Jak wyrzucić związkowców z korporacji

Jak wyrzucić związkowców z korporacji

z Karolem Dwornikiem rozmawia Remigiusz Okraska

 

Zanim opowiemy o tym, jak zostaliście wyrzuceni z pracy w korporacji za działalność związkową, opowiedzmy o tym, skąd Was wyrzucono. Co to za firma, czym się zajmuje?

Karol Dwornik: Rzecz dzieje się w Krakowie, nazywanym europejską – już nawet nie polską, lecz europejską, bo tu jest największe zagęszczenie ich siedzib – stolicą korporacji. Cała nasza później zwolniona trójka pracowała dla przedsiębiorstwa, które najpierw nazywało się Accounting Plaza i należało do kapitału holenderskiego. Świadczyło ono usługi księgowe dla największej sieci holenderskich supermarketów, działających w różnych krajach pod marką Albert Heijn. Po kilku latach pracy gruchnęła wiadomość, że przejmują nas Amerykanie z koncernu Genpact. Przejęcie nastąpiło w roku 2012. Po zmianie własnościowej nadal zajmowaliśmy się głównie prowadzeniem księgowości, tyle że dla zwiększonej ilości podmiotów. Wszyscy trzej pracowaliśmy w charakterze przede wszystkim tłumaczy: jeden z nas zna język czeski, a dwóch niderlandzki.

Coś się zmieniło po przejęciu firmy?

Oddanie biznesu w ręce Amerykanów nieuchronnie musiało przynieść za sobą znane całemu światu „subtelne” amerykańskie metody. Toteż trudno się dziwić, że wkrótce rozpoczęły się kłopoty. Zapowiedziano duże zwolnienia. Miały one dotknąć długoletnich pracowników, w zdecydowanej większości kobiety, którym pozostało niewiele do osiągnięcia wieku, gdy prawo gwarantuje ochronę przed zwolnieniem do chwili osiągnięcia wieku emerytalnego. Dotyczyły więc osób, które mają ogromne trudności ze znalezieniem nowego zatrudnienia. Perfidia przewidzianej redukcji polegała na tym, że właśnie takich pracowników Genpact zamierzał pozbyć się w pierwszej kolejności.

Niezgoda na tę niesprawiedliwość i przedmiotowe traktowanie ludzi spowodowała, że Zbigniew Zysek zgłosił pomysł utworzenia związku zawodowego. Było to sześć lat temu, w sierpniu 2015 r.

O jakiej skali zatrudnienia mówimy?

Gdy właścicielem spółki był kapitał holenderski, pracowało u nas około 350 osób. Amerykanie stwierdzili, że liczba pracowników musi być zmniejszona mniej więcej o połowę. Przyczyna planowanych zwolnień – i dodatkowa porcja goryczy – nie wynikała bynajmniej z przerostu zatrudnienia czy malejącej skali zleceń. Z tym dałoby się jeszcze jakoś pogodzić. W naszym przypadku chodziło nie o to, że pracowników było zbyt dużo, ale o maksymalizację zysków amerykańskich miliarderów. Wyłącznie z tego powodu Amerykanie wyrzucili na bruk polskie matki, zupełnie nie przejmując się ich losem. Odebraną im pracę przenieśli do Indii, gdzie wykonuje się ją o wiele taniej, a prawa pracownicze właściwie nie istnieją.

Modelowy brutalny współczesny kapitalizm, jak z lewicowych czytanek: przejęcie firmy, zwolnienia grupowe, outsourcing zadań do biednych krajów, gdzie praca jest znacznie tańsza, czyli rośnie zysk właściciela. Postanawiacie się bronić w naturalnym odruchu. Ale niekoniecznie całkiem naturalna jest formuła takiej samoobrony w polskich realiach. Związki zawodowe nie są w Polsce popularne, nie jest łatwo je zakładać, zostały wielu ludziom zohydzone w ogóle, a co dopiero w korporacji, w sektorze uznawanym za nowoczesny, a co dopiero mówić o korporacji opartej na pracy biurowej, intelektualnej, nie przy produkcji…

Niestety, w naszej ojczyźnie ten rodzaj samoobrony nie jest odruchem naturalnym. Dość powiedzieć, że wedle szacunków w samym tylko Krakowie w korporacjach świadczących usługi w branży biurowej było w owym czasie zatrudnionych około 80 tysięcy osób, a zarazem nie istniał w nich żaden związek zawodowy. Nie wiem, czy w całej Polsce znaleźlibyśmy więcej niż kilka związków w korporacjach z sektora biurowego. W każdym razie w stolicy Małopolski było to zjawisko bezprecedensowe.

Zaczynaliśmy w trzech: wspomniany Zbigniew Zysek, Krisztian Kovacs i ja. Wkład w zawiązanie organizacji wniosła też koleżanka z naszego działu, pełniąca przez pewien czas funkcję w zarządzie. W tym gronie mieliśmy świadomość, czym są związki zawodowe, choć wcześniej nie należeliśmy do żadnego. Dla mnie idea była oczywista, ponieważ od dawna jestem człowiekiem lewicy patriotycznej. Krisztian miał doświadczenie zdobyte w radzie pracowników Genpact, ale tam właśnie poznał słabość tej struktury, jej czysto konsultacyjny charakter. Rozumiał konieczność utworzenia realnego organu obrony interesów pracowników, jakim jest związek zawodowy.

W efekcie stworzyliście komisję zakładową „Solidarności”. Ale trzy osoby to za mało, żeby ją powołać. W świetle prawa potrzeba co najmniej dziesięciu pracowników danej firmy. Jak ze strony współpracowników wyglądała reakcja na pomysł założenia związku? Entuzjazm czy raczej strach?

Entuzjazmu nie zauważyłem w ogóle. Przeważały strach i niewiara w powodzenie sprawy. Pozyskiwanie członków-założycieli przebiegało w całkowitej tajemnicy, wręcz konspiracji. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że jeśli kadra zarządzająca dowie się o inicjatywie na tym etapie, to nastąpią natychmiastowe działania destrukcyjne. W takich okolicznościach znalezienie dziesięciu odważnych było niezwykle trudne. To głównie ja rozmawiałem z koleżankami z biura, szczególnie tymi najbardziej zagrożonymi zwolnieniami. Były to osoby w takim wieku, że pamiętały istnienie związków. Miały świadomość korzyści wynikających ze współdziałania pracowników. Nie były przesiąknięte indywidualizmem, który w korporacjach jest często spotykany i dodatkowo odgórnie stymulowany.

Utkwił mi w pamięci przypadek pewnego chłopaka, który otwarcie deklarował się jako lewicowiec, był też absolwentem politologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Należał do pierwszych, którym Zbigniew i ja zaproponowaliśmy akces. Młody politolog był wystraszony, odrzekł: „Ale przecież to jest nielegalne! Związek zawodowy w korporacji? Nie! Ja się nie zapiszę, to jest nielegalne!”…

Po dwóch tygodniach i dziesiątkach rozmów udało nam się zebrać wymagane 10 osób i mogliśmy zarejestrować związek. Dodam jeszcze, że nikt z założycielskiej trójki nie robił tego dla siebie. Żaden z nas nie był nigdy zagrożony zwolnieniem. Mieliśmy silny atut w postaci dobrej znajomości języków poszukiwanych na rynku pracy, byliśmy pracodawcy bardzo przydatni. Naszemu działowi nie groziła likwidacja, przeniesienie tej pracy do Indii.

W mediach liberalnych i narracji pracodawców często pojawia się „argument”, że związki tworzą „cwaniacy”, „nieroby” itp., którzy chcą bezpiecznie do końca życia siedzieć w firmie i być „nie do ruszenia”.

Utworzyliśmy organizację nie dla własnych korzyści, ale z pobudek natury humanitarnej. Chcieliśmy uchronić koleżanki przed bezrobociem. Nie chcę być gołosłownym: jako władzom komisji zakładowej związku przysługiwały nam tzw. miejsca chronione – oddaliśmy je paniom zagrożonym zwolnieniem. Sami wystawiliśmy się na ewentualne represje pracodawcy.

Jak zareagowały regionalne struktury „Solidarności”, bo, jak rozumiem, w momencie powstania komisji zakładowej zarejestrowaliście się na szczeblu regionalnym?

Reakcję określiłbym jako radość zmieszaną z niedowierzaniem. Mimo naszpikowania Krakowa zagranicznymi korporacjami, dla małopolskiej „Solidarności” jawiły się one jako swego rodzaju terra incognita.

Od członków Zarządu Regionu usłyszeliśmy, że podejmowali próby propagowania idei związkowej na gruncie korporacyjnym, ale z uwagi na specyfikę tego środowiska, jego hermetyczność, dotarcie tam z zewnątrz było utrudnione, przez co wszelkie starania spaliły na panewce. Dużo później koledzy, którzy trafili do Genpact z innych korporacji, opowiadali: „chcieliśmy założyć związek w firmie X, ale udało się namówić tylko trzy czy cztery osoby”. Nasze powodzenie było zatem ewenementem w skali całego regionu.

Faktem jest, że ze związkowego punktu widzenia ponadnarodowe korporacje biurowe to najtrudniejszy teren. Jednakże w dobie globalizacji potencjalnie stanowi on największe pole ekspansji związków. W odróżnieniu od innych, tradycyjnych gałęzi gospodarki (górnictwo, hutnictwo), miejsc pracy w tej branży stale przybywa. Mój kolega obliczył, że w Krakowie generują one niemal 20% ogółu miejsc pracy, co odpowiada ok. 10% ludności miasta. Nawet jeżeli te szacunki są nieco zawyżone, to i tak mówimy o liczbach imponujących.

A reakcja pracodawcy?

Był oszołomiony. Konspiracja była na tyle głęboka, że wiadomość o powstaniu „Solidarności” spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Z przecieków wiemy, że zadawał sobie pytania: „Jak mogło do tego dojść? Dlaczego akurat u nas? Co teraz będzie?”. Bali się o swoje stołki. I chyba nie bez podstaw, bo z ówczesnego składu zarządu nie ostał się w Genpact już nikt.

Główna kadrowa przyjęła od nas pismo informujące o powołaniu związku. Kilka godzin później powiedziała, że jedna z najważniejszych osób w Genpact w skali świata, Polka z kwatery głównej w USA, bardzo się tym zainteresowała. Ton głosu kadrowej dawał do zrozumienia, że jest to zainteresowanie złowrogie…

Czy poszły za tym jakieś działania przeciwko wam?

Początkowo nie. Przez pierwszy rok działalności, może nawet dwa, nie wydarzyło się nic szczególnego. Oczywiście dawano nam odczuć, że nie jesteśmy ulubieńcami zarządu. Dochodziły sygnały, że kierownicy niektórych działów jawnie obrzydzali podwładnym ideę związkową. Mówili: „Na co to potrzebne? Z tego mogą być tylko kłopoty”. Nie mogliśmy temu zaradzić, bo informatorzy każdorazowo prosili o dyskrecję. Z kręgów kierowniczych wychodziły sugestie, że Amerykanie, chcąc ukarać nieposłusznych, rozważają przeniesienie polskiej filii Genpact do Rumunii. Uciążliwy był wprowadzony od razu zakaz informowania załogi o istnieniu związku i propagowania jego działań za pomocą służbowej poczty elektronicznej.

Czyli oczywistego kanału komunikacji w nowoczesnej firmie w XXI wieku…

Osobom postronnym trudno w to uwierzyć. Odebraliśmy wtedy pierwszy wyraźny sygnał mówiący, że nie jesteśmy w Genpact mile widziani, że próbuje się przeciwdziałać popularyzowaniu związku, że chcą nas odizolować. Dostaliśmy natomiast tablice informacyjne. Jest to rozwiązanie pozostawiające wiele do życzenia, bowiem czytelnicy naszych wieści mogli być przez przełożonych zauważeni, obserwowani. Krótko mówiąc – istniały obawy przed korzystaniem z takiej formy komunikacji. Kilku współpracowników otwarcie się do tego przyznało. Kilku innych w sposób pośredni, zadając pytania, na które odpowiedź widniała na tablicach ogłoszeń. Niby nic wielkiego, ale to dość skuteczny sposób zniechęcania do demokracji pracowniczej. Poza tym funkcjonował wówczas duży, 200-osobowy oddział Genpact w Szczecinie, gdzie, gdyby nie powyższe utrudnienia, też moglibyśmy prowadzić werbunek.

Czy po tym okresie startowym nastąpił jakiś rozwój związku? Ludzie zgłaszali się do Was?

To raczej my staraliśmy się docierać do nich. Początkowo szło bardzo opornie. Przez dłuższy czas balansowaliśmy na granicy egzystencji, mając 11, 12, najwyżej 13 członków. Wśród osób zachęcanych do przystąpienia panował strach. W 90 procentach przypadków odpowiedź brzmiała: „Ale ja mam kredyt, ale ja mam dzieci, nie mogę się wychylać, ryzykować. Co zrobię, gdy mnie zwolnią?”.

Pokazuje to strukturalne, systemowe podkopywanie aktywności społecznej. Kredyt jako topór wiszący nad głową, przestroga.

I ciężkie jarzmo nakładane na barki niewolników. Nasza ojczyzna jest kolonią. Kolonią bogatych państw Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Od ponad trzech dekad jesteśmy dostarczycielem taniej siły roboczej. Zarówno we własnym kraju, jak i w krajach Zachodu. Kosmopolityczna oligarchia finansowa oraz będąca jej usłużnym lokajem klasa polityczna gorliwie czuwają, by polski pracownik nie mógł rozprostować pleców.

Podkreślam, że mówimy o kredytach hipotecznych, czyli kredytach zaciąganych na zaspokojenie jednej z podstawowych potrzeb człowieka – dachu nad głową. Stawiam tezę, że w ojczyźnie „Solidarności” ludzie boją się wstępować do związku zawodowego. Przede wszystkim z powodu zniewolenia kredytem mieszkaniowym i związanych z tym obaw przed utratą pracy. Stąd bierze się druga z lansowanych przeze mnie tez: niedobór mieszkań jest zagrożeniem dla demokracji.

Na kogo Pan głosował w wyborach parlamentarnych, jeśli można spytać?

Podobnie jak tysiące naszych rodaków głosowałem na Prawo i Sprawiedliwość, wierząc, że położy wreszcie kres narodowej hańbie i wybuduje państwowe mieszkania. Okazuje się, że nic z tego nie będzie. Rząd Zjednoczonej Prawicy skapitulował przed inwestorami budowlanymi. W ramach kolonizacji – tym razem językowej – zwanymi deweloperami.

Mimo wspomnianych problemów z pozyskiwaniem członków próbowaliście działać. Co związek robił w ramach firmy, jakie tematy poruszał?

Głównym przedmiotem naszego zainteresowania stał się Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych.

Czyli jedna z niewielu sfer działalności firm, w której ustawodawca przewidział dla związków zawodowych prawo nie tylko opiniowania, konsultowania decyzji, ale także – gdy związek istnieje w przedsiębiorstwie – prawo do ewentualnego zawetowania działań pracodawcy.

Tak. Dlatego wzięliśmy pod lupę właśnie tę działkę. Pracodawca bez zgody związku nie może z Funduszu wydać ani złotówki.

Dodajmy, że ta pula to pieniądze pracowników, pochodzące z potrąceń z ich pensji. Dopóki związku nie ma, pracodawca może wydawać te pieniądze tak, jak zechce, byle uzasadnił to interesem pracowniczym.

To prawda. Dla mydlenia oczu załodze zarząd niekiedy wybiera tak zwanego reprezentanta pracowników, ale jest to zawsze ich człowiek. Nasz pracodawca używał tych pieniędzy do robienia sobie darmowej reklamy. Wabił przyszłych pracowników tekstami typu: przyjdź do nas, a dostaniesz kartę Multisport, we wszystkie poniedziałki będziesz otrzymywał owoce itp. Cała ta reklama była finansowana ze środków Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych.

Czyli pracownik de facto płacił z własnych pieniędzy za te rzekome prezenty od firmy. Nie płacił za to pracodawca z własnych zysków.

Do tego sam decydował, jak te pieniądze wyda. Rodzaj świadczeń nie był w żaden sposób konsultowany z załogą. A w skali roku chodziło o niebagatelną kwotę, sięgającą 700 tysięcy złotych.

Co próbowaliście zmienić w tych wydatkach?

Odcięliśmy najlepiej zarabiających – około 30 osób – od tzw. bonów świątecznych, czyli pieniędzy, które pracownicy dostawali z Funduszu na święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Pozbawiliśmy elitę finansową – tych, którzy zarabiali powyżej 10 tysięcy miesięcznie – możliwości korzystania z tego świadczenia po to, żeby większą sumę pieniędzy rozdysponować wśród gorzej zarabiających. Tych z dołu drabiny płacowej.

Jak tym razem zareagował pracodawca?

Nieukrywaną złością. Nasza socjalna akcja zabolała ich dotkliwie. Tym, którzy mają najwięcej, zawsze najtrudniej rozstać się z pieniędzmi.

Czyli złościło ich to, że chcecie, jako reprezentacja pracowników, decydować o pieniądzach samych pracowników. Nie o jakiejś dodatkowej puli z zysku firmy.

Oni tego tak nie postrzegali. Często padało sformułowanie: „to są pieniądze pracodawcy!”. Przekonywaliśmy ich, cytowaliśmy odpowiednie akty prawne, wyjaśnialiśmy mechanizm gromadzenia tych środków. Wskazywaliśmy, że ustawa przyznaje związkom zawodowym kompetencje wpływania na sposób ich wydatkowania.

Przy kilku okazjach starali się nas namówić, żebyśmy odstąpili od nowo przyjętych zasad rozdziału pieniędzy. Twierdzili, że do finansowej elity należą również osoby w gorszej sytuacji materialnej. Odpowiadaliśmy, że owszem, rozumiemy, pracownik z wysokimi zarobkami może mieć duże wydatki, np. kilkoro dzieci, kredyt itp., ale że w takim razie zapraszamy do składania wniosków o zapomogę do komisji socjalnej. Do dnia dzisiejszego nikt z przedstawicieli „śmietanki” nie złożył wniosku o takie wsparcie. Szczycimy się, że w naszym zakładzie pracy najgorzej uposażeni otrzymują najwyższe świadczenia. Jest im teraz odrobinę lżej. Także dlatego, że nie wyraziliśmy zgody na dalsze finansowanie kart Multisport i zakup owoców ze środków Funduszu. Dzięki temu posunięciu dysponujemy większą kwotą do podziału na bony i zapomogi.

Oprócz pieniędzy była to też kwestia symboliczna: nie godzimy się na jaśniepański gest wedle widzimisię pracodawcy, lecz sami chcemy decydować o tym, jak są wydawane nasze pieniądze.

W optyce Genpact był to spór o władzę. Korporacja jest niewiarygodnie bogata, stać ją na to, żeby fundować owoce czy karnety na siłownię z własnego zysku, nie z potrąceń pracowników. Tym sposobem naruszyliśmy pozycję kierownictwa. Zawalił im się dawny porządek rzeczy. Związkowcy konsultowali swoje decyzje z pracownikami.

Czy takie działania przekonały pracowników do wstępowania do związku?

Uświadomiły im korzyści z jego funkcjonowania. Wykazały, że działamy dla ich dobra. Kilkoro wypełniło deklaracje członkowskie. Nie ujawniając swojej przynależności przed pracodawcą. Za wyjątkiem osób szczególnie chronionych, wszyscy członkowie organizacji pozostają utajnieni. W małopolskiej „Solidarności” budziło niemałe zdumienie, że składki członkowskie wpłacamy w sposób bezpośredni, z pominięciem działu kadr i potrąceń z pensji.

W kraju demokratycznym, w kraju, którego etos założycielski dotyczący przełomu roku 1989 odwołuje się do związku zawodowego, ludzie boją się jawnie zadeklarować przynależność związkową, czyli akces do legalnej, sformalizowanej organizacji. W dużej, międzynarodowej firmie, nie przy zatrudnieniu na czarno w garażu u jakiegoś cwaniaka. Zachowują się tak, jakby robili coś niecnego i ukrywali się z tym…

Faktycznie się z tym ukrywają. Powiem coś zaskakującego. Pewna część naszych członków nie ujawnia się nawet przed innymi członkami. Znamy ich my jako kierownictwo komisji zakładowej, ale zobowiązali nas do nieujawniania ich przynależności innym ludziom „Solidarności”. Nie biorą udziału w zebraniach i wyborach do władz komisji zakładowej, gdyż wtedy musieliby się odkryć. To chyba najlepiej obrazuje, jaki terror mentalny panuje w Polsce w tej sferze…

To brzmi jak opowieść z czasów okupacji i ruchu oporu – tyle że dotyczy legalnej działalności w demokratycznym państwie…

Przytoczę znamienny przykład. Pewnego razu koleżanka z biura napisała do mnie z prośbą o rozmowę. Ale na osobności, dyskretnie i w miejscu, w którym nikt nie zobaczy nas razem. W czasie przerwy wyszliśmy z biura. Koleżanka powiedziała, że chciałaby się zapisać do związku. Ucieszyłem się, omówiliśmy sprawy formalne. Później zapytałem, dlaczego zdecydowała się dopiero teraz, znamy się od dawna, ona wie o istnieniu związku, co się zatem stało, że tak długo zwlekała. Odrzekła, że powstrzymywało ją nasze „konspiracyjne” działanie, otaczająca nas tajemnicza atmosfera, to, że nie wiadomo, kto poza aktywem należy do „Solidarności”. Formuła naszej rozmowy była dobitnym wyjaśnieniem, czemu inni pracownicy mają podobne obawy przed jawnym przystąpieniem do związku. Skąd się bierze ta nasza konspiracja? Stąd, że, jak właśnie widzisz, jest ona koniecznością. Przecież sama mnie dziś o nią prosiłaś. „No tak”– odpowiedziała i przytaknęła ze zrozumieniem.

Co jeszcze udało się zrobić związkowi?

Wynegocjowaliśmy dodatkowe odprawy dla osób zwalnianych z pracy. Doniosłym w skutki wydarzeniem był natomiast wybór społecznych inspektorów pracy. Istniejący w zakładzie pracy związek posiada kompetencje utworzenia struktury społecznej inspekcji pracy, podziału zakładu na komórki pod tym kątem, przeprowadzenia wyboru inspektorów itp. Wcześniej inspektorów nie było w spółce wcale, gdyż wyłączną kompetencję tworzenia SIP ustawodawcy przewidzieli dla organizacji związkowych. Wyłonieni w wyniku powszechnych wyborów inspektorzy jawnie i oficjalnie sprawują pieczę nad przestrzeganiem przepisów BHP oraz prawa pracy. Ze względu na liczne nieprawidłowości wybraliśmy 13 inspektorów.

Było łatwo ich wybrać?

Ponieważ każdemu inspektorowi SIP przysługuje szczególna ochrona przed zwolnieniem, było nieco łatwiej przekonać ludzi do pełnienia tej funkcji. Jednak wiele osób nie chciało kandydować, nawet nie tyle ze strachu przed reperkusjami, co ze względów pragmatycznych, wychodząc z założenia, że i tak dłużej w Genpact nie zabawią, że w Genpact nie ma przyszłości. Tłumaczyły, że wprawdzie same nie złożą wypowiedzenia – w takim przypadku straciłyby dodatkowe odprawy – ale z niecierpliwością czekają na to, kiedy zrobi to Genpact. Twierdziły, że odejdą z tej firmy bez żalu. Ujawniły się indywidualne strategie przetrwania, szczególnie zauważalne u najmłodszych wiekiem. Nie wolno popełnić błędu uogólnienia, ale doświadczenie wyniesione z ponad dziesięciu lat pracy pozwala mi na wysnucie następującego wniosku: znaczną część korporacyjnej młodzieży cechuje brak przywiązania do kolegów, środowiska pracy i obojętność na wszystko, co nie leży w ich własnym, wąsko pojętym, konsumpcyjnym interesie. Przychodzą do pracy z niezrozumiałym dla starszego pokolenia nastawieniem: popracuję tu rok czy półtora, wzbogacę CV o tę firmę i pójdę gdzie indziej.

W gronie trzynastu wybranych przez załogę inspektorów SIP znajdowało się pięć matek, którym Genpact kilka tygodni wcześniej wręczył wypowiedzenia. Złożyło się tak, że informacja o wyborach dotarła do nich w okresie, gdy biuro zelektryzowała informacja o pozyskaniu nowego zlecenia. Pojawiła się nadzieja, że panie może jednak nie okażą się zbędne. Były mocno rozgoryczone, gdy wyszło na jaw, że nowa praca trafi nie do nich, lecz do całkowicie nowych osób. Niewdzięczność decydentów Genpact (wszystkie te panie były długoletnimi dobrymi pracownicami), jak również świadomość, że nie mają już nic do stracenia, spowodowały, że nabrały odwagi. Zdecydowały się mówić o praktykach notorycznego naruszania prawa w ich działach i kandydować w wyborach na społecznych inspektorów pracy. W ten sposób dowiedzieliśmy się o sprawach, których wcześniej nie byliśmy świadomi: niezgodnym z prawem rozliczaniu nadgodzin, zakazanym planowaniu nadgodzin, zmuszaniu do pracy w dni wolne, świąteczne itp.

Co tym razem powiedziało na to szefostwo?

Włodarze Genpact co prawda uszanowali wynik wyborów, lecz nie cofnęli wypowiedzeń pięciu matkom z listy redukowanych pracowników. Oznaczało to manifestacyjne złamanie prawa. Przypomnijmy: społeczny inspektor pracy od chwili wyboru podlega szczególnej ochronie, a pracownik w okresie wypowiedzenia wciąż zachowuje wszelkie prawa i obowiązki. Jest pełnoprawnym pracownikiem, ma prawo wybierać i zostać wybranym. Zgłosiliśmy ten występek do Państwowej Inspekcji Pracy. Kontrola PIP potwierdziła, że zwolnienie tych osób jest nielegalne. Ale cóż z tego, w polskich warunkach niewiele to zmienia. Należałoby złożyć pozew do sądu pracy, a zwolnione panie tego nie chciały – to oznacza czas, koszty, nerwy.

Do wątku sądu pracy jeszcze będzie okazja wrócić. Ale póki co zapytam Pana, jak radziliście sobie z tymi przepychankami – potrzebna jest do nich wiedza prawnicza itp.

Na wszystkich etapach mieliśmy merytoryczne wsparcie Państwowej Inspekcji Pracy. Z mocy odpowiedniej ustawy PIP ma obowiązek współpracować i pomagać społecznym inspektorom pracy. W ramach tych zobowiązań Inspekcja wydała poradnik dla społecznych inspektorów pracy, który okazał się nam nader pomocny. W pozostałych kwestiach porad prawnych udzielali nam prawnicy i eksperci z małopolskiej „Solidarności”.

Pracodawca wyprowadził brutalne kontruderzenie, zwalniając kilkoro społecznych inspektorów pracy wbrew prawu. A czy wy, ta kierownicza trójka, oficjalni liderzy związku w zakładzie, byliście przedmiotem jakichś negatywnych zabiegów ze strony szefostwa?

Niejednokrotnie. Gdy poinformowaliśmy pracowników drogą elektroniczną – w imieniu komisji socjalnej, nie związku zawodowego – o nieprawidłowościach w Funduszu Świadczeń Socjalnych, Krisztian Kovacs i ja otrzymaliśmy od dyrektor naszego przedsiębiorstwa informację o zamiarze zwolnienia dyscyplinarnego. Wbrew prawu, gdyż obaj byliśmy wtedy członkami rady pracowników. Pisma wystosowane przez Genpact do zarządu związku i rady pracowników zawierały wniosek o wyrażenie zgody na dyscyplinarne zwolnienie nas z pracy. Oczywiście prośba spotkała się ze stanowczą odmową obu organów demokracji pracowniczej. Genpact wtedy ten sprzeciw uszanował. Sprawa nie miała kontynuacji. Ukazała jednak próbę kneblowania nam ust, spacyfikowania niepokornych. Powołani przez nas na świadków koledzy z komisji socjalnej w zeznaniach przedłożonych Sądowi Pracy oświadczyli, że szykanowanie przez Genpact K. Kovacsa i mnie spowodowało, że poczuli się zastraszeni, zaczęli obawiać się o pracę.

Prześladowanie przybierało różnorakie formy. Nie tylko zbiorowe, ale i osobiste. Dwukrotnie próbowano mnie „zmiękczyć” za pomocą odebrania dodatku mieszkaniowego. Pochodzę z Wielkopolski, skąd korporacja przed jedenastu laty sprowadziła mnie do Krakowa. Aby mnie zwerbować, przyznano dopłatę do najmu mieszkania w kwocie 1200 złotych gwarantowaną przez cały okres zatrudnienia.

Paleta nie byłaby pełna, gdyby zabrakło na niej czarnej barwy szantażu. Do rozmów z nami – w różnym przedziale czasu – zostały oddelegowane z Ameryki dwie wysoko postawione osoby. Jedną z nich była wspomniana rodaczka. Posłańcy zaoceanicznego potentata, bez silenia się na zbytnią kurtuazję, postawili nam ustne ultimatum o treści: Jeżeli będziecie „tak nieustępliwi”, to krakowska filia Genpact będzie zlikwidowana. Wasza praca – przeniesiona do Rumunii.

Czyli z biegiem czasu sprawa się zaogniała? Czy były jakieś momenty przełomowe?

Po nieudanej próbie zwolnienia sytuacja się uspokoiła. Punkt zwrotny nastąpił w lutym 2019 r. Dostaliśmy zaproszenie na spotkanie, w którym oprócz nas wzięły udział trzy panie: dyrektor firmy, główna kadrowa oraz kierowniczka działu, w którym pracowaliśmy. Na spotkaniu pani dyrektor oznajmiła nam, że wróciła z Bukaresztu, gdzie dotychczas rozwijano główną strukturę Genpact w Europie. Tam zapadła decyzja, że o wiele większy nacisk będzie od teraz kładziony na Kraków. Zamiast, jak do tej pory, zmniejszania zatrudnienia i wyprowadzania naszych miejsc pracy do Indii czy Rumunii, oddział krakowski ma być rozwijany. Planowane jest zwiększenie w nim zatrudnienia, pozyskiwanie nowych klientów itp. A jednocześnie, jak dodała dyrektor, męczymy się tu razem ze sobą. My, szefostwo firmy, męczymy się z wami, a wy męczycie się z nami. W związku z tym, kontynuowała, chcielibyśmy wam coś zaproponować. Zastanówcie się, czy jest taka kwota, za którą zgodzilibyście się odejść z pracy. Wiemy, że nie możemy was zwolnić, bo jesteście chronieni z racji pełnionych funkcji – ale może będziecie skłonni odejść dobrowolnie. Dała nam kilka dni na przemyślenie i poprosiła, żebyśmy podali satysfakcjonującą nas kwotę. Bezpośrednio po tym spotkaniu – w celu uczynienia mnie bardziej podatnym na przyjęcie oferty korupcyjnej – kadrowa i dyrektor zakomunikowały mi podjętą w Bukareszcie decyzję o odebraniu dodatku mieszkaniowego.

Propozycja korupcyjna jak z amerykańskich filmów sensacyjnych. Wymowny jest też moment jej złożenia: będziemy firmę rozwijali, zatrudniali nowe osoby, ale lepiej, żeby w firmie nie działał związek zawodowy, który zadba o dobre traktowanie pracowników… I co dalej?

Po tygodniu odpowiedzieliśmy odmownie. W imieniu całej trójki oznajmiłem, że nie ma takiej kwoty, za którą bylibyśmy gotowi porzucić towarzyszy broni. Powiedziałem to, choć mieliśmy przekonanie, że skoro zawiodły zastraszanie, przekupstwo i szantaż, metody, które przystoją amerykańskim gangsterom, a nie przedsiębiorstwu przejawiającemu globalne ambicje, to teraz będzie gorąco…

Tak też się stało. Kilka dni później przyszła do mnie koleżanka ze związku i pokazała artykuł opublikowany w dużym regionalnym piśmie, krakowskim „Dzienniku Polskim”. Z artykułu wynika, że w Krakowie pracuje w korporacjach kilkadziesiąt tysięcy osób, ale w żadnej z nich nie ma związku zawodowego, i że nikt nigdy nawet nie słyszał o próbach ich tworzenia. Co zdaniem autora oznacza, iż nie są one potrzebne. Z lektury można by odnieść wrażenie, że realia zatrudnienia w tym sektorze są świetne.

Wykazaliśmy dziennikarzowi, że to nieprawda. Że po pierwsze od kilku lat istnieje związek w krakowskiej korporacji, a po drugie, na własnym przykładzie udowodniliśmy, że warunki pracy w opisywanej branży sprawiają, iż związki są tam potrzebne. Naszym zdaniem bardziej potrzebne niż gdzie indziej.

Zapewne bardziej niż choćby w budżetówce, która działa w innej formule. Korporacje to przecież z definicji biznes dążący do zysków, ich maksymalizacji, siłą rzeczy chcący wycisnąć jak najwięcej profitów z pracowników.

Uświadomiliśmy to dziennikarzowi „Dziennika Polskiego”, który chętnie zgodził się na rozmowę. Naświetliliśmy tajniki pracy w korporacjach biurowych, dole i niedole naszego związku, doświadczenia, które zebraliśmy w trakcie bojów o demokrację pracowniczą. Wtajemniczyliśmy w kulisy nieudanej korupcji. Wywiad posłużył za osnowę rzetelnego tekstu opublikowanego pod tytułem „Związek zawodowy w korporacji? To możliwe!” .

Po ukazaniu się artykułu odnotowaliśmy niespotykany wcześniej przyrost liczby członków. Ludzie dowiedzieli się nie tylko o tym, że ktoś ich broni, ale że można im zaufać, bo nie zdradzili kolegów, nie dali się przekupić pracodawcy. Przed opublikowaniem artykułu związek liczył 25 osób, po publikacji ta liczba szybko wzrosła do 55 z około 400 zatrudnionych. Wśród nowych członków przeważali pracownicy o krótkim stażu w Genpact.

Intrygujący był przypadek jednego z nowych działów. Świadczył on usługi na rzecz Konica Minolta. Te miejsca pracy trafiły do nas z Niemiec, gdzie je zlikwidowano, gdyż dla odmiany tym razem my okazaliśmy się tańsi. Pracowali przy tym ludzie zatrudnieni przed kilkoma miesiącami. Było ich zbyt mało, więc Genpact rozpoczął rekrutację personelu. Rekrutacja zakończyła się fiaskiem, bo za pieniądze oferowane przez Amerykanów nie udało się znaleźć chętnych z odpowiednią znajomością j. niemieckiego. Stawki zostały więc podwyższone. Poddany presji czasu Genpact pogubił się na tyle, że za pośrednictwem listu elektronicznego zaproponował posadę dziewczynie, która… już od pół roku w tym dziale pracowała, przyjęta w ramach wcześniejszej rekrutacji. W wyniku niedopatrzenia koleżanka dostała ofertę podjęcia tej samej pracy – za pensję o tysiąc złotych przewyższającą jej dotychczasowe zarobki. Dysponujemy dowodami, że zamieszczane przez Genpact ogłoszenia zawierały jeszcze wyższe stawki.

Skonsternowana dziewczyna odpowiedziała na ten list elektroniczny: że już tu pracuje i też jest zainteresowana podwyżką o tysiąc złotych, skoro firma za taką samą pracę oferuje innym wyższe płace. Szczegółami niecodziennego zdarzenia podzieliła się z kolegami z działu. W bodajże siedem osób poprosili o spotkanie ze swoim kierownikiem i kimś z kadr. Zapytali, co to ma znaczyć, skąd taka różnica stawek. Początkowo zostali przez kierownika wyśmiani, a po chwili usłyszeli, że nie mają co liczyć na podwyżki. W złożonych do Sądu Pracy pisemnych zeznaniach utrzymują, że byli przez przełożonych zwodzeni i oszukiwani.

Tu pojawia się wątek, który często wybrzmiewa w opowieściach o współczesnych realiach, w tym szczególnie w „nowoczesnych” sektorach. Że po pierwsze każdy zarabia inną kwotę, taką, jaką indywidualnie wynegocjował z pracodawcą, nie zaś wedle jakiegoś znanego, upublicznionego schematu i podobnych stawek za podobną pracę. A po drugie, że ludzie nie rozmawiają między sobą o stawkach, zarobkach, nie wiedząc w efekcie, jak to wygląda i że część z nich jest celowo i świadomie traktowana gorzej.

W Genpact mówi się czy wręcz zapisuje w umowach z pracownikami, że wysokość wynagrodzenia jest tajna i pod groźbą określonych konsekwencji zabrania się informowania o niej innych. Nie wyłączając reprezentujących danego pracownika działaczy związkowych. Jest to wierutną bzdurą. W świetle obowiązującego prawa dokument ten nie ma żadnego znaczenia. Nie wolno nam informować kogokolwiek o zarobkach innych osób. Jako związkowiec nie mogę udzielić informacji, ile zarabia ktoś inny. Podobnie pracodawca nie może bez zgody zainteresowanego poinformować mnie o czyichś zarobkach. Natomiast każdy pracownik ma pełne prawo powiedzieć komukolwiek chce, ile zarabia.

Przemilczanie wysokości wynagrodzenia miewa smutne konsekwencje. W 2010 roku zostałem zatrudniony przez poprzednika Genpact jako Polak z dobrą znajomością j. niderlandzkiego. Wraz ze mną rozpoczął pracę rodowity Holender, który oprócz oczywistej znajomości ojczystego języka posiadał spore doświadczenie pracy w księgowości i, o niebo lepszą od mojej, znajomość potrzebnych programów komputerowych. Wykonywaliśmy tę samą robotę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy, więc byłem zmartwiony, kiedy po upływie kilku miesięcy powiedział mi, że zastanawia się nad zmianą pracodawcy, albowiem uzyskiwane tu zarobki nie wystarczają mu na życie. Gdy tak się skarżył, byłem trochę zdziwiony. Ja swoją wypłatę uważałem za naprawdę wysoką. Zaproponowałem mu, że powiem, ile zarabiam, abyśmy porównali nasze pensje, bo nie bardzo rozumiałem, skąd jego kłopoty. Kolega wysunął przed siebie dłonie w geście odpychającym niewidzialne niebezpieczeństwo i z zarysowującym się na twarzy przestrachem oświadczył: „Nie, nie, nie mów mi tego, ja nie chcę tego wiedzieć”. Zdumiewającą reakcję umotywował rzekomą nielegalnością wymiany takich informacji. Wyszło na jaw, że ostrzeżenie przed „nadmiernym gadulstwem” znajdowało się w jego umowie o pracę. Po pewnym czasie, wysłuchawszy kolejnej porcji mocniejszych niż dotychczas narzekań na niepodobieństwo związania końca z końcem, bez pytania o zdanie wyjawiłem mu kwotę moich zarobków. Co się okazało? Otóż kolega z Holandii dostawał za tę samą pracę ponad dwa tysiące złotych (netto) mniej ode mnie. Poruszony do żywego dyskryminacją płacową wystąpił nazajutrz z wnioskiem o podwyżkę, ale jej nie otrzymał. Rozgoryczony wypowiedział umowę i odszedł do konkurencji. Tym sposobem korporacja pozbyła się sumiennego, oddanego pracownika, a ja serdecznego kolegi. Od tamtej pory biorę na bok każdego nowicjusza z mojego działu i informuję o stawce miesięcznej, poniżej jakiej nie powinien schodzić.

Latem roku 2019 pracownicy działu Konica Minolta zbulwersowani skandalem z wynagrodzeniami zaczęli się burzyć. Do kilkuosobowej grupy bez przerwy przyłączali się nowi. Doszli do wniosku, że sami niczego nie zwojują, że natrafili na ścianę złej woli i kłamstw. Przyszli do nas, zainspirowani wzmiankowanym artykułem w „Dzienniku Polskim”. Postanowiliśmy wspierać ich w rozmowach z pracodawcą. Z naszej inicjatywy doszło do spotkania buntowników z przedstawicielami koncernu. Genpact ma teraz dylemat. Podwładnych nie dało się dłużej zwodzić, bo stał za nimi związek i byliśmy uczestnikami rozmów. Znając na wylot machinacje Genpact mieliśmy możliwość utrącania na bieżąco wszelkich manipulacji, obnażania bezczelnych oszustw i łgarstw. Wysiłki podejmowane przez aktyw „Solidarności” sprawiły, że szeregi organizacji szybko rosły. Staliśmy się ewidentnym i coraz większym problemem z perspektywy kręgów kierowniczych Genpact. Nieugięta postawa pracowników i prowadzącego ich związku sprawiła, że Amerykanie musieli dać podwyżki. Byli jednak przebiegli. Dobrze opanowali imperialną zasadę dziel i rządź. Podwyżki przyznali tylko połowie pracowników domagających się tego. Temperatura sporu nie spadła. Stawka była poważna. Strategia Amerykanów czytelna. Grali na rozbicie tak dla nich niebezpiecznej jedności pracowników.

Jaka była wasza reakcja?

Zapowiedź strajku. Sięgnęliśmy po główny oręż ludzi pracy. Konsekwentnie twierdziliśmy, że podwyżki muszą dostać wszyscy. Ogłosiliśmy wstąpienie w spór zbiorowy i przedstawiliśmy pracodawcy nasze żądania. Najważniejsze to podwyżka o 700 złotych dla wszystkich pracowników Genpact. Rozpoczęliśmy formalny proces, który w razie braku porozumienia może zakończyć się strajkiem. Ale Genpact nie chciał nawet wysłuchać postulatów ludzi pracy. Zląkł się prowadzenia z nami sporu. Wolał zniżyć się do przestępstwa. Po dwóch tygodniach od ogłoszenia sporu zostaliśmy – czołowi działacze związku – zwolnieni dyscyplinarnie z pracy.

Za co?

Blagierzy z Genpact, fałszując przedmiot sporu, twierdzili, że powodem zwolnienia jest artykuł z „Dziennika Polskiego”, jakoby zawierający nieprawdziwe i szkalujące ich treści. Podawany przez nich pretekst pozostaje w kolizji ze zdrowym rozsądkiem. Nawet przyjmując, że można byłoby kogoś za takie wypowiedzi zwolnić, to pracodawca ma w świetle prawa miesiąc od powzięcia wiedzy o popełnieniu przez pracownika czynu zabronionego na podjęcie takiej decyzji. Z treścią artykułu Genpact zapoznał się w dniu jego publikacji, na początku czerwca. Nas zwolniono dopiero 9 października. Rażące naruszenie prawa miało też bardziej doniosły wymiar. Zbigniew Zysek był chroniony z tytułu przewodniczenia organizacji związkowej oraz jako społeczny inspektor pracy. Krisztian Kovacs i ja byliśmy w momencie zwolnienia społecznymi inspektorami pracy oraz członkami rady pracowników. Amerykanie wyrzucili nas z pracy pomimo podwójnej ochrony.

Pracodawca miał tego pełną świadomość, a mimo to zwolnił was.

Zrobił to, ignorując sprzeciw związku i rady pracowników. W trybie dyscyplinarnym, czyli z dnia na dzień straciliśmy zatrudnienie i dochody, a także wstęp na teren zakładu pracy, siedziby związku zawodowego.

Akt zwolnienia dokonał się w sposób, który wiele mówi o postawie etycznej koncernu z Nowego Jorku. W dniu 9 października 2019 r. do drzwi mieszkania Krisztiana Kovacsa, podczas ostatniego dnia jego urlopu, rozległo się pukanie. Krisztian przez wizjer zobaczył nieznaną sobie kobietę. Otworzył drzwi, a kobieta – jak się później okazało, prawniczka z sowicie opłacanej kancelarii – oświadczyła, po co przyszła i wręczyła mu postanowienie o dyscyplinarnym zwolnieniu. W tej chwili zza jej pleców wychynęła główna kadrowa Genpact. Krisztian oznajmił, że dokumentu nie podpisze, dopóki nie zabierze z biura osobistych rzeczy. Panie po naradzie zgodziły się na to i zabrały go do siedziby Genpact. Po wejściu do biura dołączyła do nich kierowniczka Krisztiana i w asyście trzyosobowej obstawy Krisztian rozpoczął zabieranie z szafki swoich rzeczy. Wynajęta na tę okoliczność prawniczka poniżała węgierskiego bratanka „Solidarności”, poganiając go słowami: „szybciej! szybciej!”. Powyższe sceny rozgrywały się na oczach kilkudziesięciu współpracowników Krisztiana. Intencją tego przedstawienia było prawdopodobnie upokorzenie działacza związku zawodowego i wywarcie presji psychicznej w celu zastraszenia podwładnych.

Ta prawniczka, która brała udział w procederze, reprezentowała jaki podmiot? Niech jego nazwa wybrzmi, skoro biorą udział w czymś takim.

Prawniczka reprezentowała kancelarię, która nosiła nazwę Raczkowski Paruch. Jakiś czas później zaszły w niej zmiany własnościowe. Obecna nazwa kancelarii to Raczkowski Sp. k.

A jak potraktowano Pana i trzecią zwolnioną osobę?

Zbigniewa i mnie nie było w tym dniu w pracy. Do Zbigniewa wysłali zwolnienie listem elektronicznym. Do mnie – jak do Krisztiana – zamierzali przyjechać, ale nie chcąc oglądać tych ludzi w moim domu powiedziałem, że odbiorę dokument w siedzibie Genpact. Jednak po sprawozdaniu Krisztiana ze sposobu, w jaki został potraktowany, zarzuciłem ten pomysł. Wobec tego pismo włożyli do skrzynki pocztowej oraz przysłali mi wersję elektroniczną.

Co po tym wszystkim zrobiliście w samoobronie?

