przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
W 2004 roku magazyn „Foreign Policy” sporządził mini-ankietę na temat idei najniebezpieczniejszych dla świata. O odpowiedź poproszono ośmioro sławnych intelektualistów i intelektualistek. Wśród propozycji znalazły się między innymi „brak tolerancji religijnej” oraz „próba siłowego wprowadzania zachodnioeuropejskich zasad demokracji w innych rejonach świata”. Bez trudu można by dodać kolejne kandydatury, np. „negowanie wpływu człowieka na globalne ocieplenie” lub „wiarę w samoregulujące się rynki”. Mark Blyth w swojej książce „Austerity. The History of a Dangerous Idea” podsuwa jeszcze jedną propozycję, istotną szczególnie z perspektywy europejskiej: przekonanie, że najlepszym sposobem na kryzys gospodarczy jest austerity – polityka oszczędności, która polega na obcinaniu wydatków publicznych.
Zaraz po wybuchu kryzysu finansowego w latach 2007-2008 wydawało się, pisze Blyth, że nastąpił wielki powrót do keynesizmu: do idei, że państwo musi aktywnie wspomagać gospodarkę, szczególnie w czasach kryzysu, kiedy to rząd jest jedynym aktorem zdolnym napędzać popyt, a tym samym zapobiegać pogłębianiu się recesji. Gdy jednak lobby finansowe i wyznawcy wolnego rynku otrząsnęli się z pierwszego szoku, szybko przystąpili do kontrataku. To prawda, nie udało im się w pełni przywrócić świata sprzed kryzysu. Klimat intelektualny przesunął się na lewo, o czym świadczy choćby to, że największymi gwiazdami ekonomii są obecnie Stiglitz, Chang, Piketty i Krugman, czyli myśliciele, których trudno nazwać wolnorynkowymi ortodoksami. Ponadto niektóre z rozwiązań zastosowanych przez rząd USA w celu uporania się z kryzysem można potraktować jako praktyczne wykorzystanie zaleceń keynesizmu. Jednak wspomniany kontratak był na tyle skuteczny, że powstrzymał jakiekolwiek głębsze reformy systemu ufundowanego na wolnorynkowych dogmatach i rządach finansjery.
Jak słusznie zauważa Blyth, krótki renesans idei Keynesa został z największą brutalnością stłamszony w Europie. Gdy kryzys finansowy, zapoczątkowany w USA, uderzył w państwa członkowskie Unii Europejskiej, odpowiedź instytucji unijnych oraz zawiadujących wszystkim Niemiec przyszła pod postacią austerity. Oficjalną przyczyną zastosowania polityki oszczędności były wysokie długi publiczne m.in. Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Irlandii i kilku innych krajów. Według Blytha trudno takie uzasadnienie potraktować poważnie. Ze wszystkich tych państwa tylko Grecja miała poważny kłopot ze zbilansowaniem wydatków i przychodów publicznych. W pozostałych krajach problemem były długi prywatne oraz fatalna sytuacja banków, a nie „rozrzutne państwo” – zresztą w przypadku Greków historia też jest o wiele bardziej skomplikowana i obejmuje zarówno nieodpowiedzialnych kredytorów, jak i greckich polityków nie kwapiących się do walki z unikaniem podatków. Na przykład w 2007 roku dług Irlandii wynosił tylko 12% PKB, a Hiszpanii 26%. Dla porównania, w stawianych za wzór Niemczech było to 50%. Przyczyną tarapatów tych krajów stał się zderegulowany i niezwykle podatny na kryzysy sektor finansowy. Irlandia zaczęła mieć problem z długiem publicznym dopiero wtedy, gdy wydała 70 miliardów euro na ratowanie własnego systemu bankowego. Historia Hiszpanii różni się w szczegółach, ale puenta zdaniem Blytha jest taka sama: kłopoty mające swe źródło w sektorze prywatnym zostają przeniesione na sektor publiczny. Podobnie było w innych przypadkach, w których państwo ponosiło ciężar walki z kryzysem. „W Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Europie Wschodniej kryzys został wywołany przez sektor prywatny, ale płaci za niego sektor publiczny, to znaczy ty i ja” – podsumowuje amerykański ekonomista.
Jest nawet gorzej, niż wynikałoby to z powyższego cytatu. Kiedy mówimy, że za problemy płaci sektor publiczny, można odnieść wrażenie, że wszyscy ponosimy solidarny ciężar naprawiania błędów powstałych po stronie instytucji prywatnych. Blyth podkreśla jednak przytomnie, że trudno w tej sytuacji mówić o równym rozłożeniu poziomu wyrzeczeń wśród obywateli i obywatelek państw zachodnich. Polityka oszczędności nie uderza bowiem w taki sam sposób w bogatych i biednych. „Najmniej zarabiający członkowie społeczeństwa tracą więcej niż najzamożniejsi, z tego prostego powodu, że ci drudzy w mniejszym stopniu polegają na usługach zapewnianych przez państwo oraz mają więcej bogactw, więc strata nie jest odczuwa przez nich tak bardzo”.
Prawdę mówiąc, jest jeszcze gorzej. Ciągle bowiem nie dotknęliśmy największego problemu związanego z polityką oszczędności: ona najzwyczajniej w świecie nie działa. Najlepiej widać to na przykładzie Grecji. Gdy okazało się, że greckie państwo jest poważnie zadłużone, jego mieszkańcy bez wątpienia znaleźli się w sytuacji, z której nie dało się wydostać w bezbolesny sposób. Jednak po latach „kuracji” prowadzonej za pomocą polityki zaciskania pasa – jest jeszcze gorzej. Ogromne bezrobocie (szczególnie wśród młodych), zapaść gospodarcza, bieda, nadal niespłacalny dług – to efekty działalności Unii Europejskiej. Janis Warufakis, były minister finansów Grecji, w swojej najnowszej książce „Adults in the Room” pisze, że nawet wielu przedstawicieli instytucji unijnych przyznawało w prywatnych rozmowach, iż austerity to droga donikąd. Zgadzał się z tym także Larry Summers, przez wielu uznawany za uosobienie grzechów neoliberalizmu. To trochę tak, jakby Leszek Balcerowicz przyznał, że niskie podatki się nie sprawdzają…
Blyth uważa, że nieskuteczność austerity widać również na przykładzie państw REBLL (Rumunia, Estonia, Bułgaria, Łotwa, Litwa), czyli krajów, w których, zdaniem przedstawicieli Unii Europejskiej, zaciskanie pasa sprawdziło się. Prawdą jest, że gdy państwa REBLL zastosowały austerity w latach 2008-2009, wróciły na ścieżkę wysokiego wzrostu PKB. Sytuacja przedstawia się jednak znacznie gorzej, gdy spojrzymy na inne dane. Na przykład 4% obywateli Łotwy opuściło kraj w latach 2008-2011. W 2011 roku 91% ankietowanych Łotyszy postrzegało sytuację gospodarczą kraju jako złą. Ponad trzykrotnie wzrosło bezrobocie. Polityka oszczędności nie pomogła też krajom REBLL w zmniejszeniu długu, choć osiągniecie tego celu było podawane jako jeden z głównych powodów zastosowania austerity.
Skoro ten schemat nie działa, to dlaczego jest forsowany przez ludzi mających władzę? Blyth twierdzi, że jednym z powodów jest ich obsesja na punkcie inflacji. Gwałtowna obniżka wartości pieniądza jest oczywiście zjawiskiem negatywnym, mogącym prowadzić do poważnych tarapatów, gdy wymknie się spod kontroli. Jednak zdaniem Blytha jesteśmy za bardzo przewrażliwieni na jej punkcie, co prowadzi do faworyzowania rozwiązań takich jak austerity, zwalczających inflację i prowadzących do deflacji. Skąd jednak bierze się to przewrażliwienie? Częściowo z powód historycznych: Niemcy, po negatywnych doświadczeniach z hiperinflacją na początku lat dwudziestych XX wieku, wciąż traktują politykę antyinflacyjną jako priorytet. Częściowo zaś przyczyną jest to, że inflacja sprzyja raczej biednym (czytaj: ludziom bez wielkiego wpływu na władzę), a szkodzi bogatym (czytaj: ludziom ze sporym wpływem na władzę). Gdy obniża się siła nabywcza pieniądza, tracą na tym pożyczkodawcy, a zyskują dłużnicy. Euro pożyczone przed inflacją jest więcej warte niż euro oddane po inflacji. Jak zaś słusznie zauważa Blyth, „pożyczkodawca to z definicji osoba mająca pieniądze, które może pożyczyć” – innymi słowy, osoba raczej zamożna.
Jednak najważniejszą przyczyną forsowania polityki oszczędności jest wadliwa konstrukcja Unii Europejskiej, a przede wszystkim strefy euro. Blyth, podobnie jak wielu innych ekonomistów (np. Piketty i Stiglitz), zauważa, że kryzys gospodarczy obnażył wszystkie wady wspólnej waluty i zbudowanych wokół niej instytucji. Poważne zmierzenie się z kryzysem wymagałoby więc, po pierwsze, przyznania, że Unia pod tym względem nie działa, po drugie – przeprowadzenia kilku zasadniczych reform. Nikt jednak nie kwapi się, aby ponieść polityczny ciężar takiej decyzji.
Co jest nie tak z Unią Europejską? Przede wszystkim stworzono w jej ramach unię walutową składającą się z jednego kraju ze stabilnymi nadwyżkami w obrotach bieżących (Niemcy) i całej reszty, która nie dotrzymywała mu tempa. Jak zauważa Blyth, po powstaniu strefy euro te różnice nie tylko nie zmalały, ale wręcz się pogłębiły. Nikt bowiem nie podjął się wypracowania sensownego mechanizmu równomiernego rozprowadzania nadwyżek w ramach państw strefy. To problem, który zauważono ostatnio nawet w „The Economist”, czasopiśmie raczej niesłynącym z lewicowych poglądów. „Duża gospodarka, niemająca problemów z bezrobociem, utrzymując nadwyżki w obrotach bieżących powyżej 8% PKB, niepotrzebnie obciąża globalny system handlowy” – czytamy w „Economist” na temat Niemiec. – „Aby zrównoważyć sytuację i utrzymać łączny popyt na poziomie zapewniającym ludziom pracę, reszta świata musi pożyczać i wydawać na tym samym poziomie. W niektórych krajach, szczególnie Włoszech, Grecji i Hiszpanii, stałe deficyty doprowadziły w końcu do kryzysu”.
Sytuację pogorszyło jeszcze to, że po wejściu do strefy euro spadło oprocentowanie obligacji państw takich jak Grecja czy Włochy. Mówiąc inaczej, uznano, że pożyczanie pieniędzy krajom Południa jest niemal tak samo bezpieczne, jak pożyczanie Niemcom. Skoro oprocentowanie ich długu jest na podobnym poziomie co Niemiec, a wszyscy należą do jednej unii walutowej, to przecież nie ma żadnego ryzyka, że Grecy czy Włosi nie spłacą pożyczek, prawda? Oczywiście mało kto wierzył w to, że kraje Południa są rzeczywiście tak mocne gospodarczo jak Niemcy, ale francuskie i niemieckie banki robiły świetny interes na udzielanych im kredytach, więc mało kto zadawał niewygodne pytania. Aż przyszedł kryzys. I okazało się, że banki najbogatszych krajów strefy euro mają mnóstwo niespłacalnych długów krajów najbiedniejszych. To zaś stanowiło ogromny problem nie tylko dla Niemców i Francuzów, których banki były w opałach, ale dla całej Unii, bo zapaść gospodarcza w tych państwach oznaczała zapaść w całej Europie.
Trzeba więc było rozpocząć „akcję ratunkową” wobec Greków i im podobnych „rozrzutników”, czytaj: trzeba było ratować francuskie i niemieckie banki. Zazwyczaj w takich sytuacjach najlepiej sprawdza się bank centralny, ale jego odpowiednik dla strefy euro nadaje się tak naprawdę do jednej rzeczy – walki z inflacją. Rozwiązania, które zalecało wielu ekonomistów, jak uwspólnotowienie długów w ramach wszystkich krajów mających walutę euro, umorzenie części z nich lub pobudzanie popytu przez Europejski Bank Centralny – nie wchodziły w grę. Nagle okazało się, że w ramach strefy euro istnieją banki mogące działać na skalę ogólnoświatową, nie ma natomiast instytucji gospodarczych zdolnych rozwiązywać ogólnoeuropejskie problemy. Jedynym rozwiązaniem było austerity.
Opowieść, którą proponuje Blyth, zawiera z konieczności wiele uproszczeń – nie da się w kilku akapitach uwzględnić wszystkich przyczyn kryzysu finansowego Unii Europejskiej. Ma ona jednak podstawową zaletę. Pokazuje, że problem jest systemowy i nie można go sprowadzić do haseł o tym, iż „państwa nie powinny się nadmiernie zadłużać”, a „długi należy spłacać”. Polityka oszczędności jest próbą taniego ominięcia tego problemu. „Taniego” rzecz jasna dla decydentów, bo z pewnością nie dla młodych Greków czy Hiszpanów zmagających się z bezrobociem i gospodarką bez perspektyw. Blyth przestrzega jednak, że istnieje ograniczona liczba rund, w których można zastosować trik z austerity. Ludzie w końcu powiedzą: „dość!”. Sprzeciw może przybrać dwie formy. W wersji optymistycznej doprowadzi do umocnienia ruchów postępowo-lewicowych, które zreformują Unię Europejską. W wersji pesymistycznej – przyczyni się do nasilenia nastrojów nacjonalistycznych, których konsekwencją będzie rozbicie wspólnoty europejskiej. Ideologia austerity w wielu krajach już wyrządziła poważne szkody. Jest zatem wielce prawdopodobne, że jedyne, co pozostało ludziom mającym wpływ na przyszłość Europy, to zdecydować, którą z tych możliwości wolą. Nawet jeśli oni sami łudzą się, że wszystko może pozostać po staremu.
Mark Blyth, Austerity. The History of a Dangerous Idea, Oxford University Press, 2015.
przez Jarosław Tomasiewicz | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
Po rozwiązaniu Milicji Ludowej i innych socjalistycznych formacji paramilitarnych PPS musiała odbudowywać swą milicję od podstaw1. O ile zbrojna działalność socjalistów w okresie odzyskiwania niepodległości i walki o granice jest zrozumiała, o tyle funkcjonowanie bojówki partyjnej w demokratycznej Rzeczypospolitej budzi dziś wątpliwości. Warto zatem przywołać socjopolityczny kontekst tego zjawiska. Do stosowania przemocy szczególnie skłonni byli ludzie zdesperowani, walczący o materialne warunki egzystencji, dlatego konflikty społeczne (strajki, demonstracje) miały nieraz gwałtowny przebieg. Typowym przykładem mogą być wydarzenia podczas pochodu robotniczego z Rakowa do Częstochowy w listopadzie 1923 r., gdy doszło do „starcia z policją, która operowała bagnetami, a […] robotnicy użyli do walki cegieł […], żelaznych szuflad i drągów”. Starcia policji z bezrobotnymi 9 lutego 1926 r. w Kaliszu trwały dziesięć godzin.
Nic dziwnego, że przemoc przenosiła się na stosunki polityczne. Wszystkie partie miały swoje bojówki, brutalnie zwalczające przeciwników. Socjalista Stefan Brzozowski, jadąc w teren agitować przed wyborami 1922 r., musiał zaopatrzyć się w rewolwer bębenkowy typu nagan, gdyż endecy pobili mówców PSL „Wyzwolenie” na wiecu przedwyborczym w pobliskim Jeżowie. Eugeniusz Ajnenkiel, opisując rozłam w łódzkich związkach zawodowych, wspomina o „związku brukarzy, […] posiadającym zdecydowanych do bitki i noża adherentów”. Bójki wybuchały na zebraniach, np. na posiedzeniu Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS 12 września 1928 r. „podczas repliki Jaworowskiego wywiązała się między nim a Żuławskim bójka, w rezultacie której poprzewracano stół i krzesła”. Gwałtowny przebieg miały kampanie wyborcze – Ludwik Hass opisuje na przykładzie Warszawy, że „często dochodziło do awantur i bójek pomiędzy […] agitatorami”. Przemocą posługiwali się nie tylko szeregowi aktywiści. W Radzie Miejskiej Łodzi zdarzały się „bójki na pięści i krzesła”. Przemoc wdzierała się nawet do najwyższych instancji państwa. Wincenty Witos opisywał sceny w Sejmie, jak po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza „socjaliści […] uzbrojeni w sękate laski, z posłem Wojtkiem Malinowskim na czele, wpadli do klubu Związku Ludowo-Narodowego celem dokonania doraźnego wymiaru kary. […] Po dłuższym czasie i trudzie zdołano walczących zapaśników rozdzielić”.
W takich warunkach posiadanie bojówki było wręcz koniecznością. Tomasz Arciszewski, zeznając podczas procesu brzeskiego, oznajmił: „Już […] w 1919 r. rozpoczęły się ataki na PPS ze strony komunistów i wobec tego należało stworzyć straż porządkową dla ochrony partii”. PPS działała niejako dwutorowo. Jak wspomina Aleksy Bień, z jednej strony tworzono milicję przy komitetach dzielnicowych partii, z drugiej szkolono kadry „pod firmą” Związku Strzeleckiego. Istotnym zapleczem kadrowym były też robotnicze organizacje sportowe. Tadeusz Jabłoński wspominał: „Pużak był […] inspiratorem organizowania siły fizycznej w partii dla jej obrony na bazie robotniczego ruchu sportowego i ruchu młodzieżowego. […] robotnicze kluby sportowe mają być traktowane jako przysposobienie wojskowe, na wzór Schutzbundu wiedeńskiego”. Pierwszy z nich – RKS „Skra” – powstał już w grudniu 1921 r.; w jego ramach funkcjonowały m.in. sekcje strzelecka, zapaśnicza i bokserska.
Osmoza między PPS a Związkiem Strzeleckim była na tyle głęboka, że socjalistyczna „Gazeta Robotnicza” mogła głosić: „Strzelec powstał i wyrósł dzięki PPS”. Potwierdzali to przeciwnicy – endecka „Gazeta Polska” pisała, że „Strzelec” rekrutuje członków z „mętów społecznych”, jest „przesiąknięty żywiołami socjalistycznymi”, służy „sprawie rewolucji społecznej”. Działaczem ZS od 1912 r. był Józef Łokietek, komendant warszawskiej milicji PPS, pełniący funkcję „komendanta placu” w „Strzelcu”. Dzięki temu bojówka socjalistów szkoliła się w lokalach i na poligonach Związku Strzeleckiego, wykorzystując jego mundury i sprzęt. „Powiązania obydwu grup na tym […] terenie były takie, że sam diabeł nie zgadłby, gdzie kończy się milicja PPS, a zaczyna »Strzelec«” – napisał Jerzy Rawicz. Również w Zagłębiu Dąbrowskim Zarząd Okręgowy „Strzelca” tworzyli socjaliści: przewodniczącym był Aleksy Bień, a komendantem kpt. rez. inż. Cezary Uthke.
Do rozbratu doszło po przewrocie majowym. Wobec tworzenia na bazie „Strzelca” Związku Naprawy Rzeczypospolitej – konkurencyjnej partii politycznej – Sekretariat Generalny CKW PPS wydał 12 czerwca 1926 r. okólnik zalecający, by „sparaliżować w zarodku ZNR i uchronić Strzelca przed partyjnictwem”. W oddziałach zdominowanych przez socjalistów należało nie dopuszczać do podporządkowania ZNR, z pozostałych protestacyjnie występować. Członkostwo w ZS było dopuszczane tylko równolegle z przynależnością do milicji partyjnej („Będąc w Strzelcu pobierają niezbędną wiedzę wojskową, by zastosować ją do milicji PPS”) przy pierwszeństwie rozkazów milicji; zarazem nakazywano przyśpieszyć formowanie milicji PPS. Mimo to stosunki ze Związkiem Strzeleckim pozostawały początkowo poprawne, policja donosiła, że „pomiędzy ludźmi obydwu tych organizacji nie było poważniejszych zajść”. W styczniu 1928 r. z inicjatywy Medarda Downarowicza doszło do zawarcia paktu o nieagresji między milicją a „Strzelcem” na czas wyborów, czy nawet porozumienia skierowanego przeciw komunistom i prawicy. Jeszcze jesienią 1928 r. terenowe organizacje PPS (np. w Gostyninie) angażowały się w tworzenie struktur ZS.
Równolegle (czy też przenikając się ze „Strzelcem”) istniała właściwa milicja partyjna. Początkowo miała ona charakter doraźnych straży porządkowych o płynnym członkostwie i zdecentralizowanej strukturze. Milicję formowano przed ważnymi wydarzeniami z pewnych, odważnych i silnych fizycznie towarzyszy. Na przykład przed demonstracją pierwszomajową 1922 r. warszawska konferencja międzydzielnicowa PPS uchwaliła, że każdy komitet dzielnicowy ma przysłać do dyspozycji Okręgowego Komitetu Robotniczego 10 milicjantów pod dowództwem komendanta; następnego dnia na podwórzu OKR odbyła się próbna musztra milicji. Niezależnie od bojówki partyjnej dowodzonej przez J. Łokietka, swoje służby porządkowe (Milicję Robotniczą) tworzyły też poszczególne związki zawodowe, np. związek metalowców (komendant Rączka). Warszawscy milicjanci wyróżniali się czerwonymi opaskami z napisem „PPS” i numerem legitymacji partyjnej, które potem miały być zastąpione „żetonami”. Milicja uzbrojona była w rewolwery (ok. 350 – częściowo prywatne, częściowo wypożyczane milicjantom przez partię), dysponowała samochodami ciężarowymi (prawdopodobnie wypożyczanymi przez Wydział Zaopatrywania m. Warszawy).
Instytucjonalizacja milicji stopniowo postępowała. Źródła policyjne donosiły, że decyzja o powołaniu „defensywy” zapadła na zebraniu warszawskiej PPS 29 kwietnia 1922 r. Jerzy Czeszejko-Sochacki uważa, że decydującym impulsem powołania „milicji porządkowej” pod komendą Łokietka były rozruchy towarzyszące wyborowi Narutowicza. Według Kazimierza Pużaka, milicja PPS jako „stała instytucja partyjna” działała od 1925 r. Prawdopodobnie wtedy podjęto uchwałę – nieegzekwowaną wszakże – że do milicji należeć powinien każdy członek partii w wieku 21-30 lat. Wsparcie socjalistycznych magistratów Sosnowca i Dąbrowy Górniczej pozwoliło na rozbudowę milicji PPS w Zagłębiu Dąbrowskim. Dowodzona przez Tadeusza Dobrowolskiego, Stanisława Bergera i Edwarda Zycha, została zorganizowana w plutony i kompanie, jednolicie umundurowana i przeszkolona. W Warszawie liczbę milicjantów oceniano w 1926 r. na ok. 100, ale w zbiórce warszawskiej milicji 21 października 1928 r. brało jednak udział aż 600 milicjantów. Porównanie z liczbą członków partii świadczy, że bojówka nie miała charakteru masowego, lecz raczej zamknięty: w Śródmieściu na 280 członków PPS do milicji należało zaledwie 10-15. Wynikało to nie tyle z planowej kadrowości milicji, co z postępującej już jej gangsteryzacji.
