przez Weronika Grzebalska | niedziela 24 lutego 2019 | opinie
Jak można zinterpretować poparcie polskich i węgierskich kobiet dla prawicy? „Co jest z nimi nie tak?” – pyta felietonistka „Guardiana”, kwestionując niezmienne poparcie kobiet dla Republikanów w USA. Problem ten nie jest wcale nowy, jednak komentatorzy o bardziej postępowej wizji świata wciąż powtarzają takie pytania – i zazwyczaj towarzyszy im ponura opowieść o tym, jak patriarchat rozwija ponownie skrzydła pod patronatem prawicowych rządów populistycznych.
Jednak zamiast pogłębiać nasze zrozumienie genderowych aspektów wznoszącej fali prawicowego populizmu, pytania te dryfują w innym kierunku, w poszukiwaniu wyjaśnienia poparcia kobiet dla takich projektów. Kobietom zarzuca się „fałszywą świadomość” – brak świadomości opresji, ewentualnie „wykorzystanie własnego przywileju”, czyli zdradę interesów własnej płci lub interesów grup mniejszościowych, by osiągnąć indywidualne cele. Tyle że takie stawianie sprawy sytuuje kobiety w pozycji ofiar lub podwójnych agentek patriarchatu, zamiast zmusić nas do potraktowania ich życia i ich samych poważnie. Dopuszczamy się także przeoczenia ideologicznej złożoności prawicowych projektów, które nie są po prostu i wyłącznie antykobiece, lecz łączą elementy reakcyjne z postępowymi, jeśli chodzi o niektóre interesy kobiet jako grupy. Przedstawiając istnienie kobiet o prawicowych poglądach w kategoriach problemu, który domaga się natychmiastowej reakcji, odciągamy uwagę od strukturalnych przyczyn poparcia wielu kobiet dla polityki prawej strony.
Zatem zamiast pytać, co jest nie tak z kobietami o prawicowych poglądach czy decyzjach wyborczych, powinniśmy zadać sobie pytanie, co jest nie tak z systemem polityczno-gospodarczym, w którym one muszą żyć oraz z politycznymi alternatywami, które byłyby dla nich dostępne. W tej materii Polska i Węgry mogą nam dostarczyć materiału badawczego. W obu tych krajach partie rządzące – Prawo i Sprawiedliwość (od 2015) oraz Fidesz-KDNP (od 2010), angażują się we wprowadzanie antyliberalnych zmian i rozmontowywanie liberalnych instytucji demokratycznych za pomocą np. zmian zasad prawnych, kolonizowania aparatu państwowego, obierania sobie za cel zaistnienia społeczeństwa opartego na wartościach prawicowych czy zwijania liberalnej infrastruktury odpowiedzialnej za faktyczną realizację praw kobiet.
Pomimo tak radykalnego programu, obie te partie otrzymały w wyborach władzę dzięki wyborczyniom – zagłosowało na nie trochę więcej kobiet niż mężczyzn. Cieszą się też nadal niesłabnącym poparciem ze strony wielu kobiet. W 2015 r. PiS wsparło aż 39,7 proc. ogółu głosujących polskich kobiet, w porównaniu z 38,5 proc. mężczyzn, a po dwóch latach sprawowania przez partię władzy liczby te tylko nieznacznie się obniżyły, pomimo niezmiennego zagrożenia praw reprodukcyjnych. W 2018 r., gdy frekwencja w węgierskich wyborach była najwyższa w historii, 52 proc. kobiet zagłosowało na Fidesz-KDNP – w porównaniu do 46 proc. mężczyzn. Jak możemy wytłumaczyć to trwałe poparcie?
Nie głosują tylko jako kobiety
Po pierwsze i najważniejsze: rzeczywistość polityczna, którą pomija dyskurs feministyczny, mówi nam, że problemy wyborców przebiegają nie wzdłuż, a w poprzek linii podziałów płciowych i że często są determinowane przez szersze ujęcie socjalno-ekonomiczne. Kobiety głosują na takie partie nie tylko „jako kobiety”, ale także z powodu problemów i nadziei, które dzielą z mężczyznami ze swojej lokalnej zbiorowości lub klasy społecznej – co przypomina nam o ograniczeniach, jakie napotykają na swojej drodze projekty polityczne oparte tylko na konstrukcie interesów samych kobiet. Jak informuje niedawno przeprowadzone na Węgrzech badanie, kobiety wskazują jako najbardziej palące takie problemy, jak wyzysk na rynku pracy oraz kiepski stan systemu ochrony zdrowia i systemu edukacji.
U podwalin tych kwestii leży oczywiście wymiar płciowy – np. feminizacja najgorzej płatnych zawodów albo praca opiekuńcza spadająca głównie na barki kobiet – ale problem rozciąga się poza ten wymiar. W sytuacji, gdy kobiety nie dostrzegają, by jakakolwiek partia polityczna rozwiązywała kwestie związane z płcią, nadal wierzą, że Fidesz najlepiej je reprezentuje.
Innym tropem jest to, że prawicowi populiści właściwie odpowiadają na potrzeby i interesy genderowe niektórych kobiet: na te, które, jak zauważyła Maxine Molyneux, wypływają raczej z pozycji kobiet w podziale pracy ze względu na płeć niż z teorii opresji kobiet. Zarówno PiS, jak i Fidesz przystąpiły do odwracania niektórych społeczno-gospodarczych konsekwencji transformacji po 1989 r. – tych, które dotknęły w szczególności kobiet, jako najbardziej odpowiedzialnych za budżet domowy, wychowanie dzieci i inne prace opiekuńcze. W Europie Środkowej przejście ustrojowe ku liberalnej demokracji zostało splecione z przynależnością do świata o porządku neoliberalnym, a cały region zyskał półperyferyjną pozycję. Skutkowało to między innymi wycofywaniem się państwa z odpowiedzialności za usługi publiczne i opiekę socjalną, a rezultatem było rosnące utowarowienie tych usług i powstanie grup osób, które mogły sobie na nie pozwolić, oraz rosnąca refamiliaryzacja wśród tych, którzy nie mogli [refamilialisation – powrót kobiet do sfery domowej i do świadczenia pracy reprodukcyjnej – przyp. tłum]. Zmiany te dały więcej możliwości kobietom z pewnych klas społecznych, ale złożyły ciężar ekonomiczny kryzysu na barki tych, których sytuacja finansowa nie była dobra. Dominująca narracja – feminizm kulturowy – sprawiła, że trudno było sformułować odpowiedź na problemy strukturalne. Niepewność jutra i nierówności stworzone przez ten dwulicowy genderowy reżim to właśnie krynice, z których obie nieliberalne partie Europy Środkowej czerpały, gdy zwracały się do swoich wyborczyń.
Redystrybucja z sukcesem
Dobrym przykładem jest Rodzina 500+, flagowy program PiS, wprowadzony natychmiast po dojściu przez tę partię do władzy. Gwarantuje rodzinom bezwarunkowy miesięczny przelew w wysokości 500 PLN (120 euro) na każde drugie i kolejne dziecko, do ukończenia przez nie 18. roku życia, oraz także na pierwsze dziecko w rodzinach, których miesięczny dochód na głowę nie przekracza 190 euro.
Ta najszersza po 1989 r. polityka redystrybucyjna znacznie obniżyła wskaźniki ubóstwa wśród rodzin z dziećmi i zyskała społeczną popularność. Choć opozycja słusznie wskazuje na jej ograniczenia – a szczególnie na związek z tradycyjnym modelem rodziny, który wyklucza z programu samodzielnych rodziców – wprowadzenie programu wymiernie wskazuje wyborcom, że ich rząd faktycznie rządzi i że ma możliwość ukierunkowania polityki ku nowego socjalnemu kontraktowi, który uszanuje godność elektoratu.
Na Węgrzech istnieje silny prąd, który priorytetyzuje rodziny, a robi to w celach demograficznych. Rozszerzono program zasiłków, które są związane z posiadaniem płatnego zatrudnienia, co jasno wskazuje, że węgierski rząd koncentruje się na potrzebach nieromskich, heteroseksualnych rodzin z przyzwoitym dochodem. Jeśli chodzi o klasy niższe, trzy wskaźniki informują o namacalnych zmianach w codziennym życiu kobiet: ekspansja programu prac publicznych, za które zapłata wynosi mniej niż pensja minimalna, ale więcej od zasiłków i dodatków; interwencja państwa w sektorze energii, skutkująca niższymi kosztami indywidualnymi jej zużywania; oraz spora podwyżka pensji minimalnej, dzięki której zmniejszyła się płacowa luka pomiędzy płciami, co jest ważne, ponieważ kobiety stanowią większość pracowników w najgorzej wynagradzanych sektorach gospodarki.
Nie widzą alternatyw
Na kogo powinny głosować kobiety? Bez względu na rodzaj elektoratu, nawoływanie do wyboru „mniejszego zła” lub do powrotu do przeszłości traci impet jako narzędzie mobilizacji. Jak twierdzi węgierska historyczka Andrea Pető, opór sam w sobie już nie wystarczy – trzeba wyciągnąć wnioski z tego, jak znaleźliśmy się w obecnej sytuacji.
Jednak podczas ostatniej węgierskiej kampanii wyborczej opozycja skoncentrowała się na ograniczeniach systemu wyborczego i na tym, czy i jakie taktyczne koalicje są konieczne. Nie poczyniła przez poprzednie osiem lat żadnych wysiłków, by zbudować wokół siebie oddolny ruch poparcia ani też by zbudować alternatywną narrację, wykraczającą poza „albo Orbán, albo Europa”. Jeśli zatem partie opozycyjne są zajęte bronieniem upadających szańców, albo po prostu postępują tak jak zawsze, nie jest zaskakujące, że nieliberalna prawica wciąga na pokład i mężczyzn, i kobiety.
Zaprzężenie do pracy „feministycznej ciekawości”, jak określiła to zjawisko amerykańska badaczka Cynthia Eloe, i potraktowanie poważnie wszystkich kobiet, ich życia i tego jak głosują, może być pouczające. Jeśli dostrzeżemy ograniczenia polityk tożsamościowych, wagę praktycznych interesów i brak realnych alternatyw, wykroczymy poza tradycyjne ramy sprzeciwu, gdy będziemy próbować zrozumieć kobiece wsparcie dla prawicy na Węgrzech i w Polsce.
Zamiast postrzegać promowany przez prawicową politykę zwrot ku rodzinie i tradycjonalizm jako wyłącznie reakcyjne i patriarchalne, być może byłoby korzystne próbować zobaczyć je jako politykę emancypującą niektórych w sytuacji, gdy polityka progresywna napotyka na szerszy kryzys uprawomocnienia. Zyskują one na znaczeniu, oferując bezpieczeństwo socjalne i polityczną reprezentację konkretnej grupie społecznej, podczas gdy inne, szersze siatki bezpieczeństwa w postaci solidarności i pozostałych kanałów politycznego wpływu są rozmontowywane.
Dwa minusy nie dają kobietom plusa
Populistyczna prawica zdołała tymczasowo zdobyć poparcie kobiet z Europy Środkowej dla swoich projektów, ponieważ podkreślała nieprawidłowości transformacji ustrojowej i niewielką zdolność ruchów i partii progresywnych do stworzenia gruntu dla prawdziwej emancypacji. Taki stan rzeczy idzie pod prąd życzeniowemu myśleniu, że to kobiety ocalą nas przed prawicą.
Jednak fakt, że dominujący paradygmat neoliberalny, wraz z białymi plamami na mapie feminizmu kulturowego i tożsamościowego, nie potrafiącymi odpowiedzieć na kwestie strukturalne, stanowiły problem, a nie jego rozwiązanie, nie czyni nieliberalnej odpowiedzi jedyną właściwą. Kaczyński i Orbán nie budują wcale socjaldemokracji, lecz życzliwy kapitalizm narodowy z socjalem dla rodzin.
Prawicowy model rządzenia niesie ze sobą niepewność i nieinkluzywność: wysoki poziom polaryzacji, ograniczanie wolności mediów i nauki, kolonizację państwa, likwidację perspektywy genderowej na uczelniach, w polityce i poza nią, bezwzględny produktywizm wprowadzony przez nowe „prawo niewolnicze” [mowa o znacznym zwiększeniu dopuszczalnej liczby nadgodzin w pracy i wydłużeniu okresu płatności za nie – przyp. redakcji] na Węgrzech, a także odrzucenie żądań osób niepełnosprawnych, jeśli chodzi o politykę socjalną w Polsce.
Jednak aby wyprostować to, co złe, potrzebujemy więcej niż tylko protekcjonalnego określania kobiecego elektoratu prawicy mianem sojuszniczek patriarchatu. Potrzebujemy polityki, która uczy się na własnych błędach i łączy praktyczne interesy wyborców ze strategicznymi celami feminizmu – czyli polityki, która odpowie na socjalno-ekonomiczne problemy kobiet w takim duchu, by zmienić raczej niż utrwalić relacje pomiędzy płciami.
Weronika Grzebalska, Eszter Kováts
tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w wersji anglojęzycznej na stronie internetowej International Politics and Society w grudniu 2018 r. Obecna polska wersja został przygotowana we współpracy z autorkami.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski
przez Jeffrey Kaplan | środa 20 lutego 2019 | gospodarka społeczna, opinie
Prywatne samochody były w roku 1919 rzadkością, a ludzie przemieszczali się głównie za pomocą dorożek. W dzielnicach mieszkalnych królowały lampy gazowe, elektryfikacja posuwała się bardzo powoli. Energia elektryczna w prywatnych domach była luksusem dostępnym jedynie dla najbogatszych.
Już dziesięć lat później sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Samochody dominowały na ulicach miast, w większości domów były żarówki, elektryczne żelazka, odkurzacze. W domach zamieszkanych przez wyższą klasę średnią standardem były pralki, lodówki, tostery, lokówki do włosów, elektryczne ogrzewacze czy maszyny do prażenia kukurydzy. I chociaż pierwsza komercyjna rozgłośnia radiowa zaczęła nadawać dopiero w 1920 r., społeczeństwo amerykańskie, ze 122 milionami dorosłych obywateli, w samym tylko 1929 r. kupiło prawie 4,5 miliona radioodbiorników.
Jednak pomimo tej potężnej fali nowych produktów i rosnącego apetytu na ich nabywanie, szefowie przedsiębiorstw byli mocno zaniepokojeni. Obawiali się, że trudno będzie zmienić typowy dla ówczesnych Amerykanów oszczędny styl życia. Jeszcze bardziej groźną wydawała się realna perspektywa, że wzrost mocy produkcyjnych przekroczy tempo, w jakim obywatele będą nabywać nowe przedmioty w przekonaniu, że są im one niezbędne.
Właśnie to ostatnie zagrożenie było główną motywacją do napisania w 1929 r. przez dyrektora General Motors Research, Charlesa Ketteringa, artykułu pod znamiennym tytułem: „Konsument musi być niezadowolony”. I bynajmniej nie było celem tego artykułu namawianie producentów do wytwarzania bubli, które po niedługim czasie nadawałyby się jedynie na śmietnik. Wyrażając poglądy szerokiej rzeszy kapitalistów, Kettering zdefiniował w nim strategiczny zwrot w filozofii funkcjonowania amerykańskiego przemysłu: produkcja dla zaspokajania potrzeb ludzi miała ustąpić miejsca ciągłemu tworzeniu nowych potrzeb, które zastępowałyby te już zaspokojone.
Z kolei w wywiadzie udzielonym w 1927 r. czasopismu „Nation’s Business”, minister pracy James J. Davis przytoczył kilka obrazowych wskaźników, aby zilustrować problem nazwany przez „New York Times” „nasyceniem potrzeb”. Davis zauważył, że „działające w kraju fabryki odzieżowe w ciągu zaledwie pół roku normalnej pracy są w stanie wyprodukować taką ilość ubrań, która zaspokoi potrzeby mieszkańców”, a tylko 14% amerykańskich fabryk obuwia byłoby zdolne wytworzyć tyle par butów, ile Amerykanie kupują w ciągu roku. W komentarzu do tego wywiadu dziennikarze stwierdzili, że „można sobie łatwo wyobrazić sytuację, w której zaspokojenie potrzeb konsumpcyjnych ludności świata wymagałoby zaledwie trzydniowego tygodnia pracy”.
Nietrudno się domyślić, że szefowie firm i właściciele fabryk wykazywali niewielki entuzjazm wobec wizji społeczeństwa, które nie byłoby zorganizowane wokół celu, jakim jest produkcja dóbr materialnych na jak największą skalę. Z ich punktu widzenia, prowadząca do oszczędności pracy ludzkiej mechanizacja przemysłu była nie tyle szansą na wyzwolenie człowieka, co poważnym zagrożeniem dla ich pozycji w systemie sprawowania władzy. John E. Edgerton, przewodniczący Krajowego Zrzeszenia Producentów (National Association of Manufacturers – NAM), wyraził typowy dla swojej grupy społecznej pogląd w następującej deklaracji: „Opowiadam się całym sercem za rozwiązaniami, które uczynią pracę bardziej przyjemną, ale jednocześnie sprzeciwiam się wszelkim zmianom, które mogą doprowadzić do dalszego podważania jej znaczenia. Główny akcent powinien zostać położony na pracę – więcej lepszej pracy”. Jego zdaniem, „nic nie przyczynia się bardziej do powstawania radykalnych nastrojów niż niezadowolenie z życia – chyba, że czas wolny”.
W końcówce lat 20. elitom politycznym i gospodarczym w Stanach Zjednoczonych udało się znaleźć sposób na to, by zredukować zagrożenia związane ze stagnacją gospodarki i radykalizacją klasy robotniczej. Odpowiedzią była „Ewangelia Konsumpcjonizmu” (określenie jednego z konsultantów współpracujących z przemysłem), z jej podstawowym założeniem, że da się ludzi przekonać do tego, iż niezależnie jak wiele posiadają, jest to wciąż za mało. Powołana przez prezydenta Herberta Hoovera w 1929 r. Komisja ds. Aktualnych Przemian Gospodarczych w swoim optymistycznym raporcie tak podsumowała efekty wprowadzania w życie tej filozofii: „Dzięki reklamie i innym działaniom promocyjnym /…/ możliwy był znaczący wzrost produkcji, co pozwoliło wykorzystać dotychczas zamrożone zasoby kapitałowe”. W raporcie stwierdzono z nieskrywaną satysfakcją, że doszło do jakościowego przełomu w rozumieniu i wykorzystaniu mechanizmów rynkowych: „Z punktu widzenia rozwoju gospodarczego, możliwości stojące przed nami są praktycznie nieograniczone. Wynikają one z ciągłego nienasycenia, z tego, że zaspokojenie dzisiejszych żądz skutkować będzie zawsze natychmiastowym powstaniem nowych”.
W dzisiejszych czasach dewiza „pracuj, pracuj i jeszcze raz pracuj” jest powszechnie akceptowanym sposobem na życie i funkcjonowanie w społeczeństwie. Zastępowanie pracy ludzkiej coraz doskonalszymi maszynami jedynie przyspieszyło ten trend. Nie ulega wątpliwości, że zastosowanie maszyn i nowoczesnych technologii może prowadzić do oszczędności pracy, ale jedynie wówczas, gdy przestają one pracować w momencie zaspokojenia naszych potrzeb. Innymi słowy, automatyzacja daje ludziom możliwość krótszej pracy, możliwość, którą jako społeczeństwo każdego dnia odrzucamy. Tym samym dajemy właścicielom owych maszyn przyzwolenie, by to oni definiowali ich funkcję, którą ma być nie redukcja pracy, lecz „wyższa wydajność” i wynikający z niej wprost imperatyw konsumpcji wszystkiego, co cały ten system jest w stanie wytworzyć.
Już w pierwszych dniach Ery Konsumpcjonizmu znaleźli się ludzie, którzy poddawali ją ostrej krytyce. Jednym z najbardziej wpływowych był Arthur Dahlberg, którego wydana w 1932 r. książka pt. „Jobs, Machines, and Capitalism”, była bardzo dobrze znana decydentom w Waszyngtonie. Pisał on, że „niemożność skrócenia dnia pracy /…/ jest podstawową przyczyną nierówności szans, nadmiernego rozwoju przemysłu, ogromnych strat czasu i wysiłku w związku z ciągłą konkurencją, potężnego wpływu reklamy oraz naszego imperializmu gospodarczego”. Ponieważ znaczna część produkcji nie miała już na celu zaspokojenia podstawowych potrzeb społeczeństwa, czterogodzinny dzień pracy, według Dahlberga, stawał się koniecznością, by uniknąć stoczenia się społeczeństwa w katastrofalny materializm. Utrzymanie dnia pracy w dotychczasowym wymiarze, w sytuacji zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, prowadzi jego zdaniem do tego, że chęć zysku staje się „zarówno twórcą, jak i narzędziem zaspokajania potrzeb duchowych”. Nie mogąc znaleźć innych sposobów powiększania zysku, przemysł „zaczyna pakować mydło w piękne pudełka, wmawiając nam, że jest ono balsamem dla duszy”.
Przez pewien czas istniała wizjonerska w swojej istocie alternatywa dla Ewangelii Konsumpcjonizmu. W 1930 r., Kellogg Company, jeden z największych światowych producentów płatków śniadaniowych, ogłosił, że wszyscy spośród niemal 1500 pracowników zatrudnionych w jego zakładach przejdą na sześciogodzinny dzień pracy. Prezes firmy Lewis Brown i jej właściciel W. K. Kellogg wskazywali, że „system czterech zmian sześciogodzinnych /…/ zamiast trzech ośmiogodzinnych, zapewni pracę i tym samym źródło utrzymania dodatkowym trzystu rodzinom żyjącym w Battle Creek”.
Kroki podjęte przez dyrekcję firmy spotkały się z oczywistym poparciem załogi, zwłaszcza, że kraj bardzo szybko staczał się w Wielki Kryzys. Jednak, jak wskazuje Benjamin Hunnicutt w swojej książce „Kellogg’s Six-Hour Day” (Sześciogodzinny dzień Kellogga), wizja Browna i Kellogga sięgała dalej niż do stworzenia dodatkowych miejsc pracy. Mieli oni mianowicie nadzieję wykazać, że „swobodna wymiana towarów, usług i pracy w warunkach wolnego rynku nie musi skutkować bezmyślną konsumpcją, wyzyskiem ludzi czy nieograniczoną eksploatacją środowiska naturalnego”. Ich marzeniem było „wyzwolenie robotników poprzez stopniowe skracanie dnia pracy i wzrost płac, by ostatecznie osiągnęli oni wolność obiecaną w Deklaracji Niepodległości – dążenia do szczęścia”.
Oczywiście zmiany wprowadzane w firmie nie oznaczały rezygnacji z zysków. Jej kadra zarządzająca była po prostu przeświadczona, że kobiety i mężczyźni zatrudnieni w zakładzie będą pracować znacznie bardziej efektywnie w cyklu krótszych zmian. Spodziewano się też, że zatrudnienie większej liczby ludzi spowoduje wzrost siły nabywczej lokalnej społeczności i, co z tym związane, konsumpcji dóbr, włączając w to produkowane przez Kellogga płatki owsiane i kukurydziane.
Krótszy dzień pracy łączył się z obniżeniem całkowitych wynagrodzeń pracowników. Aby to złagodzić, Kellogg zdecydował się podwyższyć stawkę godzinową, wprowadził też system premii, które miały zachęcić ludzi do bardziej wydajnej pracy. Zlikwidowano przerwy na lunch, wychodząc z założenia, że pracownicy będą woleli przepracować swoje skrócone zmiany i wracać jak najszybciej do domów. W wysłanym do każdego pracownika liście, Brown podkreślał rolę „dochodu psychicznego”, związanego z „radością płynącą z przebywania w domu, cieszenia się jego otoczeniem, zadowolenia z wykonywanej pracy, życzliwości sąsiadów, a także tych wszystkich przyjemności, które trudno przeliczyć na dolary i centy”. Dłuższy wypoczynek i większa ilość wolnego czasu, wyrażał nadzieję, doprowadzą do „wyższych standardów w szkołach oraz życiu publicznym”, co z kolei umożliwi firmie „pozyskiwanie nowych pracowników z porządnych środowisk i dobrych dzielnic”.
Była to atrakcyjna wizja, i co ważniejsze, sprawdzała się. Nie tylko firma kwitła, ale jak odnotowywali dziennikarze gazet takich jak „Forbes” czy „Business Week”, zdecydowana większość pracowników zatrudnionych w Kellogg’s bardzo pozytywnie przyjęła krótszy tydzień pracy. Jeden z nich opisywał, że zmiany te skutkowały „większym zaangażowaniem w ogrodnictwo i upiększanie okolicy, uprawianie sportów i osobiste pasje; kwitło czytelnictwo i rozwijali się umysłowo ci, którzy mieli szczęście tam pracować”.
Badania opinii przeprowadzone przez ministerstwo pracy w tamtym czasie, podobnie jak wywiady Hunnicutta z byłymi pracownikami, w pełni potwierdzają ten obraz. Rządowi ankieterzy wskazywali na „niewielki stopień niezadowolenia z powodu obniżonych wynagrodzeń wskutek skrócenia czasu pracy, pomimo tego, że w większości przypadków obniżki te były wyraźnie odczuwalne”. Jeden z ankietowanych chwalił sobie „możliwość spędzania większej ilości czasu z rodziną”. Inny wspominał, że dzięki skróceniu dnia pracy „mógł po powrocie do domu zająć się swoim ogrodem”. Jedna z kobiet wskazywała, że jej mąż dzięki krótszym zmianom mógł spędzać więcej czasu „z czwórką synów, w okresie, gdy kontakt z ojcem był szczególnie ważny dla ich rozwoju”.
Te dodatkowe godziny wolnego czasu pozwoliły części pracowników zająć się rzeczami, które w innym przypadku pozostawałyby poza ich zasięgiem. Hunnicutt opisuje jak pod koniec jednego z wywiadów, 80-letnia kobieta zaczęła opowiadać o tenisie stołowym. „Bardzo często się spotykaliśmy. W naszym domu stał stół do ping-ponga i krewni przychodzili na obiad, a potem wszyscy w niego graliśmy”. Z czasem doszła do takiej wprawy, że zwyciężyła w zawodach stanowych.
Wiele spośród kobiet zatrudnionych w zakładach Kellogga przeznaczało dodatkowy czas wolny na prace domowe. Ale nawet wówczas organizowały one życie w taki sposób, by te prace angażowały całą rodzinę; przykładem może być robienie przetworów. Jedna z nich wspominała, jak stało się ono „projektem rodzinnym”, który sprawiał wszystkim dużo radości i satysfakcji, nawet synom, dla których było to okazją „do otworzenia się i prowadzenia szczerych rozmów”. Według Hunnicutta, robienie przetworów stało się instytucją znacznie wykraczającą swoim znaczeniem poza konserwację produktów żywnościowych. „Było okazją do dzielenia się historiami, radościami i problemami dnia codziennego, do żartowania, sprzeczania się, wspólnego śpiewania. Współczesne standardy wyalienowanej pracy zawodowej zostały odrzucone na rzecz starszego, /…/ bardziej »biesiadnego« modelu pracy wspólnej”.
Wszystko to efekt działania tysięcy maleńkich, niemal niewidocznych więzi łączących krewnych, przyjaciół i sąsiadów. Składają się one na złożoną strukturę stanowiącą fundament życia społecznego, w sposób podobny do tego, w jaki żyzna ziemia jest podstawą naszej egzystencji. W momencie, gdy za naszym przyzwoleniem jeden z członków społeczności, czy to w wyniku własnej nieroztropności czy czynników zewnętrznych, zostaje zepchnięty w biedę, wystawiamy na ryzyko przetrwanie całej naszej wspólnoty.
Nasze obecne położenie w doskonały sposób obrazuje to zagadnienie. W 2005 r. wydatki amerykańskich gospodarstw domowych były, po uwzględnieniu inflacji, 12-krotnie wyższe niż w 1929 r., a na produkty trwałe, jak samochody czy artykuły AGD, wydawały one ponad 30-krotnie więcej. Jednocześnie, w 2000 r. przeciętna rodzina spędziła w pracy prawie 500 godzin więcej niż 20 lat wcześniej. A zgodnie z danymi zebranymi przez Bank Rezerw Federalnych w latach 2004 i 2005, wydatki ponad 40% rodzin w USA przekraczają ich dochody. Przeciętne gospodarstwo domowe jest zadłużone na kwotę 18654 dolarów, nie wliczając w to kredytów hipotecznych na zakup domów. Poziom zadłużenia w ciągu ostatnich dwóch dekad uległ podwojeniu i znajduje się obecnie na rekordowym poziomie. Bez przesady można powiedzieć, że pracujemy jak w kieracie po to tylko, by móc skonsumować tę ogromną ilość dóbr i produktów, które wychodzą z naszych fabryk.
A moglibyśmy pracować mniej, wydawać mniej i wciąż żyć na bardzo przyzwoitym poziomie. Na początku lat 90. ilość produktów i usług wytwarzanych na godzinę pracy była dwukrotnie wyższa niż w drugiej połowie lat 40., a do 2006 r. wzrosła o kolejne 30%. Innymi słowy, gdyby amerykańskie społeczeństwo kolektywnie podjęło decyzję by wrócić do poziomów produkcji i konsumpcji sprzed 17 lat, moglibyśmy skrócić standardowy 40-godzinny tydzień pracy do 5,3-godzinnego dnia pracy, lub – gdyby „cofnąć się” do 1948 r. – do 2,7-godzinnego dnia pracy. Już wtedy byliśmy najbogatszym krajem świata i do dnia dzisiejszego społeczeństwom wielu państw nie dane było osiągnąć tamten poziom życia.
Zamiast docenić zalety bogatszego życia społecznego, będącego wynikiem wprowadzonej w życie wizji Kellogga, podporządkowaliśmy się modelowi, w którym więzi społeczne uległy redukcji. Materializm skutecznie izoluje nas od rodziny, znajomych i sąsiadów: po prostu nie mamy dla nich czasu. W przeciwieństwie do naszych pradziadków, którzy przeżywali swoje życie, my je tracimy. Każdy, kto przyglądałby się temu z zewnątrz, doszedłby do wniosku że staliśmy się ofiarą jakiegoś dziwnego czaru, nowoczesnej odmiany klątwy rzuconej na króla Midasa, która wszystko czego się dotkniemy, zamienia w produkt wytworzony przez coraz doskonalszą technologię.
Rzecz jasna nie wszyscy w równym stopniu uczestniczą w tym zakupowym szaleństwie, choćby ze względów finansowych. Miliony Amerykanów zmuszone są do pracy na kilku etatach za głodowe stawki, wielu też pozostaje przed długi czas bez zatrudnienia. Tym niemniej, bieda nie stanowi bariery ochronnej przez Ewangelią Konsumpcjonizmu, z czego doskonale zdają sobie sprawę specjaliści od reklamy i marketingu.
W międzyczasie, dobra nowina konsumpcjonizmu dociera daleko poza granice kraju, w którym ją pierwszy raz ogłoszono. Odzież, gry wideo, meble, zabawki i inne towary kupowane codziennie przez miliony Amerykanów, są obecnie wytwarzane w odległych krajach, często przez marnie wynagradzanych robotników pracujących w skandalicznych warunkach. Surowce niezbędne do wytwarzania tych produktów uzyskiwane są nierzadko w wyniku rabunkowej eksploatacji. U nas w kraju aktywność biznesowa kręci się wokół projektowania tych towarów, finansowania ich produkcji, prowadzenia zakrojonych na olbrzymią skalę kampanii reklamowych oraz – rzecz jasna – liczenia zysków.
Wizja Kellogga, pomimo dużej popularności wśród jego pracowników, nie spotkała się z ciepłym przyjęciem innych przedsiębiorców. Tym niemniej książka Dahlberga wywarła ogromny wpływ na poglądy senatora Hugo Blacka (późniejszego sędziego Sądu Najwyższego), który w 1933 r. wystąpił z projektem ustawy wprowadzającej 30-godzinny tydzień pracy. Prezydent Roosevelt, który z początku wydawał się zgadzać z propozycjami Blacka, szybko przeszedł jednak na stronę przedstawicieli biznesu, którzy w większości sprzeciwiali się im. Co więcej, jego administracja przygotowała cały pakiet ustaw sankcjonujących 40-godzinny tydzień pracy w kształcie, w jakim występuje on do dziś.
Co najmniej dekadę przed tym, jak projekt Blacka trafił pod obrady Kongresu, apostołowie Ewangelii Konsumpcjonizmu rozpoczęli opracowywanie strategii obronnych. Jednak w obliczu pogłębiającego się Wielkiego Kryzysu, społeczeństwo było co najmniej niezdecydowane w sprawie roli, jaką w państwie powinny odgrywać wielkie koncerny przemysłowe. Związki zawodowe zyskiwały nie tylko społeczne poparcie, ale także ustawowe uprawnienia, a administracja prezydenta Roosevelta, w ramach programu Nowego Ładu, wprowadzała regulacje działalności gospodarczej na skalę niespotykaną w historii kraju. Wielu magnatów przemysłowych uznało Nowy Ład za poważne zagrożenie. James A. Emery, szef doradców prawnych NAM, ogłosił „wezwanie do broni” i nawoływał do walki przeciwko „okowom irracjonalnych regulacji” i „hamującym postęp obciążeniom podatkowym”, charakteryzując doktrynę Nowego Ładu jako wytwór „obcych najeźdźców godzący w naszą myśl narodową”.
Idąc za tym wezwaniem, reprezentowana przez NAM elita przemysłowo-gospodarcza USA – General Motors, wielkie huty stali, General Foods, DuPont itp. – postanowiła stworzyć własną propagandę. Wewnętrzna notatka NAM nawoływała do „przedstawiania wszystkiego z punktu widzenia korzyści, jakie przeciętny Amerykanin odnosi z gospodarki wolnorynkowej”. NAM zorganizowała także wielką kampanię pod nazwą „American Way”. Zgodnie z protokołem jednego z zebrań NAM, jej celem było wytworzenie w społeczeństwie przekonania, że „wolny rynek na równi z wolnością słowa, prasy i religijną, stanowi integralny element demokracji”.
Konsumpcja nie była jedynie osią kampanii perswazyjnej – próbowano ją także wbudować w system polityczny. W broszurze programowej, opracowanej przez agencję reklamową J. Waltera Thompsona, czytelnik dowiadywał się, że „w systemie kapitalizmu prywatnego to właśnie On, Konsument i Obywatel, jest szefem”, który „nie potrzebuje czekać na kolejne wybory ani posiedzenie ławy przysięgłych. »Głosuje« bowiem za każdym razem, gdy podejmuje decyzję o nabyciu jednego produktu a odrzuceniu drugiego”.
Zdaniem Edwarda Bernaysa, jednego z pionierów nowoczesnego zarządzania wizerunkiem i głównego architekta „American Way”, wybory, przed którymi staje obywatel w lokalu wyborczym, niczym się nie różnią od decyzji podejmowanych na stoisku w pawilonie handlowym czy przed półką sklepu spożywczego. Podstawową regułą w obu przypadkach jest to, by wybór obejmował ograniczony zestaw możliwych opcji, które są z kolei starannie wyselekcjonowane przez „niewidzialny rząd” stworzony przez speców od marketingu i reklamy wielkiego biznesu. Bernays przekonuje, że w „społeczeństwie demokratycznym” obywatele „są i muszą być zarządzani, konieczne jest odgórne formowanie /…/ ich poglądów, sposobów myślenia i gustów, w większości rękami ludzi, z których istnienia społeczeństwo nawet nie zdaje sobie sprawy”.
