przez dr Łukasz Moll | niedziela 23 sierpnia 2020 | opinie
Próby wyjaśnienia fenomenu populizmu, który daje o sobie znać od Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii po Brazylię i Filipiny, zazwyczaj traktują go w kategoriach choroby, która trapi współczesne demokracje. Jak głosi dobrze znana opowieść, populiści manipulują ludem, uruchamiają w nim najgorsze instynkty, żerują na jego niezadowoleniu, brakach w wykształceniu czy destrukcyjnym wpływie mediów społecznościowych. Sięgają po język dyskryminujący, który dzieli społeczeństwa po liniach rasy, pochodzenia, płci czy orientacji seksualnej. Dla liberalnych komentatorów wyrazicielami populistycznej choroby nie są wyłącznie politycy prawicowi, tacy jak Donald Trump, Boris Johnson, Marine Le Pen czy Jair Bolsonaro. Populizm ma mieć także lewicowe oblicze, które reprezentują Bernie Sanders, Jeremy Corbyn, Jean-Luc Mélenchon czy Andrés Manuel López Obrador. Dla krytyków populizmu istotniejsze niż różnice między jego prawicową a lewicową odmianą są punkty wspólne: odwoływanie się do emocji, wodzowskie przemówienia czy przekładanie konfliktu ponad konsensusem.
W swojej najnowszej książce amerykański publicysta Thomas Frank dokonuje przesunięcia perspektywy. Zamiast pytać o źródła populizmu, zastanawia się „skąd się wzięli i w jakich okolicznościach pojawili się antypopuliści?”. Z czym konkretnie walczyli i jakimi argumentami? Jakie były i są ich cele? Krótka historia antypopulizmu, którą wykłada Frank w książce „The People, NO”, pozwala przy okazji odgrzebać zapomniane dzieje populizmu jako ruchu konsekwentnie demokratycznego, reformistycznego i progresywnego. Ruchu, którego potrzebujemy dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek.

Na wstępie trzeba zaznaczyć, że rozczaruje się ten, kto oczekiwałby od Franka wielowiekowej i globalnej w swych ramach historii antypopulizmu. Autor nie sięga tak daleko, jak zazwyczaj czynią to filozofowie polityki chcący badać genezę populizmu i reakcje, jakie ten historycznie wyzwalał. Nie uświadczymy tu więc powrotów do świata antycznego z jego walkami patrycjuszy z plebejuszami. Nie cofniemy się do wczesnej nowożytności, gdy feudalizm trząsł się w posadach od insurekcji, żakerii, rebelii i odmowy pracy. Ani nawet do bardziej nowoczesnych i znanych antyplebejskich reakcji, które towarzyszyły wielkim rewolucjom w Anglii, Francji, Stanach Zjednoczonych czy Rosji. Jak na dobrego Amerykanina przystało, Frank nie wyściubia nosa poza opłatki swojego kraju. Niekiedy tylko czyni aluzje do innych części obszaru anglosaskiego – do Wielkiej Brytanii czy Australii. Pomimo tego, śledząc wraz Frankiem kolejne manifestacje populizmu i antypopulizmu w USA od końca XIX wieku po czasy obecne, zyskujemy ramę poznawczą, która z powodzeniem daje się zaaplikować także do innych państw. Szczególnie adekwatna i aktualna wyda się ona czytelniczce z Polski.
Farmerzy z Omaha nominują „człowieka ludu”…
Trzeba przyznać, że Frank ma mocny argument, żeby historię antypopulizmu zamknąć właśnie w granicach Stanów Zjednoczonych. Jest tak dlatego, że to właśnie tam istniał poważny ruch, który otwarcie identyfikował się z pojęciem populizmu. The People’s Party (Partia Ludu), znana także jako Populist Party (Partia Populistyczna) czy – w skrócie – Populists (Populiści), była głośnym zjawiskiem w polityce amerykańskiej w ostatniej dekadzie XIX wieku. Wyrosła ona przede wszystkim z ruchu, który grupował niezadowolonych farmerów, którzy domagali się ekonomicznych reform wzmacniających pozycję drobnych wytwórców względem korporacji, monopoli czy magnatów kolejowych i prowadzących do niezbędnego interwencjonizmu państwa w interesie ludu, a nie wielkiego kapitału. Populiści próbowali jednak wyjść poza swoją bazową grupę wsparcia i szukali poparcia wśród ruchu związkowego pracowników fabrycznych z miast, a także wśród czarnoskórych rolników i biedoty, z którymi chcieli budować wspólny front po liniach klasowych.
Frank postanowił na początek sprawdzić, na ile ówcześni Populiści przystają do wizerunku, jakim cieszą się współcześni populiści pokroju Trumpa. Okazuje się, że związki między nimi są bardzo niewielkie. Chociaż wśród aktywistów The People’s Party pojawiały się ekscesy rasistowskie i antysemickie, nastroje antyinteligenckie i słabość do teorii spiskowych, a także brak zaufania do władz publicznych i pragnienie deregulacji gospodarki, to miały one – jak udowadnia Frank – marginalny charakter. Zwłaszcza na tle swojej epoki Populiści okazywali się ugrupowaniem jednoznacznie progresywnym: domagającym się nie tylko równości ekonomicznej, ale rozumiejącym, że uda się to osiągnąć jedynie poprzez oddolną demokratyczną mobilizację i daleko posunięte samokształcenie. Nie odrzucali wiedzy i kultury – odrzucali głupie rady „mądrych głów” i snobizm. Nie dawali się rasistowskim demagogom, lecz przerzucali mosty między ludźmi pracy w poprzek podziałów rasowych, pomiędzy miastem a wsią czy Południem i Północą. Choć nie kupowali wycyzelowanych ideologicznych opowieści o postępie technologicznym, to w żadnym razie nie byli tradycjonalistami – nowe wynalazki chcieli wprowadzać w interesie ludowym, a nie korporacyjnym.
…szacowni obywatele wpadają w panikę
Dlaczego w takim razie termin „populista” kojarzymy dziś z diametralnie przeciwnymi własnościami niż te, których wyrazicielami byli jego protoplaści? Czy to tylko świadectwo naszej historycznej ignorancji? A może po prostu należy uznać, że w kolejnych dziesięcioleciach populizm przeszedł metamorfozę? Frank pokazuje, że negatywne skojarzenia wiązane z populizmem pojawiły się już w odpowiedzi na rosnące znaczenie The People’s Party. Osiągnęły one apogeum podczas kampanii prezydenckiej w 1896 roku, kiedy Populiści wsparli kandydata Partii Demokratycznej, reformatorsko nastawionego Williama Jenningsa Bryana. Polityk, któremu nadano przydomek „The Great Commoner” („Wielki człowiek ludu”) został nominowany dzięki frakcjom przychylnym farmerom, a w szczególności opowiadającym się za odejściem od polityki monetarnej wspierającej się na parytecie złota, na której cierpieli szczególnie mocno ludzie pracy. W swojej kampanii Bryan uderzał w jawnie populistyczne tony, przeciwstawiając ciężko pracujący lud próżniaczym elitom. Jego wystąpienia były jednak wolne od szczucia jednej grupy obywateli na innych. Tej ostatniej zasady nie potrafili natomiast wcielić w życie przeciwnicy Demokraty.
