Piłka nożna dla bogatych

Piłka nożna dla bogatych

Błyskawiczne fiasko Superligi, która przetrwała zaledwie kilkadziesiąt godzin, nie powinno nikogo uśpić. Idea wydzielenia osobnego formatu rozgrywek tylko dla bogatych została skompromitowana, ale na pewno nie umarła.

25 maja 1967 r., Estadio Nacional w Lizbonie. Celtic Glasgow po bramce strzelonej w końcówce meczu przez Stephena Chalmersa pokonuje w finale Pucharu Europy Mistrzów Krajowych faworyzowany Inter Mediolan. Najbardziej prestiżowe rozgrywki w Europie wygrywa szkocka drużyna, w której nie ma ani jednego obcokrajowca. Mało tego. Wszyscy piłkarze ówczesnego Celticu urodzili się w promieniu 50 km od Glasgow.

Tak się złożyło, że przed rokiem finał najbardziej prestiżowych zmagań na starym kontynencie również toczył się w Lizbonie. Trofeum zdobył niemiecki Bayern Monachium. W pierwszej jedenastce Bawarczyków wybiegło 6 Niemców. Niby nie najgorzej, ale wśród nich był tylko jeden piłkarz, którego Bayern ukształtował piłkarsko od czasów juniora. To jednak i tak o niebo lepiej niż w drużynie finałowego rywala. We francuskim PSG na boisko wybiegło dwóch piłkarzy z ojczyzny de Gaulle’a, w tym jeden wychowanek. Porównanie to dobitnie ukazuje, jak zmieniła się piłka przez ostatnie pół wieku.

W latach 90. doszło do dwóch wydarzeń, które na trwałe zmieniły charakter europejskich rozgrywek. Pierwszym z nich było przekształcenie Pucharu Europy Mistrzów Krajowych w Ligę Mistrzów. Najważniejszą cechą reformy było zastąpienie w początkowej fazie rywalizacji systemu pucharowego (gdzie przegrywający odpada po dwumeczu) zmaganiami w czterozespołowych grupach. Systematycznie również zwiększano ilość uczestników fazy grupowej, do obecnych 32, dopuszczając do rywalizacji nie tylko wicemistrzów, ale nawet drużyny zajmujące 3. i 4. miejsce (przy czym nie zdecydowano się na zmianę nazwy rozgrywek) w de facto najbogatszych ligach, choć do sezonu 2018/2019 drużyny z niższych miejsc musiały przebijać się przez kwalifikacje.

Drugim znamiennym wydarzeniem był wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie belgijskiego piłkarza Jean-Marc Bosmana, którego kontrakt z pierwszoligowym Royal Football Club de Liège wygasł w 1990 r. Klub wysłał zawodnika do rezerw, jednocześnie obniżając mu pobory. Bosman znalazł sobie nowego pracodawcę we Francji, ale Belgowie zażądali od Francuzów kwoty odstępnego za swojego zawodnika. Bosman poszedł do sądu, oskarżając władze klubu z Liège o złamanie unijnej zasady swobodnego przepływu osób. Sprawa trafiła do TSUE, który uznał racje zawodnika, uznając, że każdy piłkarz w przypadku wygaśnięcia kontaktu z dotychczasowym pracodawcą ma prawo do swobodnego wyboru nowego klubu, a poprzedniemu nie należy się z tej przyczyny żadna kwota odstępnego. Zasady te miały obowiązywać we wszystkich federacjach piłkarskich państw należących do Unii Europejskiej.

Niewątpliwie orzeczenie TSUE poprawiało sytuację zawodników, którzy do tej pory często, już po zakończeniu zobowiązań kontraktowych, byli traktowani jak zakładnicy przez dotychczasowych pracodawców. To jednak nie wszystko. Trybunał uznał, że federacje krajowe nie mogą wprowadzać klauzul ograniczających zatrudnianie cudzoziemców, jeżeli są oni obywatelami któregoś z państw Unii Europejskiej. Orzeczenie otworzyło szeroko drzwi europejskich klubów dla piłkarzy zagranicznych. Do tego stopnia, że sytuacja, gdy w drużynie włoskiej czy angielskiej nie wybiega ani jeden rodzimy piłkarz, coraz rzadziej uważana jest za anomalię.

Po orzeczeniu TSUE hipotetycznie może powstać drużyna składająca się z europejskich piłkarzy najlepszych na swojej pozycji. O ile nie ma jednej takiej drużyny w Europie, to już w poszczególnych ligach łatwo dostrzec hegemonów, wyciągających od konkurencji najzdolniejszych zawodników. W Niemczech taką pozycję od lat ma Bayern Monachium, we Włoszech Juventus, we Francji PSG, a w Hiszpanii Real i Barcelona. Kluby te są w stanie pozyskać w zasadzie każdego zawodnika z ligi, na którego tylko mają ochotę, a dodatkowo wzmacniają skład najlepszymi piłkarzami zagranicznymi. Dzieje się to ze szkodą dla dramaturgii rywalizacji ligowej, a walka o mistrzostwo do ostatniej kolejki jest rzadkością. I tak Bayern Monachium zdobywa mistrzostwo Niemiec nieprzerwanie od 2013 r., Juventus dziewięciokrotnie wygrał rywalizację we Włoszech (w tym roku przerwaną przez równie bogaty Inter Mediolan), PSG od czasów przejęcia klubu przez Katarczyków przegrywa na swoim podwórku incydentalnie, a w hiszpańskiej Primera Division w ostatnich 20 latach tylko trzykrotnie mistrzostwa nie zdobywał ktoś z duopolu Real-Barcelona.

Europejska scena piłkarska została tak szczelnie zabetonowana, że w zasadzie nie da się zagrać na niej głównej roli bez wpompowania fortuny na transfery zawodników i zatrudnianie najlepszych trenerów. Nie można przebić szklanego piłkarskiego sufitu bez pieniędzy bajecznie bogatych inwestorów. Modelowym przykładem takiej drogi są Paris Saint-Germain oraz Manchester City. Właścicielem tych pierwszych jest, siedzący na ropie, katarski biznes. Na drugi łoży z kolei szejk Mansour bin Zayed al-Nahyan. W ciągu ostatnich kilkunastu lat na oba kluby wydano, luźno licząc, 2-3 miliardy euro, niejako wykupując sobie miejsce w europejskiej elicie. Jeszcze na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia kluby z biednej Rumunii czy Jugosławii były w stanie wygrywać najważniejsze rozgrywki piłkarskie na starym kontynencie. W tej chwili sukcesem dla drużyn z naszej części Europy jest już gra w samej fazie grupowej, która dla największych stanowi dopiero rozgrzewkę przed poważną rywalizacją pucharową.

Ktoś może w tym momencie powiedzieć: no dobrze, ale skoro wspomniane kluby stać na wykup zawodników nie tylko od krajowej konkurencji, ale też od klubów z państw stojących niżej w piłkarskiej hierarchii, to te pieniądze muszą płynąć do mniej zamożnych. I tak, jeżeli Milan kupił Krzysztofa Piątka za 35 mln euro od Genoi, to klub z Ligurii zarobił na transferze 31 mln. Wcześniej bowiem musiał zapłacić za polskiego napastnika 4 mln euro Cracovii. Polski zespół zarobił zatem również pieniądze ogromne jak na nasze lokalne warunki. Mało tego, na każdym transferze Piątka zarabia Lechia Dzierżoniów z tytułu wyszkolenia zawodnika. I tak, po przeprowadzce snajpera z Milanu do Herthy na konto czwartoligowego klubu z Dolnego Śląska trafiło 270 tys. euro.

Czy można z tego wysnuć wniosek, że dzięki hojności możnych zyskują wszyscy, a bogactwo spływa z góry klubowej hierarchii na sam dół? Niestety tak nie jest. Po pierwsze największe pieniądze wydaje się między najbogatszymi klubami (np. rekordowe 222 mln euro, jakie PSG musiało zapłacić Barcelonie za Neymara). Za zawodnika z mniej majętnej ligi z założenia płaci się gorsze pieniądze. Poza tym, co istotniejsze, reformy rozgrywek europejskich, w których kluby mogą zarobić, zmierzają w kierunku ograniczania możliwości awansu biedniejszym, przy gwarancji uczestnictwa większej ilości przedstawicieli lig najbogatszych. Kilkanaście lat temu zauważył to Michel Platini, któremu udało się przeforsować reformę Ligi Mistrzów. Dokonano podziału kwalifikacji tak, by przedstawiciele najbogatszych lig nie mogli rywalizować o awans z mistrzami lig mniej zamożnych. Zgodnie z tym czwarta drużyna ligi angielskiej nie mogła na tym etapie rywalizować z mistrzem Polski. Zmiana spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem klubów skupionych w ramach grupy G-14, będącej protoplastą niedoszłej Superligi. Po raz pierwszy pojawiła się wtedy poważna groźba rozłamu w europejskiej piłce, wyciszona ugodą z FIFĄ i UEFĄ w sprawie rekompensat dla klubów za kontuzje ich zawodników w Mistrzostwach Świata i Mistrzostwach Europy.

Reforma Platiniego była jednak ostatnią próbą poprawienia sytuacji biedniejszych klubów w rywalizacji z europejskimi gigantami. Od tego czasu widzimy jak włodarze europejskiej piłki ulegają coraz bardziej żądaniom możnych, używających raz po raz straszaka w postaci stworzenia odrębnej ligi. W 2017 r. UEFA nieco zmodyfikowała łatwiejszą ścieżkę awansu dla klubów z mniej zamożnych lig, zmniejszając o jedną pulę miejsc dla klubów ze ścieżki mistrzowskiej. Co jednak bardziej istotne, zagwarantowała po cztery miejsca w fazie grupowej Ligi Mistrzów przedstawicielom czterech najbogatszych lig: angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej i niemieckiej. Na tym szczególnie zależało europejskim potentatom, dla których ewentualny brak gry w najbardziej dochodowych rozgrywkach oznacza ogromne straty dla budżetu. Dodajmy, klubów i tak już mocno zadłużonych, co trwająca pandemia jedynie spotęgowała. Żyjące od lat na kredyt Real, Barcelona czy Juventus (tutaj chlubnym wyjątkiem jest Bayern Monachium) utraciły wpływy z biletów oraz z promocji na całym świecie.

Największe kluby europejskie są bowiem markami globalnymi, którym w coraz większym stopniu zależy na satysfakcji kibica azjatyckiego czy amerykańskiego niż wiernego fana od lat przychodzącego na stadion. W lidze hiszpańskiej już tradycją stało się rozgrywanie kilku spotkań w kolejce o godzinach wyjątkowo wczesnych jak na styl życia mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego (między 12 a 14), aby tylko zadowolić chińskiego kibica Primera Division, oglądającego mecze w lokalnym prime timie. Od 2020 r. natomiast organizowane są rozgrywki o Superpuchar Hiszpanii w formie turnieju rozgrywanego pomiędzy czterema zespołami w… Arabii Saudyjskiej (w tym roku z powodu pandemii musiał być „przymusowo” rozegrany w Hiszpanii). Poważnie rozważano także kuriozalny pomysł rozgrywania niektórych meczów ligowych w Stanach Zjednoczonych. Hiszpania nie jest wyjątkiem. Szlak przecierali Włosi, którzy już w 1993 r. zorganizowali mecz o Superpuchar na stadionie w Waszyngtonie. Od tego czasu tradycyjny mecz między mistrzem Italii a zdobywcą pucharu rozgrywany był w Libii, Chinach, Katarze czy Arabii Saudyjskiej.

Oprócz oczywiście żądzy większego zysku (za sam udział w rozgrywkach kluby miały mieć do podziału 3,5 mld euro), u podstaw projektu Superligi stało myślenie w kategoriach globalnych, reprezentujące nieeuropejską wizję sportu. Obejmowała ona rozgrywki ze stałymi drużynami, mającymi co rok zagwarantowane miejsce w nich niezależnie od uzyskiwanych wyników, co żywo przypominały amerykańskie ligi koszykówki, hokeja czy baseballu. To nie może dziwić, skoro sponsorem ligi miała być amerykańska sieć banków inwestycyjnych JP Morgan Chase. Pewną osobliwością byłoby zapraszanie do Superligi członków niestałych, oczywiście uznaniowo wskazywanych przez samych założycieli.

Pomysł, który miał mieć siłę bomby atomowej, z dnia na dzień zmieniając rzeczywistość europejskich rozgrywek, okazał się jednak przemokniętym kapiszonem. Dlaczego? Oczywiście forma zakomunikowania światu rewolucyjnego pomysłu była fatalna. Te jaskrawe niedociągnięcia nie były jednak decydujące w tak szybkim pogrzebaniu projektu. Wydaje się, że kluczowym okazał się brak właściwego rozeznania rzeczywistości piłkarskiej przez pomysłodawców. Nie spodziewano się tak masowego i zgodnego sprzeciwu wobec Superligi ze strony europejskiej centrali, federacji związkowych, piłkarzy, mediów i kibiców. O tym, jak ważna okazała się to kwestia, świadczy fakt zajęcia stanowiska przez czołowych polityków europejskich. Prezydent Francji Emanuel Macron wyraził zadowolenie, że żaden francuski klub nie weźmie udziału w Superlidze (zaproszone było PSG), a premier Wlk. Brytanii Boris Johnson określił plany stworzenia nowych rozgrywek jako destrukcyjne dla futbolu. I to w sytuacji, kiedy aż sześć angielskich klubów miało mieć w nich zagwarantowane miejsce na stałe.

UEFA postanowiła zareagować stanowczo i zagroziła, nie tylko wyrzuceniem klubów biorących udział w secesji z wszelkich europejskich rozgrywek (co miałoby zasadnicze konsekwencje już w tym sezonie, bo na półfinalistów Ligi Mistrzów aż trzech z czterech zadeklarowało chęć uczestnictwa w Superlidze, a Ligi Europy – połowa) oraz krajowych, ale też zakazem uczestnictwa w Mistrzostwach Europy dla ich piłkarzy. Na marginesie trzeba dodać, że zdecydowana reakcja UEFY mniej wynikała z przyczyn ideowych, a bardziej z czysto ekonomicznych. Rozgrywki bez klubów generujących największe zainteresowanie postronnych kibiców przestałyby przynosić tak gigantyczne zyski, także dla europejskiej centrali piłkarskiej. Bunt możnych musiał być zresztą dla niej niemałym szokiem, tym bardziej, że kilka dni wcześniej uzgodniono reformę rozgrywek pucharowych zgodnie z interesami największych. Te mogłyby zagrać w Lidze Mistrzów nawet zajmując miejsce poniżej 4. w swojej lidze. Co szczególnie interesujące, szefem ECA, w ramach której został ustalony przyszły format Ligi Mistrzów, był wtedy Andrea Agnelli, prezes Juventusu Turyn, a także wiceprezes… niedoszłej Superligi.

Tym, co przeważyło szalę, była ulica, a konkretnie angielscy kibice wściekli, że ich ulubieńcy mogą zostać wykluczeni z Premier League. Dla fanów Chelsea ważniejsze okazały się derby Londynu z West Hamem i Fulham niż cotygodniowe starcia z Realem i Barceloną. Podobnie dla kibiców pozostałych angielskich klubów, a fani Manchesteru United wtargnęli na stadion i nie pozwolili na rozegranie meczu z Liverpoolem, nawet po tym, jak amerykańscy właściciele Czerwonych Diabłów wycofali się z Superligi. Bunt możnych chwilowo został zdławiony. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że porzucą oni swój pomysł na nową „lepszą” piłkarską Europę.

Tak, jestem romantykiem futbolu, wciąż wierzącym, że pieniądze w tym sporcie nie są jedynym gwarantem sukcesów. Z biegiem czasu wiara ta jednak słabnie we mnie. Piłka przez ostatnie lata przeszła błyskawiczną transformację. Bez formalnego utworzenia odrębnej ligi bogaczy, piłkarska elita pieniądza uciekła daleko biedniejszym pretendentom. Nawet teraz jednak czasami Dawidowi uda się pokonać Goliata, a już sama możliwość rywalizacji z wielkim rywalem jest wydarzeniem, które kibice piłkarskiego kopciuszka wspominają latami. Jestem kibicem Wisły Kraków. Teraz drużyna jest w kryzysie, od dekady nie mogąc przebić się do kwalifikacji europejskich rozgrywek. Nie tak dawno jednak klub wygrywał ligę, a ja mogłem pasjonować się meczami z galaktycznym Realem Madryt, naszpikowaną gwiazdami Barceloną czy Interem Mediolan. W większości przypadków były to potyczki przegrane, ale zdarzały się też wielkie triumfy, jak pamiętne 4:1 nad ówczesnym wicemistrzem Niemiec, Schalke 04 Gelsenkirchen. Gdyby istniała Superliga, nie miałbym szans przeżywać takich emocji. Tak jak milionom kibiców w całej Europie, oddanym drużynom spoza elitarnej 12 czy 15, brutalnie pozbawiono by mnie marzeń.

Odebranie resztek nadziei… Tak, to byłaby największa zbrodnia Superligi.

Marcin Rezik

Pandemiczna walka o zasoby

Pandemiczna walka o zasoby

Dostrzegalny jedynie w badaniach laboratoryjnych pod mikroskopem wirus SARS-COV-2 od ponad roku paraliżuje życie społeczne i ekonomiczne na całej kuli ziemskiej. Światowa nauka rzuciła wszystkie siły i zasoby na wynalezienie skutecznej szczepionki, chroniącej ludzkość przed tym śmiertelnie groźnym patogenem. I udało się, w iście rekordowym tempie. Samo jednak wykrycie skutecznego antidotum to jedno. Można powiedzieć, że dopiero początek w walce o uzyskanie zbiorowej odporności przez ludzkość.

Mimo że na świecie dostępnych jest już kilkanaście szczepionek przeciwko Covid-19, wciąż zaszczepiony jest niewielki procent światowej populacji. W Afryce, gdzie na szczepienia czeka 1,3 mld ludzi, do tej pory dostarczono szczepionki w ilości, które nie są w stanie nawet zabezpieczyć personelu medycznego. Akcja COVAX Światowej Organizacji Zdrowia, mająca być globalnym programem dostaw szczepionek dla krajów, których nie stać na ich wykupienie od firm farmaceutycznych, rozkręca się bardzo powoli. Teoretycznie do końca roku na Czarny Kontynent ma trafić 2,3 mld szczepionek. Założenie te wydają się jednak nad wyraz optymistyczne. Problemy z dostawami mają też kraje Ameryki Południowej, gdzie przecież zanotowano 15% wszystkich zakażeń koronawirusem na świecie. Takie kraje, jak Brazylia, Argentyna czy Boliwia, nie mając szans na zakup zachodnich szczepionek, próbują ratować się dostawami z Rosji i Chin. Pewne wsparcie zapowiedział też COVAX, ale obietnica dostawy kilkudziesięciu milionów dawek do końca czerwca, jest raczej symbolicznym gestem, biorąc pod uwagę 650 milionów ludzi zamieszkujących tamten kontynent.

Na przeciwnej szali znajdują się państwa, gdzie proces szczepień przebiega w iście imponującym tempie. Niekwestionowanym liderem pozostaje Izrael, gdzie niemal połowa populacji przyjęła dwie dawki szczepionki. Podobnie sytuacja wygląda w Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Bahrajnie. Jeśli chodzi o półkulę zachodnią, to tu palmę pierwszeństwa dzierży Wielka Brytania, a premier Boris Johnson deklaruje, że do Świąt Wielkanocnych zaszczepieni będą wszyscy chętni mieszkańcy, którzy ukończyli 40. rok życia. Szybkie tempo szczepień utrzymuje się też w USA, gdzie liczba podanego preparatu przekroczyła 100 mln, a dziennie podaje się tam ponad dwa miliony dawek.

Nie trzeba wyjątkowej przenikliwości, żeby stwierdzić, iż szczepionki stały się dzisiaj najbardziej pożądanym zasobem. O dostęp do niego toczą bój państwa rozwinięte, bo tylko takie mają szansę na zakup preparatu, a firmy farmaceutyczne w pierwszej kolejności dostarczają dawki tym, którzy są w stanie za nie więcej zapłacić. Doskonale ilustruje to problem z dostawami szczepionek AstryZeneci do krajów Unii Europejskiej. W styczniu koncern poinformował, że dostarczy zaledwie część tego, co obiecał w umowie z Komisją Europejską. Nie jest tajemnicą, że Wielka Brytania i USA zapłaciły więcej za szczepionki, więc prawdopodobnie do tych państw trafiły one w pierwszej kolejności, mimo że oficjalnym powodem opóźnień są niesprecyzowane problemy z produkcją preparatu. Gdy chodzi o zysk, nie ma zatem sentymentów, nawet w tak, wydawałoby się, szczególnych czasach. Komisja Europejska próbuje bronić się przed nieuczciwą praktyką koncernów, wprowadzając mechanizm autoryzacji eksportu szczepionek przeciw Covid-19. Zgodnie z nim firmy, które są zobowiązane dostarczać szczepionkę na teren UE, muszą wnioskować o specjalne zezwolenie na wywóz produktu poza Unię Europejską.

To jednak tylko problem bogatych, którzy, być może z pewnymi opóźnieniami, ale jednak dość szybko otrzymają pożądaną ilość preparatu, co pozwoli ich społeczeństwom uzyskać odporność populacyjną. Tym bardziej, że nowe firmy otrzymują zgodę Europejskiej Agencji Leków na dystrybucję szczepionki. W porównaniu z sytuacją krajów rozwijających się, które skazane są na oczekiwanie, aż coś skapnie im z pańskiego stołu, te chwilowe trudności wyglądają śmiesznie. Tu na marginesie trzeba nadmienić, że Polska znajduje się w dużo lepszej pozycji, będąc członkiem Unii Europejskiej. Samej Unii należy się wiele krytycznych słów za początkową bezradność w walce z pandemią, ale akurat mechanizm wspólnych dostaw jest korzystny, zwłaszcza dla państw naszego regionu. Aby uzmysłowić sobie, jak mogłaby wyglądać nasza sytuacja, gdybyśmy znajdowali się poza UE, spójrzmy na Ukrainę. Pierwsze dawki szczepionek AstraZeneci dotarły tam dopiero pod koniec lutego, a kraj rozpaczliwie próbuje kontraktować szczepionki w Chinach.

Biorąc pod uwagę zapowiadane tempo dostaw, ostrożnie kalkulując, do końca roku każdy chętny obywatel państwa Unii Europejskiej, USA czy Wielkiej Brytanii powinien zostać zaszczepiony. Czy to jednak da nam pełne poczucie bezpieczeństwa i będziemy wolni od zagrożenia śmiercionośnym wirusem? Naiwnością byłoby tak sądzić. Nie stanie się tak, dopóki zdecydowana większość światowej populacji nie otrzyma szczepionki, w tym 70-80% mieszkańców kontynentu afrykańskiego i południowoamerykańskiego. Mutacje południowoafrykańska i nigeryjska SARS-COV-2 dowodzą, że wirus nieustannie próbuje znaleźć skuteczny oręż do walki z ludzkim układem odpornościowym. Znamienne, że nowe odmiany wirusa pojawiły się właśnie na kontynencie afrykańskim. Przy otwartych granicach i nieograniczonej mobilności społeczeństw, jedynie kwestią czasu jest, gdy mutacje powstałe na dalekim lądzie dotrą do Europy. I może okazać się, że szczepionka, którą przyjęliśmy, nie będzie w stanie ochronić nas przed nowym wariantem wirusa. Operację szukania skutecznego antidotum trzeba będzie zacząć od nowa, ale wielce wątpliwe, by gospodarka światowa przeżyła kolejny lockdown.

Im szybciej do rządów krajów rozwiniętych dotrze, że szczepionki nie są takim samym rodzajem zasobów, jak kruszce, ropa czy gaz, dzięki którym ich posiadacze mogą utrzymywać przewagę ekonomiczną nad tymi, którzy są ich pozbawieni, tym lepiej dla ich obywateli. W ich bowiem żywotnym interesie leży, by do tego zasobu był dostęp powszechny, i to w możliwie jak najkrótszym czasie.

Marcin Rezik

Płaca minimalna – godziwa jedynie w teorii

Płaca minimalna – godziwa jedynie w teorii

Jednym z priorytetów Komisji Europejskiej, której od dziewięciu miesięcy szefuje Ursula von der Leyen, jest wprowadzenie sprawiedliwej płacy minimalnej na terenie całej Unii. Koncepcja pojawiła się na początku roku, choć sformułowana w sposób bardzo ogólny. Hiszpański „El Pais” informował wtedy, że płaca minimalna według propozycji Komisji miałby stanowić co najmniej 60% średniej zarobków w danym państwie. To jednak tylko doniesienia medialne, w dodatku działo się to w czasie, gdy widmo pandemii w Europie nie było jeszcze łatwo dostrzegalne. Gdyby jednak taka regulacja została wprowadzona w formie dyrektywy ramowej, byłby to krok iście rewolucyjny.

Przedstawiciele Komisji Europejskiej, argumentując na rzecz projektu, często używają pojęcia „płacy godziwej”, chcąc niejako postawić znak równości pomiędzy oboma pojęciami. Tożsamość obydwu pojęć nie jest oczywista, o czym świadczy ustawodawstwo niektórych państw (przede wszystkim krajów anglosaskich, z USA i Wielką Brytanią na czele), gdzie „godziwa płaca” występuje niezależnie od wynagrodzenia minimalnego, a zatem musi oznaczać coś innego. Takie rozróżnienie może dziwić w świetle zapisów najważniejszych aktów prawa międzynarodowego tyczących się praw człowieka. Zgodnie z art. 23 § 3 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, która w opinii większości prawników ma dzisiaj charakter wiążącego prawa zwyczajowego dla państw członkowskich ONZ, „każdy pracujący ma prawo do odpowiedniego zadowalającego wynagrodzenia, zapewniającego jemu i jego rodzinie egzystencję odpowiadającą godności ludzkiej i uzupełnianego w razie potrzeby innymi środkami pomocy społecznej”. Pojęcie „godziwego zarobku” znalazło się także w art. 7 Międzynarodowego Paktu Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych. O zagadnieniu sprawiedliwej płacy traktuje również artykuł 4. Europejskiej Karty Społecznej przyjętej przez Radę Europy. W § 1 jest mowa o tym, że strony umowy zobowiązują się „uznać prawo pracowników do takiego wynagrodzenia, które zapewni im i ich rodzinom godziwy poziom życia”. W Polsce przynajmniej teoretycznie płaca minimalna powinna mieć charakter godziwej, o czym mówi art. 13 kodeksu pracy: „Pracownik ma prawo do godziwego wynagrodzenia za pracę. Warunki realizacji tego prawa określają przepisy prawa pracy oraz polityka państwa w dziedzinie płac, w szczególności poprzez ustalenie minimalnego wynagrodzenia za pracę”.

Tyle teorii. A jak to wygląda w praktyce? Jest już pewne, że płaca minimalna w Polsce od stycznia przyszłego roku będzie wynosić 2800 zł brutto. Taką propozycję strona rządowa zgłosiła do rozmów w Radzie Dialogu Społecznego. Nie zadowoliła ona ani pracodawców, ani przedstawicieli pracowników. Ci pierwsi chcieli, aby w związku ze skutkami pandemii koronawirusa płaca minimalna była zamrożona (choć zgodnie z mechanizmami ustawowymi musiałoby to być minimum 2720 zł). Związki zawodowe przypomniały natomiast obietnicę partii rządzącej dotyczącą zwiększenia poziomu najniższego uposażenia do 3000 złotych brutto (docelowo 4000 zł w 2023 r.). OPZZ i FZZ optowały nawet za wzrostem płacy minimalnej do 3100 zł od przyszłego roku. Rozbieżność zdań okazała się tak duża, że konsultacje nie mogły zakończyć się wypracowaniem kompromisowego stanowiska. W tej sytuacji rząd jest związany swoją propozycją, gdyż finalnie wprowadzona wartość płacy minimalnej nie może być niższa niż zaprezentowana na początku konsultacji. Trudno też było oczekiwać od rządzących zwiększenia tej kwoty, skoro poważnie rozważane było zamrożenie płacy minimalnej w całej gospodarce (tak jak to się stało w budżetówce).

Spójrzmy, jak wygląda mechanizm ustawowy, który wyznacza poziom absolutnego minimum możliwego wynagrodzenia. Kwestię tę reguluje art. 5 Ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę. Otóż pensja minimalna powinna wzrastać w stopniu nie niższym niż prognozowany na dany rok wzrost wskaźnika cen. Dodatkowo, jeżeli wysokość minimalnego wynagrodzenia będzie niższa od połowy wysokości przeciętnych zarobków, stopień wzrostu zwiększa się dodatkowo o 2/3 wskaźnika prognozowanego realnego przyrostu PKB. Dwa elementy są zatem kluczowe przy wyznaczeniu poziomu wzrostu minimalnego wynagrodzenia: stopień inflacji oraz wartość Produktu Krajowego Brutto. W sytuacji jednak, gdy nie mamy do czynienia z patologicznym wzrostem cen, algorytm ustawowy pozwala zwiększyć wartość płacy minimalnej raczej w stopniu niewielkim. I tak teraz zgodnie z prognozami rynkowymi, przy założeniu inflacji na poziomie 2% rok do roku i wzroście PKB 4% rok do roku, wzrost płacy minimalnej powinien wynieść 120 zł (50 zł w wyniku waloryzacji inflacyjnej i 70 zł po doliczeniu komponentu związanego z PKB). Oczywiście jest to tylko wskaźnik wyjściowy dla propozycji rządowej otwierającej konsultacje w Radzie Dialogu Społecznego. Tu jednak nie można mówić o pełnej równowadze sił z uwagi na mechanizm pozwalający rządzącym jednostronnie ustalić wysokość płacy minimalnej w sytuacji fiaska rozmów ze stroną społeczną, tak jak to się stało teraz. Pracownicy są zatem zdani trochę na łaskę władzy, bo rzecz jasna nie mają co liczyć na przychylne spojrzenie przedstawicieli pracodawców, którzy zwykle optują za jak najniższym wzrostem minimalnego wynagrodzenia.

Trzeba jednak przyznać, że w ostatnich latach dynamika wzrostu płacy minimalnej uległa radykalnemu przyspieszeniu. Porównując dwie pięciolatki ostatniej dekady, w latach 2015-2020 zwiększyła się ona o 850 złotych w porównaniu ze wzrostem o 433 zł w latach 2010-2015. Czy jednak kwota 2800 złotych, przy obowiązujących w przyszłym roku cenach, wystarczy polskiemu pracownikowi na zapewnienie godziwego bytu sobie i rodzinie? Póki co raczej nie może być mowy o stuprocentowej realizacji prawa zawartego w art. 13 kp. Gdyby europejska płaca minimalna została wprowadzona w wysokości, o której pisali hiszpańscy dziennikarze, oznaczałoby to wzrost minimalnego wynagrodzenia w Polsce do 3138 złotych.

A jak wysokość płacy minimalnej w Polsce wygląda na tle innych państw Unii Europejskiej? Plasujemy się obecnie w połowie stawki. Dotychczas 21 z 27 państw UE zdecydowało się na wprowadzenie minimalnego wynagrodzenia. Jak wynika z danych Eurostatu z tego roku, rozpiętość jest ogromna. Najniższa płaca minimalna jest w Bułgarii i wynosi 312 euro, a najwyższa w Luksemburgu – 2142 euro. Luksemburg zresztą zdecydowanie wyprzedza konkurencję. W pozostałych państwach znajdujących się w czołówce, tj. Irlandii, Holandii, Belgii, Niemczech i Francji, minimalne wynagrodzenie jest o 500-600 euro niższe. Na drugim biegunie z kolei plasują się państwa naszego regionu z płacą minimalną w granicach 400-600 euro. Polska aktualnie zajmuje 10. miejsce, wyprzedzając takie kraje jak Grecja, Malta czy Portugalia.

Sama jednak wysokość płacy minimalnej niewiele mówi, jeżeli nie odniesiemy jej do średnich zarobków w danym państwie. Im stosunek płacy minimalnej do średniego wynagrodzenia jest niższy, tym większe są nierówności płacowe, a w konsekwencji pogłębiające się rozwarstwienie społeczne. Pojawia się pytanie, czy płaca minimalna, jeżeli już ma być ustalana procentowo, winna być wyznaczona w odniesieniu do średniej czy do mediany zarobków. Pierwszy sposób będzie bardziej korzystny dla osób zarabiających najmniej, ponieważ średnia (zawyżana przez osoby zarabiające najwięcej) jest zawsze wyższa od mediany, która wyznacza kwotę zarobku „typowego pracownika”. Innymi słowy mediana mówi nam, że połowa pracowników zarabia więcej niż jej wartość, a połowa mniej.

Kiedy odniesiemy wartość płacy minimalnej do średniej zarobków w bogatych krajach UE, to już nie wygląda ona tak okazale. W Niemczech, Belgii czy Holandii ustawowe najniższe uposażenie nie przekracza nawet 40% wartości średniej krajowej. Z krajów starej UE najbardziej wyrównany poziom zarobków obowiązuje we Francji, gdzie płaca minimalna odpowiada obecnie około 50% wartości średnich zarobków. W całej UE najlepszy wskaźnik wartości płacy minimalnej do średniej krajowej ma natomiast Słowenia, zbliżając się do 52%. U nas, po znacznym kwotowym wzroście płacy minimalnej w ostatnich latach, obecnie najniższa pensja odpowiada mniej więcej połowie średniego wynagrodzenia. Jak zatem widać również na polu procentowych proporcji minimalnego do średniego uposażenia występują rozbieżności w krajach Unii, choć już znacznie mniejsze. To, co może budzić większy niepokój, to zbyt niski poziom najniższego wynagrodzenia we wszystkich państwach UE, gdzie taka granica została wprowadzona.

Właśnie na ten problem od początku swojej kadencji zwraca uwagę nowa komisarz Unii Europejskiej, Ursula von der Leyen, przedstawiając projekt sprawiedliwej płacy minimalnej. Jego wejście w życie nie jest jednak oczywiste, biorąc pod uwagę, jak dużo wątpliwości zgłaszają rządy państw członkowskich oraz przedstawiciele pracodawców.

Po pierwsze, sześć państw UE nie wprowadziło z różnych powodów płacy minimalnej i ciężko będzie wymusić na nich zmianę stanowiska. Kraje skandynawskie, charakteryzujące się dużym stopniem uzwiązkowienia, nie potrzebują nie tylko takich regulacji, ale nawet rozbudowanych kodeksów pracy, by właściwie chronić interesy pracowników. Tam wszystko negocjowane jest bowiem w ramach układów zbiorowych pracy. Może co prawda budzić wątpliwości trafność argumentów przywoływanych przez przedstawicieli tych państw, jakoby wprowadzenie odgórnie płacy minimalnej miało stanowić zagrożenie obniżenia płac w ich krajach. Przecież byłoby to jedyne absolutne minimum, a nikt nie ma zamiaru wtrącać się w ich świetnie działający model negocjacji uposażeń w poszczególnych branżach. Bardziej chodzi chyba o kwestie historyczne i kulturowe, czego dowodzi wypowiedź duńskiego ministra transportu Petera Hummelgaarda dla „Financial Times”, gdzie przekonywał, że ponad stuletnią tradycją w Danii jest brak ingerencji przez państwo w pertraktacje płacowe. Obawy krajów skandynawskich zdaje się rozwiewać Nicolas Schmit, komisarz UE ds. pracy i praw socjalnych, który przekonuje, że celem Komisji nie jest zastąpienie systemu negocjacji zbiorowych tam, gdzie funkcjonuje to dobrze. Zwraca też uwagę, że przykład krajów nordyckich udowadnia, iż można wynegocjować wysokie stawki minimalne bez ingerencji legislacyjnej państwa czy UE.

Przyjmując, że sprawiedliwa płaca minimalna objęłaby tylko te kraje, które zdecydowały się wprowadzić najniższe uposażenie, pojawia się problem ustalenia jej wysokości. Przypominając doniesienia „El Pais”, trzeba zacząć od tego, że w żadnym z państw UE wysokość płacy minimalnej nawet nie zbliża się do poziomu 60% średniej zarobków. Stąd oczywisty opór rządów i pracodawców, zwłaszcza w krajach najbogatszych, gdzie kwotowo nastąpiłby największy wzrost najniższego uposażenia. Również polski Związek Przedsiębiorców i Pracodawców sceptycznie odnosi się do propozycji KE, określając ją jako „porywanie się z motyką na słońce”.

Czas pokaże, czy sztandarowy projekt nowej Komisji zostanie na gruncie jedynie ciekawego, ale niezrealizowanego pomysłu na poprawę sytuacji najsłabiej zarabiających pracowników w UE. W czerwcu rozpoczęto drugi etap konsultacji z przedstawicielami pracodawców i związków zawodowych. Po ich zakończeniu, możliwości będą dwie. Na podstawie art. 155 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej może dojść do zawarcia umowy zbiorowej. Decyzję podejmuje Rada na wniosek Komisji, oczywiście za zgodą wszystkich stron porozumienia. Innym rozwiązaniem jest przedłożenie wniosku ustawodawczego przez Komisję, który następnie musi być przyjęty przez Parlament Europejski i Radę. Do tego konieczny jest szeroki konsens w ramach UE, o co może nie być łatwo. Już teraz słychać głosy, że rozważane są różne wskaźniki wyznaczania płacy minimalnej, w tym znacznie mniej korzystne dla pracowników.

Przypomnijmy, że jednym z głównych celów Unii Europejskiej jest wspieranie dobrobytu jej obywateli. Zgodnie z tym, godziwa płaca, dzięki której pracownik jest w stanie zapewnić byt sobie i rodzinie na odpowiednio wysokim poziomie, powinna być rozumiana jako jego elementarne i niepodważalne prawo. Jeżeli jednak minimalne wynagrodzenie nie odpowiada nawet połowie średnich zarobków w danym państwie, można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście ma ono charakter godziwy. Chciałoby się powiedzieć, że w końcu problem ten został dostrzeżony przez jedną z najważniejszych instytucji UE, która wcześniej skupiała się raczej na realizacji zasady swobodnego przepływu pracowników między krajami członkowskimi niż na warunkach ich zatrudnienia.

Marcin Rezik

To nie jest kraj dla chorych ludzi

To nie jest kraj dla chorych ludzi

O tym, że publiczny system opieki zdrowotnej nie działa w Polsce najlepiej, przekonała się zapewne większość z czytających niniejszy tekst. Kolejki, utrudniony dostęp do specjalistów, słaba opieka w szpitalach – to najczęściej wymieniane trudności, na jakie napotykają pacjenci. W sytuacjach, gdy chorujemy czasowo i niezbyt poważnie, problemy te jedynie nas irytują. Polska jest jednak krajem jak z koszmaru dla osób trwale niepełnosprawnych.

Aby nie być gołosłownym, przedstawię historię mojej mamy, która od kilku lat zmaga się ze stwardnieniem zanikowym bocznym (SLA). Przez ten czas nasza rodzina wielokrotnie przekonywała się, że nie jest prawdą, iż system opieki medycznej ma luki. On przypomina raczej jedną wielką czarną dziurę. Co ciekawe, z systemowych braków doskonale zdają sobie sprawę medycy, choć raczej na większą otwartość pozwalają sobie w czasie wizyt prywatnych.

Moja mama była osobą aktywną. Zbliżając się do sześćdziesiątki jeździła na rowerze niemal codziennie, także zimą, nierzadko pokonując kilkadziesiąt kilometrów. Przed pięcioma laty musiała jednak zrezygnować z tych przejażdżek. Zaczęło się od tego, że czuła sztywnienie w lewej stopie. Nie zbagatelizowała objawów. Poszła do lekarza rodzinnego, który odesłał ją do neurologa. W międzyczasie nadal jeździła na rowerze, do momentu, kiedy bezwładnie z niego spadła, bo noga zwyczajnie się pod nią ugięła. Szczęśliwie skończyło się zaledwie na kilku siniakach, ale mama na rower już nie wsiadła. Neurolog, do którego trafiła na początku, zlecał badania, które nijak się miały do rzeczywistego schorzenia. Widząc, że lekarz czasem wręcz ostentacyjnie manifestuje swoją bezradność, mama poprosiła o konsultację neurochirurga, który kiedyś uratował ją przed operacją kręgosłupa. Tym razem jednak stwierdził, że interwencja chirurgiczna jest nieunikniona. Mama z wiarą zgodziła się na zabieg.

Po operacji, jak to po operacji, rehabilitacja i powolne dochodzenie do pełnej sprawności. Tak miało być, ale rzeczywistość okazała się okrutna. Tygodnie mijały, a mama wcale nie czuła się lepiej, dodatkowo odczuwała coraz większe zmęczenie. Wejście po schodach na pierwsze piętro stanowiło dla niej nie lada wyczyn. Postanowiliśmy poradzić się innego neurologa. Ten typował na początku polineuropatię. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że była to diagnoza arcyoptymistyczna. Skierował mamę do Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach-Ochojcu na szczegółowe badania. SLA brzmiało jak wyrok. Choremu systematycznie zanikają mięśnie, łącznie z mięśniem oddechowym. Po pewnym czasie nie może samodzielnie jeść (konieczność zainstalowania żywienia dojelitowego) ani oddychać (najpierw oddychanie wspomagane jest przez respirator, aż w końcu trzeba dokonać zabiegu tracheotomii, po którym chory oddycha przez specjalną rurkę, ale nie jest w stanie mówić). Długość życia od ujawnienia się pierwszych objawów choroby wynosi przeciętnie trzy lata, a chory umiera zazwyczaj przez uduszenie (spowodowane osłabieniem mięśni oddechowym). Oczywiście, jak przy każdej chorobie, a zwłaszcza neurologicznej, postęp objawów jest sprawą indywidualną. Stephen Hawking potrafił przeżyć z SLA ponad 50 lat.

Po kilku dniach badań mamę wypisano jedynie z receptą na lek, który działa bardziej jak placebo, niż rzeczywiście hamuje rozwój choroby. W aptece okazało się, że kosztuje ponad 1000 zł. Na szczęście uprzejma pani farmaceutka poinformowała nas o refundowanym zamienniku. Dlaczego takiej informacji nie uzyskaliśmy w klinice, nie mam pojęcia. Początkowo niewiele się zmieniło. Mama była w stanie samodzielnie chodzić, choć później już jedynie o lasce. Przez cały czas konsultowaliśmy się z różnymi specjalistami. Jeden z nich, patrząc na wypis z Katowic, stwierdził, że mamie nie zrobiono kilku kluczowych badań. Trafiła zatem do kliniki w Krakowie, gdzie niestety potwierdzono diagnozę z Katowic. Po pewnym czasie pojawiły się coraz większe problemy z oddychaniem, więc zaproponowano tzw. opiekę domową, w ramach której chory otrzymuje respirator. Oczywiście nie z dnia na dzień, bo trzeba poczekać w kolejce.

I teraz najciekawsze. Niepełnosprawny, przed zakwalifikowaniem do programu, musi spędzić kilka dni w szpitalu. Ot tak, nie wiadomo za bardzo po co. Wiadomo natomiast, że wizyta w szpitalu oznacza zwiększenie ryzyka zapalenia płuc, szczególnie przy obniżonej odporności, co u osób mających problemy z oddychaniem może okazać się zabójcze. Zgodnie z prawem Murphy’ego mama już pierwszego dnia pobytu w klinice nabawiła się zapalenia płuc i musiała zostać przewieziona na oddział intensywnej terapii. W szpitalu spędziła około dwóch tygodni. Lekarz prowadzący poinformował ją, że po przyjeździe do domu będzie musiała się przyzwyczaić, bo opiekować się nią ma cały sztab ludzi: anestezjolog, pielęgniarka, rehabilitant, a kiedy trzeba także psycholog. Mama żartowała, że czuje się jak VIP z tak kompleksową opieką. Rzeczywistość jednak zwykle rozmija się z oczekiwaniami. Tak było i tym razem.

Gdy przyjechała do domu karetką, oprócz nas (którzy wcześniej zostaliśmy przeszkoleni z obsługi respiratora) nie było nikogo, a transportujący ją ratownicy marudzili, że muszą wnieść mamę na pierwsze piętro. A dalej radź sobie człowieku sam. Po dwóch tygodniach, gdy nikt do nas nie przyjeżdżał – a teoretycznie lekarz powinien być raz w tygodniu, a pielęgniarka i rehabilitant dwukrotnie – zadzwoniliśmy do firmy organizującej opiekę dla mamy. Okazało się, że osoby za nią odpowiedzialne… nie dostały informacji, że pacjent już wyszedł ze szpitala (!). A mama potrzebowała opieki natychmiastowej, bo zapalenie płuc stało się przyczyną nagłego przyspieszenia choroby. Nie jest już w stanie samodzielnie chodzić, a pod respiratorem spędza całą noc i sporą część dnia.

To, co przedstawiłem powyżej, stanowi tylko wycinek tego, z czym musimy mierzyć się na co dzień. Myślę, że podobnymi doświadczeniami mogłaby podzielić się większość osób sprawujących opiekę nad niepełnosprawnymi. Jest to zajęcie wyczerpujące fizycznie i psychicznie, bo przy chorym trzeba czuwać 24 godziny na dobę. Pół biedy, jeżeli opiekunowi pomagają inni członkowie rodziny, jak jest w naszym przypadku. Jeżeli jednak zostaje on z chorym sam, to praktycznie nie ma nawet chwili, by zająć się swoimi sprawami. Wykonywanie obowiązków zawodowych staje się niemożliwe bez zatrudnienia osoby z zewnątrz do pomocy. A jeżeli decydujemy się zrezygnować z pracy, to opiekun osoby dorosłej może liczyć na zasiłek opiekuńczy w oszałamiającej kwocie 620 złotych miesięcznie.

Skandalem, na który w tym miejscu trzeba zwrócić uwagę, jest konsekwentne różnicowanie przez ustawodawcę niepracujących opiekunów niepełnosprawnych dzieci (którym przysługuje zasiłek pielęgnacyjny w wysokości wartości płacy minimalnej, bez kryterium dochodowego) oraz osoby sprawujące opiekę nad członkami rodziny, które stały się niepełnosprawne w dorosłym życiu (mają prawo do zasiłku w wysokości 620 złotych, ale jedynie pod warunkiem, że dochód na osobę w gospodarstwie domowym nie przekracza 764 złotych). Sprawa jest jeszcze bardziej kuriozalna, gdy wczytujemy się dokładniej w zapisy Ustawy o świadczeniach rodzinnych. W obowiązującym stanie prawnym wyższe świadczenie przysługuje też opiekunom znacznie niepełnosprawnych osób dorosłych, ale jedynie pod warunkiem, że owa niepełnosprawność powstała jeszcze w okresie dzieciństwa lub przed 24. rokiem życia w przypadku osoby uczącej się. I tak, gdyby studiujący 23-latek uległ wypadkowi skutkującemu niepełnosprawnością, jego opiekun otrzymywałby zasiłek pielęgnacyjny w wysokości płacy minimalnej. Opiekunowi osoby, która stałaby się niepełnosprawną w wieku 22 lat, ale zakończyła wcześniej edukację, przysługiwałoby natomiast zaledwie 620 złotych zasiłku. Trybunał Konstytucyjny już w 2014 r. jednoznacznie wskazał na niekonstytucyjność tych przepisów, które pomimo tego do dzisiaj pozostają w mocy.

Powyżej starałem się przedstawić dwie najbardziej widoczne patologie polskiego systemu opieki zdrowotnej w odniesieniu do chorób rzadkich i ciężkich. Po pierwsze fatalnie funkcjonująca kwalifikacja medyczna, skutkująca tym, że chory dowiaduje się o chorobie, którą rzeczywiście posiada zbyt późno, by wdrożyć jakieś sensowne leczenie. Jak w przypadku mojej mamy, nierzadko same procedury są bezpośrednią przyczyną pogorszenia się stanu zdrowia (dodatkowe wizyty w szpitalu). Można nabawić się depresji, patrząc na średni czas oczekiwania na realizację świadczeń specjalistycznych. Na wizytę do endokrynologa trzeba czekać średnio… ponad 11 miesięcy.

Coraz bardziej niepokojące dane płyną z corocznego raportu Barometr WHC. Kolejki do specjalistów z roku na rok się wydłużają. W 2019 r. przeciętny czas oczekiwania na gwarantowane świadczenie zdrowotne w Polsce wynosił 3,8 miesiąca. Dla porównania w 2015 r. było to 2,9 miesiąca.

Bezpośrednią przyczyną ograniczenia dostępności do świadczeń gwarantowanych są kurczące się kadry lekarzy specjalistów i, co może szczególnie alarmujące, rosnąca średnia wieku medyków. Obecnie wynosi ona 50 lat, a w przypadku specjalistów nawet 54 lata (!). Oficjalnie na tysiąc mieszkańców przypada w Polsce 2,4 lekarza, przy średniej europejskiej na poziomie 3,6. Dla porównania, w Austrii i Szwajcarii wskaźnik ten jest ponad dwukrotnie wyższy. Teoretycznie nie powinno być tak źle, biorąc pod uwagę, że z roku na rok rośnie liczba absolwentów studiów medycznych. Jednak aż 25 % z nich to obcokrajowcy, którzy po zakończeniu studiów najczęściej wracają do rodzimego kraju lub wyjeżdżają do miejsc, gdzie komfort pracy jest wyższy.

Po drugie finanse, czyli temat rzeka. O sposób finansowania służby zdrowia politycy różnych opcji spierają się od zawsze. Niewiele jednak dobrego z tego wynika dla samego pacjenta. Według Okręgowej Izby Lekarskiej co roku w Polsce z powodu braku funduszy na ochronę zdrowia umiera około 30 tys. osób. Przerażająca statystyka… To jednak nie powinno dziwić w sytuacji, kiedy znajdujemy się w ogonie państw Unii Europejskiej w zakresie wydatków na ten cel. Według danych Eurostatu w 2016 r. na ochronę zdrowia w przeliczeniu na jednego mieszkańca mniej od nas wydały tylko Grecja i Bułgaria. Z kolei zestawienie WHO wskazuje, że w 2017 r. Polska przeznaczyła na ochronę zdrowia 4,51% PKB, zajmując pod tym względem szóste miejsce od końca wśród państw UE. W tym roku po raz pierwszy wydatki na służbę zdrowia mają przekroczyć 100 mld złotych, co ma odpowiadać ponad 5% PKB i mają systematycznie rosnąć do poziomu 6 % PKB w 2024 r. To i tak jednak niewiele w porównaniu ze Szwecją, Niemcami czy Francją. Kraje te na ochronę zdrowia wydają około 9% PKB.

Jestem świadomy, że z dnia na dzień nie wykształcimy odpowiedniej liczby lekarzy ani nie zreformujemy całego systemu opieki zdrowotnej tak, żeby choroby były rozpoznawalne na początkowym etapie i nawet, jeżeli nie da się pacjenta z nich wyleczyć, to przynajmniej „komfort” chorowania stanie się wyższy. Są to procesy, które wymagają lat prowadzenia konsekwentnej i rozumnej polityki zdrowotnej. No właśnie, tyle że aby było to możliwe, ochrona zdrowia musiałaby się stać jednym z priorytetów polityki państwa. Przez lata takim się nie stała, pomimo zapewnień kolejnych ekip rządzących.

Z rozważań bardziej ogólnych wróćmy do sytuacji indywidualnej. Powyższe trudności nie są jedynymi, z którymi muszą mierzyć się osoby niepełnosprawne i ich opiekunowie. Z naszych doświadczeń to, co jest najbardziej irytujące, to poczucie osamotnienia w chorobie. Wszystkiego trzeba dowiadywać się na własną rękę, wszystko samemu załatwiać, tracić czas na pisanie wniosków itd. Rozwiązaniem, które znacznie ułatwiłoby życie osobie niepełnosprawnej i jej opiekunowi, a nie wydaje się jakoś specjalnie kosztowne, mogłoby być ustanowienie kogoś w rodzaju „menedżera” osoby niepełnosprawnej. Byłby to ktoś posiadający stosowne pełnomocnictwa do występowania w interesie chorego. To on, oczywiście po konsultacji z osobą niepełnosprawną, organizowałby dodatkową opiekę, składał wnioski o dofinansowanie do sprzętu medycznego, załatwiał te wszystkie formalności, którymi na co dzień musi sobie zaprzątać głowę opiekun. Niby takie proste, a jednak nikt do tej pory na to nie wpadł, a osoba sprawująca opiekę musi przyzwyczaić się, że zasada „umiesz liczyć, licz na siebie” – stanie się jej codziennością. A wystarczyłoby, gdyby Ministerstwo Zdrowia zorganizowało wielką konferencję z opiekunami osób niepełnosprawnych, na której ci mogliby przedstawić najbardziej palące problemy, z którymi nieustannie muszą się mierzyć. Następnie to wszystko spisać, opracować z ekspertami właściwe rozwiązania i przekuć je w konkretne akty prawne. No tak, chyba jednak zbytnio się rozmarzyłem… Tak byłoby w idealnej rzeczywistości, a polska nigdy taką nie była dla osób z niepełnosprawnościami.

W moim rozumieniu solidarne państwo to takie, które potrafi właściwie zatroszczyć się o swoich obywateli najbardziej potrzebujących opieki, a takimi są niewątpliwie osoby niepełnosprawne. Dla kogo, jak nie dla nich, nie powinno nigdy zabraknąć pieniędzy. Rozumiem, że środki są ograniczone, a potrzeby osób z niepełnosprawnościami ogromne. Nie zawsze jednak problemem są same pieniądze, ale raczej brak pomysłu i chęci, by zwiększyć komfort życia osób tak dotkliwie potraktowanych przez los.

Marcin Rezik

Przepracowany jak Polak

Przepracowany jak Polak

Już ponad 80 lat temu Bertrand Russell proponował wprowadzenie czterogodzinnego dnia pracy, afirmując korzyści płynące z wolnego czasu. Jego pogląd, tak jak dla wielu mu współczesnych, także dziś może wydawać się szokującym. Pewnie, praca w o połowę krótszym wymiarze czasu wygląda na utopię. Szczególnie w Polsce, gdzie postulaty propracownicze nie cieszą się zbytnią popularnością. Warto się jednak zastanowić, czy w naszym kraju nie nadszedł w końcu czas na renegocjowanie dziennego wymiaru czasu pracy, a przynajmniej przeprowadzenie poważnej debaty na ten temat. Statystyki wskazują bowiem, że znajdujemy się w gronie najbardziej zapracowanych narodów.

Ośmiogodzinny dzień pracy traktujemy jako coś naturalnego, dla wielu jest to norma wręcz niepodważalna. Nic dziwnego, skoro taki wymiar czasu pracy obowiązuje od ponad 100 lat, a konkretnie od dekretu rządu Moraczewskiego z 1918 r. Później zostały wprowadzone również pracujące soboty, ale w PRL od nich odstąpiono. Obecnie zgodnie z art. 129 kodeksu pracy „czas pracy nie może przekraczać 8 godzin na dobę i 40 godzin w przeciętnie pięciodniowym tygodniu pracy w przyjętym okresie rozliczeniowym”. Oczywiście regulacje kodeksowe przewidują również odstępstwa od tej ogólnej zasady. Dekret z 1918 r. wyprzedził o rok tzw. konwencję waszyngtońską, która w skali globalnej regulowała tę kwestię. Została przyjęta przez Międzynarodową Konfederację Pracy, ustanawiając 8-godzinny dzień pracy przy tygodniowym wymiarze czasu pracy na poziomie 48 godzin (później zredukowanym do 5 dni).

Można zatem skonkludować, że czterdziestogodzinny tydzień pracy stanowi pewną uniwersalną normę. Nie jest oczywiście mile widziane, by wymiar pracy był wydłużany przez krajową legislację, bo oznaczałoby to niewątpliwą szkodę dla pracownika. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by przyjęty wymiar czasu pracy był niższy niż standardowy (tj. 8 godzin dziennie i 40 tygodniowo). Najbardziej sztandarowym przykładem jest rozwiązanie francuskie, gdzie już od dwudziestu lat funkcjonuje 35-godzinny wymiar czasu pracy. W Portugalii obowiązuje podobny, ale jedynie w administracji publicznej. Również Duńczycy pracują krócej. Ten kraj ma jednak inną specyfikę prawa pracy niż Polska. Gdy u nas zdecydowana większość praw pracowniczych zapisana musi być w kodeksie, tam niemal wszystko regulowane jest w drodze układów zbiorowych. Dla większości branż w Danii tygodniowy wymiar czasu pracy został uzgodniony na 37 godzin i każda przepracowana godzina ponad to traktowana jest jako nadliczbowa. Standardowy krótszy czas pracy niż w Polsce obowiązuje także chociażby w Irlandii (39 godzin) czy we Włoszech (38 godzin).

Dwa lata temu szerokim echem, także w naszym kraju, odbiło się porozumienie zawarte przez związek IG Metall, reprezentujący ponad 2 mln niemieckich pracowników przemysłu ciężkiego, z niemiecką organizacją pracodawców Südwestmetal, zgodnie z którym pracownicy z ponad 700 firm, zlokalizowanych w południowo-zachodnich Niemczech, mogli przejść na 28-godzinny dzień pracy przez okres dwóch latach, po którym mieli wrócić do standardowego czasu pracy. Ciekawostką jest, że normalny czas pracy dla zatrudnionych w przemyśle ciężkim w Niemczech wynosi 35 godzin.

Oprócz regulacji wprowadzanych na poziomie krajowym warto też wspomnieć o swego rodzaju eksperymencie dokonanym przez Toyotę w Szwecji. Japoński koncern już kilkanaście lat temu ograniczył wymiar dzienny dla swoich pracowników do sześciu godzin. Podobny test przeprowadzono w domu opieki w Göteborgu, również skracając o dwie godziny dniówkę pracującym tam pielęgniarzom.

Można pokusić się o ogólną konstatację, że w Europie Zachodniej i Skandynawii dostrzegalna jest pewna tendencja do obniżania wymiaru czasu pracy. Dzieje się tak w państwach silnie akcentujących socjalny aspekt polityki oraz o wysokim poziomie uzwiązkowienia. W Polsce postulaty skracania czasu pracy rzadko przebijają się do przestrzeni publicznej. Być może wpływ na to ma niezbyt wysoki status związków zawodowych, także wśród dużej części pracowników. Po pierwsze, wielu pracujących nie widzi w związkach zawodowych rzeczywistych reprezentantów swoich interesów. Po drugie, pracodawcy często traktują związki jako zło konieczne, z którymi ani myślą zawierać jakichkolwiek porozumień. W takiej sytuacji w rolę obrońcy praw pracowniczych musi wcielić się państwo, wprowadzając regulacje na poziomie ustawowym. Czyni to jednak dość ostrożnie, ważąc interesy jednej i drugiej grupy.

Same związki zawodowe nie wykazują zresztą zbytniej determinacji w omawianym temacie. Co jakiś czas z któreś centrali związkowej słychać o potrzebie renegocjowania wymiaru czasu pracy (np. OPZZ postulowało skrócenie tygodniowego czasu do 35 godzin dla rodziców wychowujących dzieci do 12. roku życia), ale brakuje wspólnego działania, które mogłoby zaowocować inicjatywą ustawodawczą.

Przed dwoma laty partia Razem rozpoczęła zbieranie podpisów pod projektem ustawy wprowadzającym 7-godzinny dzień i 35-godzinny tydzień pracy, na wzór francuski. Niestety nie udało się wtedy uzyskać wystarczającej ilości podpisów. Projekt ustawy idący nieco w kierunku propozycji Razem wniosło natomiast do Sejmu Polskie Stronnictwo Ludowe. Ludowcy chcieli, aby tydzień pracy mógł zostać skrócony dla rodziców wychowujących dzieci do ukończenia przez nie 15 lat. W czasie kampanii przed wyborami parlamentarnymi PSL mówił nawet o zmniejszeniu tygodniowego wymiaru czasu pracy dla wszystkich, ale póki co ten postulat nie został przekuty w inicjatywę ustawodawczą. Przed I turą tegorocznych wyborów prezydenckich jeden z dwóch kandydatów lewicowych, Waldemar Witkowski, w swoim programie wyborczym umieścił siedmiogodzinny dzień pracy. Przewodniczący Unii Pracy został jednak niemal całkowicie zignorowany przez główne media (nie licząc zaproszenia do debaty wszystkich kandydatów organizowanej przez TVP).

Zastanówmy się przez moment, jakie skutki dla gospodarki mogłoby przynieść skrócenie wymiaru czasu pracy. Kiedy ten temat pojawi się już w przestrzeni medialnej, zawsze słychać głosy ze strony pracodawców i biznesu, że nas na to nie stać, nie możemy porównywać się z bogatymi krajami zachodnimi, bo cały czas jesteśmy na dorobku, że ucierpi na tym efektywność, gospodarka będzie mniej konkurencyjna itd. Czy jednak tak musi być? Można się zgodzić, że ustanowienie całego dodatkowego dnia wolnego nie obyłoby się bez jakieś szkody dla gospodarki. W postulacie skrócenia czasu pracy chodzi jednak o coś zgoła innego. Dobry pracownik to pracownik wypoczęty, który ma odpowiednio dużo czasu, by zrelaksować się w domu przed kolejnym dniem w pracy. Takie jest założenie. Z punktu widzenia pracownika niewątpliwie byłaby to zmiana korzystna. A jak by to mogło wyglądać w odniesieniu do interesu pracodawcy? Eksperyment w szwedzkim domu opieki wpłynął na jakość usług świadczonych przez kadrę pielęgniarską. Pracownicy mieli więcej energii i cierpliwości względem pacjentów. Rzadziej także chorowali. Z racji jednak na specyfikę miejsca (konieczność sprawowania opieki nad pacjentami przez 24 godziny na dobę) trzeba było zatrudnić większą liczbę pielęgniarzy. Dom opieki jest jednak szczególnym miejscem pracy. Znacznie bardziej reprezentatywny będzie przykład szwedzkiej Toyoty. Trudno podejrzewać, by jeden z największych światowych koncernów samochodowych pozwalał sobie na poprawę jakości życia swoich pracowników kosztem efektywności. Dowodów na to, że zmniejszenie czasu pracy nie musi się automatycznie wiązać ze spadkiem wydajności jest więcej. Latem zeszłego roku japoński oddział Microsoftu dał swoim pracowników pięć wolnych piątków z rzędu. Efekt? Obniżenie wydatków (m.in. na energię elektryczną) i aż 40-procentowy wzrost produktywności.

No właśnie, tym, którzy całą dyskusję na temat zmniejszania godzinowego wymiaru pracy chcieliby sprowadzić jedynie do pytania, jak operacja ta wpłynie na efektywność, przedstawmy kilka faktów. Jak wynika z raportu OECD, Polacy należą do czołówki najbardziej zapracowanych narodów na świecie. Zajęliśmy w nim wysokie siódme miejsce, z przepracowanymi średnio 1928 godzinami dla jednego pracownika w 2017 r. przy średniej międzynarodowej na poziomie 1763 godzin. Dla porównania Niemcy przepracowali w tym czasie średnio aż 600 godzin mniej od nas, co oznacza, że przeciętny Niemiec spędzał w pracy zaledwie 5,5 godziny. W 2018 r. pracowaliśmy nieco mniej, bo 1792 godziny, ale i tak o 58 godzin więcej niż średnia europejska. Gdyby przepracowane roboczogodziny automatycznie przekładały się na efektywność, taki stan rzeczy byłby wytłumaczalny koniecznością nadrabiania zaległości względem bardziej rozwiniętych gospodarek krajów zachodnich. Jak wynika jednak z publikacji „Produktywność pracy w Polsce – jak dogonić Europę?” przygotowanej przez serwis aleo.com, bazującym właśnie na statystykach podawanych przez OECD, znajdujemy się wśród najmniej produktywnych państw Unii Europejskiej (obok Grecji, Łotwy czy Rumuni) i to pomimo tego, że z roku na rok nasza wydajność systematycznie rośnie. Okazuje się bowiem, że w ciągu godziny pracownik w Polsce jest w stanie wytworzyć aż o 1,5 razy mniej niż jego kolega w Niemczech i aż o ponad dwa razy (!) mniej niż przeciętny Norweg czy Irlandczyk. Na pewno polskie przedsiębiorstwa mają sporo do zrobienia w kwestii innowacji i nowych technologii, zwiększających wydajność wykonywanej pracy. Tutaj otwiera się pole do popisu dla rządzących. Pod względem wydatków na badania i rozwój znajdujemy się pod koniec UE, przeznaczając na ten cel jedynie ok. 1% PKB (1,03% w 2017 r., 1,21% w 2018 r., w tym roku ma być ponoć 1,7%). Kamieniem do ogródka pracodawców mogą być także rezerwy w zakresie właściwej organizacji pracy przedsiębiorstwa. Nie dość, że pracujemy długo, to wciąż za marne pieniądze. Według danych na 2018 r. koszt godziny pracy w Polsce to zaledwie ok. 10 euro, czyli blisko trzy razy mniej niż średnia unijna.

Jak pokazuje ranking „The Workforce View in Europe 2018” zbyt długi czas przebywania w pracy (nie tylko fizycznie, ale też myślami już po wyjściu z biura) przynosi bardzo złe skutki dla naszej kondycji psychicznej. Jesteśmy bowiem najbardziej zestresowanym narodem w Europie. To uczucie nieodłącznie towarzyszy każdego dnia w pracy aż 27% Polakom. Napięcie, jakie odczuwamy przy wykonywaniu obowiązków zawodowych, ma niestety bezpośrednie przełożenie na naszą efektywność. Ciekawe, choć bardzo przygnębiające wnioski płyną z raportu psycholog Małgorzaty Czerneckiej z Human Power. W badaniu przeprowadzono wywiady z 1149 menedżerami i pracownikami szeregowymi dużych firm. Aż 75% menedżerów pracuje w ciągu dnia regularnie dłużej niż 8 godzin, a prawie połowa zabiera pracę do domu. Co szczególnie alarmujące, aż 1/3 wszystkich przebadanych pracowników miała świadomość, że nie pracuje w pełni efektywnie. Z natłoku stresu i obowiązków większość ankietowanych odczuwała zmęczenie i senność w ciągu dnia.

W sytuacji, kiedy pracownicy nie wykonują swoich obowiązków najbardziej efektywnie, pracodawcy powinni być otwarci na nowe, czasem eksperymentalne, formy zwiększania wydajności. Tymczasem słuchając przedstawicieli polskiego biznesu, można odnieść wrażenie skrajnej zachowawczości tego środowiska. To powinno dziwić, bo przecież od kogo, jak nie od nich winniśmy oczekiwać bardziej nowatorskiego podejścia do problemów. Postawę pracodawców, oczywiście dokonując przy tym pewnych uogólnień, można scharakteryzować w następujący sposób: wiemy, że Polacy nie pracują tak efektywnie jak powinni, ale jeżeli skrócimy im czas pracy, to wtedy wydajność będzie jeszcze niższa. Mam wrażenie, że taki pogląd opiera się na szalenie krzywdzącym założeniu, że brak dostatecznej efektywności nie wynika z niedostatków organizacyjnych firmy oraz z przepracowania pracowników, ale z lenistwa i cwaniactwa świadczących pracę, którzy robią wszystko, aby „zarobić, a się nie narobić” (niczym w popularnym serialu komediowym o pewnej rodzinie z Wrocławia). Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak napisać, że także w naszym kraju zdarzają się pracodawcy nie bojący się eksperymentów z obniżaniem czasu pracy swoich pracowników. Agencja PR POiNTB skróciła zatrudnionym czas pracy do 6 godzin dziennie. Początkowo test miał trwać 3 miesiące, ale właściciele firmy byli na tyle zadowoleni z efektów zmiany, że taki tryb wprowadzili na stałe.

Doceniając pewne chwalebne wyjątki wśród przedstawicieli polskiego biznesu, faktem jest jednak, że do czasu wprowadzenia regulacji ustawowej z krótszego czasu pracy będą mogli cieszyć się tylko niektórzy pracownicy. Problem rozwiązałaby nowelizacja kodeksu pracy, ale do tego potrzebna jest znacznie większa determinacja strony społecznej, która mogłaby zmusić rządzących do zajęcia się na poważnie zmianami w tym zakresie.

Marcin Rezik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski