przez Tomasz Drzazgowski | środa 24 listopada 2021 | opinie
Betonowanie placów miejskich ma zostać zakazane na mocy decyzji PiS. Po co się więc nim jeszcze zajmować? Może dlatego, że zawsze warto rozumieć proces, w który następuje ingerencja. Przypadek chociażby zakazu handlu w niedzielę pokazuje, że rozstrzygnięcie legislacyjne jest ważnym, ale dopiero pierwszym krokiem. Zwłaszcza, jeśli dotyczy zjawisk budzących silne, sprzeczne i nie do końca rozpoznane emocje.
Obrazek pierwszy: nie ma ławki – nie ma „menela”
Na początku lat dwutysięcznych bliska mi osoba kupiła mieszkanie w Warszawie, w pięknej okolicy na Górnym Mokotowie, niedaleko metra i kina „Iluzjon”. Dość szybko rzucił jej się w oczy brak ławek. Zapytała o to gospodarza domu. „Proszę pani, jak jest ławka, to na niej jest menel” – odpowiedział. W ten sposób mokotowski dozorca w kompaktowy sposób wyraził ideę stojącą za zamykaniem poczekalni kolejowych, usuwaniem ławek lub czynieniem ich niemożliwymi do leżenia, pokrywaniem gzymsów kolcami, zakładaniem domofonów, grodzeniem osiedli. Ideę fizycznego ograniczania dostępu intruzom – niepożądanym osobom (ale też na przykład gołębiom). Ta sama myśl leży również u podstaw betonowania placów, ale o tym później.
Na razie cofnijmy się do początku XXI wieku, a nawet dalej. Bo żeby zrozumieć pragnienie czy potrzebę fizycznego oddzielenia się od intruzów, musimy wrócić do lat dziewięćdziesiątych. Albo obejrzeć film „Dług” Krzysztofa Krauzego. Ten obraz upraszcza czy nawet zniekształca realia, ale świetnie oddaje atmosferę Polski kilka lat po przemianach ustrojowych. Z erupcją przemocy, bezkarnością przestępców pospolitych, zorganizowanych i gospodarczych, a przede wszystkim – dojmującym poczuciem, że jest się w tym wszystkim samemu. Że państwo abdykowało z wielu podstawowych funkcji, w tym z dbania o bezpieczeństwo. Że nie ma co liczyć na władzę, na policję, na bliźnich. Że trzeba wziąć sprawy we własne ręce, co przecież zgadzało się z oficjalną doktryną balcerowiczowskiej transformacji. Więc ludzie brali sprawy we własne ręce. Lata dziewięćdziesiąte i następne to był czas mody na kursy samoobrony, pistolety gazowe, zakładanie krat i zdejmowanie spisów lokatorów. Oraz na budowanie płotów i zamykanie bram.
W sytuacji wycofania się państwa, tworzenie fizycznych barier wydawało się naturalnym sposobem oddalania niebezpieczeństwa. Rosnąca alienacja, samotność, znieczulica i lęk powodowały, że zagrożeniem był już nie tylko przysłowiowy facet bez karku siedzący w czarnym BMW, lecz każdy obcy, niepasujący do stereotypu, inny.
Obrazek drugi: labirynt z płotów
Wspomniane mieszkanie znajdowało się w zbudowanej zaraz po wojnie kamienicy, która stała pośrodku dużego kwadratowego podwórca, a właściwie małego skweru położonego między czterema ulicami. Bramy okalających kamienic były otwarte, więc dało się szybko wyjść w pożądaną stronę. Można też było skorzystać z dużego podwórza bądź dzięki jego obecności poczuć więcej przestrzeni. Wszystko zaczęło się zmieniać po kilku latach, wraz z grodzeniem.
Charakterystyczny był sposób, w jaki je przeprowadzono. Kształt przestrzeni wręcz prowokował do tego, by zamknąć lub wstawić kilka bram i rozdać kody czy klucze. W naturalny sposób powstałby chroniony kwartał, dostępny tylko dla mieszkańców. Sprzyjałoby to również oswojeniu i wzięciu odpowiedzialności za „niczyje” do tej pory podwórze, które mogłoby zostać zagospodarowane jako przestrzeń wspólna służąca potrzebom lokatorów z wszystkich okalających domów. Stało się inaczej. Płoty pojawiły się stopniowo, jakby niepostrzeżenie, stawiane przez poszczególne wspólnoty wokół własnych budynków. Bramy faktycznie zostały zamknięte, ale klucze do każdej otrzymywali wyłącznie lokatorzy domu, w którym się znajdowała. W ten sposób przestało być możliwe wychodzenie na cztery strony świata. Od pewnego momentu każdy mieszkaniec musiał już opuszczać swój dom konkretną drogą, często jej nadkładając. Zaczynało to zresztą przypominać skomplikowaną wędrówkę wśród płotów wyrastających tuż za oknem. Podwórze nie było już przestrzenią wspólną (ani zagospodarowaną, ani zdziczałą), lecz klaustrofobicznym labiryntem.
W tym konkretnym przypadku (i nie tylko w nim) charakterystyczne jest to, że jako intruzi potraktowani zostali nie ci, którymi tradycyjnie straszono (włamywacze, złodzieje aut, narkomani, pijacy itp.) czy nawet osoby skracające sobie drogę do metra, lecz sąsiedzi. Bariery nie powstały na granicy wspólnoty, by ją chronić przed – wyimaginowanym czy realnym – zagrożeniem, lecz w jej wnętrzu. Ale czy aby na pewno wspólnoty? Czy ludzie, którzy zamieszkiwali sąsiadujące domy, czuli się nią? Może wcale nie? Może raczej uważali sąsiadów za zło konieczne, które co najwyżej należy tolerować?
Mokotowski przypadek wcale nie był odosobniony. W całym kraju w tamtym czasie nie tylko podwórka, piętra wieżowców czy galerie falowców były cięte kratami, lecz dopełniał się proces „prywatyzacji” ostatnich przestrzeni wspólnych w budynkach wielorodzinnych. Sprzedawano czy oddawano w dzierżawę pomieszczenia, które w założeniu projektantów miały być użytkowane kolektywnie, takie jak wózkownie, pralnie, kluby, strychy. Nie wspominając o dogodnych do wydzielenia kawałkach korytarza czy nawet dodatkowych klatkach schodowych. Gdzieniegdzie ostały się suszarnie czy świetlice – te ostatnie jednak niemal wyłącznie w blokach spółdzielczych.
Opisane sprawy były niewątpliwie kulminacją pewnych procesów. Na pewno nawarstwiły się tu zjawiska z lat dziewięćdziesiątych uruchomione przez wybrany model transformacji – z jednej strony lęk i alienacja narastające aż do paranoi, z drugiej indywidualizm i dążenie do uwłaszczenia. Ale nie tylko. Myślę, że chodzi o procesy głębsze i starsze. Wyraźne już w epoce Gierka, w której dzieje się akcja serialu „Czterdziestolatek”. W jednym z odcinków inżynier Karwowski, przerażony anonimowością i znieczulicą panującą w jego bloku, próbuje założyć klub mieszkańców. A w zasadzie go reaktywować, bo pomieszczenie jest, tylko zawłaszczone przez gospodarza domu Walendziaka, który nieoficjalnie prowadzi tam punkt naprawy odbiorników RTV. To właśnie on zada ostateczny cios inicjatywie Karwowskiego, ale tak naprawdę upada ona pod ciężarem oporu mieszkańców, którzy są wobec pomysłu odtworzenia przestrzeni wspólnej obojętni, niechętni, a nawet wrodzy. Jest coś symbolicznego w tym, że – wiele dekad przed wszechobecnymi dziś lamentami – kontakt z żywym słowem i żywymi ludźmi przegrywa z potrzebą siedzenia z najbliższą rodziną w czterech ścianach i oglądania telewizji.
Zdruzgotanemu inżynierowi rzeczywistość tłumaczy jak zwykle Kobieta Pracująca, która akurat dorabia sobie w instytucie socjologii. Streszczając pracę poświęconą sytuacji z Nowego Bródna, gdzie sąsiedzi zainterweniowali w obronie atakowanej kobiety, a potem bez słowa rozeszli się do mieszkań, podsumowuje ona: „Nie znają się i nie chcą się znać”. To zdanie-klucz, które wyjaśnia wiele zjawisk zachodzących współcześnie.
Odnosi się ono do tej cechy zamieszkiwania w budynkach wielorodzinnych, jaką jest wymuszone sąsiedztwo. Powoduje to dwa źródła poważnego stresu środowiskowego. Pierwszym jest poczucie zatłoczenia, czyli postrzeganie przestrzeni dostępnej jako mniejszej od pożądanej. Życie w bloku czy kamienicy konfrontuje ze stałą obecnością innych ludzi, ich śladami, odgłosami, zapachami. Zamieszkiwanie pod jednym dachem wystawia na konsekwencje cudzych decyzji – nie tylko podejmowanych gremialnie (na przykład przez zarząd wspólnoty czy spółdzielni), lecz również indywidualnych, wypływających chociażby z odmiennych priorytetów, preferencji czy gustów. A nie każdy ma tyle tupetu (i władzy), co Stanisław Anioł w serialu „Alternatywy 4” żądający od sąsiada, by zmienił kolor zasłon, bo brązowy obok zielonego „wygląda jak gówno w lesie”.
Prowadzi nas to to drugiego ze źródeł stresu. Jest nim daleko mniejsza niż w przypadku budownictwa jednorodzinnego prywatność oraz możliwość personalizacji zamieszkiwanej przestrzeni. Są to bardzo podstawowe potrzeby psychologiczne, których frustracja uruchamia mechanizmy obronne. Niektóre mają charakter kreatywny, a ich wyrazem jest z jednej strony ozdabianie balkonów i drzwi, wieszanie firanek i obrazków na klatkach schodowych czy uprawa przyblokowych ogródków, a z drugiej strony na przykład graffiti czy wlepki. Inny rodzaj mechanizmów obronnych w sytuacji poczucia zatłoczenia i ograniczenia prywatności polega na wycofaniu się z relacji, a nawet z kontaktu. To dlatego w wielu krajach (na pewno w Polsce i w Stanach Zjednoczonych) nie spełnił się sen modernistycznych architektów, którzy projektowali w budynkach duże przestrzenie wspólne kosztem prywatnych. W założeniu mieszkańcy mieli się tam spotykać, przypadkiem bądź intencjonalnie, poznawać, nawiązywać relacje i budować więzi. Tyle teoria. W praktyce okazało się, że ludzie, którzy odczuwają obecność innych w swoim życiu prywatnym jako narzuconą, będą się raczej unikać. „Nie znają się i nie chcą się znać”. A kiedy pojawi się taka możliwość – jak w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – odgrodzą nawet od najbliższych sąsiadów.
Obrazek trzeci: jajecznica na betonie?
Od lat nie bywam już na opisanym mokotowskim podwórku, nie wiem więc, jak potoczyły się jego losy. Być może dalej dziczeje podzielone płotami. Można się jednak spodziewać, że zostało w taki czy inny sposób utwardzone kosztem zieleni – zgodnie z logiką ostatnich lat trapionych chorobą nazwaną betonozą. To zjawisko jest wciąż dość szeroko analizowane, również przeze mnie. Można je w skrócie opisać jako silną tendencję, zgodnie z którą przestrzeń publiczna po remoncie czy rewitalizacji zawiera w sobie mniej zieleni niż przed wprowadzeniem zmian. Innymi słowy, przebudowa terenów wspólnych w Polsce wiąże się w dużej mierze z usuwaniem trawników, wycinką drzew i krzewów itp. Na ich miejsce pojawiają się bruk, cement czy kostka, uzupełnionymi przez rachityczne formy typu drzewko w donicy, które nie rekompensują utraconej zieleni, stanowiąc raczej rodzaj alibi. W ten sposób w polskich miastach na placach, ulicach, a nawet skwerach powstało mnóstwo betonowych pustyń, niedających schronienia przed deszczem, wiatrem, a zwłaszcza upałem. Do tego ostatniego zjawiska odnosiły się happeningi polegające na smażeniu jajecznicy na środku wybrukowanego, rozgrzanego słońcem rynku.
Presję na betonowanie przestrzeni miejskich tłumaczy się różnie. Oficjalne komunikaty samorządów często podkreślają chęć przywrócenia rynkom ich oryginalnego kształtu. Jest to prawda, ale tylko częściowa, ponieważ nie uwzględnia faktu, że główne place miejskie różnie wyglądały w różnych momentach historycznych: inaczej na przykład w średniowieczu, gdy mieściły w sobie budowle czy urządzenia służące wspólnocie; inaczej przed wojną, gdy były puste, aby można było zjeżdżać wozami na jarmarki; inaczej w PRL-u, kiedy w ramach szybkiej odbudowy i pod wpływem idei modernistycznych place zadrzewiano, często zamieniając w rodzaj skwerów. Za każdym razem mamy do czynienia z oryginalnym kształtem, jego wybór przy remoncie jest zatem kwestią arbitralną.
Sporo osób zwraca uwagę na procedury, w ramach których przydzielane są środki unijne na rewitalizację czy modernizację przestrzeni miejskiej. Ich konstrukcja ma sprzyjać wybieraniu przy przebudowie najprostszych, często izolowanych od siebie rozwiązań, typu wycinka, brukowanie, sadzenie drzew w donicach, stawianie ławek, latarni itp. Niektórzy idą dalej, sugerując, że na betonowaniu czy innych ciężkich pracach budowlanych łatwiej dać zarobić tym przedsiębiorcom, którzy mają zarobić.
Konflikt o betonozę wpisuje się ponadto w toczony na wszelkich polach polski spór modernizacyjny. Jedną jego stroną są ci, dla których nowoczesność wiąże się ze stopniowym przekraczaniem wiejskich korzeni, a zatem między innymi odchodzeniem od drewna, ziemi, nieuporządkowanej zieleni w kierunku betonu, bruku i przystrzyżonych trawników. Po drugiej stronie sporu znajdują się ci, którzy chcieliby ten etap rozwoju społeczeństw czy miast przeskoczyć i znaleźć się od razu tam, dokąd dotarły państwa Europy Zachodniej, a zwłaszcza północnej. Tam promuje się maksymalizowanie powierzchni biologicznie czynnych, szerokie stosowanie materiałów ekologicznych oraz ograniczanie ingerencji w naturalne procesy. Spór pomiędzy zwolennikami wolniejszej i przyspieszonej modernizacji jest ogólnie bardzo emocjonalny, w dużej mierze oparty na zawstydzaniu. Tak też jest w przypadku konfliktu o betonozę, którego temperatura (!) wzmacniana jest faktem, że przeciwnicy brukowania placów mają po swojej stronie aktywistów i naukowców zajmujących się ociepleniem klimatu. Szereg ich argumentów zasługuje na uznanie, ale jeden wydaje mi się nieoczywisty. Otóż zgadzam się, że brak osłony przed deszczem, wiatrem czy słońcem nie sprzyja spędzaniu czasu na rynku. Ale też każdy, kto mieszka bądź bywa w polskich miastach (zwłaszcza mniejszych i średnich), wie, że i przed wycinką drzew ich place nie tętniły życiem. A już na pewno nie często i nie z głównym udziałem tak chętnie przywoływanych matek z małymi dziećmi.
Ten ostatni przykład uznać można za znamienny. W psychologii środowiskowej panuje bowiem przekonanie – zgodne zresztą z potoczną intuicją – że dane miejsce postrzegane jest jako bezpieczne, jeżeli chętnie przebywają tam osoby starsze i dzieci właśnie. Z tego punktu widzenia większość polskich rynków czy placów nie należy do bezpiecznych. I nie należała również przed betonowaniem. Oczywiście w dzień powszedni przed południem panuje na nich hałas i gwar. Jeśli się jednak przyjrzeć, to nie mamy do czynienia z dłuższym przebywaniem, zwłaszcza osób starszych czy dzieci, lecz raczej z przemieszczaniem się w krzątaninie załatwianych spraw i ewentualnie z krótkimi zatrzymaniami w ruchu. Oczywiście w pogodne niedzielne popołudnia (ale wczesne!) na rynku spotkamy trochę rodziców czy opiekunów z dziećmi, zwłaszcza jeśli jest tam fontanna czy lodziarnia. Po pierwsze jednak na miejskich placach znajdziemy ich tam znacznie mniej niż w tym samym czasie w przeciętnej galerii handlowej czy sali zabaw. Po drugie, i te nieliczne osoby starsze czy dzieci znikają z rynków na długo przed zapadnięciem zmroku. Miejskie place wracają zaś wtedy do swych realnych właścicieli. Ponownie wchodzą w posiadanie tych, którzy je okupują zazwyczaj: pojawiają się najwcześniej i najpóźniej schodzą. W międzyczasie natomiast zajmują najdogodniejsze miejsca. W czasach przed betonozą to właśnie oni przesiadywali w przywoływanym dziś z nostalgią cieniu. Wybierając lokalizacje najczęściej lekko na uboczu, ale pozwalające kontrolować wzrokiem wszystko, co dzieje się na placu. Na różne sposoby zaznaczając swoją obecność.
Ludzie, ale też i inne gatunki, po znalezieniu się w zamkniętym obszarze – a takim jest małe miasto bądź dzielnica większego – przejawiają tendencję, by gromadzić się w centralnym miejscu. Nie ma to związku z dostępem do przestrzeni, pożywienia czy innych zasobów, lecz raczej z pragnieniem uspołecznienia czy bliskości. To wtórne zagęszczenie powoduje szereg następstw, do których należą hiperaktywność jednych i nienaturalna pasywność innych, często przechodzące jedna w drugą. I to jest właśnie zjawisko, jakie nadaje ton centralnym placom miast czy dzielnic. Niekiedy są to mężczyźni w średnim wieku, którzy piją alkohol bądź patrzą przed siebie, milczą lub wybuchają nagłymi kłótniami, są pobudzeni albo ospali. Niekiedy są to pojedyncze grupki głośno zachowującej się młodzieży. Albo hałaśliwe pary. Albo osoby sprawiające wrażenie zdezorientowanych, zagubionych, splątanych. Albo żebracy, żebraczki. A najczęściej są to różne konfiguracje osób podobnych do opisanych powyżej lub innych, ale zawsze budzących pewien niepokój. Nie chodzi przy tym wcale o zachowania jednoznacznie agresywne (chociaż procentowo jest ich najwięcej w centrach miast), lecz o rodzaj napięcia wprowadzanego przez samą obecność i zachowanie odbiegające od pewnej konwencji. Konwencji polegającej na ograniczaniu bliskości do konkretnych sytuacji (zwłaszcza domowych, rodzinnych, towarzyskich) i unikaniu jej na poziomie społecznym. Konwencji, by w przestrzeni publicznej „nie znać się i nie chcieć się znać”. A na pewno trzymać dystans. Osoby okupujące miejskie place tego nie robią. Skracają dystans, szukają bliskości. Dlatego budzą niepokój i niechęć, czasem wrogość. Stają się niechcianymi intruzami.
Z tej perspektywy na betonowanie placów i pozbawianie ich drzew – a zatem czynienie ich pustyniami niezdatnymi do przebywania – można spojrzeć jak na kolejny etap procesu zapoczątkowanego przez grodzenie osiedli. Procesu – w dużej mierze podświadomego – stwarzania fizycznych barier dla niechcianych osób, postaw czy emocji. Najpierw za pomocą krat, domofonów i zamkniętych bram zostały one wyrugowane z budynków, a następnie z osiedli i gentryfikowanych dzielnic. W ten sposób wzmocnieniu uległy naturalne tendencje gromadzenia się na centralnych placach. Uczynienie z nich pustych, betonowych, nieprzyjaznych przestrzeni byłoby z tej perspektywy ostatnim aktem usuwania poza obszar społeczności tego, co niechciane czy przestraszające. Pozostaje pytanie, gdzie mają się one podziać?
Epilog
Trauma jest normalną reakcją na nienormalną sytuację. Grodzenie osiedli, czy szerzej: wznoszenie fizycznych barier, wydawało się naturalną odpowiedzią na porzucenie przez państwo swoich obywateli i zostawienie ich samych z uwolnionymi demonami. Naturalne też wydawało się ograniczenie terytorium do obszaru, który wydawał się możliwy do obrony przez daną grupę – nie miasta, nie osiedla, lecz pojedynczego budynku czy nawet fragmentu korytarza. Działanie pod wpływem traumy ma jednak szereg ograniczeń i skutków ubocznych. Grodzenie i betonowanie jako reakcje odruchowe, impulsywne, przypominają wylewanie dziecka z kąpielą. Być może blokują dostęp agresorom, przy okazji znacznie utrudniając funkcjonowanie mieszkańcom i odcinając ich od tego wszystkiego, co nie stanowi zagrożenia, lecz mogłoby wzbogacić życie wspólnoty. Smutne (i pełne niemiłych owadów) są osiedla, z których pozbyto się jerzyków. Jeszcze smutniejsze są zamknięte enklawy ogołocone z ludzi i emocji.
Wygrodzenie jednego lub kilku budynków być może ułatwia rozwiązanie niektórych problemów. Równocześnie jednak prowadzi do tworzenia w dzielnicy czy mieście izolowanych podmiotów. Utrudnia współpracę przy załatwianiu wielu spraw w skali przekraczającej wymiar pojedynczej wspólnoty. Często bywa tak, że po grodzeniu przestrzeń wewnątrz płotu staje się bardziej zadbana i chroniona, a na jego zewnątrz – bezpańska i trudniejsza do ochrony.
Co może pomóc? Przez cały ten tekst przewija się figura gospodarza domu. Nie był to świadomy zamiar. Coś w tym może jednak jest? Jeżeli decydującym impulsem prowadzącym do traumy było porzucenie przez państwo swej roli wobec obywateli jako użytkowników przestrzeni, to może powinno ono do niej wrócić, aby pomóc ją przepracować? Zahamowanie maniakalnego betonowania jest pierwszym krokiem. Aktywność władzy nie powinna się jednak ograniczyć ani do niego, ani do prostego uruchamiania funduszy, ani do impulsywnych pojedynczych działań podejmowanych na szczeblu centralnym bez namysłu czy empatii. Takim krokiem prowadzącym do pogłębienia traumy byłby na przykład odgórny zakaz grodzenia osiedli. Zamiast tego potrzebne jest zrozumienie oraz uznanie potrzeb i emocji stojących za stawianiem fizycznych barier oraz aktywna, realna pomoc udzielana wspólnotom we wprowadzaniu bardziej sensownych rozwiązań. Na tym etapie byłoby nim nie tyle usuwanie płotów, co ich rozszerzanie. Symboliczne i dosłowne.
Tomasz Drzazgowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez Radosław Stupak | niedziela 21 listopada 2021 | opinie
Nieco ponad tydzień temu, po 13 latach ubezwłasnowolnienia, Britney Spears wygrała batalię sądową, dzięki czemu udało jej się odzyskać kontrolę nad podstawowymi aspektami swojego życia prywatnego, choć nad jej majątkiem wciąż czuwać będą inni.
W 2006 Britney Spears była w trakcie burzliwego rozwodu z Kevinem Federlinem. W trakcie walki o prawa do opieki nad dziećmi Britney miała zamknąć się wraz z nimi w łazience. Wezwano policję, wokalistkę zabrano do szpitala psychiatrycznego. Po kilku kolejnych hospitalizacjach jej ojciec wystąpił o tymczasową kuratelę/ubezwłasnowolnienie, które następnie w 2008 roku uczyniono trwałym. Od tego momentu ojciec Britney sprawował kontrolę nad najbardziej nawet prywatnymi aspektami życia córki (np. zmuszał ją do stosowania antykoncepcji) oraz jej finansami i karierą.
Istnieje pokusa, żeby historię Britney Spears wtłoczyć w dwie podstawowe klisze. Z jednej strony możemy mieć więc do czynienia z opowieścią o gwieździe popkultury, wykorzystywanej przez bezduszny przemysł rozrywkowy promujący seksualizację dzieci i nastolatków, konsumpcjonizm, indywidualizm itp., itd. Czyli w sztampę tych wszystkich, słyszanych od lat, utyskiwań dobrze opłacanego głównonurtowego medialnego i akademickiego salariatu, który poza wylewaniem krokodylich łez nie robi nic, aby tym zjawiskom realnie się przeciwstawić, a często jest też ich najlepszym przykładem i konsumentem. Możemy też mówić o tym, że gwiazda płaci wysoką osobistą cenę za sukces komercyjny, czyli o ciężkim losie bogaczy. Z drugiej, w równie klasycznym indywidualizującym manewrze, możemy mieć opowieść o złym i bezdusznym ojcu zarabiającym na córce, zamieniającą narrację w ckliwą historię rodem z telenoweli. Wszystko kończy się happy endem, wzruszamy się, dobro ostatecznie triumfuje, złoczyńcy zostają ukarani, księżniczka zwycięża i odzyskuje wolność, kamień spada nam z serca, żyli długo i szczęśliwie. Dobranoc.
Ujmując jednak przypadek Britney w taki sposób, umyka nam podstawowa kwestia: dlaczego w ogóle do tej sytuacji doszło? Jak było możliwe pozbawienie młodej, bogatej, sławnej kobiety u szczytu kariery kontroli nad wszystkimi aspektami swojego życia i finansami? Nie jest to przecież wyłącznie kwestia popkulturowych standardów i przemysłu rozrywkowego, ani tym bardziej wyłącznie kwestia „złych ludzi”. Nie jest to też kwestia „zgniłych jabłek” w systemie psychiatrycznym i sądowniczym, wyjątkowych odosobnionych przypadków, niemoralnych osobników, którzy to umożliwili i których teraz wystarczy przykładnie ukarać. To, co widzielibyśmy, gdybyśmy chcieli to dostrzec na przykładzie historii Britney Spears, to kwestia praw człowieka, a właściwie ich łamania i ograniczania, w kontekście psychiatrii. To właśnie zdiagnozowanie Britney jako chorej psychicznie uruchomiło całą procedurę, która ostatecznie, zgodnie z prawem i wszelkimi wymogami, pozwalała na uczynienie z niej niewolnicy, która nie mogła nawet decydować o tym z kim się spotykać, czy może zajść w ciążę, by nie wspominać już nawet o wolności dotyczącej stosowania i wyboru rodzaju leków czy terapii.
Przypadek Britney nie jest odosobniony, takie sytuacje zdarzają się często, nie są obce ludziom, którzy mieli pecha zetknąć się z systemem psychiatrycznym [1]. Zazwyczaj jednak nie dotyczą one ludzi z pierwszych stron gazet, ludzie ci nie mogą więc liczyć na wsparcie rzeszy fanów. „Zwykłych ludzi” leczyć przymusowo i ubezwłasnowolnić jest znacznie łatwiej niż międzynarodowe gwiazdy. „Zwykłym ludziom” znacznie trudniej natomiast jest się z takiej sytuacji wyplątać. Wymaga to znajomości, kontaktów, rozeznania w systemie, pieniędzy na pomoc prawną, przychylne opinie ekspertów (którzy muszą wtedy występować niejako przeciwko własnemu środowisku i opinii innych lekarzy) itd. Same diagnozy i opinie psychiatryczne są natomiast niezwykle subiektywne, pomimo powoływania się na hasło „medycyny opartej na dowodach”, trudno lub w ogóle nieweryfikowalne. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że tak naprawdę jest to kwestia osobistego zdania osoby wystawiającej opinię psychiatryczną, ponieważ nie istnieją w zasadzie żadne obiektywnie mierzalne wskaźniki (jak np. pomiar stężenia jakiegoś hormonu czy skan mózgu), które mogłyby taką opinię potwierdzić lub jej zaprzeczyć. Wyjątkami od tej reguły mogą być jedynie sytuacje, kiedy to innego rodzaju fizyczna choroba (np. padaczka) powoduje objawy podobne do zaburzeń psychicznych.
Ojciec Britney posługiwał się diagnozą psychiatryczną instrumentalnie. Fakt, że Britney miała być chora psychicznie, oznaczał więc, że wymaga „troskliwej opieki”, oznaczającej całkowitą kontrolę nad jej życiem, dla „jej własnego dobra”. Fani walczący o wolność wokalistki, skupieni w ramach akcji #FreeBritney, oskarżani byli więc przez lata nie tylko o foliarstwo i szerzenie teorii spiskowych, ale również o stygmatyzację zaburzeń psychicznych. Zarzut o stygmatyzowanie osób chorych psychicznie stał się więc hasłem umożliwiającym pozbawienie wolności zdiagnozowanej osoby. Jednak to właśnie uznanie, że osoby z diagnozami psychiatrycznymi, takie jak Britney, nie są w stanie „prawidłowo” oceniać rzeczywistości i decydować o sobie i o swoim życiu, jest stygmatyzujące, a wręcz dehumanizujące. Oznacza, że odmawiamy im prawa do specyficznie ludzkich zdolności.
Uchwalona kilka lat temu Konwencja ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami, opracowana we współpracy z ocalonymi z psychiatrii, miała znacznie ograniczyć lub wręcz wyeliminować całkowicie stosowanie tego rodzaju praktyk. Spotkała się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk psychiatrycznych. Mówiono wręcz dosłownie o tym, że „przeczy ona zdrowemu rozsądkowi” i dlatego „należy ją zignorować”, co oznaczało, ni mniej ni więcej, że lobby psychiatryczne nawoływało do ignorowania stanowiska ONZ. Aktualnie prowadzone są prace mające na celu rozmontowanie Konwencji, pomimo sprzeciwu organizacji pacjentów [2]. Raport dla ONZ w sprawie stosowania tortur i innych okrutnych, nieludzkich i poniżających form leczenia i karania wprost zrównywał część praktyk psychiatrycznych właśnie z torturami [3].
W wielu krajach europejskich, oprócz przymusowego leczenia szpitalnego, funkcjonują też, różnie nazywane (np. Community Treatment Orders w Wielkiej Brytanii), programy przymusowego leczenia „w środowisku”. Zazwyczaj sprowadzają się one w praktyce do tego, że ludziom, którzy odmówiliby przyjmowania leków, grozi automatyczny powrót do szpitala.
W Polsce kontrola NIK z 2012 r. wykazała, że nawet dość luźne kryteria kierowania na przymusowe leczenie i stosowania środków przymusu (w rodzaju podania leków wbrew woli, przywiązywania do łóżka i kaftanów bezpieczeństwa) w szpitalach są nagminnie łamane [4]. Wraz z trwającą reformą psychiatrii, której częścią ma być nowelizacja ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, planuje się dalsze poluzowanie tych kryteriów, a także dodatkowe przepisy znacznie ułatwiające przymusowe leczenie dzieci. Nie chodzi jednak wyłącznie o poluzowanie kryteriów. W uzasadnieniu zmian rozesłanym do organizacji pacjentów przez Rzecznika Praw Pacjenta przeczytać możemy też że:
„W art. 11 ustawy proponuje się dodanie ust. 3, który wyłączałby obowiązek osobistego zbadania osoby z zaburzeniami psychicznymi lub wydania opinii o tej osobie w sytuacji, gdy stan zdrowia tej osoby jest wyłącznie konsultowany. Zmiana ta wychodzi naprzeciw postulatom środowiska lekarskiego, aby w sytuacji, w której lekarz uznaje za potrzebne skonsultowanie się z innym lekarzem, nie było każdorazowego obowiązku przeprowadzenia osobistego badania osoby. Najczęściej ma to dotyczyć sytuacji przyjęcia bez zgody do szpitala psychiatrycznego oraz przedłużenia stosowania przymusu bezpośredniego”.