Kontrkandydatem Bryana był Republikanin William McKinley. Na plakacie wyborczym stoi na amerykańskiej złotej monecie, podtrzymywanej przez ręce białych, elegancko ubranych mężczyzn. Rzeczywiście, podporą McKinleya były klasy posiadające, które obficie finansowały jego kampanię i użyły wszelkich dostępnych środków medialnych, żeby zdyskredytować Bryana. W gazetach skierowanych do białych szacownych obywateli Bryan był portretowany jako awanturnik stojący na czele motłochu, niebezpieczny anarchista, którego poczynania zrujnują amerykańską gospodarkę i wyniosą do władzy ludzi najgorszego sortu. Co istotne, przeciwko Bryanowi występowały nie tylko – co zrozumiałe – elity pieniądza, ale także elity wykształcenia. Czołowi ekonomiści podnosili larum, że gospodarcze idee Demokraty i Populistów są na bakier ze świętymi i nienaruszalnymi prawidłami ekonomii. Tymczasem Populiści świetnie rozumieli, że idee warstw wykształconych są ideami klasy panującej.
Anty-populistyczna krucjata przyniosła efekty. McKinley pokonał Bryana, a rozbici Populiści, który nadszarpnęli swoją niezależność i włączyli się w rywalizację dwóch głównych partii, znaleźli się w odwrocie. Ich głównymi kontynuatorami była robotnicza lewica i ruch związkowy, ale na kolejną panikę przeciwko populiście trzeba było czekać aż do lat 30.
Populizm Nowego Ładu…
Tym razem w roli demonizowanego demagoga wystąpił nie kto inny niż sam Franklin Delano Roosevelt, który w wyborach prezydenckich 1936 roku walczył o reelekcję w cieniu Wielkiej Depresji. Demokrata FDR nie tylko postanowił walczyć z recesją poprzez prospołeczny interwencjonizm państwowy, czym naraził się tym samym potężnym siłom, które 40 lat wcześniej zatopiły kandydaturę Bryana. Roosevelt wyciągnął lekcję z tamtych wydarzeń. Rozumiał, że musi otwarcie wystąpić przeciwko finansjerze, wydawcom gazet czy dyżurnym ekonomistom, by zdemaskować ich „prawdy” jako przesiąknięte partykularnym interesem. Stąd w jego przemówieniach pełno było zawołań do tego, by lud zgromadził się wokół niego w obronie przed tymi, którzy chcą zawiadywać państwem, gospodarką i kulturą we własnym interesie.
Tak jak Bryan miał za sobą zbuntowanych farmerów, tak Roosevelt mógł oprzeć się na związkowych i pracowniczych walkach lat 30. Dekada Wielkiego Kryzysu sprzyjała populizmowi nie tylko w polityce. Od twórców Hollywood po autorów ballad, trud, krzywda i solidarność zwykłych ludzi były opiewane z całą ich szlachetnością. W tej atmosferze trudniej było zdyskredytować populistyczną politykę jako wyraz dążeń zapijaczonych, ignoranckich mas.
Choć stare schematy argumentacyjne nadal żyły z całą mocą, to dołączono do nich nową melodię. Teraz Roosevelt i jego otoczenie krytykowani byli jako wrogowie wolności, będący po jednych pieniądzach z radzieckimi i nazistowskimi planistami. Chociaż klasy posiadające bały się wzmocnienia pozycji klas zdominowanych, to zarazem próbowały dyskurs walki klas równoważyć narracją o wspólnym wrogu każdego porządnego Amerykanina – złym rządzie, który odbiera konstytucyjne wolności. Grunt pod wydarzenia powojenne został przygotowany: stopniowo to prawica uczyła się przejmować populizm do własnych celów (mobilizacja szaraczków przeciwko establishmentowi rządowemu), podczas gdy lewica stawała się coraz bardziej antypopulistyczna, aż w końcu wylądowała na pozycjach elitarystycznych. Podstawą tej nowej lewicowej elitarności w znacznie mniejszym stopniu niż majątek miało być wykształcenie i kapitał kulturowy.
…i antypopulizm Nowej Lewicy
Do istotnego przewartościowania doszło, gdy antypopulistyczne głosy zaczęły coraz częściej pojawiać się nie tylko po stronie bogaczy, bankierów z Wall Street czy usłużnych im dziennikarzy. Drugą nóżką antypopulizmu zostać mieli specjaliści i elity kulturalne, mocniej związani z lewicą. Już powojenne lata makkartyzmu, gdy intelektualistów i artystów oskarżano o komunistyczne powiązania, prowadziły do pogłębionej refleksji nad „autorytaryzmem ludowym”. Wizerunek agresywnego rednecka ze strzelbą, chcącego strzelać do Czarnych, Żydów, lewaków, hipisów, feministek i gejów, umocniły niepokoje lat 60. i 70. wokół wojny w Wietnamie, ruchu praw obywatelskich czy kontrkultury.
Stało się tak, pomimo że Martin Luther King, którego poczynania na gruncie walki o równość ekonomiczną i o budowę wspólnego frontu niezamożnej większości często są dziś zapominane, zdawał sobie jasno sprawę, że podejmuje dziedzictwo Populistów z końca XIX wieku. King podkreślał, że był to ruch, którego aktywiści rozumieli konieczność mobilizacji ludzi pracy bez względu na kolor skóry.
Jednocześnie jednak dyżurni akademicy snuli zupełnie inną opowieść o populizmie. Zdaniem takich badaczy zjawiska jak Richard Hofstader czy Seymour Martin Lipsed populizm był bolączką Ameryki, która gnieździła się wśród prostych ludzi. To tam kryły się pokłady rasizmu, antysemityzmu, militaryzmu, seksizmu, skłonności do myślenia w kategoriach spisku, niechęć do edukacji i inteligentów, gloryfikacja prostych wartości tradycyjnej, wiejskiej Ameryki… Również modne nowolewicowe teorie, choć często nie wprost, skłaniały do dyskusji o osobowości autorytarnej, ucieczce od wolności i tym podobnych fenomenach, które w kręgach uniwersyteckich i kulturalnych rodziły poczucie osaczenia środowisk progresywnych przez konserwatywny lud. Dodatkowo, wraz z powojennym boomem edukacyjnym rosły szeregi osób z wyższym wykształceniem, dla których model społeczeństwa, w którym specjaliści zarządzają nieznającymi się na polityce masami, leżał po prostu we własnym interesie klasowym. Wynaturzenia zbiurokratyzowanego rządu, kompleksu militarno-przemysłowego czy służb specjalnych powołanych do infiltracji nowych ruchów społecznych, wiodły z kolei bardziej radykalnych lewicowców na pozycje, wedle których imperialistyczne, rasistowskie władze są emanacją woli farmerów, robotników i biedoty o autorytarnych ciągotach. Wszystko to do kupy, jak pokazuje Frank, pchało lewicę i Partię Demokratyczną na pozycje antypopulistyczne. Jednocześnie do ważnych przesunięć dochodziło na prawicy.
Populizm reaganizmu i trumpizmu…
Pomimo osiągnięć ery Nowego Ładu Roosevelta i Harry’ego Trumana, a następnie programów Walki z Biedą i Wielkiego Społeczeństwa prezydentów Kennedy’ego i Johnsona, populistyczne marzenia The People’s Party, idealistów lat 30. czy Martina Luthera Kinga, dalekie były od ziszczenia. Nierówności, militaryzm, rasizm, alienacja, degradacja środowiska pozostawały nierozwiązanymi i nabrzmiałymi problemami Ameryki. Istotna zmiana polegała na tym, że polityka progresywna, która miałaby je rozwiązać, coraz rzadziej opierała się na mobilizacji niezamożnej większości i na zdrowym plebejskim rozsądku. Kiedy w latach 60. i 70. lud ogłoszono raczej częścią problemu, a nie jego rozwiązania, odpowiedzią na ten antypopulizm elit – w tym elit lewicowych – mógł stać się nowy populizm, o proweniencji prawicowej.
