie prawo zabraniające samorządom tworzenia nowych lokalnych firm autobusowych.

Nawet jeśli nie wszystkie państwa decydują się na tego typu działania, to trudno wymienić choćby jeden europejski rząd wspierający dziś (albo chociaż umożliwiający w przyszłości) rekomunalizację. W przypadku instytucji europejskich oficjalnie prezentują one „neutralność” co do tego, czy kluczowe usługi realizowane są przez podmioty publiczne czy prywatne. Dominująca w Komisji Europejskiej kultura oraz układ sił w Europarlamencie i Radzie Europy kończy się przyjmowaniem reguł i praw, które – nawet jeśli nie wspierają interesów wielkich korporacji w sposób bezpośredni – skupiają się na zintegrowanych, zliberalizowanych rynkach na poziomie europejskim, na którym konkuruje ze sobą małe grono dużych, nakierowanych na zysk graczy, uważając ten model za „normalny”, uniwersalny sposób organizacji pola gry. Wielki biznes dobrze wie, jak uczynić swój głos słyszalnym w Brukseli, podczas gdy samorządy i ruchy społeczne stojące za rekomunalizacją mają znikomą, a czasem wręcz żadną reprezentację w stolicy Europy.

Sieci miast – przeciwwaga dla wpływów korporacji

Czy trendy rekomunalizacyjne są w stanie utrzymać dynamikę bez poparcia na szczeblu krajowym i europejskim? Czy miasta posiadają możliwość samodzielnego poradzenia sobie w starciu z większymi siłami ekonomicznymi i geopolitycznymi, nad którymi nie mają zbyt wielkiej kontroli? Na krótką metę rekomunalizacja oraz walka o lepsze, bardziej demokratyczne, zrównoważone i inkluzywne usługi publiczne wciąż zależeć będzie od osobistej energii i zaangażowania tak zwykłych obywateli, jak i decydentów. Z pewnością wyglądać ona będzie na bardziej kruchą od dobrze naoliwionej maszynerii sektora prywatnego oraz niekorzystnych polityk krajowych i unijnych. Istnieje jednak potencjał do skutecznej odpowiedzi na wyzwania. Sieci współpracy między zrekomunalizowanymi usługami publicznymi kiełkują na szczeblach regionalnych, krajowych i europejskim – szczególnie zaś w sektorze wodociągowym i energetycznym. Wzajemne wsparcie miast może być skutecznym sposobem poszukiwania rozwiązań dla ograniczeń stojących wobec mniejszych, publicznych usługodawców w stosunku do wielkich, ponadnarodowych korporacji. Może wręcz stać się efektywnym sposobem na powstrzymywanie ich wpływu na polityki publiczne.

Sieci te muszą rzecz jasna rozwijać się również poza Europą Zachodnią – szczególnie w miejscach, w których układ sił między miastami a wielkimi międzynarodowymi firmami (mającymi najczęściej siedziby i udziałowców na zachodzie) jest znacznie bardziej niekorzystny. Oczywistą przestrzenią tego typu jest wschód Europy. Wilno zdecydowało się ostatnio nie przedłużać umowy z Veolią, dotyczącej lokalnego systemu grzewczego. Miastu grozi teraz wypłacenie miliona euro rekompensaty, o którą firma walczy przed międzynarodowym trybunałem arbitrażowym. Kilka lat temu władze Sofii odwołały referendum na temat rekomunalizacji sieci wodociągowej, prawdopodobnie z powodu groźby podobnego sporu prawnego. Podczas gdy kraje takie jak Francja, Niemcy, Hiszpania, a nawet Wielka Brytania doświadczają fali dążeń rekomunalizacyjnych, ich rządy oraz Unia Europejska zmieniają się często w aktywnych orędowników roli sektora prywatnego w dostarczaniu kluczowych usług w innych krajach i na innych kontynentach, włączając w to subsydiowanie europejskich firm realizowane pod płaszczykiem „pomocy rozwojowej”.

Ruch na rzecz rekomunalizacji usług publicznych w Europie już dziś pokazuje, że istnieje dla nich wizja przyszłości alternatywna wobec tych dominujących na szczeblu unijnym i narodowym. Jednym z kluczowych wyzwań będzie konsolidacja wokół tejże wizji i jej promowanie za pomocą agend instytucjonalnych – zarówno w samej Europie, jak i jej relacjach z resztą świata, w szczególności zaś z Globalnym Południem. Europa ma szansę wykorzystać trend rekomunalizacyjny i towarzyszące mu często przemyślenie usług publicznych jako dar, którym może podzielić się z resztą świata.

Olivier Petitjean

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Green European Journal.

Idea, która niszczy Europę

W 2004 roku magazyn „Foreign Policy” sporządził mini-ankietę na temat idei najniebezpieczniejszych dla świata. O odpowiedź poproszono ośmioro sławnych intelektualistów i intelektualistek. Wśród propozycji znalazły się między innymi „brak tolerancji religijnej” oraz „próba siłowego wprowadzania zachodnioeuropejskich zasad demokracji w innych rejonach świata”. Bez trudu można by dodać kolejne kandydatury, np. „negowanie wpływu człowieka na globalne ocieplenie” lub „wiarę w samoregulujące się rynki”. Mark Blyth w swojej książce „Austerity. The History of a Dangerous Idea” podsuwa jeszcze jedną propozycję, istotną szczególnie z perspektywy europejskiej: przekonanie, że najlepszym sposobem na kryzys gospodarczy jest austerity – polityka oszczędności, która polega na obcinaniu wydatków publicznych.

Zaraz po wybuchu kryzysu finansowego w latach 2007-2008 wydawało się, pisze Blyth, że nastąpił wielki powrót do keynesizmu: do idei, że państwo musi aktywnie wspomagać gospodarkę, szczególnie w czasach kryzysu, kiedy to rząd jest jedynym aktorem zdolnym napędzać popyt, a tym samym zapobiegać pogłębianiu się recesji. Gdy jednak lobby finansowe i wyznawcy wolnego rynku otrząsnęli się z pierwszego szoku, szybko przystąpili do kontrataku. To prawda, nie udało im się w pełni przywrócić świata sprzed kryzysu. Klimat intelektualny przesunął się na lewo, o czym świadczy choćby to, że największymi gwiazdami ekonomii są obecnie Stiglitz, Chang, Piketty i Krugman, czyli myśliciele, których trudno nazwać wolnorynkowymi ortodoksami. Ponadto niektóre z rozwiązań zastosowanych przez rząd USA w celu uporania się z kryzysem można potraktować jako praktyczne wykorzystanie zaleceń keynesizmu. Jednak wspomniany kontratak był na tyle skuteczny, że powstrzymał jakiekolwiek głębsze reformy systemu ufundowanego na wolnorynkowych dogmatach i rządach finansjery.

Jak słusznie zauważa Blyth, krótki renesans idei Keynesa został z największą brutalnością stłamszony w Europie. Gdy kryzys finansowy, zapoczątkowany w USA, uderzył w państwa członkowskie Unii Europejskiej, odpowiedź instytucji unijnych oraz zawiadujących wszystkim Niemiec przyszła pod postacią austerity. Oficjalną przyczyną zastosowania polityki oszczędności były wysokie długi publiczne m.in. Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii i kilku innych krajów. Według Blytha trudno takie uzasadnienie potraktować poważnie. Ze wszystkich tych państwa tylko Grecja miała poważny kłopot ze zbilansowaniem wydatków i przychodów publicznych. W pozostałych krajach problemem były długi prywatne oraz fatalna sytuacja banków, a nie „rozrzutne państwo” – zresztą w przypadku Greków historia też jest o wiele bardziej skomplikowana i obejmuje zarówno nieodpowiedzialnych kredytorów, jak i greckich polityków nie kwapiących się do walki z unikaniem podatków. Na przykład w 2007 roku dług Irlandii wynosił tylko 12% PKB, a Hiszpanii 26%. Dla porównania, w stawianych za wzór Niemczech było to 50%. Przyczyną tarapatów tych krajów stał się zderegulowany i niezwykle podatny na kryzysy sektor finansowy. Irlandia zaczęła mieć problem z długiem publicznym dopiero wtedy, gdy wydała 70 miliardów euro na ratowanie własnego systemu bankowego. Historia Hiszpanii różni się w szczegółach, ale puenta zdaniem Blytha jest taka sama: kłopoty mające swe źródło w sektorze prywatnym zostają przeniesione na sektor publiczny. Podobnie było w innych przypadkach, w których państwo ponosiło ciężar walki z kryzysem. „W Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Europie Wschodniej kryzys został wywołany przez sektor prywatny, ale płaci za niego sektor publiczny, to znaczy ty i ja” – podsumowuje amerykański ekonomista.

Jest nawet gorzej, niż wynikałoby to z powyższego cytatu. Kiedy mówimy, że za problemy płaci sektor publiczny, można odnieść wrażenie, że wszyscy ponosimy solidarny ciężar naprawiania błędów powstałych po stronie instytucji prywatnych. Blyth podkreśla jednak przytomnie, że trudno w tej sytuacji mówić o równym rozłożeniu poziomu wyrzeczeń wśród obywateli i obywatelek państw zachodnich. Polityka oszczędności nie uderza bowiem w taki sam sposób w bogatych i biednych. „Najmniej zarabiający członkowie społeczeństwa tracą więcej niż najzamożniejsi, z tego prostego powodu, że ci drudzy w mniejszym stopniu polegają na usługach zapewnianych przez państwo oraz mają więcej bogactw, więc strata nie jest odczuwa przez nich tak bardzo”.

Prawdę mówiąc, jest jeszcze gorzej. Ciągle bowiem nie dotknęliśmy największego problemu związanego z polityką oszczędności: ona najzwyczajniej w świecie nie działa. Najlepiej widać to na przykładzie Grecji. Gdy okazało się, że greckie państwo jest poważnie zadłużone, jego mieszkańcy bez wątpienia znaleźli się w sytuacji, z której nie dało się wydostać w bezbolesny sposób. Jednak po latach „kuracji” prowadzonej za pomocą polityki zaciskania pasa – jest jeszcze gorzej. Ogromne bezrobocie (szczególnie wśród młodych), zapaść gospodarcza, bieda, nadal niespłacalny dług – to efekty działalności Unii Europejskiej. Janis Warufakis, były minister finansów Grecji, w swojej najnowszej książce „Adults in the Room” pisze, że nawet wielu przedstawicieli instytucji unijnych przyznawało w prywatnych rozmowach, iż austerity to droga donikąd. Zgadzał się z tym także Larry Summers, przez wielu uznawany za uosobienie grzechów neoliberalizmu. To trochę tak, jakby Leszek Balcerowicz przyznał, że niskie podatki się nie sprawdzają…

Blyth uważa, że nieskuteczność austerity widać również na przykładzie państw REBLL (Rumunia, Estonia, Bułgaria, Łotwa, Litwa), czyli krajów, w których, zdaniem przedstawicieli Unii Europejskiej, zaciskanie pasa sprawdziło się. Prawdą jest, że gdy państwa REBLL zastosowały austerity w latach 2008-2009, wróciły na ścieżkę wysokiego wzrostu PKB. Sytuacja przedstawia się jednak znacznie gorzej, gdy spojrzymy na inne dane. Na przykład 4% obywateli Łotwy opuściło kraj w latach 2008-2011. W 2011 roku 91% ankietowanych Łotyszy postrzegało sytuację gospodarczą kraju jako złą. Ponad trzykrotnie wzrosło bezrobocie. Polityka oszczędności nie pomogła też krajom REBLL w zmniejszeniu długu, choć osiągniecie tego celu było podawane jako jeden z głównych powodów zastosowania austerity.

Skoro ten schemat nie działa, to dlaczego jest forsowany przez ludzi mających władzę? Blyth twierdzi, że jednym z powodów jest ich obsesja na punkcie inflacji. Gwałtowna obniżka wartości pieniądza jest oczywiście zjawiskiem negatywnym, mogącym prowadzić do poważnych tarapatów, gdy wymknie się spod kontroli. Jednak zdaniem Blytha jesteśmy za bardzo przewrażliwieni na jej punkcie, co prowadzi do faworyzowania rozwiązań takich jak austerity, zwalczających inflację i prowadzących do deflacji. Skąd jednak bierze się to przewrażliwienie? Częściowo z powód historycznych: Niemcy, po negatywnych doświadczeniach z hiperinflacją na początku lat dwudziestych XX wieku, wciąż traktują politykę antyinflacyjną jako priorytet. Częściowo zaś przyczyną jest to, że inflacja sprzyja raczej biednym (czytaj: ludziom bez wielkiego wpływu na władzę), a szkodzi bogatym (czytaj: ludziom ze sporym wpływem na władzę). Gdy obniża się siła nabywcza pieniądza, tracą na tym pożyczkodawcy, a zyskują dłużnicy. Euro pożyczone przed inflacją jest więcej warte niż euro oddane po inflacji. Jak zaś słusznie zauważa Blyth, „pożyczkodawca to z definicji osoba mająca pieniądze, które może pożyczyć” – innymi słowy, osoba raczej zamożna.

Jednak najważniejszą przyczyną forsowania polityki oszczędności jest wadliwa konstrukcja Unii Europejskiej, a przede wszystkim strefy euro. Blyth, podobnie jak wielu innych ekonomistów (np. Piketty i Stiglitz), zauważa, że kryzys gospodarczy obnażył wszystkie wady wspólnej waluty i zbudowanych wokół niej instytucji. Poważne zmierzenie się z kryzysem wymagałoby więc, po pierwsze, przyznania, że Unia pod tym względem nie działa, po drugie – przeprowadzenia kilku zasadniczych reform. Nikt jednak nie kwapi się, aby ponieść polityczny ciężar takiej decyzji.

Co jest nie tak z Unią Europejską? Przede wszystkim stworzono w jej ramach unię walutową składającą się z jednego kraju ze stabilnymi nadwyżkami w obrotach bieżących (Niemcy) i całej reszty, która nie dotrzymywała mu tempa. Jak zauważa Blyth, po powstaniu strefy euro te różnice nie tylko nie zmalały, ale wręcz się pogłębiły. Nikt bowiem nie podjął się wypracowania sensownego mechanizmu równomiernego rozprowadzania nadwyżek w ramach państw strefy. To problem, który zauważono ostatnio nawet w „The Economist”, czasopiśmie raczej niesłynącym z lewicowych poglądów. „Duża gospodarka, niemająca problemów z bezrobociem, utrzymując nadwyżki w obrotach bieżących powyżej 8% PKB, niepotrzebnie obciąża globalny system handlowy” – czytamy w „Economist” na temat Niemiec. – „Aby zrównoważyć sytuację i utrzymać łączny popyt na poziomie zapewniającym ludziom pracę, reszta świata musi pożyczać i wydawać na tym samym poziomie. W niektórych krajach, szczególnie Włoszech, Grecji i Hiszpanii, stałe deficyty doprowadziły w końcu do kryzysu”.

Sytuację pogorszyło jeszcze to, że po wejściu do strefy euro spadło oprocentowanie obligacji państw takich jak Grecja czy Włochy. Mówiąc inaczej, uznano, że pożyczanie pieniędzy krajom Południa jest niemal tak samo bezpieczne, jak pożyczanie Niemcom. Skoro oprocentowanie ich długu jest na podobnym poziomie co Niemiec, a wszyscy należą do jednej unii walutowej, to przecież nie ma żadnego ryzyka, że Grecy czy Włosi nie spłacą pożyczek, prawda? Oczywiście mało kto wierzył w to, że kraje Południa są rzeczywiście tak mocne gospodarczo jak Niemcy, ale francuskie i niemieckie banki robiły świetny interes na udzielanych im kredytach, więc mało kto zadawał niewygodne pytania. Aż przyszedł kryzys. I okazało się, że banki najbogatszych krajów strefy euro mają mnóstwo niespłacalnych długów krajów najbiedniejszych. To zaś stanowiło ogromny problem nie tylko dla Niemców i Francuzów, których banki były w opałach, ale dla całej Unii, bo zapaść gospodarcza w tych państwach oznaczała zapaść w całej Europie.

Trzeba więc było rozpocząć „akcję ratunkową” wobec Greków i im podobnych „rozrzutników”, czytaj: trzeba było ratować francuskie i niemieckie banki. Zazwyczaj w takich sytuacjach najlepiej sprawdza się bank centralny, ale jego odpowiednik dla strefy euro nadaje się tak naprawdę do jednej rzeczy – walki z inflacją. Rozwiązania, które zalecało wielu ekonomistów, jak uwspólnotowienie długów w ramach wszystkich krajów mających walutę euro, umorzenie części z nich lub pobudzanie popytu przez Europejski Bank Centralny – nie wchodziły w grę. Nagle okazało się, że w ramach strefy euro istnieją banki mogące działać na skalę ogólnoświatową, nie ma natomiast instytucji gospodarczych zdolnych rozwiązywać ogólnoeuropejskie problemy. Jedynym rozwiązaniem było austerity.

Opowieść, którą proponuje Blyth, zawiera z konieczności wiele uproszczeń – nie da się w kilku akapitach uwzględnić wszystkich przyczyn kryzysu finansowego Unii Europejskiej. Ma ona jednak podstawową zaletę. Pokazuje, że problem jest systemowy i nie można go sprowadzić do haseł o tym, iż „państwa nie powinny się nadmiernie zadłużać”, a „długi należy spłacać”. Polityka oszczędności jest próbą taniego ominięcia tego problemu. „Taniego” rzecz jasna dla decydentów, bo z pewnością nie dla młodych Greków czy Hiszpanów zmagających się z bezrobociem i gospodarką bez perspektyw. Blyth przestrzega jednak, że istnieje ograniczona liczba rund, w których można zastosować trik z austerity. Ludzie w końcu powiedzą: „dość!”. Sprzeciw może przybrać dwie formy. W wersji optymistycznej doprowadzi do umocnienia ruchów postępowo-lewicowych, które zreformują Unię Europejską. W wersji pesymistycznej – przyczyni się do nasilenia nastrojów nacjonalistycznych, których konsekwencją będzie rozbicie wspólnoty europejskiej. Ideologia austerity w wielu krajach już wyrządziła poważne szkody. Jest zatem wielce prawdopodobne, że jedyne, co pozostało ludziom mającym wpływ na przyszłość Europy, to zdecydować, którą z tych możliwości wolą. Nawet jeśli oni sami łudzą się, że wszystko może pozostać po staremu.

Mark Blyth, Austerity. The History of a Dangerous Idea, Oxford University Press, 2015.

Na dwa fronty. Paramilitarne struktury PPS 1919–1928

Po rozwiązaniu Milicji Ludowej i innych socjalistycznych formacji paramilitarnych PPS musiała odbudowywać swą milicję od podstaw1. O ile zbrojna działalność socjalistów w okresie odzyskiwania niepodległości i walki o granice jest zrozumiała, o tyle funkcjonowanie bojówki partyjnej w demokratycznej Rzeczypospolitej budzi dziś wątpliwości. Warto zatem przywołać socjopolityczny kontekst tego zjawiska. Do stosowania przemocy szczególnie skłonni byli ludzie zdesperowani, walczący o materialne warunki egzystencji, dlatego konflikty społeczne (strajki, demonstracje) miały nieraz gwałtowny przebieg. Typowym przykładem mogą być wydarzenia podczas pochodu robotniczego z Rakowa do Częstochowy w listopadzie 1923 r., gdy doszło do „starcia z policją, która operowała bagnetami, a […] robotnicy użyli do walki cegieł […], żelaznych szuflad i drągów”. Starcia policji z bezrobotnymi 9 lutego 1926 r. w Kaliszu trwały dziesięć godzin.

Nic dziwnego, że przemoc przenosiła się na stosunki polityczne. Wszystkie partie miały swoje bojówki, brutalnie zwalczające przeciwników. Socjalista Stefan Brzozowski, jadąc w teren agitować przed wyborami 1922 r., musiał zaopatrzyć się w rewolwer bębenkowy typu nagan, gdyż endecy pobili mówców PSL „Wyzwolenie” na wiecu przedwyborczym w pobliskim Jeżowie. Eugeniusz Ajnenkiel, opisując rozłam w łódzkich związkach zawodowych, wspomina o „związku brukarzy, […] posiadającym zdecydowanych do bitki i noża adherentów”. Bójki wybuchały na zebraniach, np. na posiedzeniu Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS 12 września 1928 r. „podczas repliki Jaworowskiego wywiązała się między nim a Żuławskim bójka, w rezultacie której poprzewracano stół i krzesła”. Gwałtowny przebieg miały kampanie wyborcze – Ludwik Hass opisuje na przykładzie Warszawy, że „często dochodziło do awantur i bójek pomiędzy […] agitatorami”. Przemocą posługiwali się nie tylko szeregowi aktywiści. W Radzie Miejskiej Łodzi zdarzały się „bójki na pięści i krzesła”. Przemoc wdzierała się nawet do najwyższych instancji państwa. Wincenty Witos opisywał sceny w Sejmie, jak po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza „socjaliści […] uzbrojeni w sękate laski, z posłem Wojtkiem Malinowskim na czele, wpadli do klubu Związku Ludowo-Narodowego celem dokonania doraźnego wymiaru kary. […] Po dłuższym czasie i trudzie zdołano walczących zapaśników rozdzielić”.

W takich warunkach posiadanie bojówki było wręcz koniecznością. Tomasz Arciszewski, zeznając podczas procesu brzeskiego, oznajmił: „Już […] w 1919 r. rozpoczęły się ataki na PPS ze strony komunistów i wobec tego należało stworzyć straż porządkową dla ochrony partii”. PPS działała niejako dwutorowo. Jak wspomina Aleksy Bień, z jednej strony tworzono milicję przy komitetach dzielnicowych partii, z drugiej szkolono kadry „pod firmą” Związku Strzeleckiego. Istotnym zapleczem kadrowym były też robotnicze organizacje sportowe. Tadeusz Jabłoński wspominał: „Pużak był […] inspiratorem organizowania siły fizycznej w partii dla jej obrony na bazie robotniczego ruchu sportowego i ruchu młodzieżowego. […] robotnicze kluby sportowe mają być traktowane jako przysposobienie wojskowe, na wzór Schutzbundu wiedeńskiego”. Pierwszy z nich – RKS „Skra” – powstał już w grudniu 1921 r.; w jego ramach funkcjonowały m.in. sekcje strzelecka, zapaśnicza i bokserska.

Osmoza między PPS a Związkiem Strzeleckim była na tyle głęboka, że socjalistyczna „Gazeta Robotnicza” mogła głosić: „Strzelec powstał i wyrósł dzięki PPS”. Potwierdzali to przeciwnicy – endecka „Gazeta Polska” pisała, że „Strzelec” rekrutuje członków z „mętów społecznych”, jest „przesiąknięty żywiołami socjalistycznymi”, służy „sprawie rewolucji społecznej”. Działaczem ZS od 1912 r. był Józef Łokietek, komendant warszawskiej milicji PPS, pełniący funkcję „komendanta placu” w „Strzelcu”. Dzięki temu bojówka socjalistów szkoliła się w lokalach i na poligonach Związku Strzeleckiego, wykorzystując jego mundury i sprzęt. „Powiązania obydwu grup na tym […] terenie były takie, że sam diabeł nie zgadłby, gdzie kończy się milicja PPS, a zaczyna »Strzelec«” – napisał Jerzy Rawicz. Również w Zagłębiu Dąbrowskim Zarząd Okręgowy „Strzelca” tworzyli socjaliści: przewodniczącym był Aleksy Bień, a komendantem kpt. rez. inż. Cezary Uthke.

Do rozbratu doszło po przewrocie majowym. Wobec tworzenia na bazie „Strzelca” Związku Naprawy Rzeczypospolitej – konkurencyjnej partii politycznej – Sekretariat Generalny CKW PPS wydał 12 czerwca 1926 r. okólnik zalecający, by „sparaliżować w zarodku ZNR i uchronić Strzelca przed partyjnictwem”. W oddziałach zdominowanych przez socjalistów należało nie dopuszczać do podporządkowania ZNR, z pozostałych protestacyjnie występować. Członkostwo w ZS było dopuszczane tylko równolegle z przynależnością do milicji partyjnej („Będąc w Strzelcu pobierają niezbędną wiedzę wojskową, by zastosować ją do milicji PPS”) przy pierwszeństwie rozkazów milicji; zarazem nakazywano przyśpieszyć formowanie milicji PPS. Mimo to stosunki ze Związkiem Strzeleckim pozostawały początkowo poprawne, policja donosiła, że „pomiędzy ludźmi obydwu tych organizacji nie było poważniejszych zajść”. W styczniu 1928 r. z inicjatywy Medarda Downarowicza doszło do zawarcia paktu o nieagresji między milicją a „Strzelcem” na czas wyborów, czy nawet porozumienia skierowanego przeciw komunistom i prawicy. Jeszcze jesienią 1928 r. terenowe organizacje PPS (np. w Gostyninie) angażowały się w tworzenie struktur ZS.

Równolegle (czy też przenikając się ze „Strzelcem”) istniała właściwa milicja partyjna. Początkowo miała ona charakter doraźnych straży porządkowych o płynnym członkostwie i zdecentralizowanej strukturze. Milicję formowano przed ważnymi wydarzeniami z pewnych, odważnych i silnych fizycznie towarzyszy. Na przykład przed demonstracją pierwszomajową 1922 r. warszawska konferencja międzydzielnicowa PPS uchwaliła, że każdy komitet dzielnicowy ma przysłać do dyspozycji Okręgowego Komitetu Robotniczego 10 milicjantów pod dowództwem komendanta; następnego dnia na podwórzu OKR odbyła się próbna musztra milicji. Niezależnie od bojówki partyjnej dowodzonej przez J. Łokietka, swoje służby porządkowe (Milicję Robotniczą) tworzyły też poszczególne związki zawodowe, np. związek metalowców (komendant Rączka). Warszawscy milicjanci wyróżniali się czerwonymi opaskami z napisem „PPS” i numerem legitymacji partyjnej, które potem miały być zastąpione „żetonami”. Milicja uzbrojona była w rewolwery (ok. 350 – częściowo prywatne, częściowo wypożyczane milicjantom przez partię), dysponowała samochodami ciężarowymi (prawdopodobnie wypożyczanymi przez Wydział Zaopatrywania m. Warszawy).

Instytucjonalizacja milicji stopniowo postępowała. Źródła policyjne donosiły, że decyzja o powołaniu „defensywy” zapadła na zebraniu warszawskiej PPS 29 kwietnia 1922 r. Jerzy Czeszejko-Sochacki uważa, że decydującym impulsem powołania „milicji porządkowej” pod komendą Łokietka były rozruchy towarzyszące wyborowi Narutowicza. Według Kazimierza Pużaka, milicja PPS jako „stała instytucja partyjna” działała od 1925 r. Prawdopodobnie wtedy podjęto uchwałę – nieegzekwowaną wszakże – że do milicji należeć powinien każdy członek partii w wieku 21-30 lat. Wsparcie socjalistycznych magistratów Sosnowca i Dąbrowy Górniczej pozwoliło na rozbudowę milicji PPS w Zagłębiu Dąbrowskim. Dowodzona przez Tadeusza Dobrowolskiego, Stanisława Bergera i Edwarda Zycha, została zorganizowana w plutony i kompanie, jednolicie umundurowana i przeszkolona. W Warszawie liczbę milicjantów oceniano w 1926 r. na ok. 100, ale w zbiórce warszawskiej milicji 21 października 1928 r. brało jednak udział aż 600 milicjantów. Porównanie z liczbą członków partii świadczy, że bojówka nie miała charakteru masowego, lecz raczej zamknięty: w Śródmieściu na 280 członków PPS do milicji należało zaledwie 10-15. Wynikało to nie tyle z planowej kadrowości milicji, co z postępującej już jej gangsteryzacji.

Problemów nastręczało utrzymanie dyscypliny w milicji. Bojówka praktycznie usamodzielniła się, nie tylko działając samowolnie, ale realizując też nieraz odmienną od oficjalnej linię polityczną. Kierownictwo PPS skarżyło się, że „bojówka występuje zawsze zbyt agresywnie”, że „bojowcy, rozzuchwaleni bezkarnością, wywołują bójki przy lada sposobności”. Wynikało to również z przyczyn pozapolitycznych, takich jak nadużywania alkoholu przez milicjantów. „Do nieodłącznych utensyliów »pracy« bojówki obok browninga, kastetu i laski należała butelka »monopolki«” – pisze Rawicz. Potwierdzały to źródła policyjne, donoszące np. o nielegalnym wyszynku napojów alkoholowych i nocnych libacjach w Warszawskim OKR. Narastanie powiązań bojówki ze światem przestępczym prowadziło do krwawych porachunków między milicjantami. 11 października 1926 r. Matys Lubelski, przewodniczący żydowskiej sekcji Związku Zawodowego Tragarzy i zarazem sutener zamieszany w handel żywym towarem, został zastrzelony przez Stanisława Makowieckiego; obaj byli członkami dzielnicy powązkowskiej PPS i partyjnej milicji. Dwa lata później w odwecie za zabójstwo Lubelskiego grupa Franciszka Sieczki zabiła Lucjana Groszyńskiego. Kontekstem kryminalnym tłumaczyć należy też strzelaninę między jednym z dowódców bojówki radnym Marcelim Piłackim a wywiadowcami policyjnymi Szeinmannem i Frankfurckim 9 października 1926 r. w restauracji przy ul. Leszno 40.

Milicja pełniła różnorakie funkcje. Jej zasadniczym (a w każdym razie oficjalnym) zadaniem była ochrona organizowanych przez partię zebrań, wieców, demonstracji i innych imprez. „Każdym pochodem PPS […] kierowała pod względem technicznym zawsze milicja” – pisał „Robotnik” podkreślając też „rolę milicji przy utrzymaniu porządku na sali” zebrań. Socjalista Przybyszewski uzasadniał to, mówiąc: „Proletariat polski, urządzając demonstracje majowe za czasów carskich, doszedł do wniosku, iż tylko siła zbrojna jest w stanie uchronić pochód od rozbicia – dlatego też robotnicy powinni zorganizować silną milicję dla własnej ochrony”. Dziennik „Robotnik” tak opisywał ochronę pierwszomajowej demonstracji w 1927 r.: „Otwierają pochód dwa samochody ciężarowe, wypełnione milicją robotniczą […] za autami dąży oddział milicji […] na tyle naszego pochodu znajdują się silne oddziały milicji pepesowskiej, za nim cztery auta w poprzek ulicy, potem dwa szeregi milicji”; szpaler milicjantów chronił też boki pochodu. Przemoc uważana była za skuteczną metodę działania. „Dano im [napastnikom] taki »wycisk« (w kinie »Oświatowe«), że potem nie odważyli się na dalsze […] zaczepki” – chwalił się Eugeniusz Ajnenkiel.

Rola milicji nie ograniczała się do obrony imprez przed ewentualnymi atakami – milicjanci używani byli także do kierowania i kontroli manifestacji, np. inicjując okrzyki i pieśni czy tłumiąc niepożądane wystąpienia (Aleksy Bień wspominał o pobiciu prowokatora, który wzniósł okrzyk „Precz z kościołem i religią!”). Bojówka używana była nie tylko w trakcie imprez stricte politycznych, ale również podczas pogrzebów działaczy partyjnych (jak np. Feliksa Perla w kwietniu 1927 r., gdy rozpędziła chasydów na żydowskim cmentarzu) czy imprez rozrywkowych („Musieliśmy mieć dobrą straż porządkową” na zabawach tanecznych, przyznawał Lucjan Motyka). Milicjanci wykorzystywani byli też – zwłaszcza w okresach napięć politycznych – jako ochrona lokali partyjnych czy ochrona osobista przywódców partii. Józef Mieszkowski wspominał: „W [lokalu PPS na] Alejach [Jerozolimskich 6] mieliśmy porządki, przypominające raczej komendę jednostki wojskowej lub komisariat policji państwowej, niźli lokal partyjny. […] Na ławkach siedziały przeważnie groźne typy straży porządkowej z dzielnic Wola, Ochota lub Powiśle z potężnymi lagami w rękach”.

Oprócz zadań defensywnych milicja prowadziła też działania ofensywne. Polegały one, najogólniej rzecz ujmując, na uniemożliwieniu działalności przeciwnikowi. W praktyce oznaczało to przede wszystkim rozbijanie imprez wrogich organizacji. Członek PPS Jan Packan opisywał rozbicie zamkniętego zebrania endeków w sali Powiatowej Kasy Chorych na krakowskich Plantach: „nasza szturmówka pośrodku ze mną dotarła do trybuny. […] poseł endecki Stanisław Rymar […] wygrażał się, że wyrzuci nas przez policję […]. Nasi towarzysze kolejarze w dosadny sposób Rymara, już bez okularów na nosie, wynieśli z sali, którą endecy […] pospiesznie zaczęli opuszczać”. W okresie przedwyborczym zarządzano ostre pogotowie bojówki w lokalach dzielnicowych: „Zadaniem milicji będzie patrolowanie przez całą noc ulic Warszawy, zdzieranie plakatów list przeciwnych oraz ochrona plakatów własnych”. Bojówkarze atakowali też pojedynczych aktywistów i sympatyków innych ugrupowań. Sprawozdanie polityczne warszawskiej organizacji KPP uskarżało się latem 1928 r.: „Dla dzielnic takich jak Wola i Ochota bojówki pepesowskie są plagą. Ciągłe napady na towarzyszy sprawiają, że żyją oni pod stałą groźbą mordu pepesowskiego”. Przeciwnicy byli atakowani na ulicach, w oberżach, nawet w prywatnych mieszkaniach. Niekiedy przyjmowało to postać masowych nalotów i regularnych pacyfikacji całych osiedli (np. na Ochocie czy Pelcowiźnie). Oto opis jednego z takich wydarzeń: „pod tunelem kolejowym na Budach znalazły się 4 auta ciężarowe, z których wysiadło kilkunastu bojówkarzy. Spotkanych robotników wyłapali, bili, strzelali do nich. […] Ofiarą tej masakry padło 16 robotników”.

Niektóre akcje milicji nie mieszczą się w żadnej z powyższych grup. Bojówka pełniła również rolę prestiżowo-reprezentacyjną, urządzając przemarsze zwartych oddziałów ulicami miasta czy oddając salwy z rewolwerów na pogrzebach towarzyszy (np. „ugodzonego zdradziecką kulą” Wysockiego vel Pyzaka na cmentarzu wolskim 17 czerwca 1922 r.). W proletariackich dzielnicach Warszawy milicja była siłą pozwalającą egzekwować wyroki tzw. sądów robotniczych, tworzonych samorzutnie od 1918 r. Według Konstancji Jaworowskiej: „do Łukasza [Siemiątkowskiego] często różni ludzie – robotnicy, członkowie dzielnicy i sympatycy – przychodzili, żeby ich godził, na skargę, i też obcy, którzy uważali się za pokrzywdzonych. […] Możliwe, że ktoś za to go wynagrodził, nie wiem”. Na Powązkach tę „ideową dintojrę” sprawował Łukasz Siemiątkowski (ps. „Tata Tasiemka”), na Pradze – działacze PPS Łagowski, Wierzbicki, Lewacz, w Jerozolimie – Kowalski, Żychowski, Masarowicz.

Bojówka mogła zapewniać też partii zaopatrzenie, np. dokonując przed zamachem majowym w 1926 r. kradzieży broni i amunicji z magazynów 21. i 30. pułku piechoty w warszawskiej Cytadeli. Komunista Czeszejko-Sochacki twierdzi nawet, że grupy bojowe PPS przeprowadzały ekspropriacje na cele partyjne już w Polsce niepodległej, dokonując napadów na banki i sklepy. Czynić miały to na początku lat 20. trzy bojówki pozostające w kontakcie z M. Malinowskim: lubelska (Leon Prybe i Czesław Gruszka), radomska (Jan Żurawski) i warszawska (Jan Trzciński ps. „Długi”). Ich dziełem miały być napady rabunkowe m.in. w Brześciu, Włodzimierzu Wołyńskim, Łucku, Zamościu i Dęblinie. W marcu 1923 r. grupa lubelska została rozbita przez policję, jej przywódców skazano na karę śmierci. Niedługo po tym Żurawski zginął w starciu z policją, zaś aresztowany Trzciński umarł w więzieniu.

Milicja prowadziła walkę niejako na dwóch frontach: z jednej strony przeciwko prawicy i kontrolowanemu przez nią aparatowi państwa, z drugiej – przeciw skrajnie lewicowej konkurencji. Z kolei do spektakularnej konfrontacji z prawicą doszło w 1922 roku. 11 grudnia prawicowi demonstranci zablokowali w bramie apteki Klawego przy pl. Trzech Krzyży posłów PPS Ignacego Daszyńskiego, Rajmunda Jaworowskiego i Bolesława Limanowskiego, chcąc uniemożliwić przysięgę prezydencką G. Narutowicza. Działaczka partii Apolonia Rybakowa zmobilizowała w lokalu na Al. Jerozolimskich 300-400 robotników, w tym 15 uzbrojonych milicjantów. „Wkroczyliśmy na pl. Trzech Krzyży i klinem wbiliśmy się w tłum” – wspominał uczestnik zajść. Doszło do starcia z endecką młodzieżą, a następnie do wymiany strzałów, w wyniku czego śmiertelnie ranny został niosący sztandar PPS robotnik Jan Kałuszewski. Kolejne starcie miało miejsce na Nowym Świecie. Gdy pięć dni później prawicowy zamachowiec zabił prezydenta, grupa piłsudczyków z Adamem Kocem przygotowała projekt „akcji karnej”, którą przeprowadzić miała milicja PPS. Jak napisał Andrzej Garlicki: „Pod tym enigmatycznym określeniem krył się projekt fizycznej likwidacji wybranych działaczy obozu narodowego”. Mimo gotowości J. Łokietka do udziału w tej akcji, została ona powstrzymana przez Ignacego Daszyńskiego.

Starcia z prawicą trwały i wcześniej, i później, także poza Warszawą, choć na ogół miały charakter niezorganizowany. Do starć między milicją PPS a bojówkami prawicy doszło w Bogucicach podczas marszu robotników Zagłębia Krakowskiego do Katowic z okazji przyłączenia Górnego Śląska do Polski. Latem 1922 r. socjaliści pobili posłów Związku Ludowo-Narodowego (m.in. Stanisława Rymara), dwa tygodnie później rozbili wiec endecji w kinie „Uciecha”. Według „Gazety Polskiej” odpowiedzialna była 100-osobowa bojówka o nazwie „Piłsudski” z Bednarczykiem i Packanem na czele. Organizator napadu twierdził, że dokonała tego skrzyknięta naprędce grupa kolejarzy. Zimą 1923 r. w Łomży młodzi socjaliści starli się na rogu ul. Dwornej i Giełczyńskiej z endekami rozlepiającymi klepsydry Eligiusza Niewiadomskiego.

Konflikty milicji robotniczej z policją miały charakter chroniczny, dochodziło do nich w czasie wielu manifestacji i strajków. Największy zasięg miały podczas strajku kolejarzy w Krakowie 6 listopada 1923 r. Strajkujący robotnicy przerwali wówczas kordon policji na ul. Dunajewskiego, na co policja odpowiedziała ogniem. Wśród okrzyków „Niech żyje Piłsudski!” rozbrojone zostały dwie kompanie 16. pułku piechoty. Szarża 8. pułku ułanów załamała się ostrzelana przez robotników, konie ślizgały się na bruku polanym wodą. Buntownicy zdobyli samochód pancerny. Jak wspominał Packan: „Walka przeniosła się na całe miasto, robotnicy likwidowali policję, aż w końcu patrole robotnicze przejęły całą władzę w mieście”. Wskutek walk zginęło 3 oficerów, 11 szeregowców, 18 cywili; rannych zostało 31 policjantów, 101 wojskowych, kilkudziesięciu cywilów. Trudno ocenić, na ile wydarzenia te miały charakter żywiołowy, na ile zaś grupy uzbrojonych robotników działały w sposób zorganizowany i zdyscyplinowany; z relacji wynika, że straż porządkowa PPS nie panowała nad tłumem, a potem podstępem odebrała broń robotnikom. Dostrzec jednak można w wydarzeniach krakowskich trop piłsudczykowskiej konspiracji. Według Wincentego Witosa, działacz PPS Mieczysław Mastek „Twierdził […], że na dzień 6 listopada 1923 r. nasłano do Krakowa, bez ich woli i wiedzy, bardzo wielu ludzi zupełnie nieznanych, uzbrojonych i poinstruowanych. Pomiędzy nimi znajdował się także […] Kostek Biernacki. […] Mastek twierdził z całą stanowczością, że zamiarem Kostka Biernackiego było objęcie rządów w Krakowie i urządzenie stamtąd marszu na Warszawę”.

Kulminacją konfrontacji z rządzącą prawicą był przewrót majowy, w którym czynny udział wzięła PPS, a zwłaszcza jej „radykalne”, tj. piłsudczykowskie skrzydło. Już jesienią 1925 r. M. Malinowski poinformował Adama Pragiera o „pracy, jaką grupa towarzyszy z PPS oraz dawnych peowiaków podjęła dla przeciwstawienia się zamachowi przygotowywanemu przez prawicę”. O udziale piłsudczykowskich działaczy PPS w sprzysiężeniu świadczy zebranie w przeddzień marszu na Warszawę, na którym Bronisław Pieracki udzielił im instrukcji, a potem spotkanie Jędrzeja Moraczewskiego i Adama Kuryłowicza z Piłsudskim 12 maja ok. godz. 23.00. Wspierający przewrót kolejarze rozpoczęli strajk, aby uniemożliwić transport wojsk rządowych. 12 maja popołudniu Jaworowski ogłosił mobilizację członków warszawskiej organizacji PPS, a następnego dnia CKW partii oznajmił swe bezwarunkowe poparcie dla zamachu.

Poparcie ze strony socjalistów nie miało wymiaru wyłącznie politycznego, ale też militarny. Opinie historyków co do udziału batalionów robotniczych w zamachu są rozbieżne. Garlicki stwierdza, że „batalion robotniczy dzielnicy Wola” formowany w Domu Związków Zawodowych na ul. Leszno liczył zaledwie 150 nieuzbrojonych ludzi i nie uczestniczył w walkach, ograniczając się do usuwania komunistów ze swego rejonu. Z kolei Rawicz przytacza relacje świadczące o rozdawaniu przez Siemiątkowskiego i Piłackiego milicjantom broni ukrytej w mieszkaniach posłanki Zofii Praussowej i adwokata Polaka, jak również o likwidowaniu gniazd dywersji przez patrole milicji i o jej walkach na Polu Mokotowskim. Te relacje nie muszą być sprzeczne: być może „stała” bojówka walczyła, a ochotnicy stali w odwodzie. Herman Lieberman, socjalista skądinąd krytyczny wobec Piłsudskiego, przyznawał, że „istotnie proletariat warszawski z entuzjazmem przyłączył się do walk żołnierzy Piłsudskiego. Coraz to inne oddziały widywałem na ulicach uzbrojone w karabiny: sami proletariusze”.

Poparcie socjalistów dla przewrotu nie ograniczało się do stolicy. Łódzka organizacja PPS otrzymała od Pużaka polecenie: „Dogadać się z wojskiem […] Wejść w kontakt z kolejarzami. […] W razie potrzeby ogłosić strajk”. Eugeniusz Ajnenkiel wraz z bojowcami Antonim Purtalem, Franciszkiem Helińskim, Wiktorem Krawczykiem i Józefem Endrychem przystąpił do organizowania milicji składającej się z oddziału lotnego w sile 25 ludzi (stale dyżurującego w siedzibie OKR), siatki łączności (łącznicy z dzielnic) oraz ochrony lokali dzielnicowych tworzonej przez komendantów „milicji majowej” (grupy po 30 milicjantów). Milicja PPS wraz z członkami Związku Strzeleckiego pomaszerowała pod koszary 28. Pułku Strzelców Kaniowskich, który w rezultacie przeszedł na stronę Piłsudskiego. Na prośbę gen. Stanisława Małachowskiego, który poparł przewrót, PPS ogłosiła mobilizację swych członków formując dwie kompanie liczące po 150 ludzi, które zostały umundurowane i przećwiczone w koszarach. W ramach działań bojowych milicjanci wysadzili tory kolejowe na linii Strzałków – Kutno – Łowicz, unieruchamiając w ten sposób pociąg pancerny z Poznania. Jednak – podobnie jak Warszawie – już 17 maja gen. Małachowski nakazał rozwiązanie kompanii ochotniczych.

Podobnie wyglądała sytuacja w innych ośrodkach. Na przykład w Łomży OKR PPS wezwał członków do zgłoszenia się do koszar 33. pułku piechoty, gdzie zostali umundurowani i przeszkoleni. W Krakowie socjaliści powołali doraźną milicję robotniczą pod komendą Ryszarda Kunickiego, to samo nastąpiło w Bielsku.

Konflikt PPS z komunistami miał przyczyny zarówno ideologiczne (stosunek najpierw do niepodległości państwa polskiego, potem do jego granic i ustroju), jak i taktyczne (rywalizacja o tę samą bazę społeczną). Kwestie taktyczne zaostrzyły się po proklamowaniu przez Komintern „jednolitego frontu robotniczego od dołu”, który sprowadzał się do próby przechwytywania zwolenników socjaldemokracji przez partie komunistyczne. Gdy Komunistyczna Partia Robotnicza Polski wystąpiła w kwietniu 1922 r. z propozycją wspólnych demonstracji pierwszomajowych, reakcja PPS była negatywna: milicja miała nie dopuścić do włączanie się komunistów w pochód, a nawet niszczyć ich sztandary. KPRP oceniła, że „bojówka odegrać miała rolę pomocniczego ramienia zbrojnego burżuazji”.

W miarę upływu czasu konflikt się zaostrzał. W styczniu 1924 r. bojówka PPS pobiła komunistę Piotra Szelenbauma z fabryki Lilpopa, w lipcu tego roku ponownie zaatakowano członków KPRP w tym zakładzie, 3 sierpnia milicja zaatakowała wiec komunistyczny w Teatrze Powszechnym, w wyniku czego zastrzelony został przez Andrzeja (Jędrzeja) Kowalskiego działacz kompartii Wiktor Biały. 6 września 1925 r. bojówka PPS dzielnicy Wola zamordowała komunistów Jana Łukasika i Henryka Przechorowskiego. 8 listopada tego roku doszło do starć podczas Kongresu Robotniczo-Chłopskiego zorganizowanego przez PPS w cyrku przy ul. Ordynackiej; straż porządkowa pobiła grupę działaczy komunizującej Niezależnej Partii Chłopskiej (B. de Nisau, Stanisława Ballina, Alfreda Fiderkiewicza, Feliksa Hołowacza, Adolfa Bona). 21 listopada Ballin został pobity w powiecie krasnostawskim.

Jeszcze bardziej krwawy był następny rok. Do prawdziwej masakry doszło 1 maja 1926 r. Według relacji komunisty: „Gdy razem z grupą towarzyszy znalazłem się na przeciwko Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, zobaczyłem, że auto ciężarowe z bojówkarzami, jadące na tyłach pochodu pepesowskiego, raptem się zatrzymało. Po chwili rozległa się salwa rewolwerowa, za nią druga, trzecia. To bojowcy PPS prażyli wprost w tłum, na oślep. […] nadjechały z boku auta z bojowcami PPS. Na wprost ministerstwa kolei rozległa się druga salwa. Pada śmiertelnie ranny robotnik komunista, Jan Gawlik. […] Trzecią i ostatnią salwę dali bojowcy PPS na placu Trzech Krzyży. Kule pepesowskie kładą tutaj trupem robotnika Gustawa Wudla, wielu innych ranią”. Maciej Rataj opisywał wydarzenia następująco: „Pochód PPS odbywał się według wszelkich reguł strategii. Oddziały bojowe uzbrojone, częściowo umieszczone na autach ciężarowych. Doszło dwukrotnie do starcia – na Krakowskim Przedmieściu i koło kościoła Aleksandra. Strzały – w wyniku 5 osób zabitych, 11 ciężej i lżej rannych. Policja pilnowała reguł boju, nie zachowując zresztą obiektywizmu: w momentach niebezpieczeństwa wkraczała, oddzielając PPS od napierających komunistów”. Natomiast Warszawski OKR wydał oświadczenie, w którym stwierdzał: „Wzięliśmy na siebie utrzymanie porządku i zażądaliśmy wycofania policji. Milicja PPS z zimną krwią porządek utrzymała”.

13 maja 1926 r. bojówka PPS (radny Kowalewski, Macanek, Jeger) zaatakowała wiec KPP na rogu Wolskiej i Okopowej. 27 czerwca doszło do krwawych starć między socjalistami i komunistami w czasie demonstracji PPS na ul. Piotrkowskiej w Łodzi (kilkunastu rannych). 5 września 1926 r. milicjanci (m.in. Jan Łaniewski, Jendryszek i Siemiątkowski) pomogli policji rozbić demonstrację Związku Młodzieży Komunistycznej, w wyniku czego zmarł Grünbaum. 26 września 1926 r. bojówkarze (Piłacki, Łokietek, Siemiątkowski, Preis, Dewódzki i inni) napadli na odczyt komunizującej PPS-Lewicy w teatrze Kamińskiego przy ul. Oboźnej. Podobnie wyglądała sytuacja w innych miastach, np. w Krakowie milicja PPS pobiła 14 maja grupę komunistów.

Apogeum konfliktu między dwiema marksistowskimi partiami miało miejsce w 1928 r. Już w lutym warszawska bojówka rozbiła wiec PPS-Lewicy w Poznaniu, pobity został lewicowiec Szwarc. W marcu podczas pogrzebu ofiar katastrofy budowlanej pobici zostali komunistyczni posłowie Jakub Gawron i Henryk Bitner. 1 maja Warszawą ponownie wstrząsnęły krwawe zajścia. Na pl. Teatralnym odbywały się równocześnie dwa wiece: komunistyczny i socjalistyczny. Według sprawozdania Komisariatu Rządu, w czasie przemowy komunistycznego posła Adolfa Warskiego „jeden z członków milicji uderzył laską Warskiego, który w odpowiedzi na to sięgnął po rewolwer i strzelił do bijącego go. Strzał ten był hasłem do ogólnej bójki. Posypały się strzały z obydwu stron i zawrzała walka na pięści, laski i noże”. „Gazeta Warszawska” z 2 maja 1928 r. tak opisywała dalszy przebieg wydarzeń: „od strony ul. Wierzbowej nadciągnął nowy duży pochód komunistów, prąc na środek placu ku grupom PPS. […] Z kontratakiem wystąpiła bojówka PPS, ulokowana na samochodzie ciężarowym, ochraniającym grupę PPS, na lewo od frontu Teatru Wielkiego od strony ul. Trębackiej. Stojący na samochodzie »milicjanci« wydobyli rewolwery i zaczęli strzelać salwami, większość w górę, wielu jednak strzelało w tłum”. „Naje Fołkscajtung” dodawała: „Padają salwy podług komendy. Całe grupy milicjantów pepesowskich, w gotowości bojowej, przyklękają i raz po raz strzelają”. Ofiarą miało paść 8 zabitych i 600 rannych. Bojówki PPS starły się też tego dnia z komunistami w Zagłębiu Dąbrowskim, Lwowie i Borysławiu.

Po tych wydarzeniach konferencja międzydzielnicowa warszawskiej organizacji PPS postanowiła „rozpocząć likwidację komunizmu w Warszawie”. Łokietek otrzymał owację, wręczono mu kwiaty. Jaworowski miał się wypowiedzieć, że „za jedyną skuteczną broń w walce ze wzrastającym komunizmem uważa siłę fizyczną”. Za słowami poszły czyny. Już 2 maja siedmioosobowa bojówka PPS z Woli z A. Kowalskim na czele napadła na delegata fabryki Lilpopa Rucińskiego. 2 czerwca miał miejsce najazd na Budy (35 milicjantów, m.in. A. Kowalski, jego brat Tomasz, Aleksander Krajewski, Jeger, Rogowiecki, Bednarek). Przygotowywany miał być też zamach na komunistycznego posła Konstantego Sypułę, co ujawnił sekcyjny milicji Piotr Jagodziński.

Zaostrzenie konfrontacji z komunistami mogło być spowodowane narastającym konfliktem wewnątrz PPS, w której prorządowe stanowisko WOKR rodziło coraz większy opór. W tej sytuacji piłsudczykowska frakcja Jaworowskiego mogła chcieć uwikłać partię w ofensywę antykomunistyczną. Skutek był jednak odwrotny. Agresywność bojówki spotkała się z niechęcią większości członków PPS. W rezultacie milicjanci zaczęli zwracać się przeciw własnym towarzyszom. Komisariat Rządu donosił, że WOKR usiłuje „nawet uciekając się do konieczności użycia siły fizycznej nie […] dopuścić do odbycia się walnych zebrań poza plecami OKR-u”, a bojówka terroryzuje na zebraniach opozycyjnych członków PPS. 4 lipca omal nie doszło do bójki w lokalu Związku Zawodowego Kolejarzy podczas przemówienia Zygmunta Żuławskiego, który krytykował Jaworowskiego. 20 sierpnia 1928 r. milicja nie wpuściła opozycjonistów na zebranie Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. 2 września milicjanci z Woli, Powązek i Powiśla zerwali odczyt Żuławskiego. Przygotowywany miał być też przez bojówkę zamach na socjalistycznych działaczy związkowych Stefana Haupe i Edwarda Zawadzkiego. Sytuacja dojrzała do rozłamu.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz, Piotr Grudka

Przypis:

  1. Rozwiązanie Milicji Ludowej i innych podobnych formacji opisano w artykule J. Tomasiewicza pt. „O wolność. Polskie socjalistyczne formacje zbrojne 1917–1920” w poprzednim numerze „Nowego Obywatela”.

Sprawiedliwość społeczna i katolicyzm. Ksiądz Antoni Szymański – pionier polityki społecznej w Polsce

Polityka społeczna jako dyscyplina naukowa ma w Polsce tradycje sięgające 1920 r., kiedy powstał Instytut Gospodarstwa Społecznego, i 1924 r., gdy powołano do życia Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej (PTPS). Od samego początku możemy mówić o kilku zasadniczych nurtach w jej obrębie: liberalnym (reprezentowanym przez Stanisława Głąbińskiego, Ferdynanda Zweiga czy Władysława Zawadzkiego); socjologiczno-strukturalnym (jego przedstawicielami byli Ludwik Krzywicki czy Stanisław Rychliński) oraz katolickim, tzn. traktującym politykę społeczną jako działalność praktyczną, dla której odniesieniem była nauka społeczna Kościoła. W tym ostatnim przypadku za najważniejszą postać reprezentującą ten kierunek należy bez wątpienia uznać ks. Antoniego Szymańskiego. Wśród licznych katolickich myślicieli i działaczy społecznych okresu międzywojennego zajmuje on ponadto pozycję wyjątkową. Śmiało można nazwać go liderem obozu katolicko-społecznego w II Rzeczypospolitej.

***

Antoni Szymański urodził się w miejscowości Praszka w powiecie wieluńskim 27 października 1881 r.1 Po ukończeniu szkoły elementarnej w rodzinnym mieście, podjął naukę w gimnazjum w Częstochowie, zaś po zdaniu matury wstąpił w 1900 r. do seminarium duchownego we Włocławku. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1904 r. Wkrótce po tym, pomimo sprzeciwu rosyjskich władz, udało mu się wyjechać na studia z zakresu filozofii i nauk społecznych na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium. Zetknął się tam z wybitnymi przedstawicielami katolickiej nauki społecznej: Marcelem Defournym i kard. Désiré-Josephem Mercierem. W październiku 1907 r. uzyskał stopień doktora filozofii na podstawie pracy napisanej pod kierunkiem Defourny’ego, a zatytułowanej „La démocratie chrétienne en France”, która trzy lata później wydana została w języku polskim2.

Po powrocie ze studiów został wikariuszem parafii kolegiackiej w Kaliszu, a następnie profesorem filozofii i nauk społecznych w seminarium duchowym we Włocławku. Z Włocławkiem związany był przez następne 10 lat, do roku 1918. W miejscowym seminarium prowadził w tym okresie zajęcia z logiki, socjologii, zasad wiary, pedagogiki i dydaktyki oraz prawa cywilnego. W 1909 r. z inicjatywy ks. Idziego Radziszewskiego zostało powołane we Włocławku pismo „Ateneum Kapłańskie”, którego redaktorem został ks. Szymański. Funkcję tę pełnił do 1918 r. Za sprawą osobistych zainteresowań redaktora poczesne miejsce na łamach pisma od początku zajmowała problematyka społeczna. Z jego też inicjatywy powołano do życia w 1917 r. serię wydawniczą pod nazwą Biblioteka „Ateneum Kapłańskiego”. W latach tych opublikował na łamach pisma ok. 60 artykułów oraz dużą liczbę recenzji, not i sprawozdań. Z dorobku pisarskiego ks. Szymańskiego tamtego okresu wymienić trzeba koniecznie trzy książki: „Katolicyzm socjalny we Francji”, „Studia i szkice społeczne” oraz pierwszą edycję „Zagadnień społecznych”3.

W 1918 r. przyjął propozycję rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (KUL) i przeniósł się na tę powołaną właśnie do życia placówkę naukową. Prowadził tam wykłady z zakresu polityki społecznej i ekonomicznej, socjologii, etyki oraz historii katolicyzmu społecznego na Wydziale Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych, Wydziale Prawa Kanonicznego oraz Wydziale Nauk Humanistycznych. W 1919 r. uzyskał habilitację z nauk społecznych na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W roku akademickim 1920-1921 pełnił obowiązki dziekana Wydziału Prawa Kanonicznego i Nauk Moralnych, w latach 1931-1933 był natomiast dziekanem Wydziału Nauk Społeczno-Ekonomicznych, od 1922 do 1926 sprawował również funkcję wicerektora KUL. Od 1930 r. pełnił obowiązki opiekuna Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”.

Z jego inicjatywy odbywały się od 1922 r. rokrocznie tzw. Tygodnie Społeczne na wzór francuskich Semaines sociales, uruchomionych w 1904 r. przez Mariusa Gonina i Adéodata Boissarda. Do 1933 r. tradycyjnie były one organizowane w Lublinie, w 1934 r. w związku z nowymi przepisami państwowymi ograniczającymi wolność akademicką nie odbyły się, a kolejną ich edycję przeniesiono do Krakowa w 1935 r. Eksperyment ten okazał się na tyle udany, że kolejne Tygodnie Społeczne zorganizowano we Lwowie i w Wilnie, ostatnie dwa wróciły jednak ponownie do Lublina4. Kierował też Związkiem Seniorów „Odrodzenie”, powołanym do życia w 1926 r. w Warszawie, który następnie został przemianowany w Związek Polskiej Inteligencji Katolickiej „Odrodzenie”, a w 1931 r. na Związek Polskiej Inteligencji Katolickiej, którego został prezesem.

Organem prasowym Związku w 1929 r. był miesięcznik „Prąd”, redagowany wówczas przez ks. Szymańskiego. W 1928 r. założył on w Lublinie Towarzystwo Wiedzy Chrześcijańskiej, prowadzące działalność wydawniczą (m.in. przeznaczony dla robotników miesięcznik „Front Pracy”) oraz udzielające stypendiów naukowych i zapomóg. W 1933 r. został członkiem tzw. Unii Mechlińskiej (Union Internationale d’Etudes Sociales de Malines), powołanej w 1920 r. z inicjatywy wspominanych już Defourny’ego i kard. Merciera5.

W tym samym roku został wybrany rektorem KUL, ponownie zaś w 1936 r. Dzięki jego staraniom uczelnia ta na mocy Ustawy Sejmu RP z 9 kwietnia 1938 r. otrzymała prawo przysługujące uczelniom państwowym do nadawania wszystkich stopni naukowych na wszystkich wydziałach. W 1934 r. z inicjatywy Prymasa Polski ks. Augusta kard. Hlonda oraz na życzenie papieża Piusa XI powołana została do życia Rada Społeczna przy Prymasie Polski, której głównym celem miało być popularyzowanie programu zawartego w encyklice społecznej Quadragesimo anno. Prezesem Rady został ks. Antoni Szymański, a w skład jej wchodzili luminarze katolickiej myśli i działalności społecznej w Polsce, m.in. Leopold Caro, Ludwik Górski, bp. Teodor Kubina, ks. Aleksander Wóycicki, ks. Jan Piwowarczyk, Czesław Strzeszewski, ks. Stefan Wyszyński6.

Po wkroczeniu 18 września 1939 r. do Lublina armii niemieckiej, ks. Szymański wraz z innymi profesorami KUL został aresztowany i osadzony na lubelskim Zamku. Następnie przebywał w areszcie domowym. Usiłował organizować tajne nauczanie dla studentów KUL oraz pomoc dla pracowników i ich rodzin. Od grudnia 1940 r. mieszkał w Bełżycach, gdzie pełnił obowiązki wikariusza. Tam zmarł 9 października 1942 r. i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Po wojnie jego ciało ekshumowano i przeniesiono do grobowca Radziszewskich w Lublinie.

***

Ksiądz Szymański jawi się jako jeden z pionierów polityki społecznej w Polsce. Jego książka pt. „Polityka społeczna” była de facto pierwszym podręcznikiem dotyczącym tej problematyki napisanym w języku polskim. Ujmował w niej politykę społeczną jako troskę o warstwy pracujące, ze szczególnym uwzględnieniem pracowników fizycznych. Czytamy tam, iż „przedmiotem polityki społecznej jest dobro warstwy najemnej w ogóle, a w szczególności pracy fizycznej, lub inaczej określenie należytego stosunku między pracodawcami i pracobiorcami. Chodzi głównie o pracowników fizycznych, czyli robotników miejskich i wiejskich. W okresie wojny w nie mniej ciężkim, a może cięższym położeniu znaleźli się pracownicy biurowi i umysłowi. Stąd powstało zagadnienie rozszerzenia polityki społecznej na te warstwy”7.

Tego typu rozumienie polityki społecznej jest dalekie od współcześnie obowiązującego, jednak bliskie ujęciom dominującym w tamtym czasie. Polityka społeczna, jak podkreślał Szymański, tym różni się od pomocy społecznej, że o ile w przypadku tej drugiej mamy do czynienia z jednostkami oraz stawianiem spraw społecznych na gruncie miłosierdzia i litości, o tyle jeśli chodzi o pierwszą dotyczy ona mas, opiera się o cnotę sprawiedliwości, a nie miłosierdzia, więc w związku z tym w o wiele większym stopniu może posługiwać się przymusem, działaniami odgórnymi8.

Dokonując charakterystycznego dla katolickiej nauki społecznej rozróżnienia na sprawiedliwość zamienną, rozdzielczą (według nomenklatury Szymańskiego: szafującą) oraz społeczną, kładł on szczególny nacisk, podobnie jak to uczynił kilka lat później Pius XI w encyklice Quadragesimo anno, na potrzebę konsekwentnej realizacji tej ostatniej. W tym upatrywał niejako warunku sine qua non naprawy istniejących stosunków społecznych. Jak podkreślał, przedmiotem tej sprawiedliwości jest wszystko to, co konieczne dla dobra powszechnego, nie zaś tylko pożądane czy właściwe. W jej obręb wchodzi również dobro klasowe, społeczeństwo bowiem nie jest złożone jedynie z samych jednostek. „Jest ono czymś więcej niż sumą indywidualnych dóbr ludzi wchodzących w skład tej klasy; jest jakby gatunkiem dobra powszechnego […]. Wśród tych klas zawsze są klasy uboższe, usunięte od dobrodziejstw cywilizacji, niekiedy wyzyskiwane. Otóż sprawiedliwość społeczna wymaga, aby takiej klasie przyjść z pomocą celem podniesienia jej dobrobytu. Będzie to owa providentia singularis, skierowana ku ubogim i uciśnionym, obok providentia generalis, której przedmiotem jest dobro powszechne”9.

W życiu społecznym obowiązki sprawiedliwości zbyt często utożsamia się z obowiązkami miłości, co zdaniem ks. Szymańskiego nie jest wystarczające. O wiele łatwiej określić obowiązki sprawiedliwości w relacjach indywidualnych (reguluje je sprawiedliwość wymienna), ale i w relacjach społecznych i stosunkach pomiędzy poszczególnymi klasami nie można się od tego uchylać. „Trzeba tu ocenić nie tylko wzajemne prawa i obowiązki w danym ustroju, ale i sam ustrój, który zależy od różnorakich przyczyn”10. Tak na przykład, wysuwając postulat dodatków rodzinnych, ks. Szymański zdecydowanie stawiał go na gruncie cnoty sprawiedliwości, wskazując, że pracodawcy mają obowiązek przychodzić z pomocą swoim pracownikom znajdującym się w trudnym położeniu, że wychodzi to z pożytkiem dla nich samych, albowiem liczna rodzina umożliwia rozwój produkcji bez uciekania się do emigracji, że rodziny wielodzietne działają też na korzyść całego państwa, wychowując dla niego obywateli, pracowników czy żołnierzy. W związku z tym winny one otrzymywać określony ekwiwalent za ponoszenie kosztów i wysiłków służących dobru narodowemu11.

Sprawiedliwość winna jednak być uzupełniona również miłością: „Otóż warstwy bogatsze, uczeńsze, szczęśliwsze mają obowiązek ułatwić biedniejszym i najniższym, zwłaszcza od siebie zależnym, udział w dobrach cywilizacyjnych. Nie chodzi o zastąpienie obowiązków sprawiedliwości obowiązkami miłości, lecz o spełnianie obowiązków miłości obok takichże sprawiedliwości. […] Niekiedy niezawodnie pod wpływem liberalizmu spotyka się uszczuplenie obowiązków sprawiedliwości na rzecz obowiązków miłości. Zdarza się to np. wtedy, gdy uzyskanie środków na wypełnienie jakichś obowiązków uzależnia się nie od sprawiedliwości, ale od miłości”12. Położenie akcentu na obowiązki miłości jest czymś, co zdaniem ks. Szymańskiego odróżnia katolicyzm społeczny od socjalizmu. Obydwa kierunki są zgodne co do roli i znaczenia sprawiedliwości jako podstawy ustroju społecznego, natomiast różnice pomiędzy nimi zachodzą w kwestii podejścia do problemu obecności miłości w życiu społecznym. Socjalizm, jak pisał, lekceważy miłość „którą utożsamia z miłosierdziem, a dla miłości chrześcijańskiej nie ma żadnego zrozumienia, nie może jej pojąć. Katolicyzm socjalny mówi głównie o obowiązkach, a w drugim rzędzie o prawach, socjalizm prawie wyłącznie o prawach. Katolicyzm socjalny stara się złagodzić namiętności, socjalizm podnieca je i świadomie budzi »ludu gniew« przeciw warstwom wyższym, »burżuazyjnym«”13.

***

W swoich poglądach społeczno-gospodarczych czy też, szerzej, filozofii przez siebie głoszonej, ks. Szymański stał na stanowisku personalistycznym, przeciwstawiając się zarówno indywidualizmowi, jak i kolektywizmowi. Ten pierwszy jego zdaniem swoje źródło ma już w średniowiecznym nominalizmie, jednak do ekstremum rozwinięty został w epoce Oświecenia, zdobywając wkrótce wręcz monopolistyczną pozycję. Również i katolicyzm społeczny zainfekowany został tego rodzaju myśleniem, czego wyrazem były przede wszystkim różne nurty tzw. liberalizmu katolickiego, szczególnie dobrze rozwijające się we Francji. Cechą charakterystyczną ujęcia indywidualistycznego jest postrzeganie jednostki jako jedynej właściwej rzeczywistości oraz miary wszelkich zjawisk społeczno-gospodarczych, uznanie społeczeństwa czy grup społecznych za zjawiska wyłącznie ilościowe, powstające na mocy umowy społecznej (państwo) lub prywatnej (rodzina). Skoro zaś społeczeństwo nie stanowi całości organicznej, nie może być mowy o istnieniu jakiegoś dobra ponadjednostkowego (powszechnego, zawodowego). Jeśli nawet pojęcie dobra wspólnego jest używane, stanowi ono jedynie pewien zabieg leksykalny czy metaforę na oznaczenie po prostu dobra jak największej liczby ludzi.

Druga konsekwencja liberalizmu to przekonanie o samorodności instytucji gospodarczych, samorodnej harmonii interesów powstającej na skutek uzgodnienia jednostkowych egoizmów oraz podobnej harmonii w stosunkach pracy. Tymczasem, jak pisał ks. Szymański, co prawda istnieją określone prawa ekonomiczne „jednak nie posiadają bezwzględności praw przyrodniczych. Można wpływać na ich przebieg, można korygować ich działanie. Tak np. prawo podaży i popytu wpływa na cenę towarów i pracy, ale można przez świadomą interwencje władz publicznych, organizacji lub opinii utrzymać płacę i cenę na pewnym poziomie, który nie przynosi strat, nie sprzeciwia się prawu korzyści gospodarczej, ale uniemożliwia pokrzywdzenie jednej lub drugiej strony. […] Społeczeństwo i gospodarstwo nie są tworem przyrody, na którą rozum i wola nie mają wpływu; nie są mechanizmem, który działa automatycznie. Są uporządkowanym zespołem działalności ludzkiej na podłożu warunków przyrodzonych”14.

Wedle liberalizmu stojącego na gruncie indywidualistycznym, bieda robotnika w ustroju kapitalistycznym w każdym przypadku wynika z jego niedostatecznych starań, lenistwa, rozrzutności itp., nigdy zaś z uwarunkowań systemowych i z wadliwej budowy ustroju gospodarczego. To ostatnie przekonanie bowiem zaprzeczałoby centralnemu mitowi liberalizmu na temat samorodnej harmonii stosunków gospodarczych. Ma ono wskazywać na niepodważalność tzw. praw ekonomicznych i ich całkowitą niezależność od innych sfer życia, które rządzą rzeczywistością gospodarczą. Tym samym zaś na absolutną autonomię ekonomii jako nauki. Ksiądz Szymański, nie zaprzeczając odrębności i samoistności ekonomii, sprzeciwiał się zdecydowanie jej separacji od etyki, wskazując, że co prawda stanowią one odrębne dziedziny nauki, jednak zachodzą pomiędzy nimi związki choćby z tego powodu, że obydwie mają wspólny przedmiot materialny, tj. działalność ludzką15. Tymczasem jednak przedstawiciele szkoły liberalnej, odrzucając tego rodzaju roszczenia, wskazywali, że jest to po prostu niemożliwe z tego powodu, iż ekonomia rządzi się swoimi prawami, analogicznymi do praw fizycznych czy matematycznych, a porządek gospodarczy czy instytucje o tym charakterze powstają samorzutnie, nie wskutek jakichś ludzkich planów czy przedsięwzięć. Z tego wypływał więc wniosek, że należy po prostu pozostawić wszystko własnemu biegowi, jak najmniej się wtrącać w tę sferę, jak najmniej regulować owe procesy, a ta naturalna homeostaza samorzutnie zostanie stworzona czy przywrócona.

W tej perspektywie wszelkie więc niedomagania życia gospodarczego wynikałyby jedynie z niedoskonałości „czynnika ludzkiego”. Dla ks. Szymańskiego stanowisko tego rodzaju wynikało z nierozróżniania dwóch determinizmów: przyrodniczego i społecznego. O ile w przypadku tego pierwszego mamy do czynienia ze ścisłymi prawidłowościami i powtarzalnością, o tyle w przypadku drugiego już taka precyzja nie zachodzi, „w nim termin »ściśle« zastępuje się terminem »około«, »mniej więcej«, »ut in pluribus«, jak mówił św. Tomasz. A to dlatego, że czynności ludzkie nie są zdeterminowane, lecz wolne, jak to uzasadnia psychologia racjonalna”16. Powtarzalność, z którą mamy do czynienia w ludzkich działaniach i zachowaniach w rzeczywistości społecznej, wynika z różnych względów. To pewne ludzkie przyzwyczajenia, skłonność człowieka do naśladownictwa, kierowanie się podobnymi pobudkami, pewnie też określona, zbliżona struktura psychofizyczna każdej istoty ludzkiej. Na tej podstawie można ustalić pewne prawidła społeczne, nie mają one jednak tej deterministycznej mocy obowiązywania, jaka istnieje w świecie przyrody, gdzie po prostu inny przebieg zjawisk jest wykluczony. Nauka empiryczna, jaką jest ekonomia, bada tę rzeczywistość taką, jaka ona jest i może się zdarzyć, że stwierdzi istnienie jakiegoś prawa niemoralnego. Ksiądz Szymański jako przykład podaje prawo wyzysku robotnika i konsumenta przez ceny monopolistyczne. Jednakże jest to prawo empiryczne, mówiące jak jest, a nie jak być powinno. Kiedy „ekonomista stwierdzi istnienie takiego prawa, jego natężenie, jego źródła i następstwa, moralista i polityk gospodarczy wyda o nim sąd. Ekonomista przekroczyłby granice swej nauki, gdyby prawo empiryczne uznał za normatywne. […] Takie ekonomiczne prawa, które stwierdzą jakąś ewolucję niemoralną, nie są w gruncie rzeczy prawami ekonomicznymi, są wyrazem upadku i zboczenia, a nie zdrowego stanu gospodarstwa społecznego”17.

Oczywiście ekonomia ma wymiar również teoretyczny, nie tylko empiryczny. W wydaniu liberalnym, zdaniem ks. Szymańskiego, nie jest ona jednak czysto teoretycznym ujęciem życia gospodarczego, stanowi bowiem również politykę gospodarczą i społeczną. Prawa, które formułuje, traktuje zaś jako normatywne, mające wręcz status praw przyrodzonych: „Co więcej, wiele swoich teorii i praw oparła na błędnych założeniach filozoficzno-społecznych, jak indywidualizm, hedonizm. To było przyczyną, dlaczego, mimo wielu zasług naukowych, wyrządziła tyle złego w życiu gospodarczym, np. poprzez wyeliminowanie etyki z polityki ekonomicznej i społecznej, […] przez uprawnienie nieograniczonego panowania prawa podaży i popytu, wolności gospodarczej itp. Inaczej można to przedstawić w ten sposób, że ekonomia liberalna składa się z dwóch części: poszczególnych teorii ekonomicznych jako wyrazu rzeczywistości gospodarczej, i z teorii światopoglądowych, zgodnie z którymi pragnie urobić życie gospodarcze”18.

Taką teorią światopoglądową jest uznanie wolności gospodarowania za nienaruszalną, naturalną, absolutną zasadę kierowniczą całego porządku gospodarczego. Czym innym bowiem, jak słusznie zauważa ks. Szymański, jest badanie wolności gospodarczej i tego, jak wpływa ona na podział dochodu społecznego, tworzenie monopoli, kształtowanie się płac, wzrost bogactwa narodowego, a czym innym wskazywanie na nią jako nienaruszalny fundament. Czym innym też jest badanie roli zysku w pobudzaniu człowieka do zwiększenia swej aktywności, poprawy statusu materialnego, a czym innym arbitralne stwierdzenie, że zasada jednostkowego interesu rządzi wszystkimi ludzkimi zachowaniami. Teoria spiżowego prawa płacy Davida Ricardo nie dlatego więc była błędna, iż wskazywała na pewne prawidłowości, z którymi mieliśmy do czynienia w czasach rozwijającego się kapitalizmu, ale ponieważ została uznana przez niego za coś nienaruszalnego, zasadę, której nie sposób zmienić, trzeba więc biernie się jej podporządkować. Ekonomia teoretyczna jest więc zdaniem ks. Szymańskiego niezależna od etyki, ale nie w sposób bezwzględny. Stwierdzał on, że co prawda etyka nie wpływa w sposób pozytywny na ekonomię, tzn. nie zakreśla jej obszaru zainteresowania, nie daje jej pojęć czy założeń metodologicznych, jednak wpływa w sposób negatywny: „Dlatego, że ekonomika teoretyczna nie przestaje być nauką o działalności ludzkiej, która zawsze, we wszystkich dziedzinach podlega etyce, oraz dlatego że ekonomika teoretyczna jest częścią ekonomiki, która w swej istocie jest nauką praktyczną”19. Tym bardziej więc polityka ekonomiczna, a w jeszcze większym stopniu polityka społeczna, muszą mieć wzgląd na wymagania etyczne i powinny podlegać w pewnym stopniu, rzecz jasna nie całkowicie, wymogom moralnym. Nie wystarczy sama zasada moralna, aby prowadzić politykę gospodarczą, konieczna jest znajomość mechanizmów życia gospodarczego, ponieważ najszlachetniejsze pobudki mogą prowadzić do katastrofalnych skutków; również jednak ignorowanie wskazówek moralnych jest całkowicie nie do przyjęcia.

Ufundowany na indywidualizmie ustrój gospodarczy, zdaniem ks. Szymańskiego, jest dla katolików nie do zaakceptowania, stąd „z radością witają oni każdą prawdziwą lub mniemaną oznakę rozkładu tego ustroju, do walki z nim nawołują wszystkich”20. Nie znaczy to jednak, aby stanowił on rodzaj zła absolutnego. Posiada pewne zalety: wyzwala pracowitość, przedsiębiorczość, kreatywność, stymuluje rozwój życia gospodarczego, a tym samym i bogactwa, dzięki któremu można finansować choćby program polityki społecznej. Pisząc o wadach gospodarki kapitalistycznej, wskazywał on na „trafiające się od czasu do czasu kryzysy, nieraz ciężkie; wadliwy rozdział dochodu społecznego, wielkie bogactwo obok wielkiej biedy; uzależnienie produkcji od zysku, zwłaszcza od interesu finansjery; przewagę kapitału nad pracą; gospodarczą bezdomność i sproletaryzowanie pracobiorców; dobre warunki dla walki klasowej”21.

Ostatni z wymienionych punktów naprowadza nas na kolejne zagadnienie, a mianowicie stosunek do kolektywizmu. Bezpardonowa krytyka indywidualizmu i ufundowanego na nim ustroju gospodarczego nie oznaczała bowiem akceptowania przez ks. Szymańskiego rozwiązań przeciwstawnych, lansowanych przez kierunki kolektywistyczne, na czele z marksizmem. Kolektywizm w każdej postaci, jego zdaniem, depersonalizuje osobę ludzką, która przestaje żyć w tego rodzaju ustroju własnym życiem, stając się jedynie częścią kolektywu. Stawia się tutaj na pierwszym miejscu zbiorowość mającą „własne życie, własne prawa istnienia i działania”22, jednostka zaś żyje jedynie przez zbiorowość i dla zbiorowości. Konsekwencjami są totalizm i dyktatura. Z owym pochłanianiem jednostki przez zbiorowość nie mamy do czynienia jedynie w przypadku komunizmu, którego krytyce ks. Szymański poświęcił szereg prac, ale i faszyzmu oraz narodowego socjalizmu. Obydwa te kierunki powstały jako reakcja na liberalizm oraz socjalizm i obydwa, jak pisał Szymański, „uległy wpływom socjalizmu, oba też wiele zawdzięczają poglądom katolickich pisarzy”23. Akcentowanie wpływów katolickich pisarzy na kształtowanie się faszyzmu i narodowego socjalizmu jawi się jako dość zaskakujące, zwłaszcza u duchownego katolickiego i jednocześnie zdecydowanego krytyka obydwu wspomnianych doktryn i ustrojów. Szymańskiemu, jak się wydaje (nie pisał bowiem tego wprost), chodzi o takie elementy faszyzmu i narodowego socjalizmu, jak odrzucenie walki klas, solidaryzm, akcentowanie społecznego charakteru własności i pracy czy korporacjonizm24. W każdej jednak z tych kwestii koncepcje te idą krok dalej niż katolicyzm, nadmiernie akcentując moment społeczny, a jednocześnie osłabiając ten prywatny, jednostkowy. W związku z tym są nie do przyjęcia z personalistycznego punktu widzenia, przy którym ks. Szymański twardo obstawał.

Właśnie personalizm stanowić ma jego zdaniem koncepcję, która przezwycięża antynomię indywidualizmu i kolektywizmu. Harmonizuje on i uzgadnia elementy, które w tych stanowiskach są wartościowe, odrzucając przy tym zdecydowanie pewne charakterystyczne dla nich przerosty, tzn. skrajne czy jednostronne interpretacje określonych idei i wartości konstytutywnych dla podejścia indywidualistycznego bądź kolektywistycznego. W świetle stanowiska personalistycznego człowiek jest całkowitą rzeczywistością i miarą wartości, w związku z tym nie może być środkiem służącym do realizacji innych, nawet najbardziej szczytnych celów. Jednak nie jest też samowystarczalny, nie może żyć ani rozwijać się w odosobnieniu. Bez grupy społecznej nie jest on w stanie ani normalnie funkcjonować, ani się doskonalić. Społeczeństwo zaś nie ma charakteru wyłącznie ilościowego, jak chce tego liberalizm, lecz jakościowy, jest „zorganizowaną całością, która przenika pewien porządek moralny, prawny, ekonomiczny. Ale nie jest substancją, nie ma własnego indywidualnego rozumu i woli, istnieje i działa jako funkcja ludzi”25. Nie składa się też wyłącznie z jednostek, ale i z mniejszych grup jak rodzina, stan zawodowy, dobrowolne zrzeszenia, stanowiąc, wedle formuły ukutej przez Akwinatę, jedność powstałą z dobrego złożenia wielości26. Ponieważ istnieje społeczeństwo, to również istnieje dobro powszechne, różne od sumy dóbr indywidualnych, choć będące warunkiem ich istnienia i pomyślności. Winno być ono przedmiotem troski władzy, zwłaszcza tej państwowej. Skoro człowiek jest istotą społeczną i poza grupą nie może w pełni stać się człowiekiem, ma zatem obowiązek dbać w swoim działaniu o dobro powszechne, a nawet poświęcać w niektórych sytuacjach dla niego własne dobro.

***

Idea chrześcijańskiego ustroju gospodarczego, którą propagował ks. Szymański, miała być oparta właśnie na zasadach personalistycznych. Ustrój chrześcijański rozumiał on bardzo szeroko. Nie chodziło tutaj bowiem o określone rozwiązania techniczne, które miały być dla niego charakterystyczne, ale po prostu o zgodność z katolickim nauczaniem. W związku z tym, za chrześcijański można uznać jego zdaniem każdy ustrój, o ile nie sprzeciwia się on katolickiej nauce i realizuje zasady jej moralności27. Stopień chrześcijańskości ustroju może być różny, może on też doskonalić się pod tym względem: „tak np. w ustroju poddaństwa można zachować zasadnicze prawa człowieka, ale doskonalszym jest system najemnictwa, a od tego system współpracy”28.

Naczelną dyrektywą, którą wysuwał ks. Szymański, jeżeli chodzi o urządzenie stosunków społeczno-gospodarczych w duchu chrześcijańskim, jest umiar. Szkodliwy wedle niego jest zarówno nadmierny konserwatyzm, chcący za wszelką cenę zachować stan istniejący i wzdragający się przed jakimikolwiek zmianami, jak i radykalizm, usiłujący zmieniać rzeczywistość w sposób gwałtowny, nie licząc się z kosztami, jakie tego rodzaju przewroty mogą za sobą pociągnąć. Aby uniknąć pułapek konserwatyzmu i radykalizmu należy jego zdaniem „a) wyrabiać w sobie wrażliwość na sprawiedliwość i miłość. Dobrobyt i spokój nie powinien zasłaniać biedy i nieszczęść ani doprowadzać do przekonania, że biedny i nieszczęśliwy to winowajca, człowiek prawie bez czci i sumienia […]; b) poznać zasady, principiis obsta, i znać się gruntownie na tych instytucjach i przejawach, które się chce reformować; c) zachować rozumny krytycyzm wobec istniejących urządzeń, a przede wszystkim względem wszelkich nowinek i gwałtownych prądów. Ani zasadnicza negacja, ani lecenie na oślep, ale zbadanie i rozsądek. Roztropność jest wielką cnotą; d) pamiętać, że reforma zawsze zaczyna się od odnowienia psychiki ludzkiej, że sama zmiana warunków zewnętrznych niewiele znaczy, że raju na ziemi nigdy nie będzie, że bogactwo nie stanowi o szczęściu; e) przejąć się tą zasadą, że wiedza, władza ma być służbą prawdzie i bliźnim, a nie sobie”29.

Tego rodzaju ustrojem odpowiadającym zasadom chrześcijańskim, miał być propagowany przez ks. Szymańskiego korporacjonizm. Ta idea została spopularyzowana w środowiskach katolickich przede wszystkim za sprawą encykliki Quadragesimo annoPiusa XI. Podkreślał on wyraźnie, że korporacjonizm jest przede wszystkim ustrojem społecznym, stanowi on wyraz personalistycznego poglądu na budowę społeczeństwa, a w związku z tym jest nie do pogodzenia z ustrojem gospodarczym opartym na filozofii indywidualistycznej czy kolektywistycznej. Zatem zdecydowanie odrzucał faszystowską wersję korporacjonizmu urzeczywistnianą we Włoszech Mussoliniego30.

***

Koncepcje rozwijane przez ks. Antoniego Szymańskiego z pewnością nie należą do wyjątkowo oryginalnych na gruncie katolickiej nauki społecznej. Jednak nie mamy u niego do czynienia wyłącznie z pasją syntetyzowania czy też omawiania, przybliżania szerokim masom nauczania społecznego Kościoła. Podejmował cały szereg najbardziej aktualnych problemów swoich czasów, usiłując je naświetlać z punktu widzenia doktryny katolickiej. Stąd zajmowały go również kwestie dotyczące choćby komunizmu oraz charakteru przemian społeczno-gospodarczych w ZSRR, zagadnienia przebudowy korporacyjnej we Włoszech i kierunku, jaki ona przyjęła, problematyka kryzysu gospodarczego i prób jego przezwyciężenia. Jawił się tutaj jako przenikliwy badacz i komentator, potrafiący uchwycić istotę dokonujących się przemian i zdiagnozować różnorakie problemy w całej ich złożoności.

Przypisy:

  1. Informacje biograficzne na podstawie: C. Strzeszewski, Śp. ks. Antoni Szymański, „Roczniki Nauk Społecznych” 1949; K. Rulka, Pierwsze dziesięciolecie „Ateneum Kapłańskiego” [w:] Ateneum Kapłańskie 1909-2009, pod. red. K. Rulki, Włocławek 2009; Ks. Z. Pawlak, Ks. Antoni Szymański – profesor Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku i redaktor „Ateneum Kapłańskiego” [w:] Ksiądz Antoni Szymański (1881-1942). Rektor – uczony – działacz społeczny, pod red. ks. S. Fela, M. Wódki OFMConv, Lublin 2013; ks. E. Walewander, Ksiądz Antoni Szymański i jego zasługi dla Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego [w:] Ibid.; G. Matuszkiewicz, Szymański Antoni [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. 50, Warszawa-Kraków 2014-2015.
  2. A. Szymański, Poglądy demokracyi chrześcijańskiej we Francyi 1892-1907, Poznań 1910.
  3. A. Szymański, Katolicyzm socyalny we Francji, Włocławek 1911; tegoż, Studya i szkice społeczne, Warszawa 1913; tegoż, Zagadnienia społeczne, Włocławek 1916.
  4. K. Turowski, „Odrodzenie”. Historia Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej, Warszawa 1987, ss. 249-255.
  5. J. Majka, Katolicka nauka społeczna. Studium historyczno-doktrynalne, Rzym 1986, s. 283.
  6. C. Strzeszewski, Ośrodki katolickiej myśli społecznej [w:] Historia katolicyzmu społecznego w Polsce 1832-1939, pod red. C. Strzeszewskiego, R. Bendera, K. Turowskiego, Warszawa 1981, s. 402.
  7. x. Dr. A. Szymański, Polityka społeczna, Lublin 1925, s. 1.
  8. Ibid., s. 2.
  9. Ibid., s. 20.
  10. Ibid., s. 25.
  11. Ibid., s. 407 i n.
  12. Ibid., s. 29.
  13. Loc. cit.
  14. A. Szymański, Zagadnienia społeczne, wydanie III przerobione, Lublin 1939, ss. 16-17.
  15. A. Szymański, Ekonomika i etyka, Lublin 1936, s. 9.
  16. Ibid., ss. 50-51.
  17. Ibid., ss. 53-54.
  18. Ibid., ss. 56-57.
  19. Ibid., s. 72.
  20. A. Szymański, Katolicyzm socyalny…, op. cit., s. 18.
  21. A. Szymański, Zagadnienia…, op. cit., s. 157.
  22. Ibid., s. 20.
  23. Ibid., s. 35.
  24. Ibid., ss. 37-38.
  25. Ibid., s. 8.
  26. A. Szymański, Korporacjonizm, „Prąd” 1938, t. 36, ss. 202-203.
  27. A. Szymański, Zagadnienia… op. cit., s. 148.
  28. Ibid., s. 149.
  29. Ibid., s. 151.
  30. A. Szymański, Mussolini i korporacyjna przebudowa Włoch, Lublin 1927.

Chłopi, rewolucja rosyjska i republiki ludowe

Koniec I wojny światowej nie bez przyczyny zbiegł się z rewolucją rosyjską. Nadgryzione rewolucją francuską, resztki feudalnych złogów ostatecznie dogorywały w absolutystycznych imperiach XIX wieku. Rozsadzały je od środka wyczerpane możliwości, ale i pieczołowicie drążyły je także dwa krety i przez cały XIX wiek porządnie je podgryzły. Te dwa krety to radykalne nurty polityczne i emancypacja robotnicza oraz narody dążące do samostanowienia. W Polsce, jak w soczewce, oba te nurty zlewały się w jedno wraz z nadziejami, jakie budziło możliwe odzyskanie niepodległości. Możemy się jednak bardzo pomylić, jeżeli nasze spojrzenie na kwestię niepodległości zaciemniać będzie takie myślenie o niepodległości, z którego wymazuje się głębokie podziały, jakich to społeczeństwo doświadczało. Podziały te wpływały na jego wyobrażenia o sobie, ale także na kształt i wizję przyszłości młodego państwa. Część tych marzeń łączyła się z odnowieniem „zaklętych” w zaborach stosunków folwarcznych, a część z pulsującymi przez cały XIX wiek pragnieniami wolności, równości i sprawiedliwości.

Doskonale to wszystko ilustruje powstanie w 1918 r. republik chłopskich w Pińczowie i Tarnobrzegu. Dla chłopów kwestia polskości nie była przebudzeniem się z letargu systemu pańszczyźnianego, ale kwestią powszechnej wolności i równości. Powstanie i istnienie tych republik pokazało ponadto, w jaki sposób dwie radykalnie różne koncepcje narodu polskiego ostatecznie zlały się w jedno i zatarły swoje historyczne znaczenie.

Dwa narody

W połowie XVI wieku ukształtował się w Polsce (Rzeczpospolitej Obojga Narodów) system polityczno-ekonomiczny, który łączył elementy radykalnie postępowe z radykalnie wstecznymi. Władza królewska od 1574 r. nie była przekazywana dynastycznie, lecz polegała na wolnej elekcji, czyli wyborze króla spośród arystokracji w trakcie obrad wszystkich uprawnionych do głosowania. W porównaniu z konsolidującymi się monarchiami absolutystycznymi krajów Europy Zachodniej był to niebywały postęp. Bez dużej przesady można powiedzieć, że był to pierwszy zalążek demokracji, gdzie taka władza przestaje być dynastyczną własnością, a polega na wyborze. W dojrzałych demokracjach zakłada się uniwersalne pojęcie obywateli, a więc wszystkich, którzy (po spełnieniu warunku pełnoletniości) mogą wybierać swoich reprezentantów, bez względu na wykształcenie czy status majątkowy. Koncepcja tzw. demokracji szlacheckiej zawierała podobnie uniwersalne pojęcie: narodu. Każdy, kto był częścią narodu, miał prawo wybierać króla, niezależnie od swojego statusu majątkowego czy wykształcenia. Problem polega jednak na tym, i tutaj dochodzimy do wspomnianych wstecznych elementów, że „narodem” mogło się być tylko wtedy, gdy należało się do szlachty. Chłopi, a więc 90% mieszkańców kraju, nie mogli być częścią narodu. W przeciwnym razie także oni posiadaliby prawo wyboru króla. A przypomnijmy, że szlachta utrzymywała się z pracy niewolniczej chłopów, bo połowa XVI wieku to okres także konsolidacji tego przedziwnego, postfeudalnego tworu, jakim była gospodarka folwarczno-pańszczyźniana.

Pojęcie narodu polskiego wśród szlachty ukształtowało się z konieczności. Wobec różnic językowych, wyznaniowych i majątkowych pomiędzy poszczególnymi szlachcicami, była to jedyna płaszczyzna odniesienia, która mogła łączyć ich wszystkich we wspólnotę polityczną. Chłopi nie mieli więc ani prawa, ani możliwości „czuć się Polakami”. W 1788 r. poseł Krasiński z województwa podolskiego tak opisywał sens narodu: „Najwyższa moc i wola, czyli najwyższa udzielność, istnieje w Narodzie. Taka moc i wola jest ustawą samego stwórcy. Przeto tylko ta władza pochodzi od Boga, która wyraźnie sam Naród udziela”1.

Chłop nie mógł być częścią tego narodu pod żadnym pozorem. Jak można sobie łatwo wyobrazić, szlachta nigdy by się nie zgodziła, aby jej własność, a więc chłopi, mieli prawo na jakiejkolwiek płaszczyźnie (np. narodowej) zrównać się z nimi.

Zwykle przy analizie upadku Rzeczypospolitej doszukuje się różnych, czasem nawet egzotycznych przyczyn. Jeżeli jednak spojrzymy na rozbiory z perspektywy walk klasowych, to okazuje się, że przyczyny te były raczej prozaiczne. Dość postępowa Konstytucja 3 Maja zawierała poważny ustęp dotyczący uwłaszczenia chłopów i zniesienia pańszczyzny. Szlachta wolała jednak „symboliczne miejsce króla” zapełnić utratą niepodległości i oddaniem się we władzę obcych mocarstw, niż zgodę na choćby drobne ustępstwo w kwestii ustroju pańszczyźnianego. Aby potwierdzić prawdziwość moich słów, wystarczy spojrzeć, co nie zmieniło się po utracie niepodległości. Pańszczyzna jako jedna z niewielu rzeczy przetrwała rozbiory w stopniu niezmienionym.

Pierwsze pęknięcia w szlacheckim narodzie zaczęły się pojawiać na dobre w XIX wieku. Były one w dużej mierze echem rewolucji francuskiej, podczas której w zasadzie po raz pierwszy na taką skalę pojawiła się uniwersalna koncepcja obywatela. W XIX wieku zaczęły też kształtować się nowoczesne narody. Terytorium Polski nie było pod tym względem wyjątkiem, z tym że w polskim kontekście doszło raczej do znaczącego pęknięcia. Nowożytna (szlachecka) koncepcja narodu była czymś w rodzaju identyfikacji protonarodowej w XIX-wiecznym sensie. Demokracja szlachecka, jakkolwiek byśmy jej nie oceniali, zawierała w sobie zalążki tej nowoczesnej koncepcji narodu, która w Europie Zachodniej powstała w opozycji do politycznych monarchii absolutystycznych. W XIX wieku w tej koncepcji narodu zaszło pęknięcie. Oto pojawiła się ona jako idea, która miała przecinać identyfikacje regionalne i, co najważniejsze, klasowe. Naród zaczął być konstruowany jako tożsamość każdej Polki i Polaka, a nie tylko szlachty. Idea ta na dobre w historii Polski pojawiła się w powstaniu krakowskim z 1846 r. Utworzony w Krakowie Rząd Narodowy Rzeczpospolitej Polskiej proklamował uwłaszczenie i podział ziemi. W słynnej procesji, podczas której zginął Edward Dembowski, niesiono sztandary narodowe i symbole religijne. Miało to przeciągnąć chłopów na stronę powstania. Dla nich jeszcze wtedy w większości były to jednak puste hasła i „zabawa panów”. Nieufność ta wyrażała się w latami wtłaczanym chłopom przekonaniu, że nie są „narodem”, że nie mają prawa tak się postrzegać, że prawo do tego ma tylko szlachta.

Proces tworzenia się uniwersalnej koncepcji narodu, lub, mówiąc kolokwialnie, odzyskiwania narodu, na dobre rozkwitł w drugiej połowie XIX wieku. Miała w tym swój udział nie tylko pozytywistyczna praca u podstaw, ale także działalność różnych wywrotowców, którzy polskość zaczęli utożsamiać z radykalną wolnością i równością. Samemu Marksowi zdarzało się pisać o Polsce. Dla niego była ona symbolem antyimperialnych walk, o Polakach pisał jako o narodzie 20 milionów bohaterów. To, że kwestia narodu i walk antyimperialnych nie była bez znaczenia, pokazuje historia uwłaszczenia. Na terytorium zaboru pruskiego uwłaszczenie dokonało się między 1811 a 1871 rokiem po seriach długich walk politycznych, strajków i pracy oświatowej. W Królestwie Polskim dokonano uwłaszczenia w 1864 r. na mocy ukazu Aleksandra II. Choć teza, że uwłaszczenie było spowodowane zagrożeniem ze strony aktywistów w Królestwie Polskim, mogłaby być stwierdzeniem nad wyrost, to na pewno miało ono swój udział w ogólnej decyzji. Dość powiedzieć, że car kazał na Jasnej Górze postawić swój pomnik, na którym znajdowało się podziękowanie za zniesienie pańszczyzny. A pomnik ustawiony był w takim miejscu, że każdy pielgrzymujący musiał go widzieć.

Samo uwłaszczenie nie załatwiło sprawy. Chłopi nadal byli w koszmarnej sytuacji. Dawne ziemie folwarczne pozostały w rękach ziemian, którzy najmowali robotników rolnych do jej uprawy. Dla reszty nie pozostało zbyt dużo gruntów uprawnych. Chłopi nadal cierpieli w skrajnym ubóstwie. Z zaboru austriackiego potężna fala imigrantów ruszyła do Ameryki szukać lepszego życia. Hasła odzyskania niepodległości w 1918 r. oznaczały dla wielu chłopów wywalczenie jej po raz pierwszy po 500 latach niewolniczej pracy dla szlachty i odmawianiu im prawa bycia częścią narodu.

Chłopi i rewolucja

W XX wieku jedyne rewolucje, jakie odniosły sukces (niezależnie od tego, co się działo z nimi później), były rewolucjami chłopskimi. Potocznie na rewolucję rosyjską patrzymy z perspektywy zorganizowanego proletariatu pod przewodnictwem partii komunistycznej, która przejęła w październiku (listopadzie naszego kalendarza) władzę w carskiej Rosji. Problem polega jednak na tym, że to przejęcie władzy nigdy by się nie udało, gdyby nie dokonująca się równolegle rewolucja chłopska. Chłopi masowo dezerterowali z armii, by wziąć udział w podziale ziemi w swoich rodzinnych miejscowościach. Chaos wojenny, głód i choroby frontowe wystarczająco nadwyrężyły ich poczucie obowiązku. Kiedy więc pojawiła się nadzieja na podział ziemi, mniej lub bardziej sprawiedliwy, bez wahania porzucili okopy. Powiedzieć, że chłopi wspierali rząd bolszewicki, to powiedzieć za dużo. Z pewnością jednak przez wzgląd na zbieżność interesów, a także politykę Lenina sprzyjającą chłopskim żądaniom, włączyli się oni w szeroki nurt złożonych procesów politycznych, które doprowadziły do zniesienia carskiego samodzierżawia. Chłopi stanowili zdecydowaną większość rosyjskiego społeczeństwa – partia bolszewicka oraz inne rewolucyjne i radykalne partie, nawet razem wzięte, nie stanowiły ułamka tej liczby. Co prawda Rosja była państwem silnie scentralizowanym, jednak w gorączkowych zabiegach Lenina o zrównanie walki chłopów i robotników widać wyraźnie, jak palącą kwestią było poparcie wsi. W 1918 r. po zdobyciu władzy jednym z pierwszych znaczących posunięć bolszewików był dekret o ziemi, który znosił wszelką własność ziemi, bogactw naturalnych, lasów oraz żywych sił przyrody. Nie wolno było handlować ziemią, a prawa do niej przekazano tym, którzy na niej pracowali. Dekret pozostawiał parcelację gruntów i inwentarza radom ludowym. Ziemia formalnie była socjalistyczna, ale poszczególni chłopi uprawiali ją dla siebie. Miało to stanowić początek procesu przechodzenia do wspólnego gospodarowania.

W okresie NEP-u ta przymusowa miłość napotkała jednak pewien problem o kształcie nożyc. Otóż gwałtownie zaczynała wzrastać różnica między cenami płodów rolnych i innych towarów (przemysłowych), do tego stopnia, że wykres obrazujący tę relację miał kształt otwartych nożyczek. Przez tę różnicę chłopi czasem niszczyli część plonów, co znowu powodowało skoki cen produktów w mieście i spadek konsumpcji. Dodatkowo kraj robotników i chłopów utrzymywał się w większości z dość niewielkich podatków i innych obciążeń pracy chłopów. Cała nadwyżka produkcyjna pozostawała w rękach samych chłopów, co, mówiąc w największym uproszczeniu, nie pozostawiało miejsca na akumulację kapitału przez państwo. Powiedzieć, że produkcja przemysłowa była w tym czasie w Rosji niewystarczająca, to nic nie powiedzieć. Chłopi ponadto nie do końca wpisywali się w projekt komunistyczny, z tej prostej przyczyny, że gospodarka chłopska dąży do akumulacji własności ziemi, a nijak nie da się tego wpisać w projekt wspólnej własności środków produkcji. To wszystko powodowało, że Stalin powziął pomysł przymusowej kolektywizacji, wbrew radom swoich towarzyszy. Jeden z ideologów kolektywizacji – Jewgienij Prieobrażenski – określił ją mianem „socjalistycznej akumulacji”, a od kapitalistycznej miała się ona odróżniać tym, że gromadziła środki dla państwa socjalistycznego.

Dla chłopów przymusowa kolektywizacja była jednak czymś zupełnie innym – powrotem pańszczyzny. Kolektywizacja zakładała, że każdy z chłopów będzie pracował w państwowym gospodarstwie za darmo, jak rozumowano, zysk zaś miał być uspołeczniony, a więc rozdysponowany przez państwo. Tutaj zaczyna robić się ciekawie. Oparcie konstrukcji kolektywizacji na schemacie zaczerpniętym z pańszczyzny (właściwie powielenie tego schematu) spowodowało, że Stalin wprowadził szereg praktyk symbolicznych, które miały na rzeczy dwa cele: wymazać znaczenie ruchów chłopskich w rewolucji oraz zmienić interpretację pańszczyzny. Drugi cel oznaczał, że w literaturze historycznej od tego czasu o pańszczyźnie pisano jako o „podatkach na rzecz państwa”, w żadnym wypadku nie miała ona się kojarzyć z tym, czym w rzeczywistości była, czyli z niewolnictwem. O niewolnictwie pisano, że skończyło się wraz ze średniowieczem. Dogmat ten nie bez przyczyny tak dobrze przyjął się wśród polskiego ziemiaństwa i pogrobowców panów folwarcznych.

Kontekst stosunku do chłopów w trakcie rewolucji rosyjskiej jest ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, w zasadzie obrazuje ogólny stosunek do chłopów w Polsce międzywojnia. Po drugie, proces stalinowskiego wymazywania chłopów i pamięci o ich tragedii jest zaskakująco zbieżny z tym, co z pamięcią o chłopskiej historii stało się w Polsce. Nawet preambuła do konstytucji z 1952 r. mówi jako przewodniej sile o klasie robotniczej, a nie o ludzie, lud tylko za tą klasą podążał: „Polski lud pracujący pod przewodem bohaterskiej klasy robotniczej, opierając się na sojuszu robotniczo-chłopskim […]2”.

Republiki – preludium

Na polskiej wsi w okolicach zakończenia I wojny światowej zbiegły się dwie tendencje. Z jednej strony było to upowszechnienie się koncepcji powszechnego i uniwersalnego narodu polskiego, w opozycji do „narodów wybranych” (szlachty i ziemiaństwa). Z drugiej, dało się na niej słyszeć echa rewolucyjnego wrzenia z całej Europy, które w polskim kontekście wyrażało się w woli radykalnego, ale i sprawiedliwego podziału byłych ziem folwarcznych. Co ciekawe, dokładnie w tym samym czasie na drugiej półkuli wybuchła bardzo podobna rewolucja – meksykańska. Nie było to zdarzenie przypadkowe, gdyż zarówno polskie folwarki, jak i meksykańskie haciendas miały dokładnie te same korzenie, taką samą strukturę opartą na pracy niewolnej i powstały w tym samym okresie (między XVI a XVII wiekiem). Chłopi meksykańscy, podobnie jak polscy, domagali się ziemi i wolności – tierra y libertad.

Rewolucja rosyjska nie stała się ideałem, do którego dążyli polscy chłopi. Jednak z pewnością wielu z nich inspirowało przesłanie, jakie ze sobą niosła. W początkowym okresie po zakończeniu wojny hasła radykałów zdawały się możliwe do zrealizowania, ponadto po rozpadzie imperiów tworzyły się nowe państwa narodowe. Chłopi polscy po raz pierwszy mieli możliwość stać się panami własnego losu.

