przez Nikodem Szewczyk | niedziela 13 czerwca 2021 | opinie
W ostatni dzień 2019 r. – roku rekordowych temperatur, szalejących pożarów i burz tropikalnych – Chiny ogłosiły światu, że w Wuhan pojawił się nowy wirus. Początkowo problem został zignorowany przez światową opinię publiczną. Wtedy jeszcze nikt nie spodziewał się, że pandemia COVID-19 będzie wydarzeniem, które wywróci do góry nogami cały świat. Nowy wirus doprowadził do śmierci milionów ludzi, pogłębił nierówności i zapoczątkował największą recesję od prawie 100 lat. Wydarzenia minionego roku pokazują, że znajdujemy się w momencie cywilizacyjnego przesilenia. Koronawirus to manifestacja stanu chronicznego przeciążenia ekosystemów. Dzisiaj jedna iskra wystarczy, aby wzniecić płomień.
Żyjemy w świecie, który nieustannie produkuje stany wyjątkowe. Globalna gospodarka wytwarza złożoną sieć zależności, które prowadzą do outsourcingu przemocy, zanieczyszczeń i wyzysku ze światowego centrum do peryferii, oraz do deterytorializacji takich zjawisk jak epidemie, kryzysy finansowe czy zmiany klimatyczne. Pamiętacie, jak w 2007 r. wybuchła bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych? Wszyscy pamiętamy kryzys finansowy tamtych lat, ponieważ dotyczył każdego, mimo że nikt z nas nie odpowiada bezpośrednio za nadużycia amerykańskiego sektora finansowego. Globalizacja połączyła wszystkie rejony świata w jeden wrażliwy organizm. W konsekwencji pojedyncze, z pozoru nieistotne zdarzenia mogą zmienić życie miliardów ludzi.
Po wybuchu pandemii COVID-19 niektórzy komentatorzy porównywali to wydarzenie do czarnego łabędzia. Czym jest czarny łabędź? Wydarzeniem niezwykle rzadkim, znajdującym się na samym krańcu ogona rozkładu prawdopodobieństwa, ale wywierającym olbrzymi wpływ na świat. O czarnym łabędziu mówiono wiele po wybuchu kryzysu finansowego w 2008 r. Za pomocą tego pojęcia tłumaczono, jak to możliwe, że modele prognozujące ryzyko nie przewidziały nadchodzącego krachu. Postrzeganie kryzysów w kategoriach zjawisk trudnych do przewidzenia jest wygodne, ponieważ rozmywa poczucie odpowiedzialności. Kryzysy powinniśmy jednak postrzegać systemowo. Źródłem pandemii COVID-19 był najprawdopodobniej wirus odzwierzęcy, przeniesiony przez osobniki tradycyjnie unikające człowieka, które zetknęły się z gatunkiem ludzkim na fali wytrzebiania bioróżnorodności. To nie przypadek doprowadził do tragedii, lecz lata zaniedbań w sferze ochrony środowiska, zdrowia publicznego i finansowania badań epidemiologicznych.
Pandemia COVID-19 to bez dwóch zdań wielkie zagrożenie. Skuteczne zaszczepienie populacji i kontrola kolejnych mutacji wirusa to największe wyzwania na najbliższe lata. Nie pozwólmy jednak, aby zakończenie pandemii uśpiło naszą czujność. Kryzys wywołany przez COVID-19 jest nieodłącznie związany z kryzysem klimatycznym. Koronawirus to przedsmak świata, w którym możemy żyć za około 50 lat. Świata klęsk żywiołowych, głodu i wojen klimatycznych. W tym wypadku zmiany mogą być jednak znacznie bardziej dotkliwe i nieodwracalne.
Powinniśmy byli słuchać naukowców, którzy od dziesięcioleci ostrzegali, że czeka nas pandemia. Dziś rozwagi wymagają od nas kwestie klimatyczne. Trzeba działać, zanim będzie za późno.
Jak straciliśmy kontrolę
W 2015 r. dziennikarka „New Yorkera” Elizabeth Kolbert otrzymała Nagrodę Pulitzera za książkę pt. „The Sixth Extinction: An Unnatural History”, w której zebrała oraz omówiła dowody naukowe na to, że żyjemy w okresie szóstego masowego wymierania gatunków. Gady, płazy, ryby, ptaki, ssaki, a nawet rośliny są zagrożone wyginięciem. Szacuje się, że tempo wymierania gatunków jest obecnie około 100 razy szybsze niż naturalne. Do tej pory Ziemia doświadczyła pięciu masowych wyginięć. Wraz z wyginięciem większości gatunków życie na planecie zostaje odtworzone. Drastyczną zmianę warunków klimatycznych przeżywają tylko prymitywne organizmy, z których w perspektywie milionów lat powstaje bardziej zaawansowana forma życia. Za jeden biologiczny reset odpowiadał meteoryt. Tak wyginęły znane nam z książek dinozaury. Za pozostałe cztery – gazy cieplarniane. Czy ludzie podzielą los dinozaurów? Jeżeli nic się nie zmieni, to jest to bardzo prawdopodobne. Szóste masowe wymieranie gatunków różni się jednak od poprzednich tym, że jego przyczyna leży w działalności ludzkiej.
Za szkody wyrządzone przyrodzie do tej pory odpowiada głównie gospodarka człowieka. Największym zagrożeniem przyszłości są jednak zmiany klimatu i związany z nimi wzrost globalnych temperatur. Średnia temperatura powierzchni ziemi wzrosła o ponad 1°C od czasów epoki przedprzemysłowej. To efekt emisji gazów cieplarnianych, które pochodzą ze spalania surowców kopalnych wykorzystywanych przez człowieka do zdobywania energii. Bez energii cieplnej nie zasililibyśmy maszyn, które wykorzystujemy do powiększania rozmiarów naszej gospodarki. Nie bylibyśmy również w stanie ogrzać naszych domów, kiedy temperatury spadają poniżej akceptowalnego poziomu. Nie ma wątpliwości, że energia jest nam niezbędna do życia. Dzięki paliwom kopalnym rozwój świata znacznie przyśpieszył, a miliony ludzi wyszły z ubóstwa.
Emisja gazów cieplarnianych zaczęła rosnąć wraz z rewolucją przemysłową, ale początkowo bardzo powoli. Wielu z nas postrzega globalne ocieplenie jako swego rodzaju dług moralny, narastający od początku rewolucji przemysłowej. Taka perspektywa jest jednak błędna. W rzeczywistości ponad połowa węgla wydalonego do atmosfery z paliw kopalnych została wyemitowana zaledwie w ciągu ostatnich trzech dekad. W dodatku głównym emitentem były państwa wysoko rozwinięte, które skok rozwojowy mają dawno za sobą. W 1992 r. Organizacja Narodów Zjednoczonych ustanowiła oficjalny konsensus naukowy w sprawie zmian klimatu i wyznaczyła ramy walki z globalnym ociepleniem. W tym samym roku amerykański polityk Al Gore wydał książkę „Ziemia na krawędzi”, w której opisywał, jak niebezpieczny kierunek mogą obrać zmiany klimatyczne, jeżeli ludzkość nie zacznie działać. Od tego czasu wyrządziliśmy Ziemi więcej szkód niż przez wszystkie ostatnie tysiąclecia.
Niewątpliwie człowiek prowadził grabieżczą gospodarkę środowiskową od setek lat, ale skala strat nigdy nie była tak poważna. Dopiero pojawienie się kapitalizmu i powojenne przyspieszenie uprzemysłowienia spowodowały, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Nieraz słyszymy, że żyjemy w epoce antropocenu. Czym jest antropocen? Okresem w geologicznych dziejach ziemi, w którym to człowiek w największym stopniu kształtuje globalny ekosystem. Redukowanie odpowiedzialności za zmiany klimatyczne do naturalnej dysfunkcjalności gatunku ludzkiego jest jednak wygodne. Pomaga rozmyć odpowiedzialność. Sprowadzić tragedię do prostego stwierdzenia: „tak musiało być, ponieważ tacy jesteśmy”. Jacy dokładnie? Chciwi, wiecznie nienasyceni i żądni władzy nad światem. Katastrofa klimatyczna to jednak de facto wina nie człowieka, lecz systemu gospodarczego, w którym człowiek od pewnego czasu żyje. To wolnorynkowy kapitalizm fetyszyzuje nieskrępowaną niczym konsumpcję i ciągły wzrost gospodarczy. To w kapitalizmie dobrobyt mierzymy za pomocą PKB, który nie uwzględnia skali zniszczeń środowiskowych. Socjolog Jason W. Moore proponuje zatem, żeby, zamiast o antropocenie, mówić o kapitałocenie. Epoce, w której to nie człowiek rządzi, a kapitał. I to kapitał prowadzi nas do katastrofy.
Piekło na ziemi
Co nas czeka w przyszłości? Czy jest jeszcze jakaś nadzieja? Na ile możemy liczyć na dotychczasowe ustalenia międzynarodowe w sprawie przeciwdziałania zmianom klimatycznym? To niewygodne pytania, od których staramy się uciekać, ale warto udzielić na nie odpowiedzi.
Według dostępnej wiedzy sytuacja jest zła i trzeba działać tu i teraz. Jeżeli natychmiast nie zredukujemy emisji w zasadzie do zera, to do 2030 r. temperatura wzrośnie o 1,5°C, do 2100 r. powyżej 4°C, a później 3 razy tyle. Konsensus naukowy mówi o tym, że 2°C to punkt krytyczny. Po jego przekroczeniu zmiany klimatu zaczną postępować kaskadowo i nie będziemy mogli zrobić już nic, aby je powstrzymać. Jednak nawet wzrost temperatury do 2°C wiąże się z tragicznymi konsekwencjami. Czekają nas między innymi zabójcze dla rolnictwa i ludzi fale upałów oraz susze, niedobory wody, postępujące wymieranie gatunków, topnienie lodowców, a co za tym idzie potężny kryzys humanitarny. Według badań odsetek ludzi narażonych na nieakceptowalne zagrożenie życia w co najmniej dwóch z trzech dziedzin, takich jak dostęp do wody, energii czy żywności, obejmie prawie 1/3 ludzkości, z czego ponad 90% przypadków dotyczyć będzie Azji i Afryki. Kryzys dotknie w pierwszej kolejności najuboższych części świata, co czyni go jeszcze bardziej dotkliwym.
A co się stanie, jeśli przekroczymy granicę 2°C? W rzeczywistości jesteśmy bowiem na prostej drodze do tego, aby do końca wieku osiągnąć wzrost temperatury nawet o 4°C. Jeżeli uwzględnimy porozumienia paryskie z 2016 r., które niestety są dobrowolne i nie nakładają bezwarunkowego obowiązku redukcji emisji CO2 na państwa, to temperatury wzrosną o około 3°C. Tak wysoki wzrost temperatur wiązać będzie się z tym, że zjawiska pogodowe, które dziś uznajemy za anomalie, na przykład pożary lasów, powodzie, huragany czy susze, staną się codziennością. Kraje basenu Morza Śródziemnego, takie jak Hiszpania, Włochy i Grecja, będą pustynnieć, a region Bliskiego Wschodu nie będzie się nadawał do życia. Będziemy mieli do czynienia z klęską humanitarną na niespotykaną do tej pory skalę. Miliony ludzi z ubogiego Południa zmuszone zostaną do migracji na Północ. Pojawią się uchodźcy klimatyczni i wojny o podstawowe zasoby, jak żywność czy woda.
To wszystko w ramach nadal dość realistycznych scenariuszy. A co jeśli będzie gorzej? Co jeżeli naukowcy, mający zawodową skłonność do przedstawiania ostrożnych prognoz, mylą się, a zmiany klimatu przybiorą znacznie szybszy i tragiczniejszy w skutkach przebieg? W 2017 r. amerykański dziennikarz David Wallace-Wells prześledził znacznie bardziej pesymistyczne scenariusze i przedstawił je w formie artykułu, który szybko stał się najczęściej czytanym w historii „The New York Times”. Tekst zaczyna się od stwierdzenia: „Jeśli twój niepokój związany z globalnym ociepleniem jest zdominowany przez obawy o podniesienie się poziomu mórz, to ledwo pojmujesz, jaki terror rzeczywiście nas czeka”. Wallace-Wells twierdzi, że obowiązujące modele klimatyczne mogą nie doceniać stopnia ocieplania się ziemi. W artykule rozważa scenariusze wzrostu temperatur nawet o 8°C. Co oznaczałby taki wzrost? Mniej więcej tyle, że nasza planeta zupełnie nie nadawałaby się do zamieszkania przez ludzi. Ziemia byłaby praktycznie martwa. I to w perspektywie jednego pokolenia.
Warto zaznaczyć, że artykuł Wallace-Wellsa doczekał się krytyki ze strony naukowców i środowisk walczących ze zmianami klimatu. Podkreślano, że praca jest zbyt pesymistyczna, a miejscami zawiera nawet błędy faktograficzne. Ostatecznie „The New York Times” uwzględnił uwagi środowiska naukowego i zaktualizował artykuł, a sam Wallace-Wells dwa lata później wydał książkę „Ziemia nie do życia. Nasza planeta po globalnym ociepleniu”. Została ona przyjęta znacznie bardziej pozytywnie niż pierwotny artykuł. Popularny periodyk ekonomiczny „The Economist” napisał w recenzji: „Niektórzy czytelnicy uznają dowody Wallace-Wellsa za alarmistyczne. I rzeczywiście są one alarmistyczne. Ty także powinieneś taki być”.
Żyjąc w raju utraconym
Większość z nas doświadcza na własnej skórze tego, że żyjemy w czasach gwałtownych zmian. Wydaje się, że taka perspektywa nie wynika wyłącznie z dynamicznego rozwoju technologii, która zmienia otaczający nas świat. Od dekad co kilka lat mamy do czynienia z kolejnym światowym kryzysem. Na początku XXI wieku wybuchła wojna z terroryzmem. Zrzeszona pod imperialnym sztandarem Stanów Zjednoczonych koalicja państw rozpętała wojnę na Bliskim Wschodzie. W tle tej wojny znajdował się konflikt o ropę naftową. Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku wybuchł kryzys finansowy, a zaraz po nim kryzys uchodźczy. Jedną z przyczyn Arabskiej Wiosny Ludów były regularnie nawiedzające tamte regiony susze, które gwałtowanie zwiększały ceny żywności i wywoływały niezadowolenie społeczne. Masowe migracje dostarczyły paliwa populistycznej prawicy w Europie, która cynicznie wykorzystała tragedie setek tysięcy ludzi do budowania kapitału politycznego. Prędko zaczęto mówić o tym, że to demokracja jest w kryzysie. Zanim sytuacja się ustabilizowała, wybuchła globalna pandemia śmiertelnego wirusa COVID-19.
Co łączy te wszystkie wydarzenia? Z pozoru niewiele. Jednak gdy zastanowimy się nad tym głębiej, to zauważymy, że w tle wielu istotnych wydarzeń nowożytnej historii znajdują się zmiany klimatyczne. Wraz z postępującymi zmianami klimatycznymi podlegamy coraz większej presji. Stabilność świata ludzi zależy od dostępu do żywności, wody i surowców naturalnych. Wobec tego załamanie się ekosystemu musi prowadzić do kolejnych kryzysów. Terroryzm nie rozwinąłby się, gdyby nie odkrycie ogromnych złóż ropy naftowej na Bliskim Wschodzie. Europa nie zmagałaby się z zalewem fali uchodźców, gdyby globalna temperatura nie rosła w tak zawrotnym tempie. Nie doszłoby również do epidemii COVID-19, gdyby nie nasz bezwzględny stosunek do zwierząt i skala eksploatacji, jakiej poddajemy przyrodę. Kolejne kryzysy to kwestia czasu.
To wszystko prowadzi do tego, że gdy dziś myślimy o utopii, to wzrok kierujemy coraz częściej nie w przyszłość, lecz w przeszłość. Taką kondycję ludzką, wzorując się na Walterze Benjaminie, opisał w jednej ze swoich ostatnich książek polski socjolog Zygmunt Bauman. Nazwał ją retrotopią (od słów retro – dawny, dotyczący przeszłości – oraz utopia). Retrotopia to forma raju utraconego i popadłego w ruinę. Pojęcie to opisuje zjawisko społeczne, obserwowane szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych, ale coraz częściej pojawiające się na całym świecie. Charakteryzuje je nostalgia, wyrażająca się w wierze w możliwość powrotu do bezpiecznej i wyidealizowanej przeszłości.
Dziś być może ciężko w to uwierzyć, ale końcówka XX wieku wiązała się z wiarą w możliwy koniec historii. Historia miała się skończyć dzięki stworzeniu najlepszego z możliwych systemów, czyli wolnorynkowej i liberalnej demokracji. Przez wiele lat wydawało się, że zmierzamy w tym kierunku. Kryzysy stawały się rzadkością, a społeczeństwa bogaciły się w szybkim tempie. Wszechobecny dobrobyt i pokój wydawały się na wyciągnięcie ręki. W latach 90. za sprawą Wiosny Ludów upadła żelazna kurtyna i część państw bloku wschodniego dołączyła do zachodniego świata. W tym samym czasie z ubóstwa wyszły miliony mieszkańców Chin, a w różnych krajach upadały długotrwałe dyktatury. Wielu myślicielom wydawało się, że świat znalazł właściwą drogę. Do dziś wiara ta jest bardzo silna.
Obietnice architektów neoliberalnego ładu okazały się jednak wielkim złudzeniem. Friedman, Hayek czy Fukuyama zostali zaślepieni ideologią, którą sami obiecywali zwalczyć. Socjalizm w wykonaniu radzieckim był ideologiczny i posługiwał się aparatem propagandy, ale w wolnorynkowym kapitalizmie korporacje dopuszczają się podobnych działań. Ideologiczne zacietrzewienie było podtrzymywane przez cyniczne próby ukrycia skali spustoszeń w ekosystemie. Koncerny paliwowe tuszowały dowody na to, że ich działalność prowadzi do tragicznego w skutkach ocieplania się klimatu. Republikanie w Stanach Zjednoczonych finansowali badania i konferencje podważające konsensus naukowy. Politycy, jak to politycy, myśleli co najwyżej w kilkuletnim horyzoncie czasowym – byle wygrać następne wybory.
W 2010 r. historyczka nauki Naomi Oreskes oraz historyk Erik M. Conway przedstawili dowody na to, że niektórzy amerykańscy naukowcy celowo dyskredytowali konsensus naukowy dotyczący zmian klimatu. Pod koniec XX wieku grupa fizyków, których Oreskes i Conway nazywają handlarzami złudzeń, mocno krytykowała podejmowanie wszelkich działań na rzecz ochrony przyrody czy klimatu. Wśród nich znaleźli się między innymi Fred Seitz, Fred Singer czy Robert Jastrow. Jak się po czasie okazało, wszyscy byli finansowani przez korporacje i wolnorynkowe think-tanki. Seitz, Singer i Jastrow byli jednak zawziętymi antykomunistami i sprzeciwiali się interwencji państwa w gospodarkę. Prezentowane przez nich poglądy nie opierały się na naukowych dowodach, lecz były konsekwencją ideologicznego zacietrzewienia. Oreskes i Conway klasyfikują taką postawę jako pewien rodzaj denializmu klimatycznego. W takim przypadku odrzucenie faktów dotyczących zmian klimatu wynika nie z badań naukowych, lecz z obawy o to, że zmiana klimatu podważa zasadność świata, w którą tak wielu wierzy.
Denializm klimatyczny jest nadal problemem, ale nie jest zjawiskiem powszechnym, a raczej marginalnym. Dziś znacznie większym problemem jest imposybilizm, który wynika z paraliżującego strachu przed tym, co wydarzy się jutro.
Strach jutra
Wielu z nas nie potrafi zmierzyć się z tym, co nas czeka. Boimy się przyszłości, ponieważ wiemy, że rysuje się ona w ciemnych barwach. Zrozumieliśmy, że neoliberalny ład okazał się pułapką, w którą naiwnie wpadliśmy. Jednak zamiast działać, poddajemy się czemuś, co brytyjski reżyser filmów dokumentalnych Adam Curtis nazwał hipernormalizacją. Termin ten odnosi się do paradoksalnej sytuacji, w której wszyscy wiemy, że świat się chwieje i chyli ku upadkowi, ale nikt z nas nie potrafi wyobrazić sobie alternatywy wobec obecnego porządku. Jesteśmy zmuszeni do utrzymywania pozorów sprawnie funkcjonującego społeczeństwa. Normalizacja kryzysu klimatycznego jest znacznie większym zagrożeniem niż denializm klimatyczny.
Z czego wynika? Strach i poczucie winy wywołują efekt przeciwny do oczekiwanego. Ludzie stają się bierni, sparaliżowani. Bezwiednie poddają się presji klimatycznej, z każdym dniem coraz mocniej oswajając poczucie zbliżającego się końca. Wiąże się to z różnymi strategiami redukcji dysonansu poznawczego. Zmiany klimatyczne zostają umiejscowione w dalekiej przyszłości. Jako coś, co czeka nie nas, ale ich. Przyszłe pokolenia. Nawet nie nasze dzieci, ale może ich dzieci. Albo wnuki naszych dzieci. Nie ma to większego znaczenia. Istotne jest to, że postrzegamy te zmiany jakoś coś, co nas nie dotyczy. To przeświadczenie ma również wymiar przestrzenny. Wydaje nam się, że zmiany klimatu nie dotyczą kraju, w którym żyjemy, lecz innych regionów geograficznych. Myślimy o wymierających niedźwiedziach polarnych i topniejących lodowcach. Albo o rekordowo wysokich temperaturach na Półwyspie Arabskim czy pożarach w Australii.
To nie jest tak, że klimat nas nie obchodzi. Wręcz przeciwnie. Wielu z nas szczerze martwią tragiczne konsekwencje degradacji środowiska. Przytłacza nas jednak bezmiar problemu, z którym się mierzymy. Ze wszystkich stron jesteśmy bombardowani fatalistycznymi komunikatami, które indywidualizują odpowiedzialność za zbliżającą się klęskę. Zaleca się nam wzięcie sprawy we własne ręce. Wiele mówi się o tym, że musimy zmienić własny „lifestyle”. Przestać jeść mięso, kupić elektryczne auto, pić kawę fair trade i pamiętać o zakręcaniu kurka z wodą. Niestety, musimy zrozumieć, że systemowe problemy, a zmiana klimatu takim właśnie jest, wymagają systemowych rozwiązań. Kapitalizm to system zorganizowany przede wszystkim wokół produkcji. Pojedyncze decyzje konsumenckie, choć są jak najbardziej wskazane, nie zmienią poziomu zrównoważenia globalnej gospodarki. Co najwyżej poprawią nasze samopoczucie. Ale lepszym samopoczuciem nie zmienimy świata.
Od animizmu do dualizmu
Brytyjski filozof Timothy Morton, nazywany również prorokiem antropocenu, uważa jednak, że problem leży nie tylko w tym, z jak poważnym wyzwaniem się mierzymy, ale również w naszym myśleniu. Morton twierdzi, że charakterystyczną cechą nowoczesnego świata jest obecność wielkich podmiotów, które nazywa hiperobiektami. Przykładami hiperobiektów są zmiany klimatyczne. W naszej zbiorowej wyobraźni zmiany klimatyczne to czysta abstrakcja. Nie jesteśmy w stanie bezpośrednio doświadczyć ich skutków, choć są realne – wszechobecne w czasie i przestrzeni. Funkcjonują zwykle jako pojedyncze manifestacje, takie jak anomalie pogodowe czy wykresy emisji CO2. O ich realności decyduje to, że zmieniają świat. Zmiany świata są jednak na tyle powolne, że w krótkim horyzoncie czasowym w zasadzie niedostrzegalne.
Ojciec współczesnej nauki Francis Bacon, uważał, że naturę można zredukować do materii nieożywionej. Według Bacona przyroda uosabia dzikość i bezład, czyli zupełne przeciwieństwa świata zorganizowanego przez ludzi. Wskazywał wobec tego, że rozwój nauki ma służyć przede wszystkim okiełznaniu chaosu natury. Podobne idee rozwijał inny twórca rewolucji naukowej, Kartezjusz. Dla Kartezjusza zwierzęta były wyłącznie maszynami zrobionymi z mięsa. Wizja oświeceniowych filozofów zakładała, że życie ludzi jest wyraźnie oddzielone od natury. Ten dualizm prędko zdominował kulturę europejską i organizował ludzkie relacje z naturą przez kolejne wieki.
Takie postrzeganie było na rękę również rozwijającemu się od XV wieku nowemu systemowi społeczno-ekonomicznemu, czyli kapitalizmowi. Kapitalizm, jako pierwszy system w historii, w centrum ludzkiej działalności stawiał imperatyw ciągłego wzrostu. Wzrost z biegiem czasu odbywał się jednak w coraz większym stopniu poprzez wywłaszczenie tzw. gospodarek niekapitalistycznych. W praktyce oznacza to utowarowienie kolejnych sfer ludzkiego życia oraz natury. Rozwój poprzez wywłaszczenie jest skuteczny, ponieważ pozwala społeczeństwom bogacić się w bardzo szybkim tempie, ale w długim okresie jest nie do utrzymania, ponieważ odbywa się kosztem stabilności ekosystemów. I tak, kiedy przyglądamy się historii kapitalizmu, staje się jasne, że znaczna część tego, co nazywamy postępem, odbyła się w ramach procesu wywłaszczenia przyrody. Ludzie bogacili się dzięki energii i zasobom, które czerpali z natury. Nawet największe innowacje rewolucji przemysłowej, takie jak maszyna parowa czy przędzarka, powstały tylko po to, aby szybciej pozbawiać naturę zasobów. Podobnie odkrycie złóż paliw kopalnych pozwoliło zastąpić dzisiejszą pracę człowieka spalaniem związków organicznych, które zalegały setki milionów lat pod ziemią. Jedna baryłka ropy umożliwia bowiem wytworzenie 1700 kWh energii, czyli równowartość pięciu lat ludzkiej pracy.
Złudzenia zielonego wzrostu
Wzrost gospodarczy oparty o wywłaszczenie, w ramach którego natura nie ma żadnych szans na odtwarzanie własnych zasobów, nie może trwać w nieskończoność. Istnieją realne, mierzalne oraz materialne granice postępu według takich zasad. Do pierwszej powoli docieramy i jest nią ocieplanie się klimatu. Jesteśmy na dobrej drodze do tego, żeby klimat ocieplił się w zabójczym dla człowieka tempie już w najbliższych dekadach. Co możemy zrobić, aby temu zapobiec? Niektórzy wierzą, że wystarczy odsunąć od władzy denialistów klimatycznych, takich jak Donald Trump, oraz wydać wystarczające kwoty na zieloną transformację energetyczną. Taką propozycję nazywa się najczęściej zielonym wzrostem. Zwolennicy tej wizji uważają, że klimat uratujemy dzięki inwestycjom w rozwój nowych sektorów związanych z gospodarką zeroemisyjną. Technologia pozwoli nam odłączyć wzrost gospodarczy od obciążenia środowiska. Dzięki temu nadal będziemy mogli konsumować bez konsekwencji.
Już na pierwszy rzut oka taka wizja przyszłości wydaje się naiwna. Łatwo w nią zwątpić z dwóch względów. Po pierwsze, nic nie wskazuje na to, że mamy wystarczająco dużo czasu na to, aby przeprowadzić zieloną transformację. Po drugie, ratowanie środowiska wymaga od nas znacznie więcej niż tylko zmiany systemu energetycznego. Skala zniszczeń przyrody wykracza bowiem daleko poza wzrost globalnej temperatury.
Zacznijmy od pierwszego punktu. Według Międzyrządowego Panelu Klimatycznego przy ONZ (IPCC) ludzkość musi ograniczyć do 2030 r. emisję CO2 o połowę, aby mieć szansę na zatrzymanie wzrostu temperatury na poziomie 1,5°C. Polityczny konsensus mówi o tym, że naszym celem jest nie 1,5°C, lecz 2°C. Pamiętajmy jednak o tym, że każde porozumienie między państwami powstaje pod naciskiem wielu grup interesów, w tym międzynarodowych koncernów węglowo-naftowych, a próg 2°C były krytykowany przez wielu specjalistów ds. klimatu. Mimo to, rozważmy realność takiego scenariusza.
W 2013 roku IPCC stwierdził, że ludzkość musi utrzymać łączne emisje CO2 na poziomie 800 miliardów ton węgla, aby nie przekroczyć wzrostu temperatury o 2°C. W tym samym roku pojawiły się badania mówiące o tym, że zostało nam około 270 miliardów ton węgla do spalenia. Jednak w latach 2000–2019 emisje dwutlenku węgla wzrosły o 50 proc. W 2019 r. wyemitowaliśmy 37 miliardów ton CO2. Przełomowy był 2020 rok, kiedy emisje spadły o 7%, ale spadek wynikał głównie z epidemii COVID-19, a w 2021 r. spodziewany jest powrót na dawną ścieżkę wzrostu. Jak łatwo policzyć, zostało nam maksymalnie 10 lat na ścięcie emisji do zera (lub mniej lat przy założeniu dalszego rocznego wzrostu emisji). Wydaje się to mało prawdopodobne, ponieważ transformacja gospodarki to kwestia dekad i jeżeli do tej pory nie podjęliśmy radykalnych kroków, to trudno oczekiwać, że ten proces jakkolwiek przyśpieszymy. Tym bardziej, że istnieje znaczące ryzyko przekroczenia tak zwanych punktów krytycznych ocieplenia klimatu, które doprowadzi do niekontrolowanego i kaskadowego wzrostu temperatury na Ziemi.
Sytuację pogarsza rosnąca populacja. Według różnych szacunków w 2060 r. ma nas być około 10 miliardów (obecnie 7,5 miliarda). Liczba ludności wzrasta od 1950 r. w tempie 1–2 proc. rocznie. Oznacza to większe zapotrzebowanie na konsumpcję – zarówno energii, jak i innych zasobów. Dobra wiadomość jest taka, że w okolicach 2060 r. nastąpić ma przełom demograficzny, w wyniku którego przyrost naturalny osiągnie ujemny poziom. To efekt m.in. upowszechnienia się antykoncepcji i edukacji w krajach rozwijających się. W konsekwencji w 2100 r. globalna populacja liczyć ma 8,8 mld osób. Zła wiadomość jest taka, że spadek populacji niestety nas nie uratuje, ponieważ demografia działać będzie na naszą korzyść zbyt późno. W 2100 r., czyli w momencie, kiedy Ziemia ociepli się nawet o kilka stopni, będzie nas nadal więcej niż dziś.
Trudno uwierzyć, że uda nam się zatrzymać globalne ocieplenie, ale jeszcze trudniej jest zaufać opiniom, które mówią, że to wystarczy. W 2018 r. brytyjski antropolog, Jason Hickel, jeden z silnych zwolenników doktryny post-wzrostu, w czasopiśmie „Foreign Policy” przekonująco dowodził, że nawet jeżeli udałoby się nam obciąć emisje CO2 zgodnie z planem IPCC, to równocześnie musielibyśmy całkowicie zmienić naszą gospodarkę. Czysta energia może pomóc w radzeniu sobie ze zmianami klimatycznymi, ale nie przyczyni się do odwrócenia procesów wylesiania, przełowienia, zubożenia gleby i masowego wymierania gatunków. Hickel przekonywał, że globalne zużycie zasobów rośnie nieprzerwanie od ponad 100 lat. Ziemia może wytrzymać około 50 miliardów ton zużytych zasobów rocznie, a obecnie zużywamy ok. 70 miliardów ton. Zakładając stały wzrost gospodarczy i brak drastycznych zmian w stylu życia, zużycie zasobów wzrośnie do 180 miliardów ton w 2050 r.
Nadzieja w polityce
Uratowanie klimatu to największe wyzwanie, z jakim kiedykolwiek mierzyła się ludzkość. Nie udawajmy, że istnieją proste rozwiązania. Wręcz przeciwnie, jakakolwiek zmiana wymagać będzie wyrzeczeń i ogromu pracy. W najbliższej dekadzie musimy zorganizować świat w taki sposób, aby pogodzić ze sobą sprzeczne interesy 7,5 mld osób. Ostatnia konferencja ONZ dotycząca klimatu odbyła się w 2019 r. i zakończyła się całkowitą porażką. Jedyną ofertą polityczną globalnych liderów była obietnica poprawy. Obietnica ta powtarzana jest jednak od dekad i nadal niewiele się zmienia. Od 2019 r. wydarzyły się jednak dwie rzeczy, które budzą nadzieję. Po pierwsze, Chiny zobowiązały się do redukcji emisji CO2 do zera do 2060 r. Po drugie, wybory w Stanach Zjednoczonych wygrał demokrata Joe Biden, który już w pierwszych dniach urzędowania przywrócił obecność Stanów Zjednoczonych w porozumieniu paryskim. Postęp w sprawach klimatu zależy przede wszystkim od działań, które podejmą mocarstwa takie jak Chiny, Stany Zjednoczone czy Unia Europejska, więc zmianę podejścia Chin i Stanów Zjednoczonych możemy postrzegać jako pewien sukces.
W przypadku Polski kluczowa jest zielona transformacja. Energetyka oparta na węglu jest przeżytkiem i nie zmienią tego ani lata górniczej tradycji, ani polityczny zapał w konserwowaniu status quo. Polska przyszłości musi być zielona i niskoemisyjna. Jak tego jednak dokonać? Wychodzenie z recesji wywołanej epidemią COVID-19 jest doskonałą okazją do przemyślenia priorytetów polityki gospodarczej. Rząd powinien postawić na program odbudowy oparty o inwestycje publiczne w strategicznym sektorze zielonych energii. Jednym z instrumentów realizacji takiego programu mogą być zielone obligacje, które mogłyby zostać wyemitowane przez skarb państwa oraz samorządy. Dodatkowo, niezbędne jest zaproponowanie sensownej i sprawiedliwej strategii wygaszania górnictwa. Rząd póki co przedstawił jedynie skrajnie nierealistyczny scenariusz zamknięcia kopalń do 2049 r. Jest on całkowicie sprzeczny z ustaleniami w ramach Unii Europejskiej oraz przede wszystkim ze zdrowym rozsądkiem.
Być może najgorsza w naszym położeniu jest świadomość tego, że od dawna mamy wiedzę na temat zmian klimatu, a ciągle niewiele się zmienia. Mógłbym wymienić szereg rozwiązań, które każdy czytelnik uzna za niezbędne – inwestycje w zieloną energię, dekarbonizację gospodarki, walkę z rajami podatkowymi, wprowadzenie mechanizmów sprawiedliwego handlu i tak dalej. Problem leży jednak znacznie głębiej i dotyczy polityki. Bez wyraźnej zmiany politycznej ratowanie klimatu spali na panewce. Ta zmiana musi jednak faworyzować polityków o określonych przekonaniach. Nie chodzi tu ani o lewicę, ani o prawicę. Potrzebujemy innego myślenia o polityce, które wyprowadzi polityczność poza obecny system.
Socjolog Fredric Jameson napisał kiedyś, że znacznie łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu. Być może w tym stwierdzeniu powinniśmy szukać wytłumaczenia naszego fatalnego położenia. Kapitalizm niewątpliwie wzbogacił ludzkość, ale zrobił to kosztem środowiska. Równocześnie jednak zagorzali obrońcy kapitalizmu usilnie bronią jego dorobku, ponieważ boją się jeszcze gorszej alternatywy. Powinniśmy jednak coraz mocniej podkreślać, że kapitalizm to ideologiczna utopia. Bo jeżeli nie, to jak inaczej moglibyśmy wytłumaczyć kryzys klimatyczny? Jeżeli w kapitalizmie rządzą racjonalizm i pragmatyzm, to dlaczego wciąż niewiele się zmienia? Mamy wiele dowodów na to, że kapitalizm to system społeczno-ekonomiczny, który marnuje zasoby i rośnie poprzez eksploatację świata natury. Nieustanne zapewnienia o tym, że żyjemy w erze post-ideologicznej pokazują, jak bardzo nasz świat osadzony jest w ideologii. Ideologia, jak pisał słoweński filozof Slavoj Žižek, to pole ciągłej walki symbolicznej – walki o zawłaszczenie historii i tradycji.
Wyzwaniem na najbliższe lata jest przejęcie sfery symbolicznej i przywrócenie pewnych znaczeń. Kategoria praw człowieka nie powinna dotyczyć wyłącznie wolności politycznych, ale przede wszystkim spraw socjalnych. Ekologia musi zacząć kojarzyć się z systemowymi zmianami, a nie z ascezą jednostki.
Katastrofa klimatyczna przytłacza swoją nieuchronnością i skalą. Łatwo porzucić wszelkie nadzieje na uratowanie świata. Mamy bardzo mało czasu i bardzo wiele do zrobienia. Greta Thunberg, młoda i odważna dziewczyna, powiedziała kiedyś, że nie ocalimy świata, grając według jego zasad, ponieważ to właśnie te zasady muszą zostać zmienione. Walka o klimat wymaga porzucenia naiwnej wiary w to, że system da się zmienić od wewnątrz. Potrzebujemy ofensywny politycznej na wielu frontach, która zakwestionuje ideologiczne fundamenty kapitalizmu. W rzeczywistości sprowadza się to do odzyskania obowiązującej świadomości zdrowego rozsądku. Musimy napisać zasady gry od nowa. Zmiana dominującego dyskursu jest niesamowicie trudna, ale nie jest niemożliwa. Uratowanie klimatu wymaga zupełnie nowego języka. Mamy dekadę, może dwie. Działajmy. Zanim będzie za późno.