Z pierwotnym populizmem łączyły go odwołania do ludowej mądrości, deklaracje uznania dla ciężko pracujących Amerykanów czy potępienie dla wyalienowanych ludzi przywileju. Jednak pomimo podobieństw retorycznych, ostrze prawicowego populizmu było zupełnie inne. Nie chodziło już o redystrybucję bogactwa przez rząd, lecz o maksymalne osłabienie władzy federalnych biurokratów, którzy marnują pieniądze podatników i tuczą nimi samych siebie. Celem nie było wzmocnienie związków zawodowych w kontrze do kapitału, ale pokazanie robotnikom, że ich fabryki są przenoszone do Azji przez niepatriotycznych polityków. Z kolei dążenie do masowego samooświecenia zastąpiła pogarda dla wykształciuchów, którzy promują dziwne, nieamerykańskie z ducha koncepcje, na których tracą prości ludzie.
Populizm, który przyniósł dwukrotne zwycięstwo Ronaldowi Reaganowi w latach 80. – i którego spadkobiercą pozostaje dziś Donald Trump – był więc prawicową odpowiedzią na antypopulizm liberałów i lewicy. Frank opowiedział już kiedyś tę historię w pomniejszonej skali, na przykładzie stanu Kansas, który z dawnego bastionu zorganizowanego świata pracy stał się twierdzą konserwatywnych, probiznesowych Republikanów. W obliczu polityki skoncentrowanej w rękach technokratów i liberalnego obyczajowo establishmentu, amerykańskiej prawicy łatwo jest odbijać robotniczy elektorat hasłami wymierzonymi w rozpasany rząd i styl życia wielkomiejskiej bohemy.
…i antypopulizm clintonizmu
Dzieje się tak tym bardziej, że Demokraci począwszy od drugiej połowy lat 70. obrali kierunek partii, która obiecuje realizację polityki opartej na sprawdzonych receptach, raportach i ekspertyzach. Masowy interes i emocje mają być świadectwem niekompetencji, albo – co gorsza – uprzedzeń i faszyzmu. Należy wobec tego odwoływać się do rozumu wykształconej jednostki i wnosić wobec niej pewne oczekiwania: „Jeśli chcesz, żebyśmy Cię reprezentowali, najpierw musisz reprezentować nasze wartości”. Demokraci nie próbują reprezentować interesów i sentymentów ludowych. Odwrotnie – to lud ma przyjąć w swe progi idee i mody płynące z wiodących kampusów uniwersyteckich, uczonych think tanków czy innowacyjnych klastrów z Doliny Krzemowej.
Skoro lud jest siedliskiem obskurantyzmu, populistyczna polityka na lewicy zostaje zastąpiona przez politykę moralnie słusznych tożsamości. Interesy Afroamerykanów mają być wspierane nie przeciwko rasistowskiemu kapitaliście, ale rasistowskiemu białemu sąsiadowi. Podstawowym pogwałceniem dla praw kobiet są maczystowskie zachowania w rodzaju rozsiadania się przez mężczyzn w autobusach, a nie patriarchalny podział pracy. Mniejszości należy gettoizować wokół partykularnych spraw, zamiast integrować w uniwersalistycznym horyzoncie emancypacji niezamożnej większości. Kto zaś nie zdaje egzaminu z postępowego katechizmu, ten jest przez Demokratów porzucany jako niegodny bycia reprezentowanym.
Typowa dla prezydentury Billa Clintona w latach 90. czy dla kampanii jego żony, Hillary w 2016 roku wizja polityczna oparta jest na ideale merytokracji z równością szans. To znaczy, należy usunąć dyskryminację, która uniemożliwia jednostkom realizację ich aspiracji ze względu na rasę, płeć czy orientację seksualną. Marzenia o wyniesieniu ludu, który wywalczy równość występując przeciwko kapitałowi i jego funkcjonariuszom, zostały zaś wyklęte jako populistyczne – ale już nie w dobrym sensie, bliskim dawnej The People’s Party, tylko w rozumieniu, w jakim populistą jest Donald Trump. Każdy, kto chce sprzyjać ludowym instynktom, osuwa się w autorytarną demagogię. Stąd takie przerażenie wśród partyjnego establishmentu budziły prezydenckie próby Berniego Sandersa – populisty w starym, dobrym znaczeniu tego słowa, którego próbowano dyskredytować wysilonymi porównaniami do Trumpa.
Przeciwko antypopulistycznemu praniu mózgów
Historia antypopulizmu pióra Franka, choć rozgrywa się za wielką wodą, brzmi znajomo. Utyskiwania na ciemny lud, który daje się kupić dyktatorowi i w głębi duszy marzy tylko o biciu kobiet, gejów i muzułmanów, są nad Wisłą wszechobecne. Pod tym względem ostatnie wybory prezydenckie były imponującą manifestacją „nienawiści do demokracji”. Chociaż wszyscy zatrwożeni werdyktem większości mają na ustach „obronę zagrożonej demokracji”, w gruncie rzeczy marzą o tym, żeby wyboru dokonali ci, którzy nie dają się bakcylowi populizmu (pisałem o tym szerzej w „Kieszonkowym atlasie klasizmu polskiego”). Myśl, że można by wyborcom PiS zaproponować coś innego niż antypopulistyczny kordon sanitarny – jakąś pozytywną, porywającą wizję – okazuje się zbyt rewolucyjna. Nic dziwnego, ponieważ zbudowanie takiej wizji nie jest kwestią słusznej idei. Zwłaszcza na lewicy widoczne jest poczucie, że zasiewanie jej idei wśród klasy ludowej czy na polskiej prowincji byłoby jak rzucanie ziarna między chwasty. Alienacja reprezentantów od tych, których mieliby reprezentować, jest na to zbyt wielka. Wobec tego polska lewica abdykuje ze swojej historycznej roli i próbuje grać rolę przedstawicielki dobrze wykształconych mieszkańców dużych miast o liberalnych poglądach – nie tylko na kwestie kulturowe, ale i gospodarcze. W ten sposób, podobnie jak jej amerykańska odpowiedniczka, przechodzi na pozycje antypopulistyczne. Tym silniejsze, że polska lewica ochoczo kalkuje zza oceanu tematy, którymi chciałaby się zajmować oraz postulaty, jakie chciałaby realizować. W jeszcze większym stopniu niż beznadziejnie skażonej centryzmem lewicy parlamentarnej dotyczy to wielu (pseudo)radykalnych środowisk, kanap i nisz: toczących niekończące się dyskusje o „słowach, które ranią”, spisujących dekalogi konsensualnego seksu, demaskujących w swoich szeregach „skrajną transfobię”. Taką postawę można uznać już programowym antypopulizmem, ponieważ jej konsekwencją zawsze będzie oskarżenie zwykłego Polaka czy Polki, że nie spełnia antyprzemocowych norm frazesowo-zradykalizowanej bańki lewicowej.
