Kodeks Faktów Dokonanych – o pakiecie antykryzysowym Morawieckiego

„Ja bym zwolnił a potem się martwił. W tym momencie w kraju obowiązuje Kodeks Faktów Dokonanych” – wpis na facebookowej grupie „Strajk Przedsiębiorców”

Przeczytałem założenia Tarczy Antykryzysowej rządu Morawieckiego i mówiąc krótko będzie to, co było i już jest. Czyli minimum pozorowania cywilizacji niezbędne dla funkcjonowania firm i instytucji publicznych. Ustawa antykryzysowa to Kodeks Faktów Dokonanych, jak stwierdzili już przedsiębiorcy. Sankcjonuje dzikie warunki pracy panujące w Polsce od dekad. Pewne ważne kwestie ulegną jednak także zmianie.

Polski kapitalizm, czyli barbarzyństwo

Zacznijmy od krótkofalowych efektów, od „tu i teraz”. Jeśli chodzi o płace, zostaną one prawie wszędzie, poza uprzywilejowanymi stanowiskami, obcięte do wielkości w praktyce zbliżonej do płacy minimalnej (ok. 2000 zł na rękę). Jeśli chodzi o czas pracy, zostanie dla jednych obcięty, a dla innych rozszerzony drastycznie. Dla pracowników generujących straty w czasie przestoju zostanie on obcięty i można się spodziewać, że ich płaca zostanie zredukowana do dozwolonego przez prawo minimum lub zostaną zwolnieni. Jedno i drugie już się dzieje, a jedynym sposobem, żeby temu przeciwdziałać, jest założenie związku zawodowego i solidarny opór pracowników. Zatomizowani pracownicy będą robić to, co im każe ich szef i będą ich słuchać nawet w obliczu bezpardonowych zwolnień.

Czas pracy zostanie natomiast wydłużony dla pracowników generujących zyski lub wykonujących społecznie niezbędną pracę, jak np. pracownice magazynów czy pielęgniarki, a z drugiej strony dla wykonujących pracę niezbędną dla obsługi firm części menedżerów. Ich płace zostaną zmienione w zależności od przynależności klasowej. Klasie pracującej wykonującej niskopłatne i wysoce wartościowe społecznie prace – zarobki zostaną obcięte. Dla kadry zarządzającej pojawią się premie. Będzie królowała metoda marchewki i kija: jeżeli da się pracowników zastraszyć, to będzie się straszyć zwolnieniem lub gwarantowaną, ale niską płacą, natomiast gdy nadal będzie z nimi problem, otrzymają bonusy (jak na przykład w Amazonie).

Pracownicy i pracownice muszą walczyć o swoje, ponieważ pomoc państwa ogranicza się do starań o uniknięcie masowych zwolnień i pomocy w utrzymaniu jakichkolwiek wynagrodzeń i ewentualnej kontroli cen. Państwo robi to zresztą bez większego entuzjazmu. Pokazują to choćby skandaliczne warunki, jakie osobom na umowach śmieciowych postawiono, żeby mogły otrzymać świadczenie. Podstawą jakiekolwiek walki o ludzkie traktowanie jest solidarność – pojedynczy szeregowy pracownik nie ma nic do gadania w kapitalizmie. To fundament praktyczny i moralny jakiegokolwiek działania lewicy broniącej pracowników i pracowniczek.

Co ważnego się zmieni?

Wraz z kryzysem nie nastał żaden socjalizm, ale nastąpiła dość poważna zmiana w sposobie myślenia o polityce gospodarczej i społecznej rządu. Kluczowa różnica wobec neoliberalizmu „typu Balcerowicz” (cięcia w wydatkach publicznych, dbanie wyłącznie o wzrost PKB i najkorzystniejsze warunki dla biznesu) jest taka, że nie proponuje się od razu klasie pracującej wylądowania na bruku i szukania szczęścia poza granicami czy cięć w wydatkach publicznych. Próbuje się zamiast tego wyjść z kryzysu inwestycjami na poziomie 10% rocznego PKB Polski (212 mld zł). Jest to dla naszego kraju skokiem olbrzymim, zmianą paradygmatu i wielkim wydarzeniem – przynajmniej w teorii, bo w praktyce może się okazać, że to za mało, a podział środków jest niesprawiedliwy i nieefektywny. Przedsiębiorcy jako podmioty od dekad przyzwyczajone do zupełnie antyspołecznego i egoistycznego zachowania są skonsternowani i niezadowoleni. Grożą niepłaceniem podatków i innych opłat, z których i tak ich w dużej mierze zwolniono, oraz zwolnieniami pracowników – zasiewając w społeczeństwie strach. W konsekwencji mogą oni nie chcieć realizować planu Morawieckiego, buntować się i wykręcać.

Moje przypuszczenie jest takie, że korporacje zagraniczne porozumiały się na poziomie EU i wykonają zalecenia Morawieckiego, ponieważ są one zgodne z ogólną strategią kryzysową w EU, mającą na celu utrzymanie stanu sprzed kryzysu. Polskie firmy prywatne, te duże, małe i mikro, są bez większego znaczenia gospodarczego w obecnej sytuacji (rząd będzie tu manewrować), natomiast spółki skarbu państwa i w ogóle cały sektor publiczny wykona zalecenia. Gehenna będzie miała miejsce w sektorze prywatnym w produkcji i handlu oraz w części sektora publicznego odpowiedzianego za utrzymanie społeczeństwa w ruchu i przy życiu. To kadr takich przedsiębiorstw i instytucji należy bronić.

Choć plan jest nazywany „tarczą Morawieckiego”, to jego kształt zasadniczo nie wynika z pomysłów czy ich braku Morawieckiego lub PiS-u. Po prostu nie ma innej możliwości działania ani w EU, ani w Polsce – dlatego pakiet został przygotowany w ekspresowym tempie. Plan zakłada jako priorytety ochronę zdrowia i bezpieczeństwa, ochronę miejsc pracy, ochronę sektora przedsiębiorstw i funkcjonowanie sektora finansowego jako cztery główne priorytety.

Jest to program solidarnościowy na pół czy wręcz ćwierć gwizdka. Więcej w nim solidarności z biznesem niż z klasą pracującą. Ochrona miejsc pracy zależy od tego, jaką mamy pracę i gdzie lokujemy się na drabinie społecznej. Dla bardziej uprzywilejowanych pracowników biur korporacji i urzędów jest to siedzenie w domu i pewne cięcia w płacy (dla części zwolnienia), dla pracowników handlu, dystrybucji i produkcji to praca po 12 godzin za głodowe płace w warunkach epidemii. PiS ani nie chce zniszczenia „wolnej Polski przedsiębiorczej”, ani utworzenia państwa dobrobytu. „Totalna opozycja” wobec PiS jest opozycją słabą i probiznesową (krytykującą PiS z prawej strony), a z ugrupowań parlamentarnych rozwiązania te ze strony propracowniczej krytykuje tylko klub Lewicy.

Plan a praktyka

Zastanawiające i istotne dla wszystkich pracowników i pracowniczek jest to, czy i jak przedsiębiorcy będą się stosować do przepisów. Moja prognoza jest ponownie raczej niewyszukana – tak, będą, ale optymalnie dla biznesu. Bezpieczeństwo i higiena pracy nigdy w III RP nie były priorytetem dla żadnego rządu ani żadnej firmy, teraz też się wiele nie zmieni. Różnica jest taka, iż rząd ma plan zapanować nad warunkami pracy, poziomem zatrudnienia i poziomem płac centralnie, a nie pozostawić sprawę „rynkom”, czyli pozwolić na zupełne barbarzyństwo. Nasuwają się tutaj dwie wątpliwości. Pierwsza: czy państwo osłabiane od dekad jest w ogóle w stanie tego dokonać? Druga: czy z punktu widzenia dynamiki rozwoju epidemii tragiczne warunki pracy i barbarzyńskie metody zarządzania nie sprawią, że wysiłki te spełzną na niczym, ponieważ wśród pracowników współczynnik zachorowania i śmiertelności będzie tak wysoki, że plan się załamie? Kryzys społeczny wywołany epidemią koronawirusa dobitnie pokazał, że to pracownicy tworzą wartość w kapitalizmie i jeżeli ich zabraknie, to system się załamie niezależnie od tego, ile wpompuje się pieniędzy w giełdę i korporacje.

Skąd wziąć na to pieniądze, czyli śmierć spiżowego prawa zrównoważonego budżetu

Środki zgromadzone w funduszach rezerwowych są niskie głównie dlatego, że państwo polskie jest utrzymywane przez ubogą klasę pracującą, a biznes i bogaci uchylają się od płacenia podatków na ogromną skalę. Co zatem zrobi rząd?

Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, ogłosiła, że zostaną zawieszone limity zadłużenia publicznego, czyli fundament „odpowiedzialnej”, tj. barbarzyńskiej polityki fiskalnej (dotyczącej podatków, zadłużenia i wydatków państwa). Fundament odpowiedzialnej fiskalnie Europy jest zagrożony – ostrzega Balcerowicz! Oznacza to, że premier będzie sprawował tymczasowo rolę centralnego planisty budżetowego oraz fiskalno-monetarnego w kraju (patrz: specjalne uprawienia premiera w projekcie). Polska to kraj raczej biedny, fundusze na realizację nawet skromnego planu kryzysowego są niewystarczające, choć zadłużenie państwa jest nieduże i mamy suwerenną walutę.

Na szczęście rząd może tak, jak robią obsesyjnie i z wielkim entuzjazmem korporacje i banki, finansować wydatki z własnego zadłużenia, czyli obligacji, które sam wyda i sam kupi (obsługą tego procesu zajmie się BGK). Szczegóły mechanizmu na pewno są złożone, jednak sens prosty. Cel i zasada funkcjonowania takiej polityki to nie żadna nowość i jest prosta jak drut – można stworzyć pieniądze „z niczego”, o ile napędzi to gospodarkę. W tym przypadku owo „nic”, z którego rząd stworzy fundusze, to dług publiczny, jaki państwo zaciąga samo u siebie – ma do tego prawo, jest suwerenne w tej kwestii. Balcerowicz był wrogiem kreowania takiego pieniądza dla klasy pracującej, nie miał nigdy nic przeciwko, gdy kapitaliści robili to jak oszalali.

Państwo udzieli samo sobie kredytu i zainwestuje go, żeby napędzić gospodarkę. Gdy dynamika gospodarki dzięki inwestycjom zwiększy się, wówczas dług zostanie spłacony (niekoniecznie wprost) lub umorzony. Co do szczegółowych narzędzi, to sprawa może być bardziej złożona i należy śledzić głosy specjalistów. Powiem tylko jedno: nastąpi tu prawdopodobnie spora zmiana, ponieważ pieniędzy nie będzie się wyłącznie rozdawać „rynkom”, czyli klasie posiadającej, korporacjom i bogaczom, ale prawdopodobnie istotna część środków pójdzie na inwestycje w firmy sektora publicznego, takie jak Enea, Poczta Polska oraz z drugiej strony w infrastrukturę (zapowiedzi tego już widać w projekcie w kwestii informatyzacji).

Czemu jednak pakiet dla służby zdrowia wynosi jedynie 7 mld złotych? Tego odgadnąć nie mogę – jest to nie tylko niemoralne, ale i pozbawione sensu. Plany Morawieckiego zakładają wysokie poparcie społeczne, które sam kształt pakietu antykryzysowego podkopuje.