NAM utworzyło ogólnokrajową sieć, której celem było zapewnienie, by broszura J. Waltera Thompsona i inne podobne materiały trafiały do bibliotek i programów nauczania w szkołach w całych USA. Efektem kampanii były także liczne artykuły w prasie, w których cytowano „niezależnych ekspertów”, w rzeczywistości opłacanych przez środowiska biznesowe. Powstały też nowe czasopisma i krótkie filmy dla dzieci i dorosłych. Ich tytuły mówią same za siebie: „Tworzymy Lepszych Amerykanów”, „Sprzedawać jest rzeczą amerykańską” czy „Ameryka Podąża Naprzód”.
Prawdopodobnie jednym z największych sukcesów tej kampanii była wystawa „American Way” w czasie targów światowych, które odbyły się w Nowym Jorku w 1939 r. Ich dyrektor określił tę wystawę jako „największe wydarzenie z dziedziny public relations w historii przemysłu”, zdolne do stawienia czoła „propagandzie Nowego Ładu”. Hasłem przewodnim targów było „Budujemy Świat Jutra”, a one same stały się forum, na którym przedstawiciele amerykańskich korporacji w sposób dosłowny stworzyli fundamenty przyszłego modelu gospodarczego i społecznego. Najsłynniejszą ekspozycją była przygotowana przez General Motors na powierzchni prawie 4 tys. m2 Futurama, gdzie zwiedzający mieli możliwość odwiedzenia aglomeracji Democracity, miasta wielopasmowych autostrad, które niosły obywateli z ich wiejskich domów do pracy w szklanych drapaczach chmur.
Przy całym swoim impecie i ogromie zaangażowanych środków, „American Way” nie poskutkowała natychmiastowym, masowym, entuzjastycznym poparciem dla korporacji i prezentowanej przez nie wizji przyszłości. Tym niemniej, możliwe było stworzenie ideologicznych podwalin pod zmiany, do których doszło po zakończeniu II wojny światowej, zmiany, które stworzyły to, co do dnia dzisiejszego określa się „powojenną Ameryką”.
Wybuch wojny zmusił ludzi do pracy w wymiarze nigdy nie osiągniętym za czasów Nowego Ładu, co budziło obawy o silny wzrost bezrobocia po zakończeniu działań zbrojnych. Robotnicy zatrudnieni w zakładach firmy Kellogg’s podczas wojny pracowali 48 godzin w tygodniu, ale większość z nich gotowa była na powrót do 30-godzinnego tygodnia pracy. Niestety, krótko przed wojną W. K. Kellogg i Lewis Brown przekazali zarząd nad firmą nowemu zespołowi menedżerów.
Nowy zarząd widział w krótszym dniu pracy jedynie zagrożenie i źródło kosztów, nie dostrzegając korzyści płynących z niego. Praktycznie zaraz po zakończeniu wojny rozpoczął kampanię podważającą sens takiego rozwiązania. Zaoferowano pracownikom kuszący plan dodatków finansowych w przypadku, gdy poprą wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy. Pomimo tego, w głosowaniu przeprowadzonym w 1946 r., 77% mężczyzn i 87% kobiet zatrudnionych w firmie wyraziło chęć powrotu do 30-godzinnego tygodnia pracy. Co warte podkreślenia, decyzja ta wiązała się ze znacznym obniżeniem wynagrodzeń, ze sztucznie zawyżonego poziomu z czasów wojny.
Odpowiedzią zarządu było wydanie sześciogodzinnemu dniowi pracy wojny pozycyjnej. Wysokokwalifikowanym robotnikom zatrudnionym na wydziałach, na których pomysł wydłużenia dnia pracy spotkał się z najmniejszym sprzeciwem, zaoferowano specjalne przywileje. W Ameryce, która właśnie wydostała się z wojny i wcześniejszego kryzysu, metoda ta musiała przynieść oczekiwane skutki. Ale nie wszyscy poddali się temu trendowi. W zakładach Kellogga istniała silna, choć kurcząca się z czasem grupa ludzi, których Hunnicutt określa mianem „Indywidualistów” (mavericks), sprzeciwiających się wprowadzeniu dłuższego dnia pracy. Na wydziałach, w których się skupiali, udało się utrzymać sześciogodzinny dzień pracy aż do 1985 r., kiedy to całkowicie i ostatecznie go zlikwidowano. „Indywidualiści” odrzucali forsowaną przez zarząd, związki zawodowe i wielu kolegów z pracy tezę, że dodatkowe wynagrodzenie związane z wydłużeniem czasu pracy warte jest przejścia na ośmiogodzinny dzień pracy. Pomimo ogromnych różnic pomiędzy zasobnością społeczeństwa w latach 30. i 80. ubiegłego wieku, korzyści z sześciogodzinnego dnia pracy opisywano niemal identycznie. Jedna z kobiet, zaniepokojona tym, że jej syn musi dużo pracować, powiedziała, że „przez to nie ma on wcale czasu na cieszenie się życiem, na odwiedziny krewnych i znajomych, na przebywanie z rodziną, na zajmowanie się innymi rzeczami, które kocha i które sprawiały mu wcześniej wiele radości”.
Niektórzy wskazywali na bezpośrednią zależność pomiędzy dłuższym dniem roboczym a konsumpcjonizmem. „Pracując sześć godzin dziennie bardzo dobrze sobie radziłem z utrzymaniem rodziny i zaspokojeniem jej podstawowych potrzeb. Dłuższa praca była mi zupełnie niepotrzebna – twierdził jeden z mężczyzn. – Wielu myślało, że po wydłużeniu dnia pracy wszyscy nagle staną się bogatsi, ale nic takiego nie nastąpiło. /…/ Niektórzy korzystając z większych zarobków szybko kupili sobie samochody, ale niewiele na tym zyskali, bo utrzymanie samochodu pochłaniało większość z dodatkowych poborów”.
Grupy „Indywidualistów”, zdając sobie sprawę z tego, że wydłużenie dnia pracy będzie skutkowało redukcją zatrudnienia, określali ludzi wzywających do modelu ośmiogodzinnego „tucznikami pracy” (work hogs). „Kellogg’s zwalniał pracowników – zauważała jedna z kobiet – a jednocześnie niektórzy z zatrudnionych wyrabiali ogromne ilości nadgodzin – to ze sprawiedliwością nie ma wiele wspólnego”. Inny przywołał słowa historyka Arnolda Toynbee, który powiedział: „Albo podzielimy się pracą, albo będziemy musieli zacząć troszczyć się o tych, dla których jej zabraknie”.
Ludzie żyjący w wyniszczonych depresją latach 30., z perspektywy dnia dzisiejszego ubodzy w dobra, skwapliwie zabiegali o to, by pracować mniej – i mieć więcej czasu dla siebie i swoich rodzin. Podobnie myślały ich dzieci i wnuki w latach 80. My, jako społeczeństwo, moglibyśmy dzisiaj dokonać podobnego wyboru.
Ale nie jest możliwe przeprowadzenie tego na poziomie jednostek. Chociaż „Indywidualiści” w Kellogg’s wytrzymywali przez lata presję wywieraną na nich przez firmę i pozostałych pracowników, koniec końców jednak rynek nie był w stanie zaoferować im możliwości pracy w niższym wymiarze godzin za cenę ograniczenia konsumpcji. Przyczyna jest niezwykle prosta: wybór ten stałby w sprzeczności z podstawami gospodarki rynkowej – przynajmniej jej obecnej formy. Ludzie, którzy stworzyli społeczeństwo konsumentów, doskonale zdawali sobie sprawę, że był to proces polityczny i że zmiana systemu wymagałaby stworzenia potężnego ruchu politycznego.
Wizja „społeczeństwa demokratycznego” prezentowana przez Bernaysa, w której obywatele są konsumentami a decyzje polityczne podlegają prawom marketingu, ma obecnie wielu zwolenników. Przykładem może być wypowiedź Andrew Carda, byłego szefa doradców w administracji prezydenta George’a W. Busha. Zapytany, dlaczego czekała ona kilka miesięcy zanim przedstawiła argumenty za przeprowadzeniem inwazji na Irak, odpowiedział: „W sierpniu nikt przecież nie wprowadza nowych produktów na rynek”. Z kolei w roku 2004, jeden z ważniejszych amerykańskich teoretyków prawa, sędzia federalny Richard Posner, oświadczył, że demokracja przedstawicielska „zakłada podział między rządzącymi a rządzonymi”; ci pierwsi stanowią „klasę rządzącą”, a wszyscy pozostali mogą cieszyć się w sferze politycznej jedynie „suwerennością konsumenta”, która daje „przywilej odrzucenia konkretnego produktu, przywilej wyboru, nie zaś możliwość aktywnego wpływu na rzeczywistość”.
Czasami postawy antydemokratycznego elitaryzmu w jeszcze bardziej bezpośredni sposób przebijają z analiz przygotowanych przez think-tanki powiązane z elitą i reprezentujące jej interesy. Jednym z przykładów może być tekst napisany w 1975 r. przez Samuela Huntingtona, znanego politologa z Uniwersytetu Harvarda, włączony do przygotowanego przez Komisję Trójstronną raportu pt. „Kryzys demokracji”. Huntington ostrzegał w nim przed „nadmiarem demokracji”, twierdząc, że „system polityczny oparty na demokracji wymaga pewnego stopnia apatii i braku bezpośredniego zaangażowania ze strony pewnych obywateli i grup społecznych”. Rozwijając tę myśl, zauważa on, że „grupy znajdujące się obecnie na marginesie życia społecznego, jak ludność murzyńska, stają się jego pełnoprawnymi uczestnikami”, co „może stanowić zagrożenie dla systemu politycznego” i prowadzić do podważenia autorytetu władzy.
Zgodnie z tego typu poglądami, powszechnymi w kręgach elit, ludzie są zbyt nieprzewidywalni i głupi, by móc decydować o swoim losie. „Plebs”, uważany za narzędzie produkcji w fabryce i narzędzie konsumpcji poza jej bramą, musi podporządkować się ustalonemu z góry porządkowi i przyjąć narzuconą mu rolę po to, by zachowana została stabilność społeczeństwa. Posner, na przykład, odrzucił pomysł wprowadzenia narodowego dnia dyskusji społecznej [National Day of Deliberation – propozycja mająca na celu zachęcenie Amerykanów do dyskusji o polityce i rzeczywistych problemach społecznych. Dzień ten, obchodzony na dwa tygodnie przed wyborami prezydenckimi, miałby być wolny od pracy. Ludzie spotykaliby się, aby uczcić pamięć Ojców Założycieli i przy okazji porozmawiać o najważniejszych problemach poruszanych w trakcie kampanii wyborczej – przyp. tłumacza], jako że jego skutkiem będzie „niewielkie, ale znaczące ograniczenie produkcji”. Można go zatem uznać za kontynuatora ideologii wyznawanej przez niegdysiejszych biznesmenów, że złagodzenie imperatywu „więcej pracy, lepszej pracy” skutkuje rodzeniem się postaw „radykalnych”.
Już w 1835 r. bostońscy robotnicy, strajkujący i domagający się krótszego tygodnia pracy, przekonywali, że czas od niej wolny jest im potrzebny do tego, aby byli lepszymi obywatelami: „Mamy prawa i powinności wynikające z bycia obywatelami Stanów Zjednoczonych i członkami społeczeństwa”. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że autentyczna demokracja istnieje jedynie wówczas, gdy obywatele mają chęć i możliwość tworzenia rządu i wpływania na prowadzoną przez niego politykę, a nie wtedy, gdy są oni zaledwie masą zmarginalizowanych wyborców, których rola ogranicza się do wyboru dania z oferty przedstawionej przez jakiś „niewidoczny rząd”. Postawa obywatelska wymaga poświęcenia czasu i uwagi, na co nie stać ludzi żyjących w coraz szybszym cyklu pracy i konsumpcji.
Jeffrey Kaplan
tłum. Sebastian Maćkowski
Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Orion”, w numerze majowo-czerwcowym 2008 r. Następnie przedrukowano go za zgodą autora w piśmie „Obywatel” nr 43, 2008.
Grafika w nagłówku tekstu: fragment obrazu Christophera Dombresa.
przez Monika Kostera | niedziela 17 lutego 2019 | gospodarka społeczna, opinie
Jeśli kogoś można wykorzystać, to absolutnie trzeba. To nowy imperatyw kategoryczny. Najbardziej dramatycznym jego przejawem są sprawy takie jak ta z podwójnym morderstwem w podkaliskiej wsi Tłokinia Wielka, gdy skazany został niepełnosprawny intelektualnie Piotr M., jedynie na podstawie własnego zeznania i wbrew zasadzie domniemania niewinności. W jego winę nie wierzą bliscy ofiar zabójstwa i nie świadczą o niej ani ślady ani nawet poszlaki. Piotr M. był pod ręką, ulegał wpływom, przyjmował rację innych osób, z którymi rozmawiał, więc został oskarżony i skazany. Nie wiemy, co się stało naprawdę, ale narracja brzmi jednocześnie przerażająco nieludzko i swojsko.
Jeszcze bardziej zwyczajnie swojsko-nieludzko brzmi opowieść wcześniejsza. Zanim to wszystko się stało, Piotr M. był zatrudniany dorywczo za grosze do ciężkiej pracy fizycznej, spał w budynkach gospodarczych nieprzeznaczonych do mieszkania przez ludzi. Nie protestował, nie domagał się swego, nie sprzeciwiał. Można było go wykorzystać, a więc – naturalnie – należało. To właśnie nowy imperatyw kategoryczny w działaniu codziennym – co bardziej ogarniętych rolników, pomniejszych Januszów biznesu i wielkich korpobossów. A także i zwykłych biedaszaraków, jeśli starczy refleksu.
Kilka przykładów ze świata zarządzania. W dużej, szacownej firmie są i środki, i świadomość przepisów prawa pracy, dotyczących nadgodzin. Ale spośród pracowników nikt nie idzie do domu po przepracowaniu 8 godzin, to nie do pomyślenia! Nadgodzin też się nie płaci. Dlaczego? Pytam szefa. „Bo nikt tak nie robi, bylibyśmy śmieszni. A poza tym pracownicy też by się źle z tym czuli, myśleliby, że ich zaangażowanie nie jest dla firmy ważne”. Dodam, że szef, Dominik, jest sympatycznym człowiekiem, oczytanym i refleksyjnym. To nie jest tak, że on lubi łamać kodeks pracy. Nawet wierzę mu, że nie jest zachwycony sytuacją, gdy ludzie przesiadują w biurze zamiast śmigać z dzieckiem do kina. Robi „to, co wszyscy”. Gdyby robił inaczej, na jego miejsce przyszedłby szybko psychopata. A poza tym „trzeba troszkę powykorzystywać”, bo inaczej jest frajerstwo, a wtedy cię ludzie nie szanują.
Drugi przykład – przy projekcie pracuje zespół pracowników. Jeden spośród nich, Kazik, chętnie dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, pomaga innym. Projekt z nim w zespole świetnie idzie i dobija szczęśliwie do mety. Pracownicy składają projekt w ręce szefa, razem z dodatkowym nowatorskim opracowaniem. Jest znakomicie przygotowane i bardzo przydatne. Tyle że nie ma na tym ostatnim nazwiska Kazika, w ogóle nie figuruje, choć wszystko, co tam jest zamieszczone, pochodzi właśnie od niego. Po co się dzielił? Mógł zachować wiedzę dla siebie. A tak – jest mniej ludzi do dzielenia się nagrodą. Kazik traktowany jest w firmie jak ktoś pomiędzy kozłem ofiarnym a Kopciuszkiem, ludzie śmieją się z niego na korytarzach. A klienci go uwielbiają. Jednak współpracownicy Kazika są tak bardzo przywiązani do swojej wizji jego postaci, że za każdym razem, gdy pojawi się pozytywna opinia klienta na jego temat, reagują zdziwieniem. Mam wrażenie, że autentycznym.
Kolejny przykład. Idąca jak błyskawica w górę hierarchii Bianka zaprosiła do współpracy przy ważnym międzynarodowym projekcie zatrudnioną na umowę zlecenie Grażynę. Grażyna pracuje w firmie od 10 lat, zawsze na zlecenie, bo skromna, pracowita i „nieasertywna”. Jednak „samo się przez się rozumie”, że umowy są jej przedłużane. Grażyna robi tak znakomitą robotę, że zagraniczni goście zwracają uwagę na jej wkład i wyrażają to w swych pożegnalnych przemówieniach. Grażyna zabiera głos, również dziękuje. Popełnia jednak katastrofalny dla siebie błąd – dziękuje nie tylko Biance, ale także jej starej mentorce, dzięki której cały projekt w ogóle zaistniał. Po przyjęciu Bianka zaprasza Grażynę i ze spokojną radością w głosie ogłasza jej, żeby pakowała swoje rzeczy, bo chyba rozumie, że nie ma tu po co wracać. Grażyna pakuje. Bianka ostro awansuje. Wszyscy w firmie starają się być jak Bianka.
Samo w sobie zjawisko nie jest ani szczególnie odkrywcze. Weźmy, na przykład, takiego szekspirowskiego Tymona z Aten. Tymon był starożytnym Ateńczykiem, znaczącą postacią w polityce i kulturze. Był hojny, dzielił się wszystkim z potrzeby serca. Jego przyjaciele uczestniczyli we wszystkim, wszystko chętnie brali, ale gdy Tymonowi skończyło się bogactwo, odmawiali pomocy, „bo nie mogą”, mają tyle „ważnych i wielkich problemów”, „nie ten moment”, „ten drugi jest gorszy, a został poproszony o pomoc wcześniej, to dla mnie zniewaga” itd. Są przy tym bardzo z siebie wszyscy zadowoleni, każdy ma świetny powód, a Tymon sam przecież jest sobie winien – po co tak rozrzutnie się zachowywał?
Nowość imperatywu kategorycznego, o którym tu mowa, nie polega na tym, że ludzie wykorzystują innych. To wszystko już było. Jego specyfika w dzisiejszych czasach wiąże się z rolą legitymizacji systemu, jaką obecnie pełni. Za Gierka takie postępowanie znane było raczej jako cwaniactwo (albo gorzej). Obecnie pomaga nadawać sens społecznym działaniom pod szlachetnym sztandarem przedsiębiorczości. Wreszcie stanowi podwalinę pod system, który potrafi zaprząc niskie rejestry natury ludzkiej w imię postępu i rozwoju – pamiętamy wszyscy, co mówił Gordon Gekko z filmu „Wall Street”: „greed is good”, chciwość jest dobra!”. Dzięki temu neoliberalizm nawet przez przeciwników bywa określany jako „naturalny”. Może jest brzydki, ale przecież taki jest człowiek, taka jest ludzka natura.
Tak, zapewne to część ludzkiej kondycji (bo co jest, a co nie jest ludzką naturą, to temat na dłuższą dyskusję i niekoniecznie z teoretyczką od zarządzania). Przypomnijmy sobie przyjaciół Tymona czy licznych niemiłych cwaniaków uprzykrzających życie bliźnim w czasach gospodarza domu Anioła albo Balladyny. Ale – nie, nie jest to definicja tego, kim jest człowiek i na co nas stać. Nawet w Alternatywy 4 czy w Balladynie nie ma takiego przesłania. Człowiek nie jest wyłącznie potworem, a w każdym razie stać nas na więcej.
Najnowsza książka australijskiego profesora zarządzania Petera Fleminga, „The worst is yet to come” (Najgorsze jeszcze przed nami), dopowiada do końca liczne systemowe opowieści, które rozwijają się teraz na naszych oczach. Wątki stają się coraz mroczniejsze – zniszczenie planety, ostateczne zohydzenie pracy, wstrętne dyktatury nazywające siebie bezczelnie demokracjami, odarcie ludzi z resztek praw i godności, jeszcze większa koncentracja bogactwa… Autor jest celowo dosadny i nie podaje żadnych środków znieczulających. Ma do zaoferowania niewiele budujących rad. Z wyjątkiem tych, gdy proponuje, by patrzeć na siebie wzajemnie z życzliwością, być solidarnymi, organizować się – i cwaniakować, owszem, ile dusza zapragnie, ale wobec systemu, który faktycznie jest na ostatnich nogach i naprawdę upada, ale po jego upadku nie czeka nas raj na Ziemi. Zamierza zabrać w niebyt ze sobą nas i całą planetę. Od swojej słabości odwraca naszą uwagę na różne sposoby – siejąc strach, potęgując poczucie niepewności, podsycając zawiść i szerząc pogardę. Więc tak, należy być czujnym, ale zamiast patrzeć, jak można wyrolować Piotra M., Kazika, Grażynę czy Tymona, trzeba patrzeć uważnie na słabości algorytmów, dostrzegać, jak bardzo korporacje boją się zjednoczonej pracowniczej siły. Hojność nie jest słabością, a dzielenie się nie jest frajerstwem. Frajerstwem jest dawanie się robić w konia upadającemu systemowi, a słabością jest hojne obdarowywanie go naszą energią, pomysłowością i zaufaniem. W obecnej fazie żywi się on właśnie tym, czego sam nie posiada i czym my go obdarowujemy – wartościami, których sam nie jest w stanie wytworzyć i które wyłudza od nas. Nie róbmy tego. Oddajmy neoliberalnemu cesarzowi co cesarskie – jego własny imperatyw; bądźmy hojni, bądźmy razem cwani, bądźmy solidarnymi hojnymi cwaniakami!
prof. Monika Kostera
przez Piotr Wójcik | środa 13 lutego 2019 | gospodarka społeczna, opinie
Doktryna wolnorynkowa jest na tyle głośna i wpływowa, że chyba każdy obudzony w środku nocy jest w stanie podać jej główne założenia i postulaty. Nawet jeśli sam się z nimi głęboko nie zgadza. Po prostu jej tezy są tak uporczywie powtarzane przez przeróżnych komentatorów w przeróżnych miejscach, że stały się wręcz nieodłącznym elementem otoczenia. Gospodarczy liberalizm został tak bardzo wprasowany w umysły ludzi, że jego główne tezy nieświadomie powtarzają także ci, którzy za jego zwolenników wcale się nie uważają. Chyba każdy spotkał się z tezami typu „nie jestem gospodarczym liberałem, ale zasiłki dla bezrobotnych powinny być obniżone, to jednak rozleniwia”. Założenia doktryny wolnorynkowej stały się oczywistymi prawami, choć nikt ich nigdy nie potwierdził – powstały one w głowach różnych ekonomicznych celebrytów, którzy je następnie z uporem maniaka upowszechniali przeróżnymi kanałami. Tezy z nich płynące stały się tak naturalne, że nikt nawet nie zastanawia się, czy są one prawdziwe – to się rozumie samo przez się. Woda ma to do siebie, że spływa, w zimie jest zimniej, a w lecie cieplej, a niskie podatki są lepsze niż wysokie.
Mistrzowie teorii
Gospodarczy liberałowie swych tez nie obudowują danymi z realnych gospodarek, nie przekonują swych interlokutorów dokładnymi statystykami i badaniami. Bardzo rzadko wolnorynkowe teksty oparte są na rzetelnie zebranych danych, udowadniających hipotezy. Wolnorynkowa narracja jest oparta na myśleniu a priori, a jeśli pojawiają się jakieś „dowody”, to zwykle są to odwołania do jakichś dawno nieżyjących już wieszczów, często z XIX wieku lub nieco tylko młodszych. Tak musi być, bo przecież zauważył to już Hayek w takim czy takim dziele. O tym to pisał już Mises tu i tam, nie ma innej opcji. Wolnorynkowa narracja to w istocie teoretyczne konstrukty poprzeplatane tytułami różnych dzieł, które zna mało który badacz zajmujący się realną gospodarką – po prostu do niczego mu nie są one potrzebne. Jednak wystarczyło to do zdobycia rzesz zwolenników, często tego nieświadomych, którym tezy wydały się tak zdroworozsądkowe, że nie trzeba już ich konfrontować z rzeczywistością. W „Nowym Obywatelu” regularnie konfrontujemy tezy wolnorynkowców z rzeczywistością, opierając się na danych i badaniach. Warto jednak spróbować zagrać w grę proponowaną przez gospodarczych liberałów i zastanowić się, do czego prowadziłyby ich postulaty – ale tak zdroworozsądkowo i czysto teoretycznie.
Przyjmijmy, że do władzy dochodzi partia wolnorynkowa i zaczyna sumiennie realizować swój program. To jest dosyć ryzykowne założenie, bo zwykle liberałowie dochodzący do władzy połowy rzeczy nie realizują. Nie jest to dziwne – gdy się zorientują, na czym polega działanie państwa, to przekonują się, że większość ich tez stanowiły mrzonki. Doświadczeni urzędnicy, którzy na administrowaniu państwem zjedli zęby, pukają się w czoło w reakcji na plany nowych liberalnych ministrów, a gdy ci zejdą im tylko z oczu, to zwyczajnie umierają ze śmiechu. Dzięki temu wciąż wielu szkodliwych liberalnych koncepcji nie udało się wdrożyć. Oczywiście tą drugą zrealizowaną połową programu i tak liberałowie mogą wystarczająco napsuć krwi, ale jednak profesjonalny korpus cywilny jest swego rodzaju bezpiecznikiem, ratującym społeczeństwo przed wolnorynkowymi szaleństwami. No ale przyjmijmy, że niepokornych urzędników jakoś udało się wolnorynkowcom u władzy spacyfikować i realizują oni swoje założenia.
Wolnorynkowcy zaczynają reformy
Oczywiście w pierwszej kolejności obniżają podatki. Wprowadzają znane z polskiej debaty publicznej rozwiązanie 3×15 – czyli trzy (PIT, CIT i VAT) podatki liniowe na poziomie 15 procent. Rzeczywiście, początkowo przynosi to częściowe rezultaty. Ludzie mają więcej pieniędzy w kieszeniach, obniżka VAT obniżyła też ceny tych produktów, które obciążone były stawką 23 procent. Konsumenci zaczynają więcej wydawać, co przyspiesza wzrost gospodarczy. W pierwszym roku państwo nie ogranicza swoich wydatków, gdyż rządzący są przekonani, że przyspieszony wzrost zrekompensuje budżetowi państwa obniżenie stawek. Wszystko wygląda dobrze – ludzie są zadowoleni, bo ich dochody netto wzrosły, gospodarka rośnie szybciej, więc i zatrudnienie wzrasta.
Pierwsze kłopoty zaczynają się już pod koniec pierwszego pełnego roku po obniżeniu stawek. Okazuje się, że dochody państwa są dużo mniejsze, niż przewidywano. Zwiększone dochody netto społeczeństwa w dużo większym stopniu trafiły do górnych 20 procent społeczeństwa, a te już i tak nie miały wielkiej potrzeby zwiększania codziennej konsumpcji. Zaczęli więc wydawać nadwyżki za granicą, a także inwestować w rynki wschodzące i lokować oszczędności w rajach podatkowych. Te środki nie trafiły więc do polskiej gospodarki, tylko wypłynęły za granicę. Dolne 80 procent społeczeństwa rzeczywiście zwiększyło konsumpcję, ale ten wzrost nie zrekompensował obniżki stawek. Obniżka CIT prawie nie wywołała żadnych efektów mnożnikowych – i tak efektywnie firmy płacą już mniej niż 15 proc. CIT, poza tym nad Wisłę ściągają je przede wszystkim niskie koszty robocizny, a nie kilka punktów procentowych CIT w tę czy we w tę. Nie zaobserwowano zatem zwiększonej stopy inwestycji. Na koniec roku państwo zanotowało bardzo duży deficyt i wysoki wzrost długu publicznego. Liberałowie nie znoszą długu publicznego, więc w przyszłym roku zdecydowali się drastycznie obniżyć wydatki publiczne.
Wydatki publiczne są częścią PKB, więc wpłynęło to na zahamowanie dynamiki wzrostu. Górne 20 procent to ledwo zauważyło, bo i tak w dużej części korzysta z prywatnych usług. Dalej wydawało za granicą, tam też inwestowało, a w Polsce kupowało produkty luksusowe lub najbardziej zaawansowane dobra. Dolne 80 procent jeszcze nie odczuło dobrze, co się święci – wciąż cieszyło się z większej ilości gotówki w kieszeni. Zmniejszono nakłady na inwestycje publiczne, więc nie remontowano infrastruktury publicznej, z której większość korzysta, ale w rok się przecież ona nie rozsypie. Odczuły to za to firmy realizujące zamówienia publiczne, więc musiały zmniejszyć zatrudnienie – część ich pracowników trafiło na bezrobocie. Spadek inwestycji publicznych sprawił, że wzrost znów był niższy od zakładanego, choć wciąż niezły. Dług publiczny w relacji do PKB obniżył się, ale niewiele, pomimo cięć wydatków publicznych.
Ciemne strony liberalnej utopii
Efekt mnożnikowy obniżek podatków jednak był już na wyczerpaniu, on działa tylko w pierwszym okresie, i coraz więcej było przesłanek za nadchodzącym spowolnieniem. Tymczasem państwo dobrowolnie zrzekło się sporej części dochodów. Rządzącym pozostały więc w odwodzie kolejne cięcia. Najpierw obniżono świadczenia społeczne z budżetu państwa, na przykład dodatki rodzinne oraz pomoc społeczną. Obniżka świadczeń socjalnych sprawiła, że drastycznie pogorszyła się sytuacja osób z dolnych 20 procent społeczeństwa. Co gorsza, wprowadzenie 15-procentowego liniowego VAT sprawiło, że ceny towarów pierwszej potrzeby, obciążonych wcześniej obniżoną stawką VAT, wzrosły. To razem wywołało wzrost stopy ubóstwa. Osoby z dolnych 20 procent zaczęły się więc ratować pożyczkami krótkoterminowymi. To wygenerowało sporo niespłacalnych długów w dolnych warstwach społecznych. Instytucje pożyczkowe szybko przestały pożyczać pieniądze najbardziej zadłużonym, ci więc obniżyli swoje wydatki. A to już wyraźnie wpłynęło na zahamowanie wzrostu, gdyż obywatele z dolnych warstw wydają całość swoich dochodów w kraju, więc ich kłopoty oznaczają spadek popytu wewnętrznego.
Państwo oraz samorządy, które przecież straciły na obniżce PIT dużą część dochodów (połowa wpływów z PIT trafia do samorządów), zaczęły odczuwać spadek koniunktury wewnętrznej. Postanowiły więc ograniczyć usługi publiczne, a część nawet sprywatyzować. Ceny sprywatyzowanych usług publicznych momentalnie wzrosły. Obcięte usługi publiczne obywatele zaczęli kupować na rynku za prywatne środki. To razem pogorszyło sytuację także środkowych 60 procent społeczeństwa. Owszem, więcej pieniędzy mieli w portfelu, jednak ich wydatki drastycznie wzrosły. Musieli więcej płacić za komunikację publiczną, częściej chodzić do prywatnych lekarzy, a także płacić czesne za studia swoich dzieci. Zaczęli się więc zadłużać na potęgę, żeby móc pokryć dużo wyższe wydatki. Finalnie dług publiczny spadł, ale dług gospodarstw domowych wzrósł niebotycznie.
Zaczął się również pogarszać polski bilans handlowy. Dolne 20 procent społeczeństwa bardzo zacisnęło pasa, co zaczęli odczuwać krajowi wytwórcy dóbr pierwszej potrzeby oraz właściciele punktów lokalnych usług. Także środkowe 60 procent zaczęło nieco mniej wydawać na produkty wytwarzane w kraju – więcej pieniędzy pochłaniało im opłacanie bezpłatnych wcześniej usług. Tymczasem górne 20 procent część swojej nadwyżki wydawanej w kraju przeznaczało głównie na dobra najwyższej jakości, zaawansowane oraz luksusowe. A tych nie wytwarzają zazwyczaj producenci krajowi, lecz zagraniczni. Zwiększony popyt najbogatszych był więc przeznaczany na towary importowane. To w szybkim tempie wygenerowało deficyt handlowy – import zaczął grać coraz większą rolę w krajowej gospodarce, kosztem dóbr wytwarzanych w kraju.
Kryzys w raju
Polska stała się więc krajem bliskim marzeń wolnorynkowców. Miała niskie liniowe podatki, spadało też zadłużenie publiczne. Usługi publiczne zostały sprywatyzowane. Obniżenie stawek podatków wygenerowało także początkowo szybki wzrost. Problem w tym, że krajowa gospodarka stała się bardzo niezrównoważona – zaczęła notować permanentny deficyt handlowy, a zadłużenie prywatne biło kolejne rekordy. Górne 20 procent społeczeństwa swoje nadwyżki trzymało za granicą, co ułatwiły jeszcze deregulacyjne reformy rządzących wolnorynkowców, więc deficyt handlowy trzeba było pokrywać długiem zagranicznym. Zaciągały go banki, które kredytowały środkowe 60 procent społeczeństwa. Jednak ich zadłużenie stało się w pewnym momencie tak wysokie, że przestały one je regulować (dolne 20 procent przestały to robić dawno). A te gospodarstwa domowe, którym się to jeszcze udawało, musiały zacisnąć pasa i zmniejszyć swoje wydatki. To zdławiło popyt wewnętrzny i sprawiło, że kraj wpadł w recesję gospodarczą.
W wyniku kłopotów gospodarczych spadł również kurs krajowej waluty. To pogrążyło banki – z jednej strony część ich klientów przestała spłacać zadłużenie, z drugiej miały one długi zaciągnięte w walutach zagranicznych. Więc spadek kursu waluty sprawił, że realna wartość ich zadłużenia wzrosła. Sektor bankowy pogrążył się w kryzysie. Państwo, żeby ratować sytuację, wyłożyło miliardy złotych na ratowanie banków. Dług publiczny szybko więc wrócił do poprzedniego stanu, a nawet go przekroczył. Banki zostały uratowane, ale gospodarka wciąż tkwiła w recesji, gdyż przygnieciona długami większość gospodarstw domowych nie mogła normalnie uczestniczyć w wymianie gospodarczej. Tak oto rządzący wolnorynkowcy w szybkim czasie doprowadzili do drugiej Grecji.
Drugą Grecją oczywiście najczęściej straszą sami gospodarczy liberałowie – mają do niej doprowadzić wysokie wydatki publiczne, dług publiczny i wysokie podatki. Tyle że do drugiej Grecji szybciej doprowadziłyby liberalne recepty. Za kryzys odpowiadają przede wszystkim utrzymujący się deficyt handlowy oraz wysoki dług prywatny. A do tego sprowadziłyby się liberalne reformy gospodarcze. Warto to przypominać zawsze, gdy jakiś wygadany wolnorynkowiec zacznie nas zasypywać swoimi wymyślonymi na poczekaniu teoriami.
Piotr Wójcik
przez Eliasz Robakiewicz | niedziela 10 lutego 2019 | opinie
Czy „afera taśmowa” z udziałem najważniejszego polityka wywołała burzę i przewrót? Nawet opozycyjne media, po których spodziewalibyśmy się bardziej merytorycznej krytyki, komentują: business as usual. Warto zastanowić się, czemu mało kto przejął się tą sprawą. Co ważne, ani liberalna i antypisowska część opinii publicznej, ani tym bardziej ta wspierająca obecną formację polityczną nie były pod wrażeniem upublicznionych nagrań. Być może lepiej zrozumieć reakcje na aferę, ale i stosunek do dwóch stron wojny polsko-polskiej, pomoże zastanowienie się, jaki one prowadzą biznes. To znaczy jaka jest recepta na sukces dwóch dominujących sił polskiej polityki, a raczej grup społecznych, które je tworzą.
Władza w pierwszej kolejności służy władzy
Dla dwóch największych partii istnieją dwa różne sposoby osiągania władzy i wzbogacenia się po jej przejęciu. Bogacenie się kosztem obywateli i nepotyzm są oczywiście wpisane w formę władzy demokracji liberalnej, gdzie elity polityczne zwykle rekrutują się z bogatszej i bardziej uprzywilejowanej klasy, która postrzega własne przywileje jako kompetencje i kwalifikacje. Obok majętności, edukacji i dużych zasobów wolnego czasu, dysponują oni również doświadczeniem, obyciem w świecie elit, koneksjami i relacjami z osobami majętnymi i wpływowymi. Ponieważ te przywileje są czymś, z czym się urodzili lub do czego przywykli, są ich zwykle zupełnie nieświadomi. Sytuacja ta wygląda nieco inaczej, choć wcale nie lepiej, wśród ludzi, którzy przynależą do elit „z awansu”. Ludzie, którzy uprzywilejowanej pozycji dopracowali się mozolnym wysiłkiem, tym bardziej żyją w ciągłym strachu, często postrzeganym jako perfekcjonizm, żeby tylko nie wyszło, że wszystkie te obyczaje i przywileje nie są dla nich czymś naturalnym. Jak sądzę, są oni w związku z tym równie lub nawet w większym stopniu niewrażliwi na niesprawiedliwość i ślepo przywiązani do przywilejów. Stąd jest zupełnie naturalne, że jedni i drudzy uważają, że ich uprzywilejowana pozycja jest zasługą ciężkiej pracy i „silnego charakteru”.
Jednocześnie postrzegają swoją karierę polityczną i służbę publiczną jako naturalne przedłużenie własnego środowiska społecznego; obecnych w nim nie tylko przywilejów, ale i bardzo agresywnej konkurencji. Dlatego też korupcja jest zjawiskiem zupełnie dla nich znormalizowanym. Jedyny problem pojawia się, gdy zostaje ujawniona, gdyż oznacza to, że sprawa wyszła poza krąg własnej klasy lub że ktoś z elit tę klasę zdradził (przykładem takiego „zdrajcy” mógłby być np. Jan Śpiewak).
Elity PiS i PO dzielą tę charakterystykę. Elity PiS bardzo często musiały się do takiego życia wdrożyć, stąd „skoki na kasę” i częsta nieporadność. Elity PO są tutaj dużo lepiej wyszkolone, co akurat źle podziałało na ich wyniki w ostatnich wyborach. Mocno do porażki przyczyniła się afera taśmowa z „Sowy i przyjaciół”, tak skuteczna, bo uderzająca w czułą strunę wizerunku „profesjonalizmu”. Fakt, że dali się wrobić, był dużo gorszym przewinieniem niż sama treść taśm.
Niezależnie od wielu podobieństw uważam, że istnieje bardzo duża różnica między tymi dwoma formacjami politycznymi. W sposobie funkcjonowania i pojmowania swoich przywilejów oraz w sposobie, w jaki mogą się wzbogacić na pełnieniu urzędów.
Żeby zrozumieć tę różnicę, trzeba zaznaczyć, że drugim ważnym czynnikiem, obok pozycji społecznej elit, jest fakt, że korupcja czy nepotyzm są postrzegane jako narzędzia osiągania i utrzymywania władzy. Taki prawdopodobnie był cel budowy owych K-towers przez Kaczyńskiego – pozyskanie środków na dalsze funkcjonowanie i rozszerzanie władzy (środków dających przewagę nad partiami mającymi dostęp tylko do środków publicznych). Takie też quid pro quo łączy zwykle PiS z Kościołem. Działania tego typu, choć oczywiście zawsze posiadają bardzo widoczne znamiona nadużyć, jawią się jako praktyki moralnie i politycznie uzasadnione – są środkami do osiągnięcia wyższego celu utrzymania władzy w kraju.
Kobieta, Polska, wyzysk
Z kolei, przedstawiając sprawę krótko, dla PO głównym środkiem osiągania władzy była integracja Polski z UE przez jej urynkowienie, czyli udostępnienie polskim i zagranicznym przedsiębiorcom taniej siły roboczej oraz trzymanie jej w ryzach (oraz we wczesnym etapie zawłaszczanie i wyprzedaż polskiej gospodarki). Jest to tak zwany model kompradorski, w którym kraj zacofany w kontakcie z krajami wyżej rozwiniętymi dąży do rozwoju dwutorowego (eufemistycznie nazywanego przez liberałów funkcjonowaniem „dwóch prędkości”): wyspy nowoczesności, wolności i bogactwa dla elit oraz zacofanie, bieda i zniewolenie zapewnione przez twardą dyscyplinę aparatów państwowych i organizacji pracy oraz życia społecznego – dla reszty obywateli. Ponieważ język teorii konfliktu społecznego, czyli opisujący konflikty klasowe, został w dużej mierze zakazany i wyparty z dyskursu publicznego, prawicy udało się ten proces ująć w ramy nacjonalistyczne i szowinistyczne jako „antypolonizm” i „lewactwo” (wprowadzenie bezwzględnej ideologii wolnorynkowej, ale i liberalnej).
Podziały te widoczne są jak na dłoni, szczególnie gdy obserwujemy różne rejony Polski w tym samym okresie czasu. W dużych ośrodkach miejskich widzimy ekskluzywne samochody i restauracje, życie miejskie aspirujące do poziomu europejskich metropolii, strzeżone osiedla, kosztowne i prestiżowe budowle, drogie samochody. Jednocześnie w tym samym czasie reszta mieszkańców ma nieraz problemy rodem z tzw. kraj trzeciego świata: brak ogrzewania, brak dostępu do kanalizacji, bieda wśród dzieci (mocno zredukowana dopiero przez 500+), niedożywienie, niedostatek i niska jakość mieszkań, czynsze/najem pożerające połowę wynagrodzenia, nielegalnie niskie stawki godzinowe, przemoc i dyskryminacja w pracy, bezkarna przemoc w rodzinie, przemoc wobec kobiet, powszechne doświadczenia przemocy aparatu państwowego (policji czy sądownictwa) i wiele innych.
Oczywiście nie jest tak, że PO nie dąży do rozwoju kraju i wzrostu dobrobytu. Po prostu odtwarza na naszym lokalnym poziomie relacje, których jej politycy doświadczają na poziomie globalnym. Dlatego też czują się w pełni uprawnieni do stosowania takich metod. Co więcej, uważają, że to właśnie oznacza „nowoczesność”. Sama bieda czy nierówności, o ile nie wpływają negatywnie na tak pojęty rozwój, nie są dla nich żadnym problemem. Mają oni dla „pokrzywdzonych” przez los, bo przecież nie przez ich decyzje, bardzo dużo „charytatywnego” współczucia. Lubią o biedzie przeczytać krytyczny artykuł w „Wyborczej” czy nawet wziąć udział w fejsbukowej akcji protestacyjnej. Dlatego też sympatyzują z lewicą, która pełni dla nich funkcję sentymentalną: pozwalają jej mówić o problemach, po to, żeby nie trzeba było nic robić, żeby gniew rozchodził się w sferze publicznej, by nie przerodził się w formy organizacji społecznej nastawionej na walkę o zmianę.
Ten charakterystyczny rys formacji liberalnej sprawia, że formą bogacenia się i utrzymywania władzy są prywatyzacja i urynkowienie. Pozwalają one na zdobywanie znajomości w kręgach biznesowych, zdobywanie przysług czy wpływów, a także pozycji i reputacji zagranicą (którą PiS im tak strasznie psuje!). Ten „wolny” rynek, o którym od dekad opowiada Balcerowicz, jest oczywiście wolny asymetrycznie: tylko dla tych, którzy już na nim dominują. Należy także pamiętać, że obok prywatyzacji usług publicznych i majątku publicznego są jej także poddani pracownicy i pracownice (najważniejszy „surowiec”, jakim dysponują elity). Nasze życie jest sprywatyzowane nie w tym sensie, że jest coraz bardziej prywatne, ale dlatego, że stało się podporządkowane rynkowi i mechanizmom, które wyciskają z nas wszystkie soki.
Dość dobra zmiana (by ją tolerować)
Oczywiście PiS w pewnej mierze dzieli tę charakterystykę z PO, jednak „dobra zmiana” oznacza zasadniczo inną strategię. Jest to nacjonalizacja przez nepotyzm (czy szerzej: kumoterstwo). Nie jest to zupełny odwrót od kierunku obranego przez PO za jej rządów, ale jak na obecne warunki jest to spory zwrot, mający własną charakterystykę. Metodą osiągania władzy i bogacenia się na niej jest integracja wewnątrz kraju, za pomocą kumoterstwa z klucza bliskich relacji: wspólnoty rodzinnej, ideologicznej, biznesowej i partyjnej. Ta metoda działania przysporzyła PiS-owi olbrzymiego poparcia społecznego m.in. z dwóch prostych powodów: wymagała z konieczności poparcia ludzi, którzy na opisanej powyżej integracji z UE stracili, co wiąże mocno interesy elit PiS-u z interesami tychże ludzi (dając im pewną gwarancję ich wierności) oraz otworzyła drogi awansu dla ludzi, dla których były one do tej pory zamknięte, ponieważ brakowało im statusu i przywilejów, po których elity III RP rozpoznają „właściwych i kompetentnych” ludzi. Z tego powodu nepotyzm, kolesiostwo, ale i upaństwowienie (znowu ujęte w nacjonalistyczne ramy jako „repolonizacja”), któremu zawsze towarzyszyło obstawienie „swoimi”, nie tylko nie były postrzegane jako zjawiska negatywne, ale właśnie jako zjawiska w dużym stopniu pozytywne. Oczywiście nie należy tu popadać w skrajność i trzeba zaznaczyć, że i tu są pewne standardy etyczne i limity, część z tych, którzy je przekraczali, wypadała z nawet tak pojmowanego ruchu po władzę. Działania Kaczyńskiego są oceniane zgodnie z ekonomią moralną, rachunkiem zysków i strat, ale i sumieniem biorącym pod uwagę, czym jest i jak działa PiS. Dlatego też tyrady liberałów o łamaniu standardów i korupcji w zasadzie wszyscy puszczamy mimo uszu. Przesąd elit, że „ludzie są głupi”, jest zawsze fałszywy.
Strategia PiSu rodzi jednak, obok wielkiego entuzjazmu, także i wielkie niezadowolenie tych odsuniętych od władzy i przywilejów. Tych, którzy do tej pory uważali taki porządek rzeczy za naturalny. Odczuwających nawet lekkie odsunięcie od przywilejów jako atak na swoje fundamentalne prawa. Dla nich Polska to oni sami, a resztę, czyli jakieś 60-70% społeczeństwa, postrzegają jako „folklor”, ludzi, których widzą tylko przez pryzmat dehumanizacji, którą sami stworzyli. Atak na „ich Polskę” jawi im się jako zupełny koniec, a nie jako zmiana ekipy rządzącej. Niezadowolenie widoczne jest oczywiście także wśród tych, którzy czuli, że są częścią narodu, który wstaje z kolan, jednak nie byli dość blisko wąskich relacji zapewniających udział w realnej władzy.
Jednym z symptomów niezadowolenia jest wysokie poparcie partii Biedronia, która lepiej i bardziej konsekwentnie realizuje strategię PO. Obecnie także coraz mocniej nasilają się strajki w budżetówce, co jest zupełnie naturalne – strajki są zawsze częstsze i silniejsze w sektorze publicznym niż prywatnym (choć i tu pojawiają się bohaterskie próby). Są one symptomami problemu, jaki ta strategia zawsze w sobie zawierała. Władza jest podtrzymywana i rozszerzana przez nepotyzm, dla którego ostateczną granicę tego, kto jest do władzy uprawniony, wyznacza narodowość. Jednocześnie władza ta jest rozprowadzana od góry, czyli nie od wszystkich Polek i Polaków, lecz od tych, którzy są najbliżej skoligaceni z elitami PiS-u – osobiście, rodzinnie, historycznie itd. Co nie zmienia faktu, że ta władza ma demokratyczną legitymizację. Kryterium „narodowości”, a zatem idący za nią patriotyzm, jest w dużej mierze fikcyjne. Dobrym wyrazem tej fikcyjności jest koncepcja „żołnierzy wyklętych”, która historycznie nie trzyma się kupy, ale jest bardzo atrakcyjna dla młodych i wykluczonych mężczyzn. Pozwala im wyrazić swój gniew i nadać mu formę bez zbytniego zastanawiania się nad jego realnymi przyczynami, tworząc użytecznych politycznych impotentów.
Pieniądze i wpływy rozchodzą się po nowych liniach, ale stosunkowo wąsko, choć i tak jest to zmiana rewolucyjna w porównaniu do okresu rządów PO. Efektem ubocznym tego procesu jest zwykle bezpodstawne określenie ludzi, którzy z różnych powodów są od władzy odsunięci, jako tych, którzy nie są antypisowscy, ale wręcz anty-polscy. Opozycja nie pozostaje dłużna i odpowiada w dużej mierze tym samym, reprezentując po prostu inny typ nacjonalizmu. Jednocześnie ponieważ siła i legitymizacja tej władzy pochodzą od ludzi wykluczonych przez integrację z EU i modernizację w stylu liberalnym, pojawiają się silne żądania, żeby PiS zrealizował swoje obietnice i zapewnił wszystkim Polkom i Polakom należny udział we władzy i zasobach społeczeństwa.
PiS po części te obietnice zrealizował, dlatego cieszy się cały czas dużym poparciem. Jednak w dłuższej perspektywie ze względu na sposób organizacji władzy, nigdy nie będzie w stanie ich zrealizować w pełni. Wyborcy PiS-u nie będą nigdy wszyscy „ludźmi PiS-u”, tak jak „nowocześni i kompetentni” dla PO nie mogli być wszyscy (byli tacy tylko na tle „zacofanych i niekompetentnych”). Jedna i druga strategia opierają się na dzieleniu. Spory ideologiczne są tu najbardziej widoczną częścią sporów o sposób dystrybuowania w społeczeństwie zasobów i władzy.
Te sposoby to ów biznes partii rządzących, w którym wszyscy bierzemy udział. Bez uwzględnienia jego charakteru wszelka krytyka moralna pozostaje naiwna i bezproduktywna, ponieważ mimowolnie formułując nasze opinie czy postawy, będziemy przyjmować „moralność” którejś ze stron. Nie jesteśmy oczywiście na to skazani, ale formułowanie niezależnych i krytycznych opinii nie jest takie proste. Prefabrykowane „nie jestem rasistą” czy „jestem patriotką” znaczy bardzo niewiele, gdyż zwykle za takimi opiniami nie idą odpowiednie działania i postawy. Jak sądzę, nie pojawiają się one nie dlatego, że ludzie nie chcą nic zrobić, lecz dlatego, że nie są dla nich dostępne żadne formy społecznego zaangażowania poza coraz bardziej przerażającą w swojej impotencji liberalną sferą publiczną.
Na koniec chciałbym przedstawić kilka opinii dotyczących dalszego rozwoju sytuacji. Przede wszystkich chciałbym zauważyć, że podziały polityczne i społeczne w Polsce mogą sprawić, że podczas gdy w innych warunkach poważne tąpnięcia mogłyby pojawić się dopiero za wiele, wiele lat, teraz mogą one nastąpić dość szybko. Decydujące znaczenie ma tu z jednej strony zawężenie rozmiaru elit, ponieważ bardzo ostro się podzieliły, przez co czysto ilościowo obozy te są mniejsze i słabsze, zatem łatwiej jest z nimi walczyć. Jest to szansa, którą należy wykorzystać w walce o prawa pracownicze i społeczny dobrobyt. Widać poniekąd już tego efekty – na ostatniej konwencji KO ogłoszono szereg haseł propracowniczych i postępowych (że jest to zupełne pustosłowie to inna sprawa) właśnie pod presją konfliktu. Jednocześnie partie te podzieliły społeczeństwo jako elektoraty PiS i antyPiS, czego efekty są dramatycznie złe i szkodliwe, rozbudzając wzajemną nienawiść, wojnę ideologiczną i podziały. Obok tych wykreowanych przez polityków i media podziałów istniały jednak i te mające podstawy w samym społeczeństwie. One także zostały uwidocznione, jednak ich związek z podziałami narzuconymi przez partie nie jest tak oczywisty (poza fundamentalnym podziałem opisanym powyżej).
Jeżeli zastanowimy się nad reakcją na aferę taśmową z udziałem Kaczyńskiego, warto przytoczyć tu wypowiedź bezrefleksyjnego głosu elit, czyli Tomasza Lisa. Stwierdził on w jednym z swoich tweetów: „Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie”. Otóż forma władzy reprezentowanej przez PiS czy PO to dwa rodzaje autorytarnej władzy partii konserwatywnych w kraju podporządkowanym w relacjach geopolitycznych. Ten Wschód (jak rozumiem, oznacza on dla Lisa zacofanie i niedemokratyczne rządy), na który się godzimy i który nie jest dla nas zdziwieniem, to właśnie owe autorytarne elity. To oni niestety definiują dla nas postęp i zacofanie – zgodnie z swoim wyobrażeniem oraz swoją „moralnością”. Wszyscy o tym dobrze wiemy, nikomu i na prawicy i na lewicy to się zbytnio nie podoba, ponieważ de facto wiemy, że jest to klasa, która istnieje raczej żeby nami zarządzać, niż nas reprezentować. Gdyby Polki i Polacy naprawdę zaprotestowali przeciwko takiej formie władzy i przeciwko samemu faktowi istnienia takich elit, Lis obwieściłby z pewnością koniec demokracji i pełzający faszystowski czy komunistyczny przewrót. Taka narracja w ramach liberalnej histerii już w zasadzie cyrkuluje w internecie. Demokratyczna władza, wymagająca silnej pozycji pracownic i pracowników, która mogłaby zaprowadzić w Polsce cywilizowane warunki dla wszystkich, jest poza horyzontem małej wysepki dobrobytu, na której siedzą Lis i inni.
Należy także zauważyć, że to forma organizacji władzy PiS, a nie wolnorynkowy integracjonizm PO wyznacza definicję tego, czym jest władza dziś. To upaństwowienie przez nepotyzm i kumoterstwo wyznacza dziś w Polsce definicje rozwoju i postępu. Dla liberałów oznacza to konieczność przyjęcia pozycji reakcyjnej – „przywrócenia demokracji”, lekko przypudrowanej lewicowo-postępowym pustosłowiem. Dla lewicy konsekwencje są dużo poważniejsze. Lewica na odrzucaniu obecnych form władzy PO i PiS buduje swoją tożsamość (hasło „inna polityka jest możliwa” jest tu reprezentatywne). Wyjątkiem jest tu może SLD. To zakwestionowanie władzy, w sposób naturalny wymierzone mocniej w PiS niż PO, ponieważ PiS jest u władzy, choć ideowo słuszne, pozbawione jest realnej podstawy poparcia wśród klasy pracującej. Dlatego też Biedroniowi udało się tak skutecznie podprowadzić całą ideologiczną pracę lewicy na rzecz własnego projektu. Projekt Biedronia tej bazy bowiem nie wymaga, ponieważ jest skierowany do klasy średniej, zasadniczo wrogo nastawionej do klasy pracującej (im bardziej wykluczonej społeczne, tym bardziej negatywne jest to nastawienie) – nawet skromne i częściowe postulaty solidarnościowe Biedronia spotkały się z chłodną reakcją jego elektoratu. Podobny sukces odniosła z początku Nowoczesna podprowadzając prawe skrzydło PO, opierając swoją tożsamość na ekstremizmie wolnorynkowym i kulturze korporacjonistycznej.
Sama lewica parlamentarna dzieli się na SLD, które ma swoją specyfikę, choć oczywiście najbliżej mu do PO oraz partie-ruchy społeczne takie jak Razem czy Zieloni, mające wciąż duży potencjał, jednak nie mające strategii zdobywania władzy (wygrana w wyborach jest skutkiem, a nie przyczyną takiej strategii) poza metodami charakterystycznymi właśnie dla ruchów społecznych. Pierwszym dobrym sygnałem była mobilizacja w wyborach do samorządów, a więc ruch po pewną realną władzę i długoterminową odpowiedzialność za nią. Drugim dobrym sygnałem jest rosnąca kooperacja i chęć nawiązywania współpracy z organizacjami pracowniczymi i obywatelskimi (jednak nie w liberalnym sensie). Naśladowanie jednej czy drugiej strategii największych partii raczej nie rokuje dobrze dla lewicy (zresztą i tak dominujące formacje są lepsze w te klocki i nie wygra się z nimi w ich grę, zostanie się tylko dokooptowanym), zatem zdecydowanie lepszym kierunkiem jest podążanie za samymi pracownikami i pracownicami, dla których forma organizacji władzy PiS przewiduje z konieczności tylko bardzo skromną i ograniczoną rolę.
Być może warto pójść śladem Labour Party w lewicowym wydaniu, ale i PiS-u w prawicowym i wyjść z ram ideologicznych liberalizmu „naprawy demokracji” (co jest odczytywane przez sporą część społeczeństwa jako przywrócenie pacyfikacji konfliktów pod auspicjami kompradorskiej oligarchii) i ruszenie z planem socjalistycznym: zielonej transformacji energetycznej dającej pracę rejonom górniczym, rewitalizacji infrastruktury i służb publicznych (środkiem do tego celu jest niezbędny powszechny strajk pracownic i pracowników służby publicznej), wdrożenie prawnych i materialnych środków zabezpieczających prawa kobiet, naprawa i aktywizacja związków zawodowych (przeżartych konserwatyzmem). Wszystkie te propozycje wymagają projektów legislacyjnych oraz ciężkiej pracy szeregowych członkiń. Budowa takiej władzy wymaga zwrócenia się do ludzi, którzy dziś w nią nie wierzą – jak pokazują kolejne przykłady, ludzie wierzący w lewicę są albo planktonowymi środowiskami, albo liberałami z bardzo antypracowniczym nastawieniem. Ogromny sukces kampanii prezydenckiej Berniego Sandersa czy później senatorki Alexandrii Ocasio-Cortez w USA wynikał w dużej mierze (jak oni sami przyznają) z niezmordowanego bezpośredniego kontaktu ze swoją bazą, przy czym wcale nie bazą wyborczą, lecz społeczną: chodzeniem od drzwi do drzwi, organizowaniem spotkań politycznych (nie debat i mało skutecznych protestów z niską frekwencją), wieców politycznych, na których buduje się tożsamość i przedstawia w pogłębiony sposób własne postulaty, czy wreszcie niezwykle ważnej aktywności w social mediach (tu akurat lewica robi świetną robotę). Jest to tylko luźny zbiór propozycji, chcę jedynie powiedzieć, że inna polityka nie jest możliwa bez innej władzy.
Eliasz Robakiewicz
przez Jan J. Zygmuntowski | środa 6 lutego 2019 | nasze rozmowy
Z Paulem F. Nemitzem, głównym doradcą Komisji Europejskiej, o ochronie danych osobowych i sztucznej inteligencji rozmawia Jan J. Zygmuntowski.

Zacznijmy od Pana dotychczasowej pracy i sukcesów. Kierował Pan m.in. przygotowaniem Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych (RODO) czy negocjacjami wokół tarczy prywatności (umowa o transferach danych między UE a USA). Jak wiele już udało się osiągnąć w obszarze ochrony prywatności i danych personalnych? Jesteśmy bliżej samego początku koniecznych zmian czy może udało nam się stworzyć rozbudowany system zabezpieczeń?
Paul Nemitz: Myślę, że to dopiero sam początek. RODO obowiązuje dopiero od maja ubiegłego roku i dopiero teraz widzimy pierwsze przypadki egzekwowania ze strony organów ochrony danych (DPA – Data Protection Authorities), na przykład francuski urząd ochrony danych nałożył właśnie karę finansową na Google’a. Dokonaliśmy też przeglądu tarczy prywatności i znaleźliśmy elementy wymagające poprawy. Bardzo ważne jest, żeby rozwijało się egzekwowanie prawa, żeby organy korzystały z nowych narzędzi i, co uważam za ważne, żeby obywatele również korzystali ze swoich praw. Każdy obywatel może dzięki RODO spytać każdy organ państwa i każdą prywatną firmę: „Jakie moje dane macie?”. Można zwracać się o korekty, o całkowite usunięcie, co więcej nie tylko w sprawie podstawowych danych, ale też profilowania, kiedy państwa lub firmy dokonują predykcji wobec ludzi. Takie predykcje także są danymi osobowymi i podlegają RODO. Musimy o tym mówić i uświadamiać ludzi w ich prawach.
Poruszył Pan tutaj interesujący problem, jeśli chodzi o profilowanie i algorytmy. Rozmawiałem z Paulem Masonem, który w kontekście swojej książki „Postcapitalism” mówił o podstawowych prawach człowieka. Jego zdaniem, jeżeli algorytm lub sztuczna inteligencja (AI) podejmuje decyzje o moim przypadku jako indywidualnej osoby, powinienem móc poznać decyzję, dowiedzieć się, jak została podjęta, a także móc się od niej odwołać. Tylko czy to jest możliwe, skoro rozwiązania AI są bardzo często niezrozumiałymi „czarnymi skrzynkami”, a dodatkowo firmy powołują się chętnie na „sekrety handlowe” i „prawo własności intelektualnej”, by pozbyć się zainteresowania dociekliwych?
P. N.: W przypadku zautomatyzowanego podejmowania decyzji już dzięki RODO mamy przede wszystkim prawo do sprzeciwu, a następnie prawo do zadania pytań o funkcjonowanie algorytmu lub AI i wpływ decyzji na nas – a informacje udzielone w odpowiedzi muszą być „istotne”, to jest dokładne słownictwo Rozporządzenia (w angielskiej treści „meaningful”). Ponownie podkreślę: używajmy tego prawa, zadawajmy te pytania, a jeśli nie otrzymamy odpowiedzi, zawsze możemy poskarżyć się organom ochrony danych, które muszą podjąć się śledztwa w danej sprawie. Jednym z podstawowych powodów istnienia RODO jest uznany już fakt, że przetwarzanie danych przez profilowanie algorytmiczne lub zastosowanie AI może być wyjątkowo nietransparentne, a przez to naruszać prawa człowieka. Stąd nacisk legislatorów na wspieranie otwartości i dostępu do informacji.
Na temat sekretów handlowych powiem, że są one przywoływane zdecydowanie zbyt często. W każdym razie firmy nie mogą teraz odmówić DPA bardzo pogłębionego spojrzenia w algorytmy czy architekturę AI. Poszedłbym jednak dalej, proponując, żeby zainteresowana osoba otrzymywała możliwość głębokiego wglądu, na przykład w „zielonym pokoju” do czytania („green room”), podobnie jak ma to miejsce w przypadku prawa konkurencji. Oczywiście zainteresowana osoba nie ma prawa robić zdjęć lub wynosić i rozprzestrzeniać dokumentów, ale w takim pokoju miałaby pełną dowolność badania materiałów, otrzymania wyjaśnienia, sporządzania notatek. Starajmy się najpierw odwoływać do dobrej woli i racjonalnego podejścia wykorzystujących nowe technologie do przejrzystości, a jeśli to nie zadziała – przejrzystość musi być egzekwowana na bazie RODO.
Pomimo że jest Pan przedstawicielem profesji prawnej, wspomniał Pan też o „zielonym pokoju”, co można rozumieć jako składową szeroko rozumianych standardów technicznych i infrastruktury umożliwiającej przejrzystość. Skupienie na prawach jednostki i technicznej stronie ich egzekwowania silnie różni się od chińskiego modelu AI – gromadzenia jak największej ilości danych i tworzenia jednego systemu nadzoru – ale też od forsowanego przez Stany Zjednoczone urynkowienia i utowarowienia danych osobowych. Czy Unia Europejska ma swoje odrębne podejście?
P. N.: Chciałbym zacząć od zauważenia, iż „Financial Times” podaje, że inwestycje w AI w Chinach spadły o około 30 proc. w zeszłym roku. Jednym z powodów tego spadku jest to, że inwestorzy powoli orientują się, że AI stworzone bez ochrony praw jednostki, bez kodeksu etycznego, jest nieskalowalne – nie może być użyte w demokratycznych, wolnych krajach. Może takie rozwiązania kupią dyktatury, ale nie wolne kraje.
Co do pozycji Europy względem Chin i USA – myślę, że mamy długą tradycję z jednej strony wolności jednostki i demokracji, a z drugiej strony tradycję przeciwwagi powstrzymującej ekstrema interesów biznesowych i surowego kapitalizmu. Helmut Schmidt, były kanclerz RFN (reprezentujący SPD – przyp. J. J. Z.) nazywał to wprost „drapieżnym kapitalizmem”, który trzeba okiełznać.
Brzmi Pan teraz jak Rutger Bregman tydzień temu w Davos.
P. N.: Na tym właśnie polega europejski model społeczny: tak, mamy gospodarkę rynkową, chcemy mieć innowacyjnych przedsiębiorców, ale chcemy także równego społeczeństwa i sprawiedliwości społecznej. Własność i rynki muszą służyć ludziom. Dlatego trzeba kontynuować budowanie na sprawdzonym modelu szukania demokratycznych zasad na rynku, tak, żeby powstrzymać ekstrema, ale zachować innowacyjność. Nikt nie ma problemu z przedsiębiorcami zyskującymi na tworzeniu nowych rozwiązań – ale oczywiście jest problem z prywatnymi korporacjami, które przywłaszczają sobie nasze dane osobowe bez naszej zgody. To jest przecież ogromna redystrybucja i przywłaszczenie bogactwa z dołu społeczeństwa do samej góry.
Bardzo zainteresowała mnie nowa książka Shoshany Zuboff, profesor Harvard Business School, o tytule „Surveillance capitalism” („Kapitalizm inwigilacyjny”). To przecież amerykańska badaczka, wykładająca na Harvardzie, a używa takiego terminu, żeby opisać to, co idzie w złym kierunku w gospodarce, którą z kolei Al Gore nazywa stalker economy. Zatem również w USA jest dużo krytycznych głosów. Ale to my jesteśmy w bardzo dobrej pozycji, żeby zachować naszą tradycję demokratycznego wypracowywania zasad, które chronią jednostki przed nadużyciami ze strony prywatnej siły.
Czy jest możliwe stworzenie programu na poziomie unijnym, który w pewien sposób stanowiłby odzwierciedlenie Programu Apollo i lotu na Księżyc? Tym razem mógłby służyć stworzeniu AI dla obywateli i obywatelek Europy, co przyniosłoby lepsze usługi publiczne, jak m.in. lepszą służbę zdrowia, edukację, mobilność – te wszystkie sfery życia gospodarczego, które dotykają reprodukcji społecznej i dlatego rzadko spotykają się z zainteresowaniem prywatnego biznesu, a jeśli w ogóle, to służą wąskiej, uprzywilejowanej grupie.
P. N.: Jak najbardziej, mamy w Europie historię rozwoju technologii i modeli biznesowych służących interesowi publicznemu, a zarazem efektywnych i konkurencyjnych. Wystarczy spojrzeć na system nawigacji satelitarnej Galileo czy na Airbusa – jest wiele takich przykładów. Komisja Europejska myśli może nie o takiej skali, ale szuka systemu finansowania publicznego wsparcia w prowadzeniu badań nad zapewnieniem mocy obliczeniowej superkomputerów. W tym zakresie rozwija się współpraca z krajami członkowskimi nad zapewnieniem obecności AI w celach niekomercyjnych. Tutaj podstawowym pytaniem jest nie „co jest dobre dla AI”, ale dokładniej: „jak możemy rozwinąć AI, które jest dobre dla interesu publicznego”.
Zastanawia mnie, w jakim stopniu taki kierunek zyska realnie silne instrumenty. Czy Pana zdaniem nowa polityka przemysłowa, nad którą pracuje European AI Alliance czy Komisja Europejska, będzie szła w tym kierunku?
P. N.: Na pewno istnieją elementy projektowane w tym kierunku, ale oczywiście chcemy też, żeby rynek funkcjonował i grał odpowiednio swoją rolę. Skorzystamy z klasycznych instrumentów, które zapewnią sprawne działanie rynku oraz jasny priorytet dla rozwoju zgodnego z interesem publicznym.
Podczas dzisiejszego Pana wykładu było widać duże zainteresowanie tematami profilowania w mediach społecznościowych, manipulacji i baniek informacyjnych. Jak Pan sądzi, jaki jest potencjał AI do wyjaśniania nam złożonego świata? Czy czeka nas raczej rozwój w kierunku dalszego profilowania i zwiększania napięć społecznych?
P. N.: Pozytywny potencjał na pewno istnieje, ale to, jak jest wykorzystywany teraz, szczególnie przez korporacje z Doliny Krzemowej, idzie raczej w przeciwnym kierunku. Jeśli chcemy, żeby ten pozytywny potencjał się spełnił, rynek musi wziąć na siebie odpowiedzialność. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku rosnącego trendu skupienia się na inwestycjach w zrównoważony przemysł, alokowania intencjonalnie środków w zielonych inwestycjach. Jest konieczne, żeby rynki finansowe również przyjęły taką odpowiedzialną postawę w stosunku do AI i ogólnie zarządzania danymi.
W pewien sposób w takim razie proponuje Pan podobny rodzaj poprzedzających ten trend kampanii dezinwestycyjnych, które przekonały ubezpieczycieli i banki do wychodzenia z aktywów związanych z emisją dwutlenku węgla. Tym razem dla danych.
P. N.: Nie przekonuję do jednego czy drugiego rodzaju dezinwestycji. Chcę podkreślić, że jest to znakiem odpowiedzialności względem społeczeństwa, jak i mądrą decyzją biznesową, żeby inwestować pieniądze w sposoby użycia i rozwój AI, w powiązane użycie i rozwój przetwarzania danych, które są w długim terminie zrównoważone. Zrównoważone, czyli takie, które respektują prawa jednostek i sprzyjają dobremu funkcjonowaniu demokracji. Technologie, które nie spełniają tych dwóch warunków, mogą być zyskowne w krótkim terminie, jak widać, ale nie będą odpowiednio zrównoważone do wypracowania zysku w długim terminie.
Pytanie na koniec: czy w kwestii obecnego wykorzystania technologii w kapitalizmie jest Pan nastawiony optymistycznie?
P. N.: Jestem bardzo optymistyczny, ale jestem też przekonany, że demokracja i nasza przyszłość wymagają stałego zaangażowania w odpowiednim kierunku. On się nie pojawia sam z siebie, i na pewno nie za darmo.
Dziękuję za rozmowę.
2 lutego 2019 r. w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie odbyło się oficjalne rozpoczęcie I edycji kursu Akademii Kadr Europejskich organizowanego przez Fundację Akademii Kadr Europejskich oraz Instytut Dyplomacji Gospodarczej. W ramach inauguracji kursu miał miejsce wykład Paula Nemitza pt. „Democracy and Technology in the age of Artificial Intelligence”. Powyższa rozmowa została przeprowadzona po wykładzie.
przez Katarzyna Paprota | wtorek 5 lutego 2019 | opinie
Wiosną zeszłego roku jeden z lewicowych lokali planował debatę o nowych twarzach feminizmu. Temat debaty był sensowny i na czasie: po kilku miesiącach od metoo warto porozmawiać z przewodniczkami ruchu kobiecego. Wydarzenie miało charakter otwarty, jak większość spotkań w tym miejscu. Udział w nim zadeklarowała jedna z feministycznych rysowniczek komiksów. I wtedy strona z wydarzeniem na facebooku eksplodowała! Dyskusję zalały nienawistne komentarze pod adresem uczestniczki. Grupa kobiet, mniej lub bardziej skupionych w ruchu metoo, nie życzyło sobie jej na widowni.
Jaką zbrodnię popełniła ta działaczka? Narysowała seksistowski komiks? Wykorzystała kogoś finansowo? Zaatakowała kogoś w internecie lub na żywo? Nie.
Jej jedyną zbrodnią było to, że wobec mężczyzny, z którym się spotyka, pojawiły się zarzuty o stosowanie przemocy.