Nikodem Szewczyk
przez redakcja | środa 9 czerwca 2021 | klasyka, opinie
To, co w całej przeszłości naszej, w historii dawnej Rzeczypospolitej stanowi – szczególnie w okresie XVII i XVIII wieku – zjawisko dominujące i najbardziej charakterystyczne, a zarazem najbardziej ujemne, to fakt rozproszenia odpowiedzialności za przyszłe losy narodu i państwa, to brak jakiejkolwiek ciągłości w najważniejszych programowych wysiłkach i zamiarach.
Świadomość potęgującego się zła w życiu zbiorowym przenikała z pokolenia w pokolenie coraz głębiej; upadek dawnej potęgi – we wszystkich przejawach politycznych, gospodarczych i społecznych – rysował się coraz dobitniej i coraz wyraźniej. Dokoła Rzeczypospolitej wyrastały nowe potęgi militarne, ale w Polsce nikt nie potrafił się zdobyć na przymus niepopularnej ofiary, wyrażającej się w organizacji stałej armii dla ratowania zagrożonej niepodległości. Rządy wielu państw europejskich czyniły w tym czasie największe wysiłki dla rozwoju własnego gospodarstwa narodowego, a u nas wszelkie wysiłki tonęły w powodzi krytyki, narzekań, oporów, destrukcji i anarchii możnych, bez jakiegokolwiek realnego rezultatu. Skarb państwowy u naszych sąsiadów na wschodzie i na zachodzie reorganizował się i napełniał, u nas był chronicznie pusty, chronicznie deficytowy i uniemożliwiał podjęcie jakiejkolwiek aktywniejszej i odważniejszej polityki. Każda próba reformy skarbowej, od czasu wojen kozackich i szwedzkich aż do okresu Sejmu Czteroletniego, spotykała się z niezmiennym oporem prawie całego społeczeństwa. Ani magnaci polscy, ani szlachta, ani dygnitarze i urzędnicy koronni, ani reprezentanci narodu, ani przedstawiciele gospodarstwa społecznego – nie zdołali rozbudzić w sobie tej świadomości, że pusty skarb nie napełnia się cudem, a tylko ofiarą i obciążeniem obywateli. Ubożejące systematycznie rolnictwo domagało się na sejmach równania cen przemysłowych w dół, wyznaczało wciąż nowe taksy na wytwory kupowane w miastach, a równocześnie antygospodarcze ustawodawstwo niszczyło miasta i handel, ścieśniało możliwości konsumpcyjne, a tym samym osłabiało ponownie rolnictwo. Przedstawiciele szlachty domagali się wolnego importu towarów zagranicznych, gdy import ten niszczył walutę polską, a wszystkie państwa sąsiednie w oparciu o cła rozbudowywały coraz wszechstronniej własną produkcję, protestowali oni przeciwko wszelkim inwestycjom państwowym podejmowanym nieśmiało to na wybrzeżu morskim, to wewnątrz kraju, obawiając się, że ten – jakbyśmy to dziś powiedzieli – „etatyzm”, ogranicza swobodę, nie realizowanej zresztą, prywatnej ekspansji i może spowodować jakieś obciążenia podatkowe lub celne. Taką charakterystyczną kampanię i polemikę prowadzono w okresie Władysława IV przeciwko cłom morskim mającym stworzyć fundusze dla ufortyfikowania wybrzeża morskiego i rozbudowy floty polskiej.
A gdy nawet zjawiała się na horyzoncie życia publicznego jakaś wybitna, historyczna jednostka, gdy próbowała ona mocą swego autorytetu narzucić elementy odpowiedzialności za losy państwa, przystosować jego politykę i jego organizację do zadań i przeciwności, którym Polska musi „stawić czoła”, gdy usiłowała złamać ostrze ciasnego i krótkowzrocznego egoizmu różnych mafii, to cały wysiłek rozpraszał się w nicości ponownie, po jej zgonie lub zejściu z areny publicznej działalności.
Państwo nasze odznaczało się bowiem dawniej szczególnie słabym instynktem samoobronnym i samozachowawczym, toteż społeczeństwo było eksploatowane przez całe wieki ze wszystkich stron.
Jeżeli dziś my współcześni przyglądamy się z goryczą i czasem z apatią objawom naszej gospodarczej niedoli, gdy stwierdzamy jak bardzo i jak daleko w tyle pozostaliśmy poza długim szeregiem narodów europejskich w odniesieniu do głównych sprawdzianów siły, to prawie zawsze zapominamy, że połowa naszej współczesnej niedoli i biedy wyrasta z dawno minionej przeszłości. Zapominamy, że tak samo jak losy przyszłych pokoleń i przyszłej Polski kształtować się będą na fundamencie naszej dzisiejszej pracy, naszego hartu, naszej zdolności do współdziałania i naszego stanu rozumu, naszej wytrwałości i ofiarności, tak samo nasze dzieje współczesne muszą się zmagać w trudzie i w wysiłku z tym, co stało się ciężką spuścizną przeszłości.
Przeglądając – własne i obce – źródła historyczne, możemy z nieulegającym wątpliwości obiektywizmem stwierdzić, że żywioł słowiańsko-polski, przy zlekceważeniu naczelnych i naturalnych tendencji politycznych i gospodarczych, był systematycznie w ciągu wielu wieków odpychany od wybrzeża morskiego i ze swych siedzib zachodnich na wschód.
Morze Bałtyckie – jako podstawa aktywizmu handlowego i aktywizmu strategicznego – było związane organicznie i strukturalni z naczelnymi postulatami polityki Rzeczypospolitej Polskiej.
Jakże jasne jest dziś właśnie dla nas, że rolnictwo, nie oparte o zorganizowany handel wewnętrzny i eksportowy, pomimo dobrych warunków naturalnych nie może się stać właściwym akumulatorem bogactwa narodowego.
Tak jest dziś i tak samo było w przeszłości. A w przeszłości Polski ten właśnie problem był może jeszcze ważniejszy niż dziś. Cała Polska była wówczas nastawiona prawie wyłącznie na rolnictwo, a zarazem była spichrzem dla Europy Zachodniej. Posiadamy dokumentarne stwierdzenia, iż w połowie XVII wieku trzy czwarte kapitałów najpotężniejszej giełdy amsterdamskiej zaangażowane było w handlu bałtyckim. Stosunek zaś handlu z Polską za pośrednictwem portu gdańskiego w porównaniu z całym międzynarodowym handlem na Bałtyku, ustalony na podstawie rejestru celnego w Sundzie, stanowił pod koniec XVI wieku prawie 60% ogółu statków. Sam eksport zboża z Polski przez Gdańsk wahał się wówczas w granicach ok. 300 000 ton, a były lata, w których cyfra ta bardzo znacznie wzrastała. Istniały wówczas w teorii znakomite koniunktury światowe dla rolnictwa polskiego; były całe dziesięciolecia pokoju w Polsce, gdy równocześnie Europa Zachodnia toczyła krwawe i niszczące wojny. Ceny zboża dochodziły wówczas do bardzo wysokiego poziomu. Ale handel zbożowy – wbrew oczywistej potrzebie i sytuacji – dla strony polskiej urywał się w połowie swego programu na Wiśle, przed bramami Gdańska. Port handlowy przestał być dawno instrumentem pomocniczym ekspansji handlowej Polski, a stał się celem samym w sobie, stał się uprzywilejowanym i wyłącznym pośrednikiem, umiejącym zgarniać wszystkie ekonomiczne korzyści dla siebie. Mechanizm pośredniczący centryfugował sam wszystkie zyski, pozostawiając produkcji ceny najniższego kosztu własnego.
Już ten jeden fakt posiadał doniosłość tak wielką i w skutkach swych tak powszechną, że po dzień dzisiejszy od nich uwolnić się nie możemy. Ale podobnych zagadnień i podobnych faktów historia Polski notuje znacznie więcej. Można bez obawy o przesadę twierdzić, że zaniedbanie w zakresie realizacji własnej, polskiej polityki morskiej i własnej ekspansji handlowej zubożało dawne państwo o wielomiliardowe wartości, zwęziło nasze granice etnograficzne, zaważyło ujemnie na naszym rozwoju społecznym i wreszcie stało się jedną z przyczyn upadku.
Fakt powstania po wielkiej wojnie światowej nowej Polski, wolnej i zjednoczonej, związanej bezpośrednio z Bałtykiem, powstrzymał nagle wiele procesów eksploatacyjnych, zahamował systematyczny wyzysk ziem polskich; musiał więc stworzyć całą falę nienawiści ku nowemu państwu zrywającemu wszystkie pęta służby jak gdyby kolonialnej, i budzącemu poczucie własnych praw narodowych w zakresie gospodarczym i politycznym. Terytorialnie najważniejsze elementy gospodarczej samodzielności Polski są związane z województwami śląskim pomorskim. Pierwsze może i powinno się stać punktem wyjścia dla systematycznego rozwoju przemysłu w Polsce, tak zasobnej w niewyzyskane surowce, posiadającej rynek wewnętrzny o nieograniczonych wprost możliwościach konsumpcyjnych i ogromny przyrost ludnościowy; drugie, tj. Pomorze, musi stworzyć podstawy własnego handlu w skali międzynarodowej. Odbudowa Polski, zjednoczenie trzech dzielnic pod względem gospodarczym i społecznym i nastawienie ich rozwoju na typ zachodnioeuropejski nie jest możliwe bez swobodnego kontaktu handlowego z całym cywilizowanym światem. Tej samodzielności – w szczególnych warunkach Polski, ustalonych już w ciągu wieków – nie zabezpieczy żaden, choćby najkorzystniejszy traktat, nie zabezpieczy obcy port handlowy i obcy element kupiecki. To wszystko musi stworzyć programowo sama Polska, swym władnym, upartym i niezłomnym wysiłkiem i nakładem materialnym.
Z tego też punktu widzenia Gdynia stanowi wyjątkowo wielki i ważny symbol programu nowej, odrodzonej Polski. Oczywiście, iż możemy się cieszyć czy chlubić, że Gdynia w ciągu kilku zaledwie lat stała się jednym z największych portów na Bałtyku, że odzyskanych praw narodowych na piaszczystym wybrzeżu polskim nie zmarnowaliśmy w tych pierwszych kilkunastu latach, pomimo wszystkich trudności; że Gdańsk, w oparciu o gospodarstwo polskie, szczególnie jako port, wykazuje bardzo poważny rozwój i nawet w latach najcięższego kryzysu ma ruch towarowy ponad dwa razy większy niż w najlepszych latach przedwojennych, przy odcięciu go od gospodarczego zaplecza Polski. Jednakże istotne, najgłębsze znaczenie Gdyni nie leży w samych faktach materialnych. Tego decydującego znaczenia nie posiada ani fakt nadzwyczajnego rozwoju miasta Gdyni, ani fakt powstania polskich linii okrętowych, zajmujących w porcie polskim coraz bardziej dominujące znaczenie i niosących już banderę polską do wszystkich najważniejszych portów świata, ani nawet fakt – nieznany początkowo Polsce – wykazujący większy obrót towarowy na mikroskopijnym wybrzeżu morskim niż na całej długość potężnej granicy lądowej, ani ilość kilometrów gotowych i pięknych nabrzeży w Gdyni, ani rosnąca z roku na rok ilość kranów przeładunkowych, wielkich i nowocześnie urządzonych magazynów, chłodni i fabryk czy może urządzeń kolejowych.
Istota znaczenia Gdyni leży w czym innym. Jest ona bowiem symbolem buntu, który zrodził się świadomie w psychice całego narodu i społeczeństwa polskiego i który jest reakcją przeciwko wiekowej eksploatacji Polski przez obce elementy i siły, eksploatacji, która systematycznie spychała nas w Europie do rzędu elementu wyzyskiwanego i niesamodzielnego, do tego poziomu biedy, która panuje w słomą krytej chacie chłopa polskiego, tego abnegata wszelkiej konsumpcji, lub na poddaszu polskiego pracownika pragnącego bezskutecznie sprzedać swe siły i zdolności za środki najmarniejszej egzystencji życiowej.
Nic bardziej, jak Gdynia i konsekwentna polityka morska, nie nauczyło nas rozumieć, że tak długo nie podźwigniemy własnego społeczeństwa z dna nędzy, nie oderwiemy się od roli pariasów, jak długo nie zdobędziemy się na takie samo uzbrojenie ekonomiczne, jakie zdobyły systematyczną i programową pracą inne, wielkie i cywilizowane narody Europy.
Drogi handlowe na wschód i na zachód przez granice lądowe zacieśniły się bezpowrotnie. Na ich rozwarcie się nie mogą już wpłynąć decydująco normalne i poprawne stosunki sąsiedzkie. Sama bowiem struktura gospodarcza tych rynków uległa zasadniczej zmianie w okresie tych kilkunastu lat, które przywróciły bałtyckie prawa Polsce.
Jeśli chcemy żyć jak naród naprawdę niepodległy i niezależny, politycznie, i gospodarczo, musimy zbudować i wyposażyć technicznie i organizacyjnie szeroką drogę komunikacji gospodarczej ze światem. W warunkach polskich istnieje tylko jedna możliwość budowy tej drogi: przez Gdynię. Jednakże Gdynia uda się nam naprawdę tylko wtedy, gdy słowo to stanie się programem całej Polski i to programem trwałym, niezłomnym, programem zawsze żywym i aktualnym, wciąż ulepszanym, doskonalonym i rozszerzanym.
Musimy zrozumieć, że właśnie przez Gdynię, przez Pomorze i Śląsk przebiega główny nerw gospodarczego życia polskiego, i przecięcie tego nurtu to paraliż całego organizmu, to stabilizacja nędzy wielu pokoleń, to niemożność wydobycia się z pęt tych powikłań, które tak jaskrawo rysują się przed oczyma współczesnego pokolenia.
Jeśli chcemy żyć i dalej prowadzić dzieło wyzwolenia Polski, to muszą stanąć zwarte i karne szeregi najlepszych ludzi w Polsce, którzy z pokolenia na pokolenie przekazywać będą hasło nastawiania zdolności obrony i zdolności twórczej pracy w kierunku Gdyni i Bałtyku przez etnograficznie polskie Pomorze.
Każda rocznica odzyskania dostępu naszego do morza, to dzień, który ma zawierać w sobie nie tyle świadomość osiągniętych rezultatów, ile raczej świadomość, że dzieło nasze i nasz obowiązek dalekie są od zakończenia, że temu programowi służyć musimy wytrwale i solidarnie my i nasi następcy przez szereg pokoleń.
Eugeniusz Kwiatkowski
Powyższy tekst Eugeniusza Kwiatkowskiego pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Morze” nr 3/1936. Poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez Magdalena Bieńczak | niedziela 6 czerwca 2021 | opinie
O tym jak po ukończeniu mądrej „Szkoły pod Batogiem” (przemianowanej zgodnie z nowoczesnymi trendami w pedagogice na „Pod Pierogiem”) Pimpuś z braku lepszych propozycji został taktycznym nihilistą (i nie tylko). Sztuka na jeden łyk.
***
Scena przedstawia salon w burżuazyjnym domu. Rolety spuszczone, na scenie ciemno. Gdy zasłona się podnosi, zegar w jadalni wybija godzinę szóstą. Powoli się rozwidnia.
A.: Pimpusiu, znowu jesteś pijany. Czy wiesz, że alkohol szkodzi zdrowiu, a zwłaszcza wódka? Mało tego, powoduje ona szereg negatywnych skutków społecznych, takich jak zatargi z prawem, rozpad rodziny czy powodowanie wypadków drogowych?
P.: Co masz na myśli, mówiąc „alkohol”? Zapewne używasz tej nazwy nie wiedząc do końca, o czym mówisz, a twoja niechęć do pluralizmu nazewniczego skorelowana jest z wrogością wobec demokracji. Zaryzykuję twierdzenie, że ty i całe to twoje towarzystwo czepiacie się przedwojennych, co tam przedwojennych, przedpotopowych, określeń, jak pijany płotu. Nalegacie, aby błędnie nazywać alkoholem pewne specyficzne związki organiczne występujące w przyrodzie, pochodne węglowodorów, proszę, możesz sprawdzić wzory chemiczne. W literaturze naukowej obszernie na temat węglowodorów pisze profesor Izopropyl Trifenylokarbinol w swojej pracy „Długa i zawiła rozprawa o przyłączaniu wody do alkenów”, cytuję: „Na temat tak zwanych »alkoholi« narosło wiele mitów i nieporozumień, to samo zresztą dotyczy tłuszczów. Wśród najwybitniejszych naukowców istnieje jednak niepodważalny, szeroki konsensus co do tego, że alkohole nie istnieją, a raczej że ich istnienia nie da się udowodnić żadnymi znanymi metodami naukowymi, stanowczo nie możemy jednak powiedzieć tego samego o węglowodorach”. Więc mówimy tu jakby o szczególnej postaci węglowodorów, nie masz pojęcia o chemii, przyznaj się. Zobacz także, co na ten temat pisze antropolog kultury Adam Cizliścia w pracy „Z dziejów gorzałki w Polsce – wypisy węglowodorowe”: „Cała nasza historia i literatura pełne są odniesień to tego mitycznego alkoholu, tej przeklętej gorzałki, zwanej okowitą, tego źródła wszystkiego, co złe, które jednak okazuje się nie istnieć poza chorą wyobraźnią pospólstwa, »przypadkowego społeczeństwa« i »strasznych mieszczan«, a służy jedynie jako proteza do usprawiedliwienia ich własnych braków osiągnięć i cywilizacyjnego zapóźnienia wobec krajów, które wydały więcej noblistów. Toksyczność, którą ludowe opowieści przypisały tak zwanemu alkoholowi, jest w istocie psychologiczną grą samousprawiedliwień i ucieczką przed naszymi własnymi narodowymi wadami. Naszym obowiązkiem, jako ludzi nauki i Polaków, jest drobiazgowo zdekonstruować pojęcie alkoholu, i usunąć z języka polskiego, jako ugruntowane w zacofaniu i nieracjonalnym oporze większości polskiego społeczeństwa wobec stosowania właściwego, przyjętego przez światowe autorytety naukowe nazewnictwa pewnych pochodnych, podkreślam jeszcze raz – pochodnych węglowodorów”.
A.: Mówię o pijaństwie. Widziałeś się dziś w lusterku?
P.: A ja ci naukowo i z cytatami udowadniam, że nie wiesz, o czym mówisz. Używaj chociaż trochę logiki i zaufaj nowoczesnej nauce. Jakie ty masz właściwie wykształcenie? Widzisz, nie masz żadnych dowodów na poparcie swoich hipotez, do tego w ogóle nie tolerujesz odmiennego zdania.
A.: Pimpusiu, martwisz mnie, wyglądasz strasznie, może ci ziółek naparzyć?
P.: Nalej mi piwa, idiotko.
Magdalena Bieńczak
przez Tomasz Drzazgowski | środa 2 czerwca 2021 | opinie
Czasem faktycznie mogą puścić nerwy. Na przykład kiedy czytam o kolejnym zabetonowanym placu, kolejnych wyciętych drzewach, kolejnych pomysłach typu „zróbmy plac zabaw na starym cmentarzu, a potem co kwartał płaćmy 40 tys. złotych sokolnikowi, żeby przepędzał gawrony”. Ale wiem też, że nerwowe i emocjonalne ruchy nie wystarczą, by wyleczyć chorobę. Również chorobę nazwaną betonozą. Musimy poznać jej źródła. A nie są one wcale oczywiste.
Po pierwsze, betonoza rozwija się w społecznej próżni, w jakiej znalazła się przestrzeń wspólna po 1989 roku. Po części odreagowaliśmy w ten sposób lata PRL-u z jej – w dużej mierze przymusowym i iluzorycznym – uspołecznieniem. Po części zajęci byliśmy zdobywaniem i urządzaniem przestrzeni własnej: mieszkań, domów, działek, ogródków. Ogromne znaczenie miał też obowiązujący przez wiele lat trend, zgodnie z którym wszystkim można zarządzać jak firmą, a prywatny właściciel jest zawsze najlepszym wyjściem. W efekcie całe połacie gruntu i całe kwartały miast oddano do dyspozycji deweloperom. Skutki znamy: monstrualne galerie handlowe w centrach, a na peryferiach pokryte monotonną zabudową grodzone osiedla pozbawione infrastruktury i zieleni. Do tego często zbudowane na terenach rolniczo czy przyrodniczo wartościowych.
W końcu przyszło zatem rozczarowanie deweloperami i kryzys wiary w prywatną własność jako gwarancję jakości przestrzeni. Zbiegło się to w czasie z uruchomieniem środków unijnych przeznaczonych na infrastrukturę i rewitalizację. Na scenie pojawili się zatem urzędnicy, głównie samorządowi. Obiekt się zmienił, ale ta sama pozostała nadzieja, że możemy jako społeczeństwo czy społeczność oddać komuś odpowiedzialność za przestrzeń. Podobnie jak deweloperzy, również urzędnicy nie spełnili tych oczekiwań. Zmiana w tkance miejskiej (i wiejskiej) – niezależnie od tego, jak niewinnie na pozór wygląda – pociąga za sobą ingerencję w szereg splątanych ze sobą procesów geologicznych, hydrologicznych, biologicznych, technicznych, architektonicznych, urbanistycznych, politycznych, ekonomicznych, socjologicznych i psychologicznych. Wymaga ponadto naruszenia, a potem uzgodnienia interesów wielu grup, często pozostających w konflikcie.
Wydaje się, że w obliczu tak złożonych i ryzykownych sytuacji, przy permanentnym braku czasu, większość urzędników zdezerterowała, trzymając się rozwiązań banalnych, nudnych, sztampowych. Na ogół niewiele one polepszają, a często pogarszają sytuację, jak w przypadku odrestaurowanych na glanc, ale pustych dworców, ulic czy dzielnic, zabetonowanych placów czy stuletnich drzew wycinanych hurtowo, by na ich miejscu stworzyć… park. Tego typu rozwiązania gwarantują jednak stosunkowo łatwe skonstruowanie budżetu, a potem zatwierdzenie go przez urząd marszałkowski czy instytucję unijną. To z kolei przekłada się na sympatię wójta czy burmistrza, a to oni przecież wypłacają pensję. Nie bez znaczenia jest pewnie fakt, że na betonie czy kostce brukowej łatwiej dać zarobić tym, którzy mają zarobić niż by to miało miejsce w przypadku projektów bardziej złożonych.
Problemem jest też brak wyobraźni. Dowiedziono w badanych i w praktyce, że ludzie często chcą tego, co już znają i widzą wokół siebie. Jeżeli widzą beton i bruk, na ogół będą upatrywać zmianę w tym, żeby było jeszcze więcej betonu i bruku. Ewentualnie lepszego, ładniejszego czy droższego. A urzędnicy w ratuszach nie różnią się zbytnio od reszty populacji. Niestety, o ile dość szczegółowo szkoli się ich z finansów i sprawozdawczości, o tyle z estetyki, urbanistyki czy rozumienia procesów społecznych już niekoniecznie. Pomóc mogłyby narzędzia narzucane przez unijne agendy, takie jak wymóg dokonania wielowymiarowej diagnozy, powołania ciał doradczych czy zorganizowania konsultacji. Potraktowane poważnie, mogłyby realnie wspomóc urzędników w rozumieniu złożonych procesów, w które ingerują, albo poszerzyć ich wyobraźnię. Dość szybko zmieniają się one jednak w fasadę czy listek figowy, ponieważ są postrzegane nie jako wsparcie, lecz raczej jako kolejny interes do uwzględnienia w i tak już skomplikowanej mozaice – lub wręcz jako przeszkoda w realizacji wybranej wcześniej wizji.
W efekcie leje się cement i kładzie bruk, jak kraj długi i szeroki. Coraz więcej ludzi drży na dźwięk słowa „rewitalizacja”, ponieważ kojarzy się im ono z wycinką drzew, betonowaniem oraz bezwzględnie narzucanymi sztucznymi rozwiązaniami, które na długi czas budowy wyłączają z życia całe kwartały miast, a po jej zakończeniu owocują przestrzenią kapiącą wprawdzie bogactwem, ale często martwą, słabiej nadającą się do życia, działania i pracy. Tak dochodzimy do kolejnej fali rozczarowania. Zbiegła się ona z ogólnoświatowym kryzysem klimatycznym. Ta fala rozczarowań przyniosła kolejnych wyrazistych bohaterów w postaci działaczy ruchów miejskich i ekologicznych, którzy ukuli bardzo nośne hasło „betonozy” jako nazwę dla choroby toczącej polską przestrzeń.
Z pewnością ekolodzy budzą więcej sympatii (przynajmniej mojej) niż głusi na wszelką krytykę włodarze z uporem maniaka tnący drzewa i brukujący, co się da (i nie da). A jednak, po bliższym przyjrzeniu okazuje się, że działaczy miejskich i ekologicznych łączy z urzędnikami i deweloperami więcej niż się to na pozór wydaje. Wspólnym mianownikiem jest wycinkowość spojrzenia i wynikająca z tego cząstkowość wysuwanych rozwiązań. O ile sporo osób zaangażowanych w ruchy miejskie czy ekologiczne sprawia wrażenie empatycznych, kreatywnych i otwartych, o tyle proponowane lekarstwa na bolączki współczesnego miasta zwracają uwagę swoją wybiórczością i ograniczonością. Sprowadzają się właściwie do tego, że uratuje nas więcej zieleni. Oraz ścieżek rowerowych.
Zwłaszcza ten ostatni postulat sygnalizuje, że ruchy miejskie reprezentują interes nie tyle całego miasta czy ogółu, lecz własnej grupy społecznej. Młodzi, sprawni i mający dość zasobów (czasowych, finansowych i kulturowych) dbają o potrzeby swoje i podobnych sobie, nie zaś tych, którzy z różnych powodów nie chcą czy nie mogą przesiąść się na rowery – dostawców, seniorów, niepełnosprawnych, opiekunów małych dzieci itp. I nie ma w tym nic złego. Wręcz przeciwnie, podobnie jak nie są naganne same z siebie działania deweloperów, urzędników czy innych podmiotów reprezentujących konkretne interesy, a także potrzeby i wartości obecne w społeczności i obecne w każdym z nas. Ważne jednak, abyśmy patrzyli na wszystkich stawiających diagnozy i proponujących rozwiązania w ten właśnie sposób. Widzieli ich nie jako kogoś, komu możemy odstąpić całościową odpowiedzialność za przestrzeń, lecz podmiot reprezentujący pewien wycinek rzeczywistości. I dbający do tego głównie o swój interes.
Przecież podczas remontu czy budowy domu zatrudniam specjalistów z rozmaitych dziedzin: elektryków, hydraulików, murarzy, malarzy, dekarzy. Nieważne, jakiej klasy fachowcami są i jak wiele dobrej woli mają, to jednak na mnie spoczywa odpowiedzialność za całość przedsięwzięcia. I jeśli chcę stworzyć miejsce nadające się do zamieszkania przeze mnie, nie mogę tej odpowiedzialności się pozbyć. Nawet jeśli zatrudniam kierownika budowy czy architekta. Wydaje się to oczywiste czy wręcz banalne w przypadku pojedynczego budynku. Takim też powinno się stać w odniesieniu do otaczającej nas przestrzeni.
Konieczny jest więc tolkienowski „powrót króla” – ponowne wzięcie odpowiedzialności za wieś, miasto, dzielnicę, osiedle, sąsiedztwo przez suwerena. Czyli przez zamieszkującą je społeczność. To nie jest łatwe. Wymaga czasu, wysiłku i odwagi. Odwagi naruszenia różnych interesów, nadepnięcia na wiele odcisków. Ale też odwagi spojrzenia na samych siebie. Na swoje wartości i na swoje czyny. Władza tnie i betonuje, to prawda. Ale w pierwszym półroczu obowiązywania lex Szyszko wycięto trzy miliony drzew – więcej niż w ciągu całej poprzedzającej dekady. I nie robiły tego tylko władze, które przecież ktoś zresztą kadencja po kadencji wybiera, lecz również obywatele. Więc umiłowanie przyrody i zrozumienie, jaką rolę odgrywa, nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Dla niektórych esencją miejskiej nowoczesności jest zrównoważona zieleń podpatrzona w Skandynawii, dla innych – kostka brukowa będąca zaprzeczeniem błota kojarzącego się z wsią. Musimy żyć razem, ze sobą i obok siebie. Chcąc nie chcąc, od czasu do czasu spotkamy się na jednym rynku, który należy do wszystkich. Nie powinien być łupem spekulantów (przepraszam, inwestorów), nie powinien być wybetonowanym parkingiem. Ale nie powinien być też parkiem w środku miasta, bo nie do tego rynek służy.
Zresztą aż tak bardzo się od siebie nie różnimy. Myślę, że większość osób, które skwapliwie korzystały z nowego prawa, by pozbyć się niechcianych drzew, powiedziałaby, że kocha przyrodę. Ale zawsze jest jakieś „ale”. Ale drzewo zasłania widok, do tego może się złamać. Ale to moja działka, a władza powinna lepiej dbać o parki, gdzie jest miejsce zieleni. Ale to przecież tylko jedno drzewo… Łatwo takich ludzi piętnować, lecz niech pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez winy. Kto nigdy nie wrzucił nieposegregowanych śmieci. Kto nie skorzystał z apartamentu na wynajem w coraz bardziej wydrążonym z mieszkań śródmieściu Gdańska czy Krakowa. Kto nie kupuje książek przez Internet, chociaż w głębi duszy kocha klimatyczne księgarnie…
Jeżeli dostrzeżemy, jak bardzo jesteśmy podobni w naszej małości i wielkości, zamiast widzieć je wyłącznie w innych, być może powstanie płaszczyzna współpracy. I ułatwi społecznościom ponowne wzięcie odpowiedzialności za zamieszkiwaną przestrzeń. W przeciwnym razie trwać będzie próżnia, którą wypełnią podmioty najbardziej aktywne, a niekiedy agresywne. Patrzące wycinkowo, napędzane ideą bądź chęcią zysku, władzy, a często po prostu świętego spokoju. Podmioty, które pogrążą się w jałowej walce albo dokonywać będą cichych porozumień. Niekoniecznie w interesie naszym i naszego świata.
Tomasz Drzazgowski
przez Magdalena Okraska | niedziela 30 maja 2021 | opinie
Wszyscy już napisali tony zachwytów o książce „Łyski liczą do trzech”. To bardzo odświeżające widzieć, że taka proza może w Polsce wyjść poza niszę „realizm magiczny w małym miasteczku” oraz „młoda, zdolna autorka opowiada nam o”. Olga Hund unika wszelkich tego rodzaju pułapek i robi to w bardzo zasadniczy sposób – a czytelnikowi pozostaje dostosować się do rytmu prozy, która rysuje alternatywny świat bardzo blisko rzeczywistego.
Sposób narracyjnej prezentacji własnej prozy bardzo mocno splata się z tym, jakiego typu autorką, ale przede wszystkim człowiekiem jest Hund, i jak bardzo nie umie (i nie chce) udawać, że interesuje ją inteligencka gra pozorów i wyścigi w workach po prestiż. Znam Olgę od lat z punkowych środowisk, gdzie rządzą skromność, prowizorka, luz i spokój ducha, przynajmniej deklaratywnie. Znam ją z czasów, gdy nikt nie spodziewał się, że którakolwiek z nas kiedyś napisze coś więcej poza tekstem na bloga czy przepisem na wege burgery. Poprzeczka dla tego typu środowisk jest zawieszona bardzo wysoko – a i nikomu nie chce się po nią specjalnie sięgać.
Tymczasem Hund zdobyła już dwie nagrody literackie za swoją pierwszą powieść, genialne „Psy raz drobnych” – i były to nagrody, o których marzą warszawskie studentki MISH w bezsenne noce. Jednak nie wpadła we wnyki przysłowiowej „drugiej książki, która zawsze się nie udaje”. Nie wpadła też w sidła dostosowywania swojej tematyki i języka swojej prozy pod oczekiwania salonu literackiego. Na galach z okazji nagród piła piwo w puszce.
Polski rynek młodej literatury pełen jest autorek eksplorujących trudne dzieciństwo, trudną młodość albo temat dusznej wiejskiej społeczności za górami, za lasami. Mamy Joannę Lech, Jagę Słowińską, Annę Cieplak, Dominikę Słowik i mnóstwo nazwisk, które chciałyby być na ich miejscu. Hund nie dołącza do chóru – pisze prozę, która nie dotyka osobistych spraw w taki sposób, jak to jest przez polską literaturę oczekiwane, jeśli dotyka ich w ogóle. „Psy ras drobnych”, opowieść o doświadczeniach z psychiatryka, to zestaw zgrabnych miniatur, gorzkich i zabawnych, dumnych i wściekłych, ale bez użalania się. Hund nie podaje nam całej historii, nie zwierza się z łańcuchów przyczynowo-skutkowych, nie płacze nam w rękaw. Mówi „było tak, a pacjentce z łóżka obok było tak”. A potem znienacka ucina.
W „Łyskach…” autorka uciekła przed oczekiwaniami recenzentów, ale i przed swoim oszczędnym stylem. Książka, pomimo że po sposobie szalonej narracji można poznać, że to ona ją napisała, nie jest już krótkim zbiorem zaglądających przez dziurkę od klucza miniatur. Hund spróbowała stworzyć alternatywny świat, ale bez mitycznej symboliki, realizmu magicznego wsi i koktajlu z Marqueza zmieszanego z Cortazarem. Wrzuciła za to do gara wszystko, co ją konstytuuje i interesuje – doświadczenia z Czech i Słowacji (jest tłumaczką jęz. słowackiego), punkowe podejście do instytucji policji i wszelkiego autorytaryzmu, wspomnienia o dorastaniu (z pomocą zine’ów) do zestawu lewicowych poglądów i dekonstrukcję stereotypów na temat społeczności romskiej.
I bum, odpaliła nam tego grilla, a my stoimy i mówimy „wow”. To znaczy – wcale nie mówimy „wow”, bo w Polsce i w książkach Hund nikt tak nie mówi, wszyscy mówią „o kurwa”.
Olga Hund wymyśliła Caaków – romską społeczność żyjącą w opozycji do czeskiej, w wyrzuconych poza miasta osadach. Caakowie są tu figurą Cyganów, choć nigdzie wprost to nie pada, mają też magiczne cechy, jakich na próżno szukać pod faktycznym Brnem czy Zlinem: trzecie oko na czole i bursztynową skórę. Caakowie widzą trochę więcej, ale ich główny imperatyw jest taki, jak społeczności romskiej w byłej Czechosłowacji – przetrwać i żeby biali się nie wtrącali. Hund z czułością i wnikliwie opisuje codzienność caakańskich/romskich osad (widać, że w nich bywała) i bezlitośnie punktuje czeski stosunek do Caaków – nie tylko rasizm czy wyuczoną obojętność, ale także etnograficzny zachwyt czy NGO’sowe „pochylanie się” nad „barwną kulturą”. To są cudowne momenty książki, w których czytelniczka mówi sobie – no tak, o jezu, po prostu odwalmy się od nich wreszcie, zachwyt to też patronizacja.
Caakowie nie mają własnych pism świętych, ani dekalogów, ani mnichów i kapłanów. Ubierają się w zwyczajne ciuchy: markowe, niemarkowe. Studenci etnologii, sojusznicy Caaków od października do pierwszej sesji, jak przyszli do osady i zobaczyli, że nie ma tu cudów-niewidów, powiedzieli: Nic tu po nas, zero egzotyki – pisze Hund i pokazuje bardzo zgrabnie zjawisko inteligenckiego „zainteresowania fenomenem”, znane nam z własnego podwórka aż za dobrze.
Albo: Akademicy zorganizowali trzydniową konferencję w ośrodku sanatoryjnym na Morawach pod nazwą „Oni i my. Wrogowie czy przyjaciele”, na której nie pojawił się żaden Caak, bo nikt żadnego nie zaprosił. „Nie ma kompromisu w budowaniu dialogu pomiędzy Czechem a Caakiem!”, pokrzykiwali tymczasem profesorowie w referatach otwierających zjazdy.
Czy też: Caakańską księżniczką to chce teraz być każda wykształcona pizda z Europy – odezwał się oburzony hasłem Caak – Wiem, że oglądacie o nas czarno-białe filmy znanych reżyserów. Ale nie ma w nich nic o tym, że w swoich krajach wywalacie nas z basenów i nie puszczacie naszych dzieci do podstawówek.
Hund bardzo udatnie ukazuje też Czechów – naród, który jako Polacy, nie wiedzieć czemu, upieramy się romantyzować, wywyższać, podziwiać i stawiać na piedestale. Od dwudziestu trzech lat jeżdżę regularnie do Czech i, przy bliskim kontakcie z tym krajem i jego mieszkańcami, nie ma się raczej złudzeń co do tego, że ten przyjemny pod względem rekreacyjnym kącik Europy zamieszkują osoby o mało otwartym zestawie poglądów. Badania wykazują, że spora część Czechów jest antyunijna, poziom ksenofobii jest dość wysoki, a postawy antyromskie są powszechne (łącznie z odbywającymi się co jakiś czas atakami na osady cygańskie, np. znaną sprawą z 2009 r., gdzie w Vitkowie grupa mężczyzn zaatakowała koktajlami Mołotowa romskie mieszkanie – jedno z dzieci doświadczyło poparzenia 80% powierzchni ciała).
Hund mieszkała w Czechach i bardzo udatnie portretuje tę niechęć – przy czym zauważa, nawet nie odautorsko, lecz między wierszami, że sposób myślenia czeskich policjantów także da się prześledzić i zrozumieć. W jej historii Caakowie są dobrzy i atakowani za odmienność, ale autorka zgrabnie pokazuje prowadzący do nawarstwienia się uprzedzeń strach Czechów.