Nie lubię bawić się w Nostradamusa, ale…

Na koniec chciałbym zaznaczyć, że oczywiście wszystko powyższe to moje przypuszczenia i sytuacja może potoczyć się zupełnie inaczej.

Działam w związku zawodowym Inicjatywa Pracownicza i staram się bronić klasy pracującej, nie licząc na rząd, jednak rozumiejąc, co się dzieje. Niezależnie od tego, czy jesteśmy nastawieni optymistycznie czy pesymistycznie, czy anty-PiS czy pro-PiS, należy z wielu względów, m.in. etycznych, humanitarnych czy politycznych wspierać pracowników i pracowniczki na miarę naszych możliwości tu i teraz. Możemy uważać, że czeka nas katastrofa najpierw ekonomiczna, a potem klimatyczna, jednak pesymizm i defetyzm są poglądami de facto nie do utrzymania. Są wyrazem bezsilności, zrezygnowania i konformizmu, czyli nihilizmu. Nie da się nie wierzyć w to, co dzieje się obecnie, a to, co dzieje się obecnie, wymaga określonego działania konstruktywnego i pozytywnego. Nihiliści będą tylko biernymi obserwatorami lub ofiarami. Obecny moment jest okresem kryzysu społecznego wywołanego epidemią, która sama w sobie nie byłaby bardzo groźna, gdyby społeczeństwo już wcześniej nie było w głębokim kryzysie. Jest to moment niepewności i zmian społecznych. Pytanie na najbliższe miesiące dotyczy tego, czy wyjdziemy z kryzysu ze społeczeństwem lepszym i bardziej sprawiedliwym i czy osobiście się do tego przyłożymy, czy ze społeczeństwem zatomizowanym, traktującym pracowników jak tani towar (jak napisał jeden przedsiębiorca: nieróżniący się niczym od piasku czy cementu), a zysk jest świętością ważniejszą niż życie.

Eliasz Robakiewicz

Niniejszy tekst stanowi osobistą opinię autora, oficjalne stanowisko Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza znajdziecie tutaj

Dwie wieże polskiej polityki

Czy „afera taśmowa” z udziałem najważniejszego polityka wywołała burzę i przewrót? Nawet opozycyjne media, po których spodziewalibyśmy się bardziej merytorycznej krytyki, komentują: business as usual. Warto zastanowić się, czemu mało kto przejął się tą sprawą. Co ważne, ani liberalna i antypisowska część opinii publicznej, ani tym bardziej ta wspierająca obecną formację polityczną nie były pod wrażeniem upublicznionych nagrań. Być może lepiej zrozumieć reakcje na aferę, ale i stosunek do dwóch stron wojny polsko-polskiej, pomoże zastanowienie się, jaki one prowadzą biznes. To znaczy jaka jest recepta na sukces dwóch dominujących sił polskiej polityki, a raczej grup społecznych, które je tworzą.

Władza w pierwszej kolejności służy władzy

Dla dwóch największych partii istnieją dwa różne sposoby osiągania władzy i wzbogacenia się po jej przejęciu. Bogacenie się kosztem obywateli i nepotyzm są oczywiście wpisane w formę władzy demokracji liberalnej, gdzie elity polityczne zwykle rekrutują się z bogatszej i bardziej uprzywilejowanej klasy, która postrzega własne przywileje jako kompetencje i kwalifikacje. Obok majętności, edukacji i dużych zasobów wolnego czasu, dysponują oni również doświadczeniem, obyciem w świecie elit, koneksjami i relacjami z osobami majętnymi i wpływowymi. Ponieważ te przywileje są czymś, z czym się urodzili lub do czego przywykli, są ich zwykle zupełnie nieświadomi. Sytuacja ta wygląda nieco inaczej, choć wcale nie lepiej, wśród ludzi, którzy przynależą do elit „z awansu”. Ludzie, którzy uprzywilejowanej pozycji dopracowali się mozolnym wysiłkiem, tym bardziej żyją w ciągłym strachu, często postrzeganym jako perfekcjonizm, żeby tylko nie wyszło, że wszystkie te obyczaje i przywileje nie są dla nich czymś naturalnym. Jak sądzę, są oni w związku z tym równie lub nawet w większym stopniu niewrażliwi na niesprawiedliwość i ślepo przywiązani do przywilejów. Stąd jest zupełnie naturalne, że jedni i drudzy uważają, że ich uprzywilejowana pozycja jest zasługą ciężkiej pracy i „silnego charakteru”.

Jednocześnie postrzegają swoją karierę polityczną i służbę publiczną jako naturalne przedłużenie własnego środowiska społecznego; obecnych w nim nie tylko przywilejów, ale i bardzo agresywnej konkurencji. Dlatego też korupcja jest zjawiskiem zupełnie dla nich znormalizowanym. Jedyny problem pojawia się, gdy zostaje ujawniona, gdyż oznacza to, że sprawa wyszła poza krąg własnej klasy lub że ktoś z elit tę klasę zdradził (przykładem takiego „zdrajcy” mógłby być np. Jan Śpiewak).

Elity PiS i PO dzielą tę charakterystykę. Elity PiS bardzo często musiały się do takiego życia wdrożyć, stąd „skoki na kasę” i częsta nieporadność. Elity PO są tutaj dużo lepiej wyszkolone, co akurat źle podziałało na ich wyniki w ostatnich wyborach. Mocno do porażki przyczyniła się afera taśmowa z „Sowy i przyjaciół”, tak skuteczna, bo uderzająca w czułą strunę wizerunku „profesjonalizmu”. Fakt, że dali się wrobić, był dużo gorszym przewinieniem niż sama treść taśm.

Niezależnie od wielu podobieństw uważam, że istnieje bardzo duża różnica między tymi dwoma formacjami politycznymi. W sposobie funkcjonowania i pojmowania swoich przywilejów oraz w sposobie, w jaki mogą się wzbogacić na pełnieniu urzędów.

Żeby zrozumieć tę różnicę, trzeba zaznaczyć, że drugim ważnym czynnikiem, obok pozycji społecznej elit, jest fakt, że korupcja czy nepotyzm są postrzegane jako narzędzia osiągania i utrzymywania władzy. Taki prawdopodobnie był cel budowy owych K-towers przez Kaczyńskiego – pozyskanie środków na dalsze funkcjonowanie i rozszerzanie władzy (środków dających przewagę nad partiami mającymi dostęp tylko do środków publicznych). Takie też quid pro quo łączy zwykle PiS z Kościołem. Działania tego typu, choć oczywiście zawsze posiadają bardzo widoczne znamiona nadużyć, jawią się jako praktyki moralnie i politycznie uzasadnione – są środkami do osiągnięcia wyższego celu utrzymania władzy w kraju.

Kobieta, Polska, wyzysk

Z kolei, przedstawiając sprawę krótko, dla PO głównym środkiem osiągania władzy była integracja Polski z UE przez jej urynkowienie, czyli udostępnienie polskim i zagranicznym przedsiębiorcom taniej siły roboczej oraz trzymanie jej w ryzach (oraz we wczesnym etapie zawłaszczanie i wyprzedaż polskiej gospodarki). Jest to tak zwany model kompradorski, w którym kraj zacofany w kontakcie z krajami wyżej rozwiniętymi dąży do rozwoju dwutorowego (eufemistycznie nazywanego przez liberałów funkcjonowaniem „dwóch prędkości”): wyspy nowoczesności, wolności i bogactwa dla elit oraz zacofanie, bieda i zniewolenie zapewnione przez twardą dyscyplinę aparatów państwowych i organizacji pracy oraz życia społecznego – dla reszty obywateli. Ponieważ język teorii konfliktu społecznego, czyli opisujący konflikty klasowe, został w dużej mierze zakazany i wyparty z dyskursu publicznego, prawicy udało się ten proces ująć w ramy nacjonalistyczne i szowinistyczne jako „antypolonizm” i „lewactwo” (wprowadzenie bezwzględnej ideologii wolnorynkowej, ale i liberalnej).

Podziały te widoczne są jak na dłoni, szczególnie gdy obserwujemy różne rejony Polski w tym samym okresie czasu. W dużych ośrodkach miejskich widzimy ekskluzywne samochody i restauracje, życie miejskie aspirujące do poziomu europejskich metropolii, strzeżone osiedla, kosztowne i prestiżowe budowle, drogie samochody. Jednocześnie w tym samym czasie reszta mieszkańców ma nieraz problemy rodem z tzw. kraj trzeciego świata: brak ogrzewania, brak dostępu do kanalizacji, bieda wśród dzieci (mocno zredukowana dopiero przez 500+), niedożywienie, niedostatek i niska jakość mieszkań, czynsze/najem pożerające połowę wynagrodzenia, nielegalnie niskie stawki godzinowe, przemoc i dyskryminacja w pracy, bezkarna przemoc w rodzinie, przemoc wobec kobiet, powszechne doświadczenia przemocy aparatu państwowego (policji czy sądownictwa) i wiele innych.

Oczywiście nie jest tak, że PO nie dąży do rozwoju kraju i wzrostu dobrobytu. Po prostu odtwarza na naszym lokalnym poziomie relacje, których jej politycy doświadczają na poziomie globalnym. Dlatego też czują się w pełni uprawnieni do stosowania takich metod. Co więcej, uważają, że to właśnie oznacza „nowoczesność”. Sama bieda czy nierówności, o ile nie wpływają negatywnie na tak pojęty rozwój, nie są dla nich żadnym problemem. Mają oni dla „pokrzywdzonych” przez los, bo przecież nie przez ich decyzje, bardzo dużo „charytatywnego” współczucia. Lubią o biedzie przeczytać krytyczny artykuł w „Wyborczej” czy nawet wziąć udział w fejsbukowej akcji protestacyjnej. Dlatego też sympatyzują z lewicą, która pełni dla nich funkcję sentymentalną: pozwalają jej mówić o problemach, po to, żeby nie trzeba było nic robić, żeby gniew rozchodził się w sferze publicznej, by nie przerodził się w formy organizacji społecznej nastawionej na walkę o zmianę.

Ten charakterystyczny rys formacji liberalnej sprawia, że formą bogacenia się i utrzymywania władzy są prywatyzacja i urynkowienie. Pozwalają one na zdobywanie znajomości w kręgach biznesowych, zdobywanie przysług czy wpływów, a także pozycji i reputacji zagranicą (którą PiS im tak strasznie psuje!). Ten „wolny” rynek, o którym od dekad opowiada Balcerowicz, jest oczywiście wolny asymetrycznie: tylko dla tych, którzy już na nim dominują. Należy także pamiętać, że obok prywatyzacji usług publicznych i majątku publicznego są jej także poddani pracownicy i pracownice (najważniejszy „surowiec”, jakim dysponują elity). Nasze życie jest sprywatyzowane nie w tym sensie, że jest coraz bardziej prywatne, ale dlatego, że stało się podporządkowane rynkowi i mechanizmom, które wyciskają z nas wszystkie soki.

Dość dobra zmiana (by ją tolerować)

Oczywiście PiS w pewnej mierze dzieli tę charakterystykę z PO, jednak „dobra zmiana” oznacza zasadniczo inną strategię. Jest to nacjonalizacja przez nepotyzm (czy szerzej: kumoterstwo). Nie jest to zupełny odwrót od kierunku obranego przez PO za jej rządów, ale jak na obecne warunki jest to spory zwrot, mający własną charakterystykę. Metodą osiągania władzy i bogacenia się na niej jest integracja wewnątrz kraju, za pomocą kumoterstwa z klucza bliskich relacji: wspólnoty rodzinnej, ideologicznej, biznesowej i partyjnej. Ta metoda działania przysporzyła PiS-owi olbrzymiego poparcia społecznego m.in. z dwóch prostych powodów: wymagała z konieczności poparcia ludzi, którzy na opisanej powyżej integracji z UE stracili, co wiąże mocno interesy elit PiS-u z interesami tychże ludzi (dając im pewną gwarancję ich wierności) oraz otworzyła drogi awansu dla ludzi, dla których były one do tej pory zamknięte, ponieważ brakowało im statusu i przywilejów, po których elity III RP rozpoznają „właściwych i kompetentnych” ludzi. Z tego powodu nepotyzm, kolesiostwo, ale i upaństwowienie (znowu ujęte w nacjonalistyczne ramy jako „repolonizacja”), któremu zawsze towarzyszyło obstawienie „swoimi”, nie tylko nie były postrzegane jako zjawiska negatywne, ale właśnie jako zjawiska w dużym stopniu pozytywne. Oczywiście nie należy tu popadać w skrajność i trzeba zaznaczyć, że i tu są pewne standardy etyczne i limity, część z tych, którzy je przekraczali, wypadała z nawet tak pojmowanego ruchu po władzę. Działania Kaczyńskiego są oceniane zgodnie z ekonomią moralną, rachunkiem zysków i strat, ale i sumieniem biorącym pod uwagę, czym jest i jak działa PiS. Dlatego też tyrady liberałów o łamaniu standardów i korupcji w zasadzie wszyscy puszczamy mimo uszu. Przesąd elit, że „ludzie są głupi”, jest zawsze fałszywy.

Strategia PiSu rodzi jednak, obok wielkiego entuzjazmu, także i wielkie niezadowolenie tych odsuniętych od władzy i przywilejów. Tych, którzy do tej pory uważali taki porządek rzeczy za naturalny. Odczuwających nawet lekkie odsunięcie od przywilejów jako atak na swoje fundamentalne prawa. Dla nich Polska to oni sami, a resztę, czyli jakieś 60-70% społeczeństwa, postrzegają jako „folklor”, ludzi, których widzą tylko przez pryzmat dehumanizacji, którą sami stworzyli. Atak na „ich Polskę” jawi im się jako zupełny koniec, a nie jako zmiana ekipy rządzącej. Niezadowolenie widoczne jest oczywiście także wśród tych, którzy czuli, że są częścią narodu, który wstaje z kolan, jednak nie byli dość blisko wąskich relacji zapewniających udział w realnej władzy.

Jednym z symptomów niezadowolenia jest wysokie poparcie partii Biedronia, która lepiej i bardziej konsekwentnie realizuje strategię PO. Obecnie także coraz mocniej nasilają się strajki w budżetówce, co jest zupełnie naturalne – strajki są zawsze częstsze i silniejsze w sektorze publicznym niż prywatnym (choć i tu pojawiają się bohaterskie próby). Są one symptomami problemu, jaki ta strategia zawsze w sobie zawierała. Władza jest podtrzymywana i rozszerzana przez nepotyzm, dla którego ostateczną granicę tego, kto jest do władzy uprawniony, wyznacza narodowość. Jednocześnie władza ta jest rozprowadzana od góry, czyli nie od wszystkich Polek i Polaków, lecz od tych, którzy są najbliżej skoligaceni z elitami PiS-u – osobiście, rodzinnie, historycznie itd. Co nie zmienia faktu, że ta władza ma demokratyczną legitymizację. Kryterium „narodowości”, a zatem idący za nią patriotyzm, jest w dużej mierze fikcyjne. Dobrym wyrazem tej fikcyjności jest koncepcja „żołnierzy wyklętych”, która historycznie nie trzyma się kupy, ale jest bardzo atrakcyjna dla młodych i wykluczonych mężczyzn. Pozwala im wyrazić swój gniew i nadać mu formę bez zbytniego zastanawiania się nad jego realnymi przyczynami, tworząc użytecznych politycznych impotentów.

Pieniądze i wpływy rozchodzą się po nowych liniach, ale stosunkowo wąsko, choć i tak jest to zmiana rewolucyjna w porównaniu do okresu rządów PO. Efektem ubocznym tego procesu jest zwykle bezpodstawne określenie ludzi, którzy z różnych powodów są od władzy odsunięci, jako tych, którzy nie są antypisowscy, ale wręcz anty-polscy. Opozycja nie pozostaje dłużna i odpowiada w dużej mierze tym samym, reprezentując po prostu inny typ nacjonalizmu. Jednocześnie ponieważ siła i legitymizacja tej władzy pochodzą od ludzi wykluczonych przez integrację z EU i modernizację w stylu liberalnym, pojawiają się silne żądania, żeby PiS zrealizował swoje obietnice i zapewnił wszystkim Polkom i Polakom należny udział we władzy i zasobach społeczeństwa.

PiS po części te obietnice zrealizował, dlatego cieszy się cały czas dużym poparciem. Jednak w dłuższej perspektywie ze względu na sposób organizacji władzy, nigdy nie będzie w stanie ich zrealizować w pełni. Wyborcy PiS-u nie będą nigdy wszyscy „ludźmi PiS-u”, tak jak „nowocześni i kompetentni” dla PO nie mogli być wszyscy (byli tacy tylko na tle „zacofanych i niekompetentnych”). Jedna i druga strategia opierają się na dzieleniu. Spory ideologiczne są tu najbardziej widoczną częścią sporów o sposób dystrybuowania w społeczeństwie zasobów i władzy.

Te sposoby to ów biznes partii rządzących, w którym wszyscy bierzemy udział. Bez uwzględnienia jego charakteru wszelka krytyka moralna pozostaje naiwna i bezproduktywna, ponieważ mimowolnie formułując nasze opinie czy postawy, będziemy przyjmować „moralność” którejś ze stron. Nie jesteśmy oczywiście na to skazani, ale formułowanie niezależnych i krytycznych opinii nie jest takie proste. Prefabrykowane „nie jestem rasistą” czy „jestem patriotką” znaczy bardzo niewiele, gdyż zwykle za takimi opiniami nie idą odpowiednie działania i postawy. Jak sądzę, nie pojawiają się one nie dlatego, że ludzie nie chcą nic zrobić, lecz dlatego, że nie są dla nich dostępne żadne formy społecznego zaangażowania poza coraz bardziej przerażającą w swojej impotencji liberalną sferą publiczną.

Na koniec chciałbym przedstawić kilka opinii dotyczących dalszego rozwoju sytuacji. Przede wszystkich chciałbym zauważyć, że podziały polityczne i społeczne w Polsce mogą sprawić, że podczas gdy w innych warunkach poważne tąpnięcia mogłyby pojawić się dopiero za wiele, wiele lat, teraz mogą one nastąpić dość szybko. Decydujące znaczenie ma tu z jednej strony zawężenie rozmiaru elit, ponieważ bardzo ostro się podzieliły, przez co czysto ilościowo obozy te są mniejsze i słabsze, zatem łatwiej jest z nimi walczyć. Jest to szansa, którą należy wykorzystać w walce o prawa pracownicze i społeczny dobrobyt. Widać poniekąd już tego efekty – na ostatniej konwencji KO ogłoszono szereg haseł propracowniczych i postępowych (że jest to zupełne pustosłowie to inna sprawa) właśnie pod presją konfliktu. Jednocześnie partie te podzieliły społeczeństwo jako elektoraty PiS i antyPiS, czego efekty są dramatycznie złe i szkodliwe, rozbudzając wzajemną nienawiść, wojnę ideologiczną i podziały. Obok tych wykreowanych przez polityków i media podziałów istniały jednak i te mające podstawy w samym społeczeństwie. One także zostały uwidocznione, jednak ich związek z podziałami narzuconymi przez partie nie jest tak oczywisty (poza fundamentalnym podziałem opisanym powyżej).

Jeżeli zastanowimy się nad reakcją na aferę taśmową z udziałem Kaczyńskiego, warto przytoczyć tu wypowiedź bezrefleksyjnego głosu elit, czyli Tomasza Lisa. Stwierdził on w jednym z swoich tweetów: „Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie”. Otóż forma władzy reprezentowanej przez PiS czy PO to dwa rodzaje autorytarnej władzy partii konserwatywnych w kraju podporządkowanym w relacjach geopolitycznych. Ten Wschód (jak rozumiem, oznacza on dla Lisa zacofanie i niedemokratyczne rządy), na który się godzimy i który nie jest dla nas zdziwieniem, to właśnie owe autorytarne elity. To oni niestety definiują dla nas postęp i zacofanie – zgodnie z swoim wyobrażeniem oraz swoją „moralnością”. Wszyscy o tym dobrze wiemy, nikomu i na prawicy i na lewicy to się zbytnio nie podoba, ponieważ de facto wiemy, że jest to klasa, która istnieje raczej żeby nami zarządzać, niż nas reprezentować. Gdyby Polki i Polacy naprawdę zaprotestowali przeciwko takiej formie władzy i przeciwko samemu faktowi istnienia takich elit, Lis obwieściłby z pewnością koniec demokracji i pełzający faszystowski czy komunistyczny przewrót. Taka narracja w ramach liberalnej histerii już w zasadzie cyrkuluje w internecie. Demokratyczna władza, wymagająca silnej pozycji pracownic i pracowników, która mogłaby zaprowadzić w Polsce cywilizowane warunki dla wszystkich, jest poza horyzontem małej wysepki dobrobytu, na której siedzą Lis i inni.

Należy także zauważyć, że to forma organizacji władzy PiS, a nie wolnorynkowy integracjonizm PO wyznacza definicję tego, czym jest władza dziś. To upaństwowienie przez nepotyzm i kumoterstwo wyznacza dziś w Polsce definicje rozwoju i postępu. Dla liberałów oznacza to konieczność przyjęcia pozycji reakcyjnej – „przywrócenia demokracji”, lekko przypudrowanej lewicowo-postępowym pustosłowiem. Dla lewicy konsekwencje są dużo poważniejsze. Lewica na odrzucaniu obecnych form władzy PO i PiS buduje swoją tożsamość (hasło „inna polityka jest możliwa” jest tu reprezentatywne). Wyjątkiem jest tu może SLD. To zakwestionowanie władzy, w sposób naturalny wymierzone mocniej w PiS niż PO, ponieważ PiS jest u władzy, choć ideowo słuszne, pozbawione jest realnej podstawy poparcia wśród klasy pracującej. Dlatego też Biedroniowi udało się tak skutecznie podprowadzić całą ideologiczną pracę lewicy na rzecz własnego projektu. Projekt Biedronia tej bazy bowiem nie wymaga, ponieważ jest skierowany do klasy średniej, zasadniczo wrogo nastawionej do klasy pracującej (im bardziej wykluczonej społeczne, tym bardziej negatywne jest to nastawienie) – nawet skromne i częściowe postulaty solidarnościowe Biedronia spotkały się z chłodną reakcją jego elektoratu. Podobny sukces odniosła z początku Nowoczesna podprowadzając prawe skrzydło PO, opierając swoją tożsamość na ekstremizmie wolnorynkowym i kulturze korporacjonistycznej.

Sama lewica parlamentarna dzieli się na SLD, które ma swoją specyfikę, choć oczywiście najbliżej mu do PO oraz partie-ruchy społeczne takie jak Razem czy Zieloni, mające wciąż duży potencjał, jednak nie mające strategii zdobywania władzy (wygrana w wyborach jest skutkiem, a nie przyczyną takiej strategii) poza metodami charakterystycznymi właśnie dla ruchów społecznych. Pierwszym dobrym sygnałem była mobilizacja w wyborach do samorządów, a więc ruch po pewną realną władzę i długoterminową odpowiedzialność za nią. Drugim dobrym sygnałem jest rosnąca kooperacja i chęć nawiązywania współpracy z organizacjami pracowniczymi i obywatelskimi (jednak nie w liberalnym sensie). Naśladowanie jednej czy drugiej strategii największych partii raczej nie rokuje dobrze dla lewicy (zresztą i tak dominujące formacje są lepsze w te klocki i nie wygra się z nimi w ich grę, zostanie się tylko dokooptowanym), zatem zdecydowanie lepszym kierunkiem jest podążanie za samymi pracownikami i pracownicami, dla których forma organizacji władzy PiS przewiduje z konieczności tylko bardzo skromną i ograniczoną rolę.

Być może warto pójść śladem Labour Party w lewicowym wydaniu, ale i PiS-u w prawicowym i wyjść z ram ideologicznych liberalizmu „naprawy demokracji” (co jest odczytywane przez sporą część społeczeństwa jako przywrócenie pacyfikacji konfliktów pod auspicjami kompradorskiej oligarchii) i ruszenie z planem socjalistycznym: zielonej transformacji energetycznej dającej pracę rejonom górniczym, rewitalizacji infrastruktury i służb publicznych (środkiem do tego celu jest niezbędny powszechny strajk pracownic i pracowników służby publicznej), wdrożenie prawnych i materialnych środków zabezpieczających prawa kobiet, naprawa i aktywizacja związków zawodowych (przeżartych konserwatyzmem). Wszystkie te propozycje wymagają projektów legislacyjnych oraz ciężkiej pracy szeregowych członkiń. Budowa takiej władzy wymaga zwrócenia się do ludzi, którzy dziś w nią nie wierzą – jak pokazują kolejne przykłady, ludzie wierzący w lewicę są albo planktonowymi środowiskami, albo liberałami z bardzo antypracowniczym nastawieniem. Ogromny sukces kampanii prezydenckiej Berniego Sandersa czy później senatorki Alexandrii Ocasio-Cortez w USA wynikał w dużej mierze (jak oni sami przyznają) z niezmordowanego bezpośredniego kontaktu ze swoją bazą, przy czym wcale nie bazą wyborczą, lecz społeczną: chodzeniem od drzwi do drzwi, organizowaniem spotkań politycznych (nie debat i mało skutecznych protestów z niską frekwencją), wieców politycznych, na których buduje się tożsamość i przedstawia w pogłębiony sposób własne postulaty, czy wreszcie niezwykle ważnej aktywności w social mediach (tu akurat lewica robi świetną robotę). Jest to tylko luźny zbiór propozycji, chcę jedynie powiedzieć, że inna polityka nie jest możliwa bez innej władzy.

Eliasz Robakiewicz

Toksyczny pakt: o niezależności lewicy

Toksyczny pakt: o niezależności lewicy

Od czasu przegranych wyborów prezydenckich i parlamentarnych w 2015 roku, zaraz po szoku wywołanym spektakularną porażką poprzedniej formacji politycznej koncentrującej się wokół PO, polityki prozachodniej, proUE, neoliberalnej i bardzo umiarkowanego liberalizmu kulturowego, trwają próby odnalezienia przyczyn poważnych przemian politycznych, jakie miały miejsce w ostatnich latach. Nawiasem mówiąc dziś widzimy jak bardzo fasadowo rozumiany był ten liberalizm. W zasadzie postępowość w kwestiach równouprawnienia czy sprawiedliwości społecznej tej formacji sięgała tylko tak daleko, jak uprzywilejowane pozycje części wyborczyń i wyborców tej partii – byli to konserwatyści blefujący jako liberałowie (dość długo ten blef działał). Zarówno liderzy i liderki „liberalnej” opozycji, jak i zapasowi intelektualiści z lewego skrzydła (blefującej lewicy) zaczęli kombinowali, co by tu zrobić, żeby odzyskać utracone poparcie.

Opracowano dość oryginalny i ryzykowny plan występowania ustępującej formacji jako opozycji pozaparlamentarnej – reprezentującej społeczeństwo obywatelskie przeciwko uzurpatorom. Odbyło się to przede wszystkim pośrednio przez KOD, a więc jako ruch społeczny, mający reprezentować całe społeczeństwo, odgrzewający solidarnościowe sentymenty. Ruch ten pokazał, czy to w osobie słabego lidera Kijowskiego, czy w abstrakcyjnej retoryce „obrony demokracji”, że strategia ta nie opiera się na silnych postulatach czy ideach, ale raczej na czymś o wiele bardziej stabilnym i materialnym: wypracowanym przez lata interesie formacji politycznej. W efekcie opozycja utknęła, mimo olbrzymiego potencjału, w jakiś zupełnym niebycie i rozkraczeniu ideologicznym: bez liderów, bez programu, bez wyraźnych postulatów. KOD także okazał się jednym wielkim blefem napędzającym paranoję prawicowych mediów i wyborców. W zasadzie poza postulatami odsunięcia PiS od władzy nie znaczy ideowo niemal nic – to ruch w obronie neoliberalizmu. Z kolei prawicowa paranoja prowadzi, zgodnie z własną logiką (niezdrową i kulawą, ale jednak), do dwóch wniosków: wszystkie postępowe postulaty to blef(kłamstwo skrywające prawdę) oraz że jeżeli postulaty postępowe są tylko kłamstwami, oznacza to, że postulaty reakcyjne są ukrytymi postulatami postępowymi (szczegóły funkcjonowania tej logiki to jednak materiał na osobny tekst) [1].

Lewica, a przynajmniej jej bardziej proliberalna część związana z „Gazetą Wyborczą” czy „Krytyką Polityczną” od początku była w pełni gotowa do pełnienia swojej funkcji: ataków na PiS za konserwatyzm (ale i z początku za socjalizm) i za naruszanie zasad państwa prawa i demokracji oraz ataków na samą lewicę za niewspieranie własnych wysiłków, czyli niewspieranie krytyki konserwatyzmu i autorytaryzmu, czyli w konsekwencji za kryptokonserwatyzm i kryptoautorytaryzm. Do pewnego czasu strategia ta była dość skuteczna, dziś jej moc osłabła, po części dlatego, że lewicy udało się samej obronić, ale w większym stopniu ponieważ liberalizm formacji PO szybko pokazał swoje granice, blef domniemanej nowoczesności liberałów przestał działać, ustępując miejsca różnym formom narracji reakcyjnych.
 
Porozumienie przeciw solidarności: „postępowa” reakcja

W obliczu ideologicznego bankructwa liberalizmu (niech ktoś spojrzy na Schetynę czy Petru i spróbuje bez zażenowania powiedzieć, że to ludzie z wizją i ideałami) pojawiło się parę strategii poradzenia sobie z porażką. Wszystkie one były reakcyjne. Pierwszą uruchomiono w obliczu zmian kadrowych i spłacania długów zaciągniętych przez PiS wśród swoich wiernych ludzi. Uruchomiono, po części słusznie, ale oczywiście we własnym interesie, narrację rozkradania państwa (nagle w radach nadzorczych zasiadają znajomi i rodzina władzy, jednak w przeciwieństwie do naszych znajomych, są to ludzie, którzy „nie mają za grosz kultury i profesjonalizmu”!), kulminującą w haśle „Misiewicze”. Obłuda etyczna poprzedniej formacji sprawiła, że sama w sobie słuszna krytyka klientelizmu w PiS okazałą się zupełnie nieskuteczna. W rzeczywistości była oparta o klasowo uwarunkowany pozór „praworządności” – klientelizm znaturalizowany przez długie lata jawi się dla jego beneficjentów jako zupełnie naturalny i sprawiedliwy. Niesprawiedliwe było nie to, że państwo jest obiektywnie korodowane przez korupcję, lecz to, że zjawisko odbywa się bez porozumienia i podziału władzy (z pespektywy władzy korupcja i praworządność rzadko są możliwe do rozróżnienia). Etyczna krytyka takich postaw nie miała wielkiego potencjału z punktu widzenia ludzi spoza tego układu.

Drugą strategią, uruchomioną przy wprowadzeniu programu 500+, był atak na ideologiczne założenia stojące za każdym tego typu programem społecznym oraz na kompetencje moralne i intelektualne zarówno samego PiS-u, jak i obywatelek i obywateli popierających program. Stosunkowo szeroki dostęp do świadczeń i jego egalitarny charakter odwrócono, przedstawiając w mediach takich jak „Gazeta Wyborcza” czy „Newsweek” jako rozdawnictwo, na które nas nie stać, pieniądze za nic, klientelizm i populizm. Jednocześnie krytykowano samych odbiorców programu 500+. Ostre i bezpardonowe ataki sięgające do standardowego repertuaru inwektyw względem członkiń i członków klasy pracującej, mieszkańców wsi czy mieszkańców biedniejszych regionów Polski, wylały się w mediach głównego nurtu i w gorących debatach w mediach społecznościowych.
Kolejna, obecna faza, to walka na poziomie formalnych ram demokracji, ponieważ nastał taki etap planu budowy struktur władzy przez PiS. Spory ogniskują tu się wokół przejęcia Sądu Najwyższego.

W czysto opisowym sensie wszystkie te strategie były jedynie reakcją na kolejne działania PiS. Jednak były one reakcyjnymi także w głębszym sensie. Stanowiły w oczywisty sposób próbę ratowania wpływów dawnego obozu władzy przeciwko nowemu sojuszowi biedniejszej części społeczeństwa z nową pisowską elitą polityczną. PiS ma oczywiście różne prezenty również dla biznesu, jak ostatni program Lex Deweloper czy podejmowane próby modyfikowania prawa pracy. Trzeba dla sprawiedliwości zaznaczyć, że w zasadzie każda partia po takiej porażce politycznej zwykle musi zadowolić się reakcyjnymi posunięciami. Nie muszą to jednak być zachowania reakcyjne w politycznym sensie.

Warto to podkreślić i uwyraźnić: wszystkie te strategie były wymierzone w możliwość zawarcia porozumienia ponad podziałami klasowymi, na którym oparta jest wiarygodność PiS. To właśnie takie porozumienie stanowi kamień obrazy dla liberałów. To ono, a nie fakt, że PiS jest bardziej jeszcze prawicowy czy że ma w swojej strategii elementy prosocjalne lub dotyczące polityki i prestiżu Polski na arenie międzynarodowej, sprawiło, że liberałowie wpadli w histerię [2]. Ponieważ nowoczesność i lewicowość w kwestiach społecznych i ideowych liberałów była zawsze blefem, który za rządów PiS sprawdzono z bardzo negatywnym wynikiem (jedyne, na co było opozycję stać, to słaba obrona status quo), realna różnica leży gdzie indziej.

Trzeba też od razu przyznać, że porozumienie czy sojusz zawarty przez PiS miał różne wymiary i odcienie: od słusznego i sprawiedliwego transferu 500+ (choć mającego swoje potężne wady, jak np. wykluczanie samotnych rodziców), przez wymiany kadrowe, po otwarcie klientystyczne i korupcyjne nowe układy i układziki, aż po rozpędzającą się coraz mocniej sprzeczność dotyczącą pozycji i praw kobiet (jednoczesne wzmocnienie i atak na pozycję kobiet). Z pewnością lewica za wszelką cenę musi bronić się przed centrystyczną TINĄ (there is no alternative) proPiS-u i antyPiSu, blokującą możliwość budowania sensownych wypowiedzi i działań.

Jednak zrozumienie tego ważnego wniosku (że opozycja walczy przeciwko powstaniu takiego sojuszu) pozwala nam w prosty sposób zinterpretować z lewicowej perspektywy ruchy ideologiczne i polityczne poprzedniej formacji, czyli tzw. opozycji: są to ruchy wymijające i bezwładne.

Z czubka góry lodowej widać niewiele

Spróbuję przedstawić sytuację opozycji jako formacji politycznej wpisując się w tradycję, jak twierdził sam Melville, autor „Moby Dicka”, haniebną – tłumaczenia świata za pomocą metafor marynistycznych, czyli przedstawiając ją jako dryfującą i topniejącą górę lodową.

Lewicowi czy przynajmniej deklaratywnie lewicowi intelektualistki i intelektualiści próbowali z tej góry lodowej na początku ostrzeliwać się, korzystając z jej dalej ogromnej masy zapewniającej jej niezatapialność. Tak wielu ludzi zainwestowało w nią przez lata tak wiele, że nie przejdą na stronę PiS-u czy jakieś niezależnej lewicy bez pieniędzy, kontaktów i poparcia. Atakowali zatem dokonujące się zmiany jako nieuprawomocnione, bo oparte na sojuszu z biedniejszą częścią społeczeństwa (towarzyszyły temu oczywiście mniej wyrafinowane pohukiwania neoliberałów takich jak Lis czy Gadomski [3]). Wydawało im się, że cały problem warunków życia większości społeczeństwa może zostać zanegowany przez kostium nakładany tejże części: kostium bezmyślnego chama, któremu trzeba dać odpór (dyskusję na ten temat też już w sferze publicznej mamy).

Później, gdy to nie pomogło i nie udało się zatrzymać topnienia góry, przyszedł czas na ideologiczne wiosłowanie. W tej czynności jednak już masa góry nie pomaga, a bardzo poważnie szkodzi. Konflikt między PiS-em i opozycją pokazuje nam, jak nienaturalne są „zupełne oczywistości” wyznawane przez członkinie różnych formacji politycznych. Fakt, że hegemonia (materialna forma zwycięskiej formacji politycznej) działa jako coś zupełnie neutralnego – „poglądy wszystkich porządnych Polek i Polaków”, „zdrowy rozsądek”, „twierdzenia samooczywiste”, „zachowania ludzi lepiej wychowanych” etc. – sprawia, że gdy przestaje ona działać, jej beneficjenci, operujący zwykle na jej czubku zaledwie wystającym z wody, nie są wcale zbyt dobrze zorientowani w tej części, która jej masę buduje. Części znajdującej się pod wodą: tej, która pozwala odbiorcom przekazów polityków intuicyjnie zrozumieć „prawdziwy przekaz” stojący za różnymi ogólnymi twierdzeniami, tej, która sprawia, że ludzie wierzą jednym mediom, a zupełnie nie wierzą innym, tej, która sprawia, że pewne sprawy są ważne, a inne absurdalnie głupie czy wreszcie tej, która sprawia, że świat ma sens i że istnieją wybory dobre i słuszne, złe i niesłuszne.

Dlatego też liberałom potrzeba nie tylko drobnej zmiany kursu. Musieliby porzucić ową górę lodową, stracić wszystko to, co budowali przez lata, i nauczyć się pływać tak, żeby zbudować nowy sojusz społeczny. W mojej opinii to się nie stanie, nie ma co na to liczyć, nie ma co przemawiać tu do rozsądku, bo nie o rozsądek chodzi, lecz o ten gigantyczny masyw interesów, przekonań, powiązań, dogmatów i dążeń konstytuujący formację polityczną (hegemonię). To, czego doświadczamy w komunikatach opozycji i jej próbach wyjścia z kryzysu, nie powinno budzić wielkiego entuzjazmu. Nie jest to skok w nieznane, a raczej mało energiczne wiosłowanie. Centrystyczna TINA zmusza bardzo wielu progresywnie nastawionych ludzi do tego, by zamiast nauczyć się pływać samemu, wiosłowali pchając górę odrobinkę do przodu. Nie powinni jednak mieć złudzeń: gdy nastanie odpowiedni moment, wszyscy pójdziemy pod wodę i zasilimy masę góry. Mało kto może powiedzieć, że zawsze pływał samodzielnie, jak np. Piotr Ikonowicz. Wychodzę z założenia, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku i w mniejszym lub większym stopniu żyjemy w cieniu tej masy.

Dlaczego nie chcę być galernikiem, czyli czemu projekty sojuszu liberalno-lewicowego są absurdalne

Wiosłowanie to miało po części charakter wyznań typu „Byliśmy głupi” [4], opinii, że 500+ stanie się częścią programu PO [5] czy zapewnień że ziemia obiecana (zwycięstwo w wyborach) nie jest wcale tak daleko i że nie trzeba się wiele nawiosłować [6]. Przykładem fatamorgany tego typu są zapewnienia Macieja Gduli, że wystarczy dokonać demarkacji i dokoptować trochę nowych wyborców do obecnej formacji (odcinając jednocześnie „neoautorytarnych” wyborców PiS) [7]. Innym przykładem jest poważniejsza (i dość skuteczna) próba zawłaszczenia feminizmu i kobiecych ruchów protestu dla neoliberalizmu, bo ponoć tylko on jest na tyle cywilizowany, żeby utrzymać „przynajmniej X” postulatów tego ruchu. Nic więcej tu nie wchodziło w grę poza utrzymaniem opresyjnego status quo, którego koszmarna pod wieloma względami polityka PiS jest logiczną konsekwencją, a nie ekscesem [8].

Ostatnią [9] tego typu próbą był tekst Michała Sutowskiego „Toksyczni rodzice nie pokonają PiS” [10]. Zawiera on, jak już widać po tytule, reakcyjną odpowiedź na problem „jak wiosłować?”. Tekst daje nieco odmienną odpowiedź, dyktowaną znowu raczej rozwojem sytuacji politycznej aniżeli krytycznym namysłem (choć tekst Sutowskiego zawiera kilka cennych spostrzeżeń, np. dotyczących konfliktu pokoleniowego czy miejsca państwa dobrobytu w historycznej dynamice rozwoju polskiej gospodarki). Sutowski proponuje „pragmatyczny pakt” między młodszym lewicowym pokoleniem a starszym pokoleniem neoliberałów, których w tekście symbolizuje Agata Bielik-Robson, choć wiadomo, że de facto chodzi tu o całą górę lodową.

Pytanie, czy sojusz ten jest na prawdę pragmatyczny. Czy jest to głos rozsądku? Sutowski nawet po części sprzeciwia się redakcyjnemu konformizmowi w samej „Krytyce Politycznej”, tzn. proponuje obrazoburczy ruch porozumienia między klasami. Sprzeciwia się pierwszemu przykazaniu formacji: sojusze społeczne są zawsze przeciwko biedniejszej części społeczeństwa.

Dla blefującego liberalizmu inkluzja i „postępowość” są tylko formą zapewnienia dostatecznego poparcia dla takiej formy polityki. Przykładowo dla osób LGTB+ „tak”, ale niech siedzą cicho wobec „normalnych” ludzi z góry, bo zostali tu wpuszczeni warunkowo (uciekając przed opresją konserwatywnego społeczeństwa). Parada Równości może być, niszowa kultura też, ale już jakieś realne prawa, coś, co by kosztowało cokolwiek – to już dla tutejszych liberałów zbyt wiele (tu się kończy „tolerancja”). Czy zatem Sutowski proponuje, by polski listonosz na głodowej płacy, samotna matka tonąca w długach czy gejowska para wychowująca razem dzieci stanęli na równi z normalnymi, porządnymi i kulturalnymi ludźmi z czubka góry lodowej?

Naturalnie nic z tych rzeczy. Refleksja nie posunęła się tu ani na jotę. Od lat przybiera tylko inne postaci, dyktowane zmianami w sytuacji politycznej. Fakt ten zauważa sam autor, wskazując na hipotezę, że to rozwój gospodarczy zapewniony przez neoliberalizm zrodził wśród wyborców PiS aspiracje do lepszego życia. Jak pisze Sutowski, neoliberałowie poprzedniej formacji muszą obudzić się z „dogmatycznej drzemki” i uznać istnienie postulatów socjalnych. Sutowski w swoim pragmatycznym sojuszu proponuje zapomnieć lewicy o złej przeszłości neoliberalizmu, a liberałom zaleca uznać konieczność zmiany kursu ze względu na nieuchronnie nadchodzącą przyszłość. Ba, nawet zapewnia, ponieważ prawda sama nasuwa się z natarczywą samooczywistością, że na pewno pomostowe postulaty między nowymi wiosłującymi nie zostaną porzucone. Oczywiście nie ma cienia obaw, że liberalizm stanie się „zbyt lewicowy”, nie bójmy się. Otóż prawda jest taka, że postulaty socjalne w wykonaniu liberalnej formacji politycznej pójdą za burtę tak szybko, jak skończą się wybory – i wszyscy o tym wiedzą. Nie dlatego, że jest ona „zła i obłudna”, lecz dlatego, że wykluczenie tych ludzi stanowi kamień węgielny tejże formacji: podstawę reprezentowanego przez nią interesu klasowego.

Wsparcie nowej opozycji – „liberalizmu z ludzką twarzą” – byłoby z perspektywy nieuprzywilejowanej części społeczeństwa, która w ogromnej mierze poparła PiS, zachowaniem zupełnie irracjonalnym i w oczywisty sposób absurdalnym. Asymetria tego sojuszu jest całkowita. Zwykli ludzie, klasa pracująca, nie mieliby w tym sojuszu żadnych narzędzi wyegzekwowania swoich postulatów (sam Sutowski sprawia wrażanie, że zdaje sobie z tego sprawę): żadnych znajomości i powiązań, żadnych instytucji wywierających nacisk, żadnych mediów reprezentujących ich głos. Ta formacja, góra lodowa, jest w pełni ukształtowana, tu nie ma dla zwykłych ludzi miejsca, bo tu wszystkie miejsca już są zajęte. Sytuacja lewicy jest dla tych ludzi najlepszym wyznacznikiem, co ich czeka, gdyby poszli na taki pakt. Przy tak słabej pozycji negocjacyjnej poparcie takich postulatów byłoby wyrazem skrajnej głupoty czy działaniem wbrew własnemu interesowi.

Na tym też polegała do tej pory siła owej formacji: wielka masa i szczelność przed nadmiarem intruzów z zewnątrz, czyli konserwatywna polityka wykluczenia pod przykrywką liberalnej polityki inkluzji. Jak często podkreślano, dobrobyt prawdziwej Polski (tej bogatszej, Polski A) zależy od konkurencyjności gospodarki – zapewnionej tanią siłą roboczą. Czyli od biedy całej reszty. Propozycja Sutowskiego właśnie dlatego, że ukrywa asymetrię stosunków klasowych w owym „pragmatycznym pakcie”, jest propozycją reakcyjną politycznie. Podobna asymetria występuje w większości przypadków, gdzie ruchy społeczne popierały opozycję i zostały całkowicie ogołocone ze swojego politycznego i etycznego potencjału, w zamian nie otrzymując zupełnie nic, czy w sytuacji, w której namawiano do sojuszu Razem z SLD i PO (razemowcy, idąc za głosem rozsądku i przedstawiając argumentację zbieżną po części z tą przedstawioną tutaj – odmówili) [11]. Ta asymetria jest przykrym faktem, jednak o ile zdawanie sobie z niego sprawy jest pragmatyczne, o tyle aktywne wspieranie i ukrywanie tejże asymetrii jest reakcyjne politycznie, ponieważ podporządkowuje postępowo nastawione jednostki, grupy i organizacje, nie dając im żadnych środków, by zrozumieć sytuację czy walczyć o lepszą przyszłość dla wszystkich. Tu głos Sutowskiego niczym w zasadzie nie różni się od głosów Schetyny czy Lisa i jakiejkolwiek postaci z całej bezbarwnej plejady formacji liberalnej. Lub jedynie tym, że jest przyjemniej sformułowany.

Trzeba szukać nowej drogi poza lewicową reakcję

Niestety niczego więcej nie można się spodziewać po formacji liberalnej. Podkreślę jeszcze raz: nazywam ją górą lodową między innymi dlatego, że posiada ona ogromny bezwład polityczny. Oznacza to nie tylko, że zmiana poglądów i strategii politycznej zajmie lata albo w ogóle nie nastąpi, ale także i to, że w formację tę bardzo wielu ludzi zainwestowało swoje życie, swoje wysiłki, swoje kontakty społeczne, swój czas i pieniądze (nie mówiąc już o tym, że są głęboko przekonani, że to jedyna słuszna formacja). Jest ona ideologicznie i politycznie skostniała i wyjałowiona, jednak ze względu na powyższe nikt z niej nie będzie rezygnował z byle powodu.

Na koniec warto jeszcze dodać jedną rzecz dla jasności. Uważam, że „postępowy” charakter nowej formacji PiS-u wynika raczej z konieczności sytuacji, a jej głęboko reakcyjne elementy pochodzą z jej inteligenckiego rdzenia, który nie jest jakoś bardzo odmienny od tego, co reprezentuje poprzednia formacja. Konieczność budowy mediów opozycyjnych wobec mainstreamu, krytyki liberalizmu, zmiany kursu polityki, przemyślenia polskiej polityki i zawarcia realnego sojuszu ze skutecznie pomijaną przez dotychczasową formację częścią społeczeństwa wynikał właśnie z tego faktu, że ta część społeczeństwa była PiS-owi niezbędna, by przejąć władzę. Jednak ten prosty fakt miał niezwykle głębokie konsekwencje właśnie dlatego, że działał przeciwko formacji mocno osadzonej na wykluczeniu, zatem musiał zorganizować prawdziwe siły, by stawić jej czoła. Nie tylko „poobiecywać”, jak w to się dzieje w warunkach dobrze ukonstytuowanej władzy, np. gdyby działała koalicja PO-PiS nie musząca się z żadnymi wyborcami liczyć. Konflikt, który dla elit jest prawdziwie traumatycznym kataklizmem, jest dla lewicy szansą na zmierzenie się z realnymi problemami społecznymi, ponieważ jako formacja polityczna nie ma ona samoistnego bytu.

Niestety formacja PiS-owska, obok przekonania, że to oni są prawdziwie inkluzywni i de facto choć konserwatywni to prawdziwie nowocześni, także opiera się na wykluczeniu tych grup, którymi liberałowie do tej pory posługiwali się do legitymizacji swojego blefu. Jest to podwójna niesprawiedliwość, ponieważ zgodnie z konserwatywną krytyką choć „liberalne wartości” i „tolerancja” liberałów były pustosłowiem, to sytuacja jest zupełnie inna dla ludzi, dla których nadzieja na nowoczesne, inkluzyjne społeczeństwo kierowała ich życiem i wiele ich kosztowało, by w tym kierunku zmierzać. Istnieje tu bardzo poważne zagrożenie, że wraz z iluzjami liberalizmu rozpłyną się wszystkie postępowe postulaty.

Postępowe postulaty nie mają żadnej szansy powodzenia, gdy pozycja negocjacyjna wysuwających je grup społecznych jest żadna. Nie ma co zatem liczyć na żadną „odgórną rewolucję” czy „klasę średnią jako klasę buntu”, bo to jest po prostu wiara w to, że najbogatsi i najbardziej uprzywilejowani członkowie społeczeństwa zupełnie bez powodu oddadzą swoje pieniądze i przywileje w zamian za niczym nie podparte (żadnym realnym poparciem społecznym) programy reformy i wizje stworzenia bardziej egalitarnego społeczeństwa. Musiałaby istnieć siła, która by ich do tego zmusiła, tak jak zaistniała taka siła w PiS, który wbrew swoim fantastycznym narracjom na własny temat przeszedł duże zmiany i cechuje się dużą niespójnością (to ta niespójność jest jego największą siłą). Jak wskazuje sam Sutowski i inni „przemawiacze do rozsądku” neoliberalnych elit, można im pokazać, że ich pozycja społeczna jest zagrożona i dlatego powinni przynajmniej przywdziać maskę reformatorów i postępowców, by ratować roztapiającą się formację. Ponieważ jednak za takim zwrotem politycznym nie stoi żaden postępowy interes, a wręcz przeciwnie – stoi bardzo dobrze uformowany interes reakcyjny, to wiosłowanie w galerze opozycji, liberałów, neoliberałów czy jak by ich nie nazywać, jest dla całej reszty zupełnie pozbawione sensu.

Oczywiście wszystkie czytelniczki i wszyscy czytelnicy zaangażowani politycznie i czytający ten tekst mogą zareagować na tego typu komentarze jak mój w zrozumiały sposób: my nie możemy postawić się tak jak ty „obok” sporów politycznych i zająć pryncypialnie słusznej pozycji, musimy wybierać i podejmować decyzje w danej sytuacji. Fakt ten, a także słaba pozycja lewicy oraz ludzi, którzy są zniechęceni i do PiS i do PO, wykorzystywany jest bez przerwy do szantażu intelektualnego i emocjonalnego.

Z jednej strony to prawda: dominacja PiS i PO jest po prostu faktem, jednak nie należy się zgadzać na sformatowanie debaty politycznej i problemów społecznych tak, jak robią to PiS i PO (centrystyczną TINĘ). Istnieje olbrzymia różnica między obroną sprawiedliwego systemu sądownictwa w interesie obywatelek i obywateli a protestowaniem dlatego, że machina propagandowa liberalnej formacji trąbi, iż trzeba bronić, a kto nie broni – ten za PiS. Nie da się uniknąć ram ideologicznych, które dwie duże formacje tworzą i w które nas wciskają, jednak ponieważ często spory te są tylko przedstawiane jako spory w naszym interesie (znowu blefuje się tylko), można je wykorzystać, by powiedzieć coś, czego normalnie nie wolno powiedzieć.

Oczywiście głosy oporu wobec status quo czy szkodliwych zmian wprowadzanych przez PiS zawsze będą podporządkowywane jednej czy drugiej formacji – na tym polega ich władza. Jednak co innego mierzyć się z tą władzą z własnej, niezależnej pozycji, nawet jeśli mniejszościowej, a co innego poddawać się jej przy każdej możliwej okazji. Ustępstwa są ostatnim ruchem, który powinno się podejmować mogąc coś wynegocjować – inaczej są bez wartości i mocy.

Od czego zależy powodzenie lewicy w takich realiach? Sądzę, że od zdolności do wypracowania efektywnie niezależnej pozycji, którą można osiągnąć tylko przełamując klasowe, genderowe, regionalne czy kulturowe podziały. Nie mam na myśli tu tylko akceptacji liberalnej idei różnorodności i tolerancji, ale wychodzenie poza własną strefę komfortu i horyzont ideologicznych „oczywistości”: rozumienie i współdziałanie z ludźmi, z którymi często nie dzielimy ani poglądów politycznych, ani zwyczajów, ani statusu społecznego, orientacji seksualnej czy formy zatrudnienia. Ludzi, których konserwatywny i miałko postępowy liberalizm trzyma po dwóch stronach firewalla. Tych zaledwie tolerowanych i tych wykluczonych z „lepszego i kulturalnego” społeczeństwa.

Lewica nie powinna skupiać się na własnej tożsamości i toczyć tożsamościowych bojów z prawicą (grać jej grę, która niestety także jest po części nieunikniona), ale stać się lewicowym głosem dla ludzi, którzy z lewicą się dziś nie identyfikują. Z jednej strony z ludźmi, którzy z braku wyboru gromadzą się na topniejącej górze lodowej zbankrutowanego liberalizmu, a z drugiej tych, którzy po gorzkim rozczarowaniu ich rządami zwrócili się ku PiS, przynoszącemu długo oczekiwane reformy (budzące równie wielkie rozczarowania, co entuzjazm). W przeciwnym razie utkwimy wszyscy w sytuacji, w której będziemy zdolni tylko do przekonywania do naszych idei, wartości i postulatów tych, którzy są już przekonani: czyli nas samych.

Eliasz Robakiewicz

Przypisy:

1. Zgodnie z tą logiką prawicowi dziennikarze tropią „ideologię gender” czy tępią ekologów z pozycji „realizmu” takiej demaskatorskiej reakcji. Przykładowo, ponieważ w rzeczywistości nawet jeżeli deklaratywnie uznajemy, że mamy poglądy anty-rasistowskie, to i tak jesteśmy częścią globalnego systemu nierówności, w który rasizm jest strukturalnie wpisany, np. nie możemy nic poradzić na przyczyny wojny w Syrii, które są, tak jak przyczyny wszystkich wojen w krajach arabskich, związane z cenami paliw kopalnych, które z kolei wpływają na ceny wszystkich produktów dostępnych na rynku, zatem nasza deklaracja antyrasizmu jest niemal bezwartościowa wobec akcji podejmowanych przez nasze rządy i korzyści, które z zawłaszczenia tych zasobów wszyscy czerpiemy. Problem z tego typu krytyką jest taki, że aby krytykować obłudę antyrasizmu czy feminizmu z pozycji normatywnych, trzeba uznawać ideały i wartości, które za tymi ruchami stoją. Aby stwierdzić, że one do tych ideałów nie dorastają, by uznać nawet, że „są to idee być może piękne, ale nieprawdziwe”, trzeba wpierw uznać ich ważność na poziomie normatywnym. Krytyka prawicowa, choć często bardzo przekonująca, jest de facto zwykle sama oparta na reakcyjnej próbie negacji oświeceniowych wartości jako celów: na krótką metę jest to dość proste, ponieważ wystarczy wskazać, jak w kapitalizmie słuszne postulaty są zwykle w „złagodzonej wersji” integrowane z systemem, jednak ostatecznie i na poziomie samych wartości i praw jest to stanowisko nie do obrony, muszące odwołać się zawsze do egoizmu (jednostki, rodziny i „narodu”) jako ostatecznej i najwyższej wartości.

2. Wspaniały głos histeryczny przedstawia w wywiadzie z lipca Tomasz Siemoniak wiceprzewodniczący PO: https://kulturaliberalna.pl/2018/07/10/siemoniak-wywiad-akt-odnowy-rzeczpospolitej-program-po/.

3. Przykładowy głos w tej sprawie: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23780918,list-do-obroncow-iii-rp-mieliscie-ciepla-wode-kranie-i-wszystko.html

4. http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,15414610,Bylismy_glupi.html

5. http://www.platforma.org/aktualnosc/43628/nasz-projekt-prawdziwe-500-zl-na-kazde-dziecko

6. Jest to postulat niezwykle ważny politycznie dla opozycji i jej aktualnej reputacji, więc newsów jest zatrzęsienie, np. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23672419,najnowszy-sondaz-rzadzacy-dalej-liderem-ale-z-koalicja-anty-pis.html, http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/51,114871,21648707.html?i=0, http://natemat.pl/156401,wielka-koalicja-anty-pis-owska-to-mozliwy-scenariusz-ale-zwiastuje-tylko-jeszcze-wiekszy-chaos.

7. Choć trzeba przyznać oczywiście, że Gdula przynajmniej potraktował problem poważniej niż sami politycy opozycji czy wielu dziennikarzy: http://krytykapolityczna.pl/instytut/raport-dobra-zmiana-w-miastku/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-rzucilem-w-okno-ceglowka/,http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-w-gw-kaczynski-buduje-neoautorytaryzm/, http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-pis-uderza-w-strune-aspiracji-klasy-sredniej/.

8. Przykładowe głosy w tej sprawie: http://codziennikfeministyczny.pl/kongres-kobiet-socjalny-czy-neoliberalny/, http://codziennikfeministyczny.pl/znajdz-meza-zrob-drugie-dziecko-niemal-lustrzany-odpowiednik-zmien-prace-wez-kredyt/

9. Od momentu napisania tego tekstu ukazał się jeszcze tekst „O czym marzy lud KODerski. Krótki kurs”, forsujący dalej te same postulaty, pogłębiający jednak analizę pokoleniowych różnic, jednak jednocześnie zacierający istotne różnice między lewicą a starą gwardią konserwatywnych liberałów, których Sutowski broni jako „postępowej frakcji” bez oczywiście żadnych konkretów wskazujących na jej postępowość: http://krytykapolityczna.pl/kraj/anty-pis-kod-liberalowie-lewica-dialog/.

10. http://krytykapolityczna.pl/felietony/michal-sutowski/pragmatyczny-pakt/, krytyczny komentarz: https://strajk.eu/czas-proby-lewica-bez-parasola-liberalnej-demokracji/.

11. http://krytykapolityczna.pl/kraj/do-partii-razem-podajcie-lape-czarzastemu/

Pusty worek

Pusty worek

Komentarz do raportu „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że zawarta w niniejszym tekście krytyka dotyczy przede wszystkim nie samej części sprawozdawczej raportu (wyniki wywiadów), a konceptualnych ram, w które zostały one ujęte. Część opisową czytałem z zaciekawieniem, natomiast problematyczne są dla mnie przesłanki i wnioski z raportu, w szczególności diagnoza neoautorytaryzmu wyborców i wyborczyń PiS z małego miasteczka, gdzie prowadzono badania. Moje zaniepokojenie wzbudził także tekst współautora raportu, Kamila Trepki „Stwórzmy koalicję nadziei!”, który ukazał się niedługo po samym raporcie. Tekst nawołuje do stworzenia dwusegmentowego (dwie listy wyborcze) bloku koalicyjnego lewica + konserwatywni liberałowie (PO+Nowoczesna+PSL) i podpiera się raportem zespołu Gduli jako „dowodem” na „betonowy” charakter wyborców PiS. O ile nie wiem, jaka jest odpowiedź na pytanie „czy warto ubiegać się o elektorat PiS-u?”, o tyle wiem już teraz, że logika stojąca za diagnozą zarówno Trepki, jak i całego zespołu Gduli – jest błędna. Nie mam ambicji diagnozowania i proponowania tu „strategii lewicy”, w szczególności rozumianej jako „wygrywanie elektoratu”. Dlatego ograniczę moje dywagacje na ten temat do minimum, czyli nakreślenia w końcowej części tego, czym jest interes klasy pracującej. W niniejszym tekście skupię się na krytyce założeń i wniosków z raportu.

Założenia

Sam uznaję połączenie analiz klasowych (najchętniej marksistowskich) z badaniami socjologicznymi za bardzo dobry kierunek rozwoju badań społecznych. Dzieje się tak, ponieważ pozwala ono wyjść poza marksistowską tendencję do abstrakcyjnego rozumienia klasy i przyjrzeć się jej strukturze czy składowi, różnym interesom i warstwom w ich obrębie. Zwykle zrozumienie funkcjonowania sojuszów i konfliktów części klasy pracującej z częścią elit czy kapitalistów czy też różnych frakcji pracowników, pozwala zrozumieć, na czym polegają te „duże” konflikty i nie błąkać się po pustyni abstrakcji. W przypadku metodologii badań Gduli istnieje jednak pewien bardzo poważny problem z rozumieniem klas oraz ze sposobem ich opisu.

Raport ten, zgodnie z metodologią socjologii Pierre’a Bourdieu, bada poglądy i postawy mieszkańców małego miasta. Jego celem jest odnalezienie przyczyny utrzymującego się po dwóch latach wysokiego poparcia dla PiS-u. Założenia badania można podzielić na metodologiczne i tematyczne. Metodologiczne można sprowadzić do użycia teorii form kapitału Bourdieu (ekonomicznego, kulturowego i społecznego) oraz zanegowania jako punktu wyjścia teorii populizmu (nie wchodzę w szczegóły metodologii przeprowadzenia wywiadów, nie jestem tu kompetentny). Założenia tematyczne dotyczą wyboru tematów naświetlających poglądy i postawy polityczne badanych: sposób pozyskiwania informacji i zainteresowanie polityką, ocena rządów PO, 500+, trybunał konstytucyjny, całkowity zakaz aborcji, uchodźcy i ruchy społeczne.

Już na początku raportu (Gdula i in. 2017, s. 5) stwierdza się, że raport weryfikuje, jak się okazuje, błędne w kontekście obecnych rządów PiS, wyjaśnienie dojścia do władzy prawicy w ostatnich latach, odwołujące się do pojęcia „populizmu”. Populizm ma tutaj oznaczać formę polityki, w której zagospodarowuje się „prekarną” kondycję części społeczeństwa (wykluczenie, brak bezpieczeństwa, niskie zarobki, niski standard życia itd.), by sformułować wielkie „oskarżam!” wymierzone w establishment. Wyjaśnienie to, choć zdaniem autorek i autorów raportu trafnie opisywało sytuację dekadę temu (a i dziś także w niektórych regionach Europy), w chwili obecnej w Polsce jest nieprawidłowe. Dzieje się tak, ponieważ przyczyną poparcia PiS nie jest prekarny stan, sprowadzający się zasadniczo do złego statusu ekonomicznego. W rzeczywistości, według autorów raportu, ulega on stałej poprawie. To jakiś inny czynnik czy postawa motywuje Polki i Polaków do głosowania na PiS.

Zanim przyjrzę się wyjaśnieniu zespołu Gduli warto zaznaczyć, że pojęcie „populizmu” było z powodzeniem stosowane przez liberalne centrum (i nadal jest) do odsuwania roszczeń pracowniczych czy niwelowania wpływów nowych partii i ruchów oraz generalnie do pacyfikowania opozycji. Mówiąc prosto, zgodnie z tą teorią populistyczni liderzy, zwykle odwołując się do emocji, obiecując wiele i nie mając realnych sił, by podjęte postulaty zrealizować, kompromitują razem ze sobą postulaty grup wykluczonych, przez co „psują politykę”. Populizm porusza się w świecie opinii, karierowiczostwa, spektaklu społecznego i pozorów. Jak pouczają nas intelektualiści liberalni, populistom trzeba dać odpór (bronić „prawdziwej” demokracji). Teoria populizmu, nawet gdyby odjąć powyższy aspekt, jest nie tyle błędna, co zdaje sprawę z dość banalnej prawdy: żądania zmarginalizowanych grup mogły w ostatnich latach przebić się tylko w sojuszu ze zmarginalizowanymi radykałami (czy często pseudo-radykałami). W tym sensie ma ona oczywiście zastosowanie do pewnych aspektów utworzonej przez PiS hegemonii, choć prawdopodobnie nie są to najlepsze konceptualne ramy do analizy tego zjawiska. Teoria populizmu z całą swoją ambiwalencją zostaje jednak przez zespół Gduli odrzucona i to jest punkt wyjścia.

Analizowanie takich banałów wydawać się może stratą czasu. To, co jest tutaj istotne, to użycie tej teorii, by unieważnić problem ugruntowania poglądów i postaw w społeczno-ekonomicznych warunkach życia badanych. Odrzucenie wyjaśnienia wysokiego poparcia dla PiS w kategoriach teorii „populizmu” nie równa się rozwiązaniu problemu zgodności poglądów i postaw wyborców z ich sytuacją materialną. Zanegowanie banalnego rozwiązania problemu o fundamentalnej wadze nie równa się rozwiązaniu czy zanegowaniu samego problemu. Aby przekonać nas, że jednak problem jest rozwiązany, jeszcze na tej samej stronie, na której odrzucono teorię populizmu (Gdula i in. 2017, s. 5), podane są dane dotyczące spadku bezrobocia, wzrostu płac realnych oraz współczynnika Giniego, świadczące o tym, że pozycja społeczna i status ekonomiczny nie grają roli w poparciu PiS. Nie negując oczywiście prawdziwości tych danych należy jednak stwierdzić, że i one z pewnością nie rozwiązują tego problemu. Niezależnie od naszej oceny, na ile te dane dowodzą, że „Polacy biedni nie są” (a jest to moim zdaniem teza błędna, gdyż pomija szereg form nierówności), trzeba stwierdzić, że niezależnie od oceny badanych, czy ich sytuacja ekonomiczna jest „dobra” czy „zła”, stanowi ona i zawsze będzie stanowić podstawę (nie jedyną, ale ważną) zarówno dla formułowania poglądów i postaw, jak i wyrażania interesów. Dotyczy to zarówno poszczególnych ludzi, jak i klas (o interesie więcej na końcu tekstu). Na pewno warto rozważyć hipotezę zaproponowaną przez Michała Bilewicza w jego krytycznym wobec raportu tekście. Zgodnie z nią to nie zła sytuacja ekonomiczna, lecz powolne tempo zmian dla sporej części społeczeństwa powoduje niezadowolenie. Można by powiedzieć, że chodzi o dynamikę wzrostu gospodarczego i ogólnej poprawy warunków życia w Polsce. Uważam, że jest to ciekawa hipoteza, jednak warto ją uzupełnić o inne wymiary: nierównomierność geograficznego i klasowego podziału owoców tej dynamiki, a także, co równie ważne, o zbadanie czy nierównomierne czy po prostu niesprawiedliwe jest rozłożenie kosztów poniesionych, by zapewnić sobie poprawę sytuacji ekonomicznej.

Stwierdzenie na podstawie tych danych, że sytuacja ekonomiczna nie jest „zła”, nie obliguje nas do stwierdzenia, że nie stanowi ona podstawy dla formułowania poglądów, postaw czy decyzji – i że nie jest sama w sobie istotna. Zresztą wywiady przeprowadzone w raporcie potwierdzają moją intuicję – artykułowanie opinii, postaw czy interesu ma nieco odmienny kształt w różnych warstwach klasy pracującej w zależności od warunków życia. Oczywiście nie twierdzę, że istnieje tu prosta zależność i wszyscy badani mają poglądy zgodne w przejrzysty sposób ze swoją pozycją społeczną. Należy jednak stwierdzić, że istotne w tej konstrukcji jest wyrzucenie z dyskusji, pod przykrywką „motywacji ekonomicznej” poglądów, problemu społeczno-ekonomicznych podstaw wyrażanych w badaniu. Autorki raportu nie dopuściły analitycznie przeciwstawnej do tej założonej w raporcie możliwości: to dobrze ugruntowany i przemyślany interes pracowników znajduje dostępne mniej lub bardziej doskonałe formy eksplikacji i realizacji. Czy też mówiąc prościej: to realne warunki bytowe potrzebują wyrażenia w języku i działaniu, a nie postawy i poglądy wymagają „motywacji”.

Motywy ekonomiczne

Podążając dalej tokiem rozumowania raportu należy zapytać: jeżeli nie „motywacja ekonomiczna”, to co? Tu zaprezentowane są, same w sobie ciekawe, wywiady dotyczące wymienionego wcześniej szeregu spraw. Przedstawione różnice klasowe w ocenie ważnych zjawisk życia społecznego należy uznać za jedną z bardziej wartościowych części raportu. Nie będę się tutaj jednak zagłębiać w ich treść, ponieważ uważam, że wypowiedzi badanych warto przeczytać samodzielnie.

Poglądy i postawy dotyczące wymienionych powyżej kwestii stanowią tematyczne założenia dla sformułowania tezy o neoautorytaryzmie badanych. Kwestie te układają się dla autorek i autorów raportu w pewną całość nie dlatego, że w sprawach tych ujawniają się centralne problemy polskiego społeczeństwa. Dzieje się tak, ponieważ polityka PiS odpowiada ich zdaniem na niezrealizowane aspiracje klasy średniej, a w przypadku klasy ludowej pozwala ukierunkować resentyment. Można by powiedzieć, że to przecież oczywiste, że za tymi poglądami stoi coś więcej, natomiast raport badał poglądy i postawy, więc powyższa krytyka jest na wyrost – domagam się czegoś, czego raport wcale nie miał osiągnąć. Teoretycznie można by raportu w ten sposób bronić, gdyby kończył się on na części opisowej, jednak ani jego założenia, ani wnioski nie pozwalają nam na taką obronę.

Neoautorytaryzm

Problemy oceny rządów PO, funkcjonowania sądownictwa czy kwestii uchodźców układają się, jakby mogło się zdawać, w spójną wizję przyczyn poparcia autorytarnej formacji politycznej: bezwzględnej politycznej hegemonii nacjonalizmu siły i tożsamości opartej na negacji odmienności.

Już samo stwierdzenie, że „neoautorytaryzm mieści się w ramach paradygmatu demokratycznego, kładąc nacisk na uczestnictwo wyborcze, dawanie głosu zwykłym ludziom i niezależność państwa narodowego” (Gdula i in. 2017, s. 4) dyskwalifikuje to pojęcie niejako z definicji. Z pewnością tematy wywiadów zostały dobrane bardzo dobrze i są to istotne problemy. Jednak na tak dużym poziomie ogólności, na jakim pojęcie to zostało dopasowane do opinii przebadanych mieszkańców, jak zauważa Michał Bilewicz w swoim tekście, traci ono jakąkolwiek ostrość. Pojęcie neoautorytaryzmu staje się po prostu słowem-workiem, do którego wrzucone są rozmaite kwestie i problemy.

Najbardziej katastrofalną w skutkach konsekwencją przyjęcia poglądów proponowanych w raporcie jest odrzucenie wraz z napiętnowanymi postawami i poglądami problemów, których są one objawami. Problemy społeczne oraz motywacje i interesy z nimi związane zostają zredukowane do roli nieistotnych motywacji poglądów, które to z kolei zostają wrzucone do wora z napisem „neoautorytaryzm”. Z problemami tymi należy się zmierzyć i od tego, jaki realny wysiłek się w to włoży, zależy oczywiście powodzenie lewicy. Tylko realizując swoje wartości i dążenia ma ona szansę coś zaoferować i zdobyć jakąś legitymizację (nawiasem mówiąc, od kształtu ich rozwiązania zależy przede wszystkim przyszłość całego społeczeństwa). Droga na skróty, którą jak sądzę firmuje wizja Gduli, czyli sojuszu z opozycją liberalną przeciw autorytaryzmowi, nie ma dla mnie żadnej przyszłości. Nie dlatego, że „trzeba się radykalizować” i zamknąć w sekciarskim światku z sobie tylko zrozumiałym językiem i postulatami. Nie wydaje mi się, abym był rzecznikiem jakieś awangardowego czy radykalnego stanowiska, twierdząc, że problemy, które zostają na wiele sposób w raporcie poruszone przez samych badanych, nie powinny zostać zanegowane przy użyciu hasła „neoautorytaryzmu”, lecz podjęte z lewicowej perspektywy.

To nie dobieranie i nieprecyzyjne waloryzowanie grup elektoratów partii, lecz rozpoznanie struktury klasowej ma olbrzymie znaczenie dla zrozumienia społecznej funkcji problemów takich jak funkcjonowanie sądownictwa czy programu 500+. W tym sensie polską lewicę czeka podobna ciężka praca, jak ta wykonana przez ekipy Berniego Sandersa czy Jeremiego Corbyna. Rozpoznanie interesów grup i warstw klasy pracującej, które można powiązać i zrealizować przez postępowe postulaty polityczne, a także podjęcie aktywnej walki ideologicznej i politycznej – stanowi trudne i niewdzięczne zadanie. W szczególności gdy lewica parlamentarna nie ma swojego „twardego” elektoratu i jest postrzegana jako przybudówka neoliberalnej centroprawicy („lewactwo”). Istnieje także obok partii i intelektualistek żywe życie społeczne, w którym postępowe postulaty są formułowane, a ludzie gotowi są o nie walczyć. Niestety to równie trudne i niewdzięczne zadanie (a nawet bardziej, gdyż często ryzykuje się zwolnienie z pracy czy starcie z policją, nękanie w sądzie czy ignorowane przez wymiar sprawiedliwości napaści) stoi przed protestującymi przeciwko zakazowi aborcji, pocztowcami, nauczycielkami i nauczycielami, pracownikami sklepów wielkopowierzchniowych, pielęgniarkami, lokatorami –  by wymienić tylko te najbardziej oczywiste przykłady.

Z pewnością pierwszym krokiem może być posłuchanie rady Sandersa, żeby dać sobie spokój ze swoimi uprzedzeniami i z charakterystycznym dla intelektualistów, studentów i ogólnie klasy średniej obsesyjnym skupieniem na sobie samych. Trzeba skupić się nie na sobie, ale na społeczeństwie. Oznacza to, że definitywne dla tego, czym jest i czym stanie się lewica w Polsce nie jest wcale to, jakie poglądy wyznaje czy jakiego koloru flagi wywiesza, lecz z jakimi problemami się zmierzy i jak szerokie sojusze stworzy. Nie chodzi tu o żadne „wsłuchiwanie się w głos ludu”, a o zrozumienie sytuacji, w której znajdują się potencjalni sojusznicy i potencjalne sojuszniczki lewicy. Zrozumienie to samo w sobie jest bronią w walce politycznej. Tak jak nie można pozwolić sobie na używanie takich generalizacji jak „neoautorytaryzm” wyborców PiS, tak też oczywiście nie można pozwolić sobie na jakiś naiwny moralizm „dobrego ludu”, który bezskutecznie próbuje się zresztą ostatnio lewicy wmawiać w imię równie naiwnego przeciwstawnego poglądu liberałów o istnieniu „ciemnych mas”, homo sovieticusach itp. (dowodzącego domniemanej naiwności lewicy i trzeźwego realizmu liberałów). Platformą dla postępowej polityki nie może być sam etyczny postulat lepszej polityki i lepszej przyszłości czy – w mdłej i niestrawnej wersji – „obrony słabszych”, lecz określony interes społeczny, przez realizację którego można taką politykę realizować.

Interes klasy pracującej

Na koniec warto postawić pytanie: czy odwracając przedstawione powyżej rozumowanie, oparte na negacji interesu klasy pracującej (czy przynajmniej olbrzymiej jej części) i zamknięciu go w dyskursywnej ślepej uliczce „autorytaryzmu wyborców PiS”, musimy godzić się na status quo, ażeby ten interes realizować? Czy musimy stawiać „interes narodowy” ponad wszystko, zaakceptować ONR, sławić „żołnierzy wyklętych”, zapałać miłością do ojca Rydzyka, zgodzić się na całkowity zakaz aborcji? Czy musimy w sporze o sądownictwo „wybrać stronę”? Albo zgodzić się bez szemrania na wszystkie pomysły reformatorskie PiS? Dostrzeżenie i zrozumienie, że obecna władza podejmuje, zagospodarowuje, zaprzepaszcza i rozwiązuje istotne problemy społeczne nie równa się zredukowaniu obiektywnej rzeczywistości życia społecznego do perspektywy obecnej władzy. Należy zrobić coś dokładnie odwrotnego do redukcjonistycznego rozumowania zespołu Gduli: dostrzec konflikt i niespójność tam, gdzie zdaje się panować nacjonalistyczny konsensus.

Istniejące rozwiązania nie są jedynymi możliwymi, choć trzeba się liczyć z realnością pozytywnych i negatywnych efektów działania obecnej władzy, nie dlatego, że można by wdrożyć jakiś genialny lewicowy plan polityczny (taki, jak wiemy, na razie nie istnieje), ale dlatego, że potencjał polskiego społeczeństwa nie wyczerpuje się ani w ramach wytyczonych przez PiS, ani przez ustępującą formację związaną z PO. Nie chodzi tu o naiwną i szowinistyczną wiarę, że „Polska będzie potęgą” (a zatem będzie mogła realizować swój interes bez ograniczeń – nieodzowny wyobrażeniowy komponent nacjonalizmu) uderzającą w nas z okładek tygodników, lecz o dostrzeżenie, że pewne partykularne dążenia i interesy są nośnikami interesów powszechnych i postępowych. Przykładowo walki nauczycieli o lepsze warunki pracy, wynagrodzenia i lepszą reformę edukacji są nośnikiem poprawy warunków materialnych dla pracowników sektora publicznego (których sytuacja z kolei oddziałuje na całe społeczeństwo) oraz lepszej edukacji powszechnej (czy analogicznie w przypadku pracowników medycznych). Jednocześnie oczywiście interesy różnych grup i warstw w obrębie klasy pracującej mogą być politycznie rozgrywane przeciwko sobie. Każdy przytomny polityk wie, że trzeba liczyć się i mieć odpowiednią strategię wobec potężnych interesów kapitału i wpływowych grup nacisku. Oczywiście autor niniejszego krótkiego komentarza nie ma odpowiedzi na postawione problemy, choć jest przekonany, że lepsza jest konfrontacja z realnymi problemami niż ich iluzoryczne rozwiązania.

Eliasz Robakiewicz