Wszyscy jesteśmy uchodźcami dla sytych salonów, czyli o hipokryzji liberałów

Fryderyk Engels w roku 1872 dokonał analizy kryzysu mieszkaniowego w powojennych Niemczech. Głównym powodem tego, co filozof określał jako głód mieszkaniowy, był napływ mas robotników rolnych do miast. Europa po roku 2015 musiała stawić czoło podobnemu wyzwaniu, czyli tak zwanemu kryzysowi migracyjnemu. Naukowcy podkreślali, że w roku 2015 Unia Europejska została postawiona przed największym od czasów II wojny światowej wyzwaniem, związanym z napływem ludności. Thomas Nail, amerykański profesor filozofii, stwierdził, że wiek XXI jest wiekiem uchodźcy. Masy ludowe nadal są dziś straszone sofizmatami dotyczącymi groźnych uchodźców-terrorystów. A co, jeśli w obrębie polityki neoliberalnej każdy reprezentant klas niższych jest takim „innym”, „terrorystą” rozbijającym skrzętnie broniony ład społeczny? Czy to właśnie nie teraz – gdy debata o uchodźcach znowu wraca do łask – powinniśmy odpowiedzieć sobie na to pytanie?

Migranci są dziś ciałem, które jest niejako oderwane od polityki. Nie mogą decydować o swoim losie i zdani są na dyrektywy UE czy państw członkowskich. Retoryka „odpolitycznienia” migrantów widoczna jest choćby w wypowiedziach Donalda Tuska, tego samego Tuska, który znany jest z odpolityczniania biedoty: „Nawet przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk opisał niedawnych uchodźców tymi samymi […] militarnymi metaforami, których Rzymianie używali do odpolitycznienia barbarzyńców: uchodźcy to »wielka fala; która zalała Europę; powodując chaos; który należy powstrzymać i którym należy zarządzać«. »Powoli stajemy się świadkami narodzin nowej formy nacisku politycznego«, twierdzi Tusk, »a niektórzy nazywają to wręcz rodzajem nowej wojny hybrydowej, w której fale migracyjne stały się narzędziem, bronią przeciwko sąsiadom«” – pisał Thomas Nail.

Symptomatyczna jest niedawna wypowiedź Tuska ws. sytuacji na granicy z Białorusią: „Polskie granice muszą być szczelne i dobrze chronione. Kto to kwestionuje, nie rozumie, czym jest państwo”. Jego język się zmienił, bo sam autor cytatu podkreślał, że na granicy znajdują się już „biedni ludzie” zamiast „złych migrantów”. Jak jednak widać, sama zmiana semantyczna nie doprowadziła do realnej zmiany poglądów politycznych.

Kwestia odpolitycznienia migrantów i grodzenia się przed nimi nie jest niczym nowym. Aktualna forma polityki migracyjnej jest tylko rozwinięciem tego, co na świecie dzieje się jeszcze od czasów neolitu, bo to wtedy budowano pierwsze zasieki przed obcymi. Dziś kraje europejskie „grodzą się” przed migrantami, np. przy pomocy instytucji takich jak Frontex czy poprzez druty kolczaste widoczne choćby na granicy polsko-białoruskiej. Ale te same kraje grodzą się również przed własnymi obywatelami – za pomocą praw uderzających w klasę niższą i pompowania pieniędzy w wybryki klas średniej i wyższej.

Inność jest zagrożeniem dla już wręcz sakralnej hierarchii społecznej. To właśnie w obrębie różnicy wobec stylu życia klasy średniej klaruje się argumenty przeciwne wobec władzy i kapitału. Przestrzeń fortyfikowana przez klasę średnią, gentryfikacja czy eksperymenty społeczne na biedocie, w stylu osiedla na Dudziarskiej, są formą dodatkowych grodzeń wewnątrz już odciętego państwa. Dziwnym zdaje się więc, że najwięcej o etycznym rozwiązaniu sprawy uchodźczej mówią te same osoby, które niczym Frontex wprowadzają dynamikę my-obcy w strukturze społecznej wewnątrz kraju.

Istnieją dwa rodzaje liberała „obrońcy” migrantów.

