Aktywna dezaktywacja polskiej wsi

Aktywna dezaktywacja polskiej wsi

Co pozostało ze wspaniałych założeń aktywizowania mieszkańców wsi do współdecydowania o rozwoju lokalnym, czego narzędziem miał być m.in. unijny program Leader+?

Społeczeństwo obywatelskie budujemy w Polsce od 1989 r., kiedy to została uwolniona znaczna energia społeczna. Po okresie wstępnego gromadzenia kapitału przez Polaków można było wprowadzić pojęcia: „społeczeństwo” i „dobro wspólne”. Po akcesji do NATO (1999) celem narodowym stało się wstąpienie do Unii Europejskiej, co spełniło się 1 maja 2004 r. Od początku jedno z głównych wyzwań UE stanowiła polityka służąca rozwojowi obszarów wiejskich, które stanowią aż 91% jej terytorium i zamieszkiwane są przez 56% ludności 27 krajów członkowskich.

W owej polityce niebagatelnego znaczenia nabrało angażowanie do współpracy lokalnych wiejskich wspólnot, w myśl zasady „Nic o was bez was”. Jednym z kluczowych narzędzi w tym zakresie miał być program o nazwie Leader, którego najważniejszą cechą miała być oddolność. Tworzone w ramach programu Lokalne Grupy Działania (LGD) miały przejąć część odpowiedzialności i kontroli nad wydatkowaniem unijnych środków przeznaczanych na rozwój obszarów wiejskich. Założenia dla Polski przyjęto na podstawie doświadczeń zgromadzonych przez państwa członkowskie w okresie sprzed naszej akcesji do UE. W latach 2004–2006 realizowano Pilotażowy Program Leader+, a w roku 2007 rozpoczęto wdrażanie właściwego Programu Leader+, którego okres finansowania zaplanowano na lata 2007–2013. W pierwszym okresie Polska uczyła się samoorganizacji i oddolności w obszarze decydowania o rozwoju lokalnym. W drugim rozpoczęto właściwe wdrażanie, złożone z pełnego cyklu projektowego: programowania, identyfikacji, formułowania, finansowania, wdrożenia i ewaluacji.

Obecnie można już pokusić się o pierwsze oceny. Co pozostało ze wspaniałych założeń?

Coś poszło nie tak

Raport Europejskiego Trybunału Obrachunkowego1 oraz dyskusja wewnątrznarodowa, w tym debata z 17 marca 2011 r. przeprowadzona w Warszawie2, nie pozostawiają złudzeń. Leader+ w Polsce nie zwrócił zainwestowanego europejskiego i lokalnego kapitału. Inwestycja europejska stała się wydatkiem, który w polskich warunkach nie wygenerował rozwoju. Co z podejścia typu Leader nie sprawdziło się w Polsce i dlaczego?

Założenia programu na każdym etapie – planowania, realizacji i ewaluacji – zakładały wiele korzyści. Nie tylko tzw. miękkich, jak współpraca, odpowiedzialność czy zaangażowanie, ale także twardych, wymiernych – jak innowacyjność, skutkująca wzrostem dochodów mieszkańców wsi poprzez zwiększenie liczby miejsc pracy i różnorodności gospodarczej obszarów wiejskich. Spróbujmy prześledzić podstawowe cechy podejścia typu Leader:

1. Lokalne strategie rozwoju dla poszczególnych LGD. Powinni je tworzyć w partnerstwie i w drodze negocjacji lokalni liderzy, a ich treść winna być oparta na spójności obszaru: geograficznej, gospodarczej, historycznej, kulturowej, przyrodniczej. Dziś, analizując strategie rozwoju zdecydowanej większości LGD, mielibyśmy obraz Polski podzielonej jedynie administracyjnie, a za spójność obszaru musielibyśmy przyjąć „podobną wielkość gmin” lub „przynależność do jednego powiatu” gmin wchodzących w skład LGD, co można wyczytać w dokumentach grup.

2. Oddolne opracowywanie i wdrażanie strategii. W praktyce powszechne stało się zatrudnianie jednej firmy konsultingowej, obsługującej wiele gmin, co skutkuje olbrzymim podobieństwem treści strategii. W treści najważniejsze jest to, by przewidzieć wszystkie możliwe okoliczności, bowiem dokument wykorzystywany jest (etap wdrażania) głównie – jeśli nie jedynie – jako podkładka do konsumpcji środków finansowych napływających z zewnątrz. Interesy gmin mają tu znaczenie pierwszorzędne, bowiem to one gwarantują niezbędny w całym procesie projektowym wkład finansowy na realizację w oczekiwaniu na zwrot z budżetu państwa3.

3. Lokalne partnerstwa publiczno-prywatne (samorząd, biznes, organizacje pozarządowe). To największy z problemów i najistotniejsza z przyczyn zjawisk patologicznych, ponieważ jawnie dopuszcza do konfliktu interesów. Z założenia, lokalny biznes i organizacje pozarządowe miały mieć co najmniej 51% głosów decydujących w ciele zarządzającym LGD, a samorząd nie więcej niż 49%. Samorządy obeszły ten przepis, tworząc kontrolowane przez siebie organizacje, tzw. Quango (quasi-NGO). Organizacje te delegowały swoich przedstawicieli do składu zarządu i rady, aby uzyskać przewagę decyzyjną. I tak np. czynny sekretarz gminy stał się członkiem zarządu LGD jako przedstawiciel organizacji pozarządowej. W rezultacie środki skierowane na rozwój obszarów wiejskich z programu Leader+ stały się dodatkiem do budżetów gminnych4, a lokalni działacze społeczni – nie mając wpływu na podejmowane decyzje – wycofali się z aktywności. Można powiedzieć, że formalnie wszystko się zgadza, choć jest to zgodność w cywilizowanych krajach niedopuszczalna i traktowana jako korupcjogenna. Tam nie ma bowiem możliwości łączenia funkcji pełnionych w administracji publicznej z pełnionymi w NGO. U nas jest to praktyka na tyle powszechna, że nawet nie dostrzegamy patologicznych zjawisk towarzyszących jej.

4. Zintegrowane i wielosektorowe działania. W kontekście tworzenia organizacji typu Quango można mówić o synergii wręcz doskonałej. Problem dotyczy jedynie spraw drugorzędnych, w rodzaju: która gmina w jaki sposób i w jakiej wysokości wesprze swoje doroczne imprezy, takie jak dożynki, dni miasteczka X, noc świętojańską, sylwester, oraz ile uzyska np. na remont świetlicy wiejskiej, remizy czy stadionu.

5. Innowacyjność. Oryginalna forma angażowania ludzi i istniejącego potencjału, której skutkiem miały być nowa jakość, nowy produkt i nowa wartość. Zamierzano łączyć nowe idee z pragmatyzmem ich wdrażania. Za innowację przyjęto np. partnerską współpracę samorządów (pragmatyzm wdrażania), organizacji pozarządowych (kreatywność) i pojedynczych liderów (nowe idee). Zdominowanie ciał zarządzających przez przedstawicieli samorządów, z natury reprezentujących postawę zachowawczą, całkowicie wykluczyło innowacyjność.

6. Współpraca i tworzenie powiązań. Można mówić o sukcesie w sieciowaniu się samorządów gminnych, czego wcześniej nie było. Wymiana doświadczeń między samorządowcami spowodowała ogólnopolskie ujednolicenie zadań projektowych. Działania są bardzo podobne, materiały promocyjne niemal identyczne. Brakuje wyróżników opartych o regionalną tożsamość kulturową czy potencjał gospodarczy, co byłoby efektem energii pochodzącej od autentycznych liderów społecznych i gospodarczych. Nie osiągnięto żadnej wartości dodanej.

Z góry na dół

Dr Andrzej Hałasiewicz z Kancelarii Prezydenta udzielił na początku października 2011 r.5 wywiadu prezesowi Fundacji Wspomagania Wsi, Piotrowi Szczepańskiemu. O wyzwaniach dotyczących polskiej wsi i planach Kancelarii powiedział m.in.: Musimy zdecydowanie w kolejnym okresie programowania większy nacisk położyć na efektywne wykorzystanie tych środków [unijnych], czyli nie myśleć w kategoriach jak w okresie przedakcesyjnym czy w pierwszej fazie członkowstwa, że najważniejszym miernikiem było po prostu wykorzystanie tych środków. Teraz powinniśmy myśleć, jak je zainwestować, żeby osiągnąć w przyszłości jak najlepsze rezultaty.

Wypowiedź ta świadczy, że na poziomie władz krajowych znany jest problem braku jakiejkolwiek efektywności w wydatkowaniu środków przeznaczanych na rozwój obszarów wiejskich, w tym w ramach Programu Leader. Ponoszone przez 7 lat wydatki na cele programu nie przyczyniły się do wzrostu potencjału gospodarczego obszarów wiejskich ani nie wzmocniły społeczeństwa obywatelskiego, a wręcz je osłabiły, pozbawiając prawa do podejmowania decyzji o dobru wspólnym i zniechęcając do aktywności. Oddolny potencjał liderski został wyparty przez kombinatorskie układy.

Środki przeznaczane na rozwój obszarów wiejskich zostały zawłaszczone przez układy samorządowe, wzmacniając władzę, a nie obywatela i społeczeństwo. Wdrażając Program Leader, popełniono kilka kardynalnych błędów. Podstawową słabością już u zarania był brak zaliczkowania. Nowo powstała organizacja, tj. Lokalna Grupa Działania, nie posiadała zdolności kredytowej. Oznaczało to, że nie miała szans na kredytowanie działalności. Nawet gdyby organizacja otrzymała kredyt, to przyjęte procedury nie uwzględniały możliwości wliczenia kosztów obsługi kredytu do kosztów kwalifikowanych. Skutkowało to utratą niezależności finansowej, bowiem wyłącznym gwarantem finansowym realizacji programu stały się samorządy lokalne, jako jedyne posiadające odpowiednie środki6. Od tego momentu o faktycznym partnerstwie publiczno-społecznym nie mogło być mowy. Partner społeczny przydatny był jednak do konstruowania Zintegrowanej Strategii Rozwoju Obszarów Wiejskich (ZSROW) ze względu na swoją kreatywność i innowacyjność. Uległo to zmianie dopiero w momencie zastąpienia ZSROW nowym dokumentem o nazwie Lokalna Strategia Rozwoju (LSR).

ZSROW określała cele wspólne dla kilku lub kilkunastu gmin skupionych w LGD realizującej program Leader+. Strategie te powstawały w latach 2005–2007 i obejmowały plany działań na lata 2007–2013. Po roku 2007 nastąpiły zmiany w polskich przepisach prawnych, nie dopuszczając formy prawnej fundacji dla organizacji typu LGD, które w większości tę właśnie formę przyjęły. Dokonano także, wydawałoby się, kosmetycznej zmiany nazwy ze ZSROW na LSR, co było manewrem tyleż dziwnym, co bardzo kosztownym. Rozpoczęto od nowa nie tylko opracowywanie strategii, ale i powtórzono działania, jakie zrealizowano dla potrzeb ZSROW, typu ankietowe badania potrzeb, warsztaty czy szkolenia. Największe straty dotykają jednak ogólnopolskiego konkursu na najlepszą strategię opracowaną przez LGD. Dopóki istniały dokumenty o nazwie ZSROW, istniał też konkurs, w którym LGD otrzymywała miejsce w rankingu w zależności od wartości merytorycznej strategii. Konkurs wyłaniał najlepszych oraz takich, którzy nie otrzymywali dofinansowania. Od momentu wprowadzenia strategii o nazwie Lokalna Strategia Rozwoju – strategie nie podlegały już konkursowi, lecz zatwierdzaniu przez urzędy marszałkowskie. Wystarczyła zaledwie zbieżność strategii LGD ze strategiami gmin i województw.

Zmiana w znaczny sposób obniżyła poziom powstających strategii, a ich wartości merytorycznej nikt już nie oceniał. Zmiana „kosmetyczna” dotykała nie tylko procesu tworzenia strategii rozwoju danego obszaru wiejskiego, lecz przede wszystkim dostosowana została do horyzontów i zamiarów nowej „klasy” czy „społeczności” twórców strategii, wśród których dominującą część stanowili mało kreatywni, często pozbawieni wizji lub chęci do większych wysiłków niż to konieczne, samorządowcy i ich podwładni z organizacji typu Quango.

W tym momencie całkowicie upadła idea partnerstwa trójsektorowego, która stanowiła podstawę Programu Leader+. Kapitał społeczny został zamrożony, odeszli liderzy oddolni, mający stanowić siłę napędową całego przedsięwzięcia. Podporządkowanie Leadera+ samorządom zmieniło także priorytety inwestycyjne, a chwilowy dyskomfort związany z dzieleniem się władzą szybko zażegnano. Wieś ponownie stała się odbiorcą chodników, placów zabaw, świetlic, remiz, boisk i kamieni pamiątkowych. Realizowane wydatki nie tworzą miejsc pracy, nie budują kapitału społecznego. Doskonale natomiast służy to celom politycznym, a przede wszystkim utrzymaniu się przy władzy, której przedstawiciele chętnie przekładają środki publiczne na kapitał wyborczy.

Jak bumerang

Podobieństwo wsi polskiej do skansenu, w którym zatrzymał się czas, wzmacnia jeszcze jeden dramatyczny fakt – demograficzna pustka. Rolnicy nierzadko wydzierżawiają swoje ziemie i szukają dorywczej pracy sezonowej w kraju lub za granicą. Ich dzieci uciekają ze wsi, zasilając najniżej opłacane grupy społeczne miast.

Na polskiej wsi nie można kupić kurczaka, kaczki, twarogu, masła, mleka, kiełbasy, dżemu, wina itd. Nie pozwalają na to karkołomne przepisy sanitarne, które właścicielowi jednej krowy, chcącemu sprzedawać masło, stawiają wymogi podobne jak przemysłowej mleczarni. Właściciel sadu owocowego musi wyrzucać tony niesprzedanych owoców, bo aby sprzedać zrobione z nich dżemy, musiałby wybudować przetwórnię, której koszt za jego życia na pewno by się nie zwrócił. Agroturystyka, stanowiąca często wyraz zakompleksienia, braku wyobraźni i wiedzy zarówno właścicieli, jak i urzędników sprawujących kontrolę nad jakością usług agroturystycznych, nie przynosi upragnionych dochodów (mimo dostępnych dotacji) ze względu na brak kompleksowej strategii budowania i promowania produktów turystycznych.