De facto byłaby to po prostu legalizacja części nielegalnych praktyk, które wykazał wcześniejszy raport NIK i oznaczałoby, że decyzję o przymusowym leczeniu lub przedłużeniu unieruchomienia poprzez np. przywiązanie kogoś do łóżka wydać można będzie nie widząc na oczy osoby, której ta decyzja dotyczy.
Paradoksalnie, poluzowanie kryteriów, może też działać w drugą stronę i być związane nie z łatwiejszym zamykaniem ludzi, którzy nie złamali prawa, ale z łatwiejszym zamykaniem ludzi, którzy złamali prawo, ale mogą, dzięki odpowiedniej opinii psychiatry, uniknąć więzienia a następnie szybko wyjść na wolność. Wskazywać mogłoby na to niedawne aresztowanie ordynatora szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie (Szpital Dziekanka) pod zarzutem ułatwiania skazanym uniknięcia kary. Proceder trwał najprawdopodobniej wiele lat, dotyczył wielu osób, a wyszedł na jaw dopiero, kiedy oskarżonego przyłapano na gorącym uczynku, w mieszkaniu odkryto ponad milion złotych w gotówce pochowanych w reklamówkach [5]. Wcześniej ani sąd, ani personel, ani inni zainteresowani nie potrafili lub nie chcieli zauważyć oszustwa. To również może wskazywać na subiektywny i trudno weryfikowalny charakter opinii i diagnoz psychiatrycznych.
Nawet jeśli uznać, że przymus jest niezbędnym elementem leczenia psychiatrycznego, takim, którego nie da się uniknąć (choć w lepiej pomyślanej i finansowanej opiece psychiatrycznej taka konieczność mogłaby zachodzić znacznie rzadziej lub być nawet wyeliminowana), to nie oznacza to, że powinniśmy przechodzić nad tym do porządku dziennego. Należałoby się przynajmniej zastanowić nad tym, w jakich okolicznościach jego stosowanie można byłoby uznać za usprawiedliwione, jeśli w ogóle. Przypadek Britney Spears jest jedną z wielu spraw, które zdobyły duży rozgłos medialny a które dają nam okazję do tego, żeby w końcu krytycznie przyjrzeć się „zdrowiu psychicznemu”. W historii Britney ujawniają się przede wszystkim kwestie związane z prawami człowieka w kontekście psychiatrii (choć, ponieważ ostatecznie psychiatria staje się tutaj również narzędziem wywłaszczenia i przejęcia kontroli nad majątkiem, można by pokusić się o próbę szerszej interpretacji). Prawdopodobnie jednak kolejny raz uznamy, że lepiej udawać, że nic się nie dzieje i żadnego problemu (poza ewentualnie „dostępem do leczenia”) – nie ma.
Radosław Stupak
Przypisy:
1. https://newrepublic.com/article/161344/framing-britney-spears-review-disability-legal; https://mashable.com/article/britney-spears-coerced-mental-health-treatment; https://www.npr.org/sections/health-shots/2021/09/27/1040552033/involuntary-psychiatric-hold-cost-britney-spears?t=1637490720255; https://www.madinamerica.com/2021/08/sins-conservatorship-britney-spears/
2. https://punkertje.waarbenjij.nu/reisverslag/5079966; http://enusp.org/2019/03/19/open-letter-to-wpa-response-to-the-attack-on-the-un-crpd/
3. https://www.ohchr.org/en/issues/torture/srtorture/pages/srtortureindex.aspx
4. https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/11/093/LKA/
5. https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,27818498,ordynator-psychiatrii-z-gniezna-aresztowany-policja-znalazla.html
przez redakcja | środa 17 listopada 2021 | opinie
Eksperymentalne badanie – pierwsze tego rodzaju – opracowane przez magazyn „Jacobin”, YouGov i Center for Working Class Politics, oferuje nowe, mocne spojrzenie na poglądy polityczne klasy robotniczej.
W ciągu ostatnich pięciu lat odmłodzona postępowa lewica stała się potężną siłą w amerykańskiej polityce. Zainspirowani wyścigiem prezydenckim senatora Berniego Sandersa w 2016 r. postępowi demokratyczni pretendenci zmobilizowali darczyńców i wolontariuszy wokół odważnego i egalitarnego programu gospodarczego, wygrywając imponującą liczbę wyborów lokalnych, stanowych i do kongresu. Względny sukces wyborczy tej nowej lewicy jest jedną z głównych opowieści politycznych naszych czasów.
A jednak, w większości przypadków, te postępowe triumfy odnoszono w dobrze wykształconych i silnie zdemokratyzowanych dzielnicach o stosunkowo wysokich dochodach. Nawet jeśli postępowcy wygrali prawybory na obszarach robotniczych, robili to raczej bez zwiększania całkowitej frekwencji lub zdobywania nowych wyborców z klasy robotniczej. W wyścigach wyborczych poza przyjaznym terenem metropolii ci sami postępowi kandydaci w dużej mierze walczyli o to, by w ogóle ich dostrzeżono. Nie spełnili jeszcze jednej kluczowej obietnicy swoich kampanii: przekształcenia i rozszerzenia samego elektoratu.
Rzuca to poważne wyzwanie jakiejkolwiek nadziei na krajową reorientację polityczną w progresywnym kierunku. Ostatnie wydarzenia sugerują, że kandydaci lewicy mogą nadal zastępować umiarkowanych Demokratów w demograficznie korzystnych dla siebie dzielnicach miejskich, co może prowadzić do bardziej postępowej polityki na szczeblu miejskim lub stanowym. Ale obraz narodowy jest już mniej obiecujący. Po prostu nie ma wystarczającej liczby dzielnic tego rodzaju, aby mogli przejąć kontrolę nad Izbą Reprezentantów USA, nie mówiąc już o Senacie. Aby uzyskać większość niezbędną do przegłosowania ustawy o opiece zdrowotnej dla wszystkich lub innych ważnych punktów agendy socjaldemokratycznej, postępowi kandydaci będą musieli wygrać w znacznie szerszym gronie wyborców. Dopóki tego nie zrobią, ich wpływ polityczny pozostanie mocno ograniczony na poziomie lokalnym, stanowym i krajowym.
Dlaczego postępowcy potrzebują klasy robotniczej?
Naszym podstawowym założeniem jest to, że postępowcy mogą zwiększyć swoją atrakcyjność – i osiągnąć swoje cele polityczne – jedynie zdobywając większościowe poparcie wśród wyborców z klasy robotniczej. Ten punkt widzenia potwierdzają dwa kluczowe fakty.
Po pierwsze, klasa robotnicza ma zdecydowanie największy udział w amerykańskim elektoracie. W 2020 roku 63% wyborców nie miało dyplomu ukończenia studiów wyższych, a 74% wyborców pochodziło z gospodarstw domowych zarabiających mniej niż 100 000 USD rocznie. W następstwie Nowego Ładu ci stosunkowo mniej wykształceni wyborcy o niższych dochodach stali się lojalnymi Demokratami. Ale począwszy od lat 70., a najszybciej postępowało to w ostatniej dekadzie, klasa robotnicza oddaliła się od Partii Demokratycznej. Patrząc w przyszłość, trudno wyobrazić sobie zwycięską progresywną koalicję, która nie odwróci tego trendu, by ostatecznie objąć znacznie większy odsetek wyborców z klasy robotniczej.
Po drugie, klasę robotniczą łączy z postępową polityką szczególny związek: najbardziej skorzysta ona na egalitarnych i redystrybucyjnych reformach, które stanowią fundament polityki lewicowej. Historycznie największe triumfy amerykańskich postępowców w XX wieku – od New Deal po Ruch Praw Obywatelskich i Great Society – osiągnięto tylko przy solidnym poparciu udzielonym przez klasę robotniczą. To samo dotyczy osiągnięć socjaldemokracji za granicą. Postępowa polityka, która nie zwiększa swojego oddziaływania wśród wyborców z klasy robotniczej, ryzykuje dziś oderwanie się od centralnej siły napędzającej egalitarne reformy na całym świecie.
Nie jest to prosty problem z jasnym rozwiązaniem; w rzeczywistości trendy od prawie pół wieku biegną w przeciwnym kierunku. To kwestia, która wymaga pogłębionych badań.
Należy zadać trzy podstawowe pytania:
1. Jak postępowcy mogą wygrać w robotniczej Ameryce?
2. W jaki sposób postępowcy mogą skuteczniej angażować wyborców z klasy robotniczej o niskiej skłonności do głosowania, niezależnie od rasy i położenia geograficznego, zwłaszcza poza dużymi miastami?
3. Jakie są wyborcze przewagi i słabości różnego rodzaju progresywnych platform i przekazów? Czy różne komunikaty progresywne mogą działać w różnych obszarach?
Wnioski
Nasze eksperymentalne badanie, pierwsze tego rodzaju, oferuje nowe, mocne spojrzenie na poglądy polityczne klasy robotniczej. We współpracy z firmą badania opinii publicznej YouGov opracowaliśmy ankietę, aby sprawdzić, jak wyborcy z klasy robotniczej reagują na bezpośrednie starcia wyborcze. Prosząc wyborców, aby wybierali bezpośrednio między tysiącami hipotetycznych kandydatów – zamiast odosobnionych polityk lub haseł – możemy stworzyć bogatszy, bardziej realistyczny obraz postaw wyborczych, niż mogą nam dostarczyć konwencjonalne sondaże. Przedstawiając tę ankietę reprezentatywnej grupie dwóch tysięcy wyborców z klasy robotniczej w pięciu kluczowych „wahających się” stanach – czyli znacznie większej próbce dla tej grupy demograficznej niż wynika z większości sondaży – jesteśmy w stanie skoncentrować się na tych wyborcach o wiele bardziej szczegółowo.
Kluczowe wnioski z naszej ankiety, wymienione pokrótce poniżej i omówione bardziej szczegółowo w pełnym raporcie, mogą pomóc w przyszłych kampaniach kandydatów progresywnych.
Wyborcy z klasy robotniczej wolą kandydatów postępowych, którzy skupiają się przede wszystkim na podstawowych kwestiach ekonomicznych i ujmują te kwestie w kategoriach uniwersalnych. Kandydaci, którzy mocno akcentowali „kwestie pełnej miski” (praca, opieka zdrowotna, gospodarka) i przedstawiali je w prostej, uniwersalistycznej retoryce, wypadli znacznie lepiej niż ci, którzy mieli inne priorytety lub posługiwali się innym językiem. Ten ogólny wzór był jeszcze mocniej widoczny na obszarach wiejskich i w małych miasteczkach, gdzie Demokraci w ostatnich latach z wywieszonym językiem walczyli o głosy.
Populistyczne, klasowe przekazy progresywnej kampanii przemawiają do wyborców z klasy robotniczej przynajmniej tak samo, jak główny nurt przekazów Demokratów. Kandydaci, którzy wymieniali elity jako główną przyczynę problemów Ameryki, wywoływali gniew na status quo i szanowali klasę robotniczą, byli dobrze przyjmowani wśród tych wyborców – nawet gdy porównywano ich z bardziej umiarkowanymi nurtami retoryki Demokratów.
Postępowcy nie muszą rezygnować z kwestii równości, aby zdobyć wyborców z klasy robotniczej, ale pewna retoryka skoncentrowana na tożsamości jest tu obciążeniem. Potencjalnie demokratycznie nastawieni wyborcy z klasy robotniczej nie stronili od progresywnych kandydatów lub tych kandydatów, którzy zdecydowanie sprzeciwiali się rasizmowi. Jednak kandydaci, którzy opisywali ten konflikt w wysoce wyspecjalizowanym, skoncentrowanym na tożsamości języku, wypadli znacznie gorzej niż kandydaci przyjmujący język populistyczny lub mainstreamowy.
Wyborcy z klasy robotniczej wolą kandydatów z klasy robotniczej. Rasa czy płeć kandydata nie są przeszkodą dla potencjalnie demokratycznych wyborców z tej klasy. Jednak pochodzenie kandydata z wyższej klasy jest dla nich poważnym problemem. Liczy się środowisko, z którego się wywodzimy.
Niegłosujące osoby z klasy robotniczej nie są automatycznie postępowe. Istnieje niewiele dowodów na to, że osoby rzadko głosujące nie chodzą na wybory tylko dlatego, że nie widzą wystarczająco postępowych poglądów u kandydatów głównego nurtu.
Pracownicy fizyczni są szczególnie wrażliwi na formę przekazu płynącego od kandydatów – a jeszcze ostrzej reagują na różnice między językiem populistycznym a językiem „woke” [maksymalistycznego progresywizmu kulturowego]. Przede wszystkim pracownicy fizyczni, w porównaniu z pracownikami umysłowymi, byli jeszcze bardziej zainteresowani kandydatami, którzy podkreślali „kwestię chleba” i unikali retoryki aktywistów.
Link do raportu w języku angielskim: https://images.jacobinmag.com/wp-content/uploads/2021/11/08095656/CWCPReport_CommonsenseSolidarity.pdf
Redakcja magazynu „Jacobin”
tłum. Magdalena Okraska
przez redakcja | czwartek 11 listopada 2021 | klasyka, opinie
Sejm warszawski nie słyszał dotąd tak silnego i rzeczowego przemówienia, jakie wygłosił dnia 10 lutego poseł towarzysz Daszyński.
Warszawskie pismo burżuazyjne „Kurier Polski” pisze o niej, że w każdym innym państwie mowa taka byłaby plakatowaną na koszt publiczny.
Mowa tow. Daszyńskiego huczała tętnem i burzą krwi polskiej, zmagającej się dziś na wszystkich granicach ziem naszych o całość i niepodległość, błyskała skrami diamentów żywcem wyrwanych z duszy polskiej, oczyszczonej z namułu półtorawiekowej niewoli – ale i twardą była jak diament.
Gdy odzywał się tow. Daszyński w stronę Niemiec i Czech, że połowa ludu polskiego na Górnym Śląsku, który porwał za broń przeciw katowskim rządom Hoersinga [Otto Hörsing – były niemiecki działacz socjaldemokratyczny i związkowy na Górnym Śląsku, po II wojnie mianowany komisarzem Rzeszy i Prus na tym terenie, szybko dał się poznać z bandyckich metod, m.in. z wysyłania wojska przeciwko nieuzbrojonym strajkującym polskim robotnikom, których mordowano – przyp. redakcji Nowego Obywatela] to byli nasi socjaliści polscy, i że górnik na Śląsku Cieszyńskim, powieszony przez najeźdźców-Czechów, przy wejściu do kopalni, był przewodniczącym miejscowej grupy socjalistów polskich – czujemy w głębi serc naszych i sumień, że tow. Daszyński rzucił w twarz światu całemu najistotniejszą, przeogromną moc uczucia i niezłomnego przekonania, jaka pulsuje dziś w krwi dziesiątków milionów Polaków od Ostrawicy i Karpat po Bałtyckie Morze – że nie ma dziś siły, która by zmusiła nas do pozostawienia poza granicami Państwa Polskiego choćby najmniejszego skrawka ziemi polskiej. Wyżynie skali temperamentu uczuciowego mowy tow. Daszyńskiego odpowiadała siła argumentów i głębokie przeświadczenie, że skoro połączymy do reszty wszystkie ziemie polskie, mając do dyspozycji ogromne zasoby bogactw naturalnych i cały lud polski – staniemy się granitową potęgą na przełomie środkowej i wschodniej Europy, opartą o polskie brzegi Morza Bałtyckiego.
Ze względu na szczupłe rozmiary naszego pisma i nawał materiału plebiscytowego – mowę tow. Daszyńskiego podajemy w streszczeniu Polskiej Agencji Telegraficznej. Spodziewamy się jednak, że wyda ją w całości Główny Komitet Plebiscytowy.
***
Wysoka Izbo! Rzadko bywa, żeby sprawa tycząca się pokoju europejskiego i naszego w tym pokoju udziału, mieściła w sobie tyle goryczy, ile poruszona w punkcie drugim. Polska, zawdzięczająca sojusznikom swój byt państwowy w obecnych granicach zachodnich, nie mogła nabrać tego przekonania, ażeby pełnia praw jej została w traktacie wersalskim wyrażoną. Trzy były największe wartości, którymi Polska mogła rozporządzać na swojej zachodniej granicy. To były dwa tereny węglowe Śląska Cieszyńskiego i Śląska Górnego, a trzecia wartość to był port gdański. To było ujście na wielkie, wolne morze. I wszystkie te trzy walory polityczne, społeczne i ekonomiczne walory bezcenne, zostały Polsce albo w niedostatecznej mierze przyznane, albo zostały puszczone na zmienne losy walki plebiscytowej.
Granica zachodnia Polski, można powiedzieć, jeszcze do dnia dzisiejszego nie została ustalona ostatecznie. Jeszcze o nią Polska nie krwawą bronią wprawdzie, ale dzień po dniu walczyć będzie musiała, a jeżeli sprawa gdańska nosi na sobie piętno połowicznego, szkodliwego rozwiązania, to słuszną jest rzeczą, że Polska już dziś, w tym okresie, kiedy między Polską a Gdańskiem ma stanąć umowa w najbliższych kilku tygodniach, regulująca stosunek Gdańska do Polski, że Polska w tym czasie nie powinna być bezbronną, powinna walkę sobie narzuconą, powiadam jeszcze raz – bezkrwawą walkę, podjąć i przeprowadzić. Jednym z kroków, jednym z czynników tej walki jest wniosek, który tu jest na porządku dziennym. Chodzi o pogłębienie Wisły, zbudowanie portu polskiego na polskiej ziemi, tak jak gdybyśmy musieli liczyć się z ewentualnością nie utraty Gdańska, ale połowicznego prawa korzystania z portu gdańskiego. Pewnie, że są możliwe trudności. I bardzo dobrze zrobił pan referent, że przestrzega świat, iż nie jest to blef, że nie jest to pusta pogróżka, tylko że jest to konieczna konsekwencja w razie, jeżeli Gdańsk szczerze i bez zastrzeżeń nie stanie się portem polskim. Bo tutaj my wszyscy jesteśmy jednego zdania, że na narodowość mieszkańców Gdańska żaden Polak nie czyha, że na tym punkcie Niemcy gdańscy mogą być zupełnie spokojni, że ani kropli ze swych praw narodowych nie uronią przez przyłączenie się do Polski. Ale Polska nowoczesna, Polska robotnika i chłopa, zrozumiała, że Polska może być tylko wtedy wolna i niepodległa, jeżeli stanie się wielkim warsztatem wolnej, zorganizowanej pracy polskiej. A tym warsztatem nie będzie mogła być dopóty, dopóki nie będzie miała wolnego dostępu do morza.
Wspomniawszy następnie, iż rozlegające się w sejmie słowa krytyki wewnętrznych naszych stosunków są wyzyskiwane przez naszych wrogów w agitacji plebiscytowej, oświadcza, iż jest to dzieciństwo używać takich właśnie argumentów w walce plebiscytowej, bo są one ostatnim argumentem, którego w plebiscycie, w nowej walce o duszę i o los mas polskich wolno używać.
Warszawa – mówił – gości w swych murach deputację gdańską; pośród tej deputacji jest szesnastu socjalistów niemieckich, 8 scheidemannowców [zwolenników Philippa Scheidemanna, polityka lewicowego, który w okresie kształtowania się ładu powojennego przewodził ugrupowaniu autonomicznemu wobec głównego nurtu niemieckiej socjaldemokracji – przyp. redakcji NO], 8 niezawisłych. Niech wywiozą z Warszawy to jedno zdanie i to jedno przekonanie i niech dadzą znać braciom swoim i towarzyszom w Niemczech, że na tym punkcie socjaliści polscy są w pierwszych szeregach walki o duszę narodu polskiego i o ziemie polskie, że nie jest walka słowem jedynie prowadzona, że ten górnik polski na Śląsku, który w obronie swojego szybu dał się powiesić u wejścia do szybu przez czeskiego najezdnika, że ten górnik był przewodnikiem socjalistycznej grupy miejscowej, niechaj wiedzą o tym, że spośród tysięcy tych Ślązaków, którzy porwali za broń, aby koniec położyć katastrofie systemu Hoersiga i spółki, że wśród tych tysięcy połowa to byli towarzysze partyjni, socjaliści polscy, górnicy z Górnego Śląska. Niech wiedzą, że fakty te to nie przypadek, że fakty te to dalszy ciąg niesłabnącej nigdy walki o prawa, że nie ma braterstwa międzynarodowego między braćmi, z których jeden jest w kajdanach, a drugi jest wolny. Wszyscy muszą być wolnymi, aby wszyscy mogli stać się braćmi. Niech wiedzą dalej, że Polska to nie żebrak międzynarodowy, że Polska nie łasce chwili zawdzięcza swoją dzisiejszą wolność, że nie ma narodu w Europie, który by w stu kilkudziesięciu latach niewoli tak jak Polacy dziesięć razy chwytali za broń, dziesięć razy praw swych przeciw innym, przeciw największym bronili przemocą. To, co przyszło, przyszło nie jako dar, ale jako prawo, którego się nie wyrzekniemy i wyrzec nie możemy, bo byśmy w tej samej chwili zginęli. Dlatego, proszę panów, Polska z przeszłości swej siłę swoją czerpać może, ale o tyle większą okaże się tak siła, o ile spojrzymy w przyszłość.
Niech przy Polsce opowie się Górny Śląsk, niech opowie się Śląsk Cieszyński, niech staną Warmiacy i Mazurzy, Orawianie i Spiszowiacy, a wówczas Polska będzie krajem, który jak żaden kraj w Europie, będzie mógł spojrzeć tej przyszłości w oczy. I nieprawdą jest, że w Polsce, jak to wam zawsze w twarz ciskają, rządzą magnaci wspomagani przez lichwiarzy, albowiem tu nie drzemie, ale żyje, rozwija się i walczy siła ludu, chłopa i robotnika polskiego, a przyłączenie tych terenów spornych, tych terenów zakwestionowanych, jeszcze wzmocni tę siłę dwukrotnie i trzykrotnie. Polska z Górnym Śląskiem, Polska ze Śląskiem Cieszyńskim, Warmią, Mazurami, ze Spiszem i Orawą, zaiste będzie to Polska chłopa i robotnika razem, a nie pana i kapitalisty. Tak się zarysowuje ekonomiczna i społeczna przyszłość tego kraju.
To pewne, że kto by dziś po torturach wojny światowej, kto by dziś chciał ocenić stan jakiegoś kraju jako stan stały i trwały, ten byłby ślepym człowiekiem, ten byłby człowiekiem, którego nienawiść zaślepia, ten byłby człowiekiem, którego argumentów nie należy poważnie traktować. To są te rzeczy, o których na terenach plebiscytowych w walce o dusze należy z naszej strony z całym naciskiem mówić, bo każdy wie to, że my w sejmie korzystamy z wolności demokratycznego państwa, korzystamy z obecnego powszechnego bez zastrzeżeń głosowania, to, że my w sejmie nie bawimy się w komplementy, to, że palec kładziemy na ranę, to, że słowa nasze budzą silny odruch w społeczeństwie, to nie może być argumentem, który by mówił przeciwko Polsce i dlatego ja odpieram z oburzeniem argumenty, które się pojawiły w pruskim „Przyjacielu Ludu”, wydanym pod strażą rządową, a który zużytkował mowę moją w listopadzie o stosunkach w Polsce tu w tym sejmie wypowiedzianą jako mowę, która miała wykazywać niezdolność Polski do życia, która miałaby odstraszyć bodaj jednego Polaka od przyłączenia się do tej Polski. Wzywam tę prasę, która na podobną drogę dała się uwieść, ażeby nie przeceniała tego rodzaju argumentów. Wolność słowa, wolność krytyki, jest pierwszym dowodem, że Polska ta jest na drodze do zupełnego wyzdrowienia. Słabo organizm nie zniósłby krytyki, tylko zdrowy organizm może wytrzymać walki wewnętrzne.
Ignacy Daszyński
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Robotnik Śląski” – organie Polskiej Partii Socjalistycznej, 15 lutego 1920 roku; siedzibą redakcji pisma było wówczas miasto Frysztat, które wkrótce, mimo znacznej przewagi ludności polskiej, zostało zagarnięte zbrojnie przez Czechosłowację. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: freestocks-photos from Pixabay.
przez Monika Kostera | środa 10 listopada 2021 | opinie
Sześć lat temu prowadziłam badania terenowe w spółdzielczej teatro-kawiarni położonej w dużym brytyjskim mieście. Kawiarnia miała wyjątkowo szczęśliwą (jak mi się wydawało) lokalizację – położona była nad rzeką wśród domów akademickich. Kiedy barman powiedział mi, że musieli zrezygnować z wieczornych występów na tarasie z powodu skarg sąsiadów, że jest za głośno, byłam przekonana, że chodzi o jakichś starych zgrzybiałych killjoyów pomstujących na młodzieńczą radość życia. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że protestowali… okoliczni studenci. Albo inna historia, trudna do pojęcia dla kogoś przyzwyczajonego do myślenia w kategoriach z ubiegłego stulecia. Pewien brytyjski aktor rozebrał się do naga i biegał dla żartów po planie filmowym (gdy akurat nic nie filmowano). Wybuchł skandal proporcji niemal Wilde’owskich, gdzie aktor, po 50-tce, został przedstawiony jako odrażający demoralizator, przez koleżeństwo i fanów – generalnie poniżej 30-tki. Gdy robił to samo kilkanaście lat wcześniej, uważano to za świetny dowcip (i nie, nie jest z wyglądu ohydnym oblechem). Gdyby robił to w latach 60., byłby wielbiony przez młodzież jako artystyczna awangarda wolności – i potępiany przez starszych za niemoralność i łamanie zasad. Kiedyś to młodzież rozbierała się do naga i szokowała starszych. Teraz jest odwrotnie.
Te wydarzenia układają się w pewien coraz bardziej intensywny wzorzec: oskarżenia, skandale, wykluczenia, zwolnienia, ostracyzowanie. Prawica obserwuje to zjawisko i biadoli nad „nowym purytanizmem”. Owszem, rozumiem, że tak to może wyglądać – bo zewsząd dochodzą niekończące się awantury i moralne krucjaty. Nie można się pomylić, nie można błądzić, jeden głupi wyraz, wypowiedziany w wieku lat 16 przez jakąś gwiazdeczkę, utrwalony na filmiku, rujnuje jej karierę. Jednak prawica myli się głęboko – nie ma to z purytanizmem nic wspólnego. Wspomniany wcześniej Oscar Wilde wzruszył się akurat reakcją ówczesnych amerykańskich purytanów, którzy mieli o wiele bardziej ludzie reakcje w czasie jego tragicznego procesu niż całe „szacowne angielskie społeczeństwo”. Purytanizm, owszem, dąży do eliminacji wszelkiej niemoralności, ale nie polega na etykietowaniu i gorszeniu się innymi ludźmi, lecz na podążaniu drogą cnoty poprzez skromność, prostotę i otwartość na duchową łaskę. Oferuje też wzajemną bliskość, społeczność opartą na trosce i współodpowiedzialności. Kultura potępienia nie posiada żadnej z tych cech, a jej podobieństwo do purytanizmu jest powierzchowne – podobnie jak jej system wartości.
Osoby atakujące brytyjskiego aktora i ciągające po urzędach „zbyt głośnych” spółdzielców przypominają inne postaci z epoki wiktoriańskiej i mają z nimi o wiele więcej wspólnego – symboliczną tożsamość klasową. To, co widzimy to przejawy coraz bardziej zaciekłej walki o przynależność do klasy średniej, mieszczańskiej.
Jerzy Kociatkiewicz, profesor zarządzania z Francji, charakteryzuje kulturę wysokiej konkurencyjności na przykładzie dworu Ludwika XIV, gdzie jedno słowo mogło spowodować nieodwołalny upadek. Trzeba było starannie dobierać słownictwo, wiedzieć, jakie wyrazy są w danym momencie dobrze widziane, a jakie źle. To oczywiście zmieniało się dość szybko i kto nie zdążył się zorientować, wypadał z karuzeli. W naszych czasach nie mamy do czynienia z królem Ludwikiem, lecz raczej z mieszczańskim salonem. Weźmy polskich młodych akademików. Ci sami ludzie, które upominają, że nie wolno mi o sobie mówić „profesor” (i jednocześnie „etnografka”), w prasie głoszą: „mów do mnie jak ci niewygodnie” i traktują te konwencje językowe jako kanon bezwzględnie obowiązujący. Gdy naruszy się go, uzyskuje się etykietę, której usunąć w żaden sposób się nie da. Tą etykietą jest najczęściej anglosaski akronim – co samo w sobie jest ciekawe – który po rozszyfrowaniu okazuje się zawierać w charakterze wyzwiska coś, co niedawno było dla tego samego środowiska jedną z cenionych pozytywnych wartości (jak na przykład radykalizm). Te deklarowane wartości coraz szybciej się zmieniają, nie trzeba czekać pokolenie ani nawet dekadę, ba, 5 lat to już kompletna wymiana słowników. Nie ma to żadnego związku z walką pokoleń, bo, wbrew temu, co często się słyszy, nie chodzi tu o żaden bunt młodzieży. Młodzież obecnie nie ma żadnej przestrzeni na bunt. Studia nie gwarantują nie tylko awansu społecznego, ale i zatrudnienia. W branych przez nas za wzór krajach anglosaskich absolwent wychodzi w życie z gigantycznym długiem i bez perspektyw, ale za to z ogromną presją by „wykazać się” i „zapracować na sukces”. Owszem, można też skorzystać z okazji, by pozbyć się konkurentów etykietowanych jako „boomersi” lub „dziadersi” i wprowadzić przepisy eliminujące z różnych zawodów wiekowe grupy pracownicze w imię światłych wartości („czas oddać pole młodym!”).
Deklarowane wzniosłe wartości są oderwane od kontekstu, od doświadczenia, a przede wszystkim nie służą temu, by się doskonalić czy wywracać stare niesprawiedliwe porządki. To sposób na ciągłe egzaminowanie kandydatów do klasy średniej. Umiejętność płynnego posługiwania się językiem jakiegoś obowiązującego w danym momencie systemu wartości kwalifikuje chwilowo do wejścia. Brak tej umiejętności eliminuje trwale z gry. Oczywiście, że miejscem tych potyczek są uniwersytety, które kiedyś same z siebie dawały przepustki do wyższych warstw społecznych. Obecnie umasowienie z jednej, a konsumeryzacja studiów wyższych z drugiej strony, sprawiły, że ten system „windy klasowej” przestał działać. Tymczasem klasa średnia osłabia się, zmniejsza swoją liczebność, zwłaszcza w krajach anglosaskich, które są dla Polski kulturowo wciąż absolutnym kompasem.
To nie nowy purytanizm. To nowy brak nadziei, pożegnanie marzeń o dobrym życiu. Szczury przestały się ścigać i dawno uciekły, zostało bla, bla, bla.
prof. Monika Kostera
przez Maciej Zaboronek | niedziela 7 listopada 2021 | opinie
Nasilona migracja zarobkowa do Polski już jest faktem, a przewidywania wskazują, że będzie jeszcze większa. Jednocześnie wśród postępowej części społeczeństwa panuje twardy pogląd, że Polska powinna nie tylko pomagać uchodźcom, ale także korzystać z pracowników zagranicznych, jeśli tacy do Polski chcą przyjeżdżać. A jak to wygląda z perspektywy mojej, czyli Polaka pracującego w firmie przeprowadzkowej w Szwecji?
Otóż życie migranta zarobkowego potrafi wprawić w niezłą konsternację. Słyszę na przykład o wdrażanym gdzieniegdzie czterodniowym tygodniu pracy. A mam sześcio-, czasem siedmiodniowy.
Czytam o potężnej roli związków zawodowych w Szwecji i 73% uzwiązkowienia. A pracuję w kolejnym już miejscu bez związków w zakładzie, z ew. kilkoma procentami członków tychże w załodze, którzy jednak swoją przynależność trzymają w głębokiej konspiracji.
Słyszę o kluczowej roli układów zbiorowych. A pracuję w kolejnym z rzędu miejscu bez „kollektivsavtal”, czyli bez obowiązującej płacy minimalnej, dodatków za pracę w święta, w nocy itd.
Czytam o „lagom”, „work life balance” i nieprzekraczalnym limicie 200 godzin pracy na miesiąc. A z kolegami prześcigamy się w doświadczeniach pracy po 250, 300, a nawet więcej godzin w miesiącu. Czasem, bo chcemy i nam pozwalają, a czasem mimo że nie chcemy, ale trzeba.
I dochodzę do wniosku, że żyjemy w dwóch równoległych rzeczywistościach. Jednej fair, przepisowej i skrojonej na ludzką miarę. Tylko że zarezerwowanej dla kogoś innego, dla migranckich szczęśliwców, którzy załapali się na pracę dla gminy, szkoły czy inną posadę wymagającą przede wszystkim znajomości języka.
A drugą taką naszą, swojską. Taką jak w Polsce, Rumunii, Albanii czy jeszcze gdzieś indziej. Ze swobodnym podejściem do litery prawa. Tylko za większe pieniądze, trochę poniżej kwalifikacji i z szefami, którzy choć nas wykorzystują, to jednak są mili, pomocni i przymykają oko na wiele rzeczy. No chyba, że firma jest polska. Wtedy szefowie nie są mili, nie można być z nimi na „ty”, a kawa nie jest za darmo. Ale pensja, kilka razy wyższa niż w kraju, skutecznie ociera łzy.
I czasem myślę, że trafiliśmy się szefom tutejszych firm jak losy na loterii. Zaglądam w statystyki i widzę, że w Szwecji w związkach zawodowych jest 51% pracowników urodzonych poza krajem, czyli migrantów lub ich dzieci. Dużo, prawda? Ale spośród miejscowych, urodzonych w Szwecji, ten wskaźnik wynosi 82%. Ewidentnie ciężej byłoby wykorzystywać swoich niż przyjezdnych. Na szczęście jesteśmy my.
Patrzę też na inną statystykę. Według badań z naszego kraju, tylko 1/3 z całej rzeszy polskich migrantów zarobkowych wyjeżdżała do pracy na dłużej niż dwa lata. Najczęściej było to kilka miesięcy lub tygodni. Miałem okazję pracować w firmie sprzątającej w Szwecji, której specyficzny model biznesowy polegał właśnie na tym. Przyjmowano tylko Polaków, a mało kto zabawił tam dłużej niż pół roku. Rotacja, rotacja i jeszcze raz rotacja – i to wśród ludzi nieobeznanych z miejscowymi normami, prawem, formami pracowniczego oporu. Kto w takim układzie miałby ochotę na zaczynanie działalności związkowej, negocjacje, ew. procesy sądowe w obcym języku, ciągnące się latami? (Tak się składa, że kilka osób się znalazło, w tym ja. Historia jest jednak na tyle długa, że nie pomieści jej ten tekst, ponadto, po półtora roku od rozpoczęcia jeszcze się nie zakończyła.) W odczuciu pracownika, który przyjechał tu na chwilę, to się zwyczajnie nie opłaca.
Ktoś powie, że być może mam pecha, albo po prostu nie dość dobrze szukałem lepszej pracy i na pewno coś by się znalazło. Rzeczywistość jest jednak taka, że ludzi podobnych do mnie jest mnóstwo. Jako migranci zarobkowi, szczególnie ci, którzy nie planują spędzić reszty życia w nowym kraju, mamy dużo cech wspólnych. Tym, co nas skłoniło do wyjazdu, jest najczęściej przymus ekonomiczny. Niska pensja, brak oszczędności, długi. Jesteśmy więc skłonni do wielu poświęceń, aby móc jak najwięcej zarobić w jak najkrótszym czasie i wrócić z lepszą perspektywą na dalsze życie. Nawet jeśli nie zawsze mamy siły i możliwości pracować bardzo długo, to w branżach narosłych wokół nas intensywna praca stała się swego rodzaju standardem. Często jesteśmy też za granicą bez rodzin i przyjaciół, co tym bardziej ułatwia poświęcenie się wyłącznie pracy. Sprzyja temu też chęć szybszego powrotu do kraju. Ale przedtem trzeba swoje zarobić.
Tymczasem firmy, które napędzane są pracą tak zmotywowanych ludzi, którzy za godzinę pracy zarabiają częstokroć o wiele mniej niż przewiduje układ zbiorowy dla danej branży, są w stanie rosnąć i wygryzać ewentualną uczciwszą konkurencję. Firma sprzątająca, której byłem pracownikiem, nie miała w ogóle podpisanego układu zbiorowego, zatem nie obowiązywała jej minimalna stawka godzinowa w branży (w Szwecji nie ma ustawowej pensji minimalnej). Do tego szefowie nie płacili pracownikom za czas podróży między różnymi miejscami pracy jednego dnia, co wedle prawa jest nielegalne. Dzięki temu realna godzina pracy kosztowała właścicieli nawet o połowę mniej niż przewiduje minimalne wynagrodzenie dla tej branży. Skutkowało to tym, że nieduża firma zaczęła ekspansję i obsługiwała kilkadziesiąt placówek jednej z największych w Szwecji sieci siłowni. Wygryzając stamtąd inne, droższe przedsiębiorstwa. Zapewne nie chcielibyśmy, aby podobne rzeczy działy się w Polsce.
Jest jeszcze jedna perspektywa, którą warto poruszyć. Jako migranci wykonujemy najczęściej prace niepożądane przez miejscowych. Piotr Wójcik przytaczał ostatnio w Krytyce Politycznej badania, które mówią, iż warunki pracy pracowników rdzennych nie pogarszają się wraz z napływem migracji. Możliwe. Jestem jednak skłonny stwierdzić, że tworzą swego rodzaju gettoizację niektórych branż i najmniej atrakcyjnych miejsc pracy, wypychając je tylko do świata migrantów. A ci, jak widać wyżej, są mniej uzwiązkowieni, a ponadto rzadziej biorą udział w wyborach. Aż 30% osób pracujących w Szwecji nie urodziło się w tym kraju, ale nawet ok. 7% pracowników w ogóle nie ma praw wyborczych, bo nie są obywatelami. Powstaje swoista luka w systemie demokratycznym. Migranci, owszem, poprawiają swój status materialny, ale nie biorą udziału w tym, co dzieje się wokół nich. Lub ten udział jest dużo mniejszy niż średnia.
Jednocześnie przez specyfikę migranckich zawodów – raczej niskopłatnych, czasochłonnych, a ułatwiających życie miejscowym (np. sprzątanie, przeprowadzki, opieka nad osobami starszymi) migranci wypełniają obowiązki służby domowej. Za stosunkowo niewielkie wynagrodzenie wspomagają życie tych, których na to stać i którzy dzięki temu mogą skupić się na własnych karierach, bardziej wartościowych w sensie finansowym. Usługi te nie są jednak dostępne dla każdego, nawet „rodowitego” Szweda (czy innego obywatela Zachodu), co pogłębia różnice majątkowe wewnątrz danego społeczeństwa.
W mikroskali obserwowałem podobne zjawisko nawet w Polsce, pracując w schronisku górskim. Koleżanki i koledzy z Ukrainy wykonywali prace na zapleczu (gotowanie, sprzątanie, konserwacje), niewymagające dobrej znajomości polskiego, zarabiając jednak o ok. 30% mniej niż Polacy i pracując zazwyczaj dłużej niż reszta załogi. Faktycznie, płace polskiej części załogi w tym czasie nie malały. Dochodziło jednak do wyraźnej nierównowagi, gdzie za podobną pracę w podobnym albo większym wymiarze godzin ukraińska część załogi otrzymywała mniejsze wynagrodzenie. I być może zyskiwała na tym nawet polska część pracowników, nie musząc wykonywać najcięższych zadań. A na pewno zyskiwali właściciele biznesu. Pytanie, czy to dla nas sytuacja pożądana.
Spójrzmy też na sprawę politycznie. Duża ilość migrantów, którzy w krótkim czasie zasilili szwedzkie społeczeństwo, stała się jednym z najsilniejszych czynników stymulujących wzrost poparcia Szwedzkich Demokratów, czyli partii postrzeganej tu jako skrajnie prawicowa, o profilu najbardziej antyimigracyjnym w kraju trzech koron. SzD wykorzystali wzrost nastrojów przeciwnych imigracji, szczególnie z krajów muzułmańskich. W efekcie, po latach wzrostu, formacja ta zdobyła w ostatnich wyborach ponad 17% poparcia, a w powyborczych sondażach nawet wyprzedziła rządzących socjaldemokratów, co jest o tyle wyczynem, że partia lewicy wygrywała wszystkie szwedzkie wybory nieprzerwanie od 1914 roku. Znamiennie jest też to, że poparcie dla Szwedzkich Demokratów było jeszcze wyższe wśród członków LO, czyli Szwedzkiej Konfederacji Związków Zawodowych, zrzeszającej zdecydowaną większość tutejszych pracowników produkcji i administracji, tzw. niebieskich kołnierzyków. Wyniosło ono 24% wśród członków organizacji założonej przecież przez socjaldemokratów i która oficjalnie wyraża niechęć wobec SzD.
Generalnie trudno, abym był przeciwny wyjazdom zarobkowym, samemu to robiąc i widząc przecież plusy i szansy wynikające z takiej możliwości. Choć jest ona zazwyczaj, co trzeba też zauważyć, pokłosiem problemów w rodzimym kraju, a masowe wyjazdy obywateli nie rozwiązują tych problemów, a jedynie pozwalają spuścić parę z gwizdka i obniżyć wewnętrzne napięcia. Nie sądzę jednak, że możemy zawracać kijem Wisłę i blokować migrację zupełnie. Chciałbym jednak, żeby proces, na który się zanosi i który już się zaczął, mógł wyglądać w jak najbardziej cywilizowany sposób. Zarówno dla tych, którzy już pracują w Polsce, jak i tych, którzy mają taki zamiar.
Migranci są grupą, która jest bardzo podatna na gorsze traktowanie. Nieznajomość języka, realiów, prawa, sytuacji instytucjonalnej, niemożność wykorzystania za granicą nabytego wykształcenia, mniejszy zasób osób, do których można się zwrócić o pomoc. Wraz z rosnącą migracją do Polski powinniśmy największy nacisk kłaść na wzmocnienie tych organizacji czy urzędów, które odpowiadają za dobrostan pracowników. Tak, aby pracownik zza granicy nie był „okazją” na lepszy i szybszy zarobek przedsiębiorcy. Bo będzie to nie tylko potencjalnym zagrożeniem dla pracowników w naszym kraju, ale także zwyczajnie czynem niemoralnym. A jako cywilizowane społeczeństwo powinniśmy zapewnić migrantom godne i równe traktowanie. Inspekcja pracy, kontrole, zaangażowanie związków zawodowych w środowiska migrantów. Ale też np. bezpłatne lekcje języka polskiego dla chętnych.
Zapewne nie będzie to jednak łatwe. Jak pokazuje przykład Szwecji, nawet w państwie stosunkowo silnym i uzwiązkowionym, uchodzącym nawet za socjaldemokratyczny raj, nie jest łatwo wszystkiego dopilnować. Co może zatem się dziać, a właściwie co już się dzieje, w państwie o słabszych instytucjach i z dużo gorszą organizacją świata pracy, jakim jest Polska?
Sądzę, że mówiąc o migracji na lewicy czy wśród tych, którym zależy na losie pracowników niezależnie od tego, z jakiego kraju ci pochodzą, powinniśmy przede wszystkim kłaść nacisk na dobre warunki pracy dla wszystkich, a szczególnie tych z gorszą pozycją przetargową. Bo bez tego duża migracja do Polski może być zjawiskiem niedobrym zarówno dla pracowników przybyłych, jak i miejscowych. A skorzystają głównie ci, którzy ich zatrudniają.
Maciej Zaboronek
przez Kamil Sawczak | niedziela 24 października 2021 | opinie
Okres globalnej niepewności wywołanej przez COVID-19 to przeszłość. O ile skutki pandemii odsłoniły słabość instytucji publicznych, to obawy załamania gospodarczego i masowego bezrobocia nie spełniły się. Na przykład w kwietniu 2020 stopa bezrobocia w USA osiągnęła 14,8% i była najwyższym odczytem od początku historii pomiaru, tj. od 1948 [1], by w maju 2021 spaść do 5,8%. Świat jest na ścieżce powrotu do sytuacji wzrostu z końca 2019 roku. Widać to w kontekście polskiego rynku pracy, gdzie dotyczące zatrudnienia pozytywne trendy sprzed pandemii nie tylko są kontynuowane, lecz ulegają wzmocnieniu. Ignacy Morawski w swoim komentarzu ekonomicznym wskazuje, że rosnąca presja płacowa przebija trend sprzed pierwszej fali koronawirusa w Polsce. Przy niskim poziomie bezrobocia i trwającym ożywieniu gospodarczym oznacza to wzmocnienie pozycji przetargowej pracowników [2]. Wydaje się, że podobny pogląd podzielają sami zainteresowani. W majowym badaniu CBOS nt. nastrojów na rynku pracy odsetek pracowników odczuwających zagrożenie bezrobociem był najmniejszy od początku pandemii. Opinie dotyczące bieżącej i przyszłej sytuacji w zakładzie pracy oraz na lokalnym rynku pracy również uległy poprawie [3]. Te wskaźniki osiągnęły swoje historyczne najwyższe noty w 2019 i spadły wraz z wybuchem pandemii, jednak dynamika popandemicznego wzrostu pozwala przewidywać kolejne rekordy w najbliższym czasie [4].


Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia
Nie wszyscy są zadowoleni z umacniającej się pozycji przetargowej pracowników i niskiego poziomu bezrobocia. Michał Kalecki w swoim najgłośniejszym tekście „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” (1943) wskazywał, że o ile stan pełnego zatrudnienia jest osiągalny ekonomicznie, to główne źródło niezgody wobec niego ma charakter polityczny. Kalecki wymienia trzy płaszczyzny sprzeciwu kapitalistów względem polityki pełnego zatrudnienia (na potrzeby analizy tych mechanizmów skupię się na drugim i trzecim):
1) Opozycja względem wydatków państwa na wzrost zatrudnienia, finansowanych z deficytu publicznego;
2) Opozycja względem kierowania wydatków publicznych na inwestycje publiczne i subsydiowanie masowej konsumpcji;
3) Opozycja względem permanentnej polityki pełnego zatrudnienia.
Przez subsydiowanie masowej konsumpcji Kalecki rozumie następujący zestaw świadczeń: zasiłki rodzinne, renty starcze, obniżka podatków pośrednich i dotowanie artykułów pierwszej potrzeby. Niechęć środowisk liberalnych względem beneficjentów programów społecznych nie jest zaskoczeniem dla Kaleckiego. Pisał, że ich sprzeciw ma charakter moralny, gdyż dominującym przekonaniem kręgów biznesowych i ich politycznej reprezentacji jest to, że klasa pracująca nie może otrzymywać nic za darmo, gdyż wtedy zgnuśnieje [5].
Dlaczego kapitaliści przeciwstawiają się polityce, która każdemu chętnemu do pracy tworzy możliwości zarobkowania? Pełne zatrudnienie pozbawia ich głównego narzędzia dyscyplinowania pracowników i powściągania ich żądań płacowych. Tym narzędziem jest bezrobocie. „Ich [kapitalistów] instynkt klasowy mówi im, że trwałe pełne zatrudnienie jest »niezdrowe« z ich punktu widzenia i że bezrobocie jest integralnym elementem normalnego systemu kapitalistycznego” [6] – konkludował Kalecki. Dlatego docelowo „kapitanowie sektora prywatnego” będą dążyć do odejścia od polityki pełnego zatrudnienia finansowanego z deficytu publicznego i wzrostu bezrobocia. Dzięki temu odzyskują kluczową rolę w określaniu poziomu inwestycji i zatrudnienia w gospodarce oraz umacniają swój wpływ na politykę gospodarczą państwa [7].
Walka paradygmatów
William Mitchell, wiodący ekonomista ze szkoły Nowoczesnej Teorii Monetarnej (Modern Monetary Theory) wskazuje na dwa paradygmaty w ekonomii, których konflikt kształtował funkcjonowanie gospodarek w krajach zachodnich w XX wieku. To spór między paradygmatami pełnego zatrudnienia oraz pełnej zatrudnialności, sięgający czasów wielkiego kryzysu. John Maynard Keynes wykorzystał ówczesną nieskuteczność neoklasycznych ekonomistów. Novum jego propozycji tkwiło w odrzuceniu poglądu, iż rynek pracy determinuje poziom zatrudnienia. Twierdził, iż podaż siły roboczej i popyt na nią nie mają żadnego związku z klasyczną krzywą podaży pracy (decyzja pracownika, czy wybrać odpoczynek czy pracę). Popyt na pracę ma źródła w rynku towarowym i odzwierciedla popyt na finalne towary i usługi, co jest rezultatem efektywnego popytu w gospodarce. Toteż bezrobocie ma źródło w niewystarczających wydatkach w gospodarce, nie w poziomie płac pracowników czy osłonach socjalnych, jak twierdzili neoklasyczni oponenci Keynesa [8]. Doświadczenie II wojny światowej pozwoliło pozytywnie zweryfikować nowy paradygmat. To wydatki wojskowe u progu i w trakcie wojny wyeliminowały masowe bezrobocie. Wyzwaniem, przed którym stanęli wtedy decydenci, było to, jak przełożyć rzeczywistość czasów wojennych na okres pokoju i większych swobód obywatelskich [9].
U podstaw keynesowskiego sposobu myślenia tkwiło przekonanie, że pełne zatrudnienie definiuje się przez określoną ilość wakatów [10]. To nadwyżka miejsc pracy łatwo dostępnych dla najmniej wykwalifikowanych pracowników (głównie w sektorze publicznym, ale w prywatnym również) była fundamentem pełnego zatrudnienia. Dla lat 1945–1975 zmiany w poziomie wydatków sektora prywatnego były równoważone przez sektor publiczny, który tak zarządzał polityką fiskalną i monetarną, aby wydatki w gospodarce gwarantowały wzrost zatrudnienia odpowiadający przyrostowi siły roboczej. W rezultacie dla okresu 1950–1975 poziom bezrobocia w Europie wahał się między 2 a 4% [11]. Umożliwiło to instytucjonalizację polityki pełnego zatrudnienia jako pewnego paradygmatu opartego o trzy filary:
1. Filar ekonomiczny → pełne zatrudnienie
2. Filar redystrybucji → funkcjonowanie rynku jest amoralne i nie zawsze prowadzi do efektywnych i pożądanych społecznie rozwiązań, dlatego rolą państwa jest korygowanie rynku.
3. Filar kolektywny → Funkcjonowanie negocjacji zbiorowych, wpływ obywateli na państwo i zobowiązanie państwa do działania na rzecz wspólnoty. [12]
Neoklasyczna kontrrewolucja
Dzięki Kaleckiemu wiemy, że kapitaliści nie traktują stanu pełnego zatrudnienia jako czegoś pożądanego. Prawie 30 lat trwała delegitymizacja powojennego modelu gospodarczego, w czym kluczową rolę odegrały dwa zdarzenia.
• Impuls inflacyjny w wyniku wojny w Wietnamie stworzył warunki do krytyki aktywnej polityki makroekonomicznej państwa;
• Wzrost cen ropy przez kraje OPEC zwiększył poziom inflacji.
Uczynienie z inflacji głównego problemu było podstawą retorycznego ataku na pełne zatrudnienie. Nowym priorytetem polityki makroekonomicznej było jej zwalczanie. Przekłada się to na spadek wydatków publicznych (niższy poziom deficytu), a w konsekwencji niewykorzystaną siłę roboczą. Popyt w gospodarce jest zbyt niski, aby stworzyć odpowiednią ilość miejsc pracy [13]. Celem przestała być nadwyżka dostępnych miejsc pracy, a stał się nim kompromis między bezrobociem a inflacją. Szok paliwowy pozwolił ostatecznie pogrzebać model polityki pełnego zatrudnienia, a wraz z tym ugruntować model oparty o pełną zatrudnialność [14].
Nowy paradygmat opierał się na następujących trzech filarach:
1. Filar ekonomiczny → prymat rynkowo określanych celów (niepełne zatrudnienie);
2. Filar redystrybucji → wspieranie i wzmacnianie rynkowych mechanizmów, np. deregulacja, skłanianie do partycypacji w rynku pracy, przywileje podatkowe dla najbogatszych;
3. Filar indywidualistyczny → żadnych samoistnych praw w związku z byciem obywatelem. Jednostka poprzez pewne behawioralne kryteria musi wykazać swoją zdatność i gotowość do bycia zatrudnionym. [15]
Wraz z tym zmienił się sposób mówienia o bezrobociu. Monetarystyczni ekonomiści upowszechnili koncepcję NAIRU (non-accelerating inflaition rate of unemployment). Milton Friedman twierdził, że istnieje nieredukowalny i unikalny poziom bezrobocia, gdzie inflacja jest stała. Starania, by zejść poniżej poziomu NAIRU, muszą wedle niego skończyć się klęską i doprowadzą do ponownego wzrostu inflacji [16]. W tym ujęciu bezrobocie to już nie systemowy problem, który można rozwiązać ekspansywną polityką fiskalną lub monetarną, ale defekt od strony podażowej. Przyczyną tego może być kiepska jakość siły roboczej, zbyt duże regulacje państwa czy system zasiłków, które zniechęcają do pracy. Władze państwa mogą coś zmienić demontując istniejące ograniczenia na rynku pracy. W efekcie rząd zmniejsza swój wpływ na gospodarkę, a w większym stopniu opiera się o rynek i sektor prywatny [17].
Prawo do pracy i skutki jej braku
Konstytucyjny zapis obowiązku polityki zmierzającej do pełnego produktywnego zatrudnienia jest nieobecny w świadomości społecznej. W polskiej debacie jest ono traktowane co najwyżej jako produkt uboczny polityki zachęcającej do wzrostu prywatnych inwestycji lub efekt rosnącej konsumpcji. Zatrudnienie jest czymś, za co odpowiedzialna jest sama jednostka. Podczas gdy bycie zatrudnionym i jakość tej relacji mają istotne konsekwencje społeczne.
Dla większości gospodarstw domowych praca jest głównym źródłem dochodu. Bezrobocie i niepełne zatrudnienie pozbawiają dostępu do sieci społecznych i korzyści z nich płynących oraz czynią patologie społeczne bardziej prawdopodobnymi [18]. Tadeusz Kowalik, omawiając masowe bezrobocie w początkach III RP, wymienia całą listę jego makrospołecznych skutków:
• Osłabienie siły przetargowej pracowników i wzmocnienie autorytaryzmu zarządców przedsiębiorstw;
• Pogorszenie się warunków pracy i stagnacja lub obniżka płac;
• Zmniejszona ruchliwość społeczna;
• Pogłębienie się nierówności płciowych (kobiety tracą pracę częściej niż mężczyźni) i regionalnych;
• Utrata kwalifikacji przez pracowników. [19]
Z kolei David Blustein, psycholog z Boston Collage, przywołuje bogaty zbiór badań potwierdzający znaczenie pracy dla zdrowia psychicznego jednostki. Brak pracy wpływał na brak poczucia własnej wartości, nadużywanie środków odurzających, alkoholizm itp. Z perspektywy lokalnej społeczności utrata zatrudnienia wiązała się z istotnym spadkiem jakości życia w sąsiedztwie, pogorszeniem relacji rodzinnych oraz wzrostem przestępczości. Blustein konkluduje, że praca jest głównym składnikiem rozwoju i zachowania zdrowia psychicznego [20].
Ograniczenia stymulacji zagregowanego popytu
Centralny charakter pracy w życiu jednostki wymaga uznania jej roli na poziomie społeczno-gospodarczym. Warunkiem tego jest polityka pełnego zatrudnienia, gwarantująca godne i produktywne zatrudnienie każdemu, kto chce pracować, a nie może znaleźć pracy w sektorze prywatnym.
Dotychczas najpowszechniej stosowanym modelem osiągania pełnego zatrudnienia była omawiana wcześniej ekspansywna polityka wydatków publicznych. Bazuje ona na wydatkach rządowych oraz zachętach dla inwestorów do rozwinięcia aktywności gospodarczej. Jej celem jest spadek bezrobocia poprzez kreowanie konkurencyjnych miejsc pracy w sektorze publicznym oraz wzrost zatrudnienia w sektorze prywatnym. Ten osiągany jest dzięki efektowi mnożnikowemu – wzrostowi PKB w wyniku zwiększeniu wydatków rządowych, które uruchamiają cały łańcuch wydatkowy. Od inwestujących i zatrudniających przedsiębiorstw prywatnych po konsumujących pracowników [21].
W przeciwieństwie do neoliberalnej agendy, która z bezrobocia uczyniła narzędzie dyscypliny pracowników, keynesowska polityka stymulowania zagregowanego popytu gwarantowała wysokie poziomy zatrudnienia. Napotyka ona jednak szereg ograniczeń, które osłabiają jej pozytywny wpływ:
• Niezdolność do stworzenia wystarczającej ilości miejsc pracy dla mniej wykwalifikowanych pracowników – poprzez oparcie się o efekt mnożnikowy i sektor prywatny w generowaniu zatrudnienia, pracownicy o większym doświadczeniu zawodowym będą zatrudniani w pierwszej kolejności. Osoby o niskich kwalifikacjach lub długotrwale bezrobotni będą zatrudniani później lub wcale.
• Zachowuje regionalne nierówności na rynku pracy spowodowane globalizacją i deindustrializacją. Umiędzynarodowione obszary metropolitarne z silnym udziałem sektora usług, niskim bezrobociem oraz wyższymi płacami zajmują dominującą pozycję. Rolę peryferyjną pełnią obszary niezurbanizowane o niższym poziomem kapitału ludzkiego i punktowo skoncentrowanymi obszarami produkcyjnymi w postaci specjalnych stref ekonomicznych.
• Jest pozbawiona mechanizmów kontr-inflacyjnych – poprzez stymulację popytu oraz efekt mnożnikowy gospodarka osiąga stan pełnego zatrudnienia. Jednak presja płacowa oraz rosnące ceny materiałów z dużym prawdopodobieństwem tworzą presję inflacyjną. Przy braku tzw. kotwicy anty-inflacyjnej powstaje ryzyko dla rozwoju gospodarczego. [22]
Potrzeba alternatywnych modeli pełnego zatrudnienia, minimalizujących braki keynesowskiej polityki stymulowania popytu.
Pracodawca Ostatniej Instancji
Rozwiązaniem, które umożliwia realizację tego celu przy uniknięciu opisanych problemów jest proponowana w ramach Nowoczesnej Teorii Monetarnej koncepcja gwarancji zatrudnienia (Job Guarantee). Ekonomiści MMT wychodzą z założenia, że państwo, wykorzystując władzę fiskalną, jako monopolistyczny emitent pieniądza jest w stanie zatrudnić każdą chętną osobę. Obecnie ci, którzy nie mogą znaleźć pracy, nie mogą otrzymać ustawowej płacy minimalnej. Wynosi ona dla nich zero złotych. Jednakowe wynagrodzenie gwarantujące minimum socjalne tworzyłoby efektywną płacę minimalną. Program gwarancji zatrudnienia, określany również jako Pracodawca Ostatniej Instancji, nawiązuje do roli, którą bank centralny pełni w gospodarce. Tak jak bank centralny udziela pożyczek w postaci rezerw bankom, które nie są w stanie pozyskać ich w inny sposób, tak pracodawca ostatniej instancji tworzy miejsca pracy dla tych, którzy nie znajdują zatrudnienia nigdzie indziej [23]. Celem polityki gwarancji zatrudnienia jest likwidacja bezrobocia w sposób bezpośredni, tworząc miejsca pracy tu i teraz. Nie poprzez inwestycje czy zachęty finansowe mające dopiero zwiększyć popyt na pracę.
Zbliżony mechanizm funkcjonuje na rynku produktów rolnych pod nazwą skupu interwencyjnego. Urodzaj plonów powodujący nadpodaż określonego towaru jest sygnałem dla państwa do rozpoczęcia akcji skupu po ustalonej cenie w celu ściągnięcia nadwyżki z rynku. Stabilizuje to poziom cen oraz zabezpiecza interesy ekonomiczne producentów rolnych. W odwrotnej sytuacji, gdy danego produktu jest mniej, czyniąc go dużo droższym, państwo jest w stanie wypuścić na rynek zmagazynowane towary, gwarantując stabilność cen i równoważąc interesy rolników i konsumentów. Według tego samego schematu państwo zapewnia równowagę na rynku pracy. W fazie dekoniunktury (malejące inwestycje prywatne i spadek zatrudnienia) liczba pracowników w ramach polityki gwarantowanego zatrudnienia automatycznie zwiększałaby się, a w okresie koniunktury (rosnące inwestycje prywatne i wzrost zatrudnienia) – malała.
Polityka gwarancji zatrudnienia kierowałaby wolne zasoby pracy (osoby, które w reżimie neoliberalnym byłyby bezrobotne – chcą pracować, ale nie mogą znaleźć zatrudnienia) do projektów ekologicznych i opiekuńczych, które służyłyby lokalnym społecznościom w całej Polsce, szczególnie tym najbardziej zaniedbanym. Zakłada ona aktywności o wysokiej użyteczności społecznej, ale generujące niewielkie zyski – z tego względu ignorowane przez sektor prywatny. Nie ma ograniczeń dotyczących rodzaju prac, które w ramach tej polityki byłyby wykonywane. Jednak kluczowy jest ich inkluzywny charakter, który umożliwi zatrudnienie wszystkich chętnych bez względu na poziom umiejętności czy atrybuty fizyczne.
Znajdujemy się w okresie historycznie niskiego bezrobocia. Wciąż jednak są obszary, gdzie bezrobocie jest dwucyfrowe, zaś biorąc pod uwagę starzenie się społeczeństwa czy kryzys klimatyczny potrzeby lokalnych społeczności będą rosnąć. Jak miałaby wyglądać praktyczna implementacja tego programu w Polsce? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejnym tekście.
Kamil Sawczak
Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/
Przypisy:
1. US mass unemployment covid, Congressional Research Service, https://fas.org/sgp/crs/misc/R46554.pdf
2. Ignacy Morawski, Dane dnia: powrót rynku pracownika, płace rosną szybciej niż przed kryzysem – 21.06.2021
3. Komunikat CBOS „Nastroje na rynku pracy w maju”, maj 2021 (oprac. Umańska E.).
4. Ocena sytuacji w zakładzie pracy dla lat 1992–2021 s. 3.
5. Kalecki M., Kapitalizm: dynamika gospodarcza i pełne zatrudnienie. Wybór tekstów, pod red. Łaski Kazimierz, Osiatyński J., s. 391.
6. Tamże s. 392.
7. Tamże s. 397.
8. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 36.
9. Tamże s. 38.
10. Tamże s. 78.
11. Tamże s. 9–10.
12. Tamże s. 8–9.
13. Tamże s. 4–6.
14. Tamże s. 78.
15. Tamże s. 16.
16. Friedman M., Money: the Quantity Theory, 1968. IESS, s. 12.
17. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 12–13.
18. Tamże s. 21.
19. Kowalik T., www.PolskaTransformacja.pl, Warszawa 2009, s. 208–209.
20. Blustein D., The Role of Work in Psychological Health and Well-Being: A Conceptual, Historical, and Public Policy Perspective. American Psychologist 63, nr 4 (2008), s. 230.
21. Samuelson P., Nordhaus W., Ekonomia, Poznań 2019, s. 452.
22. Mitchell W., Muysken J., Full Employment Abandoned: Shifting Sands and Policy Failures, 2008, Edward Elgar Publishing, s. 241–243.
23. Wray L. R., Nowoczesna Teoria Monetarna MMT. Wprowadzenie do makroekonomii suwerennych systemów monetarnych, Wydawnictwo Ekonomiczne Heterodox 2018, s. 309–310.
przez Magdalena Okraska | środa 20 października 2021 | opinie
„Wesele” Smarzowskiego to tani recykling polskich traum, cały ten podręczny kocioł z krwi katów i ofiar, sztambuch z ładną okładką i ohydnym wnętrzem. Tyle że straszliwy demon, gdy pokażemy go komuś pięćsetny raz i znów każemy bić się w piersi za bieg historii i wady narodowe, staje się po prostu kukłą ze szmat. Strunę z wysokim C można łatwo zerwać.
Podczas seansu, na który poszłam w swoim niewielkim mieście, siedziała za mną para ludzi w średnim wieku. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki śpiewanej w jidysz pieśni i na sali zapaliły się światła, kobieta powiedziała do swojego towarzysza: „Słabe”, na co on odparł: „No, słabe”. Ten dialog wcale nie świadczy o banalnym podsumowaniu filmu przez niewyrobionych widzów. Mówi nam raczej, że to, czym reżyser wali nas jak siekierą – a w jego zamyśle jest mocne i ważne – wybrzmiewa słabo, bo słyszeliśmy i widzieliśmy to już setki razy. Gdy widzisz, że znowu Polacy nie mają ani jednej zalety, robią wyłącznie okropne rzeczy i nie można im ufać, wcale nie masz ochoty przeglądać się w tym podstawianym od dekad lustrze. Wolisz je rozbić.
Sama po seansie, podczas którego znowu kazali mi kajać się za to samo i nurzać w identycznym, odwiecznym błotku, byłam bliska reakcji w rodzaju: „No i co z tego?”. Wiem, że Polacy piją, robią krzywe interesy i urządzają na weselach przaśne zabawy z podtekstem erotycznym. Wiem, że jedni Polacy pomagali Żydom, a inni tego nie robili. Wiem, że reżyser i klasa średnia (która siebie w tym lustrze nie widzi) będą starali się pod płaszczykiem wielkiego dzieła przyprawić nam gębę absolutnych rasistów, mizoginów i januszy. Ile filmów jeszcze mam o tym obejrzeć?
Smarzowski znany jest z kumulowania w swoich obrazach wszystkich wad narodowych i indywidualnych – a na wierzch dorzuca jeszcze tematy aktualne, oczywiście z grona chwytliwych (pedofilia i chciwość księży, znęcanie się nad zwierzętami, korupcja itp.). Powstaje z tego magma zła, karuzela postaci, z których żadna nie jest dobra czy choćby akceptowalna, ludzki odruch jest rzadkością, a nawet jeśli się pojawi, to ma zawsze drugie dno, którym jest dążenie do załatwienia własnego interesu. Zgodnie z zamysłem Smarzowskiego mamy na tej karuzeli wymiotować z obrzydzenia, bo oto widzimy, „jacy jesteśmy”, czy też (wersja dla klasy średniej i inteligencji z wielkich miast) „jacy oni są”.
Ale nie wymiotujemy, bo, co za niespodzianka, psychologizowanie cepem sprawdza się tylko wśród tych, którzy mają właśnie obejrzeć „how the other half lives”, natomiast ci, którzy faktycznie na takim weselu przekładali jajko przez nogawkę i rozpijali kolejne połówki wódki weselnej ze specjalną etykietą, śmieją się w zupełnie innych miejscach i co innego uznają za oburzające. To pierwszy film Smarzowskiego, w którym etatowi komentatorzy dostrzegli klasizm w ujęciu i prezentacji postaci (brawo, lepiej późno niż wcale!), chociaż był on tam od zawsze. Reżyser przypisuje prowincji wszystkie cechy „dzikiego”, który przebrał się w garnitur, ale po dwóch kieliszeczkach czy w jakiejkolwiek sytuacji konfliktowej wychodzi z niego odwieczny buc, a słoma z butów znaczy szlak jego kroków. Nieprzypadkowo zło umieszcza w małych miejscowościach i na wsiach, racząc nas paradami bezzębnych twarzy, pijackiego bełkotu, chamskich odzywek i brudnych interesów. Portretuje ten świat bez czułości, bez zrozumienia, wymyśla go od podstaw w konkretnym kierunku i z konkretnym zamysłem, a na koniec dosztukowuje nam jeszcze etatowego „żula” Henryka Gołębiewskiego, który wyrzuca głównego bohatera z meliny. Niemal widzę, jak reżyser siedzi z karteczką i zapisuje na niej pomysły fabularne, które mają przebić weryzm i gore poprzednich filmów (a to nie takie proste, poprzeczkę postawił sobie wysoko) i w końcu wpada na pomysły typu „dobra, to niech może Ukraińcy nasprejują kutasa na kabriolecie pary młodej, a goście weselni w odwecie spalą im dom”.
Bardzo ogranym, ale niemal zawsze stosowanym zabiegiem są w polskim filmie dwa plany czasowe i historyczne – a ten wcześniejszy zazwyczaj toczy się w czasie wojny. Dzięki sepiowym retrospekcjom widz ma zrozumieć motywacje współczesnych bohaterów – ale u Smarzowskiego służą one najbanalniejszej konstatacji z możliwych, a mianowicie takiej, że zło było i zło jest, bo Polacy są źli. To ich/nasza immanentna cecha, wada fabryczna. Autoreset nic nie zmienia, bo wracamy z pokolenia na pokolenie do naszych pierwotnych ustawień. Gęba Polaka-antysemity, Polaka-gwałciciela, Polaka-pijaka nie jest według Smarzowskiego maską, lecz twarzą. W tym kontekście tło historyczne nie ma więc nawet służyć jakiemukolwiek wyjaśnieniu przypisywanych nam cech, bo podczas wojny też tacy byliśmy – płynęliśmy z prądem, ratowaliśmy siebie, przyłączaliśmy się do zbiorowych aktów przemocy. Reżyser ociężale i bez lekkości meandruje pomiędzy prawdą historyczną a założonym z góry przesłaniem, wprost sugerując niemal seksualną, psychopatyczną przyjemność, z jaką Polacy oddawali się mordowaniu i torturom.
Oczywiście wszystko, co dzieje się w fabule, ma kierować widza ku oświeconej konstatacji, że „other half” to ludzie nieokrzesani, nieuczciwi i przepełnieni uprzedzeniami, że w Polsce panują nastroje pogromowe, że jesteśmy fizycznie i psychicznie niezdolni do odczuwania empatii w stosunku do innych nacji, a Kościół jeszcze to podkręca. Smarzowski nie mówi „tacy jesteśmy”, tylko „tacy jesteście”, więc tym bardziej ludzie czyści, tolerancyjni i wykształceni mogą otwierać szeroko oczy na wieść, co też się w tej Łomży odstawia, zapominając o swoim stygnącym popcornie. Potem napiszą tekst czy komentarz w mediach społecznościowych, że Polacy są ostatnimi czasy strasznie podzieleni i będą zachodzili w głowę, z czego to może wynikać. Wiem, że nie oszczędzę im tych rozważań, bo za nimi przepadają, ale służę odpowiedzią – z tak sterowanego autorasizmu, samostygmatyzacji i bojówek „policji myśli”, która regularnie sprawdza, czy dość gorliwie bijemy się w piersi za prawdziwe czy urojone winy przodków. Ta policja chce meblować nam pamięć, tożsamość i teraźniejszość, ciągać nas, przecież także ofiary wojny, do konfesjonału, w którym mamy przyznać, że byliśmy nie ofiarami, lecz oprawcami.
Ale my tego demona pamięci widzieliśmy już wiele razy, już nam spowszedniał i obrzydł. Nie ruszają nas setne nawiązanie do chocholego tańca ani spłowiałe od pracowitego przywoływania aluzje do gnuśności i braku działania, gdy ojczyzna w potrzebie. Mamy nawet wrażenie, że te „uniwersalne traumy” wcale nie są takie uniwersalne i że tylko część Polaków grzebie w nich z upodobaniem.
Polski demon z recyklingu jeszcze nie raz powróci, ale będzie wywoływał coraz większe ziewanie.
Magdalena Okraska
przez redakcja | niedziela 17 października 2021 | klasyka, opinie
Przed czterema laty w domu 46 przy ulicy Kruczej, na parterze od frontu, na prawo z bramy, znajdował się magazyn kapeluszy damskich. Szyld był tylko osłoną. W owym magazynie dziesięcio-, dwunastoletnie dziewczęta używane były do zbrodniczych praktyk.
Opowiedział mi o tym adwokat przysięgły J. S. w następującymi słowach:
– Kolega mój, lekarz prowincjonalny, zachęcony został do udania się tam, jeśli „pragnie ujrzeć coś ciekawego”. Na zapytanie jego, „czy kapelusik już gotów”, wprowadzony został do sąsiedniego pokoju i tu znalazł dwie dziewczynki, które uczyniły mu propozycję. – „Ja wam pokażę” – zawołał oburzony. – Wówczas otworzyły się drzwi sąsiedniego pokoju, i ukazał się w nich drab jakiś o groźnej postawie. „Co nam pokażesz” – zapytał. Lekarz wyjął rewolwer i tyłem wycofał się z pułapki.
Zapytałem adwokata przysięgłego, który zna prawa, co myśli ze swą informacją uczynić.
– Mówiłem o tym z Gr… Powiedział, że to do niego nie należy, że są to rzeczy znane, że trudno tu coś poradzić. –Trzeba by to jakoś sprawdzić.
Udaliśmy się więc tam nazajutrz. Wizyta nasza zrazu silnie zaniepokoiła właścicielkę magazynu, ale po chwili uspokoiła się i kazała przyjść nieco później. Po wypiciu kawy w cukierni powróciliśmy. Tym razem otrzymaliśmy pewne informacje:
Panowie są nieostrożni: zajeżdżają w nocy, czasem pijani, robią awantury. Mieszkanie parterowe od frontu jest niewygodne. Prostytutki uliczne, zatrwożone konkurencją, denuncjują ją. Ma wiele kłopotu z policją. Wreszcie ktoś doniósł matkom tych dzieci. Ostatecznie wyprowadza się, więc za dni kilka da nam nowy adres i tam nas zaprasza „po kapelusik”.
Po tygodniu udałem się sam. Trafiłem akurat na przeprowadzkę. Stróż nie chciał mi udzielić nowego adresu i odmówił wszelkich informacji…
Zwróciłem się w tej kwestii do redaktora L. S. Nie udało mi się silniej go zainteresować tą sprawą. Przyznał natomiast, że jest to bardzo „niełatwa do wyświetlenia sprawa”…
Był moment, kiedy chciałem raz jeszcze tam się udać, zastrzelić handlarkę dzieci. Był to czas, kiedy wierzyłem gorąco w wartość „protestów moralnych”. Zwierzyłem się temu i owemu – odradzono. Fakt ten silnie wpłynął na mój światopogląd: przejrzałem…
A potem już z pobłażaniem patrzałem na działalność Wysłouchów, towarzystw ochrony kobiet itd., itp.
Fakt ten uważałem za jedną z tajemnic kształtowania się mego ducha i dlatego nigdzie nie wspominałem o nim przez lat cztery. Dziś, zdaje mi się, nie wolno mi o nim przemilczeć. A wreszcie nic spóźnionego: bohaterowie niniejszego faktu (resp. panowie S. i S.) żyją i mogą go potwierdzić.
Zaznaczam raz jeszcze: ani adwokat przysięgły, ani redaktor dziennika nie potrafili zareagować na ohydną i jawną zbrodnię. Stosunki cenzuralne tak się wówczas układały, że stójkowy z ową damą, znaczyło to narazić się na porażkę i – zemstę ze strony alfonsów.
Nasza prasa nigdy nie konstatuje faktów, jeno radzi i… stawia stopnie ze sprawowania, wydaje świadectwa – ulicy. Nic to, że ulica jej nie czyta, a na stopniach się nie zna. Jeśli Rabski czy Bartoszewicz napiszą swojej kucharce czy lokajowi, że sprawowali się źle, będzie to miało w rzeczy samej pewien skutek; ale oni nie poprzestaną za nic w świecie na tak skromnej roli: od czegóż są publicystami, publicznymi dziennikarzami? Publicznych dziennikarzy mamy dziś więcej niż dawniej, mnożą się…
Walka z upadkiem, z rozpustą jest świętą sprawą, „splamiono ją, zbezczeszczono krwią ludzką” – pisze pan Straszewicz w „Kurierze Polskim”. „Od krwi ludzkiej zła rdza osiada na zawsze na duszy zabójcy. Zabójstwo znieprawia zabójcę”.
Przyznaję, że są to ładne zdania – powinien był jednak ich autor pamiętać, że wszystkie święte sprawy są w ten sposób zbezczeszczone. – „Sprawcy rozruchów obniżyli poziom obyczajowy i moralny ludności całej, robiąc ją świadkiem gwałtu i mordu”. I to ładne; niestety jednak świadkami gwałtu i mordu są całe pokolenia od wieków, chronicznego.
„Niech sądy najsurowiej karzą wyrzutków społecznych, niech będą obmyślone i zastosowane jak najsurowsze środki zapobiegawcze” – krzyczy „Goniec”. Mądrzejsi są już ci, którzy wołają o szkoły: wówczas liczba wyrzutków społecznych spadłaby do poziomu zagranicy, i sądy mniejszą ich liczbę musiałyby surowo karać.
„Słowo” pragnie otoczyć Żydów opiekuńczym skrzydłem swych rozumowań.
Odpowiada mu słusznie „Kurier Codzienny”:
Co ruch antysemicki może mieć wspólnego z ruchem antyprostytucyjnym? Możemy zapewnić „Słowo”, że samorodnie nie wynikną one, zbyt bowiem blisko poznał się tłum chrześcijański z proletariatem żydowskim.
Niepotrzebnie jednak pragnie „Kurier Codzienny” się dowiedzieć, gdzie się owe nieszczęśliwe dziewczęta podziały, kto je nakarmił, kto im dal pomieszczenie? Od ciekawości podobnej jeden krok tylko do rady, na wzór „Kuriera Warszawskiego”, by je umieścić w przytułkach – towarzystw ochrony kobiet wyznań obu.
***
„Kurier Warszawski” jak zwykle – po błazeńsku.
„Walka z rozpustą i lincz. Śpiew anioła i ryk rozjuszonego tygrysa”.
Któż po tym „tygrysie” i „aniele” nie poznałby pióra operetkowego sprawozdawcy?
A przecież sprawa zbyt poważna chyba, by się po niej
ślizgał dziennikarski totalizatorowicz.
***
„Warszawski Dniewnik” jako bezpośredni powód rozruchów podaje fakt następujący:
Na weselu żydowskim zebrano dla nowożeńców kilkadziesiąt rubli. Nagle wszedł na salę alfons czy nożowiec, zabrał pieniądze i poszedł. Wydaje się to nieprawdopodobne: jakim prawem wszedł, jakim prawem wziął pieniądze, czy mógł sądzić na chwilę bodaj, że mu to ujdzie bezkarnie?
Odpowiadam: mógł sądzić, że mu to ujdzie bezkarnie.
***
Tęgie łby mieszczańskiej inteligencji zrazu zaczęły rozważać, czy zabicie dwóch prostytutek spośród kilkunastu tysięcy i zranienie dziesięciu zbirów spośród drugich kilkunastu tysięcy – usunie prostytucję czy też nie.
I rzekły, że nie usunie. I zaczęły pouczać ulicę, że ta się trudzi daremnie. Ależ ulica wie o tym, wie…
A potem spadając na łapy, jak kot, nieszkodliwie, z wyżyn tragicznego faktu – orzekły łby twarde, że w Piasecznie jest jeszcze pięć wolnych miejsc dla pięciu kobiet upadłych, które zechcą już teraz… być moralnymi.
O tym wiele… wiele jeszcze można by powiedzieć. Tylko że rana jeszcze krwawi; niech zastygnie.
Janusz Korczak
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w warszawskim postępowo-radykalnym piśmie „Głos” 3 czerwca 1905 roku. Artykuł ukazał się po głośnym „pogromie lupanarów”, w ramach którego głównie żydowscy, ale także polscy robotnicy o poglądach socjalistycznych dokonali rozbicia „zagłębia” domów publicznych w Warszawie przy ulicach Marszałkowskiej, Krochmalnej, Leszno i innych. W trakcie trzydniowych zamieszek zdewastowano kilkadziesiąt domów publicznych, miały miejsca liczne pobicia sutenerów (kilku zabito), a walki między zorganizowanymi robotnikami a alfonsami trwały jeszcze przez kilkanaście dni. Nie są całkowicie wyjaśnione przyczyny tych zajść, aczkolwiek jedną z prawdopodobnych jest gniew żydowskich robotników wobec masowego i coraz bardziej zaawansowanego procederu handlu żywym towarem na potrzeby branży usług seksualnych, dotykającego głównie kobiet ze środowisk robotniczych, w tym żydowskich. Janusz Korczak (wówczas młody lewicowy dziennikarz) i środowisko pisma „Głos” wraz z ówczesną postępową inteligencją (m.in. jednym z czołowych jawnych działaczy PPS, Stanisławem Posnerem) angażowali się w zwalczanie prostytucji. Tekst ze względu na cenzurę carską odnosi się do tych wydarzeń w sposób ogólnikowy i aluzyjny.
przez Piotr Tomaszewski | czwartek 14 października 2021 | opinie
Symboliczne znaczenie dnia 10 października 2021 roku w Polsce wydaje mi się być niedostrzegalne gołym okiem dla większości osób. Dla mnie jest ono jednak dosadne i stanowi ponury rodzaj symboliczności. Dnia tego miały bowiem miejsce dwa istotne wydarzenia. Pierwsze z nich było polityczne. Drugie było polityczne jeszcze bardziej, choć to, jak przywykliśmy wyobrażać sobie politykę, zupełnie do tej prawdy nie pasuje.
Teraz to już na serio będzie ten Polexit
Mieliśmy więc falę gigantycznych demonstracji w największych polskich miastach. Demonstracji przeciwko rzekomemu Polexitowi, do którego pierwszy krokiem ma być wyrok Trybunału Konstytucyjnego uznający wyższość konstytucji nad prawem unijnym. Choć obrona praworządności to domena raczej liberałów, widoczne było też zaangażowanie polskich środowisk lewicowych. Niespecjalnie dziwi obecność Roberta Biedronia na Placu Zamkowym w Warszawie – jednak w akcję #zostajemy (w Unii) zaangażowali się także politycy Partii Razem, której sam jestem niebezkrytycznym członkiem.
Aby zbadać prawdziwość tezy o zbliżającym się Polexicie przeanalizujmy kilka faktów. Po pierwsze Polexit „wydarza się” w Polsce już któryś raz. Spadkobiercy Komitetu Obrony Demokracji wieszczą go przy każdym sporze Polski z władzami Unii Europejskiej. O Polexicie pisał w 2017 roku Jan Hartman, w 2019 roku robili to Wojciech Sadurski oraz Jacek Kochanowski. „Tym razem to już na serio będzie ten Polexit” – zdają się sugerować nagłówki liberalnych mediów oraz politycy przemawiający na Placu Zamkowym.
Trudno te sugestie traktować całkiem poważnie. Etatystyczna partia Jarosława Kaczyńskiego zbyt mocno potrzebuje unijnych dotacji na politykę społeczną, by zdecydować się na tak radykalny krok. Jeśli chcecie przekonać się czy Wartości Wyższe okażą się ważniejsze od pieniędzy, spójrzcie na ostatnią sytuację z samorządami. Grzecznie wycofały się z uchwał AntyLGBT, kiedy przykręcono im kurek z pieniędzmi. Włączcie też TVP. Alarmowanie o Polexicie jest tam wyśmiewane. Akcentuje się natomiast prounijne postawy części polityków PiS jeszcze z czasów sprzed dołączenia do UE. Przytacza się też archiwalne antyunijne wypowiedzi dzisiejszych polityków PO. Chociażby Romana Giertycha, który był przeciwny akcesji Polski do Unii Europejskiej.
W tej sytuacji obecne zamieszanie zdaje się być obliczone na efekt wspierający partię rządzącą. Polexitowy rozgardiasz jest jej jak najbardziej na rękę. Tezę o realnym zagrożeniu wyjścia Polski z Unii Europejskiej naprawdę ciężko jest obronić w oczach elektoratu nieprzekonanego do tego, żeby zrezygnować z oddania głosu na Prawo i Sprawiedliwość. To polityczna zagrywka obliczona na scementowanie zastanych elektoratów w stanie nienaruszonym. Prężenie muskułów przed wyborcami ceniącymi sobie pozowanie na suwerenność. Warto wziąć sobie do serca także słowa Łukasza Molla, który ostrzega, że straszenie Polexitem rykoszetem spowoduje co najwyżej falę przesadnego euroentuzjazmu i odbierze lewicy impuls do reformowania Unii w stronę bardziej prosocjalną, co jest przecież bardzo potrzebne.
Problemy realne
W tej sytuacji warto byłoby się skupić na drugim wydarzeniu, które miało miejsce – jak co roku – 10 października. Był to Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego.
Jeśli na co dzień żyje się w lewicowej, emancypacyjnej bańce, zapewne przeczytało się kilka postów na ten temat w mediach społecznościowych. W skali całego kraju znaczenie tej daty pozostało jednak praktycznie niezauważone. „Zdrowie psychiczne” to bowiem termin, który w opinii społecznej wciąż kojarzy się „byciem wariatem”. I to jest – w odróżnieniu od jarmarku zorganizowanego przez Donalda Tuska – naprawdę realny problem.
Kilka danych dla rozjaśnienia sprawy. Szacuje się, że na jakąś formę zaburzenia psychicznego może cierpieć nawet 6 milionów Polaków. Do trzech milionów cierpi na zaburzenia nerwicowe. U prawie miliona występują zaś objawy zaburzeń depresyjnych. Polska to kraj, w którym dziennie życie odbiera sobie 15 osób. 12 z nich to mężczyźni.
Trudno o temat bardziej zespolony z codziennym życiem każdego z nas niż zdrowie psychiczne. Nawet ludziom, których można zdiagnozować jako „w pełni zdrowych”, przydaje się bowiem podstawowa wiedza związana chociażby z higieną umysłu czy umiejętnością odpoczywania. W naszym kraju wciąż nie jest to temat polityczny. A przecież nie jest tak, że nic nie możemy zrobić z obecnym status quo. Psychiatria, w tym psychiatria dziecięca, jest w Polsce niedofinansowana tak samo jak cała reszta usług zapewnianych przez NFZ. Brakuje też podstawowej edukacji psychologicznej i wykwalifikowanych do zajmowania się nią osób w polskich szkołach.
Zdrowie psychiczne powinno być jednak przede wszystkim tematem sztandarowym dla współczesnej lewicy. Przecież nie jest tak, że pogarszające się życie wewnętrzne Polaków nie ma związku z życiem w późnym kapitalizmie. Z elastycznymi warunkami zatrudnienia, z przepracowaniem, z mobbingiem, który trudno wykazać w relacjach dla parodystycznie działającej Państwowej Inspekcji Pracy. Z zadłużeniem i z marazmem wynikającym z zablokowania kanałów awansu społecznego. Z brakiem edukacji antydyskryminacyjnej w szkołach, które wolą kształcić nas na trybiki systemu niż zdrowych, świadomych i szczęśliwych obywateli.
Co z tego wynika?
Zestawienie tych dwóch wydarzeń – masowych, euroentuzjastycznych demonstracji oraz ukrytego gdzieś w cieniu Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego – daje bardzo pesymistyczną diagnozę stanu świadomości politycznej w naszym kraju. Tego, co w ogóle jest dla nas polityczne i ważne. Spieramy się o Wartości Wyższe, podczas gdy podstawowe potrzeby pozostają niezaspokojone. Piramidę Masłowa stawiamy na samym czubku. Przestrzeń społeczna to dla nas widowisko, w którym weteranka powstania warszawskiego krzyczy do Roberta Bąkiewicza wycierającego sobie usta Rotą. Arena do Sygnalizowania Cnoty. Niemal zapomina się o tym, że polityka powinna służyć budowaniu ludzkiego dobrobytu. Sytuacja taka ma miejsce nie pierwszy i nie ostatni raz. W „wolnych mediach” w zasadzie bez echa obił się fakt, że tej samej nocy, gdy w Sejmie głosowano Lex TVN a liberalna oligarchia wieszczyła koniec demokracji, przepchnięto ustawę o zwiększeniu nakładów na NFZ do 2023 roku. Nie jest moim celem bronienie ustawy, która ostatecznie zapewne nie wejdzie w życie. Jest nim wskazanie, że i tu mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której sprawa bardziej efektowna odbiła się o wiele szerszym echem niż sprawa istotnie dotykająca ludzi.
Mógłbyś odpowiedzieć, drogi Czytelniku, że przecież dziś każdy dzień jest dniem czegoś. O Światowym Dniu Maszynisty nie pisze się na pierwszych stronach gazet i trudno oczekiwać, że będzie tak z jakimkolwiek innym dniem. Fakt, że zupełnie nic nieznaczący karnawał odbył się akurat tego dnia, w którym choć na chwilę powinniśmy pochylić się nad czymś znacznie ważniejszym, ma jednak gorzki symboliczny smak.
Jeśli polska lewica chce utrzeć nosa PiS-owi, jej strategią powinno być zagospodarowywanie tych realnych ludzkich potrzeb, które nie zostają i nie mogą zostać przez niego zaspokojone.
Piotr Tomaszewski
przez Monika Kostera | środa 13 października 2021 | opinie
Niejeden niepolski przybysz z krajów anglosaskich dziwi się podczas odwiedzin kraju nad Wisłą, jak to jest możliwe, że tu rzeczy zdają się działać? Nie jest to wszak ani kraj skandynawskiego socjalizmu, ani francuskiego etatyzmu. Państwowe struktury zdemontowano do samej kości, tak, że sama Thatcherowa byłaby pod wrażeniem. W dodatku ten kraj jest o całe niebo biedniejszy, niż Wielka Brytania, z której tak pieczołowicie bierze przykład. Jednak tam wiadomo, że nie da się naprawić cieknącej rury, wypełnić na dłużej niż na tydzień ziejącej dziury w jezdni, sprawić, by w bloku mieszkalnym na kilkaset mieszkań działały stale więcej niż dwie windy, ba, choćby i dwie windy, nawet jedna, byle stale! Nie da się odpowiedzieć klientowi na proste pytanie. I już. Jak się to zatem dzieje, że w tym dziwnym kraju, pełnym wkurzonych ludzi, da się tak bardzo dużo załatwić, skoro ani nie płacą, ani nie tworzą systemowych rozwiązań? Jakim cudem to działa?
Klucz do odpowiedzi na to pytanie tkwi w latach 80. Gdy na początku transformacji prowadziłam badania wśród polskich szefów, pewna heroiczna opowieść powtarzała się z dużą regularnością – o zrywowym, wręcz bohaterskim zarządzaniu w czasach po stanie wojennym. Moi rozmówcy nazywali to „gaszeniem pożarów”. Ileż historii słyszałam o sytuacjach niemalże spektakularnie porażkowych – staje produkcja, bo nie ma surowców; zagraniczny klient miał dostać próbkę produktu, a dostarczono jakiś wybrakowany gniot; ktoś zgubił kluczową dokumentację. I tak dalej, i tak dalej. To były czasy, gdy do wielu polskich przedsiębiorstw po stanie wojennym wrócili fachowcy od zarządzania, albo powołano nowych szefów, niebędących wojskowymi. Jednak to, co ich zastało w miejscach pracy, przerastało często ich – wszak przygotowane na najgorsze – wyobrażenie. Co wtedy robił typowy dyrektor Kowalski (wśród moich rozmówców kobiet było jak na lekarstwo, ale pani dyrektor Kowalska robiła dokładnie to samo)? Gasił pożary. Zakasywał rękawy. Rzucał się w wir chaosu. Wydawał polecenia, opieprzał podwładnych, wykonywał alarmistyczne telefony do kolegów i koleżanki z całego kraju. „To nie miało prawa działać, pani Moniko”, tłumaczył mi niejeden weteran takich bojów. „A jednak robiło się tak, żeby działało”.
Myślę, że ten styl zarządzania jest jedną z nielicznych rzeczy w polskim zarządzaniu, które przetrwały czasy transformacji i dotrwały do dziś. Zgubiono wiedzę, zaprzepaszczono marki, pozwolono na złowrogie przejęcia firm. Jednak obecnie moi znajomi i studenci też opowiadają bardzo podobne, mrożące krew w żyłach historie o tym, jak oni sami, bądź ich szefowa czy szef, gna do robienia rzeczy, których nie da się zrobić, obiecując, że „to ostatni raz”, że „jeszcze ten jeden raz, a potem już będzie z górki”. „Zróbcie to dla mnie jeszcze jeden raz, za darmo, ale potem już zapłacimy, znajdziemy środki, wyjdziemy na prostą, będzie już z górki. I tak miesiąc po miesiącu, rok po roku. Ile osób zjadło na tym zęby, ile budzi się w firmie mając ponad 50 lat, z tym samym szefem u sterów, albo jakimś innym, śpiewającym wciąż tę samą strażacką śpiewkę.
Takie zarządzanie wymaga heroizmu i ciągłych poświęceń wszystkich zainteresowanych. Często nieakceptowalnych z punktu widzenia czy to pracownika, czy samego szefa. Ileż kosztuje to zdrowia, ileż zajmuje wolnego, prywatnego czasu ludzi, ileż niepewności, stresu, jazd po bandzie. Wygląda jakby było skuteczne i dlatego na ogół nie narzeka się na sam styl zarządzania, lecz na różne jego części składowe, najczęściej na szefa, albo na firmę, albo na samą siebie – na zbyt słabe zdrowie, na „niewłaściwy” wiek. Taki styl jest na dłuższą metę wybitnie patogenny, wypalający, wyniszczający psychicznie. Na poziomie ludzkim jest to ciągłe produkowanie poważnych problemów psychicznych i społecznych u wszystkich osób zaangażowanych. U szefa może w pewnym momencie spowodować to, co Francuzi nazywają wywaleniem bezpieczników – człowiek nagle zaczyna zachowywać się jak socjopata lub furiat. U podwładnych normalnym efektem jest demoralizacja i depresja. Ale jednak „robią tak, by działało”.
Czy jest na to lekarstwo, czy można się uchronić od tego permanentnego pogotowia pożarowego? Jestem przekonana, że tak, ale jest to lekarstwo systemowe. Mamy zdolnych szefów i pracowników, więc nie zaczęłabym leczenia od zmieniania ich terapią czy nawet edukacją. Zajęłabym się przede wszystkim zapewnieniem lepszych warunków w sferze przeciwpożarowej, czyli likwidacją dziur umożliwiających i wymuszających zarazem ten system. Dać gwarancję stabilnego zatrudnienia, spowodować zmniejszenie indywidualnej konkurencji, ograniczyć sztuczne samozatrudnienia, zapewnić więcej rygorystycznych kontroli warunków pracy i zatrudnienia. Skąd na to wziąć środki? Z opodatkowania korporacji, rzecz jasna. Obawy o spadek międzynarodowej konkurencyjności polskich firm są tylko częściowo uzasadnione – pora zastanowić się, gdzie i czym pragniemy konkurować: czy na rynku taniego podwykonawstwa czy raczej tam, gdzie liczy się jakość.
Sceptykom polecam rozmowę z zagranicznymi obserwatorami i konsumentami – we Francji polski hydraulik słynie nie z tego, że jest tani – lecz dlatego, że jest dobrym fachowcem, a w Wielkiej Brytanii wspomina się tęsknie polskiego kierowcę TIR-a nie tylko dlatego, że w ogóle był, ale dlatego, że umiał rzeczy, których niełatwo się nauczyć. Śmiejemy się nadal z hasła „Polak potrafi”, ale wydaje się, że tylko my się z niego śmiejemy. Mamy niezłych fachowców: budowlańców, pielęgniarki, hydraulików, kelnerów. I szefów-strażaków. Może pora rozdzielić te zawody, bo taka kombinacja generuje przykrą postać strażaka-piromana, który umie działać tylko poprzez maksymalny chaos i stres, który pali mosty, wypala ludzi i przy tym sam się spala jak tragiczna ofiara tragicznych czasów. Narzekamy ciągle na polskich szefów. Badania wykazują, że w tym narzekaniu naprawdę jest dużo racji. W porównaniu z innymi krajami, takimi jak Szwecja, polski szef wypada często jak sadysta i przemocowiec. Marzy się nam miła i uśmiechnięta szwedzka szefowa, zapraszająca w piątek rano na kawę i cynamonowe bułeczki, a „mimo to” niezawodna i piekielnie skuteczna? Może pora przestać się upierać, że „szwedzki socjalizm” to dla Polaka najgorsze zagrożenie? Ugaśmy systemowo pożary zarządzania, dajmy ludziom odetchnąć.
prof. Monika Kostera
Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z: https://pl.freepik.com/wektory/mezczyzna
przez Franco „Bifo” Berardi | niedziela 10 października 2021 | opinie
Wiosną 1976 roku moje miasto, Bolonia, przeżywało jutrzenkę kreatywności kulturalnej, solidarności społecznej i inwencji politycznej. Pod koniec tej niemal dekady nieprzerwanej politycznej walki zostałem zaproszony na spotkanie za zamkniętymi drzwiami przez osobę, która uczestniczyła w tych samych zgromadzeniach organizowanych przez studentów i działaczy, w tym samym co ja momencie rewolucji kulturalnej. Przyjąłem zaproszenie, tak jak zrobiłbym to z zaproszeniem każdego, kogo spotkałem na tych zgromadzeniach, chociaż nie znałem wtedy jego nazwiska ani nie znam go teraz.
Był towarzyszem i to mi wystarczało.
Poszedłem na spotkanie na obrzeżach miasta. Kiedy przyjechałem, były tam tylko dwie osoby: ta, która mnie zaprosiła, i pracownik, trochę starszy ode mnie. Podążając za przeczuciem chwili, domyśliłem się, na jaki temat będzie to spotkanie. Ci ludzie dostali zadanie zorganizowania bolońskiej kolumny Czerwonych Brygad. Zaprosili mnie, bym się do nich przyłączył.
Rozmawialiśmy przez kilka godzin. Powiedziałem im po prostu, co wtedy myślałem i co nadal myślę: nie wierzę, że ruch robotniczy potrzebuje formacji zbrojnej. Nie wstąpiłem więc do Czerwonych Brygad ani do innych grup bojowych. W następnym roku, w 1977, podczas protestu studenckiego, na morderczą przemoc wojsk represyjnego państwa odpowiedziałem przemocą symboliczną. Rozbijałem witryny sklepowe. Ale nigdy nie stosowałem przemocy wobec innych ludzi, nikogo nie zabiłem ani nie nosiłem broni palnej. Nie uważam tego jednak za pozytywną wartość etyczną. To przywilej, który posiadam.
Czy nam się to podoba, czy nie, w historii walki klas pojawia się kwestia przemocy i nie da się tego uniknąć. U niektórych ludzi biorących udział w walce klas, sprzeczność, którą dostrzegają między przemocą wobec państwa a przemocą wobec ludzi, nie została jeszcze rozwiązana, mimo że jest bardzo silnie obecna.
W ciągu następnych dziesięcioleci kilkakrotnie obwiniałem się za odmowę zaciągnięcia się do walki zbrojnej na ulicach przeciwko kapitałowi i państwu. Jeden z takich momentów miał miejsce w lipcu 2001 r., w Genui, kiedy policja brutalnie potraktowała ogromną demonstrację przeciwko szczytowi G8, zamordowała studenta-anarchistę Carlo Giulianiego i torturowała setki ludzi – wszystko po to, by móc chronić Busha, Berlusconiego i Putina, którzy spotkali się w luksusowym Palazzo Ducale, aby rozmawiać o władzy.
Pamiętam, iż tego dnia pomyślałem, że chociaż wiodę całkiem wygodne życie, być może nie jest to sprawiedliwe, ponieważ nie zrobiłem wszystkiego, co mogłem, aby pomóc wyeliminować potwory, zanim potwory przyszły zniszczyć nas. Zatem po Genui pojechałem do Himachal Pradesh w północnych Indiach, aby odwiedzić młodą mniszkę buddyjską. Medytowałem i zdałem sobie sprawę, że problemem nie jest broń. Buddyjska zakonnica przypomniała mi, że oni – państwo – mają zawodową armię. My, jeśli chodzi o przemoc, zawsze będziemy amatorami. Zamiast się uspokoić, zaakceptowałem myśl, że nie ma już miejsca na nadzieję.
Po Genui wydawało mi się jasne, że przeznaczeniem ludzkości jest iść do diabła. Ponieważ neoliberalizm połączył się w sojusz z faszyzmem, a podmiotowość społeczna jest coraz mniej zdolna do kultywowania autonomii i przyjaźni, jedyną perspektywą jest piekło rosnącej niepewności, wyzysku, nędzy oraz dewastacji naszej psychiki i środowiska.
Rozpaczałem i nie przestałem rozpaczać. Ale to, że przestajesz mieć nadzieję, nie oznacza, że przestajesz czekać na coś innego.
Latem 2001 musiałem czekać tylko kilka miesięcy.
We wrześniu z nieba nad Manhattanem nadeszła zemsta na neoliberalnym porządku, a piekło faszystowskiego liberalizmu zamieniło się w piekło wojny. Tych dziewiętnastu młodych mężczyzn, prowadzonych przez brodatego zabójcę, zadało strategicznie zwycięski cios. Zburzenie jednego z głównych symboli Zachodu uruchomiło proces, który dwadzieścia lat później toczy się pełną parą: proces, który obecnie prowadzi do końca zachodniej cywilizacji.
Nie żałuję upadku tego symbolu ani końca cywilizacji zachodniej, choć nie mam „nadziei”, że ta destrukcja doprowadzi do jakiegokolwiek wyzwolenia spod dominacji kapitału lub do kresu wojny toczonej przeciwko ludzkości.
W 2002 roku opublikowałem książkę zatytułowaną „Un’estate all’inferno” (Lato w piekle), w której opowiedziałem o tym popadaniu w szaleństwo i w autorytarną przemoc. We wspomnieniach z lata 2001 roku zmagałem się z tą samą sprzecznością i emocjami, o których wspomniałem na początku niniejszego tekstu: sprzecznością między życiem prywatnym a bojowością, oraz poczuciem winy, które powstaje, gdy policjanci wyważają drzwi i rzucają się na naszych towarzyszy. Pisząc ten tekst, w dwudziestą rocznicę zamordowania Carlo Giulianiego oraz pobić, gwałtów i torturowania tysięcy młodych ludzi w Genui, powróciłem do linijki, którą napisałem tej nocy, kiedy moja żona i ja wróciliśmy do Bolonii: „Brakowało nam słów, brakowało nam tchu. Wszystko, co się dzieje, może tylko oznaczać, że wkraczamy w erę rządów bestii”.
Dziś, po dwóch dekadach panowania tych potworów, kapitalistyczna dominacja trwa, ponieważ podmiotowość zdolna do emancypacji nie jest w stanie się wyłonić. Kiedy te tysiące weszły na Piazzale Kennedy w Genui, kiedy zbiorowa podmiotowość huczała na ulicach, policja kapitalistycznego imperium pokazała swój faszystowski charakter, tak jak robiła to wiele razy od tamtego czasu, w Ferguson, w Atenach, w Santiago. Ale cywilizacja zachodnia jest w agonii. Może kapitalizm i Zachód się rozchodzą. Tak czy inaczej, kapitalistyczne królestwo abstrakcji i akumulacji pozostaje silne, podczas gdy żywy organizm ludzkości traci oddech.
W Afganistanie Zachód przegrał świętą wojnę. Wojska białej rasy uciekły, a przyjaciele bin Ladena podbili kraj. Bliski Wschód rozpada się w wyniku amerykańskiej inwazji i okupacji Iraku. Amerykanie obiecali zbombardować Irak do tego stopnia, że powróci on do epoki kamienia łupanego, jeśli Saddam nie zrezygnuje ze swojej „broni masowego rażenia”, której nigdy nie znaleziono. Teraz cała ludzkość powraca do epoki kamienia łupanego.
Klęska Zachodu w Afganistanie i Iraku jest nieodwracalna – nie tylko dlatego, że Zachód został pokonany militarnie, ale także dlatego, że moralne i polityczne wartości, których Zachód obłudnie próbował bronić, są teraz w strzępach. Obrona „demokracji” była tylko pretekstem do przywrócenia dominacji Zachodu. Ta porażka oznacza, że dominacja Zachodu maleje, a pustka demokracji jest obnażana.
Strategiczny geniusz bin Ladena (a przede wszystkim niezwykła głupota Busha, Rumsfelda i Cheneya) uruchomił niepowstrzymany proces globalnej wojny domowej, którego oznaki są widoczne wszędzie. Największa potęga militarna wszechczasów już nie istnieje, ponieważ jest w stanie wojny ze sobą, i z tej wojny nie wyjdzie żywa.
Zachód pogrąża się w chaosie, pogrąża się w demencji, w ogniu lasów amerykańskiego Zachodu i lawinie błotnej północnej Europy.
W Genui dwadzieścia lat temu zgromadziło się 300 tysięcy ludzi. Ich przesłaniem było: jeśli to dalej potrwa, jesteśmy przeklęci. Jeśli kapitalistyczna grabież zasobów fizycznych planety będzie trwała dalej, jeśli szaleńcza eksploatacja energii nerwowych będzie przebiegać jak zwykle, ludzkość jest zgubiona. Możni tego świata uciszyli nas przemocą i w imię zysku kontynuowali przygotowania do ostatecznej zagłady.
Teraz jest już za późno.
Ogień jest nie do powstrzymania i co roku będzie płonął coraz bardziej.
Powódź nie cofnie się, co roku woda ma pędzić coraz szybciej, wsysając wszystkich i wszystko.
Może dwadzieścia lat temu można było jeszcze zatrzymać apokalipsę.
Teraz jest już za późno.
Komisja Europejska obiecuje, że w 2035 r. wszyscy przejdziemy na samochody elektryczne, a do 2050 r. emisje dwutlenku węgla zostaną zredukowane do zera. Być może nikt im nie powiedział, że amazoński las deszczowy, niegdyś uważany za płuca planety, dziś emituje więcej dwutlenku węgla niż pochłania.
Branson przygotowuje wahadłowce do opuszczenia Ziemi. Bezos spędził w kosmosie jedenaście minut. Niech obaj spierdalają na Marsa.
My zostaniemy tutaj. Salutujemy klęsce Zachodu. Nie cieszy nas ona jednak, ponieważ pozostajemy uwięzieni w kapitalistycznej abstrakcji. Zachód przegrał wojnę z islamskim fundamentalizmem, ale my nie możemy tego świętować, ponieważ islamscy fundamentaliści prowadzą własną kampanię terroru i obskurantyzmu. Nie możemy też świętować nadchodzącej porażki Zachodu w wojnie z Chinami, ponieważ Chiny są imperium automatyzacji, które zmusza miliony do pracy w obozach pracy i skazuje młodych demonstrantów w Hongkongu na dekady więzienia.
Zostaniemy tutaj, ponieważ nie mamy nadziei, a to czyni nas niepokonanymi.
Franco „Bifo” Berardi
tłum. Magdalena Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie https://www.e-flux.com/, przedruk za zgodą autora.
przez Jakub Szymkowiak | czwartek 7 października 2021 | opinie
Trudno mówić o wydarzeniach tragicznych jako o katalizatorach pozytywnych zmian. Szczególnie jeśli są to wydarzenia niedawne, zarośnięte świeżym, stale ropiejącym strupem. Łatwiej jest pisać o dżumie jako bodźcu rozwojowym dla średniowiecznej Europy Zachodniej niż o atakach z 11 września i ich wpływie na poprawę bezpieczeństwa w transporcie lotniczym (tym bardziej, że to drugie jest mocno dyskusyjne).
Pandemia koronawirusa od początku prowokowała rozmowy na temat zmian, jakie wywoła na świecie: od doinwestowania służby zdrowia, przez dowartościowanie tzw. pracowników niezbędnych, zmiany w międzynarodowych łańcuchach dostaw, przyśpieszony upadek niektórych branż (np. kin), aż po wieszczony przez niektórych upadek niewydolnego systemu neoliberalnego kapitalizmu. Niewiele z tych prognoz zdaje się spełniać. Nikt już nie jest wdzięczny kasjerkom w dyskontach za ich pracę z narażeniem zdrowia i życia, za to ludzie dopominają się o swoje „prawo do robienia zakupów w niedzielę”. Wszyscy już widzą, że kapitalizm świetnie się zaadaptował i bogaci nie tylko nie stracili, ale wręcz zarobili na pandemii. A ochrona zdrowia, jak to ochrona zdrowia, ciągle pozostaje niedofinansowana, a przeciwko wyższym składkom na ten cel opowiadają się nawet sami lekarze.
Wiele jednak się zmieniło i jedną z tych zmian na pewno jest podejście zarówno pracodawców, jak i pracowników do pracy biurowej – praca z domu okazała się w wielu przypadkach wygodna, oszczędna, a nawet bardziej wydajna od pracy w biurze. Obecnie, gdy większość ludzi w dużych miastach jest już zaszczepiona, wielu pracodawców wcale nie śpieszy się z zapędzaniem pracowników z powrotem do biur, a ci, którzy to robią spotykają się z dużym oporem pracowników. W wielu ofertach pracy już na wstępie wyszczególniona jest praca zdalna. Pracownicy tego oczekują, a i dla pracodawcy jest to korzystne – z jednej strony może dzięki temu wybierać spośród pracowników z całej Polski, a z drugiej – może zaoszczędzić wynajmując mniejsze biuro.
W Polsce, mimo odtrąbienia sukcesu polityki samorządowej, centralizacja ma się dobrze – jedynie trzy z sześćdziesięciu czterech urzędów administracji rządowej wyszczególnionych na stronie Głównego Urzędu Statystycznego są umiejscowione poza Warszawą. Największe uczelnie i instytucje kultury działają w Warszawie, większość siedzib dużych spółek, w szczególności polskich oddziałów międzynarodowych koncernów, ma swoje siedziby w stolicy. Decentralizacja jest przez PiS-owskie władze podnoszona raczej jako straszak na sędziów (słynna groźba przeniesienia TK na drugi koniec Polski) i jedynie lewicowe partie zdają się traktować temat poważnie. W skali wojewódzkiej duże uniwersyteckie metropolie pełnią podobną rolę z większą koncentracją dużych pracodawców – czy to publicznych, czy prywatnych.
Taka sytuacja sprawia, że migracja wewnętrzna z Polski powiatowej do miast wojewódzkich jest najczęściej podyktowana przymusem ekonomicznym. Większość maturzystów z mniejszych miejscowości planujących studia w dużych ośrodkach osiada potem w tych miastach ze względu na rynek pracy, za następny kierunek migracyjny obierając ewentualnie Warszawę lub zagranicę. Wielu z nich wcale nie lubi mieszkania w dużym mieście: korków, smogu, hałasu, drożyzny. Stąd zjawisko suburbanizacji widoczne wyraźnie we wszystkich większych ośrodkach miejskich w Polsce.
Zastanawiam się zatem, jak przy obecnym rozwoju rynku pracy biurowej zachowają się przyszłe roczniki absolwentów. Część z nich zapewne zwiąże swoje życia z miastami uniwersyteckimi przez 3-5 lat studiów – nawiążą przyjaźnie, przyzwyczają się do życia w mieście i dostępności miejsc użyteczności publicznej. Ale jestem pewien, że dla niektórych szalę przeważą niższe koszty życia, bliskość rodziny, która mogłaby zaopiekować się dziećmi oraz kompaktowa, bardziej przystępna urbanistyka miast, z których pochodzą. W zależności od skali, zjawisko to może pociągnąć za sobą spore zmiany na rynku mieszkaniowym, w zapotrzebowaniu na instytucje kultury i inne miejsca użyteczności publicznej, wpływach do budżetów gmin, a w dłuższej perspektywie w strukturze rozmieszczenia geograficznego populacji.
Bez spójnej polityki rozwoju obszarów peryferyjnych na szczeblu centralnym, lokalne inicjatywy w rodzaju tworzenia Specjalnych Stref Ekonomicznych są jedynie ich przedśmiertnymi drgawkami. Praca zdalna może wyręczyć rząd w tym aspekcie i dać nieoczekiwany impuls rozwojowy mniejszym ośrodkom.
Jakub Szymkowiak
przez Andrzej Dwojnych | wtorek 5 października 2021 | opinie
na to zwracają uwagę też politycy izraelscy, że młodzież uczy się o Polsce i to Polskę kojarzy ze zbrodniami II wojny światowej, zbrodniami holokaustu. Nie kojarzy tych zbrodni z Niemcami. Niemcy dziś przedstawiane są jako kraj przyjazny i nowoczesny. Tam jest narracja zupełnie inna. To jest coś, co należałoby zmodyfikować. Jeśli młodzi ludzie przyjeżdżają do Polski i kojarzą ją tylko ze złem, które tutaj miało miejsce ze strony Niemców, a nie mają okazji na przykład spotkania się z polską młodzieżą, nie poznają Polski dzisiejszej, nie poznają także historii zbrodni Niemców na Polakach, to jest coś, co później może prowadzić do utwierdzania się negatywnych opinii o Polsce. Trzeba z tym walczyć – powiedział niedawno, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
Sierpniowa diagnoza wiceszefa MSZ Pawła Jabłońskiego jest jedną z wielu trafnych w ostatnich latach, jakie obecny rząd stawia w obszarze polityki historycznej. Co z tego jednak, skoro trafne oceny i intuicje nie przekładają się na wymierne efekty.
Trudno za obecny stan rzeczy winić wyłącznie stronę rządową. Można nawet zaryzykować tezę, że polityka historyczna obecnego polskiego rządu jest m.in. dlatego nieskuteczna, gdyż nie ma realnej konkurencji na opozycji, przez co grzęźnie w samozadowoleniu i braku nowych inspiracji. To o tyle dziwne, że prezydent Bronisław Komorowski zdawał się doceniać omawianą problematykę, czego dowodem było podtrzymanie linii politycznej w kwestii „żołnierzy wyklętych” autorstwa poprzednika – Lecha Kaczyńskiego. Wychodził też z własnymi udanymi inicjatywami. W 2013 r. Kancelaria Prezydenta RP organizowała obchody 150. rocznicy powstania styczniowego, w trakcie których odbyła się m.in. konferencja i ciekawa wystawa na Krakowskim Przedmieściu, zaś sam prezydent był wielce zaskoczony faktem – czemu dał wyraz w swoim wystąpieniu – że w obchodach uczestniczą niemal wyłącznie samorządowcy i animatorzy kultury z prowincji.
O tym, że po 1989 r. polskie elity i społeczeństwo wielokrotnie wykazywały się naiwnością w podejściu do Zachodu w aspekcie instrumentalizacji przeszłości daje niejednokrotnie wyraz w swoich publikacjach Rafał Chwedoruk. Polityka historyczna Niemiec, zmierzająca całkiem skutecznie do relatywizacji ich roli w zbrodniach II wojny światowej, zdaje się nie robić większego wrażenia na dużej części opiniotwórczych środowisk liberalnych. Zdaniem Chwedoruka można wysnuć wniosek, że środowiska liberalne są zapętlone – z jednej strony mamy zatem ahistoryczny kult pamięci, „cancel culture”, postkolonializm, za którymi idzie łatwość adaptacji pozbawionych naukowych podstaw oskarżeń ze strony USA i Izraela pod naszym adresem, na drugim biegunie klasycznie liberalna wizja modernizacyjno-okcydentalistyczna, której przejawem jest kult Lecha Wałęsy jako symbolu ziszczenia wielowiekowej drogi (takie wątki silnie zaznaczały się w podręcznikach szkolnych).
Oczywiście do niskiej skuteczności polskiej polityki historycznej przyczyniają się także czynniki zupełnie niezależne od nas. Po wojnie ubrano nas w gorset państwa narodowo-katolickiego, jakim w zasadzie nigdy w przeszłości nie byliśmy, przy czym miękka narracja przedstawicieli (intelektualistów, polityków) krajów zachodnich zaczęła nam zarzucać, że na świat spoglądamy głównie przez podszyty ksenofobią paradygmat narodowy. Jednocześnie z upływem lat z Zachodu płynął (i płynie nadal) coraz ostrzejszy głos, którym podważano i nadal podważa się nasze prawa do Żydów – nawet tych, którzy zawsze bezwzględnie poczuwali się do związków z Polską (jak np. wywieszający biało-czerwoną flagę powstańcy w getcie) – jako do Polaków w sensie obywatelskim. Myśmy nie wiadomo czemu na to przystali i nie honorujemy w należyty sposób pamięci o tych osobach. Kultywujemy pamięć o ofiarach wojennych, ale ograniczamy się głównie do rzymskich katolików, których prawdziwe i symboliczne mogiły widnieją niemal na każdym cmentarzu o starszym niż 1945 r. rodowodzie, podczas gdy generalnie nie czcimy należycie pamięci o dawnych żydowskich sąsiadach, w wielu miasteczkach stanowiących przed wojną przecież 30-50% ludności. Pewne zalążki zmian w tym zakresie daje się od niedawna zauważyć w działaniach prezydenta Andrzeja Dudy i niektórych samorządowców, ale głos ten jest zbyt słabo słyszalny. Gdyby zrobić sondaż na temat tego, jaki odsetek uniwersyteckich absolwentów historii XXI wieku zna choć jednego przedstawiciela chasydyzmu polskiego, to można żywić obawy, że wyniki testu byłyby przygnębiające. Zresztą podobnie byłoby z reprezentantami i historią innych niż żydowska grup etnicznych. Nie postrzegamy ich uczciwie jako współtwórców naszej spuścizny politycznej i kulturowej.
W PRL problem ten był bagatelizowany nawet przez opozycję, nie tylko ze względu na istniejącą cenzurę, ale też dlatego, że najważniejsza była walka ze wschodnim „wielkim bratem”. Za tym szło z kolei traktowanie Kościoła rzymskokatolickiego jako głównej społecznej siły opozycyjnej – i to nie tylko przez antypeerelowską opozycję narodową i konserwatywną, ale nawet przez lewicową i liberalną, czego jaskrawym przykładem były teksty Adama Michnika. To z kolei pociągało za sobą mało mającą wspólnego z faktami narrację, jakoby na przestrzeni całego millenium interesy Kościoła rzymskiego były zawsze spójne z naszą racją stanu. Sami uwierzyliśmy w to, że zawsze byliśmy „zbrojnym ramieniem Rzymu”.
Rzecz jasna nie tylko splot niefortunnych okoliczności zewnętrznych przyczynia się do tego, że wszyscy po trosze staliśmy się narodowymi katolikami, wierzącymi i niewierzącymi. Szło za tym przypinanie w publikacjach resztkom naszych różnowierców łatek ekspozytur zachodnich lub wschodnich okupantów albo amerykańskich imperialistów (do wyboru, do koloru). Nasze „wewnętrzne” winy są bezdyskusyjne: przed wojną numerus clausus i numerus nullus na uniwersytetach oraz planowe i systemowe burzenie świątyń prawosławnych, potem wojenne i powojenne przypadki mordów na Żydach, wreszcie obrzydliwe antysemickie hucpy Moczara i Gomułki. Tym niemniej do znudzenia należy podkreślać, że to nie myśmy byli pionierami szowinizmu, nie nasi „myśliciele” byli autorami pseudonaukowych teorii rasistowskich, nie byliśmy też inicjatorami i inspiratorami Zagłady narodu żydowskiego i nie nasi naukowcy wpadli na pomysł wyrabiania mydła z ludzi. Pojawiające się nadal na Zachodzie sformułowania o „polskich obozach zagłady”, w naszych zaś opiniotwórczych kręgach lewicowo-liberalnych pozbawione refleksji próby zrównywania antysemityzmu otoczenia kardynała Wyszyńskiego i jego samego z „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, a naszych pograniczników z SS, to niewątpliwe dowody na to, że niemiecka polityka historyczna odnosi sukcesy, a nasza wykazuje się nieskutecznością. Naoczni świadkowie Zagłady, niezależnie od poglądów politycznych, widzieli zbrodniarzy wojennych w Niemcach, natomiast współcześni reprezentanci środowisk liberalnych – częstokroć w niekoniecznie identyfikowanych narodowo nazistach.
Coraz więcej osób wypiera z pamięci słowa Marka Edelmana: „Wina zbiorowa to bardzo trudna rzecz. Ale bez wątpienia Żydów nie mordowało 30 milionów Polaków, ale jakaś wąska grupa. I jak się źle czujesz być w tej grupie to znaczy, że jesteś przyzwoitym człowiekiem, ale jak cię to nie obchodzi, albo tego nie zauważasz, albo – co gorsza – próbujesz to tłumaczyć, a nawet usprawiedliwiać, to jesteś nieprzyzwoitym. Bo jak usprawiedliwiać morderstwo? Jest jednak wielka różnica między odpowiedzialnością Polaków i Niemców. W Niemczech to było szalenie masowe. W Polsce chodzi głównie o nastrój, który był przeciw Żydom”. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że przekaz inny niż Edelmana – naocznego świadka Zagłady – polegający na relatywizowaniu win Niemców i uwypuklaniu polskich, jest z pewnością korzystny dla naszych zachodnich sąsiadów, ale i tych wszystkich aliantów, których symbolicznym wyrzutem sumienia powinien być rzadko wspominany Szmul Zygielbojm. Oczywiście możemy naiwnie głosić: „Porzućmy logikę narodowych krzywd. Chcemy innej historii, bardziej europejskiej” – jak pisał jeden z lewicowych publicystów w rocznicę tragedii wołyńskiej. O infantylizmie takiego myślenia łatwo mógł się jednak przekonać polski turysta, który w tym roku zwiedził choćby mauzoleum i muzeum w Verdun, gdzie wymowy obu wystaw mają ewidentny odcień nacjonalistyczny, niespecjalnie odbiegający od np. rosyjskiego myślenia o „wielkiej wojnie ojczyźnianej” (nie mówiąc już o tym, że zwiedzający nie dowie się zbyt wiele o innych niż francusko-niemiecki frontach I wojny światowej).
Nie znaczy to oczywiście, abyśmy mieli podążać drogą francuskiego nacjonalizmu lub rosyjskiego imperializmu. Historia Polski, a wcześniej Rzeczypospolitej Wielu Narodów, powinna jednak inspirować elity opiniotwórcze o rozmaitej proweniencji ideowej do poszukiwania własnej drogi i nowych pomysłów, być może modyfikacji narracji w niektórych kwestiach, skoro dotychczasowa polityka nie przynosi oczekiwanych efektów. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby wykorzystywanie w wielu miejscach możliwie najbardziej nowoczesnych form przekazu. Nie oponując przeciwko idei odbudowy Pałacu Saskiego, wydaje się, że klasyczna rekonstrukcja gmachu, średnio oryginalnego pod względem architektonicznym, po kilku latach może nie wzbudzać już zainteresowania i pozytywnych emocji; być może np. montaż niezbędnej konstrukcji i stworzenie na trwałe hologramu, widocznego wyłącznie po zmierzchu pałacu-ducha, w wymiarze symbolicznym miałoby szerszy i trwalszy pozytywny zasięg oddziaływania.
Generalnie jednak zachowując dotychczasowe instrumentarium związane z przeciwdziałaniem rozmywania odpowiedzialności Niemców za Holocaust czy z kultywowaniem pamięci o polskich ofiarach II wojny światowej, korzystając również nadal z przemyśleń środowiska Marka Cichockiego i Dariusza Gawina, w dużo większym stopniu należy starać się uwypuklić pozytywny wizerunek Polski, koncentrując się w przekazie na przykładach z naszych dziejów. Wymaga to jednak oczywistych zmian wektorów w narracji i w symbolice. Wbrew potocznemu myśleniu, nasz niewykorzystany potencjał jest niemały.
Być może warto byłoby zatem rozważyć np. wprowadzenie oficjalnego święta państwowego w dniu 28 stycznia – data ogłoszenia aktu konfederacji warszawskiej 1573 – który byłby dniem wolnym od pracy dla niedużej liczbowo grupy naszych różnowierców i jednocześnie hołdem dla wszystkich mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych zamieszkujących tak dziś, jak i niegdyś nasze państwo. Skoro Francuzi odwołują się dziś do tradycji roku 1789, zaś Grecy i Macedończycy toczą spory o tradycję starożytną – szczycenie się osiągnięciami o dwa wieki wcześniejszymi od Wielkiej Rewolucji Francuskiej nie jest żadnym powodem do ujmy. Obchody takiego święta można i należałoby „wypchnąć” poza Warszawę – do katedry prawosławnej w Białymstoku, grekokatolickiej w Przemyślu i ewangelicko-augsburskiej w Katowicach, którejś z synagog w Krakowie, katedry mariawitów w Płocku czy zabytkowego meczetu w Kruszynianach. Pomimo pewnej inflacji muzeów warto byłoby też przemyśleć, czy nie powołać takowej instytucji poświęconej w całości mniejszościom narodowym, etnicznym i wyznaniowym zamieszkujących przez stulecia ziemie Rzeczpospolitej, ale przy okazji także i grupom dyskryminowanym – np. chłopom pańszczyźnianym, kobietom, homoseksualistom, osobom chorym i niepełnosprawnym – a także walczącym o ich emancypację. Kwestia umiejscowienia takiej potencjalnej instytucji poddana powinna być głębszej analizie, ale na pierwszy rzut oka wydaje się, że fakty, na które nacisk kładzie wspomniany minister Jabłoński, przemawiają za Krakowem. Poza walorem edukacyjnym dla mieszkańców Polski, zwłaszcza dzieci i młodzieży, zagraniczni turyści zwiedzający bardzo często oprócz Krakowa jedynie Oświęcim – pomijający zaś Warszawę i Muzeum Polin – powinni wynieść z naszego kraju inne trwałe wrażenie niż tylko to, które pozostawia w ich umysłach Auschwitz. Tym bardziej że przeciętnemu zagranicznemu turyście, który wcześniej lub później odwiedzi choćby tylko Drezno, Wilno, Pragę czy Lwów, zabytki Krakowa rozmyją się wśród wymienionych – tego nie da się zmienić.
Gruntownej rewizji domaga się program nauczania historii w szkole podstawowej i średniej. Odwołania do pozytywnych przykładów polskiej tolerancji, myśli egalitarnej i przykładów emancypacyjnych powinny być trwałą, widoczną i podstawową częścią edukacji młodego pokolenia w dziedzinie historii; podobnie jak szersze otwarcie się na spuściznę historyczną i kulturową narodów oraz innych niż rzymskokatolicka grup religijnych, z którymi przez wieki żyliśmy w jednym gmachu państwowym.
Na koniec warto uzmysłowić sobie, że mała skuteczność naszej polityki historycznej splata się z fiaskiem polityki wschodniej, co dostrzegają już chyba wszyscy, ale przynajmniej jedna przyczyna takiego stanu rzeczy ogromnej większości naszych decydentów zdaje się umykać. Chodzi mianowicie o to jak my, Polacy, postrzegamy mieszkańców Rosji i Białorusi oraz inne ludy byłego ZSRS. Ze znajdującej racjonalne wytłumaczenie „rosjofobii”, będącej pokłosiem rosyjskiego i sowieckiego imperializmu, ku uciesze Kremla stajemy się powoli „rusofobami”, którymi dawniej w swojej masie nie byliśmy. Źródeł tego procesu doszukiwać należy się m.in. w tym, iż od wielu dekad wschodnie, zwłaszcza prawosławne dziedzictwo kulturowe, staje się dla nas i naszych elit coraz bardziej obce i niezrozumiałe. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że wyraz „ruski”, powszechnie odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki przez dużą część możliwie szeroko rozumianego zaplecza politycznego, ideowego i środowiskowego Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego (czyli de facto niemal przez 2/3 społeczeństwa), ma w naszym języku – w odróżnieniu od rosyjskiego – wymowę jednoznacznie pejoratywną, dziś zdecydowanie bardziej niż kiedyś. Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy przyjąć endecką orientację na Rosję, ale niczemu nie służy trwanie naszych najbardziej opiniotwórczych kręgów na pierwszej linii antyrosyjskości niczym ks. Ignacy Skorupka. Straszenie „ruskim” jest dziś jednym z nielicznych elementów, który łączy obóz rządzący oraz główny nurt liberalnej i lewicowo-liberalnej opozycji. Poważni eksperci i analitycy od dawna powtarzają, że nasza siła wizerunkowa na Zachodzie jest m.in. pochodną tego, jak postrzegamy Wschód.
Niestety zamiast rzeczowych diagnoz nasze elity wyrażają o wschodnich sąsiadach zbyt często opinie emocjonalne, a czasami histeryczne, które wynikają z historycznych zaszłości. Abstrahując od anachronicznego antykomunizmu, który pozostaje dziś jedynie pustą formułą (marksizm-leninizm nie jest dziś przecież żadnym zagrożeniem dla interesów RP), nie zdołaliśmy tutaj wypracować opartego przecież na faktach przekazu, w którym wyraźnie rozróżnieni byliby ci, którzy prowadzili wobec Polski i naszych obywateli morderczą politykę (na czele ze Stalinem) od zwykłych żołnierzy, stanowiących mięso armatnie Armii Czerwonej, masowo ginących w walce z Niemcami, nie mówiąc już o tym, że niektórzy z nich zanim siłą zostali krasnoarmiejcami, we wrześniu 1939 r. bili się z orzełkiem na piersi w obronie II RP. I mniejsza o to, że Rosjanie i Białorusini są na punkcie szacunku do milionów własnych żołnierzy ginących na frontach II wojnie światowej bardzo wyczuleni. Ważniejsze jest to, że pokłosiem powyższego jest zniekształcony obraz dziejów, w którym: 1. Polacy nie walczyli masowo po stronie Sowietów (że byli najczęściej wcielani „siłą” do Armii Czerwonej to prawda, ale do Armii Berlinga to już wcale niekoniecznie siłą); 2. W całkiem niemałej mierze nie popierali władzy komunistycznej po wojnie (bo jest oczywistością, że duże grupy Polaków z różnych warstw i różnych powodów popierały tę władzę w różnych okresach).
W przypadku ZSRS sytuacja była zatem zupełnie odmienna niż w odniesieniu do III Rzeszy, choć niewątpliwie jest prawdą, że Niemcy po prostu nie chcieli współpracy ze strony Polaków, a Sowieci – umiarkowanie chcieli, mówiąc w dużym uproszczeniu oczywiście. Ci pierwsi nie chcieli, bo traktowali nas jako podludzi, oczywiście trochę „lepszych” podludzi niż Żydów, ale gorszych niż Czesi, o Francuzach nie wspominając. Jednak bez względu na to, jakie były przyczyny tego stanu rzeczy, Rosjanie w odróżnieniu od Niemców nie traktowali nas nigdy jak gorszej rasy ludzkiej, a my nie potrafimy tych faktów wykorzystać w polityce historycznej przede wszystkim ze względu na naszą ideologiczną antyrosyjskość. Mało tego – ten ostatni aspekt (emocjonalna antyrosyjskość, traktowanie „ruskich” jako ludzi o niższym stopniu rozwoju cywilizacyjnego, a nawet traktowanie prawosławia jako ekspozytury Rosji) blokuje nam możliwość odwoływania się do najlepszych tradycji polskiej tolerancji w oparciu o historyczne fakty, bo ona wzięła się przecież w dużej mierze z tego, że, w odróżnieniu od krajów Zachodu, przez kilkaset lat większość naszych władców piastowskich i jagiellońskich traktowała jako własne oba obrządki, tj. zachodni, łaciński i wschodni (co ostatnio doskonale przypomina w swoich publikacjach Antoni Mironowicz).
Szkopuł zatem w tym, że potencjalna korekta naszej polityki historycznej w kierunku pozytywnej promocji „polskiej tolerancji”, związana ze słusznym odwoływaniem się w przypadku naszych dziejów do wartości chrześcijańskich, wymuszałaby dochowania szacunku dla wielu reprezentantów rzymskiego katolicyzmu (w tym oczywiście także duchownych – wszak nawet oryginalną cechą polskiego Oświecenia była niespotykana gdzie indziej dominacja w nim kleru) oraz rozmaitych różnowierców, w tym traktowanych z dystansem prawosławnych „ruskich”, przy jednoczesnej rezygnacji z wielce wątpliwego od strony faktów historycznych dominującego przekazu, że polska racja stanu była na przestrzeni millenium zawsze zgodna z interesami Kościoła rzymskokatolickiego i papiestwa.
dr Andrzej Dwojnych
przez Radosław Stupak | niedziela 3 października 2021 | Jesień 2021
Pisząc o zdrowiu psychicznym, należy ważyć słowa.
Tworząc tekst publicystyczny dotyczący zdrowia psychicznego, a stawiający, lub nawet tylko prezentujący, kontrowersyjne tezy, ma się podwójnie utrudnione zadanie. Formuła takiej próby wymaga pewnych skrótów, pominięć, uproszczeń i uniemożliwia gęste cytowanie doniesień naukowych. Narażać to może autora na zarzuty o nierzetelność i nienaukowość, nawet jeśli prezentowane tezy są dobrze udokumentowane oraz w bardziej pogłębiony i zniuansowany sposób przedstawione gdzie indziej. Kilka poruszonych tutaj problemów, jak i samo zagadnienie zdrowia psychicznego, wydają się być silnie zideologizowane (w wielorakim rozumieniu tego słowa; na różnych poziomach pasowałyby tu zarówno ujęcia „konserwatywno-liberalne”, jak i „krytyczne” tego terminu). Mimo częstego podpierania się autorytetem nauki, wiele przekonań funkcjonujących w obiegu publicznym na temat zaburzeń psychicznych jako pewniki czy wręcz dogmaty, ma faktycznie raczej status hipotez roboczych lub nawet hipotez już sfalsyfikowanych i odrzuconych. Może to także rodzić pytania o właśnie „ideologiczną” rolę nauki jako takiej, choćby tylko hasłowo wykorzystywanej. Nie jest przecież tak, że istnieje jakieś „jedynie prawdziwe, niepodważalne i niezmienne stanowisko nauki”, co pandemia Covid-19 boleśnie pokazała. Mimo to, a może właśnie dlatego, warto przedstawić niektóre z argumentów krytycznych wobec współczesnej psychiatrii, szczególnie że ich znaczenie i siła oddziaływania zdają się w ostatnim czasie rosnąć, wraz z pogłębiającym się poczuciem, że problemy ze zdrowiem psychicznym stanowią jedno z głównych wyzwań, z którymi mierzy się współczesna cywilizacja zachodnia.
Głośne na świecie książki Roberta Whitakera „Szaleńcy w Ameryce: Zła nauka, zła medycyna i przedłużające się złe traktowanie chorych psychicznie” z 2002 r. (Mad in America: Bad Science, Bad Medicine, and the Enduring Mistreatment of the Mentally Ill) oraz „Anatomia epidemii: magiczne pigułki, leki psychiatryczne i zadziwiający wzrost chorób psychicznych w Ameryce” z 2010 r. (Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America), z jakiegoś powodu nie przebiły się do publicznej debaty w Polsce, mimo że otrzymały na Zachodzie szereg prestiżowych nagród. W debacie naukowej prowadzonej w ramach psychiatrii spotkać można co najwyżej rzadkie o nich wzmianki, zazwyczaj próbujące umniejszać ich znaczenie i rzetelność z pozycji naukowego autorytetu, mimo że Whitaker wielokrotnie drobiazgowo wykazywał nierzetelność stawianych mu zarzutów. Nieco inaczej wygląda sytuacja w naukach społecznych i humanistycznych, gdzie przebijają się tezy zbliżone do pozycji Whitakera lub też wprost odwołania do niego i jego książek (często zresztą cytowanych w światowej literaturze naukowej). Na świecie głosy podobne do spojrzenia Whitakera płyną także z ust uznanych autorytetów psychiatrii, psychologii i psychoterapii, naukowców i praktyków, choć wciąż jest to opinia mniejszości, często oskarżanej o prezentowanie stanowiska „antypsychiatrycznego”, „nienaukowego” czy nawet „niebezpiecznego”.
Whitaker nie ma wykształcenia medycznego, co chętnie podnoszą krytycy próbujący podważyć jego wiarygodność. Z zawodu jest dziennikarzem, od początku kariery zajmującym się przede wszystkim medycyną. Sam podkreślał, że zaczynał pracę z typowym dla dziennikarzy naukowych nastawieniem, w którym zadaniem dziennikarza jest właściwie wyłącznie bezkrytyczne zreferowanie poglądów przedstawianych przez naukowców, najlepiej w optymistycznym tonie: nowy cudowny lek, odkryto geny itp. Jednak gdy pracował nad materiałem dotyczącym leków przeciwpsychotycznych, uderzył go fakt, że w ramach badań klinicznych części pacjentów leki te się odstawia – aby stanowili grupę kontrolną dla osób przyjmujących leki. Uznał, że w świetle powszechnego podkreślania, jak ważne jest stałe przyjmowanie neuroleptyków i jak niebezpieczne jest ich odstawianie, to zjawisko co najmniej dziwne, jeśli nie nieetyczne, szczególnie że w przypadku, którym się zajął, w trakcie badań klinicznych doszło do samobójstwa. Zaczynał więc od niezachwianej wiary w psychiatryczną narrację. Gdy jednak zaczął samodzielnie studiować literaturę naukową, szczególnie pod kątem skuteczności i mechanizmów działania leków psychiatrycznych, stopniowo odkrywał, że wiele z dotychczasowych przekonań ma niewiele wspólnego z prawdą.
Przytoczone już tytuły książek Whitakera mówią w dużej mierze same za siebie, ale warto krótko je omówić. Przede wszystkim autor przedstawia dane dotyczące liczby ludzi otrzymujących zasiłki z powodu niezdolności do pracy spowodowanej problemami psychicznymi. Okazuje się, że liczby te znacznie, nawet kilkakrotnie, wzrosły po wprowadzeniu do powszechnego użycia leków psychiatrycznych. Można by to jednak na różne sposoby wytłumaczyć, pokazuje więc również, że już po wprowadzeniu Prozacu nadal rosła liczba ludzi niezdolnych do pracy z powodu depresji. Jeśli „nowoczesne leki antydepresyjne” byłyby tak skuteczne, jak to często się przedstawia, powinniśmy raczej oczekiwać spadku liczby ludzi trwale niezdolnych do pracy z powodu zaburzeń nastroju – nie zaś wzrostu.
W opowieści, która łączy historię, kontekst społeczny, instytucjonalną stronę nauki i psychiatrii, doniesienia naukowe i ich krytyczną analizę, Whitaker pokazuje, jak zmieniała się psychiatryczna narracja oraz jak powstała ta dominująca współcześnie; jakie stały za nią motywacje, jakiego rodzaju logiczne i właśnie stricte naukowe problemy skrywa. Przygląda się przy tym bardziej szczegółowo przede wszystkim tzw. lekom przeciwpsychotycznym (neuroleptykom), benzodiazepinom, antydepresantom, depresji, chorobie afektywnej dwubiegunowej i schizofrenii. Pokazuje, jak splot wymienionych wcześniej czynników prowadzi ostatecznie do „rozprzestrzeniania się epidemii chorób psychicznych na dzieci”. Whitaker stworzył później także organizację i portal Mad in America, na którym publikuje wielu uznanych badaczy i praktyków.
Wyłaniający się z książek Whitakera obraz wpisuje się nie tylko w coraz powszechniej, także wśród części psychiatrów i środowisk naukowych, podzielane przekonanie, że wobec „epidemii zaburzeń psychicznych” głównonurtowa psychiatria jest bezradna. Ale i wręcz, że częściowo (jeśli nie w dużym stopniu) jest ona za ten problem odpowiedzialna. Jednym z ważniejszych problemów, na które wskazuje Whitaker, jest historia i proces powstania trzeciej wersji „Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders” (DSM, tzw. biblii psychiatrii, zawierającej definicje i kryteria diagnostyczne chorób psychicznych), w której interesy psychiatrii jako instytucji i grupy zawodowej niebezpiecznie zbliżyły się do interesów koncernów farmaceutycznych. Arbitralne de facto definicje zaburzeń decydują bowiem o często dożywotnim stosowaniu farmakoterapii. Kolejne wersje DSM jeszcze ten problem pogłębiły, a w komisjach pracujących nad definicjami większość stanowiły osoby powiązane finansowo z biznesem.
Problemy te obrazuje np. jedna ze zmian wprowadzonych w ramach jedenastej wersji International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems (ICD-11). ICD, międzynarodowa klasyfikacja chorób, zawiera także część dotyczącą diagnozowania zaburzeń psychicznych i w dużej mierze – choć nie całkowicie – pokrywa się z DSM. Sam ten fakt pokazuje również problemy diagnostyczne: według DSM ktoś może cierpieć na jakieś zaburzenie, a według ICD – nie, czyli być zdrowym lub cierpieć na jakieś inne. Niektóre zaburzenia występują w jednej klasyfikacji, a w innej nie. Teoretycznie można położyć się spać zdrowym, a, po zmianie definicji, obudzić chorym (albo na odwrót), choć nic w naszym stanie czy zachowaniu nie zmieniło się, lub też zasnąć z jednym zaburzeniem, a obudzić się z innym, gdy ich nazwy i definicje się zmienią.
W ramach zmian wprowadzonych do ICD-11 usunięto kategorię pojedynczego epizodu maniakalnego/hipomaniakalnego, co sprawia, że każdy, nawet pojedynczy epizod maniakalny lub hipomaniakalny oznaczać musi diagnozę CHAD (zaburzenia afektywnego dwubiegunowego). Jest to problematyczne z dwóch powodów. Po pierwsze „hipomania” to stan, który zdiagnozować można byłoby u bardzo wielu ludzi – w uproszczeniu to po prostu relatywnie krótki okres lepszego niż zwykle humoru, większej energii, obniżonej potrzeby snu, które jednak nie dezorganizują życia; do diagnozy CHAD nie ma wtedy nawet konieczności występowania epizodu depresji. Po drugie diagnoza CHAD, jak często się podkreśla w oficjalnej narracji, oznacza konieczność długotrwałej lub nawet dożywotniej farmakoterapii. Diagnoza pojedynczego epizodu pozwalała zgodnie z procedurami na uniknięcie takiego rozwiązania. Diagnoza CHAD wręcz je wymusza. O ile jednak, w ramach DSM, odpowiedź na antydepresanty „przekraczającą nasileniem spodziewany efekt” należy diagnozować jako manię, a więc jako CHAD (choć możemy mieć do czynienia z wyindukowaną antydepresantami manią lub hipomanią, a nie z „prawdziwym” epizodem maniakalnym w przebiegu CHAD, którego bez zastosowania antydepresantów nie byłoby w ogóle), to ICD, na razie, takiego rozwiązania nie narzuca.
Whitaker wyraźnie sympatyzuje przy tym z ruchem nazywanym psychiatrią społeczną, który to ruch, tak jak i psychoanaliza, wraz z ekspansją stricte biomedycznego ujmowania zaburzeń psychicznych, został zmarginalizowany. Oba te podejścia widziały leki psychiatryczne nie jako klasyczne lekarstwa działające na zasadzie „magicznej pigułki” eliminującej biologiczne przyczyny problemów, ale jako substancje, które, choć tymczasowo mogą łagodzić cierpienie, nie rozwiązują istoty problemów, mających raczej podłoże społeczne, kulturowe czy wewnątrzpsychiczne, i właśnie w tych obszarach widziały właściwe pole dla działań terapeutycznych, a także niekoniecznie stricte „terapeutycznych”, jak np. poprawa warunków materialnych życia ludzi.
O tym, że jego książki nie zostały bynajmniej przez środowisko naukowe odrzucone jako wyssane z palca i zignorowane świadczy także fakt, że Whitaker i Lucy Cosgrove (badaczka zatrudniona ówcześnie na Uniwersytecie Harvarda) przygotowali kolejną książkę, tym razem skupiającą się już głównie na przedstawieniu korupcjogennego wpływu przemysłu farmaceutycznego na psychiatrię, samą psychiatrię traktując właściwie jako case study obrazujące zjawisko niekorzystnego wpływu koncernów na różne instytucje publiczne, medyczne i naukowe w ogóle. Polska badaczka, Emilia Kaczmarek, autorka książki „Gorzka pigułka: etyka i biopolityka w branży farmaceutycznej”, w artykule opublikowanym w „British Journal of Clinical Pharmacology” wymienia: „Przedstawiciele handlowi i reklama leków skierowana do lekarzy, reklama skierowana bezpośrednio do konsumentów, marketing treści w internecie, kampanie zwiększające świadomość społeczną chorób, sponsorowane stowarzyszenia medyczne, lobbing, astroturfing, sponsorowane organizacje pacjentów, sponsorowana edukacja medyczna, sponsorowane badania, sponsorowane konferencje medyczne i szerszy wpływ ekspertów medycznych zatrudnianych przez firmy, zwanych Kluczowymi Liderami Opinii”.
Kluczowi Liderzy Opinii to, w pewnym uproszczeniu, prominentni psychiatrzy lub w ogóle lekarze czy naukowcy, jeśli abstrahować od psychiatrii jako takiej zatrudniani przez koncerny. Firmują swoim nazwiskiem badania prowadzone przez te firmy (choć często nie mają z ich faktycznym powstaniem nic wspólnego, a nad całością czuwają od początku do końca pracownicy przemysłu), a z drugiej kształtują publiczną narrację dotyczącą zaburzeń psychicznych i prowadzą szkolenia dla mniej utytułowanych kolegów, mocą autorytetu naukowego legitymizując przekaz koncernów. „Szeregowi lekarze”, którzy często informacje czerpią właśnie z takich źródeł lub bezpośrednio od przedstawicieli handlowych koncernów farmaceutycznych, nie mają zazwyczaj kontaktu z literaturą naukową, a ponadto w ramach kształcenia do wykonywania zawodu nie są uczeni podstaw metodologii badań naukowych i klinicznych, mogą więc, nawet kierując się najszczerszymi i najlepszymi intencjami, działać na niekorzyść pacjentów. Książka Marcii Angell „Prawda o firmach farmaceutycznych: Jak nas oszukują i co z tym zrobić” (The truth about the drug companies: how they deceive us and what to do about it), pracującej na Harvardzie byłej redaktorki „New England Journal of Medicine”, a więc jednego z najważniejszych i najbardziej prestiżowych czasopism medycznych na świecie, także przeszła w Polsce właściwie niezauważona. Autorka, bogata w osobiste doświadczenie z „pierwszej linii frontu”, pokazuje w książce m.in. negatywny wpływ koncernów farmaceutycznych także na same czasopisma naukowe, częściowo utrzymywane z reklam od koncernów, co pozwala firmom pośrednio i bezpośrednio wpływać na publikowane treści (również blokując publikację tych niezgodnych z ich linią).
W artykule opublikowanym w „Harvard Review of Psychiatry” w 2020 r. autorzy piszą, że postępy neuronauk nie przekładają się na postępy w praktyce klinicznej, a jednak dominujący w mediach przekaz (kształtowany m.in. przez wspomnianych już Kluczowych Liderów Opinii) przedstawia zaburzenia psychiczne jako choroby mózgu leczone przez naukowo opracowane lekarstwa (oraz dobranie „właściwego leku” do „trafnej diagnozy”). Artykuł pokazuje, w jaki sposób wyniki biomedycznych badań są zniekształcane i wyolbrzymiane, zarówno przez badaczy, jak i później przez media, oraz wskazują na przyczyny tych zjawisk, związane m.in. z konkurencją i walką o fundusze wśród naukowców. Wyniki falsyfikujące lub przynajmniej niuansujące wyolbrzymione twierdzenia nie trafiają do mediów i często pomijane są także w ramach debaty stricte naukowej – przyczynia się do tego zjawisko niepublikowania negatywnych wyników prób klinicznych i ich rzadszego cytowania. Redukcjonistyczny obraz zaburzeń psychicznych, mimo że został już właściwie przez naukę odrzucony (jak np. w wypadku hipotezy „nierównowagi chemicznej mózgu”), negatywnie wpływa na pacjentów, także w związku ze stygmatyzującym efektem esencjalistycznych koncepcji zaburzeń psychicznych. Autorzy wspomnianego artykułu dodają też, że taki dyskurs przykrywać może rzeczywiste przyczyny problemów psychicznych, np. zmniejszoną mobilność w kontekście awansu społecznego, czynniki społeczne, takie jak ubóstwo, zastępując je odwołaniami do biologii.
Dobrym przykładem tego zjawiska jest głośna metaanaliza Andrei Ciprianiego, której wyniki trafiły do najbardziej wpływowych światowych i polskich mediów („Guardian” np. ogłaszał w nagłówku: „To oficjalne! Antydepresanty to nie oszustwo i spisek – działają!”). Opublikowana później w BMJ Open reanaliza statystyczna tych wyników, która pokazywała m.in., że ze względu na zastosowanie przez zespół Ciprianiego nietypowego sposobu oceny skuteczności leczenia, wyniki i ich prezentacja były nadmiernie optymistyczne, a faktycznie nie różniły się właściwie od publikowanych wcześniej metaanaliz pokazujących minimalną skuteczność antydepresantów (tak jak w głośnej metaanalizie Kirscha i opublikowanej także w Polsce książce „Nowe leki cesarza. Demaskowanie mitu antydepresantów”) – do mediów już nie trafiła.
I tak w latach 2000–2015 spożycie antydepresantów w krajach OECD wzrosło dwukrotnie (również w Polsce), a w niektórych nawet kilkakrotnie, np. pięciokrotnie w Słowacji. W Anglii ok. 16% populacji otrzymało w 2017 r. receptę na antydepresant, w sumie ponad 26% przyjmowało antydepresanty, opioidy, gabapentinoidy i benzodiazepiny lub tzw. niebenzodiazepiny (z-drugs). W 2019 roku oznaczało to już niemal osiem milionów Brytyjczyków na antydepresantach i nieco ponad dwa miliony na benzodiazepinach. Szacuje się też, że globalnie wartość rynku antydepresantów – a więc ich sprzedaż – w samym 2020 r. z powodu pandemii mogła się podwoić: z 14 do 28 miliardów dolarów.
W Polsce w 2018 roku „tylko” 1,4 miliona ludzi otrzymało receptę na antydepresant. Równocześnie, zgodnie z raportem NFZ, publiczne i prywatne wydatki na antydepresanty wyniosły ponad 400 milionów złotych (130 milionów było refundowane z budżetu), za to publiczne wydatki na psychoterapię depresji tylko 20 milionów. Podobnie ma się rzecz w innych krajach, np. w Anglii, według danych NHS, zapewnia się co najwyżej 25% „potrzeb” na psychoterapię, która i tak najczęściej sprowadza się wtedy do dosłownie kilku refundowanych sesji. Warto dodać, że raport NFZ dotyczący leczenia depresji koncentruje się niemal wyłącznie na ocenie wydatków na poszczególne leki oraz na poziomie stosowania się do farmakoterapii. Jeśli chodzi o trend, można powiedzieć, że „gonimy Zachód”. Niestety, nic nie wskazuje na to, aby sytuacja ta miała się radykalnie poprawić wraz z trwającą reformą psychiatrii.
W tym kontekście warto wspomnieć również o zarobkach psychologów w służbie zdrowia, niższych już od i tak niskich zarobków pielęgniarek. Kolejny alarmistyczny artykuł o zdrowiu psychicznym niewiele zmieni, jeśli zarobki psychologów pozostaną tak niskie. Bez radykalnej zmiany tej sytuacji nie może być mowy o żadnej poprawie opieki, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne, szczególnie dzieci, ponieważ aktualnie praca w służbie zdrowia często jest dla psychologów tylko przystankiem w drodze do otwarcia prywatnej praktyki. Sprawia to, że wykwalifikowana pomoc dostępna jest niemal wyłącznie dla zamożnych – a to właśnie ludzie w trudnej sytuacji materialnej częściej potrzebują pomocy. W dodatku szkolenie psychoterapeutyczne jest bardzo drogie, co ogranicza jego dostępność osobom bez wsparcia krewnych lub mniej zarabiającym. Sprawia to, że psychoterapia staje się luksusową usługą dla zamożnej klasy średniej (lub też klasy wyższej, jeśli przyjąć definicję klas odwołującą się do poziomu dochodów), świadczoną przez przedstawicieli tej klasy. Terapeuci, z powodu różnicy doświadczeń i kodów kulturowych, mogą mieć problem ze zrozumieniem problemów ludzi gorzej sytuowanych i nawiązaniem z nimi odpowiedniej relacji terapeutycznej. Nie tylko świadczeniu usług, ale również szkoleniu psychoterapeutycznemu należałoby się więc przyjrzeć pod kątem uczynienia go bardziej dostępnym, np. poprzez różne formy finansowania ze środków publicznych. Nieśmiałym krokiem w tym kierunku jest wprowadzony niedawno program szkolenia psychoterapeutów dziecięcych.
Nie jest też tak, że antydepresanty sprawiają, iż ludzie stają się szczęśliwi. Andrzej Leder, w wywiadzie prowadzonym przez Grzegorza Sroczyńskiego, zwraca uwagę na szerszy kontekst, w jakim należy rozpatrywać depresję, co jednak symptomatyczne odwołuje się niemal wyłącznie do rozterek i aspiracji klasy średniej, pomijając bezpośredni wpływ czynników ekonomicznych takich jak np. ubóstwo. Mówi przy tym: „Działanie leków polega na zmniejszaniu odczuwania emocji, właściwie wszystkich, a nie na produkowaniu tych dobrych”. Jest to opinia, którą zdają się potwierdzać badania. Jeśli chodzi o leki stosowane przede wszystkim w leczeniu schizofrenii i CHAD, wielu pacjentów mówi nawet o „zamienianiu w zombie”; pierwsze doniesienia o neuroleptykach określały ich efekt jako „chemiczną lobotomię”. Pojawiają się też wyniki badań wskazujące, że, po pierwsze, prezentowanie problemów psychicznych jako „chorób jak wszystkie inne” (czyli właśnie: biologicznych problemów, problemów z mózgiem, które leczyć należy biologicznie) pogłębia stygmatyzację i autostygmatyzację osób określanych jako chore psychicznie. Po drugie, może to wręcz prowadzić do gorszych wyników terapii – przekonanie o posiadaniu chorego mózgu, wadliwych genów itp. może zmniejszać nadzieję na „wyzdrowienie”, prowadząc niejako do samospełniającej się przepowiedni.
Na dodatek właściwie nie ma przekonujących badań, które pokazywałyby, że istnieje związek pomiędzy farmakologicznym leczeniem depresji a spadkiem liczby samobójstw lub mniejszym ryzykiem samobójstwa, za to istnieją badania kliniczne i inne dane, sugerujące wręcz, że stosowanie popularnych antydepresantów zwiększa ryzyko samobójstw. Mówienie o jednoznacznym związku przyczynowo-skutkowym mogłoby być nadużyciem, jednak niedawno w Australii minister zdrowia zlecił analizę możliwości jego występowania – z powodu badań pokazujących, że wraz ze wzrostem stosowania antydepresantów wśród młodzieży doszło do gwałtownego wzrostu liczby samobójstw. Między 2008 a 2018 rokiem stosowanie antydepresantów wśród dzieci i młodych dorosłych wzrosło tam o 66%, a liczba samobójstw o 49%. Między 2006 a 2016 o 98% wzrosła też liczba celowych samootruć (głównie zresztą… przy pomocy przepisanych wcześniej lekarstw). Amerykańska Food and Drug Administration (FDA) już wiele lat temu umieściła na opakowaniach leków oficjalne ostrzeżenie, że antydepresanty stosowane u młodych ludzi zwiększają ryzyko samobójstwa. W USA, w populacji ogólnej, wzrostowi stosowania antydepresantów pomiędzy 1999 a 2014 r. o 65% towarzyszył wzrost współczynnika samobójstw o 33% pomiędzy 1999 a 2017 r. Pokazuje to przynajmniej, że obecne podejście do zaburzeń psychicznych i problemu samobójstw jako takich jest niewystarczające. Rzadko też pojawia się komunikat, że samobójstwo może mieć wiele różnych przyczyn, nawet według oficjalnych statystyk może być konsekwencją np. problemów finansowych, a nie zaburzeń psychicznych jako takich.
Wbrew powszechnej narracji, wyniki leczenia w przypadku zaburzeń nastroju i zaburzeń psychotycznych, szczególnie jeśli chodzi o perspektywę dłuższą niż krótkoterminowe badania kliniczne, nie są lepsze, a według niektórych danych – są nawet gorsze, niż przed erą farmakoterapii. Niektórzy badacze wskazują, że nawet jeśli leki pozwalają początkowo na „szybsze wyzdrowienie”, to ich stosowanie powodować może większą podatność na „zachorowanie” w przyszłości. Z jednej strony leki mogą bowiem maskować objawy, nie wpływając jednak na ich faktyczne przyczyny, z drugiej, na poziomie biologicznym, prowadzić mogą do zmian, które kolejny epizod czynią bardziej prawdopodobnym, a nawet cięższym.
Stopniowo do literatury naukowej przebijają się badania wskazujące na znacznie częstsze, dłuższe i cięższe objawy odstawienia związane z antydepresantami niż to się początkowo wydawało. Trwać mogą one nawet wiele miesięcy, w przypadku nawet 1/4 zażywających antydepresanty objawy mogą być ciężkie. Objawy te często mylone są z „nawrotem choroby”. Swoje stanowisko w tej sprawie, przyznając, że zjawisko to było wcześniej niesłusznie bagatelizowane, zmienił nawet brytyjski Royal College of Psychiatrists. Na problemy te długo zwracali uwagę obecni i byli pacjenci, ignorowano ich jednak, w związku z czym opracowali własne metody bezpiecznego odstawiania leków. Po wielu latach także te metody zaczynają przebijać się do literatury naukowej i znajdują potwierdzenie w badaniach neurobiologicznych. Przypomina to nieco sytuację z benzodiazepinami, które (jak wiele innych leków wcześniej) prezentowane były początkowo jako bezpieczne i nieuzależniające, z czasem jednak okazało się, że jest inaczej. Potencjał uzależniający benzodiazepin był właśnie jednym z powodów wprowadzenia na rynek antydepresantów typu Prozac. W tym kontekście „renesans psychodeliczny” może jawić się jako poszukiwanie nowych substancji, które mogłyby zastąpić „nowoczesne antydepresanty” obecne na rynku od ponad 30 lat. Jak jednak mówi Rosalind Watts, jedna z badaczek odpowiedzialnych za badania kliniczne porównujące psylocybinę z popularnym antydepresantem: „Psylocybina to wspaniałe narzędzie. Ale myślę, że nasze wyniki pokazują magię prawdziwej troski, czasu, obecności, szacunku i bycia częścią leczniczej społeczności. I tego właśnie boleśnie brakuje w naszym systemie psychiatrycznym. Jeśli więc psylocybina stanie się po prostu kolejnym lekiem, będzie to tak samo nieciekawe i ostatecznie rozczarowujące jak SSRI były dla wielu. A psychodeliki bez troskliwej społeczności mogą okazać się nie tylko nieskuteczne, ale i ryzykowne”.
Na nadmierną medykalizację wprost wskazał nawet opublikowany niedawno raport WHO zawierający wskazówki dotyczące organizacji opieki środowiskowej. Raport ONZ z kolei porównał stosowanie przymusu w psychiatrii do tortur. W „Psychiatric Times” ukazał się niedawno wywiad z jego autorem, litewskim psychiatrą Dainiusem Pūrasem. Powiedział on, że największe wrażenie zrobiły na nim relacje pacjentek, które, choć często pacjentkami stają się z powodu różnego rodzaju przemocy, doświadczenie unieruchomienia pasami porównują właśnie do doświadczenia bycia zgwałconą. Prosić miały Pūrasa, żeby przekazał psychiatrom, aby zaprzestali tego rodzaju praktyk. Uchwalona kilka lat temu Konwencja ONZ o Prawach Osób z Niepełnosprawnościami, opracowana we współpracy z pacjentami i byłymi pacjentami (nazywającymi siebie czasem „ocalonymi z psychiatrii”), miała znacznie ograniczyć lub wręcz wyeliminować stosowanie przymusu w psychiatrii. Spotkała się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem środowisk psychiatrycznych. Mówiono wręcz o tym, że „przeczy ona zdrowemu rozsądkowi” i dlatego „należy ją zignorować”. Aktualnie prowadzone są prace mające na celu „rozmontowanie” Konwencji. W jednym z badań wykazano, że w USA pomiędzy 1993 a 2003 rokiem, z powodu stosowania unieruchomienia zmarło 45 dzieci, a żaden z 23 przypadków, w których dostępna była dokumentacja, nie spełniał kryteriów „zagrożenia dla siebie lub otoczenia”, które, zgodnie z przepisami, usprawiedliwiają użycie takich środków.
W tym kontekście należałoby też chyba spojrzeć na głośną sprawę Britney Spears. Piosenkarka została całkowicie pozbawiona kontroli nad własnym życiem, co umotywowane zostało „chorobą psychiczną” i troską o jej zdrowie. Uczyniono z niej właściwie niewolnicę. W polskich mediach trafiają się czasem relacje dotyczące przymusowego leczenia i przemocy personelu wobec pacjentów (np. głośny tekst Justyny Kopińskiej „Oddział chorych ze strachu”). Jednak poza, w najlepszym razie, wywołaniem krótkiego wzmożenia moralnego, nie prowadzą do żadnych rzeczywistych zmian.
Mark Fisher pisał: „Jeśli lewica chce zakwestionować realizm kapitalistyczny, to zadanie repolityzacji choroby psychicznej jest kwestią nadzwyczaj palącą”. Ten fragment jego głośnej książki przeszedł jednak właściwie niezauważony. Z tej perspektywy biomedyczna psychiatria jawić może się wręcz jako „opium” farmakologiczne i ideologiczne równocześnie (a kolejne skojarzenie z wykreowanym przez koncerny kryzysem opioidowym wcale znów nie tak odległe), łagodzące cierpienie (nawet jeśli tymczasowo i ostatecznie złudnie), ale i blokujące drogę do przekroczenia go w stronę mniej wyalienowanego świata. „Prywatyzację stresu”, o której pisał Fisher, można by też ująć jako jedną z indywidualnych strategii przetrwania, w której, zamiast kolektywnie walczyć o lepsze warunki pracy, korzystamy np. z krótkoterminowych zwolnień wystawianych przez psychiatrów, które, choć pozwalają złapać oddech, niczego ostatecznie nie zmieniają. Walka o prawa pracownicze grzęźnie więc w kolejkach do poradni zdrowia psychicznego.
Jednym z postulatów prawdziwie środowiskowo i społecznie zaangażowanej i zorientowanej psychiatrii mogłoby być wprowadzenie Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (Universal Basic Income). Szereg badań wskazuje na związek nierówności społecznych, ubóstwa itp. z częstotliwością diagnozowania zaburzeń psychicznych. Istnieją nawet badania pokazujące, że podnoszenie płacy minimalnej prowadzi do spadku liczby samobójstw. Prawdopodobnie za odnotowane niedawno zahamowanie trendu wzrostowego w liczbie samobójstw w Polsce odpowiadają przede wszystkim program 500+, podniesienie płacy minimalnej i inne rozwiązania socjalne. Z kolei wzrost liczby prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży, przy równoczesnym spadku liczby samobójstw, też trudno wytłumaczyć pomijając czynniki społeczne i kulturowe. Nawet w dużych mediach spotkać się można z wypowiedziami psychiatrów narzekających na rozpad więzi społecznych, przepracowanie, niestabilną sytuację zawodową, brak poczucia bezpieczeństwa i problemy finansowe jako faktyczne przyczyny problemów pacjentów. A jednak lekarstwem na te problemy ma być farmakoterapia lub psychoterapia, które miałyby do takich warunków pozwolić się przystosować lub przynajmniej złagodzić ból. To nie działa, na co wskazują wyniki systemów ochrony zdrowia psychicznego finansowanych znacznie lepiej niż polski, jak np. system brytyjski.
Z perspektywy zdrowia publicznego, podobnie jak ma to miejsce np. w walce z chorobami płuc, wprowadzono rozwiązania dotyczące zakazu palenia w miejscach publicznych czy regulacje dotyczące jakości powietrza w miastach, tak w ramach walki z „epidemią zaburzeń psychicznych” żądać można wprowadzenia Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego. Ostatecznie nie o to przecież chodzi, żeby „zwiększać nakłady na usługi publiczne i służbę zdrowia” lub, w tym kontekście, „psychiatrię”. Chodzi o to, żeby ludzie byli zdrowsi i żyło się im lepiej.
Radosław Stupak – psycholog, doktorant na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracuje nad doktoratem z psychologii: „Model biomedyczny w psychopatologii i opozycja wobec niego. Perspektywa psychologiczna” i filozofii: „Ideologia psychiatrii. Psychiatria w świetle teorii krytycznej i filozofii kultury, aspekty egzystencjalne i fenomenologiczne”. Studiował także m.in. na Petersburskim Uniwersytecie Państwowym, Uniwersytecie Radbouda, Uniwersytecie w Groningen i ukończył dwuletnie szkolenie z psychoterapii przy Collegium Medicum UJ. Publikował m.in. w czasopismach „Diametros”, „Psychiatria Polska”, „Archives of Psychiatry and Psychotherapy”, „Theory & Psychology”, „International Journal of Environmental Research and Public Health”, „Psikhologicheskii Zhurnal”. Recenzował dla „Theory & Psychology” i „Journal of Humanistic Psychology”.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 3 października 2021 | edytorial, Jesień 2021, Kwartalnik
Niewiele jest tematów, które stanowią aż taki samograj, jeśli chodzi o przekonywanie odbiorców, iż dana kwestia jest ważna. Wielokrotnie w ciągu ponad 20 lat tworzenia pisma sięgaliśmy po tematykę nieoczywistą, niełatwą i przynajmniej w pierwszym odruchu wywołującą pytanie, po co ktoś miałby o tym czytać. Czasami podnosiliśmy jakiś temat jako pierwsi w Polsce, nierzadko jako jedni z nielicznych. Nie zawsze łatwe było przekonanie odbiorców, szczególnie zanim nastały obecne mody, że istotne są na przykład tematyka ekologiczna, kondycja transportu zbiorowego czy promowanie ekonomii innej niż balcerowiczowska. Co innego zdrowie i jego ochrona.
Tej kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że zdrowie jest ważne. Może jedynie ludzi młodych i w świetnej kondycji, aczkolwiek życie w szybko starzejącym się społeczeństwie sprawia, że nawet dzisiejsi dwudziestolatkowie stykają się w swoim otoczeniu z wyzwaniami i dolegliwościami natury medycznej. To coraz częściej problem numer jeden jednostek, rodzin czy większych zbiorowości. Koszty leczenia, kolejki do gabinetów specjalistów, obcowanie z bólem i cierpieniem bliskich osób, problemy z zapewnieniem odpowiedniej opieki medycznej – to codzienność wielu ludzi w Polsce. Nawet gdybyśmy chcieli o tym zapomnieć, rzeczywistość nie pozwala. A gdyby tego było mało, swoją ponurą cegiełkę dołożyła pandemia koronawirusa.
O tym wszystkim jest bieżący numer. Wieloaspektowo przyglądamy się ochronie zdrowia, kondycji naszych rodaków i innym sprawom z tej działki. Piszemy o zdrowiu fizycznym i psychicznym oraz o tym, co im zagraża. Jak wygląda leczenie w różnych sektorach. Przed jakimi wyzwaniami stoimy w finansowaniu opieki medycznej oraz jakie liberalne mity panują na ten temat. Jakie są bariery w dostępie do porządnej medycyny. Co się dzieje z kadrami tego sektora i jak należy dowartościować tych, którzy walczą na pierwszej linii frontu naszego leczenia. I o wielu innych kwestiach.
Oczywiście jest to temat tak szeroki, że nie wszystkie ważne sprawy udało się opisać. Będziemy do tego wracali w przyszłości. Ale jestem przekonany, że zgromadzona w tym numerze dawka wiedzy jest spora i przydatna, a także zawiera wątki nieoczywiste i rzadko dyskutowane publicznie. W numerze mamy również kilka tekstów na inne tematy, żeby nie przytłoczyć Was zupełnie tematyką zdrowotną.
Zapraszam do lektury całości! Wszyscy byliśmy, jesteśmy lub będziemy pacjentami. Oby w jak najlepszych realiach opieki i wsparcia przy powrocie do zdrowia. Oddajemy w Wasze ręce dawkę informacji o tym, jak, dlaczego i za pomocą jakich działań sprawić, aby te realia były lepsze niż obecne.
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.
przez Karol Trammer | wtorek 28 września 2021 | opinie
Samorząd województwa łódzkiego myśli o włączeniu linii wąskotorowej Rogów – Rawa Mazowiecka – Biała Rawska w regionalną sieć połączeń kolejowych. Ogłoszony został przetarg na opracowanie ekspertyzy, która wskaże kierunki rozwoju kolejki. Firmy planistyczne mogą składać swoje oferty do 16 września 2021 r.
Czy od rogowskiej kolejki zacznie się zwrot w historii wąskotorówek? W Polsce – zupełnie inaczej niż zagranicą – już od lat nie widziano w nich potencjału i możliwości wykorzystania w systemie transportowym.
Czas znikania
Między Rogowem, Rawą Mazowiecką a Białą Rawską regularny ruch pociągów pasażerskich był prowadzony do czerwca 2001 r. Wówczas Polskie Koleje Państwowe – za prezesury Krzysztofa Celińskiego – jedną decyzją zakończyły działalność wszystkich kolei wąskotorowych, a nadzorującą je Dyrekcję Kolei Dojazdowych postawiły w stan likwidacji. Wielu wąskotorówkom nie udało się jednak dotrwać nawet do tego momentu.
Część kolejek – jak bogatyńską, podlaską, zwierzyniecką – zamknięto już w latach 60. i 70. W tym czasie w rejonie dużych miast kolejne wąskie tory znikały, aby ustąpić miejsca poszerzanym drogom wylotowym. Tak stało się z Radzymińską Koleją Dojazdową, Wrocławską Koleją Dojazdową i kolejnymi odcinkami niegdyś rozległej sieci Grójeckiej Kolei Dojazdowej: Warszawa Południowa – Piaseczno – Góra Kalwaria i Warszawa Wilanów – Konstancin-Jeziorna
Schyłkiem regularnych przewozów liniami wąskotorowymi na Mazowszu były już lata 80. Sochaczewska Kolej Dojazdowa wycofała pociągi pasażerskie w 1984 r., by przekształcić się w Muzeum Kolei Wąskotorowej, które po dziś dzień od maja do września prowadzi przewozy turystyczne z Sochaczewa do Wilcza Tułowskiego na skraju Puszczy Kampinoskiej.
W połowie lat 80. zamknięty został ruch pasażerski na Mławskiej Kolei Dojazdowej, której sieć obejmowała Mławę, Ciechanów, Przasnysz i Maków Mazowiecki. W 1986 r. – zaledwie 36 lat po wybudowaniu kolejki – przestały kursować pociągi pasażerskie z Nasielska do Pułtuska. Otwarta w 1950 r. Nasielska Kolej Dojazdowa była jedyną wąskotorówką wybudowaną przez PKP po II wojnie światowej.
Wąskotorówki wypełniały luki w sieci linii normalnotorowych, zapewniając dostęp do kolei mieszkańcom Przasnysza, Makowa Mazowieckiego, Pułtuska czy Grójca.
Regularny ruch pasażerski na ostatnich fragmentach Grójeckiej Kolei Dojazdowej zlikwidowano na przełomie lat 80. i 90.: w 1988 r. przestały kursować pociągi pasażerskie między Grójcem a Nowym Miastem nad Pilicą, zaś w 1991 r. między Piasecznem a Grójcem. Do 1996 r. był jeszcze prowadzony ruch towarowy.
Od lat 70. przewóz ładunków na wąskotorówkach opierał się na wagonach-transporterach, na których przewożone były wagony normalnotorowe – tak docierały one do klientów rozlokowanych przy liniach wąskotorowych. Dzięki temu na stacjach stycznych wyeliminowano czasochłonny przeładunek towarów między wagonami normalnotorowymi i wąskotorowymi.
Choć lata 80. były już czasem szybkiego znikania wąskotorówek, to wówczas PKP zakupiły w zakładach FAUR w Rumunii 32 szynobusy MBxd2: w latach 1984-1986 powstało 20 pojazdów na potrzeby kolejek o szerokości toru 750 mm i 12 dla kolei z szerokością toru 1000 mm (podobnej inwestycji zabrakło wtedy dla lokalnych linii normalnotorowych: ogłoszony pod koniec lat 80. program zakupu 220 szynobusów nie został zrealizowany).
Do decyzji z 2001 r. o zamknięciu linii wąskotorowych dotrwało w regularnym ruchu osiem kolei dojazdowych: średzka, śmigielska, pleszewska, ełcka, krośniewicka, rogowska, koszalińska oraz stargardzka.
Pułapki na wąskim torze
Jedyną szansą na dalszy byt wąskotorówek w XXI wieku było przejęcie ich przez samorządy lokalne. Nie mniej istotny był zapał entuzjastów – zarówno miłośników dróg żelaznych, jak i kolejarzy porzucanych przez PKP razem z wąskotorówkami. Gotowi byli oni poświęcać swój czas, by dbać o tabor i infrastrukturę, a także służyć wiedzą i doświadczeniem w zarządzaniu kolejami wąskotorowymi. Lokalni włodarze zwykle na tym po prostu się nie znali, nawet jeśli byli pozytywnie nastawieni do przejęcia kolejek. Właśnie w celu utrzymania działalności wąskotorówek powstało Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych. Ta organizacja pasjonatów – której zakres działalności z biegiem lat uległ zmianom – zaangażowała się w dalsze funkcjonowanie między innymi Śmigielskiej Kolei Dojazdowej w Wielkopolsce. Nowym właścicielem tej wąskotorówki został Urząd Miasta i Gminy Śmigiel, operatorem SKPL, zaś naczelnikiem Wit Kreuschner, który tę samą funkcję pełnił w czasach, gdy kolejka działała w ramach PKP.
Codzienny ruch pociągów pasażerskich przywrócono w styczniu 2002 r., pół roku po jego zlikwidowaniu przez PKP. Obsługiwana trasa została wydłużona do Wielichowa, dokąd w ostatnich latach funkcjonowania kolejki pod banderą PKP już nie docierały pociągi pasażerskie. W 2003 r. otwarty został nowy przystanek Nietążkowo Szkoła, aby ułatwić dojazd uczniów do tutejszego zespołu szkół średnich.
Niestety na nowych właścicieli kolejek czyhały zastawione przez PKP pułapki. Śmigielska Kolej Dojazdowa po przejęciu przez gminę dowiedziała się, że będzie musiała płacić spółce PKP Polskie Linie Kolejowe 24 tys. zł rocznie za opuszczanie i podnoszenie szlabanu na przejeździe kolejowym w Starym Bojanowie. Wspólny dla wąskotorowki i linii normalnotorowej przejazd strzeżony był bowiem obsługiwany przez pracowników z nastawni na stacji normalnotorowej. W celu uniknięcia opłat podjęto decyzję o skróceniu trasy pociągów wąskotorowych, tak by nie musiały przejeżdżać przez feralny przejazd. Niestety oznaczało to, że przestały one docierać do peronu na stacji Stare Bojanowo, stycznej z linią normalnotorową. Przesiadający się między wąskotorówką a pociągami kursującymi linią Poznań – Leszno byli odtąd zmuszeni do pokonywania kilkuset metrów pieszo.
Regularny ruch pasażerski i towarowy był prowadzony do 2010 r., do kiedy śmigielską wąskotorówką zarządzało Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych. Od 2011 r. kolejką zarządza Zakład Komunalny w Śmiglu, który ogranicza się już tylko do uruchamiania pociągów turystycznych i okazjonalnych.
Stowarzyszenie przez sześć lat, od 2002 do 2008 r., prowadziło regularny ruch pasażerski i towarowy również na Krośniewickiej Kolei Dojazdowej, będącej jedną z pozostałości sieci wąskotorowej niegdyś rozciągającej się od Gniezna po aglomerację łódzką.
SKPL wciąż jest operatorem prowadzącym regularne przewozy na trójszynowej linii o prześwicie 750/1435 mm, łączącej Pleszew z położoną 3,5 km za miastem stacją na linii Poznań – Ostrów Wielkopolski. Linia Pleszew Wąskotorowy – Pleszew Miasto, po tym jak w 2001 r. PKP wycofało się z jej obsługi, należy do Urzędu Miasta i Gminy Pleszew.
Rosnące tempo
Rogowską Kolej Dojazdową w 2002 r. przejął od PKP powiat rawski. W to, aby tak się stało, zaangażowali się pasjonaci z Fundacji Polskich Kolei Wąskotorowych. Organizacja ta po dziś dzień zarządza należącą do powiatu kolejką, troszcząc się o jej tabor i infrastrukturę oraz uruchamiając pociągi turystyczne – w 2019 r. przewiozły one 24 tys. osób.
Ostatnio fundacji udało się uzyskać z budżetu państwa dotację w wysokości 1 mln zł na renowację parowozu Px48 i zapewnienie zaplecza do jego eksploatacji. Ma on zacząć prowadzić pociągi w 2022 r. – 46 lat od wycofania trakcji parowej na rogowskiej wąskotorówce.
Fundacja eksploatuje nie tylko tabor przekazany powiatowi rawskiemu przez PKP wraz z całą kolejką, ale także ściąga oraz restauruje lokomotywy i wagony ze zlikwidowanych wąskotorówek. W 2020 r. kupiła od PKP zniszczony szynobus MBxd2, który służył w Krośniewicach – trwa zbiórka pieniędzy na jego remont i przywrócenie do ruchu.
Fundacja zbiera również fundusze na remonty i bieżące utrzymanie infrastruktury. W latach 2016-2018 przeprowadzone zostały naprawy odcinków Rogów – Jeżów i Rawa Mazowiecka – Biała Rawska. Wciąż w złym stanie jest środkowy odcinek kolejki między Jeżowem a Rawą Mazowiecką – z tego powodu nie kursują nim pociągi z pasażerami, mogą tu odbywać się tylko przejazdy robocze i techniczne.
W czasach funkcjonowania regularnego ruchu na Rogowskiej Kolei Dojazdowej jej rozkład jazdy przez dwie dekady nie był zmieniany – pociągi kursowały w dokładnie tych samych godzinach od przełomu lat 70. i 80. Rozkład jazdy uległ zmianie w czerwcu 2000 r., a z początkiem kwietnia 2001 r. – na kilka miesięcy przed likwidacją połączeń – kursowanie zostało ograniczone do godzin przedpołudniowych.
49-kilometrową trasę z Rogowa do Białej Rawskiej pociąg pokonywał w ponad dwie godziny. Jadąca z prędkością około 35 km/h wąskotorówka coraz słabiej nadążała za rosnącym tempem życia.
Inwestycja w wąski tor
Czy w trzeciej dekadzie XXI wieku jest możliwy renesans kolei wąskotorowych: dostosowanie ich do dzisiejszych wymagań i wykorzystanie do normalnego zaspokajania potrzeb transportowych?
Na to pytanie ma odpowiedzieć ekspertyza zamawiana przez samorząd województwa łódzkiego. Założeniem jest wpięcie kolei wąskotorowej w regionalny system transportu w celu zapewnienia przejazdu z Rawy Mazowieckiej do Łodzi w nie więcej niż 1 godz. 10 min. – wąskotorówką do Rogowa, a dalej pociągiem Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej (jazda busem na tej trasie trwa około 1 godz. 30 min.).
Licząca 17 tys. mieszkańców Rawa Mazowiecka to po Bełchatowie największe miasto powiatowe województwa łódzkiego bez połączeń kolejowych. Stacja wąskotorówki w Rawie Mazowieckiej znajduje się 500 metrów od Placu Wolności – głównego punktu w mieście. Linia biegnie przez sześć gmin, które obecnie nie są obsługiwane transportem kolejowym.
Analiza określić ma zakres niezbędnych inwestycji w linię wąskotorową wraz z wskazaniem lokalizacji mijanek, nowych przystanków i punktów umożliwiających dowiązanie połączeń autobusowych. Ponadto rozpatrzona ma zostać koncepcja budowy odgałęzienia wąskotorówki do Centralnej Magistrali Kolejowej, na której w pobliżu Białej Rawskiej mogłaby powstać stacja pozwalająca na przesiadki między pociągami wąskotorowymi i dalekobieżnymi.
Koncepcja przebudowy posterunku Biała Rawska w celu umożliwienia postojów pociągów kursujących Centralną Magistralą Kolejową została zgłoszona przez samorząd województwa łódzkiego do Rządowego Programu Budowy lub Modernizacji Przystanków Kolejowych na lata 2021-2025. Ministerstwo Infrastruktury odrzuciło jednak ten wniosek.
Ekspertyza ma się przyjrzeć rynkowi taborowemu pod kątem zakupu nowych lub używanych składów wąskotorowych na potrzeby regularnego ruchu pasażerskiego.
W ramach prac analitycznych mają zostać przeprowadzone badania ankietowe wśród mieszkańców na temat ich kierunków i celów dojazdów. Na tej podstawie ma zostać zaprezentowana propozycja rozkładu jazdy. Uwzględnione mają zostać też potrzeby ruchu towarowego: przewozu kontenerów i wagonów normalnotorowych na platformach wąskotorowych oraz lokalizacji punktów ładunkowych.
Samorząd województwa łódzkiego oczekuje, że autorzy ekspertyzy wskażą możliwości zrealizowania inwestycji z wykorzystaniem funduszy Unii Europejskiej w perspektywie finansowej 2021-2027.
Wbrew pozorom
– „Największy potencjał efektywnego wpięcia w regionalne systemy transportowe mają koleje wąskotorowe zlokalizowane blisko generatorów ruchu, a więc aglomeracji i zapewniające połączenia z większymi miastami powiatowymi. Szczęśliwie Rawa Mazowiecka może być takim przykładem” – mówi dr Michał Zajfert, który w Instytucie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk zajmuje się sektorem infrastruktury, a jednocześnie pełni funkcję członka rady Fundacji Polskich Kolei Wąskotorowych, zarządzającej rogowską kolejką. – „Przez ostatnią dekadę samorządy zaangażowane w rozwój kolejowego transportu regionalnego na swoim obszarze udowodniły, że umieją go zorganizować. W gronie zaangażowanych województw jest też łódzkie, co dobrze wróży inicjatywie rewitalizacji”.
Wbrew pozorom wąskotorówki nie muszą być powolne, a ich autonomia może wręcz stanowić atut. – „Koleje wąskotorowe, jako technicznie odseparowane od ogólnopolskiej sieci PKP PLK, podlegają mniej restrykcyjnym regulacjom, a z drugiej strony są niezależne od skutków kongestii ruchu licznych pociągów różnych rodzajów i przewoźników, dzięki czemu dużo łatwiej zapewnić na nich tak ważną dla podróżnych punktualność” – mówi Zajfert i dodaje, że największy jest problem mentalny, który nie pozwala traktować wąskich torów jako jednej ze składowych systemu transportowego. – „To konsekwencja trwającej już od lat 50. marginalizacji kolei wąskotorowych”.
Sezon na wąskotorówki
Rzeczywiście w Polsce już od dawna na linie kolejowe z rozstawem szyn węższym niż 1435 mm patrzy się jak na atrakcję turystyczną lub co najwyżej jak na sezonowy środek transportu.
W ruchu sezonowym najlepiej radzą sobie: Nadmorska Kolej Wąskotorowa, która od maja do września codziennie jeździ na trasie Pogorzelica – Niechorze – Rewal – Trzęsacz – Gryfice, Żnińska Kolej Wąskotorowa, od maja do sierpnia zapewniająca dojazd do Muzeum Archeologicznego w Biskupinie, oraz Żuławska Kolej Dojazdowa, która w wakacje codziennie, a w czerwcu i wrześniu w weekendy kursuje na biegnącej wzdłuż Zatoki Gdańskiej linii Sztutowo – Stegna – Jantar – Mikoszewo – Prawy Brzeg Wisły. – „Tam w okresie letnim pociągi pasażerskie wyczerpują jej przepustowość i mimo tego nie są w stanie obsłużyć wszystkich chętnych podróżnych” – mówi Zajfert.
Dodajmy, że na żuławskiej wąskotorówce na Wszystkich Świętych co godzinę kursują pociągi na cmentarz komunalny, który jest zlokalizowany na obrzeżach Nowego Dworu Gdańskiego. Co roku z tej formy dojazdu na groby bliskich korzysta około 1 tys. osób.
Wąskotorowa normalność
– „Transportowa funkcjonalność kolei nie jest determinowana prześwitem jej torów” – podkreśla Michał Zajfert. – „Przecież w wielu krajach funkcjonują systemy transportowe oparte o koleje wąskotorowe. W Niemczech, Austrii czy Czechach koleje wąskotorowe spełniają codzienne funkcje transportowe”.
Jedną z takich kolei są Jindřichohradecké Místní Dráhy, które prowadzą ruch na dwóch liniach wybiegających z położonego na południu Czech 21-tysięcznego miasta Jindřichův Hradec. Pociągi JHMD wyruszają stąd główną linią kolejową – na jej liczącym 2,5 km odcinku funkcjonuje trzyszynowy splot toru normalnego z torem wąskim o szerokości 760 mm.
Na 33-kilometrowej linii Jindřichův Hradec – Nová Bystřice i 46-kilometrowej linii Jindřichův Hradec – Obrataň JHMD uruchamia łącznie 32 pociągi dziennie. – „Można tu spotkać wagony kursujące 60 km/h, które powstały w wyniku kompleksowej modernizacji pojazdów odkupionych 16 lat temu z zamkniętych kolei wąskotorowych w Polsce” – mówi Zajfert o czterech pojazdach MBxd2, których modernizację w Czechach dofinansowano z funduszy unijnych.
W lecie JHMD obok standardowych pociągów uruchamia składy prowadzone parowozami – w tym lokomotywą U37, wyprodukowaną w 1898 r.
Tuż za polską granicą, 10 km od Prudnika i Głubczyc, regularny ruch prowadzony jest na 20-kilometrowej wąskotorówce Třemešná ve Slezsku – Osoblaha. Linia o szerokości toru 760 mm łączy miasteczko Osoblaha z normalnotorową siecią kolejową. Co dość nietypowe, tą wąskotorówką administruje krajowy zarządca infrastruktury kolejowej Správa Železnic, a przewoźnikiem są państwowe České Dráhy. W Niemczech Deutsche Bahn zarządza już tylko jedną linią wąskotorową: to kolejka na objętej zakazem ruchu samochodów wyspie Wangerooge na Morzu Północnym. W Austrii państwowa kolej ÖBB przekazała wąskotorówki landom w latach 2008-2010.
Na państwowej linii Třemešná ve Slezsku – Osoblaha lokalne stowarzyszenie Slezské Zemské Dráhy w letnie weekendy uruchamia pociągi zabytkowe, prowadzone parowozem lub lokomotywą spalinową. Zaspokajanie przez koleje wąskotorowe codziennych potrzeb transportowych wcale bowiem nie musi kłócić się z dbałością o ich wyjątkowy i zabytkowy charakter. Na to również liczą entuzjaści rogowskiej wąskotorówki.
Węgiel, ropa, wodór
Pociągi prowadzone parowozem na kolei wąskotorowej Zillertalbahn stanowią atrakcję austriackiego Tyrolu. Jednocześnie na tej linii – łączącej Jenbach (7 tys. mieszkańców) z Mayrhofen (4 tys. mieszkańców) – funkcjonuje regularny ruch obsługiwany składami spalinowymi. Szykowane jest jednak przejście na napęd wodorowy – w fabryce koncernu Stadler w Bussnang w Szwajcarii trwa już produkcja wodorowych zespołów trakcyjnych, które na torze o szerokości 760 mm mają osiągać prędkość 80 km/h. Obecnie pociągi jeżdżą 70 km/h.
Ruch na Zillertalbahn prowadzony jest codziennie między 6:00 a 21:00 – pociągi kursują dwa razy na godzinę. W Jenbach składy wąskotorowe są skomunikowane z pociągami kursującymi na trasie Innsbruck – Salzburg – Wiedeń. W 2019 r. na liczącej 32 km linii Jenbach – Mayrhofen pasażerowie odbyli 2,9 mln podróży. To więcej niż w całym województwie podlaskim (w 2019 r. 2,4 mln podróży).
W maju 2021 r., po ośmiu latach przerwy, Zillertalbahn przywróciła ruch towarowy. Pociągi dowożą drewno do zlokalizowanej w Fügen fabryki koncernu Binderholz, co oznacza wyeliminowanie z doliny rzeki Ziller 16 tys. przejazdów ciężarówek w skali roku.
W Austrii codzienny ruch prowadzą też między innymi wąskotorówki Murtalbahn, Pinzgauer Lokalbahn i zelektryfikowana Mariazellerbahn, na których rozstaw szyn to również 760 mm, a prędkość osiągana przez pociągi to 70-80 km/h.
100 km/h po wąskim torze
Koleje wąskotorowe są jedną z bardziej znanych atrakcji turystycznych Szwajcarii. Rhätische Bahn, Matterhorn Gotthard Bahn czy Zentralbahn – o rozstawie szyn 1000 mm i zelektryfikowane – to jednak nie tylko składy z panoramicznymi wagonami, z których można podziwiać Alpy, ale także codzienny ruch pasażerski i towarowy, wpisany w świetnie działający szwajcarski system transportowy. Pociągi wąskotorowe są tu w pełni zintegrowane taryfowo i idealnie skomunikowane z pociągami normalnotorowymi i autobusami. Na systemy kolei aglomeracyjnych S-Bahn w Bernie, Lucernie czy Zurychu składają się zarówno linie normalnotorowe, jak i wąskotorowe. Do trzech szwajcarskich kantonów – Appenzell Innerrhoden, Obwalden, Nidwalden – da się dojechać tylko wąskim torem.
We Włoszech koleje wąskotorowe są istotnym elementem systemu transportowego aglomeracji Neapolu. Circumvesuviana – kolej wąskotorowa o rozstawie szyn 950 mm – łączy milionową stolicę regionu Kampania z okolicznymi miastami i gminami. Sieć neapolitańskiej kolei jest zelektryfikowana, liczy 148 km, obejmując 96 stacji i przystanków. Część szlaków jest dwutorowa. Działająca od 1890 r. Circumvesuviana w XXI wieku zyskała dwa nowe odcinki: w 2001 r. na wschodnich przedmieściach Neapolu otwarto liczący 8 km łącznik między trzema liniami, a w 2006 r. jedną z linii wydłużono do 59-tysięcznego miasta Acerra. Nowe odcinki biegną w dużej mierze tunelami.
Na Sycylii działa Ferrovia Circumetnea, okrążająca wulkan Etna 111-kilometrowa linia z Katanii do Riposto. – „Od kilku lat w codziennym ruchu kursują tu szybkie nowoczesne wąskotorowe spalinowe zespoły trakcyjne wyprodukowane w Polsce – w zakładach Newag” – mówi Michał Zajfert o składach Vulcano, które na linii o szerokości toru 950 mm rozpędzają się do 100 km/h.
W naszym kraju wąskotorówki uważa się za nietypowy i nieprzystający do dzisiejszych czasów środek transportu. A tymczasem to Polska – z kolejami wąskotorowymi, których nie wykorzystuje się na co dzień – jest wyjątkiem na kolejowej mapie Europy.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 5/115 (wrzesień-październik 2021). Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Karol Trammer. http://www.zbs.net.pl
przez Artur Matuszkiewicz | wtorek 21 września 2021 | opinie
Właściwie nie ma dnia, w którym nie bylibyśmy bombardowani informacjami dotyczącymi Nowego (Polskiego) Ładu. Codziennie pojawiają się nowe doniesienia o potencjalnych zmianach, setki analiz oraz artykułów objaśniających, co potencjalnie może nastąpić wraz z nowym rokiem. Nietrudno zauważyć, że w większości przypadków narracja ta przedstawia perspektywę głównie biznesu, a rzadziej perspektywę pracowniczą i społeczną proponowanych zmian. Dysproporcje te świetnie można było obserwować w trakcie debaty dotyczącej składki zdrowotnej i podatku dochodowego – gdzie mowa była głównie o przedsiębiorcach, którzy rozliczają się podatkiem liniowym. Efekt – prawdopodobnie przedsiębiorcy i tak nie będą musieli odprowadzać całej składki zdrowotnej, natomiast pracownicy zatrudnieni na umowę o pracę będą płacić ją w całości. W taki oto sposób dzieją się dwie rzeczy, które dalekie są od rozwiązań prospołecznych. Pierwsza – nie ruszamy grupy uprzywilejowanej, która nadal nie będzie w całości płacić składek na rzecz ochrony zdrowia. Druga – nie likwidujemy problemu tzw. sztucznych jednoosobowych działalności gospodarczych, czyli długoletnich kontraktów B2B, które przerzucają koszty na pracownika.
Jednak tym, co w mojej opinii wydaje się kluczowym zagrożeniem zawartym w Nowym (Polskim) Ładzie, są kredyty bez wkładu własnego. Na pierwszy rzut oka zmiana ta wydaje się w pewnym stopniu pozytywna. Bo wyobraźmy sobie standardową sytuację rodziny 2+2, która nie posiada własnego mieszkania. Załóżmy, że dwójka rodziców zarabia po najniższej krajowej, czyli orientacyjnie będzie to 4120 zł na rękę oraz dołóżmy świadczenie w postaci 500+ na dwójkę dzieci i mamy około 5120 zł miesięcznie. Prawdopodobnie na sam wynajem mieszkania (oczywiście w zależności od standardu, metrażu i lokalizacji) z tej kwoty może iść od 1200 do 2000 zł czynszu, a do tego musimy doliczyć wszelkie media (prąd, woda, gaz, Internet itd.). Czyli około 50% (albo i więcej) dochodu takiej rodziny będzie wydawane na wynajem mieszkania. Natomiast reszta na codzienne życie plus ew. zakupy odzieży, utrzymanie auta itp. Nietrudno zauważyć, że w takim przypadku całość dochodu jest pochłaniana przez koszty miesięcznego utrzymania i raczej nie ma mowy o tym, żeby nasza przykładowa rodzina mogła pozwolić sobie na dodatkowe oszczędności. Takie, które umożliwiłby jej wpłatę wkładu własnego (zwykle 10-20% ceny nieruchomości) na mieszkanie, szczególnie przy szalejących cenach na rynku nieruchomości, czy to pierwotnym czy wtórym.
W takiej sytuacji 0% wkładu jawi się jako pewnego rodzaju wybawienie. Zamiast płacić za wynajem mieszkania, które nie jest pewne, ponieważ w każdej chwili można zostać wyrzuconym na bruk – rodzina płaci za kredyt hipoteczny i ma zapewniony względny spokój, jeśli chodzi o warunki mieszkalne. Więc w czym w takim razie tkwi zagrożenie?
Szykuje się abdykacja państwa z próby stworzenia szeroko dostępnych mieszkań publicznych na rzecz prywatnych banków oraz deweloperów. Poprzedni program mieszkaniowy (Mieszkanie+), w założeniach o wiele lepszy niż kredyt bez wkładu własnego, okazał się porażką. Natomiast tutaj mamy typowy przykład „lekarstwa gorszego od choroby” w postaci zadłużenia obywateli (i ewentualnie państwa, które jest gwarantem pokrycia wkładu w przypadku niewypłacalności kupującego), które buduje taką samą niepewność jutra, jak w przypadku braku dostępu do własnego mieszkania. Można by rzec za Slavojem Žižkiem: „Widmo krąży nad współczesnym kapitalizmem – widmo długu”.
Należy pamiętać, że kredyt jest nie tylko narzędziem do zarabiania pieniędzy przez banki, ale także mechanizmem kontrolowania dużej rzeszy ludzi. Mając duże zobowiązanie finansowe, nie podejmują już oni wolnych i swobodnych decyzji. Większość decyzji np. dotyczących zmiany pracy zaczyna być ściśle związana z kalkulowaniem. Trudniej w takiej sytuacji o nawet minimum ryzyka – ponieważ wystarczy kilka niespłaconych rat i ląduje się na bruku. W dodatku samemu bankowi bardzo często nie zależy na tym, żeby dług został spłacony, lecz raczej żeby trwał on możliwie jak najdłużej. Pamiętajmy, że jeszcze nie tak dawno temu za nadpłacenie kredytu mieszkaniowego czy gotówkowego były nakładane prowizje, ponieważ banki były „stratne” na tym, że ktoś nie jest zadłużony i szybciej zwrócił część lub całość kwoty.
Tak jak na powyższym dość anegdotycznym (lecz nie oderwanym od rzeczywistości) przykładzie – nie przekreślałbym samego pomysłu bez wkładu własnego, pod warunkiem, że byłaby to tylko jakaś forma wspierająca, a nie główny sposób rozwiązania problemu mieszkaniowego w Polsce. Ponieważ w tym przypadku mamy do czynienia tylko z leczeniem objawów, a nie z rozwiązaniem problemu. Podstawowym działaniem powinien być szeroko zakrojony plan budowy nowych mieszkań zapewnianych przez państwo oraz powrót do idei spółdzielczości. A wszystkim osobom, które uważają, że to pomysł rodem z PRL, przypominam, że duża część mieszkańców Polski ma jakiekolwiek mieszkanie właśnie dzięki temu, że państwo te mieszkania przez wiele lat zapewniało.
Artur Matuszkiewicz
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez redakcja | niedziela 19 września 2021 | klasyka, opinie
Żyjemy w czasach bardziej niezwykłych, niż nam wszystkim się wydaje. To chyba jedyny dobry skutek, jaki instytucja wyborów powszechnych wywiera na ludzki umysł. Gdybyśmy zobaczyli starą pannę z anglikańskim modlitewnikiem w dłoni, zdziwiłoby nas to na pewno, a przynajmniej zaciekawiło, gdyby okazało się, że przy okazji praktykuje ona kanibalizm. Rozmowa z drobnym angielskim urzędnikiem zawsze jest ciekawsza, jeśli wychodzi w niej przypadkowo, że nasz interlokutor uważa się za prawowitego papieża. Otóż wierz mi lub nie, Czytelniku, ale nasza Anglia pełna jest takich osobliwych figur, które – same w sobie równie prozaiczne – wierzą w rzeczy równie niestworzone, a wręcz szalone. I prawdziwy i wieczny humor wyborów powszechnych polega dokładnie na tym, że ludzie ci zaczynają zabierać głos. Piszą listy. Zadają pytania. I człowiek zaczyna rozumieć nareszcie, że Anglia to naprawdę kraina elfów.
Moją tezę, że w angielskiej ignorancji tkwi jakiś element dziwny, nieomal magiczny, trzeba jednak dobrze rozumieć. Po pierwsze zatem: moja definicja ignorancji nie jest ani racjonalna, ani emocjonalna; krótko mówiąc: nie chodzi mi tutaj po prostu o różnicę zdań. Osobiście sądzę, że taki pan Haeckel [1] to wielki ignorant; każdy, kto zna trochę historię chrześcijaństwa widzi, że jego uwagi na temat historii chrześcijaństwa są takie, że – dosłownie – koń by się uśmiał. Idąc dalej: Lorda Milnera [2], na przykład, również mam za ignoranta – szczególnie w sprawie historii i kultury Anglii rzecz jasna, ale właściwie we wszystkich niemal sprawach z wyjątkiem dziennikarstwa. Ale to właśnie opinie, czy raczej przekonania. Nie fakty. Jak by nie spojrzeć, chrześcijaństwo i Anglia to jednak dość złożone problemy. W tym jednak przypadku chodzi mi właśnie wyłącznie o ignorancję faktyczną, ewidentną – taką, jak gdyby powiedzieć, że Dickens napisał „Targowisko próżności” albo że Shropshire jest wyspą.
Otóż natężenie owej niewątpliwej, jak moglibyśmy powiedzieć: biało-czarnej, ignorancji w życiu społecznym, to rzecz dosłownie nie do uwierzenia. Na przykład, niedawno „Daily News” zbeształo publicznie pewnego sympatycznego, starszego pastora, choć jego jedyną winą jest to, że wierzy we wszystko, co napiszą w „Daily Mail” [3]. Chodzi jednak o to, że dziennikarze „Daily News” przemilczeli jedyny bodaj naprawdę niezwykły fragment zupełnie zwyczajnej wypowiedzi tego zacnego jegomościa. Prawda, nazwał Lloyd George’a [4] „gryzipiórkiem”, a McKennę [5] „belfrem”, ale tylko dlatego, że przeczytał te określenia tego samego dnia w porannej gazecie. Zaraz potem jednak dodaje nasz śmiały gentleman coś własnego pomysłu – pisze: „Winston Churchill, dziennikarz”. Pewien jestem, że zrobił to zupełnie niewinnie. Że naprawdę święcie wierzył w to, że pan Churchill nadludzkim wysiłkiem wydźwignął się z biedy i błota Grub Street [6]. Że Winston Churchill tyle ma wspólnego z Randolphem Churchillem [7], co Will Crooks [8] z Sir Williamem Crookesem [9]. Otóż fakt, że pan Winston Churchill to polityk dziedziczny, członek jednego z najbogatszych i najpotężniejszych rodów Anglii, to po prostu fakt, który może się nam podobać bądź nie podobać. Możemy uważać, że jest dzięki temu urodzonym przywódcą albo zepsutym i leniwym pozerem. Ale to fakt; taki sam, jak to, że na wieży katedry św. Pawła stoi krzyż. I tego właśnie faktu okazał się nasz poczciwy, wiejski duszpasterz zupełnie i dziwnie nieświadom. Oto właśnie owa niebywała ignorancja i łatwowierność, o której mówię, że ujawnia się przy okazji wyborów powszechnych.
Kiedy indziej zgoła pewna szlachetna dama, gdy powiedziałem jej, że jestem liberałem, zupełnie poważnie zapytała mnie, czy naprawdę uważam, że lepiej by było, gdyby Anglią rządzili Niemcy. Sądząc, że to dobra polityczna satyra, odpowiedziałem w podobnym tonie. Powiedziałem jej, że przecież już i tak w znacznej mierze rządzą nami Niemcy – i czasami dostają za to tytuły szlacheckie. Jej riposta omal nie zwaliła mnie z nóg. Bo okazało się, że w przekonaniu mojej zacnej interlokutorki pan premier Asqhuit [10] naprawdę i dosłownie miał pewnego dnia domagać się, aby Kaiser został królem Anglii! Uważała, że to jego oficjalny postulat. Miała jednak pewne wątpliwości, czy aby nie trochę ryzykowny. Powtarzam: ponownie odkrywamy dla ludzkości krainę elfów.
Bardziej interesująca jest jednak druga cecha tej społecznej ignorancji. To, mianowicie, że nie przejawiają jej wyłącznie, nawet nie przede wszystkim, klasy biedniejsze. Przeciwnie: jeżeli się pojawia, to raczej u wykształconych. Częściej spotka się ją u księży, niż u krętaczy. U dam, niż u sprzątaczek. Trudno byłoby znaleźć w Londynie (a przynajmniej w okolicach Westminsteru) dorożkarza, który nie wiedziałby, że Winston Churchill jest arystokratą; gdybyśmy zapytali jednak duszpasterzy służących przy katedrze – strzelam, że z pięciu nie miałoby tej świadomości. I gdybym naprawdę chciał komuś wmówić, że jestem zwolennikiem aneksji Anglii przez Niemcy, najłatwiejszym celem byłyby tu wyfiokowane szlachcianki ze zubożałych rodów. Drobni arystokraci popierają protekcjonizm – w praktyce chodzi częściej o swoisty protekcjonizm intelektualny, którego muru nic nie przebije. Przede wszystkim jednak klasy wykształcone cechuje coś, co nazwać moglibyśmy ignorancją akcydentalną: londyńczycy nie wiedzą nic o angielskiej wsi, mieszkańcy wsi – o rozwoju miejskim, szeregowi politycy o tym, co się pisze w opozycyjnych gazetach, a twardogłowi księża o dogmatach innych religii. I wszystko to razem zlewa się w jedną oceaniczną masę nieporozumienia, w której dziennikarz może pływać całymi dniami.
Prawda jest bowiem taka, że nie ma czegoś takiego, jak klasy wykształcone; z tego prostego powodu, że nie ma czegoś takiego, jak edukacja. Są tylko różne rodzaje edukacji, a więc i różne typy, a właściwie style, ludzi wykształconych. Ktoś może dawać wykłady przed Królewskim Towarzystwem Jeździeckim i nie mieć pojęcia o tym, jak obstawiać na wyścigach – ba!, może przeprowadzać na koniach sekcje zwłok i kompletnie nie umieć na nich jeździć. Młody polityk może znać się bardzo na ekonomii, ale nie na gospodarce. I błędy popełnianie przez biskupów, bankierów czy biologów świadczą o ignorancji nie mniej, niż to, że dziecku mylą się litery alfabetu, a Indianin nie zna współczesnej astronomii. Każdy z nas jest ignorantem w jakiejś dziedzinie życia; większość z nas w większości z nich. Różnica między pychą a pokorą leży wyłącznie w świadomości – świadomości istnienia owych setek zawodów, w których by nam nie wyszło, tych setek egzaminów, których byśmy nie zdali. Nie mam nic przeciwko, aby taki hipotetyczny pan Roberts wiedział, że jest świetnym bilardzistą, a nawet zadzierał nosa aż do gwiazd na tę okoliczność. Chciałbym tylko, aby pamiętał przy tym, a raczej powtarzał sobie co dzień, jak litanię, że byłby także prawdopodobnie najgorszym puzonistą na świecie, słabym krawcem, trzeciorzędnym inżynierem okrętowym, nędznym mimem, rozczarowującym linoskoczkiem, podprzeciętnym komentatorem klasyki łacińskiej, no i, rzecz jasna, że nie najlepiej radziłby sobie na turnieju rycerskim. Być może trudno byłoby utrzymywać wszystkie te obrazy naszych potencjalnych niepowodzeń i klęsk przed oczyma wyobraźni przez dwadzieścia cztery godziny. Ale podobnie gigantyczna pokora ducha na pewno jest warta zachodu.
Jednym ze sposobów ułatwienia sobie tego zadania byłoby wprowadzenie do prawa angielskiego pojęcia stopnia ignorancji, podobnie jak teraz mamy stopnie wykształcenia. Moglibyśmy dostawać za to dyplomy. Na przykład, ktoś dostawałby piękny certyfikat potwierdzający, że na taki a taki temat nie wie zupełnie nic. „Dr. nauk humanistycznych” mógłby oznaczać nie doktora, a dramat nauk humanistycznych. „Lic.” – nie licencjat, a „licentia poetica” w jakiejś dziedzinie. Byłoby to dla nas wszystkich świeże i słodkie doświadczenie, gdybyśmy zaczęli umieszczać na naszych wizytówkach czy dokumentach oficjalne informacje na temat tego, na czym się najbardziej nie znamy. Ja musiałbym dopisywać przed swoim imieniem tak wiele liter, że mogłoby to okazać się trochę niepraktyczne.
Gilbert Keith Chesterton
Przeł. Maciej Sobiech
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Illustrated London News” w dniu 5 lutego 1910 r. Tytuł polskiego przekładu pochodzi od tłumacza.
Przypisy tłumacza:
1. Ernst Heinrich Haeckel (1934–1919) – biolog niemiecki, próbujący transponować teorię ewolucji Darwina na grunt stricte filozoficzny.
2. Sir Alfred Milner (1854–1925) – brytyjski polityk, gubernator Transwalu i komisarz Afryki Południowej podczas II wojny burskiej.
3. Niestety, bez dostępu do archiwów nie sposób ustalić, do jakiego artykułu prasowego Chesterton się odnosi.
4. Lloyd George (1858–1945) – angielski polityk liberalny i ostatni premier Wielkiej Brytanii (w latach 1916–1922) z ramienia Partii Liberalnej.
5. Reginald McKenna (1863–1943) – angielski polityk liberalny, pełniący różne funkcje w różnych rządach Wielkiej Brytanii.
6. Ulica jednej z najbiedniejszych dzielnic w Londynie, słynna z tego, że mieszkało i pracowało tam wielu początkujących literatów aspirujących do normalnego życia.
7. Lord Randolph Churchill (1849–1895) – angielski polityk konserwatywny, zwolennik tzw. demokracji torysowskiej, ruchu politycznego w łonie Partii Konserwatywnej, głoszącego konieczność poparcia przez torysów demokratycznych reform w kraju i działania na rzecz tzw. mas. Ojciec Winstona.
8. Will Crooks (1852–1921) – angielski działacz związkowy, bardzo zasłużony dla sprawy robotniczej, członek Towarzystwa Fabiańskiego.
9. Sir William Crookes (1832–1919) – renomowany angielski fizyk i chemik, słynny z uznania realności zjawisk paranormalnych.
10. Herbert Asquith (1852-1928) – angielski polityk liberalny, premier Anglii w latach 1908–1916, słynny z rozległych reform (m.in. reformy ubezpieczeniowej).
przez Kamil Sawczak | czwartek 16 września 2021 | opinie
Strzeżcie się owych kosmopolitów, co w swych książkach szukają dalekich obowiązków, których nie uważają za stosowne spełniać dokoła siebie. Niejeden filozof kocha Tatarów, aby być zwolnionym od obowiązku miłości względem sąsiadów swoich – Jean-Jacques Rousseau
Temat polityki migracyjnej ponownie znalazł się w centrum debaty publicznej. Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej mobilizuje środowiska liberalne i lewicowe. Aktywistów rozgrzewa pytanie, do czego jest zobowiązane państwo polskie względem obozowiska migrantów w okolicach Usnarza Górnego. Uczciwa odpowiedź wymaga znajomości kontekstu sytuacji. Ten został opisany przez Tadeusza Giczana. Białoruski dziennikarz przedstawia dowody, że zwiększona presja migracyjna na granicę Polski jest koordynowana przez Białoruś w ramach operacji Śluza.
To zdarzenie jest punktem odniesienia w tekście Szymona Gamsa. Autor analizuje środowiska – liberalne i lewicowe – pozycjonujące się jako sojusznicze wobec migrantów i stawia im zarzut, że liberałowie swoje wsparcie dla osób próbujących przekroczyć polską granicę ograniczają tylko do deklaracji. W praktyce niczym nie różnią się w takim razie od uszczelniającego obszary graniczne rządu Prawa i Sprawiedliwości. Drugie środowisko, według Gamsa groźniejsze, nawet jeśli faktycznie popiera przyjęcie migrantów do Polski, to jednocześnie przymyka oczy na sytuację wykluczonych w kraju. Wspiera politykę, która umożliwia własny uprzywilejowany styl życia oraz pozostaje ślepa na uprzedzenia względem klas ludowych. Zdaniem autora, tylko uznanie znaczenia obydwu grup – migrantów i obywateli w sytuacji ekonomicznej zbliżonej do migrantów – jest gwarantem promigranckiej polityki.
Otwarte granice? Propozycja braci Koch
Nie jest prawdą, że liberałowie wspierają politykę zamkniętych granic. Wspomniane przez Gamsa słowa Donalda Tuska należy odczytać w kontekście dość znamiennej wypowiedzi innego liberalnego celebryty – Tomasza Lisa: „Jest prosty sposób na wyleczenie się ze strachu przed uchodźcami i imigrantami. Zainstalować sobie w telefonie aplikację Uber Eats i zamówić burgera. Proste. Godzinka i po strachu”.
Migrant to przyszły pracownik jednej z cyfrowych platform opierających swój model biznesowy o prekarne zatrudnienie i niskie płace. Według Lisa rolą uchodźcy jest budowa ekonomicznego dobrostanu klas posiadających. Nie stoi to w sprzeczności ze słowami Tuska, który podkreśla znaczenie ochrony granic. Różnica dotyczy „jakości kapitału ludzkiego” – ile wysiłku należy włożyć, aby uczynić z przybysza część taniej siły roboczej. Akceptacja obozu liberalnego dla polityki otwartych (lub uchylonych) granic jest wyrazem interesu klasowego.
Wiedzieli o tym klasycy. Fryderyk Engels w rozprawie „Położenie klasy robotniczej w Anglii” poświęcił osobny rozdział zagadnieniu irlandzkiej imigracji i jej negatywnemu wpływowi na warunki życia angielskich robotników. Z kolei Marks w liście do Sigfrida Meyera i Augusta Vogta z 1870, pisał, że tylko powstanie niepodległej Irlandii jest w stanie zażegnać wrogość dwóch narodowości. Zatrzymanie napływu taniej siły roboczej wytrąci broń z rąk angielskiej burżuazji. Do tego samego odnosił się Bernie Sanders, nazywając agendę otwartych granic propozycją braci Koch, czyli amerykańskich miliarderów forsujących neoliberalny model gospodarczy.
Zgaduję, że tym samym przekonaniem kieruje się rząd duńskich socjaldemokratów, którego restrykcyjna polityka imigracyjna w 2020 doprowadziła do najmniejszej liczby wniosków o azyl od roku 1990. Premier Mette Frederiksen chce zmniejszyć tę liczbę do zera, zaś wnioskujących o azyl deportować do ośrodków poza granicami Danii, gdzie oczekiwaliby na wynik procedury.
Napływ taniej siły roboczej z zagranicy obok rezerwowej armii pracy (stałego zasobu bezrobotnych) były i wciąż stanowi najefektywniejszą broń kapitalistów przeciwko klasie robotniczej. Liberałowie popierają przyjmowanie migrantów nie z dobrego serca (chociaż takiego motywu też nie można wykluczyć), ale ze względu na konsekwencje dla rynku pracy, które zmuszą krajowych pracowników do silniejszej konkurencji z obcokrajowcami.
Polowanie na kozła ofiarnego drugiego stopnia
Co z lewicowymi „przyjaciółmi migrantów”? Współczesna lewica jest tworzona w znacznej mierze przez klasę menedżerów-specjalistów (Professional-managerial class), jej dolną część – absolwentów uczelni wyższych, zamieszkujących duże miasta, przeważnie zatrudnionych na stanowiskach nie wynagradzanych zbyt okazale, ale zapewniających status oraz autonomię osobistą. Nie kapitał ekonomiczny jest tu w centrum. Aktywiści lewicy dysponują kapitałem kulturowym, dzięki któremu próbują narzucić określoną interpretację sytuacji na granicy. Ich wiedza i humanitaryzm wskazują „właściwe” postawy i zachowania dla państwa, społeczeństwa i jednostek. W tym przypadku to polityka otwartych granic.
To stanowisko wykorzystuje znaczenie, jakie przypisujemy ofiarom w kulturze zachodniej – począwszy od ukrzyżowania Chrystusa po doświadczenie Holocaustu. Jak bardzo byśmy nie byli cyniczni, to czujemy się zobowiązani do współczucia ofiarom, a nawet podjęcia działań, które poprawią ich los.
Ten słuszny motyw może zostać postawiony na głowie. René Girard, autor koncepcji kozła ofiarnego jako mechanizmu przywracania społecznego pokoju poprzez skierowanie przemocy na niewinną jednostkę lub grupę, pisał: „Zamiast krytykować siebie, robimy zły użytek z naszej wiedzy – kierujemy ją przeciwko drugiemu i uprawiamy polowanie na kozła ofiarnego drugiego stopnia, polowanie na myśliwych kozła ofiarnego. W naszym społeczeństwie obowiązkowe współczucie upoważnia do nowych form okrucieństwa” (Girard, Widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica, Warszawa 2002, s.171).
Ten mechanizm obrazuje sytuacja na granicy polsko-białoruskiej. Tak jak Łukaszenko wykorzystuje migrantów do wywierania presji na Litwę, Łotwę i Polskę, tak sami migranci stali się bronią w walce opozycji z Prawem i Sprawiedliwością. Lewicowo-liberalne środowisko zarzuca rządowi, że ten stworzył obóz koncentracyjny. Atakuje tę część społeczeństwa, która pozostaje sceptyczna względem agendy otwartych granic. Rzuca obelgami w kierunku Straży Granicznej.
Jednocześnie moralnie uwzniośla się tych, którzy przeprowadzają ataki. Udaremniony sprint posła Starczewskiego w kierunku białoruskiej granicy czy stanie na bosaka w imię solidarności z migrantami to akt moralnej wyższości, wolnej od narodowych ograniczeń i reakcyjnych poglądów. Przecież nie sposób pozyskania poklasku w mediach społecznościowych. Nie zgadzając się z lewicowymi aktywistami, nie tylko nie masz racji. Nie masz też sumienia.
Celem opozycji nie jest dobrostan migrantów, lecz atak na rząd. W innym przypadku można by w tej samej sprawie oczekiwać krytyki wymierzonej w Unię Europejską. Organizacje działające na rzecz uchodźców oficjalnie głoszą, że polityka migracyjna UE ma charakter rasistowski i stanowi spuściznę czasów kolonializmu. Nie mieści się to jednak w polskiej liberalno-lewicowej ortodoksji, wedle której instytucje unijne stanowią punkt oparcia do walki politycznej z rządem.
Szlachetny dzikus i bunt mas
Autor wspomnianego tekstu konfrontuje krótkowzroczność lewicowych i liberalnych aktywistów z sytuacją wykluczonych w Polsce. Uczciwa postawa ma wymagać wsparcia dla obydwu grup. Jednak, jak zauważył Slavoj Žižek, lewica beatyfikuje uchodźców jako wolnych od zła. Jakiekolwiek problemy są w tej optyce tymczasowe, a przyszłe wyzwania z integracją wskazują na defekty wspólnoty przyjmującej. Z drugiej strony, polska klasa ludowa wcale nie musi być postrzegana jako zasługująca na uznanie. W antyrządowej retoryce, beneficjenci reform dokonanych po 2015 roku są współwinni obecnej sytuacji w kraju. To przepełniona ksenofobią i patriarchatem czarna masa pełna zawiści. Jej zakorzenienie i mobilizacja polityczna są dla klas dominujących groźniejsze. Pokazały to doświadczenia Brexitu oraz wybory prezydenckie w USA z 2016 roku, gdy pierwszy raz od wielu lat demokratyczny werdykt zapadł w kontrze do oczekiwań rządzących elit (warto obejrzeć dokument filmowy poświęcony tym wydarzeniom). Dlatego klasy ludowe trzeba zdyscyplinować, a migrantów uczynić tanią siłą roboczą, która zahamuje wzrost płac przez szykujący się do przejęcia władzy obóz liberalny.
Moralne wzburzenie wokół sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, które porusza liberalną i lewicową opinię publiczną, nie służy poprawie sytuacji imigrantów. Ofiary są środkiem do celu. Wymóg współczucia ma legitymizować określone rozwiązania polityczne i atak na instytucje państwa. Zaś sam migrant jest tak dobry, jak szybko potrafi dowieźć burgera.
Kamil Sawczak
Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/