Problemów nastręczało utrzymanie dyscypliny w milicji. Bojówka praktycznie usamodzielniła się, nie tylko działając samowolnie, ale realizując też nieraz odmienną od oficjalnej linię polityczną. Kierownictwo PPS skarżyło się, że „bojówka występuje zawsze zbyt agresywnie”, że „bojowcy, rozzuchwaleni bezkarnością, wywołują bójki przy lada sposobności”. Wynikało to również z przyczyn pozapolitycznych, takich jak nadużywania alkoholu przez milicjantów. „Do nieodłącznych utensyliów »pracy« bojówki obok browninga, kastetu i laski należała butelka »monopolki«” – pisze Rawicz. Potwierdzały to źródła policyjne, donoszące np. o nielegalnym wyszynku napojów alkoholowych i nocnych libacjach w Warszawskim OKR. Narastanie powiązań bojówki ze światem przestępczym prowadziło do krwawych porachunków między milicjantami. 11 października 1926 r. Matys Lubelski, przewodniczący żydowskiej sekcji Związku Zawodowego Tragarzy i zarazem sutener zamieszany w handel żywym towarem, został zastrzelony przez Stanisława Makowieckiego; obaj byli członkami dzielnicy powązkowskiej PPS i partyjnej milicji. Dwa lata później w odwecie za zabójstwo Lubelskiego grupa Franciszka Sieczki zabiła Lucjana Groszyńskiego. Kontekstem kryminalnym tłumaczyć należy też strzelaninę między jednym z dowódców bojówki radnym Marcelim Piłackim a wywiadowcami policyjnymi Szeinmannem i Frankfurckim 9 października 1926 r. w restauracji przy ul. Leszno 40.
Milicja pełniła różnorakie funkcje. Jej zasadniczym (a w każdym razie oficjalnym) zadaniem była ochrona organizowanych przez partię zebrań, wieców, demonstracji i innych imprez. „Każdym pochodem PPS […] kierowała pod względem technicznym zawsze milicja” – pisał „Robotnik” podkreślając też „rolę milicji przy utrzymaniu porządku na sali” zebrań. Socjalista Przybyszewski uzasadniał to, mówiąc: „Proletariat polski, urządzając demonstracje majowe za czasów carskich, doszedł do wniosku, iż tylko siła zbrojna jest w stanie uchronić pochód od rozbicia – dlatego też robotnicy powinni zorganizować silną milicję dla własnej ochrony”. Dziennik „Robotnik” tak opisywał ochronę pierwszomajowej demonstracji w 1927 r.: „Otwierają pochód dwa samochody ciężarowe, wypełnione milicją robotniczą […] za autami dąży oddział milicji […] na tyle naszego pochodu znajdują się silne oddziały milicji pepesowskiej, za nim cztery auta w poprzek ulicy, potem dwa szeregi milicji”; szpaler milicjantów chronił też boki pochodu. Przemoc uważana była za skuteczną metodę działania. „Dano im [napastnikom] taki »wycisk« (w kinie »Oświatowe«), że potem nie odważyli się na dalsze […] zaczepki” – chwalił się Eugeniusz Ajnenkiel.
Rola milicji nie ograniczała się do obrony imprez przed ewentualnymi atakami – milicjanci używani byli także do kierowania i kontroli manifestacji, np. inicjując okrzyki i pieśni czy tłumiąc niepożądane wystąpienia (Aleksy Bień wspominał o pobiciu prowokatora, który wzniósł okrzyk „Precz z kościołem i religią!”). Bojówka używana była nie tylko w trakcie imprez stricte politycznych, ale również podczas pogrzebów działaczy partyjnych (jak np. Feliksa Perla w kwietniu 1927 r., gdy rozpędziła chasydów na żydowskim cmentarzu) czy imprez rozrywkowych („Musieliśmy mieć dobrą straż porządkową” na zabawach tanecznych, przyznawał Lucjan Motyka). Milicjanci wykorzystywani byli też – zwłaszcza w okresach napięć politycznych – jako ochrona lokali partyjnych czy ochrona osobista przywódców partii. Józef Mieszkowski wspominał: „W [lokalu PPS na] Alejach [Jerozolimskich 6] mieliśmy porządki, przypominające raczej komendę jednostki wojskowej lub komisariat policji państwowej, niźli lokal partyjny. […] Na ławkach siedziały przeważnie groźne typy straży porządkowej z dzielnic Wola, Ochota lub Powiśle z potężnymi lagami w rękach”.
Oprócz zadań defensywnych milicja prowadziła też działania ofensywne. Polegały one, najogólniej rzecz ujmując, na uniemożliwieniu działalności przeciwnikowi. W praktyce oznaczało to przede wszystkim rozbijanie imprez wrogich organizacji. Członek PPS Jan Packan opisywał rozbicie zamkniętego zebrania endeków w sali Powiatowej Kasy Chorych na krakowskich Plantach: „nasza szturmówka pośrodku ze mną dotarła do trybuny. […] poseł endecki Stanisław Rymar […] wygrażał się, że wyrzuci nas przez policję […]. Nasi towarzysze kolejarze w dosadny sposób Rymara, już bez okularów na nosie, wynieśli z sali, którą endecy […] pospiesznie zaczęli opuszczać”. W okresie przedwyborczym zarządzano ostre pogotowie bojówki w lokalach dzielnicowych: „Zadaniem milicji będzie patrolowanie przez całą noc ulic Warszawy, zdzieranie plakatów list przeciwnych oraz ochrona plakatów własnych”. Bojówkarze atakowali też pojedynczych aktywistów i sympatyków innych ugrupowań. Sprawozdanie polityczne warszawskiej organizacji KPP uskarżało się latem 1928 r.: „Dla dzielnic takich jak Wola i Ochota bojówki pepesowskie są plagą. Ciągłe napady na towarzyszy sprawiają, że żyją oni pod stałą groźbą mordu pepesowskiego”. Przeciwnicy byli atakowani na ulicach, w oberżach, nawet w prywatnych mieszkaniach. Niekiedy przyjmowało to postać masowych nalotów i regularnych pacyfikacji całych osiedli (np. na Ochocie czy Pelcowiźnie). Oto opis jednego z takich wydarzeń: „pod tunelem kolejowym na Budach znalazły się 4 auta ciężarowe, z których wysiadło kilkunastu bojówkarzy. Spotkanych robotników wyłapali, bili, strzelali do nich. […] Ofiarą tej masakry padło 16 robotników”.
Niektóre akcje milicji nie mieszczą się w żadnej z powyższych grup. Bojówka pełniła również rolę prestiżowo-reprezentacyjną, urządzając przemarsze zwartych oddziałów ulicami miasta czy oddając salwy z rewolwerów na pogrzebach towarzyszy (np. „ugodzonego zdradziecką kulą” Wysockiego vel Pyzaka na cmentarzu wolskim 17 czerwca 1922 r.). W proletariackich dzielnicach Warszawy milicja była siłą pozwalającą egzekwować wyroki tzw. sądów robotniczych, tworzonych samorzutnie od 1918 r. Według Konstancji Jaworowskiej: „do Łukasza [Siemiątkowskiego] często różni ludzie – robotnicy, członkowie dzielnicy i sympatycy – przychodzili, żeby ich godził, na skargę, i też obcy, którzy uważali się za pokrzywdzonych. […] Możliwe, że ktoś za to go wynagrodził, nie wiem”. Na Powązkach tę „ideową dintojrę” sprawował Łukasz Siemiątkowski (ps. „Tata Tasiemka”), na Pradze – działacze PPS Łagowski, Wierzbicki, Lewacz, w Jerozolimie – Kowalski, Żychowski, Masarowicz.
Bojówka mogła zapewniać też partii zaopatrzenie, np. dokonując przed zamachem majowym w 1926 r. kradzieży broni i amunicji z magazynów 21. i 30. pułku piechoty w warszawskiej Cytadeli. Komunista Czeszejko-Sochacki twierdzi nawet, że grupy bojowe PPS przeprowadzały ekspropriacje na cele partyjne już w Polsce niepodległej, dokonując napadów na banki i sklepy. Czynić miały to na początku lat 20. trzy bojówki pozostające w kontakcie z M. Malinowskim: lubelska (Leon Prybe i Czesław Gruszka), radomska (Jan Żurawski) i warszawska (Jan Trzciński ps. „Długi”). Ich dziełem miały być napady rabunkowe m.in. w Brześciu, Włodzimierzu Wołyńskim, Łucku, Zamościu i Dęblinie. W marcu 1923 r. grupa lubelska została rozbita przez policję, jej przywódców skazano na karę śmierci. Niedługo po tym Żurawski zginął w starciu z policją, zaś aresztowany Trzciński umarł w więzieniu.
Milicja prowadziła walkę niejako na dwóch frontach: z jednej strony przeciwko prawicy i kontrolowanemu przez nią aparatowi państwa, z drugiej – przeciw skrajnie lewicowej konkurencji. Z kolei do spektakularnej konfrontacji z prawicą doszło w 1922 roku. 11 grudnia prawicowi demonstranci zablokowali w bramie apteki Klawego przy pl. Trzech Krzyży posłów PPS Ignacego Daszyńskiego, Rajmunda Jaworowskiego i Bolesława Limanowskiego, chcąc uniemożliwić przysięgę prezydencką G. Narutowicza. Działaczka partii Apolonia Rybakowa zmobilizowała w lokalu na Al. Jerozolimskich 300-400 robotników, w tym 15 uzbrojonych milicjantów. „Wkroczyliśmy na pl. Trzech Krzyży i klinem wbiliśmy się w tłum” – wspominał uczestnik zajść. Doszło do starcia z endecką młodzieżą, a następnie do wymiany strzałów, w wyniku czego śmiertelnie ranny został niosący sztandar PPS robotnik Jan Kałuszewski. Kolejne starcie miało miejsce na Nowym Świecie. Gdy pięć dni później prawicowy zamachowiec zabił prezydenta, grupa piłsudczyków z Adamem Kocem przygotowała projekt „akcji karnej”, którą przeprowadzić miała milicja PPS. Jak napisał Andrzej Garlicki: „Pod tym enigmatycznym określeniem krył się projekt fizycznej likwidacji wybranych działaczy obozu narodowego”. Mimo gotowości J. Łokietka do udziału w tej akcji, została ona powstrzymana przez Ignacego Daszyńskiego.
Starcia z prawicą trwały i wcześniej, i później, także poza Warszawą, choć na ogół miały charakter niezorganizowany. Do starć między milicją PPS a bojówkami prawicy doszło w Bogucicach podczas marszu robotników Zagłębia Krakowskiego do Katowic z okazji przyłączenia Górnego Śląska do Polski. Latem 1922 r. socjaliści pobili posłów Związku Ludowo-Narodowego (m.in. Stanisława Rymara), dwa tygodnie później rozbili wiec endecji w kinie „Uciecha”. Według „Gazety Polskiej” odpowiedzialna była 100-osobowa bojówka o nazwie „Piłsudski” z Bednarczykiem i Packanem na czele. Organizator napadu twierdził, że dokonała tego skrzyknięta naprędce grupa kolejarzy. Zimą 1923 r. w Łomży młodzi socjaliści starli się na rogu ul. Dwornej i Giełczyńskiej z endekami rozlepiającymi klepsydry Eligiusza Niewiadomskiego.
Konflikty milicji robotniczej z policją miały charakter chroniczny, dochodziło do nich w czasie wielu manifestacji i strajków. Największy zasięg miały podczas strajku kolejarzy w Krakowie 6 listopada 1923 r. Strajkujący robotnicy przerwali wówczas kordon policji na ul. Dunajewskiego, na co policja odpowiedziała ogniem. Wśród okrzyków „Niech żyje Piłsudski!” rozbrojone zostały dwie kompanie 16. pułku piechoty. Szarża 8. pułku ułanów załamała się ostrzelana przez robotników, konie ślizgały się na bruku polanym wodą. Buntownicy zdobyli samochód pancerny. Jak wspominał Packan: „Walka przeniosła się na całe miasto, robotnicy likwidowali policję, aż w końcu patrole robotnicze przejęły całą władzę w mieście”. Wskutek walk zginęło 3 oficerów, 11 szeregowców, 18 cywili; rannych zostało 31 policjantów, 101 wojskowych, kilkudziesięciu cywilów. Trudno ocenić, na ile wydarzenia te miały charakter żywiołowy, na ile zaś grupy uzbrojonych robotników działały w sposób zorganizowany i zdyscyplinowany; z relacji wynika, że straż porządkowa PPS nie panowała nad tłumem, a potem podstępem odebrała broń robotnikom. Dostrzec jednak można w wydarzeniach krakowskich trop piłsudczykowskiej konspiracji. Według Wincentego Witosa, działacz PPS Mieczysław Mastek „Twierdził […], że na dzień 6 listopada 1923 r. nasłano do Krakowa, bez ich woli i wiedzy, bardzo wielu ludzi zupełnie nieznanych, uzbrojonych i poinstruowanych. Pomiędzy nimi znajdował się także […] Kostek Biernacki. […] Mastek twierdził z całą stanowczością, że zamiarem Kostka Biernackiego było objęcie rządów w Krakowie i urządzenie stamtąd marszu na Warszawę”.
Kulminacją konfrontacji z rządzącą prawicą był przewrót majowy, w którym czynny udział wzięła PPS, a zwłaszcza jej „radykalne”, tj. piłsudczykowskie skrzydło. Już jesienią 1925 r. M. Malinowski poinformował Adama Pragiera o „pracy, jaką grupa towarzyszy z PPS oraz dawnych peowiaków podjęła dla przeciwstawienia się zamachowi przygotowywanemu przez prawicę”. O udziale piłsudczykowskich działaczy PPS w sprzysiężeniu świadczy zebranie w przeddzień marszu na Warszawę, na którym Bronisław Pieracki udzielił im instrukcji, a potem spotkanie Jędrzeja Moraczewskiego i Adama Kuryłowicza z Piłsudskim 12 maja ok. godz. 23.00. Wspierający przewrót kolejarze rozpoczęli strajk, aby uniemożliwić transport wojsk rządowych. 12 maja popołudniu Jaworowski ogłosił mobilizację członków warszawskiej organizacji PPS, a następnego dnia CKW partii oznajmił swe bezwarunkowe poparcie dla zamachu.
Poparcie ze strony socjalistów nie miało wymiaru wyłącznie politycznego, ale też militarny. Opinie historyków co do udziału batalionów robotniczych w zamachu są rozbieżne. Garlicki stwierdza, że „batalion robotniczy dzielnicy Wola” formowany w Domu Związków Zawodowych na ul. Leszno liczył zaledwie 150 nieuzbrojonych ludzi i nie uczestniczył w walkach, ograniczając się do usuwania komunistów ze swego rejonu. Z kolei Rawicz przytacza relacje świadczące o rozdawaniu przez Siemiątkowskiego i Piłackiego milicjantom broni ukrytej w mieszkaniach posłanki Zofii Praussowej i adwokata Polaka, jak również o likwidowaniu gniazd dywersji przez patrole milicji i o jej walkach na Polu Mokotowskim. Te relacje nie muszą być sprzeczne: być może „stała” bojówka walczyła, a ochotnicy stali w odwodzie. Herman Lieberman, socjalista skądinąd krytyczny wobec Piłsudskiego, przyznawał, że „istotnie proletariat warszawski z entuzjazmem przyłączył się do walk żołnierzy Piłsudskiego. Coraz to inne oddziały widywałem na ulicach uzbrojone w karabiny: sami proletariusze”.
Poparcie socjalistów dla przewrotu nie ograniczało się do stolicy. Łódzka organizacja PPS otrzymała od Pużaka polecenie: „Dogadać się z wojskiem […] Wejść w kontakt z kolejarzami. […] W razie potrzeby ogłosić strajk”. Eugeniusz Ajnenkiel wraz z bojowcami Antonim Purtalem, Franciszkiem Helińskim, Wiktorem Krawczykiem i Józefem Endrychem przystąpił do organizowania milicji składającej się z oddziału lotnego w sile 25 ludzi (stale dyżurującego w siedzibie OKR), siatki łączności (łącznicy z dzielnic) oraz ochrony lokali dzielnicowych tworzonej przez komendantów „milicji majowej” (grupy po 30 milicjantów). Milicja PPS wraz z członkami Związku Strzeleckiego pomaszerowała pod koszary 28. Pułku Strzelców Kaniowskich, który w rezultacie przeszedł na stronę Piłsudskiego. Na prośbę gen. Stanisława Małachowskiego, który poparł przewrót, PPS ogłosiła mobilizację swych członków formując dwie kompanie liczące po 150 ludzi, które zostały umundurowane i przećwiczone w koszarach. W ramach działań bojowych milicjanci wysadzili tory kolejowe na linii Strzałków – Kutno – Łowicz, unieruchamiając w ten sposób pociąg pancerny z Poznania. Jednak – podobnie jak Warszawie – już 17 maja gen. Małachowski nakazał rozwiązanie kompanii ochotniczych.
Podobnie wyglądała sytuacja w innych ośrodkach. Na przykład w Łomży OKR PPS wezwał członków do zgłoszenia się do koszar 33. pułku piechoty, gdzie zostali umundurowani i przeszkoleni. W Krakowie socjaliści powołali doraźną milicję robotniczą pod komendą Ryszarda Kunickiego, to samo nastąpiło w Bielsku.
Konflikt PPS z komunistami miał przyczyny zarówno ideologiczne (stosunek najpierw do niepodległości państwa polskiego, potem do jego granic i ustroju), jak i taktyczne (rywalizacja o tę samą bazę społeczną). Kwestie taktyczne zaostrzyły się po proklamowaniu przez Komintern „jednolitego frontu robotniczego od dołu”, który sprowadzał się do próby przechwytywania zwolenników socjaldemokracji przez partie komunistyczne. Gdy Komunistyczna Partia Robotnicza Polski wystąpiła w kwietniu 1922 r. z propozycją wspólnych demonstracji pierwszomajowych, reakcja PPS była negatywna: milicja miała nie dopuścić do włączanie się komunistów w pochód, a nawet niszczyć ich sztandary. KPRP oceniła, że „bojówka odegrać miała rolę pomocniczego ramienia zbrojnego burżuazji”.
W miarę upływu czasu konflikt się zaostrzał. W styczniu 1924 r. bojówka PPS pobiła komunistę Piotra Szelenbauma z fabryki Lilpopa, w lipcu tego roku ponownie zaatakowano członków KPRP w tym zakładzie, 3 sierpnia milicja zaatakowała wiec komunistyczny w Teatrze Powszechnym, w wyniku czego zastrzelony został przez Andrzeja (Jędrzeja) Kowalskiego działacz kompartii Wiktor Biały. 6 września 1925 r. bojówka PPS dzielnicy Wola zamordowała komunistów Jana Łukasika i Henryka Przechorowskiego. 8 listopada tego roku doszło do starć podczas Kongresu Robotniczo-Chłopskiego zorganizowanego przez PPS w cyrku przy ul. Ordynackiej; straż porządkowa pobiła grupę działaczy komunizującej Niezależnej Partii Chłopskiej (B. de Nisau, Stanisława Ballina, Alfreda Fiderkiewicza, Feliksa Hołowacza, Adolfa Bona). 21 listopada Ballin został pobity w powiecie krasnostawskim.
Jeszcze bardziej krwawy był następny rok. Do prawdziwej masakry doszło 1 maja 1926 r. Według relacji komunisty: „Gdy razem z grupą towarzyszy znalazłem się na przeciwko Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, zobaczyłem, że auto ciężarowe z bojówkarzami, jadące na tyłach pochodu pepesowskiego, raptem się zatrzymało. Po chwili rozległa się salwa rewolwerowa, za nią druga, trzecia. To bojowcy PPS prażyli wprost w tłum, na oślep. […] nadjechały z boku auta z bojowcami PPS. Na wprost ministerstwa kolei rozległa się druga salwa. Pada śmiertelnie ranny robotnik komunista, Jan Gawlik. […] Trzecią i ostatnią salwę dali bojowcy PPS na placu Trzech Krzyży. Kule pepesowskie kładą tutaj trupem robotnika Gustawa Wudla, wielu innych ranią”. Maciej Rataj opisywał wydarzenia następująco: „Pochód PPS odbywał się według wszelkich reguł strategii. Oddziały bojowe uzbrojone, częściowo umieszczone na autach ciężarowych. Doszło dwukrotnie do starcia – na Krakowskim Przedmieściu i koło kościoła Aleksandra. Strzały – w wyniku 5 osób zabitych, 11 ciężej i lżej rannych. Policja pilnowała reguł boju, nie zachowując zresztą obiektywizmu: w momentach niebezpieczeństwa wkraczała, oddzielając PPS od napierających komunistów”. Natomiast Warszawski OKR wydał oświadczenie, w którym stwierdzał: „Wzięliśmy na siebie utrzymanie porządku i zażądaliśmy wycofania policji. Milicja PPS z zimną krwią porządek utrzymała”.
13 maja 1926 r. bojówka PPS (radny Kowalewski, Macanek, Jeger) zaatakowała wiec KPP na rogu Wolskiej i Okopowej. 27 czerwca doszło do krwawych starć między socjalistami i komunistami w czasie demonstracji PPS na ul. Piotrkowskiej w Łodzi (kilkunastu rannych). 5 września 1926 r. milicjanci (m.in. Jan Łaniewski, Jendryszek i Siemiątkowski) pomogli policji rozbić demonstrację Związku Młodzieży Komunistycznej, w wyniku czego zmarł Grünbaum. 26 września 1926 r. bojówkarze (Piłacki, Łokietek, Siemiątkowski, Preis, Dewódzki i inni) napadli na odczyt komunizującej PPS-Lewicy w teatrze Kamińskiego przy ul. Oboźnej. Podobnie wyglądała sytuacja w innych miastach, np. w Krakowie milicja PPS pobiła 14 maja grupę komunistów.
Apogeum konfliktu między dwiema marksistowskimi partiami miało miejsce w 1928 r. Już w lutym warszawska bojówka rozbiła wiec PPS-Lewicy w Poznaniu, pobity został lewicowiec Szwarc. W marcu podczas pogrzebu ofiar katastrofy budowlanej pobici zostali komunistyczni posłowie Jakub Gawron i Henryk Bitner. 1 maja Warszawą ponownie wstrząsnęły krwawe zajścia. Na pl. Teatralnym odbywały się równocześnie dwa wiece: komunistyczny i socjalistyczny. Według sprawozdania Komisariatu Rządu, w czasie przemowy komunistycznego posła Adolfa Warskiego „jeden z członków milicji uderzył laską Warskiego, który w odpowiedzi na to sięgnął po rewolwer i strzelił do bijącego go. Strzał ten był hasłem do ogólnej bójki. Posypały się strzały z obydwu stron i zawrzała walka na pięści, laski i noże”. „Gazeta Warszawska” z 2 maja 1928 r. tak opisywała dalszy przebieg wydarzeń: „od strony ul. Wierzbowej nadciągnął nowy duży pochód komunistów, prąc na środek placu ku grupom PPS. […] Z kontratakiem wystąpiła bojówka PPS, ulokowana na samochodzie ciężarowym, ochraniającym grupę PPS, na lewo od frontu Teatru Wielkiego od strony ul. Trębackiej. Stojący na samochodzie »milicjanci« wydobyli rewolwery i zaczęli strzelać salwami, większość w górę, wielu jednak strzelało w tłum”. „Naje Fołkscajtung” dodawała: „Padają salwy podług komendy. Całe grupy milicjantów pepesowskich, w gotowości bojowej, przyklękają i raz po raz strzelają”. Ofiarą miało paść 8 zabitych i 600 rannych. Bojówki PPS starły się też tego dnia z komunistami w Zagłębiu Dąbrowskim, Lwowie i Borysławiu.
