Kruchość globalizacji. Co pokazały pandemia i wojna?

Globalna pandemia COVID-19 z tygodnia na tydzień zmieniła to, jak funkcjonujemy w przestrzeni publicznej. Inwazja Rosji na Ukrainę podważyła ugruntowane dekadami pokoju poczucie bezpieczeństwa militarnego w Europie. To nie przypadkowe zdarzenia, ale symptomy słabości zglobalizowanej gospodarki. Czy wyciągniemy z tego wnioski?

Łabędź – czarny czy biały?

Dwa lata temu w tekście „Koronawirus i ekonomiczne iluzje” nazwałem pandemię COVID-19 Czarnym Łabędziem. Czy była to uprawniona opinia? Tym razem oddam głos popularyzatorowi tej koncepcji. Nassim Taleb wskazywał na trzy cechy, którymi charakteryzuje się takie zdarzenie:

1) Jest nietypowe i żadne dane z przeszłości nie wskazują wyraźnie na możliwość jego zaistnienia;

2) Ma istotny wpływ na rzeczywistość;

3) Pomimo jego nietypowości, ex post stara się uczynić je wytłumaczalnym i przewidywalnym.

Czy faktycznie scenariusz pandemii był czymś mało prawdopodobnym? Na zlecenie National Academy of Medicine w 2016 roku ukazało się globalne studium „The neglected dimension of Global Security: A Freamwork to Counter Infectious Disease Crisis”, analizujące ten scenariusz. W konkluzji autorzy nie pozostawiają złudzeń: „Następna potencjalna pandemia może być znacznie bardziej zaraźliwa i znacznie bardziej śmiertelna. Tak więc, chociaż wspomnienia eboli są świeże – i nie powinniśmy zapominać, że jej epidemia jeszcze się nie skończyła – to wykorzystajmy okazję, by wzmocnić naszą obronę. Musimy stworzyć globalne rozwiązania dla ryzyka zdrowotnego, które będą w stanie chronić ludzkie życie na całym świecie przed zagrożeniem chorobami zakaźnymi. Zbyt długo zaniedbywaliśmy ten aspekt globalnego bezpieczeństwa”.

Epidemie wirusowe wybuchały również lokalnie: SARS (2002-2003), wirus „ptasiej grypy” H5NI (2003-2007), wirus „świńskiej grypy” H1N1 (2009), MERS (2012+), ebola (2013-2016). Były one bodźcem do licznych badań wzywających do poprawy światowego systemu zarządzania ryzykiem epidemiologicznym. Z kolei na platformie YouTube wystąpienie Billa Gatesa „The next outbreak? We’re not ready”, w którym na bazie doświadczeń walki z ebolą przestrzega przed globalną pandemią, zostało wyświetlone 36 milionów razy. Nieuprawnionym zdaje się być stwierdzenie o nieprzewidywalności COVID-19.

Jeszcze trudniej jest określić mianem czarnego łabędzia trwającą rosyjską inwazję. Po raz pierwszy Federacja Rosyjska interweniowała militarnie na Ukrainie w 2014 roku, kiedy zaanektowała Krym. Następnie destabilizowała jej wschodnią część poprzez wojskowe wsparcie dla separatystycznych republik. Już 14 lat temu śp. Prezydent Lech Kaczyński ostrzegał przed rosyjskim zagrożeniem słowami: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie a później może czas na mój kraj, na Polskę”. Ograniczając się tylko do okresu sprzed inwazji też nie pozostajemy bez argumentów. Obok obserwatorów rosyjskich mediów, którzy wskazywali na nieobecność w nich pro-wojennej retoryki towarzyszącej zwykle dotychczasowym konfliktom, analitycy ruchów wojsk wskazywali na znaczną koncentrację żołnierzy i sprzętu u granicy z Ukrainą jako dowód planowanej agresji. O tym, że wojna wybuchnie informował również amerykański wywiad. Z tej perspektywy przedstawianie rosyjskiej inwazji, jako czegoś nieprawdopodobnego jest błędne.

Globalna kruchość

Podobnie jak nieuprawnione jest patrzenie na pandemię i wojnę jak na zjawiska niemożliwe do przewidzenia, tak również nie powinniśmy być zaskoczeni reakcją globalnej gospodarki. Wspomniany wcześniej Nassim Taleb wskazuje na globalną współzależność i upowszechnienie się międzynarodowych sieci (fizycznych i wirtualnych) jako czynniki generujące ryzyka o charakterze systemowym. Świat globalnych łańcuchów dostaw jest kruchy. Wszelka zmienność i niepewność tworzą ryzyka grożące ich dalszemu funkcjonowaniu. Przyjrzyjmy się poszczególnym obszarom tego porządku:

a) Produkcja i dystrybucja towarów

COVID-19 wyeksponował kruchość istniejących łańcuchów dostaw. Nowy reżim sanitarny oraz restrykcje w transporcie międzynarodowym opóźniły dostawy produktów i komponentów do sklepów i fabryk zlokalizowanych w innych obszarach geograficznych. Z kolei osłabienie dynamiki chińskiej gospodarki wpłynęło na liczne rynki towarowe. Produkcja w Chinach spadła do rekordowo niskiego poziomu, zaś fracht i wysyłka dramatycznie osłabły, ponieważ lockdowny zamknęły fabryki i porty kontenerowe. O ile COVID-19 wyeksponował kruchość łańcuchów dostaw, to rosyjska inwazja pokazała, że są one zniszczalne. Nawet jeśli globalny handel z czasem ustabilizuje się, to jednak dostawy towarów i usług z Rosji pozostaną wstrzymane lub ograniczone.

Wbrew rekomendacjom wynikających z teorii przewag komparatywnych autorstwa Davida Ricardo, zdolność do wytwarzania pewnych towarów ma fundamentalne znaczenie dla trwania społeczeństwa. W dobie pandemii niedobory dotknęły nie tylko sprzętu ochrony osobistej, ale również krytycznych urządzeń takich jak respiratory, materiały testowe, a nawet komponenty potrzebne do podawania szczepionek. Ceny wzrosły drastycznie – dla masek chirurgicznych sześciokrotnie, dla masek N95 potroiły się, a dla kitlów podwoiły. WHO wezwała przemysł i rządy do zwiększenia produkcji o 40% w celu zaspokojenia rosnącego globalnego popytu.

b) Żywność

Rosja i Ukraina odpowiadają za 1/3 światowego zasobu pszenicy na eksport. Sama Ukraina produkuje żywność w skali wystarczającej do wykarmienia 400 milionów ludzi na świecie. Mieści się w tym 50% światowej podaży oleju słonecznikowego, 10% światowej podaży ziaren i 13% światowej podaży kukurydzy. W czasie trwania wojny ukraińsko-rosyjskiej ceny pszenicy wzrosły do poziomu rekordów z czasów globalnego kryzysu żywnościowego w 2008 i Arabskiej Wiosny 2010-2011. Pojawia się więc duże prawdopodobieństwo globalnych deficytów żywności i zamieszek na tym tle. Sprzyja temu aktywność spekulantów na rynkach towarowych zawyżających ceny żywności. Spekulacja na rynku towarowym dokonuje się, bo traderzy, aby określić ceny rynkowe, uwzględniają informacje z kontraktów terminowych. Jeśli wartość kontraktów terminowych nie odzwierciedla przewidywanych zmian popytu i podaży, ale bazuje na błędnych prognozach lub celowo je pomija, to ceny rynkowe odrywają się od realnej gospodarki i mogą podążyć w kierunku baniek spekulacyjnych.

c) Energia

Polityka energetyczna pozostaje od kilku lat głównym tematem debaty publicznej w związku ze zmianami klimatycznymi. Wyczerpalność paliw kopalnianych łączyła się z wątkiem niezależności energetycznej, co w kontekście wschodnioeuropejskim było wiązane z rolą Rosji w wykorzystywaniu swoich zasobów naturalnych jako instrumentu presji politycznej. Inwazja rosyjska jest sygnałem dla zachodniego świata do porzucenia outsourcingu podaży energii z krajów bogatych w zasoby naturalne na rzecz odnawialnych źródeł energii i energii atomowej. Inwestycje w tym obszarze staną się elementem bezpieczeństwa politycznego.

d) Bezpieczeństwo militarne

Jeszcze rok temu kwestia bezpieczeństwa kraju pozostawała na marginesie zainteresowania opinii publicznej. W mainstreamie politycznym inwestycje w potencjał zbrojeniowy kraju kwitowane były jako zbędne (liberałowie) czy nawet szkodliwe (lewica). Od końca Zimnej Wojny wydatki obronne, zarówno jako procent wydatków publicznych, jak i procent całego PKB, malały. Globalnie te wydatki spadły o połowę, z 3,6% PKB w okresie 1970-90 do 1,9% po Globalnym Kryzysie Finansowym (2010–19). Okres tej dywidendy pokoju, szczególnie w Europie, dobiega końca. Inwazja rosyjska wskazała, że choć zobowiązania sojusznicze są ważne, to samodzielność militarna kraju i zdolność mobilizacji społeczeństwa są dla oporu wojennego fundamentalne. Oparcie w sojuszach wojskowych jest ważne, ale niewystarczające.