W konkluzji swojej książki Frank przekonuje, że to właśnie populizm może być jedyną skuteczną odpowiedzią na polityków pokroju Trumpa czy Reagana z jednej strony, ale i na kawiarniany antypopulizm dzisiejszej lewicy z drugiej. Co ważne, autor daje historyczne argumenty przeciwko tezie, że postawienie na równość ekonomiczną i zaangażowanie w ruch na jego rzecz szerokich mas, oznacza konieczność rezygnacji ze sprawy antyrasizmu, równości kobiet czy praw mniejszości. Ruchy populistyczne wielokrotnie były wyrazicielami szerokiej agendy równościowej. To, że utraciły w tym zakresie zaufanie elit lewicowych, wynika z oderwania się od swojej bazy społecznej. Z wyżyn awansu klasowego, kulturowego i edukacyjnego patrzą one na klasy niższe z podejrzliwością, jeśli nie z inkwizytorskim zapałem. Jak pisała włoska feministka marksistowska Mariarosa Dalla Costa: „Dziecko z europejskiej klasy robotniczej, podobnie jak dziecko z czarnej klasy robotniczej, widzi w nauczycielu kogoś, kto uczy je czegoś, co ma być przeciwko jego matce czy ojcu, nie po to, by bronić tego dziecka, lecz po to, by zaatakować klasę, do której ono przynależy. Kapitalizm to pierwszy system produkcji, w którym dzieci wyzyskiwanych są dyscyplinowane i edukowane w instytucjach organizowanych i kontrolowanych przez klasę posiadającą. Ostatecznym dowodem na to, że ta obca indoktrynacja, która rozpoczyna się w przedszkolu, jest oparta na rozdzieleniu rodziny, jest to, że ta (garstka) robotniczych dzieci, która dostaną się na uniwersytet, ma tak wyprane mózgi, że nie są już w stanie rozmawiać ze swoją społecznością”.
Przepracowanie tego antypopulistycznego zaczadzenia i odzyskanie tego, co w populizmie najbardziej wartościowe, jest warunkiem odrodzenia lewicy.
dr Łukasz Moll
Thomas Frank, The People, NO. A Brief History of Anti-Populism, New York 2020.
przez dr Łukasz Moll | niedziela 14 października 2018 | opinie
Książka Piotra Marciniaka „Miraż Sierpnia. Lewicowe myślenie w dobie antykomunistycznej rewolucji: wybór esejów i artykułów z lat 1987-1998” jest interesującym, bo nieszablonowym świadectwem człowieka lewicy opozycyjnej. Interesującym i nieszablonowym nie tylko dlatego, że to ciągle perspektywa pod względem politycznym mniejszościowa, choć dzięki publikacjom Karola Modzelewskiego, Tadeusza Kowalika, Davida Osta, Jana Sowy czy Rafała Wosia nie całkiem nieobecna. Tym, co ją wyróżnia na tle dostępnych już publikacji, jest przede wszystkim jej „interwencyjno-diagnostyczny” charakter, dostrzegalny dzisiaj z jej kronikarskiego oglądu. Nie mamy tutaj do czynienia z materiałem, który patrzy na transformację jako na okres zamknięty, możliwy do podsumowania, które zawsze przeprowadza się łatwiej, jeśli wynik procesów społecznych już znamy. W przypadku książki Piotra Marciniaka jest inaczej: to praca złożona z tekstów powstających na bieżąco, będących w stałym napięciu z żywiołem tego, co aktualnie jeszcze nieuformowane i pozbawione punktów dojścia.
Pisząc to, nie chodzi mi wyłącznie o pierwotne daty publikacji artykułów Marciniaka. Znajdziemy setki autorów, którzy pisali na bieżąco o transformacji ustrojowej i gospodarczej i z perspektywy czasu ich teksty nie przedstawiałaby żadnej wartości – może poza tym, że byłyby historycznym świadectwem bezmyślności, płytkości, odtwórczości czy konformizmu. Pisząc, że zbiór Marciniaka wyróżnia się swoją aktualnością, niewczesnością, chcę podkreślić – po pierwsze –METODĘ stosowaną przez autora, po drugie – analityczną wartość jego interwencji, zarówno jeśli chodzi o ich funkcję diagnostyczną (odpowiadającą na pytanie „jak jest?”), jak i o ich walor prognostyczny („jak może być?”). Frustrującym elementem jego analiz – który nie leży już jednak po stronie autora – jest ich strona pragmatyczna („co robić?”), co wynika nie z faktu, że autor nie miał lewicy nic do zaproponowania w obszarze strategii – jest wręcz przeciwnie – lecz z uwagi na to, że jego myślenie aktualności nie przeistoczyło się w to, co jest główną stawką analiz pisanych „na gorąco”, z ręką trzymaną na pulsie – w spójną i znaczącą praxis, praktykę polityczną.
Zacznijmy jednak od metody. Analizy Piotra Marciniaka wykorzystują to, co najlepsze w tradycji socjologii ruchów społecznych. Są przekonującym świadectwem tego, że „karnawał Solidarności” i polski ruch robotniczy w PRL wywołał przełom nie tylko polityczny, ale także towarzyszący mu ferment teoretyczny. Sposób, w jaki autor wykorzystuje – w subtelny, niedogmatyczny sposób – marksistowską socjologię, by odsłonić sprzeczności charakterystyczne dla ustroju, który swoją pierwotną legitymizację wywodził właśnie z marksizmu, odpowiada temu, w jaki sposób klasa robotnicza, do reprezentowania której system rościł sobie monopol, staje się zbiorowym podmiotem i wprawia realny socjalizm w kryzys. Zarazem jednak – co świadczy o uczciwości intelektualnej autora oraz o rzadkiej zdolności do wysuwania antycypującej krytyki własnego obozu politycznego (opozycji, ruchu związkowego) – Marciniak jeszcze w tekstach z lat 80. trafnie przewiduje, że tak jak warunki stabilności PRL stały się warunkami niemożliwości przetrwania systemu, tak też warunki zaistnienia autonomicznego ruchu robotniczego w krótkim czasie skurczyły się dramatycznie, będąc ściśle zależne od istnienia stosunków produkcji i struktury gospodarczej realnego socjalizmu.
Wnioski, jakie na bieżąco formułuje autor, okazują się prorocze i tylko skromność nie pozwala mu we wprowadzeniu do książki na chełpienie się: „a nie mówiłem?”. Przy tym należy docenić to, w jaki sposób na każdym etapie swoich interwencji Marciniak rysuje – w bardzo klarowny i dobrze uargumentowany sposób – możliwe trajektorie przemian. Jest w nich miejsce i na scenariusze czarne, i na te oglądane w różowych okularach, a między nimi otwiera się przestrzeń na warianty mieszane. Nie da się nie odnieść wrażenia, że zbiór ten, kończący się na roku 1998, czytany po 20 latach okazuje się pisanym na bieżąco ostrzeżeniem przed drogą najgorszą, która faktycznie się ziściła. Autor już na przełomie lat 80. i 90. – przed Fukuyamą – wykazuje nie tylko płonność nadziei na neoliberalny „koniec historii”, ale już wówczas odnotowuje, często powtarzaną dzisiaj, obserwację (najpełniej rozwiniętą przez Derridę w jego krytyce Fukuyamy), że wizja historii, jaką posługiwali się zwolennicy neoliberalnej „There Is No Alternative” żywcem przypomina sprowadzony do odkupieńczego wariantu, zwulgaryzowany materializm historyczny. I tu, i tu historia w sposób obiektywny i konieczny jest po naszej stronie, kres dziejów został z góry określony, a wszelkie bariery w jego osiągnięciu to chwilowe wypadki przy pracy, które należy złożyć na ołtarzu postępu. W ten sposób można z równym przekonaniem uzasadnić konieczność planu pięcioletniego oraz planu Balcerowicza.