Po tych wydarzeniach konferencja międzydzielnicowa warszawskiej organizacji PPS postanowiła „rozpocząć likwidację komunizmu w Warszawie”. Łokietek otrzymał owację, wręczono mu kwiaty. Jaworowski miał się wypowiedzieć, że „za jedyną skuteczną broń w walce ze wzrastającym komunizmem uważa siłę fizyczną”. Za słowami poszły czyny. Już 2 maja siedmioosobowa bojówka PPS z Woli z A. Kowalskim na czele napadła na delegata fabryki Lilpopa Rucińskiego. 2 czerwca miał miejsce najazd na Budy (35 milicjantów, m.in. A. Kowalski, jego brat Tomasz, Aleksander Krajewski, Jeger, Rogowiecki, Bednarek). Przygotowywany miał być też zamach na komunistycznego posła Konstantego Sypułę, co ujawnił sekcyjny milicji Piotr Jagodziński.
Zaostrzenie konfrontacji z komunistami mogło być spowodowane narastającym konfliktem wewnątrz PPS, w której prorządowe stanowisko WOKR rodziło coraz większy opór. W tej sytuacji piłsudczykowska frakcja Jaworowskiego mogła chcieć uwikłać partię w ofensywę antykomunistyczną. Skutek był jednak odwrotny. Agresywność bojówki spotkała się z niechęcią większości członków PPS. W rezultacie milicjanci zaczęli zwracać się przeciw własnym towarzyszom. Komisariat Rządu donosił, że WOKR usiłuje „nawet uciekając się do konieczności użycia siły fizycznej nie […] dopuścić do odbycia się walnych zebrań poza plecami OKR-u”, a bojówka terroryzuje na zebraniach opozycyjnych członków PPS. 4 lipca omal nie doszło do bójki w lokalu Związku Zawodowego Kolejarzy podczas przemówienia Zygmunta Żuławskiego, który krytykował Jaworowskiego. 20 sierpnia 1928 r. milicja nie wpuściła opozycjonistów na zebranie Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. 2 września milicjanci z Woli, Powązek i Powiśla zerwali odczyt Żuławskiego. Przygotowywany miał być też przez bojówkę zamach na socjalistycznych działaczy związkowych Stefana Haupe i Edwarda Zawadzkiego. Sytuacja dojrzała do rozłamu.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz, Piotr Grudka
Przypis:
- Rozwiązanie Milicji Ludowej i innych podobnych formacji opisano w artykule J. Tomasiewicza pt. „O wolność. Polskie socjalistyczne formacje zbrojne 1917–1920” w poprzednim numerze „Nowego Obywatela”.
przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 2 stycznia 2018 | gospodarka społeczna, Kwartalnik, Zima 2017
Polityka społeczna jako dyscyplina naukowa ma w Polsce tradycje sięgające 1920 r., kiedy powstał Instytut Gospodarstwa Społecznego, i 1924 r., gdy powołano do życia Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej (PTPS). Od samego początku możemy mówić o kilku zasadniczych nurtach w jej obrębie: liberalnym (reprezentowanym przez Stanisława Głąbińskiego, Ferdynanda Zweiga czy Władysława Zawadzkiego); socjologiczno-strukturalnym (jego przedstawicielami byli Ludwik Krzywicki czy Stanisław Rychliński) oraz katolickim, tzn. traktującym politykę społeczną jako działalność praktyczną, dla której odniesieniem była nauka społeczna Kościoła. W tym ostatnim przypadku za najważniejszą postać reprezentującą ten kierunek należy bez wątpienia uznać ks. Antoniego Szymańskiego. Wśród licznych katolickich myślicieli i działaczy społecznych okresu międzywojennego zajmuje on ponadto pozycję wyjątkową. Śmiało można nazwać go liderem obozu katolicko-społecznego w II Rzeczypospolitej.
***
Antoni Szymański urodził się w miejscowości Praszka w powiecie wieluńskim 27 października 1881 r.1 Po ukończeniu szkoły elementarnej w rodzinnym mieście, podjął naukę w gimnazjum w Częstochowie, zaś po zdaniu matury wstąpił w 1900 r. do seminarium duchownego we Włocławku. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1904 r. Wkrótce po tym, pomimo sprzeciwu rosyjskich władz, udało mu się wyjechać na studia z zakresu filozofii i nauk społecznych na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium. Zetknął się tam z wybitnymi przedstawicielami katolickiej nauki społecznej: Marcelem Defournym i kard. Désiré-Josephem Mercierem. W październiku 1907 r. uzyskał stopień doktora filozofii na podstawie pracy napisanej pod kierunkiem Defourny’ego, a zatytułowanej „La démocratie chrétienne en France”, która trzy lata później wydana została w języku polskim2.
Po powrocie ze studiów został wikariuszem parafii kolegiackiej w Kaliszu, a następnie profesorem filozofii i nauk społecznych w seminarium duchowym we Włocławku. Z Włocławkiem związany był przez następne 10 lat, do roku 1918. W miejscowym seminarium prowadził w tym okresie zajęcia z logiki, socjologii, zasad wiary, pedagogiki i dydaktyki oraz prawa cywilnego. W 1909 r. z inicjatywy ks. Idziego Radziszewskiego zostało powołane we Włocławku pismo „Ateneum Kapłańskie”, którego redaktorem został ks. Szymański. Funkcję tę pełnił do 1918 r. Za sprawą osobistych zainteresowań redaktora poczesne miejsce na łamach pisma od początku zajmowała problematyka społeczna. Z jego też inicjatywy powołano do życia w 1917 r. serię wydawniczą pod nazwą Biblioteka „Ateneum Kapłańskiego”. W latach tych opublikował na łamach pisma ok. 60 artykułów oraz dużą liczbę recenzji, not i sprawozdań. Z dorobku pisarskiego ks. Szymańskiego tamtego okresu wymienić trzeba koniecznie trzy książki: „Katolicyzm socjalny we Francji”, „Studia i szkice społeczne” oraz pierwszą edycję „Zagadnień społecznych”3.
W 1918 r. przyjął propozycję rektora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (KUL) i przeniósł się na tę powołaną właśnie do życia placówkę naukową. Prowadził tam wykłady z zakresu polityki społecznej i ekonomicznej, socjologii, etyki oraz historii katolicyzmu społecznego na Wydziale Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych, Wydziale Prawa Kanonicznego oraz Wydziale Nauk Humanistycznych. W 1919 r. uzyskał habilitację z nauk społecznych na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W roku akademickim 1920-1921 pełnił obowiązki dziekana Wydziału Prawa Kanonicznego i Nauk Moralnych, w latach 1931-1933 był natomiast dziekanem Wydziału Nauk Społeczno-Ekonomicznych, od 1922 do 1926 sprawował również funkcję wicerektora KUL. Od 1930 r. pełnił obowiązki opiekuna Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”.
Z jego inicjatywy odbywały się od 1922 r. rokrocznie tzw. Tygodnie Społeczne na wzór francuskich Semaines sociales, uruchomionych w 1904 r. przez Mariusa Gonina i Adéodata Boissarda. Do 1933 r. tradycyjnie były one organizowane w Lublinie, w 1934 r. w związku z nowymi przepisami państwowymi ograniczającymi wolność akademicką nie odbyły się, a kolejną ich edycję przeniesiono do Krakowa w 1935 r. Eksperyment ten okazał się na tyle udany, że kolejne Tygodnie Społeczne zorganizowano we Lwowie i w Wilnie, ostatnie dwa wróciły jednak ponownie do Lublina4. Kierował też Związkiem Seniorów „Odrodzenie”, powołanym do życia w 1926 r. w Warszawie, który następnie został przemianowany w Związek Polskiej Inteligencji Katolickiej „Odrodzenie”, a w 1931 r. na Związek Polskiej Inteligencji Katolickiej, którego został prezesem.
Organem prasowym Związku w 1929 r. był miesięcznik „Prąd”, redagowany wówczas przez ks. Szymańskiego. W 1928 r. założył on w Lublinie Towarzystwo Wiedzy Chrześcijańskiej, prowadzące działalność wydawniczą (m.in. przeznaczony dla robotników miesięcznik „Front Pracy”) oraz udzielające stypendiów naukowych i zapomóg. W 1933 r. został członkiem tzw. Unii Mechlińskiej (Union Internationale d’Etudes Sociales de Malines), powołanej w 1920 r. z inicjatywy wspominanych już Defourny’ego i kard. Merciera5.
W tym samym roku został wybrany rektorem KUL, ponownie zaś w 1936 r. Dzięki jego staraniom uczelnia ta na mocy Ustawy Sejmu RP z 9 kwietnia 1938 r. otrzymała prawo przysługujące uczelniom państwowym do nadawania wszystkich stopni naukowych na wszystkich wydziałach. W 1934 r. z inicjatywy Prymasa Polski ks. Augusta kard. Hlonda oraz na życzenie papieża Piusa XI powołana została do życia Rada Społeczna przy Prymasie Polski, której głównym celem miało być popularyzowanie programu zawartego w encyklice społecznej Quadragesimo anno. Prezesem Rady został ks. Antoni Szymański, a w skład jej wchodzili luminarze katolickiej myśli i działalności społecznej w Polsce, m.in. Leopold Caro, Ludwik Górski, bp. Teodor Kubina, ks. Aleksander Wóycicki, ks. Jan Piwowarczyk, Czesław Strzeszewski, ks. Stefan Wyszyński6.
Po wkroczeniu 18 września 1939 r. do Lublina armii niemieckiej, ks. Szymański wraz z innymi profesorami KUL został aresztowany i osadzony na lubelskim Zamku. Następnie przebywał w areszcie domowym. Usiłował organizować tajne nauczanie dla studentów KUL oraz pomoc dla pracowników i ich rodzin. Od grudnia 1940 r. mieszkał w Bełżycach, gdzie pełnił obowiązki wikariusza. Tam zmarł 9 października 1942 r. i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Po wojnie jego ciało ekshumowano i przeniesiono do grobowca Radziszewskich w Lublinie.
***
Ksiądz Szymański jawi się jako jeden z pionierów polityki społecznej w Polsce. Jego książka pt. „Polityka społeczna” była de facto pierwszym podręcznikiem dotyczącym tej problematyki napisanym w języku polskim. Ujmował w niej politykę społeczną jako troskę o warstwy pracujące, ze szczególnym uwzględnieniem pracowników fizycznych. Czytamy tam, iż „przedmiotem polityki społecznej jest dobro warstwy najemnej w ogóle, a w szczególności pracy fizycznej, lub inaczej określenie należytego stosunku między pracodawcami i pracobiorcami. Chodzi głównie o pracowników fizycznych, czyli robotników miejskich i wiejskich. W okresie wojny w nie mniej ciężkim, a może cięższym położeniu znaleźli się pracownicy biurowi i umysłowi. Stąd powstało zagadnienie rozszerzenia polityki społecznej na te warstwy”7.
Tego typu rozumienie polityki społecznej jest dalekie od współcześnie obowiązującego, jednak bliskie ujęciom dominującym w tamtym czasie. Polityka społeczna, jak podkreślał Szymański, tym różni się od pomocy społecznej, że o ile w przypadku tej drugiej mamy do czynienia z jednostkami oraz stawianiem spraw społecznych na gruncie miłosierdzia i litości, o tyle jeśli chodzi o pierwszą dotyczy ona mas, opiera się o cnotę sprawiedliwości, a nie miłosierdzia, więc w związku z tym w o wiele większym stopniu może posługiwać się przymusem, działaniami odgórnymi8.
Dokonując charakterystycznego dla katolickiej nauki społecznej rozróżnienia na sprawiedliwość zamienną, rozdzielczą (według nomenklatury Szymańskiego: szafującą) oraz społeczną, kładł on szczególny nacisk, podobnie jak to uczynił kilka lat później Pius XI w encyklice Quadragesimo anno, na potrzebę konsekwentnej realizacji tej ostatniej. W tym upatrywał niejako warunku sine qua non naprawy istniejących stosunków społecznych. Jak podkreślał, przedmiotem tej sprawiedliwości jest wszystko to, co konieczne dla dobra powszechnego, nie zaś tylko pożądane czy właściwe. W jej obręb wchodzi również dobro klasowe, społeczeństwo bowiem nie jest złożone jedynie z samych jednostek. „Jest ono czymś więcej niż sumą indywidualnych dóbr ludzi wchodzących w skład tej klasy; jest jakby gatunkiem dobra powszechnego […]. Wśród tych klas zawsze są klasy uboższe, usunięte od dobrodziejstw cywilizacji, niekiedy wyzyskiwane. Otóż sprawiedliwość społeczna wymaga, aby takiej klasie przyjść z pomocą celem podniesienia jej dobrobytu. Będzie to owa providentia singularis, skierowana ku ubogim i uciśnionym, obok providentia generalis, której przedmiotem jest dobro powszechne”9.
W życiu społecznym obowiązki sprawiedliwości zbyt często utożsamia się z obowiązkami miłości, co zdaniem ks. Szymańskiego nie jest wystarczające. O wiele łatwiej określić obowiązki sprawiedliwości w relacjach indywidualnych (reguluje je sprawiedliwość wymienna), ale i w relacjach społecznych i stosunkach pomiędzy poszczególnymi klasami nie można się od tego uchylać. „Trzeba tu ocenić nie tylko wzajemne prawa i obowiązki w danym ustroju, ale i sam ustrój, który zależy od różnorakich przyczyn”10. Tak na przykład, wysuwając postulat dodatków rodzinnych, ks. Szymański zdecydowanie stawiał go na gruncie cnoty sprawiedliwości, wskazując, że pracodawcy mają obowiązek przychodzić z pomocą swoim pracownikom znajdującym się w trudnym położeniu, że wychodzi to z pożytkiem dla nich samych, albowiem liczna rodzina umożliwia rozwój produkcji bez uciekania się do emigracji, że rodziny wielodzietne działają też na korzyść całego państwa, wychowując dla niego obywateli, pracowników czy żołnierzy. W związku z tym winny one otrzymywać określony ekwiwalent za ponoszenie kosztów i wysiłków służących dobru narodowemu11.
Sprawiedliwość winna jednak być uzupełniona również miłością: „Otóż warstwy bogatsze, uczeńsze, szczęśliwsze mają obowiązek ułatwić biedniejszym i najniższym, zwłaszcza od siebie zależnym, udział w dobrach cywilizacyjnych. Nie chodzi o zastąpienie obowiązków sprawiedliwości obowiązkami miłości, lecz o spełnianie obowiązków miłości obok takichże sprawiedliwości. […] Niekiedy niezawodnie pod wpływem liberalizmu spotyka się uszczuplenie obowiązków sprawiedliwości na rzecz obowiązków miłości. Zdarza się to np. wtedy, gdy uzyskanie środków na wypełnienie jakichś obowiązków uzależnia się nie od sprawiedliwości, ale od miłości”12. Położenie akcentu na obowiązki miłości jest czymś, co zdaniem ks. Szymańskiego odróżnia katolicyzm społeczny od socjalizmu. Obydwa kierunki są zgodne co do roli i znaczenia sprawiedliwości jako podstawy ustroju społecznego, natomiast różnice pomiędzy nimi zachodzą w kwestii podejścia do problemu obecności miłości w życiu społecznym. Socjalizm, jak pisał, lekceważy miłość „którą utożsamia z miłosierdziem, a dla miłości chrześcijańskiej nie ma żadnego zrozumienia, nie może jej pojąć. Katolicyzm socjalny mówi głównie o obowiązkach, a w drugim rzędzie o prawach, socjalizm prawie wyłącznie o prawach. Katolicyzm socjalny stara się złagodzić namiętności, socjalizm podnieca je i świadomie budzi »ludu gniew« przeciw warstwom wyższym, »burżuazyjnym«”13.
***
W swoich poglądach społeczno-gospodarczych czy też, szerzej, filozofii przez siebie głoszonej, ks. Szymański stał na stanowisku personalistycznym, przeciwstawiając się zarówno indywidualizmowi, jak i kolektywizmowi. Ten pierwszy jego zdaniem swoje źródło ma już w średniowiecznym nominalizmie, jednak do ekstremum rozwinięty został w epoce Oświecenia, zdobywając wkrótce wręcz monopolistyczną pozycję. Również i katolicyzm społeczny zainfekowany został tego rodzaju myśleniem, czego wyrazem były przede wszystkim różne nurty tzw. liberalizmu katolickiego, szczególnie dobrze rozwijające się we Francji. Cechą charakterystyczną ujęcia indywidualistycznego jest postrzeganie jednostki jako jedynej właściwej rzeczywistości oraz miary wszelkich zjawisk społeczno-gospodarczych, uznanie społeczeństwa czy grup społecznych za zjawiska wyłącznie ilościowe, powstające na mocy umowy społecznej (państwo) lub prywatnej (rodzina). Skoro zaś społeczeństwo nie stanowi całości organicznej, nie może być mowy o istnieniu jakiegoś dobra ponadjednostkowego (powszechnego, zawodowego). Jeśli nawet pojęcie dobra wspólnego jest używane, stanowi ono jedynie pewien zabieg leksykalny czy metaforę na oznaczenie po prostu dobra jak największej liczby ludzi.
Druga konsekwencja liberalizmu to przekonanie o samorodności instytucji gospodarczych, samorodnej harmonii interesów powstającej na skutek uzgodnienia jednostkowych egoizmów oraz podobnej harmonii w stosunkach pracy. Tymczasem, jak pisał ks. Szymański, co prawda istnieją określone prawa ekonomiczne „jednak nie posiadają bezwzględności praw przyrodniczych. Można wpływać na ich przebieg, można korygować ich działanie. Tak np. prawo podaży i popytu wpływa na cenę towarów i pracy, ale można przez świadomą interwencje władz publicznych, organizacji lub opinii utrzymać płacę i cenę na pewnym poziomie, który nie przynosi strat, nie sprzeciwia się prawu korzyści gospodarczej, ale uniemożliwia pokrzywdzenie jednej lub drugiej strony. […] Społeczeństwo i gospodarstwo nie są tworem przyrody, na którą rozum i wola nie mają wpływu; nie są mechanizmem, który działa automatycznie. Są uporządkowanym zespołem działalności ludzkiej na podłożu warunków przyrodzonych”14.
Wedle liberalizmu stojącego na gruncie indywidualistycznym, bieda robotnika w ustroju kapitalistycznym w każdym przypadku wynika z jego niedostatecznych starań, lenistwa, rozrzutności itp., nigdy zaś z uwarunkowań systemowych i z wadliwej budowy ustroju gospodarczego. To ostatnie przekonanie bowiem zaprzeczałoby centralnemu mitowi liberalizmu na temat samorodnej harmonii stosunków gospodarczych. Ma ono wskazywać na niepodważalność tzw. praw ekonomicznych i ich całkowitą niezależność od innych sfer życia, które rządzą rzeczywistością gospodarczą. Tym samym zaś na absolutną autonomię ekonomii jako nauki. Ksiądz Szymański, nie zaprzeczając odrębności i samoistności ekonomii, sprzeciwiał się zdecydowanie jej separacji od etyki, wskazując, że co prawda stanowią one odrębne dziedziny nauki, jednak zachodzą pomiędzy nimi związki choćby z tego powodu, że obydwie mają wspólny przedmiot materialny, tj. działalność ludzką15. Tymczasem jednak przedstawiciele szkoły liberalnej, odrzucając tego rodzaju roszczenia, wskazywali, że jest to po prostu niemożliwe z tego powodu, iż ekonomia rządzi się swoimi prawami, analogicznymi do praw fizycznych czy matematycznych, a porządek gospodarczy czy instytucje o tym charakterze powstają samorzutnie, nie wskutek jakichś ludzkich planów czy przedsięwzięć. Z tego wypływał więc wniosek, że należy po prostu pozostawić wszystko własnemu biegowi, jak najmniej się wtrącać w tę sferę, jak najmniej regulować owe procesy, a ta naturalna homeostaza samorzutnie zostanie stworzona czy przywrócona.
W tej perspektywie wszelkie więc niedomagania życia gospodarczego wynikałyby jedynie z niedoskonałości „czynnika ludzkiego”. Dla ks. Szymańskiego stanowisko tego rodzaju wynikało z nierozróżniania dwóch determinizmów: przyrodniczego i społecznego. O ile w przypadku tego pierwszego mamy do czynienia ze ścisłymi prawidłowościami i powtarzalnością, o tyle w przypadku drugiego już taka precyzja nie zachodzi, „w nim termin »ściśle« zastępuje się terminem »około«, »mniej więcej«, »ut in pluribus«, jak mówił św. Tomasz. A to dlatego, że czynności ludzkie nie są zdeterminowane, lecz wolne, jak to uzasadnia psychologia racjonalna”16. Powtarzalność, z którą mamy do czynienia w ludzkich działaniach i zachowaniach w rzeczywistości społecznej, wynika z różnych względów. To pewne ludzkie przyzwyczajenia, skłonność człowieka do naśladownictwa, kierowanie się podobnymi pobudkami, pewnie też określona, zbliżona struktura psychofizyczna każdej istoty ludzkiej. Na tej podstawie można ustalić pewne prawidła społeczne, nie mają one jednak tej deterministycznej mocy obowiązywania, jaka istnieje w świecie przyrody, gdzie po prostu inny przebieg zjawisk jest wykluczony. Nauka empiryczna, jaką jest ekonomia, bada tę rzeczywistość taką, jaka ona jest i może się zdarzyć, że stwierdzi istnienie jakiegoś prawa niemoralnego. Ksiądz Szymański jako przykład podaje prawo wyzysku robotnika i konsumenta przez ceny monopolistyczne. Jednakże jest to prawo empiryczne, mówiące jak jest, a nie jak być powinno. Kiedy „ekonomista stwierdzi istnienie takiego prawa, jego natężenie, jego źródła i następstwa, moralista i polityk gospodarczy wyda o nim sąd. Ekonomista przekroczyłby granice swej nauki, gdyby prawo empiryczne uznał za normatywne. […] Takie ekonomiczne prawa, które stwierdzą jakąś ewolucję niemoralną, nie są w gruncie rzeczy prawami ekonomicznymi, są wyrazem upadku i zboczenia, a nie zdrowego stanu gospodarstwa społecznego”17.
Oczywiście ekonomia ma wymiar również teoretyczny, nie tylko empiryczny. W wydaniu liberalnym, zdaniem ks. Szymańskiego, nie jest ona jednak czysto teoretycznym ujęciem życia gospodarczego, stanowi bowiem również politykę gospodarczą i społeczną. Prawa, które formułuje, traktuje zaś jako normatywne, mające wręcz status praw przyrodzonych: „Co więcej, wiele swoich teorii i praw oparła na błędnych założeniach filozoficzno-społecznych, jak indywidualizm, hedonizm. To było przyczyną, dlaczego, mimo wielu zasług naukowych, wyrządziła tyle złego w życiu gospodarczym, np. poprzez wyeliminowanie etyki z polityki ekonomicznej i społecznej, […] przez uprawnienie nieograniczonego panowania prawa podaży i popytu, wolności gospodarczej itp. Inaczej można to przedstawić w ten sposób, że ekonomia liberalna składa się z dwóch części: poszczególnych teorii ekonomicznych jako wyrazu rzeczywistości gospodarczej, i z teorii światopoglądowych, zgodnie z którymi pragnie urobić życie gospodarcze”18.