Przy pomocy prawników z zarządu regionu małopolskiej „Solidarności” złożyliśmy pozew do sądu pracy, a następnie zawiadomienie do prokuratury. Warto o tym wspomnieć, żeby pracownicy wahający się przystąpić do związków z powodów finansowych wiedzieli, że m.in. na to płacą składki – na pomoc w razie kłopotów; pomoc, która na wolnym rynku kosztowałaby sporo.

Straciliście z dnia na dzień pracę, dochody…

W trybie dyscyplinarnym, a więc bez okresu wypowiedzenia, bez prawa do zasiłku, z zapisanym w świadectwie pracy zwolnieniem dyscyplinarnym… A ponieważ zarabialiśmy stosunkowo dużo, to za wniesienie pozwu do sądu pracy musieliśmy słono zapłacić – w moim przypadku 5000 złotych.

A co ze związkiem w Genpact?

Prawo stanowi, że wyrzucenie z pracy nie zmienia nic w sytuacji związkowców. Nadal tworzymy kierownictwo komisji zakładowej. Nikt nas oczywiście nie wpuści do biura Genpact, ale spoza zakładu kontynuujemy aktywność związkową.

Podjęliście też działania na rzecz nagłośnienia sprawy. Chyba jedyne, czego może się obawiać duża firma zwalniająca związkowców, to nie proces w sądzie pracy, który zapewne wkalkulowała sobie w koszty, lecz strat wizerunkowych.

Przekonałem Zbigniewa i Krisztiana, żeby nagłaśnianie afery rozpocząć od środków przekazu będących tubą propagandową neoliberałów. Byłem ciekaw strategii przekazu, jaką obiorą skonfrontowani z twardym, bezdyskusyjnym faktem pogwałcenia Konstytucji, wolności słowa oraz podstawowych praw człowieka – bezcennych dla nich rzekomo wartości – przez swego ideowego sojusznika, ponadnarodową korporację.

Krisztian zna osobiście Monikę Góralewską, wpływową redaktor krakowskiego ośrodka TVN. Trzykrotnie prosił ją o zrobienie materiału i tylekroć nic z tego nie wychodziło. Nie wykluczamy, że pani Góralewska, laureatka nagród za reportaże o tematyce społecznej, chciałaby nam pomóc, ale nie uzyskała zgody centrali.

Z odważnych, propracowniczych tekstów kojarzyłem Adrianę Rozwadowską z „Gazety Wyborczej”. Opisywała między innymi łamanie praw pracowniczych w Amazonie. Staraliśmy się do niej dotrzeć. Trzy razy zadzwoniłem do „Wyborczej”. Nigdy nie połączono mnie z Adrianą. Rozmawiałem z jej kierowniczką. Powiedziała, że nie może mi podać telefonu Adriany, ale przekaże jej, że dzwoniłem i Adriana się do mnie odezwie. Niestety, odzewu nie było. Z kolei Zbigniew kilkakrotnie do niej pisał. Z takim samym rezultatem, czyli żadnym.

Tematu ciekawego, zdawałoby się, z punktu widzenia linii programowej czasopisma, nie podjął również lewicowy tygodnik „Przegląd”. Próbowaliśmy się z nim skontaktować za pośrednictwem pewnej znanej osoby. Uzyskała zapewnienie, że redakcja się do nas odezwie. Jednak jej kilkakrotne monity nie przyniosły efektów.

To media. A instytucje inne niż wymiaru sprawiedliwości?

Zarząd małopolskiej „Solidarności” zwrócił się do Rzecznika Praw Obywatelskich z wnioskiem o obronę związkowców zwolnionych ze szczególnym naruszeniem prawa. Z biura Adama Bodnara nadeszła odpowiedź, że RPO wystąpił do Okręgowego Inspektora Pracy w Krakowie o przeprowadzenie kontroli przestrzegania prawa pracy w spółce Genpact. W piśmie informowano również o możliwości przystąpienia Rzecznika do toczącego się przed wymiarem sprawiedliwości postępowania na prawach prokuratora. W tym celu poproszono o dostarczenie Rzecznikowi niezbędnej dokumentacji. Zrobiliśmy to w lutym 2020 roku. Później nastała cisza. Brak jakiejkolwiek reakcji. Tym większe było moje zdziwienie, gdy ostatnio przeczytałem, że Adam Bodnar zaangażował się w obronę TVN. Tej samej telewizji, która uznała za stosowne zamilczenie afery Genpact. Solidarny ze stacją RPO zrobił to samo, co ona.

A czy udało się kogoś zainteresować?

Tak, partię Razem. Zwróciliśmy się do posłanki Razem z Krakowa, Darii Gosek-Popiołek. Jej reakcja była nader życzliwa. Zaprosiła nas do swego biura, przedstawiliśmy sprawę. Daria Gosek-Popiołek dała nam wiele dowodów przychylności. Zorganizowała konferencję prasową. Przyjechał na nią inny parlamentarzysta Razem, Adrian Zandberg z Warszawy. W swoim wystąpieniu określił naszą sprawę mianem symbolu: „To jest symbol, wokół którego powinni zgromadzić się wszyscy ci, dla których wartości konstytucyjne, wartości demokratyczne w Polsce są ważne. Nie możemy dopuścić do tego, żeby prawo w Polsce nie obowiązywało silniejszych”. Na konferencję przybyła również ekipa TVN-u, ale z tego, co wiemy, nie wyemitowała żadnego sprawozdania. Inne środki masowej informacji, a było ich tam niewiele, ograniczyły się do zamieszczenia niedługiej wzmianki. Ważnej tematyki społecznej nie rozwinęły…

Ukazał się tylko duży wywiad z nami w „Tygodniku Solidarność”, ale to oczywistość, skoro jesteśmy członkami tego związku szykanowanymi za działalność związkową.

Wydawałoby się, że to jest dla mediów ciekawy materiał ze względów czysto komercyjnych, niezależnie od sympatii ideowych. Dobry news: amerykańska wielka korporacja wyrzuca trzech związkowców, facetów z biura, z nowoczesnego miejsca pracy, jeden z nich to Węgier, wcześniej był wątek próby skorumpowania was przez pracodawcę. Można za to zgarnąć wierszówkę czy honorarium bez wielkiego wysiłku…

Ja też tak myślałem. Byłem pewny, że nasza historia to najprawdziwszy samograj. Temat poruszający drażliwą kwestię społeczną, którego nie przepuści żaden rasowy dziennikarz. W całej sprawie pojawia się kilkanaście unikalnych, przebojowych aspektów. Weźmy chociażby ten. Trójka zwolnionych tworzy miniaturową Grupę Wyszehradzką. Każdy jest mieszkańcem innego kraju członkowskiego z tej Grupy: Polski, Węgier i Czech.

Wyjątkową odrazę wywołuje dopuszczenie się przez władze Genpact niespotykanego w cywilizowanym świecie aktu barbarzyństwa. Polegał on na bezlitosnym wyrzuceniu na bruk i pozostawieniu bez środków do życia przewodniczącego związku zawodowego Zbigniewa Zyska – osoby niepełnosprawnej, z amputowaną nogą. Dzieje się tak, choć Genpact wspiera organizowany w Krakowie bieg pod nazwą Business Run. Jest to charytatywna impreza, z której dochody są przeznaczane m.in. na zakup sprzętu dla osób z niepełnosprawnością ruchową. We wrześniu 2019 r. liczna reprezentacja Genpact wzięła udział w zawodach, reklamując swoją obecnością firmę. Nie upłynął nawet miesiąc i ten sam, tak bardzo współczujący pokrzywdzonym Genpact wyrzucił na twardy krakowski bruk Zbigniewa Zyska, który pracował dla nich 12 lat…

Ważnym zleceniodawcą amerykańskiego koncernu jest pewien europejski gigant ubezpieczeniowy. Z racji prowadzonej działalności los osób niepełnosprawnych jest mu szczególnie bliski. Akcjonariuszom obu koncernów nie byłoby do śmiechu, gdyby cierpieniu Zbigniewa udało się nadać światowy rezonans.

A później wybuchła zaraza. Media i społeczeństwo zaczęli żyć czymś innym.

Wasza sprawa jednak toczyła się nadal w sądzie pracy i prokuraturze.

Prokuratura odmówiła wszczęcia dochodzenia i umorzyła sprawę. Mimo oczywistych, bo udokumentowanych przecież dowodów, prokurator w poczynaniach firmy nie dopatrzył się zachowań przestępczych. Napisaliśmy skargę na tę decyzję. Sąd wydał postanowienie, w którym w całej rozciągłości przyznał nam rację.

W tym samym czasie przeczytałem gdzieś o instytucji pisemnej interwencji poselskiej, na którą każdy organ państwa ma obowiązek odpowiedzieć w terminie 14 dni. Bogatsi o tę wiedzę dotarliśmy do słynącej z dużej wrażliwości społecznej posłanki Prawa i Sprawiedliwości, Urszuli Ruseckiej z Wieliczki. Pani poseł zadeklarowała pomoc i dotrzymała słowa. W trybie interwencji poselskiej napisała pismo do ministra Ziobry z wnioskiem o interwencję w prokuraturze. Wstawiennictwo poseł Ruseckiej niewątpliwie pomogło. Krakowska prokuratura mimo początkowej niechęci rozpoczęła śledztwo.

Nawiązaliśmy kontakt także z Maciejem Koniecznym, posłem Razem. Jego również poprosiliśmy o interwencję poselską u ministra Ziobry w przedmiocie absurdalnej decyzji krakowskiej Prokuratury. Poruszyliśmy też inną kwestię. Zapytaliśmy posła Koniecznego, czy byłby skłonny podjąć się koordynowania działań obejmujących zasięgiem całe spektrum polskiego ruchu związkowego. Nasza koncepcja polega na tym, aby, odkładając na bok sympatie polityczne i trzeciorzędne różnice światopoglądowe, rozpocząć rozmowy mające doprowadzić do przyjęcia wspólnego stanowiska związków odnośnie do wprowadzenia zmian legislacyjnych uniemożliwiających zwalnianie z pracy osób szczególnie chronionych do chwili rozstrzygnięcia sprawy przez sąd. Czas skończyć z iluzją zwaną ochroną. Jeżeli szczególna ochrona ma być autentyczna, to objęty nią pracownik musi być zatrudniony tak długo, aż nie wypowie się sąd – odwrotnie niż jest obecnie.

A co z sądem pracy, czyli w zasadzie z kluczową płaszczyzną tej całej sprawy od momentu wyrzucenia was z pracy?

Dotychczas odbyły się dwie rozprawy, trzecia miała być w czerwcu, ale ze względu na usprawiedliwioną nieobecność sędziego została przełożona na październik. Średnio wychodzi jedna rozprawa na rok. A to jeszcze nie koniec. I podkreślmy, że chodzi o sprawę ewidentną, o jasne złamanie prawa chroniącego związkowców. Nikt nam nigdy nie zarzucił złej pracy. Przeciwnie, czasami dostawaliśmy nagrody. Nie mamy na koncie żadnego nadużycia, nic podobnego. Pomyślmy zatem, co musi dziać się w sprawach mniej jednoznacznych? I ile one muszą trwać?

Czyli nie tylko można wyrzucić związkowców z pracy, ale i cała sprawa ich walki z taką decyzją odbywa się później w żółwim tempie. De facto zatem ochrona związkowców nie istnieje, jest fikcyjna.

Jest oczywistą fikcją. Trzeba to powiedzieć wyraźnie: nasze państwo nas oszukało i zostawiło na lodzie.

Warto dodać, że trzy tygodnie później na podstawie dokładnie tego samego scenariusza zwolniono z pracy dziesięciu związkowców z Castoramy. Brała w tym udział ta sama kancelaria prawna, która pomagała Genpact w wyrzucaniu nas na bruk.

Zapytam wprost: z czego żyjecie przez ten kawał czasu? Bo przecież to jest sedno sprawy dla zwykłego człowieka i pracownika – środki do życia.

Po tych bulwersujących sprawach – naszej i kolegów z Castoramy – Komisja Krajowa „Solidarności” uruchomiła Fundusz pomocowy dla represjonowanych i szykanowanych związkowców. Otrzymujemy z niego co miesiąc pożyczkę, którą spłacimy, jeśli zostaniemy przywróceni do pracy i pracodawca wypłaci nam odszkodowanie z tytułu nielegalnego zwolnienia.

Dzięki wsparciu z Funduszu „Solidarności” mamy za co żyć. Gdyby nie te pieniądze, mielibyśmy znikome szanse na kontynuowanie działalności związkowej w korporacji, z której nas wyrzucono. Nagłaśnianie całej sprawy, dopominanie się o swoje prawa, przygotowywanie pism do instancji – wszystko to pochłania wiele energii. W przeciwnym razie musielibyśmy zarabiać na chleb, nie mając czasu i sił na walkę o sprawiedliwość.

Bardzo ciekawa i wartościowa inicjatywa, solidarność przez małe „s”. I zupełne przeciwieństwo liberalnych demagogicznych wywodów, że związki to wygodne posadki dla darmozjadów, biurokratów itp.

Liberałowie niejednokrotnie udowodnili, że w wojnie psychologicznej, jaką toczą przeciwko organizacjom powołanym do obrony interesów ludzi pracy, nie cofną się przed żadną manipulacją. Nie tak dawno adoratorzy Balcerowicza i Sorosa mamili opinię publiczną groźbą fali zwolnień, która miała wznieść się wysoko z powodu ograniczenia handlu w niedzielę. Co się ostało z tych prognoz? Nic. W sklepach widzimy pokaźny kontyngent pracowników z Ukrainy, bo polskich rąk do pracy w handlu już nie wystarcza. Przykłady można by mnożyć. Arsenał dezinformacji liberałów jest nieprzebrany.

Opowiedział Pan o przebiegu całej sprawy, wciąż nierozstrzygniętej, pełnej niezbyt optymistycznych wątków i etapów. Chciałbym na koniec zapytać, w ramach podsumowania, o szersze refleksje po tych latach aktywności związkowej, po założeniu związku w korporacji, czyli na bardzo trudnym terenie, po szykanowaniu was i po długotrwałych i wciąż niezakończonych bojach formalnoprawnych.

Niebawem minie sześć lat od powołania do życia pierwszego związku zawodowego w korporacji biurowej w Krakowie – stolicy europejskich korporacji. Przyszło nam działać w skrajnie niesprzyjających warunkach. I chociaż ze stągwi rozczarowań zaczerpnęliśmy obficie – konsekwentnie dążymy do wytyczonego celu. Na pierwsze miejsce wysuwamy zakaz zwalniania osób szczególnie chronionych. Bez tego nawet nie ma co myśleć o krzewieniu związków w korporacjach i ulżeniu doli proletariatu biurowego.

Rzecz druga – podwyżki wynagrodzeń, dodatkowe świadczenia i wszystkie inne korzyści, jakie wywalczy związek, powinny przysługiwać wyłącznie jego członkom. Tak jak to jest w krajach skandynawskich. Podobne rozwiązanie zachęciłoby do wstępowania do związków i zakończyło bierność. U nas o poprawę sytuacji biją się nieliczni związkowcy. Nieliczni – więc z mniejszą perspektywą powodzenia. Ci odważni społecznicy ryzykują, narażają się, wystawiają na szykany i nieprzyjemności. Oprócz tego opłacają składki członkowskie. A gdy coś wywalczą, profity zbierają wszyscy, także osoby obojętne, niezainteresowane. W tej liczbie również i ci, którzy utrudniają działanie związku, sabotują wysiłki podejmowane przez aktyw.

I wreszcie trzeci – bodaj najważniejszy – obszar do poprawy to społeczna świadomość. Pracownicza Polska musi zrozumieć, że związki wspierają pracowników i walczą z samowolą pracodawców, że razem jesteśmy silniejsi. Po trzydziestu latach zatruwania umysłów neoliberalnym jadem, w postawach społecznych dominuje model indywidualistyczny. W ustroju apoteozy wyzysku zdążyło wyrosnąć całe pokolenie. Pracownicy przeważnie nie znają już innego rozwiązania niż jednostkowa poprawa swojego położenia. Jest to widoczne chociażby w przypadku półrocznych lub rocznych rozmów oceniających funkcjonowanie pracownika. A jeszcze wyraźniej podczas negocjacji z pracodawcą, tak zwanej rozmowy jeden na jeden. Przy czym ta nazwa niekiedy bywa myląca, bo po stronie pracodawcy nierzadko zasiada nie jedna osoba, lecz różnego rodzaju doradcy, prawnicy, fachowcy. Wszyscy ci ludzie mają wprawę w negocjacjach, znają sztuczki erystyczne i emocjonalne, nierzadko korzystają ze specjalnych szkoleń. Po drugiej stronie stołu zasiada osamotniony podwładny. Tu nie ma żadnej równowagi sił, nawet teoretycznej. Zilustrowałem ten fenomen na podstawie przeżyć mojego holenderskiego kolegi. W pojedynkę nie ugrał nic. Jedyną szansą na poprawę bytu okazała się zmiana pracodawcy. Jak często będziemy ich zmieniać?

Ludziom pracy najemnej należy wpoić podstawową prawdę. Zorganizowani w skupieniach demokracji pracowniczej uzyskują zupełnie inną rangę. Stanowią faktyczną przeciwwagę dla sił i interesów pracodawców. Tylko pod tym warunkiem mogą cokolwiek wywalczyć i istotnie polepszyć swój los. W godzinie zwątpienia, w chwilach najtrudniejszych dla walczących o godność i sprawiedliwość towarzyszy z działu obsługującego u nas Konica Minolta, zagrzewałem ich do wytrwania zwięzłym hasłem: zjednoczeni wygramy! Tracących nadzieję przekonywałem, że nie ma pracodawcy będącego w stanie pokonać zjednoczone zastępy ludzi pracy.

Utworzyć jedną pięść! Oto zadanie dla ruchu związkowego.

Dziękuję za rozmowę.

Zawiercie, 11 sierpnia 2021 r.

Make Life Harder to ***** *** i nic więcej

Make Life Harder to jeden z największych fenomenów internetu na lewo od centrum. Inne centrolewicowe memiarnie (PLwDD i Tygodnik NIE) próbują skopiować jego sukces, ale na razie są bardzo daleko. Jednak MLH, mimo przewagi w liczbie obserwujących, nie tylko jest daleko w tyle za swoimi konkurentami pod względem jakości treści, ale też zmienia się w niebezpieczną politycznie sektę, która po bliższym przyjrzeniu okazuje się też ideologiczną wydmuszką.

MLH zaczynał dziesięć lat temu jako fanpejdż na Facebooku całkiem zabawnie kpiący ze sztucznych obrazów życia celebrytek nowego wtedy w Polsce typu, czyli szafiarek, dziś zajmujących się nie tylko modą i nazywanych influencerkami. Przede wszystkim najbardziej wtedy znanej z nich – Kasi Tusk. Obecnie najprężniej marka MLH działa na Instagramie i, choć w sporadycznie udostępnianych postach nawiązuje niekiedy do dawnej konwencji, bardziej niż Kasią Tusk i jej koleżankami po fachu interesuje się teraz jej ojcem i jego obszarem działalności, wrzucając codziennie na InstaStories memy zarówno autorstwa własnego, jak i przeklejane, podsyłane przez obserwujących.
Prawie 800 000 followersów robi wrażenie – aż dwa procent populacji Polski śledzi profil na IG w sposób zdystansowany komentujący wydarzenia społeczno-polityczne. Obawiam się jednak, że popełniający przy tym wiele błędów tradycyjnych mediów i tworzący niebezpieczną bańkę, a do tego niewykorzystujący potencjału, jaki tkwi w młodych (no, powiedzmy…) ludziach rozczarowanych elitami odklejonymi od realiów życia w Polsce oraz ich rządami.

Po pierwsze, obawiam się, że MLH przy pomocy rytuału i rutyny tworzy bardzo uzależniające medium, które tysiące osób codziennie śledzą i, co do czego nie mam wątpliwości, traktują jako główne źródło wiedzy o wydarzeniach w kraju.

Rytuał MLH wygląda tak:

1. Przed rozpoczęciem pracy (treści pochodzą od typka, który nie pracuje na etacie) jakiś eskapistyczny, malowniczy landszaft ze ścieżką dźwiękową;

2. O 9:00 gif ze zwierzęciem przypominającym jakimś drobnym niuansem, gestem czy pozą człowieka zaczynającego pracę – najczęściej niewyspanego, nieszczęśliwego;

3. W ciągu dnia kilka memów na temat aktualnych wydarzeń w polskiej polityce; obowiązkowo ***** ***;

4. Zwierzątka;

5. „W mieście X w przejściu podziemnym prowadzącym na przystanek tramwajowy Y siedzi starsza pani i sprzedaje <wstaw cokolwiek>”, albo „Sklep z guzikami państwa Z nie poradził sobie z pandemią – przed wyprowadzką pozbywają się dobytku”;

6. MAKŁOWICZ;

7. ***** *** * ************;

8. Coś tam o tym, jak w Polsce jest do dupy;

9. SASIN!

10. Zwierzątka;

11. ***** ***;

12. „Czekając na 17:00” (przypominam – od typka, który nie pracuje na etacie);

13. Jeszcze ostatni mem z Czarnkiem/Sasinem/Kaczorem/Suskim;

14. 17:00 – gify z podekscytowanymi zwierzętami;

15. ***** ***;

16. Landszafcik z zachodem słońca.

Jak łatwo zauważyć, nie jest to zniuansowany przekaz oferujący jakiekolwiek diagnozy, lecz przestrzeń dla wylewania frustracji, oswajania śmiechem przygnębiającej rzeczywistości i odczuwania wspólnoty losów przez pokolenie milenialsów.

Najbardziej niepokojącymi mnie elementami przekazu oferowanego przez MLH są ***** *** oraz ogłoszenia wspomniane w punkcie piątym. Hasło swą wszędobylskością buduje szkodliwą narrację, bardzo źle diagnozującą problemy polskiej sceny politycznej, sprowadzającą je do „złego PiS-u”, w którym to momencie admin MLH może sobie podać rękę z TVN-em, Gazetą Wyborczą i innymi korporacyjnymi mediami głównego nurtu. Z kolei ogłoszenia bez odpowiedniego komentarza budują narrację indywidualistyczną, zrzucającą na społeczeństwo (czy, w tym przypadku, społeczność odbiorców MLH) ciężar rozwiązania problemów strukturalnych, dających się rozwiązać tak naprawdę jedynie u źródła – poprzez sprawne zarządzanie państwem, lepsze prawodawstwo, sprawiedliwszy podział owoców naszej pracy, instytucje zwrócone frontem do obywatela. Te posty aż proszą się o komentarz „Czy naprawdę chcecie żyć w państwie, w którym los staruszki, której nie stać na leki, zależy od admina memiarni, który udostępni jej łzawą historię oraz od jego odbiorców, którzy tłumnie ruszą kupić do niczego im niepotrzebne bibeloty oferowane przez ową staruszkę? Następnym razem przed skreśleniem kwadracika na karcie wyborczej zamknijcie oczy i wyświetlcie na wewnętrznej stronie powiek obraz tej kobiety!”.

Obawiam się jednak, że właśnie w owej ideologicznej miałkości tkwi powab MLH i przyczyna jego popularność wśród wielkomiejskich millenialsów. To moje pokolenie. Jego przedstawiciele niestety często, nawet ci określając się jako lewica, mają na myśli jedynie idpolowy aspekt tejże: poparcie dla ruchów LGBT+, aborcji, mniejszości etnicznych (których głównym problemem w Polsce jest, o ironio, niesprawiedliwy rynek pracy i śmieciowe albo w ogóle nielegalne formy zatrudnienia ich w charakterze kurierów rozwożących jedzenie najczęściej, statystycznie, właśnie grupie społecznej, z której rekrutują się odbiorcy MLH), praw kobiet i świeckiego państwa. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że profil nie byłby tak popularny, gdyby powodował u swoich followersów choćby najmniejszy dyskomfort.

Jakub Szymkowiak

Teologia polityczna Leszka Balcerowicza

Dlaczego Leszek Balcerowicz na Campus Polska Przyszłości podważał naukowy konsensus ws. przyczyn kryzysu klimatycznego?

Oczywiście istnieją powiązania, także finansowe, między negacjonistami klimatycznymi a organizacjami i wydarzeniami, którym patronuje wykonawca „terapii szokowej”. Fundacja FOR (Forum Obywatelskiego Rozwoju) promowała publikacje kluczowych sponsorów negacjonizmu klimatycznego braci Koch, właścicieli konglomeratu przemysłowego obejmującego sektor produkcji ropy naftowej, chemiczny, energetyczny, produkcji asfaltu, gazu ziemnego, nawozów sztucznych, wyrobów spożywczych i tworzyw sztucznych. Także Campus Polska Przyszłości był współfinansowany przez instytucje powiązane z rodziną Kochów. Fundacja Braci Koch w latach 1997–2008 wspomogła sumą prawie 48 milionów dolarów prace różnych ugrupowań, które kwestionują globalne ocieplenie lub jego przyczyny, w 2015 r. zatrudniała za pośrednictwem różnych instytucji trzy razy więcej osób niż Partia Republikańska, a rok później wydała w czasie kampanii wyborczej 800 mln dol.

Ale nie chodzi po prostu o to, że Balcerowicz czy jego think tank działają z prostej inspiracji finansowej. Ani tylko o to, że często (choć nie zawsze) „granice mojego finansowania są granicami mojego świata”.

Sprawa jest nieco głębsza. Pokonanie kryzysu klimatycznego wymaga współdziałania różnych podmiotów: publicznych i prywatnych, samorządowych i spółdzielczych, obywateli i biznesmenów, związkowców i ekologów, młodzieży i Kościołów. Musi to być wysiłek wspólny i celowy. Impuls do tego wysiłku to coś, co ożywia nowoczesną wspólnotę polityczną. Wspólnotę, która, jak pisze Rafał Matyja w swojej nowej pięknej książce „Miejski grunt”, próbując zadbać o zdrowie swoich obywateli, poziom ich wykształcenia czy stan środowiska, w którym żyją, mogłaby niejeden budynek państwowy opatrzyć hasłem: „Tutaj próbujemy zapanować nad swoim losem”.

Nic nie jest bardziej obce sposobowi myślenia, który reprezentuje Balcerowicz niż ta próba wspólnego zapanowania nad swoim losem.

Negacjonizm klimatyczny Balcerowicza nie jest wypadkiem przy pracy czy wynikiem niedoinformowania. Wynika z głębokiej, by nie powiedzieć dogmatycznej wiary w „rynek”, który „sam”, tj. bez udziału wspólnego, celowego i świadomego działania, rzekomo załatwia wszystkie problemy, samemu nie generując żadnych. Nie mogąc zatem także generować problemów z nadmiernymi emisjami gazów cieplarnianych.

„Rynek” wedle tej wizji nie może zagrażać naturze, bo sam jest najbardziej „naturalnym” ładem. Jest samym czystym stanem natury.

Oczywiście w rzeczywistości żaden rynek naprawdę nie działa „sam”, nie działa po prostu „automatycznie”. Jest zawsze wypadkową interakcji zespołów pewnych – politycznych – instytucji. Co na przykładzie „terapii szokowej” Balcerowicza i jej odgórnego, politycznego, centralistycznego wprowadzania, świadomego i celowego „ręcznego” sterowania, państwowego wytwarzania pewnego określonego systemu instytucjonalnego (łącznie z zaplanowanym i skutecznie wdrożonym spadkiem udziału płac pracowników i dochodów rolników w PKB) świetnie pokazał Tadeusz Kowalik, a spośród badaczy zagranicznych Lord Maurice Glasman w niestety wciąż nieprzetłumaczonej na polski fundamentalnej pracy „Unnecessary Suffering: Managing Market Utopia”, słusznie określając Balcerowiczowską inżynierię społeczną mianem „rynkowego leninizmu”.

Ale dla doktryny, którą reprezentuje Balcerowicz, niewidzialny jest ten polityczny, związany z polityczną wolą element tworzenia rynku. Nawet gdy sam polityk-ekonomista wdraża określony model rynku własnymi rękami, to i tak postrzega siebie jedynie jako narzędzie „niewidzialnej ręki”. W ramach tej doktryny „rynek” nie jest traktowany jako pewna pożyteczna, ale niedoskonała, ułomna ludzka instytucja czy zespół instytucji, które mają swoje wady i zalety, swoje potencjały, ale i ograniczenia, ale jako odpowiednik, a właściwie zastępnik Boga i Jego Opatrzności, jako źródło ostatecznych i nieomylnych wyroków.

Dlatego młodzieżówka partii Nowoczesna, Młodzi .Nowocześni, nieświadomie wyraziła dogmat swej doktryny, gdy spotkanie z Leszkiem Balcerowiczem zareklamowała hasłem „za chwilę spotkanie z Panem Bogiem”.

Mateusz Piotrowski

Brytyjscy związkowcy wobec „Solidarności”

Od tłumacza: W zeszłym roku przypadała okrągła, 40. rocznica utworzenia „Solidarności”. Z tej okazji powstał artykuł o wsparciu radykalnej lewicy dla „Solidarności” w Wielkiej Brytanii, opublikowany tutaj.

Dotyczył on okresu pomiędzy Sierpniem ‘80 a wprowadzeniem stanu wojennego, a jego treść skupiała się na ruchu trockistowskim. Przygotowując tamten tekst zebrałem więcej materiałów o współpracy brytyjskiej lewicy z „Solidarnością”. Za pośrednictwem polskich działaczy emigracyjnej „Solidarności”, związanych z lewicą, emigracyjnymi strukturami Polskiej Partii Socjalistycznej i ruchem robotniczym, skontaktowano mnie z młodym brytyjskim historykiem Tomem Palmerem, który pisał pracę magisterską na Uniwersytecie w Leeds na ten temat. Przekazałem mu zebrane materiały, licząc że zawodowy historyk lepiej je wykorzysta. Chciałby w 41. rocznicę Porozumień Sierpniowych zaprezentować publicystyczny skrót z jego pracy naukowej, poświęcony współpracy „Solidarności” z brytyjskim ruchem zawodowym i robotniczym. Należy pamiętać, że w Wielkiej Brytanii w tym okresie istniała tylko jedna centrala związków zawodowych (TUC), która była ściśle związana z Partią Pracy i liczyła w 1980 roku około 12 milionów członków. Stwarzało to m.in. problemy związane z szerokim spektrum politycznym w tej centrali związkowej. Oprócz socjalistycznego centrum, w poszczególnych związkach mieli wpływy zarówno prosowieccy członkowie Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii, eurokomuniści, jak i radykalni socjaliści trockistowscy z organizacji takich jak Socialist Workers Party, International Marxist Group czy Socialist Workers Alliance. Poniższy tekst częściowo ukazuje, jaki to szerokie spektrum lewicowych opcji ideologicznych miało wpływ na stosunek do robotniczej rewolty z lat 80. w Polsce.

Wstęp

„Jeżeli maszyna drukarska jest do zdobycia, to załatwcie to!” – polecił Lech Wałęsa, gdy poinformowano go, że John Taylor zlokalizował maszynę do druku offsetowo-litograficznego na Targach Poznańskich. Zafascynowany wydarzeniami w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980, Taylor, członek Partii Pracy z Dudley, przyjechał do Polski z dwutygodniową wizą turystyczną. W państwie komunistycznym, chcącym kontrolować dystrybucję wszelkich informacji, sprzęt drukarski był prawie niemożliwy do zdobycia. Taylor wprowadził więc w błąd komunistycznych urzędników, deklarując, że zakup jest przeznaczony na eksport. W ten sposób dostarczył „Solidarności” pierwszy profesjonalny sprzęt do powielania.

Ponieważ „Solidarność” była oficjalnie związkiem zawodowym, to dlatego właśnie ruch robotniczy i związki zawodowe były w Wielkiej Brytanii inicjatorem znacznej część akcji wsparcia dla niej. Wspomniany John Taylor uosabiał sympatię brytyjskiej lewicy wobec nowego polskiego związku. Historia pomocy udzielanej w latach 80. jest opowieścią o solidarności, ale i o kunktatorstwie i hipokryzji brytyjskiej lewicy. Żadna inna kwestia nie zyskała w tym okresie sympatii zarówno ze strony brytyjskiej premier Margaret Thatcher, jak i np. oddziału Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii (CPGB) w Cardiff. Jednak właśnie ta różnorodności poparcia dla „Solidarności” dowiodła lojalności dużej części lewicy wobec jej fundamentalnych wartości, gdy np. prosowieccy apologeci w brytyjskim ruchu robotniczym utrudniali pomoc.

Pochwały ze strony Thatcher pod adresem polskiego związku zawodowego odstręczały niektórych lewicowych aktywistów, ponieważ brytyjska premier tłumiła w Wielkiej Brytanii te same prawa, o które walczyła „Solidarność”. Dla innych ujawnienie hipokryzji brytyjskiej premier było natomiast motywacją do działania. Hipokryzja nie była zarezerwowana jednak tylko dla prawicy. Nacjonalistyczne wątki w „Solidarności” i jej bliskie relacje z Kościołem katolickim niepokoiły niektórych brytyjskich socjalistów. Jednak ci sami krytycy nie mieli problemu ze wspieraniem katolickiego nacjonalizmu w Irlandii Północnej.

Wielu zarzuca brytyjskiemu ruchowi robotniczemu bycie jednym z najbardziej niechętnych pomocy „Solidarności” w porównaniu z jego odpowiednikami w innych krajach Europy Zachodniej. Anita Prażmowska, profesor London School of Economics, w swojej książce „Solidarity with Solidarity: Western European Trade Unions and the Polish Crisis, 1980-1982” napisała, że „gdy przywódcy »Solidarności« zdecydowali się szukać poparcia u Margaret Thatcher, odcinali się w ten sposób od jakiegokolwiek dialogu z brytyjskimi przywódcami związkowymi”. Należy przyznać, że reakcja brytyjskiej centrali związków zawodowych TUC na powstanie „Solidarności” była ostrożna i to samo dotyczyło brytyjskiej Partii Pracy. Artykuł ten ma jednak na celu wykazanie, że powolna reakcja kierownictwa głównych organizacji pracowniczych nie miała odzwierciedlenia na poziomie oddolnym ani w poszczególnych związkach zawodowych, bo byli oni dalecy od unikania kontaktów z „Solidarnością” z powodu jej poparcia przez brytyjską prawicę (Thatcher). Nowy polski związek był odbierany przez wielu członków brytyjskiej lewicy jako ruch robotniczy domagający się prawa do istnienia jako niezależny od państwa związek zawodowy. Prawdziwe oddolne powiązania rozwinęły się między brytyjską i polską klasą robotniczą na poziomie regionalnym, branżowym, a nawet poszczególnych zakładów pracy.

Studium solidarności z Solidarnością ukazuje „przepuszczalność” żelaznej kurtyny i przyczynia się do zrozumienia roli, jaką w upadku Związku Radzieckiego i Bloku Wschodniego odegrały społeczno-polityczne interakcje Wschód-Zachód.

Niechciana emigracja

Chociaż od 1980 roku powstawały różne brytyjskie inicjatywy solidarnościowe z niezależnym ruchem zawodowym w Polsce, żadna z nich nie był oficjalnym przedstawicielem „Solidarności”. Formalnym przedstawicielstwem związku została dopiero Grupa Robocza NSZZ „Solidarność” w Wielkiej Brytanii (STUWG – Solidarność Trade Union Working Group), założona w grudniu 1981. W skład jej wchodzili członkowie „Solidarności”, którzy pozostali w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu stanu wojennego.

Od 1983 roku STUWG zostało zastąpione przez Biuro Informacyjne „Solidarności” w Londynie, kierowane przez Marka Garzteckiego, dziennikarza muzycznego znanego m.in. z Programu 3 Polskiego Radia, który utknął w Londynie po wprowadzeniu stanu wojennego. Świadomi znaczenia kontaktów międzynarodowych, liderzy podziemnej „Solidarności” w Polsce zezwolili na utworzenie oddziałów w kluczowych stolicach Europy Zachodniej jako oficjalnych przedstawicieli pod auspicjami Biura Koordynacyjnego Solidarności za Granicą, z siedzibą w Brukseli. Biuro Informacyjne w Londynie cieszyło się poparciem brytyjskich związków zawodowych. Oprócz wystąpień medialnych, kluczowym działaniem Biura Informacyjnego była organizacja programu „Adoptuj więźnia”, w ramach którego udzielano pomocy zatrzymanym i ich rodzinom w Polsce. Szczegółowe informacje o internowanych członkach „Solidarności” pojawiały się w różnych lewicowych publikacjach i ułatwiały oddolną akcję solidarnościową z więźniami politycznymi w Polsce.

STUWG poświęciła wiele wysiłków na szukanie wsparcia ze strony brytyjskiego ruchu związkowego. W 1982 zorganizowano objazd z cyklem przemówień w setkach lokalnych oddziałów związków zawodowych, fabrykach i zakładach pracy, w których wzięli udział Garztecki i Piotr Kozłowski. Kozłowski był robotnikiem, działaczem „Solidarności” z fabryki traktorów w Ursusie, który również utknął w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu staniu wojennego. Garztecki wspomina „fenomenalne” wrażenie, jakie robił Kozłowski na brytyjskiej klasie robotniczej. Pomimo przemawiania po polsku, Kozłowski był w stanie przekazać autentyczny głos polskiej klasy robotniczej. „Socialist Challenge”, pismo brytyjskich trockistów z Międzynarodowej Grupy Marksistowskiej, donosiło o „wielkim wpływie”, jaki Kozłowski miał „na górników, hutników oraz aktywistów związkowych i działaczy ruchu robotniczego”.

Wraz z brytyjskimi sympatykami, polscy związkowcy postulowali, aby NSZZ „Solidarność” wywoływała oddolną solidarność brytyjskiej klasy robotniczej z polskimi robotnikami. Chciano w ten sposób rozwiać obawy związane z kojarzeniem „Solidarności” z jej prawicowymi zwolennikami z brytyjskiego rządu i administracji USA; jednocześnie starano się obalić prosowiecką ideę, że to władze PRL są prawowitym i jedynym przedstawicielem polskiej klasy robotniczej. Emigrantom z „Solidarności” z ich brytyjskim sprzymierzeńcami udało się wywołać, oddolną, spontaniczną sympatię dla polskich robotników zarówno w ruchu robotniczym, jak i poza nim, w przeciwieństwie do niezdecydowanej postawy większych organizacji ruchu robotniczego, takich jak centrala związkowa – TUC. Powodzenie tej strategii lobbowania na lewicy najlepiej pokazał przypadek oddolnej solidarności zamanifestowanej w fabryce traktorów Massey Ferguson w Coventry.

„Solidarność” i brytyjski ruch związków zawodowych

W styczniu 1982, po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, Piotr Kozłowski apelował do pracowników Massey Ferguson, aby wyrazić solidarność ze swoimi polskimi odpowiednikami, odmawiając obsługi wysyłki podzespołów do licencyjnych ciągników w fabryce Ursus. Po wysłuchaniu apelu Kozłowskiego ponad trzy tysiące pracowników Massey Ferguson jednogłośnie go poparło. Podobne działania podjęto w zakładach Massey Ferguson w Manchesterze. Był to akt prawdziwej solidarności klasy robotniczej między robotnikami brytyjskimi i polskimi, jako oddolna inicjatywa wypracowana na poziomie miejsc pracy. „To był ogromny pokaz solidarności klasy robotniczej”, „wiec całym sercem poparł postulat” (bojkotu wysyłki do Polski części), relacjonował Les Hartopp, pracownik fabryki Massey Ferguson w Coventry.

Robotnicy Massey Ferguson nie byli osamotnieni w wyrażaniu solidarności. „Adopcje” internowanych po wprowadzeniu stanu wojennego było najbardziej rozpoznawalnym sposobem wspierania działaczy „Solidarności” przez organizacje lewicowe. Na przykład pracownicy brytyjskiej fabryki Leyland w Albion w Szkocji „adoptowali” więźniów politycznych, zapewniając pomoc materialną rodzinom internowanych. Inne związki zawodowe również często adoptowały swoich zatrzymanych polskich odpowiedników. Porozumienia partnerskie między brytyjskimi związkami zawodowymi a regionalnymi oddziałami „Solidarności” to kolejny przykład oddolnej solidarności. W 1987 roku Związek Zawodowy Urzędników Administracji Państwowej i Samorządowej (NALGO – National and Local Government Officers’ Association) nawiązał współpracę ze szczecińskim oddziałem „Solidarności”, pokrywając koszty prawne i wspierając finansowo rodziny związkowców osadzonych w obozach internowania.

Wiele wpływowych związków zawodowych, które wcześnie wyraziły solidarność z „Solidarnością”, natychmiast potępiło stan wojenny w grudniu 1981. Związki te wzywały swoją centralę – TUC, której dotychczasowe poparcie było mierne, do maksymalizacji pomocy dla „Solidarności”. Po wprowadzeniu stanu wojennego wyrażano szczególne zaniepokojenie losem Bogdana Lisa, wiceprzewodniczącego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność”, ponieważ był on gościem zjazdu TUC w 1981. Podobnie NALGO napisało do polskiego ambasadora, zaniepokojone losem Mieczysława Kukuły, członka „Solidarności”, który uczestniczył w ich zjeździe w 1981. Ta troska o konkretne osoby jest reprezentatywna dla więzi osobistych, które uformowały się oddolnie pomiędzy brytyjskimi związkowcami a członkami NSZZ „Solidarność”, gdy współpraca zmieniła się z czysto politycznej, w osobiste relacje wsparcia i solidarności.

Omawiając wsparcie brytyjskiego ruchu zawodowego nie sposób, nie wspomnieć o EEPTU – The Electrical, Electronic, Telecommunications and Plumbing Union. To brytyjski związek zawodowy, który prawdopodobnie najbardziej żarliwie popierał „Solidarność”. Frank Chapple, sekretarz generalny związku, był jednym z najgłośniejszych zwolenników „Solidarności”. Jednak wsparcie Chapple’a nie zawsze było błogosławieństwem. Chapple, uważany za antysocjalistycznego „prawicowca” i przywódcę niedemokratycznego związku zawodowego, był postacią dzielącą ruch robotniczy, a jego poparcie szkodziło postrzeganiu „Solidarności” w innych środowiskach. Ta konfrontacja opinii wewnątrz ruchu związkowego wpłynęła na ostrożne podejście TUC. Zachowawcze stanowisko centrali brytyjskich związków stanowiło przeciwieństwo oddolnych wysiłków działaczy i poszczególnych związków zawodowych. Można to wyjaśnić tym, że podmioty stowarzyszone w TUC obejmowały całe spektrum opinii politycznych brytyjskiej lewicy.

Kongres Związków Zawodowych (TUC)

„Kim on jest? Co to jest?” – reagowała Magda Wójcik (jedna z dwóch pracowników Biura Zagranicznego przy Komisji Krajowej w Gdańsku) na list, który w styczniu 1981 otrzymał Lech Wałęsa od Lena Murraya, sekretarza generalnego TUC. To, że „Solidarność” nie wiedziała o brytyjskiej konfederacji związków zawodowych po czterech miesiącach swego istnienia, jest przykładem powolnej reakcji TUC, w przeciwieństwie do innych krajów. „Solidarność’ otrzymała niemal natychmiastowe poparcie wszystkich głównych francuskich konfederacji związków zawodowych oraz Amerykańskiej Federacji Pracy i Kongresu Organizacji Przemysłowych (AFL-CIO). Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU) i Europejska Konfederacja Związków Zawodowych, których członkiem była TUC, również złożyły natychmiastowe deklaracje poparcia. Kontrastowało to z postawą TUC, które na swoim dorocznym kongresie, odbywającym się we wrześniu 1980 roku, zaledwie tydzień po założeniu „Solidarności”, było uwikłane w spór o to, jakie stanowisko zająć wobec nowego polskiego niezależnego związku zawodowego.

Lata odprężenia, poprzedzające powstanie „Solidarności”, przyniosły rozwój dobrych stosunków między TUC a komunistycznymi związkami zawodowymi w Europie Wschodniej, w tym Centralną Radą Związków Zawodowych (CRZZ) w Polsce. Na przykład Wydział Ekonomiczny TUC miał zaplanowaną wizytę w Polsce, jako oficjalni goście CRZZ, na wrzesień 1980. Powstanie „Solidarności” zdyskredytowało roszczenia CRZZ do wyłącznego reprezentowania polskich robotników. Rodziło to pytanie, jak donosił brytyjski „Guardian”: „czy (w tej sytuacji) TUC (w ogóle) powinna jechać do Warszawy?”. Wizyta została odwołana przez CRZZ. Epizod ten przygotował grunt pod niejasne stanowisko zajęte przez TUC w pierwszych sześciu miesiącach istnienia polskiego niezależnego związku.

Pomimo odwołania wizyty przez stronę polską, Kongres TUC przyjął niejednoznaczny wniosek, który „wyrażał nadzieję, że rozmowy toczące się w Polsce doprowadzą do rozwiązania satysfakcjonującego wszystkich zainteresowanych”. Było to dalekie od jednoznacznego poparcia dla „Solidarności”. Charakterystyczne jednak dla prób zachowania przez TUC równowagi pomiędzy przyjaznymi stosunkami z komunistycznymi związkami zawodowymi a wiarą w wolny ruch związkowy.

Wewnętrzne dokumenty ujawniają, że chociaż TUC starała się nawiązać kontakt z „Solidarnością”, to była przekonana, iż „CRZZ powinien być (o tym) poinformowany”. O dwuznacznej odpowiedzi TUC świadczy to, że uznając, iż „Solidarność” walczy o niezależną reprezentację robotniczą, pozostali dalej kurtuazyjni wobec CRZZ, która po sierpniu 1980 przestała być realnym przedstawicielem polskiej klasy robotniczej [a w grudniu 1980 przestała istnieć – przypis tłumacza].

Jednak w organizacji o wielkości TUC sympatia pojedynczych liderów nie wystarczyła do określenia polityki całego Kongresu, ponieważ procedury podejmowania decyzji były dość skompilowane. Tom Jenkins, który zajmował się Europą Wschodnią w Dziale Międzynarodowym TUC, podkreślał, że dla małego Działu Międzynarodowego TUC Polska była tylko jedną z wielu spraw, którymi się w tym okresie zajmowano.

Warto zastanowić się, dlaczego reakcja TUC różniła się tak wyraźnie od innych konfederacji związkowych na Zachodzie. TUC starała się zrównoważyć napięcia wewnątrzzwiązkowe z pragnieniem utrzymania przyjaznych stosunków z komunistyczną Europą Wschodnią, jednocześnie nie sprzeniewierzając się ideom wolnego ruchu związkowego. Zakres poglądów politycznych w TUC, od prosowieckich członków partii komunistycznej po żarliwych antykomunistów, jak Chapple, oznaczał, że decyzje polityczne wymagały czasu i wymagały kompromisu. To w pewien sposób wyjaśnia początkową niejednoznaczność TUC.

Niemałą rolę odgrywało to, że TUC był jedyną w Wielkiej Brytanii konfederacją związków zawodowych. W przeciwieństwie do innych krajów Europy, brak konkurencji z innymi konfederacjami nie zmuszał TUC do zajmowania zdecydowanego stanowiska wobec „Solidarności”. Kwestia stosunku do NSZZ „Solidarność” była bardziej widoczna w krajach, w których istnieje wiele konfederacji związkowych, takich jak Belgia, Francja czy Włochy.

Dla tych działaczy TUC, którzy już byli podejrzliwi wobec „Solidarności” ze względu na poparcie jej przez Franka Chapple’a, fakt, że Thatcher patrzyła przychylnie na rozwój wydarzeń w Polsce stanowił kolejny powód do sceptycyzmu. W styczniu 1981 r. doradca „Solidarności” Jan Strzelecki spotkał się z posłami Partii Konserwatywnej w jej siedzibie. Tego samego dnia odwiedził przedstawicieli TUC w londyńskiej głównej siedzibie centrali. Potwierdzał w ten sposób wyjątkową zdolność „Solidarności” do zjednywania sobie poparcia opcji politycznych, które na krajowej scenie politycznej były sobie wrogie. Dlatego, biorąc pod uwagę wewnętrzne spory, jakie wywołała „Solidarność”, TUC wydawała się początkowo zadowolona z pozostawienia aktywizmu pro-solidarnościowego w rękach ICFTU, jako substytutu własnego działania [ICFTU – Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych, miała siedzibę w Londynie, była afiliowana przy Międzynarodówce Socjalistycznej – przyp. tłumacza].

Kolejnym czynnikiem wpływającym na politykę TUC była chęć utrzymania życzliwych stosunków z CRZZ i innymi związkami zawodowymi za żelazną kurtyną. To, że początkowo ostrożna polityka TUC była napędzana chęcią niezaostrzania napięć w okresie zimnej wojny, było widoczne w analizie Bogdana Lisa dotyczącej jego wizyty w Londynie w lutym i marcu 1981. Wyrażał on swoją frustrację częstotliwością, z jaką lider TUC Len Murray odnosił się do kwestii „troski TUC o niebezpieczeństwa dla pokoju na świecie, jeśli coś pójdzie nie tak w Polsce”.

Istniało jednak jeszcze inne wyjaśnienie chłodnej reakcji TUC. Należy wziąć pod uwagę osobiste relacje, które rozwinęły się między brytyjskimi działaczami i komunistycznymi państwowymi związkowcami w okresie odprężenia. Były to przyjaźnie nawiązywane na różnych spotkaniach towarzyskich i na wakacjach. Znany lewicowy publicysta Denis MacShane w swojej książce o „Solidarności” („Solidarity: Poland’s Independent Trade Unions”, 1981) zidentyfikował problem brytyjskich „przywódców związkowych o dobrych intencjach”. Zostali oni postawieni w niewygodnej sytuacji, gdy musieli przemyśleć, czy ich sowieccy gospodarze w „luksusowych kurortach nad Morzem Czarnym” faktycznie reprezentowali robotników z Europy Wschodniej.

Niejednoznaczna i zachowawcza polityka TUC wobec „Solidarności” utrzymywała się do końca lutego 1981. Punktem zwrotnym, kiedy to TUC formalnie nawiązała związki z „Solidarnością”, była oficjalna wizyta Bogdana Lisa. Tak jak Piotr Kozłowski miał głęboki wpływ na brytyjską klasę robotniczą, tak Lis na przywódców związkowych. Lis był młodym, charyzmatycznym inżynierem z bardzo dużą łatwością nawiązywania osobistych relacji ze związkowcami z klasy robotniczej. Był on przeciwieństwem polskich intelektualistów, którzy do tej pory kontaktowali się z TUC w imieniu „Solidarności”. Eugeniusz Smolar, który był tłumaczem Lisa podczas podróży, podkreślał znaczenie przedstawienia przez Lisa robotniczego oblicza „Solidarności”. Smolar podkreślał szok TUC, gdy Lis ujawnił, że jest członkiem rządzącej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), pokazując przywódcom związkowym, że „Solidarność” nie jest organizacją antykomunistyczną, lecz naprawdę robotniczym ruchem obejmującym zarówno komunistów, jak i niekomunistów. Na konferencji prasowej Lis starał się złagodzić zaniepokojenie charakterem postulatów „Solidarności”. Wyraził świadomość, że „warunki geopolityczne […] są takie, że musimy zachowywać poziom zdrowego rozsądku i umiaru w naszych żądaniach”. Pomogło to uspokoić obawy TUC, że powstanie „Solidarności” zagraża stabilności Europy oraz uspokoić brytyjski ruch robotniczy, że „Solidarność” jest przede wszystkim związkiem zawodowym, dążącym do obrony prawa do niezależnej reprezentacji pracowniczej.

Wizyta odniosła zamierzony skutek i uzyskano oczekiwane wsparcie TUC, a pomoc materialna znacznie wzrosła. Przekazano 20 000 funtów na sprzęt biurowy i drukarski, a także zaproponowano szkolenia związkowe dla członków „Solidarności”. Wizyta Lisa była jedną z wielu wizyt przedstawicieli „Solidarności” w całej Europie Zachodniej, które miały na celu nawiązać współpracę pomiędzy nowym polskim związkiem zawodowym a światowym ruchem związkowym. Chociaż często zakłada się, że to zachodni aktywiści zainicjowali wsparcie dla uciskanych ludzi w Bloku Wschodnim, w rzeczywistości często było odwrotnie; to oni potrzebowali działaczy „Solidarności”, takich jak Lis, odwiedzających Europę Zachodnią, aby uzyskać wsparcie od bardziej zachowawczych organizacji ruchu robotniczego.

Chociaż pomoc ze strony TUC wzrosła po wizycie Lisa, dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego poparcie stało się absolutne. Powaga sytuacji w Polsce spowodowała zmianę polityki w całej Europie. We wrześniu 1983 Departament Międzynarodowy TUC ogłosił, że „Solidarność” jest „jedyną organizacją w Polsce, którą uznajemy”, natomiast w listopadzie 1986 sekretarz generalny TUC Norman Willis złożył wniosek o członkostwo „Solidarności” na kongresie ICFTU [wzmocniło to symboliczną pozycję zdelegalizowanego przez władze PRL związku na arenie międzynarodowej – przyp. tłumacza]. TUC nie zerwało jednak po wprowadzeniu stanu wojennego relacji z reżimowymi związkami zawodowymi w Polsce (związki branżowe, OPZZ). Działo się tak, mimo że Polish Solidarity Campaign [związana z lewicowymi działaczami brytyjskimi oraz emigracyjnym PPS – przyp. tłumacza] naciskała wielokrotnie na TUC w kwestii zerwania kontaktów z koncesjonowanymi przez władze PRL związkami zawodowymi. TUC twierdziło jednak, że kontakty takie dają wyjątkową okazję do lobbowania u władz polskich w imieniu „Solidarności”. Pomimo tego, podczas wizyty w Londynie w 1989, Wałęsa wyraził wdzięczność TUC za całokształt wsparcia.

Krajowy Związek Górników

Postawa działaczy centrali związkowej TUC nie zawsze odzwierciedlała oddolną sympatię ruchu związkowego wobec „Solidarności”. Przypadek National Union of Mineworkers (NUM) może posłużyć jako doskonały przykład tego, że poglądy kierownictwa poszczególnych związków niekoniecznie oddawały odczucia jego członków. Opinie Arthura Scargilla, przewodniczącego NUM, groziły wrzuceniem tego związku do jednego worka z prosowieckimi przeciwnikami „Solidarności”. W liście do „News Line”, dziennika Workers’ Revolutionary Party (Robotnicza Partia Rewolucyjna, trockiści), Scargill wyraził swój sprzeciw wobec „Solidarności”, uznając ją za „organizację antysocjalistyczną, która pragnie obalenia państwa socjalistycznego”.

Krytyki Scargilla pod adresem „Solidarności” nie podzielali szeregowi członkowie NUM. Przykładem tego może być delegacja związku do Ambasady RP w lutym 1982 z żądaniem uwolnienia Józefa Patyny, polskiego górnika, który odwiedził NUM w 1981. Akcja ta pokazywała szczególną sympatię brytyjskich lewicowców wobec polskich związkowców, z którymi mieli osobisty kontakt.

Nieco ponad rok później, gdy strajk górników w Wielkiej Brytanii trwał, wątpliwości zasiane na lewicy przez działaczy typu Scargilla co do robotniczego charakteru Solidarności zostały rozwiane. „Do strajkujących górników Wielkiej Brytanii” – to tytuł oświadczenia podziemnej „Solidarności” z Górnego Śląska z czerwca 1984. Czytamy tam: „[…] Górnicy Solidarności przesyłają Wam braterskie pozdrowienia i naszą […] solidarność z Waszą walką”. Oświadczenie reprezentuje branżowe powiązania między szeregowymi związkowcami w Wielkiej Brytanii i Polsce. Poparcie polityczne udzielone „Solidarności” przez członków NUM w 1981 roku zostało odwzajemnione trzy lata później. Było to nie tylko kłopotliwe dla Scargilla, ale także obnażało hipokryzję poparcia Thatcher dla „Solidarności”. Rząd Thatcher był w konflikcie z NUM, który cieszył się poparciem „Solidarności”. Co więcej, jej rząd, aby złamać strajk górników, trzykrotnie zwiększył import węgla od polskiego reżimu – tego samego, który Thatcher potępiła po stanie wojennym. Związkowcy szybko wskazali na podwójne standardy Thatcher.

Strajk górników przyniósł jednak kolejne problemy w stosunkach między NUM a „Solidarnością”. W artykule opublikowanym w „Sunday Mirror” w lipcu 1984 roku Wałęsa wydawał się krytykować podejście Scargilla do strajku górników, jednocześnie chwaląc Thatcher. Pogorszyło to postrzeganie „Solidarności” w kręgach NUM. Wywiad Wałęsy, w kontekście ogromnej popularności Scargilla, osiągającej apogeum wśród związkowców podczas strajku górników, ponownie wywołał głośny sprzeciw części lewicy wobec „Solidarności”.

Generalnie jednak podczas gdy przywódcy brytyjskiego ruchu robotniczego często podchodzili do „Solidarności” z rezerwą, szeregowi działacze oraz poszczególne organizacje związkowe okazywały znaczną spontaniczną sympatię.

Podsumowanie

„Za waszą i naszą wolność” od dawna było to hasłem i wezwaniem Polaków wspierających walki wyzwoleńcze na całym świecie, czy to w solidarności z rosyjskimi dekabrystami w XIX wieku, czy w ramach Brygad Międzynarodowych walczących o republikańską Hiszpanię w XX wieku. W 1980 roku polska tradycja solidarności międzynarodowej została odwzajemniona, gdy polscy robotnicy otrzymali polityczne i materialne wsparcie od ruchu robotniczego w Europie Zachodniej.

Relacje między brytyjską lewicą a „Solidarnością” były hamowane ze strony głównych organizacji związkowych, przeciwieństwem były jednak prawdziwe wyrazy solidarności ze strony szeregowych związkowców. Oddolne ruchy solidarnościowe niestrudzenie lobbowały w kierownictwie brytyjskiej lewicy, by skoncentrowało polityczne działania na uciskanych polskich robotnikach oraz zaprzestało przyjaznych stosunków z ich ciemiężcami. Członkowie NSZZ „Solidarność”, którzy zostali w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu stanu wojennego, odegrali nieocenioną rolę jako jej przedstawiciele, prezentując robotnicze oblicze „Solidarności” wobec sceptycznych elementów w ruchu robotniczym.

Pomiędzy brytyjską i polską klasą robotniczą rozwinęły się autentyczne oddolne związki. Wielu brytyjskich związkowców wyraziło po wprowadzeniu stanu wojennego osobiste zaniepokojenie losem członków „Solidarności”, z którymi mieli wcześniej osobiste kontakty. Porozumienia rozwinęły się między brytyjskimi i polskimi pracownikami na poziomie regionalnym, branżowym i zakładowym.

Może byłoby zbędne mówienie o sukcesie działań brytyjskiej lewicy na rzecz solidarności z „Solidarnością”, ponieważ jej wkład w ostateczne osiągnięcie wolności w Polsce był nieporównywalny z ofiarą polskich robotników. Należy pamiętać jednak, że materialne i polityczne wsparcie ze strony brytyjskiego ruchu robotniczego i międzynarodowa solidarność były bez wątpienia ważną pomocą dla polskich robotników po stanie wojennym.

Tom Palmer

tłum. Marcin Guzek

Taliban 2.0

15 sierpnia afgańscy talibowie zakończyli rozpoczętą w maju ofensywę przeciwko wojskom rządowym. Wkraczyli bez walki do Kabulu, z którego umknął prezydent Aszraf Ghani. Pozbawiona zagranicznego, przede wszystkim amerykańskiego wsparcia, budowana od dwu dekad armia rządowa rozpadła się, nie stawiając oczekiwanego przez niektórych oporu. W ten sposób zakończyła się epopeja rozpoczęta trwającą od 7 października 2001 interwencją zbrojną w Afganistanie. Talibowie obecnie odzyskali, utraconą wtedy i dzierżoną od 1996, władzę nad większością kraju.

Odtworzenie Islamskiego Emiratu Afganistanu oznacza powrót do sytuacji sprzed 2001. Stanowi to kolejną oddaloną w czasie klęskę bushowskiej polityki „zbrojnych misjonarzy”. Łączne koszty ludzkie szacowane na ponad 200 000 zabitych (w tym 44 żołnierzy polskich) i finansowe wynoszące około biliona dolarów po stronie samych Stanów Zjednoczonych – poszły z tego względu na marne. Koncepcję budowy w Afganistanie państwa liberalno-demokratycznego na modłę zachodnią należało uznać za chimerę od samego początku. Stany Zjednoczone, opuszczając Afganistan, porzucają również cel uznawany za domyślny: szachowanie Chin od strony ich miękkiego podbrzusza. Dla Pekinu bowiem obecność sił amerykańskich tak w Afganistanie, jak i w związku z „wojną z terrorem” w Kirgistanie, Tadżykistanie i Uzbekistanie, stanowiła czynnik niekomfortowy i niepokojący, w szczególności w powiązaniu z zapoczątkowanym w roku 2000 przejściowym prozachodnim zwrotem Rosji. Jedynym zrealizowanym celem stało się zatem rozbicie afgańskich struktur Al-Ka’idy.

Koszty wojny i konieczność koncentracji wysiłków na Pacyfiku w celu przeciwstawienia się Chinom, które od roku 2001 w ogromnym stopniu wzmocniły się militarnie, w połączeniu z presją wewnętrzną na zakończenie niepopularnej interwencji skłoniły jednak Waszyngton do porzucenia Afganistanu. Proces rozpoczął się jeszcze za kadencji Baracka Obamy – w 2016 amerykański kontyngent zmniejszono z 30 000 żołnierzy do 13 000. Negocjacje podjęte z talibami doprowadziły do zawarcia pod koniec lutego 2020 w katarskiej Dosze porozumienia pokojowego przewidującego wycofanie reszty wojsk Stanów Zjednoczonych w zamian za zobowiązanie się afgańskiej formacji do niewspółpracowania z „międzynarodowym terroryzmem”. Ówczesny rząd afgański nie był stroną porozumienia, którego obowiązywanie było niezależne od jego stosunków z talibami. W tym aspekcie Amerykanie i talibowie co do zasady realizują zawartą umowę, a ewakuacja sił Stanów Zjednoczonych nie jest, jak to bywa postrzegane, paniczną ucieczką pod naporem triumfującego przeciwnika.

Odnośnie do przyszłych relacji między dotychczasowym rządem a talibami snuto różne scenariusze. Niektórzy analitycy pocieszali się, że jeszcze przed kilkoma miesiącami talibowie nie kontrolowali żadnego z głównych miast. Według niektórych przewidywań siłą stabilizującą względną równowagę miała po wyjściu Amerykanów stać się Turcja, prowadząc swoją „dyplomację Bayraktarów”. Niemniej jednak również i całkowite, szybkie zniesienie rządu było scenariuszem branym pod uwagę. Mimo wpompowania dziesiątków miliardów dolarów wojska rządowe odznaczały się niskim morale oraz, jak cały system ustanowiony po 2001, powszechną korupcją. Stąd nie mogły stanowić na dłuższą metę zapory przeciwko bojownikom zdeterminowanym i mającym autentyczne wsparcie społeczne. Nie były również w istocie silne ani nowocześnie uzbrojone.

Chociaż obrazy przejętych przez talibów składów sprzętu mogą tworzyć mylne wrażenie, Afgańska Armia Narodowa była przede wszystkim lekką piechotą zmotoryzowaną wspieraną przez lotnictwo zdatne przede wszystkim do zadań transportowych z ograniczonym liczebnie i jakościowo komponentem uderzeniowym. Sytuacja obecna jest diametralnie odmienna od mającej miejsce po wycofaniu się Sowietów. Wtedy rządowi afgańskiemu pozostała przynajmniej nominalnie silna jak na regionalne standardy armia dysponująca 170 odrzutowymi samolotami bojowymi (w tym jeszcze względnie nowoczesnymi MiGami-21bis i Su-22) oraz mniej więcej tysiącem czołgów i silną artylerią. Armia tworzona po 2001 nie otrzymała ani jednego nowego czołgu czy nowoczesnego systemu artyleryjskiego. W powietrzu reprezentowało ją 26 turbośmigłowych samolotów przeciwpartyzanckich A-29, 10 egzemplarzy uzbrojonej wersji cywilnej Cessny 208 oraz kilkadziesiąt wyremontowanych i zmodernizowanych śmigłowców UH-60 w wycofanej z lotnictwa amerykańskich wojsk lądowych starej wersji, nieśmiertelne Mi-17, lekkie MD-530 (z czego tylko część uzbrojonych) i garstka Mi-35. Siły te dysponowały co prawda pewnymi możliwościami wykonywania uderzeń bronią precyzyjną, jednak naprowadzanych laserowo bomb Paveway dla A-29 dostarczono ledwie 250… Masy dostarczonych pojazdów to przede wszystkim poczciwe HMMWV i niecałe 300 transporterów opancerzonych M-1117, w Stanach Zjednoczonych używanych przez żandarmerię, nie jednostki stricte bojowe. W związku z tym wycofanie dysponującego ogromnymi możliwościami kontyngentu amerykańskiego postawiło siły rządowe w sytuacji praktycznie beznadziejnej.

Przejęcie przez talibów władzy stawia przez nimi spore problemy wewnętrzne. Obecne wydanie ruchu prezentuje do pewnego stopnia „liberalne” oblicze – deklaruje tworzenie rządu z udziałem postaci spoza swojego spektrum, brak odwetu i amnestię czy otwartość na obecność kobiet w życiu publicznym, oczywiście na warunkach określonych przez prawo islamskie. Talibowie będą się jednak musieli mierzyć z pewnym zakresem sekularyzacji i okcydentalizacji indukowanej przez samą zachodnią obecność w kraju i choćby rachityczne próby instytucjonalne, pogłębiane też przez nowe technologie komunikacyjne. Ich kontrola nad krajem nie będzie też pełna z dwu powodów. Po pierwsze, opór zapowiadają Tadżycy pod wodzą Ahmeda Masuda, syna słynnego Ahmeda Szaha Masuda, do którego dołączył tytułujący się prezydentem po rejteradzie Ghaniego dotychczasowy wiceprezydent Ahrullah Saleh. Można oczekiwać, że Tadżykom uda się pozostać poza kontrolą talibów i że znajdą stosowne wsparcie za granicą. Po drugie, poważnym problemem dla kierownictwa ruchu będą wrogie ugrupowania fundamentalistyczne (międzynarodowe w kontraście do „narodowych” talibów), przede wszystkim lokalne odgałęzienie Państwa Islamskiego, które już dokonało potężnego zamachu na lotnisko w Kabulu, skierowanego w równej mierze przeciwko Amerykanom i talibom. Będą one z jednej strony destabilizować kraj, utrudniając drogę nowych władz do uznania międzynarodowego, a z drugiej usiłować siać ferment w bardziej radykalnych dołach ruchu talibańskiego, szukając zwolenników za pomocą oskarżania liderów o kolaborację z Zachodem.

Aspekt międzynarodowy jest obecnie zdominowany przez kwestię uchodźców. Jednak zasadniczą kwestią polityczną pozostaje kwestia wypełnienia przestrzeni pozostawionej przez Amerykanów. Najbliższymi aktorami są oczywiście Chiny i Rosja. Stawką pozostają zasoby surowcowe Afganistanu, spośród których największe zainteresowanie z uwagi na zapotrzebowanie na akumulatory budzi lit, oraz jego przestrzeń istotna dla Chin w związku z ich projektami szlaków handlowych wiodących na zachód. Jednak relacje Moskwy i Pekinu z nowymi władzami będą obciążone genetycznymi problemami z uwagi na kwestie islamskie obu tych stolic. Moskwa może obawiać się radykalizacji ruchów islamskich w sąsiadujących z Afganistanem krajach „bliskiej zagranicy” – Turkmenistanie, Uzbekistanie i Tadżykistanie. Pekin z kolei brutalnie tłumi odśrodkowe tendencje islamskich Ujgurów w Sinciangu i może spodziewać się, że przy „anarchistycznym” charakterze Afganistanu nawet porozumienia z liderami talibów nie zapobiegną współpracy dołów z rebeliantami walczącymi z chińskimi władzami. Inicjatywy chińskie w Afganistanie mogą być także torpedowane przez Amerykanów, którzy w ciągu dwu dekad wypracowali siatkę powiązań i wpływów, z której będą mogli w razie potrzeby korzystać. Nieuchronna słabość władzy centralnej niezależnie od barw ideowych i haseł, w tym jak wspomnieliśmy powyżej militarna, będzie sprzyjała obcym ingerencjom w różnej formie i na różnym poziomie. Trudno oczekiwać, żeby Afganistan zaznał wreszcie spokoju.

dr Jan Przybylski

Gustaw Morcinek: Kataryniarz (1934)

Wszyscy martwili się szczodrze, tylko Kalabus bez nogi wcale się nie martwił.

– Jeszcze nigdy nie było, żeby jakosi nie było! – mawiał z namaszczeniem, a górnicy słuchali go z szacunkiem, ponieważ nie miał nogi.

Kopalnia wyludniła się już dawno. Kilka miesięcy temu, jak ostatni wagonik węgla wydobyto ze szybu. Odtąd maszyny spoczywały, rozwalone niedbale na lśniącej, kamiennej posadzce. Szmatłał się koło nich krzywy Ciuszek, wycierał zwitkiem konopi, smarował i nie dozwalał rdzewieć. Raz w tygodniu tylko nastawało w hali maszynowej wielkie święto, a w kotłowni czynił srogi hałas łysy Kuboszek. Siedem kotłów stało bezczynnie, pod ósmym od wczesnego rana palił i doglądał, czy manometr się rusza. A gdy się ruszał, gdy wskazówka opadła na czerwoną kresę, a z kotłowego cylindra zaczynała bzykać para, otwierał wentyl z paradą na wyświechtanym wysokim krześle, ujmował poziome lśniące koło jak szofer kierownicę i czekał. A gdy mu nad głową zajazgotał dzwonek, jął powoli kręcić kołem, a wtedy maszyna budziła się.

Do kopalni zjeżdżali dozorcy ze sztygarami. Wędrowali przez kilka godzin po dudniących gankach, zaglądali do wszystkich przodków, oświecali stropy, patrzyli na stemple, włazili na czworakach do zawalisk, podziwiali spustoszenie, łypali niespokojnie po ścianach, a potem z ulgą wracali pod szyb i pospólnie wyjeżdżali na powierzchnię. Następnie w kancelarii pisali sążniste raporty, radując się poniewoli, że pan zawiadowca będzie się drapał po głowie, ze będzie wędrował od okna do okna, przeżuwał jakieś niemieckie przekleństwa i martwił się jeszcze szczodrzej, aniżeli górnicy.

Przed bramą czekali górnicy.

– Jak tam, panie sztygar, z moim pokładem? – pytali.

– Już jest po nim. Zaciśnięty, żeby nawet mysz nie wlazła.

– A w pokładzie Hildy?

– Ho, ho!… Po pas wody!

– Pierona jasnego!

– Tak!… Do pasa, a nawet może wyżej!…

– A co na pochylni pod trzecim zjazdem?

– Nic. Stoi, jeny stemple obrosły grzybami!…

– A kiedy się toto skończy?

Popatrzył się sztygar z politowaniem, wstrząsnął ramionami, splunął niechętnie i prychnął krótkim śmiechem.

– To się zapytej, pieronie głupi, swojej baby!… – i odchodził statecznie, przekonany, że dobrze powiedział. Bo skąd on może wiedzieć, kiedy skończy się bezrobocie?… Głupie pytanie!…

Kalabus bez nogi pytał się sztygarów, co tam się dzieje w kopalni, chociaż od roku przeszło pracował już na powierzchni w markowni. A kiedy kamraci martwili się, że kopalnia niszczeje, on się wcale nie martwił. Nawet się radował.

– A niech bestię zawali!… – i stukał drewnianym kikutem o kamienistą drogę.

Wtedy wszyscy patrzyli na nogę jego i uznawali, że Kalabus ma słuszność.

Spod pomiętej nogawki wysterkał drążek, okuty niezdarnie na końcu, czarny i ogryziony. Ponad kolanem zaś nogawka wydymała się nieznacznie. Każdy wiedział, że tam kończy się drewniany kikut, a rozpoczyna prawdziwa noga.

– Kalabusie, a jak to było z ty waszą nogą? – pytali kamraci.

– Dyć wiecie.

– No wiemy, ale ten tu oto nie wie! – i wskazywali na kogoś, który istotnie nie znał tej historii.

– A na śliwkę dosz?

– Dóm!

– No, to dowej! – i wyciągał łakome paluchy po pęcherz z tytoniem. Nabierał spory zwitek, utoczył w gałkę i wsuwał do ust. Potem miesił go ze smakiem, spluwał gęsto żółtą, cuchnącą śliną i opowiadał. A tamci czekali na samo zakończenie, gdyż to było najciekawsze i najbardziej śmieszne.

– …i dobrze. Zdawało się, że już szlus ze mną. Noga leży pod kamieniem, a kamień taki wielki jak sto diabłów. Kamraci się mordują, a kamień ani rusz. A pan inżynier powiada, że źle. Ale potem przylecioł ten chudy Wytrzens i mówi, że mo radę. Tóż mów, pieronie!… – powiada pan inżynier. I co zrobiła ta bestia?… Wziął taki flaszencug… pan inżynier to nazywoł jakimi wielokrążkiem… No dyć wiecie, co się podnosi ciężary, albo wagon, albo co!…

– Wiemy, wiemy.

– … no, tóż!… I dobrze. Ten wielokrążek uwiązali do stempla, łańcuch przeciągnęli do nogi…

– A czemu nie rozsadzili kamienia dynamitem?…

– Głupie jak cap. Jakby odstrzelili, toby mnie zabiło, ni?… Tóż jako powiadom!… Tą nogę przywiązali do łańcucha, a potem zaczęli tym wielokrążkiem toczyć. Ciągną, ciągną… To wrzeszczę jak dziki osieł!… Ale potem mnie zamroczyło… A kiedy mnie w szpitolu wskrzesili, już było po nodze!… Urwali mi ją powyżej kolana jakby była z ciasta ulepiono!

– A co potem?…

– Potem przychodzi ten chudy pieron Wytrzens i pyto się, jak się mom. A jo nic, jeny mówię: Schyl się, pieronie, to ci powiem!… – On się schylił, a jo go pras w pysk!… – Tu masz, pieronie morski, za tę moją nogę, coś mi ją urwoł…

– Nie mówcie!… Tak zrobiliście?

– Jako prawiem! Takżech zrobił!… A Wytrzens się dziwo jak głupi, a jo po drugi roz pras go w pysk!… A mosz pieronie morski za moją nogę!…

Górnicy zanosili się śmiechem, bo ich to ogromnie bawiło, że Kalabus w taki sposób odwdzięczył się Wytrzensowi za wyratowanie go z opresji.

Wypadek ów przez długi czas był głośny na kopalni. Wszyscy górnicy omawiali go żywo, a każdy się dziwił niezwykłemu pomysłowi Wytrzensa. Ci, co byli obecni przy ratowaniu Kalabusa, wyjaśniali, że istotnie nie było innego wyjścia. Były tylko raczej dwa wyjścia. Albo otruć Kalalmsa, stękającego na spongu w okrwawionym pyle, z prawą nogą przywaloną olbrzymim blokiem piaskowca, albo też nogę mu urwać.

– To mógł to przecież lekarz uczynić! – mówili ci, co nigdy nie byli w kopalni.

– Głupiś – tłumaczyli górnicy. – Jak tu ściągać lekarza do kopalni, kiedy daleko od szybu, człowiek już ledwie zipie, krew odchodzi, a na głowy posypuje się miał z oberwanego stropu. Tylko czekać, a zawali się do reszty i biedoka przysypie i życie wydusi. I tak groziło niebezpieczeństwo tym, co go ratowali…

– A Kalabus wcale nie wrzeszczoł – wyjaśniali drudzy – bo gdy nim prasło o spong, a nogę przygniotło, to już był bezprzytomny. Stękoł jeny jak krowa przy ocieleniu!…

Tamci kiwali głowami w niedowierzaniu, górnicy zaś triumfowali w duchu, że z nich tacy ludzie.

Od tego czasu minął rok przeszło, a Kalabus nie mógł przebaczyć Wytrzensowi urwanej nogi. I chociaż mu drudzy tłumaczyli, że gdyby nie Wytrzens, to nie wyszedłby z życiem spod kamienia, wciąż żywił zemstę w swoim chropowatym sercu.

– Nie podaruję pieronowi – mawiał zajadle. – Nie podaruję tego ani za diabła!…

Poza tym żywił nienawiść do kopalni. Teraz radował się, że wskutek bezrobocia zarywają się stropy na chodnikach, że stemple kładą się pokotem miażdżone ciężarem obwału, że woda zalewa niższe pokłady i że jeżeli tak jeszcze poczekać z rok – kopalnia „zdechnie”, jak mawiał.

Po wyleczeniu przydzielony został do markowni na powierzchni, gdzie odbierał i wydawał znaczki górnikom. A kiedy wszyscy górnicy zjechali już do kopalni, zdawał raport sztygarowi.

– Numer 87 pijany, na szychtę nic przyszoł!… Numer 112 noga złomano… Numer 378 baba jego porodziła dziecko, musioł doma zostać!… Numer 35 zaś strzelił szychtę!… Ani na słoną wodę nie zarobi pieron!. A numer 521, panie sztygar, to kocynder!… Polazł kańsi ku dziousze, dzioucha mu nogi przyległa i na szychtę nie przyszoł!… Numer 201 wczoraj zabity w 3 poziomie!…

Wyliczał po kolei każdy numer znaczka, co w osamotnieniu błyszczał na czarnym haku na ogromnej czarnej tablicy, sztygar zaś zapisywał nazwiska ich właścicieli w umorusanej księdze.

Kalabus nie pominął żadnej sposobności, żeby dokuczyć Wytrzensowi. Kiedy go dojrzał kroczącego z lampą do okienka markowni, wszyscy górnicy, co opodal się znajdowali, czekali na wynik. Kalabus zawsze coś takiego zmajstrował, że można było się uśmiać do woli. Raz podał mu jego znaczek posmarowany od dołu ludzkim łajnem, drugi raz zanurzył go w przygotowanym kwasie siarkowym, innym razem znów rozpalił go w płomieniu lampy, a kiedy Wytrzens wyciągnął łapę, Kalabus zdejmował drutem znaczek i rzucał mu go na środek dłoni, Wytrzens wtedy sypał pieronami, wydziwiał ogromnie, nóg połamanie obiecywał, a Kalabus rechotał ubawiony i stukał hakiem po drewnianej nodze.

– To za moją nogę, fideuszu zatracony!… – wołał za nim. – To za moją nogę!…

Potem nastało bezrobocie i Kalabus już nie miał sposobności, żeby Wytrzensowi dokuczyć.

– Ho, ho… – mawiał w gospodzie między kamratami. – To nic!… On jeszcze mnie kiedyś popamięto!…

Górnicy zastanawiali się, co by Kalabus mógł uczynić złego Wytrzensowi. Znali wszyscy Kalabusa i wiedzieli, że niezdolny do takiej zemsty, która by przerażenie budziła.

– Nie zabije go – pocieszali się – no, bo nie zabije. Za dobry z niego człowiek. Nabić mu także nic może, bo nie da rady z drewnianą nogą. Chyba okna mu może wytłuc kamieniami lub psa otruć. Lecz i to nie, bo Kalabus mo dobre serce…

Potem górnicy zaczęli grzebać w ziemi za węglem.

Poza kopalnią, na bezpańskiemu wydmuchowisku, tuż obok hałdy kopali biedaszyby. Ogromny obszar nieużytków, rozorany wędolcami i zapadliskami, wypełniony miejscami gnijącej wody, w której dzieci się taplały i zdechłe psy gniły, gdzie nawet mizerna trawa nie chciała uróść, a chłopcy prowadzili tam srogie batalie, rozbijając sobie głowy kamieniami i czyniąc piekielny wrzask, ogromne to wydmuchowisko bezpańskie zaludniło się czarnym mrowiem ludzkim. Górnicy kopali głębokie studnie, stawiali nad nimi proste kozły zbite z desek, na kozłach umieszczali kołowroty, na kołowroty nawijali liny, a na linach zawieszali stare kubły i spuszczali je do biedaszybów. Na dnie mozolili się wytrawni, starzy kopacze. Kuli ganki w odkrytym pokładzie węgla, podcinali ściany, zbijali klinami, urobek wsypywali w kubły, a kubły wędrowały wąską gardzielą studni, wynurzały się na powierzchnię i radowały ludzkie oczy nadzieją uciszenia parszywego głodu. Tamci zaś pod ziemią podbijali strop nielicznymi stemplami, dyszeli utrudzeni w słodkawym zaduchu, pocili się nadzy do pasa, a co raz spoglądali na strop, czy się nie rysuje, czy nie leci na głowy. Strop zaś błyszczał w rudym świetle karbidówek jakby powleczony czarnym szkliwem, i pękał nieznacznie.

Potem pojawił się dwutlenek węgla. Dwóch górników wydobyto bez życia z podziemia. Wówczas przy wejściach do biedaszybów pojawiły się wymyślne wentylatorki, zmajstrowane z dużych puszek po śledziach, toczone nogą lub ręką, warczały śmiesznymi skrzydłami blaszanymi, a starymi, zardzewiałymi rurami wsączał się do kopaleńki słaby wicherek, sycił zmęczone płuca zapachem powietrza i rozrzedzał dwutlenek węgla.

Kalabus także miał swój biedaszyb. Nazwał go szumnie: Prezydent, i pospólnie z trzema kamratami wydobywał węgiel. Dwaj z nich ślęczeli pod ziemią, on zaś z młodym Wawrzyczkiem kręcił kołowrotem. Najczęściej czynił to jednak sam, bo Wawrzyczek musiał „robić wiater na wentyla to roku”. Zapierał się więc drewnianą nogą w ziemię, zapierał ramionami w rękojeść kołowrotu i toczył ciężko.

Po węgiel przyjeżdżali chłopi, kupowali go za bezcen, a Kalabus poklinał ciężko i zżymał, że mało zarabia.

Potem jednak zdarzało się, raz i drugi, że zamiast węgla wydobywano z biedaszybu ludzkie zwłoki. Jedne strute brakiem tlenu, inne znowu ukrwawione i dyszące resztką wyciekającego życia, inne zaś zniekształcone i zmiażdżone. Często zdarzało się takie żniwo. Równocześnie zarządy kopalń jęły czynić starania, by władze zlikwidowały biedaszyby.

– Konkurencję, nam czynią!.. – skandali panowie z dyrekcji kopalni.

– Za dużo śmiertelnych wypadków! – wołała prasa.

Przyszła policja, przyszli z nią sztygarzy z ładunkami dynamitowymi i biedaszyby zostały zniszczone. Wsadzono po jednym ładunku do ziemi na każdym rogu szybika, zapalono lont i uchodzono. Lont jarzył się rudym płomieniem, pełzał po ziemi, sypał ciemnymi iskrami, a potem znienacka wybuchała pod niebo ciężka chmura czarnej ziemi.

Po kilku dniach na bezpańskim wydmuchowisku szczerzyły się ogromne wyrwy, większe zapadliska i jeszcze głębsze wądolce.

Opodal zaś stali górnicy, zaciskali pięści i ciężko pieronowali.

U Kalabusa nastał głód. Parszywy, po trzykroć przeklęty głód. Kalabuska beczała i głośno wyrzekała na swoją dolę, Kalabus teraz dopiero zaczął się martwić, a dwunastoletni synek hasał po wędolcach i rozbijał głowy kamratom, a oni zaś jemu, co miało oznaczać wojnę między Niemcami a Polakami.

– Wiesz staro, co? – rzekł pewnego razu, kiedy już naprawdę nie było co do ust włożyć.

– Co?… – zachlipała przez łzy Kalabuska.

– Pójdę po fechie! Mom nogę drzewnianą, to mi ludzie prędzej daję jakiś grosz! Ni?…

I poszedł.

Kusztykował powoli po wsiach, zaglądał do chałup, dopraszał się chleba, kilku groszy, a wieczorami noclegu. Z początku nie mógł się zżyć z nowym zawodem. Wchodził więc nieśmiało do chałup, pukał również nieśmiało, a gdy mu ktoś otworzył drzwi, mamrotał swoją prośbę i stukał drewnianą nogą o posadzkę w sieni. Potem jednak nabrał już wprawy. Umiał odgadnąć za pierwszym spojrzeniem, czy go odprawią z niczym, czy też obdarzą kilku groszami. Gryzło go to jednak, że zeszedł na dziady.

– Pierona! – mruczał do siebie, kiedy wygrzewał się pod drogą i zliczał miedziaki. – To jo stary górnik, a teraz muszę klamki czyścić!… Szpetny koniec człowieku pisany!…

Ulżyło mu dopiero wtedy, kiedy przybłąkał się do samotnej chałupy pod lasem i poprosił o nocleg. Gospodarz nie chciał go przyjąć, lecz w końcu zmiękł na sercu i wezwał do izby.

– Nie chciołech was przyjąć, bo u mnie w stodole leży już jeden… – tłumaczył się.

– Co za jeden?…

– A diabli go tam wiedzą!… Stary dziod jakiś!… Przyszoł z kataryną, legnął mi pod stodołę i uświerknął. Była komisja, powiedzieli że kaput!… Kozali mi go do stodoły włożyć, a jutro po niego przyjadą z Katowic.

– A katarynka?…

– A jest tam w stodole przy nim!…

– To se ją wezmę!…

– A biercie!…

Nazajutrz poszedł do stodoły, zmówił pacierz nad zwłokami, podniósł starą suknię, którą był nieboszczyk nakryty, westchnął! żałośnie, potem wziął na plecy katarynkę i poszedł. Po drodze spotkał karetkę jadącą po umarłego dziada.

Odtąd już nie miał wyrzutów sumienia. Stawał przed upatrzonym domem i grał. Katarynka była dychawiczna i nie grała żadnych pobożnych kawałków, żadnych pieśni kościelnych, tylko jakieś cudaczne melodie, które słyszał kiedyś z okna pana inżyniera, kiedy stał na drodze, a w oknie siedziała córka pana inżyniera i kręciła małą korbką u gramofonu. Nuciła przy tym coś o jakiejś tęsknocie, o bubliczkach, o Rebece i o tym, że się boi sama spać.

Baby wtedy załamywały dłonie i długo obiecywały jej wieczne potępienie, a chłopcy gromadzili się pod oknami i nucili tamte piosenki. A potem je świstali.

Melodie te, wygrywane bez ustanku na katarynce, podobały się Kalabusowi. Były jakieś smętne, a jednak taneczne, tak bardzo taneczne, że podczas grania kiwał w takt głową i kołysał się miarowo w biodrach i na drewnianej nodze. Koło niego zaś tłoczyła się zawsze ogromna gromada dzieci, dziewczyny wychodziły z domów i wynosiły mu chleb smarowany masłem lub zgoła kęs kiełbasy i kilka groszy, co starsi strzygli zaś oczyma po dziewczynach, opierali się niedbale o płoty, kołysali również głowami i świstali do wtóru.

Po tygodniu wrócił do domu. Przyniósł kilkanaście złotych, spory kęs słoniny, wieniec kiełbasy i flachę gorzałki.

Zeszli się górnicy, wszyscy ogromnie zdziwieni, że Kalabus przyszedł z katarynką. Na podorędziu mieli słowa najeżone pieronami, słowa gorzkie i pełne wymyślania na głód i bezrobocie, chcieli pomstować przed nim na psie życie, ale Kalabus nie słuchał. Nie chciał zresztą słuchać, bo wiele widział i wiele słyszał podczas swojej niedługiej wędrówki.

Ustawił więc na koźle katarynkę i zaczął grać. Umilkli górnicy, zaczęli słuchać. Potem przybiegły dzieci, a za dziećmi przyczłapały baby, chude i biedą zgryzione, za babami dziewczyny i chłopcy. Otoczyli Kalabusa wielkim kołem i słuchali. A Kalabus stukał drewnianą nogą do taktu, uśmiechał się do wszystkich i kiwał głową.

Katarynka piszczała i łapała oddech jak człowiek krztuszący się pyłem węglowym, a spoza czerwonych firaneczek, naciągniętych na przedniej ściance, kuśtykała cudaczna melodia i pozwalała ludziom zapominać o wszystkim, co serce toczy. Zapalały się przygaszone oczy, podnosiły skołatane głowy, przed człowiekiem otwierał się jakoby daleki świat, gdzie nie ma bezrobocia i gdzie nie ma głodu.

Starsi przypominali sobie dawne lata, kobiety wzdychały, bo widziały się w jakąś noc wiosenną, młode i ponętne, o pełnych piersiach i gorącej krwi, lezące na sianie, w słodkim omdleniu grzebiące palcami we włosach na pacholęcej głowie. Dziewczyny przeciągały się leniwie a nieznacznie, i spod oka patrzyły na chłopców i taksowały ich ramiona i barki. Chłopcy zaś patrzyli na dziewczyny, uśmiechali się i również się przeciągali.

Potem Kalabus poszedł ma drugi koniec osady górniczej.

– A co słychać z Wytrzensem? – zupytał kamrata, co go odprowadzał, a z którym kiedyś w jednym filarze pracował.

– Hm… Wytrzens… Czy nie wiecie?…

– Ni…

– Hm… Wytrzens niezadługo pojedzie!

Przystanął Kalabus, spojrzał na kamrata.

– To za moją nogę urwaną – mruknął…

– Ech, nie plećcie, ni!…

Uszli kęs drogi w milczeniu. Kalabus myślał o Wytrzensie, co niezadługo pojedzie. Nie wiedział teraz, czy się radować, czy go żałować. Nogi szkoda, ale Wytrzensa też szkoda! Jego niechęć do niego stawała się podobna do zakurzonego szkła, które słońce podświeca. A może to nie była niechęć?… Żal tylko, że…

Zamyślił się Kalabus, bo nie mógł znaleźć odpowiedzi, jaki to był żal.

– To mówicie, Kopoczku, że Wytrzens pojedzie?…

– Yhy!…

– A cóż mu tak dojęło?

– Suchoty! – mówił dochtór, że jakieś galopujące suchoty!…

– A z czego?

– Z głodu… Przeziębił się, gdy z biedaszybu wyjechoł spocony na wierzch… Było to jakosi zaroz z początku, jakżeśmy je zaczęli kopać!… Było jeszcze zimno. Wyjechoł spocony, bez koszuli… No, taki błozen!… No i pojedzie!

Kalabus już nie czuł niechęci do Wytrzensa.

Kalabus nie czuje już nawet żalu do Wytrzensa.

– To jest prowda!… – mruczy. – Gdyby nie Wytrzens, nie byłoby mnie na świecie!…

Pożegnał się z kamratem na rozstajnej drodze i zawrócił w kierunku Wytrzensowego domu.

Przed sienią ujrzał Wytrzenskę. Pod słoneczną ścianą leżały oparte części łóżka. Wytrzenska lała wrzącą wodę w ich szpary i szczeliny.

– Dzień dobry, Wytrzensko!… Jak się mocie? – zapytał.

Chuda Wytrzenska wytarła nos do fartucha, westchnęła żałośnie:

– Jak groch przy drodze…

– A co robicie?

– Pluskwy parzę, bo bestie chcą mi chłopa zeżreć.

Stanął obok niej i przypatrywał się, jak cienką trzaskę wpychała w szczeliny łóżka. Ze szczelin wyłaziły grube, opasłe, rude pluskwy. Wówczas Wytrzenska porywała garnek z wodą i chlusnęła na nie. Woda była wrząca, więc pluskwy spadały na ziemię bez życia. Dwie kury zbierały je łakomie i połykały ze smakiem.