Widok bliskiej mu osoby miał niepokoić dziewczyny, które czuły się skrzywdzone przez niego. W związku z tym uznały one, że ich potrzeba bezpieczeństwa jest ważniejsza niż prawo innej osoby do uczestnictwa w otwartej debacie. Organizatorzy ostatecznie zdecydowali o odwołaniu dyskusji z uwagi na bezpieczeństwo uczestników. Sama działaczka nie podjęła publicznej walki z atakującymi ani nie weszła też w rolę zaszczutej ofiary, mimo że komentarze pod jej adresem ewidentnie można uznać za nagonkę. Żadna z orędowniczek metoo nie zadała sobie też pytania, czy dziewczynie potencjalnego przemocowca nie jest aby potrzebne wsparcie. Słuszny (być może) gniew na mężczyznę został przeniesiony na bliską mu kobietę.
Nie była to jedyna sytuacja w ciągu ostatnich miesięcy, gdy nękany nie jest prawdopodobny sprawca przemocy, lecz jego przyjaciółki czy partnerki, z żądaniem zerwania stosunków z nim i usunięcia się z lewicowej przestrzeni włącznie.
Sytuacje, w której potrzeba bezpieczeństwa staje się ważniejsza od włączania ludzi we wspólne działania, są częste i, zwłaszcza ostatnio, dość typowe dla młodej lewicy.
Jak wszyscy wiemy, lewica wzięła się stąd, że orędownicy zmiany społecznej usiedli po lewej stronie sali Zgromadzenia Narodowego w okresie rewolucji francuskiej. Główną jej wartością jest egalitaryzm i wspólnotowość, czyli między innymi dążenie do włączania w ruch jak najszerszej rzeszy osób.
Jednocześnie lewica wyrasta z krytyki, z chęci zmiany, z niepohamowanego dążenia do emancypacji. To lewicowe działaczki i działacze mówili: hej, coś tu jest nie tak! Dlaczego właściwie dzieci pracują? Dlaczego kobiety nie mogą głosować? Dlaczego musimy ustępować miejsca białym w tym autobusie? To, co jest teraz, nie jest dobre, więc z jakiej racji mamy przy tym trwać? Kwestionuj wszystko (dlaczego?), zawsze chciej więcej, a zmiana społeczna, której pragniesz, czeka tuż za rogiem.
Zmiana budzi jednak obawy: chwieje poczuciem bezpieczeństwa, które jest jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb. Dlatego nasza walka, brzydząca się żerowaniem na ludzkim lęku, jest dużo trudniejsza niż strategie konserwatystów i szowinistów. Nie chcemy działać ze strachu, lecz z nadziei na zmianę i z pewności, że potrafimy do tej zmiany doprowadzić. Szukamy więc narzędzi, by wzmacniać swoje działania od środka, aby były jak najbardziej skuteczne na zewnątrz.
Idea bezpiecznej przestrzeni narodziła się w grupach radykalnie przyklaskujących lewicowym wartościom. Stała za nimi myśl, że zanim uda się naprawić świat zewnętrzny, musimy zbudować zgodny z naszymi ideami świat wewnętrzny, a wspólna praca i towarzyska integracja będą przebiegały sprawniej, jeśli zatroszczymy się o bezpieczeństwo najwrażliwszych z nas. Wśród swoich, chciałoby się powiedzieć, możesz być sobą, bez lęku przed oceną, odrzuceniem i – może przede wszystkim – bez dyskryminacji. Zbudowawszy dzięki temu wewnętrzną siłę i pewność będziemy mieć więcej motywacji, by stawić czoła temu, co na zewnątrz: światu pełnemu uprzedzeń i strachu przed różnorodnością, bo, jak zapewniają coachowie wszelkich maści (i amerykańskie kino familijne) trzeba mieć w sobie dużo samoakceptacji, by stawić czoła innym.
Zadaniem tak konstruowanych bezpiecznych przestrzeni była więc ochrona najbardziej kruchych i wrażliwych członków grupy przed przejawami dyskryminacji, jakich regularnie doświadczali na zewnątrz. Usuwamy z naszej przestrzeni mowę nienawiści, ale także krok po kroku podważamy przekaz kulturowy, jaki za nią stoi. Z czasem nasz rezerwat utopii rozrośnie się na cały świat i wszyscy będą stosować nasze reguły.
Co więc idzie nie tak? Dlaczego włączający język nadal jest postrzegany jednak jako udziwniony, niewygodny i paradoksalnie wykluczający? Po części na pewno dlatego, że trudno go upowszechnić bez dostępu do mediów, które, podlegając logice wolnego rynku, nie dadzą przestrzeni na nic, co nie jest do bólu strawne i zrozumiałe. Nie ma w mediach i popkulturze miejsca na edukację, a jeśli już to mimowolną i/lub umacniającą zastaną tradycję.
Jednak nie można zrzucać całej winy za brak skuteczności na zły system. Zmiana społeczna, jeśli zachodzi, to przecież wbrew systemowi – bez czekania, aż system łaskawie pozwoli jej wejść, zburzyć parę murów lub przemalować ściany. Co więc jeszcze stoi na przeszkodzie, by na świecie zapanowała wizja rodem z „Imagine” Johna Lennona?
Stawiam tezę, że z czasem przebywanie w bezpiecznej przestrzeni zaczyna stanowić wyzwanie. Staje się to mniej więcej wtedy, gdy ochrona członków i członkiń grupy przed opresyjnymi słowami i zachowaniami zmienia się w nieubłaganą cenzurę każdej treści, która mogłyby komuś sprawić przykrość. Definicja opresji i przemocy z podręcznikowej (podkreślającej intencję i stosunek władzy jako konstytuujących przemoc) zaczyna rozciągać się jak pajęcza sieć na wszelkie działania i słowa sprawiające komuś dyskomfort. Progresywne środowiska ulegają wszystkim tym mechanizmom, jakie obserwujemy w innych grupach społecznych. W każdej grupie po euforycznym okresie formacji i spokojnym okresie współpracy pojawia się moment stagnacji i zniecierpliwienia, zwłaszcza jeśli jest to grupa zawiązana do realizacji jakiegoś celu, a ów cel wydaje się mało realny i odległy. Grupa zaczyna spontanicznie i bezładnie oceniać swoich członków: czy aby są wystarczająco lewicowi, progresywni, włączający? A może musimy zaostrzyć kryteria? Bardziej się pilnować? Może nie zbliżamy się do celu, bo nie jesteśmy wystarczająco godni, prawdziwi i ascetyczni? Popracujmy więc nad sobą i rozliczmy surowo osoby, które tego odmówią.
Tu odrzucamy miękki kocyk bezpieczeństwa i wchodzimy na pole minowe, na którym każde nieostrożne słowo, pytanie czy żart może spowodować kryzys w grupie, jej rozpad i konflikt na długie lata. W efekcie grupa izoluje się od świata zewnętrznego i zaczyna koncentrować na potrzebie karania tych, którzy łamią reguły. Zasady bezpiecznej przestrzeni zmieniają się w dogmatyzm bliski regułom zakonnym. Grupa staje się elitarna. Nie jest to problemem, jeśli powstała tylko po to, by się integrować i czuć ze sobą dobrze. Jeżeli jednak grupa ma jakiś zewnętrzny cel, to właśnie zaczęła zmierzać ku samozagładzie. Elitarność jest zaprzeczeniem lewicowości. U podstaw działań emancypacyjnych i równościowych powinna być przede wszystkim edukacja i korekta zachowań, nie zaś żandarm dający w pysk za każdy przegapiony feminatyw.
Gdy zadamy sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje, część badaczy (jak Greg Lukianoff czy psycholog społeczny Jonathan Haidt) będzie postrzegać to zjawisko pokoleniowo. Millenialsi i GenZety są ich zdaniem wychowywani pod kloszem, bo świat wokół nich jest rozległy i nieprzyjazny: wożeni samochodami do szkół z lęku o ich bezpieczeństwo, otoczeni troską pedagogów i ochroniarzy zerkających w ich przezroczyste plecaki, do późnej dwudziestki mieszkający z rodzicami – wzrastają w przekonaniu, że cały świat powinien się troszczyć o ich dobre samopoczucie.
Gdy w poszukiwaniu przyczyn poskrobiemy nieco głębiej, może się okazać, że na postawy dorosłych osób przed trzydziestką wpływa nie tylko nadopiekuńczość rodziców i instytucji, ale przede wszystkim prywatyzowanie coraz to szerszych obszarów naszej rzeczywistości. Polityka mieszkaniowa, oddana w ręce deweloperów, wywołała wzrost cen mieszkań, wskutek czego coraz mniej ludzi mieszka w centrach miast, przenosząc się na przedmieścia, mając tym samym do pokonania dużo większe odległości, by dojechać do szkoły czy brać udział w życiu kulturalnym. Likwidacja transportu publicznego wymusza przesiadanie się do samochodów i zmniejsza ekspozycję na różnorodność. Rosnące rozwarstwienie sprzyja gettoizacji społeczności, izolując środowiskowo osoby z różnych klas społecznych. Zużyte żarty o tym, jak to my za młodu mieliśmy więzi, zabawy na trzepaku i klucz na szyi przegapiają jeden ważny fakt: to my, generacja Z, (generacja Nic?), zaprojektowaliśmy tym dzieciakom taki świat. Oni tego wyobcowania sobie nie wybierają. Młoda osoba jest od dziecka utwierdzana w przekonaniu, że świat jest nieprzyjazny i obcy, a najlepszym sposobem na poradzenie sobie z tym jest zatrzaśnięcie drzwiczek samochodu.
Kapitalizm alienuje – to wiemy. Alienacja wzmaga poczucie zagrożenia i niechęć do konfrontacji ze światem zewnętrznym. W psychologii i psychiatrii przeważa opinia, że w przełamywaniu lęków istotną częścią terapii jest stopniowa ekspozycja na czynniki budzące lęk. Podstawą leczenia jest bowiem nauczenie pacjenta, jak funkcjonować w codziennym życiu i jak ma sobie radzić z nieprzyjemnymi sytuacjami, na jakie z pewnością natrafi – a nie jak ich unikać, barykadując się w czterech ścianach.
Unikanie przykrości, choćby wydawało się zupełnie zrozumiałe, nie naprawi świata. Każda osoba, która przetrwała doświadczenie przemocy, potrzebuje terapii, by nie utrwalić się w roli ofiary. Wetknę tu pewnie kij w mrowisko, ale polskie wydanie ruchu #metoo wydaje się mieć ku temu dużą skłonność: rola ofiary legitymizuje rolę feministki i zaspokaja zrozumiałą potrzebę uwagi i współczucia. Nie ma jednak feminizmu bez opowieści o odzyskaniu władzy po doznanej krzywdzie: feminizm jest buntem przeciw opresji, a nie tylko opowieścią o jej doświadczeniu. Jak powiedziała Hannah Gadsby w znakomitym programie „Nanette”: „Nie ma nikogo silniejszego niż skrzywdzona kobieta, która odzyskała swoją siłę”.
Lewica jest przestrzenią na wyrażanie wątpliwości, bo ciągła wątpliwość w kwestii tego, czy tak ma być, pcha nas ku zmianie. Czy powinna nią być bardziej niż azylem dla poranionych dusz? Nie jestem tego pewna, ale wiem, że chociaż nie chcemy tym duszom szkodzić bardziej, niż dzieje się w to w pozalewicowym świecie, to jednocześnie nie możemy dać się zakuć w kierat emocjonalnej pracy z nimi.
Emocjonalna praca i terapia to zadanie dla psycholożek i terapeutów, nie dla kolektywu czy partii politycznej. Zmiana społeczna bez stawienia czoła temu, co chcemy zmienić, jest niemożliwa. Na jej skuteczność zaś wpływają nie tylko działania do wewnątrz, ale przede wszystkim: działania zewnętrzne. Aby jednak wywierały efekt, musimy to zewnętrze znać i dobrze się z nim komunikować.
Po rozpoznaniu, że dzieje się krzywda i zaprojektowaniu rzeczywistości bez opresji należy zmierzyć się z realnymi demonami, wziąć je za łby i pokonać.
Inaczej pozostaniemy w rezerwacie utopia.
Katarzyna Paprota
przez Jakub Krzyżanowski | wtorek 29 stycznia 2019 | gospodarka społeczna, nasze rozmowy
Z Katarzyną Dudą o szkodliwych mechanizmach i skutkach zlecania usług porządkowych i innych prywatnym podmiotom przez publiczne instytucje rozmawia Jakub Krzyżanowski.

Niedawno światło dzienne ujrzał przygotowany przez Panią raport dotyczący outsourcingu w szpitalach publicznych. Z jakiego powodu zajęła się Pani właśnie tym obszarem?
Katarzyna Duda: Tematem outsourcingu zajmuję się od trzech lat. Mój poprzedni raport dotyczył występowania tego zjawiska na uczelniach wyższych, w sądach okręgowych, urzędach marszałkowskich i wojewódzkich. Moją uwagę na ten temat zwróciły doniesienia medialne, które mówiły o licznych nieprawidłowościach w tych instytucjach. Problemy na uczelniach nagłaśniali studenci i wykładowcy.
Prowadząc tamto badanie spotykałam panie sprzątające, które sprzątały zarówno uczelnie, jak i szpitale, ponieważ pracowały dla firmy zewnętrznej obsługującej różne obiekty. Wówczas okazało się, że jest to obszar, który wymaga zbadania.
Outsourcing zawsze wiąże się z cięciem kosztów, co odbija się na jakości produktów i usług, z których korzysta instytucja zlecająca. Z opowieści pań sprzątających dowiedziałam się, że w wyniku stosowania tych rozwiązań w szpitalach jest mniej wszystkiego: papieru toaletowego, środków czyszczących, worków na śmieci. Tymczasem to właśnie szpitale są miejscem, gdzie uchybienia w utrzymaniu czystości są szczególnie niebezpieczne, gdyż mogą zagrażać zdrowiu i życiu pacjentów.
Dlaczego szpitale w ogóle zaczęły stosować outsourcing?
K. D.: Powody były ściśle związane ze zmianą finansowania służby zdrowia. Reforma z 1999 roku zlikwidowała finansowanie budżetowe i wprowadziła składkowe. Nowe organy założycielskie placówek medycznych zaczęły wymagać od szpitali radykalnego cięcia kosztów. Urzędnicy szpitali wojewódzkich zaangażowani w te procesy pamiętają argument przerostu zatrudnienia i naciski ze strony urzędów marszałkowskich, żeby je redukować.
Jak działa outsourcing w szpitalach? Co zmieniło jego wprowadzenie?
K. D.: Zacznę od perspektywy pań salowych. Jeśli kiedyś na oddziale pracowały cztery panie salowe, teraz jest jedna, góra dwie. Oznacza to, że jedna osoba wykonuje pracę trzech. W żadnym z badanych szpitali poziom zatrudnienia nie pozostał ten sam, wszędzie były redukcje. Zawsze były to redukcje radykalne. Znacznie wzrosło obciążenie fizyczne osób, które zostały. Panie narzekają na kręgosłupy, na nadgarstki, na plecy. To są często kobiety w wieku 50+, które nie mają już innego wyboru na rynku pracy, więc muszą się godzić na takie warunki pracy i niskie stawki wynagrodzeń. Wzrosło także ich obciążenie psychiczne. Dla wielu z nich przejście do firmy zewnętrznej wiązało się z ogromnym stresem i niepewnością. Pracownicy bardzo często dowiadywali się o planowanym outsourcingu przypadkowo, od lekarzy, pielęgniarek, z plotek, na mieście mówiło się już o tym, że ma być przeprowadzony. Szpitale nie przeprowadzały na ten temat rozmów z pracownikami, wszystko było robione w tajemnicy. Nie było rzetelnego informowania, konsultacji. Taki sposób podejścia do sprawy wywoływał u pracowników dużą niepewność i stres. W przywoływanym przeze mnie w raporcie przykładzie pani sprzątająca, która pracowała w szpitalu na umowie o pracę, przeszła do firmy zewnętrznej, gdzie dostała śmieciówkę. Ona to tak bardzo przeżyła, że musiała skorzystać z pomocy psychiatry. Poczuła się poniżona, poczuła się jak śmieć…
Z jakiego powodu cały proces przeprowadzany jest z zupełnym pominięciem pracowników?
K. D.: W obawie przed protestami. Po co w ogóle jest robiony outsourcing? Żeby zaoszczędzić na usłudze, np. sprzątaniu. Instytucje zlecające mają świadomość, że wpłynie to na pogorszenie warunków zatrudnienia. Czasami pracownicy są informowani, lecz ich czujność usypia się zapisem w umowie z firmą zewnętrzną, że przez rok będą zapewnione te same warunki zatrudnienia, co w szpitalu. Jest to bardzo perfidny zabieg. Pracownicy nie sprzeciwiają się wtedy, nie protestują, gdyż myślą, że skoro mają takie same warunki przez rok, to pewnie później też takie będą. Tymczasem po roku warunki zatrudnienia radykalnie się zmieniają – zawsze na gorsze. Gdyby szpitale naprawdę troszczyły się o to, aby warunki zatrudnienia pracowników nie zmieniły się w długiej perspektywie, to w ogóle nie stosowałyby outsourcingu. Praktyka jest więc taka, że albo się nie informuje pracowników w ogóle, albo się z nimi rozmawia w sposób usypiający ich czujność.
W raporcie zawarto wypowiedzi pań sprzątających, które wspominają, że przed epoką outsourcingu z ich pracą wiązał się szacunek ze strony szpitalnego personelu. To się zmieniło, panie nazywają prywatne firmy, w których pracują, obozami pracy i kołchozami.
K. D.: W jednym ze szpitali, było to w Bydgoszczy, podszyłam się pod osobę, która szuka pracy. Wyczułam, że nie ugram tam wiele jako naukowiec, ludzie nie zawsze chcą rozmawiać z badaczami. Powiedziałam, że szukam pracy, ponieważ łatwiej im się otworzyć przed osobą znajdującą się sytuacji w podobnej do ich własnej. Podczas takiej rozmowy pani sprzątająca nazwała jeden ze szpitali kołchozem. W innym mieście padło porównanie do obozu pracy. To skojarzenia i odwołania do najgorszych możliwych przykładów… Koordynatorki bywają też nazywane gestapo. Nie są to odosobnione przypadki, słyszałam takie określenia w całej Polsce: w Bydgoszczy, Siedlcach, Lublinie. Powszechne jest poczucie, że firmy outsourcingowe stosują terror, jeśli chodzi o traktowanie pracowników. Kiedyś panie sprzątające były kontrolowane jedynie przez szpital, teraz poddane są o wiele większej kontroli: ze strony szpitala oraz firmy zewnętrznej. Było kilka przypadków osób, które sprzątały w PRL i sprzątają do teraz. Od nich usłyszałam, że kiedyś były traktowane jak ktoś, a teraz jak coś, czują się jak przedmiot, jak rzecz. Jedna z pań usłyszała nawet, że panie sprzątające są odpadami medycznymi…
Higiena w szpitalu to rzecz podstawowa. Czy zmieniła się jakości tych usług, odkąd prywatne firmy świadczą je szpitalom?
K. D.: Powszechnym problemem są niedobory, brakuje praktycznie wszystkiego. Prywatne firmy dostarczają zbyt mało podstawowych produktów, niezbędnych do wykonywania pracy, poczynając od papieru toaletowego, przez worki na śmieci i rękawiczki ochronne, na środkach czystości kończąc. Panie sprzątające w sytuacjach tego deficytu starają się bardzo umiejętnie gospodarować ograniczonymi zasobami. Muszą wybierać, jakie miejsca w szpitalu są szczególnie newralgiczne, gdzie leżą osoby, które najbardziej wymagają sterylnych warunków. Panie sprzątające zasługują na duże uznanie, ponieważ to właśnie one muszą radzić sobie w trudnej sytuacji, gdy brakuje podstawowych artykułów. Dbają o to, żeby znalazły się one tam, gdzie są najbardziej potrzebne, np. kiedy brakuje papieru toaletowego, to w pierwszej kolejności nie jest on wykładany w poczekalniach, gdzie nie ma pacjentów. Mimo podłych warunków zatrudnienia i nędznej wypłaty, panie sprzątające biorą odpowiedzialność za coś, co jest obowiązkiem prywatnej firmy, która bierze za to przecież grube pieniądze.
Spotkałam się też z sytuacją, gdy w Bydgoszczy w Szpitalu Uniwersyteckim im. Antoniego Jurasza, firma przez tydzień nie odzywała się do pań sprzątających. Zabrakło koordynatorki, a pracownice z własnej inicjatywy wykonywały jej zadania. Znowu mamy tu do czynienia z przypadkiem, kiedy prywatna firma wzięła pieniądze, a panie sprzątające odwaliły za nią robotę koordynowania i organizacji pracy.
Podobnie było też w innych szpitalach, gdzie panie sprzątające rozsądnie gospodarowały zasobami, których prywatna firma dostarczyła zbyt mało. Na przykład gdy firma nie dostarczała worków na śmieci, panie opróżniały stare worki ze śmieci i pozostawiały je w koszach, ponieważ nie miały ich na co wymienić. Na szczególną uwagę zasługuje też deficyt rękawiczek ochronnych. Panie sprzątające wykorzystują te same rękawiczki do wybierania śmieci, a później do sprzątania, ponieważ prywatne firmy outsourcingowe, dla których pracują, nie dostarczają im rękawiczek na zmianę. Panie przemywają wtedy rękawiczki wodą i stosują je do wielu różnych czynności. Firmy często nie dostarczają też wystarczającej ilości środków czystości, przez co panie sprzątające muszą myć podłogę w szpitalu samą tylko wodą.
Jakie to ma konsekwencje dla pacjentów?
K. D.: Możemy się domyślać, że stwarza to większe ryzyko dla ich bezpieczeństwa i utrudnia im powrót do zdrowia. Według raportu Najwyższej Izby Kontroli żywność gorszej jakości, którą do szpitali dostarczają prywatne firmy outsourcingowe, wydłuża proces dochodzenia pacjentów do zdrowia. Podobne konsekwencje może mieć niska jakość usług utrzymania czystości. Koszty leczenia pacjenta w szpitalu zwiększają się więc w wyniku zastosowania outsourcingu, który miał je przecież obniżyć. W dłuższej perspektywie państwo może zatem ponieść koszty takie same lub nawet wyższe, niż poniosłoby w sytuacji, gdyby bezpośrednio zatrudniało w szpitalach personel sprzątający czy przygotowujący posiłki. Jako przykład tego może posłużyć sprawa pani sprzątającej w szpitalu, która w wyniku radykalnego pogorszenia warunków zatrudnienia i pracy musiała skorzystać z pomocy psychiatrycznej. Szpitale psychiatryczne też przeprowadzają outsourcing. Problem wraca więc do systemu i generuje koszty.
Szpitale nie kontrolują jakości usług świadczonych im przez prywatnych przedsiębiorców?
K. D.: Była taka sytuacja w Gdańsku, gdzie prywatna firma przez dziesięć dni nie dostarczała papieru toaletowego. Osoby decyzyjne nie zorientowały się przez tak długi czas, ponieważ panie sprzątające gospodarowały papierem i starały się o to, żeby nie zabrakło go w najważniejszych punktach. Podejrzewam, że jednym z tych miejsc była toaleta dyrektora szpitala. Mimo wszystko trudno wyobrazić sobie, jak taka sytuacja w ogóle była możliwa.
W przypadku stwierdzonych zaniedbań, takich jak braki dostaw środków czystości lub dostarczanie żywności o składzie niezgodnym z umową, szpitale nie są chętne do wyciągania konsekwencji w postaci kar umownych. Jest tak, ponieważ przedsiębiorca obciążony karą finansową, by ją zapłacić, będzie musiał oszczędzić na czymś innym. W rezultacie w kolejnych miesiącach niedobory środków czystości w szpitalu będą jeszcze większe lub ucierpią na tym finansowo osoby sprzątające. Spotkałam się z taką sytuacją na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie uczelnia nałożyła na przedsiębiorcę karę umowną, a ten nie zapłacił osobom pracującym dla niego. W interesie szpitala jest więc, aby przymykać na takie sytuacje oko, ponieważ egzekwowanie kar umownych przyczyni się do dalszego spadku jakości usług świadczonych szpitalowi przez prywatną firmę. Te system jest patologiczny, egzekwowanie umowy przez szpitale tylko bardziej pogłębia problem.
Czy ten cały outsourcing w ogóle się instytucjom opłaca?
K. D.: Według raportu NIK takich analiz było bardzo niewiele. A nawet jeśli ktoś robił je na początku, to nie powtarzał ich później. Gdyby zapytać instytucje, czy bardziej opłaca im się outsourcing, czy własna obsługa, okaże się, że nie dysponują żadnymi danymi, aby na to pytanie odpowiedzieć. Według raportu z 2014 r. w jednym z przypadków, w którym szpital zlecił wykonanie usługi prywatnej firmie, jej koszt okazał się o ok. 120 tysięcy złotych wyższy, niż gdyby szpital wykonał ją we własnym zakresie.
Co powinno się zmienić? Jakie wnioski płyną z raportu?
K. D.: Należy zrezygnować z systemu przetargowego, gdzie co rok czy co dwa lata odnawia się kontrakty. Rozwiązania muszą prowadzić do likwidacji tymczasowości zatrudnienia, prekaryzacji. Usługi muszą też wrócić do szpitali. Jest to ważne także w przypadku dostarczania żywności. Pacjenci często muszą dostawać leki po posiłku, który musi być podany o określonej porze. Zdarza się jednak, że przyjeżdża on z dużym opóźnieniem, jak miało miejsce np. we Wrocławiu, gdzie zawiniły korki. Są też osoby np. po chemioterapii, których stan i samopoczucie zmieniają się w ciągu dnia radykalnie. Spotkałam się z przypadkiem, gdy takiej osobie należało podać wieczorny posiłek w innej formie niż poranny, ze względu na problemy z przełykaniem. Nie było jednak możliwości zmiany, ponieważ żywność została już zamówiona. Gdyby szpital miał swoją kuchnię, mógłby taki posiłek np. zmielić. Panie mówiły, że postępowały tak kiedyś w podobnych sytuacjach. Prywatne firmy podmieniają też produkty w posiłkach dostarczanych do szpitali na tańsze i o niższej wartości odżywczej. Na przykład zamiast sera produkt seropodobny. Konieczny jest więc odwrót od outsourcingu i powrót usług do szpitali.
W jaką stronę zmierza obecnie sytuacja w sferze outsourcingu w służbie zdrowia?
K. D.: Sytuacja zaczęła się zmieniać wskutek nowelizacji ustawy Prawo zamówień publicznych z dnia 28 lipca 2016 r., dzięki której szpitale, jak i inne instytucje publiczne, muszą wymagać od firm zewnętrznych zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę. Także po wejściu w życie minimalnej stawki godzinowej, kiedy wycena pracy wzrosła. Wskutek tego outsourcing przestał się opłacać. Możemy zaobserwować wyraźny trend wycofywania się szpitali z outsourcingu. Jest to jednak spowodowane nagłaśnianiem przez media tematu np. minimalnej stawki godzinowej. Jak wspomniałam wcześniej, szpitale nie przeprowadzają analiz opłacalności outsourcingu, kiedy więc medialna wrzawa ucichnie, wiele z nich pozostanie przy outsourcingu, choć jest dla nich nieopłacalny.
Dziękuję za rozmowę.
Raport pt. „Outsourcing usług niemedycznych w szpitalach publicznych” ukazał się w 2018 roku we Wrocławiu. Publikację wydał Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a. Wersja elektroniczna raportu jest dostępna na stronie internetowej organizacji, pod tym adresem.
Zdjęcie w nagłówku: pexels.com
przez Tomasz S. Markiewka | sobota 26 stycznia 2019 | opinie
Nie warto zwiększać podatków najbogatszym, bo i tak uciekną do rajów podatkowych. Cieszę się, gdy słyszę tego rodzaju argumenty. Bo one stawiają sprawę wprost. Nie ma żadnej ściemy o prawach rynku, teorii skapywania czy koncepcji podażowej. Nie ma chowania się za obiektywnymi procesami ekonomicznymi. Jest nazwanie rzeczy po imieniu: bogaci nie będą płacili podatków, bo mają władzę. Mają niedostępne dla większości ludzi możliwości unikania zobowiązań podatkowych. Na różne bardziej lub mniej legalne sposoby.
Rzadko tak rozmawiamy. Najczęściej relacje władzy są chowane za ekonomicznym żargonem i tabelkami. Za prawami popytu i podaży, za różnymi wykresami i mądrymi terminami. Żeby było jasne, nie twierdzę, że to niepotrzebne – że ekonomia to bujda. W żadnym razie. Mądrze wykorzystywana ekonomia mówi wiele ważnych rzeczy o systemie gospodarczym. Rzecz w tym, że stanowi tylko częściowy opis świata.
W ekonomicznym żargonie łatwo zamazać stosunki władzy. Łatwo przeoczyć, że liberalizacja i wprowadzanie rozwiązań wolnorynkowych oznacza czasem napaść na obce państwo, opłacanie tysięcy lobbystów albo umiejętne sztuczki prawnicze. W tabelkach nie widać tego, że zniesienie antyrynkowych regulacji w Iraku było konsekwencją napaści wojskowej, w której zginęły setki tysięcy cywili. Teksty skupiające się na prawach popytu i podaży zazwyczaj nie wspominają o zbrodniach kolonializmu, na których bogaciły się zachodnie gospodarki. Z wykresów na temat wzrostu PKB nie wyczytamy, ile zamachów stanu zorganizowało CIA w interesie elit ekonomicznych USA.
Warto zwrócić uwagę na ten aspekt języka ekonomicznego, ponieważ przenika on do każdej dziedziny życia. Wyborcy są klientami, nauka jest inwestycją, a idee rywalizują na rynku. Jak pisze ironicznie Ha Joon-Chang, autor „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”, „w ekonomii chodzi (prawie) o życie, wszechświat i całą resztę”. Wraz z rozprzestrzenianiem się języka ekonomicznego zapominamy o prostych rzeczach. Na przykład garstka najbogatszych ludzi na świecie ma tyle majątku co biedniejsza połowa ludzkości nie dlatego, że tak zdecydowały obiektywne prawa rynku, lecz z powodu stosunków władzy. Określonej polityki, na którą wpływali konkretni ludzie.
Co ciekawe, gdy w grę wchodzą interesy ludzi uboższych, to nie mamy problemu z dostrzeganiem wymiaru politycznego ich działań. Kiedy ludzie wyszli na ulicę w ramach protestu „żółtych kamizelek”, aby wyrazić swój sprzeciw wobec nakładania kolejnych ciężarów na biedniejszą część społeczeństwa, komentatorzy od razu dostrzegli w tym gest polityczny. Niektórzy zaczęli nawet skrupulatnie badać związki protestujących z Putinem albo ugrupowaniami ksenofobicznymi. Nie było słuchać o twardych prawach ekonomii, które w ten czy inny sposób powinny determinować prawo podatkowe. Cała złożoność, niejednoznaczność, cały „brud” polityczności – nagle stały się przejrzyste i były dokładnie analizowane.
Zachowania uboższych warstw społecznych mają charakter negocjowalny. Wszyscy wiedzą, że chodzi o działanie polityczne i że można na nie odpowiedzieć za pomocą politycznego repertuaru środków. Niezależnie od tego, czy będzie to cofnięcie się o krok, czy próba zdeprecjonowania protestów przez powiązanie ich z czymś, co kojarzy się jednoznacznie źle. Natomiast zachowania miliarderów, takie jak unikanie podatków, przyjmują zazwyczaj cechy twardej rzeczywistości. Nawet jeśli ktoś dostrzeże już, że wykraczają one poza czyste prawa ekonomiczne, to często i tak kończy się na pełnym rezygnacji wzruszeniu ramion. „Tak to już jest”, „tak działa świat”, „uciekną do rajów podatkowych”. Łatwo nam sobie wyobrazić, że stłamsimy protesty dziesiątek, a nawet setek milionów ludzi, ale zajęcie się garstką najbogatszych wykracza poza nasze wyobrażenia.
Gdybyśmy byli ze sobą szczerzy, to przynajmniej nazwalibyśmy problem po imieniu. Mówilibyśmy wprost, że miliarderzy mają ogromne wpływy polityczne. Że prawicowe think tanki – sowicie opłacane przez ludzi pokroju braci Koch – kształtują nasze społeczeństwa. Że Bank Światowy nie jest bezstronną placówką naukową, lecz instytucją polityczną sterowaną przez takie kraje jak Stany Zjednoczone. Zamiast tego wolimy chować się za prawami ekonomii i robić ludziom wodę z mózgu. Ględzimy o wartości pracy i o tym, że każdy, kto się postara, ma szansę dostać się na szczyt.
Pierwszym krokiem do zmiany rzeczywistości jest jej szczery opis. Żyjemy w świecie, w którym władza polityczna ma ogromne znaczenie. Nie dają jej tylko zwycięstwa w wyborach, ale także pieniądze. To drugie rozwiązanie jest nawet korzystniejsze dla osób u sterów, ponieważ władza dana w wyborach zazwyczaj podlega przynajmniej minimalnej kontroli społecznej. Władza, którą zapewniają pieniądze, jest często zakryta przed opinią publiczną. Jednym ze sposobów na jej ukrywanie jest bezrefleksyjne posługiwanie się językiem ekonomii tam, gdzie potrzeba również języka czułego na relacje władzy. Uważajmy na nasze słowa, bo mają one moc ukrywania ludzi i instytucji rządzących naszym światem.
dr Tomasz S. Markiewka
przez Jan Przybylski | wtorek 22 stycznia 2019 | opinie
Upłynął kolejny rok dzielący świat od przewidywanej przez korporację RAND na połowę przyszłej dekady wojny o globalną hegemonię między Stanami Zjednoczonymi a aspirującymi Chinami. Z całą pewnością można powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze – wojna nie wybuchła. Po drugie – Chiny utrzymują światowy prymat pod względem PKB w jednostkach przeliczeniowych (najwyższą wartość nominalną mają Stany Zjednoczone). Wzrost gospodarczy ChRL odrobinę zwalnia, są to jednak różnice rzędu dziesiątych części procenta, wynosząc tak czy inaczej co najmniej 6,5%. Imponuje również rozwój chińskiego potencjału militarnego. W roku 2018 zwodowano tam aż sześć niszczycieli, w tym trzy bardzo dużego i silnie uzbrojonego typu 055; dla porównania – w Stanach Zjednoczonych zwodowano dwa niszczyciele. W budowie znajdują się trzy chińskie lotniskowce, które dołączą do jednego eksperymentalno-szkolnego i pierwszego będącego jednostką stricte bojową, który wejdzie do służby w bieżącym roku. Z drugiej strony, Amerykanie nie zasypiają gruszek w popiele – zatwierdzony na rok 2019 wydatki na zbrojenia wyniosą rekordowe 716 miliardów dolarów. Jawne i niejawne wydatki Chin są szacowane na „jedynie” nieco ponad 200 miliardów dolarów.
W dziedzinie stosunków między mocarstwami miniony rok był bogaty w wydarzenia. W połowie czerwca amerykańska administracja rozpoczęła proces nakładania karnych ceł na produkty importowane z Chin, motywując podejmowane decyzje dążeniem do zmniejszenia własnego deficytu handlowego w stosunkach bilateralnych, który w roku 2017 wyniósł 375 miliardów dolarów. Nałożone w czerwcu cła objęły import o wartości 50 miliardów dolarów, we wrześniu – 200 miliardów. Chiny z kolei nałożyły cła odwetowe na import ze Stanów Zjednoczonych o wartości 60 miliardów dolarów. Stan ten jest zasadnie określany wojną handlową, jednak na początku grudnia na jej froncie nastał przynajmniej czasowy rozejm. Strony zgodziły się na zawieszenie w związku z prowadzonymi negocjacjami zapowiadanej na pierwszy dzień roku 2019 aż 2,5-krotnej podwyżki pierwotnie nałożonych stawek o 90 dni.
W ramach ustępstw Chiny zgodziły się na zakup w USA znaczącej ilości produktów rolnych, w tym niesprowadzanego stamtąd od 17 lat ryżu. Wydaje się jednak, że większe szanse spełnienia ma scenariusz zaostrzania się konfrontacji. Wskazywać na to może choćby zimnowojenne w duchu, pełne bardzo ostrych i kategorycznych ocen polityki Chin przemówienie wiceprezydenta Mike’a Pence’a, wygłoszone na początku października.
Rywalizacja między mocarstwami ma wpływ również na inne kraje. W minionym roku większą inicjatywę wykazywały Stany Zjednoczone – najbardziej spektakularnym jej przejawem było spotkanie Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem. Przyniosło ono porozumienie dające pewne nadzieje na uspokojenie Korei Północnej przez jej denuklearyzację, utrudniające Chinom domniemane wykorzystywanie „szalonego” sąsiada do testowania polityki Amerykanów i ich sojuszników, pozwalające skoncentrować się tym ostatnim na rywalizacji z Pekinem. W tej dziedzinie pewnym symbolem staje się zapowiadany powrót Japonii do klubu posiadaczy lotniskowców, który opuściła po roku 1945. Mimo poprawnych politycznie nazw dwie jednostki typu „Izumo” będą przenosić samoloty F-35B.
Kluczowym elementem globalnej układanki wydaje się jednak być Rosja. Obecnie pozostaje w aliansie z Chinami, który jednak nie jest oparty ani na zaufaniu (Pekin pamięta szokującą woltę Moskwy po 11 września 2001, która spowodowała wpuszczenie oddziałów amerykańskich do zdominowanej przez Rosję Azji Środkowej, tuż przy miękkim podbrzuszu Chin), ani na równowadze relacji, które są zdominowane przez bezapelacyjną przewagę ekonomiczną Chińczyków i wyczerpywanie się możliwości Rosji jako strategicznego dostawcy technologii militarnych. Grudzień przyniósł ważny głos Pata Buchanana, stwierdzającego wprost, że Stany Zjednoczone nie są w stanie rywalizować jednocześnie z dwoma wielkimi przeciwnikami, oraz że zasadniczym wrogiem jest Pekin i wzywającego do powtórzenia wobec Moskwy manewru dokonanego przez Richarda Nixona w latach 70. Zapowiedzią skracania frontów może być ogłoszenie przez prezydenta Trumpa wbrew współpracownikom wycofania wojsk amerykańskich z Syrii (co prawda wydłużonego wobec pierwotnych zamiarów) i widoczne dążenie do poprawy stosunków z Turcją, od 2015 co najmniej problematycznym aliantem.
Chińska aktywność zagraniczna była mniej spektakularna. Jak się wydaje, sztandarowy dla przezwyciężenia morskiej dominacji Stanów Zjednoczonych projekt Nowego Jedwabnego Szlaku napotyka znaczące opory. W Malezji zablokowane zostały wielkie chińskie projekty infrastrukturalne, problemy występują w Mjanmie i Pakistanie. Wiążą się one z hegemonicznym, niekorzystnym dla gospodarek mniejszych partnerów modelem stosunków ekonomicznych forsowanych przez Pekin. Nie widać również atrakcyjnej chińskiej oferty dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Wydaje się, że opracowanie takowej przez Chiny, przyzwyczajone raczej do charakteru relacji sprawdzającego się w ubogich krajach Afryki czy Ameryki Południowej, będzie musiało wiązać się z czasochłonnymi zmianami mentalnymi. Utrudniona będzie również ekspansja gospodarcza Chin w Europie Zachodniej – w grudniu rząd Niemiec zmienił rozporządzenie do ustawy o stosunkach gospodarczych z zagranicą, w sposób zwiększający możliwość wetowania przejęć niemieckich firm przez inwestorów spoza UE. Prawo to jest nieoficjalnie określane jednoznacznie jako „Lex China”.
Znaczące zmiany zachodzą za to w polityce wewnętrznej Chin. Xi Jinping faktycznie zdemontował wprowadzony jeszcze przez Deng Xiaopinga system władzy rozproszonej między kilka ośrodków – sekretarza generalnego KPCh będącego jednocześnie Przewodniczącym ChRL, premiera i Biuro Polityczne. Xi autoryzując masowe kampanie przeciwko urzędnikom szczebli od niskiego po najwyższy, oparte na zarzutach korupcyjnych, wyeliminował konkurencję i doprowadził do powstania własnej personalnej władzy, niespotykanej od czasów Mao. Obok partii kontroluje jako przewodniczący Centralnej Komisji Wojskowej armię, a jako szef rozlicznych grup roboczych zajmujących się wszystkimi kluczowymi sprawami – całość polityki państwa. W ubiegłym roku przeforsował zniesienie konstytucyjnego limitu liczby kadencji szefa partii i państwa, co daje mu władzę de facto nieograniczoną czasowo przez względy inne niż biologiczne.
Polityka ta jest określana jako problematyczna wewnętrznie – dla ogromnego aparatu biurokratycznego marchewkę zastąpił kij i strach przez czystkami. W stosunkach zewnętrznych jest ambiwalentna. W warunkach globalnej konfrontacji jednolite, skoncentrowane przywództwo może być atutem. Może jednak też zmniejszać elastyczność reagowania i zdolność absorpcji zderzeń poniżej progu eskalacji konfliktu – skoro jeden włada wszystkim i za wszystko odpowiada, może być ze względów wizerunkowych bardziej nieustępliwy.
Do sprawdzenia sensu przepowiedni o nowej wojnie światowej pozostało jeszcze około sześciu lat. Do tego czasu prorocy będą ją głosić niezmordowanie – wszak na tej melodii budują swoją obecność w przestrzeni publicznej, a nawet spektakularne kariery. Wyjaśnienie sytuacji spowoduje sformułowanie funkcjonujących rzekomo jako żelazne konieczności ciągów przyczynowo-skutkowych, prowadzących „nieuchronnie” do takiego a nie innego wyniku. Zdarzenia wychodzące poza ciągi będą pomijane jako nieistotne dla ostatecznego rezultatu, interpretowane jako wybiegi czy inicjatywy z góry skazane na niepowodzenie. Kwestie znormalizowane przez głównych graczy i traktowane co do zasady jako neutralne i niekoniecznie stanowiące kluczowe zagrożenie zostaną z kolei zabsolutyzowane i uznane za najważniejsze przyczyny. Taka nauka wynika ze znakomitej książki „Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914” Christophera Clarka, opisującej drogę do wojny, która jest przyjmowana jako jeden z modeli starcia amerykańsko-chińskiego. Nie ma podstaw, aby przyjąć, że za kilka lat narracje będą inne – w zależności od biegu wypadków w narracjach jako nieistotne będą traktowane albo zaostrzenia, albo odprężenia.
A sprawa polska? Niestety, dyplomacja naszego kraju wydaje się być najdalsza od zdolności osiągania zysków dzięki umiejętnemu balansowaniu między głównymi graczami, względnie handlowi wymiennemu związanemu z postawieniem na któregoś z nich. Z jednej strony polityka zagraniczna Polski wpada w ogromne turbulencje w związku ze sprawami najwyżej trzeciorzędnymi. Z drugiej – stosunki ze Stanami Zjednoczonymi są zdominowane przez czczy serwilizm, wydatnie wspomagany przez lobbystów ulokowanych w krajowych ośrodkach władzy. W tej sytuacji bardzo trudno o korzyści, a niezwykle łatwo o niebezpieczeństwa.
dr Jan Przybylski
przez Remigiusz Okraska | niedziela 20 stycznia 2019 | edytorial, Kwartalnik, Zima 2018
Nie jest łatwo przyznać się do kiepskiej kondycji czy porażki. To dyskomfort, śmieszność, wstyd, wytykanie palcami. Znacznie lepiej wyglądają sukces i rozkwit, nawet jeśli ogłaszane na wyrost, realizowane na kredyt lub przybierające postać przerostu formy nad treścią. Dlatego z takim trudem przychodzi nam postawienie diagnozy, wedle której Polska nie jest wcale „Zachodem”, lecz peryferiami europejskimi i zachodnimi, wcale niekoniecznie z własnej woli i winy. Podobnie rzecz ma się w odniesieniu do sytuacji wewnętrznej – chętnie opiewamy rozwój i skok cywilizacyjny zamożnych nielicznych metropolii, ale rzadko przebija się do debaty publicznej, w formie innej niż przykład jednostkowy czy ciekawostka, temat problemów i zapaści tego, co umownie nazywamy Polską B. Czyli peryferii, tym razem krajowych.
Czy w środku dnia nastanie noc, jeśli zamkniemy oczy? Oczywiście, że nie. Podobnie dzieje się z mitami o polskim doganianiu Europy czy rozkwicie kraju jak on długi i szeroki. Jesteśmy pogrążeni w szeregu problemów, a zamiast zamykania na nie oczu – proponujemy skierowanie tam reflektora. Tak czynimy w niniejszym numerze „Nowego Obywatela”. Obszerna rozmowa z Krzysztofem Jasieckim dotyczy peryferyjnego charakteru Polski na mapie świata i Europy oraz skutków tego stanu rzeczy. Nie ma tu łatwych diagnoz i recept, jest za to sporo łamigłówek i trudnych pytań dla zwolenników różnych opcji politycznych i światopoglądowych. Z kolei wywiad z Przemysławem Śleszyńskim uświadamia, jak duże i poważne są wewnętrzne nierówności rozwojowe oraz czym w przyszłości wcale nieodległej grozi zapaść Polski peryferyjnej, lokalnej, mniejszej i słabszej.
Czy jest alternatywa? Nie obiecujemy łatwych rozwiązań i recept. W obu rozmowach wskazujemy pewne możliwości i pomysły. Towarzyszą im dwa duże teksty poświęcone Europie. Nasi autorzy – Marcin Malinowski i Krzysztof Mroczkowski – przekonują, że w dzisiejszym chaotycznym i niepewnym świecie nasze miejsce jest w Europie i Unii Europejskiej. Ale niekoniecznie takiej, która dla sponiewieranej Grecji ma tylko wciąż więcej „cięć budżetowych”, a kondycję wspólnoty podporządkowuje interesom gospodarczym najsilniejszego państwa. Europa musi być nie tylko realną wspólnotą, troszczącą się o słabszych, o własne peryferie, ale także w skali świata powinna zaproponować polityczną i etyczną alternatywę wobec wojny wszystkich ze wszystkimi.
Szerszej refleksji cywilizacyjnej poświęciliśmy w tym numerze wyjątkowo wiele uwagi. Jarosław Tomasiewicz pisze o wyniszczającej wojnie polsko-polskiej, Monika Kostera i Jerzy Kociatkiewicz dają odpór straszeniu nas robotami i automatyzacją, a Łukasz Moll przypomina mało znane czarne karty ideologii liberalnej. Nie zaniedbujemy także oczywiście spraw bardziej przyziemnych i doraźnych – m.in. sytuacji w służbie zdrowia czy troski o przyszłość systemu emerytalnego – ale ten numer naszego pisma kieruje uwagę odbiorców ku wyzwaniom naprawdę potężnym i długofalowym.
To oczywiście nie wszystko, co znajdziecie w bieżącym wydaniu „Nowego Obywatela”. Zapraszam do lektury!
Remigiusz Okraska
przez Piotr Wójcik | czwartek 17 stycznia 2019 | gospodarka społeczna, opinie
Od początku rządów PiS mało jest tematów równie mocno rozgrzewających emocje, jak uruchomienie programu „Rodzina 500+”. W krajach Europy Zachodniej zapewne nieźle by się zdziwili, że zwykły program polityki społecznej, wart jakieś 6 miliardów euro, może budzić aż tak gigantyczne kontrowersje w kraju tego samego kontynentu. Jednak w polskich warunkach program ten był tak wielką rewolucją, nie tylko materialną, ale bardziej nawet mentalną, że głowę tracili profesorowie uniwersytetów, opowiadając w mediach przeróżne bzdury. Według profesora Mikołejki matki zostały przekupione przez PiS, czego ma dowodzić 54-procentowe poparcie dla partii rządzącej wśród kobiet w wieku rozrodczym. Kilka lat wcześniej filozof ten pisał w „Wysokich Obcasach”, że „kariery polskich kobiet związane są bardzo często z macicą”, więc teraz musi mu być zapewne bardzo przykro, że wprowadzono stypendium dla tego rodzaju kariery. Polki zbijają niewyobrażalne kokosy na rodzeniu dzieci, a skromny profesor musi na to patrzeć i jeszcze za to płacić.
Mówienie bzdur na wyścigi
Inny wspaniały okaz polskiej elity akademickiej, prof. Andrzej Rzońca, główny ekonomista PO, twierdził w 2016 r., że realizacja obietnic PiS doprowadzi do 100-miliardowego deficytu budżetowego w 2018 roku. Prawdziwy deficyt AD 2018 będzie jakieś pięć razy mniejszy, więc liberał Rzońca powinien dziękować losowi, że pracuje na publicznej uczelni, bo w prywatnej firmie już dawno dostałby zwolnienie za tak „dokładne” analizy.
Wydawało się, że w ostatnim czasie liberałowie nieco zmądrzeli i pogodzili się z faktem, że ich opinie dotyczące „500+” to były zwykłe dyrdymały. W ostatnim czasie nagle jednak temat „500+” powrócił po wypowiedziach posła PO Jana Grabca, który stwierdził, że odbieranie świadczenia trwale bezrobotnym mogłoby być dobrym pomysłem. Poseł Grabiec chciał się zachować bardzo chrześcijańsku, według biblijnej maksymy „tym, którzy nie mają, będzie odebrane nawet to, co mają”. Skoro ktoś nie ma dochodów z pracy, to trzeba go jeszcze bardziej pognębić, może wtedy zmądrzeje. Jak widać, w liberalnym centrum głęboko zakorzenione jest przeświadczenie, że 1500 zł na trójkę dzieci daje ubogim rodzinom niespotykane możliwości życiowe. Co ciekawe, reprezentanci liberalnego centrum najczęściej żyją za znacznie większe pieniądze, a mimo to wciąż płaczą, że państwo im coś odbiera. Inaczej mówiąc, 1500 zł dla 5-osobowej rodziny to prawdziwy high life i życie jak w Madrycie, ale 10 tys. zł dla trzyosobowej rodziny to już jest bieda z nędzą.
Skoro temat „500+” powrócił na tapetę, warto sprawdzić, jak się mają liberalne mity do rzeczywistości. Przypomnijmy, że według przeciwników świadczenia, miało ono doprowadzić do spadku aktywności zawodowej kobiet, katastrofy budżetowej, a nawet wpędzić dolne grupy decylowe w krąg ubóstwa. Tymczasem wpływ na dzietność Polek i Polaków miał mieć on żaden. Poza tym program ten ma być wybitnie niesprawiedliwy dla samotnych rodziców, gdyż wyklucza ich z świadczenia już na pierwsze dziecko. Trzeba przyznać, że liberałowie dokonali niezwykłego wyczynu, gdyż dokładnie żadne z ich założeń się nie sprawdziło.
Dzietność w górę, ubóstwo w dół
Z wyżej wymienionych obszarów najlepiej zacząć od dzietności – w końcu „500+” to program prorodzinny. Oczywiście rząd często zastrzega, że aspekt socjalny jest równie istotny, co demograficzny, ale brak kryterium dochodowego na drugie i kolejne dziecko wskazuje, że to demografia w większej mierze skłoniła rządzących do uruchomienia programu, a nie ubóstwo. W 2015 roku polski wskaźnik dzietności wynosił 1,32, co było przedostatnim wynikiem w UE. Minimalnie gorzej było jedynie w Portugalii. Już w 2016, pierwszym niepełnym roku funkcjonowania programu, wskaźnik dzietności nad Wisłą wzrósł do 1,39, co pozwoliło nam wyprzedzić jeszcze Włochy, Hiszpanię, Grecję, Cypr i Maltę. Według danych GUS, w 2017 r. wskaźnik dzietności znów wzrósł, tym razem do 1,45, co według danych z 2016 pozwoliłoby nam wyprzedzić jeszcze Chorwację i Luksemburg (zbiorczych danych za 2017 dla całej UE Eurostat jeszcze nie podaje).
Zatem pod względem wskaźnika dzietności w dwa lata wyrwaliśmy się z samego dna UE i ulokowaliśmy się nieco bliżej środka (19 miejsce na 27 krajów, czyli bez Wielkiej Brytanii). Co więcej, ten wzrost był bez wątpienia zasługą „500+”, bo według komunikatu GUS za wzrost liczby urodzeń w 2017 r. odpowiadały przede wszystkie drugie, trzecie i kolejne urodzenia w rodzinie. A to właśnie na drugie i kolejne dzieci przysługuje świadczenie. Oczywiście 1,45 to wciąż sporo poniżej poziomu niezbędnego do pełnej reprodukcji pokoleń, jednak jak na dwa lata to wynik przynajmniej przyzwoity.
Skoro „500+” ma także charakter socjalny, to rozliczać go trzeba również z zasięgu ubóstwa w Polsce. Jest to tym łatwiejsze, że wpływ „500+” na ubóstwo widać dużo szybciej, w przeciwieństwie do dzietności. Ubóstwo mierzy się poziomem wydatków gospodarstw domowych, więc dodatkowe dochody powinny się szybko przełożyć na ich wydatki. Oczywiście też nie od razu, bo wiele rodzin do tej pory żyjących z dnia na dzień może zechcieć wykorzystać świadczenie na przykład na zbudowanie sobie poduszki bezpieczeństwa na przyszłość. Spadek ubóstwa od roku 2015 jest bardzo duży. Już w 2016 roku zasięg ubóstwa skrajnego (odsetek gospodarstw domowych żyjących poniżej minimum egzystencji) spadł z 6,5 proc. do 4,9 proc. Inaczej mówiąc, w zaledwie rok Polska ograniczyła zasięg skrajnego ubóstwa o jedną czwartą. Nigdy wcześniej nie zanotowaliśmy takiego spadku. Od 2008 do 2014 zasięg skrajnego ubóstwa nieustannie rósł, pomimo wzrostu gospodarczego, a w 2015 r. po raz pierwszy spadł, ale tylko o 12 proc. (z 7,4 do 6,5 proc.). Tak znaczący jednoroczny spadek, jaki miał miejsce w 2016, w oczywisty sposób musi być związany z uruchomieniem dużego jak na Polskę programu społecznego. W 2017 roku zanotowaliśmy kolejny spadek skrajnego ubóstwa, teraz już jednak mniejszy, do 4,3 proc.
Związek „500+” z ograniczeniem zasięgu ubóstwa jest jeszcze bardziej oczywisty, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że wśród małżeństw najbardziej spadło ubóstwo w rodzinach z dwójką lub więcej dzieci. Ale, co ciekawe, najbardziej spadło ubóstwo wśród… samotnych rodziców. W latach 2015-2017 r. zasięg ubóstwa wśród singli z dziećmi spadł z 6,5 do 2,5 proc., czyli o prawie dwie trzecie. Tymczasem według liberalnych mitów, to właśnie samotni rodzice są szczególnie poszkodowani „500+”. Jak to wygląda na tle Europy? Eurostat podaje poziom zagrożenia ubóstwem, który jest siłą rzeczy wyższy. W latach 2015-2017 odsetek Polek i Polaków zagrożonych ubóstwem spadł z 23,4 proc. do 19,5 proc. Był to… najwyższy spadek ze wszystkich krajów UE. Jeszcze w 2015 r. poziom zagrożenia ubóstwem w Polsce był bliski średniej UE, obecnie jest już niższy od niej o 3 pkt. procentowe.
Marchewka zamiast kija
Spadek ubóstwa w Polsce i wzrost dochodów najuboższych gospodarstw domowych wpłynął na wyraźne ograniczenie polskich nierówności. Już w 2016 r. wskaźnik Giniego spadł nad Wisłą z 30,6 do 29,8. Oczywiście również był to największy jednoroczny spadek nierówności dochodowych w III RP – trudno uznać to za przypadek. W ubiegłym roku Gini znów spadł, tym razem do 29,2. Średnia unijna jest o ponad punkt wyższa. Obecne nierówności w Polsce liczone wskaźnikiem Giniego są na poziomie Francji i Niemiec. Co ciekawe, na horyzoncie widać już Szwecję (Gini 28), choć to przede wszystkim efekt tego, że szwedzkie nierówności bardzo szybko w ostatnich latach rosną. Niestety Szwecja przestała już być egalitarnym rajem i pod tym względem wyprzedzają ją nie tylko najbardziej egalitarne w Europie kraje słowiańskie (Czechy, Słowacja i Słowenia) oraz pozostałe kraje nordyckie, ale nawet kraje Beneluksu i Austria.
Spadek nierówności widać także w pozostałych wskaźnikach. Pokazuje to chociażby podawany przez GUS dochód rozporządzalny gospodarstw domowych z podziałem na grupy kwintylowe. Dochód rozporządzalny rodzin należących do 20 proc. najuboższych wzrósł w okresie 2015-2017 o prawie połowę (z 457 zł na głowę do 655 zł), tymczasem dochód górnych 20 proc. wzrósł jedynie o 9 procent (z 2824 zł do 3084 zł). Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że poziom nierówności jest obecnie w Polsce satysfakcjonujący – jednak wpływ „500+” na wyraźny spadek nierówności jest niezaprzeczalny. Bo trudno to uznać za zbieg okoliczności.
„500+” miało też doprowadzić do spadku aktywności zawodowej kobiet. Program ruszył w kwietniu 2016 r. W drugim kwartale 2016 r. aktywność zawodowa kobiet powyżej 15. roku życia wynosiła 48,4 proc. Na koniec drugiego kwartału 2018 roku wyniosła 48,8 proc. Aktywność kobiet zatem nie tylko nie spadła, ale nawet wzrosła bardziej niż u mężczyzn (u nich wzrost z 64,7 do 64,9). A przecież oprócz „500+” obniżono wiek emerytalny kobiet do 60. roku życia. Według Eurostatu aktywność zawodowa kobiet w wieku produkcyjnym (15-64 lata) w latach 2015-2017 wzrosła z 61,4 do 62,6, czyli rosła nawet troszkę szybciej niż średnia unijna. Oczywiście aktywność zawodowa kobiet w Polsce wciąż jest zbyt niska (średnia UE to 67,8 proc.), ale to efekt wieloletnich zaniedbań w polityce społecznej (np. dopiero od niedawna szybko rośnie liczba miejsc w żłobkach), a nie „500+”. Dość powiedzieć, że jeszcze w 2008 roku aktywność zawodowa Polek w wieku produkcyjnym wynosiła zaledwie 57 procent…
Zresztą najświeższe dane pokazują, że Polki i Polacy coraz częściej decydują się wracać na rynek pracy. W III kwartale 2018 roku równocześnie wzrosło nieco bezrobocie, z 3,6 proc. do 3,8 proc., oraz aktywność zawodowa, z 56,5 do 56,8 proc. Wzrost bezrobocia wynika nie z utraty pracy przez zatrudnionych, lecz z powrotu na rynek pracy osób wcześniej biernych zawodowo, które decydują się znów zarejestrować w UP. Jak widać, biernych zawodowo Polaków nie trzeba koniecznie brać głodem, jak marzy sobie poseł Grabiec – gdy warunki na rynku pracy się poprawiają, sami decydują się na niego wrócić.
Zmiana mentalna
A jak się sprawdziły przewidywania liberałów dotyczące katastrofy budżetowej i drugiej Grecji? Tak samo jak pozostałe. W 2015 roku dług publiczny w Polsce wynosił 51,3 proc. PKB. Na koniec 2017 roku wyniósł 50,6 proc. Czyli zamiast katastrofy mamy ograniczenie polskiego zadłużenia. Wynika to głównie z szybkiego wzrostu gospodarczego, napędzanego w dużej mierze konsumpcją. Sprawdziły się teorie, według których działania propopytowe po pewnym czasie same się zwracają, gdyż napędzają gospodarkę. Oczywiście teorie te w liberalnym centrum to zwykłe herezje. Według zapowiedzi Ministerstwa Finansów, deficyt w 2018 roku wyniesie jedynie połowę zakładanego, czyli ok. 20 mld zł. Przypomnijmy, że prof. Rzońca „oszacował” go na 100 miliardów. Przy 5-procentowym wzroście gospodarczym oznacza to, że dług publiczny w Polsce znów spadnie, tym razem już poniżej 50 proc.
Program „Rodzina 500+” oczywiście nie jest pozbawiony wad. Przede wszystkim należałoby zmodyfikować próg dochodowy na pierwsze dziecko tak, by po jego przekroczeniu traciło się jedynie część świadczenia odpowiadającą tej nadwyżce, a nie całość (tzw. złotówka za złotówkę). Poza tym w przyszłości należałoby rozszerzyć go na wszystkie dzieci, także te pierwsze w rodzinie. Nie zmienia to faktu, że dotychczasowe jego rezultaty są więcej niż satysfakcjonujące – ograniczył on ubóstwo oraz nierówności, a także pozytywnie wpłynął na wskaźnik dzietności. No i przede wszystkim przyzwyczaił polskie społeczeństwo do tego, że państwo prowadzi aktywną politykę społeczną. A to być może jego największa zaleta, bo będzie procentować w przyszłości kolejnymi programami. To także dzięki realnym efektom „500+” przychylności polskich wyborców nie będzie można już sobie łatwo zapewnić dyrdymałami o odchudzaniu państwa – teraz trzeba będzie im pokazać, że ma się pomysł na rozwiązywanie problemów społecznych.
Piotr Wójcik
przez Silvia Federici | niedziela 13 stycznia 2019 | opinie
W szesnastowiecznej Europie polowanie na czarownice to była walka klas prowadzona przez elitę.
Polowania na czarownice rzadko pojawiają się w historii proletariatu. Do dziś są jednym z najmniej rozpoznanych wydarzeń w historii Europy, czy raczej świata, bo przecież zarzutu o czczenie diabła używali misjonarze i konkwistadorzy w Nowym Świecie jako narzędzia podboju miejscowej ludności. Fakt, że w Europie ofiarami polowań były głównie chłopki, może tłumaczyć dotychczasową obojętność historyków względem tego ludobójstwa, obojętność graniczącą z współudziałem. Bo eliminacja czarownic z kart historii przyczyniła się do trywializowania ich fizycznej eliminacji na stosach. Sugerowano, że było to zjawisko o niewielkim znaczeniu, jeśli nie część folkloru.
Nawet ci, którzy badali polowania na czarownice (do niedawna prawie wyłącznie mężczyźni), byli zwykle godnymi następcami szesnastowiecznych demonologów. Nawet opłakując eksterminację czarownic, wielu wciąż opisywało je jako żałosne przygłupki cierpiące na halucynacje. To pozwalało przedstawiać prześladowania jako proces „terapii społecznej”, służący wzmocnieniu społecznej, sąsiedzkiej jedności lub opisywać je w terminach medycznych, jako „panikę”, „obłęd” czy „epidemię”, co usprawiedliwiało łowców czarownic i odpolityczniało ich zbrodnie.
Ruch feministyczny wcześnie odkrył, że setki tysięcy kobiet nie zostałyby zmasakrowane i poddane najokrutniejszym z tortur, jeśli nie stanowiłyby zagrożenia dla hierarchii władzy. Zdał sobie również sprawę, że wojna przeciw kobietom, prowadzona przez prawie dwa stulecia, była punktem zwrotnym w historii kobiet w Europie, „grzechem pierworodnym” w procesie ich społecznej degradacji, do którego musimy ciągle powracać, jeśli chcemy zrozumieć mizoginię, wciąż charakteryzującą praktykę instytucjonalną i relacje męsko-damskie.
Natomiast historycy marksistowscy, z niewieloma wyjątkami, nawet badając „przejście do kapitalizmu” skazywali polowania na czarownice na zapomnienie, jak gdyby były nieistotne dla historii walki klas. A przecież rozmiary masakry powinny wzbudzić wątpliwości: setki tysięcy kobiet zostało spalonych, powieszonych i torturowanych w ciągu niespełna dwóch stuleci.
Nie można też nie zauważyć, że polowania wystąpiły równocześnie z kolonizacją i eksterminacją ludności Nowego Świata, grodzeniami w Anglii, początkiem handlu niewolnikami, wprowadzeniem „karania krwią” włóczęgów i żebraków, a swój punkt kulminacyjny osiągnęły w interregnum między końcem feudalizmu a „startem” kapitalizmu, kiedy chłopstwo w Europie osiągnęło szczyt swojej potęgi, ale zaraz potem poniosło historyczną porażkę. Do tej pory jednak ten aspekt akumulacji pierwotnej pozostaje właściwie tajemnicą.
Czas palenia czarownic i państwowa inicjatywa
Czas uznać, że polowanie na czarownice było jednym z najważniejszych wydarzeń w rozwoju społeczeństwa kapitalistycznego i formowania nowoczesnego proletariatu. Rozpętanie kampanii terroru przeciw kobietom, nieporównywalne z jakimikolwiek innymi prześladowaniami, osłabiło opór europejskiego chłopstwa przeciw atakowi szlachty i państwa w czasie, kiedy społeczności chłopskie już rozpadały się pod połączonym ciężarem prywatyzacji ziemi, zwiększonego opodatkowania oraz rozszerzenia kontroli państwa na wszystkie aspekty życia społecznego.
Polowania na czarownice pogłębiły podziały między kobietami a mężczyznami, ucząc tych ostatnich strachu przed siłą kobiet, oraz zniszczyły wszechświat praktyk, wierzeń i podmiotów społecznych, których istnienie było niekompatybilne z kapitalistyczną dyscypliną pracy, redefiniując w ten sposób podstawowe elementy reprodukcji społecznej. Wbrew twierdzeniom propagowanym przez Oświecenie, polowania na czarownice nie były łabędzim śpiewem umierającego feudalizmu. Osiągnęły kulminację między rokiem 1580 a 1630, kiedy relacje feudalne ustępowały pola instytucjom ekonomicznym i politycznym typowym dla kapitalizmu kupieckiego. To w długim „Wieku Żelaza” płonęły stosy, a kraje często pozostające ze sobą w stanie wojny, niemalże w milczącym porozumieniu postawiły czarownice w stan oskarżenia i wystąpiły z inicjatywą prześladowań.
Zanim sąsiad oskarżył sąsiadkę, zanim całe społeczności objęła „panika”, prowadzono konsekwentną indoktrynację. Władze publicznie wyrażały lęk przed szerzeniem się czarów i podróżowały od wioski do wioski, by uczyć ludzi, jak rozpoznać czarownice. W niektórych przypadkach miały już gotowe listy nazwisk podejrzanych czarownic, grożąc karami tym, którzy chcieliby je ukrywać lub im pomóc.
Ale to juryści, urzędy i demonologowie, często ucieleśnieni w jednej osobie, najbardziej przyczynili się do prześladowań. To oni układali argumenty, odpowiadali na krytykę i dopracowali do perfekcji prawną machinę, która pod koniec XVI wieku nadała już zestandaryzowaną, niemalże biurokratyczną formę procesom, odpowiadając za podobieństwo zeznań ponad granicami. W swojej pracy mężowie prawa mogli liczyć na wsparcie najbardziej cenionych intelektualistów tamtych czasów, włącznie z tymi filozofami i naukowcami, którzy do dziś są hołubieni jako ojcowie nowoczesnego racjonalizmu.
Nie można mieć wątpliwości, że polowania na czarownice były potężną inicjatywą polityczną. Na polityczną naturę wskazuje również fakt, że narody katolickie
i protestanckie, prowadzące ze sobą wojnę we wszystkich innych obszarach, połączyły siły i argumenty w prześladowaniu czarownic. Dlatego nie jest przesadą twierdzenie, że polowania na czarownice były pierwszą wspólną płaszczyzną w polityce nowych europejskich państw narodowych, pierwszym, po schizmie Reformacji, przykładem europejskiej unifikacji.
Diabelskie wierzenia a zmiany w sposobie produkcji
Pierwszy wgląd w znaczenie europejskich polowań na czarownice znajdujemy w klasycznej pracy Michaela Taussiga z 1980 r. „The Devil and Commodity Fetishism in South America” („Diabeł i fetyszyzm towarowy w Ameryce Południowej”), gdzie autor stawia tezę, że diabelskie wierzenia rosną w siłę w tych okresach historycznych, w których jeden sposób produkcji zastępuje drugi. W takich okresach radykalnym zmianom podlegają nie tylko materialne warunki życia, ale i metafizyczne podstawy porządku społecznego – na przykład koncepcje tego, jak powstaje wartość, jak tworzy się życie i wzrost, co jest „naturalne”, a co przeciwne ustalonym zwyczajom i związkom społecznym.
Taussig rozwinął swoją teorię studiując wierzenia kolumbijskich robotników rolnych i boliwijskich górników pozyskujących cynę w czasach, kiedy w obu krajach pojawiały się relacje monetarne, które w oczach ludzi jawiły się jako śmiertelne, a nawet diaboliczne. Jednak, w przypadkach, które badał Taussig, to biedni stawiali na wiarę w diabła. Jego skojarzenie pomiędzy diabłem a formą towarową przypomina nam, że również w tle polowań na czarownice leżała ekspansja kapitalizmu rolnego, która wiązała się z obaleniem zwyczajowych praw i pierwszą falą inflacji w nowoczesnej Europie.
Te zjawiska prowadziły wyłącznie do wzrostu ubóstwa, głodu i migracji, przekazały również władzę w ręce nowej klasy „modernizatorów”, którzy ze strachem i obrzydzeniem patrzyli na wspólnotowe formy życia, typowe dla przedkapitalistycznej Europy. To z inicjatywy tej proto-kapitalistycznej klasy rozpoczęły się polowania na czarownice, które posłużyły jako broń do zniszczenia oporu wobec zmian społecznych i ekonomicznych.
Ekspansja kapitalizmu rolnego, ze wszystkimi tego konsekwencjami (rugowanie z ziemi, pogłębienie podziałów społecznych, zniszczenie kolektywnych form życia społecznego), była decydującym czynnikiem leżącym u podwalin polowań na czarownice. Dowodzi tego również fakt, że większość oskarżonych stanowiły biedne chłopki, dzierżawiące ziemię lub świadczące pracę najemną, podczas gdy oskarżający je byli bogatymi i poważanymi członkami społeczeństwa, często wynajmującymi im ziemię lub kupującymi ich pracę, a więc jednostkami, które były częścią lokalnych struktur władzy, często blisko powiązanymi z centrum państwa.
W Anglii czarownice były z reguły starszymi kobietami utrzymywanymi przez społeczność lub żebrzącymi o jedzenie, wino i mleko; jeśli były zamężne, ich mężowie pracowali za dniówki, jednak częściej były samotnie mieszkającymi wdowami. Ich bieda przebija się w zeznaniach z procesów. Diabeł ukazywał się im w ciężkich czasach, zapewniając, że od teraz „nie będą pożądać”, jednak pieniądze, które dawał im przy tych okazjach, szybko zmieniały się w popiół, co można powiązać z doświadczeniem powszechnej w tym czasie superinflacji.
Jeśli chodzi o diaboliczne zbrodnie czarownic, to wydają się niczym więcej niż walką klasową rozgrywającą się na poziomie wioski: „złe oko”, klątwa żebracza rzucana na tych, którzy odmawiali pomocy, niepłacenie czynszu, potrzeba wsparcia przez społeczność.
Polowanie na czarownice i bunt klasowy
Jak możemy zaobserwować na tych przykładach, polowania na czarownice wyrosły w środowisku, w którym „lepszy sort” żył w ciągłym strachu przed „klasami niższymi”, które z pewnością można było podejrzewać o gromadzenie złych myśli, skoro w tym czasie traciły wszystko, co miały. To, że ten strach został wyrażony w ataku na ludową magię, nie jest zaskakujące. Wojna z magią towarzyszy rozwojowi kapitalizmu od zawsze, aż do dziś. Magia opiera się na wierzeniu, że świat jest ożywiony, nieprzewidywalny, że moc istnieje we wszystkich przedmiotach, więc każde wydarzenie jest interpretowane jako manifestacja nadprzyrodzonej siły. To wierzenie musi zostać „odmagicznione” i nagięte do woli jednostki.
Magia była również przeszkodą w racjonalizacji procesu pracy oraz zagrożeniem dla ustanowienia zasady jednostkowej odpowiedzialności. Przede wszystkim – magia jest formą odmowy pracy, niesubordynacji i narzędziem oddolnego sprzeciwu wobec władzy. Świat musi zostać „odczarowany”, żeby mógł zostać zdominowany.
W XVI wieku atak na magię był już szeroko zakrojony, a kobiety stały się jego najbardziej prawdopodobnym celem. Nawet jeśli nie były czarownicami czy magiczkami, to wzywano je, żeby oznaczyły chore zwierzęta, wyleczyły sąsiadów, pomogły znaleźć zgubione lub skradzione przedmioty, wyposażyły w amulety i napoje miłosne, przepowiedziały przyszłość. I choć polowania na czarownice obrały za cel szeroki wachlarz kobiecych praktyk, to przede wszystkim te role – czarownic, uzdrowicielek, recytujących zaklęcia, wróżbiarek – stały się przyczyną prześladowań. Ich roszczenie do magicznej mocy podważało władzę urzędów i państwa, dawało biednym wiarę w możliwość wpływu na środowisko naturalne i społeczne oraz w szansę obalenia ustanowionego porządku.
Z drugiej strony wątpliwe jest, żeby sztuki magiczne, praktykowane przez kobiety od pokoleń, zostały rozdmuchane do rozmiarów demonicznego spisku, jeśli nie wystąpiłyby na tle intensywnego kryzysu i walk społecznych. Mowa o „wojnach chłopskich” przeciw prywatyzacji ziemi, włącznie z powstaniami przeciw grodzeniu w Anglii (w 1549, 1607, 1628 i 1631 roku), kiedy setki mężczyzn, kobiet i dzieci, uzbrojone w widły i łopaty, niszczyły płoty postawione wokół wspólnej ziemi i ogłaszały, że „od teraz nie musimy już pracować”. To kobiety często inicjowały i prowadziły te działania.
Prześladowania czarownic wyrosły na tym gruncie. Były walką klas, tylko prowadzoną innymi środkami.
Polowania na czarownice, polowania na kobiety i akumulacja pracy
Wydaje się prawdopodobne, że polowania na czarownice były, przynajmniej po części, próbą kryminalizacji kontroli urodzeń i umieszczenia kobiecego ciała, macicy, w służbie wzrostu urodzeń oraz produkcji i akumulacji siły roboczej. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki efekt wywarł na kobietach widok sąsiadek, przyjaciółek i krewnych spalonych na stosie, i uświadomienie sobie, że każda próba stosowania antykoncepcji może być zinterpretowana jako efekt diabelskiej deprawacji. Z tego punktu widzenia nie można mieć żadnych wątpliwości, że polowanie na czarownice pogrzebało metody, których kobiety używały w celu kontroli urodzeń, poprzez przedstawienie ich jako diabelskich forteli. Zinstytucjonalizowało również kontrolę państwa nad kobiecymi ciałami, co było pierwszym krokiem do poddania ich prymatowi reprodukcji siły roboczej. Były więc polowania na czarownice wojną przeciw kobietom, zaplanowaną próbą poniżenia i zdegradowania kobiet, zniszczenia ich siły społecznej.
Kiedy to zadanie zostało wykonane – kiedy dyscyplina społeczna została przywrócona, a klasy panujące skonsolidowały swoją hegemonię – procesy o czary zakończyły się. Wiara w czarostwo mogła nawet stać się obiektem drwin, okrzyczana przesądem i szybko wyparta z pamięci. To państwo rozpoczęło polowania na czarownice, więc to rządy podjęły inicjatywę na rzecz ich zakończenia.
Kiedy wywrotowy potencjał czarów został zniszczony, można było nawet pozwolić na praktykowanie magii. Po zakończeniu polowań na czarownice wiele kobiet wciąż utrzymywało się z przepowiadania przyszłości, sprzedaży uroków i praktykowania innych form magii. Ale władze nie były już zainteresowanie prześladowaniem za te praktyki, były skłonne raczej postrzegać je jako efekt niewiedzy lub zaburzeń wyobraźni.
Jednak widmo czarownic wciąż krążyło nad wyobraźnią klas panujących. W 1871 r. paryska burżuazja instynktownie powróciła do demonizowania kobiet komunardek, oskarżając je o zamiar podpalenia Paryża. Nie można mieć wątpliwości, że modele dla postaci z ponurych bajek i obrazów, które burżuazyjna prasa wykorzystała do stworzenia mitu Podpalaczek, zostały wyciągnięte bezpośrednio z repertuaru polowań na czarownice.
Silvia Federici
tłum. Mateusz Trzeciak
Tekst pierwotnie ukazał się w na stronie internetowej jacobinmag.com w październiku 2018 r. Jest on fragmentem książki „Witches, witchhunting and women”, która ukaże się w polskim przekładzie w 2019 r. w tłumaczeniu Michała Pospiszyla, Agnieszki Kowalczyk i Krzysztofa Króla.
przez Monika Kostera | środa 9 stycznia 2019 | opinie
Rozmowa z osobami „spoza bańki” ideologicznej jest trudna. W naszym kraju chyba trudniejsza, niż gdzie indziej. Jeśli nie poddamy się od razu i nie rozstaniemy w obrazie i płomieniach gniewu, to po jakimś czasie, być może, czeka nas bardzo dziwne poczucie – coś, co przypomina te sny, gdy stoimy z rozmówcą po dwóch stronach szklanej ściany i krzyczymy do siebie, ale nic nie słychać, bo ściana jest idealnie dźwiękoszczelna. Można nawet próbować się uśmiechnąć. Czasami uśmiech zostanie odwzajemniony. To bardzo miłe, ale też nie zmienia faktu podstawowego, jakim jest brak możliwości porozumienia. Takie poczucie – to wyobcowanie.
Wyobcowanie bierze się stąd, że brak nam tego, co ludzi wiąże w sposób umożliwiający komunikowanie się na poziomie naszego człowieczeństwa, poziomie kulturo- i strukturotwórczym. Brak nam wspólnego języka, w którym można by wyrazić ważne kwestie dotyczącego aktualnego kontekstu. Używamy słów, które nas dzielą, nie łączą, używamy określeń, które nie przystają do sytuacji. Nie możemy się dogadać. To nie dlatego, że wszyscy Polacy to ksenofobiczni prawacy. Nie dlatego, że młodzież jest rozwydrzona i kapryśna. Nie dlatego, że w Warszawie i wielkich miastach mieszkają wypasieni na sojowym latte lewacy zawracający wszystkim głowę wywodami o jakichś wydumanych żeńskich końcówkach. Nie mamy wspólnego języka, bo nie działa publiczna sfera odpowiedzialna za tworzenie go w formie będącej w stanie odzwierciedlić to, co dla obywateli najważniejsze, aktualne i zajmujące. Jak w koszmarnym śnie jesteśmy skazani na nieartykułowany wrzask, który czasami posługuje się słowami i wtedy są to słowa plugawe, złe, pełne agresji. Brak nam słów, które łączą i budują, metafor, obrazów, ideałów, które kuszą, wartości, które pobudzają do wspólnego działania.
Taki język powinny tworzyć media. Nasze media na ogół, w swej ogromnej masie, zajmują się raczej własnymi projektami – kultywują bańki, w których gromadzimy się i zbijamy razem w małe, odrębne gromadki. Często są to gromadki niezdolne do wspólnego twórczego działania, bo język baniek nie inspiruje, lecz zapewnia coś w rodzaju ciepła. Między nimi szaleje chaos coraz bardziej groźnego, niezrozumiałego świata. Tak to wygląda, mniej więcej. Dlatego właśnie każda obywatelka i każdy obywatel pragnący wyjść poza bańkę teraz lub w przyszłości powinien uznać za swój obowiązek wspierać niezależne media. Akcja finansowego wspierania „Nowego Obywatela” to jeden ze sposobów wywiązania się z tego obowiązku. Prenumerować, czytać, wspierać, podarować w prezencie wujkowi „Nowego Obywatela”, „Magazyn Kontakt”, „Tygodnik Powszechny”. Zaprosić niezależnego dziennikarza na piwo. Złapać za klawiaturę i napisać tekst.
Tak, wiem, że to ostatnie jest trudne. Bardzo trudne. Pisać jest ciężko, nie każdemu dane jest pióro lekkie, zwinne, sprężyste. Ja, na przykład, mam bardzo ciężkie pióro, jak większość naukowców. Każdy ze swoich tutejszych felietonów pisałam długo, po kawałku, wracałam i zmieniałam, przerabiałam i wymyślałam na nowo. Każdy zajmował mi właściwie bity miesiąc i wiem, że efekt jest daleki od dziennikarskiej lekkości i lotności. Piszę tak jak piszę, inaczej nie umiem. Ale też piszę to, co piszę i nie umiem inaczej.
Nie jestem w tym osamotniona. Ba, jeśli chodzi o udrękę pisania, to jestem w świetnym towarzystwie (z efektami niestety już nie, ale trzeba być wdzięcznym za dobrą kompanię tam, gdzie się przytrafia). „Gdybym wiedział, skąd biorą się dobre pieśni, chodziłbym tam częściej” – powiedział Leonard Cohen. „Bycie twórcą to trochę tak jak bycie zakonnicą – jest się zaślubionym tajemnicy”. Podobnie uważała pisarka Ursula Le Guin. Pisanie to ciężka fizyczna praca, do wykonania której niezbędne są żywotność, cierpliwość i dyscyplina. Dobre dzieło jest darem i przychodzi wtedy, kiedy chce, jeśli szanuje się tajemnicę i trud jego narodzenia. Czytanie i pisanie, według Le Guin, nie są czynnościami programowalnymi i wyraźnie osadzonymi w miejscu i czasie, ale uczestnictwem w czymś poza ich granicami, w przestrzeni, która ma swoje własne rytmy i swoje prawa. Z podobnym szacunkiem o twórczym pisaniu mówili poeci właściwie od zawsze, między innymi wielki wizjoner epoki romantyzmu William Blake i współczesna twórczyni Patti Smith.
W taki sposób piszą czasami też mniej uduchowieni pisarze – pisarze naukowi. Szwedzki socjolog Stefan Svallfors poświęcił pisaniu swoją najnowszą książkę „Forskningens mörker” (Mroki badań naukowych). Aby napisać tekst naukowy, trzeba wejść w najmroczniejszą przestrzeń ducha: niepewności, gniewu, lęku, walki z własnymi ograniczeniami aż do samo-nienawiści. Gdy pisze się coś, czego jeszcze nie ma, nie istnieją łatwe ścieżki ani oczywiste kreacje. Trzeba czasami wbić się w nieracjonalność, zaufać własnej słabości, po omacku zmagać się z pojęciami, które nie wiadomo w co się ułożą – i czy w ogóle to zrobią. Naukowiec, tak samo jak poeta, jak pisarz, choć z mniej pięknym skutkiem, chwyta gołymi rękami chaos za gardło. Jak pisze Svallfors, pisarz naukowy musi nauczyć się być wystarczająco obsesyjnym, osiągać odpowiedni poziom przerażenia, poczuć właściwą dozę panicznego poszukiwania wyrazu tego, co niewyrażone. Często nie wychodzi nic, czasami coś, z rzadka – to, co trzeba, by pogłębić zrozumienie świata.
Wszystkie te próby, podejmowane szczerze, są potrzebne. W nauce rozumianej jako instytucja społeczna sukcesem nie jest Noblista. Sukcesem jest środowisko, w którym jedni chybią, inni trafią, ale wiele osób próbuje i czasami osiągają pozytywny rezultat w wyniku tej szalonej walki z chaosem. Z rzadka jest to rezultat doceniony, wyróżniony nagrodą. W takim ujęciu uroczystości noblowskie to święto nas wszystkich, szarych naukowych mrówek w naszych szarych mrowiskach. Taka praca jest przede wszystkim trudna, ale także cudownie satysfakcjonująca, choć nie na żadnym oczywistym i prostym poziomie. Idzie na nią dużo energii. Pisanie o nauce do mediów to z kolei inna działalność, która nie zawsze z naukową obsesyjnością idzie w parze. Nauka absorbuje, ciężko dzielić czas i uwagę między nią a coś innego. A popularyzacja nauki lub pisanie felietonów wymagają innych umiejętności, innego warsztatu. I tak na przykład amerykański pisarz i biochemik Isaac Asimov świetnie pisał o nauce, ale wielkim naukowcem nie był. Wiele i wielu z nas widzi, że brakuje im do tego talentu, że ich pióro jest, jak moje, ciężkie i toporne. A gdy próbujemy, to po to, by dorzucić się do tworzenia wspólnego sensownego języka. Podać cegłę. Budujemy.
Budujemy na obrzeżach, bo tam jest przestrzeń do takich działań. Centrum od dawna się zamknęło, bywało chwilami naprawdę szczelne na treści odmienne od wąsko określonego przekazu. Wiem coś o tym, bo od dość dawna próbowałam zabrać głos w mediach na tematy, które uważam za istotne. Bywało, że kontaktowali się ze mną dziennikarze z dużych pism. Mówiłam lub pisałam to, co wiem o różnych zjawiskach zarządzania, na przykład o kulturze organizacji: że nie należy nią manipulować, że jest to żywy oddolny twór ludzki. Potem dostawałam do autoryzacji wypowiedź zmienioną w swoje przeciwieństwo, gdzie niby głoszę, że manipulować trzeba, a zysk uświęca środki. Nie autoryzowałam. Tekst szedł do śmieci, a nauczony przykrym doświadczeniem dziennikarz więcej nie dzwonił. Albo od razu cała wypowiedź szła do lamusa i nigdy nie ujrzała światła dziennego. Odwiedzali mnie dziennikarze dużych stacji telewizyjnych i przeprowadzali wywiad po starannym wymakijażowaniu mojej twarzy i naświetleniu pomieszczeń. Mówiłam, że uczenie się zarządzania to nie jest elitarny program tylko dla szefów i biznesmenów, lecz wiedza, która przede wszystkim przydaje się szeregowym pracownikom. Wywiad nie był puszczany na wizji. Nie tak dawno temu dobra dziennikarka dostała od jednej z głównych polskich gazet zamówienie na wywiad ze mną i współautorem książki o zarządzaniu. Wywiad był świetnie przygotowany i przeprowadzony, a my mówiliśmy o sprawach bliskich nam i naszym badaniom: o zarządzaniu jako głęboko problematycznej i trudnej funkcji społecznej. Ku zdziwieniu dziennikarki wywiad zapadł się w czeluść. Nie było żadnego odzewu. Wreszcie redakcja odpowiedziała jej, że nie, bo za to trudne. Nikt nie zrozumie. Poszła z tekstem do jednej z bardziej marginalnych gazet i wywiad ukazał się szybko i sprawnie. Czy ktoś przeczytał i zrozumiał? Myślę, że tak, wiele razy spotkałam osoby, które mówiły, że czytały i że to nowe rzeczy, ale ciekawe i pobudzające do myślenia.
Czemu akurat nieprawomyślne zarządzanie było (i jest!) tak silnie odrzucane przez główny nurt mediów? W innych znanych mi krajach też bynajmniej nie króluje ono w prasie i telewizji, ale jednak pojawia się, można je znaleźć nawet w wysokonakładowej prasie lub w popularnych kanałach telewizji. U nas większość ludzi nie ma pojęcia, że w ogóle istnieje coś takiego, czym się zajmuję całe moje zawodowe życie: zarządzanie dla ludzi (nie dla zysków). Nieobecna jest zarówno tematyka, jak i zrozumiały język jej opisu. Dlaczego? Naprawdę nie mam pojęcia. Nie wiem i będę wdzięczna za wszelkie podpowiedzi Czytelników. Jak to w ogóle jest możliwe? Ten język może się przecież przydać nie tylko moim studentom, nie tylko organizatorom z mojego terenu badawczego, takim jak spółdzielcy z Kooperatywy Dobrze czy Spółdzielni Margines. Może się przydać do opisu niedostatków otaczającej nas wszystkich rzeczywistości, ale też do opisu własnych celów i aspiracji. Nie jest to może najważniejsza i najpilniejsza potrzeba przeciętnego Polaka i Polki, ale też i nie najmniej istotna. Więc dlaczego nie? A może inaczej – skoro nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, to zamiast tego zapytam: komu takiego języka może brakować? Myślę, że przede wszystkim klasom społecznym oprócz obecnie dominującej.
Media głównego nurtu w Polsce mówią przede wszystkim językiem klasy średniej – transformacja miała wszak polegać na tym, że inne klasy staną się niepotrzebne, a cała rzeczywistość społeczna będzie radośnie współtworzona i współdzielona przez gigantyczną, coraz bardziej zamożną, coraz lepiej wykształconą i mobilną globalnie klasę średnią. Takie nadzieje rozpalała w nas wizja ciągłego postępu i wzrostu, wymagająca poświęcenia i rezygnacji z konfliktów, wyrzeczenia się dążeń i interesów innych klas, odrzucenia form realizacji tych interesów poprzez, na przykład, działalność związków zawodowych. Mieliśmy się edukować, brać na klatę przejściowe błędy i wypaczenia, w pocie czoła pracować, czcić szefa jaki by nie był, być wdzięcznym praco-„dawcy”, że pracę „dał”, a, jeśli jesteśmy wystarczająco dzielni i wyedukowani – sami firmę założyć. Mieliśmy wziąć się za inwestowanie w siebie i nasze dzieci, nasze wnuki, a świat miał nam to wynagrodzić i obsypać nas złotem. Ta obietnica – że teraz wszyscy będą klasą średnią – od samego początku była niemożliwa. Zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Kapitalizm nie jest i nie będzie nigdy oparty na klasie średniej. Ludzie w wielu krajach zaczynają sobie to uświadamiać, ale nie ma już etosu ani języka innych klas.
Mieszczanie wszystkich krajów nie połączą się, bo zostali stworzeni raczej do siedzenia w swych mieszkaniach. Nie-mieszczanie też się nie połączą, bo nie mają wspólnego języka. Nie wystarczy złapać się za ręce. Ba, jak się przekonaliśmy ostatnio, nie wystarczy nawet odpalić race. Człowiek, by móc z drugim człowiekiem coś społecznie tworzyć, musi porozumieć się na poziomie wartości i symboli. Do tego niezbędny jest język. Ale jest i druga strona medalu: jak dowodził już sto lat temu Ludwig Wittgenstein, język istnieje tylko wtedy, gdy służy porozumiewaniu się. Tylko wtedy można go rozbudzać, pielęgnować, uczyć się wyrażać swoje wyższe uczucia – podobne troszkę, wbrew pozorom, do mięśni: niećwiczone zanikają. Do tego potrzebne są człowiekowi sztuka, język i metafory. Wspólnoty myślenia, czucia i komunikacji tworzą zaś i rozpowszechniają media. Gdy media głównego nurtu spłaszczają i ujednolicają rzeczywistość, potrzeba mediów niszowych i marginalnych. Dlatego są one u nas absolutnie arcyważne, a wśród nich „Nowy Obywatel”.
To miał być w założeniu mój pożegnalny felieton. Miałam powiedzieć, jak bardzo jestem wdzięczna za przestrzeń, którą tu otrzymałam i z pewną ulgą powtórzyć za profesorem nauk zarządzania Gibsonem Burrellem, jednym z naszych największych: „niech teraz zamilknę… aż do następnego razu…”. Ale właśnie następny raz wcale nie musi być odległy w czasie. Może być dokładnie za miesiąc. Będę pisać dalej, choć dużo krótsze (zapewne) teksty, bo jednak potrzebuję więcej czasu i energii na naukowe obowiązki pisarskie. Będę pisać tak jak umiem i o tym, co umiem – dotąd, aż ktoś nie chwyci za pióro bardziej lotne, bardziej błyskotliwe i nie napisze o tych wszystkich postaciach, tworach i problemach, które nas współcześnie tak bardzo dotyczą i poruszają – o szefach, pracownikach, strukturach, etycznej sprzedaży, iluzji wzrostu gospodarczego, kłamstwach marketingu, i dlaczego to jest ważne dla naszego człowieczeństwa, dla wspólnego dobra i dla naszej planety. Wtedy odetchnę, wzniosę toast za powodzenie narodzonego języka i zamilknę… oczywiście – aż do następnego razu…
prof. Monika Kostera
przez Hubert Walczyński | niedziela 6 stycznia 2019 | opinie
Wstąpcie do najlepszego ze światów, do raju na ziemi, do państwa szczęścia, murowanego sukcesu i wiecznej młodości! W tej cudownej krainie z nieodmiennie błękitnym niebem żadne kwaśne deszcze nie psują lśniącej zieleni liści, na niemowlęco różowej cerze dziewcząt nie wykwita najmniejszy pryszcz, nie zdarza się, by jakieś tam zadrapanie szpeciło lustrzaną powierzchnię karoserii samochodów. Młode kobiety o długich opalonych nogach jadą po wymiecionych do pusta ulicach w połyskujących limuzynach, które dopiero co opuściły myjnie. Te pojazdy nie znają karamboli, gołoledzi, kontroli radarowych ani pękających opon. Prześlizgują się niczym węgorze przez zatory wielkich miast, na skrzyżowaniach pod światłami wymykają się spalonym na brąz czyścicielom szyb samochodowych i nigdy nie trafią przez pomyłkę do dzielnic biedy, gdyż suną bezszelestnie w kierunku rozległych mieszkań w starym budownictwie bądź do luksusowych dacz, zastawionych niewyobrażalnie drogimi meblami.
O. Toscani, Reklama: uśmiechnięte ścierwo
Manipulacja: wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie lub przeinaczanie faktów w celu udowodnienia swoich racji lub wpływania na cudze poglądy i zachowania.
Słownik Języka Polskiego PWN
Reklamy niszczą nasz świat. Pochłaniają kolosalne sumy pieniędzy, wprowadzają w błąd, wykorzystują słabości naszej psychiki, przeszkadzają nam w codziennym funkcjonowaniu, wreszcie – promują szkodliwe normy, wpędzając całe pokolenia w kompleksy i przekonując, że o naszej wartości świadczy przede wszystkim to, ile kupujemy. Wszystko to sfinansowane z naszych kieszeni, zawarte w cenie każdego produktu, po który sięgamy, gdy jesteśmy w sklepie. Narzekamy na nie każdego dnia, przewijając Facebooka, oglądając video w internecie, czekając na film czy słuchając radia. Sprawę trzeba więc postawić jasno – pokaźną część sektora marketingowego należy zaorać, zalać wapnem i zadbać o to, żeby nigdy nie odrodził się w równie pasożytniczej formie, jaką przyjmuje dzisiaj.
Jeszcze kilka dekad temu dało się jakoś uzasadniać istnienie marketingu, mówiąc o jego funkcji informacyjnej czy o roli w zaspokajaniu potrzeb konsumentów (choć już wówczas wymagało to złożonych akrobacji intelektualnych). Dziś jednak nie ma już najmniejszych wątpliwości, że reklamy nie niosą informacji, lecz dezinformację, nie pomagają zaspokajać potrzeb, a potrzeby te kreują, napędzając tym samym błędne koło konsumpcji szkodliwe zarówno dla naszej psychiki i naszych portfeli, jak i dla środowiska naturalnego.
Jak wyglądałby świat bez reklam?
Bardzo podobnie do tego, jak wygląda teraz. Zapewne mniej wydawalibyśmy na impulsywne zakupy, zatem mielibyśmy nieco więcej oszczędności lub po prostu rozważniej gospodarowalibyśmy pieniędzmi. Sprzedawcy nie byliby zmuszani oferować nam promocyjnego hot-doga, nie musielibyśmy więc nieustannie im odmawiać. Produkty mogłyby być tańsze, bo marketing swoje kosztuje. My nieco szczęśliwsi, gdyby nie bombardowano nas obrazami wyidealizowanego świata, który nigdy nie będzie przypominać tego, w którym żyjemy. Przestrzeń byłaby bardziej estetyczna, odetchnęłoby również środowisko naturalne. Nie przerywano by nam filmów i nie musielibyśmy czekać w kinie 20 minut na seanse. Kuba Wojewódzki miałby kilka milionów mniej na koncie. Same plusy.
Istnieją już dziś sektory, w których możliwość prowadzenia działań reklamowych jest poważnie ograniczona, takie jak branża tytoniowa czy mocne alkohole. Nie sprawia to, że konsumenci są zdezorientowani i nie brakuje im informacji – znają różnice między produktami i wiedzą, co wybrać. Dlaczego więc wizja delegalizacji reklamy, co najmniej na tę skalę, w jakiej obecnie ma to miejsce w wymienionych sektorach, jest postulatem tak egzotycznym, zupełnie nie dyskutowanym w debacie publicznej?
Wojna reklamowa
Wydaje mi się, że wszystkie wymienione powyżej argumenty wystarczą, aby podejść do tematu poważnie i radykalnie, ale reklama to bardzo podatny teren i można ją zdelegitymizować wychodząc z bardzo różnych pozycji. Problem polega nie tylko na tym, że reklama jest szkodliwa i jeśli komuś służy, to korporacjom, które mogą wciskać nam więcej produktów, których nie potrzebujemy. Problem też w tym, że marketing to przestrzeń niesamowitego marnotrawstwa. To gra o sumie zerowej, a jej ramy są sztywno określone ograniczonymi środkami, które możemy wydać na zakupy (wyznaczonymi przez poziom płac) i ograniczonym czasem skupienia i uwagi, podczas którego można nami manipulować. Na żadne z tych dwóch zmiennych nie wypływa powiększanie budżetów reklamowych firm, które globalnie rosną z roku na rok o dziesiątki miliardów dolarów, wielokrotnie przewyższając tempo wzrostu realnych płac.
Strukturalnie marketing przypomina nieco świat militarny. Od pewnego momentu sam poziom uzbrojenia staje się coraz mniej istotny, bardziej znaczący jest balans sił, niż bezwzględna liczebność wojsk czy czołgów. W świecie, w którym jesteśmy bombardowani przekazami marketingowymi w niemal każdym momencie, ulice szpecą setki banerów czy billboardów i nie sposób odwiedzić strony internetowej, na której nie ma reklam, ich liczba przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie ma wielkiego znaczenia ile jeszcze banerów przygotuje Coca-Cola, istotne jest to, żeby miała ich więcej niż Pepsi. Znacznej części z nich i tak w ogóle nie zauważamy, bo wykształcają się w nas mechanizmy niedostrzegania reklam i banerów (zjawisko takie jak ad blindness opisane zostało ponad dwie dekady temu).
Mam w związku z tym uzasadnione podejrzenie, że marketing jest nie tylko szkodliwą i destrukcyjną machiną, która niszczy naszą psychikę, ale też przestrzenią kolosalnego marnotrawstwa środków w drodze do tego niecnego celu. Jeżeli wyobrazimy sobie, że pewnego dnia, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (różdżka nie musi wcale być czarodziejska, może być mugolska i nazywana jest wówczas ustawą), połowa billboardów, reklam w telewizji, internecie i radiu zniknęłaby, to najprawdopodobniej nic by się nie stało. A z całą pewnością nic, czego moglibyśmy żałować. Mamy tu do czynienia z modelowym przykładem dylematu więźnia – sytuacji, w której wszyscy gracze (korporacje) robią to, co jest w ich doraźnym indywidualnym interesie (pompowanie budżetów marketingowych) i wszyscy kończymy przez to w miejscu znacznie gorszym niż punkt wyjścia.
Oznacza to też, że marnujemy kolosalne zasoby ludzkiej pracy, które nie tylko nie uczestniczą w żadnym społecznie użytecznym procesie produkcyjnym, ale też katalizujemy ludzką kreatywność i potrzebę tworzenia na opracowywanie nowego kształtu kubeczka jogurtu. Sektor reklamowy zatrudnia dziś w Polsce dziesiątki tysięcy osób, które wykonują albo społecznie szkodliwą, albo zupełnie nieistotną pracę.
Nie jest to również żadna nowość, o zjawisku powstawania prac, które nawet według tych, którzy je wykonują nie powinny istnieć, pisał parę lat temu David Graeber (później wydana została książka na ten temat). Badania wskazują, że odsetek ankietowanych, którzy twierdzą że ich zawody należą do tzw. bullshit jobs, sięga od kilku do kilkudziesięciu procent. Ale i Graeber nie był tu pierwszy ze swoją obserwacją, bo już w latach pięćdziesiątych szydził z tego C. Parkinson, a zdarzyło mi się nawet kiedyś czytać powieść na ten temat.
Ale i to nie jest koniec historii degeneracji utkanej na przekonaniu, że jakaś niewidzialna ręka kieruje działaniami przedsiębiorców, prowadząc ich do osiągnięcia społecznie pożytecznych celów. Warto przyjrzeć się również temu, kto i za co szkoli kadry potrzebne do rozwijania tego sektora. Problem jest poważny, bo od dekad do systemu uniwersyteckiego (w Polsce na szczęście wciąż publicznego), wnikają nowo powstające dziedziny wiedzy, których jedynym celem jest kształcenie młodych ludzi do dbania o maksymalizację zysków banków czy korporacji. Mówię tu oczywiście o wydziałach zarządzania, katedrach marketingu, ale i ekonomii, która zaskakująco rzadko poświęca uwagę zastanawianiu się nad dobrem konsumenta, chętnie natomiast zmusza studentów do uczenia się na pamięć tego, jak na wykresie określić punkt maksymalizacji zysków przedsiębiorstwa.
Opłacamy to wszystko z naszych podatków, wydajemy miliony na to, żeby wyszkolić specjalistów ds. tworzenia nowych potrzeb, zwodzenia nas i dezinformowania, robienia wszystkiego, co się da, żeby wycisnąć z naszych kieszeni ostatnie złotówki. Celem marketingu nie jest badanie rzeczywistości, lecz wpływanie na nią, zaprzęgając do tego dokonania nauk humanistycznych i społecznych. Marketing to technologia sprzedaży i nie ma żadnego powodu, dla którego mielibyśmy finansować ją z publicznych środków tak długo, jak służy nielicznej, uprzywilejowanej grupie do opracowywania nowych wzorców konsumpcjonizmu i drenowania naszych kieszeni.
Obwód zamknięty
O degeneracji systemu dobitnie świadczy moment, w którym jego elementy zaczynają pełnić role, do jakich nigdy nie były powołane, a robią to wyłącznie ze względu na poziom akumulacji kapitału, do jakiego doszło. Trzeba zauważyć, że sektor reklamowy pełni dziś, po cichu, o wiele więcej funkcji, niż tylko pobudzanie konsumpcji i zaśmiecanie miast czy umysłów. Finansuje na przykład kulturę, utrzymuje przy życiu gazety, stacje radiowe i telewizyjne. Pieniądze płyną szerokim strumieniem od prywatnych firm (i spółek skarbu państwa) do mediów i kultury.
Nie ma wątpliwości, że pieniądze mogłyby płynąć bardziej konwencjonalnymi drogami, dając przy tym dużo wyższy poziom stabilności mediom i nie budując ich niezdrowej zależności od wielkiego kapitału. Ten sam, a być może lepszy efekt możemy osiągnąć finansując media ze środków publicznych (i nakładając stosowne podatki na korporacje), co nie tylko uwolni nas od konieczności oglądania spotów przed każdym filmem albo słuchania reklam suplementów diety w radiu, ale też, na pewnym wąskim, ale bardzo istotnym terenie, uczyni naszą sferę publiczną nieco bardziej demokratyczną.
Odwaga myślenia
Nie trzymam w szufladzie projektu ustawy zakazującej reklamy, i nie wiem, jak dokładnie powinien on wyglądać. Nie twierdzę też, że nie ma takich sektorów, gdzie reklama, a przynajmniej pewne jej formy mogą być przydatne i potrzebne (przychodzi mi na myśl chociażby sektor kultury lub akcje społeczne). Sądzę natomiast, że chwila zastanowienia nad bilansem społecznych kosztów i korzyści, jakie płyną z wszechobecności reklam, prowadzi nieuchronnie do wniosku, że nie ma żadnych powodów, dla których mielibyśmy zgadzać się na taki stan rzeczy, z jakim stykamy się na co dzień. Statystyki, do których dotarłem, mówią o tym, że globalne wydatki marketingowe sięgają pół biliona dolarów. Zniszczenia psychiczne i środowiskowe, które powodują, są niepoliczalne. Jest to więc temat, który musimy poważnie przedyskutować.
Hubert Walczyński
Zdjęcie: praca amerykańskiego artysty Mela Bochnera pt. „Blah Blah Blah” z roku 2014.
przez Piotr Wójcik | czwartek 20 grudnia 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Współcześni Polacy chcą uchodzić za jeden z ostatnich bastionów cywilizacji zachodniej. Zwanej też przez prawicę cywilizacją judeochrześcijańską. W jej wizji w tym samym czasie, gdy kraje Europy Zachodniej pogrążają się w marazmie i barbarzyństwie, przyjmując na potęgę muzułmanów, którzy stopniowo doprowadzą do barbaryzacji całego zachodniego świata, Polska wciąż trzyma się filarów zachodniej cywilizacji. Stoi prosto, trzyma zachodni fason. W zasadzie już mało kto na Zachodzie myśli o zachowaniu zdobyczy naszej cywilizacji – poza nami robią to jeszcze może Amerykanie i Węgrzy. Ta historyjka jest miła dla niejednego nadwiślańskiego ucha, problem jednak z nią jest taki, że to Polska wciąż w niektórych obszarach tkwi w okowach barbarzyństwa. I jakoś nie zamierza przyjąć wielu zdobyczy cywilizacyjnych Zachodu – zdobyczy, które dla krajów zachodnich od lat są czymś zupełnie oczywistym. Jeśli chcemy rzeczywiście być stabilnym filarem cywilizacji Zachodu w niespokojnych czasach, dobrze byłoby najpierw tę cywilizację w całości przyswoić.
Gdzie Zachód, a gdzie Wschód
Jedną ze zdobyczy cywilizacji zachodniej jest progresja podatkowa – czyli taki system podatkowy, w którym zamożniejsi przekazują większą część swoich dochodów do budżetu państwa oraz samorządów. Ktoś może parsknąć śmiechem – jak to, rozwiązanie podatkowe filarem cywilizacji? Przecież to trywialne! Wręcz przeciwnie, system podatkowy to jeden z najważniejszych elementów porządku społecznego. Pokazuje on jak na dłoni, jakie są relacje w społeczeństwie między silnymi a słabymi. Na Zachodzie już dawno doszli do wniosku, że ci silniejsi powinni dokładać się bardziej do wspólnej kasy, skoro mają więcej ku temu możliwości i w większym stopniu korzystają na stworzonym przez wspólnotę porządku społecznym. Inaczej mówiąc, cywilizacja zachodnia przyswoiła już lata temu elementarne podstawy solidarności społecznej. Solidaryzm, zamiast wschodniego trzymania słabych pod butem silnych, to absolutnie jeden z filarów cywilizacji zachodniej.
W zasadzie trudno wskazać kraj Zachodu, w którym nie zainstalowano progresji podatkowej. W Europie Zachodniej to od lat oczywisty standard. W wielu krajach górna stawka podatku dochodowego od osób fizycznych wręcz wyraźnie przekracza 50 proc. Tak jest chociażby w Austrii (55 proc.), Holandii (52 proc.) czy Portugalii (56,5 proc.). W większości krajów Europy Zachodniej górna stawka PIT oscyluje w okolicach 50 proc. Poza wyżej wymienionymi, tak jest w Belgii, Danii, Finlandii, Francji, Islandii, Hiszpanii, Niemczech, Norwegii, Słowenii, Szwajcarii, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Jak widać, są w tej grupie kraje zarówno z północy kontynentu, jak i południa. Nawet w USA, często stawianych za wzór przez wolnorynkowców, od lat funkcjonuje progresja podatkowa – nie zlikwidował jej nawet Donald Trump, który ograniczył się jedynie do obniżenia najwyższej stawki. Obecnie w USA jest aż siedem stawek podatku dochodowego od osób fizycznych, rozciągających się od 10 procent do 37 procent.
Gdzie standardem jest podatek liniowy? Przede wszystkim w krajach, które od cywilizacji zachodniej są dosyć daleko – nawet jeśli nie geograficznie, to na pewno mentalnie. W Europie podatek liniowy obowiązuje na przykład w Albanii, Białorusi, Czarnogórze, Macedonii i Rosji. Podatek liniowy jest więc bez wątpienia standardem wschodnim. W sumie nic dziwnego, to na wschodzie niepodzielnie rządzą oligarchowie, liczy się prawo siły. Nic więc dziwnego, że silne grupy interesu ze Wschodu nie pozwoliły na wprowadzenie progresji podatkowej, która uderzyłaby w ich przewagę ekonomiczną.
Płasko jak w Polsce
Jak to wygląda w Polsce? W tym zakresie wciąż tkwimy na Wschodzie. Formalnie przyjęliśmy minimalną progresję, wprowadzając dwie stawki PIT – 18 i 32 proc. Problem w tym, że próg dochodowy drugiej stawki jest tak wysoki, że płaci ją zaledwie 3 proc. podatników. Poza tym lepiej zarabiającym zapewniono możliwość przechodzenia na podatek liniowy dla przedsiębiorców. Z czego korzysta jakieś pół miliona najzamożniejszych Polaków.
Nawet jednak jeśli przeanalizujemy jedynie podstawowy system podatkowy znad Wisły, przymykając oko na liniowy dla przedsiębiorców, to i tak okaże się, że polski PIT jest niemal najbardziej płaski wśród krajów rozwiniętych. Efektywna stawka PIT dla Polaków zarabiających 67 proc. średniej krajowej to 6,4 proc., dla zarabiających średnią krajową to 7,2 proc., a 167 proc. średniej to 7,9 proc. Ktoś mógłby zapytać, co to za niskie liczby – przecież pierwsza stawka wynosi 18 proc. Tak, ale tu mowa o efektywnej stawce, czyli realnie płaconej – a polski PIT jest obniżany przez składkę zdrowotną, a jego podstawa opodatkowania o stałe koszty pracy i składki emerytalno-rentowe. Jak to wygląda średnio w OECD? Zarabiający 67 proc. średniej krajowej płacą 11,5 proc., zarabiający średnią krajową 15,7 proc., a 167 proc. średniej 21,5 proc.
Oczywiście ktoś mógłby celnie zauważyć, że należy analizować pełne efektywne obciążenie płacy, wraz ze składkami płaconymi przez pracownika oraz pracodawcę. Pełna zgoda i właśnie analizując w ten sposób daniny publiczne płacone przez polskich pracowników chyba najlepiej widać, jak bardzo płaski jest polski system podatkowy. Pełne obciążenie pensji wynoszącej średnią krajową to nad Wisłą 35,6 proc., a średnio w OECD 35,9 proc. Przeciętnie obciążenia płacy są więc w Polsce niemal identyczne, co średnia OECD. Zupełnie inaczej jednak jest już w dwóch pozostałych przypadkach. Zarabiający 67 proc. średniej w Polsce płacą 35 proc., tymczasem średnio w OECD 32 proc. Za to zarabiający 167 proc. średniej krajowej w Polsce płacą tylko 36,2 proc., przy średniej OECD 40,3 proc.
W Polsce obciążenia są więc niemal idealnie płaskie – odpowiednio 35, 35,9 i 36,2 proc. Pod tym względem przypominamy jedynie dwa kraje – Chile (7, 7 i 8,3 proc.) oraz Węgry (we wszystkich trzech przypadkach 46,2 proc.). Większa progresja podatkowa niż w Polsce jest nawet w Meksyku. Realna progresja jest również w krajach anglosaskich – nie tylko w USA i Wielkiej Brytanii, ale także w Australii i Kanadzie. Przykładowo w Szwajcarii efektywne obciążenia wynoszą odpowiednio 19, 22 i 26 procent. W Izraelu 15, 22 i 31 procent. W Szwecji 41, 43 i 52 procent. W Hiszpanii 36, 39 i 44 procent.
Rozleniwiający podatek liniowy
Oczywiście w Polsce bardzo silna jest frakcja przeciwników progresji. Mają oni na podorędziu jeden żelazny argument. Wyższe stawki PIT przy wyższych dochodach zniechęcają do pracy i zarabiania większych pieniędzy, gdyż podatnik odbiera to jako karę. Po co mam pracować więcej, skoro i tak mi to zabiorą. Ta teoria to jednak od początku do końca zwyczajne bzdury zarówno w sferze zwykłego zdrowego rozsądku, jak i danych z gospodarek realnych, a nie wymyślonych. Zdroworozsądkowo należałoby dojść do wniosku odwrotnego – skoro wyższe zarobki są obciążone nieco wyższą stawką, to obywatel ma wręcz motywację do dłuższej lub bardziej produktywnej pracy, jeśli chce otrzymać na rękę dochód, który sobie założył. Jeśli wyższe dochody będą obciążone taką samą stawką, to dobrze zarabiający szybciej osiągną zamierzony dochód netto i będą mogli szybciej zrobić sobie wolne. Zatem to podatek liniowy skłania do mniej intensywnej pracy, a nie odwrotnie.
Potwierdzają to dane z gospodarek. Raz, że kraje z najwyższymi górnymi stawkami PIT należą też do najlepiej rozwiniętych. Jak widać, progresja podatkowa nie przeszkodziła im w rozwoju. Dwa, kraje, które mają najwyższe wskaźniki aktywności zawodowej, mają też bardzo wysokie krańcowe stawki PIT. A przecież jeśli progresja zniechęca do pracy, powinno być to widać w ich wskaźnikach aktywności zawodowej. Pięć krajów w Europie o najwyższej aktywności zawodowej to Islandia, Szwajcaria, Szwecja, Holandia i Dania – wszystkie one mają krańcową stawkę PIT w okolicach 50 proc. W Szwecji wynosi ona nawet 57 proc. Piątka krajów OECD z największym zatrudnieniem wygląda niemal tak samo, tylko że zamiast Danii (8. miejsce) jest Nowa Zelandia. W Nowej Zelandii podatki są oczywiście niższe niż w Europie, ale także tam występuje silna progresja – różnica w opodatkowaniu osób zarabiających 67 i 167 proc. średniej krajowej wynosi tam aż 10 pkt. proc.
Jest w Polsce także niemała grupa osób, w tym aktywnych polityków, którzy chcieliby w ogóle likwidacji podatku dochodowego od osób fizycznych. Według nich dochody budżetowe z PIT są tak niewielkie, że, jak twierdzą, nie przekraczają kosztów poboru tego podatku. Akcja społeczna dot. likwidacji PIT była całkiem intensywna jeszcze w czasach aktywności Przemysława Wiplera. Niestety jej zwolennicy nie podawali, jakie są te koszty poboru PIT. W każdym razie dochody budżetu państwa z PIT mają być zbyt niskie, by uzasadniać jego istnienie. Dowodzili oni, że te ok. 50 mld zł to w sumie niewiele, skoro z samego VAT dochody są trzykrotnie wyższe. Problem w tym, że dochody budżetu państwa to tylko połowa wpływów z PIT – druga trafia do jednostek samorządu terytorialnego (JST). I jest to najważniejsze źródło dochodów dla JST. Gdyby zlikwidować PIT, polskie samorządy mogłyby się równie dobrze zwinąć i zamknąć interes. Tego niestety zwolennicy likwidacji PIT najwyraźniej nie wiedzą.
***
Dochody z PIT wynoszą nad Wisłą 5 proc. PKB. Tymczasem średnia OECD to 8,4 proc. PKB. Polskie państwo potencjalnie mogłoby więc znacznie zwiększyć swoje dochody z tego źródła, zwiększając daniny płacone przez lepiej zarabiających. Oczywiście należałoby to połączyć z obniżeniem PIT dla mniej zarabiających, by zwiększyć progresję i zmniejszyć nierówności. Niestety akurat obecna władza się do tego nie pali. Odstąpiła ona od bardzo dobrego pomysłu jednolitego progresywnego podatku dochodowego, gdyż spotkało się to z gremialnym oburzeniem prawicowych publicystów. Progresja podatkowa to zbyt wiele dla prawicowego rządu, nawet takiego z wyraźnym odchyleniem socjalnym. Dlatego też wprowadzenie progresji podatkowej nad Wisłą powinno być papierkiem lakmusowym dla nowych projektów politycznych na lewicy, od których powinniśmy się tego domagać absolutnie w pierwszej kolejności. Bardzo jestem więc ciekaw, jakie plany podatkowe będzie miało nowe ugrupowanie Roberta Biedronia. Jeśli kwestię progresji podatkowej potraktuje po macoszemu, będziemy mieli czarno na białym, że to co najwyżej lekko lewicujący liberałowie, którym nie warto dawać kredytu zaufania. Najwyższy czas skończyć z tym barbarzyństwem, jakim jest podatek liniowy – a zadbać o to najmocniej może jedynie lewica.
Piotr Wójcik
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 16 grudnia 2018 | opinie
W 1989 roku Polska dokonała wielkiego aktu politycznego. Zdecydowała się dołączyć do krajów demokratycznych oraz do systemu kapitalistycznego. I… wielka polityka się skończyła. Oczywiście nadal dokonywały się zmiany będące pochodną tej pierwszej decyzji, poczynając od planu Balcerowicza, po wejście do Unii Europejskiej, ale generalnie królowało przekonanie, że historia dobiegła końca, a na pytanie o to, jak ma wyglądać Polska, istnieje prosta odpowiedź: jak Zachód.
Ten mit Zachodu – a był to mit, bo przecież nigdy nie chodziło o dokładne przyglądanie się skomplikowaniu i różnorodności państw zachodnich – natrafiał stopniowo na swój kontr-mit. Opowieści o Zachodzie-wzorcu przeciwstawiono prawicową opowieść o Zachodzie-zgrozie. Na pragnienie „bycia jak Zachód” odpowiedziano pragnieniem „bycia wszystkim, byle nie Zachodem”.
Wydaje się, że oba te mity powinny ulec rozkładowi około 2008 roku, czyli w okolicach kryzysu finansowego. Wtedy to bowiem jasne stało się, że historia nadal trwa, a Zachód nie wynalazł patentu na dobrą politykę. Trudno było też zamykać oczy na to, że Zachód nie jest jednorodny i istnieją poważne różnice między Francją a USA, Wielką Brytania a Islandią, Niemcami a Hiszpanią.
Nic z tego. Mit i anty-mit Zachodu nadal są żywe. Drobnym, acz bardzo pouczającym, przejawem tego pierwszego mitu jest postawa Tomasza Lisa. Warto na przykład zapoznać się z rozmową, którą przeprowadził pół roku temu w swoim programie z Timothym Gartonem Ashem. Lis pyta brytyjskiego historyka i sugeruje zarazem, że ta Polska to chyba nie jest taka do końca zachodnia. Wiadomo: PiS, populizm, upadek demokracji i tak dalej. Na co Ash zauważa przytomnie, że z tego typu problemami zmagają się też tzw. państwa zachodnie. Lis niby się zgadza, ale dopytuje, że jednak jest tu jakaś zasadnicza różnica. W sensie: nasz upadek demokracji jest większym upadkiem, nasz populizm większym populizmem, nasza prawica gorszą prawicą niż jej odpowiedniki na Zachodzie. I dopiero gdy Ash mówi coś, co można zinterpretować jako aprobatę dla tej tezy, redaktor czuje się spełniony.
W tej krótkiej wymianie zdań dzieje się kilka ciekawych rzeczy jednocześnie. Najlepsze jest to, że wszystkie najważniejsze kategorie potrzebne do jej analizy opisał już Piotr Stankiewicz w „21 polskich grzechach głównych”. Mamy tu na przykład do czynienia z autorasizmem, czyli dyskryminacją Polaków przez Polaków, z uznaniem nas samych za niższą rasę. To właśnie Lis, polski dziennikarz, a nie sam Ash domaga się powiedzenia na głos, że Polska jest w istotny sposób gorsza od krajów zachodnich. Ciekawe, że jest to autorasizm niejako podwójny. Nie dość, że Lis uważa Polskę za gorszą od mitycznego Zachodu, to jeszcze odczuwa potrzebę, aby tę diagnozę potwierdził ktoś z Zachodu właśnie. Tak jakby nawet on sam, światły Tomasz Lis, był zbyt skażony polskością, żeby jego krytyka Polski mogła być pełną krytyką bez aprobaty ze strony przybysza z lepszego świata.
Po prawej stronie bywa jeszcze głupiej. Najlepszym przykładem jest zestaw filmików prawicowej grupy, której nazwy nie chcę nawet reklamować, dopominającej się o ogólnoświatowy szacunek do Polski. Filmiki opierają się na założeniu, że Polska jest poniżana i niedoceniana przez świat zachodni pomimo tego, że to ona jest pierwsza wśród narodów. Nikt nie cierpiał tak, jak my cierpieliśmy. Nikt nie walczył tak, jak my walczyliśmy. Nikt nie jest obrażany tak, jak my jesteśmy. Wszystko w nieznośnie kiczowatym i patetycznym stylu właściwym dla naszej prawicy. Gdyby wziąć te filmiki na wiarę, można by dojść do wniosku, że Amerykanie, Brytyjczycy czy Francuzi nie myślą na co dzień o niczym innym, tylko o tym, jak by tu po raz kolejny poniżyć Polskę.
Absurd tych dwóch sposób myślenia wypłynął ostatnio przy okazji dyskusji o Obamie ściskającym dłoń Wałęsy. Reprezentujący prawicę Rafał Ziemkiewicz starał się za wszelką cenę zdeprecjonować jednego z najpopularniejszych prezydentów USA. Robił to w sposób wyjątkowo nierozsądny, opowiadając bajki o tym, że jest to polityk ze wszech miar przegrany. Zwolennicy Wałęsy z kolei zachwycali się tym uściskiem, jakby za jego sprawą Obama miał powiedzieć „Ja, przedstawiciel lepszego i wyższego świata, zatwierdzam mocą mojego autorytetu Lecha Wałęsę i wszystkich, którzy stoją po jego stronie”. Komiczny strach przed Zachodem zderzył się z równie komicznych zachwytem nad nim.
Nie chodzi o to, żeby popadać ze skrajności w skrajność. Żeby na kompleks niższości i wyidealizowaną wizję Zachodu odpowiadać nadymaniem się z powodu własnej polskości. Na mit Zachodu trzeba odpowiedzieć zdroworozsądkowym: Zachód nie istnieje. Nie istnieje jednolita kraina, którą można stawiać za wzór i cel wszelkich dążeń politycznych. To, co nazywamy Zachodem, jest tak naprawdę złożeniem wielu sprzecznych tendencji: dobrych i złych. Sam nie mam problemów z przyznaniem, że chciałbym, aby na polskich drogach było tak bezpiecznie jak na drogach brytyjskich czy hiszpańskich. Żeby polski system podatkowy był jak duński. Żeby polskie związki zawodowe były na poziomie fińskich lub francuskich. Żeby prawa kobiet i mniejszości seksualnych były przestrzegane przynajmniej tak jak w Szwecji. Z drugiej strony nie chciałbym ani takich nierówności społecznych, ani takiego prezydenta jak w USA. Nie chciałbym wychodzić z Unii Europejskiej, jak to zrobili Brytyjczycy. Nie chciałbym mieć takiej kolonialnej przeszłości jak Francuzi. Nie chciałbym, aby latami na politycznym szczycie utrzymywał się taki polityk jak Berlusconi we Włoszech. Słowem, czym innym jest przyznanie, że konkretne kraje zachodnie w konkretnych sprawach są lepsze od Polski, a czym innym przeprowadzanie mocnego, istotowego rozróżnienia między złą Polską i wspaniałym Zachodem. I na odwrót, bywamy lepsi w pewnych aspektach niż wybrane kraje zachodnie, ale nie mamy najmniejszych powodów, aby popadać w samozadowolenie bądź tworzyć mit złego Zachodu. Świat jest skomplikowany i byłoby dobrze, abyśmy częściej w polskiej polityce pamiętali o tej prostej prawdzie.
dr Tomasz S. Markiewka
Grafika: pixabay.com
przez Konrad Ciesiołkiewicz | czwartek 13 grudnia 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Dyskusje na temat rynku pracy nie przybierają jeszcze ostrych form znanych z dyskusji politycznych. Ma to swoje dobre i złe strony. Można powiedzieć, że to przykre, bo pokazuje, że wciąż jakość naszego środowiska pracy jest tematem spoza listy politycznych priorytetów. Utrzymywanie tego tematu na obrzeżach głównego nurtu dziwi i wskazywać może na odrealnienie wielu z nas, funkcjonujących dzisiaj w obiegu zawodowym stolicy i traktujących własne doświadczenie jako reprezentatywną normę. Piotr Arak, kierujący Polskim Instytutem Ekonomicznym, w swoim niedawnym komentarzu dla – nomen omen – kwartalnika „Liberte”, opisywał plagi polskiego rynku pracy. Wśród nich wymienił ogromne koszty psychiczne i somatyczne płacone przez coraz większą grupę Polaków wskutek doświadczania stresu zawodowego. Według danych OECD, pod tym względem wyprzedzają nas w Europie wyłącznie Grecy i Turcy. Arak wskazywał też na problem feudalizmu, w którym wciąż pracownicy bardziej zajmują się nastrojami szefa niż możliwością brania odpowiedzialności za cele przedsiębiorstwa. Jedną z naszych cech jest także niski stopień wsparcia i pomocy udzielanych przez przełożonych (przeciętna w UE to 58 proc., a u nas 47 proc.).
Rynek pracy nie jest wolny od skłonności do uproszczeń oraz popadania w skrajności, posługiwania się stereotypami i niemożności (albo niechęci) zobaczenia drugiej strony medalu. Problem dotyczy zarówno uczestników rynku, jak i komentatorów, zaś jego konsekwencje obejmują nasze życie gospodarcze, społeczne, i prywatne. Przykładem takiego stereotypu są tzw. millenialsi (pokolenie Y, urodzone w latach 80. i 90.), którzy według panujących wyobrażeń mają być pokoleniem szczególnie mobilnym, nie przywiązującym się do zespołu ani do firmy. W ten bardzo uproszczony sposób bywają przedstawiani w przewodnikach dla działów personalnych firm i kadry kierowniczej, tak konstruowanych jest mnóstwo szkoleń menedżerskich. Ale czy młodzi faktycznie tacy są, czy raczej tak chcą ich widzieć niektórzy z ich przełożonych?
Do refleksji nad przyszłością pracy zmusza też automatyzacja i robotyzacja produkcji. Na pierwszy plan wysuwa się pytanie, czy roboty zabiorą nam pracę. Ta nacechowana emocjonalnie kwestia odsuwa w cień inne, nie mniej istotne aspekty tematu, chociażby kompetencje pracowników, które pozwolą im się utrzymać i odnieść sukces na rynku pracy zdominowanym przez roboty. Wiele ośrodków zgodnie wskazuje na kompetencje przyszłości, a wśród nich wymienia inteligencję emocjonalną, empatię, umiejętność współpracy i udzielania wsparcia innym, aktywne słuchanie czy krytyczne myślenie. Większości z tych cech roboty nigdy nie będą w stanie nabyć – pozostaną one naszą niezbywalną przewagą. Oczywiście kompetencji społecznych, które będą naszą przewagą na rynku pracy, jest o wiele więcej, lecz wszystkie mają wspólny mianownik – wymagają dialogu i tylko dzięki niemu są możliwe. Warto zawczasu się nimi zająć, by ograniczyć lęk ludzi przed zmianami na rynku pracy. Badanie Pew Research Center pokazuje bowiem, że zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się (m.in. w Polsce) negatywne opinie na temat skutków automatyzacji przeważają nad pozytywnymi. Lęki ludzi są naturalne i nie powinny nikogo dziwić. W praktyce jednak osoby takie nierzadko doświadczają bipolarnego przeciwstawienia o ogromnych skutkach tożsamościowych, mianowicie „zapóźniony leń” vs „nowoczesny i skuteczny”.
Debata na temat automatyzacji wciąż ma ograniczony wpływ na bieżącą sytuację na rynku pracy. Inaczej jest z kwestią sensu pracy. Poczucie sensu wykonywanej pracy ma znaczenie fundamentalne, ale w mediach ogranicza się je zwykle do wysokości zarobków, możliwości awansu czy innych tzw. benefitów pozapłacowych. Tymczasem z badań naukowców z uniwersytetów w Lejdzie i Rotterdamie wynika, że co siódmy Polak uważa swoją pracę za pozbawioną sensu. Aż 14 proc. z nas odpowiedziało negatywnie na pytanie „Czy twoja praca jest pożyteczna dla społeczeństwa?”. Był to wynik znacznie gorszy niż europejska średnia. Badania przeprowadzane w USA przez B. Schwartza i A. Wrzesniewski pokazują jednoznacznie, że pełnienie wysokich funkcji w zarządach modnych przedsiębiorstw nie idzie w parze z poczuciem sensu. Tymczasem wielu przedstawicieli zawodu salowych w szpitalach charakteryzowało się wysokim poczuciem sensu pracy, a ich zaangażowanie daleko wykraczało poza spisany zakres obowiązków. Tym, co stanowiło istotę, była relacja z drugim człowiekiem i poczucie sprawczości w udzielaniu wsparcia pacjentom.
W każdej organizacji znajdą się osoby, które chcą i potrzebują częstych zmian – w otoczeniu i/lub w samej pracy. Oferta pracodawcy powinna uwzględniać te wymagania. Ale z drugiej strony narzucanie wszystkim młodym pracownikom określonego – i uwarunkowanego ekonomicznie – stylu życia i wartości jest nie do zaakceptowania z jakiejkolwiek humanistycznej perspektywy. Oznaczałoby to zdecydowaną dominację jednej ze stron stosunku pracy. Dialog jest przede wszystkim słuchaniem najsłabszego ogniwa systemu. Tego, które jest w innej niż ja sytuacji, ma inną zawodową pozycję, i tego, które czuje więcej lęku przed zmianami. Jeśli tak na to spojrzymy i połączymy z szeroko omawianymi i powtarzanymi czasami do znudzenia kompetencjami przyszłości, to okaże się, że to właśnie osoby najciężej doświadczone, pełniące najniższe funkcje, wykonujące najbardziej niewdzięczną pracę, mogą być naszymi przewodnikami po inteligencji emocjonalnej, empatii, współpracy, wspieraniu innych.
Przytoczone przykłady ukazują funkcje dialogu jako kompetencji, która przekłada się na poprawę wyników ekonomicznych, bardziej satysfakcjonujące życie osobiste i lepszą jakość życia społecznego. Dialog oparty na zrozumieniu i poszanowaniu różnic między ludźmi oraz godności każdego człowieka jest fundamentem zaawansowanego rozwoju gospodarczego i społecznego. W Polsce musimy się go uczyć, jeśli nie chcemy pozostać jedynie krajem rozwijającym się. Ta potrzeba staje się jeszcze bardziej paląca w obliczu dramatycznych prognoz ekologicznych i społecznych, wewnętrznych napięć w Europie oraz coraz bardziej agresywnej polityki niektórych międzynarodowych mocarstw.
Każdą zmianę instytucjonalną, także tę związaną z bardziej otwartymi organizacjami, zaczynać można i należy od ludzi. Szczególnie rekomendować chcę dwie inicjatywy, w które sam jestem zaangażowany. Mają one na celu naukę kompetencji dialogu, a więc zestawu postaw, wiedzy i umiejętności. Jedna z nich to „Dialog w praktyce”, realizowana przez Komitet Dialogu Społecznego Krajowej Izby Gospodarczej, a druga nazywa się „Wyłącz ego. Zrozum drugiego”, do której trwa właśnie rekrutacja. Bardzo serdecznie zapraszam do udziału w obu tych inicjatywach.
Konrad Ciesiołkiewicz
przez Jakub Krzyżanowski | wtorek 11 grudnia 2018 | gospodarka społeczna, nasze rozmowy
z Piotrem Rachwalskim, prezesem Kolei Dolnośląskich, o wyzwaniach i perspektywach kolei regionalnej rozmawia Jakub Krzyżanowski

Statystyki przedstawiające sytuację w kierowanych przez Pana Kolejach Dolnośląskich wyglądają imponująco, zwłaszcza jeśli chodzi o wzrost liczby pasażerów. Jak to się stało, że liczba pasażerów KD uległa potrojeniu?
Piotr Rachwalski: Od 2010 r. wzrost nastąpił w całej kolei na Dolnym Śląsku. U nas każdego roku jest to około dwóch milionów pasażerów więcej, czyli dość dużo jak na taką niewielką spółkę – mamy tylko 56 pojazdów, nie jesteśmy dużym przewoźnikiem.
Odpowiedź na to pytanie jest prosta: ważna jest oferta. Oferta rozumiana całościowo, czyli zarówno jako cena biletu, która musi być atrakcyjna w porównaniu z innymi środkami transportu, oraz jako rozkład jazdy, rozumiany zarówno jako godziny odjazdu dopasowane do potrzeb, jak i czas przejazdu oraz częstotliwość kursowania pociągów. Nie uda się pozyskać klientów w XXI wieku, jeśli będziemy mieli ledwie kilka par połączeń na dobę. To nie jest dla nikogo atrakcyjne. Ludzie są mobilni, nie mogą ryzykować, że jeśli nie zdążą na pociąg, to następny będą mieli dopiero za kilka godzin albo wręcz rano. Te czasy minęły.
Z powodu kiepskiej oferty pieniądze na kolej są często wydawane nieefektywnie. Chociażby na ścianie wschodniej, gdzie kursują tak zwane alibi-zug, czyli dwie, trzy pary połączeń na dobę, a czasem nawet na tydzień. Te pociągi są uruchamiane tylko dla zaspokojenia ambicji władz lokalnych lub zapewnienia spokoju społecznego, że ta kolej jest, a tak naprawdę jakby jej nie było. W XXI wieku to nie jest oferta, którą jesteśmy w stanie przyciągnąć ludzi czy wyrwać ich z samochodu. Ważny też jest nowy tabor, reklama, promocja poza dworcem i pociągami, docieranie i walka o pasażera tam, gdzie on jest. To nie te czasy że człowiek sam przyjdzie na dworzec. Zresztą i sam dworzec nie może odstraszać… ale to już inny temat.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że pierwszy świat różni się od trzeciego edukacją, służbą zdrowia i transportem publicznym. Jak ocenia pan Polskę w kontekście transportu publicznego? Którym światem jesteśmy?
P. R.: Nie jesteśmy pierwszym światem, nie jesteśmy też jednak trzecim światem, jesteśmy gdzieś pomiędzy. Mamy transport publiczny różnych prędkości i jakości: na przykład mamy stosunkowo dobry transport miejski, zwłaszcza w większych ośrodkach. Ma on konkretnego gospodarza, wybieranego co cztery, pięć lat, który za tę komunikację odpowiada – politycznie! – i który o transport miejski dba. W ostatnich latach wydano miliardy na tabor dla komunikacji miejskiej i to widać. System ulg jest dosyć prosty i atrakcyjny, Rady Miast oferują kolejne zniżki, a niektóre uruchamiają komunikację darmową. Rozkłady jazdy komunikacji miejskiej są proste i czytelne, zwłaszcza w porównaniu z rozkładami, które PKP PLK wiesza na stacjach kolejowych czy z rozkładami PKS. Transport miejski jest na całkiem niezłym poziomie w porównaniu z transportem w innych państwach Unii Europejskiej, a czasami i na lepszym. Ten transport rozrasta się wokół miast, a otaczające gminy zabiegają, żeby dojeżdżał także na ich teren swoimi nowoczesnymi, klimatyzowanymi, niskopodłogowymi pojazdami.
Ale równocześnie mamy transport regionalny, który jest w całkowitej zapaści. Dobity przez brak finansowania i wydzielanie poszczególnych odnóg z tego kiedyś jednego, powszechnego systemu transportu. Na przykład dowóz uczniów do szkół. Ciosem, który dobił komunikację regionalną typu PKS, były gimbusy, czyli coś, co wyłączyło i zebrało z tortu komunikacyjnego całą tę śmietankę.
Regionalny transport autobusowy zawsze opierał się na przewozie uczniów i pracowników, a później głównie uczniów. I to całkiem nieźle funkcjonowało do czasu powołania gimnazjów i stworzenia sztucznego, odrębnego transportu szkolnego. Obowiązek wożenia dzieci przez gminę realizowany jest przez dublowanie zwykłego transportu dla wszystkich osobnymi, zamkniętymi kursami szkolnymi, dostępnymi tylko dla uczniów. Najczęściej są one jedyną komunikacją w gminach czy wielu wsiach. Wożą także innych pasażerów, ale nieoficjalnie – ludzie wrzucają kierowcy do czapki dwa złote, żeby jechać. Tego nie ma w żadnych ewidencjach, tego nie widać w żadnych statystykach, ale jest to powszechna praktyka. Jest to równocześnie dublowane także na przykład przewozem osób niepełnosprawnych osobnymi dedykowanymi busami. Przy odpowiedniej organizacji transportu można by to załatwić razem: normalnym, ogólnodostępnym, niskopodłogowym autobusem, który obsłuży te wszystkie cele, o których mówiłem, za niższe pieniądze, bez stygmatyzowania, z przeznaczeniem zaoszczędzonych środków na większą liczbę kursów. Jesteśmy biedni, a robimy rzeczy, które są bardzo drogie. Na przykład w Szwajcarii, która jest bogata, takie usługi publiczne załatwia się za jednym razem. Komunikację miejską, regionalną autobusową i pocztę na terenach słabo zurbanizowanych obsługuje jeden autobus i kierowca, który jest jednocześnie szefem filii objazdowej poczty. On jedzie autobusem, zatrzymuje się we wsiach zgodnie z rozkładem jazdy i przy okazji jest placówką pocztową, która przyjmuje i wydaje przesyłki. Tak się to robi, kiedy myśli się o tym, żeby zachować, a wręcz rozwijać poziom dostępu do usług publicznych w sposób ekonomiczny. W Polsce mimo miliardów inwestowanych w drogi i kolej pojawia się coraz powszechniejsze wykluczenie komunikacyjne.
Od 10 lat wchodzi w życie ustawa o PTZ, czyli publicznym transporcie zbiorowym. Ustawa zobowiązuje do tworzenia planów transportowych, zawiera różne rozwiązania, umożliwia dofinansowanie zakupu autobusów i inne słuszne pomysły. Tylko jest jeden problem – nie wskazuje żadnych źródeł finansowania, nie porządkuje też zabagnionego systemu ulg. Rozumiem, że państwo nie pokrywa całości kosztów komunikacji publicznej, bo jesteśmy państwem na dorobku, ale można i trzeba dać choć część środków na realizację celów ustawy. Na przykład jakiś określony odsetek wpływów z PIT, VAT lub CIT na danym terenie (gmina, miasto, powiat, region) przeznaczyć na komunikację. Te pieniądze na pewno nie wystarczą, ale będą zaczynem dla gmin czy powiatów, które w ogóle już nie mają komunikacji zbiorowej. Przez to, że nie ma tych pieniędzy, toleruje się rozwiązania azjatyckie, na przykład busy.
Marszrutki znane z obszaru Rosji posowieckiej?
P. R.: Gorzej. Marszrutki działają jeszcze w jakimś systemie i ma to sens. Busy w Polsce jeżdżą tylko wtedy, kiedy są ludzie i kasa, a nie jeżdżą, kiedy ich nie ma, czyli na przykład wieczorem, w sobotę czy w niedzielę, gdy rano nie ma kursów. Nie zabierają ludzi z plecakami, bo plecaki zajmują cenne miejsce. Nie ma szans wsiąść do nich z wózkiem, nawet nie tym dla niepełnosprawnych, ale także dziecięcym. Te busy są przerabiane z ciężarówek, najczęściej bez homologacji, czyli to są busy, które tak naprawdę są ciężarówkami, często przeładowanymi, i tak to działa. Oczywiście do czasu kolejnego wypadku, który co jakiś czas się zdarza. Autobus ma konstrukcję kratownicową, która chroni pasażerów, a bus jest jak samochód osobowy – gdy dochodzi do wypadku przeładowanego busa, to jest po prostu miazga. Busy podkradają podróżnych regularnym kursom, łamią prawo, przekraczając prędkość dopuszczalną dla autobusów. Przypomnę, że ta wynosi w Polsce 70 km/h na drogach jednojezdniowych dla każdego autobusu/busu powyżej 9 osób. Kto widział busa jadącego poza miastem 70 km/h?
Wróćmy do kolei. Mówił Pan o kompleksowym podejściu do oferty.
P. R.: Oferta musi być całościowa. Atrakcyjność rozkładu jazdy polega na czasie przejazdu, co wiąże się zarówno ze stanem torów, jak i z taborem. Dobrze jest, jeśli inwestycje torowe, które robi PKP PLK, byłyby zgrane z inwestycjami taborowymi, żeby na nowe tory wyjeżdżały pociągi, które wykorzystają parametry tych wyremontowanych torów. Wydajemy miliardy na tory, a jeżdżą na nich archaiczne pociągi EN-57, z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych. Nie uda się przyciągnąć ludzi do kolei starym pociągiem, takim samym, jakim jeździła babcia, jeździła matka i teraz jeździ córka, a wiele wskazuje na to, że pojedzie także jej dziecko. Jeśli my ją chcemy zachęcić do jazdy 50-letnim starym pociągiem, to zanim to zrobimy ona już odpali samochód…
Tutaj dochodzimy do kolejnych elementów oferty i żadnego z nich nie można wyjąć, bo cała się zawali. Czyli nowy lub co najmniej zmodernizowany tabor, promocje cenowe i inne zachęty tego typu, rozkład jazdy dopasowany do potrzeb. Jest jeszcze jeden element, czyli jakość obsługi. Stereotypowym „wąsatym” konduktorem, skacowanym i nieuprzejmym, nie zachęcimy ludzi do jazdy koleją. Trzeba się starać, żeby standardy rosły. To usługa publiczna i nie powinna być byle jaka. Trzeba cały czas zmieniać tę kolej, gdyż często funkcjonuje w niej podejście, że pasażer przeszkadza, jest problemem. Żartuję, że dla wielu spółek kolejowych najlepszym pasażerem jest tak zwany Pan Dotacja. Pociągiem może nikt nie jeździć, bo ważne, żeby była dotacja od organizatora, czyli od samorządu. Czyli jak nie ma ludzi, to jest mniejszy kłopot, bo nie ma skarg, że na przykład pociąg się spóźnił czy jest brudno. Kiedy nikt pociągiem nie jeździ, to nikt się nie skarży – ale marnotrawi się środki publiczne. Często występuje też zjawisko tzw. wygaszania popytu – czyli takiego psucia oferty, by skutecznie odstraszyć pasażerów w celu udowodnienia, że nie ma sensu puszczać pociągów… Właśnie przez takie podejście transport jest traktowany jako socjal, coś byle jakiego, dla biednych, których nie stać na samochód. Nic bardziej błędnego.
Powiedział Pan, że transport publiczny nie jest formą opieki socjalnej.
P. R.: Transport publiczny jest powszechną usługą, a nie pomocą socjalną. Nie możemy traktować kolei jako czegoś dla wykluczonych, biednych, bo bogaci jeżdżą samochodami. To się kończy tak, jak z prywatną służbą zdrowia czy z prywatną edukacją, czyli bogatsi wychodzą z systemu publicznego, a ten podupada. Wtedy władze przestają o niego dbać, nie ma nacisku na zmiany, na rozwój. „Oni” – ci „lepsi” machają na to ręką, bo zanim wytłumaczymy im skomplikowany rozkład jazdy lub inne absurdy kolejowe, o których słyszał każdy, to, jak wspomniałem, oni już odpalają samochód. Trudno o lepszą antyreklamę kolei niż kiepski rozkład, brudny dworzec, nieuprzejmy konduktor i opóźniony 50-letni śmierdzący pociąg. Kto raz z tego skorzysta, ten więcej na kolej nie wróci.
Kolej to jest usługa publiczna, ale nie może być traktowana jako pomoc socjalna, coś dla biednych, gorszych, wykluczonych. Transport ma być dla wszystkich, nikogo nie wykluczać. Ma być na tyle nowoczesny, żeby mógł być modny – żeby nie było obciachem, że „jeżdżę pociągiem, bo mnie nie stać na samochód”. Dzięki dobrej ofercie transportu publicznego ludzie powinni myśleć: jesteś idiotą, że jeździsz samochodem, bo płacisz za paliwo, parkingi, stoisz w korkach, a ja w tym czasie już dawno jestem w centrum miasta i piję piwko, a ty nie możesz, to ty jesteś frajerem, a nie ja”. Tak właśnie trzeba organizować i promować transport publiczny w XXI wieku!
Ostatnio podano, że mamy więcej samochodów niż Niemcy w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Przy kilkakrotnie mniejszej sieci autostrad to wszystko kumuluje się na drogach lokalnych. Giną ludzie, a samorządy ogołacane są z pieniędzy potrzebnych na kolejne drogi i parkingi. Równocześnie mamy system kolei utrzymywany też z pieniędzy publicznych, kosztuje to miliardy rocznie. Służby ruchu czy obsługa przejazdów kolejowych kosztują tyle samo, niezależnie od tego, czy po torach jedzie jeden pociąg, czy dziesięć. Brakuje wśród tych miliardów złotych na infrastrukturę czasami kilku milionów, żeby pociągi po tych torach w ogóle jeździły. W rezultacie mamy bardzo drogą sieć kolejową, a brakuje nam pociągów po niej jeżdżących – tej śmietanki na wierzchu tortu, kilku złotych na to, żeby po torach utrzymywanych z publicznych pieniędzy jeździły pociągi atrakcyjne dla podróżnych.
Jaka jest przyczyna tej sytuacji?
P. R.: Podam przykład dwóch państwowych administratorów infrastruktury: PKP Polskie Linie Kolejowe i Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Obie instytucje zarządzają podobnej wielkości siecią – 17-18 tysięcy km. Z jednej strony mamy GDDKiA, która jest agencją powołaną w celu utrzymania i rozwijania sieci dróg, która faktycznie rozwija się. Drogi krajowe są zadbane, dobrze oznaczone w pionie i w poziomie, mają wykoszone pobocza, czasem kilka razy w roku. Pięknie i bujnie rozwija się sieć dróg ekspresowych i autostrad, zupełnie nowych, w nowych przebiegach, do tego nowe obwodnice miast i inne. Z drugiej strony jest sieć podobnej wielkości, zarządzana przez PKP PLK, czyli… nie agencję, lecz spółkę prawa handlowego! Nie da się spółką z kodeksu spółek handlowych zarządzać taką siecią, ponieważ celem spółki zawsze jest zysk. A celem agencji GDDKiA jest utrzymanie i rozwój sieci dróg. Gdyby PLK miała za cel utrzymanie i rozwój sieci kolejowej, pewnie wyglądałoby to inaczej. Ale PLK musi zarabiać na siebie, co jest absurdem. Poszczególni ministrowie nie chcą z tym nic robić, a jest tu ewidentna nierówność w traktowaniu dwóch gałęzi transportu. Nie ma mowy o zrównoważonym transporcie, gdy jedna gałąź musi sama na siebie zarobić i utrzymać drogi (żelazne), po których jeździ, a druga nie musi…
Jest to wynikiem zaniedbania czy może świadomego faworyzowania transportu samochodowego przez polityków?
P. R.: Oczywiście chodzi o to drugie, ponieważ za transportem samochodowym lobbują poszczególni ministrowie finansów, którzy wiedzą, że w dużej części żyją z akcyzy na paliwo. Brak też jest stabilnego źródła finansowania kolei, np. w Niemczech część opłaty paliwowej jest przeznaczana na kolej. W Polsce były okazje, żeby to zrobić, ale każda poszczególna władza, łącznie z obecną, bała się tego. Z tego powodu transport publiczny w Polsce regionalnej, poza kolejami, w wielu miejscach już nie istnieje. A i sama kolej istnieje często tylko teoretycznie.
Kolejną rzeczą jest to, że wszyscy składamy się na drogi, a kolej ma sama na siebie zarobić. Następna nierówność. Gdyby wszystkie koszty utrzymania przerzucić także na drogi, to cena za korzystanie z nich byłaby zupełnie inna.
Jestem zwolennikiem równego traktowania, niech wszyscy pokrywają swoje koszty. Choć transport zbiorowy, jako ekologiczny, powinien być wspierany kosztem indywidualnego. W tej chwili z pieniędzy publicznych, które mogłyby iść na nowe osiedla komunalne, dotujemy to, że ktoś jedzie wypasionym samochodem po nowej drodze. Jestem za tym, żebyśmy przy budowie czy remoncie drogi wpisali do projektu, że będzie ona po remoncie obsługiwana na przykład przez minimum 10 kursów autobusowych dziennie. To będzie ułamek procenta kosztów budowy lub modernizacji tej drogi, ale przynajmniej będzie ona wykorzystana dla transportu publicznego, egalitarnego, dla każdego. Budowano i remontowano ze środków publicznych drogi, po których nikt nie jeździ transportem publicznym. Nie ma żadnych autobusów, więc dla kogo to budujemy? Dla tych, co i tak przejadą samochodem, czy to po równej drodze, czy trochę starszej, krzywej? Po wydaniu wielu milionów na budowę czy remont drogi dla nic się nie zmienia z punktu widzenia mnóstwa ludzi, ponieważ nadal nie ma tam autobusów. Co więcej, po remoncie auta jeżdżą szybciej i jest więcej wypadków oraz poszkodowanych pieszych czy rowerzystów.
Jak w Kolejach Dolnośląskich wygląda kwestia konkurowania z transportem samochodowym? Trafiłem na informację, że na trasie Wrocław- Legnica nie ma już alternatywnego transportu drogowego albo jest niewielki. Czy to prawda?
P. R.: Tak, jest to prawda. Co więcej, burzymy mity. Między Wrocławiem a Legnicą jest bezpłatna autostrada, która jednak jest wobec nas niekonkurencyjna. Zapewniamy krótszy czas przejazdu, wykorzystując parametry linii kolejowej E-30, która po remoncie pozwala osiągnąć dobre prędkości – do 160km/h. Bezpłatna autostrada czy porządna droga nie mają szans przy dobrej ofercie kolejowej i wygrywamy nawet z nimi. W tej chwili mamy 27 połączeń między Legnicą a Wrocławiem z czasem przejazdu ok. 45-55 minut, a w 2007 r. tych połączeń było ok 8-9, a pociąg jechał 90-100 minut. Widzimy miarę postępu i przynosi to efekty – busy i autobusy odpuściły tę trasę, a parking w okolicach dworca pęka w szwach, zapełniany przez auta tych, którzy wybrali pociąg.
I jeżdżą tam pociągi, które mogą takie prędkości osiągać?
P. R.: Mamy część takich pociągów, niestety nie wszystkie. Jest cały szereg archaicznych przepisów, które niszczą konkurencyjność kolei – na przykład wymóg jazdy w dwie osoby, czyli dwóch maszynistów, przy prędkości powyżej 130 km/h. Większość pociągów jeździ 130 na godzinę zamiast 160, ponieważ na rynku brakuje maszynistów. Brakuje ich, ponieważ zlikwidowano zawodowe szkolnictwo kolejowe i obecnie powstaje dziura demograficzna. Wynika ona z odejść maszynistów na emerytury, z braku szkolnictwa kolejowego, a także z obecnego rozwoju rynku kolejowego, zwłaszcza towarowego.
Są analizy, które mówią, że jazda we dwójkę jest bardziej niebezpieczna. Jeśli przeanalizujemy wypadki kolejowe z ostatnich 10 lat w Polsce, wszystkie miały miejsce przy podwójnej obsadzie. Występuje tzw. kapitanoza, czyli sytuacja, gdy jedzie młodszy maszynista, a obok siedzi starszy. Starszy nie reaguje, bo nie on kieruje, a młodszy nie reaguje, bo myśli, że zareaguje starszy… Zjawisko zostało opisane wielokrotnie, ale nadal nic się nie zmienia.
A co z miejscowościami, z których transport kolejowy w ogóle jest wycofywany? Są też przykłady demontowania torowisk kolejowych.
P. R.: Mamy taką sytuację na Dolnym Śląsku, gdzie odziedziczyliśmy dużo szlaków po Niemcach. Kiedy samorząd chciałby z pieniędzy Regionalnego Programu Operacyjnego je wyremontować, PKP PLK zachowują się jak pies ogrodnika – są albo niezainteresowane, albo przedstawiają koszty absurdalnie wysokie. Dzieje się tak, ponieważ Polskie Linie Kolejowe, gdy już chcą coś robić, to tylko w standardzie magistrali. My chcemy robić kolej ekonomiczną, kolej lokalną i tanią, a nie kolej, gdzie zarabiają koncerny dostarczające urządzenia sterowania ruchem kolejowym za grube miliony. I albo zrobimy kolej tanio i bezpiecznie, albo będziemy inwestować w coś, co jest zupełnie niepotrzebne. Urządzenia SRK (Sterowania Ruchem Kolejowym) są ważne wtedy, gdy jest duży ruch, a na linii, gdzie jeździ jeden szynobus, jest to niepotrzebne. A w Polsce takie koncerny jak Bombardier czy Siemens dostarczają bardzo drogie systemy, w cenie czasami jednej trzeciej wartości całej inwestycji. Wolałbym położyć o jedną trzecią więcej torów niż płacić za te urządzenia, które są na dodatek bardzo awaryjne.
Wracając do pytania: samorządowi na Dolnym Śląsku udało się zablokować rozbiórkę obecnie nieużywanych torów. Podam przykład Trzebnicy, gdzie planowano na torach zbudować trasę rowerową, linię udało się uratować, a teraz ludzie nie mieszczą się do 16 par pociągów tam kursujących.
A co z kosztami obsługi mniejszych miejscowości za pomocą kolei?
P. R.: Trzeba to przeanalizować, nie upierać się by wszędzie dojechać koleją. Jesteśmy obecnie w ciekawej sytuacji, ponieważ mamy 66 miliardów złotych środków europejskich na inwestycje kolejowe. Możemy robić te inwestycje przyszłościowo i systemowo, zwłaszcza że wiele linii już istnieje, chodzi tylko o ich remont, bo zostały zapuszczone przez lata braku utrzymania. Nie musimy budować wielu linii od zera.
Są też sposoby, żeby robić tanią kolej. W Niemczech była osobna ustawa dotycząca tzw. Kleinbahn, czyli małych kolei, których dotyczą bardziej liberalne przepisy. Dzięki temu funkcjonuje wiele linii, które w reżimie tzw. dużej kolei nie byłyby opłacalne lub wręcz ruch na nich byłby niemożliwy. Taka linia, np. do Świeradowa, w standardzie PKP PLK kosztowałaby 10-12 milionów złotych za kilometr, a ja wiem, że da się ten tor zrobić za 1,4-1,8 mln. To jest szansa dla linii lokalnych, czyli zrobienie czegoś, co będzie, wiem, że to brzydko zabrzmi, koleją kategorii B, ale będzie koleją działającą. Czyli koleją, która pojedzie być może tylko 60-80 km na godzinę, może nazwijmy to nawet lekkim tramwajem regionalnym. Ale pojedzie. Będzie czymś, co pozwoli wykorzystać te linie bez reżimu bardzo drogiej kolei „dużej”, bo to jest po prostu niepotrzebne na linii lokalnej. Ludzie chcą pociągu, a nie, powiem w cudzysłowie, Pendolino. Chcą pociągu, szynobusu, a nie przeładowanego busa stojącego w korku.
Jak Pan ocenia perspektywy zmian na lepsze na kolei?
P. R.: To jest kwestia polityczna, bo za transport publiczny odpowiadają marszałkowie województw. Może pomogłoby, gdyby marszałek, podobnie jak burmistrz czy prezydent, był wybierany w wyborach bezpośrednich. Nie wiem, czy to by zadziałało, ale patrzę przez pryzmat wielokrotnie lepiej funkcjonującej komunikacji miejskiej. Marszałek decyduje o największych środkach dotyczących transportu i generalnie o rozwoju regionu, a wybory do sejmików wojewódzkich traktowane są trochę po macoszemu. Nie ma wprost tej odpowiedzialności marszałka – a kolej regionalna potrzebuje po prostu dobrego gospodarza.
Trzeba jednocześnie powiedzieć, że kolej jest ostatnim elementem publicznej komunikacji regionalnej, który jeszcze jakoś działa. Są pieniądze przeznaczone na kolej, zwłaszcza tam, gdzie ona funkcjonuje. Są też marszałkowie, którzy bardzo dobrze ją rozumieją i inwestują, np. na Dolnym Śląsku czy w zachodniopomorskim, który w 100% wymienił tabor na nowy. To województwo ma w tej chwili całkowicie nowy tabor jako jedyne w kraju.
Okazuje się też, że wzrost przewozów na kolei jest tylko tam, gdzie działa ograniczona, ale jednak konkurencja, czy to wewnętrzna, w ramach grupy PKP, czy zewnętrzna – samorządowa lub prywatna. Taka konkurencja na poziomie zdobycia zamówienia przydaje się w sferze usług publicznych, np. przy dwóch spółkach publicznych. Nie mówimy tu raczej o podmiotach prywatnych, ale o publicznej konkurencji na poziomie zdobywania zamówienia, czyli na poziomie przetargu.
Ważna jest ekonomia, czyli to, żeby pilnować kosztów, by pieniądze publiczne przed wydaniem oglądać dwa razy i dobrze je wykorzystać. Trzeba traktować system kolejowy, cały system transportu publicznego, jak rzekę z dopływami. Jeśli będziemy odcinać te małe dopływy, być może z perspektywy Warszawy nieistotne, to ostatecznie te główne koryta i cieki też zaczną wysychać.
Dziękuję za rozmowę.

Rys. Zmiana liczby osób korzystających z transportu kolejowego w poszczególnych województwach w latach 2012-2017. Dane: Urząd Transportu Kolejowego.
Zdjęcie w nagłówku: Tomasz Chmielewski
przez Monika Kostera | wtorek 4 grudnia 2018 | opinie
Narcyzm jest czymś w rodzaju nowotworu relacji międzyludzkich. Jest to zaburzenie osobowości polegające na braku empatii i przemożnej potrzebie chwały i sukcesu, definiowanego zewnętrznie, w kategoriach uznania, pieniędzy i triumfu nad innymi, widzianymi jako konkurenci i rywale do zaszczytów. W obecnych czasach jest szybko rozprzestrzeniającą się pandemią. Dzieje się tak z powodu tragicznego zanieczyszczenia środowiska uczuciowego i społecznego – narcyzm stał się nie tylko normą, ale wręcz obowiązkowym wzorcem do naśladowania. W dużej mierze stało się tak z winy patologicznego przesłania nauk, praktyki i popularnej kultury zarządzania. To ono zawiera treści, postulaty i idee, które zanieczyszczają symboliczne środowisko ludzkich emocji. To ono ma moc wpływania na nasze codzienne życie, oczekiwania, marzenia. W ostatnich dekadach wdarło się także w sfery całkowicie nie dla niego przeznaczone, takie jak wartości i normy współżycia społecznego (trend zarządzania kulturą z lat 80. i 90.) czy nawet duchowość (corporate mindfullness ostatnich lat). Ono stawia poprzeczki i ono ma środki, by wymagać od nas traktowania ich jako obowiązujących. Wreszcie, ono stałą się lingua franca, nową łaciną, językiem powszechnie obowiązującym, imaginarium pospolitym, czymś w rodzaju współczesnej matury. Co zarządzanie zawiniło, zarządzanie powinno odkupić. I o tym właśnie chciałabym napisać w tym świątecznym czasie, odczuwam taką wielką potrzebę.
Psycholożka i naukowczyni Ramani Durvasula, autorka licznych publikacji naukowych i naprawdę dobrych popularnych książek, opisuje narcyzm w szerszym społecznym i kulturowym kontekście. Jest to zaburzenie osobowości szczególnie trudne, jako że właściwie uniemożliwia budowanie relacji. Relacje są dwustronne, wymagają wzajemnych dostosowań, dawania i brania, wzajemnej miłości, przyjaźni, budowania zaufania. Cała materia społeczna – rodziny, grupy znajomych, ale także organizacje, miejsca pracy, wreszcie wielkie instytucje społeczne – opiera się na ludzkich relacjach. Nasze bycie człowiekiem rozwija się i umacnia dzięki relacjom. Osoba narcystyczna nie umie tego robić, umie tylko brać, nie umie dawać. Potrafi zdobywać, uwodzić, czasami potrafi coś zaoferować, gdy widzi w tym potencjalną korzyść, zaspokojenie jakiejś swojej potrzeby. Ale nie umie dawać i nie rozumie wzajemności, bo nie posiada empatii. Po prostu brakuje jej tego zmysłu i nigdy się nie nauczy, nigdy się nie zmieni. Badania dr Durvasuli i innych specjalistów pokazują, że osobowość narcystyczna jest wyjątkowo niepodatna na terapię – sam narcyz nie widzi potrzeby zmiany, a gdy zostanie do tego nakłoniony, nie zmieni się trwale, nawet jeśli może chwilowo i punktowo zacząć się zachowywać bardziej współpracująco.
Innymi słowy, ta diagnoza nie rokuje dobrze. Jeszcze gorzej rokuje dla otoczenia osoby narcystycznej – to ono musi nieść społeczne i psychologiczne konsekwencje zaburzenia, wstyd i systematyczne problemy z innymi relacjami. Narcyz domaga się bowiem od innych ludzi zaspokajania swoich potrzeb i nie posiada zwykłych ludzkich zahamowań, wynikających z empatii czy wrażliwości na drugą osobę. Bliscy funkcjonują jak dwór lub jak niewolnicy, dostarczający panu i władcy wszystkiego na srebrnym talerzu, a przy tym niszczą i palą relacje ze wszystkimi wokół.
Narcyz wyraża stale swoje poczucie uprawnienia do wszelkich nagród, zaszczytów i sukcesów. Jeśli ich nie uzyska, to jest to wina otoczenia. Nie wynika to jednak z głębokiej miłości własnej, ale z wewnętrznej pustki – osoba narcystyczna nie ma poczucia równowagi, nie wie, po co robi to, co robi, jeśli nie zostanie obsypana pieniędzmi, zachwytami, sławą. Wszędzie węszy wrogów, których zwalcza z energią iście nadludzką, robi rzeczy, które wydają się nam, zwykłym szaraczkom, niemożliwe i niepojęte. Czyni to, bo czuje potrzebę odegrania się na kimś za coś, co odbiera jako ujmę w swojej dumie, plamę na swoim honorze. Narcyzowi są paranoiczni, często bezlitośni, okrutni, skłonni do depresji, ponieważ nie czują wartości tego, co robią, choćby nawet było to piękne i cenne (zazwyczaj jednak nie jest). Bez coraz to nowych potwierdzeń własnej wielkości, nigdy niekończącej się fali pochwał, ciągłego uwielbienia, czują w środku wielką ssącą próżnię. Możemy oddać im wszystko, co mamy – duszę, siły witalne – tego od nas właśnie oczekują, ba, tego wymagają i to od nas pobierają bez żadnych ograniczeń; mogą nas wyssać z sił witalnych, doprowadzić do choroby, obłędu, śmierci – i nie będą mieli dość. Nigdy nie będą mieli dość. Są nienasyceni.
Właściwie nazwa zaburzenia nie oddaje istoty rzeczy – Narcyz, piękny młodzieniec z greckiego mitu, zapałał miłością do własnego odbicia. Patologiczny narcyz nie jest w sobie zakochany, ale raczej pozbawiony społecznego termostatu, nie umie ogrzać się ciepłem ludzkiej miłości i współczucia. Dlatego musi stale podpalać Rzym. Myślę, że narcyzm powinien nazywać się neronizmem. Potworna samotność osoby narcystycznej, często połączona z innymi zaburzeniami osobowości, takimi jak psychopatia, socjopatia czy makiawelizm, nie czynią jej postacią godną zazdrości. Otoczenie takiej osoby poświęca swoją energię życiową, swój czas, swoją pracę, swój dobytek, wreszcie – swoją duszę, by narcyza na chwilę zadowolić, kosztem wszystkiego innego, wszystkich innych. Ogień narcyzmu pożera rodziny, społeczności, miejsca pracy. I definiuje im kategorie świata. Otoczenie przejmuje od narcyza miary, standardy, język, to, co narcyz uważa za wartości i normy. W ten sposób narcyzm staje się zaraźliwy, przenosi się tam, gdzie nie jest jego miejsce, toczy umysły i serca bliskich i znajomych. Narcyzm roznosi się przez relacje.
W naszych czasach neoliberalne zarządzanie uczyniło z narcyzmu wzorzec i model nie tylko normalny i powszechny, ale wręcz obowiązkowy. Wszystko jest pełne tego wzorca: kultura masowa, edukacja, przede wszystkim w szkołach biznesu, a z ich powodu w całym szkolnictwie wyższym, jak przekonuje w swojej najnowszej książce Martin Parker, brytyjski profesor zarządzania. Media, prasa, zdrowy rozsądek i nasz codzienny język. Nie zawsze tak było. Nawet ja, w końcu nie żaden Matuzalem, pamiętam całkiem inne czasy, inne postawy i języki. Jednak dominacja tego języka obecnie tak absolutnie określa nasz świat, że dla wielu osób „nie ma alternatywy”, nie jest do pomyślenia rzeczywistość, w której ważniejsza może być współpraca, niż indywidualne zwycięstwo, w której nauka to może być wysiłek zespołowy, nie gwiazdorstwo, w którym dobro wspólne jest najważniejsze. Opowiadamy o nas samych, o naszym życiu, o naszych celach i pragnieniach, jakbyśmy wszyscy byli narcyzami – robimy to nie dlatego, że wynika to z naszych głębokich potrzeb, ale ponieważ to jedyny język, jaki znamy. Język definiuje wyobraźnię i tworzy rzeczywistość. Zaczynamy sami także czuć w trzewiach tę pustkę, która jest losem osobowości narcystycznej, zaczynamy wypełniać ją „sukcesami”, konsumpcją, żarciem, alkoholem, działać bez zahamowań, bez empatii, bo – „tak trzeba”, „nie da się inaczej”.
Szwedzki profesor zarządzania Mats Alvessson opowiada w swej głośnej książce zatytułowanej „The triumph of emptiness” – „Triumf pustki”, o tym, jak narcystyczna gigantomania zdefiniowała w ostatnich dziesięcioleciach zarządzanie, a następnie cały świat. Każdy musi być „w światowym topie”, oblegają nas zewsząd rankingi, pomiary; pacjenci i studenci oceniają lekarzy i nauczycieli w systemach takich, jakich używa się do oceny atrakcji turystycznych, restauracji, hoteli. Wszyscy polerujemy nasze CV z taką pieczołowitością i takim nakładem środków i czasu, że nie starcza ich już na nic innego, na żadną treść, zawartość – i nikogo to nie interesuje, liczy się wyłącznie powierzchnia. Wszyscy siedzą przy niekończącej się partii pokera w ciemno, nikt nie powie „sprawdzam”, bo już sami nie wiemy, co miałoby być sprawdzane, kłamstwo stało się nową prawdą, nawet zyskało nową nazwę. „Post-prawda” to nic innego jak kłamstwo plus władza.
Powierzchnia jest wszystkim, ma być wszystkim, musi być wszystkim, ale nic nie wnosi w nasze życie ani w życie naszych organizacji, gdyż kryje pustkę. Ta pustka właśnie święci światowe triumfy, w przedsiębiorstwach, w polityce, w edukacji. To ona jest obowiązującym kanonem zarządzania. Błyszczące powierzchnie to iluzjonistyczne sztuczki, które są tak oderwane od zawartości, że nikt już o nią nie pyta. Powoduje to katastrofalne skutki, zmuszając do funkcjonowania w organizacjach, które wysysają z nas energię życiową i odbierają chęć do życia, nie wnosząc nic pożytecznego społecznie ani planetarnie. Taki styl zarządzania oparty jest na założeniach, że ważne są wyłącznie mierzalny przyrost ekonomiczny i wzrost konsumpcji, a drogą do nich są zewnętrznie definiowane „transparentne” standardy, oceny i cele. O ile szarlataneria biznesowa i reklamiarstwo istniały zawsze, to nową jakością jest absolutna powszechność, jaką system charakteryzuje się w naszych czasach i brak widocznych alternatyw. Alvesson twierdzi, że edukacja wyższa, wspierana przez media, cementuje i szlifuje ten model do coraz większej perfekcji, przy tej okazji likwidując własny sens i czyniąc z siebie równie pusty cymbał, jak system wartości społecznych, który buduje.
Wszystko to odbywa się kosztem utraty sensownego języka – słowa funkcjonują w oderwaniu od treści, zmieniają znaczenie. „Satysfakcja klienta”, „zrównoważony rozwój”, „nacisk na zasoby ludzkie” i wszechobecna „doskonałość” nie znaczą absolutnie nic, niczym hasła z epoki późnego PRL. Reakcją na te slogany są cynizm, depresja, pasywność lub złość, nawet furia, w tym także ta przejawiająca się w bardzo niebezpiecznych hasłach faszystowskich i pełnych nienawiści wrzaskach, których wciąż wokół nas więcej. Niektóre na pewno pochodzą z gardzieli psychopatów, ale niektóre mogą być wyciem człowieka pozbawionego języka posiadającego sens. W dzisiejszych czasach praktycznie każdy menedżer musi kompetentnie władać takim właśnie językiem gigantomanii i pustki.
Zarządzaniowa pustka rozprzestrzenia się poprzez relacje międzyludzkie, roznosząc bakcyla narcyzmu, śmiertelnego dla wspólnoty, radości życia, twórczości. W małych społecznościach ogranicza się do sieci bliskich i czasami znajomych osoby dotkniętej tą patologią. W wielkich systemach jest zarządzana z góry w dół. Narcyzm dosłownie skapuje w dół hierarchii, od naczelnego szefa, poprzez kierownictwo średniego szczebla, na sam dół i jeszcze niżej, do prekariusza, który nigdy nie będzie miał tego wypasionego BMW ani nie będzie latał pierwszą klasą, a jednak utożsamia się z takim stylem życia i z takimi wartościami, zamiast iść z towarzyszami na barykady i żądać godnej płacy za godną pracę. Tylko narcyzm skapuje na dół, nie bogactwo, jak w latach 80. obiecywali nam neoliberałowie w słynnym haśle „trickle-down effect”, głoszącym, że bogactwo skapuje ze stołu bogaczy na coraz niższe poziomy struktury społecznej i za lat 10, może 15 wszyscy będziemy Blake’ami Carringtonami z serialu „Dynastia”. Nie jesteśmy. Nie będziemy. Carrington przestał być Carringtonem, który wszak miał jakieś ograniczenia i względy dla innych. Stał się Trumpem, Murdochem, Zuckerbergiem, Muskiem, totalnie oderwanymi od reszty ludzkości i natury, nienasyconymi, jednym z 63 osób, które posiadają na własność więcej dobytku, niż uboższa połowa całej populacji Ziemi i których bogactwo stale rośnie, naszym kosztem. Stał się Neronem ze złota. A my wszyscy też staliśmy się Neronami, tyle że z prochu, z dymu, ze szmatek. Wierzymy, że nim jesteśmy, bo nasz język nie zawiera innych słów, bo nasza społeczna wyobraźnia nie pozostawia nam innych możliwości. Weźmy takie dwa, całkowicie fikcyjne przykłady z codziennego życia w pracy.
Wyobraźmy sobie Brendana, człowieka, który ma CV ze złota i brylantów, lecz ludzie mówią, że w poprzednich miejscach pracy miał jakieś problemy z oskarżeniami o mobbing i musiał się przenieść. Jest złotousty, jego mowa, zwłaszcza w stosunku do osób, które mogą mu coś dać lub pomóc w jego karierze, pełna jest superlatyw i pochlebstw, które wręcz wprawiają rozmówcę w zażenowanie. Obiecuje cuda. Przy tym jest interesującym facetem, ma ciekawe pomysły, poglądy, nosi się nieco ekstrawagancko, krytykuje establishment ostrymi słowy, czyta niebanalne lektury – jest osobowością, zwraca uwagę. Oczywiście, że został szybko awansowany – jak pokazuje w swoich badaniach profesor zarządzania Jeffrey Pfeffer, współczesne korporacje (i wszelkie inne organizacje) niemal automatycznie awansują na wysokie stanowiska takie właśnie osoby. Brendan jest socjopatą i narcyzem. Niech nas nie dziwi zatem, że po uzyskaniu awansu zmienia wszystko radykalnie, od wyglądu począwszy, poprzez poglądy i zainteresowania, a na gronie przyjaciół skończywszy. Z dnia na dzień. Na początek pozbywa się wszystkich, którzy go wspierali, robi to tak brutalnie, że otoczenie, przyzwyczajone wszak do różnych korporacyjnych działań, nie może długo uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Wszędzie opowiada o swoich nieprawdopodobnych (i słusznie, jeśli takimi się wydają) sukcesach. Wydaje na siebie cały budżet reprezentacyjny. W ciągu kilku miesięcy Brendan zatruwa atmosferę w swoim miejscu pracy, niszczy delikatną tkankę społeczną, kilka osób choruje lub poddaje się psychoterapii. Gdy także w obecnym miejscu zdesperowany podwładny oskarża go o mobbing, Brendan szaleje z poczucia krzywdy. Przecież on nikogo nie tyranizował, był wzorowym szefem, miał wielką wizję, której szaraczkowie nie umieli docenić. Jeśli cokolwiek w tej opowieści wydaje nam się nietypowe, dziwne, to na pewno nie postawa Brendana, nie to, co robił ani to, co mówił. Dziwne jest tylko to, że podwładny poszedł na skargę do naczelnego dyrektora.
A teraz weźmy inny przykład. Benio jest ulubionym kolegą w firmie, bratem łata, z każdym umie się dogadać, wszyscy go lubią. Jakimś cudem – zważywszy, że awanse są zarezerwowane dla Brendanów tego świata – został awansowany na dyrektora w dużej firmie. Wszyscy się cieszą, Benio wraz z nimi. Wkrótce zaczyna swoją działalność od obietnic, obiecuje rozwiązanie przeróżnych ciężkich problemów, awanse i podwyżki, utworzenie nowego działu i zatrudnienie nowych osób. Ludzie dostosowują do tych obietnic swoje plany, podejmują niekiedy bardzo poważne życiowe decyzje. Jednak obietnice nie są spełniane. Wielu osobom kariera kruszy się w oczach. Kilka osób wychodzi jak Zabłocki na mydle na swoich planach zatrudnienia i decyzjach z tym związanych. Benio natomiast wrzuca drugi bieg. Zaczyna nawoływać do realizacji wskaźników, wytycznych, odgórnych celów, które nie są przez podwładnych przyjęte za własne, a często nie są akceptowane, porównuje, kategoryzuje, nakłania do współzawodnictwa, upomina, degraduje jednych, awansuje innych, alienuje wszystkich. Co się stało z Beniem? Dlaczego zachowuje się jak socjopata? Obiecywanie i niespełnianie obietnic psuje relacje, a gdy ktoś posiada władzę, jest po prostu destrukcyjne. Miły, sympatyczny Benio jest w sercu empatą, ale rola społeczna, w którą wszedł, wtłacza go w system działania, który jest mu organicznie i brutalnie obcy. O ile strach i gniew budzi system zarządzania, w którym promowani są Brendanowie, to o wiele większą tragedią jest to, że Beniowie naszych firm i urzędów publicznych wtłaczani są w koszmarne prokrustowe łoże wykreowane przez tamtych. W lepszych czasach Benio nadal byłby bratem łata, kibicowałby zespołom, słuchałby ludzi i kiwał głową, niekiedy ze zrozumieniem, czasami pewno z ubolewaniem. Jego międzyludzki termostat mówiłby mu natychmiast, że atmosfera jest ciepła lub chłodna, że młoda pracowniczka potrzebuje wsparcia i zadań, z którymi lepiej sobie radzi. Nigdy nie popierałby samochwalstwa i nie zachęcałby do wyścigu szczurów. To wszystko, co robiłby w lepszych czasach Benio, to także jest zarządzanie.
To zarządzanie, które już istnieje i wcale nie trzeba wiele, by je rozpowszechnić, wystarczy zastąpić część dęcia w medialne trąby opowieścią dla pokrzepienia serc o Kooperatywie Dobrze, o Pracowni Gier Szkoleniowych, o Lokalu Vegan, o Spółdzielni Ogniwo… Nie istnieją idealne miejsca pracy i każda organizacja ma swoje mroki. Nie chodzi o ideał, ani nawet o utopię. Chodzi o inny język, inne imaginarium, które byłoby dostępne powszechnie jako lek na narcyzm. Nie można wyleczyć narcystycznej osoby, ale można wyleczyć relacje międzyludzkie, empatów, zwykłych ludzi, zresztą w taki sam sposób, jaki proponuje dr Durvasula – odsuwając się od narcyzmu lub przynajmniej rozumiejąc, że jest on patologią i współistniejąc z nią z pełną świadomością, że jest to ciężka choroba serca, nieuleczalna, a potem – z ulgą idąc w świat po ludzku, na ludzkich warunkach, w miłości i współczuciu.
Może pierwszym krokiem byłoby masowe odwrócenie się od słowa „zarządzanie”, jak radzi profesor Parker i powrót do innych określeń, które kiedyś używane były częściej na opisanie tego, czym zajmujemy się jako naukowcy, edukatorzy, praktycy. Najprościej byłoby nam po drodze z proponowaną przez Martina Parkera nauką organizowania. Kiedyś w naszym kraju obowiązywała nazwa „nauki organizacji i zarządzania”, mam dyplom magistra z tej dyscypliny. Może powinniśmy częściej mówić o kierowaniu – to polskie słowo używane od czasów Karola Adamieckiego, czyli od stu lat. Pojawiało się w nazwach instytutów, publikacji, pism i podkreślało ludzką stronę pracy osoby odpowiedzialnej, znanej wówczas jako kierownik, nie „menedżer” – ten ostatni pojawił się w naszym kraju dopiero w latach 90. A może powinniśmy częściej rozmawiać ze sobą, słuchać siebie nawzajem, zamiast patrzeć na Brendanów naszego świata, czy to z przerażeniem, czy z podziwem.
To nie brzmi jak model rozwiązujący problem? Bo nim nie jest. Nie mam rozwiązania ani tym bardziej modelu. Ale jestem przekonana, że wystarczy nas wypuścić na swobodę z prokrustowych pułapek obowiązkowego narcyzmu, a wymyślimy świat, w którym da się żyć i pracować. Zalążki już są. Nie tracąc ich z oczu, pozwólmy popłynąć gaszącym pożary łzom żalu, współczucia, ulgi, radości…
prof. Monika Kostera