Takich antycypujących momentów jest w tekstach Marciniaka więcej. Wskażmy chociażby na to, że kilkanaście lat przed celebryckim raportem Macieja Gduli wprowadza on pojęcie „nowego autorytaryzmu”, przypisując mu – w moim przekonaniu trafniejsze i bardziej uczciwe – znaczenie niż to, które ukuł socjolog „Krytyki Politycznej”. Nowy autorytaryzm to dla Marciniaka kierunek przemian, w którym parasol ochronny nad neoliberalnymi reformami gospodarczymi roztacza państwo policyjne. Marciniak zasadnie wskazuje, że takie ciągoty mogą mieć – i faktycznie mają – zarówno dawni postkomunistyczni autokraci, jak i elity z obozu postsolidarnościowego, mające po swojej stronie związek zawodowy abdykujący ze swojej stricte związkowej roli. Taki nowy autorytaryzm podminowuje zdaniem autora możliwość stworzenia w Polsce porządku faktycznie liberalnego, pozbawionego swojej policyjnej twarzy – lokuje to Marciniaka obok takich uznanych badaczy neoliberalizmu jak Michel Foucault, Naomi Klein czy Loïc Wacquant, którzy wskazywali na to, że państwowemu wytwarzaniu neoliberalnych stosunków społecznych („niewidzialna ręka rynku”) towarzyszy – tylko pozornie sprzeczny z nim – program autorytarny („widzialna pięść państwa”), skutkujący pacyfikacją klasy robotniczej, penalizacją biedy czy kontrolą kobiecej rozrodczości.
Zarazem Marciniak przewiduje, że jedną z odpowiedzi na tak rozumiany nowy autorytaryzm będzie populizm o rewolucyjnej retoryce i zauważa już u progu lat 90., że nośnikiem dla takiej formacji będzie narracja antykomunistyczna, nacjonalistyczna, katolicka czy antyeuropejska. Prawicowy populizm zostanie, ostrzega autor – i okazuje się mieć rację – wywołany przez elitarystyczny, odgórny charakter transformacji, który blokuje kanały artykulacji sprzeciwu społecznego, uniemożliwia dialog, nie prowadzi do odrodzenia zakładowej, lokalnej czy związkowej samoorganizacji. Autorska propozycja Marciniaka, którą zgłasza on konsekwentnie od samego początku, unikających przy tym powtórzeń tych samych argumentów, każdorazowo dostosowując je do aktualnego kontekstu – toczącej się w tle najnowszej historii Polski – opiera się właśnie na wezwaniu do aktywizacji społecznej. Tym samym „trzecia droga’, którą proponuje autor – niemająca nic wspólnego z niesławnym socjalliberalizmem, który pod nazwą trzeciej drogi realizowali politycy dawnej lewicy, od Billa Clintona i Tony’ego Blaira, przez Gerharda Schroedera, po Leszka Millera – wyłamuje się z książkowych alternatyw wolnego rynku i etatyzmu. Umożliwia to Marciniakowi-opozycjoniście zdystansowanie się od wojującego antykomunizmu i bezmyślnego antyetatyzmu, ale też Marciniakowi-socjaliście ułatwia porzucenie ślepej wiary we wszechwładne zbiurokratyzowane państwo i odgórne kierownictwo partii. Nieszablonowość pozytywnych propozycji Marciniaka tkwi także w jego gotowości do twórczego, niedogmatycznego przyswajania tradycji, które – znowuż – z podręcznikowego punktu widzenia można by uznać za nielewicowe. Tymczasem autor ma świadomość, że tradycja chłopska, inteligencka, patriotyczna czy katolicka – podobnie zresztą jak robotnicza czy internacjonalistyczna – mogą służyć tyleż konserwatywnym, co postępowym celom. Socjaldemokratyczna korekta, o której pisze on w latach 90., z pozycji krytycznych wobec kształtu transformacji, nie ma polegać na kopiowaniu gotowych wzorców, lecz na rozpoznaniu specyficznego, niepowtarzalnego doświadczenia polskiego, jakim jest upadek realnego socjalizmu w kilka lat po brutalnym zdławieniu „karnawału Solidarności”.
To, co pozostawia pewien niedosyt po lekturze książki, to pytanie o jej cel. Autor pisze, że zebrał swoje teksty z nadzieją na to, że być może będą one miały jakiś użytek dla przyszłego pokolenia. Sądzę, że nie myli się co do tkwiącego w tym materiale potencjału, natomiast na jego niekorzyść zdecydowanie działa brak wstępu tudzież posłowia – własnego lub kogoś współmyślącego – które wykładałoby w bardziej bezpośredni sposób, w czym tkwi siła tej publikacji i dlaczego właściwie warto po nią dzisiaj sięgnąć. Być może te powody nie są widoczne dla samego autora.
W moim przekonaniu zasadnicza wartość jego zbioru tkwi nawet nie tyle w rekonstrukcji mniejszościowego, zwyciężonego nurtu antyneoliberalnej lewicy czasów przełomu – bo na tym polu Marciniak się ze swoją publikacją zwyczajnie spóźnił – ale w jego metodzie, w zdolności do współmyślenia w pędzącym pociągu historii, który w żadnym wypadku nie wyhamowuje przed stacją końcową, ale ma przed sobą prawdziwy galimatias rozjazdów i bocznic, których część kryje się pod tunelami. Piotr Marciniak potrafi w wyprzedzający sposób oświetlić te tunele, co trzeba docenić, nawet jeśli ostrzeżenia zbywane są przez konduktora. Jeśli młode pokolenie lewicy miałoby się czegoś nauczyć z „Mirażu Sierpnia” to w mniejszej mierze dotyczy to wiedzy historycznej, w większej natomiast drygu do tego, by ją rozumiejąco wyprzedzać.
Łukasz Moll
Zdjęcie Jan Mehlich za pl.wikipedia.org
przez dr Łukasz Moll | wtorek 8 maja 2018 | opinie
Elity, które wyróżniają się dobrym wykształceniem i postępowymi wartościami, głosują na lewicę. Posiadacze wysokiego kapitału ekonomicznego identyfikują się z prawicą. Natomiast ofiary rosnących nierówności, wobec zmierzchu polityki klasowej, zwracają się ku nacjonalistycznym populistom. Tak brzmi diagnoza przedstawiona przez Thomasa Piketty’ego, najgłośniejszego obecnie ekonomistę na świecie, oparta na badaniach elektoratów w Stanach Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii w latach 1948-2017. Co jego studium może nam powiedzieć o polskiej scenie politycznej?
W raporcie „Lewica braminów kontra prawica kupców: rosnące nierówności i zmiany w strukturze konfliktu politycznego” francuski autor opatrzył swoje wnioski imponującym zestawem danych statystycznych – przez ponad sto stron ciągną się wykresy, na których przedstawiono np. to, jak kształtowało się poparcie ze względu na wykształcenie badanych od końca II wojny światowej do teraz, jak na postawy wyborcze wpływał osiągany dochód czy też jak ewoluowały wybory dokonywane przez mniejszości rasowe. Piketty nie tylko podjął się analizy tego materiału, ale przedstawił też swoją diagnozę demokracji i możliwe scenariusze przyszłości.
Wspólną cechą występującą na szeroką skalę w trzech badanych przez Piketty’ego krajach jest wyraźny wzrost nierówności społecznych, który można odnotować od lat 80. XX wieku. Wtedy to w Wielkiej Brytanii za sprawą zwycięstwa thatcheryzmu, w USA dzięki dominacji reagonomiki, a we Francji pod wpływem odwrotu lewicy prezydenta Mitteranda od wspólnego programu socjalistów i komunistów, hegemonię uzyskała neoliberalna polityka gospodarcza. Pomimo zaostrzającego się podziału klasowego, lewicowa polityka, która byłaby skoncentrowana na kwestiach redystrybucji bogactwa, znajduje się w kryzysie, a opór wobec neoliberalizmu wspieranego tak przez centroprawicę, jak i centrolewicę, artykułuje się głównie w kategoriach prawicowego, ksenofobicznego nacjonalizmu. Piketty próbuje rozwiązać zagadkę, dlaczego tak się dzieje. Czy to tylko fałszywa świadomość? Skuteczna promocja neoliberalnej ideologii? Bynajmniej.
Autor „Kapitału w XXI wieku” zauważa, że w latach 50. i 60. podział na prawicę i lewicę wynikał przede wszystkim z różnic klasowych: lewica miała swoich wyborców wśród słabiej wykształconych i gorzej wynagradzanych grup, podczas gdy na prawicę głosowali raczej beneficjenci systemu z klasy wyższej i średniej. Trend ten zaczął ulegać zmianie w latach 70., gdy z lewicą zaczęli się utożsamiać coraz mocniej absolwenci szkół wyższych. Dopełnił się on w XXI wieku, gdy wyraźne stało się to, że lewicę popierają elity wykształcenia z wysokim kapitałem kulturowym, podczas gdy prawica lepiej reprezentuje elity majątkowe. W efekcie dominujący podział polityczny zorganizowany jest już nie między klasami, lecz w obrębie frakcji grup uprzywilejowanych, a ofiary neoliberalizmu skazane są albo na fałszywy wybór w nieswojej wojnie, albo na populistyczną reakcję wobec niej. W tej sytuacji coraz większa rzesza wyborców o niewielkim kapitale ekonomicznym i bez wyższego wykształcenia, rezygnuje z udziału w wyborach.
Komplikacja struktury społecznej, która wpływa na zmiany w artykulacji konfliktu politycznego, spowodowana jest nie tylko ekspansją sektora edukacyjnego – tym, co określa się przejściem do „gospodarki opartej na wiedzy”. Podsyca ją także neoliberalna globalizacja: deindustrializacja państw zachodnich i napływ imigranckiej siły roboczej. Ustanawia on ważny podział polityczny między „globalistami” a „natywistami”. Ci pierwsi wspierają otwarcie gospodarek na handel międzynarodowy i pozytywnie zapatrują się na migracje, podczas gdy ci drudzy przejawiają nastawienie protekcjonistyczne. Zdaniem Piketty’ego podział ten dał o sobie bardzo wyraźnie znać w zeszłorocznych wyborach prezydenckich we Francji, gdzie wyborcy, którzy opowiadali się za redystrybucją i byli przychylnie nastawieni do imigrantów popierali dwóch kandydatów lewicy (Jean-Luca Mélenchona i Benoîta Hamona), probiznesowi globaliści zwrócili się w kierunku centrysty Emmanuela Macrona, probiznesowi natywiści wsparli prawicowego Françoisa Fillona, a socjalni, lecz antyimigranccy natywiści głosowali na liderkę Frontu Narodowego, Marine Le Pen.
Znaczenie kontekstu globalizacyjnego widoczne jest także w USA, gdzie odpływowi spauperyzowanej białej klasy robotniczej od Demokratów do Republikanów towarzyszy formowanie się coraz bardziej pokaźnej bazy wyborczej wśród Afroamerykanów i Latynosów. Koalicja, na której wspierają się Demokraci nie ma więc charakteru klasowego – łączy ona raczej nieuprzywilejowane mniejszości z białymi wyborcami o liberalnych poglądach. W ten sam sposób Republikanie bazują na poparciu grup probiznesowych i tradycjonalistycznej, ksenofobicznej klasie średniej, z którą mogą się połączyć biali robotnicy, przekonani o tym, że Demokraci wspierają „kolorowych” ich kosztem. Co ciekawe, w ostatnich wyborach prezydenckich w USA Piketty dostrzega przesunięcie, które – choć w tym przypadku jednorazowe, co było „zasługą” Donalda Trumpa – to może okazać się zapowiedzią nowego trendu dla zachodnich demokracji: widoczny był sojusz elit wykształcenia i elit majątkowych przeciwko Trumpowi, podczas gdy ekscentryczny milioner zaskarbił sobie sympatie słabiej wykształconych i gorzej opłacanych wyborców. Również we Francji niechęć do Marine Le Pen popchnęła najzamożniejszych z prawicy bliżej centrum, ku Macronowi.
Kontrastuje z tym sytuacja w Wielkiej Brytanii. Po objęciu przywództwa w Partii Pracy przez Jeremy’ego Corbyna jasne stało się, że w przeciwieństwie do USA i Francji nie dojdzie tam do antyprawicowej koalicji braminów i kupców. W gronie tych pierwszych urosło poparcie dla lewicy, podczas gdy ci drudzy odwrócili się od partii, której wcześniejszy kurs na neoliberalizm przysporzył sympatii wśród części globalistycznie zorientowanych kupców. Przykład brytyjski podsuwa trzeci scenariusz przyszłości, z którym sympatyzuje sam Piketty: zamiast okrzepnięcia podziału politycznego ze względu na elity wykształcenia i elity majątkowe i w kontrze do przetasowania po liniach globaliści kontra natywiści, możliwy jest powrót do polityki klasowej, do którego dąży Corbyn. Problematyczne pozostaje to, na ile lewicowy populizm, budowany na poparciu klas niższych oprze się na sojuszu z absolwentami szkół wyższych (i przybierze orientację bardziej internacjonalistyczną), czy też zorientowany zostanie na wzmocnienie suwerenności państwa narodowego (przez co bliższy będzie natywistom). Brexitowe dylematy Partii Pracy dobrze zdają sprawę z tej dychotomii. Piketty jest zdania, że lewicowy suwerenizm jest na słabszej pozycji w rywalizacji z populistyczną prawicą, stąd optuje za „silną, przekonującą egalitarno-internacjonalistyczną platformą”, która „połączy słabiej wykształconych, gorzej opłacanych wyborców bez względu na pochodzenie w ramach tej samej partii”.
Proponowana przez francuskiego ekonomistę optyka „braminów i kupców” zdaje się dość dobrze przystawać do polskiej rzeczywistości. Piketty twierdzi, że nawet w kraju bez wzmożonej imigracji same przemiany edukacyjne powinny powodować ewolucję konfliktu politycznego analogiczną do tej, którą wychwycił w trzech przebadanych przypadkach. To przypadek Polski, gdzie między 2001 a 2013 rokiem doszło do wzrostu odsetka obywateli z dyplomem szkoły wyższej z 12% do 26% i gdzie 40% Polaków w wieku 30-34 lat może się nim poszczycić. Z drugiej strony, przed aktualnym napływem Ukraińców – których ma być niebawem w Polsce 3 miliony – i zanim Polacy przestraszyli się zalewu wyimaginowanej masy uchodźców, imigracja nie była zmienną, którą trzeba było brać pod uwagę w badaniach wzorców konfliktu politycznego.
Badania opinii publicznej zdają się potwierdzać obserwacje Piketty’ego. Wyłania się z nich wizerunek lewicy jako opcji popieranej przez wielkomiejskich „wykształciuchów” z klasy średniej. Z zeszłorocznego komunikatu badań CBOS wynika, że elektorat Partii Razem kształtuje się następująco: „co trzecia osoba ma od 25 do 34 lat, przy czym wśród ogółu ankietowanych odsetek ten wynosi tylko 19%. Prawie dwie trzecie (63%) sympatyków tej partii ma wyższe wykształcenie, czyli znacznie większy odsetek niż w przypadku zarówno zwolenników lewicy (34%), jak i ogółu ankietowanych (25%). Ponad połowę sympatyków Partii Razem stanowią mieszkańcy miast powyżej 100 tys. ludności, podczas gdy wśród zwolenników lewicy oraz ogółu badanych jest to około 30%. Prawie połowa sympatyków Partii Razem deklaruje, że w ogóle nie bierze udziału w praktykach religijnych. Aż 95% elektoratu tej partii popiera członkostwo Polski w UE, czyli więcej niż wśród ogółu ankietowanych. Można powiedzieć, że partia ta bliższa jest młodym ludziom z wielkich miast niż tradycyjnemu elektoratowi lewicy”. Z innego dokumentu dowiadujemy, że największe grupy popierające Razem to kadra kierownicza i specjaliści, podczas gdy w gronie robotników niewykwalifikowanych partia, która chce stać po stronie pracowników, nie notuje jakiegokolwiek poparcia.