No myśmy wam tu pozwolili być z ludzkiego odruchu, myślał Czech. Właściwie to wydawało nam się, że przyszliście tu do nas słabi, chorzy, żeby wymrzeć, jak zwierzęta, które idą zdechnąć do lasu. Nie mówiliśmy o tym, ale się na to jakby zgodziliśmy. A wy zaczęliście się mnożyć. Czy to było z kimś ustalone? Z kim? – tak autorka przedstawia sposób myślenia białego obywatela Czech.
W „Łyskach…” dostaje się więc wszystkim – i Czechom, i Polakom (wspaniała jest też scena, gdy w czeskim radiu odbywa się program o Polakach, którzy urządzają ustawki, by się bić – w studiu wypowiada się zaproszony czeski „ekspert od Polaków”, a żadnego Polaka nikt nie pyta o zdanie; to wspaniała szpila, pokazująca, jak Czesi wrzucają nas do worka z napisem „status: niebiały”), i czasami trochę Caakom. Policjantom, turystom, punkowcom, „zwykłym ludziom”. To książka o tym, że Europa Środkowa ma swoją specyfikę, w której, na fali rewolucyjnych deklaracji, powinno być „miejsce dla wszystkich”, ale tego miejsca wcale nie ma, bez względu na to, ile szkoleń o tolerancji odbędziemy za unijne pieniądze.
„Łyski…” to dobra książka, właśnie dlatego, że niby pokazuje nam dobrego (Caak) i złego (Czech, policjant), ale zaraz trochę miesza w tych kartach, zmienia przypisane role, by potem zmienić je ponownie. To także odrobinę szalona proza – pełna kolokwializmów, przekleństw, języka obarczonego powtórzeniami, błagającego o zmianę składni. Domyślam się, jak Hund musiała walczyć o tę frazę z redaktorami i cieszę się, że udało się ją ocalić.
Realizm magiczny o caakańskiej rewolucji prowadzonej przez społeczność z trzecim okiem na czole jest trochę czeskim „Mad Maxem”, zza którego pleców gwałtownie wychyla się polski kuzyn. Widać po książce, jak bardzo Hund jest Polką, jak bardzo nie jest to chirurgicznie skrojona pod unijne gusta, ogólnoeuropejska proza. Widać też, jak mocno punkowa/skłoterska to książka. Tutaj akurat, by wychwycić wszystkie te nawiązania, trzeba mieć podobną do Hund subkulturową przeszłość. Ale i bez tego tę prozę czyta się bardzo dobrze.
Magdalena Okraska
Olga Hund, Łyski liczą do trzech, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 180.

przez Maciej Huzarewicz | wtorek 25 maja 2021 | opinie
Panele obywatelskie podbijają świat. Gdzie indziej organizowane są już na poziomie państw, w Polsce coraz szerzej odwołują się do nich miasta. Tylko w 2020 roku, mimo epidemii, obradowały w Warszawie, Wrocławiu i Łodzi. Na różnych etapach jest obecnie realizacja paneli w Krakowie i Poznaniu. To dobry moment, by porozmawiać o ich efektach.
Panel obywatelski to eksperymentalna forma demokracji deliberatywnej. Powoływany jest dla powzięcia rozstrzygnięć w jednym temacie, zdefiniowanym w trakcie przygotowań. Uczestnicy panelu wyłaniani są do niego nie na drodze wyboru, lecz losowania, z założeniem, by skład panelu odzwierciedlał możliwie wiernie przekrój demograficzny reprezentowanej społeczności. Od uczestników nie są wymagane żadne konkretne kompetencje. Podczas pierwszych spotkań panelu, dzięki zaproszonym ekspertom, zapoznają się oni z postawionym do rozwiązania problemem, podczas kolejnych – wspólnie rozważają możliwe rozstrzygnięcia. Efektem pracy panelu są rekomendacje wybranych rozwiązań, przy czym przyjmuje się zwykle, że najistotniejsze („wiążące”) są te z nich, które poparło co najmniej 80% panelistów.
Pierwszy w Polsce był Gdańsk. Już w 2014 zorganizowano tam panel obywatelski, który miał pomóc w ulepszeniu funkcjonowania budżetu obywatelskiego. Kolejne trzy obradowały w latach 2016-17. W 2018 zorganizowano panel w Lublinie. W 2020 – klimatyczny w Warszawie, skupiony na kwestii miejskiej zieleni w Łodzi oraz poświęcony zagadnieniom komunikacyjnym panel we Wrocławiu.
Oczekiwania względem wyników pracy paneli bardzo silnie ukształtowały się pod wpływem zmitologizowanej wizji efektów obrad panelu przeprowadzonego w Irlandii w 2017, a poświęconego kwestii aborcji. Wbrew popularnym przekonaniom, panel ten nie „zalegalizował” aborcji w Irlandii. Jego zasadniczą rekomendacją, choć przyjętą większością jedynie 57% głosów uczestników, była tylko zmiana brzmienia 8. poprawki do konstytucji, dotychczas wykluczającej dopuszczenie legalnej aborcji, na takie, które decyzję w tej kwestii odda w ręce parlamentu. Zalecenie to, z ulgą przyjęte przez polityków, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że społeczeństwo w większości popiera już rozwiązania pro choice, lecz nadal nie mieli odwagi przeciwstawić się zdeterminowanym środowiskom katolickim, stało się podstawą referendum, które zmianę 8. poprawki zatwierdziło (samo zaś prawo aborcyjne zostało zmienione tradycyjną ustawą).
W ten sposób instytucja panelu obywatelskiego, nieco na wyrost, wyrobiła sobie markę narzędzia pozwalającego jednym cięciem rekomendacyjnego miecza uporać się z przeróżnymi węzłami gordyjskimi, których rozwiązanie przerasta kompetencje i/lub odwagę polityków. Tak pojmowany i wyobrażony panel trafił na listę żądań ruchów społecznych, oskarżających klasę polityczną o nieumiejętność uporania się z wyzwaniami współczesności. Organizacja klimatycznych paneli obywatelskich stała się na przykład jednych z trzech zasadniczych postulatów globalnego ruchu Extinction Rebellion.
Czy efekty pracy paneli spełniają pokładane w nich oczekiwania?
Trzy kolejne panele obywatelskie obradujące w Gdańsku (pomijając ten z 2014) przedstawiły łącznie 73 rekomendacje, które zyskały poparcie ponad 80% panelistów. Zamieszczone na poświęconej panelom podstronie oficjalnej witryny Gdańska zestawienie zrealizowanych rekomendacji liczy… trzy pozycje. W rzeczywistości zrealizowano ich więcej, ale fakt, że nawet organizator panelu, Urząd Miejski Gdańska, nie uznaje za istotne, by się tym pochwalić, jest znaczący. Już przy okazji pierwszego z tych paneli ujawnił się problem, który powtarzać się będzie regularnie – zorganizowany przez miasto panel przyjmuje rekomendacje, których miasto nie jest w stanie wykonać, bo przekracza to jego kompetencje. Efektem kolejnego gdańskiego panelu było m.in. zalecenie, by Gdańsk objąć uchwałą antysmogową, zakazującą spalania paliw stałych. Miasto nie może takiej uchwały przyjąć, może to zrobić tylko sejmik wojewódzki. W tej sytuacji rekomendacja pozostaje martwym zapisem, a jedynymi zaleceniami realizowalnymi okazują się te, które postulują wyświetlanie poziomu zanieczyszczeń na przystankowych tablicach i prowadzenie kampanii informacyjnej. Rzeczy ważne, lecz do game changerów im daleko. (Notabene – uchwała antysmogowa została przyjęta przez sejmik pomorski w 2020 roku, trzy lata po panelu i bez wyraźnego związku z jego pracami.)
Zarówno ten, jak i inne panele „okołosmogowe”, dobrze uwidoczniły też inny kłopot – z właściwym sformułowaniem tematu i zagadnień poddawanych pod obrady. Problem smogu jest dostatecznie rozeznany, a sposoby jego rozwiązania – oczywiste. Nie trzeba do tego powoływać panelu. Panel natomiast z powodzeniem mógłby się zająć tym, skąd wziąć pieniądze na szybką i masową wymianę pieców (czyli z jakiego obszaru je zabrać), albo w jaki sposób ograniczyć transport w mieście. O to jednak, na wszelki wypadek, nikt go nie pyta. Zamiast tego, uczestników panelu lubelskiego poproszono o odpowiedź na ogólnikowe pytanie: „Co zrobić, aby oddychać czystym powietrzem?”.
Z kolei trzeci panel w Gdańsku miał powiedzieć „Jak wspierać aktywność obywatelską w Gdańsku?”. Adresowanie takiego pytania do panelu, zamiast do zespołu socjologów, dowodzi całkowitego niezrozumienia jego idei i zaowocowało, oczywiście, całą listą rekomendacji, które w istocie sprowadzają się do jednej banalnej konstatacji – należy obywateli słuchać. Rekord absurdalności stawianego panelowi pytania należy jednak niewątpliwie do władz Poznania, które nie wahają się poddać pod rozstrzygnięcie istnie rewolucyjnej kwestii: „Czy całkowicie odejść w Poznaniu od spalania węgla w gospodarstwach domowych?”. To nie żart (chyba?), nad tym miał się zastanawiać panel rozpoczynający się w marcu roku 2021!
Jak traktowane są rekomendacje niechciane, wykraczające poza plany miejskich „włodarzy”, doskonale widać było w Lublinie. Tamtejszy panel wskazał m.in. na konieczność „pełnej ochrony przed zabudową kubaturową całego obszaru Górek Czechowskich” (Górki to położony w bezpośredniej bliskości centrum miasta obszar częściowo dzikiej zieleni). Rekomendacja ta została przez miasto z miejsca, już w komentarzach do wyniku pracy panelu, odrzucona. Dążąc zaś wbrew niej do tego, by deweloperowi jednak na zabudowę Górek zezwolić, miasto zaproponowało zmianę miejscowego planu przestrzennego. Propozycja ta, odrzucona przez lublinian w referendum zorganizowanym rok po panelu, została jednak przyjęta przez uparcie dążącą do celu Radę Miasta, a batalia prawna o Górki trwa do dziś. Istnym kuriozum była też odpowiedź miasta na kolejną rekomendację panelu, zalecającą obniżenie cen biletów okresowych w komunikacji zbiorowej. Tu urząd miasta z rozczulającą szczerością napisał: „Rekomendacja nie odpowiada na pytanie zadane panelowi. Nie ma związku z poprawą jakości powietrza”.
We Wrocławiu jedyna z ostatecznych rekomendacji, która wyznaczała konkretną datę jej realizacji, dotyczyła przebudowy przystanku w centrum miasta. Została odrzucona przez magistrat natychmiast po zakończeniu panelu, jako niemożliwa do realizacji w tym terminie. Realizacja tak niewielkiej przecież inwestycji wydawałaby się dobrym sposobem na uwiarygodnienie dobrej woli miasta i pokazanie, że zgodnie z obietnicami poważnie podchodzi do wyników prac powołanego przez siebie panelu. Najwyraźniej jednak tak nie jest. We Wrocławiu można było także zaobserwować jeszcze jedno interesujące zjawisko. Tamtejszy panel, poświęcony kwestiom komunikacyjnym, miał m.in. odpowiedzieć, jak skomunikować z centrum odleglejsze dzielnice. Przed ostatecznym głosowaniem opublikowano listę planowanych rekomendacji. To do tych propozycji swoje uwagi mogli zgłosić mieszkańcy i ruchy obywatelskie. Mające być głosowane rekomendacje zalecały m.in. budowę linii tramwajowych – na Maślice do 2023 r., na Muchobór – do 2026, na Ołtaszyn – do 2024. W rekomendacjach faktycznie głosowanych dat już nie ma, zostały zastąpione formułką „w najbliższym możliwym terminie”, co oczywiście całkowicie odbiera im jakiekolwiek znaczenie.
Czy panele mogą być skuteczne?
Protagoniści paneli przekonują, że są one doskonałym narzędziem, by wspomóc niewydolną demokrację przedstawicielską, popchnąć sprawy na nowe tory wtedy, gdy społeczeństwo staje się już do tych zmian gotowe, lecz uwikłani w rozmaite zależności politycy jeszcze się ich boją. Argumentują, że paneliści nie muszą zyskiwać partyjnej nominacji i akceptacji wodza, nie są skrępowani partyjnymi instrukcjami ani obawami o przyszłą reelekcję. Nie reprezentują nikogo poza samymi sobą, choć panel jako całość reprezentuje całą społeczność. Deliberacje w gronie kilkudziesięciu osób o podobnej sytuacji, acz być może prezentujących całkowicie odmienne spojrzenie na daną kwestię, na dodatek w oderwaniu od zaplecza ideologicznego, nieuniknionego w momencie, gdy paneliści byliby reprezentantami partii czy ruchów, pozwala każdemu z nich na zyskanie nowej perspektywy. Można więc przypuszczać i mieć nadzieję, że dzięki temu stać ich będzie na odważne i trudne decyzje. Odpowiednio zorganizowany panel miałby stanowić współczesne wcielenie idei rządów „równych przez równych”, a w akcie zarządzania w najdosłowniejszy sposób braliby udział nasi sąsiedzi. Lub my sami, jeśli tylko zostaniemy wylosowani. W czasach powszechnej nieufności i pogardy do klasy politycznej to niebagatelna zaleta. Gdy przyjdzie do podejmowania trudnych decyzji, związanych choćby z koniecznością adaptacji do zmian klimatycznych, wiarygodność panelu stanowiłaby silny argument pomocny w uzasadnianiu ich konieczność.
Narracja taka, choć może grzeszy zbytnim optymizmem, nie jest pozbawiona pewnych racji, czego dowodzą takie rekomendacje, jak choćby ta w sprawie lubelskich Górek. Ten sam casus pokazuje jednak kompletną bezsilność panelu, gdy przychodzi do realizacji rekomendacji. Zarówno prezydent Żuk, jak i prezydenci innych miast, które panele organizowały, obiecywali solennie, zwykle przy okazji ich inauguracji, że rekomendacje, które zyskają 80 lub więcej procent poparcia w głosowaniu, traktować będą jako „zobowiązujące”. Praktyka pokazuje coś całkowicie odmiennego.
Jednak na nic więcej, niż prezydenckie deklaracje, panele w obecnym stanie prawnym liczyć nie mogą. Są one organizowane albo na podstawie ustawy o samorządzie gminnym jako forma konsultacji społecznych (Gdańsk, Poznań), albo na podstawie ustawy o działalności pożytku publicznego jako zadanie publiczne (Lublin, Wrocław, Warszawa). Żadna z tych form nie daje panelowi jakichkolwiek kompetencji decyzyjnych. Dopóki tak będzie, dopóki panele nie będą mogły decydować ani o budżetach, ani o terminach realizacji swoich rekomendacji, i dopóki te decyzje nie będą rzeczywiście obowiązujące, organizowanie paneli pozostanie, jak dotychczas, sztuką dla sztuki, służącą PR-owi miejskich włodarzy, a nie rozwiązywaniu realnych problemów. Do tego sztuką dość drogą – organizacja jednego panelu kosztuje 100-200 tysięcy zł. Dzieje się tak zresztą nie tylko w Polsce – postanowienia szeroko wychwalanego francuskiego narodowego panelu klimatycznego zostały w dużej części, i wbrew wcześniejszym obietnicom, zlekceważone przez Macrona.
Nadanie panelom mocy decyzyjnej wymagałoby ustępstw kompetencyjnych ze strony władzy zarówno ustawodawczej, jak i wykonawczej, a możliwe byłoby jedynie w drodze – co najmniej – ustawowej. Czy taka rewolucja jest obecnie możliwa, jak silna powinna to być moc, w jaki sposób i przed kim odpowiedzialna – to kwestia do dalszej dyskusji, niezbędnej jednak, jeśli chcemy kontynuować eksperymenty z demokracja deliberatywną.
Jeszcze jedna, niezwykle istotna, kwestia to właściwe sformułowanie problemu, o którym panel ma decydować. Stawianie pytań otwartych, na które paneliści mieliby poszukiwać odpowiedzi, mija się z celem. Pamiętajmy, że spotykają się oni 5-6 razy po kilka godzin, a połowa tych spotkań poświęcona jest na wysłuchanie ekspertów i stron. Nie ma czasu na wypracowywanie rozwiązań. Panel powinien mieć zatem głos przede wszystkim rozstrzygający – zapoznany z kilkoma wypracowanymi wcześniej, alternatywnymi strategiami rozstrzygnięcia problemu, decydowałby o wyborze jednej z nich. Propozycje strategii powinny przy tym być możliwie całościowe, nie ograniczając się tylko do wyboru rozwiązań inżynierskich i technicznych, lecz również uwzględniać skutki społeczne i środowiskowe, a także szacować koszty finansowe. Muszą to też być rozwiązania, które będą realnie możliwe do realizacji na poziomie jednostki organizującej panel. Pozostając przy przykładzie miejskich paneli klimatycznych – panel mógłby wybrać drogę, którą miasto powinno pójść, by najlepiej zaadaptować się do zmian klimatu. Rozważania o tym, że miasto ma być emisyjnie neutralne lub nawet „100% OZE” (jak to się stało w Warszawie) są mrzonkami, na poziomie komunalnym niemożliwymi do realizacji.
Maciej Huzarewicz
przez Michał Maleszka | niedziela 23 maja 2021 | Kwartalnik, Wiosna-Lato 2021, Wywiad - kwartalnik
Co was zmotywowało do przystąpienia do franczyzy w sieci Żabka?
Agnieszka Nowak: Bycie u siebie – myślę, że to kusi. Jako kobieta często czułam się niedoceniana w swojej pracy. Mężczyźni byli faworyzowani. Kiedy okazało się, że mogę być na swoim, nie chodziło mi o to, że będę wielką panią kierowniczką. Raczej o to, że w końcu nie doświadczę tych nieprzyjemnych historii, które miałam już za sobą.
Anna Mendrok: Odkąd ukończyłam osiemnasty rok życia, w zasadzie cały czas pracowałam na półtora etatu. Stwierdziłam, że muszę wykorzystać to, że nie mam jeszcze rodziny i dzieci, i czegoś się dorobić.
Agnieszka: Sieć mocno podkreślała, że możemy na tym zarobić. Oczywiście nikt nie mówił, że to będą miliony, ale że będziemy w stanie normalnie żyć i funkcjonować – jeśli się przyłożymy i będziemy chętne do pracy. Jestem osobą bardzo pracowitą, więc dla mnie nie było to żadnym wyzwaniem. Cieszyłam, się że będę mogła też w jakiś sposób sprawdzić siebie. Kierownictwo to było coś nowego, a w handlu pracowałam już dziesięć lat.
Anna: Mocno wierzyłam, że będzie mnie stać na to, aby opłacić podstawowe rachunki, jechać na wakacje choć raz w roku, i żeby jeszcze zaocznie studiować.
Agnieszka: Wejście we franczyzę to był niewielki wkład finansowy. W moim przypadku to było ok. 3–4 tysięcy.
Jak wygląda akcja informacyjna i szkoleniowa do momentu, w którym podpisujecie umowę?
Anna: Najpierw szukałam informacji na forach internetowych. Były komentarze negatywne i pozytywne. Na spotkaniu z menedżerem zapytałam, skąd się biorą opinie negatywne. Powiedział, że ci, którzy je piszą, to banda nieudaczników. Potem było dwutygodniowe szkolenie. Przeszkolono nas z programów informatycznych. Kurs kończył się egzaminem.
Agnieszka: Ja natomiast pracowałam jako sprzedawczyni w moim późniejszym sklepie. Miałam więc przygotowanie. Moje szkolenie również trwało dwa tygodnie. Informacje dotyczące funkcjonowania sieci były znikome i bardzo ogólnikowe. Na zasadzie: dostaniesz sklep, niski wkład własny, będziesz pracować, a reszty dowiesz się później. Szkolenie dotyczyło spraw technicznych – uczyliśmy się systemów informatycznych i tego, jak ma wyglądać system zamówień. Przede wszystkim nie było możliwości zapoznania się z umową. Chciałam ją wcześniej skonsultować z prawnikiem i księgową, ale nie było takiej możliwości. Po trzecim pytaniu o umowę pani szkoleniowiec zdenerwowała się i powiedziała, że jeśli jeszcze raz zapytam, to mnie wyrzucą.
Jak wyglądał moment podpisania umowy?
Agnieszka: Podpisywałam ją w jednym z oddziałów firmy, w Tychach. Tam dopiero zobaczyłam dokument, który miał ponad trzydzieści stron. Chciałam ją przeczytać. Pani powiedziała, że chyba jestem niepoważna i że ona nie będzie siedzieć i czekać, bo za mną jest już pięciu kolejnych. Zignorowałam to i po prostu czytałam. Po pięciu minutach powiedziała donośnym głosem: „Ma pani jeszcze cztery minuty. Naprawdę pani nam nie robi łaski, że tu jest”. Obok stał partner ds. sprzedaży, czyli osoba, która łączy franczyzodawcę z franczyzobiorcą. On próbował załagodzić sytuację, mówiąc: „Proszę cię, podpisz. Później wszystko wytłumaczę”. Zwróciłam uwagę tylko na okres wypowiedzenia, bo to mnie wtedy najbardziej interesowało.
Anna: U mnie było podobnie. „Za pięć minut przychodzę. Fajnie, jakbyś to zdążyła podpisać, a poza tym musisz już jechać na sklep”. Stwierdziłam, że OK i podpisałam. Chciałam kopię do wglądu, żeby w aucie poczytać. Ale dowiedziałam się, że musi to jeszcze podpisać dyrektor z centrali i ostatecznie swój egzemplarz otrzymałam dużo później.
Przed podpisaniem umowy trzeba założyć działalność?
Agnieszka: To jest warunek konieczny – musi być założona jednoosobowa działalność gospodarcza zarejestrowana w Polsce. Musi być jeszcze poręczyciel weksla, ponieważ zabezpieczeniem Żabki jest weksel in blanco na poczet ewentualnych długów wobec sieci.
Jak wygląda sam początek działalności?
Anna: Klucze odebrałam 20 grudnia, kiedy w sklepie byli jeszcze budowlańcy. Na drugi dzień przyjechał towar. Kolejne dni spędziłam w sklepie. W wigilię wyszłam o osiemnastej, zdążyłam się szybko wykąpać i na wieczerzę przyjęła mnie babcia. W pierwszy dzień świąt zebrałam całą rodzinę i pojechaliśmy układać towar. Drugi dzień świąt był taki sam. Dzień po świętach miałam otwarcie sklepu.
Agnieszka: Otrzymujemy w pełni wyposażony i zatowarowany sklep. Żabka sama znajduje lokalizację, wynajmuje lokal od właściciela, a my jesteśmy podnajemcą. Pokrywamy koszty tego lokalu proporcjonalnie do obrotu. W moim przypadku było to dokładnie 2% od obrotu sklepu. Nie wiedziałam, ile rzeczywiście Żabka płaciła właścicielowi, ale mogło być tak, że gdy miałam większy obrót, to ta kwota, którą płaciłam Żabce, była wyższa od czynszu ustalonego przez właściciela. Oni to nazywali „partycypowaniem w kosztach wynajmu lokalu”, ale w praktyce często my płaciliśmy 100%, a oni na tym zarabiali. Oprócz tego sieć pokrywała prąd, koszty ochrony, koszty dowozu i transportu oraz wszystko, co związane z informatyką. My płaciliśmy za obsługę terminala, prowizje za płatności kartą, internet, telefon, wodę, śmieci, opłatę franczyzową, opłatę licencyjną i całość kosztów związanych z działalnością gospodarczą: wypłaty dla pracowników, składki, księgowość. Do tego zobowiązania podatkowe, bo – co najważniejsze – kasa fiskalna była zarejestrowana na nas.
Jak wyglądają zasady związane z opłatami licencyjnymi i franczyzowymi?
Agnieszka: Umowy zmieniają się średnio co 3–4 miesiące, więc powiemy, jak było u nas. Opłata licencyjna wynosiła 2% całych obrotów sklepu. Była też opłata za wyposażenie – 3% od obrotu. W jednym miesiącu eksploatacja półek kosztowała nas więcej, w innym mniej. To, że opłata licencyjna mogła być wyższa, jest zrozumiałe. Ale eksploatacja półek… Pokrywaliśmy opłaty za dzierżawę terminala i prowizję za płatność kartą, chociaż te transakcje w całości szły na konto Żabki.
A jaką swobodę daje ta umowa tobie jako przedsiębiorcy?
Agnieszka: Wpływ miałam wyłącznie na to, kogo i na jakich warunkach zatrudniałam. Jeżeli chodzi o samo funkcjonowanie sklepu – pole manewru jest żadne. Mieliśmy też wpływ na to, u kogo będziemy zamawiać warzywa, owoce i pieczywo. Poza tym dostawałyśmy odgórne instrukcje, jak ma wyglądać sklep w środku, jak ma być ułożony towar i w jakiej ilości. Jak ma wyglądać sklep z zewnątrz, jakie mają wisieć plakaty. Na przykład nie mogliśmy mieć żadnych ulotek nie związanych z funkcjonowaniem sklepu. Byliśmy sprawdzani na podstawie tzw. weryfikacji. Robił to przedstawiciel sieci, tzw. partner ds. audytu. Kontrole były niezapowiedziane i kończyły się karą albo nagrodą.
Jak wygląda sposób zamówienia towaru?
Agnieszka: System zamówień zależy od obrotów sklepu, które podzielone są na wysoko-, średnio- i niskoobrotowe. Od tego zależy ilość zamówień w tygodniu. Sklep wysokoobrotowy może mieć dostawy nawet sześć razy w tygodniu. Poza tym każdy sklep był traktowany tak samo. To jest dużym minusem, bo co innego sprzedaje się przy miejskim przystanku, a co innego na dużym osiedlu. Naszą swobodą była wyłącznie kwestia kwoty zamówienia. Minimum, które narzucano na jedno zamówienie, to było 5 tysięcy netto.
Czy jako franczyzobiorca masz wybór, jakie towary zamówisz?
Agnieszka: Funkcjonuje mylne wyobrażenie, że my jako franczyzobiorcy czy przedsiębiorcy możemy samodzielnie robić zamówienia do Żabki. Teoretycznie za te 5 tysięcy bylibyśmy w stanie kupić i zamówić to, co jest nam potrzebne. Ale w momencie wspomnianej weryfikacji były jasne zapisy, że musimy mieć tzw. asortyment podstawowy. Powiedzmy, że w sklepie mamy trzy tysiące produktów, z czego tysiąc to asortyment podstawowy. On musi być w ilości co najmniej trzy sztuki i nieważne, czy się sprzedaje. Gdy przychodziła weryfikacja, to sprawdzali te towary wyrywkowo. Bardzo lubię ryby, ale nigdy nie zapomnę łososia, który był sprawdzany podczas każdej weryfikacji. Gdy kończyła się data ważności – zabierałam je do domu i jadłam. Na półce – pusto. Następnego dnia przychodzi weryfikatorka – a nie jest to zapowiadane – i mówi: „Nie ma łososia. Punkty na minus”. Mówię: „Wczoraj były. Przeterminowały się”. Ona: „Źle zamówiłaś towar”. Następnym razem znowu zamawiam trzy łososie. Ale akurat w dniu weryfikacji ktoś kupił jednego. Weryfikatorka: „Znowu pani brakuje łososia, ma pani tylko dwa”.
Jakie są zasady tej weryfikacji?
Agnieszka: Weryfikacja jest punktowana. Maksymalna liczba punktów to 100. Za każdy błąd punkty są odbierane. Ta weryfikacja jest złożona z kilku części, najważniejszy jest asortyment. Ale my nie mamy możliwości, żeby mieć na sklepie te tysiąc produktów po trzy sztuki każdego…
Co się działo z przeterminowanym towarem?
Agnieszka: Ich nie interesowało, czy ja to sprzedam, czy wyrzucę, czy ktoś mi to ukradnie, czy zjem. To jest moja odpowiedzialność. Te zasady pokazują, że w Żabce zupełnie nie ma swobody działalności. Jeżeli miałabym swój sklep i jakieś produkty by się nie sprzedały, to drugi raz nie zamówiłabym ich przecież. Bo po co mam sobie generować stratę?
To nie koniec różnic między „zwykłym sklepem” a Żabką.
Agnieszka: Zasadnicza różnica to system rozliczeniowy względem skarbu państwa. Zwykły przedsiębiorca rozlicza się na podstawie książki przychodów i rozchodów. W zwykłym sklepie rozliczenie podatkowe jest proste. Zamawiamy towar i mamy koszty. Z drugiej strony jest przychód, czyli sprzedaż fiskalna. Po odliczeniu kosztów, z tego, co nam fizycznie zostało, płacimy podatek dochodowy. W przypadku Żabki wygląda to tak, że sklep teoretycznie jest nasz. Kasa fiskalna zarejestrowana jest na nas i urząd skarbowy widzi to, co jest na kasie fiskalnej i to, co jest w księgach. Powiedzmy, że po zapłaceniu wszystkich kosztów według fiskusa zostaje nam 10 tysięcy. Ale tylko w teorii. W praktyce 100% utargu brutto w gotówce i w kartach wpłacamy do Żabki. Z pierwszym dniem nowego miesiąca dostajemy rozliczenie i przelew, średnio 10–12 tysięcy złotych. I z tych pieniędzy opłacamy ZUS i pracowników, i fizycznie w kieszeni zostają nam ok. 3 tysiące złotych. Ale Urząd Skarbowy widzi w księgach, że zostało nam 10 tysięcy i chce od nas podatek od tej kwoty. I to jest przekręt podatkowy na ogromną skalę. Bo jesteśmy rozliczani z tego, co zarejestrowała kasa fiskalna i z tego, ile zamówiliśmy towaru. Nikt nie patrzy, ile tych pieniędzy naprawdę wpłynęło do nas.
Anna: Przychód w postaci przelewu, o którym mowa, to nie jest przychód skarbowy w rozumieniu pojęcia przychodu. To jest wynagrodzenie, które sieć przelewa do sklepu po rozliczeniu poprzedniego miesiąca.
Agnieszka: Na to nakłada się jeszcze jedna kwestia. Kierując się naszym przykładem – zostało nam 10 tysięcy według kasy fiskalnej i z tego urząd nas rozlicza. Ale w praktyce Żabka wystawia jeszcze korekty faktur na towar promocyjny. Sprzedajemy go poniżej ceny zakupu i żeby to teoretycznie wyrównać, wystawia się fakturę-korektę. Fiskus widzi 10 tysięcy zarobku na kasie. Ale gdy przychodzi korekta na 5 tysięcy złotych, to ona obniża nasz zakup i podatek naliczony jest już od 15 tysięcy. Ta faktura to fikcyjny twór, który obniża nam koszt zakupów i generuje sztuczny przychód na kasie fiskalnej według zwykłego systemu podatkowego.
Jak to jest możliwe?
Anna: Są dwa systemy. Pierwszy to system wewnętrzny, który służy tylko do komunikacji między Żabką a sklepem. Jest połączony m.in. z kasą fiskalną. To cała platforma, która służy do wycen, nadzorów inwentaryzacyjnych, kontroli stanów magazynowych. Umożliwia rozliczanie wszystkich kosztów i przychodów. To system wewnętrznych rozliczeń i zobowiązań stron stosunku franczyzowego. Ale on nie ma nic wspólnego z podatkami i księgowaniem. Księgi i kasa fiskalna są natomiast zewnętrznym systemem rozliczeń – franczyzobiorca jest samodzielną jednostką gospodarczą i jako taka rozlicza się z urzędami skarbowymi. Natomiast o tym, ile sklep zarobił faktycznie, decyduje system wewnętrzny pomiędzy Żabką a sklepem.
Czy treść i kwoty tej faktury-korekty można jakoś zweryfikować?
Agnieszka: Nie można. Nie ma na niej wyszczególnionych pozycji, których dotyczy rabat, czyli ta korekta. Jest napisane tylko: „rabat zakupowy”. W skali miesiąca dostawaliśmy, powiedzmy, dwadzieścia faktur na różne produkty, w normalnej cenie i te promocyjne. Zawsze na jednym dokumencie. Faktura-korekta dotyczyła tylko produktów promocyjnych. Nie pamiętałyśmy, które to były, bo one nie były w żaden sposób zaznaczone.
Przepisy pozwalają na coś takiego?
Agnieszka: Nasze stowarzyszenie walczy właśnie o to, żeby ukazać i zlikwidować ten mechanizm. Gdy w rozmowie radiowej z dyrektorem Żabki zadałam takie pytanie, to odpowiedział mi, że do weryfikacji faktur służą aplikacje.
A są jakieś?
Anna: Jak można dokument księgowy sprawdzić w aplikacji? Przecież to niedorzeczne.
Agnieszka: Przecież zamykając działalność i idąc do urzędu skarbowego nie wyciągnę aplikacji i nie powiem: „Tu niech pan sobie policzy w aplikacji”. Prawo mówi jasno, jakie są zasady wystawiania faktur i korekt. I tak to powinno być wystawiane. Jeżeli idziemy do Lidla i jogurt jest przeceniony o połowę, to na paragonie mamy: jogurt 2 zł, rabat 50% – złotówka do zapłaty.
Anna: W ustawie o VAT jest zapisane, jak powinna wyglądać faktura korygująca. Ile było przed, ile po, co korygujemy – sztukę czy cenę, albo czy dajemy rabat. Natomiast faktura korygująca wystawiona przez firmę Żabka Polska nie stosuje się do ogólnych zasad zapisanych w ustawie, ponieważ brakuje: ilości korygowanych produktów, kwoty oraz wartości przed i po. Nie można w żaden sposób sprawdzić poprawności tej faktury, ponieważ pozycja na fakturze nazywa się „rabatem zakupowym” i brak dla niej jakichkolwiek szczegółów. Firma Żabka Polska powołuje się na artykuł w ustawie, który stanowi wyjątek, czyli tzw. fakturę korygującą. Faktura korygująca może być stosowana jedynie wtedy, gdy rabatujemy lub korygujemy wszystkie pozycje z faktury. W tym przypadku do faktury korygującej załączone było kilkanaście faktur, a rabaty dotyczyły tylko kilku wybranych pozycji. W naszej ocenie jest to jawne łamanie ustawy o VAT. Przedstawię to na przykładzie: kupujemy 10 kg bananów, 10 kg jabłek i 10 kg cytryn. Dostajemy rabat na wszystkie produkty 10%. W tym przypadku możemy zastosować fakturę korygującą, która będzie zawierała informację, że całość towaru z faktury jest objęta rabatem. Natomiast jeżeli rabat będzie dotyczył tylko bananów, to w tym przypadku musimy zastosować ogólne zasady dotyczące faktury korygującej, czyli wyszczególnić produkty objęte rabatem, ilości oraz kwoty przed i po rabacie.
Agnieszka: To nie jest wykorzystywanie przepisów. To jest jawne złamanie ustawy o podatku VAT. Jest to też jedna z tych kwestii, które, mam nadzieję, jako stowarzyszenie po prostu doprowadzimy do końca.
Anna: W tej sprawie były kontrole poselskie w dwóch urzędach skarbowych w Bielsku-Białej. Słano też pisma do Krajowej Informacji Skarbowej. Wszystkie te organy odpowiadają, że nie mogą udzielić odpowiedzi na pytanie, czy faktura-korekta jest zgodna z przepisami, bo nie jesteśmy stroną, która jest zainteresowana. Nie ma to wpływu na nasze bezpośrednie zobowiązania podatkowe. Czyli twierdzi się, że osoby prowadzące sklepy Żabka mają to księgować i nie są stroną uprawnioną do zadawania takiego pytania. To Żabka Polska powinna wystąpić z wnioskiem do odpowiednich organów z zapytaniem, czy tę fakturę wystawiają prawidłowo. Ale Żabka tego nie zrobi, bo nie ma w tym żadnego interesu.
Agnieszka: Żabka posiada wewnętrzny system, jak każdy większa firma. Zapanowanie nad ogromem wszystkich formalności jest bardzo trudne. Osoba, która wchodzi do sieci, potrzebuje kilku miesięcy, żeby wszystko ogarnąć technicznie. Ta nietransparentność prowadzi też do tego, że nie można sobie nawet mniej więcej wyliczyć przewidywanego wynagrodzenia. Druga sprawa: z racji tego, że dużo czasu spędzamy jako pracownicy – na kasie, przy towarze – są rzeczy, które leżą odłogiem, chociażby faktury. Po każdej dostawie Żabka wystawia faktury, które trzeba dokładnie sprawdzić, ale często brakuje czasu, żeby je zweryfikować.
Czy ten niejasny system sprawiał jeszcze jakieś problemy?
Agnieszka: Kolejną kwestią są rozliczenia i inwentaryzacje. W Żabce istnieje system comiesięcznego pobierania pieniędzy na tzw. wpłatę ubytków towarowych. Czyli zabezpieczenie na poczet inwentaryzacji. Jest to na początku 1% obrotów sklepu. Te pieniądze teoretycznie powinny być odkładane na jakimś subkoncie, tak, aby było sprawiedliwie. Przychodzi moment inwentaryzacji i możemy sprawdzić, że przez rok pobierano, powiedzmy, 1000 zł miesięcznie, czyli na koniec roku powinniśmy mieć 12 tysięcy nadpłaconych pieniędzy.
Wtedy sprawdzamy stan magazynowy i wobec ewentualnych ubytków rozliczamy tę kwotę.
Agnieszka: Bardzo często okazuje się, że podczas inwentaryzacji dzieją się rzeczy niezrozumiałe z perspektywy osoby, która długo prowadziła sklep. Jeżeli przez rok zostało pobrane np. 12 tysięcy złotych, a inwentaryzacja wychodzi na minus 30 tysięcy, to łącznie ubytek jest wart 42 tysiące. To jest pół sklepu – ktoś by to musiał wynieść, ukraść albo przeterminować. Nikt nigdy nie umiał powiedzieć, jak te inwentaryzacje są rozliczane. Wysyłany jest tylko link, w którym zapisane są pliki.
Czyli na podstawie czego jest robiona ta inwentaryzacja?
Agnieszka: Wysyłają nam druk z liczbą faktur. Twierdzą, że jest to zaległość, za którą nie zapłaciliśmy. Według nich ten towar został np. skradziony. My natomiast możemy tylko zweryfikować to, co mamy fizycznie na sklepie. Fizycznie nie ma możliwości, żeby te braki to były produkty przeterminowane, uszkodzone czy skradzione. Zauważyłybyśmy to w takiej skali.
Jak zatem wygląda rozliczenie pieniędzy pobranych na poczet inwentaryzacji?
Agnieszka: Pieniądze na poczet ubytków towarowych były pobierane z wynagrodzenia. Nie było żadnego subkonta, na które byśmy to wpłacały. Nie miałyśmy na to żadnego dokumentu. A to jest nasz koszt. Prowadzący sklep Żabka powinni to sobie wpisać w koszty i odliczyć od opodatkowania.
Anna: To są nasze pieniądze, które Żabka co miesiąc od nas brała. Nie ma na to żadnego dokumentu księgowego. W skali miesiąca przy 6000 sklepów to jest 12 milionów złotych…
Agnieszka: Nieopodatkowanych pieniędzy. Skoro oni od nas to pobierali, to powinni to opodatkować jako przychód. To jest miesięcznie 12 mln zł. W skali roku braknie zer… To nie jest jakaś mrzonka czy wymysł. Mamy dowody, że ta kwota została pobrana, ale na to nie ma żadnego oficjalnego dokumentu księgowego, żadnej faktury.
Anna: To jest możliwe tylko z jednego powodu. Sklepy wpłacają cały utarg do Żabki. I to centrala Żabki dysponuje pieniędzmi. Wszystkie rozliczenia za towar, rozliczenia wewnętrzne, muszą się odbywać z poziomu Żabki.
Wniosek nasuwa się taki, że wy pod względem decyzyjnym nie byłyście przedsiębiorczyniami, lecz raczej pracownicami.
Anna: Tak.
Agnieszka: Dokładnie.
Więc sąd powinien ustalić, że między Żabką a wami zachodził stosunek pracy. Tak się jednak nie dzieje.
Agnieszka: Są przesłanki, które mówią, że to nie jest prosty stosunek pracy.
Chociażby to, że z kolei my jako prowadzący sklep zatrudniamy pracowników. To jest wykorzystywanie sytuacji, bo nie ma przepisów, które by jasno ustalały zasady gry. Umowa franczyzowa to zwykła umowa nienazwana. Są sieci franczyzowe, które działają fair, ale są też tacy, którzy wykorzystują niedoskonałość obecnego prawa.
Co dla was oznaczał taki system rozliczeń?
Agnieszka: Nigdy nie wiedzieliśmy, jaki będzie nasz zarobek, bo nie dało się tego wyliczyć. Nawet oszacować, bo było tak dużo zmiennych. Przez to, że nie wiedzieliśmy, jak wysoka będzie wystawiona faktura-korekta, nie wiedzieliśmy też, jaki wyjdzie podatek. A podatki po prostu zaczęły nas zabijać. Jeżeli nie mamy fizycznie takich pieniędzy, to jak możemy je płacić? Ale okazało się, że możemy i musimy. Gdy tego nie robiliśmy, to urząd skarbowy wchodził na nasze konto. Gdy konta były pozajmowane, to zajmowali nasze wynagrodzenia przychodzące z Żabki.
Anna: W rezultacie często to, czy będziemy miały z czego żyć, zależało od wyniku weryfikacji.
Zasady weryfikacji są określone w umowie?
Agnieszka: W wielu punktach umowy jest tylko informacja, że „szczegółowe informacje reguluje osobna instrukcja”. Takich instrukcji, gdy odchodziłam z sieci, było około stu. Przy podpisaniu umowy żadna instrukcja nie była nam pokazywana. Nowe instrukcje pojawiały się na naszych pocztach z informacją, że wchodzą od jutra. Mogły się też zmieniać z dnia na dzień. Regulowały dosłownie wszystko. Od rzeczy błahych, że plakaty mają wisieć z lewej zamiast z prawej strony, po rzeczy ważne, a nawet takie, które w jakiś sposób zmieniały kształt umowy głównej.
I te zasady były jasne i dostępne?
Agnieszka: Co do weryfikacji, otrzymaliśmy bardzo szczegółową informację – czego dotyczy, w jaki sposób będzie realizowana, sprawdzana i punktowana. Ale tę weryfikację przeprowadzali ludzie. To też były osoby, które miały własną działalność gospodarczą i nie były zatrudnione w sieci. Szczerze powiedziawszy, te weryfikacje często były zupełnie nieobiektywne. Standardy były bardzo różnie interpretowane. Często końcowa ocena zależała od znajomości z osobą sprawdzającą lub od jej nastroju. Czasem od pogody, bo np. kwestia brudnej podłogi od tego zależy.
A jak wyglądały same warunki pracy?
Agnieszka: Sklepy często były otwierane w nieodpowiednich warunkach. Mam na myśli przepisy BHP i sanepidowskie. Miałam taką sytuację po remoncie sklepu, który robiła Żabka. Był tam piec do wypieku bułek, który nagrzewał się do temperatury ok. 300 stopni. Gdy się go otworzyło, to od gorącej klapy do lady było 30 centymetrów. Pracownik, który miał wyciągnąć gorące bułki w rękawicach, fizycznie nie był tego w stanie zrobić, bo albo oparzyłby się, albo musiałby tam stać bokiem. Zgłaszałam to, prosząc ich, żeby to poprawili, ale usłyszałam, że w planach wszystko się zgadza. Podczas odbioru sanepidu powiedziałam, że nie odpowiem za to, że ktoś poparzy sobie ręce. Powiedziano mi wprost: „Ale to jest Żabka”. Odpowiedziałam, że ja za to odpowiedzialności nie wezmę i jeżeli nic z tym teraz nie zrobią, to pójdę z tym dalej. Więc sanepid wystawił na mnie mandat. Bo to ja jestem właścicielką sklepu, prawda?
Poszłaś z tym mandatem do centrali?
Agnieszka: Przyjechali i dorobili 15 cm. Załatwili, że jednak mandatu nie było. Było mnóstwo takich sytuacji.
Jakie są obowiązkowe godziny otwarcia sklepu?
Anna: Sklep musi być otwarty od godziny 6 do 23. Nikogo nie interesuje, co się w międzyczasie dzieje. Sklep ma być po prostu otwarty. Jeżeli nie – kara: 1000 złotych za dzień.
Nie było problemu z utrzymaniem tych godzin?
Agnieszka: Są sytuacje losowe, takie typowo życiowe, np. pracownikowi nagle zachorowało dziecko, więc nie otworzyliśmy sklepu od 6 rano. Podczas weryfikacji byliśmy sprawdzani z godziny otwarcia sklepu. A dokładnie z logowania się na kasie, bo to działa tak, że wchodzimy rano, rozbrajamy alarm, logujemy na kasie. Zdarzyło się mnie samej, że po prostu zapomniałam się zalogować, bo robiłam coś innego, w sklepie nie było ruchu. Piętnaście po szóstej wchodzi klient, patrzę: „Kasa niezalogowana”. Mieliśmy pięć minut dopuszczalnego spóźnienia na zalogowanie się na kasie, a jeżeli było to więcej niż dwa, trzy razy, to też była kara.
Wynosiła 1000 zł?
Agnieszka: Nie, za takie sytuacje 100 zł. Gdyby się okazało, że sklep został otwarty np. od 14:00 – bo coś się wydarzyło – to kara wyniosłaby 1000 zł. Oni wtedy uznawali, że sklep był zamknięty.
Jak wyglądał realnie wasz dzień pracy?
Anna: Mocno zaangażowałam moją rodzinę – ciocia pracowała razem ze mną. Pracowałyśmy od poniedziałku do niedzieli. Jedna miała pierwszą zmianę, druga drugą zmianę, natomiast sklep był otwarty siedem dni w tygodniu. Gdy już weszła ustawa o niedzieli niehandlowej, to sporadycznie zdarzyło się, że w niedziele było zamknięte. Natomiast szybko rozeszły się informacje, że jeśli w niedziele będzie zamknięte, to w poniedziałek rano będzie szczegółowa weryfikacja.
Agnieszka: Tuż przed wejściem tej ustawy byłam bardzo szczęśliwa, że będę mogła mieć jeden dzień w tygodniu wolny. To było jak gwiazdka z nieba. Pamiętam wypowiedzi polityków z partii rządzącej, że w ustawę zostanie włączona franczyza. Była u mnie w sklepie koleżanka i razem się cieszyłyśmy. Przyjechał partner i mówi: „Z czego się tak cieszycie? I tak będziecie otwarci”. Dwa dni później wieszali plakaty z napisem „Placówka pocztowa”. Po kilku dniach dostaliśmy do podpisu papier, na którym było napisane: „Oświadczam, że prowadzę działalność gospodarczą we własnym imieniu i na własny rachunek”. Co się później okazało? Ustawa została przyjęta w takim kształcie, że jednak franczyza nie podlega tej ustawie, a wyjątkiem są placówki pocztowe lub osoby, które prowadzą działalność gospodarczą na własny rachunek i we własnym imieniu. Dokładnie tak, jak napisano na tym druku. I tak Żabki stały się placówkami pocztowymi oraz zaczęły w nich pracować osoby, które prowadzą własną działalność.
Czy to znaczy, że musiałyście pracować w niedzielę?
Agnieszka: Powiedziano nam, że mamy wybór, bo nigdzie nie było przepisu, że musimy w tę niedzielę pracować. Ale cały wybór polegał na tym, że jeżeli w niedzielę nie przyszliśmy, to w poniedziałek przychodziła weryfikacja i były z tego powodu kary. Gdy ludzie zaczęli się trochę buntować, to załatwili to inaczej. Kary były nadal, ale później przy rozliczeniu całościowym pewne składowe naszego przychodu były zależne od tego, ile dni w miesiącu sklep był otwarty.
Ile realnie czasu spędzałyście w sklepie?
Agnieszka: Ja w ogóle otwierałam sklep sama, nie mając żadnej pomocy. Przez pierwsze dwa tygodnie pracowałam codziennie przez 19–20 godzin. Po zamknięciu sklepu zamykałam się w biurze i ogarniałam dokumenty, które wtedy były dla mnie abstrakcją. W domu brałam tylko prysznic, spałam dwie godziny i z powrotem do pracy. Później spędzałam w pracy już mniej czasu, po 16–17 godzin. Gdy zatrudniłam drugiego pracownika, jeszcze mniej. Ale codziennie w pracy spędzałam minimum osiem godzin. Czasami czułam się odarta z godności jako człowiek i jako kobieta – naprawdę byłam momentami tak przemęczona, że czułam, iż źle wyglądam. Nie miałam czasu, żeby iść do fryzjera, żeby o siebie zadbać, odpocząć po prostu. Tu nie chodzi o to, że marzyłam o tym, aby jeździć na kawę do Berlina i na zakupy do Paryża. Mówię o normalnym ludzkim życiu.
Anna: Co z tego, że jesteś na zmianie te 8 godzin, skoro mimo wszystko człowiek nie wychodzi o 14:00, lecz o 20:00?
Czy zdarzają się takie sytuacje, że ktoś jest tylko kierownikiem sklepu i robi tylko zamówienia?
Agnieszka: To osoby, które są na początku. Wydaje im się, że ogarną to zatrudniając dodatkowego pracownika, bo jeszcze je na to stać. Ale to się weryfikuje w trzy do pięciu miesięcy. Nagle się okazuje, że nie ma pieniędzy i trzeba kogoś zwolnić. Widziałam filmik zachęcający do przystąpienia do franczyzy. Występuje w nim pani, która jest tak pięknie ubrana, że czuję jak pachnie przez telewizor. Przechadzając się po sklepie w zielonej koszulce mówi, że jest swoim szefem, że ma elastyczny czas pracy i że ma czas na spełnianie swoich pasji – dużo czyta i podróżuje. Gdyby nie fakt, że bardzo lubię mój telewizor, to chyba bym go wyrzuciła przez okno…
Czyli większość czasu spędzałyście w pracy?
Agnieszka: Oczywiście nie powiem, że nigdy nie miałam wolnego, ale to naprawdę były sporadyczne sytuacje. I obwarowane stresem o to, żeby miał kto wpłacić pieniądze, żeby miał kto zrobić zamówienie. Zazwyczaj brało się na plecy komputer i te zamówienia były robione w różnych miejscach – na przykład w szpitalu.
Postacie jak z promocyjnego filmu to czysta fikcja?
Agnieszka: Są takie osoby. W Żabce funkcjonuje system premiowania osób, które wprowadzają nowych ludzi do franczyzy. Jeżeli dzisiaj prowadziłabym sklep i ktoś z mojego polecenia wszedłby do sieci, to dostałabym 10 tysięcy złotych. Gdy ktoś jest utalentowany, to nie musi pracować. Samo mu się kręci. Często jest też tak, że typuje się w okręgu „superfranczyzobiorcę”, który ma dobry samochód, jest zadbany i ubrany. Zaprasza się go na spotkania rekrutacyjne. Pokazuje, że jest super i dostaje pieniądze. Mamy na przykład w stowarzyszeniu koleżankę, która, gdy zaczęły się jej pierwsze problemy związane z podatkami, poprosiła o spotkanie z partnerem z Żabki. Partner przyjechał, wysłuchał całej historii, a na koniec powiedział: „To ty nie wiesz, jak się to robi, żeby mieć z czego zapłacić podatki? Znajduje się dwóch frajerów w miesiącu i już żyjesz”.
Jak wygląda proces wyjścia z sieci?
Anna: Jest miesięczny okres wypowiedzenia – zwykły dla umowy cywilno-prawnej. Natomiast sama kwestia zamknięcia sklepu i rozliczenia się z firmą to zupełnie inna bajka. Cały towar, który mamy w sklepie, zostaje przerzucony na innego franczyzobiorcę. Ale to nie jest zwykłe przekazanie, lecz nasza sprzedaż, więc my od tego oczywiście odprowadzamy podatek. W większości przypadków jest to gwóźdź do trumny, bo na sam koniec współpracy z Żabką powiększa ludziom dług względem urzędu skarbowego.
Agnieszka: Pierwszym krokiem jest przygotowanie mentalne. Zwykle gdy ludzie zaczynają mieć problemy, to nie myślą: „Jest źle, nie kalkuluje mi się, wychodzę”. Popadają w ogromne długi w krótkim czasie i zapętlają się. Kredyt goni kredyt, pożyczka goni pożyczkę. W końcu dochodzą do momentu, gdy myślą: „Jeżeli z tego wyjdę, to zostanę na kompletnym lodzie. Póki to ciągnę, to jakoś spłacam długi”.
Jest jakiś moment nadziei: „A może w przyszłym miesiącu będzie lepiej?”.
Agnieszka: Gdy pojawiają się pierwsze problemy, ludzie zgłaszają się do partnerów. Partner przyjeżdża i mówi: „Może masz za dużo pracowników – jednego zwolnij. Weź więcej godzin. Za mało się starasz na tych weryfikacjach – popraw to”. Wpędzają ludzi w poczucie winy. Tyle że to nic nie daje. Wyjście z sieci to jest proces w głowie, bo na papierze to jest tylko trzydzieści dni. Myślałam, że gdy wyjdę z tej sieci, to droga zamknięta. Nie widziałam dla siebie perspektyw. To jest paniczny strach.
Anna: To wielka praca i oddanie całego siebie. Te wszystkie godziny spędzone, wszystkie stracone wakacje, uroczystości rodzinne. My przez długi czas nie miałyśmy sylwestra, nie miałyśmy świąt, nic. Więc ciężko zrezygnować z tego sklepu widząc to wszystko, co człowiek tam włożył i ile rzeczywiście stracił.
Agnieszka: Gdy człowiek już widział, że jest naprawdę źle, to z ich strony było słychać: „Tylko ty masz takie problemy”. Jeżeli z każdej strony słyszysz: „Ty jesteś zła i nieudana”, to człowiek wstydzi się wyjścia z sieci. Wstydzi się mówić, że sobie nie poradził. To trzeba przełamać i to wymaga czasu. Dzień wyjścia z sieci… Nie powiem – łza w oku się zakręciła, lecz bardziej chodziło o pracowników. Wyszłam z tego sklepu może nie z głową do góry, ale nie z głową w kolanach. Wyszłam i nigdy nie pozwolę na to, żeby ktokolwiek wmówił mi, że to jest moja porażka. Zrobiłam wszystko, co mogłam, z należytą starannością, zostawiłam tam mnóstwo zdrowia, energii, siebie.
Anna: W moim przypadku to wpływa na dalsze życie. Już nie jestem tak odważna, jak byłam przedtem, zanim weszłam do sieci. Cały czas mam jakieś obawy, wszędzie widzę jakieś podstępy, podejrzewam, że ktoś chce mnie oszukać.
Jak współpraca z Żabką odbiła się na waszych kieszeniach?
Anna: Odzyskałam od nich pieniądze, które były mi potrzebne w następnym etapie mojego życia, czyli w dochodzeniu do zdrowia i pełnej formy psychicznej i fizycznej. Teraz już pracuję gdzie indziej. Dzięki Bogu w ZUS-ie nie mam żadnych zobowiązań. Natomiast urząd skarbowy po czterech latach mojej działalności podsumował mnie na około 70 tysięcy złotych. Mam układ ratalny. Podatek VAT płacę co miesiąc w kwocie 100 zł, podatek dochodowy co miesiąc 850 zł. W sumie jest to co miesiąc niemal 1000 zł długu do spłacenia. Mamy w stowarzyszeniu ludzi, którzy wychodzą z ogromnymi długami – zarówno w stosunku do sieci Żabka, jak i wobec urzędów skarbowych i ZUS-u. To są niekiedy kwoty w sumie ok. miliona złotych. Ci ludzie nie są w stanie funkcjonować i żyć normalnie. Ja bym sobie z tym psychicznie nie poradziła.
Agnieszka: Zgłaszają się do nas rodziny, których bliscy popełnili samobójstwa i to są naprawdę ogromne dramaty.
Jak wyglądały początki waszego Stowarzyszenia Ajentów i Franczyzobiorców?
Agnieszka: Zanim powstało stowarzyszenie, rozpoczęłam już działania w pojedynkę. Będąc jeszcze w sieci obiecałam sobie, że muszę wyjaśnić pewne kwestie – chociażby podatkowe. Szukałam pomocy w Krajowej Administracji Skarbowej i urzędach skarbowych. Przez rok dzwoniłam do Ministerstwa Finansów. Udało mi się w końcu dzięki temu uporowi wywalczyć spotkanie. Na tym spotkaniu byłam ja, koleżanka i mecenas, z którym zaczęłam współpracę, ale potraktowano nas bardzo niepoważnie, chociaż ówczesny wiceminister finansów obiecał, że zostanie zrealizowana kontrola. No, ale później były roszady kadrowe w ministerstwie i plany spełzły na niczym.
Ale nie poddałyście się.
Agnieszka: Zaczęłam wysyłać e-maile do posłów – prawo, lewo, środek. Odpowiedziała tylko Agnieszka Ścigaj, która spotkała się ze mną, ale gdy zobaczyła, jak to jest skomplikowane, to powiedziała, że jej zasięgi nie są takie, żeby mogła pomóc. Potem zwróciłam się o pomoc do Razem. Spotkał się z nami poseł Maciej Konieczny, porozmawiał i obiecał nam pomoc. Jako jedyny nie popatrzył na nas jak na jakieś kretynki.
Jakie cele ma stowarzyszenie?
Agnieszka: Obiecałam sobie, że dopóki moje zdrowie na to pozwoli, będę walczyć do samego końca. O sprawiedliwość dla wszystkich, którzy są w naszym stowarzyszeniu, ale też dla tych, którzy kiedyś będą chcieli w tę franczyzę wejść. Dlatego bardzo bym chciała, żeby powstała i została przyjęta ustawa o franczyzie. To będzie scheda po mnie. To wymaga determinacji, ale nie mam nic do stracenia. I naprawdę się już nie wstydzę. Nigdy nie byłam idealna, ale nie powinnam mieć takiego długu w urzędzie skarbowym i będę to podkreślać zawsze: „To nie są moje podatki, bo ja nigdy nie zarabiałam takich pieniędzy, żeby mieć tyle do zapłacenia”.
Kto przystępuje do stowarzyszenia?
Agnieszka: Nasze stowarzyszenie nie ma wielu członków. Ludzie się boją i wstydzą. Sytuacja dotyka nie tylko osób, które prowadziły te sklepy, ale także całych rodzin, przede wszystkim finansowo. To też kwestia urągania ludzkiej godności, chociażby dlatego, że jemy przeterminowany towar, dlatego, że nas często nie stać nas na to, żeby kupić normalny… To są historie kobiet, które dzieciom pod choinkę dawały przeterminowane czekolady. Albo dzieci, które na śniadanie przez okrągłe pół roku jadły jogurty. To są osoby wyizolowane z życia społecznego. Bo jeżeli my pracujemy bardzo dużo i bardzo długo, to tu nie ma też czasu i ochoty, żeby gdzieś wyjść, z kimś się spotkać. I to jest ogromne oszustwo. Udawanie, że jest w porządku.
W jaki sposób znajdujecie kolejne osoby?
Agnieszka: Trudno do nich dotrzeć. Widzą, że były jakieś stowarzyszenia, które się rozpadły. Pandemia pokrzyżowała nasze plany, ale teraz powoli wracamy do tego, żeby się spotykać choćby online. Bo te pierwsze miesiące pandemii poświęciłyśmy mocno na działania. Gdybyśmy zrobiły na odwrót, to by się wszystko rozsypało. Musiałyśmy tym ludziom coś dać. Pokazać, że już coś wypracowałyśmy, już do czegoś doszłyśmy. Chodźcie z nami, będzie dobrze.
Dziękuję za rozmowę.
Luty 2021 r.
Fotografia w nagłówku tekstu pochodzi z Wikipedii
Michał Maleszka – pracownik administracyjny Uniwersytetu Jagiellońskiego i członek krakowskiej spółdzielni „Ogniwo”. Publikował artykuły m.in. w „Borussii” i „Barbarzyńcy”.
przez Piotr Ostrowski | niedziela 23 maja 2021 | Kwartalnik, Wiosna-Lato 2021
Być może poniższy tekst zostanie potraktowany jako zbytnio konserwatywny, ale odnoszę wrażenie, że pandemia COVID-19 nie powinna znacząco zaburzać naszego długofalowego myślenia o strategicznych celach świata pracy. Moim zdaniem nie jest tak, że koronawirus zdezawuował poprzednie priorytety i na plan pierwszy wyniósł inne. Takie myślenie to błąd. „Stare” wyzwania pozostają wciąż aktualne. Przestrzegałbym przed łatwym uznaniem, że wchodzimy oto w jakościowo inną epokę, także dla świata pracy. Nic takiego nie zachodzi, zwłaszcza jeśli spojrzymy na wszystko nie z perspektywy kilku lub kilkunastu miesięcy, ale choćby najbliższej dekady. Dotychczasowe postulaty pozostają aktualne, a być może będą bardziej aktualne niż kiedykolwiek wcześniej. A są aktualne, bo pandemia nie tylko ich nie wymazała, ale być może nawet uwypukliła.
Zatem punktem wyjścia do ogólniejszego namysłu, przed jakimi fundamentalnymi wyzwaniami stoi Polska w sferze pracy, jest przyjrzenie się, co o tym mówi kluczowa strategia rządowa, czyli „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju do roku 2020 (z perspektywą do 2030 r.)”, czyli SOR. Choć pojawiają się pogłoski, że rząd pracuje nad kolejną strategią (podobno ma się nazywać Polski Nowy Ład), SOR pozostaje wciąż tą obowiązującą i stanowi zatem dobrą oś dla moich rozważań. SOR wskazuje na pułapki rozwojowe, jakie czyhają na Polskę w tym momencie i jakie mają znaczenie w kontekście przyszłości gospodarki, lub szerzej – ładu społeczno-gospodarczego w najbliższych latach. Są one moim zdaniem trafnie zdefiniowane i nie tylko stanowią ostrzeżenie na najbliższe lata, ale także powinny być brane pod uwagę przy konstruowaniu działań na przyszłe dekady. Nawiasem mówiąc, choć wprost odwołuje się do SOR, to nie bierze jej faktycznie pod uwagę projekt Umowy Partnerstwa na lata 2021–2027, czyli podstawowy dokument definiujący krajowe potrzeby wsparcia z funduszy europejskich.
SOR wskazuje na pięć pułapek rozwojowych. Są to: pułapka średniego dochodu, pułapka braku równowagi, pułapka przeciętnego produktu, pułapka demograficzna i pułapka słabości instytucjonalnej. Choć wszystkie traktowane są raczej równorzędnie, moim zdaniem kluczową jest ta pierwsza, czyli pułapka średniego dochodu. Pozostałe są jej konsekwencją. Wczytajmy się zatem we fragment odnoszący się do tego zagrożenia w kluczowym dokumencie strategicznym rządu: „W ostatnich 25 latach Polska zmniejszała dystans do krajów rozwiniętych. Obecnie jednak obserwujemy wyczerpywanie się dotychczasowych dźwigni wzrostu i konkurencyjności. Bez zbudowania nowych Polska utknie w gronie krajów o średnim dochodzie, dlatego potrzebne są nowe lokomotywy rozwoju. Istotą wyzwania jest kontynuowanie wzrostu produktywności przy zasadniczym zwiększeniu poziomu wynagrodzeń, bez znaczącej utraty konkurencyjności. Skuteczna realizacja koncepcji wzrostu opartego na płacach (wage-led growth) w krótkim okresie korzystnie wpłynie na poziom koniunktury gospodarczej, zaś w dłuższym okresie mogłaby przełożyć się na przyspieszenie procesu modernizacji gospodarki”. Zatem wzrost produktywności musi być powiązany ze zwiększaniem poziomu wynagrodzeń, a modernizacja jest ściśle związana z koncepcją wzrostu opartego na płacach. I dalej: „Zbyt wiele polskich firm opiera swoją konkurencyjność na dostarczaniu nieskomplikowanych produktów po najniższej możliwej cenie. Jest to najczęściej skutek funkcjonowania w otoczeniu gospodarczym kształtowanym przez prymat najniższej ceny (np. przetargi publiczne), a nie kryteria jakości usługi lub produktu, wiarygodności kontrahenta czy stosowane standardy warunków pracowniczych. Powszechne stosowanie kryterium najniższej ceny ogranicza wzrost innowacyjności polskiej gospodarki, powstawanie wysoko płatnych miejsc pracy i konkurowanie na bazie kompetencji oraz unikalnych umiejętności pracowników”1.
Nic dodać, nic ująć. Polska znajduje się w pułapce. Wyczerpały się dotychczasowe źródła przewagi konkurencyjnej, czyli te polegające na „dokręcaniu śruby” pracownikom przy jednoczesnej ofercie zatrudnienia opartej na niskich płacach i niskich kosztach pracy. Tak się dzieje, choć kapitał albo nie chce tego dostrzec, albo – będąc tego świadomym – nie zamierza porzucać dobrze (bo od wieków) ugruntowanej i dość prostej strategii. Stąd też między innymi silna presja na uelastycznianie dostępu do „tanich” pracowników ze Wschodu oraz lamenty nad ich wyjazdem do Niemiec. Zmiana w czynnikach determinujących osiąganie przewagi konkurencyjnej większości polskich przedsiębiorstw w dużym stopniu została poddana znacznej dynamice od momentu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, a w szczególności wtedy, gdy polscy pracownicy na masową skalę zaczęli korzystać z jednej ze swobód jednolitego rynku UE – swobody przepływu osób (migracja zarobkowa).
Wyższe płace minimalne
Uświadomienie sobie istnienia pułapki średniego dochodu oznacza, że aby myśleć o rozwoju i modernizacji (mam nadzieję, że już nie w modelu imitacyjnym), polska gospodarka potrzebuje przestawienia na osiąganie przewag konkurencyjnych w oparciu o inny mechanizm. Jest to zatem kluczowe, jeśli chodzi o przyszłość spójności społeczno-gospodarczej. O tym także jest mowa w SOR. Źródłem nowej przewagi mają być innowacje. Aby tak się stało, wymagane jest jednak dokonanie szeregu interwencji, a przede wszystkim sporej rewolucji mentalnej. Musimy w Polsce więcej zarabiać. Przypomnę: musimy skutecznie realizować koncepcję wzrostu opartego na płacach (wage-led growth). Hasło obecnej kadencji Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych „Polska potrzebuje wyższych płac” nie jest zatem przypadkowe. Niewątpliwie proces wzrostu wynagrodzeń następuje, ale moim zdaniem powinien być on znacząco przyspieszony i bardziej egalitarny.
W sumie najlepiej nam idzie w obszarze płac minimalnych. Zbliżamy się do osiągnięcia poziomu 50% płacy przeciętnej, co jest warte odnotowania na tle innych krajów europejskich. Spełnia się zatem jeden z kluczowych postulatów związków zawodowych w Polsce. Płaca minimalna rośnie także dlatego, że związki zawodowe mają wpływ na jej kształtowanie w ramach negocjacji w Radzie Dialogu Społecznego. Nie zgodzę się przy tej okazji z tezą, że to rząd wprowadza płacę minimalną. Faktycznie tak jest i przez większość lat w przeszłości tak było, choć znaczące przyspieszenie wzrostu rzeczywiście przypada na okres rządów Zjednoczonej Prawicy. W takich przypadkach nie docenia się jednak presji, także medialnej, na rzecz jej zwiększania, wywieranej przez związki zawodowe. Czy obecnie płaca minimalna wynosiłaby 2800 zł bez istnienia związków zawodowych? Trudno powiedzieć, bo takiej sytuacji nie ma i, mam nadzieję, nigdy nie będzie. Moim zdaniem byłaby jednak zdecydowanie niższa. Bez związków zawodowych być może w ogóle nie istniałoby pojęcie płacy minimalnej. Warto odnotować w tym miejscu, że to także dzięki związkom zawodowych (a de facto OPZZ) płaca minimalna jest kształtowana zarówno miesięcznie (obecnie 2800 zł brutto), jak i godzinowo (18,30 zł brutto), co nie jest bez znaczenia dla pracowników nie posiadających umowy o pracę.
Płace minimalne są zatem ważnym instrumentem na rzecz wychodzenia z pułapki średniego dochodu. Z obserwacji danych GUS wiemy też, że wzrost płac minimalnych „podnosi” płace w ogóle, choć zapewne nie w takim stopniu, jak byśmy tego oczekiwali. Dodatkowo doświadczenia polskie, ale też innych krajów, potwierdzają, że nie sprawdza się czarny scenariusz, przywoływany na tę okoliczność przez środowiska biznesowe: „wyższe płace minimalne doprowadzą do likwidacji tysięcy miejsc pracy”.
Nie podzielam podejścia do płac minimalnych, w którym rynki pracy należy traktować jak rynki towarów czy usług, kierowane zasadami podaży i popytu. Nie wierzę, że wolny rynek i tzw. niewidzialna ręka rozwiążą problem bezrobocia, niskich płac i wykluczenia społecznego. Jestem zatem zwolennikiem interwencjonizmu w obszarze polityki rynku pracy i polityki płac. Płace minimalne nie muszą powodować utraty konkurencyjności czy wzrostu bezrobocia. To, że wzrost płacy minimalnej nie generuje utraty miejsc pracy, pokazuje przykład Niemiec, gdzie przedsiębiorcy po wprowadzeniu w 2015 r. federalnej płacy minimalnej zapowiadali utratę od 425 tys. do 1,2 miliona miejsc pracy. Podobnie organizacje biznesu reagowały w Polsce na szybszy wzrost wynagrodzeń. Dane pokazały, że żadna katastrofa nie nastąpiła. Nie ma żadnego naukowego lub empirycznego potwierdzenia, aby wprowadzenie mechanizmu płacy minimalnej i jej wzrostu prowadziło do znaczących negatywnych efektów dla rynku pracy, w tym dramatycznej utraty miejsc zatrudnienia. Badania i nawet pobieżna obserwacja tego, co działo się w Polsce w ciągu ostatnich lat wskazują raczej na tendencję odwrotną. Neoklasyczne podejście do rynku pracy nie potwierdza się. Jest korzystne dla maksymalizacji zysku kosztem taniej pracy oraz pomija wpływ wyższej płacy minimalnej na wzrost popytu.
Keynesowskie inspiracje zwracają uwagę na wpływ płac minimalnych na płace ogółem oraz na zmiany w zagregowanym popycie. Zgodnie z nimi, wyższe płace minimalne owszem, podnoszą koszty pracy z perspektywy pojedynczej firmy, ale zwiększają popyt konsumpcyjny pracowników otrzymujących najniższe wynagrodzenia i ich rodzin. Ogólnie rzecz biorąc „efekt konsumpcji” prowadzi do wzrostu popytu i zatrudnienia. Zatem, nawet jeśli część firm o niskim poziomie wydajności zmniejszy stan zatrudnienia lub zaprzestanie prowadzenia biznesu, to nie oznacza, że zmniejszy się zatrudnienie ogółem. Może ono wzrosnąć w innych firmach. Wyższe wynagrodzenie może również sprawić, że część osób biernych zawodowo zdecyduje się podjąć pracę. Jest to problem szczególnie palący w Polsce, gdzie odsetek aktywnych zawodowo wyraźnie odstaje od średniej unijnej. Tym samym, potencjalnie negatywny wpływ jednostkowego wzrostu kosztów pracy może być zrekompensowany pozytywnymi efektami po stronie ogólnego wzrostu popytu i zatrudnienia oraz niwelowany szybkimi i skutecznymi interwencjami w ramach polityki rynku pracy. Ma to tym większe znaczenie, że wzrost w większym stopniu napędzany jest przez popyt wewnętrzny i eksport niż przez zyski wypracowane przez sektor finansowy. Ma to także efekt równościowy, no i najważniejsze – uciekamy z pułapki średniego dochodu.
Innym problemem jest jakże częste traktowanie płac tylko jako kosztów pracy. A przecież wynagrodzenia muszą być postrzegane jako źródło dochodów dla pracowników i pracowniczych gospodarstw domowych. Ich wydatki to popyt na produkty i usługi oferowane przez biznes. Nikt nie będzie więcej kupował, jeśli nie będzie miał większych dochodów. W tym sensie płace i ich wzrost pełnią funkcję silnika dla działalności gospodarczej, wzrostu PKB i tworzenia miejsc pracy. Moje wynagrodzenie pozwala mi na wydatki, które składają się na wynagrodzenie i utrzymanie miejsca pracy innego pracownika. I odwrotnie – wynagrodzenia innych pozwalają utrzymać moje miejsce pracy i moje wynagrodzenie. Pracownik to też ważna wartość dodana firmy. Jego wiedza, doświadczenie i zaangażowanie wpływają istotnie na wydajność i innowacyjność.
Przedstawiciele świata kapitału wciąż podzielają pogląd, że płace są tylko kosztem. To powoduje przekonanie, że cięcia płac pozwolą zwiększać konkurencyjność firm i tym samym powiększać zyski. Takie myślenie jest błędne, bo zakłada, że poziom zagregowanego popytu w gospodarce jest dany i stały. Jeżeli, w szczególności w czasie kryzysu, z jakim mamy do czynienia obecnie, większość firm zareaguje podobnie, to spadek płac dotknie znaczącą część gospodarki. To zmniejszy poziom łącznego popytu. Mniejszy popyt to mniejsze zainteresowanie produktami i usługami, a to oznacza mniej pracy i miejsc pracy. Praktyka pokazała, że może to oznaczać sprzężenie zwrotne pogłębiające kryzys gospodarczy wywołany spadkiem zapotrzebowania na produkty i usługi. Nie jest tak, że redukując pensje pracownikom dla utrzymania ich miejsca pracy ratujemy rynek pracy przed zapaścią. To błędne myślenie, prowadzące tylko do pogłębiania problemów. Ta logika ma jednak jeszcze jedną właściwość. Podniesienie płac w jednym przedsiębiorstwie nie zwiększy zagregowanego popytu. Z kryzysu nie wygrzebią nas zatem pojedyncze firmy. To może zadziałać tylko w ramach systemowego i skoordynowanego rozwiązania. Warto pamiętać, że wzrost płac minimalnych wywołuje efekt fali zwiększającej płace ogółem i egalitaryzuje płace.
Wyższe płace minimalne to także dwie zasadnicze korzyści dla państwa. Po pierwsze, zmniejsza się zakres biednych pracujących, a zatem w mniejszym stopniu państwo musi wspierać obywateli świadczeniami socjalnymi. Ma to swoje dalekosiężne konsekwencje: nie tylko ekonomiczne, ale także psychologiczne i społeczne. Po drugie, państwo otrzymuje wyższe przychody z tytułu podatków i składek na ubezpieczenia społeczne. Wyższe płace minimalne to najlepsza inwestycja – inwestycja w człowieka, jego rozwój i przyszłość.
Warto pamiętać przy tej okazji, że przestrzeń do znaczącego wzrostu płac istnieje w całej gospodarce. Także w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. Na podstawie danych GUS okazuje się, że podwyżki płacy minimalnej w ostatnich latach wcale nie obniżały rentowności najmniejszych przedsiębiorstw. W 2019 r. zyski brutto mikrofirm wyniosły 198 mld zł, co stanowiło 14 proc. ich przychodów ogółem, podczas gdy w 2018 r. było to odpowiednio 174 mld zł i 13,2 proc. przychodów ogółem. Dodatkowo, w skali pięciu lat mimo corocznych podwyżek płacy minimalnej zyski najmniejszych firm urosły aż o 59 proc. Potwierdza się zatem to, co powtarzamy od lat. Nie jest prawdą, że wzrost płac destabilizuje przedsiębiorstwa i gospodarkę. Jest dokładnie odwrotnie.
Wyższe płace
Płaca minimalna jest ważna, ale to jednak nie wszystko. Polska potrzebuje wyższych płac jako takich. W jaki sposób można je zagwarantować? Jest na to kilka recept. Choćby wprowadzenie stałego mechanizmu wzrostu płac w sferze budżetowej, czy szerszej – w sferze finansów publicznych, powrót do negocjacyjnego procesu ustalania wskaźnika wzrostu wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw czy rozwój układów zbiorowych pracy. Oprócz znaczenia ekonomicznego warto pamiętać, że powyższe mechanizmy pełnią rolę uspołeczniania polityk publicznych i/lub mechanizmów zarządzania oraz równocześnie zmniejszają rozpiętości dochodowe. Oczywiście te ostatnie muszą być wspierane sprawiedliwą polityką podatkową, która wymaga w Polsce szeregu interwencji. To jednak temat na osobne opracowanie.
Pracownicy administracji publicznej potrzebują solidnego wzmocnienia, pewności i finansowego wsparcia. Patrząc szerzej – podobnie rzecz się ma z usługami publicznymi. Państwo i jego instytucje muszą działać sprawnie. To także być albo nie być dla sprawnej, innowacyjnej gospodarki oraz przyjaznego otoczenia dla prowadzenia biznesu. Dobrze opłacani, pewni swojego zatrudnienia i rozwoju zawodowego urzędnicy państwowi i samorządowi, nauczyciele, pracownicy ochrony zdrowia – są kluczowi dla sprawnego funkcjonowania państwa. Państwu powinno zależeć, aby w usługach publicznych pracowali najlepsi. Tych najlepszych trzeba jednak odpowiednio wynagradzać. Niestety, ale raz na jakiś czas pojawiają się pomysły cięć płac w usługach publicznych, ich prywatyzacji lub outsource’owania. Myślenie, że usprawnimy administrację poprzez zwolnienia i cięcia płac jest w tym sensie całkowicie oderwane od rzeczywistości. To prosta droga do katastrofy. A przeświadczenie, że receptą jest ich prywatyzacja, to relikt z lat 90. Wiemy doskonale, jak kończy się outsourcing usług publicznych, nie tylko z punktu widzenia pracowników, ale także jakości tych usług.
Rafał Woś, dla bardziej obrazowego przedstawienia roli związków zawodowych na rzecz wzrostu płac, przyrównywał je swego czasu do pszczół „[…] które, jak zaczną bzyczeć nad uchem, to mogą irytować, ale ich ewentualne wyginięcie groziłoby poważnymi konsekwencjami dla równowagi całego systemu. Dlaczego? Bo związki to właściwie jedyny w kapitalizmie sposób na wymuszanie wzrostu płac i stabilizacji zatrudnienia”2. Trudno się z tym nie zgodzić. Poza nielicznymi wyjątkami, pracownicy są z reguły na straconej pozycji, jeśli chodzi o indywidualne interwencje dotyczące poziomu ich wynagrodzeń. Relacja między kapitałem a pracą jest daleka od równowagi. Zmniejszanie dystansu jest możliwe albo poprzez trwałe, obowiązujące i stosowane standardy pracy, albo poprzez działania zbiorowe pracowników. Nie ma innego i lepszego mechanizmu jak ten grupowy, „uzbrojony” w ramach związku zawodowego, zarówno na poziomie przedsiębiorstwa, jak i ukierunkowanego na przestrzeganie oraz zwiększanie (polepszanie) standardów pracy (krajowe i międzynarodowe prawo pracy). Tam, gdzie są związki zawodowe, zwykle tak się dzieje. Na poziomie przedsiębiorstw związki zawodowe cyklicznie odbywają rozmowy, rokowania i negocjacje mające na celu doprowadzenie do wzrostu wynagrodzeń pracowników. Warto w tym miejscu podkreślić, że wynagrodzeń wszystkich pracowników, a nie tylko tych – jak się powszechnie uważa – należących do związków zawodowych. Czasami negocjacje są łatwiejsze, czasami trudniejsze. Czasem odbywają się w ramach procedury sporu zbiorowego, który może skutkować strajkiem, jako środkiem mającym na celu wprowadzenie wyższych płac. Przez wiele lat powyższy mechanizm był jednak dodatkowo wzmacniany poprzez – negocjowany na poziomie krajowym – wskaźnik wzrostu wynagrodzeń. Był wskaźnik, a zatem pewien drogowskaz, punkt odniesienia dla związkowych negocjatorów na poziomie przedsiębiorstw. Ładnych parę lat temu został on jednak uchylony.
Teraz wyraźnie jednak widać, że uchylenie ustawy z dnia 16 grudnia 1994 r. o negocjacyjnym systemie kształtowania przyrostu przeciętnych wynagrodzeń u przedsiębiorców w wielu przypadkach pozbawiło przedstawicieli pracowników skutecznego narzędzia wpływania na kształtowanie funduszu płac w przedsiębiorstwie. Prowadzenie negocjacji płacowych w firmach nadal powinno odbywać się przy zachowaniu pełnej autonomii podmiotów dialogu społecznego, tzn. organizacji związkowych i pracodawców. Nie ulega przy tym wątpliwości, że wzrost wynagrodzeń na szczeblu przedsiębiorstwa powinien być oparty na możliwościach i sytuacji finansowej każdego z przedsiębiorców. Poszukiwanie kompromisu w negocjacjach może być jednak łatwiejsze, jeśli w proces ten zaangażują się razem lub samodzielnie reprezentatywne centrale związkowe tworzące Radę Dialogu Społecznego, które każdego roku będą proponowały orientacyjny wskaźnik przyrostu wynagrodzeń na kolejny rok.
Wspomniałem wcześniej o niskich płacach w sektorze małych i średnich firm. Tam związków zawodowych praktycznie nie ma. Głównie z uwagi na wymóg 10 osób niezbędnych dla zaistnienia komórki związkowej, a po części także z powodu dominacji umów śmieciowych. Istnieje jednak mechanizm zewnętrznego wsparcia dla tych pracowników, także wykorzystujący instytucje związków zawodowych. Chodzi o układy zbiorowe pracy. Układ zbiorowy pracy to nic innego jak porozumienie między związkami zawodowymi a pracodawcą (zakładowy układ zbiorowy pracy) lub między związkami zawodowymi a organizacjami pracodawców (ponadzakładowy układ zbiorowy pracy). Układ reguluje istotne dla stron kwestie (w praktyce głównie właśnie sprawy płac, nagród, premii itp.) z zastrzeżeniem, że nie mogą one być mniej korzystne dla pracowników niż akty prawa „wyższego rzędu” (głównie Kodeks pracy). Mają tu zastosowanie dwie ważne zasady: zasada uprzywilejowania i automatyzmu. Poziom objęcia układami zbiorowymi pracy (collective agreement coverage) polskich pracowników jest jednym z najniższych w Europie. To powinno się zmienić. Ostatnio rękę wyciąga do nas w tej sprawie Komisja Europejska w projekcie Dyrektywy o adekwatnych płacach minimalnych w Unii Europejskiej. Niezależnie od tego, warunkami brzegowymi dla większego odsetka objęcia układami zbiorowymi w Polsce są: wyższe uzwiązkowienie oraz wykorzystanie mechanizmu na rzecz rozszerzania ponadzakładowych układów zbiorowych, istniejącego w polskim Kodeksie pracy.
Polskie prawo dopuszcza, aby ponadzakładowy układ zbiorowy pracy był rozszerzany na tych pracodawców, którzy nie są sygnatariuszami (stronami) układu zbiorowego pracy, czyli głównie tych na peryferyjnym rynku pracy. Treść art. 24118 § 1. Kodeksu pracy brzmi: „Na wspólny wniosek organizacji pracodawców i ponadzakładowych organizacji związkowych, które zawarły układ ponadzakładowy, minister właściwy do spraw pracy może – gdy wymaga tego ważny interes społeczny – rozszerzyć, w drodze rozporządzenia, stosowanie tego układu w całości lub w części na pracowników zatrudnionych u pracodawcy nieobjętego żadnym układem ponadzakładowym, prowadzącego działalność gospodarczą taką samą lub zbliżoną do działalności pracodawców objętych tym układem, ustalonej na podstawie odrębnych przepisów dotyczących klasyfikacji działalności, po zasięgnięciu opinii tego pracodawcy lub wskazanej przez niego organizacji pracodawców oraz zakładowej organizacji związkowej, o ile taka działa u pracodawcy”3.
Tyle mówi przepis. A jak wygląda praktyka? Przepis jest całkowicie martwy. Nie został zastosowany w Polsce ani razu. Nie robiłem ani nie znam pogłębionych badań dotyczących tego, dlaczego tak się stało, ale na podstawie dotychczasowego doświadczenia można domniemywać, że za taki stan rzeczy odpowiada niewielka liczba ponadzakładowych układów zbiorowych pracy oraz brak zgody (niechęć) organizacji pracodawców, aby wspólny wniosek złożyć. Nie wiadomo także, jak zachowałby się w takiej sytuacji minister właściwy do spraw pracy. Zwracam uwagę na fakultatywność, a nie obligatoryjność ewentualnej interwencji ministra. Sama procedura rozszerzania układu nie jest łatwa. Wnioskodawcy są zmuszeni (§2.) „wskazywać nazwę pracodawcy i jego siedzibę, a także uzasadnienie potrzeby rozszerzenia stosowania układu ponadzakładowego oraz zawierać informacje i dokumenty niezbędne do stwierdzenia wymogów, o których mowa w §1.”.
Proces jest zatem czasochłonny i nie daje gwarancji powodzenia. Jednak, choć skomplikowany i wymagający usprawnienia, istnieje. Zastosowany, powodowałby rozszerzanie korzystniejszych dla pracowników rozwiązań na przedsiębiorstwa nieuzwiązkowione i – tym samym – powodowałby podnoszenie standardów pracy i standardów płacowych. Wymaga także silnych partnerów społecznych (związków zawodowych i organizacji pracodawców) mających zdolność układową. Jeśli związki zawodowe w części branż taką posiadają, to trudno to samo powiedzieć o organizacjach pracodawców. Z uwagi na niski poziom objęcia układami zbiorowymi pracy, organizacje pracodawców są w Polsce w dużym stopniu organizacjami lobbystycznymi4.
Dlaczego organizacje pracodawców w Polsce nie są zainteresowane zawieraniem układów zbiorowych pracy? Zgodnie twierdzą, że, z uwagi na przeregulowany Kodeks pracy, nie ma przestrzeni do negocjacji. Trudno zgodzić się tym argumentem, jeśli tylko uświadomimy sobie, że Kodeks pracy to zbiór standardów pracy, stanowiących minimum uprawnień i maksimum obowiązków dla pracowników. To zatem zbiór absolutnie podstawowych uprawnień pracowniczych, a nie – jak często się to przedstawia – przywilejów „ponad miarę”. Brak też wyraźnych zachęt (np. podatkowych, kredytowych lub z zakresu zamówień publicznych) do zawierania układów zbiorowych pracy. Państwo wyraźnie wycofało się z tego obszaru, niesłusznie uznając, że to przestrzeń do swobodnej regulacji dwustronnej. Niestety, tak to nie działa. Dostrzegła to także Komisja Europejska we wspomnianym projekcie Dyrektywy o adekwatnych płacach minimalnych w UE. Wbrew tytułowi, zawiera ona dość daleko idące rozwiązania dotyczące wzmocnienia układów zbiorowych pracy w krajach członkowskich UE z obowiązkiem – dla krajów takich jak Polska – tworzenia planów na rzecz umacniania.
Kraj, w którym do przemian polityczno-społeczno-gospodarczych przyczynił się związek zawodowy, jest na szarym końcu w kwestii demokracji przemysłowej5. Lubimy w Polsce podkreślać nasze przywiązanie do demokracji (w rzeczywistości traktowanej bardzo wąsko i dość wybiórczo), często pouczając przy tym innych, sami mając bardzo dużo do nadrobienia w kwestii demokracji w sferze pracy. Chodzi tu m.in. o relatywnie niski poziom uzwiązkowienia, co w sumie nie dziwi przy ponad 30-letniej powszechnej nagonce na organizacje pracownicze i zohydzeniu społeczeństwu wszystkiego, co kolektywne, niezindywidualizowane i społeczne. Należy w tym kontekście pamiętać nie tylko o niskim poziomie objęcia układami zbiorowymi pracy, ale także o wpływie pracowników na decyzje zarządcze (board-level participation). Tym samym bez znaczącego wsparcia dla układów zbiorowych pracy i wzmocnienia związków zawodowych nie możemy myśleć o trwałym i zrównoważonym wzroście płac. Zapomnijmy zatem o wyjściu z pułapki średniego dochodu i o faktycznej demokracji w Polsce.
Podsumowując: bez względu na to, co przyniosła pandemia i jakie problemy uwypukliła, nie dokonała ona znaczącego przewartościowania kluczowych wyzwań, przed jakimi stoją Polska, jej system społeczno-gospodarczy, rynek pracy, a także pracownicy i ich zbiorowe reprezentacje. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że istotne są takie kwestie (i ich wpływ), jak praca zdalna (za lub przeciw) czy cyfryzacja (czy? jak szybko?), ale kluczowym wyzwaniem cywilizacyjnym jest wyjście poza pułapki opisane w SOR, tj. pułapka średniego dochodu (w szczególności!), pułapka braku równowagi, pułapka przeciętnego produktu, pułapka demograficzna i pułapka słabości instytucjonalnej. Cała reszta jest wtórna wobec powyższych.
Piotr Ostrowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. bridgesward from Pixabay.
Przypisy:
- https://www.gov.pl/web/fundusze-regiony/informacje-o-strategii-na-rzecz-odpowiedzialnego-rozwoju
- https://opinie.wp.pl/rafal-wos-rzadzie-wzmocnij-zwiazki-6016711512003201a
- https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU19740240141/U/D19740141Lj.pdf
- https://ssl-kolegia.sgh.waw.pl/pl/KES/struktura/IFSISE/struktura/ZSE/zaklad/wladze/Documents/J.%20Gardawski,%20Dialog%20spoleczny%20w%20Polsce.pdf (ss. 225–227).
- https://www.eurofound.europa.eu/data/Industrial-relations-index?period=2013-2017&breakdown=d1&mode=all&country=all
przez Remigiusz Okraska | niedziela 23 maja 2021 | edytorial, Kwartalnik, Wiosna-Lato 2021
Miało być tak pięknie. Więcej. Lepiej. Szybciej. Taniej. Zamożniej. Wygodniej. PKB wyłącznie w górę. Rozwój – cokolwiek to oznacza – też. Zawsze do przodu. Nigdy wstecz. Bez skutków ubocznych. Jak w cudownym perpetuum mobile.
Inaczej uważali tylko szaleńcy, oszołomy, świry, histerycy, czarnowidze, demagodzy – i tak dalej. W głównym nurcie debaty publicznej niemal wszystko przedstawiano w różowych barwach. Żyliśmy w ponoć najdoskonalszej formule gospodarczej – wolnorynkowym kapitalizmie; w rzekomo najlepszym z możliwych systemów politycznych – demokracji liberalnej.
No cóż, jak mawia ludowa mądrość wypowiadana z przekąsem: tak dobrze żarło, ale zdechło. Wielki kryzys finansowy przełomu pierwszej i drugiej dekady nowego tysiąclecia. Narastający kryzys ekologiczny/klimatyczny. Kryzysy migracyjne i destabilizacje całych regionów, tym razem całkiem nieodległych od „cywilizowanego świata”. Pandemia zabiła setki tysięcy, dotknęła setek milionów, wystraszyła miliardy, zatrzymała całe branże, zmiotła wiele dotychczasowych pewników. To tylko kilkanaście lat, a optymistyczna wizja prysła jak bańka mydlana, choć podżyrowały ją podobno najtęższe umysły naszej epoki, doskonali analitycy i znakomici wizjonerzy.
Stało się tak, jak zwykle bywa z reklamami samochodów: na ekranie świetnym, niezawodnym autem mkniesz przez malownicze lasy i góry nowiutką szosą – a w realu stoisz w długim korku, śmierdzi spalinami, za oknem szarobure miasto lub ekran akustyczny, a po wjechaniu w jedną z setek dziur w asfalcie musisz odwiedzić mechanika.
Skończyło się zatem twardym lądowaniem. W szarej rzeczywistości coś się poprawia, ale i coś pogarsza. Są nowe gadżety i nowe choroby. Misje na Marsa i katastrofa klimatyczna na Ziemi. Wielkie apartamenty w teledyskach i 40-letnie kredyty na klitkę w deweloperskim bloku z półtoragodzinnym dojazdem do centrum. I coraz szybsze tempo kumulacji problemów.
Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy pytaniu, czy Polska jest przygotowana na wyzwania przyszłości. Oczywiście nie udało się w jednym numerze opisać wszystkich ważnych kwestii – wiele innych już gościło na tych łamach, a inne zagoszczą wkrótce – ale i tak jest ich sporo. Od zmian klimatycznych i suszy, przez gospodarkę, sytuację pracowników, transport, starzenie się populacji, po bezpieczeństwo militarne i naszą pozycję w świecie. Niekoniecznie są to wizje pokrzepiające. Ale chowanie głowy w piasek nie załatwia niczego. Już to przerabialiśmy.
W numerze mamy także dwa mniejsze bloki tematyczne. Jeden z nich dotyczy kaczyzmu – założeń, roli i przyszłości ideologii, która ma spory wpływ na Polskę. Drugi to obszerne rozmowy o ciemnych stronach największych podmiotów handlowych w Polsce – Żabki i Biedronki. I jeszcze kilka tekstów na inne tematy. Uzbierało się tego wszystkiego sporo – ponad 20 stron więcej niż w dotychczasowych numerach.
Zapraszam do lektury!
Remigiusz Okraska
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – zajrzyjcie proszę tutaj.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Marcin Rezik | czwartek 20 maja 2021 | opinie
Błyskawiczne fiasko Superligi, która przetrwała zaledwie kilkadziesiąt godzin, nie powinno nikogo uśpić. Idea wydzielenia osobnego formatu rozgrywek tylko dla bogatych została skompromitowana, ale na pewno nie umarła.
25 maja 1967 r., Estadio Nacional w Lizbonie. Celtic Glasgow po bramce strzelonej w końcówce meczu przez Stephena Chalmersa pokonuje w finale Pucharu Europy Mistrzów Krajowych faworyzowany Inter Mediolan. Najbardziej prestiżowe rozgrywki w Europie wygrywa szkocka drużyna, w której nie ma ani jednego obcokrajowca. Mało tego. Wszyscy piłkarze ówczesnego Celticu urodzili się w promieniu 50 km od Glasgow.
Tak się złożyło, że przed rokiem finał najbardziej prestiżowych zmagań na starym kontynencie również toczył się w Lizbonie. Trofeum zdobył niemiecki Bayern Monachium. W pierwszej jedenastce Bawarczyków wybiegło 6 Niemców. Niby nie najgorzej, ale wśród nich był tylko jeden piłkarz, którego Bayern ukształtował piłkarsko od czasów juniora. To jednak i tak o niebo lepiej niż w drużynie finałowego rywala. We francuskim PSG na boisko wybiegło dwóch piłkarzy z ojczyzny de Gaulle’a, w tym jeden wychowanek. Porównanie to dobitnie ukazuje, jak zmieniła się piłka przez ostatnie pół wieku.
W latach 90. doszło do dwóch wydarzeń, które na trwałe zmieniły charakter europejskich rozgrywek. Pierwszym z nich było przekształcenie Pucharu Europy Mistrzów Krajowych w Ligę Mistrzów. Najważniejszą cechą reformy było zastąpienie w początkowej fazie rywalizacji systemu pucharowego (gdzie przegrywający odpada po dwumeczu) zmaganiami w czterozespołowych grupach. Systematycznie również zwiększano ilość uczestników fazy grupowej, do obecnych 32, dopuszczając do rywalizacji nie tylko wicemistrzów, ale nawet drużyny zajmujące 3. i 4. miejsce (przy czym nie zdecydowano się na zmianę nazwy rozgrywek) w de facto najbogatszych ligach, choć do sezonu 2018/2019 drużyny z niższych miejsc musiały przebijać się przez kwalifikacje.
Drugim znamiennym wydarzeniem był wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie belgijskiego piłkarza Jean-Marc Bosmana, którego kontrakt z pierwszoligowym Royal Football Club de Liège wygasł w 1990 r. Klub wysłał zawodnika do rezerw, jednocześnie obniżając mu pobory. Bosman znalazł sobie nowego pracodawcę we Francji, ale Belgowie zażądali od Francuzów kwoty odstępnego za swojego zawodnika. Bosman poszedł do sądu, oskarżając władze klubu z Liège o złamanie unijnej zasady swobodnego przepływu osób. Sprawa trafiła do TSUE, który uznał racje zawodnika, uznając, że każdy piłkarz w przypadku wygaśnięcia kontaktu z dotychczasowym pracodawcą ma prawo do swobodnego wyboru nowego klubu, a poprzedniemu nie należy się z tej przyczyny żadna kwota odstępnego. Zasady te miały obowiązywać we wszystkich federacjach piłkarskich państw należących do Unii Europejskiej.
Niewątpliwie orzeczenie TSUE poprawiało sytuację zawodników, którzy do tej pory często, już po zakończeniu zobowiązań kontraktowych, byli traktowani jak zakładnicy przez dotychczasowych pracodawców. To jednak nie wszystko. Trybunał uznał, że federacje krajowe nie mogą wprowadzać klauzul ograniczających zatrudnianie cudzoziemców, jeżeli są oni obywatelami któregoś z państw Unii Europejskiej. Orzeczenie otworzyło szeroko drzwi europejskich klubów dla piłkarzy zagranicznych. Do tego stopnia, że sytuacja, gdy w drużynie włoskiej czy angielskiej nie wybiega ani jeden rodzimy piłkarz, coraz rzadziej uważana jest za anomalię.
Po orzeczeniu TSUE hipotetycznie może powstać drużyna składająca się z europejskich piłkarzy najlepszych na swojej pozycji. O ile nie ma jednej takiej drużyny w Europie, to już w poszczególnych ligach łatwo dostrzec hegemonów, wyciągających od konkurencji najzdolniejszych zawodników. W Niemczech taką pozycję od lat ma Bayern Monachium, we Włoszech Juventus, we Francji PSG, a w Hiszpanii Real i Barcelona. Kluby te są w stanie pozyskać w zasadzie każdego zawodnika z ligi, na którego tylko mają ochotę, a dodatkowo wzmacniają skład najlepszymi piłkarzami zagranicznymi. Dzieje się to ze szkodą dla dramaturgii rywalizacji ligowej, a walka o mistrzostwo do ostatniej kolejki jest rzadkością. I tak Bayern Monachium zdobywa mistrzostwo Niemiec nieprzerwanie od 2013 r., Juventus dziewięciokrotnie wygrał rywalizację we Włoszech (w tym roku przerwaną przez równie bogaty Inter Mediolan), PSG od czasów przejęcia klubu przez Katarczyków przegrywa na swoim podwórku incydentalnie, a w hiszpańskiej Primera Division w ostatnich 20 latach tylko trzykrotnie mistrzostwa nie zdobywał ktoś z duopolu Real-Barcelona.
Europejska scena piłkarska została tak szczelnie zabetonowana, że w zasadzie nie da się zagrać na niej głównej roli bez wpompowania fortuny na transfery zawodników i zatrudnianie najlepszych trenerów. Nie można przebić szklanego piłkarskiego sufitu bez pieniędzy bajecznie bogatych inwestorów. Modelowym przykładem takiej drogi są Paris Saint-Germain oraz Manchester City. Właścicielem tych pierwszych jest, siedzący na ropie, katarski biznes. Na drugi łoży z kolei szejk Mansour bin Zayed al-Nahyan. W ciągu ostatnich kilkunastu lat na oba kluby wydano, luźno licząc, 2-3 miliardy euro, niejako wykupując sobie miejsce w europejskiej elicie. Jeszcze na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia kluby z biednej Rumunii czy Jugosławii były w stanie wygrywać najważniejsze rozgrywki piłkarskie na starym kontynencie. W tej chwili sukcesem dla drużyn z naszej części Europy jest już gra w samej fazie grupowej, która dla największych stanowi dopiero rozgrzewkę przed poważną rywalizacją pucharową.
Ktoś może w tym momencie powiedzieć: no dobrze, ale skoro wspomniane kluby stać na wykup zawodników nie tylko od krajowej konkurencji, ale też od klubów z państw stojących niżej w piłkarskiej hierarchii, to te pieniądze muszą płynąć do mniej zamożnych. I tak, jeżeli Milan kupił Krzysztofa Piątka za 35 mln euro od Genoi, to klub z Ligurii zarobił na transferze 31 mln. Wcześniej bowiem musiał zapłacić za polskiego napastnika 4 mln euro Cracovii. Polski zespół zarobił zatem również pieniądze ogromne jak na nasze lokalne warunki. Mało tego, na każdym transferze Piątka zarabia Lechia Dzierżoniów z tytułu wyszkolenia zawodnika. I tak, po przeprowadzce snajpera z Milanu do Herthy na konto czwartoligowego klubu z Dolnego Śląska trafiło 270 tys. euro.
Czy można z tego wysnuć wniosek, że dzięki hojności możnych zyskują wszyscy, a bogactwo spływa z góry klubowej hierarchii na sam dół? Niestety tak nie jest. Po pierwsze największe pieniądze wydaje się między najbogatszymi klubami (np. rekordowe 222 mln euro, jakie PSG musiało zapłacić Barcelonie za Neymara). Za zawodnika z mniej majętnej ligi z założenia płaci się gorsze pieniądze. Poza tym, co istotniejsze, reformy rozgrywek europejskich, w których kluby mogą zarobić, zmierzają w kierunku ograniczania możliwości awansu biedniejszym, przy gwarancji uczestnictwa większej ilości przedstawicieli lig najbogatszych. Kilkanaście lat temu zauważył to Michel Platini, któremu udało się przeforsować reformę Ligi Mistrzów. Dokonano podziału kwalifikacji tak, by przedstawiciele najbogatszych lig nie mogli rywalizować o awans z mistrzami lig mniej zamożnych. Zgodnie z tym czwarta drużyna ligi angielskiej nie mogła na tym etapie rywalizować z mistrzem Polski. Zmiana spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem klubów skupionych w ramach grupy G-14, będącej protoplastą niedoszłej Superligi. Po raz pierwszy pojawiła się wtedy poważna groźba rozłamu w europejskiej piłce, wyciszona ugodą z FIFĄ i UEFĄ w sprawie rekompensat dla klubów za kontuzje ich zawodników w Mistrzostwach Świata i Mistrzostwach Europy.
Reforma Platiniego była jednak ostatnią próbą poprawienia sytuacji biedniejszych klubów w rywalizacji z europejskimi gigantami. Od tego czasu widzimy jak włodarze europejskiej piłki ulegają coraz bardziej żądaniom możnych, używających raz po raz straszaka w postaci stworzenia odrębnej ligi. W 2017 r. UEFA nieco zmodyfikowała łatwiejszą ścieżkę awansu dla klubów z mniej zamożnych lig, zmniejszając o jedną pulę miejsc dla klubów ze ścieżki mistrzowskiej. Co jednak bardziej istotne, zagwarantowała po cztery miejsca w fazie grupowej Ligi Mistrzów przedstawicielom czterech najbogatszych lig: angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej i niemieckiej. Na tym szczególnie zależało europejskim potentatom, dla których ewentualny brak gry w najbardziej dochodowych rozgrywkach oznacza ogromne straty dla budżetu. Dodajmy, klubów i tak już mocno zadłużonych, co trwająca pandemia jedynie spotęgowała. Żyjące od lat na kredyt Real, Barcelona czy Juventus (tutaj chlubnym wyjątkiem jest Bayern Monachium) utraciły wpływy z biletów oraz z promocji na całym świecie.
Największe kluby europejskie są bowiem markami globalnymi, którym w coraz większym stopniu zależy na satysfakcji kibica azjatyckiego czy amerykańskiego niż wiernego fana od lat przychodzącego na stadion. W lidze hiszpańskiej już tradycją stało się rozgrywanie kilku spotkań w kolejce o godzinach wyjątkowo wczesnych jak na styl życia mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego (między 12 a 14), aby tylko zadowolić chińskiego kibica Primera Division, oglądającego mecze w lokalnym prime timie. Od 2020 r. natomiast organizowane są rozgrywki o Superpuchar Hiszpanii w formie turnieju rozgrywanego pomiędzy czterema zespołami w… Arabii Saudyjskiej (w tym roku z powodu pandemii musiał być „przymusowo” rozegrany w Hiszpanii). Poważnie rozważano także kuriozalny pomysł rozgrywania niektórych meczów ligowych w Stanach Zjednoczonych. Hiszpania nie jest wyjątkiem. Szlak przecierali Włosi, którzy już w 1993 r. zorganizowali mecz o Superpuchar na stadionie w Waszyngtonie. Od tego czasu tradycyjny mecz między mistrzem Italii a zdobywcą pucharu rozgrywany był w Libii, Chinach, Katarze czy Arabii Saudyjskiej.
Oprócz oczywiście żądzy większego zysku (za sam udział w rozgrywkach kluby miały mieć do podziału 3,5 mld euro), u podstaw projektu Superligi stało myślenie w kategoriach globalnych, reprezentujące nieeuropejską wizję sportu. Obejmowała ona rozgrywki ze stałymi drużynami, mającymi co rok zagwarantowane miejsce w nich niezależnie od uzyskiwanych wyników, co żywo przypominały amerykańskie ligi koszykówki, hokeja czy baseballu. To nie może dziwić, skoro sponsorem ligi miała być amerykańska sieć banków inwestycyjnych JP Morgan Chase. Pewną osobliwością byłoby zapraszanie do Superligi członków niestałych, oczywiście uznaniowo wskazywanych przez samych założycieli.
Pomysł, który miał mieć siłę bomby atomowej, z dnia na dzień zmieniając rzeczywistość europejskich rozgrywek, okazał się jednak przemokniętym kapiszonem. Dlaczego? Oczywiście forma zakomunikowania światu rewolucyjnego pomysłu była fatalna. Te jaskrawe niedociągnięcia nie były jednak decydujące w tak szybkim pogrzebaniu projektu. Wydaje się, że kluczowym okazał się brak właściwego rozeznania rzeczywistości piłkarskiej przez pomysłodawców. Nie spodziewano się tak masowego i zgodnego sprzeciwu wobec Superligi ze strony europejskiej centrali, federacji związkowych, piłkarzy, mediów i kibiców. O tym, jak ważna okazała się to kwestia, świadczy fakt zajęcia stanowiska przez czołowych polityków europejskich. Prezydent Francji Emanuel Macron wyraził zadowolenie, że żaden francuski klub nie weźmie udziału w Superlidze (zaproszone było PSG), a premier Wlk. Brytanii Boris Johnson określił plany stworzenia nowych rozgrywek jako destrukcyjne dla futbolu. I to w sytuacji, kiedy aż sześć angielskich klubów miało mieć w nich zagwarantowane miejsce na stałe.
UEFA postanowiła zareagować stanowczo i zagroziła, nie tylko wyrzuceniem klubów biorących udział w secesji z wszelkich europejskich rozgrywek (co miałoby zasadnicze konsekwencje już w tym sezonie, bo na półfinalistów Ligi Mistrzów aż trzech z czterech zadeklarowało chęć uczestnictwa w Superlidze, a Ligi Europy – połowa) oraz krajowych, ale też zakazem uczestnictwa w Mistrzostwach Europy dla ich piłkarzy. Na marginesie trzeba dodać, że zdecydowana reakcja UEFY mniej wynikała z przyczyn ideowych, a bardziej z czysto ekonomicznych. Rozgrywki bez klubów generujących największe zainteresowanie postronnych kibiców przestałyby przynosić tak gigantyczne zyski, także dla europejskiej centrali piłkarskiej. Bunt możnych musiał być zresztą dla niej niemałym szokiem, tym bardziej, że kilka dni wcześniej uzgodniono reformę rozgrywek pucharowych zgodnie z interesami największych. Te mogłyby zagrać w Lidze Mistrzów nawet zajmując miejsce poniżej 4. w swojej lidze. Co szczególnie interesujące, szefem ECA, w ramach której został ustalony przyszły format Ligi Mistrzów, był wtedy Andrea Agnelli, prezes Juventusu Turyn, a także wiceprezes… niedoszłej Superligi.
Tym, co przeważyło szalę, była ulica, a konkretnie angielscy kibice wściekli, że ich ulubieńcy mogą zostać wykluczeni z Premier League. Dla fanów Chelsea ważniejsze okazały się derby Londynu z West Hamem i Fulham niż cotygodniowe starcia z Realem i Barceloną. Podobnie dla kibiców pozostałych angielskich klubów, a fani Manchesteru United wtargnęli na stadion i nie pozwolili na rozegranie meczu z Liverpoolem, nawet po tym, jak amerykańscy właściciele Czerwonych Diabłów wycofali się z Superligi. Bunt możnych chwilowo został zdławiony. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że porzucą oni swój pomysł na nową „lepszą” piłkarską Europę.
Tak, jestem romantykiem futbolu, wciąż wierzącym, że pieniądze w tym sporcie nie są jedynym gwarantem sukcesów. Z biegiem czasu wiara ta jednak słabnie we mnie. Piłka przez ostatnie lata przeszła błyskawiczną transformację. Bez formalnego utworzenia odrębnej ligi bogaczy, piłkarska elita pieniądza uciekła daleko biedniejszym pretendentom. Nawet teraz jednak czasami Dawidowi uda się pokonać Goliata, a już sama możliwość rywalizacji z wielkim rywalem jest wydarzeniem, które kibice piłkarskiego kopciuszka wspominają latami. Jestem kibicem Wisły Kraków. Teraz drużyna jest w kryzysie, od dekady nie mogąc przebić się do kwalifikacji europejskich rozgrywek. Nie tak dawno jednak klub wygrywał ligę, a ja mogłem pasjonować się meczami z galaktycznym Realem Madryt, naszpikowaną gwiazdami Barceloną czy Interem Mediolan. W większości przypadków były to potyczki przegrane, ale zdarzały się też wielkie triumfy, jak pamiętne 4:1 nad ówczesnym wicemistrzem Niemiec, Schalke 04 Gelsenkirchen. Gdyby istniała Superliga, nie miałbym szans przeżywać takich emocji. Tak jak milionom kibiców w całej Europie, oddanym drużynom spoza elitarnej 12 czy 15, brutalnie pozbawiono by mnie marzeń.
Odebranie resztek nadziei… Tak, to byłaby największa zbrodnia Superligi.
Marcin Rezik
przez Monika Kostera | wtorek 18 maja 2021 | opinie
Jaromiła ma 60 lat. Jaromiła byłaby dziadersem, gdyby była mężczyzną. Jaromiła jest kobietą, więc jest niewidoczna. Ubiera się w brązy, mówi cichym głosem, chyba że wypowiada się na tematy rodziny i kościoła, wtedy gardłuje. Ale wtedy raczej nikt jej nie słucha, bo przyszłość nie do niej należy. Wolno jej dobrze gotować, ale nie jeździć szybko motocyklem, a już na pewno nie wolno jej oglądać się za zgrabnym męskim kształtem w autobusie. Jeanne-Louise ma 60 lat. Jeanne-Louise jest pyskata. Za Jeanne-Louise oglądają się na ulicy panowie w różnym wieku, a bywa że także panie. Jeanne-Louise ma wiele zainteresowań starych i nowych oraz uczy młodszych od siebie jak uniknąć dostania gazem po oczach podczas demonstracji. Słuchy głoszą, że Jeanne-Louise ma w domu tani czarny deszczowiec, ale sza, to nie temat na błahe felietony. Jeanne-Louise mieszka we Francji, gdzie bywa bardzo różnie, ale ludzie nie pozwalają sobie zabrać smaku życia. Jaromiła mieszka w Polsce, która bez wahania przyjęła neoliberalną definicję starości jako czegoś brzydkiego, niepotrzebnego, nieproduktywnego, co może mieć miejsce jedynie na marginesie, najlepiej niewidoczne.
A przecież Søren Kierkegaard mówił, że to, co stare, nigdy się nie nudzi, nudzą się nam tyko nowości. Jeśli posiada się coś starego w ten sposób, jest się szczęśliwym człowiekiem, bo powtórzenie stanowi piękno życia. Ewangelista Łukasz zaś przytacza słowa Jezusa, który mówił, że „kto się napił starego wina, nie chce potem młodego. Mówi bowiem: Stare jest lepsze”. Nie musi być przy tym mniej atrakcyjne, dowodem czego jest Jeanne-Louise. I wino, które pije z bardzo przystojnym mężem i przyjaciółmi.
Są bowiem dwie drogi przez życie – przez przywilej i przez cierpienie. Przywilej może być własny lub czyjś, może polegać na budowaniu pozycji swojej lub męża albo księdza proboszcza. Cierpienie też może być własne lub czyjeś, a wtedy współodczuwane, wypalone walką o prawa i godność Innego. Nie w necie, ale tam, gdzie można dostać gazem po oczach, tam, gdzie można zostać wyszydzonym i odrzuconym razem z Innym. Te dwie drogi prowadzą w zupełnie różne miejsca. A jednak produkują ten sam ilościowo wiek. Dlatego nie wierzę w wiek. Wierzę w doświadczenie. Świadome doświadczenie cierpienia uczy mądrości – nie istnieje inny nauczyciel. Można mieć dużo wiedzy i władzy, ale być idealnie pozbawionym mądrości. To właśnie jest neoliberalna starość – głupia, wypasiona władzą i pieniędzmi albo wyrzucona za margines produktywnego społeczeństwa. Neoliberalna współczesność nie akceptuje starości ani cierpienia, nie posiada także mądrości.
Ale nie jest też świętem młodości. Młodość jest niewinnością, w tym sensie, że jest poszukiwaniem, błądzeniem, intensywnością i odkrywaniem. Młodość jest niezrównoważona i niesprawiedliwa. Jest odważna, poszukuje sprawiedliwości, domaga się jej. Częściej pyta niż udziela odpowiedzi, rzadko kalkuluje, jeszcze rzadziej – wyciąga z kalkulacji wnioski. Jest bezkompromisowo twórcza, bierze wielkie ryzyko bez wahania, wszystko ocenia, ale się do tych ocen nie przywiązuje. W neoliberalnym świecie nie ma miejsca na to wszystko. Nie ma miejsca na dorastanie, poszukiwanie i popełnianie błędów, trzeba wszystko robić „od razu dobrze”, bo wymusza to wszechobecna konkurencja z jednej strony, a trwały ślad elektroniczny z drugiej. Nie można się pomylić, nie można zmienić zdania, nawet na bardziej „właściwe”, bo zawsze odnajdzie się w internecie ślad po błądzeniu. Nierzadko słyszymy o poważnych konsekwencjach wyciąganych przez pracodawców wobec różnych osób za wcześniejsze wypowiedzi w mediach społecznościowych, nawet z czasów, gdy były nastolatkami, nawet gdy są to stosunkowo mało oburzające kwestie, nawet gdy osoby te nie są osobami publicznymi.
W neoliberalnej kulturze nie ma miejsca ani dla starości, ani dla młodości. Jedno i drugie jest zbyt ekstremalne, by ta kultura mogła je zaakceptować. Współczesność uosabia hasło wellness, rozumiane jako unikanie ekstremów. Piszą o tym badacze nauk o zarządzaniu Carl Cederström i André Spicer w swojej książce poświęconej neoliberalnej kulturze szczęśliwości. Szczęśliwość ta jest obowiązkowa dla wszystkich, od dzieci, poprzez studentów, a na emerytach skończywszy, i polega na stałej, pozbawionej wahań w górę i w dół pozytywności. Nie wolno robić niczego, co niebezpieczne. Nie wolno czuć smutku. Smutek trzeba leczyć, a przede wszystkim należy się go wstydzić, bo jest współczesnym grzechem, czymś, za co ponosi się winę, którą trzeba szybko odkupić przy pomocy pozytywnego nastawienia do świata lub środków farmakologicznych. Każdy jest kowalem własnego losu i swojego szczęścia. Obowiązkiem nowoczesnego obywatela i nowoczesnej obywatelki jest zawsze czuć się jednostajnie, równomiernie uszczęśliwionym. Kto tego nie czyni, ten daje dowód swojej nieprzystawalności, swojego braku dostosowania, a zatem nie zasługuje na sukces i nagrody ani materialne, ani symboliczne. Odczuwanie smutku, ale także gniewu, także pożądania, gwałtowności serca – to wszystko jest niebezpieczne, zagraża wellness. Szczęśliwość bez smutku, bez żalu, bez namiętności, bez szczęścia.
Taką szczęśliwość nazywam apatią. O smutku napiszę innym razem. Teraz jeszcze słów kilka o społecznej moralności apatii, bo wydaje mi się, że w niej tkwi źródło współczesnej fobii wobec zarówno starości, jak i młodości. Myślę, że taka apatia wynika z imperatywu rugowania ludzkiej cielesności z współczesnej kultury. Ciało jest jak słoń w składzie neoliberalnej porcelany. Przeszkadza, zawadza, psuje. Brudzi, bałagani, a to czuwa, a to śpi, a to jest głodne, a to się zakochuje wbrew rozsądkowi. Ciało sprawia, że jesteśmy starzy, młodzi, że zmieniamy się, że różne doświadczenia nas pociągają lub odpychają.
Włosko-brytyjska profesor zarządzania Ilaria Boncori argumentuje, że współczesna kultura pogardza ciałem, odrzuca je jako możliwą i dopuszczalną formę i medium ekspresji. Język neoliberalnego pisania jest bezcielesny, czysty tak jak czysty może być jedynie algorytm. Podobnie brytyjska badaczka zarządzania Heather Höpfl podkreślała rosnącą bezcielesność naszych czasów. Jej zdaniem wstręt wobec ludzkiej cielesności wyklucza społecznie przede wszystkim kobiety, które są mniej skłonne do udawania, że nie dotyczy ich ból, fizyczna miłość, że podanie ręki nie tworzy więzi, że przytulenie drugiego człowieka nie koi jego smutku i bólu. Fizyczna obecność zmienia sens i dynamikę relacji, tworzy kontakt, który nie wygeneruje się podczas wymiany e-maili. W rozmowie twarzą w twarz trudniej jest drugą osobę zignorować, trudniej odepchnąć własne współczucie wobec cudzego cierpienia. Dlatego Höpfl nawołuje do uszanowania aspektów macierzyńskich roli szefa – szef obecny i troszczący się będzie szefem bardziej odpowiedzialnym. Ucieleśnionej organizacji nie kontroluje się tak łatwo jak abstrakcyjnej, bezcielesnej. Ale nie powinno być łatwo. Jeśli jest łatwo, to znaczy że nie jest odpowiedzialnie. Organizacje są bowiem złożonymi konstruktami i działają w bardzo złożonym otoczeniu. Boncori głosi potrzebę ucieleśnionej komunikacji, w tym też – pisania. Autorka obecna w swoim języku, w swoim tekście, świadoma fizyczności pracy, jaką jest pisanie, może być bardziej wrażliwa na inne osoby, mniej skłonna do ferowania wyroków, do odtrącania, wreszcie – do bezosobowej automatyzacji życia. Australijscy uczeni Carl Rhodes i Alison Pullen twierdzą, że dobre pisarstwo, także naukowe, musi być „brudne” w ten sposób, w jaki „brudna” jest nasza cielesność, nasza obecność na Ziemi.
„Być obecną na Ziemi” oznacza dotykać, czuć zapach, czuć smak, także smak życia, być częścią tego, co Francuzi nazywają terroir. Wdychać i wydychać nie na sali ćwiczeń, ale pod drzewem lub daleko od drzewa. Czasami skakać do góry, ale zawsze czasami spadać, dobrze jeśli na cztery, albo choćby dwie, łapy. Ziemia to grawitacja. Ziemia to kwitnięcie, dojrzewanie pod Słońcem.
Szwedzki dziennikarz społeczny Lukas Ernryd opowiada o pewnym poranku, gdy spóźnił się na zebranie. Szef spytał go, dlaczego się spóźnił. Ernryd odpowiedział, zgodnie z prawdą: „stałem z twarzą zwróconą do słońca. Przegapiłem autobus”. „Dobrze zrobiłeś!”, pochwalił go szef. O takich właśnie szefach mówiła profesor Höpfl, że są nam absolutnie niezbędni. Niemiecki profesor zarządzania Burkard Sievers podkreśla, że nasze współczesne oddzielenie myśli od ciała, człowieka od człowieka, człowieka od życia i od śmierci to przejaw diabolizacji kultury – diaballein znaczy dzielić, rozdzierać, rozpraszać, przerzucać. Żebyśmy nie wiem jak przerzucali z pustego w próżne, to nie zmieni faktu, że Ziemia jest jedna i że jesteśmy wszyscy jej dziećmi. Czas, aby nasze organizacje, nasz język i nasza mowa wróciły na Ziemię – tu jest miejsce dla starych i dla młodych. Jest miejsce dla nas wszystkich, tu i tylko tu. Nie ma miejsca na systemy niszczące życie, odbierające jego smak, apatyczne i głupie.
I chyba każdy przyzna, że warto wiedzieć, jak uniknąć dostania gazem po oczach.
prof. Monika Kostera
przez Szymon Gams | niedziela 16 maja 2021 | opinie
Mija już ponad rok od początku pandemii koronawirusa. Jeśli wierzyć zapewnieniom rządu, powoli zaczynamy wychodzić z katorgi szarego życia objętego obostrzeniami. Otwierane są szkoły, restauracje i obiekty sportowe. Wirus sam w sobie był tylko jednostką chorobową. Znacznie bardziej ważne zdaje się to, jak bardzo ujawnił on strukturalną prawdę o współczesnym świecie.
Giorgio Agamben w swojej książce dotyczącej pandemii koronawirusa („Where Are We Now? The Epidemic as Politics”) postawił problem polityczności pod groźbą śmiertelnej choroby w kategoriach pytania: gdzie jako ludzie znajdujemy się „teraz”. Ilekroć mówimy o kondycji ludzi jako gatunku, kluczowe znaczenie ma definicja tego, gdzie dokładnie jesteśmy jako ci właśnie ludzie. Ten sposób myślenia filozoficznego pomaga nam zrozumieć, co definiuje nasze akty buntu lub akty strachu czy wręcz przeciwnie – naszą społeczną apatię. Mamy do czynienia nie tylko z pandemią; mamy do czynienia także z rosnącymi dysproporcjami społeczno-ekonomicznymi. W większości krajów pierwszego świata ludzie buntują się przeciwko nowo powstałemu ładowi życia społecznego – to kolejny ważny punkt definicji obecnego stanu rzeczy. Znajdujemy się w czasie globalnego buntu. Buntujemy się przeciwko niskim płacom poprzez zrzeszanie się w związkach zawodowych, buntujemy się przeciwko ograniczeniom pandemicznym, a na koniec buntujemy się przeciwko nieludzkim prawom (takim, jak zakaz aborcji w Polsce czy sceptyczne wobec wirusa rządy, takie jak Bolsonaro w Brazylii). Jeśli na kwestie miejsca człowieka w status quo patrzy się z perspektywy trwającego buntu, jest niezwykle ważne aby pokazać skutki, jakie wywołuje tenże bunt.
Zacznijmy od prawdopodobnie najbardziej zbuntowanej grupy społecznej, jaką jest młodzież. Bunt jest immanentną figurą, która definiuje młodych ludzi. Buntować się to znaczy tworzyć własny sposób emancypacji, choćby nawet w sposób chaotyczny czy destrukcyjny. Podczas głośnych protestów w maju ‘68 roku J. Lacan powiedział zbuntowanym uczniom, że ich bunt to tylko histeria, która szuka nowego pana. Michel Foucault napisał kiedyś, że bunt przeciwko systemowi jest w pewnym sensie uczestniczeniem w tym systemie. Myślisz w tych samych kategoriach, co twoi ciemiężcy, albo reprodukujesz uciskający system. Młodzi ludzie w krajach pierwszego świata zbuntowali się przeciwko wielu obecnym strukturom współżycia społecznego. Walczą z religią, konserwatywnym światopoglądem czy rolami płciowymi. Lecz tworząc ten nowy sens ich życia sprawiają, że wpadają w nowe represyjne struktury. Struktury, które zawierają nowe zakazy i nowe nakazy etyczne.
Ogólnie mówiąc, ta walka o nowy światopogląd jest czymś dobrym – w końcu tak dokonuje się postęp historyczny. Jedynym problemem jest niepoprawne definiowanie tego buntu, które zamyka nas w bańce naszej własnej rebelii– to problem na skraju solipsyzmu, opisanego przez Marka Fishera w eseju „Wyjście z zamku wampirów”. Jeśli młodzież sądzi, że jest nieomylna, to nie jest zbuntowana, a jedynie rekonstruuje poglądy Berkeleya, uważając siebie samego za jedyny podmiot, który ma rację, którego epistemologia jest tą „dobrą”. Ta negatywna część buntu jest ujawniona w interakcjach międzyludzkich. Młodzież, starając się stworzyć nowy tolerancyjny świat, zwykle nie rozumie, że jest wielu ludzi, którzy nie są tak dobrze wykształceni, jak oni. Ile razy jeszcze młodzież będzie wymagała wzniosłej etyki od ludzi, którzy nie mają czasu na etykę, na czytanie i studiowanie – bo pracują po 12 godzin dziennie?
Bunt, który szuka zniszczenia, nie może dostrzec, że jest wiele ludzi potrzebujących wyjaśnienia tejże etyczności. A nawet – jest wielu ludzi, dla których problemy zbuntowanej młodzieży są marginalne, np. wyzyskiwani pracownicy. Rebelia nie rozumie tych zwykłych ludzi, kawiorowa lewicowa młodzież ma tendencję do odrzucania ich za brak chęci do walki o swoją sprawę – i to jest problem, to jest moment, gdzie bunt jest nowym mistrzem, to jest „zła” część młodzieży. W swoim buncie młodzi ludzie powinni szukać kontaktów z grupą najbardziej zmarginalizowaną, czyli klasą robotniczą. Sam bunt powinien być wymierzony w fundamenty danego systemu, który koniec końców rozwija swoje sidła w każdej dziedzinie życia społecznego. Jeśli nie chcemy się buntować w sposób totalitarny, w sposób, który wyklucza innych z naszego buntu, musimy zrozumieć, że największy i najważniejszy silnik zmiany to klasa pracująca. Dlaczego? Ponieważ pracownicy są największą grupa społeczną, jednocześnie inne grupy marginalizowane (takie jak społeczność LGBTQ lub kobiety) należą w większości do kategorii pracowników.
Takie podejście to cała figura człowieka zbuntowanego opisywanego przez Camusa. Człowieka, który w buncie nabiera świadomości, rozpoznaje swoją alienację i solidaryzuje się z innymi bytującymi obok niego. Bunt powinien pozwolić umożliwić zrozumienie alienacji innych osób poprzez świadomość bytowania wśród innych „cierpiących” czy umierających, tak więc bunt musi wchodzić jak najgłębiej w struktury życia społecznego i redefiniować stosunki produkcji. Walcząc o pracowników, w rzeczywistości walczymy o wszystkich z wyjątkiem tych, którzy nas marginalizują.
Myślenie o tym, gdzie jesteśmy, jest kluczem do filozofii marksistowskiej. Marksiści argumentują, że historia ludzkości jest historią walki klas, i tam też jest klucz do zrozumienia statusu quo. Podczas pandemii wirusa walka klas staje się coraz brutalniejsza, najbogatsi zarabiają na ciałach martwych robotników. Musimy zrozumieć, że Covid-19 to morderstwo społeczne. Covid-19 to wirus jak każdy inny, ale to, co definiuje go jako morderstwo społeczne, to miejsce, w którym jesteśmy jako ludzie. To nie przypadek, że pracownicy umierają z powodu wirusa, podczas gdy najbogatsi zwiększają zyski. To nie jest zbieg okoliczności, że gdy ktoś najbogatszy zachoruje na wirusa, media krzyczą o tym – podczas gdy tysiące pracowników umierają w tym samym czasie bez zainteresowania środków masowego przekazu. Również to nie przypadkowe, że przynależność do hermetycznie zamkniętej elity umożliwia szczepienia poza kolejką. Miejsce, w którym jesteśmy w tej chwili, to miejsce społecznego mordu, wielki pokój zwany planetą Ziemią, gdzie bogaci stoją w jednym rogu, a trupy robotników w drugim.
Czy to nie straszne? Tak szybko przyzwyczailiśmy się do śmierci. Wszyscy wykształceni czytający na przykład Jaspersa i jego wzniosłą tezę o sytuacjach granicznych po prostu ignorują to, że Covid-19 stworzył sytuację graniczną na całym świecie. Według Jaspersa, sytuacje graniczne pozwalają człowiekowi wyjść z alienacji i postawić pytania o to, dlaczego żyje. Jednostki ludzkie żyją w doczesności społecznej, nie zdając sobie sprawy z istoty swojego jestestwa, tę istotę miałby im przybliżyć np. kontakt ze śmiercią. Codziennie spotykamy się z sytuacjami granicznymi, słysząc jak wiele ludzi umarło tego dnia. To właśnie przeciwko temu powinniśmy się buntować! Jako młodzi ludzie, jako pracownicy. Powinniśmy zbuntować się przeciwko masowemu mordowaniu biednych, zmarginalizowanych – nie ignorować ich, jak to czynią nieraz młodzi. Covid-19 to pandemia, kapitalizm to wirus!
Problem z wieloma postawami buntu w czasie pandemii polega na tym, że nie definiują one obecnej sytuacji jako morderstwa społecznego. Młodzi ludzie buntują się przeciwko restrykcjom, ponieważ nie czują się zagrożeni; tak zwani sceptycy buntują się wobec wirusa, ponieważ w niego nie wierzą. Wszystkie te formy buntu to tylko część spektaklu – jak powiedziałby Debord. Wszystkie te formy buntu tańczą tak, jak spektakl zagra, po prostu odtwarzają morderstwo. Więc jedyny sposób na zbuntowanie się poza spektaklem jest pokazanie, że ktoś nas zabija. Ten „ktoś” to wielki biznes i korporacje oraz rządy wspierające tamtych. Kiedy 1000 najmożniejszych już odzyskało swoje straty w wyniku wirusa, najbiedniejsi będą walczyli z ekonomicznymi skutkami wirusa przez ponad dekadę – podawał raport Oxfam. Nie wszystkie osoby wyjdą z pogłębiającego się ubóstwa. Eksperci podają, że nierówności społeczne w najbliższych latach cofną światową walkę z ubóstwem o co najmniej 30 lat. Dlatego właśnie wirus nie jest tylko jednostką chorobową, na wirusa należy patrzeć szerzej, tzn. z perspektywy nieudanego buntu oraz sytuacji pracowników.
Wirus może być też ciekawie odczytany z perspektywy sytuacjonistycznej. Sytuacjonizm metodologicznie jest bliski pytaniu, które zadał Agamben – o tym gdzie się znajdujemy. Sytuacjonistyczna metoda obserwowania rzeczywistości zakłada ciągłą próbę redefiniowania sytuacji – obecnie mamy światowe morderstwo społeczne i ono powinno przyciągać nasze myśli. Dlaczego powinniśmy się na tym skupić? Ponieważ to morderstwo definiuje za nas inne sytuacje z życia codziennego. Żeby być wolnymi, musimy sami definiować sytuacje, nie oddawać tej władzy najbogatszym lub przemysłowi, który wykorzystywał Covid-19 do zwiększania zysków. Maski, ograniczenia sanitarne – to przykład tego, jak wirus na nowo definiuje sytuacje za nas i jak bunt sceptyków został zmarnowany. Maski niewątpliwie definiują za nas przeżywanie sytuacji – to jeden z flagowych argumentów sceptyków ubolewających nad niewygodnością rozwiązań sanitarnych. Jednakże to nie maski czy rząd są źródłem redefiniowania sytuacji przez jakąś wyższą siłę, one są tylko narzędziem w rękach samego spektaklu. Przecież Covid-19 można było pokonać, po prostu zatrzymując przemysł, który powoduje nagromadzenie ludzi w miejscach pracy. Wirus, który można pokonać, po prostu zatrzymując interakcje z innymi ludźmi. Taka przerwa nie musiała trwać długo – to byłaby kwestia kilku miesięcy, a tak mamy roczną tragedię, roczne nagromadzenie martwych ciał, które mimo uspokojenia sytuacji na froncie nadal się mnożą. Jednak pokonanie wirusa nie leży w interesie spektaklu, czyli światowego przemysłu.
Ta pełna zależność od biznesu, od tego, jak biznes definiuje za nas sytuację, dużo mówi o kondycji ludzkości. Hegel, w swojej nauce o państwie wysnuł tezę, że państwo winno zapośredniczyć wolność i etyczność społeczeństwa. W jego myśli państwowość jest bliska polis, gdzie każdy pełnoprawny obywatel kształtował etyczny charakter państwa-miasta. Tego właśnie zabrakło podczas pandemii – etyczności, społecznego heglowskiego kolektywu etycznego. Jako ludzie absurdyzowaliśmy etykę, przyzwyczailiśmy się do milionów śmierci, tak jak i zresztą przyzwyczajaliśmy się przed pandemią, gdzie w tle bogato zastawionych brunchów i drogiego wina umierała zagłodzona podklasa. Pandemia była jednak o tyle specyficzna, że śmiertelność systemu kapitalistycznego stała się bardziej dostrzegalna – śmierć stała się głównym tematem w debacie publicznej.
Prawdziwym ujawnieniem tego, że kapitalizm promuje absurdyzowanie śmierci, bólu czy zła, był fenomen społeczny pejoratywnie określany jako „Janusze biznesu”. Cały rok pandemii godziliśmy się na cwaniactwo, obchodzenie restrykcji i prawa – wszystko w imię „walki” z rządem lub rzekomo nieistniejącym wirusem. Media nagłaśniały takie postawy, jeszcze bardziej absurdyzując śmierć. Strajki przedsiębiorców były niczym innym jak ukazaniem degrengolady naszych stosunków społecznych, które w imię cwaniactwa odchodzą od etycznego państwa. Zmieniliśmy figurę człowieka zbuntowanego w człowieka absurdalnego, również znanego z filozofii Camusa. Imprezowe bunty przeciwko pandemii i władzy, gdzie protestujący sceptycy z piwem w dłoni odgrywali rolę tych, którzy uważają Syzyfa za szczęśliwego. Cały ten bunt był absurdem, imprezowym żartem z realnego cierpienia i realnych stosów martwych ciał. Pandemia ujawniła to, że nie tylko kapitalizm jako taki jest nieetyczny, ale również to, że nasze sposoby buntu i współżycia są nieetyczne. Dużo mówi się o etycznej konsumpcji, zrzucając konsekwencje etyczne wielu postaw z systemu na jednostki. Jest to po części prawdą, jednak to, jak jednostka zapośrednicza system, dużo mówi o samym systemie. Kapitalizm pokazał, jak bardzo degeneruje ludzi i odsuwa od wspólnotowości – nawet za cenę śmierci innych i piętrzących się stosów ciał.
Gdy mówimy o tym, gdzie dokładnie jesteśmy, to kluczowe zawsze będzie określenie aktualnych relacji społeczno-ekonomicznych. Aby to dostrzec, musimy przyjrzeć się, dlaczego i jak buntują się ludzie, żeby ukazać im, że ich bunt jest w rzeczywistości tylko reprodukcją spektaklu. Jeśli kiedyś ludzie zrozumieją, że za każdą przedefiniowaną sytuacją kryją się interesy przemysłu/biznesu, świat stanie się piękniejszy. Ślepy bunt przeciwko konkretnym sytuacjom może jedynie przyćmić źródło zakłócenia tychże sytuacji – źródło, jakim jest światowy biznes.
Szymon Gams
przez Kamil Sawczak | środa 12 maja 2021 | opinie
Eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego w opublikowanym raporcie „Bezwarunkowy Dochód Podstawowy. Nowy pomysł na państwo opiekuńcze?” przyjrzeli się szansom wdrożenia BDP w Polsce. Czyli koncepcji bezwarunkowego transferu pieniężnego wypłacanego regularnie każdej jednostce na poziomie gwarantującym materialną egzystencję. O dochodzie podstawowym dyskutuje również Klub Jagielloński. To już nie tylko lewicowi akademicy, ale szersze spektrum polityczne i społeczne. Całkiem niedawno debatę na podobny temat zorganizowała Komisja Młodych NSZZ „Solidarność”. Z czego wynika ta popularność?
Poszukiwanie alternatyw jest naturalne. Globalny kryzys finansowy z 2008 roku podważył zaufanie do kapitalizmu. Ci, którzy zyskali na deregulacji sektora finansowego, stali się głównymi beneficjentami pomocy publicznej. Kiedy menedżerowie wielkich banków inkasowali nagrody za dobre wyniki z poprzednich lat, tysiące pracowników było zwalnianych z powodu postępującej recesji. W wyniku pandemii COVID-19 miliony ludzi straciło pracę lub likwidowało drobne biznesy. Gdy indywidualny wysiłek przestaje być gwarantem godnego bytu, koncepcja regularnego transferu finansowego daje poczucie bezpieczeństwa.
Krytyka neoklasyczna i pozorne odpowiedzi
Ekonomiści neoklasyczni to główni oponenci wdrożenia dochodu podstawowego w Polsce. Przedmiotem sporu jest sposób finansowania oraz wpływ na rynek pracy. Zwolennicy BDP odnoszą się do tego na dwa sposoby – zachowawczo lub progresywnie. Pierwsze podejście wpasowuje dochód podstawowy w obecny ład instytucjonalny. Ma on osiągać cele obiecane przez neoliberalny kapitalizm. W ujęciu progresywnym, BDP jest narzędziem, które intencjonalnie przekracza reguły gospodarki rynkowej. Problem polega na tym, że w zależności od publiki, zwolennicy dochodu podstawowego stosują różne linie argumentacji, które jednak mają odmienne rezultaty.
Głównonurtowi ekonomiści twierdzą, że budżet Polski jest zbyt mały, aby sfinansować ten eksperyment. W tym scenariuszu wzrost obciążeń podatkowych byłby na tyle wysoki, że zahamowałby wzrost gospodarczy. Dlatego konieczne są radykalne cięcia wydatków publicznych. Upodabnia to BDP do koncepcji negatywnego podatku dochodowego, czyli transferu pieniężnego wypłacanego przez państwo, jeśli zarabiający nie osiąga określonej kwoty wolnej od podatku. Jeśli Jan Kowalski zarabia 50 tysięcy złotych przy 60 tysiącach jako kwocie wolnej od podatku, to brakujące 10 tysięcy pokrywa państwo. Milton Friedman, najbardziej znany zwolennik tej idei, widział w negatywnym podatku dochodowym narzędzie likwidacji socjalnych funkcji państwa. W tym samym kierunku zmierzają argumenty zachowawczo zorientowanych zwolenników BDP. Transfer pieniężny tak, ale wszelkie pozostałe świadczenia socjalne i usługi publiczne mocno ograniczamy. Strona progresywna jest natomiast bardziej otwarta na finansowanie programu z deficytu publicznego.
Kolejny spór dotyczy bezwarunkowości dochodu podstawowego. Głównonurtowi ekonomiści obawiają się kultury wyuczonej bezradności, czyli efektu masowego wycofywania się z rynku pracy wskutek otrzymywania świadczenia. Problem ubóstwa miałby się jeszcze pogłębić. Podobnie jak wcześniej, tutaj też panuje dwugłos. Zachowawczy zwolennicy BDP argumentują, że dochód podstawowy tworzy bufor bezpieczeństwa. Zachęca do podejmowania bardziej ryzykownych działań, niemożliwych w reżimie pracy najemnej ze względu na systemowy brak stabilności finansowej. BDP stałby się więc gwarantem drobnej przedsiębiorczości i kreatywnych projektów. Ogólny poziom produktywności wzrósłby, a nie spadł. Z kolei opcja progresywna widzi w dochodzie podstawowym narzędzie oporu w miejscu pracy. Umożliwiłby on wycofanie się z rynku pracy i budowę nie-kapitalistycznych relacji społecznych.
Niezależnie od przyjętej wersji BDP, koncepcja ta obarczona jest brakami, które czynią ją kontr-skuteczną względem deklarowanych celów. Przyjrzyjmy się temu.
Mniej stabilności (cenowej i pracowniczej)
Koncepcję dochodu podstawowego łączy z perspektywą ekonomii neoklasycznej indywidualizm metodologiczny. Jednostka jest traktowana jako punkt odniesienia. Ryzyka i szanse dochodu podstawowego są analizowane w ujęciu mikroekonomicznym. Z tego powodu zwolennicy BDP ignorują makroekonomiczne konsekwencje swojej polityki. Czym z tej perspektywy jest dochód podstawowy? To większe możliwości wydatkowe społeczeństwa bez dodanych usług lub zdolności produkcyjnych. To wzrost popytu przy zachowaniu dotychczasowego poziomu podaży. W zależności od przyjętej wersji BDP – zachowawczej bądź progresywnej – mierzymy się z różnymi problemami.
Zacznijmy od wersji dochodu podstawowego, która odrzuca regułę neutralności fiskalnej w imię znaczącego transferu pieniężnego. Ryzykiem jest tu inflacja. We współczesnych gospodarkach ryzyko inflacyjne dotyczy relacji między nominalnym wzrostem wydatków (popytu), a zdolnością gospodarki, by odpowiedzieć na ten popyt zwiększoną podażą towarów i usług. Gdy popyt rośnie szybciej niż produkowane towary lub świadczone usługi, tworzy się presja na wzrost cen.
Zwolennicy BDP odpowiedzą, że nie jest to problem, bo gospodarki kapitalistyczne cierpią z powodu zbyt niskiego poziom wydatków. Firmy są w stanie produkować dużo więcej, niż konsumenci mogą obecnie kupić. Dzięki dochodowi podstawowemu przedsiębiorstwa będą mogły bardziej wykorzystać moce produkcyjne i zatrudnić więcej ludzi. Poziom cen ustabilizuje się z czasem. Tym, co zostało przeoczone w takiej perspektywie, jest cykliczność wpisana w funkcjonowanie gospodarki – chodzi o okresy wzrostu i spadku. W przypadku pierwszego zjawiska inwestycje rosną, spada bezrobocie i zwiększa się konsumpcja. W drugim tendencja jest odwrotna – sektor prywatny kurczy się, a ludzie więcej oszczędzają niż wydają. Koncepcji dochodu podstawowego brakuje automatycznych stabilizatorów, które mogłyby działać kontrcyklicznie. Dochód podstawowy, jako stały i regularny transfer pieniężny, nie jest wrażliwy na zmiany makroekonomiczne. W dobie recesji zapobiega znaczącemu spadkowi popytu krajowego, co stymuluje gospodarkę. Jednak w okresie prosperity BDP zwiększa ryzyko inflacyjne. Sytuacja staje się gorsza, gdy więcej osób dzięki BDP korzysta z „wolności” od pracy. Strona podażowa gospodarki kurczy się, a popyt pozostaje na stałym poziomie. Ten popyt na towary i usługi może zostać zaspokojony importem, co jednak wpływa na kurs wymiany i krajowy poziom cen, wzmacniając dodatkowo tendencje proinflacyjne.
W wersji zachowawczej ryzyko inflacyjne jest zredukowane, bo kwota otrzymywana w dochodzie podstawowym jest mniejsza. BDP nie zwiększa deficytu publicznego, a pracownicy nie otrzymują kwoty, która skłoniłaby ich do wycofania się z rynku pracy. Pojawia się jednak inny zestaw problemów. Po pierwsze, skupienie się na kosztach programu skutkuje tym, że transfer pieniężny będzie zbyt niski, aby rozwiązać problemy, które zwolennicy BDP deklarują przezwyciężyć – biedę i niestabilność dochodową. Kolejne ryzyko dotyczy wpływu na rynek pracy. Część pracowników, mając dodatkowe źródło dochodu, rezygnowałaby z pracy pełnoetatowej i łączyła dochód podstawowy z zatrudnieniem na niepełny etat. W wymiarze makro oznacza to zwiększoną podaż nie-pełnoetatowej siły roboczej i przebudowę struktury rynku pracy. Jest to kluczowe w kontekście koncepcji dualnego rynku pracy, gdzie istnieją dwa segmenty o odmiennych warunkach płacowych i zatrudnienia: sektor kluczowy i sektor peryferyjny. Pierwszy, oczekujący określonego poziomu kwalifikacji, oferuje w zamian stabilne zatrudnienie i wyższy poziom płac. Drugi, o niskich barierach wejścia (jeśli chodzi o posiadane kompetencje) i wyjścia (ze względu na małą atrakcyjność warunków pracy i zatrudnienia), charakteryzuje się większym udziałem atypowych form zatrudnienia. Dochód podstawowy doprowadzi do silniejszej segmentacji rynku pracy. Pracodawcy funkcjonujący w sektorze peryferyjnym, gdzie siła przetargowa pracowników jest mniejsza, mogą łatwiej obniżyć poziom płac, wiedząc, że pracownicy dysponują regularnym buforem finansowym. W praktyce BDP staje się polityką wzmacniającą prekaryzację stosunków pracy i transfer dochodów od pracowników do przedsiębiorców.
Kultura indywidualizmu
Indywidualizm metodologiczny dochodu podstawowego ma swoje kulturowe implikacje. BDP jest projektem indywidualistycznym. Jego przedmiotem jest jednostka wyabstrahowana ze zobowiązań społecznych. W wizji zwolenników tego rozwiązania jednostka wolna od konieczności pracy będzie mogła dać wyraz swoim zdolnościom i w ten sposób przysłużyć się wspólnocie. Towarzyszy temu celebracja kreatywności i anty-paternalistyczny sentyment, wymierzony przede wszystkim wobec państwa. Kiepsko funkcjonujące usługi publiczne, jak np. zajęcia dodatkowe dla dzieci, zastępują oddolnie zorganizowani obywatele, którzy teraz mają zasoby, by realizować takie projekty. Państwo opiekuńcze z biurokratycznym aparatem kontroli wypierane jest przez wolontariat „na dopingu”.
Idealizacji indywidualnej innowacyjności towarzyszy deprecjonowanie roli pracy. Rzecznicy BDP sprowadzają ją do przynoszącej dochód aktywności wycenianej przez rynek. Jeśli bezpieczeństwo finansowe może być zagwarantowane innymi sposobami, to jest ona zbędna. W bliźniaczy sposób pracę ujmuje teoria neoklasyczna w tzw. krzywej podaży pracy. Pracownik ma wybór między pracą – która jest czymś złym, bo stanowi źródło niewygody – oraz czasem wolnym – postrzeganym jako coś preferowanego. W tym ujęciu praca jest tolerowana, bo dzięki zarobkom umożliwia zakup innych preferowanych dóbr. Mechanizmem, który zarządza alokacją czasu pracownika, jest płaca, która określa cenę czasu wolnego. Ekonomiści neoklasyczni oraz zwolennicy BDP sprowadzają aktywność zawodową do funkcji czysto zarobkowych. Pomijają fakt, że praca oprócz wynagrodzenia przynosi szereg wewnętrznych pozytywów w postaci zdrowia psychicznego, poczucia przynależności czy osobistej satysfakcji.
Suwerenność (monetarna) ma znaczenie
Dylematy dotyczące sposobu finansowania BDP wynikają z braku zrozumienia różnicy między krajami suwerennie monetarnymi (m.in. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Szwajcaria, Polska), a krajami tej suwerenności pozbawionymi (strefa euro). Te pierwsze dysponują monopolem na emisję pieniądza i tworzą popyt na tę walutę poprzez nakładanie zobowiązań podatkowych. W przeciwieństwie do rządu, sektor niepubliczny, tj. firmy i gospodarstwa domowe, jest użytkownikiem waluty (tak samo jak kraje, które oddały swoją suwerenność monetarną Europejskiemu Bankowi Centralnemu). Opodatkowanie służy tworzeniu popytu na rządową walutę. Ten proces można widzieć w trzech etapach: 1) Rząd nakłada zobowiązanie podatkowe płatne w walucie, którą emituje. 2) W obliczu zapotrzebowania na jednostki waluty rządowej podatnicy oferują towary i usługi na sprzedaż, prosząc w zamian o jednostki waluty. 3) Rząd emituje swoją walutę i wydaje – w zamian za dobra i usługi, których potrzebuje.
Zwolennicy BDP błędnie kwalifikują kraje suwerenne monetarnie jako użytkowników waluty. Zawężając przestrzeń fiskalną państwa, są zmuszeni bilansować budżet kraju poprzez wzrost podatków i cięcia w wydatkach. W efekcie grawitują w kierunku polityki zaciskania pasa uzupełnianej regularnym transferem pieniężnym. Wraz ze wzrostem czasowego zatrudnienia, pomimo dobrych intencji rzeczników dochodu podstawowego, otrzymamy bardziej sprekaryzowaną gospodarkę ze zwijającym się państwem. Rezultat odległy od tego, co obiecują pracownikom najemnym.
Jak krytykować?
Nie mam wątpliwości, że pomimo zaprezentowanej krytyki, koncepcja BDP będzie zyskiwała na popularności. Jej zwolennicy sprawnie komunikują, co jest ich celem i jakimi atutami dysponują w zestawieniu z neoliberalną polityką. Kiepska jakość współczesnych stosunków pracy, tj. upowszechnienie się niskopłatnego i niestabilnego zatrudnienia bez możliwości awansu, czyni atrakcyjnymi obietnice godnego życia poza pracą najemną. Ponadto BDP wykorzystuje kulturowe znaczenie indywidualizmu silnie zakorzenionego w neoliberalizmie. Równie ważne jest instytucjonalne zaplecze tego projektu. Międzynarodowe i krajowe środowiska akademików – socjologów, filozofów, ekonomistów i badaczy polityki społecznej – uprawomocniają BDP od strony naukowej. Organizacje aktywistyczne przekładają język naukowej teorii na żądania polityczne, które następnie trafiają na sztandary ruchów społecznych i partii politycznych.
Mając świadomość zagrożeń związanych z dochodem podstawowym i kosztów trwania statusu quo, potrzebna jest krytyka, która umożliwi bardziej sprawiedliwą wizję świat. Po pierwsze, BDP skupia się na jednostce, abstrahując od jej społecznych zobowiązań. Nie daje narzędzi do rozwiązania problemów, przed którymi stoimy jako społeczeństwo. Kryzys klimatyczny i sprawiedliwa transformacja w kierunku mniej emisyjnej gospodarki są tu nieobecne. Co więcej, dochód podstawowy może sytuację pogorszyć. Stymulacja wydatków, przy nietkniętej strukturze podażowej, oznacza większe zużycie zasobów w ramach gospodarki niezrównoważonej ekologicznie. BDP niewiele oferuje także w kontekście wyzwań rozwojowych Polski. Pułapka średniego rozwoju wymaga skoordynowanej polityki, mającej na celu przebudowę struktury gospodarczej kraju. Regularne wsparcie pieniężne na poziome jednostki co najwyżej aspiruje do mikroekonomicznych narzędzi polityk aktywnego rynku pracy. Ciężar modernizacji gospodarki przerzucony jest na indywidualnych obywateli. To pracownicy muszą się sami dokształcić i podnieść własne kwalifikacje. Dlatego alternatywne spojrzenie powinno zaczynać się od wspólnoty jako punktu wyjścia. BDP nie jest w stanie sprostać wyzwaniom, które wymagają kolektywnego wysiłku do ich rozwiązania.
Każda krytyka zostawia pytanie o alternatywę. Jeśli odrzucamy dochód podstawowy i neoliberalny status quo, to co w zamian? Jaka propozycja poprawi sytuację jednostek i będzie funkcjonalna poziomie makroekonomicznym? O tym w kolejnym tekście, ale do tego czasu polecam zapoznać się z tekstem Rafała Wosia na temat gwarancji zatrudnienia.
Kamil Sawczak
Inne teksty autora można przeczytać tu: sawczak.substack.com
przez Michał Kowalówka | niedziela 9 maja 2021 | opinie
Ach, paradoksy! Chcemy być europejscy, zachodni, chcemy znajdować się w twardym jądrze wspólnoty, ale nie chcemy ot tak, bez żelaznych gwarancji, klepnąć unijnego programu finansowego. Nawet dopuszczamy myśl, że moglibyśmy go zablokować, bo u nas banasie, obajtki i w ogóle złodziejstwo i szwindle takie, że Panu Bogu się nie śniło, jak świat budował. A już z pewnością nie śniło się Belgom, Hiszpanom czy Włochom. U nich raczej nie ma złodziejstwa. A na pewno nie takie.
Chcemy być normalnym państwem. Chcemy żyć w normalnym kraju. Normalnym, czyli takim, jak na Zachodzie, ale nie chcemy płacić wysokich podatków, jak Szwedzi czy Francuzi, bo u nas tylko obajtki, szwindle, niegospodarność i skręcony Trybunał Konstytucyjny.
Marzymy o ochronie zdrowia, jak w państwach starej Unii. Tyle że chcemy jednocześnie płacić o połowę niższą składkę, niż płacą tamci. Składki to są w ogóle… szkoda słów. Haracz! Haracz to jest dobre słowo.
Chcemy mieć wykształcone, świadome społeczeństwo, ale nie lubimy łożyć hajsu na publiczne szkolnictwo i na pensje nauczycieli. Najlepiej, żeby szkoły były prywatne, a dzieci z porządnych rodzin nie musiały siedzieć w jednej klasie z dziećmi lamusów i innych pięćsetplusów – to spowalnia postęp.
Nie chcemy zapracować się na śmierć i chcemy mieć czas na hobby i dla przyjaciół… ale jeśli ktoś powie słowo o 35-godzinnym tygodniu pracy, to od kopa dajemy naklejkę „kosmita”. Ewentualnie odznakę leniuszka.
Co istotne, zdecydowanie nie podobają nam się długi. Następnym pokoleniom dług po sobie zostawić? Patologia. Zadłużenie to najkrótsza droga do piekła. Grecja, druga Grecja. Podsumowując: mieszkanie mamy na kredyt, samochód w leasingu i dwie karty debetowe. (No może i tak, ale my to spłacamy karnie i regularnie. A państwo? Państwo spłaca? Kraj obajtkowy Polska na pewno nie spłaca).
Chcemy czystego powietrza i lubimy być eko, ale chcemy też mieć dwa samochody, z czego jeden może być SUVem palącym 13 litrów. W autobusach i tramwajach śmierdzi – szczególnie, kiedy jest upał. Ohyda. (No i kominek. Domek pod miastem bez kominka, to lepiej nie mieć domku).
Żądamy odpowiedzialnej, wykształconej, uczciwej klasy politycznej, ale nie lubimy zapisywać się do partii i związków zawodowych, niech się inni zapisują i niech po godzinach łażą na spotkania, zbierają podpisy czy coś. My mamy kolację do ugotowania i hbo do dokończenia.
Bardzo chcemy być tolerancyjni i postępowi. Postęp brzmi kapitalnie. Łakniemy postępu, tak jak kania łaknie… Cokolwiek to jest. Z drugiej strony, jeżeli osoba prosi nas, aby mówić o niej psycholożka lub architektka, zamiast psycholog i architekt, to przewracamy oczami. Na taki galopujący postęp jeszcze nie jesteśmy gotowi.
Szanujemy estetyczne, spójne miasta. Rispekt. Choć koniec końców wolimy kupić mieszkanie na grodzonym osiedlu, żeby nam patusy lusterek w samochodzie nie pourywały. Ogrodzenia przecież też mogą być ładne. No i chcemy wszędzie mieć parkingi. Parkingi nie mogą być ładne?
A najważniejsze i po pierwsze, to chcemy samorządności. Chcemy sami decydować o własnych sprawach. Chyba, że chodzi o zebranie wspólnoty mieszkaniowej, albo napisanie projektu dla budżetu obywatelskiego, to wtedy akurat nie.
Michał Kowalówka
przez Szymon Majewski | czwartek 6 maja 2021 | Bez kategorii, nasze rozmowy
z Wiolą Krysiak i Damianem Duszczenką z nowej inicjatywy Łódź dla Ludzi rozmawia Szymon Majewski
Co takiego dzieje się w Łodzi w szkołach? Gdzie mają się odbyć zapowiadane zwolnienia i dlaczego, jak to jest uzasadniane przez miasto?
Wiola Krysiak: Zwolnienia mają dotyczyć pracowników niepedagogicznych w szkołach. Miasto mówi o redukcji 12% etatów, ale w praktyce w wielu szkołach oznacza to na przykład pozbycie się połowy sprzątaczek, co spowoduje, że praca, która przypada na obecną liczbę personelu, nie będzie wykonywana. Sprzątaczki i woźne szczególnie mówią o dzieciach, pierwszakach, które przychodząc do szkół, potrzebują pomocy w takich czynnościach jak zawiązywanie butów; zwłaszcza teraz kiedy do szkół nie mogą przychodzić rodzice. Sześcio-siedmiolatki potrzebują pomocy i do tej pory woźne i sprzątaczki im pomagały. Miasto oszczędza, i mówi, że subwencja jest za niska. Ona jest wszędzie taka sama, tyle tylko, że miasto nie chce dokładać do edukacji i zamiast tego woli wydawać gazetę za dwa miliony albo finansować takie rzeczy jak Orientarium i stadiony.
Damian Duszczenko: Mamy teraz informację z „Solidarności”, że miasto już trochę się cofnęło i zamiast 500 osób chcą zwolnić 200. Może dzięki naszym protestom.
Czy te zwolnienia nie uderzą szczególnie w pracownice? Mówimy o zawodach najczęściej wykonywanych przez kobiety.
W. K.: Oczywiście – to są woźne, sprzątaczki, kucharki, sekretarki. Te prace wykonują kobiety, często starsze, w wieku przedemerytalnym. Gdyby te kobiety dosięgły zwolnienia, wiadomo, że nie znalazłyby kolejnej pracy i sytuacja takich pracownic jest chyba najgorsza, bo niezbyt mogą liczyć na inne świadczenia i nie za bardzo są w stanie znaleźć kolejną pracę. Gdy byliśmy na proteście, były tam przedstawicielki tych szkół, jeśli miałabym oceniać, mniej więcej po pięćdziesiątce. W nie to najbardziej uderza – starsze kobiety, czyli osoby najbardziej poszkodowane na rynku pracy.
Jeżeli zwolnienia dojdą do skutku, pozostała część personelu będzie musiała nadal wykonywać pracę wcześniej rozłożoną na większą liczbę osób. Czy miasto w ogóle bierze to pod uwagę?
D. D.: Jedna z dyrektorek mówiła wprost, że te zwolnienia doprowadzą do tego, że sama będzie musiała latać ze ścierką. Jeśli będą np. dwie sprzątaczki, a jedna zachoruje, to co wtedy?
W. K.: Zadbanie o odpowiednie warunki sanitarne jest obecnie szczególnie ważne. Co prawda dzięki szczepieniom sytuacja jest coraz lepsza, ale zagrożenie nie zniknie z dnia na dzień i oszczędności na higienie mogą doprowadzić do tragedii.
Rok temu miasto Łódź próbowało wypowiedzieć układ zbiorowy dla pracowników niepedagogicznych w szkołach. To się udało jakoś zatrzymać i układ został zachowany?
D. D.: Tak, został zachowany, ale związki zawodowe zgodziły się na obniżkę premii z 20% do 10% i na takie rzeczy jak odebranie mydła albo różnych dodatków. Oczywiście tłumaczono to tym, że skoro w pandemii nie chodzą do pracy, to dlaczego mają dostawać premię. Teraz wszystko wraca do normy i zwolnienia są nadal, mimo że władze miasta twierdziły, iż dzięki obniżce premii to nie nastąpi.
Jakie związki zawodowe działają w łódzkiej oświacie?
D. D.: Wiem, że działa ZNP jako większościowy związek, który, powiedzmy sobie szczerze, jest mniej skory do protestów, bo są zblatowani z Lewicą współrządzącą Łodzią. Jest jeszcze bardziej rzutka mniejszościowa „Solidarność”.
Wiola wspominała o demonstracji; ona była zorganizowana właśnie przez organizacje związkowe? Od nich wychodzi ten impuls, a Wy się do niego dołączacie?
W. K.: Ta demonstracja, na której my byliśmy, została zorganizowana przez organizacje Łódzkie Społeczne, nas, czyli Łódź dla Ludzi, łódzkie Dziewuchy Dziewuchom i Tak dla Łodzi. Dobre było to, że pojawiły się tam pracownice tych szkół – protest dzięki temu był większy i łączył te środowiska. Poza tym był chyba protest „Solidarności”.
D. D.: Bałem się, że skończy się na tym, że przyjdą ruchy miejskie, czyli jak zwykle wszyscy ci, którzy już się znają, ale 3/4 to były jednak pracownice szkół.
Jak zwolnienia mają być rozłożone w czasie – kiedy ma do nich dojść i czy jest np. możliwość wejścia w spór zbiorowy, zorganizowania referendum i podjęcia strajku? Czy taka forma oporu jest rozważana?
D. D.: Nie słyszałem, ale to jest już w gestii związków, a nie naszych, my możemy jedynie to wspierać. Wiem, że negocjacje trwają, niedawno powiedziano, że jednak zwolnią 200 zamiast 500, i tak się będą bawić ludźmi.
W. K.: Zastanawiam się na ile to jest kwestia tego, że w związkach dominuje nauczycielskie ZNP, a wśród zagrożonych zwolnieniami dominują zawody niepedagogiczne.
Myślicie, że ze strony nauczycieli i nauczycielek występuje pracownicza solidarność z pracownicami i pracownikami niepedagogicznymi?
W. K.: Jest pewnie tak, że dyrektorzy i dyrektorki szkół się sprzeciwiają, przedstawiciele nauczycieli i nauczycielek będą mówili, że są przeciw. To jest dość logiczne, ale nie wiem, na ile oznacza to walkę po jednej stronie i chęć tego, żeby np. solidarnie strajkować.
Mocno podkreślacie fakt, że Łodzią współrządzi Lewica. Jak wygląda polityczna odpowiedzialność za zwolnienia? Jaki jest rozkład obowiązków w koalicji PO-SLD i kto za to odpowiada?
W. K.: Wiceprezydentka z Lewicy, Małgorzata Moskwa-Wodnicka, jest odpowiedzialna właśnie za edukację. Nie widzę ze strony Lewicy żadnej troski o to, żeby szkoły działały dobrze i żeby chronić pracownice. W Łodzi było tak zawsze. SLD dostawało stanowiska i nie uwzględniało lewicowej perspektywy. To jest najgorsze.
Próbowaliście się jakoś kontaktować z parlamentarnymi przedstawicielami Lewicy? Czy ktokolwiek z posłów i posłanek jakoś się do tego odniósł?
W. K.: Nie próbowaliśmy. Być może inne strony próbowały się kontaktować, bo to nie jest tylko nasz protest i nie tylko my się sprzeciwiamy, również inne organizacje jak Tak dla Łodzi albo łódzkie Dziewuchy Dziewuchom. Być może był taki kontakt, ale my akurat tego nie robiliśmy. Lewicowym posłem z Łodzi obecnie jest tylko Tomasz Trela, który zawsze był w tym miejskim układzie jako poprzedni wiceprezydent z SLD i też układał się z prezydent Hanną Zdanowską z PO. Tak naprawdę nie bardzo więc widziałam jakiekolwiek szanse na skuteczność takiej interwencji…
Sprawa jest takiej wagi, że teoretycznie nie tylko osoby stamtąd powinny się jakoś określić. Pisałeś, Damian, o tym, że koalicjanci z SLD chowają głowę w piasek.
D. D.: Nie słyszałem, żeby osoby z Wiosny lub Razem zabierały w tej sprawie głos.
W. K.: Marcelina Zawisza pisała coś pod zeszłorocznym stanowiskiem sprzeciwu Razem, które trochę z nich wyciągnęliśmy, być może złośliwie im dogadując (śmiech). Kiedy organizowałam protest, mogli go zauważyć, obecność zaznaczyła Martyna Urbańczyk z miejscowego zarządu okręgu Razem. Widzieli, że coś takiego się dzieje, ale tak jak zazwyczaj partia pyta, czy może razem z organizatorami zabrać głos, tak tym razem w ogóle tego nie było, ani ze strony Razem, ani ze strony Wiosny, ani oczywiście SLD. Nie było ich flag, czyli oficjalnie się nie pojawili. To było przykre, że nie dostaliśmy żadnego formalnego poparcia, dopiero potem powstało stanowisko łódzkiego okręgu Razem, że sprzeciwiają się tym zwolnieniom.
Rozumiem, że Waszą receptą jest to, że tych oszczędności, jeśli już muszą być dokonane, trzeba szukać gdzie indziej i jest to już kwestia woli politycznej?
W. K.: Dokładnie tak. Łódź od dawna ma duży problem z priorytetami. Kiedyś byłam na konsultacjach w sprawie zielonego Expo. Odbywały się w tym miejscu, gdzie to miało powstawać, prezydent Zdanowska mówiła o tym, jak to będą wydawali miliardy, żeby to zielone Expo było właśnie w naszym mieście. Niedaleko stamtąd znajduje się takie osiedle Grembach – bardzo stare, poniemieckie, ze starymi domkami. Ludzie z tego osiedla byli na konsultacjach i zgłosili się właśnie po to, żeby zapytać, czy w końcu naprawi się im dachy, bo woda im cieknie, boją się, że zaczną się urywać i spadać im na głowy. Zdanowska, która dopiero co mówiła o miliardach wydawanych na wielką, niepotrzebną inwestycję, powiedziała, że teraz nie mamy na to pieniędzy i w najbliższych budżetach ich nie będzie. Tak właśnie wygląda polityka Łodzi – są środki na wielkie inwestycje, którymi można się chwalić, jak zielone Expo albo Orientarium, wydaje się miliardy na średnio tu potrzebne lotnisko, nie ma za to środków na potrzeby zwykłych ludzi. Nie ma pieniędzy na zapewnienie ludziom łazienek, łatanie dachom czy nawet remontowanie chodników tak, żeby były przyjazne dla osób z niepełnosprawnościami.
Jako Łódź dla Łodzi istniejecie od niedawna. Jakie są Wasze cele i obszar działania?
D. D.: Dopiero startujemy, będziemy na pewno robić też debaty, ale przede wszystkim takie rzeczy jak pomoc osobom w kryzysie bezdomności i lokatorom; to, co w Warszawie robi Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej.
Do tego trzeba wynająć jakiś lokal, opłacić w nim rachunki…
D. D.: W tej chwili mamy ze zbiórki 10 tysięcy złotych. To jest już coś na początek, a potem się zobaczy, jak to na lewicy (śmiech).
Określacie się jednoznacznie jako socjaliści – w takim razie nie ma to chyba być tylko czysta charytatywa, ale coś z konkretnym politycznym wydźwiękiem.
W. K.: Z jednej strony chcemy działać doraźnie, pomagając ludziom, ale wiemy, że to nie jest wyjście na dłuższą metę, dlatego chcemy zmieniać system, na ile to będzie możliwe. Chcielibyśmy działać nie tylko w Łodzi, ale w całym województwie.
Z jakimi największymi problemami mierzy się Łódź? W jakich tematach zamierzacie działać?
W. K.: Łódź mierzy się z chyba wszystkimi możliwymi problemami. Jeśli chodzi o kwestie lokatorskie, o których być może się nie mówi, jest ich naprawdę dużo. Ostatnio wypłynęła sprawa kamienicy, która jest prywatyzowana. Bezdomność…
D. D.: Problemy lokatorskie są mniej więcej takie jak w Warszawie 10 lat temu, tylko na sterydach. Możesz to sobie wyobrazić – oprócz oczywiście reprywatyzacji, która tutaj troszkę inaczej wyglądała.
W Łodzi także występuje reprywatyzacja?
D. D.: Tak, chociaż tutaj akurat miasto troszkę działa. Większy problem jest z wyprzedażą kamienic; miasto bardzo często ma w nich udziały, kilka lokali, i je wyprzedaje. Ostatnio nawet wprowadzono zasadę, że jeśli udziały są o wartości poniżej miliona złotych, prezydentka może je wyprzedawać bez zgody rady miasta; tak żeby działo się to po cichu i dopiero jeśli będą jakieś protesty (a najczęściej ich nie będzie), to ewentualnie wtedy się z tego wycofają.
Czy po sprzedaży lokali dochodzi np. do drastycznych podwyżek czynszów?
D. D.: Oczywiście. Mamy teraz taką sytuację na ulicy Piasecznej – właściciel, szef znanej sieci aptek, kosmicznie podwyższa czynsze i miasto oczywiście umywa ręce, bo teoretycznie nic nie może zrobić, mimo że umowy najmu były przez lokatorów podpisywane częściowo z miastem. Zostali jednak sprzedani. W tym sensie przypomina to warszawską reprywatyzację.
Czy w Łodzi występuje presja deweloperów np. na to, żeby wyburzać stare budynki i stawiać na nich własne?
W. K.: Jeśli chodzi o bieżące sprawy, sprzeciwialiśmy się tym razem nie wyburzeniu budynków, ale planom zabudowania otuliny Lasu Łagiewnickiego – terenu zielonego i rekreacyjnego. Miał on zostać przeznaczony na osiedle domków jednorodzinnych.
W Warszawie mnóstwo kamienic komunalnych, zwłaszcza po prawej stronie Wisły, ciągle nie jest podłączonych do sieci centralnego ogrzewania. Organizacje lokatorskie domagają się załatwienia tego problemu. Czy u Was też to występuje?
D. D.: W Łodzi problem jest jeszcze większy.
W. K.: Problem jest zdecydowanie większy – ludzie muszą ogrzewać się prądem, płacą wielkie rachunki lub siedzą w zimnie, jeśli mają liczniki przedpłacone. Brakuje łazienek, w starych kamienicach są wspólne, znajdują się na zewnątrz, a czasami w ogóle ich nie ma. Niektóre kamienice nie są podłączone do wodociągów, a nawet nie mają dostępu do wody. Jeśli chodzi o infrastrukturę, jest strasznie. Problemy są większe niż w Warszawie.
D. D.: Cały program rewitalizacji centrum, czyli tego, że śródmieście Łodzi ma być wspaniałe, pozbawione ruder i tak dalej, kończy się oczywiście wysiedleniami, bo najpierw trzeba wyrzucić ludzi. Oni często nie wracają, bo przy jakimkolwiek zadłużeniu nie można wrócić.
Nowego budownictwa komunalnego pewnie też brakuje?
W. K.: Oczywiście, że tak. Nie ma budownictwa komunalnego, nie ma mieszkań socjalnych…
D. D.: Łódź wchodzi teraz w program partnerstwa publiczno-prywatnego z deweloperem; mają wybudować 500 mieszkań, które miasto będzie wynajmować lokatorom właśnie z tych rewitalizowanych budynków. To prawdopodobnie jednak też się skończy tak, że ludzie nie będą wracali do centrum.
Na koniec chciałbym zapytać o Waszą współpracę ze społecznym Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Jak wygląda ta relacja? Ty, Damian, byłeś jednym z pomysłodawców kandydatury Piotra Ikonowicza na to stanowisko.
D. D.: Nieoficjalnie już podjęliśmy taką współpracę. Ludzie z Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej będą prowadzili swoje dyżury u nas w biurze, prawdopodobnie już jako biuro rzecznika. Ta współpraca będzie na pewno.
Wskazany przez Lewicę rzecznik będzie musiał postawić się także jej tam, gdzie działa antyspołecznie, czyli właśnie w Łodzi.
D. D.: Oby.
Dziękuję za rozmowę.
przez redakcja | sobota 1 maja 2021 | klasyka, opinie
Robotnicy całej Polski!
Odzywam się jako przedstawiciel Polskiej Partii Socjalistycznej do Was z Londynu, ze stolicy wielkobrytyjskiej, przez którą ciągnie się front bojowy w tej najkrwawszej z wojen. Nie ma na ziemi ludu bardziej godnego podziwu w męstwie i wytrwałości, gdy walczy przeciw wrogom, jak ten lud brytyjski ze swoją stolicą na czele. Cierpi on od bomb śmiercionośnych nieraz całe noce: giną kobiety i dzieci tysiącami, lecz niezłomna wola wytrwania aż do zwycięstwa ani na chwilę nie słabnie. Wy w Polsce rozpoczęliście w obliczu świata tę walkę bohaterską przeciw tyranii i okrucieństwu germańskiemu, dając przykład wszystkim innym narodom. Dlatego was tu wciąż wspominają i czczą; klasa robotnicza Wielkiej Brytanii ze wzruszeniem mówi o bohaterstwie robotników i chłopów polskich, którzy zarówno w czasie wojny wrześniowej, jak i po ustaniu działań wojennych na naszych ziemiach do dziś dnia zacięcie bronią swojej Ojczyzny i swojego prawa do wolności i sprawiedliwości. Wiemy o wszystkim, co wy cierpicie; wiadomości, które o tym z kraju do całego świata dochodzą, wszędzie wywierają wrażenie wstrząsające. Z miłością dla was łączy się podziw dla waszego wiernego bohaterstwa, bo w walce nie ustajecie. Na powierzchni ziemi i pod ziemią, jak Polska długa i szeroka, bronicie waszego prawa do niepodległej ojczyzny, walką i cierpieniem budujecie przyszłość. I po najpóźniejsze pokolenia, robotnicy i chłopi całej Polski, wasze czyny bohaterskie opromieniać będzie najpiękniejsza i najbardziej nadzieję krzepiąca legenda.
Dla waszej walki i bezgranicznego poświęcenia klasa robotnicza Wielkiej Brytanii na równi z całym jej narodem, ma głębokie zrozumienie. Należy to do starej tradycji ludności zamieszkującej tę wyspę, która dziś polskiej emigracji udziela swej gościny. Pamiętny jest w historii ruchu robotniczego całego świata dzień 28 września 1864 roku, kiedy zwołano międzynarodowe zgromadzenie w Londynie w sali św. Michała, celem zamanifestowania solidarności z narodem polskim pokonanym przez carat rosyjski w powstaniu styczniowym. Na tym to zgromadzeniu, w którym wzięli udział przedstawiciele wszystkich narodowości w związku z koniecznością obrony zwyciężonego narodu polskiego, uchwalono zawiązać pierwsze Międzynarodowe Stowarzyszenie Robotników. Zaraz po uchwaleniu wyrazów solidarności z ciemiężoną Polską wybrano Radę Główną tej pierwszej Międzynarodówki, która natychmiast obwieściła światu w uroczystej deklaracji, że Międzynarodówka robotnicza, jak i pojedyncze osoby i organizacje do niej należące, uznają za zasadę swego postępowania względem wszystkich ludzi bez różnicy barwy, wiary i narodowości – prawdę, sprawiedliwość i moralność.
Robotnicy Polski zawsze byli i dziś dnia pozostali wierni tym zasadom. Pod wszystkimi zaborami zawsze o ich zwycięstwo walczyli. Dla nich składali ofiarę z wolności, życia i mienia, a dziś, kiedy o te wielkie ideały ludzkie toczą się zacięte i krwawe boje niemal na przestrzeni całej kuli ziemskiej, my stokroć goręcej zbawienność tych haseł rozumiemy i odczuwamy.
Robotnicy! Dzielą nas lądy i morza, lecz myślą stęsknioną i braterską żyjemy wśród was, a wy z waszą niedolą, męką i walką bohaterską żyjecie wciąż w naszych sercach. Lata mijają i wciąż się tułamy po rożnych krajach, bardzo daleko od tych, co są nam najdrożsi! Ta sama jednak nadzieja i wiara przepełnia nasze i wasze umysły.
Wierzymy, że Polska jest nieśmiertelna, niepodzielna i niezłomna. Wierzymy, że przetrwa wszystkie burze i klęski, że ostoi się niezachwianie, jak niebosiężna opoka wbrew krótkotrwałym triumfom wrogów wolności ludzkiej i pomimo niesłychanego spustoszenia dokonanego prze zdobywców zarówno na naszej ziemi ojczystej, jak i w krajach z nami sprzymierzonych, które tak jak my dążą do zbratania się ludów na zasadach prawdy, sprawiedliwości i miłości ludzkiej. Żyjąc w Londynie, przez bombowce niemieckie wciąż dziko i bestialsko ostrzeliwanym, pozostajemy wraz z ludem brytyjskim nieprzerwanie pod wrażeniem głębokiej pewności, że zwycięstwo ostateczne uwieńczy sztandary sprzymierzonych narodów. Ani te narody, ani my – nigdy nie będziemy niewolnikami i cywilizowana ludzkość stojąca po naszej stronie, w coraz doskonalszy sprzęt wojenny zbrojna, zdruzgocze nienawistne jarzmo. Będziemy wolni, bo chcemy być wolni i wiemy, że droga do wolności prowadzi przez bezwzględną walkę przeciw jej wrogom i że bunt najpotężniejszych i najszlachetniejszych narodów przeciw totalistycznej tyranii zwyciężyć musi.
W dniu Pierwszego Maja, który robotnicy Polski tradycyjnie taką miłością otaczali, bo był zawsze pogłębieniu braterstwa wolnych narodów poświęcony, ponawiamy przysięgę, że z oparów krwi przelanej, z morza łez i bezmiaru niedoli przeżytej, z ruin, zgliszcz i grobów, którymi obficie zasłana jest nasza ziemia ojczysta, powstanie i rozkwitnie Nowa Polska, Polska Ludu Pracującego, Polska sprawiedliwa w swoim umiłowaniu wszystkiego, co tchnie dobrem, pięknem i prawdą, Polska, w której chłopi, robotnicy i pracownicy umysłowi w życiu odbudowanej Ojczyzny będą mieli głos rozstrzygający.
Herman Lieberman
Powyższy tekst Hermana Liebermana to zapis przemówienia radiowego na 1 maja 1941 roku. Tekst pierwotnie został opublikowany w piśmie „Przedświt – wydawnictwo Komitetu Zagranicznego Polskiej Partii Socjalistycznej w Londynie” z datą 1 maja 1941. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez Jarosław Niemiec | środa 28 kwietnia 2021 | opinie
„40 lat minęło jak jeden dzień, już bliżej jest niż dalej, o tym wiesz” – tak w tytułowej piosence serialu „Czterdziestolatek” śpiewał Andrzej Rosiewicz. Niestety, nie dotyczy to emerytury, bo każdy rok dodatkowo to już dalej niż bliżej. Dla wielu oznacza to dożywocie w pracy wyniszczającej zdrowie.
Wielu z nas zaczynało pracę zaraz po szkole ponadpodstawowej. Niektórzy wręcz jako młodociani w wieku 17 lat. Byliśmy młodzi, nikt z nas nie myślał o emeryturze, chcieliśmy się uniezależnić od rodziców, zarabiać, iść na swoje, stanąć na własnych nogach, być użytecznymi wartościowymi obywatelami, którzy pracują po to, by godnie żyć i być docenianymi. Po drodze przeżyliśmy wyniszczającą terapię wstrząsową Balcerowicza, która szybko wyleczyła nas ze złudzeń. Był wyzysk, poniżanie i obniżanie naszej wartości jako ludzi i pracowników. My, robole, staliśmy się podludźmi, którzy mają być cicho i wykonywać wszelkie prace fizyczne i usługowe na rzecz klasy panów, która właśnie chwyciła Pana Boga za nogi i uwierzyła, że jest solą ziemi i należy jej się ten przywilej, żeby na nią robole pracowali. Unieważniano wartość naszej pracy. Mówiono, że każdy może tyrać fizycznie, bo do tego nie trzeba specjalnych kwalifikacji.
Specjalne kwalifikacje w mniemaniu naszych ekonomów to coś, co mają oni, nieważne, że czasem to były zwykłe znajomości czy przywileje wynikające z pochodzenia czy przynależności do uprzywilejowanych kast zawodowych. Jednak studia, tytuły naukowe, kariery w biznesie i polityce, choćby stuprocentowo uczciwe, nie usprawiedliwiają pouczania nas, że powinniśmy pracować jak najdłużej. Wszyscy, którzy osiągnęli w życiu jakiś sukces, powinni pamiętać, że ktoś musiał wykonywać te podstawowe obowiązki, żeby ci wszyscy ludzie sukcesu mieli zapewnione podstawowe potrzeby życiowe. To zapewniali ci zwykli pracownicy w fabrykach, na kasach sklepowych, w gastronomii, w infrastrukturze, w budownictwie, ochronie i wielu innych branżach, gdzie musieli oddawać swoją fizyczną pracę, czas, w którym nie mogli być ze swoją rodziną, czasem za nędzne grosze, poświęcając zdrowie.
Znakomita większość z nas nigdy nie osiągnęła czegoś, co nazywa się satysfakcją zawodową czy społecznego uznania, nie mówiąc już o godziwej płacy, która powinna być podstawą, a o której większość mogła pomarzyć. Dla nas praca, przez większość trwania okresów zatrudnienia, była konieczną harówką i walką o przeżycie, a wolność, którą tak pięknie nam obiecywano, zaczynała się dopiero po fajrancie, za bramą zakładu. I niezbyt wiele było tej wolności, jeśli weźmiemy pod uwagę nasz czas pracy. Nierzadko nasze dniówki wynosiły 10-12 godzin dziennie. Wystarczyło czasu na tyle, by pójść spać i iść od nowa do roboty.
Wielu z nas z utęsknieniem wyczekuje emerytury, co jest dość tragiczne, bo faktycznie oznacza to oczekiwanie na starość. Doprowadziliście nas do tego, nasi panowie, że chcemy się szybko zestarzeć, aby odpocząć i poczuć choć trochę wolności. Ale okazuje się, że i tego nie chcą nam dać!
Odbieranie praw do emerytury ludziom wyczerpanym pracą, było szatańskim projektem. Rządy ekonomicznych liberałów pozwoliły sobie na niczym nieuzasadnione, poza zyskiem rynków finansowych, podniesienie wieku emerytalnego do 67. roku życia, przy okazji odbierając prawo do wcześniejszej emerytury pracownikom pracującym w warunkach szczególnych. W tym czasie średnioroczny czas pracy wynosił w Polsce ok. 2000 godzin rocznie, podczas gdy w krajach Europy wynosił on 1500-1700 godzin rocznie. Oznacza to, że polski pracownik w analogicznym okresie składkowym 40 lat przepracowywał 10 lat ekstra w stosunku do europejskiej średniej. W rocznym czasie pracy wyprzedziliśmy nawet słynących z pracoholizmu Japończyków. Przy czym w większości krajów Europy obowiązują emerytury stażowe.
Odmawianie nam emerytur stażowych, namawianie do dłuższej pracy, która rzekomo pozwoli nam zachować lepszą formę na starość, jest więc dziś bezgraniczną podłością i bezczelnością. To jest plucie w twarz i poniżanie tych, którzy nie mają już zdrowia i sił do pracy. Jest to po prostu nieludzkie, bo każdy, kto ma resztki sumienia i zdaje sobie sprawę, czym jest praca fizyczna czy każda inna praca wykonywana w tak długim czasie, i wie, jakie warunki pracy były i są w Polsce, nie odważy się odmawiać ludziom prawa do emerytur stażowych. Emerytura stażowa do zadośćuczynienie za ten cały czas spędzony w pracy, kiedy nie mogliśmy być matkami, ojcami, obywatelami, bo pochłaniało nas codzienne staranie o zapewnienie podstawowych potrzeb materialnych. Może pod koniec życia mamy prawo być dziadkami i babciami lub choćby mieć trochę czasu dla siebie, żeby nieco odpocząć.
W 2015 roku obecny obóz władzy szedł do wyborów z postulatem emerytur stażowych. Urzędujący prezydent zobowiązał się do wniesienia inicjatywy ustawodawczej w tej prawie. Dziś pytamy: gdzie są nasze emerytury stażowe Panie Prezydencie? To najwyższy czas na działanie. Czas się pospieszyć. Stoi dziś pan przed wyborem, czy okaże się prezydentem godnym tego urzędu. Czy okaże się pan godnym tego, by mógł pan nazywać swoim mentorem śp. Lecha Kaczyńskiego? Przypominamy panu i całemu obozowi władzy, że prezydent Lech Kaczyński wetował w 2009 roku ustawę odbierającą prawa do wcześniejszych emerytur stażowych. Wówczas koalicja rządowa PO-PSL wespół z liberałami z SLD odrzuciła to weto i okryła się hańbą. To pański, i pana zaplecza politycznego wybór, czy chcecie tę hańbę wziąć na siebie, czy postaracie się naprawić ten nieludzki system, który zmusza zbyt wielu ludzi do pracy aż do śmierci.
Jarosław Niemiec
przez Piotrek Kolasiuk | poniedziałek 26 kwietnia 2021 | opinie
***
lśni na półkach obok soi i smalczyku na fasoli
naturalne i tak eko przywiezione z Amazonii
szmaragd skórki, która topi te wyrzuty i bolączki
w jasnym kremie guacamole, kiedy rano chleb nią zdobisz
naturalne i pogodne w sosie krwistym z martwych lasów
ale za to w super cenie i torebce „ziemię ratuj”
polskie mięso, polski rolnik, a więc 100% natural
w reklamówce jak pan Stefan do swych świnek się przytula
że interes to rodzinny prowadzony od pokoleń
w myśl tradycji, patriotyzmu i z szacunkiem do zwierzątek
wśród pagórków, wśród zielonych niezliczonych łąk Podlasia
z melodyjką patriotyczną i sielanką chów wypasa
i krwawicą swą, harówką chce wykarmić całą Polskę
mięsem świnek co do rzeźni się kierują tak radośnie
cztery latte, dwa espresso i trzy procent na Afrykę,
bo dziś korpo szczytnym gestem pragnie walczyć tym z wyzyskiem
pakiet z łyżką, ekosłomką i w gratisie cukrem z trzciny,
mlekiem z soi, brakiem winy i sumieniem wreszcie czystym
Piotrek Kolasiuk
przez Miles Kampf-Lassin | niedziela 25 kwietnia 2021 | opinie
Prawa i regulacje zakazujące spożywania alkoholu w miejscach publicznych kryminalizują klasę robotniczą i odbierają nam radość życia. Musimy zalegalizować publiczne picie.
Zapach świeżo duszonego gulaszu gumbo i gotowanych krabów unosił się na ulicy przed barem Broadview Seafood na skraju Seventh Ward w Nowym Orleanie. W tegoroczną środę popielcową, kiedy doszedłem do siebie po hulankach karnawału Mardi Gras [Tłusty Czwartek w USA obchodzi się inaczej niż u nas – przyp. tłum.], zacząłem być głodny i rozważać posiłek: czy powinienem zamówić jakieś odnóża kraba? A może kanapkę po’boy ze świeżo smażonymi krewetkami, w chrupiącej francuskiej bagietce? Wszystko to ważne pytania, ale to moje pierwsze zamówienie było najważniejsze – lodowata IPA w pokrytym szronem kuflu. A ponieważ byłem w jednym z nielicznych bastionów legalnego picia ulicznego w USA, kupiłem piwo na wynos.
Otrzymawszy nagrodę w postaci gumbo, krabów i po’boya, z piwem w ręce, rozważałem następny krok. Wdzięczny za luźne przepisy dotyczące publicznego picia, miałem pełen zakres możliwości: spacer po pobliskiej kultowej alei Esplanade i piknik w wypełnionym dębami Fortier Park, otoczonym okazałymi XIX-wiecznymi rezydencjami i jaskrawo zdobionymi domami, albo spacer trochę dalej na zachód miasta, by usiąść nad brzegiem kanału Bayou St. John. Zamiast tego zdecydowałem się przynieść swój mały bankiet do parku miejskiego, gdzie udałem się w towarzystwie przyjaciół. Bawiliśmy się dobrze, rozmawiając, jedząc i śmiejąc się – a wszystko to przy jednoczesnym publicznym popijaniu napojów alkoholowych, bez obawy o karę.
Było to radosne doświadczenie. Ale obecnie takie doświadczenia są dostępne tylko osobom mieszkający lub odwiedzającym Nowy Orlean oraz niewielką liczbę innych miejsc w całym kraju. To absurd – wszyscy powinniśmy móc pić w miejscach publicznych.
Jednak dzisiaj, osiemdziesiąt siedem lat po ratyfikacji 21. poprawki, wciąż żyjemy z pozostałościami ram prawnych z czasów prohibicji, według których spożycie alkoholu jest poważnie ograniczone i kontrolowane. Oprócz ogólnokrajowego minimalnego wieku spożycia wynoszącego dwadzieścia jeden lat, większość stanów wprowadziła surowe przepisy zakazujące publicznego picia, powszechnie określane jako przepisy dotyczące „otwartych pojemników” (open container laws).
Nadszedł czas, aby uchylić te przestarzałe, dyscyplinujące zasady i zdać sobie sprawę, że ruch na rzecz zniesienia prohibicji wcale nie zakończył swojej pracy. Należy ostatecznie zalegalizować publiczne picie alkoholu w całych Stanach Zjednoczonych.
Socjaliści walczyli o wasze prawo do picia
Aby zrozumieć, dlaczego nasze przepisy dotyczące publicznego picia są tak represyjne, musimy wrócić do amerykańskiego ruchu zakazującego alkoholu. Od samego początku ruch prohibicji był bowiem ożywiany purytańskim duchem.
Pod koniec XIX wieku działacze ruchu umiarkowania – wielu z nich motywowanych surowymi zasadami religijnymi – nalegali na całkowitą abstynencję od alkoholu, uznając jego spożywanie za grzech. Religijni rewolucjoniści w tamtych czasach postrzegali ten ruch jako drogę do zapewnienia sobie pewnego poziomu politycznej legitymizacji.
Jak pisze James Morone w „Hellfire Nation: The Politics of Sin in American History”: „Prohibicja zaoferowała im jedyny możliwy kontakt z władzą krajową, jedyną publiczną możliwość przeciwstawienia się upadkowi moralności”.
Taka postawa znalazła odzwierciedlenie w orzeczeniach prawnych, takich jak orzeczenie Sądu Najwyższego z 1887 r. w sprawie „Mugler przeciwko Kansas”. Stwierdzono w nim, że „powszechne używanie napojów odurzających może zagrażać moralności publicznej” oraz że „bezczynność, nieporządek, pauperyzacja i występujące na terenie kraju przestępstwa są w pewnym stopniu identyfikowalne z tym złem”.
Ale nie tylko wpływ religii doprowadził do zjadliwej agitacji antyalkoholowej – była to także logika kapitalistycznej akumulacji. Czołowi ekonomiści tamtych czasów, tacy jak Simon Patten i Irving Fisher, również naciskali na prohibicję na początku XX wieku, jako sposób na zwiększenie produktywności pracowników i, jak wątpliwie argumentował Fisher, rzekome zyskanie 6 miliardów dolarów dla gospodarki USA.
Dodajmy do tego działaczki feministyczne, które postrzegały zakaz jako sposób na walkę z kulturą picia alkoholu wyłącznie przez mężczyzn w saloonach oraz z przemocą domową stosowaną przez pijanych mężów wobec ich żon i innych kobiet. Ta kombinacja argumentów ostatecznie doprowadziła do uchwalenia w Kongresie 18. poprawki oraz ustawy Volstead Act (National Prohibition Act), która weszła w życie 17 stycznia 1920 r.
Oczywiście, zamiast faktycznie wyeliminować spożycie alkoholu, regulacje te po prostu zepchnęły go do podziemia, a nielegalny handel i domowa destylacja stały się powszechne w latach następujących po przyjęciu ustawy. Skutkiem był gwałtowny wzrost przestępczości zorganizowanej związanej z nielegalną dystrybucją alkoholu, a także choroby i śmierć spowodowane trującymi formami czarnorynkowego alkoholu – oto konsekwencje wypychania alkoholu (a także innych rodzajów substancji odurzających) w ciemne zakątki życia społecznego.
Jednak prohibicja miała także zaciekłych przeciwników. Cała historia Stanów Zjednoczonych to przykłady socjalistów i innych lewicowych przywódców, którzy podejmowali sprawę liberalizacji przepisów dotyczących picia alkoholu i walczyli o przyznanie Amerykanom swobody picia jak im się podoba.
Prohibicja oficjalnie zakończyła się dopiero 5 grudnia 1933 r., w dniu ratyfikacji 21. poprawki. Ale trzy lata wcześniej, w 1929 r., mieszkańcy stanu Wisconsin przyjęli już legalne spożywanie alkoholu, kiedy wyborcy uchylili ustawę Seversona. Liderem ruchu obalenia tej ustawy był Thomas Duncan, socjalista z Milwaukee, który jako pierwszy wezwał do przeprowadzenia referendum w tej sprawie. Duncan był członkiem tzw. socjalistów kanalizacyjnych – polityków znanych ze skutecznych robót publicznych – którzy rządzili Milwaukee przez pięćdziesiąt lat, od początku XX wieku.
Przed głosowaniem Duncan ostrzegł, że jeśli przegrają referendum, „państwo zostanie oddane w pełnym tego słowa znaczeniu Ku Klux Klanowi i Anti-Saloon League, by mogły zrobić z nim, co chcą” – co było odniesieniem do brutalnego egzekwowania zakazów przez KKK i ASL, zarówno za pomocą środków politycznych, jak i pozaprawnych. Ponowną legalizację alkoholu ostatecznie poparło w plebiscycie 64 proc. mieszkańców.
Duncan nie był jedynym lewicowym mieszkańcem Milwaukee dążącym do legalizacji picia alkoholu. Dołączyło do niego sześciu innych posłów i trzech senatorów stanowych, wszyscy socjaliści, a decyzję przyjął burmistrz Daniel Hoan, również socjalista.
W 1932 r. Partia Socjalistyczna uchwaliła stosunkiem głosów trzy do jednego, aby dodać do swojej oficjalnej platformy tekst: „Uchylenie 18. poprawki i przejęcie przemysłu alkoholowego pod rządową własność i kontrolę”. Uchylenie poprawki w następnym roku było dużym krokiem w kierunku poszerzenia wolności osobistej i ograniczenia kryminalizacji alkoholu. Zanim Duncan i jego koledzy socjaliści z Milwaukee skutecznie obalili prohibicję w Wisconsin, poparcie dla moratorium na alkohol już malało wśród amerykańskich wyborców.
Jednak nawet po uchyleniu poprawki w 1933 r. poszczególne stany nadal mogły zakazać lub ograniczyć sprzedaż i spożywanie alkoholu, co prowadziło do powstania „suchych” hrabstw, w których alkohol jest zabroniony (w wielu do dziś), wraz z szeregiem innych przepisów mających na celu ograniczenie używania alkoholu.
Karanie biednych za to, że strzelili sobie piwko
Obecny reżim prawny dotyczący publicznego picia doprowadził do takiego systemu egzekwowania, który nieproporcjonalnie karze Amerykanów, jeśli chodzi o podział przebiegający według linii rasowych i ekonomicznych. Jak Niki Ganong, autor „The Field Guide to Drinking in America”, powiedziała niedawno firmie Eater o przepisach dotyczących „otwartych pojemników”: „To kolejne rasistowskie prawo stosowane niemal powszechnie wobec biednych. Zwykle jest to wymówka dla policji, aby zatrzymać kogoś i przeprowadzić dochodzenie”.
Jak donosi „New York Times”, w 2011 r. nowojorska policja wydała 124 498 wezwań do stawienia się w sprawie publicznego picia, „znacznie więcej niż w przypadku jakiegokolwiek innego naruszenia”. Co w zasadzie nie zaskakuje, w ciągu jednego miesiąca na Brooklynie 85 procent wezwań skierowano do osób czarnych i Latynosów, a 4 procent do białych (którzy stanowią 36 procent populacji gminy).
Ustalenia te skłoniły Noacha Deara, sędziego z Nowego Jorku, do napisania w orzeczeniu sądu: „Niniejszym zalecam, aby praktyki i polityka NYPD w odniesieniu do egzekwowania prawa o otwartych pojemnikach podlegały kontroli i były natychmiast wstrzymywane, jeśli zostaną uznane za dyskryminujące”.
Rasowe różnice w stosowaniu przepisów dotyczących picia są widoczne w pozostałej części kraju, podobnie jak nadmierne egzekwowanie przepisów w biednych i robotniczych społecznościach. Te rozbieżności pomogły zmotywować ustawodawców Nowego Orleanu do ostatecznego zerwania z przepisami dotyczącymi publicznego picia w 2001 r. Jak pisze Henry Grabar, „Rada miejska Nowego Orleanu uchyliła miejskie prawo »otwartych pojemników«, które było egzekwowane z zastosowaniem uprzedzeń rasowych w podziale 80 do 20 procent, po tym, jak czarnoskóry mężczyzna niosący piwo został zastrzelony przez policję ”.
Wiele współczesnych przepisów dotyczących „otwartych pojemników” wywodzi się z poprzednich rozporządzeń dotyczących „publicznego pijaństwa” i „włóczęgostwa”, które uznawały za przestępstwo nie tylko alkoholizm, ale także ubóstwo i bezdomność. W 1953 r. Chicago ustanowiło takie prawo zakazujące „picia w miejscach publicznych” jako sposób na wydalenie tzw. gangów butelkowych – grup mężczyzn, którzy często nie robili nic poza gromadzeniem się na ulicach miast.
W latach 60., gdy Ruch Praw Obywatelskich nabrał rozpędu, egzekwowanie tych przepisów na tle rasowym zostało zakwestionowane w sądzie, a wiele z nich uznano za niezgodne z konstytucją. W rezultacie, zamiast zakazać „pijaństwa”, w kolejnych latach wiele miast i gmin zdecydowało się po prostu zakazać samego publicznego picia.
Te nowe przepisy wpisują się w szerszy wzorzec działań policyjnych zwanych „polityką rozbitych okien”, który przejęła większość amerykańskiej policji w latach 80. i później, traktując drobne naruszenia, takie jak otwarte spożywanie alkoholu, jako prostą drogę do przestępczości. Dają one organom ścigania nowe możliwości wystawiania mandatów i zatrzymywania dużej liczby osób za to, że podczas przebywania w miejscach publicznych nie robią nic złego lub społecznie szkodliwego.
Jak wskazuje Grabar, język nowojorskiej ustawy zakazującej przebywania w miejscu publicznym z otwartym pojemnikiem na alkohol nie był zbyt subtelny: „Kiedy Nowy Jork zakazał otwierania pojemników na swoich ulicach w 1979 r., ustawodawcy dość wyraźnie mówili o celu tego prawa: »Nie oczekujemy lekkomyślnie, że policja wezwie Eda z klasy średniej, który popija piwo do lunchu« – mówił wtedy »Timesowi« jeden z pomysłodawców ustawy. – »Ona jest dla młodych chuliganów z butelkami wina, którzy nękają nasze kobiety i zastraszają naszych seniorów«”.
Taki motyw nadal stanowi źródło aktywności organów ścigania. Od stycznia tego [2020] roku 91 proc. wypisywanych przez NYPD mandatów za picie trafiło do nowojorczyków czarnoskórych lub o pochodzeniu latynoskim, mimo że pandemia pustoszyła miasto. Wniosek jest jasny: te przepisy nigdy nie miały na celu poprawy bezpieczeństwa publicznego, ale raczej dały policji narzędzia do atakowania tych, których zechce. Ten niesprawiedliwy porządek będzie nadal prowadził do rasistowskich i stronniczych skutków – dopóki nie zostanie obalony.
Jako alternatywę dla przepisów dotyczących „otwartych pojemników” niektóre miasta, jak Louisville i Memphis, przyjęły prawo o tak zwanych „dzielnicach rozrywkowych”. Jednak te przestrzenie to często zaledwie kilka ulic i nie są one wcale bastionami wolności. Koniec końców są to centra zysku – często zarządzane przez prywatne firmy i zaśmiecone inwestycjami deweloperskimi – które ograniczają osobistą autonomię zamiast ją rozszerzać.
Zamiast organizować takie strefy, powinniśmy położyć kres dyscyplinującej polityce wobec publicznego picia i uwolnić nasze przestrzenie publiczne, pozwalając wszystkim dorosłym na publiczne spożywanie napojów alkoholowych, jeśli tego chcą i wtedy, kiedy tego chcą. Model z Nowego Orleanu można łatwo powielić w miastach i gminach w całym kraju.
Oczywiście zachowania, które zagrażają bezpieczeństwu publicznemu, takie jak prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu, nie powinny być dozwolone ani nie powinno się do nich namawiać. Uzależnienie od alkoholu jest oczywistym problemem w Ameryce. Wymaga on głębokich nakładów na programy leczenia alkoholizmu i stabilizacji zdrowia psychicznego. System Medicare for All mógłby znacznie przyczynić się do niezbędnych postępów w dziedzinie zdrowia publicznego. Ale te problemy już istnieją w Stanach Zjednoczonych i nie rozwiązuje ich wcale egzekwowanie przepisów dotyczących picia w miejscach publicznych.
Całkowite zniesienie zakazu – i kropka
Uchylenie przepisów dotyczących publicznego spożycia alkoholu stało się jeszcze pilniejsze ze względu na trwającą pandemię COVID-19, która wstrząsnęła amerykańskim przemysłem barowym i restauracyjnym.
Ze względu na nieudolną reakcję administracji Trumpa, sześć miesięcy po pojawieniu się w Ameryce wirus nadal szybko rozprzestrzenia się w całym kraju i nie widać końca. Zamiast wdrożyć solidny system testowania i śledzenia kontaktów, jak zrobiła to większość innych krajów rozwiniętych, prezydent Trump postanowił potraktować wirusa jako niewarte uwagi zjawisko, które ma tylko rozpraszać, i odmówił podjęcia nawet podstawowych kroków w celu opanowania pandemii.
W obliczu tych wydarzeń, jak dowiedzieliśmy się w ostatnich tygodniach, środki dystansowania społecznego niezbędne do powstrzymania COVID-19 sprawiają, że ponowne otwarcie restauracji i lokali gastronomicznych jest prawie niemożliwe. W rezultacie wiele stanów złagodziło egzekwowanie przepisów dotyczących „otwartych pojemników”, a niektóre, np. Aleksandria, Wirginia, Chicago i Nowy Jork, przyjęły nowe rozporządzenia zezwalające na sprzedaż drinków na wynos, wraz z innymi, bardziej liberalnymi przepisami regulującymi handel alkoholem i jego spożycie. Jak donosi BBC, w celu obniżenia liczby więźniów, by zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się COVID-19 w ośrodkach penitencjarnych, Baltimore anuluje toczące się postępowania karne wobec osób aresztowanych za wiele przestępstw bez użycia przemocy, w tym za łamanie przepisów dotyczących picia alkoholu w miejscu publicznym.
Takie zmiany są mile widziane, ale nie prowadzą do sedna problemu. Nawet jeśli zarzuty karne zostaną oddalone lub możesz kupić gin z tonikiem na wynos, nie zmienia to faktu, że publiczne picie jest nadal nielegalne. Zamiast tego potrzebne jest całkowite uchylenie przepisów dotyczących picia.
Taka zmiana została zaproponowana w Nowym Jorku przez socjalistyczną senatorkę Julię Salazar, która na początku lipca przedstawiła Senatowi ustawę nr S8675 o treści: „[…] daje prawo do posiadania otwartego pojemnika z alkoholem i publicznego spożywania alkoholu podczas pandemii COVID-19”.
Jak podano w sekcji uzasadnienia projektu:
„W wielu miejscach na świecie dozwolone jest publiczne spożywanie alkoholu. W Nowym Jorku policja i inni przymykają oczy, jeśli obywatel pije kieliszek wina, słuchając muzyków nowojorskiej Filharmonii na wielkim trawniku w Central Parku, ale jeśli jest młodym człowiekiem na plaży na Coney Island i pije nutcrackera [mieszanka wódki lub likieru z sokiem – przyp. tłum.] lub piwo z przyjaciółmi na własnej ulicy, może być ukarany mandatem. To dyskryminacja i hipokryzja”.
Dalej twórcy ustawy pytają: „Ma to sens tylko dlatego, że miasto już zezwoliło tysiącom barów na serwowanie napojów na wynos. Jak myślicie, gdzie one są konsumowane?”.
Dzisiaj picie w miejscu publicznym, jutro picie alkoholu jako wartość publiczna i wspólnotowa
Nie ma nic radykalnego w pozwoleniu ludziom na picie alkoholu na świeżym powietrzu, gdy śmiertelna pandemia sprawia, że przestrzenie wewnątrz budynków są niebezpieczne – to tylko zdrowy rozsądek. Publiczne picie jest aktem bez ofiar (chyba że jeden ze zbyt wielu koktajli prowadzi do kaca lub niezrozumiałego SMS-a wysłanego nocą do byłego partnera).
Drastyczne przepisy dotyczące picia w miejscu publicznym nie zostały uchylone od ponad wieku. Takie uchylenie mogłoby pomóc nam rozwinąć zdrowszy stosunek do środków odurzających, wyciągając spożywanie alkoholu z cienia.
Mogłoby to również pozwolić nam wyobrazić sobie jeszcze głębsze i bardziej radykalne zmiany w naszym stosunku do alkoholu, np. to, kto kontroluje jego produkcję i kto ma udział w przychodach. Jeszcze przed uchwaleniem 18. poprawki zakaz był już prawem obowiązującym w wielu stanach, a amerykański lider socjalistów Eugene V. Debs napisał w 1916 r .: „Uspołecznij biznes alkoholowy, pozbądź się zysku i pozwól mu być kontrolowanym przez państwo, jak proponuje socjalizm, a nastąpi doraźny koniec zła – ale nigdy nie nastąpi on poprzez ustawodawstwo zakazujące. Na świecie jest zbyt wiele »zakazów«, a duch ich jest często bigoteryjny i tyrański. W księgach ustaw istnieją dziesiątki tysięcy praw, które zabraniają prawie wszystkiego, co można sobie wyobrazić, i pomimo całego dobra, jakie czynią, lepiej byłoby, gdyby zostały uchylone”.
Od ponad stu lat, odkąd Debs napisał te słowa, nadal żyjemy w cieniu zbyt silnego zakazu. Zamiast tego wybierzmy wolność i zalegalizujmy publiczne picie alkoholu.
Miles Kampf-Lassin
Tłum. Magdalena Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu czasopisma „Jacobin” w sierpniu 2020 r.
przez Łukasz Misiuna | środa 21 kwietnia 2021 | opinie
Właśnie mijają dwa lata od czasu, gdy były minister środowiska Henryk Kowalczyk, następnie były minister środowiska Michał Woś, obecny minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka oraz wciąż pełniący funkcję dyrektora Świętokrzyskiego Parku Narodowego Jan Reklewski pracują nad usunięciem z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego jego symbolicznego serca: fragmentu Łyśca z częścią pobenedyktyńskiego klasztoru. Sprawę obszernie opisywałem w cyklu artykułów. O sprawie pisali także dziennikarze innych mediów.
Park narodowy tworzy się w celu zachowania różnorodności biologicznej, zasobów, tworów i składników przyrody nieożywionej, walorów krajobrazowych, przywrócenia właściwego stanu zasobów i składników przyrody oraz odtworzenia zniekształconych siedlisk przyrodniczych, siedlisk roślin, siedlisk zwierząt lub siedlisk grzybów. W definicji nie ma nic o budowie farm fotowoltaicznych, wznoszeniu wież widokowych ani hoteli, parcelacji terenów czy oddawania ich fragmentów w użytkowanie związkom wyznaniowym. A takie są właśnie plany związane ze Świętokrzyskim Parkiem Narodowym. Plany Rady Ministrów, Ministra Klimatu i Środowiska, Dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego, samorządów i posła Mariusza Goska z Solidarnej Polski.
Diabelski młyn
W ciągu tych niespełna dwóch lat mogliśmy być świadkami przedziwnych zachowań urzędników różnego szczebla, na czele z kolejnymi ministrami, ale nie wolno nam zapomnieć o szczególnej roli dyrektora ŚPN. Wszystko zaczęło się od słynnego oświadczenia dyrektora ŚPN Jana Reklewskiego, który na łamach kieleckiej Gazety Wyborczej stwierdził, że obszar Łyśca jest pozbawiony wartości przyrodniczych. To był pierwszy obrót diabelskiego młyna. W kolejnych miesiącach pojawiały się kolejne projekty rozporządzeń planujących wyłączenie z granic ŚPN najpierw ponad 5 ha na Łyścu, a obecnie 1,3 ha.
Wskutek silnego oporu środowiska przyrodników i naukowców, ale też polityków kilku partii, którzy słali interpelacje w tej sprawie, do dziś sprawa nie jest zamknięta. Ale jej procedowanie trwa.
Wśród szczególnych, wartych zapamiętania zachowań urzędników państwowych wysokiego szczebla kilka trzeba przypomnieć. Poza kompromitująca wypowiedzią dyrektora Reklewskiego to poseł Mariusz Gosek z Solidarnej Polski najbardziej zadziwił wszystkich. Na pytanie zadane przez Stowarzyszenie MOST z Kielc o to, w jakim charakterze, po co i czy za zgodą przełożonego spotyka się z dyrektorem ŚPN, ministrem środowiska i ojcem Marianem Puchałą, superiorem klasztoru na Łyścu, odpowiedział w oficjalnym piśmie, że nie musi mieć niczyjej zgody na takie spotkania oraz że spotyka się w charakterze katolika. Pan Gosek w tamtym czasie był członkiem zarządu województwa świętokrzyskiego.
W panteonie twórców nowych granic ŚPN jedno z ważniejszych miejsc zajmuje obecny wiceminister sprawiedliwości, a wcześniej minister środowiska Michał Woś. Ten człowiek, odpowiedzialny dziś za stanowienie prawa w Polsce, a wtedy za respektowanie prawa ochrony przyrody, nigdy nie odpowiedział na żadne pismo skierowane do niego w sprawie ŚPN. Minister Woś ogłosił latem 2020 konsultacje społeczne w sprawie projektu rozporządzenia, zaprosił do rozmów kilka wybranych przez siebie organizacji, nie odpowiedział nigdy na ich uwagi do projektu rozporządzenia, z dnia na dzień zorganizował spotkanie w ministerstwie, na które nie przyszedł, zarządził niezgodny z ustawą termin składania uwag, po czym w ostatnim dniu swego urzędowania ogłosił własny projekt rozporządzenia dotyczący zmian granic ŚPN, w którym umieścił ważną zmianę w stosunku do poprzedniego projektu. Zawarł w nim zapis mówiący o włączeniu w granice ŚPN ponad 60 ha izolowanej enklawy leśnej pod Grzegorzowicami. Woś zmianę tę ogłosił tuż przed wyborami prezydenckimi. Wizytował wtedy Łysiec z prezydentem Andrzejem Dudą i dyrektorem ŚPN oraz Marianem Puchałą, superiorem klasztoru. Zabieg ten w oczywisty sposób był związany z kampanią wyborczą i miał prawdopodobnie na celu przekonanie opinii publicznej, że przecież 1,3 ha za 60 ha to dobry deal. Miał on jednak dużo poważniejsze konsekwencje, bo obecnie minister klimatu i środowiska piórem sekretarz stanu ministerstwa, Moniki Golińskiej, twierdzi, że zapisy ustawy o ochronie przyrody dotyczące warunków zmniejszenia powierzchni parku narodowego, nie stosują się. To jest najbardziej szalony obrót diabelskiego młyna i uważajcie, co czytacie. Pani Golińska w jednym z pism stwierdziła, że ŚPN nie jest zmniejszany, lecz powiększany i nie ma potrzeby badania wartości przyrodniczych i kulturowych fragmentu wyłączanego z granic parku. Oznacza to mniej więcej, że jeśli ktoś ukradnie ci rodowy klejnot po prababci, który jest bezcenny, ale da w zamian np. skrzynkę pełną pierścionków z odpustowej strzelnicy, to nie możesz się czuć okradziony – bo przecież podobno zostałeś obdarowany.
Trzeba tu przypomnieć, że w świetle polskiego prawa, aby zmniejszyć powierzchnię parku narodowego, czyli wyłączyć z jego granic jakiś fragment, należy wykazać bezpowrotną utratę wartości przyrodniczych i kulturowych tego fragmentu. Zresztą właśnie dokładnie to głosi dyrektor ŚPN oraz to pierwotnie głosił projekt rozporządzenia byłego ministra środowiska Henryka Kowalczyka. Skoro jednak nie udało się tej utraty wykazać, bo zespół przyrodników opublikował raport z wynikami badań, które na tym niewielkim kawałku 1,3 ha wykryły kilkanaście zagrożonych wymarciem gatunków, trzeba było obejść ustawę. Raport z badań, który jednoznacznie wykazuje, że 1,3 ha na Łyścu posiada unikalne wartości kulturowe i przyrodnicze można przeczytać tutaj. Otrzymali go zarówno minister Kurtyka, jak i dyrektor Reklewski. Do dziś się do niego nie odnieśli.
Nie ostatnim, ale jakże efektownym obrotem diabelskiego młyna na Łyścu jest oficjalna wypowiedź sekretarz stanu w ministerstwie klimatu i środowiska, Moniki Golińskiej, o tym, że to ona zdecyduje, co jest wartością, a co nie jest. Oto słowa pani sekretarz i zapamiętajcie je, bo to coś bardzo mocnego: „Ustawa o ochronie przyrody nie definiuje pojęcia wartości przyrodniczych oraz kulturowych. Z uwagi na różnorodność przyrody oraz dóbr kultury, nie wydaje się możliwe ustalenie takich definicji. Pojęcia te będą podlegały indywidualnej ocenie w zależności od sprawy”.
Pani Golińska tym jednym zdaniem demoluje kilka ustaw, dorobek naukowy, system wartości Polaków oraz podważa wartość historii Polski. Ale też wykazuje się niebywałą ignorancją, bo przecież wartości te są zdefiniowane i opowiedziane w wielu miejscach przez wielu ludzi, a opowieść tę zaczął Gall Anonim. Kilkaset lat dorobku historyków, kilku królów, wielu mądrych ludzi – trafia za jednym zamachem do wora z bezwartościowymi śmieciami.
Baba z wąsami i clown
Bezprawne działania dotyczące Łyśca i planów jego usunięcia z granic ŚPN mają na celu pozbycie się tego dobra ze Skarbu Państwa, aby można je było odsprzedać, pewnie po preferencyjnej cenie, zakonnikom. To trzeba jasno powiedzieć. O nic innego tu nie chodzi i wszyscy to wiedzą, a cała proceduralna igraszka ma służyć jedynie znalezieniu prawnego sposobu na to. No ale tego sposobu nie ma.
Pod zarządem Jana Reklewskiego ŚPN ma jednak nie tylko opisany wyżej problem. Trudno powiedzieć, co powoduje Janem Reklewskim, ale i on postanowił swoimi pomysłami i działaniami podważyć najwyższe wartości Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wycięcie Łyśca z jego granic to perła w koronie dyrektora. Ale są i inne plany. 24 listopada 2020 w „Gazecie Wyborczej Kielce” redaktor Grzegorz Walczak poinformował, że dyrektor Jan Reklewski ogłosił przetarg na 25-letnią dzierżawę działki z przeznaczeniem pod budowę farmy fotowoltaicznej. Do przetargu nikt się nie zgłosił. Działka przeznaczona przez Jana Reklewskiego do zabudowy solarną infrastrukturą jest własnością skarbu państwa w wieczystym użytkowaniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jak informuje Gazeta Wyborcza „w sporządzonym operacie ewidencji gruntów do Planu Ochrony Świętokrzyskiego Parku Narodowego przy działce 654/4 (a zatem tej wystawionej w przetargu) jest informacja, że »proponuje się korektę polegającą na objęciu granicą ŚPN« m.in. tego terenu. Dokument przygotował Krzysztof Haczek z warszawskiego oddziału Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej”.
Okazuje się, że nie jest to zwykła działka, o której Jan Reklewski wypowiada się tak: „To dawne wyrobisko po kopalni w Rudkach. Taki grunt poprzemysłowy, który do niczego innego się nie nadaje. Leży poza granicami parku”. Na działce o powierzchni 4 ha o numerze ewidencyjnym 654/4 obręb Rudki znajduje się… rezerwat archeologiczny „Rudki” zlokalizowany w gminie Nowa Słupia w pobliżu miejscowości Rudki nad rzeką Pokrzywianką. Jest to najstarsza i zarazem jedyna znana w Europie poza granicami Imperium Rzymskiego głębinowa kopalnia rud żelaza. Kopalnia działała od I/II w. n.e. do 2. poł. III w. n.e. Złoże było też eksploatowane w czasach nowożytnych (XVIII i XIX w.) .
Na pytania w tej sprawie sekretariat ŚPN odpowiedział w mailu z dn. 14.11.2020 między innymi: „Inwentaryzacja przyrodnicza wykonana na potrzeby Planu Ochrony ŚPN nie wykazała na tej działce gatunków cennych przyrodniczo”. Wygląda na to, że dyrekcji ŚPN umknęło, że jest to rezerwat archeologiczny, chroniony prawem.
Stowarzyszenie MOST zapytało Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków o to, czy wydawał zgodę dyrekcji ŚPN na budowę farmy solarnej na tej właśnie działce. W odpowiedzi z dn. 14.12.2020 czytamy: „Odpowiadając na wniosek o udostępnienie informacji publicznej z dnia 08.12.2020 r. (wpływ 09.12.2020 r.), w sprawie planów budowy farmy fotowoltaicznej na działce ewid. nr 654/4 znajdującej się w obrębie rezerwatu archeologicznego »Rudki«, zgodnie z Ustawą z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (t.j. Dz. U. z 2019 r. poz. 1429 z późn. zm.), informuję, że Świętokrzyski Park Narodowy nie zwracał się z wnioskiem do Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Kielcach o zezwolenie na budowę farmy fotowoltaicznej na wskazanej działce”. 22.02.2021 Stowarzyszenie MOST otrzymało pismo od Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, a w nim informację, że Konserwator Zabytków z urzędu wszczął postępowanie kontrolne dotyczące przestrzegania i stosowania przepisów ustawy o ochronie zabytków. Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego chyba nie zna wartości obiektów, którymi administruje i z łatwością i nonszalancją działa na rzecz ich zniszczenia lub usunięcia z granic parku.
Ewidentnie koncepcja zachowawczej ochrony parku narodowego to nie jest coś, co kręci Jana Reklewskiego. Gołoborza, przedchrześcijański wał kultowy, reliktowa roślinność i fauna, bór jodłowy, stary jak Polska klasztor, to nie są wystarczające atrakcje. Tej babie trzeba doprawić wąsy. Tą babą stała się Łysica. Drugi obok Łyśca symbol ŚPN. Wspaniała, masywna, mroczna góra, wyglądająca z odległości kilku kilometrów jak stara baba, bogini, wiedźma. To się nie może podobać. To trzeba poprawić. Jan Reklewski wymyślił, że na Łysicy, najwyższym szczycie Gór Świętokrzyskich, który wchodzi w skład Korony Gór Polski, postawi… wieżę widokową.
To się może wydawać ciekawe. Przecież w Górach Świętokrzyskich prawie nie ma rozległych panoram i wysokich punktów, z których można objąć spojrzeniem widnokrąg. No właśnie. Nie ma. Bo to góry niskie i kopulaste, a nie wysokie i strzeliste. To te właśnie warunki geologiczne ukształtowały charakter tutejszej przyrody, a ona tutejszych ludzi i ich charaktery i mentalność. Tak. Jesteśmy w Górach Świętokrzyskich przyzwyczajeni do łażenia po mrocznych, wilgotnych i chłodnych borach. Taka tu specyfika, że nie widzisz, co będzie za kolejnym zakrętem leśnej ścieżki. Budowa wieży na Łysicy wpłynie na krajobraz tej wspaniałej góry i całych Łysogór. Zwiększy presję turystyczną. A ta nie pozostanie bez znaczenia dla dzikiej przyrody. W niewielkiej odległości od Łysicy w 2016 roku stwierdzono pierwszy raz po długich latach obecność rysia, co zostało udokumentowane, potwierdzone przez krajowego eksperta, a materiał faktograficzny znajduje się w posiadaniu Stowarzyszenia MOST. Mały, pofragmentowany, poddany silnej presji park narodowy to nie jest dobre miejsce na stawianie wież widokowych, szczególnie w tak niezwykłym miejscu jak Łysica.
W katalogu absurdów do jakich dochodzi w Świętokrzyskim Parku Narodowym pozornie najmniej spektakularny, ale potencjalnie najbardziej dewastujący jest sposób traktowania Łyśca przez zakonników. Pośród licznych pomysłów niszczących zabytkową tkankę Księcia Gór trzeba powiedzieć o ogródku, który Oblaci założyli na Łyścu, w Świętokrzyskim Parku Narodowym, w obszarze Natura 2000 „Łysogóry”. Zakonnicy dokonali między innymi nasadzeń drzew na rozległej polanie oraz wprowadzili nawłoć, inwazyjny gatunek rośliny. Po stwierdzeniu 4 września 2020, że na Łyścu zakonnicy posadzili inwazyjną nawłoć, Stowarzyszenie MOST poinformowało o tym dyrekcję Świętokrzyskiego Parku Narodowego oraz Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. W piśmie z 18.09.2020 dyrekcja Świętokrzyskiego Parku Narodowego odpowiedziała: „Świętokrzyski Park Narodowy w dniu 09.09.2020 zwrócił się do Klasztoru Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej z żądaniem usunięcia z terenu Jałowych Łąk nawłoci, która jako gatunek obcy ma cechy inwazyjne i zagraża rodzimej florze (…). (…) nawłoć została usunięta i zutylizowana. Z przedstawionej informacji wynika, że nawłoć została wprowadzona dla ozdoby przez jednego z braci zakonnych, który nie miał świadomości destrukcyjnego wpływu tej rośliny na środowisko. Służby Parku potwierdziły usunięcie nawłoci”.
Zgodnie z art. 120 ust. 1 ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody zabrania się wprowadzania do środowiska przyrodniczego oraz przemieszczania w tym środowisku roślin, zwierząt lub grzybów gatunków obcych. Gatunki inwazyjne należą obecnie do grupy trzech największych zagrożeń dla światowej bioróżnorodności.
To nie są wszystkie „atrakcje”, jakie dla zwiedzających Świętokrzyski Lunapark Narodowy zgotowali ministrowie, dyrekcja ŚPN i zakonnicy. Brakuje tu zlotów kilku tysięcy motocyklistów na Łyścu, policyjnej orkiestry dętej w tym samym miejscu czy pomysłu na zgromadzenie 120 000 pielgrzymów na 5 hektarach. Te „ambitne” plany pokrzyżowała pandemia.
Wyścig kwadryg i rzucanie sztyletami do żywego celu
W ciągu niemal dwóch lat rządowych planów zmniejszenia ŚPN o Łysiec, środowisko kieleckich przyrodników i aktywistów wykonało ogromną pracę, aby do tego nie dopuścić. Powstały liczne artykuły publicystyczne, raport z badań naukowych, dziesiątki pism, interpelacje poselskie, protest pod klasztorem, skargi do urzędów, apel podpisany przez naukowców, sprzeciw poparła między innymi Polska Akademia Nauk, złożono wniosek o kontrolę procedur do Najwyższej Izby Kontroli. W przygotowaniu są kolejne kroki prawne. Po drugiej stronie zaangażowany został aparat państwowy pracujący za pieniądze Polaków w sprawie, której celem jest odebranie Skarbowi Państwa jego własności, to jest własności Polaków i przekazanie jej związkowi wyznaniowemu za bezcen. Przy pomocy łamania polskiego prawa.
Nawet w czasach, gdy nie powstają parki narodowe ani nie da się ich powiększać, okazuje się, że Lasy Państwowe bez słowa sprzeciwu oddają ponad 60 ha lasu. W jakim innym przypadku leśnicy wyłączają z gospodarki 60 ha umiarkowanie ciekawego przyrodniczo lasu? W tej walce społecznicy dysponują wyłącznie własnym czasem, a decydenci majątkiem Polaków. Czy obok poświadczenia nieprawdy, przestępstwa urzędniczego i niegospodarności można będzie postawić jeszcze jakieś zarzuty?
Ekwilibrystyka i akrobatyka
Świętokrzyski Park Narodowy tylko jako całość stanowi unikat o najwyższych krajowych i międzynarodowych wartościach: „Gdyby uszeregować parki narodowe pod względem uzyskanych średnich wartości walorów przyrodniczych, to Świętokrzyski Park Narodowy razem ze Słowińskim plasują się na 7. pozycji w kraju, a według klasyfikacji IUCN (Światowa Unia Ochrony Przyrody), która wyróżnia 6 kategorii obszarów chronionych, ŚPN znajduje się w II, najwyższej kategorii obok takich obiektów jak np. Wielki Kanion” (Harabin 2000).
Upór i konsekwencja badaczy czyniących starania przez niemal pół wieku o objęcie ochroną całych Łysogór wraz z Łyścem jako perłą Świętokrzyskiego Parku Narodowego robi do dziś wielkie wrażenie. Ani niszczycielskie działania zaborców, ani czasy I wojny światowej i dewastacja klasztoru na Łyścu, ani okres sanacyjnego więzienia, ani nawet ciężkie bombardowanie przez Luftwaffe w 1939 roku, a później 6 długich lat II wojny światowej nie zniechęciły polskich naukowców-patriotów do objęcia ochroną Łysogór wraz z ich sercem, Łyścem. Następnie długie lata PRL również nie przyniosły wątpliwości co do konieczności ochrony Łysogór. Co więcej, czasy dzikiego kapitalizmu i III RP też nie doprowadziły do poddania w wątpliwość unikalnych wartości Łyśca jako integralnej części ŚPN.
Dopiero rządy Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski i trzech ostatnich ministrów środowiska (Henryk Kowalczyk, Michał Woś, Michał Kurtyka) poddały w wątpliwość sens 112-letnich zabiegów kilku pokoleń polskich naukowców i miłośników przyrody o zachowanie w całości Łysogór w ramach Świętokrzyskiego Parku Narodowego.
Łukasz Misiuna
Autor napisał powyższy artykuł w ramach projektu „#Korzenie. Projekt ochrony dziedzictwa przyrody i kultury Gór Świętokrzyskich” dofinansowanego przez program Aktywni Obywatele-Fundusz Krajowy.