Pierwszym jest Tusko-europejczyk. Ten rodzaj podejścia do problematyki migracyjnej odznacza się świątobliwym oburzeniem wobec „faszystowskiej” polityki partii będącej obecnie u władzy, przy jednoczesnym nawoływaniu do obrony granic i przestrzegania wyznaczonych linii przeciw-uchodźczych. Jest to osobnik, który zdaje sobie sprawę z tego, że na Zachodzie mówi się o estetycznej kryminalizacji migrantów, dlatego stara się kontrolować swój język i semantycznie wzbogaca wypowiedzi, wspominając już o „biednych migrantach” zamiast o „nieludziach”, jak faktycznie uważa. Najlepiej określa go wewnętrzna dychotomia, bo z jednej strony wyznacza schmittański podział na my (liberałowie) – oni (faszyści) wobec partii rządzącej i jej prawicowej polityki, a z drugiej strony poglądami od niej (przynajmniej w sprawach migracji) zbytnio nie odbiega, poza estetycznym unormowaniem swojego języka. Jego kluczowym mechanizmem obronnym jest to, żebyś nie uwierzył w potrzebę walki o prawa migrantów – walka powinna zacząć i zatrzymać się na poziomie języka i nic ponadto.

Drugim jest liberał faryzeusz. Znasz go z tego, że średnio raz na miesiąc zmienia nakładkę na swoim facebookowym zdjęciu profilowym – od Black Lives Matter przez tęczę, a skończywszy na wsparciu uchodźców z Afganistanu. Takie kompasy moralne klasy średniej. Z boku wygląda nawet dość radykalnie robiąc sobie zdjęcia telefonem kosztującym tyle, co trzy twoje wypłaty. Przy tych wszystkich wzniosłych aktach politycznej agitacji ciężko jednak dostrzec powody, dla których ten twój kolega o cokolwiek walczy. Po chwili namysłu przypominasz sobie jednak, że to właśnie on promował sklep z tęczowymi ciuchami szytymi przez dzieci w Bangladeszu, później przypomina ci się, że to właśnie on co dwa dni wstawia na swojego instagrama fotki z „egzotycznych” lunchów w jakiejś warszawskiej knajpie. Zawsze jednak łatwo mogłeś dostrzec, że przy jego towarzyskiej licytacji na facebookową progresywność, jest ci on obcy. Może dlatego, że to ta sama osoba, która uwielbia swoje życie w osiedlu za grubymi murami osłaniającymi go przed, jak sam mówi, śmierdzącymi menelami z ulicy, czy może dlatego, że to ta sama osoba, która nie przeżyłaby dnia bez obiadu zrobionego przez migrantkę zatrudnioną na umowie śmieciowej. Ten typ liberała jest groźniejszy od pierwszej opisanej figury, gdyż ma on zdolności kamuflowania się – niczym kameleon. Kryje się w lewicowych partiach, gdzie odrzuca progresję podatkową, koczuje on w niektórych kolektywach anarchistycznych, które propagują prymat walki o tożsamość nad walką z marginalizacją ekonomiczną, stając się kolejnym Stop Bzdurom zamiast inicjatywą wyrażającą radykalizm społeczny.

Dużo bardziej niebezpieczne od brutalnej antyimigranckiej retoryki jest fałszywy liberalny dyskurs udający wsparcie wobec osób znajdujących się na granicach państw. Bo to właśnie przez ten dyskurs zwraca się na problem migracji uwagę wyłącznie wtedy, gdy mowa o „kolejnych falach” lub gdy na granicy rzeczywiście umierają ludzie. Z jednej strony źródłem migracji są imperialistyczne praktyki światowych elit, z drugiej strony sama polityka wewnętrzna krajów, do których migranci przemierzają – o tym fałszywe liberalne głosy nie będą wspominały, bo uderza to w stosunki produkcji i światowych hegemonów. Łatwiej jest sprowadzić cały problem do „faszystowskich rządów” i ciał znajdujących się na granicy, dużo trudniej natomiast przeprowadzić rachunek sumienia, by wreszcie zdać sobie sprawę, że:

a) w obrębie samego państwa istnieją formalnie pełnoprawni obywatele, których sytuacja faktyczna sprawia, że bliżej im do statusu migranta;

b) polityka krajów Zachodu wznieca zarówno migracje do jakiegoś kraju, jak i wewnątrz kraju tworzy obywateli statusie podobnym do migrantów.

Najłatwiej będzie to wszystko wytłumaczyć na podstawie fałszywej dychotomii, która operuje wizją uchodźców zabierających „pełnoprawnym” obywatelom mieszkania. W skrócie: albo mieszkania, albo uchodźcy. Tyle że w takim modelu faktycznym uchodźcą wewnątrz państwa są każda uboga osoba i cała klasa ludowa – grupy nie wpasowujące się w schemat i wizję klasy średniej. Czy klasośrednie oburzenie wobec powstania nowego osiedla socjalnego, które wywoła spadek cen nieruchomości, nie jest tym samym, co strach przed „grabieżą mieszkań”, których i tak nie ma, przez „złych” migrantów? Schemat jest ten sam: salony odbierają komuś prawo do dachu nad głową ze względu na własny interes i kategorie „inności”, bo przecież wszyscy w mieszkaniach socjalnych to groźni przestępcy, a każdy uchodźca to terrorysta. Znamy to bardzo dobrze, np. ostatnia sprawa wokół warszawskiego centrum ReStart w pobliżu stacji metra Dworzec Wileński, gdzie politycy związani z lokalną oligarchią byli przeciwni wybudowaniu ośrodka pomocy społecznej.

Dlatego właśnie ci wszyscy, którzy korzystając ze swojego klasowego przywileju marginalizują innych, sami działają w modelu Frontexu. Wszystkie realnie wrażliwe społecznie osoby wiedzą przecież, że liberałowie pragną się grodzić przed biednymi, wypędzać ich z zajętego przez siebie terenu czy wreszcie budować im getta, jak na wspomnianej wcześniej Dudziarskiej. Ci wszyscy, którzy sprzeciwiają się progresji podatkowej (z Lewicą uśmiechającą się do Tuska na czele), rozbudowie usług publicznych i walce o prawa lokatorów, sami prowadzą do powstawania coraz większej grupy „migrantów” wewnątrz samego państwa.

Wrogowie nie przybywają w zatłoczonych łodziach, lecz w wygodnych limuzynach.

Szymon Gams

Pandemia i filozofia

Mija już ponad rok od początku pandemii koronawirusa. Jeśli wierzyć zapewnieniom rządu, powoli zaczynamy wychodzić z katorgi szarego życia objętego obostrzeniami. Otwierane są szkoły, restauracje i obiekty sportowe. Wirus sam w sobie był tylko jednostką chorobową. Znacznie bardziej ważne zdaje się to, jak bardzo ujawnił on strukturalną prawdę o współczesnym świecie.

Giorgio Agamben w swojej książce dotyczącej pandemii koronawirusa („Where Are We Now? The Epidemic as Politics”) postawił problem polityczności pod groźbą śmiertelnej choroby w kategoriach pytania: gdzie jako ludzie znajdujemy się „teraz”. Ilekroć mówimy o kondycji ludzi jako gatunku, kluczowe znaczenie ma definicja tego, gdzie dokładnie jesteśmy jako ci właśnie ludzie. Ten sposób myślenia filozoficznego pomaga nam zrozumieć, co definiuje nasze akty buntu lub akty strachu czy wręcz przeciwnie – naszą społeczną apatię. Mamy do czynienia nie tylko z pandemią; mamy do czynienia także z rosnącymi dysproporcjami społeczno-ekonomicznymi. W większości krajów pierwszego świata ludzie buntują się przeciwko nowo powstałemu ładowi życia społecznego – to kolejny ważny punkt definicji obecnego stanu rzeczy. Znajdujemy się w czasie globalnego buntu. Buntujemy się przeciwko niskim płacom poprzez zrzeszanie się w związkach zawodowych, buntujemy się przeciwko ograniczeniom pandemicznym, a na koniec buntujemy się przeciwko nieludzkim prawom (takim, jak zakaz aborcji w Polsce czy sceptyczne wobec wirusa rządy, takie jak Bolsonaro w Brazylii). Jeśli na kwestie miejsca człowieka w status quo patrzy się z perspektywy trwającego buntu, jest niezwykle ważne aby pokazać skutki, jakie wywołuje tenże bunt.

Zacznijmy od prawdopodobnie najbardziej zbuntowanej grupy społecznej, jaką jest młodzież. Bunt jest immanentną figurą, która definiuje młodych ludzi. Buntować się to znaczy tworzyć własny sposób emancypacji, choćby nawet w sposób chaotyczny czy destrukcyjny. Podczas głośnych protestów w maju ‘68 roku J. Lacan powiedział zbuntowanym uczniom, że ich bunt to tylko histeria, która szuka nowego pana. Michel Foucault napisał kiedyś, że bunt przeciwko systemowi jest w pewnym sensie uczestniczeniem w tym systemie. Myślisz w tych samych kategoriach, co twoi ciemiężcy, albo reprodukujesz uciskający system. Młodzi ludzie w krajach pierwszego świata zbuntowali się przeciwko wielu obecnym strukturom współżycia społecznego. Walczą z religią, konserwatywnym światopoglądem czy rolami płciowymi. Lecz tworząc ten nowy sens ich życia sprawiają, że wpadają w nowe represyjne struktury. Struktury, które zawierają nowe zakazy i nowe nakazy etyczne.

Ogólnie mówiąc, ta walka o nowy światopogląd jest czymś dobrym – w końcu tak dokonuje się postęp historyczny. Jedynym problemem jest niepoprawne definiowanie tego buntu, które zamyka nas w bańce naszej własnej rebelii– to problem na skraju solipsyzmu, opisanego przez Marka Fishera w eseju „Wyjście z zamku wampirów”. Jeśli młodzież sądzi, że jest nieomylna, to nie jest zbuntowana, a jedynie rekonstruuje poglądy Berkeleya, uważając siebie samego za jedyny podmiot, który ma rację, którego epistemologia jest tą „dobrą”. Ta negatywna część buntu jest ujawniona w interakcjach międzyludzkich. Młodzież, starając się stworzyć nowy tolerancyjny świat, zwykle nie rozumie, że jest wielu ludzi, którzy nie są tak dobrze wykształceni, jak oni. Ile razy jeszcze młodzież będzie wymagała wzniosłej etyki od ludzi, którzy nie mają czasu na etykę, na czytanie i studiowanie – bo pracują po 12 godzin dziennie?

Bunt, który szuka zniszczenia, nie może dostrzec, że jest wiele ludzi potrzebujących wyjaśnienia tejże etyczności. A nawet – jest wielu ludzi, dla których problemy zbuntowanej młodzieży są marginalne, np. wyzyskiwani pracownicy. Rebelia nie rozumie tych zwykłych ludzi, kawiorowa lewicowa młodzież ma tendencję do odrzucania ich za brak chęci do walki o swoją sprawę – i to jest problem, to jest moment, gdzie bunt jest nowym mistrzem, to jest „zła” część młodzieży. W swoim buncie młodzi ludzie powinni szukać kontaktów z grupą najbardziej zmarginalizowaną, czyli klasą robotniczą. Sam bunt powinien być wymierzony w fundamenty danego systemu, który koniec końców rozwija swoje sidła w każdej dziedzinie życia społecznego. Jeśli nie chcemy się buntować w sposób totalitarny, w sposób, który wyklucza innych z naszego buntu, musimy zrozumieć, że największy i najważniejszy silnik zmiany to klasa pracująca. Dlaczego? Ponieważ pracownicy są największą grupa społeczną, jednocześnie inne grupy marginalizowane (takie jak społeczność LGBTQ lub kobiety) należą w większości do kategorii pracowników.

Takie podejście to cała figura człowieka zbuntowanego opisywanego przez Camusa. Człowieka, który w buncie nabiera świadomości, rozpoznaje swoją alienację i solidaryzuje się z innymi bytującymi obok niego. Bunt powinien pozwolić umożliwić zrozumienie alienacji innych osób poprzez świadomość bytowania wśród innych „cierpiących” czy umierających, tak więc bunt musi wchodzić jak najgłębiej w struktury życia społecznego i redefiniować stosunki produkcji. Walcząc o pracowników, w rzeczywistości walczymy o wszystkich z wyjątkiem tych, którzy nas marginalizują.

Myślenie o tym, gdzie jesteśmy, jest kluczem do filozofii marksistowskiej. Marksiści argumentują, że historia ludzkości jest historią walki klas, i tam też jest klucz do zrozumienia statusu quo. Podczas pandemii wirusa walka klas staje się coraz brutalniejsza, najbogatsi zarabiają na ciałach martwych robotników. Musimy zrozumieć, że Covid-19 to morderstwo społeczne. Covid-19 to wirus jak każdy inny, ale to, co definiuje go jako morderstwo społeczne, to miejsce, w którym jesteśmy jako ludzie. To nie przypadek, że pracownicy umierają z powodu wirusa, podczas gdy najbogatsi zwiększają zyski. To nie jest zbieg okoliczności, że gdy ktoś najbogatszy zachoruje na wirusa, media krzyczą o tym – podczas gdy tysiące pracowników umierają w tym samym czasie bez zainteresowania środków masowego przekazu. Również to nie przypadkowe, że przynależność do hermetycznie zamkniętej elity umożliwia szczepienia poza kolejką. Miejsce, w którym jesteśmy w tej chwili, to miejsce społecznego mordu, wielki pokój zwany planetą Ziemią, gdzie bogaci stoją w jednym rogu, a trupy robotników w drugim.

Czy to nie straszne? Tak szybko przyzwyczailiśmy się do śmierci. Wszyscy wykształceni czytający na przykład Jaspersa i jego wzniosłą tezę o sytuacjach granicznych po prostu ignorują to, że Covid-19 stworzył sytuację graniczną na całym świecie. Według Jaspersa, sytuacje graniczne pozwalają człowiekowi wyjść z alienacji i postawić pytania o to, dlaczego żyje. Jednostki ludzkie żyją w doczesności społecznej, nie zdając sobie sprawy z istoty swojego jestestwa, tę istotę miałby im przybliżyć np. kontakt ze śmiercią. Codziennie spotykamy się z sytuacjami granicznymi, słysząc jak wiele ludzi umarło tego dnia. To właśnie przeciwko temu powinniśmy się buntować! Jako młodzi ludzie, jako pracownicy. Powinniśmy zbuntować się przeciwko masowemu mordowaniu biednych, zmarginalizowanych – nie ignorować ich, jak to czynią nieraz młodzi. Covid-19 to pandemia, kapitalizm to wirus!

Problem z wieloma postawami buntu w czasie pandemii polega na tym, że nie definiują one obecnej sytuacji jako morderstwa społecznego. Młodzi ludzie buntują się przeciwko restrykcjom, ponieważ nie czują się zagrożeni; tak zwani sceptycy buntują się wobec wirusa, ponieważ w niego nie wierzą. Wszystkie te formy buntu to tylko część spektaklu – jak powiedziałby Debord. Wszystkie te formy buntu tańczą tak, jak spektakl zagra, po prostu odtwarzają morderstwo. Więc jedyny sposób na zbuntowanie się poza spektaklem jest pokazanie, że ktoś nas zabija. Ten „ktoś” to wielki biznes i korporacje oraz rządy wspierające tamtych. Kiedy 1000 najmożniejszych już odzyskało swoje straty w wyniku wirusa, najbiedniejsi będą walczyli z ekonomicznymi skutkami wirusa przez ponad dekadę – podawał raport Oxfam. Nie wszystkie osoby wyjdą z pogłębiającego się ubóstwa. Eksperci podają, że nierówności społeczne w najbliższych latach cofną światową walkę z ubóstwem o co najmniej 30 lat. Dlatego właśnie wirus nie jest tylko jednostką chorobową, na wirusa należy patrzeć szerzej, tzn. z perspektywy nieudanego buntu oraz sytuacji pracowników.

Wirus może być też ciekawie odczytany z perspektywy sytuacjonistycznej. Sytuacjonizm metodologicznie jest bliski pytaniu, które zadał Agamben – o tym gdzie się znajdujemy. Sytuacjonistyczna metoda obserwowania rzeczywistości zakłada ciągłą próbę redefiniowania sytuacji – obecnie mamy światowe morderstwo społeczne i ono powinno przyciągać nasze myśli. Dlaczego powinniśmy się na tym skupić? Ponieważ to morderstwo definiuje za nas inne sytuacje z życia codziennego. Żeby być wolnymi, musimy sami definiować sytuacje, nie oddawać tej władzy najbogatszym lub przemysłowi, który wykorzystywał Covid-19 do zwiększania zysków. Maski, ograniczenia sanitarne – to przykład tego, jak wirus na nowo definiuje sytuacje za nas i jak bunt sceptyków został zmarnowany. Maski niewątpliwie definiują za nas przeżywanie sytuacji – to jeden z flagowych argumentów sceptyków ubolewających nad niewygodnością rozwiązań sanitarnych. Jednakże to nie maski czy rząd są źródłem redefiniowania sytuacji przez jakąś wyższą siłę, one są tylko narzędziem w rękach samego spektaklu. Przecież Covid-19 można było pokonać, po prostu zatrzymując przemysł, który powoduje nagromadzenie ludzi w miejscach pracy. Wirus, który można pokonać, po prostu zatrzymując interakcje z innymi ludźmi. Taka przerwa nie musiała trwać długo – to byłaby kwestia kilku miesięcy, a tak mamy roczną tragedię, roczne nagromadzenie martwych ciał, które mimo uspokojenia sytuacji na froncie nadal się mnożą. Jednak pokonanie wirusa nie leży w interesie spektaklu, czyli światowego przemysłu.

Ta pełna zależność od biznesu, od tego, jak biznes definiuje za nas sytuację, dużo mówi o kondycji ludzkości. Hegel, w swojej nauce o państwie wysnuł tezę, że państwo winno zapośredniczyć wolność i etyczność społeczeństwa. W jego myśli państwowość jest bliska polis, gdzie każdy pełnoprawny obywatel kształtował etyczny charakter państwa-miasta. Tego właśnie zabrakło podczas pandemii – etyczności, społecznego heglowskiego kolektywu etycznego. Jako ludzie absurdyzowaliśmy etykę, przyzwyczailiśmy się do milionów śmierci, tak jak i zresztą przyzwyczajaliśmy się przed pandemią, gdzie w tle bogato zastawionych brunchów i drogiego wina umierała zagłodzona podklasa. Pandemia była jednak o tyle specyficzna, że śmiertelność systemu kapitalistycznego stała się bardziej dostrzegalna – śmierć stała się głównym tematem w debacie publicznej.

Prawdziwym ujawnieniem tego, że kapitalizm promuje absurdyzowanie śmierci, bólu czy zła, był fenomen społeczny pejoratywnie określany jako „Janusze biznesu”. Cały rok pandemii godziliśmy się na cwaniactwo, obchodzenie restrykcji i prawa – wszystko w imię „walki” z rządem lub rzekomo nieistniejącym wirusem. Media nagłaśniały takie postawy, jeszcze bardziej absurdyzując śmierć. Strajki przedsiębiorców były niczym innym jak ukazaniem degrengolady naszych stosunków społecznych, które w imię cwaniactwa odchodzą od etycznego państwa. Zmieniliśmy figurę człowieka zbuntowanego w człowieka absurdalnego, również znanego z filozofii Camusa. Imprezowe bunty przeciwko pandemii i władzy, gdzie protestujący sceptycy z piwem w dłoni odgrywali rolę tych, którzy uważają Syzyfa za szczęśliwego. Cały ten bunt był absurdem, imprezowym żartem z realnego cierpienia i realnych stosów martwych ciał. Pandemia ujawniła to, że nie tylko kapitalizm jako taki jest nieetyczny, ale również to, że nasze sposoby buntu i współżycia są nieetyczne. Dużo mówi się o etycznej konsumpcji, zrzucając konsekwencje etyczne wielu postaw z systemu na jednostki. Jest to po części prawdą, jednak to, jak jednostka zapośrednicza system, dużo mówi o samym systemie. Kapitalizm pokazał, jak bardzo degeneruje ludzi i odsuwa od wspólnotowości – nawet za cenę śmierci innych i piętrzących się stosów ciał.

Gdy mówimy o tym, gdzie dokładnie jesteśmy, to kluczowe zawsze będzie określenie aktualnych relacji społeczno-ekonomicznych. Aby to dostrzec, musimy przyjrzeć się, dlaczego i jak buntują się ludzie, żeby ukazać im, że ich bunt jest w rzeczywistości tylko reprodukcją spektaklu. Jeśli kiedyś ludzie zrozumieją, że za każdą przedefiniowaną sytuacją kryją się interesy przemysłu/biznesu, świat stanie się piękniejszy. Ślepy bunt przeciwko konkretnym sytuacjom może jedynie przyćmić źródło zakłócenia tychże sytuacji – źródło, jakim jest światowy biznes.

Szymon Gams