Piotr Wójcik: Ujawnić płace!

Piotr Wójcik: Ujawnić płace!

W każdym sklepie widzimy towary opatrzone cenami. Nie jest to dla nas niczym dziwnym, w konsternację wprawiałby natomiast brak cen – jak to, wystawiacie towar bez ceny, czy on jest za darmo? W gospodarce rynkowej, która według teorii powinna bazować na przejrzystej konkurencji, oczekujemy, że towar będzie dobrze opisany i opatrzony ceną, żebyśmy przypadkiem nie kupili kota w worku. Oczywiście często i tak kupujemy, bo etykiety niejednokrotnie wprowadzają w błąd, a też nikt nie ma w głowie kalkulatora i wszystkich informacji, żeby przeanalizować na poczekaniu, czy produkt jest rzeczywiście wart swej ceny. No ale przynajmniej w przypadku kupowanych dóbr, rzadziej już usług, konsumenci mają zapewniony elementarny dostęp do informacji. Jakimś dziwnym trafem reguły te w ogóle nie dotyczą jednak pracy.

Dzieje się tak, choć przecież w obecnym modelu gospodarczym naszą pracę również sprzedajemy na rynku, który nieprzypadkowo zresztą nazywany jest rynkiem pracy. O nie, zarobki na poszczególnych stanowiskach czy też płace konkretnych osób to w Polsce niezwykle chroniona tajemnica. Zapytanie kogoś spoza bliskiego kręgu znajomych o zarobki to grube faux pas, a ktoś domagający się jawności płac w firmie jest uważany za socjalistycznego wichrzyciela. W dodatku pełnego zawiści, bo chce zaglądać innym do portfela.

Zarobki ściśle tajne

Nad Wisłą psychoza prywatności i przeświadczenia, że zarobki to osobista sprawa każdego z nas, posunięte są do absurdalnych rozmiarów. W wielu firmach rozmawianie o zarobkach jest niedozwolone. W urzędzie, w którym pracowałem przez kilka lat, niemile widziane było rozmawianie o wysokości nagród uznaniowych – działo się to w administracji publicznej, w której wszystko powinno być maksymalnie transparentne. W niedawnej rozmowie radiowej niesławny prezes LOT Milczarski stwierdził, że nie poda swoich zarobków w 2016 r., bo to sprawa poufna między nim a firmą. Prezes spółki Skarbu Państwa, a więc należącej do nas wszystkich, nie chciał poinformować właścicieli firmy, w której pracuje, ile zarabia.

Znalezienie oferty pracy, w której oprócz obowiązków i wymagań jest wskazane również wynagrodzenie, to doprawdy święto. Wynagrodzenia nie podaje nawet wiele urzędów i jednostek budżetowych ogłaszających konkursy o pracę. Wysokość zarobków w Polsce owiana jest nimbem tajemnicy chronionej niczym informacje wrażliwe, takie jak dolegliwości, na jakie cierpi pacjent, zawarte w karcie choroby. W naszym kraju łatwiej wyciągnąć od kogoś PESEL albo numer rachunku bankowego, niż poznać kwotę jego dochodów.

Tymczasem kwestia zarobków to wcale nie jest sprawa osobista. Zarobki poszczególnych pracowników to sposób podziału przychodów trafiających do firmy. Jeśli ktoś zarabia nieproporcjonalnie dużo, to siłą rzeczy pozostaje mniej środków mniej na wynagrodzenie tych pod nim na drabinie płac. Wynagrodzenia to więc sprawa, która dotyczy co najmniej wszystkich w firmie. Ale to też sprawa publiczna i nie mówię tu tylko o sektorze publicznym, gdzie zarobki są w części regulowane, a dochody kierowników i stanowisk wyższych są jawne dzięki zeznaniom majątkowym. To sprawa publiczna, ponieważ sprawiedliwość jest kwestią publiczną. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, czy firmy funkcjonujące na rynku i oferujące swoje dobra lub usługi obywatelom, traktują sprawiedliwie pracowników. Na tej podstawie łatwiej nam podejmować decyzje konsumenckie. Obywatele mają też prawo wiedzieć, jakie zawody są szczególnie wysoko wynagradzane, a jakie wręcz przeciwnie, by móc to oceniać i wywierać nacisk np. na regulatorów. Rynek jest mechanizmem wyjątkowo sprawnym, ale na pewno nie jest sprawiedliwy. Aby móc oceniać werdykty rynku z punktu widzenia sprawiedliwości, musimy mieć pełny dostęp do informacji. A nie ma żadnego powodu, by rynek był świętą krową, której nie możemy oceniać z punktu widzenia sprawiedliwości, skoro oceniamy z tej perspektywy wszelkie inne obszary życia.

Przejrzyście jak w Norwegii

Dlatego należy wprowadzić w Polsce jawność płac, przynajmniej w jakimś zakresie. Generalnie można powiedzieć, że są dwa główne modele zapewnienia transparentności wynagrodzeń – niemiecki i norweski. Niemcy wprowadzili we wszystkich firmach zatrudniających od 200 wzwyż ograniczoną jawność płac wśród pracowników. Ma to zapobiec dyskryminacji ze względu na płeć. Oznacza to mniej więcej tyle, że każdy zatrudniony w firmie może złożyć wniosek o informację, ile przeciętnie zarabiają pracownicy odmiennej płci na tych samych stanowiskach. Jak widać, jest to mechanizm o bardzo ograniczonym działaniu. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by Polacy poszli dalej niż zachowawczy Niemcy i wprowadzili pełną jawność płac na poziomie zakładów pracy. Każdy pracownik firmy mógłbym wnioskować o informację o zarobkach dowolnego kolegi lub koleżanki z pracy. Byłoby to obowiązkowe w każdej firmie, nie tylko w tych dużych. Żeby kadry w wielkich przedsiębiorstwach nie zamieniły się w biura informacji płacowej, można by to ograniczyć – np. każdy pracownik miałby prawo do jednej takiej informacji na kwartał.

Dalej idącym, ale za to dużo prostszym rozwiązaniem, byłoby udostępnianie każdemu pracownikowi firmy listy płac w porządku alfabetycznym, z wymienionym obok stanowiskiem. Każdy zainteresowany mógłby podejść do kadr, wziąć odpowiedni segregator i rzucić okiem na to, ile zarabia interesujący go współpracownik. Banalnie proste i niewymagające wprowadzania biurokratycznej procedury.

O wiele bardziej zaawansowany jest model norweski. Tam jawność płac ma długą tradycję – już w XIX wieku każdy obywatel mógł się udać do urzędu skarbowego, by zdobyć informacje o dochodach innego rodaka. Obecnie wszystko odbywa się elektronicznie – w październiku udostępniane są informacje z zeznań podatkowych wszystkich obywateli za rok poprzedni. Każdy może więc sprawdzić przez stronę internetową dochody interesującej go osoby. Funkcja ta cieszyła się tak ogromną popularnością – dziennie bywało nawet kilkadziesiąt tysięcy wejść – że Norwedzy zmodyfikowali nieco tę funkcjonalność. Obecnie sprawdzany obywatel dostaje informacje, kto wyszukiwał jego dochody w bazie. Dzięki temu na serwerach norweskiej skarbówki nieco się uspokoiło. Trzeba pamiętać, że wprowadzenie takiego obostrzenia w Polsce i Norwegii mogłoby przynieść inne rezultaty. W Norwegii jawność ma długą tradycję i nikogo nie dziwi sprawdzanie dochodów innych obywateli. W Polsce sprawdzani mieliby zapewne niekończący się ciąg pretensji do osób ze środowiska, które „zaglądają im do portfela”. Choć z drugiej strony, po jakimś czasie ludzie przyzwyczailiby się i sprawa by spowszedniała.

Pytanie jednak, czy wprowadzenie modelu norweskiego do zafiksowanej na prywatności Polsce nie byłoby zbyt dużą rewolucją. W końcu w Norwegii kultura transparentności kształtowała się przez lata. Dlatego na początek chyba lepiej byłoby wprowadzić jawność płac na poziomie firmy – żeby Sarmaci znad Wisły nie poczuli się zanadto osaczeni. Na eksperymenty w nordyckim stylu przyszedłby czas później, gdy wynagrodzenia przestałyby być już tajemnicą pieczołowicie strzeżoną nawet wobec koleżanki z sąsiedniego biurka.

Jawność uzdrawia atmosferę

Co dałaby jawność zarobków? Przede wszystkim wprowadziłaby większą sprawiedliwość. Ograniczyłaby sytuacje, w których na tym samym stanowisku druga osoba zarabia więcej tylko dlatego, że ma lepsze dojścia do kierownictwa lub posiada większe umiejętności negocjacyjne. O różnicach w zarobkach pomiędzy osobami na konkretnym stanowisku powinny decydować wyłącznie transparentne kryteria, takie jak staż pracy oraz realne efekty. Dzięki jawności płac osoby, które czują się pokrzywdzone w swoim miejscu pracy, mogłyby się udać do kierownictwa z żądaniem podwyżki lub przynajmniej uzasadnienia różnic.

Mówi się, że jawność płac spowodowałaby napięcia w firmie. Jest zupełnie odwrotnie, to niejawność wprowadza niezdrową atmosferę, ludzie plotkują między sobą, kreują różne teorie spiskowe o zarobkach innych. W sytuacji jawności płac i przejrzystych reguł wynagradzania wszystkie karty byłyby na stole, nikt nie musiałby się domyślać, czy przypadkiem kolega z pokoju obok w nieuzasadniony sposób nie zarabia więcej. Każdy wiedziałby też, co musi zrobić, żeby podnieść swoje wynagrodzenie. Zamiast więc marnotrawić czas na plotki i zasięganie języka, mógłby się skupić na lepszej pracy. Jawność płac uzdrowiłaby sytuację w niejednej firmie i podniosła jej produktywność.

Powszechność płac na poziomie całego kraju dałaby rzeszom pracowników dostęp do informacji niezbędnych do walki z wyzyskiem. Pracodawcy mało płacący pracownikom często tłumaczą się w ten sposób, że sytuacja w branży jest trudna i muszą tyle płacić, bo inaczej splajtują. Dzięki jawności płac pracownicy wiedzieliby, czy konkurencja również płaci podobnie, czy jednak to w ich firmie panuje wyzysk. Dzięki temu mogliby naciskać na zarządy, by podnosiły płace do średniego poziomu w branży lub „głosowali nogami”, zmieniając pracę. Tak więc jawność nie tylko wzmocniłaby pozycję negocjacyjna pracowników, ale też spłaszczyłaby wynagrodzenia w kraju, a więc obniżyła nierówności ekonomiczne.

Plan minimum

W kraju tak zafiksowanym na prywatności, jak Polska, niezwykle ciężko byłoby wprowadzić powszechną jawność zarobków. Nawet wobec postulatu jawności płac na poziomie przedsiębiorstwa zapewne zawiązałaby się koalicja oponentów złożonych z lobbystów pracodawców oraz rzeszy potencjalnych milionerów, którzy są przekonani, że nie są bogaczami jedynie przejściowo. Jednak w tym przypadku absolutnie nie należałoby składać broni, bo sprawa jest do przeprowadzenia. W końcu kilka lat temu nikomu do głowy by nie przyszło, że możliwe jest ograniczenie handlu w niedzielę, a mimo wszystko do tego doszło. Jednak absolutnym minimum, którego powinniśmy się domagać, to informacja w każdej ofercie pracy o zarobkach przewidzianych na danym stanowisku. To sprawa, którą spokojnie można uregulować, a już taka informacja rzuciłaby sporo światła na zarobki w Polsce. Chociażby pracownicy starsi stażem wiedzieliby, czy nowo zatrudniani nie otrzymują wyższych pensji – na tej podstawie mogliby zgłaszać własne oczekiwania. Widzieliby także, czy w konkurencji płaci się więcej. Taka niewielka zmiana legislacyjna już niezwykle wzmocniłaby pozycję przetargową pracowników. Pracodawcy nie mieliby żadnych podstaw twierdzić, że narzuca się na nich jakieś nowe ograniczenia biurokratyczne – w końcu to kwestia jednej dodatkowej linijki tekstu w ogłoszeniu o pracę.

Ujawnienie wynagrodzenia we wszystkich ofertach pracy – mały krok dla legislatora, a wielki krok dla środowisk pracowniczych. Środowiska pracowników mają na koncie w ostatnim czasie pewne sukcesy, jak chociażby minimalna stawka godzinowa. Gdyby w przyszłym roku udało im się przynajmniej przeforsować tę jedną rzecz – publikację przewidzianego wynagrodzenia w każdej ofercie pracy – to już byłby to sukces. I kolejny kroczek w kierunku cywilizacji.

Piotr Wójcik

Neoliberalny perfekcjonizm

Neoliberalny perfekcjonizm

W neoliberalizmie sama możesz być własną despotyczną szefową. Nowe badania wskazują na alarmujący wzrost nowej, osobliwej formy cierpienia psychicznego. Nazwijmy ją „neoliberalnym perfekcjonizmem”.

Badania opublikowane przez Thomasa Currana i Andrew Hilla w czasopiśmie „Psychological Bulletin” wskazują na wzrost perfekcjonizmu. Autorzy (dwaj psychologowie) wyciągają wniosek, że „nowe pokolenia młodych ludzi postrzegają innych jako bardziej wymagających w stosunku do nich i sami wymagają więcej od innych oraz od siebie”.

Wskazując podstawową przyczynę rosnącej potrzeby doskonałości, Curran i Hill nie owijają w bawełnę: jest nią neoliberalizm. Ideologia neoliberalizmu czci konkurencję, zniechęca do współpracy, promuje ambicję i uzależnia osobistą wartość od osiągnięć zawodowych. Nic dziwnego, że społeczeństwa rządzone przez takie wartości sprawiają, iż ludzie są bardzo osądzający, a także napawają ich lękiem przed oceną przez innych.

Psychologia mówiła niegdyś o perfekcjonizmie jako o zjawisku jednowymiarowym – czymś, co jednostka kieruje wobec siebie. Podobnie używamy tego terminu w języku potocznym, mówiąc, że ktoś jest perfekcjonistą. Jednak na przestrzeni kilku ostatnich dekad badacze i badaczki uznali za użyteczne rozszerzenie tego pojęcia. Curran i Hall posługują się wielowymiarową definicją, obejmującą trzy rodzaje perfekcjonizmu: zorientowany na siebie, zorientowany na innych oraz społecznie narzucony.

Zorientowany na siebie perfekcjonizm to tendencja do narzucania sobie niemożliwie wysokich oczekiwań. Perfekcjonizm zorientowany na innych oznacza żywienie nierealistycznych oczekiwań wobec otoczenia. Ale „społecznie narzucony perfekcjonizm jest najbardziej wyniszczającym z trzech wymiarów perfekcjonizmu” – argumentują Curran i Hall. Oznacza on uczucie paranoi i lęku spowodowane ciągłym – i wcale nie całkiem nieuzasadnionym – poczuciem, że wszyscy czekają na twój błąd, żeby już na zawsze spisać cię na straty. To wyolbrzymione postrzeganie nierealnych oczekiwań ze strony innych skutkuje alienacją społeczną, neurotycznym przeprowadzaniem rachunku sumienia, uczuciem wstydu i braku własnej wartości oraz „poczuciem przytłoczenia jednostki własnymi patologicznymi obawami i strachem przed negatywną oceną społeczną, charakteryzującym się skupieniem na niedoskonałościach, wrażliwością na krytycyzm i porażki”.

Próbując określić, jak kulturowo uwarunkowany jest fenomen perfekcjonizmu, Curran i Hall przeprowadzili metaanalizę dostępnych danych psychologicznych, szukając trendów pokoleniowych. Odkryli, że osoby urodzone po 1989 roku w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie plasują się zdecydowanie wyżej niż poprzednie pokolenia na skali wszystkich trzech rodzajów perfekcjonizmu, a im później się urodziły, tym wyżej się na tej skali znajdują. Najbardziej dramatyczną zmianę obserwujemy w wymiarze społecznie narzuconego perfekcjonizmu: wzrastał on dwukrotnie szybciej niż pozostałe. Innymi słowy, młodzi ludzie z każdym rokiem coraz silniej doświadczają uczucia bycia ocenianymi przez rówieśników i rówieśniczki oraz szeroko pojętą kulturę.

Curran i Hall przypisują tę zmianę zwycięstwom neoliberalizmu i jego kuzynki merytokracji. Neoliberalizm faworyzuje rynkowe metody przypisywania wartości towarom, a utowarowieniu poddaje wszystko, co może. Od połowy lat 70. XX wieku neoliberalne reżimy polityczno-ekonomiczne systematycznie zastępowały własność publiczną i układy zbiorowe w miejscach pracy deregulacją i prywatyzacją, przedkładając jednostkę nad zbiorowość w samej strukturze społeczeństwa. Równolegle merytokracja – koncepcja, według której status społeczny i zawodowy są bezpośrednim wynikiem inteligencji, cnoty i ciężkiej pracy – przekonywała wyizolowane jednostki, że jeśli nie potrafią awansować, to widocznie są bezwartościowe.

Neoliberalna merytokracja, jak twierdzą autorzy, stworzyła bezlitosne środowisko, w którym każda osoba jest ambasadorką własnej marki, jedynym rzecznikiem produktu (samego siebie) i agentem sprzedaży własnej pracy na bezkresnym morzu konkurencji. Jak wskazują Curran i Hall, taki stan rzeczy „umieszcza silną potrzebę parcia naprzód, działania i osiągania celów w samym centrum nowoczesnego życia” w stopniu o wiele większym niż w poprzednich pokoleniach.

Cytują dane wskazujące, że młodzi ludzie są dziś mniej zainteresowani braniem udziału w aktywnościach grupowych dla zabawy. Troszczą się raczej o indywidualne dążenia, które sprawiają, że czują się produktywni lub napełniają ich satysfakcją z osiągnięcia celu. Gdy świat na każdym kroku żąda, żebyś udowodniła swoją wartość, a ty nie możesz pozbyć się podejrzeń, że szacunek twoich rówieśników jest bardzo warunkowy, przebywanie z przyjaciółmi może wydawać się mniej atrakcyjne niż zostanie w domu i skrupulatne pielęgnowanie profilów w mediach społecznościowych.

Curran i Hall twierdzą, że jedną z konsekwencji wzrostu perfekcjonizmu jest epidemia poważnych chorób psychicznych. Perfekcjonizm jest silnie skorelowany z lękami, zaburzeniami żywienia, depresją i myślami samobójczymi. Ciągły przymus bycia doskonałym i nieunikniona niemożliwość osiągnięcia tego celu zaostrzają symptomy chorobowe u osób, które były psychicznie wrażliwe na starcie. Nawet młode osoby, u których nie zdiagnozowano chorób psychicznych, częściej czują się źle, odkąd podwyższony poziom perfekcjonizmu zorientowanego na innych tworzy grupowy klimat wrogości, podejrzliwości i lekceważenia. W tym klimacie każdy podlega osądzeniu, oczekuje na ocenę grupy – a społecznie narzucony perfekcjonizm zawiera w sobie doskonałe rozpoznanie tej alienacji. W skrócie, konsekwencje wzrostu perfekcjonizmu wahają się od emocjonalnie bolesnych po dosłownie śmiertelne.

Jest jeszcze inna konsekwencja wzrostu poziomu perfekcjonizmu: czyni on trudniejszym budowanie solidarności, czyli tego, czego potrzebujemy, aby odeprzeć rzeźnię neoliberalizmu. Bez zdrowego postrzegania samych siebie nie zbudujemy silnych i rozległych relacji, a bez silnych i rozległych relacji nie możemy zjednoczyć się w liczbie, której potrzebujemy, żeby zatrząść porządkiem polityczno-ekonomicznym, nie mówiąc już o wywróceniu go.

Nietrudno dostrzec związki pomiędzy trzema wymiarami perfekcjonizmu a „kulturą call-outu” [„kultura wywołania po imieniu” – przyp. red.], czyli dominującym ostatnio na lewicy trendem. Sprawia ona, że każdy obserwuje każdego, czekając na śmiertelne potknięcie, nakładając na siebie niemożliwie wysokie standardy cnotliwej skromności i będąc sparaliżowanym przez tajony strach (znów, mający pewne podstawy), podszeptujący, że dla grupy jesteś zbędny, że twój dzień sądu jest tuż za rogiem. Ten schemat łączy się z innymi przejawami neoliberalnego, merytokratycznego perfekcjonizmu – od egzaminów na uniwersytet po obsesyjne pielęgnowanie instagrama. A ponieważ raczej nas dzieli niż jednoczy, to nie jest żadnym sposobem na budowę ruchu, który rzekomo chce uderzyć w centrum władzy.

Perfekcjonizm prowadzi do wzajemnej pogardy, lęku przed drugim człowiekiem, a w najlepszym razie do braku wiary w siebie. Uniemożliwia stworzenie solidarnych więzów i wspólne działanie, konieczne do zaatakowania neoliberalnego kapitalizmu, czyli zjawiska stwarzającego ten perfekcjonizm. Jedynym możliwym antidotum na atomizujący, alienujący perfekcjonizm jest odrzucenie totalnego indywidualizmu i ponowne wprowadzenie wspólnotowych wartości do naszych społeczeństw. To zadanie gigantyczne, ale w żelaznym uścisku neoliberalizmu zaciskającego się na naszej psychice – to jedyna droga naprzód.

Meagan Day

Tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” w styczniu 2018 r.

Jarosław Tomasiewicz: Znowu…

Padł kolejny bastion lewicy. Brazylia.

Jeszcze niedawno Ameryka Łacińska stanowiła obiekt westchnień zachodnich lewicowców. Mieniąca się wszelkimi odcieniami czerwieni – od wenezuelskiego karminu po argentyński róż – kontrastowała z szarzejącą lewicowością Starego Kontynentu. Brazylia, największe państwo kontynentu, członek BRICS, zdawała się być stabilnym filarem lewicowego układu. Dynamiczny rozwój gospodarczy współgrał z ambitnymi programami socjalnymi, towarzyszyły temu postępowe przemiany kulturowe, a wszystko odbywało się w warunkach respektowania demokracji i praw człowieka. Porto Alegre było mekką alterglobalistów, a budżet partycypacyjny zaadaptowali nawet warszawscy liberałowie. Podziw rozciągał się na brazylijski model kulturowy – pamiętam zachwyty nad głębią brazylijskiej wielokulturowości, autentyzmem tamtejszej tolerancji, niedościgłej dla ludzi Zachodu. Brazylia jawiła się jako idealne środowisko nowoczesnej socjaldemokracji. I nagle wszystko to rozsypało się jak przysłowiowy domek z kart.

Władzę w kraju demokratycznie przejął „tropikalny Trump” (ba, Hitler nawet!) – Jair Bolsonaro, ucieleśnienie wszystkiego, czego lewica nienawidzi. W kraju, w którym ludzie o afrykańskich korzeniach stanowią połowę ludności, wygrywa rasista. Potężny ruch związkowy, z którego wszak wyrosła Partia Pracujących (PT), nie potrafił powstrzymać reprezentanta wielkiego kapitału. Nie pomogła mobilizacja kobiet #EleNao (swoją drogą – ewidentne naśladownictwo tożsamościowych kampanii północnoamerykańskich).

Jak to się stało? Wiadomo, że prawica wygrywa w Polsce (to tylko potwierdza złą opinię przeciętnego lewaka o kraju nad Wisłą), od pewnego czasu widać, że na całym „rasistowskim” Zachodzie sukcesy odnoszą populiści. Ale Brazylia?! Lewicowi komentatorzy próbują racjonalizować przegraną. Wyjaśnienia znajdują z reguły dwa. Pierwsze to jawna, brutalna stronniczość aparatu państwowego, który wyeliminował z wyborczej rywalizacji popularnego Lulę, oraz środków masowego przekazu, szczujących przeciw Partii Pracujących. Trudno się z tym nie zgodzić. Warto wszakże zauważyć, że z klasowej perspektywy to chyba naturalne, tymczasem euroamerykańska lewica tak przyzwyczaiła się do przychylności mediów, iż nie potrafi sobie wyobrazić odmiennej sytuacji.

Drugą przyczyną ma być zbyt mały radykalizm brazylijskiej socjaldemokracji, która zerwała z walką klas. To fakt, który zresztą dotąd jakoś nie przeszkadzał nowolewicowcom pielgrzymującym do Porto Alegre. Ale czy rzeczywiście brak radykalizmu jest przyczyną klęski? Przecież rewolucyjne masy mogły głosować na radykalnych lewicowców: Verę Lúcię z Socjalistycznej Partii Zjednoczonych Pracowników (PSTU), Guilherma Boulosa popieranego przez Partię Socjalizmu i Wolności (PSOL) oraz Brazylijską Partię Komunistyczną (PCB), João Vicente Goularta reprezentującego Partię Wolnej Ojczyzny (PPL), ewentualnie na Marinę Silvę – afrobrazylijską kandydatkę Zielonych. Ale nie zagłosowały: Goulart dostał 0,03%, Lucia 0,05, Boulos 0,58, Silva cały 1 procent! Masy zawiodły swoją awangardę.

To może i ja wtrącę swoje dwa grosze. Zastrzegam się, że nie jestem specjalistą od Brazylii. Nigdy tam nie byłem, nie znam portugalskiego. Moje refleksje na ten temat to opinia kogoś z zewnątrz. Jednak pewne kwestie mają wymiar po prostu zdroworozsądkowy. Zwrócę uwagę na trzy przyczyny klęski lewicy w Brazylii – takie, które chyba umykają innym komentatorom.

Pierwszą, najgłębszą jest paradoksalnie… sukces rządów PT. Brazylijskiej socjaldemokracji udało się wydobyć z nędzy miliony ludzi, rozrosła się liczebnie klasa średnia. Ale „byt kształtuje świadomość”: nowobogaccy mają inne aspiracje, nie interesują ich programy socjalne adresowane do biedoty. Nie chcą bonów żywnościowych, lecz nowych iphone’ów. Ba – wszelki „socjal” przeliczają na podatkowe obciążenia swoich dochodów (nawet jeśli tenże socjal im samym czy ich rodzicom pomógł kiedyś podnieść się z biedy). Swoje niezadowolenie brazylijska klasa średnia po raz pierwszy zamanifestowała w 2014 r., już wtedy dostrzec można było niechęć do PT. Tego problemu nie rozwiązała dotąd żadna partia socjaldemokratyczna – taki był wszak mechanizm rewolucji thatcherystowskiej, która doprowadziła do upadku welfare state w Wielkiej Brytanii.

Drugą przyczyną było zlekceważenie problemu przestępczości. Jest to jedna z tych kwestii, wobec których lewica tradycyjnie staje bezradna. Albo problem bagatelizuje i przemilcza, zakładając, że w socjalistycznym raju sam z siebie zniknie, albo – co gorsza – traktuje po doktrynersku. Niestety na lewicy pokutuje odrealniona wizja przestępczości, romantyzująca kryminalistów. Przestępczość postrzegana jest jako swoista forma walki klasowej, wojna biednych z bogatymi: wydziedziczeni na własną rękę dokonują ekspropriacji majątku burżujów. To bzdura, urojenie oderwanego od życia intelektualisty. Przestępczość jest de facto wojną biednych z biednymi – ofiarami kradzieży, pobić, gwałtów, zabójstw najczęściej padają inni mieszkańcy biednych dzielnic. Nie burżuje, którzy mieszkają w strzeżonych osiedlach, bawią się w drogich klubach, przemieszczają własnymi samochodami (pisałem o tym już lata temu w tekście „Al Capone i Robin Hood”).

Przyczynę trzecią widzę w forsowaniu przez PT i całą lewicę przemian kulturowych w oderwaniu od kontekstu. Brazylia była krajem wyjątkowo silnego maczyzmu, krajem, w którym sądy uniewinniały mężów za zabójstwo niewiernych żon w afekcie. I oto nagle, na przestrzeni mniej niż jednego pokolenia, Brazylia staje w awangardzie postępu obyczajowego: tu odbywają się największe parady równości, tu państwo uczy tolerancji wobec mniejszości seksualnych w szkołach i mediach, tu pary homoseksualne mogą zawierać małżeństwa. Nie ukrywam, że zdumiewała mnie szybkość transformacji brazylijskiego społeczeństwa – a zarazem zastanawiała wysoka liczba homofobicznych zabójstw, świadcząca, że ta transformacja nie przebiega bezboleśnie. A teraz jawny homofob wygrywa wybory grając homofobiczną kartą. Amerykanie mają na to określenie: backlash.

Nietrudno dostrzec, że wymienione przeze mnie przyczyny nie mają specyficznie brazylijskiego charakteru. W mniejszym lub większym stopniu występują też w Polsce, Francji, Stanach Zjednoczonych. Kryzys lewicy ma bowiem charakter globalny. Ze swej strony powtórzę, że kryzys lewicowości jest kryzysem politycznej poprawności. Lewica na ten kryzys wciąż widzi jedną receptę: więcej politycznej poprawności! Polityczna poprawność – kiedyś dodatek do lewicowości – teraz okazuje się esencją tejże. Zabawną rzeczą jest czytanie, jak próbujący wyrwać się z matni lewicowcy postulują stworzenie „lewicowego populizmu” (zgoda), dodając jednym tchem: „otwartego na mniejszości seksualne, imigrantów”. Populizm oparty na mniejszościach? Toż to oksymoron. Uzasadniać ma teoretycznie ową konstrukcję „postmarksizm” – koncepcja, że nie wszystkie niesprawiedliwości wynikają z kapitalizmu. Abstrahując od ewentualnej prawdziwości tego twierdzenia – to nie jest żaden „postmarksizm”, lecz zwyczajny „premarksizm”, głoszony przez wielu socjalistów utopijnych w XIX w. A właściwie – biorąc pod uwagę zaciekłą walkę Marksa ze zwolennikami takich poglądów – po prostu antymarksizm. I tak wracamy do punktu wyjścia.

Dobranoc Państwu. Miłych snów.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

Piotr Wójcik: Kumoterstwo nasze powszednie

Piotr Wójcik: Kumoterstwo nasze powszednie

Najbardziej oburzającym mnie osobiście wątkiem z „taśm Morawieckiego” była kwestia omawiania pracy dla syna europosła Ryszarda Czarneckiego. Młody Czarnecki, Przemysław, obecnie poseł na Sejm, zdobył płatny staż w PKO BP po, uwaga, rozmowie z prezesem Jagiełłą. To prawdopodobnie pierwszy stażysta w banku, którego rekrutował sam prezes. Młody Czarnecki w PKO BP nie stażował długo, nie podobały mu się zarobki oraz rodzaj pełnionych obowiązków. Nie każdy młody na rynku pracy ma tyle szczęścia, by sprawa jego zatrudnienia stanęła na nieformalnym spotkaniu dwóch prezesów wielkich banków.

Do tej sprawy nie warto jednak podchodzić jednostkowo i pastwić się zbyt długo nad Morawieckim, Jagiełłą i Czarneckimi, ponieważ umknie nam podstawowy problem – kumoterstwo jako główny mechanizm zdobywania pracy w Polsce. Przykra prawda jest taka, że najmocniejsi na polskim rynku pracy są ci, którzy mają najlepsze sieci kontaktów. Znajomości to w Polsce podstawa zrobienia kariery w każdym z sektorów. Jeśli jesteś młodym absolwentem z niezłymi umiejętnościami, ale bez kontaktów, będziesz przez lata płacił frycowe, dziadował i pracował poniżej swoich kompetencji. Jeśli masz kontakty, to praca sama cię znajdzie – nawet jeśli masz jedynie średnie wykształcenie, jak młody Czarnecki, to najpierw dostaniesz płatny staż po rozmowie z samym prezesem, a potem zostaniesz nawet i posłem.

Stowarzyszenie dobrych znajomych

Przyjęło się uważać, że nepotyzm (zatrudnianie rodziny) oraz kumoterstwo (zatrudnianie znajomych), to problem w pierwszej kolejności administracji publicznej. Jest to całkowita nieprawda, ponieważ akurat rekrutacje do pracy w urzędach są najbardziej sformalizowane. Mowa tu zarówno o służbie cywilnej, jak i o urzędnikach samorządowych. Podczas pierwszej wstępnej selekcji odpadają kandydaci, którzy nie spełniają kryteriów obowiązkowych – np. wykształcenia lub stażu pracy. Następnie często są dwa etapy konkursu – egzamin pisemny i rozmowa. Do rozmowy przechodzą kandydaci z najwyższą ilością punktów, a sama rozmowa też często jest punktowana, przyjmując formę egzaminu ustnego wzbogaconego o pytania dot. mentalności czy doświadczenia. Oczywiście na każdym z tych etapów można spróbować dopomóc faworytowi. Można odpowiednio sprofilować kryteria obowiązkowe, by odsiać więcej potencjalnych konkurentów. W mniejszych urzędach, gdzie każdy każdego zna, można załatwić kandydatowi pytania konkursowe. W dużych urzędach to już nie takie proste – za rekrutacje odpowiada wyznaczona oddzielna komórka, której pracownicy niekoniecznie będą chcieli łamać przepisy tylko dlatego, że namawia do tego ktoś z innego departamentu czy wydziału. A podczas samej rozmowy można faworyta traktować łagodniej. Po pierwsze jednak, ustawione konkursy w administracji to mniejszość, po drugie, nierzadko zdarzają się przypadki, w których faworyt nie wygrywa – po prostu konkurent był na tyle dobry, że nie dało się go „uwalić”.

W sektorze przedsiębiorstw, szczególnie w mniejszych firmach, te wszystkie obostrzenia nie grają roli – pracę zdobywa ten, który ma ją zdobyć. Oczywiście w sektorze prywatnym dochodzi inny czynnik – konieczność osiągania zysku, by utrzymać się na rynku. Firmy prywatne niekoniecznie więc będą chciały zatrudnić kogoś, kto się do roboty nie nadaje, bo przecież stracą na tym. Tyle teorii, w praktyce wygląda to tak, że często o wakacie dowiaduje się tylko znajomy lub znajomy znajomego. Wielu przedsiębiorcom nie chce się prowadzić czasochłonnej rekrutacji, więc biorą tego, kto jest pod ręką – poleconego lub znajomego bez zajęcia. Z tej przyczyny szukanie roboty po znajomych to podstawowy sposób znajdywania pracy w Polsce. Rozpuszczamy wici wśród osób nam znanych, w różny sposób, dzięki portalom społecznościowym to jeszcze prostsze, no i czekamy na efekty. Gdy ich nie ma, to wtedy ewentualnie przeszukujemy ogólnodostępne oferty pracy. Sieci kontaktów zastąpiły w Polsce zobiektywizowane pośrednictwo pracy – liczy się to, kogo znasz, a nie to, co umiesz. Jeśli w sieciach towarzyskich jesteś możliwie blisko punktu koncentracji zasobów, to nie zginiesz, nawet jeśli jesteś średnio ogarnięty.

Kumoterstwo oczywiście przenika także do polityki oraz do trzeciego sektora. Biorące miejsca na listach dostają ci, którzy mają najlepsze kontakty w partiach. Gabinety polityczne w ministerstwach, do których przyjmowane są osoby bez konkursów, są również usiane przez ludzi, których główną zasługą jest obecność we wpływowym środowisku. Choroba też toczy polskie NGO’sy, które szybko zamieniają się w koterie towarzyskie. Wykorzystują swoje wpływy polityczne, by otrzymać granty, a następnie rozdysponowują frukta między członków. Zresztą wiele NGO’sów to wręcz przybudówki partyjne, prowadzone przez czynnych polityków, zwykle nie z pierwszego szeregu. Także media toczy choroba kolesiostwa i nepotyzmu. W przeróżnych redakcjach jest mnóstwo redaktorów czy redaktorek, których najważniejszą zasługą jest posiadanie wpływowych rodziców obracających się w odpowiednim towarzystwie.

Pokaż mi, kogo znasz, a powiem ci, kim jesteś

Kumoterstwo trawiące polskie społeczeństwo przynosi fatalne skutki ekonomiczno-społeczne. Przede wszystkim blokuje drogi awansu osobom spoza koterii towarzyskich. Oczywiście nie jest też tak, że ktoś spoza koterii nigdy nie zrobi kariery. Jednak jest to bez porównania trudniejsze i udaje się niewielkiej grupie osób. Za to osoby należące do koterii nawet nie muszą się specjalnie wysilać – zawsze się znajdzie ktoś, kto wyciągnie dłoń.

Ktoś powie, że przecież sieci kontaktów to nasza zasługa, sami je w pocie czoła tworzymy, chodząc na imprezki czy spotkania, w których można rozszerzyć swoje znajomości. Po pierwsze jednak o sieciach kontaktów decyduje w pierwszej kolejności urodzenie, a tego nie wybieramy. To, w jakiej rodzinie się urodzimy, a także w jakim mieście, w dużej mierze przesądza o towarzystwie, w którym będziemy się obracać. Po drugie nie każdy ma umiejętność łatwego zawiązywania relacji. W sprawiedliwym społeczeństwie nie ma obowiązku szkolenia się w gierkach towarzyskich, układzikach, szeptania na uszko wpływowych osób miłych słówek czy skutecznych „small talkach”. W sprawiedliwym społeczeństwie liczy się to, kto jakie ma umiejętności i jaki potencjał ich rozwijania.

Powszechne kumoterstwo psuje także kulturę organizacyjną kraju. Po pierwsze, osoby, które otrzymują pracę po znajomości, przestają być autonomiczne. Stają się uwikłane w sieć zależności i przysług. Po stronie pasywów muszą dopisać zobowiązanie wobec kogoś – dług, który prędzej czy później trzeba będzie uregulować. Sposobem spłacenia rachunku może być też niepodejmowanie pewnych czynności – na przykład wstrzymanie się od krytyki. W ten sposób w społeczeństwie szybko wykształcają się postawy konformistyczne. Ludzie wolą głośno nie piętnować nieprawidłowości, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy znajomość z danym delikwentem kiedyś się nie przyda.

Po drugie, w sytuacji, w której to relacje stają się dużo ważniejsze od kompetencji, ludzie zaczynają stawiać wszystko na to pierwsze. Zamiast skupiać się na jak najlepszym wykonywaniu zadań i rozwijaniu swoich umiejętności, trawią czas na budowanie własnej pozycji w sieciach towarzyskich. Gierki towarzyskie i rozszerzanie kontaktów staje się treścią działania danej organizacji – jej główne funkcje schodzą na dalszy plan. Nawet bardzo ideowe początkowo środowiska często zaczynają być zajęte głównie same sobą. Walka o idee przestaje być istotna, ważniejsze jest to, kto kogo wyciął. Takie postawy mogą sparaliżować organizację – staje się ona wsobna, sytuacja wewnętrzna jest ważniejsza niż otoczenie. To oczywiście szybko przekłada się także na całą sytuację ekonomiczno-społeczną w kraju. Spada produktywność, a na kluczowych pozycjach ustawiają się nie ci, którzy najwięcej potrafią, lecz ci, którzy potrafią zawiązywać najskuteczniejsze relacje.

Rodzinne pośrednictwo pracy

Skala kumoterstwa w Polsce nie jest dokładnie opisana. Różne gazety prześcigają się w tropieniu nepotyzmu i kolesiostwa w sektorze publicznym, publikując różne „listy hańby” PO czy PiS. Ale to tylko wycinek problemu, gdyż kumoterstwo trawi całą Polskę, a sektor publiczny wcale nie jest najgorszy – chociażby dzięki sformalizowanej rekrutacji w administracji publicznej. Trzeba się więc opierać na analizach wycinkowych lub danych miękkich, które są przygnębiające. W książce „Zatrudnianie po znajomości” Bartosz Sławecki opisał skalę kumoterstwa w polskich mikroprzedsiębiorstwach, czyli firmach zatrudniających do 9 osób. Dwie trzecie mikrofirm w Polsce rekrutuje wyłącznie nieformalnie. Nie publikują więc ofert pracy, lecz szukają pracowników wśród znajomych lub rodziny. Osoby polecone przez rodzinę lub po prostu członkowie rodziny to połowa pracowników zatrudnianych w mikroprzedsiębiorstwach w Polsce. Natomiast bez żadnych znajomości pracę w nadwiślańskich mikroprzedsiębiorstwach znalazło jedynie 16 proc. ich pracowników.

Skalę kumoterstwa w Polsce doskonale pokazują też dane ankietowe. W badaniu przeprowadzonym przez serwis Praca.pl aż 44 proc. ankietowanych wskazało, że ich kandydatury najczęściej są odrzucane, gdyż zatrudnienie zdobywa osoba po znajomości. To zdecydowanie najczęstsza odpowiedź – druga w kolejności, czyli bardziej doświadczony konkurent, zdobyła jedynie 24 proc. głosów. W badaniu przeprowadzonym dla portalu Absolvent.pl 59 proc. badanych stwierdziło, że pracę najłatwiej w Polsce zdobyć dzięki znajomościom, a 40 proc. przyznało, że z tego powodu odrzucono ich kandydaturę. Badanie przeprowadzone dla związku pracodawców „Lewiatan” pokazało zaś, że 57 proc. średnich firm oraz 63 proc. małych firm w Polsce zatrudnia osoby z polecenia. Natomiast w badaniu „Start na rynku pracy” aż 74 proc. ankietowanych studentów stwierdziło, że najważniejsze na początku kariery zawodowej są znajomości – to oczywiście najczęściej wskazywana odpowiedź.

Niezbędna zmiana kulturowa

Jak zerwać z kumoterstwem? Oczywiście to jest akurat niezwykle trudne, gdyż musi zostać przeprowadzona przede wszystkim głęboka zmiana kulturowa. W Polsce wciąż niezwykle mocno trzyma się przesadny familiaryzm, według którego wartości rodzinne są bez porównania ważniejsze niż wartości społeczne. To przekłada się na szersze relacje – lojalność odczuwamy w pierwszej kolejności wobec kręgu rodziny i znajomych, a dopiero w dalszej kolejności wobec wspólnoty. Polski patriotyzm to w dużej mierze wydmuszka – oparty jest o mity narodowe, którymi podbudowujemy własne ego, a nie o obowiązki obywatelskie i solidarność z innymi członkami społeczeństwa. Mentalnością w dużej mierze przypominamy społeczeństwa południowoeuropejskie, w których również dominują koterie towarzyskie oraz klientelizm. Praca u podstaw pokazująca wagę wartości wspólnotowych oraz obywatelskich będzie trwała lata.

Można się jednak pokusić też o twarde regulacje. Na przykład warto wprowadzić obowiązek dla firm powyżej stu pracowników ogłaszania wakatów w urzędach pracy lub w innych ogólnodostępnych miejscach. A następnie taka firma musiałaby na piśmie przedstawić przesłanki za zatrudnieniem tego kandydata, a nie innego. Z takim uzasadnieniem pracownik, który czułby się pokrzywdzony, mógłby iść do sądu pracy. Oczywiście należałoby też stworzyć uproszczoną procedurę rozpatrywania takich spraw, by sądy się nie zatkały. Wniosek do sądu nie wstrzymywałby zatrudnienia wybranej osoby, bo to mogłoby sparaliżować pracę firm, jednak poszkodowany kandydat mógłby otrzymać zasądzone odszkodowanie. Sama możliwość płacenia odszkodowania w wyniku ewidentnego skrzywdzenia lepszego kandydata mogłaby zniechęcić firmy do zatrudniania stricte po znajomości.

Kultura kolesiostwa zatruwa polskie relacje społeczne. Blokuje drogi awansu i utrudnia rozwój gospodarczy. Dotyczy to wszystkich sektorów – nie tylko sektora przedsiębiorstw czy NGO’sów, ale też bardzo wielu zawodów regulowanych, takich jak lekarze czy zawody prawnicze. W społeczeństwie, w którym prym wiodą koterie towarzyskie, a to, kogo znasz, przesądza o tym, kim będziesz, po prostu źle się żyje. Cierpią na tym nawet ci, którzy dzięki znajomościom coś zyskali – rachunek nie będzie przyjemny. Im szybciej skończymy z kulturą kolesiostwa, tym lepiej.

Piotr Wójcik

Kolej minus

Kolej minus

W środę 17 października 2018 r., cztery dni przed wyborami samorządowymi, na peronie przystanku Jasienica Mazowiecka premier Mateusz Morawiecki i minister infrastruktury Andrzej Adamczyk ogłosili koncepcję „Kolej Plus”. Zaprezentowanie rządowego „Programu uzupełniania lokalnej i regionalnej infrastruktury kolejowej” – bo tak brzmi jego pełna nazwa – akurat w szczycie samorządowej kampanii wyborczej nie było przypadkowe.

Prawo, sprawiedliwość i kolej

Program „Kolej Plus” świetnie wpisał się w przedwyborczy przekaz Prawa i Sprawiedliwości o synergii rządu i samorządów: – „Gdyby udało się uzyskać synergię między władzami samorządową a rządową, można by uzyskać bardzo dużo” – mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński, otwarcie sugerując, że tylko wybór do samorządów kandydatów z jego partii pozwoli województwom, powiatom i gminom uzyskać pełny dostęp do funduszy rozdzielanych na poziomie rządowym.

Założeniem koncepcji „Kolej Plus” jest właśnie przekazywanie przez rząd pieniędzy na rewitalizację linii kolejowych znaczenia regionalnego: obecnie albo nieprzejezdnych, albo nieczynnych w ruchu pasażerskim.

Jednym z celów na szybko napisanego programu „Kolej Plus” było ukazanie braku aktywności polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego i Platformy Obywatelskiej, rządzących w kadencji 2014-2018 prawie wszystkimi województwami. Na przykład dla województwa mazowieckiego – w którym od ostatniej reaktywacji połączeń, przywrócenia w 2009 r. pociągów do Góry Kalwarii, minęło już prawie 10 lat – program „Kolej Plus” zapowiedział powrót komunikacji kolejowej do Ostrowi Mazowieckiej i Sokołowa Podlaskiego. To jedne z największych w regionie miast pozbawionych pociągów pasażerskich.

Fala, której PiS nie zatrzymał

– „Od 1989 r. zlikwidowano wiele tysięcy kilometrów linii kolejowych. Najwyższy czas ten zły proces odwrócić. Dlatego ogłaszamy program »Kolej Plus«” – powiedział minister Adamczyk, chcąc tymi słowami ukryć własne grzechy. Albowiem tuż przed zaprezentowaniem koncepcji „Kolej Plus” zakończył się demontaż linii kolejowej Wolsztyn – Nowa Sól – Żagań, której cała procedura likwidacyjna została przeprowadzona w kadencji Adamczyka, i to po złożeniu przez PiS na przełomie 2015 i 2016 r. obietnicy o odejściu od likwidowania infrastruktury kolejowej. Rząd PiS nie miał też problemu z kontynuowaniem procesów likwidacyjnych rozpoczętych przez poprzednie rządy: w latach 2016-2017 Grupa PKP zleciła rozbiórki linii między innymi z Sulechowa do Świebodzina, z Kępna do Namysłowa, z Janowca Wielkopolskiego do Skoków, z Legnicy do Ścinawy oraz – bezpowrotnie odcinając od kolei powiatowy Golub-Dobrzyń – z Brodnicy do Kowalewa Pomorskiego.

Prawo i Sprawiedliwość – które przez trzy lata rządów, wbrew obietnicom, nie zatrzymało fali likwidacji infrastruktury kolejowej – potrzebowało czegoś, co w kampanii wyborczej pokaże, że tylko PiS, wytwarzając synergię rządu z samorządami, może być siłą polityczną gwarantującą rozwój kolei na poziomie lokalnym.

Tym bardziej, że gdy zbliżały się wybory samorządowe, politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonali się, że kwestia transportu publicznego oraz dostępności komunikacyjnej jest dla społeczności lokalnych istotniejsza niż dotychczas się wydawało.

Program potrzebny od zaraz

W lipcu 2018 r. na biurka wysokich urzędników państwowych trafił raport rządowego Centrum Badania Opinii Społecznej, który pokazał, że jedną z największych bolączek mieszkańców wsi i małych miast są problemy z dojazdem do większych ośrodków. Jak nieoficjalnie dowiedział się dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn”, podobne tendencje wychodziły też z badań opinii publicznej zamówionych przez PiS na potrzeby wyborów samorządowych.

Przypomnijmy, że już pod koniec listopada 2017 r. do sejmu i senatu trafiła petycja, w której 75 podmiotów domagało się od rządu PiS wypełnienia złożonej dwa lata wcześniej obietnicy o odejściu od rozbierania linii kolejowych. Wśród sygnatariuszy petycji znalazły się nie tylko stowarzyszenia miłośników kolei, kolejarskie związki zawodowe i organizacje przewoźników kolejowych, ale przede wszystkim samorządy gminne, powiatowe i wojewódzkie, które zostały dotknięte problemem likwidowania infrastruktury kolejowej.

Wszystko to wpłynęło na podjęcie decyzji w Ministerstwie Infrastruktury o stworzeniu czegoś na kształt programu renesansu nieczynnych linii kolejowych. Tak powstał „Program uzupełniania lokalnej i regionalnej infrastruktury kolejowej”, okraszony – ogrzewającą się w blasku sukcesu programu „500 Plus” – marką „Kolej Plus”.

W rzeczywistości „Kolej Plus” to jednak tylko iluzja programu: to chyba najkrótszy dokument w historii programów rządowych – składa się z trzech i pół strony tekstu oraz jednej mapki. Program jest ogólnikowy: nie wskazuje kryteriów doboru ciągów do reaktywacji, nie określa trybu wpływania na samorządy wojewódzkie w zakresie oferty przewozowej na reaktywowanych liniach, zaś najważniejszą kwestię pieniędzy – w sytuacji gdy wartość zaproponowanych przedsięwzięć wynosi 6,9 mld zł – sprowadza do zaklęcia: „źródłem dofinansowania programu byłyby dodatkowe środki alokowane na szczeblu centralnym”.

Widać, że program „Kolej Plus” pisany był na szybko. Świadczy o tym chociażby taki drobiazg, że na dołączoną do programu mapkę sieci kolejowej wkradła się linia kolejowa Wolsztyn – Nowa Sól – Żagań, którą zlikwidowano i rozebrano przed prezentacją programu „Kolej Plus”.

W ogłoszeniu koncepcji „Kolej Plus” nie chodziło o szczegóły. Chodziło o to, żeby na peronie w Jasienicy minister Andrzej Adamczyk, dzierżąc w ręku „program”, mógł powiedzieć: „Nasi poprzednicy likwidowali szlaki kolejowe, zwijali je. My kolej rozwijamy”.

Fakt, że słowa te nie są do końca zgodne z prawdą, był w gorącym okresie kampanii wyborczej najmniej istotny.

Nieprzejezdne efekty

Paradoksalnie, jak na razie najbardziej widocznym skutkiem powstania koncepcji „Kolej Plus” jest… zablokowanie działań na rzecz reaktywacji nieczynnych linii kolejowych, dotychczas prowadzonych z poziomu lokalnego.

Już przekonały się o tym samorządy z Gór Izerskich, które – korzystając z możliwości dawanych przez ustawę o restrukturyzacji PKP – już od kilku lat prowadziły starania o przejęcie zarośniętych drzewami linii Gryfów Śląski – Mirsk i Mirsk – Świeradów-Zdrój w celu przywrócenia ich przejezdności oraz reaktywacji zlikwidowanych w 1996 r. połączeń pasażerskich do izerskiego uzdrowiska.

W 2017 r. – po uzyskaniu zapewnienia Grupy PKP, że linie przygotowywane są do przekazania samorządom – gminy Gryfów Śląski, Mirsk, Świeradów-Zdrój i samorząd województwa dolnośląskiego podpisały list intencyjny o współpracy w celu odbudowy infrastruktury i uruchomienia pociągów pasażerskich. Gdy pod koniec sierpnia 2018 r. trwały prace geodezyjne niezbędne do przekazania gminom linii kolejowej, samorządy zostały zaskoczone pismem, w którym Grupa PKP poinformowała, że linie Gryfów Śląski – Mirsk i Mirsk – Świeradów-Zdrój „nie mogą stanowić przedmiotu przekazania do zasobów gminnych”, gdyż zostały objęte rządowym programem „Pomoc w zakresie finansowania kosztów zarządzania infrastrukturą kolejową, w tym jej utrzymania i remontów do 2023 roku”. Problem tylko w tym, że program ten – który wejdzie w życie z początkiem 2019 r. – cały nieczynny 17-kilometrowy ciąg z Gryfowa Śląskiego do Świeradowa-Zdroju zalicza do najniższej kategorii utrzymania D i w rozdziale „Efekty realizacji programu” informuje, że na koniec 2023 r. nadal będzie on nieprzejezdny.

Nie minęły dwa miesiące od niespodziewanego przerwania trwających od kilku lat starań samorządów na rzecz przywrócenia połączeń kolejowych do Świeradowa-Zdroju i… temat ten objawił się jako jedna z wstępnych propozycji rządowego programu „Kolej Plus”.

Czerwone światło

Podobne problemy jak w Górach Izerskich – w obliczu ogłoszenia programu „Kolej Plus” – pojawiły się u stóp Gór Sowich, gdzie, w celu przywrócenia połączeń kolejowych do 30-tysięcznej Bielawy, już od kilku lat trwają starania samorządu województwa dolnośląskiego na rzecz przejęcia zlikwidowanej 6-kilometrowej linii kolejowej Dzierżoniów – Bielawa Zachodnia.

Zarządzająca wojewódzką infrastrukturą drogową i kolejową Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – która w latach 2009-2010 przejęła i przywróciła do życia linie z Wrocławia do Trzebnicy oraz ze Szklarskiej Poręby Górnej do Harrachova – przeprowadziła już inwentaryzację linii do Bielawy i wyceniła koszt jej odbudowy na 15-20 mln zł. Jednocześnie Koleje Dolnośląskie przedstawiły koncepcję obsługi połączeń do Bielawy poprzez wydłużenie relacji pociągów obecnie kursujących między Wrocławiem a Dzierżoniowem.

Teraz – po miesiącach ociągania się Grupy PKP z podjęciem decyzji o przekazaniu samorządowi województwa dolnośląskiego zlikwidowanej linii z Dzierżoniowa do Bielawy – pojawił się program „Kolej Plus” zapowiadający „odejście od dzisiejszej zasady przekazywania odcinków byłych linii kolejowych na własność jednostkom samorządu terytorialnego”.

Pracownicy Oddziałów Gospodarowania Nieruchomościami PKP – jednostek Grupy PKP odpowiedzialnych za nieczynne ciągi kolejowe – nigdy w rozmowach z samorządowcami nie ukrywali, że w kwestii przekazywania linii kolejowych wsłuchują się przede wszystkim w „decyzje na wyższych szczeblach”.

Zawarte w programie „Kolej Plus” słowa o odejściu od przekazywania samorządom nieczynnych linii kolejowych na własność – mimo że przynajmniej jak na razie nie są procedowane żadne zmiany ustawowe dotyczące tej kwestii – to wystarczający sygnał dla pracowników Oddziałów Gospodarowania Nieruchomościami PKP, by samorządom zainteresowanym przejęciem nieczynnych linii kolejowych zapalić czerwone światło.

– „Musimy sobie uświadomić, że plany związane z odtworzeniem linii kolejowej Gryfów Śląski – Mirsk – Świeradów-Zdrój trzeba odłożyć przynajmniej do 2023 r.” – oznajmiał swoim mieszkańcom burmistrz Mirska Andrzej Jasiński po otrzymaniu od Grupy PKP pisma z informacją, że nieczynne linie kolejowe jednak nie mogą zostać przekazane gminom. – „Można stwierdzić, że w następnej kadencji samorządów o kolei będziemy mogli rozmawiać tylko w kontekście znikających torów i degradacji dworców”.

Gdy u lokalnych włodarzy pojawiło się rozgoryczenie, rząd mógł wysłać społecznościom lokalnym sygnał, że samorządy nie radzą sobie z przywracaniem linii kolejowych do życia i dopiero rządowy program dla miejscowości bez dostępu do kolei – oczywiście połączony z synergią władzy rządowej i samorządowej – pozwoli na „usprawnienie procesu przygotowania i realizacji inwestycji kolejowych na terenie miejscowości”.

Plus minus kolej

Rząd programem „Kolej Plus” z jednej strony realnie spowolnił lub wręcz wstrzymał zainicjowane działania na rzecz reaktywacji nieczynnych linii kolejowych, a z drugiej strony przedstawił dość widowiskowe, ale mało realne propozycje budowy nowych linii kolejowych: ciągu łączącego linię Kraków – Zakopane z Myślenicami, linii z Konina do Turku, nowego przebiegu linii łączącej Lublin z Zamościem czy nowego ciągu łączącego Sokołów Podlaski z linią Warszawa – Białystok (dawny korytarz kolejowy z Sokołowa Podlaskiego do Małkini został zajęty pod nowy przebieg drogi wojewódzkiej).

Trudno nowe linie kolejowe zaplanować, zaprojektować i zbudować, w międzyczasie jeszcze wykupując grunty i uzyskując decyzje środowiskowe, w ciągu pięciu lat. A właśnie na pięć lat – od 1 stycznia 2019 r. do 31 grudnia 2023 r. – określono w programie „Kolej Plus” czas na wykonanie i rozliczenie wszystkich przedsięwzięć realizowanych w jego ramach. W rzeczywistości chodziło przede wszystkim jednak o to, by do mieszkańców miejscowości z mapki programu „Kolej Plus” wysłać sygnał, że jeśli wybiorą kandydatów gwarantujących synergię samorządów z rządem, to w ciągu jednej kadencji lokalnych władz – która, tak się składa, dobiegnie końca jesienią 2023 r. – otrzymają lub po latach odzyskają połączenia kolejowe.

W czasie kampanii wyborczej Ministerstwo Infrastruktury postanowiło nie odnosić się do głosów wątpiących w realność powstania nowych linii kolejowych w czasie pięciu lat. Dopiero dzień po ogłoszeniu przez Państwową Komisję Wyborczą wyników drugiej tury głosowania rzecznik prasowy resortu infrastruktury Szymon Huptyś oznajmił portalowi „Rynek Kolejowy”, że okres realizacji przedsięwzięć z programu „Kolej Plus” będzie mógł zostać przedłużony.

Równie dobrze można jednak założyć, że przedsięwzięcia z koncepcji „Kolej Plus” w ogóle nie zaczną być realizowane. Albowiem po zakończeniu kampanii wyborczej program „Kolej Plus” przestał być Prawu i Sprawiedliwości do czegokolwiek potrzebny.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/98 listopad-grudzień 2018); www.zbs.net.pl

Fot. Tomasz Chmielewski

Brazylia na wirażu

Jair Bolsonaro, prezydent-elekt Brazylii, zostanie głową republiki federalnej z nadania Partii Socjalliberalnej (PSL). Czy polityk ma coś wspólnego z centrolewicową i progresywną doktryną socjalnego liberalizmu?

Zacząć należy od stwierdzenia podstawowego faktu – Partia Socjalliberalna, wbrew nazwie, nie jest ani socjalna, ani liberalna. Jest to typowe ugrupowanie skrajnej prawicy z autorytarnymi i neoliberalnymi, ultrakapitalistycznymi zapędami. Wizja państwa, jaką oferują „socjalliberałowie”, to powrót do mrocznych czasów zimnowojennych oraz radykalnie prawicowych reżimów Pinocheta i Videla. Z jednej strony popierają konserwatyzm w sprawach obyczajowych, wykazują homofobię i mizoginię, a z drugiej forsują skrajnie wolnorynkowe rozwiązania w kwestiach ekonomicznych. Spoiwem łączącym ugrupowanie jest natarczywy militaryzm, szaleńczy antykomunizm i antylewicowość, a także nacjonalizm ukrywany pod hasłami „narodowego konserwatyzmu”.

PSL pod względem ideologicznym utożsamiać można z polskimi ruchami tzw. alt-right – formacjami Korwina i Ruchem Narodowym. Wyzbyci ideologiczno-programowej subtelności, „socjalliberałowie” sprowadzają wszystko do tanich i chwytliwych sztuczek PR-owych. Dla brazylijskich nacjonalistów jedyną receptą na rozwój gospodarczy są minimalizacja instytucji państwa opiekuńczego, gruntowne zliberalizowanie systemu ekonomicznego, obniżenie podatków, wprowadzenie podatku liniowego, powszechna prywatyzacja i decentralizacja. Politycy prawicowi dużo uwagi poświęcają kwestiom takim jak zwalczanie „ideologii gender”, blokowanie „lobby homoseksualnego”, „leczenie homoseksualistów” i utrzymanie konserwatywnej polityki aborcyjnej. Prymitywny antykomunizm w wydaniu PSL de facto polega na propagowaniu nienawiści i agresji wobec wszelkiej lewicy, również tej demokratycznej i niemarksistowskiej. W partii obowiązuje absolutny zakaz nawiązywania współpracy koalicyjnej z członkami ugrupowań uznawanych za lewicowe. Ta skrajnie konserwatywna, a wręcz reakcyjna wizja państwa spodobała się 55% brazylijskich wyborców, przy wysokiej frekwencji, wynoszącej w drugiej turze 78%.

Prezydent-elekt reprezentuje linię zasadniczo zbieżną z programem Partii Socjalliberalnej. Krytycy Bolsonaro uważają go za prawicowego populistę i faszystę. Czy jednak polityk skrajnie neoliberalny może być uznany za populistę i faszystę? Jest to mocno dyskusyjne i wydaje się, że Bolsonaro jest po prostu ideowym skrajnym prawicowcem. Z naukowego punktu widzenia neoliberalna wizja społeczeństwa Brazylii proponowana przez przyszłego prezydenta daleka jest od pierwotnych, korporacjonistycznych założeń faszyzmu czy narodowego socjalizmu.

Zachodni obserwatorzy często błędnie wiążą Bolsonaro z socjalnym populizmem poniekąd przez jego wizerunek – nacjonalista kreuje się na trybuna ludowego i obrońcę uciśnionych. Wizerunek ten jest absolutnie nietrafny, jednak przyczynił się do przejęcia przez skrajną prawicę elektoratu wywodzącego się z klas ludowych. W warunkach latynoamerykańskiej anarchii i bezprawia lewica niestety nie była w stanie zapanować nad coraz powszechniejszą w kraju anarchią, a rządy Partii Pracujących wiązały się z drastycznym wzrostem ulicznej przestępczości i bezradnością służb porządkowych – liczba morderstw przekroczyła obecnie próg 60 tysięcy rocznie, co daje liczbę zabitych większą niż w Syrii.

Bolsonaro oferuje ubogim proste rozwiązania – złodziejskie elity polityczne wsadzić do więzienia, domniemanych przestępców zabijać na miejscu, a wszystko się jakoś potoczy dalej. Brzmi to brutalnie i prymitywnie, ale należy pamiętać, że taki sam kit łyknęli wyborcy filipińscy, którzy tłumnie zagłosowali na nominalnie lewicowego autokratę Rodrigo Duterte, skądinąd często porównywanego do Bolsonaro.

Wzrost poparcia dla prawicy wiąże się również z procesem ewangelizacji Brazylii i silną pozycją protestanckich ruchów religijnych, wykazujących skrajnie konserwatywne, a nierzadko fundamentalistyczne odchyły. Wolnorynkowa i konserwatywna wizja świata łączy aktywistów Partii Socjalliberalnej i charyzmatycznych pastorów. Wyznawcy reformatorskich ruchów religijnych w olbrzymiej mierze pozostają zwolennikami bolsonarowskiej prawicy.

Protestanccy neofici, a zarazem fani PSL, to głównie kolorowi Brazylijczycy pochodzący z dzielnic nędzy, faweli. Kolorowych protestantów od głosowania na ich faworyta nie odstraszają nawet rasistowskie wypowiedzi białych polityków z bloku skupionego wokół PSL. Brazylia jest najbardziej zróżnicowanym etnicznie krajem na świecie, ponad połowa ludności deklaruje się jako ciemnoskóra, a będą mieć prezydenta, który jest rasistą.

PSL i Bolsonaro nie są nastawieni wrogo wyłącznie do lewicowców, feministek i liberałów. Ich fobie dotyczą także ekologów. Niewykluczone, że rządy prawicy doprowadzą do zrujnowania ekosystemu Amazonii. „Trump tropików” chce zakazać działalności organizacji takich jak WWF czy Greenpeace, a przerażenie zielonych budzą zapowiedzi budowy w Amazonii autostrady i możliwe wyjęcie części obszarów kraju spod ochrony środowiskowej. Mówi się nawet o likwidacji ministerstwa środowiska…

Prawica w wyścigu wyborczym mało uwagi poświęcała polityce międzynarodowej. Ten element kampanii sprowadzał się w zasadzie do pustych sloganów – uwolnimy Brazylię i jej dyplomację od międzynarodowych ideologii. Przywrócimy jej ekonomiczną wartość i szacunek na całym świecie! – piał Bolsonaro. Z innych wypowiedzi nowego establishmentu krystalizuje się obraz Brazylii jako wiernopoddańczego sojusznika Stanów Zjednoczonych. Bolsonaro zapowiedział już zerwanie stosunków dwustronnych z Kubą i przeniesienie ambasady w Izraelu do Jerozolimy. Wzorem amerykańskich neokonserwatystów i Donalda Trumpa, prezydent-elekt wrogo odnosi się także do Chin i krytykuje inwestycje dalekowschodniego państwa w Brazylii.

Objęcie sterów nad Brazylią przez twardą prawicę zadziwiło opinię publiczną, a jej postulaty wywołały niemałe poruszenie obserwatorów. Czy jednak poruszenie jest słuszne? Osoby zorientowane w tematyce nie powinny być nawet odrobinę zaskoczone kosmicznymi i prymitywnymi propozycjami Bolsonaro. Na podobne pomysły masowo wpadają przedstawiciele alt-right na starym i nowym kontynencie. Wiara w teorie spiskowe, skłonności do autorytaryzmu i maczyzmu, marzenia o powszechnym dostępie do broni – to tendencje wszechobecne w prawicowym internecie, z którego przebijają się one do mainstreamu i trafiają do wypowiedzi polityków z pierwszych stron gazet. Radykalizacja środowisk prawicowych nie jest jedynie problemem Brazylii, bowiem analogiczne procesy zachodzą w co najmniej kilkunastu krajach świata zachodniego.

Rządy Bolsonaro to także wina samej lewicy – w Brazylii uległa ona korupcji i nie była w stanie rozwiązać części problemów „szarych obywateli”. O ile pod rządami popularnego prezydenta Luli z biedy wyszło około 35 milionów obywateli, a przestępczość wymiernie spadła, to jego następczyni, Dilma Roussef utraciła kontrolę nad sytuacją. Nieudolne rządy Roussef i neoliberalnego Michela Temera przyczyniły się do ucieczki części zwolenników lewicy w ramiona ewangelickich pastorów. Co znamienne, to właśnie liderzy chrześcijańskich sekt stanowili rzeczywiste zaplecze sztabu wyborczego radykalnego prawicowca. Sama Partia Pracujących przesunęła się z wyraziście lewicowych pozycji w kierunku centrum i wyzbyła się konfrontacyjnego, klasowego języka. Zaowocowało to pozyskaniem wyborców w klasie średniej kosztem utraty biedniejszego i nierzadko zdesperowanego elektoratu. Programy takie jak Bolsa Familia i Fome Zero stały się górnym pułapem zmian socjalnych, jakie Partia Pracujących odważyła się zrealizować.

Gwoździem do trumny lewicy był sądowy zakaz startu w wyborach dla Luli w związku z oskarżeniami o korupcję. Eksprezydent został przez to zmuszony do przekazania poparcia mniej popularnemu Fernandowi Haddadowi. Luli zarzucano, że jedna z firm budowlanych wręczyła mu jako łapówkę luksusowy apartament – dowodem na to, że Lula przyjął nieruchomość, są wyłącznie zaznania samych łapówkodawców. Z kolei Haddad, niewyraźny lewicowy polityk i profesor akademicki przepadł w pojedynku z charyzmatycznym, elektryzującym tłumy Bolsonaro.

Istotne jest to, że zwolennicy prawicy masowo zmobilizowali się po nieudanym zamachu na życie Bolsonaro z września 2018 roku. Osławiony atak z użyciem noża przyczynił się do drastycznego wzrostu poparcia dla prawicowca i wykreował go jako męczennika patriotycznej, narodowej sprawy.

Wynik wyborów najpewniej wyglądałby zgoła odmiennie, gdyby to właśnie Lula stanął w wyborcze szranki. Badania opinii publicznej z września tego roku dawały Luli 37% głosów, w porównaniu do 22% Bolsonaro. Podobne tendencje wykazywały wszystkie pozostałe sondaże, w których uwzględniano kandydaturę lewicowego eksprezydenta. Zadeklarowani lewicowcy uznali eliminację Luli z kampanii za celowe działania brazylijskiej elity, od zawsze wrogo nastawionej do Partii Pracujących.

Jeszcze przed wyborami PSL i Bolsonaro wzywali do fizycznej rozprawy z Partią Pracujących i komunistami. Nie można wykluczyć, że marzenia prezydenta-elekta ziszczą się w ciągu najbliższych miesięcy. Bolsonaro swego czasu stwierdził, że jego przeciwników politycznych z lewicy należałoby rozstrzelać.

Tuż po ogłoszeniu wyników wyborów reprezentant Partii Socjalno-Liberalnej obiecał, że „nie będzie już więcej flirtowania z socjalizmem, komunizmem, populizmem i lewicowym ekstremizmem”. W ostatnich dniach prezydent-elekt studził emocje, oznajmiając, „ci, którzy nie głosowali na mnie, nie muszą się martwić – nie będą prześladowani”. Czy można jednak ufać człowiekowi, który innym razem stwierdził: „jestem zwolennikiem dyktatury, demokracja nigdy nie rozwiąże poważnych problemów narodowych”?

Norman Tabor

Prof. Monika Kostera: Być obecnym

Prof. Monika Kostera: Być obecnym

Zeitgeist zabrał głos. Powiedział, że w przyszłości wszystko będzie się działo online. Zakupy, koncerty, flirty, leczenie, uczenie się, nabożeństwa – w sieci. A jeśli komuś marzy się staroświeckie ściśnięcie czyjejś graby, to jest dinozaurem zasługującym na wyginięcie. Fizyczność jest przestarzała, nieetyczna, niehigieniczna. Przyszłość należy do sztucznej inteligencji, a ludzie mogą co najwyżej się z tym pogodzić i upodobnić. Jednak Zeitgeist jest wybitnie słaby w przepowiadaniu przyszłości i niewiele z jego wyroczni wylądowało poza śmietnikiem historii, nawet gdy były poparte absolutną władzą Stalina czy spokojną rozwagą Thomasa Watsona z IBM. Tak będzie i tym razem.

Amerykański antropolog i politolog Timothy Pachirat opisuje w swojej najnowszej książce „Among Wolves” proces i założenia w etnograficznych badaniach społecznych. Podejmuje wiele wątków, które ważne są nie tylko dla samych naukowców, ale także dla tzw. szerokiego odbiorcy – dla wszystkich, którzy bywają podmiotem takich badań czy czytelnikami omówieni ich rezultatów. Książka jest pięknie napisana, w formie dramatu, którego bohaterami są doświadczeni badacze używający metod etnograficznych. Polecam serdecznie do przeczytania wszystkim, którzy nawet tylko epizodycznie interesują się naukami społecznymi, a wydawnictwom do przetłumaczenia na język polski i opublikowania. Czyta się jednym tchem. Nie będę zdradzać wszystkich wątków, przedstawię tylko jeden powracający motyw, dla mnie główny morał tej książki – obecność.

Dla autora badania etnograficzne (i nie tylko one, ale one zwłaszcza) to metodologia polegająca na nawiązywaniu bezpośredniej, wzajemnej i głębokiej więzi z badaną rzeczywistością, opartej na fizycznej obecności. Etnograf nie działa przez pośredników, nie wysyła ankieterów, nie operuje na cyfrach. Etnografia zyskuje swoją powagę naukową i wiarygodność dzięki obecności, being there. W słowach autora etnografia jest „najbardziej ludzką spośród metod”. Nie sama informacja ani wiedza, ani materiał badawczy, nawet nie dowody naukowe stanowią o wartości etnografii. Badacz nie jest neutralny ani obiektywny i siłą rzeczy staje się częścią badanego systemu, jego układów władzy i zależności. Dzięki warsztatowi jest w stanie, mimo, a także dzięki zanurzeniu, rzetelnie i pouczająco opowiedzieć o doświadczeniu. W interpretacji też wszystko zależy od obecności, która musi być uważna, oddana i pełna pokory. Dzięki obecności badacza w terenie i refleksyjności interpretacji, czytelnik ma szansę doświadczenia terenu „tak jakby tam był”, wyciągnięcia wniosków z osobistych nauk innych ludzi. Bo to głównie przeżycia, doświadczenia są materiałem dowodowym etnografii – zebrane i zrozumiane dzięki obecności badacza, a potem poprzez warsztat przeniesione na poziom, na którym stanowić mogą naukę dla osób, które tych doświadczeń osobiście nie przeżyły, mądrość niebanalną, eksplorującą, zdobytą nie tylko poprzez oczekiwane hipotezy, powtarzalne pytania badawcze, ale to, co stanowi niespodziankę, co zaskakuje, objawia.

Obecność jest ważna dla badacza świata społecznego i dla jego uczestników. Czasami badania pokazują jednocześnie obie strony tego fenomenu. Moja doktorantka Ewa Filipp od czasów studiów interesuje się przestrzenią i przeprowadziła kilka badań przestrzeni organizacyjnych w formie klasycznej etnografii (badaczka wchodzi do organizacji po to, by ją zbadać, a opuszcza po zbadaniu) i autoetnografii (badaczka bada samą siebie w swojej roli organizacyjnej, nie ma metodologicznego prawa, by wypowiadać się o organizacji, lecz może wyciągać wnioski o swojej roli organizacyjnej, oczywiście w pewnych ramach formalnych). Kilka lat temu badała jeden z polskich teatrów. Teatr zatrudniał pracowników różnych rodzajów, od aktorów, poprzez pracowników technicznych, na administracji skończywszy. Dzieliły ich płace, uprawnienia, warunki zatrudnienia, status społeczny – właściwie wszystko, co w organizacji może ludzi podzielić. Łączyła ich wszystkich przestrzeń znanego i lubianego budynku, jego zakamarki i tajemnice, historia, którą reprezentował. Zdarzało się, że spotykali się wszyscy podczas zebrań, ale bywało też, że przestrzeń budynku zbliżała ich przypadkiem, bo skracali sobie drogę, bo jego nieprzejrzystość powodowała, że niejedna osoba, nawet spośród starych stażem, czasami błądziła i znajdowała się w miejscu całkowicie nieprzewidzianym. Rozmówcy opowiadali Ewie, że przestrzeń jest troszkę magiczna, zakrzywiona, jak na teatr przystało tworzy iluzje, a może nawet przenosi ludzi w świat sztuki i zadziwienia. To nie dotyczyło tylko artystów, choć ich także. Panie sprzątające w teatrze opowiadały badaczce jak silnie są związane ze swoim miejscem pracy. Aby to zademonstrować, pokazały jej swój pokój służbowy, udekorowany kolorowymi muralami, urządzony z fantazją i widoczną miłością. Gdy zorganizowana została sesja fotograficzna z udziałem starszych stażem pracowników, którzy mieli zademonstrować swoje miejsce pracy, właściwie to oni sami, w sposób jak najbardziej spontaniczny, często proponowali wykonanie zdjęcia nie tylko ich samych, ale ich pracownicze przestrzeni – warsztatu, przedmiotów, miejsc, wśród których, czy wraz z którymi, stanowili dynamiczną całość. Wystawa fotografii szybko sama stała się elementem tej przestrzeni, i to mimo tego, że dyrekcja, nie rozumiejąc do końca jej znaczenia, zrobiła z wystawy coś w rodzaju wewnętrznej gabloty reklamowej, niejako ujmując ją w nawias i wyrzucając poza pracowniczą codzienność. Powstała fasada, którą, w trakcie spotkać i dyskusji pod zdjęciami, pracownicy w końcu oswoili i spletli ze swoimi historiami i relacjami, czyniąc częścią treści, jak zaznaczała Ewa: miejsca pracy i miejsca życia. Badaczka odnotowała, że ten przykład i inne, dotyczące geografii i kultury tego miejsca, miały dla ludzi wielkie znaczenie i były intensywnie przeżywane, bo właściwie każdy pracownik był naznaczony magią teatru i magia ta czerpana była z przestrzeni budynku, która dzielona była wspólnie.

Tymczasem przestrzeń, która otacza nas na osiedlach, w miejscach pracy, w przestrzeni publicznej, coraz rzadziej daje poczucie wspólnoty i przynależności. Anna Minton pisze o neoliberalnym mieście, z całymi obszarami będącymi inwestycją, wartością wyłącznie finansową, luksusowymi osiedlami otoczonymi ogrodzeniami, gdzie często w ogóle nikt nie mieszka. Jednocześnie przestrzeń wspólna jest coraz bardziej deprecjonowana i zaniedbana – nienaprawiane drogi, brud, nieodnawiane fasady i bezdomni, stały element brytyjskich miast. Jak reaguje się na nocujących w bramach pustych budynków, w których kiedyś mieściły się sklepy i biblioteki, a obecnie straszących w centrum miasta? Niestety nie w jedynie sensowny sposób, który pamiętam ze Szwecji lat 70. i 80., czyli oferując bezdomnym miejsce do mieszkania. W Brytanii instaluje się kolce, demontuje ławki w parkach, pokrywa przejścia betonowymi nierównościami. To tak zwana wroga architektura (hostile architecture), nieodłączny element pejzażu neoliberalnego miasta.

Neoliberalna przestrzeń publiczna nie jest (jeszcze) powszechna w Polsce, ale przestrzeń miejsc pracy bywa coraz bardziej zbliżona do standardów wytyczanych przez anglosaskich prekursorów. W Warszawie mamy całe obszary zimnych, szklano-aluminiowych biurowców, gdzie ludzie pracują w otwartych, bezosobowych przestrzeniach otwartych (open plan office). W Wielkiej Brytanii taka przestrzeń jest normą w miejscach pracy, także tam, gdzie, mogłoby się wydawać, zdrowy rozsądek woła o pomstę do nieba, czyli w kancelariach prawnych i na uniwersytetach. Dzieje się tak, mimo że badania naukowe od dawna i stale na nowo pokazują, że taka przestrzeń obniża produktywność, demotywuje, zwiększa stres, zwiększa ryzyko wypalenia. Na przykład już w 1979 roku Greg Oldham i Daniel Brass zademonstrowali, jak zmniejsza się satysfakcja z pracy i spada motywacja wewnętrzna pracowników przeniesionych do open plan office, a w 2008 roku bardzo podobne wyniki uzyskał Paul Roelofsen, dodatkowo ukazując obniżkę produktywności takich pracowników. Nie istnieje więc żadne sensowne wytłumaczenie tak intensywnego upierania się przy takich rozwiązaniach przestrzennych, mimo sprzeciwu pracowników, wbrew wiedzy naukowej inne, aniżeli zarządcze.

Jest to metoda kontrolowania ludzi, trzymania ich w ciągłym dyskomforcie. Stres i wypalenie nie są problemem, nie są też efektem ubocznym. Są efektem zamierzonym, to tak ma być. Ludzie mają czuć się stale śledzeni, pozbawieni prywatności, mają czuć stres i ciasnotę nawet tam, gdzie w istocie nie ma powodu do tłoczenia się. Pracownicy przy kasie i za ladą muszą stać cały dzień, nie wolno im na chwilę usiąść, nie dlatego, że przeszkadza to klientom (ciekawe, że w spółdzielczych sklepach nikomu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, jak pokazują moje badania terenowe organizacji alternatywnych), tylko dlatego, żeby byli bardziej zmęczeni, bardziej nie u siebie. Pracownicy mają marznąć w pracy. Nie ma to związku z ekologią ani nawet oszczędnością kosztów (choć większość decyzji menedżerskich obecnie wynika z małostkowej i krótkowzrocznej chciwości, zabrać jeszcze to, obciąć jeszcze to, ile się da zanim całość wreszcie się złoży jak sflaczały namiot?…) – widać to wyraźnie w anglosaskich miejscach pracy, gdzie nawet podczas chłodnych dni na cały regulator działa kosztowna klimatyzacja.

Ba, nawet klient nie ma czuć się komfortowo. Neoliberalne sklepy tak organizują swoją przestrzeń, że klient nie ma gdzie oprzeć torby przy kasie, często musi wyciągać daleko ręce tracąc równowagę, bo każdy centymetr zajęty jest przez dodatkowy prezentowany towar albo po prostu sztucznie ścieśniony. Niedawno robiłam zakupy w jednym ze sklepów w Sheffield, gdzie mieszkam przez część roku. Jest tu bardzo mało sklepów spożywczych niebędących własnością wielkich sieci, w ścisłym centrum nie ma ich praktycznie wcale. Są one wszystkie bardzo podobne pod względem asortymentu i organizacji przestrzeni. Gdy płaciłam, musiałam wykonać szereg niewygodnych ruchów, wyciągać ręce daleko przed siebie, obciążając kręgosłup w niekomfortowych miejscach. Kasjerka zaczęła mi pomagać, wykonując przy tym jeszcze bardziej akrobatyczne ruchy. Podziękowałam jej i poprosiłam, że jednak lepiej żebym ja sama, bo muszę to robić tylko czasami, a ona przez cały dzień pracy działa w nieergonomicznych warunkach. Ożywiła się, powiedziała, że ona bardzo interesuje się ergonomią i że to niesamowite, ile naukowcy wypracowali fajnych sposobów radzenia sobie z różnymi obciążeniami. „Ale dlaczego, mając tę cała wiedzę, musimy funkcjonować w takich warunkach? Nawet stosując wszystkie sztuczki, o których czytam, zawsze wracam do domu z bolącymi plecami” – dodała smutno. Pokiwałyśmy głowami. Nie mogłyśmy kontynuować rozmowy, bo zaczynała się formować kolejka, a ona jedna obsługiwała cały sklep. Oprócz skrajnie nieergonomicznej i ciasnej przestrzeni koło kas, w sklepie panuje też ciągły przenikliwy chłód. Pomieszczenie oświetlane jest sztucznym, niebieskawym światłem, sprawiającym wrażenie ciągłego migotania.

Również większość brytyjskich uczelni, jakie znam, funkcjonuje w bardzo podobnych budynkach z przewagą szkła i aluminium, salami wykładowymi z przezroczystymi ścianami, gdzie trudno się skupić, zimnym światłem, pustką dekoracyjną, przerywaną akcentami sprawiającej bezosobowe wrażenie, „hotelowej” sztuki i reklam, na których ludzie, na ogół bardzo młodzi, różnych płci i ras, obnażają zęby w ekstatycznym śmiechu. W ubiegłym roku byłam zaproszona na obronę doktorską przez pewną szkocką uczelnię. Dotarłam wieczorem i poszłam pozwiedzać uczelniane korytarze. Była bramka na wejściu, co jest w Brytanii normą, ale dostałam pełną przepustkę, więc mogłam chodzić sama bez przeszkód. Przestrzeń zachwyciła mnie, poczułam się szczęśliwa – drzwi do pokojów pracowników i do sal wykładowych były solidne, z drewna, ściany murowane, na korytarzach były kąciki z sofami i stoliczkami, gdzie ludzie mogliby sobie wspólnie usiąść i porozmawiać. Następnego dnia spotkałam na kawie przed obroną kolegów, którzy z mieszanką ulgi, bo idą na emeryturę, i głębokiego żalu, opowiadali mi, że właśnie uczelnia została przejęta przez nowy zarząd i pierwszą decyzją jest przeprowadzka do „nowoczesnych” oszklonych lokali. Stare budynki mają być wynajmowane firmom. Jeszcze zanim to się stanie, zarząd kazał „uporządkować” uczonym korytarze – wszystkie książki mają zniknąć, bo „robią złe wrażenie na odwiedzających”. Wiele uniwersytetów, brytyjskich, np. niedawno Bradford, i innych, np. Uniwersytet w Kopenhadze, wykonały takie przeprowadzki mimo protestów uczonych – stare budynki, tak lubiane przez pracowników i studentów, są wynajmowane, a nowe są całkowicie nieprzystosowane do pracy czy nauki na uniwersytecie. Administracja uczelni coraz częściej pracuje w biurach otwartych, a coraz częściej słyszę o tym, że również pracownicy naukowi i dydaktyczni zmuszeni się do pracy w otwartych przestrzeniach biurowych. Nie można się w takich warunkach skupić, nie sposób też rozmawiać ze studentami i niby wszyscy o tym wiedzą, a jednak zamiast coraz mniej, takich miejsc pracy jest coraz więcej.

Dlatego przywracanie ludzkiego wymiaru przestrzeni jest aktem radykalnym, rewolucyjnym wręcz, aktem reanimacji słabnącego ducha wspólnoty. Pięknie pisze o tym polsko-brytyjski uczony zajmujący się teorią architektury, Krzysztof Nawratek przywoływany w poprzednim felietonie. Nawratek przekonuje, że przestrzeń miejska jest kontekstem społeczności, miejscem ludzkiego współistnienia i budowania relacji. Przestrzeń sprawia, że możemy się spotkać, być obecni, co jest ważne dla etnografa, pragnącego zrozumieć procesy społeczne, jak pisze Timothy Pachirat, ale także dla nas wszystkich, uczestników życia społecznego. Moje badania w organizacjach alternatywnych pokazują, jak bardzo ważne dla ludzi są spotkania twarzą w twarz, że nic ich nie zastąpi, a internet przydaje się do rozwiązywania problemów i do spraw technicznych, ale prawdziwe życie organizacyjne dzieje się w ludzkich spotkaniach, w żywej przestrzeni. W końcu życie na Ziemi to obecność. Świadomość jest obecnością doświadczaną, możliwością spotkania innej obecności. Nadzieja zaczyna się od jednej osoby, a spotkanie drugiego – to my – a gdy istnieje my, to zaczyna się rewolucja, jak powiedział papież Franciszek.

prof. Monika Kostera

Zdjęcie pochodzi z dokumentacji projektu artystycznego „Bodies in Urban Spaces”.

Piotr Wójcik: Skończmy z mitem American Dream

Piotr Wójcik: Skończmy z mitem American Dream

Nie jest niczym dziwnym, że mit o American Dream wciąż trzyma się mocno. W końcu Stany Zjednoczone dominują na rynku modelowania umysłów. To z USA wciąż pochodzi większość kinowych blockbusterów oraz serialowych hitów. A mało kto tak potrafi zaprząc kino do działania dla sprawy, jak właśnie Amerykanie. Komercyjne filmy z USA nie tylko mają przynosić zyski, ale też podnosić na duchu i krzewić pozytywny obraz tego państwa, zarówno w kraju, jak i za granicą. Przykład pierwszy z brzegu, bo akurat oglądam – w hicie serialowym stacji ABC „Sposób na morderstwo” jednym z bohaterów jest Afroamerykanin sierota, który dostał się na prestiżowy wydział prawa, a już tam znana pani adwokat daje mu szansę, by dołączył do grupy studentów, która pomaga jej przy sprawach (niczego nie spojleruję, to wszystko jest w pierwszym odcinku). W tej grupie jest również czarna dziewczyna, prymuska, której przyszła teściowa zbudowała z mężem firmę od zera, co oczywiście wygłasza podczas jednego z dialogów, a teraz pławi się w luksusach (fakt zupełnie poboczny i nieistotny dla głównego wątku). Czyli każdy ma szansę, wystarczy się starać i troszkę dopomóc swojemu szczęściu, jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało. A że takie przypadki zdarzają się rzadziej niż sporadycznie? Tego widz nie musi wiedzieć – a nawet nie powinien.

Amerykanie podbijają też serca mentalnych potencjalnych milionerów setkami poradników – to z USA pochodzi większość najlepiej sprzedających się książek o tym, jak osiągnąć sukces. Żeby przypomnieć tylko legendarny poradnik „7 nawyków skutecznego działania” Stephena Coveya. Wspaniałość Ameryki promują również komiksy, muzyka i powieści. Doprawdy, przy tak zmasowanej propagandzie sukcesu, trudno się dziwić, że południową granicę USA codziennie forsują pielgrzymki migrantów z Ameryki Łacińskiej, spragnionych lepszego życia.

Amerykański styl życia

Oczywiście w tym zmasowanym przekazie płynącym zza oceanu nie chodzi tylko o przekonanie nas, że Ameryka jest fajna, a Amerykanie „cool”. Chodzi też o to, by promować tak zwany amerykański styl życia oraz amerykański model ekonomiczno-społeczny. Model, w którym sprywatyzowano niemal wszystkie usług publiczne, ze służbą zdrowia włącznie, ponieważ prywatny kapitał podobno dostarczy je sprawniej i taniej. Model, w którym ubezpieczenie zdrowotne każdy powinien opłacić sam, bo każdy ponoć sam wie, co jest dla niego najlepsze – więc jeśli ktoś nie ma ubezpieczenia, to znaczy, że go nie potrzebuje. Model, w którym uczelnie wyższe są nie tylko płatne, ale i bardzo drogie, ale za to każdy może wziąć na czesne kredyt studencki. Model, który wykształcił własne unikalne prawa człowieka, wśród których są prawo do posiadania broni, prawo do zadłużania się i prawo do jeżdżenia samochodem spalającym 20 litrów paliwa na 100 km. Model, w którym nierównościom pozwolono na niepohamowany wzrost, ponieważ najlepsi muszą być najlepiej wynagradzani, a ci na dole muszą mieć motywację, by się dorabiać.

Na usługach tego modelu jest właśnie mit American Dream, według którego w USA każdy pracowity obywatel spełni swoje marzenia. Snujące się zza oceanu narracje uwiecznione na przeróżnych nośnikach przekonują do tego mitu – a co za tym idzie: do samego modelu – marzycieli z całego świata, którzy z otwartymi szeroko ustami chłoną opowieści sukcesu w okolicznościach lśniących biurowców. Europa umiera, a Ameryka wciąż jest wielka właśnie dzięki temu, że wykształciła swój własny, mocno wolnorynkowy model. Jeśli ktoś chce powtórzyć sukces Ameryki, powinien wprowadzić podobny u siebie. Co prawda przy okazji skorzystają na tym w dużej mierze wielkie korporacje z USA, zasobne w kapitał, które tylko czekają, aż gdzieś na świecie uda się przekonać władze do prywatyzacji emerytur albo ubezpieczeń zdrowotnych. No ale to jest właśnie piękno wolnego rynku – ja zarobię, a ty będziesz miał się lepiej. Wolna konkurencja podmiotów kierowanych światłym egoizmem prowadzi do dobra i dobrobytu.

Gdyby tak rzeczywiście było, pierwszy postulowałbym przeszczepienie amerykańskiego modelu do kraju leżącego nad Wisłą. Problem w tym, że amerykański model nie sprawdza się nawet w USA – a jako że kopia zwykle jest słabsza niż oryginał, efekty w Europie byłyby zapewne jeszcze smutniejsze.

W jednym amerykański model bez wątpienia sprawdza się znakomicie – chodzi o tworzenie PKB. Z punktu widzenia PKB wytwarzanego na głowę mieszkańca USA są jednym ze zdecydowanie najzamożniejszych krajów świata. Gdybyśmy zapytali przypadkowego przechodnia o poziom PKB per capita w USA i np. we Francji, Niemczech czy Szwecji, to zapewne stwierdziłby, że jest porównywalny. Prawda jest jednak taka, że USA biją na głowę pod tym względem wszystkie kraje UE – poza Irlandią, ale mierzenie PKB w tym raju podatkowym mija się z celem. Zresztą PKB Irlandii sztucznie pompują też głównie korporacje amerykańskie – Google czy Apple. PKB na głowę w USA w 2016 r. wynosiło 58 tys. dolarów, tymczasem w Niemczech i Szwecji 49 tys. dol., w Wielkiej Brytanii 43 tys. dol., a we Francji 41 tys. W Polsce w tym czasie wyniosło 27 tys. dol. – oczywiście wszystkie te dane uwzględniają parytet siły nabywczej.

Bieda, która zabija

Jest to jednak marnym pocieszeniem dla milionów Amerykanów żyjących w biedzie. Zasięg biedy w USA porównywalny jest z krajami Ameryki Południowej, a nie z zamożnymi krajami Europy Zachodniej. Poniżej granicy ubóstwa w USA w 2016 r. żyło 18 proc. społeczeństwa, tymczasem w Wielkiej Brytanii 12 proc., w Niemczech jedynie 10 proc., w Szwecji 9 proc., a we Francji tylko 8. W niezamożnej Polsce poniżej progu ubóstwa w 2016 r. żyło 11 proc. obywateli. Oczywiście bieda jest względna – ubogi z USA ma więcej pieniędzy, niż ubogi z Polski. Tylko że bieda powoduje też wykluczenie społeczne. Milionów biednych Amerykanów średnio obchodzi, że mają więcej pieniędzy niż biedni Polacy – oni porównują się do swoich rodaków. I na własnej skórze odczuwają fakt, że przeróżne atrakcje oferowane przez amerykański model są poza ich zasięgiem – i będą takie zapewne do końca życia. Co jest tym bardziej bolesne w kraju tak nastawionym na prestiż i osobisty sukces, jak USA.

W USA nie tylko jest mnóstwo osób biednych – ubodzy w USA tracą też zdecydowanie więcej do nieubogich rodaków, niż ubodzy w większości krajów Europy. Wyrażane jest to w tak zwanym wskaźniku luki dochodowej. Przeciętne gospodarstwo domowe w USA żyjące poniżej granicy ubóstwa ma wydatki niższe od granicy ubóstwa aż o 40 proc. Tylko dwa kraje wykazywane przez OECD wyprzedzają USA pod tym względem – RPA oraz Włochy, których gospodarka przechodzi od co najmniej dekady poważne kłopoty (co ciekawe, gospodarka USA podobno ma się świetnie). W Wielkiej Brytanii luka dochodowa wynosi 36 proc., w Polsce 29 proc., w Niemczech 26 proc., we Francji 24 proc., a w Szwecji jedynie 23 proc. Inaczej mówiąc, ubodzy w Niemczech, Francji czy Szwecji żyją zaraz pod kreską, a tych z USA do pokonania granicy ubóstwa czeka długa droga.

Przy tak dużym zasięgu ubóstwa i dalekim dystansie, który dzieli ubogich w USA od reszty rodaków, w oczywisty sposób musi rosnąć łamanie prawa. W końcu działalność na czarnym rynku zaczyna się nie dlatego, że się wyssało mordercze instynkty z mlekiem matki, lecz dlatego, że nie widzi się szans na dorobienie się w legalny sposób. Ubogich w USA jest mnóstwo, ich dystans do reszty społeczeństwa jest bardzo odległy, więc i skłonność do chwytania się nielegalnych zajęć większa. Pod względem wskaźnika morderstw (liczba przypadków na 100 tys. mieszkańców) USA są wyprzedzane jedynie przez Łotwę, RPA, Rosję, Meksyk i Brazylię (spośród krajów wykazanych przez OECD). Wskaźnik zabójstw w USA to 4,9, tymczasem w Polsce 0,8, w podobno „terroryzowanej przez islamistów” Francji 0,6, w Szwecji, która ponoć „ma zaraz upaść” równe 1, w Niemczech 0,4, a w Wielkiej Brytanii 0,2. Poza krajami bałtyckimi, w żadnym kraju UE wskaźnik zabójstw nie jest wyższy od 2.

Jak sobie radzą Stany Zjednoczone z plagą przestępczości? Najprościej – masowo wsadzają ludzi do więzień. To w końcu prostsza metoda, niż żmudne reformowanie modelu ekonomiczno-społecznego. Wskaźnik inkarceracji to liczba osób w więzieniu na 100 tys. mieszkańców. Pod tym względem USA biją już na głowę wszystkich w OECD. Amerykański wskaźnik inkarceracji wynosi 655, a w drugiej pod tym względem Turcji – 287. W Polsce 199, w Wielkiej Brytanii 141, we Francji 102, w Niemczech tylko 78, a w Szwecji zaledwie 57.

Zdrowie dla nielicznych

W kraju, w którym brak powszechnej opieki zdrowotnej, miliony obywateli nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, a usługi zdrowotne są piekielnie drogie, musi fatalnie wyglądać ogólny poziom zdrowia obywateli. Dwa najważniejsze wskaźniki badania poziomu zdrowia w społeczeństwie to przeciętna długość życia oraz umieralność niemowląt. Pod względem długości życia USA przypominają kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Średnia długość życia w USA to niecałe 79 lat, czyli dokładnie pół roku więcej niż w dużo mniej zamożnej Polsce i pół roku mniej niż w Czechach. W Niemczech i Wielkiej Brytanii długość życia to 81 lat, a we Francji i Szwecji ponad 82 lata. W Stanach Zjednoczonych umiera 6 niemowląt na tysiąc urodzeń żywych, czyli dokładnie tyle, ile w Rosji. W Polsce i Francji umierają 4 niemowlęta na tysiąc urodzeń żywych, a w Niemczech ponad 3. W Szwecji notuje się tylko 2,5 zgony noworodków na tysiąc urodzeń.

USA trapią też przeróżne problemy społeczne. Jednym z nich jest chociażby epidemia otyłości. Jak wiadomo, współcześnie na otyłość cierpią głównie ubodzy, a nie bogaci. Zamożni mogą zadbać o podniebienie i apetyt, a zarazem nie przytyć, dzięki zdrowemu i niskokalorycznemu pożywieniu. Mają też czas i pieniądze na regularne treningi oraz trenerów personalnych czy dietetyków. Ubodzy muszą się żywić jedzeniem niskiej jakości, które zwykle obfituje w tłuszcze nienasycone oraz węglowodany, za to ma niewiele białka. Prowadzą często nieregularny tryb życia, od fuchy do fuchy, co zniechęca do regularnego dbania o siebie. Oczywiście w USA otyłość nie wynika jedynie z zasięgu ubóstwa, ale przede wszystkim z amerykańskiego stylu życia, opierającego się o przesadną konsumpcję, co jest zresztą typowe dla krajów z wysokimi nierównościami, w których konsumpcja to element prestiżu oraz tłumienia stresu. Na nadwagę lub otyłość cierpi aż 71 proc. Amerykanów. Więcej jest jedynie w Meksyku i Chile. W Europie takich osób jest wyraźnie mniej – na nadwagę cierpi 53 proc. Polaków, 51 proc. Niemców, 49 proc. Szwedów i 46 proc. Francuzów.

Patologii społecznych w USA jest zresztą więcej. Nic dziwnego – na pewnym poziomie zamożności na skalę patologii społecznych wpływa już nie ogólny poziom bogactwa, lecz poziom nierówności. W USA są one wysokie, więc i patologii społecznych jest więcej, niż w krajach zachodniej UE. Kolejnym przykładem mogą być nastoletnie ciąże. W USA notuje się 21 takich przypadków na tysiąc kobiet w wieku 15-19 lat. W Wielkiej Brytanii 14, w Polsce 13, a w Niemczech zaledwie 7. Wskaźnik nastoletnich ciąż we Francji wynosi 9, a w Szwecji jedynie 5. Kogo pod tym względem USA przypominają najbardziej? Na przykład Indie (25), Jordanię (23) czy Albanię (21).

Jak widać, urodzenie się w Stanach Zjednoczonych nie jest największym szczęściem, które może w życiu spotkać. Nie wiadomo, czy gdybym urodził się w USA, nie żyłbym właśnie grubo poniżej granicy ubóstwa, albo nie siedział w więzieniu. Nietrudno też zarobić tam kulkę. Oczywiście zakładając, że nie umarłbym podczas porodu, co jest tam o połowę bardziej prawdopodobne niż w Polsce. Pomimo większego zgromadzonego bogactwa, wskaźniki dobrostanu społecznego w USA są znacznie gorsze od krajów zachodniej UE, a nawet od Polski. Pewnie należę do mniejszości, ale jeśli miałbym wybierać, czy żyć w USA, czy nad Wisłą, nie wahając się wybrałbym to drugie. W Polsce może jest skromniej, ale przynajmniej nie tak dziko.

Piotr Wójcik

Zdjęcie pochodzi z https://www.sanders.senate.gov

Piotr Wójcik: Czy lewica powinna popierać euro?

Piotr Wójcik: Czy lewica powinna popierać euro?

Lewica ma problem z euro. Nie jest w stanie się jednoznacznie określić, czy je popiera, czy jednak nie. Nic dziwnego – stosunek do wspólnej europejskiej waluty to jeden z największych dylemat, przed jakimi stoi polska lewica. Euro jednoznacznie kojarzy się z integracją europejską, która ma wiele niekwestionowanych zalet. Przede wszystkim wiąże nas z regionem, w którym standardy socjalne są na najwyższym poziomie na świecie. Oczywiście można mnóstwo zarzucić systemom gospodarczym krajów UE, które od lat 90. systematycznie się liberalizowały, a proces ten dosięgnął nawet krajów nordyckich. Nie zmienia to faktu, że właśnie w krajach Europy panują relatywnie najbardziej sprawiedliwe porządki ekonomiczno-społeczne. Nie we wszystkich rzecz jasna, jednak jeśli chcielibyśmy szukać prymusów standardów socjalnych i egalitaryzmu, to znaleźlibyśmy je właśnie w Europie. Jest kilka innych regionów świata równie zamożnych, co Europa, jednak ich systemy socjalne są już dużo gorsze. W USA panują niewyobrażalne wręcz nierówności, a wiele stanów pogrążonych jest w patologiach społecznych. W Korei Południowej oraz Japonii nierówności są niższe, jednak w krajach tych ludzie poświęcają się pracy do tego stopnia, że członkowie rodzin ledwo się znają. Jeśli dla wielu Europejczyków Kanada wydaje się również przyjemnym miejscem do życia, to właśnie dlatego, że jest najbardziej podobna do Europy.

Jednak fakt, że euro kojarzy się z integracją europejską, to trochę za mało, żeby lewica miała popierać wspólną walutę. Aby to robić, musiałaby sobie odpowiedzieć na trzy kluczowe pytania. Czy euro rzeczywiście tej integracji pomaga, czy może wręcz przeciwnie? Czy euro wzmacnia europejskie systemy socjalne, czy jednak je osłabia? Dodatkowo, dla lewicy w naszym regionie Europy ważna jest jeszcze jedna kwestia: czy euro pomaga krajom Europy Środkowo-Wschodniej w konwergencji (czyli doganianiu w poziomie rozwoju najzamożniejszych krajów UE), czy ten proces spowalnia? We wszystkich tych obszarach euro wypada… niekorzystnie z lewicowego punktu widzenia.

Generator eurosceptycyzmu

Obecnie nie budzi już większych wątpliwości, że kraje południa Europy wpadły w tak wielkie tarapaty gospodarcze podczas ostatniego kryzysu właśnie dlatego, że przyjęły wspólną walutę. Można dyskutować, na ile to była wina samej konstrukcji strefy euro, a na ile modeli ich gospodarek. Jest jednak pewne, że gdyby nie przyjęły euro, wpadłyby w bez porównania mniejsze perturbacje gospodarcze. Kurs ich walut by spadł, dzięki czemu stałyby się bardziej konkurencyjne, więc ich gospodarki w miarę szybko dostosowałyby się do nowych warunków. Pozbawione tego mechanizmu wpadły w długotrwałą recesję, która przybrała gigantyczne rozmiary. Grecja w 2006 r. była krajem z PKB per capita według parytetu siły nabywczej na poziomie 96 proc. średniej UE. Obecnie jej poziom rozwoju to 67 proc. średniej UE, a więc spadła nawet za Polskę i Węgry, do poziomu Łotwy. Hiszpania spadła z poziomu 103 proc. średniej UE do 92 proc., Włochy ze 108 proc. do 96 proc., a Cypr ze 105 proc. do 84 proc.

Nieprzypadkowo właśnie te kraje należą obecnie do najbardziej eurosceptycznych. Coraz większy sprzeciw wobec obecnego kształtu UE wzbiera wcale nie w Polsce czy na Węgrzech, ale właśnie tam, gdzie uderzył kryzys strefy euro. Według Eurobarometru 2018 przeciętnie w UE 60 proc. ankietowanych dobrze oceniało członkostwo swojego kraju w UE, a 12 proc. źle. W Grecji pozytywnych odpowiedzi było już tylko 45 proc., za to negatywnych 21 proc. We Włoszech odpowiedzi pozytywnych było jedynie 39 proc., a negatywnych 17 proc. Tylko 52 proc. Cypryjczyków pozytywnie ocenia członkostwo Cypru w UE, a negatywnie 13 proc. Tymczasem w Polsce pozytywnych odpowiedzi było aż 70 proc., a negatywnych… 5 proc. Nawet na Węgrzech pozytywnie członkostwo w UE ocenia 61 proc. pytanych, a więc nieco więcej niż średnia. Bardzo pozytywnie o UE wypowiadają się za to kraje skandynawskie, które nie należą do strefy euro. Integrację UE dobrze ocenia 68 proc. Szwedów i aż 76 proc. Duńczyków – to rekord.

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że euro jest jedyną przyczyną eurosceptycyzmu. W końcu w czołówce najbardziej eurosceptycznych państw są też Czechy i Chorwacja, które w strefie euro nie są. Bez wątpienia jednak za eurosceptycyzm na południu Europy oraz w coraz bardziej eurosceptycznej Francji odpowiada w pierwszej kolejności wspólna waluta i jej negatywne skutki dla systemów ekonomiczno-społecznych. We Włoszech władzę przejęła koalicja, która z krytyki euro i postulatów opuszczenia strefy stworzyła fundament swojego przekazu (szczególnie tyczy się to Ligi). We Francji według sondażu „Le Figaro” Front Narodowy zdobyłby 21 proc. głosów do PE – prawie tyle, co wciąż jeszcze pierwszy En Marche Macrona (21,5 proc.). Grecja już dawno opuściłaby euro, gdyby nie to, że w obecnej sytuacji takie jednostronne wyjście mogłoby ją wpędzić w jeszcze większe tarapaty – kurs nowej drachmy byłby żałośnie niski, tymczasem zadłużona jest w euro. Euro nie jest więc jedyną przyczyną eurosceptycyzmu, ale jest jedną z głównych przyczyn. Hamuje procesy integracyjne, a nie je wzmacnia.

Wróg ambitnej polityki społecznej

Z lewicowego punktu widzenia najważniejsza powinna być jednak odpowiedź na pytanie, czy istnienie euro ułatwia prowadzenie ambitnej polityki społecznej, czy wręcz przeciwnie. W sytuacji walut narodowych i ich płynnych kursów, politycy mają większe pole działania. Mogą prowadzić aktywną i szeroko zakrojoną politykę społeczną, gdyż wiedzą, że w razie kłopotów gospodarczych stabilizatorem będzie kurs waluty. On spadnie, co spowoduje wzrost konkurencyjności eksportu i sytuacja wróci do normy. Wspólna waluta nie tylko ogranicza im pole działania, ale w krajach o słabszych gospodarkach, które nie mają zaawansowanych produktów, wręcz wymusza ograniczanie świadczeń socjalnych. Świadczenia socjalne finansowane są ze składek i podatków – im one wyższe, tym wyższe koszty pracy, a więc niższa konkurencyjność. Kraje nie mające tak rozchwytywanych za granicą produktów, jak Niemcy, muszą sobie radzić dbając o konkurencyjność kosztową. Jest ona tym ważniejsza, że po przyjęciu wspólnej waluty ich kurs walutowy został sztucznie podniesiony – w końcu to waluta także silnych Niemiec i Holandii. Wspólna waluta tworzy więc nacisk na zwiększanie konkurencyjności bezpośrednio przez obniżanie kosztów, a pośrednio przez obniżanie świadczeń socjalnych. W innym przypadku kraj jest skazany na stagnację. Można oczekiwać, że gospodarka się zmodernizuje i sama będzie tak silna jak niemiecka, ale na to można czekać dekady. A koszty społeczne powstają tu i teraz.

Nic więc dziwnego, że spośród krajów nordyckich, które mają najbardziej rozbudowane systemy zabezpieczenia społecznego, a co za tym idzie podatki, tylko Finlandia weszła do strefy euro. Szwecja i Dania, choć mają bardzo konkurencyjne gospodarki, wolą nie pozbawiać się bezpiecznika, jakim jest płynny kurs walutowy. Gdyby się go pozbawiły, w razie recesji jedynym wyjściem byłaby dewaluacja wewnętrzna, a więc demontaż ich systemów socjalnych. I jak na razie wychodzą na tym dużo lepiej. Finlandia utrzymała swój szczodry system zabezpieczenia społecznego oraz bogatych usług publicznych. Wydatki budżetowe są w Finlandii drugie najwyższe w UE – wynoszą 56 proc. PKB (średnia unijna to 46,3 proc.). Jednak skazała się w ten sposób na stagnację. W 2008 roku jej poziom rozwoju wynosił 121 proc. średniej UE. Obecnie już tylko 109 proc. W Szwecji poziom rozwoju w odniesieniu do średniej UE spadł w tym czasie tylko nieznacznie – ze 127 proc. do 122 proc., co wynika po prostu z procesów konwergencji. Poziom rozwoju Danii się nie zmienił – wciąż wynosi 125 proc. średniej UE.

Jedynym krajem w UE, który ma wyższe wydatki publiczne niż Finlandia, jest Francja (56,4 proc. PKB). Także ona obecnie jest w stagnacji. Prezydent Emmanuel Macron chce to zmienić poprzez pakiet reform. Na czym one polegają? Oczywiście na deregulacji rynku pracy oraz zniesieniu niektórych zdobyczy socjalnych. Wzbudza to zrozumiały sprzeciw Francuzów, ale czy można się dziwić takim planom prezydenta Francji? W warunkach wspólnej waluty nie ma innej recepty na odzyskanie konkurencyjności, niż dewaluacja wewnętrzna. Jeśli Francuzi chcą wyrwać się ze stagnacji, muszą przynajmniej upodobnić swoją gospodarkę do Niemiec. Czyli zrezygnować z własnego, dużo bardziej etatystycznego i socjalnego modelu.

Hamulec konwergencji

Jest też sporo dowodów na to, że przyjęcie wspólnej waluty wyhamowuje proces konwergencji. Kraje naszego regionu, które stoją na niższym poziomie rozwoju niż zachodnia UE, mają niedoszacowane waluty. Ich realne PKB per capita, czyli z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej, jest zdecydowanie wyższe, niż PKB per capita przeliczone na euro po kursie rynkowym. To im pomaga, gdyż uatrakcyjnia ich eksport, który staje się dla zagranicznych nabywców tańszy. Dzięki temu mogą generować wyższy wzrost i szybciej doganiać bogatsze kraje. Gdy zbliżą się do poziomu średniego w UE, będą mogły zadziałać w kierunku aprecjacji własnej waluty – np. poprzez podniesienie stóp procentowych. To spowolni wzrost, ale dzięki temu ich obywatele dostaną do ręki droższą walutę, a więc będą mogli sobie pozwolić na większe zakupy zagraniczne – czy w to kraju (import), czy podczas podróży turystycznych. Konwergencja się dokona, a więc szybki wzrost nie będzie już tak istotny. Jednak kraje regionu, które już teraz przyjmują wspólną walutę, wychodzą przed szereg i de facto doprowadzają do aprecjacji własnej waluty zanim dokona się jeszcze konwergencja. Dostają więc do ręki twardą walutę, lecz utrudniają sobie dogonienie krajów zamożnych. Dzieje się tak, ponieważ pozbawiają się wobec nich przewagi niskiego kursu waluty – przyjmując tę samą walutę, co one.

Doskonale widać to na przykładzie Słowacji i Słowenii. W obu przypadkach przyjęcie euro po pierwszym roku doprowadziło do wzrostu PKB per capita na tle średniej unijnej – to efekt samego przyjęcia dużo droższej waluty. Jednak potem następowała stagnacja konwergencji. Słowacja przyjęła euro w 2009 roku. W 2010 r. jej PKB per capita skoczył z poziomu 71 proc. średniej unijnej w 2009 r. do 74 proc. Potem do roku 2013 konwergencja następowała w wolnym tempie 1 pkt. proc. rocznie, czyli do poziomu 77 proc. Jednak od 2013 r. Słowacja przestała już zupełnie doganiać średnią unijną. W 2017 r. wciąż jest na poziomie 77 proc. Słowenia przyjęła euro w 2007 r., będąc na poziomie rozwoju 87 proc. średniej unijnej. Dzięki przyjęciu euro ten poziom skoczył do 90 proc. rok później, jednak w 2009 roku Słowenia wpadła w recesję i spadła do poziomu 85 proc. W 2017 roku jej poziom rozwoju również wynosił 85 proc. średniej unijnej. Jak wygląda na tym tle Polska? W 2009 r. byliśmy na poziomie zaledwie 59 proc. średniej UE, jednak w 2017 r. już 70 proc., czyli nadrobiliśmy 11 pkt. proc., a Słowacja jedynie 6. W okresie 2009-2017 Polska konwergencja następowała więc prawie dwukrotnie szybciej niż słowacka.

Można oczywiście twierdzić, że było warto. Słowacy dostali do ręki twardą walutę, a więc stali się zamożniejsi. Jednak ich zamożność pozostaje głównie na papierze – ewentualnie widać ją, gdy wyjadą za granicę. Wtedy rzeczywiście są nieco zamożniejsi niż Polacy. Jednak w kraju tego nie odczuwają, z tego względu, że oprócz zarobków równolegle wzrosły też ceny. Wiele osób z południa Polski pamięta czasy, gdy na Słowację jeździło się po tańsze zakupy. Obecnie poziom cen na Słowacji wynosi 69 proc. średnich cen unijnych, a Polski 56 proc. Godzinowy koszt pracy na Słowacji to 11,1 euro, a w Polsce 9,4 euro. Rzeczywiście, Słowak zarabia więcej. Jednak jeśli to przeliczymy przez poziom cen, czyli nałożymy parytet siły nabywczej, to godzinowy koszt pracy Słowaka to równowartość 16 euro, a Polaka 17 euro. Realnie zarabiamy zatem więcej, choć nasz poziom rozwoju na tle średniej UE jest o 7 pkt. proc. niższy.

***

Wspólna waluta jest zawalidrogą wobec wartości, które są ważne dla lewicy. Na pewno nie sprzyja integracji krajów kontynentu, a są dowody na to, że ją utrudnia, generując eurosceptycyzm w części krajów strefy. Bez wątpienia utrudnia też prowadzenie ambitnej polityki społecznej, szczególnie w państwach ze słabszymi gospodarkami. Dodatkowo są przesłanki, by twierdzić, że spowalnia proces konwergencji. Jest wiele obszarów integracji, które należy popchnąć naprzód – chociażby wspólna polityka bezpieczeństwa. Lewica mogłaby też postulować wprowadzenie wspólnych standardów socjalnych, które byłyby ustalane dla każdego kraju przy użyciu tych samych wskaźników w odniesieniu do poziomu rozwoju lub średniej płacy. Popieranie przez lewicę ekspansji strefy euro jest kręceniem na siebie bata.

Piotr Wójcik

Jan Przybylski: Czy mogło być inaczej?

Jan Przybylski: Czy mogło być inaczej?

Każdego roku późnym latem powracają rozważania dotyczące września 1939 i pytanie „czy mogło być inaczej”. U niektórych powoduje to odruch alergiczny, jednak w istocie zadawanie tego pytania nie jest bezsensowne. Jeżeli przyjmiemy, że historia nie jest procesem rządzonym przez rygorystyczny determinizm, faktycznie wykluczający wolność czynnika ludzkiego, i decyzje kształtują historię, historie niebyłe stanowią rewers tej rzeczywistej. A jeżeli uwarunkowania geopolityczne i stosunki sił są stałymi wywierającymi bardzo znaczący wpływ na losy narodów, minione lekcje trzeba przerabiać. Szczególnie takie, w przypadku których wynikiem końcowym była katastrofa państwa i narodu.

Jeden z nurtów alternatywnych analiz dotyczących roku 1939 opiera się na przemyśleniach poświęconych rozkładowi wysiłków państwa w latach poprzedzających wojnę, w szczególności w aspekcie środków finansowych. Wychodząc od ubóstwa i niedofinansowania Wojska Polskiego w godzinie próby, autorzy próbują wskazać obszary, w których inwestycje okazały się niepotrzebne, względnie przeznaczone na nie środki można było spożytkować ze znacznie większą korzyścią dla zdolności obronnych armii i państwa. Chłopcy do bicia bywają różni. Mogą być nimi marynarka wojenna (która w istocie okazała się bezużyteczna w starciu z Niemcami, a zasadnicza jej część musiała uchodzić do Wielkiej Brytanii – zapomina się jednak, że ten rodzaj broni był kalibrowany pod kątem starcia ze Związkiem Sowieckim, w przypadku którego jego perspektywy byłoby znacznie lepsze) lub legendarny bombowiec PZL.37 Łoś (ten, chociaż stanowił drzwi, przez które polski przemysł lotniczy miał przejść do kolejnego etapu nowoczesności, sam w sobie krytykę znosi już wyraźnie gorzej). Jednak aspirujące do większej fundamentalności krytyki przedwrześniowego stanu rzeczy biorą za cel Centralny Okręg Przemysłowy. Rzekomo przeznaczone na jego stworzenie środki można było spożytkować o wiele bardziej efektywnie. Niektórzy autorzy przeliczają wydatki na COP wprost np. na dywizje pancerne, twierdząc, że zamiast budować przemysł można było wystawić 6 takich dywizji.

Budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, w odniesieniu do której decyzje podjęto w roku 1936, a inwestycje poczęto realizować w 1937, w istocie pochłonęła ok. 2,4 miliarda złotych. COP faktycznie nie zdążył zaprocentować do roku 1939. Osiemnastu lat bardzo powolnego rozwoju gospodarczego kraju, na co dodatkowo nałożył się ogólnoświatowy kryzys, nie dało się nadrobić w trzy. Przy cenie bombowca Łoś, wynoszącej z silnikami niecałe 500 000 złotych, albo czołgu 7TP (250 000) w istocie można próbować rozważać, czy inna alokacja środków nie byłaby właściwsza. Gdybyśmy mieli 10 000 czołgów…. Sęk jednak w tym, że takie rozważania są zupełnie oderwane od realiów. Czołgi czy samoloty nie biorą się bowiem z supermarketów. Trzeba je wyprodukować samemu lub kupić od państwa prowadzącego taką produkcję.

W aspekcie zakupów krajowych sytuacja w roku 1935 była tragiczna. Ziemie polskie zostały straszliwie zniszczony wskutek przetoczenia się frontu Wielkiej Wojny, rabunkowej okupacji, a następnie jeszcze dodatkowo wojen ze Związkiem Sowieckim oraz z efemerycznymi formami państwowości ukraińskiej. Szacuje się, że straty w budynkach murowanych wyniosły 40% stanu przedwojennego, w drewnianych – 75%. Zniszczono lub uszkodzono 45% mostów kolejowych i 50% drogowych, w podobnym stopniu sieć drogową oraz kolejową. Straty przemysłu były globalnie względnie niewielkie z uwagi na jego wybitną rachityczność. Wynikała ona z fatalnego nałożenia się specyficznej, opartej na ekstensywnym rolnictwie drogi rozwojowej polskiej gospodarki, czego korzenie sięgały późnego średniowiecza, oraz celowej polityki zaborców, dla których zajęte ziemie polskie były albo peryferiami, albo obszarem permanentnego wrzenia, w każdym razie ostatnimi, gdzie należało lokować inwestycje. Oparta na liberalnych założeniach polityka gospodarcza pierwszych lat niepodległości nie była w stanie spowodować wyraźnej poprawy. Kapitał polski pozostawał w postaci zalążkowej, obcy był albo problematyczny politycznie (niemiecki na Śląsku), albo nie kwapił się do inwestowania w słabym, nowym kraju.

Przewrót polityczny z roku 1926 zmienił relatywnie niewiele. Rozbudowano co prawda wreszcie port w Gdyni i zbudowano magistralę węglową ze Śląska do tego portu, jednak nie nastąpił skokowy rozwój przemysłu. Z jednej strony wynikało to z niedostatecznej bazy i braku popytu wewnętrznego – mściło się poniechanie szerokiej reformy rolnej. Z drugiej – winę za to ponosił faktyczny architekt nowej formy państwa, Józef Piłsudski. Starzał się on bardzo źle, nie śledził światowych trendów rozwojowych w wojskowości ani tym bardziej w gospodarce, którą zresztą nigdy się poważnie nie interesował. W efekcie nie był w stanie ani samodzielnie inicjować działań rozwojowych, ani wspierać swoim autorytetem trafnie zidentyfikowanych sensownych koncepcji nawet ze swojego obozu politycznego. A przecież Stefan Starzyński pod koniec lat 20. proponował rozwiązania keynesistowskie avant la lettre. W efekcie program sanacji ugrzązł w marazmie dojutrkowości i równowagi resortowych rozgrywek bez ogólnego planu.

Piłsudski pozostawił po sobie dramatyczny stan przemysłu w każdym aspekcie, a w dotyczącym możliwości odtwarzania przewidywanych bieżących strat wojennych było zupełnie tragicznie. Wynosiły one w przypadku większości kategorii sprzętu wojskowego od kilku do dwudziestu procent. Już po miesiącu czy dwu prowadzenia intensywniejszych działań Polska roku 1935 stanęłaby w obliczu głębokich kryzysów sprzętowych, które miałyby tendencję pogłębiania się do postaci przepaści. A doświadczenia lat 1919-1920 nakazywały przy tym jak najgłębszy sceptycyzm w odniesieniu do uzyskiwania zaopatrzenia od przewidywanych sojuszników z Zachodu – gdyby nie determinacja francuskiej elity politycznej, która mimo ogromu strat poniesionych w Wielkiej Wojnie zachowała żelazną wolę, armia polska nie miałaby czym walczyć o granice.

Sam Piłsudski nie chciał już liczyć na Francję, której ewolucję mentalno-polityczną, spowodowaną ogromnym zmęczeniem społeczeństwa Wielką Wojną, oceniał zapewne słusznie, jednak za jego czasów nie zrobiono zbyt wiele, aby móc odciąć się od konieczności poszukiwania zewnętrznego wsparcia. Co prawda zasadniczą część zamówień zbrojeniowych ulokowano w kraju, zbudowano stosunkowo prężne zakłady lotnicze PZL, jednak strukturalnym wąskim gardłem pozostawały niewielkim możliwości produkcyjne, będące pochodną niskiego uprzemysłowienia kraju. Następcom marszałka można postawić wiele uzasadnionych zarzutów, jednak stan armii, rozwój gospodarki i zdolności przemysłu diagnozowali bardzo trzeźwo. Stąd decyzja o rozwoju COP-u, który miał stanowić swoiste obejście wcześniejszego zastoju, umożliwiające oparcie przynajmniej armii na w miarę sensownych krajowych fundamentach.

Napięcie w Europie zaczęło wszak w II połowie lat 30. w sposób zauważalny rosnąć z powodu zerwania przez Niemcy traktatowych okowów i rozpoczęcia przez nie gwałtownych zbrojeń. Dla każdego trzeźwego analityka oczywiste musiało być jedno: po latach powojennych oszczędności na wielkie zakupy ruszą wszystkie wielkie armie. I w istocie tak się stało. Delegacje polskich wojskowych odwiedzające Francję w II połowie lat 30. w poszukiwaniu czołgów odpowiadających krajowej doktrynie ich użycia (przemysł krajowy był w stanie dać jedynie bardzo słabo opancerzone 7TP, które w tę doktrynę nijak się nie wpisywały), bezbłędnie wytypowały jako kandydata do zakupu model Somua S-35, który całościowo można określić jako najlepszy pojazd tego okresu. Gospodarze jednak zdecydowanie odmawiali rozmów na temat jego sprzedaży, dając bezwzględny priorytet zaspokojeniu – z niewielkiej produkcji – potrzeb własnej armii. Oferowali jedynie modele Renault D2 i R-35 (a i te w niewielkich liczbach), równie słusznie oceniane przez Polaków jako przestarzałe i/lub wadliwe konstrukcyjnie. Gdy w gorącej atmosferze roku 1939 zwrócono się do Wielkiej Brytanii o dostarczenie najpotrzebniejszych samolotów myśliwskich, sojusznik zgodził się dostarczyć tylko 14 maszyn Hurricane. Najlepszą swoją maszynę tej kategorii, jedyną na świecie dorównującą Messerschmittowi Bf 109E, tj. Spitfire’a, zaoferował w… jednym egzemplarzu. Priorytet miało przezbrojenie RAF. Samoloty akurat mieli na sprzedaż Amerykanie – tyle że, w przeciwieństwie do sojuszników, nie dawali żadnych kredytów, żądali żywej gotówki, a porównywalnego z Hurricanem Curtissa P-36 wyceniali niemal dwa razy wyżej. Wiedzieli, że na zakupach są też Francuzi, biorący całe produkcje na pniu…

Wizja globalnego supermarketu, w którym można było zaopatrywać w nowoczesny sprzęt całe dywizje, jest zatem zupełnie dziecinna. Nic takiego realnie nie istniało. Dla państwa wielkości Polski, dysponującego stosownie dużą armią, nie istniała alternatywa wobec lokowania zakupów we własnym przemyśle. Podjęte inwestycje spowodowały znaczące zwiększenie opisanej powyżej zdolności uzupełniania przewidywanych strat. W roku 1939 wzrosły one w porównaniu z 1935 dwu-pięciokrotnie, do poziomów rzędu 30-70% (zwykle około 50%). Nadal za mało, jednak postęp był wyraźny. Inną, zupełnie zasadniczą, sprawą pozostaje dostosowanie uprawianej polityki i jej ambicji do posiadanego potencjału.

Rozważając aspekty stricte militarne nie wolno rzecz jasna zapominać o ogólnorozwojowym charakterze COP. Z rozbudową zakładów powiązane były rozległe inwestycje w infrastrukturę energetyczną, komunikacyjną i łącznościową. Budowano również osiedla robotnicze. Zapotrzebowanie na fachowców musiałoby spowodować również rozwój szkolnictwa. Dla bardzo zacofanych cywilizacyjne rejonów województw kieleckiego, krakowskiego, lubelskiego i lwowskiego inwestycje w COP były drogą do nadrobienia wielowiekowych zapóźnień.

Podsumowując – o wytykanym sanacji przez niektórych rzekomo straszliwym etatyzmie można powiedzieć jedno: jego w istocie straszliwą cechą był o wiele za mały zakres, zbyt późne rozpoczęcie rozwijania na szerszą skalę, a także brak wpisania w kompleksową koncepcję rozwojową – po raz kolejny powracają strategiczne zaniechania w zakresie reformy rolnej, z powodu których uboga wieś była duszona niesprawiedliwie rozłożonymi podatkami i nie mogła stanowić odpowiedniego rynku zbytu.

dr Jan Przybylski

Wendell Berry: Nie ufam ruchom społecznym [2000]

Ruchy, które zajmują się tylko jednym problemem, albo tylko jednym rozwiązaniem, są skazane na niepowodzenie, ponieważ nie zdołają zapanować nad skutkami nie usuwając przyczyn.

Z moim przyjacielem Wesem Jacksonem odbyliśmy niejedną pożyteczną rozmowę na temat konieczności wycofywania się z ruchów – nawet z tych, które wydają się nam potrzebne i są nam bliskie – kiedy popadają one w zadufanie i zaczynają zdradzać same siebie, a wygląda na to, że dzieje się to niemal w każdym przypadku. Uczestnicy tych ruchów zbyt chętnie gotowi są odmawiać innym tych samych praw i przywilejów, których domagają się dla siebie. Zbyt łatwo stają się niezdolni do traktowania poważnie własnych słów – np. gdy „ruch pokojowy” zaczyna uciekać się do przemocy. Często ruchy stają się zbyt wyspecjalizowane, sprawiając wrażenie, że ostatecznie nie miały innego wyjścia, jak tylko skupić się na wycinkowym polu widzenia instytucjonalnych intelektualistów. Niemal zawsze są zbyt mało radykalne – zajmują się w sumie bardziej skutkami niż przyczynami. Albo też zajmują się pojedynczymi problemami bądź pojedynczymi rozwiązaniami, jak gdyby chciały same sobie zagwarantować, że na pewno nie będą dostatecznie radykalne.

Muszę więc zadeklarować swoje niezadowolenie z ruchów na rzecz ochrony gleb czy na rzecz czystej wody, czystego powietrza czy ochrony dzikiej przyrody, zrównoważonego rolnictwa czy zdrowia społeczności, a także na rzecz dzieci. Jakkolwiek godne są te wszystkie – i jeszcze inne – cele, nie da się ich zrealizować pojedynczo. Takie wysiłki nie przynoszą mi satysfakcji, ponieważ są zbyt specjalistyczne, w niewystarczającym stopniu ogarniają całość problemów, są nie dość radykalne i praktycznie same zwiastują własne niepowodzenie, sugerując, że można zwalczyć czy opanować skutki, nie usuwając przyczyn. Poza tym wszystkim, moim zdaniem, są one nieszczere; sugerują bowiem, że problemy stwarzają inni; chciałyby zmienić politykę, ale nie zachowania.

Największym niebezpieczeństwem może być to, że słowa, jakimi posługuje się dany ruch, zatracą swoje właściwe znaczenie – albo wskutek braku jasności co do swojego sensu i właściwej praktyki, albo w efekcie przejęcia tego słownictwa przez wrogów ruchu. Pamiętam, na przykład, moją naiwną konsternację, gdy przekonałem się, że zwolennicy rolnictwa organicznego mogą traktować „organiczną metodę upraw” jako cel sam w sobie. Dla mnie rolnictwo organiczne było atrakcyjne zarówno jako sposób ochrony przyrody, jak i jako strategia przetrwania dla drobnych rolników. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy odkryłem, że mogą istnieć ogromne „organiczne” monokultury! Nie byłem więc już zbytnio zaskoczony, gdy niedawno Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych usiłował przywłaszczyć sobie etykietkę „organiczne” i ukrywać pod nią napromieniowanie żywności, inżynierię genetyczną i inne przykłady bezczeszczenia gospodarki żywnościowej przez korporacje. Gdy raz pozwolimy, by nasze słowa znaczyły dla każdego to, co sam chce przez nie rozumieć, odtąd to, co mówimy, przestaje być brane poważnie. Gdy wyrażenie „domowej roboty” przestaje znaczyć ni mniej ni więcej jak tylko „zrobione w domu”, to może już ono znaczyć cokolwiek, a skoro może znaczyć cokolwiek, to nie znaczy już nic.

Jak widzicie, mam swoje powody, żeby odmawiać nadania nazwy ruchowi, którego jestem uczestnikiem. Pogodziłem się już z myślą, że od czasu do czasu ruch ten określi się jakąś nazwą i będzie miał jakieś hasła, ale nie zamierzam używać tych haseł ani nazywać mego ruchu żadną z jego nazw.

Przypuśćmy, że mamy jakiś Bezimienny Ruch na Rzecz Lepszego Użytkowania Ziemi i wiemy, że musimy starać się, aby pozostał on przez długi czas aktywny, wrażliwy i inteligentny. Co powinniśmy czynić?

Myślę, że przede wszystkim musimy starać się w pełni dostrzegać rozmiar problemu i skalę trudności. Jeśli martwią nas nadużycia w stosunku do ziemi, to musimy zauważyć, że jest to problem gospodarki. Każda gospodarka jest, z definicji, sposobem gospodarowania ziemią. Jeśli źle korzystamy z naszej ziemi, to coś jest nie w porządku z naszą gospodarką. To trudne. I staje się jeszcze trudniejsze, gdy sobie uświadomimy, że w dzisiejszych czasach każdy z nas uczestniczy w gospodarce każdego innego człowieka.

Jeśli jednak martwimy się złym wykorzystywaniem ziemi, to już wstąpiliśmy na grunt głębokiej krytyki systemu gospodarczego. Wnikając w historię użytkowania ziemi (choćby lokalną historię jakiejkolwiek okolicy), dowiadujemy się, że od dawna mamy taką gospodarkę, która prosperuje dzięki podkopywaniu własnych fundamentów. Industrializm – bo tak na imię naszej gospodarce, praktycznie jedynej gospodarce funkcjonującej w dzisiejszym świecie – od samego początku szaleje w sposób niekontrolowany. Opiera się on wprost na zasadzie gwałtu zadawanego wszystkiemu, od czego gospodarka jest zależna, i bez względu na to, czy industrializm przybierał formę komunistyczną, kapitalistyczną czy jakąkolwiek inną, zawsze oznaczał on taki sam gwałt na przyrodzie, wspólnotach ludzkich, tradycyjnych postaciach rolnictwa i lokalnych gospodarkach. Złe wiadomości docierają dosłownie z całego świata. Czy taką gospodarkę można naprawić bez jej radykalnego przeobrażenia? Nie sądzę.

Wodzowie Przemysłu zawsze radzili nam, reszcie świata, żebyśmy byli „realistami”. No to bądźmy realistami. Czy jest realistycznie zakładać, że obecna gospodarka byłaby w sam raz, gdyby tylko przestała zatruwać powietrze i wodę lub gdyby tylko powstrzymała erozję gleby, lub gdyby tylko przestała degradować zlewnie wód i ekosystemy leśne, lub gdyby tylko przestała deprawować dzieci, lub gdyby tylko przestała przekupywać polityków, lub gdyby tylko dała kobietom i wyróżnionym mniejszościom godziwą miarkę w podziale łupu? Realizm, moim zdaniem, to program bardzo ograniczony, ale przynajmniej mówi on nam, że nie powinniśmy szukać ptasich jaj w zegarze z kukułką.

Beznadziejność zmagań o pojedyncze sprawy i ruchów walczących o pojedynczy cel możemy też wykazać podążając następującym torem myślenia: Potrzebujemy ciągłego dopływu nieskażonej wody. A więc potrzebujemy (między innymi) rolnictwa i leśnictwa prowadzonych takimi metodami, które chronią glebę i wodę, czyli nie opierają się na monokulturach, toksycznych chemikaliach oraz obojętności i gwałcie, które zawsze towarzyszą przemysłowym przedsięwzięciom na wielką skalę realizowanym na naszej ziemi. Potrzebujemy więc różnorodnych systemów gospodarowania ziemią w małej skali, które opierają się na ludziach. A zatem potrzebujemy ludzi o odpowiedniej wiedzy, umiejętnościach, motywacjach i postawach – takich, jakich wymagają zróżnicowane systemy gospodarcze małej skali. I wszystko to wygląda przejrzyście i ładnie, do chwili aż przyjdzie nam zadać sobie pytanie: „Gdzie są ci ludzie?”.

Ci z nas, którzy żyją pośród nieszczęsnych wiejskich pejzaży Stanów Zjednoczonych dobrze wiedzą, że większość ludzi dociera w te okolice w celach jedynie rekreacyjnych. Widzimy ich jeżdżących na rowerze, pływających łódką, wędrujących z plecakiem lub z przyczepą campingową, polujących, łowiących ryby albo jadących samochodem i rozglądających się. Ci ludzie nie – mówiąc słowami Mary Austin – „spędzają z tą ziemią lat i zim”. Nie znają oni ludzkiej ani przyrodniczej ekonomiki tych ziem. Choć ludzie w swym rozwoju nie wyzbyli się potrzeby jedzenia i picia, noszenia ubrań i zamieszkiwania w domach, większość z nich jednak wyzbyła się domowych kunsztów, które pozwalają wytwarzać i konserwować te potrzebne rzeczy. Mało tego: ci stosunkowo nieliczni, którzy wciąż praktykują owe niezbędne umiejętności, często odczuwają potrzebę usprawiedliwiania się z tego powodu, gdyż w naszym systemie edukacyjnym starannie wpojono im, że owe zajęcia degradują człowieka i są niegodne jego talentów. Wykształcone umysły w epoce nowożytnej rzadko wiedzą cokolwiek na temat jedzenia i picia, ubrania i schronienia. Traktując to wszystko jako coś, co samo przychodzi, wykształcony nowoczesny umysł okazuje się najbardziej przesądnym, jaki kiedykolwiek istniał na tym świecie. Jakiż może być większy przesąd niż wyobrażenie, że pieniądze stwarzają jedzenie?

Nie sugeruję, bynajmniej, żeby wszyscy zostali rolnikami albo leśnikami. Broń Boże! Sugeruję tylko, że większość ludzi żyje dziś w dalekim oderwaniu od realiów, co może mieć katastrofalne skutki. Większość ludzi jest dziś karmiona, odziewana i ma dach nad głową dzięki czerpaniu ze źródeł, w stosunku do których nie odczuwa żadnej wdzięczności ani odpowiedzialności. Nie ma żadnego znaczącego samorządu miejskiego, żadnego potężnego lobby konsumenckiego, żadnej zauważalnej siły politycznej, które by walczyły o odpowiedzialne użytkowanie ziemi, uprawę roli i leśnictwo, o uzdrowienie gleby zdegradowanej przez nadużycia czy o powstrzymanie niszczenia ziemi przez tzw. „zagospodarowywanie” i „rozwój”.

Doskwiera nam dziś dotkliwy brak wyobraźni. Większość z nas nie umie sobie wyobrazić pszenicy, z której bierze się chleb; rolnika, któremu zawdzięczamy pszenicę; gospodarstwa, dzięki któremu żyje rolnik; ani historii, która doprowadziła do powstania gospodarstwa w takiej a nie innej postaci. Większość ludzi nie umie sobie wyobrazić lasu ani ekonomiki lasu, którym zawdzięczają swoje domy, meble i papier; ani krajobrazów, rzek i pogody, dzięki którym ich dzbany, wanny i baseny napełniają się wodą. Większość ludzi zdaje się zakładać, że skoro zapłacili za te rzeczy pieniędzmi, to już całkowicie wywiązali się ze swoich zobowiązań.

Pieniądze nie stwarzają jedzenia. Nie stwarza go też technika systemu żywnościowego. Jedzenie bierze się z przyrody i z ludzkiej pracy. Jeśli zaopatrzenie w żywność ma być niezawodne przez długi czas, to człowiek musi pracować w harmonii z przyrodą. To oznacza, że człowiek musi znaleźć praktyczne odpowiedzi na wiele trudnych, realnych pytań. To samo dotyczy leśnictwa i możliwości ciągłych dostaw drewna.

Zadanie, które nas czeka, można by opisać jako potrzebę poszerzenia świadomości i rozbudzenia sumienia gospodarki. Nasza gospodarka musi wiedzieć, co robi i troszczyć się o to. Jest to stwierdzenie rewolucyjne – owszem, jeśli pociągają cię rewolucje – ale jest to również coś, co dyktuje zwykły rozsądek.

Bez wątpienia znajdą się ludzie chętni zapoczątkować ruch, który postawi sobie taki właśnie cel. Zapewne nazwą go Ruchem Uczenia Gospodarki O Tym, Co Ona Robi – w skrócie: rugotcor. Co prawda ze sporym dyskomfortem, jednak poprę jego powstanie, pod trzema wszakże warunkami.

Pierwszy warunek będzie taki, że ruch powinien od początku porzucić wszelką nadzieję i wiarę pokładaną w cząstkowe rozwiązania, załatwiane jednym posunięciem. Prowadzone przez dzisiejszą naukę poszukiwania bezwonnego świńskiego nawozu powinny być dla nas wystarczającym dowodem, że specjaliści nie są już po naszej stronie. Mimo stuleci redukcjonistycznej propagandy świat jest wciąż zawiły i rozległy, ma w sobie tyle samo mroku co światła, i jest miejscem misterium, gdzie nie możemy zrobić jednej rzeczy, nie robiąc jednocześnie wielu innych, ani połączyć dwóch rzeczy, nie łącząc przy tym wielu innych. Jakości wody, na przykład, nie da się poprawić nie poprawiając rolnictwa i leśnictwa, ale rolnictwa i leśnictwa nie można ulepszyć bez ulepszenia edukacji konsumentów – i tak dalej.

Właściwym zadaniem ludzkiej gospodarki jest uczynić nas i ten świat jednością. Doprowadzenie do tego, że staniemy się praktyczną jednością z ziemią pod naszymi stopami być może nie jest w ogóle możliwe – skąd mamy to wiedzieć? – ale stawiając to sobie za cel naszych dążeń przynajmniej wychodzimy ze ślepego zadufania, porzucając bezpodstawne założenie, iż możemy podzielić współczesne wielkie fiasko na tysiąc odrębnych problemów, z którymi zdołamy się uporać przez powołanie tysiąca grup akademickich i biurokratycznych specjalistów. Ten program już był wypróbowywany wystarczająco długo, byśmy zdali sobie sprawę, że nie tędy droga.

Moim drugim warunkiem jest to, żeby członkowie ruchu (rugotcor) brali na siebie pełną odpowiedzialność za to, co sami robią jako uczestnicy istniejącej gospodarki. Jeśli chcemy pouczać gospodarkę o tym, co ona robi, to musimy dowiedzieć się, co robimy my sami. Ten ruch będzie musiał być w takim samym stopniu prywatny, jak publiczny. Jeśli nierealistyczne jest oczekiwanie, że marnotrawne zakłady przemysłowe zaczną chronić zasoby, to oczywiste jest, że musimy po części udzielać się publicznie – wnosić skargi, składać petycje, protestować, domagać się i popierać surowsze przepisy i zdrowsze programy polityczne. Ale to nie wystarczy.

Jeśli nierealistyczne jest oczekiwanie, że zła gospodarka sama postara się stać dobrą, to musimy zabrać się do pracy i zacząć budować dobrą gospodarkę. To, że ten obowiązek przypada właśnie nam, jest jak najbardziej na miejscu, gdyż postępować zgodne z zasadami dobrej gospodarki łatwiej jest nam niż wielkim korporacjom z ich błędnie wykształconymi menedżerami oraz chciwymi i nieświadomymi akcjonariuszami. Skoro jest to łatwiejsze właśnie dla nas, to musimy starać się na wszelkie możliwe sposoby prowadzić sensowną gospodarkę we własnym życiu, w naszych obejściach i w społecznościach, w których żyjemy. Musimy robić więcej dla siebie i naszych bliźnich. Musimy uczyć się wydawać pieniądze u naszych przyjaciół, a nie u wrogów. W tym celu jednak konieczne jest odnowienie lokalnej gospodarki i ponowne ożywienie domowych kunsztów.

Dążąc do zmiany sposobu gospodarczego użytkowania świata, nieuchronnie dążymy do zmiany własnego życia. Pożądana przez nas zewnętrzna harmonia między gospodarką a światem zależy w sumie od wewnętrznej harmonii między naszymi sercami a duchem, z którego wywodzi się życie wszystkich stworzeń, duchem, który jest nam tak bliski, jak ciało, a jednak wiecznie pozostaje poza wszelkimi miarami w tej dobie obsesyjnych pomiarów. Uprawiać dobrą pszenicę i piec dobry chleb możemy tylko wtedy, jeśli pojmiemy, że nie samym chlebem żyjemy.

Moim trzecim warunkiem jest to, żeby ruch pozostał ubogi. Musimy znajdować tanie rozwiązania, rozwiązania, które będą w zasięgu każdego, a tymczasem dostępność dużych pieniędzy uniemożliwia odkrywanie tanich rozwiązań. Rozwiązania nowoczesnej medycyny i nowoczesnego rolnictwa są wszystkie zawrotnie kosztowne, i jest to spowodowane po części dostępnością olbrzymich sum pieniędzy na badania w tych dziedzinach. Ponadto zbyt duża ilość pieniędzy przyciąga administratorów i ekspertów, tak jak cukier przyciąga mrówki – wystarczy zobaczyć, co się dzieje na uniwersytetach. Nie powinniśmy zazdrościć zamożnym ruchom, organizowanym i kierowanym przez alternatywną biurokrację żyjącą z problemów, które powinna rozwiązywać. Chcemy takiego ruchu, który jest właśnie ruchem – ponieważ posuwają go naprzód wszyscy uczestnicy, w swoim codziennym życiu.

Teraz, gdy już skompletowałem tę doprawdy groźnie wyglądającą listę piętrzących się przed nami problemów i trudności, obaw i lękliwych nadziei, ogarnia mnie poczucie ulgi, gdyż widzę, że przez cały czas szykowałem się do tego, aby na koniec powiedzieć coś podnoszącego na duchu. Wszystko, o czym tu mówię dotyczy możliwości odrodzenia ludzkiego szacunku dla tej Ziemi i dla wszystkich dobrych, pożytecznych i pięknych rzeczy, które z niej pochodzą. Pokazałem jasno – mam nadzieję – że tego szacunku nie da się należycie wyrazić przez uchylanie kapelusza przed naturą ani przez przedstawianie jej piękna w sztuce, ani przez modlitwy dziękczynne, ani przez obejmowanie ochroną skrawków dzikiej przyrody – choć polecam każdą z tych rzeczy. Szacunek, który mam na myśli można wyrazić tylko przez czynienie dobrego użytku z dóbr świata, które są nam dane. Jedyną, że się tak wyrażę, walutą szacunku, jest właśnie ów dobry użytek, a wraz z odradzaniem się w ten sposób szacunku dla Ziemi odradza się w nas także poczucie przyjemności. Powołania i dyscypliny, które określiłem jako domowe kunszty, znaczą całą długość drogi od gospodarstwa do gotowego obiadu, od lasu do obiadowego stołu, od gospodarzenia ziemią po gościnność względem przyjaciół i nieznajomych. Kunszty te są równie wymagające, i równie wdzięczne, równie pouczające i równie przysparzające przyjemności, jak tak zwane „sztuki piękne”. Uczenie się ich to praca będąca – jestem przekonany – naszym najgłębszym powołaniem. Nagrodą będzie wzbogacenie naszego życia oraz radość.

Wendell Berry

tłum. Paweł Listwan

fot. w tekście Tomasz Chmielewski

Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Resurgence” nr 198, styczeń/luty 2000. Następnie powyższe tłumaczenie opublikowaliśmy w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 10, wiosna 2002 r.

Transformacja uchwycona w locie

Transformacja uchwycona w locie

Książka Piotra Marciniaka „Miraż Sierpnia. Lewicowe myślenie w dobie antykomunistycznej rewolucji: wybór esejów i artykułów z lat 1987-1998” jest interesującym, bo nieszablonowym świadectwem człowieka lewicy opozycyjnej. Interesującym i nieszablonowym nie tylko dlatego, że to ciągle perspektywa pod względem politycznym mniejszościowa, choć dzięki publikacjom Karola Modzelewskiego, Tadeusza Kowalika, Davida Osta, Jana Sowy czy Rafała Wosia nie całkiem nieobecna. Tym, co ją wyróżnia na tle dostępnych już publikacji, jest przede wszystkim jej „interwencyjno-diagnostyczny” charakter, dostrzegalny dzisiaj z jej kronikarskiego oglądu. Nie mamy tutaj do czynienia z materiałem, który patrzy na transformację jako na okres zamknięty, możliwy do podsumowania, które zawsze przeprowadza się łatwiej, jeśli wynik procesów społecznych już znamy. W przypadku książki Piotra Marciniaka jest inaczej: to praca złożona z tekstów powstających na bieżąco, będących w stałym napięciu z żywiołem tego, co aktualnie jeszcze nieuformowane i pozbawione punktów dojścia.

Pisząc to, nie chodzi mi wyłącznie o pierwotne daty publikacji artykułów Marciniaka. Znajdziemy setki autorów, którzy pisali na bieżąco o transformacji ustrojowej i gospodarczej i z perspektywy czasu ich teksty nie przedstawiałaby żadnej wartości – może poza tym, że byłyby historycznym świadectwem bezmyślności, płytkości, odtwórczości czy konformizmu. Pisząc, że zbiór Marciniaka wyróżnia się swoją aktualnością, niewczesnością, chcę podkreślić – po pierwsze –METODĘ stosowaną przez autora, po drugie – analityczną wartość jego interwencji, zarówno jeśli chodzi o ich funkcję diagnostyczną (odpowiadającą na pytanie „jak jest?”), jak i o ich walor prognostyczny („jak może być?”). Frustrującym elementem jego analiz – który nie leży już jednak po stronie autora – jest ich strona pragmatyczna („co robić?”), co wynika nie z faktu, że autor nie miał lewicy nic do zaproponowania w obszarze strategii – jest wręcz przeciwnie – lecz z uwagi na to, że jego myślenie aktualności nie przeistoczyło się w to, co jest główną stawką analiz pisanych „na gorąco”, z ręką trzymaną na pulsie – w spójną i znaczącą praxis, praktykę polityczną.

Zacznijmy jednak od metody. Analizy Piotra Marciniaka wykorzystują to, co najlepsze w tradycji socjologii ruchów społecznych. Są przekonującym świadectwem tego, że „karnawał Solidarności” i polski ruch robotniczy w PRL wywołał przełom nie tylko polityczny, ale także towarzyszący mu ferment teoretyczny. Sposób, w jaki autor wykorzystuje – w subtelny, niedogmatyczny sposób – marksistowską socjologię, by odsłonić sprzeczności charakterystyczne dla ustroju, który swoją pierwotną legitymizację wywodził właśnie z marksizmu, odpowiada temu, w jaki sposób klasa robotnicza, do reprezentowania której system rościł sobie monopol, staje się zbiorowym podmiotem i wprawia realny socjalizm w kryzys. Zarazem jednak – co świadczy o uczciwości intelektualnej autora oraz o rzadkiej zdolności do wysuwania antycypującej krytyki własnego obozu politycznego (opozycji, ruchu związkowego) – Marciniak jeszcze w tekstach z lat 80. trafnie przewiduje, że tak jak warunki stabilności PRL stały się warunkami niemożliwości przetrwania systemu, tak też warunki zaistnienia autonomicznego ruchu robotniczego w krótkim czasie skurczyły się dramatycznie, będąc ściśle zależne od istnienia stosunków produkcji i struktury gospodarczej realnego socjalizmu.

Wnioski, jakie na bieżąco formułuje autor, okazują się prorocze i tylko skromność nie pozwala mu we wprowadzeniu do książki na chełpienie się: „a nie mówiłem?”. Przy tym należy docenić to, w jaki sposób na każdym etapie swoich interwencji Marciniak rysuje – w bardzo klarowny i dobrze uargumentowany sposób – możliwe trajektorie przemian. Jest w nich miejsce i na scenariusze czarne, i na te oglądane w różowych okularach, a między nimi otwiera się przestrzeń na warianty mieszane. Nie da się nie odnieść wrażenia, że zbiór ten, kończący się na roku 1998, czytany po 20 latach okazuje się pisanym na bieżąco ostrzeżeniem przed drogą najgorszą, która faktycznie się ziściła. Autor już na przełomie lat 80. i 90. – przed Fukuyamą – wykazuje nie tylko płonność nadziei na neoliberalny „koniec historii”, ale już wówczas odnotowuje, często powtarzaną dzisiaj, obserwację (najpełniej rozwiniętą przez Derridę w jego krytyce Fukuyamy), że wizja historii, jaką posługiwali się zwolennicy neoliberalnej „There Is No Alternative” żywcem przypomina sprowadzony do odkupieńczego wariantu, zwulgaryzowany materializm historyczny. I tu, i tu historia w sposób obiektywny i konieczny jest po naszej stronie, kres dziejów został z góry określony, a wszelkie bariery w jego osiągnięciu to chwilowe wypadki przy pracy, które należy złożyć na ołtarzu postępu. W ten sposób można z równym przekonaniem uzasadnić konieczność planu pięcioletniego oraz planu Balcerowicza.

Takich antycypujących momentów jest w tekstach Marciniaka więcej. Wskażmy chociażby na to, że kilkanaście lat przed celebryckim raportem Macieja Gduli wprowadza on pojęcie „nowego autorytaryzmu”, przypisując mu – w moim przekonaniu trafniejsze i bardziej uczciwe – znaczenie niż to, które ukuł socjolog „Krytyki Politycznej”. Nowy autorytaryzm to dla Marciniaka kierunek przemian, w którym parasol ochronny nad neoliberalnymi reformami gospodarczymi roztacza państwo policyjne. Marciniak zasadnie wskazuje, że takie ciągoty mogą mieć – i faktycznie mają – zarówno dawni postkomunistyczni autokraci, jak i elity z obozu postsolidarnościowego, mające po swojej stronie związek zawodowy abdykujący ze swojej stricte związkowej roli. Taki nowy autorytaryzm podminowuje zdaniem autora możliwość stworzenia w Polsce porządku faktycznie liberalnego, pozbawionego swojej policyjnej twarzy – lokuje to Marciniaka obok takich uznanych badaczy neoliberalizmu jak Michel Foucault, Naomi Klein czy Loïc Wacquant, którzy wskazywali na to, że państwowemu wytwarzaniu neoliberalnych stosunków społecznych („niewidzialna ręka rynku”) towarzyszy – tylko pozornie sprzeczny z nim – program autorytarny („widzialna pięść państwa”), skutkujący pacyfikacją klasy robotniczej, penalizacją biedy czy kontrolą kobiecej rozrodczości.

Zarazem Marciniak przewiduje, że jedną z odpowiedzi na tak rozumiany nowy autorytaryzm będzie populizm o rewolucyjnej retoryce i zauważa już u progu lat 90., że nośnikiem dla takiej formacji będzie narracja antykomunistyczna, nacjonalistyczna, katolicka czy antyeuropejska. Prawicowy populizm zostanie, ostrzega autor – i okazuje się mieć rację – wywołany przez elitarystyczny, odgórny charakter transformacji, który blokuje kanały artykulacji sprzeciwu społecznego, uniemożliwia dialog, nie prowadzi do odrodzenia zakładowej, lokalnej czy związkowej samoorganizacji. Autorska propozycja Marciniaka, którą zgłasza on konsekwentnie od samego początku, unikających przy tym powtórzeń tych samych argumentów, każdorazowo dostosowując je do aktualnego kontekstu – toczącej się w tle najnowszej historii Polski – opiera się właśnie na wezwaniu do aktywizacji społecznej. Tym samym „trzecia droga’, którą proponuje autor – niemająca nic wspólnego z niesławnym socjalliberalizmem, który pod nazwą trzeciej drogi realizowali politycy dawnej lewicy, od Billa Clintona i Tony’ego Blaira, przez Gerharda Schroedera, po Leszka Millera – wyłamuje się z książkowych alternatyw wolnego rynku i etatyzmu. Umożliwia to Marciniakowi-opozycjoniście zdystansowanie się od wojującego antykomunizmu i bezmyślnego antyetatyzmu, ale też Marciniakowi-socjaliście ułatwia porzucenie ślepej wiary we wszechwładne zbiurokratyzowane państwo i odgórne kierownictwo partii. Nieszablonowość pozytywnych propozycji Marciniaka tkwi także w jego gotowości do twórczego, niedogmatycznego przyswajania tradycji, które – znowuż – z podręcznikowego punktu widzenia można by uznać za nielewicowe. Tymczasem autor ma świadomość, że tradycja chłopska, inteligencka, patriotyczna czy katolicka – podobnie zresztą jak robotnicza czy internacjonalistyczna – mogą służyć tyleż konserwatywnym, co postępowym celom. Socjaldemokratyczna korekta, o której pisze on w latach 90., z pozycji krytycznych wobec kształtu transformacji, nie ma polegać na kopiowaniu gotowych wzorców, lecz na rozpoznaniu specyficznego, niepowtarzalnego doświadczenia polskiego, jakim jest upadek realnego socjalizmu w kilka lat po brutalnym zdławieniu „karnawału Solidarności”.

To, co pozostawia pewien niedosyt po lekturze książki, to pytanie o jej cel. Autor pisze, że zebrał swoje teksty z nadzieją na to, że być może będą one miały jakiś użytek dla przyszłego pokolenia. Sądzę, że nie myli się co do tkwiącego w tym materiale potencjału, natomiast na jego niekorzyść zdecydowanie działa brak wstępu tudzież posłowia – własnego lub kogoś współmyślącego – które wykładałoby w bardziej bezpośredni sposób, w czym tkwi siła tej publikacji i dlaczego właściwie warto po nią dzisiaj sięgnąć. Być może te powody nie są widoczne dla samego autora.

W moim przekonaniu zasadnicza wartość jego zbioru tkwi nawet nie tyle w rekonstrukcji mniejszościowego, zwyciężonego nurtu antyneoliberalnej lewicy czasów przełomu – bo na tym polu Marciniak się ze swoją publikacją zwyczajnie spóźnił – ale w jego metodzie, w zdolności do współmyślenia w pędzącym pociągu historii, który w żadnym wypadku nie wyhamowuje przed stacją końcową, ale ma przed sobą prawdziwy galimatias rozjazdów i bocznic, których część kryje się pod tunelami. Piotr Marciniak potrafi w wyprzedzający sposób oświetlić te tunele, co trzeba docenić, nawet jeśli ostrzeżenia zbywane są przez konduktora. Jeśli młode pokolenie lewicy miałoby się czegoś nauczyć z „Mirażu Sierpnia” to w mniejszej mierze dotyczy to wiedzy historycznej, w większej natomiast drygu do tego, by ją rozumiejąco wyprzedzać.

Łukasz Moll

Zdjęcie Jan Mehlich za pl.wikipedia.org

Piotr Wójcik: Zakredytowani

System ekonomiczno-społeczny współczesnego kapitalizmu oparty jest o kredyt. Gdyby nie instytucja kredytu, porządek społeczny w większości państw by się zawalił. Aż przykro to pisać, ale w zasadzie dostępność kredytu jest obecnie najpewniejszym systemem zabezpieczenia społecznego. Czy też quasispołecznego, ponieważ oparte jest to o prywatne korporacje obracające prywatnymi depozytami. Wiele rządów sprowadziło do minimum politykę społeczną, dochodząc do wniosku, że łatwy dostęp do kredytu będzie jej doskonałym substytutem. Przy którym nie trzeba się specjalnie napracować – wystarczy zapewnić jakieś otoczenie regulacyjne oraz, przede wszystkim, niskie stopy procentowe. Politykę niskich stóp procentowych prowadzą obecnie niemal wszystkie kraje rozwinięte. W Polsce stopy procentowe wynoszą 1,5 proc., więc są niższe od inflacji, która wynosi ok. 2 proc. Oczywiście polityka niskich stóp procentowych sama w sobie nie jest niczym złym. Złe jest zastąpienie polityki społecznej polityką ułatwiania dostępu do kredytu.

Niech jedzą kredyt!

Współcześnie mamy do czynienia z dwoma negatywnymi zjawiskami, które na zasadzie synergii wzajemnie potęgują swój wpływ na otoczenie ekonomiczno-społeczne. Po pierwsze mamy do czynienia ze spadkiem udziału płac w PKB, czyli dochody pracowników, a więc zdecydowanej większości aktywnych zawodowo członków społeczeństwa, są coraz niższe w stosunku do sumy dochodu wytwarzanego przez daną gospodarkę. Po drugie, ograniczane są oraz urynkowiane usługi publiczne. Szczególnie to drugie zachodzi na bardzo szeroką skalę.

Obywatele muszą więc coraz większą ilość podstawowych dóbr i usług uzyskiwać na rynku. Niedofinansowanie służby zdrowia kończy się oczywiście długimi kolejkami, a mało komu uśmiecha się czekać na doprowadzanie swojego zdrowia do porządku. Wiele osób decyduje się więc na zabiegi lub operacje opłacone z prywatnej kieszeni. Wycofywanie się państwa i samorządów z obszaru mieszkalnictwa sprawia, że dla każdego, kto poszukuje dachu nad głową na długi czas i w stabilnym trybie, jedyną alternatywą jest jego zakup. Dla wielu osób na prowincji, i to nie tylko w Polsce, które chcą aktywnie funkcjonować, nie pozostaje nic innego, niż zakup własnego samochodu i jego systematyczne utrzymywanie w stanie gotowości. Te wszystkie zupełnie podstawowe dobra i usługi tak zwani zwykli ludzie muszą kupować na kredyt, gdyż mało kogo stać na pokrycie ich z oszczędności.

Gdyby zatem nie instytucja kredytu, to miliony ludzi na Zachodzie nie miałyby jak dojechać do pracy, leczyć się, o zdobyciu mieszkania nie wspominając. Gdyby nie instytucja kredytu nie mieliby także jak pokryć nagłych wysokich wydatków spowodowanych nieprzewidzianymi wydarzeniami. Instytucje kredytowe działają dosyć sprawnie, dzięki czemu nie mamy do czynienia z wybuchającymi co rusz niepokojami społecznymi. Ludzie zamiast domagać się bardziej sprawiedliwego porządku społecznego i bardziej aktywnych instytucji publicznych, wolą machnąć ręką i iść po pożyczkę. Zostaliśmy przekupieni łatwym dostępem do kredytu, a politycy za pomocą polityki niskich stóp kupili sobie spokój społeczny. Nic więc dziwnego, że zadłużenie gospodarstw domowych w Europie urosło do niespotykanych wcześniej rozmiarów – i dalej rośnie.

W długach po uszy

Zadłużenie gospodarstw domowych w stosunku do ich rocznych dochodów w niemal wszystkich krajach UE jest na najwyższych poziomach w historii. Od lat 90. w wielu krajach wzrosło trzykrotnie i nie mówimy tu tylko o krajach byłego bloku wschodniego, gdzie z kredytu zaczęto korzystać na dużą skalę w zasadzie dopiero z nastaniem XXI wieku. We Włoszech w 1995 roku suma długów gospodarstw domowych wynosiła 24 proc. sumy ich rocznych dochodów. Tymczasem w 2016 r. wynosiła już 61 proc. (szczyt nastąpił w 2012 r. – 64 proc.). We Francji w 1995 r. długi wynosiły 52 proc. dochodów, a w 2016 r. już 91 proc. (to rekord). W Hiszpanii w 1999 roku wynosiły 63 proc., by już w przeddzień kryzysu, w 2007 roku, osiągnąć historyczny rekord 135 proc. Od tamtego czasu poziom zdążył zjechać do 104 proc. w 2016 r., ale było to spowodowane ciężkim kryzysem, w którym banki ograniczyły akcję kredytową. W Szwecji w latach 1995-2017 nastąpił dwukrotny wzrost – z 86 proc. do 167 proc. W Niemczech długi gospodarstw domowych wynoszą 85 proc., a w Holandii 217 proc.

Oczywiście zdecydowanie największe, nawet kilkunastokrotne wzrosty zanotowały kraje naszego regionu, które weszły do systemu opartego o kredyt dopiero po 1989 roku, a tak naprawdę dekadę później, gdy kredyt zaczął być dostępny dla szerokich grup społecznych. W 1995 roku w Polsce zadłużenie gospodarstw domowych wynosiło zaledwie 3 proc. ich rocznych dochodów. W 2015 roku osiągnęło ono rekordowy poziom 60 proc., co utrzymało się także rok później. Na Słowacji w tym okresie nastąpił wzrost z 6 proc. do 63 proc., a w Czechach z 18 proc. do 59 proc. Oznacza to tyle, że niemal wszędzie w Europie raty kredytów stanowią procentowo wielokrotnie większe obciążenie dla budżetów gospodarstw domowych niż jeszcze nieco ponad 20 lat temu.

Bogaci mają taniej

Dlaczego to w zasadzie jest złe? Przecież system oparty o kredyt jakoś się kręci, ludzie na Zachodzie generalnie żyją dostatnie, nawet w krajach naszego regionu społeczeństwa się bogacą. Po pierwsze zbyt wysoki dług prywatny jest kryzysogenny. Przyjęło się uważać, że to dług publiczny stanowi szczególne zagrożenie dla stabilności gospodarki, ale to zwyczajna nieprawda. Z tych dwóch rodzajów zadłużenia, to właśnie zadłużenie prywatne jest bardziej niebezpieczne. Dość powiedzieć, że ostatni kryzys gospodarczy rozpoczął się na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych. W przededniu kryzysu strefy euro we wszystkich krajach, w które uderzył on szczególnie mocno, to zadłużenie prywatne stanowiło prawdziwe obciążenie i było wyższe, niż zadłużenie publiczne. W Hiszpanii cały dług prywatny w 2008 r. wynosił 196 proc. PKB, tymczasem dług publiczny jedynie 39 proc. W Irlandii dług prywatny wynosił 236 proc., a publiczny zaledwie 42 proc. W Portugalii odpowiednio 196 proc. PKB i 68 proc. Nawet w Grecji, gdzie dług publiczny stanowił stosunkowo największy problem, zadłużenie prywatne było wyższe (113 proc. wobec 109 proc.). W krajach rozwiniętych, o ile ich państwa nie zadłużają się w obcych walutach, to dług prywatny prowadzi do kryzysów, nie dług publiczny.

Po drugie, być może nawet ważniejsze, system społeczny oparty o kredyt jest zwyczajnie niesprawiedliwy. Dzieje się tak, ponieważ zapewnia on dużo tańszy dostęp do podstawowych dóbr osobom, które mają wyższe dochody. I to tańszy nie tylko w stosunku do dochodu, ale też w liczbach bezwzględnych. Instytucja kredytu polega przecież na tym, że osoba mająca wyższe dochody otrzyma kredyt obciążony niższymi odsetkami. Będzie bowiem dla banku stanowić mniejsze ryzyko niewypłacalności. Różnice w oprocentowaniu na papierze mogą się wydawać niewielkie, ale w rzeczywistości przekładają się one na bardzo duże kwoty. Przykładowo, gdy ktoś dysponujący raczej przeciętnymi dochodami otrzyma kredyt hipoteczny na 200 tys. zł na 5 proc., to w ciągu 30 lat będzie musiał zapłacić bankowi w sumie 386,5 tys. zł. Tymczasem ktoś mający wyższe dochody otrzyma ten sam kredyt na 3 proc. i zapłaci bankowi w sumie 303,5 tys. zł. Zatem osoba mająca wyższy dochód kupi to samo mieszkanie za 83 tys. złotych taniej, choć przecież i tak już będzie to dla niej mniejszym obciążeniem. System społeczny, w którym podstawowe dobra, tradycyjny obszar usług publicznych, są dużo taniej dostarczane osobom lepiej zarabiającym – jest patologiczny.

I wreszcie po trzecie, sytuacja ta powoduje, że sektor bankowy zdobywa pozycję dużo ważniejszą, niż wynikałoby to z realnego pożytku, jaki wnosi do społeczeństwa. Przecież sektor bankowy niczego nie produkuje, a więc nie tworzy wartości dodanej w realnej gospodarce. Sektor bankowy jest jedynie pośrednikiem – pośredniczy między depozytariuszem a kredytobiorcą. Przenosi pieniądze z jednego miejsca w drugie. Tymczasem obecnie banki są najbardziej zyskownymi korporacjami, a płace w nich są dużo wyższe, niż w zawodach niezwykle użytecznych społecznie – np. w edukacji czy służbie zdrowia. Według najnowszego raportu płacowego Hays w bankowości detalicznej na stanowisku „doradca klienta bankowości prywatnej” średnie wynagrodzenie to 10 tys. zł miesięcznie. To kwota nieosiągalna nawet dla najlepszego nauczyciela, choć przecież na tym stanowisku trzeba jedynie być biegłym w sprzedaży produktów bankowych. Odpowiedzialność i potrzebne umiejętności są nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku nauczycieli.

Oswoić dług publiczny

Jak zerwać z systemem, w którym gospodarstwa domowe są skazane na zależność od prywatnych korporacji, by zdobyć zupełnie podstawowe dobra i usługi? Oczywiście niezbędna jest ekspansja usług publicznych, która je zapewni na większą skalę w sposób inny, niż mechanizm rynkowy. Przynajmniej dla biedniejszej jednej trzeciej części społeczeństwa, która w starciu z instytucją bankową stoi na szczególnie słabej pozycji. Trzeba zerwać z sytuacją, w której kredyt bankowy zastępuje politykę społeczną. Ekspansję usług publicznych oczywiście trzeba finansować z podwyżki podatków, ale i to zapewne nie wystarczy. Wtedy należy śmielej korzystać z… długu publicznego.

Dług publiczny jest bezpiecznym instrumentem, jeśli jest on zaciągany w walucie krajowej, a najlepiej, gdy obligacje państwowe kupują podmioty krajowe – szczególnie zamożne gospodarstwa domowe, które w ten sposób oszczędzają na przyszłość. Dług publiczny jest tańszy niż dług prywatny. Rentowność polskich 10-letnich polskich obligacji wynosi 3,3 proc., tymczasem średnie oprocentowanie kredytu hipotecznego w Polsce to ok. 4,5 proc. A przecież kredyt hipoteczny i tak jest najtańszym rodzajem kredytu – oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych jest dużo wyższe. Dług publiczny nie jest też tak kryzysogenny – państwa mają dużo większe możliwości obsługi długu, niż drobni prywatni kredytobiorcy. Dług publiczny w Japonii wynosi aż 253 proc. PKB (w Polsce jakieś 5 razy mniej), jednak nie stanowi to żadnego zagrożenia dla Kraju Kwitnącej Wiśni, gdyż jest on w posiadaniu samych Japończyków. Przemyślane korzystanie z długu publicznego pomogłoby państwu prowadzić politykę społeczną na szeroką skalę. Byłoby to dużo bezpieczniejsze, niż skazywanie milionów ludzi mających niewielkie dochody na wieloletnie kredyty.

Piotr Wójcik

Lokalny wymiar patriotyzmu

Otaczający nas świat staje się świątynią wystawioną na cześć i chwałę globalnego kapitału. Najlepszym sposobem na przeciwstawienie się temu procesowi jest dążenie do odnowienia więzi z miejscem, do którego należymy i z lokalną społecznością, w której żyjemy. Tak naprawdę jest to ta forma patriotyzmu, która jako jedyna ma jeszcze dzisiaj wartość.

W obliczu zamachów terrorystycznych, do których doszło 7 lipca 2005 r. w Londynie, nagłówki gazet oznajmiły jednym głosem: w obecnej sytuacji wszyscy musimy wykazać się patriotyzmem. Między tak różnymi pismami, jak „The New Statesman” i „Daily Telegraph” zapanowała pełna zgoda: przywrócenie znaczenia naszej dumie narodowej jest najlepszą odpowiedzią na atak przeprowadzony przez nowego Wroga Wewnętrznego. Terrorystyczne zamachy bombowe nadały zatem patriotyzmowi nowy, przekraczający polityczne podziały, sens, który jeszcze kilka lat temu wydawałby się zupełnie nie do pomyślenia.

Z czego – jako patrioci – możemy i powinniśmy być dumni? Każdy ma zapewne własną odpowiedź na to pytanie. Dla Michaela Howarda [1] jest to „nasza demokracja, monarchia, panujące w naszym kraju rządy prawa i pełna chwały historia”. Dla Tony’ego Blaira z kolei powodem do dumy są nie instytucje, lecz „nasze wartości” – wśród nich tak rzekomo z gruntu brytyjskie, jak „uczciwość, kreatywność, tolerancja, otwartość na świat”. Dla polityków prawicowych jest to szansa na udowodnienie, że racja leżała i leży właśnie po ich stronie: że obrona tradycyjnych „brytyjskich wartości” jest naszą najlepszą bronią wobec moralnej i społecznej anarchii. Politycy lewicy przekonują nas natomiast, że oto nadszedł najlepszy moment, by na nowo określić brytyjskie wartości i przedefiniować model funkcjonowania państwa. Jedni i drudzy zgadzają się przy tym, że podstawowym fundamentem i naszą największą siłą powinna być przesiąknięta patriotyzmem jedność narodowa.

Tymczasem jednak na ulicach miast i w całym naszym wspaniałym kraju, który ma stanowić rzekomo powód do dumy, dokonują się zmiany czyniące z tej pompatycznej i uduchowionej dyskusji nic nie wartą paplaninę. W czasie, gdy siedzący za biurkami dziennikarze i politycy wyszukują coraz piękniejsze frazy wychwalające naszą tolerancję, sprawiedliwość, wielokulturowość i rzadko spotykaną umiejętność cierpliwego stania w kolejkach, kraj, do którego tak mocno się ostatnio na nowo przywiązaliśmy, ulega radykalnej przemianie wymuszanej i sterowanej przez interesy globalnego kapitału. Wystarczy wyjść z domu, by natychmiast dostrzec ten swoisty, gorzki paradoks.

Słowo „patriotyzm” pochodzi od greckiego patris, oznaczającego „ziemię naszych ojców”, przy czym to właśnie na pierwszym z tych słów powinniśmy skupić dzisiaj naszą uwagę. A to dlatego, że debata na temat patriotyzmu jest w gruncie rzeczy debatą o przynależności do wspólnego miejsca na ziemi. Wśród całego szumu informacyjnego, wypełnionego zachwytami nad naszymi „wartościami i instytucjami”, ani jeden publicysta, polityk czy komentator nie zająknął się choć słowem na temat pierwszego i najważniejszego aspektu przynależności: przywiązania do miejsca, w którym żyjemy, do najbliższego, otaczającego nas krajobrazu.

Wystarczy rozejrzeć się dookoła, przypatrzeć się dokładnie ziemi naszych ojców (matek, przyjaciół etc.), i zastanowić się przez chwilę, czy najbliższe otoczenie zawiera elementy, z których możemy być dumni, którymi możemy się szczycić. W coraz większym stopniu i w coraz szybszym tempie świat, który nas otacza i w którym żyjemy, staje się pozbawioną duszy i charakteru plątaniną autostrad i dróg szybkiego ruchu, bezładną mieszaniną hipermarketów, centrów handlowych, parków rozrywki, jednakowych domów z czerwonej cegły i ogrodzonych osiedli dla bogaczy, a także skupiskiem jadłodajni-„przejeżdżalni”, w których nie ma potrzeby wysiadania z samochodu, oraz innych fast foodów. Nie jest to z pewnością obraz naszych marzeń. Prawda jest taka, że już tylko administracyjnie chronione tereny – nazwane przez Philipa Larkina cynicznie „obszarami dla turystów” – pozostają „zielone i miłe”, pozwalając ludziom na przyjemne spędzanie czasu i odpoczynek; zresztą nawet „Szatańskich Młynów mrok” przenieśliśmy już do Chin [2].

Krajobraz, który mógłby być fundamentem tego nowego patriotyzmu, otwartego na wszystkie opcje polityczne i poglądy, staje się w coraz większym stopniu pozbawioną osobowości makietą, odmalowaną zgodnie z krótkoterminowymi potrzebami gospodarki globalnej, opartej na bezmyślnej konsumpcji, wystawioną bez poszanowania dla tradycji, historii i specyfiki danego miejsca. Pytanie o przynależność do lokalnej społeczności, o więź z miejscem, staje się czysto akademickie w sytuacji, gdy „tutaj” przypomina każde inne miejsce na ziemi. Wystarczy wybrać się na krótki spacer po swojej dzielnicy, by z łatwością dostrzec jaskrawe tego przykłady.

Tuż za rogiem mojego domu znajduje się ostatnia działająca w mieście przystań, której istnienie jest zagrożone: pomimo sprzeciwu lokalnej społeczności planuje się całkowite zburzenie jej i przeznaczenie terenu pod budowę luksusowych mieszkań i restauracji. Mój niegdyś ulubiony pub, pełen wspomnień, charakteru i związany z ludźmi mieszkającymi w okolicy, został zamknięty, a na jego miejscu jest dzisiaj należąca do wielkiej sieci jadłodajnia o nazwie tak idiotycznej, jak serwowane tam posiłki i drinki. Podobny los spotkał też browar, z którego pochodziło sprzedawane w tym pubie piwo, produkowane od 1782 r. z tutejszej wody i według tradycyjnej, lokalnej receptury. Obecnie mieści się na tym terenie osiedle luksusowych apartamentów, których ceny zaczynają się od 330 tysięcy funtów szterlingów. Wreszcie na miejscu placu znajdującego się kiedyś w centrum miasta, tradycyjnego miejsca spotkań towarzyskich, stoi moloch centrum handlowego, a najważniejszym zadaniem pilnujących go strażników jest przeganianie ludzi siedzących przed wystawami sklepowymi.

Wszystkie te zmiany, z których każda przechodzi niemal niezauważona, są – wraz z setkami tysięcy im podobnych – częścią większej całości. Pewnego schematu, trendu. Transformacji, dokonującej się szybko w skali całego kraju i nie przynoszącej ze sobą nic dobrego. Elementem wspólnym tych zmian jest to, że unikalność zastępuje się masowością, naturalność – sztucznością, coś silnie związanego z lokalnym krajobrazem i charakterem – anonimowym produktem globalnego rynku.

Wszystko to, co odróżnia nasze miasta, wsie i regiony od innych, co świadczy o ich odrębności i wyjątkowości, ulega stopniowej, zaplanowanej erozji. W efekcie nasze najbliższe otoczenie coraz bardziej upodabnia się do wielu innych miejsc. Każdy z was jest zapewne w stanie podać przynajmniej jeden przykład tych zmian, być może dostrzegalny nawet z okien waszego domu czy mieszkania. Jednakowe sieci handlowe na głównych ulicach miast, jednakowe cegły, z których budowane są nowe apartamentowce, te same billboardy przy drodze, te same dania w pubie i restauracji… Można wręcz czasami odnieść wrażenie, że różnorodność, odmienność, harmonia i autentyzm padają ofiarą wojny wypowiedzianej przez plastikowy, przesiąknięty blichtrem i tandetą korporacjonizm. Wynik tej wojny jest przerażający: miejsca i krajobrazy w coraz większym stopniu upodabniają się do siebie.

Nie jesteśmy oczywiście wyjątkiem. Procesy obserwowane w naszym kraju są częścią ogólnoświatowego trendu. Niemożliwa zdaniem niektórych do powstrzymania ekspansja globalnej gospodarki rynkowej wymaga masowej uniformizacji gustów i potrzeb – wszyscy musimy pragnąć tego samego, czuć to samo, mieć jednakowe upodobania i preferencje. Tylko dzięki temu międzynarodowy kapitał nie jest skrępowany granicami etnicznymi, państwowymi czy kulturowymi, co jest warunkiem niezbędnym dla dalszej ekspansji neoliberalnego modelu gospodarczego. We współczesnej cywilizacji przemysłowej pogoń za korzyściami oznacza konieczność masowej produkcji towarów, standaryzacji modelów rozwoju i związanego z tym przeobrażania – na tę samą modłę – krajobrazu w każdym zakątku świata.

Jest to prowadzony w globalnej skali projekt polityczno-ekonomiczny, który dotyka każdej lokalnej społeczności i dotyczy każdego z nas. Dalsza ekspansja tej gospodarki opartej na konsumpcji wymaga porzucenia naszej tożsamości, zerwania więzów łączących nas z określoną wspólnotą. Musimy bezmyślnie pozbawić się odrębności, cech odróżniających nas od członków innych społeczności. Musimy stać się konsumentami, łapiącymi każdą kolejną okazję, obniżkę cen i promocję w supermarkecie czy wyprzedaż w wielkim centrum handlowym. Musimy stać się pozbawionymi charakteru mieszkańcami każdego i żadnego miejsca na ziemi.

Słowa te brzmią z pewnością znajomo dla wielu spośród czytelników „The New Statesman”, co samo w sobie wynika z pewnej godnej podkreślenia ironii. Już 160 lat temu Marks i Engels napisali w „Manifeście Komunistycznym”: „Ograniczenia i przeciwieństwa narodowe pomiędzy ludami znikają coraz bardziej już wraz z rozwojem burżuazji, wolnością handlu, rynkiem światowym, jednostajnością produkcji przemysłowej i odpowiadających jej warunków bytu. Panowanie proletariatu spotęguje jeszcze ich zanikanie” [3].

Choć jak dotąd nie udało się doprowadzić do światowej dominacji proletariatu, globalna dominacja gospodarki rynkowej rozwija się w zastraszającym tempie. Przykłada do tego rękę część tradycyjnej lewicy, wraz z jej potępieniem dla „antagonizmów narodowych”. Skutkiem jest zanik – zarówno dobrych, jak i złych – cech odróżniających od siebie społeczeństwa i narody, ginących w paszczy ujednoliconej, jednowymiarowej gospodarki globalnej. W swoim zaślepieniu „internacjonalizmem”, w swoim przewrażliwieniu i nieufności do wszystkiego, co Marks określał mianem „reakcji”, a więc w konsekwencji do osób i środowisk, których sprzeciw wobec globalizacji wynika z przywiązania do miejsca lub utożsamiania się z lokalną wspólnotą, oddają oni neoliberałom nieocenioną przysługę. Globalny wolny rynek zdaje sobie z tego doskonale sprawę i wykorzystuje tę postawę do dalszego zacierania różnic narodowych pod ciężarem coraz wyższych drapaczy chmur, biurowców ze stali i szkła, ton asfaltu, codziennego terroru kursów giełdowych i znaków firmowych.

Kto zatem w tym kontekście zasługuje na miano bohatera? Kim są dzisiejsi bojownicy broniący lokalnego i jedynego w swoim rodzaju krajobrazu przed uniformizacją będącą skutkiem gospodarczego fundamentalizmu? To ludzie znajdujący się na marginesie debaty politycznej i mający niewielkie wpływy w szeregach polityków sprawujących władzę. To ludzie, których Marks z pogardą określał mianem „wiejskich głupków”, a Torysi – jako pieniaczy, którzy sprzeciwiają się rozwojowi [4]. To ludzie żyjący w lokalnych społecznościach rozsianych po całym kraju, którzy odmawiają podporządkowania się bezkrytycznym wielbicielom nieograniczonego postępu czy też sprzeciwiają się poświęceniu swojego miejsca na ziemi, stanowiącego o odrębności ich kultury i tradycji, na ołtarzu – przypominającej zamek zbudowany na piasku – globalnej ekonomii. Tych zupełnie zwyczajnych, a jednocześnie niezwykle wyjątkowych ludzi można znaleźć w każdym zakątku świata.

Zaliczają się do nich mieszkańcy rozsianych po całej Anglii społeczności wiejskich, którzy w obliczu groźby sprzedaży ich upadającego pubu przez zainteresowaną jedynie osiąganiem jak największych zysków korporację, przeprowadzają publiczną zbiórkę pieniędzy, by do tego nie dopuścić. Są wśród nich również członkowie społeczności żyjących w łódkach rozsianych po wszystkich rzekach i kanałach Wielkiej Brytanii, którzy prowadzą lokalne i często bardzo ostre działania w obronie przystani przed deweloperami, chcącymi na ich miejscu postawić luksusowe apartamentowce. Są nimi ludzie mieszkający w londyńskim Chinatown, którzy próbują ocalić swoje ulice przed agresywnymi handlarzami nieruchomości, podobnie jak członkowie miejskich społeczności Birmingham, Manchesteru, Londynu i Bristolu, którzy przeciwstawiają się zabudowywaniu ulicznych straganów i targowisk kolejnymi, pozbawionymi charakteru biurowcami. Są nimi ci wszyscy, którzy protestują przeciwko sprzedaży placów zabaw, prywatyzacji publicznych parków i skwerów, dewastacji terenów rolnych i krajobrazu wiejskiego. Są nimi farmerzy, sadownicy i rybacy, ekolodzy walczący przeciwko promowaniu autostrad kosztem transportu publicznego, pracownicy urzędów miejskich i właściciele niezależnych sklepów płytowych i księgarń.

To są ci wszyscy, którzy ośmielają się stanąć na drodze gospodarczych i politycznych procesów, które siłą pieniędzy i w zamian za pieniądze pozbawiają otaczający nas świat jego historii, indywidualnego charakteru i niepowtarzalnej atmosfery. Może znacie kogoś takiego. Może sami jesteście takimi ludźmi. Mamy ze sobą wiele wspólnego i nadszedł już najwyższy czas, byśmy zaczęli wreszcie ze sobą rozmawiać.

To jest właśnie najprawdziwsze, najbardziej podstawowe, a zarazem niosące najbardziej rewolucyjny potencjał, znaczenie tak powszechnie nadużywanego i wypaczanego słowa „patriotyzm”. Dyskusja o wartościach i instytucjach prowadzi jedynie do podziałów, natomiast miejsce, w którym żyjemy, z którym się utożsamiamy, może nas zjednoczyć. I to niezależnie od naszych korzeni, poglądów politycznych czy wyznania. Miejski, podmiejski czy wiejski – otaczający nas krajobraz jest jedyną rzeczą, która czyni z nas wspólnotę, która może nas połączyć, której zachowanie jest najbardziej żywotnym interesem każdego z nas. To świat, w którym żyjemy stanowi podstawę naszego poczucia przynależności.

Jest to bez wątpienia forma patriotyzmu warta zaangażowania i podjęcia zdecydowanych działań. To ona powinna stać się platformą jednoczącą ludzi o różnych przekonaniach politycznych. Ideą, która doprowadzi do wściekłości polityków wszelkich maści i odcieni. Postawą, której globalna machina gospodarcza, wymagająca jedynie bezmyślnego, wiernopoddańczego kupowania wszystkiego co sama wytworzy, będzie miała serdecznie dość. Dzisiaj, w epoce globalnej konsumpcji, korporacji sprawujących potężną władzę oraz dominacji anonimowej gospodarki, pozbawionej ludzkiego oblicza – jedyną radykalną formą oporu jest docenienie znaczenia i obrona miejsca, w którym przyszło nam żyć.

Mowa o „patriotycznym obowiązku”? A co byście powiedzieli na to: nie pozwólmy im zabrać naszego świata, do którego należymy i z którym się utożsamiamy. Stańmy im na drodze, rzucajmy im kłody pod nogi, nie poddawajmy się ich podłym sztuczkom. Choć może brzmi jak truizm, stwierdzenie to jest aż do bólu prawdziwe: jedyną drogą obrony jest świadomość przynależności do konkretnego, tego jedynego, naszego miejsca na ziemi.

Paul Kingsnorth

tłum. Sebastian Maćkowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w brytyjskim tygodniku „The New Statesman” 5 września 2005 r. Następnie za zgodą autora został opublikowany w „Obywatelu” nr 35, latem roku 2007.

Przypisy redakcji „Obywatela”:

1. W 2005 r. był przywódcą brytyjskiej Partii Konserwatywnej.

2. Nawiązania do słynnego poematu „Jeruzalem” Williama Blake’a; występujące w nim „Szatańskie Młyny” są najczęściej odczytywane jako dymiące fabryki.

3. Przekład za K. Marks, F. Engels, Dzieła wybrane, tom I, Książka i Wiedza, Warszawa 1949, s. 42; autora przekładu nie podano.

4. W oryg. nimbies – od ang. akronimu NIMBY, Not In My Backyard, co można przetłumaczyć jako „Byle nie pod moimi oknami”.

Wspólne jest najważniejsze

Media, szkoły, codzienne rozmowy ze znajomymi i bliskimi zdają się w dzisiejszych czasach jednomyślnie zakładać i głosić jedną niepodważalną i oczywistą zasadę: własność prywatna jest jedyną naturalną, sensowną i prawidłową formą własności. Wszystko inne to utopie, niedojrzałe mrzonki lub absurdy komunizmu. A tymczasem ten świecki dogmat ma z prawdą tyle samo wspólnego, co przekonanie wiktoriańskiej mieszczki, że wszak nie ma co się łudzić, ale mężczyźni są po prostu bardziej inteligentni, niż kobiety.

Nie zawsze i nie dla wszystkich ta „prawda” była równie oczywista. Warszawski uczony Aleksander Chrostowski przez 9 lat prowadził badania metodą Action Research w dużym polskim przedsiębiorstwie. Metoda polega na wspólnym uczeniu się przez organizację i badacza, który wspiera, radzi i jednocześnie wyciąga szersze, teoretyczne wnioski z procesów, w których bierze udział. Badacz już w momencie nawiązania kontaktu z organizacją miał wrażenie, że pracownikom i menedżerom szczególnie zależy na czymś, co wykracza daleko poza zwykłe usprawnienia zarządzania. Przez lata współpracy, okresowo bardzo intensywnej, wrażenie to wzmacniało się. Menedżerowie poprosili go o wsparcie w rozwoju firmy, bo właśnie udało im się dzięki wysiłkowi i szczęściu uniknąć wykupienia przez zagranicznego inwestora. Wiedzieli, że bywają mniej sprawni, niżby chcieli, a także nie dostrzegają wielu zagrożeń – początkowo inwestor wydawał im się nie tyle atrakcyjny, co nieuchronny. Dopiero przy bliższym przyjrzeniu się, na czym przejęcie ma polegać – czyli na prawie całkowitym zastąpieniu własnych struktur i obyczajów narzuconymi z góry – doszli do wniosku, że trzeba zrobić co się da, by tego uniknąć. Udało się.

Aleksander został zaproszony jako badacz i nauczyciel, który miał im pomóc dostosować się do współczesności, bez rezygnacji z istoty tego, kim są. Punktem wyjścia dla zmian w badanej przez Chrostowskiego firmie był zamiar włączenia pracowników w procesy zarządzania. Na początek zorganizowano sesję strategiczną z udziałem przedstawicieli wszystkich grup pracowniczych i poziomów struktury organizacyjnej. Uczestnicy wspólnie zastanawiali się nad aktualnymi i możliwymi przyszłymi celami organizacji. Razem z badaczem opracowali nową inkluzywną strategię. Zdecydowano się postawić na pracę zespołową i przenieść dużą część uprawnień i odpowiedzialności w dół hierarchii. Postanowiono, że wszelkie decyzje strategiczne będą podejmowane z udziałem szerokiej reprezentacji załogi. W ten sposób wiedza i doświadczenia kluczowych osób w organizacji funkcjonować miała w procesie zarządzania.

Zarząd uznał, że realistyczna i dalekowzroczna strategia może powstać – i zostać wdrożona – jeśli powstaje w procesie zbiorowego współtworzenia i wspólnego brania odpowiedzialności. Szerokie uprawnienia zespołów pracowniczych zostały formalnie wpisane w nową strukturę. Dostosowane zostały do niej systemy oceny i wynagradzania. Menedżerowie wszystkich szczebli zostali zobowiązani do zasięgania opinii zespołów. Zespoły miały wspierać myślenie w kategoriach systemowych, zakładające aktywne współuczestnictwo i nastawienie na osiąganie celów wspólnych. Ocena zespołowa wyeliminowała strach przed popełnieniem błędu, co wyzwoliło jednocześnie większe nowatorstwo oraz odpowiedzialność wobec innych pracowników. Rozmówcy Aleksandra Chrostowskiego podkreślali, że nowy system zarządzania wyzwolił w ludziach kolosalny potencjał. Załoga, która uczestniczyła we własności (a uczestnictwo miało zmierzać w kierunku akcjonariatu pracowniczego), przedstawiana była jako wspólnota. Dodam, że firma miała także bardzo dobre wyniki ekonomiczne i osiągała stale najwyższe oceny pod względem satysfakcji klientów.

W końcu pojawiły się w grze siły o wiele potężniejsze, którym ani badacz, ani firma nie byli w stanie stawić czoła, i przedsiębiorstwo zostało tak czy owak przejęte, wypracowane struktury zdemontowane, a zarząd zwolniony (niektórzy kierownicy sami odeszli). Jednak wypracowany model może się przydać jako ugruntowany w refleksyjnej praktyce pomysł na program zmian zarządzania organizacją w lepszych czasach. Naczelną zasadą organizującą, która dla pracowników była bardzo ważna, a która może kiedyś znów stać się kluczowym impulsem organizowania, było postrzeganie organizacji, w której się pracuje, jako wspólnego dobra. Wspólne dobro nie oznacza braku hierarchii czy przepisów. Postawy i role są różne, pozycje, uprawnienia i obowiązki także się różnią. Wspólne dobro nie musi być komuną lub plemienną wspólnotą. Może to być nowoczesne przedsiębiorstwo usługowe, jak firma badana przez Aleksandra Chrostowskiego, może to być kooperatywa lub uniwersytet. Taka zasada uczestnictwa może być realizowana na rozmaite sposoby.

Michael Hardt i Antonio Negri opublikowali w 2009 roku książkę „Commonwealth”, poświęconą projektowi mającemu pomóc ludzkości uzyskać – a w wielu przypadkach odzyskać – dostęp do wspólnych dóbr, takich jak dobra natury i kultury. Nowoczesność, która przedstawiana jest jako zaawansowana faza postępu, jest związana z kapitalistycznym wyzyskiem i alienacją pracy. W popularnym dyskursie te dwie tendencje splatają się, ukazując kapitalizm jako siłę, dla której jedyną alternatywą jest barbarzyństwo – a zatem prawdziwa alternatywa nie istnieje. Tymczasem wspólny solidarny opór może ujawnić element władzy spajający te elementy i starać się mu przeciwstawić. Wówczas wychodzi na jaw fałsz pozornie oczywistych założeń: kapitalizm albo regres. Istnieje alternatywna nowoczesność: bez kapitalizmu, zakorzeniona w ruchach społecznych i solidarności pracowniczej.

Ta alternatywna nowoczesność uznaje znaczenie, jakie w naszym życiu ma to, co wspólne. Podobnie zamieszkały w Wielkiej Brytanii polski architekt i uczony zajmujący się socjologią i filozofią miasta, Krzysztof Nawratek, widzi rolę dobra wspólnego, które, jego zdaniem, powinno ucieleśniać się w mieście, otwierając przestrzeń na wspólnoty mieszkańców, oferując instytucje aktywnego uczestnictwa, demokracji, i poczucie wspólnego losu. Jednak konieczne jest istnienie struktur dających tożsamość, stabilność i umożliwiających odpowiedzialne kierowanie. Dobro wspólne nie oznacza brak mechanizmów kierowniczych – przeciwnie, potrzebne są dostosowane doń symboliczne mechanizmy i instytucje. Część już istnieje, część trzeba wypracować, a część dostosować, czerpiąc ze starych propozycji i przykładów.

Hardt i Negri zwracają uwagę, że dopiero kapitalizm uczynił z własności prywatnej centralną instytucję, jednocześnie kontestując wartość tego, co wspólne. Tymczasem dobro wspólne ma bogate, sięgające starożytności tradycje. Myśliciele od czasów Oświecenia przekonują do racjonalności obrony republiki, do systemów wartości i działań wspierających to, co wspólne. Cytowana w mediach i w wielu pracach naukowych publikacja amerykańskiego biologa Garretta Hardina z 1968 roku, przekonująca, że dobro wspólne nieuchronnie prowadzi do zubożenia całej dzielącej się nim społeczności („the tragedy of the commons”) nie stanowi dobrego kontrargumentu. Autor sformułował swoją mocną tezę na podstawie historii wspólnych pastwisk w XIX-wiecznej Anglii (the commons). Pasterze powodowali erozję gleby, dodając kolejne zwierzęta do swojego stada, bo to im się opłacało. „Każdy racjonalny pasterz”, postępując w ten sposób, przyczyniał się do wyniszczenia wspólnego pastwiska. Zgodnie z tą logiką, racjonalna jednostka maksymalizuje swoją korzyść kosztem korzyści wspólnej. Tymczasem, jak zauważa Ian Angus komentujący w 2008 roku ten tekst fundamentalny dla wyznawców nieuchronności prywatyzacji, Hardin nie dostarczył na poparcie swoich tez żadnych dowodów naukowych, a jedynie anegdotyczną narrację, opartą na uproszczeniach i wyjętą z kontekstu.

Hardin całkowicie pominął kwestie zarządzania – dobro wspólne, takie jak wspólne pastwiska, było historycznie zarządzane i regulowane przez korzystającą zeń wspólnotę, w pełni świadomą zagrożeń, jakie niesie indywidualne nadużycie. Racjonalny pasterz był częścią racjonalnego systemu, który dbał o zachowanie nadrzędnego dobra w stanie dla wszystkich korzystnym. Przypadek angielski, przywoływany przez Hardina, był szczególny – w opisanym czasie trwała walka bogatszych rolników o możliwość grodzenia ziemi na prywatny użytek. Przyjęta przez nich strategia działania na niekorzyść wspólnoty, gospodarka rabunkowa, była ważnym elementem tej walki. Hardin nie opisał działania wspólnot opartych na społecznej naturze człowieka – opisał działanie kapitalistów stosujących kapitalistyczną racjonalność, postulujących egoizm jako powszechną ludzką naturę. Co więcej, głosząc nieuchronność prywatyzacji, nie zaoferował żadnych argumentów, które miałyby przekonać czytelnika, że dzieląc to, co wspólne, na prywatne fragmenty, zapobiegniemy gospodarce rabunkowej. Tytułowa tragedia nie wynika z istnienia dobra wspólnego, ale z mechanizmów kapitalizmu. Zastanawiać może popularność tego naukowo słabego tekstu. Podobnie jak Angus, uważam, że jego rola nie jest bynajmniej naukowa, lecz ideologiczna. Hardin w swojej narracji zrobił to, co działo się i dzieje na naszych oczach – uczył, jak zmienić fundamentalny system wartości i umożliwić prywatyzację.

Niewiele miejsca w jakimkolwiek publicznym dyskursie w obecnej Polsce – czy to technicznej, czy medialnej, czy naukowej – zajmuje przywiązanie i szacunek dla dobra wspólnego rozumianego jako wartość wyższa. Ten brak i egoistyczna racjonalność, która wypełniła pustkę, traktowane są jako coś absolutnie oczywistego. To może i jest porażający triumf ideologii, ale nie jest ona przez to ani jedyna, ani „prawdziwie ludzka”. Nie trzeba sięgać do XIX-wiecznej historii, żeby dostrzec inne systemy wartości. Sama pamiętam dobrze ich powszechność i moc. Pod koniec lat 80. i na samym początku 90. prowadziłam wraz z kolegami demokratyczne projekty doradcze dla dwóch polskich przedsiębiorstw na bardzo podobnych zasadach do przypadku opisanego przez Aleksandra Chrostowskiego. Celem było opracowanie strategii, a uczestniczyli w tym przedstawiciele wszystkich szczebli struktur organizacyjnych i związków zawodowych. Zarządy miały głos ostateczny, jednak scenariusze przygotowywane były w oparciu o głęboko demokratyczny proces i wiedzę zaczerpniętą z całej organizacji, od robotnika po dyrektora. Projekty trwały kilka lat i obejmowały badania w terenie, w tym wywiady półotwarte z przedstawicielami wszystkich grup pracowników. Poruszający był stosunek pracowników do swoich organizacji. To były „ich” firmy, o których opowiadali ciepło, z oddaniem nie tylko deklaratywnym, ale powracającym jako motyw przewodni w różnym kontekście. „Nasz zakład pracy” był wartością wyższą, podporządkowywano mu inne cele, często także interes własny. Szeregowi pracownicy i dyrektorzy, starzy i młodzi, znali historię swoich organizacji i opowiadali ją w różnych okolicznościach, często personifikując i nadając heroiczne cechy. Cokolwiek mieliśmy jako doradcy wnieść i zaproponować, w sposób oczywisty miało być podporządkowane niekwestionowanemu imperatywowi: „Nasz zakład” radził sobie w różnych czasach, więc musimy zrobić wszystko, by poradził sobie i teraz. Oba przedsiębiorstwa istnieją nadal, choć drugie zostało sprywatyzowane i w niczym nie przypomina „naszej firmy” z tamtych czasów.

Ten kierunek zmian rozpoczął się stosunkowo szybko, już w 1990 roku. Wspierały go media, edukacja wszystkich poziomów. Prowadziłam wtedy badania etnograficzne polskiego zarządzania. Jednym z materiałów badawczych były media. Badałam dyskurs medialny, którego przedmiotem było polskie zarządzanie w różnych okresach, między innymi kilka etapów tak zwanych lat transformacji. Najbardziej uderzyły mnie wyniki badań z wczesnych lat 90. Obraz, który wyłonił się z moich badań, był zatrważający: całkowicie czarno-biały, bez niuansów. Zachodnie jest dobre, nowoczesne, efektywne. Polskie jest tandetne, złe, obciachowe. To nie służyło uczeniu się – uczenie wymaga myślenia scenariuszami, problematyzowania. Obraz zarządzania typu „książę i żebrak” jest właściwie dydaktycznie bezużyteczny.

Badania w terenie wkrótce pomogły mi wyjaśnić zagadkę – nie dydaktyka była tu istotna, ale ideologia. Polskie przedsiębiorstwa miały być prywatyzowane bez względu na ich tożsamość, bez względu na ludzi i ich doświadczenie, bez względu na ich dobro. Po prostu dlatego, że prywatyzować należało. Wielokrotnie słyszałam takie sformułowania wygłaszane przez polskich lub zagranicznych konsultantów. Słyszałam też wypowiadane konfidencjonalnie w rozmowie między polskimi doradcami a dyrektorami przekonanie, że polskie firmy tak naprawdę co najwyżej mogą być podwykonawcami dla zachodnich. Trzeba było pozbyć się „niepotrzebnego bagażu”, czyli rad zakładowych i związków zawodowych. Zachodni doradcy nie mówili nic o podwykonawstwie. Pewnie wielu z nich wiedziało, że tak naprawdę celem były przejęcia, wykazanie wzrostu, wzmocnienie marek inwestorów. Potem można było przejęte jednostki sprzedawać lub likwidować, a ludzi zwalniać. Potworyzacja dyskursowa miała na celu rozbicie dominującego wcześniej systemu wartości. Przy pomocy dostępnych środków zadbano więc o taki monogłos.

Dziś mamy do czynienia z podobną medialną potworyzacją. Jej obiektem są polscy uczeni i nauka. Czytając prasę i oglądając wiadomości mam tak silne wrażenie déja vu, że łapię się nieraz na fizycznym przecieraniu oczu. Oto polska nauka jest zła, nienowoczesna, bo polskie uczelnie nie figurują w rankingach sporządzanych przez zachodnie korporacje (czy autorzy tych wypowiedzi wiedzą, czym jest branding? na czym polega? i co ma z tworzeniem nauki wspólnego?), bo publikujemy po polsku (jeśli nauki humanistyczne i społeczne mają mieć jakiś wpływ na rozwój własnego społeczeństwa to chyba dobrze?), bo nie mamy na uczelniach noblistów (no i co z tego? badania naukowe wykazują, że nauka to proces zespołowy – niezależnie już od tego, że noblista Peter Higgs niedawno twierdził, że w zachodnich uczelniach praca naukowa jest udaremniana przez system zarządzania, który właśnie w Polsce zamierzamy wdrożyć). Wszystko zachodnie jest dobre. Wszystko polskie jest stare, obciachowe, feudalne i złe. Zdziwię się bardzo, jeśli cel tej narracji jest inny, niż tamtej, którą kiedyś badałam.

Jednocześnie obserwuję z bliska rozkwit wartości dobra wspólnego w działaniach Akademickiego Komitetu Protestacyjnego, który uformował się podczas czerwcowych protestów przeciwko ustawie. Inaczej, niż na początku lat 90., uczestnicy nie zareagowali wycofaniem się, lecz aktywnym celebrowaniem nauki i akademii jako najważniejszej wartości łączącej nas wszystkich. Zatem dobro wspólne nie jest ideą martwą. W Polsce, oprócz Akademickiego Komitetu Protestacyjnego, istnieje w organizacjach gospodarczych, które badam, takich jak Kooperatywa Wawelska. Współczesne organizacje dobra wspólnego są podobne do tradycyjnych pod względem wartości, ale bardziej świadome i ukierunkowane strategicznie. Mają demokratyczne struktury decyzyjne, istnieje też inkluzywny model własnościowy. Demokratyczność jest zasadą strukturyzacji i zasadą etyczną, która służy jako fundamentalna zasada organizowania (podobnie jak w organizacjach kapitalistycznych zysk). Członkowie i członkinie są współtwórcami, a wiedza z każdego miejsca w strukturze organizacyjnej traktowana jest jako dobro ważne dla budowania strategii. Kooperatywa Wawelska i inne organizacje tego typu aktywnie szukają dobrych praktycznych rozwiązań, uczestnicy są świadomi tego, że nie istnieje gotowiec, który można po prostu wdrożyć. Ich pomysły i doświadczenia są częścią procesu powstawania nowego modelu gospodarki. Tak samo w badanym przez Aleksandra Chrostowskiego przedsiębiorstwie podczas trwania badań powstało wiele dobrych i ciekawych pomysłów, które, nawet, jeśli już nie pomogą badanej firmie, to mogą przydać się innym, gdy nastaną lepsze czasy. Temu służy zapis naukowy. Tylko wtedy sensowny, gdy jest dobrem wspólnym środowiska akademickiego – i społeczeństwa, teraźniejszego i przyszłego.

prof. Monika Kostera

Guy Debord: Sytuacjonistyczne tezy o ruchu miejskim [1959]

1

Błędem, jaki popełniają wszyscy miejscy architekci jest traktowanie prywatnego samochodu (i jego produktów ubocznych, takich jak motocykl) jako podstawowego środka transportu. W rzeczywistości jest on najbardziej znamiennym symbolem materialnym pojęcia szczęśliwości rozwiniętym przez kapitalizm i rozprzestrzeniającym się w społeczeństwie. Samochód stanowi centrum powszechnej propagandy, zarówno jako najwyższe dobro wyalienowanego życia, jak i zasadniczy produkt kapitalistycznego rynku: utrzymuje się, że amerykańskie prosperity zależeć wkrótce będzie od powodzenia sloganu „dwa samochody dla każdej rodziny”.

2

Czas dojazdu do pracy, jak słusznie zauważył Le Corbusier, jest dodatkową pracą, która ogranicza ilość „wolnego” czasu.

3

Musimy zastąpić podróż rozumianą jako dodatek do pracy – podróżą rozumianą jako przyjemność.

4

Chęć przeprojektowania architektury w ten sposób, aby była zgodna z obecnymi potrzebami ogromnego i pasożytniczego istnienia prywatnych samochodów odzwierciedla najbardziej nierealistyczne nieporozumienie co do natury prawdziwych problemów. Zamiast tego, architektura musi zostać przeobrażona zgodnie ze zdrowym rozwojem społeczeństwa, poddając krytyce wszelkie przejściowe wartości związane z przestarzałymi relacjami społecznymi (w pierwszym rzędzie z rodziną).

5

Nawet jeśli podczas okresu przejściowego czasowo zaakceptujemy sztywny podział pomiędzy strefą pracy a strefą zamieszkania, musimy sobie przynajmniej wyobrazić trzecią strefę: sferę życia samego (wolności i czasu wolnego – istotę życia). Jednolity urbanizm nie uznaje granic; jego celem jest ukształtowanie zintegrowanego środowiska ludzkiego, gdzie podziały na pracę i czas wolny oraz na publiczne i prywatne zostaną przezwyciężone. Lecz zanim będzie to możliwe, rozszerzenie obszaru zabawy na wszelkie pożądane zabudowania ma być minimalnym działaniem jednolitego urbanizmu.

6

Problemem nie jest opozycja wobec samochodu jako zła wcielonego. Jest nim jego niesłychana koncentracja w miastach, co prowadzi do negacji jego funkcji. Urbanizm z pewnością nie powinien ignorować samochodu, lecz nie powinien go traktować jako swojego centralnego tematu. Powinien liczyć na jego stopniowe wycofanie z użycia. W każdym razie możemy sobie wyobrazić zakaz ruch samochodowego w centralnych miejscach pewnych naszych układów architektonicznych i w kilku starych miastach.

7

Ci, którzy wierzą, że samochód jest wieczny, nie myślą, nawet ze ściśle technologicznego punktu widzenia, o innych przyszłych formach transportu. Na przykład pewne modele jednoosobowych helikopterów obecnie są testowane przez amerykańską armię i być może zostaną rozprzestrzenione wśród społeczeństwa w ciągu dwudziestu lat.

8

Rozpad dialektyki ludzkiego środowiska na rzecz samochodów (projektowane autostrady dla Paryża pociągną za sobą zniszczenie tysięcy domów i mieszkań, podczas gdy kryzys mieszkaniowy ciągle się pogłębia) maskuje swoją irracjonalność pseudopraktycznymi usprawiedliwieniami. Jest on jednak praktycznie konieczny jedynie w kontekście specyficznego porządku społecznego. Ci, którzy wierzą, że szczegóły problemu są trwałe, chcą faktycznie wierzyć w trwałość obecnego społeczeństwa.

9

Rewolucyjni urbaniści nie będą ograniczać się jedynie do problemu krążenia rzeczy czy też krążenia ludzi złapanych w pułapkę świata rzeczy. Starać się będą przełamać te topologiczne ograniczenia, torując poprzez swoje eksperymenty drogę dla ludzkiej podróży przez autentyczne życie.

Guy Debord

Tłum. Krzysztof Kędziora

Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Internationale Situaationniste” nr 3, 1959. Powyższe tłumaczenie ukazało się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 5, na początku roku 2002.

Kapitalizm na prochach

Kapitalizm na prochach

Wolnorynkowy kapitalizm zjada własny ogon na wiele różnych sposobów. Najbardziej oczywistym z nich jest dążenie do ograniczania wszystkich kosztów, z kosztami pracy włącznie. Prowadzi to do bariery popytowej, a w rezultacie do załamania produkcji i do kryzysu. Innym sposobem pochłaniania własnej tylnej części ciała przez kapitalizm jest wpędzanie ludzi w choroby psychiczne. Wolnorynkowa koncepcja człowieka, dominująca wciąż na świecie, pomimo postępów ekonomii behawioralnej, która ją setki razy obaliła, patrzy na istotę ludzką jak na przedsiębiorstwo. Każdy jest swoją firmą, odpowiedzialną za własną markę, akumulację własnych kapitałów i ekspansję swojej działalności. Człowiek jest w pełni odpowiedzialny za swój los, a jeśli mu nie wychodzi, to pretensje może mieć do siebie – tak jak akcjonariusze upadającej spółki do jej zarządu.

Żeby stanąć na wysokości tego wymagającego zadania, jakim jest koncepcja człowieka-firmy, osoba ludzka musi być w nieustannej gotowości do wykorzystywania okazji. Skupienie i pełna gotowość bojowa o każdej porze i w każdej sytuacji to atrybuty modelowego człowieka-firmy. Taka osoba nie może sobie pozwolić na chwile słabości, cały czas musi brać sprawy we własne ręce, by sytuacja nie wymknęła się jej spod kontroli. Problem w tym, że wolnorynkowy kapitalizm masowo wpędza ludzi w depresje czy zaburzenia lękowe uogólnione, w wyniku których o jakimkolwiek panowaniu nad własnym losem nie może być mowy.

Mężczyzna zanurzony we własnych lękach nie jest w stanie racjonalnie oceniać sytuacji, a kobieta pochłonięta przez depresję nie potrafi się zmobilizować do ciągłej walki o rynkową wartość akcji swojej firmy osobistej. Współczesny kapitalizm proponuje więc pewien idealny model człowieka, jednak równocześnie produkuje zastępy ludzi, którzy są od tego modelu najdalej, jak to możliwe.

Człowiek-firma w akcji

Można wyróżnić trzy sposoby, którymi wolnorynkowy kapitalizm wpędza ludzi w choroby psychiczne. Pierwszym jest generowanie absurdalnych oczekiwań. Wszechobecne reklamy pokazują świat, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Piękni i młodzi modele czy gwiazdy ekranu, którym wszystko się udaje, stają się tłem, do którego porównujemy własną osobę i swoich bliskich. Reklamy generują również modele konsumpcji, do których powinniśmy zmierzać. Nowsze i większe auta, coraz lepiej wyposażone mieszkania położone w prestiżowych lokalizacjach, dalekie egzotyczne podróże – skoro atakuje nas to codziennie z ekranów i billboardów, to przyjmujemy za oczywistość, że to rzeczywistość większości społeczeństwa. Szybko jednak okazuje się, że zdecydowana większość atrakcji oferowanych nam przez kapitalizm jest poza naszym zasięgiem. Żona nie jest tak piękna jak wyfotoszopowane modelki z reklam, mąż ma brzuszek i poci się. Zamiast beztroskiego safari w Kenii jest z trudem sfinansowany zwykły wypad do Chorwacji, na który oszczędzamy przez cały rok.

Koncepcja człowieka-firmy podpowiada nam, że jeśli nasz osobisty świat nie jest tak udany, jak marzyliśmy, to odpowiadamy za to sami. I możemy mieć pretensje tylko do siebie. Coś więc jest nie tak przede wszystkim z nami samymi. Oczywiście racjonalny homo economicus powinien na to spojrzeć z dystansu i chłodno – jeśli jeszcze nie doszedłem do zamierzonego celu, to muszę po prostu zakasać rękawy, zamiast bezproduktywnie biadolić. W końcu mędrzec Jordan Peterson radzi, by nie porównywać się z innymi, lecz z samym sobą z przeszłości. Problem w tym, że człowiek nie jest w pełni racjonalny i nigdy nie będzie.

Rozbuchane modele konsumpcji uderzają w psychikę klasy średniej. Klasy niższe cierpią przede wszystkim z powodu braku stabilności. Praca stała się mniej pewna niż kiedyś, zapomnieć możemy o zatrudnieniu w jednym miejscu do końca aktywności zawodowej. Co gorsza, destrukcji ulegają też sieci zabezpieczenia społecznego. Obecnie najsprawniej działającym rodzajem zabezpieczenia przed nagłą sytuacją jest instytucja kredytu – problem w tym, że kredyt trzeba spłacić. A prywatne instytucje, ściągając swoje długi, nie są zbyt wyrozumiałe – człowiek zalegający z ratą to dla nich nie obywatel, który wpadł w kłopoty, lecz dłużnik, od którego trzeba wyegzekwować własne aktywa. Zamiast solidnej sieci wsparcia, rządy oferują obywatelom tani kredyt dzięki niskim stopom procentowym, co wielu przedstawicieli niższych klas pracujących wpędza w spiralę zadłużenia. To wszystko w sytuacji coraz bardziej niestabilnego rynku pracy, zmieniającego się jak w kalejdoskopie.

Nie ma nic bardziej stresującego, niż jątrzące się w głowie pytanie, czy będę miał za co utrzymać rodzinę. Nie ma bardziej depresyjnej sytuacji, niż możliwość stracenia mieszkania, na które wraz z małżonką harowaliśmy jak woły. A na horyzoncie zamiast przyzwoitego mieszkania komunalnego jawi się mała nora wynajmowana za horrendalne pieniądze od prywatnego mieszkanicznika. Takie sytuacje podbramkowe odbijają się na psychice człowieka na zawsze, nawet jeśli tym razem wszystko skończy się dobrze. Bo następnym razem, gdy tylko podobna sytuacja zamajaczy gdzieś w oddali, panika powróci, nawet jeśli nie będzie w pełni uzasadniona.

Klasy wyższe i wyższa klasa średnia cierpią zaś z powodu nieustannej konkurencji. Na opisanych przez Roberta Franka i Philippa Cooka „rynkach, na których zwycięzca bierze wszystko”, trzeba nieustająco udowadniać swoją przewagę. To właśnie na tych rynkach najwyraźniej realizuje się koncept człowieka-firmy. Gdy zdecydowaną większość fruktów zbiera garstka zwycięzców, na pozostałych ludzi z branży patrzy się przede wszystkim jak na wrogów, którzy chcą nam odebrać zasoby kapitału i prestiżu. Naturalną postawą staje się nieufność, za to brak zaufania do innych rekompensuje nam rozbuchane zaufanie do siebie – czyli wybujałe ego. Nieufność i wybujałe ego to również gotowy przepis na problemy psychiczne.

Oczywiście poczucie konkurowania o zasoby istnieje także wśród klas niższych. Wiąże się ono w mniejszym stopniu z rywalizacją o prestiż, a w większym z rywalizacją o środki do życia. Może być jednak równie destrukcyjne dla psychiki. Nieustana konkurencja na wszystkich szczeblach drabiny społecznej osłabia zaufanie do pozostałych członków wspólnoty, za to wzmaga poczucie wykorzenienia. Człowiek-firma jest pozostawiony sam sobie i otoczony przez wrogów. Trudno w takiej sytuacji się nie załamać.

Niech jedzą psychotropy!

W takiej sytuacji trudno się dziwić gigantycznemu wzrostowi popularności środków antydepresyjnych. OECD raportuje bardzo duży wzrost stosowania antydepresantów w okresie 2000-2015 we wszystkich 29 wykazanych krajach. Co gorsza, wzrost ten nie tylko dotyczy wszystkich, ale wszędzie jest też ogromny, czasem wręcz trzykrotny. W ciągu 15 lat wydarzyła się bez mała lekowa rewolucja w społeczeństwach rozwiniętych. Wskaźnik przyjmowania leków antydepresyjnych wykazuje się liczbą przyjmowanych dziennych dawek leków na tysiąc mieszkańców dziennie. Wzrost ten jest szczególnie widoczny w krajach południa strefy euro, w które silnie uderzył kryzys gospodarczy zakończony eksplozją bezrobocia. W Hiszpanii wskaźnik przyjmowania antydepresantów skoczył z 28,2 do 73,1. Hiszpania w ten sposób wskoczyła do czołówki krajów OECD pod względem spożycia antydepresantów. W Grecji i Włoszech tradycyjnie ten wskaźnik był na bardzo niskim poziomie – w końcu słońca mają tam pod dostatkiem. Obecnie jednak zbliża się już do średniej OECD – w Grecji skoczył z poziomu 18,9 do 48,1, a we Włoszech z 19,6 do 46,5. I tak wszystkich jednak przebiła Portugalia – tam wskaźnik wzrósł z 32,5 do 95,1. Obecnie Portugalia jest trzecim krajem OECD pod względem stosowania leków antydepresyjnych.

Niestety w tym zestawieniu nie ma Polski. Możemy być jednak pewni, że w naszym kraju wyglądałoby to podobnie. Wystarczy zerknąć na Słowację, która ze wszystkich krajów OECD przyjęła najbliższy nam model gospodarki – kapitalizm zależny, półperyferyjny i oparty o niskie koszty produkcji. Słowacki wskaźnik przyjmowania leków na depresję wzrósł… prawie pięciokrotnie – z 8,6 do 40. Zresztą mniejszy lub większy wzrost widać we wszystkich wykazanych krajach, zarówno mniej, jak i bardziej zamożnych. Średnia OECD wzrosła dwukrotnie – z 30,6 do 60,3.

Oczywiście za ten wzrost odpowiadają także czynniki pozytywne. Przede wszystkim większa świadomość społeczeństwa – obecnie ludzie mniej wstydzą się iść do psychiatry. Kiedyś woleli dusić w sobie fatalne samopoczucie, teraz decyzja o leczeniu jest podejmowana częściej. Leczenie psychiatryczne nie jest już objęte tak duża infamią, jak jeszcze niedawno, chociażby z tego powodu, że stało się doświadczeniem coraz większej części z nas. Poza tym ważne jest też pojawienie się leków antydepresyjnych nowej generacji. Są one bezpieczniejsze, nie uzależniają tak, jak chociażby benzodiazepiny (np. Xanax), więc psychiatrzy mają mniejsze opory przed ich wypisywaniem. W zasadzie za cały wzrost stosowania antydepresantów odpowiadają leki nowej generacji. Trudno jednak uznać, że ludzie bez przyczyny rzucili się na nie. Osoba zdrowa, która przyjmie lek np. wychwytujący zwrotnie serotoninę, będzie się czuła fatalnie. Nie będzie wiedziała, co ze sobą zrobić, nie będzie się w stanie skoncentrować na żadnym zadaniu. Oba czynniki są więc istotne, jednak nie wygenerowałyby tak dużego wzrostu przyjmowania leków, gdyby nie miały realnej podstawy, jaką jest bardzo duża liczba osób cierpiących na przypadłości psychiczne.

Stojąc nad przepaścią

Ten drastyczny wzrost przypadków stosowania leków antydepresyjnych niestety nie obniżył liczby samobójstw. Są one nadal jedną z częstszych przyczyn śmierci. Ludzie dwukrotnie częściej sami się zabijają, niż giną w wypadkach komunikacyjnych wszelkiego rodzaju. Wskaźnik samobójstw (liczba samobójstw rocznie na 100 tys. mieszkańców) w latach 2000-2015 w całej UE spadł nieznacznie – z 12,9 do 11,7 (wskaźnik ofiar transportowych to 5,8). Jednak to wynik przede wszystkim bardzo dużych spadków w krajach należących niegdyś do ZSRR, w których ten wskaźnik był na gigantycznym poziomie. Przykładowo na Litwie spadł on z 46,5 do 31, a więc wciąż jest trzykrotnie wyższy niż unijna średnia. Na Łotwie spadł 32,5 do 22. Jednak w pozostałych krajach utrzymał się na stabilnym, wysokim poziomie, który sprawia, że samobójstwa to jedna z ważniejszych przyczyn śmierci. Jednak jest też grupa krajów, w których wskaźnik samobójstw wzrósł. To kraje południa Europy (w Portugalii dwukrotnie, z 5,1 do 10), ale też Polska. Nad Wisłą wskaźnik samobójstw wzrósł z 15,3 do niemal 17, co sprawia, że pod tym niechlubnym względem wyprzedzamy średnią UE o połowę.

Według oficjalnych danych 7 proc. populacji UE cierpi na chroniczną depresję. Trudno powiedzieć, ile osób cierpi na zaburzenia lękowe uogólnione, prawdopodobnie bardziej powszechne. Zresztą te dane dla wielu krajów wydają się wątpliwe i są zaniżone z powodu wciąż niskiej świadomości tego, czym jest depresja czy lęki. Na przykład w Polsce czy na Słowacji według oficjalnych danych zaledwie 4 proc. społeczeństwa cierpi na depresję, co sprawia, że na papierze są pod tym względem jednymi z najzdrowszych społeczeństw w UE. Jak to pogodzić z bardzo wysokimi wskaźnikami samobójstw, które w obu krajach przekraczają średnią UE o połowę? W krajach północy, w których wskaźnik samobójstw jest podobny do polskiego, ale świadomość znaczenia depresji wyższa, cierpi na nią ok. 10 proc. społeczeństwa. Możemy więc założyć, że na chroniczną depresję cierpi nawet co dziesiąty Polak lub Polka. Tylko że jakaś połowa z nich nie potrafi tego nazwać.

Tymczasem opieka psychiatryczna w Polsce jest na bardzo słabym poziomie. Nad Wisłą leczy zaledwie 9 psychiatrów na 100 tys. mieszkańców. Wyprzedzamy jedynie Bułgarię. W Finlandii, Szwecji i Holandii na sto tysięcy mieszkańców przypada aż 23 psychiatrów, a w Czechach prawie 15. W liczbie łóżek na oddziałach psychiatrycznych nie wypadamy aż tak źle (ok. 70 na 100 tys. mieszkańców – nieco poniżej średniej UE), jednak akurat w przypadku depresji czy lęków uogólnionych łóżko szpitalne zda się na bardzo niewiele. Do walki z tymi chorobami potrzebny jest szeroki dostęp do bezpłatnych psychiatrów. Tymczasem na wizytę u psychiatry z NFZ można czekać w Polsce nawet kilka miesięcy. A przecież wskaźnik samobójstw pokazuje niezbicie, że depresja może być chorobą śmiertelną. Nie można więc zwlekać z jej leczeniem.

Jednak żeby zatrzymać pochód depresji i samobójstw przede wszystkim trzeba zmienić podejście do istoty ludzkiej. Odrzucić idiotyczny koncept człowieka-firmy, który rywalizuje z innymi o zasoby. Zmienić narrację płynącą z mediów, według której każdy odpowiada sam za siebie i tylko do siebie może mieć pretensje za niepowodzenie. Problem w tym, jak to zrobić, skoro tę narrację najskuteczniej snuje ta wąska garstka, w której przypadku takie podejście się sprawdziło.

Piotr Wójcik

Wiersze

 

epoka propan butanu

przed piwnicznymi oknami
nie zbierał się już węglowy pył

dzieci nie miały czarnych rąk
nie pękały szyby czarnych witraży

na dotkniętych wietrzną ospą tynkach
imiona uwikłane w szkolne miłości
pisano kolorową kredą

na rdzawej ramie trzepaka
nie zakwitały łąki dywanów
z łodyg nylonowych sznurów
nie wyrastały kwiaty
sukienek i spódnic

i tylko wierne swym obyczajom gołębie
czekały
aż podwórkowy mesjasz
poruszy znowu firanką

rynek wtórny

do pustego mieszkania
wprowadza się ciepło
przeniesione w sukience
przez próg

obudzone muchy
które poznały nieuleczalne choroby

prześladujące ostatnich lokatorów
chcą zasnąć w zaciśniętej dłoni

kofeinowy osad
pozwala określić
dokładny wiek szklanki

przygarbiona kobieta
w czarnym płaszczu
szamoce się w oknie
śnieżnobiałej ulicy

lekcja religii

w białej jak posypane wapnem groby
katechetycznej salce
zakochana w Chrystusie siostra zakonna
opowiada historię o świętym Pawle
nad Aleppo od płonących dachów
zapala się niebo i oślepia Jahwe
tam zmarłych grzebie się w ziemi
jak ocalałe nasiona spopielanych drzew
wierząc że na nowo wyrosłe cienie
ugaszą pożary i Bóg odzyska wzrok

pierwszy stopień do piekła

to ja podniosłem kamień
i zalałem światłem
korytarze
pełne uśpionych larw

a potem już tylko patrzyłem
jak umierają
gatunki
idee
i centra
zarobaczonych miast

Wiersze Bartosza Sawickiego pochodzą z tomiku „Luminal”, wydanego w serii „Biblioteka Poezji Współczesnej” przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2018. Tomik można nabyć u wydawcy w jego sklepie internetowym: www.wbp.poznan.pl

Trzy pokolenia kobiecej biedy – rozmowa z dr Małgorzatą Potoczną

Trzy pokolenia kobiecej biedy – rozmowa z dr Małgorzatą Potoczną

– Badania prowadzone przez zespół, do którego Pani należy, mają wyjątkowy charakter. Analiza życia trzech generacji kobiet mieszkających w mieście poprzemysłowym w okresie transformacji przypomina zejście do podziemia, o którym mówiono niechętnie, a jeśli pojawiały się jakieś opinie na jego temat, to dominowały z góry ustalone tezy. Co można powiedzieć o sytuacji kobiet po 1989 roku na podstawie biografii tych kobiet?

– Wieloletnie badania, które zaczęliśmy prowadzić na początku lat 90., pozwoliły nam odtworzyć proces tworzenia i trwania izolowanych przestrzennie i społecznie obszarów określanych mianem „enklaw biedy”. Tym samym dostarczyły nam przekonujących dowodów na to, że procesy społeczno-ekonomiczne związane z transformacją miały dla „włókienniczej” Łodzi olbrzymie znaczenie. Nasze badania pokazały także, iż rok 1989 był przełomowy dla wielu łódzkich kobiet reprezentujących różne generacje. Przez ponad 200 lat rozwój miasta, losy życiowe i sytuacja zawodowa mieszkańców, szczególnie kobiet, związane były z funkcjonowaniem przemysłu włókienniczego, oferującego zatrudnienie przede wszystkim kobietom. Niestety już w pierwszym roku przemian systemowych trudności ekonomiczne wielu zakładów przemysłowych powodowały znaczące ograniczenie zatrudnienia lub ich zamknięcie. W efekcie strukturalne bezrobocie w Łodzi dotknęło przede wszystkim włókniarki. Bezrobocie plus proces komercjalizacji usług społecznych spowodowały, że znaczna część rodzin łódzkich stała się finansowo niewydolna. Miało to oczywiście bardzo duży wpływ na przebieg życia i sposób, w jaki wiele kobiet na różnych etapach swojego życia ześlizgnęło się w sytuację biedy.

– Co można powiedzieć o najstarszym pokoleniu kobiet i o tym, jak wyglądało ich życie na początku lat 90.?

– Kobiety należące do pokolenia babek uczestniczyły na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat w polityczno-ekonomicznych przemianach kluczowych dla polskiego społeczeństwa. Na ich biografie składają się doświadczenia II wojny światowej, początki socjalizmu, intensywna industrializacja, a także likwidacja socjalizmu i budowa kapitalizmu. Wobec tego ich codzienną życiową trajektorię wyznaczały przedwojenna bieda, doświadczenia zdobyte w czasie okupacji oraz podjęcie pracy w socjalistycznych fabrykach. Zdecydowana większość z nich urodziła i wychowała się w małorolnych rodzinach chłopskich, najczęściej wielodzietnych, a w Łodzi znalazły się w poszukiwaniu lepszego życia uciekając przed biedą doświadczaną w okresie dzieciństwa na wsi.

– Przenosiny z małej wsi do dużego przemysłowego miasta oznaczają duże zmiany w ich życiu. Jak przebiegał proces oswajania nowej rzeczywistości i jego reguł?

– Towarzyszyła temu nadzieja na znalezienie pracy i odmianę losu. Wprowadzenie systemu socjalistycznego i industrializacji oznaczało dla wielu z nich przezwyciężenie biedy, której doświadczały od najmłodszych lat. Z powodu trudnej sytuacji finansowej uzyskanie wykształcenia nie było w ich zasięgu, ale to nie oznaczało, że nie uczyły się nowych umiejętności. Praca w fabryce wiązała się z nabywaniem nowych umiejętności praktycznych, a także, co nie mniej ważne, z odczuwalną poprawą sytuacji materialnej, okupioną jednakże wieloletnią ciężką pracą. Po zakończeniu wojny w Łodzi ocalało 70% potencjału przemysłowego. Uruchomiono produkcję w systemie dwu- i trzyzmianowym, w którym na co dzień te nastoletnie wówczas dziewczyny rozpoczęły swoją pracę zawodową i kontynuowały ją aż do emerytury. Znaczna część z nich przez całe zawodowe życie była związana z jednym zakładem pracy. Pamiętam historie respondentek, które przepracowały w jednym zakładzie prawie 40 lat. Jeśli nieliczne z nich zmieniały miejsce pracy, to tylko po to, aby było łatwiej im godzić wychowanie dzieci z pracą na trzy zmiany. W przemyśle włókienniczym stanowiły trzon klasy robotniczej.

– Nadchodzi początek lat 90. Zamyka się pewien etap w ich życiu, związany z pracą zawodową. Większość z nich nabywa prawa do emerytury i można chyba uznać, że mogą wreszcie odpocząć po ciężkiej ponad 40-letniej pracy.

– Oczywiście zaraz po zakończeniu pracy w fabryce na przełomie lat 80. i 90. zaczynają pobierać emeryturę, ale ich sytuacja wcale nie jest taka świetna. Po pierwsze wysokość emerytur nie pozwalała czuć się beneficjentkami ciężkiej 40-letniej pracy. Po drugie te niewysokie emerytury stały się parasolem ochronnym dla pozbawionych możliwości zatrudnienia dorosłych – niesamodzielnych dzieci czy wnuków. W konsekwencji towarzyszy im świadomość tego, że doświadczają biedy w okresie starości, na którą nie zasłużyły, ponieważ okres PRL-u i swoją stabilizację materialną okupiły ciężką wieloletnią pracą.

– Lata 90. to okres, w którym obserwujemy radykalną zmianę na kilku poziomach. Zmienia się gospodarka, system polityczny, ale zmienia się także język, za pomocą którego opisujemy i opowiadamy o starej i nowej rzeczywistości. Babki nie tylko należą do starego świata, ale z racji wykonywanej pracy uosabiają człowieka „minionego”, dla którego zaczyna brakować miejsca w nowej neoliberalnej rzeczywistości.

– Oczywiście w tym czasie najważniejsze z punktu widzenia generowania procesów wykluczania są zmiany na rynku pracy. Obserwujemy przejście od rynku pracownika do rynku pracodawcy, które nie dotyczy bezpośrednio kobiet ze starszego pokolenia, ale te ruchy tektoniczne oddziałują na ich życie za pośrednictwem dzieci i wnuków, którzy w latach 90. znajdują się bez pracy, a często bez środków do życia. W takich okolicznościach babki starają się wspierać materialnie swoich najbliższych, biorąc na siebie również część obowiązków wychowawczych wobec wnuków. W tym kontekście widać doskonale, jak poważne konsekwencje dla przebiegu życia kobiet z pokolenia średniego, czyli ich córek, miał proces zwijania się państwa. Początek lat 90. to przecież także głęboka zmiana w filozofii myślenia o jednostce, która bierze na siebie odpowiedzialność za własne życie i zostaje kowalem swojego losu. Malejąca rola państwa powoduje, że ostatnią deską ratunku dla kobiet średniego pokolenia są właśnie babki, które mają mieszkania, renty, emerytury, i które stanowią podstawową formę zabezpieczenia.

– Czyli babki jako ostatnia deska ratunku?

– Tak, w sytuacji, kiedy kobiety przede wszystkim średniego, ale i młodszego pokolenia nie mają pracy, to właśnie babki biorą na swoje barki zapewnienie im dachu nad głową. Ich niewielkie świadczenia emerytalne stanowią często jedyny strumień gotówki zasilający w sposób stały domowe budżety. Podstawową strategią radzenia sobie w tak niesprzyjających transformacyjnych okolicznościach jest funkcjonowanie gospodarstwa domowego oparte na łączeniu wszystkich dochodów, co najczęściej wygląda tak, że wspólny dochód tworzą przede wszystkim emerytura, jedna pensja, którą zarabia zięć (jeśli jest) oraz świadczenia z pomocy społecznej i/lub zasiłki dla dzieci.

– Wystarczy, żeby zapewnić godne życie?

– Dochody wystarczają na zaspokojenie podstawowych potrzeb, ale pod warunkiem, że pieniądze są oszczędnie i racjonalnie wydawane. To taki model codziennego funkcjonowania, w którym człowiek, nie mając żadnych oszczędności, nie może odłożyć żadnych pieniędzy, ale nie musi też pożyczać.

– Wspomniała Pani o średnim pokoleniu kobiet, czyli o córkach babek. Co można powiedzieć na ich temat?

– Transformacja ustrojowa radykalnie zmieniła sytuację zawodową średniej generacji kobiet. Wskutek restrukturyzacji przemysłu włókienniczego Łódź okazała się miastem szczególnie narażonym na strukturalne bezrobocie i pauperyzację mieszkańców. Już na początku transformacji, w latach 1990-1993, odnotowano znacznie większy niż przeciętnie w innych miastach przemysłowych spadek produkcji i zatrudnienia. Zwolnienia grupowe i upadek kolejnych zakładów powodowały wzrost bezrobocia wśród kobiet. Podstawową cechą biografii zawodowych kobiet średniego pokolenia jest doświadczenie utraty stałej pracy zarobkowej i wejście w sytuację bezrobocia bez żadnych szans na powrót w kolejnych latach do stałego legalnego zatrudnienia. Nasze respondentki średniej generacji, wkraczające na rynek pracy na przełomie lat 70. i 80., nie miały żadnego problemu ze znalezieniem pracy w Łodzi. Dramat rozpoczął się właśnie w 1989 r.

– Ten dawny świat rozpadł się jak domek z kart. W nowej rzeczywistości trzeba sobie radzić samemu, a nie użalać się nad sobą i nie szukać wsparcia w instytucjach publicznych. Taka była dominująca narracja.

– To prawda, obowiązujące zasady przestały funkcjonować w bardzo szybkim tempie. Sytuację kobiet dodatkowo komplikuje niski poziom ich wykształcenia. Bardzo często jest to wykształcenie zawodowe, duża część z nich kończyła np. przyzakładowe szkoły zawodowe. Ich szanse na to, żeby wejść sensownie na rynek pracy, po 1989 roku były dosłownie zerowe. Biografie zawodowe robotnic wykwalifikowanych zatrudnionych w fabrykach jako prządki, tkaczki czy snowaczki pokazują, że pracowały one przez kilka lat, potem po urodzeniu dziecka decydowały się na urlop wychowawczy i niestety po urlopie wychowawczym, często wydłużonym przez urodzenie drugiego dziecka, nie miały możliwości powrotu do pracy. Zakłady, w których pracowały, upadały lub były dzielone na mniejsze. Jeśli powrót po urlopie wychowawczym następował po podziale zakładu, zazwyczaj jedna z tych firm miała obowiązek przyjąć do pracy kobiety po urlopach wychowawczych. Ale nie było dla nich pracy, więc pod jakimkolwiek pretekstem zwalniano je. Doświadczeniu utraty stałej, legalnej pracy zarobkowej, a z biegiem lat braku możliwości podejmowania pracy dorywczej, towarzyszy degradacja materialnych warunków życia oraz ograniczenie możliwości i szans życiowych kobiet średniej generacji. Znalazły się w sytuacji poważnych problemów w regulowaniu bieżących świadczeń, rachunków za prąd, gaz itp. Duża część z nich wpadła w spiralę zadłużenia.

– Nie mogą wrócić do dużych włókienniczych zakładów, ale lata 90. to okres, kiedy powstają pierwsze prywatne firmy. Jak na wolnym rynku odnajdują się kobiety z tego średniego pokolenia?

– Większość tych kobiet nie ma wyjścia i po utracie stałej pracy, aby przeżyć, podejmuje zatrudnienie na czarno i godzi się na warunki, jakie oferują im właściciele firm. Często oznacza to pracę w bardzo trudnych warunkach. Niekiedy kobiety szyją w domu, ale pamiętam historie kobiet pracujących w piwnicach, gdzie na małej prowizorycznej przestrzeni działały nowo powstałe firmy. Wszystkie pracują na tzw. akord. Dochody, jakie uzyskują, są różne i zależą przede wszystkim od tego, czy jest praca. Niekiedy, gdy pracy jest dużo, są zmuszone szyć bez przerwy dzień i noc, innym razem, gdy jest martwy sezon, nie są w stanie zarobić nawet na to, by opłacić podstawowe świadczenia. Można powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że była to eksploatacja pracownika za niskie stawki, więc pieniądze, które te kobiety mogły ostatecznie wygospodarować na potrzeby swoich rodzin, były niewielkie i niewspółmierne do potrzeb. Ponadto historie naszych respondentek pokazują, jak bardzo uciążliwa i wyczerpująca była praca w zakładach położonych poza Łodzią, do których kobiety musiały dojeżdżać po kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Wspominały, że pracują po 10-12 godzin i jeszcze dodatkowo 2 godziny przeznaczają na dojazd.

– Mogło być to bardzo trudne dla kobiet, które posiadały pod opieką małe dzieci.

– Gdy starały się o ponowne wejście na rynek pracy, kobiety średniej generacji doświadczały wielu przejawów dyskryminacji. W nowych warunkach gospodarczych okazały się mało atrakcyjne na rynku pracy ze względu na wiek, stan zdrowia, a także posiadanie dzieci. Z perspektywy kobiety, która musi dać jeść dziecku, jedynym wyjściem jest podjęcie każdej pracy. Pamiętam historie kobiet, które opowiadały, jak wiele wysiłku wkładały w poszukiwanie pracy i za każdym razem kończyło się na niczym, ponieważ pracodawcę interesował przede wszystkim jej wiek. W wieku 40 lat nie nadawały się już do pracy, zdaniem potencjalnego pracodawcy. Kobiety opowiadały też o mobbingu, niewypłacanych pensjach i uzależnianiu wyższej stawki od takiego czy innego zachowania. W takiej sytuacji często decydowały się na porzucenie pracy…

– Można odnieść wrażenie, że w dyskusji o losie takich kobiet brakuje bardzo ważnego elementu, bez którego trudno wyobrazić sobie szeroką i krytyczną wyobraźnię społeczną. Mam na myśli wątek długofalowych konsekwencji.

– Jest to niezwykle ważny wątek, który niestety był prawie nieobecny w debacie w ostatnich latach. Jedną z takich konsekwencji była rezygnacja z mieszkań, na które latami odkładali na książeczki mieszkaniowe rodzice kobiet z pokolenia średniego. Lata 90. to był okres, kiedy część kobiet musiała zrezygnować z takiego mieszkania. To były nierzadko piękne i duże mieszkania, które trzeba było oddać za długi lub żeby lada moment nie popaść w długi. Nie było innego wyjścia, człowiek traci pracę i bardzo szybko nie stać go na opłacenie czynszu i inne opłaty. Potem przechodzą do mieszkań komunalnych, przedłużający się okres bez pracy powoduje, że za chwilę lądują w czarnej dziurze w większej enklawie biedy, w mieszkaniach bez żadnych standardów. W Łodzi dwa takie mechanizmy przesiedleń były bardzo widoczne. Jeden to administracyjna decyzja eksmisyjna, drugi to samodzielna decyzja o zmianie mieszkania na mniejsze i w gorszej lokalizacji.

– Brzmi jak przyczynek do badań na temat geografii biedy. Usuwamy z pola widzenia niezamożne kobiety, które trafiają do specjalnie wydzielonych stref miejskich. Jak wyglądało i wygląda życie takich kobiet skazanych na życie w biedzie?

– W przypadku kobiet jest to ciągła walka o byt. Nasze badania bardzo wyraźnie potwierdzają jedną z najistotniejszych z cech feminizacji biedy, mianowicie to, że w sytuacji ograniczonych środków finansowych, kobiety w większym stopniu niż mężczyźni czują się odpowiedzialne za zdobycie środków materialnych potrzebnych na utrzymanie. I to kobiety podejmują różne działania na rzecz zdobycia środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb, przede wszystkim dzieci. Kobieta jest matką i chowa godność do kieszeni, zaciska zęby, zakasuje rękawy, najmuje się do sprzątania, prac sezonowych, jest zaradna, bo wie, że musi dać jeść dzieciom. Te kobiety szukają pomocy wśród członków najbliższej rodziny i w instytucjach pomocy społecznej, starają się o zasiłki, zapomogi, zgłaszają się po pomoc do organizacji charytatywnych, chodzą po dary do Kościoła czy PCK. Żywność kupuje się najtańszą, chroniąc w miarę możliwości tylko potrzeby żywnościowe najmłodszych dzieci. Odzież kupuje się przecenioną lub nie kupuje wcale. Nie utrzymuje się kontaktów towarzyskich, a nieliczne spotkania towarzyskie ograniczone są do członków najbliższej rodziny. Podejmują pracę dorywczą. Kobiety starszego pokolenia bardzo często podejmowały pracę w godzinach nadliczbowych, wykorzystywały nisko oprocentowane pożyczki oferowane przez zakład pracy. Ponieważ nie miały możliwości korzystania z usług oferowanych przez rynek, więc samodzielnie wykonują większość prac domowych niezbędnych do funkcjonowania rodziny. Najważniejszą strategią jest międzypokoleniowa współpraca kobiet. Współdziałanie międzypokoleniowe ratuje rodzinę przed upadkiem.

– Wspomniała Pani o pracy na czarno w prywatnych firmach w wykonaniu kobiet średniego pokolenia. Czy to znaczy, że w przeciwieństwie do pokolenia babek nie mają one prawa do emerytury?

– Sytuacja tych kobiet wygląda bardzo źle. Choć większość naszych badanych pracowała ciężko po 12 godzin na dobę, to nie mając umowy o pracę – przez wszystkie lata swojego zatrudnienia nie opłacały składek emerytalnych. Ostatecznie zostały więc bez prawa do emerytury. Kobiety z pokolenia średniego stanowiły największą część osób korzystających z pomocy społecznej.

Pomoc społeczna w latach 90. nie miała dobrej prasy. Korzystanie z usług państwowych instytucji wsparcia było traktowane jako przejaw nawyków odziedziczonych po okresie PRL-u.

Korzystanie z zasiłku po 1989 roku to była jedna z podstawowych strategii poradzenia sobie z trudną sytuacją, w której znalazły się kobiety z pokolenia średniego. Pierwszy okres transformacyjny to czas, w którym starano się zaopiekować osobami, które zostały na bruku. Dla tych kobiet to nie było łatwe doświadczenie. Znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Traktuję ich zachowanie jako strategie radzenia sobie i wiem z rozmów, że części z nich bardzo trudno było i jest znieść opinię osoby korzystającej z pomocy społecznej. Zdecydowana większość z nich chciała uczciwie pracować, szukała pracy, ale nikt nie był zainteresowany ich zatrudnieniem. Pomoc społeczna to dla nich jak być albo nie być. Miały dzieci na utrzymaniu. I bardzo często były po rozwodzie.

– Jaka rola w radzeniu sobie w tak trudnej sytuacji przypadła mężczyznom? Spodziewam się wątków związanych z alkoholem i bezrobociem, ale czy można powiedzieć coś na temat tego, dlaczego część z nich znalazła się w trudnej sytuacji? Czy miało na to wpływ to, że część dużych zakładów, w których byli zatrudnieni, też zostało zlikwidowanych?

– W Polsce biedą zarządza kobieta, to ona nie może się przyznać, że jest bezradna. Nawet jeśli jej codzienne życie polega na rozpaczliwych próbach utrzymania siebie i swoich bliskich, to zawsze powinna świecić przykładem zaradnej i opiekuńczej matki. Mężczyznom takie sytuacje po prostu się nie zdarzają. Kobiety natomiast muszą sobie poradzić w każdych warunkach. Ostatnie 30 lat pokazuje, że korzystanie z pomocy społecznej w trzech generacjach kobiet stało się wymuszone przez warunki zewnętrzne. Oczywiście daje się zaobserwować niepokojący proces osadzania się w sposób trwały młodszych generacji w instytucjach pomocy społecznej. Widać to wyraźnie w strategiach działania, bo gdy średnie pokolenie kobiet było zainteresowane podjęciem każdej możliwej pracy, aby szybko z tej pomocy zrezygnować, tak dzisiaj dla młodszych generacji pomoc społeczna stanowi podstawowe źródło dochodu. To oczywiście ma swoją cenę – utrwala postawę bezradności, poczucia braku godności i wartości.

– Doszliśmy do kwestii młodszego pokolenia tych kobiet, czyli wnuczek. Co wiemy o tym pokoleniu?

– Kobiety zaliczone do generacji „córek” rodziły się w drugiej połowie lat 70. i w pierwszej połowie lat 80. Ich wczesne dzieciństwo przebiegało w okresie stopniowo narastającego kryzysu gospodarczego i politycznego. Zakończenie edukacji obowiązkowej i wkraczanie w okres dorosłego życia przypadało u nich na lata 90. W osobistym doświadczeniu transformacja to dla nich czas związany z utratą pracy przez rodziców. Świat, w którym zaczęły świadomie uczestniczyć, opiera się już na kapitalistycznym porządku społecznym, gdzie pozostawanie bez pracy nie stanowi wyjątku, lecz – w pewnych środowiskach – regułę. Z jednej strony to naturalny okres, kiedy te kobiety miały wejść na rynek pracy, ale ponieważ w tym pokoleniu bardzo często występowało wczesne macierzyństwo, to właściwie nie zdążyły nabyć niezbędnego doświadczenia na rynku pracy. Niezależnie od tego podejmowały jednak próby zatrudnienia, ale fakt posiadania dziecka utrudniał podjęcie pracy ze względu na obciążenie albo dojazdy. W rozwijającej się gospodarce rynkowej pojawiło się zapotrzebowanie na ludzi wykształconych, nowych specjalistów, ludzi o wysokich kwalifikacjach zawodowych, ale kobiety młodego pokolenia nie miały najmniejszych szans, żeby spełnić choć część wymagań.

– Nieplanowane wczesne macierzyństwo w takich okolicznościach brzmi jak wyrok.

– Wczesne macierzyństwo sprawiało, że decydując się na wychowanie dzieci młode kobiety automatycznie rezygnowały z kontynuowania edukacji. Często było tak, że po urodzeniu dziecka decydowały się na samotne rodzicielstwo. Działo się tak, ponieważ ich partnerami nierzadko byli mężczyźni o niskim, podstawowym i zasadniczym zawodowym wykształceniu, którzy pochodzili z rozbitych rodzin, mieszkali najczęściej z matką, byli na jej utrzymaniu, pracowali dorywczo lub byli bezrobotni. Wobec tego młode matki nie chciały formalizować związków. Młode matki odkładały poszukiwanie zatrudnienia do momentu, aż dzieci osiągną wiek przedszkolny lub szkolny. Wszystkie chciały podjąć pracę po wychowaniu dziecka. Ale nie mając dotychczas żadnych doświadczeń na rynku pracy, nie miały też pomysłów, jaką pracę chciałyby podjąć.

– Ciekawym wątkiem, który przewija się w naszej rozmowie, jest pewien typ solidaryzmu kobiet, dzięki któremu kobiety utrzymywały się na powierzchni przez te wszystkie lata. Można nawet chyba postawić tezę, że to dzięki wzajemnej solidarności część kobiet nie znalazła się na samym dnie. Wiemy, że pokolenie babek było bardzo oddane i zaangażowane we wspieranie swoich córek i wnucząt, ale co można powiedzieć o pozostałych kobietach?

– Babki są najlepszym przykładem takiego solidaryzmu, ponieważ one wychowawczo i ekonomicznie przejęły odpowiedzialność za młodsze pokolenie. W pokoleniu średnim kobiety też się tak zachowują – nawet jeśli korzystają z zasiłków, to wspólnymi siłami dzielą się kosztami i są w stanie wspólnie funkcjonować. Solidaryzm kobiet to taka podstawowa ścieżka radzenia sobie z biedą. Niewiele mieliśmy sytuacji, które pokazywałyby takie zaangażowanie mężczyzn. To się trochę zmienia w młodszych pokoleniach.

– Po 10 latach przeprowadzono kolejne badania na grupie tych samych kobiet.

– Badania, do których odwołuję się odpowiadając na pytania, ukazują bardzo istotną cechę biedy doświadczanej przez kobiety. Mianowicie to, że bieda w doświadczeniu kobiet ma niestety trwały, międzygeneracyjny charakter. Choć oczywiście u podstaw trudnej sytuacji i międzypokoleniowej transmisji biedy leży szereg zróżnicowanych, zindywidualizowanych okoliczności losowych czy systemowych. Starsze pokolenie respondentek doświadczało biedy przede wszystkim w okresie dzieciństwa i narażone jest na niedostatek w schyłkowej fazie życia z powodu braku zabezpieczenia materialnego dzieci i wnuków, którym muszą pomagać. Średnie pokolenie nie zaznało biedy w dzieciństwie, choć ich ówczesne warunki życia nie były dostatnie. Bieda w doświadczaniu tej generacji kobiet pojawiła się nieoczekiwanie, przede wszystkim jako rezultat zmian systemowych. Jej doświadczanie prowadzi do poczucia niezasłużonej klęski życiowej i utraty dotychczasowego standardu życia. Badania zrealizowane 10 lat później (tj. w latach 2008-2010) pokazały, że z uwagi na znaczne pogorszenie stanu zdrowia kobiety średniej generacji zostały całkowicie wykluczone z rynku pracy. Wiele z nich wpadło w pułapkę kredytową parabanków lub komercyjnych firm kredytowych, których prowizje i odsetki pochłaniają większość skromnych dochodów. Niewielka jest zatem szansa na poprawę losu tych kobiet w przyszłości. Zmiana może być tylko na gorsze, ponieważ nie będą otrzymywać emerytur na starość, nie mają odpowiedniego stażu pracy i zgromadzonych składek. Nie będą także mogły liczyć na pomoc swoich córek, ponieważ ich szanse na pracę i zarobki są jeszcze bardziej ograniczone. W przypadku młodszej generacji oferowane przez sprywatyzowany łódzki przemysł lekki miejsca pracy ograniczają się do prac pomocniczych w szwalniach, pracowniach krawieckich, małych firmach odzieżowych, niekiedy pracy sprzątaczki, dozorczyni, nadal najczęściej są to prace dorywcze, „na czarno”, przynoszące bardzo niskie zarobki, które pozwalają zaspokoić zaledwie najpilniejsze potrzeby, a nie wypracować jakąkolwiek stabilizację finansową. Brak stałego zatrudnienia kobiet młodszej generacji skutkuje brakiem samodzielności ekonomicznej i mieszkaniowej. W ich doświadczenie wpisuje się już w trwały sposób uzależnienie od świadczeń instytucji pomocy społecznej. Brak możliwości uzyskania pracy dającej poczucie stabilizacji staje się trwałym elementem doświadczenia biograficznego najmłodszej generacji kobiet, tych urodzonych już po 1989. Jest to pokolenie najbardziej zdezorientowane i zagubione – absolutnie nieprzygotowane do życia we współczesnych realiach ekonomicznych i zupełnie pozbawione korzeni.

– Jakie są najbardziej wyraziste cechy doświadczenia biograficznego trzech generacji kobiet?

– Zwrócę uwagę na najważniejsze cechy biografii kobiet w sytuacji biedy. Z pewnością do takich należy doświadczenie skrócenia do minimum fazy dzieciństwa i młodości w wymiarach edukacyjnym i rodzinnym. W wymiarze edukacyjnym badane generacje kobiet charakteryzuje bardzo krótki pobyt w szkole, wykształcenie od niepełnego podstawowego w pokoleniu najstarszych kobiet do zawodowego w pokoleniu średniej generacji, podstawowego w młodszej i najmłodszej. Możliwości edukacyjne są więc bardzo mocno ograniczone, w przypadku starszej generacji skrajnie ograniczone z przyczyn materialnych, konieczności podejmowania wczesnej pracy zarobkowej, opieki nad młodszym rodzeństwem, brakiem wsparcia i pootrzymywania aspiracji edukacyjnych w rodzinie, generalnie odczuwaną potrzebą jak najszybszego usamodzielniania się. W wymiarze życia rodzinnego najbardziej wyrazistą cechą doświadczenia biograficznego kobiet jest duży ładunek doświadczeń traumatycznych dotyczących życia rodzinnego oraz wejście we wczesne małżeństwo i wczesne rodzicielstwo. Dzieciństwo jawi się bowiem jako okres wielowymiarowej deprywacji ekonomicznej, emocjonalnej i społecznej. Konsekwencją jest wczesny start w dorosłość, jednak utrudniony przez brak szeroko rozumianego kapitału ekonomicznego (brak posagu), edukacyjnego (brak wykształcenia), emocjonalnego (brak oparcia w rodzinie) i kulturowego. Dorosłość starszego pokolenia to życie nacechowane ciężką pracą zawodową, często borykanie się z alkoholizmem męża i dzieci, a w konsekwencji przejęcie odpowiedzialności za utrzymanie rodziny. W przypadku kolejnych pokoleń brak pracy, nieudane z różnych powodów związki małżeńskie czy samotne, wczesne i nieplanowane rodzicielstwo.

– Dziękuję za rozmowę.

fot. w nagłówku rozmowy: Tomasz Chmielewski

Głos mają kobiety

Pracownice żłobków, zrzeszone w związku zawodowym pracownice kultury, lokatorki, działaczki różnych organizacji, w różnym wieku i różnych zawodów, ale o podobnych interesach, zainicjowały w tym roku Socjalny Kongres Kobiet. Zamiast typowych paneli – prowadzono na nim otwarte dyskusje. Kongres zakończył się sformułowaniem 20 postulatów dotyczących podstawowych problemów i praw kobiet: do mieszkania, godnej płacy, wypoczynku, wsparcia w pracy opiekuńczej, zdrowia i sprawiedliwości. Drugi SKK już 20 października w Poznaniu.

Wydarzeniu nie towarzyszyły media, nie zostało ukoronowane wywiadami w czasopismach z jego liderkami. Gdyby redakcja któregoś z nich zgłosiła się do organizatorek, nie mogłyby wskazać osoby firmującej imprezę swoim nazwiskiem. Potrzeba nam właśnie takiego feminizmu – niehierarchicznego, włączającego, wrażliwego nie tylko na płeć, ale i na klasę społeczną i jej konsekwencje. O tym jest ten numer „Nowego Obywatela”.

Problem „medialnego feminizmu”, produkującego celebrytki, a tym samym – nierówności wewnątrz ruchu, omawiają Maja Staśko i Natalia Broniarczyk. Autorki na tytułowe pytanie „kto posiada polski feminizm?”, odpowiadają – nikt, bo to nie własność. Nie ma takich osób czy ruchów, które mogą postawić na jakimś działaniu pieczątkę feminizmu. Można więc zadać kolejne pytanie: czym on w takim razie jest? Jak szeroki to ruch (lub ruchy) i wokół jakich spraw się zawiązuje? Proponujemy kilka odpowiedzi, a tekst Staśko i Broniarczyk warto czytać nie jako odosobniony manifest, lecz w powiązaniu z pozostałymi artykułami.

Dwa reportaże dotyczą feminizmu w praktyce – choć bohaterki i bohaterowie nie zawsze określają się tym mianem. Jednak ich aktywizm dotyczy spraw feministycznych: opieki, reprodukcji, troski. W numerze znalazł się też szereg wywiadów z badaczkami, które przybliżają kolejne obszary kobiecej działalności. Przejmująca rozmowa o rujnującym wręcz wpływie transformacji ustrojowej na życia trzech generacji łódzkich kobiet ukazuje rolę międzypokoleniowego solidaryzmu. Zgodnie z przewodnią myślą całego numeru, wywiad o płatnej pracy domowej pokazuje, jak ważne jest, by perspektywa klasowa zawsze towarzyszyła genderowej. W numerze przeczytamy także, czym różni się sołtyska od sołtysa oraz jakie są słabości 500+ i całej polityki społecznej Prawa i Sprawiedliwości z perspektywy feminizmu socjalnego.

Nie udało nam się poruszyć wszystkich problemów istotnych z perspektywy feminizmu socjalnego czy sytuacji kobiet, nie zdołaliśmy też wymienić każdej grupy zasłużonej dla praw kobiet. Mimo to jako współredaktorka numeru – wraz z Kacprem Leśniewiczem – mam nadzieję, że przyda się on ruchowi feministycznemu i kobietom w Polsce.

Od redakcji: Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie finansowe – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.