Globalizacja – wzlot i upadek

Podatność zglobalizowanych gospodarek na kryzysowe wydarzenia zmobilizowała rządy poszczególnych państw do działań na rzecz zmniejszenia skali ryzyka. W praktyce wiąże się to z ograniczeniem zależności względem reszty świata i silniejszym oparciem o krajowe zasoby. Według ekonomisty Adama Tooze deglobalizacja już trwa, a COVID-19 i rosyjska inwazja tylko ją przyspieszyły.

Sama globalizacja znacząco przebudowała kształt międzynarodowych stosunków gospodarczych. W 1970 roku eksport odpowiadał za 10% globalnego PKB, współcześnie ma to być 25%. Jednak generowana przez globalizację logika zwycięzców i przegranych systematycznie osłabiała własne fundamenty. Od protestów przeciw WTO w Seattle w 1999, przez globalny kryzys finansowy, po Brexit i Donalda Trumpa jako prezydenta USA. Dotychczasowe podstawy globalizacji zaczęły słabnąć. Globalnemu arbitrowi stabilizującemu i regulującemu handel międzynarodowy wyrósł chiński przeciwnik. Rywalizacja geopolityczna zastąpiła konkurencję produktową. Sprawa Huawei oraz chińsko-australijska rywalizacja handlowa są tego dowodami. Rewolucja telekomunikacyjna, która umożliwiła podział procesu produkcji i komunikacji, natrafiła na bariery dalszego outsourcingu produkcji i konteneryzacji handlu. COVID-19 sparaliżował istniejące łańcuchy dostaw.

Te czynniki mogą stać się bodźcem do zmiany dotychczasowego modelu rozwoju. Lukę po globalnych łańcuchach dostaw wypełni zwiększony popyt na produkcję w kraju, z towarzyszącym temu wzrostem miejsc pracy. Potrzeba bezpieczeństwa energetycznego będzie stymulować odwrót od paliw kopalnianych w kierunku odnawialnych lub lokalnych źródeł energii. W naszej części świata reakcją na zbrojną agresję Rosji będzie wzrost wydatków na wojsko.

Oczywiście nie można wykluczyć, że problemy globalizacji są chwilowe i po okresie zawirowań powrócimy do tego, co było. Niemniej jednak wszędzie tam, gdzie globalizacja się zwija, tam swoją rolę do odegrania ma państwo narodowe. To główny aktor stabilizujący obszary kluczowe dla funkcjonowania społeczeństwa – towarów, żywności, energii i bezpieczeństwa militarnego. Wbrew liberalno-lewicowej narracji o tym, że państwo narodowe jest tworem zbyt dużym, by odpowiadać na potrzeby obywateli i zbyt małym, aby rozwiązać systemowe problemy, to właśnie tam, gdzie instytucje państwa działają sprawnie, tam społeczeństwa radzą sobie lepiej. Dlatego trzeba zdecydować, czy będziemy biernie reagować, czy działać aktywnie.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/

Praca dla każdego!

Praca dla każdego!

Okres globalnej niepewności wywołanej przez COVID-19 to przeszłość. O ile skutki pandemii odsłoniły słabość instytucji publicznych, to obawy załamania gospodarczego i masowego bezrobocia nie spełniły się. Na przykład w kwietniu 2020 stopa bezrobocia w USA osiągnęła 14,8% i była najwyższym odczytem od początku historii pomiaru, tj. od 1948 [1], by w maju 2021 spaść do 5,8%. Świat jest na ścieżce powrotu do sytuacji wzrostu z końca 2019 roku. Widać to w kontekście polskiego rynku pracy, gdzie dotyczące zatrudnienia pozytywne trendy sprzed pandemii nie tylko są kontynuowane, lecz ulegają wzmocnieniu. Ignacy Morawski w swoim komentarzu ekonomicznym wskazuje, że rosnąca presja płacowa przebija trend sprzed pierwszej fali koronawirusa w Polsce. Przy niskim poziomie bezrobocia i trwającym ożywieniu gospodarczym oznacza to wzmocnienie pozycji przetargowej pracowników [2]. Wydaje się, że podobny pogląd podzielają sami zainteresowani. W majowym badaniu CBOS nt. nastrojów na rynku pracy odsetek pracowników odczuwających zagrożenie bezrobociem był najmniejszy od początku pandemii. Opinie dotyczące bieżącej i przyszłej sytuacji w zakładzie pracy oraz na lokalnym rynku pracy również uległy poprawie [3]. Te wskaźniki osiągnęły swoje historyczne najwyższe noty w 2019 i spadły wraz z wybuchem pandemii, jednak dynamika popandemicznego wzrostu pozwala przewidywać kolejne rekordy w najbliższym czasie [4].

Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia

Nie wszyscy są zadowoleni z umacniającej się pozycji przetargowej pracowników i niskiego poziomu bezrobocia. Michał Kalecki w swoim najgłośniejszym tekście „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” (1943) wskazywał, że o ile stan pełnego zatrudnienia jest osiągalny ekonomicznie, to główne źródło niezgody wobec niego ma charakter polityczny. Kalecki wymienia trzy płaszczyzny sprzeciwu kapitalistów względem polityki pełnego zatrudnienia (na potrzeby analizy tych mechanizmów skupię się na drugim i trzecim):

1) Opozycja względem wydatków państwa na wzrost zatrudnienia, finansowanych z deficytu publicznego;

2) Opozycja względem kierowania wydatków publicznych na inwestycje publiczne i subsydiowanie masowej konsumpcji;

3) Opozycja względem permanentnej polityki pełnego zatrudnienia.

Przez subsydiowanie masowej konsumpcji Kalecki rozumie następujący zestaw świadczeń: zasiłki rodzinne, renty starcze, obniżka podatków pośrednich i dotowanie artykułów pierwszej potrzeby. Niechęć środowisk liberalnych względem beneficjentów programów społecznych nie jest zaskoczeniem dla Kaleckiego. Pisał, że ich sprzeciw ma charakter moralny, gdyż dominującym przekonaniem kręgów biznesowych i ich politycznej reprezentacji jest to, że klasa pracująca nie może otrzymywać nic za darmo, gdyż wtedy zgnuśnieje [5].

Dlaczego kapitaliści przeciwstawiają się polityce, która każdemu chętnemu do pracy tworzy możliwości zarobkowania? Pełne zatrudnienie pozbawia ich głównego narzędzia dyscyplinowania pracowników i powściągania ich żądań płacowych. Tym narzędziem jest bezrobocie. „Ich [kapitalistów] instynkt klasowy mówi im, że trwałe pełne zatrudnienie jest »niezdrowe« z ich punktu widzenia i że bezrobocie jest integralnym elementem normalnego systemu kapitalistycznego” [6] – konkludował Kalecki. Dlatego docelowo „kapitanowie sektora prywatnego” będą dążyć do odejścia od polityki pełnego zatrudnienia finansowanego z deficytu publicznego i wzrostu bezrobocia. Dzięki temu odzyskują kluczową rolę w określaniu poziomu inwestycji i zatrudnienia w gospodarce oraz umacniają swój wpływ na politykę gospodarczą państwa [7].

Walka paradygmatów

William Mitchell, wiodący ekonomista ze szkoły Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Monetary Theory) wskazuje na dwa paradygmaty w ekonomii, których konflikt kształtował funkcjonowanie gospodarek w krajach zachodnich w XX wieku. To spór między paradygmatami pełnego zatrudnienia oraz pełnej zatrudnialności, sięgający czasów wielkiego kryzysu. John Maynard Keynes wykorzystał ówczesną nieskuteczność neoklasycznych ekonomistów. Novum jego propozycji tkwiło w odrzuceniu poglądu, iż rynek pracy determinuje poziom zatrudnienia. Twierdził, iż podaż siły roboczej i popyt na nią nie mają żadnego związku z klasyczną krzywą podaży pracy (decyzja pracownika, czy wybrać odpoczynek czy pracę). Popyt na pracę ma źródła w rynku towarowym i odzwierciedla popyt na finalne towary i usługi, co jest rezultatem efektywnego popytu w gospodarce. Toteż bezrobocie ma źródło w niewystarczających wydatkach w gospodarce, nie w poziomie płac pracowników czy osłonach socjalnych, jak twierdzili neoklasyczni oponenci Keynesa [8]. Doświadczenie II wojny światowej pozwoliło pozytywnie zweryfikować nowy paradygmat. To wydatki wojskowe u progu i w trakcie wojny wyeliminowały masowe bezrobocie. Wyzwaniem, przed którym stanęli wtedy decydenci, było to, jak przełożyć rzeczywistość czasów wojennych na okres pokoju i większych swobód obywatelskich [9].