Republika Tarnobrzeska

W 1918 r., po rozpadzie imperium austrowęgierskiego, Tomasz Dąbal został oddelegowany przez Polską Komisję Likwidacyjną do objęcia komendy nad oddziałami żandarmerii w powiatach tarnobrzeskim, mieleckim, kolbuszowskim i niżańskim. Dąbal pod wpływem rewolucyjnego wrzenia postanowił stworzyć z nich milicje ludowe. Jego pomysł padł na podatny grunt, bo we wspomnianych powiatach chłopi coraz śmielej domagali się samostanowienia i parcelacji ziemi. Wiązało się to z działalnością księdza Eugeniusza Okonia, wyrosłego w tradycji prawicy narodowej, który pod wpływem doświadczenia biedy i niesprawiedliwości chłopskiego życia zmienił radykalnie poglądy i stał się rzecznikiem tego, co wiele lat później określone zostanie jako teologia wyzwolenia. Dąbal razem z ks. Okoniem w listopadzie 1918 r. zwołali chłopski wiec, na którym proklamowano niezależną chłopską republikę tarnobrzeską. W wiecu uczestniczyło 30 000 osób, które wypowiedziały posłuszeństwo przedstawicielom Polskiej Komisji Likwidacyjnej i domagały się stworzenia samorządu. Hasło „cała władza w ręce rad” padło w Tarnobrzegu na podatny grunt.

Choć ziemia tarnobrzeska leżała w obszarze imperium austrowęgierskiego, to faktyczną władzę nadal sprawowała na niej ziemiańska szlachta. Bardzo podobnie sprawa ta wyglądała zresztą także w innych zaborach. Sam rozbiór Rzeczypospolitej nie pozbawił przecież tej grupy majątku ani źródła dochodu, a wręcz przeciwnie. W zamian za gwarancję względnego spokoju i nienaruszenia źródeł dochodu szlachty, jej własność pozostała w zasadzie nietknięta. Po uwłaszczeniu sytuacja wcale nie uległa zmianie na lepsze. Nadal zdecydowana większość ziemi pozostawała w rękach szlachty, chłopi mieli niewielkie grunty, na których zarabiali na utrzymanie. Ziemie folwarczne uprawiano z pomocą najemnej siły roboczej. Ziemiaństwo utrzymywało władzę nad Galicją z wykorzystaniem ekonomicznego przymusu (przy dużym rozdrobnieniu gruntów) oraz politycznej korupcji. Na przykład jeden z największych właścicieli ziemskich w okolicach Tarnobrzega, hr. Zdzisław Tarnowski (posiadał 8270 hektarów), korumpował chłopów przez utrzymywanie u sklepikarzy i szynkarzy ewidencji wyborczej. W ten sposób opłacał towarami głosy i jako przedstawiciel Stronnictwa Prawicy Narodowej był kimś w rodzaj półformalnej władzy. Tarnowski czuł władzę i w pełni z niej korzystał: zakazał chłopom polowań, a według własnego życzenia ustawiał godziny odjazdów pociągów. Po odzyskaniu niepodległości został formalnym przedstawicielem Państwowej Komisji Likwidacyjnej. Sobiepaństwo Tarnowskiego wywoływało coraz gwałtowniejszy opór ze strony chłopów. 6 listopada 1918 r. Okoń i Dąbal stanęli na czele wspomnianego wiecu, który pod pomnikiem Bartosza Głowackiego wypowiedział posłuszeństwo Tarnowskiemu jako przedstawicielowi jeszcze nieformalnego rządu oraz proklamował powstanie Republiki Tarnobrzeskiej.

Na czele republiki stanął komitet rewolucyjny z Okoniem na czele, a Dąbal dowodził oddziałami chłopskiej milicji. Republika objęła swym zasięgiem okoliczne powiaty, a w pewnym momencie rozważano także zajęcie samego Tarnobrzegu, obsadzonego już wtedy oddziałami żandarmerii. Republika bardzo szybko zdobywała sobie poparcie. Rozpoczęto parcelację ziemi, rozdano jedzenie najbardziej potrzebującym, a Komitet Rewolucyjny postulował: reformę rolną bez odszkodowania, konfiskatę dóbr kościelnych, nacjonalizację lasów i przemysłu, rozbrojenie austriackiej żandarmerii i służby granicznej, likwidację carskich starostw i innych jednostek władzy zaborczej, powołanie komisarzy gminnych i milicji ludowych3. Obaj przywódcy republiki zostali w 1919 r. wybrani posłami na sejm. Tymczasem wojsko i Powiatowy Komitet Samoobrony, założony przez hrabiego Tarnowskiego (który musiał uciekać z terenu republiki), coraz bardziej nękały mieszkańców. Samostanowienie chłopów było solą w oku rodzącej się państwowości polskiej, dlatego też w styczniu 1919 r. podjęto decyzję o pacyfikacji republiki. Do tarnobrzeskich powiatów wysłano 5 kompanii wojska. Doszło do starć z chłopskimi milicjami, które jednak z wyszkolonymi oddziałami miały marne szanse. Wojsko po kolei pacyfikowało poszczególne wsie, byli zabici, konfiskowano chłopską ziemię, wielu chłopów bito i więziono.

Dwie republiki

W 1918 r. na sześć tygodni chłopi odbili z rąk władzy zaborczej i opanowali okolice Pińczowa. Na czele oddziałów milicji ludowych, złożonych z chłopów, strażaków i innych mieszkańców, stanął członek SDKPiL Jan Lisowski. Prowadził on w okolicach Pińczowa działalność agitacyjną i polityczną, podobnie jak anarchista „Kazuń”, były oficer armii austriackiej, który stanął na czele zbrojnego oddziału partyzanckiego. Oddziały Lisowskiego opanowały teren wokół Pińczowa i proklamowały powstanie republiki. Ekspedycja karna, która została wysłana na miejsce, uwięziła chłopów w zabudowaniach folwarcznych, jednak udało się ich uwolnić przez oddziały „Kazunia”. Krótki żywot republiki zakończył się po kilku tygodniach, a jego symbolicznym końcem było rozbicie oddziału „Kazunia” i jego śmierć.

Podobnie jak w przypadku republiki tarnobrzeskiej, także w Pińczowie proklamowano parcelację ziemi, wypędzono szlachtę ziemiańską oraz powołano samorządne organizacje chłopskie oparte o gromady. Pacyfikacja republiki i włączenie w struktury państwa polskiego najwyraźniej nie wymazały tych chłopskich postulatów, bo po rozbiciu na tych terenach wojsk niemieckich w trakcie II wojny światowej przez połączone oddziały Armii Ludowej, Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej, powołano ją do życia ponownie. Spory udział w działalności wywrotowej od początku II wojny mieli członkowie organizacji „Racławice”, utworzonej na bazie funkcjonującego przed wojną „Siewu”. Działacze ci w większości zahartowani byli podczas strajków chłopskich czy przepychanek z władzą sanacyjną. W 1941 r. z Racławic utworzono siatkę konspiracyjną o nazwie Polska Organizacja Zbrojna, liczącą ok. 55 000 żołnierzy i aktywistów. Pod koniec wojny wcielono ją w struktury Państwa Podziemnego. Organizacja prowadziła akcje dywersyjne, odbijanie jeńców, niszczenie spędów kontyngentowych, a także działalność szpiegowską. Kiedy w 1944 r. front oparł się o linię Wisły, dowództwo AK zarządziło mobilizację i rozpoczęcie akcji Burza. W rezultacie akcji wybuchło spontaniczne powstanie, w ramach którego udało się na pewien czas opanować Pińczów, Kazimierzę Wielką i okoliczne wsie i powiaty. W nawiązaniu do republiki z 1918 r. obwieszczono powstanie wolnej Republiki Pińczowsko-Kazimierskiej. Republika, podobnie jak w pierwszym przypadku, nie przetrwała długo, bo zaledwie kilka tygodniu. Po 5 sierpnia i bitwie o Skalbmierz, Niemcy przystąpili do kontrofensywy, na teren powiatu wkroczyły wojska pancerne i opanowały wyzwolony teren, a oddziały AK musiały wycofać się lub zakonspirować.

Chłopskie samodzierżawie

Okres po I wojnie światowej słusznie jest uznawany za rzeczywisty początek XX wieku. Spontaniczne wybuchy buntów robotniczych, proklamowane wolne republiki i wrzenie rewolucyjne powodowały, że chłopi polscy po raz pierwszy uzyskali możliwość pozbycia się resztek znienawidzonej pańszczyzny. W dążeniu do samostanowienia narodowego widzieli możliwość wzięcia spraw w swoje ręce. Chłopskie postulaty nie były wymysłem oderwanych elit intelektualnych, lecz potrzebą życia i śmierci. Ich sytuacja była tragiczna, powszechne były głód, bieda, brak edukacji, brak opieki medycznej, zatem kwestia prawa do ziemi była kwestią prawa do życia. II Rzeczpospolita, wbrew wcześniejszym obietnicom, nie spełniła jednak tych oczekiwań. Choć chłopi płacili kontrybucje państwowe i wsparli rodzącą się państwowość w wojnie z bolszewikami, to nie mogli się doczekać podziału ziemi folwarcznych, a więc podziału tych ziem, na których pracowali latami nie otrzymując wynagrodzenia.

Historia chłopów polskich to dwa zlewające się ze sobą dogmaty: stalinowska polityka wymazania pamięci o niewolniczym charakterze pańszczyzny oraz historia Polski pisana z perspektywy narodu szlacheckiego i ziemiaństwa. W obu tych opowieściach chłop funkcjonuje jako naga, bezmyślna tłuszcza, opanowana przez prymitywne popędy. Przejawy chłopskiego samostanowienia, jak republiki tarnobrzeska czy pińczowska, są przykładami tego, że chłopi potrafili działać solidarnie na rzecz wspólnego dobra.

Przypisy:

  1. Anna Grześkowiak-Krawicz, Polskie poglądy na monarchie europejskie (w:) Rozkwit i upadek rzeczypospolitej, red. Richard Butterwick, Warszawa 2010, str. 21.
  2. http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU19520330232
  3. http://www.podkarpackahistoria.pl/2015/12/zbuntowane-panstewko-republika-tarnobrzeska/

Droga do Indii

W roku 1951 prawdziwym objawieniem dla Europejczyków stało się kino japońskie, a to za sprawą rewelacyjnego „Rashomona” (Rashō-mon, 1950) Akiry Kurosawy, który na festiwalu w Wenecji dostał za ten film główną nagrodę. Mało kto jednak poza historykami kina pamięta, że pięć lat wcześniej na festiwalu w Cannes podobną sensację wzbudziły dwa filmy z dalekich kontynentów: indyjski „Na dnie miasta” (Nīcā nagar, 1946), który otrzymał Grand Prix, oraz meksykański „Maria Candelaria” (Xochimilco, 1944) w reżyserii Emilio Fernándeza i Gabriela Figueroi. Europa dopiero budziła się wtedy z koszmarów obozów koncentracyjnych i choć filmy Fernándeza – notabene syna wojskowego z oddziałów rewolucji Zapaty – i Figueroi gościły często na ekranach kin również polskich, tak Indie poszły na jakiś czas w zapomnienie.

Trzeba było kolejnych dziesięciu lat, kiedy to w Cannes pojawił się mistrzowski debiut Satyajita Raya „Droga do miasta” (Pather Panchali, 1955). Tak naprawdę dopiero od tego momentu można mówić o „odkryciu” dla Europy kina Indii, bo chociaż już w latach pięćdziesiątych były one kinematograficzną potęgą, to nijak nie przekładało się to na jakość. Niestety, choć w Europie przyjęło się kino Japonii, Meksyku i Indii, to ostatnie nie miało w Polsce szans na zaistnienie. Trudno wskazać przyczynę. Przepiękna „Droga do miasta” przepadła natychmiast, pozostałych filmów Raya i innych reżyserów długo nie pokazywano ani na przeglądach, ani w DKF-ach, ani w telewizji. Z okazji 70. rocznicy uzyskania niepodległości przez Indie warto na nowo spojrzeć na kinematografię dalekiego subkontynentu.

„Na dnie miasta” mogło się wydawać objawieniem, ale film ten wciąż opierał się na stereotypowych kalkach tamtejszego kina. Typowa ówczesna indyjska produkcja zbudowana była na kilku schematach. Jerzy Toeplitz nazwał to „specyficznym indyjskim kosmopolityzmem filmowym posługującym się utartymi formułkami i powszechnie przyjętymi szablonami”1, którymi są np. zacieranie różnic językowych, kulturowych i narodowościowych, jak również uniwersalizacja miejsca i czasu akcji. Ta specyficzna mieszanka lokalnych tradycji, czyli teatru sanskryckiego łączącego słowo, muzykę i taniec, ze łzawymi melodramatami made in Hollywood, a także kręcenie wyłącznie w studiu filmowym, wytworzyło nieznośnie sztuczną i niezrozumiałą dla człowieka Zachodu papkę filmową atrakcyjną tylko dla mieszkańców tamtego regionu. Chociaż „Na dnie miasta” zostało sfilmowane w plenerach oraz pokazywało po raz pierwszy na dużym ekranie prawdziwe Indie, czyli biedniejszą część społeczeństwa, wciąż jednak trzymało się formuły musicalowo-melodramatycznej.

W kraju, gdzie w 1965 r. mieszkało 500 milionów ludzi mówiących czternastoma oficjalnymi językami i siedmiuset nieoficjalnymi narzeczami, a produkcja przekraczała 320 filmów rocznie, kino było potęgą. Dziś te liczby uległy wielokrotnemu wzrostowi: oficjalnie żyje tam miliard trzysta dwadzieścia pięć milionów ludzi, jest 6000 kin, a dochody z box office’u wynosiły w 2016 r. dwa i pół miliarda dolarów amerykańskich. Indie produkują dziś rocznie ponad 1600 filmów w 35 językach (stan na rok 2012), z czego większość szybko znika z ekranów lub nawet nigdy nie ma swoich premier kinowych. Produkcje Bollywoodu, który kręci filmy w oficjalnym języku hindi, zostały zdetronizowane przez kinematografię tamilską z 262 filmami rocznie, na drugim miejscu plasuje się kinematografia w języku telugu z 256 produkcjami2. Przemysł filmowy jest tam gigantyczny, nawet mimo istnienia konkurencji w postaci telewizji i internetu, bo sporo gotowych filmów jest prezentowanych poza kinami. Te liczby robią wrażenie, nie dziwne więc, że w drugim po Chinach najbardziej zaludnionym kraju świata rozrywka spełnia rolę maszyny do mielenia pieniędzy.

Ambitniejsze podejście do kina zaznaczyło się jednak już w 1942 r., kiedy to grupa twórców związanych z Komunistyczną Partią Indii założyła Indian People’s Theatre Association (Stowarzyszenie Indyjskiego Teatru Ludowego) z zamiarem pokazania prawdziwych Indii. Impulsem stała się tragiczna klęska głodu w Bengalu, gdzie zmarły ponad dwa miliony ludzi. Stworzenie grupy wiązało się także z reakcją na atak nazistowskich Niemiec na Związek Radziecki oraz na tragiczne represje kolonistów brytyjskich wobec ruchu Quit India. Ze stowarzyszeniem związani byli m.in. reżyserzy Ritwik Ghatak i Khwaja Ahmad Abbas, scenarzysta i dramaturg Bijon Bharracharya czy muzyk Ravi Shankar, a nawet dosyć luźno Rabindranath Tagore. Grupa była kulturalnym ramieniem partii, jednak po 1947 r. Indyjski Kongres Narodowy, największa partia Indii, zdelegalizował jej działalność, co zakończyło się policyjną przemocą i prześladowaniami.

Te wszystkie działania na polu kultury stworzyły glebę pod przyszłe autorskie kino Indii. Satyajit Ray, mimo iż jest uznawany za największego mistrza kina bengalskiego, kręcił w czasie, gdy pojawili się tacy autorzy, jak wspomniany już Ritwik Ghatak, a także Bimal Roy, Raj Kapoor, Adoor Gopalakrishnan, Guru Dutt czy Mehboob Khan, będący częścią kierunku zwanego „kino paralelne” (parallel cinema). Wraz z następną falą, zwaną Nowym Kinem Indyjskim (Mrinal Sen, Shyam Benegal, Mani Kaul, Kumar Shahani, Girish Karnad), stworzyli pierwsze i drugie pokolenie filmowców, którzy przyjęli zasadę kręcenia filmów niekomercyjnych. Miastem, gdzie rozwijało się „kino paralelne”, był Bengal, natomiast kino komercyjne ulokowane było wówczas w Kalkucie, Bombaju i Madrasie. Za pierwszy prawdziwy film tego kierunku uznaje się „Dwa hektary ziemi” (Do bigha zamin, 1953) Bimala Roya, również z sukcesem pokazywany na polskich ekranach.

Film opowiada historię rolnika Shambu żyjącego z żoną i synem w małej wiosce, która ucierpiała z powodu klęski głodu. Shambu posiada dwie bigha ziemi3, które są jedynym źródłem utrzymania rodziny. Problem pojawia się, gdy właściciel ziemski planuje budowę młyna na terenie wsi, lecz okazuje się, że w miejscu inwestycji leży ziemia Shambu. Ponieważ rolnik często pożyczał od właściciela pieniądze, ten proponuje mu układ: anuluje długi, gdy ten odsprzeda mu ziemię. Rolnik nie zgadza się, a wściekły właściciel każe mu do następnego dnia uregulować długi. Sprawa trafia do sądu, gdzie rolnik przegrywa, nie rozumiejąc zasad działających handlem długami. Dostaje wyrok: ma w ciągu trzech miesięcy oddać pożyczkę właścicielowi lub jego ziemia zostanie zlicytowana na potrzeby długu.

Shambu wraz z synem wyjeżdżają do Kalkuty, aby zarobić pieniądze. Rolnik pracuje na budowie, a jego syn staje się kieszonkowcem. Targana niepewnością i tęsknotą, gdy jej mąż nie wysyła listów, żona Shambu jedzie do miasta, gdzie ulega wypadkowi. W szpitalu Shambu dowiaduje się, że musi zapłacić za operację i transfuzję krwi. Wszystkie oszczędności, zamiast na dług, idą na ratowanie życia żony. Wracająca do wsi rodzina zastaje swoją ziemię sprzedaną, a właściciel rozpoczyna budowę młyna. Shambu nie pozwala się nawet zabrać ze sobą garści piasku z dawnej ziemi, ochroniarze wyrzucają go z placu budowy.

Ten charakterystyczny dla lat 40. i 50. temat został oczywiście zainspirowany modnym wówczas włoskim neorealizmem, szczególnie „Złodziejami rowerów” (Ladri di biciclette, 1948), a także „Opowieścią z Luizjany” (The Louisiana Story, 1948) Roberta Flaherty’ego i „Dzieciństwem Gorkiego” (Detstvo Gorkogo, 1938) Marka Donskoja, które były inspiracją również dla Satyajita Raya czy Ritwika Ghataka.

„Droga do miasta” Satyajita Raya przedstawia życie ubogiej rodziny inteligenckiej w wiejskich okolicach Bengalu: ojca – pisarza i kapłana Harihara, jego żony Sarbojayi oraz dwójki dzieci, córki Durgi i syna Apu, a także mieszkającej z nimi starej schorowanej ciotki Indir. Ojciec podejmuje się prac w mieście, gdyż jako kantor u właściciela ziemskiego nie może utrzymać rodziny, domem zaś zajmuje się jego żona. Świat obserwujemy oczami małego Apu, który będzie bohaterem dwóch kolejnych filmów Raya, „Nieugięty” (Aparajito, 1956) i „Świat Apu” (Apur Sansar, 1959) w kolejnych etapach swojego życia. Film to właściwie prosta historia, zawarta w obserwacji zwykłych rutynowych czynności życiowych, ale to nie scenariusz, a właśnie reżyseria i sposób przekazania narracji decydują o mistrzostwie Raya już przy debiucie. Najważniejsze przekazane jest tu za pomocą obrazu, w obserwacji natury współgrającej, czy raczej jakby podkreślającej zmiany w życiu rodziny, np. nadchodzący monsun zapowiada śmierć Durgi, albo dzieci bawią się wśród traw, obserwując nadjeżdżający pociąg, który wyraża tęsknotę za ucieczką do innych miejsc i jest zapowiedzią „drogi do miasta” z polskiego tytułu, czyli opuszczenia rodzinnego gniazda. To wszystko wydaje się oczywiste i nazbyt banalne, ale nie w filmie Raya, który dzięki przemieszaniu kontemplacji i minimalistycznej narracji przekazuje prawdy głęboko ludzkie tak, jak niewielu filmowców potrafiło przed nim (Chaplin, Clair) czy po nim (Kieślowski, Olmi). W interpretacji większości aktorów niezawodowych ta szczerość wypada tym bardziej prawdziwie.

Sukces Raya w Cannes w 1956 r. popchnął pakistańskiego reżysera Aaejaya Kardara do nakręcenia filmu „Słońce świeci nad Bengalem” (Jao Hua Savera, 1958), który również opowiadał o losach biednej rodziny mieszkającej nad brzegiem rzeki Meghna na wsi niedaleko miasta Dhaka we Wschodnim Pakistanie (obecnie Bangladesz). Kręcony był w stylu dokumentu etnograficznego inspirowanego Flahertym. Większość ekipy aktorskiej stanowili amatorzy, co widać po ich sposobie gry, ale nie jest to zarzut, bo w warunkach, w jakich ten film powstawał, można uznać to za sukces. To równie prosta i nieskomplikowana historia rodziny biednego rybaka, próbującego zebrać pieniądze na upragnioną łódź, która pozwoli mu zrezygnować z niewolniczej pracy dla głównego w okolicy zarządcy połowami. Historia powstania tego filmu jest również niezwykła. Był to – i jest do tej pory – jedyny przykład ponadnarodowej współpracy między krajami, które pozostawały w konflikcie. Ekipa filmowa składała się z Pakistańczyków reżysera Aaejaya Kardara, poety i rewolucjonisty Faiza Ahmeda Faiza, producenta Nomana Taseera oraz bengalskiego scenarzysty Manika Bandopadhyaya, asystenta reżysera Zahira Raihana (autora późniejszego dokumentu „Stop Genocide” na temat wojny o niepodległość Bangladeszu, w którym podejmuje on temat okrucieństw popełnianych przez armię Pakistanu), hinduskiej aktorki Tripty Mitry i hinduskiego kompozytora Timira Barana. Zdjęciami zajął się Walter Lassally, brytyjski operator urodzony w Berlinie. Jako że Tripta Mitra i jej mąż Sombhu Mitra byli komunistami i należeli do wspomnianej Indian People’s Theatre Association, podobnie jak Ahmed Faiz, szybko oskarżono twórców o „sprzyjanie komunizmowi”, tym bardziej że film zdobył złoty medal na pierwszym festiwalu filmowym w Moskwie i był nominowany do Oscara4. Faiza uwięziono za dyktatury proamerykańskiego generała Muhammada Ayuba Khana. Również Kardar miał problem z kręceniem filmów. Przedstawiciele rządu naciskali na Taseera, aby wycofał fundusze dla filmu, zabroniono też premiery na terenie Indii i Pakistanu, w efekcie czego obraz po raz pierwszy pokazano w Londynie.

Mimo międzynarodowych sukcesów film poszedł w zapomnienie. Bardzo rzadko wydobywano kopię z archiwów na specjalne pokazy (jedną z kopii z polskimi napisami posiada Filmoteka Narodowa), aż w końcu „perłę z lamusa” odnaleźli bracia Alain i Philippe Jalladeau, którzy, chcąc przygotować retrospektywę filmów pakistańskich, zostali poinformowani, że bez „Słońce wschodzi nad Bengalem” taki pokaz byłby niekompletny. Dzięki synowi Taseera rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania kopii nadających się do projekcji. Ostatecznie film złożono z kilku niekompletnych kopii znajdujących się w archiwach Paryża, Londynu i Karaczi. Anjum Taseer, syn producenta filmu, po wielu staraniach pokazał odrestaurowany obraz na kilku festiwalach. Podobnie jak jego ojciec, chciałby wyprodukować film dokumentalny o rybakach żyjących w Bangladeszu, bo, jak twierdzi „warunki ich życia nie zmieniły się przez te sześćdziesiąt lat”.

Kino południowoazjatyckie jest nadal wielkim nieodkrytym rezerwuarem świetnych dzieł i twórców mających do powiedzenia wiele na tematy społeczne. Mają oni w Indiach status kultowy, jak Mrinal Sen czy Ritwik Ghatak, podobnie Kardar w Pakistanie czy Lester James Peries w Sri Lance. Nie sposób opisać tu wszystkich filmowców czy nawet ich najważniejszych filmów, bo właściwie tylko filmy Raya są dostępne na DVD. Ważna lekcja kina, którą zafundowali światu filmowcy Południowej Azji czeka nadal na swoje – ponowne – odkrycie dla Europy.

Przypisy:

  1. Jerzy Toeplitz, Mozaika indyjskiej kinematografii, „Kino” 8/1966, s. 45-57.
  2. http://timesofindia.indiatimes.com/city/hyderabad/Tamil-leads-as-India-tops-film-production/articleshow/21967065.cms
  3. Bigha nie jest akrem czy hektarem jak w europejskich tłumaczeniach filmu, np. Two Acres of Land.
  4. http://www.bbc.co.uk/news/world-asia-india-36417007

Co z tą piosnką? – rozmowa z Jarkiem Szubrychtem

– Jesteś dziennikarzem, twórcą i redaktorem naczelnym „Gazety Magnetofonowej”, magazynu o polskiej muzyce. A niegdyś byłeś wokalistą blackmetalowej Lux Occulty. Zwykle zaczynam wywiady od ankiety personalnej: dlaczego metal, a nie punk?

– Jarek Szubrycht: Punk też był obecny. Zawsze słuchałem punk rocka, ale dużo mocniej zaangażowałem się w metal, również ze względów środowiskowych. W Dukli, malutkim podkarpackim miasteczku, punków było raptem dwóch. Miałem za to więcej starszych kolegów, którzy interesowali się metalem, jeździli już na koncerty, mieli nagrania. W 1986 r., jak pół świata, zostałem fanem zespołu Europe, za sprawą ich przeboju „The Final Countdown”. Pewnego razu w „Świecie Młodych” wyczytałem, że Europe i taka muzyka to metal.

– Bezkompromisowi hałaśnicy z Europe otworzyli ci uszy na brutalne granie?

– [śmiech] Owszem, jakkolwiek zabawnie by to dziś nie brzmiało. Kolega z bloku, dzięki ojcu, który mieszkał w Stanach, miał nagrania zespołów metalowych. Okazało się, że to, czym dysponował, nie przypominało Europe – było zdecydowanie lepsze. Dałem się pochłonąć tej muzyce. Trafiłem w czas schyłkowego PRL, kiedy w państwowych mediach zaczęto puszczać metal, który wówczas zyskiwał na popularności.

Przypomnę, że w 1986 r. odbyła się w Katowicach pierwsza Metalmania. Raz w tygodniu w Programie Trzecim Polskiego Radia i raz w tygodniu w Programie Drugim można było w całości wysłuchać metalowych płyt (i nagrać je sobie). Również „Na Przełaj”, czyli organ prasowy Związku Harcerstwa Polskiego, prowadzony wówczas przez ludzi, z których przynajmniej część była naprawdę młoda i otwarta na świat, puszczał sporo materiałów na tematy rzeczywiście fascynujące młodzież. Oni mieli świadomość, że jeśli będą się kurczowo trzymać oficjalnego sznytu harcerza wiernego ideałom ludowej ojczyzny, nikt po to nie sięgnie.

– Podobnie było z Rozgłośnią Harcerską.

– Tak, to też było jedno z muzycznych okien na świat. Dodam, że w „Na Przełaj” pojawiały się nie tylko notki o płytach, ale choćby reportaże z Jarocina, z Metalmanii, z Metal Battle. Jeszcze jedna, cenna rzecz: o ile w przypadku radia, telewizji czy magazynów typu „Non Stop”, gdzie takie treści się pojawiały, to był jednostronny komunikat typu nadawca-odbiorca, o tyle redakcja „Na Przełaj”, bodaj w 1988 r., otworzyła się na czytelników. Opublikowali wówczas na swoich łamach cykl artykułów Marcina Wawrzyńczaka, twórcy słynnego metalowego fanzina „Eternal Torment”, w których opisał m.in. kilka naprawdę undergroundowych deathmetalowych kapel. Ich nagrań nie puszczali w Polskim Radiu. To nam otworzyło oczy. Mówię „nam”, ponieważ później się okazało, że te teksty były punktem zwrotnym dla wielu moich kumpli. Poznaliśmy metalowy underground: okazało się, że istnieje nieoficjalne wymienianie się nagraniami, czyli tape trading; okazało się, że istnieją polskie fanziny, które można czytać. Miałem szczęście, bo na początku trafiłem na te edytorsko nieco słabsze…

– Dlaczego: szczęście?

– Stwierdziłem, że zrobienie fanzina nie przekracza moich zdolności. Co prawda ten, który zrobiłem jako pierwszy, było dużo gorszy od tych słabych, które dostałem [śmiech], ale nauczyłem się dzięki niemu, jak współtworzyć metalowy underground. Zaczęła się wymiana listów, wyjazdy na koncerty, poznawanie sceny.

– Gdy dziś zajrzeć do „Jaskini hałasu” Wojciecha Lisa i Tomasza Godlewskiego, widać dobrze, jak bardzo estetyka metalowego podziemia nie pasowała do świata pierwszych sekretarzy i księży proboszczów.

– To jest rzecz częściowo znana choćby ze sporów o Jarocin z tamtych lat, teoria wentyla bezpieczeństwa: lepiej, żeby młodzi słuchali dziwnej muzyki, niż wychodzili na ulice i protestowali przeciw ludowej ojczyźnie. Ale prawda jest też taka, że w miasteczkach takich jak Dukla wielka polityka była nieobecna. Nawet gdybym chciał rzucać kamieniami w ZOMO-wców, to musiałbym jechać jakieś 150 kilometrów, żeby się na to załapać.

Ale nie jest też tak, że milicja ułatwiała życie metalowcom. Zdarzali się nadgorliwi milicjanci, którzy łapali pierwszych długowłosych, również na ulicach małych miasteczek i wycinali ze skór znaczki z pentagramami, nazwami kapel. Albo obcinali lub podpalali włosy w radiowozie. I choćby po tym było widać, że wciąż żyjemy w państwie policyjnym, w którym milicja bezkarnie nadużywa środków przymusu. Ale absolutnie ten rodzący się metalowy underground nie był sam w sobie żadnym celem dla służb.

Opowiem historię dość charakterystyczną dla schyłkowej komuny. Gdy wykleiłem swój pierwszy fanzin, uświadomiłem sobie, że właściwie nie wiem, gdzie go odbić na ksero. To nie była Warszawa, to nie był nawet Rzeszów, to była Dukla. Najbliższe ksero było zdaje się w Krośnie. W dodatku to była jesień 1989 r., obowiązywały jeszcze przepisy, według których nie można było odbić większej ilości materiałów na ksero bez zatwierdzenia cenzorskiego.

– Zakładam, że nie poszedłeś do cenzury.

– Mój ojciec był wojskowym, ale też człowiekiem tolerancyjnym. Rodzice wspierali mnie w moich zainteresowaniach. Z wyjazdów do większych jednostek na ćwiczenia, ze szkoleń dla WOP-istów, ojciec przywoził mi płyty, kasety, plakaty. Mam też w głowie taki obrazek: podoficer Ludowego Wojska Polskiego wybiera się na służbę, ale przecież wieczorem koncert, więc póki co siedzi w mundurze przy stole i naszywa mi na katanę „telewizor” Kreatora z płyty „Pleasure to Kill”.

– To się układa w logiczną całość.

– [śmiech] W każdym razie, jak już zrobiłem ten fanzin, ojciec zaoferował pomoc. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na Komendę Wojewódzką Milicji Obywatelskiej w Krośnie. Ojciec miał tam znajomych. Powiedział, że syn robi gazetę o muzyce, poszło bez problemu. Na komendzie odbiłem więc dwadzieścia czy trzydzieści sztuk pierwszego numeru swojego fanzina. A drugi numer ukazał się nieco później w zupełnie innej rzeczywistości, gdy istniały już komercyjne punkty ksero.

– Pozwól, że jeszcze wrócę do punka. Nie pociągał cię od strony ideowej, np. jako muzyka o mocniejszym przekazie politycznym?

– Interesowałem się punkiem, ale metal odpowiadał mi bardziej również pod względem estetycznym. Czytałem punkowe fanziny, m.in. „Qqryq”, z uwagą śledziłem tamte dyskusje ideowe. Z satysfakcją obserwowałem natomiast to, że muzyka hardcore/punk w jakiejś części ewoluowała brzmieniowo w stronę metalu. Nie oszukujmy się: wielu ludzi od punka odrzucał brak dbałości o formę – dla części zespołów i fanów treść była tak bardzo nadrzędna, że cokolwiek grało i jakkolwiek brzmiało, było okej. Dla mnie liczyła się też forma i dlatego byłem choćby fanem Dezertera, który choć surowo, dobrze brzmiał, dużą wagę przywiązywał do muzyki.

Jeszcze jedno: wtedy było sporo zespołów i fanzinów, w których mocno podkreślano, że „dzieciaki powinny się zjednoczyć” – niezależnie od tego, czego słuchają. Nie wszyscy się z tym zgadzali, ale to miało swoje szersze uzasadnienie. Metalowcy byli mniej politycznie zaangażowani od punkowców, ale pewne rzeczy były wtedy powszechne, choćby podskórna antysystemowość wśród młodzieży, na którą składało się i odrzucenie dogorywającej komuny, i mocno podkreślany antyklerykalizm. Nazwę to nutą wolnościową, choć bez jakichś jasnych politycznych afiliacji. Walący się ustrój nie był nasz, ale to, co się pchało w jego miejsce, czyli prawica w typie Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, albo Lech Wałęsa i bracia Kaczyńscy, też nie było nasze. Przynajmniej tak to wyglądało w moim środowisku.

– W kilku książkach, które podsuwa mi pamięć, pojawia się PRL-owski dom kultury jako miejsce ważne dla kształtowania się muzyki tworzonej przez kolejne roczniki dojrzewające w tamtej epoce. Myślę o poświęconym Republice „Nieustannym tangu” Leszka Gnoińskiego, „KSU. Rejestracja buntu” Krzysztofa Potaczały, „Roman Kostrzewski. Głos z ciemności” (wywiad-rzeka) i Twojej książce: „Vader. Wojna totalna”. Istotne jest też to, że tego typu instytucje stanowiły lokalny koloryt zarówno w przypadku większych, jak i mniejszych ośrodków. Zniknięcie znacznej części z nich to chyba jeden z mniej oczywistych symboli transformacji?

– Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie doceniał znaczenia domów kultury. Wojewódzki Dom Kultury w Krośnie był dla mnie oknem na świat. Widziałem tam pierwsze prawdziwe koncerty, w tym takich sław jak Voo Voo, dzięki corocznym Krośnieńskim Spotkaniom Teatralnym zobaczyłem po raz pierwszy adaptacje sztuk Sławomira Mrożka czy Eugene Ionesco – mocne doświadczenia, tym bardziej, że w ramach wycieczek szkolnych do teatru w wielkim mieście, czyli Krakowie, karmiono nas kanonem lektur szkolnych. Na deskach krośnieńskiego domu kultury, wraz ze swoimi pierwszymi zespołami, w których zacząłem krzyczeć, brałem udział w przeglądach takich i owakich – tak stawiałem pierwsze kroki na prawdziwej scenie przed prawdziwą publicznością.

A równocześnie ćwiczyliśmy jako zespół metalowy w naszym domu kultury w Dukli. To było szersze doświadczenie, znane wielu późniejszym zawodowym muzykom: trudne związki tych instytucji z przeróżnymi metalowymi czy punkowymi młodzieżowymi składami. Z jednej strony ludzie, którzy tam pracowali, chcieli pomagać małolatom w nauce gry na instrumentach, z drugiej zupełnie nie ogarniali tego, co się dzieje. Nie rozumieli, co gramy, co próbujemy robić. W naszym przypadku nie skończyło się to jednak źle – po różnych próbach przydzielania nam instruktorów, wymyślania, na jakiej uroczystości moglibyśmy wystąpić z naszym repertuarem, dali nam w końcu spokój i swobodnie korzystaliśmy z sali prób w domu kultury w Dukli, na spółkę z zespołem weselnym Renoma.

Minęło parę lat, w 1994 roku powstała Lux Occulta. Byłem już na tyle świadomy i bezczelny, że już nikogo o nic nie prosiłem, ale założyliśmy swoje najbardziej szokujące koszulki, przywdzialiśmy pełen metalowy rynsztunek, i zażądaliśmy audiencji u burmistrza Dukli. Powiedzieliśmy panu burmistrzowi, że zakładamy zespół, mamy kilka utworów i chcemy sali na próby, bo to lepiej, niż gdybyśmy mieli pić wódkę na schodach kina. Lekko skonfundowany burmistrz zaczął opowiadać, że jak był młody, to też był hippisem [śmiech]. Ale ugiął się przed siłą naszych argumentów. Najpierw mieliśmy próby w kinie, później dostaliśmy sporych rozmiarów salę w zabytkowym ratuszu na środku rynku, który dziś nie należy już do miasta, bo odnaleźli się spadkobiercy. To był niezły układ: myśmy mieli jedyne klucze do sali, a oni płacili czynsz i prąd [śmiech]. Żeby było jasne: to była Dukla w połowie lat 90. XX w., w większych miastach Polski coś takiego nie było już wtedy możliwe.

– Mieliście wręcz cieplarniane warunki…

– Po latach, już jako dziennikarz, który analizował różnorakie zjawiska muzyczne, zacząłem się zastanawiać: jak to jest, że polskie zespoły zakładane przez siedemnasto- czy osiemnastolatków, po kilku latach są na ogół na poziomie „x”, a zespoły zakładane w tym samym czasie przez ich rówieśników z Finlandii czy Norwegii po kilku latach są na poziomie „x do kwadratu, x do sześcianu”. Dowiedziałem się, że w Skandynawii instytucjonalne wsparcie dla nastoletnich muzyków jest stosowane systemowo. Młodzież zakłada kapele, ale nie musi „na bezczela” wykopywać drzwi u burmistrza, licząc na to, że trafią na człowieka liberalnego i życzliwego. W krajach Skandynawii obowiązkiem samorządów jest wspieranie muzycznych talentów dzieciaków: młodzi dostają miejsce na próby, odpowiednie dofinansowanie, żeby kupić sprzęt albo coś nagrać, mają do dyspozycji instruktorów. Mało tego – muzycy, którzy sami coś osiągnęli, mogą zatrudnić się jako instruktorzy w takich ośrodkach. Ihsahn, gitarzysta zespołu Emperor, kapeli o międzynarodowej renomie, przez lata pracował w ten sposób. To ma sens: dzieciaki przychodzą z różnymi umiejętnościami i zainteresowaniami, zatem trudno, żeby jeden i ten sam instruktor przerabiał ze wszystkimi w nieskończoność kanon w rodzaju „Trzech kurek”. Im lepsza i bardziej różnorodna oferta dostępna dla każdego, tym lepiej rozwijają się talenty wśród młodzieży. To wyjaśnia też różnicę poziomów między zespołami w międzynarodowej skali: u nas bardzo wiele dzieciaków na własny użytek musiało odkrywać koło od nowa. W tym czasie ich rówieśnicy ze Skandynawii ostro ruszyli już do przodu…

– Malowniczo to zjawisko opisał Daniel Ekeroth w książce „Szwedzki death metal”: „Z racji tego, że Szwecja jest krajem bogatym (przynajmniej kiedyś była), każdy kto chce grać w zespole, ma stworzone ku temu warunki. Władze miejskie w dużym zakresie zapewniają instrumenty i miejsca do ćwiczeń, a za granie prób i tworzenie nagrań niektóre organizacje wypłacają nawet pieniądze. W wielu szwedzkich miastach nadal stoją ogromne budynki z salami na próby, które można wynająć praktycznie za nic. Z uwagi na fakt, że struktura administracyjna Szwecji opiera się głównie na bardzo małych i nudnych mieścinach […], młodzieży nie pozostaje nic innego, jak tylko zająć się sportem lub założyć kapelę”.

– Ma to bardzo ciekawe skutki ekonomiczne. W tej chwili muzyka w krajach skandynawskich to gigantyczne źródło dochodu, również dla państwa. Muzyka jest towarem eksportowym. Również black metal promowany jest jako dobro kulturowe, które znakomicie się sprzedaje. Zatem to nie jest tak, że oni jedynie „dają pograć gówniarzom”, żeby się nie zapili lub nie zaćpali, gdy są w najgłupszym wieku. To jest też inwestycja. W Norwegii dzięki eksplozji black metalu znacznie wzrosła turystyka: cudzoziemcy odkryli ten kraj za sprawą metalu. Norwescy dyplomaci, którzy jadą na placówkę do innych krajów, muszą wiedzieć, czym jest rodzimy black metal – do ich kompetencji i obowiązków należy znajomość i promowanie tej muzyki.

– Gdy rozmawiamy, toczy się spór polityczny o festiwal w Opolu. Jak z perspektywy undergroundowca oceniałeś dawniej tego typu imprezy muzyczne?

– Zacznijmy od tego, dlaczego powstał festiwal polskiej piosenki w Opolu. To był element zakorzeniania w wyobraźni zbiorowej powojennego statusu Ziem Odzyskanych, ich kulturowej przynależności do macierzy. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Oceniamy wartość piosenek dawnych artystów i artystek, którzy przewinęli się w czasach PRL przez Opole, z perspektywy ludzi podpiętych do internetu, którzy w każdej chwili mogą sięgnąć choćby po dowolne dzieła muzycznej popkultury. A to nie jest sprawiedliwa ocena.

– Dlaczego?

– Sprawdź premiery w Opolu z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Nawet jeżeli nie były to zawsze rzeczy wybitne, to na pewno było to wszystko, na co wówczas było stać polską scenę muzyczną. W Opolu z nowym repertuarem pojawiali się Anawa lub Czesław Niemen. A na nich trudno narzekać. Innych kanałów dystrybucji informacji, poza państwowymi, wtedy nie było – jeśli ktoś chciał dotrzeć z szeroko rozumianą muzyką popularną do publiczności, to musiał wystąpić w Opolu. Poziom tamtej piosenki w stosunku do tego, co dziś dzieje się w głównym nurcie, był bardzo wysoki. Z dzisiejszej perspektywy niektóre z tych piosenek trącą myszką, są banalne, ale wiele z nich to dobre numery, świetnie zaaranżowane, bardzo dobrze zagrane i zaśpiewane, ze znakomitymi tekstami. Sprawdź, co było prezentowane w Opolu w 1972 r., jeśli chodzi o teksty, i porównaj to z Opolem ostatnich lat… To jest dramatyczna przepaść.

– No to skąd ta przepaść?

– Dziś Opole to festiwal, na który nie ma pomysłu. Ta sytuacja ciągnie się od dziesięciu-piętnastu lat. W znacznej mierze bierze się to stąd, że artyści nauczyli się docierać do publiczności innymi kanałami, choćby za pośrednictwem internetu. Ten festiwal przestał decydować o trendach i popularności. Oczywiście, wciąż są twarze, które bez Opola żyć nie mogą, albo byłoby im bez niego trudniej, ale to cień dawnej chwały…

– A to nie jest kwestia stopniowego kurczenia się publiczności Opola? Starsi darzą tę imprezę sentymentem, bo kochają wspomnienia z młodych lat, ale dzisiejsi dwudziesto-, trzydziestolatkowie mają zupełne inne festiwale: Open’er, OFF Festival, Męskie Granie?

– Nie do końca, bo to też inna muzyka. Tego, co się gra na OFF-ie, nigdy nie było w Opolu. Podejmowano tam próby montowania alternatywnej sceny, ale kończyło się na mniej lub bardziej udanych eksperymentach. I owszem, jestem za tym, żeby eksperymentować w Opolu.

– Chcesz szokować starszych państwa?

– Niekoniecznie. Pamiętam piętnastoletniego siebie z Dukli, który jeśli nie zobaczył czegoś w telewizji i nie usłyszał w radiu, to nie wiedział, że to istnieje. Oczywiście, ktoś powie, że dziś to niepotrzebne, bo mamy internet. Tylko żeby znaleźć coś w sieci, trzeba wiedzieć, czego szukać. A przecież portale społecznościowe coraz bardziej trzymają nas w bańce naszych upodobań i pułapce przyzwyczajeń. To ma swój komercyjny wymiar: reklamodawcy pokażą nam rzeczy, które skłonią nas, byśmy sięgnęli do portfela. Coraz trudniej wyrwać się temu modelowi funkcjonowania w sieci, który Google z Facebookiem narzucają całemu światu.

I jeszcze jedno – nie można oceniać Opola jako festiwalu, nie prowadząc dyskusji o kondycji mediów publicznych. Opole jest do niczego, bo telewizja publiczna jest do niczego – niezależnie od ekipy, która tam rządzi. Abstrahując już od tego, że każda władza zawłaszcza telewizję, żeby dotrzeć do ludzi i w mniej lub bardziej zawoalowany sposób na nich oddziaływać, to nikt z tych ludzi nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie lub podjąć decyzji politycznych o konsekwencjach istotnych także dla finansów tej firmy, czym ona właściwie ma być.

Mówi się o misji telewizji publicznej, a równocześnie każe się jej zarabiać pieniądze na najbardziej oglądalnych formatach. Promowane są właściwie coraz głupsze pomysły. „Gwiazdy tańczą na lodzie” to przecież była oferta TVP.

– Wróćmy do Opola.

– Ono jest nijakie i coraz mniej znaczy, bo kulturotwórcza misja telewizji publicznej to w znacznej mierze pic na wodę. Gdyby ktoś się tym przejął i konsekwentnie to realizował, a były takie próby, to wszystko mogłoby wyglądać inaczej. To nie jest tak, że w Polsce nie ma ludzi, którzy mogliby to dobrze zrobić, stworzyć świetny scenariusz kilkudniowego festiwalu, pokazać stare gwiazdy w nowym, interesującym świetle. Mogliby też pokazać, że istnieje nowe życie w polskiej muzyce popularnej.

Przy okazji: były ekipy, które traktowały misję telewizji publicznej serio. Pierwsza to tzw. pampersi z początku lat 90. To były czasy, gdy ludzie jeszcze przejmowali się niemodnym dziś słowem „pluralizm”. Pampersi byli zdecydowanie z prawego skrzydła, ale równocześnie bardzo pilnowali, żeby pokazywać dzieła kultury popularnej, z którymi pewnie nie do końca się zgadzali.

– Przypomnijmy parę nazwisk: Wiesław Walendziak, Grzegorz Górny, Andrzej Horubała.

– Dbali o to, żeby zarówno kultura, jak i publicystyka, która dziś jest formą źle zamaskowanej propagandy, przedstawiały naprawdę szerokie spektrum wizji świata. Pokazywali się tam i ludzie z Totartu czy bruLionu, i katolicy ze środowiska „Frondy”.

Drugi taki moment to były pomysły ekipy Jerzego Kapuścińskiego i nawet później Macieja Chmiela, mówię tu o TVP 2. Było widać, że ciężko pracują nad ofertą kulturalną, tylko w innym już czasie – gdy znacznie zmniejszono budżety na własne produkcje. Dodajmy do tego TVP Kulturę, ale jej przykład pokazuje, że misyjność zepchnięto do pewnej niszy.

– Pamiętam, że jako nastolatek w telewizji „pampersów” zobaczyłem „Hair” Miloša Formana, „Jesus Christ Superstar” Andrew Lloyd Webbera i „The Wall” Alana Parkera.

– Miałem tak samo… Tamta telewizja publiczna kupiła nam „Miasteczko Twin Peaks”, choć w przypadku drugiego sezonu było już przecież jasne, że na całym świecie widownia odpływała. A oni nie bali się zaglądać w te wyższe rejony popkultury, które z różnych przyczyn mogły drażnić szerszą widownię.

– W tamtych czasach telewizja publiczna pokazała też wielki show na Wembley po śmierci Freddy’ego Mercury’ego i Woodstock z 1994 roku – późno w nocy i nad ranem w swoim pokoju oglądałem na Rubinie C714 Porno for Pyros, Nine Inch Nails, Metallicę.

– Moi rodzice byli wtedy na tyle uprzejmi, że obiecali nocować w domku na działce, ściągnąłem więc znajomych i dwie bite noce siedzieliśmy przy tym Woodstocku. To nam zmieniało życie – oglądaliśmy Red Hot Chilli Peppers w tym samym czasie, co Amerykanie. Ta telewizja pokazywała nam to, co faktycznie w czasie rzeczywistym działo się w kulturze popularnej.

– Ktoś może powiedzieć: jesteście stare pierniki, przecież to samo można sobie teraz zobaczyć na żywo na YouTube…

– Po pierwsze nie wiem, czy telewizję publiczną w modelu, który byśmy sobie życzyli, da się w Polsce jeszcze w ogóle uratować. Po drugie, jak już wspominałem, są ludzie, którzy także w dziedzinie popkultury mają nieco lub znacznie lepszy kapitał kulturowy. Nie trzeba nawracać nawróconych – chodzi o to, żeby z lepszą ogólnodostępną ofertą dotrzeć do tych, którzy z różnych przyczyn mają do niej utrudniony dostęp. Szczerze wątpię, że jakakolwiek ekipa odczuwa potrzebę, by edukować szerokie masy.

– W polskiej muzyce popularnej wciąż widoczne jest coś, co roboczo nazwę inteligenckim tonem. W pewnej mierze widać to było w Opolu, w czasie recitalu Maryli, w wyblakłych już mocno wspominkach o Agnieszce Osieckiej. Widać to dobrze po serii muzycznej „Zaśpiewani”. I widać również, gdy Maciej Maleńczuk śpiewa Włodzimierza Wysockiego albo „kłania się w pas” Wojciechowi Młynarskiemu. Można się z tego śmiać, ale ten inteligencki sznyt chyba zapewnia polskiej muzyce kontakt z literaturą, poezją, malarstwem?

– To nie jest typowo polska cecha. Muzyka popularna ma różne oblicza, a inspiracje literaturą czy malarstwem to są rzeczy, które rezonują silnie w kontrkulturze amerykańskiej późnych lat 60., a następnie w latach 70. Przypomnijmy sobie choćby Patti Smith, Lou Reeda, Davida Bowie. Często to były więzi osobiste, przeróżne dziedziny życia przenikały się ze sobą – dobrze to pokazuje przykład Andy’ego Warhola i zespołu Velvet Underground. Za paradoks można jednak uznać to, że ten nurt na Zachodzie nie był mainstreamowy, natomiast w Polsce, w czasach PRL, rzeczywiście był głównym nurtem. To o tyle interesujące, że przecież znaczną część włodarzy Polski Ludowej, pomijając Józefa Cyrankiewicza, trudno posądzać o jakieś wyższe potrzeby kulturalne. A jednak wszyscy ci ludzie, mieli – może wynikający z pewnego kompleksu wobec inteligencji jako warstwy kulturotwórczej – spory szacunek do świata kultury.

Choć dodam, że po pierwsze tamten system zmarnotrawił wiele talentów, również artystycznych, ponieważ o bardzo wielu rzeczach, zwykle w sposób niejawny, decydowali ludzie kierujący się nieraz podłymi motywacjami. Po drugie, rynek muzyczny był zupełnie nieracjonalny, a sami muzycy często nie wiedzieli, ile płyt faktycznie sprzedają i ile na nich realnie zarabiają. To wszystko kontrolowały upolitycznione instytucje. Po trzecie, mieliśmy jednak ograniczony dostęp do wielu dzieł kultury światowej i polskiej, chyba że trafiły do drugiego obiegu.

– A może to inteligenckie nastawienie wynikało z pewnych paradygmatów tamtego ustroju – trzeba było nieść kaganek oświaty w lud, kultura masowa świetnie się do tego nadawała.

– W tamtych latach inna była też kultura popularna. Nikt jeszcze wtedy nie wymyślił rzeczy tak głupich jak te, które przyswajamy dzisiaj. Może też jest tak, że gdyby ta rozrywka, która dziś robi za kulturę popularną, była tak rozpowszechniona jak obecnie, to pewnie korzystaliby z tych narzędzi. I może przeróżni czynownicy tańczyliby i wówczas na lodzie. Ale zamiast tego mieliśmy Teatr Telewizji. Pamiętam, że w latach 80., gdy już rejestrowałem pewne rzeczy świadomie, moi rodzice, matka – wiejska nauczycielka, ojciec – wopista, siadali ze mną przed telewizorem i oglądaliśmy spektakle Teatru Telewizji. To było naturalne. I powszechnie oglądane. Już na początku III RP, ale wciąż według wzoru wypracowanego w PRL, pokazano w telewizji teatralną adaptację bodaj „Transatlantyku” Gombrowicza. Ja sam jeszcze niewiele z tego rozumiałem, ale pamiętam, że rodzice byli mocno na „nie”. Dziś myślę, że super było to, że oni w ogóle sami chcieli się z tym skonfrontować, nie wyłączyli telewizora. Obejrzeli, bo uważali, że to ważne. Przy wszystkich swoich niezliczonych grzechach, PRL nie dezawuował kultury jako takiej. Chciał ją kształtować wedle swoich potrzeb, chciał ją zawłaszczyć, ale nie wpadł na to, żeby powiedzieć ludziom: „słuchajcie, kultura nie jest wam do niczego potrzebna”…

– W jesiennym numerze „Gazety Magnetofonowej” opublikowaliście tekst Leszka Gnoińskiego „Szkółka dla niegrzecznych dziewcząt”, który opowiada o Lucciola Ladies Rock Camp, założonym w Beskidzie Niskim przez Ewę Langer, basistkę zespołów PRL i Translola. To tekst z mocnymi wątkami feministycznymi, z opowieściami o tym, że wiele kobiet dzięki tamtejszym warsztatom muzycznym uczy radzić sobie choćby z doznaną przemocą. Wolisz tę muzykę, artystki i artystów, którzy są na przeróżne sposoby zaangażowani społecznie, politycznie i ideowo, czy bliższa jest ci raczej filozofia: „pan nie śpiewaj o ideach, pan śpiewaj dobrze”?

– [śmiech] Jeżeli chodzi o moje muzyczne potrzeby, to są one różnorodne. Czasem potrzebuję muzyki zachwycającej formalnie, która nie niesie żadnego przekazu lub jest to przekaz ideologicznie neutralny.

Kultura jest dziś w znacznej mierze społecznie utożsamiana z rozrywką. Sam się łapię na takim odbiorze. To powoduje, że traktujemy kulturę jako coś, co ma nam się podobać, poprawiać nastrój, łatwo się przyswajać. Ale kultura nie jest identyczna z rozrywką. Ta pierwsza ma nam stawiać pytania, poruszać, gniewać, konfrontować z cudzymi wizjami i poglądami. Dlatego takich treści też szukam i staram się prezentować. Natomiast uważam, że nie wolno wymagać od artystów zajmowania stanowiska w jakiejkolwiek sprawie. Artystyczna wolność jest też wolnością od oczekiwań czy wymagań społecznych i od wymogów stawianych przez fanów. Jeżeli artysta/artystka z własnej nieprzymuszonej woli chce zabrać głos, czy to w formie dzieła, czy w wywiadzie, czy w jakikolwiek inny sposób – droga wolna. Jeżeli ktoś chce mieć poglądy również na scenie – nie mamy prawa mu tego zabraniać, muzyk nie musi być tylko od śpiewania i grania: ma prawo mówić o feminizmie, patriotyzmie, zmianach klimatycznych. Ale z drugiej strony nie mamy prawa wymuszać na artystach publicznego wyrażania poglądów. Nie powinny tego robić również instytucje.

– Inna rzecz, że chyba jeszcze moje roczniki wychowały się w atmosferze popkulturowej, w której spora część artystów i artystek z zasady nie było obojętnych. Składanki na kasetach magnetofonowych w rodzaju „Muzyka przeciwko rasizmowi” to było coś najbardziej naturalnego nawet dla tych, którzy jakoś głębiej nie uczestniczyli w muzycznych rytuałach. Na początku lat 90. część kaset magnetofonowych z o wiele bardziej wtedy popularną muzyką rockową była zaopatrzona we wkładkę wzywającą do ogólnospołecznego referendum w sprawie aborcji i przeciwstawienia się stanowisku Kościoła w tej sprawie. Róże Europy, Kult, Big Cyc, Kobranocka – to nie była alternatywa, ale rzeczy dość mainstreamowe, a jednak mocno zaangażowane. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i Przystanek Woodstock to w ogóle osobny rozdział. Dziś chyba tego zaangażowania, także kojarzonego ze światopoglądowym liberalizmem, jest w muzyce popularnej mniej.

– Jak to zwykle bywa, nie ma jednej przyczyny dla tego skomplikowanego zjawiska. Wydaje mi się, że faktycznie w przestrzeni publicznej mniej jest dziś tego typu muzyki. Piosenki, które u progu lat 90. były grane w radiu, faktycznie mniej lub bardziej dotykały rzeczywistości społeczno-politycznej i ją komentowały.

Konstatuję to z pewną przykrością, jako przedstawiciel pokolenia, które się na czymś takim wychowało, ale wydaje mi się, że współczesny eskapizm też jest jakąś deklaracją polityczną. Być może muzycy z pokolenia, które dziś jest poniżej trzydziestki, a także odbiorcy ich muzyki z takich roczników, uznali, że pieśni tamtego pokolenia to nie są songi w ich sprawach. Być może to, co nazywamy zaangażowaniem, oni uznają za dyskusję na obce im tematy, za spory, o których nie chcą nic słyszeć.

Na początku lat 90., gdy po raz pierwszy jako młodzi ludzie mogliśmy brać udział w wolnych wyborach, bardzo mało wśród moich znajomych, rówieśników i rówieśniczek, było osób, które świadomie nie korzystały z tej możliwości. Dla nas wielką wartością było to, że możemy wybrać. Kłóciliśmy się o to, dokonywaliśmy różnych wyborów, ale umywanie rąk było rzadkim, dziwacznym gestem. Dziś nie ma muzyki tamtych czasów, ale warto by też zbadać, jak wielu młodych w ogóle nie ma przy urnach wyborczych. Myślę, że to się ze sobą wiąże. I to nie jest problem jedynie młodych, to jest dość powszechne dziś społecznie przekonanie, że nas to nie dotyczy.

– Jest rap, hip hop, jeszcze o tym pogadamy. A Pablopavo śpiewa piosenki o Jolancie Brzeskiej i Stefanie Okrzei.

– Ale Pablopavo nie jest dwudziestoparolatkiem… Dziś ludzie utalentowani potrafią pięknie i wyjątkowo realistycznie pokazać okolice czubka swojego nosa. Taco Hemingway, szczególnie na dwóch pierwszych EP-kach, ładnie zobrazował warszawskie życie dzisiejszych dwudziestoparo-, trzydziestolatków. Ale to jest obserwacja społeczna bez żadnych deklaracji.

– Starasz się, żeby każdy numer „Gazety Magnetofonowej” miał swój temat przewodni. Najnowsze wydanie poświęciliście outsiderom i buntowniczkom, a rok temu motywem przewodnim była rodzina. To zdaje się wtedy zrobiliście wywiad z raperem Kękę, który opowiadał o tym, jak zmieniło go rodzicielstwo. Przepraszam, ale konieczny będzie długi cytat: „Dla niejednego słuchacza lektura zestawienia OLiS (lista najchętniej kupowanych płyt przygotowywana przez ZPAV – Związek Producentów Audio-Video) może być zaskakująca. Zarówno raporty cotygodniowe, jak i te ukazujące nasz rynek w ujęciu rocznym, pełne są nazwisk, które przeciętnemu odbiorcy są nieznane. Oczywiście, pojawiają się również artyści popularni i lubiani. W podsumowaniu 2016 r. znalazły się m.in. Agnieszka Chylińska, Ania Dąbrowska, a także grupa Kult. Część osób rozpozna może jeszcze zwycięzcę zestawienia – łódzki raper O.S.T.R. sprzedał do tej pory 100 tys. płyt, nagrywa od 16 lat i można go czasami usłyszeć w radiowej Trójce. Ale między nimi znajdują się nazwiska i pseudonimy, które dla przeciętnego odbiorcy są tajemnicą. Na przykład KęKę, który dla komercyjnych stacji radiowych jest muzykiem wyklętym. Radomski raper zajął szóste miejsce w zestawieniu najlepiej sprzedających się płyt ubiegłego roku i jest jednym z hiphopowców, których znają młodzi, a media pomijają. Jednak to właśnie on oraz Paluch, Kali, Małpa, Pro8l3m, Białas, Dudek P56 i Sitek sprzedają więcej albumów niż artyści wypełniający czas antenowy komercyjnych rozgłośni radiowych. Raperzy okupują szczyty OLiS przez niemal połowę roku. Często debiutują od razu na pierwszym miejscu – tak jak w tym roku zrobili to Guzior z płytą „Evil Town”, Bedoes z „Aby śmierć miała znaczenie”, Hades ze „Światłem”, Dwa Sławy z „Dandys Flow”. Żadnego z nich nie promują ogólnopolskie rozgłośnie radiowe” (Dziennik.pl). Z czego Twoim zdaniem wynika ten fenomen naprawdę popularnej muzyki, której nie grają wielkie rozgłośnie?

– Nie sądzę, żeby to też była jakaś szczególnie polska przypadłość. Choć u nas to chyba zaznacza się silniej. Z jednej strony wiąże się z tym, że istnieją u nas zjawiska muzyczne (i stojące za nimi fenomeny społeczne), które pozostają właściwie poza radarem większości dużych mediów z siedzibą w Warszawie. Jeśli KęKę nie przyjdzie do nich do redakcji i nie kopnie ich w cztery litery, to oni go nie zauważą. Sami nie poszukają i nie sprawdzą. Później się dziwią, że Michał Szpak sprzedaje mniej płyt niż KęKę. I mówią: „No jak to, przecież Szpak jest co tydzień w telewizji śniadaniowej”. Czym innym jest rzeczywistość medialna z tych kilku stołecznych ulic, a czym innym Polska. Kękę jest chłopakiem z Radomia, który jako nieodrodny przedstawiciel swojego pokolenia nie czuł się bohaterem felietonów w mainstreamowych mediach, raczej czuł się reprezentantem świata zupełnie pomijanego, a może nawet – pewnie niesłusznie – pogardzanego. Sądzę, że gdyby KęKę chciał zrobić krok w stronę świateł wielkiej sceny, jak paru innych raperów, to by go wpuszczono. Ale on sam uznał, że tam nie pasuje. Inna sprawa, że treści, które znalazły się na jego pierwszych płytach, bywały mocno konfrontacyjne.

KęKę był dosadny zarówno jeśli chodzi o kwestie obyczajowe, opisując życie w trasie, jak i o kwestie, które dziś określa się mianem polityki historycznej, i które bardzo źle były widziane w medialnym mainstreamie. W „Jednym kraju” rymował chociażby: „Jeszcze razem się przejdziemy Łyczakowską, stanie otworem Ostra Brama / Bez agresji, ale dajcie to co polskie”. Takich treści mainstream nie próbował zrozumieć. Krakowski poeta pisał kiedyś: „Niczego o nas nie ma w konstytucji”. KęKę stał się głosem tych, o których niczego nie było w mediach głównego nurtu.

– Czas przeszły jest tu istotny?

– Bo dziś inne media są w głównym nurcie. Głosy kiedyś spychane na margines, stają się dominujące. W popkulturze to też jest widoczne. Choć nie wydaje mi się, że akurat KęKę chciałby być heroldem jakiejś sprawy i partii.

– Ty zdaje się pojechałeś do niego, do Radomia, zrobić ten wywiad?

– Tak. Wydał mi się fascynujący. Nie tylko przez to, co mówi, ale i przez to, jak ważne dla wielu ludzi jest to, co mówi. Na podstawie znajomości jego pierwszych dwóch płyt wydawało mi się jednak, że jest to człowiek, który nie będzie chciał ze mną w ogóle rozmawiać, bo jak sobie wygoogla, że piszę np. do „Polityki”, to nie siądzie ze mną do stołu. Mnie z kolei przekaz niektórych jego tekstów, delikatnie rzecz ujmując, niepokoił.

Wydarzyła się jednak rzecz interesująca. KęKę wydał trzecią płytę. Nie widać na nim zmiany poglądów, ale zmienił się język, którym opowiada o sobie i świecie, na mniej konfrontacyjny, a bardziej gorzko-refleksyjny, skłaniający do dialogu. Pojechałem do Radomia, siedliśmy w jego ulubionym barze, zjedliśmy sznycle. Opowiedział mi o zmianach w jego życiu. Po pierwsze, wytrzeźwiał. I zaczął głośno mówić o swojej walce o trzeźwość. Stanął na nogi, założył rodzinę. Stało się coś jeszcze: dziś po prostu sprawdza swój światopogląd, uważnie przygląda się samemu sobie. I nawet jeśli nie zmienił poglądów, nie ma w nim już agresji. Opowiadam tak szczegółowo o jednym artyście, bo uważam go za interesującą postać: to jeden z najważniejszych polskich raperów, którego w zasadzie nie widać w mediach.

– To jak to biznesowo działa w praktyce?

– Płyty wydaje sobie sam, a żona organizuje mu koncerty, na które przychodzi mnóstwo ludzi. Wiele osób wspiera go też w walce o trzeźwość.

Skoncentrowałem się na KęKę, ale zasygnalizowałeś ważny problem. W Polsce istnieją trzy sceny muzyczne, które funkcjonują jak odrębne światy. Jedna to świat, który widzisz w Empiku, na liście OLiS. Drugi to świat, który od podstaw został zbudowany przez raperów. Wspomniany wyżej O.S.T.R. jest gościem, który funkcjonuje na granicy tych dwóch światów. Z jednej strony pojawia się w zasięgowych mediach, jego płyty są w Empiku, ale ogromna część jego publiczności dociera do niego przez youtuby itd., itd. Tam jest całe mnóstwo raperów, którzy budują sobie publiczność, dyskutują ze sobą, kłócą się, dissują, współpracują i część z nich w ogóle nie wchodzi na OLiS, bo ich płyty są nienotowane w obiegu – albo w ogóle nie wydają „legali”, albo wydają je poza oficjalnym obiegiem. Tak naprawdę nie wiemy, jak duże to zjawisko.

I mamy trzecie, pewnie największe uniwersum – to disco polo. Nikt nie wie, jaka to jest skala. Od blisko trzech dekad znaczna część społeczeństwa uczestnicząca w życiu muzycznym bawi się i wzrusza przy disco polo. I wydaje na to swoje pieniądze. Ale nikt tego solidnie nie bada. Disco polo widziane z Warszawy to są albo rzucane z wyższością uwagi w stylu „niech to g… już przepadnie”, albo „achy i ochy”, rzucane na kanapie w telewizji śniadaniowej w obecności Zenka Martyniuka i zachwyty nad niezweryfikowaną nigdy „chińską karierą” innej grupy. Do tego ckliwe obrazki z serialu dokumentalnego TVP czy baśni TVN i Agory o disco polo, które niewiele wyjaśniają, mają się tylko dobrze sprzedawać.

– Trochę się boję, że zaraz wpadniemy w muzyczną chłopomanię. A dodajmy, że dziś już istnieją całe kanały telewizyjne poświęcone temu nurtowi.

– Uważam, że disco polo to gwałt na estetyce. Ale rozwój tego gatunku świetnie pokazuje niedoceniany w Polsce przez lata fenomen: jeśli czegoś nie pokazujesz w inteligenckiej i wielkomiejskiej prasie, to wcale to nie znika. Jeżeli nie umiemy o czymś rozmawiać, a tylko wyszydzamy, to nie powoduje, że to przestaje istnieć. W przypadku disco polo szyderstwa nie brakowało, zabrakło za to porządnej i powszechnej edukacji muzycznej od poziomu przedszkola czy szkoły podstawowej.

– Parę lat temu tu i ówdzie na prawicy pojawiały się koncepcje, że disco polo z lat 90. to nowa muzyka ludowa.

– Przeciwnie, moim zdaniem disco polo zabiło muzykę ludową. Ona zresztą też stanowi wyzwanie jako przedmiot opisu. Bo z jednej strony mamy inteligentów z dużych miast, którzy jeżdżą na wieś, przesłuchują ostatnich grajków ludowych lub próbują rekonstruować to, co było niegdyś i przepadło. Natomiast muzyka ludowa w swoim tradycyjnym ujęciu ściśle wiązała się z wiejską obrzędowością, choćby religijną. W tej materii istnieje radykalny pogląd, reprezentowany na przykład przez Adama Struga, że Sobór Watykański II bardzo jej zaszkodził dopuszczając do uroczystości religijnych nową muzykę. Ponadto wiejska obrzędowość dotyczyła całego rytmu życia zgodnego z naturą i najważniejszych wydarzeń życia: narodzin, ślubów i wesel, pogrzebów. Ale kultura masowa, przeniesiona z miasta za pośrednictwem radia i telewizji, odciskała się na wsi coraz mocniej. I w którymś momencie italo disco okazało się najprostsze do odwzorowania, tym bardziej, że dało się przywieźć z miasta kupiony za psie pieniądze azjatycki klawisz, gdy już nikt nie chciał uczyć się grać na gęślach. Jaka to muzyka wsi, skoro instrumenty, które stanowiły faktyczny element ludowej kultury, zastąpiono fabrycznym syntezatorem?

– Pierwszy numer „Gazety Magnetofonowej” ukazał się dzięki powodzeniu akcji crowdfundigowej. Pierwsze wsparcie ze środków publicznych dostaliście bodaj w tym roku. Jak postrzegasz kwestię mecenatu instytucji publicznych w popkulturowej przestrzeni?

– Jestem przeciwnikiem myślenia, które dominowało szczególnie w latach 90. w Polsce, że jeżeli coś na siebie nie zarobi, to nie ma racji bytu. I zaczęto w kulturze promować skutecznych menedżerów, przeciwstawiając im nieskutecznych dyrektorów z niedochodową, więc anachroniczną wizją artystyczną. Nie odpowiada mi wizja, która głosi, że pieniądze publiczne powinny być tylko na coraz lepsze drogi, po których będziemy jeździć coraz lepszymi samochodami. To kultura definiuje nas jako wspólnotę. Jaka ta kultura powinna być, jakie treści przekazywać, kogo wspierać, a kogo nie wspierać, to oczywiście kwestia do dyskusji. Taka dyskusja wciąż trwa i się nie kończy. I nigdy nie powinna się kończyć, bo to oczywiste, że w państwie i społeczeństwie ścierają się różne postawy, poglądy i wartości.

Dodam ważną rzecz: im mniejsza centralizacja w tym względzie, tym lepiej, bo wiele inicjatyw kulturalnych powstaje na lokalnym poziomie i nawet najlepsi warszawscy eksperci od spraw merytorycznych nie potrafią dobrze ocenić lokalnego kontekstu: kto na taki festiwal czy spektakl przychodzi, jaka jest oferta kulturalna w tym rejonie zarówno w tym czasie, jak i w ciągu roku…

– Z jednej strony mamy ambitne projekty wsparte publicznym groszem, myślę choćby o albumie „Gajcy”, na którym grają m.in. Aggresiva 69, Kazik, Pustki, Karolina Cicha, Dezerter, Lech Janerka, albo o filmie dokumentalnym „Jarocin. Po co wolność?” w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Marka Gajczaka, z drugiej strony jestem sobie w stanie wyobrazić solidnie podsypaną złotówkami chałturkę na doraźne partyjne zamówienie. To jest niebezpieczeństwo związane z wydawaniem publicznych środków na kulturę. A dobrzy muzycy będą nagrywać wartościowe płyty i bez publicznego wsparcia…

– Jest takie niebezpieczeństwo, o którym mówisz. W każdej branży, nie tylko muzycznej, są artyści, którzy aktywnie szukają każdej możliwości wyciągnięcia publicznych środków na projekty wątpliwej jakości. To są ludzie, którzy nauczyli się, jak kreować pomysły podobające się urzędnikom. Są ludzie żyjący z tego jak pączki w maśle, albo przynajmniej raz na jakiś czas trafiający na żyłę złota. To jest patologiczny margines.

– Naprawdę margines?

– Ten proceder mocno kłuje w oczy, bo często wiąże się z wyraźną przynależnością polityczną osób, które decydują o tej kasie i tych, którzy po nią sięgają. Oczywiście jeśli utrwali się praktyka, że każda nowa ekipa polityczna życzy sobie mieć kulturę pasującą do jej światopoglądu, to problem będzie narastał. Ale tego typu działania są zwykle przeciwskuteczne. Także dlatego, że oprócz pieśniarzy, którzy wyśpiewają wszystko, kulturą zajmują się najczęściej ludzie z natury przekorni.

Przekonałem się też na własnej skórze, że problemy z wydawaniem pieniędzy na kulturę wiążą się ze złożonością procedur. To zresztą polska przypadłość na wielu polach. Skomplikowanie tych procedur odbiera szanse wielu artystom, którzy nie wyspecjalizowali się w pozyskiwaniu środków, a naprawdę mają coś wartościowego do zaproponowania. Umówmy się, dla artystów proza życia bywa trudna, a co dopiero liczące kilkadziesiąt stron wnioski o 10 tysięcy złotych.

Dodam jeszcze jedną rzecz: wydaję „Gazetę Magnetofonową” jako prywatna firma, ale mogę starać się o publiczne środki finansowe, jeśli spełnię szereg ściśle określonych warunków. To partnerstwo publiczno-prywatne w kulturze jest u nas w głębokich powijakach, jeśli porównać to z sytuacją w innych krajach, choćby w Anglii. Myślę o BRIT School for Performing Arts and Technology, państwowej i bezpłatnej szkole średniej, która specjalizuje się w kształceniu piosenkarzy i piosenkarek, producentów muzycznych, dźwiękowców, scenografów, operatorów.

– Dodam, że BRIT to z kolei skrót od British Record Industry Trust. Warto o tym opowiedzieć czytelniczkom i czytelnikom „Nowego Obywatela”.

– BRIT School to instytucja, która pokazuje, że można myśleć na dekady do przodu. Na przełomie lat 80. i 90., pod koniec za rządów Margaret Thatcher, która nie słynęła ze skłonności etatystycznych, ktoś wpadł na pomysł, że warto zainwestować w brytyjskich muzyków. Reprezentanci dużych wytwórni muzycznych, tzw. mejdżersów, siedli do stołu negocjacyjnego z urzędnikami i ustalono, jak to w praktyce będzie finansowane. Część środków finansowych na BRIT School pochodzi z podatków (u nas spora część krytyki dotycząca dotacji polega właśnie na sarkaniu, że to „wyrzucanie w błoto pieniędzy podatników!”), a część dają prywatne wytwórnie muzyczne. Państwo założyło, że ta kasa zwróci się w podatkach, a prywatne firmy – że zwróci im się to w przyszłych zyskach.

– Jak to działa w praktyce?

– Szkoła powstała na południu Londynu, wśród jej absolwentów są Adele, Morcheeba, Amy Winehouse, ale także mnóstwo nieznanych szerszej publiczności osób, które pracują w wytwórniach płytowych, studiach nagraniowych, mediach muzycznych. To naprawdę rewelacyjna kuźnia kadr. Kołem zamachowym BRIT School był pakt, o którym mówiłem, ale teraz finansują się choćby ze słynnych Brit Awards. Cały dochód z tej imprezy idzie właśnie na BRIT School. Małolaty, które skaczą pod sceną podczas rozdania nagród, to są właśnie uczniowie i uczennice tej szkoły.

Byłem tam, oprowadzał mnie po szkole jeden z jej pracowników, pokazywał, jak to dokładnie funkcjonuje. Na etapie gimnazjum szkoła przyjmuje młodzież uzdolnioną muzycznie. Trzeba zdać egzamin, ale jak wspomniałem, nauka jest bezpłatna. To otwiera ją na uboższą młodzież, którą nie stać na dobre prywatne szkoły z wysokim czesnym. Z jednej strony dzieciaki mają normalny program szkolny, z drugiej mają mnóstwo zajęć odpowiednich do profilu instytucji. BRIT School jest też zapleczem dla West Endu, czyli dzielnicy londyńskich teatrów muzycznych, dochodzą zatem zajęcia z tańca, choreografii itd.

Na kolejnym etapie edukacji w tej szkole uczniów i uczennice czeka rozmowa dotycząca ewentualnej korekty ich życiowych planów. Czasem jest tak, że dzieciak przychodzi jako najlepszy gitarzysta w okolicy, ale w murach BRIT School zrozumiał, że jest trochę ludzi jeszcze lepszych od niego i nigdy ich nie prześcignie. Ale okazuje się, że jest świetny w studiu nagraniowym, doskonale słyszy i czuje produkcję. Dostaje więc propozycję, by na ostatnie trzy lata szkoły zapisać się do odpowiedniej klasy. I jeszcze jedno – oni się tam uczą czytania kontraktów, razem z prawnikami, z ludźmi z wytwórni. Ktoś im pokazuje: to jest punkt w umowie, który obliguje cię do tego i tamtego, a daje ci to i tamto. Szkoła wypuszcza dziewiętnastolatków, którzy potrafią ze zrozumieniem przeczytać umowę i dzięki temu mają znacznie większe szanse, żeby nie wpakować się w kłopoty na długie lata ewentualnej kariery.

Na zakończenie edukacji w BRIT School organizowane są oficjalne przesłuchania, w których mogą wziąć udział tylko zarejestrowani przedstawiciele firm fonograficznych, teatrów muzycznych itp. Po przesłuchaniach muszą rozmawiać z dzieciakami za pośrednictwem szkoły – nie jest tak, że wcisną nastolatkowi co zechcą, bo przy stole spotykają się prawni opiekunowie uczniów, reprezentanci szkoły i zainteresowani „łowcy głów”.

Opisuję to wszystko w dużym skrócie, ale jak widać – można. Ale trzeba myśleć długofalowo, bo pierwsze konfitury z BRIT School to późne lata 90. Potrzeba wizji politycznej, która nie polega na tym, że myślimy o tym, jak mile połechtać szefa partii albo naszych wyborców, lecz perspektywicznie myślimy o tym, co będzie korzystne dla dobra całej wspólnoty.

– Spróbujmy podać pozytywne przykłady z własnego podwórka. W polskiej kinematografii dużo rzeczy udało się dzięki PISF, choć pamiętam lamenty szerokiej rzeszy wolnorynkowców, gdy ta instytucja dopiero powstała. A jak z muzyką rozrywkową?

– Dla mnie pozytywnym przykładem jest działalność Instytutu Adama Mickiewicza – najlepiej znam ich praktyki związane z szeroko pojmowaną muzyką rozrywkową. W swoim czasie dominowało myślenie, że trzeba chwalić się na świecie artystami, którzy u nas już osiągnęli wymierny sukces, bo skoro udało się tu, to pewnie uda i tam. Na szczęście IAM – konkretnie myślę o komórce funkcjonującej pod nazwą Don’t Panic! We’re From Poland – od wielu lat działa inaczej. Dziennikarzom i organizatorom festiwali ze świata umożliwia poznanie wielu różnych polskich muzyków, niekoniecznie najsławniejszych. I to właśnie ludzie stamtąd decydują, co może spodobać się u nich, bo znają swój rynek, lokalny kontekst. Zapraszają artystów, a ci mogą liczyć na wsparcie IAM, choćby przy współfinansowaniu pierwszych wyjazdów. Dzięki takiej filozofii nie wywozi się w świat artystów, których nikt tam nie chce słuchać, ale dociera z muzyką, która faktycznie tam działa.

Na nasz wewnętrzny użytek świetne rzeczy robi Narodowy Instytut Audiowizualny (NinA), z jednej strony udostępniając archiwa ze skarbami polskiej kultury, które były niedostępne przez lata, z drugiej strony nagrywając współczesnych artystów. Archiwizują w ten sposób cenne rzeczy, których nikomu by się komercyjnie nie opłacało nagrywać na tak profesjonalnym poziomie.

– To, co mówisz, dobrze pokazuje, jak to jest z prywatnym wsparciem dla kultury: wygrywa argument „nie opłaca się”.

– W Polsce w ogóle istnieje problem prywatnego mecenatu dla ambitniejszej muzyki popularnej. Tych pieniędzy jest mało. Z jednej strony wiąże się to ze słabością mediów, nie tylko muzycznych: bardzo mało się u nas mówi o tym, jak świetne rzeczy w Polsce dzieją się nie tylko w samej muzyce, ale i wokół niej – myślę choćby o światowych trasach polskich artystów czy recenzjach, które tam zbierają. To powoduje, że marketingowcy mniejszego i większego biznesu nie widzą powodu, żeby wydawać na muzykę większe pieniądze.

Z drugiej strony pisarze, muzycy, malarze co prawda potrzebują pieniędzy, także prywatnych, ale materia, w której się poruszają, jest znacznie bardziej wrażliwa niż inne dziedziny ludzkiej aktywności, w których sponsor może pokazać się jako dobroczyńca. Sportowca możesz od stóp do głów ubrać w barwy swojej firmy, ale muzykowi tego nie zrobisz, bo on natychmiast przestanie być wiarygodny. W teatrze możliwości ekspozycji reklamy są dość marne, choć publiczność z życzliwością podchodzi do sponsorów, bo rozumie, jak dużo dzięki nim może się wydarzyć. Ale jak wsadzić product placement w adaptację sztuki Dostojewskiego czy Wyspiańskiego? Po co zatem użerać się z artystami, jeśli w dowolnym z o wiele bardziej popularnych sportów można sobie kupić prawie wszystko i prawie wszędzie?

– A patrząc szerzej: muzyka popularna nie stała się jedynie wypadkową biznesu?

– Nie, nie sądzę, żeby poza muzyką czysto użytkową, na przykład graniem na fortepianie w hotelowym lobby, ktoś to robił sądząc, że to dobry interes. Dotyczy to nawet ludzi, których puszczają w radiu, jak Mrozu. To jest mały rynek – nawet jeśli na moment zyskasz popularność i zarabiasz jakieś pieniądze, to po pierwsze nie trwa wiecznie, po drugie wcześniej dokładałeś do tego przez długie lata.

– Mamy też w popkulturze muzyków dobrze żyjących z grania. Zarówno takich, którzy zrobili światową karierę, jak Behemoth, jak i tych, którzy odłożyli na bok pytanie, kiedy ze sceny zejść, bo grają na dniach miast jak Polska długa i szeroka.

– Oczywiście. To jest ich zawód, oni chodzą do pracy, gdy grają te wszystkie koncerty. Nie mylmy jednak skutku z przyczyną – oni przez lata zapracowali na swoją sławę, robili kiedyś rzeczy naprawdę pod prąd, albo nagrywali dobre kawałki i umieli je pokazać publiczności. Nie sądzę, żeby na przykład muzycy Kultu u progu kariery myśleli, że to dobra droga na przyszłość i szansa na niezły plan emerytalny w postaci solidnych wpływów z ZAiKS-u.

Nieliczni z tych, co grają, mają szanse na sukces finansowy. Branża muzyczna w Polsce nie jest bogata – absolutnie przytłaczająca większość muzyków to ludzie, którzy jeżdżą na koncerty wykorzystując urlopy, albo są wykopywani z jednej pracy i idą do kolejnej, niekiedy gorzej płatnej, żeby robić to, co chcą robić. Wspomniałeś Behemotha – jesteśmy kilkudziesięciomilionowym społeczeństwem i mamy trzy, może cztery kapele metalowe, które mogą grać w sposób w pełni profesjonalny, czyli członkowie zespołu nie muszą mieć dziennej pracy, żeby się z czegoś utrzymać. Przyznasz, że szału nie ma, jeśli spojrzymy na ogrom polskiej sceny metalowej.

Ale to szersze zjawisko – sądzę, że z muzyki rozrywkowej, tworzonej autorsko, może w Polsce wyżyć, i to nie na poziomie sytej klasy średniej, raptem kilkaset osób. A przecież zajmuje się tym kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy osób. Jeśli widzisz kogoś w telewizji i on ładnie wygląda, to myślisz, że zbił fortunę na paru przebojach. Ale to bardzo niepewny chleb – jeśli ktoś umie sobie napisać piosenki i jest regularnie grany przez radiu, to ma jakąś tam stabilizację, bo płyną tantiemy…

– …z tego, co pamiętam, Edyta Bartosiewicz opowiadała po swoim powrocie muzycznym, że ekonomicznie poradziła sobie w czasie ciężkiej depresji, bo miała środki z ZAiKS-u…

– …dlatego jeśli jesteś na tyle alternatywny, że nie grają cię dwie największe w Polsce rozgłośnie (a grają w gruncie rzeczy nie za wiele), to z ZAiKS-u masz co najwyżej kroplówkę. Owszem, zawsze możesz grać koncerty. Ale jeśli zachorujesz, to tracisz zarobek. Poza tym, ludzie się bulwersują, gdy usłyszą o stawce za koncert w wysokości kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych. Ale trzeba przewieźć ekipę i sprzęt, opłacić dźwiękowca i oświetleniowca, kierowcę i menedżera, trzeba zapłacić kolegom z zespołu itd., itd. Nawet artystom z dorobkiem i nazwiskiem może po odliczeniu kosztów zostawać w kieszeni naprawdę niewiele. Wielu rzeczy można zazdrościć ludziom na scenie – adrenaliny, podróży, poznawania mnóstwa ciekawych osób – ale dochodów bym nie zazdrościł.

– Dziękuję za rozmowę.

Kraków-Warszawa, wrzesień 2017 r.

Czy sankcje powstrzymają Rosję?

W 2014 roku Rosja w związku z kryzysem politycznym na Ukrainie podjęła kroki, które dotychczas mieściły się poza zakresem wyobraźni politycznej odnoszącej się do Europy sensu stricto. W lutym zaanektowała zbrojnie Krym i zainicjowała oraz wsparła na różne sposoby ruchy „separatystyczne” na wschodzie Ukrainy, co doprowadziło do powołania tzw. Republik Ludowych, Donieckiej i Ługańskiej, nie licząc tworów efemerycznych. Stan kryzysu politycznego i pełzającej wojny hybrydowej trwa do dziś, zaostrzany przez wydarzenia takie jak zestrzelenie w lipcu 2014 r. przez prorosyjskich separatystów samolotu malezyjskich linii lotniczych, przewożącego głównie obywateli Holandii. W aspekcie militarnym władze w Kijowie zostały pozostawione samym sobie, otrzymując tylko relatywnie niewielkie wsparcie. Tak zwana wspólnota międzynarodowa podjęła jednak skierowane przeciwko Rosji działania polityczne oraz gospodarcze, przyjmujące postać sankcji.

Gospodarka rosyjska przed rokiem 2014

Jak wszystkie kraje powstałe na gruzach Związku Sowieckiego, Rosja doświadczyła w latach 90. XX wieku gigantycznej zapaści gospodarczej. Kumulowały się w niej skutki załamania wcześniejszego modelu ekonomicznego i negatywne zjawiska, sięgające co najmniej początków konsolidacji porewolucyjnej władzy. Należy wśród nich wymienić efekty kolektywizacji. Co prawda forsowna industrializacja zapoczątkowana za czasów Stalina, dopełniona transferem zdobyczy wojennych i technologii z Niemiec (oraz w mniejszym stopniu z opanowanej przez ZSRR części Europy), spowodowała skokowe w porównaniu z okresem przedrewolucyjnym uprzemysłowienie kraju, jednak impet nadany przez samo przejście od ekstensywnej, prymitywnej produkcji rolnej do przemysłu zaczął się wyczerpywać już u progu lat 60. XX wieku. Cała gospodarka była skrępowana przez założenia ideologiczne i obciążona w ogromnym stopniu przez kompleks pracujący na rzecz potężnej armii, którego świetność w bardzo małym stopniu przekładała się na innowacyjność sektorów komercyjnych. Te ostatnie pozostawały coraz bardziej zacofane wobec Zachodu i prozachodniej części Azji, co szczególnie uwidoczniło się w związku z elektroniczno-informatyczną rewolucją zapoczątkowaną w latach 70. Raz jeszcze okazało się, że wyłączające instytucje polityczne oraz gospodarcze nie są w stanie doprowadzić do długofalowego sukcesu gospodarczego.

Rosja, która przejęła większość postsowieckiej masy upadłościowej, była zatem strukturalnie obciążona od zarania samodzielnego już bytu państwowego. Między rokiem 1992 a 1998 PKB kraju per capita spadło według szacunków MFW o ponad 20% (inne szacunki mówią o nawet niemal 30%). Potem sytuacja ekonomiczna zaczęła się poprawiać, na co wpływ miało kilka czynników. Po pierwsze, wystąpiły naturalne długookresowe procesy adaptacyjne i siłą rzeczy ustał systemowy rabunek, przekładający się na powstawanie znikąd wielomiliardowych fortun oligarchów. Po drugie – epoka Putina przyniosła, dzięki konsolidacji władzy, pewne unormowanie sytuacji wewnętrznej, ograniczające rozbuchaną przestępczość i stwarzające korzystniejsze warunki prowadzenia działalności (wskaźnik morderstw spadł między 2002 a 2011 r. o ponad 60%). Po trzecie i najważniejsze, z końcem lat 90. rozpoczęła się bezprecedensowa hossa na rynku ropy naftowej. Cena nominalna tego surowca wzrosła w ciągu dekady ponad dwunastokrotnie, aby po załamaniu związanym z kryzysem lat 2008-09 ustabilizować się jeszcze na kilka lat na poziomie dziewięciokrotnie wyższym niż w 1998 r. Skutkiem tych wszystkich czynników był ponad dwukrotny wzrost rosyjskiego PKB per capita w latach 2000-2010, a lata do 2014 r. przyniosły kontynuację tego pozytywnego trendu.

Mimo to Rosja roku 2014 pozostawała krajem o wskaźnikach makroekonomicznych na poziomie sytuującym się pomiędzy krajami przyjętymi do UE w 2004 r. a tymi, które dołączyły do wspólnoty w 2007 r. Jej PKB per capita w jednostkach przeliczeniowych ledwie przekraczało 50% tej wartości dla głównych krajów „starej” Unii. Słabością strukturalną pozostawało uzależnienie gospodarki od surowców naturalnych. Sam sektor ropy naftowej i gazu odpowiadał za 16% PKB i 70% wartości eksportu, a także za ponad połowę federalnych rezerw budżetowych. Najbardziej znaczącym rosyjskim sektorem wytwórczym w skali świata pozostaje przemysł zbrojeniowy, na bazie sukcesów którego rozpoczęto starania mające na celu powrót do gry w roli dostawcy samolotów pasażerskich.

Warto zwrócić uwagę na strukturę rosyjskiego handlu zagranicznego. W okresie bezpośrednio poprzedzającym kryzys ukraiński głównym partnerem handlowym Rosji pozostawała Unia Europejska (41,9% importu i 52,9% eksportu). Drugie pod względem ważności Chiny odpowiadały już tylko za 16,3% importu i 6,8% eksportu. Stany Zjednoczone są dla Rosjan partnerem raczej drugorzędnym, na którego przypada około 5% wymiany handlowej.

Reakcje na kryzys ukraiński

Zasadniczym instrumentem retorsji wobec Rosji w związku z agresją na Ukrainę były ograniczenia polityczne i gospodarcze. Były one różne w zależności od strony. W 2014 r. Unia Europejska wprowadziła w odniesieniu do Krymu i Sewastopola zakaz importu towarów, ograniczenia handlowo-inwestycyjne w przypadku niektórych sektorów gospodarki oraz projektów infrastrukturalnych, zakaz świadczenia usług turystycznych w zagarniętym rejonie oraz częściowy zakaz eksportu towarów i technologii. W odniesieniu do samej Rosji sankcje objęły ograniczenie dostępu do pierwotnych i wtórnych rynków kapitałowych UE dla banków i firm powiązanych ze strukturami państwowymi, zakaz eksportu i importu broni, eksportu produktów mogących mieć zastosowanie cywilne i wojskowe, a także ograniczenie dostępu do strategicznych technologii i usług związanych z wydobyciem i produkcją ropy naftowej. Ponadto władze UE zwróciły się do Europejskiego Banku Inwestycyjnego oraz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju o zawieszenie finansowania nowych operacji w Rosji. Sankcje były przedłużane na kolejne okresy, zgodnie z obecnymi ustaleniami mają obowiązywać do 31 stycznia roku 2018 r.

Sankcje nałożone przez administrację amerykańską w 2014 r. są podobne co do zakresu. Zakładają ograniczenie dostępu do kapitału dla sześciu rosyjskich banków państwowych, związanych z nimi podmiotów oraz korporacji obronnej Rostech, a także zamrożenie aktywów rosyjskich firm z sektora obronnego wraz z zakazem współpracy z nimi. Istotne znacznie ma zakres wymierzony w rosyjski sektor naftowy. Obejmuje on ponownie ograniczenia dostępu do kapitału i zakaz dostarczania technologii, usług oraz towarów wspomagających realizację projektów eksploatacji złóż szelfowych w Arktyce, głębinowych, łupkowych i morskich. Co ważne, sankcje amerykańskie zostały latem 2017 r. rozszerzone, aczkolwiek z możliwością poniechania rozszerzenia z uwagi na interes Stanów Zjednoczonych, jeżeli zostanie on uzasadniony przez Biały Dom. Istniejące ograniczenia rozciągnięto na sektory metalowy i wydobywczy, skrócono okresy kredytowania rosyjskich podmiotów finansowych i firm. Prezydent Stanów Zjednoczonych uzyskał też prawo wprowadzenia sankcji skierowanych przeciwko budowie przez Rosję rurociągów eksportowych – może uderzyć nimi we wszystkie podmioty inwestujące w tego rodzaju projekty o równowartości 1 miliona dolarów jednorazowo lub 5 milionów dolarów w ciągu roku. Kolejną ewentualnością może być wprowadzenie zakazu nabywania rosyjskich obligacji skarbowych. Własne sankcje wprowadziły również m.in. Kanada i Japonia, a także, co oczywiste, Ukraina.

Sytuacja gospodarki rosyjskiej po 2014 r.

Z kryzysem krymskim i wprowadzaniem sankcji zbiegł się bardzo niekorzystny dla rosyjskiej gospodarki i budżetu gwałtowny spadek cen ropy naftowej. Wzrost produkcji tego surowca z łupków w Stanach Zjednoczonych, zwiększenie wydobycia przez – mającą diametralnie różne od rosyjskich cele polityczne w konflikcie syryjskim – Arabię Saudyjską, ale także przez Irak, Libię i Iran, a i pewien spadek popytu – wszystko to spowodowało zniżkę cen surowca na rynkach światowych. Spadły one z poziomu rzędu 100 dolarów za baryłkę w połowie 2014 r. do ok. 50 dolarów obecnie (z minimum wynoszącym niecałe 30 dolarów na początku 2016 r.). Zjawisko to nie jest efektem oficjalnych sankcji wobec Rosji, jednak z uwagi na rolę, jaką odegrały w nim Stany Zjednoczone i saudyjska monarchia, trudno nie dopatrywać się tu elementu wojny handlowej z Moskwą i podkopywania jej pozycji. Należy przy tym zauważyć, że koszt produkcji ropy w Rosji jest wyższy niż w np. krajach Zatoki Perskiej. Według szacunków z 2014 r. w przypadku złóż lądowych wynosił on 18 dolarów za baryłkę, a w przypadku arktycznych – aż 120 dolarów, podczas gdy wyprodukowanie najtańszej pod tym względem ropy saudyjskiej kosztowało zaledwie 3 dolary. Ze spadkiem cen ropy skorelowany był znaczący spadek notowań rubla wobec głównych walut. W połowie 2014 r. za euro trzeba było zapłacić około 45 rubli, obecnie – niemal 70 (ponad 88 na początku 2016 r.), natomiast dolar zdrożał z ok. 35 do 55 rubli (maksymalny kurs również na początku 2016 r. – 78). W związku z tym efekt oficjalnych sankcji jest trudny do jednoznacznego oszacowania.

Wymiernym skutkiem koniunkcji wszystkich zjawisk jest przynajmniej czasowe pogorszenie się wskaźnika wzrostu gospodarczego w Rosji. Według danych Banku Światowego w 2014 r. wyniósł on 0,7% PKB, 2015 r. i 2016 r. przyniosły spadki, odpowiednio o 3,7 i 0,6% (jednak już w 2017 r. PKB Rosji ma wzrosnąć o 1,5%). Ocenia się, że zasadniczymi problemami dla rosyjskiej gospodarki są spadek cen ropy naftowej i niewydolność obowiązującego modelu zarządzania oraz zaległości strukturalne. Sankcje wyraźnie utrudniają ich rozwiązanie. Ograniczenia o charakterze finansowym utrudniają rosyjskim podmiotom pozyskiwanie kapitału zagranicznego, np. refinansowanie pożyczek, pogarszając kondycję finansową i możliwość realizacji programów inwestycyjnych. Nastąpił znaczący odpływ kapitału – 151 miliardów dolarów w 2014 r., 56,9 miliarda w 2015 r.; wpływ samych sankcji od połowy 2014 r. do połowy 2015 r. oceniany jest na 72 miliardy. Kolejnym efektem jest spadek bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W 2015 r. wyniósł aż 92% w stosunku rocznym, aczkolwiek występuje tu kumulacja różnych zjawisk, takich jak wcześniejsze spowolnienie gospodarcze w Rosji i sceptycyzm inwestorów wobec wschodzących rynków.

Rosyjski budżet został obciążony kosztami strategicznego wsparcia firm, którym trudno pozyskiwać środki na rynkach kapitałowych. Państwo wraz z Bankiem Centralnym podejmuje kroki w celu utrzymania płynności finansowej banków i pomaga należącym do siebie przedsiębiorstwom, działającym w trudniejszych warunkach, a wartość pomocy publicznej w 2015 r. wyniosła 2,4% PKB. Pomoc dla firm była konieczna z uwagi na załamanie kursu rubla, które, chociaż pozornie kompensowało na płaszczyźnie wewnętrznej spadek cen ropy, jednak radykalnie zwiększało koszty obsługi zadłużenia, denominowanego w walutach zagranicznych. Natomiast niski udział towarów wysoko przetworzonych w eksporcie uniemożliwił skorzystanie w większym zakresie z potencjalnego wzrostu konkurencyjności na rynkach zagranicznych. Z uwagi na znaczenie sektora naftowo-gazowego dla gospodarki kraju, należy podkreślić wpływ ograniczeń na możliwość pozyskania przez niego kapitału zagranicznego, oddziałujący tak na bieżące wyniki, jak i na realizację projektów infrastrukturalnych. Koncerny takie, jak Rosnieft, Novatek czy ŁUKoil, musiały w 2015 r. i w kolejnych latach ograniczyć budżety przeznaczone na inwestycje o nawet 10-30% w stosunku do lat poprzednich. Przy realizacji strategicznego projektu produkcji skroplonego gazu ziemnego, Jamał-LNG, wystąpiły problemy z zapewnieniem finansowania i wynikające z nich opóźnienia.

W całej gospodarce pojawił się negatywny klimat inwestycyjny i wzrosła niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji. Ekspercka Grupa Ekonomiczna, doradzająca Ministerstwu Finansów Rosji, ocenia skumulowane koszty spadku ceny ropy i sankcji w latach 2014-2017 na 600 miliardów dolarów, przy czym same sankcje mają odpowiadać za 170 miliardów – przy nominalnej wartości PKB Rosji wynoszącej w 2016 r. 1,28 biliona dolarów. Spadek tempa rozwoju gospodarczego, znów wynikający z kumulacji czynników, jest oceniany na 2,1% PKB rocznie. Trudno ocenić obecnie efekty długofalowe sankcji. Mogą one z uwagi na pewien zakres izolacji gospodarczej Rosji utrudnić jej wyjście ze stagnacji ekonomicznej oraz utrudnić na dłuższą metę rozwój technologiczny sektora naftowego, a z uwagi na rozszerzenie palety sankcji amerykańskich – nie tylko jego.

Słaba bariera i nieszczelne sito

Sankcje ekonomiczne, jak wskazano powyżej, przynajmniej do pewnego stopnia pogorszyły kondycję rosyjskiej gospodarki. Jednak ich znaczenie krótkoterminowe, a przez to wpływ na zahamowanie agresywnych poczynań, pozostaje ograniczone. Handel ropą jako taki oraz sektor rafineryjny nie doznały bezpośrednich szkód, kontynuowane były inwestycje w modernizację zakładów przetwórczych. Szybka reakcja państwa (kosztem deficytu budżetowego) pomogła firmom dotkniętym problemami powrócić do równowagi, dzięki czemu nie wystąpiły istotne koszty społeczne, poza spadkiem siły nabywczej w odniesieniu do produktów importowanych. Pewne znaczenie może mieć wywołana niskim kursem rubla migracja za granicę wykwalifikowanych specjalistów – rosyjska prasa donosi np. o wywołującym problemy kadrowe wyjeździe setek doświadczonych pilotów cywilnych do krajów azjatyckich, w szczególności do Chin, Indii i Wietnamu, gdzie pracodawcy mogą obecnie zaoferować znacznie bardziej atrakcyjne stawki.

W pewnym zakresie amortyzację efektów zachodnich sankcji dla gospodarki rosyjskiej jako całości ułatwiły inwestycje chińskie czy indyjskie. Jednocześnie kapitał zachodnioeuropejski nie zaprzestał finansowania istotnych projektów infrastrukturalnych, np. bałtyckiego gazociągu Nord Stream 2 czy wspomnianego projektu Jamał-LNG, który znalazł inwestorów z Niemiec i Szwecji. Tu znaczenie może mieć dopiero ewentualne wprowadzanie w życie zaostrzonych sankcji amerykańskich. W odniesieniu do nich należy jednak odnotować niechęć czynników z Unii Europejskiej, vide krytykujące inicjującą cały proces decyzję Senatu Stanów Zjednoczonych oświadczenie kanclerza Austrii i wicekanclerza oraz ministra spraw zagranicznych Niemiec, wsparte następnie co do zasady przez Angelę Merkel. Rosjanie ponadto są w stanie obchodzić poszczególne sankcje sektorowe. Dowodem jest choćby skandal dotyczący wysłania na Krym, z przeznaczeniem dla strategicznie ważnej elektrociepłowni, turbin gazowych firmy Siemens. Formalnie były one przeznaczone dla zakładu na Półwyspie Tamańskim, jednak analitycy ukraińscy długo przed faktyczną dostawą ostrzegali, że faktycznym miejscem docelowym będzie właśnie Krym. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy niewiedza niemieckiego kontrahenta w tym zakresie była prawdziwa czy markowana.

Sankcje nie sprawiły też w najmniejszym stopniu problemów rosyjskiemu handlowi bronią, gdyż kraje je stosujące nie są nią po prostu zainteresowane. Z kolei procesy trwające od 2011 r. na Bliskim Wschodzie spowodowały otwarcie dla Rosjan rynków, na których z przyczyn politycznych dotychczas prosperowali słabo, przede wszystkim egipskiego, ale w perspektywie być może również tureckiego i jordańskiego. Modernizacja rosyjskich sił zbrojnych w dużej mierze dokonała się dzięki wykorzystaniu hossy na rynku naftowym, i nawet ewentualne opóźnienie czy ograniczenie z przyczyn budżetowych wdrożenia najbardziej perspektywicznych programów, takich jak nowy myśliwiec wielozadaniowy ­Su-57 czy czołg T-14 Armata, nie będzie miało istotnego wpływu na zdolność bojową rosyjskiej armii w ciągu najbliższych kilku lat. Anulowany w następstwie wydarzeń krymskich kontrakt na zakup we Francji okrętów desantowych typu „Mistral” miał w istocie znaczenie o wiele mniejsze, niż powszechnie przypisywane. Paradoksalnie większy wpływ miały tu sankcje ukraińskie, które prawdopodobnie uniemożliwią np. ukończenie dla WMF co najmniej dwu fregat i opóźnią ukończenie kilku kolejnych, co jest spowodowane embargiem na dostawę turbin. Z kolei newralgiczne dla modernizacji rosyjskiej broni pancernej dostawy francuskiej konstrukcji kamer termowizyjnych, skokowo zwiększających możliwości bojowe czołgów, nie zostały przerwane wskutek sankcji, aczkolwiek nie jest do końca jasne, czy producent skorzystał z wyłączenia z ich zakresu umów wcześniej zawartych, czy też technologia wytwarzania urządzeń została efektywnie przekazana Rosjanom. Jeżeli ostatecznie potwierdzą się informacje o redukcji rosyjskich wydatków obronnych, które mają według założeń budżetowych na kolejne lata wyraźnie spaść (z 1,021 biliona rubli w 2017 do 943,6 miliarda w 2018, 860,6 miliarda w 2019 i 869,1 miliarda w 2020), będzie to można interpretować jako dość spektakularny efekt uderzenia przez oponentów Moskwy w ceny ropy naftowej.

Ogólnie rzecz biorąc, i odwołując się do sławnej frazy, sankcje są dla Rosji póki co raczej katarem niż gruźlicą, która skłoniłaby ją do rachunku sumienia. Skuteczniejsze retorsje musiałyby utrudniać przede wszystkim bezpośrednio rosyjski handel surowcami, co mogłoby owocować pogłębieniem problemów budżetowych Moskwy. Takie działania są jednak trudne z wielu powodów. Po pierwsze – gospodarki krajów Unii Europejskiej nawet w przypadku wystąpienia woli politycznej musiałyby mieć czas na przestawienie się na alternatywne kierunki dostaw (na marginesie można też zadać pytanie, czy kierowanie dodatkowych mas pieniędzy do Arabii Saudyjskiej lub Kataru, z kręgami polityczno-ideologicznymi mającymi bardzo niesympatyczne ambicje, nie byłoby przypadkiem wpadaniem z deszczu pod rynnę). Po drugie – wielkim odbiorcą rosyjskich surowców są Chiny, które na pewno nie przyłączą się do żadnych sankcji, a zwiększenie uzależnienia od siebie Moskwy powitają bardzo przychylnie, wszak powtórzenie wolty z początku lat 2000, tj. proamerykańskiego zwrotu Rosji, stanowi czarny sen chińskich elit. Po trzecie wreszcie – trzeba pamiętać, że z perspektywy Waszyngtonu i stolic zachodnioeuropejskich Ukraina jest tylko jednym z elementów globalnej układanki, co pozostawia Rosji znaczną możliwość manewru. Dla Stanów Zjednoczonych ważne jest rosyjskie stanowisko w sprawach Korei Północnej, Bliskiego Wschodu oraz ponownie, po zarzuceniu przez administrację prezydenta Trumpa obamowskiego odprężenia na tym kierunku, Iranu. Europa ma problem przede wszystkim z Bliskim Wschodem. Na tym tle szeroko zakrojoną i bardzo skuteczną interwencję Rosji w Syrii należy traktować jako nakierowaną, obok celów bezpośrednich, na wyprowadzenie Moskwy z pewnej izolacji, w jaką wpadła wskutek agresywnych działań przeciwko Ukrainie. I wydaje się, że odniosła ona zamierzony skutek. Rosjanie odzyskali pozycję protagonistów bliskowschodniego teatru politycznego, z którymi muszą liczyć się i układać zachodni partnerzy.

Prawdopodobnie najbardziej dotkliwa dla Rosji byłaby stymulacja przez Zachód, dzięki obustronnie korzystnej polityce, w tym gospodarczej, budowy silnego, zwartego i zamożnego państwa ukraińskiego, które mogłoby skutecznie przeciwstawiać się zakusom potężnego sąsiada i mieć orientację prozachodnią opartą na korzyściach, nie nadziejach. To jednak wydaje się mało realne, tak z uwagi na jakość elit ukraińskich, jak i kadr, które trafiają tam z zagranicy, w tym i z Polski. A przede wszystkim z uwagi na nasze własne, często gorzkie, doświadczenia z okresu po 1989.

Festiwal deglomeracji

Festiwal deglomeracji

Przysucha – liczące 6,2 tys. mieszkańców miasto powiatowe położone na południowo-zachodnich krańcach województwa mazowieckiego, tuż przy jego granicy z województwami łódzkim i świętokrzyskim. Rejon Przysuchy to przykład peryferii wewnętrznych, czyli obszaru, który, choć leży w centrum Polski, boryka się z ograniczoną dostępnością komunikacyjną czy problemami społeczno-gospodarczymi w stopniu porównywalnym z obszarami położonymi na kresach kraju. Stopa bezrobocia w centralnie położonym powiecie przysuskim i sąsiednim szydłowieckim od lat utrzymuje się na poziomie porównywalnym ze stopą bezrobocia powiatów braniewskiego i bartoszyckiego, leżących przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim, czy powiatu leskiego w Bieszczadach.

30 czerwca 2017 r. w Przysusze odbył się kongres Prawa i Sprawiedliwości. Na spotkanie zorganizowane pod hasłem „Polska jest jedna” przyjechało 1,1 tys. delegatów. Radio Wnet komentowało, że „na jeden dzień Przysucha staje się polityczną stolicą Polski”, a „Rzeczpospolita” relacjonowała, iż „Przysucha ma być symbolem dbałości obozu władzy o Polskę poza dużymi miastami”. Problem w tym, że w Przysusze nie padło ani jedno słowo na temat jednego z najbardziej bezpośrednich narzędzi wzmacniania ośrodków poza metropoliami – czyli deglomeracji, polegającej na lokalizowaniu instytucji rządowych poza stolicą państwa, zaś instytucji regionalnych poza stolicą regionu.

Miasto stołeczne, miasto trybunalskie

Kongres w Przysusze stał się więc jednodniowym festiwalem deglomeracji miękkiej (jednorazowe wydarzenia ważnej rangi poza stolicą), na którym w ogóle nie pojawił się temat deglomeracji twardej. Wydaje się, że początkowo głośna w kręgach rządowych kwestia deglomeracji, ucichła zanim przystąpiono do jej wdrażania.

Przypomnijmy, że w 2015 r. kadencję rządów Prawa i Sprawiedliwości zapoczątkowała zapowiedź przeniesienia Trybunału Konstytucyjnego z Warszawy do Piotrkowa Trybunalskiego, w ślad za którą w projekcie ustawy o zmianie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym zapisano wykreślenie art. 2 ustawy, mówiącego, że „siedzibą Trybunału jest miasto stołeczne Warszawa”. W uzasadnieniu argumentowano, że propozycja ta „nawiązuje do koncepcji przełamania podziału na Warszawę i resztę Polski. Projekt dotyczy przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju”. Antoni Macierewicz, poseł PiS wybrany w okręgu piotrkowsko-skierniewickim i wiceprezes partii rządzącej, mówił: „Jestem za przeniesieniem Trybunału Konstytucyjnego do Piotrkowa Trybunalskiego. To kwestia przywrócenia tradycji I Rzeczpospolitej, kwestia dowartościowania lokalnych społeczności, które w tradycji Rzeczpospolitej odgrywały istotną rolę w naszej historii”. W samym projekcie ustawy ponadto argumentowano, że „przeniesienie siedziby Trybunału Konstytucyjnego z Warszawy do innego miasta ma także ten dodatkowy walor, że zapewni większą izolację sędziów od ośrodków władzy politycznej, a przez to wzmocni ich apolityczność i bezstronność”.

Właśnie chęć geograficznego wyrażenia niezależności wybranych organów państwowych bywa ważną przesłanką przy doborze miejsc siedzib instytucji wymiaru sprawiedliwości. Przykładowo sądy konstytucyjne w wielu krajach zostały zlokalizowane poza miastami stołecznymi, będącymi siedzibami władzy wykonawczej: Sąd Konstytucyjny Republiki Czeskiej mieści się w Brnie, Sąd Konstytucyjny Republiki Słowackiej – w Koszycach, Sąd Konstytucyjny Gruzji – w Batumi, Sąd Konstytucyjny Federacji Rosyjskiej – w Sankt Petersburgu, Sąd Konstytucyjny Republiki Południowej Afryki – w Johannesburgu, Trybunał Konstytucyjny Peru – w Arequipie, natomiast Federalny Trybunał Konstytucyjny Republiki Federalnej Niemiec znajduje się w Karlsruhe.

Liczące około 300 tys. mieszkańców Karlsruhe to 21. pod względem liczby mieszkańców miasto Niemiec, w dodatku nie będące stolicą landu. Jego pozycję można porównywać z Częstochową, Radomiem czy Bielskiem-Białą. W Karlsruhe, obok Trybunału Konstytucyjnego, mieszczą się Sąd Najwyższy i Prokuratura Federalna. Co ciekawe, w mieście tym nie ma możliwości studiowania i wykładania prawa, dzięki czemu nie wytwarza się tu mikrokosmos środowisk prawniczych (najbliższy wydział prawa znajduje się w oddalonym o 70 km mieście Mannheim). Karlsruhe zostało siedzibą najważniejszych instytucji wymiaru sprawiedliwości na początku lat 50. XX wieku. Zbiegło się to ze zjednoczeniem w 1952 r. trzech landów – Badenii, Wirtembergii i Wirtembergii-Hohenzollern – w jeden land: Badenię-Wirtembergię ze stolicą w Stuttgarcie. Likwidacja Badenii oznaczała utratę przez Karlsruhe statusu stolicy landu. Decyzja o lokalizacji siedzib najważniejszych instytucji wymiaru sprawiedliwości była więc także decyzją przeciwdziałającą pozbawieniu Karlsruhe funkcji administracyjnych wyższego rzędu.

Deglomeracja od wieków

Rządzące Prawo i Sprawiedliwość bardzo szybko wycofało się z projektu wyprowadzenia Trybunału Konstytucyjnego poza Warszawę, udowadniając niestety, że wnioskowana „większa izolacja sędziów od ośrodków władzy politycznej” była forsowana jedynie do momentu powołania przez PiS nowego kierownictwa sądu konstytucyjnego. Jednocześnie pokazano, że w rzeczywistości nie istnieje szersza, perspektywiczna „koncepcji przełamania podziału na Warszawę i resztę Polski [w efekcie] przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju”. Przeniesienie siedziby trybunału miało bowiem rzekomo być jej pierwszym elementem.

Nawiasem mówiąc, Piotrków Trybunalski idealnie nadawał się na ośrodek, od którego zainicjowane zostałoby wdrażanie programu deglomeracji. Po pierwsze, jest to miasto nawet swoją nazwą świadczące o deglomeracyjnych tradycjach Polski. W I Rzeczypospolitej Polskiej Trybunały Główne Koronne – sądy najwyższej instancji – zlokalizowane były w Łucku, Lublinie i właśnie w Piotrkowie. Natomiast Trybunał Skarbowy Koronny – najwyższa izba obrachunkowa – miał siedzibę w Radomiu. Wspomnijmy też o Parczewie, w którym od 1413 r. do 1564 r., ze względu na położenie mniej więcej w połowie drogi między Krakowem a Wilnem, odbywały się polsko-litewskie sejmy i zapadały decyzje najważniejsze dla obu krajów.

W kontekście siedziby trybunału za Piotrkowem Trybunalskim przemawiało również to, że jest dobrze skomunikowany z Warszawą. Przynajmniej na początkowym etapie wdrażania deglomeracji należałoby to uwzględniać ze względu na konieczność przeniesienia przynajmniej części urzędników oraz, nie ukrywajmy, początkowo trudne do przerwania powiązania z instytucjami współpracującymi, środowiskami eksperckimi itp. Tymczasem Warszawę i Piotrków Trybunalski łączy droga ekspresowa, zaś najszybszy pociąg 144-kilometrową relację z Warszawy Centralnej do Piotrkowa pokonuje w 1 godz. 26 min., co nie odbiega znacząco od czasów przemieszczania się w ramach aglomeracji warszawskiej w godzinach szczytu. Piotrków Trybunalski jest też dość dobrze skomunikowany z innymi częściami kraju. Z piotrkowskiego dworca kolejowego można dojechać bezpośrednio do dziewięciu spośród dziesięciu największych polskich miast: Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania, Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy i Katowic. Dzięki temu powiązania Trybunału Konstytucyjnego, dotychczas skupione w Warszawie, wraz z jego przeniesieniem do Piotrkowa Trybunalskiego mogłyby stopniowo ustępować wzmacniającym się powiązaniom sądu konstytucyjnego z innymi ośrodkami, np. środowiskami naukowymi, prawnikami zajmującymi się obsługą skarg konstytucyjnych.

Wreszcie Piotrków Trybunalski jest jednym z 31 miast, które na przełomie 1998 i 1999 r. straciły status województwa. Wywołało to problem odpływu średnich i wyższych posad w administracji publicznej, obniżając rangę miejscowych rynków pracy i powodując migrację części mieszkańców. W miastach tego typu wciąż oczekuje się, że któryś z kolejnych rządów zaproponuje koncepcję renesansu byłych ośrodków wojewódzkich. Coraz poważniej mści się bowiem to, że wraz z reformą administracji z przełomu 1998 i 1999 r. – która 49 województw zastąpiła 16 większymi województwami – nie podjęto decyzji zapobiegającej pogorszeniu się sytuacji społeczno-gospodarczej w ośrodkach tracących status miasta wojewódzkiego. Prof. Przemysław Śleszyński z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk w ekspertyzie przygotowanej na potrzeby „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” tzw. Planu Morawieckiego zwraca uwagę, że „reforma administracyjna 1999 r. spowodowała zmiany w lokalizacji różnego rodzaju działalności miastotwórczych i w przypadku wielu ośrodków nasiliła problemy wynikające z różnic w położeniu w hierarchii administracyjno-osadniczej, w tym wypłukiwania funkcji. […] Pomimo korzystnego historycznego wykształcenia się pełnej sieci miast o różnej wielkości i dość równomiernym rozmieszczeniu geograficznym, polski system osadniczy po 1990 r. pozostaje w stanie coraz większej nierównowagi. Następuje to wskutek tendencji polaryzacyjnych, polegających zwłaszcza na koncentracji zasobów i potencjałów w największych ośrodkach, w tym w Warszawie” (Przemysław Śleszyński, „Delimitacja miast średnich tracących funkcje społeczno-gospodarcze”, Instytut Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN, Warszawa 2016).

Z analizy przeprowadzonej przez prof. Śleszyńskiego wynika, że spośród 255 miast liczących więcej niż 15 tys. mieszkańców, a nie będących stolicami województw, aż 122 pogrąża problem odpływu mieszkańców, niekorzystnych prognoz demograficznych, wzrostu bezrobocia, zmniejszania się liczby podmiotów gospodarczych, odpływu dużych przedsiębiorstw, spadku dochodów oraz spadku liczby odwiedzających. Najgorsza sytuacja jest w 23 miastach, wśród których są nie tylko położone peryferyjnie kilkunastotysięczne ośrodki jak Braniewo czy Hrubieszów, ale także byłe siedziby województw (Chełm, Przemyśl, Zamość) oraz porównywalne z nimi pod względem wielkości miasta, które statusu wojewódzkiego nie posiadały, jak Starachowice, Ostrowiec Świętokrzyski czy liczący prawie 100 tys. mieszkańców Grudziądz.

Cały naród buduje swoją stolicę

Dla przestrzennego zrównoważenia rozwoju i zapobiegania regionalnej dominacji stolic wojewódzkich niezbędne jest, aby beneficjentami deglomeracji były ośrodki, które nie posiadają statusu miasta wojewódzkiego. Jednak wsparcia rozwojowego potrzebują nie tylko byłe ośrodki wojewódzkie, ale także porównywalne z nimi miasta, które do końca lat 90. XX wieku również nie były stolicami województw. Tymczasem płynące ostatnio oficjalne wnioski do władz centralnych ograniczały się do umiejscowienia siedzib instytucji rządowych w miastach wojewódzkich.

Po tym, jak rząd Prawa i Sprawiedliwości zapowiedział stworzenie Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, przewidując jego umiejscowienie w Warszawie, łódzki Instytut Spraw Obywatelskich INSPRO zwrócił się z wnioskiem o zlokalizowanie tej instytucji w Łodzi: „Po 27 latach od transformacji, czas najwyższy na odważne decyzje rządu i zerwanie z warszawocentryzmem” – przekonywał prezes INSPRO Rafał Górski w liście otwartym do premier Beaty Szydło.

W sprawie Narodowego Instytutu Wolności wniosek złożył również Klub Jagielloński – oparty był on na założeniu „zgodnie z którym sama lokalizacja i »bliskość« do instytucji powinna wspierać rozwój społeczeństwa obywatelskiego w jednym z województw o słabych wskaźnikach rozwoju instytucji społeczeństwa obywatelskiego”. Klub Jagielloński wystąpił z sensowną rekomendacją, aby nowa instytucja została zlokalizowana w jednym z województw cechujących się najmniejszym wskaźnikiem liczby fundacji i stowarzyszeń na 10 tys. mieszkańców, czyli śląskim, kujawsko-pomorskim, podlaskim, łódzkim lub świętokrzyskim. Niestety następnie, chyba nieco bezrefleksyjnie, propozycja Klubu sprowadziła się do stolicy któregoś z tych województw, nie zaś do któregoś z leżących w granicach tych regionów byłych miast wojewódzkich lub porównywalnych ośrodków, znacznie bardziej potrzebujących wzmocnienia swojej funkcji administracyjnej, a więc przykładowo Częstochowy, Grudziądza, Łomży, Sieradza czy Ostrowca Świętokrzyskiego.

Kolejnym przykładem rozdźwięku między deklaracjami Prawa i Sprawiedliwości o „przełamaniu podziału na Warszawę i resztę Polski [w efekcie] przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju” a praktyką, była zapowiedź stworzenia Narodowego Instytutu Technologicznego. Podmiot ten ma wchłonąć 35 instytutów badawczych funkcjonujących w różnych częściach Polski, nie tylko w Warszawie oraz największych metropoliach jak Górnośląski Okręg Przemysłowy, Kraków, Łódź czy Poznań, ale także w Kędzierzynie-Koźlu (Instytut Ciężkiej Syntezy Organicznej) czy w Puławach (Instytut Nowych Syntez Chemicznych). Przekształcenie 35 samodzielnych instytutów badawczych w jednostki wewnętrzne Narodowego Instytutu Technologicznego oznaczać będzie przesunięcie funkcji kontrolno-decyzyjnej z różnych miast do jednego, którym w dodatku została w projekcie ustawy wskazana Warszawa.

W tej sytuacji do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, gdzie powstała ustawa tworząca Narodowy Instytut Technologiczny, wpłynęły wnioski Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych oraz Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia, aby siedzibą instytutu zostało inne miasto niż Warszawa – w obydwu wnioskach na siedzibę instytutu technologicznego zaproponowany został Wrocław. „Umiejscowienie Narodowego Instytutu Technologicznego w innym mieście [niż Warszawa] byłoby nieuzasadnione” – brzmiała odpowiedź warszawskich urzędników Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na powyższe propozycje…

Katowice, czyli Warszawa

Dotychczas wszystkie wnioski proponujące lokalizacje instytucji centralnych poza Warszawą rozbijały się o ścianę ignorancji tworzoną przez urzędników bytujących w mikrokosmosie warszawskich gmachów rządowych. Tak stało się również w przypadku propozycji umiejscowienia poza Warszawą siedziby Narodowego Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. „Pomysł wyznaczenia jego siedziby w Łodzi wydaje się być trudny do realizacji z uwagi na strukturalną, instytucjonalno-prawną więź bliskiej współpracy między Centrum a Kancelarią Prezesa Rady Ministrów i Departamentem Społeczeństwa Obywatelskiego KPRM” – napisał Adam Lipiński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w odpowiedzi na wniosek INSPRO.

Do annałów urzędniczej ekwilibrystyki może przejść pismo z warszawskiej Prokuratury Generalnej z końca 2015 r. Krytycznie opiniowano w nim ówcześnie proponowany zapis o przeniesieniu Trybunału Konstytucyjnego poza Warszawę: „Wskazane w uzasadnieniu projektu przypadki usytuowania sądów konstytucyjnych poza stolicą państwa są o tyle mało przekonujące, że dotyczą albo siedzib tradycyjnych, albo są związane z federacyjnym charakterem tych państw (Niemcy, Federacja Rosyjska) lub przeszłością historyczną, gdy państwo mimo unitarnego charakteru zachowało podział na kraje (Republika Czeska), względnie stosunkowo krótkim okresem odrębności państwowej (Republika Słowacka). W szeregu państw europejskich sądy konstytucyjne mają swą siedzibę w stolicy (np. Hiszpania, Portugalia). Nie bez znaczenia jest – co nie wymaga pogłębionej argumentacji – dogodne, centralne położenie Warszawy”.

W efekcie można dojść do przekonania, że nawet jeśli z ust polityków padają deklaracje o potrzebie lokalizacji urzędów centralnych poza stolicą i poparciu dla tej idei, to niezbędne dalsze ruchy zawsze grzęzną w gmachach warszawskich ministerstw. Dobitnie pokazała to sprawa dążeń na rzecz przejęcia siedzib dwóch agencji Unii Europejskiej – Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego i Europejskiej Agencji Leków – które w związku z Brexitem w 2019 r. opuszczą Londyn. Zainteresowanie przejęciem jednej z agencji wyraziły Katowice – władze miasta poinformowały o tym premier Beatę Szydło, jednocześnie poparcie dla tych działań wystosowała grupa parlamentarzystów pod przewodem posła Jerzego Polaczka z PiS. Rządy państw członkowskich zainteresowane przyjęciem którejś z unijnych agencji musiały poinformować o tym władze Unii Europejskiej do końca lipca 2017 r., wskazując konkretne miasta i prezentując szczegóły swojej oferty. Polska wyraziła zainteresowanie umiejscowieniem na swoim terenie obydwu agencji wkrótce opuszczających Londyn, proponując, aby nową siedzibą zarówno Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego, jak i Europejskiej Agencji Leków została… Warszawa. Dodajmy, że stolica Polski jest już siedzibą jednej unijnej instytucji – Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej Frontex.

Kandydatury z innych krajów wcale nie ograniczały się wyłącznie do stolic państw. Na przykład Niemcy zaproponowały zlokalizowanie Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego we Frankfurcie nad Menem, a Europejskiej Agencji Leków w Bonn. Odnośnie do drugiej z instytucji, pozastołeczne lokalizacje zaproponowały Portugalia (Porto), Włochy (Mediolan), Francja (Lille) oraz Hiszpania (Barcelona). W Hiszpanii zlokalizowanych jest już pięć instytucji Unii Europejskiej – i żadna z nich nie mieści się w stołecznym Madrycie. Urząd ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego ma siedzibę w Alicante, Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy – w Bilbao, Centrum Satelitarne Unii Europejskiej – w Torrejón de Ardoz, Europejska Agencja Kontroli Rybołówstwa – w Vigo, a Europejskie Wspólne Przedsięwzięcie na rzecz Realizacji Projektu ITER i Rozwoju Energii Termojądrowej – w Barcelonie.

Strategia (nie)odpowiedzialnego rozwoju

Charakterystyczną cechą polityków jest chęć podejmowania działań miękkich o niepewnej i odsuniętej w czasie skuteczności, przy jednoczesnym braku równoległego podejmowania bezpośrednich działań, które mogą przynieść efekty w znacznie bliższej perspektywie. Widać to chociażby w sztandarowym dokumencie planistycznym polskiego rządu, jakim jest stworzona przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Formułuje ona konieczność „pełniejszego wykorzystania potencjałów terytorialnych obszarów wiejskich i miast dla kreowania wzrostu i lepszych miejsc pracy dla wszystkich mieszkańców Polski”, proponująca, owszem, jak najbardziej potrzebne stwarzanie zachęt dla lokalizacji firm w różnych częściach naszego kraju. Problem w tym, że w Planie Morawieckiego w ogóle nie ma mowy o polityce lokalizacyjnej sfery publicznej. Tymczasem państwo, obok swoich typowych funkcji, gra również rolę istotnego pracodawcy zapewniającego miejsca pracy średniego i wyższego rzędu. Między innymi właśnie niedobór takich miejsc pracy w średnich miastach powoduje odpływ mieszkańców do kilku największych aglomeracji. W tej sytuacji państwo zajmujące się również tworzeniem i utrzymaniem miejsc pracy, ma możliwość bezpośredniego wpływania na przestrzenne równoważenie rynku pracy. Niech zatem realizowaną przez siebie polityką lokalizacji urzędów centralnych tworzy miejsca pracy tam, gdzie mają miejsce problemy z wysokim bezrobociem i odpływem ludności, a nie w Warszawie, gdzie problemy te nie występują.

Nagromadzenie instytucji publicznych w Warszawie wywołuje ponadto zjawisko przenoszenia się do stolicy siedzib przedsiębiorstw prywatnych z innych części kraju. Zarządy kolejnych migrujących do Warszawy firm tłumaczą, że chcą być bliżej polityków, najwyższych urzędników, giełdy papierów wartościowych czy siedzib innych przedsiębiorstw. Do Warszawy na przestrzeni minionych lat przeniosły się między innymi Emperia z Lublina (właściciel sieci supermarketów Stokrotka), Van Pur z Rakszawy (producent piwa), Mieszko z Raciborza (producent słodyczy) czy AMS z Poznania (operator reklamy zewnętrznej) W warszawskich biurowcach swoje siedziby mają nawet zarządy takich firm jak Kędzierzyn-Koźle Terminal czy Zakłady Magnezytowe Ropczyce.

Nie bez znaczenia dla odpowiedzialnego rozwoju jest również to, że deglomeracja może zapewnić obniżenie kosztów funkcjonowania instytucji publicznych. Nagromadzenie w Warszawie urzędów centralnych, dla których zabrakło miejsca w państwowych budynkach, wymusza komercyjny wynajem powierzchni w prywatnych biurowcach – problem ten dotyczy między innymi Urzędu Transportu Kolejowego, Centrum Unijnych Projektów Transportowych, Urzędu Regulacji Energetyki oraz zlokalizowanych w słynnym warszawskim „Mordorze” Instytutu Pamięci Narodowej, Centralnego Ośrodka Informatyki, Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej czy centrali Poczty Polskiej. Pożądanym rozwiązaniem byłoby organizowanie konkursów dla miast gotowych pozyskać instytucje centralne w zamian za udostępnienie na atrakcyjnych warunkach nieruchomości należących do samorządów lokalnych, a spełniających potrzeby konkretnych instytucji.

W innych krajach polityka lokalizacji instytucji publicznych jest elementem polityki rozwoju regionalnego. Przykładowo w Szwecji polityka wsparcia rozwoju peryferyjnej północnej części kraju opiera się między innymi na przenoszeniu tam siedzib instytucji publicznych szczebla ogólnokrajowego: Urząd Transportu znajduje się w Borlänge, Urząd Rejestracji Działalności Gospodarczej oraz Urząd Wsparcia Uczniów i Studentów – w Sundsvall, Urząd Geodezji – w Gävle, Urząd Pomocy Ofiarom Przestępstw – w Umeå.

Z kolei po zjednoczeniu Niemiec przyjęto zasadę, że część instytucji dotychczas mających siedzibę w zachodnich landach i w Berlinie Zachodnim musi zostać przeniesiona do miast byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, żeby w biedniejszej części kraju funkcjonowały instytucje zapewniające nie tylko miejsca pracy wyższego rzędu i rozwój towarzyszących działalności gospodarczych (poligrafia, informatyka, doradztwo itp.), ale, nie ukrywajmy, również prestiż. W efekcie więc przeprowadziły się między innymi Federalny Sąd Administracyjny z Berlina do Lipska, Federalny Sąd Pracy z Kassel do Erfurtu czy Federalny Urząd Ochrony Środowiska z Berlina do Dessau.

Od Roberta Biedronia do Ruchu Narodowego

W Polsce jak na razie jedynym chlubnym wyjątkiem z ostatnich lat było przeniesienie z dniem 1 czerwca 2017 r. Państwowej Komisji Badania Wypadków Morskich z Warszawy do Szczecina. To jednak zaskakująco mało, biorąc pod uwagę coraz szersze poparcie dla idei deglomeracji.

Jeszcze w poprzedniej kadencji parlamentu, w 2014 r., w Senacie Rzeczypospolitej Polskiej odbyła się poświęcona deglomeracji konferencja „Lokalizacja instytucji publicznych jako element polityki miejskiej i regionalnej”. Inicjatorami i organizatorami konferencji było dwóch senatorów Platformy Obywatelskiej: Kazimierz Kleina i Janusz Sepioł. Jeden z wniosków z konferencji to propozycja odejścia od bezrefleksyjnego wpisywania do ustaw powołujących nowe instytucje publiczne artykułu głoszącego, iż „siedzibą jest miasto stołeczne Warszawa”, aby dać sygnał, że największe miasto w Polsce nie musi być domyślnie siedzibą każdego urzędu centralnego, a także by zmiana lokalizacji instytucji państwowej nie wymagała zmiany ustawy. Niestety, to proste rozwiązanie zaproponowane na szczeblu politycznym nie przełożyło się na konkretne działanie na szczeblu urzędniczym – projekty ustaw wychodzące z różnych resortów nadal zawsze zawierają artykuł głoszący, iż „siedzibą jest miasto stołeczne Warszawa”.

Przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Platforma Obywatelska – po ośmiu latach sprawowania władzy – w swoim programie zapisała następujący punkt: „W kolejnych latach rozpoczniemy proces lokalizacji wybranych urzędów i agencji rządowych w innych polskich miastach”. Podobne obietnice wyborcze znalazły się również w programie partii Razem: „Przeniesiemy część urzędów centralnych poza stolicę. Równomierne rozmieszczenie urzędów wspomoże rozwój biedniejszych regionów, a rządzącym będzie łatwiej dostrzec, że Polska nie kończy się na Warszawie”. Ruch Kukiz’15 deklarował: „Dla przełamania monopolu Warszawy lokalizacja instytucji publicznych w różnych rejonach Polski”. Zjednoczona Lewica z kolei obiecywała „Wyprowadzenie dużej części urzędów centralnych poza Warszawę. Jednym ze sposobów na zrównoważony rozwój regionalny jest dekoncentracja urzędów centralnych”.

Politycy różnych stron sceny politycznej przedstawiają deglomerację jako narzędzie czyniące zadość miastom, które pod koniec lat 90. utraciły status stolicy województwa. „Nie chodzi o to, aby powrócić do 49 województw. Ale nie widzę przeszkód, żeby Główny Urząd Statystyczny znajdował się na przykład w Nowym Sączu” – mówiła na antenie Telewizji Republika posłanka ruchu Kukiz’15, Elżbieta Zielińska. W podobnym tonie wypowiedział się na spotkaniu w pozbawionej wojewódzkich insygniów Częstochowie Adrian Zandberg z partii Razem: „Razem popiera deglomerację. To rozwiązanie znane m.in. z Czech czy Słowacji, które sprowadza się do tego, że nie wszystkie instytucje centralne umiejscowione są w stolicy, a nie wszystkie instytucje wojewódzkie w stolicy województwa. Niestety mamy w Polsce niepotrzebny centralizm: jakieś miasto zdobywa województwo i zagarnia wszystko, a inne miasta myślą: żeby mieć cokolwiek, też musimy mieć województwo. To jest postawienie sprawy na głowie”.

Wielkim orędownikiem deglomeracji jest Robert Biedroń, prezydent Słupska: „Na Zachodzie tego typu miejscowości odzyskują swój prestiż przez deglomerację. Przenosi się ze stolic ważne instytucje ogólnokrajowe czy regionalne. To sprawia, że ci mieszkańcy czują dumę” – przekonywał w rozmowie z portalem InnPoland. Niemal równocześnie konkretne działania zaproponowali członkowie Ruchu Narodowego, sugerując rozpoczęcie deglomeracji od przeniesienia Komendy Głównej Straży Granicznej z Warszawy do Przemyśla.

Z najdalej idącą propozycją wystąpili członkowie stowarzyszenia Skuteczni, skupieni wokół posła Piotra Marca „Liroya” oraz działacze ruchu samorządowego Bezpartyjni, do którego należą między innymi prezydenci Bolesławca, Kalisza, Lubina, Ostrowa Wielkopolskiego Szczecina, Zielonej Góry oraz burmistrzowie Margonina, Międzychodu, Ścinawy, Ślesina, Środy Wielkopolskiej i Wronek. Dwie organizacje we wspólnym liście otwartym do prezydenta Andrzeja Dudy alarmowały, że „koncentracja urzędów, instytucji i organów władzy publicznej w stolicy wywołuje odpływ aktywności gospodarczej, społecznej i obywatelskiej z pozostałych części kraju” i zaapelowały o zapisanie w konstytucji zasady, zgodnie z którą „w stolicy Rzeczypospolitej mogłyby znajdować się siedziby nie więcej niż jednej trzeciej centralnych organów administracji rządowej, zatrudniających nie więcej niż jedną trzecią pracowników tych organów administracji. Siedziby Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego oraz Naczelnego Sądu Administracyjnego musiałyby się znajdować poza stolicą. To samo odnosiłoby się do siedzib Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Obywatelskich, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Narodowego Banku Polskiego oraz Rady Polityki Pieniężnej”.

W polskiej debacie publicznej trudno wskazać drugi temat cieszący się tak szerokim – ponadpartyjnym oraz ponadlokalnym – poparciem jak deglomeracja. Trudno jednocześnie znaleźć inny temat, który – mimo tak szerokiego poparcia – właściwie nie byłby wdrażany.

Karol Trammer

Fot. w nagłówku tekstu Remigiusz Okraska

Przedsiębiorstwa państwowe – lekcje z Urugwaju

Kwestia publicznej własności przedsiębiorstw jest ważna dla ustroju państwa. Nie tylko ze względów ekonomicznych, ale także z punktu widzenia rzeczywistego działania instytucji i społeczeństwa. Jest to jeden z elementów, który decyduje o możliwości i kierunku zmian.

W polskiej debacie publicznej ta kwestia jest właściwie pomijana. A przecież w latach 90. miała ona olbrzymie znaczenie, z oczywistego powodu udziału własności państwowej w gospodarce. Jednak nawet wtedy nie odbyła się publiczna dyskusja na temat tego, jaka właściwie ma być rola przedsiębiorstw państwowych w nowym ustroju. Dyskusja została zdominowana przez obóz neoliberalny, który postrzegał własność publiczną w niezwykle zawężony sposób, wyłącznie jako źródło dochodów budżetowych. Takie spojrzenie stanowiło właściwie jedyną alternatywę dla wcześniejszej pełnej nacjonalizacji gospodarki.

Do publicznej świadomości w Polsce zupełnie nie przebiły się nowoczesne lewicowe idee dotyczące roli i znaczenia przedsiębiorstw państwowych w gospodarce. Niewątpliwie miało to wpływ, dziś trudno ocenić jak znaczący, na dominację przez kolejne dekady dogmatu o konieczności prywatyzacji i reprywatyzacji. Dogmat ten obowiązuje w dużej części do dziś. W mojej opinii obrońcy własności państwowej w III RP także nie potrafili go zakwestionować. Wielu z nich akcentowało nadużycia (czy zwyczajne złodziejstwo) w trakcie procesów prywatyzacyjnych, podkreślając krzywdę konkretnych pracowników tych zakładów i utratę zysków państwa po sprzedaży czy likwidacji przedsiębiorstw. Padały też argumenty o tym, że nacjonalizacja przemysłu wydawała się wszystkim słuszna i konieczna zaraz po II wojnie światowej. Uzasadniano to wolą społeczeństwa czy zdrowym rozsądkiem. Ale było to uzasadnianie decyzji sprzed kilkudziesięciu lat i zupełnie innych realiów.

Do debaty publicznej nie przedostał się argument o tym, że przedsiębiorstwa państwowe mogą pełnić inne funkcje. Nie muszą stanowić po prostu miejsc pracy i źródła dochodów budżetowych. Dla rozwiązania problemów niesprawiedliwości w stosunkach pracy, kapitalistycznych monopoli i innych problemów, które planowano rozwiązać przez nacjonalizację, państwa mają dziś inne narzędzia, nierzadko znacznie skuteczniejsze.

Nie pojawiły się w Polsce argumenty, że przedsiębiorstwa państwowe mogą i powinny stanowić ośrodki modernizacji gospodarki, przełamywać zmowy monopolistyczne, pełnić rolę inwestorów ułatwiających start nowych gałęzi przemysłu czy wreszcie stanowić przedłużenie aparatu rządowego i narzędzia realizacji jego polityki budżetowej, infrastrukturalnej i rozwojowej.

Sama taka debata publiczna nie wystarczy. Nawet jeśli będzie panować konsensus, że przedsiębiorstwa państwowe są pożyteczne i konieczne dla realizacji wizji modernizacji państwa, pierwszym problemem może być brak spójnej i realnej wizji wśród elit czy partii rządzącej. Widzę własność państwową jako narzędzie, ważne i znakomite, jeśli dobrze wykorzystane, ale w żadnym wypadku panaceum, które może wyleczyć inne problemy państwa i społeczeństwa. Opisany tu Urugwaj ma o tyle szczęście, że elity rządzące od kilkunastu lat potrafią zdefiniować oczekiwaną wizję państwa i realizować jej wcielanie w życie – m.in. korzystając z firm państwowych jako narzędzi w zmienianiu kraju.

Znaczenie majątku należącego do skarbu państwa w gospodarce Urugwaju nie jest wielkie, zwłaszcza jeśli jako kryterium oceny przyjmiemy udział własności państwowej w całym majątku narodowym. W przemyśle wytwarzającym towary konsumpcyjne, rolnictwie i handlu w zasadzie nie występują żadne przedsiębiorstwa państwowe. Historycznie nie miały one jak powstać, gdyż w Urugwaju nigdy nie przeprowadzono nacjonalizacji majątku. Przedsiębiorstwa państwowe powstały dopiero jako odpowiedź państwa na istniejące bariery rozwoju. Bariery te objawiały się w postaci braku określonej infrastruktury lub zależności od importu, obcych monopoli czy manipulacji cenowych. Nie powstawały zatem przedsiębiorstwa rolnicze, górnicze czy o nastawieniu eksportowym. Prawie wszystkie z nich były organizowane od zera, jako nowe byty mające zaspokajać określone potrzeby gospodarki. Wyjątkiem wartym opisania nie tylko jako ciekawostka, ale też skupiającym w sobie problemy, jakie może napotkać infrastruktura w rękach państwowych, jest historia kolei urugwajskich.

Administración de Ferrocariles de Estado, czyli koleje państwowe, powstały w drodze wywłaszczenia, dość jednak specyficznego. Otóż Wielka Brytania nie była w stanie spłacić zadłużenia wobec Urugwaju, więc uczyniła to akcjami spółek kolejowych, będących właścicielami infrastruktury w Urugwaju. Ich brytyjscy prywatni właściciele otrzymali obligacje rządu brytyjskiego, a rząd Urugwaju infrastrukturę i tabor kolejowy. Podobnie zresztą rząd brytyjski rozliczył się z Argentyną.

Transakcja ta miała miejsce zaraz po II wojnie światowej, z której brytyjski rząd wyszedł z niemożliwymi do spłaty zobowiązaniami i oferował takie rozwiązania w celu uniknięcia upokarzającego bankructwa. Zadłużenie to powstało głównie z tytułu dostaw żywności w czasie wojny. Jednocześnie cała sieć kolejowa była bardzo mocno eksploatowana i wymagała wielkich nakładów kapitału w celu samego utrzymania ruchu, po zaniedbaniach w czasie Wielkiego Kryzysu i nadmiernej eksploatacji w czasie wojny. Motywacja rządu Urugwaju była oczywista – zarządzanie krytyczną i monopolistyczną infrastrukturą przez obcy kapitał powoduje zazwyczaj także uprzywilejowanie tego kapitału w dziedzinach zależnych od transportu. W przypadku Urugwaju były to rzeźnie, chłodnie i fabryki konserw, do których dostarczano bydło, a odbierano z nich towary eksportowe. Odrobina złej lub dobrej woli ze strony monopolisty transportowego mogła zmienić każde z takich przedsięwzięć w kolejny nabytek brytyjskich kapitalistów. I to wszystko pomimo faktu, iż koleje były budowane w standardzie „kolonialnym”, czyli w najtańszy możliwy sposób. Ich koszty działania i standard obsługi nie miały żadnego znaczenia, bo i tak właściciele dysponowali naturalnym monopolem.

Nacjonalizacja miała miejsce w 1949 r., kiedy ten monopol zaczynał zanikać dzięki pojawieniu się ciężarówek o mocy i ładowności mogącej konkurować z pociągami. W takiej sytuacji powstała w 1952 r. (po kilkuletniej integracji różnych linii) Administración de Ferrocariles de Estado, czyli Administracja Kolei Państwowych.

Koniunktura na produkty rolne eksportowane przez Urugwaj spadła drastycznie po wojnie. Tak samo spadły możliwości inwestycyjne państwa. Państwowa kolej zapewniła równe możliwości wszystkim podmiotom, ale i, co jeszcze ważniejsze, umożliwiła działanie pozostałym przedsiębiorstwom państwowym, które uprzednio były narażone na nierówne traktowanie ze strony właścicieli kolei.

Kolejne dekady to jednak stałe zmniejszanie się znaczenia kolei w transporcie (jak właściwie wszędzie na świecie) oraz nadmierna eksploatacja przy braku poważniejszych inwestycji. Efektem była coraz większa degradacja linii i taboru, a następnie stopniowe ich zamykanie. Po fali liberalizacji rynków w latach 90. ruch pasażerski został niemal całkowicie zlikwidowany, a towarowy pozostał na nielicznych odcinkach linii, głównie obsługując cementownie innej państwowej firmy, ANCAP. W użytku jest mniej niż 500 km linii z pierwotnych ponad 3000 kilometrów, a przewoźnik posiada zaledwie kilka sprawnych lokomotyw. Tory są w stanie nie pozwalającym na ruch pasażerski. Kolejne restrukturyzacje, które prowadziły wyłącznie do ograniczania funkcjonowania firmy i zmniejszania zatrudnienia, wywołały stan permanentnego braku zaufania pomiędzy związkami zawodowymi a rządem. Stąd każda zmiana, nawet zwyczajna próba zastąpienia powolnych składów z lokomotywą przez szynobusy na jedynym kawałku linii z ruchem pasażerskim, spotyka się z oporem ze strony związków.

Przez dziesięciolecia największym i najważniejszym przedsiębiorstwem w kraju był ANCAP, Administración Nacional de Combustibles, Alcohol y Portland, czyli Krajowy Zarząd Paliw, Alkoholu i Cementu. Spółka została utworzona w odpowiedzi na Wielki Kryzys i trudności w zaopatrzeniu kraju położonego na końcu świata w podstawowe wyroby przemysłowe. Przy okazji firma miała się zająć przeciwdziałaniem masowemu podrabianiu alkoholu, za pomocą dostarczania na rynek przyzwoitej jakości destylowanych trunków.

ANCAP otrzymał monopol na import i rafinację paliw w Urugwaju oraz produkcję i import cementu, czym zajmował się przez ostatnie dziesięciolecia i zajmuje nadal. Niedawno zniesiono monopol cementowy (bo przestał istnieć problem potencjalnego lokalnego kryzysu) i firma konkuruje na rynku z importerami.

Znaczenie dla obecnej polityki mają jeszcze dwie firmy. Pierwszą z nich jest UTE – Administración Nacionad de Usinas y Trasmisiones Eléctricas (Krajowa Administracja Zapór i Linii Energetycznych). Nazwa może być nieco myląca – to po prostu krajowy monopol energetyczny. Powstał w 1912 r., a aż do 1974 r. ta sama struktura zarządzała również monopolem telefonicznym, kiedy to powołano kolejne przedsiębiorstwo o nazwie ANTEL i wydzielono tę część działalności.

Zakres działalności tych firm nie jest szczególnie nietypowy, gdyż w wielu krajach na fali tendencji modernizacyjnych powstawały podobne instytucje. Stanowi on jednak esencję sukcesu politycznego i gospodarczego Urugwaju (sukcesu względnego, bo na tle Ameryki Łacińskiej) oraz widocznego rozwoju ku realiom coraz bliższym standardom krajów wysokorozwiniętych.

Nie są to zwykłe spółki prawa handlowego, a raczej niezależne części administracji państwowej. W pewnym przybliżeniu można je porównać do polskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jego misja i cele działania nie polegają przecież na maksymalizacji zysków, lecz na realizacji polityki państwowej w zakresie zabezpieczenia społecznego. Na bardzo zbliżonej zasadzie działają wspomniane urugwajskie przedsiębiorstwa państwowe. Zresztą tak samo jest zorganizowane szkolnictwo publiczne, wyższe, państwowa część służby zdrowia, administracja portów itd. Instytucje te nie są nawet nazywane firmami, a noszą oficjalną nazwę „państwowych struktur autonomicznych” lub „usługodawców zdecentralizowanych”. Z punktu widzenia organizacji państwa jest to zatem część aparatu państwowego, która została wydzielona w oddzielne podmioty w celu lepszego zarządzania, ale obowiązują ją te same zasady, co resztę aparatu państwowego. Organizacja powszechnego szkolnictwa według modelu identycznego jak w firmie telekomunikacyjnej może się wydawać zupełnie niezrozumiała. Jeśli jednak spojrzymy na to jako na wydzielone, skomplikowane dziedziny zarządzania państwem, które wewnętrznie powinny być zarządzane przez kompetentnych fachowców, a jednocześnie realizować politykę rządu w skoordynowany sposób, to sprawa staje się jaśniejsza.

Celem istnienia tych firm nie jest osiąganie zysku (choć niektóre z nich mimochodem robią to skutecznie), lecz realizowanie polityki państwowej. ANCAP powstał w celu zabezpieczenia stabilnych dostaw paliw płynnych i cementu dla gospodarki oraz wyparcia z rynku alkoholi niespełniających minimalnych standardów. Dla realizacji tego pierwszego celu ma zagwarantowany państwowy monopol i korzysta z niego, narzucając dość wysokie marże, a drugi cel został zrealizowany przez dumping cenowy, który wyparł z rynku bimbrowników i przemytników. Dziś rafineria w Montevideo jest zbyt mała, aby mogła konkurować na światowym rynku. Taniej i rozsądniej jest importować gotowe paliwa. Ale zgodnie z polityką państwową ta rafineria musi być sprawna i gotowa do produkcji.

Kolejne przedsiębiorstwa kluczowe dla zrozumienia gospodarki to państwowa firma ubezpieczeniowa oraz dwa państwowe banki, Banco de la República (BROU) i Banco Hipotecario (BHU). Pełnią rolę tę samą, co pozostałe firmy – zapewniają podstawową infrastrukturę, w tym przypadku finansową i stabilizującą. Banki państwowe działają na konkurencyjnym rynku, nie mają żadnego ustawowego monopolu, ale dominują, bo oferują tanie i dobre usługi. Zresztą od kiedy przepisy przeciwko praniu brudnych pieniędzy zostały zaostrzone, międzynarodowe banki uważają, że osiągają na tym rynku zbyt niskie zyski i ograniczają swoją działalność lub wynoszą się całkowicie.

Kolejną niezwykle ważną kwestią ustroju państwa jest kształt zarządów tych firm i sposób ich powoływania. Większość zarządów jest pięcioosobowa i tradycyjnie (nie jest to wymuszone przepisami) powołuje się do nich przedstawicieli wszystkich głównych partii. Dzięki temu również opozycja ma w każdej chwili pełną wiedzę o detalach polityki państwowej, możliwość weryfikacji dokumentów w przypadku wątpliwości czy podejrzeń o korupcję, a także ma do dyspozycji osoby, które mogą od razu przejąć zarządzanie firmą.

Polskiemu czytelnikowi, przyzwyczajonemu do obrazu „państwa resortów”, takie działanie może się wydawać niezrozumiałe lub wręcz magiczne, ale jest to opis działającego państwa i systemu. Po objęciu rządów przez lewicową koalicję Frente Amplio w 2005 r., rozpoczęto faktyczną realizację nowej polityki państwa, które miało swoich obywateli traktować poważniej niż dotychczas, również pod względem obowiązków. Miało też zredukować gospodarcze znaczenie modelu raju podatkowego i odbudować realną gospodarkę, zniszczoną praktycznie do cna przez rządy liberałów w latach 90. i przez późniejszą implozję sektorów finansów i bankowości. Szczęśliwie się złożyło, że jednocześnie rozpoczęła się znakomita koniunktura na płody rolne, co dostarczyło nieco środków niezbędnych do modernizacji państwa.

Projekt Frente Amplio rozpoczął się wraz z dojściem do władzy, ale faktycznie ta koalicja posiadała spory udział w określaniu polityki państwowej już od 2002 r. Wtedy to miało miejsce apogeum załamania gospodarczego – masowe bankructwa, kryzys bankowości, a bezrobocie sięgnęło oficjalnie 19,4%, faktycznie zaś było o wiele wyższe. Opozycja pod postacią Frente Amplio powstrzymała się przed natychmiastowym przejęciem władzy, lecz poważniejsze decyzje musiały być z nią konsultowane, a dotychczasowe partie straciły jakąkolwiek legitymację.

Początek rządów lewicy to wyzwania związane z bezrobociem, brakiem opieki medycznej, niedożywieniem i tego rodzaju bolączkami społeczeństwa po głębokim kryzysie. Za jeden z zasadniczych problemów uznano zależność gospodarki od eksportu surowców rolnych i zmienności ich opłacalności. Rolą przedsiębiorstw państwowych było przede wszystkim zbudowanie ram dla długofalowego i stabilnego rozwoju gospodarki.

Jednym z elementów tego planu miał być rozwój przemysłu informatycznego oraz informatyzacja społeczeństwa. Zadanie to jest realizowane wspólnie przez ogół agend państwowych. Dzieci wraz z rozpoczęciem nauki dostają tablet, który służy jako pomoc szkolna, ale nie ma żadnego problemu z używaniem go także przez innych członków rodziny, a biedniejsi są do tego wręcz zachęcani. Drugą część tej polityki prowadzi Universidad de la República, który kształci stosowne ilości inżynierów na kierunkach informatycznych. Kolejnym elementem tego ekosystemu są firmy, które cieszą się pewnymi przywilejami podatkowymi, ale to nie te przywileje są istotne dla rozwoju. Ważniejszy jest lokalny rynek, tworzony przez te same przedsiębiorstwa i instytucje państwowe, które charakterem swoich zamówień wspierają małe firmy. Nie chodzi tylko o bezpośrednie zamówienia, ale także o wsparcie innego rodzaju, choćby takie jak hurtowe zakupy miejsc wystawowych na targach. Wystawienie się na prestiżowych targach jest poza jakąkolwiek skalą marzeń dla kilkuosobowej firmy z trzeciego świata. Kiedy rząd kupuje kilkaset metrów kwadratowych powierzchni wystawienniczej, a potem rozdaje krajowym małym firmom po kilka metrów wraz z dwoma biletami lotniczymi, to ten prosty sposób otwiera przed wieloma podmiotami, a nawet całymi branżami gospodarki zupełnie nowe możliwości.

Jedni w tych warunkach radzą sobie lepiej, inni gorzej, ale cały plan nie miałby żadnego sensu bez infrastruktury. Odpowiedzialny jest za nią ANTEL. Firma ta posiada monopol na telefonię kablową i kablowy dostępu do internetu oraz jest jednym z trzech konkurujących dostawców telefonii komórkowej. Oczywiście gdyby brać pod uwagę jedynie mechanizmy rynkowe i siłę nabywczą, to w kraju takim jak Urugwaj opłacałoby się podłączyć abonentów jedynie w lepszych dzielnicach Montevideo i sztucznie zaniżać liczbę telefonów w mniejszych środkach, a sieć światłowodową instalować w niewielkim zakresie i żądać wysokich cen. Ale celem ANTEL-u nie jest zysk, lecz realizacja polityki państwowej, choć firma osiąga zyski, i to niemałe. Obecnie są one w całości przeznaczane na rozbudowę infrastruktury. Cele tej rozbudowy są niezwykle ambitne, ale mają być zrealizowane, ponieważ stanowią część polityki państwowej. Mianowicie jeszcze przed końcem obecnego dziesięciolecia prawie wszyscy mieszkańcy kraju mają mieć doprowadzony światłowód do miejsca pracy i zamieszkania. Zostało to już w znacznej części zrealizowane, tj. w około 60-70%, również w rzadko zaludnionych regionach kraju.

Takie inicjatywy miały służyć nie tylko stworzeniu działającej infrastruktury, ale także dostarczeniu najwyższej jakości usługi, bo ma ona wspierać krajowy przemysł. Dlatego też kolejną inwestycją był bezpośredni światłowód do Miami, łączący się z dość dużym centrum danych pod Montevideo. Te ostatnie inwestycje były prowadzone wspólnie z Google, a miejsce w centrum danych ma wykorzystywać zarówna ta firma, jak też kilku innych światowych gigantów informatycznych. Z punktu widzenia tychże gigantów miejsce, którego używają do składowania danych, musi spełniać określone warunki. Oprócz podstawowych standardów technicznych (czyli po prostu odpowiedniej mocy sprzętu, który można zwyczajnie kupić), jest jeszcze kwestia połączenia ze światową siecią (czyli zasadniczo z USA). To właśnie zrobił ANTEL, oferując najlepszej jakości połączenie w całej Ameryce Południowej. Oczywiście jest to także, czy przede wszystkim, infrastruktura dla lokalnych firm.

Centra danych to instalacje niezwykle energochłonne. Dlatego koszt energii stanowi o ich efektywności i opłacalności. Poza tym Google, podobnie jak większość pozostałych gigantów z USA, pod naciskiem społecznym zadeklarowało, że będzie korzystać wyłącznie z energii odnawialnej. Nie wszędzie ten cel został osiągnięty, ale żadne nowe energochłonne inwestycje nie są lokowane w miejscach, gdzie nie można spełnić tego warunku. Skoro tak wiele zależy od dostaw elektryczności, to działania (i sukcesy) ANTEL-u nie byłyby możliwe na taką skalę bez rozsądnie zaprojektowanego monopolu energetycznego, czyli UTE.

Sytuacja z wytwarzaniem i dostarczaniem elektryczności kilkanaście lat temu wyglądała tak, że zapory rzeczne budowane przed i podczas II wojny światowej dostarczały około 1/3 potrzebnej elektryczności, pozostała część zaś była wytwarzana w elektrowniach opalanych ropą lub importowana. Dostęp do sieci był dość powszechny i sięgał ponad 90%, jednak blackouty były codziennością, a elektryczność zawsze była dla wszystkich odbiorców kosztowna. W suchych latach spadały zarówno produkcja prądu, jak też produkcja rolna, więc kryzysowe efekty kumulowały się w całej gospodarce.

Po przejęciu władzy przez Frente Amplio rozpoczęto plan ulepszenia energetyki i zmniejszania emisji gazów cieplarnianych. Stara elektrownia, opalana ropą, położona niemal w centrum Montevideo, miała zostać zastąpiona nową, rozsądniej ulokowaną i zasilaną gazem. Jako część tej inwestycji był planowany gazoport. Poza tym, zadaniem UTE i zadaniem polityki rządowej było wdrożenie w życie produkcji tak dużej ilości energii odnawialnej, jak to tylko możliwe technicznie i finansowo.

W celu realizacji tego planu rząd, radykalnie lewicowy w swej istocie, zliberalizował możliwość produkcji energii elektrycznej. Przesył i dystrybucja są nadal ustawowym monopolem UTE, ale produkcją może zająć się każdy. Przy produkcji ze źródeł odnawialnych UTE oferuje wieloletnie kontrakty ze stawkami gwarantowanymi. Stawki te są atrakcyjne, ale tylko jeśli weźmie się pod uwagę, że Urugwaj jest stabilnym krajem bez historii wywłaszczeń i naruszania praw nabytych. Liczona w dolarach amerykańskich rentowność takich inwestycji wynosi ok. 8-9% i jest akceptowalna w stabilnym kraju. W sąsiedniej Argentynie nikt nie zaryzykowałby pieniędzy przy perspektywie takiego zysku. Również w Polsce byłoby trudniej o chętnych – i słusznie, co udowodniły ostatnie działania rządu w sprawie odnawialnych źródeł energii.

Stabilność, bezpieczeństwo inwestycji, spójna polityka rządu i UTE oraz szybko udoskonalana technologia i spadające koszty energetyki wiatrowej i słonecznej, spowodowały efekt nieprzewidziany w pierwotnym planie. Energetyka odnawialna została rozbudowana do poziomu, w którym paliwa kopalne nie są już prawie w ogóle potrzebne. Obecnie szczytowa moc elektrowni wiatrowych jest zbliżona do całościowego zapotrzebowania na energię z tego źródła, a zapowiedziane i rozpoczęte inwestycje sprawią, że w przyszłym roku je przekroczy. Rozbudowa energetyki wiatrowej zostanie zasadniczo zakończona, co sprawi, że Urugwaj będzie prawdopodobnie pierwszym krajem na świecie, który zrobi to na tę skalę. Nie dotyczy to energetyki słonecznej, która dopiero się rozpędza i też ma dobre warunki finansowania i rozwoju.

Obecnie elektrownie wodne produkują nieco więcej niż poprzednio (większe opady wskutek zmian klimatu), elektrownie opalane ropą zostały zastąpione przez wiatrowe, a Urugwaj z importera prądu stał się jego eksporterem. Oczywiście w nowym systemie elektrownie wodne zostały przebudowane z dostarczających stałą, stabilną ilość prądu, na takie, które uzupełniają to, czego akurat nie mogą dostarczyć wiatrowe i słoneczne. Elektrownie cieplne jeszcze istnieją i w razie potrzeby są uruchamiane, ale paliwa nieodnawialne (czyli ropa) dostarczają łącznie około 3-5% elektryczności.

Koszty wytworzenia i nabycia prądu przez UTE drastycznie spadły, ale obniżki dla konsumentów są bardzo powolne, co również jest częścią wymuszającej oszczędności polityki rządowej. W istocie gospodarstwa domowe mogą uzyskać zniżki jedynie, jeśli włączą się w jakiś sposób do programu przebudowy energetyki: czy to jako prosumenci, czy użytkownicy kolektorów słonecznych obok elektryczności do grzania wody, czy też instalując większe bojlery i pozwalając na ich sterowanie przez UTE dla bilansowania energetyki wiatrowej i słonecznej. Polityka cen węglowodorów, kontrolowana przez ANCAP w stosunku do cen elektryczności, zachęca do stopniowej rezygnacji z ogrzewania gazem i olejem opałowym na rzecz elektryczności (choć i tak podstawowym opałem jest drewno). W ramach dygresji – drewno też jest krajowe, choć naturalnie drzewa w Urugwaju prawie nie rosną, zresztą wycinka naturalnych obszarów leśnych jest w większości przypadków zabroniona. Od lat 80. prowadzony jest natomiast publiczny program zalesiania, w ramach którego np. dla drobnych rolników oferowane są dotacje na założenie i utrzymanie lasów zaspokajających ich prywatne potrzeby energetyczne. To pierwszy etap niezależności energetycznej.

Nie jest powszechną wiedza, że ubocznym skutkiem dużego udziału energetyki odnawialnej jest bardzo wysoka stabilność sieci i niezawodność dostaw elektryczności. Przy okazji nieco wyjaśnia to przyczynę, dla której giganci informatyczni naciskają na kupowanie prądu ze źródeł odnawialnych. Również urugwajska sieć obecnie stała się bardzo niezawodna i stabilna, choć pod koniec poprzedniego wieku blackouty były codziennością.

Zarówno w zakresie paliw, jak też energetyki, dość istotny jest fakt, że Urugwaj to kraj w zasadzie pozbawiony jakichkolwiek zasobów energetycznych. Nie występują tu żadne paliwa kopalne, a naturalne lasy rosną na zaledwie 3-5% powierzchni kraju. Takie warunki wywołują strach o zaspokojenie podstawowych potrzeb energetycznych i mentalność „skąpstwa energetycznego”. Większość populacji nie ma żadnego problemu z tym, że elektryczność jest dość kosztowna, paliwa do pojazdów są drogie, a paliwa grzewcze wręcz bardzo drogie.

Nie inaczej wygląda polityka UTE. Energia dla gospodarstw domowych jest droga, ale skoro wytwarzanie energii stało się tanie, to można to spożytkować na rozwój kraju. Energochłonny przemysł może liczyć na tanią energię. Na tej zasadzie powstają nie tylko wspomniane centra danych, ale np. w zeszłym roku lokalni przedsiębiorcy zbudowali gigantyczną jak na taki kraj fabrykę sody kaustycznej (elektryczność jest tu głównym kosztem produkcji).

W miejscu o takim położeniu geopolitycznym oczekuje się od władz, że paliwa będą zawsze dostępne, co bynajmniej nie jest oczywiste w peryferyjnych krajach. Ich zapewnienie to właśnie rola ANCAP. Po przejęciu władzy przez Frente Amplio ANCAP rozpoczął realizację polityki ograniczania zużycia paliw kopalnych. Trudno tu mówić o sukcesie, bo przy rosnącej zamożności społeczeństwa cały czas rósł poziom zmotoryzowania. Jednocześnie o transporcie publicznym w Montevideo trudno powiedzieć cokolwiek pozytywnego; oprócz tego, że w ogóle jest. Więc każdy, kogo było na to stać, nabywał auto. Pomimo tego ANCAP zwiększał udział paliw odnawialnych w takim stopniu, w jakim to było możliwe. Etanol stanowi 10% składu sprzedawanej benzyny, jak jest na całym świecie. Jednocześnie w Urugwaju znajduje się niewielki region, gdzie można uprawiać trzcinę cukrową, i który w miarę sprawnie prosperował, aż do momentu światowego załamania rynku cukru na początku lat 90. Region oddalony od centrum i pozbawiony tradycji uprawy czegokolwiek innego popadł w nędzę, z której wyciągnęła go polityka ANCAP. Trzcina cukrowa znów jest uprawiana, ale tym razem większość przerabia się na alkohol dodawany do benzyny. Jest to rozwiązanie droższe niż uzyskiwanie etanolu z ropy naftowej, ale z punktu widzenia państwa – lepsze niż faktyczne porzucenie cukrowniczego regionu Bella Union i ludzi tam mieszkających.

ANCAP wytwarza także biodiesla. Surowcem są w tym przypadku tłuszczowe odpadki rzeźnicze, zużyte oleje z restauracji, a także oleje zbierane z gospodarstw domowych w ramach recyklingu (choć to ostanie ma wymiar raczej edukacyjny niż gospodarczy). Nawet przy darmowych surowcach nie jest to produkcja rentowna. Jeśli używa się tłuszczy posiadających wartość ekonomiczną, to wytwarzanie biodiesla jest z punktu widzenia przedsiębiorstwa pozbawione sensu ekonomicznego. Ale z punktu widzenia państwa obawiającego się kryzysu paliwowego, jest to działanie całkowicie racjonalne. Utrzymywanie możliwości produkcyjnych tego paliwa, doświadczenia firmy i pracowników – są po prostu polisą ubezpieczeniową oraz realizacją ludzkiej solidarności w zakresie ochrony klimatu.

Kolejnym przykładem wzajemnej współpracy przedsiębiorstw państwowych niekoniecznie w celu własnego zysku, a w celu realizacji polityki państwa, jest kwestia sieci ładowania pojazdów elektrycznych. Ogłoszono, że w całym kraju powstanie sieć ładowarek wzdłuż wszystkich dróg krajowych w odległościach około 60 km od siebie, co pozwoli przemieszczać się po całym kraju bez obaw samochodami elektrycznymi, nawet tymi o małym zasięgu. Nie będą to ładowarki najwyższej klasy, ale powstanie wystarczająco gęsta ich sieć. Zapewne większość znajdzie się na stacjach benzynowych ANCAP, bo i po co szukać innych miejsc?

Innym przykładem działania poza logiką rynkową jest kwestia obecnej sytuacji przemysłu mleczarskiego. Wytwarzanie mleka, serów i masła jest bardzo poważną gałęzią gospodarki, ale eksport na protekcjonistyczne rynki, jak UE czy USA, jest w zasadzie niemożliwy. Ważnymi miejscami zbytu były zawsze Rosja i Wenezuela. W tym pierwszym kraju popyt drastycznie spadł wskutek ubożenia społeczeństwa, a w tym drugim sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Głównym odbiorcą była tamtejsza państwowa sieć sklepów, która przestała płacić. W tej sytuacji ANCAP zaoferował, że potrąci swoje należności za ropę kupioną od Wenezueli i zapłaci bezpośrednio urugwajskiej spółdzielni mleczarskiej. Wenezuelczycy się zgodzili, ale zaoferowali następne dostawy ropy, zażądali części płatności w gotówce i jeszcze mleka w proszku. Wszystko było w porządku, przedłużenie umów wydawało się korzystne dla wszystkich, dopóki nie okazało się, że wysłane kilkadziesiąt milionów dolarów ktoś w Wenezueli zupełnie zwyczajnie ukradł po drodze. To był koniec interesów. ANCAP ropę kupuje gdzie indziej, ale spółdzielnie mleczarskie zostały bez pieniędzy i z mniejszą liczbą klientów, co oznaczało widmo bankructwa dla wszystkich podmiotów zaangażowanych w przemysł mleczarski. Dla ratowania sytuacji UTE zaproponowało przemysłowi mleczarskiemu specjalne taryfy za energię elektryczną, które oznaczają bonifikatę od 15% dla wszystkich do 80% dla najmniejszych rolników.

Powyższy opis jest bardzo daleki od wyczerpania tematu. Właściwie może służyć jedynie jako zasygnalizowanie problemu istniejącego w Polsce i pokazanie, że gdzie indziej działa to inaczej. I że warto się porządnie zastanowić, czego oczekujemy od przedsiębiorstw państwowych.

Czy prawo chroni słabych? Klauzula propracownicza w przetargach i minimalna stawka godzinowa

Jesienią 2017 r. minęło pięć lat od inauguracji najgłośniejszej w Polsce kampanii wymierzonej w umowy cywilnoprawne. Towarzyszyło jej hasło „Stop umowom śmieciowym” i wizerunek postaci Syzyfa, który stał się symbolem osoby zatrudnionej na podstawie stosunku cywilnoprawnego – prekariusza.

Od 16 października do 30 listopada 2012 r. NSZZ „Solidarność”, związek zawodowy stojący za kampanią, prowadził na szeroką skalę akcję informacyjną na temat umów cywilnoprawnych. Wykorzystano do tego media (m.in. kino, telewizję i billboardy), organizowano w całej Polsce spotkania edukacyjne na temat deficytów, z którymi wiąże się zatrudnienie na umowach cywilnoprawnych1. Niewątpliwą zasługą owej kampanii było zaangażowanie mediów do podjęcia tej problematyki. Na temat inicjatywy ukazało się co najmniej 118 artykułów prasowych, w których na określenie umów cywilnoprawnych przyjął się termin „umowy śmieciowe”. Zamiar nadania tej podstawie zatrudnienia jednoznacznie negatywnych skojarzeń przyniósł efekty, a kwestia zrównania umów cywilnoprawnych z umowami śmieciowymi na dobre zagościła później w przekazach medialnych. Strategie działania na polu dyskursywnym i próby wpłynięcia na debatę publiczną na temat umów cywilnoprawnych nie odniosły natychmiastowego skutku na polu prawnym, lecz zaczęły owocować po latach. W ciągu pięciu lat od inauguracji kampania przełożyła się na istotne zmiany w prawie dotyczącym takich umów.

Pierwszym rezultatem akcji, poprawiającym sytuację osób zatrudnionych na śmieciówkach, było objęcie ich ubezpieczeniem społecznym z dniem 1 stycznia 2016 r. Zmiana ta weszła w życie za rządów Prawa i Sprawiedliwości, lecz decyzja o reformie zapadła jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Od momentu objęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nastąpiły dalej idące działania wymierzone w umowy cywilnoprawne: przede wszystkim wprowadzenie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej w zamówieniach publicznych, a ponadto minimalnej stawki godzinowej.

Nie pozostawia wątpliwości fakt, że ustanowieniu obowiązkowej klauzuli propracowniczej w przetargach publicznych przyświecał zamiar ograniczenia zawartych niezgodnie z prawem umów śmieciowych tam, gdzie za finansowanie usług świadczonych przez podmioty prywatne odpowiada państwo. Intencje ustawodawcy, wskazane w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej, były natomiast dwojakie: „uzyskanie pozytywnej zmiany na rynku pracy przez wprowadzenie ochrony osób otrzymujących wynagrodzenie na najniższym poziomie oraz przeciwdziałanie nadużywaniu umów cywilnoprawnych”2.

Celem niniejszego tekstu jest omówienie, w jaki sposób powyższe regulacje przyjęły się na rynku pracy. To znaczy na jaką skalę przepisy te są respektowane oraz co sprzyja odnotowanym przypadkom ich naruszeń.

Klauzula propracownicza

Od 19 października 2014 r. art. 29 ust. 4 pkt 4 ustawy Prawo zamówień publicznych stał się najsilniejszym z instrumentów przewidzianych w tym prawie, jak i ogólnie w całym prawodawstwie, poprzez które zamawiające usługi instytucje państwowe mogły wpływać na warunki zatrudnienia pracowników wykonawcy angażowanego przez nie do świadczenia usług. Przepis ten stanowił, że zamawiający może wymagać od wykonawcy usługi zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę wtedy, gdy zlecane czynności noszą cechy stosunku pracy. Regulację tę wprowadzono do polskiego prawa, wskazując, że jest ona pożądana także przez ustawodawcę europejskiego3. Z inicjatywą nowelizacji prawa zamówień publicznych w tym zakresie wyszli głównie posłowie Platformy Obywatelskiej.

Przepis ten stanowił swego rodzaju powtórzenie na gruncie prawa zamówień publicznych artykułu 22 § 2 Kodeksu pracy, stanowiącego, że pracodawca powinien zawrzeć z pracownikiem umowę o pracę: a) przy wykonywaniu pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy, b) wykonywaniu pracy pod kierownictwem pracodawcy, c) w miejscu wyznaczonym przez pracodawcę, d) i w czasie przez niego wyznaczonym. Przepis ten miał docelowo wzmocnić art. 22 § 2 Kodeksu pracy, czynił to jednak w sposób mało skuteczny.

Jak pokazała praktyka, klauzula ta, będąc tylko opcjonalną, nie przyjęła się na szerszą skalę. Z badań Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda ­Lassalle’a wynika, że skala jej stosowania była marginalna. Z trzydziestu instytucji, które w badanym okresie (19 października 2014 r. – 1 czerwca 2016 r.) przeprowadziły postępowania o udzielenie zamówienia publicznego, z tej możliwości skorzystało zaledwie siedem4. Jeden z urzędników na przykład wyjaśniał, że gdy ma do czynienia z przepisem, który stanowi, iż wolno mu postąpić w pewien sposób, to interpretuje go jako zakaz – nie można postąpić w ten sposób. W jego ocenie niezastosowanie przepisu mogło tylko skomplikować postępowanie i narazić go na zarzut ze strony Najwyższej Izby Kontroli o niegospodarność, gdyż klauzula propracownicza podraża postępowanie. Urzędnicy w rozmowach z autorką artykułu niejednokrotnie podkreślali, że jeśli umowy o pracę oferowane pracownikom wykonawcy są dla ustawodawcy pożądanym stanem, to optymalnym rozwiązaniem byłoby wymaganie od instytucji publicznych, aby zawierała w dokumentacji przetargowej takie wymogi względem wykonawców. Sami urzędnicy przyznawali bowiem, że nie chcą kreować polityki, lecz ją realizować.

O znikomej skali stosowania klauzul społecznych pisała również Najwyższa Izba Kontroli w raporcie pt. „Stosowanie klauzul społecznych w zamówieniach publicznych udzielanych przez administrację rządową”. NIK zbadała, jak często w latach 2013-2016 (do 30 kwietnia 2016 r.) wszystkie klauzule społeczne były wykorzystywane w zamówieniach publicznych. Kontrolą objęto 29 jednostek5. W skontrolowanych jednostkach administracji rządowej najczęściej stosowano klauzulę społeczną umożliwiającą wymaganie od wykonawców zatrudnienia osób bezrobotnych (prawie 56% zastosowanych klauzul), w mniejszym stopniu korzystano z klauzuli dotyczącej zatrudnienia osób niepełnosprawnych (20%) oraz dotyczącej zatrudnienia na podstawie umowy o pracę (18%). W obliczu minimalnej skali stosowania fakultatywnej klauzuli propracowniczej, pożądane było wzmocnienie tego przepisu poprzez nałożenie na instytucje publiczne obowiązku wymagania umów o pracę od wykonawców w ściśle określonych przypadkach.

Długo wyczekiwana pozytywna zmiana weszła w życie 28 lipca 2016 r. Umożliwił ją rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy Prawo zamówień publicznych oraz niektórych innych ustaw, który wpłynął do Sejmu 24 marca 2016 r. Po wejściu w życie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej pojawił się problem związany z ochroną danych osobowych pracowników wykonawcy i z kontrolą wywiązywania się przez firmy z tego wymogu. W związku z tym Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Małgorzata Stręciwilk wspólnie z Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych Edytą Bielak-Jomaą – wypracowały rozwiązanie mające zapewnić skuteczną realizację polityki społecznie odpowiedzialnych zamówień publicznych. Uzgodniono, że zamawiający może pozyskiwać takie dane osobowe pracowników, jak imię i nazwisko, data zawarcia umowy, rodzaj umowy o pracę oraz wymiar etatu. Należy to ocenić zdecydowanie pozytywnie.

Autorka artykułu prowadzi monitoring zamówień publicznych na usługi ochrony oraz utrzymania czystości. Ocenia, że w około 90% postępowań klauzula propracownicza przyjęła się prawidłowo, tzn. zamawiający postawili ten wymóg w odniesieniu do wszystkich pracowników, którzy świadczyć będą usługi o podobnym zakresie obowiązków. Pozostałe 10% przypadków to sytuacje, w których klauzuli w ogóle nie zastosowano lub zastosowano częściowo, w sposób nieprawidłowy, na przykład:

1. Wymagając od wykonawcy zatrudnienia na umowie o pracę tylko 50% pracowników. Takie różnicowanie podstawy zatrudnienia pracowników wykonawcy jest niezrozumiałe w przypadkach, gdy wszystkie osoby miały ustalony identyczny zakres obowiązków.

2. Promując umowy o pracę w pozacenowych kryteriach oceny ofert. Takie sytuacje nie gwarantują umów o pracę dla pracowników wykonawcy, a jedynie zwiększają prawdopodobieństwo ich zawarcia. Owe rozwiązania oznaczają nieprawidłowe zastosowanie klauzuli propracowniczej, gdyż ustawa wyraźnie mówi, że zamawiający są zobligowani do wymagania umów o pracę, a nie jedynie do ich promowania.

W przypadkach, w których nierespektowanie klauzuli propracowniczej leży po stronie instytucji państwowych, interweniują organizacje społeczne, jeden związek zawodowy oraz sami pracodawcy. Warta wspomnienia jest akcja „Żółte kartki” prowadzona przez NSZZ „Solidarność”, Federację Pracodawców RP oraz Instytut Zrównoważonych Zamówień Publicznych. Kartki przyznawane są dwóm grupom zamawiających. Pierwsza to ci, którzy ogłaszając postępowania nie zadbali o to, żeby pracownicy wybieranych firm otrzymywali wynagrodzenia powyżej stawek minimalnych. Druga grupa po prostu nie stosuje klauzuli propracowniczej. Interwencje podejmowane są głównie w przetargach na usługi ochroniarskie, sprzątania i budowlane. Żółte kartki otrzymało już 80 instytucji, w tym m.in. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu czy Centrum Psychiatrii w Katowicach. Jak zauważa ekspertka „Solidarności” Sylwia Szczepańska: „ZUS też powinien być bardziej aktywny w tej sprawie. Jednak chodzi o to, by jak najwięcej składek wpływało do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Bo ci ludzie kiedyś zapukają do Funduszu po emerytury”6. Interwencje te w wielu przypadkach okazały się sukcesem i doprowadziły do zmiany zapisów postępowania wedle zaleceń interweniujących organizacji7.

Interesującą inicjatywą są również interwencje Polskiego Związku Pracodawców „Ochrona”8. Organizacja ta podejmuje działania weryfikacyjne procesów przetargowych i w razie podejrzeń zwraca się z wnioskiem o działanie do organów państwowych, takich jak Urząd Zamówień Publicznych, Państwowa Inspekcja Pracy, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, PFRON, a w uzasadnionych przypadkach – do organów ścigania. Skargi dotyczą zarówno zlecających, którzy nie liczą się z klauzulą propracowniczą i stawką minimalną, jak i podmiotów podejmujących się wykonania usługi poniżej kosztów płacowych. Związek prezentuje zaniżane ceny oraz apeluje do zamawiających i klientów o szczegółową analizę treści ofert. Instytucjami, które stały się obiektem interwencji, są m.in. Sąd Rejonowy w Zgierzu, Sąd Apelacyjny w Warszawie i Prokuratura Regionalna w Łodzi. Instytucje te zaniechały troski o przestrzeganie prawa, mimo że z uwagi na swoją podstawową działalność powinny wykazywać się szczególną dbałością o jego respektowanie.

W 2017 r. miała ponadto miejsce interwencja Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a w Ośrodku Pomocy Społecznej Dzielnicy Ochota w Warszawie. Dotyczyła ona ogłoszenia o zamówieniu na „świadczenie usług opiekuńczych podopiecznym Ośrodka Pomocy Społecznej w ich miejscu zamieszkania od września 2017 r. do stycznia 2018 r.”. Zwrócono się z pytaniem, dlaczego instytucja wymagała zatrudnienia na podstawie umów o pracę tylko 3 osób spośród 66. Pozbawiono tym samym opiekunki prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego, a więc, jak pokazuje doświadczenie – do urlopu w ogóle. Znikome były bowiem szanse na to, że firma z własnej woli zawrze z pracownikami umowy o pracę. W piśmie podkreślano, że „taka klauzula powinna zostać zawarta w odniesieniu do wszystkich pracowników, a nie tylko do części, tym bardziej w postępowaniu na usługi opiekuńcze. Nie powinno być bowiem tak, że zlecając zadanie opieki, instytucja sama nie przejawia troski względem pracowników”. Należy w tym miejscu zasygnalizować, że w przypadku usług opiekuńczych skala niestosowania klauzuli propracowniczej może być większa niż w przypadku usług ochrony i utrzymania czystości, te dwie branże są bowiem pod baczniejszą obserwacją mediów i organów kontrolnych.

Dzięki obowiązkowej klauzuli propracowniczej w niechlubną przeszłość odchodzą sytuacje, w których ochroniarz był zatrudniony na podstawie umowy o dzieło, a więc całkowicie pozbawiony ubezpieczenia społecznego. Do ograniczenia patologii przyczynił się wyrok Sądu Najwyższego z dnia 26 października 2016 r. (I UK 446/15). Sąd zajął w nim stanowisko, że ochroniarz nie może być zatrudniony na umowie o dzieło. Wyrok został wydany na podstawie następującego stanu faktycznego: firma ochroniarska zawarła ze swoimi współpracownikami umowy o dzieło, które dotyczyły sprzątania, dozoru mienia i innych czynności związanych z pilnowaniem i ochroną. Zadania te były wykonywane w miejscu i czasie wyznaczonym przez spółkę. W wyniku kontroli przeprowadzonej przez organ rentowy w 2013 r., została wydana decyzja, w której wskazano, że współpracownicy spółki podlegają obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym. ZUS uznał bowiem, że zawarte umowy o dzieło są w rzeczywistości umowami o świadczenie usług, do których powinno zastosować się przepisy właściwe dla umów zlecenia. W wyniku kontroli zakwestionowano umowy o dzieło ok. 60 osób pracujących przy ochronie mienia. Spółka złożyła jednak odwołanie od decyzji ZUS. Po odwołaniach w sądach I i II instancji sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Oddalił on skargę kasacyjną, wskazując, że brak jest uzasadnionych podstaw, aby ingerować w rozstrzygnięcie sądu apelacyjnego. Na uwagę zasługują dwa aspekty tego wyroku:

1. W orzeczeniu odniesiono się do zasady swobody umów, na którą powoływała się firma broniąca swego stanowiska. Skarżący zarzucał sądowi II instancji, że w sposób nieprawidłowy uznał on, iż swoboda stron przy zawieraniu umów może zostać ograniczona. SN potwierdził, że jedna z najważniejszych zasad prawa zobowiązań – zasada swobody umów – doznaje pewnych ograniczeń. Treść oraz cel umowy nie mogą stać w sprzeczności z właściwością zobowiązania, przepisami prawa i zasadami współżycia społecznego. Odnosząc to do analizowanego przypadku, SN wskazał, że wolą stron nie można zmieniać ustaw. Oznacza to, że strony nie mogą nazwać umową o dzieło takiej umowy, która wypełnia przesłanki stosunku pracy lub ma cechy umowy zlecenia.

2. W przywołanym orzeczeniu został poruszony jeszcze jeden aspekt obrazujący praktykę stosowania umów o dzieło. Skarżący przedsiębiorca podnosił, że fakt zawierania umów o dzieło wynika z narzucanych przez inne podmioty stawek, jakie mogą one zapłacić za usługi. Zdaniem przedsiębiorcy, nie jest możliwe realizowanie usług za takie stawki na innej podstawie niż umowa o dzieło. Na taki zarzut SN odpowiedział, że poziom opłacalności przedsięwzięcia nie jest kryterium odróżniającym umowę o dzieło od umowy o świadczenie usług i nie może być elementem uzasadniającym działanie zmierzające do obejścia prawa. W wyroku wyraźnie pouczono przedsiębiorców, że powinni składać oferty z uwzględnieniem faktycznie ponoszonych kosztów. Jeżeli ze specyfiki czynności wynika, że należy uznać je za świadczenie usług, a nie za dzieło – tak jak w przypadku ochrony i pilnowania mienia – to kosztem uwzględnionym w ofercie muszą być składki na ubezpieczenia społeczne.

Poza klauzulą propracowniczą oraz wyrokiem Sądu Najwyższego, z krytyką umów o dzieło wystąpił Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć. W wywiadzie dla „Super Expressu” pt. „Umowy o dzieło to niewolnictwo” powiedział on, że „Od lat PIP, ale i ja osobiście mówimy o tym, że skala nadużyć polegających na zawieraniu umów cywilnoprawnych, gdy powinna to być umowa o pracę, jest sprawą, którą trzeba rozwiązać”. W rozmowie uznał on także, iż należy postawić walkę z umowami zlecenie i o dzieło wśród priorytetów Państwowej Inspekcji Pracy.

Minimalna stawka godzinowa

Do pozytywnych efektów wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, która obowiązuje od 1 stycznia 2017 r. i wynosi 13 zł brutto za godzinę pracy, poza poprawą sytuacji materialnej osób zarabiających przed jej wprowadzeniem nierzadko około 4 zł za godzinę pracy, można zaliczyć:

1. Rezygnowanie przez instytucje państwowe z outsourcingu

Wskutek wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej liczne instytucje publiczne, które przed laty zdecydowały się na outsourcing usług pomocniczych (tj. utrzymania czystości czy ochrony) powzięły decyzje o rezygnacji ze współpracy z firmami zewnętrznymi i o powrocie do własnej obsługi. W wyniku wprowadzenia nowelizacji zlecanie usług na zewnątrz przestało być dla nich opłacalne. Instytucje publiczne przed laty wybierały outsourcing w celu poczynienia oszczędności na wynagrodzeniach pracowników, co było możliwe dzięki brakowi minimalnej stawki godzinowej w przypadku umów cywilnoprawnych, które oferowały pracownikom firmy prywatne. Instytucje państwowe godziły się zatem z tym, że w firmach zewnętrznych warunki płacowe pracowników będą nawet dwukrotnie gorsze9. Po wejściu w życie minimalnej stawki godzinowej, w niektórych przypadkach koszty świadczenia usług przez firmy zewnętrzne wzrosły nawet o 50%, więc pracownicy zarabiali tam wcześniej około 5 zł za godzinę. Outsourcing stracił zatem swoje uzasadnienie, bo te same środki, które firma musi od 2017 r. przeznaczać na wynagrodzenia, musiałaby również zapłacić sama instytucja.

W celu zobrazowania zachodzących procesów warto pokazać kilka przykładów, m.in. ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, w którym jeszcze w 2016 r. wszystkie tzw. usługi pomocnicze były zlecone firmom zewnętrznym. W 2017 r. Barbara Bulanowska, dyrektorka tego szpitala, powiedziała wprost, że outsourcing przestał się opłacać, bo firmy podniosły ceny o 15-20%10.

W wyniku wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej placówki w całej Polsce renegocjowały umowy z firmami outsourcingowymi. Tak było np. w Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym im. dr. Józefa Psarskiego w Ostrołęce, gdzie spółdzielnia wykonująca usługi sprzątania i pomocy przy chorych zwróciła się o renegocjację umowy na mocy obowiązującego prawa. Wyliczony przez spółdzielnię koszt usług, z uwzględnieniem nowej stawki minimalnej, wyniósłby około miliona złotych więcej, co wyjaśnił Jerzy Miazga, dyrektor tego szpitala11. Jak mówiła Renata Ruman-Dzido, prezeska zarządu Szpitala Wojewódzkiego w Opolu, wzrost kosztów pracy to dla placówki około milion złotych mniej w skali roku. Szpital jest w o tyle w dobrej sytuacji, że wcześniej zrealizował wiele inwestycji w sferze pozamedycznej. Skutkują one oszczędnościami. Po procesie optymalizacji kosztów placówka nie ma już jednak za bardzo na czym oszczędzać. Zrezygnowano więc z fizycznej ochrony placówki, poprzestając na wykupieniu usługi, która w przypadku zagrożenia gwarantuje przyjazd grupy interwencyjnej12.

2. Ograniczanie skali umów śmieciowych w wyniku kontroli stawki minimalnej

Minimalna stawka godzinowa sprawiła, że umowy cywilnoprawne stały się mniej korzystne niż wcześniej, lecz nadal są bardziej atrakcyjne niż umowy o pracę, np. ze względu na brak przepisów o urlopie wypoczynkowym. Niemniej jednak, w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej wskazano, że objęta ona zostanie szczególną ochroną i dużą liczbą kontroli jej przestrzegania. Kontrole nie dotyczą jednak wyłącznie wysokości wynagrodzenia. Inspektorzy sprawdzają również, czy pracujący na podstawie umów cywilnoprawnych nie powinni być zatrudnieni na umowę o pracę. Jeżeli tak, inspektor ma prawo nakazać pracodawcy przekształcenie umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć poinformował, że podczas jednej z takich kontroli w Poznaniu na polecenie inspektora pracy przekształcono 86 umów na umowy o pracę (spośród 235 osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych13). Do 1 marca przeprowadzono 2,5 tysiąca kontroli wypłacania stawki minimalnej, a do końca roku zaplanowano ich łącznie jeszcze 20 tysięcy.

3. Czy minimalna stawka godzinowa jest święta?

Od momentu wejścia w życie przepisów ustawy o minimalnym wynagrodzeniu, NSZZ „Solidarność” wraz z Państwową Inspekcją Pracy prowadzą kampanię pt. „13 zł… i nie kombinuj!”. Ma ona na celu wyegzekwowanie od pracodawców przestrzegania prawa o stawce minimalnej poprzez upowszechnianie informacji o obowiązującej nowelizacji. Skala omijania tego prawa to według GIP 20%. Tylko w nielicznych firmach stawka minimalna się nie przyjęła. W informacjach z kolejnych miesięcy podawano, że zaniżenie stawki godzinowej ujawniono już tylko w 14% przypadków. Wyniki kontroli wskazują, że zdecydowana większość firm jest w stanie zapewnić godziwą płacę na umowie cywilnoprawnej, nawet jeśli zatrudniane na tej podstawie osoby często wykonują prace proste, które do tej pory były bardzo nisko wynagradzane. Stawki w wysokości 2-4 zł, np. w branży ochroniarskiej lub porządkowej, podobnie jak umowy o dzieło, również odchodzą w niechlubną przeszłość. Minimalna stawka godzinowa działa – tak w skrócie można skomentować wyniki kontroli PIP. Pojawiały się jednak różne sposoby na jej omijanie, np. poprzez potrącanie pracownikom z wynagrodzenia pewnych sum za dzierżawę odkurzacza, wypożyczenie stroju czy skorzystanie z przerwy.

Jednym z bodaj najbardziej skandalicznych przypadków złamania nowego przepisu był przypadek z Opola, gdzie firma zewnętrzna wynajęta przez Urząd Miasta zapłaciła pracownicy 500 zł za 420 godzin pracy. Stawka minimalna wyniosła więc w tym przypadku 1 zł i 19 groszy. Za ową sytuację był współodpowiedzialny Urząd Miasta, który przeznaczał na usługi niecałe 6 tys. zł miesięcznie w sytuacji, gdy na pokrycie stawki minimalnej należało wygospodarować co najmniej 10 tys. zł. Sama instytucja nie zastosowała się do ustawowego obowiązku zagwarantowania tego prawa. Sprawę w mediach nagłośnił Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a na prośbę jednej z pokrzywdzonych pracownic.

Skala umów śmieciowych

Przez minioną dekadę skala umów śmieciowych w różnych okresach zmieniała się. W 2008 r. pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej świadczyło 15,5% osób pracujących, w 2009 r. już 18,5%, a w 2010 aż 21%. Liczba ta z roku na rok rosła zatem w niepokojącym tempie. W latach 2014 i 2015 odsetek ten utrzymywał się na stałym poziomie i wynosił 7% ogółu pracujących. To wyhamowanie nastąpiło jeszcze przed wprowadzeniem zmian prawnych polegających na objęciu ubezpieczeniem społecznym umów śmieciowych i wprowadzeniu klauzuli propracowniczej w 2016 r. oraz ustanowieniem minimalnej stawki godzinowej w 2017 r. W porównaniu do lat sprzed nowelizacji ta liczba nie powinna być zatem wyższa.

W 2016 r. w raporcie pt. „Pracujący w nietypowych formach zatrudnienia” GUS podał szacunkową liczbę osób pracujących na umowach cywilnoprawnych oraz wiele istotnych informacji związanych z tym zjawiskiem. Z raportu wynika, że liczba zatrudnionych pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych – dla których umowa-zlecenie lub o dzieło jest jedynym źródłem dochodu – sięgnęła 1,3 mln. Informacja ta dotyczy tylko osób, które nie są nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy oraz osób, które pobierają emeryturę lub rentę, jest zatem niedoszacowana i takie założenie jest podstawowym mankamentem tego badania. W samych instytucjach publicznych będący na emeryturze ochroniarze i panie sprzątające z outsourcingu stanowili 1/3 moich rozmówców. Związki zawodowe podawały w tym czasie liczbę znacznie wyższą – aż 3,5 mln, zaliczały bowiem do umów śmieciowych również umowy o pracę na czas określony. Przy takich kryteriach skala uśmieciowienia rzeczywiście mogłaby zbliżyć się do tej wartości. Przyjmując jednak, że umowa śmieciowa to umowa cywilnoprawna, można uznać, że na takiej podstawie było zatrudnionych co najmniej 1,5 miliona osób. Liczba 1,3 mln stanowiła niemal 7% wszystkich pracujących.

67% wszystkich umów cywilnoprawnych to umowy zlecenia. Aż 80% osób przyznało, że pracuje na takiej podstawie z przymusu. Informacja ta zaprzecza więc często powtarzanemu, wygodnemu dla pracodawców, tłumaczeniu, że umowy śmieciowe są spełnieniem marzeń pracowników. Dane te dotyczą 2014 r., nie posiadamy bardziej aktualnych, równie pogłębionych wyników badań. Istnieją co prawda publikowane co kwartał wyniki prowadzonego przez GUS Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, jednak nie mówi ono o tym zjawisku tak wiele. Nawet PIP częściej odwołuje się do danych z 2014 r.

Z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wynika, że w IV kwartale 2016 r. liczba zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych wynosiła 479 tysięcy, w tym 403 tys. na umowach zlecenia14, natomiast w I kwartale 2017 r. liczba ta wyniosła 476 tysięcy, w tym 392 tys.15 na umowach zlecenia. Wynika z tego, że w porównaniu do poprzedniego roku skala uśmieciowienia rynku pracy zmniejszyła się, lecz nieznacznie.

Dokąd i jak zmierzać?

W ramach podsumowania należy powiedzieć, że klauzula propracownicza spełnia swoją funkcję i w dłuższej perspektywie przyczyni się do znacznego ograniczenia umów śmieciowych wśród pracowników firm zewnętrznych świadczących usługi na rzecz instytucji publicznych. Skala uśmieciowienia rynku pracy będzie systematycznie spadała. Wiele z obecnie obowiązujących przetargów zawarto np. w 2014 r. na cztery lata, a więc nie objęła ich klauzula propracownicza. W tych przypadkach na rezultaty regulacji należy poczekać do następnego postępowania.

W celu dalszego cywilizowania rynku zamówień publicznych niewątpliwie należy nałożyć na Państwową Inspekcję Pracy obowiązki związane z kontrolą zapisów przetargowych. Cywilizowanie prawa zamówień publicznych oraz zwiększanie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy w zakresie kontroli tej sfery powinno odbywać się równocześnie z przygotowaniem zasadniczych zmian – przede wszystkim odwrotu instytucji publicznych od outsourcingu. Stanem docelowym powinien być powrót państwa i samorządów do zatrudnienia własnego personelu, co najmniej sprzątającego. Rekomendacją jest, aby postulat taki stał się jednym z programowych postulatów lewicowych partii politycznych.

Nie jest znana dokładna skala rezygnacji instytucji publicznych z outsourcingu w całej Polsce wskutek wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej i nie wiadomo, czy w efekcie liczba ta zwiększyła się znacznie. Nawet kilka rezygnujących instytucji w każdym województwie to nadal nie jest spektakularny sukces, jednak każdy taki przypadek to krok w kierunku ograniczenia skali umów śmieciowych i należy go witać z entuzjazmem. Klauzula propracownicza gwarantuje co prawda pracownikom umowy o pracę i przyczynia się do zmniejszenia skali umów śmieciowych, lecz nawet pracownicy zatrudnieni na umowach o pracę w firmach zewnętrznych nie mogą korzystać z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych instytucji publicznej.

Choć powyższe informacje brzmią optymistycznie, to wielu ochroniarzy w rozmowach z autorką artykułu przyznawało, że ani na skutek wprowadzenia klauzuli propracowniczej, ani minimalnej stawki godzinowej nie dostrzegają zmiany w swojej sytuacji zawodowej – zarówno przed nowelizacją, jak i obecnie mieli bowiem umowę o pracę z uwagi na bycie pracownikiem kwalifikowanym ochrony. Zauważają oni, że zmieniło się jedynie tyle, że podwyżki uzyskali ci, którzy zarabiali najmniej – a więc pracownicy niekwalifikowani. Zrodziło to podziały i wrogość między tymi dwiema grupami, bo zrównano ich stawki przy zróżnicowanych uprawnieniach. Jeden z ochroniarzy dworca kolejowego od roku, mimo dwóch propracowniczych regulacji, bez przerwy pracuje w następującym trybie: 12 godzin ochrania dworzec, 4 godziny śpi w pomieszczeniu na dworcu, następnie 6 godzin ochrania restaurację, po czym dopiero wraca do domu zaledwie na 10 godzin, i znów wychodzi pracować w powyższym systemie. Wynika to z deklarowanego przez ochroniarza niskiego minimalnego wynagrodzenia za pracę (2000 zł brutto), niewystarczającego na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Ochroniarz pracuje zatem miesięcznie nawet 400 godzin. Minimalne wynagrodzenie za pracę powinno ulec znacznemu zwiększeniu, np. takiemu, jakie proponuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych: do wysokości 50% średniego wynagrodzenia za pracę.

Strategia likwidacji umów śmieciowych poprzez stopniowe zrównywanie ich charakteru z umowami o pracę (objęcie umów zleceń ubezpieczeniem społecznym oraz wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej) okazała się niedostatecznym sposobem na oczekiwane radykalne ograniczenie takich umów. Należy poszukiwać innych metod na rozwiązanie tego problemu.

Przypisy:

  1. Warta odnotowania jest również kampania pt. „Stop umowom śmieciowym” zorganizowana przez Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80” i Polską Partię Pracy. Kampania ruszyła w dniu 3 lipca 2012 r. przed Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Tychach, co uzasadniano tym, że placówka jest symbolem walki ze śmieciowym zatrudnieniem pielęgniarek na kontraktach. Kolejną wartą odnotowania kampanią była akcja Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza z 2015 r. pod hasłem „My, Prekariat”. Kampanię tę zainicjowali pracownicy i pracownice branży kulturalnej zrzeszeni w związku. Choć spory wynikające z prekarnej organizacji pracy mają w Polsce historię sięgającą pierwszej dekady XXI wieku, przeprowadzony 24 maja 2012 r. strajk artystów uznano za pierwsze w Polsce wystąpienie jednoznacznie kojarzone z problematyką prekarną. W nawiązaniu do tego wydarzenia, w związku z trzecią rocznicą strajku artystów, w dniu 23 maja 2015 r. zorganizowano manifestację w obronie prekariuszy i nazwano ten dzień Dniem Prekariusza, co było jednym z elementów kampanii.
  2. Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę oraz niektórych innych ustaw uchwalonej dnia 22 lipca 2016 roku, s. 1.
  3. Przepis ów był zgodny z duchem Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 26 lutego 2014 roku, której termin implementacji na gruncie prawa krajowego upłynęła 18 kwietnia 2016 roku.
  4. K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016, s. 40.
  5. Portal Najwyższej Izby Kontroli, Źródło: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-stosowaniu-klauzul-spolecznych-w-nbsp-zamowieniach-publicznych.html (dostęp 20.08.2017).
  6. Portal Polsat News, „Żółte kartki” od NSZZ „Solidarność” za rażąco niskie płace, http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-01-05/zolte-kartki-od-nszz-solidarnosc-za-razaco-niskie-place/ (dostęp 20.08.2017).
  7. Portal NSZZ „Solidarności”, Żółte Kartki, Źródło:
    http://www.solidarnosc.org.pl/projekty-aktow-prawnych2/item/12401-zolte-kartki (dostęp 20.08.2017).
  8. Portal Polskiego Związku Pracodawców Ochrony, Interwencje, http://pzpochrona.pl/interwencje-polskiego-zwiazku-pracodawcow-ochrona-w-sprawie-zanizonych-cen (dostęp 20.08.2017).
  9. K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016.
  10. Portal Radio Kraków, Małopolskie szpitale rezygnują z outsourcingu, http://www.radiokrakow.pl/wiadomosci/aktualnosci/malopolskie-rezygnuja-z-outsourcingu-jest-za-drogo/ (dostęp 20.08.2017).
  11. Portal rynekzdrowia.pl, Rozmowa Jacka Janika z Jarosławem Czapińskim: Outsourcing usług niemedycznych w szpitalach – czyżby w odwrocie?, http://www.rynekzdrowia.pl/Finanse-i-zarzadzanie/Outsourcing-uslug-niemedycznych-w-szpitalach-Czyzby-w-odwrocie,175154,1.html (dostęp 20.08.2017).
  12. Tamże.
  13. A. Kołodziej, Nie dostajesz 13 zł za godzinę? PIP zapowiada 20 tys. kontroli, https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kontrole-pip-stawka-minimalna-13-zl-za,85,0,2301269.html (dostęp 20.08.2017).
  14. Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski IV kwartał 2016 roku.
  15. Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski I kwartał 2017 roku.

Siła świata pracy motorem postępu

Powszechne jest dziś przekonanie, że nowoczesny postęp oznacza szeroką kategorię zjawisk na styku globalizacji gospodarek narodowych, elastycznej pracy, gadżetów technologicznych czy wreszcie konsumpcjonizmu i wkradania się logiki rynkowej w każdą dziedzinę życia. Szczególną rolę odgrywają także roboty i zagrożenie automatyzacją, które regularnie przypomina z medialnych nagłówków o niepewnych warunkach pracy w dobie innowacji i czwartej rewolucji przemysłowej. Jeśli jedną stroną monety jest dziś inteligentna, wiecznie żywa metropolia, to drugą muszą być opuszczone zakłady przemysłowe i peryferia zmagające się z systemowym bezrobociem, dryfujące poza głównym krwiobiegiem kapitalizmu.

Dla związków zawodowych czy lewicowej polityki, skupionych na stawaniu w obronie pokrzywdzonych i słabszych, takie rozumienie nowoczesności prowadzi w praktycznym działaniu zazwyczaj do walki o ochronę miejsc pracy i defensywnej retoryki o „cenie postępu”, przed którym musimy chronić ludzi. Jednak gdy wrażliwi społecznie ostrzegają przed bezrobociem technologicznym, opinia publiczna nasłuchuje raczej doniesień o przełomowych wynalazkach i kibicuje heroicznym zmaganiom magnatów technologicznych.

Postęp niesie zatem Elon Musk, opowiadając ze sceny elitarnej konferencji o kolejnych przebłyskach swojego geniuszu. Postęp to Uber i gospodarka „współdzielenia” w estetycznej formie aplikacji na smartfona. I wreszcie – postęp to roztropny inwestor, który buduje nowoczesną, pełną robotów fabrykę, zachwycając nas swoim spojrzeniem w świat jutra. To właśnie współcześni „kapitanowie przemysłu” zajmują uwagę mediów, to ich nazwiska stają się synonimami nowych technologii mających ułatwiać nam życie i wyzwalać człowieka z ograniczeń materii. Doniesienia o imponujących osiągnięciach chińskiej gospodarki pomieszane są z przekazem o kolejnych bezzałogowych fabrykach w Donnguan i poprawie efektywności dzięki pozbyciu się czynnika ludzkiego.

Nietrudno zauważyć, że czar rewolucyjnej siły kapitalizmu uwodził nie tylko Marksa. Obietnica nieuchronnego postępu technologicznego i gospodarczego wciąż stanowi główną ofertę dla mas marzących o lepszej przyszłości. Ma to w erze cyfrowej charakter wręcz w pewnej mierze sakralny. Co gorsza, służy niejednokrotnie jako ostateczny argument wobec każdego, kto śmie stawać na drodze nowoczesności. Jesteś za technologią lub przeciw technologii – i w tej drugiej pozycji skazujesz się na historyczną porażkę.

W tak utworzonej dychotomii rola świata pracy to w najlepszym razie minimalizowanie strat przystosowawczych, w najgorszym zaś ochrona przywilejów i irracjonalne marnotrawienie środków. Walkę amerykańskich pracowników o płacę minimalną pod hasłem „Fight for $15” regularnie ośmieszano w tekstach „Wall Street Journal” czy „Forbesa”, gdzie były CEO McDonald’s USA Ed Rensi przekonywał, że nierozsądne związki podcinają gałąź, na której siedzą. Prasa biznesowa rozwodziła się nad absurdem rozmawiania o podwyżkach, gdy franczyzy rozważają wdrożenie automatycznych kiosków zakupowych.

Celem tego tekstu jest obnażenie powyższej perspektywy jako z gruntu fałszywej, nawet mimo jej dość wiarygodnego brzmienia. Stawiana przeze mnie hipoteza głosi raczej, że to właśnie związki zawodowe i postulaty lewicowe są gwarancją postępu i wysiłku modernizacyjnego. Bez ich aktywnej działalności proces automatyzacji pracy i wzrostu produktywności nie zajdzie, a już teraz jego dynamika jest godna pożałowania, w dużej mierze z racji słabości zorganizowanych ruchów pracowniczych. Dominująca narracja o postępie ma jednak długą tradycję, a stosowane ochoczo przez politycznych komentatorów klisze uniemożliwiają zrozumienie obserwowanych zjawisk.

Kłamstwo w służbie dyscypliny

Oskarżenia o luddyzm są jednym z najmocniejszych oręży w arsenale ideologicznym klas posiadających. Luddyści w zbiorowej pamięci funkcjonują jako XIX-wieczni angielscy robotnicy, którzy w desperackim akcie ochrony swoich miejsc pracy i strachu przed technologią niszczyli maszyny przemysłowe. Nie bez powodu zatem finansowany przez Google i IBM think tank o nazwie Information Technology and Innovation Foundation przyznaje swoje nagrody Luddite Awards. Trafiają one do „hamulcowych postępu”, którzy nie dość bezkrytycznie podchodzą do najnowszych osiągnięć technologicznych. Wyróżnienie trafiło np. do osób zajmujących się regulacjami hotelowymi oraz ochroną danych prywatnych w sektorze zdrowotnym, co może być pewnym wyznacznikiem intencji stojących za podtrzymywaniem mitu o luddystach.

Prawdziwa historia potoczyła się nieco inaczej. Blokada kontynentalna, jaką Paryż zastosował wobec Anglii w czasie wojen napoleońskich, uderzyła w gospodarkę wyspy. Szczególnie w północnej Anglii, słynącej z przemysłu włókienniczego, dochodziło do masowych zwolnień na tle inwestycji w nowoczesne maszyny tkackie. Pogarszały się także warunki pracy. Wyszkoleni rzemieślnicy i artyści byli coraz częściej zastępowani przez kobiety i dzieci, gdyż obsługa nowego sprzętu nie wymagała specjalnych kompetencji. Młodzi pracownicy przyjmowali każdą pensję, nie mieli przecież całych rodzin na utrzymaniu, zaś w przypadku konfliktu w zakładzie łatwiej było ich zastraszyć lub zmanipulować.

Oryginalni luddyści, podążając za legendarnym (choć niekoniecznie historycznie istniejącym) Nedem Luddem, podjęli się w 1811 i 1812 roku zbrojnej konfrontacji w Nottinghamshire, Lancashire i Yorkshire. Jak pisał marksistowski historyk Eric Hobsbawm, niszczenie sprzętu stanowiło ostateczną taktykę w przypadku braku zgody na ustępstwa ze strony pracodawców. Robotnicy żądali przede wszystkim powrotu do pracy i wyższych pensji, a posuwali się do agresji wobec kapitału fizycznego tylko w przypadku niespełnienia ultimatum. Należy pamiętać, że w tamtych czasach nie mogło być mowy o pokojowej formie protestu. Luddyści byli brutalnie pacyfikowani przez wojsko, co więcej, na mocy nowych aktów prawnych wieszano ich publicznie za ataki na maszyny przemysłowe. Mimo stłumienia buntu, wielu właścicieli warsztatów zgodziło się na negocjacje i spowolnienie procesu automatyzacji, co było także łatwiejsze po upadku Napoleona i zniesieniu blokady. Umocnieni tymi doświadczeniami, angielscy robotnicy w kolejnych dekadach formowali pierwsze silne ruchy związkowe.

Luddyści służą zatem jako figura jednoznacznie zła – agresywni w swoich taktykach, gotowi posuwać się do niszczenia własności (świętej!), jednoznacznie opowiadający się przeciwko cudom technologii i historycznej konieczności. Takie postępowanie nasuwa oskarżenia o ochronę własnego interesu, albo nawet skrajną nieracjonalność i zaślepienie, z którym nie podejmuje się w ogóle dialogu. Fałszywa wersja historii stanowi kolejny z czynników dyscyplinujących świat pracy, wypychający jego zmagania poza dopuszczalną dyskusję społeczną.

Przyczyny i skutki

Niezwykle ważne jest zdekonstruowanie dokładnego przebiegu procesu automatyzacji, z którym zmagali się luddyści. Robotnicy spiskujący przeciwko właścicielom zakładów tkackich nie byli w żadnej mierze przedstawicielami najuboższych warstw społecznych. Przeciwnie – wielu z nich umiało czytać oraz pisać, byli zorientowani w sytuacji społeczno-gospodarczej Ameryki czy Francji. Znali postulaty i osiągnięcia rewolucji francuskiej dzięki pismom Thomasa Paine’a, co stanowiło jeden z najważniejszych czynników formacji intelektualnej i mobilizacji. Organizowali się i działali w sposób metodyczny, wystosowując żądania, a nawet naciskając przez pewien czas na parlament, by podjął się mediacji i rozwiązania konfliktu. Stanowili swoistą arystokrację świata pracy.

Maszyny tkackie nie pojawiły się wskutek konieczności dziejowej, lecz w rezultacie nacisków ze strony dobrze opłacanych pracowników znajdujących się w trudnej gospodarczo sytuacji. Urządzenia pozwoliły zredukować etaty, zatrudnić tańszych robotników – ale nie pojawiłyby się, gdyby nie presja ze strony zorganizowanych rzemieślników. Obok pojawienia się możliwości technicznych, kluczowym czynnikiem wymuszającym wprowadzanie kolejnych maszyn były żądania pionierskich związków zawodowych, zmierzające do poprawienia warunków pracy i podnoszenia pensji.

Cała rewolucja przemysłowa, rozpoczęta w Anglii i Holandii pod koniec XVIII wieku, była napędzana szeregiem współwystępujących procesów, które wzajemnie oddziaływały na siebie na zasadach sprzężenia zwrotnego. Ten punkt widzenia potwierdza historyk ekonomii Robert Allen, wskazując, że tuż przed rewolucją przemysłową najwyższymi płacami mogli cieszyć się robotnicy angielscy i holenderscy. W przeciwieństwie do przedsiębiorców chińskich czy rosyjskich, pozyskujących ekstremalnie tanią siłę roboczą do produkcji tkanin czy wydobycia surowców, Brytyjczycy musieli znaleźć sposób na redukcję kosztów pracy, jeśli chcieli zachowywać konkurencyjność cenową.

Z punktu widzenia kalkulacji przedsiębiorcy rachunek jest prosty. Wdrożenie nowej technologii jest najczęściej wysoce kapitałochłonne, koszt stały jest ponoszony natychmiastowo. Jeżeli praca człowieka jest tańsza w ujęciu strumienia kosztów w czasie (dyskontowanych im dalej od momentu podjęcia decyzji), to nie ma żadnej racjonalnej finansowo przesłanki, aby dokonywać zakupu maszyny. Automatyzacja i wprowadzanie najnowszych osiągnięć techniki to zatem skutki wywieranej presji ekonomicznej ze strony pracowników. Taka decyzja nie jest tylko domeną prywatnych firm konkurujących na rynku, ale każdej działalności gospodarczej zorientowanej na redukcję kosztów. Zarządcy firm inwestują w roboty nie z racji szczególnej fascynacji techniką, lecz z konieczności. Aspiracje świata pracy są zatem pierwszym ogniwem łańcucha postępu.

David Neumark, znany z raczej sceptycznego nastawienia do płacy minimalnej, w opublikowanej w 2017 r. analizie wskazuje, że wzrost płacy minimalnej wpływa na decyzję o inwestowaniu w maszyny, szczególnie w nisko płatnych usługach (np. pracy na kasie) oraz w wybranych branżach, gdzie technologia wciąż nie jest silnie rozpowszechniona. Jakie są tego skutki dla całej gospodarki? Obecny główny ekonomista Banku Światowego, Paul Romer, wykazywał już w 1987 r. na bazie dynamicznego modelu specjalizacji, że niskie koszty pracy spowalniają tempo innowacji, inwestycji kapitałowych i w konsekwencji korzystnej specjalizacji gospodarki.

Czy robot zabierze mi pracę?

Warto zauważyć, że automatyzacja nie jest głównym czynnikiem zaniku miejsc pracy w ujęciu makroekonomicznym. Na przestrzeni 30 lat pomiędzy 1960 a 2000 rokiem liczba robotów przemysłowych w przemyśle motoryzacyjnym w USA zwiększyła się od zera do 92 900, jednak w tym samym czasie liczba etatów w produkcji i wytwórstwie pozostała mniej więcej na poziomie około 18 milionów. Jak zauważyli Robert Scott z progresywnego think tanku Economic Policy Institute oraz Dean Baker z Center for Economic and Policy Research, głównym czynnikiem utraty miejsc pracy było w ostatnich latach delegowanie ich do krajów trzecich, nie zaś wprowadzanie kolejnych maszyn. Nie bez powodu zautomatyzowane fabryki przemysłu samochodowego w Detroit podupadły w wyniku wyprowadzenia produkcji do krajów azjatyckich. Decydujące stały się panujące w tych ostatnich niskie koszty pracy i słabość związków zawodowych, które musiały mierzyć się z brutalnymi posunięciami autorytarnych rządów Chin czy Korei Południowej. Największym zagrożeniem dla zatrudnionych okazały się zatem nie roboty, lecz niewolnicze warunki pracy w krajach trzecich.

Przeprowadzone parę lat temu przez Pew Research Center badanie opinii wśród niemal 2 tysięcy ekspertów cyfryzacji ujawniło także, iż są podzieleni w kwestii tego, czy pojawienie się komputerów i robotów w miejscach pracy będzie tak rewolucyjne jak silnik parowy lub elektryczność. Połowa pytanych oceniła, że dla liczby miejsc pracy w ujęciu makro automatyzacja nie będzie miała właściwie znaczenia.

Słynne już badanie Carla Freya i Michaela Osborne’a z Oksfordu, zapowiadające apokaliptyczne wyniszczenie 47% wszystkich miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych w ciągu zaledwie 20 lat, jest zdecydowanie mało wiarygodne. Jego metodologia opiera się na dość nonszalanckim założeniu, że każdy zawód na listach Departamentu Pracy USA o określonym poziomie rutynowości manualnej zniknie, niezależnie od ekspozycji pracownika na kontakt z żywymi osobami, uwarunkowania kulturowe czy koszty wdrożenia technologii. Przeprowadzone w niemal tej samej technice badania polskiego WISE Europa stanowią raczej luźne szacunki niż prawdopodobną predykcję. Raport OECD, oparty na bardziej rzetelnych wiązkach kompleksowych czynności, ocenia, że w Polsce około 7% miejsc pracy może być zautomatyzowanych.

Należy jednak zachować minimalną ostrożność przy prognozowaniu przyszłych zmian. Podstawowym podmiotem automatyzacji pracy już wkrótce będzie bowiem nie manualny robot, lecz algorytm programowany za pomocą uczenia maszynowego, zdolny kompleksowo analizować dane czy wchodzić w proste konwersacje z żywymi ludźmi. Rutynowość wciąż pozostaje wspólnym mianownikiem, jednak coraz silniej akcenty nowej automatyzacji będą kładzione na prace biurowe niższego i średniego szczebla.

Wysoki stopień nasycenia gospodarki robotami, nie jest przecież, o czym trzeba pamiętać, zjawiskiem negatywnym. Nowe technologie pozwalają optymalizować zużycie zasobów – surowców, ale i czasu człowieka – i dzięki większej produktywności wytwarzać jeszcze więcej wartości dodanej z tego samego wkładu pracy ludzkiej. Wyższa stopa produktywności to większa efektywność, możliwości produkcyjne i większa podaż produktów i usług. Zaoszczędzone środki wracają do gospodarki, stając się nowym zapotrzebowaniem na wytwory kolejnych jednostek pracy.

Problemem zatem staje się zagregowany popyt na wszystkie te dobra – jeśli nie jest w stanie przechwycić nowej podaży, rzeczywiście dojdzie do spadku zatrudnienia netto. Dani Rodrik, znany badacz ekonomii politycznej, wskazuje, że słaby wzrost liczby miejsc pracy w ostatnich latach trzeba przypisać raczej cięciom w gospodarce i polityce austerity. Noblista z dziedziny ekonomii Joseph Stiglitz krytykuje również katastrofalny wpływ nierówności, szczególnie ubożenia zachodniej klasy średniej, na słabość gospodarki przez zmniejszenie konsumpcji, a co za tym idzie – przez uderzenie w podstawy mechanizmu zwiększającego zatrudnienie. Problem bezrobocia jest zatem w większym stopniu wypadkową ekonomii politycznej podziału dochodów niż automatyzacji pracy.

Wielka Stagnacja

Jak jednak „sprzedać” narrację o wdrażaniu owoców postępu w reakcji na postulaty związkowców, jeśli od kilku dekad obserwowaliśmy powolny zmierzch siły zorganizowanych ruchów pracowniczych, szczególnie wskutek neoliberalnych reform zapoczątkowanych przez Reagana i Thatcher?

Wielu badaczy fundamentalnie nie zgadza się z tym, że żyjemy w epoce szczególnego rozkwitu innowacyjności i powszechnej automatyzacji. W 2011 r. ekonomista Tyler Cowen opublikował pracę pod tytułem „Wielka Stagnacja” (The Great Stagnation), w której opisał, jak około 1973 r. w USA nagle załamuje się trend rosnącej wydajności czynnika produkcji (TFP – Total Factor Productivity). Jest on uważany w modelach ekonometrycznych za ogólne wytłumaczenie jakości technologii, dzięki której wkładana jednostka pracy pozwala osiągać większy końcowy przyrost produkcji. Drobiazgowa analiza sektorowa TFP autorstwa Barta van Arka, przeprowadzona dla Komisji Europejskiej, pozwoliła zauważyć, że w niemal każdej branży – zarówno produkcji dóbr trwałych, jak i nietrwałych, w tym usług – doszło do spadków produktywności, w Unii Europejskiej jeszcze dotkliwszych niż w Stanach Zjednoczonych. Właściwie jedynym powodem, dla którego produktywność rosła w ogóle, była rewolucja dokonana w obszarze technologii ICT (teleinformacyjnych) i wynikająca z niej poprawa wymiany informacji handlowych.

Chociaż Cowen początkowo próbował tłumaczyć zaobserwowaną przez siebie zaskakująco słabą dynamikę wzrostu TFP zagadnieniami kapitału ludzkiego (wyczerpania „nisko wiszących owoców” przyrostu poprzez rozpowszechnienie edukacji podstawowej) czy cenami paliw używanych w transporcie, różnica w spowolnieniu jest szczególnie widoczna w tych gałęziach gospodarki, które w powojennych latach cieszyły się szczególnie silnym uzwiązkowieniem i wpływami ruchów pracowniczych. Branża budowlana, wydobywcza i przemysł ciężki zanotowały duże spadki produktywności. Sektor usług, cechujący się w dużym stopniu niskimi płacami i słabym uzwiązkowieniem, wdrażał nowe technologie równie opieszale. Słabość tych trendów utrzymuje się zresztą po dziś dzień we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych.

Części tego spadku produktywności powinniśmy upatrywać w tzw. chorobie kosztów Baumola. Podczas słuchania kwartetu wykonującego utwory Beethovena, William Baumol zauważył, że pewne rodzaje czynności i usług, z powodu istotnego czynnika ludzkiego, będą cierpieć na rosnące koszty. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest konieczność utrzymania konkurencyjnych warunków zatrudnienia względem branż silnie zautomatyzowanych, cechujących się wysoką produktywnością. W ten sposób rzeczywiście można tłumaczyć mozolny wzrost TFP branży edukacyjnej, zdrowotnej czy artystycznej, chociaż ich udział w całkowitym zatrudnieniu jest stosunkowo mały i sięga kilku procent dla każdej z tych grup. Co więcej, rozpowszechnienie w ostatnich latach wysokiej jakości kursów online czy przełomowe zastosowania telediagnostyki pokazują, że dzięki cyfryzacji i rozwojowi uczenia maszynowego także te obszary mogą liczyć na modernizację przy pomocy technologii dostępnej przecież od lat.

Paradoksalnie, kolejnych spostrzeżeń o spowolnieniu postępu technicznego dostarcza wspomniana już Information Technology and Innovation Foundation. W swoim raporcie, sięgającym szacunkami aż do połowy XIX wieku, autorzy podkreślają, że w żadnej z badanych dekad zmiany technologiczne nie przyniosły spadku netto miejsc pracy – jednak przeobrażenia struktury rynku pracy mogą obrazować tempo przekształcania gospodarki w nowocześniejszą i bardziej wydajną. Jeszcze w 1900 roku aż 31% Amerykanów pracowało w rolnictwie. W 2000 r. to już tylko 3% zatrudnionych. Z analizy ITIF wynika, że od lat 80. ubiegłego wieku proces zanikania i pojawiania się nowych zawodów wytraca dynamikę, pikując w latach 2010-2015 do najniższego poziomu od ponad 150 lat. ITIF prognozuje, że powinniśmy raczej obawiać się stagnacji technologicznej niż radykalnego przewrotu.

Te wyniki zostały potwierdzone przez Josha Bivensa i Lawrence’a Mishela z Economic Policy Institute. Nie tylko przyznają oni, że automatyzacja nie stanowi istotnego zagrożenia dla miejsc pracy – szczególnie w porównaniu z dewastującymi efektami niskich płac i niskiego opodatkowania przychodów z kapitału – ale także zauważają wygaszanie prywatnych inwestycji w komputery i oprogramowanie mniej więcej od początku XXI wieku. Stopa nakładów kapitałowych na software w latach 1973-2002 utrzymywała się powyżej 16%, a w latach 2007-2016 ledwo przekracza 4%.

Kapitanowie przemysłu opowiadają piękne historie o wielkich innowacjach i powszechnej automatyzacji. Jednak bez odpowiedniego nacisku ewidentnie nie radzą sobie z przekuwaniem motywacyjnych Tedxów na faktyczny rozwój organizacji społeczno-gospodarczej.

Wolność od tyrania

Nie bójmy się o nasze miejsca pracy i nie płaczmy za utraconymi zawodami. Automatyzacja jest szansą na zbawienie nas od fenomenu bullshit jobs, jak określa je znany antropolog David Graeber, wskazując na rutynowe, czasochłonne zajęcia, których negatywny wpływ na zdrowie psychiczne ludzi i całą kondycję społeczną jest wprost dewastujący. Świetnie oddają to niedawne słowa Johna Cryana, dyrektora generalnego Deutsche Banku, który podczas konferencji branżowej we Frankfurcie zapowiedział masowe zwolnienia, szczególnie osób w jego opinii „pracujących jak liczydła”, na stanowiskach księgowych i rachunkowych. „Nie potrzebujemy tak wielu ludzi. W naszych bankach zatrudniamy osoby, które zachowują się jak roboty, wykonując mechanicznie polecenia”.

Instytut Gallupa zapytał pracowników w 140 krajach o poziom zaangażowania w wykonywaną pracę, czyli ogólną motywację i poczucie satysfakcji. Szacunkowe dane dla całego świata wskazują, że zaledwie 13% zatrudnionych ocenia swoje zaangażowanie pozytywnie, zaś aż 24% jest zniechęconych i nieszczęśliwych z powodu wykonywanego zajęcia. Te wskaźniki dla Polski wypadają nieco lepiej (odpowiednio 17% i 15%), ale przypadki takie jak 33% zaangażowanych pracowników w Kostaryce, 2% niezaangażowanych w Tajlandii czy 7% niezaangażowanych w Norwegii to raczej wyjątki od generalnego problemu współczesności.

Polityka wrażliwości społecznej musi zatem wynieść na sztandary hasła postępu przez emancypację pracy. Podnoszenie pensji minimalnej przynajmniej w zgodzie z dynamiką wzrostu produktywności – jeśli nie nieco bardziej – i powszechne skrócenie tygodnia pracy nie są przykładami roszczeniowości, lecz podstawowym paliwem rozwoju techniczno-gospodarczego. Zarazem długofalowa strategia musi wychodzić poza proste wywieranie presji za pomocą żądań płacowych.

Nie bez powodu bardziej zorientowani w globalnej sytuacji technologiczni magnaci postulują wprowadzenie dochodu gwarantowanego, który może stać się impulsem do odchodzenia z bullshit jobs, stwarzać przestrzeń negocjacyjną i łagodzić przepływy pracowników między sektorami, tak jak miało to miejsce w duńskim modelu flexicurity. Dochód gwarantowany pomaga też utrzymać konsumpcję, więc przy odpowiednim połączeniu z eliminacją nierówności stanowi błyskotliwy sposób na transformację społeczną i techniczną.

Propozycje gwarancji zatrudnienia to kolejny pomysł, który może mieć ponadto działanie antycykliczne i kierujące pracę ludzi w sektory opieki, edukacji i usług komunalnych oraz publicznych, dziś należące do najbardziej zaniedbanych w krajach o niskim kapitale społecznym i ludzkim. Trwające spory co do wykonania administracyjnego – głównie w kontekście stopnia stosowanego przymusu i efektywności pracy objętej gwarancją – to zdecydowanie przeceniany problem. Podobnie jak dochód gwarantowany bywa mylnie oceniany przez liberałów jako „rozleniwianie”, ta sama logika każe oceniać gwarantowane zatrudnienie jako nieskuteczne z racji braku odpowiedniego przymusu. Obie diagnozy są wypadkową redukcjonizmu, jak gdyby widmo bezrobocia było jedynym czynnikiem motywacyjnym w społeczeństwie.

Wśród innych planów transformacji technologicznej znajdują się także pomysły bardziej wątpliwe, które warto pokrótce omówić. Propozycja podatku od robotów, zapowiadana przez Billa Gatesa czy Benoit Hamona (kandydata Partii Socjalistycznej na prezydenta Francji z 2017 r.), rodzi komplikacje w postaci konieczności wyznaczania ścisłego podziału na roboty komplementarne do pracy ludzkiej, usprawniające ją oraz na roboty substytucyjne. Przesunięcie nie zawsze odbywa się w ramach identycznego stanowiska, więc gdzie postawić granicę wpływu maszyny na zatrudnienie? Co więcej, podatek od robotów byłby z punktu widzenia inwestora dodatkowym kosztem ponoszonym podczas zakupu, co tylko spowolni absorpcję nowych technologii. Dyskusja o podobnym podatku w Parlamencie Europejskim poskutkowała na ten moment odrzuceniem propozycji.

Zapytany przeze mnie o automatyzację podczas szczytu G20 Global Solutions, laureat Nobla z ekonomii Edmund Phelps zasugerował, że rządy powinny subsydiować płace najgorzej zarabiającym, by chronić ich miejsca pracy. Swoją koncepcję Phelps opisał w książce „Rewarding Work”, której tok myślowy jest jednak pełen dziur. Sugeruje w niej na przykład, że subsydiowanie miejsc pracy doprowadzi do ponownego zatrudniania, spadku bezrobocia i w konsekwencji również podwyżek. Jest to jednak zupełnie opaczne rozumienie procesu automatyzacji pracy. Taka koncepcja spowalnia wdrażanie technologii, a co gorsza stanowi prezent z budżetu dla firm, których model biznesowy wciąż ma opierać się na maszynowej pracy ludzi. Tym samym premiuje się najgorsze praktyki, zaś w postulowanym przez Phelpsa momencie ciasnego rynku pracy problem automatyzacji i tak powróci.

Najśmielszą propozycję stanowi natomiast utworzenie Pracowniczych Funduszy Automatyzacji (PFA), które działałyby jako fundusze hedgingowe inwestujące w szeroką paletę producentów maszyn przemysłowych i oprogramowania komputerowego. W ten sposób oszczędności PFA byłyby zabezpieczeniem przed utratą pracy i kosztami przeszkolenia poprzez czerpanie przez pracowników korzyści ze wzrostu spółek niszczących ich miejsca pracy. Środki pozyskiwane do PFA mogłyby pochodzić z nowej, relatywnie niskiej składki, tym samym podnosząc koszty pracy i uzależniając ciężar podatkowy od liczby zatrudnionych. Kadry obsługujące PFA wsparłyby także proces budowania na nowo siły związków i zorganizowanych ruchów pracowniczych.

Odzyskać opowieść

Nie każda technologia oddziałuje jednak tak samo na pracowników. Już w 1979 r. Chris Harman, lider jednej z brytyjskich partii socjalistycznych, opublikował manifest „Is a Machine After Your Job”. Jego ujęcie problemu było zerwaniem z podejściem tradycyjnej lewicy, która nieufność wobec postępu technicznego posunęła do reakcyjnej postawy. Harman wiedział, że celem krytyki nie powinna być technologia, lecz sposób jej wykorzystania przez menedżerów zorientowanych wyłącznie na zysk.

Wśród proponowanych w jego manifeście kluczowych żądań znalazło się wiele ważnych postulatów, ale szczególną uwagę chciałbym zwrócić na trzy z nich. Są to zakaz wykorzystania technologii do oceny szybkości i dokładności pracy poszczególnych pracowników; wsparcie w przeszkoleniu i przystosowaniu; zakaz wdrożenia nowych rozwiązań technicznych bez zgody związków i uprzedniej dyskusji ze wszystkimi pracownikami, których dotkną nowe systemy. Wagę tych propozycji widać szczególnie dziś, w dobie precyzyjnego nadzoru nad magazynierami Amazona czy indywidualnego śledzenia statystyk służbowego komputera.

Jeśli uda się opanować nierówności i przywrócić moc nabywczą szerokim masom, nie powinniśmy obawiać się o bezrobocie technologiczne. Głoszący koniec pracy technopesymiści dobrze kamuflują to, że w istocie ich pesymizm dotyczy raczej ludzi jako takich. W świecie bez pracy okazałoby się bowiem, że człowiek jest zbędny. Właściwe pytanie zatem brzmi: jak technologia wpływa na relacje pracy i kto poniesie koszty strukturalnych zmian zawodowych?

Przy zachowaniu należytej czujności, polityka grupowań prospołecznych i ruchów pracowniczych musi skierować się na odzyskanie opowieści o postępie. Obserwowana dzisiaj stagnacja ekonomiczna jest rezultatem bardzo wielu procesów, wśród których znajduje się także spowolniona adaptacja owoców rozwoju technicznego. Złożoność tego procesu nie ulega wątpliwości, jednak w powszechnej narracji od dawna przeceniano wątki wygodne dla klas posiadających. Nową opowieść możemy budować od przyznania, że siła świata pracy jest w istocie siłą postępu.

Nowa walka klas

Nowa walka klas

Po zakończeniu Zimnej Wojny rozpoczęła się walka klas. Wybuchła ona jednocześnie w wielu krajach i toczyła się pomiędzy sektorem korporacyjnym, finansowym i profesjonalnym a populistycznymi ugrupowaniami klasy robotniczej. Ten ponadnarodowy konflikt jest już odpowiedzialny za Brexit i wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA – a kolejne szokujące niespodzianki jeszcze przed nami.

Żadna z dominujących obecnie na Zachodzie idei politycznych nie jest w stanie sensownie opisać tej nowej walki klas. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie z nich uparcie udają, że w zachodnich społeczeństwach nie ma już podziałów klasowych. Neoliberalizm, czyli ideologia transatlantyckich elit, twierdzi, że klasa jako taka zanikła, społeczeństwa są czysto merytokratyczne, a jedyne bariery, jakie jednostki chcące piąć się w górę napotykają na swej drodze, wynikają z rasizmu, mizoginii czy homofobii. Skoro neoliberałowie są niezdolni do uznania istnienia klasy społecznej, nie mówiąc o szczerej dyskusji o konfliktach klasowych, nie jest dziwnym, że mogą populizmowi przypisywać jedynie irracjonalność i bigoterię.

Podobnie do neoliberalizmu postępuje konserwatyzm, który także zaprzecza istnieniu klas społecznych w społeczeństwach Zachodu. Wraz z neoliberałami i libertarianami, konserwatyści zakładają, że pozycja elit ekonomicznych nie jest przynajmniej w połowie dziedziczona, lecz że składają się one z wciąż zmieniającego się przypadkowego układu utalentowanych i pracowitych jednostek. Merytokratyczny kapitalizm jest zdaniem prawicy „zagrożony od wewnątrz” przez nową klasę złożoną z postępowych intelektualistów, naukowców, dziennikarzy i działaczy organizacji pozarządowych, o których mówi się, że mogą być o wiele bardziej wpływowi od dyrektorów generalnych i bankierów inwestycyjnych.

Przynajmniej marksiści traktują klasy społeczne i konflikt klasowy na serio. Ale klasyczny marksizm, ze swoimi opatrznościowymi teoriami na temat historii i swoim spojrzeniem na klasę robotniczą jako kosmopolitycznych nosicieli światowej rewolucji, zawsze był nieco otumaniony.

Na szczęście jednak istnieje konstrukt myślowy, który jest w stanie bardzo dobrze wyjaśnić obecne wstrząsy polityczne na Zachodzie i na całym świecie. To teoria Jamesa Burnhama dotycząca kierowniczej rewolucji (managerial revolution), a uzupełnia ją gospodarcza socjologia Johna Kennetha Galbraitha. Myśl Burnhama ostatnimi czasy przeżywa renesans wśród intelektualistów centrowych i związanych z centroprawicą, włączając w to Matthewa Continettiego, Daniela McCarthy’ego oraz Juliusa Kreina. Niestety socjologia Galbraitha, wraz z jego teoriami ekonomicznymi, pozostaje wciąż niemodna.

Trudno znaleźć dwóch myślicieli, którzy politycznie różniliby się od siebie bardziej niż Burnham i Galbraith. Arystokrata Burnham był działaczem międzynarodowego ruchu trockistowskiego, zanim stał się gorliwym antykomunistą i pomagał tworzyć po II wojnie światowej ruch konserwatywny. Galbraith, dla przeciwwagi, był całe swoje życie namiętnym socjal-liberałem. A jednak obaj wierzyli, że nowe elity rządzące zastąpiły starą burżuazję i arystokratów. Podążając za myślą Adolfa Berlego i Gardinera Meana z ich pracy z 1932 r. pt. „The Modern Corporation and Private Property”, Burnham ukuł wyrażenie „elita kierownicza”, którego pierwszy raz użył w swoim bestsellerze „The Managerial Revolution” (z 1941 r.). Potem, w książce „The New Industrial State” z 1967 r., nazwał tę samą grupę „technostrukturą” (techostructure). W swoim dzienniku z 1981 r., „A Life in Our Times”, Galbraith napisał: „James Burnham, częściowo dlatego, że był twardym prawicowcem, trzymającym się z dala od politycznego mainstreamu, a częściowo z powodu braku tytułu akademickiego, nigdy nie został w pełni doceniony za swój wkład w myśl społeczną”.

George Orwell w eseju „Refleksje nad Jamesem Burnhamem” przedstawił zwięzłe podsumowanie jego tez: „Kapitalizm znika, lecz bynajmniej nie zastępuje go socjalizm. Powstaje obecnie nowe, zorganizowane planowo, scentralizowane społeczeństwo, które nie będzie ani kapitalistyczne, ani też – w żadnym znaczeniu tego słowa – demokratyczne. Społeczeństwem tym będą rządzić ludzie faktycznie władający środkami produkcji, mianowicie kadra kierownicza przedsiębiorstw, technicy, biurokraci i wojskowi, których Burnham łączy w jedną grupę, nazywaną »menedżerami«. Doprowadzą oni do eliminacji dawnej klasy kapitalistów, rozbiją klasę robotniczą, a gdy narzucą społeczeństwu nowe struktury organizacyjne, w ich ręce przejdzie wszelka władza oraz przywileje ekonomiczne. […] Nowych społeczeństw menedżerskich nie będą tworzyć mieszkańcy zbiorowiska niewielkich i niezależnych krajów, lecz obywatele wielkich państw zgrupowanych wokół głównych ośrodków przemysłowych w Europie, Azji i Ameryce. Te superpaństwa będą walczyć ze sobą o jeszcze nieskolonizowane tereny na kuli ziemskie, jednak żadne nigdy nie okaże się na tyle silne, żeby pokonać inne. Wewnętrzna struktura każdego z tych superpaństw będzie zhierarchizowana: szczyt zajmie elita wyłoniona spośród najzdolniejszych jednostek, natomiast podstawę utworzą na wpół zniewolone masy” [przekład Bartłomieja Zborskiego – przyp. tłum.].

Teza tego eseju jest taka, że teoria kierowniczej elity wyjaśnia transatlantycki kryzys społeczny i polityczny. Po II wojnie światowej demokracje Europy i Stanów Zjednoczonych, wraz z Japonią, pełne determinacji, by uniknąć powrotu kryzysu oraz zdecydowane na walkę z antykapitalistyczną propagandą serwowaną przez komunistów, przyjęły wariant opierający się na międzyklasowym porozumieniu, wynegocjowanym przez rządy państw, a zawartym pomiędzy narodowymi elitami kierowniczymi a narodową siłą roboczą. Jednak po okresie Zimnej Wojny rewolucja w światowym biznesie roztrzaskała tę ugodę społeczną. Dzięki wzmocnieniu się ponadnarodowych korporacji i powstaniu ponadnarodowych łańcuchów dostaw, elity kierownicze mogły pozbawić władzy świat pracy i rządy państw, przekazując władzę polityczną, która do tej pory znajdowała się w rękach państwowych legislatur, w ręce agencji wykonawczych, ponadnarodowej biurokracji czy organizacji negocjujących porozumienia polityczne. Jak można się było spodziewać, uwolnione z dawnych okowów „kierownicze elity” społeczeństw zachodnich wpadły w amok i zaczęły używać swojego quasi-monopolu na władzę i wpływy we wszystkich sektorach – prywatnym, publicznym i pozarządowym, aby ustanowić politykę, która zapewni ich członkom przewagę, a wyrządzi krzywdę współobywatelom. Pozbawiona władzy i wyszydzana klasa robotnicza zwróciła się w zachodnich demokracjach ku charyzmatycznym trybunom antysystemowego populizmu i wykazała się wyborczymi nieposłuszeństwami wobec samolubstwa i arogancji „kierowniczych elit”.

Pod koniec niniejszego tekstu kreślę wizję możliwości zaistnienia w społeczeństwach rozwiniętych nowej międzyklasowej ugody pomiędzy „kierowniczą” mniejszością a poddaną jej robotniczą większością. Te nowe porozumienia, jeśli powstaną, będą charakteryzować się dwiema cechami. Tak jak ich starsze odpowiedniki, będą one negocjowane na poziomie państwowym, a nie ponadnarodowym. I tak samo jak starsze porozumienia powstawały w cieniu wojen światowych i Zimnej Wojny, tak i przyszłe międzyklasowe ugody pomiędzy klasami kierowniczymi a ludowymi będą kształtowane przez to, co przyniesie nam kontekst geopolityczny – a zatem przez pokój lub rywalizację pomiędzy wielkimi siłami.

Kierownicza elita: kiedyś i obecnie

Chociaż Burnham i Galbraith swoją definicją nowych elit objęli inżynierów i naukowców, nie opisali tam już technokracji wprowadzanej przez osoby ze stopniem doktora nauk. Najważniejszymi z „kierowników” są biurokraci, zarówno z sektora prywatnego, jak i publicznego; ci, którzy prowadzą wielkie państwowe i globalne korporacje oraz posiadają nieproporcjonalnie duży wpływ na politykę i sprawy społeczne. Niektórzy są bogaci „sami z siebie”, ale większość z nich to pracownicy etatowi poważnych instytucji lub dobrze opłacani eksperci. Większość obecnych miliarderów urodziła się w wyższej klasie średniej, a ich potomkowie na przestrzeni pokolenia lub dwóch powracają do niej. Dziedziczenie tytułów arystokratycznych na nowoczesnym Zachodzie to anachronizm, zatem osoby pochodzące z takiej klasy unikają wyszydzenia, ukrywając się pomiędzy ciężko pracującymi ekspertami i menedżerami.

W latach 40., ale i później, prezentowany przez Burnhama opis Ameryki Nowego Ładu, nazistowskich Niemiec, cesarskiej Japonii czy Związku Radzieckiego jako różnych wariantów społeczeństw zarządzanych przez kierownicze elity, wydawał się dziwaczny wielu odbiorcom. Jednak od upadku komunizmu, zarówno w demokratycznych, jak i autorytarnych państwach światową normą modelu społecznego jest pewien rodzaj gospodarki mieszanej, ze znaczącym sektorem prywatnym i publicznym.

Jak liczne są kierownicze elity? Tu papierkiem lakmusowym jest wyższe wykształcenie. Tylko około jedna trzecia Amerykanów ma stopień licencjata. Jednak wiele z tych tytułów naukowych zostało wydanych przez kiepskie uczelnie, a ich posiadacze są w najlepszym razie uważani za wyższą klasę robotniczą. Zatem uznawanie posiadania wyższego wykształcenia za wyznacznik przynależności do kierowniczej elity sprawi, że będziemy do niej mogli zaliczyć nie więcej niż 10-15% populacji.

Czy menedżerowie są klasą w takim sensie, w jakim są elitą? W społeczeństwie w pełni merytokratycznym szeregi kierowniczych elit mogłyby na przestrzeni każdego pokolenia całkowicie się wymieniać, ponieważ dołączałyby do nich jednostki, które uparcie pracowały nad wejściem wyżej po drabinie społecznej. Ale w Stanach Zjednoczonych większość studentów college’ów pochodzi z mniejszościowej grupy osób, których jedno lub oboje rodziców legitymuje się tytułem magistra. Podobnie jest w innych zachodnich demokracjach – „członkostwo” w klasie kierowniczej wydaje się być w dużej mierze dziedziczone, chociaż jest to grupa częściowo otwarta na talenty z klas niższych.

Jak byśmy nie nazwali tej post-burżuazyjnej elity – klasą kierowniczą czy technostrukturą – jej siła tkwi w tym, co Galbraith nazywał „dwumodelową gospodarką”. To oparte na wiedzy, przepełnione kapitałem przemysły o wysokiej technologii, polegające na usługach sektorów biznesowych i finansowych. Rosnący efekt skali sprawia, że przemysły te stają się ogromne, a w kolejnym kroku – zdominowane przez monopole i oligopole. Galbraith nazwał takie zjawisko „systemem planowania”, odwołując się do prywatnego czynienia planów odbywającego się w ramach wielkich korporacji, które częściowo zastępują rynki swoją wewnętrzną administracją. To coś w rodzaju dawniejszego rodzaju gospodarki, który był zarządzany tylko przez właściciela przedsiębiorstwa. Lokalne rynki nadal grupują się wokół kierowniczo-przemysłowego rdzenia, co Galbraith określa jako „system rynkowy”. Historyk gospodarki Alfred D. Chandler junior potwierdził analizę Galbraitha, używając terminów „rdzeń” i „peryferie” odnośnie do galbraithowskiej koncepcji planowania i systemu rynkowego. Według Galbraitha, Chandlera, ale także Burnhama, uprzemysłowienie na zawsze zmienia gospodarczy i społeczny krajobraz, tak jak zmienia go wybuch wulkanu pośrodku równiny obsianej małymi miejscowościami.

W założeniach dotyczących kierowniczych elit teoria społeczna ma charakter elitarny, nie zaś pluralistyczny. Jak twierdził Burnham: „Z punktu widzenia klas panujących, społeczeństwo jest społeczeństwem swojej klasy panującej… Historia polityczna i nauki polityczne są zatem przeważnie historią i naukami o klasie panującej, jej pochodzeniu, rozwoju, składzie, strukturze i przemianach”.

W nowoczesnych społeczeństwach rozwiniętych sektory prywatny, publiczny i pozarządowy nie mają oddzielnych, wyodrębnionych elit. Zamiast tego, sektor prywatny próbuje dominować nad sektorem publicznym za pomocą finansowania kampanii wyborczych, oraz nad sektorem pozarządowym za pomocą dotacji i darowizn. Nawet jeśli elitom brak konkretnych metod odgórnej koordynacji, to wspólną mentalność tworzy fakt, że prawie cały personel elitarnych instytucji wszystkich stopni należy do nadrzędnej, złożonej z profesjonalistów klasy, podziela takie same wizje świata i ma podobne wykształcenie – a to jest zaczynem myślenia grupowego w rozumieniu orwellowskim. Te role są zmienne w czasie. Dyplomaci zostają bankierami inwestycyjnymi, bankierzy inwestycyjni zostają ambasadorami, generałowie zasiadają w radach nadzorczych, a dyrektorzy wykonawczy tworzą sektor pozarządowy.

Ani Burnham, ani Galbraith nie twierdzili, że kierownicze elity są z przyrodzenia złe lub zajmują swoją pozycję w sposób nieuprawniony. Właściwie obaj uważali, że duże, dynamiczne korporacje i kompetentna biurokracja są niezbędne dla wdrożenia technologicznych innowacji i dla wzrostu gospodarczego. Nie sądzili także, by menedżerowie tworzyli odrębną klasę rządzącą globalnie – a w każdym razie, by robili to w stopniu wyższym niż kapitaliści i posiadacze feudalni w przeszłości. Zarówno kierownicze elity Burnhama, jak i technostruktura Galbraitha miały swe korzenie w poszczególnych państwach-narodach, nawet jeśli te służyły po prostu za trampoliny dla geopolitycznych i gospodarczych ambicji konkretnych grup panujących.

Chociaż żaden z nich nie zalecał odwrotu od „kierowniczej rewolucji”, to jednak obaj martwili się koncentracją bogactwa, władzy i prestiżu w rękach nowych elit. Ponieważ byli realistami, zdawali sobie sprawę, że siła elit kierowniczych może zostać zahamowana jedynie przy pomocy tego, co Galbraith nazywał „siłą wyrównawczą”, zaś Burnham, podążając za myślą włoskiego teoretyka Gaetano Moski, określał mianem „obrony prawnej” (juridical defense). Oba terminy odnoszą się do prawdziwej społecznej równowagi sił, a nie tylko do papierowych sprawozdań i dekretów o równowadze.

Narodowa konsolidacja przemysłu

Na przełomie XIX i XX wieku w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej przemysłowy, oparty na przedsiębiorstwach kapitalizm, został stosunkowo szybko zastąpiony przez nowoczesny kapitalizm menedżerski. W samych Stanach Zjednoczonych zakaz karteli, w połączeniu z przyzwoleniem na fuzje i zakup przedsiębiorstw, dał efekt, który historyczka Naomi Lamoreaux nazwała „pierwszym wielkim ruchem fuzyjnym”. Trwał on od 1895 r. do 1904 r. Na przestrzeni tej jednej dekady 1800 przedsiębiorstw – większość z nich działająca w przemyśle wytwórczym – zostało skonsolidowanych w jedynie 157 firm.

Po tej fali konsolidacji struktura gospodarki amerykańskiej stała się pomiędzy I wojną światową a końcem lat 20. bardzo stabilna. W 1917 r. i w 1973 r. 22 z 200 największych firm na rynku było związanych z przemysłem naftowym – i większość z nich to były te same firmy. W 1917 r. i w 1973 r. 5 z 200 największych firm na rynku zajmowało się przemysłem gumowym, a 4 z nich były w obu tych latach identyczne (Goodyear, Goodrich, Firestone i Uniroyal). Firmy z sektora przemysłu maszynowego – wiele z nich tych samych – to 20 z 200 największych przedsiębiorstw w 1917 r. i 18 z 200 w 1973 r. Podobnie wyglądała sprawa w przemyśle transportowym i w produkcji żywności. Przetrwała nawet firma Johna D. Rockefellera, Standard Oil, pod płaszczykiem rozdrobienia się na mocy wyroku sądowego z 1911 r. na „firmy-córki”, z których jedną była np. firma ExxonMobil, późniejszy światowy gigant.

Badania z roku 1972 pokazują, że poziom współzawodnictwa przemysłowego był we wszystkich dojrzałych gałęziach gospodarki przemysłowej cały czas podobny. Na przykład w Wielkiej Brytanii pomiędzy 1907 r. a 1970 r. udział w rynku stu największych firm wytwórczych wzrósł z 16% do 45%.

Ten ogólnoświatowy trend nie może być wyjaśniony za pomocą osobliwości amerykańskiego prawa czy polityki. Kiedy Chandler badał 379 przedsiębiorstw wytwórczych zatrudniających w 1973 r. ponad 20 tysięcy pracowników, które podzielił z grubsza na grupę amerykańską i zagraniczną, odkrył, iż współczynniki były zaskakująco podobne: 22 przedsiębiorstwa produkujące urządzenia transportowe w Stanach Zjednoczonych przy 22 zagranicznych; 20 przedsiębiorstw zajmujących się wytwarzaniem maszyn przy 25 zagranicznych; 24 chemiczne zakłady amerykańskie przy 28 zagranicznych; 14 firm naftowych z siedzibą w USA przy 12 mieszczących się poza Ameryką. Wszystko to udowadnia, że w każdej nowoczesnej gospodarce firmy z chandlerowskiego „centrum” i z galbraithowskiego „systemu planowania”, charakteryzujące się rosnącym efektem skali, staną się duże, a jeśli odniosą sukces, to mają tendencję do długiego trwania, w porównaniu z małymi firmami z chandlerowskich „peryferii” i galbraithowskiego „systemu rynkowego”, których rozmiar oznacza brak lub zanik przewag konkurencyjnych.

Państwowe ugody polityczne
w czasie Zimnej Wojny

Od chwili powstania „kierowniczego kapitalizmu”, poprzez okres I wojny światowej i Wielki Kryzys, społeczności Ameryki Północnej były wstrząsane starciami korporacyjnych elit z wściekłymi robotnikami i rolnikami. Największe z nich działy się w Stanach Zjednoczonych, gdzie uzbrojone siły wielokrotnie rozbijały strajki. W 1921 r., podczas Bitwy pod Blair Mountain w hrabstwie Logan w stanie Wirginia Zachodnia, decydenci państwowi użyli samolotów, by zrzucać bomby na uzbrojonych strajkujących.

Aby zapewnić spokój społeczny i zmobilizować naród podczas II wojny światowej, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, np. Wielka Brytania, wynegocjowali pakt pomiędzy pracą a kapitałem i obiecali weteranom wojennym pomoc socjalną. Podczas wynikłej później Zimnej Wojny każda z większych gospodarek przemysłowych opracowała pewien rodzaj „ugody” lub kompromisu pomiędzy interesami świata pracy a siłami kapitału. Te powojenne porozumienia stanowiły połączenie nakierowanego na przedsiębiorcę kapitalizmu oraz przetestowanej już socjaldemokracji w wersji welfare state. W Niemczech Zachodnich przyjęło to formę reprezentacji interesów pracowniczych przy pomocy członkostwa związkowców w radach nadzorczych firm. Japonia, na fali intensywnych konfliktów pracowniczych po 1945 r., wybrała drogę korporacyjnego paternalizmu wraz z zatrudnianiem wielu pracowników na całe życie. Świat pracy był w powojennych Stanach Zjednoczonych słabo zorganizowany, ale „Traktat z Detroit”, który wynegocjował porozumienie pomiędzy firmami produkującymi samochody a związkami zawodowymi, stał się przykładem sukcesu nieformalnej współpracy (korporacjonizmu) pomiędzy pracą a kapitałem. Niewielki procent legalnej i nielegalnej imigracji oraz naciski na zamężne kobiety, by opuściły szeregi zatrudnionych i zostały gospodyniami domowymi, wzmocniły siłę przetargową pracowników płci męskiej i stworzyły przyjazny im rynek pracy.

Ten korporacjonistyczny system sprawił, że państwa opiekuńcze w okresie od lat 40. do 70. były takie w dużo mniejszym zakresie, niż byłyby w przeciwnej sytuacji. Jednak powojenne porozumienia powstałe w Japonii i na zachodzie Europy sprawiły, że kapitalizm od lat 40. do 70. przeżywał złote lata, łącząc wysoki wzrost gospodarczy z egalitarną redystrybucją jego owoców, jakiej nie widziano nigdy wcześniej – i później.

Ponadnarodowa konsolidacja przemysłu

Po upadku muru berlińskiego w 1989 r. państwowe porozumienia pomiędzy kapitałem a światem pracy, wynegocjowane przez rządy państw, zostały zniszczone – pojawiły się bowiem nowy wzorzec globalnej produkcji przemysłowej oraz nowy system organizacji korporacyjnej.

To, co ekonomista Peter Nolan nazwał „światową rewolucją w biznesie lat 90. i początku XX wieku”, czyli powstanie ponadnarodowych korporacji tworzących oligopole, było odpowiednikiem fali wielkich fuzji z początków XX wieku – fuzji, które stworzyły oligopole firm państwowych. W książce „Capitalism and Freedom” z 2008 r. Nolan zauważa: „Na samym początku XX wieku, wewnątrz wyraźnie podzielonych na marki sektorów rynków światowych o wysokiej wartości dodanej, charakteryzujących się zaawansowanym poziomem technologicznym (co służyło głównie przedstawicielom klasy średniej i wyższej, gdyż posiadali oni większość światowej siły nabywczej), do gry weszło nowe »prawo«: garstka znanych na całym świecie firm, »integratorów systemu«, zajęła ponad 50% rynku światowego. Dwie najwięcej spośród nich warte to przedsiębiorstwo, które posiadało 100% całego światowego rynku dużych samolotów komercyjnych oraz firma, która w owym czasie miała 70% udziału w rynku napojów gazowanych; firmy z pierwszej trójki były warte łącznie tyle, co 80% udziałów w sektorze turbin gazowych oraz 70% w rynku maszyn rolniczych, a także 60% rynku telefonii komórkowej i 50% rynku telewizorów z ekranem LCD. Firmy z górnej czwórki branży posiadały 60% rynku wind, pierwsza piątka miała ponad 80% rynku aparatów cyfrowych, zaś pierwsza dziesiątka kontrolowała połowę rynku farmaceutycznego”.

Do momentu, gdy recesją z 2008 r. rozpoczął się wielki kryzys finansowy, duża część światowego przemysłu była już zdominowana przez kilka sporych korporacji. 95% mikroprocesorów produkowały cztery firmy: Intel, Advanced Micro Devices, NEC i Motorola. Dwie trzecie produkowanych na świecie szklanych butelek robiły tylko dwa przedsiębiorstwa – Owens-Illinois i Saint-Gobain. Połowa dostępnych na światowym rynku samochodów powstaje w fabrykach czterech wytwórców: General Motors, Ford, Toyota-Daihatsu i DaimlerChrysler. Jeśli zaś idzie o usługi biznesowe, to Microsoft zdominował 90% rynku systemów operacyjnych dla komputerów osobistych. W 2007 r. tylko dwie firmy kontrolowały 86% rynku przetwarzania informacji finansowych i 77% rynku gier elektronicznych, zaś trzy firmy dominowały na rynku publikacji prawniczych (71% rynku) i w produkcji endoprotez (62% rynku).

Taka konsolidacja miała miejsce nie tylko w przypadku ponadnarodowych korporacji, ale także poniżej, na poziomie dostawców. Na samym początku kryzysu, w 2008 r., trzy firmy: General Electric, Pratt and Whitney oraz Rolls-Royce zdominowały światowy rynek produkcji silników samolotowych. 60% opon powstawało w fabrykach trzech międzynarodowych korporacji – Bridgestone, Goodyear i Michelin.

Powstawanie globalnych oligopoli to skutek ekspansji, fuzji i aliansów. Łączy się ono w jeden trend zmierzający ku produkcji ponadnarodowej. Jedna trzecia, a nawet połowa handlu to handel wewnątrzfirmowy lub produkcja ponadnarodowa, prowadzona przez przedsiębiorstwo o kapitale wielonarodowym, z siecią dostawców w wielu krajach. Przykład-ikona to iPhone firmy Apple, powstający z komponentów z różnych części świata. Modele S5 i 6 zawierają części z Chin, Stanów Zjednoczonych, Japonii, Korei Południowej, Tajwanu, Niemiec, Francji, Włoch, Holandii i Singapuru.

Podczas gdy sieci dostawców są regionalne lub globalne, większość firm z kapitałem ponadnarodowym ma nadal siedziby w kilku konkretnych państwach – najczęściej są to Stany Zjednoczone, Japonia lub Niemcy. Krajom rozwijającym się dano do odegrania rolę wytwórców produktów o niskiej wartości dodanej, na zasadach narzuconych im przez firmy i inwestorów z Ameryki Północnej, Europy oraz wybrzeży Azji. Jednak Chiny, Indie i Brazylia oraz kilka innych krajów rozwijających się było w stanie wykorzystać fakt, że korporacje mają dostęp do ich ogromnej siły roboczej i rynków zbytu, i naciskać na obcy kapitał, by promował projekty rozwoju ich narodowego przemysłu, za pomocą wymagań na gruncie lokalnym oraz umów na transfery technologii.

Ekonomia globalnego arbitrażu

Powszechnie uważa się, że trwający od lat 90. proces globalizacji odpowiedzialny jest za bezprecedensowy wzrost produktywności. Jednak prawda jest taka, że wzrost ten po 1989 r. jest dużo niższy niż był po roku 1945, kiedy to gospodarki narodowe były mniej zintegrowane, a poziom imigracji o wiele niższy. Jedną z przyczyn może być fakt, iż w epoce globalizacji nowe ponadnarodowe oligopole osiągały zyski metodami innymi niż napędzany technologicznie wzrost produktywności. Najważniejszą z tych korporacyjnych strategii były selektywny arbitraż i selektywna harmonizacja.

Globalny arbitraż przybrał dwie formy: arbitrażu pracy i podatków oraz subsydiów. Ten pierwszy oznaczał zarówno przeniesienie produkcji przemysłowej z krajów wysokorozwiniętych do krajów rozwijających się o niskich płacach, jak i masową migrację na globalną Północ, uprawianą przez pracowników wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Tego rodzaju proces nie wzmacniał postępu technologicznego, a mógł go nawet opóźniać, zastępując nowe techniki czy technologie kosztowną pracą lub korzystaniem z zasobów naturalnych. Jeśli prostym sposobem na osiągnięcie wysokiego przychodu jest zwyczajne zamknięcie fabryki w kraju o wysokich płacach i przeniesienie jej do kraju o płacach niskich, do państw ubogich, do południowych stanów Ameryki Północnej, do Meksyku czy Chin, to nikt nie będzie starał się uczynić produkcji technologicznej bardziej wydajną.

Arbitraż podatków i subsydiów to praktyka polegająca na korzystaniu przez firmy z faktu, że w różnych krajach są różne stawki podatkowe i różne sposoby dotowania przedsiębiorstw. Używa się jej, by pobudzić zyski, nie podnosząc jednocześnie poziomu produktywności. Firmy, które unikają opodatkowania, przenosząc się na Kajmany, do Panamy czy Irlandii, nie robią nic, by podnieść swoją produktywność. Niczego podobnego nie czynią także korporacje, które przemieszczają się do Chin, by czerpać korzyści nie tylko z nisko opłacanej, niewolniczej pracy, ale także z obfitych dotacji różnego rodzaju, np. mocno dotowanej energii elektrycznej, infrastruktury lub programów szkoleniowych dla pracowników.

Być może iPhone jest ikoną ery globalizacji. Jak pisze w wydawanym przez MIT magazynie „Technology Review” Konstantine Kakaes, gdyby każdą pojedynczą część tego urządzenia produkować w USA i składać je w tym kraju, podrożyłoby to jego koszt o 100 dolarów. Wtedy jednak marża zysku firmy Apple byłaby dużo niższa niż jest teraz – gdy iPhone jest produkowany w sześciu chińskich fabrykach bazujących na nisko płatnej, niemal niewolniczej pracy, oraz w Brazylii, gdzie produkcja odbywa się na zasadzie koncesji na zastępczą politykę importową.

Apple opanowało wzorowo zarówno globalny arbitraż pracy, jak i arkana sztuki podatkowo-dotacyjnej. Według informacji Unii Europejskiej, rząd irlandzki pozwolił tej firmie kanalizować zyski z siedmiu różnych krajów poprzez dwie firmy mające siedzibę w Irlandii, z których jedna była w dodatku „biurem głównym” bez pracowników. W efekcie, jak donosi Komisja Europejska, Apple odnotowało zyski w wysokości 16 miliardów euro, z czego tylko 50 milionów euro zostało opodatkowanych w Irlandii, co dało firmie 15 mld 95 mln euro nieopodatkowanego zysku.

Polityka globalnego arbitrażu

Nawet jeśli firmy z okresu pozimnowojennej globalizacji eksploatowały wszelkie możliwości w zakresie pozyskiwania taniej siły roboczej i obchodzenia podatków, to jednak, jeśli leżało to w ich interesie, promowały wybiórczą harmonizację praw i regulacji. W drugiej połowie XX w. odbyło się stopniowo kilka rund negocjacji pod auspicjami General Agreements of Tariffs and Trade, a później Światowej Organizacji Handlu. Skutecznie zlikwidowały one większość barier celnych. Do 2016 r., kiedy to WTO zakończyło nieudaną Rundę z Dohy [Doha Development Round – trwająca od 2001 r. runda negocjacyjna w ramach Światowej Organizacji Handlu; obok dalszych kroków na rzecz liberalizacji handlu do głównych omawianych tam kwestii należały m.in. subsydiowanie rolnictwa, prawo patentowe, regulacje antydumpingowe oraz ochrona własności intelektualnej – przyp. tłum.], Stany Zjednoczone i inne wpływowe państwa przeniosły nacisk z barier ograniczających transgraniczny przepływ towarów na prawa i regulacje „harmonizacyjne”. Pośród „ponadregionalnych umów handlowych” znajdują się m.in. NAFTA, TTP (Trans-Pacific Partnership) i TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership). Leżało to bowiem w interesie ponadnarodowych inwestorów i korporacji, którzy opierali swoje działania na globalnych łańcuchach dostaw.

Obszary wybrane do negocjacji arbitrażowych i harmonizacyjnych odzwierciedlają nie interesy mas pracujących, lecz kierowniczych elit, które dominują w rządach społeczeństw zachodnich. Harmonizacja standardów pracy lub płacy podkopałyby strategię arbitrażu pracy, zaś ponadnarodowe represje związane z unikaniem opodatkowania utrudniałyby prowadzenie strategii arbitrażu podatkowego, jaką posługują się ponadnarodowe korporacje. Zamiast tego, nacisk w polityce harmonizacji został położony na powszechne standardy przemysłu, liberalizację systemu finansowego i intelektualne prawa autorskie, włączając w to patenty farmaceutyczne. Na takim rodzaju harmonizacji korzystają ponadnarodowe firmy, inwestorzy z Wall Street czy londyńskiego City oraz właściciele praw autorskich z Silicon Valley czy z przemysłu farmaceutycznego.

W wielu przypadkach takie harmonizacyjne regulacje mają sens – np. standaryzują środki bezpieczeństwa związane z produktami. Ale już nowe umowy „harmonizacyjne” tworzą „deficyt demokracji”, i to na dwa sposoby. Wyodrębniają one ze zwyczajnego prawodawstwa całe zakresy regulacji, zastępując je „regulacjami określonymi w umowie”. Korzystne dla korporacji nowe prawa i zasady, których firmowi lobbyści nigdy nie przeforsowaliby na gruncie prawodawstwa krajowego, mogą zostać ukryte w umowach harmonizacyjnych, gdzie są maskowane jako traktaty „handlowe”. Takie umowy, liczące nierzadko tysiące stron, są często przygotowywane w tajemnicy przez komitety składające się z korporacyjnych lobbystów i mogą zostać ratyfikowane przez organy prawne bez niezbędnej w takich sytuacjach wnikliwości.

Co gorsza, większość współczesnych umów harmonizacyjnych zawiera klauzulę ISDS (investor-state dispute settlement), czyli ugodę dotyczącą zatargów pomiędzy inwestorem a państwem. Zezwala ona pojedynczym firmom na pozywanie do prywatnych trybunałów, zdominowanych przez korporacyjnych prawników, tych rządów państw, które zmieniły prawo już po podpisaniu traktatów – i to bez żadnego mechanizmu apelacji. Jeśli Kongres przyjmie statut, który zagrozi np. interesom firmy Acme Inc., to oprócz płacenia lobbystom i przelania darowizny na kampanie wyborcze pewnych kandydatów, ma ona niewiele innych możliwości. Ale jeśli Kongres ratyfikuje traktat, a potem zmieni jego klauzule, wprowadzając nowe prawo, Acme może pozwać rząd federalny za szkody finansowe. Stany Zjednoczone nie przegrały jeszcze żadnej sprawy w związku z klauzulą ISDS, ale inne kraje owszem. Niektórzy uważają, że perspektywa bycia pozwanym przed oblicze prawników korporacji chłodzi głowy przedstawicieli państw, którzy być może chcieliby wprowadzić prawa i regulacje, jakich firmy by nie akceptowały.

Nie zamierzam tu sugerować, że kontrolujący światowe oligopole menedżerowie ponadnarodowych firm operujących obecnie na Zachodzie i u wybrzeży Azji są bardziej samolubni czy czują się w mniejszym stopniu publicznie zobowiązani niż menedżerowie korporacji narodowych byli lub czuli się podczas drugiej rewolucji przemysłowej. Z drugiej strony, obecne kierownicze elity są często mniej bigoteryjne i w większym stopniu parają się filantropią. Istotne jest, że amerykańskie, niemieckie i japońskie korporacje zostały z trudem opanowane przez galbraithowską władzę wyrównawczą i burnhamowską obronę prawną – a te uległy rozpadowi. „Dzięki” globalizacji, która sama w sobie jest dobrowolną polityką umożliwioną, ale nie wymaganą przez rozwój technologii, istniejące dzisiaj firmy o kapitale ponadnarodowym mają o wiele więcej kart przetargowych w negocjacjach z pracownikami i rządami państw.

Globalizacja: imperializm Hobsona?

To, że powstały po Zimnej Wojnie wzorzec globalizacji był i jest motywowany głównie możliwościami, jakie dają międzynarodowy arbitraż i manipulacje podatkowo-dotacyjne, a nie przez nowoczesne technologie czy presję sił wolnego rynku, wydaje się jasne, gdy przypomnimy sobie uderzająco podobny wzorzec globalizacji, który ponad sto lat temu przewidział brytyjski filozof społeczny John A. Hobson – i wyobraził go sobie w czasach, gdy zaawansowanie technologiczne było na zupełnie innym poziomie. W pracy z 1902 r., „Imperialism: A study”, Hobson spekulował, że wycofanie się zachodnich nacji z wzajemnych konfliktów militarnych mogłoby stworzyć pole dla wspólnych prac nad gospodarczym rozwojem Azji w ogóle, a szczególnie Chin.

Zachodni kapitaliści, jak sugerował autor, używając niestety rasistowskiego języka tamtych czasów, mogą kupić niechętną zgodę zachodniej klasy robotniczej na transfer pracy wytwórczej z Europy do Azji – a kupią ją za przyzwolenie, by i ona korzystała z zysków, jakie wytworzą się wskutek eksploatacji zubożałej chińskiej siły roboczej: „Jednym słowem, wydaje się, że inwestorzy i biznesmeni natrafili w Chinach na kopalnię siły roboczej głębszą niż jakiekolwiek kopalnie złota i innych złóż, które skierowały siły imperium do Afryki lub gdzie indziej; wydaje się ona tak ogromną i niewyczerpaną, że otwiera całej populacji »białych dżentelmenów« z Zachodu możliwość życia z fizycznego trudu tych pracowitych ludzi o niższej pozycji, tak jak dzieje się to w małych skupiskach białego człowieka w Indiach czy Afryce Południowej. Taki eksperyment powinien zrewolucjonizować metody stosowane przez Imperializm; presja, jaką w zachodnich społeczeństwach stwarza w polityce i przemyśle ruch napędzany przez klasę robotniczą, mogłaby być zaspokojona zalewem chińskich towarów; tak samo mogłoby stać się z utrzymaniem na niskim poziomie pensji zachodnich robotników. Władza imperialistycznej oligarchii okrzepłaby na fali sugerowania zagrożenia ze strony żółtych robotników i najmitów, a współpraca nacji zachodnich w ramach rozwoju Wschodu mogłaby oznaczać porozumienie między grupami biznesmenów i polityków – wystarczająco silne i ścisłe, aby zapewnić Europie międzynarodowy pokój i pewne odprężenie w kwestiach wojennych”.

Hobsonowskie ponure wizje „grup żółtych najmitów”, które miałyby być użyte do zduszenia oporu wśród pracowników z Zachodu, tak jak i podobna wizja zwana „żółtym niebezpieczeństwem” [Yellow Peril – rozpowszechniany w II połowie XIX wieku w USA pogląd, że z Chin nadciąga fala imigrantów, którzy odbiorą miejscowym pracę, a ich obecność będzie godzić w podstawy zachodniej cywilizacji – przyp. tłum.], nie zmaterializowały się. Ale już jego inne przewidywania sprawdziły się. Neoliberalni ideolodzy twierdzili, że zachodni pracownicy, którzy stracili miejsca pracy na rzecz offshoringu do Chin i innych państw o niskich wynagrodzeniach, dostaną inne, lepsze posady w „gospodarce opartej na wiedzy”. Była to zatem obietnica, która miała oznaczać, iż w erze poprzemysłowej większość zachodnich pracowników będzie korzystać z zysków z intelektualnej własności, jaką wytworzy „gospodarka oparta na wiedzy”, a nie „niezależni biali dżentelmeni” – ale poza tym wszystko się zgadzało: azjatycki proletariat i chłopi mieli ciężko pracować w fabrykach. Na łamach „The Economist” i innych tub propagandowych elit rządzących wciąż, po ponad stu latach od powstania wizji Hobsona, powtarza się twierdzenie, że niskie ceny, jakie płacimy za towary pochodzące z Chin, zadośćuczynią krzywdzie wyrządzonej zachodniej klasie robotniczej przez częściową deindustrializację.

Hobson przewidział dystopijną przyszłość Zachodu pozbawionego przemysłu, rządzonego przez ponadnarodową klasę złożoną z menedżerów i inwestorów: „Zapowiadamy powstanie jeszcze nawet większego sojuszu państw zachodnich, europejskiej federacji, która może oznaczać ogromne zagrożenie zachodnim pasożytnictwem. Zapowiadamy powstanie grupy znacznie uprzemysłowionych państw, których wyższe warstwy żywiły się daninami z Azji i Afryki, a przy ich pomocy podtrzymywały obłaskawione masy zwolenników, nie zajmujących się już więcej wytwórstwem, rolnictwem czy pracą w wielkim przemyśle, lecz trzymane w odwodzie w zakładach drobniejszego przemysłu lub usługach osobistych, pod kontrolą nowej arystokracji finansowej”.

Dalej Hobson ostrzega: „Większa część Europy Zachodniej może przyjąć charakter i wygląd, jaki obserwujemy w Południowej Anglii, na Rivierze czy w najeżdżanych przez turystów partiach Włoch lub Szwajcarii – małe skupiska bogatych arystokratów ciągnących dywidendy i emerytury z Dalekiego Wschodu, plus nieco większe grupy handlowców, współpracowników i ogromna ilość obsługi. Te niewielkie skupiska bogatych rentierów i fizycznych pracowników obsługi przywodzą na myśl dzisiejsze »zróżnicowane warstwami« wielkie miasta, jak Londyn, Nowy Jork i San Francisco, osadzone w państwach narodowych o dużych, opuszczonych obszarach dawnych stref przemysłowych”.

Imigranci i oligarchowie

Jak widzimy, pod koniec XX wieku zachodnim elitom kierowniczym udało się uciec od umowy społecznej, jaką zawarły w połowie stulecia z klasą robotniczą swoich krajów. Dokonały tego przenosząc produkcję przemysłową do tańszych miejsc lub grożąc, że tak postąpią. Firmy związane z konkretnym państwem, jak hotele, restauracje i przedsiębiorstwa budowlane, nie miały takiej możliwości. Mogły jednak skorzystać na imigracji, ponieważ zliberalizowane rynki pracy osłabiły pozycję przetargową pracowników dokładnie w taki sam sposób, jak szczelny rynek pracy osłabia pozycję pracodawców. Dlatego też w toku dziejów USA i innych krajów związki zawodowe zazwyczaj sprzeciwiały się jakiekolwiek imigracji na sporą skalę, podczas gdy kapitaliści witali ją często z otwartymi ramionami.

Niektóre z zachodnich państw mają formalną politykę zachęcania do przyjazdu imigrantów, którzy nie są wykwalifikowani i będzie im można płacić niewysokie wynagrodzenia, jak np. Niemcy, które zapraszały gastarbeiterów z Turcji. Jednak imigracja osób niewykwalifikowanych jest w większości przypadkowym skutkiem innych polityk w poszczególnych krajach. W Stanach Zjednoczonych większość legalnych imigrantów o niskim stopniu kwalifikacji to ludzie kiepsko opłacani, Meksykanie lub Latynosi z Ameryki Środkowej, przybyli do kraju na podstawie amerykańskiego prawa o łączeniu rodzin. Dodatkowo mamy 12 milionów nielegalnych imigrantów, głównie z krajów ościennych. W Europie główną przyczyną imigracji niewykwalifikowanych pracowników jest prawo azylowe i uchodźcze. Niektóre z państw europejskich faworyzują imigrację ze swoich byłych kolonii. Jakie by nie były w konkretnym przypadku zasady, w każdym z krajów Zachodu kwestie imigracyjne są zarzewiem konfliktu pomiędzy kierowniczymi elitami a klasami ludowymi o pochodzeniu natywnym.

Akademicy badają gospodarcze efekty fali imigracji do Stanów Zjednoczonych. W ostatnim raporcie Narodowych Akademii Nauk, Inżynierii i Medycyny starano się nadać ich odkryciom pozytywny wydźwięk, ale były one jednak trzeźwiące: imigranci o niskich kwalifikacjach lub rodowici mieszkańcy kraju, którzy nie mają wykształcenia średniego, dostają niższe wynagrodzenia. Raport przypomina także, iż „imigranci w pierwszym pokoleniu są zazwyczaj dla rządów państw, czy to na szczeblu centralnym, czy lokalnym, bardziej kosztowni od rdzennych mieszkańców kraju”. Korzyści z nisko płatnej imigranckiej siły roboczej idą według raportu głównie do zamożnych konsumentów, korzystających z pracochłonnych usług, podczas gdy ich koszt spada na barki słabo wynagradzanych pracowników i podatników. Amerykańskie media jak w lustrze odbijają interes, który kierownicze elity i eksperci mają w podtrzymaniu pozycji nisko opłacanych pracowników i taniej pracy w usługach – do tego stopnia, że informacje z raportu zostały przez nie ukryte. „Nowe badania mówią: imigranci nie zabiorą nam pracy” – jak we wrześniu 2016 r. napisał „New York Times”.

Prawdziwy negatywny wpływ imigracji na sytuację nisko opłacanych pracowników i na ciasne budżety państwowe, choć ograniczony, może dla polityki stanowić istotną kwestię, ale z dwóch innych przyczyn. Jedną z nich jest połączenie relatywnie wysokiego wskaźnika urodzeń w grupach imigrantów, jak Latynosi w Ameryce i muzułmanie w Europie, z niskim lub spadającym wskaźnikiem urodzeń wśród rdzennych mieszkańców, co oznacza, że stosunkowo niewielka fala imigracji może całkowicie zmienić na przestrzeni kilku pokoleń skład narodowościowy kraju. Nawet jeśli, w dłuższej perspektywie, imigranci asymilują się i mieszają z rdzenną ludnością, szybka zmiana składu etnicznego jest często postrzegana przez wiele osób jako zagrożenie.

Drugim z czynników jest nowoczesny model państwa opiekuńczego. Po obu stronach Atlantyku powstało ono w okresie powojennego wzrostu urodzeń i niskiego poziomu imigracji. Narodowe programy pomocowe przybierają rozmaite formy, ale wszystkie oparte są na zasadzie solidarności pomiędzy członkami narodowej społeczności, którzy godzą się pracować i płacić podatki, aby pomóc swoim pobratymcom, po czym, w chorobie czy w starszym wieku, być uprawnionymi do takiej samej pomocy.

Na brak kompatybilności imigracji i państwa opiekuńczego wskazał libertariański ekonomista Milton Friedman: „Jeśli mamy państwo opiekuńcze, państwo, w którym każdemu obywatelowi obiecuje się pewien konkretny poziom dochodu lub utrzymania, bez względu na to, czy pracuje, czy nie, to [nieskrępowana] imigracja jest naprawdę niemożliwa”. Jego ideologiczne przeciwieństwo, Paul Krugman, zgadza się z taką opinią. Dlaczego? „Ponieważ Ameryka jest państwem opiekuńczym”, a „nisko wykwalifikowani imigranci nie płacą wystarczająco wysokich podatków, by pokryć koszty zasiłków, które otrzymują”. Krugman wyciąga z tego wniosek, że z konsekwencji, jakie imigracja niesie dla państwa opiekuńczego, najbardziej poważne są konsekwencje polityczne. Friedman ze swojej strony nie ma nic przeciwko fali imigracji, póki jest ona nielegalna, ponieważ nielegalni imigranci nie są uprawnieni do otrzymywania zasiłków: „Zalegalizujmy imigrację i przestanie być dobrze. Dlaczego? Bo tak długo, jak jest nielegalna, ludzie, którzy do nas przybywają, nie kwalifikują się do wsparcia, ubezpieczenia społecznego i wielu innych dodatków”.

Kierownicze elity Ameryki i Europy używają zatem legalnych i nielegalnych środków, by promować imigrację – a celem takiego działania jest uzyskanie przewagi nad związkami zawodowymi, zdławienie wzrostu płac, zapobiegnięcie inflacji, jaka pojawia się na szczelnych rynkach pracy, oraz zapewnienie rynku pracodawcy na polu usług porządkowo-ogrodniczych i opiekuńczych. To nie wszystko – elity te są także orędownikami „różnorodności”, bo zmniejsza ona prawdopodobieństwo, że pracownicy różnych narodowości zjednoczą się we wspólny front przeciwko nim. W liście z 1870 r. Marks napisał: „Z powodu stale wzrastającego stopnia koncentracji dzierżawy, Irlandia cały czas wysyła swoje nadwyżki do Anglii, co powoduje spadek płac i pogarsza materialną i moralną pozycję irlandzkiej klasy robotniczej. I rzecz najważniejsza! W każdym centrum przemysłowym i handlowym Anglii klasa robotnicza jest obecnie podzielona na dwa wrogie obozy, czyli proletariat angielski i proletariat irlandzki. Robotnik angielski nienawidzi robotnika irlandzkiego, ponieważ stanowi on dla niego konkurencję i obniża jego poziom życia […] Jego nastawienie do Irlandczyka jest podobne do tego, jakie »ubodzy biali« prezentowali w stosunku do czarnoskórych w byłych stanach niewolniczych USA. Ten antagonizm jest sekretem indolencji angielskiej klasy robotniczej, pomimo że jest ona zorganizowana. To właśnie cała tajemnica – w ten sposób klasy posiadające utrzymują swoją przewagę. I wiedzą o tym”.

Podobnie pisze Hobson, choć z charakterystyczną dla siebie rasistowską retoryką. Zastanawia się on, czy to elity ekonomiczne mogły aranżować masową imigrację: „Można sobie wyobrazić, że wpływowe w przemyśle i zamożne klasy społeczeństw zachodnich, w celu zachowania siły politycznej i ekonomicznej w swoim ręku, mogą dążyć do odwrócenia polityki, która do tej pory zdobywała grunt w Stanach Zjednoczonych i w naszych białych koloniach, i zacząć nalegać na nieskrępowaną imigrację żółtej siły roboczej, która pracowałaby w przemyśle. To broń, którą trzymają w odwodzie, gdyby musieli jej użyć, by utrzymać naród w stanie podporządkowania”.

Ponieważ Hobson przewidział coś bardzo przypominającego offshoring, produkcję ponadnarodową i masową imigrację niewykwalifikowanej siły roboczej, a zrobił to w epoce kolei żelaznej, statków parowych i telegrafu, dzisiejsze wydarzenia nie mogą być prezentowane jako wiadome z góry efekty powstania nowych technologii, takich jak internet, światowa telefonia bezprzewodowa czy kontenerowce. Wiele obowiązujących współcześnie dyrektyw gospodarczych jest powiązanych z nowymi technologiami, tak jak ich liczne odpowiedniki były kompatybilne z technologiami czasów Hobsona. Technologia potrzebna, by stworzyć coś na miarę obecnej globalizacji, istniała już na początku XX wieku. Ale pomiędzy 1914 a 1989 rokiem brakowało jednego koniecznego, lecz niewystarczającego warunku, którego brak przeszkadzał w zaistnieniu tego rodzaju kierowniczego globalizmu: pokoju pomiędzy wielkimi siłami państwowymi.

Od nad-imperializmu do wojen pomiędzy blokami

Hobsonowska wizja panzachodniego syndykatu przemysłowców i inwestorów, którzy jednoczyliby się w imię wyzyskiwania industrializujących się Chin i reszty niezachodniego świata przypomina wizję marksisty Karla Kautsky’ego. Pisał on o idei „nad-imperialistycznego bloku”, złożonego z krajów kapitalistycznych, które odłożą nad bok nieporozumienia militarne w imię współdzielenia zysków z inwestycji w państwach rozwijających się. Można wątpić, czy kiedykolwiek potężne suwerenne siły państwowe, przy braku przymusu militarnego, dobrowolnie zgodziłyby się na taki sojusz. Obecne bloki ponadnarodowe powstały w cieniu dwóch wojen światowych i Zimnej Wojny, i tylko z ich powodu.

W „The Managerial Revolution” Burnham przewidział podział powojennego świata na trzy „supermocarstwa” – USA, Niemcy i Japonię, inspirując wizję orwellowskich Oceanii, Eurazji i Wschódazji z „Roku 1984”. Jednak zamiast stać się suwerennymi państwami, Niemcy i Japonia po II wojnie światowej zostały częściowo tylko suwerennymi protektoratami Stanów Zjednoczonych, a Wielka Brytania i Francja, pozbawione swoich kolonialnym imperiów, także popadły w zależność od Ameryki. Światową politykę od lat 40. do 90. kształtowała raczej dwubiegunowość niż trójbiegunowość.

Neoliberalna globalizacja była możliwa do przeprowadzenia tylko w okresie bezpośrednio następującym po Zimnej Wojnie, kiedy Stany Zjednoczone były „jedynym mocarstwem”, a żaden wiarygodny konkurent na tym samym poziomie jeszcze się nie wyłonił. W latach 90. Stany i ich europejscy sojusznicy wraz z Japonią, Koreą Południową i Tajwanem funkcjonowali jak pankapitalistyczny blok Hobsona i Kautsky’ego, i zmierzali wprost ku przekazaniu Chinom większości swojej produkcji. Jednak dzisiejszy wzrost Chin sprawia, że ten krótki okres zbliża się ku końcowi – a wraz z nim zmieni się obecna struktura światowego przemysłu.

Hobson dostrzegał, że Chiny mogą w pewnym momencie pokazać rosnącą siłę swojego przemysłu i że na Zachodzie odbije się to protekcjonistycznym echem: „Chiny, które szybciej niż inne »niższe rasy« przeszły przez okres zależności od zachodniego kapitału i zachodnich zdobyczy nauki, a także szybciej przyswoiły sobie to, czego można było się od nich nauczyć, mogą odzyskać niezależność gospodarczą, znaleźć własne źródła kapitału i posiąść umiejętności konieczne do zbudowania przemysłu maszynowego… i mogą niebawem pojawić się na światowym rynku jako największy i najskuteczniejszy rywal, zawłaszczając najpierw handel z rejonu Azji i Pacyfiku, a potem zatapiając wolne rynki Zachodu i doprowadzając je do zamknięcia się oraz wprowadzenia rygoru protekcjonistycznego w następstwie spadku produkcji”.

Rebelie populistyczne i ich ograniczenia

Jeśli się nie mylę, okres pozimnowojenny zakończył się, a przemysłowe kraje demokratyczne Ameryki Północnej i Europy weszły w nową burzliwą epokę. Klasa kierownicza zniszczyła społeczne ustalenia, które czasowo wstrzymywały jej działania w drugiej połowie XX wieku. Stworzyła nową politykę, zazwyczaj pozbawioną partycypacji społecznej i demokracji elektoralnej, a opartą na wielkich darczyńcach i zmieniających się układach w ramach homogenicznej koalicji sojuszniczych elit zachodnich. Populistyczna i nacjonalistyczna fala, wzrastająca po obu stronach Atlantyku, jest konsekwencją dwóch dekad konsolidowania się kierowniczych elit – i była ona łatwa do przewidzenia. Klasa robotnicza, która jest „spoza układu”, wznieca powstanie przeciwko tym, którzy są „wewnątrz” oraz przeciwko ich sojusznikom.

Czy efektem tej nowej walki klas będzie odrodzenie faszyzmu? W niektórych krajach Europy partie nacjonalistyczne wyewoluowały z malutkich grupek faszystowskich i przyciągnęły wielu zwolenników. Ale narracja na temat weimarskiej Europy czy weimarskiej Ameryki oparta jest na niezrozumieniu historii, która przypisuje faszyzm masom ludowym. Było odwrotnie – pomimo pewnych populistycznych pułapek większość międzywojennych ruchów faszystowskich była hołubiona przez elity finansowe i wojskowe, bo miały one stanąć na drodze socjaldemokracji i komunizmowi.

To nie Republika Weimarska, lecz republika bananowa dostarcza nam najbardziej negatywnego wzorca. W wielu krajach Ameryki Łacińskiej polityka tradycyjnie oznacza konflikt oligarchów z populistami. Podobny model pojawił się w południowych stanach USA pomiędzy wojną secesyjną a walką o prawa obywatelskie. Gdy przedstawiciele ludu „z zewnątrz” wyzywają na pojedynek oligarchów „ze środka”, ci oligarchowie prawie zawsze wygrywają. Jak mogliby przegrać? Mogą nie mieć przewagi liczebnej, ale kontrolują większość bogactw, mają wpływ na rynek ekspercki, wpływy polityczne, zdominowali media, uczelnie i sektor pozarządowy. Większość fal ludowej rebelii załamuje się i rozprasza po uderzeniu w falochron bastionu uprzywilejowanych elit.

Duża grupa ludowych polityków z amerykańskiego Południa poddała się lub sprzedała. W niektórych przypadkach byli oni po prostu ludowymi przykrywkami dla interesów korporacji i klas posiadających, tak jak np. pieśniarz country W. Lee „Pappy” O’Daniel, gubernator i senator z Teksasu. Niezależność udało się utrzymać bardzo niewielu z nich, i byli to ci, którzy mieli własne źródła finansowania, zazwyczaj pochodzące z korupcji. Gubernator Luizjany, Huey Long, był w stanie walczyć z sitwą rządzących w okolicy rodzin i z korporacjami, ponieważ wyprowadzał środki z umów o pracę pracowników państwowych i trzymał je pod kluczem w „skarbonce potrąceń”. Znów wracamy do Teksasu – przeciwnik Ku-Klux-Klanu, gubernator James „Pa” Ferguson, wraz ze swoją żoną, Miriam „Ma” Ferguson, którą wybrano na to stanowisko po tym, jak jej mąż został z niego usunięty na mocy impeachmentu (ich hasłem wyborczym było „Dwoje gubernatorów w cenie jednego”), sprzedawali ułaskawienia rodzinom skazanych przestępców. Ross Perot i Donald Trump mogli za to, jako multimilionerzy, twierdzić, że mają prawo deptać po piętach narodowemu establishmentowi, ponieważ byli w stanie sfinansować własne kampanie wyborcze.

Ci z nas, którzy wierzą w liberalną demokrację, muszą czuć się przerażeni takim porządkiem politycznym. Koterie powstałe w ramach nepotystycznych elit dbają głównie o interes i korzyść własnej klasy. Co jakiś czas pojawia się charyzmatyczny populista – po to tylko, by ponieść porażkę, sprzedać się establishmentowi lub ustanowić własne rządy dynastyczne. Demokracja w sensie formalnym mogła przetrwać, ale jej duch uleciał. Nieważne, kto wygrywa – ci ze środka czy ci z zewnątrz – bo i tak przegrywają masy.

Alternatywy dla populizmu

Czy dla Zachodu jest jakaś alternatywa na przyszłość, poza latynoską lub w stylu południowym, czyli niekończącym się zwarciem oligarchów i populistów? Jeśli taka istnieje, to przyjmie ona formę społecznej umowy, którą zawarto po 1945 r., ale będzie się od niej różnić w szczegółach.

Jednym z nowych, możliwych do przeprowadzenia międzyklasowych kompromisów pomiędzy elitą kierowniczą a pracującymi masami ludowymi, może być radykalna renacjonalizacja przemysłu. To właśnie wydaje się mieć na myśli populistyczna lewica i prawica, gdy żądają, aby politycy „przywrócili miejsca pracy” – to znaczy dobrze płatne miejsca pracy w przemyśle wytwórczym. Oznacza to jednak poświęcenie na tym ołtarzu korzyści, jakie przynosiła ponadnarodowa gospodarka wielkiej skali, a korzyści te są realne, nawet jeśli ostatnie schematy oparte na offshoringu były napędzane przez manipulacje polityczne, takie jak arbitraż, a nie przez koncentrację na produktywności.

Ponieważ produkcja osadzona jest w szerszym krajobrazie gospodarczym, w którym istotny jest efekt mnożnikowy, ważne jest, by kraje osiągnęły lub utrzymały wytwórstwo o wysokiej wartości dodanej, nawet jeśli sektor ten zatrudniałby tylko niewielką część siły roboczej. Jednak większość Amerykanów pracuje obecnie w pozahandlowym sektorze usług na rynku wewnętrznym. Ich miejsca pracy i płace mogą być zagrożone przez masową imigrację, ale nie poprzez offshoring.

Gwałtowna de-globalizacja i przywrócenie czegoś na kształt autarkicznych gospodarek narodowych, opartych na zorganizowanych hierarchicznie firmach z kapitałem narodowym, jak to bywało w latach 50. i 60., nie są zatem pożądane, nawet gdyby było to w ogóle możliwe. Na drugim końcu skali mamy zaś ekstremum w postaci nowej globalnej umowy, z ogólnoświatowymi związkami zawodowymi i rządem światowym (albo „zarządem”), który sprawdzałby globalne oligopole korporacyjne i finansowe. Jednak to, że powstanie ponadnarodowy rząd światowy, który dbałyby o wspólne interesy ponadnarodowej klasy robotniczej, jest jeszcze mniej prawdopodobne niż radykalna renacjonalizacja.

Pozostawia to dwie możliwości zawarcia nowej „umowy”. Jedna z nich to „neoliberalizm plus”, a druga to „ideologia nowego rozwoju” (new developmentalism).

„Neoliberalizm plus”, zwany też „inkluzywnym kapitalizmem”, to preferowana przez narodowe kierownicze elity odpowiedź na populistyczne rewolty Europy i Ameryki. W najbardziej podstawowym sensie byłby to neoliberalizm Reagana, Thatcher, Clintonów i Blaira, pożeniony z większym wsparciem „przegranych” globalizacji. Nie zmieniłby on jednak sytuacji obywateli nienależących do elit – nadal byliby pozbawieni wpływu na rzeczywistość kontrolowaną przez oligarchów, a związki zawodowe uległyby zniszczeniu. Masy ludowe zostałyby jednak przekupione, by zgodziły się na ten nowy model rzeczywistości. Otrzymałyby wyższe dofinansowanie płac, takie jak obowiązujący już teraz w Ameryce Earned Income Tax Credit, lub, być może, gwarantowany dochód podstawowy, który zapewniłyby bieda-pensję każdemu z obywateli.

Kroki o takim kształcie z pewnością będą podejmowane w wielu krajach Europy Zachodniej. Z ekonomicznego punktu widzenia może to jednak nie zadziałać. „Przekupywanie” za pomocą nowych subsydiów z pomocy społecznej tych pracowników, którzy mają stałe lub spadające dochody, wymaga istnienia dynamicznego ekonomicznie sektora gospodarki, który sprawi, że taka pomoc będzie możliwa do sfinansowania. Neoliberalna klasa darczyńców, zamknięta w swoich elitarnych enklawach dla rentierów, uznaje za pewne, że z całego świata do technologicznych potentatów spływać będą wysokie tantiemy za własność intelektualną, wraz z finansowymi rentami płynącymi do kierowników finansowych. Renty te, jak ta grupa uważa, będą tak wysokie i będzie można na nich polegać na tyle, że potentaci i menedżerowie będą z przyjemnością dzielili się nimi z resztą mieszkańców kraju, w którym zdarzy się im znaleźć.

Ale światowe tantiemy szybko znikną. Będzie to rezultatem przekroczenia daty ważności patentów, kradzieży własności intelektualnej, sukcesów innych państw na tym samym polu oraz upowszechnienia się wyrobów dawniej innowacyjnych. Opodatkowanie finansjery, by wspierała państwa opiekuńcze na większą skalę, może zadziałać w miastach takich jak Nowy Jork czy Londyn, ale prawdopodobnie już nie na skalę państw narodowych, a zwłaszcza zajmujących całe kontynenty, jak Stany Zjednoczone z jedną trzecią miliarda mieszkańców.

Zaawansowana wytwórczość także nie będzie w stanie pokryć kosztów ogromnej redystrybucji, idącej wertykalnie od niewielu ku masom, jak wymagałby tego schemat działania „neoliberalizmu plus”. Wysoka produktywność wytwórcza i usługowa jest niekompatybilna z neoliberalną polityką handlu, która zezwala na offshoring przez korporacje zarówno produkcji o wysokiej, jak i o niskiej wartości dodanej, oraz toleruje dewastację rodzimego przemysłu przez dotowany import z krajów kupieckich, takich jak Chiny. Co gorsza, w rodzimym sektorze pozahandlowym – usługach – zalewanym na swoim najniższym poziomie przez słabo wykształconych i słabo opłacanych imigrantów, istnieje coraz mniejsza motywacja, by podnieść produktywność pracy usługowej, np. inwestując w technologie oszczędzające wysiłek albo przearanżowując swoje modele biznesowe tak, by zatrudniać mniej siły roboczej.

Innymi słowy – sama w sobie neoliberalna strategia gospodarcza, z powodu ciążenia ku modelom biznesowym opartym na taniej pracy na miejscu i zagranicą, podkopuje wzrost produktywności konieczny do pokrycia kosztów redystrybucji na masową skalę, która to redystrybucja miałaby, jak wielu wierzy, pogodzić interesy kierowniczych elit i pracowników.

Nie ma przypadku w tym, że rządy Reagana, Thatcher, Clintona i Blaira zbiegły się z przedłużonym okresem istnienia bańki spekulacyjnej, albo w tym, że ich najbardziej gorliwi zwolennicy pracowali w londyńskim City, na Wall Street lub w Silicon Valley. Przez jakiś czas rynek papierów wartościowych może rosnąć, nieruchomości drożeć, a inne bańki kwitnąć na tyle, by podatki z nich mogły pokryć koszty redystrybucji. Jednak rozbudowane państwa opiekuńcze, które zakładają ciągły boom, zamiast powolnego, stałego i niełatwego wzrostu produktywności, czeka niewypłacalność.

W przeciwieństwie do efemerycznych zysków z tak zwanej gospodarki opartej na wiedzy, finansów itp., zyski z posiadanych nieruchomości czy środków produkcji mogą się okazać stałe. W dawniejszych czasach odnoszący sukcesy kupcy i przemysłowcy często zostawali bankierami lub arystokratami. Gdyby dzieci i wnuki dzisiejszych miliarderów stały się właścicielami nieruchomości i pożyczkodawcami, mogłaby wykształcić się nowa klasa, swego rodzaju arystokracja w technologicznie zaawansowanym zachodnim feudalizmie.

David Ricardo wierzył, że jednocześnie rozgrywają się trzy walki: właścicieli ziemskich o czynsze, kapitalistów o zyski oraz pracowników o płace. Jego zdaniem to właściciele ziemscy mieli ostatecznie zwyciężyć. W gospodarce niskiego lub zerowego wzrostu produktywności to właśnie posiadacze nieruchomości, bankierzy i inni rentierzy mogą zastąpić menedżerów sektora przemysłowego w roli dominującej klasy. Zupełnie w taki sam sposób, jak rewolucja klas kierowniczych zwyciężyła nad feudałami i kapitalizmem burżuazyjnym, „menedżeralizm” w erze technologicznej i gospodarczej stagnacji może z kolei utorować drogę konstruktowi, który Peter Frase w pracy „Four Futures: Life After Capitalism” z 2016 r. nazwał „rentieryzmem”.

Nowy dewelopmentalizm

Pojęcie „państwa rozwojowego” (developmental state) zostało po raz pierwszy użyte przez akademików Chalmersa Johnsona i Alice Amsden do opisu ustrojów japońskiego, koreańskiego, tajwańskiego i singapurskiego po 1945 r. Polegały one na strategiach zorientowanych na eksport, jako części programu industrializacji i nadążania za Zachodem. Jednak koncepcja państwa rozwojowego zasługuje na dużo szerszą definicję.

Jak wykazali ekonomiści Erik Reinert, Ha-Joon Chang i Michael Hudson, merkantylizm renesansu i wczesnych zachodnich królestw, państw-miast oraz imperiów stanowił wersję takiej właśnie organizacji państwowej. Od epoki Tudorów po przyjęcie liberalizmu gospodarczego w latach 40. XIX wieku Anglia była klasycznym przykładem państwa merkantylistów, próbującego pomóc swojemu przemysłowi poprzez zapewnienie rynku producenta, jeśli chodzi o produkty o wysokiej wartości dodanej, oraz rynku klienta, gdy mowa o zakupie towarów i siły roboczej. Imperium brytyjskie zmuszało swoich irlandzkich, północnoamerykańskich i indyjskich poddanych do eksportowania surowych materiałów do brytyjskich producentów, którzy następnie cieszyli się monopolem na sprzedaż koloniom produktów gotowych.

Po tym jak Brytyjczycy zapoczątkowali rewolucję przemysłową, Amerykanom i Niemcom udało się za nimi nadążyć, a nawet prześcignąć ich, użyli bowiem polityki substytucji importu [rozmaite formy wspierania rodzimej wytwórczości w tych branżach, które dotychczas były słabo rozwinięte i kraj musiał polegać na imporcie ich wyrobów – przyp. redakcji] , co chroniło ich rynki narodowe i zachowało je dla rodzimych firm. Potem aż do czasu okresu po II wojnie światowej, kiedy Stany Zjednoczone krótko cieszyły się hegemonią przemysłową w zdruzgotanym świecie i brak im było zagranicznej konkurencji, Waszyngton nie zrezygnował ani na chwilę z polityki przemysłowego protekcjonizmu.

Trzeci wariant dewelopmentalizmu został opracowany przez Japonię i „Małe Tygrysy” (Koreę Południową, Tajwan i Singapur) podczas Zimnej Wojny. Ponieważ z powodu „niesprawiedliwych umów” z Zachodem przed II wojną światową oraz Układu Ogólnego w sprawie Taryf Celnych i Handlu po 1945 r. nie mogły one stosować ceł, te merkantylistyczne nacje Azji Wschodniej używały wielu pozacelnych barier, by utrzymać w garści swoje narodowe rynki, a jednocześnie korzystały z efektu skali, eksportując na o wiele bardziej otwarte rynki zachodnie. Strategie stosowane w post-maoistowskich Chinach są wersją tego wschodnioazjatyckiego wzorca.

Dewelopmentalizm przyjmował dość zróżnicowane formy, w zależności od miejsca – inne we Francji Colberta, Wielkiej Brytanii Walpole’a, inne w Ameryce Hamiltona i Lincolna, inne w bismarckowskich Niemczech czy we współczesnej Azji Wschodniej. Choć jednak metody różnią się od siebie, stałą wydaje się być postrzeganie handlu międzynarodowego nie jako regulowanej przez rządy areny, na której firmy walczą o klientów bez względu na granice, ale jako gry o sumie zerowej, toczącej się pomiędzy państwami-rywalami o udział w rynku przemysłów o wartości dodanej.

W ideologii gospodarki liberalnej kwestia handlu i kwestia bezpieczeństwa narodowego nie są ze sobą powiązane. Ale z perspektywy dewelopmentalizmu odpowiednia przepustowość handlu stanowi najważniejszą podstawę odnośnej siły militarnej. Wielkie imperia, a może i mniejsze państwa, muszą się cały czas martwić, że wzrost siły przemysłowej innych bloków spowoduje także rozkwit ich zasobów militarnych. Nawet w okresach pokoju pomiędzy wielkimi mocarstwami i blokami, którym przewodzą, każdy z nich musi przygotowywać się na choćby odległe prawdopodobieństwo konfliktu. Wewnątrz ściśle ze sobą powiązanego bloku złożonego z sojuszników liberalizacja zasad kontaktów międzynarodowych może być dobrym pomysłem, jednak relacje pomiędzy blokami cechują się logiką gry o sumie zerowej, podejrzliwością, ostrożnością – i oznaczają dewelopmentalizm podszyty nastrojami wojennymi.

Dopiero pamiętając o tej dynamice, możemy zatem spekulować na temat przyszłości światowej gospodarki i jej implikacji dla nowych rodzimych ustaleń, jakie zajdą pomiędzy klasami posiadającymi a robotnikami.

Po pierwsze, rozwój Chin, za którym nadejdzie prawdopodobnie podobny rozwój Indii, stworzy do 2050 r. nowy porządek światowy, zgodnie z którym większość światowego PKB będzie wypracowywana w granicach Chin, Indii, Stanów Zjednoczonych oraz Europy – czyli będą to trzy kolosalne państwa narodowe i jeden podzielony politycznie region. Poprawiając Orwella – blokami przyszłości mogą być Azja Wschodnia, Azja Południowa, Oceania i Europa. Świat stanie się naprawdę wielobiegunowy.

W świecie, gdzie współzawodniczą wielkie mocarstwa i złożone z nich bloki, najbardziej nam znana wersja dewelopmentalizmu (wschodnioazjatycka strategia zorientowana na eksport) stanie się z politycznych względów niemożliwa. Stany Zjednoczone tolerowały jednostronny handel ze swoimi satelitami z Azji Wschodniej i Niemiec (których merkantylizm jest prawdziwy, lecz bardziej subtelny), ale tylko dlatego, że potrzebowały ich wsparcia podczas Zimnej Wojny, a gospodarki tych krajów były dużo mniejsze od amerykańskiej. Z punktu widzenia USA tolerowanie podobnej merkantylistycznej polityki handlowej nie ma sensu, jeśli miałoby się odbywać ze szkodą dla przemysłu amerykańskiego, szczególnie zaś tego istotnego dla obronności. Chiny to jedyny „równy konkurent”, z jakim Stany Zjednoczone będą musiały się zmierzyć w przewidywalnej przyszłości w sferze militarnej.

Nawet jeszcze zanim Donald Trump został wybrany prezydentem Stanów Zjednoczonych, kraj ten zachowywał się jak chylące się ku upadkowi mocarstwo post-homogeniczne o ponownie przebudzonym zmyśle strategicznego nacjonalizmu w gospodarce. Partnerstwo Transpacyficzne zostało przedstawione amerykańskiej opinii publicznej jako sposób na pobicie Chin w walce o rynki azjatyckie, odpowiednik „zwrotu” administracji Obamy w kierunku, de facto, utrzymania ich pod kontrolą. Umowa TTIP, która pogłębiłaby integrację Europy i Ameryki bez udziału Chin, opierała się częściowo właśnie na chęci wyważenia rosnącego geoekonomicznego wpływu Państwa Środka.

Jeśli Stany Zjednoczone mają coraz mniejszą ochotę na zachowywanie się jak Patsy[osoba, którą łatwo wykorzystać, oszukać lub obwinić – przyp. tłum.] i na oferowanie nieodwzajemnionego dostępu do swoich rynków za cenę straty na własnych produktach, a także jeśli żaden inny kraj lub blok nie zamierza stać się podobną Patsy, oznacza to, że pasożytnicza, zorientowana na eksport strategia stosowana przez Japonię, „Małe Tygrysy”, Chiny i Niemcy nie ma już szans na powodzenie. Jednocześnie klasyczne metody zastępujące import, jak np. omawiana powyżej strategia radykalnej renacjonalizacji, są także odrzucane przez główne potęgi gospodarcze, ponieważ szukają one rynków towarów i usług poza swoimi granicami, aby zebrać żniwo efektu skali w gałęziach przemysłu o rosnącej stopie zwrotu. Domyślnie zatem system gospodarczy w świecie złożonym z licznych mocarstw zacznie przypominać organizację europejskich imperiów kolonialnych.

Oczywiście są tu pewne różnice. Dawna hierarchia kolonialna, oparta na przemyśle zmonopolizowanym przez metropolie peryferyjne i produkcję podstawowych surowców, zostanie zastąpiona przez nową, w której dla metropolii zarezerwowane są wyższe szczeble drabiny i lepsze powiązania, a na pomniejszych sojuszników i protektoraty ceduje się produkcję o niższej wartości dodanej.

Jeśli chodzi o organizację wewnętrzną państwa dominującego w bloku militarno-gospodarczym, to mądrze byłoby zaaranżować nowy międzyklasowy układ, który podtrzymałby na dłuższą metę wzrost produktywności zarówno tego państwa, jak i bloku, któremu przewodzi, zamiast go podkopywać. Musiałyby tu pojawić się dwie strategie postępowania: jedna dla sektorów gospodarki związanych z handlem, takich jak wytwórstwo na potencjalne rynki nierodzime, oraz druga, dla niepowiązanych z handlem narodowych sektorów, które mogą działać wyłącznie na miejscu, jak np. opieka pielęgniarska czy inne usługi osobiste.

Nowa strategia dewelopmentalistów dla związanych z handlem sektorów gospodarki powinna – za pomocą kija i marchewki – zniechęcić korporacje do zwiększenia zysku przy użyciu metod takich, jak arbitraż siły roboczej, arbitraż podatkowy i machinacje finansowe (ponowny wykup akcji giełdowych, ucieczka z podatkami „za morze”). W okresie pokoju handel pomiędzy wielkimi mocarstwami może być w większej części dozwolony, ale każde z tych mocarstw raczej zainterweniuje niż pozwoli siłom rynku czy zagranicznej polityce gospodarczej eliminować kluczowe sektory gospodarki, szczególnie te powiązane z obronnością.

Za to w lokalnym sektorze pozahandlowym, czyli usługach, obowiązywał będzie duch Hipokratesa, który akcentował zasadę „po pierwsze nie szkodzić”, co odnosiłoby się do najistotniejszych narodowych sektorów produkcji o wysokiej wartości dodanej. Szczelny rynek pracy dla rodzimych pracowników usług, osiągnięty za pomocą restrykcji imigracyjnych, dzielenia pracy (work-sharing) oraz krótszego tygodnia pracy, powinien spotkać się z uznaniem ze strony decydentów. Z kilku powodów – wysokie wynagrodzenia dla pracowników lokalnych usług oznaczają większy rynek rodzimy, czyli możliwość wspierania większego przemysłu na własnym terenie oraz podczas zagranicznej ekspansji. Jednocześnie wynagrodzenia o tej wysokości spowodują, iż pojawią się strategie oszczędzania pracy (np. automatyzacja), co podniesie produktywność sektora usług, a może także lokalny popyt na urządzenia oszczędzające pracę i oprogramowanie, które mogą być produkowane w tym państwie lub bloku. Jeśli wysokie wynagrodzenia doprowadzą do zastąpienia pracowników fast foodów przez automatyczne kioski, to produkcja tych kiosków może stać się nowym, dochodowym przemysłem wysokich technologii.

Współzawodnictwo i siła wyrównawcza

Schyłkowi liberalnej globalizacji, która rozkwitła krótko w okresie amerykańskiej hegemonii po Zimnej Wojnie, mogą zagrozić kierownicze elity, ale klasa robotnicza Zachodu i całego świata ma szansę odnieść tu korzyść.

Historia pokazuje, że klasy rządzące są niechętne, by dzielić się władzą z rządzonymi, chyba że się ich obawiają – albo że boją się klas rządzących w państwach swoich rywali. Strach przed rządzonymi to jednak słaba motywacja. Ludowe rewolty rzadko przekształcają się w rewolucje, jeśli nie wesprą ich dysydenci z klas rządzących lub cudzoziemskie elity, tak jak monarchia francuska finansowała amerykańską walkę o niepodległość dla własnych celów.

Dużo istotniejszym źródłem reform demokratycznych jest konieczność mobilizacji ludności na wojnę, a przynajmniej potrzeba ustanowienia pokoju podczas wojny. Od greckich państw-miast po szwajcarskie kantony – obywatele-żołnierze używali swojego wkładu w obronność jako argumentu, by domagać się praw i reprezentacji. Deklaracja Niepodległości i G.I. Bill [ustawa z 1944 r., dająca szeroką pomoc powracającym z wojny weteranom – przyp. tłum.] były środkami zapobiegawczymi, podjętymi podczas wojny.

Po Zimniej Wojnie większość zachodnich państw zrezygnowała z poboru do wojska i zdecydowała się na armie zawodowe, kontraktowe i cudzoziemskich sojuszników, co spowodowało spadek znaczenia rodzimych żołnierzy, tak samo jak offshoring i masowa imigracja wpłynęły na siłę przetargową rodzimych pracowników. Przywrócenie przez USA i podobne kraje masowego poboru do wojska jest tak samo nieprawdopodobne, jak przywrócenie pracy przy taśmie na masową skalę, bo może ją sparaliżować strajk. A niewielki poziom działań wojennych, jakie prowadzi Ameryka po 11 września, wymaga od większości Amerykanów niezbyt wielkiego poświęcenia, zatem w konsekwencji nie są oni w stanie na tej podstawie domagać się większego udziału we władzy i bogactwie.

Niemniej jednak, współzawodnictwo pomiędzy wielkimi mocarstwami, nawet jeśli przyjmuje formę ograniczonych zimnych wojen, przyniesie korzyść raczej tym z nich, których model gospodarczy oparty jest na rozwijającej się produkcji technologicznej i podnoszeniu wynagrodzeń lokalnych pracowników-konsumentów, a nie tym, które angażują się w arbitraże, regulacje harmonizacyjne i inne schematy postępowania, mające jakoby podnieść poziom zysków bez podnoszenia poziomu produktywności. Podczas zimnych wojen i bitew o handel, nawet jeśli żadna ze stron nie przeleje ani kropli krwi, lepiej poradzą sobie te kraje i bloki, które mają współdecydujących, patriotycznie nastawionych pracowników, niż te gnębione przez samolubne oligarchiczne elity i trawione przez nepotyzm.

W kontekście geopolitycznym mamy dwa modele rozwoju – jeden z nich na różne sposoby reprezentują Chiny i Japonia (pomijając ich obecny „merkantylizm ponad wszystko”), a drugi to zdominowany przez rentierów oligarchiczny model, jakiemu hołdują Brazylia i Meksyk. Głupotą byłoby postawić na ten ostatni. Demokracje Europy i Ameryki Północnej nie mogą ani nie powinny naśladować nowoczesnych państw Azji Wschodniej w każdym drobiazgu. Jednak powinny wziąć pod uwagę, że od czasów Zimnej Wojny posuwają się po spektrum w taki sposób, iż oddalają się od Azji, a dążą ku Ameryce Łacińskiej.

Kierownicze elity będą dominowały w gospodarce i społeczeństwie każdego nowoczesnego państwa. Jeśli nie będą sprawdzane i kontrolowane, przesadzą i wywołają społeczny odpór adekwatny do swoich nadużyć. Błędna polityka hamowania wzrostu płac i, w konsekwencji, dławienie masowej konsumpcji, może sprawić, że elity, których nikt nie sprawdza, nieumyślnie sparaliżują napędzany technologią wzrost produktywności odpowiedzialny za swój wzlot, i przypadkiem spowodują, że w tak zorganizowanym społeczeństwie ich rolę przejmą przedstawiciele rentierskiego feudalizmu.

„Kierownicze” społeczeństwo najlepiej działa, gdy oparte jest nie tylko na ustępstwach na rzecz narodowej klasy robotniczej – „łapówkach” dla ofiar neoliberalizmu – ale i na autentycznej sile przetargowej i politycznej mas.

Tak długo, jak geopolityczny konflikt nie przybiera formy wojen światowych, powściągliwa rywalizacja pomiędzy wielkimi blokami jest ceną wartą zapłacenia, by zachować świat politycznie zróżnicowany. Mówiąc słowami Hobsona z 1902 r.: „W nadziei, że nadejdzie internacjonalizm, należy przede wszystkim podtrzymywać istnienie i wzrost niepodległych państw narodowych, bo bez nich nie nastąpi żaden rozwój internacjonalizmu, a tylko zakończone porażką próby ustanowienia chaotycznego i niestabilnego kosmopolityzmu”.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się piśmie „American Affairs”, tom I, numer 2, lato 2017.