Dokument jednej z polskich Lokalnych Grup Działania przedstawia listę wybranych działań do sfinansowania z dotacji na rok 2010 w ramach priorytetów unijnych, mających odnowić i rozwinąć wieś w 4 gminach należących do organizacji. Dotacje otrzymało 28 inicjatyw7: w 16 przypadkach wnioskodawcami były urzędy gmin, w 2 przypadkach – gminne centra kultury, w 1 przypadku – Ochotnicza Straż Pożarna (także dotowana przez gminy). Najbardziej wymowne są jednak cele wydatków: doposażenie świetlicy, odnowienie chodników, wymiana dachu w budynku OSP, budowa boisk ze sztucznej trawy, budowa placów zabaw, zakup zestawów biesiadnych, wyposażenie świetlic i centrów kultury, obchody rocznic utworzenia wsi, utwardzenie placów przed świetlicami, zakup zastawy stołowej dla OSP…

W ramach działania o nazwie „Różnicowanie w kierunku działalności nierolniczej” przyznano dotacje na zagospodarowanie terenu siedliska pod agroturystykę, zakup ciągnika i pługa obracalnego, zakup agregatu uprawowo-siewnego. Wśród wydatków są też: enigmatycznie określone „zapobieganie wykluczeniu cyfrowemu” (warte 198 tys. zł), 2 szkolenia o turystyce pielgrzymkowej (warte ok. 19 tys. zł) oraz oznakowanie tras do narciarstwa biegowego (warte 12,6 tys. zł). Ogółem wartość dofinansowania projektów mających odnowić wsie poprzez działania Leadera+ w 4 gminach wyniosła 1 322 815,03 zł (2010 r.). W Polsce mamy 2500 gmin, których większość, bo ok. 90%, należy do jakiejś LGD. Każda z nich może wydać – biorąc pod uwagę tylko środki z Programu Leader+ – ok. 350 tys. zł rocznie na cele ewidentnie nierozwojowe.

Jak bumerang powraca wypowiedź dr. A. Hałasiewicza z Kancelarii Prezydenta: Najważniejszym miernikiem było po prostu wykorzystanie tych środków. W roku 2011 powinno się mówić zatem o sukcesie, bo jak się okazuje, to, co się stało, było zakładane przez stronę rządową. Leader+ miał dać wsi pieniądze. I dał je, nie tylko nie wnosząc nowej jakości, ale niszcząc wiarę w zdrowy chłopski rozum. Bo chłopi nie zbudowaliby na wsi boisk ze sztuczną trawą, gdyby nie „pomoc” urzędniczych fachowców.

Liderzy z urzędu

Prawdziwe tsunami finansowe pojawiło się wraz z funduszem sołeckim, wprowadzonym przez Sejm w 2009 r. Sołtysi, traktowani przez swoje społeczności jak „siedzący na garnuszku gminnym”, otrzymali ogromne pieniądze z klucza rządowego, a więc zabezpieczone systemowo. Systemowo też i odgórnie uznano, że każdy sołtys wsi polskiej jest liderem, który zasługuje na stałe dotowanie. Trzeba głęboko westchnąć nad takim pojmowaniem funkcji lidera. Znakomita większość rzeczywistych liderów walczy o realizację niszowych projektów społecznych bądź kosztem własnych rąk i środków, bądź kosztem jakości tych projektów. Żadna lokalna organizacja społeczna, która nie jest organizacją typu Quango, nie zasłużyła na takie zaufanie rządu polskiego, jak sołtysi.

Od lutego 2009 r. każda wieś polska obudziła się z nowym liderem. O pojmowaniu tej roli przez decydentów wiele mówią regulacje funduszu sołeckiego, stanowiące, że środki pochodzące zeń mogą być przeznaczone wyłącznie na przedsięwzięcia mieszczące się w zakresie zadań własnych gminy. Czyli chodniki, świetlice, OSP… (patrz wyżej). Korzyścią dla gminy są dodatkowe pieniądze z budżetu państwa, o wartości do 30% poniesionych wydatków. Największe dofinansowanie będą otrzymywać gminy o najniższych dochodach, zaś najmniejsze – gminy najbogatsze. Przypomina to monstrualną hodowlę liderów, która otrzymuje ogromne środki w nadziei, że może co któryś sołtys uaktywni się społecznie. W tym samym czasie setki kreatywnych liderów wiejskich otrzymały sygnał, że nie zasługują na wsparcie i zaufanie publiczne.

Cztery potrzeby

Polska wieś potrzebuje prostych i stosunkowo niedrogich narzędzi. Na przykład, aby uaktywnić się gospodarczo, rolnik potrzebuje taniego kredytu (a nie chaotycznie przyznawanych dotacji8) oraz wiejskiego inkubatora przedsiębiorczości, czyli budynku spełniającego wszelkie wymagane przepisami normy sanitarne, w którym można byłoby produkować żywność lokalną. Jeden inkubator umożliwiałby kilku lub kilkunastu wsiom drobne przetwórstwo, które generuje miejsca pracy, godne dochody, wzbogacenie rynku produktów lokalnych i wiele innych dóbr, w tym poczucie godności rolnika, obecnie kojarzonego głównie z obywatelem niewygodnym, zacofanym i kosztownym.

Wieś polska potrzebuje wymiany elit w samorządach lokalnych, czyli ograniczenia kadencyjności włodarzy. W obecnym systemie mogą oni dożywotnio sprawować władzę. Prowadzi to do wielu patologii, z których nepotyzm i marazm ścigają się o pierwszeństwo, odbierając inicjatywę obywatelom. Co wybory przybywa gmin, w których nie ma już kontrkandydatów do funkcji wójta czy burmistrza. W znanych autorce 10 gminach środkowej Polski, podczas ostatnich wyborów samorządowych w 80% nie było kontrkandydatów, a w 20% (2 przypadki) jeden z wójtów zrezygnował po ponad 30-letniej służbie, a drugi został „zdjęty z ewidencji” przez CBA (!).

Wieś polska potrzebuje dobrej edukacji, w tym także edukacji o wartości dziedzictwa kulturowego regionów. W betonowych, ujednoliconych bezstylową pseudo-architekturą wsiach trudno szukać wypoczynku. Dla ludzi wrażliwych, pobyt w większości polskich gospodarstw agroturystycznych jest nie do przyjęcia, a więc swoje pieniądze zostawią w harmonijnych kulturowo wsiach zachodu czy południa Europy.

Wreszcie – wieś polska potrzebuje debaty ekspertów i samych zainteresowanych, czyli rolników i przede wszystkim lokalnych społeczników (nie Quango!) nad stanem polskiej wsi i działaniami, jakie trzeba podjąć dla poprawy sytuacji.

Wiesława Kowalska

Przypisy:

  1. Europejski Trybunał Obrachunkowy zbadał, czy podejście Leader zostało wdrożone w sposób umożliwiający uzyskanie wartości dodanej, a równocześnie minimalizujący ryzyko niepowodzeń w sferze należytego zarządzania finansami. Trybunał ocenił wdrażanie przez LGD programów Leader+ w latach 2000–2006, w których ostateczne płatności zostały dokonane w roku 2009. Ponadto ocenił opracowane przez LGD strategie osi 4, obejmujące plany wdrożenia podejścia Leader w okresie 2007–2013. Kontrola Trybunału została przeprowadzona w wybranych losowo 202 organizacjach LGD w 23 państwach członkowskich, w tym w Polsce.
  2. Debata zorganizowana przez Fundację Wspomagania Wsi: „Leader – czy można więcej”, Warszawa, 17 marca 2011 r.
  3. Podejście oddolne miało ograniczony zakres w przypadku lokalnych grup działania, które przyznawały większość finansowania podmiotom, z którymi byli związani ich członkowie; potencjalna wartość dodana partnerstwa nie została uzyskana w LGD, gdzie kluczową rolę w procesie podejmowania decyzji odgrywały władze lokalne; niewiele LGD mogło wykazać w swoich strategiach lub projektach istnienie innowacyjnych rozwiązań lub współpracy między różnymi sektorami (Źródło: „Sprawozdanie specjalne nr 5/2010 Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, Wdrożenie podejścia Leader w zakresie rozwoju obszarów wiejskich”, Urząd Publikacji Unii Europejskiej, Luksemburg 2010, s. 55).
  4. Proceder ten potwierdził aktualny raport Europejskiego Trybunału Obrachunkowego (s. 59): Oddolne określanie lokalnych rozwiązań dla lokalnych problemów jest kluczowym elementem programu Leader, ale wszystkie – poza jedną – ze skontrolowanych instytucji zarządzających w okresie 2007–2013 wdrożyły w rzeczywistości system odgórny. […] Może to ułatwić kontrolę nad programem Leader, ale ogranicza zakres innowacyjnych strategii lokalnych, przez co ogranicza również szansę uzyskania wartości dodanej, która uzasadnia stosowanie podejścia Leader.
  5. Podczas międzynarodowej konferencji „Podejście Leader po roku 2013 wobec nowych wyzwań rozwoju obszarów wiejskich Europy”. Pełen wywiad dostępny jest na www.fww.org.pl
  6. W latach 2006–2007 lokalne grupy działania mogły w drodze konkursu uzyskać do 750 tys. zł na lokalne projekty obejmujące promocję obszarów wiejskich. Powstające LGD zmagały się z ogromem wyzwań organizacyjnych, które często były rozwiązywane przez lokalnych społeczników w formie non profit lub za znikomym wynagrodzeniem. O sfinansowaniu zaliczkowym projektów nie mogło być mowy bez udziału samorządów. Założenie to z góry przekreślało walor partnerstwa.
  7. Źródło: www.znamiwarto.pl
  8. Dotacje na inwestycje w gospodarstwach rolnych przyznawane są przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Procedury aplikacyjne są na tyle skomplikowane, że rolnik nie jest w stanie przeprowadzić ich samodzielnie. Zmuszony jest korzystać z wyspecjalizowanych firm, których usługi są bardzo kosztowne bez względu na wielkość inwestycji. W rezultacie ubieganie się o małe dotacje jest nieopłacalne, co skutkuje sytuacją, w której z dotacji mogą korzystać przede wszystkim wielcy inwestorzy rolni.
Aktywna dezaktywacja polskiej wsi

Przeciwko wykluczeniu


Warning: Undefined array key "file" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-includes/media.php on line 1788

Warning: Undefined array key "file" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-includes/media.php on line 1788

Europejski Rok na rzecz Zwalczania Ubóstwa i Wykluczenia Społecznego nie przyniósł w Polsce realnych zmian politycznych. Może dlatego, że wymagałyby one daleko idących przewartościowań w myśleniu o tym problemie. Skala ubóstwa i wykluczenia społecznego podlega zmianom, ale w małym stopniu są one efektem świadomej, długookresowej polityki, o jasno i stanowczo wyrażonych celach, precyzyjnie dopasowanych działaniach i starannie oraz systematycznie monitorowanych rezultatach. Dla przykładu: stopa ubóstwa i wykluczenia dochodowego w latach 2005–2010 zmalała (patrz tabela 1). W dużej mierze było to skutkiem procesów społeczno-ekonomicznych, które mogły zaistnieć w nowych realiach makropolitycznych. Na pewno istotnym bodźcem było wejście Polski do Unii Europejskiej i związany z tym spadek bezrobocia wskutek migracji zarobkowych, a co za tym idzie – także spadek poziomu ubóstwa. Swoją rolę odegrały również dopłaty z funduszy unijnych dla rolników – grupy uprzednio szczególnie zagrożonej ubóstwem. Zmiany te jednak nie były skutkiem świadomej, aktywnej polityki, realizowanej przez państwo polskie. Przeciwnie – w polskiej polityce społecznej miały miejsce tendencje niekorzystne. Wystarczy wspomnieć o utrzymaniu dotychczasowej wysokości progu uprawniającego do pomocy społecznej na poziomie z 2004 r. W obliczu wzrostu cen spowodowało to, że w 2011 jego wysokość znalazła się poniżej poziomu minimum egzystencji (kwota obliczona przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych, odzwierciedlająca minimalny poziom dóbr potrzebny do biologicznego przetrwania). Podobnie władze postąpiły z progiem uprawniającym do świadczeń rodzinnych, adresowanych do rodzin z dziećmi. Grupa ta w przypadku rodzin wielodzietnych jest szczególnie zagrożona ubóstwem. Tu kryterium dochodowe od 2006 r. wynosi 504 zł (583 – gdy dziecko jest niepełnosprawne) na osobę w gospodarstwie domowym. Ponieważ zarobki rosną – ale koszty życia również! – wiele rodzin dotychczas korzystających ze wsparcia i ewidentnie nadal go potrzebujących, przekracza próg i nie otrzymuje nawet skromnego zasiłku rodzinnego oraz dodatków do niego. Według danych Ministerstwa Pracy, liczba świadczeniobiorców spadła w ostatnich latach. Dzieci z rodzin, które nieznacznie przekroczyły próg, nie mogą dostać żadnego z dodatków, także tych edukacyjnych, np. 100 zł na rozpoczęcie roku szkolnego, 50 zł na dojazd do szkoły, gdy uczą się poza miejscem zamieszkania lub 90 zł na dofinansowanie opłat za internat. Co więcej, wykluczone są też z innych programów wsparcia, jak „Wyprawka szkolna” czy stypendium szkolne, bazujących na progu pomocy społecznej. Na nieodmrożonych progach mogą poślizgnąć się nie tylko ubogie rodziny, ale cała polska modernizacja, która swych dźwigni powinna szukać właśnie w podnoszeniu kapitału ludzkiego i społecznego. Kwestia progów dochodowych to tylko jeden z przykładów, ale o tyle istotny, że uwidacznia, w jaki sposób oszczędzanie na walce z ubóstwem i wykluczeniem działa hamująco na rozwój.

Szkodliwe schematy

Wydaje się, że brak nawet prostych kroków, zapewniających choćby doraźną pomoc ubogim, nie mówiąc o wielowymiarowych strategiach, jest skutkiem uwikłania polskiej polityki społecznej w schematy płynące z teorii odwołujących się do ekonomii o neoliberalnej, a nieraz wręcz libertariańskiej proweniencji. Istnieją trzy zasadnicze przeświadczenia, które marginalizują problem ubóstwa w myśleniu o rozwoju ekonomicznym. Nazwałbym je: radykalnym, umiarkowanym i łagodnym. W wariancie radykalnym ubóstwo w ogóle nie powinno nas zajmować, gdy myślimy o rozwoju ekonomicznym. Żeby gospodarka się rozwijała, trzeba patrzeć do przodu i nie oglądać się za siebie – na tych, którzy zostają na marginesie. Ubóstwo jest tu zjawiskiem naturalnym i nieredukowalnym, a może wręcz pożądanym, jako mobilizacja do jeszcze większej pracy. Wobec tego nie warto go zwalczać. Zwolennicy tego poglądu, najczęściej wywodzący się z kręgów okołolibertariańskich, mają też często skłonność do obwiniania biednych za ich położenie. W wariancie umiarkowanym twierdzi się, iż dbałość o wzrost gospodarczy musi mieć prymat nad zwalczaniem ubóstwa. Zdaniem zwolenników tego nurtu, ten pierwszy automatycznie poprawi skuteczność tego drugiego. Jest to zgodne z zasadą trickle down economy, w myśl której gdy jest przypływ, wszystkie łodzie idą do góry. Uważa się więc, że warto dążyć do jak największego wzrostu gospodarczego, a dzięki niemu nawet najbiedniejsi będą mieli lepiej, niż gdyby wzrostu nie było. Często wydatki na politykę socjalną uważa się za kulę u nogi. Z takim poglądem można spotkać się zwłaszcza w kręgach neoliberalnych. Wariant łagodny stanowi zmodyfikowaną wersję poglądu drugiego i mówi mniej więcej tyle: najpierw się wzbogaćmy, a potem będziemy myśleli, co dzielić. Nie twierdzi się już, że ubóstwo nie jest ważnym problemem, nie wierzy się też naiwnie, że wzrost gospodarczy automatycznie zmniejszy ubóstwo i wykluczenie. Sugeruje się natomiast, że najpierw państwo musi wypracować bogactwo, żeby zająć się zasadami jego (re)dystrybucji. Odwrócenie tej kolejności uznaje się często za przeciwskuteczne. Ten ostatni pogląd, chyba najpopularniejszy, bywa uznawany za realistyczny i to nawet przez tych, którzy przychylnie spoglądają na doświadczenia krajów, gdzie zbudowano równomiernie rozłożony dobrobyt. „Chcecie Szwecji? My również, ale najpierw się wzbogaćmy, a później budujmy państwo opiekuńcze” – słyszałem w niejednej dyskusji. Jako próbę wyjścia naprzeciw powyższym opiniom proponuję tezę, że należy doprowadzić w Polsce do przewartościowania (najpierw na poziomie intelektualnym, następnie politycznym) myślenia o relacjach między ubóstwem i wzrostem gospodarczym, a także szerzej definiowanym rozwojem. Polegałoby ono na uznaniu, iż to nie zmniejszenie ubóstwa i wykluczenia będzie następstwem wzrostu gospodarczego, lecz przeciwnie – rozwój gospodarczy musi zostać poprzedzony skutecznymi działaniami na rzecz likwidacji ubóstwa i wykluczenia społecznego. W przeciwnym razie pozostawienie tych zjawisk (które mają wpisaną w siebie cechę poszerzenia, pogłębienia i reprodukcji międzypokoleniowej) będzie generowało obciążenia dla gospodarki, a więc w dłuższej perspektywie będzie hamowało wzrost oraz powodowało wielowymiarowy uszczerbek dla rozwoju społeczno-ekonomicznego1.