Alarmujące jest także to, że w 2017 roku tylko 4% ogółu wyborców określających się jako lewicowych, było skłonnych zagłosować na Razem. Za to aż 38% tej grupy popierało Platformę Obywatelską – w 2005 roku było to tylko 7%. PO ma wśród wyborców lewicowych nawet większe poparcie niż SLD (20%), a wyborcy Sojuszu to dziś w 40% emeryci i renciści, a z grup czynnych zawodowo – podobnie jak w przypadku Razem – najwięcej zwolenników SLD ma wśród kierowników.
Gdzie zatem jest elektorat z klasy ludowej i niższej średniej, jeśli nie po lewej stronie sceny politycznej? Jak informuje CBOS, najbardziej robotniczy elektorat gromadzą Kukiz’15 i Prawo i Sprawiedliwość. Również wśród tych dwóch ugrupowań jest najwięcej wyborców, którzy sytuację materialną swoich gospodarstw domowych uważają za złą, podobnie jak mieszkańców wsi i miast poniżej 100 tysięcy mieszkańców. Wniosek, że dziś to populistyczna prawica sięga po wyborców, którzy nie odnajdują się w podziale na braminów i kupców, potwierdzają dane dotyczące tak istotnego dla Piketty’ego czynnika wykształcenia: w ostatnich wyborach parlamentarnych 50% wyborców PiS i 41% Kukiz 15’ ukończyło jedynie szkołę podstawową, gimnazjum lub zawodówkę.
Widmo populistycznej lewicy, o którą upomina się nawet tak głównonurtowy i umiarkowany reformista jak Piketty, być może krąży gdzieniegdzie w Europie, ale najwidoczniej ominęło Polskę.
Łukasz Moll
przez dr Łukasz Moll | środa 24 stycznia 2018 | opinie
Obóz euroentuzjastów w krajach postkomunistycznych nie przestaje zachowywać się jak najpilniejszy uczeń w brukselskiej klasie, który posłusznie wkuwa na pamięć nawet te formułki, które bez szczególnej wiary wykłada już sam nauczyciel. Jeżeli lewica nie wybije się z tego obozu ze swoim niezależnym głosem i nie odbierze nacjonalistycznej prawicy monopolu na krytykę Unii Europejskiej, coraz trudniej będzie utrzymać poparcie dla integracji.
Chorwacki politolog Boris Buden w wydanej także w Polsce książce „Strefa przejścia”, zauważył, że po upadku reżimów realnego socjalizmu nawiązała się między Europejczykami ze Wschodu i Zachodu relacja pedagogiczna. Ci pierwsi mieli zostać przez tych drugich wychowani do wolności, nowoczesności, demokracji, kapitalizmu czy europejskości. Pokojowe rewolucje w dawnych „demokracjach ludowych” nie wywołały u zachodnich obserwatorów entuzjazmu znanego z przeszłych rewolucji. Nie zostały uznane za wydarzenia, które otwierają historię Europy na zupełnie nowy etap, który podda transformacji tak Wschód, jak i Zachód kontynentu. Postrzegano je jak dopełnienie dziejowej epopei Zachodu, która teraz zagości wreszcie za dotychczasową „żelazną kurtyną”. Transformacja Wschodu miała być transformacją w Zachód, w ślad za słowami popularnego wówczas przeboju grupy Pet Shop Boys: Go West / Life is peaceful there / There in the open air / Where the skies are blue / This is what we gonna do.
W szkole europejskości
Jednak obietnica „doganiania Zachodu” czy „powrotu do Europy” okazała się ideologiczną bujdą. Akcesja do UE odbyła się dla nowych państw członkowskich na warunkach peryferyjnych. Zajęły one podrzędne miejsce w gospodarczym podziale pracy, zlikwidowały lub oddały za bezcen znaczną część swojego potencjału przemysłowego, wyspecjalizowały się jako montownie zachodniego kapitału z tanią siłą roboczą, którą na dodatek można było eksportować. Systemy polityczne byłych krajów postkomunistycznych zareagowały na tę nową rzeczywistość polaryzacją. Z jednej strony ukształtował się obóz euroentuzjastów, przyjmujący pozycję najlepszego ucznia w klasie, który zasiada w pierwszej ławce i stara się zaimponować belfrowi. Z tyłu klasy zasiadły ugrupowania eurosceptyczne, które na zajęcia trzeba było zaciągać siłą. W trakcie lekcji rzucały papierkami w kujonów i przedrzeźniały nauczyciela, ale gdy były wywoływane do tablicy, na ogół pokornie rozwiązywały zadania, chcąc zdać kolejny egzamin. Swój bunt okazywały przede wszystkim na przerwach, przewodząc antybelferskiej krucjacie, która wygasała ilekroć rozległ się szkolny dzwonek.
Gdzieś pomiędzy tymi dwiema klikami rozsiadła się lewica. Czasem garnęła się do przodu, zafascynowana nauczycielem. Niekiedy z dumą demonstrowała swoje zdolności, pokazując, że w przeciwieństwie do naiwnych euroentuzjastów, potrafi przyswajać wiedzę bardziej refleksyjnie i krytycznie. Gdy w swoim młodzieńczym buncie i sceptycyzmie wobec autorytetów posuwała się za daleko, lądowała w oślej ławce, w oczach nauczyciela upodabniając się do eurosceptycznej bandy. W części przypadków gotowa była zaprzyjaźnić się z nowym towarzystwem, tworząc sojusz autsajderów. Ostatecznie jednak lewica nie wybiła się w stosunku do UE na autonomię, nie wykształciła własnego wyrazistego języka, który przebiłby się szerzej poza jej kółko pozalekcyjne, gdzie miała trochę więcej swobody.
Upadek belfra
Tymczasem z biegiem lat stawało się coraz bardziej oczywiste, że nauczyciel zestarzał się, nie nadąża za rzeczywistością i tkwi przy swoich pożółkłych podręcznikach. Jego niedomagania przestały być jedynie uprzedzeniami wobec hultajów z ostatniego rzędu. Posuwanie się naprzód w edukacji stało się możliwe tylko poprzez zmianę relacji pedagogicznej, dzięki wyjścia z „niezawinionej niedojrzałości” ku Oświeceniu, którego beneficjentem byliby już nie tylko uczniowie, ale i sam nauczyciel.
Przedstawiony tu metaforycznie upadek autorytetu nauczycielskiego, jakim jest Unia Europejska rozpoczął się na dobre wraz ze światowym kryzysem gospodarczym 2008 roku, po którym przyszedł kryzys zadłużeniowy strefy euro. Ujawnił on błędy w konstrukcji unii monetarnej, która okazała się na taki scenariusz nieprzygotowana. Brak mechanizmów solidarnościowych spowodował, że koszty pokrywania strat w sektorze bankowym spadły przede wszystkim na słabsze gospodarki strefy euro – Grecję, Hiszpanię, Włochy, Portugalię, Irlandię – które pogrążyły się w kryzysie długu publicznego. Brak woli politycznej w państwach o najlepszej kondycji, w szczególności w Niemczech, które rozdawały karty w zarządzaniu kryzysem, przyczynił się do wzrostu antyunijnej reakcji.
Kryzys systemowy nie był zatem widoczny dla wszystkich. Zarówno sam nauczyciel, jak i zapatrzeni w niego prymusi poszli w zaparte, zmuszając słabszych uczniów do przyswajania jeszcze większej dawki bezużytecznej wiedzy, która przyczyniła się do kiepskich ocen. Na porażki neoliberalnego programu nauczania zaaplikowano jeszcze więcej neoliberalizmu: cięć budżetowych, oszczędności w wydatkach socjalnych, wyprzedaży majątku publicznego, osłabiania prawa pracy. Kiedy zagrożeni tym programem uczniowie podnieśli wreszcie bunt, zrobiono z nich wyrzutków, którzy nie potrafią się dostosować do jedynie słusznych zasad i wystraszono ich groźbą odmowy promocji do następnej klasy.
Lekcja Piketty’ego
Na szczęście znaleźli się bardziej wiarygodni krytycy nauczyciela i jego pupilków. Wśród nich Thomas Piketty, najgłośniejszy ostatnimi czasy ekonomista na świecie, który wykazał systemowy wpływ kapitalizmu na wzrost nierówności. W odróżnieniu od licznych marksistów, alterglobalistów i prawicowych suwerenistów, którzy próbowali stawać w obronie buntowników, jego nie można było tak łatwo zdyskredytować. Był wzorowym uczniem dawnego nauczyciela, który opanował jego zestaw wiedzy po to, by poddać ją korektom, które były nie tylko zrozumiałe, ale nawet akceptowalne dla znacznej części grona pedagogicznego. Nie można było go obsadzić w roli niedorosłego, nieodpowiedzialnego bachora czy zadufanego w sobie wolnomyśliciela, który w swojej krytyce nadmiernie się zagalopował (potraktowano tak na przykład Janisa Warufakisa, swego czasu ministra finansów Grecji).
Tenże Piketty opublikował właśnie krótką, acz pouczającą diagnozę dla UE na rok 2018. Poświęcił w niej specjalną uwagę Polsce i pozostałym krajom Europy Środkowo-Wschodniej. Przyswojenie sobie jego wniosków nie powinno ujść uwadze polskiej lewicy. Stanowią one zaproszenie do wyrwania się z pozycji bezrefleksyjnych euroentuzjastów, którzy pozostają ślepi na oczywiste pomyłki nauczyciela. A przy tym chronią one przed pójściem „do kąta”, po którym lewica zbliżyłaby zanadto do prawicowych eurosceptyków.
Autor głośnego „Kapitału w XXI wieku” twierdzi, że w 2018 roku nierówności będą narastały w UE podług trzech osi. Dla polskiej lewicy najistotniejsza powinna być trzecia z nich.
Pierwsza oś to globalny trend ku nierównościom, który wynika z rywalizacji państw, by poprzez obniżki opodatkowania przyciągnąć obcy kapitał. Rywalizacja ta osłabia bazę podatkową, a zatem i możliwości aktywnego przeciwdziałania nierównościom poprzez redystrybucję bogactwa.
Druga oś to pęknięcie Europy na Północ i Południe, czyli pogłębienie kryzysu państw-wierzycieli i państw-dłużników w strefie euro. Państwa zadłużone uginają się pod wpływem wyższego oprocentowania obligacji, na czym korzystają państwa-wierzyciele. Te drugie mamią swoich wyborców, jak to podobno pompują pieniądze w biedną Grecję i resztę, podczas gdy w rzeczywistości płacą za przywilej niższego zaciągania pożyczek.
Wreszcie trzecie pęknięcie bazuje na podziale Zachód-Wschód. Piketty przytacza tu bardzo interesujące dane. Wynika z nich, że po 1989 roku w Polsce i innych byłych krajach bloku radzieckiego, które otworzyły swoje gospodarki dla obcego kapitału, doszło do znacznego zagarnięcia majątku przez zagranicznych inwestorów, w szczególności niemieckich. Niższy wzrost nierówności w tej części Europy niż w Rosji czy w USA ma wynikać z odpływu kapitału za granicę. Oznacza to, że krajowe nierówności wzrosły mniej, ponieważ pogłębiły się nierówności między Polską a krajami, z których pochodzą inwestorzy zagraniczni. Zdaniem Piketty’ego, oznacza to, że Polska i kraje naszego regionu znalazły się w sytuacji podobnej jak sprzed okresu realnego socjalizmu.
W latach 2010-2016 zagraniczny odpływ zysków z kapitału wyniósł 4,7% PKB w przypadku Polski, 7,2% na Węgrzech, 7,6% w Czechach i 4,2% w Słowacji. Dla porównania, przypływ kapitału z obszaru UE wynosił 2,7% PKB dla Polski, 4,0% dla Węgier, 1,9% dla Czech i 2,2% dla Słowacji. Oznacza to, że w przypadku każdego z krajów Grupy Wyszehradzkiej nastąpił większy ODPŁYW niż przypływ (2,0% PKB dla Polski, 3,2% dla Węgier, 5,7% dla Czech i 2,0% dla Słowacji).
Dać świadectwo dojrzałości
Wnioski polityczne płynące z tej analizy są czytelne. Polska, Czechy, Węgry i Słowacja mają, podobnie jak kraje Południa, wszelkie powody, by wskazywać na to, że obecny model gospodarczy Unii Europejskiej przyczynia się do pogłębienia dysproporcji rozwojowych pomiędzy krajami. Ponadto, słabiej rozwinięte kraje, realizujące strategię przyciągania obcego kapitału, kuszą go obniżkami podatkowymi, przez co osłabiają swoje funkcje redystrybucyjne i pozwalają na wzrost nierówności wewnątrz kraju. Mówiąc krótko: UE w obecnym kształcie napędza nierówności między krajami i w obrębie krajów (przede wszystkim krajów słabszych gospodarczo).
Lewica nie powinna z tego wyciągać wniosku, by z UE wyjść – Polexit, podobnie jak przerwanie edukacji, nie daje narzędzi do odwrócenia tego negatywnego trendu. Powinna natomiast nabrać odwagi, by domagać się reformy UE w duchu redystrybucji na poziomie tak europejskim, jak i krajowym. Jeżeli lewica nie stanie na czele konstruktywnego buntu przeciwko stetryczałemu nauczycielowi, narastające pęknięcia jeszcze lepiej niż dotychczas wykorzysta antyunijna, antyimigrancka, nacjonalistyczna prawica. Aby przedstawić korektę integracji, lewica musiałaby najpierw odważnie zakwestionować błędną diagnozę, która przyrost nastrojów antyunijnych w państwach Europy Środkowo-Wschodniej zrzuca na karb jakiegoś istotowego konserwatyzmu tych społeczeństw, wynikającego z „zapóźnienia kulturowego”. Do przyrostu tego zapóźnienia – czy też „rozwoju niedorozwoju” – przyczynia się obecny kształt integracji, który powoduje dezintegrację i polaryzację UE. To właśnie jest ta nieprawomyślna wiedza, z którą absolwenci ze Wschodu mogą opuścić szkolne mury i na jej podstawie zaproponować integrację w bardziej przyjaznym, równościowym środowisku, w którym nie będzie obowiązywało już ślepe posłuszeństwo wobec neoliberalnej wulgaty oraz kapłanów stających w jej obronie.
Łukasz Moll