Chrońmy cyfrowe prawa człowieka!

Chrońmy cyfrowe prawa człowieka!

Z Paulem F. Nemitzem, głównym doradcą Komisji Europejskiej, o ochronie danych osobowych i sztucznej inteligencji rozmawia Jan J. Zygmuntowski.

Zacznijmy od Pana dotychczasowej pracy i sukcesów. Kierował Pan m.in. przygotowaniem Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych (RODO) czy negocjacjami wokół tarczy prywatności (umowa o transferach danych między UE a USA). Jak wiele już udało się osiągnąć w obszarze ochrony prywatności i danych personalnych? Jesteśmy bliżej samego początku koniecznych zmian czy może udało nam się stworzyć rozbudowany system zabezpieczeń?

Paul Nemitz: Myślę, że to dopiero sam początek. RODO obowiązuje dopiero od maja ubiegłego roku i dopiero teraz widzimy pierwsze przypadki egzekwowania ze strony organów ochrony danych (DPA – Data Protection Authorities), na przykład francuski urząd ochrony danych nałożył właśnie karę finansową na Google’a. Dokonaliśmy też przeglądu tarczy prywatności i znaleźliśmy elementy wymagające poprawy. Bardzo ważne jest, żeby rozwijało się egzekwowanie prawa, żeby organy korzystały z nowych narzędzi i, co uważam za ważne, żeby obywatele również korzystali ze swoich praw. Każdy obywatel może dzięki RODO spytać każdy organ państwa i każdą prywatną firmę: „Jakie moje dane macie?”. Można zwracać się o korekty, o całkowite usunięcie, co więcej nie tylko w sprawie podstawowych danych, ale też profilowania, kiedy państwa lub firmy dokonują predykcji wobec ludzi. Takie predykcje także są danymi osobowymi i podlegają RODO. Musimy o tym mówić i uświadamiać ludzi w ich prawach.

Poruszył Pan tutaj interesujący problem, jeśli chodzi o profilowanie i algorytmy. Rozmawiałem z Paulem Masonem, który w kontekście swojej książki „Postcapitalism” mówił o podstawowych prawach człowieka. Jego zdaniem, jeżeli algorytm lub sztuczna inteligencja (AI) podejmuje decyzje o moim przypadku jako indywidualnej osoby, powinienem móc poznać decyzję, dowiedzieć się, jak została podjęta, a także móc się od niej odwołać. Tylko czy to jest możliwe, skoro rozwiązania AI są bardzo często niezrozumiałymi „czarnymi skrzynkami”, a dodatkowo firmy powołują się chętnie na „sekrety handlowe” i „prawo własności intelektualnej”, by pozbyć się zainteresowania dociekliwych?

P. N.: W przypadku zautomatyzowanego podejmowania decyzji już dzięki RODO mamy przede wszystkim prawo do sprzeciwu, a następnie prawo do zadania pytań o funkcjonowanie algorytmu lub AI i wpływ decyzji na nas – a informacje udzielone w odpowiedzi muszą być „istotne”, to jest dokładne słownictwo Rozporządzenia (w angielskiej treści „meaningful”). Ponownie podkreślę: używajmy tego prawa, zadawajmy te pytania, a jeśli nie otrzymamy odpowiedzi, zawsze możemy poskarżyć się organom ochrony danych, które muszą podjąć się śledztwa w danej sprawie. Jednym z podstawowych powodów istnienia RODO jest uznany już fakt, że przetwarzanie danych przez profilowanie algorytmiczne lub zastosowanie AI może być wyjątkowo nietransparentne, a przez to naruszać prawa człowieka. Stąd nacisk legislatorów na wspieranie otwartości i dostępu do informacji.

Na temat sekretów handlowych powiem, że są one przywoływane zdecydowanie zbyt często. W każdym razie firmy nie mogą teraz odmówić DPA bardzo pogłębionego spojrzenia w algorytmy czy architekturę AI. Poszedłbym jednak dalej, proponując, żeby zainteresowana osoba otrzymywała możliwość głębokiego wglądu, na przykład w „zielonym pokoju” do czytania („green room”), podobnie jak ma to miejsce w przypadku prawa konkurencji. Oczywiście zainteresowana osoba nie ma prawa robić zdjęć lub wynosić i rozprzestrzeniać dokumentów, ale w takim pokoju miałaby pełną dowolność badania materiałów, otrzymania wyjaśnienia, sporządzania notatek. Starajmy się najpierw odwoływać do dobrej woli i racjonalnego podejścia wykorzystujących nowe technologie do przejrzystości, a jeśli to nie zadziała – przejrzystość musi być egzekwowana na bazie RODO.

Pomimo że jest Pan przedstawicielem profesji prawnej, wspomniał Pan też o „zielonym pokoju”, co można rozumieć jako składową szeroko rozumianych standardów technicznych i infrastruktury umożliwiającej przejrzystość. Skupienie na prawach jednostki i technicznej stronie ich egzekwowania silnie różni się od chińskiego modelu AI – gromadzenia jak największej ilości danych i tworzenia jednego systemu nadzoru – ale też od forsowanego przez Stany Zjednoczone urynkowienia i utowarowienia danych osobowych. Czy Unia Europejska ma swoje odrębne podejście?

P. N.: Chciałbym zacząć od zauważenia, iż „Financial Times” podaje, że inwestycje w AI w Chinach spadły o około 30 proc. w zeszłym roku. Jednym z powodów tego spadku jest to, że inwestorzy powoli orientują się, że AI stworzone bez ochrony praw jednostki, bez kodeksu etycznego, jest nieskalowalne – nie może być użyte w demokratycznych, wolnych krajach. Może takie rozwiązania kupią dyktatury, ale nie wolne kraje.

Co do pozycji Europy względem Chin i USA – myślę, że mamy długą tradycję z jednej strony wolności jednostki i demokracji, a z drugiej strony tradycję przeciwwagi powstrzymującej ekstrema interesów biznesowych i surowego kapitalizmu. Helmut Schmidt, były kanclerz RFN (reprezentujący SPD – przyp. J. J. Z.) nazywał to wprost „drapieżnym kapitalizmem”, który trzeba okiełznać.

Brzmi Pan teraz jak Rutger Bregman tydzień temu w Davos.

P. N.: Na tym właśnie polega europejski model społeczny: tak, mamy gospodarkę rynkową, chcemy mieć innowacyjnych przedsiębiorców, ale chcemy także równego społeczeństwa i sprawiedliwości społecznej. Własność i rynki muszą służyć ludziom. Dlatego trzeba kontynuować budowanie na sprawdzonym modelu szukania demokratycznych zasad na rynku, tak, żeby powstrzymać ekstrema, ale zachować innowacyjność. Nikt nie ma problemu z przedsiębiorcami zyskującymi na tworzeniu nowych rozwiązań – ale oczywiście jest problem z prywatnymi korporacjami, które przywłaszczają sobie nasze dane osobowe bez naszej zgody. To jest przecież ogromna redystrybucja i przywłaszczenie bogactwa z dołu społeczeństwa do samej góry.

Bardzo zainteresowała mnie nowa książka Shoshany Zuboff, profesor Harvard Business School, o tytule „Surveillance capitalism” („Kapitalizm inwigilacyjny”). To przecież amerykańska badaczka, wykładająca na Harvardzie, a używa takiego terminu, żeby opisać to, co idzie w złym kierunku w gospodarce, którą z kolei Al Gore nazywa stalker economy. Zatem również w USA jest dużo krytycznych głosów. Ale to my jesteśmy w bardzo dobrej pozycji, żeby zachować naszą tradycję demokratycznego wypracowywania zasad, które chronią jednostki przed nadużyciami ze strony prywatnej siły.

Czy jest możliwe stworzenie programu na poziomie unijnym, który w pewien sposób stanowiłby odzwierciedlenie Programu Apollo i lotu na Księżyc? Tym razem mógłby służyć stworzeniu AI dla obywateli i obywatelek Europy, co przyniosłoby lepsze usługi publiczne, jak m.in. lepszą służbę zdrowia, edukację, mobilność – te wszystkie sfery życia gospodarczego, które dotykają reprodukcji społecznej i dlatego rzadko spotykają się z zainteresowaniem prywatnego biznesu, a jeśli w ogóle, to służą wąskiej, uprzywilejowanej grupie.

P. N.: Jak najbardziej, mamy w Europie historię rozwoju technologii i modeli biznesowych służących interesowi publicznemu, a zarazem efektywnych i konkurencyjnych. Wystarczy spojrzeć na system nawigacji satelitarnej Galileo czy na Airbusa – jest wiele takich przykładów. Komisja Europejska myśli może nie o takiej skali, ale szuka systemu finansowania publicznego wsparcia w prowadzeniu badań nad zapewnieniem mocy obliczeniowej superkomputerów. W tym zakresie rozwija się współpraca z krajami członkowskimi nad zapewnieniem obecności AI w celach niekomercyjnych. Tutaj podstawowym pytaniem jest nie „co jest dobre dla AI”, ale dokładniej: „jak możemy rozwinąć AI, które jest dobre dla interesu publicznego”.

Zastanawia mnie, w jakim stopniu taki kierunek zyska realnie silne instrumenty. Czy Pana zdaniem nowa polityka przemysłowa, nad którą pracuje European AI Alliance czy Komisja Europejska, będzie szła w tym kierunku?

P. N.: Na pewno istnieją elementy projektowane w tym kierunku, ale oczywiście chcemy też, żeby rynek funkcjonował i grał odpowiednio swoją rolę. Skorzystamy z klasycznych instrumentów, które zapewnią sprawne działanie rynku oraz jasny priorytet dla rozwoju zgodnego z interesem publicznym.

Podczas dzisiejszego Pana wykładu było widać duże zainteresowanie tematami profilowania w mediach społecznościowych, manipulacji i baniek informacyjnych. Jak Pan sądzi, jaki jest potencjał AI do wyjaśniania nam złożonego świata? Czy czeka nas raczej rozwój w kierunku dalszego profilowania i zwiększania napięć społecznych?

P. N.: Pozytywny potencjał na pewno istnieje, ale to, jak jest wykorzystywany teraz, szczególnie przez korporacje z Doliny Krzemowej, idzie raczej w przeciwnym kierunku. Jeśli chcemy, żeby ten pozytywny potencjał się spełnił, rynek musi wziąć na siebie odpowiedzialność. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku rosnącego trendu skupienia się na inwestycjach w zrównoważony przemysł, alokowania intencjonalnie środków w zielonych inwestycjach. Jest konieczne, żeby rynki finansowe również przyjęły taką odpowiedzialną postawę w stosunku do AI i ogólnie zarządzania danymi.

W pewien sposób w takim razie proponuje Pan podobny rodzaj poprzedzających ten trend kampanii dezinwestycyjnych, które przekonały ubezpieczycieli i banki do wychodzenia z aktywów związanych z emisją dwutlenku węgla. Tym razem dla danych.

P. N.: Nie przekonuję do jednego czy drugiego rodzaju dezinwestycji. Chcę podkreślić, że jest to znakiem odpowiedzialności względem społeczeństwa, jak i mądrą decyzją biznesową, żeby inwestować pieniądze w sposoby użycia i rozwój AI, w powiązane użycie i rozwój przetwarzania danych, które są w długim terminie zrównoważone. Zrównoważone, czyli takie, które respektują prawa jednostek i sprzyjają dobremu funkcjonowaniu demokracji. Technologie, które nie spełniają tych dwóch warunków, mogą być zyskowne w krótkim terminie, jak widać, ale nie będą odpowiednio zrównoważone do wypracowania zysku w długim terminie.

Pytanie na koniec: czy w kwestii obecnego wykorzystania technologii w kapitalizmie jest Pan nastawiony optymistycznie?

P. N.: Jestem bardzo optymistyczny, ale jestem też przekonany, że demokracja i nasza przyszłość wymagają stałego zaangażowania w odpowiednim kierunku. On się nie pojawia sam z siebie, i na pewno nie za darmo.

Dziękuję za rozmowę.

 

2 lutego 2019 r. w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie odbyło się oficjalne rozpoczęcie I edycji kursu Akademii Kadr Europejskich organizowanego przez Fundację Akademii Kadr Europejskich oraz Instytut Dyplomacji Gospodarczej. W ramach inauguracji kursu miał miejsce wykład Paula Nemitza pt. „Democracy and Technology in the age of Artificial Intelligence”. Powyższa rozmowa została przeprowadzona po wykładzie.

Siła świata pracy motorem postępu

Powszechne jest dziś przekonanie, że nowoczesny postęp oznacza szeroką kategorię zjawisk na styku globalizacji gospodarek narodowych, elastycznej pracy, gadżetów technologicznych czy wreszcie konsumpcjonizmu i wkradania się logiki rynkowej w każdą dziedzinę życia. Szczególną rolę odgrywają także roboty i zagrożenie automatyzacją, które regularnie przypomina z medialnych nagłówków o niepewnych warunkach pracy w dobie innowacji i czwartej rewolucji przemysłowej. Jeśli jedną stroną monety jest dziś inteligentna, wiecznie żywa metropolia, to drugą muszą być opuszczone zakłady przemysłowe i peryferia zmagające się z systemowym bezrobociem, dryfujące poza głównym krwiobiegiem kapitalizmu.

Dla związków zawodowych czy lewicowej polityki, skupionych na stawaniu w obronie pokrzywdzonych i słabszych, takie rozumienie nowoczesności prowadzi w praktycznym działaniu zazwyczaj do walki o ochronę miejsc pracy i defensywnej retoryki o „cenie postępu”, przed którym musimy chronić ludzi. Jednak gdy wrażliwi społecznie ostrzegają przed bezrobociem technologicznym, opinia publiczna nasłuchuje raczej doniesień o przełomowych wynalazkach i kibicuje heroicznym zmaganiom magnatów technologicznych.

Postęp niesie zatem Elon Musk, opowiadając ze sceny elitarnej konferencji o kolejnych przebłyskach swojego geniuszu. Postęp to Uber i gospodarka „współdzielenia” w estetycznej formie aplikacji na smartfona. I wreszcie – postęp to roztropny inwestor, który buduje nowoczesną, pełną robotów fabrykę, zachwycając nas swoim spojrzeniem w świat jutra. To właśnie współcześni „kapitanowie przemysłu” zajmują uwagę mediów, to ich nazwiska stają się synonimami nowych technologii mających ułatwiać nam życie i wyzwalać człowieka z ograniczeń materii. Doniesienia o imponujących osiągnięciach chińskiej gospodarki pomieszane są z przekazem o kolejnych bezzałogowych fabrykach w Donnguan i poprawie efektywności dzięki pozbyciu się czynnika ludzkiego.

Nietrudno zauważyć, że czar rewolucyjnej siły kapitalizmu uwodził nie tylko Marksa. Obietnica nieuchronnego postępu technologicznego i gospodarczego wciąż stanowi główną ofertę dla mas marzących o lepszej przyszłości. Ma to w erze cyfrowej charakter wręcz w pewnej mierze sakralny. Co gorsza, służy niejednokrotnie jako ostateczny argument wobec każdego, kto śmie stawać na drodze nowoczesności. Jesteś za technologią lub przeciw technologii – i w tej drugiej pozycji skazujesz się na historyczną porażkę.

W tak utworzonej dychotomii rola świata pracy to w najlepszym razie minimalizowanie strat przystosowawczych, w najgorszym zaś ochrona przywilejów i irracjonalne marnotrawienie środków. Walkę amerykańskich pracowników o płacę minimalną pod hasłem „Fight for $15” regularnie ośmieszano w tekstach „Wall Street Journal” czy „Forbesa”, gdzie były CEO McDonald’s USA Ed Rensi przekonywał, że nierozsądne związki podcinają gałąź, na której siedzą. Prasa biznesowa rozwodziła się nad absurdem rozmawiania o podwyżkach, gdy franczyzy rozważają wdrożenie automatycznych kiosków zakupowych.

Celem tego tekstu jest obnażenie powyższej perspektywy jako z gruntu fałszywej, nawet mimo jej dość wiarygodnego brzmienia. Stawiana przeze mnie hipoteza głosi raczej, że to właśnie związki zawodowe i postulaty lewicowe są gwarancją postępu i wysiłku modernizacyjnego. Bez ich aktywnej działalności proces automatyzacji pracy i wzrostu produktywności nie zajdzie, a już teraz jego dynamika jest godna pożałowania, w dużej mierze z racji słabości zorganizowanych ruchów pracowniczych. Dominująca narracja o postępie ma jednak długą tradycję, a stosowane ochoczo przez politycznych komentatorów klisze uniemożliwiają zrozumienie obserwowanych zjawisk.

Kłamstwo w służbie dyscypliny

Oskarżenia o luddyzm są jednym z najmocniejszych oręży w arsenale ideologicznym klas posiadających. Luddyści w zbiorowej pamięci funkcjonują jako XIX-wieczni angielscy robotnicy, którzy w desperackim akcie ochrony swoich miejsc pracy i strachu przed technologią niszczyli maszyny przemysłowe. Nie bez powodu zatem finansowany przez Google i IBM think tank o nazwie Information Technology and Innovation Foundation przyznaje swoje nagrody Luddite Awards. Trafiają one do „hamulcowych postępu”, którzy nie dość bezkrytycznie podchodzą do najnowszych osiągnięć technologicznych. Wyróżnienie trafiło np. do osób zajmujących się regulacjami hotelowymi oraz ochroną danych prywatnych w sektorze zdrowotnym, co może być pewnym wyznacznikiem intencji stojących za podtrzymywaniem mitu o luddystach.

Prawdziwa historia potoczyła się nieco inaczej. Blokada kontynentalna, jaką Paryż zastosował wobec Anglii w czasie wojen napoleońskich, uderzyła w gospodarkę wyspy. Szczególnie w północnej Anglii, słynącej z przemysłu włókienniczego, dochodziło do masowych zwolnień na tle inwestycji w nowoczesne maszyny tkackie. Pogarszały się także warunki pracy. Wyszkoleni rzemieślnicy i artyści byli coraz częściej zastępowani przez kobiety i dzieci, gdyż obsługa nowego sprzętu nie wymagała specjalnych kompetencji. Młodzi pracownicy przyjmowali każdą pensję, nie mieli przecież całych rodzin na utrzymaniu, zaś w przypadku konfliktu w zakładzie łatwiej było ich zastraszyć lub zmanipulować.

Oryginalni luddyści, podążając za legendarnym (choć niekoniecznie historycznie istniejącym) Nedem Luddem, podjęli się w 1811 i 1812 roku zbrojnej konfrontacji w Nottinghamshire, Lancashire i Yorkshire. Jak pisał marksistowski historyk Eric Hobsbawm, niszczenie sprzętu stanowiło ostateczną taktykę w przypadku braku zgody na ustępstwa ze strony pracodawców. Robotnicy żądali przede wszystkim powrotu do pracy i wyższych pensji, a posuwali się do agresji wobec kapitału fizycznego tylko w przypadku niespełnienia ultimatum. Należy pamiętać, że w tamtych czasach nie mogło być mowy o pokojowej formie protestu. Luddyści byli brutalnie pacyfikowani przez wojsko, co więcej, na mocy nowych aktów prawnych wieszano ich publicznie za ataki na maszyny przemysłowe. Mimo stłumienia buntu, wielu właścicieli warsztatów zgodziło się na negocjacje i spowolnienie procesu automatyzacji, co było także łatwiejsze po upadku Napoleona i zniesieniu blokady. Umocnieni tymi doświadczeniami, angielscy robotnicy w kolejnych dekadach formowali pierwsze silne ruchy związkowe.

Luddyści służą zatem jako figura jednoznacznie zła – agresywni w swoich taktykach, gotowi posuwać się do niszczenia własności (świętej!), jednoznacznie opowiadający się przeciwko cudom technologii i historycznej konieczności. Takie postępowanie nasuwa oskarżenia o ochronę własnego interesu, albo nawet skrajną nieracjonalność i zaślepienie, z którym nie podejmuje się w ogóle dialogu. Fałszywa wersja historii stanowi kolejny z czynników dyscyplinujących świat pracy, wypychający jego zmagania poza dopuszczalną dyskusję społeczną.

Przyczyny i skutki

Niezwykle ważne jest zdekonstruowanie dokładnego przebiegu procesu automatyzacji, z którym zmagali się luddyści. Robotnicy spiskujący przeciwko właścicielom zakładów tkackich nie byli w żadnej mierze przedstawicielami najuboższych warstw społecznych. Przeciwnie – wielu z nich umiało czytać oraz pisać, byli zorientowani w sytuacji społeczno-gospodarczej Ameryki czy Francji. Znali postulaty i osiągnięcia rewolucji francuskiej dzięki pismom Thomasa Paine’a, co stanowiło jeden z najważniejszych czynników formacji intelektualnej i mobilizacji. Organizowali się i działali w sposób metodyczny, wystosowując żądania, a nawet naciskając przez pewien czas na parlament, by podjął się mediacji i rozwiązania konfliktu. Stanowili swoistą arystokrację świata pracy.

Maszyny tkackie nie pojawiły się wskutek konieczności dziejowej, lecz w rezultacie nacisków ze strony dobrze opłacanych pracowników znajdujących się w trudnej gospodarczo sytuacji. Urządzenia pozwoliły zredukować etaty, zatrudnić tańszych robotników – ale nie pojawiłyby się, gdyby nie presja ze strony zorganizowanych rzemieślników. Obok pojawienia się możliwości technicznych, kluczowym czynnikiem wymuszającym wprowadzanie kolejnych maszyn były żądania pionierskich związków zawodowych, zmierzające do poprawienia warunków pracy i podnoszenia pensji.

Cała rewolucja przemysłowa, rozpoczęta w Anglii i Holandii pod koniec XVIII wieku, była napędzana szeregiem współwystępujących procesów, które wzajemnie oddziaływały na siebie na zasadach sprzężenia zwrotnego. Ten punkt widzenia potwierdza historyk ekonomii Robert Allen, wskazując, że tuż przed rewolucją przemysłową najwyższymi płacami mogli cieszyć się robotnicy angielscy i holenderscy. W przeciwieństwie do przedsiębiorców chińskich czy rosyjskich, pozyskujących ekstremalnie tanią siłę roboczą do produkcji tkanin czy wydobycia surowców, Brytyjczycy musieli znaleźć sposób na redukcję kosztów pracy, jeśli chcieli zachowywać konkurencyjność cenową.

Z punktu widzenia kalkulacji przedsiębiorcy rachunek jest prosty. Wdrożenie nowej technologii jest najczęściej wysoce kapitałochłonne, koszt stały jest ponoszony natychmiastowo. Jeżeli praca człowieka jest tańsza w ujęciu strumienia kosztów w czasie (dyskontowanych im dalej od momentu podjęcia decyzji), to nie ma żadnej racjonalnej finansowo przesłanki, aby dokonywać zakupu maszyny. Automatyzacja i wprowadzanie najnowszych osiągnięć techniki to zatem skutki wywieranej presji ekonomicznej ze strony pracowników. Taka decyzja nie jest tylko domeną prywatnych firm konkurujących na rynku, ale każdej działalności gospodarczej zorientowanej na redukcję kosztów. Zarządcy firm inwestują w roboty nie z racji szczególnej fascynacji techniką, lecz z konieczności. Aspiracje świata pracy są zatem pierwszym ogniwem łańcucha postępu.

David Neumark, znany z raczej sceptycznego nastawienia do płacy minimalnej, w opublikowanej w 2017 r. analizie wskazuje, że wzrost płacy minimalnej wpływa na decyzję o inwestowaniu w maszyny, szczególnie w nisko płatnych usługach (np. pracy na kasie) oraz w wybranych branżach, gdzie technologia wciąż nie jest silnie rozpowszechniona. Jakie są tego skutki dla całej gospodarki? Obecny główny ekonomista Banku Światowego, Paul Romer, wykazywał już w 1987 r. na bazie dynamicznego modelu specjalizacji, że niskie koszty pracy spowalniają tempo innowacji, inwestycji kapitałowych i w konsekwencji korzystnej specjalizacji gospodarki.

Czy robot zabierze mi pracę?

Warto zauważyć, że automatyzacja nie jest głównym czynnikiem zaniku miejsc pracy w ujęciu makroekonomicznym. Na przestrzeni 30 lat pomiędzy 1960 a 2000 rokiem liczba robotów przemysłowych w przemyśle motoryzacyjnym w USA zwiększyła się od zera do 92 900, jednak w tym samym czasie liczba etatów w produkcji i wytwórstwie pozostała mniej więcej na poziomie około 18 milionów. Jak zauważyli Robert Scott z progresywnego think tanku Economic Policy Institute oraz Dean Baker z Center for Economic and Policy Research, głównym czynnikiem utraty miejsc pracy było w ostatnich latach delegowanie ich do krajów trzecich, nie zaś wprowadzanie kolejnych maszyn. Nie bez powodu zautomatyzowane fabryki przemysłu samochodowego w Detroit podupadły w wyniku wyprowadzenia produkcji do krajów azjatyckich. Decydujące stały się panujące w tych ostatnich niskie koszty pracy i słabość związków zawodowych, które musiały mierzyć się z brutalnymi posunięciami autorytarnych rządów Chin czy Korei Południowej. Największym zagrożeniem dla zatrudnionych okazały się zatem nie roboty, lecz niewolnicze warunki pracy w krajach trzecich.

Przeprowadzone parę lat temu przez Pew Research Center badanie opinii wśród niemal 2 tysięcy ekspertów cyfryzacji ujawniło także, iż są podzieleni w kwestii tego, czy pojawienie się komputerów i robotów w miejscach pracy będzie tak rewolucyjne jak silnik parowy lub elektryczność. Połowa pytanych oceniła, że dla liczby miejsc pracy w ujęciu makro automatyzacja nie będzie miała właściwie znaczenia.

Słynne już badanie Carla Freya i Michaela Osborne’a z Oksfordu, zapowiadające apokaliptyczne wyniszczenie 47% wszystkich miejsc pracy w Stanach Zjednoczonych w ciągu zaledwie 20 lat, jest zdecydowanie mało wiarygodne. Jego metodologia opiera się na dość nonszalanckim założeniu, że każdy zawód na listach Departamentu Pracy USA o określonym poziomie rutynowości manualnej zniknie, niezależnie od ekspozycji pracownika na kontakt z żywymi osobami, uwarunkowania kulturowe czy koszty wdrożenia technologii. Przeprowadzone w niemal tej samej technice badania polskiego WISE Europa stanowią raczej luźne szacunki niż prawdopodobną predykcję. Raport OECD, oparty na bardziej rzetelnych wiązkach kompleksowych czynności, ocenia, że w Polsce około 7% miejsc pracy może być zautomatyzowanych.

Należy jednak zachować minimalną ostrożność przy prognozowaniu przyszłych zmian. Podstawowym podmiotem automatyzacji pracy już wkrótce będzie bowiem nie manualny robot, lecz algorytm programowany za pomocą uczenia maszynowego, zdolny kompleksowo analizować dane czy wchodzić w proste konwersacje z żywymi ludźmi. Rutynowość wciąż pozostaje wspólnym mianownikiem, jednak coraz silniej akcenty nowej automatyzacji będą kładzione na prace biurowe niższego i średniego szczebla.

Wysoki stopień nasycenia gospodarki robotami, nie jest przecież, o czym trzeba pamiętać, zjawiskiem negatywnym. Nowe technologie pozwalają optymalizować zużycie zasobów – surowców, ale i czasu człowieka – i dzięki większej produktywności wytwarzać jeszcze więcej wartości dodanej z tego samego wkładu pracy ludzkiej. Wyższa stopa produktywności to większa efektywność, możliwości produkcyjne i większa podaż produktów i usług. Zaoszczędzone środki wracają do gospodarki, stając się nowym zapotrzebowaniem na wytwory kolejnych jednostek pracy.

Problemem zatem staje się zagregowany popyt na wszystkie te dobra – jeśli nie jest w stanie przechwycić nowej podaży, rzeczywiście dojdzie do spadku zatrudnienia netto. Dani Rodrik, znany badacz ekonomii politycznej, wskazuje, że słaby wzrost liczby miejsc pracy w ostatnich latach trzeba przypisać raczej cięciom w gospodarce i polityce austerity. Noblista z dziedziny ekonomii Joseph Stiglitz krytykuje również katastrofalny wpływ nierówności, szczególnie ubożenia zachodniej klasy średniej, na słabość gospodarki przez zmniejszenie konsumpcji, a co za tym idzie – przez uderzenie w podstawy mechanizmu zwiększającego zatrudnienie. Problem bezrobocia jest zatem w większym stopniu wypadkową ekonomii politycznej podziału dochodów niż automatyzacji pracy.

Wielka Stagnacja

Jak jednak „sprzedać” narrację o wdrażaniu owoców postępu w reakcji na postulaty związkowców, jeśli od kilku dekad obserwowaliśmy powolny zmierzch siły zorganizowanych ruchów pracowniczych, szczególnie wskutek neoliberalnych reform zapoczątkowanych przez Reagana i Thatcher?

Wielu badaczy fundamentalnie nie zgadza się z tym, że żyjemy w epoce szczególnego rozkwitu innowacyjności i powszechnej automatyzacji. W 2011 r. ekonomista Tyler Cowen opublikował pracę pod tytułem „Wielka Stagnacja” (The Great Stagnation), w której opisał, jak około 1973 r. w USA nagle załamuje się trend rosnącej wydajności czynnika produkcji (TFP – Total Factor Productivity). Jest on uważany w modelach ekonometrycznych za ogólne wytłumaczenie jakości technologii, dzięki której wkładana jednostka pracy pozwala osiągać większy końcowy przyrost produkcji. Drobiazgowa analiza sektorowa TFP autorstwa Barta van Arka, przeprowadzona dla Komisji Europejskiej, pozwoliła zauważyć, że w niemal każdej branży – zarówno produkcji dóbr trwałych, jak i nietrwałych, w tym usług – doszło do spadków produktywności, w Unii Europejskiej jeszcze dotkliwszych niż w Stanach Zjednoczonych. Właściwie jedynym powodem, dla którego produktywność rosła w ogóle, była rewolucja dokonana w obszarze technologii ICT (teleinformacyjnych) i wynikająca z niej poprawa wymiany informacji handlowych.

Chociaż Cowen początkowo próbował tłumaczyć zaobserwowaną przez siebie zaskakująco słabą dynamikę wzrostu TFP zagadnieniami kapitału ludzkiego (wyczerpania „nisko wiszących owoców” przyrostu poprzez rozpowszechnienie edukacji podstawowej) czy cenami paliw używanych w transporcie, różnica w spowolnieniu jest szczególnie widoczna w tych gałęziach gospodarki, które w powojennych latach cieszyły się szczególnie silnym uzwiązkowieniem i wpływami ruchów pracowniczych. Branża budowlana, wydobywcza i przemysł ciężki zanotowały duże spadki produktywności. Sektor usług, cechujący się w dużym stopniu niskimi płacami i słabym uzwiązkowieniem, wdrażał nowe technologie równie opieszale. Słabość tych trendów utrzymuje się zresztą po dziś dzień we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych.

Części tego spadku produktywności powinniśmy upatrywać w tzw. chorobie kosztów Baumola. Podczas słuchania kwartetu wykonującego utwory Beethovena, William Baumol zauważył, że pewne rodzaje czynności i usług, z powodu istotnego czynnika ludzkiego, będą cierpieć na rosnące koszty. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest konieczność utrzymania konkurencyjnych warunków zatrudnienia względem branż silnie zautomatyzowanych, cechujących się wysoką produktywnością. W ten sposób rzeczywiście można tłumaczyć mozolny wzrost TFP branży edukacyjnej, zdrowotnej czy artystycznej, chociaż ich udział w całkowitym zatrudnieniu jest stosunkowo mały i sięga kilku procent dla każdej z tych grup. Co więcej, rozpowszechnienie w ostatnich latach wysokiej jakości kursów online czy przełomowe zastosowania telediagnostyki pokazują, że dzięki cyfryzacji i rozwojowi uczenia maszynowego także te obszary mogą liczyć na modernizację przy pomocy technologii dostępnej przecież od lat.

Paradoksalnie, kolejnych spostrzeżeń o spowolnieniu postępu technicznego dostarcza wspomniana już Information Technology and Innovation Foundation. W swoim raporcie, sięgającym szacunkami aż do połowy XIX wieku, autorzy podkreślają, że w żadnej z badanych dekad zmiany technologiczne nie przyniosły spadku netto miejsc pracy – jednak przeobrażenia struktury rynku pracy mogą obrazować tempo przekształcania gospodarki w nowocześniejszą i bardziej wydajną. Jeszcze w 1900 roku aż 31% Amerykanów pracowało w rolnictwie. W 2000 r. to już tylko 3% zatrudnionych. Z analizy ITIF wynika, że od lat 80. ubiegłego wieku proces zanikania i pojawiania się nowych zawodów wytraca dynamikę, pikując w latach 2010-2015 do najniższego poziomu od ponad 150 lat. ITIF prognozuje, że powinniśmy raczej obawiać się stagnacji technologicznej niż radykalnego przewrotu.

Te wyniki zostały potwierdzone przez Josha Bivensa i Lawrence’a Mishela z Economic Policy Institute. Nie tylko przyznają oni, że automatyzacja nie stanowi istotnego zagrożenia dla miejsc pracy – szczególnie w porównaniu z dewastującymi efektami niskich płac i niskiego opodatkowania przychodów z kapitału – ale także zauważają wygaszanie prywatnych inwestycji w komputery i oprogramowanie mniej więcej od początku XXI wieku. Stopa nakładów kapitałowych na software w latach 1973-2002 utrzymywała się powyżej 16%, a w latach 2007-2016 ledwo przekracza 4%.

Kapitanowie przemysłu opowiadają piękne historie o wielkich innowacjach i powszechnej automatyzacji. Jednak bez odpowiedniego nacisku ewidentnie nie radzą sobie z przekuwaniem motywacyjnych Tedxów na faktyczny rozwój organizacji społeczno-gospodarczej.

Wolność od tyrania

Nie bójmy się o nasze miejsca pracy i nie płaczmy za utraconymi zawodami. Automatyzacja jest szansą na zbawienie nas od fenomenu bullshit jobs, jak określa je znany antropolog David Graeber, wskazując na rutynowe, czasochłonne zajęcia, których negatywny wpływ na zdrowie psychiczne ludzi i całą kondycję społeczną jest wprost dewastujący. Świetnie oddają to niedawne słowa Johna Cryana, dyrektora generalnego Deutsche Banku, który podczas konferencji branżowej we Frankfurcie zapowiedział masowe zwolnienia, szczególnie osób w jego opinii „pracujących jak liczydła”, na stanowiskach księgowych i rachunkowych. „Nie potrzebujemy tak wielu ludzi. W naszych bankach zatrudniamy osoby, które zachowują się jak roboty, wykonując mechanicznie polecenia”.

Instytut Gallupa zapytał pracowników w 140 krajach o poziom zaangażowania w wykonywaną pracę, czyli ogólną motywację i poczucie satysfakcji. Szacunkowe dane dla całego świata wskazują, że zaledwie 13% zatrudnionych ocenia swoje zaangażowanie pozytywnie, zaś aż 24% jest zniechęconych i nieszczęśliwych z powodu wykonywanego zajęcia. Te wskaźniki dla Polski wypadają nieco lepiej (odpowiednio 17% i 15%), ale przypadki takie jak 33% zaangażowanych pracowników w Kostaryce, 2% niezaangażowanych w Tajlandii czy 7% niezaangażowanych w Norwegii to raczej wyjątki od generalnego problemu współczesności.

Polityka wrażliwości społecznej musi zatem wynieść na sztandary hasła postępu przez emancypację pracy. Podnoszenie pensji minimalnej przynajmniej w zgodzie z dynamiką wzrostu produktywności – jeśli nie nieco bardziej – i powszechne skrócenie tygodnia pracy nie są przykładami roszczeniowości, lecz podstawowym paliwem rozwoju techniczno-gospodarczego. Zarazem długofalowa strategia musi wychodzić poza proste wywieranie presji za pomocą żądań płacowych.

Nie bez powodu bardziej zorientowani w globalnej sytuacji technologiczni magnaci postulują wprowadzenie dochodu gwarantowanego, który może stać się impulsem do odchodzenia z bullshit jobs, stwarzać przestrzeń negocjacyjną i łagodzić przepływy pracowników między sektorami, tak jak miało to miejsce w duńskim modelu flexicurity. Dochód gwarantowany pomaga też utrzymać konsumpcję, więc przy odpowiednim połączeniu z eliminacją nierówności stanowi błyskotliwy sposób na transformację społeczną i techniczną.

Propozycje gwarancji zatrudnienia to kolejny pomysł, który może mieć ponadto działanie antycykliczne i kierujące pracę ludzi w sektory opieki, edukacji i usług komunalnych oraz publicznych, dziś należące do najbardziej zaniedbanych w krajach o niskim kapitale społecznym i ludzkim. Trwające spory co do wykonania administracyjnego – głównie w kontekście stopnia stosowanego przymusu i efektywności pracy objętej gwarancją – to zdecydowanie przeceniany problem. Podobnie jak dochód gwarantowany bywa mylnie oceniany przez liberałów jako „rozleniwianie”, ta sama logika każe oceniać gwarantowane zatrudnienie jako nieskuteczne z racji braku odpowiedniego przymusu. Obie diagnozy są wypadkową redukcjonizmu, jak gdyby widmo bezrobocia było jedynym czynnikiem motywacyjnym w społeczeństwie.

Wśród innych planów transformacji technologicznej znajdują się także pomysły bardziej wątpliwe, które warto pokrótce omówić. Propozycja podatku od robotów, zapowiadana przez Billa Gatesa czy Benoit Hamona (kandydata Partii Socjalistycznej na prezydenta Francji z 2017 r.), rodzi komplikacje w postaci konieczności wyznaczania ścisłego podziału na roboty komplementarne do pracy ludzkiej, usprawniające ją oraz na roboty substytucyjne. Przesunięcie nie zawsze odbywa się w ramach identycznego stanowiska, więc gdzie postawić granicę wpływu maszyny na zatrudnienie? Co więcej, podatek od robotów byłby z punktu widzenia inwestora dodatkowym kosztem ponoszonym podczas zakupu, co tylko spowolni absorpcję nowych technologii. Dyskusja o podobnym podatku w Parlamencie Europejskim poskutkowała na ten moment odrzuceniem propozycji.

Zapytany przeze mnie o automatyzację podczas szczytu G20 Global Solutions, laureat Nobla z ekonomii Edmund Phelps zasugerował, że rządy powinny subsydiować płace najgorzej zarabiającym, by chronić ich miejsca pracy. Swoją koncepcję Phelps opisał w książce „Rewarding Work”, której tok myślowy jest jednak pełen dziur. Sugeruje w niej na przykład, że subsydiowanie miejsc pracy doprowadzi do ponownego zatrudniania, spadku bezrobocia i w konsekwencji również podwyżek. Jest to jednak zupełnie opaczne rozumienie procesu automatyzacji pracy. Taka koncepcja spowalnia wdrażanie technologii, a co gorsza stanowi prezent z budżetu dla firm, których model biznesowy wciąż ma opierać się na maszynowej pracy ludzi. Tym samym premiuje się najgorsze praktyki, zaś w postulowanym przez Phelpsa momencie ciasnego rynku pracy problem automatyzacji i tak powróci.

Najśmielszą propozycję stanowi natomiast utworzenie Pracowniczych Funduszy Automatyzacji (PFA), które działałyby jako fundusze hedgingowe inwestujące w szeroką paletę producentów maszyn przemysłowych i oprogramowania komputerowego. W ten sposób oszczędności PFA byłyby zabezpieczeniem przed utratą pracy i kosztami przeszkolenia poprzez czerpanie przez pracowników korzyści ze wzrostu spółek niszczących ich miejsca pracy. Środki pozyskiwane do PFA mogłyby pochodzić z nowej, relatywnie niskiej składki, tym samym podnosząc koszty pracy i uzależniając ciężar podatkowy od liczby zatrudnionych. Kadry obsługujące PFA wsparłyby także proces budowania na nowo siły związków i zorganizowanych ruchów pracowniczych.

Odzyskać opowieść

Nie każda technologia oddziałuje jednak tak samo na pracowników. Już w 1979 r. Chris Harman, lider jednej z brytyjskich partii socjalistycznych, opublikował manifest „Is a Machine After Your Job”. Jego ujęcie problemu było zerwaniem z podejściem tradycyjnej lewicy, która nieufność wobec postępu technicznego posunęła do reakcyjnej postawy. Harman wiedział, że celem krytyki nie powinna być technologia, lecz sposób jej wykorzystania przez menedżerów zorientowanych wyłącznie na zysk.

Wśród proponowanych w jego manifeście kluczowych żądań znalazło się wiele ważnych postulatów, ale szczególną uwagę chciałbym zwrócić na trzy z nich. Są to zakaz wykorzystania technologii do oceny szybkości i dokładności pracy poszczególnych pracowników; wsparcie w przeszkoleniu i przystosowaniu; zakaz wdrożenia nowych rozwiązań technicznych bez zgody związków i uprzedniej dyskusji ze wszystkimi pracownikami, których dotkną nowe systemy. Wagę tych propozycji widać szczególnie dziś, w dobie precyzyjnego nadzoru nad magazynierami Amazona czy indywidualnego śledzenia statystyk służbowego komputera.

Jeśli uda się opanować nierówności i przywrócić moc nabywczą szerokim masom, nie powinniśmy obawiać się o bezrobocie technologiczne. Głoszący koniec pracy technopesymiści dobrze kamuflują to, że w istocie ich pesymizm dotyczy raczej ludzi jako takich. W świecie bez pracy okazałoby się bowiem, że człowiek jest zbędny. Właściwe pytanie zatem brzmi: jak technologia wpływa na relacje pracy i kto poniesie koszty strukturalnych zmian zawodowych?

Przy zachowaniu należytej czujności, polityka grupowań prospołecznych i ruchów pracowniczych musi skierować się na odzyskanie opowieści o postępie. Obserwowana dzisiaj stagnacja ekonomiczna jest rezultatem bardzo wielu procesów, wśród których znajduje się także spowolniona adaptacja owoców rozwoju technicznego. Złożoność tego procesu nie ulega wątpliwości, jednak w powszechnej narracji od dawna przeceniano wątki wygodne dla klas posiadających. Nową opowieść możemy budować od przyznania, że siła świata pracy jest w istocie siłą postępu.

Rynkowy imperializm – monopole i globalny łańcuch wartości. Studium przypadku i propozycje obrony

„Globalizacja nie jest monolityczną siłą, lecz ewoluującym zestawem konsekwencji – niektóre z nich są dobre, niektóre złe, a niektóre niezamierzone. To nowa rzeczywistość” – napisał dokładnie 10 lat temu John B. Larson, polityk amerykańskiej Partii Demokratycznej. Rzeczywiście, globalizacja wywróciła nasz świat do góry nogami – umożliwiła szybki transfer technologii i kapitału, stworzyła nową globalną jakość relacji międzyludzkich, wreszcie wydłużyła i rozproszyła po całym świecie produkcję nawet najbardziej podstawowych dóbr. Niejednokrotnie jest oskarżana o całe zło dzisiejszych czasów, od zniszczenia rodzimego przemysłu po degenerację moralną. Teorie mniej lub bardziej spiskowe doszukują się istnienia światowej oligarchii kontrolującej nasze życia lub globalnego starcia cywilizacji religijno-politycznych.

Jednym z najbardziej zauważalnych objawów globalizacji jest oczywiście powstanie nowej jakości korporacji międzynarodowych, ich globalnych operacji oraz podążającego za nimi transnarodowego kapitału. Nie chcemy, aby ten tekst stanowił klasyczne powtórzenie – niejednokrotnie niezwykle celnych i trafnych – argumentów przytaczających przypadki unikania opodatkowania, zatruwania środowiska czy niemal neokolonialnych warunków pracy, wyrażających się w folwarcznym stosunku do nisko opłacanej siły roboczej. Nawet najbardziej zasadna krytyka modelu w optyce makro powinna zacząć się od zbadania zależności na poziomie mikro, czyli modeli i strategii biznesowych. Zasadniczo na każdym ustabilizowanym rynku znajdziemy jakiegoś gracza „odstającego” pod względem modelu biznesowego od reszty uczciwych konkurentów – zazwyczaj niestety w kierunku tego bardziej krwiożerczego kapitalizmu.

W globalnym łańcuchu wartości (global value chain) tym bardziej trudno o zdefiniowanie podziału ciężaru i korzyści na każdym etapie produkcji dóbr i usług wędrujących między gospodarkami, i tu właśnie powinniśmy być bardziej czuli na wszystkie uboczne efekty działań międzynarodowych podmiotów. Weźmiemy zatem na warsztat dwa studia przypadków, w których monopoliści zarządzający światowym łańcuchem produkcji czynią wszystko, aby zabetonować swoją pozycję rynkową i uzależnić od siebie możliwie najwięcej podmiotów dostarczających produkt lub usługę ostatecznemu klientowi. Monopoliści argumentują, że cały proces i wysoka produktywność są wyłącznie zasługami ich wysokich nakładów na badania i rozwój, innowacyjnej platformy IT i daleko idących procesów optymalizacyjnych. Czy nie sprowadza się on jednak do agresywnych technik cenowych, wrogich przejęć i nieuczciwej konkurencji wspartej wielomilionowym lobby?

Technologiczny produkt doskonały

Uber to, mówiąc w skrócie, globalna firma oferująca przewozy osób (od niedawna także jedzenia). Powstała w 2009 roku w kalifornijskim raju start-upów, czyli małych, technologicznie przełomowych przedsięwzięć. Początkowo spółka oferowała możliwość zamówienia luksusowego auta za pomocą aplikacji: usługę tradycyjnie skierowaną raczej do zamożnych klas wyższych. Model biznesowy Ubera uległ drastycznej przemianie w 2012 roku, kiedy firma stworzyła swój sztandarowy produkt – cyfrową platformę łączącą osoby oferujące przejazdy z klientami. Uber nie dysponuje własną flotą, nie zatrudnia też kierowców – stanowi wyłącznie platformę zarządzania stronami popytu i podaży na rynku przewozów, sieć czerpiącą swoją siłę z powszechności stosowania przez obie strony tej wymiany. Przychód spółki pochodzi z marży pobieranej automatycznie od każdego przejazdu.

Na początku szybki wzrost Ubera wzbudzał raczej pozytywne reakcje. Około 2010 roku w kręgach entuzjastów technologii, inwestorów, a później także tradycyjnych mediów pojawił się termin „ekonomii współdzielenia” (sharing economy), mający oddawać istotę działania podobnych przedsięwzięć, bazujących na efekcie sieciowym i zoptymalizowanych za pomocą stale uczących się algorytmów zarządzania zasobami dostarczanymi przez użytkowników. Uber, tuż obok Airbnb, został szybko ogłoszony mesjaszem postępu, nieuchronnym marszem technologii przez wszystkie dziedziny życia. Własny produkt (nie bez cienia megalomanii) tak podsumował CEO Ubera Travis Kalanick, formułując tzw. prawo Travisa: „Nasz produkt jest o tyle doskonalszy od status quo, że jeśli damy ludziom szansę go zobaczyć lub wypróbować, to w każdym miejscu na świecie, gdzie rząd jest w jakikolwiek sposób odpowiedzialny przed ludźmi, będą się go domagać i bronić prawa do jego istnienia”.

Taki model biznesowy okazał się niezwykle atrakcyjny dla inwestorów. Nowoczesny design i płynne doświadczenie użytkowania, skomplikowane algorytmy „pod maską” aplikacji i przede wszystkim brak obciążenia aktywami (oddaje to popularna fraza asset-light) – to niemal idealny przepis na biznes. Musi on jedynie stać się powszechnie używany, by przynosić ogromne zyski. Ochrona patentowa Ubera jest na stosunkowo niskim poziomie, aplikacja zaś jest w zasadzie nieskomplikowana. Przy tak niskich barierach wejścia wygrać można tylko absolutnym monopolem.

Nie bez powodu zatem kolejne rundy finansowania przedsięwzięcia okazały się tak skuteczne. Mimo całkowitej nieprzejrzystości finansowej spółka pozyskała ponad 11 miliardów dolarów finansowania od największych graczy globalnego rynku. Zasilany takimi kwotami wzrost Ubera jest wprost hiperboliczny – jest dziś wyceniany na 69 miliardów dolarów, co czyni z niego (na papierze) najdroższą na świecie firmę prywatną. W USA Uber odpowiada za 52% wszystkich transakcji związanych z transportem naziemnym, deklasując inne aplikacje, firmy taksówkarskie, ale i wypożyczalnie aut. Analitycy szacują, że w 108 krajach świata Uber jest najczęściej używaną aplikacją do przewozów – zasięg jego dominacji pokrywa ponad pół tysiąca miast w całej Ameryce Północnej, zdecydowanej większości Europy, Afryki, Ameryki Południowej, a także Japonii i Australii.

Butem w drzwi

Pozyskiwane środki w większości służą wchodzeniu na nowe rynki – do kolejnych krajów i miast – poprzez agresywny, zmasowany marketing, niejednokrotnie przekraczający granicę smaku lub prawa, oraz za pomocą dumpingowych strategii cenowych. Przykłady?

W 2012 roku Uber prowadził negocjacje na temat rozpoczęcia operacji w Waszyngtonie. Gdy Komisja Transportu i Środowiska zaproponowała kompromisowy scenariusz uruchomienia aplikacji, CEO spółki Travis Kalanick rozesłał adresy e-mailowe, numery telefonów i inne dane kontaktowe członków Komisji tysiącom użytkowników Ubera. Wezwał ich do mobilizacji w celu zastraszenia Komisji i zezwolenia na wejście Ubera do miasta bez jakichkolwiek barier regulacyjnych. Nękanie radnych okazało się skuteczne.

Kiedy Uber rozpoczynał w 2014 roku działalność w Portland, również napotkał na opór ze strony miejskich radnych. Spółka zainicjowała długą kampanię „okrążania” miasta dostępnością swoich usług oraz zorganizowała dziesiątki otwartych imprez, podczas których kreowała „spontaniczny” ruch obywateli przeciwko „przestarzałym regulacjom”. Uruchomiono też specjalną wersję aplikacji, znaną jako Greyball, która utrudniała dostęp funkcjonariuszom publicznym do właściwej platformy, aby uniemożliwić kontrole kierowców. W samych Stanach Zjednoczonych Uber dysponuje ponadto siecią około 250 lobbystów oraz niemal 30 firm obsługujących różne strategie nacisku; utrzymanie takiej armii to rokrocznie wielomilionowe kwoty. W dzisiejszej Polsce też mamy niemało adwokatów liberalizacji usług przewozowych, zarówno tych robiących to charytatywnie, z przekonania, jak i opłacanych za np. uczestnictwo w posiedzeniach komisji sejmowych.

Obecny jest i wątek orwellowskiego wręcz monitorowania. Ward Spangenberg, były pracownik Ubera ds. bezpieczeństwa, pozwał firmę za zbieranie danych i powszechne praktyki podglądania kont indywidualnych osób, ich historii przejazdów oraz innych danych osobowych. Tryb śledzenia przejazdów i pasażerów w czasie rzeczywistym, znany jako „Widok Boga” (God’s View), był prawdopodobnie używany przez zarząd Ubera do wyszukiwania prywatnych informacji o nieprzychylnych spółce dziennikarzach.

Uber jest rozpoznawalny na salonach także za tempo, w jakim „pali pieniądze” inwestorów, czyli je wydaje. Spółka w 2015 roku zanotowała stratę na poziomie 2 miliardów dolarów, w 2016 zaś – 2,8 miliardów. Żadna spółka ICT nie wydawała w historii tylu pieniędzy w takim tempie1. Poza lobbingiem i promocją Uber wydaje też środki na „subsydiowanie” kierowców – żądając od klienta niezwykle niskiej ceny, niejednokrotnie na pierwszych etapach podboju rynku wypłaca kierowcy większą kwotę (co jednak nie oznacza wcale godnej czy wysokiej stawki). W ten sposób prowadzi wyjątkowo agresywną wojnę cenową rękami swoich inwestorów, którzy w przyszłości odbiją sobie straty pokaźną rentą ekonomiczną.

Współdzielenie – byle nie zysków

Aby pozostać maksymalnie elastycznym i lekkim, Uber wciąż stara się utrzymywać wizerunek „platformy”. Dzięki temu może korzystać z największych zalet tzw. ekonomii zleceniowej (gig economy), czyli zupełnej wolności od odpowiedzialności. Kierowcy korzystający z aplikacji nie są oczywiście zatrudnieni na stałe, nie odprowadzają tym samym pełnych składek emerytalnych czy zdrowotnych, nie są objęci innym zbiorowym ubezpieczeniem. W przypadku incydentu na linii kierowca-klient – takiego jak gwałt czy napaść – spółka niejednokrotnie decydowała się na usunięcie obu stron z systemu, dla świętego spokoju i przy pełnym odcięciu się od odpowiedzialności. Następuje pełne przeniesienie ciężaru odpowiedzialności i ryzyka na samozatrudnionego użytkownika. To dlatego Uber z takim zapałem odwołuje się od każdego wyroku sądowego, który naznacza spółkę piętnem „dostawcy usług przewozowych”, co niosłoby za sobą realne konsekwencje.

Co więcej, wszystkie koszty eksploatacji auta kierowcy ponoszą samodzielnie, ze swojej części marży. Uber niejednokrotnie manipulował rzekomo wysokimi zarobkami w procesach sądowych, np. w Wielkiej Brytanii w 2016 roku, porównując je z płacą minimalną, w którą przecież nikt nie wlicza kosztu zakupu narzędzi pracy. W istocie, stali kierowcy korzystający z aplikacji posuwali się już kilkukrotnie do zbiorowych procesów m.in. w amerykańskich stanach Kalifornia oraz Massachusetts, a także do strajków, w tym w Polsce (ostatni miał miejsce w grudniu 2016 roku).

Agresywne planowanie podatkowe to kolejny obszar wyciskania społeczeństwa do cna, co zbadali dziennikarze śledczy magazynu „Fortune”. Dzięki ponad setce spółek rozsianych po całym świecie i ich strukturze zależności, przychód Ubera (~20% ceny przejazdów) jest opodatkowany efektywną stopą w wysokości 0,82% (suma efektywnej stopy w USA i Holandii)2. Głównym mechanizmem tego triku jest wątpliwe etycznie wykorzystanie prawa własności intelektualnej Holandii, słynącej zresztą z nadzwyczaj liberalnego reżimu podatkowego.

Uber wnosi nową jakość do znanego mechanizmu poszukiwania renty monopolistycznej, który jako jedną z głównych bolączek kapitalizmu opisywał już Adam Smith. Celem Ubera w takiej sytuacji jest skoncentrowanie całego możliwego rynku przewozów, a zatem docelowo stanie się rynkiem przewozów i jednostronne dyktowanie warunków na nim panujących, zarówno jeśli chodzi o stawki, jak i mechanizm funkcjonowania rynku, np. zarządzanie popytem w centrum miasta, sposoby karania słabo ocenianych kierowców czy przydzielanie konkretnych pasażerów do kierowców.

Naturalnie apetyt na zysk jest wciąż większy. CEO firmy Travis Kalanick nie ukrywa, że obecne prace rozwojowe – będące przedmiotem sporu o kradzież danych z gigantem Google – oraz przejęcia innych spółek technologicznych skupiają się na autonomicznych pojazdach, które pozwoliłyby z czasem pozbyć się drogiego czynnika ludzkiego z globalnego, zuniformizowanego systemu przewozów osobowych.

Rolnictwo to świetny biznes, ale nie dla rolnika

Monsanto jest amerykańskim koncernem chemicznym specjalizującym się w biotechnologii oraz wielkoprzemysłowej chemii organicznej. Oprócz modyfikowanej genetycznie żywności jest też producentem nawozów i środków ochrony roślin oraz żywności i hormonów dla zwierząt. Agresywny styl lobbingu, nieposzanowanie lokalnych standardów ekologicznych czy zamawianie i fałszowanie badań naukowych sprawiło, że Monsanto stało się sztandarowym przykładem terroryzmu korporacyjnego. Z tego powodu jest też głównym celem ataków ruchów alterglobalistycznych i ekologicznych3.

Złej reputacji narobiły koncernowi przede wszystkim produkcja i sprzedaż na przemysłową skalę środków takich jak Agent Orange (defoliant, użyty przez wojska USA do niszczenia dżungli w Wietnamie), rakotwórczych insektycydów (DDT), Posilacu (bydlęcego hormonu wzrostu, zakazanego w UE) i przede wszystkim Roundupu. Ten chwastobójczy środek zawierający czynny roztwór glifosatu działa selektywnie na uprawy, zabijając wszystkie inne rośliny oprócz tych posadzonych przy użyciu nasion pochodzących od tego samego koncernu. Niszczy tym samym cały ekosystem dookoła i uniemożliwia na lata inną uprawę. Rzekoma biodegradowalność Roundupu została podważona i Monsanto musiało usunąć tę fałszywą informację z opakowań produktu; walka o jego usunięcie z europejskiego rynku cały czas trwa.

Nie sam konstrukt chemiczny i działanie tego czy innego preparatu są najważniejsze dla zarządzających korporacją. Kluczowe jest uzależnienie całego łańcucha produkcji w rolnictwie od wyrobów pochodzących z oferty firmy. Rolnik za sowitą i stale rosnącą cenę preparatów dostaje regularnie spełnianą obietnicę jeszcze wyższej efektywności użycia areału czy wody. Jest on w stanie u jednego sprzedawcy nabyć preparaty do każdego etapu cyklu produkcji w rolnictwie czy hodowli zwierząt. Wraz ze wzrostem skali otrzymuje dostęp do coraz większych rabatów czy profesjonalnego „doradztwa” w doborze oferty, co stanowi dla niego silną zachętę ku dalszej intensyfikacji produkcji. Co więcej, użycie nawozu od jednego producenta wymusza też stosowanie środka ochrony roślin oraz chwastobójczego, a w konsekwencji i nasion – to wszystko przez wiele cykli produkcji, bez możliwości zmiany dostawcy czy zmniejszenia dawek. Stosunek klient – producent jest w pewnej mierze porównywalny do relacji dealer – narkoman.

Co w tym złego, skoro dzięki intensywnemu rolnictwu (co jako zjawisko samo w sobie nie jest przedmiotem naszej krytyki) rolnik uzyskuje o wiele większe plony czy więcej ważą jego karmione hormonami trzoda, drób i bydło? – spytają obrońcy status quo. Możemy przyjąć, że płaci za to wysoką cenę, ale i otrzymuje sprawiedliwy zarobek. Czy aby na pewno? Podzielmy łańcuch produkcji żywności na trzy etapy – producentów surowców, producentów żywności i ich dystrybutorów.

Zaglądając w publiczne dokumenty finansowe spółek takich jak Monsanto (ale też i jego największych konkurentów, jak szwajcarska Syngenta, amerykański DuPont, niemieckie Bayer i BASF), widzimy, że produkcja i sprzedaż środków takich jak Roundup przynosi stopę zysku4 sięgającą prawie 30%. W segmencie nasion Monsanto uzyskuje jeszcze lepszy wynik, przekraczając 35%. W zysk ten są wkalkulowane przecież wieloletnie i kosztowne nakłady na badania i rozwój – chronione przez patenty i cały system ochrony prawa własności intelektualnej. Stanowią one około jednej trzeciej całości kosztów Monsanto. Prawie identyczny udział przyjmuje również budżet marketingowy, w którego społeczną szkodliwość społeczeństwo nie powinno wątpić5.

W budżet marketingowy wliczane są często programy benefitów dla dystrybutorów i stałych klientów, takie jak wycieczki zagraniczne czy drogie sprzęty elektroniczne. Głośno też było o korzyściach, jakie uzyskiwali naukowcy publikujący pod swoim nazwiskiem artykuły „naukowe” pisane przez pracowników Monsanto. Czy wszystkie takie agresywne techniki sprzedażowe musimy wliczać w cenę naszej żywności?

Co gorsza, z końcem ubiegłego roku Monsanto i jego akcjonariusze zaakceptowali ofertę przejęcia firmy przez niemiecki koncern Bayer za 62 mld USD. Na horyzoncie jest też fuzja trzeciego i piątego największego gracza na rynku – DuPont i Dow. Z sześciu największych graczy pozostanie najprawdopodobniej czterech, kontrolujących ponad 70% światowego rynku agrochemicznego.

W uścisku…?

Kolejny etap łańcucha produkcji to gospodarstwo rolne, które ponosi pełne ryzyko ekonomiczne produkcji żywności, a spoczywają na nim wszelkie ciężary wynikające ze specyfiki uprawy danej rośliny lub hodowli zwierząt. Wliczamy tu ryzyko czynników losowych (pogoda), sezonowości cen, utraty rynku zbytu czy długoterminowego przewidywania popytu. Na tym etapie marżowość daje jednak małe pole do manewrów i podlega silnej presji ze strony dystrybutorów i przemysłowych odbiorców produktów rolnych. Sprowadza się to do jednocyfrowych stóp zwrotu, obarczonych nieporównywalną sezonowością w stosunku do innych branż wytwórczych. Jedynie intensywne farmy rolnicze są w stanie osiągać na ogromnych areałach ziemi wyniki bliższe tym, które Monsanto co roku osiąga dla swoich akcjonariuszy. Ponadto producenci żywności podlegają spekulacjom na giełdach rolnych, co stanowi kolejny argument za tym, aby zostawiać im większą część ceny w kieszeni.

Wielkie sieci handlowe również przeszły ogromną monopolizację i stanowią dziś w Europie Zachodniej (a coraz bardziej i w Polsce) głównych „żywicieli” społeczeństwa. Może ich wyniki wskutek ogromnej presji cenowej i konkurencyjności skurczyły się przez lata do przedziału 0–5%, ale stopniowy zanik konkurencji na tym polu i nagromadzenie siły przetargowej wobec poddostawców dopełniają obrazu młota i kowadła, pomiędzy którymi znajdują się wytwórcy żywności. To samo dotyczy żywnościowych koncernów takich jak Ferrero, Nestle czy Procter&Gamble, u których cena produktu zawiera wielokrotnie większy wkład dobrze opłacanych specjalistów od marketingu i sprzedaży z bogatych krajów zachodnich, a nie ludzi zbierających ziarna kakaowców czy plantatorów pomarańczy.

Bardziej sprawiedliwy podział dochodu wzdłuż łańcucha wartości dodanej zakładałby zatem wyższą płacę dla pracowników, większą marżę oraz przestrzeń kosztową zabezpieczającą gospodarstwa rolne przed czynnikami losowymi. Oznacza to mniejszy budżet dla Monsanto i jemu podobnych na agresywne techniki pricingu czy na setki lobbystów zaangażowanych w proces legislacyjny w UE, Kanadzie czy USA, gdzie istnieje centrum interesów gospodarczych tej firmy. Musielibyśmy zatem dokonać przesunięcia w ramach obecnej ceny i w taki sposób, aby w tanim bananie, czekoladzie czy marchewce z dyskontu zostawało mniej chemikowi czy prawnikowi z Ameryki, a więcej plantatorowi i jego pracownikom.

Mniej rynku w rynku

Pokusimy się o stwierdzenie, że w przypadku tak dalece posuniętej monopolizacji rynku oraz przekształcenia relacji, jakie na nim panują, możemy mówić już o czymś na kształt „wchłonięcia rynku”, uczynienia z niego podmiotu wewnętrznych ustaleń, a zatem i zaburzeń procesów kreacji i łączenia popytu z podażą. Zjawisko to zasługuje na zupełnie osobną nazwę jako najwyższe stadium monopolu, ale z racji pewnej tradycji semantycznej będziemy je określać rynkowym imperializmem.

Problem z rynkowym imperializmem polega, jak widać, nie na samej w sobie rewolucji technologicznej tego zaburzenia (disruption), które przynosi nam wciąż lepsze sposoby gospodarowania i skutecznego wykorzystywania zasobów, ale na tym, że ustawia wszystkie podmioty – klientów, pracowników, media, partnerów biznesowych czy demokratyczne rządy – w pozycji petentów6 zależnych od decyzji wąskiego grona wybrańców, którzy zwyciężyli wojnę o dominację. Rynkowy imperializm to powrót do wyzwolonej od państwowych granic, zasnutej intelektualnymi prawami własności i armiami lobbystów niepodzielnej władzy imperatorów swoich dominiów.

Jak dokonać zatem zmiany w tym globalnym łańcuchu wartości, niejakiego pchnięcia ku jego dołowi, aby to kierowcy platformy przewozowej i rolnikowi zaopatrującemu się w nasiona i nawozy zostawało więcej przestrzeni w ramach struktury kosztowej? Jak w dotychczasową cenę tego, co oferuje im ich „matka”, wliczona mogłaby być większa część ryzyka działalności gospodarczej, którą oni w pełni ponoszą? Jak dać mrówkom pracującym na sukces całego mrowiska korzystać z efektów skali i przenieść na nie owoce wzrostu produktywności?

Wyrównanie przez rozproszenie

Jednym z możliwych rozwiązań byłoby nałożenie na podobne modele biznesowe podatku od pozycji dominującej (podatku od monopoli). Miałby on za zadanie konsumować tę część marży, którą Uber, Microsoft czy inny Apple pobierają od klientów za swoją „niezastępowalność”, za wciąż podtrzymywaną i najpilniej strzeżoną przez liczne patenty siłę rynkowego imperializmu. Nadrzędnym jego celem byłoby osłabienie pozycji przetargowej wobec wszystkich pozostałych uczestników procesu gospodarczego, nad którym imperialista sprawuje kontrolę.

Taki podatek czyniłby z nich po prostu mniej dochodowe spółki, zachęcając dotychczasowych akcjonariuszy do lokowania kapitału w mniejszych i średnich przedsiębiorstwach. Taka zachęta na rynku kapitałowym (czyli tym, gdzie zawierane są transakcje kupna, sprzedaży firm i udziałów lub akcji na nich) czyniłaby z rynkowych imperialistów mniej atrakcyjne „kąski” z pewną stopą zwrotu. Kapitał od inwestorów szedłby wtedy do spółek o rozproszonym, ale prawdopodobnie większym potencjale innowacyjnym i destabilizował niekwestionowane do tej pory pozycje rynkowe. Inwestorów oraz ich pośredników zarządzających majątkami cechuje niestety zadziwiająco niska skłonność do ryzyka w zakresie gospodarki realnej, fizycznej, szczególnie w obszarach projektów najbardziej innowacyjnych – a zatem często o niejasnym potencjale biznesowym i stopie zwrotu, którą w pełnej krasie dostrzega się dopiero w średnim i długim terminie7.

Mniejsze dochody spółki to także mniej wolnych środków na najdroższe biurowce, działania marketingowe i medialne, lobbing czy agresywny dumping cenowy. W skrajnych przypadkach to także mniej kapitału uciekającego do rajów podatkowych i stamtąd w charakteryzujące się wysokimi stopami zwrotu instrumenty spekulacyjne na globalnych rynkach finansowych, które są bezpośrednią przyczyną niestabilności całej gospodarki światowej. W ten sposób „wyrównujemy boisko” dla wszystkich graczy i sprowadzamy grę ponownie do wysokiej jakości usług i produktów oraz poszukiwania innowacji, Schum­peterowskich napędów gospodarki.

Podatkowy zwrot o 150 lat

Podatek od pozycji dominującej musi być tak opracowany, aby nie mógł w ramach rozkładu podatku (termin określający, na kim spoczywa faktyczny ciężar daniny) zostać przerzucony ani na konsumentów, ani na poddostawców. Jego ciężar ponieść powinni przede wszystkim akcjonariusze, czerpiąc mniejszą rentę kapitałową ze swojej inwestycji. Struktura akcjonariatu w przypadku dużych korporacji jest dziś zbyt skomplikowana (fundusze publiczne, niepubliczne, zarejestrowane w różnych jurysdykcjach podatkowych itd.), aby mówić o np. wyższej niż nominalna stopa podatku od dochodów kapitałowych. Mógłby on jednak być zastosowany w formie mnożnika przy jego dotychczasowej stawce.

Z każdej złotówki zysku monopolisty płacony byłby nie tylko CIT (na poziomie rachunku zysków i strat przedsiębiorstwa) w wysokości 19% (polska stawka) i podatek od dochodów kapitałowych (podatek Belki) również w wysokości 19%8. Przy ostatnim etapie przemnażalibyśmy stawkę „podatku Belki” przez wartość wyższą niż 100%. Na przykład dla „lekkiego” monopolisty stosowalibyśmy przedział między 100 a 120%, a dla globalnego lidera rynku przedział sięgający 140–160%. Wtedy efektywna stawka „podatku Belki” wzrastałaby do odpowiednio 22,8% lub nawet 26,6–30,4%.

Alternatywnym sposobem obliczania tego podatku byłoby odniesienie się w jego podstawie do udziału rynkowego, jakim dany gracz rynkowy wyrasta ponad przeciętną dochodowość w branży i na danym rynku (rozumianym geograficznie). Definiowana w ten sposób przewaga monopolisty nad resztą graczy rynkowych, przejawiająca się w jego rencie monopolistycznej, musiałaby również być w większości, jeśli nie w pełni, konsumowana przez podatek na poziomie rachunku finansowego i zysku wypłacanego przez spółkę akcjonariuszom w postaci dywidendy lub skupu akcji.

W zasadzie takie rozwiązanie (rate-of-return) istniało już w XIX wieku w USA, lecz przez wadliwą konstrukcję podstawy opodatkowania doprowadzało do akumulacji kapitału i przeinwestowania w tychże spółkach (efekt Avercha-Johnsona). W XX wieku na całym świecie stopniowo wycofywano się z tego rozwiązania, przechodząc do modelu definiującego siłę gracza przez jego przychody i udział w rynku. Do dziś kary nakładane przez urzędy antymonopolowe są odzwierciedleniem zasady revenue-cap-regulation.

Pojawia się zatem sugestia, aby potencjału i „mocy obliczeniowej”, drzemiących w instytucjach takich jak UOKiK czy Biuro Unijnego Komisarza ds. Konkurencji, użyć do definiowania, kto na rynku jest monopolistą i jaka część jego dochodu wynika ze standardowej funkcji produkcji, a jaka z jego wyjątkowej pozycji. Automatycznie stworzylibyśmy dla tychże podatników zachętę, aby przy dotychczasowym modelu biznesowym ograniczyć własną pozycję poprzez np. podział globalnego koncernu według kryteriów geograficznych lub specjalizacyjnych (np. dezinwestycja konkretnego segmentu, opuszczenie któregoś kraju). Obniżałoby to siłę przetargową wobec poddostawców i dało mniejszym producentom czy usługodawcom możliwość kształtowania cen oraz współtworzenia standardów rynkowych, a nie tylko dostosowania się do strategii gigantów. Klienci zyskaliby z kolei szerszy wybór producentów, a pracownicy monopolistów nie musieliby się obawiać kolejnych fuzji kończących się zawsze redukcją miejsc pracy.

Oprócz funkcji fiskalnej (podstawowej – gwarantowania przychodów do budżetu) danina ta spełniałaby charakter wręcz redystrybucyjny, stwarzałaby pole do wyrównywania szans pomiędzy rynkowymi imperialistami a średnimi i drobnymi przedsiębiorcami oraz spółdzielniami. W tym rozumieniu czyniłaby globalny łańcuch wartości bardziej sprawiedliwym, pozwalając wszystkim podmiotom (zarówno obywatelom – klientom czy pracownikom gigantów, jak i ich mniejszej konkurencji) czerpać owoce ze wzrostu gospodarczego po równo. Co więcej, konstrukt ten ma potencjał bycia globalnym podatkiem służącym do zwalczania nierówności pomiędzy krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się. Finansowane z niego mogłyby być programy przeciwdziałające nierównościom dochodowym i kapitałowym, np. inwestycje infrastrukturalne, służba zdrowia czy edukacja w krajach zależnych, nierzadko ofiarach kolonializmu i neokolonializmu bogatych gospodarek.

Koncepcja silnej regulacji monopoli nie pochodzi dziś z radykalnych kręgów ekonomicznych. Konieczność ujarzmienia negatywnych efektów globalizacji postuluje również Joseph E. Stiglitz, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Mówi on, że sytuacji, w której na danym rynku funkcjonują tylko monopoliści, nie można nazwać już rynkiem ani konkurencją.

Rozwiązania na miarę

Między monopolistami można dostrzec także inne podobieństwa, tkwiące w ich modelach biznesowych. Można nakierować na nie politykę gospodarczą dążącą do pilnowania zdrowych relacji między podmiotami. Jednym z takich sposobów, szczególnie adekwatnym w przypadkach podobnych do Monsanto, jest osłabienie reżimu prawa patentowego, by uniemożliwić całkowitą kontrolę jednej firmy nad produktami przez dekady. Jak udowadniał laureat ekonomicznego Nobla, Eryk Maskin, stosunkowo słabe prawo patentowe zapewnia idealną ochronę przed czystym kopiowaniem, pozwala na zwrot poniesionych nakładów (na badania, nie na agresywne walki cenowe), jednocześnie prowadząc do szybkiej dyfuzji wiedzy w społeczeństwie oraz na rynku.

Mniej restrykcyjne prawo ochrony własności intelektualnej to także mniejszy aparat jego utrzymywania i rzadsze przypadki, gdy monopoliści blokują lub niszczą konkurencję przy pomocy niezwykle kosztownych, wieloletnich procesów. Analizy rynku oprogramowania przytaczane przez Maskina wskazują, że zmiana prawa patentowego na bardziej restrykcyjne doprowadziła do drastycznego wzrostu wydatków na usługi prawne – przy spadku środków przeznaczanych na badania i rozwój9. Zrozumiałą strategią przedsiębiorstw w takim przypadku staje się walka nie o najlepszy produkt czy o jakość oferowanych usług, ale o zabezpieczenie dostępu do strumienia środków finansowych. Przeorientowanie prawa patentowego w kierunku kilkuletnich okresów ochronnych, bez możliwości odnawiania i przy ograniczonej możliwości pozywania za naruszenia na krawędzi imitacji (niejednokrotnie w końcu innowacja jest usprawnieniem imitacji), powinno ukrócić wiele praktyk stosowanych przez najbogatsze korporacje.

Tym bardziej kłuje to w oczy w przypadku Monsanto i innych koncernów chemicznych czy farmaceutycznych, których standardy rachunkowości przewidują najdłuższe okresy ochrony patentowej (nawet 20 do 30 lat) dla technologii opracowanych w tych dziedzinach. Paradoksalnie jednak to obecność na globalnym rynku imitatorów takich jak Chiny, nieprzestrzegających zasad prawa własności intelektualnej, sprawia, że niekwestionowani liderzy z krajów rozwiniętych nie spoczywają na laurach.

Należy też wreszcie dostrzec i zacząć rozliczać monopolistów z kosztów zewnętrznych (externalities), które przerzucają na społeczeństwo, zyskując przy tym przewagę względem mniej cwanych graczy. Jeśli Uber zarządza procesem i zarabia na usługach przewozowych, to jest firmą przewozową i powinien ponosić tego pełne konsekwencje – od praw pracowniczych po obowiązujące regulacje ubezpieczeniowe czy minimalne ustawowe stawki. Monsanto powinno być zobowiązane do płacenia za katastrofalny wpływ sprzedawanych środków na środowisko naturalne i na zdrowie ludzi nie tylko wtedy, gdy przegra wieloletnią batalię w sądzie z poszkodowanymi. Wymaga to naturalnie stanowczej reakcji ze strony organów publicznych – a ta jest niemożliwa do osiągnięcia bez sensownego finansowania odpowiednich instytucji i zagwarantowania ich niezależności od wpływów politycznych czy prywatnych lobbystów.

W ostateczności: nie powinniśmy bać się odpowiedzialnego korzystania z kombinacji surowego wykluczania rynkowych imperialistów z pewnych segmentów rynku oraz wprowadzania bardziej zrównoważonych społecznie i odpowiedzialnych lokalnych odpowiedników produktów. Uber wykrwawił się na ponad 2 miliardy dolarów, ale po kilkunastu miesiącach walki był zmuszony opuścić Chiny na tarczy. Aplikacja została też zakazana w wielu innych miastach i krajach na świecie, od Tajlandii, przez Indie, po Włochy i Francję. W ich miejsce niejednokrotnie pojawiają się równie nowoczesne i wysokojakościowe produkty, ale oparte na pracy lokalnych firm taksówkarskich lub działające na zasadach kooperatywy taksówkarzy (alternatywne rozwiązania są dostępne także w Polsce). Takich inicjatyw prawdziwej, oddolnej sharing economy, śledzonych m.in. przez inicjatywę Platform Cooperativism (http://platformcoop.net/), jest znacznie więcej i obejmują wiele różnych sektorów gospodarki.

Podobną strategię można przyjąć również dla produktów fizycznych, takich jak oferowane przez Monsanto. Wspierane przez mądrą politykę gospodarczą badania sektorowe powinny dążyć do tworzenia alternatywnych modeli biznesowych i produktów substytucyjnych, które dzięki wsparciu regulacyjnemu i publicznemu mogłyby otrzymywać pierwszeństwo na lokalnym rynku do czasu przełamania wiecznej ofensywy monopolu. Takiego subsydiowania i torowania drogi konkretnym przedsiębiorstwom czy klastrom nie należy postrzegać jako drogi do gospodarczej autarkii w stylu nacjonalistycznym, lecz umieszczać w szerszym kontekście strategii rozwojowej i przesuwania całego sektora w globalnym łańcuchu wartości. Taka celowa polityka gospodarcza stanowiła przecież motor napędowy wszystkich rozwiniętych już dziś krajów10.

W przypadku Polski oznaczałoby to rozłożenie silnego parasola nad „dorosłymi” już producentami agrochemicznymi, którzy (w zależności od definicji) cieszą się posiadaniem zaledwie ok. 30% krajowego rynku nawozów. Resztę stanowią zagraniczni gracze – zarówno ci najwięksi, jak i mniejsi z Rosji czy z Maroko. Jak wskazują lokalni producenci, przyczyną jest technologiczne zapóźnienie, dysproporcja w potencjale badań technologicznych oraz brak odpowiedniego finansowania. Abstrahując chwilowo od wpływu środków ochrony roślin na środowisko, jesteśmy w stanie ocenić, że krajowych producentów warto skrycie subsydiować poprzez służące im publiczne wydatki R&D, choćby po to, aby ich móc kontrolować, destabilizując stopniowo pozycję gigantów.

Cywilizować prawo wojny

Czy dzięki osłabieniu siły imperialistów rynkowych świat stanie się bardziej sprawiedliwy? Nie wprost, ale w ramach globalnego systemu opartego na konkurencji jesteśmy w stanie przy skutecznym stosowaniu dobrze dobranej polityki wyrównać warunki dla mniejszych graczy i rozproszyć tę skumulowaną potęgę. Globalny wzrost gospodarczy wyhamował w ciągu ostatnich dekad neoliberalnej polityki właśnie przez akumulację kapitału oraz umiędzynaradawianie i korporatyzację prostych procesów produkcyjnych – czy to przewozów osobowych, czy poprzez uprzemysłowienie rolnictwa. Ogromne środki marnowane są bez wahania na utrzymywanie pozycji monopolistycznej, na armie prawników i lobbystów, na przejmowanie potencjalnej konkurencji i wreszcie na ogromne zyski wypłacane uprzywilejowanym akcjonariuszom i kaście menedżerów. Łańcuch wartości przypomina zatem bardziej pompę ssącą na pełnych obrotach niż zrównoważony rozkład.

Rynek sam z siebie wykazuje wewnętrzne sprzeczności i dąży do własnego zniszczenia. Jeśli chcemy przywrócić zdrowie gospodarkom świata, musimy zrekompensować globalne nierówności wynikające z natury rozkładu łańcucha wartości w monopolach tej skali – lub trwale rozmontować ich siłę. Jak ujął to Wendell Berry, jeden z pierwszych krytyków globalizacji: „Nieuniknionym skutkiem niczym nieskrępowanego współzawodnictwa musi być bowiem zredukowanie liczby podmiotów gospodarczych do jednego, najsilniejszego. Prawo wolnej konkurencji jest zatem odmianą prawa wojny”. Absolutnym minimum, jeśli nasza cywilizacja społeczno-gospodarcza ma przetrwać, jest zatem rozbrajanie najsilniejszych i dbanie o pokój między mniejszymi.

Michał Hetmański, Jan J. Zygmuntowski

Przypisy:

  1. Najbliższym porównaniem był Amazon, który na fali tzw. bańki dot-com stracił około 1,4 miliarda dolarów, co zakończyło się masowymi zwolnieniami, sięgającymi nawet 15% wszystkich pracowników globalnie.
  2. Własne obliczenia na podstawie śledztwa magazynu „Fortune”, 22.10.2015, http://fortune.com/2015/10/22/uber-tax-shell/ (29.06.2017).
  3. Nakładem „Nowego Obywatela” ukazała się książka Marie-Monique Robin Świat według Monsanto, Łódź 2009.
  4. Rozumianą jako EBIT – Earnings Before Deducting Interest and Taxes.
  5. Obliczenia własne w tej sekcji pochodzą z analizy sprawozdań finansowych i zarządu Monsanto oraz Grupy Ciech z 2016 roku.
  6. Nauka o ładzie korporacyjnym przeniknęła wszelkie dotychczasowe nauki i nakazała nam każdego aktora nazywać stakeholderem. W warstwie językowej od razu narzuca nam to myślenie o interesariuszach podporządkowanych w hierarchii priorytetu do egzekwowania swoich praw wobec akcjonariuszy.
  7. Niezwykłą popularnością wciąż cieszy się wydana także w Polsce książka Przedsiębiorcze państwo ekonomistki z University of Sussex Marianny Mazzucato, która rozwiewa wiele mitów nt. działalności funduszy VC (venture capital) oraz efektywności rynków w stymulowaniu wydatków na badania i rozwój czy przełomowe innowacje.
  8. O ile akcjonariuszem lub udziałowcem nie jest fundusz – z zasady zwolniony z podatku jako wehikuł inwestycyjny.
  9. W zasadzie pozytywny wpływ nauki oraz badań chemicznych na rozwój społeczno-gospodarczy jest dość oczywisty. Przerost administracji mierzony liczbą prawników czy marketingowców pracujących dookoła procesów dziejących się w realnej gospodarce (produkcja, sprzedaż) można uznać za rosnące koszty transakcyjne.
  10. Zainteresowanych odsyłamy do Złych Samarytan Ha-Joon Changa, w których rozprawia się on z mitem o szkodliwym protekcjonizmie.