Taką teorią światopoglądową jest uznanie wolności gospodarowania za nienaruszalną, naturalną, absolutną zasadę kierowniczą całego porządku gospodarczego. Czym innym bowiem, jak słusznie zauważa ks. Szymański, jest badanie wolności gospodarczej i tego, jak wpływa ona na podział dochodu społecznego, tworzenie monopoli, kształtowanie się płac, wzrost bogactwa narodowego, a czym innym wskazywanie na nią jako nienaruszalny fundament. Czym innym też jest badanie roli zysku w pobudzaniu człowieka do zwiększenia swej aktywności, poprawy statusu materialnego, a czym innym arbitralne stwierdzenie, że zasada jednostkowego interesu rządzi wszystkimi ludzkimi zachowaniami. Teoria spiżowego prawa płacy Davida Ricardo nie dlatego więc była błędna, iż wskazywała na pewne prawidłowości, z którymi mieliśmy do czynienia w czasach rozwijającego się kapitalizmu, ale ponieważ została uznana przez niego za coś nienaruszalnego, zasadę, której nie sposób zmienić, trzeba więc biernie się jej podporządkować. Ekonomia teoretyczna jest więc zdaniem ks. Szymańskiego niezależna od etyki, ale nie w sposób bezwzględny. Stwierdzał on, że co prawda etyka nie wpływa w sposób pozytywny na ekonomię, tzn. nie zakreśla jej obszaru zainteresowania, nie daje jej pojęć czy założeń metodologicznych, jednak wpływa w sposób negatywny: „Dlatego, że ekonomika teoretyczna nie przestaje być nauką o działalności ludzkiej, która zawsze, we wszystkich dziedzinach podlega etyce, oraz dlatego że ekonomika teoretyczna jest częścią ekonomiki, która w swej istocie jest nauką praktyczną”19. Tym bardziej więc polityka ekonomiczna, a w jeszcze większym stopniu polityka społeczna, muszą mieć wzgląd na wymagania etyczne i powinny podlegać w pewnym stopniu, rzecz jasna nie całkowicie, wymogom moralnym. Nie wystarczy sama zasada moralna, aby prowadzić politykę gospodarczą, konieczna jest znajomość mechanizmów życia gospodarczego, ponieważ najszlachetniejsze pobudki mogą prowadzić do katastrofalnych skutków; również jednak ignorowanie wskazówek moralnych jest całkowicie nie do przyjęcia.
Ufundowany na indywidualizmie ustrój gospodarczy, zdaniem ks. Szymańskiego, jest dla katolików nie do zaakceptowania, stąd „z radością witają oni każdą prawdziwą lub mniemaną oznakę rozkładu tego ustroju, do walki z nim nawołują wszystkich”20. Nie znaczy to jednak, aby stanowił on rodzaj zła absolutnego. Posiada pewne zalety: wyzwala pracowitość, przedsiębiorczość, kreatywność, stymuluje rozwój życia gospodarczego, a tym samym i bogactwa, dzięki któremu można finansować choćby program polityki społecznej. Pisząc o wadach gospodarki kapitalistycznej, wskazywał on na „trafiające się od czasu do czasu kryzysy, nieraz ciężkie; wadliwy rozdział dochodu społecznego, wielkie bogactwo obok wielkiej biedy; uzależnienie produkcji od zysku, zwłaszcza od interesu finansjery; przewagę kapitału nad pracą; gospodarczą bezdomność i sproletaryzowanie pracobiorców; dobre warunki dla walki klasowej”21.
Ostatni z wymienionych punktów naprowadza nas na kolejne zagadnienie, a mianowicie stosunek do kolektywizmu. Bezpardonowa krytyka indywidualizmu i ufundowanego na nim ustroju gospodarczego nie oznaczała bowiem akceptowania przez ks. Szymańskiego rozwiązań przeciwstawnych, lansowanych przez kierunki kolektywistyczne, na czele z marksizmem. Kolektywizm w każdej postaci, jego zdaniem, depersonalizuje osobę ludzką, która przestaje żyć w tego rodzaju ustroju własnym życiem, stając się jedynie częścią kolektywu. Stawia się tutaj na pierwszym miejscu zbiorowość mającą „własne życie, własne prawa istnienia i działania”22, jednostka zaś żyje jedynie przez zbiorowość i dla zbiorowości. Konsekwencjami są totalizm i dyktatura. Z owym pochłanianiem jednostki przez zbiorowość nie mamy do czynienia jedynie w przypadku komunizmu, którego krytyce ks. Szymański poświęcił szereg prac, ale i faszyzmu oraz narodowego socjalizmu. Obydwa te kierunki powstały jako reakcja na liberalizm oraz socjalizm i obydwa, jak pisał Szymański, „uległy wpływom socjalizmu, oba też wiele zawdzięczają poglądom katolickich pisarzy”23. Akcentowanie wpływów katolickich pisarzy na kształtowanie się faszyzmu i narodowego socjalizmu jawi się jako dość zaskakujące, zwłaszcza u duchownego katolickiego i jednocześnie zdecydowanego krytyka obydwu wspomnianych doktryn i ustrojów. Szymańskiemu, jak się wydaje (nie pisał bowiem tego wprost), chodzi o takie elementy faszyzmu i narodowego socjalizmu, jak odrzucenie walki klas, solidaryzm, akcentowanie społecznego charakteru własności i pracy czy korporacjonizm24. W każdej jednak z tych kwestii koncepcje te idą krok dalej niż katolicyzm, nadmiernie akcentując moment społeczny, a jednocześnie osłabiając ten prywatny, jednostkowy. W związku z tym są nie do przyjęcia z personalistycznego punktu widzenia, przy którym ks. Szymański twardo obstawał.
Właśnie personalizm stanowić ma jego zdaniem koncepcję, która przezwycięża antynomię indywidualizmu i kolektywizmu. Harmonizuje on i uzgadnia elementy, które w tych stanowiskach są wartościowe, odrzucając przy tym zdecydowanie pewne charakterystyczne dla nich przerosty, tzn. skrajne czy jednostronne interpretacje określonych idei i wartości konstytutywnych dla podejścia indywidualistycznego bądź kolektywistycznego. W świetle stanowiska personalistycznego człowiek jest całkowitą rzeczywistością i miarą wartości, w związku z tym nie może być środkiem służącym do realizacji innych, nawet najbardziej szczytnych celów. Jednak nie jest też samowystarczalny, nie może żyć ani rozwijać się w odosobnieniu. Bez grupy społecznej nie jest on w stanie ani normalnie funkcjonować, ani się doskonalić. Społeczeństwo zaś nie ma charakteru wyłącznie ilościowego, jak chce tego liberalizm, lecz jakościowy, jest „zorganizowaną całością, która przenika pewien porządek moralny, prawny, ekonomiczny. Ale nie jest substancją, nie ma własnego indywidualnego rozumu i woli, istnieje i działa jako funkcja ludzi”25. Nie składa się też wyłącznie z jednostek, ale i z mniejszych grup jak rodzina, stan zawodowy, dobrowolne zrzeszenia, stanowiąc, wedle formuły ukutej przez Akwinatę, jedność powstałą z dobrego złożenia wielości26. Ponieważ istnieje społeczeństwo, to również istnieje dobro powszechne, różne od sumy dóbr indywidualnych, choć będące warunkiem ich istnienia i pomyślności. Winno być ono przedmiotem troski władzy, zwłaszcza tej państwowej. Skoro człowiek jest istotą społeczną i poza grupą nie może w pełni stać się człowiekiem, ma zatem obowiązek dbać w swoim działaniu o dobro powszechne, a nawet poświęcać w niektórych sytuacjach dla niego własne dobro.
***
Idea chrześcijańskiego ustroju gospodarczego, którą propagował ks. Szymański, miała być oparta właśnie na zasadach personalistycznych. Ustrój chrześcijański rozumiał on bardzo szeroko. Nie chodziło tutaj bowiem o określone rozwiązania techniczne, które miały być dla niego charakterystyczne, ale po prostu o zgodność z katolickim nauczaniem. W związku z tym, za chrześcijański można uznać jego zdaniem każdy ustrój, o ile nie sprzeciwia się on katolickiej nauce i realizuje zasady jej moralności27. Stopień chrześcijańskości ustroju może być różny, może on też doskonalić się pod tym względem: „tak np. w ustroju poddaństwa można zachować zasadnicze prawa człowieka, ale doskonalszym jest system najemnictwa, a od tego system współpracy”28.
Naczelną dyrektywą, którą wysuwał ks. Szymański, jeżeli chodzi o urządzenie stosunków społeczno-gospodarczych w duchu chrześcijańskim, jest umiar. Szkodliwy wedle niego jest zarówno nadmierny konserwatyzm, chcący za wszelką cenę zachować stan istniejący i wzdragający się przed jakimikolwiek zmianami, jak i radykalizm, usiłujący zmieniać rzeczywistość w sposób gwałtowny, nie licząc się z kosztami, jakie tego rodzaju przewroty mogą za sobą pociągnąć. Aby uniknąć pułapek konserwatyzmu i radykalizmu należy jego zdaniem „a) wyrabiać w sobie wrażliwość na sprawiedliwość i miłość. Dobrobyt i spokój nie powinien zasłaniać biedy i nieszczęść ani doprowadzać do przekonania, że biedny i nieszczęśliwy to winowajca, człowiek prawie bez czci i sumienia […]; b) poznać zasady, principiis obsta, i znać się gruntownie na tych instytucjach i przejawach, które się chce reformować; c) zachować rozumny krytycyzm wobec istniejących urządzeń, a przede wszystkim względem wszelkich nowinek i gwałtownych prądów. Ani zasadnicza negacja, ani lecenie na oślep, ale zbadanie i rozsądek. Roztropność jest wielką cnotą; d) pamiętać, że reforma zawsze zaczyna się od odnowienia psychiki ludzkiej, że sama zmiana warunków zewnętrznych niewiele znaczy, że raju na ziemi nigdy nie będzie, że bogactwo nie stanowi o szczęściu; e) przejąć się tą zasadą, że wiedza, władza ma być służbą prawdzie i bliźnim, a nie sobie”29.
Tego rodzaju ustrojem odpowiadającym zasadom chrześcijańskim, miał być propagowany przez ks. Szymańskiego korporacjonizm. Ta idea została spopularyzowana w środowiskach katolickich przede wszystkim za sprawą encykliki Quadragesimo annoPiusa XI. Podkreślał on wyraźnie, że korporacjonizm jest przede wszystkim ustrojem społecznym, stanowi on wyraz personalistycznego poglądu na budowę społeczeństwa, a w związku z tym jest nie do pogodzenia z ustrojem gospodarczym opartym na filozofii indywidualistycznej czy kolektywistycznej. Zatem zdecydowanie odrzucał faszystowską wersję korporacjonizmu urzeczywistnianą we Włoszech Mussoliniego30.
***
Koncepcje rozwijane przez ks. Antoniego Szymańskiego z pewnością nie należą do wyjątkowo oryginalnych na gruncie katolickiej nauki społecznej. Jednak nie mamy u niego do czynienia wyłącznie z pasją syntetyzowania czy też omawiania, przybliżania szerokim masom nauczania społecznego Kościoła. Podejmował cały szereg najbardziej aktualnych problemów swoich czasów, usiłując je naświetlać z punktu widzenia doktryny katolickiej. Stąd zajmowały go również kwestie dotyczące choćby komunizmu oraz charakteru przemian społeczno-gospodarczych w ZSRR, zagadnienia przebudowy korporacyjnej we Włoszech i kierunku, jaki ona przyjęła, problematyka kryzysu gospodarczego i prób jego przezwyciężenia. Jawił się tutaj jako przenikliwy badacz i komentator, potrafiący uchwycić istotę dokonujących się przemian i zdiagnozować różnorakie problemy w całej ich złożoności.
Przypisy:
- Informacje biograficzne na podstawie: C. Strzeszewski, Śp. ks. Antoni Szymański, „Roczniki Nauk Społecznych” 1949; K. Rulka, Pierwsze dziesięciolecie „Ateneum Kapłańskiego” [w:] Ateneum Kapłańskie 1909-2009, pod. red. K. Rulki, Włocławek 2009; Ks. Z. Pawlak, Ks. Antoni Szymański – profesor Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku i redaktor „Ateneum Kapłańskiego” [w:] Ksiądz Antoni Szymański (1881-1942). Rektor – uczony – działacz społeczny, pod red. ks. S. Fela, M. Wódki OFMConv, Lublin 2013; ks. E. Walewander, Ksiądz Antoni Szymański i jego zasługi dla Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego [w:] Ibid.; G. Matuszkiewicz, Szymański Antoni [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. 50, Warszawa-Kraków 2014-2015.
- A. Szymański, Poglądy demokracyi chrześcijańskiej we Francyi 1892-1907, Poznań 1910.
- A. Szymański, Katolicyzm socyalny we Francji, Włocławek 1911; tegoż, Studya i szkice społeczne, Warszawa 1913; tegoż, Zagadnienia społeczne, Włocławek 1916.
- K. Turowski, „Odrodzenie”. Historia Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej, Warszawa 1987, ss. 249-255.
- J. Majka, Katolicka nauka społeczna. Studium historyczno-doktrynalne, Rzym 1986, s. 283.
- C. Strzeszewski, Ośrodki katolickiej myśli społecznej [w:] Historia katolicyzmu społecznego w Polsce 1832-1939, pod red. C. Strzeszewskiego, R. Bendera, K. Turowskiego, Warszawa 1981, s. 402.
- x. Dr. A. Szymański, Polityka społeczna, Lublin 1925, s. 1.
- Ibid., s. 2.
- Ibid., s. 20.
- Ibid., s. 25.
- Ibid., s. 407 i n.
- Ibid., s. 29.
- Loc. cit.
- A. Szymański, Zagadnienia społeczne, wydanie III przerobione, Lublin 1939, ss. 16-17.
- A. Szymański, Ekonomika i etyka, Lublin 1936, s. 9.
- Ibid., ss. 50-51.
- Ibid., ss. 53-54.
- Ibid., ss. 56-57.
- Ibid., s. 72.
- A. Szymański, Katolicyzm socyalny…, op. cit., s. 18.
- A. Szymański, Zagadnienia…, op. cit., s. 157.
- Ibid., s. 20.
- Ibid., s. 35.
- Ibid., ss. 37-38.
- Ibid., s. 8.
- A. Szymański, Korporacjonizm, „Prąd” 1938, t. 36, ss. 202-203.
- A. Szymański, Zagadnienia… op. cit., s. 148.
- Ibid., s. 149.
- Ibid., s. 151.
- A. Szymański, Mussolini i korporacyjna przebudowa Włoch, Lublin 1927.
przez Michał Rauszer | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
Koniec I wojny światowej nie bez przyczyny zbiegł się z rewolucją rosyjską. Nadgryzione rewolucją francuską, resztki feudalnych złogów ostatecznie dogorywały w absolutystycznych imperiach XIX wieku. Rozsadzały je od środka wyczerpane możliwości, ale i pieczołowicie drążyły je także dwa krety i przez cały XIX wiek porządnie je podgryzły. Te dwa krety to radykalne nurty polityczne i emancypacja robotnicza oraz narody dążące do samostanowienia. W Polsce, jak w soczewce, oba te nurty zlewały się w jedno wraz z nadziejami, jakie budziło możliwe odzyskanie niepodległości. Możemy się jednak bardzo pomylić, jeżeli nasze spojrzenie na kwestię niepodległości zaciemniać będzie takie myślenie o niepodległości, z którego wymazuje się głębokie podziały, jakich to społeczeństwo doświadczało. Podziały te wpływały na jego wyobrażenia o sobie, ale także na kształt i wizję przyszłości młodego państwa. Część tych marzeń łączyła się z odnowieniem „zaklętych” w zaborach stosunków folwarcznych, a część z pulsującymi przez cały XIX wiek pragnieniami wolności, równości i sprawiedliwości.
Doskonale to wszystko ilustruje powstanie w 1918 r. republik chłopskich w Pińczowie i Tarnobrzegu. Dla chłopów kwestia polskości nie była przebudzeniem się z letargu systemu pańszczyźnianego, ale kwestią powszechnej wolności i równości. Powstanie i istnienie tych republik pokazało ponadto, w jaki sposób dwie radykalnie różne koncepcje narodu polskiego ostatecznie zlały się w jedno i zatarły swoje historyczne znaczenie.
Dwa narody
W połowie XVI wieku ukształtował się w Polsce (Rzeczpospolitej Obojga Narodów) system polityczno-ekonomiczny, który łączył elementy radykalnie postępowe z radykalnie wstecznymi. Władza królewska od 1574 r. nie była przekazywana dynastycznie, lecz polegała na wolnej elekcji, czyli wyborze króla spośród arystokracji w trakcie obrad wszystkich uprawnionych do głosowania. W porównaniu z konsolidującymi się monarchiami absolutystycznymi krajów Europy Zachodniej był to niebywały postęp. Bez dużej przesady można powiedzieć, że był to pierwszy zalążek demokracji, gdzie taka władza przestaje być dynastyczną własnością, a polega na wyborze. W dojrzałych demokracjach zakłada się uniwersalne pojęcie obywateli, a więc wszystkich, którzy (po spełnieniu warunku pełnoletniości) mogą wybierać swoich reprezentantów, bez względu na wykształcenie czy status majątkowy. Koncepcja tzw. demokracji szlacheckiej zawierała podobnie uniwersalne pojęcie: narodu. Każdy, kto był częścią narodu, miał prawo wybierać króla, niezależnie od swojego statusu majątkowego czy wykształcenia. Problem polega jednak na tym, i tutaj dochodzimy do wspomnianych wstecznych elementów, że „narodem” mogło się być tylko wtedy, gdy należało się do szlachty. Chłopi, a więc 90% mieszkańców kraju, nie mogli być częścią narodu. W przeciwnym razie także oni posiadaliby prawo wyboru króla. A przypomnijmy, że szlachta utrzymywała się z pracy niewolniczej chłopów, bo połowa XVI wieku to okres także konsolidacji tego przedziwnego, postfeudalnego tworu, jakim była gospodarka folwarczno-pańszczyźniana.
Pojęcie narodu polskiego wśród szlachty ukształtowało się z konieczności. Wobec różnic językowych, wyznaniowych i majątkowych pomiędzy poszczególnymi szlachcicami, była to jedyna płaszczyzna odniesienia, która mogła łączyć ich wszystkich we wspólnotę polityczną. Chłopi nie mieli więc ani prawa, ani możliwości „czuć się Polakami”. W 1788 r. poseł Krasiński z województwa podolskiego tak opisywał sens narodu: „Najwyższa moc i wola, czyli najwyższa udzielność, istnieje w Narodzie. Taka moc i wola jest ustawą samego stwórcy. Przeto tylko ta władza pochodzi od Boga, która wyraźnie sam Naród udziela”1.
Chłop nie mógł być częścią tego narodu pod żadnym pozorem. Jak można sobie łatwo wyobrazić, szlachta nigdy by się nie zgodziła, aby jej własność, a więc chłopi, mieli prawo na jakiejkolwiek płaszczyźnie (np. narodowej) zrównać się z nimi.
Zwykle przy analizie upadku Rzeczypospolitej doszukuje się różnych, czasem nawet egzotycznych przyczyn. Jeżeli jednak spojrzymy na rozbiory z perspektywy walk klasowych, to okazuje się, że przyczyny te były raczej prozaiczne. Dość postępowa Konstytucja 3 Maja zawierała poważny ustęp dotyczący uwłaszczenia chłopów i zniesienia pańszczyzny. Szlachta wolała jednak „symboliczne miejsce króla” zapełnić utratą niepodległości i oddaniem się we władzę obcych mocarstw, niż zgodę na choćby drobne ustępstwo w kwestii ustroju pańszczyźnianego. Aby potwierdzić prawdziwość moich słów, wystarczy spojrzeć, co nie zmieniło się po utracie niepodległości. Pańszczyzna jako jedna z niewielu rzeczy przetrwała rozbiory w stopniu niezmienionym.
Pierwsze pęknięcia w szlacheckim narodzie zaczęły się pojawiać na dobre w XIX wieku. Były one w dużej mierze echem rewolucji francuskiej, podczas której w zasadzie po raz pierwszy na taką skalę pojawiła się uniwersalna koncepcja obywatela. W XIX wieku zaczęły też kształtować się nowoczesne narody. Terytorium Polski nie było pod tym względem wyjątkiem, z tym że w polskim kontekście doszło raczej do znaczącego pęknięcia. Nowożytna (szlachecka) koncepcja narodu była czymś w rodzaju identyfikacji protonarodowej w XIX-wiecznym sensie. Demokracja szlachecka, jakkolwiek byśmy jej nie oceniali, zawierała w sobie zalążki tej nowoczesnej koncepcji narodu, która w Europie Zachodniej powstała w opozycji do politycznych monarchii absolutystycznych. W XIX wieku w tej koncepcji narodu zaszło pęknięcie. Oto pojawiła się ona jako idea, która miała przecinać identyfikacje regionalne i, co najważniejsze, klasowe. Naród zaczął być konstruowany jako tożsamość każdej Polki i Polaka, a nie tylko szlachty. Idea ta na dobre w historii Polski pojawiła się w powstaniu krakowskim z 1846 r. Utworzony w Krakowie Rząd Narodowy Rzeczpospolitej Polskiej proklamował uwłaszczenie i podział ziemi. W słynnej procesji, podczas której zginął Edward Dembowski, niesiono sztandary narodowe i symbole religijne. Miało to przeciągnąć chłopów na stronę powstania. Dla nich jeszcze wtedy w większości były to jednak puste hasła i „zabawa panów”. Nieufność ta wyrażała się w latami wtłaczanym chłopom przekonaniu, że nie są „narodem”, że nie mają prawa tak się postrzegać, że prawo do tego ma tylko szlachta.
Proces tworzenia się uniwersalnej koncepcji narodu, lub, mówiąc kolokwialnie, odzyskiwania narodu, na dobre rozkwitł w drugiej połowie XIX wieku. Miała w tym swój udział nie tylko pozytywistyczna praca u podstaw, ale także działalność różnych wywrotowców, którzy polskość zaczęli utożsamiać z radykalną wolnością i równością. Samemu Marksowi zdarzało się pisać o Polsce. Dla niego była ona symbolem antyimperialnych walk, o Polakach pisał jako o narodzie 20 milionów bohaterów. To, że kwestia narodu i walk antyimperialnych nie była bez znaczenia, pokazuje historia uwłaszczenia. Na terytorium zaboru pruskiego uwłaszczenie dokonało się między 1811 a 1871 rokiem po seriach długich walk politycznych, strajków i pracy oświatowej. W Królestwie Polskim dokonano uwłaszczenia w 1864 r. na mocy ukazu Aleksandra II. Choć teza, że uwłaszczenie było spowodowane zagrożeniem ze strony aktywistów w Królestwie Polskim, mogłaby być stwierdzeniem nad wyrost, to na pewno miało ono swój udział w ogólnej decyzji. Dość powiedzieć, że car kazał na Jasnej Górze postawić swój pomnik, na którym znajdowało się podziękowanie za zniesienie pańszczyzny. A pomnik ustawiony był w takim miejscu, że każdy pielgrzymujący musiał go widzieć.
Samo uwłaszczenie nie załatwiło sprawy. Chłopi nadal byli w koszmarnej sytuacji. Dawne ziemie folwarczne pozostały w rękach ziemian, którzy najmowali robotników rolnych do jej uprawy. Dla reszty nie pozostało zbyt dużo gruntów uprawnych. Chłopi nadal cierpieli w skrajnym ubóstwie. Z zaboru austriackiego potężna fala imigrantów ruszyła do Ameryki szukać lepszego życia. Hasła odzyskania niepodległości w 1918 r. oznaczały dla wielu chłopów wywalczenie jej po raz pierwszy po 500 latach niewolniczej pracy dla szlachty i odmawianiu im prawa bycia częścią narodu.
Chłopi i rewolucja
W XX wieku jedyne rewolucje, jakie odniosły sukces (niezależnie od tego, co się działo z nimi później), były rewolucjami chłopskimi. Potocznie na rewolucję rosyjską patrzymy z perspektywy zorganizowanego proletariatu pod przewodnictwem partii komunistycznej, która przejęła w październiku (listopadzie naszego kalendarza) władzę w carskiej Rosji. Problem polega jednak na tym, że to przejęcie władzy nigdy by się nie udało, gdyby nie dokonująca się równolegle rewolucja chłopska. Chłopi masowo dezerterowali z armii, by wziąć udział w podziale ziemi w swoich rodzinnych miejscowościach. Chaos wojenny, głód i choroby frontowe wystarczająco nadwyrężyły ich poczucie obowiązku. Kiedy więc pojawiła się nadzieja na podział ziemi, mniej lub bardziej sprawiedliwy, bez wahania porzucili okopy. Powiedzieć, że chłopi wspierali rząd bolszewicki, to powiedzieć za dużo. Z pewnością jednak przez wzgląd na zbieżność interesów, a także politykę Lenina sprzyjającą chłopskim żądaniom, włączyli się oni w szeroki nurt złożonych procesów politycznych, które doprowadziły do zniesienia carskiego samodzierżawia. Chłopi stanowili zdecydowaną większość rosyjskiego społeczeństwa – partia bolszewicka oraz inne rewolucyjne i radykalne partie, nawet razem wzięte, nie stanowiły ułamka tej liczby. Co prawda Rosja była państwem silnie scentralizowanym, jednak w gorączkowych zabiegach Lenina o zrównanie walki chłopów i robotników widać wyraźnie, jak palącą kwestią było poparcie wsi. W 1918 r. po zdobyciu władzy jednym z pierwszych znaczących posunięć bolszewików był dekret o ziemi, który znosił wszelką własność ziemi, bogactw naturalnych, lasów oraz żywych sił przyrody. Nie wolno było handlować ziemią, a prawa do niej przekazano tym, którzy na niej pracowali. Dekret pozostawiał parcelację gruntów i inwentarza radom ludowym. Ziemia formalnie była socjalistyczna, ale poszczególni chłopi uprawiali ją dla siebie. Miało to stanowić początek procesu przechodzenia do wspólnego gospodarowania.
W okresie NEP-u ta przymusowa miłość napotkała jednak pewien problem o kształcie nożyc. Otóż gwałtownie zaczynała wzrastać różnica między cenami płodów rolnych i innych towarów (przemysłowych), do tego stopnia, że wykres obrazujący tę relację miał kształt otwartych nożyczek. Przez tę różnicę chłopi czasem niszczyli część plonów, co znowu powodowało skoki cen produktów w mieście i spadek konsumpcji. Dodatkowo kraj robotników i chłopów utrzymywał się w większości z dość niewielkich podatków i innych obciążeń pracy chłopów. Cała nadwyżka produkcyjna pozostawała w rękach samych chłopów, co, mówiąc w największym uproszczeniu, nie pozostawiało miejsca na akumulację kapitału przez państwo. Powiedzieć, że produkcja przemysłowa była w tym czasie w Rosji niewystarczająca, to nic nie powiedzieć. Chłopi ponadto nie do końca wpisywali się w projekt komunistyczny, z tej prostej przyczyny, że gospodarka chłopska dąży do akumulacji własności ziemi, a nijak nie da się tego wpisać w projekt wspólnej własności środków produkcji. To wszystko powodowało, że Stalin powziął pomysł przymusowej kolektywizacji, wbrew radom swoich towarzyszy. Jeden z ideologów kolektywizacji – Jewgienij Prieobrażenski – określił ją mianem „socjalistycznej akumulacji”, a od kapitalistycznej miała się ona odróżniać tym, że gromadziła środki dla państwa socjalistycznego.
Dla chłopów przymusowa kolektywizacja była jednak czymś zupełnie innym – powrotem pańszczyzny. Kolektywizacja zakładała, że każdy z chłopów będzie pracował w państwowym gospodarstwie za darmo, jak rozumowano, zysk zaś miał być uspołeczniony, a więc rozdysponowany przez państwo. Tutaj zaczyna robić się ciekawie. Oparcie konstrukcji kolektywizacji na schemacie zaczerpniętym z pańszczyzny (właściwie powielenie tego schematu) spowodowało, że Stalin wprowadził szereg praktyk symbolicznych, które miały na rzeczy dwa cele: wymazać znaczenie ruchów chłopskich w rewolucji oraz zmienić interpretację pańszczyzny. Drugi cel oznaczał, że w literaturze historycznej od tego czasu o pańszczyźnie pisano jako o „podatkach na rzecz państwa”, w żadnym wypadku nie miała ona się kojarzyć z tym, czym w rzeczywistości była, czyli z niewolnictwem. O niewolnictwie pisano, że skończyło się wraz ze średniowieczem. Dogmat ten nie bez przyczyny tak dobrze przyjął się wśród polskiego ziemiaństwa i pogrobowców panów folwarcznych.
Kontekst stosunku do chłopów w trakcie rewolucji rosyjskiej jest ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, w zasadzie obrazuje ogólny stosunek do chłopów w Polsce międzywojnia. Po drugie, proces stalinowskiego wymazywania chłopów i pamięci o ich tragedii jest zaskakująco zbieżny z tym, co z pamięcią o chłopskiej historii stało się w Polsce. Nawet preambuła do konstytucji z 1952 r. mówi jako przewodniej sile o klasie robotniczej, a nie o ludzie, lud tylko za tą klasą podążał: „Polski lud pracujący pod przewodem bohaterskiej klasy robotniczej, opierając się na sojuszu robotniczo-chłopskim […]2”.
Republiki – preludium
Na polskiej wsi w okolicach zakończenia I wojny światowej zbiegły się dwie tendencje. Z jednej strony było to upowszechnienie się koncepcji powszechnego i uniwersalnego narodu polskiego, w opozycji do „narodów wybranych” (szlachty i ziemiaństwa). Z drugiej, dało się na niej słyszeć echa rewolucyjnego wrzenia z całej Europy, które w polskim kontekście wyrażało się w woli radykalnego, ale i sprawiedliwego podziału byłych ziem folwarcznych. Co ciekawe, dokładnie w tym samym czasie na drugiej półkuli wybuchła bardzo podobna rewolucja – meksykańska. Nie było to zdarzenie przypadkowe, gdyż zarówno polskie folwarki, jak i meksykańskie haciendas miały dokładnie te same korzenie, taką samą strukturę opartą na pracy niewolnej i powstały w tym samym okresie (między XVI a XVII wiekiem). Chłopi meksykańscy, podobnie jak polscy, domagali się ziemi i wolności – tierra y libertad.
Rewolucja rosyjska nie stała się ideałem, do którego dążyli polscy chłopi. Jednak z pewnością wielu z nich inspirowało przesłanie, jakie ze sobą niosła. W początkowym okresie po zakończeniu wojny hasła radykałów zdawały się możliwe do zrealizowania, ponadto po rozpadzie imperiów tworzyły się nowe państwa narodowe. Chłopi polscy po raz pierwszy mieli możliwość stać się panami własnego losu.
Republika Tarnobrzeska
W 1918 r., po rozpadzie imperium austrowęgierskiego, Tomasz Dąbal został oddelegowany przez Polską Komisję Likwidacyjną do objęcia komendy nad oddziałami żandarmerii w powiatach tarnobrzeskim, mieleckim, kolbuszowskim i niżańskim. Dąbal pod wpływem rewolucyjnego wrzenia postanowił stworzyć z nich milicje ludowe. Jego pomysł padł na podatny grunt, bo we wspomnianych powiatach chłopi coraz śmielej domagali się samostanowienia i parcelacji ziemi. Wiązało się to z działalnością księdza Eugeniusza Okonia, wyrosłego w tradycji prawicy narodowej, który pod wpływem doświadczenia biedy i niesprawiedliwości chłopskiego życia zmienił radykalnie poglądy i stał się rzecznikiem tego, co wiele lat później określone zostanie jako teologia wyzwolenia. Dąbal razem z ks. Okoniem w listopadzie 1918 r. zwołali chłopski wiec, na którym proklamowano niezależną chłopską republikę tarnobrzeską. W wiecu uczestniczyło 30 000 osób, które wypowiedziały posłuszeństwo przedstawicielom Polskiej Komisji Likwidacyjnej i domagały się stworzenia samorządu. Hasło „cała władza w ręce rad” padło w Tarnobrzegu na podatny grunt.
Choć ziemia tarnobrzeska leżała w obszarze imperium austrowęgierskiego, to faktyczną władzę nadal sprawowała na niej ziemiańska szlachta. Bardzo podobnie sprawa ta wyglądała zresztą także w innych zaborach. Sam rozbiór Rzeczypospolitej nie pozbawił przecież tej grupy majątku ani źródła dochodu, a wręcz przeciwnie. W zamian za gwarancję względnego spokoju i nienaruszenia źródeł dochodu szlachty, jej własność pozostała w zasadzie nietknięta. Po uwłaszczeniu sytuacja wcale nie uległa zmianie na lepsze. Nadal zdecydowana większość ziemi pozostawała w rękach szlachty, chłopi mieli niewielkie grunty, na których zarabiali na utrzymanie. Ziemie folwarczne uprawiano z pomocą najemnej siły roboczej. Ziemiaństwo utrzymywało władzę nad Galicją z wykorzystaniem ekonomicznego przymusu (przy dużym rozdrobnieniu gruntów) oraz politycznej korupcji. Na przykład jeden z największych właścicieli ziemskich w okolicach Tarnobrzega, hr. Zdzisław Tarnowski (posiadał 8270 hektarów), korumpował chłopów przez utrzymywanie u sklepikarzy i szynkarzy ewidencji wyborczej. W ten sposób opłacał towarami głosy i jako przedstawiciel Stronnictwa Prawicy Narodowej był kimś w rodzaj półformalnej władzy. Tarnowski czuł władzę i w pełni z niej korzystał: zakazał chłopom polowań, a według własnego życzenia ustawiał godziny odjazdów pociągów. Po odzyskaniu niepodległości został formalnym przedstawicielem Państwowej Komisji Likwidacyjnej. Sobiepaństwo Tarnowskiego wywoływało coraz gwałtowniejszy opór ze strony chłopów. 6 listopada 1918 r. Okoń i Dąbal stanęli na czele wspomnianego wiecu, który pod pomnikiem Bartosza Głowackiego wypowiedział posłuszeństwo Tarnowskiemu jako przedstawicielowi jeszcze nieformalnego rządu oraz proklamował powstanie Republiki Tarnobrzeskiej.
Na czele republiki stanął komitet rewolucyjny z Okoniem na czele, a Dąbal dowodził oddziałami chłopskiej milicji. Republika objęła swym zasięgiem okoliczne powiaty, a w pewnym momencie rozważano także zajęcie samego Tarnobrzegu, obsadzonego już wtedy oddziałami żandarmerii. Republika bardzo szybko zdobywała sobie poparcie. Rozpoczęto parcelację ziemi, rozdano jedzenie najbardziej potrzebującym, a Komitet Rewolucyjny postulował: reformę rolną bez odszkodowania, konfiskatę dóbr kościelnych, nacjonalizację lasów i przemysłu, rozbrojenie austriackiej żandarmerii i służby granicznej, likwidację carskich starostw i innych jednostek władzy zaborczej, powołanie komisarzy gminnych i milicji ludowych3. Obaj przywódcy republiki zostali w 1919 r. wybrani posłami na sejm. Tymczasem wojsko i Powiatowy Komitet Samoobrony, założony przez hrabiego Tarnowskiego (który musiał uciekać z terenu republiki), coraz bardziej nękały mieszkańców. Samostanowienie chłopów było solą w oku rodzącej się państwowości polskiej, dlatego też w styczniu 1919 r. podjęto decyzję o pacyfikacji republiki. Do tarnobrzeskich powiatów wysłano 5 kompanii wojska. Doszło do starć z chłopskimi milicjami, które jednak z wyszkolonymi oddziałami miały marne szanse. Wojsko po kolei pacyfikowało poszczególne wsie, byli zabici, konfiskowano chłopską ziemię, wielu chłopów bito i więziono.
Dwie republiki
W 1918 r. na sześć tygodni chłopi odbili z rąk władzy zaborczej i opanowali okolice Pińczowa. Na czele oddziałów milicji ludowych, złożonych z chłopów, strażaków i innych mieszkańców, stanął członek SDKPiL Jan Lisowski. Prowadził on w okolicach Pińczowa działalność agitacyjną i polityczną, podobnie jak anarchista „Kazuń”, były oficer armii austriackiej, który stanął na czele zbrojnego oddziału partyzanckiego. Oddziały Lisowskiego opanowały teren wokół Pińczowa i proklamowały powstanie republiki. Ekspedycja karna, która została wysłana na miejsce, uwięziła chłopów w zabudowaniach folwarcznych, jednak udało się ich uwolnić przez oddziały „Kazunia”. Krótki żywot republiki zakończył się po kilku tygodniach, a jego symbolicznym końcem było rozbicie oddziału „Kazunia” i jego śmierć.
Podobnie jak w przypadku republiki tarnobrzeskiej, także w Pińczowie proklamowano parcelację ziemi, wypędzono szlachtę ziemiańską oraz powołano samorządne organizacje chłopskie oparte o gromady. Pacyfikacja republiki i włączenie w struktury państwa polskiego najwyraźniej nie wymazały tych chłopskich postulatów, bo po rozbiciu na tych terenach wojsk niemieckich w trakcie II wojny światowej przez połączone oddziały Armii Ludowej, Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej, powołano ją do życia ponownie. Spory udział w działalności wywrotowej od początku II wojny mieli członkowie organizacji „Racławice”, utworzonej na bazie funkcjonującego przed wojną „Siewu”. Działacze ci w większości zahartowani byli podczas strajków chłopskich czy przepychanek z władzą sanacyjną. W 1941 r. z Racławic utworzono siatkę konspiracyjną o nazwie Polska Organizacja Zbrojna, liczącą ok. 55 000 żołnierzy i aktywistów. Pod koniec wojny wcielono ją w struktury Państwa Podziemnego. Organizacja prowadziła akcje dywersyjne, odbijanie jeńców, niszczenie spędów kontyngentowych, a także działalność szpiegowską. Kiedy w 1944 r. front oparł się o linię Wisły, dowództwo AK zarządziło mobilizację i rozpoczęcie akcji Burza. W rezultacie akcji wybuchło spontaniczne powstanie, w ramach którego udało się na pewien czas opanować Pińczów, Kazimierzę Wielką i okoliczne wsie i powiaty. W nawiązaniu do republiki z 1918 r. obwieszczono powstanie wolnej Republiki Pińczowsko-Kazimierskiej. Republika, podobnie jak w pierwszym przypadku, nie przetrwała długo, bo zaledwie kilka tygodniu. Po 5 sierpnia i bitwie o Skalbmierz, Niemcy przystąpili do kontrofensywy, na teren powiatu wkroczyły wojska pancerne i opanowały wyzwolony teren, a oddziały AK musiały wycofać się lub zakonspirować.
Chłopskie samodzierżawie
Okres po I wojnie światowej słusznie jest uznawany za rzeczywisty początek XX wieku. Spontaniczne wybuchy buntów robotniczych, proklamowane wolne republiki i wrzenie rewolucyjne powodowały, że chłopi polscy po raz pierwszy uzyskali możliwość pozbycia się resztek znienawidzonej pańszczyzny. W dążeniu do samostanowienia narodowego widzieli możliwość wzięcia spraw w swoje ręce. Chłopskie postulaty nie były wymysłem oderwanych elit intelektualnych, lecz potrzebą życia i śmierci. Ich sytuacja była tragiczna, powszechne były głód, bieda, brak edukacji, brak opieki medycznej, zatem kwestia prawa do ziemi była kwestią prawa do życia. II Rzeczpospolita, wbrew wcześniejszym obietnicom, nie spełniła jednak tych oczekiwań. Choć chłopi płacili kontrybucje państwowe i wsparli rodzącą się państwowość w wojnie z bolszewikami, to nie mogli się doczekać podziału ziemi folwarcznych, a więc podziału tych ziem, na których pracowali latami nie otrzymując wynagrodzenia.
Historia chłopów polskich to dwa zlewające się ze sobą dogmaty: stalinowska polityka wymazania pamięci o niewolniczym charakterze pańszczyzny oraz historia Polski pisana z perspektywy narodu szlacheckiego i ziemiaństwa. W obu tych opowieściach chłop funkcjonuje jako naga, bezmyślna tłuszcza, opanowana przez prymitywne popędy. Przejawy chłopskiego samostanowienia, jak republiki tarnobrzeska czy pińczowska, są przykładami tego, że chłopi potrafili działać solidarnie na rzecz wspólnego dobra.
Przypisy:
- Anna Grześkowiak-Krawicz, Polskie poglądy na monarchie europejskie (w:) Rozkwit i upadek rzeczypospolitej, red. Richard Butterwick, Warszawa 2010, str. 21.
- http://isap.sejm.gov.pl/DetailsServlet?id=WDU19520330232
- http://www.podkarpackahistoria.pl/2015/12/zbuntowane-panstewko-republika-tarnobrzeska/
przez Jacek Żebrowski | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
W roku 1951 prawdziwym objawieniem dla Europejczyków stało się kino japońskie, a to za sprawą rewelacyjnego „Rashomona” (Rashō-mon, 1950) Akiry Kurosawy, który na festiwalu w Wenecji dostał za ten film główną nagrodę. Mało kto jednak poza historykami kina pamięta, że pięć lat wcześniej na festiwalu w Cannes podobną sensację wzbudziły dwa filmy z dalekich kontynentów: indyjski „Na dnie miasta” (Nīcā nagar, 1946), który otrzymał Grand Prix, oraz meksykański „Maria Candelaria” (Xochimilco, 1944) w reżyserii Emilio Fernándeza i Gabriela Figueroi. Europa dopiero budziła się wtedy z koszmarów obozów koncentracyjnych i choć filmy Fernándeza – notabene syna wojskowego z oddziałów rewolucji Zapaty – i Figueroi gościły często na ekranach kin również polskich, tak Indie poszły na jakiś czas w zapomnienie.
Trzeba było kolejnych dziesięciu lat, kiedy to w Cannes pojawił się mistrzowski debiut Satyajita Raya „Droga do miasta” (Pather Panchali, 1955). Tak naprawdę dopiero od tego momentu można mówić o „odkryciu” dla Europy kina Indii, bo chociaż już w latach pięćdziesiątych były one kinematograficzną potęgą, to nijak nie przekładało się to na jakość. Niestety, choć w Europie przyjęło się kino Japonii, Meksyku i Indii, to ostatnie nie miało w Polsce szans na zaistnienie. Trudno wskazać przyczynę. Przepiękna „Droga do miasta” przepadła natychmiast, pozostałych filmów Raya i innych reżyserów długo nie pokazywano ani na przeglądach, ani w DKF-ach, ani w telewizji. Z okazji 70. rocznicy uzyskania niepodległości przez Indie warto na nowo spojrzeć na kinematografię dalekiego subkontynentu.
„Na dnie miasta” mogło się wydawać objawieniem, ale film ten wciąż opierał się na stereotypowych kalkach tamtejszego kina. Typowa ówczesna indyjska produkcja zbudowana była na kilku schematach. Jerzy Toeplitz nazwał to „specyficznym indyjskim kosmopolityzmem filmowym posługującym się utartymi formułkami i powszechnie przyjętymi szablonami”1, którymi są np. zacieranie różnic językowych, kulturowych i narodowościowych, jak również uniwersalizacja miejsca i czasu akcji. Ta specyficzna mieszanka lokalnych tradycji, czyli teatru sanskryckiego łączącego słowo, muzykę i taniec, ze łzawymi melodramatami made in Hollywood, a także kręcenie wyłącznie w studiu filmowym, wytworzyło nieznośnie sztuczną i niezrozumiałą dla człowieka Zachodu papkę filmową atrakcyjną tylko dla mieszkańców tamtego regionu. Chociaż „Na dnie miasta” zostało sfilmowane w plenerach oraz pokazywało po raz pierwszy na dużym ekranie prawdziwe Indie, czyli biedniejszą część społeczeństwa, wciąż jednak trzymało się formuły musicalowo-melodramatycznej.
W kraju, gdzie w 1965 r. mieszkało 500 milionów ludzi mówiących czternastoma oficjalnymi językami i siedmiuset nieoficjalnymi narzeczami, a produkcja przekraczała 320 filmów rocznie, kino było potęgą. Dziś te liczby uległy wielokrotnemu wzrostowi: oficjalnie żyje tam miliard trzysta dwadzieścia pięć milionów ludzi, jest 6000 kin, a dochody z box office’u wynosiły w 2016 r. dwa i pół miliarda dolarów amerykańskich. Indie produkują dziś rocznie ponad 1600 filmów w 35 językach (stan na rok 2012), z czego większość szybko znika z ekranów lub nawet nigdy nie ma swoich premier kinowych. Produkcje Bollywoodu, który kręci filmy w oficjalnym języku hindi, zostały zdetronizowane przez kinematografię tamilską z 262 filmami rocznie, na drugim miejscu plasuje się kinematografia w języku telugu z 256 produkcjami2. Przemysł filmowy jest tam gigantyczny, nawet mimo istnienia konkurencji w postaci telewizji i internetu, bo sporo gotowych filmów jest prezentowanych poza kinami. Te liczby robią wrażenie, nie dziwne więc, że w drugim po Chinach najbardziej zaludnionym kraju świata rozrywka spełnia rolę maszyny do mielenia pieniędzy.
Ambitniejsze podejście do kina zaznaczyło się jednak już w 1942 r., kiedy to grupa twórców związanych z Komunistyczną Partią Indii założyła Indian People’s Theatre Association (Stowarzyszenie Indyjskiego Teatru Ludowego) z zamiarem pokazania prawdziwych Indii. Impulsem stała się tragiczna klęska głodu w Bengalu, gdzie zmarły ponad dwa miliony ludzi. Stworzenie grupy wiązało się także z reakcją na atak nazistowskich Niemiec na Związek Radziecki oraz na tragiczne represje kolonistów brytyjskich wobec ruchu Quit India. Ze stowarzyszeniem związani byli m.in. reżyserzy Ritwik Ghatak i Khwaja Ahmad Abbas, scenarzysta i dramaturg Bijon Bharracharya czy muzyk Ravi Shankar, a nawet dosyć luźno Rabindranath Tagore. Grupa była kulturalnym ramieniem partii, jednak po 1947 r. Indyjski Kongres Narodowy, największa partia Indii, zdelegalizował jej działalność, co zakończyło się policyjną przemocą i prześladowaniami.
Te wszystkie działania na polu kultury stworzyły glebę pod przyszłe autorskie kino Indii. Satyajit Ray, mimo iż jest uznawany za największego mistrza kina bengalskiego, kręcił w czasie, gdy pojawili się tacy autorzy, jak wspomniany już Ritwik Ghatak, a także Bimal Roy, Raj Kapoor, Adoor Gopalakrishnan, Guru Dutt czy Mehboob Khan, będący częścią kierunku zwanego „kino paralelne” (parallel cinema). Wraz z następną falą, zwaną Nowym Kinem Indyjskim (Mrinal Sen, Shyam Benegal, Mani Kaul, Kumar Shahani, Girish Karnad), stworzyli pierwsze i drugie pokolenie filmowców, którzy przyjęli zasadę kręcenia filmów niekomercyjnych. Miastem, gdzie rozwijało się „kino paralelne”, był Bengal, natomiast kino komercyjne ulokowane było wówczas w Kalkucie, Bombaju i Madrasie. Za pierwszy prawdziwy film tego kierunku uznaje się „Dwa hektary ziemi” (Do bigha zamin, 1953) Bimala Roya, również z sukcesem pokazywany na polskich ekranach.
Film opowiada historię rolnika Shambu żyjącego z żoną i synem w małej wiosce, która ucierpiała z powodu klęski głodu. Shambu posiada dwie bigha ziemi3, które są jedynym źródłem utrzymania rodziny. Problem pojawia się, gdy właściciel ziemski planuje budowę młyna na terenie wsi, lecz okazuje się, że w miejscu inwestycji leży ziemia Shambu. Ponieważ rolnik często pożyczał od właściciela pieniądze, ten proponuje mu układ: anuluje długi, gdy ten odsprzeda mu ziemię. Rolnik nie zgadza się, a wściekły właściciel każe mu do następnego dnia uregulować długi. Sprawa trafia do sądu, gdzie rolnik przegrywa, nie rozumiejąc zasad działających handlem długami. Dostaje wyrok: ma w ciągu trzech miesięcy oddać pożyczkę właścicielowi lub jego ziemia zostanie zlicytowana na potrzeby długu.
Shambu wraz z synem wyjeżdżają do Kalkuty, aby zarobić pieniądze. Rolnik pracuje na budowie, a jego syn staje się kieszonkowcem. Targana niepewnością i tęsknotą, gdy jej mąż nie wysyła listów, żona Shambu jedzie do miasta, gdzie ulega wypadkowi. W szpitalu Shambu dowiaduje się, że musi zapłacić za operację i transfuzję krwi. Wszystkie oszczędności, zamiast na dług, idą na ratowanie życia żony. Wracająca do wsi rodzina zastaje swoją ziemię sprzedaną, a właściciel rozpoczyna budowę młyna. Shambu nie pozwala się nawet zabrać ze sobą garści piasku z dawnej ziemi, ochroniarze wyrzucają go z placu budowy.
Ten charakterystyczny dla lat 40. i 50. temat został oczywiście zainspirowany modnym wówczas włoskim neorealizmem, szczególnie „Złodziejami rowerów” (Ladri di biciclette, 1948), a także „Opowieścią z Luizjany” (The Louisiana Story, 1948) Roberta Flaherty’ego i „Dzieciństwem Gorkiego” (Detstvo Gorkogo, 1938) Marka Donskoja, które były inspiracją również dla Satyajita Raya czy Ritwika Ghataka.
„Droga do miasta” Satyajita Raya przedstawia życie ubogiej rodziny inteligenckiej w wiejskich okolicach Bengalu: ojca – pisarza i kapłana Harihara, jego żony Sarbojayi oraz dwójki dzieci, córki Durgi i syna Apu, a także mieszkającej z nimi starej schorowanej ciotki Indir. Ojciec podejmuje się prac w mieście, gdyż jako kantor u właściciela ziemskiego nie może utrzymać rodziny, domem zaś zajmuje się jego żona. Świat obserwujemy oczami małego Apu, który będzie bohaterem dwóch kolejnych filmów Raya, „Nieugięty” (Aparajito, 1956) i „Świat Apu” (Apur Sansar, 1959) w kolejnych etapach swojego życia. Film to właściwie prosta historia, zawarta w obserwacji zwykłych rutynowych czynności życiowych, ale to nie scenariusz, a właśnie reżyseria i sposób przekazania narracji decydują o mistrzostwie Raya już przy debiucie. Najważniejsze przekazane jest tu za pomocą obrazu, w obserwacji natury współgrającej, czy raczej jakby podkreślającej zmiany w życiu rodziny, np. nadchodzący monsun zapowiada śmierć Durgi, albo dzieci bawią się wśród traw, obserwując nadjeżdżający pociąg, który wyraża tęsknotę za ucieczką do innych miejsc i jest zapowiedzią „drogi do miasta” z polskiego tytułu, czyli opuszczenia rodzinnego gniazda. To wszystko wydaje się oczywiste i nazbyt banalne, ale nie w filmie Raya, który dzięki przemieszaniu kontemplacji i minimalistycznej narracji przekazuje prawdy głęboko ludzkie tak, jak niewielu filmowców potrafiło przed nim (Chaplin, Clair) czy po nim (Kieślowski, Olmi). W interpretacji większości aktorów niezawodowych ta szczerość wypada tym bardziej prawdziwie.
Sukces Raya w Cannes w 1956 r. popchnął pakistańskiego reżysera Aaejaya Kardara do nakręcenia filmu „Słońce świeci nad Bengalem” (Jao Hua Savera, 1958), który również opowiadał o losach biednej rodziny mieszkającej nad brzegiem rzeki Meghna na wsi niedaleko miasta Dhaka we Wschodnim Pakistanie (obecnie Bangladesz). Kręcony był w stylu dokumentu etnograficznego inspirowanego Flahertym. Większość ekipy aktorskiej stanowili amatorzy, co widać po ich sposobie gry, ale nie jest to zarzut, bo w warunkach, w jakich ten film powstawał, można uznać to za sukces. To równie prosta i nieskomplikowana historia rodziny biednego rybaka, próbującego zebrać pieniądze na upragnioną łódź, która pozwoli mu zrezygnować z niewolniczej pracy dla głównego w okolicy zarządcy połowami. Historia powstania tego filmu jest również niezwykła. Był to – i jest do tej pory – jedyny przykład ponadnarodowej współpracy między krajami, które pozostawały w konflikcie. Ekipa filmowa składała się z Pakistańczyków reżysera Aaejaya Kardara, poety i rewolucjonisty Faiza Ahmeda Faiza, producenta Nomana Taseera oraz bengalskiego scenarzysty Manika Bandopadhyaya, asystenta reżysera Zahira Raihana (autora późniejszego dokumentu „Stop Genocide” na temat wojny o niepodległość Bangladeszu, w którym podejmuje on temat okrucieństw popełnianych przez armię Pakistanu), hinduskiej aktorki Tripty Mitry i hinduskiego kompozytora Timira Barana. Zdjęciami zajął się Walter Lassally, brytyjski operator urodzony w Berlinie. Jako że Tripta Mitra i jej mąż Sombhu Mitra byli komunistami i należeli do wspomnianej Indian People’s Theatre Association, podobnie jak Ahmed Faiz, szybko oskarżono twórców o „sprzyjanie komunizmowi”, tym bardziej że film zdobył złoty medal na pierwszym festiwalu filmowym w Moskwie i był nominowany do Oscara4. Faiza uwięziono za dyktatury proamerykańskiego generała Muhammada Ayuba Khana. Również Kardar miał problem z kręceniem filmów. Przedstawiciele rządu naciskali na Taseera, aby wycofał fundusze dla filmu, zabroniono też premiery na terenie Indii i Pakistanu, w efekcie czego obraz po raz pierwszy pokazano w Londynie.
Mimo międzynarodowych sukcesów film poszedł w zapomnienie. Bardzo rzadko wydobywano kopię z archiwów na specjalne pokazy (jedną z kopii z polskimi napisami posiada Filmoteka Narodowa), aż w końcu „perłę z lamusa” odnaleźli bracia Alain i Philippe Jalladeau, którzy, chcąc przygotować retrospektywę filmów pakistańskich, zostali poinformowani, że bez „Słońce wschodzi nad Bengalem” taki pokaz byłby niekompletny. Dzięki synowi Taseera rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania kopii nadających się do projekcji. Ostatecznie film złożono z kilku niekompletnych kopii znajdujących się w archiwach Paryża, Londynu i Karaczi. Anjum Taseer, syn producenta filmu, po wielu staraniach pokazał odrestaurowany obraz na kilku festiwalach. Podobnie jak jego ojciec, chciałby wyprodukować film dokumentalny o rybakach żyjących w Bangladeszu, bo, jak twierdzi „warunki ich życia nie zmieniły się przez te sześćdziesiąt lat”.
Kino południowoazjatyckie jest nadal wielkim nieodkrytym rezerwuarem świetnych dzieł i twórców mających do powiedzenia wiele na tematy społeczne. Mają oni w Indiach status kultowy, jak Mrinal Sen czy Ritwik Ghatak, podobnie Kardar w Pakistanie czy Lester James Peries w Sri Lance. Nie sposób opisać tu wszystkich filmowców czy nawet ich najważniejszych filmów, bo właściwie tylko filmy Raya są dostępne na DVD. Ważna lekcja kina, którą zafundowali światu filmowcy Południowej Azji czeka nadal na swoje – ponowne – odkrycie dla Europy.
Przypisy:
- Jerzy Toeplitz, Mozaika indyjskiej kinematografii, „Kino” 8/1966, s. 45-57.
- http://timesofindia.indiatimes.com/city/hyderabad/Tamil-leads-as-India-tops-film-production/articleshow/21967065.cms
- Bigha nie jest akrem czy hektarem jak w europejskich tłumaczeniach filmu, np. Two Acres of Land.
- http://www.bbc.co.uk/news/world-asia-india-36417007
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2017
– Jesteś dziennikarzem, twórcą i redaktorem naczelnym „Gazety Magnetofonowej”, magazynu o polskiej muzyce. A niegdyś byłeś wokalistą blackmetalowej Lux Occulty. Zwykle zaczynam wywiady od ankiety personalnej: dlaczego metal, a nie punk?
– Jarek Szubrycht: Punk też był obecny. Zawsze słuchałem punk rocka, ale dużo mocniej zaangażowałem się w metal, również ze względów środowiskowych. W Dukli, malutkim podkarpackim miasteczku, punków było raptem dwóch. Miałem za to więcej starszych kolegów, którzy interesowali się metalem, jeździli już na koncerty, mieli nagrania. W 1986 r., jak pół świata, zostałem fanem zespołu Europe, za sprawą ich przeboju „The Final Countdown”. Pewnego razu w „Świecie Młodych” wyczytałem, że Europe i taka muzyka to metal.
– Bezkompromisowi hałaśnicy z Europe otworzyli ci uszy na brutalne granie?
– [śmiech] Owszem, jakkolwiek zabawnie by to dziś nie brzmiało. Kolega z bloku, dzięki ojcu, który mieszkał w Stanach, miał nagrania zespołów metalowych. Okazało się, że to, czym dysponował, nie przypominało Europe – było zdecydowanie lepsze. Dałem się pochłonąć tej muzyce. Trafiłem w czas schyłkowego PRL, kiedy w państwowych mediach zaczęto puszczać metal, który wówczas zyskiwał na popularności.
Przypomnę, że w 1986 r. odbyła się w Katowicach pierwsza Metalmania. Raz w tygodniu w Programie Trzecim Polskiego Radia i raz w tygodniu w Programie Drugim można było w całości wysłuchać metalowych płyt (i nagrać je sobie). Również „Na Przełaj”, czyli organ prasowy Związku Harcerstwa Polskiego, prowadzony wówczas przez ludzi, z których przynajmniej część była naprawdę młoda i otwarta na świat, puszczał sporo materiałów na tematy rzeczywiście fascynujące młodzież. Oni mieli świadomość, że jeśli będą się kurczowo trzymać oficjalnego sznytu harcerza wiernego ideałom ludowej ojczyzny, nikt po to nie sięgnie.
– Podobnie było z Rozgłośnią Harcerską.
– Tak, to też było jedno z muzycznych okien na świat. Dodam, że w „Na Przełaj” pojawiały się nie tylko notki o płytach, ale choćby reportaże z Jarocina, z Metalmanii, z Metal Battle. Jeszcze jedna, cenna rzecz: o ile w przypadku radia, telewizji czy magazynów typu „Non Stop”, gdzie takie treści się pojawiały, to był jednostronny komunikat typu nadawca-odbiorca, o tyle redakcja „Na Przełaj”, bodaj w 1988 r., otworzyła się na czytelników. Opublikowali wówczas na swoich łamach cykl artykułów Marcina Wawrzyńczaka, twórcy słynnego metalowego fanzina „Eternal Torment”, w których opisał m.in. kilka naprawdę undergroundowych deathmetalowych kapel. Ich nagrań nie puszczali w Polskim Radiu. To nam otworzyło oczy. Mówię „nam”, ponieważ później się okazało, że te teksty były punktem zwrotnym dla wielu moich kumpli. Poznaliśmy metalowy underground: okazało się, że istnieje nieoficjalne wymienianie się nagraniami, czyli tape trading; okazało się, że istnieją polskie fanziny, które można czytać. Miałem szczęście, bo na początku trafiłem na te edytorsko nieco słabsze…
– Dlaczego: szczęście?
– Stwierdziłem, że zrobienie fanzina nie przekracza moich zdolności. Co prawda ten, który zrobiłem jako pierwszy, było dużo gorszy od tych słabych, które dostałem [śmiech], ale nauczyłem się dzięki niemu, jak współtworzyć metalowy underground. Zaczęła się wymiana listów, wyjazdy na koncerty, poznawanie sceny.
– Gdy dziś zajrzeć do „Jaskini hałasu” Wojciecha Lisa i Tomasza Godlewskiego, widać dobrze, jak bardzo estetyka metalowego podziemia nie pasowała do świata pierwszych sekretarzy i księży proboszczów.
– To jest rzecz częściowo znana choćby ze sporów o Jarocin z tamtych lat, teoria wentyla bezpieczeństwa: lepiej, żeby młodzi słuchali dziwnej muzyki, niż wychodzili na ulice i protestowali przeciw ludowej ojczyźnie. Ale prawda jest też taka, że w miasteczkach takich jak Dukla wielka polityka była nieobecna. Nawet gdybym chciał rzucać kamieniami w ZOMO-wców, to musiałbym jechać jakieś 150 kilometrów, żeby się na to załapać.
Ale nie jest też tak, że milicja ułatwiała życie metalowcom. Zdarzali się nadgorliwi milicjanci, którzy łapali pierwszych długowłosych, również na ulicach małych miasteczek i wycinali ze skór znaczki z pentagramami, nazwami kapel. Albo obcinali lub podpalali włosy w radiowozie. I choćby po tym było widać, że wciąż żyjemy w państwie policyjnym, w którym milicja bezkarnie nadużywa środków przymusu. Ale absolutnie ten rodzący się metalowy underground nie był sam w sobie żadnym celem dla służb.
Opowiem historię dość charakterystyczną dla schyłkowej komuny. Gdy wykleiłem swój pierwszy fanzin, uświadomiłem sobie, że właściwie nie wiem, gdzie go odbić na ksero. To nie była Warszawa, to nie był nawet Rzeszów, to była Dukla. Najbliższe ksero było zdaje się w Krośnie. W dodatku to była jesień 1989 r., obowiązywały jeszcze przepisy, według których nie można było odbić większej ilości materiałów na ksero bez zatwierdzenia cenzorskiego.
– Zakładam, że nie poszedłeś do cenzury.
– Mój ojciec był wojskowym, ale też człowiekiem tolerancyjnym. Rodzice wspierali mnie w moich zainteresowaniach. Z wyjazdów do większych jednostek na ćwiczenia, ze szkoleń dla WOP-istów, ojciec przywoził mi płyty, kasety, plakaty. Mam też w głowie taki obrazek: podoficer Ludowego Wojska Polskiego wybiera się na służbę, ale przecież wieczorem koncert, więc póki co siedzi w mundurze przy stole i naszywa mi na katanę „telewizor” Kreatora z płyty „Pleasure to Kill”.
– To się układa w logiczną całość.
– [śmiech] W każdym razie, jak już zrobiłem ten fanzin, ojciec zaoferował pomoc. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na Komendę Wojewódzką Milicji Obywatelskiej w Krośnie. Ojciec miał tam znajomych. Powiedział, że syn robi gazetę o muzyce, poszło bez problemu. Na komendzie odbiłem więc dwadzieścia czy trzydzieści sztuk pierwszego numeru swojego fanzina. A drugi numer ukazał się nieco później w zupełnie innej rzeczywistości, gdy istniały już komercyjne punkty ksero.
– Pozwól, że jeszcze wrócę do punka. Nie pociągał cię od strony ideowej, np. jako muzyka o mocniejszym przekazie politycznym?
– Interesowałem się punkiem, ale metal odpowiadał mi bardziej również pod względem estetycznym. Czytałem punkowe fanziny, m.in. „Qqryq”, z uwagą śledziłem tamte dyskusje ideowe. Z satysfakcją obserwowałem natomiast to, że muzyka hardcore/punk w jakiejś części ewoluowała brzmieniowo w stronę metalu. Nie oszukujmy się: wielu ludzi od punka odrzucał brak dbałości o formę – dla części zespołów i fanów treść była tak bardzo nadrzędna, że cokolwiek grało i jakkolwiek brzmiało, było okej. Dla mnie liczyła się też forma i dlatego byłem choćby fanem Dezertera, który choć surowo, dobrze brzmiał, dużą wagę przywiązywał do muzyki.
Jeszcze jedno: wtedy było sporo zespołów i fanzinów, w których mocno podkreślano, że „dzieciaki powinny się zjednoczyć” – niezależnie od tego, czego słuchają. Nie wszyscy się z tym zgadzali, ale to miało swoje szersze uzasadnienie. Metalowcy byli mniej politycznie zaangażowani od punkowców, ale pewne rzeczy były wtedy powszechne, choćby podskórna antysystemowość wśród młodzieży, na którą składało się i odrzucenie dogorywającej komuny, i mocno podkreślany antyklerykalizm. Nazwę to nutą wolnościową, choć bez jakichś jasnych politycznych afiliacji. Walący się ustrój nie był nasz, ale to, co się pchało w jego miejsce, czyli prawica w typie Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, albo Lech Wałęsa i bracia Kaczyńscy, też nie było nasze. Przynajmniej tak to wyglądało w moim środowisku.
– W kilku książkach, które podsuwa mi pamięć, pojawia się PRL-owski dom kultury jako miejsce ważne dla kształtowania się muzyki tworzonej przez kolejne roczniki dojrzewające w tamtej epoce. Myślę o poświęconym Republice „Nieustannym tangu” Leszka Gnoińskiego, „KSU. Rejestracja buntu” Krzysztofa Potaczały, „Roman Kostrzewski. Głos z ciemności” (wywiad-rzeka) i Twojej książce: „Vader. Wojna totalna”. Istotne jest też to, że tego typu instytucje stanowiły lokalny koloryt zarówno w przypadku większych, jak i mniejszych ośrodków. Zniknięcie znacznej części z nich to chyba jeden z mniej oczywistych symboli transformacji?
– Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie doceniał znaczenia domów kultury. Wojewódzki Dom Kultury w Krośnie był dla mnie oknem na świat. Widziałem tam pierwsze prawdziwe koncerty, w tym takich sław jak Voo Voo, dzięki corocznym Krośnieńskim Spotkaniom Teatralnym zobaczyłem po raz pierwszy adaptacje sztuk Sławomira Mrożka czy Eugene Ionesco – mocne doświadczenia, tym bardziej, że w ramach wycieczek szkolnych do teatru w wielkim mieście, czyli Krakowie, karmiono nas kanonem lektur szkolnych. Na deskach krośnieńskiego domu kultury, wraz ze swoimi pierwszymi zespołami, w których zacząłem krzyczeć, brałem udział w przeglądach takich i owakich – tak stawiałem pierwsze kroki na prawdziwej scenie przed prawdziwą publicznością.
A równocześnie ćwiczyliśmy jako zespół metalowy w naszym domu kultury w Dukli. To było szersze doświadczenie, znane wielu późniejszym zawodowym muzykom: trudne związki tych instytucji z przeróżnymi metalowymi czy punkowymi młodzieżowymi składami. Z jednej strony ludzie, którzy tam pracowali, chcieli pomagać małolatom w nauce gry na instrumentach, z drugiej zupełnie nie ogarniali tego, co się dzieje. Nie rozumieli, co gramy, co próbujemy robić. W naszym przypadku nie skończyło się to jednak źle – po różnych próbach przydzielania nam instruktorów, wymyślania, na jakiej uroczystości moglibyśmy wystąpić z naszym repertuarem, dali nam w końcu spokój i swobodnie korzystaliśmy z sali prób w domu kultury w Dukli, na spółkę z zespołem weselnym Renoma.
Minęło parę lat, w 1994 roku powstała Lux Occulta. Byłem już na tyle świadomy i bezczelny, że już nikogo o nic nie prosiłem, ale założyliśmy swoje najbardziej szokujące koszulki, przywdzialiśmy pełen metalowy rynsztunek, i zażądaliśmy audiencji u burmistrza Dukli. Powiedzieliśmy panu burmistrzowi, że zakładamy zespół, mamy kilka utworów i chcemy sali na próby, bo to lepiej, niż gdybyśmy mieli pić wódkę na schodach kina. Lekko skonfundowany burmistrz zaczął opowiadać, że jak był młody, to też był hippisem [śmiech]. Ale ugiął się przed siłą naszych argumentów. Najpierw mieliśmy próby w kinie, później dostaliśmy sporych rozmiarów salę w zabytkowym ratuszu na środku rynku, który dziś nie należy już do miasta, bo odnaleźli się spadkobiercy. To był niezły układ: myśmy mieli jedyne klucze do sali, a oni płacili czynsz i prąd [śmiech]. Żeby było jasne: to była Dukla w połowie lat 90. XX w., w większych miastach Polski coś takiego nie było już wtedy możliwe.
– Mieliście wręcz cieplarniane warunki…
– Po latach, już jako dziennikarz, który analizował różnorakie zjawiska muzyczne, zacząłem się zastanawiać: jak to jest, że polskie zespoły zakładane przez siedemnasto- czy osiemnastolatków, po kilku latach są na ogół na poziomie „x”, a zespoły zakładane w tym samym czasie przez ich rówieśników z Finlandii czy Norwegii po kilku latach są na poziomie „x do kwadratu, x do sześcianu”. Dowiedziałem się, że w Skandynawii instytucjonalne wsparcie dla nastoletnich muzyków jest stosowane systemowo. Młodzież zakłada kapele, ale nie musi „na bezczela” wykopywać drzwi u burmistrza, licząc na to, że trafią na człowieka liberalnego i życzliwego. W krajach Skandynawii obowiązkiem samorządów jest wspieranie muzycznych talentów dzieciaków: młodzi dostają miejsce na próby, odpowiednie dofinansowanie, żeby kupić sprzęt albo coś nagrać, mają do dyspozycji instruktorów. Mało tego – muzycy, którzy sami coś osiągnęli, mogą zatrudnić się jako instruktorzy w takich ośrodkach. Ihsahn, gitarzysta zespołu Emperor, kapeli o międzynarodowej renomie, przez lata pracował w ten sposób. To ma sens: dzieciaki przychodzą z różnymi umiejętnościami i zainteresowaniami, zatem trudno, żeby jeden i ten sam instruktor przerabiał ze wszystkimi w nieskończoność kanon w rodzaju „Trzech kurek”. Im lepsza i bardziej różnorodna oferta dostępna dla każdego, tym lepiej rozwijają się talenty wśród młodzieży. To wyjaśnia też różnicę poziomów między zespołami w międzynarodowej skali: u nas bardzo wiele dzieciaków na własny użytek musiało odkrywać koło od nowa. W tym czasie ich rówieśnicy ze Skandynawii ostro ruszyli już do przodu…
– Malowniczo to zjawisko opisał Daniel Ekeroth w książce „Szwedzki death metal”: „Z racji tego, że Szwecja jest krajem bogatym (przynajmniej kiedyś była), każdy kto chce grać w zespole, ma stworzone ku temu warunki. Władze miejskie w dużym zakresie zapewniają instrumenty i miejsca do ćwiczeń, a za granie prób i tworzenie nagrań niektóre organizacje wypłacają nawet pieniądze. W wielu szwedzkich miastach nadal stoją ogromne budynki z salami na próby, które można wynająć praktycznie za nic. Z uwagi na fakt, że struktura administracyjna Szwecji opiera się głównie na bardzo małych i nudnych mieścinach […], młodzieży nie pozostaje nic innego, jak tylko zająć się sportem lub założyć kapelę”.
– Ma to bardzo ciekawe skutki ekonomiczne. W tej chwili muzyka w krajach skandynawskich to gigantyczne źródło dochodu, również dla państwa. Muzyka jest towarem eksportowym. Również black metal promowany jest jako dobro kulturowe, które znakomicie się sprzedaje. Zatem to nie jest tak, że oni jedynie „dają pograć gówniarzom”, żeby się nie zapili lub nie zaćpali, gdy są w najgłupszym wieku. To jest też inwestycja. W Norwegii dzięki eksplozji black metalu znacznie wzrosła turystyka: cudzoziemcy odkryli ten kraj za sprawą metalu. Norwescy dyplomaci, którzy jadą na placówkę do innych krajów, muszą wiedzieć, czym jest rodzimy black metal – do ich kompetencji i obowiązków należy znajomość i promowanie tej muzyki.
– Gdy rozmawiamy, toczy się spór polityczny o festiwal w Opolu. Jak z perspektywy undergroundowca oceniałeś dawniej tego typu imprezy muzyczne?
– Zacznijmy od tego, dlaczego powstał festiwal polskiej piosenki w Opolu. To był element zakorzeniania w wyobraźni zbiorowej powojennego statusu Ziem Odzyskanych, ich kulturowej przynależności do macierzy. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Oceniamy wartość piosenek dawnych artystów i artystek, którzy przewinęli się w czasach PRL przez Opole, z perspektywy ludzi podpiętych do internetu, którzy w każdej chwili mogą sięgnąć choćby po dowolne dzieła muzycznej popkultury. A to nie jest sprawiedliwa ocena.
– Dlaczego?
– Sprawdź premiery w Opolu z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Nawet jeżeli nie były to zawsze rzeczy wybitne, to na pewno było to wszystko, na co wówczas było stać polską scenę muzyczną. W Opolu z nowym repertuarem pojawiali się Anawa lub Czesław Niemen. A na nich trudno narzekać. Innych kanałów dystrybucji informacji, poza państwowymi, wtedy nie było – jeśli ktoś chciał dotrzeć z szeroko rozumianą muzyką popularną do publiczności, to musiał wystąpić w Opolu. Poziom tamtej piosenki w stosunku do tego, co dziś dzieje się w głównym nurcie, był bardzo wysoki. Z dzisiejszej perspektywy niektóre z tych piosenek trącą myszką, są banalne, ale wiele z nich to dobre numery, świetnie zaaranżowane, bardzo dobrze zagrane i zaśpiewane, ze znakomitymi tekstami. Sprawdź, co było prezentowane w Opolu w 1972 r., jeśli chodzi o teksty, i porównaj to z Opolem ostatnich lat… To jest dramatyczna przepaść.
– No to skąd ta przepaść?
– Dziś Opole to festiwal, na który nie ma pomysłu. Ta sytuacja ciągnie się od dziesięciu-piętnastu lat. W znacznej mierze bierze się to stąd, że artyści nauczyli się docierać do publiczności innymi kanałami, choćby za pośrednictwem internetu. Ten festiwal przestał decydować o trendach i popularności. Oczywiście, wciąż są twarze, które bez Opola żyć nie mogą, albo byłoby im bez niego trudniej, ale to cień dawnej chwały…
– A to nie jest kwestia stopniowego kurczenia się publiczności Opola? Starsi darzą tę imprezę sentymentem, bo kochają wspomnienia z młodych lat, ale dzisiejsi dwudziesto-, trzydziestolatkowie mają zupełne inne festiwale: Open’er, OFF Festival, Męskie Granie?
– Nie do końca, bo to też inna muzyka. Tego, co się gra na OFF-ie, nigdy nie było w Opolu. Podejmowano tam próby montowania alternatywnej sceny, ale kończyło się na mniej lub bardziej udanych eksperymentach. I owszem, jestem za tym, żeby eksperymentować w Opolu.
– Chcesz szokować starszych państwa?
– Niekoniecznie. Pamiętam piętnastoletniego siebie z Dukli, który jeśli nie zobaczył czegoś w telewizji i nie usłyszał w radiu, to nie wiedział, że to istnieje. Oczywiście, ktoś powie, że dziś to niepotrzebne, bo mamy internet. Tylko żeby znaleźć coś w sieci, trzeba wiedzieć, czego szukać. A przecież portale społecznościowe coraz bardziej trzymają nas w bańce naszych upodobań i pułapce przyzwyczajeń. To ma swój komercyjny wymiar: reklamodawcy pokażą nam rzeczy, które skłonią nas, byśmy sięgnęli do portfela. Coraz trudniej wyrwać się temu modelowi funkcjonowania w sieci, który Google z Facebookiem narzucają całemu światu.
I jeszcze jedno – nie można oceniać Opola jako festiwalu, nie prowadząc dyskusji o kondycji mediów publicznych. Opole jest do niczego, bo telewizja publiczna jest do niczego – niezależnie od ekipy, która tam rządzi. Abstrahując już od tego, że każda władza zawłaszcza telewizję, żeby dotrzeć do ludzi i w mniej lub bardziej zawoalowany sposób na nich oddziaływać, to nikt z tych ludzi nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie lub podjąć decyzji politycznych o konsekwencjach istotnych także dla finansów tej firmy, czym ona właściwie ma być.
Mówi się o misji telewizji publicznej, a równocześnie każe się jej zarabiać pieniądze na najbardziej oglądalnych formatach. Promowane są właściwie coraz głupsze pomysły. „Gwiazdy tańczą na lodzie” to przecież była oferta TVP.
– Wróćmy do Opola.
– Ono jest nijakie i coraz mniej znaczy, bo kulturotwórcza misja telewizji publicznej to w znacznej mierze pic na wodę. Gdyby ktoś się tym przejął i konsekwentnie to realizował, a były takie próby, to wszystko mogłoby wyglądać inaczej. To nie jest tak, że w Polsce nie ma ludzi, którzy mogliby to dobrze zrobić, stworzyć świetny scenariusz kilkudniowego festiwalu, pokazać stare gwiazdy w nowym, interesującym świetle. Mogliby też pokazać, że istnieje nowe życie w polskiej muzyce popularnej.
Przy okazji: były ekipy, które traktowały misję telewizji publicznej serio. Pierwsza to tzw. pampersi z początku lat 90. To były czasy, gdy ludzie jeszcze przejmowali się niemodnym dziś słowem „pluralizm”. Pampersi byli zdecydowanie z prawego skrzydła, ale równocześnie bardzo pilnowali, żeby pokazywać dzieła kultury popularnej, z którymi pewnie nie do końca się zgadzali.
– Przypomnijmy parę nazwisk: Wiesław Walendziak, Grzegorz Górny, Andrzej Horubała.
– Dbali o to, żeby zarówno kultura, jak i publicystyka, która dziś jest formą źle zamaskowanej propagandy, przedstawiały naprawdę szerokie spektrum wizji świata. Pokazywali się tam i ludzie z Totartu czy bruLionu, i katolicy ze środowiska „Frondy”.
Drugi taki moment to były pomysły ekipy Jerzego Kapuścińskiego i nawet później Macieja Chmiela, mówię tu o TVP 2. Było widać, że ciężko pracują nad ofertą kulturalną, tylko w innym już czasie – gdy znacznie zmniejszono budżety na własne produkcje. Dodajmy do tego TVP Kulturę, ale jej przykład pokazuje, że misyjność zepchnięto do pewnej niszy.
– Pamiętam, że jako nastolatek w telewizji „pampersów” zobaczyłem „Hair” Miloša Formana, „Jesus Christ Superstar” Andrew Lloyd Webbera i „The Wall” Alana Parkera.
– Miałem tak samo… Tamta telewizja publiczna kupiła nam „Miasteczko Twin Peaks”, choć w przypadku drugiego sezonu było już przecież jasne, że na całym świecie widownia odpływała. A oni nie bali się zaglądać w te wyższe rejony popkultury, które z różnych przyczyn mogły drażnić szerszą widownię.
– W tamtych czasach telewizja publiczna pokazała też wielki show na Wembley po śmierci Freddy’ego Mercury’ego i Woodstock z 1994 roku – późno w nocy i nad ranem w swoim pokoju oglądałem na Rubinie C714 Porno for Pyros, Nine Inch Nails, Metallicę.
– Moi rodzice byli wtedy na tyle uprzejmi, że obiecali nocować w domku na działce, ściągnąłem więc znajomych i dwie bite noce siedzieliśmy przy tym Woodstocku. To nam zmieniało życie – oglądaliśmy Red Hot Chilli Peppers w tym samym czasie, co Amerykanie. Ta telewizja pokazywała nam to, co faktycznie w czasie rzeczywistym działo się w kulturze popularnej.
– Ktoś może powiedzieć: jesteście stare pierniki, przecież to samo można sobie teraz zobaczyć na żywo na YouTube…
– Po pierwsze nie wiem, czy telewizję publiczną w modelu, który byśmy sobie życzyli, da się w Polsce jeszcze w ogóle uratować. Po drugie, jak już wspominałem, są ludzie, którzy także w dziedzinie popkultury mają nieco lub znacznie lepszy kapitał kulturowy. Nie trzeba nawracać nawróconych – chodzi o to, żeby z lepszą ogólnodostępną ofertą dotrzeć do tych, którzy z różnych przyczyn mają do niej utrudniony dostęp. Szczerze wątpię, że jakakolwiek ekipa odczuwa potrzebę, by edukować szerokie masy.
– W polskiej muzyce popularnej wciąż widoczne jest coś, co roboczo nazwę inteligenckim tonem. W pewnej mierze widać to było w Opolu, w czasie recitalu Maryli, w wyblakłych już mocno wspominkach o Agnieszce Osieckiej. Widać to dobrze po serii muzycznej „Zaśpiewani”. I widać również, gdy Maciej Maleńczuk śpiewa Włodzimierza Wysockiego albo „kłania się w pas” Wojciechowi Młynarskiemu. Można się z tego śmiać, ale ten inteligencki sznyt chyba zapewnia polskiej muzyce kontakt z literaturą, poezją, malarstwem?
– To nie jest typowo polska cecha. Muzyka popularna ma różne oblicza, a inspiracje literaturą czy malarstwem to są rzeczy, które rezonują silnie w kontrkulturze amerykańskiej późnych lat 60., a następnie w latach 70. Przypomnijmy sobie choćby Patti Smith, Lou Reeda, Davida Bowie. Często to były więzi osobiste, przeróżne dziedziny życia przenikały się ze sobą – dobrze to pokazuje przykład Andy’ego Warhola i zespołu Velvet Underground. Za paradoks można jednak uznać to, że ten nurt na Zachodzie nie był mainstreamowy, natomiast w Polsce, w czasach PRL, rzeczywiście był głównym nurtem. To o tyle interesujące, że przecież znaczną część włodarzy Polski Ludowej, pomijając Józefa Cyrankiewicza, trudno posądzać o jakieś wyższe potrzeby kulturalne. A jednak wszyscy ci ludzie, mieli – może wynikający z pewnego kompleksu wobec inteligencji jako warstwy kulturotwórczej – spory szacunek do świata kultury.
Choć dodam, że po pierwsze tamten system zmarnotrawił wiele talentów, również artystycznych, ponieważ o bardzo wielu rzeczach, zwykle w sposób niejawny, decydowali ludzie kierujący się nieraz podłymi motywacjami. Po drugie, rynek muzyczny był zupełnie nieracjonalny, a sami muzycy często nie wiedzieli, ile płyt faktycznie sprzedają i ile na nich realnie zarabiają. To wszystko kontrolowały upolitycznione instytucje. Po trzecie, mieliśmy jednak ograniczony dostęp do wielu dzieł kultury światowej i polskiej, chyba że trafiły do drugiego obiegu.
– A może to inteligenckie nastawienie wynikało z pewnych paradygmatów tamtego ustroju – trzeba było nieść kaganek oświaty w lud, kultura masowa świetnie się do tego nadawała.
– W tamtych latach inna była też kultura popularna. Nikt jeszcze wtedy nie wymyślił rzeczy tak głupich jak te, które przyswajamy dzisiaj. Może też jest tak, że gdyby ta rozrywka, która dziś robi za kulturę popularną, była tak rozpowszechniona jak obecnie, to pewnie korzystaliby z tych narzędzi. I może przeróżni czynownicy tańczyliby i wówczas na lodzie. Ale zamiast tego mieliśmy Teatr Telewizji. Pamiętam, że w latach 80., gdy już rejestrowałem pewne rzeczy świadomie, moi rodzice, matka – wiejska nauczycielka, ojciec – wopista, siadali ze mną przed telewizorem i oglądaliśmy spektakle Teatru Telewizji. To było naturalne. I powszechnie oglądane. Już na początku III RP, ale wciąż według wzoru wypracowanego w PRL, pokazano w telewizji teatralną adaptację bodaj „Transatlantyku” Gombrowicza. Ja sam jeszcze niewiele z tego rozumiałem, ale pamiętam, że rodzice byli mocno na „nie”. Dziś myślę, że super było to, że oni w ogóle sami chcieli się z tym skonfrontować, nie wyłączyli telewizora. Obejrzeli, bo uważali, że to ważne. Przy wszystkich swoich niezliczonych grzechach, PRL nie dezawuował kultury jako takiej. Chciał ją kształtować wedle swoich potrzeb, chciał ją zawłaszczyć, ale nie wpadł na to, żeby powiedzieć ludziom: „słuchajcie, kultura nie jest wam do niczego potrzebna”…
– W jesiennym numerze „Gazety Magnetofonowej” opublikowaliście tekst Leszka Gnoińskiego „Szkółka dla niegrzecznych dziewcząt”, który opowiada o Lucciola Ladies Rock Camp, założonym w Beskidzie Niskim przez Ewę Langer, basistkę zespołów PRL i Translola. To tekst z mocnymi wątkami feministycznymi, z opowieściami o tym, że wiele kobiet dzięki tamtejszym warsztatom muzycznym uczy radzić sobie choćby z doznaną przemocą. Wolisz tę muzykę, artystki i artystów, którzy są na przeróżne sposoby zaangażowani społecznie, politycznie i ideowo, czy bliższa jest ci raczej filozofia: „pan nie śpiewaj o ideach, pan śpiewaj dobrze”?
– [śmiech] Jeżeli chodzi o moje muzyczne potrzeby, to są one różnorodne. Czasem potrzebuję muzyki zachwycającej formalnie, która nie niesie żadnego przekazu lub jest to przekaz ideologicznie neutralny.
Kultura jest dziś w znacznej mierze społecznie utożsamiana z rozrywką. Sam się łapię na takim odbiorze. To powoduje, że traktujemy kulturę jako coś, co ma nam się podobać, poprawiać nastrój, łatwo się przyswajać. Ale kultura nie jest identyczna z rozrywką. Ta pierwsza ma nam stawiać pytania, poruszać, gniewać, konfrontować z cudzymi wizjami i poglądami. Dlatego takich treści też szukam i staram się prezentować. Natomiast uważam, że nie wolno wymagać od artystów zajmowania stanowiska w jakiejkolwiek sprawie. Artystyczna wolność jest też wolnością od oczekiwań czy wymagań społecznych i od wymogów stawianych przez fanów. Jeżeli artysta/artystka z własnej nieprzymuszonej woli chce zabrać głos, czy to w formie dzieła, czy w wywiadzie, czy w jakikolwiek inny sposób – droga wolna. Jeżeli ktoś chce mieć poglądy również na scenie – nie mamy prawa mu tego zabraniać, muzyk nie musi być tylko od śpiewania i grania: ma prawo mówić o feminizmie, patriotyzmie, zmianach klimatycznych. Ale z drugiej strony nie mamy prawa wymuszać na artystach publicznego wyrażania poglądów. Nie powinny tego robić również instytucje.
– Inna rzecz, że chyba jeszcze moje roczniki wychowały się w atmosferze popkulturowej, w której spora część artystów i artystek z zasady nie było obojętnych. Składanki na kasetach magnetofonowych w rodzaju „Muzyka przeciwko rasizmowi” to było coś najbardziej naturalnego nawet dla tych, którzy jakoś głębiej nie uczestniczyli w muzycznych rytuałach. Na początku lat 90. część kaset magnetofonowych z o wiele bardziej wtedy popularną muzyką rockową była zaopatrzona we wkładkę wzywającą do ogólnospołecznego referendum w sprawie aborcji i przeciwstawienia się stanowisku Kościoła w tej sprawie. Róże Europy, Kult, Big Cyc, Kobranocka – to nie była alternatywa, ale rzeczy dość mainstreamowe, a jednak mocno zaangażowane. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i Przystanek Woodstock to w ogóle osobny rozdział. Dziś chyba tego zaangażowania, także kojarzonego ze światopoglądowym liberalizmem, jest w muzyce popularnej mniej.
– Jak to zwykle bywa, nie ma jednej przyczyny dla tego skomplikowanego zjawiska. Wydaje mi się, że faktycznie w przestrzeni publicznej mniej jest dziś tego typu muzyki. Piosenki, które u progu lat 90. były grane w radiu, faktycznie mniej lub bardziej dotykały rzeczywistości społeczno-politycznej i ją komentowały.
Konstatuję to z pewną przykrością, jako przedstawiciel pokolenia, które się na czymś takim wychowało, ale wydaje mi się, że współczesny eskapizm też jest jakąś deklaracją polityczną. Być może muzycy z pokolenia, które dziś jest poniżej trzydziestki, a także odbiorcy ich muzyki z takich roczników, uznali, że pieśni tamtego pokolenia to nie są songi w ich sprawach. Być może to, co nazywamy zaangażowaniem, oni uznają za dyskusję na obce im tematy, za spory, o których nie chcą nic słyszeć.
Na początku lat 90., gdy po raz pierwszy jako młodzi ludzie mogliśmy brać udział w wolnych wyborach, bardzo mało wśród moich znajomych, rówieśników i rówieśniczek, było osób, które świadomie nie korzystały z tej możliwości. Dla nas wielką wartością było to, że możemy wybrać. Kłóciliśmy się o to, dokonywaliśmy różnych wyborów, ale umywanie rąk było rzadkim, dziwacznym gestem. Dziś nie ma muzyki tamtych czasów, ale warto by też zbadać, jak wielu młodych w ogóle nie ma przy urnach wyborczych. Myślę, że to się ze sobą wiąże. I to nie jest problem jedynie młodych, to jest dość powszechne dziś społecznie przekonanie, że nas to nie dotyczy.
– Jest rap, hip hop, jeszcze o tym pogadamy. A Pablopavo śpiewa piosenki o Jolancie Brzeskiej i Stefanie Okrzei.
– Ale Pablopavo nie jest dwudziestoparolatkiem… Dziś ludzie utalentowani potrafią pięknie i wyjątkowo realistycznie pokazać okolice czubka swojego nosa. Taco Hemingway, szczególnie na dwóch pierwszych EP-kach, ładnie zobrazował warszawskie życie dzisiejszych dwudziestoparo-, trzydziestolatków. Ale to jest obserwacja społeczna bez żadnych deklaracji.
– Starasz się, żeby każdy numer „Gazety Magnetofonowej” miał swój temat przewodni. Najnowsze wydanie poświęciliście outsiderom i buntowniczkom, a rok temu motywem przewodnim była rodzina. To zdaje się wtedy zrobiliście wywiad z raperem Kękę, który opowiadał o tym, jak zmieniło go rodzicielstwo. Przepraszam, ale konieczny będzie długi cytat: „Dla niejednego słuchacza lektura zestawienia OLiS (lista najchętniej kupowanych płyt przygotowywana przez ZPAV – Związek Producentów Audio-Video) może być zaskakująca. Zarówno raporty cotygodniowe, jak i te ukazujące nasz rynek w ujęciu rocznym, pełne są nazwisk, które przeciętnemu odbiorcy są nieznane. Oczywiście, pojawiają się również artyści popularni i lubiani. W podsumowaniu 2016 r. znalazły się m.in. Agnieszka Chylińska, Ania Dąbrowska, a także grupa Kult. Część osób rozpozna może jeszcze zwycięzcę zestawienia – łódzki raper O.S.T.R. sprzedał do tej pory 100 tys. płyt, nagrywa od 16 lat i można go czasami usłyszeć w radiowej Trójce. Ale między nimi znajdują się nazwiska i pseudonimy, które dla przeciętnego odbiorcy są tajemnicą. Na przykład KęKę, który dla komercyjnych stacji radiowych jest muzykiem wyklętym. Radomski raper zajął szóste miejsce w zestawieniu najlepiej sprzedających się płyt ubiegłego roku i jest jednym z hiphopowców, których znają młodzi, a media pomijają. Jednak to właśnie on oraz Paluch, Kali, Małpa, Pro8l3m, Białas, Dudek P56 i Sitek sprzedają więcej albumów niż artyści wypełniający czas antenowy komercyjnych rozgłośni radiowych. Raperzy okupują szczyty OLiS przez niemal połowę roku. Często debiutują od razu na pierwszym miejscu – tak jak w tym roku zrobili to Guzior z płytą „Evil Town”, Bedoes z „Aby śmierć miała znaczenie”, Hades ze „Światłem”, Dwa Sławy z „Dandys Flow”. Żadnego z nich nie promują ogólnopolskie rozgłośnie radiowe” (Dziennik.pl). Z czego Twoim zdaniem wynika ten fenomen naprawdę popularnej muzyki, której nie grają wielkie rozgłośnie?
– Nie sądzę, żeby to też była jakaś szczególnie polska przypadłość. Choć u nas to chyba zaznacza się silniej. Z jednej strony wiąże się z tym, że istnieją u nas zjawiska muzyczne (i stojące za nimi fenomeny społeczne), które pozostają właściwie poza radarem większości dużych mediów z siedzibą w Warszawie. Jeśli KęKę nie przyjdzie do nich do redakcji i nie kopnie ich w cztery litery, to oni go nie zauważą. Sami nie poszukają i nie sprawdzą. Później się dziwią, że Michał Szpak sprzedaje mniej płyt niż KęKę. I mówią: „No jak to, przecież Szpak jest co tydzień w telewizji śniadaniowej”. Czym innym jest rzeczywistość medialna z tych kilku stołecznych ulic, a czym innym Polska. Kękę jest chłopakiem z Radomia, który jako nieodrodny przedstawiciel swojego pokolenia nie czuł się bohaterem felietonów w mainstreamowych mediach, raczej czuł się reprezentantem świata zupełnie pomijanego, a może nawet – pewnie niesłusznie – pogardzanego. Sądzę, że gdyby KęKę chciał zrobić krok w stronę świateł wielkiej sceny, jak paru innych raperów, to by go wpuszczono. Ale on sam uznał, że tam nie pasuje. Inna sprawa, że treści, które znalazły się na jego pierwszych płytach, bywały mocno konfrontacyjne.
KęKę był dosadny zarówno jeśli chodzi o kwestie obyczajowe, opisując życie w trasie, jak i o kwestie, które dziś określa się mianem polityki historycznej, i które bardzo źle były widziane w medialnym mainstreamie. W „Jednym kraju” rymował chociażby: „Jeszcze razem się przejdziemy Łyczakowską, stanie otworem Ostra Brama / Bez agresji, ale dajcie to co polskie”. Takich treści mainstream nie próbował zrozumieć. Krakowski poeta pisał kiedyś: „Niczego o nas nie ma w konstytucji”. KęKę stał się głosem tych, o których niczego nie było w mediach głównego nurtu.
– Czas przeszły jest tu istotny?
– Bo dziś inne media są w głównym nurcie. Głosy kiedyś spychane na margines, stają się dominujące. W popkulturze to też jest widoczne. Choć nie wydaje mi się, że akurat KęKę chciałby być heroldem jakiejś sprawy i partii.
– Ty zdaje się pojechałeś do niego, do Radomia, zrobić ten wywiad?
– Tak. Wydał mi się fascynujący. Nie tylko przez to, co mówi, ale i przez to, jak ważne dla wielu ludzi jest to, co mówi. Na podstawie znajomości jego pierwszych dwóch płyt wydawało mi się jednak, że jest to człowiek, który nie będzie chciał ze mną w ogóle rozmawiać, bo jak sobie wygoogla, że piszę np. do „Polityki”, to nie siądzie ze mną do stołu. Mnie z kolei przekaz niektórych jego tekstów, delikatnie rzecz ujmując, niepokoił.
Wydarzyła się jednak rzecz interesująca. KęKę wydał trzecią płytę. Nie widać na nim zmiany poglądów, ale zmienił się język, którym opowiada o sobie i świecie, na mniej konfrontacyjny, a bardziej gorzko-refleksyjny, skłaniający do dialogu. Pojechałem do Radomia, siedliśmy w jego ulubionym barze, zjedliśmy sznycle. Opowiedział mi o zmianach w jego życiu. Po pierwsze, wytrzeźwiał. I zaczął głośno mówić o swojej walce o trzeźwość. Stanął na nogi, założył rodzinę. Stało się coś jeszcze: dziś po prostu sprawdza swój światopogląd, uważnie przygląda się samemu sobie. I nawet jeśli nie zmienił poglądów, nie ma w nim już agresji. Opowiadam tak szczegółowo o jednym artyście, bo uważam go za interesującą postać: to jeden z najważniejszych polskich raperów, którego w zasadzie nie widać w mediach.
– To jak to biznesowo działa w praktyce?
– Płyty wydaje sobie sam, a żona organizuje mu koncerty, na które przychodzi mnóstwo ludzi. Wiele osób wspiera go też w walce o trzeźwość.
Skoncentrowałem się na KęKę, ale zasygnalizowałeś ważny problem. W Polsce istnieją trzy sceny muzyczne, które funkcjonują jak odrębne światy. Jedna to świat, który widzisz w Empiku, na liście OLiS. Drugi to świat, który od podstaw został zbudowany przez raperów. Wspomniany wyżej O.S.T.R. jest gościem, który funkcjonuje na granicy tych dwóch światów. Z jednej strony pojawia się w zasięgowych mediach, jego płyty są w Empiku, ale ogromna część jego publiczności dociera do niego przez youtuby itd., itd. Tam jest całe mnóstwo raperów, którzy budują sobie publiczność, dyskutują ze sobą, kłócą się, dissują, współpracują i część z nich w ogóle nie wchodzi na OLiS, bo ich płyty są nienotowane w obiegu – albo w ogóle nie wydają „legali”, albo wydają je poza oficjalnym obiegiem. Tak naprawdę nie wiemy, jak duże to zjawisko.
I mamy trzecie, pewnie największe uniwersum – to disco polo. Nikt nie wie, jaka to jest skala. Od blisko trzech dekad znaczna część społeczeństwa uczestnicząca w życiu muzycznym bawi się i wzrusza przy disco polo. I wydaje na to swoje pieniądze. Ale nikt tego solidnie nie bada. Disco polo widziane z Warszawy to są albo rzucane z wyższością uwagi w stylu „niech to g… już przepadnie”, albo „achy i ochy”, rzucane na kanapie w telewizji śniadaniowej w obecności Zenka Martyniuka i zachwyty nad niezweryfikowaną nigdy „chińską karierą” innej grupy. Do tego ckliwe obrazki z serialu dokumentalnego TVP czy baśni TVN i Agory o disco polo, które niewiele wyjaśniają, mają się tylko dobrze sprzedawać.
– Trochę się boję, że zaraz wpadniemy w muzyczną chłopomanię. A dodajmy, że dziś już istnieją całe kanały telewizyjne poświęcone temu nurtowi.
– Uważam, że disco polo to gwałt na estetyce. Ale rozwój tego gatunku świetnie pokazuje niedoceniany w Polsce przez lata fenomen: jeśli czegoś nie pokazujesz w inteligenckiej i wielkomiejskiej prasie, to wcale to nie znika. Jeżeli nie umiemy o czymś rozmawiać, a tylko wyszydzamy, to nie powoduje, że to przestaje istnieć. W przypadku disco polo szyderstwa nie brakowało, zabrakło za to porządnej i powszechnej edukacji muzycznej od poziomu przedszkola czy szkoły podstawowej.
– Parę lat temu tu i ówdzie na prawicy pojawiały się koncepcje, że disco polo z lat 90. to nowa muzyka ludowa.
– Przeciwnie, moim zdaniem disco polo zabiło muzykę ludową. Ona zresztą też stanowi wyzwanie jako przedmiot opisu. Bo z jednej strony mamy inteligentów z dużych miast, którzy jeżdżą na wieś, przesłuchują ostatnich grajków ludowych lub próbują rekonstruować to, co było niegdyś i przepadło. Natomiast muzyka ludowa w swoim tradycyjnym ujęciu ściśle wiązała się z wiejską obrzędowością, choćby religijną. W tej materii istnieje radykalny pogląd, reprezentowany na przykład przez Adama Struga, że Sobór Watykański II bardzo jej zaszkodził dopuszczając do uroczystości religijnych nową muzykę. Ponadto wiejska obrzędowość dotyczyła całego rytmu życia zgodnego z naturą i najważniejszych wydarzeń życia: narodzin, ślubów i wesel, pogrzebów. Ale kultura masowa, przeniesiona z miasta za pośrednictwem radia i telewizji, odciskała się na wsi coraz mocniej. I w którymś momencie italo disco okazało się najprostsze do odwzorowania, tym bardziej, że dało się przywieźć z miasta kupiony za psie pieniądze azjatycki klawisz, gdy już nikt nie chciał uczyć się grać na gęślach. Jaka to muzyka wsi, skoro instrumenty, które stanowiły faktyczny element ludowej kultury, zastąpiono fabrycznym syntezatorem?
– Pierwszy numer „Gazety Magnetofonowej” ukazał się dzięki powodzeniu akcji crowdfundigowej. Pierwsze wsparcie ze środków publicznych dostaliście bodaj w tym roku. Jak postrzegasz kwestię mecenatu instytucji publicznych w popkulturowej przestrzeni?
– Jestem przeciwnikiem myślenia, które dominowało szczególnie w latach 90. w Polsce, że jeżeli coś na siebie nie zarobi, to nie ma racji bytu. I zaczęto w kulturze promować skutecznych menedżerów, przeciwstawiając im nieskutecznych dyrektorów z niedochodową, więc anachroniczną wizją artystyczną. Nie odpowiada mi wizja, która głosi, że pieniądze publiczne powinny być tylko na coraz lepsze drogi, po których będziemy jeździć coraz lepszymi samochodami. To kultura definiuje nas jako wspólnotę. Jaka ta kultura powinna być, jakie treści przekazywać, kogo wspierać, a kogo nie wspierać, to oczywiście kwestia do dyskusji. Taka dyskusja wciąż trwa i się nie kończy. I nigdy nie powinna się kończyć, bo to oczywiste, że w państwie i społeczeństwie ścierają się różne postawy, poglądy i wartości.
Dodam ważną rzecz: im mniejsza centralizacja w tym względzie, tym lepiej, bo wiele inicjatyw kulturalnych powstaje na lokalnym poziomie i nawet najlepsi warszawscy eksperci od spraw merytorycznych nie potrafią dobrze ocenić lokalnego kontekstu: kto na taki festiwal czy spektakl przychodzi, jaka jest oferta kulturalna w tym rejonie zarówno w tym czasie, jak i w ciągu roku…
– Z jednej strony mamy ambitne projekty wsparte publicznym groszem, myślę choćby o albumie „Gajcy”, na którym grają m.in. Aggresiva 69, Kazik, Pustki, Karolina Cicha, Dezerter, Lech Janerka, albo o filmie dokumentalnym „Jarocin. Po co wolność?” w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Marka Gajczaka, z drugiej strony jestem sobie w stanie wyobrazić solidnie podsypaną złotówkami chałturkę na doraźne partyjne zamówienie. To jest niebezpieczeństwo związane z wydawaniem publicznych środków na kulturę. A dobrzy muzycy będą nagrywać wartościowe płyty i bez publicznego wsparcia…
– Jest takie niebezpieczeństwo, o którym mówisz. W każdej branży, nie tylko muzycznej, są artyści, którzy aktywnie szukają każdej możliwości wyciągnięcia publicznych środków na projekty wątpliwej jakości. To są ludzie, którzy nauczyli się, jak kreować pomysły podobające się urzędnikom. Są ludzie żyjący z tego jak pączki w maśle, albo przynajmniej raz na jakiś czas trafiający na żyłę złota. To jest patologiczny margines.
– Naprawdę margines?
– Ten proceder mocno kłuje w oczy, bo często wiąże się z wyraźną przynależnością polityczną osób, które decydują o tej kasie i tych, którzy po nią sięgają. Oczywiście jeśli utrwali się praktyka, że każda nowa ekipa polityczna życzy sobie mieć kulturę pasującą do jej światopoglądu, to problem będzie narastał. Ale tego typu działania są zwykle przeciwskuteczne. Także dlatego, że oprócz pieśniarzy, którzy wyśpiewają wszystko, kulturą zajmują się najczęściej ludzie z natury przekorni.
Przekonałem się też na własnej skórze, że problemy z wydawaniem pieniędzy na kulturę wiążą się ze złożonością procedur. To zresztą polska przypadłość na wielu polach. Skomplikowanie tych procedur odbiera szanse wielu artystom, którzy nie wyspecjalizowali się w pozyskiwaniu środków, a naprawdę mają coś wartościowego do zaproponowania. Umówmy się, dla artystów proza życia bywa trudna, a co dopiero liczące kilkadziesiąt stron wnioski o 10 tysięcy złotych.
Dodam jeszcze jedną rzecz: wydaję „Gazetę Magnetofonową” jako prywatna firma, ale mogę starać się o publiczne środki finansowe, jeśli spełnię szereg ściśle określonych warunków. To partnerstwo publiczno-prywatne w kulturze jest u nas w głębokich powijakach, jeśli porównać to z sytuacją w innych krajach, choćby w Anglii. Myślę o BRIT School for Performing Arts and Technology, państwowej i bezpłatnej szkole średniej, która specjalizuje się w kształceniu piosenkarzy i piosenkarek, producentów muzycznych, dźwiękowców, scenografów, operatorów.
– Dodam, że BRIT to z kolei skrót od British Record Industry Trust. Warto o tym opowiedzieć czytelniczkom i czytelnikom „Nowego Obywatela”.
– BRIT School to instytucja, która pokazuje, że można myśleć na dekady do przodu. Na przełomie lat 80. i 90., pod koniec za rządów Margaret Thatcher, która nie słynęła ze skłonności etatystycznych, ktoś wpadł na pomysł, że warto zainwestować w brytyjskich muzyków. Reprezentanci dużych wytwórni muzycznych, tzw. mejdżersów, siedli do stołu negocjacyjnego z urzędnikami i ustalono, jak to w praktyce będzie finansowane. Część środków finansowych na BRIT School pochodzi z podatków (u nas spora część krytyki dotycząca dotacji polega właśnie na sarkaniu, że to „wyrzucanie w błoto pieniędzy podatników!”), a część dają prywatne wytwórnie muzyczne. Państwo założyło, że ta kasa zwróci się w podatkach, a prywatne firmy – że zwróci im się to w przyszłych zyskach.
– Jak to działa w praktyce?
– Szkoła powstała na południu Londynu, wśród jej absolwentów są Adele, Morcheeba, Amy Winehouse, ale także mnóstwo nieznanych szerszej publiczności osób, które pracują w wytwórniach płytowych, studiach nagraniowych, mediach muzycznych. To naprawdę rewelacyjna kuźnia kadr. Kołem zamachowym BRIT School był pakt, o którym mówiłem, ale teraz finansują się choćby ze słynnych Brit Awards. Cały dochód z tej imprezy idzie właśnie na BRIT School. Małolaty, które skaczą pod sceną podczas rozdania nagród, to są właśnie uczniowie i uczennice tej szkoły.
Byłem tam, oprowadzał mnie po szkole jeden z jej pracowników, pokazywał, jak to dokładnie funkcjonuje. Na etapie gimnazjum szkoła przyjmuje młodzież uzdolnioną muzycznie. Trzeba zdać egzamin, ale jak wspomniałem, nauka jest bezpłatna. To otwiera ją na uboższą młodzież, którą nie stać na dobre prywatne szkoły z wysokim czesnym. Z jednej strony dzieciaki mają normalny program szkolny, z drugiej mają mnóstwo zajęć odpowiednich do profilu instytucji. BRIT School jest też zapleczem dla West Endu, czyli dzielnicy londyńskich teatrów muzycznych, dochodzą zatem zajęcia z tańca, choreografii itd.
Na kolejnym etapie edukacji w tej szkole uczniów i uczennice czeka rozmowa dotycząca ewentualnej korekty ich życiowych planów. Czasem jest tak, że dzieciak przychodzi jako najlepszy gitarzysta w okolicy, ale w murach BRIT School zrozumiał, że jest trochę ludzi jeszcze lepszych od niego i nigdy ich nie prześcignie. Ale okazuje się, że jest świetny w studiu nagraniowym, doskonale słyszy i czuje produkcję. Dostaje więc propozycję, by na ostatnie trzy lata szkoły zapisać się do odpowiedniej klasy. I jeszcze jedno – oni się tam uczą czytania kontraktów, razem z prawnikami, z ludźmi z wytwórni. Ktoś im pokazuje: to jest punkt w umowie, który obliguje cię do tego i tamtego, a daje ci to i tamto. Szkoła wypuszcza dziewiętnastolatków, którzy potrafią ze zrozumieniem przeczytać umowę i dzięki temu mają znacznie większe szanse, żeby nie wpakować się w kłopoty na długie lata ewentualnej kariery.
Na zakończenie edukacji w BRIT School organizowane są oficjalne przesłuchania, w których mogą wziąć udział tylko zarejestrowani przedstawiciele firm fonograficznych, teatrów muzycznych itp. Po przesłuchaniach muszą rozmawiać z dzieciakami za pośrednictwem szkoły – nie jest tak, że wcisną nastolatkowi co zechcą, bo przy stole spotykają się prawni opiekunowie uczniów, reprezentanci szkoły i zainteresowani „łowcy głów”.
Opisuję to wszystko w dużym skrócie, ale jak widać – można. Ale trzeba myśleć długofalowo, bo pierwsze konfitury z BRIT School to późne lata 90. Potrzeba wizji politycznej, która nie polega na tym, że myślimy o tym, jak mile połechtać szefa partii albo naszych wyborców, lecz perspektywicznie myślimy o tym, co będzie korzystne dla dobra całej wspólnoty.
– Spróbujmy podać pozytywne przykłady z własnego podwórka. W polskiej kinematografii dużo rzeczy udało się dzięki PISF, choć pamiętam lamenty szerokiej rzeszy wolnorynkowców, gdy ta instytucja dopiero powstała. A jak z muzyką rozrywkową?
– Dla mnie pozytywnym przykładem jest działalność Instytutu Adama Mickiewicza – najlepiej znam ich praktyki związane z szeroko pojmowaną muzyką rozrywkową. W swoim czasie dominowało myślenie, że trzeba chwalić się na świecie artystami, którzy u nas już osiągnęli wymierny sukces, bo skoro udało się tu, to pewnie uda i tam. Na szczęście IAM – konkretnie myślę o komórce funkcjonującej pod nazwą Don’t Panic! We’re From Poland – od wielu lat działa inaczej. Dziennikarzom i organizatorom festiwali ze świata umożliwia poznanie wielu różnych polskich muzyków, niekoniecznie najsławniejszych. I to właśnie ludzie stamtąd decydują, co może spodobać się u nich, bo znają swój rynek, lokalny kontekst. Zapraszają artystów, a ci mogą liczyć na wsparcie IAM, choćby przy współfinansowaniu pierwszych wyjazdów. Dzięki takiej filozofii nie wywozi się w świat artystów, których nikt tam nie chce słuchać, ale dociera z muzyką, która faktycznie tam działa.
Na nasz wewnętrzny użytek świetne rzeczy robi Narodowy Instytut Audiowizualny (NinA), z jednej strony udostępniając archiwa ze skarbami polskiej kultury, które były niedostępne przez lata, z drugiej strony nagrywając współczesnych artystów. Archiwizują w ten sposób cenne rzeczy, których nikomu by się komercyjnie nie opłacało nagrywać na tak profesjonalnym poziomie.
– To, co mówisz, dobrze pokazuje, jak to jest z prywatnym wsparciem dla kultury: wygrywa argument „nie opłaca się”.
– W Polsce w ogóle istnieje problem prywatnego mecenatu dla ambitniejszej muzyki popularnej. Tych pieniędzy jest mało. Z jednej strony wiąże się to ze słabością mediów, nie tylko muzycznych: bardzo mało się u nas mówi o tym, jak świetne rzeczy w Polsce dzieją się nie tylko w samej muzyce, ale i wokół niej – myślę choćby o światowych trasach polskich artystów czy recenzjach, które tam zbierają. To powoduje, że marketingowcy mniejszego i większego biznesu nie widzą powodu, żeby wydawać na muzykę większe pieniądze.
Z drugiej strony pisarze, muzycy, malarze co prawda potrzebują pieniędzy, także prywatnych, ale materia, w której się poruszają, jest znacznie bardziej wrażliwa niż inne dziedziny ludzkiej aktywności, w których sponsor może pokazać się jako dobroczyńca. Sportowca możesz od stóp do głów ubrać w barwy swojej firmy, ale muzykowi tego nie zrobisz, bo on natychmiast przestanie być wiarygodny. W teatrze możliwości ekspozycji reklamy są dość marne, choć publiczność z życzliwością podchodzi do sponsorów, bo rozumie, jak dużo dzięki nim może się wydarzyć. Ale jak wsadzić product placement w adaptację sztuki Dostojewskiego czy Wyspiańskiego? Po co zatem użerać się z artystami, jeśli w dowolnym z o wiele bardziej popularnych sportów można sobie kupić prawie wszystko i prawie wszędzie?
– A patrząc szerzej: muzyka popularna nie stała się jedynie wypadkową biznesu?
– Nie, nie sądzę, żeby poza muzyką czysto użytkową, na przykład graniem na fortepianie w hotelowym lobby, ktoś to robił sądząc, że to dobry interes. Dotyczy to nawet ludzi, których puszczają w radiu, jak Mrozu. To jest mały rynek – nawet jeśli na moment zyskasz popularność i zarabiasz jakieś pieniądze, to po pierwsze nie trwa wiecznie, po drugie wcześniej dokładałeś do tego przez długie lata.
– Mamy też w popkulturze muzyków dobrze żyjących z grania. Zarówno takich, którzy zrobili światową karierę, jak Behemoth, jak i tych, którzy odłożyli na bok pytanie, kiedy ze sceny zejść, bo grają na dniach miast jak Polska długa i szeroka.
– Oczywiście. To jest ich zawód, oni chodzą do pracy, gdy grają te wszystkie koncerty. Nie mylmy jednak skutku z przyczyną – oni przez lata zapracowali na swoją sławę, robili kiedyś rzeczy naprawdę pod prąd, albo nagrywali dobre kawałki i umieli je pokazać publiczności. Nie sądzę, żeby na przykład muzycy Kultu u progu kariery myśleli, że to dobra droga na przyszłość i szansa na niezły plan emerytalny w postaci solidnych wpływów z ZAiKS-u.
Nieliczni z tych, co grają, mają szanse na sukces finansowy. Branża muzyczna w Polsce nie jest bogata – absolutnie przytłaczająca większość muzyków to ludzie, którzy jeżdżą na koncerty wykorzystując urlopy, albo są wykopywani z jednej pracy i idą do kolejnej, niekiedy gorzej płatnej, żeby robić to, co chcą robić. Wspomniałeś Behemotha – jesteśmy kilkudziesięciomilionowym społeczeństwem i mamy trzy, może cztery kapele metalowe, które mogą grać w sposób w pełni profesjonalny, czyli członkowie zespołu nie muszą mieć dziennej pracy, żeby się z czegoś utrzymać. Przyznasz, że szału nie ma, jeśli spojrzymy na ogrom polskiej sceny metalowej.
Ale to szersze zjawisko – sądzę, że z muzyki rozrywkowej, tworzonej autorsko, może w Polsce wyżyć, i to nie na poziomie sytej klasy średniej, raptem kilkaset osób. A przecież zajmuje się tym kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy osób. Jeśli widzisz kogoś w telewizji i on ładnie wygląda, to myślisz, że zbił fortunę na paru przebojach. Ale to bardzo niepewny chleb – jeśli ktoś umie sobie napisać piosenki i jest regularnie grany przez radiu, to ma jakąś tam stabilizację, bo płyną tantiemy…
– …z tego, co pamiętam, Edyta Bartosiewicz opowiadała po swoim powrocie muzycznym, że ekonomicznie poradziła sobie w czasie ciężkiej depresji, bo miała środki z ZAiKS-u…
– …dlatego jeśli jesteś na tyle alternatywny, że nie grają cię dwie największe w Polsce rozgłośnie (a grają w gruncie rzeczy nie za wiele), to z ZAiKS-u masz co najwyżej kroplówkę. Owszem, zawsze możesz grać koncerty. Ale jeśli zachorujesz, to tracisz zarobek. Poza tym, ludzie się bulwersują, gdy usłyszą o stawce za koncert w wysokości kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych. Ale trzeba przewieźć ekipę i sprzęt, opłacić dźwiękowca i oświetleniowca, kierowcę i menedżera, trzeba zapłacić kolegom z zespołu itd., itd. Nawet artystom z dorobkiem i nazwiskiem może po odliczeniu kosztów zostawać w kieszeni naprawdę niewiele. Wielu rzeczy można zazdrościć ludziom na scenie – adrenaliny, podróży, poznawania mnóstwa ciekawych osób – ale dochodów bym nie zazdrościł.
– Dziękuję za rozmowę.
Kraków-Warszawa, wrzesień 2017 r.