U podstaw keynesowskiego sposobu myślenia tkwiło przekonanie, że pełne zatrudnienie definiuje się przez określoną ilość wakatów [10]. To nadwyżka miejsc pracy łatwo dostępnych dla najmniej wykwalifikowanych pracowników (głównie w sektorze publicznym, ale w prywatnym również) była fundamentem pełnego zatrudnienia. Dla lat 1945–1975 zmiany w poziomie wydatków sektora prywatnego były równoważone przez sektor publiczny, który tak zarządzał polityką fiskalną i monetarną, aby wydatki w gospodarce gwarantowały wzrost zatrudnienia odpowiadający przyrostowi siły roboczej. W rezultacie dla okresu 1950–1975 poziom bezrobocia w Europie wahał się między 2 a 4% [11]. Umożliwiło to instytucjonalizację polityki pełnego zatrudnienia jako pewnego paradygmatu opartego o trzy filary:

1. Filar ekonomiczny → pełne zatrudnienie

2. Filar redystrybucji → funkcjonowanie rynku jest amoralne i nie zawsze prowadzi do efektywnych i pożądanych społecznie rozwiązań, dlatego rolą państwa jest korygowanie rynku.

3. Filar kolektywny → Funkcjonowanie negocjacji zbiorowych, wpływ obywateli na państwo i zobowiązanie państwa do działania na rzecz wspólnoty. [12]

Neoklasyczna kontrrewolucja

Dzięki Kaleckiemu wiemy, że kapitaliści nie traktują stanu pełnego zatrudnienia jako czegoś pożądanego. Prawie 30 lat trwała delegitymizacja powojennego modelu gospodarczego, w czym kluczową rolę odegrały dwa zdarzenia.

• Impuls inflacyjny w wyniku wojny w Wietnamie stworzył warunki do krytyki aktywnej polityki makroekonomicznej państwa;

• Wzrost cen ropy przez kraje OPEC zwiększył poziom inflacji.

Uczynienie z inflacji głównego problemu było podstawą retorycznego ataku na pełne zatrudnienie. Nowym priorytetem polityki makroekonomicznej było jej zwalczanie. Przekłada się to na spadek wydatków publicznych (niższy poziom deficytu), a w konsekwencji niewykorzystaną siłę roboczą. Popyt w gospodarce jest zbyt niski, aby stworzyć odpowiednią ilość miejsc pracy [13]. Celem przestała być nadwyżka dostępnych miejsc pracy, a stał się nim kompromis między bezrobociem a inflacją. Szok paliwowy pozwolił ostatecznie pogrzebać model polityki pełnego zatrudnienia, a wraz z tym ugruntować model oparty o pełną zatrudnialność [14].

Nowy paradygmat opierał się na następujących trzech filarach:

1. Filar ekonomiczny → prymat rynkowo określanych celów (niepełne zatrudnienie);

2. Filar redystrybucji → wspieranie i wzmacnianie rynkowych mechanizmów, np. deregulacja, skłanianie do partycypacji w rynku pracy, przywileje podatkowe dla najbogatszych;

3. Filar indywidualistyczny → żadnych samoistnych praw w związku z byciem obywatelem. Jednostka poprzez pewne behawioralne kryteria musi wykazać swoją zdatność i gotowość do bycia zatrudnionym. [15]

Wraz z tym zmienił się sposób mówienia o bezrobociu. Monetarystyczni ekonomiści upowszechnili koncepcję NAIRU (non-accelerating inflaition rate of unemployment). Milton Friedman twierdził, że istnieje nieredukowalny i unikalny poziom bezrobocia, gdzie inflacja jest stała. Starania, by zejść poniżej poziomu NAIRU, muszą wedle niego skończyć się klęską i doprowadzą do ponownego wzrostu inflacji [16]. W tym ujęciu bezrobocie to już nie systemowy problem, który można rozwiązać ekspansywną polityką fiskalną lub monetarną, ale defekt od strony podażowej. Przyczyną tego może być kiepska jakość siły roboczej, zbyt duże regulacje państwa czy system zasiłków, które zniechęcają do pracy. Władze państwa mogą coś zmienić demontując istniejące ograniczenia na rynku pracy. W efekcie rząd zmniejsza swój wpływ na gospodarkę, a w większym stopniu opiera się o rynek i sektor prywatny [17].

Prawo do pracy i skutki jej braku

Konstytucyjny zapis obowiązku polityki zmierzającej do pełnego produktywnego zatrudnienia jest nieobecny w świadomości społecznej. W polskiej debacie jest ono traktowane co najwyżej jako produkt uboczny polityki zachęcającej do wzrostu prywatnych inwestycji lub efekt rosnącej konsumpcji. Zatrudnienie jest czymś, za co odpowiedzialna jest sama jednostka. Podczas gdy bycie zatrudnionym i jakość tej relacji mają istotne konsekwencje społeczne.

Dla większości gospodarstw domowych praca jest głównym źródłem dochodu. Bezrobocie i niepełne zatrudnienie pozbawiają dostępu do sieci społecznych i korzyści z nich płynących oraz czynią patologie społeczne bardziej prawdopodobnymi [18]. Tadeusz Kowalik, omawiając masowe bezrobocie w początkach III RP, wymienia całą listę jego makrospołecznych skutków:

• Osłabienie siły przetargowej pracowników i wzmocnienie autorytaryzmu zarządców przedsiębiorstw;

• Pogorszenie się warunków pracy i stagnacja lub obniżka płac;

• Zmniejszona ruchliwość społeczna;

• Pogłębienie się nierówności płciowych (kobiety tracą pracę częściej niż mężczyźni) i regionalnych;

• Utrata kwalifikacji przez pracowników. [19]

Z kolei David Blustein, psycholog z Boston Collage, przywołuje bogaty zbiór badań potwierdzający znaczenie pracy dla zdrowia psychicznego jednostki. Brak pracy wpływał na brak poczucia własnej wartości, nadużywanie środków odurzających, alkoholizm itp. Z perspektywy lokalnej społeczności utrata zatrudnienia wiązała się z istotnym spadkiem jakości życia w sąsiedztwie, pogorszeniem relacji rodzinnych oraz wzrostem przestępczości. Blustein konkluduje, że praca jest głównym składnikiem rozwoju i zachowania zdrowia psychicznego [20].

Ograniczenia stymulacji zagregowanego popytu

Centralny charakter pracy w życiu jednostki wymaga uznania jej roli na poziomie społeczno-gospodarczym. Warunkiem tego jest polityka pełnego zatrudnienia, gwarantująca godne i produktywne zatrudnienie każdemu, kto chce pracować, a nie może znaleźć pracy w sektorze prywatnym.

Dotychczas najpowszechniej stosowanym modelem osiągania pełnego zatrudnienia była omawiana wcześniej ekspansywna polityka wydatków publicznych. Bazuje ona na wydatkach rządowych oraz zachętach dla inwestorów do rozwinięcia aktywności gospodarczej. Jej celem jest spadek bezrobocia poprzez kreowanie konkurencyjnych miejsc pracy w sektorze publicznym oraz wzrost zatrudnienia w sektorze prywatnym. Ten osiągany jest dzięki efektowi mnożnikowemu – wzrostowi PKB w wyniku zwiększeniu wydatków rządowych, które uruchamiają cały łańcuch wydatkowy. Od inwestujących i zatrudniających przedsiębiorstw prywatnych po konsumujących pracowników [21].

W przeciwieństwie do neoliberalnej agendy, która z bezrobocia uczyniła narzędzie dyscypliny pracowników, keynesowska polityka stymulowania zagregowanego popytu gwarantowała wysokie poziomy zatrudnienia. Napotyka ona jednak szereg ograniczeń, które osłabiają jej pozytywny wpływ:

• Niezdolność do stworzenia wystarczającej ilości miejsc pracy dla mniej wykwalifikowanych pracowników – poprzez oparcie się o efekt mnożnikowy i sektor prywatny w generowaniu zatrudnienia, pracownicy o większym doświadczeniu zawodowym będą zatrudniani w pierwszej kolejności. Osoby o niskich kwalifikacjach lub długotrwale bezrobotni będą zatrudniani później lub wcale.

• Zachowuje regionalne nierówności na rynku pracy spowodowane globalizacją i deindustrializacją. Umiędzynarodowione obszary metropolitarne z silnym udziałem sektora usług, niskim bezrobociem oraz wyższymi płacami zajmują dominującą pozycję. Rolę peryferyjną pełnią obszary niezurbanizowane o niższym poziomem kapitału ludzkiego i punktowo skoncentrowanymi obszarami produkcyjnymi w postaci specjalnych stref ekonomicznych.

• Jest pozbawiona mechanizmów kontr-inflacyjnych – poprzez stymulację popytu oraz efekt mnożnikowy gospodarka osiąga stan pełnego zatrudnienia. Jednak presja płacowa oraz rosnące ceny materiałów z dużym prawdopodobieństwem tworzą presję inflacyjną. Przy braku tzw. kotwicy anty-inflacyjnej powstaje ryzyko dla rozwoju gospodarczego. [22]

Potrzeba alternatywnych modeli pełnego zatrudnienia, minimalizujących braki keynesowskiej polityki stymulowania popytu.

Pracodawca Ostatniej Instancji

Rozwiązaniem, które umożliwia realizację tego celu przy uniknięciu opisanych problemów jest proponowana w ramach Nowoczesnej Teorii Monetarnej koncepcja gwarancji zatrudnienia (Job Guarantee). Ekonomiści MMT wychodzą z założenia, że państwo, wykorzystując władzę fiskalną, jako monopolistyczny emitent pieniądza jest w stanie zatrudnić każdą chętną osobę. Obecnie ci, którzy nie mogą znaleźć pracy, nie mogą otrzymać ustawowej płacy minimalnej. Wynosi ona dla nich zero złotych. Jednakowe wynagrodzenie gwarantujące minimum socjalne tworzyłoby efektywną płacę minimalną. Program gwarancji zatrudnienia, określany również jako Pracodawca Ostatniej Instancji, nawiązuje do roli, którą bank centralny pełni w gospodarce. Tak jak bank centralny udziela pożyczek w postaci rezerw bankom, które nie są w stanie pozyskać ich w inny sposób, tak pracodawca ostatniej instancji tworzy miejsca pracy dla tych, którzy nie znajdują zatrudnienia nigdzie indziej [23]. Celem polityki gwarancji zatrudnienia jest likwidacja bezrobocia w sposób bezpośredni, tworząc miejsca pracy tu i teraz. Nie poprzez inwestycje czy zachęty finansowe mające dopiero zwiększyć popyt na pracę.

Zbliżony mechanizm funkcjonuje na rynku produktów rolnych pod nazwą skupu interwencyjnego. Urodzaj plonów powodujący nadpodaż określonego towaru jest sygnałem dla państwa do rozpoczęcia akcji skupu po ustalonej cenie w celu ściągnięcia nadwyżki z rynku. Stabilizuje to poziom cen oraz zabezpiecza interesy ekonomiczne producentów rolnych. W odwrotnej sytuacji, gdy danego produktu jest mniej, czyniąc go dużo droższym, państwo jest w stanie wypuścić na rynek zmagazynowane towary, gwarantując stabilność cen i równoważąc interesy rolników i konsumentów. Według tego samego schematu państwo zapewnia równowagę na rynku pracy. W fazie dekoniunktury (malejące inwestycje prywatne i spadek zatrudnienia) liczba pracowników w ramach polityki gwarantowanego zatrudnienia automatycznie zwiększałaby się, a w okresie koniunktury (rosnące inwestycje prywatne i wzrost zatrudnienia) – malała.

Polityka gwarancji zatrudnienia kierowałaby wolne zasoby pracy (osoby, które w reżimie neoliberalnym byłyby bezrobotne – chcą pracować, ale nie mogą znaleźć zatrudnienia) do projektów ekologicznych i opiekuńczych, które służyłyby lokalnym społecznościom w całej Polsce, szczególnie tym najbardziej zaniedbanym. Zakłada ona aktywności o wysokiej użyteczności społecznej, ale generujące niewielkie zyski – z tego względu ignorowane przez sektor prywatny. Nie ma ograniczeń dotyczących rodzaju prac, które w ramach tej polityki byłyby wykonywane. Jednak kluczowy jest ich inkluzywny charakter, który umożliwi zatrudnienie wszystkich chętnych bez względu na poziom umiejętności czy atrybuty fizyczne.

Znajdujemy się w okresie historycznie niskiego bezrobocia. Wciąż jednak są obszary, gdzie bezrobocie jest dwucyfrowe, zaś biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa czy kryzys klimatyczny potrzeby lokalnych społeczności będą rosnąć. Jak miałaby wyglądać praktyczna implementacja tego programu w Polsce? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejnym tekście.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/

Przypisy:

1. US mass unemployment covid, Congressional Research Service, https://fas.org/sgp/crs/misc/R46554.pdf

2. Ignacy Morawski, Dane dnia: powrót rynku pracownika, płace rosną szybciej niż przed kryzysem – 21.06.2021

3. Komunikat CBOS „Nastroje na rynku pracy w maju”, maj 2021 (oprac. Umańska E.).

4. Ocena sytuacji w zakładzie pracy dla lat 1992–2021 s. 3.

5. Kalecki M., Kapitalizm: dynamika gospodarcza i pełne zatrudnienie. Wybór tekstów, pod red. Łaski Kazimierz, Osiatyński J., s. 391.

6. Tamże s. 392.

7. Tamże s. 397.

8. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 36.

9. Tamże s. 38.

10. Tamże s. 78.

11. Tamże s. 9–10.

12. Tamże s. 8–9.

13. Tamże s. 4–6.

14. Tamże s. 78.

15. Tamże s. 16.

16. Friedman M., Money: the Quantity Theory, 1968. IESS, s. 12.

17. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 12–13.

18. Tamże s. 21.

19. Kowalik T., www.PolskaTransformacja.pl, Warszawa 2009, s. 208–209.

20. Blustein D., The Role of Work in Psychological Health and Well-Being: A Conceptual, Historical, and Public Policy Perspective. American Psychologist 63, nr 4 (2008), s. 230.

21. Samuelson P., Nordhaus W., Ekonomia, Poznań 2019, s. 452.

22. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 241–243.

23. Wray L. R., Nowoczesna Teoria Monetarna MMT. Wprowadzenie do makroekonomii suwerennych systemów monetarnych, Wydawnictwo Ekonomiczne Heterodox 2018, s. 309–310.

Kim są „przyjaciele migrantów”?

Strzeżcie się owych kosmopolitów, co w swych książkach szukają dalekich obowiązków, których nie uważają za stosowne spełniać dokoła siebie. Niejeden filozof kocha Tatarów, aby być zwolnionym od obowiązku miłości względem sąsiadów swoich – Jean-Jacques Rousseau

Temat polityki migracyjnej ponownie znalazł się w centrum debaty publicznej. Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej mobilizuje środowiska liberalne i lewicowe. Aktywistów rozgrzewa pytanie, do czego jest zobowiązane państwo polskie względem obozowiska migrantów w okolicach Usnarza Górnego. Uczciwa odpowiedź wymaga znajomości kontekstu sytuacji. Ten został opisany przez Tadeusza Giczana. Białoruski dziennikarz przedstawia dowody, że zwiększona presja migracyjna na granicę Polski jest koordynowana przez Białoruś w ramach operacji Śluza.

To zdarzenie jest punktem odniesienia w tekście Szymona Gamsa. Autor analizuje środowiska – liberalne i lewicowe – pozycjonujące się jako sojusznicze wobec migrantów i stawia im zarzut, że liberałowie swoje wsparcie dla osób próbujących przekroczyć polską granicę ograniczają tylko do deklaracji. W praktyce niczym nie różnią się w takim razie od uszczelniającego obszary graniczne rządu Prawa i Sprawiedliwości. Drugie środowisko, według Gamsa groźniejsze, nawet jeśli faktycznie popiera przyjęcie migrantów do Polski, to jednocześnie przymyka oczy na sytuację wykluczonych w kraju. Wspiera politykę, która umożliwia własny uprzywilejowany styl życia oraz pozostaje ślepa na uprzedzenia względem klas ludowych. Zdaniem autora, tylko uznanie znaczenia obydwu grup – migrantów i obywateli w sytuacji ekonomicznej zbliżonej do migrantów – jest gwarantem promigranckiej polityki.

Otwarte granice? Propozycja braci Koch

Nie jest prawdą, że liberałowie wspierają politykę zamkniętych granic. Wspomniane przez Gamsa słowa Donalda Tuska należy odczytać w kontekście dość znamiennej wypowiedzi innego liberalnego celebryty – Tomasza Lisa: „Jest prosty sposób na wyleczenie się ze strachu przed uchodźcami i imigrantami. Zainstalować sobie w telefonie aplikację Uber Eats i zamówić burgera. Proste. Godzinka i po strachu”.

Migrant to przyszły pracownik jednej z cyfrowych platform opierających swój model biznesowy o prekarne zatrudnienie i niskie płace. Według Lisa rolą uchodźcy jest budowa ekonomicznego dobrostanu klas posiadających. Nie stoi to w sprzeczności ze słowami Tuska, który podkreśla znaczenie ochrony granic. Różnica dotyczy „jakości kapitału ludzkiego” – ile wysiłku należy włożyć, aby uczynić z przybysza część taniej siły roboczej. Akceptacja obozu liberalnego dla polityki otwartych (lub uchylonych) granic jest wyrazem interesu klasowego.

Wiedzieli o tym klasycy. Fryderyk Engels w rozprawie „Położenie klasy robotniczej w Anglii” poświęcił osobny rozdział zagadnieniu irlandzkiej imigracji i jej negatywnemu wpływowi na warunki życia angielskich robotników. Z kolei Marks w liście do Sigfrida Meyera i Augusta Vogta z 1870, pisał, że tylko powstanie niepodległej Irlandii jest w stanie zażegnać wrogość dwóch narodowości. Zatrzymanie napływu taniej siły roboczej wytrąci broń z rąk angielskiej burżuazji. Do tego samego odnosił się Bernie Sanders, nazywając agendę otwartych granic propozycją braci Koch, czyli amerykańskich miliarderów forsujących neoliberalny model gospodarczy.

Zgaduję, że tym samym przekonaniem kieruje się rząd duńskich socjaldemokratów, którego restrykcyjna polityka imigracyjna w 2020 doprowadziła do najmniejszej liczby wniosków o azyl od roku 1990. Premier Mette Frederiksen chce zmniejszyć tę liczbę do zera, zaś wnioskujących o azyl deportować do ośrodków poza granicami Danii, gdzie oczekiwaliby na wynik procedury.

Napływ taniej siły roboczej z zagranicy obok rezerwowej armii pracy (stałego zasobu bezrobotnych) były i wciąż stanowi najefektywniejszą broń kapitalistów przeciwko klasie robotniczej. Liberałowie popierają przyjmowanie migrantów nie z dobrego serca (chociaż takiego motywu też nie można wykluczyć), ale ze względu na konsekwencje dla rynku pracy, które zmuszą krajowych pracowników do silniejszej konkurencji z obcokrajowcami.

Polowanie na kozła ofiarnego drugiego stopnia

Co z lewicowymi „przyjaciółmi migrantów”? Współczesna lewica jest tworzona w znacznej mierze przez klasę menedżerów-specjalistów (Professional-managerial class), jej dolną część – absolwentów uczelni wyższych, zamieszkujących duże miasta, przeważnie zatrudnionych na stanowiskach nie wynagradzanych zbyt okazale, ale zapewniających status oraz autonomię osobistą. Nie kapitał ekonomiczny jest tu w centrum. Aktywiści lewicy dysponują kapitałem kulturowym, dzięki któremu próbują narzucić określoną interpretację sytuacji na granicy. Ich wiedza i humanitaryzm wskazują „właściwe” postawy i zachowania dla państwa, społeczeństwa i jednostek. W tym przypadku to polityka otwartych granic.

To stanowisko wykorzystuje znaczenie, jakie przypisujemy ofiarom w kulturze zachodniej – począwszy od ukrzyżowania Chrystusa po doświadczenie Holocaustu. Jak bardzo byśmy nie byli cyniczni, to czujemy się zobowiązani do współczucia ofiarom, a nawet podjęcia działań, które poprawią ich los.

Ten słuszny motyw może zostać postawiony na głowie. René Girard, autor koncepcji kozła ofiarnego jako mechanizmu przywracania społecznego pokoju poprzez skierowanie przemocy na niewinną jednostkę lub grupę, pisał: „Zamiast krytykować siebie, robimy zły użytek z naszej wiedzy – kierujemy ją przeciwko drugiemu i uprawiamy polowanie na kozła ofiarnego drugiego stopnia, polowanie na myśliwych kozła ofiarnego. W naszym społeczeństwie obowiązkowe współczucie upoważnia do nowych form okrucieństwa” (Girard, Widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica, Warszawa 2002, s.171).

Ten mechanizm obrazuje sytuacja na granicy polsko-białoruskiej. Tak jak Łukaszenko wykorzystuje migrantów do wywierania presji na Litwę, Łotwę i Polskę, tak sami migranci stali się bronią w walce opozycji z Prawem i Sprawiedliwością. Lewicowo-liberalne środowisko zarzuca rządowi, że ten stworzył obóz koncentracyjny. Atakuje tę część społeczeństwa, która pozostaje sceptyczna względem agendy otwartych granic. Rzuca obelgami w kierunku Straży Granicznej.

Jednocześnie moralnie uwzniośla się tych, którzy przeprowadzają ataki. Udaremniony sprint posła Starczewskiego w kierunku białoruskiej granicy czy stanie na bosaka w imię solidarności z migrantami to akt moralnej wyższości, wolnej od narodowych ograniczeń i reakcyjnych poglądów. Przecież nie sposób pozyskania poklasku w mediach społecznościowych. Nie zgadzając się z lewicowymi aktywistami, nie tylko nie masz racji. Nie masz też sumienia.

Celem opozycji nie jest dobrostan migrantów, lecz atak na rząd. W innym przypadku można by w tej samej sprawie oczekiwać krytyki wymierzonej w Unię Europejską. Organizacje działające na rzecz uchodźców oficjalnie głoszą, że polityka migracyjna UE ma charakter rasistowski i stanowi spuściznę czasów kolonializmu. Nie mieści się to jednak w polskiej liberalno-lewicowej ortodoksji, wedle której instytucje unijne stanowią punkt oparcia do walki politycznej z rządem.

Szlachetny dzikus i bunt mas

Autor wspomnianego tekstu konfrontuje krótkowzroczność lewicowych i liberalnych aktywistów z sytuacją wykluczonych w Polsce. Uczciwa postawa ma wymagać wsparcia dla obydwu grup. Jednak, jak zauważył Slavoj Žižek, lewica beatyfikuje uchodźców jako wolnych od zła. Jakiekolwiek problemy są w tej optyce tymczasowe, a przyszłe wyzwania z integracją wskazują na defekty wspólnoty przyjmującej. Z drugiej strony, polska klasa ludowa wcale nie musi być postrzegana jako zasługująca na uznanie. W antyrządowej retoryce, beneficjenci reform dokonanych po 2015 roku są współwinni obecnej sytuacji w kraju. To przepełniona ksenofobią i patriarchatem czarna masa pełna zawiści. Jej zakorzenienie i mobilizacja polityczna są dla klas dominujących groźniejsze. Pokazały to doświadczenia Brexitu oraz wybory prezydenckie w USA z 2016 roku, gdy pierwszy raz od wielu lat demokratyczny werdykt zapadł w kontrze do oczekiwań rządzących elit (warto obejrzeć dokument filmowy poświęcony tym wydarzeniom). Dlatego klasy ludowe trzeba zdyscyplinować, a migrantów uczynić tanią siłą roboczą, która zahamuje wzrost płac przez szykujący się do przejęcia władzy obóz liberalny.

Moralne wzburzenie wokół sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, które porusza liberalną i lewicową opinię publiczną, nie służy poprawie sytuacji imigrantów. Ofiary są środkiem do celu. Wymóg współczucia ma legitymizować określone rozwiązania polityczne i atak na instytucje państwa. Zaś sam migrant jest tak dobry, jak szybko potrafi dowieźć burgera.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/

Bezdroża dochodu podstawowego?

Bezdroża dochodu podstawowego?

Eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego w opublikowanym raporcie „Bezwarunkowy Dochód Podstawowy. Nowy pomysł na państwo opiekuńcze?” przyjrzeli się szansom wdrożenia BDP w Polsce. Czyli koncepcji bezwarunkowego transferu pieniężnego wypłacanego regularnie każdej jednostce na poziomie gwarantującym materialną egzystencję. O dochodzie podstawowym dyskutuje również Klub Jagielloński. To już nie tylko lewicowi akademicy, ale szersze spektrum polityczne i społeczne. Całkiem niedawno debatę na podobny temat zorganizowała Komisja Młodych NSZZ „Solidarność”. Z czego wynika ta popularność?

Poszukiwanie alternatyw jest naturalne. Globalny kryzys finansowy z 2008 roku podważył zaufanie do kapitalizmu. Ci, którzy zyskali na deregulacji sektora finansowego, stali się głównymi beneficjentami pomocy publicznej. Kiedy menedżerowie wielkich banków inkasowali nagrody za dobre wyniki z poprzednich lat, tysiące pracowników było zwalnianych z powodu postępującej recesji. W wyniku pandemii COVID-19 miliony ludzi straciło pracę lub likwidowało drobne biznesy. Gdy indywidualny wysiłek przestaje być gwarantem godnego bytu, koncepcja regularnego transferu finansowego daje poczucie bezpieczeństwa.

Krytyka neoklasyczna i pozorne odpowiedzi

Ekonomiści neoklasyczni to główni oponenci wdrożenia dochodu podstawowego w Polsce. Przedmiotem sporu jest sposób finansowania oraz wpływ na rynek pracy. Zwolennicy BDP odnoszą się do tego na dwa sposoby – zachowawczo lub progresywnie. Pierwsze podejście wpasowuje dochód podstawowy w obecny ład instytucjonalny. Ma on osiągać cele obiecane przez neoliberalny kapitalizm. W ujęciu progresywnym, BDP jest narzędziem, które intencjonalnie przekracza reguły gospodarki rynkowej. Problem polega na tym, że w zależności od publiki, zwolennicy dochodu podstawowego stosują różne linie argumentacji, które jednak mają odmienne rezultaty.

Głównonurtowi ekonomiści twierdzą, że budżet Polski jest zbyt mały, aby sfinansować ten eksperyment. W tym scenariuszu wzrost obciążeń podatkowych byłby na tyle wysoki, że zahamowałby wzrost gospodarczy. Dlatego konieczne są radykalne cięcia wydatków publicznych. Upodabnia to BDP do koncepcji negatywnego podatku dochodowego, czyli transferu pieniężnego wypłacanego przez państwo, jeśli zarabiający nie osiąga określonej kwoty wolnej od podatku. Jeśli Jan Kowalski zarabia 50 tysięcy złotych przy 60 tysiącach jako kwocie wolnej od podatku, to brakujące 10 tysięcy pokrywa państwo. Milton Friedman, najbardziej znany zwolennik tej idei, widział w negatywnym podatku dochodowym narzędzie likwidacji socjalnych funkcji państwa. W tym samym kierunku zmierzają argumenty zachowawczo zorientowanych zwolenników BDP. Transfer pieniężny tak, ale wszelkie pozostałe świadczenia socjalne i usługi publiczne mocno ograniczamy. Strona progresywna jest natomiast bardziej otwarta na finansowanie programu z deficytu publicznego.