– A co stary?

– Podziwejcie się na niego!…

Wszedł do izby i znowu wyczuł, że nie ma już u niego ani niechęci, ani żalu do Wytrzensa. Bo oto leży na wznak w łóżku i dyszy. Twarz ma żółtą, zapadłą, oczy płonące i głębokie. Tli się w nich resztka życia.

– Jak się mocie, Wytrzensie?…

Wytrzens odwrócił z wysiłkiem głowę i zakrztusił się kaszlem. Wypluł czarną grudkę krwi, a potem legł z powrotem i patrzał na powałę.

– Już pójdziecie?

Wytrzens kiwnął głową, że pójdzie.

– No, nie starejcie się. Każdy tam pójdzie. Jo też!…

Wytrzens podniósł nieznacznie dłoń i opuścił ją ciężko. Kalabus zrozumiał, że Wytrzens lekceważy sobie jego pociechę.

– Chcecie gorzoły?

Wytrzens potrząsnął głową, że nie chce.

– A pamiętocie?… Nogi mi urwaliście! Oto tą!… – i wysunął swój drewniany kikut.

Spojrzał Wytrzens na Kalabusową drewnianą nogę i nic nie powiedział. Kalabus zaś postawił swoją katarynkę na koźle, nastawił mechanizm na najpiękniejszą melodię.

– Chcecie to wóm zagrom…

Wytrzens skinął z wysiłkiem głową.

Uradował się Kalabus, bo zdawało mu się, że jeżeli zagra mu przed śmiercią na katarynce, to dusza jego nie będzie się męczyła w piekle ani w czyśćcu, lecz pójdzie prosto do nieba. Jakby po równym przekopie pod szyb. Nawet bez lampy można trafić. A potem stanie pod szybem, spojrzy w górę, stanie w windzie i fiu pod górę. Jak prawdziwy górnik, wracający ze szychty na powierzchnię. A na powierzchni świeci słońce!…

Kalabus uśmiechnął się do tych myśli, rad bardzo, że je tak składnie ułożył. Potem stanął za katarynką, oparł się lewym łokciem o jej wierzch, prawą rękę ujął za korbę.

– Tóż posłuchajcie, Wytrzensie!… Bydzie piekno muzyka!… A wom bydzie się lepiej umierało!…

I zaczął grać. Katarynka najpierw skrzypnęła przeciągle, potem zadyszała piskliwie, a następnie już potoczyła się na izbę posuwista, rytmiczna, tęskna melodia tanga. Tańczyła po izbie, posuwała się lekko i jakby na palcach, miękka i pieszczotliwa, wypełniała zaduch pokoju jakby zapachem nieznanych kwiatów, czasem zaskrzypiała zepsutym mechanizmem, czasem sapnęła ciężko, potem znów płynęła jednostajnie, cicho, usypiająco.

Wytrzens słuchał. Łypał najpierw powiekami, wykręcił głowę na poduszce, żeby lepiej słyszeć patrząc na katarynkę, a następnie jął szybko oddychać. Jakby się mocował z jakimś ciężarem. Suche, wychudłe palce splotły się, potem opadły wyczerpane na kołdrę.

Kalabus zaś grał. Zasłuchany w znajomą sobie melodię, ulegał złudzeniu, że w tej chwili kroczy po tamtym przekopie w kopalni, o którym poprzednio myślał, że kołysze miarowo a posuwiście płomykiem lampy, cienie skaczą w półkroku, a za nim stąpa dusza Wytrzensa. Idzie zielonkawa po gębie, wycieńczona i chwiejąca się z wysiłku, jak górnik wyczerpany do ostatka, pod szyb wracający…

Skończył. Zaskrzeczała resztka melodii, urwała się i nastała cisza.

Kalabus spojrzał na Wytrzensa.

Wytrzens leży na wznak w łóżku, podobny już do trupa, dyszy ciężko, a powiekami przygniata powieki, mocno i z wysiłkiem, jakby dłonie zaciskał, w których zamknął umykające życie.

Gustaw Morcinek

 

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w książce „Przedmieście”, Zespół Literacki „Przedmieście”, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1934. Był to zbiór tekstów autorów sięgających po tematykę robotniczą i społeczną. O historii i założeniach ZL „Przedmieście” pisaliśmy w „Nowym Obywatelu” przed kilkoma laty. Powyższy tekst publikujemy w 130. rocznicę urodzin Gustawa Morcinka. 

W nagłówku tekstu wykorzystano obraz autorstwa Normana Cornisha, angielskiego artysty, który pracował jako górnik, a jako malarz i grafik portretował życie przedstawicieli tego zawodu oraz społeczności przykopalniane.

 

Gustaw Morcinek (1891-1963) – urodzony w robotniczej ubogiej rodzinie, rok po narodzinach syna zmarł jego ojciec, co skutkowało życiem rodziny w biedzie. Urodził i spędził dzieciństwo w hutniczo-górniczej Karwinie, dziś na terenie Czech, wówczas z ludnością większościowo polską. W wieku 16 lat rozpoczął pracę w kopalni. Gdy zauważono jego zdolności i chęć nauki, górnicy z zebranych składek opłacali wysłanie i utrzymanie go w Białej (dziś Bielsko-Biała), gdzie uczęszczał do seminarium nauczycielskiego. W czasie I wojny przymusowo wcielony do wojska austriackiego. Tuż po zakończeniu wojny brał udział w działaniach na rzecz przyłączenia Śląska Cieszyńskiego do Polski. Od roku 1919 do 1935 pracował jako nauczyciel w Skoczowie. Od początku lat 20. zajmował się aktywnością dziennikarską, publicystyczną i literacką. Szybko zyskał uznanie krytyków literackich i czytelników. W swoich tekstach łączył perspektywę patriotyczną z wyraźnym rysem prospołecznym i sympatyzowaniem z lewicą. Autor licznych powieści i opowiadań; w jego utworach z akcją dziejącą się w środowisku górniczo-hutniczym zagłębia karwińsko-ostrawskiego wielokrotnie pozytywnie portretował działaczy i aktywność polskiej lewicy niepodległościowej. Reprezentował poglądy antyniemieckie oraz krytykował zaborczość czeską wobec większościowo polskich terenów Śląska Cieszyńskiego. Oprócz literatury pięknej i publicystyki pisał także teksty historyczno-krajoznawcze, był zamiłowanym turystą pieszym i miłośnikiem krajobrazu Beskidzkiego. W czasie hitlerowskiej okupacji więziony w obozach koncentracyjnych, odmówił podpisania volkslisty.

Wszyscy jesteśmy uchodźcami dla sytych salonów, czyli o hipokryzji liberałów

Fryderyk Engels w roku 1872 dokonał analizy kryzysu mieszkaniowego w powojennych Niemczech. Głównym powodem tego, co filozof określał jako głód mieszkaniowy, był napływ mas robotników rolnych do miast. Europa po roku 2015 musiała stawić czoło podobnemu wyzwaniu, czyli tak zwanemu kryzysowi migracyjnemu. Naukowcy podkreślali, że w roku 2015 Unia Europejska została postawiona przed największym od czasów II wojny światowej wyzwaniem, związanym z napływem ludności. Thomas Nail, amerykański profesor filozofii, stwierdził, że wiek XXI jest wiekiem uchodźcy. Masy ludowe nadal są dziś straszone sofizmatami dotyczącymi groźnych uchodźców-terrorystów. A co, jeśli w obrębie polityki neoliberalnej każdy reprezentant klas niższych jest takim „innym”, „terrorystą” rozbijającym skrzętnie broniony ład społeczny? Czy to właśnie nie teraz – gdy debata o uchodźcach znowu wraca do łask – powinniśmy odpowiedzieć sobie na to pytanie?

Migranci są dziś ciałem, które jest niejako oderwane od polityki. Nie mogą decydować o swoim losie i zdani są na dyrektywy UE czy państw członkowskich. Retoryka „odpolitycznienia” migrantów widoczna jest choćby w wypowiedziach Donalda Tuska, tego samego Tuska, który znany jest z odpolityczniania biedoty: „Nawet przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk opisał niedawnych uchodźców tymi samymi […] militarnymi metaforami, których Rzymianie używali do odpolitycznienia barbarzyńców: uchodźcy to »wielka fala; która zalała Europę; powodując chaos; który należy powstrzymać i którym należy zarządzać«. »Powoli stajemy się świadkami narodzin nowej formy nacisku politycznego«, twierdzi Tusk, »a niektórzy nazywają to wręcz rodzajem nowej wojny hybrydowej, w której fale migracyjne stały się narzędziem, bronią przeciwko sąsiadom«” – pisał Thomas Nail.

Symptomatyczna jest niedawna wypowiedź Tuska ws. sytuacji na granicy z Białorusią: „Polskie granice muszą być szczelne i dobrze chronione. Kto to kwestionuje, nie rozumie, czym jest państwo”. Jego język się zmienił, bo sam autor cytatu podkreślał, że na granicy znajdują się już „biedni ludzie” zamiast „złych migrantów”. Jak jednak widać, sama zmiana semantyczna nie doprowadziła do realnej zmiany poglądów politycznych.

Kwestia odpolitycznienia migrantów i grodzenia się przed nimi nie jest niczym nowym. Aktualna forma polityki migracyjnej jest tylko rozwinięciem tego, co na świecie dzieje się jeszcze od czasów neolitu, bo to wtedy budowano pierwsze zasieki przed obcymi. Dziś kraje europejskie „grodzą się” przed migrantami, np. przy pomocy instytucji takich jak Frontex czy poprzez druty kolczaste widoczne choćby na granicy polsko-białoruskiej. Ale te same kraje grodzą się również przed własnymi obywatelami – za pomocą praw uderzających w klasę niższą i pompowania pieniędzy w wybryki klas średniej i wyższej.

Inność jest zagrożeniem dla już wręcz sakralnej hierarchii społecznej. To właśnie w obrębie różnicy wobec stylu życia klasy średniej klaruje się argumenty przeciwne wobec władzy i kapitału. Przestrzeń fortyfikowana przez klasę średnią, gentryfikacja czy eksperymenty społeczne na biedocie, w stylu osiedla na Dudziarskiej, są formą dodatkowych grodzeń wewnątrz już odciętego państwa. Dziwnym zdaje się więc, że najwięcej o etycznym rozwiązaniu sprawy uchodźczej mówią te same osoby, które niczym Frontex wprowadzają dynamikę my-obcy w strukturze społecznej wewnątrz kraju.

Istnieją dwa rodzaje liberała „obrońcy” migrantów.

Pierwszym jest Tusko-europejczyk. Ten rodzaj podejścia do problematyki migracyjnej odznacza się świątobliwym oburzeniem wobec „faszystowskiej” polityki partii będącej obecnie u władzy, przy jednoczesnym nawoływaniu do obrony granic i przestrzegania wyznaczonych linii przeciw-uchodźczych. Jest to osobnik, który zdaje sobie sprawę z tego, że na Zachodzie mówi się o estetycznej kryminalizacji migrantów, dlatego stara się kontrolować swój język i semantycznie wzbogaca wypowiedzi, wspominając już o „biednych migrantach” zamiast o „nieludziach”, jak faktycznie uważa. Najlepiej określa go wewnętrzna dychotomia, bo z jednej strony wyznacza schmittański podział na my (liberałowie) – oni (faszyści) wobec partii rządzącej i jej prawicowej polityki, a z drugiej strony poglądami od niej (przynajmniej w sprawach migracji) zbytnio nie odbiega, poza estetycznym unormowaniem swojego języka. Jego kluczowym mechanizmem obronnym jest to, żebyś nie uwierzył w potrzebę walki o prawa migrantów – walka powinna zacząć i zatrzymać się na poziomie języka i nic ponadto.

Drugim jest liberał faryzeusz. Znasz go z tego, że średnio raz na miesiąc zmienia nakładkę na swoim facebookowym zdjęciu profilowym – od Black Lives Matter przez tęczę, a skończywszy na wsparciu uchodźców z Afganistanu. Takie kompasy moralne klasy średniej. Z boku wygląda nawet dość radykalnie robiąc sobie zdjęcia telefonem kosztującym tyle, co trzy twoje wypłaty. Przy tych wszystkich wzniosłych aktach politycznej agitacji ciężko jednak dostrzec powody, dla których ten twój kolega o cokolwiek walczy. Po chwili namysłu przypominasz sobie jednak, że to właśnie on promował sklep z tęczowymi ciuchami szytymi przez dzieci w Bangladeszu, później przypomina ci się, że to właśnie on co dwa dni wstawia na swojego instagrama fotki z „egzotycznych” lunchów w jakiejś warszawskiej knajpie. Zawsze jednak łatwo mogłeś dostrzec, że przy jego towarzyskiej licytacji na facebookową progresywność, jest ci on obcy. Może dlatego, że to ta sama osoba, która uwielbia swoje życie w osiedlu za grubymi murami osłaniającymi go przed, jak sam mówi, śmierdzącymi menelami z ulicy, czy może dlatego, że to ta sama osoba, która nie przeżyłaby dnia bez obiadu zrobionego przez migrantkę zatrudnioną na umowie śmieciowej. Ten typ liberała jest groźniejszy od pierwszej opisanej figury, gdyż ma on zdolności kamuflowania się – niczym kameleon. Kryje się w lewicowych partiach, gdzie odrzuca progresję podatkową, koczuje on w niektórych kolektywach anarchistycznych, które propagują prymat walki o tożsamość nad walką z marginalizacją ekonomiczną, stając się kolejnym Stop Bzdurom zamiast inicjatywą wyrażającą radykalizm społeczny.

Dużo bardziej niebezpieczne od brutalnej antyimigranckiej retoryki jest fałszywy liberalny dyskurs udający wsparcie wobec osób znajdujących się na granicach państw. Bo to właśnie przez ten dyskurs zwraca się na problem migracji uwagę wyłącznie wtedy, gdy mowa o „kolejnych falach” lub gdy na granicy rzeczywiście umierają ludzie. Z jednej strony źródłem migracji są imperialistyczne praktyki światowych elit, z drugiej strony sama polityka wewnętrzna krajów, do których migranci przemierzają – o tym fałszywe liberalne głosy nie będą wspominały, bo uderza to w stosunki produkcji i światowych hegemonów. Łatwiej jest sprowadzić cały problem do „faszystowskich rządów” i ciał znajdujących się na granicy, dużo trudniej natomiast przeprowadzić rachunek sumienia, by wreszcie zdać sobie sprawę, że:

a) w obrębie samego państwa istnieją formalnie pełnoprawni obywatele, których sytuacja faktyczna sprawia, że bliżej im do statusu migranta;

b) polityka krajów Zachodu wznieca zarówno migracje do jakiegoś kraju, jak i wewnątrz kraju tworzy obywateli statusie podobnym do migrantów.

Najłatwiej będzie to wszystko wytłumaczyć na podstawie fałszywej dychotomii, która operuje wizją uchodźców zabierających „pełnoprawnym” obywatelom mieszkania. W skrócie: albo mieszkania, albo uchodźcy. Tyle że w takim modelu faktycznym uchodźcą wewnątrz państwa są każda uboga osoba i cała klasa ludowa – grupy nie wpasowujące się w schemat i wizję klasy średniej. Czy klasośrednie oburzenie wobec powstania nowego osiedla socjalnego, które wywoła spadek cen nieruchomości, nie jest tym samym, co strach przed „grabieżą mieszkań”, których i tak nie ma, przez „złych” migrantów? Schemat jest ten sam: salony odbierają komuś prawo do dachu nad głową ze względu na własny interes i kategorie „inności”, bo przecież wszyscy w mieszkaniach socjalnych to groźni przestępcy, a każdy uchodźca to terrorysta. Znamy to bardzo dobrze, np. ostatnia sprawa wokół warszawskiego centrum ReStart w pobliżu stacji metra Dworzec Wileński, gdzie politycy związani z lokalną oligarchią byli przeciwni wybudowaniu ośrodka pomocy społecznej.

Dlatego właśnie ci wszyscy, którzy korzystając ze swojego klasowego przywileju marginalizują innych, sami działają w modelu Frontexu. Wszystkie realnie wrażliwe społecznie osoby wiedzą przecież, że liberałowie pragną się grodzić przed biednymi, wypędzać ich z zajętego przez siebie terenu czy wreszcie budować im getta, jak na wspomnianej wcześniej Dudziarskiej. Ci wszyscy, którzy sprzeciwiają się progresji podatkowej (z Lewicą uśmiechającą się do Tuska na czele), rozbudowie usług publicznych i walce o prawa lokatorów, sami prowadzą do powstawania coraz większej grupy „migrantów” wewnątrz samego państwa.

Wrogowie nie przybywają w zatłoczonych łodziach, lecz w wygodnych limuzynach.

Szymon Gams

David Graeber: Po pandemii nie możemy znowu zapaść w letarg

W pewnym momencie w ciągu najbliższych kilku miesięcy zostanie ogłoszone, że kryzys został przezwyciężony i będziemy mogli wrócić do naszych „nieistotnych” miejsc pracy. Dla wielu będzie to jak przebudzenie z letargu.

Media i klasa polityczna z pewnością będą nas zachęcać do takiego myślenia. Tak już było, po krachu finansowym z 2008 roku. Nastąpił wtedy krótki moment kwestionowania zastanego porządku: czym właściwie są „finanse”? Czy to nie są tylko długi innych ludzi? Czym są pieniądze? Czy to też tylko dług? Czym jest dług? Czy to coś więcej niż tylko obietnica? Jeśli pieniądze i dług to tylko zbiór obietnic, jakie czynimy sobie nawzajem, to czy nie moglibyśmy równie łatwo składać innych? To okno zostało niemal natychmiast zatrzaśnięte przez tych, którzy nalegali, abyśmy się zamknęli, przestali myśleć i wrócili do pracy, a przynajmniej zaczęli jej szukać.

Wtedy większość z nas się na to nabrała. Tym razem bardzo ważne jest, abyśmy na to nie poszli.

Bo w rzeczywistości kryzys, którego właśnie doświadczyliśmy, był przebudzeniem ze snu, konfrontacją z prawdziwą rzeczywistością ludzkiego życia, która polega na tym, że jesteśmy zbiorem kruchych istot opiekujących się sobą nawzajem, a ci/te, którzy wykonują lwią część prac opiekuńczych i utrzymujących nas przy życiu, są nadmiernie opodatkowani, niedopłacani i codziennie upokarzani, tymczasem inna część populacji nie robi nic poza snuciem fantazji, pobieraniem czynszów i przeszkadzaniem tym, którzy produkują, transportują i naprawiają przedmioty, a także zaspokajają potrzeby innych. Niezbędne jest, abyśmy nie popadli z powrotem w rzeczywistość, w której wszystko to ma jakiś niewytłumaczalny sens, tak jak często w snach, gdzie potrafią dziać się bezsensowne rzeczy.

A co powiecie na to: dlaczego nie przestaniemy traktować jako całkowicie normalnego, że im bardziej czyjaś praca przynosi korzyści innym, tym mniej za nią zapłacimy? Dlaczego nie uznamy za idiotyczne upierania się, że rynki finansowe są najlepszym sposobem na ukierunkowanie inwestycji długoterminowych, mimo że napędzają zniszczenie większości życia na Ziemi?

Dlaczego, zamiast tego, gdy tylko obecny stan wyjątkowy zostanie zakończony, nie przypomnieć sobie, czego się nauczyliśmy: że jeśli „gospodarka” cokolwiek znaczy, to jest to sposób, w jaki zapewniamy sobie nawzajem to, czego potrzebujemy do życia (w każdym sensie tego słowa)? Że to, co nazywamy „rynkiem”, jest w dużej mierze tylko zestawieniem zagregowanych pragnień bogatych ludzi, z których większość jest przynajmniej nieco patologiczna, a najpotężniejsi już kończą projekty planowanych przez siebie bunkrów, do których pragną przed nami uciec? Nie bądźmy na tyle głupi, by wierzyć w ich pouczenia, że wszyscy jak jeden mąż jesteśmy pozbawieni zdrowego rozsądku i nie możemy nic zrobić ze zbliżającymi się katastrofami.

Czy tym razem możemy ich po prostu zignorować?

Większość pracy, którą obecnie wykonujemy, to praca wyobrażona (dream work). Istnieje tylko dla samej siebie – albo po to, by bogaci czuli się dobrze ze sobą lub po to, żeby biedni czuli się źle ze sobą. Gdybyśmy po prostu przestali pracować, możliwe byłoby złożenie sobie znacznie rozsądniejszego zestawu obietnic: na przykład stworzenie „gospodarki”, która pozwoli nam faktycznie zaopiekować się tymi ludźmi, którzy opiekują się nami.

David Graeber

tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” w marcu 2021 r.

Marek Has: Sprawiedliwy świat

Można zaryzykować twierdzenie, że większość ludzi chciałaby żyć w sprawiedliwym świecie i przedkłada poczucie sprawiedliwości nad idee postępu lub dobra powszechnego. Kierując się poczuciem sprawiedliwości, nie wymagają oni wcale, by świat miał być lepszy pod każdym możliwym względem. Wręcz przeciwnie, mógłby być pod pewnymi względami gorszy, byle był bardziej sprawiedliwy. Problem pojawia się jednak, gdy przychodzi im odpowiedzieć na pytanie, na czym właściwie polega sprawiedliwość i czym miałby się charakteryzować sprawiedliwy ustrój społeczny.

W starożytności sprawiedliwość uważano za cnotę, czyli cechę charakteru. Według Platona, sprawiedliwość polegała na wewnętrznej harmonii władz – uczuć, rozumu i woli. Człowiek sprawiedliwy cechował się tym, że w każdej sytuacji starał się postępować mądrze i nieegoistycznie, stawiał sobie racjonalne cele, z którymi jego uczucia i czyny pozostawały w zgodzie. Platon stworzył całą wizję państwa, na czele którego mieli stać sprawiedliwi mędrcy. Uważał taki ustrój społeczny za najlepszy z możliwych, najbardziej korzystny dla wszystkich i najbardziej sprawiedliwy.

W czasach nowożytnych nastąpiło przesunięcie akcentów w etyce – od pojęcia cnót, czyli cech podmiotowych, w stronę zasad, czyli bezosobowych reguł. Filozofowie porzucili język cnót i zaczęli budować teorie społeczne odwołując się do języka zasad, choć oczywiste jest, że żadna zasada nie stanowi wyczerpującego opisu cnoty i może jedynie przybliżyć jej sens. Być może jednym z powodów było to, że cnota nie podlega kontroli rozumu, a zasady – tak. Zasady można interpretować, poddać dyskusji, uczynić regułą społeczną lub hasłem ideologii. Ponadto łatwiej jest głosić zasady niż świecić przykładem własnych zalet. Dlatego nadmierny racjonalizm z jednej strony oraz upadek obyczajów z drugiej, prowadzą w naturalny sposób do faworyzowania zasad, a nie cnót.

Etyka cnót tym różni się od etyki zasad, że określa, jaki człowiek powinien być, podczas gdy etyka zasad mówi jedynie, co powinien robić. W etyce zasad obojętne jaki jest człowiek, wystarczy, że jego czyny mieszczą się w granicach pewnego kodeksu zasad. Postawa taka często łączy się z poglądem zwanym formalizmem etycznym, wedle którego w moralnym sensie liczy się wyłącznie substancja czynu, nie zaś motywy czy skutki. Nie są ważne ani subiektywne stany duszy, zwane intencjami, ani to, co faktycznie dzieje się z bliźnimi.

Zasadę sprawiedliwości da się sformułować następująco: „Sprawiedliwość polega na tym, że każdy otrzymuje to, co mu się należy”. Definicja jest jasna i prosta, jednak pytanie, co się komu należy, otwiera dyskusję, której końca nie widać. Niektórzy uważają, że każdemu należy się tyle samo, co w konsekwencji prowadzi do egalitarystycznych koncepcji społecznych.

Społeczeństwa są na ogół zbudowane hierarchicznie, a różne pozycje społeczne mają przypisane różne przywileje. Społecznością homogeniczną, w której wszyscy pełnią tę samą funkcję, jest tłum. Zanikają w nim zarówno indywidualne cechy jednostek, jak i cechy struktury społecznej. Tłum jest więc idealnym modelem dla idei równości rozumianej jako jednakowość wszystkich. Jeśli ten sposób myślenia skojarzymy z materialistyczną koncepcją życia, gdzie celem człowieka jest wyłącznie konsumpcja przyjemności, otrzymamy taką formułę sprawiedliwości, wedle której polega ona na równej dystrybucji wytwarzanych dóbr.

Można jednak upierać się, że istotą bycia człowiekiem nie jest konsumpcja przyjemności, lecz pewien trwały stan ducha, zwany szczęściem. Jeśli każdy człowiek ma równe prawa do szczęścia, to zarówno system praw, jak i sieć relacji społecznych powinny to uwzględniać. Z doświadczenia wiadomo jednak, że istnieją zadowoleni szewcy obok niezadowolonych ministrów, a więc żaden szewc nie musi otrzymywać dodatkowej rekompensaty z tego tytułu, że nie jest ministrem. Z drugiej strony, nie powinien być jednak zmuszany do pracy niewolniczej, która czyni go nieszczęśliwym i obniża jego poczucie osobistej godności.

System społeczny jest więc w miarę sprawiedliwy, jeśli z każdą pozycją społeczną związane jest odpowiednie quantum satysfakcji, którą może odczuwać jednostka w miarę normalna. Sprawiedliwość wymaga przede wszystkim równości moralnej, a sprawiedliwy system umożliwia każdej jednostce realizację osobistych wartości i uzyskanie dla nich społecznej akceptacji. Podział produktu jest kwestią drugorzędną, istota tkwi przede wszystkim w warunkach godnego istnienia. A więc nie dystrybucja dóbr materialnych, lecz przede wszystkim dystrybucja wartości moralnych, czyni system społeczny sprawiedliwym lub niesprawiedliwym.

Wolność i istnienie

Istnieje pogląd, że jedyna sprawiedliwość w sensie społecznym, jaka się ludziom należy, to równa wolność dla wszystkich. Specjalizują się w tego rodzaju stwierdzeniach rozmaite ideologie skrajnie liberalne. Koncepcje te ignorują fakt, że ludzie są bardzo różni i realne osoby nie są odbiciem „idealnej natury ludzkiej”. Ludzie przychodząc na świat, nie wybierają swego temperamentu, charakteru czy predyspozycji. Jedni z natury są agresywni i źli, inni są łagodni, ufni i prostolinijni. Świat ludzki zawiera w sobie bogactwo postaw i charakterów, a za fasadą ubrań kryją się zarówno wilki, jak i owce. Każde z nich chciałoby mieć zagwarantowaną wolność postępowania zgodnie ze swą naturą.

Jeśli jednak pozostawimy wilka z owcą w warunkach pełnej wolności, wilk natychmiast zje owcę i na tym zakończy się ich wspólna przygoda. Pełna, nieograniczona wolność wilka stanowi śmiertelne zagrożenie dla owcy. Tak więc, jeśli jedno i drugie ma takie samo prawa, wspomniana sytuacja nie jest sprawiedliwa. Z moralnego punktu widzenia wilk nie ma prawa zjeść owcy, ponieważ owca nie ma zamiaru zjeść wilka, jej istnienie dla niej samej jest tak samo cenne, jak istnienie wilka dla niego samego. Poczucie sprawiedliwości nakazuje więc ograniczać wolność pewnym istotom, pozostawiając wolność innych bez zmian. Źródłem tego ograniczenia są prawa podmiotu do istnienia.

Pojęcie moralnego podmiotu jest kluczowe dla zrozumienia idei moralnych w ogóle, a sprawiedliwości szczególnie. Jeśli patrzymy na świat jako na całość, wówczas możemy oceniać go estetycznie, ale świat jako całość nie ma żadnych moralnych właściwości. Wartości moralne istnieją jedynie w świecie indywidualnych istot, które mają moralną wartość jako jednostki. Można mówić sensownie o sprawiedliwości tylko tam, gdzie istnieją podmioty, które mają poczucie wartości własnego istnienia, nie zaś tam, gdzie wszystko stanowi jedną spójną całość.

Taki punkt widzenia ma oczywiście swoje konsekwencje, których liberalne ideologie, afirmujące wartość jednostki, zdają się często nie widzieć. Jeśli każdy podmiot moralny jest wartością, wtedy musi istnieć pewne minimum dóbr, które należą mu się z racji tego, że istnieje. Jest to minimum, które umożliwia mu w ogóle istnienie. W sprawiedliwym świecie istota ludzka powinna móc przeżyć i przetrwać, zachowując swą godność.

Niektórzy liberałowie o rodowodzie protestanckim argumentują, że jest to nieetyczne, nikt nie ma prawa do minimum dóbr, które stanowiłoby niezasłużoną korzyść, gdyż byłoby to niesprawiedliwe. Taka argumentacja brzmi może sensownie w języku biznesu, ale istnienia nie można rozpatrywać w kategoriach korzyści. Nikt nie przychodzi na świat z własnej woli, a narodziny nie są przychodem ani zyskiem. Istnienie jest dobrem samym w sobie. W świecie ludzkim istoty kochane otrzymują rzeczy, na które wcale nie zapracowały. Otrzymują je nie dlatego, że coś czynią, ale dlatego, że są takie, jakie są. Miłość wyraża się troską i afirmacją czyjegoś istnienia oraz wolą, by jakaś istota nie przestała istnieć. Stąd bierze się nakaz, by głodnego nakarmić, chorego leczyć, a słabego wesprzeć. Sprawiedliwość nacechowana troską nie musi być przeciwieństwem miłości bliźniego, a wręcz przeciwnie – może wypływać z niej. Teologia protestancka i wywodząca się z niej doktryna liberalna (na której oparł się kapitalizm) wyniosły samolubstwo do rangi cnoty. Tego rodzaju postawa nie wynika bynajmniej z istoty sprawiedliwości, lecz z dogmatycznych uprzedzeń, ukrywających obojętność i egoizm. Poczucie sprawiedliwości oparte na empatii może uwzględniać obiektywne potrzeby innych. Znany filozof, Kazimierz Ajdukiewicz, tego rodzaju sprawiedliwość nazywał „sprawiedliwością miłosierną”. Nie jest wtedy bierną akceptacją świata wraz jego cynicznym okrucieństwem, ale aktywną wolą uczynienia go lepszym.

Ideologia i manipulacja

Idea sprawiedliwości jest wpisana w naturę podmiotu i stanowi ideę, do której każdy może dojść swoim rozumem. Dochodzimy do niej z chwilą uświadomienia własnego istnienia we wspólnym świecie wielości podmiotów i faktu, że żaden podmiot nie jest podmiotem w sensie obiektywnym. Podmiotowość jest czymś subiektywnym, bo każdy podmiot ma wewnętrzne poczucie własnej wartości i sam siebie uznaje za wartość, ale nie istnieją żadne obiektywne racje pozwalające uzasadnić tę wartość. Z drugiej strony właśnie dzięki temu, nie da się także różnicować praw podmiotu, które mu przysługują. Jeśli mówimy o prawach jednostki wynikających z tego, że jest ona podmiotem moralnym, nikomu nie przysługują żadne wyjątkowe prawa, a tylko takie, które przysługują wszystkim. Poczucie sprawiedliwości oznacza świadomość tego faktu.

Poczucie sprawiedliwości jest z natury czymś subiektywnym, a ta subiektywność sprawia, że jest ono podatne na manipulację. Przede wszystkim zależy w dużym stopniu od indywidualnej interpretacji zdarzeń. Ludzie odczuwają jakiś stan rzeczy jako niesprawiedliwy nie tylko z powodu jego obiektywnych właściwości, ale najczęściej w wyniku porównania go do innego stanu – rzeczywistego lub wyobrażonego. Dokonując odpowiedniej interpretacji, łatwo jest nim manipulować i na nie wpływać. Manipulując ich wyobraźnią, można sprawić, że potrafią być subiektywnie zadowoleni z gorszych warunków lub niezadowoleni z lepszych. Taka manipulacja jest charakterystyczną cechą rozmaitych ideologii nawołujących ludzi do rewolucji bądź zmian zastanej rzeczywistości.

Ideologia, która wyjaśnia człowiekowi, że nie posiada on czegoś, na co naprawdę zasługuje, może łatwo wywołać ruchy społeczne w daleko większym stopniu niż próba odwołania się do konkretnych ideałów i wartości. Ponadto subiektywne poczucie sprawiedliwości wywołuje na ogół ostrzejszą reakcję niż obiektywne straty lub korzyści. Liczy się przecież nie tyle stan faktyczny, ile nasze wewnętrzne przekonanie, że coś się nam słusznie należy. Jeśli nie otrzymujemy tego, o czym sądzimy, że jest nam należne, wówczas mamy wrażenie, że została złamana jakaś uniwersalna zasada, której istnienie wszyscy akceptują. Nasze poczucie krzywdy przestaje być tylko naszym osobistym problemem, staje się skazą i rysą na doskonałej strukturze świata.

Korzystając z tego mechanizmu, różne ideologie usiłują zawładnąć duszą ludzką, a wśród nich dwa podstawowe rodzaje można określić ideologią bogatych i biednych. Obie opierają się na mechanizmie psychologicznym, który sprawia, że uprzywilejowani bagatelizują swoje niezasłużone korzyści, a poszkodowani mają wyolbrzymione poczucie krzywdy. Jedni i drudzy, uwięzieni we własnym subiektywizmie usiłują swoją ideologią sterroryzować innych. Ideologia bogatych sprowadza się do stwierdzenia, że bogactwo bez względu na swój rozmiar nie wymaga usprawiedliwienia, a biedni są winni własnej sytuacji. Ludzie uprzywilejowani niechętnie też przyznają, że istnieje coś takiego, jak niesprawiedliwość strukturalna, z góry faworyzująca pewne grupy społeczne. Ideologia biednych tłumaczy świat w ten sposób, że wszelki dobrobyt i bogactwo są niezasłużone i niemoralne. W tym przypadku odwołuje się też często do ewangelicznej przypowieści o uchu igielnym i królestwie niebieskim.

Na tym tle osobną kategorię stanowią ideologie deprecjonujące jednostkę w ogóle. Są to ideologie odwołujące się do społeczeństwa jako całości, w których liczy się przede wszystkim całość i jej bezosobowa wola życia. W przypadku tego rodzaju ideologii pojęcie sprawiedliwości przestaje mieć sens, ponieważ przestają być w nich istotne losy jednostek. Indywidualne krzywdy i cierpienia na ogół nie interesują twórców totalnych systemów, tak jak rolnika nie interesują pojedyncze kłosy zboża, lecz ogólna wartość plonów. Wartością społeczną staje się w tym przypadku bezosobowa masa, a wraz z apoteozą masy pojawia się pogarda dla praw podmiotu. Lekceważone jest jego poczucie sprawiedliwości, wartości życia i sensowności istnienia. W stosunku do całości wszystkie świadome siebie podmioty tracą autonomiczną wartość, ich istnienie staje się iluzoryczne, a wartość relatywna.

Taka totalna wizja świata, pomimo drastycznych przykładów z historii, posiada jakiś dziwny, atrakcyjny walor i sprawia, że powraca raz po raz w formie lewicowej lub prawicowej. Wizja taka stanowi doskonałą pożywkę dla neurotycznych osobowości, gdyż umożliwia ich ekspansję. Jednostka wyznająca tego rodzaju ideologię może poprzez identyfikację z pewną abstrakcyjną ideą dobra przeżywać coś w rodzaju kosmicznego orgazmu. Często jednostka taka ma skłonności przywódcze, a język uniwersalnej całości jest jedynie kamuflażem mającym umożliwić jej osobistą karierę. Destrukcyjny charakter tego rodzaju filozofii wynika głównie stąd, że jest ona oparta na miłości do abstrakcyjnych pojęć, przy całkowitej negacji i pogardzie dla tego, co realne i jednostkowe. Jest to filozofia wilków, które chciałyby być pasterzami owiec.

Zasada równości

Sprawiedliwość jako zasada etyczna posiada cechy wszystkich zasad etycznych, które z natury swej odwołują się do równości i uniwersalności. Wszystkie prawa moralne mają ten sam uniwersalny charakter, obowiązują i dotyczą wszystkich w jednakowym stopniu. Można powiedzieć, że ten podstawowy fakt moralny stanowi także istotę sprawiedliwości.

Z pojęciem równości wiąże się jednak pewien kłopot, ponieważ doświadczenie uczy, że równe traktowanie różnych zachowań nie jest na ogół sprawiedliwe. Równe traktowanie przestępcy i ofiary nie miałoby nic wspólnego ze sprawiedliwością. Stawianie jednakowych ocen uczniom w szkole albo uznanie wszystkich za zwycięzców w zawodach sportowych, stanowiłoby jawne pogwałcenie sprawiedliwości. Nierówne traktowanie wydaje się należeć do istoty sprawiedliwości. W końcu jej formuła jest właśnie taka: każdemu to, co mu się należy, niekoniecznie równo.

Jeśli jednak przyjrzymy się wyżej podanym przykładom uważnie, to zauważymy, że w przypadkach tych występują uzasadnione powody nierównego traktowania. Innymi słowy, nierówności sprawiedliwe zawsze są jakoś uzasadnione. Niesprawiedliwe natomiast wydają się nierówności, dla których nie ma żadnych racji. Na przykład za niesprawiedliwe uchodzi traktowanie kogoś inaczej niż innych, w sytuacji, gdy nie ma żadnych przesłanek uzasadniających taką wyjątkowość.

Równość, o której jest mowa przy okazji sprawiedliwości, dotyczy czegoś, co przysługuje świadomym siebie podmiotom a priori, niejako w sensie formalnym. Można powiedzieć, że równość ta ma charakter transcendentalny, a nie empiryczny. Równość oznacza jedynie brak dyskryminacji powziętej z góry. Można by w tym miejscu przywołać pojęcie równej troski, które również nie oznacza równości w sensie ilościowym. Matka z taką samą uwagą troszczy się o swoje dzieci, co nie oznacza, że choremu dziecku nie poświęca więcej uwagi i czasu. Także sprawiedliwy sędzia, wymierzając karę sprawcy i uznając krzywdę ofiary, nie jest neutralny i nie traktuje obu stron równo, lecz – przeciwnie – podziela uczucia i poglądy jednej ze stron, natomiast nie podziela poglądów i odczuć strony drugiej. Podobnie, nikt przy zdrowych zmysłach nie domaga się, by w procesach karnych w skład ławy przysięgłych wchodzili przestępcy, aby werdykt ostateczny był bardziej sprawiedliwy.

Podatek progresywny

W mediach, a zwłaszcza w Internecie, pełno jest radykałów protestujących przeciwko egalitarnym koncepcjom społecznym. Co ciekawe, radykałowie ci – kiedy pojawia się temat podatków – argumentują, że podatek progresywny jest niesprawiedliwy, ponieważ łamie zasadę równości. A przecież, skoro równość nie ma żadnego uzasadnienia, to tym samym chyba także równość w skali podatkowej. Jeśli uznajemy nierówności społeczne za naturalne, to nie ma nic dziwnego w fakcie, że system podatkowy także oparty jest na nierówności.

Wydaje się oczywiste, że w hierarchicznym społeczeństwie obok nierównej dystrybucji dóbr musi pojawić się niejednakowa dystrybucja odpowiedzialności. W sprawiedliwie urządzonym społeczeństwie z każdą wyższą pozycją społeczną wiąże się większa odpowiedzialność i większe obowiązki. Innymi słowy, bogaci mają obowiązek moralny wobec biednych, a nie odwrotnie. Jeden z takich obowiązków jest realizowany w formie podatku.

Co ciekawe, nie trzeba przy tej okazji wcale sięgać do argumentów socjalistów. Wystarczy przywołać przedstawicieli anglosaskiej myśli liberalnej, J. S. Milla czy J. Rawlsa. Według Milla, uzasadnieniem społecznych nierówności jest wspólna korzyść wszystkich. Jeśli nierówności nie są z korzyścią dla wszystkich, wtedy są niesprawiedliwe. Pogląd identyczny zawarł w swojej „Teorii sprawiedliwości” Rawls. Możemy tam przeczytać, że „niesprawiedliwość to nierówności, które nie są z korzyścią dla wszystkich”.

W krytyce podatku progresywnego zawarty jest jeszcze jeden błąd, natury bardziej fundamentalnej. Wynika on z iluzorycznego przeświadczenia, że dochody indywidualne są pierwotne w stosunku do struktury społecznej, która je umożliwia. Liberalni dogmatycy traktują mianowicie podatki jako rodzaj indywidualnej transakcji z państwem, w wyniku której zabiera ono komuś jego własne, zarobione pieniądze. Ten rodzaj myślenia wynika z nieświadomości faktu, że zarówno pieniądz, jak i wszystkie relacje związane z nim są kwestią umowy społecznej, a wyliczenie podatku jako procentowej kwoty od dochodu ma taki sam konwencjonalny charakter, jak sposób numeracji kapeluszy.

Oczywiście zawsze będą istnieć egoiści, którzy bogacąc się nie zechcą przyjąć większej odpowiedzialności i ponosić dodatkowych kosztów. Tym osobnikom, głośno protestującym przeciwko socjalnej polityce państwa, można odpowiedzieć argumentem Rawlsa, że ludzie egoistyczni, obojętni na dobro wspólne, nie powinni się skarżyć, gdy spotyka ich niesprawiedliwość. Jeśli więc uważają progresywne obciążenia podatkowe za niesprawiedliwe, to mają problem, z którym powinni udać się do psychologa, a jeśli przypadkiem znajdą się u władzy, nie powinni liczyć na społeczny poklask.

Kultura i natura

Prawa moralne są częścią kultury, a nie czymś, co jest naturalne. Wedle praw natury, każde dzikie zwierzę może pożreć inną żywą istotę wbrew jej woli. Człowiek swoim rozumem odkrywa, że nie jest to całkiem w porządku i we własnym świecie ustala prawa zabraniające takiego procederu. Kultura stanowi tę przestrzeń, w której dokonuje on ingerencji w świat naturalny. Jest tą domeną rzeczywistości, w której człowiek sam ustala prawa.

Pojęcie kultury, jak wiadomo, pochodzi od uprawy roli i w swoim źródłowym sensie zawiera coś takiego, jak koszenie trawy i wyrywanie chwastów. Jeśli ktoś uważa, że nie wolno ograniczać nierówności społecznych, to powinien być także przeciwnikiem strzyżenia żywopłotu oraz podważać sens kultury w ogóle. Będąc konsekwentnym, powinien dążyć do zakazu ingerencji w naturalny bieg rzeczy w każdym przypadku, np. nie korzystać z lekarstw w razie choroby i nie sprzątać chodników w zimie. Jest to w gruncie rzeczy pogląd tak idiotyczny, że dziw bierze, iż jest w ogóle formułowany. Człowiek biologicznie nie jest w stanie istnieć bez minimum cywilizacji i ingerencja w naturę jest dlań koniecznością. Ponadto, strzyżenie trawy nie oznacza wyrywania jej z korzeniami, a wyrównywanie rozwarstwienia społecznego nie musi oznaczać zniesienia wszelkiej hierarchii.

Prawa moralne nie stanowią części natury. Są one projekcją świata umysłu i pochodną jego idei. Zwierzęta przyjmują świat takim, jaki jest, natomiast człowiek dzięki rozumowi odkrywa, jaki on być powinien. Wszelkie idee moralne, jakich uczymy się w szkole, w domu czy na lekcjach religii, są w oczywisty sposób sprzeczne z prawami natury. Są bowiem normatywne – mówią nie jak jest, ale jak być powinno. Przy czym rzeczywistość na ogół nie spełnia zawartych w nich postulatów. Zwolennicy postaw naturalistycznych chcieliby wszystko pozostawić tak, jak jest. W takim myśleniu wyraża się bezwład i lenistwo, charakterystyczne dla postaw liberalnych. Liberałowie charakteryzują się tym, że umieją ładnie mówić i niewiele robić. Społeczeństwo zmęczone jakąś agresywną ideologią głosuje czasem na nich, głównie po to, aby psychicznie odpocząć i poddać się autoterapii. Na dłuższą metę taki wybór bywa jednak niebezpieczny. Cywilizacja wymaga nieustannego poprawiania tego, co w naturalny sposób się psuje. Dotyczy to także ustrojów społecznych.

W przyrodzie nie ma sprawiedliwości, bo żadna jednostka nie ma tam specjalnej wartości. Naturalistyczny punkt widzenia prowadzi do tego, że jednostce odmawia się praw i akceptuje niesprawiedliwy kształt świata mimo oczywistych możliwości jego poprawienia. W ten sposób podważa się także prawa moralne, gdyż mają one sens tylko wraz z przyznaniem jednostce wartości, tylko wtedy, gdy uzna się, że zasługuje ona na swoje życie, na własne istnienie.

Jeśli można i wręcz trzeba poprawiać świat, to w jaki sposób to robić, jak uczynić go lepszym? Istnieją dwie postawy wobec świata jako całości, które mają związek z poczuciem sprawiedliwości. Jedna z nich polega na przekonaniu, że świat jest z istoty sprawiedliwy, więc można go zostawić takim, jaki jest. Wedle tego poglądu, naturalny bieg rzeczy wyrównuje krzywdy i jest optymalny dla wszystkich. Postawie takiej towarzyszy często wiara w jakiś głębszy mechanizm kontrolujący przebieg zdarzeń, pozwalająca uzasadnić bezczynność i obojętność. Wedle zwolenników tego poglądu, niczego nie trzeba poprawiać, bo wszystko reguluje się samo. Przyjmując taki punkt widzenia trzeba jednak pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze, systemy samoregulujące dbają przede wszystkim o to, by zachować same siebie, a więc samoregulacja dotyczy całości, a nie jednostek, które są poświęcane. Po drugie, wiara w samoregulujące siły tkwiące w strukturze społecznej, pozostaje najczęściej ślepa na fakt, że system, aby osiągnąć homeostazę, może wygenerować z siebie także zjawiska patologiczne. Takim zjawiskiem patologicznym, pełniącym pozytywne funkcje, jest np. przestępczość, wpływająca na integrację społeczną. Jej istnienie umożliwia wspólne przeżywanie strachu. Dlatego wiara w sprawiedliwy świat idzie często w parze z akceptacją przemocy i gwałtu. Wreszcie na koniec, wiara, że wszystko naprawi się samo, przypomina postawę człowieka, który modli się o wygraną na loterii, nie zakupiwszy wcześniej losu. Zakłada on błędnie, że ingerencja sił wyższych w świat jest nieograniczona i nie jest konieczne jego zaangażowanie, by ją uczynić możliwą.

Wciąż jednak pozostaje otwarte pytanie: jeśli trzeba coś robić ze światem, to co? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, bo nie ma w przyrodzie punktu odniesienia do tak postawionych pytań, a wszelkie uzasadnienia, jakie odkrywamy umysłem, można poddać krytyce. Być może nie da się skonstruować sprawiedliwego świata według jakiejś prostej formuły. Być może kształtowanie sprawiedliwego świata jest pewnym procesem i wymaga stałego wysiłku w określonym kierunku. Ważna jest jednak świadomość i społeczna zgoda, czy mamy moralny obowiązek to czynić. Akceptując niesprawiedliwy świat, ponosimy także odpowiedzialność za to, że jest właśnie taki.

Marek Has

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” nr 40, wiosną 2008 roku.

Stanisław Posner: Droga do pokoju (1920)

Przyjaciołom i towarzyszom z 201 pułku piechoty na pamiątkę dni sierpniowych 1920 r. ofiaruje 
AUTOR

 

Nie spełnić obowiązku do końca, to tyle, co go wcale nie spełnić. Trwać i wytrwać – to zadanie godne człowieka i obywatela. Przemóc zmęczenie, wyczerpanie, zniechęcenie – iść do końca po kamienistej drodze, pomimo ran w nogach – to zadanie, godne wysiłku. Ktokolwiek ścigał się kiedy, bądź jako piechur, bądź na bicyklu, bądź na koniu, bądź w rzece, wie, jak w toku wyścigu przychodzą chwile, kiedy już się „nie chce” biec dalej, kiedy spływa na biegnącego zniechęcenie, drętwieją mu nogi, gaśnie żądza zwycięstwa… W takich chwilach współzawodnicy spadają z koni, łamią bicykle, mdleją w wodzie. Są to słabi ludzie, słabi – nie fizycznie, ale pod względem charakteru i nie powinni byli właściwie nigdy byli siadać na konia ani stawać w liczbie współzawodników. Wola ich była żadna. Nie mieli tej siły, która znamionuje pełnego i odpowiedzialnego człowieka: nie mieli charakteru.

Wielki patriota japoński, marszałek Nogi, zwycięzca carskich generałów i admirałów, uczył swoich żołnierzy, że w wielkiej bitwie ostatni o wszystkim decyduje kwadrans. Kto kogo przetrzyma o piętnaście minut! Kto potrafi dłużej nerwy swoje trzymać na uwięzi, kto nie podda się zmęczeniu, zniechęceniu, kto dłużej o chwilę tylko niż przeciwnik obroni siebie przed trującym gazem gnuśności – ten zwycięży!
Wielka to prawda i każdy z nas w zwykłem naszym życiu, pracą wypełnionym, sto razy ją stwierdzić miał sposobność.

Żołnierz bije się, aby zwyciężyć. Po to znosi wszystkie trudy, wszystką mękę, wszystkie znoje służby na froncie, wszystkie niebezpieczeństwa ataków i kontrataków. Chce zwyciężyć! Życie oddaje, aby bronić piędzi ziemi, na której się urodził, gdzie na cmentarzu rodzice jego spoczywają, gdzie rodzeństwo jego, albo i dzieci własne się chowają, gdzie żyje jego przyjaciel i towarzysz. Chce zwyciężyć! Takie jego prawo i taka wola. Wróg mu kraj najechał, pali wsie i miasta, uprowadza ludzi w niewolę, zabiera dobytek. Żołnierz wie, że czeka go nędza, głód, poniewierka. Wie, że czeka go nowa niewola. Pamięta dobrze tę niedawną, od której jęczał w więzieniach, w cytadelach, w katordze pod okiem carskich gubernatorów. Nazywano ich Skałłonami, Brusiłowami. Dziś znowu ci sami Brusiłow, Poliwanow zajmują ziemię, która już była od cara wyzwolona, pędzą przed siebie dobrze znanych od zarania dzieciństwa kozaków dońskich i kubańskich, niszczą i palą. Żołnierz słyszy, że wróg, dokąd przyjdzie, mężczyzn w wieku poborowym do wojska swego wciela, a kolejarzy w Białymstoku, w Brześciu, do brygad robotników zmilitaryzowanych wcielił i na koleje pognał syberyjskie.

Żołnierz myśli o jutrze. Nie chce niewoli. Brzydzi się niewolą. Chce być wolnym. Chce wolnym oddychać powietrzem. Chce być wolnego państwa wolnym obywatelem. Będzie pracował z całej siły nad zreformowaniem tego państwa. Zbierze siły, aby reformy w nim wprowadzić, aby rządy klasy wyzyskiwaczy ukrócić, aby paskarzom na wsi i w mieście rogi pousuwać, aby i tu do głosu dochodził ten, kto pracuje i ten tylko, kto pracuje. Ale te reformy, te wielkie przeobrażenia on tylko, polski robotnik, tu w Polsce zaprowadzić może. Tych reform nie zaprowadzi cudzoziemiec, nie zaprowadzi przy pomocy bagnetów zwycięzca na kozackim koniu.

Żołnierz tedy chce zwyciężyć i aby zwyciężyć, musi trwać, musi wytrwać.

W chwili zmęczenia odzywa się w nim głos, który mówi: „Dosyć już będzie, pojechali pokój robić. Są tam i moi towarzysze. Po co bić się? Po co dłużej się męczyć? Będzie pokój! Odetchniemy nareszcie po tylu latach wojny”. Żołnierz ciężko wzdycha, kładzie karabin, wypręża ramiona. Ale wnet odzywa się rozwaga. „Cóż, że pojechali? Mogą wrócić z niczym. Mogą nie przyjąć warunków, które wróg będzie chciał narzucić. A może to tylko podstęp wojenny ze strony wroga? A może ten wróg, który tyle razy oszukiwał, mówiąc o pokoju, wołając o rozejm, a może ten wróg i teraz i dzisiaj po to tylko zgodził się na propozycje nasze, żeby zyskać na czasie, żeby uśpić naszą czujność, żeby wykorzystać moją dobroduszność, moją dobrą wiarę i podejść nas z tyłu”.

Żołnierz słucha i zamyślił się.

Po chwili głos, zawsze żywy, nawet w zmęczonym człowieku ciągnie dalej: „Pokój pisać, to znaczy pisać umowę. Idziesz nająć mieszkanie. Ile razy zdarzy się, że już masz wynająć, gdy umowa nie dochodzi do skutku. Tu paskarz, gospodarzem zwany, powie ci nagle, że masz za dużo dzieci, albo dowiesz się, że woda nie dochodzi na twoje piętro. Umowa, co już miała być spisana, nie dochodzi do skutku… I wcale w tym twojej nie było winy. I znowu trzeba chodzić i szukać, rozpytywać się, a nieraz i zapłacić, aby mieszkanie wolne znaleźć i znowu zacząć się układać. Albo też i wrócić do dawnego gospodarza, wymóc naprawę podłogi, tapety w jednym pokoju, przyrzeczenia naprawy wodociągu… Wtedy pójdziemy znowu pisać kontrakt…”.

Tak mówi Rozwaga. Stara to przyjaciółka człowieka. Mówi przez nią mądrość pokoleń długich, nieskończonych, których żołnierz zmęczony jest dziedzicem, mówi też doświadczenie i obserwacja życia. Żołnierz zamyślił się i przypomniał sobie raz jeszcze wszystko, co wie, co słyszał o tych, z którymi walczyć o ziemię swoją musi.

Mija zmęczenie. Żołnierz rozumie, że od jego trwania i wytrwania zależy ten upragniony Pokój. Im więcej będzie trwał, im więcej wróg będzie z nim się musiał liczyć, tym warunki pokoju będą lepsze, tym pokój będzie trwalszy, tym zapłata za trudy, za znoje, za mękę, będzie poważniejsza. Inaczej będą o pokój pertraktowali ci, którzy się tam głowią nad tym, aby z honorem wojnę zakończyć i niepodległe istnienie nasze zawarować i umocnić, jeżeli czuć będą za sobą niezwalczoną wolę robotnika, który kości położy, a karabinu z dłoni nie wypuści. Ta świadomość, że robotnik stoi murem, doda im siły i otuchy. I wróg inaczej z nami będzie mówił, jeżeli poczuje, że mówi z nim Siła.

Żołnierz zapomina o zmęczeniu, odpędza od siebie precz Gnuśność, Zniechęcenie. Głęboko nabiera w piersi powietrza. Myśli o swoich, których w domu zostawił. Myśli o tym, co wczoraj w „Robotniku” czytał, o francuskim, o belgijskim towarzyszu broni, takim samym, jak on, robotniku.

Dziwna rzecz! Ten robotnik nienawidził wojny, zawsze przeciwko niej wojował, groził, że nie pójdzie na wojnę, że rzuci karabin, a gdy wróg mu kraj najechał i gdy mu broń w rękę dali, poszedł na front i walczył, i ginął w ciągu całych czterech lat. Tysiąc pięćset dni i nocy na froncie, w obozie i w polu! Tysiąc pięćset dni! Toć to szmat życia cały spędzony z dala od swoich, od miasta rodzinnego i wsi rodzinnej, od matki, od żony, od dziecka. Ile w tych długich miesiącach tygodni spędzonych na szpitalnym łożu! Ilu z kompanii padło, ilu pozostało!

Przecież i we francuskim i w belgijskim żołnierzu budził się głos nieraz na pewno, który mówił: „Dosyć, niech pokój piszą! Dosyć tej męki, tej poniewierki, tej nędzy, tych chorób, tych ran! Ja też żyć chcę. Co będzie, to będzie. Nie mogę dłużej!”.

A jednak ten żołnierz belgijski trwał i wytrwał do końca. Wróg mu kraj obrócił w perzynę. Zniszczył przemysł, zniszczył handel. Namawiał robotników, aby szukali pracy w Niemczech. Robotnik odmówił. Socjaliści niemieccy przyjeżdżali popierać te namowy. „Co was obchodzi – mówił w Domu Ludowym w Brukseli znany socjalista niemiecki, Herman Wendel, – niepodległość Belgii? Praca jest pracą. Robotnicy są braćmi. Pracę bierze się tam, gdzie się praca znajduje. Czy lepiej umrzeć z głodu, niż pracować w Hamburgu czy w Kolonii?”.

Robotnik odmówił. Wendel był w mundurze oficera niemieckiego, a ci, których zastał w Domu Ludowym, w sekretariacie Związków Zawodowych, wyprosili go za drzwi… Robotnik nie chciał pracy od Niemca. Nękał go głód, żył wyłącznie prawie z tego, co dawały komitety amerykańskie – a z kraju się nie ruszał. Niemiec pędził go do robót publicznych, porywał mu żony i córki, wywoził, katował, gwałcił – uparty Belg nie ustępował. Gdzie mógł, tam szkodził Niemcom. Urządzał zamachy. Roznosił po kraju listy i konspiracyjnie wydawane dzienniki antyniemieckie. Tracił [w rozumieniu: likwidował – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”] szpiegów niemieckich, a sam tropił tajemnice i rządowi swemu przekazywał. Pod tym względem dokazywał cudów. Jego spryt, jego przenikliwość, jego odwaga budziły podziw wszystkich sztabów Ententy. Alianci wiedzieli wszystko, co się w Belgii dzieje, w całej Belgii, na całej przestrzeni zajętej przez wroga.

Od sierpnia 1914 aż po listopad 1918 roku, w ciągu tysiąca pięciuset z górą dni i nocy, stał w polu, leżał w okopie strzeleckim żołnierz francuski. Przetrzymał wszystko: nędzę i poniewierkę okupacji, mękę i niedolę okopu strzeleckiego, niebezpieczeństwo służby na froncie w ciągu długich czterech okresów zimowych. Przetrzymał i okupację północnych departamentów. Przetrzymał niedolę służby na froncie. Przetrzymał dwa blisko miliony strat w ludziach na froncie, milion zmarłych w szpitalach!

Cała Francja nosiła żałobę i wytrwała. Zapomniała o bólach, których serce matki przeboleć nie zdolne, w pracy. Te matki, te żony i siostry orały, siały, służyły na kolejach, dźwigały tłumoki, nosiły listy. Francja w ciągu tych czterech lat była tylko obozem, szpitalem, fabryką. W fabrykach broni pracowało trzysta tysięcy kobiet. Nie [da się] policzyć strat w ludziach, które ta ciężka, odpowiedzialna i niebezpieczna praca pochłonąć musiała.

Z frontu przychodził żołnierz i opowiadał, jak Niemiec zniszczył Francję, jak ją „zamordował” po prostu, jak obalił kominy fabryk w sześciu departamentach, jak miasta obrócił w perzynę, jak nie rozpoznasz w tych miastach ani ratusza, ani kościoła, ani rynku, ani ulicy. Jak trawa porosła ruiny, jak rozwalone, zdeptane, znieważone pociskami są nawet cmentarze. Jak pociski rozorały pola, wydobyły na wierzch podglebie, tu białe kredowe, ówdzie czerwone – w pasie glin urodzajnych. Jak sady wszędzie spiłowane, jak lasy w pół drzewa pościnane kulami armatnimi. Jak boleśnie razi oko widok lasu poranionego szrapnelami. Jak rzeki pod wpływem tych zmian, od pocisków tysiące razy powtarzanych, zmieniają koryta.

Wszystko to żołnierz widział. Zaciskał pięści i czekał. Zabijał w sobie tęsknotę do życia na wolności. Zabijał znużenie. Prowadzono go do ataku. Szedł posłusznie za oficerem, który mu drogę wskazywał, nie z tyłu, a przed nim. Ofensywy roku 1915, 1916, 1917 nie miały powodzenia. Przynosiły wielkie straty, nie posuwały sprawy naprzód.

Zniechęcenie mówiło w żołnierzu: „Dosyć, niech robią pokój! Nic z tego nie będzie!”. Znaleźli się i doradcy, dobrze schowani w bezpiecznych kancelariach na tyłach, którzy po cichu szeptali, jak gdyby wtórując znużeniu: „Trzeba pokój robić! Już robią pokój! Po co dłużej gnić błocie!”.

Żołnierz siedział wciąż w okopie. Brał cięgi od silniejszego wroga, zdarzało się, że brał i niewolnika. Od jeńców słyszał, że tam u wroga nie wszystko jak najlepiej stoi. Nędza, zmęczenie, amunicja na wyczerpaniu. Wróg udaje tylko, że zwycięża. Nadrabia miną.

Żołnierzowi francuskiemu i belgijskiemu w pomoc przyszli Amerykanie. Przywieźli pieniądze, armaty, przysłali milion żołnierza.

Ci, co chcieli za każdą cenę pokój zawierać, wołali: „Cóż nam po Amerykanach? Kiedyż z nich żołnierze będą! Lat na to trzeba. Francja trzy razy zginie, zanim pierwszy Amerykanin z amerykańskiej wystrzeli armaty!”.

Wróg rozumiał, że nie ma czasu zwlekać. Musi ostatni atak dopuścić, zanim żołnierz amerykański stanie w szeregu. Zebrał tedy wszystkie siły. Ściągnął z rosyjskiego frontu wszystkie swoje armie. Uderzył z całej siły. Zdawało się, że przychodził koniec Francji. Front angielski rozdarty. Front francuski rozdarty. W ciągu dwu miesięcy wróg posunął się tak daleko, jak nigdy od początku wojny nie był. Znowu setki tysięcy cywilnej ludności zapędzone na tyły niemieckie. Znowu wróg jest tuż u progu Paryża. Uciekają znowu tłumy paskarzy i nie paskarzy, armia zjadaczy chleba, co w herbie nosi zajęcze ucho.

A żołnierz, a robotnik paryski, ten rewolucjonista z powołania, ten wróg wojny z zawodu – siedzi wciąż w okopie! Nie ogląda się na pesymistów. Czyta wesołe gazety, które żołnierze wydają. Robi karykatury oficerów i generałów. Żartuje z oficerami, którzy mu odważnej dotrzymują kompanii. Wydrwiwa cywilów stroskanych, o długich nosach, o głowach zwieszonych, gdy na wypoczynek przychodził na tyły, cały w błocie, nie myty od tygodni, cały we wszach i od robactwa toczony. Cały świat nad nim łzy ronił. Gazeciarze dwu półkul świata podziwiali jego bohaterstwo, żałowali jego krwi, jego wysiłku. Mówili, że to bohaterstwo jest nadaremne, że Niemca żadna siła nie zmoże. Z wielkiej czułości serca płakali nad biedną Francją, której ostatnia przychodziła godzina.

Aż tu nagle świat dowiedział się, że się Niemiec cofa. Drgnął nad Marną, cofnął się o staję i znowu o staję i znowu o dziesięć kilometrów. Nie minęło dwa miesiące i Niemca już we Francji nie było. Prosił o pokój. Wnet o łaskę prosić był zmuszony.

To prosty żołnierz wygrał wielką wojnę na francuskim froncie. Na nic byłyby talenty wodzów, wielka nauka generałów, rozum polityków, gdyby ten prosty żołnierz nie był tej wojny wytrzymał. Gdyby ulegając zniechęceniu, zmęczeniu, wyczerpaniu fizycznemu i moralnemu, nie był usiedział w okopie. Czynił Niemiec wszystko, co mógł, aby żołnierza zniechęcić. Namawiał go do dezercji, nadsyłał agitatorów za pokojem, z aeroplanów sypał ulotki. Żołnierz nie dał się. Robotnik paryski poznał się na podstępnej grze nieprzyjaciela. Po tysiąc razy powtarzał sobie: trwać!

Trwać i wytrwać!

„Wojnę prowadzi się dla pokoju i pokój będzie zawarty, ale ja chcę takiego pokoju, który by zamykał ostatnią wojnę. Musimy wojnę skończyć tak, aby się nigdy więcej nie powtórzyła”.

Trwał tedy, aż przyszła chwila Pokoju, który był tryumfem.

Japończyk miał rację. Najczarniejsza noc bywa przed świtaniem! Wtedy przed samym końcem zwycięskim opanowuje żołnierza zmęczenie największe. Karabin nie chce strzelać. Wszyscy wkoło są zdenerwowani. Wtedy największa sztuka opanować siebie, odpędzić od siebie precz smutek i gnuśność i niewiarę. Stanąć mocno na posterunku, niesłabnącą ręką przyciskać karabin do ramienia i bronić ziemi rodzonej, ojczystej, domu, rodziny, a także ideałów Wolności i Równości i Braterstwa, za które się tyle lat przesiedziało w carskich więzieniach!

Żołnierz, co w okopie cierpi i ginie, za Wolność ginie. On, chłop i robotnik, jest gospodarzem tej ziemi, której broni. On ją urządzi. On jej reform przysporzy. On jej da szczęście i dobrobyt. On sam tylko, a nie bagnety cudzoziemców. Dziś robotnik broni nie tylko Ojczyzny, nie tylko prawa do Wolności, ale i prawa do Rewolucji Społecznej, która tylko jego rąk, jego mięśni, jego ofiary nieskończonej dziełem być może.

Stanisław Posner

Powyższy tekst to broszura wydana kilkakrotnie w czasie wojny polsko-bolszewickiej, w tym w sierpniu 1920 roku przez Komitet Robotniczy Obrony Warszawy, związany z Polską Partią Socjalistyczną. Była wydawana anonimowo. Rozpoczynająca ją dedykacja jest oczywiście sztafażem autora, mającym uwiarygodnić jej treść w oczach czytelników-żołnierzy; Posner faktycznie nie brał udziału w żadnych walkach ze względu na wiek i stan zdrowia. Od tamtej pory tekst broszury nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Oprócz niej autor w czasie powojennych walk o ustalenie granic Polski napisał jeszcze dwie inne broszury skierowane do żołnierzy: „Rozejm” oraz „Żołnierz-obywatel”. Autorstwo Posnera dla tych anonimowo wydanych publikacji potwierdza m.in. partyjny i prywatny kolega autora, Feliks Perl, który z racji funkcji redaktorskich w wydawnictwach PPS posiadał w tej kwestii informacje z pierwszej ręki.

Stanisław Posner (1868-1930) – polski działacz socjalistyczny pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Na początku lat 90. XIX wieku związał się z nielegalnymi inicjatywami lewicowymi w zaborze rosyjskim. Był publicystą legalnych pism postępowych, w których promował rozmaite rozwiązania, m.in. spółdzielczość, związki zawodowe, prawa człowieka, samostanowienie narodów podbitych i uciskanych, zwalczanie prostytucji. W okresie rewolucji 1905 wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, a po rozłamie w niej związał się z niepodległościową Frakcją Rewolucyjną. Od roku 1910 przebywał na emigracji politycznej we Francji, z której powrócił w roku 1919. W roku 1921 należał do grona pomysłodawców i założycieli Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Od roku 1922 przez dwie kadencje był senatorem RP wybranym z listy Polskiej Partii Socjalistycznej w okręgu Kielce; w drugiej kadencji pełnił przez dwa lata, do śmierci, funkcję wicemarszałka Senatu. Autor setek artykułów i wielu większych publikacji.

Richard Henry Tawney: Przeciwko prawu absolutnej własności (1920)

Stosowanie tej doktryny [chodzi o doktrynę absolutnych praw jednostki, opisaną w rozdziale poprzednim – przyp. tłumacza] poddawano co prawda w praktyce, to znaczy w konfrontacji z pewnymi wyjątkowymi problemami społecznymi, pewnym ograniczeniom, tym niemniej, wszelkie takie ograniczenia miały właśnie wyłącznie charakter wyjątku. Co do istoty, koncepcję absolutnego charakteru praw jednostki uznaje się za rzecz samą przez się oczywistą i aż do wybuchu wojny [I wojny światowej] stanowiła ona podstawowe credo współczesnej cywilizacji przemysłowej. Jej najważniejszą implikacją jest zaś przekonanie, że podstawę i zwornik życia społecznego stanowią nie funkcje, lecz prawa; że prawa te nie wynikają z działalności społecznie celowej, ale są dane naturalnie. Stąd choć gromadzenie majątku i dysponowanie nim w oczywisty sposób zależą od świadczenia innym pewnych usług, a zatem są od nich zależne, to w sensie głębszym każda jednostka, która przychodzi na świat, ma przyrodzone prawo do swobodnego posługiwania się tym, co posiada, celem realizacji własnego interesu ekonomicznego. Przy czym prawo to ma charakter fundamentalny i pozostaje zupełnie niezależne od tego, jakie konkretnie usługi świadczyć będzie owa jednostka swym współobywatelom. Oczywiście, towarzyszyło temu założenie, że wolne korzystanie z tego prawa naturalnie doprowadzi do zaspokojenia realnych potrzeb społecznych. Zaspokojenie owo nie stanowi jednakże bynajmniej motywu i kryterium oceny produkcji, ale wtórną jej ledwie konsekwencję, osiąganą do tego niejako „przy okazji”, właściwie bez udziału świadomej intencji. Nie jest ono zasadą i standardem gospodarki, lecz produktem ubocznym, tak jak smoła jest produktem ubocznym procesu odgazowania węgla. Pojawienie się lub nie produktu ubocznego nie ma żadnego związku z oceną procesów zasadniczych. Jednostka jest bowiem w tym przypadku poniekąd absolutem, i choć społeczeństwo ma prawo domagać się od niej pewnych ustępstw w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia, to gdy stan wyjątkowy mija, sprawy wracają do normalnego biegu, w warunkach normalnych zaś bezwzględny charakter praw jednostki jest poza dyskusją.

Przekonanie to odcisnęło w XIX wieku ogromne piętno na historii tak Anglii, jak Ameryki. Do odziedziczonej po przeszłości koncepcji absolutnego charakteru prawa własności dołożono drugą, której źródła również można szukać w historii, ale która prawdziwą popularność zyskała dopiero wraz z narodzinami gospodarki kapitalistycznej. Chodzi o koncepcję, że jakakolwiek interwencja państwowa ograniczająca w pewien sposób możliwości indywidualnego zysku musi być z gruntu nieroztropna lub niesprawiedliwa. Dlatego też każda próba uczynienia odpowiedzialności społecznej warunkiem korzystania z prywatnego majątku czy realizacji indywidualnego interesu gospodarczego spotykała się za każdym razem ze zdecydowanym oporem. Wszyscy znamy opowieść o owej wielkiej walce, jaką stoczyły ze sobą w dziewiętnastym stuleciu humanitarystyczny sentymentalizm i osiemnastowieczna teoria własności. Nigdy nie zapomnimy sprzeciwu, jaki podnoszono w imię prawa własności wobec wszystkich propozycji reformy prawa pracy, reformy mieszkaniowej, zakazów spekulacji, a nawet wprowadzenia obowiązku podłączania domów czynszowych do kanalizacji. „Czy nie mogę robić ze swoim tego, co mi się podoba?” – taką odpowiedź słyszało państwo angielskie od prywatnych właścicieli zawsze, gdy próbowało zapewnić minimum bezpieczeństwa i higieny lokatorom i pracownikom fabrycznym. Nawet dziś jeden angielski landlord może zablokować, a przynajmniej znacznie skomplikować plany rozwoju infrastruktury miejskiej ustalając zaporowe ceny gruntów, ponieważ naszym samorządom brak odpowiednich instrumentów prawnych do przeprowadzenia wykupu przymusowego, stają zatem przed dylematem: bankructwo czy przeludnienie? Procedury wykupu ziemi, czy ogólnie zwiększenia prerogatyw jakiejkolwiek instytucji publicznej, zostały obwarowane dziesiątkami kruczków prawnych w taki sposób, aby jak najbardziej chronić posiadaczy i uniemożliwić podporządkowanie ich praw interesowi publicznemu – dokładnie dlatego, że w mentalności przeciętnego Anglika prawa jednostki wciąż zachowują status naturalnego absolutu, dobro społeczne zaś uważa się za wtórne i względne.

Nikomu też zapewne nie trzeba przypominać, jaki wpływ wywarła ta doktryna na prawo podatkowe. Podatki dochodowe dopuszczano wyłącznie jako środek tymczasowy, ponieważ w ogólnym przekonaniu jednostka powinna w normalnych warunkach wydawać swoje pieniądze wyłącznie na własne potrzeby, bez oglądania się na społeczeństwo. Podatek spadkowy denuncjowano jako kradzież, ponieważ samo jego istnienie implikuje, że prawo dziedziczenia zależy od sankcji społecznej. Budżet roku 1909 wywołał tak ogromną awanturę wcale nie ze względu na wysokość podatków gruntowych – w liczbach bezwzględnych przychody z nich przedstawiały się wprost śmiesznie – ale dlatego dokładnie, że w odczuciu ogólnym opierał się on na koncepcji, wedle której prawo własności nie ma charakteru absolutnego i korzystanie z niego może wiązać się z pewnymi specjalnymi zobowiązaniami wobec innych, co wiedzie – jeśli przemyśleć to stanowisko logicznie i do końca – w prostej linii do jego relatywizacji.

Relatywny charakter prawa własności to rzecz nie do przyjęcia dla tych, którzy wychowani zostali w przekonaniu, że swoboda dysponowania własnym majątkiem i prawo do nieograniczonej ekspansji ekonomicznej to święte i niezbywalne prerogatywy człowieka. Ogólnie biorąc, takie pojmowanie prawa własności miało do niedawna w Anglii ledwie kilku poważnych przeciwników. W efekcie nie kwestionowano absolutnego charakteru prawa własności nawet w tych przypadkach, w których korzystanie z niego nie przynosiło żadnej zgoła korzyści społecznej ani bezpośrednio, ani nawet pośrednio. Nikt przecież nie uważa, że właściciel ziemski qua właściciel pełni jakąkolwiek funkcję społeczną. Pobiera prywatne podatki, to wszystko. A jednak prywatna własność gruntów miejskich ma się w Anglii tak dobrze, jak sto lat temu. I tak Lord Hugh Cecil [1], w swojej niezwykle interesującej książeczce na temat kapitalizmu otwarcie stwierdza m.in., że niezależnie od tego, czy ze swojej własności korzystamy w sposób godziwy, czy niegodziwy, społeczeństwo nie ma prawa interweniować, każda interwencja w procesy ekonomiczne bowiem to de facto kradzież, a kradzież jest grzechem. Nie ma chyba ani jednego człowieka na świecie, który twierdziłby, że marnowanie tak ogromnych obszarów na prywatne parki czy tereny łowieckie w jakikolwiek sposób przyczynia się do pomnożenia dobra publicznego. Mimo to jednak nasi mali monarchowie trzymają się mocno na swoich lokalnych stolicach i wciąż kładą dla zabawy na łowach tysiące zajęcy. Nikt już nie może twierdzić, że „niewidzialna ręka rynku” zmusza monopolistę do działania w interesie ogółu. Tym niemniej, w wielu sektorach naszej gospodarki (jak pokazują to niedawne raporty państwowe), konkurencja właściwie nie istnieje. Przerodziła się w monopolistyczne kombinaty, korzystające z prawa własności w sposób równie swobodny, co jednostki. I nikt nie może utrzymywać, że górnictwo upadnie bez płacenia prywatnemu ziemianinowi za licencję na wydobycie, albo że statki handlowe przestaną pływać, jeśli ich właściciele nie będę zarabiać na każdym kursie 50% włożonego kapitału. A jednak kopalnie wciąż muszą płacić wysokie odstępne, a właściciele okrętów wciąż zarabiają fortuny i otrzymują tytuły szlacheckie.

W tym właśnie momencie, gdy wszyscy debatują nad koniecznością zwiększenia społecznej produkcji bogactwa, ostatnią rzeczą – jak się wydaje – jaka może przyjść do głowy przeciętnemu angielskiemu urzędnikowi, jest postawić pytanie, dlaczego tak wiele z tego bogactwa powinno marnować się w przedsięwzięciach bezsensownych czy służyć pokryciu nieproporcjonalnie wielkich kosztów generowanych przez inicjatywy przynoszące znikomą ledwie korzyść społeczną – albo nieprzynoszące wręcz żadnej. Płacenie prywatnym właścicielom za użytkowanie ich majątku, nawet jeśli oni sami w całej sprawie ani palcem nie kiwną, stało się w Anglii rzeczą tak naturalną, że gdy – w momencie zagrożenia samego bytu narodowego – wystąpiła konieczność rozpoczęcia eksploatacji nowych złóż ropy naftowej, nasz rząd zupełnie na serio zobowiązał się płacić właścicielom ziemskim, na których majątkach miano rozpocząć wydobycie, specjalną daninę od każdego galonu surowca, choć właściciele owi do tego czasu nie mieli nawet pojęcia, że pod ich gruntami znajduje się ropa. Na każdą zaś wypowiedź podającą w wątpliwość, czy podobny idiotyzm naprawdę stanowi kwestię „moralnego obowiązku narodu”, reaguje się dzisiaj świętym oburzeniem! Takie prawa to nie prawa – to zwykłe przywileje. Bo przywilej właśnie można zdefiniować jako prawo nieskorelowane z funkcją społeczną.

Krótko mówiąc: w powszechnym przekonaniu dysponowanie prywatnym majątkiem i posunięcia ekonomiczne nie muszą być społecznie sensowne, ponieważ stanowią kwestię absolutnych prerogatyw jednostki, nieskorelowanych z żadną funkcją użyteczną dla ogółu. I nawet jeśli w sensie intelektualnym doktrynę tę udało się już obalić, to jednak w sensie praktycznym właśnie na niej wciąż opiera się nasza organizacja społeczna. Jak wolno ulega ona nawet najbardziej niepodważalnym i oczywistym argumentom wskazującym na jej nieadekwatność, widać dobrze na przykładzie stosunku liderów świata biznesu do wojennych regulacji gospodarczych. Państwowa kontrola nad koleją, górnictwem i transportem morskim, wyjęcie dystrybucji surowców spod praw konkurencji handlowej i powierzenie jej publicznym instytucjom, regulacja cen, próby ukrócenia spekulacji – wszystkie te środki w konkrecie praktyki mogły okazać się skuteczne lub nieskuteczne, przemyślane bądź nieprzemyślane. Więcej nawet – istotnie, wiemy, że niektóre okazały się po prostu głupie, jak choćby zakaz importu, wprowadzony w momencie, w którym trzeba odbudować kraj po pięciu latach ruiny, że inne z kolei, nawet jeśli teoretycznie jak najbardziej właściwe, w praktyce zostały błędnie wykorzystane. Gdyby atakowano je dlatego, że utrudniają skuteczne pełnienie funkcji społecznych – gdyby wszyscy potentaci gospodarczy świata porozumieli się i powiedzieli opinii publicznej to, co powiedziało ledwie kilku z nich (ku swojej wielkiej chwale): „Akceptujemy politykę państwa, kwestionujemy jedynie sposób jej realizacji; zgadzamy się, że transakcje powinny być czyste: konkretna suma pieniędzy za konkretną usługę, co więcej – sami dołożymy starań, aby takie właśnie były” – gdyby tak się stało, powiadam, moglibyśmy spierać się o fakty, co do zasad wszakże, panowałaby pełna zgodność.

W rzeczywistości jednak, lwia część krytyki kierowanej pod adresem polityki państwowej prowadzonej podczas wojny, miała naturę zupełnie przeciwną. Protestowano nie dlatego, że restrykcje gospodarcze ograniczały możliwości działań społecznie użytecznych, lecz ponieważ ograniczały one indywidualne zyski – nie dlatego, że przez nie handlowcy nie mogli pomóc swemu społeczeństwu, ale dlatego, że utrudniono im akumulację kapitału. Krótko mówiąc: nie dlatego, że uniemożliwiały przekształcenie procesów gospodarczych w sensowne funkcje społeczne, ale dlatego właśnie, że o mały włos się to udało! Jeżeli wierzyć raportom doradców komisarza do spraw górnictwa węglowego, akcjonariusze naszych kopalni mieli się podczas wojny zupełnie dobrze. A jednak próba ograniczenia ich dochodów o 50% została określona przez Lorda Gainforda [2] mianem „pospolitej konfiskaty, grabieży w biały dzień”. Potentaci przemysłowi (znów: z kilkoma chwalebnymi wyjątkami) wyraźnie oczekują, że po normalizacji warunków ponownie będą mogli prowadzić swoje interesy wyłącznie dla własnego zysku, to znaczy że nie zostaną one podporządkowane (jak stało się to częściowo podczas wojny) korzyści społecznej.

Przyznać bowiem, że zaspokojenie potrzeb społecznych to właściwy standard oceny działań gospodarczych, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pozbawić prawo własności jego absolutnego charakteru i ujrzeć je takim, jakim jest – to znaczy jako wtórne i względne: skorelowane z funkcją społeczną, a zatem możliwe do zawieszenia w wypadkach, w których korzystanie z niego takiej funkcji nie służy. Krótko mówiąc: w milczący sposób przyjąć zasadę, że aktywność gospodarcza i własność istnieją dla dobra społecznego, choć w dotychczasowej mentalności świata biznesu sprawy miały się dokładnie na odwrót, i to społeczeństwo traktowano wyłącznie jako narzędzie pomnażania prywatnych majątków. Dla tych, którzy uznają te archaiczne poglądy nie jak wielu, bo muszą – ale dlatego, że pozwoliły im one zgromadzić fortunę i wspiąć się na szczyt drabiny społecznej, podobne odwrócenie relacji środków i celów musi wydawać się niczym innym, jak rewolucją. Oznaczałoby ono bowiem dla nich konieczność usprawiedliwiania przed (jak moglibyśmy powiedzieć) trybunałem zbiorowości korzystania z tych praw, które dotąd uważali za święte i nienaruszalne.

Przez większą część wieku XIX owo napięcie, istniejące między prawami jednostki a funkcją społeczną, ukrywano za parawanem doktryny o „naturalnej harmonii” między korzyściami indywidualnymi a dobrem ogółu. Konkurencja, utrzymywano, stanowi dobry substytut osobistej uczciwości. Dziś, po dekadach krytyki, z tego intelektualnego ersatzu nie zostało już praktycznie nic i niewielu znajdzie się takich, którzy wciąż trwaliby przy owej przedziwnej mieszance optymizmu i moralnego bankructwa, która pozwalała osiemnastowiecznym ekonomistom stwierdzać: „Chciwość ogranicza chciwość, a żądza zysku nakłada sama sobie odpowiednią miarę”. Czynienie z praw jednostki osi i centrum życia społecznego wciąż stanowi najistotniejszy element polityki i organizacji społecznej industrializmu. Ogromna praca, jaką intelektualiści europejscy wykonali w celu obalenia naiwnego przekonania, że interesy publiczny i prywatny naturalnie się pokrywają, a ludzki egoizm jest narzędziem Bożej Opatrzności, stanowiącego w ubiegłym stuleciu usprawiedliwienie ekonomicznego egotyzmu, przyniosła zaskakująco mizerne skutki. Ekonomiczny egotyzm to wciąż współczesna religia państwowa; jest zaś tak dokładnie dlatego, że doktryna o naturalnej harmonii interesów nie stanowi bynajmniej istoty leseferyzmu. Była ledwie jego „barbakanem”, nie twierdzą. Twierdza wciąż pozostaje niezdobyta.

Tym, co nadało systemowi przemysłowemu jego moc i charakter, jego zwartą strukturę i niebywałą twardość, nie jest bynajmniej teoria harmonii interesów, nie. Jest nią doktryna o przedustawności praw jednostek wobec funkcji społecznych, czyniąca je jakością samą w sobie, niewymagającą sankcji wyższego autorytetu. Czyli głosząca, w sensie praktycznym, że można z nich korzystać bez oglądania się na dobro ogółu. Dzisiaj pogląd ten przynosi skutki jeszcze gorsze, niż we wczesnym wieku XIX. Bo nasi lordowie biznesu już nie konkurują między sobą, a zamiast tego zawiązują kombinaty, wygasł również stary spór kapitału ruchomego i nieruchomego. Raison d’etre nowego konserwatyzmu wydaje się zorganizowanie społeczeństwa – tak przy pomocy środków politycznych, jak stricte ekonomicznych – w taki sposób, by niezależnie od przyszłych zawirowań zabezpieczyć możliwie najpełniej zyski czerpane obecnie przez wielkich potentatów nie za konkretne usługi, ale dlatego, że mają oni do nich „prawo”. Stąd unia dwóch partii „starego porządku” [liberałów i konserwatystów – przyp. tłumacza], propozycje wzmocnienia Izby Lordów, powrót do protekcjonizmu, szybkie tworzenie nowych monopoli i nieustanne próby kupienia przy pomocy szklanych paciorków bardziej wpływowej części klasy robotniczej. Rewolucje, jak pokazują to liczne gorzkie doświadczenia przeszłości, niemal zawsze upodabniają się do rządu, który obaliły. I czy naprawdę powinno nas to dziwić, że doktrynę absolutnych praw właścicieli zastępuje coraz częściej doktryna absolutnych praw pracowników – mniej szkodliwa i nieludzka, prawda, ale równie dogmatyczna i głupia?

Społeczeństwo, które chciałoby uczynić akumulację kapitału zależną od wypełniania obowiązków wobec ogółu, które płaciłoby tylko za konkretne, pożyteczne społecznie usługi, a nie tym, którzy żadnej usługi nikomu nie świadczą, dla którego najważniejsze byłoby nie to, ile człowiek ma, ale w pierwszym rzędzie to, co może zrobić, stworzyć lub osiągnąć, moglibyśmy określić mianem społeczeństwa funkcjonalnego – bo główny nacisk padałby w nim właśnie na pełnienie funkcji społecznych. Takie społeczeństwo wszakże nie istnieje obecnie nigdzie na świecie, choć jego miraż – istotnie – migotał w przeszłości na horyzoncie myślenia. Społeczeństwa współczesne dbają przede wszystkich o zabezpieczenie praw jednostek, funkcje zostawiając – chyba że w sytuacjach wyjątkowych – własnemu losowi. Główną motywacją, nadającą charakter i koloryt ich instytucjom publicznym, ich polityce i politycznej refleksji, jest nie pragnienie zrobienia czegoś dla dobra ogółu, lecz bezustanne dążenie do ułatwienia jednostkom osiągania tych celów, które one uznają za słuszne dla siebie. Jeśli zapytalibyśmy dowolnego przedstawiciela takiego społeczeństwa o cel czy zasadę życia zbiorowego, bez wątpienia otrzymalibyśmy jakąś luźną trawestację Benthamowskiej maksymy o „możliwie największym szczęściu możliwie największej liczby obywateli”. Powiedzieć wszakże, iż celem życia społecznego jest szczęście, to pozbawić go w ogóle jakiegokolwiek celu. Szczęście bowiem, z konieczności ma naturę indywidualną i czynić je naczelną zasadą życia wspólnego to w praktyce wydawać owo życie na pastwę nieokiełznanych ambicji jednostek, z których każda dąży wyłącznie do jakiegoś celu osobistego.

Tego typu społeczeństwo z kolei nazwać można społeczeństwem akumulacji kapitału – bo jego jedyny cel, ich raison d’etre, stanowi właśnie samo dla siebie bogacenie się. Koncepcja ta musi poruszać w duszy ludzkiej jakąś czułą strunę – nieprzypadkowo przecież uległ jej urokowi cały świat współczesny. Odkąd industrializm po raz pierwszy ujawnił w Anglii swą porażającą siłę, idzie przez świat dosłownie jak taran, zapuszczając korzenie nawet w tych państwach, których do niedawna był jeszcze kompletnie obcy, czego przykładami są Rosja, Japonia, Indie i Chiny, tak że każda dekada właściwie staje się świadkiem rozrostu jego wpływów. Sekret zaś tego triumfu jest jasny. Polega on na stworzeniu ludziom nieograniczonych niemal możliwości korzystania z tych mocy sprawczych, w które wyposażyły ich natura czy społeczeństwo, wrodzony talent, energia czy egotyzm, albo po prostu ślepy los, bez oglądania się na to, czy przynosi to komukolwiek innemu jakąkolwiek korzyść. Industrializm usprawiedliwia determinowane klasowo różnice w sprawczości społecznej jako „konieczny element życia” i całą energię kieruje ku wzmocnieniu pozycji tych, którzy władzę już mają, względnie mogą ją łatwo zdobyć, tak aby mogli oni bez przeszkód używać jej do realizacji własnego interesu i wzmocnienia swojej pozycji. Skupiając uwagę społeczeństwa nie na wywiązywaniu się ze zobowiązań wobec zbiorowości – które w sposób istotny ograniczają pole indywidualnego działania, ale jednocześnie nadają owemu działaniu sens i celowość – lecz na realizacji interesu indywidualnego, otwiera możliwość nieograniczonego niemal gromadzenia dóbr, a zatem folguje jednemu z najpotężniejszych instynktów ludzkiej natury. Silnym oferuje zupełną swobodę używania własnej siły, słabym – nadzieję, że kiedyś oni także staną się silni. Przed oczyma wszystkich stawia złoty puchar, wspaniałą nagrodę, którą nie wszyscy rzecz jasna zdobędą, ale o którą wszyscy mogą przynajmniej walczyć – zawrotną wizję nieograniczonej ekspansji ekonomicznej. Mówi każdemu człowiekowi: „Nie ma potrzeb poza twoimi potrzebami, nie ma praw poza twoją chęcią, nie ma żadnych ograniczeń poza tymi, które sam sobie nałożysz”. W ten sposób czyni jednostkę centrum jej własnego, subiektywnego wszechświata, a wszystkie zasady moralne sprowadza do kalkulacji kosztów. Dodatkowo niesłychanie upraszcza najważniejsze dylematy życia w dużych wspólnotach – jako iż likwiduje kompletnie rozróżnienia między typami działalności gospodarczej, źródłami dochodu, między godziwym zyskiem a niemoralną zachłannością, między przedsiębiorczością a chciwością, własnością nabytą godziwie a tą pochodzącą z kradzieży, normalnym cieszeniem się owocami własnej pracy a pasożytniczym życiem milionera, ponieważ wszystkie zjawiska ekonomiczne traktuje dokładnie tak samo i wszystkim wpaja przekonanie, że nadmiar lub niedomiar, marnotrawstwo czy niekompetencja, nie wymagają interwencji państwowej, która zapobiegałaby ich katastrofalnym skutkom, ponieważ automatycznie niemal reguluje je mechaniczna gra sił rynkowych.

Pod wpływem podobnych idei ludzie nie stają się bynajmniej, jak się nam czasem wmawia, mądrzejsi, wrażliwsi czy bardziej religijni. Bo religia, mądrość i wrażliwość implikują akceptację ograniczeń. Stają się za to potężni i bogaci. Biorą ziemię w dziedzictwo i odmieniają oblicze świata, nie zważając na to, że stracili duszę. I wciąż cieszą się owym nędznym kikutem wolności, jaki oferuje im rzeczywistość, w której nic nie stoi na drodze między bogactwem a tymi, którzy – z urodzenia, talentu bądź wyroku fortuny – mają dość siły, aby po nie sięgnąć. Ani społeczeństwu, ani jednostce nietrudno bowiem wcale osiągać wyznaczone cele – pod warunkiem, że są one odpowiednio uproszczone, no i że nie rozprasza ich uwagi przesadnie refleksja nad innymi wymiarami życia. Ktoś, kto za jedyny cel istnienia stawia sobie wykorzystanie możliwości życiowych, kwestię odpowiedzialności zaś bierze w nawias, wyznacza sobie zadanie naraz zrozumiałe i w pełni wykonalne. Wiek osiemnasty je wyznaczył. Wiek dwudziesty o mały włos go nie wykonał. A nawet jeśli nie wykonał, to na pewno przygotował grunt. Narodową produkcję bogactwa per capita szacowało się w 1914 roku w Anglii na dwieście funtów. I jeżeli rodzaj ludzki nie zdecyduje się oddać swego materialnego dobrobytu ambicjom i terrorowi partykularystycznych nacjonalizmów, wszystko wskazuje na to, że do roku 2000 suma ta się podwoi.

Richard Henry Tawney

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst to II rozdział książki autora pt. „Acquisitive Society” z roku 1920. Tytuł polskiego tłumaczenia pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Richard Henry Tawney (1880-1962) – angielski historyk idei, religii i życia gospodarczego. Absolwent Oxfordu. Żołnierz podczas pierwszej wojny światowej, ranny w bitwie pod Sommą. Po wojnie pracował naukowo na różnych uniwersytetach brytyjskich i gościnnie zagranicą. Ceniony i renomowany historyk zajmujący się związkami sfery religijnej z życiem gospodarczym, autor m.in. głośnej książki „Religia a powstanie kapitalizmu” (jedynej jego pracy przełożonej na polski), polemizującej ze znanymi tezami Maxa Webera. Za działalność naukową otrzymał tytuł doktora honoris causa 8 uniwersytetów, w tym Oxfordu i Sorbony. Przez niemal całe dorosłe życie związany z brytyjskim ruchem socjalistycznym. Od roku 1906 należał do Fabian Society, po I wojnie działał w Niezależnej Partii Pracy, a następnie w Partii Pracy, aktywność naukową i edukacyjną łączył z zaangażowaniem jako ekspert i negocjator w brytyjskich związkach zawodowych, szczególnie w górnictwie. Był wpływowym orędownikiem bezpłatnej edukacji na szczeblach wyższych niż tylko podstawowy. Należał do nurtów w ruchu robotniczym zwanych „socjalizmem chrześcijańskim” i „socjalizmem etycznym”. Był przyjacielem i współpracownikiem arcybiskupa Williama Temple’a oraz głównego twórcy brytyjskiego państwa dobrobytu Williama Beveridge’a.

Przypisy:

1. Hugh Richard Heathcote Gascoyne-Cecil, pierwszy baron Quickswood (1869–1956) – konserwatywny polityk angielski, zwolennik wolnego handlu i przeciwnik rozluźnienia unii z Irlandią, Walią i Szkocją.

2. Joseph Albert Pease, pierwszy baron Gainford (1860–1943) – angielski polityk liberalny, minister w rządach premiera Asquitha, potentat węglowy.

Abramsy w sosie słodko-gorzkim

14 lipca wiceprezes rady ministrów, przewodniczący Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych Jarosław Kaczyński oraz minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak ogłosili uroczyście zamiar zakupu czołgów M1A2 SEP v.3 w liczbie wystarczającej dla czterech batalionów liniowych oraz ośrodków szkolnych. Będzie to łącznie 250 sztuk, wraz z rozbudowanymi pakietami logistycznym i szkoleniowym, pojazdami wsparcia, symulatorami oraz amunicją. Czołgi mają być przeznaczone dla 18 Dywizji Zmechanizowanej i stacjonować w garnizonach w Wesołej oraz Lublinie. Koszt programu jest szacowany na 23 miliardy złotych, które mają pochodzić spoza budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej, przynajmniej teoretycznie nie wpływając dzięki temu na wykonanie Planu Modernizacji Technicznej. W ten sposób, z zastrzeżeniem, że zamiar nie jest jeszcze domknięty umową ze stroną amerykańską, materializuje się widmo Abramsa krążące po Polsce od dawna, ze szczególnym nasileniem od roku 2015 z uwagi na wyjątkową proamerykańskość obecnego obozu rządowego oraz jego podatność na perswazję amerykańskich lobbystów.

Jakie mają być Abramsy?

Trzeba zaznaczyć, że materializacja ma postać inną niż spodziewana wcześniej. Oczekiwano bowiem raczej sfrazeologizowanych w obiegu komentatorskim „Abramsów z pustyni”. Czyli pochodzących ze składów starych czołgów M1A1, przywróconych do stanu pełnej sprawności i zmodernizowanych w jakimś zakresie. Tymczasem według niepotwierdzonych, jednak pochodzących z dobrze poinformowanych źródeł Abramsy, które miałyby zacząć wchodzić na stan WP nawet już w przyszłym roku, będą pojazdami fabrycznie nowymi, w wersji odpowiadającej najnowszemu standardowi US Army. Pojawiają się nawet doniesienia, według których będą one z nim wręcz identyczne, w szczególności w aspekcie opancerzenia stanowiącego newralgiczny, utajniony element tych pojazdów, w związku z czym arabscy odbiorcy czołgów otrzymują jego zubożony wariant o gorszych (choć i tak wysokich) parametrach. Gdyby powyższe mało się potwierdzić, polskie jednostki otrzymają sprzęt z absolutnie najwyższej światowej półki.

Nieustannie doskonalony na potrzeby amerykańskiego wojska, Abrams jest niewątpliwie najpotężniejszym seryjnym czołgiem świata. Całościowo porównywalne są z nim tylko najnowsze warianty Leoparda 2A7 i izraelskiej Merkavy Mk 4. Rosyjski wóz nowej generacji T-14 Armata wciąż nie wszedł do produkcji seryjnej, a jego kompleksowe możliwości pozostają niewiadomą, wątpliwości budzi w szczególności świadomość sytuacyjna załogi, której niedostatki mogą zniweczyć korzyści płynące ze stanowiącego skok do przodu układu z wieżą bezzałogową. Abrams nawet przy klasycznym układzie konstrukcyjnym zapewnia załodze odizolowanej od amunicji wybitny poziom ochrony. Opancerzenie w wersji amerykańskiej można bez ryzyka błędu uznać za najpotężniejsze na świecie. Filozofia systemu kierowania ogniem czołgu co prawda ustępuje zastosowanej w Leopardzie (chodzi o wynikające ze względów sprzętowych – mających u podłoża oszczędności – ograniczenia w funkcjonowaniu uznanego za optymalny schematu hunter-killer, w którym pierwszym jest dowódca, w drugim działonowy), a jakość kamer termowizyjnych może wciąż być gorsza od zastosowanych w najnowszych wersjach czołgu niemieckiego. Jednak nie jest to w żadnym wypadku „kiepskość”, bo punktem odniesienia jest wszak rozwiązanie przodujące w skali światowej. Mimo utrzymywania armaty o długości lufy wynoszącej 44 kalibry (w Leopardzie od dawne stosowane jest działo L/55 ułatwiające osiągnięcie wyższej prędkości wylotowej i skuteczności pocisków), siła ognia Abramsa pozostaje wystarczająca. Aczkolwiek sporo zależy od stosowanej amunicji – stosowane przez Amerykanów penetratory z rdzeniami uranowymi wręcz „wolą” nieco niższe prędkości, nie wiadomo jednak, czy takowe wejdą na uzbrojenie WP. Chociaż masa czołgu przekracza 70 ton, mobilność na polu bitwy również jest bardzo wysoka. Stopień ochrony zasadniczo podnosi dokonana i sprawdzona integracja z systemami obrony aktywnej, nie wiadomo jednak, czy polskie pojazdy będą w nie wyposażone.

Abrams na również wady. Doskonałość pancerza przekłada się na bardzo wysoką masę ograniczającą mobilność operacyjną. Zapewniająca bardzo dobre charakterystyki dynamiczne turbina pozostaje paliwożerna – w testach w porównywalnych warunkach spalała dwukrotnie więcej paliwa niż silnik wysokoprężny Leoparda. Kwestią dyskusyjną pozostaje wpływ stosowania oleju napędowego zamiast używanej przez Amerykanów – dla których jest to rozwiązanie logistycznie bezproblemowe – nafty lotniczej na długookresową niezawodność. Eksploatacja czołgu niewątpliwie wymaga bardzo wysokiej kultury technicznej, aczkolwiek Polska, w przeciwieństwie do Iraku czy Egiptu, nie powinna mieć z tym problemów. Kosztownym kłopotem pozostanie rzecz jasna utrzymywanie w linii trzech zupełnie niezunifikowanych typów czołgów – Abramsów, Leopardów 2 (te dwa typy łączy w praktyce tylko zdolność korzystania z tej samej amunicji) i T-72/PT-91.

Podsumowując kwestie jakości samych czołgów i tworzonych przez nie batalionów z pojazdami dowodzenia, zabezpieczenia technicznego etc., można stwierdzić, że w przypadku potwierdzenia się doniesień dotyczących konfiguracji czołgów i planowej realizacji programu Wojsko Polskie będzie miało jednostki tego szczebla stojące w jednym rzędzie z najlepszymi na świecie. Nie ma podstaw, żeby wątpić w krajowych żołnierzy i specjalistów technicznych, jeśli nie są systemowo spętani ograniczeniami finansowymi oraz organizacyjnymi.

Czy te czołgi są potrzebne?

W sensie bezpośrednim – tak. Wojsko Polskie chce utrzymywać bardzo – w kontekście uwarunkowań finansowych wręcz nierealistycznie – liczny jak na europejskie warunki komponent pancerny rzędu 800 maszyn. Składa się on obecnie ze 142 Leopardów 2A4 modernizowanych do standardu 2PL, 105 Leopardów 2A5, 232 PT-91 i według planów 318 T-72M1 modyfikowanych (ograniczone doposażenie celowo nie jest określane modernizacją) do standardu M1R. Liczbę maszyn pozostających w realnej gotowości bojowej można oceniać na maksymalnie połowę, prawdopodobnie jest ich około 300.

Niestety, program Leopard 2PL jest, póki co kuluarowo, oceniany jako porażka. Wybrany został oszczędnościowy projekt, w niepełnym zakresie poprawiający parametry czołgów (brak dopancerzenia kadłuba), a w trakcie realizacji okazało się, że ich stan techniczny jest gorszy niż zakładano, a działanie i współdziałanie podmiotów wykonujących prace, zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej, ma przebiegać w sposób niezadowalający. Nie wiadomo zatem, jaka będzie realna sprawność otrzymanych teoretycznie lepszych maszyn. Niska może postawić Wojska Lądowe w trudnej sytuacji, z której wybawieniem będą właśnie bataliony Abramsów. Leopardy 2A5 są pojazdami reprezentującymi standard lat 90., dotychczas ich modernizacja nie była planowana, a porażka programu „2PL” może w ogóle przekreślić taką perspektywę.

PT-91, a w szczególności T-72 są zarówno zużyte, jak i przestarzałe. Stan rzeczy mogłaby poprawić tylko bardzo kompleksowa modernizacja. Niestety, przejęcie na początku obecnego wieku Leopardów 2A4 zaważyło negatywnie na losach wytwarzającego czołgi segmentu krajowego przemysłu zbrojeniowego. Chociaż jak się wydaje byłby on w stanie dać wytwarzane w przeważającej części w Polsce pojazdy o parametrach porównywalnych z rosyjskimi T-90, tak się nie stało, a brak zamówień spowodował utratę kluczowych zdolności, z produkcją silników na czele (wytwarzający je zakład został zlikwidowany). „Polski T-90” byłby pojazdem ustępującym w wielu względach najnowszemu Abramsowi, jednak zadowalającym, porównywalnym ze sprzętem najbardziej prawdopodobnego przeciwnika, możliwym do bezproblemowego pozyskiwania w krajowych zakładach z korzyściami dla krajowej gospodarki. Jednocześnie przemysł mógłby uczestniczyć w pracach nad wozami generacji nowszej w stosunku do Leoparda 2 i Abramsa.

Co prawda od ponad dekady wojsko prowadziło pod kryptonimem „Wilk” program mający wyłonić perspektywiczny czołg, jednak, jak w zdecydowanie zbyt wielu przypadkach, był on zupełnie niekonkluzywny. Podobnie jak sondowanie współprac międzynarodowych – Niemcami i Francją w ramach projektu MGCS, z Włochami i być może innymi krajami, z niemieckim Rheinmetallem, z Koreą Południową. Wszystko to bowiem rozgrywało się w środowisku determinowanym przez założenie, że w bieżącej dekadzie środków na nowe czołgi nie będzie, ponieważ inne potrzeby są pilniejsze.

Tymczasem nagle pieniądze pojawiły się – i to naprawdę niebagatelne. W świetle ponad 23 miliardów złotych zupełnie inaczej wyglądałyby perspektywy na przykład współpracy proponowanej od roku 2016 przez Rheinmetall. Mogłaby ona doprowadzić do powstania wespół z polskim przemysłem tańszego i mniej ryzykownego konkurenta dla czołgu opracowywanego w ramach programu MGCS. Możliwe byłoby wreszcie przeprowadzenie modernizacji doskonale już znanych i opanowanych Leopardów 2A4 nie „po taniości”, uzupełnienie ich oraz wersji A5 maszynami nowymi (A7 z sufiksami), których produkcję jak się okazuje wznowiono, a także doprowadzenie pewnej części T-72/PT-91 do standardu porównywalnego ze stanowiącymi gros potencjału rosyjskiego T-72B3/B3M.

Zakup Abramsów nie da żadnych korzyści krajowemu przemysłowi. Można mieć tylko nadzieję, że z uwagi na wymagane zresztą przez samych Amerykanów stworzenie lokalnego centrum obsługowego pozostanie w Polsce przynajmniej jakaś część nakładów na eksploatację, które w perspektywie kilku dekad przekroczą około trzykrotnie koszty zakupu. Pojawiają się co prawda głosy, że zakup Abramsów nie przekreśli możliwości prac nad nowym czołgiem, sam MON twierdzi, że amerykański wóz nie jest „Wilkiem”. Jednak choćby minimum powagi każe uznać, że Abramsy staną się nowym standardem WP, w szczególności w świetle spekulacji dotyczących zakupu kolejnych partii. Prawdopodobnie na przełomie dekad pojawi się ostateczna wersja rozwojowa Abramsa, rozwiązująca częściowo problem nadmiernej masy przy poprawie ochrony i innych charakterystyk, której potencjał może być kompleksowo porównywalny z czołgami nowej, IV generacji. Wtedy zastąpienie starszych maszyn właśnie Abramsami w wersji (być może) M1A3 stanie się krokiem logicznym i preferowanym z uwagi na zagadnienia organizacyjno-logistyczne. Taki trend będzie skrajnie niekorzystny dla jakichkolwiek usiłowań przemysłu w przedmiotowej materii.

Czy są priorytetem?

Postzimnowojenne, związane z asymetrycznymi konfliktami „kolonialnymi” wieszczby dotyczące zmierzchu czołgów – nie sprawdziły się. Zresztą wnioski płynące z prowadzonych w teoretycznie bardzo dla nich niesprzyjających środowiskach irackim czy syryjskim wskazywały właśnie na ich nieodzowność i ogromną odporność, pod warunkiem oczywiście stosowania nowoczesnych rozwiązań, dyscypliny taktycznej i choćby przyzwoitego wyszkolenia załóg. Rozwijane są pojazdy IV generacji, które będą działać w realiach zinformatyzowanego i zrobotyzowanego pola walki. Niemniej jednak, choć nieodzowne, są tylko jednym z głosów niszczycielskiej symfonii wojny. Same nie będą rozstrzygać konfliktów, o tym będzie decydować kompleksowy system z czołgami jako jednym z elementów. Dobry system poradzi sobie, mając słabe czołgi, w kiepskim nawet najdoskonalsze zginą marnie, niekoniecznie przy tym heroicznie.

Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej pozostają niestety systemem słabym, niekompletnym, mimo wysp nowoczesności. W fatalnym stanie pozostaje kluczowa obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Bardzo źle wyglądają równie kluczowe zdolności w zakresach rozpoznania i walki radioelektronicznej. Marynarka wojenna jest zbieraniną archaicznych i niesprawnych okrętów. Mające zmienić ten stan rzeczy programy (druga faza przeciwlotniczo-przeciwrakietowej „Wisły”, „Narew”, rozpoznawcza „Płomykówka”, morskie „Miecznik” i „Orka”, a nawet „pomostowe” okręty podwodne) wloką się w sposób daleki od konkluzji lub pozostają de facto na biegu jałowym. Nie zmieniają tego nawet nagłośnione wydarzenia medialne, jak podpisanie umowy dotyczącej fregat planowanych w programie „Miecznik”, która w tej formie pozostaje wciąż obietnicą konkretu, nie konkretem. Niewątpliwie środki, które mają być wyasygnowane na Abramsy, przeznaczone na któryś z wymienionych programów dałyby systemowi, a przez to obronności kraju, o rząd większe korzyści. W szczególności, że trudno podejrzewać rząd o wejście w posiadanie finansowego perpetuum mobile – pieniędzy przeznaczonych na Abramsy zabraknie na coś innego. Sytuacja w aspekcie czołgów nie jest różowa, niemniej jednak jej dotkliwość złagodzi wprowadzenie do linii, miejmy nadzieje, bojowych wozów piechoty Borsuk, które dzięki integracji w planowanej również dla Rosomaków krajowej wieży ZSSW-30 pocisków „Spike” wreszcie będą miały realną zdolność zwalczania nieprzyjacielskiej broni pancernej. Czołgiści, zacisnąwszy zęby, jakoś doczekaliby lepszych czasów z obecnym sprzętem, w jakimś zakresie sukcesywnie modernizowanym. Nie wydaje się mimo wszystko, żeby w przewidywalnej perspektywie groziła nam pełnoskalowa wojna z Rosją – a gdyby nawet groziła, to obrona przeciwlotnicza/przeciwrakietowa i walka radioelektroniczna mają znaczenie radykalnie większe niż czołgi. Trudno oczekiwać też wojny ograniczonej, hybrydowej, której bitwy Abramsy mogłyby rozstrzygać. Mimo wyraźnego konfliktu społecznego nie powstanie raczej Antyszczepionkowa Republika Ludowa.

W tym kontekście nagłość zakupu Abramsów można interpretować jako nad wyraz wątpliwą w aspekcie skuteczności próbę obłaskawienia przez obecny obóz rządowy nieprzychylnej mu, w szczególności w aspekcie konkretnych projektów ustaw, administracji amerykańskiej. Polityka obronna staje się (czy właściwie pozostaje) narzędziem polityki zagranicznej uprawianej na doraźny użytek wewnętrzny.

dr Jan Przybylski

Polemika z tekstem Jarosława Ogrodowskiego

Z pewnym zdumieniem przeczytaliśmy opublikowany na łamach „Obywatela” tekst Jarosława Ogrodowskiego pt. „Ruchy (anty)miejskie”. Autor pozornie przedstawia w nim historię ruchów miejskich, choć po wnikliwej lekturze tekst wydaje się raczej rozliczeniem z jego własną przeszłością.

Nie chcemy tutaj podważać obserwacji dotyczących przeszłości czy genezy ruchów miejskich, zwłaszcza ich „pierwszego pokolenia”, z narzekaniem na „naskórkową” znajomość historii czy skupieniem się na jej artefaktach włącznie. Zapewne z perspektywy autora tak to właśnie wyglądało, a ze wspomnieniami i przeżyciami konkretnych osób trudno się kłócić. Chcemy natomiast odnieść się do konkretnych zarzutów dotyczących sukcesów i porażek ruchów miejskich z perspektywy warszawskiej Pragi oraz całej Warszawy.

Autor pisze, że członkowie ruchów miejskich działają partyzancko – sadzą rośliny na zaniedbanym skrawku ziemi, zamalowują rasistowskie hasła, kąpią się w kałuży przed kamerami mediów. Są happenerami, którzy dostarczają newsów, ale nie działają systemowo. Nie sposób nie zgodzić się z tym, że happening i medialność stały się w XXI wieku kluczem do skutecznej komunikacji – z tego właśnie powodu ruchy miejskie po nie sięgają. Ale dlaczego miałoby nie dać się tego pogodzić z systemowym działaniem?

W przypadku naszego stowarzyszenia „Porozumienie dla Pragi” happening to „twarz medialna”, dzięki której mieszkańcy nas rozpoznają. To także zwrócenie uwagi na problem, wykrzyczenie go! Ale tak naprawdę trzonem naszej działalności jest przesiadywanie na posiedzeniach komisji, rady miasta czy dzielnicy albo oglądanie transmisji z tych na pierwszy rzut oka niezbyt fascynujących spotkań oraz czytanie dziesiątek nudnych pism i pisanie do instytucji, odwoływanie się, powolne drążenie urzędniczej skały. Tyle że ta praca – w przeciwieństwie do happeningów – pozostaje niewidoczna.

Dziwne, że autor, jako osoba od lat zaangażowana w ruchy miejskie, wydaje się nie zdawać sobie sprawy z jej istnienia. Nie podejrzewamy się o bycie wyjątkowymi – taka praca stanowi fundament, na którym opierają się stowarzyszenia lokalne.

Także pochodzenie społeczne i wykształcenie osób zaangażowanych w ruchy miejskie zostało poddane skrupulatnej krytyce przez Ogrodowskiego. Jasne, jest wśród nas wielu humanistów. Jasne, część z nas została dotknięta prekariatem. Niemniej jednak przekrój społeczny członków Porozumienia dla Pragi jest dużo szerszy niż grupa, o której pisze Ogrodowski. Dlaczego zatem z taką łatwością przenosi swoje obserwacje na ruchy miejskie jako całokształt?

Podobnie jest z naszym pochodzeniem czy profilem zainteresowań – część z nas wywodzi się z Pragi, część z północy Polski, część z południa. Niektórzy średnio odnajdują się w nieznanym towarzystwie, ale mają rękę do ogrodnictwa, wiedzę o transporcie publicznym, albo cierpliwość do śledzenia Biuletynu Informacji Publicznej. Inni z kolei znają co drugiego mieszkańca dzielnicy – wliczając także tych z „komunałek” czy TBS-ów, ponieważ naszym zdaniem forma użytkowania mieszkania nie powinna w jakikolwiek sposób wartościować naszych rozmówców. Mieszkaniec to mieszkaniec – koniec, kropka.

To podejście przekłada się zresztą na to, czym się bezpośrednio zajmujemy. Od początku programu rewitalizacji Pragi monitorujemy jego postępy (niestety, najczęściej zawodząc się na tym, co miejscy urzędnicy uznają za istotę programu) i staramy się nakłonić miasto do jego rozszerzenia oraz zmiany sposobu myślenia o rewitalizacji jako wyłącznie o remoncie czy przyłączeniu kamienic do centralnego ogrzewania. W końcu najważniejsi powinni być od samego początku mieszkańcy, a nie wyłącznie ich otoczenie.

Kolejnym poważnym zarzutem Ogrodowskiego jest to, że ruchy miejskie, stając się „apostołami nowego urbanizmu” i angażując w konsultacje społeczne, protestując przeciwko przeskalowanym inwestycjom i (o zgrozo) dzieląc się tą wiedzą za darmo, „rzuciły koło ratunkowe deweloperom”. To zarzut błędny na wielu poziomach.

Adaptacja postindustrialnych terenów na mieszkaniówkę nie była żadnym kołem ratunkowym. Była sposobem na postawienie kilku prestiżowych inwestycji z wysoką stopą zwrotu. Choć i to niekoniecznie – w przypadku jednej z dawnych fabryk na warszawskiej Woli wprost sugerowano, że cackanie się z zabytkami jest nieopłacalne.

To, że dzięki ruchom miejskim przetrwało trochę więcej zabytkowej tkanki, to tylko powód do zadowolenia. Warto pamiętać, że nadal preferowaną metodą polskich deweloperów pozostaje samoistne „zawalenie się” zabytkowych obiektów. A co do ratowania ich kieszeni… W momencie, w którym to piszemy, nadal zdecydowana większość inwestycji deweloperskich to inwestycje budowane od podstaw, często w dzielnicach obrzeżnych. To na tym tłucze się prawdziwą kasę, a nie na jakichś remontach ruin w modnych od niedawna dzielnicach. W kontekście ratowania dziedzictwa możemy dodać, że próbujemy też edukować inwestorów oraz mieszkańców, pokazując dobre praktyki i piętnując złe w ramach publikacji, które przygotowujemy czy spacerów architektonicznych, które prowadzą nasi członkowie i członkinie. W myśl powiedzenia o kropli drążącej skałę, dostrzegamy z każdym rokiem pozytywne zmiany dotyczące myślenia o otaczającej nas zabytkowej architekturze.

Ogrodowski pisze również o współpracy z biznesem. Być może w Łodzi tak było, trudno nam orzec o prawdziwości tego stwierdzenia. Ale w stolicy to raczej my musimy patrzeć biznesowi na ręce, żeby przypadkiem nie wyburzył więcej niż konserwator pozwolił, albo żeby została dotrzymana obietnica remontu kamienicy komunalnej przylegającej do inwestycji.

Biznes bardziej interesuje się tłustymi kotami polityki samorządowej – chętnie pokazuje się z burmistrzami, radnymi, wykupuje reklamy w ich gazetkach itp. Do czego potrzebna jest im banda fanatyków z hasłami dotyczącymi mieszkańców i ich jakości życia na ustach? Nie można nie dostrzec, że ten zarzut jest dość absurdalny.

Wreszcie Ogrodowski pisze, że największym sukcesem ruchów „(anty)miejskich” – jak je nazywa – jest „odżulenie” centrów miast. To bzdura. Gentryfikacja – co do zasady – to proces, który na Zachodzie zaczął się wcześniej niż u nas, polskie ruchy miejskie nie miały z nim nic wspólnego. Polską specjalnością natomiast było usuwanie ławek z rynków, wycinanie drzew, zaniedbywanie zasobu komunalnego, betonowanie podwórek między kamienicami i inne formy utrudniania życia mieszkańcom. Czy świadome czy nie – ponownie trudno nam o tym wyrokować. Być może więcej w tym było głupoty niż złej woli. Być może. Ale czy to wszystko aby na pewno jest winą ruchów miejskich? Nie przypominamy sobie, żeby to ruchy miejskie doradzały burmistrzom, że wybetonowanie rynku to dobry ruch. Nie kojarzymy, żeby to ruchy miejskie zachęcały samorządy do wchodzenia w konszachty z deweloperami. Całe to zło, o którym pisze Ogrodowski, to dziecko polityki samorządowej i jej styku z biznesem. Ruchów miejskich nie powinien z tym mieszać.

Ruchy miejskie mają swoje za uszami. Nie zawsze słuchają mieszkańców tak uważnie, jak powinny, zdarza im się przedkładać przestrzeń publiczną nad tkankę społeczną. Ale koniec końców zmiany, o które walczą, to zmiany na korzyść wszystkich mieszkańców miast.

W końcu ruchy miejskie także angażowały się w walkę z dziką reprywatyzacją. To ruchy miejskie sprzeciwiały się betonozie i zmienianiu miejsc publicznych w pełne wrogiej architektury pustynie, nakierowane na odstraszanie bezdomnych. To ruchy miejskie (w tym Porozumienie dla Pragi) walczyły o to, aby bezdomni czy inne stygmatyzowane grupy miały swoje miejsce w przestrzeni publicznej (z praskiego podwórka to przykład Centrum Re:start, które zwalczają lokalni „bezpartyjni” samorządowcy). Wreszcie, to ruchy miejskie doprowadziły do zmian w kodeksie ruchu drogowego (jest to zasługa wielu organizacji, począwszy od Zielonego Mazowsza, przez Miasto Jest Nasze, a skończywszy na federacji Piesza Polska, grupującej NGO’sy z całej Polski), wprowadzanych właśnie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. To właśnie te zmiany poprawiające sytuację nieuprzywilejowanych uczestników ruchu są naszym zdaniem największym sukcesem miejskich aktywistów i aktywistek.

„Odżulenie” centrów miast to nasza największa porażka, ponieważ nie udało się jej na czas zapobiec. Ale przypisywanie winy za to zjawisko ruchom miejskim wydaje się być specyficzną formą samobiczowania i chęcią przelania własnych win czy zaniedbań na wszystkich aktywistów. My dziękujemy – nie poczuwamy się do winy, a na umartwianie się szkoda nam czasu. Jest jeszcze dużo pracy do zrobienia.

Porozumienie dla Pragi

 

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Ruchy (anty)miejskie

W minionym trzydziestoleciu przyzwyczailiśmy się myśleć, że jedyną rewolucją, jaką przyszło nam oglądać, była rewolucja roku 1989 i idąca za nią transformacja gospodarcza i społeczna. Transformacja ta jest centralnym elementem zbiorowej świadomości zdecydowanej większości Polek i Polaków i nie bez przyczyny. Była ona zjawiskiem bezprecedensowym – całkowitą zmianą paradygmatu dokonaną bez jednego wystrzału. Wydarzenia tamtych lat do dziś stanowią o osiach konfliktu rozpalających polityczne serca i głowy i nic w tym dziwnego. Dziwnym za to jest, że tuż obok, niedługo później, wydarzyła się inna rewolucja, równie bezkrwawa i równie donośna w skutkach – ale przezroczysta i całkowicie niezauważona.

Aby zrozumieć doniosłość tej drugiej, modernizacyjnej rewolucji, musimy cofnąć zegary o dwadzieścia lat. Wylądujmy w roku 2001 – gdzieś pomiędzy wielką powodzią, która zniszczyła Wrocław latem 1997 roku, a wejściem Polski do Unii Europejskiej w maju 2004 roku. Ówczesna Polska jest krajem na rozdrożu. Zdecydowanie nie przypomina już Polski doby wczesnej transformacji. Zniknęły jej atrybuty – wszechobecne kioski „szczęki”, z których toczył się handel, „Ruscy” przyjeżdżający i handlujący towarem ze Wschodu. Pojawiły się już pierwsze atrybuty nowej, kapitalistycznej stabilności – mamy pierwsze korporacje, w Warszawie rosną już biurowce, w radiu Kazik z zespołem Yugoton wyśpiewują odę do rycerzy nowych czasów, a cała Polska nuci ją razem z nimi. W końcu każdy śni o tym, żeby być nowoczesnym i pracować w szklanym biurowcu – a niektórym nawet się to już udało. Powoli dostosowujemy się do Zachodu – od kilku lat obowiązuje już zbliżone do europejskiego prawo autorskie, objawiające się tym, że coraz mniej teatrów jest w stanie wystawić Kubusia Puchatka, ale również wejściem na nasz rynek wielkich marek odzieżowych i nie tylko. Mamy już oryginalne płyty cd i kasety, choć te odchodzą powoli w przeszłość. W rękach trzymamy telefony komórkowe, a w kinach oglądamy najnowsze filmy w dniu ich ogólnoświatowej premiery. Wakacje umilają nam koncerty zespołów muzycznych, które dotychczas nigdy tu nie przyjeżdżały, a malowane na murach napisy i ręcznie powielane plakaty już całkiem zostały zastąpione przez billboardy i podświetlane szyldy. Nadal jesteśmy głodni sukcesu, ale ten sukces już się zaczął materializować i powoli zaczynamy rozumieć, że nie wszystko udało się tak, jak powinno.

W tym miejscu warto zadać pytanie: kim jesteśmy? To ważne, bo odpowiedź na nie jest kluczowa dla zrozumienia dalszego biegu wypadków. Mamy około dwudziestu lat – najstarsi z nas urodzili się w późnych latach 70., najmłodsi – najdalej dekadę po nich. Wszyscy pochodzimy z miast. Oczywiście przede wszystkim z tych największych, ale całkiem sporo nas również w tych mniejszych. Nasze rodziny mają różne statusy, ale wszyscy otrzymujemy bardzo dobre wykształcenie. Nikt z nas nie kończy nauki na maturze, wszyscy uczymy się języków i kolekcjonujemy certyfikaty ich znajomości. Doświadczeniem pokoleniowym, które nas połączy, a o czym jeszcze nie wiemy, będzie kryzys roku 2001, który najstarszym z nas zwichnie dobrze zapowiadające się kariery, a tym młodszym po prostu je uniemożliwi. Wtedy jeszcze nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale już za chwilę zauważymy, że zamknęły się drogi awansu na sam szczyt. Nasi starsi o kilka lat koledzy i koleżanki okopali się wysoko – im wystarczyła znajomość języka angielskiego, odrobina szczęścia i odrobina bezczelności. My, już zdecydowanie lepiej od nich wykształceni (pierwsi absolwenci „nowoczesnych” kierunków – zarządzania, marketingu, dziennikarstwa, politologii, europeistyki) boleśnie zderzymy się ze szklanymi drzwiami, które zatrzasnęli nam przed nosem. Oni zarabiają, pracując po kilkanaście godzin dziennie w korporacjach, ale mają etaty, urlopy, służbowe samochody i wszystkie symbole statusu, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. My mamy w rękach dyplomy, certyfikaty znajomości języków i… nie mamy pracy. A jeśli ją mamy, to jest to już praca prekarna, najczęściej na śmieciówce. Różnica w naszym statusie jest ogromna – a przecież jesteśmy tak samo ambitni, tak samo głodni sukcesu i tak samo jak oni chcemy zmieniać świat dookoła nas.

Sukces naszych starszych kolegów i koleżanek był na swój sposób egalitarny. W mniejszym stopniu zależał od znajomości i ustalonych układów, a w większym od własnej zaradności, sprytu i świadomości, że jeśli nie wykorzysta się tej jednej jedynej szansy, to następnej może nie być. Ten bardzo charakterystyczny, straceńczy wręcz pęd opisał Sławomir Shuty w swojej powieści „Zwał” (2004) – była ona swoistym epitafium dla drogi, którą przeszło jego pokolenie. My czytaliśmy ją już jak bajkę z innego świata, choć nadal robiła ona na nas wielkie wrażenie.

Prekarność naszej pracy, ale też wciąż względnie dobra sytuacja finansowa naszych rodziców pozwala mieć to, czego nasi starsi koledzy nie mieli – czas. Czas ten pozwoli niektórym z nas podróżować, ale przede wszystkim uczestniczyć w życiu raczkującego Internetu. To my zaludniamy pączkujące wówczas fora internetowe, to my żyjemy na czatach i na gadu-gadu. I to właśnie tam, w czeluściach Internetu poznawanego przez pierwszą Neostradę, zaczynamy się kontaktować i wymieniać poglądami. Początkowo jesteśmy ostrożni – narzekamy głównie na niemożność. Tu jest brzydko, tam jest kałuża, tam wali się jakaś ruina. Szukamy swojego miejsca na ziemi i usiłujemy się jakoś zdefiniować. Już wiemy, że nie będziemy jak nasi starsi koledzy – świat korporacji jest jeszcze bardzo płytki i nie jest w stanie wchłonąć nas, roczników wyżowych. Jesteśmy sfrustrowani i szukamy czegoś, co ma jakąś wartość, co da nam sens. Rozsadza nas potrzeba działania – choć nie jest nas dużo, szybko zauważamy, że jest nas wystarczająco wiele, aby się spotkać i razem zacząć coś zmieniać. Naszym polem działania staje się przestrzeń dookoła nas – jesteśmy wyczuleni na genius loci, dajemy się porwać nowym narracjom osadzającym nas w małej ojczyźnie, którą wymyślamy na nowo, w kontrze do tej przaśnej, którą widzimy dookoła. Uciekamy w głowach do wyidealizowanego przedwojnia, do XIX wieku, kiedy nasze miasta rosły, kiedy budowano wielkie pałace, kamienice i fabryki. Zachłystujemy się historią, ale naskórkowo – uczymy się nazwisk przemysłowców i rabinów, protestanckich pastorów, architektów i filantropów. Odkrywamy utraconą niemieckość i żydowskość, ale ograniczamy się do ich artefaktów. Interesują nas stare napisy na murach, sprzątamy stare cmentarze, staramy się ocalić wciąż istniejące świadectwa przeszłości, które zaczynają znikać pod rozpędzającym się walcem modernizacji. Oglądamy z przerażeniem jak wyburzane są kolejne fabryki i kamienice, jak działki po nich zamieniają się w parkingi albo place budowy, na których rosną blaszane hipermarkety. Czujemy, że tak nie powinno być i powoli dojrzewamy do buntu.

Nasze działania na początku są partyzanckie. Skrzykujemy się na forach internetowych, działamy akcyjnie. Koło mieszkania jednego z nas jest rozjeżdżony trawnik? Przekopiemy go i zasadzimy rośliny! Widzimy pomazany rasistowskimi hasłami mur? Zamalujemy go farbą. Na przedpolu ważnego, reprezentacyjnego budynku jest wielka błotnista kałuża? Urządzimy happening, w ramach którego będziemy się w niej kąpać i ośmieszymy tym urzędników. Nasze akcje są błyskawiczne i spektakularne – i podobają się mediom. Umiemy zrobić to, czego nie potrafił nikt przed nami w sposób tak zorganizowany – potrafimy dostarczyć news.

Szybko przechodzimy kolejne etapy organizacji. Zakładamy stowarzyszenia, a nasze akcje stają się coraz lepiej zorganizowane i sięgamy coraz głębiej. Powoli przestaje nas interesować prosta reakcyjność na istniejącą brzydotę, zaczynamy się rozglądać za rozwiązaniami systemowymi. W międzyczasie otwiera się przed nami Europa – część z nas wyjeżdża turystycznie, część zarobkowo, część za pomocą uczelnianych programów wymiany. Podglądamy, jak wyglądają i działają miasta zachodnioeuropejskie – niemieckie, holenderskie, belgijskie, duńskie. Szybko zauważamy, że nasza nadwiślańska modernizacja jest spóźniona względem tej europejskiej o trzydzieści lat. Podczas gdy w Polsce ciągle zachłystujemy się mirażem budowy autostrad, wieżowców i wielopasmowych ulic, zachód Europy wielkim kosztem odtwarza to, co uległo zniszczeniu w wyniku takiego samego zachłyśnięcia się trzy dekady wcześniej. Z zaskoczeniem odkrywamy, że tamte miasta nie są tylko estetyczne, ale też przyjemne do życia – zielone ulice zaludnione są przez kolorowo ubranych, różnorodnych ludzi, restauracje wystawiają stoliki wprost na ulice, a centra miast nie są zawalone samochodami. Dużo osób jeździ rowerami, jeszcze większa ich ilość korzysta ze sprawnego transportu publicznego. Oglądamy centra miast i jesteśmy nimi zafascynowani – chcemy tego samego u nas w Polsce. Stajemy się apostołami nowego urbanizmu – powrotu do centrów miast. Wieszczymy odejście od powszechnego usamochodowienia, niekończącego rozlewania się miast na przedmieścia, biznesowo-biurowych monokultur podobnych sławetnemu Mordorowi na ulicy Domaniewskiej w Warszawie.

Wracamy do swoich miast i ze zdwojoną energią przystępujemy do ich upiększania. Organizujemy plebiscyty, które mają zawstydzać władze, palcem wskazujemy wszystkie niedociągnięcia i zapuszczone przestrzenie. Dopominamy się o ścieżki rowerowe, sprawny transport miejski, remonty kamienic. Dużo czytamy i domagamy się partycypacji w podejmowaniu decyzji. Ku zdumieniu urzędników, licznie stawiamy się na konsultacjach społecznych i zamieniamy je w miejsca gorących dyskusji. Zmiany, które do tej pory przechodziły bez żadnego oporu, muszą zatrzymywać się w pół kroku. Już nie można łatwo przeprowadzić trasy ekspresowej pod oknami dużego osiedla – nowe, prężne stowarzyszenie młodych mieszczan wystąpi z ostrym sprzeciwem. Plan miejscowy zakładający wyburzenie całego kwartału kamienic zostanie oprotestowany, przeciągnięty przez wszystkie media i w efekcie utrącony. Wymuszamy użycie nowych narzędzi współpracy – warsztatów, spacerów badawczych, planowania partycypacyjnego, a w końcu budżetu partycypacyjnego. Jest nam o tyle łatwiej, że szybko znajdujemy sojuszników. Rekrutują się oni z bardzo różnych grup. Część z nich to starsi działacze społeczni, członkowie towarzystw przyjaciół miasta, towarzystw opieki nad zabytkami czy klubów miłośników starych tramwajów. Inni to akademicy – albo niewiele od nas starsi, dopiero rozpoczynający naukową drogę życiową, albo ci, którzy są już na akademii od jakiegoś czasu, ale raczej nie w głównym nurcie. Wreszcie zaczyna nas popierać biznes – najszybciej nadchodzącą zmianę zaczynają rozumieć właściciele nieruchomości, a wydatnie pomaga im w tym nowy kryzys – kryzys roku 2008.

Przed tą datą dla zdecydowanej większości właścicieli nieruchomości jej prawdziwą wartość stanowiła wartość działki. Znajdujące się na niej budynki, nie daj Boże zabytkowe, są tylko kłopotliwym problemem. Typowym sposobem „zagospodarowania” takich działek jest wykupienie ich za bezcen od syndyka lub spadkobierców dawnych właścicieli, a następnie „przypadkowe” podpalenie i wyburzenie stojących tam budynków. Zazwyczaj dzieje się to w piątek popołudniu, gdy służby konserwatorskie i nadzór budowlany już nie pracują – sarkastycznie mawiamy, że „burzymurek” zawsze przychodzi wieczorem lub nocą. Na palcach jednej ręki daje się policzyć inwestycje, w wyniku których zabytkowe budynki nie znikają z powierzchni ziemi – ogromna większość starszych budynków jest fizycznie zagrożona. Uczymy się przeciwdziałać – prowadzimy dyżury, fizycznie pilnujemy budynków, wkuwamy wszystkie kruczki proceduralne, walczymy o wpisy do ewidencji i rejestru zabytków. To morderczy wyścig z czasem, który nie zawsze wygrywamy – ale mamy swoje sukcesy. Jeśli symbolem oporu dla pokolenia naszych rodziców był opornik w klapie i styropian, na którym spali podczas strajków studenckich, to dla nas są to pisma do konserwatora zabytków i kładzenie się na ziemi, aby koparka nie mogła rozpocząć rozbiórki.

Po roku 2008 sytuacja się zmienia. Pęka bańka na rynku nieruchomości, ceny działek lecą na łeb na szyję. Wczorajszy doskonale położony teren inwestycyjny staje się dzisiejszym kamieniem u szyi. Taśmowo plajtują spółki, spółki córki i spółki córki spółek córek, które jeszcze przed chwilą żwawo obracały działkami, kamienicami, fabrykami. Właściciele nieruchomości rozpaczliwie szukają pomysłów na taką ich adaptację, aby chociaż ograniczyć straty, a w najlepszym wypadku wyjść na zero. I wtedy w sukurs przychodzimy im my, nowi mieszczanie.

Wtedy nie widzimy jeszcze, że rzucamy im koło ratunkowe i że nadajemy pierwszy zamach potężnemu kołu, które za chwilę zmieni nasze miasta. Entuzjastycznie i zupełnie za darmo dzielimy się wiedzą. Opisujemy całe dzielnice, które z poprzemysłowej i pokryzysowej smuty wyszły na prostą. Rewitalizacja staje się naszym słowem-kluczem, choć każdy z nas rozumie je nieco inaczej. Podnosimy konieczność przeniesienia wydatków publicznych na remonty zabytkowej tkanki miejskiej, na pomoc przedsiębiorcom posiadającym takie nieruchomości. Zapełniamy je działaniami offowymi – w zamian za bardzo niski czynsz lokujemy tam siedziby naszych stowarzyszeń, zakładamy klubokawiarnie, tworzymy miejsca koncertowe i sklepiki ze starymi rowerami. Martwe fabryki i kamienice rozbrzmiewają nowym życiem – najpierw przychodzą wtajemniczeni, ale tuż za nimi pojawiają się pierwsze fale alternatywnej młodzieży, dzisiejszych millenialsów – to oni są naszymi pierwszymi odbiorcami i to oni natychmiast porównują nas ze swoim wyobrażeniem nowoczesności. Jesteśmy nowi, jesteśmy hipst – dobrze jest się wśród nas pokazywać. Tę nową modę zaczynają podchwytywać również politycy – prezydenci miast zaczynają wsiadać na rowery, otwarcie mówić o tym, że trzeba robić partycypację, współpracować i zmieniać miasta. Zatrudniają wręcz niektórych z nas w urzędach – ale ta pierwsza fala jeszcze rozbije się o mur wewnętrznej niemocy. Na razie jesteśmy ciekawostką, modną paprotką, którą warto mieć koło siebie. Nie wiedzą jeszcze, że nasze ambicje sięgają znacznie dalej.

My powoli zaczynamy czuć swoją siłę. Poznajemy się, jeździmy z miasta do miasta, w końcu powołujemy Kongres Ruchów Miejskich. Wreszcie mamy przestrzeń, gdzie możemy się spotkać, wymienić informacjami, sposobami walki. Jesteśmy coraz mocniejsi – na pierwszym Kongresie jest nas kilkudziesięciu, na drugim – ponad setka. Na trzeci przyjeżdża wysłannik z ministerstwa chcąc nas poznać i opowiedzieć o rodzącej się Krajowej Polityce Miejskiej. Jest rok 2013, dwa lata wcześniej ogłosiliśmy Tezy Miejskie, w których spisaliśmy nasz program działania. Pierwsza i najważniejsza z nich brzmi: mieszkańcy mają niezbywalne prawo do miasta. Mieszkańcy – czyli my.

Aby dobrze zrozumieć to, co się wydarzyło, musimy znowu przyjrzeć się naszym miastom. Wyglądają one wtedy już zdecydowanie inaczej niż dekadę wcześniej. Jesteśmy w środku unijnej perspektywy pomocowej, a samorządy na potęgę estetyzują ulice i place. Nie mogą już tego robić po staremu – muszą oglądać się na nas i przychylne nam media. Pamiętają doskonale nasze akcje i happeningi, więc starają się oddawać nam ogarek. Powstają pierwsze ścieżki rowerowe z prawdziwego zdarzenia, pojawiają się pierwsze kompleksowe programy remontowe kamienic, a główne ulice i place naszych miast przechodzą metamorfozy. Wciąż jest mnóstwo betonu, granitu i żeliwnych słupków, ale efekt już znacznie bardziej przypomina centra zachodnich miast. Z ogromną mocą wspieramy te zmiany, widząc ich pozytywny estetyczny wyraz. Oczywiście ganimy niedociągnięcia i grozimy palcem, ale też często dajemy pochwały i rozdajemy nagrody. Nie bardzo przejmujemy się tym, jakie ta forsowna estetyzacja przynosi efekty, cieszy nas sama zmiana i tempo, w jakim ona następuje. Część z nas czuje się usatysfakcjonowana – to ci, dla których liczy się przede wszystkim wygląd miasta i wygoda korzystania z oferowanych przez nie usług i atrakcji. Odmalowane fasady kamienic, równe chodniki, posadzone pod linijkę drzewka i kwietniki wypełnione kwiatami a nie przypadkowym chwastem – są tym, czego oczekują i nie trzeba im wiele więcej. Powoli przechodzą na pozycje typowo mieszczańskie, szczególnie że sytuacja na rynku pracy zdecydowanie się poprawiła, a oni sami nie są już studentami czy prekariuszami. Pozostali jednak walczą dalej – i będą musieli przegrać, aby wygrać.

Dla wielu z nas jest to moment refleksji. Powoli widzimy, że dostępne nam drogi działania znów się wyczerpują. Jedni uważają, że należy się sprofesjonalizować i przejść na pozycje eksperckie. Inni – że należy założyć własną „partię miast” i wejść do polityki. Jeszcze inni, że należy przejść przez instytucje, ale nie tak, jak za pierwszym razem, gdy wchodziliśmy tam bez przygotowania i trochę na oślep, ale porządnie, z ustalonymi zakresami kompetencji i mocy sprawczej. Nie jesteśmy w stanie dojść do porozumienia, więc się dzielimy. Część z nas startuje w wyborach samorządowych – i sromotnie przegrywa. Jesteśmy spóźnieni, przegapiliśmy nasz moment, wyhamowała nas bratobójcza walka PiS vs. antyPiS. Zawodowi politycy nas zjedli – ci nastawieni bardziej modernizacyjnie i proeuropejsko po prostu przejęli nasze hasła i przecinali wstęgi na tle inwestycji, które realizowali wedle naszych idei i postulatów. Oczywiście według nas robili to powierzchownie, pod publiczkę i wypaczając ideę, ale nasze głosy już nie przebijają się tak dobrze jak kiedyś. Rok 2014 jest dla nas bardzo zimnym prysznicem – i choć udaje nam się zdobyć kilku radnych, współrządzić niektórymi miastami i nawet mieć jednego prezydenta, to droga wyborcza okazała się być ostatecznie ślepą uliczką. Nasze drogi się rozchodzą, a wielu odtrąbiło nasz koniec.

Dopiero z perspektywy siedmiu lat widać, że wieści o naszej śmierci były przedwczesne. Jesteśmy doskonale zsieciowaną i kompetentną grupą wpływu. Znajdujemy się u szczytu naszych karier – jesteśmy radnymi i posłami, zajmujemy ważne stanowiska urzędowe. Jesteśmy cenionymi ekspertami doradzającymi samorządom i agendom rządowym, pracujemy na kierowniczych stanowiskach w ministerstwach i spółkach skarbu państwa. Prowadzimy z sukcesami własne firmy, robimy kariery akademickie. Wielu z nas po drodze zrobiło doktoraty i habilitacje, a jest też kilku, którzy mają już tytuł profesora. W naszych miastach nic nie dzieje się bez naszej wiedzy – choć nie musi to wynikać z naszych działań. Mamy pilnych i pojętnych uczniów. Jak Polska długa i szeroka widać znaki naszego sukcesu – odnowione kamienice, ścieżki rowerowe, woonerfy, parklety, zwężane ulice, schludne ogródki pod parasolami jak ze śródziemnomorskiego obrazka, pięknie przyciętą i podlaną zieleń. Jeśli parking, to raczej schowany i obudowany innymi funkcjami, a samochód coraz częściej staje się nieproszonym gościem. Nie spoczywamy na laurach – wciąż jest tyle do zrobienia! Ale czy na pewno wszystko, co zrobiliśmy, zrobiliśmy dobrze?

Gdy spoglądam wstecz, widzę, że ta bezkrwawa rewolucja wcale nie obyła się bez ofiar. Ofiar, które znikały w ciszy, bardzo często w sposób niezauważony, albo wręcz przeciwnie, z poczuciem ulgi. Tym, co musiało odejść jako pierwsze, było to, co było najbardziej nieestetyczne. Wypowiedzieliśmy wojnę na śmierć i życie obskurnym budom, nie przyjmując do wiadomości, że rugując je z miejskiej przestrzeni zabieramy ludziom dostęp do taniej żywności. Tam, gdzie stał rząd budek z pieczywem i warzywami, dziś najczęściej jest skwer albo pusta, estetyczna przestrzeń. Gdy byliśmy młodzi, kupowaliśmy w tych budkach zapiekanki, hamburgery czy frytki, później kebab. Dzisiaj nie kupimy już w nich nic, bo ich po prostu nie ma. Stać nas na to, aby zjeść w restauracji – ale czy aby każdego jest stać tak jak nas?

Zawłaszczyliśmy przestrzenie, dotąd wspólne. Uporządkowaliśmy ulice i targowiska – tam, gdzie stały zwykłe krzywe stragany z chińską tanizną, dzisiaj często jest pusty plac i fontanna. Niektórym z nas marzyły się klimatyczne targi, ale przecież klimatyczność nie powinna być swojska i nasza, lecz historyzująca i estetyczna. Chodzimy więc na eko-targi, organizujemy jarmarki rękodzieła, na których wystawiają się w różnych miastach wciąż te same, wyspecjalizowane w nich osoby. Dwie marki kraftowego piwa, kilku producentów serów, trzech producentów wędlin, obowiązkowe stoisko z grzanym winem jednego producenta, do tego kilka straganów z ręcznie robioną biżuterią i szytymi z filcu pluszakami – jeśli widziałeś jeden, widziałeś je wszystkie. Wydawało nam się, że pragnęliśmy autentyczności, ale tak naprawdę chodziło nam o estetykę i o aspirację do tego, co kiedyś zobaczyliśmy na Zachodzie. Wielki biznes patrzył na to z radością – ogromny sukces „zrewitalizowanej” Hali Koszyki w Warszawie pokazał, że sztuczna „miejskość” i „autentyczność” sprzedają się doskonale.

Największym jednak naszym „sukcesem” jest „odżulenie” centrów naszych miast. Od zarania swojej działalności walczyliśmy z „żulem” – symbolem patologicznej, zdegenerowanej tkanki ludzkiej, złośliwym nowotworem, który zjadał nasze miasta. Powtarzaliśmy sobie, że PRL zepsuł nasze miasta, bo sprowadził do pięknych kamienic przypadkowych biedaków. Klaskaliśmy, gdy jeden z architektów mówił, że najgorszym, co spotkało łódzkie kamienice, są mieszkający w nich ludzie. Gdy mówił, że trzeba tych ludzi przesiedlić, a na ich miejsce sprowadzić luminarzy i facetów z grubymi portfelami, pukaliśmy się w czoło – zgadzaliśmy się, że trzeba ten problem rozwiązać, ale byliśmy bardziej humanitarni. Uważaliśmy, że musi powstać „miks” – część osób uboższych może pozostać, ale tylko ci, którzy rokują i którzy dadzą się zrewitalizować. Pozostałych zastąpimy my i ludzie nam podobni – młodzi mieszczanie, rodziny z dziećmi, wielkomiejskie single, pracownicy korporacji, wolne zawody. Teraz już nie opłaca się wyburzyć kamienicy, ale należy ją „wyczyścić” z tkanki ludzkiej, wyremontować i sprzedać mieszkania na pniu. Całe kwartały wyludniają się i diametralnie zmienia się ich tkanka społeczna. „Gorsi” ludzie wypierani są do złych dzielnic, a ich miejsce zajmują ludzie podobni nam – w końcu każdy musi gdzieś mieszkać, a mieszkanie jest najbardziej poszukiwanym towarem na rynku. Niechcący uruchomiliśmy lawinę, której nie umiemy już zatrzymać – a wielu z nas wcale zatrzymywać jej nie chce. W końcu co to za przyjemność siedzieć w ogródku i popijać prossecco, gdy nagabuje cię nieładnie pachnący żebrak i prosi o złotówkę na bułkę? Dobrze, że szybko zajmuje się nim przechodzący właśnie patrol straży miejskiej, niech „żul” sobie nie myśli, że może swobodnie łazić, gdzie chce.

Nasze działania w znakomitej większości są dla nas kompletnie przezroczyste. Uważamy, że tworzymy przestrzeń przyjazną dla wszystkich, ale aktywnie wykluczamy z niej wielu dotychczasowych użytkowników. Na naszych wizualizacjach nie ma chłopaków z bram, pijaczków siedzących na ławkach, starszych kobiet z pieskiem z wyłupiastymi oczami i nogami jak patyki wyglądających z okien. Szybko neutralizujemy wszystkie przejawy ich aktywności – zamalowujemy kibicowskie malunki, usuwamy ławki, na których mogliby siedzieć (tak, wiemy, że ławki powinny być, ale na wszelki wypadek postawmy je tak, żeby nie dało się na nich usiąść większą grupą i żeby nie było ich za dużo, bo ludzie nie będą chcieli korzystać z ogródków knajpianych), krzywo patrzymy na lokale, które ich obsługują. Jeśli zadamy sobie trud, żeby porozmawiać z tymi „gorszymi” ludźmi, to dowiadujemy się, że nasze „dostępne i otwarte miasta” są dla nich z różnych powodów niedostępne lub trudne do przebycia. Całe ulice zapełnione są lokalami, do których nie wejdą, bo nie czują że jest ich na to stać, ale za to czują, że nie pasują ubiorem, zachowaniem, fryzurą. Poza okazjonalną Żabką nie mają gdzie kupić tańszego jedzenia, a kawa z pączkiem, która kiedyś kosztowała kilka złotych, dzisiaj wielu emerytów przyprawiłaby o bankructwo. Wielu biednych czuje swoje niedopasowanie do nowej, estetycznej przestrzeni, a jedyne, co mogą w niej robić, to przemykać szybkim krokiem lub wyładowywać na niej swoją frustrację, ku naszemu oburzeniu. Koło wykluczenia wtedy się zamyka – w końcu skoro „patologia” zniszczyła, to tym bardziej trzeba się przed „patologią” bronić. Grodzić, stawiać kamery, wysyłać patrole. Nawet, a może szczególnie wtedy, gdy ten teren sami przed chwilą tej „patologii” odbiliśmy.

Nasza rewolucja naznaczona jest paradoksami. Choć przegraliśmy, to wygraliśmy. Będąc niewielką i pozbawioną wpływów liczonych w politycznych szablach czy wielkich pieniądzach nadaliśmy ton miejskiej modernizacji na dziesięciolecia. Nasze sukcesy mają faustowską naturę. Walcząc o rewitalizację – przynieśliśmy też gentryfikację. Domagając się partycypacji, wzmocniliśmy też podziały, oddając władzę w ręce aktywnych i napędziliśmy procesy wykluczenia, mówiąc biernym, że przecież mogli być aktywni. Tworząc przestrzeń „dla wszystkich” i myśląc wspólnotowo, zniszczyliśmy istniejącą w naszych miastach demokratyczną wspólnotę przestrzeni, uruchamiając bądź napędzając procesy znacznie większe od nas samych. Walcząc z zachłannym kapitalizmem i bezmyślną konsumpcją, których symbolem byli dla nas nasi starsi, zadowoleni koledzy w swoich wielkich SUVach, sami torowaliśmy drogę jego nowej, ulepszonej wersji. Sami siebie postrzegamy jako siłę progresywną, europejską i postępową, ale nasza inkluzywność i otwartość ma bardzo jasno sprecyzowane klasowe granice. Jesteśmy dużo bardziej niejednoznaczni niż gotowi jesteśmy się do tego przyznać i najwyższy czas, abyśmy spojrzeli na siebie tym samym zimnym, analitycznym wzrokiem, którym do tej pory obdarzaliśmy tych, którzy byli przed nami.

Jarosław Ogrodowski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Paul Kingsnorth: Nowa wizja patriotyzmu (2004)

To, co mogłoby nas wszystkich zjednoczyć to nowy, radykalny patriotyzm.

Olśnienie zawdzięczam ponadnarodowej korporacji odzieżowej Gap. Mijałem właśnie jej sklep firmowy, kiedy mój wzrok przykuł plakat umieszczony w witrynie. Ogromne litery głosiły: „JESIENNA WYPRZEDAŻ (Fall Sale). CENY 50% W DÓŁ!”.

Chwilę potrwało, zanim dotarło do mnie, że coś tutaj nie gra. Przecież nie jestem w USA, lecz w Anglii! U nas nie ma takiej pory roku jak fall – po ANGIELSKU jesień to autumn! Ogarnęła mnie bezsilna rozpacz na takie korporacyjne zawłaszczenie mojego języka, kultury, przestrzeni publicznej. Rozejrzałem się dookoła: nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek podzielał moje uczucia.

Być może byłem jedyną osobą, która przejmowała się faktem, że Anglicy zupełnie dziś nie wiedzą, kim są. Ich kultura jest w odwrocie, historia – w dużej mierze zapomniana, olbrzymie połacie tutejszego krajobrazu są w zawrotnym tempie przekształcane w bezduszne nie-miejsca [1]. Można o nich, czyli o nas, powiedzieć, że są zagubionym społeczeństwem. Ubieramy się jak Amerykanie, śpiewamy jak Amerykanie, kupujemy jak oni. Zamieniamy puby w sieciowe bary, wycinamy sady i likwidujemy gospodarstwa rolne, by przekształcić wsie w podmiejskie osiedla-sypialnie, a miasta otaczamy kordonem obwodnic i hipermarketów.

Jeśli Anglia była, jak uważał George Orwell, „rodziną z czarnymi owcami pod kontrolą”, teraz bardziej przypomina rodzinę rozbitą. Anglicy stają się narodem bez tożsamości. Wyszydzana przez lewicę, dwuznacznie wykorzystywana przez prawicę, angielska kultura była przez lata czymś kłopotliwym; trupem w szafie, który od czasu do czasu ożywał i z ogoloną na łyso głową i w glanach straszył sąsiadów.

Komu zależy na Anglii? Z politycznego punktu widzenia, wśród liberalnych elit nikt nie śmie nazywać tej miłości po imieniu. Na prawicy z kolei ta miłość, jeśli to rzeczywiście jest miłość, jest tak silna, jak zawsze. W ostatnich dziesięcioleciach na dobrą sprawę jedynymi, którzy wyrażali gotowość „stawania w obronie” Anglii, byli ci, na widok których większość czytelników niniejszego czasopisma [2] przeszłaby na drugą stronę ulicy: wymachujący flagą zagorzali konserwatyści, dziadkowie, których listy ukazują się w dziale opinii czytelników „Daily Telegraph” oraz, czająca się gdzieś na mrocznych obrzeżach, rasistowska prawica, aż poczerwieniała ze strachu i wściekłości.

Co jednak z resztą, ogromną częścią społeczeństwa, która ani nie jest specjalnie rozpolitykowana, ani nie przejawia skłonności do analiz kulturowych? To ci, którzy powiewają flagami z Krzyżem Św. Jerzego [3] z okien swoich samochodów. To ci, dla których Anglia jest czymś realnie istniejącym, ale zalecono im, aby o tym nawet nie wspominali, z obawy, że mogłoby to obudzić w nich namiętności, których wszyscy wolelibyśmy uniknąć. Dla nich – dla nas – Anglia jest obecnie zakazanym słowem.

W pozbawianiu Anglików ich kultury ogromną rolę odegrała lewica. Postmodernistyczna, liberalna, XXI-wieczna wykładnia angielskości (Englishness) mówi, że nie ma ona znaczenia – i że to dobrze. W końcu Anglicy mają mroczną historię. Poza swoimi granicami – kolonializm. Na własnym podwórku – ciemiężenie Szkotów, Irlandczyków i Walijczyków. Każdy wybuch debaty na temat narodowej tożsamości może jedynie obudzić te upiory. Zgodnie z tą wizją, obecnie jesteśmy jedynie zbiorem ludzi zamieszkujących „multikulturową” wyspę na Morzu Północnym.

Strach przed laniem wody na młyn rasistowskiej prawicy przywiódł Anglików – a przynajmniej ich inteligencję – do wyparcia się istnienia własnej kultury. Wiążą się z tym dwa niebezpieczne skutki.

Po pierwsze, wspomniana skrajna prawica całkowicie zawłaszczyła angielskość i nadała jej biały kolor skóry, jeszcze bardziej utrudniając debatę na ten temat. Prawicowa ekstrema wykorzystuje brak wspomnianej debaty do wygrywania społecznych lęków przed tym, że „liberalne elity” i „biurokraci z Brukseli” knują, by już w ogóle nie musieć przejmować się głosem zwykłych obywateli. Strach i gniew, jaki budzi to w ludziach poszukujących własnej tożsamości, kierowany jest następnie na niewłaściwe cele – obecnie „na topie” są imigranci i uchodźcy.

Drugim następstwem jest to, że zmasowany atak na resztki tego, co stanowi odrębne angielskie dziedzictwo, prowadzony zwłaszcza przez siły amerykańskiego kapitalizmu, nie jest w żaden sposób odpierany przez lewicę, która powinna być ich najbardziej zagorzałym obrońcą.

Czymże jest Anglia? Legenda angielskiej muzyki folkowej, Martin Carthy, nieźle to ujął. „Anglicy nie wiedzą, kim są – mówi. – Porzucili swoją tożsamość i ukuli koncepcję »Brytanii«. Tower of London to Anglia, Buckingham Palace to Anglia, Yeomen of the Guard [4] to Anglia… Ale tam nie ma kultury. Myślę, że to, co stanowi o odrębności Anglików od innych, to ich muzyka, taniec, literatura i malarstwo”.

Jest coś w tym, co powiedział Carthy. Muzyka i wszelkie inne dziedziny szeroko rozumianej twórczości [5] pomagają zdefiniować zbiorowości. Podobnie style ubioru, rzemiosło, dziedzictwo kulinarne, język, krajobraz kulturowy. Wszystkie razem, wartości te tworzą rdzeń danej kultury.

W przypadku istoty tego, co jest Anglią, najłatwiej chyba uchwycić ją w krajobrazie. Puby, sklepy, kluby, miejsca kultu, gospodarstwa rolne, ulice handlowe (high streets), wioski: miejsca, które wybudowali Anglicy, które musiały wyjść spod ich rąk – i które nie mogłyby powstać gdziekolwiek indziej.

Takich miejsc jest jednak coraz mniej. Weźmy instytucję lokalnego pubu, którą można by uznać za kulturowy kamień węgielny. „Gdy utracicie swoje gospody, zatopcie wasze puste jestestwa, gdyż do końca stracicie Anglię” – oznajmił angielski poeta francuskiego pochodzenia, Hilaire Belloc [6] w latach 30. ubiegłego wieku. Być może już czas odkręcać kurki, bo tradycyjne puby znikają bardzo szybko – 20 każdego miesiąca! Połowa z pozostałych należy do wielkich sieci, z których wiele kontrolowanych jest przez międzynarodowe banki. Prawdziwych „browarów regionalnych” jest obecnie na Wyspach zaledwie 38 [7].

Podobnie rzecz się ma z naszymi miastami i miasteczkami. Niemalże znikły lokalne sklepy nienależące do żadnej sieci handlowej. Podobny los spotkał targowiska, będące przejawem lokalnej tożsamości. Lokalne ulice handlowe stały się ponadnarodowymi centrami handlowymi, przyczyniając się do powstawania tego, co New Economics Foundation (Fundacja Nowej Ekonomii) nazywa „miastami-klonami” (clone towns). Jej raport na temat owego zjawiska jedynie ujmuje w liczbach to, co wszyscy możemy ujrzeć wokół siebie: między 1995 a 2000 rokiem Wielka Brytania straciła co piąte z małych sklepików, placówek bankowych i pocztowych oraz pubów – łącznie ponad 30 tys. detalicznych punktów sprzedaży. Ich miejsce zajęły wielkie sieci.

Na wsi jest nie lepiej. Ponad 100 tys. miejsc pracy w rolnictwie utraciliśmy tylko w poprzedniej dekadzie. Rodzinne gospodarstwa zanikają. Zarówno łowiska, jak i niezależni rybacy, ostro dostali w (k)ość. Słynne niegdyś angielskie sady idą pod topór w pogoni za unijnymi dotacjami. Z 6 tys. odmian naszych najbardziej sławnych z rodzimych owoców, jabłek, w supermarketach można bez trudu nabyć… dziewięć. W coraz szybszym tempie Anglia zamienia się w ogromny sklep wielobranżowy, leżący przy drodze do globalnego rynku, zaludnionego przez obywateli niczego.

Cóż więc robić?

Każdy z nas niech starannie przyjrzy się otoczeniu, postara się je poznać i zrozumieć, i zadać sobie pytanie, dlaczego ma ono dla nas znaczenie. Potrzebujemy nowej wizji angielskości: takiej, która zabierze nasz kraj z dala zarówno od szyderców z lewa, jak i od fanatyków z prawa. Powinniśmy być w stanie mówić o kulturze i miejscu – dwóch rzeczach, które przez swoją obecność bądź nieobecność określają egzystencję każdego człowieka na świecie – bez odwoływania się do koloru skóry.

W ten sposób dochodzimy do apelu o nowy, pozytywny angielski nacjonalizm: antyrasistowski, patrzący w przyszłość, lecz zakorzeniony w przyszłości nacjonalizm, z którym każdy, kto uważa, że miejsce ma znaczenie, będzie w stanie się utożsamić.

Pozwólcie zacząć definiować nową angielską kulturę opartą o miejsce, nie o kolor skóry – angielskość opartą na uznaniu, że wszyscy przynależymy do tego samego miejsca i musimy współuczestniczyć w tworzeniu tego, czym stają się Anglicy.

W ramach tego pozwólcie przyjąć tyleż kontrowersyjne, co niezbędne założenie, że miejsce stwarzającej problemy koncepcji multikulturalizmu jest na historycznym śmietniku. Kiedy nawet Trevor Phillips [8], szef Komisji na rzecz Równości Rasowej (Commission for Racial Equality, CRE), podejmuje to wezwanie, możemy śmiało stawać do debaty bez obawy, że zostaniemy przedstawieni jako rasiści.

Pozwólcie nam wykuć angielskość opartą nie o kulturową, religijną czy rasową gettoizację, które są często niezamierzonym efektem dążenia do multikulturowej utopii, ale o wielorasowe społeczeństwo żyjące pod parasolem stworzonym przez nas wszystkich, od Anglosasów po Afro-Sasów, w którym zarówno folkowe piosenki Elizy Carthy, jak rap The Streets, stopy Wayne’a Rooneya i pięści Amira Khana [9] reprezentują to, czym jesteśmy.

Czy taka idea jest rasistowska, „ekskluzywistyczna” lub „wprowadzająca podziały”? Nie: jest czymś wręcz przeciwnym. Jest świadomie inkluzywną wizją kraju, który dobrze czuje się sam ze sobą, wita wszystkich przybyłych, ale wie też, z czym to się wiąże; jest świadomy zarówno tego, na co może pozwolić, jak i czego nie powinien tolerować. Kultura, która dobrze czuje się sama ze sobą, jest znacznie bardziej odporna na rasizm, strach przed „obcymi” i lęk przez własnym zanikiem. Zadowolona kultura osuszy bagno ksenofobii znacznie skuteczniej, niż byłyby to w stanie zrobić jakiekolwiek ustawy.

Pozwólcie nam zatem, nostalgiczni torysi, winni liberałowie, religijni ekstremiści, postmodernistyczni akademicy, przestać chcieć być kimś innym, gdzieś indziej, w jakichś innych czasach. Żyjmy tutaj, razem, i walczmy o to. Zbudujmy angielskość, która wyrzuci za drzwi zarówno liberalny wstyd, jak i konserwatywną bigoterię.

Zapewne niektórzy rzekną, że za późno na to wszystko, że dzisiejsza Anglia i Anglia przeszłości nigdy nie będą w stanie się spotkać. Nie będą mieli racji, jako że ciągłość i zmiana zawsze idą ręka w rękę. „Co wspólnego może mieć Anglia roku 1940 z Anglią Anno Domini 1840?” – pisał George Orwell podczas II wojny światowej w eseju „Lew i jednorożec: socjalizm i duch angielski”. „A co ty masz wspólnego z tym pięcioletnim dzieckiem, którego zdjęcie postawiła na kominku twoja matka? Nic, poza tym, że jesteś tą samą osobą” [10].

Paul Kingsnorth

tłum. Artur F. Owczarek

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na łamach opiniotwórczego lewicowego tygodnika „New Statesman” z 15 listopada 2004 r. Następnie polski przekład za zgodą autora ukazał się w piśmie „Obywatel” nr 40, 2008.

Przypisy tłumacza:

1. Non-places; określenie to wprowadził francuski antropolog Marc Augé w swojej książce „Non-places: wprowadzenie do antropologii nowoczesności” (1995). Nie-miejsca to przestrzenie, najczęściej związane z komunikacją i konsumpcją, w których spędzamy wiele czasu, jednak nie przywiązujemy do nich specjalnych znaczeń (przykładem mogą być centra handlowe czy lotniska). Jako że na całym świecie są one podobne do siebie, bywają uważane za jeden z symboli globalizacji.

2. Gazeta, w której ukazał się tekst, jest lewicowym tygodnikiem.

3. Czerwony krzyż na białym polu, narodowa flaga Anglików. Stanowi jeden z elementów bardziej znanej, niebiesko-czerwono-białej flagi Wielkiej Brytanii, w skład której wchodzi jeszcze czerwony krzyż św. Patryka (patrona Irlandii) i biały św. Andrzeja (patrona Szkocji). Zob. też artykuły, w których symbol ten odgrywa centralną rolę, opublikowane w „Obywatelu” nr 21 i 36.

4. Królewska gwardia przyboczna (halabardnicy).

5. W oryginale użyto słowa the arts, mającego szersze znaczenie niż słowo art (sztuka), przez które rozumie się najczęściej sztuki wizualne (film, malarstwo, fotografia), i obejmuje także np. sztukę kulinarną.

6. Hilaire Belloc (1870-1953) – historyk, pisarz i poeta, współtwórca (wraz z G. K. Chestertonem) doktryny dystrybucjonizmu, odrzucającej niczym nieograniczony kapitalizm, z jego tendencją do powstawania monopoli, i nawołującej do upowszechniania drobnej, niezależnej własności w przemyśle, handlu i rolnictwie.

7. W oryg. family brewers; są one zrzeszone w Independent Family Brewers of Britain i nadal reprezentują ok. 4,5 tys. pubów i produkują ok. 450 marek piwa.

8. Czarnoskóry polityk Partii Pracy; po wielu latach wspierania idei multikulturalizmu stał się obecnie jednym z najbardziej prominentnych jej krytyków (m.in. zwraca uwagę, że niekoniecznie musi ona działać na korzyść mniejszości).

9. Czołowy brytyjski bokser o korzeniach pakistańskich. Często publicznie zachęca do integracji brytyjskich muzułmanów i reszty społeczeństwa.

10. W przekładzie Marcina Szustera za George Orwell, Jak mi się podoba. Eseje, felietony, listy, Fundacja Aletheia, Warszawa 2002.

Ku nowej cyfrowej normalności

Cyfryzacja w firmach mocno przyspieszyła w czasach pandemii. Napędzana jest przez dwie potężne siły. Pierwsza z nich to zachowania konsumentów, którzy generują finansowe rekordy cyfrowym gigantom. Drugi bodziec wynika w dużej mierze z efektów tego pierwszego – to gigifikacja pracy: wzorce działania organizacji platformowych rozprzestrzeniają się w praktycznie wszystkich branżach. Amazon czy Uber są przez znaczną część zarządzających i właścicieli traktowani jako biznesowy punkt odniesienia i wzorzec działania. W ten sposób tworzy się nowa popandemiczna normalność dla pracujących. Raczej niewiele w niej miejsca na dobrą, satysfakcjonującą pracę.

O wpływie cyfryzacji na miejsce pracy pisze i mówi się coraz więcej. W większości przypadków wychodzi się już poza marketingowe slogany o tym, że pracownicy dzięki nowym rozwiązaniom będą wykonywali mniej ciężkiej pracy, którą przejmą maszyny i sztuczna inteligencja, a w zamian będą mogli skupić się na kreatywności i innowacyjności. Coraz więcej światła rzuca się na ciemną stronę cyfryzacji i jej negatywny wpływ na środowisko pracy. Opisałem te zjawiska w artykule, który ukazał się w bieżącym numerze „Nowego Obywatela”:

• rosnący nacisk na totalny cyfrowy nadzór w zarządzaniu,

• przejęcie ludzkich działań zarządczych przez aplikacje (zarządzanie algorytmiczne),

• nieograniczone przechwytywanie i wykorzystanie cyfrowych danych pracowników,

• dehumanizację pracy i alienację pracownika w cyfrowym tayloryzmie.

Pandemia stworzyła doskonałe warunki do wprowadzania nowych technologii cyfrowych. Zwiększono zakres monitoringu, chcąc ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa w miejscu pracy. Wprowadzono m.in. kamery termowizyjne, gromadzenie danych o zdrowiu pracowników, aplikacje do mierzenia dystansu pomiędzy pracownikami. Pracujący zdalnie lub hybrydowo zaczęli intensywnie korzystać z aplikacji do telekonferencji, a ich szefowie zaczęli interesować się narzędziami do monitoringu pracy zdalnej. Wszystko to stworzyło doskonałe możliwości do rozwoju zarządzania algorytmicznego: coraz więcej gromadzonych danych można wykorzystywać na coraz więcej sposobów. Brak regulacji w tym obszarze pozwala na wiele, w rezultacie deweloperzy w firmach IT zostali zarzuceni pracą nad sposobami wykorzystania danych pozyskiwanych na wszelkie możliwe sposoby.

Wszystko to tworzy przyszłość pracy, której elementy są już dobrze znane: „Techniki i narzędzia gospodarki platformowej rozprzestrzeniły się znacząco poza pracę typu »gig work«, przynosząc szeroką gigifikację i restrukturyzację miejsc zatrudnienia, zachowań i relacji, pracy i wspólnot.

Tworzy to środowisko niemal totalnego nadzoru, zbierania i obróbki danych dotyczących prawie każdego aspektu działania w pracy, w czasie rzeczywistym. Jest to wykorzystywane do ukierunkowania ludzi do wykonywania większej liczby zadań w mniejszym czasie, intensyfikując ich pracę. Standardy ustanowione przez system są następnie wykorzystywane do oceny i zarządzania wynikami, nagradzania bądź karania pracowników oraz do dawania lub blokowania dostępu do stabilnych umów o pracę” [1]. Jeśli chodzi o pracę, wchodzimy w Erę Amazońską, jak obecne czasy nazwano w raporcie Institute for the Future of Work (IFIW). Spróbujmy opisać tę nową normalność.

Amazon jako wzór

Firma Bezosa jest jednym z największych wygranych czasów pandemii. Potężne, kilkudziesięcioprocentowe wzrosty obrotów na pewno działają inspirująco na właścicieli i menedżerów innych firm. Inaczej jednak wygląda spojrzenie na Amazon jako na miejsce pracy, które raczej tylko połowicznie odpowiada sloganowi tej firmy: Work hard, have fun – Pracuj ciężko, baw się dobrze.

W 2020 r. liczba wypadków w pracy była w Amazonie o 80% wyższa od średniej dla branży magazynowej. Prawie 6 wypadków na 100 pracowników skutkowało średnio 46 dniami niezdolności do pracy. Bezpośrednią przyczyną jest oczywiście monotonna, ciężka praca fizyczna, którą wymuszają wyśrubowane normy efektywności, regulowane przez zarządzanie algorytmiczne. Praca przyszłości a’la Amazon wygląda z perspektywy pracownika mniej więcej tak:

„W typowy dzień pracy Rina ciągle styka się z systemami śledzącymi jej ruch, czas i ciało. Przy wejściu do centrum oceniane jest jej zdrowie. […] Po wejściu do magazynu Rina dokonuje strategicznej decyzji o tym, gdzie zjeść lunch. Dla pracowników ogromnego centrum dystrybucji minuty i sekundy mogą mieć kluczowe znaczenie. Szuka pokoju socjalnego, który jest tylko trzy lub cztery minuty spacerem od jej stanowiska. Wybór niewłaściwego pokoju, na przykład oddalonego o siedem minut, może pożreć połowę jej trzydziestominutowej przerwy. Na swoim stanowisku Rina rozpoczyna pracę, logując się do systemu komputerowego, który generuje dla niej wskaźnik produktywności. Wie, że jest monitorowana, ponieważ monitor przed nią informuje ją, w jakim tempie pracuje. Menedżerowie również stale skanują monitory, aby upewnić się, że pracownicy robią wynik. Rina nie jest pewna, ale wierzy, że kamery wokół obiektu – albo z opcją automatycznego monitoringu, albo z kontrolą człowieka – są drugim poziomem nadzoru. W środku jest również obserwowana przez kontrolerów, ludzi mających za zadanie upewnić się, że personel wykonuje swoją pracę i utrzymuje co najmniej 6 stóp odległości od siebie. Rina mówi, że w nowszych zakładach Amazon używa urządzeń elektronicznych, aby informować pracowników, czy zbliżają się do siebie zbyt blisko” [2].

Cyfryzacja i zarządzanie algorytmiczne pozwoliły Amazonowi wyśrubować normy efektywności do poziomu, który staje się szkodliwy dla zdrowia pracowników. Tak wygląda realizacja korporacyjnego hasła „Work hard”. Ostatnie miesiące to również medialne kampanie firmy, pełne haseł typu „Zdrowie i bezpieczeństwo pracowników było od pierwszego dnia priorytetem Amazona”, mające pokazać dbałość o dobrostan pracowników, czego ukoronowaniem była kolejna cyfrowa innowacja: AmaZen. Jest to mała budka w środku magazynu, w której zmęczony pracownik może odbywać praktyki mindfulness, oglądając krótkie filmiki, przedstawiające działania mające poprawić samopoczucie. „Pracuj ciężko, baw się dobrze”.

Nawet jeśli Amazon nie byłby bezpośrednim źródłem inspiracji dla innych firm, gdzie pracownicy wykonują prace fizyczne, to na pewno zarządzanie algorytmiczne powiązane z cyfrowym monitorowaniem efektywności staje się normą na podobnych stanowiskach pracy. W takim środowisku zanikają relacje pomiędzy pracownikami, skutecznie ograniczane również aplikacjami zmuszającymi do utrzymywania odpowiedniego dystansu (oprócz Amazona, także Ford wprowadził taką aplikację dla pracowników produkcji).

W ciągu ostatnich tygodni, przy okazji konferencji czy seminariów na temat przyszłości pracy, obraz Charliego Chaplina z „Modern Times” był przywoływany przez różnych prelegentów kilka razy. Nic dziwnego, w Erze Amazońskiej nowe są tylko narzędzia cyfrowe, a same założenia są wzięte prosto z początków zarządzania naukowego, co dla człowieka w pracy nie oznacza nic dobrego.

Praca w organizacjach platformowych

Gigifikacja pracy ma swoje korzenie w organizacjach platformowych. W tym przypadku trudno mówić o jakiejś nowej normalności, skoro praca od początku była tam projektowana w taki sposób, aby wykonujący ją nie miał w ogóle praw pracowniczych, występując jako „świadczący usługę” przy wykorzystaniu aplikacji. Model funkcjonowania Ubera, Glovo czy innej tego typu korporacji, stał się wzorem dla firm kurierskich i powoli staje się wzorem dla branży handlowej: „Przeszliśmy restrukturyzację, wszystko się zmienia i wpływa to na umowy, więc jest się bardziej elastycznym. Widzę to tak, że w ciągu 5-10 lat to będzie coś w rodzaju firmy z główną grupą pracowników i mnóstwem podwykonawców” – jak określił to pracownik wspomnianej branży w cytowanym wcześniej raporcie Institute for the Future of Work.

W kontekście tego typu organizacji przyszłość może oznaczać walkę pracowników o swoje prawa. Ostatnie miesiące przynoszą kilka ciekawych zdarzeń, które mogą wskazywać kierunek. Po uznaniu w lutym bieżącego roku przez brytyjski Sąd Najwyższy, że kierowcy Ubera mają prawa pracownicze, korporacja zaczęła zbierać roszczenia pracowników, wynikające z braku takiego traktowania w przeszłości. Wcześniej podobny wyrok dotyczył kurierów Glovo w Hiszpanii. Przygotowywana dyrektywa unijna, dotycząca zastosowania sztucznej inteligencji, w kontekście pracy wymienia również samozatrudnionych działających w ramach platform cyfrowych.

W Polsce w tym kontekście mieliśmy pod koniec kwietnia strajk kurierów Glovo, na który korporacja zareagowała usunięciem strajkujących z platformy. Taka pokazowa reakcja najlepiej obrazuje asymetrię relacji pomiędzy organizacją platformową a pracownikami, którzy na jej rzecz pracują. Korporacje platformowe wykorzystują swoją władzę na dwa sposoby:

• arbitralnie ustalając warunki współpracy, zmieniając stawki, obszary działania etc. (jednostronna decyzyjność),

• uniemożliwiając krytykę i wymianę niepożądanych dla siebie informacji (blokowanie komunikacji).

W przypadku Glovo klarownie widać było wykorzystanie przez firmę obydwu zakresów władzy. W ten sposób maksymalizowane są interesy firmy, bez uwzględnienia interesów pracowników, którzy nie mają praw decyzyjnych (poza korzystaniem z aplikacji) oraz możliwości normalnej komunikacji z zatrudniającym. Nowa normalność w tym przypadku musi oznaczać prawa pracownicze dla pracujących.

Hybrydowa praca biurowa

Co prawda skala pracy zdalnej w Polsce nie wydaje się tak duża, jak częstotliwość jej wspominania w mediach elektronicznych w czasie pandemii, ale wszystko wskazuje na to, że to właśnie praca hybrydowa stanie się nowym standardem w przypadku pracowników biurowych. Tak zresztą wyglądała w ostatnich miesiącach rzeczywistość zdecydowanej większości takich pracowników. Według raportu ING 38% badanych pracuje w zawodach umożliwiających pracę z domu i jedynie 8% z tej grupy nie pracowało zdalnie w drugiej połowie 2020 roku, a 1/3 funkcjonowała zawodowo w taki sposób przez większość czasu [3].

Rozwiązanie hybrydowe pozwala na ograniczenie szkodliwych skutków pracy zdalnej, o których w swoim raporcie wspominał nawet Microsoft: intensywność wykorzystywania cyfrowych mediów od początków pandemii prowadzić może do stanu cyfrowego wycieńczenia. Wielokrotnie zwiększa się liczba spotkań on-line, przy jednoczesnym zmniejszeniu intensywności komunikacji w zespołach. Wydłuża się czas dostępności pracownika mierzony czasem od wysłania pierwszej do ostatniej wiadomości.

Nic dziwnego, że dla pracujących istotne staje się „prawo do odłączenia”. Takie regulacje są niezbędne dla dookreślenia relacji pracowniczych w kontekście pracy z domu.

Następnym obszarem, definiującym nową normalność w pracy biurowej, jest ciągły nadzór. Rozwój pracy zdalnej napędza wdrażanie narzędzi monitorowania efektywności pracowników, chociaż cyfrowy nadzór nie jest niczym nowym. Na pewno jest to kluczowy składnik zarządzania algorytmicznego, niezależnie od branży.

Cyfrowy nadzór jako stały składnik pracy wywołuje reakcję pracowników. Ciekawe spostrzeżenia wynikają z badań zrealizowanych wiosną tego roku przez Jana J. Zygmuntowskiego i Nikodema Szewczyka. Cyfrowy nadzór sprzyja poczuciu alienacji pracy oraz przyczynia się do przeciążenia (co opisałem w kontekście Amazona) oraz wypalenia zawodowego. Skala zastosowania monitoringu powoduje, że mierzony nie jest już rzeczywisty efekt pracy, ale raczej prezentacja tego efektu. Pracownicy radzą sobie z ciągłym nadzorem, stosując manipulację wynikami (np. ciągły ruch kursora w celu pozorowania pracy, do czego napisano już nawet specjalny program). Menedżerowie, którzy również korzystają ze zbieranych danych w celu sprawowania funkcji kontrolnej, tak naprawdę są po tej samej stronie, co podwładni. Zarządzanie algorytmiczne i monitoring tworzy więc pole walki „algorytm vs ludzie”.

Dane pracowników

Z monitoringiem związana jest kwestia wykorzystywania zebranych danych. Monitoring to nie tylko bieżący nadzór, to również przerabianie tych danych. Jest to kolejny obszar egzekwowania władzy wobec pracowników, jedynie w małym stopniu opisany od strony prawnej.

Według badań cytowanych w raporcie IFIW, aż 67% pracowników nie ma pojęcia, w jaki sposób wykorzystywane są dane na ich temat, zbierane przez pracodawcę w ramach monitoringu efektywności. Ponad połowa badanych nie ma zaufania co do celów, w jakich pracodawca zbiera dane na ich temat, a 65% nie wie, czy ich dane nie są przekazywane zewnętrznym podmiotom. Własność danych zbieranych w ramach monitoringu, procedury podejmowania decyzji (o premiach, awansach, zwolnieniach) w oparciu o te dane, przedefiniowany obszar prywatności w pracy zdalnej – to obszary niedookreślone w ramach nowej cyfrowej normalności.

W propozycji dyrektywy unijnej takie systemy w miejscu pracy określane są jako ryzykowne: „Systemy sztucznej inteligencji wykorzystywane w obszarze zatrudnienia, zarządzania pracownikami i dostępu do samozatrudnienia, w szczególności do rekrutacji i wyboru kandydatów, do podejmowania decyzji o awansie i rozwiązaniu stosunku pracy oraz do przydzielania zadań, monitorowania lub oceny osób pozostających w umownych stosunkach pracy, należy również klasyfikować jako systemy wysokiego ryzyka, ponieważ systemy te mogą w znacznym stopniu wpływać na przyszłe perspektywy zawodowe i źródła utrzymania tych osób” [4].

Kolejnym krokiem powinno być uznanie tego obszaru jako podlegającego obowiązkowym ustaleniom pomiędzy zatrudniającym a pracownikami. Dotyczy to każdego rodzaju pracy i każdej branży. Ograniczenie gigifikacji pracy wymaga również zmiany asymetrii władzy w kontekście własności danych.

Konsumenci, pracownicy i ich prawa

Coraz więcej pracujących osób odczuwać może negatywny wpływ algorytmicznego zarządzania. W tym samym czasie korzystają z jego efektów jako konsumenci. Powtarzane w tysiącach przekazów marketingowych historyjki o tym, co można załatwić jako kupujący przy pomocy jednego kliknięcia, oddziałują na tyle mocno, że trudno jeszcze połączyć te dwie, jakże odmienne, perspektywy. Coraz częstsze próby opisu sytuacji pracy w tej nowej rzeczywistości i oddolne działania pracowników, którzy w największym stopniu odczuwają negatywne skutki braku barier dla cyfrowego kapitalizmu, organizacji platformowych, być może zaczną spotykać się ze zrozumieniem politycznych decydentów. Ci ostatni też widzą, że to nie oni kontrolują cyfrowych gigantów, skoro cyfrowi giganci mogą wedle uznania i własnych interesów decydować, które polityczne inicjatywy wspierać, a które blokować.

Na pewno nie ma tu co liczyć na zarządzających i właścicieli firm. Dla nich są to szeroko otwarte drzwi do nowej rzeczywistości, która niesie obietnice zysków i jest prawnie niedookreślona. Dlatego eksperymentują z nowymi możliwościami zarządzania algorytmicznego, licząc na wygenerowanie wzrostu. Jeśli teraz nie zostaną wprowadzone ograniczenia dla tych procesów, psujących środowisko pracy, w przyszłości będzie to coraz trudniejsze. W budowaniu nowej cyfrowej normalności dobra praca nie jest priorytetem.

Roman Rostek

 

Przypisy:

1. The Amazonian Era: How algorithmic systems are eroding good work, Institute for the Future of Work, maj 2021, https://www.ifow.org/publications/the-amazonian-era-how-algorithmic-systems-are-eroding-good-work

2. A. Nguyen, The Constant Boss: Work Under Digital Surveillance, Data And Society, 19 maja 2021, https://datasociety.net/library/the-constant-boss/

3. K. Pogorzelski, Oszczędności Polaków w czasie pandemii. Wyniki międzynarodowego badania Finansowy Barometr ING, maj 2021.

4. Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady ustanawiające zharmonizowane przepisy dotyczące sztucznej inteligencji (Akt w Sprawie Sztucznej Inteligencji) i zmieniające niektóre akty ustawodawcze Unii, 21.04.2021 https://eur-lex.europa.eu/legal-content/EN/TXT/?uri=CELEX:52021PC0206

Stanisław Posner: Ustawa o ratyfikacji konwencji dotyczącej zwalczania handlu kobietami (1924)

Komisja Spraw Zagranicznych rozpatrywała na dzisiejszym posiedzeniu ustawę przyjętą już przez Sejm, o ratyfikacji konwencji międzynarodowej dotyczącej zwalczaniu handlu kobietami i dziećmi z 30 września 1921 r. Komisja ustawę tę przyjęła i poleciła mi prosić Wysoki Senat, aby ustawę tę w brzmieniu, przyjętym przez Sejm, bez zmiany zatwierdził.

Panie i Panowie, ustawa, która dotyczy ratyfikacji konwencji genewskiej z 1921 r. powinna była przyjść pod obrady nasze znacznie wcześniej. Istotnie należy wyrazić zdziwienie, że dopiero po 30 miesiącach konwencja ta, przyjęta i podpisana przez przedstawicieli Rzeczypospolitej, przychodzi pod obrady Senatu. Stwierdzam to z ubolewaniem dlatego, że opieszałość, z jaką rząd polski spełnia swój obowiązek wobec tej sprawy, bardzo źle, bardzo niechętnie była przyjmowana na obradach komisji doradczej przy Lidze Narodów dla spraw walki z handlem żywym towarem. No, ale to się stało i stwierdzam z wielką radością, że wreszcie będzie można zawiadomić tę komisję i Ligę Narodów, że Polska spełniła swój obowiązek, że podpis, który położyła pod tą konwencją we wrześniu 1921 r. nie był pustym.

Konwencja, o którą tu chodzi, a która została przyjęta zarówno przez Sejm, jak i dziś jednomyślnie przez Komisję Spraw Zagranicznych, jest dopełnieniem szeregu konwencji, które ją poprzedziły, a które mają na celu walkę na drodze międzynarodowej z tym strasznym trądem społecznym, które nosi nazwę handlu kobietami i dziećmi.

Już w roku 1904, co znaczy 20 lat temu, sprawa ta była do międzynarodowego uregulowania zupełnie dojrzała. Rządy wszystkich państw kulturalnych przychodziły do wniosku, że jeżeli ta walka ma być na serio prowadzona, to może być prowadzona na drodze tylko międzynarodowej konwencji, a to dla tej prostej przyczyny, że i ten handel jest międzynarodowy, że on się opiera na organizacji międzynarodowej nadzwyczaj potężnej pod każdym względem, przede wszystkim pod względem środków, jakimi rozporządza i że jeżeli władze państwowe i opinia publiczna na serio pragnie koniec położyć temu strasznemu zjawisku i nadużyciu społecznemu, a przynajmniej to nadużycie ograniczyć, to osiągnąć to można tylko ma drodze porozumienia międzynarodowego. Skutkiem tego, z inicjatywy wielkiego działacza angielskiego Aleksandra Coote’a w 1904 r. zebrało się w Paryżu zgromadzenie przedstawicieli dyplomatycznych różnych państw i spisano pierwszą konwencję, która ma na celu różnymi sposobami zbliżyć się do tego wrzodu społecznego i z różnych stron, pod różnym kątem widzenia przystąpić do sanacji organizmu społecznego, na którym podobny wrzód mógł wyrosnąć.

Gdzie były trudności i dlaczego na drodze międzynarodowej tylko ta sprawa może być rozwiązana? Oto różne państwa próbowały walczyć z wrzodem za pomocą represji tego przestępstwa. Przestępstwa są przewidziane przez kodeks karny. A więc jest rzeczą prostą, że trzeba tylko, ażeby kodeksy kanie i urzędnicy, którzy wykonują postanowienia kodeksów karnych, do karania owych przestępstw w sposób bardziej dotkliwy wzięli się. Czyniono to, ale zauważono, że przestępstwo, o które chodzi w danym wypadku, jest tak złożone, nie jest prawie nigdy ograniczone do terytorium jednego tylko państwa. Jest to przestępstwo, które rozpoczyna się w Warszawie, które ma dalszy ciąg w Berlinie, dalszy ciąg w Hamburgu, potem na statku, który wywozi ofiary tego handlu do portów afrykańskich czy do Argentyny, do Brazylii itd. I otóż we wszystkich państwach, które tu wyliczyłem, obowiązują swoiste kodeksy karne, które często nie znajdują się w żadnym związku, w żadnym porozumieniu pomiędzy sobą. To, co jest ściśle określonym przestępstwem w jednym kraju, w innym kraju, który stoi o wiele niżej pod względem kulturalnym, nie jest jeszcze uważane za przestępstwo i nie podlega karze. Jedne kodeksy karzą tylko samo przestępstwo, inne również usiłowanie przestępstwa. Wysoka Izba widzi na tym krótkim przykładzie, jak trudne jest podjęte zadanie. I dlatego konwencja z 1904 roku przede wszystkim uchwaliła, iż należy dążyć do unifikacji kodeksów karnych pod kątem widzenia, stosowania represji do handlu kobietami i dziećmi.

To nie było jeszcze wszystko. Były jeszcze inne trudności. Zdarzało się dawnymi laty, dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat temu, że towarzystwa dobroczynności, działające w granicach pewnych terytoriów, wydobywały ofiary tego handlu z domów publicznych i zwracały się do przedstawicieli konsularnych tych państw, z których pochodziły owe ofiary, ażeby te reprezentacje konsularne odsyłały ofiary do domów, do ojczyzny. Konsulowie tłumaczyli się, że nie mają na to funduszów, że ich budżet nie przewiduje takich nadzwyczajnych wydatków; byli konsulowie, którzy koszty związane z repatriacją tych ofiar pokrywali z własnych funduszów, byli tacy, ale to były wyjątki. Zdarzało się jednak i to jest zapisane ku hańbie świata przez bardzo wielu podróżników i badaczy, że ofiary te, z inicjatywy osób prywatnych i dobroczynnych wydobywane z domów rozpusty, musiały tam wracać, dlatego, że nie miały żadnych środków utrzymania, że nie miały z czego żyć i ażeby z głodu nie umrzeć, wracały znowu do kałuży, z której je dobre serca bliźnich wydobyły, i to był drugi punkt, na który konwencja z 1904 roku zwróciła uwagę.

Był i trzeci punkt, ten mianowicie, że handel kobietami i dziećmi jest handlem obliczonym na bardzo dalekie przestrzenie. Każdy to rozumie, że taki handlarz musi z natury rzeczy dążyć do tego, żeby zatrzeć jak najprędzej ślady swojej zbrodni. W kraju, w którym dokonał przestępstwa, wie, że może go dosięgnąć ręka sprawiedliwości, stara się tedy swoją zbrodnię przenieść gdzie indziej i jak najprędzej przeskoczyć, chociażby przez ocean. I tutaj odkrywała się daleka perspektywa, objęta tytułem emigracji, i dlatego konwencja międzynarodowa z 1904 r. poleciła rządom zwrócić specjalną uwagę na porty, z których odchodzą transporty emigrantów europejskich do dalekich zaoceanicznych krajów.

To są trzy główne momenty, które miała na widoku konwencja i my, kiedy dziś czytamy konwencję z 1904 roku, dzielącą nas przeciągiem 20 lat od chwili, kiedy się urodziła, dziwimy się, jak to może być, żeby rzeczy podobnie oczywiste, sprawiedliwe i jasne, nie mogły być od razu załatwione. Każdy zrozumie, że jeżeli są różnice między kodeksami, to trzeba je usunąć i trzeba te kodeksy ujednostajnić. Nadzór nad statkami transatlantyckimi jest słaby. Trzeba ten nadzór wzmocnić, albo ten nadzór stworzyć. To są rzeczy możliwe i do wykonania. Dlatego trzeba było aż 20 lat prawie, żeby ta sprawa została ostatecznie załatwiona? Ona jeszcze i dziś nie jest całkowicie załatwiona. Proszę Panów, w roku 1910 ten sam Aleksander Coote zaczął planowo objeżdżać różne państwa, poruszać opinię publiczną krajów, by na nowo ten sam komitet międzynarodowy zebrał się w ministerstwie spraw zagranicznych w Paryżu, i aby na nowo przerobić tę samą konwencję, która zupełnie nie została wykonana. Czy opieszałość rządów, czy trudność sprawy, czy, jak niektórzy złośliwi publicyści uważają, wpływy owych handlarzy, samych owych międzynarodowych organizacji handlu kobietami i dziećmi są tak silne i przemożne, iż konwencja z roku 1904 w roku 1910 zupełnie nie była jeszcze tknięta. Słowem, że w roku 1910 po raz wtóry w ministerstwie spraw zagranicznych w Paryżu zebrali się ci sami dyplomaci, z tymi samami mandatami i powtórzyli po raz drugi ten dezyderat, aby wreszcie państwa, związane już pewnym międzynarodowym związkiem w tej sprawie, przystąpiły do sanacji stosunków. Tak było w roku 1910, lecz i konwencja z roku 1910 znowu pozostała prawie martwą literą. Bardzo wiele państw podpisało tę konwencję, nie tylko z liczby tych, których przedstawiciele byli w Paryżu, ale wiele państw przystąpiło do niej później.

Niemniej jednak stwierdzono w czasie wojny i po wojnie, że konwencja pozostała nadal martwą literą. Między innymi parlament niemiecki ratyfikował ją w roku 1912, a w 1917 w ostatnim wydaniu podręcznika prawa międzynarodowego słynnego internacjonalisty niemieckiego von Liszta znajdujemy uwagę, że konwencja ta, ratyfikowana w Berlinie w roku 1912, pozostała do roku 1917 martwą literą, bo nawet rozporządzeń wykonawczych do tej ustawy nie wydano.

Otóż w takich warunkach zastało tę sprawę zawieszenie broni 1918 roku i z chwilą, kiedy w mowie wielkiego męża stanu, w głowie Wilsona, powstał plan zrealizowania starej zresztą myśli utworzenia Ligi Narodów, stowarzyszenia międzynarodowej walki z prostytucją, dla walki z handlu kobietami i dziećmi, zakrzątnęły się, ażeby do paktu Ligi Narodów został wprowadzony punkt, który ma na celu walkę z tym wrzodem. Otóż w Traktacie Wersalskim w art. 23 litera c) znajdujemy przepis ustawowy, że między innymi, Liga Narodów będzie się także zajmowała walką z handlem kobietami i dziećmi. I w myśl tego art. 23 lit. c), przy sekretariacie Ligi Narodów, utworzono specjalną komisję doradczą w sprawie walki z handlem kobietami i dziećmi, i tak komisja na pierwszym swoim posiedzeniu podniosła sprawę realizacji konwencji międzynarodowej z 1920 r. I konwencja z 1921 r., której ratyfikację dziś chcemy uchwalić, jest powtórzeniem po raz trzeci tych samych zasad, które zostały proklamowane po raz pierwszy w 1904 r., po raz drugi w 1910 r. i które do 1921 r. nie zostały w czyn wprowadzone.

Już na początku swego przemówienia wspomniałem o głównych podstawach tej konwencji. O co tam właściwie chodzi? Chodzi o unifikację tych zasad prawa karnego, które mają na celu walkę ze stręczeniem do nierządu i z handlem kobietami i dziećmi, po wtóre o opiekę silną i wszechstronnie wykonywaną zarówno w portach, z których wychodzą statki, jak i na samych statkach, wreszcie po trzecie – o opiekę nad biurami pośrednictwa pracy, które w krajach, w których pośrednictwo pracy jest sprawą prywatną, bardzo często pod pokrywką pośrednictwa pracy, pod pokrywką agencji do stręczenia nauczycielek, zajmowały się przed wojną po prostu handlem kobietami i dziećmi.

To jest treść tej konwencji.

Rząd Polski, który w 1921 r. położył swój podpis pod tą konwencją międzynarodową i który dziś ją ratyfikuje z tytułu uchwał zawartych w tej konwencji i z tytułu aneksów do niej, powołał do życia szereg instytucji, które mają na celu w najściślejszym związku z opinią publiczną pracować nad wyleczeniem społeczeństwa z tego wrzodu.

Muszę tu oświadczyć, że w kraju naszym na długo przed wojną i nawet wcześniej niż pierwsza konwencja międzynarodowa przychodziła do skutku w 1904 r., istniały towarzystwa prywatne o charakterze wyznaniowym, które zajmowały się opieką nad upadłymi kobietami i które między innymi także na własną rękę, w granicach swoich skromnych środków i skromnych możności, walczyły z handlem kobietami i dziećmi. Najstarszym z tych towarzystw jest towarzystwo katolickie ochrony kobiet, powołane niegdyś przed wielu laty do życia przez nieżyjącego już dzisiaj Gustawa Przeździeckiego. Za przykładem tego towarzystwa powstało towarzystwo żydowskie ochrony kobiet, towarzystwo protestanckie ochrony kobiet, które to towarzystwa w granicach sił i możności pracują nad leczeniem tego trądu społecznego.

Rząd Polski nie zadowolił się tymi inicjatywami czysto prywatnymi. Rząd Polski na skutek dezyderatu zawartego w konwencji, powołał do życia komitet polski do walki z handlem kobietami i dziećmi, taki sam, jaki istnieje w każdym z państw, które konwencję podpisały. Komitet ten składa się z przedstawicieli wszystkich tych towarzystw dobroczynnych, działających na terenie danego państwa, z przedstawicieli rządu i nadaje tej walce inicjatywę i pewien poważny, jednolity charakter. Na czele naszego polskiego komitetu dla walki z handlem kobietami i dziećmi, stoi bardzo znany specjalista w tych sprawach, autor ustawy o walce z chorobami wenerycznymi, dawny wyższy urzędnik Ministerstwa Zdrowia Publicznego, dr. Leon Wernic, którego inicjatywie zawdzięczamy bardzo wiele pięknych zarządzeń publicznych i prywatnych w tych sprawach, którymi się dzisiaj zajmujemy.

Proszę Pań i Panów, poza tymi dwiema kolumnami, na których spoczywa praca w tej dziedzinie, jest jeszcze trzecie kolumna, że tak powiem, to jest specjalna organizacja, którą się nazywa centralnym organem i która w myśl dezyderatów konwencji międzynarodowej, powinna być powołana do życia w każdym ministerstwie spraw wewnętrznych.

Rząd Polski wykonał te zobowiązania, które na nim ciążyły i w zeszłym roku, jeszcze przed ostatnim posiedzeniem komisji doradczej, organ taki powołał do życia w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych organ centralny dla walki z handlem kobietami i dziećmi, organ, który ma centralizować w swoich rękach opiekę urzędową nad wszystkimi tymi sprawami, który ma opiekować się organami wykonawczymi, które w każdej komórce państwowej Rzeczypospolitej powinny czuwać nad tymi sprawami. Organ ten został zorganizowany. Niestety, żelazna miotła redukcji sprowadziła do niczego tę działalność, dlatego, że ten organ, który pracując dla całego Państwa, musi posiadać pewną poważną ilość urzędników, został dziś sprowadzony do pracy jednego tylko urzędnika i każdy z nas zrozumie, że w takich warunkach organ ten zupełnie pracować nie może. Ta redukcja w inicjatywie prywatnej wyraża się tym, że tam nie ma pieniędzy i towarzystwa ochrony kobiet, działające na terytorium Rzeczypospolitej, nie mogą teraz zupełnie podołać swojemu zadaniu. Postanowiono już dawno u nas zorganizować misje dworcowe, których organizacja również wynika z konwencji międzynarodowej; czynimy wszelkiego rodzaju zabiegi, aby sprostać temu zobowiązaniu, ale w gruncie rzeczy sprawa ta nie posuwa się naprzód dlatego, że nie ma na to środków.

I dlatego Komisja Spraw Zagranicznych Senatu uchwaliła dziś prosić Senat, ażeby zechciał przyjąć następującą rezolucję:

„Senat wzywa rząd do wyszukania środków w celu przyjścia z pomocą instytucjom opiekującym się kobietami i dziećmi, oraz dania możności komitetowi polskiemu dla walki z handlem kobietami i dziećmi zorganizowania misji dworcowych, zastrzeżonych w konwencjach międzynarodowych, Państwo Polskie obowiązujących”.

Dodam jeszcze, że rezolucja podobnej treści została również przez Sejm jednomyślnie uchwalona.

Komisja Spraw Zagranicznych Senatu uchwaliła też drugą rezolucję, która brzmi, jak następuje:

„Senat wzywa rząd do jak najszybszego przedłożenia projektu noweli karnej w przedmiocie zwalczania handlu kobietami i dziećmi w myśl zasad zawartych w konwencjach międzynarodowych paryskiej 1910 r. i genewskiej 1921 r.”.

Wszyscy wiemy, że posiadamy komisję kodyfikacyjną, która już od kilku lat pracuje nad kodyfikacją wszystkich ustaw polskich. Komisja ta uchwaliła nawet w dziedzinie prawa karnego ogólną część ustaw karnych, ale zanim te ustawy karne przejdą przez nasze izby prawodawcze, może upłynąć kilka lat. Będę nawet bardzo optymistycznym, jeśli powiem – lat kilka. Komisje kodyfikacyjne w innych krajach pracują dziesiątki lat, zanim kodyfikacje przez nie opracowane wchodzą w życie. Otóż ta rzecz wymaga bardzo prędkiego załatwienia. My nie możemy czekać, aż ustawa karna, która u nas zostanie szczęśliwie wprowadzona w życie, załatwi się i z przestępstwem, o którym my tutaj dzisiaj mówimy. I dlatego nowela, która załatwia tę sprawę w duchu zasad uchwalonych przez konwencję międzynarodową, jest bezwzględnie konieczna. Ta nowela od kilku lat już znajduje się na warsztatach Ministerstwa Sprawiedliwości, ale do dzisiejszego dnia z tych warsztatów nie zeszła i to jest przyczyną, dla której dzisiaj rezolucję przed chwilę przeze mnie przeczytaną uchwalić powinniśmy.

Wysoka Izbo, to jest wszystko, w krótkich słowach, w bardzo krótkich słowach, bo ten przedmiot jest tak obszerny, że wymagałby wielu godzin deliberacji, zanim by go w całości Państwu przedstawić. W krótkich słowach jest przedstawiona Wam treść konwencji międzynarodowej, którą Sejm uchwalił, a co do której Komisja Spraw Zagranicznych poleciła prosić Senat, żeby ją przyjął bez żadnych zmian, według brzmienia przyjętego przez Sejm.

Stanisław Posner

Powyższy tekst to zapis przemówienia w senacie RP, wygłoszonego w dniu 13 lutego 1924 r. Przedruk z książki Stanisława Posnera „Pięć lat pracy w senacie Rzeczypospolitej 1922-1927”, Księgarnia Robotnicza, Warszawa 1928. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Stanisław Posner (1868-1930) – polski działacz socjalistyczny pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Już na początku lat 90. XIX wieku związał się z nielegalnymi inicjatywami lewicowymi w zaborze rosyjskim. Był publicystą legalnych pism postępowych, w których promował rozmaite rozwiązania, m.in. spółdzielczość, związki zawodowe, prawa człowieka, samostanowienie narodów podbitych i uciskanych. Od początku XX wieku zaangażował się w zwalczanie prostytucji i handlu żywym towarem, w roku 1903 wydał głośną rozprawę na ten temat pt. „Nad otchłanią” – jej fragment można przeczytać tutaj: Nad otchłanią (w sprawie handlu żywym towarem). W okresie rewolucji 1905 wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, a po rozłamie w niej związał się z niepodległościową Frakcją Rewolucyjną. Od roku 1910 przebywał na emigracji politycznej we Francji, z której powrócił w roku 1919. W roku 1921 należał do grona pomysłodawców i założycieli Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Od roku 1922 przez dwie kadencje był senatorem RP wybranym z listy Polskiej Partii Socjalistycznej w okręgu Kielce; w drugiej kadencji pełnił przez dwa lata do swojej śmierci funkcję wicemarszałka Senatu. Autor setek artykułów i wielu większych publikacji.

Niech znów połączy nas Donald Tusk – w walce!

Ile to już razy słyszeliśmy o powrocie Donalda Tuska do krajowej polityki? Frontlinerzy liberalnej publicystyki nie skrywali swoich fantazji na ten temat. Tusk na białym koniu, na czele anty-PiSowskiej rewolty, niestrudzony i porywający trybun ludowy wróci nas do starych dobrych czasów. Czasów, w których ministrowie jego rządu w drogich restauracjach za publiczne pieniądze zajadali się ośmiorniczkami, popijali je drogim szampanem i przy użyciu knajackiego języka drwili z prostych Polaczków, którzy nie wiadomo jak przeżywają w tym niesprawiedliwym kraju za swoje drobne pensyjki. Afera taśmowa, która pogrzebała rząd PO-PSL, to jaskrawy symbol buty i arogancji rządu Tuska, jego przybocznych, klakierów i świadków siepanki politycznej konkurencji.

Były premier był tak dobry w wyrzynaniu swoich partyjnych przeciwników, że ostali się jedynie Grzegorz Schetyna i Borys Budka. Ten drugi, będący „najlepszym” przewodniczącym Platformy w historii, w dwa lata stracił połowę poparcia swojej formacji. I to właśnie próba ratowania PO zdaje się jednym z głównych motywów Tuska w kwestii powrotu do Polski, która jednak za sprawą rządów PiS zmieniła się w sposób fundamentalny na przestrzeni ostatnich lat. Zarówno na gorsze (niszczenie trójpodziału władzy, ksenofobia wywyższona do cnoty władzy, bezsensowny konflikt z Unią Europejską), jak i na lepsze, szczególnie w wymiarze polityki społecznej. 500+, wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej, podwyższenie minimalnego wynagrodzenia do poziomu połowy średniej krajowej, obniżenie wieku emerytalnego – to tylko parę zdobyczy rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, do których także lewica powinna odnosić się z uznaniem. Wymienione reformy społeczne zwyczajnie wzmocniły świat pracy, przywróciły poczucie godności przegranym transformacji i globalizacji. Zatrudniający nie mają już aż takiej przewagi nad pracownikami jak za czasów Tuska. Masowe śmieciówki, wypychanie na fałszywe samozatrudnienie, głodowe wypłaty, rządowa promocja „samozaradności” czy zerwanie dialogu społecznego ze związkami zawodowymi to przecież symbole rządów Platformy.

Dlatego zapowiedź powrotu Tuska do krajowej polityki można odczytywać na kilka sposobów. Po pierwsze, tuskowy renesans świadczy o ideowo-intelektualnym upadku polskich liberałów, chadeków, centrystów (czy jak tam się nazywa Platformę Obywatelską i jej środowisko medialnych akolitów). W momencie, gdy cały cywilizowany świat zastanawia się nad potrzebą pilnego dofinansowania usług publicznych oraz opodatkowania międzynarodowych korporacji w imię społecznej solidarności, PO stać wyłącznie na postawienie na jednego z najbardziej neoliberalnych polityków po 1989 roku.

Warto jednak zaznaczyć, że ten swoisty „powrót do przeszłości” stanowi zarówno olbrzymie zagrożenie, jak i niepowtarzalną szansę dla lewicy w Polsce. Powrót do „świętej wojny” między PO a PiS to niebezpieczeństwo pozbawienia politycznego tlenu wszystkich niemieszczących się między narożnikami Kaczyńskiego i Tuska. Ten jałowy, postsolidarnościowy spór między PiS-em a Platformą wyrządził już wystarczająco dużo krzywd. Rozjechał doszczętnie poczucie wspólnoty, stworzył partyjne plemiona, które krzycząc do siebie nienawistnie pogłębiają regionalne i klasowe różnice.

Odkurzenie Tuska to jednak także szansa dla lewicy, żeby w końcu raz na zawsze położyć go na łopatki, odesłać na polityczną emeryturę, skończyć z erą wiary w „dobrodziejstwa” wolnego rynku. Neoliberalne rządy Platformy utorowały drogę do władzy prawicowym populistom z PiS. Nikt, dosłownie nikt nie jest lepszym gwarantem hegemonii partii Kaczyńskiego niż były (i zapewne przyszły) lider PO. Tusk co prawda ostatnie lata spędził w Brukseli, gdzie jego polityczni przyjaciele z Europejskiej Partii Ludowej godzą się z cywilizacyjną rolą państwa dobrobytu w Europie. Jednak on sam w ostatnich latach pokazał, że jego wiara w liberalizm ekonomiczny nie zmalała. Widzieliśmy to chociażby podczas publicznego łamania kręgosłupa Aleksisowi Tsiprasowi, który został przez Merkel i Tuska zmuszony do zaakceptowania turbo-neoliberalnego planu pomocy Grecji: całego szeregu friedmanowskich reform komercjalizujących usługi publiczne i prywatyzujących szereg gałęzi greckiej gospodarki.

Tusk oczywiście będzie starał się od pierwszego dnia przewodzenia Platformie zapędzić wszystkich kijem do jednego wspólnego obozu anty-PiS. Hasłem przewodnim tej listy będzie: „Odsuniemy Kaczyńskiego od władzy, a potem się zobaczy”. Tyle tylko, że to, co nastąpi dzień po ewentualnej wygranej jednej demokratycznej opozycji, ma fundamentalne znaczenie dla lewicy. Polska socjaldemokracja jest samodzielną pod względem organizacyjnym, ideowym i moralnym siłą polityczną, która w sporze między światem pracy a światem kapitału zawsze stanie po stronie pracowników i związków zawodowych. W jaki sposób lewica ma wprowadzać państwo dobrobytu wraz z przeciwnikami progresji podatkowej? Czy można kłaniać się twórcom Polski Ludowej, która wylała fundamenty pod sukces gospodarczy III RP razem z tymi, którzy nie tak dawno ustanawiali Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych? Jak reformować polski system wymiaru sprawiedliwości z tymi, którzy parę lat temu pełni pasji bronili wejścia ABW do redakcji „Wprost” oraz stosowali areszty wydobywcze dla kibiców? Czy wprowadzenie emerytur stażowych będzie możliwe z antyzwiązkowymi liberałami?

Powrót Tuska będzie stanowił dla lewicy wyzwanie. Będzie także egzaminem dojrzałości dla tych polityków, którzy dopiero od niedawna zasiadają w poselskich ławach. W ostatnich miesiącach parlamentarna lewica przeżyła bezpardonowy atak polityków PO i jej całego medialnego zaplecza. Przy głosowaniu nad Krajowym Planem Odbudowy nie zadrżała im ręka. SLD, Wiosna, Razem i PPS pokazały, że potrafią działać samodzielnie i odważnie. Niech powrót Tuska nas połączy! W walce o urzeczywistnienie konstytucyjnego zapisu: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”!

Bartosz Rydliński

tu mógł być twój ulubiony tekst, ale nie warto

***

 

celebrytka na Barbados lamentuje nad książeczką,
demokracją rozprzedaną i że śmiał to ktoś poświęcić
te swobody, wolny wybór, jej wycieczki do teatru,
więc porzuci tępy naród i nam grozi emigracją
narzekając na bolszewię, kompromisy, co dla rządu
są paliwem nieodzownym, a więc wstrzymać się od głosu
nad śmieciówką, nad podwyżką, bo to w wolność jej tak godzi
kiedy ludzie coś zarobią – w końcu liczą się wartości
że sprzedano znów feminizm i te strajki nad aborcją
no bo przecież prawa kobiet to szefowa w dużym korpo

obrażony na lewicę pan reżyser, bo to zdrada,
że się z PiS-em ktoś dogadał i zbudują nam mieszkania
więc bolszewia, nowy Stalin, rozdawnictwo i coś jeszcze,
ale nie wiem, co dokładnie, bo się zapluł pisząc brednie
woła pomsty, elaborat znów wyklepał w social mediach,
bo zdradziła go lewica i że PiS mu niszczy klimat,
a więc bluzga, że wydmuszka i że, kurwa, znowu Budka
i że Biedroń ma do Słupska i w ogóle znowu kurwa
rozczulony tym warcholstwem jakby pisał tak jak Szekspir,
choć nie pisał Króla Leara – zamiast tego zrobił Lejdis

zatroskana pani poseł, co znów martwi się twym losem,
że sprzedałeś tanio prawa i znów rządzić będzie moher
bo nieważne są fundusze ani ile płaci FedEx
po co komu służba zdrowia, przecież tanio jest w Luxmedzie

publicysta na Twitterze, co go dręczy ciągły meltdown
bo znów Polskę ktoś mu sprzedał i zadręcza wolne media
te od platform dla faszystów, artykułów o mieszkaniach
(metr za dychę pod Warszawą – bo to przecież jest okazja)
reportaży o patoli, co obszczywa polskie wydmy
i się wozi na wakacje za podatki publicysty
dziękujemy wolna praso za laurki dla Kulczyków
przypomnienie żeby wstawać i że los swój można wykuć
ciężką pracą, uśmiechaniem no i zmysłem gospodarczym
teraz skanduj WOLNE MEDIA – każą płacić nam podatki

pouczajcie i strofujcie i nam mówcie, co nam wolno
wielka kasto celebrycka – to wam również ten chuj w dziąsło

Piotrek Kolasiuk

Nie pragniecie hygge – pragniecie socjaldemokracji

Hygge stało się w zachodnim świecie bardzo popularne jako przytulny, uspokajający trend w aranżacji otoczenia człowieka. Ale bezpieczeństwa i intymności, jakie ma wywoływać, nie da się osiągnąć samymi świecami zapachowymi – wymaga to powstania socjaldemokracji.

Są święta i pragniemy wygody. Chcemy zwinąć się w kłębek w pluszowym fotelu przy kominku. Chcemy najbardziej miękkich koców i najbardziej wełnianych swetrów. Chcemy pochłaniać babcine krówki orzechowe, napić się ajerkoniaku z kuzynami i po raz trzydziesty czwarty obejrzeć „Cud na 34. Ulicy” – ulubiony film twojej mamy. A może nie lubisz świątecznych spotkań rodzinnych, ale podoba ci się pomysł popijania grzańca i grania w gry planszowe z kilkoma bliskimi przyjaciółmi, gdy na zewnątrz pada śnieg i migoczą światełka?

Ale nie możesz tego mieć, bo nie stać cię na bilet lotniczy. Albo twoi krewni są na miejscu, ale czasy są napięte, a rezygnacja z pensji za nadgodziny przepracowane podczas świąt wydaje się nieodpowiedzialna. Może to wszystko przypadkowo się tak ułożyło, ale nie możesz się zrelaksować. Zaglądasz do skrzynki e-mailowej, niespokojny o pracę, która nie jest wykonywana. Robisz zakupy w ostatniej chwili, na wyprzedażach, oszczędzając każdy grosz, i myślisz, że Scrooge miał trochę racji. Albo chowasz się w swojej sypialni z czasów dzieciństwa, oglądasz telewizję i przewijasz media społecznościowe, ponieważ rzadka przerwa od presji codziennego życia jest bardziej okazją do zniknięcia niż do świętowania i wesołości.

Tak czy inaczej, czujesz się okropnie, bo wiesz, że ktoś gdzieś dosłownie piecze kasztany na otwartym ogniu, a tobie świętowanie przelatuje przed nosem. Duńczycy mają słowo na określenie rzeczy, której u nas desperacko pragniesz, ale której nie możesz mieć: hygge. Pochodzi ono od norweskiego terminu oznaczającego „dobre samopoczucie”, ale współczesna duńska definicja ma znacznie szersze znaczenie.

W „The Little Book of Hygge: Danish Secrets to Happy Living” autor Meik Wiking pisze: „Hygge dotyczy atmosfery i doświadczenia, a nie rzeczy. Chodzi w nim o bycie z ludźmi, których kochamy. Poczucie domu. Poczucie, że jesteśmy bezpieczni, że jesteśmy chronieni przed światem i możemy porzucić czujność”.

Hygge można doświadczyć o każdej porze roku, ale Duńczycy mocno kojarzą je z Bożym Narodzeniem, najbardziej hyggeligowym okresem w roku. Na pytanie, co najbardziej kojarzy im się z hygge, Duńczycy odpowiadali w kolejności ważności: gorące napoje, świece, kominki, Boże Narodzenie, gry planszowe, muzyka, wakacje, słodycze i ciasta, gotowanie i książki. Siedmiu na dziesięciu Duńczyków twierdzi, że hygge najlepiej doświadczać w domu, a nawet mają na to słowo – hjemmehygge, „domowe hygge”.

Ale Wiking podkreśla, że chociaż hygge ma silne właściwości estetyczne, to coś więcej niż suma jego części. Nie tylko je widzisz, ale także czujesz.

„Hygge wskazuje, że ufasz tym, z którymi jesteś i temu, gdzie jesteś” – pisze – i że rozszerzyłeś swoją strefę komfortu, aby objąć innych ludzi i czujesz, że możesz być pośród nich całkowicie sobą”. Przeciwieństwem hygge jest alienacja.

To nie przypadek, że ta koncepcja jest zarówno rodzima, jak i powszechnie rozumiana w tym samym kraju, który konsekwentnie dominuje w World Happiness Report i innych corocznych badaniach ogólnego zadowolenia. W rzadkich przypadkach, gdy Danię wyprzedza inny kraj, zawsze jest to jeden ze skandynawskich sąsiadów.

To, co sprawia, że ludzie w tych krajach są szczęśliwsi niż reszta z nas, jest naprawdę proste. Duńczycy i ich sąsiedzi mają większy dostęp do poszczególnych elementów szczęścia: czasu, towarzystwa i bezpieczeństwa.

Skandynawowie nie mają tych rzeczy tylko dlatego, że cenią je bardziej albo z powodów kulturowych, które są wrodzone, niepodrabialne i poza naszym zasięgiem. Ludzie na całym świecie cenią czas, towarzystwo i bezpieczeństwo. To, co mają Skandynawowie, to układ polityczno-gospodarczy, który bardziej ułatwia regularne korzystanie z tych wartości. Taka umowa społeczna nazywa się socjaldemokracja.

Polityczność hygge

Dania nie jest krajem socjalistycznym, choć, podobnie jak sąsiednia Szwecja, w latach 70. zbliżyła się do kolektywizacji przemysłu. Ten wysiłek był napędzany przez „związki zawodowe, ruchy ludowe i partie lewicowe”, piszą Andreas Møller Mulvad i Rune Møller Stahl w „Jacobinie”. „To właśnie te masowe siły – a nie życzliwe elity, starannie rozważające alternatywy przed podjęciem decyzji o oświeconej mieszance kapitalizmu i socjalizmu – były architektami i impulsem stojącym za modelem nordyckim. To one są odpowiedzialne za uczynienie krajów nordyckich jednymi z najszczęśliwszych i najbardziej demokratycznych na świecie”.

Silna ofensywa kapitalistyczna powstrzymała tę skandynawską koalicję przed przejściem do socjalizmu, a spuścizna jej wysiłków stanowi ostrożny kompromis. Sektor prywatny utrzymuje się, ale podatki są zarówno progresywne, jak i wysokie. Wydatki publiczne stanowią 55 procent całkowitego PKB, co czyni go krajem trzecim na świecie pod tym względem. Siłę pracodawców częściowo równoważą silne związki zawodowe, do których należą dwie trzecie Duńczyków.

Ten redystrybucyjny układ znacznie zmniejsza rozwarstwienie klasowe charakterystyczne dla kapitalizmu. W rezultacie Dania ma jeden z najwyższych wskaźników równości ekonomicznej na świecie. Główne wydatki publiczne przeznaczane są na finansowanie państwa opiekuńczego. Każdy wpłaca i wszyscy odbierają nagrodę. Ten egalitarny, humanitarny i solidarny model pozwala rozkwitać wartościom związanym z hygge. Daje też ludziom więcej możliwości działania na ich podstawie.

W Danii opieka zdrowotna jest, jeśli chodzi o świadczenie usług, bezpłatna. To samo dotyczy edukacji – przez całą drogę ucznia, w college’u, a nawet na studiach podyplomowych. Dwadzieścia procent duńskich zasobów mieszkaniowych to lokale socjalne, o regulowanych czynszach i wspierane finansowo przez państwo, ale będące wspólną własnością lokatorów i zorganizowane zgodnie z „tradycją partycypacji lokatorów i samorządności”. Dania oferuje roczny płatny urlop rodzicielski i gwarantuje powszechną opiekę dla wszystkich dzieci, począwszy od momentu zakończenia urlopu, czyli od chwili, kiedy dziecko ukończy rok.

Podobnie, w dużej mierze ze względu na dawną i obecną siłę związków, Dania posiada przyjazne dla pracowników przepisy i standardy pracy, zapewniające bardziej harmonijną równowagę między życiem zawodowym a prywatnym. Duńczycy otrzymują pięć tygodni płatnego urlopu plus dodatkowe wolne na dziewięć świąt państwowych. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, Dania prowadzi krajową politykę płatnych zwolnień chorobowych. Dania ma również hojne zasiłki dla bezrobotnych i program dopłat do wynagrodzeń dla osób, które chcą pracować, ale z przyczyn od siebie niezależnych potrzebują bardziej elastycznych rozwiązań.

Normalny tydzień pracy w Danii wynosi trzydzieści siedem godzin i ludzie zwykle się tego trzymają. Tylko 2 proc. Duńczyków deklaruje, że pracuje bardzo długo. W badaniu krajów OECD Dania zajęła czwarte miejsce pod względem liczby osób spędzających najwięcej czasu na rozrywce i dbaniu o samych siebie. Stany Zjednoczone zajmują 30. miejsce.

Wszystko to ma głęboki wpływ na zdolność jednostek do odczuwania przyjemności, zaufania, komfortu, intymności, spokoju umysłu – i oczywiście połączenia tych rzeczy, czyli hygge.

Po pierwsze, doba ma tylko tyle godzin, ile ma. Niektóre zajęcia nas uszczęśliwiają, a inne unieszczęśliwiają. Badanie Princeton Affect and Time Survey wykazało, że czynności, które sprawiają nam najwięcej radości, to zabawa z dziećmi, słuchanie muzyki, przebywanie na świeżym powietrzu, chodzenie na imprezy, ćwiczenia, spędzanie czasu z przyjaciółmi i zabawa ze zwierzętami. Są to również czynności, które Duńczycy kojarzą z hygge. Te, które sprawiają, że jesteśmy najmniej szczęśliwi, to płatna praca, prace domowe, utrzymanie i naprawy w domu, załatwianie sprawunków, osobista opieka medyczna i dbanie o zobowiązania finansowe.

Każdy musi wykonywać czynności z kategorii „nieszczęśliwych”, aby utrzymać porządek w swoich sprawach. Ale ma sens to, że zdejmiemy część tych obowiązków z barków obywateli i zaprojektujemy gospodarkę tak, aby dać im więcej czasu na czynności z „kategorii szczęścia”. Będą wtedy bardziej zadowoleni i będą prowadzić wzbogacające życie.

Wielu Amerykanów z klasy robotniczej nie ma zbyt wiele czasu na zajęcia z „kategorii szczęścia”, ponieważ wykonują wiele prac lub pracują przez wiele godzin, a także muszą utrzymywać porządek w gospodarstwie domowym bez niczyjej pomocy. Wielu z nich boi się, że jeśli poświęcą trochę mniej czasu na swoje stresujące obowiązki, to przeoczą coś ważnego i pozostaną w tyle. I nie będzie żadnej siatki bezpieczeństwa, aby ich złapać – to wszechobecny niepokój, który zakrada się w hierarchię klasową. Rodzi to alienację, a nie intymność.

W dodatku ludzie pracy w krajach wysoce kapitalistycznych, gdzie życie gospodarcze charakteryzuje się bezwzględną konkurencją, a karą za przegranie tej konkurencji jest nędza, mają skłonność do nawiązywania ze sobą wrogich stosunków, co nie jest zbyt hygge.

Model socjaldemokratyczny opiera się raczej na solidarności: oboje z sąsiadem płacimy podatki, abyśmy oboje mogli żyć na wysokim poziomie. Dbamy o siebie nawzajem na podstawie obietnicy, że każdy będzie pod opieką. Pracując razem, a nie przeciwko sobie, oboje otrzymujemy to, czego potrzebujemy. Uniwersalne programy społeczne, takie jak te, które tworzą skandynawskie państwa opiekuńcze, są więc motorem solidarności. Udowadniają ludziom, że ich sąsiad nie jest przeciwnikiem ani przeszkodą, lecz partnerem w budowaniu i utrzymywaniu społeczeństwa.

Konfrontując ludzi ze sobą, neoliberalny kapitalizm promuje podejrzliwość i wrogość. Często przekłada się to na podziały społeczne i manifestuje się jako rasizm, seksizm, ksenofobia i tak dalej. Ale sprawia także, iż ludzie są ogólnie ostrożni i aspołeczni. Ludzie żyjący w socjaldemokracji są dalecy od niewrażliwości na uprzedzenia i mizantropię, ale układ społeczny nadal bardziej promuje życzliwość, zaufanie i dobrą wolę niż robiłby to neoliberalny kapitalizm – i rzeczywiście, Duńczycy są jednymi z najbardziej ufnych ludzi na świecie, w takim samym stopniu w stosunku do przyjaciół i obcych.

Jedno z tych rozwiązań polityczno-ekonomicznych wzmacnia więź ludzi z podwalinami szczęścia i hygge — wolnym czasem, towarzystwem i bezpieczeństwem — podczas gdy drugie je zrywa. Obfitość lub niedobór tych podwalin stanowi materialną podstawę życia społecznego.

Zasady dotyczące atmosfery miejsca

Hygge to nie tylko ekscentryczne zjawisko kulturowe. To owoc polityki, a zadanie jego kultywowania ma charakter polityczny. Amerykanie mają kłopot ze zrozumieniem tego faktu.

Kilka lat temu przez Stany Zjednoczone przetoczyła się lawina książek, blogów i vlogów zorientowanych na hygge. Ale nawet gdy tęskniliśmy za przytulnością, staraliśmy się wyobrazić ją sobie jako coś więcej niż aspiracyjną estetykę.

Jedna z książek o designie hygge, napisana przez dwoje Amerykanów, zawierała serię wywiadów z amerykańskimi trendsetterami. Na pytanie, jak stworzyli hygge w domu, jeden z nich odpowiedział: „Kluczowe są oczywiście faktura i kolor. Lubię równowagę skór owczych, aksamitu i drewna”. Na pytanie, co znaczy dla niej hygge, druga autorka odpowiedziała listą motywów wystroju wnętrz: gramofonów, recyklowanego drewna, staroświeckich żarówek, starej maszyny do pisania, kilimowych poduszek.

Książka ta propaguje tezę, że hygge jest niewypowiedzianym uczuciem. Ale nie pokazuje warunków społecznych wymaganych do wytworzenia tego uczucia.

To, że hygge stało się amerykańskim trendem, nawet w zniekształconej formie, było znakiem, iż dostrzegamy w naszej kulturze fakt jakiegoś niedoboru i tęsknimy za alternatywą. Ale nawet gdy uznaliśmy niematerialne właściwości hygge, nadal zakładaliśmy, że można je uzyskać dzięki indywidualnym wydatkom konsumentów. Rzadko przychodziło nam do głowy, że odpowiedzią są zbiorowe wydatki socjalne.

Skandynawowie wiedzą jednak, że hygge to nie indywidualny styl życia do kupienia, lecz zbiorowe zjawisko społeczne zakorzenione w rzeczywistości politycznej. Pod wystrojem i atmosferą kryją się zasady, pewien program. W swojej książce Wiking stwierdza to wyraźnie: „Istnieje szerokie poparcie dla państwa opiekuńczego. Wsparcie to wynika ze świadomości, że model opieki społecznej zamienia nasze zbiorowe bogactwo w dobrostan. Nie chodzi o to, że po prostu płacimy podatki – lecz inwestujemy w nasze społeczeństwo. Kupujemy jakość życia. Kluczem do zrozumienia wysokiego poziomu dobrostanu w Danii jest zdolność modelu opieki społecznej do zmniejszania ryzyka, poziomu niepewności i niepokoju wśród obywateli oraz zapobiegania skrajnemu nieszczęściu”.

Inna książka, zatytułowana „The Hygge Life”, napisana przez dwoje skandynawskich autorów, mówi mniej więcej to samo: „W Skandynawii rząd dba o wiele podstawowych usług życiowych, takich jak opieka nad dziećmi, edukacja i opieka zdrowotna. Zasady hygge pojawiły się w całym regionie po części dlatego, że jego mieszkańcy nie muszą ponosić ciężaru odpowiedzialności za wiele kosztownych potrzeb życiowych – ani przeżywać niepewności i niepokoju, które towarzyszą temu ciężarowi”.

Socjaldemokracja nie może rozwiązać wszystkich naszych problemów. Jednym sporym problemem, którego nie może rozwiązać, jest jej własna kruchość.

Jeśli kapitaliści nadal będą istnieć, to nadal będą wyzyskiwać pracowników i gromadzić bogactwo, i użyją tego bogactwa do budowy władzy politycznej, którą będą dzierżyć, aby podkopać samą demokrację socjalną. Dzieje się to teraz w skandynawskich socjaldemokracjach, gdy rządy neoliberalne, w tym niektóre partie socjaldemokratyczne, prywatyzują dobra publiczne i zrywają dwudziestowieczny kompromis pracy i kapitału. Wprowadzenie nawet łagodnych „oszczędności budżetowych” podwoiło liczbę Duńczyków żyjących w ubóstwie od 2002 r. (choć nadal jest to mniej niż jedna trzecia wskaźnika ubóstwa w Stanach Zjednoczonych).

Socjaldemokracja nie może też z pewnością zagwarantować hygge. Nie gwarantuje, że śnieg w Wigilię będzie uroczo padał za oknem ani że nasze świąteczne spotkanie będzie przytulne i biesiadne. Jak napisał Corey Robin w „Jacobinie”, właściwy system polityczno-gospodarczy może w najlepszym razie obiecać „przekształcenie histerycznej nędzy w zwykłe nieszczęście”. Reszta zależy od nas. Musimy przycinać własne drzewa i kochać naszych sąsiadów.

Ale socjaldemokracja – a nawet rzeczywisty socjalizm – może ułatwić zdobycie czasu, towarzystwa i bezpieczeństwa. To niemały wyczyn.

W ten sposób może położyć materialne fundamenty pod społeczeństwo bardziej w stylu hygge, w którym ludzie są szczęśliwsi i swobodniejsi, a panującą zasadą nie jest alienacja, lecz solidarność.

Meagan Day

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej czasopisma „Jacobin” w grudniu 2018 r.