przez Hubert Walczyński | niedziela 27 listopada 2022 | opinie
Gdy mówimy o tym, że „ceny rosną”, to opisujemy inflację jako problem, który nie ma przyczyny. Ceny podnoszą globalne korporacje. Robią to, bo mogą. Notują przy tym rekordowe marże i wielomiliardowe zyski.
Jak do tego doszło i dlaczego ten prosty fakt tak długo pozostawał poza radarem ekonomistów? Żeby to zrozumieć, musimy wgłębić się w trzy opowieści o inflacji, które zdominowały debatę publiczną i ekonomiczną.
Najszerzej rozpowszechniona z nich – nazywana w żargonie teorią monetarną – zakłada, że wzrost cen wynika z zaburzenia równowagi pomiędzy ilością pieniądza i produkowanych towarów. Jeśli wzrośnie ilość pieniędzy, a produkcja pozostanie na tym samym poziomie, to więcej osób będzie stać na zakup konkretnych towarów. Więcej niż produktów dostępnych na rynku. Być może z początku pojawią się niedobory, ale problem szybko zostanie rozwiązany poprzez wzrost cen. Taka opowieść dominuje dziś w mediach, takie historie opowiadają politycy. Ceny rosną, gdy rośnie ilość pieniądza w obiegu – w domyśle dlatego, że na masową skalę drukuje go rząd, a później rozdaje w postaci świadczeń socjalnych, takich jak 500+, trzynasta czy czternasta emerytura.
Problem z tą teorią jest jeden – ma pięćset lat, a jej korzenie można znaleźć już w traktatach Mikołaja Kopernika, który – mało kto wie – był również ekonomistą. Jednak teoria inflacji monetarnej nie przystaje z kilku powodów do współczesnego świata. Ilość pieniądza w obiegu nie zależy dziś od prasy drukarskiej Narodowego Banku Polskiego ani od maszyn Mennicy Polskiej. Znaczną większość pieniądza we współczesnych gospodarkach (zwykle powyżej 90%) stanowi pieniądz cyfrowy, „emitowany” przez banki komercyjne, które tworzą go udzielając kredytów. Banki nie są pośrednikami pomiędzy tymi, którzy lokują pieniądze na swoich kontach, a tymi, którzy potrzebują gotówki. Są jej producentami: każdy udzielony kredyt to więcej pieniądza w obiegu. Właśnie dlatego podstawowym narzędziem używanym (z lepszym lub gorszym skutkiem) przez banki centralne poszczególnych państw w obliczu inflacji jest manipulowanie stopami procentowymi. Wyższe stopy to droższe kredyty, a co za tym idzie – mniej chętnych kredytobiorców. Banki będą więc udzielały ich mniej, a ilość pieniędzy powinna zacząć spadać.
Rzecz w tym, że to, ile pieniędzy istnieje, nie ma żadnego znaczenia. Kluczowe jest to, ile jest ich w obiegu – pieniądz, który nie krąży, nie ma prawa wpływać na ceny na rynku, tak jak na ceny złota nie ma wpływu to, ile ton kruszcu leży obecnie na dnie oceanów we wrakach statków zatopionych trzysta lat temu. Na tym spostrzeżeniu opiera się teoria inflacji popytowej, istotna dziś z tego względu, że w 2022 roku wyszliśmy z okresu pandemicznych lockdownów. Gdy nie można było chodzić do restauracji czy latać na wakacje, oszczędności Polek i Polaków rosły (oczywiście niektórych – dla bardzo wielu czas pandemii był czasem trudności materialnych). Po zniesieniu pandemicznych restrykcji obywatele zaczęli wydawać zachomikowane pieniądze. Doskonale widać było to w pierwszym kwartale 2022 roku, kiedy wzrost gospodarczy w Polsce wyniósł 8,5% wobec pierwszego kwartału 2021. Do wzrostu ilości pieniądza w obiegu, który może powodować inflację, nie trzeba ani banków, ani prasy drukarskiej, ani mennicy.
O ile na popyt na rynku mają wpływ decyzje tego czy innego rządu, o tyle szukanie źródeł inflacji w nieudolnej polityce gospodarczej naszego rządu wymaga zamknięcia oczu na to, że wzrost cen jest zjawiskiem globalnym. Dotyka on niemal wszystkich krajów na świecie i wszystkich w Europie. W październiku 2022 w Europie Zachodniej inflacja oscylowała pomiędzy 6% (Francja) a 14% (Holandia), w Europie Środkowo-Wschodniej wahała się od 15% (Słowacja) do 35% (Mołdawia). Polska nie jest tu w żaden sposób wyjątkowa. Nie jest też tak, że kraje bogatsze prowadzą mądrzejszą politykę niż biedniejsze. Mają nieco niższą inflację przede wszystkim dlatego, że inny udział w ich koszyku konsumpcyjnym stanowią dobra, które drożeją najszybciej – takie jak żywność czy energia. Po prostu przeciętny Francuz czy Niemiec wydaje na nie znacznie mniejszą część swojego dochodu niż Litwin czy Polak.
Państwa Europy prowadziły przez ostatnie lata bardzo różnorodną politykę – niektóre szczodrą politykę socjalną, a inne zaciskały pasa. W niektórych rósł deficyt, a w budżecie innych panowała równowaga. Jedne należą do strefy Euro, inne nie. Próba wyjaśniania dzisiejszej inflacji przez „drukowanie pustego pieniądza”, „PiSowskie rozdawnictwo”, trzynaste emerytury czy niekompetencję Adama Glapińskiego – to po prostu ekonomiczna demagogia. Chyba że ktoś jest w stanie wykazać, w jaki sposób wpłynęły one na poziom cen w całej Europie.
Jest jeszcze trzeci rodzaj inflacji – nazywany w żargonie ekonomicznym inflacją podażową – którym można wyjaśniać wzrost cen w większości krajów świata. Chodzi w niej o to, że gdy rosną ceny podstawowych surowców – takich jak ropa, gaz czy żywność – to zaczynają rosnąć koszty produkcji wszystkiego w gospodarce. Prawie każdy towar trzeba gdzieś przewieźć, do produkcji każdego dobra potrzeba pracownika, który musi coś jeść i musi jakoś ogrzać dom. W ten sposób inflacja spowodowana wzrostem cen jednego surowca może rozlać się po całej gospodarce i sprawić, że ceny wszystkich towarów zaczną rosnąć. Za modelowy przykład takiej inflacji uznaje się zwykle lata siedemdziesiąte, kiedy doszło do tak zwanych kryzysów naftowych. W 1973 roku kraje OPEC (eksportujące ropę naftową) w reakcji na to, że USA stanęło po stronie Izraela podczas Wojny Jom-Kippur, postanowiły ograniczyć eksport ropy naftowej. Ceny wzrosły z 20 do ponad 60 dolarów za baryłkę, inflacja uderzyła w gospodarkę Stanów Zjednoczonych, a później rozlała się po reszcie świata, napędzając wzrost cen wszystkich innych towarów w gospodarce.
Szczególnym zagrożeniem związanym z inflacją podażową, na które często zwracają uwagę ekonomiści, jest tak zwana spirala płacowo-cenowa. Jeżeli rosną ceny, pracownicy domagają się podwyżek, żeby związać koniec z końcem. W rezultacie rosną koszty pracy, a więc koszty produkcji wszystkich dóbr w gospodarce, co raz jeszcze przyczynia się do wzrostu cen – i zamyka błędne koło. Dlatego też w obliczu wysokiej inflacji ekonomiści często postulują hamowanie wzrostu wynagrodzeń, na przykład poprzez zamrażanie płacy minimalnej – co, biorąc pod uwagę wzrost kosztów życia, oznacza obniżanie pensji pracownikom.
Czego o inflacji nie wie lewica?
Taki obraz inflacji dominuje w ekonomii głównego nurtu i tak wyglądają postulowane przez ekonomistów rozwiązania. Zwykle uderzają one w najuboższych: czy to przez cięcia świadczeń socjalnych (żeby ograniczyć popyt), czy hamowanie wzrostu płac (żeby zmniejszyć koszty produkcji dla firm). Właśnie z tego powodu lewica przez dekady ignorowała inflację. Nie dorobiliśmy się alternatywnej, przekonującej opowieści o tym, dlaczego ceny rosną i co można zrobić, żeby przestały. Uderzanie w najsłabszych w imię dbania o abstrakcyjnie rozumianą „kondycję gospodarki” zawsze było nam na lewicy nie w smak. Problem w tym, że inflacja również uderza w najsłabszych, a jest przy okazji być może jedynym wskaźnikiem ekonomicznym, z którym przeciętny obywatel styka się każdego dnia, podczas każdej wizyty w sklepie.
Ignorowaliśmy inflację, śmialiśmy się z paniki medialnej, gdy ceny rosły o dwa, trzy, cztery procent rocznie. Gdy ktoś narzekał na wzrost cen, pokazywaliśmy dane, zgodnie z którymi w tym samym roku płace wzrosły o dziesięć procent. Robiliśmy w gruncie rzeczy to, o co oskarżaliśmy liberałów przez ostatnie trzydzieści lat – próbowaliśmy odpowiadać na uczucia ludzi przy pomocy przeczących im danych i wskaźników. Tak jak eksperci i politycy przez trzy dekady tłumaczyli Polkom i Polakom, że przecież PKB rośnie, a średnia płaca przekroczyła już 5 czy 6 tysięcy, więc na pewno żyje im się lepiej. Dokładnie to robili na lewicy politycy, publicyści i nieliczni lewicowi ekonomiści. Robiłem to sam w dyskusjach internetowych i na łamach różnych mediów. Robiłem to, gdy przyjeżdżałem do Lublina i tłumaczyłem ojcu, który narzekał na nieustanny wzrost cen, że inflacja to przecież 2 czy 3 procent, niewiele, patrz, tu masz tabelkę, Główny Urząd Statystyczny, oni nie kłamią.
Bagatelizowaliśmy inflację z bezradności intelektualnej. Z przekonania, że ceny w gospodarce wyznacza „rynek”, metafizyczne bóstwo o niezbadanych wyrokach, do których firmy mogą się tylko dostosowywać. Mówiąc konkretnie – przyjęliśmy, za teorią ekonomiczną, że firmy podnoszą ceny, bo muszą, bo rosną koszty ich produkcji. Ale czy naprawdę mamy uwierzyć w to, że Nestle, Unilever, Procter&Gamble czy Coca-Cola zbankrutowałyby, gdyby nie podniosły cen produktów na przestrzeni ostatniego roku?
Czego o inflacji nie wiedzą ekonomiści?
Wierzą w to ekonomiści, bo takie przyjęli założenia. W ekonomii mówi się o kilku podstawowych formach, jakie może przyjmować rynek. Może to być monopol, gdy dominuje jedna duża firma, albo oligopol, gdy jest ich kilka. Ale świętym Graalem ekonomistów jest konkurencja doskonała – czyli rynek, na którym jest bardzo wiele podmiotów sprzedających bardzo podobne produkty. Na takim rynku są też bardzo niskie są bariery wejścia, a więc niemal każdy może założyć kolejną firmę i zacząć konkurować z innymi. Przyjmujemy również, że wszystkie ceny są znane dla wszystkich klientów, a do każdego sprzedawcy jest podobna odległość. Czasami jako przykład rynku bliskiego konkurencji doskonałej podaje się bazar – mamy bardzo podobne do siebie owoce czy warzywa, sprzedawane w jednym miejscu po zbliżonych cenach. Można się przejść, porównać ceny i kupić od tego, kto sprzedaje najtaniej. Jeżeli mamy podejrzenie, że sprzedawcy narzucają wysokie marże, można pojechać na giełdę, kupić te same owoce czy warzywa po cenach hurtowych i samemu rozłożyć stoisko, zaoferować niższą cenę i przejąć klientów. A przynajmniej jest to znacznie prostsze niż wejście na rynek np. w przemyśle motoryzacyjnym czy petrochemicznym.
Wszystko to ma dosyć niespodziewane skutki – na takim rynku marże (a co za tym idzie także zyski), powinny na dłuższą metę dążyć do zera. A to dlatego, że tak długo, jak któryś ze sprzedawców osiąga zysk, zawsze może pojawić się osoba z zewnątrz, która będzie sprzedawać dane produkty nieco taniej, zadowalając się niższym zyskiem. I przejmie klientów od pierwszego sprzedawcy. W ten sposób rynek dostarczy nam towarów po możliwie najniższych cenach, które na dłuższą metę powinny oscylować w okolicach kosztów produkcji. W żargonie ekonomicznym mówi się, że na rynku konkurencyjnym firmy są cenobiorcami. Ze względu na duży poziom konkurencji, nie są w stanie wpłynąć na ceny produktów, które sprzedają. Jeżeli będą chciały je podwyższyć, wykosi ich tańsza konkurencja. Na tym kluczowym założeniu opiera się teoria inflacji podażowej – czyli tej związanej ze wzrostem kosztów. W punkcie wyjścia przyjmujemy, że firmy nie mają wpływu na cenę, bo tę wyznacza konkurencja na rynku. A zatem każdy wzrost kosztów produkcji (paliwa, pracy, surowców) przełoży się na wzrost cen końcowego produktu u wszystkich sprzedawców.
Problem w tym, że świat tak nie wygląda i nie można przyjąć tych założeń za akceptowalne uproszczenia rzeczywistości. Choć w sklepach obcujemy z setkami marek, to znaczna większość towarów, które kupujemy każdego dnia, jest produkowana przez kilka globalnych korporacji o miliardowych zyskach. Kupujemy je w większości także w jednej z kilku globalnych sieci detalicznych o miliardowych zyskach. Nie ma to nic wspólnego z jednolitym produktem, niskimi barierami wejścia na rynek czy konkurencją cenową – większość rynków wokół nas to oligopole. Konkuruje na nich co najwyżej kilka innych międzynarodowych podmiotów, żadnemu z nich nie opłaca się obniżać cen, a wejście na takie rynki jest zazwyczaj bardzo trudne i wymaga kolosalnego kapitału. Z tego powodu na rynkach oligopolistycznych firmy są, jak mawiają ekonomiści, cenotwórcami. Same ustalają ceny produktów końcowych. I robią to w taki sposób, jaki im się najbardziej opłaca, bo ich celem jest maksymalizacja zysku, a nie zaspokojenie potrzeb jak największej liczby konsumentów. Liczą więc – dla przykładu – czy bardziej zyskownie będzie sprzedawać milion sztuk danego produktu po trzy złote, czy dwa miliony po dwa złote (w żargonie ekonomicznym takie kalkulacje nazywa się cenową elastycznością popytu). Na podstawie tego określają ceny wyjściowe, z którymi stykamy się w sklepach.
A skoro firmy same ustalają ceny swoich produktów, zwykle gdzieś pomiędzy kosztami ich wyprodukowania, a poziomem, na którym nie znalazłyby na nie kupca, to mogą je także swobodnie podnosić. Na przykład gdy wykupią mniejszą firmę w sektorze, która dotychczas stanowiła ich konkurencję. Albo gdy sprzedają towary tak podstawowe, że bez względu na cenę kupcy i tak się na nie znajdą. W tym kontekście możemy spojrzeć na inflację podażową lat 70. – wspomniane kryzysy naftowe – jako na modelowy przykład inflacji oligopolistycznej. Ceny ropy poszły w górę nie dlatego, że wzrosły ceny wydobycia, albo złoża zaczęły się wyczerpywać. Wzrosły dlatego, że kontrolę nad nimi sprawował oligopol i postanowił arbitralnie je podwyższyć, aby osiągnąć swoje cele polityczne, a przy okazji dobrze zarobić.
Markowa inflacja
Należy dodać istotne zastrzeżenie – tak naprawdę rynki mają wiele warstw. Produkty końcowe sprzedają nam oligopoliści w rodzaju PepsiCo, Nestle czy Kraft Foods, pod różnymi markami. Ale pod nimi znajduje się szereg firm, które zwykle operują w warunkach zbliżonych do konkurencji – bo ich produkty są praktycznie takie same (albo wręcz cała ich specyfikacja jest odgórnie określana przez firmę zlecającą). Firmy produkujące butelki, do których nalewa się popularne napoje, zakrętki, którymi się je zakręca, czy półprodukty, z których się je wytwarza, będą zwykle operować na granicy opłacalności w swoich umowach z dużymi podmiotami. A zyski generować na mniejszych zamówieniach dla mniejszych podmiotów, gdzie marże są znacząco wyższe. Kluczowa różnica pomiędzy oligopolami, z którymi spotykamy się na co dzień robiąc zakupy, a podwykonawcami tych oligopoli, jest taka, że produkty podwykonawców są takie same. A produkty końcowe – nawet jeżeli smakują tak samo i wyglądają podobnie – są sprzedawane pod różnymi markami, z których każda ma wyjątkową, starannie budowaną przez lata tożsamość.
Marka pozwala uciec przed konkurencją cenową. Im droższa i bardziej luksusowa marka, tym skuteczniejsza będzie to ucieczka. Na własnej skórze przekonał się o tym zarząd firmy Philip Morris, który 2 kwietnia 1993, w obliczu rosnącej konkurencji ze strony niemarkowych, tańszych papierosów, ogłosił, że obniża cenę papierosów Marlboro o 20%. Ten dzień zapisał się w historii jako Piątek Marlboro – analitycy i inwestorzy ogłosili go końcem wielkich marek, obawiając się, że obniżka cen Philipa Morrisa to początek szerszego trendu. Że nie da się dłużej uzasadniać wysokich cen przy pomocy znanych symboli handlowych i opowiadających o nich reklam. Wycena akcji PM spadła o jedną piątą, a za nią poszły spadki w wycenie innych firn, takich jak Disney, Coca-Cola Company czy Procter&Gamble. Były to oczywiście wahania chwilowe, a Piątek Marlboro nie był zapowiedzią śmierci marek, a raczej krótkotrwałym kryzysem jej wiary we własną wartość. Ale stanowił ważne ostrzeżenie dla prezesów i zarządów globalnych korporacji: nigdy nie obniżaj cen. Jak podsumował to później na łamach „Wall Street Journal” Bob Stanojev, dyrektor regionalny EY: „Wystarczy, że jeden czy drugi wielki wytwórca produktów konsumpcyjnych zacznie opuszczać ceny, by uruchomić lawinę. A wtedy cena zacznie rządzić rynkiem”. Ekonomiści w swoich modelach zakładają, że cena rządzi rynkiem. Prezesi korporacji wiedzą, że to oni rządzą ceną.
Firmy podnoszą ceny, bo chcą zarabiać więcej
Właśnie to jest istotną składową współczesnej inflacji. Jej źródła były i popytowe (związane z popandemicznym wzrostem ilości pieniądza w obiegu), i podażowe (związane ze wzrostem kosztów surowców, energii i transportu), ale szybko okazało się, że inflacja jest doskonałą wymówką dla wielkich korporacji, aby zarobić więcej. Policzyli to analitycy z Economic Policy Institute – porównali, z czego wynikał wzrost cen na przestrzeni ostatnich 40 lat i ten w ostatnich dwóch latach. Wyszło im, że pomiędzy 1979 a rokiem 2019 wzrost cen był spowodowany w 61,8% wzrostem płac, w 26,8% wzrostem cen surowców i półproduktów, a w 11,4% wzrostem marż i zysków. Gdy spojrzymy na inflację ostatnich dwóch lat, to okaże się, że wzrost płac odpowiada za 7,9% wzrostu cen, wzrost cen surowców za 38,3%, a większość notowanej inflacji – 53,9% – jest pochodną rosnących marż i zysków. Połowa wzrostu cen w ostatnich dwóch latach to bezpośredni transfer pieniędzy z kieszeni obywateli na konta wielkich firm.
Na przykładach poszczególnych korporacji opisywał to amerykański ekonomista Robert Reich – w kwietniu 2021 roku Procter&Gamble ogłosiło podwyżki cen artykułów higienicznych, uzasadniając je rosnącymi kosztami materiałów i transportu. A po podwyżkach ogłosiło 5-miliardowe zyski, odpowiadające 24,7% marży. Dokładnie to samo zrobiło PepsiCo, również tłumacząc się wzrostami cen półproduktów, a pod koniec 2021 roku wypłaciło akcjonariuszom 5,8 miliardów dywidendy – o 5% więcej niż w poprzednim roku. Nie inaczej postąpiła Coca-Cola. Podobnie na przestrzeni ostatnich lat rosły również zyski największych sieci supermarketów.
Wszystko to widać również, gdy spojrzymy na drugą stronę medalu – na korporacje, które nie podniosły cen, pomimo wzrostu kosztów produkcji. Na przykładzie przemysłu odzieżowego (w którym ceny zwykle rosną powoli) analizował to Michał Kędziora, autor bloga odzieżowego Mr. Vintage. Przywoływał wypowiedź dyrektora Primarka, który w jednym z wywiadów „powiedział, że jego marka nie planuje podwyższać cen na nową kolekcję. Takie same informacje przekazywało do mediów także Pepco, sieć która słynie z bardzo niskich cen. Podobną strategię prawdopodobnie przyjmie LPP, czyli nasz lokalny potentat odzieżowy. Spółka ta jest właścicielem marek Reserved, House, Cropp, Mohito oraz Sinsay […] Przemysław Lutkiewicz [prezes LPP] mówi we wspomnianym wywiadzie tak: »Jeszcze w 2019 r. koszt sprowadzenia kontenera ubrań z Chin wynosił od 2,5 do 3 tys. dolarów. Dzisiaj mówimy nawet o 14 tys. dolarów za kontener. Przed pandemią transport koszuli kosztował ok. 2 zł, dzisiaj – od 8 do 10 zł«. Pomimo czterokrotnego wzrostu kosztów logistycznych, spółka LPP nie chce podnosić cen”.
Mamy tu jeszcze jeden dowód na to, że cen nie ustala rynek, lecz poszczególne firmy – wyrażoną wprost deklarację prezesa, że firma może nie podnosić cen pomimo wielokrotnego wzrostu kosztów produkcji i transportu. Nie robi tego prawdopodobnie dlatego, że jest to segment rynku o dosyć wysokim poziomie konkurencji. Tanie marki odzieżowe nie mają funkcji statusowej. Z tego względu bardziej opłaca się sprzedawać taniej, przy mniejszych marżach, ale większej liczbie klientów.
Jajko i kura
Jeżeli firmy same ustalają ceny produktów gdzieś pomiędzy kosztami produkcji a cenami, za które nikt nie kupiłby ich towarów, to być może prawda o wspomnianej już spirali płacowo-cenowej jest zupełnie inna. Może ceny rosną nie dlatego, że wzrost płac oznacza wzrost kosztów produkcji, lecz dlatego, że wzrost płac to większe możliwości nabywcze konsumentów. A co za tym idzie, firmy mogą podnieść ceny, bo wiedzą, że znajdą konsumenta na ten sam produkt, nawet gdy będzie o 5 czy 10 procent droższy. Przesłanki wskazujące na to widać, gdy porównamy ceny tych samych produktów tych samych marek w krajach biedniejszych i bogatszych. W Ukrainie te same proszki do prania, chipsy czy napoje będą tańsze niż w Niemczech. Częściowo będzie to spowodowane różnicą w kosztach (pensjach kierowców tirów, którzy będą je rozwozić, kasjerów, którzy będą je sprzedawać czy czynszów), a częściowo po prostu tym, że niemiecki klient bez mrugnięcia okiem zapłaci półtora euro za to, co w Ukrainie kosztuje 30 hrywien. Bo go stać.
Może w ten sam sposób da się wyjaśnić występującą czasami wymienność pomiędzy inflacją a bezrobociem? Teorie ekonomiczne (i niektóre badania empiryczne) wskazują, że działania państwa, które mają obniżać inflację, przekładają się często w krótkim okresie na wzrost bezrobocia. Idąc za teorią inflacji podażowej zwykle mówi się, że niskie bezrobocie to wysoka siła przetargowa pracowników, którzy mogą domagać się podwyżek, a firmy aby ich udzielić, podniosą ceny swoich produktów – i stąd wzrost inflacji. Ale skoro związek pomiędzy kosztami produkcji a cenami towarów jest znacznie luźniejszy niż zakładają ekonomiści, to może jest odwrotnie – po prostu przy rosnącym bezrobociu firmom nie opłaca się podwyższać cen, bo nie znajdą klientów na droższe produkty.
Wszystko to są hipotezy i uproszczenia, rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. Pomiędzy konsumentem a producentem mamy bardzo wiele szczebli pośredników, z których na jednych konkurencja cenowa będzie wysoka, a dominująca teoria ekonomiczna będzie sprawdzać się nieźle. Na innych władza kilku korporacji będzie znaczna i lepiej sprawdzi się oligopolistyczna teoria inflacji. Zależnie od tego, jak te szczeble będą wyglądać, w danych sektorach ceny mogą być bardziej determinowane przez koszty produkcji lub bardziej arbitralnie narzucane przez dominujących graczy na rynku. Tym uważniej należy jednak przyglądać się dysproporcji władzy na rynku, szukać przestrzeni, które się oligopolizują, w których globalne spółki wycinają rozproszoną konkurencję. Takim sektorem, o której w kontekście inflacji mówi się zaskakująco rzadko, jest sprzedaż detaliczna podstawowych produktów w Polsce. Warto byłoby zbadać, za jaką część wzrostów cen żywności czy produktów chemii gospodarczej w ostatnich latach odpowiada na przykład ekspansja popularnego sklepu znanego z wysokich cen i wyzysku ajentów.
Co z tego wynika?
Po pierwsze, zdradził nas język. Za każdym razem, gdy mówimy o tym, że „ceny rosną”, opowiadamy inflację jako problem, który nie ma przyczyny. Ukrywamy sprawczość i władzę, jakie w kształtowaniu cen mają korporacje. Nawet samo słowo inflacja jest zwodnicze – oznacza dmuchanie, angielskie inflate odnosi się zwykle do pompowania balona, który staje się coraz większy, choć nie ma w nim niczego poza powietrzem. Ta metafora sugeruje, że pieniądze miałyby być „dmuchane” przez rząd, który masowo je drukuje, w teorii jest ich zatem coraz więcej, ale w praktyce jest to wzrost pusty, bo z każdą nowopowstałą złotówką wszystkie dotychczasowe tracą na wartości. Ale pieniądz nie jest balonem. Monetarna teoria inflacji da się utrzymać jedynie w historiach o wiosce smerfów, które są imponującym pokazem tego, jak chwytliwa bywa demagogia ekonomiczna i jak sprawni retorycznie potrafią być dyletanci. Ceny wszystkich produktów nie rosną równomiernie z powodu spadku wartości pieniądza – rosną w jednych, są stabilne w innych, a w nielicznych spadają, lecz w każdym z sektorów z innej przyczyny.
Po drugie, jeżeli firmy mają swobodę w kształtowaniu cen, a jedną z kluczowych zmiennych, które biorą pod uwagę, są możliwości nabywcze konsumentów (wynikające z ich wynagrodzeń), to musimy rozpatrywać inflację jako zjawisko klasowe. Każdy wzrost płac może zostać zjedzony przez wzrost cen – czego doświadczyli na własnej skórze pracownicy w Stanach Zjednoczonych na przestrzeni ostatnich 50 lat. Od lat 70. ich przeciętne realne (czyli uwzględniające wzrost cen) płace wzrosły o 8%. Nie jest przypadkiem, że początek wielkiej stagnacji wynagrodzeń zbiegł się w czasie z wspominaną inflacją lat siedemdziesiątych. Inflacja, jakakolwiek by nie była jej przyczyna, jest dla wielkiego kapitału okazją do obniżenia realnych płac, której nie można zmarnować. Musimy być na to wyczuleni, bo w ostatnich miesiącach w polskiej gospodarce po raz pierwszy w historii notuje się ich spadek. Wskaźnikiem, który najlepiej odzwierciedla dynamikę władzy w konflikcie klasowym, jest udział płac w PKB. Mówi on o tym, jaka część każdej złotówki, która powstaje w gospodarce, trafia do pracownika, a jaka do właścicieli kapitału – ten udział w większości krajów świata spada od dekad.
Po trzecie, inflacja jest istotnym i najszybciej odczuwanym przez obywateli zjawiskiem ekonomicznym, które najbardziej dotyka najuboższych. Z tego powodu bagatelizowanie inflacji jest dla lewicy politycznym samobójstwem. Należy narzucić inny język debaty – mówić nie o tym, że ceny rosną, lecz o tym, że korporacje je podnoszą. Chcemy, aby było inaczej? Trzeba rozbijać monopole i oligopole, nakładać podatki od nadzwyczajnych zysków, określać maksymalne marże. Walczyć o konkurencję na rynkach, na które wkraczają globalni gracze. Oni nie robią tego, bo dbają o interes polskiego klienta, robią to z troski o interes globalnego kapitału.
Post Scriptum: Świat bez nieskończonego wzrostu (cen)
W teorii postęp technologiczny powinien sprawiać, że produkcja poszczególnych dóbr i usług będzie coraz prostsza i bardziej efektywna, a co za tym idzie – tańsza. Ceny powinny z dekady na dekadę spadać. Tymczasem jest odwrotnie – domyślnym stanem gospodarki jest inflacja. Deflacja jest zjawiskiem bardzo rzadkim. W Polsce na przestrzeni ostatnich 30 lat mieliśmy z nią do czynienia na przestrzeni niespełna dwóch lat.
Ekonomiści, którzy czytają ten tekst, już się gotują, żeby dopowiedzieć: „i bardzo dobrze”. Tradycyjna teoria ekonomiczna głosi, że deflacja to same problemy – zdecydowanie lepszy jest niski, stabilny wzrost cen, niż ich spadek. Inflacja miałaby służyć gospodarce – sprawiać, że konsumenci nie odkładają zakupów na później (gdy ceny spadają, bardziej opłaca się poczekać z zakupami na przyszły tydzień, miesiąc czy rok). Dodatkowo powinna mobilizować kapitał do poszukiwania inwestycji. Jeżeli pieniądz traci na wartości kilka procent rocznie, to posiadacze kapitału będą uważnie rozglądać się, gdzie można go zainwestować. W ekonomicznym domyśle: w innowacje, które ostatecznie zapewnią nam lepszą technologię, wygodniejsze życie i lepszy świat.
Rzecz w tym, że wszystkie te argumenty są zasadne tak długo, jak interesuje nas gospodarka oparta na nieskończonym wzroście. Czyli jedyna, o której mówi teoria ekonomiczna. Wiemy dziś jednak, że nieskończony wzrost produkcji na skończonej planecie jest niemożliwy. Wiemy, że kapitał „mobilizowany do inwestycji” w ostatnich dekadach rzadko przekłada się na realne techniczne usprawnienia naszego życia, a raczej zasila rynek finansowy, gdzie wymyśla się kolejne innowacyjne instrumenty spekulacyjne. Żyjemy w czasach katastrofy ekologicznej i spowolnienie cyklu konsumpcji – czyli odłożenie zakupów, które nie są niezbędne, na kolejny miesiąc czy rok, z perspektywy planety byłoby efektem bardzo pożądanym. Właśnie dlatego należy dogłębnie przemyśleć deflację z perspektywy ruchu degrowth. Być może należy zacząć opowiadać degrowth nie tylko jako gospodarkę bez nieskończonego wzrostu, ale także w bardziej zachęcający sposób – jako gospodarkę, w której ceny nie muszą rosnąć w nieskończoność.
Hubert Walczyński
przez Hubert Walczyński | środa 16 listopada 2022 | opinie
Analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego policzyli, że brakuje w Polsce 147 tysięcy pracowników sektora IT, aby ich udział wśród ogółu pracowników dorównał średniej dla krajów Unii Europejskiej. Z zapartym tchem czekamy na kolejne raporty o tym, ilu brakuje w Polsce lobbystów, spekulantów finansowych czy prawników specjalizujących się w rozbijaniu związków zawodowych – tych też z pewnością mamy mniej niż średnia unijna. Wreszcie – z ilu mieszkań trzeba wywłaszczyć Polki i Polaków, bo odsetek osób mieszkających na swoim w naszym kraju znacząco przewyższa średnią unijną.
Nie chcę się pastwić nad intelektualnym średniactwem – powszechną wśród ekonomistów niezdolnością do myślenia w kategoriach innych niż aktualna rozbieżność danej zmiennej ze średnią krajów Unii Europejskiej, OECD czy państw o podobnej strukturze gospodarczej do Polski (wówczas, jak wskazują autorzy, niedobór kadr IT to już tylko 25 tysięcy specjalistów). Chodzi o coś znacznie istotniejszego: o dogłębne przekonanie, że więcej programistów oznacza lepszy świat, które, jak sądzę, jest pochodną niebotycznych zarobków w tej branży. Skoro zarabiają krocie, to z pewnością muszą bardzo wiele wnosić do naszego społeczeństwa.
Finansujmy więc szkoły, kursy, szkolenia – 25 tysięcy to nie tak wiele, tyle co mieszkańców w Bielsku Podlaskim, Kobyłce czy Wieliczce – i zalepmy raz na zawsze lukę IT. Wszystko będzie już dobrze, żadna firma IT nie zamieści już nigdy ogłoszenia o istniejących wakatach, a zarobki w sektorze zaczną wreszcie spadać (co ciekawe na ich wysokość skarżą się same firmy badane przez PIE). Znów ironizuję, ale chcę zwrócić uwagę, że w tym (i bardzo wielu innych raportach ekonomicznych) pracę traktuje się jak produkt. Jak trzy marchewki, których brakuje, żeby ugotować rosół. Dokupimy, dorzucimy i będzie zrobione. Tymczasem praca tak nie działa – i to nie dlatego, że świat jest dynamiczny, a gospodarka się zmienia, to są banały – dlatego, że praca generuje pracę.
Serwisom społecznościowym brakuje programistów, którzy będą wdrażać nowe, jeszcze bardziej uzależniające nas narzędzia, „udogodnienia” i wymyślać kolejne funkcje w rodzaju nieskończonego scrollowania. Dzięki temu powstanie na rynku popyt na programistów w firmach, które przygotują aplikacje blokujące dane funkcje w telefonie czy przeglądarce i pozwalają nam skupić się na pracy (a ich klientami będą prawdopodobnie i ci pierwsi, i drudzy). Programiści to tylko pretekst, to samo możemy powiedzieć o specjalistach do spraw reklamy i marketingu pracujących dla dużych sieci fast foodowych, którzy będą wciskać nam oferty śmieciowego jedzenia, tak dopasowane w czasie i treści przy użyciu naszych danych, abyśmy skorzystali z nich z największym prawdopodobieństwem. A dzięki temu pojawi się więcej pracy dla specjalistów do spraw marketingu i reklamy siłowni, dietetyków czy koncernów farmaceutycznych, które zaoferują nam diety pudełkowe czy suplementy odchudzające. Albo NGO’sów, które przeprowadzą kampanie społeczne o tym, że sport to zdrowie. Przykłady można mnożyć, pytanie pozostaje jedno – czy którychkolwiek z nich w punkcie wyjścia tak naprawdę nam brakowało?
Nie mówię nawet o bullshit jobsach opisanych przez Davida Graebera, czyli pracach, które nie mają sensu nawet według osób, które je wykonują. Jestem przekonany, że są marketerzy, którzy kochają produkty, które sprzedają, a ci, którzy reklamują siłownie czy diety pudełkowe, mają poczucie, że dzięki nim ludzie są zdrowsi, piękniejsi i szczęśliwsi. Po prostu pewna część pracy we współczesnej gospodarce to kopanie dołów przez jednych i ich zakopywanie przez drugich. Tylko, wbrew metaforze, rzadko tyczy się to pracy fizycznej, a zwykle pracy intelektualnej w dużych korporacjach.
Nie twierdzę też, że w Polsce nie brakuje specjalistów IT. Kluczowe pytanie brzmi jednak: komu ich brakuje i do czego. Do opracowania lepszego systemu cyfrowego dla publicznej służby zdrowia? Czy do zoptymalizowania mechanizmów przydzielania kurierów do adresów dostaw, dzięki czemu firmie uda się ograbić pracownika z pozostałych paru minut przerwy (zwanej w żargonie firmowym przestojem i nieefektywnością alokacji)? Takich pytań analitycy nie stawiają z dwóch powodów.
Po pierwsze, wymagają one pogodzenia się z faktem, że nie każda praca przynosi wartość społeczną. Jest wiele zawodów, bez których świat byłby lepszy niż jest (co ciekawe, zwykle są one lepiej płatne niż te, których potrzebujemy najbardziej), istnieją całe sektory przemysłu, które wytwarzają w nas potrzeby, budzą kompleksy i sprawiają, że żyje nam się gorzej. To z kolei przeczy fundamentom dominującej teorii ekonomicznej. A gdy zacznie się ruszać fundamenty, to strach pomyśleć, co się stanie z całą konstrukcją.
Drugi powód jest bardzo prozaiczny – ekonomistów rzadko interesują pytania, które nie zaczynają się od „ile”. Inne zaimki pytające wymagają wyobraźni społecznej, a tę w toku studiów ekonomicznych metodycznie się tępi, wyrzucając poza zakres zainteresowania studentów wszystkie pytania, które nie mają ilościowego charakteru.
Ale to nie tylko wina ekonomistów, lecz również tego, że media kochają liczby. Widać to doskonale po wspomnianych już bullshit jobsach opisanych przez Davida Graebera. Zyskały one znaczący rozgłos dopiero po opublikowaniu przez YouGov wyników sondażu, zgodnie z którym 37% brytyjskich pracowników uważa, że ich praca nie ma sensu. Podobnie sprawa ma się z tezą o tym, że istotna część pracy umysłowej wykonywanej dziś korporacjach to kopanie dołów w komórce w Excelu i zakopywanie ich w innym Excelu. Pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje, dopóki ktoś nie policzy i nie postawi tezy, że takich pracowników w danym kraju jest 390 tysięcy, albo 240 tysięcy, albo pół miliona.
Przypomina to znany dowcip Douglasa Adamsa z książki „Autostopem przez galaktykę”, w której wyjątkowo inteligentna cywilizacja konstruuje komputer Deep Thought, który ma udzielić odpowiedzi na tzw. Wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę. Po siedmiu i pół milionach lat obliczeń, komputer odpowiada: 42. W absurdalnym humorze Adamsa chodzi właśnie o to, że liczba wyjściowa nie ma żadnego znaczenia. Problemem nie jest błąd kalkulacji. Problemem jest to, że jest bardzo niewiele ciekawych i istotnych pytań dotyczących spraw społecznych, na które odpowiedź da się wyrazić liczbą.
Hubert Walczyński
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.
przez Hubert Walczyński | środa 8 kwietnia 2020 | opinie
Nie było wojny, nie zniszczono fabryk, nie zburzono domów. Kryzys, którego zaczynamy doświadczać, nie jest wynikiem załamania możliwości produkcyjnych naszej gospodarki, lecz tego, że przestaliśmy wydawać pieniądze. Siły wytwórcze nie zmniejszyły się – mamy w społeczeństwie tyle samo pracowników, co wcześniej, dostęp do takich samych maszyn i technologii, te same fabryki i tyle samo komputerów. Nie musimy niczego budować od nowa, nie potrzebujemy wyrzeczeń, pracy po dwanaście godzin dziennie ani zaciskania pasa.
To, co się wydarzyło można porównać do sytuacji, w której jedziemy rowerem i spada nam łańcuch. Nie możemy jechać dalej, ale nie dlatego, że zepsuły się hamulce, odpadło koło czy połamaliśmy nogi. Po prostu mechanizm, który przekładał pracę mięśni w ruch pojazdu, chwilowo nie działa. Łańcuch można nałożyć z powrotem, rower będzie jechał dalej. Z gospodarką jest podobnie.
Kryzys wziął się stąd, że przestaliśmy wydawać pieniądze. Zamknięto punkty usługowe, gastronomiczne, zamrożono turystykę, odwołano imprezy masowe. Biurowa klasa wyższa i średnia zaczęła pracować z domu i przestała wydawać pieniądze na zbytki. Popyt na usługi zniknął, a zamykane lokale zaczęły zwalniać pracowników, zatrudnianych zwykle na śmieciówkach. Pracownicy stracili źródło utrzymania i z konieczności ograniczyli wydatki do minimum, co doprowadziło do kolejnych zwolnień, bo wydatki jednych to dochody drugich. Nawet ci, którzy mieli odłożone pieniądze, zaczęli wydawać je ostrożniej, trzymając na czarną godzinę, która nie wiadomo kiedy wybije i jak będzie wyglądać. I choć każda z tych jednostkowych decyzji może być uzasadniona, to spoglądając z góry widzimy, że kryzys ma kształt błędnego koła. Porusza się spiralnym ruchem, który pogłębia problemy, które go wywołały i sam się napędza.
Właśnie dlatego wszelkie próby pokonania kryzysu za pomocą polityki cięć i ograniczeń – jak proponuje na przykład Grzegorz Hajdarowicz – są skazane na porażkę. Obcinanie świadczeń i zaciskanie pasa czy wstrzymanie wypłat 500+ to pomysły katastrofalne, bo prowadzące do jeszcze większego ubóstwa tych, którzy stracili pracę i kolejnego załamania popytu, a więc kolejnej fali bankructw i zwolnień. Kryzysu nie da się pokonać oszczędzając, bo to oszczędzanie jest jego przyczyną. Jeżeli chcemy przerwać to błędne koło, musimy przeciwstawić się logice cięć, uratować przed ubóstwem tych, którzy stracili pracę i sprawić żeby ludzi znów zaczęli wydawać pieniądze.
Jak znika pieniądz
Choć banknoty nie zniknęły magicznie z portfeli Polek i Polaków – wciąż jest ich tyle samo, ile było pół roku czy rok temu – to spirala zwolnień i zaciskania pasa sprawia, że gospodarka w czasach kryzysu funkcjonuje tak, jakby zabrakło w niej pieniędzy. Ograniczanie wydatków sprawia, że spada prędkość krążenia pieniądza, co daje taki sam efekt, jak gdyby część pieniędzy po prostu zniknęła. Dla obiegu gospodarczego nie ma żadnego znaczenia, ile fizycznie istnieje wydrukowanych pieniędzy w kieszeniach Polaków (czy cyfrowych na ich kontach) – znaczenie ma tylko to, jaka część z nich jest regularnie wydawana.
Jeżeli ktoś zakopał w ogrodzie skrzynię, a w niej sto miliardów złotych, to pieniądze te nie mają prawa mieć żadnego wpływu ani na gospodarkę, ani na inflację. Stanie się tak dopiero wtedy, kiedy je odkopiemy i zaczniemy wydawać, wejdą do obiegu i zaczną tworzyć popyt na towary i usługi. W tym świetle to, co stało się w naszej gospodarce na przestrzeni ostatnich miesięcy można porównać do sytuacji, w której tysiące Polaków zakopałyby swoje oszczędności w ziemi – pieniądze tymczasowo zniknęły, bo przestały być wydawane.
Właśnie dlatego celem polityki antykryzysowej jest przywrócenie pieniędzy do obiegu, a narzędziem, którego możemy użyć, żeby osiągnąć ten cel – rozdanie gotówki tym, którzy stracili pracę i nie mają za co żyć. Będziemy mieć pewność, że wydadzą pieniądze, a nie schowają ich na czarną godzinę, a ich wydatki zaczną odwracać trend zaciskania pasa. Zwiększony popyt na usługi i towary nie tylko zniechęci do zwalniania, ale i doprowadzi do przywrócenia do pracy niektórych z tych, którzy pracę stracili. Pracownicy, którzy odzyskają miejsca pracy, wydadzą dochody, których przedtem nie mieli, tworząc tym samym nowe miejsca pracy. Właśnie dlatego kolejne kraje myśląc o lekarstwach na kryzys gospodarczy, rozważają wprowadzanie różnych form bezwarunkowego dochodu podstawowego. Rozdawanie pieniędzy – przede wszystkim tym, którzy na pewno je wydadzą – ma sens w sytuacji, w której jesteśmy, bo kryzys, którego doświadczamy, nie wziął się ze spadku możliwości wytwórczych gospodarki (nie zbombardowano fabryk, nie przestały działać komputery czy telefony), lecz z zaburzenia procesu krążenia pieniądza w gospodarce.
Musimy przy tym zmierzyć się z dwoma strachami, które przez dekady wpajali nam liberalni propagandyści, a które w ostatnich tygodniach nieustannie wracają w debacie publicznej – strachem przed inflacją i obawami dotyczącymi długu publicznego.
Czym jest inflacja?
Inflacja to nic innego jak średni wzrost cen dóbr i usług, które kupujemy każdego dnia. Powstaje w sytuacji, w której ilość pieniądza w obiegu rośnie szybciej, niż liczba towarów, które można za te pieniądze kupić. Co stanie się z inflacją, gdy za kilka miesięcy otworzymy szkoły, sklepy, restauracje i bary?
Będziemy mieli do czynienia z radykalną nierównowagą pomiędzy tymi dwoma sferami. Z dnia na dzień liczba usług i dóbr dostępnych na rynku wzrośnie. Ilość wydawanych pieniędzy również wzrośnie, lecz w znacznie mniejszym stopniu. Pieniądze będą wydawać ci, którzy je mają, ale w wyniku zwolnień czy upadku części firm, setki tysięcy osób zostały trwale pozbawione źródła dochodu. Będziemy wtedy stali przed groźbą nie inflacji, a deflacji – a więc sytuacji, w której wartość pieniądza w czasie rośnie, a ceny towarów i usług spadają. I choć taka perspektywa może brzmieć kusząco – spadek cen to przecież powód do radości – deflacja sprzyja pogłębianiu się kryzysu, a nie wychodzeniu z niego. Po pierwsze, spadek cen usług to spadek płac tych, którzy te usługi wykonują, a więc spadek ich wydatków, a co za tym idzie powrót do błędnego koła kryzysu. Po drugie, deflacja spowalnia obieg pieniędzy w gospodarce, a inflacja – przyspiesza. Gdy mamy do czynienia z inflacją – wartość pieniądza spada o jeden, dwa czy pięć procent rocznie – nie opłaca się odraczać decyzji inwestycyjnych czy konsumpcyjnych, bo wiadomo że za te same artykuły w przyszłości zapłacimy więcej. W przypadku deflacji opłaca się czekać, inwestycje zrobić za rok czy dwa, bo wówczas będą tańsze. Tym samym przez rok czy dwa pozostawić bez pracy osoby, które moglibyśmy zatrudnić. Właśnie dlatego inflacja – na poziomie kilku procent – jest celem, do którego powinniśmy dążyć wychodząc z kryzysu, a nie obawą. Obawiać należy się deflacji, która nadejdzie, gdy zakończą się ograniczenia związane ze stanem pandemii.
Straszenie Polek i Polaków hiperinflacją w sytuacji, w której jesteśmy, mówienie o tym, że gdy rozdamy pieniądze najbardziej pokrzywdzonym przez kryzys, to za miesiąc chleb będzie kosztował 20 tysięcy złotych – jest niezrozumieniem tego, jak działa gospodarka i skąd wziął się kryzys. W obecnej chwili obawy przed hiperinflacją są równie uzasadnione, co obawy o to, że mamy za dużo łózek szpitalnych, które będą stały puste.
Skąd się bierze dług publiczny?
Drugim strachem, który zaszczepili nam liberalni eksperci, jest strach przed rosnącym długiem publicznym. Wbrew temu, co czasem sugerują, nie da się zjeść chleba, którego jeszcze nie upieczono. Istnienie długu publicznego nie oznacza więc, że żyjemy ponad stan, na kredyt, który spłacać będą przyszłe pokolenia. Każda wydana złotówka, nawet ta na kredyt, odpowiada dobrom, które zostały wyprodukowane i już istnieją. Dług publiczny nie jest zobowiązaniem ponadczasowym, a wyłącznie kwestią dystrybucji dóbr tu i teraz.
Strach przed długiem publicznym bierze się stąd, że zwykliśmy patrzeć na państwo jak na gospodarstwo domowe, które podejmuje nieodpowiedzialne decyzje i regularnie wydaje więcej niż zarabia. Ale w tym uproszczonym spojrzeniu jest luka – na co to państwo-gospodarstwo domowe wydaje pieniądze i u kogo właściwie jest zadłużone? Odwróćmy tę logikę. Państwo nie jest zadłużone tak, jak gospodarstwo domowe, które żyje ponad stan. Jest zadłużone, bo postanowiło ograniczyć swoje dochody dla celów politycznych – czy to ze strachu przed odpływem części wyborców, czy przed medialną propagandą, które to media zaskakująco często pozostają w posiadaniu drobnej garstki milionerów.
Dług publiczny nie jest zjawiskiem ekonomicznym, lecz tworem politycznym, który pozwala najbogatszym raz jeszcze powiększyć swój majątek. Mechanizm jest bardzo prosty – te same pieniądze, które państwo mogłoby pobrać w formie podatków, ostatecznie i tak uzyskuje, zaciągając dług publiczny – fakt że da się to zrobić, oznacza, że te pieniądze istnieją. Dług publiczny zaciąga się poprzez emisję obligacji skarbu państwa, które później są kupowane przez indywidualnych inwestorów, fundusze inwestycyjne czy korporacje. Płacimy więc najbogatszym – bo to ich stać na kupowanie obligacji skarbu państwa – za to, że łaskawie pożyczą pieniądze, których państwo nie ściągnęło od nich w formie podatków.
Niedofinansowana służba zdrowia, głodowe pensje nauczycieli czy ratowników medycznych to wynik tego, że państwo pozwoliło Kulczykom i Solorzom-Żakom uciec ze swoimi majątkami do rajów podatkowych, albo sztuczkami księgowymi opodatkować się w mniejszym stopniu niż opodatkowany jest przeciętny pracownik na minimalnej krajowej. Później pożyczyło od nich pieniądze, których zabrakło w budżecie, płacąc im – przy pomocy moich i twoich podatków – za możliwość tymczasowego skorzystania z ich majątku.
Ani hiperinflacja, ani kryzys zadłużeniowy, nie są realnymi zagrożeniami, których musimy się obawiać w 2020 roku. Stoimy przed załamaniem, które powstało w wyniku radykalnego spowolnienia obiegu pieniądza w gospodarce, właśnie dlatego wyjściem z sytuacji jest przyspieszenie jego obiegu, a nie propozycje „ekspertów” w rodzaju Hajdarowicza czy projektantów Tarczy Antykryzysowej, sprowadzające się do zrobienia z polskich pracowników – niewolników pracujących po kilkanaście godzin dziennie.
Hubert Walczyński
przez Hubert Walczyński | niedziela 25 sierpnia 2019 | opinie
Zasada jest prosta – im bardziej twoja praca jest pożyteczna dla społeczeństwa, tym mniej ci za nią zapłacą. Przeprowadźmy prosty eksperyment myślowy – wyobraźmy sobie że pewnego dnia przedstawiciele poszczególnych zawodów znikają. Jak wpłynęłoby to na świat wokół nas?
„Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze”.
Historia uczy że David Graeber, autor tych słów, miał rację. Gdy 2 lutego 1968 roku zastrajkowali nowojorscy śmieciarze, ich strajk trwał dziewięć dni. Każdego kolejnego dnia na ulicach pojawiało się 10 tysięcy ton śmieci, których nikt nie odbierał. 10 lutego Nelson Rockefeller, gubernator stanu Nowy Jork, zdecydował się spełnić żądania płacowe strajkujących. Bez pracowników odbierających śmieci Ameryka nie wytrzymała nawet dwóch tygodni.
W podobnym czasie w Irlandii miała miejsce seria trzech strajków podjętych przez pracowników banków. Najdłuższy z nich, w 1970 roku, trwał ponad pół roku. Strajk bankierów dostarcza wielu ciekawych przykładów tego, jak życie społeczne może się samoorganizować pod nieobecność instytucji, które dotychczas wyznaczały ramy funkcjonowania gospodarki. Dla przykładu: banki zostały zastąpione przez puby, których barmani wiedzieli, kto jest wypłacalny, a kto nie, i poświadczali zobowiązania pomiędzy klientami. Co jednak bardzo istotne – zarówno w historii gospodarczej, jak i w ekonomii jest to epizod w dużym stopniu zapomniany, bo okazał się nie mieć właściwie żadnego wpływu na krajową gospodarkę. Banki stanęły na pół roku. Nie ma po tej historii śladów w statystykach, danych dotyczących PKB czy w koniunkturze Irlandii w latach 70.
Choć do wszelkich prób jednoznacznego określania tego, która praca jest społecznie potrzebna, a która nie, radzę podchodzić z dużym dystansem (bo nie sądzę że istnieje, a nawet że powinna istnieć jakakolwiek „obiektywna” miara tego rodzaju), taką próbę podjęli analitycy z New Economics Foundation. Raport „A bit rich” bada to, ile do społeczeństwa wnoszą, z jednej strony, bankierzy inwestycyjni, szefowie marketingu i doradcy podatkowi, z drugiej, pracownicy opieki, szpitalni sprzątacze i pracownicy firm recyklingowych. Wnioski są uderzające. To nie tak, że bankierom płaci się nieproporcjonalnie dużo względem tego, ile wnoszą do społeczeństwa. Gorzej: rzecz w tym, że płacimy im miliony za aktywne niszczenie naszego świata. Dla przykładu – szacunki NEF wskazują, iż szefowie działów marketingu zubażają społeczeństwo o 11 funtów szterlingów na każdy wygenerowany 1 funt. Bankierzy inwestycyjni z londyńskiego City przynoszą straty społeczne rzędu 7 funtów na każdy 1 funt, który generują dla swojego banku. Z drugiej strony, na każdym funcie, który płacimy osobom pracującym jako opiekunki do dzieci – społeczeństwo zyskuje pomiędzy 7,50 a 9 funtów, a jeden funt płacy sprzątacza szpitalnego przekłada się na 10 funtów dla społeczeństwa.
Liberałowie uwielbiają opowiadać historie o tym, jak poziom wynagrodzeń jest bezpośrednią pochodną społecznego zapotrzebowania na daną pracę, jej efektywności, posiadania rzadkich umiejętności czy odpowiedzialności, którą podejmują osoby na kierowniczych stanowiskach. Tyle że to nieprawda. Społeczna przydatność, jak widzimy, zdaje się być odwrotnie skorelowana z płacami. Rzadkość umiejętności? Jest bardzo wiele rzadkich umiejętności, których zupełnie nikt nie wynagradza. Efektywność pracy? Fryzjerzy w Szwecji nie operują nożyczkami kilkanaście razy bardziej efektywnie niż fryzjerzy w Indiach, a jednak zarabiają wielokrotnie więcej. A spoglądając na problem historycznie – prezesi korporacji jeszcze w latach 60. zarabiali przeciętnie 20 razy więcej niż szeregowi pracownicy, dziś zarabiają ponad 300 razy więcej. Czyżby nabyli nadludzkich zdolności i stali się piętnaście razy bardziej efektywni, podczas gdy produktywność ich pracowników stoi w miejscu? Również opowieści o odpowiedzialności na najwyższych szczeblach nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Dziś wszyscy CEO mają zapisane w kontraktach sowite odprawy, które sprawiają, że nawet po katastrofalnych decyzjach odchodzą z firm suchą stopą, z milionowym bonusem na pożegnanie.
Kto z czego żyje?
W wyspecjalizowanej gospodarce cyfrowej wartość powstaje na poziomie społecznym. Nikt nie jest w stanie żyć z własnej pracy, bo wszyscy zajmują się bardzo drobnymi elementami układanki, która dopiero po zsumowaniu daje nam moce wytwórcze o historycznie bezprecedensowej skali. Równolegle do procesu produkcji, jej owoce są dzielone, a podstawowym narzędziem ich dystrybucji jest po prostu rynek pracy.
Bardzo niewielka część pracowników zajmuje się dziś procesem produkcji – przemysł i rolnictwo stanowią łącznie około jednej piątej współczesnych bogatych gospodarek. Cała reszta to sektor nazywany zbiorczo „usługami”. Sam ten termin jest bardzo ciekawy i bardzo pojemny, bo z jednej strony zawierają się w nim zawody bardzo potrzebne, zwykle nisko opłacane, takie jak fryzjerzy, kurierzy, kelnerki czy nauczyciele. Z drugiej, rosnące od dekad i regularnie powstające branże dobrze wynagradzanych menedżerów, bankierów, lobbystów, dyrektorów marketingu czy UX designerów. Pierwsza grupa pracowników usługowych odpowiada przynajmniej na proste potrzeby zwykłych ludzi. Praca wykwalifikowanych korporacyjnych specjalistów nie bierze udziału w procesie produkcji jakichkolwiek dóbr, nie odpowiada też na potrzeby społeczeństwa, lecz na potrzeby wielkiego kapitału. Istotą takich prac jest ingerowanie w procesy dystrybucji dóbr wytworzonych przez drobną garstkę pracowników sektora wytwórczego. Czasem niesie to za sobą społeczne korzyści, bo usprawnianie procesów może zaoszczędzić ogromne zasoby ludzkiej pracy, a interesy korporacji bywają niekiedy zgodne z interesem społeczeństwa. Czasami jednak – i to stoi za rażącymi wnioskami z przytaczanego raportu – są to ingerencje, które służą bardzo nielicznym, kosztem zubażania i wyzyskiwania wszystkich pozostałych. Dokładnie tym zajmują się spekulanci giełdowi, lobbyści, bankierzy inwestycyjni, często prawnicy korporacyjni i niemal zawsze dyrektorzy i pracownicy działów marketingu.
Więc jaki mechanizm stoi za podziałem owoców pracy? Dlaczego lobbyści zarabiają miliony, programiści dziesiątki tysięcy, a nauczycielom ledwo starcza na życie? Jak to możliwe, że jako społeczeństwo wyceniamy potrzebną i wartościową pracę tak nisko, a tak chętnie napychamy kieszenie dyrektorom marketingu, bankierom czy spekulantom giełdowym?
Są to pytania zasadne, lecz źle postawione. Nie ma żadnego społeczeństwa, które wycenia pracę. Pracę wycenia kapitał w oparciu o to, w jakim stopniu owoce tej pracy służą właśnie jemu, a narzędziem tej wyceny jest rynek. Kapitałowi nie są potrzebne pielęgniarki w publicznej służbie zdrowia, bardzo chętnie natomiast widziałby on więcej cwanych inwestorów i doradców podatkowych, którzy podpowiedzą, jak pieniądz zamienić w więcej pieniądza i bezpiecznie oszukać podatników. Rynek nie jest mechanizmem demokratycznym. Nie ma głosowań nad wynagrodzeniami mechaników, programistów czy nauczycieli. Sposób działania rynku bardziej niż demokratyczną spółdzielnię (gdzie każdy członek ma jeden głos) przypomina spółkę – gdzie jeden głos przypada na każdą posiadaną akcję (czy też złotówkę). Na tym właśnie polega wycena rynkowa dowolnego dobra. Popyt na towary i usługi nie zależy przecież od ilości ludzi, którzy chcą mieć do nich dostęp, lecz od zasobności ich portfeli i od skłonności do wydania swoich pieniędzy. Te dwa różne porządki decyzyjne mogą żyć we względnej zgodzie tak długo, jak majątek jest w miarę równo rozdzielony w społeczeństwie. Kiedy jednak kilku najbogatszych facetów dysponuje majątkiem takim, jak uboższa połowa ludzkości, kiedy z jednej strony mamy miliardowe fortuny Kulczyków, a z drugiej medianę płac na poziomie dwa i pół tysiąca netto, te porządki drastycznie się rozjeżdżają. Drobna garstka bogatych ma nieproporcjonalny wpływ na kształt każdego rynku, włączając w to rynek pracy.
Prowadzi to do radykalnego zniekształcenia relacji pomiędzy społecznym zapotrzebowaniem na poszczególne zawody a tym, jak wynagradza się w nich pracowników. Zatrudnieni przez wielką korporację programiści czy UX designerzy, którzy pracują nad ładniejszym designem przycisków na stronach, lepszą użytecznością zakładek w nowej witrynie i nowymi funkcjami w aplikacji mobilnej, nie są pięć razy bardziej potrzebni niż nauczyciele, choć zwykle zarabiają pięciokrotnie więcej.
Elisabeth Dunn słusznie pisała, że dystrybucja dóbr w kapitalizmie nie dokonuje się ani w imię zasady „każdemu według potrzeb”, ani „każdemu według zasług”, lecz zgodnie z regułą „każdemu wedle udziału w reprodukcji relacji władzy”. Pracę wycenia kapitał – najszczodrzej tę, która pomaga mu w dalszej akumulacji kapitału.
Ale i do tej tezy należy dodać gwiazdkę. Zbyt często postrzega się kapitalizm, zarówno po stronie jego pochlebców, jak i krytyków, jako maszynę bezwzględnie realizującą raz zaprogramowany schemat. Choć system, jego mechanika i osiągnięty poziom akumulacji kapitału wyznacza warunki brzegowe (takie jak wysokość funduszu płac, znacznie różniące się od siebie w korporacji IT czy szpitalu), to, jak ujął to Jędrzej Malko, decyzje o wynagrodzeniach podejmują ludzie, dając przy tym wyraz swoim poglądom i uprzedzeniom, takim jak przekonanie o wyższości pracy umysłowej nad pracą fizyczną, wyższości pracy męskiej nad kobiecą czy o konieczności szczególnego wynagradzania osób piastujących kierownicze stanowiska.
Post Scriptum: Rynek jako przestrzeń orzekania prawdy
Lecz skąd w ogóle pomysł, że to, ile ktoś zarabia, jest tożsame z tym, jak wartościowa jest jego praca? W procesie ekspansji kapitalizmu i stopniowego utowarowienia kolejnych elementów naszej rzeczywistości (bo przecież można dziś kupić niemal wszystko), rynek stał się przestrzenią orzekania prawdy. Maszyną, której przypisuje się prawo do decydowania o każdej istotnej wartości – prawdzie, pięknie, słuszności idei. To ma na myśli Leszek Balcerowicz, gdy mówi o ścieraniu się poglądów na „wolnym rynku idei”, o tym mówią liberałowie i libertarianie, gdy powtarzają że rynek coś „zweryfikował”. Pieniądz wskaże drogę i oceni, będzie drogowskazem, powie gdzie iść, a skąd uciekać.
Wiadomo, że z dwóch menadżerów lepszy jest ten, któremu więcej płacą. Najlepszymi piłkarzami są ci, którzy najwięcej zarabiają, albo których kluby sprzedają innym klubom za najwyższe odstępne. Nawet gdy mówi się o tym, że Van Gogha doceniono dopiero po śmierci, to zwykle ma się na myśli kwoty, za jakie zaczęto sprzedawać jego obrazy. Na tym polega orzekanie prawdy przez rynek. Ten medal ma też drugą stronę – jeżeli jesteś wybitnym pianistą, lecz nikt, zupełnie nikt, nie chce za twoją grę na pianinie zapłacić, to znaczy, że nie jesteś wybitnym pianistą. Jeśli żyjesz w ubóstwie, nie masz żadnej umiejętności, którą mógłbyś sprzedać i żyć dostatnio, to – zgodnie z logiką kapitalizmu – po prostu znaczy, że nie masz wartości.
Z tej perspektywy nie powinien dziwić status półbogów, jaki we współczesnym świecie osiągnęli miliarderzy. Gdy wycena rynkowa staje się wszech-miarą, w której zawarte mają być wszystkie wartości, Gates, Bezos czy Zuckerberg jawią się jako najlepsi spośród żywych. Pisze się o nich książki, w skupieniu słucha się ich przewidywań dotyczących przyszłości, a każdego roku ten czy inny Prometeusz przynosi nam kolejną publikację o „sekretach miliarderów”.
Największą cnotą, która ich łączy, jest oczywiście nadludzka zdolność do akumulacji kapitału. Rynek zweryfikował ich pozytywnie. Michał Matys, który napisał książkę „Grube Ryby” o tym, jak polscy miliarderzy dorobili się swoich fortun, nie bez cienia podziwu mówi, że bardzo istotną cechą każdego z bohaterów książki jest ich bezwzględność. „To są ludzie, którzy podejmują szereg dramatycznych decyzji”, którzy nie mogą się zawahać przed, na przykład, zwolnieniem samotnej matki. „Gdyby w takiej sytuacji wahali się za każdym razem, to sami straciliby wszystko. A co by nie mówić, to są ludzie, którzy budują naszą gospodarkę”.
Jeżeli akumulujesz kapitał, to wszystko jest dozwolone. Być może są inne cnoty, lecz ta jest najistotniejsza i nie wolno się zawahać, gdy przyjdzie czas wyboru…
Hubert Walczyński
przez Hubert Walczyński | niedziela 6 stycznia 2019 | opinie
Wstąpcie do najlepszego ze światów, do raju na ziemi, do państwa szczęścia, murowanego sukcesu i wiecznej młodości! W tej cudownej krainie z nieodmiennie błękitnym niebem żadne kwaśne deszcze nie psują lśniącej zieleni liści, na niemowlęco różowej cerze dziewcząt nie wykwita najmniejszy pryszcz, nie zdarza się, by jakieś tam zadrapanie szpeciło lustrzaną powierzchnię karoserii samochodów. Młode kobiety o długich opalonych nogach jadą po wymiecionych do pusta ulicach w połyskujących limuzynach, które dopiero co opuściły myjnie. Te pojazdy nie znają karamboli, gołoledzi, kontroli radarowych ani pękających opon. Prześlizgują się niczym węgorze przez zatory wielkich miast, na skrzyżowaniach pod światłami wymykają się spalonym na brąz czyścicielom szyb samochodowych i nigdy nie trafią przez pomyłkę do dzielnic biedy, gdyż suną bezszelestnie w kierunku rozległych mieszkań w starym budownictwie bądź do luksusowych dacz, zastawionych niewyobrażalnie drogimi meblami.
O. Toscani, Reklama: uśmiechnięte ścierwo
Manipulacja: wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie lub przeinaczanie faktów w celu udowodnienia swoich racji lub wpływania na cudze poglądy i zachowania.
Słownik Języka Polskiego PWN
Reklamy niszczą nasz świat. Pochłaniają kolosalne sumy pieniędzy, wprowadzają w błąd, wykorzystują słabości naszej psychiki, przeszkadzają nam w codziennym funkcjonowaniu, wreszcie – promują szkodliwe normy, wpędzając całe pokolenia w kompleksy i przekonując, że o naszej wartości świadczy przede wszystkim to, ile kupujemy. Wszystko to sfinansowane z naszych kieszeni, zawarte w cenie każdego produktu, po który sięgamy, gdy jesteśmy w sklepie. Narzekamy na nie każdego dnia, przewijając Facebooka, oglądając video w internecie, czekając na film czy słuchając radia. Sprawę trzeba więc postawić jasno – pokaźną część sektora marketingowego należy zaorać, zalać wapnem i zadbać o to, żeby nigdy nie odrodził się w równie pasożytniczej formie, jaką przyjmuje dzisiaj.
Jeszcze kilka dekad temu dało się jakoś uzasadniać istnienie marketingu, mówiąc o jego funkcji informacyjnej czy o roli w zaspokajaniu potrzeb konsumentów (choć już wówczas wymagało to złożonych akrobacji intelektualnych). Dziś jednak nie ma już najmniejszych wątpliwości, że reklamy nie niosą informacji, lecz dezinformację, nie pomagają zaspokajać potrzeb, a potrzeby te kreują, napędzając tym samym błędne koło konsumpcji szkodliwe zarówno dla naszej psychiki i naszych portfeli, jak i dla środowiska naturalnego.
Jak wyglądałby świat bez reklam?
Bardzo podobnie do tego, jak wygląda teraz. Zapewne mniej wydawalibyśmy na impulsywne zakupy, zatem mielibyśmy nieco więcej oszczędności lub po prostu rozważniej gospodarowalibyśmy pieniędzmi. Sprzedawcy nie byliby zmuszani oferować nam promocyjnego hot-doga, nie musielibyśmy więc nieustannie im odmawiać. Produkty mogłyby być tańsze, bo marketing swoje kosztuje. My nieco szczęśliwsi, gdyby nie bombardowano nas obrazami wyidealizowanego świata, który nigdy nie będzie przypominać tego, w którym żyjemy. Przestrzeń byłaby bardziej estetyczna, odetchnęłoby również środowisko naturalne. Nie przerywano by nam filmów i nie musielibyśmy czekać w kinie 20 minut na seanse. Kuba Wojewódzki miałby kilka milionów mniej na koncie. Same plusy.
Istnieją już dziś sektory, w których możliwość prowadzenia działań reklamowych jest poważnie ograniczona, takie jak branża tytoniowa czy mocne alkohole. Nie sprawia to, że konsumenci są zdezorientowani i nie brakuje im informacji – znają różnice między produktami i wiedzą, co wybrać. Dlaczego więc wizja delegalizacji reklamy, co najmniej na tę skalę, w jakiej obecnie ma to miejsce w wymienionych sektorach, jest postulatem tak egzotycznym, zupełnie nie dyskutowanym w debacie publicznej?
Wojna reklamowa
Wydaje mi się, że wszystkie wymienione powyżej argumenty wystarczą, aby podejść do tematu poważnie i radykalnie, ale reklama to bardzo podatny teren i można ją zdelegitymizować wychodząc z bardzo różnych pozycji. Problem polega nie tylko na tym, że reklama jest szkodliwa i jeśli komuś służy, to korporacjom, które mogą wciskać nam więcej produktów, których nie potrzebujemy. Problem też w tym, że marketing to przestrzeń niesamowitego marnotrawstwa. To gra o sumie zerowej, a jej ramy są sztywno określone ograniczonymi środkami, które możemy wydać na zakupy (wyznaczonymi przez poziom płac) i ograniczonym czasem skupienia i uwagi, podczas którego można nami manipulować. Na żadne z tych dwóch zmiennych nie wypływa powiększanie budżetów reklamowych firm, które globalnie rosną z roku na rok o dziesiątki miliardów dolarów, wielokrotnie przewyższając tempo wzrostu realnych płac.
Strukturalnie marketing przypomina nieco świat militarny. Od pewnego momentu sam poziom uzbrojenia staje się coraz mniej istotny, bardziej znaczący jest balans sił, niż bezwzględna liczebność wojsk czy czołgów. W świecie, w którym jesteśmy bombardowani przekazami marketingowymi w niemal każdym momencie, ulice szpecą setki banerów czy billboardów i nie sposób odwiedzić strony internetowej, na której nie ma reklam, ich liczba przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie ma wielkiego znaczenia ile jeszcze banerów przygotuje Coca-Cola, istotne jest to, żeby miała ich więcej niż Pepsi. Znacznej części z nich i tak w ogóle nie zauważamy, bo wykształcają się w nas mechanizmy niedostrzegania reklam i banerów (zjawisko takie jak ad blindness opisane zostało ponad dwie dekady temu).
Mam w związku z tym uzasadnione podejrzenie, że marketing jest nie tylko szkodliwą i destrukcyjną machiną, która niszczy naszą psychikę, ale też przestrzenią kolosalnego marnotrawstwa środków w drodze do tego niecnego celu. Jeżeli wyobrazimy sobie, że pewnego dnia, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (różdżka nie musi wcale być czarodziejska, może być mugolska i nazywana jest wówczas ustawą), połowa billboardów, reklam w telewizji, internecie i radiu zniknęłaby, to najprawdopodobniej nic by się nie stało. A z całą pewnością nic, czego moglibyśmy żałować. Mamy tu do czynienia z modelowym przykładem dylematu więźnia – sytuacji, w której wszyscy gracze (korporacje) robią to, co jest w ich doraźnym indywidualnym interesie (pompowanie budżetów marketingowych) i wszyscy kończymy przez to w miejscu znacznie gorszym niż punkt wyjścia.
Oznacza to też, że marnujemy kolosalne zasoby ludzkiej pracy, które nie tylko nie uczestniczą w żadnym społecznie użytecznym procesie produkcyjnym, ale też katalizujemy ludzką kreatywność i potrzebę tworzenia na opracowywanie nowego kształtu kubeczka jogurtu. Sektor reklamowy zatrudnia dziś w Polsce dziesiątki tysięcy osób, które wykonują albo społecznie szkodliwą, albo zupełnie nieistotną pracę.
Nie jest to również żadna nowość, o zjawisku powstawania prac, które nawet według tych, którzy je wykonują nie powinny istnieć, pisał parę lat temu David Graeber (później wydana została książka na ten temat). Badania wskazują, że odsetek ankietowanych, którzy twierdzą że ich zawody należą do tzw. bullshit jobs, sięga od kilku do kilkudziesięciu procent. Ale i Graeber nie był tu pierwszy ze swoją obserwacją, bo już w latach pięćdziesiątych szydził z tego C. Parkinson, a zdarzyło mi się nawet kiedyś czytać powieść na ten temat.
Ale i to nie jest koniec historii degeneracji utkanej na przekonaniu, że jakaś niewidzialna ręka kieruje działaniami przedsiębiorców, prowadząc ich do osiągnięcia społecznie pożytecznych celów. Warto przyjrzeć się również temu, kto i za co szkoli kadry potrzebne do rozwijania tego sektora. Problem jest poważny, bo od dekad do systemu uniwersyteckiego (w Polsce na szczęście wciąż publicznego), wnikają nowo powstające dziedziny wiedzy, których jedynym celem jest kształcenie młodych ludzi do dbania o maksymalizację zysków banków czy korporacji. Mówię tu oczywiście o wydziałach zarządzania, katedrach marketingu, ale i ekonomii, która zaskakująco rzadko poświęca uwagę zastanawianiu się nad dobrem konsumenta, chętnie natomiast zmusza studentów do uczenia się na pamięć tego, jak na wykresie określić punkt maksymalizacji zysków przedsiębiorstwa.
Opłacamy to wszystko z naszych podatków, wydajemy miliony na to, żeby wyszkolić specjalistów ds. tworzenia nowych potrzeb, zwodzenia nas i dezinformowania, robienia wszystkiego, co się da, żeby wycisnąć z naszych kieszeni ostatnie złotówki. Celem marketingu nie jest badanie rzeczywistości, lecz wpływanie na nią, zaprzęgając do tego dokonania nauk humanistycznych i społecznych. Marketing to technologia sprzedaży i nie ma żadnego powodu, dla którego mielibyśmy finansować ją z publicznych środków tak długo, jak służy nielicznej, uprzywilejowanej grupie do opracowywania nowych wzorców konsumpcjonizmu i drenowania naszych kieszeni.
Obwód zamknięty
O degeneracji systemu dobitnie świadczy moment, w którym jego elementy zaczynają pełnić role, do jakich nigdy nie były powołane, a robią to wyłącznie ze względu na poziom akumulacji kapitału, do jakiego doszło. Trzeba zauważyć, że sektor reklamowy pełni dziś, po cichu, o wiele więcej funkcji, niż tylko pobudzanie konsumpcji i zaśmiecanie miast czy umysłów. Finansuje na przykład kulturę, utrzymuje przy życiu gazety, stacje radiowe i telewizyjne. Pieniądze płyną szerokim strumieniem od prywatnych firm (i spółek skarbu państwa) do mediów i kultury.
Nie ma wątpliwości, że pieniądze mogłyby płynąć bardziej konwencjonalnymi drogami, dając przy tym dużo wyższy poziom stabilności mediom i nie budując ich niezdrowej zależności od wielkiego kapitału. Ten sam, a być może lepszy efekt możemy osiągnąć finansując media ze środków publicznych (i nakładając stosowne podatki na korporacje), co nie tylko uwolni nas od konieczności oglądania spotów przed każdym filmem albo słuchania reklam suplementów diety w radiu, ale też, na pewnym wąskim, ale bardzo istotnym terenie, uczyni naszą sferę publiczną nieco bardziej demokratyczną.
Odwaga myślenia
Nie trzymam w szufladzie projektu ustawy zakazującej reklamy, i nie wiem, jak dokładnie powinien on wyglądać. Nie twierdzę też, że nie ma takich sektorów, gdzie reklama, a przynajmniej pewne jej formy mogą być przydatne i potrzebne (przychodzi mi na myśl chociażby sektor kultury lub akcje społeczne). Sądzę natomiast, że chwila zastanowienia nad bilansem społecznych kosztów i korzyści, jakie płyną z wszechobecności reklam, prowadzi nieuchronnie do wniosku, że nie ma żadnych powodów, dla których mielibyśmy zgadzać się na taki stan rzeczy, z jakim stykamy się na co dzień. Statystyki, do których dotarłem, mówią o tym, że globalne wydatki marketingowe sięgają pół biliona dolarów. Zniszczenia psychiczne i środowiskowe, które powodują, są niepoliczalne. Jest to więc temat, który musimy poważnie przedyskutować.
Hubert Walczyński
Zdjęcie: praca amerykańskiego artysty Mela Bochnera pt. „Blah Blah Blah” z roku 2014.