przez Remigiusz Okraska | niedziela 12 maja 2019 | edytorial, Kwartalnik, Wiosna 2019
Przyszłych rzetelnych historyków czeka sporo trudu przy odpowiedzi na pewne pytanie. Brzmi ono: jak w kraju „Solidarności” – która na swoich sztandarach, o czym dzisiaj coraz rzadziej się mówi, wypisała nie tylko postulaty wolnościowe, ale także dobitnie sformułowane żądania dbałości o robotników – tak łatwo, szybko i bezrefleksyjnie zatriumfowały liberalizm gospodarczy oraz nierzadko jawnie i wprost formułowane opinie antypracownicze. Jak to się stało, że wezwanie „jedni drugich brzemiona noście” zamieniło się znienacka w „każdy jest kowalem własnego losu”.
Trzecia Rzeczpospolita okazała się pod wieloma względami tworem antypracowniczym. Krajem wieloletniego wysokiego bezrobocia. Mizernego wsparcia socjalnego. Niskich płac. Niestabilnego zatrudnienia. Rozpowszechnionych umów śmieciowych. Portretowania każdego postulatu poprawiającego sytuację pracowników jako populistycznego. Przedstawiania każdego robotniczego protestu jako warcholstwa i nieuzasadnionej roszczeniowości. Wychwalania każdej opinii świata biznesu jako najgłębszej prawdy, w dodatku z założenia korzystnej dla całego społeczeństwa. Niskiego uzwiązkowienia. Łamania prawa pracy na znaczną skalę. I wielu podobnych zjawisk.
Refleksja przyszła późno i w znacznej mierze została wymuszona realiami. Przede wszystkim taką ewolucją rynku pracy, która po masowej migracji Polaków na Zachód i odchodzeniu roczników wyżu demograficznego na emerytury zaowocowała czymś w III RP niespotykanym: niedoborami rąk do pracy w ogóle lub rąk chcących pracować za dotychczasowe stawki i na zastanych zasadach. Zaczęto wreszcie nieco inaczej mówić o pracownikach i pracownicach, ich sytuacji i traktowaniu. Dostrzeżono, że długofalowo gospodarka, przemysł, rentowność, rozwój gospodarczy i szereg innych kwestii zależą m.in. od kondycji pracowników. Konkurowanie tanią siłą roboczą i wyciskaniem siódmych potów okazało się mieć krótkie nogi. Pojawiają się refleksje, że najpierw trzeba zaoferować porządne kołacze, aby mieć w zamian czyjąś solidną pracę. Często mniej w tym rozpoznaniu ducha dawnej „Solidarności”, a więcej wyrachowania, mody lub neofityzmu – ale na początek dobre i to.
My w duchu innym niż antypracowniczy piszemy od dawna, już 19 lat. Kiedyś robiliśmy to jako jedni z nielicznych w Polsce. Dziś takich głosów jest więcej, także w mediach i środowiskach niegdyś topornie liberalnych gospodarczo. Ale wciąż jest ich za mało i nierzadko są pobieżne. Temat natomiast wciąż pozostaje aktualny, bo za parawanem modnych wywodów o „rynku pracownika” skrywa się znacznie mniej kolorowa i bardziej skomplikowana rzeczywistość. Dlatego w tym numerze „Nowego Obywatela” niemal wszystkie materiały poświęciliśmy kondycji i sytuacji świata pracy w Polsce. Uważamy, że to jeden z najważniejszych tematów dotyczących naszego kraju i jego społeczeństwa.
Naszym partnerem w tym dziele jest w bieżącym numerze Komitet Dialogu Społecznego Krajowej Izby Gospodarczej, a pomysłodawcą części przygotowanych materiałów – jego lider, Konrad Ciesiołkiewicz. Co odnotowuję z satysfakcją, gdyż tego rodzaju współpraca na takim gruncie tematycznym była jeszcze dekadę temu zupełnie nierealna.
Zapraszam do lektury!
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie finansowe – zajrzyjcie proszę tutaj.
przez Krzysztof Mroczkowski | niedziela 12 maja 2019 | opinie
Nieczęsto zdarza się, aby rządowy materiał analityczny, bez jakiegokolwiek przełożenia na prawodawstwo, miał szansę zmienić postrzeganie sytuacji w kraju przez jego elity. Niedawno opublikowana została analiza, która powinna „zmienić wszystko”. Jeden z liberalnych komentatorów ekonomicznych z przerażeniem skonstatował, iż ostatni raport Ministerstwa Finansów pokazuje, że Polska notuje poziomy nierówności dochodowych znane z „afrykańskich satrapii”. O jakim raporcie mowa? Zacznijmy od zarysowania tła.
Optymiści i krytycy
Od lat istnieją dwie interpretacje na temat porządku społeczno-ekonomicznego w Polsce. Pierwsza interpretacja („optymistyczna”), dominująca w publicznym dyskursie, mówi, iż (neoliberalny) porządek społeczno-ekonomiczny w naszym kraju został ukształtowany w trakcie ostatnich trzech dekad w sposób zasadniczo poprawny, biorąc pod uwagę punkt wyjścia oraz wyzwania modernizacyjne. Druga interpretacja, „krytyczna”, ocenia porządek społeczno-ekonomiczny jako niesprawiedliwy i odrzuca argumenty o jego zasadniczej bezalternatywności.
Optymiści od zawsze wskazywali na dwie przesłanki legitymizujące istniejący stan rzeczy. Po pierwsze, o ile podział dochodu narodowego z roku na rok stawał się coraz bardziej nierówny względem czasów PRL, o tyle ogólne tempo wzrostu dochodu narodowego sytuowało nas w wąskim gronie kilku liderów wzrostu w regionie (razem z m.in. Estonią i Słowacją). Gospodarczy „tort”, chociaż nierówno dzielony, zaczął solidnie rosnąć. Po drugie, charakter transformacji pozwolił uniknąć jednoznacznie oligarchicznego ustroju, na co zdawały się wskazywać dostępne dane o rozkładzie dochodu, na czele z tzw. wskaźnikiem Giniego, nieodbiegające w wyraźny sposób od poziomów notowanych w wielu krajach Europy Zachodniej, będącej wzorem i celem polskiego „nadganiania”.
Interpretacja optymistyczna była w latach dziewięćdziesiątych hegemoniczną, ze względu na absolutną przewagę medialną ośrodków akceptujących neoliberalny, mocno wolnorynkowy sposób kształtowania regulacji społeczno-ekonomicznych. Działo się tak również z uwagi na bardzo wysoki poziom akceptacji nowego porządku przez społeczne elity, w tym elity merytokratyczne, obsadzające kluczowe instytucje państwa. Główne osie konfliktów politycznych również nie przebiegały w ostry sposób wokół kwestii podziału dochodu narodowego, a częściej wokół kwestii tożsamościowych, afer, lub abstrakcyjnego albo uzasadnionego odczucia technokratycznej „niekompetencji” tej lub innej władzy (chociaż kwestie gospodarcze grały swoją rolę w wyborach, np. w roku 2001). Efektem było spore przyzwolenie na bezalternatywny porządek neoliberalny.
Jeszcze 10-15 temu interpretacja krytyczna była absolutnym marginesem w dyskursie medialnym. Jedynymi mediami skłaniającymi się ku tej interpretacji były media Tadeusza Rydzyka oraz zupełnie niszowe wydawnictwa prospołeczne, takie jak „Nowy Obywatel”. Politycznie, do momentu radykalizacji retoryki Prawa i Sprawiedliwości, opcja ta również znajdowała się w mniejszości, znajdując wyraz w formacjach zdobywający poparcie około jednej czwartej elektoratu (LPR, Samoobrona). Stopniowo, w ciągu ostatnich kilkunastu lat środowiska prawicy coraz mocniej zaczęły kwestionować porządek społeczny i zbliżać się do pozycji krytycznej. Prawicowa wersja interpretacji krytycznej opisywała prawdziwe symptomy, jednak stawiając diagnozę w większości fałszywą. Wskazywała na „złe elity” jako winnych społecznych bolączek, w tym ubóstwa i rozwarstwienia. Jedyną odpowiedzią byłaby wymiana elit na „dobre”.
To podejście odległe jest od rzetelnej analizy podstawowych uwarunkowań systemowych rosnących nierówności i innych plag społecznych, przedstawianej przez środowiska prospołeczne. Te uwarunkowania to, m.in. miękki kodeks pracy, słaba kontroli jego przestrzegania, niewielka rola dialogu społecznego, niewielki udział dużych przedsiębiorstw w gospodarce, słabnąca pozycja przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i spółdzielczych, prywatyzacja dużej części naturalnych nierynkowych monopoli, czasowe ustanowienie renty sektora finansowego na części systemu emerytalnego (tzw. OFE), faktycznie nieprogresywny system podatkowy, i wiele innych. Do tych czynników dochodziły kolejne, w wielkim stopniu niezależne od polityki i regulacji krajowych, jak np. półperyferyjny status gospodarki polskiej w globalnych łańcuchach wartości oraz deregulacja i liberalizacja handlu międzynarodowego i powiązana z nim globalizacja, a także neoliberalny, antyinflacyjny i antyinterwencjonistyczny konsensus w polityce gospodarczej, forsowany przez organizacje międzyrządowe. W interpretacji prawicy wszystkie te czynniki miały mniejsze znaczenie, niż bycie rządzonym przez „złych ludzi” o „złej woli”.
Odkrywając fakty
Ze względu na (relatywnie świeżą) asocjację z radykalizującą się prawicą, krytyka porządku społeczno-gospodarczego jest zatem obarczona cieniem wysuwanych przez to środowisko niepoważnych diagnoz, groteskowych recept, leniwego myślenia życzeniowego. Chociaż w społeczeństwie pasywna akceptacja neoliberalizmu zdaje się maleć (czego znakiem jest szeroka akceptacja programu 500+), to wśród społecznych elit (medialnych, biznesowych, urzędniczych i innych) wiara w słuszność społeczno-gospodarczej ścieżki, po której podążała Polska od 1989 roku, jest nadal bardzo wysoka. Dla tej grupy wszystko zdawało się potwierdzać optymistyczną narrację: doświadczenia osobistego relatywnego sukcesu ostatnich trzech dekad, wyspowa modernizacja i zapełnienie metropolitalnych przestrzeni publicznych artefaktami nowoczesności oraz dobierany przez media wyciąg z rzeczywistości.
Optymistyczny ogląd świata nie był zbudowany, jak chcą niektórzy, wyłącznie na poznawczych niedostatkach i egoizmie beneficjentów transformacji. Dla klasy średniej Polska była w dużej mierze krajem relatywnie szerokich możliwości i faktycznie istniejącej ścieżki merytokratycznej. Fakt, iż ścieżka ta jest dostępna dla grup o relatywnym przywileju, nie była oczywista. Dane zdawały się potwierdzać narrację optymistów. Wskaźnik Giniego (im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie) miał lokować się na poziomie ok. 0,3, czyli blisko średniej unijnej. W samozadowolenie wprawiały badania panelowe ludności (POLPAN), pokazujące rosnące zadowolenie Polaków ze swojej sytuacji. Twarde liczby przemawiały za uznaniem sukcesu jeśli nie całego, to przynajmniej znaczącej większości społeczeństwa, co potwierdzały swoim autorytetem poważne opiniotwórcze media oraz naukowcy o środowiskowej reputacji. Przy braku innych przesłanek, Polak z klasy średniej akceptował te „fakty”, bez możliwości nawet poznania metodologicznych słabości takiej analizy rzeczywistości czy alternatywnych opinii.
Krytycy kursu neoliberalnego mieli niełatwe zadanie. Trudno było oczekiwać przezwyciężenia wpływów instytucjonalnych zwolenników istniejącego porządku społeczno-gospodarczego np. na legislację czy ośrodki eksperckie. Sprzyjające neoliberalizmowi były, i w większości nadal są, główne media. Dodatkowym utrudnieniem był brak danych jednoznacznie wskazujących na dużą skalę problemu, mimo iż realia poza Polską metropolitalną dawały istotne przesłanki do bicia na alarm. Nierówności rosły podczas polskiej transformacji, gdy w wielu miejscach upadały duże zakłady pracy, zwijana infrastruktura utrudniała awans osobom z prowincji, niepewne i śmieciowe warunki zatrudnienia nie zabezpieczały przed nieprzewidzianymi zdarzeniami. Odzwierciedlenie w statystykach można było zauważyć, ale na poziomie zagregowania tak dużym, że ocierającym się o abstrakcję – podział dochodu między pracę a kapitał uprzywilejowywał ten drugi znacznie bardziej, niż w krajach, do których realiów aspirowaliśmy. Również podatki dochodowe nie miały korekcyjnej roli redystrybucyjnej, jak na upragnionym Zachodzie. W kraju ekonomicznie wyedukowanym na modłę neoliberalną, wyższa progresja podatkowa do dziś jest pomysłem niepopularnym.
Krytycy od dawna podejrzewali, iż nierówności są faktycznie o wiele wyższe niż wskazywały na to oficjalnie podawane dane ankietowe GUS. Już kilka lat temu jednemu z ekonomistów udało się dotrzeć do danych PIT z województwa dolnośląskiego, wskazujących, iż poziom nierówności dochodowych jest znacznie wyższy, niż podawanych w statystykach GUS. Do podobnych wniosków doszli niedawno badacze powiązani z Thomasem Pikettym: P. Bukowski i F. Novokmet. Brakowało jednak danych pozwalających na jednoznaczne wnioski.
Dopiero wydany w tym miesiącu raport Ministerstwa Finansów „Wybrane aspekty systemu podatkowoskładkowego na podstawie danych PIT i ZUS 2016” pozwala na skok jakościowy, jeśli chodzi o poziom wiedzy na temat rozkładu dochodów Polaków. Analiza została opracowana w oparciu o połączone bazy danych podatkowych i ubezpieczeniowych.
Raport Ministerstwa Finansów, jest „dymiącym pistoletem”, dowodem, przyłapaniem neoliberalizmu na gorącym uczynku. W komentarzach medialnych do raportu skupiono się na różnych poziomach nierówności między województwami oraz na wysokim poziomie nierówności w województwie mazowieckim. Takie ujęcie wskazuje na poboczną ciekawostkę, podczas gdy główne, druzgocące wnioski wyłaniają się na poziomie kraju. Wskaźnik Giniego na poziomie 0,51 stawia Polskę w jednym rzędzie z krajami Afryki subsaharyjskiej. Sceptycy mogą debatować na temat teoretycznej porównywalności różnych metod pomiaru między krajami, jednak inne fakty z raportu nie powinny podlegać debacie. Z raportu dowiadujemy się, iż 1 (słownie: jeden) procent Polaków o najwyższych dochodach uzyskuje 14 procent dochodów wszystkich podatników. Statystyczny „Polak z jednego procenta” uzyskuje więc 14-krotnie większy dochód niż po prostu statystyczny Polak.
Jak to możliwe? Najbogatsi podatnicy najczęściej czerpali dochody z działalności gospodarczej (opodatkowanej często w liniowy sposób). Podczas gdy mechanizmy rynkowe kreują nierówności, system podatkowo-składkowy ich nie niweluje, lecz wręcz powiększa. Podatnicy uzyskujący dochód powyżej miliona złotych brutto są efektywnie opodatkowani (łącznie ze składkami) średnio na poziomie 20%, podczas, gdy dla najbiedniejszych, o dochodzie do 10 tysięcy złotych brutto, obciążenie podatkowo-składkowe wynosi blisko 60%. Jednocześnie zamożni posiadają dodatkowe źródła dochodu, jak np. papiery wartościowe, ale też nieruchomości (za wynajem których, jak można się domyślać, płacą mniej zamożni).


Powyższe grafiki pochodzą z raportu omawianego w tekście
Metodologicznie raport daje obraz bliski pełnego, ale nie pełen. Z jednej strony nie uwzględnia (nie rozliczających się PIT) rolników i bezrobotnych, co zapewne mocno powiększyłoby wskaźnik nierówności, ale z drugiej strony nie uwzględnia również wpływu 500+. Nie wskazuje też (z braku danych) roli czynnika majątkowego, który wpływa na dochód do dyspozycji: niski dochód dla osoby z własnym mieszkaniem jest dużo mniej uciążliwy niż dla wynajmującego lub kredytobiorcy. Można się jednak domyślać, że dzięki wysokim dochodom osoby lepiej zarabiające są w stanie zgromadzić majątek pozwalający na niezmniejszanie dochodu do dyspozycji.
Od krytyki do praktyki
Autorom raportu oraz wszystkim, którzy przyczynili się do jego powstania, należą się słowa wdzięczności. Ich praca wskazuje, jak duży potencjał analityczny istnieje w instytucjach państwa. Słusznie autorzy i ministerstwo zbierają dziś gratulacje od środowiska ekonomicznego za swoją pracę. Pod względem naukowym ich materiał przysłuży się wielu wartościowym opracowaniom. Główna wartość leży jednak w roli, jaką powinien odegrać poza wąskim środowiskiem zawodowych ekonomistów.
Obecny system społeczno-ekonomiczny wymaga mocnych korekt. Jest to sprawa ważna nie tylko z punktu widzenia obowiązku etycznego, ale też pragmatyki. W widoczny sposób nierówności ekonomiczne i różnice doświadczeń między ścieżką merytokratyczną a ścieżką ograniczonych szans przekładają się na poparcie ksenofobicznych populistów rozpoczynających swój marsz po władzę w krajach Europy. Ignorowanie problemu byłoby groźne dla wszystkich, gdy łańcuch przyczynowo-skutkowy między neoliberalizmem a społecznym rozpadem jest już jasny. Raport Ministerstwa Finansów wytrąca z ręki argumenty tym, którzy chcą usprawiedliwić bezczynność. Szukanie wymówek musi się skończyć w obliczu niezaprzeczalnych faktów, podobnie jak skończyło się negowanie problemu smogu.
Jak pisałem na początku, ten raport powinien „zmienić wszystko”, gdyż w przeciwieństwie do dowodów anegdotycznych nie zawiera narracji, lecz fakty. W polskiej debacie na temat nierówności społecznych nie będzie można go zignorować. Powinien – ale nie wstrzymujmy oddechu w oczekiwaniu. Czy w naszej rzeczywistości wiedza wystarcza do podjęcia działań? Przykład smogu jest dobrą ilustracją – od zrozumienia i potakiwania do znaczących działań droga jest daleka. Podobnie jest w przypadku nierówności. W świecie Zachodu wytworzył się wręcz rynek na powtarzanie ex cathedra „byliśmy głupi” i stawianiu jeżeli nie przenikliwych, to na pewno trafnych diagnoz, za którymi jednak nie idzie praktyka.
To podejście pozwala na długie kursowanie po panelach dyskusyjnych lub promocjach własnych książek. Ta w teorii krytyczna postawa kończy się nagle przy jakiejkolwiek możliwości wsparcia faktycznej zmiany. O tym, jak nierówności niszczą społeczeństwa i karczują drogę do zwycięstw ksenofobicznemu populizmowi, pisali w ostatnich latach m.in. Robert Peston, Ed Luce, Iwan Krastew, i wielu innych dziennikarzy, komentatorów i publicznych intelektualistów mainstreamu (lista byłaby bardzo długa, można by ją uzupełnić również o polskich autorów). Brytyjczyk Peston nie posiada się ze złości na obecny stan rzeczy, nie powstrzymując się przed bluzgami na status quo nawet w tytule swojej książki. Kiedy jednak w swoim kraju ma przemyślany projekt polityczny (Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna), proponujący wiarygodne rozwiązania problemów, Peston nie znajduje dla niego nawet jednego dobrego słowa.
Ten schemat powtarza się w kolejnych krajach przy kolejnych okazjach. Kiedy ze statystyk o nierównościach lub podziałach społecznych można ukuć zręczny cytat pełen moralnego wzmożenia – kolejka chętnych jest długa. Kiedy przychodzi do poparcia inicjatyw faktycznie walczących z problemami (choćby w ograniczony sposób) – robi się pusto. Dla Edwarda Luce’a zwieńczeniem dobrej analizy problemu staje się groteskowe lokowanie nadziei w osobie… Emmanuela Macrona (oczywiście do czasu, gdy niespodziewanie „okaże się”, że ten nie sprosta wyzwaniu). W czym więc rzecz i po co ta farsa? Kto nie rozumie tego, co się dzieje, a kto nie chce uczynić pożytku z dostępnej wiedzy? Czy nominalny krytyk nie zachowuje się jak optymista, który nic nie chce zmieniać?
Pozostaje nie zwracać uwagi na tych, którzy krytykują obecny stan rzeczy tylko w teorii. Upowszechnienie się krytycznej interpretacji obecnego porządku, coraz bardziej prawdopodobne, powinno być dla prospołecznych środowisk dopiero początkiem. Zdezorientowanemu społeczeństwu sprzedawani są w krytycznej otoczce zarówno cyniczni populiści, jak i bezideowi technicy kampanii wyborczych. Od nich ruchy prospołeczne muszą się odróżnić wyrazistą wizją, popularnym konkretem i widoczną praktyką.
Krzysztof Mroczkowski
przez Tomasz S. Markiewka | środa 8 maja 2019 | opinie
W każdej dyskusji na temat Ubera prędzej czy później pojawia się opozycja między postępem a rozpaczliwym trzymaniem się starych rozwiązań. Najczęściej zostaje ona wprowadzona za pomocą metafory o dorożkach. Los taksówek jest podobno przesądzony tak, jak kiedyś był los dorożek. A ludzie, którzy tego nie rozumieją, wstrzymują postęp. Dobrym przykładem takiego podejścia jest felieton Jolanty Ojczyk dla „Rzeczpospolitej” zatytułowany „Spór o Ubera jest konfliktem starego świata z nowoczesnością”.
Na czym właściwie polega ta nowoczesność i postępowość Ubera? Ojczyk opisuje ją tak: „Mam w smartfonie aplikację Uber i jednym kliknięciem zamawiam przejazd. Mogę wybrać auto i kierowcę. Uber ściąga pieniądze z mojej karty płatniczej podpiętej do aplikacji. Nie muszę dzwonić po taksówkę, tłumaczyć, gdzie dokładnie ma podjechać, nie muszę mieć przy sobie gotówki, a przede wszystkim płacę mniej. Podstawą opłaty nie jest wskazanie taksometru, lecz długość trasy i czas przejazdu ustalane za pomocą GPS”.
Z perspektywy klienta postępowość Ubera polega zatem na wygodzie i poczuciu, że korzystamy z rozwiązań postrzeganych jako nowoczesne – jak GPS czy aplikacja na komórkę. Ale drobne udogodnienia dla konsumentów nie wyczerpują przecież tematu, istnieje jeszcze perspektywa pracownicza i społeczna.
Jak więc wygląda Uber, gdy spojrzymy na niego okiem pracowników i obywateli zatroskanych o dobro wspólne, a nie okiem klientów cieszących się z apki na telefon? Już nie tak różowo. Istnieją nawet solidne podstawy do stwierdzenia, że Uber pod względem pracowniczo-społecznym jest nie tyle postępem, co cofnięciem się w rozwoju.
Trafnie ujmuje to Filip Konopczyński w swoim tekście dla „Przekroju” pod tytułem „Osobliwa przyszłość pracy”: „Póki co innowacyjność Ubera sprowadza się do kreatywnej księgowości, optymalizacji podatkowej i udawania, że nie jest firmą transportową. Dzięki temu odpowiedzialność prawna i finansowa spada na kierowców oraz podróżnych, a firma nie jest kontrolowana równie starannie jak tradycyjne taksówki”.
W podobnym duchu pisze Jan J. Zygmuntowski w książce „Technologie 4.0”. Uber konsekwentnie upiera się, że jest platformą świadczącą usługi informatyczne, a nie firmą przewozową, przez co „mimo jawnego zarządzania ceną, trasą i płatnością przejazdów, jest w świetle prawa zwolniona z zasad chroniących rynek przez zepsuciem, ustalających np. ceny minimalne, maksymalną podaż kierowców, obowiązkowe ubezpieczenie czy wymagania stawiane kierowcom”. Z tej perspektywy Uber stanowi krok w stronę świata, w którym pracownicy mają niewiele do powiedzenia, a korporacje mogą unikać zobowiązań społecznych.
Drobne udogodnienia dla klientów, dużo bajeru promocyjnego, popularność, lekceważenie praw pracowniczych i omijanie zobowiązań podatkowych oraz regulacji państwowych – czy to naprawdę wystarcza, aby potraktować Ubera jako symbol nowoczesności i postępu? Niestety tak, bo jak piszą Carl Rhodes i Peter Bloom w książce „CEO Society”, nasze myślenie o postępie jest silnie uzależnione od korporacyjnych interesów. Kiedy spytamy jakiegoś polityka, jaki ma długofalowy pomysł na rozwój gospodarczy, to najpewniej odpowie, że jest nim wzrost PKB. A gdy zaczniemy dopytywać, jak ten wzrost ma zostać osiągnięty, to okaże się, że pomysły większości polityków sprawdzają się do pomagania korporacjom w osiągnięciu sukcesu. Czyli na przykład do podpisywania umów międzynarodowych, których najbardziej namacalnym skutkiem jest znoszenie kolejnych regulacji dla korporacji i przyznawanie im coraz większej władzy.
Wziąwszy to pod uwagę, nie powinno nas aż tak bardzo dziwić, że Uber – ze swoimi sprytnymi pomysłami na omijanie zobowiązań wobec pracowników i społeczeństwa – uchodzi za symbol nowoczesności. W społeczeństwie, które patrzy na świat oczami wielkich korporacji, to całkiem oczywiste podejście.
Warto zdać sobie jednak sprawę z tego, do czego prowadzi taka postawa. Arlie Russell Hochschild w książce „Obcy we własnym kraju” opisuje Boba Hardeya, burmistrza Westlake, miasteczka w stanie Luizjana. Okazuje się, że właściwie jedynym pomysłem Hardeya na rozwój miasta jest namawianie wielkiej korporacji petrochemicznej, aby otworzyła tam swoją siedzibę i zapewniła miejsca pracy. Jak przyciąga się potężną korporację? Trzeba zapewnić korporacyjnych bossów, że ich firma będzie płaciła tak niskie podatki i będzie podlegała tak ograniczonym regulacjom jak to tylko możliwe.
W przypadku Luizjany szczególnie zgubne jest ograniczanie regulacji, bo rozmawiamy o jednym z najbardziej zanieczyszczonych stanów w USA, naznaczonym wieloma katastrofami ekologicznymi, których przyczyną były często właśnie niedostateczne regulacje i zbyt mały nadzór nad działaniami korporacji paliwowych. Ale ludzie tacy jak burmistrz Wastelake nie bardzo wiedzą jak inaczej rozwijać miasto. Tym bardziej, że Luizjana nie słynie ani z inwestycji w edukację, ani z finansowania publicznych projektów.
Sytuacja, którą opisuje w swojej książce Hochschild, przypomina błędne koło. Władze Luizjany pod wpływem doktryny wolnorynkowej systematycznie obniżały budżet publiczny i cięły wydatki na instytucje publiczne. Im bardziej to robiły, tym bardziej jedyną perspektywą na rozwój tamtejszym miast było przyciąganie wielkich korporacji. Ale ponieważ korporacje wiedzą, że ludzie tacy jak burmistrz Hardey nie bardzo mają inne wyjście, to dyktują twarde warunki, co często prowadzi do dalszego kurczenia się sektora publicznego kosztem sektora prywatnego, bo firmy paliwowe nie lubią, gdy rząd zbyt bacznie przygląda się ich poczynaniom albo gdy muszą płacić zbyt wysokie podatki.
Tak wygląda nowy wspaniały świat, w którym korporacyjny punkt widzenia dominuje nad wszystkimi innymi perspektywami. W którym miarą innowacyjności i postępu jest to, jak bardzo z danych rozwiązań są zadowolone poszczególne korporacje. Konopczyński we wspomnianym już tekście opisuje, jak daleko były skłonne posunąć się władze Chicago, aby zachęcić Amazona do otwarcia w ich mieście swojej siedziby. Oprócz zwolnień podatkowych zaoferowano Amazonowi możliwość pobierania od pracowników danin, które ci przekazywali wcześniej do kasy publicznej. Konopczyński słusznie zauważa, że to rozwiązanie znane ze średniowiecza, gdzie lokalne władze lub Kościół mogły upoważnić lennika do pobierania podatków lub egzekwowania innych obowiązków.
To jest właśnie ten postęp, którym tak się zachwycamy. Cieszymy się z apki, która automatycznie wykona za nas opłatę, a nie zauważamy, że na naszych oczach powstają molochy zdolne dyktować coraz bardziej absurdalne warunki i podlegające coraz mniejszej kontroli demokratycznej. Rozwój dostępnych możliwości konsumowania towarów i usług oznacza często regres demokracji i naszych praw. Ceną za niewielką poprawę wygody konsumenckiej jest ograniczenie naszych możliwości wpływania na kształt społeczeństw, które zamieszkujemy.
dr Tomasz Markiewka
przez Ela Wisz | niedziela 5 maja 2019 | opinie
Rząd nie pozostawił już żadnych złudzeń co do tego, że nauczyciele są potrzebni polskiej oświacie. Bez niej państwo też może się obejść. W państwie z kartonu wystarczy jej podobizna, papierowa makieta. Podobnie fikcyjna jak publiczna służba zdrowia czy równość wobec prawa.
Inny standard jest dla uprzywilejowanych zamożnych. Ale to są segmenty coraz mniej zależne od państwa, a bardziej od kapitału. W przypadku wielu polskich fortun został on ukradziony po 1989 roku przez kolejne rządy. Do niedawna w Polsce nie było magnatów finansowych. Dziś już 10% obywateli gromadzi 40% dochodu narodowego. Bez innowacyjności i inwestycji. Większość naszych możnych to politycy, ich rodziny i szemrani wspólnicy. Za pieniądze można kupić wszystko, a przy wsparciu rządowej propagandy demoralizacja i napuszczanie wygłodzonej watahy na innych nie wymagają wysiłku. Wystarczą srebrniki. Biednymi steruje się łatwiej niż sytymi. Społeczeństwo nie poprze strajku nauczycieli, bo składa się głównie z osób, które nie otrzymują za swoją pracę więcej niż 2 tys. złotych za 40 i więcej godzin tygodniowo. Tacy ludzie stanowią 75% zatrudnionych.
Semantycznie poprawniej jest powiedzieć o nich pracujący. Różnica między zatrudnionym a pracującym jest jakościowa i zasadnicza – jak między podmiotem a przedmiotem. Podmiot kształtuje stosunki z pracodawcą, ma prawa i wpływa na swój status pracownika. Przedmiot nie ma nic do gadania. Nie może się buntować. Jak mu się nie podoba, niech weźmie kredyt, zmieni pracę, niech się zwolni, wyjedzie za granicę, bo na jego miejsce czeka dziesięciu rodaków, Ukraińców, Hindusów, maszyn i robotów. Nawet za połowę stawki. Przedmiot jest tylko wymiennym i tymczasowym elementem procesu wytwarzania dóbr i usług. I pracuje tak długo, jak pozwoli właściciel. W Polsce ma harować jak wół. Ciężko, długo i za niewiele. Ale o tym nikt mu nie mówi. Za to zawsze usłyszy coś innego. Że jest sam sobie winien, gdy straci pracę, jaka by ona nie była. Dla kogoś, kto nie ma na życie, każda jest przecież dobra. Nawet za marne pieniądze. Praca nie hańbi, ale wykonujący ją człowiek zasługuje na pogardę. To pozycja dominującego i narzucającego posiadacza.
Państwo jest dla nauczycieli pracodawcą, notabene za naszą i z naszą kasą. Z tego punktu widzenia sposób obejścia się z nimi nie wychodzi poza neoliberalną klasykę. Inaczej jest z perspektywy demokratycznego, cywilizowanego ustroju, pochodzącego z wyborczego mandatu. Chodzi o ten mandat. Obliguje on do relacji opartych na szacunku, a nie na feudalnych wzorcach.
Strajk nauczycieli pokazał dobitnie, że społeczny wizerunek PiS jest pozorny, mylący i obliczony wyłącznie na potrzeby wyborcze. Z punktu widzenia tej zbalansowanej nierównowagi ekonomicznej w gospodarce neoliberalnej, skalkulowanej na korzyść silniejszej strony, czującej się twórcą i sponsorem obecnego porządku, edukacja winna służyć jej utrzymaniu. Ale nie jakościowa oświata! Tutaj znów można zrobić rozróżnienie – tym razem między oświeceniem człowieka a formowaniem go na potrzeby rynku. Pracodawca potrzebuje sformatowanego, karnego najemnika, a nie filozofa czy wolnomyśliciela. Wystarczy powierzchowne obycie i minimalistyczne wychowanie konformistyczne, bez cienia autonomicznego umysłu, bo w wolnym myśleniu zawsze jest ukryty pierwiastek rewizjonistyczny, zapędy reformatorskie, a nawet cała rewolucja, nie daj boże lewicowa.
Dzieci zamożnych rodziców i polityków chodzą do szkół prywatnych. Ubogim rodzicom wystarczą tanie niańki w szkole na czas, gdy dorośli wstawieni do kieratu będą napychać kieszenie swoich panów zyskami, łudząc się przy tym, że zaharowują się dla awansu swoich pociech. Bo chociaż wiedzą, że sami nigdy nie przekroczą granicy swojej klasy, to nie chcą wiedzieć, że w tym systemie, poza jednostkami, ich dzieci też tej granicy nie przekroczą. Aha, i jeszcze panie powinny w świetlicy lekcje z dziećmi odrobić i pobawić się z nimi. Bo w domu po robocie nie ma sił i czasu.
Ela Wisz
przez Paul Kingsnorth | wtorek 23 kwietnia 2019 | opinie
Gdzie się podziała nasza odwieczna tradycja buntu i sprzeciwu? Dzisiaj potrzebujemy jej bardziej niż kiedykolwiek.
Wszyscy znamy historię inwazji Normanów na Anglię, a z pewnością pamiętamy przynajmniej, że najważniejszą w tej kampanii była bitwa pod Hastings, w 1066 r. Uczy się o tym na lekcjach historii w każdej brytyjskiej szkole, a wygląda to mniej więcej tak:
W roku 1066 książę normandzki Wilhelm Zdobywca dokonał najazdu na Anglię, chcąc podważyć przejęcie władzy przez niedawno koronowanego na króla Harolda II Godwina. Wilhelm był przekonany, niekoniecznie w zgodzie ze stanem faktycznym, że tron należy się jemu. Jego armia wylądowała w Pevensey, a w odpowiedzi na to wojska Harolda rozpoczęły marsz na południe, by stawić jej czoła. Do starcia obu armii doszło na zboczach Senlac Hill, na zachód od Hastings. Harold skończył ze strzałą w oku, Wilhelm – na tronie Anglii. Jego koronacja odbyła się w święto Bożego Narodzenia 1066 r. w Katedrze Westminsterskiej… i na tym historia się kończy. Następnym ważnym wydarzeniem, o którym uczą w szkołach, jest wojna domowa za czasu rządów Plantagenetów.
Tymczasem w rzeczywistości historia tego podboju wyglądała nieco inaczej. Szkolne podręczniki nie mówią ani słowa o tym, że bitwa pod Hastings była zaledwie początkiem, a nie końcem normańskiej kampanii, mającej na celu podbój Anglii. Przez następne pięć lat na obszarze niemal całego kraju prowadzona była zacięta i bezwzględna wojna partyzancka, której celem było wypędzenie Normanów. Bardziej współczesnymi odpowiednikami tej walki, oddającymi jej determinację, mogą być francuski ruch oporu, działalność Wietkongu czy wojna partyzancka w okupowanym Iraku. Czasami można było nawet odnieść wrażenie, że władanie Wilhelma I Zdobywcy będzie równie krótkie i niepewne, jak jego poprzednika. To właśnie wtedy narodził się angielski ruch oporu.
Po zwycięstwie pod Hastings, Wilhelm oczekiwał, że cała Anglia padnie pokornie do jego stóp. Rozwój wydarzeń potoczył się jednak w zupełnie przeciwnym kierunku. Rozproszone grupy szlachty i możnowładztwa zjednoczyły się i wspólnie ogłosiły, że nowym królem Anglii jest nie Wilhelm, lecz Edgar II Ætheling, 14-letni wnuk jednego z poprzednich władców, Edmunda II Żelaznobokiego. Najpoważniejszym problemem Wilhelma było bowiem to, że tron angielski nie był dziedziczny, lecz król był każdorazowo wybierany. A Wilhelma nikt nie wybrał i dlatego postanowił on rozwiązać ten problem w sposób, w jaki rozwiązywał większość trudnych sytuacji w swoim życiu: uciekając się do wyjątkowej przemocy.
Na czele armii rozpoczął marsz przez południową Anglię, mordując, niszcząc i gwałcąc wszystko, co napotkał na swojej drodze. Najpierw splądrował wybrzeże, a następnie wielkim łukiem obszedł Londyn, by odciąć stolicę od źródeł zaopatrzenia w żywność. Doszczętnie spalił Southwark, by potem wyruszyć na zachód, wyrzynając mieszkańców Buckinghamshire, Bedfordshire, Middlesex i Hertfordshire. W wyniku tych działań, zbuntowani przywódcy Anglii wycofali się w mniej dostępne rejony kraju. Edgar, któremu nigdy nie było dane objąć angielskiego tronu, oddał hołd najeźdźcy, podporządkowując się jego władzy. Ceremonia koronacji została zorganizowana naprędce w Katedrze Westminsterskiej.
Niewykluczone, że zamiarem Wilhelma było przekształcenie uroczystości koronacji w wydarzenie o wymowie pojednawczej, jednak nic z tego nie wyszło. Tradycyjnym zachowaniem kończącym każdą koronację było spontaniczne wychwalanie nowego króla i pozdrowienie go okrzykiem radości przez zgromadzoną gawiedź. Wilhelm rozkazał otoczyć opactwo kordonem żołnierzy, na wypadek gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Gdy rycerze usłyszeli w trakcie koronacji, że niektórzy spośród zgromadzonych wznoszą okrzyki w nieznanym im samym języku, pomyśleli, że to początek rebelii. W konsekwencji zaczęli podpalać stojące nieopodal domy i zabijać gapiów. Wybuchła panika i katedra niemal w mgnieniu oka opustoszała, a świeżo namaszczony król pozostał sam samiutki, dzierżąc w dłoniach berło i jabłko, trzęsąc się z gniewu, strachu i wściekłości na osamotnionym tronie.
Być może to właśnie katastrofa ceremonii i zamieszki, do których doszło w jej trakcie, wzmocniły opór Anglików wobec Wilhelma. A może przyczyna buntu była bardziej prozaiczna: pierwszą decyzją nowego króla było odebranie wszystkim ziemi i żądanie haraczu za jej oddanie. Procesowi pojednawczemu nie pomogło przejęcie ogromnych połaci kraju i rozparcelowanie gruntów pomiędzy swoich popleczników. Niezależnie od tego, jaka była przyczyna oporu, koronacja dała Wilhelmowi papierową władzę, Anglia i Anglicy musieli jeszcze zostać przez niego podbici. Na zachodzie kraju bardzo silny opór ofensywie Normanów stawili mieszkańcy hrabstwa Exeter. Synowie zmarłego króla Harolda, którzy uciekli do Irlandii, zwarli szeregi i nękali wojska Wilhelma w hrabstwach Devon i Kornwalia. Edgar udał się na wygnanie do Szkocji, gdzie udało mu się uzyskać poparcie króla Malcolma III. Na granicy z Walią, buntownik znany jako Eadric Dziki prowadził wojnę partyzancką i przy wsparciu książąt walijskich latami nękał armię Normanów.
Praktycznie bez przerwy, na obszarze całego kraju, grupy buntowników zbierały się w lasach, na bagnach i mokradłach, na terenach trudno dostępnych, by, korzystając z cichego wsparcia okolicznej ludności, gnębić i mordować okupantów. Normanowie nazywali tych bojowników silvatici – „ludźmi z lasu”. Anglicy określali ich mianem „dzikich” lub „zielonych”. Tak jak większość grup prowadzących wojnę partyzancką, tak i oni byli praktycznie nie do pokonania.
Rok 1069 to czas potężnego powstania na północy kraju. Władcy Mercji i Nortumbrii zwołali swoje armie i wezwali na pomoc króla Szwecji. Dołączył do nich młody Edgar i razem wypowiedzieli wojnę samozwańczemu królowi Anglii. Wilhelm wyruszył na północ, by się z nimi zmierzyć i ich sobie podporządkować, a na nowo zajętych terenach stawiał ogromne fortece. Po przemarszu jego armii nie pozostał kamień na kamieniu między Jorkiem a Durham, wszystko zrównano z ziemią, by pozbawić nowe oddziały rebeliantów miejsc schronienia. Każde zwierzę, każdy dom, każde pole uprawne zostało zniszczone. Aby przeżyć, ocaleni mieszkańcy musieli sprzedawać dzieci na niewolników, a w skrajnych przypadkach – wykopywać zwłoki, by mieć się czym pożywić.
Wciąż jednak jeden obszar Anglii pozostawał niezdobyty: bagna Fens, a zwłaszcza wyspa Ely, którą w XI w. otaczały nieprzebyte mokradła, chaszcze i trzęsawiska. Ely stała się ostatnim bastionem ruchu oporu przeciwko inwazji Wilhelma Zdobywcy, bastionem dowodzonym przez człowieka w równym stopniu co Wilhelm bezwzględnego, okrutnego i zdeterminowanego; człowieka, który okazał się równorzędnym rywalem dla Normanów i którego nie udało się Wilhelmowi pokonać w otwartym starciu. Nazywał się on Hereward i był ostatnią nadzieją Anglii.
Hereward, syn wielkiego posiadacza ziemskiego, został dekretem nowego króla pozbawiony majątku, dlatego pałał żądzą zemsty. Własnymi siłami przekształcił wyspę w fortecę, obsadzając ją grupą rebeliantów połączonych świętą przysięgą. Opat klasztoru na Ely, obawiając się o losy opactwa w przypadku wygranej Wilhelma, poparł Herewarda. Działania lokalnych baronów normandzkich, zmierzające do oczyszczenia wyspy z rebeliantów, zakończyły się fiaskiem. Dlatego w 1071 r. Wilhelm osobiście stanął na czele armii i wyruszył na podbój wyspy Ely.
Jednak Hereward okazał się być przeciwnikiem dużo bardziej wymagającym niż Harold. Pierwsze podejście Wilhelma mające na celu zdobycie Ely opierało się na zbudowaniu gigantycznej pływającej konstrukcji, która miała umożliwić rycerzom przedostanie się przez bagno otaczające wyspę. Hereward i jego ludzie obserwowali z rozbawieniem całą operację: gdy konstrukcja została ukończona, rycerze Wilhelma, żądni sławy i majątku, rzucili się na nią. Wówczas, pod naporem zbyt dużego obciążenia, załamała się ona, a wielu spośród wojów utonęło w mokradłach.
Wściekłość Wilhelma nie miała granic. Obmyślił kolejny fortel: za namową jednego z doradców, sprowadził lokalną wiedźmę, by ta rzuciła urok na Herewarda, co miało zapewnić zwycięstwo. Następnie odciął wyspę od świata i wybudował cztery wieże oblężnicze, uzbrojone w katapulty. Skonstruował także kolejną olbrzymią tratwę, tym razem bardziej stabilną. Nakazał wiedźmie stanąć na jednej z wież i rozpoczął bombardowanie wyspy zarówno kamieniami, jak i czarami. Hereward ze swoimi ludźmi czekali ukryci w grzęzawisku. W odpowiedzi na atak Wilhelma, oblali oliwą rosnące wokół wyspy trzcinowiska i je podpalili. Ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie, połykając olbrzymią tratwę, cztery wieże oblężnicze oraz wiedźmę, która wrzeszcząc wniebogłosy spadła z jednej z nich, skręcając sobie kark.
Oblężenie wyspy trwało około osiemnastu miesięcy. Wilhelm atakował, Hereward umiejętnie te ataki odpierał: wyspa pozostawała niezdobyta. Koniec obrony, który w końcu nadszedł, był w pewnym sensie banalny. Wilhelm wysłał tajną wiadomość do opata klasztoru na Ely: jeżeli się nie poddasz, natychmiast zajmę twoje posiadłości. A gdy w końcu was pokonam, to odbiorę ci wszystko, wszelkie bogactwo i życie. To wystarczyło. Pod nieobecność Herewarda, który wybrał się na bagna w poszukiwaniu żywności, mnich wpuścił na wyspę wojska Wilhelma. Zdrada, nie wygrana w bitwie, zdecydowała o ostatecznym zwycięstwie najeźdźcy.
Opowieść o bohaterstwie Herewarda i o jego szaleńczym oporze przeciwko okupantom przetrwała stulecia i była powodem do dumy wielu pokoleń Anglików. Stało się tak najprawdopodobniej dlatego, że Hereward i jego ludzie byli jednymi z pierwszych angielskich buntowników. Ludzie ci stali się wzorem dla następnych pokoleń, które przez kolejne tysiąc lat przeciwstawiały się próbom ograniczania wolności na rzecz zniewolenia, wciąż anektującego kolejne obszary życia.
Historia Anglii jest bardzo często przedstawiana, nawet obecnie, jako dzieje władzy i szlachty, jako sekwencja kolejnych podbojów, wojen i bitew. Nie jest to oczywiście nic nadzwyczajnego, historia wykładana w szkołach w każdym niemal kraju wygląda bardzo podobnie, niezależnie od tego, czy ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych, czy w Korei Północnej. Jest to historia establishmentu, opowiadająca o dokonaniach grabieżców, złodziei, morderców i psychopatów, którzy na przestrzeni wieków tworzyli to, co dzisiaj nazywamy współczesnością. Historia ta jest splotem dat wielkich bitew i traktatów pokojowych; sławi ona ludzi uwielbiających wbijać flagi w ciała pokonanych. W tak opowiadanej historii Wilhelmowie Zdobywcy występują jako wielcy bohaterowie, a Herewardowie – w charakterze przypisów.
Ale jest też i inna historia, w Anglii jak i w każdym innym kraju: historia opowiadająca o ludziach, którzy decydowali się stawić opór wzbierającym falom, zdając sobie zapewne sprawę, że stoją na straconej pozycji. Jest to historia buntowników-straceńców, którzy rzucali wyzwanie przyszłości i sprzeciwiali się marginalizowaniu ich przez wielkich tego świata. Jest to historia, którą powinniśmy dobrze sobie przyswoić, zwłaszcza dzisiaj, w sytuacji, gdy staczamy się coraz bardziej w odmęty bezmyślnego, posłusznego konsumeryzmu. Może nam to pomóc ocalić samych siebie.
Przykładem może być bunt chłopski z 1381 r. Wydarzenie to było czymś więcej niż jednostkowym i mało istotnym aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa w wykonaniu przerzucających gnój ignorantów. Był to nie mający precedensu w historii wybuch społecznego gniewu, który – niewiele brakowało – zakończyłby się rewolucją. Przez dziesięciolecia angielska biedota była trzymana pod butem niezwykle surowego prawa, które ograniczało jej dochody i swobodę poruszania się, a z drugiej strony sankcjonowało wysokie kary, niewspółmierne do wykroczeń (stryczek za kradzież kurczaka – ktoś reflektuje?). Kościół i państwo tuczyli się bez umiaru na pracy zwykłych ludzi, aż w końcu miarka się przebrała. Kroplą, która przepełniła czarę, było wprowadzenie przez parlament podatku pogłównego. W efekcie, na terytorium południowej Anglii ludzie zaczęli protestować. Początkowo napadali i zabijali urzędników, którzy zajmowali się egzekucją podatków, następnie zaczęli podpalać domy szlachty i duchowieństwa. Wreszcie rozpoczęli marsz na Londyn.
Zanim dotarli do stolicy, było ich już ponad 100 tysięcy. Przywódca, Wat Tyler, zapowiadał rewolucję, a jego prawa ręka, radykalny duchowny John Ball, wzywał do zniesienia pańszczyzny, rozdziału kościoła od państwa, redystrybucji majątków należących do kleru i możnowładców. Rebelianci zwrócili się do króla z żądaniem audiencji. Ponieważ ten nie odpowiedział, zaatakowali Londyn. Ścięli arcybiskupa Canterbury, napadali na kościoły, grabili posiadłości bogaczy. W obliczu tych wydarzeń, Ryszard II Plantagenet, który miał wówczas zaledwie 14 lat, zbiegł do Tower of London w obawie, że „zagrożone jest dziedzictwo i chwała Anglii”.
Koniec końców nic takiego się nie stało. Młody król odważył się jednak spotkać z rebeliantami; na miejsce spotkania wyznaczono Blackheath, leżące poza stolicą. W trakcie spotkania król nakazał zgładzić Wata Tylera, pozbawiając buntowników przywództwa, a następnie wspaniałomyślnie zgodził się na wszystkie ich postulaty. Gdy chłopi wrócili do domów, okazało się, że wszystko było jedynie zagrywką taktyczną. Król nie dotrzymał żadnej ze swoich obietnic, a lokalnych przywódców buntu rozkazał pojmać i zabić. Rewolucja zakończyła się klęską, ale była także lekcją dla przyszłych pokoleń: nie wolno wierzyć obietnicom składanym przez władzę.
Przez kolejnych kilka stuleci do podobnych wydarzeń dochodziło dość często: Jack Cade był przywódcą rebelii w hrabstwie Kent w 1450 r. (uczestniczył w niej jeden z moich przodków), górnicy kornwalijscy wystąpili przeciwko królowi Henrykowi VII w roku 1497, w 1536 r. wybuchły powstania na północy kraju przeciwko rządom Henryka VIII, a w 1549 r. doszło do powstania chłopskiego w Norfolk, dowodzonego przez Roberta Ketta. Ale prawdziwy wybuch społecznego niezadowolenia miał miejsce w latach 40. XVII w., gdy Anglia znalazła się w ogniu wojny domowej. Wtedy to potężne pokłady frustracji i od zawsze niszczonego społecznego radykalizmu wypłynęły z całą mocą na powierzchnię. Zrównywacze (Levellers), podobnie jak ludzie, których 300 lat wcześniej Wat Tyler prowadził na Londyn, domagali się zniesienia władzy arystokracji i instytucjonalnego Kościoła. Z kolei Kopacze (Diggers), dowodzeni przez Gerarda Winstanleya, żądali tego samego, a ponadto wzywali do rozdysponowania ziemi pomiędzy wszystkich mieszkańców kraju. Podobnie Deklamatorzy (Ranters), Kwakrzy (Quakers), Muggletonianie (Muggletonians) czy wiele innych ruchów oddolnych, których celem było wykorzystanie upadku monarchii dla stworzenia sprawiedliwszego, bardziej egalitarnego porządku społecznego.
Niezwykle wymownym jest fakt, że wiele z tych grup odwoływało się do poglądu o istnieniu „normandzkiego jarzma” i z niego wywodziło swój bunt. Według nich, Anglia była kiedyś krajem wolnych ludzi, do czasu inwazji Wilhelma Zdobywcy i jego brutalnych baronów, którzy zepchnęli naród do rangi służby. Egzekucja Karola I, który był potomkiem najeźdźcy, ponownie uczyniła Anglię wolnym krajem, po sześciu stuleciach. Teraz najważniejszym zadaniem było utrwalenie odzyskanej wolności. Sześć wieków później, uczestnicy wojny domowej zobaczyli w sobie kontynuatorów idei i walki Herewarda. Oliver Cromwell, spadkobierca Wilhelma, gnębił ich, by chronić interesy swoje i klasy posiadaczy, do której należał.
Ironią historii jest to, że triumf parlamentu, którym zakończyła się wojna domowa, doprowadził do przeprowadzenia na ogromną skalę procesu, który stał się zarzewiem kolejnej fali oporu przeciwko rządzącym: konfiskaty ziemi publicznej. W wyniku wojny domowej, do władzy doszli przedstawiciele ziemiaństwa, którzy teraz, wyzwoleni spod zwierzchności króla, zaczęli korzystać z nowych możliwości. W ciągu kolejnych 150 lat parlament przyjmował ustawy sankcjonujące konfiskatę – czyli zwykłą kradzież – ziemi stanowiącej dotąd wspólny majątek. W XVIII w. doszło do gwałtownych protestów przeciwko temu procesowi, ludzie organizowali się i niszczyli płoty okalające skonfiskowane tereny, a także atakowali urzędników odpowiedzialnych za ich stawianie.
Jednak przejmowanie ziemi rolnej przez arystokrację stanowiło zaledwie zwiastun czegoś, co było jeszcze trudniejsze do przezwyciężenia: zniewolenia całych społeczności przez rewolucję przemysłową. Gdy właściciele ziemscy i bogaci kupcy dostrzegli potencjał technologii, które pojawiły się w końcówce XVIII w., nic nie mogło ich powstrzymać. Nagle, w analogii do wywłaszczenia małorolnych chłopów w procesie konfiskat ziemi, rzemieślnicy tracili możliwość zarobkowania na skutek ekspansji maszyn. Trwający od dłuższego czasu proces odzierania ludzi z ich niezależności przybrał znacznie na sile, w miarę jak industrializacja wymuszała migrację całych społeczności, które osiedlały się w podmiejskich slumsach, by pracować w kopalniach i hutach.
Praca najemna i powstanie miejskiej biedoty stały się wyznacznikami nowej rzeczywistości, a wraz z nimi rodził się nowy ruch oporu społecznego. Odsądzani od czci i wiary luddyści widzieli dokładnie, jaki wpływ na ich wolność i niezależność, na życie, którym kiedyś się cieszyli, ma postępująca rewolucja przemysłowa. Wzięli więc sprawy – i maszyny – w swoje ręce. Protest osiągnął taką skalę, że konieczne było wysłanie wojska dla stłumienia buntu. Owiany legendą Kapitan Swing poprowadził robotników rolnych przez południowe obszary Anglii, gdzie niszczyli oni maszyny rolnicze, które pozbawiały ich możliwości pracy i utrzymania, i gdzie napadali na „wrogów ludu”, którzy wykorzystywali maszyny, a nie ludzi, do młócenia ziarna.
XX w. przyniósł nową falę rebelii. Zrodziła się ona głównie w społecznościach poupychanych w coraz większych miastach, gdzie socjalizm, komunizm, ruch związkowy, a od niedawna ruchy ekologiczne, stawały się kolejno formą i uzasadnieniem sprzeciwu wobec systemu, którego ostatecznym celem jest całkowite zniewolenie społeczeństwa. W imię czegoś, co kiedyś okrzyknięto „postępem”, a obecnie coraz częściej nazywa się „rozwojem” i „wzrostem”, większość społeczeństwa musi bardzo ciężko pracować, by żyć, skazana jest na niskie wynagrodzenia i wysokie zadłużenie. W tym samym czasie garstka „równiejszych świnek” pożera bez opamiętania owoce pracy innych, eksploatując ponad miarę zasoby coraz bardziej nadwerężonej planety.
Dzisiejsze pokolenie doświadcza na własnej skórze, jak wygląda najnowsza faza trwającego od długiego czasu marszu od wolności. Jest to era biometrycznych dowodów osobistych, wszechobecnego monitoringu, zdalnie sterowanych samolotów szpiegowskich i znajdujących się w posiadaniu rządów baz DNA. Jest to czas, w którym społeczeństwo jest bez przerwy ogłupiane promocjami, zakupami, idiotycznymi programami w telewizji, plotkami z życia gwiazd i gwiazdeczek, pseudoinformacjami, które rozchodzą się z szybkością błyskawicy dzięki internetowym łączom. Obraz dzisiejszego świata zadziwiłby nawet Aldousa Huxleya. Świat, który stworzyliśmy, to świat globalnego ocieplenia, inżynierii genetycznej, masowego wymierania gatunków i produkcji dzieci według oczekiwań i zachcianek rodziców.
Przyszło nam żyć w kraju, w którym aparat państwa mówi nam, gdzie możemy palić papierosy, jak powinniśmy się odżywiać i ile wolno nam wypić. W kraju, w którym każdy rok przynosi kolejne ograniczenia i zakazy związane najczęściej z nieszkodliwymi przyjemnościami, połączone z wykładnią, o czym i w jaki sposób można głośno mówić. W kraju, w którym wielkie ponadnarodowe korporacje, następczynie arystokracji, lordów i baronów, nie mają oporów przed doprowadzaniem nas do bankructwa, a jednocześnie wyciągają łapy po nasze pieniądze, gdy same staną w obliczu zapaści.
Na początku I wojny światowej narodziła się przesiąknięta duchem patriotyzmu legenda, która miała poprawić morale Anglików w czasie, gdy Niemcy zdobywali coraz większe obszary Europy. Mówiła ona o tym, że w czasie bitwy pod Mons w szeregach brytyjskich oddziałów pojawiły się duchy łuczników spod Agincourt, sprzed 500 lat, i że to oni pomogli pokonać wojska niemieckie. Historia ta, choć oczywiście była czystą fantazją, pomogła wzniecić w żołnierzach ducha walki. Bohaterowie z przeszłości pojawili się na placu boju i wsparli swoich następców, dając im zwycięstwo. Można przypuszczać, że dzisiaj więcej ludzi słyszało o „aniołach spod Mons” niż o samej bitwie.
Bardzo by się nam przydało kilka zastępów aniołów. Podobnie jak postawienie sobie przed oczyma Herewarda, który przeciwstawił się Wilhelmowi, najlepiej w jaskrawych barwach na tle czarnego nieba. Dobrze by nam zrobiła wizyta „ludzi z lasu”, Kopaczy, luddystów czy czartystów. Dla opamiętania warto byłoby przypomnieć sobie w jasny i dobitny sposób o tradycji radykalizmu i buntu, która jest starsza niż Izba Lordów czy monarchia, starsza nawet niż sama Anglia.
A to wszystko dlatego, że ta chlubna tradycja oporu i walki o wolność wydaje się dzisiaj zanikać. Zapamiętali w bezmyślnym szale bożonarodzeniowych wyprzedaży, omamieni morfiną płynącą z kolorowych czasopism, otumanieni farsą polityki zmonopolizowanej przez partie polityczne, daliśmy sobie wmówić, że synonimami wolności są „wybór konsumencki” i możliwość zabrania głosu raz na kilka lat, przy urnie. W rzeczywistości jednak jesteśmy niewolnikami, dokładnie w takim samym stopniu jak narody, które padały ofiarą podbojów, a nasza strata jest równa stracie naszych przodków, którym zabierano wspólne pastwiska. Z tą różnicą, że dzisiaj najeźdźca siedzi w naszych głowach i szepcze nam do ucha, że jesteśmy wolni nawet wtedy, gdy na własne życzenie ulegamy zniewoleniu. Tracimy w ten sposób szacunek do samych siebie, niezależność w myśleniu i działaniu, a także swobodę mówienia „nie”.
Herewardowi, zgodnie z XI-wiecznym przekazem, udało się uciec z Ely, nie został pokonany ani poskromiony. Nie wiadomo, gdzie się udał i gdzie dokonał żywota. Ani nawet – czy w ogóle. W chwilach, kiedy oddaję się marzeniom, pragnę wierzyć, że Hereward wciąż jest wśród nas, czy to włócząc się gdzieś po bezdrożach, czy też pozostając w letargu w niedostępnych jaskiniach, jak król Artur ze swoimi rycerzami. I czeka na sygnał.
Doczeka się go jednak tylko wówczas, gdy my sami się najpierw przebudzimy i uświadomimy sobie, że niezależnie od tego, co nam próbują wmówić każdego dnia i z każdej strony, nie jesteśmy ludźmi wolnymi. Doczeka się go jedynie wówczas, gdy przypomnimy sobie, że wolność to coś, o co trzeba wciąż walczyć; tylko wtedy staje się rzeczywistością. To właśnie Hereward i anioły spod Mons powinni nam uświadomić, że wolność rodzi się w ogniu bitwy i tylko wtedy ma szansę ujawnić swój prawdziwy, szalony, rewolucyjny potencjał.
Paul Kingsnorth
tłum. Sebastian Maćkowski
Tekst pierwotnie ukazał się w 42 numerze czasopisma „The Idler” (www.idler.co.uk). Następnie powyższe tłumaczenie za zgodą autora ukazało się w piśmie „Obywatel” nr 49 w połowie roku 2010.
przez Benjamin Y. Fong | niedziela 14 kwietnia 2019 | opinie
Wyobrażenia, w których postrzegamy media społecznościowe jako magiczne narzędzie nawiązywania kontaktów, silnie kontrastują z rzeczywistością, w której okazują się one kloaką złożoną ze złośliwych ataków personalnych i paranoicznego oburzenia. Kusi nas, by ten ogromny rozdźwięk przypisywać nieuregulowanemu kapitalizmowi. Facebook i Twitter nie mają właściwie żadnej konkurencji i żadnego problemu z robieniem tego, co chcą – od manipulowania danymi użytkowników po zapewnianie platformy mowie nienawiści – tak długo, póki jest to w ich interesie. Być może uwolnienie mediów społecznościowych spod prywatnej kontroli pozwoliłoby nam w końcu zdać sobie sprawę, na jakiego rodzaju fantazji się opierają.
Ożywcza myśl stoi za ostatnim artykułem Evana Malmgrena pod tytułem „Socialized media”. Wskazuje on, co mogłaby oznaczać próba powstrzymania ekscesów tych cyfrowych gigantów. Zamiast w sposób sztuczny ponownie wprowadzić pomiędzy nimi współzawodnictwo poprzez kampanię wzbudzania braku zaufania, albo zamiast regulować takie usługi w sposób właściwy dla usług publicznych (lub nawet je znacjonalizować), autor zachęca nas do spojrzenia na „media społecznościowe jak na dobro publiczne” i do przekazania „kolektywnej władzy nad platformami cyfrowymi ludziom, których one łączą”. W takim ujęciu państwo nie powinno występować jako „ostateczny nadzorca” wspólnych zasobów danych, lecz raczej, biorąc pod uwagę ponadnarodową naturę tych korporacji, jako pośrednik w drodze ku powstaniu kooperatyw złożonych z użytkowników.
Jak interesujące nie byłoby zastanawianie się nad różnymi sposobami, które możemy wykorzystać do uspołecznienia monopolu tych platform, Malmgren pozostawia bez odpowiedzi jedno podstawowe pytanie: czy media społecznościowe są w ogóle warte ratowania?
W społeczeństwie socjalistycznym wykorzystywalibyśmy wiedzę naukową i techniczną pozyskaną w kapitalizmie, by produkować na z grubsza tym samym poziomie, ale bez prywatnej własności środków tej produkcji i bez niszczenia planety. W niektórych przypadkach może to oznaczać reorientację i uspołecznienie już istniejących gałęzi przemysłu – np. bankowości – jednak w innych znaczy po prostu ich celową eliminację lub drastyczne zmniejszenie ich zakresu.
Jest na przykład niewyobrażalne, by przemysł samochodowy utrzymał swój obecny rozmiar w warunkach socjalizmu. Z pewnością nie dławilibyśmy siły lokomocji, bo ludzie muszą się przemieszczać, jednak oznaczałoby to poszerzenie i poprawę systemu kolei, a nie zapewnienie każdemu samochodu. W tym przypadku potrafimy dostrzec podstawową manipulację ideologiczną i praktyczną, która odbywa się na ludzkiej świadomości. Przemysł samochodowy nie tylko zdołał przekonać ludzi, że to właśnie samochody reprezentują wolność przemieszczania się, ale także zrobił wiele, by zniszczyć transport publiczny lub zapobiec jego dalszemu rozwojowi. Chociaż w społeczeństwie kapitalistycznym faktycznie możemy potrzebować samochodów, nie potrzeba nam nawet w przybliżeniu tylu z nich, ile mamy. Nie są one produkowane dla ludzi i zrównoważonego transportu, lecz dla zysku.
Być może podobnie jest w przypadku mediów społecznościowych. W kapitalizmie ludzie spędzają większość życia wykonując prace, których nie lubią i odczuwając brak towarzystwa poza nimi, zatem oczywiste jest, że poświęcą większą część swojego „wolnego czasu” nurzając się w krótkich chwilach zalecanej przez lekarzy interakcji „społecznej”. Malmgren ma z pewnością rację, gdy twierdzi, że umieszczenie platform cyfrowych pod demokratyczną kontrolą sprawi najprawdopodobniej, iż staną się mniej uzależniające i będą w mniejszym stopniu manipulować użytkownikiem. Ale gdybyśmy wszyscy pracowali tylko dziesięć godzin w tygodniu, a zatem mieli czas na angażowanie się w bardziej sensowne czynności, to czy naprawdę spędzalibyśmy tyle czasu gapiąc się w ekrany?
Trudne rozmowy
Pytaniem pozostaje, czy negatywny wpływ, jaki „kapitalizm platformowy” wywiera na nasze życie, są specyficzne dla samego kapitalizmu – w takim przypadku, uwolnione od zakusów rynku, platformy te stałyby się uczciwymi społecznymi dobrami; czy też platformy te, tak jak prywatne samochody, są tak nierozerwalnie związane z niszczącymi normami społeczeństwa kapitalistycznego, że po zmianie systemu prawdopodobnie zniknęłyby lub uległy znaczącej redukcji.
Aby dać na to pytanie odpowiedź, zacznijmy od szokującego faktu: w internecie zdarza się niewłaściwe zachowanie. Zdarza się ono oczywiście także w realnym życiu. Ale taka gangrena ma w mediach społecznościowych swoją specjalną odsłonę, która jest właściwa i szczególna tylko dla niej. Z jednej strony chodzi o bezmyślność, która na przykład w przypadku Twittera jest związana z limitem znaków na wiadomość. Pokazuje to jednak także psychopatyczną sprzeczność: obsesję na punkcie tego, jak jesteśmy na takich platformach postrzegani przez innych, w połączeniu z niepokojącym brakiem empatii w stosunku do wielu z tych „innych”, od których jednocześnie domagamy się, w sposób bezpośredni lub pośredni, docenienia nas samych.
Według wielu badaczy takie zachowanie jest aktywnie kształtowane przez media społecznościowe, a nie tylko wyrażane za ich pomocą. Sarah Konrath i jej grupa badawcza przeprowadzili metaanalizę siedemdziesięciu dwóch badań poziomu empatii i odkryli, że jej poziom wśród studentów college’ów jest o 40 procent niższy niż przed dwudziestu laty. Zmianę tę badacze przypisują między innymi „rosnącemu znaczeniu mediów obecnych w naszym codziennym życiu”: „Przy tak dużej ilości czasu spędzanego na interakcji z innymi online, a nie w rzeczywistości, dynamika interpersonalna, taka jak empatia, musi z pewnością podlegać zmianom”.
Takie wyjaśnienie potwierdza studium zamieszczone w magazynie „Cyberpsychology”. Zauważa się w nim, że poprzez kontakt online i wysyłanie wiadomości tekstowych powstają niewielkie związki pomiędzy ludźmi, pomimo starań, by „ocieplić” konwersacje przy pomocy wielkich liter, emotikonów i znaczków imitujących śmiech. Podobnie twierdzi psycholog kognitywny z Uniwersytetu Stanforda Clifford Nass, który uznał, że nasilone użytkowanie tego rodzaju mediów wpływa na „negatywne samopoczucie społeczne”.
Co najbardziej przerażające, ta udzielona z aklamacją zgoda na uznanie prymatu cyfrowej relacji nad zwykłą rozmową międzyludzką tworzy negatywną pętlę zwrotną. Im bardziej przyzwyczajamy się do zdystansowanych i kontrolowalnych interakcji międzyludzkich, tym bardziej prawdziwa rozmowa z innym człowiekiem wydaje się nam nieprzyjemnie spontaniczna i niewygodna, a zatem uznajemy, że należy jej unikać. Według socjolożki Sherry Turkle „prawdziwi ludzie, z ich nieprzewidywalnymi zachowaniami, mogą się wydawać trudni do przełknięcia po tym, jak spędziliśmy mnóstwo czasu w symulowanym świecie”.
Wiele badań potwierdziło także, iż media społecznościowe wzmacniają rosnące poczucie izolacji społecznej. Już w 1998 r. grupa badawcza z Carnegie Mellon ukuła termin „paradoks internetu”, który polega na tym, że im więcej kontaktów online, tym silniejsze poczucie rosnącej samotności. W erze Facebooka i Twittera ten problem stał się tylko wyraźniejszy, chociaż badacze i komentatorzy wahają się powiedzieć, że te platformy powodują samotność. Facebook w mniejszym stopniu przyczynia się do atomizacji, w większym za to jest wspaniałym uzupełnieniem i wzmacniaczem dla rosnącej skali samotności w społeczeństwie.
Czując się samotni, użytkownicy Facebooka w naturalny sposób dążą do otrzymania jakiegokolwiek uznania, którym mogą zostać obdarzeni. Jedno z australijskich badań ujmuje to bez owijania w bawełnę: „Użytkownicy Facebooka mają wyższy poziom narcyzmu, ekshibicjonizmu i cech przywódczych niż osoby, które go nie używają. Właściwie można uznać, że Facebook wynagradza szczególnie potrzebę zaangażowania się w autopromocję i powierzchowne zachowania, którą odczuwają jednostki narcystyczne”.
Paradoksalnie jednak to, że media społecznościowe wzmocniły zachowania samotnicze, nie pozostawia nam wcale więcej czasu na faktyczne bycie samemu: pozwalają nam one upewnić się, że nie pozostanie nam zbyt wiele czasu na siedzenie i pogrążanie się w przedłużającej się refleksji nad sobą. To z kolei znaczy, że nie nakłania się nas do tolerowania nudy (i negocjowania prawa do jej odczuwania), a nuda jest przecież uważana za kluczowy czynnik rozwoju. Oddajmy jeszcze raz głos Turkle, która elokwentnie wyjaśnia ten problem: „pozbawieni samotności, podłączeni do sieci dniem i nocą, doświadczamy »momentów spełnienia«, ale całościowo nasze życie na tym traci”.
Wziąwszy to wszystko pod uwagę musimy przyznać, że dziwne wydaje się twierdzenie Malmgrena, iż „użytkownicy takich platform stanowią idealny podmiot polityczny dla demokratycznego modelu rządzenia”. W jaki niby sposób to, że ludzie z powodu użytkowania tych właśnie platform przywykli do braku namysłu nad sobą, braku empatii i zwyczajnej międzyludzkiej pogawędki, ma wpłynąć na powstanie „idealnego podmiotu politycznego dla demokratycznego modelu rządzenia”? Rządy demokratyczne wymagają funkcjonowania instytucji, które przyzwyczają ludzi do demokratycznego namysłu i takiegoż modelu podejmowania decyzji, czyli procesu wymagającego „ciężkich rozmów”, do których zachęca Jane McAlevey. Czy naprawdę w tym opisie możemy rozpoznać Twittera?
Swędzi i drapie jednocześnie
Ostatnio ukuto nowy termin na określenie nadmiernego korzystania z internetu – uzależnienie behawioralne. Cyfrowi giganci od dawna używają go, by wyrazić to, co jest ich wymarzonym celem.
Uzależnienie behawioralne jest bardzo podobne do uzależnienia od różnych substancji – według Adama Altera „substancje psychoaktywne pobudzają te same części mózgu, a uzależnienie się od nich jest napędzane przez część tych samych podstawowych potrzeb: zaangażowania społecznego, wsparcia, mentalnej stymulacji i poczucia skuteczności działania”. Jednak uzależnienie behawioralne nie jest stygmatyzowane w takim stopniu jak uzależnienie od substancji. To tutaj leży niebezpieczeństwo: posiadamy kategorię marginalizacji społecznej dla ludzi uzależnionych np. od heroiny, i nie potrafimy nawet pomyśleć, że wszyscy, jako uzależnieni od internetu, należymy do pewnego stopnia do tej samej grupy „marginesu”.
Firmy produkujące technologie nie mają takich zastrzeżeń. W świadomy i aktywny sposób projektują swój produkt tak, by stał się „godnym popadnięcia w uzależnienie na jego tle” obiektem obsesji. I tak jak zawsze w świecie neoliberalizmu – zachęca się nas, byśmy brali indywidualną odpowiedzialność za własne nałogi. Ale, jak mówi „etyk-projektant” i dezerter z Silicon Valley, Tristan Harris, „nie bierze się pod uwagę, że po drugiej stronie ekranu znajdują się tysiące ludzi, których praca polega na tym, byśmy uciekali od wszelkiej odpowiedzialności i trzeźwości, jaką potrafilibyśmy zachować”.
Prawdopodobnie nie ma lepszego sygnału, że te platformy w niebezpieczny sposób uzależniają, niż to, że bogaci nie pozwalają swoim dzieciom ich używać. Tacy guru technologii, jak Steve Jobs i Chris Anderson restrykcyjnie ograniczyli swojemu potomstwu czas spędzany w sieci, i choć publiczne szkoły są zarzucane iPadami, które mają za zadanie stworzyć „środowisko przyjazne nauczaniu hybrydowemu” – technologiczne rozwiązanie braków w kadrze nauczycielskiej – to inżynierowie z Silicon Valley chętnie wysyłają dzieci do prywatnych szkół waldorfskich, gdzie zabronione jest używanie gadżetów elektronicznych. Jak wyjaśnia Alter, ludzie ci kierują się znaną dilerom narkotyków zasadą: „Nigdy nie uzależniaj się od własnego towaru”.
Zatem brak empatii, namysłu nad sobą i autentycznego uspołecznienia, charakterystyczne dla osób nadmiernie używających tego rodzaju mediów, mogą być rozumiane jako symptomy swoistego uzależnienia, choroby, której istnienia bogaci są świadomi, a przy tym dostatecznie dobrze sytuowani, by „zaszczepić” przeciw niej swoje dzieci, lecz jednocześnie wystarczająco niedbali, by zarażać nią wszystkich innych.
Należy jednak uzupełnić tę wizję o perspektywę społeczną. Platformy mediów społecznościowych nie tylko tworzą i wzmacniają brak związków międzyludzkich, lecz także, podobnie jak wszelkie narkotyki, obiecują, że zaradzą brakowi związków międzyludzkich i bezduszności społeczeństwa kapitalistycznego.
Jak wyjaśnia Wolfgang Streeck: Przy braku instytucji wspólnych, struktury społeczne muszą być opracowywane indywidualnie i oddolnie. Życie społeczne tworzą jednostki, które budują sieci prywatnych powiązań pomiędzy sobą – na tyle dobrze, na ile umieją, biorąc pod uwagę środki, jakie mają pod ręką. Tworzenie relacji opartych na ludziach i ich powiązaniach owocuje powstaniem pobocznych struktur społecznych, które są dobrowolne i wchodzi się w nie na zasadzie umowy, co czyni je elastycznymi, ale i łatwo psującymi się, a zatem wymagającymi ciągłego „sieciowania”, by utrzymać je w kupie i dostosowywać je wciąż od nowa do zmieniających się okoliczności. Idealnym narzędziem do tego są „nowe media społecznościowe”, produkujące struktury społeczne dla jednostek, zastępujące obowiązkowe formy relacji społecznych dobrowolnymi, a społeczności obywateli – sieciami użytkowników.
Wady mediów społecznościowych nie są zatem ich jednym problemem – mają one także stanowić „rozwiązania” specyficznych historycznie i o wiele istotniejszych problemów społecznych. W sytuacji braku uniwersalnych programów społecznych i tradycyjnych więzi, „życie społeczne w epoce entropii jest z konieczności indywidualistyczne”, a media społecznościowe to idealna struktura, w której ta całkowicie antyspołeczna orientacja może się rozgościć. Łagodzą one izolację i bezduszność, które są charakterystyczne dla społeczeństwa kapitalistycznego, a jednocześnie przyczyniają się do tej izolacji i bezduszności. To tak jak ze swędzeniem i drapaniem – to drugie zapewnia formę ulgi, która ostatecznie tylko pogarsza problem.
Zagrożenie jest blisko
Przekonanie kogoś, że używanie mediów społecznościowych niesie ze sobą rozmaite zagrożenia, nie zajmuje wiele czasu, ale są one zamiatane pod dywan, jako efekty uboczne trendu, który ogólnie jest pozytywny. „Tak, ludzie wypisują głupstwa na Twitterze, tak, być może spędzamy zbyt wiele czasu wysyłając sobie wiadomości, zamiast rozmawiać twarzą w twarz. Ale media społecznościowe sprawiają także, iż jesteśmy dobrze poinformowani i połączeni w sposób, który jest absolutnie nowatorski”. Nawet najbardziej kąśliwi krytycy uważają, by powstrzymać się od ich bezpośredniego potępienia – „tak, oczywiście, w tych mediach są także dobre rzeczy”.
Według Malmgrena „depresja, niepokój, napędzanie nienawiści, strach i teorie konspiracyjne to wszystko akceptowalne (dla platform społecznościowych) rezultaty – tak długo, jak uczucia te są wyrażane, świadomie lub nie, i służą wzrostowi i rozwojowi tych platform”. Choć z pewnością jest to prawdą, sugeruje on na podstawie tego faktu, że wystarczy pozbawić te platformy motywu finansowego i sprawować nad nimi demokratyczną kontrolę, by zapanować nad problemami, które wymienia.
Ale idąca w przeciwną stronę konkluzja jest dwojaka: po pierwsze, bycie przyklejonym do ekranu w celu angażowania się w interakcje „społeczne” jest samo w sobie niepokojące, bez względu na to, czy odbywa się ono w imię zysku, czy czegoś innego; a po drugie, fenomen ten jest bezpośrednim objawem naszej alienacji w kapitalizmie. Innymi słowy – pomnażanie zysku to nie jest jedyny sposób, w jaki media społecznościowe służą kapitalizmowi.
Co więcej, dla lewicy stanowią one nadchodzące zagrożenie: przyciągają ludzi, którzy są naturalnym gruntem dla polityki socjalistycznej, po czym zmieniają ich w bezmyślnych narcyzów ogłaszających pseudopolityczne oświadczenia, napotykających na negatywną pętlę zwrotną, która oddala ich jeszcze bardziej od codziennej ludzkiej rzeczywistości.
Twitter nie jest zatem tylko środkiem do wyrażania siebie dla „patologii psychicznych”, jak to ujął Mark Fisher w „Wyjściu z Zamku Wampirów”. Jest on samym Zamkiem Wampirów, ponieważ wykonuje robotę kapitalizmu, coraz bardziej atomizując ludzi i oddalając ich od możliwości odbycia rozmowy, która skutkowałaby prawdziwym politycznym zaangażowaniem. Im szybciej zdamy sobie sprawę z tego, że te media tak działają, tym szybciej zabierzemy się do pracy, by je rozbroić.
Benjamin Y. Fong
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „Jacobin” w listopadzie 2018 r.
przez Monika Kostera | poniedziałek 8 kwietnia 2019 | opinie
Mój kolega z Brytanii spostował na facebooku w czerwcu 2018 roku bardzo krótką notkę z BBC informującą o śmierci swojego kolegi z pracy. Został wówczas pouczony przez dział kadr i komunikacji uniwersytetu, że musi dokleić dopisek, który cytuję w całości: „Uniwersytet w Cardiff jest publiczny, a posty na facebooku nie różnią się od wydarzeń telewizyjnych. Proszę nie publikować komentarzy, które mogą zaszkodzić marce uniwersytetu”. Wydarzenie, które mogło zaszkodzić marce, zostało potem wielokrotnie opisane w mediach, nie przynoszę więc koledze zagrożenia relacjonując je tu. W ogromnym skrócie: człowiek odebrał sobie życie. Był oddanym pracownikiem naukowo-dydaktycznym, dbał o swoją pracę, starał się ją wykonać jak najlepiej. To jest dla mnie bardzo ważne – mój dziadek, wykwalifikowany szlifierz, zawsze mówił: jak masz robić byle jak, to nie rób wcale; te słowa o zmarłym dobrym pracowniku, dr. Malcolmie Andersonie, cytuję jako szczególną oznakę honoru, niech spoczywa w spokoju. Miał 48 lat i pracował na wydziale zarządzania. Ostatnie lata spędził pracując w dzień i w nocy, zabierał ze sobą prace studenckie do sprawdzenia, gdy odwiedzał rodzinę, w weekendy wykonywał obowiązki administracyjne, odpowiadał na służbowe e-maile do późnego wieczora.
Jego obciążenie pracą przypomina to, jakie przygniata inne znajome osoby pracujące w neoliberalnej akademii. Jednak, na swoje nieszczęście, dr Anderson starał się wszystko robić tak dobrze, jak umiał. Nie potrafił sobie odpuścić, zostawić, darować sobie. Był coraz bardziej zmęczony, coraz bardziej zestresowany. Tego ostatniego dnia dr Anderson przyszedł do pracy o 6.36 rano, napisał dwa krótkie listy, jeden z pożegnaniem do rodziny, którą kochał, drugi o tym, że jego obciążenie pracą okazuje się być ponad jego siły. W swym typowym w nowych czasach szklanym biurze, w pełni transparentnym budynku, jednym z tych, które dumnie lśnią firmując markę uczelni, zamiast przez szklane drzwi wyszedł szklanym oknem. Spadł na ziemię, krusząc po drodze szklany sufit.
Jakaż to marka jest tak ważna, że trzeba w jej imieniu wstrzymać się od komentowania tej śmierci? Czy jesteśmy w stanie o tym pomyśleć? Jeśli nam się to uda, możemy i my przebić, lecąc wyobraźnią w dół, ku Ziemi i otrzeźwieniu – nie śmierci – pewien sufit pojęciowej niemożliwości, który ogranicza nasze rozumienie obecnej, śmiertelnej fazy kapitalizmu.
Uczymy się bowiem wszyscy o marce jako o czymś solidnym, dobrym, ugruntowanym w długiej i sumiennej pracy, polegającej na rygorystycznym trzymaniu się standardów, troskliwej i stałej dbałości o jakość, zdobywaniu i budowaniu zaufania klientów. To klasyczna wizja strategii marki, znana między innymi z typologii Michaela Portera, która jest podstawą wiedzy z zarządzania, ba, sama jej uczę. Według tej teorii, pochodzącej z lat 80., strategia marki polega na wyróżnianiu się przez organizację w oczach klientów i żądanie za swój produkt lub usługę wyższej ceny. Wymaga to nieustannej koncentracji na wysokiej jakości, m.in. poprzez odpowiedni dobór pracowników i kierowanie nimi w taki sposób, by podnosili stale swoje kwalifikacje i byli autentycznie oddani wysokojakościowej pracy. Takiej, jaką wykonywał dr Anderson.
Mówimy studentom o tym, że markę bardzo ciężko jest wypracować – to dziesięciolecia starań i ciągłej poprawy, ale bardzo łatwo stracić, bo wystarczy chwila braku dbałości, drobne niechlujstwo, małe oszustwo, które zostanie ujawnione – a na konkurencyjnym rynku na pewno zostanie. I to jest mniej więcej to, co przeciętny wykształcony Polak wie na temat marki. Nie wie, a raczej nie rozmyśla na ogół nad tym, że jest to jedna z godnych i sensownych teorii pochodzących z ubiegłego stulecia, gdy zarządzanie też bywało godne i sensowne, a firmom i ludziom żyło się dostanie, często ramię w ramię – co można przyznać niezależnie od tego, czy się lubi kapitalizm, czy nie. Kapitalizm miał swoje jasne chwile i ta teoria opisuje jedną z nich. Marka to zaufanie, zaufanie to ludzie, o ludzi trzeba dbać, bo bez nich nie ma jakości, a bez jakości – równia pochyła do świata bubla, barbarzyństwa i bezmyślności…
No właśnie, tu zaczyna się problem z tym, co widzimy, patrząc w dół na ten fundament naszej wiedzy. Nadmierny blask podłoża powinien nam podpowiedzieć, że to, co widać, nie jest Ziemią, że straciliśmy z nią kontakt. To błyszcząca powierzchnia jakiegoś szklanego sufitu tam w dole ukazuje nam obraz, dzięki któremu możemy sobie dalej bujać w obłokach w naszej ekonomicznej fantazji, zamiast odszukać otrzeźwiającego widoku rzeczywistości takiej, jaka ma miejsce obecnie na naszej planecie. Porter opisuje dobre dekady oświeconego kapitalizmu, gdy „wschodnie zagrożenie” wymuszało w zarządzających szacunek dla postulatów związków zawodowych, gdy liczono się z głosem pracowników, bo istniała alternatywa, której większość mieszkańców Zachodu się bała, ale która jednak skłaniała do respektu wobec dążeń klasy pracowniczej. Socjaldemokratyczne państwo była w stanie zapanować nad korporacjami i obiecywało każdemu coś dobrego. Instytucje i struktury funkcjonowały sprawnie i były dobrze dostosowane do warunków gospodarczych i politycznych, więc obietnice można było spełnić – i wiele krajów Zachodu faktycznie je spełniało.
Tak było wtedy. Potem przyszła rewolucja Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, deregulacja, prywatyzacja i menedżeryzacja życia gospodarczego i społecznego, padły mury między Wschodem a Zachodem i ogłoszono koniec historii. Nikt już nie starał się równoważyć interesów, bo już „nie istniała alternatywa”, zapanował monoświat, którego czystość w nowszej historii marzyła się bodajże tylko Stalinowi. Przyszły czasy nieokiełznanych podbojów i procesów konsolidacyjnych, które sprawiają, że wszelkie majaczenie o wolnej konkurencji brzmi obecnie równie żenująco jak przywoływanie ideałów socjalistycznej równości za czasów Andropowa. Przyszła finansjalizacja i przeorientowanie zarządzania z dbałości o długotrwały interes organizacji na chwilowy interes funduszy inwestycyjnych. Markę opisuje dziś nie model Portera, lecz „No Logo” kanadyjskiej aktywistki i autorki Naomi Klein.
Według niej, marka obecnie nie jest gwarantem, symbolem jakości zawartej i tworzonej gdzie indziej – wewnątrz organizacji, czy nawet oferowanej w postaci produktu lub usługi, lecz bytem samym w sobie, wartościowanym finansowo na własnych prawach, w oderwaniu od tych procesów i rzeczywistości, których wyrazem była w poprzednim stuleciu. Tworzy ją funkcja marketingu i „komunikacji” (PR), posługując się twarzami (i innymi, finansowo wartościowymi, częściami ciała) celebrytów, wiecznie wyszczerzoną bielą zębów w wizerunkach reklamowych, przekazami głównonurtowych mediów i szkół biznesu, wreszcie samych konsumentów, którzy są tak zsocjalizowani w kulcie marek, że jest dla nich równie naturalny, jak funkcje fizjologiczne organizmu.
Marka odkleiła cię całkiem od organizacji – można ją sprzedać, podzielić, przejąć itd., itp., niezależnie od przypisanej doń organizacji wraz z całą jej technologią, tradycją czy personelem. Marka ma znaczenie sama w sobie, jest bytem bardziej realnym niż usługa, produkt czy organizacja, którą miałaby wyrażać. W trakcie zebrania strategicznego poświęconego kształtowaniu jakości na Uniwersytecie w Durham, gdzie niedawno pracowałam, wszyscy, bez absolutnie żadnej skłonności do kwestionowania tego, dyskutowali przez kilka bitych godzin wyłącznie o tym, jak na tle innych internetowych wizerunków wypadają internetowe obrazki ich uczelni. Głos proponujący inne kwestie do dyskusji został zignorowany, ale nie tak, jak ignoruje się coś bez sensu czy nie na temat, ale tak, jak nie zwraca się uwagi na coś, co nie istnieje. Brand jest wszystkim, wszystko jest brandem. Na kreowanie tegoż poświęca się gigantyczne sumy, o których, rzecz jasna, nie ma mowy, jeśli chodzi o takie sprawy, jak warunki zatrudnienia i pracy czy nawet stara poczciwa uczciwość kupiecka. Inwestowane są gigantyczne sumy w działania wspierające taki oderwany od jakiejkolwiek treści branding, powstał potężny biznes rankingów, z misterną i drogocenną mechaniką i logiką utrzymania na każdym poziomie, gdzie chleb idzie do działów marketingu, a igrzyska rozgrywane są stale między symbolami różnych marek, staczających drogocenne potyczki na symbolicznych arenach rozkwitających specjalistycznych korporacji lub na łamach właściwych mediów.
Żadnej liczącej się korporacji nie obchodzi już, w jakich warunkach i przez kogo wykonywana jest praca. Żadnej korporacji nie stać na godne płacenie pracownikom. Żadna korporacja nie może sobie pozwolić na zapewnianie dobrych warunków pracy. Nie jest istotne, by zatrzymać przy sobie pracowników, a gdy mówi się o „zatrzymaniu kompetencji”, ma się na myśli własność w sensie prawa autorskiego. Tak pojętej marce służą parametry do jej pomiaru i perfekcjonowania, to ją ma się na myśli wypowiadając z dreszczem magiczne słowo „doskonałość”, to w nią inwestuje się wszelkie wartości, ba, to ona jest wartością, sama w sobie, samą dla siebie.
Wartością większą niż życie dobrego pracownika doktora Malcolma Andersona. Niż życie każdej i każdego z nas. Spójrzmy w dół, poprzez ten szklany sufit pod naszymi stopami, popatrzmy długo i dobrze, a ujrzymy to, co ukrywają błyszczące fasady. Grunt, gleba, proch – stamtąd przychodzimy wszyscy, tam zmierzamy. Między tam a teraz jeszcze dla nas, choć nie dla niego, tymczasem – przestrzeń do życia, do miłości, do kłótni, buntu, wiary, pracy… i pamięci. Pamiętajmy o Malcolmie Andersonie, naszym koledze i współprzechodniu w tych przedziwnych, strasznych i błyszczących czasach. On wiedział to, co i my wszyscy wiedzieć powinniśmy i zapłacił za to cenę, która naprawdę jest najwyższa. Przez szacunek dla niego i dla samych siebie znajmy ją i znajmy wartość, która za nią się kryje.
prof. Monika Kostera
przez Christophe Degryse | środa 3 kwietnia 2019 | opinie
Rok 2049: trzy scenariusze dla związków zawodowych
Zmiany klimatu i cyfryzacja kształtować będą oblicze XXI wieku – nie należy jednak lekceważyć zdolności społeczeństwa do współkształtowania swojej przyszłości. To, w jaki sposób ruchy społeczne, takie jak związki zawodowe, federacje biznesowe czy partie polityczne dostosują się do tych trendów, odegra kluczową rolę w tworzeniu modelu społecznego dominującego w połowie wieku.
Myślenie o świecie roku 2049 oznacza wyobrażanie sobie kształtu społeczeństwa, na którego wpływ już dziś mają dwa długofalowe trendy – zmiany klimatu oraz transformacja gospodarki w kierunku cyfrowym, określana przez niektórych mianem czwartej rewolucji przemysłowej. Na pierwszy rzut oka trendy te wydają się od siebie niezależne. Ten pierwszy przychodzi do nas z zewnątrz w formie ograniczeń narzucanych przez naturę. Ten drugi to zmiany wewnątrz systemu, spowodowane przemianami w procesach produkcyjnych. Wydaje się zatem, że z jednej strony powinniśmy poszukiwać rozwiązań prowadzących do redukcji emisji dwutlenku węgla, z drugiej zaś takich, które niwelować będą negatywne skutki społeczne cyfryzującej się gospodarki. Wyzwania te często postrzegane są jako wymagające rozwiązań w tym samym czasie, jednak rzadko łączy się je w jedną, spójną opowieść o zmianach.
Oba te wyzwania mają jednak wspólne źródło – uprzemysłowienie, będące przyczyną zmian klimatu oraz bodźcem kolejnych „rewolucji” w procesach produkcji. W obu przypadkach wystarczy zatem znaleźć odpowiedź na jedno pytanie, a mianowicie to, jak przekształcić modele produkcji tak, by tworzyły bogactwo (pytanie – ile i jak definiowane?) bez niszczenia środowiska oraz z zachowaniem spójności społecznej. Po 200 latach ciągłego wzrostu i rozwoju widać, że do tej pory model nigdy nie był zdolny do działania bez wykorzystywania olbrzymiej ilości zasobów naturalnych oraz tworzenia równie imponujących ilości odpadów. Rzut oka na rok 2049 wymaga od nas zastanowienia się nad przyszłym kształtem modelu przemysłowego, włączając w to kwestie produkcji żywności oraz handlu międzynarodowego.
Pierwszy scenariusz można określić mianem zależności od szlaku. W tej wizji odbijać się będzie suma podjętych w przeszłości decyzji, związanych m.in. z niskimi ambicjami w zakresie ochrony klimatu, konfliktami dyplomatycznymi, istotną rolą lobby przemysłowego, poszerzaniem się skali nierówności i polaryzacji społecznej. W efekcie w roku 2049 jesteśmy świadkami utrzymywania się w globalnej skali dzisiejszych modeli produkcyjnych w związku ze słabością ośrodków politycznych oraz ich niezdolnością do ograniczenia negatywnych kosztów zewnętrznych generowanych przez biznes zysków – być może poza najbardziej skrajnymi przypadkami. W rezultacie obserwujemy powolne osuwanie się naszej planety w odmęty społeczno-klimatycznego chaosu, od którego wolna pozostaje jedynie nieliczna garstka ludzkości. Coraz bardziej autorytarne rządy stawiać będą na konkurowanie ze sobą oraz na podtrzymywanie status quo dla swoich wąsko pojmowanych korzyści. Scenariusz ten wygląda na zupełnie irracjonalny, ale na rzecz jego urzeczywistnienia, niczym w zaproponowanej przez Chrisophera Clarka metaforze dotyczącej I wojny światowej, pracuje niejeden „lunatyk”. Należą do nich przedstawiciele krótkowzrocznych elit politycznych, różnego rodzaju lobby, sprzyjające biznesowi rządy, gotowe płacić dowolną cenę za nawet drobne wzmocnienie wzrostu gospodarczego, liczący na olbrzymie zwroty inwestorzy oraz udziałowcy marzący o wysokich pensjach, premiach i dywidendach. W najlepszym wypadku ich zachowanie nazwać można nierozważnym, w najgorszym – nadającym się do kryminału.
Drugi scenariusz to wizja, w której modele produkcyjne ulegają korekcie w celu zmierzenia się z wyzwaniem klimatycznym oraz zachowania spójności społecznej. W przypadku takiego obrotu spraw mamy do czynienia z czymś, co nie do końca trafnie określa się mianem „zielonego kapitalizmu” i co tak naprawdę powinniśmy nazwać społeczną eko-industrializacją. To opcja, w której modele produkcji generują zyski dla udziałowców, ale zarazem realizowane są z poszanowaniem dla środowiska i wspierają realizację zasad sprawiedliwości społecznej. W roku 2020 będziemy już być może na progu realizacji tego scenariusza dzięki naszej wiedzy o zrównoważonej produkcji, energetyce odnawialnej, recyklingu czy gospodarce o obiegu zamkniętym. Pomimo istnienia niemal powszechnego przekonania co do słuszności pójścia w takim kierunku jego realizacja wydaje się mało prawdopodobna, jako że aktualny model ekonomiczny musi dopiero udowodnić, iż potrafi pogodzić ze sobą zysk, środowisko i jakość życia – do tej pory w przypadku konfliktu między tymi trzema wartościami niemal zawsze wygrywała ta pierwsza. Ani rozwój energetyki wiatrowej i słonecznej, ani wizje zrównoważonego rozwoju i ekonomii cyrkularnej nie były w stanie doprowadzić do redukcji globalnych emisji gazów cieplarnianych, które wciąż rosną wraz ze wzrostem PKB. Jedyne momenty, w których do takich redukcji dochodziło, to okresy recesji. Od roku 2000 mieliśmy tylko dwie tego typu chwile. Fakt ten uzasadnia sceptycyzm wobec realności tego scenariusza.
Trzecia opcja oznacza rozpad dotychczasowego modelu. Jego przyczyną może być nieoczekiwany, olbrzymi kryzys gospodarczy i zmiany związane z wyczerpaniem się źródeł inwestycji, światowy kryzys energetyczny w postaci wzrostu cen ropy do poziomu drastycznie podnoszącego koszty obsługi maszyn czy transportu dóbr, ale także przedłużające się niepokoje społeczne i polityczne. Bylibyśmy świadkami końca modelu, wobec którego już dziś widzimy pewne alternatywy – opcje, które po roku 2020 mogłyby ulec gwałtownemu rozwojowi, takie jak ożywienie spółdzielczości, postawienie na dobra wspólne, demokrację energetyczną, lokalne waluty czy otwarte modele niehierarchicznej współpracy typu peer-to-peer, zastępujące rozwijające się od początku XXI wieku technologiczne oligopole.
Jak, w obliczu tak zarysowanych scenariuszy przyszłości, wyglądać ma przyszłość związków zawodowych w roku 2049? Aby móc odpowiedzieć na to pytanie musimy raz jeszcze spojrzeć na model produkcji, który przyczynił się do ich powstania. Ich przyszłość w dużej mierze zależy od jego dalszych losów. Związki zawodowe stoją zatem w obliczu szeregu możliwości.
Pierwszym – i najbardziej posępnym z ich punktu widzenia – scenariuszem byłby ich zanik. W coraz bardziej rozwarstwionym społeczeństwie ich wiarygodność jako reprezentantów świata pracy mogłaby ulec załamaniu w wyniku zmiany dominującego oblicza zatrudnienia w stronę rosnącej prekarności. Związkom grozić może również stawanie się biernymi wspólnikami destrukcyjnego modelu, który do dalszego rozwoju wymagać będzie wsparcia coraz bardziej autorytarnych rządów.
W drugiej wizji ich rola – paradoksalnie – może ulec wzmocnieniu w związku z potrzebą zachowania spokoju społecznego i znalezienia odpowiedzi na niepokoje związane zarówno z „końcem miesiąca” oraz „końcem świata” – lękami, z którymi związane były protesty francuskich „żółtych kamizelek”. Scenariusz ten oznacza budowanie nowych sojuszy i pozostanie niezwykle ambitny, jako że wymagać będzie połączenia kwestii społecznych (pracy i jej warunków, siły nabywczej czy spójności terytorialnej), klimatycznych (ograniczania emisji gazów cieplarnianych, działań adaptacyjnych, minimalizowania skutków gwałtownych zjawisk pogodowych) oraz przemysłowych (transformacji modeli produkcji, zmniejszania zużycia zasobów naturalnych, ograniczania potrzeby transportu, zwiększania poziomów recyklingu i ograniczania konsumpcji). Czy to możliwe? Czy nasze wzorce produkcji mogą zacząć uwzględniać społeczne i środowiskowe ograniczenia w ich rozwoju? Teoretycznie tak – nie ma tu bowiem żadnych ograniczeń strukturalnych. Największym wyzwaniem w tym scenariuszu jest jednak przekonanie do niego globalnych elit gospodarczych, finansowych i politycznych. Zmiany te oznaczają dla nich konieczność istotnego skoku myślowego. Jego sukces wymaga powstania potężnego sojuszu graczy społecznych i ekonomicznych, obrońców środowiska oraz obywateli, zdolnych do wytyczenia kursu i wykorzystania drzemiącej w nich siły. Porażka w walce o realizację tego scenariusza oznaczać będzie ziszczenie się pierwszej, opisanej przed chwilą alternatywy.
W przypadku opcji trzeciej – załamania się dotychczasowego modelu gospodarczego – związki bądź to zastąpione zostaną przez nowe, bardziej elastyczne i przygodne formy organizacyjne (np. grupy obywatelskie), bądź też będą zdolne do przystosowania swych struktur do bardziej lokalnego, partycypacyjnego, kolektywnego działania. Tworzenie nowych sojuszy pozwoli im na odgrywanie większej niż do tej pory roli w nowych obszarach, takich jak jakość życia, zdrowie, nowe formy zabezpieczeń społecznych mieszkalnictwo czy szkolenia zawodowe. Świat ten byłby bliski ideałom spółdzielczości. Produkcja uległaby reorganizacji w oparciu o model demokratycznych dóbr wspólnych – otwartych systemów, dzielenia się zasobami oraz zarządzania nimi przez lokalną społeczność wytyczającą reguły. W modelu tym nie byłoby już dominacji wielkich, ponadnarodowych korporacji i ich lokalnych oddziałów – dominowałoby mniejsze inicjatywy, sieciujące się ze sobą niczym baskijska grupa Mondragon.
Wspomniane trzy opcje pokrywają się z zestawem możliwości opracowanym przez ekonomistę Alberta Hirschmanna – wyborem między lojalnością, zabraniem głosu oraz rezygnacją. Lojalność związków zawodowych wobec coraz bardziej zawodzącego modelu gospodarczego może oznaczać ich skorumpowanie i klęskę. Szeroki, pełen nowych sił, głośno deklarujący swoje postulaty ruch może kierować i przyspieszać zwrot w stronę nowego, eko-przemysłowego modelu gospodarczego z silnym komponentem społecznym. Rezygnacja z podtrzymywania status quo oznaczałaby ostateczne zerwanie powiązań między uprzemysłowieniem a uzwiązkowieniem, zmieniając – lub zastępując – ruch pracowniczy innymi formami zbiorowej współpracy w nowym, wymagającym dopiero wymyślenia postindustrialnym modelu ekonomicznym.
Christophe Degryse
Tłumaczenie Bartłomiej Kozek
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Green European Journal”. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk. W przedruku pominięto przypisy.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Greater Boston CLC’s Futures Committee
przez Piotr Wójcik | niedziela 31 marca 2019 | opinie
Szkoła to jedno z najważniejszych miejsc we współczesnym społeczeństwie opartym o gospodarkę rynkową. Jej wagę doceniają niemal wszyscy – konserwatyści, liberałowie i socjaldemokraci. Oczywiście wszyscy w inny sposób. Konserwatyści uważają szkołę za najlepsze miejsce zakorzeniania wartości tradycyjnych i patriotycznych w narodzie. Dla liberałów szkoła to jeden z obszarów polityki społecznej, na którą wydali koncesję państwu – dajmy szansę wyedukować się społeczeństwu, a potem niech już ono radzi sobie same. Dla lewicy szkolnictwo publiczne to jeden z kluczowych instrumentów redukowania nierówności szans. Oczywiście wszystkim tym środowiskom ideowym szkoła przynosi srogie rozczarowanie. Konserwatyści muszą się mierzyć z tym, że szkoła w naturalny sposób, jako środowisko młodzieży, staje się ośrodkiem buntu wobec skostniałych struktur i archaicznych wartości. Liberałowie wnet przekonują się, że zaoferowanie możliwości edukacyjnych społeczeństwu nie wystarczy, aby dać każdemu szansę – nie wszyscy będą mogli z niej w równy sposób skorzystać. Natomiast zawód socjaldemokratów polega na tym, że pomimo wysiłków szkoła i tak jest płaszczyzną, na której reprodukują się różnice klasowe i przewagi grup hegemonicznych.
Szkoła jednej klasy
Szkoła nie tworzy równych szans wszystkim z dwóch głównych powodów. Pierwszym są różnice w kapitale kulturowym i materialnym rodzin uczniów. Dzieci z zamożnych domów mają stworzone komfortowe warunki do nauki także poza budynkiem szkoły. Często są dowożone i odbierane samochodem przez rodziców, więc są bardziej wypoczęte i mają więcej sił i czasu na pracę w domu. Są też dobrze odżywione i nie muszą się martwić o trywialne szczegóły egzystencji. Ich rodzice mają zwykle większy kapitał kulturowy, więc zawsze mogą pomóc swoim potomkom w nauce, a jeśli czegoś nie będą wiedzieć, to mogą zatrudnić korepetytora. Dzieci z „dobrych domów” wielu rzeczy uczą się też mimochodem – słuchają dyskusji rodzinnych, mają łatwy dostęp do książek dużo ciekawszych, niż szkolne lektury, dzięki czemu rozwijają zainteresowanie światem. Często są też wciągane przez rodziców do różnych podejmowanych przez nich projektów, społecznych czy kulturalnych, które także są znakomitym polem do nauki. Dzieci z niezamożnych domów, których rodzice nie dysponują odpowiednim kapitałem kulturowym, są tego wszystkiego pozbawione.
Drugim z powodów są specyficzne postawy społeczne reprezentantów poszczególnych klas. Szkoła jest dostosowana zdecydowanie do postaw reprezentowanych przez klasę średnią. Promuje wśród uczniów obowiązkowość, systematyczność, karność i nastawienie na pracę nad sobą, niezbędną do podejmowania rywalizacji. Dzieci z klasy ludowej, których życie jest zdecydowanie mniej stabilne, takich postaw nie mają zakorzenionych, także dlatego, że w codziennych zmaganiach niekoniecznie im się one przydadzą. Żeby przetrwać w swoim środowisku pozaszkolnym, muszą wykształcić w sobie twardy charakter, odwagę i nieustępliwość. Tymczasem w szkole te cechy są bezlitośnie tępione. Żyją więc w pewnym rozkroku – w środowisku pozaszkolnym potrzebny jest im do przetrwania pewien zbiór cech, jednak w szkole jest on dla nich balastem. Więcej czasu spędzają jednak poza szkołą, więc naturalnie przyswajają postawy typowe dla klas ludowych. A w szkole przyjmują postawę obronną – wagary, kultura szkolnego oporu czy tworzenie grup ludzi o podobnym nastawieniu, które często żyją w kontrze do „frajerów” z dobrych domów.
Szkoła zajmuje się też tematami typowymi dla klasy średniej. Dzieci z klasy ludowej wchodząc do niej znajdują się w innym świecie. Historyjki czytane w podręcznikach zupełnie do nich nie trafiają, bo nie odzwierciedlają ich codziennych przeżyć. Nic więc dziwnego, że szybko dochodzą do wniosku, iż szkoła to strata czasu. Zresztą sami nauczyciele to jedna z najbardziej wpływowych grup w klasie średniej – co prawda nie dysponują znacznym kapitałem materialnym, ale bardzo dużym kapitałem kulturowym. Nic więc dziwnego, że tworzą środowisko typowe dla klasy średniej, jednak zupełnie obce dla klasy ludowej. Z tych wszystkich powyższych powodów szkoła, zamiast wyrównywać szanse, często reprodukuje niektóre rodzaje nierówności. Problem w tym, że gdyby jej nie było, nierówności byłyby zdecydowanie większe.
Fikcyjna rejonizacja
Chyba najbardziej kompleksowe opracowanie nierówności w polskich szkołach przedstawił Przemysław Sadura w książce „Państwo, szkoła klasy”. Wyłania się z niej obraz nieustannie reformowanej polskiej szkoły, która choć formalnie stara się wyrównywać szanse, to klasy wyższa i średnia bez trudu znajdują sposoby wykorzystywania swych przewag, za to klasa ludowa jest coraz bardziej zagubiona. A negatywne skutki reform dotykają właśnie ją.
Sadura zaczyna analizować sytuację już od edukacji przedszkolnej. To na tym etapie najłatwiej zakorzenić w dzieciach chęć do nauki. Badania prowadzone przez OECD i IEA pokazują, że dzieci chodzące do przedszkola osiągają później lepsze wyniki w czytaniu i matematyce. Niestety transformacja mocno dotknęła również przedszkola – o ile w 1989 r. było 910 tys. miejsc w przedszkolach, to w 2004 już tylko 683 tys. Od 2006 r. liczba miejsc w przedszkolach zaczęła rosnąć, jednak wciąż daleko Polsce do krajów, w których opieką przedszkolną objęte są niemal wszystkie dzieci powyżej lat 3. W 2014 r. do przedszkola chodziło 74 proc. dzieci w wieku 3-5 lat. Z tej perspektywy negatywnie należy ocenić reformę edukacyjną PiS, która zlikwidowała obowiązek przedszkolny 5-letnich dzieci. Tym bardziej, że z dobrowolnej opieki przedszkolnej korzystają przede wszystkim dzieci z klasy średniej i wyższej. W 2010 r. pełne trzy lata w przedszkolu spędziło 59 proc. dzieci rodziców z wyższym wykształceniem, tylko 14 proc. dzieci rodziców z wykształceniem zawodowym i zaledwie 3 proc. dzieci rodziców z wykształceniem podstawowym.
Kolejnym ważnym aspektem w egalitaryzmie edukacyjnym jest późny etap selekcji na uczniów lepszych i gorszych. W Polsce był on stosunkowo późny dzięki 8-letniej podstawówce. Reforma edukacji z 1999 r. miała go jeszcze opóźnić o rok, dzięki rejonizacji gimnazjów. Jednak szkoły oraz rodzice znaleźli sposoby, by realną selekcję rozpocząć dużo wcześniej. Już w wielu szkołach podstawowych dzielono klasy dla uczniów „zdolnych” oraz „wyrównawcze”. Oczywiście w większości przypadków robiono to nieformalnie, lecz zdarzało się nawet, że rodziców proszono o wypełnienie ankiet, w których mieli opisać swoją sytuację materialną czy zawodową, na podstawie których dzielono klasy. Sam mogę potwierdzić taką praktykę – w podstawówce chodziłem do klasy „f”, do której trafiali niemal wszyscy spadkowicze, za to w klasie „e”, do której chodziły dzieci nauczycieli, spadkowiczów nie było wcale.
Szkoły oraz rodzice nauczyli się także jak obchodzić rejonizację gimnazjów, przez co po reformie realny etap selekcji następował już po 6 latach podstawówki. Miało to miejsce szczególnie w dużych miastach – w miastach mniejszych i na wsiach to zjawisko nie występowało na dużą skalę. Elitarne miejskie gimnazja tworzyły więc osobny nabór uczniów spoza rejonu, w ramach którego trafiali tylko „najzdolniejsi”, czyli dzieci z dobrych domów. Klasa średnia miała zatem możliwość „ulokowania” swoich pociech w szkołach skupiających talenty ze swojego środowiska, a do gimnazjów z gorszych dzielnic trafiały te dzieci z rejonu, które nie miały tyle szczęścia. O ile jeszcze w 2003 r. zróżnicowanie międzyszkolne egzaminów gimnazjalnych wynosiło 15 proc., to już w 2013 r. wzrosło do 24 proc. Gdyby policzyć same miasta powyżej 100 tys., zróżnicowanie międzyszkolne wynosiło w 2013 r. aż 40 proc., co jest już poziomem typowym dla edukacji po progu selekcyjnym. W tym czasie zróżnicowanie międzyszkolne wyników podstawówek wynosiło w dużych miastach jedynie 10 proc. Widać więc jak na dłoni, że rejonizacja gimnazjów w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców, a takich mamy ponad 30, była fikcją. A reforma z 1999 r., zamiast opóźnić selekcję o rok, przyspieszyła ją o dwa lata.
Z tej perspektywy ocena reformy PiS, która likwiduje gimnazja, jest ambiwalentna (to już moje zdanie, Sadura ocenia ją jednoznacznie źle). Owszem, dzięki niej skończy się patologia omijania rejonizacji i tworzenia elitarnych gimnazjów w miastach. Pytanie jednak, czy nie byłoby lepsze zostawienie gimnazjów i likwidacja po prostu możliwości omijania rejonizacji. Dzięki temu etap selekcji następowałby dopiero po 9 latach, co bardziej wyrównywałoby szanse.
Czesne jak wypłata
Kolejnym czynnikiem nierówności w edukacji było umożliwienie zakładania szkół prywatnych. Uczniowie takich szkół w Polsce osiągają znacznie lepsze wyniki w badaniach PISA. Jest wiele elitarnych prywatnych szkół w Polsce – chyba najsłynniejsza to Zespół Szkół Bednarska w Warszawie, do którego chodzi duża część dzieci warszawskiej elity (druga część chodzi do innej szkoły prywatnej). W szkołach tych następuje „naturalna” selekcja – są one płatne, więc są dostępne tylko dla dzieci z zamożnych domów. Czesne w Bednarskiej kosztuje 1500 zł za miesiąc – wielu rodziców w Polsce zarabia niewiele więcej. Dzieci z takich prywatnych szkół i gimnazjów mają otwartą drogę do najlepszych liceów i uczelni w Polsce. Kolejny aspekt nierówności to coraz bardziej popularne korepetycje, które wielu nauczycieli wykorzystuje do dorabiania do pensji. Wśród uczniów pobierających korepetycje widać zdecydowaną przewagę dzieci z klas wyższej i średniej. Według badań opisanych przez Sadurę, korepetycje pobierało 69 proc. dzieci wyższej kadry zarządzającej i specjalistów, 52 proc. dzieci pracowników średniego szczebla, 33 proc. dzieci z klasy robotniczej i jedynie 10 proc. dzieci rolników.
Sadura opisuje również, jak specyficzne postawy prezentowane przez przedstawicieli poszczególnych klas pomagają lub przeszkadzają im w osiągnięciu sukcesów szkolnych. Zwraca uwagę, że szkoła została podporządkowana wartościom klas wyższej i średniej. „Warstwy wyższe kontrolują sfery symboliczne, na których oparty jest system szkolny. W ten sposób narzucają mu właściwe sobie wartości, schematy postrzegania i myślenia oraz kody językowe (Bernstein 2003). Uczniowie z warstw uprzywilejowanych mają więc ułatwione uczestnictwo w przekazywanych treściach, łatwiej im też osiągnąć sukcesy szkolne”. Sadura przedstawia też wywiady z uczniami z trzech klas – wyższej klasy średniej, niższej klasy średniej oraz klasy ludowej. Uczniom z niższej klasy średniej szkoła kojarzyła się bardzo dobrze. Cenili w niej jasne zasady, wspieranie etosu systematycznej pracy, nastawienie na rywalizację i osiąganie sukcesów. Czyli za wszystkie wartości typowe dla klasy średniej. Najgorzej wspominali szkołę uczniowie z klas ludowych, którzy często nie potrafili się przystosować do dominujących w niej wartości. Pozytywnie wspominali jedynie relacje w grupie rówieśniczej oraz zajęcia wychowania fizycznego.
Aby rzeczywiście otworzyć możliwości edukacyjne dla klasy ludowej, potrzebna byłaby głęboka zmiana nie tylko administracyjna, ale też programowa. Taka, która przybliżyłaby nauczaną materię oraz promowane postawy do dzieci z klasy ludowej – obecnie w wielu aspektach są to dla nich rzeczy zupełnie oderwane od rzeczywistości. Niestety tu reforma PiS również nie poprawi sytuacji – PiS raczej dąży do tego, by podstawę programową jeszcze bardziej nasycić kwestiami patriotycznymi, karty podręczników bohaterami narodowymi, a listę lektur literaturą z XIX wieku. Taki przekaz trafia może do dzieci starych rodów żyjących od pokoleń w stolicy lub Krakowie, ale raczej średnio do ucznia spędzającego pół dnia na śląskim podwórku. Jedyną nadzieją jest w takiej sytuacji to, że nauczyciele wyjrzą wreszcie poza swoją średnioklasową perspektywę i postarają się dotrzeć do uczniów myślących zupełnie innymi schematami. Przecież wcale nie gorszymi.
Piotr Wójcik
Zdjęcie w nagłówku tekstu Tomasz Chmielewski
przez Maciej Muskat | czwartek 28 marca 2019 | opinie
Według raportu opublikowanego w lipcu przez jedną z najbardziej znanych firm konsultingowych Arthur D Little International, palenie może być korzystne dla gospodarki, ponieważ palacze umierają młodo i dlatego w mniejszym stopniu korzystają z usług publicznych niż niepalący. Ci ostatni częściej dożywają wieku emerytalnego, co naraża państwo na kosztowne zasiłki emerytalne i świadczenia opieki lekarskiej – w tym drugim przypadku bardzo niepraktyczne jest to, że korzystają z nich jednostki nieprodukcyjne. Mówi się o tym, że konsultanci pracowali też nad szeregiem innych zagadnień związanych z zagadnieniem wydajności ekonomicznej – prawdopodobne wyniki mają potwierdzać, że rozwój przemysłu budowlanego można osiągnąć przez zniesienie przepisów BHP, ponieważ taniej jest zastąpić martwego pracownika niż opłacać wydatki związane z bezpieczeństwem pracy. Inna propozycja: dzieci, które nie dają sobie rady w szkole, w wieku jedenastu lat powinny być natychmiast wysyłane do prostej pracy fizycznej, nie można tracić pieniędzy na kosztowne wykształcenie, które nie przyniesie odpowiednich korzyści ekonomicznych. Podobno nowym pomysłem na zrównoważenie bilansu płatniczego ma być propozycja, aby przestać wypłacać emerytury i zaoszczędzone w ten sposób pieniądze zainwestować w produkcję broni na eksport.
Nie, nie oszalałem, ani nie bluźnię. Pierwszy raport tej agencji został już zaprezentowany rządowi czeskiemu przez giganta tytoniowego Philip Morris (no dobra, resztę przykładów wymyśliłem – niedługo się okaże, czy przesadziłem). Według niego, przedwczesna umieralność spowodowana paleniem pozwoliła rządowi czeskiemu zaoszczędzić w 1997 roku 147 mln brytyjskich funtów z pieniędzy, które ów rząd – gdyby Czesi np. palili tylko z okazji zawartych umów – musiałby wydać na emerytury. Raport wydaje się mieć na celu przekonanie czeskiego rządu do „szerszego obrazu”, który wygląda mniej więcej tak: palenie jest dobre na poziome makroekonomicznym, więc jakiekolwiek ruchy w celu jego ograniczenia, jak np. opodatkowanie, ostrzeżenia lekarskie, ograniczenia reklamy, są sprzeczne z celami gospodarczymi.
Myślę, że większość ludzi czytając powyższe stwierdzenia pomyśli: to jakiś absurd – cóż, aberracje wydarzają się w każdej populacji od czasu do czasu. Jest mi przykro, ale muszę im powiedzieć, że się mylą. Nie jest to przykład odchylenia, ale „nieubłaganej logiki” stojącej za raportem brytyjskich konsultantów, która po prostu bazuje na treściach nauczanych w większości podręczników ekonomii. Czeszka zajmująca się kampaniami związanymi ze zdrowiem wskazała, że idąc dalej tym tropem powinno się zabijać emerytów w chwili osiągnięcia wieku emerytalnego.
Jeśli każdy z nas weźmie do ręki gazety gospodarcze, to bez trudu odnajdzie podobne wątki. Naturalnym pytaniem podsuwanym przez zdrowy rozsądek jest: czemu, gdzie tkwi błąd? Odpowiedź leży w naszym własnym postrzeganiu tego, co ważne, komunikowaniu tego innym i – bo diabeł tkwi w szczegółach – w sposobach, w jakich mierzymy te rzeczy.
Czym jest wskaźnik i dlaczego jest ważny
Ludzie od zawsze myśleli o wskaźnikach, z podstawowych powodów – dzięki nim każdego dnia staramy się zrozumieć i przewidywać otaczający nas skomplikowany świat. Czasem jesteśmy zmuszeni konstruować bardziej skomplikowane wskaźniki, jednak zazwyczaj posługujemy się znacznie prostszymi: sen i apetyt dziecka da nam wskazówkę co do jego zdrowia, ilość robaków w ziemi powie nam coś o jakości gleby, a ptaki i chmury nad oceanem są oznaką pobliskiego lądu. Mało ludzi ma jednak świadomość, że źródłem wskaźników są wartości (to, na czym nam zależy, o co dbamy). Filtrujemy więc wiele szczegółów w naszym życiu, starając się zwracać uwagę na to, co wydaje nam się ważne i właśnie owe najważniejsze rzeczy staramy się „mierzyć”. Jeśli coś uznajemy za ważne, to znaczy, że ma dla nas wartość. Napotykamy na te wartości w momencie, gdy docierają do nas takie pytania jak: Dlaczego czuję się dobrze/źle w miejscu, w którym pracuję? Dlaczego chciałbym pozostać albo opuścić miejsce, w którym żyję?
Idąc dalej, nie da się nie zauważyć, że nasze środowisko naturalne i kultura ukształtowały różnorodność wartości, które są dla nas ważne. I tak w np. w USA ludzie uważają za „ważne” takie kwestie jak: Czy musimy zamykać nasze domy i samochody? Czy w naszych rzekach pływają łososie (stan Washington)? Inaczej wygląda rzecz np. w Portugalii, gdzie częstszymi pytaniami są: ile mamy kilometrów czystej plaży? Czy kiedy idę ulicą ludzie odnoszą się do mnie przyjaźnie? Natychmiast nasuwa się wniosek, że aberracją jest narzucanie wszystkim jednakowego wskaźnika dobrobytu, bo prędzej czy później musi się to skończyć konfliktem.
Nie wiem dokładnie jak to się stało, ale faktem jest, że nie zauważamy pewnego cyklu: wskaźniki potrafią tworzyć wartości i odwrotnie. Jeśli w naszej świadomości często goszczą takie miary jak indeksy giełdowe, wskaźniki cholesterolu, wydajność spalania benzyny przez samochód (litry na 100 km) czy wreszcie PKB, to większość z nas myśli, że owe miary muszą być istotne – w przeciwnym razie nie słyszelibyśmy o nich tak często. Owo sprzężenie zwrotne sprawia, że właśnie te wskaźniki wydają się ważne, niezależnie od tego, czy dobrze mierzą nasze zadowolenie lub dobrobyt czy też w ogóle się do tego nie nadają. Są wykorzystywane w edukacji, propagandzie i dyskusjach politycznych. Lecz jeśli są wybrane arbitralnie lub źle zbudowane, mogą napełnić nasze mózgi bezużyteczną i mylącą informacją, zniekształcać nasz obraz świata i sprawiać, że przestajemy dostrzegać nasze wartości. Co więcej, w takim przypadku jest dużo trudniej znaleźć naprawdę ważne informacje i przekazać je innym. Tak czy inaczej wpływają na rzeczywistość – wyobraźmy sobie, jak odmiennie wyglądałoby nasze dążenie w kierunku dobrobytu, gdyby zamiast PKB jego głównym wskaźnikiem był stosunek bogactwa najbogatszych i najbiedniejszych 10% społeczeństwa!
Jest jeszcze jedna sprawa. Miary, których używamy, potrafią bardzo szybko zmieniać percepcję ludzi i kreować siły zdolne zmieniać przyszłość. Ogromna ilość podejmowanych decyzji, od szczebla gospodarstwa domowego do poziomu państwa, kręci się wokół wybranych wskaźników, ponieważ większość z nas polega na ich „odpowiedniości”. Jeśli np. niezależnie od całej różnorodności świata najważniejszym indeksem staje się PKB per capita, to kraje zaczynają postępować tak, aby go maksymalizować, do czego świetnie nadaje się między innymi promocja palenia tytoniu.
Zrób to sam
Czy naprawdę dobrym wskaźnikiem zdrowia ludzi jest ilość pieniędzy wydawana na opiekę zdrowotną? Czy o poziomie edukacji świadczy ilość komputerów w szkole? Czy wzrost PKB oznacza to samo, co rozwój gospodarczy, jeśli może następować dzięki zwiększonej przestępczości, handlowi bronią lub rozkwitowi takich dziedzin gospodarczych jak hazard? Czy wzrost oznacza to samo, co rozwój? Idę o zakład, że większości z czytelników tego typu pytania przyszły choć raz do głowy. Niektórzy zdają też sobie sprawę, że większość wskaźników, których się dziś używa, została stworzona w tzw. Pierwszym Świecie i zazwyczaj właśnie jego instytucje dysponują zasobami zdolnymi do zbierania potrzebnych informacji (pieniądze, uniwersytety, infrastruktura). Podejście ich twórców i rodzaje informacji, które są zbierane, mogą być zwyczajnie niedopasowane w stosunku do rzeczywistości nawet tak zbliżonego do Zachodu kraju jak Polska.
Zatem pierwszą zasadą, kiedy czytamy, że coś wzrasta albo spada, powinna być wzmożona uwaga, żeby nie powiedzieć nieufność. Potem najlepiej zadać sobie pytania: czy dany indeks nie jest zbyt ogólny, czy nie nastąpiło wyraźne przekłamanie, czy nie odwraca uwagi od tego, czego bezpośrednio doświadczamy (większość wskaźników gospodarczo-społecznych), czy jego heroldzi nie są zbyt pewni siebie i – w końcu, dla najbardziej dociekliwych – czy wskaźnik nie został oparty na fałszywym obrazie świata.
Obywatelu, jeśli uważasz się za takiego, powinieneś śmiało zastanowić się, czy nie jest możliwe, abyś wymyślił własny indywidualny wskaźnik dobrobytu. Co jest dla Ciebie ważne, w Twoim mieście, regionie, w Polsce? Co jest ważne dla Twojej rodziny? Może następnie warto pogadać o tym z sąsiadami i zastanowić się, jakie są wspólne elementy waszych „linijek”. Podobno sam dialog na ten temat potrafi wiele zmienić…
Nie twierdzę, że jest to proste zadanie, ale ważne jest choćby to, że my sami stajemy się świadomi, co jest nam drogie, co jest możliwe do osiągnięcia, a co nie. Jeśli stwierdzamy, że warto takie ćwiczenie przeprowadzić, powinniśmy wiedzieć o kilku zasadach:
– wskaźniki nigdy nie są doskonałe, ponieważ tylko częściowo oddają rzeczywistość. Nasze mózgi nie „zawierają” rzeczywistości, ale pewne założenia na temat naszego otoczenia, oparte na naszej osobowości, kulturze czy doświadczeniu. Choć dzięki konstruowanym miarom staramy się ograniczyć niepewność, to lepiej pamiętać, że nigdy nie są one doskonałe. Jedna z czołowych postaci XX wieku piszących na ten temat, niedawno zmarła Donella Meadows, napisała kiedyś: „stosowanie złego modelu albo błędnego wskaźnika nie jest jeszcze powodem do wstydu; jest nim kurczowe trzymanie się tego wskaźnika pomimo podważających go dowodów”.
– czasem potrzebujemy „obiektywnych” wskaźników, które mierzą ilość, ponieważ możemy ich użyć do zmierzenia czegoś przez dowolną osobę albo w dowolnym czasie (np. wszystkie miary, które służą nam do ostrzegania przed nadchodzącą powodzią). Zazwyczaj uważamy je za bardziej wiarygodne, co więcej są łatwiejsze do zakomunikowania lub powtórnego przetestowania. Lecz jednocześnie są też bardziej niebezpieczne, bo mają tendencję do zagłuszania.
– wskaźników „subiektywnych”, które mierzą jakość, zazwyczaj nie stosując liczb. Przypomina mi się zasłyszane kiedyś zdanie: „Najpiękniejsze rzeczy w życiu – wolność, harmonia, miłość, nawet piękno naukowej precyzji – nie są rzeczami”.
– wzrost oznacza, że coś staje się większe – rozwój, że coś staje się lepsze. Co dla Ciebie oznacza lepsze życie: nowy samochód czy lepsze powietrze w Twoim mieście, a w kraju – więcej autostrad czy lepiej zorganizowany system komunikacji?
I na koniec: myślenie konsultantów firmy Arthur D Little, jak każde „rozumowanie” będące żonglowaniem fragmentarycznymi danymi, przypomina węża zjadającego swój własny ogon. Badania medyczne potwierdzają, że palenie może być przyczyną niewydolności jajników lub wcześniejszej menopauzy. W związku z tym, niestety, palenie może być przyczyną nie tylko usuwania „zużytych” podatników, ale także może ograniczać produkcję nowych.
Jednak ten fakt nie zrazi krawców posługujących się ową „logiką”. Według niej możesz być tylko urzędnikiem, konsumentem, przedsiębiorcą, pracownikiem bądź podatnikiem; z tej „logiki” wypływają wskaźniki, którymi żonglują ekonomiści, politycy i gazety. Jeśli nie chcemy, aby owi krawcy przycinali nas stosując miary, które uważamy za głupie bądź szkodliwe, musimy zacząć myśleć o miarach własnych i sprawdzić, czy inni ludzie obok nas przypadkiem nie myślą podobnie.
Maciej Muskat
Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 4, w roku 2002.
W nagłówku tekstu wykorzystano grafikę Marco Melgratiego.
przez Jakub Krzyżanowski | wtorek 26 marca 2019 | nasze rozmowy
O sytuacji pracowniczej w sektorze handlu i działaniach związków zawodowych z Alfredem Bujarą, Przewodniczącym Sekretariatu Krajowego Handlu, Banków i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność”, rozmawia Jakub Krzyżanowski

W Biedronce trwa właśnie referendum strajkowe, organizowane przez NSZZ „Solidarność” i inne związki. Przedstawiciele związku podkreślają w mediach, że w sporze z siecią nie chodzi o pieniądze. O co zatem chodzi?
Alfred Bujara: O poprawę warunków pracy. Pracownicy w Biedronce są przeciążeni. Obciążenie pracą w firmie jest bardzo duże – każdy, kto bywa w tym sklepie jako klient, może gołym okiem zobaczyć, co się tam dzieje. To jest praca ponad ludzkie siły. Obowiązków stale przybywa, a osób zatrudnionych jest z roku na rok coraz mniej. Ludzie po prostu nie wytrzymują przeciążenia pracą. Dlatego naszym głównym postulatem jest poprawa warunków pracy.
Kolejne wiążą się z brakiem bezpieczeństwa w sklepach sieci. Ochrona jest zapewniona zazwyczaj tylko do godzin popołudniowych. Poza tym zadaniem ochroniarzy w Biedronce jest pilnowanie, żeby klienci nie kradli towaru, a nie jest nim zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom. Znam przypadki, gdy po godzinie 22. do sklepu wtargnęli chuligani i zażądali pieniędzy. Dla pracujących tam osób był to ogromny stres. Warto wspomnieć, że w sieciach handlowych zatrudnione są głównie kobiety. Pracownicy często wychodzą z pracy w nocy, a wiele sklepów sieci jest usytuowanych na obrzeżach miast, w miejscach bardzo odosobnionych. Nikt im wtedy nie zapewnia bezpieczeństwa.
Jeśli zaś chodzi o wynagrodzenia, to sytuacja także nie jest dobra. W Biedronce wprowadzono zmiany systemu premiowania, sieć chwaliła się w mediach, że premie zostały podwyższone. Jest to jednak tylko propaganda, bo rzeczywistość pokazuje, że w Biedronce, jak i w innych sieciach, wciąż zarabia się mało. Wynagrodzenia nie są adekwatne do wysiłku, jaki osoby zatrudnione muszą wkładać w wykonywanie codziennych czynności w miejscu pracy. Premie, które uzależnione są od wskaźnika sprzedaży, frekwencji pracownika czy oceny tajemniczego klienta, są uznaniowe, nie jest to pewny, stały dochód. Na dodatek od oceny tajemniczego klienta nie można się odwołać. Śmiało można więc powiedzieć, że warunki pracy w Biedronce są obecnie jednymi z najgorszych w Polsce.
Czy złe warunki pracy dotyczą tylko pracowników sieci Biedronka, czy też szerzej, wszystkich pracowników handlu?
A. B.: Sytuacja w Biedronce jest jedną z najgorszych, co widać też gołym okiem. W innych dyskontach jest nieco lepiej. Lepiej jest także w sieciach dużych sklepów, aczkolwiek też jest tam duże obciążenie pracą i wynagrodzenia na poziomie pensji minimalnej. Sytuacja pracowników handlu jest poważna. Nam, czyli związkom zawodowym, utrudnia się prowadzenie działalności w tym sektorze. Nie dopuszcza się do kontaktu w sklepach z pracownikami. Sieci handlowe w Polsce nie dość, że przez lata nie płacą podatków, to jeszcze nie przestrzegają konstytucji, ponieważ prawo do zrzeszania się w związkach zawodowych jest zagwarantowane konstytucyjnie. Na dodatek w Polsce pracownik zarabia czterokrotnie mniej niż zarabiałby na Zachodzie w tej samej sieci handlowej, a wydajność polskiego pracownika jest wyższa niż jego zachodniego kolegi.
W jaki sposób sieci handlowe utrudniają związkom zawodowym działanie w sklepach?
A. B.: W Auchan przewodniczący związku nie ma prawa wejścia na teren sklepu, podobna sytuacja ma miejsce w Biedronce. Jest to niezgodne z prawem, z konstytucją. Organy kontrolne, takie jak Państwowa Inspekcja Pracy, nie są w stanie skutecznie nadzorować sieci handlowych. W sprawie Biedronki powiadomiliśmy prokuraturę i czekamy, aż podejmie działania. Z Auchan będziemy rozmawiać, będą to rozmowy ostatniej szansy.
Wróćmy do Biedronki i do zbyt małej liczby pracowników. Z jakiego powodu sieć nie zatrudnia wystarczającej liczby ludzi?
A. B.: Firma eksploatuje ludzi, dopóki może. Chce wyciągnąć jak najwięcej z jak najmniejszej liczby pracowników. W ten sposób oszczędza, ponieważ nie musi zatrudniać większej liczby osób. To jest niesamowite co ma miejsce w Polsce, tak naprawdę jesteśmy tanią siłą roboczą i sami na to pozwalamy. Póki nie będzie woli politycznej do zmian, to my tego sami, jako pracownicy, nie zmienimy.
W tej chwili jej nie ma?
A. B.: Nie ma i nie było. Apelujemy do rządu o zmianę, ale lobbing sieci handlowych jest zbyt silny. Sieci te chcą handlować od niedzieli do niedzieli, tanim kosztem. Niektóre wolne niedziele mamy zapewnione, więc przynajmniej minimum odpoczynku jest zagwarantowane przez prawo. Pozostałe rzeczy pozostawiają jednak wiele do życzenia, zwłaszcza te dotyczące warunków i standardów pracy. Nie mamy w Polsce układów zbiorowych pracy, nie mamy tych norm, które na Zachodzie są wynegocjowane i są tam standardem.
Co zmieniło wprowadzenie wolnych niedziel?
A. B.: Wolne niedziele zmieniły dużo. Pracownicy cieszą się, że spędzają niedzielę z rodziną, z najbliższymi, na odpoczynku. Są szczęśliwi mimo tego, że w wyniku polityki niektórych sieci handlowych wracają w soboty do domu o pierwszej czy drugiej w nocy. Jeżeli oboje małżonkowie pracują w handlu, to do tej pory prawie w ogóle się nie widzieli, nie widzieli też swoich dzieci. Kto ma zajmować się dziećmi, jeśli oboje rodzice spędzają większość czasu w pracy? Nie dziwmy się potem, że wychowuje je ulica, skoro stworzyliśmy w Polsce warunki, przez które rodzice mają utrudniony kontakt z własnymi dziećmi. A to jest potrzebne, dobre i przyjemne, by po prostu pobyć razem, odwiedzić znajomych, zająć się dziećmi. Wspomnienia tych chwil zostają na lata.
Wbrew alarmom przeciwników wolnych niedziel, w wyniku ich wprowadzenia nikt nie został też zwolniony. W sieciach handlowych jest ciągły niedostatek pracowników, jest ich zbyt mało i nie ma chętnych do pracy w tej branży. W pewnym momencie Ukraińcy wsparli naszych pracowników, jednak jest ich już coraz mniej.
Z powodu wprowadzenia wolnych niedziel nikt zatem nie ucierpiał. Gospodarka też nie ucierpiała, mamy ciągły wzrost sprzedaży netto i jest on bardzo duży. Wielkie międzynarodowe sieci, które rządzą na polskim rynku, przedstawiają zamawiane przez siebie badania, które pokazują, jak to jest im źle. Ale twarde dane statystyczne pokazują, że na ograniczeniu handlu w niedziele zyskały z kolei małe rodzinne sklepy.
Czy sieci handlowe próbują omijać prawo do wolnych niedziel?
A. B.: Nie omijają, to trzeba im przyznać. Przestrzegają tego przepisu. Istnieją jednak przypadki bardzo złych praktyk, jak w Biedronce i Tesco, które przetrzymują pracowników w soboty do godziny dwudziestej czwartej. Są też sieci franczyzobiorców, mam tu na myśli Żabki, które, wykorzystując sytuację, oplakatowały się jako placówki pocztowe. Gdyby takie rzeczy miały miejsce na zachodzie Europy, to przedsiębiorcy za nie odpowiedzialni płaciliby miliony euro kar. A u nas państwo boi się zachodnich sieci handlowych. Także nakładania na nie sprawiedliwych podatków. W wyniku tego zaniechania nasze pieniądze są przez sieci handlowe wyprowadzane za granicę, a podatki od nich zasilają budżety innych państw. Te środki można by na przykład przeznaczyć na dofinansowanie służby zdrowia w Polsce.
Jak wyglądałaby rzeczywistość, gdyby więcej handlu było w rękach polskich właścicieli?
A. B.: Więcej pieniędzy krążyłoby w polskiej gospodarce. Jeśli wielkie sieci handlowe nie będą powodowały zaniku drobnego handlu, to pieniądze wydane przez ludzi w tych małych sklepach zostaną w miejscowej gospodarce. Właściciel osiedlowego sklepiku nie wyprowadzi ich za granicę, lecz wyda w lokalnych punktach usługowych i handlowych, zapłaci podatki w naszym kraju.
Nie mamy też polskiej dystrybucji. Jest to jednym z powodów, dla których protestują dziś rolnicy, którzy doskonale radzą sobie z produkcją, jednak utrudnia im się sprzedaż. To jest połączony mechanizm i tym się także żaden z polskich polityków nie zajmuje. Sytuacja jest dzisiaj taka, że można otworzyć zakład produkcyjny i wyprodukować całe magazyny dóbr, jednak to dostęp do rynku zbytu jest kluczowy, bez niego można jedynie splajtować. I taka jest właśnie dzisiaj sytuacja rolników w Polsce. Wielkie sieci narzucają rolnikom ceny często poniżej kosztów produkcji. Jeśli rolnik nie sprzeda swoich warzyw czy owoców do wielkiej sieci, nie sprzeda ich wcale. Takie są skutki zdominowania naszego rynku przez wielkie sieci.
Z powodu takich praktyk rolnicy będą coraz częściej protestować. Niektórzy mówią, że rolnicy mają się organizować w spółdzielnie. Teraz, kiedy spółdzielczość została z premedytacją zniszczona? Jest już na to trochę za późno. Polski handel dysponował w przeszłości ogromnym zapleczem magazynowym, hurtowym. Sprzeciwiałem się niszczeniu tego i protestowałem. Proponowaliśmy prywatyzację tego na bazie polskiego kapitału. Czemu ówczesne rządy tego nie zrobiły?
Wróćmy do tematu referendum strajkowego w Biedronce. Jak wygląda współpraca „Solidarności” z właścicielem Biedronki? Czy zanim doszło do referendum strajkowego, związek próbował dogadać się z siecią?
A. B.: Tak. Próbowaliśmy też „zejść” z niektórych naszych postulatów, a więc w formie negocjacji, mediacji, zrezygnować z nich. Niestety, firma nie była gotowa na ustępstwa po swojej stronie. Upierała się i upiera cały czas przy tym, że takie, a nie inne standardy pracy to polityka firmy i nie ustąpi.
Czy widzi Pan szansę na pozytywne rozwiązanie problemów w Biedronce?
A. B.: Dużo będzie zależało od samych pracowników. Myślę też, że konieczna jest interwencja państwa i jego organów. My, jako związki zawodowe, wskazujemy na zagrożenia, robimy to, co do nas należy. Mówię o tym głośno, także w europejskich strukturach związkowych, w których działam.
Czy spotyka się to ze zrozumieniem na poziomie europejskim?
A. B.: Nie spotykamy się ze zrozumieniem. Dzieje się tak, ponieważ państwa patrzą przez pryzmat zysku. Zachodnie sieci handlowe w Niemczech czy w Danii generowały znacznie niższe zyski, a pracownicy co roku otrzymywali podwyżki, natomiast u nas pracownicy wyrabiają wielkie zyski i nie otrzymują za to adekwatnego wynagrodzenia. Świadczy to o tym, że europejski solidaryzm nie działa.
W PRL walczyłem o zmianę ustroju, jednak nie na dziki kapitalizm, jaki mamy teraz w Polsce. Walczyłem o system oparty na relacjach międzyludzkich, a obecny system nie jest oparty na żadnym partnerstwie. Przed zjednoczeniem Niemiec byłem w Niemczech Zachodnich. Ustrój, który wtedy tam panował, był do pozazdroszczenia. Działał tam co prawda kapitalizm, ale był też socjal, a system opierał się na wartościach, na solidarności i relacjach międzyludzkich. Liczył się w tym wszystkim człowiek. Dziś zapomniano o człowieku, a dla nas zostały ersatze tego systemu, produkty zastępcze, które go udają.
Dziękuję za rozmowę.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski
przez Karol Trammer | środa 20 marca 2019 | opinie
Rząd obiecał przywrócenie połączeń do dużych miast pozbawionych kolei. Tymczasem część z nich ma poczekać na pociągi jeszcze wiele lat.
W siedmiu polskich miastach, które licząc więcej niż 50 tys. mieszkańców, pozbawione są komunikacji kolejowej, mieszka prawie pół miliona ludzi. – „Są bardzo duże miasta, jak Jastrzębie-Zdrój czy Lubin, które nie mają połączeń” – mówił jesienią 2018 r., przed wyborami samorządowymi, premier Mateusz Morawiecki. – „Chcemy w kolejnych latach odtwarzać różnego rodzaju połączenia kolejowe”.
Wszyscy na to czekają
Już wkrótce pociągi mają wrócić do 73-tysięcznego Lubina, który, jest drugim pod względem liczby ludności polskim miastem pozbawionym połączeń kolejowych. Ostatni pociąg pasażerski odjechał z Lubina w 2010 r. Przed likwidacją połączeń oferta przewozowa kompletnie nie przystawała do potrzeb tak dużego miasta: cztery na dobę pociągi pokonywały 23-kilometrowy odcinek z Lubina do Legnicy w 50-54 min., a ostatni pociąg odjeżdżał z Lubina o godz. 15:46.
Po reaktywacji podróż z Lubina do Legnicy ma trwać 21 min. Pociągi Kolei Dolnośląskich mają na tej trasie jeździć między godz. 5:00 a 23:00. Ogółem z Lubina do Legnicy będzie kursować 12 połączeń na dobę – w szczycie porannym i popołudniowym pociągi będą odjeżdżać nawet raz na godzinę. Większość pociągów z Lubina nie skończy biegu w Legnicy, lecz zapewni możliwość dotarcia bez przesiadki aż do Wrocławia.
– „Wiem od mieszkańców i samorządowców, że wszyscy na to bardzo czekają” – powiedział wojewoda dolnośląski Paweł Hreniak, gdy w lipcu 2017 r. PKP Polskie Linie Kolejowe zleciły remont przecinającej Zagłębie Miedziowe linii Legnica – Lubin – Rudna Gwizdanów. Celem prac jest wprowadzenie dla pociągów osobowych prędkości 120 km/h oraz poprawa przepustowości dla pogodzenia potrzeb ruchu pasażerskiego i towarowego. Niestety, remont – którego przeprowadzenie jest warunkiem zapewnienia mieszkańcom Lubina atrakcyjnej oferty przewozowej – przedłużył się. Przez to termin reaktywacji połączeń, pierwotnie zaplanowanej na grudzień 2018 r., przesunięto na czerwiec 2019 r.
Również w grudniu 2018 r. miała nastąpić reaktywacja kursowania pociągów na łączącej Dolny Śląsk z Wielkopolską trasie Wrocław – Milicz – Krotoszyn. Jednakże z powodu opóźnień w realizacji remontu termin przywrócenia połączeń był już dwukrotnie przesuwany: najpierw na 11 lutego 2019 r., następnie na 25 marca 2019 r. Gdy w końcu to nastąpi, powiat milicki zyska przecinający go przez środek kręgosłup kolejowy z pięcioma stacjami i przystankami.
Bielawskie przyspieszenie
Jeszcze w 2019 r. połączenia kolejowe ma odzyskać Bielawa – z tego położonego u stóp Gór Sowich miasta ostatni pociąg odjechał już w 1977 r. Prawie 40 lat później, wiosną 2014 r., powstała społeczna akcja „Kolej dla Bielawy”: petycja – pod którą zebrano ponad 3 tys. podpisów poparcia dla powrotu pociągów do miasta – trafiła do samorządu województwa dolnośląskiego oraz Kolei Dolnośląskich.
– „30-tysięczne miasto, jakim jest Bielawa, nigdy nie powinno zostać pozbawione połączenia kolejowego. Mimo to pomysłu jego przywrócenia wiele osób na początku nie brało poważnie pod uwagę. Niemniej władze samorządowe patrzyły pozytywnie na ideę reaktywacji linii kolejowych” – mówi Patryk Hałaczkiewicz, inicjator akcji „Kolej dla Bielawy”. – „Bielawa ma szansę dostać mocny impuls rozwojowy: mieszkańcy dostaną bezpieczne i szybkie połączenie z dużymi miastami regionu, z drugiej strony może ożywić się turystyka. Jedyną szansę w mojej opinii na przywracanie takich połączeń są samorządy. PKP nie jest zainteresowane takimi połączeniami”.
Póki zarośnięte tory z Dzierżoniowa do Bielawy należały do PKP, sprawa rzeczywiście stała w miejscu. Problem w tym, że jednocześnie PKP długo były głuche na podejmowane przez samorząd województwa dolnośląskiego próby przejęcia nieczynnej linii.
Zmiana podejścia PKP do przekazywania nieczynnych linii samorządowi stała się jedną z kwestii, którą po wyborach samorządowych Bezpartyjni Samorządowcy postawili jako warunek zawarcia w sejmiku dolnośląskim koalicji z Prawem i Sprawiedliwością. Umowa koalicyjna została podpisana w listopadzie 2018 r. i już w połowie grudnia 2018 r. PKP oddały linię Dzierżoniów – Bielawa samorządowi. – „Pracujemy nad dokumentacją niezbędną do przejęcia kolejnych linii” – oznajmił wówczas marszałek województwa dolnośląskiego Cezary Przybylski z Bezpartyjnych Samorządowców.
W styczniu 2019 r. nowy zarządca linii z Dzierżoniowa do Bielawy – Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – ogłosił przetarg na jej rewitalizację, która obejmie wymianę toru z wprowadzeniem prędkości 80 km/h oraz budowę dwóch przystanków w Bielawie. Jak zapowiada DSDiK, prace przywracające przejezdność ciągu Dzierżoniów – Bielawa potrwają do sierpnia 2019 r. i wkrótce potem możliwe będzie przedłużenie do Bielawy relacji dziewięciu pociągów Kolei Dolnośląskich z Wrocławia i Legnicy, które obecnie kończą bieg w Dzierżoniowie.
Duże miasto, mało połączeń
Za około dwa lata pociągi mają wrócić do 60-tysięcznego Mielca, największego na Podkarpaciu miasta bez połączeń kolejowych. Ostatni pociąg pasażerski opuścił Mielec w 2009 r. Od tego czasu na trasie Dębica – Mielec – Tarnobrzeg kursują tylko składy towarowe, a stan techniczny linii pogarsza się: dopuszczalna prędkość wynosi obecnie zaledwie 20-40 km/h.
Samorząd województwa podkarpackiego modernizację linii do Mielca zaliczył do priorytetów Regionalnego Programu Operacyjnym na lata 2014-2020. W ślad za tym w październiku 2018 r. spółka PKP PLK zleciła projekt i wykonanie modernizacji liczącego 32 km odcinka z Dębicy do Mielca oraz przygotowanie projektu przebudowy dalszego 17-kilometrowego odcinka do stacji Padew, gdzie odgałęzia się tor do terminalu przeładunkowego w Woli Baranowskiej na Linii Hutniczej Szerokotorowej. Koszt całego przedsięwzięcia to 187,7 mln zł.
Zakres prac na odcinku Mielec – Dębica obejmuje wymianę toru, remont mostów i przepustów oraz budowę nowych peronów na dziewięciu stacjach i przystankach. Prace mają potrwać do końca 2020 r. W ich efekcie pociągi pasażerskie z Mielca do Dębicy na magistrali Kraków – Rzeszów będą docierały w około 30 min.
Problem w tym, że samorząd województwa podkarpackiego planuje obsługę Mielca niewielką liczbą pociągów. – „Jesteśmy gotowi uruchomić połączenia najwcześniej po zakończeniu pełnej rewitalizacji linii” – mówi Tomasz Leyko, rzecznik prasowy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego. – „Po wykonaniu wszystkich prac rozważymy uruchomienie w relacji Mielec – Dębica trzech-czterech pociągów w dobie”.
Taka oferta – mimo niezłego czasu jazdy i świetnego położenia stacji w centralnym punkcie miasta – raczej nie przekona zbyt wielu mieszkańców Mielca do kolei.
– „Ta linia jest ważna nie tylko dla ruchu pasażerskiego, ale też z punktu widzenia gospodarczego, łączy bowiem dwie strefy ekonomiczne, a także daje połączenie z siecią szerokotorową” – przekonuje podkarpacki marszałek Władysław Ortyl z PiS.
Biała plama
Samorząd województwa podlaskiego – planując uruchomienie połączeń pasażerskich między Białymstokiem a Łomżą – uznał rewitalizację 78-kilometrowego ciągu z Łap przez Śniadowo do Łomży za jedno z priorytetowych zadań Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2014-2020. I wkrótce potem PKP PLK zapowiedziały, że prace na ciągu do Łomży będzie można zrealizować w latach 2019-2020.
Gdy już wydawało się, że Łomża – którą ostatni pociąg pasażerski opuścił w 1993 r. – wkrótce wróci na mapę połączeń kolejowych, spółka PKP PLK jesienią 2018 r. zaskoczyła samorząd województwa sugestią, aby – z uwagi na rosnące koszty inwestycji kolejowych – fundusze zarezerwowane na rewitalizację ciągu z Łap do Łomży przesunąć na sfinansowanie prac na liniach szerokotorowych obsługujących terminale przeładunkowe koło Sokółki i Siemianówki. W tej sytuacji inwestycja mająca na celu przywróceniu połączeń do Łomży zostałaby ograniczona jedynie do zaprojektowania rewitalizacji znajdującego się w najgorszym stanie odcinka Śniadowo – Łomża, zaś same prace remontowe mogłyby się rozpocząć w kolejnej unijnej perspektywie finansowej, czyli dopiero po 2021 r.
„Apeluję o jak najszybsze podjęcie prac związanych z rewitalizacją kolei do Łomży” – napisał prezydent Łomży Mariusz Chrzanowski w liście otwartym do rządu, spółki PKP PLK, samorządu województwa i parlamentarzystów. – „Istniejące od ćwierć wieku zaniedbania doprowadziły do braku inwestorów i degradacji gospodarczej regionu łomżyńskiego, który jest białą plamą na mapie kolejowej województwa, Polski i Europy”.
Potencjalne propozycje
W województwie łódzkim największym miastem, do którego nie da się dotrzeć koleją, jest 58-tysięczny Bełchatów. Miasto zniknęło z mapy połączeń kolejowych w 2000 r., kiedy zlikwidowano ruch pociągów pasażerskich na trasie Piotrków Trybunalski – Bełchatów Miasto. Samorząd województwa łódzkiego na razie jedynie bardzo luźno rozważa przywrócenie połączeń do Bełchatowa, uzależniając to od wybudowania całkowicie nowego odcinka sieci kolejowej, który miałby stanowić wydłużenie istniejącej linii Piotrków Trybunalski – Bełchatów dalej na zachód w kierunku Wielunia.
– „Linia kolejowa Piotrków Trybunalski – Bełchatów jest linią jednotorową, niezelektryfikowaną, a jej stan techniczny nie pozwala na prowadzenie przewozów o charakterze użyteczności publicznej. W związku z tym nie została ona objęta siecią komunikacyjną określoną w »Planie zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla województwa łódzkiego do roku 2020 z perspektywą do roku 2030«” – informuje Małgorzata Kamińska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Łódzkiego, pozostawiając jednak cień nadziei na reaktywację połączeń w przyszłości: „Linia Piotrków Trybunalski – Bełchatów, wraz z koncepcją jej wydłużenia w kierunku Magistrali Węglowej i Wielunia, znalazła się wśród potencjalnych propozycji linii kolejowych rozważanych do objęcia pracami w przyszłej perspektywie finansowej Unii Europejskiej na lata 2021-2027. Możliwość uruchomienia połączeń Piotrków Trybunalski – Bełchatów – Wieluń plan transportowy przewiduje w przypadku modernizacji i rozbudowy tego ciągu”.
Znikają pociągi, znikają mieszkańcy
W grudniu 2018 r. połączenia kolejowe po 19 latach wróciły do Knurowa na Śląsku. Jednak oferta dla 39 tys. mieszkańców tego miasta jest jak na razie symboliczna. Pociągi pojawiają się tu jedynie w soboty i niedziele: Przez Knurów skierowano bowiem tylko weekendowe połączenie relacji Gliwice – Wisła. – „Na obecną chwilę obserwujemy jak kształtuje się zainteresowanie połączeniami weekendowymi. Niewykluczone jest oczywiście rozszerzenie częstotliwości kursów w przyszłości” – mówi Magdalena Iwańska, rzecznik prasowy Kolei Śląskich.
Największym pozbawionym połączeń kolejowych miastem nie tylko w województwie śląskim, ale i w całej Polsce jest Jastrzębie-Zdrój. Jeszcze w latach 90. zbiegały się tu trzy linie kolejowe, na których w granicach miasta funkcjonowało siedem stacji i przystanków.
W 1990 r. z Jastrzębia-Zdroju wyruszały 32 pociągi dziennie, które zapewniały bezpośrednie połączenia nie tylko z Cieszynem, Wodzisławiem Śląskim i Żorami, ale również z Bielskiem-Białą, Gliwicami, Katowicami, Rybnikiem, Raciborzem, Ustroniem czy Wisłą. Ostatnia dekada XX wieku była okresem stopniowego przerzedzania rozkładu jazdy. W końcu w 1997 r. zlikwidowano ostatnie kursy na liniach w kierunku Wodzisławia Śląskiego oraz Cieszyna, zaś w 2001 r. – wraz z likwidacją połączeń na trasie w kierunku Żor – z Jastrzębia-Zdroju odjechał ostatni pociąg. Po paru miesiącach zdemontowano sieć trakcyjną, a po kilku latach rozebrano tory.
Wraz z połączeniami kolejowymi Jastrzębie-Zdrój traciło mieszkańców: w 1995 r. w mieście mieszkało 103 tys. osób., dziś jest niespełna 90 tys. W 2001 r., gdy miasto opuszczał ostatni pociąg, Jastrzębie-Zdrój liczyło 98 tys. mieszkańców.
Naprawiamy błąd
– „Nasi poprzednicy zlikwidowali linie do Jastrzębia-Zdroju. To miasto jest ewenementem w Europie. Teraz naprawiamy ten błąd” – powiedział jesienią 2018 r. minister infrastruktury Andrzej Adamczyk. Jego zastępca Andrzej Bittel, odpowiadający w resorcie infrastruktury za kolej, stwierdził w sejmie, że inicjatywa w kwestii powrotu kolei do Jastrzębia-Zdroju powinna należeć przede wszystkim do samorządu województwa śląskiego, w którego gestii znajduje się regionalny transport pasażerski
Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego ustami rzecznika prasowego Witolda Trólki informuje, że nie zapadła jeszcze decyzja, który z ciągów do Jastrzębia-Zdroju powinien zostać odtworzony: „Odpowiedź na to pytanie może przynieść studium wykonalności, które będzie określało pożądane warianty przyszłej trasy. O wyborze powinno zdecydować kryterium czasu dojazdu. Za przygotowanie dokumentu odpowiedzialna będzie spółka PKP PLK – jego szacunkowy koszt wynosi około 3,2 mln zł. Potrzebne będzie jednak finansowe zaangażowanie jednostek samorządu terytorialnego. W sprawie udziału w kosztach przygotowania tego dokumentu urząd marszałkowski wystąpił do władz Jastrzębia-Zdroju”.
Przed wyborami samorządowymi szef PiS Jarosław Kaczyński przekonywał, że oddane w regionach głosy na jego partię zagwarantują synergię działań rządu i samorządów: „Czy chcemy samorządów, które będą wojowały z rządem? Czy chcemy takich, które będą współpracować ku wspólnemu dobru, by podnosić jakość życia?”.
Kwestia przywrócenia kolei do dużych miast będzie najlepszym sprawdzianem tej współpracy. Tak się bowiem składa, że wszystkie miasta liczące powyżej 50 tys. mieszkańców, które pozbawione są połączeń kolejowych, leżą w województwach, którymi w rozpoczętej kadencji rządzi PiS.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 2/100 (marzec-kwiecień 2018)
www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski
przez Piotr Wójcik | niedziela 17 marca 2019 | opinie
Największą nieufność wzbudzają we mnie ci, którzy natrętnie opowiadają o klasie średniej – o jej potrzebach, problemach i postulatach. Gdy ktoś zaczyna mówić o klasie średniej, to nie tylko wiem, że będę się z nim nie zgadzał. Jestem również pewien, że będę musiał prostować manipulacje i być nieustannie czujny, by nie dać się zwieźć jego słownym gierkom i zapewnieniom o dobrych intencjach. Z osobami, które twierdzą, że nie należy utrudniać życia najbogatszym, bo dzięki temu polecimy w kosmos i wymyślimy szczepionkę na raka, gra jest przynajmniej czysta. Nie opowiadają one przy tym, że chcą sprawiedliwego społeczeństwa, z otwartą przyłbicą deklamują swoje przedpotopowe teorie. Ich poglądy są brzydkie jak Polonez, ale też, podobnie jak Polonez, przynajmniej się z tym specjalnie nie kryją. To jest jednak spora wartość.
Największym przeciwnikiem egalitarysty nie jest wcale zwolennik współczesnej arystokracji, lecz lobbysta wielkomiejskiej burżuazji. Ten pierwszy zupełnie oficjalnie przyznaje, że chciałby dać mi w twarz. Ten drugi wyciąga przyjaźnie dłoń, zapewnia, że myślimy podobnie, stawia kolejkę przy barze, a gdy tylko poczuję się po nich trochę słabiej, weźmie mi portfel, zdejmie i zabierze ubrania, następnie wykorzysta i zostawi nad brzegiem rzeki w samych bokserkach. Zdecydowanie wolę pierwszą sytuację – w niej przynajmniej mam nie takie małe szanse.
Na zakupach w Paryżu
W pojęciu polskiej klasy średniej najbardziej fałszywa jest już sama nazwa. Wskazuje ona, że mamy do czynienia z grupą społeczeństwa, która obejmuje bardzo duży obszar położony pośrodku drabiny społecznej. Gdy tylko jednak wgłębić się w tezy głoszone przez lobbystów klasy średniej, to okazuje się, że po pierwsze to grupa raczej wąska, a po drugie jest przesunięta mocno w stronę szczytu drabiny. Nad nią znajdują się już jedynie garstka tych, którzy mają tak wiele, że jest im zwyczajnie głupio zapewniać, iż należą do średniaków. Do polskiej klasy średniej, według wygłaszanych mniej lub bardziej wprost deklaracji, należą więc czołowe pióra polskiej publicystyki, popularni pisarze czy prezenterzy telewizyjni. Jeśli zapytacie Jarosława Kuźniara, Elizę Michalik albo Łukasza Warzechę, do jakiej klasy należą, bez wątpienia wskażą klasę średnią. Polska klasa średnia jest tak gęsto obsadzona przez osoby z pierwszych stron gazet, że nad nią zostaje miejsce jeszcze co najwyżej dla dzieci Kulczyka, Janusza Filipiaka i polityków szczebla centralnego. Choć ci ostatni często mają więcej wspólnego z prawdziwymi średniakami, niż większość tych, którzy się za nich uważają.
W 2015 roku na łamach „Obserwatora finansowego” Bohdan Wyżnikiewicz opublikował tekst „Klasa średnia rośnie w Polsce w siłę”. To tekst, który powinien przeczytać absolutnie każdy z klasy ludowej, jeśli uważa, że wspieranie klasy średniej jest w interesie pracowników. A takich przypadków mamy przecież w Polsce wiele, szczególnie na lewicy. Otóż Wyżnikiewicz wymienił cechy klasy średniej, a zrobił to tak wprost zapewne tylko dlatego, że pisał dla pisma eksperckiego, którym zaczytują się głównie zainteresowani zaawansowaną debatą ekonomiczną. Według Wyżnikiewicza reprezentanci klasy średniej powinni tworzyć miejsca pracy, kreować wzorce zachowań, mieć wpływ na legislację, kształtować opinię publiczną i uczestniczyć w życiu publicznym. W takim układzie prezes Comarchu Janusz Filipiak powinien bez mrugnięcia okiem twierdzić, że należy do klasy średniej. Bo już właściciel hurtowni meblowej w mieście powiatowym to nie – zapewne jego wpływ na legislację jest niewielki, zapewne też nie uczestniczy w życiu publicznym. Ale za to Jarosław Kaczyński i Grzegorz Schetyna spokojnie spełniają wyśrubowane kryteria Wyżnikiewicza, o ile za „tworzenie miejsc pracy” uznamy wstawianie ludzi na listy wyborcze.
Tekst zupełnie wspaniały popełniła Agnieszka Rybak w styczniu 2018 dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Nosił on tytuł „Między stanami. Jak teraz w Polsce wygląda klasa średnia?”. Redaktorka Rybak z troską pochyla się nad polską klasą średnią, opisując jej obecne nawyki, zachowania i upodobania konsumpcyjne. „Większość zatrudnia pomoc domową, jeden na czterech korzysta z pomocy trenera personalnego, jeden na pięciu – z usług ogrodnika. Samochód kupuje za minimum 285 tys. zł”. Biorąc na tapetę polską klasę średnią autorka opisuje między innymi rodzinę, która podejmuje decyzję o zmianie mieszkania. Kupuje zwykłe trzypokojowe mieszkanie na obrzeżach Katowic albo Wrocławia od popularnego dewelopera? No nie bardzo – nabywa duży apartament w centrum Warszawy, z widokiem na Stadion Narodowy. Jeśli tego wszystkiego wciąż jest mało, to przytoczę jeszcze jeden ze śródtytułów: „Obowiązkowe zakupy w Paryżu”. To nie pomyłka – naprawdę tak jest tam napisane. Polski średniak przechadza się leniwie po Champs-Élysées, wchodzi do przypadkowych butików, wybiera coś dla siebie, płaci, wychodzi, a po chwili już zapomina o tej niewielkiej przyjemności.
Milionerzy z klasy średniej
Przy tak zdefiniowanej klasie średniej nic dziwnego, że wszystkie postępowe reformy były w Polsce torpedowane przez jej lobbystów. Wprowadzenie jednolitego progresywnego podatku dochodowego, wymyślone jeszcze przez PO i planowane przez PiS, miało więc zarżnąć polską klasę średnią. Dlaczego? Ponieważ wyższe podatki miały płacić osoby zarabiające powyżej 120 tys. zł rocznie. Czyli należące do około 5 procent polskiego społeczeństwa. Z tego samego powodu powstał sprzeciw wobec zniesienia limitu składek ZUS, w wyniku którego wyższe składki mieli płacić etatowcy zarabiający rocznie w okolicach wspomnianej kwoty. Obie zmiany zostały skutecznie storpedowane – z pierwszej rząd zrezygnował samodzielnie, z drugiej w kooperacji z Trybunałem Konstytucyjnym (jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało). Udało się wprowadzić za to daninę solidarnościową, czyli dodatkowe 4 proc. podatku płacone przez osoby zarabiające powyżej miliona złotych rocznie. Głównie dlatego, że dochód z ich tytułu ma być wykorzystany na wsparcie niepełnosprawnych, więc trudniej było przedstawić sprzeciw wobec daniny w sposób atrakcyjny dla opinii publicznej.
Mimo to i tak podejmowane były próby storpedowania daniny solidarnościowej wspierając się argumentami rzekomo broniącymi średniaków. W Gazeta.pl opublikowano kompletnie już absurdalny tekst zatytułowany „Podatek solidarnościowy uderzy w klasę średnią. A mieli go płacić tylko najbogatsi”. Andrzej Mandel w swym tekście próbuje udowadniać, że podatek płacony od zarobków powyżej miliona złotych uderzy w zwykłych polskich średniaków. A to dlatego, że w 70 procentach zapłacą go przedsiębiorcy. Tak jakby było tajemnicą, że najbogatsi w Polsce funkcjonują jako osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, czyli formalnie jako przedsiębiorcy. Redaktor Mandel oburza się, że daniny nie zapłacą… korporacje, bo one płacą CIT. Ale przecież korporacje nie są ludźmi – nie należą więc do najbogatszych obywateli. Co więc w tym dziwnego? Autor przytacza również zdanie eksperta Michała Wojtasa z kancelarii EOL, według którego danina nie uderzy w menedżerów, gdyż ci rozliczają się za granicą. Niestety ekspert nie tłumaczy, w jaki sposób osoba fizyczna może za granicą legalnie płacić podatki od dochodu uzyskanego w Polsce.
Lewica złapana na haczyk
Nie tylko wyodrębnienie grupy zwanej w Polsce klasą średnią trąci grubą manipulacją. Również określenie jej cech jest działaniem zamierzonym na konkretny cel. Polskiej klasie średniej przypisuje się protestanckie cnoty, takie jak pracowitość czy oszczędność. Oczywiście ma to udowodnić, że klasa średnia w pełni zasłużyła na swoją zamożność. Uwarunkowania ekonomiczno-społeczne, które sprawiają, że jedni mają, a drudzy wręcz przeciwnie, schodzą w tych analizach na drugi plan. Te przypisywanie klasie średniej protestanckich cnót wcale nie jest domeną prawicy. Socjolog Maciej Gdula w wydanym przez „Krytykę Polityczną” opracowaniu „Klasy w Polsce” przywołuje teorię Pierre’a Bourdieu, według której klasa średnia ma określone dyspozycje, takie jak samodyscyplina, nastawienie na porządek i aspirowanie. Klasa średnia jest więc zafiksowana na szeroko rozumianym osobistym rozwoju oraz na dbaniu o dobrobyt własny oraz rodziny. Te koncepcje są oczywiście chętnie przywoływane przez samozwańczych średniaków, którzy używają ich, by udowodnić, że nawet jeśli im się przelewa, to sami na to zapracowali. Chyba każdy, kto wychował się w klasie ludowej, jednak przyzna, że dyscypliny, oszczędności i pracowitości jej nie brakuje. Zapewne doskonale pamiętamy rodziców pracujących po kilkanaście godzin dziennie na półtorej etatu, odmawiania sobie przeróżnych potrzeb konsumpcyjnych czy przymuszanie do nauki, by wyrwać się z położenia swoich przodków.
Klasa średnia to w Polsce konstrukt od początku do końca wymyślony na potrzeby zamożnych. Nazwano w ten sposób grupę doskonale zarabiających, których trudno w ogóle porównywać z przeciętnymi Polakami. Dzięki temu uzyskali oni doskonały instrument dbania o własne interesy. Każdą egalitarną zmianę można storpedować, nazywając ją uderzeniem w klasę średnią. O pozytywny odbiór takiej narracji przez opinię publiczną można być wtedy spokojnym – w końcu większość obywateli czuje się przeciętna. Jak to, średniacy mają za to zapłacić? Niech płacą najbogatsi! Fakt, że za tych średniaków uważa się właśnie zamożnych, umyka już w otchłani szczegółów, w które mało kto chce się zagłębiać. Szczególnie tragiczne jest to, że na tę narrację daje się nabierać duża część lewicy. Zgrupowana głównie w dużych miastach lewica czuje większą wspólnotę z samozwańczą klasą średnią, niż z klasą ludową. W efekcie jest przeciwna wielu egalitarnym zmianom, takim jak obniżenie wieku emerytalnego, gdyż instynktownie podąża za przekazem średnioklasowym. A mówiąc klasycznie: burżuazyjnym. Tymczasem polska narracja średnioklasowa jest absolutnie nielewicowa. Wręcz przeciwnie, jest elitarystyczna, nieegalitarna i petryfikująca hierarchię społeczną. Celowo wprowadza w błąd i manipuluje podstawowymi pojęciami w interesie klasy posiadającej. Skoro lewica daje się na te sztuczki nabierać, nic dziwnego, że nie zdobywa posłuchu wśród polskich mas, które nie jeżdżą na zakupy do Paryża i nie kupują apartamentów z widokiem na Stadion Narodowy.
Piotr Wójcik
przez Remigiusz Okraska | sobota 16 marca 2019 | nasze rozmowy
16 marca 2019 r. zmarł Grzegorz Ilka – zasłużony działacz opozycji demokratycznej, współtwórca odrodzonej Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z liderów związku zawodowego Konfederacja Pracy, członek Rady Honorowej „Nowego Obywatela”. Przypominamy rozmowę z Nim z „Obywatela” nr 35 z wiosny 2007 r.

Związki dobre i złe – z Grzegorzem Ilką rozmawia Remigiusz Okraska
Docierają do Ciebie, jako człowieka z kierownictwa związku zawodowego, sygnały z wielu przedsiębiorstw. Jakie są główne kwestie sporne między pracownikami a pracodawcami?
Grzegorz Ilka: Niestety – podkreślam to słowo – przez związkowców najczęściej podnoszone są dwie sprawy. Pierwsza to kwestia wynagrodzeń – i to jest najbardziej bolesny problem. Druga grupa zgłaszanych spraw jest związana z upadłością przedsiębiorstw i wiążącymi się z tym zwolnieniami. Z praktyki ostatnich lat muszę powiedzieć, że te przypadki najczęściej trafiają do centrali związku w takim momencie, w którym nie bardzo wiadomo, co robić. Konflikt w zakładzie jest doprowadzony niemal do wybuchu, tam już nie ma o czym rozmawiać – pracodawca ma określone stanowisko i nie zamierza ustąpić.
Przez ostatnich 10 lat praktycznie nie spotkałem się natomiast z sytuacją, żeby pracownicy podjęli protesty w sprawie bhp – powiedzieli np., że nie będą pracowali, jeżeli nie dostaną kasków ochronnych, czy też nie zostanie zmniejszona norma przenoszonych towarów. I tu jest to słowo „niestety”: ludzie w Polsce są gotowi pracować w każdych warunkach, byleby im za to płacili.
Generalnie konflikty dotyczą sytuacji, w których pracodawca nie płaci, przy czym wachlarz możliwości jest bardzo szeroki. W dużym przedsiębiorstwie pracodawca zamiast wziąć w banku kredyt, który jest oprocentowany, często woli płacić pracownikom w kawałkach: pół pensji za np. kwiecień zapłaci, drugie pół będzie wypłacał do czerwca, pensję majową wypłaci dopiero w sierpniu… Pracownicy przyjmują to ze spokojem: szef ma kłopoty finansowe, ale będziemy pracowali – byleby zachować zatrudnienie.
W ciągu ostatniego pół roku w niektórych sektorach gospodarczych i regionach to się zmieniło, ale nadal mamy bardzo wysokie bezrobocie. Dlatego pracodawca nadal może powiedzieć (znam takie przypadki), niczym XIX-wieczny kapitalista: nie podskakujcie, bo za bramą czeka kilkaset osób… Wysokie bezrobocie doprowadziło do sytuacji, w której ludzie godzą się na cały szereg wyrzeczeń, także w tych sektorach, w których działają związki zawodowe; tam ma to charakter porozumienia między nimi a pracodawcą. Teraz widać dramatyzm sytuacji: kiedy pracownicy są pod ścianą, tak, że godzą się na brak podwyżek przynajmniej o poziom inflacji (co de facto oznacza spadek pensji), wypłacanie pensji w kawałkach czy wręcz na ich obniżkę, to już nie patrzą na coś takiego, jak bezpieczeństwo i higiena pracy, na to, że maszyna może im urwać rękę…
W „Polsce B”, w miastach powiatowych wielokrotnie pracodawcą jest oświata, służba zdrowia, policja – i jakiś jeden zakład. I jeżeli pracownik zacznie tam „podskakiwać”, upominać się o te sprawy, to ląduje za bramą – i już w zasadzie jest człowiekiem drugiej kategorii.
A czy spotykasz się z takim zjawiskiem, że pracownicy wchodzą w konflikt z pracodawcą w ramach solidarności z osobami, które mają zostać zwolnione?
G. I.: Tam, gdzie nie ma związków zawodowych, jest wyścig szczurów – coś takiego nigdy nie wystąpi. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie choć jednego „dzikiego” strajku w takim wypadku. Natomiast tam, gdzie są związki zawodowe, często idą one na ustępstwa. Jeżeli sytuacja jest tak dramatyczna, że aż trzeba zwalniać ludzi, to strajkowanie jest po prostu nożem w plecy przedsiębiorstwa. I żaden normalny związkowiec w takim momencie nie zastrajkuje – będzie się raczej godził na obniżkę zarobków, na rozwiązania typu pół pensji w tym miesiącu, pół pensji w następnym – byleby zachować pełne zatrudnienie.
Są jednak firmy, które prosperują dobrze a zwalniają część pracowników, żeby maksymalizować zysk. Załodze mówi się wtedy, że zwolnione zostanie np. 30 osób, ale cała reszta w zasadzie będzie miała święty spokój. Czy zdarza się, że ci, którzy mają zapewniony byt, stają w obronie tych, którzy mają w najbliższym czasie zostać zwolnieni?
G. I.: Można powiedzieć, że związki z honorem wyszły z takiej sytuacji w przypadku Telekomunikacji Polskiej. Francuski właściciel narzucił dodatkowe warunki zwiększenia dochodowości firmy – kosztem pracowników, tj. dużych zwolnień. Związki zawodowe wywalczyły jednak bardzo solidny program odpraw, czyli zgodziły się na obciążenie pracujących kosztami zwolnień. Uznały, że być może rzeczywiście w warunkach wprowadzania nowych technologii, które są znacznie mniej pracochłonne, część pracowników nie jest już potrzebna, ale nie może być tak, że pracodawca „odstrzeli” sobie kogo mu się żywnie podoba. Związki zawodowe są od tego, żeby najpierw sprawdzić, ile osób ma np. 2 miesiące do emerytury, 3 miesiące do wieku przedemerytalnego, kto samotnie wychowuje dzieci… W Telekomunikacji wywalczono, że niektórzy ludzie nie zostali zwolnieni – dogadano się tak, że skoro taka i taka grupa ludzi przechodzi na emeryturę za kilka miesięcy, to pracodawca powinien zostawić ich w spokoju.
Praca związkowa bywa bardzo pozytywistyczna, bardzo mało, że tak powiem, rewolucyjna. Związki działają przede wszystkim w trosce o firmę, bo nie może być tak, że np. dzisiaj sobie wywalczymy 100% podwyżki, a jutro firma przestanie działać. Bardzo często działacze związkowi czują większą odpowiedzialność za losy przedsiębiorstwa niż niektórzy członkowie zarządu, bo członek zarządu, zwłaszcza spółek Skarbu Państwa, raz „przylatuje”, raz „wylatuje”, np. gdy zmienia się układ polityczny – a pracownik pracuje i chce dalej pracować.
Podałeś przykład Telekomunikacji Polskiej – firmy dużej, a przede wszystkim do niedawna państwowej. Jak problemy łamania praw pracowniczych, utrudniania tworzenia związków itp. mają się do wielkości przedsiębiorstw, struktury własności?
G. I.: Resztki firm, które są spółkami skarbu państwa, to po prostu dawne firmy państwowe. W tych spółkach od zawsze istniały związki zawodowe. CRZZ istniał do roku 1980, potem najczęściej była tam „Solidarność”, bardzo silna w latach 1982-89. Obecnie mają więc stosunkowo duży poziom uzwiązkowienia oraz istnieją tam wieloletnie mechanizmy współdziałania zarządu czy też dyrekcji ze związkami zawodowymi. W niektórych sektorach rodzi to wręcz patologie – pracodawca aż za bardzo liczy się ze związkami, a te wykorzystują swoją pozycję.
Natomiast tragiczna sytuacja jest w sektorze tworzonym od nowa – prywatnym. Dochodzi wręcz do takich sytuacji, że pracownik jest zwalniany tuż po tym, jak sobie zażartował, że jeśli prezes coś tam będzie dalej robił, to czas pomyśleć o związkach zawodowych…
Sektor prywatny nie jest jednolity – są firmy kilku-kilkunastoosobowe, ale i wielkie; oparte na polskim i zagranicznym kapitale… Czy to zróżnicowanie ma jakieś odzwierciedlenie w podejściu do praw pracowniczych?
G. I.: Nie ma reguły. Na zdrowy rozum powinno być tak, że firmy należące do dużego zagranicznego kapitału wchodząc na rynek polski będą przenosić elementy kultury korporacyjnej, jaka panuje np. we Francji, Niemczech, Anglii, Stanach Zjednoczonych… To jednak nieprawda. Problem polega na tym, że te firmy przecież nie wysyłają tu swoich ludzi. Najczęściej jest tak, że w ścisłym zarządzie siedzi jakiś Anglik, Francuz czy Niemiec, a cały średni szczebel zarządzania to Polacy. Wielokrotnie zetknąłem się z sytuacją, że ten średni szczebel jest „bardziej papieski od papieża”. To jest wyścig szczurów; to, co oni wyprawiają to zgroza. Uważają, że jeżeli ze swoich rodaków wycisną wszystko co się da, będą wyżej oceniani przez centralę. Efektem są zupełnie zdumiewające historie. Kilka lat temu pod Poznaniem założono fabrykę MAN-a, duży kapitał, głównie niemiecki. Załoga, która montowała autobusy i ciężarówki, jadła drugie śniadanie w lakierni. Nie było pomieszczenia socjalnego, czyli wyciągałeś kanapkę na stół w pomieszczeniu, gdzie przed chwilą napylałeś farbę na karoserie. Pracownicy się w końcu zdenerwowali i założyli związek zawodowy. Polska średnia kadra robiła wszystko, żeby go zniszczyć. Kiedy z centrali przyjechał jakiś członek rady nadzorczej, związkowcy dopadli go w hotelu i zaczęli mu opowiadać, co się dzieje – i facet po prostu się załamał. Poszedł następnego dnia z nimi i zobaczył, jak to wygląda. I okazało się, że wszystko podstawowe sprawy bhp były do załatwienia od ręki. Ten kapitalista z Zachodu, który zobaczył polską rzeczywistość, zaczął sobie włosy z głowy wyrywać – gdyby coś takiego zdarzyło się w Austrii czy w Niemczech, to po prostu tamtej firmy już by nie było.
Tymczasem rozpowszechnione jest wyobrażenie, że gdy przychodzi do nas „krwiożerczy burżuj z Zachodu”, to zdaje sobie sprawę, że tu może sobie pozwolić na więcej, no i wyciska z pracowników ile się da…
G. I.: Taka sytuacja była na początku lat 90. Wtedy w ogóle Polska była Eldoradem do przekrętów i zjawiali się różnego rodzaju hochsztaplerzy, którzy na Zachodzie w ogóle nic by w życiu nie zrobili. Facet się dobrze ubrał, wziął komórkę (co robiło wtedy wrażenie), wynajął „merca”, zjawiał się i prywatyzował przedsiębiorstwo – po czym okazywało się często, że nie ma żadnych pieniędzy. Jeśli mnie pamięć nie myli, tak było z wałbrzyskimi zakładami produkującymi porcelanę; tam była wielomiesięczna akcja protestacyjna, głodówka, strajk… Ale to były początki kapitalizmu w Polsce, w tej chwili już taki poziom hochsztaplerstwa nie występuje, inwestują duże przedsiębiorstwa.
Na pewno kapitał amerykański jest wybitnie nieprzychylny obronie praw pracowniczych. Coca-Cola, PepsiCo, McDonald’s – to są firmy, w których związki zawodowe nie mają prawa istnieć. W USA sytuacja jest taka: albo związki zawodowe są naprawdę mocne (w branży motoryzacyjnej szef związku zawodowego jest de facto szefem działu personalnego w firmie), albo są niszczone.
Z Konfederacją Pracy mieliśmy taką historię – organizację związkową założył… jeden z siedmiu regionalnych dyrektorów polskiego oddziału pewnej amerykańskiej firmy zajmującej się produkcją chipsów. Zrobił to po tym, jak kolejny, trzeci pracownik zemdlał za kierownicą i miał wypadek. Kierowcy pracowali tam po kilkanaście godzin dziennie, byli jednocześnie niejako księgowymi, zbierali zamówienia itp. Facet się po prostu zdenerwował, przyszedł i założyli związek, który ogłosił symboliczne 21 postulatów. Ten dyrektor skończył tak, że skierowano go do zamiatania placu, a szefostwo firmy „od ręki” zrealizowało 11 najważniejszych postulatów, lecz za cenę likwidacji związku zawodowego.
Natomiast bardzo dobrą opinię miał kapitał koreański. Przykładowo, w Lublinie Daewoo przejęło dawne przedszkole zakładowe, zainwestowało w drużynę Motoru Lublin, odtworzyło zakładową orkiestrę dętą, którą zlikwidował poprzedni, francuski właściciel…
A polscy pracodawcy? Jak tutaj wygląda zróżnicowanie?
G. I.: Najgorsze, co może spotkać człowieka w pracy w Polsce, to dostać się do zakładu, którego właściciel startował od zera. To bardzo często nieduże przedsiębiorstwa, których właściciele w PRL-u zajmowali się cinkciarstwem itp. interesami. Potem był handel uliczny – a teraz zostali „wybitnymi przemysłowcami”, prezesami firm. Janusz Rewiński miał kilka takich ról filmowych, ale scenarzysta ich ot tak sobie nie wymyślił – ja takich ludzi naprawdę widziałem, burżuazję w pierwszym pokoleniu, która uważa, że jeśli coś jest jej, to może wszystko. Próba tłumaczenia takiemu facetowi, że oprócz tego, że on jest właścicielem firmy, to jeszcze obowiązują go kodeks pracy czy ustawa o związkach, kończy się w jeden sposób: na bruku.
Oprócz małych firm są jednak takie „poważne” branże jak hipermarkety, gdzie związki też są bardzo słabe, a ich powstawanie – blokowane.
G. I.: Jeśli chodzi o hipermarkety, to są dwie epoki – do roku 2000 i po nim. Z czym to się wiąże? Istnieje coś takiego, jak Rada Ochrony Pracy, która jest organem bezpośrednio nadzorującym Państwową Inspekcję Pracy, dającym jej wytyczne. Namówiliśmy wtedy naszych przedstawicieli w Radzie, by zajęli się tym problemem, i w 2000 r. PIP przeprowadziła pierwszy taki w miarę „skoncentrowany” program kontroli w hipermarketach. To, co tam inspektorzy wykryli, to po prostu była groza – to z tamtego okresu pochodzą opowieści o kasjerkach w pampersach, bo nie wolno im było wyjść do toalety. Przy okazji marketów sprawdza się wszystko to, o czym mówiłem wcześniej: średnia kadra w hipermarketach to Polacy – Francuzi czy Niemcy kombinują na wyższym poziomie, np. załatwiają sobie zwolnienia podatkowe, natomiast pracowników najbardziej dręczą sami Polacy. Były wówczas wnioski pokontrolne, śmiesznie niskie kary administracyjne i mandaty – więc pracodawcy nie potraktowali tego poważnie. W 2001 r. przepchnęliśmy kolejny plan działania inspekcji pracy i ta zorganizowała drugi skomasowany nalot na hipermarkety – i wtedy sporo się zmieniło. Przed rokiem 2000 o założeniu związku zawodowego w hipermarkecie nie mogło być mowy.
A jak wyglądają próby zakładania związków w innych nowych branżach?
G. I.: Po 1989 r. nastąpiła ogromna restrukturyzacja rynku pracy w Polsce. Realny socjalizm był niewydajny, a większość ludzi pracowała w przemyśle. Nastąpiło paradoksalne zjawisko: zachodnie inwestycje, sprowadzanie nowocześniejszych technologii, spowodowały wzrost bezrobocia. To, co kiedyś robiło stu ludzi o wykształceniu średnim czy podstawowym – w tej chwili może robić dziesięciu inżynierów, a pozostałych 90 osób ląduje na bruku. Mnóstwo ludzi pracuje za to w sektorze usług. Postały całe nowe branże, które teoretycznie w okresie PRL nie miały prawa istnieć, jak agencje public relations czy ogromny sektor usług elektronicznych. To nowy, bardzo dynamiczny sektor, w którym pracują bardzo młodzi ludzie i gdzie jest bezwzględny wyścig szczurów, walka „na noże” o to, kto będzie pierwszy – nie istnieje tam coś takiego, jak nadgodziny, nie ma też mowy o żadnej solidarności, a więc i o związkach zawodowych. Młodzi pracownicy godzą się na cały szereg spraw, na które pracownik w wieku 40 lat by się nie zgodził – bo oni nie patrzą jeszcze np. na to, że kiedyś będą na emeryturze. Na to nakładają się zjawiska kulturowe, jak występowanie tzw. singli – ludzi nie mających rodzin na utrzymaniu, więc pensja starcza im na własne potrzeby.
Kolejna sprawa: w sektorze usług skończył się czas wielkich firm. Wiele z nich to zatem firmy rodzinne, gdzie mamy innego rodzaju relacje i związki zawodowe nie są po prostu potrzebne. Niezależnie od tego, w przypadku niewielkich firm związki nieraz nie mają się do czego wtrącać, bo tam prezes zna każdego pracownika i istnieją zupełnie inne układy – np. wiele spraw załatwia się nieformalnie.
Jednak jednocześnie jest coraz więcej małych firm, gdzie ochrona związkowa by się przydała, a niezwykle trudno o jakąś grupową solidarność.
G. I.: To prawda. Zupełnie nie wiadomo, jak zabrać się za cały sektor prywatny, w którym pracują tysiące ludzi. Jest np. ileś tam sklepików, w których sprzedawane są telefony komórkowe, one funkcjonują pod danym szyldem, ale nie jest to jedna firma, tylko w większości przypadków tzw. samozatrudnienie. Tam są umowy cywilno-prawne, a nie stosunki pracy, więc związki nie bardzo mają czego szukać.
Jest też problem pracowników sektora ochrony – 250-300 tys. osób w Polsce, nie tylko pokroju agenta-detektywa Rutkowskiego, ale i pana Zenka, który ma grupę inwalidzką i jest nocnym stróżem na osiedlowym parkingu. To, co się tam dzieje, to barbarzyństwo. My w tym sektorze walczyliśmy długo i w pewnym momencie Konfederacja Pracy była tam największą organizacją związkową – dopóki nie pozwalniali wielu naszych związkowców. Podobne zjawiska występują w transporcie – zarówno w ciężarowym, jak i taksówkach. Problem z tymi sektorami polega na bardzo niskich pensjach, toteż pracownicy przechodząc na samozatrudnienie, automatycznie zgadzają się na niższe emerytury w przyszłości.
No właśnie. Jedną z przyczyn łamania praw pracowniczych jest chęć wyciśnięcia jak największego zysku. Wielu pracodawców twierdzi jednak – i nie ma powodów im nie wierzyć – że muszą „przykręcać śrubę” z powodu konkurencji z tańszymi produktami z innych krajów. Co w tej sytuacji może zrobić związek? Jeśli będzie zdecydowanie bronił standardów pracy, firma może upaść – z drugiej strony, do tego jest właśnie powołany.
G. I.: Tutaj dotknąłeś bardzo bolesnego problemu. Tak został zarżnięty w Polsce przemysł lekki, odzieżowy czy skórzany, przy czym moim zdaniem tutaj ogromną rolę odegrała także polityka państwa, np. brak zwalczania przemytu, który odbywał się na ogromną skalę. Pewnych kwestii związanych z globalizacją nie przeskoczymy, ale związki zawodowe po to tworzą centrale na szczeblu ogólnopolskim, żeby walczyć o takie kwestie zupełnie innymi metodami. Należy zadać pytanie na poziomie kraju: czy opłaca się społeczeństwu doprowadzić do ruiny całego sektora i w konsekwencji utrzymywać 100 tys. nowych bezrobotnych, czy lepiej wprowadzić cła zaporowe, dopłaty dla producentów itp.
Czy jako OPZZ próbowaliście podejmować działania na poziomie całych sektorów, branż? Przykładowo, czy związek tworzy konkretne strategie, które stara się przedstawić rządowi?
G. I.: Może to zabrzmi nieskromnie, ale moim zdaniem gdyby nie OPZZ, które tu bardzo dużo zrobiło, a także i inne związki zawodowe, to np. polski sektor energetyczny już by nie istniał. To jest jakaś kompletna paranoja: kraj, który siedzi na węglu kamiennym, likwiduje kopalnie, nie inwestuje też w górnictwo węgla brunatnego (które wymaga wieloletnich nakładów zanim można zacząć eksploatację) – lecz opiera swoją politykę energetyczną na rosyjskiej ropie i gazie. Zamiast rozmawiać o budowie nowoczesnych elektrowni opartych na węglu kamiennym czy też o produkcji benzyny z węgla (co jest dość drogie, ale zwiększa bezpieczeństwo energetyczne kraju), my likwidujemy kopalnie i gadamy o dywersyfikacji importu ropy. W tej sprawie związki zawodowe walczą od lat i gdyby nie one, prawdopodobnie Górny Śląsk w ogóle byłby już zaorany… Zupełnie nie rozumiem, dlaczego polskiemu właścicielowi, jakimi jest Skarb Państwa, miałoby się opłacać zrujnować kopalnię, którą Czesi chcą od nas kupić. Czechom się opłaca, a nam się nie opłaca? Lepiej dać iluś tysiącom górników odprawy i wysłać ich na bezrobocie, co będzie miało ogromne skutki społeczne, a ropę sprowadzać tankowcami?
Sektor górnictwa węgla jest jednym z przykładów tego, jak związki zawodowe dosłownie uratowały całą branżę przed likwidacją.
Na ogół w mediach, zwłaszcza tych liberalnych, przedstawia się związkowca jako kogoś, kto krzyczy, protestuje, pali opony, rzuca petardy…
G. I.: Po 1989 r. nastąpiła daleko idąca restrukturyzacja rynku zatrudnienia i tworzenie zupełnie innego typu firm. W tych sektorach związkowiec nie może być człowiekiem od „palenia opon”. On musi być poniekąd prawnikiem i ekonomistą. Prawnikiem, bo musi się bić ze swoim pracodawcą nie na petardy, lecz na znajomość prawa pracy. Musi mieć też podstawy wiedzy ekonomicznej, dotyczącej funkcjonowania przedsiębiorstwa. Normalny związkowiec nie pójdzie do pracodawcy i nie powie: „Poproszę 100% podwyżki”… Gdy pracodawca mówi, że może zaoferować 3,45 zł za godzinę, to on się kłóci o 3,57 zł – i musi to jeszcze uzasadnić, np. wynikami sprzedaży. Związkowiec musi wiedzieć, jak to przedsiębiorstwo wygląda, na jakim rynku funkcjonuje… Gdy w KGHM związek zawodowy walczy o podwyżki, to z cenami miedzi na giełdzie londyńskiej w ręku!
Jednym słowem medialny obraz związkowca niezbyt przystaje do rzeczywistości…
G. I.: To wyłącznie kwestia głupoty większości dziennikarzy. Oni mogą zrozumieć, dlaczego Macierewicz nie lubi Sikorskiego lub odwrotnie. Natomiast już różnica między emeryturami pomostowymi, a wcześniejszymi emeryturami – tu trzeba by przeczytać jedną ustawę i drugą ustawę… Wielokrotnie jest tak, że robimy konferencję prasową i opowiadamy o sprawach niezwykle ważnych, pilnych i dotyczących jakiejś potężnej grupy ludzi, np. właśnie o zmianach zasad przechodzenia na wcześniejsze emerytury. A dziennikarz zadaje pytanie: czy podczas zbliżającego się 1 Maja pójdziemy na pochód razem z Sojuszem Lewicy Demokratycznej…
W różnego rodzaju sondażach związki wcale nie cieszą się wielkim zaufaniem. Czy winna jest tylko propaganda medialna przeciwko związkom?
G. I.: Trzeba zastanowić się najpierw nad obecną sytuacją związków zawodowych – a to jest właściwie dyskusja o historii Polski ostatnich 15 lat. Związki zawodowe płacą za odwet na systemie komunistycznym, który następował na początku lat 90., kiedy z szefa komisji zakładowej „Solidarności” zostawało się prezesem firmy w ciągu 5 minut, nie mając czasami do tego żadnych kompetencji ani wiedzy. Ja też w okresie stanu wojennego drukowałem bibułę, ale z tego nie wynika, że byłbym dobrym menedżerem. Za ten straszny zachwyt „Solidarności” samą sobą związki zawodowe zapłaciły i płacą nadal. Płacą niewątpliwie cenę również za media, które pokazują, że związki są od petard, blokad, wywożenia prezesów na taczkach… To powoduje, że nawet u uczciwych pracodawców, którzy naprawdę chcą współpracować, pojawia się niechęć do związków. Kiedy negocjowaliśmy kwestię płacy minimalnej dla ochroniarzy, rozmawiałem z panią prezes izby gospodarczej. Na pytanie, dlaczego nie ma u niej związków, odpowiedziała z autentycznym oburzeniem: „No panie Grzegorzu! Żeby mi przedsiębiorstwo rozwaliły?”.
Ale jest i kolejny wątek, jeśli spojrzeć na to w szerszy sposób. Niewątpliwie związki zawodowe – to dotyczy przede wszystkim starego sektora PRL-owskiego, gdzie związki są liczne – dają inteligentnym ludziom możliwość uwicia sobie bardzo przytulnego gniazdka. Są takie przypadki, że np. przewodniczący związku zajmuje to stanowisko piątą kadencję, przy czym przychodzi do mnie rozżalony pracownik i okazuje się, że od 8 lat nie było wyborów…
Znam bardzo przykre przypadki nadużywania mechanizmów działania związków. W Konfederacji Pracy zdarzyło się, że szefowa związku, którą bardzo wysoko ceniłem za fachowość, stworzyła sobie prywatny folwark: brała jedną pensję na oddelegowaniu, drugą ze związku, a oprócz tego miała – to już jest kabaret – trzy służbowe telefony związkowe i swojego prywatnego kierowcę, w którym to celu wynajmowała bezrobotnego na umowę-zlecenie i utrzymywała jego samochód. Gdy zobaczyłem jej miesięczny budżet na same taksówki, to po prostu ręce mi opadły.
Inny problem to związki zawodowe, które prof. Juliusz Gardawski nazywa inercyjnymi, a ja o nich mówię „związki prezesowskie”.
Czyli takie, które realizują przede wszystkim interesy pracodawcy?
G. I.: To bardzo specyficzna sprawa. W Polsce są trzy duże centrale związkowe; dwie z nich mają mniej więcej po 750 tys. członków (OPZZ i „Solidarność”), trzecia, Forum Związków Zawodowych – ok. 400 tys. W Polsce byłoby miejsce na czwartą dużą centralę, tylko że ona nigdy nie powstanie, właśnie przez związki prezesowskie, do których należy jakieś 600-700 tys. osób. To bardzo specyficzne twory. Tak naprawdę są czymś w rodzaju pionu socjalnego przedsiębiorstwa. Organizują wycieczki, konkursy, całą tę niekonfrontacyjną działalność socjalną. Nie ma mowy o podwyżkach – chyba, że przewodniczący związku zgłosi się o nią dla siebie. Swego czasu pięciu szefów związków zawodowych w bardzo poważnym przedsiębiorstwie zwróciło się do prezesa z prośbą o podwyżkę. Dostali, a w uzasadnieniu napisano, że przyznano ją „ze względu na konstruktywny wkład w negocjowanie układu zbiorowego”. Nie muszę mówić, jak ten układ zbiorowy wyglądał z punktu widzenia zwykłego pracownika…
Mówi się też o „związkowcach-zawodowcach”…
G. I.: Tu znowu wróćmy do górnictwa, gdzie poziom patologii jest tak daleko idący, że na terenie jednej kopalni może istnieć 15 związków zawodowych. Problem w tym, że każdy z tych związków ma ileś tam ludzi na oddelegowaniach, często nierobów, których nie można zwolnić – ponieważ to jest górnictwo, nikt im nie podskoczy…
Z drugiej strony, wielokrotnie mamy w sektorze prywatnym sytuacje takie, w których możliwe są już etaty związkowe, bo związek jest liczny. Ja to zawsze stanowczo odradzam. Choćby dlatego, że w tym momencie pracodawca zaczyna na to patrzeć w kategoriach kosztów pracy – traci pracownika. Jeśli firma ma 3000 zatrudnionych, ale 30 związków zawodowych i 40 osób na oddelegowaniach związkowych – to żadne przedsiębiorstwo prywatne na dłuższą metę tego nie wytrzyma. Tworzenie tego typu synekur to kolejna patologia ruchu związkowego.
Jeszcze inna ma miejsce, kiedy związkowcy mogą prowadzić działalność gospodarczą związaną z zakładami pracy, np. sklepy spożywcze na ich terenie.
Jakie są możliwości radzenia sobie z tymi patologiami? Liberałowie, ale też i małe radykalne związki często postulują wyprowadzenie związków z zakładów pracy – właśnie po to, żeby uniezależnić je od pracodawców. Jak oceniasz tego typu pomysły?
G. I.: Mam bardzo mieszane uczucia. Po pierwsze – należy zadać pytanie, w jakim sektorze. W prywatnym, np. w hipermarketach – w ogóle nie bardzo widzę istnienie związków zawodowych na takich zasadach, na jakich funkcjonują w sektorze państwowym, gdzie na mocy ustawy pracodawca pokrywa cały szereg kosztów niezbędnych do ich działania, jak lokal, telefon, papier, jakieś etaty.
Wydaje się natomiast, że jeżeli ktoś ma być dobrym związkowcem, to musi bezpośrednio siedzieć w zakładzie pracy: wiedzieć, co się tam dzieje, w jaki sposób zachowuje się dyrektor i kierownik działu, czy pani Joli naprawdę potrzebna jest zapomoga itd. Z kolei, wracając do patologii „związków prezesowskich”, to z tego punktu widzenia oczywiście związek zawodowy byłby lepszy poza zakładem pracy.
Jednocześnie, jeśli związek jest w zakładzie, to gdy działacz jest na tzw. etacie związkowym, istnieje cały szereg metod represji i nacisku. Pracownika można np. wysłać na drugi koniec Polski – tak parę lat temu rozwalono nam struktury np. w warszawskim supermarkecie Obi. Można też wrobić kogoś w kradzież, jak to miało miejsce m.in. w markecie sieci Leroy Merlin.
Myślę, że ten problem wróci, bo środowiska liberalne forsują wyrzucanie związków zawodowych z zakładów pracy. O ile jednak jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że to jest po prostu liberalny, ohydny pomysł, to dzisiaj już nie jestem tego taki pewien. Nie wiem, czy po prostu nie byłoby dla związków wygodniej być poza zakładami pracy, mieć strukturę miejską, a w dużych miastach – dzielnicową. Związek byłby w pełni sprofesjonalizowaną strukturą. Płacisz składkę, więc gdy masz problem to idziesz do związku, gdzie jest działacz, który pójdzie pokłócić się z prezesem, prawnik, który napisze układ zbiorowy, regulamin wynagradzania lub odwołanie, a w razie czego będzie czyimś reprezentantem przed sądem pracy. Ma to sens tym bardziej, że w sektorze prywatnym przedsiębiorstwa są coraz mniejsze. Można by się dogadać w ten sposób, aby ze składek finansować osobę, której obowiązkiem będzie objeżdżanie wszystkich zakładów w dzielnicy, sprawdzanie, co się tam dzieje, przygotowywanie pism… Ale zaznaczam, że to jest prawdopodobne w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, bo np. Petrochemia Płock, dowolna kopalnia czy huta – to są za duże firmy, żeby można tam było zajmować się działalnością związkową tak „z doskoku”.
Związki oskarża się o coś jeszcze: uwikłanie w politykę. „Solidarność” dostawała po głowie za AWS, OPZZ był krytykowany za współpracę z SLD. Czym podyktowany jest udział w polityce?
G. I.: Działacz związkowy powyżej pewnego szczebla w ogóle przestaje być wyłącznie działaczem związkowym. Jeżeli jest w pełni profesjonalny, to niejako naturalnie staje się politykiem. Jeżeli naprawdę zna kodeks pracy, wszystkie ustawy okołokodeksowe, sytuację w branży, to doskonale widzi pewne rzeczy, które może zmienić, ale wyłącznie na wyższym, politycznym szczeblu. Tak było właśnie ze wspomnianym przemysłem lekkim czy sektorem górnictwa. Kto uchwala kodeks pracy? Sejm. Kto uchwala ustawę o związkach zawodowych? Sejm. Ustawa o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych, ustawa o rozwiązywaniu sporów… Wszystkie one zależą od polityków. Zresztą, ja rządy AWS-u – jeżeli chodzi o stronę pracowniczą, bo reszta to osobny rozdział, np. tragiczne skutki tzw. czterech reform – bardzo wysoko oceniam. Jeśli chodzi o prawo pracy, to dopóki Krzaklewski kierował klubem AWS, w ustawodawstwie pracowniczym nie zmieniono nawet przecinka – negatywne zmiany zaczęły się, gdy w okresie rządów SLD zabrał się za to Miller z Hausnerem.
Jednak jeśli związek wchodzi do polityki, to niejako otwiera parasol ochronny nad rządem czy nad partią i – chcąc nie chcąc – żyruje różnego rodzaju decyzje.
G. I.: Muszę samokrytycznie powiedzieć, że czasami to sytuacja absurdalna. Dam przykład: w okresie rządów lewicy w latach 1993-97 posłem SLD był ówczesny szef zarządu głównego Związku Nauczycielstwa Polskiego – Jan Zaciura. Zgodnie z dyscypliną swojego klubu głosował za budżetem na rok 1994, a jakieś dwa tygodnie później, razem z 10 tys. związkowców-nauczycieli przyszedł pod sejm i zrobił zadymę przeciwko temu budżetowi, gdyż zapisano w nim zbyt małe środki na oświatę. To pokazuje skalę paranoi…
Ale mam też odmienny przykład. W przetrwaniu przemysłu zbrojeniowego ogromną rolę odegrał poseł Stanisław Janas, szef związku zawodowego przemysłu elektromaszynowego. Jeden człowiek, który był szefem sejmowej Komisji Obrony Narodowej, był na tyle wpływowy wewnątrz SLD, że udało mu się uratować cały sektor – dlatego, że wpłynął na politykę państwa wobec niego. I ta branża nie upadła, a nawet nieźle się rozwija.
A czy podczas wyboru związku duże znaczenie mają sympatie polityczne pracownika?
G. I.: Jest z tym przeróżnie. Ale poglądy mają pewne znaczenie. Można mówić o – tak to nazwijmy – sylwetce charakterologicznej przeciętnego członka danego związku. Nie jestem w stanie w tej chwili zacytować jakichś badań, które by to potwierdzały, ale podejrzewam, że gdyby porównać związkowców OPZZ i „Solidarności” pod względem np. częstotliwości chodzenia do kościoła czy stosunku do PRL – wyszłyby znaczne różnice.
Związki zawodowe działają obecnie głównie w „starych” sektorach, gdzie średnia wieku pracowników jest wysoka – i rośnie, bo w wielu z nich od lat w ogóle nie ma przyjęć. Dlatego tam pamięć grupowa 13 grudnia czy epoki gierkowskiej jest ciągle ważna. Z jednej strony jest karnawał „Solidarności” i prześladowania stanu wojennego. Z drugiej – pamięć dekady, w której ludzie wchodzili w dorosłe życie, byli młodzi, zaczynali karierę, kupowali pierwsze mieszkania i telewizory.
A jak te sentymenty – i resentymenty – rzutują na współpracę między związkami w kwestiach dotyczących ogółu pracowników, niezależnie od przynależności związkowej?
G. I.: Na poziomie zakładów jest konkurencja, ale w bardzo konkretnych sprawach związki zawodowe działają wspólnie. Ogólnie biorąc, im wyżej, tym gorzej o współpracę. Już na poziomie regionalnym rzadko występują kontakty międzyzwiązkowe…
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 1 marca 2007 r.
Współpraca Justyna Bibel
Fotografia w nagłówku wywiadu: Magdalena Okraska, ruiny zakładu przemysłowego w Zawierciu (Borowe Pole).
Grzegorz Ilka – przed rokiem 1989 związany z lewicową częścią opozycji demokratycznej, drukarz i redaktor prasy podziemnej (m.in. „Robotnika”), działacz Ruchu „Wolność i Pokój”. Współtwórca i wieloletni działacz odrodzonej w 1987 r. Polskiej Partii Socjalistycznej. Współzałożyciel i jeden z liderów związku zawodowego „Konfederacja Pracy”, który działa głównie w „trudnych” branżach i sektorach gospodarki (m.in. hipermarkety, agencje ochrony). Obecnie pełni funkcję rzecznika prasowego Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.
przez Monika Kostera | środa 13 marca 2019 | opinie
We wczesnej szkole podstawowej chodziłam na lekcje religii chrześcijańskiej, wówczas jeszcze programowo organizowane w szwedzkiej szkole. Na jednej z lekcji przerabialiśmy temat nieba i piekła. Dowiedzieliśmy się, że w niebie wszyscy są szczęśliwi, a piekło to najgorsze, co możemy sobie wyobrazić. Poszłam do domu i zaczęłam sobie wyobrażać. Wyszło mi coś takiego – człowiek żyje w próżni, nic nie widzi, nie słyszy, nie czuje, po prostu jest – i jest. To mnie tak przeraziło, że długo jeszcze budziłam się w nocy z atakiem paniki. Ale przynajmniej była pewna, że trafiłam, bo nie jestem w stanie wyobrazić sobie nic gorszego. Nie wiedziałam, że przyjdzie mi żyć w czasach, gdy tak wyobrażone piekło stanie się pożądaną i znormalizowaną społeczną rzeczywistością. Na tym właśnie polega smutek i jałowość współczesnego życia w Sieci.
Gdy niedawno pracowałam w jednym z czołowych uniwersytetów brytyjskich, szczycącym się swoją wybitną nowoczesnością, w bardzo szybkim czasie uzyskałam coś, czego nigdy dotąd nie miałam – fobię e-mailową. Na ogół odpowiadam błyskawicznie na e-maile i uważam tę technologię za bardzo ułatwiającą (i potaniającą) mi życie i pracę. Dawno temu zaczęłam ją przyjmować jako coś oczywistego, jak tramwaj lub bieżąca woda w domu. Wiedziałam już wcześniej, że brytyjscy koledzy i koleżanki skarżą się z powodu opresyjności e-maila, ale nigdy do końca nie wierzyłam, że to może dotyczyć zwykłych ludzi, w tym na przykład mnie. Wydawało mi się, że może niektóre uczelnie są dziwnie zarządzane, albo niektóre osoby nie lubią e-maila. Tymczasem sama znalazłam się w rzeczywistości, gdy otwarcie skrzynki e-mailowej powodowało fizyczną reakcję, na którą nic nie mogłam poradzić – jakby trafił mnie w sam środek mostka potężny cios pięścią i uchodziło z mojej klatki piersiowej całe powietrze. Serce zaczynało mi bić szybciej, drżały mi dłonie. To uczucie było wycieńczające i mocno nieprzyjemne, nie byłam nań przygotowana. Zaczęłam robić coś, czego robić mi nie było wolno i czego nie robiłam nigdy dotąd – zwlekałam z otwarciem skrzynki dniami, a zdarzało mi się, że tygodniami. Miałam z tego powodu kłopoty. Jednym z moich obowiązków było wszak odbieranie e-maili w zasadzie przez całą dobę i natychmiastowe odpowiadanie na nie. Zaczęłam mieć poważne obawy i wątpliwości co do swojego zdrowia psychicznego. Po jakimś czasie złożyłam wypowiedzenie i przyszedł dzień, gdy odebrałam ostatnią porcję e-maili – i skasowałam służbową skrzynkę. Od tej pory nie doświadczam uczucia paniki i staje się ono coraz bardziej odległe i nierzeczywiste w mojej pamięci. Pisząc te słowa, musiałam się wysilać, by przypomnieć sobie, jak było. E-mail jest znów jedną z moich ulubionych, łatwych i tanich technologii komunikowania się ze światem, prywatnie i zawodowo. Gdy nie myślę o tym, to nie rozumiem, jak mogłoby być inaczej.
A jednak przecież wiem, że mogło. Troje brytyjskich uczonych – Olivier Sibai, Bernardo Figueiredo i Marcia Christina Ferreira – piszą o badaniach, z których wynika, że prawie połowa pracowników brytyjskich uniwersytetów jest desperacko samotna w swojej pracy zawodowej. Wśród doktorantów odsetek ten jest szczególnie dramatyczny – wynosi 64%. Dominuje poczucie izolacji, przeciążenia i przepracowania – jednak bez energetyzującego kontaktu z innymi ludźmi. Większość takiej pracy odbywa się online, zabierając tyle czasu i energii, że nawet życie prywatne nie jest w stanie przynieść poczucia sensu. Cóż, wielu akademików w neoliberalnym świecie nie ma zbyt wiele życia prywatnego, czuwa cały czas nad e-mailem, niezależnie od tego, co myśli sobie na ten temat np. współmałżonek. Zresztą rodziny są coraz częściej standardowo bezwzględnie dzielone, bo „merytokracja” i inne wymysły świata on line – nie ma komu zapłakać nad tym, że małżeństwo mieszka od dziesięciu lat osobno. Rzadko trafia się na małżeństwa naukowców szczęściarzy mieszkających w tym samym mieście, ba, zaczyna być luksusem mieszkanie w tym samym kraju. Wszystko koncentruje się na samym czy samej sobie – jest się poddawanym ocenie jednostkowo, za pośrednictwem internetu, dostaje się anonimowe uwagi recenzentów, studentów, często lodowate, pozbawione jakiegokolwiek współczucia; przychodzą wciąż nowe polecenia, nakazy, imperatywy, z którymi nie można dyskutować. Często wręcz praktycznie nie jest to sensowne i powoduje jedynie stratę czasu i energii.
W wielu neoliberalnych miejscach pracy niektóre funkcje, takie jak HR (czyli kadry), są sfragmentaryzowane – e-maile trafiają do puli, z której uzyskuje się odpowiedź od przypadkowych odbiorców. Żaden człowiek nie zajmuje się żadną konkretną sprawą. Powoduje to, że system jest sprawny i tani, ale nie uczy się i nie ponosi absolutnie żadnej odpowiedzialności. Nie można też liczyć na ludzki kontakt, solidarność, współczucie. Człowiek na końcu takiego systemu komunikacji jest kłębkiem bolesnej plątaniny nerwów i myśli, obnażonym mózgiem zawieszonym w doskonałej próżni, izolującej od jakiegokolwiek kontaktu mogącego ogrzać czy przynieść sens. Bardzo często pisze się w prasie na tak zwanym Zachodzie o problemach zdrowia psychicznego w zawodach najbardziej narażonych na takie warunki funkcjonowania, na przykład akademików. Neoliberalizm także ten problem prywatyzuje, często dyskutowany jest jako problem indywidualny takich pracowników. Zaleca się im, na przykład, mniej czasu poświęcać na rozrywki i więcej spać – to oczywiście ich odpowiedzialność, że czują się niedobrze. Często w domyśle raportów medialnych na ten temat jest prosty morał: trzeba zadbać o siebie, brak zdrowia jest kosztowny i ryzykowny, a na miejsce każdego, kto wypadnie z gry, są tłumy wygłodniałych oczekujących.
W tym natłoku ludzkim, w tym przeludnieniu, tej nadmiarowości każdego i każdej z nas, jesteśmy zawieszeni w próżni samotności. Dla rozrywki wypełniamy wolne chwile przeglądaniem internetu, komentowaniem cudzych postów, wrzucaniem własnych. W swej bardzo pobudzającej do myślenia książce pod tytułem „Kultura cyfrowego narcyzmu” socjolożka Magdalena Szpunar prezentuje świat pozornie polegający na intensywnym porozumiewaniu się, który w rzeczywistości odcina nas od innych ludzi i zwraca całą uwagę ku nam samym, czyniąc z nas narcyzów nawet mimo woli. Autorka stwierdza, że w ten sposób narcyzm staje się najważniejszym wyznacznikiem ludzkiej kondycji w obecnej epoce. Uwielbienie sukcesu, pogarda dla porażki i imperatyw rywalizacji znajdują w internecie doskonałe medium dla wywoływania rezonansu, zwracającego całą uwagę we własnym kierunku i utrwalające kategorię sukcesu jako jedyne dopuszczalne kryterium oceny wartości człowieka. „Imperatywem współczesnego człowieka nie jest bycie szczęśliwym, a jedynie osiąganie sukces” – pisze autorka (a więc możemy zapomnieć o niebie, tam wszyscy mieli być szczęśliwi). Internet nakłania do koncentracji na sobie i wzmacnia skłonność do pozowania. Autentyczność w sieci staje się pozą, jak wszystko inne, liczą się wyłącznie fasady, ba, tylko one istnieją. Uczymy się, że tylko to jest ważne i zanika nasza zdolność do nawiązywania głębszych więzi. Jednocześnie rozwija się strach przed sobą i przed zaangażowaniem. Profesor nauk zarządzania Nancy Harding wstępnie twierdzi, na podstawie badań, które nadal są w toku, że internet to coś w rodzaju zbiorowego cienia ludzkości – ludzie wypisują tam rzeczy, z którymi nie do końca świadomie sami się identyfikują, wyłażą z nich mroki, okrucieństwa, agresje, ekshibicjonizmy, których nigdy nie użyliby w komunikacji twarzą w twarz. Widzę to troszkę podobnie do tego, jak kiedyś funkcjonowała ściana w szkolnej toalecie – uczniowie wypisywali tam wulgaryzmy, czasami pisali, że Gośka prowadzi się niezbyt ciężko, a Waldek to wybitnie niemiły facet, oczywiście z użyciem właściwego języka. Ten sam język, ta sama anonimowość, funkcjonują dziś w sieci, tyle że na większą skalę i z wyłączeniem świata poza nią. Ktoś, kto ma wielgaśną stronę w Wikipedii, jest wielki, ktoś, kto jej nie ma – nie jest; poza internetem nie ma społecznej obecności.
Jednak w internecie nie ma obecności fizycznej, śmiertelnej. Nie ma więc śmierci, a na wieść, że ktoś znany umarł, fejsbukowców nie ogarnia smutek czy żałoba, lecz wybuch triumfalizmu, hymnów ubóstwienia lub zbiorowej nienawiści, kampanie ogłaszania siebie ofiarami przez osoby, które nigdy nie miały do czynienia z człowiekiem zmarłym, gdy chodził w swoim ciele po naszej wspólnej Ziemi. Nie ma w internecie człowieczeństwa podatnego na zranienie i możliwego do pocieszenia – chyba że zna się osoby, z którymi się tam rozmawia z życia twarzą w twarz i internet służy jako skrzynka komunikacyjna. Wtedy jest przydany, dobry, może czasami liniowy i spłaszczający, ale zawsze można to sobie odbić przy okazji spotkania. To nie internet jest zły, to my nie umiemy z niego korzystać.
Wynalazki same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Sposób ich użycia może być dobry, zły, mądry, szkodliwy, może ułatwiać życie wielu lub budować twierdze ze złota nielicznym, może wyzwalać, może zniewalać. W 1922 roku północnoamerykański socjolog William Ogburn pisał o nienadążaniu kultury za warunkami materialnymi (cultural lag). Ma to miejsce także wtedy, gdy ludzkość tworzy nowe rozwiązania, nowe technologie, lecz nie umie ich używać w sposób korzystny dla siebie (i, dodajmy, dla planety). Zdaniem autora konieczna jest zmiana społeczna, adaptująca kulturę do nowych warunków. Dodam, że zmiana ta czasami powinna być systemowa i strukturalna i tylko wtedy umożliwić może sensowne i humanitarne korzystanie z osiągnięć techniki. Technologia, którą dziś dysponujemy, mogłaby, tak jak my, wychowani w latach 60. i 70. tego oczekiwaliśmy, przynieść wszystkim wygodne życie bez konieczności harówki. Tymczasem straszy się nas, że roboty odbiorą nam pracę.
I co z tego? – spytałby młody człowiek, jakim byłam w 1979 roku, to bardzo dobrze, przecież będziemy wszyscy artystami w świecie przyszłości, będziemy się ciągle uczyć, rozwijać, i wykonywać te prace, które są szczególnie ludzkie. Gdzie się podziała tamta przyszłość, dokąd poszły tamte marzenia? Co uzyskaliśmy zamiast tego? Ponure roboty zabierające nam pracę, rozwścieczone stada demonicznych e-maili bez uczuć i empatii, które zabierają nam po kawałku duszę, zatruwają nam krew, odbierają chęć życia. Czy to my, ludzie, nagle staliśmy się zgrają psychopatów, dbających wyłącznie o własne zaspokojenia? Czy raczej – świat, który nas otacza i wymaga dostosowania zmienił się w coś bardzo strasznego, coś, co wtedy, będąc uczennicą wczesnej podstawówki, wyobrażałam sobie po tamtej lekcji religii? Skomunikowanie, które czyni nas wyizolowanymi, media społecznościowe, które sprawiają, że jesteśmy aspołeczni. Paradoksy na poziomie tak powszechnym, że zostały zinstytucjonalizowane. To nie my, to nie media, to nie technologie ani roboty, ani nawet nasze bezduszne organizacje nie są winne – to dzieje się na poziomie wyższym od nich wszystkich, bardziej globalnym, bardziej powszechnym. To neoliberalny kapitalizm jest piekłem. A jeśli piekło – to zabija, biologicznie, niszczy nasze zdrowie, wycina drzewa, zatruwa powietrze, niszczy pola i lasy. I zabija duszę. Zapycha nam to, co kiedyś nazywane było świętą ciszą czy pustką po bóstwie, kneblem zewnętrznego absolutnego bytu bez transcendencji, zagadki bez tajemnicy, wszechmocy bez pokory. Wreszcie – przynależności bez obecności.
A przecież można uciec z piekła, jest nawet dość łatwa droga. Gdy skasowałam ostatni e-mail, w mojej skrzynce pojawił się napis „you have no more mail” i zagrała z głośniczka fanfarka, jak w grze. Wyskoczyłam na dwór, wykrzyknęłam „łuhuuuu”, moje nogi same mnie poniosły, ręce same mi się uniosły do góry, zaczęłam biec jak wypuszczona z klatki, przez park – a tam kos!, między drzewami – a tam dzieciaki grają w piłkę!, zatrzymałam się na moście i patrzyłam, jak płynie rzeka. Nawet, jeśli łatwo mi zapomnieć, z jakim uczuciem otwierałam pracowe e-maile, tej drogi na dworzec nie zapomnę nigdy.
Chris Hedges opisuje ruch Extinction rebellion, jego niesłychaną żywotność i sprawność mobilizacji ogromnej ilości ludzi. Zauważa, że wiele innych ruchów politycznych i społecznych, na przykład ostatnio Żółte Kamizelki, powstało poprzez media społecznościowe, w internecie. Tymczasem te media działają jak heroina – dają szybkiego kopa, a potem społeczność dezintegruje się błyskawicznie, rozsypuje w proch. Staje się przemocowa, gwałtowna lub chaotyczna. Internet nie tworzy więzi, pasie trolle, sprzyja pustosłowiu i fasadowości – a to wszystko jest śmiertelne dla tworzenia tak przynależności, jak i struktur. Extinction rebellion tworzy się „powolną drogą”, fizyczną, twarzą w twarz, przez ludzi zbierających się razem w lokalach, spotykających w domach, rozmawiających i podających sobie dłonie. Potem wychodzą na ulice. I są silni. Podobnie tworzy się obecnie lewicowy ruch Reformisterna w ramach szwedzkiej socjaldemokracji. Mój kolega, szwedzki badacz zarządzania, doktor habilitowany Markus Kallifatides, jeden z współtwórców ruchu, opowiadał mi o tym, jak ważne są to spotkania zanim wyjdzie się na plac, na ulicę – wspólne bycie w przestrzeni, gdzie powstaje zaufanie, gdzie możliwa jest nieśmiałość, zaskoczenie, zauroczenie, przerażenie – wszystko to, co czyni nas wrażliwymi, śmiertelnymi, łatwymi do zranienia – kanciastymi kawałkami nieskończenie wielowymiarowych układanek, które, jak wszystko dobrze się składa, w jakimś momencie znajdują wspólne kąty i płaszczyzny. I to jest to, co nas łączy – nasze chropowatości, niedoskonałości, nie zaś gładkie, idealne, boskie – czy raczej demoniczne – internetowe ego.
prof. Monika Kostera
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 10 marca 2019 | opinie
Nie ufamy sobie. Brakuje nam poczucia solidarności społecznej. Jesteśmy głęboko podzieleni. Rządzi nami egoizm. Zapewne nie raz i nie dwa słyszeliście tego rodzaju tezy na temat polskiego społeczeństwa. Za każdym razem, gdy rozmawiamy o Polsce, prędzej czy później ktoś rzuci jedno z takich zdań, a reszta przytaknie. Jeśli zgadzamy się w jakiejkolwiek sprawie, to właśnie w tej. Polska może być krajem „Solidarności”, lecz nie jest krajem solidarności – przynajmniej nie na co dzień. Nie jeśli chodzi o tak przyziemne kwestie jak płacenie podatków, pomoc socjalna, dbałość o dobro wspólne czy zrozumienie dla ludzi wywodzących się z innych środowisk niż nasze.
Istnieje wiele możliwych wyjaśnień tego stanu rzeczy. Może to wina dziedzictwa sarmatyzmu? Albo katolicyzmu? Albo nigdy nieprzepracowanego feudalizmu? A może winna jest nasza szkaradna, wschodnia dusza, która raz po raz wyłazi na wierzch i uniemożliwia nam przeistoczenie się w człowieka cywilizowanego? To ostatnie wyjaśnienie lansuje część prominentnych dziennikarzy i komentatorów politycznych, dla których starcie Zachodu ze Wschodem jest odpowiednikiem manichejskiego konfliktu Dobra i Zła.
Czasem jednak wyjaśnienie jest o wiele prostsze. Nie trzeba cofać się w odmęty historii ani sięgać po kategorie religijne. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby zobaczyć, dlaczego brakuje nam solidarności i myślenia w kategoriach „my, społeczeństwo”, a nie „ja, samowystarczalna jednostka”.
Doskonałym przykładem była reakcja części mediów i liderów opozycji na ostatnią konwencję PiS-u i propozycje polityki socjalnej partii Kaczyńskiego. Wyjaśnijmy sobie na wstępie jedną rzecz. Propozycje PiS-u nie są poza krytyką. Nie tylko dlatego, że możliwość krytykowania rządzących jest w demokracji świętym prawem opozycji i mediów. Chodzi też o to, że te propozycje mają oczywiste ograniczenia. Wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego – szefa Gabinetu Prezydenta RP – który zaproponował nauczycielom, aby skromne zarobki zrekompensowali sobie większą rozrodczością, mającą im zapewnić pieniądze z programu 500+, bardzo dobrze pokazuje, na czym te ograniczenia polegają. Konserwatywna polityka socjalna promuje konserwatywny model społeczeństwa i nie obejmuje tych, którzy się w tym modelu nie odnajdują.
Niezależnie jednak od naszego stosunku do rządów PiS-u, jak i do konkretnych rozwiązań proponowanych przez tę partię, trzeba sobie powiedzieć jedno: język, za pomocą którego część dziennikarzy oraz komentatorów krytykuje wizję polityki socjalnej partii Kaczyńskiego, jest niefortunny i na dłuższą metę szkodliwy społecznie.
„PiS kupuje wyborców za nasze pieniądze” – tak można podsumować przekaz, który popłynął ze strony opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej. Trafił on między innymi na pierwszą stronę „Gazety Wyborczej”. Zdegustowało to nawet część jej dziennikarzy, ponieważ do grona „kupowanych” zostali zaliczeni także nauczyciele i pielęgniarki. Dlatego „Wyborcza” jeszcze tego samego dnia zamieściła w internecie sprostowanie, tłumacząc się pokrętnie „błędnie opisaną grafiką” i deklarując, że całym sercem popiera starania pracowników budżetówki o godne płace.
Nikt rozsądny nie jest w stanie uwierzyć w to tłumaczenie. Nie tylko dlatego, że problem z okładką „Wyborczej” daleko wykraczał poza „błędny opis grafiki” (cokolwiek miałoby to oznaczać w tym kontekście). Prawda jest taka, że mamy do czynienia z symptomem szerszego zjawiska, które jest związane z tym, jak myśli się w Polsce o polityce socjalnej i jej odbiorcach. Zresztą nawet w swoich przeprosinach „Wyborcza” dalej używała frazy o „kupowaniu wyborców” – po prostu uznała, że nie odnosi się ona do podwyżek dla budżetówki, lecz do takich propozycji jak przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych czy rozszerzenie programu 500 plus.
Część osób stara się bronić tej frazy, mówiąc, że nie odnosi się ona do polityki socjalnej jako takiej, lecz do nietrafionych, nieszczerych, podyktowanych czystą kalkulacją wyborczą propozycji PiS-u. Raz jeszcze trudno w to uwierzyć, ponieważ budowanie skojarzeń na zasadzie „polityka socjalna to rozdawnictwo”, „polityka socjalna to przekupstwo polityczne”, „polityka socjalna to oddawania NASZYCH pieniędzy nierobom” jest stałym elementem polskiej debaty politycznej, pojawiającym się zawsze, gdy ktoś odchodzi od dogmatów fundamentalizmu rynkowego. Celem takich sformułowań nie jest krytykowanie trybu, w jakim są zgłaszane konkretne propozycje, lecz polityki socjalnej jako takiej. Zresztą już dzień później w tej samej „Wyborczej” Magdalena Środa znowu uderzyła w podobne tony. Politykę socjalną nazwała „lizakami”, a jej odbiorców „dziećmi”.
Co ciekawe, ci sami dziennikarze, którzy rzekomo tak bardzo troszczą się o odpowiedzialność budżetową, nie wysuwali podobnych zastrzeżeń, gdy partie takie jak PO czy Nowoczesna proponowały podatek liniowy i obniżkę stawek podatkowych dla najbogatszych. Nie było słychać głosów o „kupowaniu wyborców” kosztem budżetu państwa. Nie było dumania nad tym, na ile te propozycje są szczere i korzystne dla państwa, a na ile wynikając z czystej kalkulacji wyborczej. Obawy wzbudziła dopiero propozycja walki z wykluczeniem komunikacyjnym.
Smutna prawda jest taka, że część środowiska polityczno-medialnego po prostu dała upust swojemu wewnętrznemu Balcerowiczowi. Konwencja PiS-u okazała się doskonałą okazją do wykrzyczenia większości dogmatów fundamentalizmu rynkowego i klasowych przesądów. Po stronie opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej już od dawna widać poirytowanie wynikające z tego, że debata publiczna przesunęła się ociupinkę na lewo. Całe to gadanie o nierównościach społecznych, o braku reprezentacji politycznej, o zaniedbaniach III RP – jest dla niej zbyt przekombinowane i „zbyt socjalistyczne”. Przecież ostatecznie to jest tak, że my od dawna jesteśmy mądrzy, europejscy, nowocześni, a tamci to ciemnota i patologia, czyż nie? Rynek zaś sprawiedliwie oddziela ludzi zaradnych od miernot. Niektórzy fani PO, jak Andrzej Saramonowicz czy Przemysław Szubartowicz, mówią to w zasadzie wprost. Pozostali starają się zachowywać pozory, co jest męczące, a konwencja PiS dała okazję, żeby się trochę wyżyć. W internecie nagle odżyły memy z wypowiedziami Miltona Friedmana i Margaret Thatcher. Jeden z nich pojawił się nawet na stronie facebookowej Krystyny Jandy i cieszył się ogromnym uznaniem na tle pozostałych postów.
Niestety społeczne skutki takiej postawy są fatalne. Ostatecznie całe to przesłanie o „rozdawaniu NASZYCH pieniędzy” jest tak naprawdę szczuciem jednej części społeczeństwa na inną. Jest dalszym dzieleniem i tak już rozbitego kraju. Efekty widać choćby w komentarzach zostawianych przez czytelników „Wyborczej” pod różnymi tekstami, które są wariacjami na temat zgubnych wpływów rozdawnictwa. „Jaka ulga, że przestaliśmy się certolić z elektoratem specjalnej troski” – pisze jeden czytelnik. „Mieszkańcy wsi chcieliby wprowadzić pańszczyznę à rebours. Chcą zmusić mieszkańców miast, żeby płacili im ze swoich podatków emerytury, zasiłki, zapewniali bezpłatne leczenie” – dodaje inny. „Od złodzieja brać lizaki? To jest paserstwo. Mamy około 1/3 społeczeństwa o mentalności pasera” – stwierdza kolejny.
Można powątpiewać, czy rozkręcanie histerii wokół rozdawnictwa przyniesie skutek wyborczy w postaci wygrania z PiS-em. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że przyczyni się do utrwalenia przesądów klasowych i dalszego osłabiania społecznej solidarności. Takie dziedzictwo zostawiają nam po sobie ludzie święcie przekonani, że są ostatnią nadzieją demokracji i nowoczesnej Polski.
dr Tomasz Markiewka
przez Magdalena Okraska | środa 6 marca 2019 | opinie
To jest książka, którą już dawno ktoś powinien napisać. Nie reportaż z „prawdziwego życia oddziału”, nie raport naukowy z przypisami na temat warunków pracy w służbie zdrowia. To prawdziwa historia zawodu pielęgniarskiego, widzianego oczami kobiety, która była, jest i zamierza pozostać pielęgniarką. Ale nie jest to jednocześnie historia indywidualna. Nie dowiemy się, jakiej muzyki słucha Weronika Nawara, co lubi jeść i w którym roku skończyła studia. Nie wiemy tego, bo nie stawia się ona w roli głównej bohaterki swojej książki „W czepku urodzone”. Oddaje za to miejsce wszystkim pielęgniarkom i pielęgniarzom, z jakimi zetknęła się na swej drodze. Ta książka to niesłychanie konkretny wielogłos. Podczas lektury nietrudno o łzy.
Nawara podeszła do wielowątkowego tematu pracy pielęgniarskiej właściwie najszerzej, jak się dało. Opisuje edukację, pracę na różnego typu oddziałach, brak czasu wolnego, wołającą o pomstę do nieba kwestię niskich zarobków. Opowiada o kontaktach z lekarzami, rodzinami pacjentów i – czasem niełatwych – z samymi pacjentami. Nie pomija kwestii konfliktów między pielęgniarkami, mobbingu i emigracji za pracą do Niemiec czy Irlandii. Przytaczane przez nią historie oparte są na najwiarygodniejszym ze źródeł – na opowieściach samych osób wykonujących zawód pielęgniarki czy ratowniczki medycznej. To krótkie opowieści, czasem jedna strona książki, czasem nawet kilka zdań, bez tła, zaplecza, a nawet imienia osoby wypowiadającej się – dowiadujemy się tylko, od ilu lat pracuje ona i na jakim z grubsza oddziale, np. „pielęgniarka z trzydziestoletnim stażem na internie”. Dlaczego książka jest tak skonstruowana? Myślę, że to bardzo dobry zamysł, który pozwala zauważyć, jak bardzo problemy z zarobkami, pracą na wiele etatów i przemęczeniem są w tym środowisku powszechne.
Za pomocą takiego wielogłosu Nawara przechodzi przez wszystkie tematy, które dotyczą lub mogą dotyczyć jej pracy. Czasem przedstawia kilka spojrzeń na daną kwestię lub głosy wzajemnie się wykluczające, co tylko dodaje opowieści wiarygodności. Rozmawia też na temat pracy pielęgniarskiej z lekarzami, którzy niestety potwierdzają funkcjonujący w społeczeństwie stereotyp feudalnych stosunków w szpitalach. Przepytywany przez nią lekarz „oczywiście docenia ciężką pracę pielęgniarek”, ale, indagowany, nawet nie wie, ile lat trwają ich studia i czy mogą one robić specjalizację (tak, mogą).
O czym opowiadają bohaterki i bohaterowie książki? Narracja toczy się kilkoma torami, ale można wskazać główne dwa motywy – skandalicznie niskie płace, których konsekwencją jest wielozatrudnienie (praca w kilku miejscach, zazwyczaj trzech, to dla pielęgniarek właściwie chleb powszedni) i bardzo wysoki poziom przepracowania oraz odpowiedzialności – bohaterki opowiadają o czterdziestogodzinnych dyżurach bez snu, bo „nie wypada spać, bo ktoś będzie gadał”, o przemieszczaniu się z pracy do pracy, o nieudanych małżeństwach, problemach ze zdrowiem (zazwyczaj z kręgosłupem, od przewracania i podnoszenia chorych), nerwach i stresie, czy podało się dobry lek, nie pomyliło godziny, o niczym nie zapomniało. Bardzo wiele z nich podkreśla, że pielęgniarka i pielęgniarz muszą naprawdę dużo umieć, często właściwie tyle, co lekarz. Że nie tylko przynoszą baseny i zmieniają pościel. I każda z nich, jak i sama Nawara, rozprawia się z obiegowym mitem o piciu kawy w kantorku. Jeśli pielęgniarka siedzi, to dlatego, że nowoczesne metody zarządzania oddziałem wymagają od niej wprowadzania danych pacjenta nie tylko ręcznie do książki/zeszytu, ale także do komputera. Kawę pije zimną lub wcale. Często przez siedem godzin dyżuru nie ma czasu odpakować kanapki czy iść do toalety. Bohaterki Nawary dosadnie o tym opowiadają: „Twoja energia, twoja siła i twój głód też jest ważny w pracy. Nie można się poświęcić bez reszty, codziennie nie pić, nie jeść, bo pacjent, pacjent, pacjent. Zawsze jest coś do zrobienia”, „I to mówienie, że pielęgniarki śpią… Przez czterdzieści lat się z tym nie spotkałam. Robi się obchody co godzinę. Jak słyszę, że pacjenci opowiadają, jak pielęgniarki chrapią, to mnie szlag trafia. Zresztą o pielęgniarkach już słyszałam wszystko: że biorą łapówki, okradają pacjentów, wyrzucają z kroplówki do śmieci, nie podają leków”. Inna pielęgniarka opowiada: „Przysługuje mi niby pół godziny przerwy, ale to tylko teoria. Wychodzę z oddziału, jak muszę zanieść krew do badań, ale żeby iść do bufetu coś sobie zjeść – odpada. Muszę być na oddziale, bo u mnie najważniejszy jest pacjent, wiec lepiej, jak go nakarmimy, podamy mu leki. Wtedy siadam przy komputerze te leki odhaczyć i napisać raporty, i staram się zjeść. Ale to nigdy nie jest jedzone w spokoju, bo ciągle trzeba wstawać, odchodzić”.
Autorka nie poprzestaje na osobistych historiach i plotkach z oddziałów, lecz próbuje badać kwestię pracy w służbie zdrowia systemowo. Cytuje raport GUS, zgodnie z którym pielęgniarki znajdują się na liście najmniej zarabiających specjalistów, z pensją niecałe 3000 zł netto. Pisze o tym, że początkująca pielęgniarka zarabia od 1600 do 2500 zł netto. Wspomina o strajkach i zżyma się na tzw. zembalowe, podwyżkę wynegocjowaną przez środowisko pielęgniarskie w 2015 r. z ówczesnym ministrem zdrowia Marianem Zembalą. Zembalowe okazało się wielkim kłamstwem, o czym wspomina wiele rozmówczyń Nawary. Dodatek ten miał być wypłacany w transzach i docelowo w 2019 r. podwyżki miały dzięki niemu łącznie sięgnąć 1600 zł brutto w porównaniu do kwot z maja 2015 r., czyli sprzed rozpoczęcia negocjacji. Kwoty podwyżki 1600 zł brutto użyła zresztą „Gazeta Wyborcza” na swojej skandalicznej okładce z zeszłego tygodnia. Tylko że po dokładnym przeliczeniu ostateczna kwota ma wynosić ok. 700 zł na rękę, a szpitale wprowadzają ją w różnym tempie i używają różnych kruczków, by zembalowe ominąć, m.in. uznają, że część dodatków już uzyskiwanych przez daną pielęgniarkę może się do niego wliczać. Jedna z rozmówczyń opowiada, jak zadzwoniła do niej matka, która usłyszała z telewizji, że córka dostanie dodatkowo 1600 zł. Była pewna, że w takim razie przestanie pracować na kilka etatów. „Mamo, ja to w telewizji dostałam” – odpowiedziała zrezygnowana pielęgniarka.
Poruszające są tez fragmenty na temat niszczącego wpływu pracy na tyle etatów na codzienność rodzin. Pielęgniarka opowiada: „Czasem odreagowujemy stres na własnej rodzinie. Przychodzimy do domu, jesteśmy tak mocno nabuzowane od środka, że wystarczy jedna iskra do awantury […]. Najczęściej w ogóle się nie odzywam, burczę coś pod nosem albo się odcinam zupełnie. Siadam gdzieś i czytam. Coraz częściej tak robię, więc to źle wróży. Czasami słyszę »bardzo się zmieniłaś«. Stres powoduje, że człowiek się robi złośliwy, ciągle mu coś przeszkadza”. Inna nazywa to wprost: „Jeśli któraś mówi, że oddziela dom od pracy, to kłamie”. Pielęgniarka pracująca na dwóch etatach wspomina: „Kiedy ostatnio poszłam gdzieś zaraz po pracy? Nie przypominam sobie w ogóle, żebym ostatnio gdzieś była poza pracą! Po pracy to ja idę do domu. Raz byłam na pizzy z koleżankami, ale to było dawno”. „Dla dziecka to niedobre, widzieć mamę tak zmęczoną” – opowiada pielęgniarka ze stażem trzydziestu lat w zawodzie. – „Dziś córka jest dorosła i mówi: »To było bardzo złe i nie chcę tego pamiętać«”.
„W czepku urodzone” to bardzo smutna książka, na sporej próbie reprezentatywnej pokazująca, jak są traktowane i w jakich warunkach pracują osoby, bez których przecież nie można wyobrazić sobie sprawnie funkcjonującego społeczeństwa. Pielęgniarki mówią o potrzebie docenienia ich pracy nie tylko na płaszczyźnie finansowej, ale także godnościowej. Dużo tutaj gorzkich słów, ale wiele również ciepłych wspomnień na temat kontaktów z pacjentami i ich rodzinami. Mało o sztucznie pompowanym micie „powołania do zawodu”, wiele za to o poczuciu, że są odpowiedzialne za czyjeś życie, a pacjent jest najważniejszy i są na oddziale dla niego. Wiele o pokonywaniu własnego ciała, o leceniu z nóg, o liczeniu niemal przez sen, o przykrych słowach, które się usłyszało. Dominuje jednak ciepło – nie to objawiające się sztucznymi uśmiechami i słodkim głosem, ale wewnętrzne. Ciepło, którego konsekwencją jest siła, pozwalająca być na nogach dwadzieścia cztery godziny na dobę, zmieniać pampersy, smarować odleżyny, zmieniać opatrunki i asystować przy śmierci.
Spędziłam w życiu wiele czasu na oddziałach szpitalnych różnych specjalizacji. Pielęgniarki były różne, czasem uprzejme, czasem szorstkie. Zdarzało się, że ktoś wyrzucił mnie za drzwi gabinetu, gdy usiłowałam o coś zapytać, ale dwa lata temu położna bardzo przejęła się tym, że, pomimo bólu, nie dzwonię po pomoc, i sama prawie ze łzami w oczach dopytywała się: „Ale dlaczego pani płacze?”. Dominują w tym zawodzie na pewno osoby uprzejme, dobrze zorganizowane, a przy tym tytanki pracy. Zawsze podziwiałam wybór, którego dokonały. Szorstkość może zaś wynikać z przemęczenia, o czym mówią same rozmówczynie Weroniki Nawary – że pielęgniarka, która nieprzyjemnie odburknęła pacjentowi, też się tym potem całymi dniami „truje”, bo wie, że pozostawiła mu obraz służby zdrowia, którego nie chciała. A chce mu pozostawić obraz pozytywny, o czym sama autorka pisze we wstępie do książki: „Jesteśmy zazwyczaj pierwszymi osobami, z którymi masz kontakt, kiedy przychodzisz do placówki zdrowia. To my przyjmujemy do szpitala, izby przyjęć, przychodni. To my jesteśmy z tobą całe dnie i noce. Jesteśmy, kiedy ból nie pozwala ci zasnąć. Jesteśmy, kiedy tęsknisz za domem. Jesteśmy, kiedy czekasz na decydującą diagnozę, zabieg czy badania. Podajemy ci leki zlecone przez lekarzy. Słuchamy o dolegliwościach, staramy się żartować, rozmawiamy o pogodzie. […] To my biegniemy z zespołem reanimacyjnym. Jesteśmy z tobą, kiedy się rodzisz i kiedy umierasz”.
Warto przeczytać tę książkę. Co więcej – sądzę, że ktoś powinien napisać kolejne części, o innych zawodach, które bagatelizujemy, tzw. opartych na „powołaniu” (ale nie tylko o nich!). Zastanawiam się też, jak w ferworze kilku prac i w wirze dyżurów Nawara znalazła w ogóle czas na napisanie takiej książki. Tym bardziej ją podziwiam.
Magdalena Okraska
Weronika Nawara, W czepku urodzone. O niewidzialnych bohaterkach szpitalnych korytarzy, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2019.

przez Piotr Wójcik | niedziela 3 marca 2019 | gospodarka społeczna, opinie
Polska jest jednym z najbardziej familiarnych społeczeństw w Europie. Nieprzypadkowo politycy nie tylko prawicy wciąż mówią o polskich rodzinach, o ich dobru, szczęściu i tak dalej. To oczywiście jest często czysty PR, ale wynika on z tego, że Polacy są autentycznie przywiązani do życia rodzinnego w większym stopniu niż inne narody Europy. Przesadny familiaryzm bez wątpienia może mieć mnóstwo negatywnych konsekwencji (mniejsza solidarność ogólnospołeczna, większe poważanie „obowiązków wobec rodziny” niż przepisów prawa czy instytucji itd.), jednak umiarkowany familiaryzm, polegający na trwałym przywiązaniu się członków rodzin do siebie, zły sam w sobie bez wątpienia nie jest.
Polski „crude marriage rate”, czyli odsetek małżeństw rocznie na tysiąc mieszkańców kraju, wynosi 5,1 i jest jednym z wyższych w UE. Przeciętna dla strefy euro to 4,1, a w Holandii czy Hiszpanii jest niższy niż 4. Jeszcze bardziej charakterystycznie wypadamy pod względem rozwodów – „crude divorce rate” wynosi nad Wisłą zaledwie 1,7, co jest szóstym najniższym wynikiem w UE. Wiele krajów ma „divorce rate” wyższy od 2,5, a kilka nawet wyższy od 3. W gigantyczny wręcz sposób odstajemy już w przypadku dzieci rodzących się poza małżeństwem. Tylko co czwarte dziecko w Polsce rodzi się poza małżeństwem, tymczasem średnia unijna jest niemal dwa razy wyższa. We Francji czy Słowenii dzieci ze związków pozamałżeńskich stanowią aż 60 proc. noworodków, a wielu krajach UE odsetek ten przekracza 50 proc.
Socjal dla rodzin
W tak familiarnym społeczeństwie jak Polska, nierówności szans powstają przede wszystkim w rodzinie. Ironicznie cytując klasyka, od tego, jak celnie wybierzemy sobie rodzinę, zależy cała nasza przyszłość. Jeśli urodzimy się w rodzinie majętnej, z wysokim kapitałem kulturowym, to niski poziom polskiego wsparcia socjalnego (który i tak drastycznie się podniósł po wprowadzeniu „500+”) nie przeszkodzi nam specjalnie w osiągnięciu czegoś w życiu. Tym bardziej, że będziemy mogli wykorzystać jeszcze rodzinne znajomości, a koneksje to kolejny kluczowy czynnik życiowego powodzenia nad Wisłą. Jeśli zaś źle wybierzemy sobie rodzinę, możemy mieć nieźle przechlapane. Od urodzenia będziemy mieli pod górkę, nie skorzystamy z większości dobrodziejstw familiaryzmu, a z dobrodziejstw instytucji państwa socjalnego też nie, bo takie wciąż nad Wisłą nie powstało (choć w ostatnich latach powoli zaczyna się wykluwać).
Dlatego nie jest niczym dziwnym, że ostatnie rozwiązania socjalne wprowadzane przez PiS trafiają przede wszystkim do rodzin z dziećmi. Po prostu najłatwiej w ten sposób wesprzeć szerokie grupy społeczne, bo powiązania rodzinne są w Polsce niezwykle silne. Wyprowadzka z domu rodzinnego następuje bardzo późno, nie tylko z powodów ekonomicznych, choć oczywiście też dlatego, a bliskie relacje z rodziną utrzymywane są długo po usamodzielnieniu się. Przykładowe „500+”, które formalnie trafia tylko do dzieci, które nie ukończyły 18 lat, wspiera też pośrednio dzieci dorosłe. Dzięki nadwyżkom finansowym rodziny mogą na przykład bardziej dofinansowywać dorosłe dzieci studiujące w innym mieście. Wspieranie rodzin w Polsce „rozchodzi się” na szerokie masy społeczne w dużo większym stopniu, niż ma to miejsce w krajach mniej familiarnych.
Często twierdzi się, że PiS wprowadza rozwiązania socjalne dla rodzin, by zdobyć ich głosy w wyborach. Jest to jednak argument zupełnie idiotyczny – generalnie politycy w demokracji walczą o głosy wyborców, próbując wprowadzać rozwiązania poprawiające byt społeczeństwa. Nie ma w tym niczego dziwnego. To w autokracjach można wprowadzać rozwiązania bez oglądania się na głosy wyborców, a przecież przeciwnicy PiS to podobno obrońcy demokracji. Zresztą rozwiązania wprowadzane przez ugrupowania liberalne równie dobrze można tak oceniać – obniżają podatki dla przedsiębiorców, więc walczą o ich głosy. A tak dziwnie się składa, że akurat tak się nie mówi, przynajmniej w mediach głównego nurtu.
Matczyne emerytury
Najnowszym rozwiązaniem wprowadzonym przez PiS, który wzbudził wielkie kontrowersje po stronie liberalnej, jest „emerytura dla matek czterech dzieci”, co jest trochę zwodnicze, gdyż w pewnych sytuacjach przysługiwać będzie ona też ojcom. Powszechnie twierdzi się, że jest to wsparcie dla matek, które nigdy nie pracowały, co będzie skłaniać młode kobiety do zaniechania kariery zawodowej i skupieniu się na rodzeniu dzieci. Z tych teorii przebija zwyczajna klasowa pogarda dla kobiet z klasy ludowej, bo przecież twierdzący tak komentatorzy nie myślą w ten sposób o swoich koleżankach z klasy średniej lub wyższej klasy średniej. Inaczej mówiąc, kobiety z klasy ludowej w momencie wchodzenia na rynek pracy podejmować mają decyzję, że pracę oleją i skupią się na rodzeniu i wychowywaniu np. piątki dzieci, gdyż dzięki temu już za kilkadziesiąt lat otrzymają szalone tysiąc złotych co miesiąc – doprawdy wspaniale, świetlana przyszłość! Przecież to absurd, takie rzeczy się nie dzieją. Nikt w ten sposób nie podejmuje decyzji na całe swoje życie, nawet przedstawiciele pogardzanej przez klasę średnią klasy ludowej. Abstrahując już od tego, że wychowywanie kilkorga dzieci to praca równie ciężka, jak zatrudnienie w korporacji, które cieszy się powszechnym szacunkiem.
Przede wszystkim, „emerytury dla matek” nie są świadczeniami dla rodzicielek czwórki i więcej dzieci, które nigdy nie pracowały, lecz dla tych, które nie uzbierały składek nawet na minimalne świadczenie. A to jest fundamentalna różnica. Kobiety wychowujące wiele dzieci mają zdecydowanie więcej problemów z utrzymaniem okresu składkowego na stabilnym poziomie. Mają dużo częstsze przerwy w pracy, ich CV nie jest potem okazałe, więc trudniej im zdobyć nieźle płatne zatrudnienie. Brak wystarczających na emeryturę minimalną składek wynika ze specyficznej sytuacji życiowej, a nie z lenistwa. Poza tym wprowadzenie „emerytury dla matek” jest nie tylko wsparciem, ale też symbolicznym docenieniem pracy w domu – jako właśnie pracy. To jest przecież feministyczna przesłanka.
Z drugiej strony jest faktem, że wiele kobiet wychowujących np. trójkę dzieci, albo nawet i czwórkę czy dwójkę, zdobędzie emeryturę minimalnie wyższą, powiedzmy na poziomie 1200 zł. One w takiej sytuacji mogą czuć się autentycznie poszkodowane. Przecież wychowanie i wcześniej urodzenie dwójki czy trójki dzieci również ogranicza ich możliwości zarobkowania – także one mają przerwy w pracy i mniejsze możliwości zwiększania swych kompetencji. Gdyby nie miały dzieci, ich emerytury najpewniej byłyby znacznie wyższe. Zamiast jednak krytykować „emerytury matczyne”, należałoby raczej wprowadzić dodatkowe rozwiązanie, które zwiększałoby wymiar emerytury dla każdej matki, zależnie od liczby urodzonych dzieci – np. za pierwsze dziecko dodatkowe 50 zł do emerytury, za drugie dodatkowe 100 (czyli w sumie 150 zł), a za trzecie i kolejne dodatkowe 200 zł (czyli matka trójki dzieci miałaby w sumie dodatkowe 450 zł do emerytury). To bez wątpienia nie tylko polepszyłoby sytuację emerytalną kobiet, ale też oddałoby im sprawiedliwość.
Usługi razem ze świadczeniami
Oczywiście samymi transferami nie da się poprawić bytu rodzin jako całości ani kobiet w rodzinach. Potrzebne są też rozwinięte usługi opiekuńcze, aby matki (i ojcowie zresztą też) miały dużo większe możliwości łączenia pracy z rodzicielstwem. PiS często oskarżany jest o to, że chce zostawić kobiety w domach, co trochę się kłóci z faktem, że to właśnie ta partia zwiększyła trzykrotnie (do 450 mln zł) środki dostępne w programie „Maluch+”, z którego jednostki samorządu terytorialnego mogą dofinansowywać żłobki na swoim terytorium.
O ile oferty przedszkoli i szkół w ostatnich latach wyraźnie się poprawiły, to dostępność żłobków nadal jest fatalna. Do żłobków chodzi wciąż mniej niż co dziesiąte dziecko w wieku do lat trzech. Co gorsza, są w tej kwestii gigantyczne różnice terytorialne – o ile w dolnośląskim do żłobków chodzi 14 proc. dzieci w tym wieku, to już w warmińsko-mazurskim jedynie 6 proc. W 2017 roku liczba miejsc w żłobkach wzrosła o 15 proc., co na papierze wygląda doskonale, ale łatwo o tak duże wzrosty przy tak niewielkich liczbach. Co gorsza, zaledwie 50 tys. ze 106 tys. miejsc jest w placówkach publicznych, które są zdecydowanie tańsze niż prywatne. Wiele rodzin rezygnuje z posłania dziecka do żłobka, jeśli nie dostanie się ono do placówki publicznej.
Z tej perspektywy 450 mln zł na nowe żłobki to i tak wciąż kropla w morzu potrzeb. Nawet jeśli roczny wzrost liczby miejsc w żłobkach będzie sięgać 20 proc., to minie wiele lat zanim sytuacja stanie się satysfakcjonująca.
Egalitaryzm w domu
Fundamentalnym czynnikiem określającym sytuację kobiet na rynku pracy jest równy podział obowiązków w domu. Mógłby ktoś powiedzieć, że nie jest rolą państwa wprowadzać takie zmiany. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że państwo ma ku temu instrumenty. Może przede wszystkim wprowadzić obowiązkowy urlop tacierzyński. Obecnie istnieje dodatkowy urlop ojcowski, ale to raczej listek figowy, bo może trwać on najwyżej 14 dni. W aktualnej sytuacji rodziny mają do dyspozycji 20-tygodniowy urlop macierzyński, który może wykorzystać matka, oraz 32-tygodniowy urlop rodzicielski, który może wykorzystać jeden z dowolnych małżonków. W związku z tym, że kobiety w Polsce (i nie tylko) mniej zarabiają, w zdecydowanej większości przypadków urlop rodzicielski również bierze matka (otrzymuje wtedy 80 proc. wynagrodzenia).
To oczywiście powoduje, że kobiety mają większe przerwy w zatrudnieniu, a pracodawcy patrzą na nie mniej łaskawym okiem, gdyż wiąże się z nimi ryzyko odejścia na rok na zwolnienie (i to niekoniecznie jedno). W czasie pozostawania młodej matki w domu w sposób naturalny kreuje się też podział domowych obowiązków, który potem zostaje na następne lata. Tymczasem 32-tygodniowy urlop rodzicielski mógłby być np. również podzielony na połowę – jedna część dla dowolnego rodzica, a druga obowiązkowo dla ojca. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby całe 52 tygodnie podzielić na dwie części – pierwsza obowiązkowo dla matki, a druga obowiązkowo dla ojca. Dzięki temu sytuacja kobiet na rynku pracy byłaby bliższa sytuacji mężczyzn (oczywiście w przypadku kobiet dochodzi jeszcze czasem dosyć długie L4 związane z ciążą), a w domach nie utrwalałby się nierówny podział zadań.
Bardzo ciekawy pomysł zgłosili jakiś czas temu posłowie PSL. Zaproponowali oni 7-godzinny dzień pracy dla rodziców opiekujących się dzieckiem do lat 15. Obecnie funkcjonuje coś podobnego w bardzo, ale to bardzo szczątkowej formie – z pracy o godzinę wcześniej mogą wychodzić matki karmiące piersią. Wprowadzenie tego rozwiązania mogłoby być pierwszym krokiem ku ograniczeniu czasu pracy, co postulowała niedawno Partia Razem. Trochę tak, jak „500+” może być pierwszym krokiem ku wprowadzeniu kiedyś w Polsce bezwarunkowego dochodu podstawowego. Dzięki temu rodzice, którzy mają mniej czasu wolnego niż pracownicy bezdzietni, mieliby więcej wytchnienia i czasu dla rodziny. I to zresztą również mogłoby się przyczynić do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu.
Nie ma nic złego w tym, że PiS wprowadza polską wersję państwa dobrobytu skierowaną w pierwszej kolejności do rodzin. Przy tak familiarnym społeczeństwie, jak Polska, takie wsparcie ma szanse bardziej społecznie rezonować. Jednak zatrzymanie się na „500+”, 300-złotowej wyprawce szkolnej i na „emeryturach matczynych” byłoby wielkim błędem. Potrzebne są kolejne reformy, przede wszystkim znacznie zwiększające nakłady na publiczne usługi opiekuńcze oraz zmiany prowadzące do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu. Oczywiście, żeby móc wprowadzić nowe programy na szeroką skalę, niezbędne będzie zdobycie nowych środków budżetowych. Czyli podniesienie podatków, szczególnie dla dobrze zarabiających, a także zniesienie szeregu ulg dla firm. Pytanie tylko, czy partia Jarosława Kaczyńskiego jest na takie zmiany podatkowe gotowa. Historia uczy, że akurat w tym obszarze PiS bardzo nie chce nadepnąć na odcisk najsilniejszych ekonomicznie grup w Polsce. Pozostaje więc czekać na rządy lewicy – ale autentycznej lewicy, a nie progresywnych liberałów, takich jak Robert Biedroń.
Piotr Wójcik
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski
przez Szymon Majewski | środa 27 lutego 2019 | nasze rozmowy
Z dr. Łukaszem Mollem i dr Michałem Pospiszylem o prowadzonym przez nich seminarium pt. „Filozofia polityczna motłochu. W poszukiwaniu plebejskich dóbr wspólnych” rozmawia Szymon Majewski.
18 lutego rozpoczęło się prowadzone przez Was w Polskiej Akademii Nauk otwarte seminarium. Proponowane pojęcie motłochu sugeruje, że mamy do czynienia z podmiotami, których nie da się zwyczajnie włączyć w prosty schemat dzielący społeczeństwa na klasy wyzyskujące i wyzyskiwane, uciskające i uciskane. Czy motłoch jest jakościowo odmienny od starożytnych niewolników, feudalnych chłopów i późniejszego przemysłowego proletariatu? Czy mieści się w takich dychotomicznych podziałach, czy raczej całkowicie się im wymyka – a jeśli tak, to na czym polega jego istota?
Michał Pospiszyl: Raczej powiedzielibyśmy, że je przecina. Klasyczna typologia walk klasowych, która myśli o epokach najpierw ekonomicznie, a później politycznie, rozpisuje tych politycznych antagonistów zgodnie z wcześniej przygotowaną siatką. Stąd efektem ekonomicznej analizy feudalizmu musi być ustawienie sporu na linii zacofane chłopstwo, rodzące się mieszczaństwo i odchodząca arystokracja, a w wypadku kapitalizmu prosta opozycja robotnicy kontra fabrykanci. Schemat, który wychodzi od walk społecznych, od żądań dostępu do dóbr wspólnych, zasobów, walki o uwolnienie od długów, likwidacji przywilejów, hierarchii itd., będzie zawsze bardziej skomplikowany, bo tych aktorów, grup, które walczą, jest nieskończona różnorodność. W tym sensie klasyczny schemat ma pewną wartość, ułatwia zrozumienie, że historia jest zawsze historią walk, ale zarazem pokazuje, że owe walki przebiegały po bardzo skomplikowanych liniach, a ich uczestnicy bardzo często obierali nieoczywiste pozycje. Dobrym przykładem są tutaj – nieźle udokumentowane i nie tak rzadkie – sojusze chłopów z arystokratami. Coś, co w ramach klasycznego marksizmu wydaje się niedorzeczne, przy bliższej analizie, dokonanej bez uprzedzeń, może okazać się niezwykle pouczające. Tak było na przykład podczas walk w południowych Włoszech w XIX wieku, świetnie opisanych przez Martę Petrusewicz („Latifondo: economia morale e vita materiale in una periferia dell’Ottocento”), gdzie chłopi, wykorzystując słabość arystokracji jako siły schodzącej ze sceny historycznej, używali jej do walki z włoskim mieszczaństwem. Podobnie buforową rolę arystokracja odgrywa w historii wioski heretyków opisanej w słynnej mikrohistorycznej pracy Emmanuela Le Roy Ladurie („Montaillou: wioska heretyków 1294-1324”), w której lokalny baron długo osłania chłopów przed siłami inkwizycji współpracującej już wówczas z francuską monarchią. Obie te historie dobrze pokazują, że oczywisty dla wielu osób taktyczny sojusz klas podporządkowanych z mieszczaństwem, w uniwersalnym pochodzie dziejów w ogromnej ilości wypadków byłby dla tych klas zabójczy. Nie chcę przez to powiedzieć, że klasy te nigdy nie wchodziły (czy też nie powinny były wchodzić) w sojusze z burżuazją, ale uwrażliwić na takie spojrzenie, na historię, w której nie istnieją oczywiste alianse.
Łukasz Moll: Klasa społeczna rozumiana ekonomicznie – jako zamknięte w gospodarstwach domowych niewolnictwo, przykute do ziemi chłopstwo czy będący dodatkiem do maszyny robotnicy fabryczni – to w pewnym sensie motłoch schwytany w pułapkę pracy przymusowej. Nie wynika z tego oczywiście, że tradycyjna analiza klasowa jest błędna. Powiedziałbym, że jest po prostu niepełna i spóźniona, przychodzi niejako już po tym, kiedy coś ważnego się zdarzyło, po przegranych walkach klas, których schematu i aktorów nie da się tak łatwo rozpisać w dwubiegunowy sposób. Wówczas motłoch jest już tylko resztką, jakimś niepasującym odrzutem, który na ogół spotyka się i z wrogością klas uprzywilejowanych – bo nie chce pracować, włóczy się, żebrze, kradnie – i nieuprzywilejowanych, pracujących, bo obija się, źle się prowadzi i swoją beztroską kłuje w oczy. W momentach rewolucyjnych ten motłoch jednak wychodzi z marginesów, mnoży się, na nowo przecinając utrwalone podziały. Więcej nawet, zaryzykowałbym tezę, że motłoch nie tylko przebiega w poprzek podziałów klasowych i schematów walk klasowych, o czym mówił Michał, ale przecina każdego z nas. W każdym z nas jest obecna jakaś cząstka stawania-się motłochem. Francuski historyk, jezuita Michel de Certeau, zauważył, że nawet będąc już zaprzęgniętymi do pracy przymusowej, próbujemy czynić w niej jakiś podziemny użytek. To może być wynoszenie materiału z fabryki po to, żeby na boku lub po godzinach majsterkować, albo czytanie książek spod stołu podczas pracy w biurze albo szatni. Wydaje mi się, że bez tego naddatku oporu i gotowości do cichej subwersji norm, porządek klasowy by nie przetrwał. Te motłochowe taktyki czynią go znośnym. Zasadnicze pytanie brzmi oczywiście: czy można, a jeśli można, to w jaki sposób, wyrwać je z marginesów i uczynić podstawą alternatywnych stosunków społecznych.
Wynikałoby z tego, że pewnym momentem fundacyjnym dla motłochu, szczególną dla niego chwilą, przez której pryzmat dzisiaj można o nim mówić, są narodziny kapitalizmu w jego nowoczesnej postaci; nastąpiło to po przegranych walkach (Łukasz), a w trakcie tych przeobrażeń pewne warstwy wśród motłochu podejmowały nawet taktyczne sojusze z przemijającymi klasami panującymi poprzedniej formacji, tj. z arystokracją (Michał). Czy to znaczy, że motłoch nie zawsze występował na marginesie historii i wielkich procesów społecznych?
Ł. M.: Narodziny kapitalizmu odgrywają niebagatelną rolę w historii motłochu. Ale trzeba tu być ostrożnym, żeby nie wpaść w pułapkę – której nie ustrzegł się całkowicie sam Karol Marks w „Kapitale” – i nie sprowadzić tych narodzin do jednego aktu o możliwym do wyodrębnienia miejscu i czasie. Jak wiadomo, dla Marksa tę rolę odgrywały przede wszystkim – mówię „przede wszystkim”, bo jednak pisał też o kolonializmie, imperializmie, niewolnictwie, grabieży ziemi poza Europą – procesy grodzenia dóbr wspólnych w Wielkiej Brytanii. Ta koncentracja na „ojczyźnie rewolucji przemysłowej”, kraju najbardziej zaawansowanej produkcji kapitalistycznej, utrudniła dostrzeżenie faktu, że geneza kapitalizmu jest znacznie bardziej pogmatwana. W zasadzie kapitalizm rodzi się co dzień, jego przetrwanie nieustannie zależy od podtrzymania stosunków społecznych opartych na wywłaszczeniu z bezpośrednich środków utrzymania, wywłaszczeniu, po którym rosnąca liczba populacji zmuszona jest świadczyć pracę przymusową. Praca przymusowa jest tak stara jak społeczeństwa klasowe, wyprzedza zatem kiełkowanie relacji kapitalistycznych. Ale to właśnie nieokiełznany apetyt kapitalizmu na grodzenia kolejnych dóbr wspólnych – od lasów i pastwisk, z których korzystać mogła biedota, po przestrzeń miejską, wiedzę i Internet – sprawia, że wzrasta liczebność, a wraz z nią polityczne znaczenie motłochu. Tych „ludzi luźnych”, pozbawionych bezpieczeństwa egzystencjalnego, trzeba częściowo zintegrować w system pracy przymusowej, a resztkę poddać różnym formom kontroli. W takich warunkach motłoch przestaje być problemem marginesowym, a staje się zagadnieniem centralnym dla współczesnej polityki.
M. P.: Też unikałbym takiego linearnego ujęcia. Że kiedyś uważaliśmy że kapitalizm został stworzony dzięki rewolucjom radykalnego mieszczaństwa i zbuntowanych mas (co jasno widać podczas rewolucji angielskiej, stanowi to też przedmiot Marksowskiej analizy rewolucji lipcowej) i że teraz zastępujemy to schematem, w którym masy jednak współpracowały z arystokracją, a motorem wszystkich zmian była burżuazja. Sytuacja wyglądała bardzo różnie. Na przykład w XIII wieku, póki mieszczaństwo jest klasą bardzo słabą, w ramach średniowiecznych ruchów heretyckich odgrywa rolę zdecydowanie pozytywną. Sojusz chłopstwa, biedoty, nędzarzy, zdegradowanych kleryków i prostytutek z kupcami przynosi niejednokrotnie ciekawe efekty. Druga sprawa to kwestia podmiotowości mas w historii. Oczywiście z pewnej perspektywy motłoch to resztka, odpad, to, co się nie zmieści w fabryce, wyląduje pod pokładem statku na Atlantyku, włóczy się po europejskich lasach itd., ale z drugiej, co dobrze rozpoznają różni radykalni filozofowie przełomu średniowiecza i nowożytności, masy to właściwie jedyny podmiot polityczny. Każdy porządek społeczny musi rozpocząć się od rozwiązania tego fundamentalnego problemu „co zrobić z motłochem”, jak go ujarzmić, zdyscyplinować, jak sprawić, by nie rozbił ustanowionego ładu? Tu znajdziemy całe spektrum odpowiedzi – od takich, które stwierdzą że należy masy poddać silnej autorytarnej władzy, że to ona stanowi rękojmię pokoju, po takie, które rozwiązania będą szukać w porządku demokratycznym lub nawet komunistycznym, a więc zdolnym zaspokoić roszczenia biedoty.
W takim wypadku wyłaniałby się nieco paradoksalny obraz. Z jednej strony amorficzny, niedookreślony i wymykający się wyraźnym klasyfikacjom charakter motłochu mógłby podpowiadać, że nie mówimy o aktorze wywierającym lub zdolnym do wywierania wpływu na bieg dziejów, tylko tak naprawdę, z szerszego punktu widzenia, nieistotnym. Ale okazuje się, że pomimo tej swojej płynności i pozostawania na peryferyjnych obszarach rzeczywistości społecznej, motłoch był dla rodzącego się kapitalizmu wrogiem, którego należało bezwzględnie ujarzmić, żeby system mógł się narodzić i rozwijać. Czy właśnie tym należy tłumaczyć trwogę i wstręt, jakie motłoch wzbudzał u luminarzy historycznych przemian? Czy wynikały one z tego, że w istocie motłoch cieszył się dużym znaczeniem i stanowił zagrożenie dla stabilności rodzących się, a później już okrzepłych porządków?
Ł. M.: Mamy na to wiele przykładów. Weźmy studium Silvii Federici nad związkami procesów o czary z kapitalistycznymi wywłaszczeniami. Od Europę późnego średniowiecza po Nigerię końca XX wieku, poddaną neoliberalnej terapii szokowej przez międzynarodowe instytucje finansowe, okazuje się, że kobiety okazują się strażniczkami dóbr wspólnych i porządków stających na drodze rozwoju kapitalizmu, i dlatego muszą zostać zdemonizowane. Jest tak, jakby tym procesom, które według apologetów kapitalizmu, a także sporej części lewicowców, uchodzą za postępowe, musiały towarzyszyć spektakularnie regresywne kontrtendencje. Ta sama logika ujawnia się w pracach historyków Petera Linebaugha i Markusa Redikera nad narodzinami globalnego kapitalizmu w trójkącie atlantyckim: między europejskim kolonializmem, afrykańskim handlem niewolnikami i karaibskimi plantacjami. Okazuje się, że aby przeprowadzić grodzenia, konieczne było zesłanie za Atlantyk angielskich radykałów i heretyków, włóczęgów i żebraków, irlandzkich buntowników, natarczywych wieśniaczek, pojmanie ludności afrykańskiej i pokonanie rdzennych ludów Ameryk. XVII-wieczny filozof Francis Bacon nazwał te wszystkie grupy wielogłową hydrą, która wprowadza chaos, poprzez który społeczeństwo ulega wynaturzeniu. Jednak obok tej negatywnej filozofii motłochu, w której staje się on w najlepszym razie obiektem humanitarnej troski i programów opiekuńczych, a w najgorszym przedmiotem pogardy, represji i eksterminacji, istnieje podejście afirmatywne, akcentujące to, w jaki sposób motłoch się odradza, jest nierozwiązywalnym problemem społecznym. Wspomniani Linebaugh i Rediker śledzą, do jakiego stopnia ludzie o różnym pochodzeniu, mówiący odmiennymi językami i wielbiący innych bogów, potrafią wchodzić ze sobą w interakcje, czy to na statkach, w więzieniach, czy jako zbiegowie z plantacji, i tworzyć mikroświaty o ultrademokratycznym, horyzontalnym charakterze. To te lojalności władza w interesie kapitału musi rozbić w oparciu o zasadę „dziel i rządź” – to, że wielogłowa hydra zacznie działać w skoordynowany sposób, że dokona równoczesnego ataku z wielu stron naraz, budzi wielkie przerażenie. Tym bardziej, że – to kolejna właściwość motłochu – tak trudno go poznać, opisać, a przez to i rozgryźć.
Powiedzieliśmy już, że uproszczony obraz podziałów i walk klasowych – a co za tym idzie, chyba też kanonicznie marksistowskiej historiozofii z jej linearnym charakterem – trzeba trochę skomplikować. Chciałbym w związku z tym nawiązać do tego, w jaki sposób klasyczny marksizm odnosił się do tej problematyki. Pełen pogardy i wezwań do brutalnego rozprawienia się z niebezpieczną tłuszczą stosunek liberalnych czy konserwatywnych filozofów do motłochu nie budzi większego zdziwienia, ale wystarczy przypomnieć utrzymane w bardzo wyższościowym i lekceważącym tonie słowa Marksa w „18 Brumaire’a…” o wywodzącym się z paryskiej ulicy zapleczu społecznym Ludwika Bonaparte, żeby dostrzec, iż również dla myśli lewicowej motłoch bywał czymś problematycznym. Jak do tego problemu ustosunkowywała się tradycja marksistowska, czy w ogóle go dostrzegała?
M. P.: Z samym Marksem sprawa jest bardzo skomplikowana, wyjęte z kontekstu fragmenty o lumpenproletariacie brzmią faktycznie, jakby nie musieli się ich wstydzić najwięksi europejscy konserwatyści – są pełne uprzedzeń, stereotypów, lęków. Z drugiej strony należy uwzględnić ostry polemiczny ton, w jakim utrzymany jest „18 Brumaire’a” a także, że tym, co naprawdę irytuje Marksa, jest pewien rodzaj politycznej bierności, który w tych konkretnych okolicznościach historycznych rzeczywiście stał się udziałem klas zdegradowanych, lumpenproletariackich. Taka polityczna lektura umożliwia zrozumienie, dlaczego w innych fragmentach, w których Marks pisze o motłochu, wyraża się o nim bez tych wszystkich uprzedzeń, z pewną empatią (jak w tekście o zbieraczach chrustu), a nawet lokuje w motłochu swoje polityczne nadzieje (jak w tekście o Komunie Paryskiej).
Ł. M.: Miałbym na uwadze, że sam Marks był jednak rozdarty między dwiema, nazwijmy to, stawkami, które organizowały jego aktywność jako rewolucjonisty i jako filozofa. Z jednej strony, lojalność wobec nieuprzywilejowanych, z drugiej jednak pewna stawka naukowa, związana z tym, jak zostanie przyjęte jego dzieło wśród intelektualistów. I ta druga stawka moim zdaniem miała zgubny wpływ na jego myślenie. Przejmował on pewne znajdujące się w obiegu liberalne i konserwatywne koncepty, jak np. pogardliwy stosunek do motłochu obecny u Hegla czy negatywne stereotypy na temat Orientu (m.in. Adam Smith, François Bernier). I próbował on w oparciu o te koncepty – początkowo niesproblematyzowane, traktowane po prostu jako naukowe – przedstawić swoją filozofię. Z perspektywy czasu widzimy jednak, że poglądy Marksa w tych sprawach ewoluowały. Wiemy o tym dzięki temu, że światło dzienne ujrzały kolejne z jego niewydanych pism, a ponadto uprawianie materializmu historycznego nie jest już dłużej zamknięte w skostniałych radzieckich schematach. Widzimy, że z biegiem lat Marks był coraz bardziej skłonny sądzić, że siłą obalającą kapitalizm nie musi być z konieczności proletariat wychowany do bardziej cywilizowanego porządku społecznego w kapitalistycznych fabrykach. O ile początkowo twierdził na przykład, że Irlandczycy powinni porzucić kwestię niepodległości i włączyć się we wspólny front z „bardziej rozwiniętym” angielskim proletariatem, to dzięki swojej międzynarodowej działalności zmienił zdanie. Podobnie w kwestii polskiej: początkowo jego wsparcie dla niej wynikało w dużej mierze z kalkulacji geopolitycznych – odrodzona Polska osłabi wpływ barbarzyńskiej Rosji na modernizujące się Niemcy, co przybliży rewolucję proletariacką. Ale później to aktywność polskich rewolucjonistów w walkach społecznych toczonych w całej Europie była dla niego najważniejsza. I tak samo było ze wsparciem czarnej ludności Stanach Zjednoczonych, z oceną potencjału rewolucyjnego na indyjskiej i rosyjskiej wsi czy w zrewoltowanym mieście, jak podczas Komuny Paryskiej – Marks coraz bardziej myśli o klasie nie jako o grupie wyznaczonej antagonizmem robotnicy-kapitaliści, ale jako o koncepcie politycznym, który zawiązuje się w żywiole polityki.
A jak wyglądała sytuacja w późniejszym marksizmie?
Ł. M.: Jeśli chodzi o marksizm po Marksie, to ta ambiwalencja między protekcjonalnym stosunkiem, w którym motłoch jest widziany jako zdegenerowany lumpenproletariat, reakcyjne chłopstwo niechętne wobec kolektywizmu czy konserwatywne drobnomieszczaństwo będące podporą faszyzacji, a bardziej przychylną oceną jego rewolucyjnego potencjału, przenika całą marksistowską tradycję. Chcąc przedstawić historię powszechną jako historię walk klasowych, marksizm ma oczywiście duże zasługi w odsłanianiu położenia poszczególnych grup i ich roli politycznej. Ale równolegle przejawia tendencję do wpisywania pozyskiwanej wiedzy w schemat ustalonych z góry sposobów produkcji – od niewolnictwa przez feudalizm i kapitalizm po komunizm – i redukowania jej do starcia dwóch głównych klas. Świetnie widoczne jest to na przykład u wybitnego marksistowskiego historyka Erica Hobsbawma, który napisał przełomowe prace o bohaterach ludowych, postaciach w rodzaju Robin Hooda, Janosika czy Pancho Villi, ale jednocześnie jego myślenie o historii napędzały narracje o postępowym pędzie nowoczesności, wychodzącym od brytyjskiej rewolucji przemysłowej i francuskiej rewolucji politycznej. Mamy jednak w marksizmie nurty, które pozwalają otworzyć historię walk klasowych na to, co marginesowe. Wspomnijmy tu tylko o Antonio Gramscim, który, widząc nierównomierny rozwój swojej ojczyzny, Włoch – podział na uprzemysłowioną Północ i „zacofane” Południe – posługiwał się kategorią podporządkowanego (subalterno) podmiotu, który zdaje sprawę z nieostrości podziałów klasowych i który został twórczo rozwinięty przez teoretyków postkolonialnych z kapitalistycznych peryferii, zmagających się z problemem nieprzystawalności marksizmu do realiów społecznych panujących w ich krajach. Wspomnijmy o bardzo ważnym dla rozwoju historii ludowej (zajmującą się badaniem historii z perspektywy klas niższych) Edwardzie Palmerze Thompsonie, którego interesowały głęboko zakorzenione, jeszcze przedkapitalistyczne wspólnotowe praktyki i zwyczaje ludowe i to, w jaki sposób ewoluują one pod wpływem kapitalizmu. Wspomnijmy o włoskich autonomistach, którzy zaproponowali tzw. przewrót kopernikański w ramach marksizmu. Odrzucili oni pogląd, zgodnie z którym za siłę napędową w historii należałoby uznać dążenie kapitalizmu do rozwoju – co czyniłoby z mieszczaństwa klasę postępową, stawiającą fabryki, niosącą cywilizację i kaganek oświaty, a z robotników produkt kapitalizmu, który w przyszłości go obali. Odwrócili oni relacje między pracą a kapitałem: pierwotny miał być opór pracy żywej wobec pracy przymusowej, który wpędza kapitał w kryzys i zmusza go do wynajdywania coraz to nowych strategii poszukiwania zysku. W perspektywie pracy żywej dowartościowana została praca domowa, szeroko pojęta reprodukcja społeczna (usługi, studia, transport) czy lumpenproletariat. Tym samym przeciwstawiono się męskocentrycznemu i „robociarskiemu” skrzywieniu marksizmu. Mamy wreszcie Waltera Benjamina, który przedstawił postęp w apokaliptycznym tonie: jako wicher, po którym zostaje składowisko ruin, a przed materializmem historycznym postawił zadanie odzyskania potencjału przegranych walk i zatrzymania szaleńczego pochodu historii, zamiast upatrywania nadziei w postępie technologicznym czy upowszechnieniu kultury mieszczańskiej.
Filozofia polityczna motłochu” w drugim zaproponowanym przez Was znaczeniu to myśl tworzona przez sam motłoch albo pod jego pozytywnym wpływem, afirmująca tę grupę (czy raczej grupy skoro mówimy o zjawisku tak niejednorodnym i płynnym). Czy moglibyście powiedzieć coś więcej o przykładach takich myślicieli, głoszonych przez nich koncepcji i ich społecznego oddziaływania?
M. P.: To z jednej strony grupa filozofów, o której mówiliśmy wcześniej, a więc myślicieli wciąż mieszczących się w kanonie historii filozofii (jak Marsyliusz z Padwy, Machiavelli czy Spinoza), ale formułujących całkowicie inną odpowiedź na wybuchające wówczas bunty, na podmiotowość mas w sytuacji rodzącego się kapitalizmu. W skrócie, odwrotnie niż główny nurt europejskiej filozofii wszyscy oni uważają, że motłoch to nie żadna amoralna, histeryczna i pozbawiona jakiejkolwiek racjonalności grupa, przeciwnie, wskazują, że masa właśnie dlatego, że składa się z całej rzeszy różnych jednostek, cechuje się potężną inteligencją, zdolną rozwiązywać w kolektywny sposób problemy, o których nie śniło się filozofom. To raz. Dwa, i ten nurt wydaje nam się szczególnie zajmujący, to myśliciele wprost wywodzący się z ludu. Szczęśliwie mamy kilka znakomitych tekstów po polsku na temat tych postaci. To książka Carlo Ginzburga o XVI-wiecznym młynarzu z Włoch oraz esej tego samego historyka o ludowym libertynie żyjącym w wieku XVII (który drukowaliśmy w „Praktyce Teoretycznej”). Obie te historie, choć koncentrują się na postaciach w jakiś sposób wyjątkowych, zdaniem Ginzburga odsłaniają coś więcej niż tylko poziom świadomości tych dwóch badanych jednostek, pokazują pewną tendencje, pewien sposób myślenia powszechny wśród klas ludowych, nawet jeśli w każdym poszczególnym przypadku ta tendencja przyjmuje inną postać. I jaki jest to obraz? Skrajnie odmienny od tego, który od setek lat, głównie za sprawą Kościoła, próbuje się wkładać ludziom do głowy. Owa oddolna, ludowa teologia jest bardzo pogańska, panteistyczna, wszystko może w niej stać się nośnikiem boskich, mistycznych sił, nie ma w niej miejsca na trwałe, niezmienne hierarchie, Boga ojca czuwającego nad całym światem i reprezentujących go na ziemi monarchów. To wszystko zostaje odrzucone, a świat jest pomyślany jako sieć głównie horyzontalnych relacji. Trwałość tego światopoglądu, tej komunistycznej wizji całego kosmosu (którą analizuje w swoich pracach także Silvia Federici), jest uderzająca, jeśli pomyśleć o tym, ile czasu i energii włożono w to, żeby go wykorzenić. Ostatecznie cel ten został osiągnięty, jednak Kościół miał w tym odgrywać zupełnie drugoplanową rolę, a siłą, która wyruguje tę ludową filozofię, tę komunistyczną kosmologię, będzie nowoczesne mieszczaństwo.
Wydaje mi się, że motłoch jest konstruowany w opozycji do uprzywilejowanych – ale czy w ogóle jest mu potrzebne uznanie ze strony klas panujących, czy w ogóle chciałby angażować się w taką grę i ubiegać się o potwierdzenie przez nie własnej podmiotowości? Czy bardziej pasujące do tych grup nie byłoby trwanie we własnym, oddzielnym świecie, w którym ten głównonurtowy nie jest żadnym istotnym punktem odniesienia?
Ł. M.: Tu widzę obosieczne zagrożenie. Rzeczywiście, już sama nazwa „motłoch” budzi skojarzenia z miszmaszem, z czymś, co nie daje się bezproblemowo reprezentować przez swoich przedstawicieli i w ogóle przez nowoczesną politykę, w której partie czy liderzy reprezentują zbiorowe interesy jakichś grup – klasy robotniczej, rolników, kobiet itd. I z tego punktu widzenia włączenie motłochu w politykę przedstawicielską będzie zawsze pewnego rodzaju stłumieniem jego potencjału, uczynieniem z niego grupy „wykluczonych”, wymagającej opieki, paternalistycznego socjalu, współczucia. Ale też z drugiej strony istnieje zagrożenie symetryczne – swego rodzaju ludomania, opierająca się na założeniu, że skoro motłoch jest tym, co na marginesie, co wymyka się polityce, to nic z nim nie zrobimy, on będzie twardo uwięziony w swoich przyzwyczajeniach i co najwyżej stanie się siłą wspierającą rozmaite – lewicowe bądź prawicowe – populizmy. Te dwie skrajne odpowiedzi nazwalibyśmy antyesencjalizmem i esencjalizmem. Antyesencjalizm głosiłby, że motłoch nie ma i nie może mieć żadnej esencji, jest tym, co płynne, nieuformowane – i dzisiaj takie założenie przyświeca różnym ruchom społecznym, które odmawiają udziału w instytucjonalnej polityce: od Occupy przez Żółte kamizelki we Francji po Czarne Protesty w Polsce. Natomiast esencjalizm to skłonność do obstawiania przy pewnym wyobrażeniu ludowości – że jest niechętna zmianom, tradycjonalistyczna, niechętna polityce i można ją jedynie podjudzić przy użyciu efektownych haseł i dzięki charyzmatycznemu liderowi. Nie twierdzę, że obie te strategie mobilizacji nie mogą odegrać w określonych sytuacjach pozytywnej roli. Nas jednak interesowałoby coś innego – odnalezienie w konstytucji motłochu pewnych praktyk, które dziś są trudno uchwytne, mają charakter raczej strategii przystosowawczych, takiej cichej solidarności i sąsiedzkości. A następnie zastanowienie się, na ile te praktyki mogą stać się podstawą dla równościowej polityki. Zarówno te horyzontalne ruchy społeczne, jak i różnej maści populizmy, mierzą się z tym samym deficytem: potrafią mobilizować do sprzeciwu, ale nie radzą sobie z kształtowaniem alternatywnych form stosunków społecznych.
M. P.: Kwestie zewnętrznej pozycji motłochu można rozumieć też bardziej ekonomicznie niż politycznie, bardziej w odniesieniu do kapitalizmu niż liberalnej demokracji. Wówczas stawką przestaje być pole demokracji parlamentarnej i rozmaite odpowiedzi, od odmowy udziału w tak skrojonej demokracji, przez próbę jej reformy, po populistyczną krytykę. A stawką zaczyna być analiza rozmaitych praktyk oporowych, walk, które toczą się zasadniczo o zablokowanie kapitalistycznej, czy, w naszym wypadku, neoliberalnej transformacji. Historycznie rzecz biorąc, najsilniejsze walki antykapitalistyczne toczone były właśnie w taki sposób, od „czarownic”, przez ruchy antykolonialne, bunty niewolników, a nawet XIX-wieczny ruch robotniczy, podobnie działo się w historii III RP podczas walk rolników, lokatorów czy kobiet broniących prawa do aborcji. W każdym z tych przypadków grupy podporządkowane stają w obronie swojej formy życia, a więc świata, w którym aborcja nie kosztuje kilku tysięcy złotych, ale jest finansowana i zabezpieczana przez państwo, w którym każdy ma prawo do mieszkania, a rolnik nie zostaje rzucony sam na starcie z globalnym kapitalizmem. Przyzwyczailiśmy się myśleć, że lewica powinna być skierowana ku przyszłości, a jej podstawą kategorią filozoficzno-polityczną powinien być postęp. Właściwie, jeśli uczciwie przyjrzeć się historii walk klasowych, to nic takiego nie miało miejsca. Punktem wyjścia do każdej antykapitalistycznej walki był pewien zastany system wartości, oczekiwań, marzeń, relacji społecznych, które umożliwiały jego trwanie. Nie chodzi przy tym o wyobrażanie sobie tego „zewnętrza” jak jakiejś alternatywnej, idyllicznej rzeczywistości, całkowicie odseparowanej i nigdy nie dotkniętej przez stosunki kapitalistyczne. W wielu przypadkach jest to rzeczywistość niemal w całości (jak na przykład górnictwo) wytworzona w ramach kapitalizmu, a jednak w ramach tego wytworzonego w kapitalizmie stanu rzeczy wytwarza się rodzaj zewnętrza, a więc w tym przypadku świata górniczego, który stawia opór, walczy przeciwko likwidacji kolejnych praw zdobytych przez pokolenia robotników. To opór, walka tworzą to, co zewnętrzne wobec kapitalizmu i w czym możemy poszukiwać obietnicy innego kształtu stosunków społecznych i ekonomicznych.
Kto, w skali całego świata, jest motłochem dzisiaj? Jakie grupy, nurty czy ruchy społeczne można tutaj wyróżnić i wskazać?
Ł. M.: Mówiliśmy wcześniej, że motłoch warto rozpatrywać w perspektywie współczesnych kapitalistycznych grodzeń – wywłaszczenia ze wspólnotowej formy życia. Jeśli przyjmiemy taką optykę, otworzy się przed nami naprawdę duży i wewnętrznie zróżnicowany zestaw podmiotowości. Możemy w zasadzie powrócić do Baconowskiej hydry, która ciągle żyje i ma się dobrze. Co ciekawe, jej łby także są znajome. Bo są tu nadal rolnicy stający w obronie wiejskich relacji społecznych, przekształcanych pod wpływem agrobiznesu czy grodzenia dostępu do oddolnej wiedzy (kwestia patentowania nasion i GMO) lub wody. Są tu nadal piraci, dziś już nie atlantyccy, a głównie ci działający w obronie wolnego przepływu w sieci, który dziś jest grodzony na przykład przez płatne platformy typu VoD i media społecznościowe, po prostu wykorzystujące nagromadzone oddolnie bogactwo sieci. Ale nie zapominajmy także o tych morskich, bo istnieje przecież związek między somalijskim piractwem a utratą łowisk, które przejęły wielkie korporacje. Współczesność ma także swoje czarownice – wydaje się, że stawką nowych walk feministycznych jest nawet nie tyle „moje ciało, mój wybór”, ale kolektywnie rozumiane prawa reprodukcyjne, wspólny, gwarantowany dostęp do zdrowia i opieki, gdzie decydujący głos w kwestii przerywania ciąży przysługiwać ma oczywiście kobietom. Nadal mamy tzw. Indian – od Zapatystów w Meksyku, którzy stworzyli alternatywę dla kapitalistycznych relacji w Chiapas, po walki w Boliwii przeciwko prywatyzacji wody i włączenie alternatywnych kosmologii do strategii rozwoju, by przezwyciężyć kryzys ekologiczny. Również dzisiejsze migracje odpowiadają na jeszcze większą skalę dawnym włóczęgom, zbiegom, zesłańcom. W każdym przypadku mamy tutaj do czynienia z bardziej lub mniej skoordynowanymi, ale każdorazowo liczebnie znaczącymi ruchami, które rozregulowują warunki akumulacji kapitalistycznej. Ale żeby też nie romantyzować za bardzo ich znaczenia, sam zadaję sobie pytanie, czy aby to nie jest dziś dla kapitału funkcjonalne.
M. P.: To wbrew pozorom trudne pytanie, oczywiście możemy szukać rozmaitych przykładów, od Żółtych Kamizelek po ruchy Black Lives Matter, sans-papiers, Czarny Protest, widzieć jego przejawy w liczącym 200 milionów osób strajku, który niedawno odbył się w Indiach, czy myśleć w tych kategoriach o opiekunach osób niepełnosprawnych lub o ruchu lokatorskim w Polsce. I to wszystko będą trafne przykłady. Ale z drugiej strony może lepiej posługiwać się tą kategorią w sposób, który Łukasz zarysował wyżej, w oparciu o badania de Certeau, a więc myśleć o motłochu jako kategorii, która przecina każdy zastany porządek społeczny, każdą podmiotowość zbiorową i indywidualną.
Przenieśmy się teraz na chwilę do bliższego nam kontekstu. Od pewnego czasu coraz częściej mówi się o potrzebie napisania ludowej historii Polski, uwzględniającej perspektywę pomijanych przez tradycyjną historiografię nieuprzywilejowanych grup. Czy w historii społecznej Polski występował motłoch, a jeśli tak, to gdzie i pod jakimi postaciami, jeżeli nie chcemy ograniczać się do „konwencjonalnych” klas uciskanych, tj. chłopstwa, a potem proletariatu? Czy odcisnął jakieś trwałe i odczuwalne do dziś piętno na losach naszego społeczeństwa?
M. P.: Spór o historię jest z naszej perspektywy zasadniczy. To dominujące sposoby opowiadania przeszłości sprawiają, że o klasach podporządkowanych (chłopach, służących, robotnikach itd.) nie mówi się wcale, a jeśli już, to ujmuje się je w kategoriach całkowicie biernych aktorów procesu dziejowego. Dobrym przykładem takiej „ludowej historii Polski” – robionej z podobno dobrymi intencjami, ale z katastrofalnym skutkiem – jest oczywiście głośna książka Andrzej Ledera. Ale mimo solidnej krytyki, jaka spadała na tę pracę, reprezentowany w niej sposób myślenia cały czas ma się świetnie, i to nie tylko w publicystyce liberalnej. Dobrym przykładem jest wydana ostatnio przez „Krytykę Polityczną” książka Alicji Urbanik-Kopeć o polskich robotnicach z przełomu XIX i XX wieku („Anioł w domu, mrówka w fabryce”), w której autorka próbuje dowodzić, że kobiety pracujące za niewolnicze stawki, w katastrofalnych warunkach sanitarnych po kilkanaście godzin dziennie, w istocie doświadczały postępu, bo praca w fabryce wyzwalała je z więzów chłopskiej społeczności. Książka ta jest dobrym przykładem tego, jak bardzo szkodliwa jest ideologia postępu. Mamy cały materiał dowodowy, który świadczy o tym, że żaden postęp nie miał miejsca (książka uczciwie dostarcza tego materiału całe tony), ale przecież wiemy, że przyszłość jest lepsza od przeszłości, więc niezależnie od ceny, którą trzeba zapłacić, będziemy dowodzić, że umieranie z chorób, głodu i przepracowania, to w istocie emancypacja…
Ł. M.: Mamy problem z myśleniem o historii Polski bez tej całej opowieści o konieczności wyrwania się z zacofania, która zbyt łatwo przeradza się w taką intelektualną i mentalną samokolonizację. Kończy się to tym, że przyjście kapitalizmu, zabory czy socjalistyczną modernizację przyjmujemy jednostronnie, jako automatyczny postęp. Widoczne jest to nie tylko u na wyrost kojarzonych z lewicą autorów liberalnych, takich jak Leder, ale nawet u niewątpliwie lewicowego Jana Sowy, którego świetne skądinąd i przełomowe pod wieloma względami „Fantomowe ciało króla” też zbyt łatwo kupuje tę opowieść o polskości jako formie nienowoczesnej, która nie potrafi wykrzesać z siebie żadnej pozytywnej propozycji poza alternatywą długiego trwania w okowach tradycji i wejścia z kapitalistycznymi centrami w relację peryferyjną. Sądzę, że problem jest nawet głębszy. Napisanie ludowej historii Polski z perspektywy filozofii politycznej motłochu, o której tu rozmawiamy, jest po prostu niemożliwe. Nie tylko z tego praktycznego powodu, że motłoch jest często niewystarczająco reprezentowany w archiwach – a jeśli już, to z perspektywy władzy, bo historię piszą zwycięzcy. Jest tak zwłaszcza w archiwach kraju, który doświadczał kolonizacji. Podstawowy powód jest inny. Państwo narodowe to produkt historii i historia to produkt państwa narodowego. Jeżeli chcielibyśmy konsekwentnie wprowadzić motłoch do historii, to nie możemy od razu myśleć w kategoriach państwa. Ono w końcu musi się wyłonić na horyzoncie – bo przecież nie możemy zamykać oczu na rzeczywistość – ale już w zupełnie nowy sposób, który nie byłby niesproblematyzowany, z góry założony. Pojawiłoby się pytanie o to, jak procesy kontroli, upodmiotowienia, ujarzmienia, unarodowienia próbowały okiełznać motłoch i gdzie otwierały się wobec nich linie ujścia. Myślę tu o takich przypadkach jak rabacja galicyjska, powstania kozackie, osadnictwo niemieckie, migracje do Nowego Świata, radykalne odłamy reformacji czy oddolne, często niewygodne dla partii interpretacje socjalistycznej obietnicy w PRL. To są wszystko tematy, których uczciwe potraktowanie może poszerzyć naszą wyobraźnię historyczną, wskazać alternatywy dla państwa i narodu, a zarazem pomóc nam zrozumieć, w jaki sposób państwo narodowe zostaje ustanowione i reprodukuje się pomimo ruchów, które dysponują potencjałem jego rozbiórki. Tak rozumiana historia ludowa Polski to coś więcej niż po prostu uzupełnienie dominujących, narodowocentrycznych narracji o białe plamy: robotników, chłopów, kobiety czy mniejszości narodowe i religijne.
Napisanie polskiej historii motłochu jest w takim razie rzeczywiście trudnym wyzwaniem skoro, poza problemami czysto technicznymi i dotyczącymi źródeł, wymaga porzucenia kategorii nie tylko konwencjonalnej nauki o przeszłości, którą wszyscy znamy ze szkół i innych dominujących aparatów ideologicznych, ale też zyskującego na popularności podejścia, które najlepiej symbolizuje Leder, a które w masach widzi tylko bierny i urabiany przez innych podmiot, czy też nadmiernych zachwytów nad modernizacją, wcale nie zawsze prowadzącą do dobrych rezultatów. Na koniec chciałbym się odnieść bezpośrednio do dzisiejszej rzeczywistości i zapytać, czy filozofia polityczna motłochu może aktualnie zostać wykorzystana jako narzędzie pewnej zmiany politycznej i społecznej. Wskazujecie na potencjał tkwiący w filozofii politycznej motłochu oraz jego praktykach emancypacyjny – przykładem może być przywiązanie do dóbr wspólnych, stawiane w kontrze do rzeczywistości zamieniającego wszystko w towary i stawiającego kolejne grodzenia kapitalizmu. Na czym ten potencjał polega i w jaki sposób moglibyśmy go dzisiaj wykorzystać? Jak miałoby to wyglądać w przełożeniu na rzeczywiście odczuwaną i wprowadzaną w życie zmianę społeczną?
Ł. M.: Taka polityka niewątpliwie musiałaby być wolna od nieznośnego protekcjonalizmu względem tego wszystkiego, co uchodzi za ludowe, pospolite, masowe. Tam, gdzie posługuje się wyobrażeniami o bierności, tradycjonalizmie, konformizmie czy zamiłowaniu do przemocy, złodziejstwa, lenistwa, musiałaby dostrzec praktyki słabych, bardzo często niewyartykułowane przez politykę przedstawicielską. Nie ma tu oczywiście miejsca na odmawianie klasom niższym absolutnie podstawowego wkładu w produkcję społeczną – zwłaszcza w tych sferach, bez których nie można sobie wyobrazić społeczeństwa, jak opieka, edukacja, pozyskiwanie surowców, budownictwo, transport. Nie ma miejsca na gloryfikację zawłaszczycieli, na widzenie w nich zawiadowców postępu – chyba że takiego jego modelu, który jest korzystny przede wszystkim dla nich samych, a więc opiera się na wyzysku. Nie może być mowy o wprowadzaniu jakiejś klasistowskiej różnicy kulturowej, wedle której klasa średnia jest postępowa, wyzwolona, otwarta, a ludzie pracy są konserwatywnym, ciemnym ludem, który trzeba trzymać krótko. Rozsiewanie tego typu wizji kończy się polityką opartą na obustronnym resentymencie, jest paliwem dla demagogicznego politykierstwa. Tak bym widział politykę w duchu lewicowego populizmu, cały czas pamiętając jednak, że filozofia polityczna motłochu nie powinna być redukowana do rozgrywek parlamentarnych i do przedstawicielstwa. Dzisiaj mamy aż za nadto przykładów na to, że jej żywioł nie daje się do tego sprowadzić. Czy weźmiemy Żółte Kamizelki we Francji, Black Lives Matter w Stanach Zjednoczonych czy ruch Occupy – widzimy, że są to mobilizacje w obronie i na rzecz poszerzenia określonej formy życia, na którą polityka instytucjonalna musi jakoś zareagować, ale których nie potrafi zagospodarować. Czynienie tym ruchom wyrzutów, że nie chcą reanimować trupa liberalnej demokracji, podobnie jak stawianie im z zewnątrz określonych żądań do realizacji, to jeszcze jeden przykład na zatrwożoną motłochem filozofię, dla której szukamy alternatywy. Ona musi polegać na praktykowaniu innego podejścia badawczego czy na innym zaangażowaniu w walki – w obu przypadkach wolnym od besserwisserstwa.
M. P.: Zarówno polityczna, jak i filozoficzna perspektywa, którą przyjmujemy, wykluczają zajęcie pozycji intelektualisty, który będzie przebierał w możliwych opcjach lub dyktował, co powinno się robić. Poucza nas o tym historia, więc uważamy, że najmądrzejsza jest zawsze „masowa inteligencja”, a więc wiedza zgromadzona w praktykach motłochu, wytwarzana w walce, ale zarazem czerpiąca z historii, z tradycji walk społecznych. Wierzymy, że ten kolektywny intelekt, mądrość produkowana przez miliony pojedynczych umysłów, gromadzący całą różnorodność spojrzeń i perspektyw, może jeszcze stworzyć rzeczy, o których nam się nie śniło.
Dziękuję za rozmowę.
Luty 2019 r., rozmawiał Szymon Majewski
Łukasz Moll – doktor nauk humanistycznych w zakresie filozofii, redaktor czasopisma naukowego „Praktyka Teoretyczna”, lewicowy aktywista z Górnego Śląska.
dr Michał Pospiszyl – filozof, teoretyk kultury, redaktor kwartalnika „Praktyka Teoretyczna” i pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN. Autor książki „Zatrzymać historię: Walter Benjamin i mniejszościowy materializm” (Warszawa 2016) oraz współautor (wraz z Katarzyną Czeczot) pracy „Romantyczny antykapitalizm” (Warszawa 2018).
przez Piotr Wildanger | wtorek 26 lutego 2019 | opinie
Co byłoby, gdyby Polskę odwiedził ktoś z Europy Zachodniej, zaznajomiony z naszym językiem, i sprawdził przekaz medialny głównych mediów? Zapewne byłby zdziwiony. Na tzw. jedynkę czy pierwszą stronę lądują kolejny sukces polskich skoczków, transfer Krzysztofa Piątka do AC Milan, nieznaczące wypowiedzi polityków lub kronika wypadków samochodowych. Ewentualnie można pokazać łosia w Wiśle. Tego, który wszedł do rzeki w stolicy pewnego sierpniowego dnia, żeby się ochłodzić.
Ba, przed łosiem uciec się nie da, gdyż zmieniając kanał telewizyjny spotkamy się z nim ponownie. Oczywiście jeśli chodzi o stacje informacyjne. Tymczasem ktoś przyzwyczajony do oglądania anglojęzycznych stacji informacyjnych może złapać się za głowę. Kilkakrotnie prześledziłem niedawno czołowe europejskie stacje informacyjne. Wiadomości wyglądały mniej więcej tak: 1. Kryzys polityczny w Wenezueli, 2. Protesty „żółtych kamizelek” we Francji, 3. Zawieszenie traktatu o INF przez USA i Rosję, 4. Konferencje dot. Bliskiego Wschodu.
Obecnie media w Polsce żyją kolejnymi zatrzymaniami przez CBA oraz tzw. taśmami Kaczyńskiego. Często, a nawet bardzo często, komentatorami w tej sprawie są politycy. Rzadko pyta się politologów, ekonomistów, prawników, a np. w informacyjnym kanale France24 zazwyczaj goszczą eksperci, a polityk jest tylko jednym z kilku komentujących dany temat. Telewidzom niuanse sprawy wyjaśniają eksperci, a nie, jak u nas, od wielu dziesięcioleci Leszek Miller i podobni. A już robienie sensacji z tego, że Mariusz Kamiński ponoć całował się z psem na jednej z alkoholowych imprez i szukanie owego czworonoga, wołają o pomstę do nieba. Akurat to jest mało istotne. Ważne jest to, czy koordynator służb specjalnych w Polsce nadużywa alkoholu. W tym całym gąszczu niepotrzebnych informacji oraz mglistego przedstawiania tych istotnych, zwykły Kowalski może się pogubić. Powstaje pytanie, czy to nadal informacja, czy raczej dezinformacja. Bardzo podobnie działają media internetowe. Sieć stała się ważnym obiegiem informacji, ale w sporej części znakomitym narzędziem dezinformacyjnym.
Nieistotne informacje pojawiają się często już na pierwszych stronach lub tuż za kluczowymi tematami. Częste jest robienie newsa z czyjejś opinii, co nie jest żadną rzetelną informacją. Wiadomości o tematyce WAGs (partnerki znanych sportowców), dziewczyny z instagrama lub tindera, jak ktoś sławny wyglądał 20 lat temu, oburzanie się „krągłościami” kobiet tuż po urodzeniu dziecka, jak mieszkają celebryci, info z seriali, gole Lewandowskiego i Piątka – to tematyka, która w ogóle nie powinna trafić do bloku poważnych informacji i w wielu krajach wciąż nie ma tam wstępu.
Owszem, można nadal informować o atakach dzików na ludzi, łosiu w Wiśle czy debatować nad twitterowym wpisem trzeciorzędnego polityka. Pewnie, że można! Cały tydzień drążenia tematu. Łatwiej się sprzeda sensacyjny news powstały szybko, niż wyważony materiał, nad którym pracuje się wiele dni lub nawet tygodni. Prędkość, z jaką podąża taki news w TV czy internecie, jest niebywała. Pytanie jednak, czy współczesny dziennikarz ma być niczym kasjerka w hipermarkecie lub pracownik fast foodu? Przecież zawsze należy wątpić i sprawdzać.
Media mają kontrolować władze. W III RP media publiczne często służą za tubę propagandową opcji, która rządzi. Media prywatne starają się kontrolować władzę, ale nasilenie ich funkcji zależy od tego, kto jest u sterów państwa. Gdy nie jest to opcja liberalna, po części wypełniają swoją rolę. Jednak gdy do władzy dojdzie blok o podobnym do nich profilu ideowym, często te same media przymykają oko na nieprawidłowości w wykonaniu rządzących.
Za najbardziej rzetelny serwis informacyjny w Polsce uchodzą „Wydarzenia” w telewizji Polsat (59,3% ogółu takich opinii; badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z lutego 2019), lecz jest to dość niski wynik jak na lidera. Jednak to z właścicielem tej stacji Zygmuntem Solorzem-Żakiem musiał porozmawiać aż Prezydent RP Bronisław Komorowski, by tamten odkodował finał mistrzostw świata z udziałem polskich siatkarzy w 2014 r. Sytuacja rodem z jakiegoś z krajów afrykańskich: nie dość, że transmisje meczów z udziałem Polaków są płatne, to jeszcze głowa państwa musi interweniować w tak błahej sprawie.
Media radiowe, z wyjątkiem części publicznych (wciąż są tam naprawdę ciekawe audycje naukowe czy literackie), jakościowo pozostawiają wiele do życzenia. Stacje prywatne mają fatalnej jakości bloki informacyjne i kulturalne. Serwisy informacyjne trwają góra pięć minut. Oczywiście nie brakuje tam informacji o tym, że ktoś gdzieś w Polsce wpadł pod samochód.
Najwięcej ciekawych mediów znajdziemy poza mainstreamem, często o charakterze publicystycznym czy popularnonaukowym. Niestety nie o takich budżetach jak media głównego nurtu. Zwykle stoi za nimi grupa hobbystów i pracowników naukowych. Coraz częściej tego typu magazyny są wydawane w całości dzięki darczyńcom, część tylko jako e-wydanie. Wsparcie ze środków publicznych bardzo często idzie w parze z ideologią, którą wspiera partia rządząca. Za koalicji PO-PSL, „apolityczny” konkurs o dofinansowanie wygrywały głównie pisma liberalne i lewicowe, za rządów Zjednoczonej Prawicy z kolei te o charakterze konserwatywnym i narodowym.
W rankingu wolności prasy według organizacji „Reporterzy bez granic” w roku 2018 r. Polska zajęła 58. miejsce. W zestawieniu, które obejmuje razem 180 państw, sąsiadujemy z Fidżi, Dominikaną i Haiti. Wielu dziennikarzy ma wytaczane procesy za samo zadawanie kłopotliwych pytań. Innych straszy się karami o w kolosalnych wartościach. Jeszcze inni muszą szukać sprawiedliwości w Strasburgu. Dzieje się to od lat i ponad podziałami politycznymi – Wojciecha Sumlińskiego próbowano umieścić w areszcie śledczym. Być może dlatego stan polskiego dziennikarstwa jest taki, jaki jest. Ktoś samym pytaniem poczuje się zniesławiony. Jakaś „gruba ryba” będzie chciała sądownie zakazać pisania na dany temat, jak to miało miejsce niedawno z NBP i KNF. Inni będą „tylko prosić”, by nie pisać o nich, jak Żandarmeria Wojskowa za poprzednich rządów. Jeszcze inni, jak koncern Amazon, straszyć pozwami za artykuły prasowe. Lepiej zajmować się nieistotnymi sprawami, lepiej pisać dobrze o wszystkim, bo inaczej napotkamy kłopoty różnego rodzaju.
Piotr Wildanger