Kolejny spór dotyczy bezwarunkowości dochodu podstawowego. Głównonurtowi ekonomiści obawiają się kultury wyuczonej bezradności, czyli efektu masowego wycofywania się z rynku pracy wskutek otrzymywania świadczenia. Problem ubóstwa miałby się jeszcze pogłębić. Podobnie jak wcześniej, tutaj też panuje dwugłos. Zachowawczy zwolennicy BDP argumentują, że dochód podstawowy tworzy bufor bezpieczeństwa. Zachęca do podejmowania bardziej ryzykownych działań, niemożliwych w reżimie pracy najemnej ze względu na systemowy brak stabilności finansowej. BDP stałby się więc gwarantem drobnej przedsiębiorczości i kreatywnych projektów. Ogólny poziom produktywności wzrósłby, a nie spadł. Z kolei opcja progresywna widzi w dochodzie podstawowym narzędzie oporu w miejscu pracy. Umożliwiłby on wycofanie się z rynku pracy i budowę nie-kapitalistycznych relacji społecznych.

Niezależnie od przyjętej wersji BDP, koncepcja ta obarczona jest brakami, które czynią ją kontr-skuteczną względem deklarowanych celów. Przyjrzyjmy się temu.

Mniej stabilności (cenowej i pracowniczej)

Koncepcję dochodu podstawowego łączy z perspektywą ekonomii neoklasycznej indywidualizm metodologiczny. Jednostka jest traktowana jako punkt odniesienia. Ryzyka i szanse dochodu podstawowego są analizowane w ujęciu mikroekonomicznym. Z tego powodu zwolennicy BDP ignorują makroekonomiczne konsekwencje swojej polityki. Czym z tej perspektywy jest dochód podstawowy? To większe możliwości wydatkowe społeczeństwa bez dodanych usług lub zdolności produkcyjnych. To wzrost popytu przy zachowaniu dotychczasowego poziomu podaży. W zależności od przyjętej wersji BDP – zachowawczej bądź progresywnej – mierzymy się z różnymi problemami.

Zacznijmy od wersji dochodu podstawowego, która odrzuca regułę neutralności fiskalnej w imię znaczącego transferu pieniężnego. Ryzykiem jest tu inflacja. We współczesnych gospodarkach ryzyko inflacyjne dotyczy relacji między nominalnym wzrostem wydatków (popytu), a zdolnością gospodarki, by odpowiedzieć na ten popyt zwiększoną podażą towarów i usług. Gdy popyt rośnie szybciej niż produkowane towary lub świadczone usługi, tworzy się presja na wzrost cen.

Zwolennicy BDP odpowiedzą, że nie jest to problem, bo gospodarki kapitalistyczne cierpią z powodu zbyt niskiego poziom wydatków. Firmy są w stanie produkować dużo więcej, niż konsumenci mogą obecnie kupić. Dzięki dochodowi podstawowemu przedsiębiorstwa będą mogły bardziej wykorzystać moce produkcyjne i zatrudnić więcej ludzi. Poziom cen ustabilizuje się z czasem. Tym, co zostało przeoczone w takiej perspektywie, jest cykliczność wpisana w funkcjonowanie gospodarki – chodzi o okresy wzrostu i spadku. W przypadku pierwszego zjawiska inwestycje rosną, spada bezrobocie i zwiększa się konsumpcja. W drugim tendencja jest odwrotna – sektor prywatny kurczy się, a ludzie więcej oszczędzają niż wydają. Koncepcji dochodu podstawowego brakuje automatycznych stabilizatorów, które mogłyby działać kontrcyklicznie. Dochód podstawowy, jako stały i regularny transfer pieniężny, nie jest wrażliwy na zmiany makroekonomiczne. W dobie recesji zapobiega znaczącemu spadkowi popytu krajowego, co stymuluje gospodarkę. Jednak w okresie prosperity BDP zwiększa ryzyko inflacyjne. Sytuacja staje się gorsza, gdy więcej osób dzięki BDP korzysta z „wolności” od pracy. Strona podażowa gospodarki kurczy się, a popyt pozostaje na stałym poziomie. Ten popyt na towary i usługi może zostać zaspokojony importem, co jednak wpływa na kurs wymiany i krajowy poziom cen, wzmacniając dodatkowo tendencje proinflacyjne.

W wersji zachowawczej ryzyko inflacyjne jest zredukowane, bo kwota otrzymywana w dochodzie podstawowym jest mniejsza. BDP nie zwiększa deficytu publicznego, a pracownicy nie otrzymują kwoty, która skłoniłaby ich do wycofania się z rynku pracy. Pojawia się jednak inny zestaw problemów. Po pierwsze, skupienie się na kosztach programu skutkuje tym, że transfer pieniężny będzie zbyt niski, aby rozwiązać problemy, które zwolennicy BDP deklarują przezwyciężyć – biedę i niestabilność dochodową. Kolejne ryzyko dotyczy wpływu na rynek pracy. Część pracowników, mając dodatkowe źródło dochodu, rezygnowałaby z pracy pełnoetatowej i łączyła dochód podstawowy z zatrudnieniem na niepełny etat. W wymiarze makro oznacza to zwiększoną podaż nie-pełnoetatowej siły roboczej i przebudowę struktury rynku pracy. Jest to kluczowe w kontekście koncepcji dualnego rynku pracy, gdzie istnieją dwa segmenty o odmiennych warunkach płacowych i zatrudnienia: sektor kluczowy i sektor peryferyjny. Pierwszy, oczekujący określonego poziomu kwalifikacji, oferuje w zamian stabilne zatrudnienie i wyższy poziom płac. Drugi, o niskich barierach wejścia (jeśli chodzi o posiadane kompetencje) i wyjścia (ze względu na małą atrakcyjność warunków pracy i zatrudnienia), charakteryzuje się większym udziałem atypowych form zatrudnienia. Dochód podstawowy doprowadzi do silniejszej segmentacji rynku pracy. Pracodawcy funkcjonujący w sektorze peryferyjnym, gdzie siła przetargowa pracowników jest mniejsza, mogą łatwiej obniżyć poziom płac, wiedząc, że pracownicy dysponują regularnym buforem finansowym. W praktyce BDP staje się polityką wzmacniającą prekaryzację stosunków pracy i transfer dochodów od pracowników do przedsiębiorców.

Kultura indywidualizmu

Indywidualizm metodologiczny dochodu podstawowego ma swoje kulturowe implikacje. BDP jest projektem indywidualistycznym. Jego przedmiotem jest jednostka wyabstrahowana ze zobowiązań społecznych. W wizji zwolenników tego rozwiązania jednostka wolna od konieczności pracy będzie mogła dać wyraz swoim zdolnościom i w ten sposób przysłużyć się wspólnocie. Towarzyszy temu celebracja kreatywności i anty-paternalistyczny sentyment, wymierzony przede wszystkim wobec państwa. Kiepsko funkcjonujące usługi publiczne, jak np. zajęcia dodatkowe dla dzieci, zastępują oddolnie zorganizowani obywatele, którzy teraz mają zasoby, by realizować takie projekty. Państwo opiekuńcze z biurokratycznym aparatem kontroli wypierane jest przez wolontariat „na dopingu”.

Idealizacji indywidualnej innowacyjności towarzyszy deprecjonowanie roli pracy. Rzecznicy BDP sprowadzają ją do przynoszącej dochód aktywności wycenianej przez rynek. Jeśli bezpieczeństwo finansowe może być zagwarantowane innymi sposobami, to jest ona zbędna. W bliźniaczy sposób pracę ujmuje teoria neoklasyczna w tzw. krzywej podaży pracy. Pracownik ma wybór między pracą – która jest czymś złym, bo stanowi źródło niewygody – oraz czasem wolnym – postrzeganym jako coś preferowanego. W tym ujęciu praca jest tolerowana, bo dzięki zarobkom umożliwia zakup innych preferowanych dóbr. Mechanizmem, który zarządza alokacją czasu pracownika, jest płaca, która określa cenę czasu wolnego. Ekonomiści neoklasyczni oraz zwolennicy BDP sprowadzają aktywność zawodową do funkcji czysto zarobkowych. Pomijają fakt, że praca oprócz wynagrodzenia przynosi szereg wewnętrznych pozytywów w postaci zdrowia psychicznego, poczucia przynależności czy osobistej satysfakcji.

Suwerenność (monetarna) ma znaczenie

Dylematy dotyczące sposobu finansowania BDP wynikają z braku zrozumienia różnicy między krajami suwerennie monetarnymi (m.in. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Szwajcaria, Polska), a krajami tej suwerenności pozbawionymi (strefa euro). Te pierwsze dysponują monopolem na emisję pieniądza i tworzą popyt na tę walutę poprzez nakładanie zobowiązań podatkowych. W przeciwieństwie do rządu, sektor niepubliczny, tj. firmy i gospodarstwa domowe, jest użytkownikiem waluty (tak samo jak kraje, które oddały swoją suwerenność monetarną Europejskiemu Bankowi Centralnemu). Opodatkowanie służy tworzeniu popytu na rządową walutę. Ten proces można widzieć w trzech etapach: 1) Rząd nakłada zobowiązanie podatkowe płatne w walucie, którą emituje. 2) W obliczu zapotrzebowania na jednostki waluty rządowej podatnicy oferują towary i usługi na sprzedaż, prosząc w zamian o jednostki waluty. 3) Rząd emituje swoją walutę i wydaje – w zamian za dobra i usługi, których potrzebuje.

Zwolennicy BDP błędnie kwalifikują kraje suwerenne monetarnie jako użytkowników waluty. Zawężając przestrzeń fiskalną państwa, są zmuszeni bilansować budżet kraju poprzez wzrost podatków i cięcia w wydatkach. W efekcie grawitują w kierunku polityki zaciskania pasa uzupełnianej regularnym transferem pieniężnym. Wraz ze wzrostem czasowego zatrudnienia, pomimo dobrych intencji rzeczników dochodu podstawowego, otrzymamy bardziej sprekaryzowaną gospodarkę ze zwijającym się państwem. Rezultat odległy od tego, co obiecują pracownikom najemnym.

Jak krytykować?

Nie mam wątpliwości, że pomimo zaprezentowanej krytyki, koncepcja BDP będzie zyskiwała na popularności. Jej zwolennicy sprawnie komunikują, co jest ich celem i jakimi atutami dysponują w zestawieniu z neoliberalną polityką. Kiepska jakość współczesnych stosunków pracy, tj. upowszechnienie się niskopłatnego i niestabilnego zatrudnienia bez możliwości awansu, czyni atrakcyjnymi obietnice godnego życia poza pracą najemną. Ponadto BDP wykorzystuje kulturowe znaczenie indywidualizmu silnie zakorzenionego w neoliberalizmie. Równie ważne jest instytucjonalne zaplecze tego projektu. Międzynarodowe i krajowe środowiska akademików – socjologów, filozofów, ekonomistów i badaczy polityki społecznej – uprawomocniają BDP od strony naukowej. Organizacje aktywistyczne przekładają język naukowej teorii na żądania polityczne, które następnie trafiają na sztandary ruchów społecznych i partii politycznych.

Mając świadomość zagrożeń związanych z dochodem podstawowym i kosztów trwania statusu quo, potrzebna jest krytyka, która umożliwi bardziej sprawiedliwą wizję świat. Po pierwsze, BDP skupia się na jednostce, abstrahując od jej społecznych zobowiązań. Nie daje narzędzi do rozwiązania problemów, przed którymi stoimy jako społeczeństwo. Kryzys klimatyczny i sprawiedliwa transformacja w kierunku mniej emisyjnej gospodarki są tu nieobecne. Co więcej, dochód podstawowy może sytuację pogorszyć. Stymulacja wydatków, przy nietkniętej strukturze podażowej, oznacza większe zużycie zasobów w ramach gospodarki niezrównoważonej ekologicznie. BDP niewiele oferuje także w kontekście wyzwań rozwojowych Polski. Pułapka średniego rozwoju wymaga skoordynowanej polityki, mającej na celu przebudowę struktury gospodarczej kraju. Regularne wsparcie pieniężne na poziome jednostki co najwyżej aspiruje do mikroekonomicznych narzędzi polityk aktywnego rynku pracy. Ciężar modernizacji gospodarki przerzucony jest na indywidualnych obywateli. To pracownicy muszą się sami dokształcić i podnieść własne kwalifikacje. Dlatego alternatywne spojrzenie powinno zaczynać się od wspólnoty jako punktu wyjścia. BDP nie jest w stanie sprostać wyzwaniom, które wymagają kolektywnego wysiłku do ich rozwiązania.

Każda krytyka zostawia pytanie o alternatywę. Jeśli odrzucamy dochód podstawowy i neoliberalny status quo, to co w zamian? Jaka propozycja poprawi sytuację jednostek i będzie funkcjonalna poziomie makroekonomicznym? O tym w kolejnym tekście, ale do tego czasu polecam zapoznać się z tekstem Rafała Wosia na temat gwarancji zatrudnienia.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: sawczak.substack.com

Nowy ład i stare metafory

Nowy ład i stare metafory

Rządowa zapowiedź Nowego Polskiego Ładu zrywa z wizją państwa jako nocnego stróża, w której to sektor prywatny i mechanizmy rynkowe są jedynymi motorami zmian.

Nie znamy jeszcze szczegółów programu, ale jego autorzy deklarują, że ma być odpowiedzią na wyzwania post-pandemicznej rzeczywistości gospodarczej. Ostatni rok boleśnie udowodnił, że pogląd, wedle którego instytucje państwowe mają stać z boku – nie działa. Pandemia COVID-19 uwydatniła słabość neoliberalnego spojrzenia na gospodarkę. Przywiązanie do starego konsensusu oznaczałoby większą zapaść gospodarczą i więcej zgonów. Reakcja rządu Mateusza Morawieckiego pokazała, że odczytuje on zmiany i wyciąga wnioski dotyczące polityki gospodarczej. Dlatego jest szansa, że Nowy Polski Ład wyrazi ducha amerykańskiego New Deal.

Dotychczas opinii publicznej przedstawiono kilka elementów programowych: zwiększenie finansowania służby zdrowia, wzrost kwoty wolnej od podatku, zmniejszenie opodatkowania emerytur czy nowe inwestycje publiczne. Program natychmiast skrytykowała liberalna opozycja. Ma on być wedle niej populistyczny, zorientowany na „rozdawanie pieniędzy podatników” i zbudowany kosztem klasy średniej. Z drugiej strony lewica, uznając zasadność przynajmniej niektórych celów NPŁ, skupiła się na niemożności jego sfinansowania. Powodem tego ma być brak reform systemu podatkowego.

Stare idee, nowe wyzwania

Globalny kryzys finansowy z 2008 roku i recesja będąca jego następstwem podważyły neoliberalny kapitalizm jako jedyną możliwą opcję rozwoju. Masowe protesty społeczne umożliwiły ruchom sprzeciwu wobec tego modelu gospodarczego uzyskanie poparcia politycznego, a czasem nawet przejęcie władzy. W praktyce niewiele to zmieniło. Ponad 10 lat po kryzysie żadne reformy, które miałyby doprowadzić do ściślejszej regulacji świata finansów, nie zostały podjęte, zaś ryzyko kolejnego kryzysu finansowego rośnie. W przypadku pandemii COVID-19 jest odwrotnie. Prawdziwa zmiana dokonała się w obszarze praktyki. Covidowy rok umożliwił weryfikację tez, u podstaw których leży neoliberalne założenie, że państwo należy postrzegać jako gospodarstwo domowe w skali makro. Zweryfikowano dwa naczelne założenia głównonurtowej ekonomii.

Pierwszym z nich jest prymat polityki pieniężnej nad fiskalną. Zacznijmy od definicji. W ekonomii przez politykę pieniężną rozumiemy działania podejmowane przez bank centralny w celu kontroli podaży pieniądza w gospodarce. Z kolei polityka fiskalna dotyczy wydatków państwowych i poziomu opodatkowania. Ekonomiści neoklasyczni negatywnie zapatrują się na tę drugą, gdyż wpływa ona na rynek w dużo silniejszym stopniu. Właściwym narzędziem jest polityka pieniężna realizowana przez niezależny bank centralny. Poprzez oddziaływanie na stopy procentowe jest on w stanie doprowadzić gospodarkę do optymalnego stanu. Tyle w teorii. W praktyce rządy wielu państw podjęły szeroko zakrojone działania fiskalne w postaci transferów finansowych, pożyczek czy zwolnień podatkowych w reakcji na ekonomiczne spustoszenie poczynione przez pandemię. Zaś na okres popandemiczny przewidywane są pakiety stymulacyjne, które mają umożliwić powrót na tory wzrostu gospodarczego.

Drugie z założeń obejmowało rzekome zło deficytu publicznego i wynikające z niego ryzyko inflacji. Obsesja braku deficytu i niszczących skutków zadłużenia publicznego okazała się być najbardziej bezprzedmiotowa spośród wszystkich tez ekonomii neoklasycznej. Rządy sfinansowały wydatki właśnie poprzez zwiększenie długu publicznego bez konieczności podwyższania podatków, cięć wydatków publicznych czy zadłużania się u zagranicznych pożyczkodawców. Tarcze dla przedsiębiorców nie potrzebowały alternatywnych źródeł finansowania – wystarczyła większość parlamentarna i podpis prezydenta. Złudne okazało się również ryzyko inflacji. Globalnie rządy państw mają do czynienia z deflacją, a więc spadkiem cen ze względu na zmniejszony poziom aktywności gospodarczej. W przypadku Polski poziom inflacji nie budzi żadnych zastrzeżeń – mieści się w celu inflacyjnym banku centralnego – i kształtuje się poniżej mediany dla okresu po 1989 roku.

Wnioski są jednoznaczne. Żadne z zagrożeń głoszonych przez ortodoksyjnych ekonomistów nie spełniło się. Rządy zareagowały, by ograniczyć konsekwencje pandemii. Wymusiło to odrzucenie rekomendacji płynących z paradygmatu neoklasycznego.

Lewicowa nieporadność

Politycznie największą ofiarę takiego obrotu spraw stanowi lewica. Prominentnym przykładem jest postępowanie brytyjskiej Partii Pracy. Po nieudanym eksperymencie z Jeremym Corbynem jako liderem i przegranych wyborach parlamentarnych, przywództwo w partii objął mniej radykalny Keir Starmer. Dziś labourzyści są orędownikami konserwatyzmu fiskalnego. Atakują Torysów za rzekomo nierozsądną politykę finansów publicznych, która nomen omen służy zmniejszeniu nierówności międzyregionalnych, szczególnie w obszarze tzw. czerwonego muru, który do ostatnich wyborów stanowił elektoralne zaplecze Partii Pracy.

Na krajowym podwórku podobne zachowania ujawniają się przy ocenie polityki społecznej Prawa i Sprawiedliwości. Uprzywilejowane klasy społeczne oceniały program 500+ czy wydatki socjalne, takie jak dodatkowe świadczenia emerytalne, jako prowadzące do zadłużania się państwa i scenariusza drugiej Wenezueli (w domyśle hiperinflacji). W tej perspektywie próbowała odnaleźć się lewica, która wskazywała, że bez zmiany systemu podatkowego takie programy społeczne są nie do utrzymania. Żadne z tych opinii nie okazały się prawdziwe. Transfery społeczne wywołały wzrost konsumpcji gospodarstw domowych, a to przełożyło się na mocniejszy wzrost gospodarczy. Z kolei zmiany w obszarze płacy minimalnej pozwoliły równiej rozłożyć zyski z tego wynikające.

Liberalni komentatorzy malują reformy społeczne rządu w barwach rewolucji październikowej. Faktycznie stanowią one socjalną korektę polityki III RP. Nie w tym jednak tkwi ich przełomowość. Narracja rządu na temat 500+ różni się od standardowego opisu tego typu programów społecznych. Nie jest to już transfer socjalny ani pomoc dla potrzebujących. Jest to inwestycja państwa w rodzinę, co wywraca dotychczasową perspektywę. W potocznym myśleniu to, co jest inwestowane, w przyszłości przyniesie zyski. Takie metafory legitymizują działania rządu w obszarze polityki społecznej.

Metaforą w ekonomię polityczną

Dlaczego jest to tak ważne? Lingwistyka kognitywna tłumaczy, że ludzkie myślenie o pojęciach abstrakcyjnych jest silnie zapośredniczone w naszym codziennym doświadczeniu. Nie suche fakty i liczby, ale ramy interpretacyjne, tj. systemy metafor, determinują nasz odbiór koncepcji teoretycznych. Modele ekonomii neoklasycznej są nieefektywne w prognozowaniu zjawisk gospodarczych. Z drugiej strony, metafora gospodarstwa domowego, wedle której powinniśmy więcej oszczędzać i mniej wydawać, by żyć dostatnio, jest zdroworozsądkowa. Odnosi się bowiem do naszego codziennego doświadczenia. Bilansowanie swoich przychodów i wydatków na poziomie indywidualnym ma ogromny sens. Jednak dla państwa jest to przepis na stagnację gospodarczą, destrukcję usług publicznych i rozrost obszarów biedy. Tym właśnie była polityka zaciskania pasa, którą liczne państwa wdrożyły po globalnym kryzysie finansowym.

To nie kolejne książki, raporty czy badania pozwalają przesuwać debatę publiczną w bardziej progresywnym kierunku. Robią to metafory, których używamy do komunikowania tych faktów. Wynikają z tego dwie kwestie. Pierwsza to świadomość, że słowa, którymi się posługujemy, mają znaczenie: albo posłużą do umocnienia hegemonii kulturowej ekonomii ortodoksyjnej, albo będą elementem bardziej sprawiedliwej wizji gospodarki. Druga: alternatywna teoria pozostanie nieskuteczna bez własnego zestawu metafor.

Nowoczesna Teoria Monetarna

Progresywną alternatywą dla polityki opartej o ekonomię neoklasyczną jest Nowoczesna Teoria Monetarna (Modern Monetary Theory). Wskazuje ona na wyjątkową rolę państwa i odróżnia je od sektora prywatnego. Państwo suwerenne monetarnie jest monopolistą w obszarze kreacji pieniądza, a nie jego użytkownikiem, jak gospodarstwa domowe i firmy. Emituje walutę, a następnie ściąga ją z powrotem, domagając się określonych usług lub towarów ze strony sektora niepaństwowego. Pieniądz to twór państwa, a nie rynku. Rodzi to następujące konsekwencje:

1. Państwa suwerenne monetarnie są ograniczone finansowo nie przez podatki czy zdolność do pożyczania, lecz przez realnie istniejące zasoby.

2. Jesteśmy ograniczeni przez inflację, a nie przez dług finansowy.

3. Podatki nie finansują usług publicznych – nie potrzebujemy pieniędzy bogatych, aby budować państwo dobrobytu.

Metaforze gospodarstwa domowego w skali makro przeciwstawiamy metaforę państwa jako zbiorowego zobowiązania na rzecz dobra wspólnego. Pieniądz nie jest towarem, lecz narzędziem, dzięki któremu dostępne zasoby przeznaczane są na projekty służące całej wspólnocie.

Jak to interpretować w kontekście wydatków socjalnych? Osoba patrząca z perspektywy neoklasycznej będzie widziała w nich wyraz społecznej zależności – socjal, który uczy bezradności i wynagradza brak aktywności zawodowej. Dla zwolennika MMT sprawa wygląda inaczej: jako wspólnota troszczymy się o siebie, a państwo powinno wspierać swoje społeczeństwo. Świadczenia społeczne są więc wyrazem troski, zaś ci znajdujący się w gorszej sytuacji powinni otrzymać właściwe wsparcie. Bieda i bezrobocie to nie problem indywidualny, ale wyzwanie dla państwa, aby właściwie zarządzać dostępnymi zasobami. Zmiana językowa pozwala legitymizować politykę, która wcześniej prezentowana jako wyraz marnotrawstwa, teraz jest dowodem dobrego rządzenia.

W tej ramie interpretacyjnej mamy więcej pomocnych metafor:

• Państwo inwestuje w produktywne moce społeczeństwa.

• Wydatki państwa napełniają nasze portfele pieniędzmi.

• Deficyt publiczny to zysk gospodarstw domowych.

• Państwu nie mogą skończyć się pieniądze.

• Prawdziwym ograniczeniem są nasze narodowe zasoby.

Celem jest ugruntowanie progresywnego myślenia o gospodarce w pozytywnie odbieranych skojarzeniach.

Sprawa polska

W kontekście polskim ma to dla nas następujące znaczenie. Polityka fiskalna i pieniężna obecnego rządu odeszła od rekomendacji ekonomistów neoklasycznych. Działania państwa w dobie pandemii pokazały, że nawet konstytucyjny próg 60% długu publicznego do wartości rocznego PKB można łatwo ominąć. W raporcie Instytutu Obywatelskiego (think tanku Platformy Obywatelskiej), o złowieszczo brzmiącym tytule „Stracone cztery lata: polityka makroekonomiczna PiS 2016-2019 i jej konsekwencje dla Polski, ze szczególnym uwzględnieniem czasu pandemii”, punktowane są wszelkie naruszenia neoklasycznej ortodoksji. Autorzy wskazują, że „Rząd i NBP zareagowały zastąpieniem w znacznym stopniu banków komercyjnych w ich roli dostarczyciela finansowania do gospodarki […] Rząd w ramach tarcz antykryzysowych udzielał masowej pomocy – częściowo bezzwrotnej – przedsiębiorstwom. Pomoc tę finansowano, pogłębiając dług publiczny – częściowo poprzez emisję pieniądza polegającą na bezpośrednim zakupie przez NBP obligacji rządowych, a częściowo poprzez sprzedaż obligacji bankom komercyjnym, po cenie de facto wyznaczonej przez cenę, po jakiej NBP bezpośrednio je skupuje”. Co jest herezją w głównym nurcie, w MMT stanowi rekomendowany sposób działania.

Z drugiej strony w wypowiedziach przedstawicieli rządu wciąż silnie obecne są metafory naturalizujące neoliberalną ideologię: marketingowe dążenie do budżetu państwa bez deficytu jako czegoś wartościowego czy tłumaczenie cięć w administracji publicznej wydatkami antypandemicznymi. Tym bardziej wymaga to od nas języka, który ugruntuje prospołeczną agendę i wykaże bezzasadność polityk opartych na założeniach ekonomii neoklasycznej.

Nie znamy jeszcze szczegółów Polskiego Nowego Ładu, ale co wiemy na pewno to fakt, że liberalni politycy niczego się nie nauczyli – ich modele poznawcze pozostają odporne na doświadczenia transformacji ustrojowej, kryzysu finansowego z 2008 i globalnej pandemii. Ideologiczne okulary nie pozwalają dostrzec wyników weryfikacji empirycznej. Czy rząd wyciągnął właściwe wnioski z przebiegu pandemii to okaże się w przyszłości. Ekonomiczne mity mogą osłabić skuteczność programu. Tego, czego więc trzeba się domagać i co podkreślić, to fakt, że państwo suwerenne monetarnie jest w stanie sfinansować każdy wydatek. Podstawowe pytanie brzmi nie „Za co?”, lecz „Na co i dla kogo?”.

Kamil Sawczak

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski