przez Andrzej Dwojnych | niedziela 13 marca 2022 | opinie
***
Motto:
Liberał postępowy: O ile można ryzykować uproszczenie, to znaczy zatrzymać się tylko na pewnym stopniu analizy nie uwzględniając wszystkich dostępnych nam danych i nie biorąc pod uwagę współdziałania tych czynników, które na obecnym poziomie studiów nie są nam znane, można przypuścić, że pańskie zachowanie wobec mnie nacechowane jest ostatnio pewną drażliwością.
Związek Radziecki: Ja dałem panu w mordę.
Liberał postępowy: Powstrzymując się od wyciągania zbyt pochopnych wniosków, które mogłyby sprawiać wrażenie, nota bene mylne w tym kontekście, jakobym cofając się przed trudnościami porozumienia na gruncie humanistycznych wartości wspólnych obu stronom dążącym do porozumienia mimo różnic metodologicznych skłaniał się ku pesymizmowi odnośnie możliwości wzajemnego zrozumienia, będącego pierwszym krokiem do porozumienia, które jest niezbędnym warunkiem zbliżenia, żywię nadzieję, że oczekuję od pana pewnych kroków zwiększających szanse wzajemnego zaufania, czy też, lub jednocześnie, niepodejmowania pewnych kroków, w konsekwencji których mogłoby dojść do tego zaufania podrywania, nie zawiodę się co do bezpodstawności mojego oczekiwania. Aj!
Związek Radziecki: Ja panu daję w mordę.
Liberał postępowy: Rozumiejąc skomplikowaną strukturę naszych wzajemnych stosunków, na które nie bez wpływu pozostaje historycznie uwarunkowana kompleksowość pańskich reakcji nacechowana jakże usprawiedliwionym poczuciem pokrzywdzenia, osamotnienia i zagrożenia ze strony otoczenia, pragnę pana zapewnić, że mimo pewnej jednostronności naszego obustronnego zrozumienia, które niewątpliwie doprowadzi do pełnego porozumienia, którego brak jest konsekwencją chwilowego nieporozumienia, cieszę się z tego zbliżenia.
Związek Radziecki: To ja panu dam w mordę.
Sławomir Mrożek: „Krótka rozmowa między zachodnim liberałem postępowym a Związkiem Radzieckim zupełnie już postępowym” (1985)
W jednej z audycji „Pytania z księżyca” mała dziewczynka zadała doktorowi Tomaszowi Rożkowi pytanie: „dlaczego pies z kotem nie są w stanie się porozumieć”. W odpowiedzi usłyszała, że głównej przyczyny dopatrywać należy się w zupełnie różnym sposobie komunikacji obu zwierząt. Otóż kiedy pies merda ogonem – to znaczy, że się cieszy, ale już merdający ogonem kot to zwierzę zdenerwowane, przygotowane do ataku. Kot stawiając ogon „na baczność” daje wyraz swojemu zadowoleniu, rozluźnieniu, ale zachowujący się w podobny sposób pies oznacza zwierzaka przygotowanego do agresji.
Każdy, kto miał okazję spotykać się z Rosjanami na ich terenie, wie, że teoretycznie są oni podobni do ludzi Zachodu. To znaczy przyjmują swoich gości bardzo serdecznie (zapewne bardziej niż ci z Zachodu), w punkcie wizyty niemal obowiązkowo zawarte są (a raczej już: „były”) uroczysta kolacja suto zastawiona wykwintnymi daniami i trunkami, „ruska bania”, atrakcje kulturalne itp. Co więcej – podobnie jak my, także Rosjanie noszą krawaty i koszule na spinki, a nawet dżinsy. Ale jednak pod tą zewnętrzną formą kryje się człowiek mentalnie odmienny, inaczej się komunikujący, o innym podejściu do kobiet, a już na pewno zupełnie inaczej postrzegający sferę polityki niż człowiek Zachodu.
Tak jest dziś, tak było przed upadkiem komunizmu, ale tak było też i dwie dekady temu, kiedy optymistom wydawało się, że Rosja i Rosjanie przechodzą transformację w kierunku westernizacji. W 2005 roku miałem okazję na początku maja obserwować na Placu Czerwonym w Moskwie ćwiczenia armii rosyjskiej przygotowującej się do uroczystych obchodów 60. rocznicy zakończenia drugiej wojny światowej. Samą rocznicę spędziłem w Nowosybirsku, gdzie, poza oficjalnymi uroczystościami, widziałem zakrojone na ogromną skalę fajerwerki, tłumy obwieszonych orderami weteranów i gdzie uczestniczyłem w wielkim festynie/pikniku wespół z grupą kolegów Rosjan. Jeden z nich, mający korzenie polsko-ukraińskie, zwesternizowany, na stałe mieszkający w Warszawie, podśmiewał się ze swoich kolegów Rosjan, dawnych kumpli z ławki szkolnej, gdy rozmowa zeszła „po stakanie” na skutki drugiej wojny światowej. Rzekł do nich mianowicie: „wy, koledzy, reprezentujecie azjatycką myśl polityczną”. A absolwenci nowosybirskiej politechniki i tamtejszego uniwersytetu odpowiedzieli zgodnie: „tak” – i w tym wyrazie „tak” było poczucie dumy, a nie wstydu jak by się nam, ludziom Europy Środkowej czy Zachodniej, mogło wydawać. Ukraińców, zwanych dość obraźliwie „chachłami”, żaden z tych młodych wówczas ludzi, dziś czterdziestokilkulatków, nie traktował jako narodu odrębnego od Rosjan. Dziś moi dawni koledzy stali się jeszcze bardziej azjatyccy w swoim myśleniu – co stwierdzam na podstawie rozmów z niektórymi spośród nich.
O ciągłości mentalnej Rosjan, przekładającej się na sposób uprawiania polityki przez władze od czasów carskich po okres Związku Sowieckiego, znakomicie traktują chociażby książki Jana Kucharzewskiego „Od białego caratu do czerwonego” czy trylogia urodzonego w Cieszynie Richarda Pipesa: „Rosja carów”, „Rewolucja rosyjska” i „Rosja bolszewików”. Ponieważ książki obu autorów są bardzo, ale to bardzo grube – w zasadzie mało kto dziś je czyta. A szkoda, bo one pozwalają nam po pierwsze otrząsnąć się z nacechowanego emocjami stosunku do wschodniego sąsiada. Po drugie zrozumieć, dlaczego miażdżącej większości Rosjan obce były, są i będą idee liberalne oraz zachodni, czy nawet środkowo-europejski, sposób myślenia o polityce. Po trzecie wyjaśniają masowe poparcie Rosjan zarówno niegdysiejszych jak i współczesnych dla silnej, autorytarnej władzy. Mało tego – te książki tłumaczą nam dogłębnie, dlaczego po wyczekiwanym przez Zachód ewentualnym puczu na Kremlu zastąpi Putina najpewniej jego mniej lub bardziej wierna kopia.
„Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników ani wiecznych wrogów – ma tylko wieczne interesy” – mawiał ponoć lord Palmerston. Trawestując owo powiedzenie nasi politycy i dziennikarze prezentują często w swojej masie przekaz: „Polska ma wiecznych sojuszników i wiecznych wrogów oraz zmienne interesy”. Jednym z naszych wiecznych wrogów, dziś głównym, jest oczywiście Rosja. Zdaniem Marii Janion następstwem „angelizacji” Polski w naszym rodzimym mesjanizmie, podkreślania jej cierpień i krzywd oraz adoracji jako niewinnej ofiary, była „satanizacja” jej prześladowców, stojących oczywiście na niższym poziomie kultury: „W XIX wieku to Rosja, przede wszystkim, stała się wcieleniem szatana, szatana politycznego, jak mawiał Mickiewicz; przeświadczenie to miała potwierdzać Rosja bolszewicka. Niedaleko owe wyobrażenia odbiegały od reaganowskiego »imperium zła«. Tradycyjne polskie poglądy na Rosję i dzisiaj nie tracą na znaczeniu”. Według autorki „Niesamowitej Słowiańszczyzny” nadal „często mamy do czynienia z publicystyczną demaskacją zła Rosji w stylu postromantycznym”.
Nasza ideologiczna niechęć do Rosji ma oczywiście dobre strony. Oprócz nas (i może jeszcze Bałtów) nikt w Unii Europejskiej nie brał w ciągu ostatnich dwóch dekad zagrożenia ze strony putinowskiej Rosji na poważnie. Jakże prorocze – niestety – okazały się słowa Lecha Kaczyńskiego wypowiedziane w Gruzji w 2008 roku. Zgodnie z naszym postrzeganiem Rosji jej autokratyczny władca – Władimir Putin agresję na Ukrainę inicjuje z pobudek zarówno ideowo-imperialistycznych, jak i wewnętrzno-politycznych – czyli pragmatycznych, tj. rozpętuje konflikt, aby zagarnąć część ziem ponoć „historycznie rosyjskich” i w ten sposób wzmocnić swoją pozycję w kraju. Dziś niektórzy dodają także jego „niezrównoważenie psychiczne”, typowe dla tyranów. Takie opinie można w Polsce przeczytać i usłyszeć z kręgów wielu środowisk ideowo-politycznych od lewa, poprzez liberalne centrum, aż po prawo. Oczywiście w tym przekazie jest dużo prawdy, ale pomijany jest w nim regularnie dość istotny szczegół.
Otóż z narracji naszych mediów i polityków najczęściej wynika, jakoby nasi wieczni ideologiczni sojusznicy – a więc np. tracący do niedawna w słupkach sondażowych ulubieniec środowisk liberalno-lewicowych prezydent Joe Biden oraz tracący w słupkach sondażowych ulubieniec prawicy premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, ostrzegali przed agresywnymi działaniami Rosji głównie z pobudek romantyczno-ideowych. Czyli że oni niby chcą szczepić demokrację na wschód od Bugu oraz nieść bezpieczeństwo i pokój Ukraińcom bezinteresownie, tyle że czynią to może trochę niemrawo.
Starając się zatem oceniać obecną sytuację na zimno, to działania Amerykanów, pomimo pohukiwania i gróźb kierowanych pod adresem Rosji oraz ostrzeżeń przed inwazją, które okazały się ze wszech miar trafne, Kreml miał prawo interpretować jako „zielone światło do przejęcia Ukrainy”. Amerykańska reakcja na aneksję Krymu, Ługańska i Doniecka była niemrawa. W polityce zawsze ważną rolę odgrywają symbole. Gdyby to Polska pierwsza wycofała swoją ambasadę z Kijowa i prosiła obywateli o opuszczenie Ukrainy – mało kto na świecie potraktowałby ten fakt poważnie. Ale skoro zrobiły to Stany Zjednoczone – cały świat zachodni, zwłaszcza świat biznesu, zaczął panikować i wycofywać się z Ukrainy zanim nastąpiła inwazja. Mieliśmy tu zatem do czynienia z „Kabulem-bis” i Rosjanie nie mogli zinterpretować tego faktu inaczej. Doprawdy trudno sobie zresztą wyobrazić, by także Amerykanie nie rozumieli skutków własnych działań. Być może niedługo podobnie rozumować będą także Ukraińcy i to nie tylko ci, którzy dzierżą stery władzy. Wycofujący się w panice za Amerykanami z Ukrainy biznes zachodni skutkowałby i tak niemal pewną zapaścią gospodarczą na znajdującej się pod bagnetami rosyjskimi Ukrainie nawet wówczas, gdyby Rosjanie do Ukrainy nie wkroczyli – a co dopiero teraz.
Jednak tragiczne wydarzenia, które mają obecnie miejsce za naszą wschodnią granicą niekoniecznie muszą zaowocować takimi skutkami, jakich chciałyby polskie elity. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, że po trudach wojny chwiejna „stabilizacja pod bagnetami”, podminowana czysto ludzkim strachem o własne życie, może w przyszłości wywołać apatię u tych Ukraińców, którzy nie opuszczą swojego kraju (uchodźcami władze na Kremlu nie będą się przecież przejmować), zaś gniew ukraińskiego ludu może równie dobrze zostać skierowany przeciwko władzom własnego kraju, które nie były w stanie zapewnić bezpieczeństwa obywatelom. Dość przypomnieć jak w naszej historiografii, i to nie tylko komunistycznej, ale także emigracyjnej, były, a czasem i są dzisiaj oceniane rządy sanacji z okresu tuż przed wybuchem wojny. Jeśli dodamy do tego fakt, którego my, jakże tolerancyjni przecież przedstawiciele cywilizacji łacińskiej jakoś nie potrafimy przyjąć do wiadomości, a mianowicie, że wiele społeczeństw i narodów świata działania Zachodu polegające na „zaszczepianiu” demokracji postrzega jako czysty przejaw imperializmu – czyli dokładnie tak, jak my spoglądamy na działania Rosji, to może okazać się, iż Putin wcale nie stoi na straconej pozycji, dokonując inwazji na Ukrainę. Nawet jeśli hipotetycznie założyć spełnienie się w przyszłości naszego chciejstwa, a mianowicie że prezydent Rosji zostanie w jakiś sposób „odstrzelony”, putinowskie „zwycięstwo zza grobu” (prawdziwego lub w przenośni) nie jest wykluczone. Irak, Afganistan czy kraje Ameryki Łacińskiej są tego dobrym przykładem. Wszędzie tam Amerykanie i ich sojusznicy nieśli szczytne idee wolności, demokracji i tolerancji, a kończyło się na rozlewie krwi, wojnach i chaosie. Czy nam się to podoba czy nie, nawet w Europie są w tej chwili nacje, które otwarcie sprzyjają Rosji, na przykład Serbowie.
Wcale nie jest zatem wykluczone, że prozachodnio obecnie nastawieni Ukraińcy zaczną z czasem traktować USA i ich sojuszników z Europy jako partnerów niewiarygodnych, w których nie można pokładać większych nadziei. Hasło „Ukraina w UE” jest przecież raczej z gatunku science fiction. Poza tym trudno uwierzyć w trwały odwrót Zachodu od Rosji. Węgrzy nawet go nie symulują. Polak czy Litwin nie zostawi po wojnie tyle pieniędzy w kasynach Monte Carlo, butikach Mediolanu czy sklepach z zegarkami w Zurychu, co bogaty Rosjanin, któremu z kilkunastu miliardów dolarów po straszliwych sankcjach Zachodu na koncie zostanie „skromnych kilka”.
Patrząc pragmatycznie na kwestię bezpieczeństwa naszego kraju nie ulega wątpliwości, że Polska powinna orientować się przede wszystkim na NATO, zwłaszcza na militarne mocarstwo, jak USA, na potęgę gospodarczą, jak Niemcy, oraz na Unię Europejską jako całość bez względu na to, jakimi wadami jest ona obarczona. Chodzi tu bowiem nie tylko o „kasę z Brukseli”, ale i o nasze bezpieczeństwo. Tu nie ma w ogóle nad czym dyskutować. O ile jednak w odniesieniu do polityki Niemiec, naszego „wiecznego” wroga, polski nos jest dość silnie (poniekąd słusznie) wyczulony z uwagi na zaszłości historyczne i obecną współpracę naszego zachodniego sąsiada z Rosją, której symbolem jest Nord Stream 2 i obecne działania hamulcowe w odniesieniu do nakładania ostrych sankcji na Rosję, o tyle w USA, naszego „wiecznego” sojusznika, jesteśmy nadal wpatrzeni niczym w bożka. Oczywiście jest to dzisiaj najpoważniejszy zewnętrzny gwarant naszej niepodległości obok kordonu coraz słabszych państw dzielących nas od Rosji, z których Ukraina jest podmiotem największym. Ale jakoś nie mam przekonania, że dla naszego Wielkiego Brata zza Wielkiej Wody, a zwłaszcza dla jego europejskich sojuszników na zachód od Odry, utrzymanie integralności Ukrainy jest ważniejsze niż dajmy na to niepodległość Tajwanu.
Tak samo jak nie mam przekonania, że nawet militarne opanowanie Ukrainy przez Rosję przeszkodzi w uruchomieniu gazociągu Nord Stream 2. Romantyzm w polityce zagranicznej raczej nie jest czymś, co przyczynia się do osiągania zakładanych celów. W obliczu konfliktu zbrojnego za naszą wschodnią granicą nie jest to, niestety, dobry prognostyk ani na dziś, ani na przyszłość. Oczywiście po inwazji na Ukrainę zajmowanie stanowiska w pierwszym szeregu krajów domagających się jak najostrzejszych sankcji dla Rosję było koniecznością, podobnie jak niesienie pomocy humanitarnej Ukraińcom, pomoc uchodźcom i wreszcie dochowanie pełnej lojalności wobec naszych partnerów z NATO w konflikcie z Rosją. Ale już pomoc militarna dla Ukrainy, której symbolem jest hałas wokół przekazania naszych MIG-ów Ukraińcom, wydaje się być obarczona ogromnym ryzykiem. Krótko mówiąc, ponieważ czasy są niewesołe, w tyle głowy warto zapisać sobie morał, który płynie z tego oto dowcipu:
– Jak łatwo poznać prawdziwego pioniera na Dzikim Zachodzie?
– Po strzałach w plecach.
dr Andrzej Dwojnych
przez Michał Matuszak | czwartek 10 marca 2022 | opinie
* * *
Nr 1
Związki pracownicze, na nie bracie tylko liczę
Posiadacz mnie wysiudał z zysku, który mu wyćwiczę
Wbrew wyobrażeniu, łączy szefie nas niewiele
Twój finansowy sukces to moje upodlenie
Transakcje, spekulacje, zza kulis pertraktacje
Hegemoniczny rynek prowadzi swą narrację
Krucjata ideologii, neoliberalne szambo
Wybiło już dawno, tworząc dookoła bagno
Bank Światowy i Fundusz Walutowy
Destrukcja społeczeństw przy pomocy rewolty
Odtąd kto nie przedsiębiorczy, ten odstaje od normy
W systemie grodzenia nie ma już łąk wspólnych ani pastwisk
Miarą sukcesu jest finansowy na konto zastrzyk
Choćby dawał światu sam plastik i pastisz
Zwolennicy terapii szokowej zawieszeni są jak karnisz
Zyski prywatyzowane, uspołeczniane nadal straty
Uberyzacja pracy, zyski korpo podane na tacy
Ta dysproporcja boleśnie doskwiera jak sośnie siekiera
Solidarność pracownicza, jak równość, od dawna umiera
A ci co mają mało boją się ryzykować
By nie utracić resztek godności
To nie moja błyskotliwość, tak mówi psychologia
Dlatego nie chcę być prekariuszem
Upaćkanym pariasem w kapitału strukturze
A ci co mniej wytrwali dyndają na sznurze
Jak rolnik z Pendżabu, który doświadczył rynkowego krachu
Uderzam w kapitalizm celnie jak Piguła
Przez całe życie jebana harówa
I co z tego, że odpowiednio się nie wykształciłem
W tym manifeście chodzi o nasze bycie
Ci co mniej wytrwali powpadali w rozpacz
Jak polska szwaczka, której zakład się rozpadł
Eksperymenty chłopców z Chicago
Gospodarka jak plansza Monopoly
W systemie naczyń połączonych
Nie ma miejsca do swawoli
Rygor panów zza kotary
Lobby niczym czarnoksiężnik uskutecznia swe podłe czary
Coś w tym świecie zgrzyta, potwornie mi nie odpowiada
Gdy jeden nie dojada, na koncie drugiego spoczywa suma horrendalna
Przyprawiająca o ból głowy, większa niż budżet państwa
Prywatyzacja zagarnia publiczną przestrzeń
Którą przy każdej nadarzającej się okazji kapitał zdepcze
Rządy silne są wobec słabych, za cienkie na tych mocnych
Ile jeszcze czasu na niesprawiedliwość będziemy zamykać oczy?
Błogosławiona jest własność prywatna, a daleko w tyle człapią pozostałe prawa
Prawdą ponoć jest, że urodziłem się w najlepszym systemie
Z biegiem lat ocknąłem się, że coś jest nie teges
Rwetes tu, słów szeroki strumień wypływa z ust
I będę już od dawna gotowy
Kiedy ciche głosy oburzenia zleją się w chóralne tony
Agresywnie nawołujące do obalenia
Kapitalistycznego kolosa, osiadłego u podstaw jak osad
Dosadnie, strąćmy panów z ufortyfikowanych posad
Klaruje się silna potrzeba rewolucji jak Zapatyści
Te myśli, nie chcą już opuścić mojej głowy
Pora na raban, nie ma miejsca na rezygnacji skowyt
Nr 2
Stoimy nad urwiskiem, a w dole tańczy pożoga
Czas się pożegnać, ogromna szkoda
Tych zniszczeń nie zrekompensuje nam żadna kwota
Na ocalenie coraz mniej szans, a zresztą na co mi hajs
Kiedy z ziemi zrobiliśmy ten szajs
Decydenci składają deklaracje, nic to nie daje
Protokół z Kioto, porozumienia kopenhaskie i paryskie
Nie przyniosły nic poza ufajdanym kłamstwem politycznym pyskiem
W wystąpieniach obiecują zmianę
Nie cichną echa gromkich oklasków
Co nie zmienia faktu, że nadal tkwimy w potrzasku
Tworzę jedność z światem, nie jak dualizm Kartezjusza
Filozofia, która wycisk przyrodzie narzuca
Różnica między podmiotem a przedmiotem
Uzmysławia kogo wyzyskiwać i co można posiadać
Choć ludzkie ciało na produkt też się nada
To nie błąd w mechanizmie, system to jedna wielka wada
Wycieczkowiec z turystami kontra tubylcza tratwa
Czy myślę, więc jestem?
Przez to reszta świata musi być martwa?
Biznes zgładził naturę, uczynił z niej na półkach towar
Stabilność świata zahaczona o próchniejący konar
Wszystkim dziś można handlować
To co dla nas jest bezcenne oznacza tani surowiec w łańcuchu dostaw
Indywidualne wybory to wciąż za mało
By życie na Ziemi uratowano
Spychana odpowiedzialność na nasze sumienia
Odwrócenia uwagi wielkim molochom potrzeba
Bo wybiórczo dobierane dane traktują nieuczciwie prawdę
Nie zawsze jest to kłamstwem, lecz pomijanym faktem
Obłudą mamiącymi masy reklamami i promocjami
Celebryckimi uśmiechami i marketingowymi zabiegami
A to czego potrzebuję to czyste powietrze
Woda wsiąkająca w glebę i ptaki na wietrze
W obliczu żywiołu serce me truchleje
Woda gasi pragnienie w dniu upalnym i daje pożywienie
Powodzie i ulewy, przeciwnie, jak ostrzeżenie
Choć nie jestem czcicielem ognia jak zaratusztrianie
To bez niego nie ma na ziemi życia panie
Lecz nieokiełznany może też nam je odebrać
Równanie jest proste, to żadna algebra
Z naturą ludzkość się musi pojednać
Nie ma odwrotu, to kwestia nadrzędna
Tu nie ocali nas polisa od Ergo Hestia
Nadmiernej konsumpcji nie można zaprzestać
Bo mimo nasycenia rynku on dalej brzuch swój chce napełniać
Otwór pustki wciąż się poszerza, a dziura to niepomierna głębia
W podmuchach wiatru coraz częściej czuć destrukcję
Orkany nadciągają, meteorolodzy imionami je oswajają
Chyba przeczuwają, że te zjawiska staną się już normą
Hormon szczęścia zniżkuje i nie poprawia mi nastroju
Ile by nie opublikowano badań zwojów
Głos denialistów nieustępliwie szturmuje do boju
Nr 3
Choć cię nie widać, nie znaczy, że jesteś niezauważalny
Dane krążą jako towar, funkcjonujemy wszyscy w trybie zdalnym
Informacja tutaj nie jest równa wiedzy
Uchodzi za znawcę typ w temacie niekompletny
Sprowadzone życie jest do ciągu cyfr
Przewidywalność w sieci jak czytanka dla dzieci
Cyfrowa dyscyplina, pierdolony tayloryzm
Bezwiedne wykonawstwo, indywidualność to tylko pozory
Autonomia kończy się, gdy uwierzytelniasz system logowaniem
Niby coś dostajesz, ale więcej jednak dajesz
Myślenie jednostkowe przemielone w strumień
Danych, których oddać nie chcemy, a oddajemy
Nie wiedząc nawet kiedy
Reguły gry nie są symetryczne, niestety
Profilaktyka ma się dobrze?
Puls sprawdzisz w telefonie,
w zegarku poziom cukru,
Streaming porad i e-zdrowie
Sprywatyzowana wartość tworzona jest przez użytkownika
Choć nie nazwiesz tego pracą, robisz tu za pracownika
Hakowana psychika, login do podświadomości, mój nick to Michał
Siedzisz przed kompem, robisz swoje ekran obserwując
Role się odwróciły, teraz twoje zachowanie bacznie monitorują
Przekroczyli granice umysłu, brak czasu do namysłu
Sformatowane potrzeby, o których nie wiedziałeś
Lecz nieważne, dadzą ci szanse
Na spełnienie każde, kreowane niuanse
Kolejne skandale jak Cambridge Analytica
Wstrząsająca ingerencja jak eugenika
Wpływ GAFA na świat jak polityka
Otępiały zgadzam się na to i ciasteczka połykam
Nikt mnie tak szczegółowo nie zna jak algorytm
Jak algorytm, Dolina Krzemowa, Mark Elliot
Wszyscy jesteśmy pochłonięci przez monitory
Chcę posłuchać muzyki
A brzdęka reklamowy song
Twarz skądś kojarzę, lecz
czy to ktoś znajomy czy
zasponsorowany post
Manipulacji mam już dość
Na wskroś – prywatności penetracja
Odzyskanie danych to docelowa stacja
Niejasności i kolejne matactwa
Osobowość skatalogowana
W kwestii ochrony dopuścili się partactwa
Aplikacja – pracodawca, nie obroni cię tu prawo pracy
A inwestor bije temu z entuzjazmem brawo
Miało być klawo w świecie łatwo dostępnej wiedzy
Społeczne korzyści kontra dla garstki kupa pieniędzy
Stopa wzrostu musi stale rosnąć dla interesanta zwrotu
Rynek niekończących się przejęć, fuzji i obrotu
Nieubłagalnie dąży to do monopolu
Ponieśliśmy wyraźną porażkę na tym polu
Licencje, prawne zasieki, chciwość i patenty
Informacja obwarowana jak pręty, choć odebrana mi za darmo
Od zagęszczenia faktami robi się już gwarno
Żyjemy dziś wszyscy w centrum, nie ma już peryferii
Tkwimy w globalnej wiosce milionów osiedli
Waszyngton – Mogadisz, bogaci i biedni
Makler – pastuch, lubiani i wredni
To nie sci-fiction ani post-apokalipsa
Algorytm warunki rynkowe na nowo wymyśla
Oplótł cały glob jak pnącze ruinę
Informacja tutaj nigdy nie zginie
Bo tworzy się w niekończącej operacji
W efekcie sieciowym chodzi o mnogość reakcji
Aktywności powiązanej jak jony
I zrabowanej koncentracji
Przyszedł czas społecznej demokratyzacji
Wspólnica danych może przynieść społeczeństwu pozytywne zmiany
Inaczej będziemy nadal z prywatności ograbiani
Scenariusz do bani!
Michał Matuszak
przez redakcja | wtorek 8 marca 2022 | klasyka, opinie
Rozwój gospodarki kapitalistycznej spowodował, że miliony kobiet w świecie muszą pracować, aby zapewnić sobie głodową egzystencję. Niskie zarobki zmuszają, że obok męża musi iść do pracy zarobkowej kobieta, aby wspólnie z mężem pracować na utrzymanie swej rodziny. Toteż w obecnych ciężkich warunkach pracy i niskich zarobków znajdują się w znacznie gorszym położeniu kobiety, a w szczególności wdowy i panny, które muszą same pracować na utrzymanie siebie, a nieraz i swych rodzin. Jeżeli zważymy, że kobiety jako matki bardzo często są zmuszone do pracowania przy takich rodzajach pracy, które się odbijają bardzo szkodliwie na ich zdrowiu, oraz na zdrowiu ich dzieci.
Przez to kapitalizm wyrządza krzywdę nie tylko matkom, ale i młodemu pokoleniu, które przychodzi na świat o nadwyrężonym zdrowiu i siłach do życia. W dzisiejszych społeczeństwach spotykamy tu i owdzie setki tysięcy proletariuszy małokrwistych, scharlaciałych, z góry skazanych jako kandydatów podatnych do chorób zakaźnych, w szczególności tych, których gruźlica zabiera tysiące w młodym wieku jako skutki nędzy i głodu mas robotniczych.
Wobec tego, że kobiety dzięki warunkom wytworzonym są mniej podatne do organizowania się i uświadomienia, kapitaliści doceniają, że kobiety są mniej odporne w walce z wyzyskiem w wielu gałęziach przemysłu i chętnie przyjmują je do pracy, bo pracują za niższe wynagrodzenie, niż ich współtowarzysze pracy.
Statystyka wskazuje, że liczba kobiet zmuszonych do pracy zarobkowej stale wzrasta, zwłaszcza w krajach silnie uprzemysłowionych.
Na tysiąc ludności płci żeńskiej było czynnych [zawodowo] kobiet
1895–1905 1920–1925
W Wielkiej Brytanii 240 255
w Niemczech 201 357
w Holandii 168 183
w Stanach Zjednoczonych 222 259
Jeszcze jaskrawiej widać wzrastające znaczenie kobiet w życiu gospodarczym w następujących danych:
Na 1000 czynnych zawodowo mężczyzn było czynnych zawodowo kobiet
w latach 1895–1905 1920–1925
w Wielkiej Brytanii 249 255
w Niemczech 354 559
w Holandii 289 302
w Stanach Zjednoczonych 222 259
Ten wzrost liczby pracujących kobiet wskazuje, iż siłą żelaznej konsekwencji są one zmuszone ciężko pracować na swoje utrzymanie w tych krajach, gdzie ruch zawodowy odgrywa rolę znacznie większą jak w Polsce, albowiem w tych krajach przy wyższej kulturze i odpowiednich warunkach gospodarczych są znacznie wyższe zarobki niż w naszym kraju, a mimo to taka duża ilość kobiet jest zatrudniona przy pracy zarobkowej.
Dla charakterystyki w Polsce podajemy cyfry zatrudnionych kobiet w przemyśle włókienniczym.
Ogółem pracuje 52 733 kobiet i 5000 dziewcząt do lat 18, a w samej Łodzi 32 640 kobiet i 2300 dziewcząt W Polsce całej pracuje kobiet w szkodliwych zawodach.
Kobiet Młodocianych
Włókienniczym 50 proc., 5 proc.
Papierniczym 30 proc., 8 proc.
Drukarskim 27 proc., 16 proc.
Metalurgicznym 9 proc., 15 proc.
Płace kobiet przy mizernych zarobkach mężczyzn są niższe o 30 proc. Takie jest wykonywanie Konwencji Waszyngtońskiej. W szczególności w Łodzi nie przestrzega się ustawodawstwa o zakazie nocnej pracy kobiet i młodocianych. To nieprzestrzeganie ustaw dotyczących ochrony kobiet i młodocianych jest stosowne przez kapitalistów dlatego, iż robotnicy nie są należycie zorganizowania w szczególności kobiety.
Klasowe Związki Zawodowe od dość dawna interesują się tym zagadnieniem i robią wysiłki, aby kobiety organizować równorzędnie ze współtowarzyszami pracy. Kobiety świadomsze ze swej strony winny wszystko uczynić, co jest w ich mocy, aby rozszerzyć organizację zawodową wśród kobiet fabrycznych, bo to leży w interesie ogółu robotnic, aby przeprowadzić należytą walkę o wyzwolenie kobiety, aby one i ich dzieci z głodu nie konały.
Jest charakterystyczne, że w związku z akcją wyborczą wydawnictwa, a w szczególności odezwy Bloku Katolicko-Ludowego i Bloku Katolicko-Narodowego są poświęcone w dużej mierze dla pozyskania głosów kobiet na te listy nieprzejednanych wrogów klasy robotniczej.
Odezwy te w sposób obłudny wskazując jako głównych wrogów lewicę wysuwają straszak, że jak lewica zwycięży w wyborach do Sejmu to przeprowadzi rozwody i śluby cywilne w Sejmie, co będzie nieszczęściem w szczególności dla kobiet matek, ale odezwy te milczą o krzywdzie, jaką wyrządza współczesny kapitalizm proletariatowi, a w szczególności matkom i ich dzieciom.
Przecież wszyscy świadomi wiedzą, że to co piszą pismaki burżuazji, to są strachy na lachy mające na celu oszukać i otumanić kobiety z proletariatu w tym celu, aby pozyskać głosy nieświadomych na listy burżuazyjne. Przecież stwierdzone jest niewątpliwie dawno, że wszelką demoralizację, jak prostytucja, złodziejstwo, ciemnota, różne choroby i nieszczęścia, jak i brak pracy, głód, nędza, brak odpowiednich mieszkań itp. powoduje ustrój kapitalistyczny.
Czyż to lewica winna, że około pół miliona robotników było zmuszone wyemigrować do Francji, aby szukać środków do życia i tysiące z nich pozostawiło swe żony i dzieci w kraju, a rokrocznie 200 000 tysięcy z górą udaje się na roboty rolne do Niemiec i rodziny ich znajdują się w podobnych warunkach? Czy lewica winna, że setki i tysiące robotników pozbawionych pracy opuszcza swe rodziny w głodzie i nędzy i udaje się za pracą do innych miast? Czy to nie podrywa węzłów życia rodzinnego, o tym milczycie panowie i przechodzicie nad tym tragizmem i nieszczęściem do porządku dziennego.
Kobiety pracujące, odwróćcie się z pogardą od sługusów reakcji kapitalistycznej, nie dajcie się oszukać przy wyborach obecnych.
Walka o lepszy byt klasy robotniczej zarazem jest walką o polepszenie bytu kobiet pracujących. Toteż w obecnych wyborach kobiety-robotnice winny oddać swe głosy na listę partii socjalistycznych – nr 2.
Droga do wyzwolenia kobiety prowadzi przez demokrację i zdobycie pełni równouprawnienia w życiu politycznym i społecznym kobiet pracujących.
Kobiety same muszą się organizować i należeć do Związków Zawodowych i samodzielną siłą zbiorową walczyć nieustannie o swe postulaty – wyzwolenia kobiety.
Sprzymierzeńcem kobiet w ich walce są socjaliści i organizacje klasowe, a nie stronnictwa prawicowe, które zawsze idą z reakcją kapitalistyczną przeciwko klasie robotniczej, a więc i kobietom.
Kobiety robotnice muszą na każdym miejscu zdzierać maskę obłudy ze swoich wrogów klasowych i szerzyć świadomość o konieczności wspólnej walki z robotnikami o wyzwolenie kobiety z jarzma dzisiejszej niewoli wyzysku i uścisku.
A. S.
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Włókniarz. Miesięczny organ Związku Zawodowego Robotników i Robotnic Przemysłu w Polsce” nr 2/1928, Łódź, 15 lutego 1928 r. Było to pismo lewicowego związku zawodowego, związanego z Polską Partią Socjalistyczną. Autorem artykułu był prawdopodobnie Antoni Szczerkowski – z zawodu tkacz, lider PPS w Łodzi, lider tego związku zawodowego oraz przewodniczący komitetu redakcyjnego czasopisma. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez Jan Przybylski | niedziela 6 marca 2022 | opinie
Po upływie dziesięciu dni od agresji Rosji na Ukrainę na frontach wojny zapanował stan sprawiający wrażenie pauzy operacyjnej. Sytuacja Ukrainy jest niezwykle ciężka, a jej perspektywy wojenne pozostają wątpliwe. Widać jednak, że pierwotny plan rosyjskiego kierownictwa politycznego spalił na panewce. Inwazja nie okazała się spodziewanym, jak wszystko wskazuje, szybkim spacerkiem. Armia rosyjska poniosła istotne straty.
Do roszczeń każdej ze stron w zakresie szkód poczynionych w szeregach przeciwnika należy podchodzić z daleko idącym sceptycyzmem, podobnie jak rozmaite heroiczne historie (taką jak o gromiącym rosyjskie lotnictwo myśliwcu MiG-29, nazywanym „Duchem Kijowa”). Jednak dostępne w domenie publicznej i weryfikowane przez niezależnych obserwatorów dane pozwalają na ustalenie pewnych minimalnych poziomów.
Najtrudniejsze do określenia są straty ludzkie, jednak według ocen analityków Rosjanie mogli stracić już około 10 000 zabitych, rannych i zaginionych (wziętych do niewoli, dezerterów). Znacznie więcej wiadomo o sprzęcie. Analizy autorów serwisu Oryx wskazują, że agresor stracił do dziś co najmniej 31 zniszczonych, 50 zdobytych przez Ukraińców i 27 opuszczonych czołgów. Analogiczne wskaźniki dla bojowych wozów piechoty wynoszą 40, 45 i 24, dla dział samobieżnych 3, 5 i 8, dla artylerii holowanej 4, 2 i 3, dla rakietowej 6, 9 i 2, dla rakietowych i artyleryjskich zestawów przeciwlotniczych 14, 8 i 5. Ukraińcy wyeliminowali również znaczące ilości innego sprzętu lądowego. Nieco mniej dotkliwe straty poniosło dotychczas rosyjskie lotnictwo. Na pewno wiadomo o 3 bombowcach taktycznych Su-34, 2 myśliwcach wielozadaniowych Su-30SM, 4 szturmowcach Su-25 oraz 7 zestrzelonych i 2 opuszczonych po przymusowym lądowaniu śmigłowcach. W przypadku lotnictwa miniona doba przyniosła jednak wyraźne nasilenie strat. Strona ukraińska zniszczyła w tym czasie wszystkie 3 Su-34, jednego Su-30 i 3 śmigłowce. Można oceniać, że faktyczne straty pojazdów bojowych mogą być nawet dwukrotnie wyższe, przecieki wskazują również, że także w przypadku sprzętu powietrznego nie wszystkie materiały dotyczące strat Rosjan zostały, z różnych względów, upublicznione przez obrońców.
Opisane straty nie są porażające dla armii rosyjskiej jako takiej, której rozwinięte przeciwko Ukrainie jednostki stanowiły szacunkowo 20–25% pokojowych stanów w odniesieniu do wojsk lądowych. Dotyczy to w szczególności cieszących oko rozbitych ręką m.in. Matki Boskiej Javelińskiej czołgów agresora. Nawet znacznie większe straty będą możliwe do uzupełnienia w sytuacji, gdy liczba pojazdów tego rodzaju w linii oraz dostępnych w magazynach „od ręki” sięga 3000, a co najmniej drugie tyle, jeszcze z sowieckich zasobów, jest zmagazynowane do mobilizacji w ciągu nie więcej niż pół roku. Z tej perspektywy bardziej dotkliwe mogą być relatywnie mniejsze straty lotnictwa. Nowe Su-30SM czy Su-34 muszą zostać zamówione w fabryce i będą kosztować równowartość około 50 milionów dolarów. Realny koszt modernizacji wyciągniętego z magazynu czołgu T-72B do dość nowoczesnego standardu 3M nie przekroczy miliona dolarów, nawet jeżeli uznać oficjalnie podawane ceny za znacznie zaniżone.
Straty te są jednak bolesne dla sił wydzielonych przeciwko Ukrainie. Niektóre szacunki wskazują, że zaangażowanych zostało już nawet 80% spośród nich, a spora część poniosła znaczące straty lub wręcz została zniszczona przez twardą obronę ukraińską. Przy tym dotychczas prowadzone działania nie przyniosły Rosjanom decydującego powodzenia i realizacji celu politycznego.
Dotychczasowy brak sukcesu militarnego przy poważnych stratach można przypisać kolejnej z rzędu fatalnej kalkulacji rosyjskiego przywództwa politycznego. Najpierw nie doceniło ono determinacji Zachodu, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii w aspekcie wsparcia Ukrainy. Następnie rozpoczęło wojnę, do której w istocie nie były przygotowane zgromadzone siły rosyjskie. Można przypuszczać, że około 200-tysięczna armia inwazyjna, będąca mieszaniną wysokiej jakości jednostek elitarnych, znacznie gorszych ściągniętych z całego kraju i nawet Rosgwardii, czyli w istocie wojsk wewnętrznych, nieprzeznaczonych w żadnym razie do regularnej wojny, mogłaby osiągnąć ograniczone cele, sięgające wydarcia Zadnieprza. Jednak przywództwo polityczne postanowiło zaatakować całą Ukrainę. Spowodowało to blamaż rajdu na Kijów przeprowadzonego w pierwszych dniach wojny. Jednostki biorące udział w tej fatalnie zorganizowanej operacji zostały w dużej mierze rozgromione przez armię ukraińską i własną tragicznie złą logistykę, tracąc nawet 60% sprzętu. Wyniszczeniu uległy rzucane jakby na oślep desanty elitarnych wojsk powietrznodesantowych.
Przy tym wszystkim wydaje się, że w pierwszych dniach wojny Rosjanie chcieli ją prowadzić w sposób „elegancki” medialnie, bez nadmiernych ofiar dla podbijanej ludności. Preludium w postaci uderzeń rakietowych i lotniczych miało niewystarczający zakres i jak wykazały kolejne dni, nie było w stanie porazić ukraińskiej obrony przeciwlotniczej zasięgów krótkiego i średniego, a nawet lotnictwa, wrażliwego na ciosy. Taki koncept „operacji pokojowej”, lekceważący w niewiarygodny sposób zdolność stawiania oporu przez Ukraińców mimo publicznie znanej jej odbudowy po roku 2014 i równie nietajonemu wsparciu Zachodu, wskazywać może na dwie kwestie. Albo na daleko idące deficyty intelektualne rosyjskiego kierownictwa z Władimirem Putinem na czele, albo na rozpoczęcie wojny w sytuacji przymusowej, spowodowanej koniunkcją przyczyn wewnętrznych i zewnętrznych, przede wszystkim obawy przed strategiczną porażką z grającymi w nieprzewidziany przez Moskwę, bardzo ostry sposób Anglosasami. Niewątpliwie jednak matką rosyjskich kłopotów jest fundamentalnie błędna na którymś poziomie kalkulacja.
Ukraińcy w najmniejszym stopniu nie ułatwili Rosjanom zadania. Bezpodstawne okazały się wszelkie obawy o spoistość ich armii i całego państwa oraz społeczeństwa w obliczu inwazji. Nawet spore powodzenie Rosjan na kierunku południowym, gdzie korzystając z lokalnej przewagi i dobrego tam dowodzenia osiągnęli znaczące postępy, odbyło się w warunkach uporządkowanego cofania się sił ukraińskich. Uporczywa obrona Charkowa i Mariupola jest prowadzona w bohaterski i bardzo umiejętny sposób. Na kierunku kijowskim, na którym sytuacja na początku mijającego tygodnia wydawała się niezwykle ciężka, armii ukraińskiej udało się przeprowadzić skuteczne i bolesne dla wroga kontrataki. Oczywiście zasadnicze znaczenie ma tu wsparcie zagraniczne, zapewniane przede wszystkim (choć nie wyłącznie) przez państwa NATO. Nie mniejsze niż nagłaśniane dostawy nowoczesnego i skutecznego sprzętu znaczenie ma w tym zakresie pomoc informacyjna. Wszak samoloty rozpoznawcze, przede wszystkim amerykańskie i brytyjskie, nie operowały od końcówki ubiegłego roku nad Ukrainą i nie operują teraz nad Polską i Rumunią w celach krajoznawczych. Do ukraińskich dowództw płyną strumienie danych od sojuszników. Można nawet zastanawiać się, czy braki rosyjskiej łączności nie biorą się w pewnej mierze z oszczędnego stosowania w obawie przed jej pełnym „rozczytaniem” przez prowadzące nieustannie rozpoznanie elektronicznie samoloty Rivet Joint USAF i RAF.
Jednak ostateczną instancją na polu walki są Ukraińcy, sprawujący się ogólnie rzecz biorąc znakomicie, walczący tyleż ofiarnie, co profesjonalnie. Można mieć ogromne obawy o dalsze perspektywy tak obrońców, jak i ludności cywilnej. Rosjanie nie umieli poprowadzić wojny w sposób elegancki, zatem teraz prawdopodobnie będą dążyć do pokonania Ukrainy przez intensyfikację brutalności i wykorzystanie najmniej finezyjnej przewagi ogniowej. Jeżeli nie zdarzy się kolejna rzecz tak niespodziewana, jak sankcje wykraczające poza przedwojenne przewidywania i „odwrócenie” Niemiec, mogą swój cel osiągnąć.
Pozostaje mieć nadzieję, że w takim przypadku będzie to tylko wygrana wielkim kosztem runda globalnej rozgrywki. A kolejne zwrócą Ukraińcom nie tylko wolną, ale i zamożną, prężną ojczyznę, realizującą potencjał tej ziemi i tego narodu. W tych dniach udowodnili, że zasługują bez żadnych wątpliwości na taką właśnie, nie na półupadły postsowiecki kraj, jakim była Ukraina przez ćwierć wieku po rozpadzie Związku Sowieckiego.
dr Jan Przybylski
przez Jarosław Ogrodowski | czwartek 3 marca 2022 | opinie
24 lutego wszyscy na Zachodzie obudziliśmy się w nowym świecie. Obejrzeliśmy (niektórzy z nas kolejny raz) bomby spadające na ukraińskie miasta i rosyjskie czołgi wjeżdżające na terytorium sąsiedniego, suwerennego państwa. Ci z nas, którzy pamiętali rok 2014, wiedzieli że to kolejne stadium trwającej od ośmiu lat rosyjskiej napaści na Ukrainę, ale dla pozostałych był to szok. Wydawać by się mogło, że role w tej wojnie są proste – jest agresor, czyli Moskwa i jej dyktator, Władimir Putin. Jest ofiara – demokratyczny naród Ukrainy, który dzielnie broni się od lat przeciwko najeźdźcy. Są wreszcie widzowie – czyli my wszyscy. Jak się okazuje, nic nie jest aż tak proste.
Wojna w Ukrainie otworzyła nowy rozdział w historii Unii Europejskiej i szeroko rozumianego Zachodu. W ciągu niespełna tygodnia jej trwania ogromna większość krajów zachodnich przeszła z pozycji business as usual do pozycji totalnych sankcji gospodarczych i politycznych wymierzonych w moskiewski reżim. Zachodnie koncerny jeden po drugim paliły gospodarcze mosty, biorąc udział w przedziwnym i chyba nigdy nie widzianym na taką skalę wyścigu pomiędzy sobą i z własnymi rządami o to, kto szybciej i mocniej dołoży Rosjanom. Tak stanowcza reakcja zaskoczyła chyba wszystkich – nawet skrajni optymiści nie mogli spodziewać się takiej skali działań Zachodu, utożsamianego bardziej z leniwym i podstarzałym kotem uwielbiającym się wylegiwać w słońcu niż z groźnym tygrysem, który umie użyć kłów i pazurów. Zaskoczony był przede wszystkim Kreml, który najwyraźniej uległ własnej propagandzie, zaskoczony był też Pekin, który widząc, co się dzieje, stonował oficjalne komunikaty i przyjął postawę wyczekującą, choć początkowo udzielił Moskwie niemal bezwarunkowego poparcia. Zaskoczona była rosyjska ulica, od poniedziałku borykająca się z permanentnym brakiem gotówki. Zaskoczeni byli rosyjscy oligarchowie, których majątek topnieje w oczach (co nota bene napełnia moje serce ogromną radością). Zaskoczona też była, ale z zupełnie innego powodu, wschodnioeuropejska lewica.
Otwierając social media w ciągu pierwszych dni trwania wojny, wschodnioeuropejski lewicowiec dowiadywał się fascynujących rzeczy. Po pierwsze, agresorem nie jest wcale Rosja, ale NATO, które „rozszerzyło się” ponad miarę, obejmując obszar Europy Wschodniej i zagrażając Rosji. „Musimy zrobić bardzo dużo, by powstrzymać jakąkolwiek eskalację NATO. Musimy zbudować międzynarodową solidarność, która zapewni, że ludzie w Ukrainie będą mogli żyć w pokoju, a nie pod butem jakiejkolwiek armii. I że NATO wycofa się z Europy, szczególnie z Europy Wschodniej” – te słowa wczorajszego idola i gwiazdy lewicowych mediów, Janisa Warufakisa, wprawiały w osłupienie. „Jeśli zaczniemy od lutego 2022 roku, głównym problemem będzie atak Rosji na Ukrainę. Jeśli jednak zaczniemy od 1997 roku, głównym problemem będzie fakt, że Waszyngton naciskał na ekspansję NATO” – dodawała Naomi Klein, cytując „doskonałą analizę” Phylis Bennis (obydwa cytaty w podaję w tłumaczeniu polskim za tekstem „Antyimperializm idiotów” Stanisława Krawczyka z pisma „Kontakt” z 27 lutego br.). W podobnym tonie zdołali się również wypowiedzieć publicyści na łamach m.in. lewicowego „Guardiana” czy magazynu „Jacobin”.
Wszystkie te wypowiedzi cechowało kilka wspólnych punktów, które wydawałoby się powinny być niezwykle odległe od lewicowej agendy:
• obwinianie ofiary – argument z niedrażnienia Rosji jest przecież typowym argumentem z serii „nic by się jej nie stało, gdyby nie sprowokowała go strojem/zachowaniem/tym że wyszła z domu”
• odmowa podmiotowości – niepodległy i demokratyczny naród ma prawo wybierać swoją przyszłość i organizacje międzynarodowe, których chce być członkiem, pod warunkiem że akurat nie leży w strefie wpływów Rosji, bo wtedy nie, patrz punkt pierwszy
• skrajny zachodocentryzm – brak znajomości lokalnych uwarunkowań i bezpośrednie przekładanie swoich wartości i uprzedzeń na kraje o odmiennej kulturze i historii
Wszystkie te punkty do tej pory wydawały się być domeną raczej prawicy i to tej konserwatywnej, a nie liberalnej. Wiele z nich wręcz odkurzało zimnowojenne narracje o geopolityce, strefach wpływu i politycznym realizmie. Wczorajsi szafarze moralnego oburzenia dzisiaj nagle zaczęli dostrzegać odcienie szarości i zaczęli wzywać do opamiętania i umiarkowania. Ich odbiorcy jednak nie byli dla nas tak łaskawi.
Gdy wschodnioeuropejska lewica zaczęła protestować, a Adrian Zandberg napisał słynnego tweeta, którym zawstydził Naomi Klein, zachodni lewicowy komentariat odpowiedział działami. Spojrzenie w komentarze pod dowolnym wątkiem dotyczącym Ukrainy i jej walki przeciwko moskiewskiemu imperializmowi przynosiło zawsze te same wnioski. Ukrainą rządzą naziści, a wszyscy, którzy ich wspierają, również są nazistami. Wojna jest zawiniona przez NATO, które uraziło Rosję i zagroziło jej bezpieczeństwu. Bezpieczeństwo mieszkańców Ukrainy jest nieistotne, bo Afganistan/Syria/Jemen/wpisz dowolny inny nieeuropejski kraj. Polacy i reszta wschodnich Europejczyków to rasiści, ponieważ przyjmują uchodźców z Ukrainy, ale nie chcieli przyjąć tych z Syrii, Jemenu, Afganistanu, Afryki (nieważne, że Afryka to nie jest jeden kraj – nagle zachodnia lewica zaczęła postrzegać cały kontynent tak, jak zazwyczaj według niej postrzega go prawica). Naziści rządzą również w Europie i wysyłają ukraińskim nazistom broń, aby ich rękami pognębić Rosję, która z bliżej nieznanego powodu nazistowska akurat nie jest. Całej tej awanturze z kolei przewodzi nazistowski prezydent Ukrainy, który co prawda jest Żydem, ale jak była łaskawa napisać jedna z użytkowniczek twittera „jest tylko wynajętym aktorem i gra swoją rolę”. Bo, jak wiadomo, Żydzi są niemoralnymi chciwcami, którzy zrobią wszystko dla pieniędzy. Gdzieś już słyszeliśmy tę antysemicką piosenkę, prawda?
Po pierwsze, taką melodię cały czas grają putinowskie media. Napaść na Ukrainę jest według nich „operacją wojskową”, a jej celem jest „denazyfikacja Ukrainy”. Kreml usiłuje nas wszystkich przekonać, że w Kijowie siedzi faszystowsko-nazistowski reżim, a sam Zeleński jest w prostej linii spadkobiercą Bandery i Hitlera, marzącym tylko o tym, aby zetrzeć w proch demokratyczne i wolne narody. To wszystko zaś przekazywane jest w akompaniamencie bomb spadających na Babi Jar, miejsce kaźni dziesiątek tysięcy ukraińskich Żydów – bomb, które wystrzeliwane są przez moskiewskich żołnierzy, a nie ukraińskich „nazistów”.
Po drugie, słowo „nazista” używane zamiennie ze słowem „faszysta”, stało się w ostatnim czasie, szczególnie na młodej lewicy, wygodnym wytrychem. Każdy, kto nie zgadza się z nami i nie jest wystarczająco taki jak my – jest nazistą/faszystą. Każdy, kto nie zachowuje ideologicznej czystości – jest nazistą/faszystą. Uważasz, że wojsko jest potrzebne, a granice to nie są tylko kreski na mapie? Jesteś faszystą! Uważasz, że państwo ma prawo bronić swoich granic przed obcą napaścią? Jesteś faszystą! Uważasz że państwo ma prawo uczestniczyć w sojuszu obronnym? Jesteś faszystą! Nie przeliczasz każdego czołgu czy helikoptera na miejsca i pluszowe misie w żłobkach i szpitalach? Jesteś faszystą! Wpłacasz na ukraińską armię, a nie na zbiórkę na rzecz uchodźców z Syrii (mimo że wpłacasz i tu, i tu)? Jesteś faszystą!
I tak dalej, i tak dalej. Faszyzm unosi się nad lewicą jak ogromna gradowa chmura, a faszyści i naziści są wśród nas, wychylając swoje paskudne łby. Wschodnioeuropejska lewica została wzięta w dwa ognie – od przodu atakują ją za faszystowskie odchylenie wczorajsi zachodni towarzysze, od tyłu zaś atakuje ją za niewystarczającą czystość ideologiczną jej własny narybek z lewicowych grupek i forów. Samo poparcie decyzji o byciu w NATO i prawa do samostanowienia wschodnioeuropejskich narodów wystarcza, aby zapłonął stos.
Politycy i polityczki partii lewicowych są zdziwieni, choć nie powinni być. Ten stos rozpalano już bardzo wiele razy, ale dopóki płonęli na nim inni, nie budziło to ich wielkiego oporu. Łatwo było wzruszyć ramionami i nie zauważać, w końcu wtedy płonął mityczny „alt-left” albo „stara lewica” – teraz jednak zapłonęli oni sami. W Polsce partia Razem musiała wystąpić z lewicowych międzynarodówek (Progressive International i DiEM25), za co została solidnie zgrillowana zarówno na Zachodzie, jak i przez własny komentariat. Mógłbym oddać się tutaj schadenfreude, ale byłoby to bezcelowe. Odbieram ten ruch jako odważny i potrzebny, idący w poprzek bieżących politycznych interesów partii, ale za to ideologicznie i moralnie słuszny. Mam nadzieję, że tą drogą pójdą również inne wschodnioeuropejskie lewicowe ugrupowania i będzie to solidny fundament do budowania własnej podmiotowości, dalekiej od niewolniczego powielania zachodnioeuropejskich, a przede wszystkim anglosaskich kalek, zazwyczaj mocno nieprzystających do wschodnioeuropejskich realiów.
Spierajmy się, kłóćmy, rozmawiajmy – ale róbmy to samodzielnie i na własnych warunkach. W końcu na tym polega faszyzm: że mamy wielość poglądów, wielość głosów i nie wszyscy myślimy tak samo. I że traktujemy innych jako równych sobie, jak każdy porządny nazista powinien.
Jarosław Ogrodowski
przez Taras Bilous | niedziela 27 lutego 2022 | opinie
Piszę te słowa w Kijowie, który jest pod ostrzałem artylerii.
Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że wojska rosyjskie nie rozpoczną inwazji na pełną skalę. Teraz mogę tylko podziękować tym, którzy są odpowiedzialni za wyciek informacji do amerykańskich służb wywiadowczych.
Wczoraj pół dnia spędziłem zastanawiając się, czy powinienem wstąpić do jednostki obrony terytorialnej. Następnej nocy ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał rozkaz pełnej mobilizacji, wojska rosyjskie przemieściły się i przygotowały się do okrążenia Kijowa – a to zadecydowało za mnie.
Ale zanim zajmę stanowisko, chciałbym przekazać zachodniej lewicy, co myślę o jej reakcji na agresję Rosji na Ukrainę.
Przede wszystkim jestem wdzięczny tym lewicowcom, którzy teraz pikietują pod rosyjskimi ambasadami – nawet tym, którzy nie spieszyli się z uświadomieniem sobie, że to Rosja jest agresorem w tym konflikcie.
Jestem wdzięczny politykom, którzy popierają wywieranie nacisku na Rosję, aby powstrzymała inwazję i wycofała swoje wojska.
Jestem wdzięczny delegacji brytyjskich i walijskich posłów, związkowców i aktywistów, którzy przybyli, aby nas wesprzeć i wysłuchać w ostatnich dniach przed rosyjską inwazją.
Jestem również wdzięczny Kampanii Solidarności z Ukrainą w Wielkiej Brytanii za jej wieloletnią pomoc.
Ten tekst dotyczy drugiej części zachodniej lewicy. Tych, którzy wyobrażali sobie „agresję NATO na Ukrainie”, a nie widzieli agresji rosyjskiej – jak nowoorleański oddział Demokratycznych Socjalistów Ameryki (DSA).
Albo Międzynarodowy Komitet DSA, który opublikował haniebne oświadczenie, gdzie nie wypowiedział ani jednego krytycznego słowa przeciwko Rosji (jestem bardzo wdzięczny amerykańskiemu profesorowi i aktywiście Danowi la Botzowi i innym za krytykę tego oświadczenia).
Albo ci, którzy krytykowali Ukrainę za niewdrożenie porozumień mińskich i przemilczali ich łamanie przez Rosję i tzw. Republiki Ludowe.
Albo ci, którzy wyolbrzymiali wpływy skrajnej prawicy na Ukrainie, ale nie dostrzegali jej w „Republikach Ludowych” i unikali krytyki konserwatywnej, nacjonalistycznej i autorytarnej polityki Putina. Część odpowiedzialności za to, co się dzieje, spoczywa na was.
Jest to część szerszego zjawiska w zachodnim ruchu „antywojennym”, zwykle nazywanego przez krytyków lewicowych „kampizmem”. Brytyjsko-syryjska pisarka i aktywistka Leila Al-Shami nadała mu mocniejszą nazwę: „antyimperializm głupców” [nawiązanie do znanego stwierdzenia, że „antysemityzm to socjalizm głupców”, spopularyzowanego w ruchu socjalistycznym pod koniec XIX wieku – przyp. redakcji NO]. Przeczytajcie jej wspaniały tekst z 2018 roku, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. Powtórzę tu tylko główną tezę: działalność dużej części zachodniej „antywojennej” lewicy po wojnie w Syrii nie miała nic wspólnego z powstrzymaniem wojny. Sprzeciwiali się jedynie ingerencji Zachodu, ignorując, a nawet wspierając zaangażowanie Rosji i Iranu, nie mówiąc już o ich stosunku do „prawowicie wybranego” reżimu Assada w Syrii.
„Wiele organizacji antywojennych usprawiedliwiało milczenie w sprawie rosyjskich i irańskich interwencji, argumentując, że »główny wróg jest na miejscu«” – napisała Al-Shami. „To zwalnia ich z podejmowania jakiejkolwiek poważnej analizy sił w celu ustalenia, kim w rzeczywistości są główni aktorzy kierujący wojną”.
Niestety, ten sam stereotyp ideologiczny powtórzył się na Ukrainie. Nawet po tym, jak Rosja uznała niepodległość „Republik Ludowych” na początku tego tygodnia, Branko Marcetic, autor amerykańskiego lewicowego magazynu „Jacobin”, napisał tekst prawie w całości poświęcony krytyce USA. Jeśli chodzi o działania Putina, posunął się on tylko do stwierdzenia, że rosyjski przywódca „sygnalizował posiadanie nie-do-końca łagodnych ambicji”. Serio?
Nie jestem zwolennikiem NATO. Wiem, że po zakończeniu zimnej wojny blok stracił funkcję obronną i prowadził agresywną politykę. Wiem, że ekspansja NATO na wschód podkopała wysiłki zmierzające do rozbrojenia nuklearnego i stworzenia systemu wspólnego bezpieczeństwa. NATO próbowało zmarginalizować rolę ONZ i Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie oraz zdyskredytować jako „organizacje nieefektywne”. Ale nie możemy cofnąć przeszłości i, szukając wyjścia z tej sytuacji, musimy poruszać się w obecnych okolicznościach.
Ile razy zachodnia lewica wspominała nieformalne obietnice USA wobec byłego prezydenta Rosji Michaiła Gorbaczowa dotyczące NATO („ani jednego cala na wschód”), a ile razy wspominała o memorandum budapeszteńskim z 1994 r., które gwarantuje suwerenność Ukrainy? Jak często zachodnia lewica popierała „uzasadnione obawy o bezpieczeństwo” Rosji, państwa posiadającego drugi co do wielkości arsenał nuklearny na świecie? I jak często wyrażała obawy o bezpieczeństwo Ukrainy, państwa, które pod presją USA i Rosji musiało zamienić swoją broń nuklearną na kawałek papieru (Memorandum Budapeszteńskie), i który Putin ostatecznie zdeptał w 2014 roku? Czy kiedykolwiek lewicowym krytykom NATO przyszło do głowy, że Ukraina jest główną ofiarą zmian spowodowanych rozszerzeniem NATO?
Zachodnia lewica wielokrotnie odpowiadała na krytykę Rosji, wspominając agresję USA przeciwko Afganistanowi, Irakowi i innym państwom. Oczywiście trzeba podjąć dyskusję na ten temat – ale w jaki konkretnie sposób?
Argumentem lewicy powinno być to, że w 2003 roku inne rządy nie wywierały wystarczającej presji na Stany Zjednoczone w sprawie Iraku, a nie to, że teraz trzeba wywierać mniejszy nacisk na Rosję w sprawie Ukrainy.
Oczywisty błąd
Wyobraź sobie przez chwilę, że w 2003 roku, gdy Stany Zjednoczone przygotowywały się do inwazji na Irak, Rosja zachowywała się tak, jak Stany Zjednoczone w ostatnich tygodniach: groziła eskalacją.
A teraz wyobraź sobie, co rosyjska lewica mogła zrobić w tej sytuacji, zgodnie z dogmatem „nasz główny wróg jest na miejscu”. Czy skrytykowałaby rosyjski rząd za tę „eskalację”, mówiąc, że „nie powinna narażać na szwank sprzeczności międzyimperialistycznych”? Dla każdego jest oczywiste, że takie zachowanie byłoby w takim przypadku błędem. Dlaczego nie było to oczywiste w przypadku agresji na Ukrainę?
W innym artykule z „Jacobina” z początku tego miesiąca Marcetic posunął się nawet do stwierdzenia, że Tucker Carlson z Fox News miał „całkowitą rację” co do „kryzysu ukraińskiego”. To, co zrobił Carlson, to zakwestionowanie „strategicznej wartości Ukrainy dla Stanów Zjednoczonych”. Nawet Tariq Ali z „New Left Review” z aprobatą przytoczył kalkulacje niemieckiego admirała Kay-Achima Schönbacha, który powiedział, że okazywanie Putinowi „szacunku” za pomocą braku kwestionowania jego działań w sprawie Ukrainy jest „niskim kosztem, nawet brakiem kosztu”, biorąc pod uwagę, że Rosja może być użytecznym sojusznikiem przeciwko Chinom. Czy oni mówią poważnie? Jeśli USA i Rosja mogłyby dojść do porozumienia i rozpocząć nową zimną wojnę przeciwko Chinom jako sojusznicy, to czy my naprawdę właśnie tego chcieliśmy?
Reformowanie ONZ
Nie jestem fanem liberalnego internacjonalizmu. Socjaliści powinni go krytykować. Ale to nie znaczy, że musimy popierać podział „sfer interesów” między państwa imperialistyczne. Zamiast szukać nowej równowagi między dwoma imperializmami, lewica musi walczyć o demokratyzację międzynarodowego porządku bezpieczeństwa. Potrzebujemy globalnej polityki i globalnego systemu bezpieczeństwa międzynarodowego. To drugie już mamy: to ONZ. Tak, ma wiele wad i często jest przedmiotem uzasadnionej krytyki. Ale można krytykować, żeby coś obalić lub żeby coś poprawić. W przypadku ONZ potrzebujemy tego drugiego. Potrzebujemy lewicowej wizji reform i demokratyzacji ONZ.
Oczywiście nie oznacza to, że lewica powinna wspierać wszystkie decyzje ONZ. Ale ogólne wzmocnienie roli ONZ w rozwiązywaniu konfliktów zbrojnych pozwoliłoby lewicy zminimalizować znaczenie sojuszy wojskowo-politycznych i zmniejszyć liczbę ofiar. (W poprzednim artykule pisałem, jak siły pokojowe ONZ mogły pomóc w rozwiązaniu konfliktu w Donbasie. Niestety, teraz straciło to na znaczeniu.) W końcu potrzebujemy ONZ również do rozwiązania kryzysu klimatycznego i innych globalnych problemów. Niechęć wielu międzynarodowych lewicowców do odwołania się do tej organizacji jest strasznym błędem.
Po tym, jak wojska rosyjskie zaatakowały Ukrainę, redaktor europejskiego „Jacobina” David Broder napisał, że lewica „nie powinna przepraszać za sprzeciwianie się wojskowej odpowiedzi USA”. To i tak nie było zamiarem Bidena, jak wielokrotnie powtarzał. Ale duża część zachodniej lewicy powinna uczciwie przyznać, że zupełnie spieprzyła formułowanie odpowiedzi na „kryzys ukraiński”.
Moja perspektywa
Zakończę krótkim opisem swojej perspektywy.
W ciągu ostatnich ośmiu lat wojna w Donbasie była głównym problemem, który podzielił ukraińską lewicę. Każdy z nas kształtował swoje stanowisko pod wpływem osobistych doświadczeń i innych czynników. Zatem inny ukraiński lewicowiec napisałby ten artykuł inaczej.
Urodziłem się w Donbasie, ale w rodzinie ukraińskojęzycznej i nacjonalistycznej. Mój ojciec związał się w latach 90. ze skrajną prawicą, obserwując upadek gospodarczy Ukrainy i wzbogacenie się byłego kierownictwa partii komunistycznej, z którą walczył od połowy lat 80. Oczywiście ma bardzo antyrosyjskie, ale też antyamerykańskie poglądy. Do dziś pamiętam jego słowa z 11 września 2001 roku. Gdy oglądał w telewizji upadające Bliźniacze Wieże, powiedział, że odpowiedzialni za te zniszczenia byli „bohaterami” (już tak nie sądzi – teraz uważa, że sami Amerykanie wysadzili je celowo).
Kiedy w Donbasie w 2014 roku wybuchła wojna, mój ojciec wstąpił do batalionu Aidar jako ochotnik, mama uciekła z Ługańska, a dziadek i babcia pozostali w swojej wiosce, która znalazła się pod kontrolą Ługańskiej Republiki Ludowej. Mój dziadek potępił rewolucję Euromajdanu na Ukrainie. Popiera Putina, który, jak mówi, „przywrócił porządek w Rosji”. Mimo to wszyscy staramy się rozmawiać (choć nie o polityce) i pomagać sobie nawzajem. Staram się im współczuć. W końcu mój dziadek i babcia całe życie pracowali w kołchozie. Mój ojciec był robotnikiem budowlanym. Życie nie było dla nich łaskawe.
Wydarzenia z 2014 roku – rewolucja, po której nastąpiła wojna – skierowały mnie w przeciwnym kierunku niż większość ludzi na Ukrainie. Wojna zabiła we mnie nacjonalizm i popchnęła mnie na lewicę. Chcę walczyć o lepszą przyszłość dla ludzkości, a nie dla narodu. Moi rodzice, z ich postsowiecką traumą, nie rozumieją moich socjalistycznych poglądów. Mój ojciec protekcjonalnie odnosi się do mojego „pacyfizmu”. Odbyliśmy nieprzyjemną rozmowę po tym, jak pojawiłem się na antyfaszystowskim proteście wzywającym do rozwiązania skrajnie prawicowego pułku Azow.
Gdy wiosną 2019 roku prezydentem Ukrainy został Wołodymyr Zełenski, miałem nadzieję, że zapobiegnie to katastrofie, która dzieje się teraz. Trudno przecież demonizować rosyjskojęzycznego prezydenta, który wygrał programem pokojowym dla Donbasu i którego żarty cieszyły się popularnością zarówno wśród Ukraińców, jak i Rosjan. Niestety się pomyliłem. O ile zwycięstwo Zełenskiego zmieniło stosunek wielu Rosjan do Ukrainy, to jednak nie zapobiegło wojnie.
W ostatnich latach pisałem o procesie pokojowym i o ofiarach cywilnych po obu stronach wojny w Donbasie. Próbowałem promować dialog. Ale teraz to wszystko poszło z dymem. Nie będzie kompromisu. Putin może planować, co chce, ale nawet jeśli Rosja zajmie Kijów i zainstaluje swój okupacyjny rząd, będziemy się temu opierać. Walka będzie trwała, dopóki Rosja nie opuści Ukrainy i nie zapłaci za wszystkie ofiary i zniszczenia.
Stąd moje ostatnie słowa kieruję do narodu rosyjskiego: pospieszcie się i obalcie reżim Putina. Leży to zarówno w waszym, jak i w naszym interesie.
Taras Bilous
tłum. Magdalena Okraska
Tekst ukazał się 25 lutego 2022 r. na ukraińskim portalu internetowym commons.com.ua
przez Remigiusz Okraska | piątek 25 lutego 2022 | opinie
Nie jest łatwo pisać, gdy na sąsiedni kraj trwa bandycka napaść zbrojna. Mam też poczucie pewnej niestosowności takich zajęć, gdy niedaleko giną ludzie mordowani przez rosyjskich najeźdźców. Oni alarmy przeciwlotnicze, my klepanie w klawiaturkę. Ale milczeć nie wypada.
1. Rosja jest krajem bandyckim. Po prostu. Tu nie ma czego niuansować. Mamy w Europie pierwszy od czasów napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę przypadek pełnoskalowej, jawnej agresji jednego kraju na inny. Kraju większego i znacznie silniejszego na niewielki i słaby. Nie wojny domowej, nie konfliktu częściowego, nawet nie „operacji pokojowych”, w ramach których bombardowano z powietrza. Nie jest to nic nowego w rosyjskiej historii. Jest ona historią napaści, ekspansji, bandytyzmu i terroru. Traktowanych jako naturalne i oczywiste metody rządzenia czy osiągania celów politycznych lub gospodarczych. Przez wieki i aż do czasów współczesnych. W Polsce wiemy o tym dobrze, ale inni wolą nie wiedzieć i lubią zapominać. Rosja poza krótkimi okresami znaczącego osłabienia niemal zawsze stosowała właśnie takie metody. Czasami w nieco mniej zakrwawionych rękawiczkach, jak wtedy, gdy inspirowała separatyzmy w rodzaju tego w Naddniestrzu. Ale zwykle robiła to jawnie i bez pardonu. Jeśli dzisiaj ktokolwiek twierdzi, że Putin go oszukał, że nie można się było tego spodziewać itp., to musi mieć niezwykle krótką pamięć lub pustą głowę – po napaści na Gruzję, po bandyckiej pacyfikacji Czeczenii itp.
2. W Polsce to (nieendecka) prawica była jedynym środowiskiem, które nieprzerwanie, mocno i bez naiwnych nadziei podkreślało taki charakter Rosji. Wyśmiewani przez lata jako oszołomy, paranoicy, miłośnicy teorii spiskowych, pogrążeni w przeszłości itp. Tak portretowano tych ludzi. Jednak to właśnie oni mieli rację. Bracia Kaczyńscy, Jan Olszewski i inne postaci tego obozu politycznego. Nie liberałowie, nie autorzy opowiastek mówiących, iż żyjemy już w innym świecie, że „wybierzmy przyszłość”, że Rosja się zmieniła, że szkoda czasu na wyciąganie wniosków z historii, że nie są potrzebne wzmacnianie obronności czy decyzje infrastrukturalne wymierzone w uzależnienie od Rosji i jej pożytecznych idiotów w rodzaju tych z Berlina. To nie ci, którzy robili w Polsce za autorytety intelektualne i najtęższe mózgi, lecz ci uważani za świrów czy maniaków – okazali się mieć rację. Dziś, gdy wielu nagle trzeźwieje, warto przypominać o tym niewygodnym fakcie.
3. Modne niegdyś wywody o końcu historii i nastaniu wiecznego porządku liberalnej demokracji, wyglądające jak okładki pisemek Świadków Jehowy, zostały już wielokrotnie sfalsyfikowane i wyśmiane. Dziś jednak w naszej części świata zadano im ostateczny cios. Historia nie skończyła się, historia przyspieszyła. Historia to bomby na Kijów. Wszystko jest takie, jak było. Wojny, napastnicy, konieczność gotowości do obrony, agresja silnych wobec słabych, pokój trwający tylko tak długo, jak przeciwnik czuje respekt przed twoimi zdolnościami do odparcia napaści. Nie zmieniły tego pełne sklepy, konsumpcyjny nadmiar, obfitość wszystkiego na wyciągnięcie ręki, grubsze portfele, komfort. Nie nastąpiła też żadna wielka zmiana kulturowa. Naczytaliśmy się o globalizacji i uniformizacji kulturowej. Ale Rosja nadal jest Rosją, nie istnieje żaden globalny etos kulturowy spod znaku liberalizmu, bycia miłym i załatwiania sporów w biurze rozjemczym usytuowanym w galerii handlowej. Globalizacja polega na tym, że rosyjscy oligarchowie bawią się w Londynie, a zwykli Rosjanie mają smartfony, ale nie na tym, że Rosja rezygnuje ze swoich odwiecznych zamiarów, pomysłów i metod. Można było śmiać się z grubo ciosanych wywodów Huntingtona o zderzeniach cywilizacji i samych wiecznotrwałych cywilizacjach, ale jeszcze śmieszniejsze i całkiem durne okazały się wizje, wedle których nacje, kraje i kręgi kulturowe właściwie się nie różnią, może tylko cechami pozytywnymi z punktu widzenia zwiększania oferty konsumenckiej, więc wszyscy w ramach jednej globalnej rodziny będziemy robić spokojnie interesy. Dopiero od kilku lat te dziecinne wizje odchodzą do lamusa, ale organizowały one debatę i wyobraźnię zbiorową przez kawał czasu.
4. To Europa, głównie Niemcy, „wyhodowali” Putina. I w sensie robienia z nim interesów i normalizowania wizerunku Rosji, i w kwestii uzależnienia od rosyjskich surowców, i w sferze wydawania ogromnych pieniędzy na rosyjskie produkty, i w temacie partnerskiego traktowania Putina i niereagowania na kolejne jego łajdackie poczynania. Można i należy wskazywać na szeroką prorosyjską siatkę polityczną w Europie, głównie w postaci ugrupowań skrajnej prawicy, ale kluczowymi sojusznikami Putina okazał się mainstream polityczny krajów zachodu Europy. Co najmniej tolerujący, a często ułatwiający wieloaspektową ekspansję Rosji na każdym polu: politycznym, gospodarczym, a także nie mniej dzisiaj ważnym kulturowo-wizerunkowym (organizacja ważnych imprez, sponsorowanie znanych klubów itp.). Merkel powinna siedzieć za współudział.
5. Zachód jest słaby i dupowaty. Słaby nie dosłownie, bo jego potencjał militarny i gospodarczy pozwoliłby rzucić Rosję na kolana w ciągu kwartału, wysłać ją na samo dno piekła. Słaby w sferze reakcji, chęci i jedności. Gdy stolica europejskiego kraju jest bombardowana i ostrzeliwana, elita potężnych i bogatych krajów zastanawia się nad reakcją i podejmuje nieśmiałe kroki. Nie sięga po te choć ciut bardziej dotkliwe, jak odłączenie Rosji od systemu SWIFT, w ogromnej większości przypadków nie dostarcza Ukrainie broni. Nawet nie mówi jednym głosem. Zwyczajowo prorosyjskie szmaciarskie zachowania Orbána bledną na tle tego, że kraj NATO, Turcja, odmawia blokady cieśnin morskich wobec rosyjskich okrętów wojennych. Samo NATO też nie robi niczego poważnego. Dotkliwymi sankcjami byłyby bombowce nad Rosją (i jej białoruskim przyczółkiem), a nie to bezjajeczne ugładzone słodkie pierdzenie, że może coś tam, a może jednak nie, że może zaraz, a może kiedyś. Putin i jego koledzy z rosyjskiej elity władzy śmieją się z tego wszystkiego. I z niewielkiej reakcji, i z jej mizernej dotkliwości, na którą zapewne od dawna byli przygotowani. A będzie zapewne tylko gorzej, gdy wraz z upływem czasu wszystko zacznie się rozmywać. Za pół roku Rosjanie będą pełnoprawnymi uczestnikami „spotkań na szczycie”, a za rok czy dwa wróci temat powierzania im prestiżowych imprez sportowych czy kulturalnych. To samo, może nawet szybciej, w kwestii robienia z nimi interesów.
6. Naród ukraiński i jego liderzy zapisują kartę wielkiej chwały. Nie ma słów, by wyrazić podziw dla narodu ukraińskiego, jego armii, zachowań mnóstwa cywilów, a także dla liderów politycznych. Szczególnie prezydenta Zełeńskiego, który jako pierwszy przywódca państwa od wielu lat zasługuje na zgrany i wyświechtany termin męża stanu. Merkel nie powinna mu nawet czyścić butów, nie zasługuje ona na to. Przedstawiany przez polskich „znawców” jako komik, swego czasu jako „człowiek znikąd”, a nawet „człowiek Putina”, pokazuje, na czym polega przywództwo polityczne w godzinie najwyższej próby. Być może to historia uczyniła go kimś takim, ale historia inne charaktery łamie w takich okolicznościach jak zapałki. Zełeński ma też absolutną rację, gdy w słowach pełnych goryczy mówi, że Ukraina została sama, że Zachód robi dla niej niewiele, że nikt nie chce u jej boku walczyć z rosyjskim najeźdźcą. To są słowa prawdy rzucone w twarze moralnych zer. W twarze ludzi, którzy są liliputami na tle tych mieszkańców Ukrainy, których reporterzy pytają, do kiedy będą się bronić, a oni odpowiadają: do końca.
7. Zachodnia lewica zapisuje kartę wielkiej hańby. Ogromna część środowisk zachodniej lewicy, w tym jej najtęższe umysły, staje po stronie Rosji. Bez wiedzy o realiach regionu, z niemal wprost rasistowskim lekceważeniem praw narodów Europy Wschodniej, ich wolności i samostanowienia, reprodukują antyzachodnie, antynatowskie, antyimperialistyczne i w efekcie prorosyjskie klisze. Tworzą ekwilibrystyczne konstrukcje, wedle których to Ukraina zagraża Rosji, a NATO, w znacznej mierze olewające Ukrainę, ma jakoby wchodzić w „sferę wpływów” Rosji. Nie ma czegoś takiego jak sfery wpływów, nie jesteśmy poddanymi Rosji tak samo, jak Meksykanie, Wenezuelczycy, Kubańczycy czy Boliwijczycy nie są w „sferze wpływów” USA. Rosja jest dla krajów naszego regionu tym, czym dla „boliwarystów” Ameryki Południowej i Środkowej jest USA. Można i należy mieć wiele zastrzeżeń do poczynań USA i NATO – sam je wielokrotnie miałem i wyrażałem, łącznie ze sprzeciwem wobec napaści na Serbię, Irak czy Libię – ale to żaden powód, aby usprawiedliwiać i pokrętnie wyjaśniać czy wspierać imperializm rosyjski. Konsekwentny antyimperializm dotyczy wszystkich imperiów i ich napaści. Także takich poczynań Rosji. Liderzy zachodniej lewicy okazują się łajdakami i kretynami, gdy w imię „antyamerykanizmu”, krytyki NATO, idealizowania Rosji itp., wspierają imperializm kremlowski. Takie nazwiska jak Corbyn, Warufakis, Mazzucato, redaktorzy „Jacobina” itp. – są dziś nazwiskami idiotów w ogóle i nazwiskami pożytecznych idiotów Putina. Są oni idiotami na wielu poziomach. Nie potrafią dotrzymać wierności nawet swojej doktrynie. Lenin głosił zasadę samostanowienia narodów. Leniniści uważają, że niech imperium robi co chce z Ukrainą i odmawia jej praw. Lenin stworzył rozróżnienie na zły nacjonalizm narodów uciskających i zrozumiały nacjonalizm narodów uciskanych. Leniniści twierdzą, że niech silna, mocarstwowa Rosja robi „denazyfikację” słabej Ukrainy. Po drugie, to idealizowanie Rosji jest po prostu dziecinne, niegodne przytomnego człowieka. Zapatrzenie sporej części zachodniej lewicy w ZSRR było naiwne, a z punktu widzenia narodów naszej części świata ohydne, ale wiązało się z jakąś obietnicą alternatywy systemowej. Dzisiejsza Rosja nie ma nic wspólnego nawet z tamtym projektem. Jest krajem wielkich nierówności społecznych, wyzysku, neoliberalizmu, mizernego socjalu, potężnych fortun oligarchów, brutalnej akumulacji kapitału przez uprzywilejowaną i bezwzględną garstkę, podatku liniowego, podwyższanego wieku emerytalnego itp. Nie trzeba być „prozachodnim”, żeby nie mieć za grosz sympatii wobec Rosji z lewicowego punktu widzenia. Nie trzeba wielbić „ładu amerykańskiego”, aby na Rosji położyć lagę – nie ma ona nic wspólnego nawet z takimi niedoskonałymi projektami antyzachodnio-socjalnymi, jak Wenezuela czy Libia za rządów Kaddafiego. Jest neoliberalnym reżimem ograniczonej demokracji, bliżej jej do prawicowych rządów w typie Pinocheta niż do jakiegokolwiek projektu lewicowego, a jej „antyzachodniość” ma taki sam sens, jak „antyzachodniość” Mussoliniego. W dodatku typowe dla zachodniej lewicy doszukiwanie się postaw prawicowych w łonie społeczeństwa ukraińskiego jest odkrywaniem Ameryki setki lat po Kolumbie – tak, w obliczu presji i zagrożenia dla własnej tożsamości, niepodległości i bytu państwowego Ukraińcy gromadzą się m.in. wokół nacjonalistów, a ich tożsamość narodowa bywa „bojowa”. To Putin produkuje takie postawy swoją polityką. Ten sam Putin, którego wychwala wiele środowisk skrajnej prawicy z Zachodu, co zachodnim „antyfaszystom” jakoś nie przeszkadza w wielbieniu czy idealizowaniu obecnej Rosji. Tradycje polskiej lewicy – jej niegdyś głównego nurtu, symbolizowanego przez PPS – są zupełnie inne: przeciwko Rosji i jej imperializmowi, za niepodległością ludów naszej części świata i za ich pokojową koegzystencją. Gdy jakiś pajac wzdycha do knuta i nahajki z poziomu próżniaczego życia w Nowym Jorku, to należy życzyć, aby doczekał i zaznał tego na własnym tyłku.
8. Uważam, że docelowo Rosja powinna zostać zniszczona. Zdruzgotana militarnie i gospodarczo. Rozparcelowana. Wszystkie ludy, które tłamsiła, mordowała i terroryzowała, powinny same stanowić o sobie, być niepodległe, dysponować suwerennymi niepodległymi państwami. Tylko Rosja słaba i niewielka to Rosja, która nie zagraża innym na poważniejszą skalę. Jak to zrobić, to inna rzecz, ale nie ma innej alternatywy dla pokoju w tej części świata.
9. Putin chujło.
10. Chwała wolnej, niepodległej, suwerennej Ukrainie. Kij w oko wszelkim postawom i środowiskom prorosyjskim. Z lewa, z prawa, skądkolwiek. Bliższy jest mi pierwotniak pantofelek, niż wy, skurwysyny.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. SaveUkraine z Pixabay.
przez Shira Feder | środa 23 lutego 2022 | opinie
Stany Zjednoczone mają problem ze swoją wagą – ale nie w taki sposób, w jaki mogłoby się wydawać. Według Centers for Disease Control and Prevention ponad 70% Amerykanów ma nadwagę lub jest otyłych. Ale jest jeszcze jedna strona „epidemii otyłości”. Taka, o której nie mówi się wystarczająco dużo. To uprzedzenia wobec grubych osób.
Amerykanie, którzy nie są otyli, żyją w strachu, że staną się takimi. Szacuje się, że 45 milionów z nich jest na jakiejś diecie. Według sondażu Gallupa 45% Amerykanów niepokoi się wagą, a w jednym z badań prawie połowa dziewcząt w wieku od 3 do 6 lat stwierdziła, że martwi się, iż przytyje.
To nic nowego.
Wiek XX rozpoczął się burzliwą debatą na temat gorsetów. Czy kobiety powinny nadal je nosić, aby wyglądać szczuplej? A co z zagrożeniami zdrowotnymi, zwężeniem jelit, które wiąże się z zaciskaniem talii na wiele godzin? Omdlewanie stało się tak powszechne, że zamożne kobiety miały w swoich domach „pokoje do mdlenia”, w których mogły dojść do siebie po epizodach utraty przytomności. Kobiety pod ogromną presją społeczną nosiły gorsety pomimo przeciwnych zaleceń medycznych.
W 1921 r. niejaki G. B. Pulfer napisał w czasopiśmie branżowym „Gorsety i bielizna”, że „lęk przed obwisłymi ciałami, lęk przed utratą sylwetki, lęk przed bezwładnym wyglądem” trzymał kobiety w gorsetach. Odwoływał się do strachu, który zaczął nawiedzać etos kulturowy Ameryki: strachu przed tłuszczem.
W XIX wieku bycie grubym oznaczało bogactwo, a szczupłość – ubóstwo. Sto lat później to przekonanie uległo odwróceniu. Profesor Peter Stearns, autor „Fat History”, mówi, że najpierw zmieniły się wzorce dostępu do żywności. System przetworzonej obfitości zastąpił wcześniejsze niedobory. Potem zmieniły się modele pracy, a kapitalizm oznaczał mniej czasu na samodzielne gotowanie: Amerykanie pracują średnio najdłużej w świecie uprzemysłowionym.
Pod koniec XIX wieku lekarze prowadzili kampanię, by przekonać opinię publiczną, że szczupli ludzie żyją dłużej, są bardziej stabilni emocjonalnie i atrakcyjni niż ich grubi odpowiednicy. Niektórzy lekarze „z radością wykorzystywali komercyjne możliwości, jakie niosła populacja bardziej świadoma wagi i borykająca się z nadwagą w połowie XIX wieku”, pisze Jayne Raisborough w książce „Fat Body, Health and the Media”. Wtedy po raz pierwszy rynek zalały produkty dietetyczne, takie jak Safe Fat Reducer firmy Kellogg i tabletki Dr. Vincent’s Anti-Stout Pills.
Po II wojnie światowej strach przed tłuszczem przerodził się w fobię. W latach pięćdziesiątych psychologowie zaczęli argumentować, że bycie grubym jest objawem „nieprzystosowania i niepewności”, a otyli ludzie są „nieszczęśliwi, nadmiernie folgujący sobie i pozbawieni samokontroli”, zgodnie z „Fat History” Stearnsa. „Dziewczyny przybierają na wadze, ponieważ są zaburzone emocjonalnie” – to jeden z przykładów powojennej pseudonauki cytowanej w tej książce.
Te obawy były również związane z supremacją białych, mówi Sabrina Strings, autorka książki „Fearing the Black Body: The Racial Origins of Fat Phobia” („Obawa przed czarnym ciałem: rasowe korzenie fatfobii”). Błędna nauka o rasie stworzyła stereotyp „dużej czarnej kobiety” i powiązała otyłość z byciem Afr(oamer)ykaninem. „Smukłość stała się formą amerykańskiej wyjątkowości” – mówi Strings. Byłby to znak, że biali są rzekomo bardziej zdyscyplinowani niż Afrykanie, których sprowadzono do Ameryki Północnej na fali handlu niewolnikami. Ta ponura historia pokazuje sposób, w jaki fatfobia została wykorzystana do wzmocnienia propagandy rasistowskiej.
Fatfobia, definiowana jako „irracjonalny strach, niechęć lub dyskryminacja wobec otyłości lub osób z otyłością”, nie jest tylko kwestią uprzedzeń personalnych. Jest to kwestia strukturalna, która wpływa na każdy aspekt naszego życia, od ekonomii po psychologię. Mary Himmelstein, badaczka, która skupia się na konsekwencjach zawstydzania osób z nadwagą (fatshamingu), mówi: „Kiedy pomyślisz o piętnowaniu wagi, w zasadzie dostrzeżesz je wszędzie”, od placówek edukacyjnych, przez media, po relacje osobiste. A takie piętnowanie może mieć wiele szkodliwych skutków.
Ostatnie akceptowalne uprzedzenie
Stres związany z nadwagą wpływa na zdrowie psychiczne i fizyczne, a także na śmiertelność i obciążenie chorobami, mówi Himmelstein. Wpływ tej stygmatyzacji na zdrowie psychiczne jest skorelowany z myślami samobójczymi, depresją, lękiem i zaburzeniami odżywiania. W badaniu z 2019 r. naukowcy odkryli, że „większe” dzieci tak bardzo niepokoiły się potwierdzeniem negatywnych stereotypów związanych z otyłością, że ich zdolności w nauce zostały rzeczywiście zmniejszone.
Badaczki Paula Brochu i Victoria Esses twierdzą, że fatfobia jest naszą ostatnią akceptowalną kulturowo formą uprzedzeń. Grubsze postaci często pojawiają się w telewizji i filmach, aby można je było wyśmiewać, a ich waga jest używana jako skrót narracyjny, wyjaśniający, że postać jest leniwa lub nieinteligentna (patrz Gruba Amy z „Pitch Perfect”). W serialu Netfliksa „Insatiable” główny bohater zakłada kostium dodający kilogramów (fat suit), co wskazuje, że używanie tak obraźliwych tropów wydaje się producentom lepsze niż zatrudnienie prawdziwej grubej osoby.
Do dziś dowcipy „o grubych” są nadal pierwszym wyborem komików i nadal jest społecznie akceptowalne, aby grubi ludzie byli publicznie wyśmiewani. Badaczki Rebecca Puhl i Chelsea Heuer twierdzą, że społeczeństwo to usprawiedliwia, „ponieważ osoby otyłe są osobiście odpowiedzialne za swoją wagę”, a wstyd może motywować je do zmiany stylu życia.
Ale zawstydzanie ludzi, aby schudli, nie działa. W przełomowym badaniu obejmującym 2600 nastolatków badaczka Janet Tomiyama odkryła, że powiedzenie „jesteś za gruba” z czasem zwiększyło u badanych przyrost masy ciała, a także powodowało zaburzenia odżywiania.
Ekonomia nadwagi
W internecie jest mnóstwo miejsc, które mają pomóc ludziom z dylematem „robienia zakupów, gdy jest się grubym” (shopping while fat, nawiązanie do amerykańskich sformułowań „driving while drunk” i „driving while black” – przyp. tłum.). To zadanie, któremu można często sprostać tylko online. Ludzie z nadwagą muszą zmagać się z „podatkiem od tłuszczu”, zjawiskiem, zgodnie z którym otyli płacą więcej za przedmioty takie, jak odzież i meble. Wiele linii lotniczych wymaga od osób z nadwagą wykupowania dwóch siedzeń, a materace, rowery, a nawet trumny dla osób o większych rozmiarach kosztują więcej.
Niektórzy twierdzą, że grubi ludzie powinni płacić więcej za te przedmioty, ponieważ zużywają więcej materiału. Ale przemysł odzieżowy nie ustala swoich kosztów na podstawie ilości użytej tkaniny – koszty są obliczane na podstawie podaży i popytu. Na przykład wysocy ludzie nie płacą więcej za dłuższe spodnie. Gdyby przemysł odzieżowy po prostu pobierał opłaty za ilość materiału, ubrania dla niemowląt byłyby najtańszym zakupem.
Innym sposobem, w jaki grubi ludzie są pozbawiani praw obywatelskich pod względem ekonomicznym, są kwestie zawodowe. Badania pokazują, że osoby z nadwagą są rzadziej zatrudniane, rzadziej awansują i są opłacane gorzej niż ich szczupli odpowiednicy. Jedno z badań wskazuje, że tylko 15% menedżerów ds. rekrutacji zatrudniłoby kobietę z nadwagą, a dyskryminacja ze względu na wagę jest legalna w każdym stanie poza Michigan.
Firmy ubezpieczeniowe mogą legalnie pobierać wyższe stawki od osób, których wskaźnik masy ciała przekracza 25, pomimo faktu, że BMI ma skomplikowaną, medycznie kontestowaną historię. Nawet leki na receptę, takie jak tabletka „po”, antykoncepcja i antybiotyki, są często nieskuteczne u osób otyłych.
Medyczne koszty nadwagi
Nadwaga oznacza otrzymanie nieodpowiedniej opieki medycznej. Lekarze spędzają mniej czasu z grubymi pacjentami i okazują im mniej empatii. Kiedy otyli ludzie idą do lekarza, często po prostu mówi im się, aby przeszli na dietę, niezależnie od innych problemów medycznych, jakie mogą mieć. Połowa kobiet biorących udział w badaniu z 2013 r. powiedziała, że odkłada pójście do lekarza, dopóki nie będą w stanie schudnąć.
„Nie ma sposobu, aby stwierdzić tylko na podstawie jego wyglądu, do jakiego stopnia ktoś jest zdrowy” – mówi Himmelstein. Podczas gdy otyłość może zwiększać ryzyko zawałów serca i cukrzycy, możliwe jest zachowanie zdrowia metabolicznego, choć jest się otyłym. W niektórych przypadkach otyłość może być nawet zaletą, jeśli chodzi o pewne choroby.
Nasz „przemysł odchudzania”, mający wartość 72 miliardów dolarów – nie działa. Naukowczyni Traci Mann poświęciła większość kariery udowadnianiu, że diety są lepszymi wskaźnikami długoterminowego przybierania na wadze niż cokolwiek innego. A termin „dieta”, mający teraz negatywne konotacje, został zastąpiony słowem „zdrowie” dzięki wzrostowi popularności pseudonaukowych wypowiedzi na instagramie, np. aktorki Gwyneth Paltrow i wielu wpływowych osób. Według Himmelsteina to tak naprawdę to samo: „Ludzie mówią »Chcę, żebyś był zdrowy«, co oznacza »Chcę, żebyś schudł«”.
Ze względu na seksistowską, rasistowską historię walki z otyłością i istniejący „przemysł zdrowia” nastawiony na zysk, mamy wszechobecne i akceptowalne uprzedzenia, które każdego dnia krzywdzą ludzi. Ale nie musimy w tym tkwić. „Jedną z najważniejszych rzeczy, które ludzie mogą na początek zrobić, jest zbadanie własnych uprzedzeń” – przekonuje Himmelstein. „Świadomość tych uprzedzeń może pomóc w zmniejszeniu dyskryminacji, tak jak w przypadku każdej innej piętnowanej tożsamości”.
Shira Feder
tłum. Magdalena Okraska
Powyższy tekst ukazał się w wydaniu internetowym „Yes Magazine” w listopadzie 2019 r.
przez redakcja | niedziela 20 lutego 2022 | klasyka, opinie
W 1928 r. w zameczku La Sarraz w Szwajcarii zebrało się, na zaproszenie p. Hélène de Mandrot, grono zbuntowanych przeciw rutynie pionierów nowego budownictwa, któremu wielki architekt francuski Le Corbusier przedstawił następujące zasadnicze tematy do przedyskutowania:
Nowoczesna technika i jej konsekwencje w budownictwie; standaryzacja; zagadnienia socjalno-ekonomiczne; zagadnienia budowy miast; wychowanie młodego pokolenia architektów. Zebranie to ukonstytuowało placówkę współpracy międzynarodowej: CIAM – Les Congrès Internationaux d’Architecture Moderne. Dla każdego kraju wyznaczono delegata CIRPAC-u (Comité International pour la Réalisation des Problèmes d’Architecture Contemporaine – Komitet Międzynarodowy dla realizacji problemów architektury współczesnej), któremu powierzono organizację miejscowej grupy Kongresów.
Już w lutym następnego, 1929 roku, odbył się pierwszy Kongres CIÀM-u w Bazylei, pod przewodnictwem prof. Karola Masera, zmarłego niedawno architekta szwajcarskiego. Postawiono od razu sprawę na szerokiej płaszczyźnie społecznej: nowa architektura służyć musi szerokim kręgom konsumentów. Brak zdrowej podstawy, brak czynnika masowości odbiera rację bytu zawodowi architekta. I dlatego program działalności Kongresów nie obejmuje tematów indywidualnych; już wówczas postawiliśmy sobie za cel dojście do syntezy funkcjonalnego miasta.
W zrozumieniu różnorodności problematów, składających się na pojęcie „Miasto”, postanowiono przede wszystkim zebrać materiał obiektywny, stwierdzający istniejący stan rzeczy. Zaczęto od elementu najmniejszego: mieszkania dla „szarego człowieka”, rozpatrywanego pod kątem potrzeb biologicznych: Air – son – chaleur – lumiére – prawa każdego człowieka do powietrza, światła, ciepła i ciszy w obrębie mieszkania.
Opracowano kwestionariusze i wzory dla jednolitego przedstawienia planów „mieszkania najmniejszego” – takiego, jakie się w danym mieście najczęściej spotyka i takiego, jakim powinno być. Już wówczas Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa przyszła grupie polskiej z pomocą. Teodor Toeplitz ogromnym nakładem pracy wypełnił jeden z kwestionariuszy i był pierwszym członkiem Kongresu w charakterze nie architekta, lecz specjalisty: społecznika i spółdzielcy.
Ponieważ miasto Frankfurt n. Menem, podporządkowane talentowi organizatorskiemu Ernsta Maya, miało wówczas w dziedzinie masowego zaspakajania potrzeb mieszkaniowych najwięcej bodaj do powiedzenia – tam odbył się II Kongres. Zebrani fachowcy uzgadniają wymagania, stawiane „mieszkaniu najmniejszemu”. Rezultaty opublikowano w wydawnictwie „Die Wohnung für das Existenzminimum”. Zebrane plany wystawione były w r. 1930 w WSM w Warszawie, podczas wystawy „Mieszkanie najmniejsze”.
Kongres frankfurcki konstatuje fakt, że nie można realizować dobrych tanich mieszkań bez racjonalnego rozwiązania sposobu zabudowy dzielnic mieszkaniowych, i postanawia rozpatrzyć na następnym kongresie łączenie komórek mieszkalnych w większe jednostki. Zainicjowano wystawę i wydawnictwo „Racjonalne sposoby zabudowy dzielnic”, mające na celu:
a) porównanie przez jednolicie zestawione tablice możliwości zabudowy w ramach istniejącego prawodawstwa budowlanego w poszczególnych krajach;
b) opracowanie w jednolity sposób prób poprawienia zabudowy z punktu widzenia higieny i komunikacji.
III Kongres w Brukseli. Wystawa „Racjonalne sposoby zabudowy dzielnic mieszkaniowych”. Zestawienie zdobyczy kilkunastu krajów. Przodują ówczesne Niemcy, dzięki wybudowanym osiedlom Frankfurtu n. Menem, Dessau, Karlsruhe-Dammerstock, Celle, Kassel, Berlina etc. Projekty i realizacje grup szwajcarskiej, amerykańskiej, belgijskiej, holenderskiej, węgierskiej, hiszpańskiej, francuskiej etc. Projekt Praesensu, osiedla WSM na Rakowcu – pierwszego w Polsce osiedla, w którym domy ustawione są zdecydowanie „frontem do słońca a nie do rynsztoka”.
Kongres przekonuje się na mocy zebranego materiału, że architekci wszystkich niemal krajów walczą o zapewnienie mieszkańcom miast – światła, powietrza, zieleni przez racjonalne sposoby zabudowy, wypracowane w latach ostatnich (zabudowa liniowa). Na przeszkodzie stoją sztywne plany regulacji miast, nie nadające się przeważnie do zastosowania w nich nowych systemów zabudowy.
Ażeby zdobyć pewność, jak należałoby zorganizować. miasta, grupy Kongresu w 16 krajach przeprowadzają w jednolicie opracowanym znakowaniu i w jednakowym formacie analizę 31 miast: Amsterdamu, Aten, Bandungu, Baltimore, Barcelony, Berlina, Brukseli, Charleroi, Como, Dalat, Dessau, Detroit, Frankfurtu, Genewy, Genui, Hagi, Kolonii, Littorii, Londynu, Los Angeles, Madrytu, Oslo, Paryża, Pragi, Rotterdamu, Sztokholmu, Warszawy, Werony, Zagrzebia i Zurichu.
Każde miasto przedstawione jest w postaci trzech map: mapy funkcji w obrębie miasta, mapy komunikacji w obrębie miasta oraz mapy funkcji komunikacji w obrębie regionu wraz z tablicami przyrostu ludności, warunków topograficznych i klimatycznych, z fotografiami z lotu ptaka, fotografiami charakterystycznych dzielnic itp.
Spróbujmy wczytać się w znaki na wszystkich tych mapach. Charakterystyczna mapa funkcji dzielnic wskazuje wszędzie niemal, jak na przekór logice, dzielnice mieszkaniowe przemieszane są z fabrycznymi, bez względu na kierunek zwiewania dymów. Znamy tę chorobę, toczącą dzielnice fabryczne w śródmieściu Warszawy, ale dowiadujemy się, że gdzie indziej to samo się dzieje. Dzielnice handlowe zlewają się z mieszkalnymi – nie tylko w Warszawie. Ulica, wąski korytarz, obliczony na komunikację pieszą lub konną, nieprzygotowany do szybkości pojazdów mechanicznych, zagraża życiu mieszkańców. Z mapy regionów widać jasno, że proletariat – pracownicy fizyczni i umysłowi – 10-15 proc. swego życia spędzają w kolejce dojazdowej, kolei podziemnej, autobusie czy tramwaju, a ile czasu tracą na dojście pieszo do najbliższej stacji? Nigdzie prawie zagadnienia komunikacyjne nie są opanowane – ani w obrębie miast, ani tym bardziej w obrębie regionu. Porównanie Le Corbusiera, że Paryż to stół biesiadny, na który od dwóch tysięcy lat wnosi się nowe potrawy, nie uprzątnąwszy resztek, jest słuszne dla wszystkich miast.
Rozpatrzenie tych „stołów biesiadnych” 31 miast to temat IV Kongresu Ateńskiego w 1933 roku. W rezultacie tego rozpatrzenia zostaje sformułowana zasadnicza hierarchia funkcji nowego miasta: habiter – mieszkać, travailler – pracować, se distraire — wypoczywać, circuler – przenosić się z miejsca na miejsce. Specjalnie podkreśla Le Corbusier zapoznane zagadnienie.
Ażeby zapewnić mieszkańcom miast „radość is– totną” (les joies essentielles)
niebo
drzewa
światło,
należy uratować przyrodę, otaczającą miasta, przed trądem przedmieść.
Miasto-ogród zadowala egoizm jednostek, niwecząc zalety organizacji kolektywnej. Miasto skoncentrowane, dzięki nowoczesnej technice, zapewni swobodę indywidualną w obrębie mieszkania i zorganizuje życie kolektywne w związku z coraz aktualniejszym zagadnieniem organizacji zjawiska „wczasów”.
Stąd czynnik indywidualny: mieszkanie; czynnik kolektywny: wczasy, które wypełnione będą przez sporty, odpoczynek, naukę. Wczasy dzielą się na codzienne i sezonowe. Miasta znaleźć muszą odpowiednie przestrzenie dla organizacji wczasów.
Kiedy w dniu 29 czerwca roku bieżącego na V Kongresie Le Corbusier wstąpił na trybunę Sali Iéna w Paryżu, odnieśliśmy wrażenie, że czas cofnął się. Oto pierwsze słowa jego referatu:
,,Cztery podstawowe funkcje urbanizmu, to: mieszkać, wypoczywać, pracować, przenosić się z miejsca na miejsce. Na kongresie paryskim tylko dwie pierwsze funkcje: mieszkanie i wczasy – będą tematem dyskusji. Te dwie funkcje są nierozłączne. Wczasy codzienne stanowią bezpośrednią funkcję mieszkania”.
Ale czas nie cofnął się. Przez cztery lata pracy, które dzielą nas od podróży do Grecji, tezy wykładów ateńskich dojrzały i zyskały ugruntowanie teoretyczne. A dzięki osiągnięciom Rządu Ludowego we Francji, nabrały nagle ostrej aktualności. Zakres ich ze zbyt ciasnego pojęcia miasta objął regiony i ich część składową: wieś. Kongres paryski odważył się poruszyć zagadnienia, które dotychczas rzadko interesowały architektów, wierzących jeszcze w mit „wsi spokojnej, wsi szczęśliwej”; zmusił ich do myślenia nie tylko o proletariacie miejskim, ale i o warunkach mieszkania, wypoczynku, pracy i komunikacji robotnika wiejskiego. Szkielet kongresu paryskiego, zatytułowanego „Mieszkanie i wczasy”, składał się z trzech zasadniczych referatów:
Rozwiązania zasadnicze (Le Corbusier, Paryż);
Ulepszenie miast istniejących (J. L. Sert, Barcelona);
Propozycje, które pozwoliłyby przystąpić do problematu wsi (mieszkanie i wypoczynek) (S. Syrkus, Warszawa)
dopełnionych przez referat dodatkowy robotnika rolnego Norberta Bezard o stosunkach rolnych we Francji i propozycjach co do ich ulepszenia. Zaproszono również licznych specjalistów, ażeby wypowiedzieli się ze swego punktu widzenia na zasadnicze tematy kongresu w nawiązaniu do jednego z czterech referatów. Dzięki poparciu rządu francuskiego, jeszcze w tym roku ukaże się „Księga V Kongresu Architektury Nowoczesnej”.
Rozważano zagadnienia wielkiej wagi: zagadnienia terenowe, które już w Atenach stanowiły oś debaty. Zarówno na wsi, jak w mieście, rozkawałkowanie gruntów uniemożliwia projektowanie w szerokim zakresie. Architekt na każdym kroku napotyka na trudności nie do przezwyciężenia. A jednak trudności te muszą być przezwyciężone, jeżeli nasze miasta i wsie nie mają być skazane na zagładę. W każdym kraju w innym tempie – innymi metodami – nastąpią zmiany, ale architekci wszędzie muszą głośno i wyraźnie wypowiedzieć wspólne dla wszystkich krajów postulaty, sformułowane przez Le Corbusiera i przyjęte przez Kongres:
„Najwyższym prawem urbanizmu jest generalny plan kierunkowy, oparty na istotnych i palących potrzebach ludności”.
„Konieczność stworzenia terenów budowlanych, sprzyjających mieszkaniu i wczasom”.
„Wyzwolenie ziemi pod kątem przestudiowania i opracowania planu widzenia interesu publicznego, wykluczającego spekulację”.
„Mieszkanie i wczasy, uznane za obowiązek społeczeństwa wobec wszystkich jego członków, stać się muszą dalszym ciągiem urządzeń użyteczności publicznej”.
Liczni specjaliści poparli te postulaty. Nie możemy wymienić tu wszystkich – ograniczymy się do kilku charakterystycznych. Więc znany paryski lekarz, dr Winter, z którym by przedstawiciele Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na pewno znaleźli wspólny język, mówił o architekturze i medycynie, o konieczności i możliwości współdziałania tych dwóch zawodów, a w szczególności o zagadnieniu „dziecka w mieście”. P. Lenoir, sekretarz Domu Techniki, mówił o technice i finansach w służbie planu; referat jego dopełniły bardzo optymistyczne wywody znanego ekonomisty, p. Delaisi. Pułkownik Vauthier ze Sztabu Generalnego poruszył zagadnienie urbanizmu i architektury w obliczu niebezpieczeństwa wojny powietrznej.
Drugi dzień: Ulepszenie miast istniejących – J. L. Sert. Ze sprawą tą wiąże się ściśle kwestia zmian ustawodawstwa budowlanego. Genewski architekt, F. Quêtant, opracował na ten temat bardzo szczegółowy kwestionariusz. Odpowiedzi nań stanowić będą nowy ważny dokument międzynarodowej współpracy – nową broń w walce z istniejącym stanem rzeczy, uniemożliwiającym racjonalne ,,mieszkanie i wczasy”.
Holendrzy zademonstrowali wzorową ankietę na temat „Wczasy ludności Rotterdamu”, zilustrowaną wspaniałym reportażem fotograficznym, której punktem wyjścia był znów przeciętny mieszkaniec i jego potrzeby. Nie wystarczyła tu oficjalna statystyka. Ażeby dotrzeć do dna zagadnienia, architekci sami zajęli się statystyką, taką, jaka im jest potrzebna. Więc np. w szkołach rotterdamskich dzieci dostały taki temat wypracowań: „W co się bawisz, kiedy masz czas wolny?”, „Gdzie się bawisz?”, „Dlaczego tam właśnie, a nie gdzie indziej?” itp.
Podobnymi metodami posługuje się WSM i jej organy. Osiągnięcia jej w dziedzinie organizacji wczasów, tj. życia społecznego na terenie osiedli spółdzielczych przedstawił zebranym Stanisław Tołwiński. Referat i realne, poparte doświadczeniem w pracy spółdzielczej propozycje, wzbudziły wielkie zainteresowanie. Tołwiński, jako specjalista-spółdzielca, został zaproszony na członka Kongresów.
Trzeci dzień przyniósł nowy dla Kongresu temat: Reorganizacja wsi, dla którego Francuzi ukuli nowy termin „Urbanizm wiejski” – Urbanisme rural. Temat ten wymaga intensywnej i długiej współpracy agronomów, ekonomistów, statystyków, geologów, urbanistów etc. dla wspólnego celu: stworzenia racjonalnych warunków mieszkania i wczasów, pracy i komunikacji dla ludności wiejskiej. Toteż zasadniczy referat S. Syrkusa nie pretendował do wyczerpania tematu: wytyczył tylko linie kierunkowe pracy architekta w tej nowej dlań dziedzinie. Referent oparł się częściowo na „Strukturze Społecznej Wsi Polskiej” (Wyd. Instytutu Gospodarstwa Społecznego), częściowo zaś na opracowanej wespół z Janem Chmielewskim „Warszawie funkcjonalnej – przyczynku do urbanizacji Regionu Warszawy”.
Po nim wstąpił na trybunę Norbert Bezard, chłop z Maine. Ten „specjalista” wzbudził burzę oklasków zarówno swoim „niefałszowanym” wyglądem, jak werwą i przekonaniem, z jakimi żądał pomocy architektów. Poczuliśmy nagle wszyscy, jak bardzo jesteśmy na świecie potrzebni.
„Wszystko robi się dla miast – mówił – nic dla miasteczek i dla ferm”.
„Wszystko jest na wsi do zrobienia, bo wieś jest stara jak świat, zgrzybiała, niedostosowana do obecnej epoki. Zabudowania gospodarskie rozpadają się w gruzy – a z nimi całe wsie. Są one zresztą pobudowane bezmyślnie, bez pojęcia o zasadach urbanizmu. Konia z rzędem temu, kto odkryje jakiś plan zabudowy w naszych wsiach i farmach… Jeżeli są ślady planu – to chyba rzymskie lub z epoki neolitycznej: drogi – gościńce, które gdzieś tam kiedyś prowadziły…”.
„Wszystko jest na wsi do odrobienia – według planu i w porządku. My wszyscy, my, młodzi, wiemy, że w architekturze i w urbanizmie wszystko jest możliwe – że inżynierowie i architekci dysponują techniką i materiałami potrzebnymi dla naszej budowy”.
„Mieszkanie chłopa. Tu zaczyna się nasza »rozmowa« z architektem. Czy chłop ma pragnąć czy nie tradycyjnej strzechy (choćby nowej), którą narzuca mu akademia? My, chłopi, odpowiadamy: nie! Żądamy farm – narzędzi cywilizacji, odrzucających na bok romantyzm i… gnój. Jasno – wyraźnie. Jeżeli spotykacie jeszcze wieśniaków roztkliwiających się romantycznością, to dlatego, że nikt dotychczas nie wyjaśnił im dobrodziejstw farmy-narzędzia, farmy promiennej, funkcjonalnej. Jeżeli wieśniacy nie potrafią żądać takiej właśnie farmy, to dlatego, że nie znają możliwości nowoczesnej techniki”.
„Jakie były etapy rekonstrukcji wsi? Wypytywałem o to chłopów z naszej grupy gminnej. Przede wszystkim spichrz-elewator, brzuch wsi – zabezpieczenie przed spekulacją. Następnie klub – z wielkim krzykiem żądano sali zebrań. Potem drogi, łączące wieś z najbliższymi ośrodkami. A po zaspokojeniu tych trzech najpilniejszych postulatów wszystko inne: farmy, miasteczko spółdzielcze, drogi. Całość inspirowana przez plan gminny, dzieło chłopów, stanowiący nieodłączną część planu regionalnego”.
Z wystąpień następnych delegatów: angielskich, włoskich, węgierskich widać było jasno, iż to, co zrobiono dotychczas w dziedzinie urbanizacji miast, wsi, regionów, jest kroplą w morzu potrzeb.
Widać było również, że zagadnień tych nie rozwiążą urbaniści w zaciszu swych pracowni. Masa – robotnicy wiejscy i miejscy muszą uświadomić nas o swych potrzebach – my uświadomimy ich o możliwościach technicznych. Przykład współpracy chłopa z Maine, Norberta Bezard, z architektem Le Corbusierem powinien być wszędzie naśladowany.
Helena i Szymon Syrkusowie
Powyższy tekst Heleny i Szymona Syrkusów pierwotnie ukazał się w piśmie „Życie WSM” nr 9/1937, Warszawa, wrzesień 1937. Pismo to było miesięcznikiem wydawanym przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową. Od tamtej pory tekst prawdopodobnie nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Adrian Grycuk, Ulica Pruszkowska w Warszawie, rok 2021, fragment jednego z osiedli zaprojektowanych przez autorów powyższego tekstu; źródło: Wikipedia.
przez Monika Kostera | środa 16 lutego 2022 | opinie
Trzydzieści kilka lat temu stałam na peronie ze spakowanym plecaczkiem, blaskiem w oczach i czekałam na pociąg, który zawiezie nas do pięknej transformacji w kierunku socjaldemokracji. Nie byłam żadnym dziwolągiem – moja wiara była podzielana przez otaczających mnie ludzi, w większości niezbyt radykalnych w żadnym kierunku. Moje zróżnicowane społecznie i regionalnie otoczenie w większości zdawało się oczekiwać jakiegoś modelu samorządowego lub społecznego kapitalizmu. Może wyróżniałam się w nim szczególną sympatią dla modelu szwedzkiego. Napisałam o tym doktorat – czego możemy my, w Polsce, nauczyć się ze szwedzkich doświadczeń zarządzania. Kiedy go broniłam na wiosnę 1990 roku, zostało to przyjęte bardzo dobrze, przede wszystkim ze względu na walory praktyczne. Teoretycznie mój doktorat nie był odkrywczy. Z radością patrzyłam w przyszłość, ku konstruktywnemu profesjonalnemu życiu, pełnego ciężkiej, ale sensownej pracy polegającej na wcielaniu w życie tego, o czym pisali profesor Tadeusz Kowalik czy profesor Karol Modzelewski. Wkrótce zapisałam się do Unii Pracy. Stałam na peronie z biletem w ręku. Jednak przyjechał inny pociąg, wielki, ciężki ekspres z napisem „Koniec historii” na szybie.
Nie minęły dwa lata i nikt już nie chciał ze mną rozmawiać o modelu skandynawskim. Nikt też nie był zainteresowany etnograficznymi badaniami polskich szefów, które prowadziłam i które ukazywały zestaw cholernie kompetentnych i doświadczonych osób. Ale ta wizjonerska, niepokalana konformizmem polska inteligencja – uczeni, dziennikarze, ludzie kultury – nie mieli już czasu na pogawędki o różnych alternatywnych ideach. I to nie tylko dlatego, że zajęli się robieniem pieniędzy. Tak, część robiła pieniądze, jedni wielkie, inni mniejsze. Jedni – dlatego, bo lubili, inni (może większość) dlatego, bo strasznie bali się tego, co działo się za wschodnimi granicami. Ale nie mieli na pogawędki czasu głównie ze względu na dysonans poznawczy. O nim za chwilkę. Teraz o tym, co się działo za tymi wschodnimi i południowymi granicami, czego wszyscy się obawiali, ale o czym zawsze mówiło się w jakichś krwawych fragmentach: ruska mafia, biedna Ukraina, nieszczęsna Rumunia, Bałkany.
Niedawno ukazała się książka, która pokazuje cały obraz, od byłego NRD po Rosję, od Estonii po Bałkany. Książka amerykańskich badaczy Kristen Ghodsee i Mitchella Orensteina „Taking stock of shock: Social consequences of the 1989 revolutions” ma potencjał, by zostać wypowiedzią przełomową, jakie czasami zdarzają się w historii, podobnie jak kiedyś było słynne przemówienie Chruszczowa. Też nie od razu jego treść została podchwycona w refleksjach i dyskusjach, bo takie wypowiedzi wymagają skupienia. Po nich już żadna rozmowa nie jest taka sama jak wcześniej. A jest nad czym się skupiać. Czytajmy więc:
„Przyczyny postsocjalistycznej śmiertelności są wciąż gorąco dyskutowane […] W 1999 roku Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) szacował, że w dwudziestu siedmiu krajach transformacji badanych w raporcie »Ludzkie koszty transformacji« brakowało 9,7 milionów mężczyzn, podczas gdy w 2001 roku UNICEF donosił o 3,26 milionów nadmiarowych zgonów w pierwszych dziewięciu latach transformacji”.
Radykalne obniżenie średniego wieku życia, wzrost uzależnień, kryzys ekonomiczny znacznie głębszy i bardziej długotrwały niż Wielka Depresja w USA, dramatyczny i gwałtowny rozpad struktur społecznych – a co za tym idzie załamanie zaufania społecznego. Wszystko to wykazane jest na podstawie wyjątkowo rzetelnych i rozległych badań naukowych: ilościowych badań statystycznych i jakościowych, etnograficznych.
Z tej zapaści wiele krajów byłego Bloku Wschodniego nie wydobyło się dotąd. Przypomnijmy, że amerykańscy doradcy z czasów wczesnej transformacji obiecywali nam „J-curve”, czyli chwilowe (trwające kilka lat, raczej 2 aniżeli 5) obniżenie dochodu per capita a następnie wykładniczy wzrost. To zjawisko nie miało miejsca nigdzie. W wielu krajach zwyżka nie nastąpiła. Polska jest ukazana w książce jako sukces transformacji. Inne kraje tzw. Grupy Wyszehradzkiej też poradziły sobie znacząco lepiej, niż pozostałe. Węgry, Polska – wyszły zasadniczo na plus, choć dopiero stosunkowo niedawno, kilkanaście lat temu. Czyli co, radość i duma? Brawo my? Jeśli poradziliśmy sobie – jak kto woli to nazwać: świetnie, nieźle, jakoś – to – pomyślmy przez chwilę: co by było, gdybyśmy wybrali inną drogę, gdyby pociąg skandynawski przyjechał wtedy na stację?
Mówiono nam wówczas – i mówi się do tej pory – że nie istniała alternatywa.
No właśnie, miało być o dysonansie poznawczym. On był, jest i rośnie w siłę. Rządzi krajem, stał się główną zasadą społecznej ontologii. Właściwie wszystko, co się w post-transformacyjnej Polsce działo, co dzieje się nadal w polityce, sztuce, nauce – opiera się na intensywnym wysiłku zniszczenia, wymazania, zaklajstrowania dysonansu poznawczego. Najchętniej nie mówi się o tym wcale, media głównego nurtu starają się nie przyjmować alternatywnych wypowiedzi, choćby były nie wiem jak dobrze podbudowane naukowo. Niektóre dyscypliny nauki też. Coraz ostrzejsze podziały polityczne skonstruowane wokół podziału, o którym nie wolno mówić. Mnóstwo energii wkłada się w czynienie pewnych tematów nieistniejącymi. Tych zasadniczych tematów. Zamiast tego mówi się, że nie było alternatywy. Mówi się, że w przeciwnym razie byłoby u nas jak na Ukrainie – ale czemu? Czy graniczymy z Rosją (z obwodem Kaliningradzkim tak, ale potencjalny problem jest raczej dalej na wschód)? Mówi się, że Zachód kazał – fakt, ale jednak Sachs po latach twierdzi, że spodziewał się, iż Polska będzie się upierać przy jakiejś formie socjaldemokracji. Ile w tym wyrzutów sumienia samego Sachsa, a ile rzeczywistości – nie wiem. Mówi się, że inaczej nie darowano by nam długów. Trudno powiedzieć, ale czy próbowaliśmy porządnie negocjować? Czy poprosiliśmy o wsparcie w tej sprawie np. kraje skandynawskie? I wreszcie, jak pokazują Ghodsee i Orensetin, dwa kraje wybrały inną drogę transformacji – Chiny i Wietnam. Może nam się ta droga nie podobać, ale jest wszak inna. A skoro tak, to my mogliśmy powędrować jeszcze inaczej. Za mały kraj? A czy musieliśmy sami? Czy próbowaliśmy dogadać się z Czechosłowacją (wtedy jeszcze), Węgrami?
Alternatywa była, o czym wiem, bo byłam jej częścią. Była wizja: Kowalik, Modzelewski, Bugaj. Była praktyka: szefowie, których badałam. Ale nikt nas nie spytał wtedy, ani mnie, ani moich mądrych kolegów i mistrzów, ani tych doświadczonych szefów, ani załóg pracowniczych, które badaliśmy z kolegami w trakcie projektów doradztwa organizacyjnego (prowadzonych przez spółdzielnię konsultingową – sic! – przy Uniwersytecie Warszawskim). Po tych wszystkich „nocnych Polaków rozmowach” nie padło ani jedno pytanie. Tylko wielkie, właściwie boskie ogłoszenie: Nie istnieje alternatywa. I szkolenia, szkolenia, szkolenia, które sama przeszłam w 1990 roku i troszkę później badałam etnograficznie (powstał na podstawie tych badań artykuł pod tytułem „The Modern Crusade”, który to tytuł oddaje charakter tego, co tam się działo). Na to szły gigantyczne zasoby. Co by było, gdyby poszły na wykorzystanie wiedzy, która istniała w systemie, na recykling idei i praktyk, na konsultacje z innymi doświadczeniami? Na wzmocnienie naszego własnego zarządzania, naszego przemysłu, nauki, edukacji? Co by było, gdyby nie prywatyzować wszystkiego na hurra, lecz podejść refleksyjnie i stopniowo do procesu przekształceń własnościowych? Co by było, gdyby wspierać związki zawodowe i upatrywać w nich fundament nowego systemu – to one wszak wówczas nie tak dawno temu go wywalczyły, to one były jednym z motorów generowania idei struktur nowego zarządzania.
W jakimś równoległym kosmosie ten pociąg, na który czekałam wtedy, przyjechał. Przez 30 lat z groszami zajmowałam się trudną i odpowiedzialną, ale pożyteczną dla ogółu pracą. Wokół rósł kraj, gdzie nie jest idealnie, jest mnóstwo problemów, bo jednak na świecie dominuje neoliberalizm i czuje się schyłek jakiejś wielkiej epoki. Jednak nie jest źle. Ludziom w moim kraju żyje się na ogół dostatniej. Publiczna służba zdrowia działa. Jurek Owsiak gra z Wielką Orkiestrą Świątecznej Radości, zbierają środki na tworzenie domów kultury w większych i mniejszych miastach, i rzecz jasna na wsiach. Uniwersytety są bardzo różne, rządzą się kolegialne a polska szkoła filozofii ekonomicznej podbija kraje frankofońskie. Żaden Polak ani żadna Polka nie figuruje na liście najbogatszych ludzi świata. Ale za to nie ma bezdomności, budowane są całkiem nieźle zaprojektowane osiedla, gdzie ludzie mogą wynajmować mieszkanie od gminy lub spółdzielni. Konstytucyjne prawo do mieszkania traktowane jest bardzo poważnie. Drogami i autostradami nie możemy się za bardzo pochwalić w Europie, ale za to mamy świetną sieć kolejową, można dojechać dosłownie wszędzie. Jeffrey Sachs kupił domek na Mazurach i ufundował centrum animacji kultury regionalnej jako swego rodzaju zadośćuczynienie za tamte, dawne czasy. Grają amerykańskiego bluesa i alt-folk. Nikt zresztą tamtych czasów nie pamięta – są inne, nowe sprawy i problemy.
Wysyłam samej sobie kartki z tamtego kosmosu. Ostatnio wysłałam sobie gustowny kosz na śmieci w stylu skandynawskim, żebym miała gdzie wyrzucić te trzydzieści-parę lat mojej pracy w tym kosmosie, tutaj.
prof. Monika Kostera
przez Karol Trammer | środa 9 lutego 2022 | opinie
Wykluczenie transportowe jest tam, gdzie nie da się dojechać drogą ekspresową lub autostradą – uważa Ministerstwo Infrastruktury.
– „Likwidujemy wykluczenie komunikacyjne” – powiedział minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, otwierając jesienią 2021 r. drogę ekspresową S19 na granicy Lubelszczyzny i Podkarpacia. – „Każdy z Polaków mieszkający w każdym regionie naszego kraju ma prawo do tego, by korzystać z komfortowych dróg autostradowych, ekspresowych”.
Kolejny odcinek
Ministerstwo Infrastruktury coraz częściej przedstawia budowę dróg ekspresowych i autostrad jako element walki z wykluczeniem transportowym. Ostatnio zrobił to nawet wiceminister Andrzej Bittel, który w resorcie odpowiada za kolej, a przy tym jest pełnomocnikiem rządu ds. przeciwdziałania wykluczeniu komunikacyjnemu. Otwierając w grudniu 2021 r. drogę ekspresową w rejonie Mławy, oznajmił: „Udostępniamy kierowcom kolejny odcinek drogi S7 w województwie mazowieckim. To kolejny etap walki z wykluczeniem komunikacyjnym”.
Opracowany w resorcie infrastruktury „Rządowy program budowy dróg krajowych do 2030 r.” jako wykluczone komunikacyjnie definiuje te obszary kraju, do których nie da się dotrzeć autostradą lub drogą ekspresową.
Problem w tym, że drogi szybkiego ruchu nie eliminują wykluczenia transportowego. Pokazało to badanie „Ocena zagrożenia wykluczeniem społecznym związanym z transportem w powiatach Wielkopolski”, zrealizowane w 2015 r. pod kierunkiem dr. inż. Marcina Kicińskiego z Politechniki Poznańskiej. Jeden z największych odsetków gospodarstw domowych skarżących się na problemy transportowe, wynoszący aż 59%, odnotowano w powiecie nowotomyskim, choć przez jego środek biegnie autostrada A2 z węzłem Nowy Tomyśl. Autostrady i drogi ekspresowe przyspieszają tranzyt, ale tworzą bariery dla mobilności lokalnej.
Rozcinanie
„Problemem lokalnym jest rozcinanie układów osadniczych przez drogi ekspresowe budowane po śladzie starych tras” – pisze prof. Tomasz Komornicki w raporcie „Polska sprawiedliwa komunikacyjnie”, przywołując badania z gmin, przez które poprowadzono drogi ekspresowe: „5-10% respondentów deklarowało, że czas dojazdu do takich miejsc jak szkoła podstawowa, ośrodek zdrowia czy urząd gminy nie tylko nie zmalał, ale nawet uległ wydłużeniu”.
Rozbudowa drogi krajowej w drogę ekspresową wiąże się ze zmniejszeniem liczby miejsc, w których można wjechać na główną trasę z dróg lokalnych. Zgodnie z przepisami, węzły na drogach ekspresowych poza miastami powinny być lokalizowane nie częściej niż co 5 km, zaś na autostradach nie częściej niż co 15 km. Odległości te bywają jednak dużo większe. Przykładowo na drodze S6 węzły Kołobrzeg Zachód i Kiełpino dzieli 26 km. Na trasie S3 dystans między węzłami Myślibórz i Gorzów Wielkopolski Północ to 28 km – leżący na tym odcinku Nowogródek Pomorski, choć S3 biegnie skrajem tej wsi gminnej, ma do najbliższego wjazdu na trasę 9,5 km. Na autostradzie A4 nie ma węzłów nawet w miejscach jej przecięcia z drogami wojewódzkimi 987 Kolbuszowa – Sędziszów Małopolski i 414 Opole – Prudnik oraz drogą krajową 39 Brzeg – Strzelin.
Ekspresowe wykluczenie
Trasy szybkiego ruchu – choćby z uwagi na rzadkie rozmieszczenie węzłów oraz małą liczbę przystanków budowanych na drogach ekspresowych – w ograniczonym stopniu służą komunikacji autobusowej. Mimo to w programie budowy dróg Ministerstwo Infrastruktury zdecydowało się na zaklinanie rzeczywistości: „Poprawa czasu dojazdu do miejscowości, a także wysokiej jakości infrastruktura przystankowa wpływa bezpośrednio na opłacalność uruchomienia nowych linii autobusowych”. Ostatecznie po etapie konsultacji resort zapisał, że budowa nowych dróg „może wpłynąć na decyzję o uruchomieniu nowych linii autobusowych”.
W Małopolsce po otwarciu drogi S7 niemal wszystkie autobusy relacji Kraków – Zakopane przestały stawać w Chabówce. Na rozbudowanej Zakopiance nie powstał bowiem przystanek w tej miejscowości, a przewoźnicy uznali, że nie opłaca im się zjeżdżać z drogi ekspresowej.
Mieszkańcy Rabki-Zdroju obawiają się, że – po oddaniu do użytku w połowie 2022 r. kolejnego odcinka drogi ekspresowej S7 – oni będą następni. – „Otwarcie nowej drogi, która miała nam ułatwić kontakt ze światem, może doprowadzić do wykluczenia komunikacyjnego” – powiedział portalowi Podhale24.pl burmistrz Rabki-Zdroju Leszek Świder.
Wcześniej problem odczuli mieszkańcy gminy Lubień. Przewoźnicy działający na trasie Kraków – Zakopane, nie chcąc zbaczać z S7, zrezygnowali z postojów na jej terenie.
W województwie kujawsko-pomorskim na wylocie drogi S5 z Bydgoszczy autobusy podmiejskie kursują biegnącymi wzdłuż ekspresówki jezdniami lokalnymi. Na terenie gminy Białe Błoto autobusy zmierzające z Bydgoszczy jadą po jednej stronie drogi S5, a wracają po drugiej. Problem w tym, że przy części przystanków nie da się przejść przez drogę ekspresową. W miejscowościach, w których Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad „zapomniała” o zbudowaniu kładek, niektórzy mieszkańcy mogą autobusem do Bydgoszczy tylko pojechać, a niektórzy tylko z niej wrócić – w zależności od tego, po której stronie drogi S5 mieszkają.
Niebezpieczne drogi
To, że trasy szybkiego ruchu zapewniają uatrakcyjnienie komunikacji autobusowej, nie jest jedynym mitem rozpowszechnianym przez resort infrastruktury. Kolejny dotyczy bezpieczeństwa. – „Każda oddana do użytku droga ekspresowa to większe bezpieczeństwo w ruchu drogowym” – oznajmił minister Andrzej Adamczyk, wizytując w listopadzie 2021 r. budowę drogi S7 koło Miechowa.
W grudniu 2021 r. Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, którą kieruje Adamczyk, opublikowała „Narodowy program bezpieczeństwa ruchu drogowego 2021-2030”, alarmujący, że „polskie drogi wciąż należą do najniebezpieczniejszych w Europie”. Na podstawie danych za 2019 r. program informuje, że „największy wskaźnik ryzyka śmierci w wypadku odnotowano na drogach ekspresowych, gdzie wyniósł on 53 ofiary śmiertelne/1000 km”. Jak wskazuje dokument, drogi ekspresowe cechują się również najwyższym wskaźnikiem ciężkości wypadków – „wyniósł on 18 ofiar śmiertelnych/100 wypadków, co oznacza, że był dwukrotnie wyższy niż na drogach powiatowych i blisko czterokrotnie wyższy niż na drogach gminnych”.
Wśród czynników wpływających na niski poziom bezpieczeństwa na polskich drogach program wymienia „niewielki udział podróży publicznymi środkami transportu względem transportu indywidualnego”, dodając, że „wpływ na ten stan ma także poziom i dostępność rozwiązań w zakresie komunikacji zbiorowej, która w ostatnich latach – szczególnie na terenach pozamiejskich – znajduje się w recesji”.
Imposybilizm Polski resortowej
Na problemy z transportem publicznym na obszarach wiejskich zwrócił uwagę rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek w piśmie skierowanym w październiku 2021 r. do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi: „Na podstawie liczby skarg wpływających do mojego biura nie mogę stwierdzić, że problem wykluczenia komunikacyjnego został rozwiązany”. Wiącek dodał, że należy zagwarantować obsługę komunikacyjną, określając jej minimalne standardy.
Pytany o tę kwestię rzecznik prasowy resortu infrastruktury Szymon Huptyś odparł: „Ministerstwo Infrastruktury nie komentuje wystąpienia Rzecznika Praw Obywatelskich do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi”.
Wypowiedź Huptysia to przejaw Polski resortowej, w której ministerstwa unikają wspólnego rozwiązywania problemów wykraczających poza kompetencje jednego resortu (zjawisko to Mateusz Morawiecki w 2016 r. określił mianem „głównego hamulca zmian w Polsce”).
Rzecznik praw obywatelskich w końcu doczekał się stanowiska Ministerstwa Infrastruktury. Wiceminister Rafał Weber, wykazując się imposybilizmem, oświadczył: „Wprowadzenie jednolitych w całym kraju regulacji ustanawiających wymagane połączenia komunikacyjne nie znajduje obecnie uzasadnienia”.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/117 styczeń-luty 2022)
http://www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Radosław Stupak | niedziela 6 lutego 2022 | opinie
Guy Debord, legendarny lewicowy myśliciel, pisał: „Wszyscy eksperci służą mediom i państwu, temu właśnie zawdzięczają status ekspertów. Każdy ekspert musi służyć swojemu panu, gdyż organizacja obecnego społeczeństwa doprowadziła do niemal całkowitego zaniku dawnych warunków niezależności. Ekspertem, który służy najlepiej, jest oczywiście ten, który łże”.
Dodawał też, że w „społeczeństwie spektaklu” zarówno wypromowanie usłużnego, jak i zniszczenie nieposłusznego eksperta nie stanowi większego problemu. Bez trudu można zorganizować oczerniającą kampanię a prawdziwość zarzutów nie ma żadnego znaczenia. Podobnie o ekspertach wypowiada się Slavoj Žižek: „Być może modelowym przypadkiem pozycji Mistrza, która stoi za dyskursem uniwersyteckim, jest sposób, w jaki dyskurs medyczny funkcjonuje w naszym życiu codziennym: na poziomie powierzchniowym mamy do czynienia z czysto obiektywną wiedzą, która odpodmiotowia podmiot-pacjenta, redukując go do obiektu badania, diagnozy i leczenia. Jednak pod tą powierzchnią można z łatwością zauważyć zaniepokojony, rozhisteryzowany podmiot, opętany lękiem, zwracający się do lekarza jako do swojego Mistrza i proszący go o otuchę. Odwołując się do jeszcze bardziej powszedniej sytuacji, wystarczy przywołać eksperta od rynku, który opowiada się za silnymi cięciami budżetowymi (obcięcie wydatków na opiekę społeczną, etc.) jako koniecznością wynikającą z jego neutralnej ekspertyzy pozbawionej jakiejkolwiek stronniczości ideologicznej: tym, co ukrywa, jest seria relacji władzy (począwszy od aktywnej roli aparatów państwa do przekonań ideologicznych), która podtrzymuje »neutralne« funkcjonowanie mechanizmów rynkowych”.
W tym kontekście zadać można by pytanie o to, co ukrywają i podtrzymują „eksperci medyczni” i czy przypadkiem nie chodzi o uwikłania podobne, jak w przypadku „ekspertów ekonomicznych”. O tych drugich, w głośnym wywiadzie „Byliśmy głupi”, mówił prof. Marcin Król: „Bo rozsądny człowiek nie może mieć zdania o OFE. Można mieć emocje i uczucia z tym związane. I gwałtownie je wyrażać. Ale zdanie to mogą mieć ekonomiści, eksperci. I nie wierzę im jak psom. Bo jeden pracował w banku, który jest właścicielem OFE, inny po prostu doradza OFE i się bezczelnie wypowiada, a trzeci nie chce sobie robić kłopotów w środowisku i uchodzić za oszołoma, więc mówi to samo co tamci dwaj”.
Sam wywiad, pomimo że pokazywał już zafiksowanie uniwersyteckiej inteligencji na postaci Kaczyńskiego (które to zafiksowanie stanowić może dzisiaj jedno z największych obciążeń opozycji), to zresztą jedna z wielu lekcji, których „demokratyczna opozycja” do tej pory nie odrobiła. Mimo że słowa te padły już sporo lat temu z ust jej kluczowego przedstawiciela. Jeśli chodzi o rolę ekspertów, ze względu na strukturalne uwarunkowania, społeczne i ekonomiczne umiejscowienie i powiązania opozycji jako formacji i jej liderów, może to być zresztą niemożliwe. „Marsz przez instytucje” kończy się tak, że nawet lewica ulokowana na eksperckich pozycjach zajmuje się przede wszystkim obroną swojego statusu w ramach instytucji władzy, obroną samych tych instytucji i obroną status quo zapewniającego jej przedstawicielom wysoką pozycję społeczną.
Owi eksperci mogą mieć różną twarz. W ramach neoliberalizmu to przede wszystkim twarz ekonomisty i „naturalnych praw rynku”, ale dziś jest to także w dużej mierze twarz prawnika czy lekarza, którzy decydować mają o tym, jak wyglądać powinno państwo i jego ustrój i na czym polegać mają podstawowe swobody obywatelskie (lub ich brak). Jeśli zaś obywatele nie zgadzają się z opinią ekspertów – to znaczy, że ów lud jest niedemokratyczny. Prawdziwie demokratyczne są bowiem wyłącznie decyzje i opinie wąskiej grupy uprzywilejowanych ekspertów.
Przykładem tego zjawiska może być udostępnione niedawno w mediach społecznościowych przez jednego z powszechnie szanowanych i dość medialnych profesorów zajmującego się nierównościami społecznymi, badanie (pt. „Democracy Confused: When People Mistake the Absence of Democracy for Its Presence”), z krótkim komentarzem: „Poparcie dla demokracji, gdy rozumie się ją błędnie jako formę autokracji legitymizuje autokrację: ludzie, którzy twierdzą, że popierają demokrację, w rzeczywistości wyrażają w tej odpowiedzi poparcie dla rządów autokratycznych, gdy te ostatnie mylą z demokracją. Fakt, że zawyżone oceny demokracji zbiegają się z autorytarnym niezrozumieniem demokracji, potwierdza te dwie oznaki autokratycznej legitymizacji, która istnieje pod przykrywką pozornego poparcia dla demokracji”.
Komentarz sugerować miał „oczywisty” wniosek: w Polsce zagrożona jest demokracja, zmierzamy w stronę autorytaryzmu, a to dlatego, że (ciemny) lud nie rozumie, czym jest „prawdziwa” demokracja. Wystarczy jednak zajrzeć do samego badania, poza tytuł i abstrakt, żeby obraz się nieco skomplikował a w oczy rzuciło kilka innych kwestii.
Po pierwsze, badanie polegało na zestawieniu „rzeczywistego poziomu demokracji” z „ocenianym poziomem demokracji” w różnych krajach. Ten „rzeczywisty poziom” wyznaczany był na podstawie wskaźników finansowanej przez rząd USA fundacji Freedom House oraz Banku Światowego. Punktem wyjścia jest więc założenie, że te eksperckie instytucjonalne oceny i definicje są prawidłowe i „obiektywne” – to one definiują, czym jest, a czym nie jest „prawdziwa demokracja”. Rozumienie i postrzeganie demokracji przez lud jest zaś z założenia niepoprawne i może co najwyżej lepiej lub gorzej odpowiadać prawidłowej z założenia opinii ekspertów. Wydawać się to może paradoksalne, można by przecież teraz argumentować, że przeczy to podstawowej idei demokracji. Jeśli demokracja to rządy ludu, to również lud, w ramach sprawowania władzy, decyduje o tym, co jest demokracją, a co nie – nie powinni tego robić niewybieralni eksperci.
Tak czy owak, z badania wynika, że w Polsce nie przeceniamy rzeczywistego poziomu demokracji. Podobne wyniki uzyskano np. we Włoszech, Japonii, Hiszpanii i Norwegii. Zgodnie z logiką artykułu, nie mylimy więc autokracji z demokracją i pod tym względem demokracja w Polsce nie jest „zagrożona”. Co ciekawe, najcelniej demokrację oceniano w Maroku, które to z kolei Maroko, według innego rankingu, dziennika „The Economist”, oceniane jest jako „reżim hybrydowy”.
W obu przypadkach mamy zresztą do czynienia z oceną „demokratyczności” dokonaną przez neoliberalne instytucje i neoliberalnych ekspertów. Odwołanie do mocy autorytetu, tego rodzaju chwyt retoryczny i światopogląd nie powinien może dziwić w przypadku kręgów konserwatywnych, ale jeśli jest to postawa, a coraz częściej podstawowy sposób argumentacji przedstawicieli liberalnej lewicy, czy nawet ruchów określających się jako anarchistyczne – zaczynamy mieć do czynienia z całkowitym odwróceniem znaczenia podstawowych terminów.
Lewica staje się więc technokratyczna. Pod płaszczykiem walki o demokrację kryje się walka o władzę i status ekspertów. Uprzywilejowanej elity realizującej jej interesy i decydującej nawet o tym, czym ma być demokracja. Władza ludu to według ekspertów, jak nietrudno się domyślić – władza ekspertów.
W wywiadzie opublikowanym w Kulturze Liberalnej, Andráse Sajó (przedstawiony jako „węgierski konstytucjonalista, profesor prawa na Central European University. Były sędzia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Odznaczony przez RPO Adama Bodnara za zasługi dla ochrony praw człowieka. Autor książki „Ruling by Cheating. Governance in Illiberal Democracy”), mówi:
„Weźmy przykład nowej Krajowej Rady Sądownictwa w Polsce. Proszę mi wierzyć, co do zasady jej konstrukcja opiera się na modelu hiszpańskim. Ten zaś celowo ukształtowano w taki sposób, aby ograniczyć rolę władzy sądowniczej w procesie nominacji sędziów. Wynikało to z okoliczności, że po upadku reżimu Franco wydawało się, że sądy będą ostoją tradycji frankistowskiej, której należało się pozbyć. To w pełni zrozumiałe stanowisko. W Polsce wprowadzenie podobnego pomysłu wynikało z innej idei, choć również rewolucyjnej. Natomiast samo rozwiązanie instytucjonalne jest w tym sensie neutralne.”
Później, oczywiście, gimnastykuje się, dwoi i troi, aby wykazać, dlaczego te same rozwiązania w jednym wypadku są faszystowskie, a w drugim są esencją liberalnej demokracji oraz dlaczego w imię liberalnej demokracji można instrumentalnie i politycznie wykorzystywać i zmieniać prawo i jest to słuszne i szlachetne, ale gdy robi to ktoś sprzeciwiający się unijnym możnym, to jest to zamach na podstawowe wartości. Fragment ten jednak daje też pretekst do tego, żeby na zmiany ustrojowe w Polsce spojrzeć z innej strony. W końcu reformy Balcerowicza wprowadzono bez demokratycznego mandatu, łamiąc procedury, a jednym z ich głównych opozycyjnych obrońców jest Donald Tusk, który zresztą przed laty wybielał reżimy Franco i Pinocheta.
Można by więc reformy ustrojowe potraktować jako osłonę redystrybucji przed instytucjami powiązanymi z opozycją, która, gdy tylko będzie miała pretekst i okazję, przywróci z trudem wywalczone zdobycze socjalne do poziomu sprzed 2015 r. Narracja opozycji cały czas opiera się przecież w dużej mierze na sprzeciwie wobec „rozdawnictwa dla nierobów”. Czy zmniejszenie władzy niewybieralnych sędziów (w środowisku, w którym pozycja jest w dużej mierze dziedziczna) jest zmniejszeniem demokracji, czy też raczej jej zwiększeniem można by się całkiem zasadnie spierać. Obrona ustrojowego status quo lub też próba przywrócenia go, można odnieść wrażenie, służyć ma raczej obronie neoliberalnego porządku ekonomicznego.
Jest zastanawiające, że lewica, szczególnie liberalna, która na sztandarach ma walkę z wszelkimi przejawami symbolicznej nierówności, dyskryminacją, paternalizmem, patriarchatem itp., itd., zarazem tak uwielbia powoływać się na autorytet ekspertów oraz nauki wyniesionej do kategorii religii. Tak jakby o relacjach między wiedzą a władzą, władzą a wiedzą, nie napisano tysięcy stron. Tak jakby nauka oferowała niepodważalne dogmaty, a nie była instytucją społeczną podlegającą różnorakim uwarunkowaniom społecznym i ekonomicznym – wpływającym na treść naukowych ustaleń. Instytucją, z drugiej strony, której istota, nawet w najbardziej pozytywistycznych wizjach, zasadzać powinna się na nieustannym sceptycyzmie i podważaniu wcześniejszych ustaleń. Notabene, w głośnym niedawno filmie „Don’t look up” „wybitni eksperci” to przecież właśnie ci, którzy na usługach wielkich korporacji dowodzą sensowności opracowanego przez nich katastrofalnego w skutkach planu.
Paternalistyczny stosunek wielbionych przez liberalną lewicę ekspertów do ludzi dobrze zaś obrazuje niedawna, opublikowana w Onecie, wypowiedź Emilii Skirmuntt, wirusolożki z Oxfordu: „Problem polega na tym, że rygorystycznych restrykcji nie można wprowadzać w nieskończoność. Bo ludzie przestają się słuchać”. Niezależnie od zasadności samych restrykcji, „nie słuchają się”, to język, jakim można mówić o niesfornych dzieciach, o nieposłusznych brzdącach (lub o niewolnikach). Tak mówić nie wypada nawet o pacjentach, a co dopiero o obywatelach. Choć dobrze oddaje to rzeczywisty charakter relacji lekarz-pacjent i obrazuje fakt, że wraz z postępującą medykalizacją coraz częściej interpretowani jesteśmy właśnie raczej jako pacjenci – już nawet nie konsumenci czy obywatele.
Przykładem z obszaru psychiatrii, który można tutaj przywołać, a który dobrze obrazuje opisywane procesy, może być historia Konwencji ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami. Miała ona znacznie ograniczać możliwość stosowania leczenia przymusowego. Wypracowane w dużej mierze oddolnie demokratyczne rozwiązanie, z zaangażowaniem i udziałem organizacji pacjenckich, byłych pacjentów i ocalałych z psychiatrii – zostało gwałtownie zaatakowane przez psychiatryczny establishment jako „sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem”. Pacjenci biorący udział w pracach nad przepisami określeni zostali przez ekspertów jako skrajni, radykalni, nieodpowiedzialni, niebezpieczni itp. W związku z tym wszczęto prace nad tzw. Protokołem z Oviedo, który te rozwiązania ma cofnąć – protestują przeciwko temu organizacje zrzeszające samych zainteresowanych, między innymi Polskie Forum Osób z Niepełnosprawnościami. Władza ekspertów uniemożliwia więc oddolne, demokratyczne zmiany, tak jak w tym przypadku, pozwalając chociażby na delegitymizację jednostek, grup i postulatów, które faktycznie mogłyby stanowić zagrożenie dla status quo. Do czynienia mamy więc z dyskryminacją epistemiczną: z odmawianiem całym rzeszom ludzi prawa/zdolności do adekwatnej oceny rzeczywistości. Psychiatria jest tutaj tylko skrajnym przykładem tego procesu. Demokracja, która miałaby polegać na władzy ekspertów, to właśnie technokratyczny autorytaryzm.
Wypierając te coraz bardziej widoczne w obrębie lewicy autorytarne tendencje, objawiające się także w poszukiwaniu lub wręcz kreowaniu coraz to nowych kozłów ofiarnych i grup, które należy wykluczać, przedstawiciele lewicy projektują je na wszystkich swoich oponentów, a fiksacja na symbolach, zamiast przyjrzenia się warunkom materialnym i realnym procesom społecznym, sprawia, że faszyzm dostrzegają już nawet w białoczerwonej fladze; nie widzą go jednak we własnym oku. Właściwie wszystkiemu, co wykracza poza obowiązujący w danym momencie zestaw prawidłowych poglądów liberalnej lewicy (a zestaw ten podlega nieustannym fluktuacjom, choć wyznawcy każdej kolejnej ortodoksji muszą z zapałem udowadniać, że właśnie tak zawsze uważali) przypina się łatkę faszyzmu lub inną modną w danej chwili wykluczającą etykietę. W tym polowaniu na czarownice (i czarowników) inkwizytorzy (i inkwizytorki) często podpierają się zresztą autorytetem „nauki”, a raczej wiarą w kazania kapłanów kościoła nauki, naukowych hierarchów – ekspertów. Tak „walka z faszyzmem” coraz bardziej przypominać zaczyna sam faszyzm. Podobnie „walka z autorytaryzmem” lub też „obrona demokracji” to raczej hasła, pod którymi kryje się chęć zachowania lub przywrócenia wpływów uprzywilejowanej garstki beneficjentów transformacji gardzących ludźmi pracy – nazywanych nierobami. Zamek wampirów, którego mechanizmy opisał Mark Fisher, nie tylko działa w obrębie lewicy, ale także skutecznie zniechęca i wyklucza z jej grona ludzi, których lewica powinna reprezentować i którzy potencjalnie mogliby stanowić o jej sile. Za powoływaniem się na autorytet ekspertów stoi często zwykła wyższościowa pogarda wobec gorzej sytuowanych ludzi – gorzej sytuowanych głównie dlatego, że „gorzej wybrali sobie rodziców”.
O tym, czym jest demokracja, nie mogą decydować wyłącznie uprzywilejowane elity. „Koniec historii”, o którym pisał Fukuyama, dawno temu się skończył, choć tego neoliberalnego porządku zdaje się właśnie bronić lewica. Koncepcje ustrojowe sprzed tysięcy czy setek lat zupełnie już nie przystają do wyzwań współczesności. Nie ma gotowych rozwiązań, nie ma też rozwiązań, które, jak to uwielbiają nasze „elity intelektualne” można byłoby po prostu bezmyślnie skopiować z Zachodu (nawet jeśli kopiujemy rozwiązania od których Zachód, po tym jak się nie sprawdziły, już odszedł lub właśnie odchodzi…). W dodatku Zachód zmaga się z takim samym, o ile nie większym, kryzysem legitymizacji demokratycznych instytucji co Polska i coraz częściej wstrząsany niepokojami społecznymi zmierza raczej w stronę technokratycznej neoliberalnej dyktatury na wzór chiński. Tam jednak, w krajach bogatego unijnego centrum władzy, brutalnie tłumione protesty czy też rozwiązania systemowe podobne do tych polskich, najwyraźniej nie stanowią zagrożenia dla liberalnej demokracji i są akceptowane zarówno przez polskich (czy raczej: kompradorskich) ekspertów, jak i w ramach unijnych instytucji.
Pora w końcu zastanowić się, na czym miałaby w ogóle polegać demokracja, której w zgodzie z prawdziwie prospołecznymi wartościami warto byłoby bronić.
Radosław Stupak
przez Remigiusz Okraska | czwartek 3 lutego 2022 | opinie
A gdyby tak zmarksizować pandemię? To znaczy spojrzeć na nią z perspektywy, którą promował marksizm? Odejść od mieszczańskiego idealizmu, od technokratycznych ciągotek, od odgórnych uzurpacji ekspertów – i postawić na materializm? Lewicowość jest teraz podobno modna, ale ja tego nie widzę. Bo nie widzę myślenia w lewicowych kategoriach.
Byli tacy faceci, jeden to Karol, drugi to Fryderyk, obaj mieli brody, wielu ich nie lubiło. W Polsce do dzisiaj nie lubią. Czasami krytycy Marksa i Engelsa mówią, że lewica powinna być jak dawny, przedwojenny PPS. Biedactwa nie wiedzą, że dawny, przedwojenny PPS często i afirmatywnie odwoływał się do Marksa i Engelsa. Ale zostawmy ignorantów i wróćmy do Marksa i Engelsa. Głosili oni – upraszczam, ale nieprzesadnie – że analiza rzeczywistości powinna być zakorzeniona w materii. Że warunki bytowania wpływają w sposób niebagatelny na świadomość. Że środki produkcji danej epoki wpływają na to, jak myślimy, co robimy, jak wyglądają życie społeczne i refleksje jednostek. I tak dalej. To nie była jedna cudowna odpowiedź na wszystko, nie byli oni tak głupi jak wielu ich późniejszych wyznawców i nie uważali, że absolutnie wszystko da się tą materią wyjaśnić. Ale sporo można.
No to spróbujmy. Ludzie w Polsce nie szczepią się chętnie? Tak, nie szczepią się chętnie. Są zatem „szurami”, „idiotami”, „bezmózgami”, „debilami”? Niekoniecznie. To znaczy jacyś na pewno tacy są. Ale skoro nie zaszczepiło się ~45% bliźnich i współobywateli, to jeśli nie jesteśmy jakimiś nadętymi elitarystami, unikałbym takich diagnoz. Bo to mało realne, a poza tym może trafić na czyjąś mamusię, tatusia, siostrę, brata, dzieci, dziadków, mężów, żony, partnerów, kumpli itd. No i okaże się, że ci wszyscy tak brzydko nazywani są dość bliscy tym, którzy ich tak nazywają. Wiem, wiem, pohukujący i moralizujący analitycy mają same doskonałe rodziny i kumpli. I nie znają nikogo, kto głosowałby na PiS. Doskonały świat doskonałych ludzi, ale na nich rzeczywistość się nie kończy.
A materia? Wiemy już na przykład, że najwięcej odmów szczepień jest w tych regionach, w których realia socjoekonomiczne były w III RP najgorsze. W regionach, dla których elity miały przez długie lata głównie kij, a prawie żadnej marchewki. Dla nadętego liberała będzie to dowodem na to, że głupi są głupi i dlatego są biedni. Dla kogoś bardziej refleksyjnego będzie to okazja do zastanowienia się nad głębokimi korzeniami i przyczynami społecznej dezintegracji i nieufności. A nawet – odwagi! – nad wskazaniem sprawców tegoż zjawiska.
Lewica mówi: przymus szczepień. Ja na płaszczyźnie gabinetowego rozumowania myślę podobnie. Bo trzeba przerwać łańcuch nie tylko zakażeń, ale i poważnego przebiegu choroby, zgonów, powikłań, obciążenia systemu ochrony zdrowia itd. Bo dobro wspólne jest ważniejsze niż jednostkowe decyzje, a państwo na serio istnieje m.in. wtedy, gdy w imię wyższej zbiorowej konieczności może zastosować przymus. Bez tego są burdel, anarchia, chaos i niewidzialna ręka nie wiadomo czego, może rynku, może klik, może sitw, może jednostkowych zachcianek realizowanych bez oglądania się na cokolwiek. W każdym razie brak społeczeństwa, są tylko jednostki i rodziny, jak chciała Thatcher.
Ale gdy moje myśli opuszczają gabinet (czyli klitkę w starym bloku na prowincji), to już nie jest tak prosto. Bo to dotyczy ~45% społeczeństwa. Czy to wszystko są szury, debile, spiskowi maniacy, pomyleńcy, bezmózgowcy? Jakoś nie jestem przekonany do takiej tezy. Nie jestem elitarystą, więc prosta arytmetyka mi tu szwankuje. Już prędzej obstawiałbym, że to żaden ciemnogród, lecz mentalne dzieci Balcerowicza: egoiści, indywidualiści, znający tylko własne zachcianki i mający czubek nosa za najwyższe prawo. Tak ich przecież wychowała III RP, to im sączono z „wolnych mediów”. Ale to nadal nie jest realna arytmetyka. Chyba że bardzo nie lubisz bliźnich, ale wtedy zalecam terapię.
A co jeśli to są ludzie całkiem racjonalni? Także i ci, którzy na podparcie racjonalnych lęków sięgają po bzdurne teorie i preteksty? Że oprócz tych, którzy nie ufają elitom, bo elity nic dobrego dla nich nie miały, są to na przykład ludzie, którzy po szczepieniu nie chcą mieć absencji w pracy, bo ich praca jest byle jaka, niepewna, a w dodatku za dłuższe chorobowe pensja spada o ustawowe potrącenia? A jeśli to są ci zatrudnieni na śmieciówkach, którzy w pracy i w gotowości muszą być cały czas, bo każda nieobecność równa się mniejszym dochodom? A jeśli to są te grube tysiące „samozatrudnionych”, czyli ludzi de facto będących w sytuacji pracowników najemnych, czyli na każde zawołanie szefów, ale zmuszonych do „założenia firmy”, a więc pozbawionych zalet etatu, a tacy też się boją każdej absencji i każdego braku gotowości? A jeśli to są liczni „biznesmeni” z gatunku tych, którzy w czasach masowego bezrobocia i masowego braku nadziei musieli „zakładać firmy” jako jedyną szansę, żeby nie umrzeć z głodu, a w tych „firmach” nie ma ich teraz kto nawet na moment zastąpić w przypadku niedyspozycji, więc muszą być ciągle zwarci i gotowi, pod telefonem, mejlem, mesendżerem itd., bo klient, bo zlecenie, bo termin, bo płatność, bo faktura itd.? To razem wzięte są miliony osób.
Oczywiście ludzie racjonalni powiedzą, żebym dał spokój, że to przecież idealizowanie, ludomania i tak dalej. Że przecież gdyby tak było, to właśnie wspomniane osoby szczepiłyby się na potęgę, aby mieć ochronę przed zarażeniem czy ciężkim przebiegiem choroby. Ale to jest racjonalność sytego i żyjącego stabilnie. Ci mniej syci i żyjący niestabilnie myślą w inny sposób. Kto miał jako tako zróżnicowane doświadczenia życiowe i choć czasami bywał nie na wozie, lecz pod wozem (nie polecam), ten wie, że nawet ta sama jednostka potrafi inaczej myśleć i zachowywać się w zależności od tego, w jakiej sytuacji się znajduje. Ludowe porzekadło mówi, że syty nie zrozumie głodnego. Powiem więcej: syty nie zrozumie nawet samego siebie z czasów, gdy był czy bywał głodny – teraz sądzi, że nie zachowałby się jak wtedy.
Zamożni ludzie dziwią się, że bezrobotna samotna matka kupiła chipsy czy papierosy z niewielkiego zasiłku. Że chłopak z osiedla z marną pensją wydał kilka stów na markowe buty. Że ktoś ubogi „roztrwonił” kilka dych na losy na loterii. W tym czasie człowiek zamożny i o swą zamożność spokojny odkładał ziarnko do ziarnka, inwestował i pomnażał kapitalik, wysłał dziecko na prestiżową uczelnię, a siebie na botoks czy przeszczep włosów, gdyż styl to człowiek, jak to mówią. A biedny żył z dnia na dzień, zachowywał się niekoniecznie racjonalnie wedle tej samej racjonalności. Bo jego racjonalność jest inna. Jego racjonalnością jest przetrwanie w takim labiryncie, jaki zna. Więc myśli, że się uda, że nie zarazi się, że ukryje zarażenie, że przebieg będzie łagodny, że z dnia na dzień nic się nie zmieni. Czy to mądre? Z perspektywy społecznej wcale. Z perspektywy przetrwania kogoś w niezbyt dobrej sytuacji – można to zrozumieć, choć nie ma potrzeby pochwalać.
Oczywiście wiem, że wśród odmawiających szczepień są też osobnicy po prostu niemądrzy, mający skłonność do bzdurnych teorii niezależnie od sytuacji, wiem też, że część tej grupy to klasa średnia ze śmietnikiem w głowach, a nawet jacyś zamożni pomyleńcy. No ale to znowu nie wystarcza do ~45% społeczeństwa. Nie tylko zresztą w Polsce. Rzut oka na wskaźniki zaszczepienia pokazuje wprost, że między bogatym zachodem Europy a uboższym wschodem kontynentu mają miejsce spore różnice, a między przewodnikami a maruderami wręcz przepaść. W tej drugiej grupie krajów z kolei spore różnice między państwami o jako takich realiach rynku pracy, zamożności itp., a słabszymi pod tym względem. Wyjątków jest garstka, a wskaźniki szczepionek na każde sto osób między krajami zamożnymi i „socjalnymi” a tymi z szarego końca takich realiów potrafią być dwu-, trzykrotnie wyższe. Można oczywiście uznać, że kraje wschodu zamieszkuje ciemnota i barbaria, jednak mnie takie wizje kojarzą się z kliszami rasistowsko-kolonizatorskimi.
Język potępiania i wyśmiewania nie zdziała tu moim zdaniem wiele, chyba że na zasadzie reakcji zwrotnej, czyli na niekorzyść trendów proszczepionkowych i prosanitarnych. Nie twierdzę, że inny język na pewno coś zdziała – być może język troski i zrozumienia jest tu na wyrost. Być może trzeba przymusu szczepień. Ale moim zdaniem trzeba też powszechności porządnych zabezpieczeń socjalnych jako lęku na niepewność i obawy. Mamy już prawie dwa lata pandemii, czyli notorycznego zagrożenia i wysokich liczb chorych. Może to już czas, żeby na chorobowym dostawać pełną pensję. Żeby zlikwidować umowy śmieciowe. Skończyć z wymuszonym samozatrudnieniem. Zamiast wspierania ogólnikowych „przedsiębiorców”, przestać się cackać z firmami zamożnymi i z ludźmi bogatymi, a zapewnić na wypadek choroby czy innego kryzysu miękkie lądowanie tym, których „firma” to naprawa laptopów czy druk ulotek na prowincji z czystym zyskiem typu 3000 netto miesięcznie.
A może to czas na przynajmniej przejściowy powszechny dochód gwarantowany? Na wprowadzenie gwarancji zatrudnienia? Pomysły leżą na stole, czas skończyć z durną wiarą, że w obliczu masowej światowej sytuacji zagrożenia zdrowotnego można robić business as usual. Że nie da się inaczej niż dotychczas? Przed kilkoma laty ponoć nie dało się wprowadzić świadczeń za samo „tylko” posiadanie dzieci. Kwartał temu ponoć nie był możliwy zerowy VAT na żywność. „Nie da się” wyłącznie w pustych głowach doktrynerów pokroju Balcerowicza. I w propagandzie klas posiadających, które do krwi ostatniej będą broniły swoich przywilejów. Utoczmy im jej trochę. Zróbmy z nich honorowych krwiodawców na rzecz krwiobiegu zdrowia publicznego.
Nie wiem dokładnie, co jest możliwe tu i teraz w ogóle, a co na gruncie woli politycznej i oporu tych, którzy mieliby stracić na takich zmianach. Wiem natomiast, że potrzebujemy w tym wszystkim kategorii pojęciowych i języka odwołujących się do materii, aby zrozumieć, co się dzieje. Bo język traktowania tak wielu obywateli kraju naszego i krajów podobnych jako szurów i paranoików to język prowadzący na poznawcze manowce. I na manowce etyczne. Choć, owszem, taki język bywa kuszący w ramach przekonania, że ja jestem nosicielem światła i rozumu, a otaczają mnie ciemność i tępota. Częściowo zapewne otaczają, ale one prawdopodobnie mają inne przyczyny niż sądzimy w ramach robienia dobrze swojemu ego.
Remigiusz Okraska
przez Maciej Zaboronek | środa 2 lutego 2022 | opinie
Istnieje dość powszechne przekonanie, że Polska jest nieświadoma i nieekologiczna, a Skandynawia – świadoma i ekologiczna. A tak naprawdę to wcale nie. Może to was zaskoczy, ale zasadniczo jest wręcz odwrotnie. A wszystko, jak zwykle, nie zależy od świadomości, lecz od tego, ile kto ma pieniędzy.
Pracuję w Szwecji przy przeprowadzkach i czasem dostajemy zlecenie wywiezienia śmieci od klienta. Firma ma co najmniej kilka takich akcji w tygodniu. I powinienem raczej napisać „śmieci”, bo zazwyczaj są to dobre, acz już tej osobie niepotrzebne rzeczy, które ciężarówką zabieramy na wysypisko. Ostatnio dwa dni zajęło nam zabranie takiego transportu ze sporej willi, której właściciele przy okazji przeprowadzki pozbyli się 3,5 tony (!!!) głównie dobrych rzeczy. Oczywiście nic na tym nie zarabiając, a nam za to płacąc. Buty, ubrania, szafy, komody, łóżka, meble z domu i ogrodu, narzędzia z garażu, talerze i sztućce, elektronika itp. Co się dało, tośmy sobie wzięli, ale przecież nie każdy co miesiąc jest w stanie przygarnąć do domu skórzaną sofę, komodę czy zestaw siekier. A nie mamy czasu, by się tym zająć inaczej niż tylko wywożąc na składowisko. Nieraz, dosłownie, łza mi się w oku kręci. Myślę o tym, ilu ludzi marzy o takich sprzętach, a ich na to nie stać, nawet tu w Szwecji, a już na pewno w Polsce, nie mówiąc o biedniejszych krajach. Oraz ile energii i zasobów marnuje się na moich oczach. Potłuczone szkło, które może wyślą do Chin, by tam je w hucie przetapiać i wysłać znowu do Europy, połamane meble, które pewnie się spali, tekstylia, z którymi nie wiadomo co począć, wyroby ze skóry zabitych zwierząt, procesory z metalami rzadkimi, za które ludzie giną w Afryce. A wszystko to dalej wieźć, tworzyć dalsze emisje dwutlenku węgla, na kolejny transport, przetwarzanie albo po prostu bezsensowne składowanie.
Jednocześnie nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce. Jeszcze. Króluje u nas sprzedaż na OLX czy Allegro, bo za biedni jesteśmy, żeby wyrzucać dobre rzeczy, za bardzo to się nam jeszcze nie mieści w systemie wartości. Stare meble nieraz stoją latami w piwnicy, ale wyrzucić żal. I tak, mamy w kraju więcej energii z węgla niż z wiatraków i więcej torebek foliowych zamiast papierowych, ale w skali makro to w Polsce marnuje się mniej rzeczy. Dużo mniej.
To nie tylko mojej subiektywne obserwacje. Według Eurostatu Polak wyrzuca rocznie 336 kg odpadów komunalnych – prawie najmniej w Unii. Choć i wewnątrz kraju są różnice zależne od województw. Co ciekawe, tam, gdzie wyższa średnia płaca, tam zazwyczaj śmieci więcej. Za danymi GUS, na bogatszym Dolnym Śląsku, to aż 400 kg rocznie, na biedniejszym Podkarpaciu tylko 236 – mniej niż w jakimkolwiek państwie UE. Tymczasem Szwed wyrzuca średnio 449 kg, a Duńczyk 844! Norweg też ponad 800, Fin 566. Tak, Szwedzi wypadają tu bardzo dobrze na tle sąsiadów. Jest to w końcu kraj światowej awangardy ekologicznej. A jednak w tym wypadku znajduje się za Polską pod względem dobrych postaw. Gdy mieszkańca Szwecji stać na więcej, to i śmieci więcej. Mimo wielkich starań systemu.
Podobny, choć jeszcze chyba bardziej zaskakujący efekt mamy w kwestii śladu węglowego. Polska ze swoją energetyką węglową i Szwecja z niemal najbardziej zieloną energetyką w Europie, czyli atomem, wiatrem i wodą. A ślad węglowy, uwzględniający dwutlenek węgla wyemitowany zagranica na potrzeby konsumpcji krajowej, jest dla przeciętnej Szwedki i tak wyższy niż w przypadku Polki. Znów: więcej pieniędzy = większa konsumpcja = więcej zużytych surowców. Skoro pensja jest tu średnio 300-400% wyższa niż w Polsce, ale ubrania, meble, sprzęty domowe kosztują może 50% więcej, a czasem tyle samo, to jest co i na co wydawać. Częściej kupowane nowe ubrania, częstsze remonty i zmiany mebli czy większe i nowsze samochody. Bo przecież, wbrew pozorom, ekologiczny samochód to nie ten nowszy, ale ten, którym jeździmy jak najdłużej się da, aby nie trzeba produkować kolejnego. I w tym kontekście wysoka świadomość przestaje mieć przeważające znaczenie. Komfort wygrywa z troską o dobro bezosobowej planety czy obcych ludzi w krajach Południa. A byłoby to widać tym bardziej, gdyby wziąć pod uwagę podział według zarobków w danym społeczeństwie. Przecież stosunkowo biedny Szwed czy Polak nie wyrzuci tego, co zamożny. Nie poleci też 10 razy do roku samolotem, bo ani go na to nie stać, ani nie ma czasu. Tak wiele konsumują bogatsze warstwy społeczeństwa.
Pytanie, czy nas też to czeka? Czy to nieuniknione, że bogacenie się oznacza, iż będziemy śmiecić jeszcze więcej? I wciąż emitować za dużo dwutlenku węgla? To jest trudne filozoficzne zagadnienie. Czy nam się już nie należy? Czy tym biedniejszym od nas też nie? Dlaczego, skoro Szwedom lub Norwegom się należało? To trudne pytania, na które jednak możemy odpowiadać z pozycji niekoniecznie tych najbardziej winnych i największych czarnych owiec rozwiniętego świata. Bo choć zmiany przed nami i dużo systemowej roboty do zrobienia, to wcale tacy najgorsi jeszcze nie jesteśmy. I może nigdy nie będziemy.
Maciej Zaboronek
przez Piotr Tomaszewski | niedziela 30 stycznia 2022 | opinie
Choć sama w sobie krytyka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z lewicowej perspektywy nie jest niczym nowym, trudno nie odnieść wrażenia, że wciąż ma horrendalne problemy z przebiciem się do mainstreamu. Gdy na potrzeby researchu do tego artykułu wpisałem w przeglądarce hasło „WOŚP – krytyka”, ogromna większość artykułów zawierała wypowiedzi przedstawicieli prawej strony politycznej: oskarżenia o antyklerykalizm i demoralizację młodzieży, o hipokryzję polegającą na chęci niesienia pomocy chorym dzieciom a jednocześnie promocję ich „zabijania” (chodzi o zeszłoroczne wsparcie dla Strajku Kobiet). Częste było też wskazywanie alternatywnej, również prywatnej, ale nie bezbożnej a pobożnej instytucji, czyli oczywiście Caritasu. W oczach znacznej większości Polaków podział wobec WOŚP to podział pokrywający się z podziałem na PiS i AntyPiS. Mamy więc klasyczny establishmentowy rozłam na Polskę zacofaną i purytańską oraz Polskę uśmiechniętą, tolerancyjną i oświeconą. Walka dobra ze złem, w której my oczywiście stoimy po tej właściwej stronie.
To, że nie ma w tej rozmowie miejsca na niuanse i merytorykę, jest oczywiście w dużej mierze kwestią tego, że zarówno prawicy, jak i liberałom zależy na utrzymaniu fałszywej dychotomii w celu utwierdzenia swoich elektoratów – znów na tej samej zasadzie, na jakiej w TVN-ie i w TVP mówi się bardzo rzadko o stronnictwach politycznych spoza duopolu rządzącego Polską od 17 lat. Nietrudno jednak odnieść wrażenie, że to także wina zaniedbań po stronie samej lewicy. Tak, jak od lat rzuca się w oczy jej zbyt silne podpięcie pod liberałów i odejście od klasowego konfliktu interesów na rzecz domniemanej walki „oświecenia” z „zacofaniem”, tak doskonale widać to w jej stosunku do inicjatywy Owsiaka. Trudno mieć nadzieję na zmiany, skoro nawet najbardziej „skrajna” partia lewicowego mainstreamu, czyli Razem, oficjalnie „Gra z WOŚP”.
Warto więc przypominać zarówno o wizerunkowych, jak i praktycznych konsekwencjach sojuszu tego typu.
Pomówmy o skali
Zacznijmy od samego sedna i tego, od czego jakakolwiek merytoryczna krytyka Orkiestry powinna się zawsze zaczynać. Czyli od pytania, na ile WOŚP tak naprawdę pomaga. Przytoczmy więc liczby. Podczas 29. finału WOŚP zebrała łącznie prawie 211 milionów złotych. W poprzednich latach kwoty te były niewiele mniejsze – 186 milionów w 2020, 176 milionów w 2019 i 125 milionów w 2018 roku.
Robi wrażenie? Na pierwszy rzut oka – owszem. Ludzki mózg ma to do siebie, że obrazowo odbiera tego typu liczby. Przyrównuje je do budżetu domowego, do własnych bieżących wydatków, by lepiej zobrazować sobie „ogrom” tej kwoty. Chęć ku temu jest jeszcze większa, gdy sami wrzuciliśmy parę złotych do puszki – wtedy bowiem pojawia się pragnienie poczucia sprawczości i tego, że dołożyliśmy swoją cegiełkę do czegoś Wielkiego i Dobrego.
Jednak jak słusznie zwróciła kiedyś uwagę Magdalena Okraska – nie ma przypadku w tym, że te kwoty podawane są w złotówkach, a nie w stosunku do całości PKB, która idzie co roku na zdrowie. Roczny budżet NFZ wyniósł w 2021 r. 103 MILIARDY złotych. Kiedy porównamy te kwoty, okaże się, że Orkiestra zebrała ledwie 2 promile rocznych wydatków państwa na tę kwestię. I jest to moment, w którym czar pryska.
Pryska on jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że ten coroczny festiwal dobrego serca i solidarności w naszym kraju skutkuje efektem identycznym do tego, jakby każdy mieszkaniec Polski dorzucił na zdrowie 5 złotych i 50 groszy ROCZNIE. Medialny festiwal i zachłyśnięcie się własną sprawczością zdają się być więc zupełnie niewspółmierne do rzeczywistych osiągnięć Orkiestry. Jest to oczywiście typowe dla wszelkich prywatnych inicjatyw charytatywnych.
Pomówmy o idei
Choć inicjatywa Jerzego Owsiaka budzi co roku nastroje mogące uchodzić za quasi-lewicowe (dużo mówi się bowiem o altruizmie i świeckiej pomocy bliźniemu), trudno nie odnieść wrażenia, że znacznie więcej o jej ideowym profilu mówi to, czego w programie Orkiestry nie ma. A nie ma ani słowa o pomocy systemowej, czyli tworzeniu instytucjonalnych warunków ku temu, żeby zdrowie w naszym kraju było NAPRAWDĘ dobrze chronione. Samym sednem idei Orkiestry jest zresztą wskazanie na – w zależności od interpretacji mniejszą lub większą – niesprawność tego, co publiczne. Jurek Owsiak – choć wcale nie musi nawet znać tego pojęcia – promuje ideę Ludzkiego Działania, autorstwa Ludwiga von Misesa, czołowego doktrynera ultraliberalizmu gospodarczego.
Niektórzy stojący po lewej stronie sceny politycznej obrońcy WOŚP-u lubią powtarzać, że taka dychotomia, podział na publiczne i prywatne, na NFZ i na WOŚP – jest fałszywa. Że w idealnym państwie (takim „nie z kartonu”) te dwa organy powinny się uzupełniać, a Orkiestra wcale nie gra w kontrze do systemu publicznego. To właśnie zdaje się wynikać ze wsparcia udzielanego Orkiestrze przez Partię Razem. Taką narrację prezentuje także chociażby Rafał Bakalarczyk w tekście opublikowanym w Krytyce Politycznej 29 stycznia 2019 roku, czyli podczas 27 finału:
„Myślę natomiast, że merytoryczna rozmowa o roli WOŚP i jej współpracy z systemem ochrony zdrowia może być dobrym punktem wyjścia do rozmowy o problemach państwowej opieki zdrowotnej […] Ustawianie się w radykalnej kontrze do WOŚP i jej lidera, zwłaszcza gdy są oni przedmiotem bezpardonowych ataków z prawej strony, raczej nie służy lewicowym celom”.
Taka retoryka miałaby rację bytu tylko w jednym przypadku – gdyby z wypowiedzi Jerzego Owsiaka jasno wynikało, że swoją inicjatywę traktuję jedynie pomocniczo i że nie zastąpi ona systemowych reform, a ich postulowanie jest tu głównym celem. W agendzie Orkiestry jednak nic takiego nie widać. Jedyna pamiętna wypowiedź Owsiaka na temat reform systemowych to słynne postulowanie „Planu Balcerowicza dla ochrony zdrowia” – co z tego, że wypowiedziana dawno temu, skoro do dziś niezreflektowana i nieskontrowana przez żadną alternatywę.
Przede wszystkim tego typu wizje nie mają jednak nic wspólnego z samym sednem lewicowości – konfliktem interesów. Bakalarczyk zdaje się wierzyć, że do modelu idealnego państwa, w którym publiczne i prywatne będzie się uzupełniać, można dojść za pomocą dialogu z ludźmi odpowiedzialnymi za jedne z największych systemowych oszczędności na zdrowiu w Europie. To ten sam całkowicie błędny tok myślenia, jaki zdaje się towarzyszyć Michałowi Sutowskiemu, który również w Krytyce Politycznej postuluje „odgrodzenie Planu Balcerowicza grubą linią”, bo Nowoczesne Państwo Dobrobytu można budować ręka w rękę z następcami neoliberalnego ekonomisty.
Wcale nie trzeba odwoływać się do marksistowskiej wizji walki klas, aby dostrzec, że takie „popieranie z zastrzeżeniem, że…” nie ma szans na osiągnięcie jakiejkolwiek politycznej siły przebicia. Tam, gdzie następował jakikolwiek dziejowy postęp – niezależnie od tego, czy chodziło o uzyskanie praw wyborczych przez kobiety, czy o zniesienie segregacji czarnoskórych, czy to o podpisanie Porozumień Sierpniowych – odbywało się to na zasadzie ostrego politycznego konfliktu i rezygnacji ze zbędnego niuansowania sprawy. Jeśli wizja Bakalarczyka ma się zrealizować, a WOŚP stać się przydatnym, ale tylko dodatkiem do dobrze funkcjonującej publicznej ochrony zdrowia, to stanie się to właśnie za sprawą twardej systemowej alternatywy (przy jednoczesnym wskazaniu patologii systemu obecnego). Nie zaś wskutek wylicytowania na WOŚP podróży pociągiem z lewicową posłanką Pauliną Matysiak, podczas której zgodzimy się, że przydałoby się przy okazji podnieść też składkę zdrowotną.
Pomówmy o sygnalizowaniu cnoty
Po trzydziestu latach Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest już czymś zupełnie innym niż była na początku lat 90. Z czysto spontanicznej i wielkodusznej serii zrzutek, które zbierano do czarnych worków na śmieci, stała się gigantyczną marką i ogólnopolskim symbolem „Uśmiechu” przez duże „U”.
Jeśli jednak spojrzeć na WOŚP jako na symbol czegoś większego, to komercjalizacja ta zmieniła ją w jeden z najbardziej przerażających symbolów fałszu, na którym zbudowana jest cała III RP. Fałszu przez mainstreamową lewicę grającą wraz z Orkiestrą, zdawać by się mogło, zupełnie niedostrzeganego. Udawaną, koniunkturalną i niemającą niemal żadnego systemowego przełożenia dobroczynnością promują się wielkie korporacje wchodzące we współpracę z WOŚP. Promują się nią poszczególni celebryci, którzy na licytację wystawiają wspólny obiad. Promują się neoliberalni politycy odpowiedzialni za trzydzieści lat oszczędzania na zdrowiu oraz przedsiębiorcy uciekający do rajów podatkowych przed realnym dołożeniem się do wspólnej kasy. Na wspólnym spacerze licytowanym w ramach akcji Świąteczną Pomoc niesie w tym roku Marcin Matczak, który niedawno w ramach troski o zdrowie Polaków (zarówno fizyczne, jak i psychiczne!) wychwalał zalety… 16-godzinnego dnia pracy.
Na WOŚP najbardziej korzystają ci, którzy publicznie i w świetle kamer wyrażają dla niej wsparcie, a najmniej – deklarowany cel akcji. Słowem – dla wszelakiego establishmentu WOŚP jest idealnym narzędziem do tego, co określa się Sygnalizowaniem Cnoty (ang: Virtue Signalling). Zachować moralną estymę, a ze swojej uprzywilejowanej pozycji oddać dokładnie tyle, ile kosztuje wrzucenie piątaka do puszki – oto przepis na sukces uniwersalnie wykorzystywany przez Złych Samarytan III RP.
Piotr Tomaszewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia, Autorstwa Mateuszgdynia – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=56268275
przez Jan Przybylski | środa 26 stycznia 2022 | opinie
Dzisiaj odbywa się kolejne spotkanie w „formacie normandzkim” z udziałem przedstawicieli Rosji, Ukrainy, Niemiec oraz Francji. Określane jest ono jako kolejna „ostatnia szansa dla dyplomacji” w konflikcie, który wprowadził w Europie napięcie niespotykane od czasów Zimnej Wojny.
Jednocześnie na wschodniej i północnej (białoruskiej) granicy Ukrainy wciąż rozbudowywane są siły rosyjskie. Są one oceniane już obecnie na ekwiwalent 8–10 dywizji liczący ok. 125 000 ludzi. Według analiz koncentracja sił rosyjskich i rozwinięcie ich zaplecza logistycznego, medycznego itp. osiągnie poziom wystarczający do realizacji przewidywanych celów nie później niż w pierwszej dekadzie lutego. Nie oznacza to wciąż bezwzględnej pewności wojny na dużą skalę. Nikłe wydaje się jednak prawdopodobieństwo „rozejścia się po kościach” całej sytuacji, która jeszcze jesienią mogła być traktowana jako swoiste rytualne wywieranie presji na Ukrainę i Zachód w celu osiągnięcia celów dyplomatycznych (uznanie aneksji Krymu, wycofanie obiekcji w sprawie gazociągu Nord Stream 2).
Aktualna sytuacja ma antecedencje z jednej strony w „miękkim”, związanym z kulturalno-ekonomicznymi czynnikami soft power rozszerzaniu wpływów szeroko rozumianego Zachodu w przestrzeni posowieckiej. Z drugiej natomiast w przeciwdziałaniu im i dążeniu do pewnej formy odbudowy ZSRS w ramach tzw. doktryny Putina. Dla „Ruskiego Miru” zupełnie stracone są zintegrowane z Zachodem na wszystkich płaszczyznach kraje bałtyckie. Jednak losy Białorusi i Ukrainy wciąż się ważą. Ta pierwsza jest powiązana z Rosją w sposób jak się wydaje wykluczający w dającej się przewidzieć perspektywie istotniejszy zwrot. Ukraina jednak jest przypadkiem odmiennym, mając znacznie żywotniejszą tradycję niezależności politycznej i kulturowej od przestrzeni rosyjskiej.
Ukraińskie tendencje prozachodnie doprowadziły najpierw do „pomarańczowej rewolucji” w latach 2004–05, a później do Euromajdanu w latach 2013–14. Wydarzenia te skutecznie zniweczyły pomysł na trwanie państwa ukraińskiego jako pogranicza systemów, ze znacznymi podobieństwami strukturalnymi do Rosji i jej bardzo dużymi wpływami. Bezpośrednią reakcją Moskwy była inwazja na Krym i wyrwanie spod władzy Kijowa terytoriów Donbasu oraz Ługańska, na których Rosja ustanowiła marionetkowe „republiki ludowe”. Kwestia losu całej Ukrainy pozostała jednak nieokreślona, przy jednocześnie ogromnym osłabieniu sentymentu do Rosji wskutek agresji i fatalnej sytuacji ludności w „Donbabwe” oraz „Ługandzie”. Zagadnienie to dotyczy również, a z punktu widzenia rosyjskich aspiracji przede wszystkim, rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy.
Jednocześnie spowodowany wojną exodus na Zachód, w sporej mierze do Polski, w poszukiwaniu bezpieczeństwa i dobrobytu spowodował zżycie się jeszcze większej liczby obywateli Ukrainy z tamtejszymi rozwiązaniami politycznymi, gospodarczymi i prawnymi, a przez to rozwój i utrwalenie okcydentalizmu w kraju. Niewiele wskazuje, aby te procesy miały ulec zahamowaniu, nie mówiąc o odwróceniu. Z upływem lat, a tym bardziej pokoleń, Rosja będzie traciła możliwość zaprowadzenia „Ruskiego Miru” na Ukrainie jako pewnego programu wspólnoty opartej na motywach kulturowych, a nie napoleońskiego siedzenia na bagnetach.
W związku z tym prawdopodobne jest, że na Kremlu pojawiło się przekonanie o zamykaniu się okienka umożliwiającego takie rozwiązanie problemu ukraińskiego, które satysfakcjonowałoby imperialną Rosję – a zatem o konieczności podjęcia działań raczej szybciej niż później.
Wystąpiły i inne czynniki zachęcające. Chiny rzucają rękawicę amerykańskiej dominacji, póki co głównie na Pacyfiku. Pandemia COVID-19 pozostaje istotną kwestią ograniczającą możliwości działania krajów Zachodu i podkopującą pozycję ich władz. W samej Rosji spowodowała do dziś oficjalnie ponad 328 000 ofiar, co skłania władze do pokazania jakiegoś sukcesu, najlepiej jak największego. Po zapaści z roku 2020 niezła pozostaje sytuacja na rynku surowców energetycznych – a docelowe transformacje energetyczne pogorszyłyby przecież w długiej perspektywie pozycję Rosji wynikającą ze statusu kluczowego ich dostawcy. Na Białorusi uległa zachwianiu pozycja Aleksandra Łukaszenki, który, aby ratować władzę, musiał oprzeć się na Moskwie, przechodząc z pozycji polityka mocno krnąbrnego i problematycznego dla dążeń Kremla do statusu sowiecko-rosyjskiego stupajki, udostępniającego bez ograniczeń swoje terytorium wojskom protektora. Na rubieżach wschodnich Rosja zwiększyła wskutek niedawnych wydarzeń kontrolę nad Armenią i przede wszystkim Kazachstanem. Wreszcie w krajach zachodnich występują silne polaryzacje wewnętrzne – w Stanach Zjednoczonych prezydentura Joego Bidena ma niskie notowania, we Francji Emmanuelowi Macronowi zagrażają mocno prawicowi (i prorosyjsko nastawieni w polityce zagranicznej) Marine Le Pen oraz Éric Zemmour. Wreszcie w Niemczech dominującą rolę w nowej koalicji rządowej sprawuje SPD, tradycyjnie przychylna Rosji. Przy tym wszystkim Władimir Władimirowicz Putin skończy w bieżącym roku 70 lat i jego czas na zapisanie się w historii jako nowy Piotr Wielki albo Stalin dobiega końca.
Potencjalne plany militarne i idące za nimi polityczne Rosji wobec Ukrainy są trudne do odgadnięcia. Sugerowane przez analityków scenariusze rozciągają się od wariantu minimum, obejmującego zakres od ponownego rozpalenia „separatystów” do zdobycia połączenia lądowego z Krymem, po przynajmniej czasowe zajęcie większości Ukrainy z Kijowem oraz Odessą. Celem politycznym mogłoby być wyrwanie Zadnieprza (dysponującego kluczowymi zasobami przemysłowymi i energetycznymi) spod władzy Kijowa z formalnym pozostawieniem go w ramach Ukrainy z docelowym wymuszeniem federalizacji kraju i prawa weta kontrolowanej przez Moskwę części wschodniej. Inne przewidywania obejmują osadzenie w Kijowie prorosyjskiego lidera całego kraju, względnie zrujnowanie infrastruktury i oczekiwanie przez Rosjan na upadek Ukrainy.
Jakie by plany militarne nie były, najpewniej Rosjanie będą w stanie je zrealizować. Armia ukraińska została od roku 2014 odbudowana, zreformowana i dysponuje znaczącym doświadczeniem bojowym. Tym razem jednak jej przeciwnikiem nie będą zbieraniny z Doniecka i Ługańska wspierane przez najemników i dość dyskretnie przez armię rosyjską, ale elita tej ostatniej. Przy tym modernizacja armii ukraińskiej jest bardzo ograniczona. Przykładowo, tamtejsze lotnictwo nie otrzymało za czasów niepodległości ani jednego nowego wielozadaniowego samolotu bojowego, bazując na zasobach modernizowanych w ograniczonym zakresie posowieckich Suchojów oraz MiGów. Rosjanie w ramach forsownych zbrojeń wprowadzili do służby ponad 400 maszyn tej kategorii z nowej produkcji o skokowo lepszych parametrach, ponadto modernizując ponad kilkaset starszych, w tym bombowców, w zakresie niedostępnym dla Ukraińców. Podobna sytuacja dotyczy obrony przeciwlotniczej czy marynarki wojennej. Zatem operacyjnie Ukraińcy stoją na straconej pozycji.
Lepiej wygląda sytuacja w skali taktycznej. Realizowane w ostatnich latach, w tym z dużym natężeniem ostatnio, przede wszystkim przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, dostawy środków przeciwpancernych powinny pozwolić na lokalne stawianie skutecznego oporu rosyjskim wojskom zmechanizowanym i zadawanie im sporych strat. Nieoficjalnie, acz z rzetelnych źródeł wiadomo, że najniższe piętro ukraińskiej obrony przeciwlotniczej wzmacniają, obok przekazywanych przez kraje bałtyckie wyrzutni pocisków Stinger, również znaczące dostawy z Polski.
Wojna, jeżeli wybuchnie, będzie dla Rosjan prawdopodobnie zwycięska militarnie, ale może być kosztowna. Należy mieć nadzieje, że z uwagi na cele polityczne będzie prowadzona w sposób maksymalnie oszczędzający ludność cywilną.
Potencjalne implikacje w polityce zagranicznej są trudne do określenia. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wykazały sporą determinację we wzmacnianiu ukraińskiego potencjału obronnego, jednak, jeżeli scenariusze nie wymkną się do kategorii niewyobrażalnych, trudno wyobrazić sobie walkę ich sił z Rosjanami. Do tego mogłoby dojść dopiero wskutek ataku na któryś z krajów NATO. Taki scenariusz nie jest przewidywany, nie wskazują na jego prawdopodobieństwo dane z intensywnego rozpoznania prowadzonego m.in. znad terytorium Ukrainy, acz trzeba mieć na uwadze, że nie jest on wykluczony w sensie technicznym. Zapowiadane są ciężkie represje przeciwko rosyjskim instytucjom finansowym i interesom wydobywczym. Osobną kwestią jest jednak spójność Zachodu w tej mierze. Pojawiają się informacje o postulowaniu przez Niemcy zawężania zakresu środków odwetowych. Pomijam kwestię, czy stanowisko Berlina jest wynikiem zdradzieckiej prorosyjskości, jak chcą jedni, czy elementem wielopoziomowej i rozpisanej na głosy gry politycznej z Rosją, jak sugerują inni. Rosja może oczywiście być pewna lojalności Pekinu, jednak za cenę wzrostu uzależnienia od niego.
Polska w rozpatrywanych scenariuszach (pamiętając jednak o tych nierozpatrywanych, a możliwych) nie powinna być bezpośrednio zagrożona militarnie, obecnie i w ciągu najbliższych lat. Nie powinniśmy mieć zatem okazji do utyskiwania, że tak jak późnym latem 1939 zamówione systemy uzbrojenia pozostają z dala od kraju. Ewentualny wybuch wojny na Ukrainie odsunie zapewne na wiele lat realność wyrzucającego nasz kraj do swoistej strategicznej próżni przeorientowania Rosji do antychińskiego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W krótszej perspektywie wzrośnie co prawda zagrożenie wynikające z ewentualności potraktowania jako kolejnej kostki domina któregoś z krajów bałtyckich, ale będzie ono prawdopodobnie równoważone zwiększonym zaangażowaniem NATO, a przede wszystkim Amerykanów, na flance wschodniej, tudzież potencjalnym wstąpieniem Finlandii i być może też Szwecji do Paktu.
Również jeśli wojna nie wybuchnie teraz, należy podjąć wysiłki na rzecz zwiększenia skali amerykańskiego wsparcia dla polskiej (a także rumuńskiej, litewskiej, łotewskiej i estońskiej) obronności w ramach programu FMF. Dotychczas jej wartość nie przekraczała kilkudziesięciu milionów dolarów rocznie, podczas gdy Egipt otrzymuje w ciągu roku ponad miliard dolarów, Izrael natomiast – ponad trzy. Oczywiście gdyby wymienione kraje miały stać się zapleczem sponsorowanej przez Waszyngton długotrwałej wojny o niskiej intensywności z Rosją, prowadzonej przez Ukraińców, którą sugerują niektóre scenariusze, stałoby się to konieczne ponad wszelką miarę.
dr Jan Przybylski
przez Roman Rostek | wtorek 25 stycznia 2022 | opinie
NFZ przeprowadził badanie wśród pacjentów na temat postrzegania opieki szpitalnej. Metodologia badania, oparta na Net Promoter Score, czyli ankietowaniu mającym na celu wskazanie ambasadorów marki, może być nieco nietrafiona, ponieważ pytanie o chęć polecania szpitala innym brzmi nieco dwuznacznie. Jednak główne spostrzeżenia z raportu są zbieżne z moimi obserwacjami, gdy byłem pacjentem.
Pacjenci najsłabiej oceniają jakość wyżywienia, co do tego trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości. Jednak istotniejsze dla mnie są inne elementy systemu ochrony zdrowia, które skutkują negatywnymi doświadczeniami: wsparcie emocjonalne i szeroko rozumiana komunikacja z pacjentem.
Gdy w 2018 roku zachorowałem na raka, miałem mgliste pojęcie o tym, jak działa system ochrony zdrowia. Sporadyczne wizyty w przychodni, najczęściej z dziećmi, dają obraz tylko małej, choć istotnej, części systemu. Historie poważnych chorób w najbliższej rodzinie to tylko powierzchniowa wiedza na temat bardziej rozbudowanych procesów. Natomiast miesiące poświęcone na leczenie, kilkadziesiąt dni spędzonych na oddziałach trzech szpitali, liczne wizyty i badania, pozwoliły mi na obserwację instytucji ochrony zdrowia w taki sposób, w jaki patrzyłem na organizacje jako konsultant. Widziałem szpitale jako części dużego systemu, ale ze swoistymi kulturami organizacyjnymi, procesami zarządzania, komunikacją.
Zdaję sobie sprawę, że ta obserwacja uczestnicząca, odbywająca się przy okazji leczenia, dotyczyła pacjenta uprzywilejowanego, który trafił do dobrych wielkomiejskich szpitali. Mieszkam w dużym mieście, mam grono rodziny i przyjaciół, którzy potrafili wspierać mnie choćby swoimi kontaktami wśród medyków. Dodatkowo po zakończeniu leczenia miałem możliwość przeprowadzenia wywiadów ukierunkowanych na poprawę procesów komunikacyjnych w jednym ze szpitali, co pozwoliło mi na uchwycenie dodatkowej perspektywy dzięki relacji konsultant-organizacja, świetnie uzupełniając spostrzeżenia z perspektywy pacjenta.
Miałem szczęście leczyć się przed pandemią, która mocno uderzyła w system ochrony zdrowia. Mam wrażenie, że to uderzenie uwypukliło tylko moje spostrzeżenia, przekreślając tylko jedno, ale dla mnie osobiście bardzo istotne: po zakończeniu leczenia miałem poczucie, że ten system jest efektywniejszy niż opinia na jego temat. Pozostałe spostrzeżenia nie były już tak pozytywne dla systemu.
Niewiedza na starcie
Nikt nie musi zagłębiać się w szczegóły procedur dotyczących opieki medycznej, dopóki tego nie potrzebuje. Gdy potrzebuje, nie ma możliwości szybkiego uzyskania potrzebnej wiedzy na ten temat, bo system i procedury są zbyt skomplikowane, a gubią się w nich również lekarze. Niewiedza pacjentów była najczęściej powtarzanym problemem podczas wywiadów w ramach diagnozy komunikacji w szpitalu. W efekcie pacjenci (oraz ich rodziny) skupiają się na drugorzędnych kwestiach w rozmowach z lekarzami podczas omawiania diagnozy.
Niewiedza prowadzi również do czegoś, co przez medyków jest określane jako „roszczeniowość” – pacjenci oraz przede wszystkim ich rodziny oczekują działań, które często mają się nijak do rzeczywistego procesu leczenia albo są niemożliwe do szybkiego przeprowadzenia. Z psychologicznego punktu widzenia jest to jak najbardziej zrozumiałe, jeśli walczy się o zdrowie czy życie swoje lub bliskiej osoby. Taki nacisk pozwala czasem ugrać coś więcej, o czym wspominali zarówno pacjenci, jak i lekarze. Przy czym to „więcej” może oznaczać np. niepotrzebne badanie, zlecone tylko po to, żeby uniknąć awantury.
Niewiedza dotyczy nie tylko pacjentów. Lekarz z mojej przychodni, chcąc założyć mi kartę Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego (tzw. zieloną kartę, dającą przywilej w postaci stosowania procedur opracowanych właśnie dla takiego leczenia), musiał konsultować się telefonicznie ze znajomymi, aby wprowadzić mnie do tego systemu. Nic dziwnego, że pacjenci poruszają się w ramach systemu po omacku, bazując na szczątkowej wiedzy, a czasami wręcz na fałszywych danych, łatwych do znalezienia przy pomocy wyszukiwarki internetowej u doktora Google’a.
Hierarchiczny paternalizm
Jedną z najbardziej widocznych cech systemu ochrony zdrowia jest panująca tam hierarchiczność. Nie jest to typowa dla służb mundurowych podległość wobec wyższych szarżą, raczej podział na kasty, różniące się prestiżem, zakresem władzy symbolicznej, a także realnej. Lekarze dają odczuć pozostałym grupom pracowniczym, że są ważniejsi – co również odczuwają pacjenci. Pielęgniarki mogą podobnie traktować personel pomocniczy, chociaż tu już zróżnicowanie jest mniej wyraźne. W samej grupie lekarzy budowana jest również wewnętrzna hierarchia: ordynatorzy potrafią pokazać miejsce w szeregu innym lekarzom, którzy z kolei traktują z góry stażystów czy narzekają na niekompetencję lekarzy POZ-ów.
Ta hierarchiczność i jej toksyczny wpływ na miejsce pracy jest widoczna w wywiadzie z pielęgniarką Zofią Miś w „Nowym Obywatelu” nr 87. Wydaje się to być cechą tak mocno zakorzenioną w polskiej kulturze, że również pacjenci wpasowują się ten schemat, okazując uległość wobec prestiżu ordynatora i traktując z góry personel sprzątający. Jest to odtwarzanie kultury zaobserwowanej w instytucjach ochrony zdrowia.
Oczywiście pomiędzy szpitalami istnieją znaczące różnice. W jednym ze szpitali obchód lekarski był całym rytuałem, rozpoczynającym się przygotowaniem pacjentów i sali przez pielęgniarki i personel sprzątający. Wejście grupy lekarzy odbywało się w taki sposób, że od razu wiadomo było, kto jest ordynatorem, kto jest ważnym lekarzem, a kto mało istotnym rezydentem. Pytania pacjentom zadawał tylko ordynator, potrafiący niezbyt kulturalnie zrugać pacjenta, który zanieczyścił pokój odklejonym workiem stomijnym. W innym szpitalu obchód lekarski był zadaniem dla lekarzy prowadzących lub dyżurnych, a sprawy pacjentów były omawiane z ordynatorem na codziennych odprawach (o czym przekonałem się, pytając ordynatora o sprawę moich badań – chociaż wcześniej nigdy nie rozmawialiśmy, był bardzo dobrze zorientowany, jeśli chodzi o moje leczenie). Ordynator nie miał potrzeby pokazywania wszystkim, że jest najważniejszym z lekarzy.
Hierarchiczność przekłada się na zakres władzy. W szpitalu o mocnej hierarchii, pielęgniarki nie miały możliwości decyzyjnych do podawania pacjentom środków przeciwbólowych (w przypadku nagłego, mocnego bólu pooperacyjnego, dostałem taki środek dopiero, gdy z bólu prawie zemdlałem). W szpitalu, gdzie hierarchiczność nie była tak widoczna, pielęgniarki same dysponowały środkami przeciwbólowymi w takich sytuacjach.
W przypadku mocno hierarchicznych instytucji pacjent miewa poczucie, że najważniejszy na szpitalnym oddziale jest ordynator. Na szczęście w pozostałych można mieć poczucie, że to pacjent jest w centrum działań.
Pacjent jako źródło przychodu (z ograniczeniami)
W prywatnym lecznictwie jest to oczywiste, ale i w leczeniu refundowanym przez NFZ daje się czasami zauważyć, że w procesie leczenia nie zawsze najważniejsze jest samo leczenie. Dotyczy to działań, które są niezrozumiałe dla pacjenta, a które rodzą podejrzenia, że taki sposób działania bardziej się „opłaca”. Przykładami są trzymanie pacjenta na oddziale bez żadnych badań przez tydzień, manipulowanie z otwieraniem i zamykaniem karty DILO, zlecanie zbędnych (z punktu widzenia pacjenta) badań – być może wszystko to miało głębsze uzasadnienia. Jednak jeśli pacjentowi nikt tego nie potrafił wytłumaczyć, wówczas takie sytuacje rodzą podejrzenia, że robione jest to, co opłaca się szpitalowi. Znacznie boleśniejsze dla pacjenta są sytuacje, w których przekonuje się, że przekroczone zostały limity budżetowe na poszczególne działania i nie może w związku z tym mieć przeprowadzonych badań czy zabiegów.
Brak otwartości w informowaniu oraz brak wiedzy pacjentów skutkuje z jednej strony tworzeniem legend o kosztach leczenia, z drugiej strony – spiskowymi teoriami o medykach podstępnie wykorzystujących sytuacje pacjentów. Dlatego dobrym rozwiązaniem jest udostępnienie informacji o kosztach leczenia w ramach internetowego konta pacjenta. Po rozmowach na oddziale z „bardziej świadomymi” pacjentami o tym, ile kosztuje leczenie onkologiczne, rzeczywiste kwoty nieco zaskoczyły mnie – część była niższa, niż spodziewałem się np. po opowieściach pacjentów leczących się prywatnie za granicą.
Złudzenie prywatnej opieki zdrowotnej
Pandemia częściowo obaliła mit prywatnej opieki zdrowotnej jako tej jedynej efektywnej, gdy okazało się, że tylko publiczny system ochrony zdrowia może cokolwiek zdziałać w takiej skali. W pełni prywatna opieka zdrowotna w ramach naszego systemu skupia się tylko na tych działaniach, które są opłacalne kosztowo. Natomiast źródła mitu jej przewagi tkwią w historii – przed laty zapłacenie lekarzowi dawało poczucie, że pacjent będzie właściwie leczony i dobrze traktowany. Obecnie wciąż to obowiązuje w wersji: warto pójść na wizytę prywatną, bo efekt będzie lepszy.
Poza takimi, nieco magicznymi wyobrażeniami, prywatny system ma jedną istotną i powszechnie odczuwalną przewagę: czas oczekiwania. Przy okazji różnych chorób można przekonać się o tym, jak długo trzeba czekać na wizytę w ramach publicznej ochrony zdrowia, podczas gdy to samo bywa dostępne od ręki, jeśli opłaci się je prywatnie. To jeden z najbardziej destrukcyjnych wizerunkowo aspektów systemu. Nie jest istotne, że prywatny system nie daje kompleksowości, że jest bardzo drogi, że jakościowo niewiele się różni – jest szybciej dostępny i ta cecha bywa kluczowa dla oceny porównawczej.
Moje doświadczenia z prywatnym systemem w leczeniu raka są ograniczone do pierwszej wizyty, która z perspektywy nabytej później wiedzy nie była warta wydanych pieniędzy. Raz, że lekarz pozostawił mnie po pierwszej diagnozie samemu sobie, bez możliwości wpisania mnie do systemu leczenia, z mglistymi wskazówkami, co mam dalej robić. Dwa, że gdybym miał świadomość szybkiej ścieżki dla pacjentów z podejrzeniem nowotworu w publicznej ochronie zdrowia, moje leczenie mogłoby zacząć się szybciej, a przez to wyglądać inaczej. Dlatego jedno z moich kluczowych doświadczeń brzmi: zanim zapłacisz za prywatne leczenie, sprawdź, co jest możliwe w ramach publicznego systemu. Nie dziwiły mnie później rozmowy z pacjentami, którzy próbowali prywatnego leczenia za granicą, a w końcu lądowali w ramach krajowego leczenia refundowanego przez NFZ, co okazywało się najsensowniejszą dla nich opcją.
Chora komunikacja
W badaniu przeprowadzonym na zlecenie NFZ to komunikacja z pacjentem bywa kluczowa dla niezadowolenia pacjenta. To moje podstawowe doświadczenie, po części wzmocnione moim zawodem (ćwierć wieku doradztwa w zakresie komunikacji organizacyjnej). W rezultacie byłem pewnie trudnym pacjentem, bo wciąż zadającym pytania, a jako konsultant opracowywałem w głowie działania doskonalące komunikację, żeby pacjenci odczuwali większy komfort leczenia.
Przeprowadzona diagnoza procesów komunikacji w jednym ze szpitali dała mi lepszy wgląd w przyczyny trudności w tym obszarze. Oczywiście pierwszoplanowe są kwestie interpersonalne. Lekarze nie są do swojego zawodu przygotowywani od strony komunikacji z pacjentem, a jest to część procesu leczenia wpływająca na komfort obu stron. Lekarz nie potrafiący dobrze komunikować się w trudnych sytuacjach (przedstawianie diagnozy, informacja o procesie leczenia, informowanie o niedobrych perspektywach dla pacjenta) odczuwa więcej stresu i unika pacjentów. Widziałem to wielokrotnie, szybko potrafiłem określić, z kim warto rozmawiać, bo można dowiedzieć się czegokolwiek na temat swojego leczenia, a kogo nie warto pytać o nic. Miewałem lekarzy prowadzących, którzy wręcz unikali mojego wzroku idąc korytarzem, bo bali się rozmowy. Z drugiej strony oczywiście spotkałem też świetnych specjalistów, którzy byli za takich uważani również ze względu na swoją gotowość do rozmowy z pacjentem i umiejętność przekazania każdego rodzaju informacji.
Co istotne, pielęgniarki wydają się grupą o wiele lepiej radzącą sobie z komunikacją. Są bliżej pacjentów, przebywają z nimi więcej czasu, hierarchicznie mają mniejszą władzę – nie podejmują kluczowych decyzji o procesie leczenia, ale mają duży wpływ na komfort leczenia. Chyba nie spotkałem niesympatycznej pielęgniarki w trakcie swojego leczenia (nawet jeśli działa tu zasada „Każdy spotyka na swej drodze takie pielęgniarki, na jakie sobie zasłużył”). Pamiętam wiele rozmów z nimi, które zmniejszały mój stres podczas leczenia. Mój przyjaciel ze szpitalnej sali, zakonnik, zwykł mawiać, że „Pielęgniarki to anioły”. Ja po konsultancku powiedziałbym: „Pielęgniarki starają się swoimi interpersonalnymi kompetencjami łatać dziury niezbyt efektywnego systemu opieki zdrowotnej”.
Problemy komunikacyjne są również widoczne w przepływie informacji w ramach systemu. Szpitale, jak każde duże organizacje, mają niezbyt efektywne procesy komunikacyjne pomiędzy poszczególnymi częściami struktury. Bywa to również widoczne z perspektywy pacjenta, gdy konieczne są dodatkowe konsultacje w innym oddziale. Przejście ze szpitala do szpitala często łączy się z tym, że w nowej jednostce jest się pacjentem z prawie czystą kartą, informacje o procesie leczenia nie podążają za pacjentem w postaci bazy danych, co skutkuje powtarzaniem tych samych badań na nowo.
Zwiększyć nakłady, poprawić komunikację i zwiększyć nakłady
Od czasu mojego leczenia konieczność zwiększenia nakładów na system ochrony zdrowia jest coraz bardziej widoczna. I nie chodzi o zapewnienie lepszych posiłków, czyli najgorzej ocenianego aspektu leczenia w badaniu NFZ. Pandemia uwidoczniła braki kadrowe na wszystkich poziomach. Z perspektywy pacjenta na pewno wzmocnienia wymagają zawody nielekarskie: od pielęgniarek, przez ratowników medycznych, po personel administracyjny, który odciąża tych bezpośrednio zajmujących się leczeniem. Również rozbudowa systemu, pozwalająca na sprawne zarządzanie danymi pacjentów, wymaga nakładów. Edukacja medyków powinna lepiej przygotowywać ich do pracy od strony komunikacyjnej, co wymaga również zmian w kulturze pracy lekarzy i nieco innego rozumienia przez nich swojej pozycji.
Publiczny system ochrony zdrowia jest na pewno wart naszych składek, ale ja piszę z perspektywy fana tego systemu, w końcu tam uratowano mi życie. To w ramach tego systemu na jednej sali szpitalnej spotkać może się np. profesor uniwersytetu z licznymi międzynarodowymi kontaktami, po próbach leczenia za granicą, oraz wychodzący z bezdomności były gangster – takie towarzystwo miałem w jednym ze szpitali. Wszyscy byliśmy leczeni w ramach NFZ z naszych wspólnych składek. Ta świadomość to też jedno z moich najważniejszych doświadczeń z czasów leczenia.
Roman Rostek
przez Mateusz Jurewicz | poniedziałek 24 stycznia 2022 | nasze rozmowy
Z Wojciechem Jasińskim, przewodniczącym związku zawodowego Konfederacja Pracy w firmie Solaris, rozmawia Mateusz Jurewicz
Co się dzieje w Solarisie?
Wojciech Jasiński: W wyniku głosowania pracownicy Solarisa zdecydowali, że rozpoczną strajk, domagając się tym samym wyższych płac. W referendum zagłosowały 1342 osoby, czyli 51,7% uprawnionych do głosowania. Za przeprowadzeniem strajku opowiedziały się aż 1244 osoby, czyli 92,7% wszystkich głosujących. Z uwagi na niespełnienie żądania dotyczącego wzrostu wynagrodzenia pracowników oraz wynik referendum strajkowego, zadecydowaliśmy, że 24 stycznia 2022 r. rozpocznie się strajk generalny pracowników spółki, który potrwa do odwołania.
Media informują, że pracodawca zaoferował wam podwyżki. Uważacie, że są zbyt niskie?
Przede wszystkim domagamy się podwyżek w jednakowej kwocie dla wszystkich pracowników. Wychodzimy z prostego założenia: chcemy podnieść płace w firmie o równą kwotę. Poprzedni właściciele firmy przy podwyżkach postępowali właśnie w ten sposób. W tym roku wyszliśmy, jak zawsze, z taką propozycją, ale spotkała się ona z krytyką ze strony nowych władz firmy. Usłyszeliśmy, że nie wszyscy pracują jednakowo, nie wszyscy mają jednakową wydajność i dlatego podwyżka musi być procentowa, a nie kwotowa. To tłumaczenie nie trzyma się kupy, bo przy takim rozwiązaniu większą podwyżkę dostanie nie ten, kto efektywniej pracuje, lecz ten, kto już teraz otrzymuje wyższe wynagrodzenie.
Spółka zaoferowała 5% podwyżki (nie mniej niż 270), a więc każdy pracownik, który ma wynagrodzenie do kwoty 5400 zł brutto, otrzyma podwyżkę 270 zł brutto. Natomiast menedżer zarabiający powyżej np. 15 tysięcy złotych otrzyma 750 zł podwyżki brutto.
Mając na uwadze aktualny wzrost cen, propozycja zaledwie 270 złotych podwyżki, przede wszystkim dla pracowników produkcyjnych i magazynowych na najniższych szczeblach, spowodowała decyzję o podjęciu strajku.
A jakie są zarobki w firmie przed podwyżkami?
Bolączką jest brak tabeli prac. Od lat zabiegamy o siatkę płac, aby każdy wiedział, że na takim czy innym stanowisku obowiązuje taka płaca, z drobnymi widełkami ustalonymi indywidualnie przez pracodawcę. Domagamy się, zgodnie z kodeksem pracy, żeby za taką samą pracę otrzymywać takie samo wynagrodzenie. Natomiast dochodzą do nas wieści, że różnice pomiędzy podobnymi stanowiskami potrafią przekraczać nawet tysiąc złotych. Byliśmy umówieni z zarządem na przygotowanie tabeli płac. Nasza propozycja wyglądała następująco: najpierw negocjujemy podwyżkę płac, a później wspólnie zajmujemy się tworzeniem wspomnianej tabeli. Domagamy się jasności i transparentności.
Czyli podwyżki zaoferowano wszystkim?
Obecna oferta miała podnieść płace każdemu – od sprzątaczki do menedżera. Każdy otrzymałby podwyżkę o 5%. Z wyjątkiem trzech grup, którym spółka przyznała dodatkowo 80 zł brutto oraz czwartej grupy – brygadzistów – którzy dostaliby 200 zł podwyżki. Ta kwestia mocno bulwersuje załogę, gdyż dla nas jest to dość oczywista próba skłócenia ludzi. Załoga odbiera to jako próbę dzielenia ich na lepszych i gorszych. Sami brygadziści też nie są tym zachwyceni, chcieliby mieć dobre relacje ze swoimi zespołami. Jeżeli władze spółki chcą wyróżnić ich w tak ostentacyjny sposób, to jest to przez nich odbierane z niesmakiem. Wielu brygadzistów brało udział w referendum strajkowym i popierają nasze postulaty.
Chcieli was podzielić?
Propozycja podwyżek dla brygadzistów wyszła od władz firmy w trakcie mediacji, przed pikietą. To wtedy postanowiono dać dodatkową podwyżkę kilku grupom pracowniczym. Nietrudno zgadnąć, że miało to nas podzielić. Zapewne wszyscy ci, którym zaoferowano dodatkowe pieniądze, mieli w zamyśle firmy nie wziąć udziału w pierwszej pikiecie, a później nie przyłączyć się do naszego strajku. Jednak nie widać takich reakcji ani u pracowników, dla których podwyżka 80 zł brutto wydaje się dość marną próbą przekupienia ich przez firmę, ani u brygadzistów, którzy wolą pozostać w dobrej relacji ze swoimi zespołami.
Ten zabieg jest czytelny tym bardziej, że gdy w przeszłości upominaliśmy się o te grupy zawodowe, firma nic z tym nie robiła. Gdy wcześniej zgłaszaliśmy, że pewne grupy pracownicze należy wyróżnić, to ciężko było znaleźć wspólny język z władzami spółki. Natomiast kiedy zaczął się konflikt, szybko przypomnieli sobie o tych pracownikach, o których im wspominaliśmy, wypaczając przy okazji nasze postulaty. Wielkopolski rynek pracy potrzebuje tego typu specjalistów, za ich pracę należy się godna płaca.
Czyli w celu złamania waszej solidarności, zarząd przejął wasze dawne postulaty.
Tak. Ponadto firma wielokrotnie, nie mówiąc wprost, sugerowała pracownikom, że dałaby podwyżki jak najszybciej, natomiast nie mogą tego zrobić przez związki zawodowe, które nie chcą wypracować porozumienia. Gdy nie ma porozumienia płacowego, to nie mogą dać podwyżki, a tego porozumienia nie ma, bo związki nie chcą się zgodzić na zaproponowaną podwyżkę – takie są sugestie zarządu. To wszystko tworzyło wokół nas nieprzyjemną atmosferę i kreowało obraz związków jako podmiotów, które blokują podwyżki. Były też komunikaty, w których spółka wprost zadawała pytanie, dlaczego liderzy związków nie chcą się zgodzić na szybkie podwyżki dla pracowników. W jednym z takich komunikatów pracodawca „z żalem” informuje, że liderzy związkowi nie chcą być stroną w podnoszeniu wynagrodzeń pracownikom spółki. To zwykłe bezczelne kłamstwo i nonsensem jest twierdzić, że związkowcy nie chcą podwyżek dla załogi. Chcemy – ale większych niż oferuje zarząd.
Wygląda to na bardzo nieuczciwe zabiegi pracodawcy.
We wspomnianym komunikacie zarząd stwierdził też, że jego oferta podwyżek jest nadal aktualna, natomiast z każdym kolejnym upływającym dniem coraz mniej realna. Tego typu komunikaty mają wytworzyć obraz, że pracodawca te podwyżki chce dać, ale z powodu związków nie jest w stanie tego zrobić. Po czym 14 stycznia informuje, że jednak podwyżki zostaną wdrożone, niezależnie od związków zawodowych, czym odsłonił się i pokazał, że poprzednie komunikaty były kłamliwe.
A jak w takich realiach wyglądało referendum strajkowe?
Spółka na początku podała, że uprawnionych do głosowania jest 2597 osób. Nie podała ich nazwisk, a jedynie numery ewidencyjne. Byliśmy zaskoczeni, gdyż wiemy, że w spółce pracuje 2480 osób. Skąd wzięła się początkowa liczba? Dodano osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych. Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych mówi wyraźnie o pracownikach firmy. Natomiast spółka Solaris policzyła też osoby wykonujące na jej rzecz pracę zarobkową w formule innej niż umowa o pracę. O tych osobach mówi ustawa o związkach zawodowych. A zatem zapisy ustawy o związkach zawodowych firma zastosowała do ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Nie chcieliśmy już w tym temacie wchodzić ze spółką w dyskusje. Problem rozwiązał się w ten sposób, że skoro podali nam, iż uprawnionych do głosowania jest 2597 osób, to aby referendum było ważne, musiało do głosowania przystąpić co najmniej 1299 osób. Do głosowania przystąpiły 1342 osoby, czyli więcej niż wymaga tego próg wskazany przez ustawę.
Spośród osób, które przystąpiły do głosowania, 1244 osoby były za strajkiem. To daje nam 92,7% wszystkich głosujących. Przeciwko strajkowi było 71 osób, a 27 głosów było nieważnych. Co zrobiła firma? Do 71 głosów na NIE doliczyli 1255 osób nie biorących z różnych przyczyn udziału w głosowaniu i przekazali załodze komunikat, że ponad 51% pracowników opowiedziało się przeciw strajkowi. Przecież to jakaś groteska! Takim komunikatem po raz kolejny władze firmy próbują wprowadzić pracowników w błąd, traktując ich jak idiotów. To jest niesłychane!
Co możesz powiedzieć o pracownikach nie biorących udziału w głosowaniu?
W referendum udział wzięli przede wszystkim pracownicy działów produkcji bezpośredniej, pracownicy magazynowi i pracownicy serwisu. Czyli robotnicy. Dołączyli do nas także koleżanki i koledzy z działów administracyjno-biurowych, natomiast nie głosowali oni tak masowo jak pracownicy produkcji. Na tych stanowiskach praca jest mniej uciążliwa, zdarzają się trochę wyższe stawki, co zmienia podejście do związków zawodowych. W związkach zawodowych są głównie robotnicy. To oni są trzonem organizacji związkowych. Jednak spora część kadry biurowej popiera nasze postulaty, gdyż wielu z nich też nie ma zbyt wysokich wynagrodzeń, a niektórzy zarabiają na poziomie pracowników produkcyjnych.
Druga sprawa jest taka, że większość pracowników biurowych wykonuje pracę zdalną. Z tego powodu robiliśmy głosowania również poza zakładem pracy. Umawialiśmy się z takimi ludźmi i do nich dojeżdżaliśmy. Ale część z nich nie chce się wychylać. Na produkcji ludzie mają mniej do stracenia, jest zapotrzebowanie na fachowców.
Reprezentuje Pan związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy, ale udział w akcji referendalnej i strajkowej bierze też udział „Solidarność”. Jak układa się współpraca obu związków?
Idziemy wspólnie ramię w ramię. Oczywiście jakaś rywalizacja zawsze jest. Jeśli komuś nie podoba się „Solidarność”, to może dołączyć do nas – i na odwrót. Staramy się, żeby to było naszą siłą napędową. Atutem jest natomiast to, że mając w zakładzie dwa związki zawodowe możemy liczyć na wsparcie ze strony dwóch ogólnopolskich dużych central związkowych – „Solidarności” oraz OPZZ, w którym jesteśmy zrzeszeni my. Co za tym idzie, możemy korzystać np. z rozbudowanej pomocy prawnej.
Jak wyglądała do tej pory pomoc dla waszych działań z zewnątrz?
W ubiegłym roku po raz pierwszy pojawiła się u nas posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, kiedy spółka chciała zwolnić pięciu pracowników. Daliśmy wtedy informacje do prasy, przyjechała do nas pani Agnieszka i zorganizowała konferencję. Gdy zaczęliśmy działania na rzecz referendum, zaprosiliśmy do nas panią posłankę w roli obserwatora. A teraz zapowiedziała wizytę w firmie w trakcie akcji strajkowej. Swoją pomoc zaoferowali również poseł Adrian Zandberg oraz posłanka Katarzyna Ueberhan. Mamy też stałą pomoc ze strony naszego związkowego prawnika, mecenasa Grzegorza Ilnickiego. Uważam go za jednego z najlepszych prawników związkowych w Polsce.
Jakie ma Pan przeczucia co do strajku?
Nie chcę prorokować. Mottem naszej organizacji są słowa „kto walczy, ten może przegrać, ale kto nie walczy, ten już przegrał”. Dlatego walczymy.
Kiedy rozpocznie się strajk i jak będzie wyglądał?
Pracy odmówimy w poniedziałek 24 stycznia od 6 rano. Strajk generalny będzie trwał do odwołania.
Dziękuję za rozmowę.
22 stycznia 2022 r.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 23 stycznia 2022 | edytorial, Kwartalnik, Zima 2021
Często przejeżdżam obok ruin fabryki, w której poznali się moi rodzice. Stoją jeszcze resztki kilku hal i innych budynków, coraz bardziej ginąc w gąszczu roślinności; reszta już zburzona, zapadnięta, rozszabrowana przez potrzebujących każdego grosika. Ta fabryka przetrwała dwie wojny światowe i rozmaite zawirowania dziejowe. Nie przetrwała inwazji liberalizmu po roku 1989.
Nie była duża jak na realia epoki przemysłowej. Na trzy zmiany pracowało w niej w szczytowym momencie 400 osób. To wystarczyło, żeby pół dzielnicy miało pracę na miejscu. Bez konieczności dojeżdżania do innych dzielnic, do innych miast, a co dopiero mówić o innych regionach czy krajach, gdzie dzisiaj wędrują za chlebem młodzi ludzie z tej samej dzielnicy.
Produkowała to, czego używa się do dzisiaj. Tyle że dzisiaj przyjeżdża to z Chin. Może i taniej, ale zwykle gorszej jakości. Jednak nawet to „taniej” oznacza tylko tyle, że nikt nie policzył, ile traci się bez tylko tej jednej fabryki. Na braku pracy na miejscu. Na braku podatków lokalnych i centralnych. Na tym, że w epoce kryzysu ekologicznego wozimy proste produkty przez pół świata, czyli zużywamy surowce i energię na transport, a emitujemy zanieczyszczenia. Na tym, że nie ma już przy zakładzie kina, przychodni, biblioteki, imprez sportowych, życia społecznego. Na tym, że lokalne sklepy nie zarabiają na wydawaniu pracowniczych pensji. Na tym, że młodzi nie widzą przyszłości na miejscu, więc uciekają. Zostają niemal sami starsi ludzie.
Nie liczy się w tym równaniu jeszcze i tego, że w duszach odkłada się czarny, smolisty osad beznadziei, braku perspektyw, frustracji. Albo i wkurzenia. Którego z kolei nie rozumieją syci, świetnie ustawieni, delikatni i wrażliwi ludzie z odległych stolic i bogatych miast. Zasmuceni i zdegustowani tym, jacy tutaj w interiorze jesteśmy nieprzyjemni, jak nieładnie mówimy i myślimy, na kogo głosujemy i kogo nienawidzimy. Albo zszokowani tym, ile zarabiamy: „to za takie pieniądze da się żyć?”.
Takie refleksje nie były mile widziane w III RP. Traktowane jak „oszołomstwo”, zbywane złotymi myślami w rodzaju „świat idzie do przodu”, portretowane jako nieżyciowy sentymentalizm itp. Ewentualnie kwitowane opowieściami, że jedno upada i odchodzi, ale inne powstaje. Cóż, w wielu miejscach nie powstało nic w zamian – lub tylko niewiele. A i to „niewiele” oznaczało zazwyczaj enklawy harówki i wyzysku.
Opowieść o przemyśle to nie tylko wspomnienia o „starych dobrych czasach”. To także temat teraźniejszości i przyszłości. Czy jest praca i czy jest nie tylko w metropoliach. Czy jest ona w przyzwoitych warunkach i dobrze płatna. Czy są perspektywy i czy jest stabilizacja. Czy są porządne podatki lokalne i krajowe od porządnych zysków. Czy mamy szanse na rozwój. Czy potrafimy zaspokoić własne potrzeby – pandemia pokazała, że w Polsce i Europie zaczyna brakować wielu ważnych rzeczy, bo już nie produkuje się ich tutaj. Przemysł to przyszłość i temat nie z dawnych lat, lecz z nadchodzących czasów.
Tej kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Piszemy o przemyśle dawnym i o jego zniszczeniu. O tym, kto, dlaczego i w imię czego to zrobił. Czym to poskutkowało. O przemyśle obecnym i o kierunkach jego rozwoju. O pracownikach tego sektora. O tym, co powinniśmy zrobić, żeby nie być krajem montowni, dyskontów, centrów logistycznych, call centers i stacji serwisowania TIR-ów wożących produkty ze wschodu na zachód lub odwrotnie.
Wiele jest tematów ważnych. Ten jest jednym z najważniejszych. Zapraszam do lektury!
przez Krzysztof Mroczkowski | sobota 22 stycznia 2022 | nasze rozmowy
O Instytucie Pamięci Narodowej z dr. Bartoszem Rydlińskim, prezesem i współzałożycielem Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, rozmawia Krzysztof Mroczkowski.
Dlaczego kandyduje Pan do Kolegium IPN? W Pańskim środowisku pojawiają się głosy na temat likwidacji IPN-u – czy Pan ich nie podziela?
Dr Bartosz Rydliński: Trudno byłoby wskazać bardziej upolitycznioną państwową instytucję aniżeli Instytut Pamięci Narodowej. IPN na przestrzeni lat udowodnił, że ma poważny problem z pluralizmem, jeśli chodzi o prowadzoną politykę historyczną. W działaniach Instytutu razi promocja radykalnie prawicowej wizji przeszłości. Ślepe wychwalanie endecji, kult „żołnierzy wyklętych”, pozbawione pluralizmu perspektyw podejście do oceny PRL – to wszystko budzi moją niezgodę. W działaniach IPN ciężko doszukać się także widocznego docenienia roli lewicy w odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Symbolicznym jest to, że obchody 100-lecia powstania pierwszego rządu niepodległej Polski, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej, organizowało kierowane przeze mnie Centrum im. Ignacego Daszyńskiego we współpracy z UMCS. IPN tego dnia nie zrobił nic. Podobnie rzecz się ma w podejściu Instytutu do naprawdę ikonicznych postaci Polskiej Partii Socjalistycznej. To, że przez ponad 20 lat działalności Instytutu nie ukazała się na przykład ani jedna biografia Bolesława Limanowskiego, nestora polskiej lewicy niepodległościowej, świadczy o IPN kiepsko.
Ostatnio wśród książek historycznych pojawia się nurt historii ludowej (przykładem może być „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego). Jak instytucja taka jak IPN powinna odpowiedzieć na ten nurt? Czy w pracach publikacyjnych IPN-u aspekt historii społecznej oraz aspekty klasowe są wystarczająco uwzględniane?
Historia została sprowadzona w większości publikacji IPN do anachronicznie uprawianej historii politycznej, dziejów dygnitarzy, urzędów. Polacy jako społeczeństwo są gdzieś z boku. IPN posiadający potężny budżet na badania historyczne pomija chociażby analizę strajków chłopskich międzywojnia, protestów robotniczych przed 1939 rokiem. Żeby IPN w sposób rzetelny mógł pochylić się nad „ludowym” nurtem historii Polski należałoby poszerzyć okres analizy IPN na cały XX wiek. W innym wypadku anihiluje się jeden z największych niepodległościowych i społecznych zrywów w dziejach ziem polskich, jakim była Rewolucja 1905 roku. Odbiorca propagandy historycznej IPN nie dowie się o Republice Ostrowieckiej czy Zagłębiowskiej.
Ludowa Historia Polski jest też niepełna bez historii najnowszej, historii transformacji. Nie da się bowiem rzetelnie odnosić do naszej współczesności bez krytycznego spojrzenia na wielomilionowe bezrobocie, upadek przemysłu, na to, że wielu z naszych współobywateli zostało pozostawionych samych sobie przez państwo w ustrojowym „skoku do królestwa wolności” po 1989 roku.
Kreatorzy przemian 1989 roku i pierwszych lat III RP nadal odgrywają istotne role w życiu publicznym. Można przypuszczać, że do końca obecnej dekady się to zmieni, a dla młodszej części polskiego społeczeństwa przełom ustrojowy będzie wydarzeniem z odległej historii. Jak w tych nowych warunkach, bez udziału decydentów okrągłostołowych, opowiedzieć tę najnowszą historię społeczną i polityczną Polski? Jak IPN (w przypadku poszerzenia badanego okresu o koniec XX. wieku) powinien badać to, co stało się w latach 90.?
Coraz więcej badaczy i dziennikarzy młodego pokolenia oddaje głos naocznym świadkom tamtych przemian. Rafał Woś, Magdalena Okraska, Marek Szymaniak, Katarzyna Duda czy Piotr Witwicki są autorami książek, które mogą stanowić przykład tego, jak mówić o transformacji do młodych. Dodatkowym walorem jest to, że wspomnianymi autorami są osoby, które same dorastały w latach 90. i były świadkami wielu kosztownych społecznie reform. Z wiadomych powodów „ojcowie założyciele” III RP będą chcieli mówić o sukcesach tamtych czasów, o wykorzystanych szansach, o historycznych wzrostach PKB. Jednak dla uczciwego podejścia do historii najnowszej warto oddać głos mieszkańcom Włocławka, Myszkowa czy Wałbrzycha, którzy będą mieć inne spojrzenie na tamte czasy.
Jeżeli prace historyczne IPN miałyby oddać głos mieszkańcom, to w jaki sposób praktycznie mogłoby to wyglądać?
Weźmy przykład mojego rodzinnego Nowego Dworu Mazowieckiego, w którym się urodziłem i dorastałem. Historia miasta garnizonowego, ściśle związanego z wojskiem, nie tylko z Twierdzą Modlin stanowiącą symbol polskiego oręża z wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku czy kampanii wrześniowej 1939 roku. To nade wszystko rozwój nowych jednostek wojskowych po 1945 roku w samym Nowym Dworze, powstanie nowych bloków, całej infrastruktury, migracji wewnętrznych, tworzenie pewnej wojskowej tożsamości rodzin, niekrytej dumy oficerów LWP. Wszystko to się zmienia w 1990 roku, do mojego miasta przychodzi swoista „doktryna szoku”. Z miesiąca na miesiąc są zamykane jednostki, a żołnierze i oficerowie tracą pracę. Zaś po ponad dwóch dekadach w miejscu lotniska wojskowego powstaje lotnisko cywilne obsługujące jedną, zagraniczną i „tanią” linię lotniczą. Cała ta historia nadaje się na dobre opracowanie historyczne, którego niestety brakuje.
Jest Pan kojarzony z raczej pozytywną oceną dorobku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. IPN powołany został m.in. do krytycznego rozliczenia z przeszłością. Czy nie ma w tym pewnej sprzeczności?
Tak, jestem kojarzony z uznaniem dla milionów ludzi, którzy budowali Polskę Ludową, jedyną możliwą Polskę w powojennych realiach geopolitycznych. IPN nie został powołany do tego, by przedstawiać PRL jako wyrwę w państwowości, blisko pięciu dekad totalitaryzmu niszczącego polską tożsamość narodową. To wyjątkowo płytki i poznawczo wątpliwy proceder. Przez ostatnie 20 lat o zbrodniach PRL zostało powiedziane wszystko. Może zatem nadszedł czas na analizę tego, co w PRL się udało, np. reformy społeczne, inwestycje infrastrukturalne, olbrzymi wysiłek zagospodarowania ziem północnych i zachodnich. Coraz więcej badaczy nauk społecznych i humanistycznych wskazuje na to, że dzięki rewolucji Polski Ludowej, czyli stworzeniu nowoczesnego społeczeństwa, wyrwanego z feudalnych zależności, współczesna Polska zawdzięcza swój sukces gospodarczy. Innymi słowy nadszedł czas na to, aby IPN zaczął analizować historię społeczną PRL w możliwie profesjonalny i niezideologizowany sposób.
Co uważa Pan za największy sukces, a co za największą porażkę Polski okresu 1945-1989?
Zacznę od sukcesu, w tym celu podam liczby. Po hekatombie II wojny światowej Polska miała 24 milionów obywateli – w 1990 było to 38 milionów. Zatem odbudowa demograficzna, sprzężona z polityką społeczną PRL, to moim zdaniem największy sukces tamtego okresu. Największą porażką po 1945 roku będą bez wątpienia represje stalinowskie, wymierzone także w działaczy PPS. Praktyki totalitaryzmu powinny zawsze spotykać się z potępieniem.
Dla wielu Polaków symbolika patriotyczna jest bardzo ważna i wciąż jest elementem wzmacniającym więzi społeczne. Istnieje pewne imaginarium ważne dla zbiorowej tożsamości wielu Polaków niezależnie od pochodzenia klasowego, poglądów partyjnych czy miejsca zamieszkania. Powiedzmy, że na jego obrzeżach, chociaż nie zupełnym marginesie, są żołnierze wyklęci, a w centrum Armia Krajowa i ruch „Solidarności”, opór wobec sowieckiej dominacji. Czy rewizja myślenia o Polsce Ludowej w kierunku, który Pan zarysował, nie nosi ryzyka rozbicia jednego z niewielu punktów wspólnych w myśleniu Polaków?
Ale także za sprawą IPN od lat Armia Krajowa jest zastępowana przez mit żołnierzy wyklętych. Niezbyt licznego w istocie grona, w którym pomieszano autentycznych bohaterów, jak Pilecki, z niemożliwymi do obrony postaciami w stylu „Ognia”, czy „Burego”. Ruch „Solidarności” z jego postulatami socjalnymi, których wiele bez problemu byłoby aktualnych w realiach III RP, też ustępuje miejsca historii poszczególnych działaczy i liderów „Solidarności”.
Zaś w kontekście patriotyzmu nie mam wątpliwości, że postacie takie jak Ignacy Daszyński czy Wanda Krahelska stanowią lepszy symbol umiłowania Ojczyzny aniżeli Roman Dmowski. Za sprawą działalności IPN w obecnej postaci również patriotyzm nie ma dziś niestety uniwersalnego charakteru. Najwyższy czas to zmienić!
Dziękuję za rozmowę.
22 stycznia 2022 r.