Koszty społeczne i polityczne

Jednym z głównych celów takich rozważań jest nie tyle przekonanie, dlaczego należy walczyć z ubóstwem i wykluczeniem społecznym (bo to w kręgach społecznie postępowych jest raczej bezdyskusyjne), ale przedstawienie możliwie przekonującego uzasadnienia, dlaczego walkę z ubóstwem i wykluczeniem powinniśmy traktować jako absolutny priorytet rozwojowy, także (choć oczywiście nie tylko) z ekonomicznego punktu widzenia. Najczęściej do wysiłków w tym kierunku skłaniają nas względy natury moralnej i ideowej, a w mniejszym stopniu pragmatycznej i ekonomicznej. Dlatego wiele osób patrzy na tę kwestię w klasycznie filantropijny sposób. Nie wchodząc na razie w kwestie pragmatyczne, warto także na płaszczyźnie ideologicznej zaproponować pewne przesunięcie. Parafrazując słowa Nelsona Mandeli – Fighting with hunger is not an act of charity, it’s an act of justice, można rzec, że walka z ubóstwem i wykluczeniem nie jest aktem dobroczynności, lecz imperatywem sprawiedliwości. Takie spojrzenie stanowi krok w kierunku uznania osób dotkniętych tego typu problemami za podmioty praw, a nie oderwanych od społecznego ładu indywiduów, zdanych na łaskę silniejszych. Podporą dla tego typu spojrzenia może być teoria sprawiedliwości Johna Rawlsa i Amartyi Sena2. W naszym kraju może być ona trudna do wprowadzenia, gdyż – w odróżnieniu od np. tradycji francuskiej czy skandynawskiej – w Polsce nie jest upowszechniona i rozumiana idea obywatelstwa socjalnego. Z moich rozmów z przedstawicielami ruchu „ATD Czwarty Świat” w Polsce, wynikało, że istnieją realne trudności z przełożeniem na polski dyskurs wielu treści, jakie wypracowuje się we Francji – kolebce tej organizacji. Jednocześnie widać pierwsze jaskółki zmian. Sporządzono raport „Social watch”, przy opracowaniu którego spotkały się środowiska zajmujące się wykluczeniem i ubóstwem oraz te zajmujące się dyskryminacją. Także podczas warsztatów, które przeprowadziłem dla Towarzystwa Edukacji Antydyskryminacyjnej<sup „>3, przekonałem się, że działacze organizacji walczących na tym polu również są żywo zainteresowani kwestią ubóstwa i wykluczenia. Być może fundamentem dla ujęcia wspólnie wykluczeń materialnych i kulturowych oraz powiązań między nimi byłoby rozpatrywanie ich jako aspektów pogwałcenia praw człowieka i obywatela. Oprócz tego należy pamiętać, że wykluczenie i ubóstwo mogą negatywnie przełożyć się na funkcjonowanie systemu politycznego. Nie jest prawdą, że im większa sfera wykluczenia, tym szersza baza społeczna dla formacji i rozwiązań w duchu socjaldemokratycznym czy społecznej gospodarki rynkowej. Bardziej prawdopodobne, że deprywacja ludzi zrodzi frustrację, która może w najlepszym razie przełożyć się na bierność osób dotkniętych nią, a w gorszym – na poparcie dla organizacji skrajnych, bazujących na negatywnych emocjach i nie proponujących konstruktywnych rozwiązań w duchu społecznego solidaryzmu.

Pozorne oszczędności

Powoływanie się na racje ekonomiczne w kontekście tak głęboko humanistycznych celów budzi nieraz mieszane uczucia. W środowisku lewicowym spotkałem się w niejednej dyskusji z zarzutem, że szukając uzasadnień gospodarczych dla zwalczania wykluczenia, wchodzę na pole dyskursywne tych, którzy wszystko chcieliby przeliczyć na korzyści ekonomiczne, a problem wykluczenia mają za nic. Rzeczywiście istnieje ryzyko takiej cynicznej postawy, ale moim zdaniem tylko wówczas, gdy opłacalność ekonomiczna stanie się jedynym lub głównym kryterium myślenia o problemie ubóstwa. Tymczasem jeśli będzie to jedna z wielu płaszczyzn, na których uzasadnimy konieczność inwestowania w walkę z wykluczeniem i biedą, to cynikami się nie staniemy. Za to zbijemy argument, że „może i macie słuszność, ale nas na to nie stać” – dzięki pokazaniu, że mówimy tu o inwestycji, która, owszem, oznacza pewne koszty, ale one w dłuższej perspektywie są mniejsze, niż gdybyśmy pozostawili te problemy nierozwiązane. Przeciwnicy zaangażowania polityki społecznej w walkę z wykluczeniem, jawią się wówczas jako racjonalni tylko w krótkiej perspektywie, w dłuższej zaś – już nie. Wymieńmy zatem – za prof. W. Warzywodą-Kruszyńską4 – koszty, które rodzi wykluczenie: A) Koszty związane z działaniami naprawczymi:

  1. wydatki na zasiłki z pomocy społecznej,
  2. koszty walki z przestępczością (ponieważ bieda miewa właściwości kryminogenne),
  3. wydatki na ochronę zdrowia (stan zdrowia osób ubogich jest statystycznie gorszy niż osób pozostałych, zapadają oni bowiem częściej na choroby wynikające ze złych warunków życia).

B) Koszty utraconych możliwości (alternatywne). Osoby ubogie i wykluczone w mniejszym stopniu uczestniczą w życiu społecznym, kulturalnym i gospodarczym, wobec czego ich potencjał społeczny jest niewykorzystany. C) Koszty wynikające z międzypokoleniowej transmisji ubóstwa i wykluczenia na kolejne pokolenia. Przykładem może być transmisja kultury ubóstwa i wykluczenia w rodzinach pracowników dawnych PGR-ów5 czy w łódzkich enklawach biedy. Koszty te są szczególnie duże, długotrwałe i trudne do wyeliminowania ex post. Opisane powody pokazują, że z wykluczeniem i biedą trzeba walczyć i traktować tę walkę jako priorytet. Wciąż jednak stoimy przed pytaniem: jak? Warto zasygnalizować szereg barier systemowych, które utrudniają radzenie sobie z tą kwestią. Pierwszym problemem jest wielkość i struktura wydatków na ten cel, a także społeczne wyobrażenia na ów temat (z reguły niestety błędne), jakimi karmiona jest opinia publiczna. W mediach głównego nurty słyszymy przede wszystkim, że wydatki socjalne są rozdęte ponad możliwości (a nawet jeśli nie, to i tak pod presją fiskalną powinny być zmniejszone) oraz że są one źle adresowane. Obie tezy są też często traktowane łącznie. Ta druga, mimo że ociera się o prawdę (w odróżnieniu od pierwszej, która, jak pokażę, jest całkiem fałszywa), często służy jako argument wzmacniający błędne projekty polityczne. Część środowisk przyjmuje, że skoro pieniądze są źle adresowane, to tak jakby wyrzucono je w błoto, wobec tego nakłady te należy obniżyć, a świadczenia uczynić jeszcze bardziej selektywnymi. Na początku warto rozprawić się z mitem o nadmiernych wydatkach socjalnych w Polsce. Obalić ów niezwykle szkodliwy mit pozwala niedawno opublikowany raport Eurostatu6. Wynika z niego ewidentnie, że w Polsce udział wydatków na zabezpieczenie społeczne w PKB jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej. Mniejszy udział wydatków socjalnych w ogólnym podziale dobrobytu jest niższy jedynie na Litwie, w Rumunii, Bułgarii, na Słowacji i w Estonii. W Polsce te wydatki w 2009 r. były na poziomie 19,7%, a więc niemal o 10 punktów procentowych niższym od ich udziału w PKB całej UE (29,5%). Jeszcze drastyczniej wygląda sytuacja Polski, jeśli przyjrzymy się zestawieniu wydatków na zabezpieczenie społeczne na głowę mieszkańca po uwzględnieniu siły nabywczej. Poziom wydatków w innych krajach, w tym tych, które stoją na wysokim poziomie ekonomicznym, sugeruje, że wydatki socjalne nie są reliktem realnego socjalizmu, jak można usłyszeć w niejednym komentarzu „gadających głów” w polskich mediach, lecz stanowią stały element zachodniego kapitalizmu. Interesująca wydaje się także dynamika wydatków na zabezpieczenie społeczne (patrz tabela 3) oraz ich wewnętrzna struktura (o czym dalej). Lata 2002–2009 przyniosły w Polsce obniżenie udziału wydatków na cele społeczne, podczas gdy w UE ten udział się zwiększył (zwłaszcza w krajach strefy Euro). Można na podstawie tych danych stwierdzić, że podział dobrobytu staje się w Polsce coraz mniej solidarny. Owa desolidaryzacja systemu zabezpieczenia społecznego – wg określeń M. Rymszy7 – dokonuje się nie tylko poprzez ograniczanie wydatków socjalnych, ale również za sprawą np. usunięcia redystrybucji z systemu emerytalnego.

Na co idą wydatki socjalne?

Jak się okazuje, Polskę cechuje nie tylko niski poziom wydatków na cele społeczne, ale także ich specyficzna struktura (patrz tabela 4). Rzuca się w oczy przede wszystkim duży udział w łącznych wydatkach na zabezpieczenie społeczne wydatków na zabezpieczenie osób starszych. Jest to najwyższy udział w całej UE. Częściowo tłumaczy on, dlaczego ta grupa wiekowa jest relatywnie mało zagrożona ubóstwem i wykluczeniem materialnym8. Jednocześnie wnioski z innego raportu Eurostatu mówią, że: W ciągu pięciu lat podwoiła się w Polsce liczba emerytów zagrożonych biedą. Choć na tle średniej europejskiej Polska wciąż wypada ciut lepiej, to w niemal całej Europie sytuacja emerytów się poprawia, natomiast u nas wręcz przeciwnie9. Pamiętajmy, że mówimy o udziale tych wydatków w systemie zabezpieczenia społecznego. Jeśli punktem odniesienia będzie dla nas PKB, wówczas wydatki na zabezpieczenie sytuacji polskich seniorów są przeciętne. Z innych źródeł wiemy, że zabezpieczenie polskich emetytów jest oparte na świadczeniach dochodowych, a w małym stopniu na usługowych. Wydatki na opiekę długoterminową są jednymi z niższych w UE. Jest to istotne zwłaszcza w kontekście tego, że w ramach ogólnego procesu starzenia się społeczeństwa, największy spodziewany przyrost procentowy będzie w grupie 80+, a więc w odniesieniu do osób, wśród których zapotrzebowanie na usługi opiekuńcze jest wysokie. Również osoby starsze, jako grupa ponadprzeciętnie potrzebująca opieki medycznej, są szczególnie podatne na zaniedbania w służbie zdrowia. Segment ten (co wynika także z przytoczonej tabeli) jest niedofinansowany ogólnie, a jednocześnie – na co wskazuje niedawne oświadczenie Rządowej Rady Ludnościowej – nieprzystosowany do potrzeb osób starszych. Innym wnioskiem płynącym ze wspomnianego raportu Eurostatu jest istnienie wielu ważnych segmentów zabezpieczenia społecznego, w których wydatki są – na tle innych krajów – bardzo niskie zarówno w relacji do PKB, jak i do ogółu wydatków socjalnych. Przykładem mogą być wydatki na walkę z bezrobociem (wydajemy na ten cel ponad 4 razy mniejszy procent PKB niż unijna średnia). A to właśnie bezrobocie jest bardzo częstą przyczyną ubóstwa. Prezentowane dane dotyczą 2009 r., ale obecnie nie jest lepiej, skoro minister finansów zamroził ponad połowę środków z Funduszu Pracy, na których opierała się polityka aktywizacji osób poszukujących pracy. Innym niedoinwestowanym obszarem są świadczenia na rzecz rodzin i dzieci. Tutaj również odnotowujemy najniższy udział – tak w wydatkach socjalnych, jak i w PKB – w całej Unii. Wycofywanie się państwa z tej dziedziny polityki społecznej jest kompletnie nierozważne w świetle zarówno walki z ubóstwem i wykluczeniem, jak i w obliczu konieczności sprostania wyzwaniom demograficznym. Kolejny obszar – najściślej związany z omawianą tu problematyką – czyli wydatki na mieszkalnictwo i walkę z wykluczeniem społecznym (obejmujące głównie wydatki z pomocy społecznej) są w Polsce 5 razy mniejsze w relacji do PKB niż unijna średnia!

Selektywnie nie znaczy lepiej

Niedofinansowaniu sfery społecznej – a w jeszcze większym stopniu socjalnej – towarzyszy selektywna polityka przyznawania uprawnień do pomocy. Dzięki niskim progom można utrzymać wydatki socjalne na niskim poziomie. Problematyczna jest jednak nie tylko wysokość progów, ale także to, jak restrykcyjnie mają one obowiązywać. Jak dużo powinno być świadczeń, w których możliwe jest odstępstwo od kryterium dochodowego? Czy obok nich powinny istnieć świadczenia uniwersalne, a jeśli selektywne, to niezależne od testu dochodów? W polskiej debacie publicznej dominuje przeświadczenie, że odchodzenie od progu dochodowego jest wyrazem marnotrawstwa zasobów. Nawet partie, które kierują ofertę do elektoratu lewicowego, jak SLD czy ostatnio Ruch Palikota, sugerują potrzebę jak najsilniejszego powiązania prawa do wsparcia z granicą ubóstwa. W istocie, z punktu widzenia sprawiedliwości, ten kierunek myślenia wcale nie jest tak oczywisty. Po pierwsze, uzależnienie wsparcia finansowego od ściśle przestrzeganego kryterium dochodowego oznacza, że osoby, których dochody minimalnie przekroczą arbitralnie ustalony próg, zostają wykluczone z możliwości uzyskania pomocy, mimo że ich sytuacja materialna często wskazywałaby na konieczność jej udzielenia. Dzieje się tak zwłaszcza w sytuacji, gdy progi uprawniające do wsparcia są na niskim poziomie w relacji do potrzeb. Z taką sytuacją mamy do czynienia w Polsce zarówno w odniesieniu do świadczeń rodzinnych, jak i w przypadku świadczeń pieniężnych z pomocy społecznej. W 2011 r. próg pomocy społecznej znalazł się na poziomie niższym niż próg minimum egzystencji, wyznaczany na podstawie koszyka dóbr podstawowych, potrzebnych do podtrzymania biologicznej egzystencji. Do pewnego stopnia sposobem uniknięcia owej pułapki jest ustalenie progu na odpowiednio wysokim poziomie. Po drugie, przyznawanie świadczeń w oparciu o kryterium dochodowe prowadzi do stygmatyzacji świadczeniobiorców. A osobie napiętnowanej znacznie trudniej reintegrować się w społeczeństwie, zwłaszcza poza grupą osób, które też są wykluczone. Ma to szczególne znaczenie w społeczeństwach silnie rozwarstwionych, gdzie status materialny niestety często decyduje o możliwościach uczestnictwa w życiu zbiorowym, w kulturze, w grupach towarzyskich. Nieraz obawa przed stygmatyzacją prowadzi do rezygnacji z korzystania z własnych uprawnień. Takie zjawisko ujawniła choćby kontrola NIK, dotycząca realizacji programów dożywiania w szkołach na terenie szeregu gmin w Małopolsce. Okazało się, że część uczniów nie skorzystała z przysługujących im posiłków w obawie przed stygmatyzacją w grupie rówieśniczej 10. Wydaje się, że właśnie w kontekście polityki na rzecz dzieci trzeba być szczególnie uwrażliwionym na to, by pomoc nie prowadziła do jakiejkolwiek stygmatyzacji czy segregacji. Po trzecie, deprywacja potrzeb zachodzi także w rodzinach, które przekraczają próg. Może ona być związana np. ze szczególną strukturą wydatków (związanych z wydarzeniem losowym) lub istnieniem dysfunkcji. Ponownie, sytuacja dzieci może ilustrować ten problem. Bywa tak, że w rodzinach dotkniętych problemem alkoholowym lub inną dysfunkcją, dzieci nie mają zaspokojonych podstawowych potrzeb (także bytowych), mimo, że dochód w rodzinie może przewyższać – nawet znacznie – próg socjalny. Wówczas bardziej użyteczna od testu dochodów jest dogłębna diagnoza sytuacji rodziny i dziecka, i na tej podstawie podjęcie działań zmierzających do przywrócenia zdolności wychowawczych rodzicom (co jest często procesem bardzo długotrwałym) oraz do zaspokojenia potrzeb materialno-socjalnych dziecka – bezpieczniej w takich wypadkach udzielać jej w formie rzeczowo-usługowej (benefits in kind), nie pieniężnej (benefits in cash). Po czwarte, polityka oparta na progach generuje dodatkowe koszty i procedury biurokratyczne, nie zawsze uwzględniane podczas szukania oszczędności w sferze socjalnej. Polska pomoc społeczna jest w opinii pracowników socjalnych tak silnie zbiurokratyzowana, że nie mają oni czasu, by zajmować się rozwiązywaniem problemów społecznych, pracą środowiskową itp. W efekcie praca socjalna bywa mniej skuteczna w wyciąganiu ludzi z ubóstwa i wykluczenia. Ich liczba nie zmniejsza się, co tworzy dodatkowe koszty. Krótko mówiąc, progi tworzą bezpośrednio dodatkowe koszty związane z procedurami selekcji, a pośrednio także koszty alternatywne – utraconych możliwości wykonywania w większym wymiarze przez pracowników socjalnych pracy z jednostkami, rodzinami i społecznościami dotkniętymi problemem marginalizacji. Po piąte, polityka selektywna ma wpisaną w siebie filozofię braku zaufania społecznego, zwłaszcza wobec osób, które zgłaszają się po pomoc. Nie sprzyja to budowaniu kapitału społecznego, który jest potrzebny w procesie osiągania spójności społecznej. Zwłaszcza w przypadku osób dotkniętych wykluczeniem ważne wydaje się wzmacnianie ich kapitału społecznego, którego jednym z wymiarów jest poziom zaufania do innych (w tym instytucji publicznych), a także poczucia, że im się ufa. Ludzie ci często już wcześniej na każdym kroku doświadczyli odrzucenia i nieufności, co obniżyło motywację do pokonywania przeciwności losu. Służby społeczne powinny pomagać w odzyskiwaniu poczucia zaufania do siebie i otoczenia. Powyższa argumentacja nie oznacza, że powinniśmy zastąpić logikę selektywną logiką uniwersalną. Pokazuje natomiast, że są sytuacje, w których selektywność rodzi szereg kosztów społecznych i ekonomicznych, oraz że nie zawsze bywa skutecznym podejściem w zwalczaniu ubóstwa i wykluczenia społecznego. Przykładem działań, w których owe słabości podejścia selektywnego dają o sobie znać i w których można by w większym stopniu próbować odejść od stosowania kryterium dochodowego, są programy dożywania uczniów w szkołach. Obecnie istniejący od 2005 r. Wieloletni rządowy program wparcia w zakresie dożywiania działa w oparciu o rozszerzone kryterium dochodowe (150% ustawowej linii ubóstwa). Co więcej, w szczególnych przypadkach, gdy dziecko samo zgłosi chęć bycia objętym programem, może zostać weń włączone bez konieczności przeprowadzania wywiadu środowiskowego – istnieje jednak limit takich uczniów w grupie wszystkich odbiorców programu w gminie na poziomie 20%. Program więc obecnie nie jest w pełni selektywny, choć istotnie opiera się na kryterium dochodowym. Jednocześnie w sytuacji zamrożenia progu uprawniającego do pomocy społecznej, nawet owe 150% nie wystarczy, by zapewnić ciepły posiłek potrzebującym. A przecież nie dojada także część dzieci z rodzin nieco zamożniejszych. Oprócz tego selektywność świadczenia rodzi wspomniane już ryzyko stygmatyzacji. Część dzieci, intuicyjnie świadomych tego zagrożenia, nie zgłasza się po przysługujące im wsparcie. Z tych względów niektórzy badacze, m.in. prof. B. Balcerzak-Parandowska, sugerują, że wskazane byłoby całkowite zniesienie progu w dostępie do tego programu11. Z jednej strony wymusiłoby to dodatkowe środki, ale też częściowo oszczędziłoby się na procedurach weryfikacji, czy dane dziecko spełnia kryterium.

O bardziej społeczną politykę aktywizacji

Drugą osią sporu jest aktywna polityka społeczna. Nie ryba, lecz wędka – przekonują zwolennicy tego nurtu. Dodają, że obecna polityka sprzyja bierności i utrwala ubóstwo i wykluczenie, zamiast umożliwiać wychodzenie z niego. Bywa to prawdą zarówno na poziomie diagnozy, jak i na poziomie założeń normatywnych, jednak tylko w części. Poza tym należy uważać, aby nie wyprowadzać z tego zbyt daleko idących wniosków praktycznych i nie przejść do modelu workfare. W koncepcji owej zakłada się, że trzeba uzależnić możliwość otrzymywania świadczenia od podjęcia pracy (choćby najgorzej płatnej). Uzyskanie świadczenia jest tu zależne nie tylko od spełnienia testu dochodów, ale także od podjęcia określonych zachowań. Za modelem workfare, przynajmniej w wersji, jaką po raz pierwszy wypróbowano w krajach anglosaskich (gdzie się zrodziła), stoi też określona wizja człowieka i interpretacja problemu ubóstwa, zgodnie z którą to ubodzy sami są winni swojemu położeniu i trzeba ich zmotywować, a w praktyce przymusić do podjęcia pracy. Często zresztą jest to praca gorszego sortu, tzw. junk job, której wykonywanie i wynagrodzenie nie umożliwia pełnego uczestnictwa w społeczeństwie i kulturze. Patrzy się przy tym na problem wykluczenia jednowymiarowo. Tymczasem ubóstwo, a tym bardziej wykluczenie ma wiele wymiarów. Zmuszając zmarginalizowanych ludzi do pracy, nie umożliwiamy im przezwyciężenia marginalizacji. Koncepcji workfare można więc wiele zarzucić, zarówno jeśli chodzi o przyjęte założenia, jak i praktyczne skutki. Czy jednak oznacza to, że polityka społeczna nie powinna zmierzać ku aktywizacji i tam, gdzie to możliwe, przezwyciężenia ubóstwa, a nie tylko łagodzenia jego symptomów przy pomocy transferów? Ależ skąd. Trzeba po prostu myśleć o konkurencyjnym (co nie znaczy, że we wszystkich punktach rozbieżnym) do neokonserwatywnego i neoliberalnego wariancie aktywnej polityki społecznej, który zawierałby w sobie proaktywizacyjny pierwiastek, ale pozbawiony byłby słabych stron workfare. Na zeszłorocznej konferencji poświęconej polityce społecznej zaprezentowałem kilka warunków, które moim zdaniem powinna spełniać „lewicowa” wersja aktywnej polityki społecznej12. Oto one: 1. Myślenie o partycypacji nie tylko zawodowej. Słabością myślenia liberalnego, ujawniającego się także przy okazji koncepcji workfare, jest pozytywne wartościowanie niemal wyłącznie aktywności zawodowej, wycenianej przez rynek. Tymczasem jest wiele form aktywności, które również są bardzo wartościowe zarówno dla osoby podejmującej je, jak i dla społeczności. Warto je zatem wspierać w procesie wychodzenia z wykluczenia, jak i ogólnie budowania spójności społecznej. Nieraz osoby wykluczone nie są – z różnych przyczyn – w stadium, które umożliwiałoby im podjęcie pracy na wolnym rynku, ale mogą wykonywać inne działania, np. na rzecz instytucji pomocowej, z której korzystają, czy innych grup potrzebujących. Dzięki temu mogą odzyskać poczucie podmiotowości i sprawstwa, co pomoże im na dalszych etapach wychodzenia z wykluczenia. 2. Ryba, wędka i nauka łowienia. Dylemat „wędka czy ryba” wydaje się w praktyce fałszywy. Potrzebne jest jedno i drugie. Pozostając w ramach przyjętej metaforyki, można powiedzieć, że osoba głodna, która nie otrzymała choćby małej rybki, nie będzie miała siły, by utrzymać wędkę, oraz wytrwałości, by uczyć się łowienia. Szczególnie gdy ilość ryb w stawie – a więc miejsc pracy na rynku – jest ograniczona. Dobra polityka aktywizacji powinna więc zawierać wszystkie trzy elementy: wsparcie materialne, działania proaktywizacyjne i możliwości ich praktykowania. Tak też funkcjonuje system zabezpieczenia w krajach skandynawskich, które osiągają korzystne wskaźniki zarówno jeśli chodzi o poziom ubóstwa i wykluczenia społecznego, jak i w kwestii wysokiego poziomu aktywności zawodowej społeczeństwa. 3. Aktywizacja uwzględniająca podmiotowość świadczeniobiorcy. Lewicowi krytycy workfare state zarzucają tej koncepcji lekceważenie podmiotowości osoby wykluczonej, traktowanie jej paternalistycznie, nie dające jej szans wyboru, zakładające lenistwo lub złą wolę i przypisujące winę za stan, w jakim się znalazła. Dlatego należy odrzucić szkodliwe założenia tej koncepcji i zastąpić je postawą wspierającą wykluczonych. Używając nieco górnolotnych, ale trafnych słów, jakie usłyszałem na pewnej konferencji poświęconej bezdomności, należy formułę „wymagaj i dopiero kochaj” odwrócić na „kochaj i dopiero wymagaj”. Aby pomóc komuś przezwyciężyć poważne życiowe trudności, trzeba obdarzyć go minimum zaufania i stopniowo poszerzać pole wolności wyboru, jednocześnie pokazując możliwości jego racjonalnego wykorzystania. 4. Oddziaływanie po stronie popytowej i podażowej. Środowiska neoliberalne przyjmują często przeświadczenie, że problem leży po stronie osób wykluczonych czy to z rynku pracy, czy ze społeczeństwa. Próbując oddziaływać na ich kompetencje i motywacje, nie rozwiązujemy jednak problemu w postaci nierzadkiego deficytu miejsc pracy w społecznościach, w których żyją. W Polsce istnieje wiele społeczności lokalnych, gdzie panuje niedobór miejsc pracy, a bezrobocie jest bardzo wysokie. Jeśli chce się skutecznie walczyć z ubóstwem i wykluczeniem, trzeba oddziaływać zarówno na wykluczonych mieszkańców, jak i tworzyć bodźce do tworzenia miejsc pracy w ich środowiskach. 5. Działania bezpośrednio niezwiązane z aktywizacją, ale pośrednio ją ułatwiające. Przykładem takich działań jest powszechny dostęp do usług opiekuńczych. Ich brak powoduje, że osoby wykluczone często nie są w stanie podjąć zatrudnienia czy szkoleń podnoszących ich potencjał z uwagi na konieczność zajmowania się osobami zależnymi (np. dziećmi, niepełnosprawnymi, osobami starszymi). Tam, gdzie nie ma instytucji opiekuńczych lub są one zbyt drogie, nawet efekty polityki aktywizacji mogą zostać wykorzystane zbyt słabo.


Rekapitulując powyższe rozwiązania, należy przyjąć, że: Po pierwsze, polityka na rzecz zwalczania ubóstwa i wykluczenia powinna stanowić jeden z priorytetów polityki publicznej, a nie kwestię marginalną, z którą zmierzymy się dopiero po załatwieniu innych, „ważniejszych spraw”. Po drugie, owa polityka powinna być wielowymiarowa, angażująca wiele sektorów, podmiotów jak i przede wszystkim wiele instrumentów polityki społecznej, a nie być sprowadzana wyłącznie do działań instytucji pomocy społecznej. Po trzecie, polityka ta powinna być traktowana nie jako koszt, lecz jako inwestycja prorozwojowa. Brak tej polityki może wygenerować w przyszłości znacznie większe koszty (społeczne, zdrowotne i ekonomiczne) niż jej prowadzenie. Po czwarte, należy odejść od szukania oszczędności w sferze socjalnej w imię ratowania stanu finansów publicznych. Dane porównawcze pokazują, że już teraz wydatki socjalne są w Polsce jednymi z najniższych pośród krajów UE. Dalsze ich obniżenie może pogłębić zachwianie wydolności systemu zabezpieczenia społecznego. Po piąte, zasadne wydaje się z jednej strony nieznaczne podwyższenie poziomu wydatków społecznych przy jednoczesnym zracjonalizowaniu ich alokacji. Przede wszystkim dofinansowaniu powinny ulec obszary najściślej związane z ubóstwem i wykluczeniem (polityka rodzinna, polityka walki z bezrobociem, polityka mieszkaniowa oraz pomoc społeczna), które są w Polsce szczególnie niedofinansowane. Po szóste, rozwinięta powinna być polityka na rzecz wsparcia dzieci i rodzin z dziećmi. Obszar ten w Polsce jest szczególnie niedofinansowany na tle porównawczym, podczas gdy grupy te są szczególnie zagrożone ubóstwem i wykluczeniem. Brak kompleksowej polityki w tym względzie grozi nie tylko pogwałceniem praw społecznych najsłabszych, ale także zapaścią demograficzną, marnotrawstwem potencjału ludzkiego i podważeniem całego ładu społecznego. Po siódme, należy zrehabilitować krytykowaną we współczesnym dyskursie publicznym ideę świadczeń uniwersalnych. Kompleksowa polityka społeczna powinna łączyć świadczenia uniwersalne ze świadczeniami selektywnymi, adresowanymi do konkretnych grup. Te pierwsze sprawdzają się przede wszystkim, gdy są realizowane w formie rzeczowej i usługowej (np. powszechny dostęp do usług opiekuńczych i edukacyjnych w różnych fazach życia), te drugie zaś nieraz powinny być przyznawane w oparciu o inne kryterium niż test dochodów (np. dobrze zdiagnozowaną sytuację rodzinną i społeczną). Po ósme, należy podnieść rękawicę, jaką rzucają środowiska neoliberalne i neokonserwatywne pod postacią koncepcji workfare. Polityka społeczna na rzecz zwalczania ubóstwa i wykluczenia powinna mieć proaktywizacyjny odcień, jednak istnieje wiele sposobów osiągania tego celu. Nie należy tkwić w alternatywie: albo polityka łagodzenia i utrwalania ubóstwa, albo workfare. Potrzebna jest wielowymiarowa „aktywna polityka społeczna”, która nie stygmatyzowałaby osoby korzystającej z niej i pozwalała odzyskać jej potencjał na wielu frontach. Kwestia aktywnej polityki społecznej jest warta ożywionej dyskusji w środowiskach prospołecznych. Mam nadzieję, że powyższe propozycje mogą stać się zaczynem owej debaty.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

  1. Więcej argumentów na rzecz powyższych tez dostarczam w opracowaniu napisanym dla Fundacji Amicus Europae: R. Bakalarczyk, Bieda i wykluczenie społeczne, Fundacja Amicus Europae, Warszawa, marzec 2011. Na jego kanwie powstał niniejszy artykuł.
  2. Zob. Danielle Zwarthoed, Zrozumieć biedę. John Rawls-Amartya Sen, 2012.
  3. Owocem tych warsztatów są publikacje na stronie TEA: http://www.tea.org.pl/pl/SiteContent?subitem=teksty_seminaryjne
  4. W. Warzywoda-Kruszyńska, Nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić – bieda wśród dzieci w Polsce [w:] J. Szambelańczyk, M. Żukowski (red.), Człowiek w pracy i polityce społecznej, Poznań 2010.
  5. Zob.: A. Karwacki, Błędne Koło. Reprodukcja kultury podklasy społecznej, Toruń 2006.
  6. Eurostat, Statistics in focus, 14/2012.
  7. M. Rymsza, Redystrybucyjna i więziotwórcza funkcja ubezpieczenia społecznego a ewolucja systemu emerytalnego w Polsce [w:] J. Hrynkiewicz (red.), Ubezpieczenie społeczne w Polsce. 10 lat reformowania, Warszawa 2011.
  8. Co nie znaczy, że poważne problemy materialne nie dotykają wielu polskich emerytów – omawiam ten problem szerzej w innym opracowaniu: R. Bakalarczyk, Ubóstwo wśród ludzi starszych [w:] Z godnością w jesień życia. Socjaldemokratyczny program dla osób starszych, Warszawa – Wrocław 2011.
  9. https://obywatel3.macmas.pl/2012/03/22/szara-polska-jesien-zycia/
  10. Najwyższa Izba Kontroli, Informacja o wynikach kontroli skuteczności prawidłowości realizacji przez gminy województwa małopolskiego Programu Wieloletniego, „Pomoc Państwa w zakresie dożywiania w latach 2006–2009”, Kraków, kwiecień 2009.
  11. B. Balcerzak-Paradowska, Dziecko w polityce rodzinnej. Ocena działań dotychczasowych. Wzorce z innych krajów. Kierunki działań, „Polityka społeczna” wrzesień 2009.
  12. Wykluczenie społeczne w Polsce na tle innych krajów Europy. Prezentacja przygotowana i wygłoszona podczas konferencji organizowanej przez Stowarzyszenie „Warszawa w Europie”, z udziałem prof. J. Supińskiej, prof. R. Szarfenberga i R. Bakalarczyka.
Grać i walczyć

Grać i walczyć

Nie tak dawno skończył się w Polsce burzliwy okres kampanii wyborczej. Większość przedwyborczych debat poświęcona była przede wszystkim sprawom gospodarki. Ku naszemu rozczarowaniu, żadna z dyskusji nawet nie zahaczała o sprawy polityki kulturalnej.

Z wypowiedzi polityków, zarówno opozycji, jak i koalicji rządzącej, wynika, że praca ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego jest oceniana jednoznacznie pozytywnie, o czym świadczy także decyzja premiera o pozostawieniu go na stanowisku. Jeśli już debatuje się o kulturze, to przede wszystkim w kontekście światopoglądowym, gdzie sztuka traktowana jest po macoszemu, jako element wyrażania konkretnych myśli politycznych. Uważamy, że jest to działanie instrumentalne. Naszym zdaniem, brakuje w Polsce ponadpartyjnej debaty o funkcjonowaniu samego systemu polityki kulturalnej i możliwości przyjęcia rozwiązań funkcjonujących na świecie.

Chcielibyśmy zwrócić uwagę na kilka aspektów kultury i edukacji artystycznej w III RP. Będzie to spojrzenie ostre, ale możliwie obiektywne, gdyż łączy nas troska o rodzimą sztukę oraz promowanie w życiu publicznym zasad współpracy i solidaryzmu społecznego, a dzieli miejsce dokonywanych obserwacji (jedno z nas mieszka w Warszawie, drugie patrzy na ten problem z Wiednia) oraz poglądy polityczne (konserwatystka i socjaldemokrata).

Gdy mowa o polskiej edukacji muzycznej, przychodzą na myśl nazwiska wielkich artystów młodego pokolenia, którzy niedawno zrobili międzynarodową karierę: pianiści Rafał Blechacz i Piotr Anderszewski, dyrygenci Krzysztof Urbański i Michał Nestorowicz oraz skrzypaczka Agata Szymczewska. Problem polega jednak na tym, że nie zrobili oni kariery dzięki naszemu szkolnictwu artystycznemu, lecz właściwie wbrew niemu, gdyż sukces zawdzięczają własnej motywacji i silnej woli w dążeniu do celu. To trochę tak, jak w anegdocie przywoływanej przez prof. Krzysztofa Rybińskiego o ojcu, który na 20 lat zamknął syna w piwnicy. Chłopak miał tam jakieś puszki, robił dużo pompek i innych ćwiczeń fizycznych, i tym sposobem wyrósł na silnego i postawnego mężczyznę, zaś ojciec pokazując go znajomym mówił: „Patrzcie, jakiego syna wychowałem”. Wymienieni przez nas artyści, mimo że przez długi czas siedzieli w ciasnej i nieoświetlonej artystycznej piwnicy, tak bardzo chcieli się z niej wydostać, że w końcu, dzięki ciężkiej pracy, zrealizowali marzenia.

Prawdziwym miernikiem jakości polskiego szkolnictwa muzycznego może być jednak raczej to, że od wielu lat Konkurs Chopinowski zdominowany jest przez ekipy pianistów z Dalekiego Wschodu, i że mimo uprzywilejowanej pozycji i przychylności jury, żaden Polak nie dostał się do finału ostatniej edycji międzynarodowego konkursu dyrygenckiego w Białymstoku. Trudno skądinąd się temu dziwić, skoro studenci wydziałów dyrygentury symfoniczno-operowej w Polsce przez cały rok akademicki zamiast orkiestrą, dyrygują dwoma fortepianami, co – jak wyraził się przewodniczący jury konkursu białostockiego, prof. Marek Pijarowski – przypomina kurs prawa jazdy bez samochodu

Są też inne przykłady zaniechań i patologii w dziedzinie kultury. Dopiero niezależne kino dokumentalne – a konkretnie film Sylwestra Latkowskiego „Pub 700” – zwróciło uwagę mediów i środowiska artystycznego na fenomen postaci Leszka Możdżera, który w jakiś czas po emisji poświęconego mu obrazu rozpoczął wreszcie międzynarodową karierę. Inny przykład, zupełnie kuriozalny, nasuwający komiczno-dramatycznie brzmiące pytanie: jak to możliwe, że szefem jednej z większych filharmonii w kraju leżącym w środku Europy, przez ponad 10 lat (aż do grudnia 2011 r.) był hochsztapler, który nie posiada nawet dyplomu studiów wyższych z zakresu uprawianej przez siebie sztuki dyrygenckiej? Kolejny przykład to ciągnąca się od kilku miesięcy żenująca telenowela na temat prób zlikwidowania istniejącego od 1948 r. Chóru Polskiego Radia w Krakowie oraz Polskiej Orkiestry Radiowej. Te informacje i problemy niestety nie przebijają się dostatecznie mocno do dużych mediów, gdzie newsy kulturalne ograniczają się na ogół do darmowej promocji kolejnych arcydzieł filmowych Andrzeja Wajdy czy Jerzego Hoffmana.

Zdecydowanie brakuje spójnego państwowego systemu szkolnictwa muzycznego i edukacji artystycznej, które dbałyby o promocję naszej kultury poza granicami kraju. Nie jest to bynajmniej wizja utopijna i – co najważniejsze – nie trzeba wcale wymyślać wszystkiego od nowa. Na świecie istnieją już sprawdzone, skuteczne rozwiązania, które wystarczy dostosować i przenieść na grunt polski. Ciekawy system, odwołujący się do zasad kooperatyzmu i solidaryzmu społecznego, stworzono w Wenezueli, a nazywa się on El Sistema.

Jest to państwowa organizacja, założona w 1975 r. przez maestro José Antonio Abreu. Ten pianista, kompozytor, dyrygent oraz ekonomista był od momentu rozpoczęcia kształcenia świadom problemów nękających społeczeństwo swego kraju. A są one niebagatelne. W samej stolicy ponad milion dzieci mieszka w slumsach, rocznie popełnianych jest kilkanaście tysięcy zabójstw (głównie na młodych ludziach między 15. a 29. rokiem życia), z których 94% pozostaje bezkarnych (dane wenezuelskiej organizacji pozarządowej Incosec z roku 2009). Kierując się chęcią odmiany losu wenezuelskiej młodzieży oraz wiarą w uszlachetniającą moc muzyki, Abreu stworzył Narodowy System Orkiestr Młodzieżowych i Dziecięcych Wenezueli (FESNOJIV).

Od momentu powstania organizacja stworzyła ponad 60 orkiestr dziecięcych, prawie 200 młodzieżowych, dziesiątki chórów oraz około 180 nucleos, czyli ognisk muzycznych, w których kształci się niemal 350 tys. młodych Wenezuelczyków. Fundusze na ich rozwój początkowo pochodziły od sponsorów wyszukiwanych osobiście przez maestro Abreu. Finansowano z nich zakup instrumentów dla dzieci oraz honoraria dla nauczycieli. Od końca lat 70. fundacja znajduje się pod opieką państwa wenezuelskiego, a obecnie, gdy „System” zyskał światową sławę, z dumą wspierają go takie instytucje, jak UNESCO, OAS czy Inter-American Development Bank, zaś Berliner Philharmonie, Chicago Symphony Orchestra, Chicago Brass i inne zawodowe zespoły organizują kursy mistrzowskie dla uczniów Systemu.

El Sistema wydała tak wybitnych muzyków, jak Gustavo Dudamel i Edicson Ruiz (kontrabasista, w wieku 17 lat został przyjęty do Berliner Philharmonie jako najmłodszy w historii członek tej orkiestry), a jego wizytówką jest Wenezuelska Młodzieżowa Orkiestra im. Simóna Bolívara, której koncerty przyciągają na całym świecie rzesze entuzjastów. Członkami orkiestry są najzdolniejsi wychowankowie El Sistema. Zespół współpracuje z takimi dyrygentami, jak Claudio Abbado, Sir Simon Rattle, Plácido Domingo czy Nikolaus Harnoncourt oraz nagrywa dla prestiżowego wydawnictwa Deutsche Grammophon. Jest to bezwarunkowo najlepsza orkiestra młodzieżowa na świecie, a i wśród zespołów „dorosłych” należy do pierwszej ligi. Energia, którą wyzwalają z siebie na koncertach młodzi muzycy, przenosi się na słuchającą ich publiczność pod każdą szerokością geograficzną. To jedyna orkiestra, na której występach ludzie wstają z miejsc, aby tańczyć!

Sama radość z grania nie stanowi jednak o fenomenie tej orkiestry. Tym fenomenem jest bowiem profesjonalny, wyjątkowy poziom techniczny zespołu, w którym koncertmistrzem może być nawet 13-latek. W swoim repertuarze, oprócz pozycji klasycznych oraz twórczości latynoamerykańskiej, muzycy mają tak wymagające utwory, jak „Sacre du Printemps” I. Strawińskiego czy dzieła symfoniczne D. Szostakowicza. O tym jak ambitne są zamierzenia artystyczne zespołu, najlepiej świadczy fakt, że na luty 2012 r. zaplanowano wykonanie w ciągu jednego tygodnia pięciu symfonii G. Mahlera, w tym nr 8 razem z orkiestrą Los Angeles Philharmonic oraz chórem złożonym z około 1200 młodych Wenezuelczyków, kształconych w El Sistema.

Jak twórcy Systemu osiągają takie rezultaty? Czym edukacja muzyczna młodych Wenezuelczyków różni się od polskiego sposobu kształcenia? Na oficjalnej stronie internetowej organizacji udostępniony jest ogólny zarys metodologii nauczania w El Sistema. Trzon programu stanowi przygotowanie do grania w orkiestrze, która jest duszą społeczeństwa w każdym nucleo. Nawet zajęcia indywidualne są ukierunkowane na naukę gry zespołowej, w przeciwieństwie do solistycznego nastawienia polskich szkół muzycznych.nucleos bardzo ważną rolę odgrywają również chóry oraz zespoły innego rodzaju.

W kształceniu od najmłodszych lat kładzie się nacisk na radość z muzykowania, a przede wszystkim wyzwalanie ekspresji poprzez ruch ciała. Nie ma tu mowy o mnożących się egzaminach, zapisywaniu obecności na zajęciach, niezdrowej rywalizacji podczas konkursów. W przeciwieństwie do sytuacji w polskich szkołach muzycznych, teoria, nauka notacji muzycznej schodzą na drugi plan i są wprowadzane stopniowo, nie krępując radości z uczenia się i tworzenia muzyki. U dzieci kształci się wrażliwość na jakość dźwięku, muzykalność, współpracę w zespole, swobodę podczas prezentacji publicznej oraz technikę gry. Dla nauczycieli w El Sistema istotny jest dobry kontakt z rodzicami uczniów, którzy mogą pomagać swoim dzieciom w codziennym ćwiczeniu, ale przede wszystkim dzielić z nimi radość z uprawiania muzyki.

W 2010 r. odbyły się pierwsze próby przybliżenia polskiemu środowisku muzycznemu zjawiska wenezuelskiego systemu kształcenia muzycznego FESNOJIV (El Sistema). Ambasada Republiki Boliwariańskiej Wenezueli w Polsce zorganizowała w siedzibie Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie pokaz filmu dokumentalnego „Grać i walczyć” (Tocar y Luchar), po którym odbyła się rozmowa z jednym z wychowanków Systemu, altowiolistą Luizem Cordero. Wydarzenie poprzedził koncert Młodzieżowej Orkiestry im. Simóna Bolívara w Teatrze Wielkim, zorganizowany dzięki staraniom Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena i osobiście pani prezes Elżbiety Pendereckiej.

El Sistema nie jest ideą zamierzoną dla jednego państwa. Projekt rozpowszechnia się już na całym świecie. Programy edukacji muzycznej inspirowane El Sistema rozwijają się w 25 krajach obu Ameryk, Azji, Afryki, Australii i Europy (Szkocja i Anglia). Jakie są szanse zaszczepienia podobnej idei na gruncie polskim? Czy w ogóle polskie społeczeństwo, polska młodzież chce być „uleczona poprzez muzykę”? Czy nie wystarczy nam dotychczasowy system edukacji muzycznej?

Odpowiedź na dwa ostatnie pytania dają puste sale koncertowe, całkowity zanik domowego „życia muzycznego”, a przede wszystkim zastraszająco niski poziom kultury muzycznej w życiu codziennym, wszędzie – nie wyłączając mediów, wśród których jedynie Program Drugi Polskiego Radia, Radio Classic oraz TVP Kultura umożliwiają kontakt z muzyką klasyczną.

Już z przytoczonych tu przykładów wyraźnie widać, że dotychczasowy system edukacji muzycznej nie jest wystarczający. Funkcjonuje on jeszcze co prawda siłą rozpędu, ale jest mocno przestarzały. Został stworzony na wzór szkolnictwa radzieckiego, co w zestawieniu z obowiązującą w szkołach muzycznych (w polskich realiach często wynaturzoną) relacją mistrz-uczeń, brakiem pieniędzy oraz pomysłów na politykę kulturalną, tworzy tykającą bombę zegarową.

W Polsce nie ma jakiegokolwiek zinstytucjonalizowanego kształcenia muzycznego na etapie przedszkolnym, z wyjątkiem drogich, prywatnych szkół Yamaha, które (jako import z Japonii) zaczęły powstawać u nas na początku lat 90. W szkołach podstawowych i średnich bardzo często nie tylko nie ma chóru, orkiestry czy innego zespołu uczniowskiego (gdy np. w Stanach Zjednoczonych nawet w najgorszym college’u istnieje tzw. marching band, czyli marszowa orkiestra dęta), ale także – z braku pieniędzy – w ogóle zajęć z muzyki. W liceum treści z zakresu historii muzyki włączono w ramy przedmiotu wiedza o kulturze, który prowadzą zwykle plastycy. To wszystko, w połączeniu z brakiem promocji państwowych szkół muzycznych oraz nagminnym zamykaniem domów kultury, świetlic i ognisk muzycznych w wielu mniejszych miejscowościach, prowadzi do upadku rodzimej kultury dźwięku.

Bardzo często nadwiślańscy intelektualiści narzekają na gusta artystyczne młodzieży, która Chopina kojarzy z marką wódki, a z głośników puszcza techno lub disco-polo. Dlaczego młodzi ludzie nie lubią jazzu, tak jak Skandynawowie, lub muzyki klasycznej, jak ludy Dalekiego Wschodu? Problem polega na tym, że dzieci trzeba uczyć słuchać muzyki od najmłodszych lat. Powinni to robić z jednej strony rodzice, z drugiej zaś państwo, którego jednym z zadań jest prowadzenie polityki kulturalnej. Młody Polak powinien wiedzieć nie tylko, kim byli Jan Kochanowski, Adam Mickiewicz i Zbigniew Herbert, ale także znać nazwiska Karola Szymanowskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego, Witolda Lutosławskiego czy Krzysztofa Pendereckiego, ponieważ znają je rówieśnicy z krajów Unii Europejskiej. A co ważniejsze, bardzo często także słuchają tych kompozytorów i potrafią rozpoznać ich dzieła. Gdy zamyka się kolejne ognisko artystyczne w Polsce B, warto zastanowić się nad tym, że właśnie tam mógł rozwijać swój talent niejeden młody człowiek, który – pozbawiony takiej możliwości – zamiast zajęć muzycznych wybierze teraz wiejską dyskotekę.

Nie wiemy, czy El Sistema to jedyny i najlepszy system edukacji artystycznej, ale mamy świadomość tego, że w piramidzie problemów państw wysoko rozwiniętych potrzeby kulturalne mieszkańców zajmują niezwykle ważne miejsce. Państwo, które chce się rozwijać i zajmować poważną pozycję na światowej arenie politycznej, nie może pozwolić sobie na taki stan kultury. Warto więc zainicjować na ten temat debatę, której – mamy nadzieję – ten artykuł stanie się początkiem.

Aktywna dezaktywacja polskiej wsi

Lokalna demokracja finansowa

Porto Alegre, stolica regionu Rio Grande do Sul, zmaga się z problemami występującymi we wszystkich miastach Brazylii. Mimo że jest to miasto relatywnie bogate i uprzemysłowione, cechuje je duże rozwarstwienie społeczne. Rządy oligarchiczne spowodowały z jednej strony wszechwładzę elit i wykluczenie biedniejszych warstw ludności, z drugiej – populizm, który pozwalał na zapewnienie społecznego poparcia. W latach 80. miały miejsce liczne afery korupcyjne i malwersacje finansowe. Rok 1989 był szczególnie uciążliwy: szalała hiperinflacja, niemal wstrzymano inwestycje, sytuacja mieszkaniowa była bardzo trudna. Większość budżetu miasta przeznaczano na wynagrodzenia dla pracowników samorządowych.

Problemy finansowe władz miejskich oraz nieustępliwość mieszkańców doprowadziły do gwałtownych przemian. W 1989 r. rządy w Porto Alegre objęła Partia Pracujących (Partido dos Trabalhadores). Początkowo jej celem było stworzenie rad pracowniczych oraz umożliwienie mieszkańcom wpływu na podejmowanie decyzji przez organy municypalne, jednak aby pozyskać szerokie poparcie społeczne zdecydowano się na bardziej radykalne zmiany. Od 1990 r. zaczął funkcjonować nowy mechanizm, zawierający elementy demokracji bezpośredniej, z których najważniejszym był budżet partycypacyjny, określany jako obywatelska, niepaństwowa forma zarządzania (civil, not state, form of governance). Odtąd decydujący głos miał należeć do mieszkańców, a władze miejskie miały jedynie zatwierdzać przyjęte przez nich ustalenia.

Najważniejszym elementem systemu są regularne zgromadzenia mieszkańców miasta. Ich podstawowym zadaniem jest sporządzanie listy priorytetów budżetowych oraz pilnowanie realizacji postulatów społecznych. Mają one miejsce przez cały rok, jednak spełniają różne funkcje. Najważniejsze są zgromadzenia regionalne (Assembléias Regionais), odbywające się w poszczególnych regionach (jednostkach administracyjnych, składających się z kilkunastu lub kilkudziesięciu dzielnic) w dwóch rundach. Najpierw mają miejsce zgromadzenia przygotowawcze (Reuniões Preparatórias), a następnie spotkania właściwe (Rodada Única). Ich organizacją zajmują się wspólnoty wraz z władzami miejskimi. W okresie pomiędzy tymi spotkaniami odbywają się zgromadzenia lokalne (na szczeblu dzielnicy). Ich zadaniem jest debatowanie nad sprawami ważnymi z punktu widzenia lokalnej społeczności oraz demokratyczne głosowanie nad priorytetami inwestycyjnymi. Wybierają one także delegatów do innych organów, czyli do Rady Budżetu Partycypacyjnego oraz Forum Delegatów.

Mieszkańcy spotykają się także w ramach zgromadzeń tematycznych (Assembléias Temáticas), które służą prowadzeniu debat dotyczących ogólnych spraw, ważnych z punktu widzenia miasta jako całości. Zgłaszane są tam pomysły związane z funkcjonowaniem systemu. Co jakiś czas organizowane są także kongresy programowe, na których dyskutuje się na temat kierunków rozwoju, a także takich kwestii, jak prawa człowieka, edukacja czy polityka mieszkaniowa. Kolejne kongresy gromadzą nie tylko mieszkańców, ale także delegatów różnych organizacji.

Decydującym organem (z punktu widzenia wdrażania przyjętych założeń), jest wspomniana Rada Budżetu Partycypacyjnego (Conselho do Orçamento Participativo), która składa się z 48 wybranych przedstawicieli, w tym także członków Rady Miasta, którzy nie mają jednak prawa głosu. Przedstawiciele wybierani są na rok, z możliwością reelekcji. Istotny jest fakt, że mieszkańcy mogą odwołać swoich delegatów. Mamy więc do czynienia z mandatem imperatywnym, który należy uznać za niezwykle istotny z punktu widzenia ochrony interesów obywateli miasta. Rada, na podstawie celów wyznaczonych przez zgromadzenia regionalne oraz sugestii zgromadzeń tematycznych, wybiera na kolejny rok trzy zagadnienia najważniejsze z punktu widzenia miasta jako całości. Władze miejskie wspierają ten proces, określają także wysokość budżetu przeznaczonego na inwestycje. Wyłonieni przedstawiciele współpracują z mieszkańcami oraz agencjami samorządowymi, tworząc projekt budżetu, który następnie zostaje przedstawiony władzom miasta. Najczęściej budżet taki aprobowany jest w całości, a jeśli Rada Miasta chce zgłosić poprawki, zawsze włącza w to mieszkańców oraz informuje opinię publiczną. Mieszkańcy mają możliwość zgłaszania poprawek, a zgromadzenia Rady mają charakter otwarty. Wybrani przedstawiciele mogą zaznajomić się ze szczegółami dotyczącymi finansów. Bronią także przyjętych wcześniej planów. Jest to krytyczny obszar starcia interesów obywateli z władzą. W przeciwieństwie do klasycznej demokracji przedstawicielskiej nie mamy tutaj przeciwstawienia władza – obywatele (odbywającego się z pozycji siły), ale władza – demokratycznie wybrani przedstawiciele mieszkańców.

Ostatecznym wynikiem burzliwych dyskusji jest finałowa wersja planu inwestycyjnego, ze szczegółową listą inwestycji. Po jej uchwaleniu burmistrz przedstawia ów dokument Radzie Miasta, która może odrzucić go w głosowaniu. Istnieje więc możliwość zablokowania decyzji podjętych przez mieszkańców, jednak taka sytuacja w omawianym okresie nie miała miejsca. Poza wymienionymi instytucjami utworzono także kilka organów pomocniczych. Forum Delegatów (Fórum de Delegados) ma za zadanie kontrolować podejmowane działania, informować obywateli o ich przebiegu oraz zbierać pomysły na nowe projekty. Biuro Planowania (Gabinete de Planejamento) oraz Biuro Koordynacji Relacji ze Wspólnotami (Coordenação de Relações com as Comunidades) są organami władz miejskich, pośredniczącymi między władzą wykonawczą a mieszkańcami. Gabinet Planowania Miasta (Gabinete de Planejamento) zapewnia wsparcie techniczne i ekonomicznie. Komisja Trójstronna (Tripartite Commissăo), w skład której wchodzą reprezentanci pracowników administracji, zarządu miasta oraz Rady Budżetu Partycypacyjnego, zajmuje się sprawami związanymi z zatrudnieniem urzędników.

Decydujące znaczenie mają następujące po sobie cykle spotkań, organizowane na poziomie lokalnym, regionalnym oraz całego miasta. We wstępnej fazie, zgromadzenia odbywają się bez udziału czy ingerencji władz. Jest to bardzo ważny etap, w czasie którego mieszkańcy składają propozycje dotyczące priorytetów inwestycyjnych. Mogą zgłaszać swoje projekty i inicjatywy dotyczące różnych kwestii. Takie podejście wzmacnia w ludziach poczucie samodzielności i odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Potwierdza także, iż to sami obywatele decydują o podziale środków, a nie są jedynie swoistą fasadą, która ma legitymizować system. Pojawiały się projekty przekazania zgromadzeń organizacjom i stowarzyszeniom społecznym, jednak wymóg ten nie został wprowadzony w życie. W zgromadzeniach mogą więc uczestniczyć wszyscy mieszkańcy, a organizacje nie posiadają żadnych specjalnych przywilejów.

Partycypacja nie kończy się na samym podejmowaniu decyzji. Zgromadzenia na bieżąco monitorują wprowadzanie ustaleń w życie. Mamy więc do czynienia z różnymi rodzajami uczestnictwa ludności w tworzeniu budżetu: debatowanie, negocjacje oraz kontrola. Spotkania dają możliwość dyskusji o bieżących wydarzeniach, czy organizację protestów. Dotyczy to nie tylko kwestii finansowych, ale wszystkich spraw ważnych dla wspólnoty. Uzgadnia się potrzeby mieszkańców, proponuje inwestycje oraz podejmuje decyzje dotyczące hierarchii celów. Nowe inwestycje ustalane są według kryteriów związanych z brakiem infrastruktury lub usług publicznych, ogólną liczbą mieszkańców danej jednostki administracyjnej i priorytetami wybranymi przez jej mieszkańców oraz przez całe miasto. Porto Alegre podzielone zostało na szesnaście regionów według kryterium społeczno-ekonomicznego (na miejsce dawnych czterech według kryterium technicznego). Wybrano sześć zakresów tematycznych: transport; kultura; rozwój ekonomiczny i podatki; edukacja, sport i rozrywka; rozwój miejski i ochrona środowiska; ochrona zdrowia i pomoc społeczna. Pokazują one, które obszary są najważniejsze z punktu widzenia ludności miasta.

Istotnym elementem całego procesu jest dokładne informowanie mieszkańców. Mają oni pełny dostęp do informacji administracyjnej, co pozwala im podejmować decyzje oparte na dokładnej analizie sytuacji. Każdy obywatel posiada także bierne prawo wyborcze do zgromadzeń oraz Rady Budżetu Partycypacyjnego. System niejako wymusza zainteresowanie się sprawami, które są ważne nie tylko dla najbliższego sąsiedztwa, ale dla całego miasta. Obywatele nie tylko zgłaszają swoje postulaty, ale ustalają priorytety działań w relacji (a niekiedy nawet konfrontacji) do sąsiadów z innych ulic, dzielnic i rejonów miasta. Ludzie przychodzą na spotkania w celu rozwiązania problemów, które są najważniejsze z ich własnej perspektywy. Toczą się tam ostre dyskusje, powstają porozumienia, budowane są koalicje. Niekiedy rywalizacja i nieustępliwość biorą górę nad solidarnością i pragmatyzmem. Nie są to jednak jałowe dyskusje, jakie znamy ze świata zawodowych polityków.

Mieszkańcy wiedzą, że podejmowane decyzje będą miały wymierny wpływ na rzeczywistość wokół nich i mają nadzieję na poprawę sytuacji. Jednocześnie zdają sobie sprawę z interesów innych dzielnic, a ich świadomość wychodzi poza najbliższe sąsiedztwo. Toczone dyskusje zwiększają zrozumienie potrzeb innych. Z wypowiedzi mieszkańców wynika, że przynajmniej niektórzy zaczęli zdawać sobie sprawę, że ich problemy są niekiedy nieporównywalne z tymi, które dotykają żyjących w sąsiedniej dzielnicy. Wpływa to na ustalanie listy priorytetów zgodnie z faktycznymi potrzebami. Tak więc z jednej strony pozbyto się bezcelowych dyskusji na abstrakcyjne tematy i przełożono je na konkretne postanowienia. Z drugiej zaś, mieszkańcy mogą podejmować decyzje dotyczące nie tylko kanalizacji czy budowy dróg w najbliższym sąsiedztwie, ale także brać udział w konstruowaniu planów rozwoju miasta jako całości.

Wszystkie zgromadzenia są jawne i otwarte, każdy ma prawo do wyrażenia swojego zdania oraz głosowania (to ostatnie dotyczy oczywiście tylko zarejestrowanych w danym okręgu). Szeroki udział społeczny jest niezbędny dla prawidłowego funkcjonowania systemu, ale też dopiero właściwe jego funkcjonowanie zapewnia uczestnictwo na odpowiednio wysokim poziomie. Najtrudniej było na początku lat 90., gdy łącznie w procesie brało udział 12 tys. osób, a więc 1% wszystkich mieszkańców. Liczba obywateli uczestniczących w procesach ulegała jednak systematycznemu wzrostowi (o kilkadziesiąt tysięcy rocznie) i w latach 2000–2004 wszystkie oficjalne i nieoficjalne zebrania gromadziły już od 150 do 200 tys. osób.

Poziom partycypacji jest odzwierciedleniem nierówności społecznych, ale w sposób odwrotny do stereotypowych wyobrażeń. Ludzie biedniejsi i gorzej wykształceni częściej uczestniczą w zebraniach. Szczególnie licznie reprezentowane są kobiety i osoby młode oraz mniejszości etniczne. Odniesiono sukces we włączeniu do procesu grup wcześniej wykluczonych ekonomicznie i politycznie. Niezbyt zainteresowani są natomiast ludzie należący do najbogatszych grup społecznych. Klasa średnia również uczestniczy w mniejszym stopniu. Należy pamiętać, że grupy tradycyjnie wykluczone muszą brać udział w tym procesie – jest to oznaka zmiany obowiązujących zasad. Z drugiej strony, ważne są przede wszystkim rezultaty, a decyzje powinna podejmować możliwie najszersza część społeczeństwa. Okazuje się, że mimo iż generalnie ludzi wcale nie jest tak trudno nakłonić do aktywnego uczestnictwa w debatowaniu i podejmowaniu decyzji, niektóre grupy społeczne nie zostały jeszcze do tego przekonane.

System funkcjonujący w Porto Alegre jest krytykowany przez różne środowiska. Najbardziej konstruktywne zarzuty pojawiają się ze strony naukowców. Według niektórych, system funkcjonuje jedynie na zasadzie kontrastu wobec poprzedniego, jako eksperyment, a jego przyszłość – w warunkach stabilizacji politycznej i gospodarczej – jest niepewna. Argumentują oni, że udział ludności może się znacznie zmniejszyć i doprowadzi to do powstania ustroju, który może być mniej efektywny niż w punkcie wyjścia. Kolejny zarzut dotyczy faktu, że członkowie wspólnot skupiają się na strategii krótkoterminowej, nie tworząc jednocześnie długofalowej wizji miasta.

Poza tym, według niektórych, system niesie ze sobą potencjalne zagrożenia. Nie eliminuje możliwości wyłonienia się swego rodzaju elity wśród delegatów wybranych na zgromadzeniach. Dzięki wiedzy oraz umiejętnościom zdobywają oni przewagę, która – przy wzrastającym skomplikowaniu procedur – stawia ich na uprzywilejowanej pozycji. Pojawiały się zarzuty, że niektórzy z przedstawicieli tworzyli ekskluzywną grupę (określaną jako panelinha dos conselheiros). Takie praktyki mogą prowadzić do powrotu systemu przedstawicielskiego.

Warto jednak pamiętać, że – nawet zgadzając się z tymi argumentami – system wygląda korzystnie w porównaniu z tradycyjną demokracją przedstawicielską. Najwięcej krytyki pochodziło od elit politycznych i biznesowych, które od początku stały na stanowisku, iż stworzony system to „rząd dla ubogich”, a programy skupiają się jedynie na transferze kompetencji i funduszy między grupami społecznymi. Sam fakt szerokiej partycypacji miał według nich służyć jako parawan dla zapewnienia legitymacji procesu, a nadreprezentacja ludzi biedniejszych – oznaczać, że jest to jedynie przesunięcie „decyzyjności” na inną grupę społeczną. W praktyce miałaby to być redystrybucja kapitału od najbogatszych do najbiedniejszych. Początkowo także spora część klasy średniej była przeciwna nowemu systemowi, jak i samej Partii Pracujących. Uznała jednak efektywny sposób rządzenia i ostatecznie krytyka z jej strony została stonowana.

Główne zarzuty, jakie możemy usłyszeć z lewej strony sceny politycznej, dotyczą przede wszystkim genezy powstania oraz zbyt małego stopnia zaawansowania procesu. Pierwszy zarzut odnosi się do faktu, że to nie samo społeczeństwo zorganizowało się, tworząc nową jakość, lecz powstała ona w wyniku współpracy organizacji społecznych z władzami lokalnymi. Jest to więc sojusz państwa ze społeczeństwem obywatelskim i jako taki jest nie do przyjęcia dla niektórych bardziej radykalnych przedstawicieli lewicy. Krytykowany jest fakt, że wybory ludności koncentrują się na określaniu mniejszego zła, zaś działalność organizacji społecznych polega przede wszystkim na obronie własnych interesów.

Wydaje się jednak, że ogólna ocena systemu powinna być pozytywna, choćby dzięki zwróceniu uwagi na najbiedniejszych, poprawie warunków ich życia i lepszemu zaspokajania potrzeb ludności. Od początku zajęto się priorytetami, a więc budową ulic i chodników, zarządzaniem gospodarką odpadami, zapewnieniem usług sanitarnych, poprawą warunków mieszkaniowych (dotyczącą głównie relokacji rodzin mieszkających w slumsach) oraz edukacją, zwłaszcza podstawową. Poprawiła się jakość życia najbiedniejszych, a także klasy średniej. Dotyczy to zarówno podstawowych usług, jak i kultury. W ciągu 10 lat podwoiła się liczba dzieci w szkołach publicznych. Biedne dzielnice w centrum miasta zostały zintegrowane z miejską infrastrukturą, a nie – jak to zazwyczaj ma miejsce w Brazylii – zepchnięte poza centrum życia gospodarczego i kulturalnego. System pozwalał mieszkańcom na więcej niż tylko decydowanie o wydatkach z budżetu. Umożliwiał prowadzenie swego rodzaju negocjacji z przedsiębiorcami. Przy budowaniu obiektu przez prywatną firmę mieszkańcy mogli postawić warunki, np. zażądać jednoczesnego wybudowania określonej ilości mieszkań dla okolicznej ludności. Wbrew obawom niektórych nie spowodowało to wstrzymania inwestycji w mieście, a inwestorzy musieli po prostu dostosować się do nowych reguł.

Mamy tu więc do czynienia ze swego rodzaju odwróceniem priorytetów: na pierwsze miejsce wysuwają się interesy najbardziej potrzebujących, zamiast grup tradycyjnie odnoszących największe korzyści, czyli najbogatszych i politycznie uprzywilejowanych. Nowe inwestycje ustalane są według listy kryteriów, która obejmuje istniejącą infrastrukturę, liczbę ludności, priorytety wybrane przez mieszkańców w dzielnicach oraz w całym mieście.

Za największe osiągnięcie uznać należy jednak przełamanie istniejącego schematu biurokratycznego i oligarchicznego oraz zastąpienie go nowym systemem redystrybucyjnym, budżetowym oraz rozwojem zaangażowania społecznego. Osoba reprezentująca mieszkańców miasta jest jedynie delegatem, związanym instrukcjami swoich wyborców i w każdej chwili może zostać odwołana. Zdecydowanie poprawiła się przejrzystość procesów. Inwestycje realizowane są tam, gdzie występują najbardziej palące potrzeby, a nie skupiają się jedynie w bogatych dzielnicach. Priorytet uzyskują te przedsięwzięcia, które są potrzebne, nawet gdy dotyczy to tak prozaicznych z punktu widzenia wielkiej polityki i biznesu kwestii, jak usługi sanitarne. Władze miasta nigdy nie były zainteresowane inwestycjami w coś, „czego nie widać”, natomiast mieszkańcy – jeśli tylko uważają to za palący problem – mogą przyznać takim inwestycjom pierwszeństwo. Mniejszą wagę przykłada się do tego, co najłatwiej jest dostrzec, a większą – do tego, co jest naprawdę potrzebne.

W ślad za Porto Alegre poszli inni. Przed rokiem 2004 w Brazylii było 120 miast z budżetem partycypacyjnym. Co prawda społeczności lokalne nie miały wpływu na rozdzielanie całości środków z budżetu, ale już sama liczba pozwala nam ujrzeć skalę zjawiska. Mechanizm ten został wprowadzony m.in. w Belo Horizonte, Belém, Recife, Santo André oraz mniejszych miejscowościach regionu Rio Grande do Sul. Wśród nich najbardziej rozwiniętym procesem budżetowania partycypacyjnego pochwalić się mogło Belo Horizonte. Różnice w porównaniu z Porto Alegre dotyczyły przede wszystkim stopnia zaawansowania omawianego procesu. Głównym powodem mogło być względne ubóstwo miasta oraz fakt, że elity ekonomiczne były tam bardziej konserwatywne. Mieszkańcy mieli do dyspozycji jedynie część budżetu, a same zebrania odbywały się co dwa lata. Głównym problemem w Belo Horizonte były nie tyle małe fundusze, co brak odpowiednich kadr. Proces jednak cały czas się rozwija, a sam system nie odbiega tak bardzo od tego z Porto Alegre. Większe problemy przeżywało Recife, w którym demokracja partycypacyjna działała niezbyt sprawnie. Komitety nadzorujące były tam słabe, a sam proces nie został wsparty przez władze. Te ostatnie w pewien sposób manipulowały instytucją budżetu partycypacyjnego, używając go do swoich celów. Wydaje się, że mieszkańcy nie mieli odpowiedniej siły, aby przeforsować swoje rozwiązania. Brakowało także odpowiednich działań ze strony rządzących. Klęska demokracji partycypacyjnej miała miejsce wszędzie tam, gdzie zabrakło dwóch niezbędnych warunków: woli politycznej oraz presji społeczeństwa, zwłaszcza w pierwszej fazie wprowadzania nowych reguł.

Należy pamiętać, że w większości brazylijskich miast budżet partycypacyjny jest tylko jednym z elementów systemu zarządzania. Władze municypalne pozostają najważniejszym czynnikiem, a także gwarancją, że uczestnictwo obywateli przyniesie korzystne rezultaty. To one organizują zebrania, dostarczają informacji i pilnują wykonania postanowień. Czasami używają instytucji demokracji partycypacyjnej do własnych celów. Są to przeważnie miasta o dużo mniejszej liczbie mieszkańców niż Porto Alegre. Teoretycznie instytucje demokracji bezpośredniej powinny tam działać sprawniej, w rzeczywistości jednak problemy z samym wprowadzeniem zmian są większe.

Wydaje się, że jak na razie jedynie w Porto Alegre system jest na tyle silny, że może bronić się sam, nawet w przypadku niechęci ze strony władz municypalnych. Warto tu jednak wspomnieć o Ipatindze, w której budżetowanie partycypacyjne z pewnością nie jest na najwyższym stopniu zaawansowania (obejmuje jedynie kilkanaście procent całości budżetu), ale wyróżnia się tym, że na dużą skalę wykorzystuje się tu Internet. Dotyczy to zarówno systemu głosowania wyborczego, jak i składania projektów online. Wprowadzono specjalne punkty z komputerami, gdzie przy pomocy przeszkolonego personelu mieszkańcy mogli zgłaszać swoje pomysły. Istnieje także możliwość pełnienia przez mieszkańców funkcji „agenta fiskalnego”. W takiej sytuacji otrzymują oni za pośrednictwem poczty elektronicznej informacje dotyczące określonych projektów na danym obszarze. Umożliwia im to przeprowadzanie kontroli. Każdy z użytkowników może też składać propozycje i sugestie, które zostają rozpatrzone przez odpowiednie organy. Żadne z brazylijskich miast nie wprowadziło narzędzi internetowych (szczególnie spersonalizowanych) na taką skalę, a najbardziej zaawansowane pod tym względem są Porto Alegre oraz Belo Horizonte. Najczęściej Internet służy jedynie powiadamianiu o spotkaniach oraz stanie prac budowlanych. Spowodowane jest to przede wszystkim faktem, że grupy społeczne, na których opiera się „ciężar partycypacji” mają utrudniony dostęp do sieci. Szerokie udostępnianie narzędzi internetowych nie jest więc priorytetem. Być może jest to jednak jeden z elementów skłonnych przekonać klasę średnią do większego zaangażowania w życie miasta.

System znany z Brazylii przeniesiono także na grunt europejski (funkcjonuje on m.in. w Sewilli, Berlinie czy Płocku). W Europie doświadczenie demokracji partycypacyjnej jest jednak nieco odmienne – w większości przypadków skupia się bowiem na dyskusjach toczonych między kandydatami zatwierdzonymi przez organy państwowe. Głównym celem angażowania obywateli w proces podejmowania decyzji wydają się być względy gospodarcze. Partycypacja zostaje zastąpiona konsultacją, co powoduje osłabienie potencjału tkwiącego w dobrze zorganizowanym społeczeństwie. Najważniejsza jest już nawet nie efektywność, ale rachunek ekonomiczny. Ten natomiast może świadczyć na niekorzyść demokracji uczestniczącej, zwłaszcza w początkowym okresie, kiedy wymagane są zmiany zasad dystrybucji środków finansowych.

Być może najbardziej istotny jest fakt, że w systemie brazylijskim inicjatywa wychodzi od obywateli, natomiast politycy muszą się wobec niej ustosunkować. Nie tylko usprawnia to społeczeństwo obywatelskie, ale także wymusza na politykach odniesienie się do postulatów społecznych, a często wyklucza de facto możliwość ich odrzucenia. Demokracja partycypacyjna zaostrza konflikty między grupami społecznymi i wprowadza podział między elitami i resztą społeczeństwa, mimo faktu, iż wynika ze swego rodzaju konsensusu. Należy przy tym pamiętać, że demokracja partycypacyjna nie jest odporna na kryzysy; taki wybuchł w Porto Alegre w 2004 r. Obywatele weszli w konflikt z zarządem miasta. W odpowiedzi na próbę likwidacji instytucji społecznych wybuchły protesty. Władze starały się sabotować zebrania i decyzje podjęte przez mieszkańców. Ograniczenie uprawnień zgromadzeń powszechnych w latach 2005–2006 zostało przez niektórych uznane za klęskę budżetu partycypacyjnego. Część uprawnień została przeniesiona na urzędników, a mieszkańcy mieli jedynie zaakceptować podjęte decyzje. Władze miejskie zamierzały włączyć do procesu decyzyjnego instytucje wcześniej pozostające poza nim, jak firmy prywatne, fundacje czy agencje stanowe i federalne. Spotkało się to z zarzutami o chęć sabotowania całego procesu. Nowa polityka przynajmniej w niektórych założeniach powracała do klasycznej demokracji: postawiono nacisk na stabilność finansową, powierzono usługi publiczne korporacjom, przyznano ulgi wielkim firmom. Mieszkańcy nie zaprzestali protestować przeciwko odebraniu im kompetencji, choć widać znaczny spadek udziału ludzi w zebraniach. Powstały niejako dwa konkurujące ze sobą ośrodki władzy. Przyszłość systemu Porto Alegre jest niepewna, choć nadal stanowi on przykład nie tylko zaangażowania obywatelskiego w procesy decyzyjne, ale także aktywnego podejścia do problemów społecznych, ekologicznych i gospodarczych.

Porto Alegre jest dowodem na to, że wprowadzenie instytucji budżetu partycypacyjnego oraz elementów demokracji uczestniczącej zwiększa przejrzystość procedur oraz efektywność wprowadzanych w życie projektów i zmian. Ludzie zyskują świadomość, że mobilizacja oznacza polepszenie ich sytuacji mieszkaniowej, sanitarnej, dostępu do edukacji i kultury oraz poprawienie miejskiej estetyki. Obalony zostaje mit odrębności polityki (rozumianej jako dyskusji między „przedstawicielami” wyłonionymi w procesie elekcyjnym) i problemów codziennego życia. Uczestnictwo w podejmowaniu decyzji przekłada się bezpośrednio na poprawę najbardziej zaniedbanych dziedzin oraz modernizację najbiedniejszych dzielnic. Konsekwencje są znacznie bardziej doniosłe: niezaprzeczalny jest twórczy wpływ na proces kreacji społeczeństwa obywatelskiego. Mieszkańcy rozumieją zasady, na jakich funkcjonuje władza i buntują się, jeśli ktoś chce odebrać im zagwarantowane kompetencje.

Demokracja bezpośrednia bardzo często określana jest jako nieefektywna i niepraktyczna. Przykład Porto Alegre pokazuje, że jest wręcz przeciwnie – mieszkańcom zależy na szybkim rozwiązaniu dręczących ich problemów i są mniej skłonni do przedłużania dyskusji. W przeciwieństwie do „etatowych” polityków, skupiają się na konkretach i nie próbują kształtować swojego wizerunku kosztem skuteczności. Brazylijskie miasto stanowi dowód na to, że klasyczne teorie dotyczące nieadekwatności instytucji demokracji bezpośredniej do dużych grup są nieprawdziwe.

Paradoksalnie, krytyka systemu funkcjonującego w Porto Alegre płynąca z różnych źródeł może świadczyć o jego sile i nowatorstwie. Zarzuty ze strony oligarchii potwierdzają, że podjęte reformy faktycznie zmieniły stary porządek. Ataki ze strony radykalnej lewicy są natomiast dowodem na to, że system nie jest tylko idealistycznym marzeniem, ale urzeczywistnieniem konkretnych planów. Utopijne projekty zostały odsunięte i nie widać, żeby miały zostać wprowadzone w życie. Może to świadczyć o olbrzymim potencjale, jaki tkwi w demokracji partycypacyjnej.

Aktywna dezaktywacja polskiej wsi

Czego nauczyło nas Occupy Wall Street?

Najprościej na tytułowe pytanie można odpowiedzieć: wszystkiego. Occupy Wall Strett (OWS) w ciągu zaledwie kilku miesięcy, z inicjatywy skupionej wokół amerykańskiego centrum rynku kapitałowego przekształciło się w globalny ruch, zbiorczo określany jako Occupy Movement (OM). Jest to przykład dobrze zorganizowanego aktywizmu, który dla nas – pomimo różnic społecznych i kulturowych – może być ciekawą lekcją technik społecznej mobilizacji. Na początku 2012 r. popularny amerykański magazyn biznesowy „Fast Company” opublikował listę 50 najbardziej innowacyjnych firm na świecie. Na miejscu 7. listy znalazł się… Occupy Movement. W uzasadnieniu czytamy, że zaszczytne miejsce w pierwszej dziesiątce przypadło ruchowi, ponieważ uosabia wszystkie cechy charakteryzujące „szybką” firmę, a dokładniej – ponieważ jest przełomowy, przejrzysty, zaawansowany w dziedzinie technologii i designu, zarazem lokalny i globalny, zwinny i napędzany wartościami. Jakkolwiek dla ruchu walczącego z dominacją wielkiego biznesu wyróżnienie w gronie przedsiębiorstw może wydawać się kuriozalne, o tyle samo uzasadnienie doskonale charakteryzuje fenomen OM. Publicyści z całego świata zachwycają się jego estetyką i kulturotwórczym potencjałem – do tego stopnia, że jeden z profesorów prestiżowej uczelni biznesowej INSEAD nazwał ruch „dziełem sztuki”, uznając, iż OM jest dla społecznych aktywistów tym, czym Steve Jobs i produkty Apple dla fanów technologii. Zadaniem dzieła sztuki […] jest podważyć to, co uznajemy za pewnik. To właśnie robią okupujący. Główne założenia ruchu, jego estetyka życia i organizacji, stoją w wyraźnej opozycji do struktur organizacyjnych, które przywykliśmy uznawać za niezbędne. Spójrzcie na malutkie namioty stojące naprzeciw szklanych i stalowych drapaczy chmur; na zgromadzenia przeciwstawione korporacyjnej hierarchii i waszyngtońskiemu lobbingowi. Podobnie jak sztuka, ruch Occupy zrodził się z […] mieszanki cierpienia i pasji. Cierpienia z powodu nierówności i pasji dla […] takiej demokracji, w której liczą się głosy poszczególnych jednostek, a nie ich portfele1. Rolę OM docenił również magazyn „Time”, uznając Człowiekiem Roku… Protestującego, nawiązując tym jednocześnie do aktywistów tzw. Arabskiej Wiosny, protestujących z Grecji, Rosji i Hiszpanii, jak i zwolenników ruchu Occupy Wall Street. Za motyw przewodni wszystkich wymienionych ruchów magazyn uznał, podobnie jak wiele innych mediów, wykorzystanie nowoczesnych technologii, w tym mediów społecznościowych, jako narzędzia ułatwiającego i przyspieszającego społeczną mobilizację: największą zasługą Ameryki w rozszerzaniu wolności za granicą w XXI wieku jest nie narzucanie jej militarnie, ale wspieranie jej za pomocą technologii […]. Globalizacja zaś zrewanżowała się, przekształcając demokratyczne powstania w krajach rozwijających się w eksport inspiracji do bogatszej części świata – napisał Kurt Andersen w artykule uzasadniającym wybór Człowieka Roku2. Stymulowanie dyskusji ważnej z gospodarczego i społecznego punktu widzenia to chyba największa zasługa Occupy Wall Street. Choć nieprawdą jest, że ruch nie posiadał sprecyzowanego programu czy postulatów (taką wizję zjawiska propagowały w USA głównie media konserwatywne), to nie poświęcono im tyle uwagi, co samej formule protestu. Wywołanie szoku, jakim było masowe i dosłowne „wyjście na ulice” tysięcy niezadowolonych ludzi, jawnie przeciwstawiających się największym instytucjom Ameryki – centrum finansjery i centrum władzy, uruchomiło przełomową debatę na temat nierówności społecznych oraz konsekwencji obecnego modelu kapitalizmu. Zwłaszcza że protestujących szybko poparły liczne autorytety ze świata polityki i ekonomii, a nawet celebryci. Jakie mechanizmy ułatwiły popularyzację OM? W jaki sposób ruch ten, wywodzący się z problemów specyficznych głównie dla USA, zyskał międzynarodowy zasięg i poparcie?

Odpowiedni moment

Sukces OM nie byłby możliwy bez odpowiedniego gruntu. Krytyka kapitalizmu i wielkich instytucji finansowych narastała stopniowo od początku obecnego kryzysu ekonomicznego. Coś, co dotychczas było udziałem grupy alterglobalistów – krytyka międzynarodowych korporacji i podważanie słuszności zasad współczesnego kapitalizmu – stało się chlebem powszednim wielu ekonomistów, polityków i samych biznesmenów. Zanim OM skrystalizowało się w postaci ruchu o konkretnej nazwie i idei, głos w dyskusji zabierać zaczęli… sami twórcy krytykowanego systemu – pojawiła się zatem rysa, której, ze względu na prestiż wypowiadających się osób, nie dało się zignorować. W 2009 r. John C. Bogle, założyciel „The Vanguard Group” – jednego z pierwszych funduszy inwestycyjnych w Stanach Zjednoczonych, także twórca pierwszego funduszu indeksowego, a więc współtwórca współczesnego rynku kapitałowego – napisał w książce o znaczącym tytule „Dość. Prawdziwe miary bogactwa, biznesu i życia”: W naszym systemie finansowym skupiamy uwagę wyłącznie na zyskach, które mogą nam przynieść rynki finansowe, nie dostrzegając niebotycznych kosztów generowanych przez ten system […]. Za bardzo liczymy na to, co można porachować, a za mało na zaufanie – ufność pokładaną w innych i poczucie, że i my jesteśmy godni ich zaufania. […] Mamy za dużo „złota głupców” w postaci marketingu i sztuki sprzedaży, a nie dość prawdziwego złota w postaci idei odpowiedzialności i zasad troski o dobro klienta3. Bogle, w niezwykle szczery i otwarty sposób, precyzyjnie opisuje w książce wszystkie „grzechy” amerykańskiego rynku kapitałowego, wskazując na odejście od etycznych standardów w sferze zarządzania złożonymi instrumentami finansowymi. Piętnuje krótkowzroczność i nieodpowiedzialność zarządzających aktywami, nawołując do zwrócenia większej uwagi na wartości niż na zyski. Niewiele jest głosów tak poruszających, jak głos Johna Bogle’a – kogoś, kto nie tylko współtworzył podwaliny systemu, ale też jest doceniany w środowisku za swoje wybitne osiągnięcia w rozwijaniu instrumentów rynku kapitałowego. To nie jedyny autorytet z „wewnątrz” środowiska biznesu, który odważył się na konstruktywną samokrytykę. Kapitalizm znalazł się w potrzasku – napisali w marcu 2011 r. dwaj czołowi światowi eksperci ds. zarządzania, doradzający największym i najbardziej dochodowym korporacjom na świecie, Michael E. Porter oraz Robert M. Kramer. Porter, który jest m.in. profesorem Harvard Business School, to twórca jednych z najistotniejszych teorii w naukach o zarządzaniu – z jego koncepcji, dotyczących zasad budowania konkurencyjności i strategii, korzystają przedsiębiorstwa i rządy na całym świecie. W artykule zatytułowanym „Tworzenie wartości dla biznesu i społeczeństwa”4, który ukazał się na łamach prestiżowego „Harvard Business Review”, Porter i Kramer przekonywali korporacje, iż nadszedł czas, aby zmienić zasady tworzenia wartości tak, aby celem był już nie tyle sam zysk, lecz tzw. wartość ekonomiczno-społeczna, w skrócie określana jako CSV (Creating Shared Value). Jak to się stało, że nobliwi specjaliści od „maksymalizacji zysków” i magazyn czytany przez top menedżerów poświęcili tyle miejsca krytyce systemu, dzięki któremu się utrzymują? Wyjaśnienia dostarczyli sami autorzy: Od paru lat biznes coraz częściej jest postrzegany jako główna przyczyna problemów społecznych, ekologicznych i gospodarczych. Istnieje powszechne przekonanie, że firmy prosperują kosztem większych społeczności. Co gorsza, im więcej firm zaczyna przyswajać sobie ideę społecznej odpowiedzialności, tym bardziej obwinia się je o społeczne zaniedbania. Poparcie społeczeństw dla biznesu spadło do poziomów nienotowanych w najnowszej historii. Nadszarpnięte zaufanie do korporacji skłania przywódców politycznych do wprowadzania rozwiązań osłabiających konkurencyjność i hamujących wzrost gospodarczy. Strach przed interwencją państwa i nadmierną – zdaniem przedsiębiorców – regulacją od dawna był motorem dla tworzenia koncepcji z obszaru tzw. społecznej odpowiedzialności biznesu. Faktem jest, że wiele państw istotnie zaostrzyło kontrolę rynku w ramach pokryzysowych środków naprawczych. W sytuacji, gdy krytyka kapitalizmu stała się powszechna, a dotychczasowe metody nadawania korporacjom „ludzkiej twarzy” okazały się niewystarczające i nieadekwatne, ekspertom od zarządzania nie pozostało nic innego, jak wyjść z propozycją nowej teorii – uratować w ten sposób swoje poprzednie tezy i… tym samym także swoje posady. Równie istotne, co głosy autorytetów od zarządzania, było aktywistyczne „przygotowanie”, jakie zagwarantowała fundacja Adbusters (Adbusters Media Foundation, wydająca magazyn o tej samej nazwie). Organizacja działająca od 1989 r., przy pomocy wyrazistych, chwytliwych haseł i współpracy z zaangażowanymi artystami, naukowcami i przedsiębiorcami od lat promuje działania na rzecz odejścia od nadmiernego konsumpcjonizmu i krytykuje amerykański kapitalizm, jak również podstawy neoklasycznej ekonomii. Przykładem ciekawej akcji w tej ostatniej sferze może być zainicjowany kilka lat temu program „Kick It Over”. Skierowany jest on do studentów ekonomii i ich nauczycieli, a polega na propagowaniu weryfikacji modelu nauczania przyjętego na uczelniach ekonomicznych, opartego na paradygmacie neoklasycznej szkoły chicagowskiej. W ramach projektu powstał manifest („Kick It Over Manifesto”), który studenci mogą wywieszać na swoich uczelniach, a także traktować jako punkt wyjścia do dyskusji na zajęciach. W manifeście czytamy: My, niżej podpisani, czynimy taki oto zarzut: wy, nauczyciele neoklasycznej ekonomii i absolwenci, dokonaliście gigantycznego oszustwa wobec świata. Twierdzicie, że zajmujecie się czystą nauką opartą na wzorach i regułach, podczas gdy wasza nauka jest nauką społeczną, z całą wrażliwością i niepewnością dla niej charakterystyczną. Oskarżamy was o udawanie kogoś, kim nie jesteście 5. To właśnie od akcji Adbusters rozpoczęła się oficjalna działalność ruchu Occupy Wall Street – po tekście zamieszczonym na stronie organizacji 13 lipca 2011 r. protestujący zaczęli gromadzić się w Nowym Jorku we wskazanym czasie. Czas na demokrację zamiast korpo-kracji […]. Zbierzmy w sobie odwagę, spakujmy nasze namioty i udajmy się na Wall Street 17 września w ramach zemsty.

Fundamenty buntu

Wszystkie wspomniane czynniki to jednak zjawiska wtórne. Ich istnienie ułatwiło przygotowanie gruntu pod ruch OM, jednak pierwotne przyczyny są inne. Za to, że tak wiele osób odnalazło się w hasłach głoszonych przez aktywistów koczujących w nowojorskim parku Zuccotti uważa się rosnące dysproporcje w dochodach zamożnych i ubogich, czyli pogłębiające się nierówności społeczne, które w USA są wyjątkowo duże – i niemal dwukrotnie większe niż w czołowych krajach Europy. Również trudny dostęp do systemów opieki zdrowotnej i edukacji – pozostających głównie w rękach prywatnego biznesu – stanowi gigantyczną barierę w podnoszeniu standardów życia. Ponadto w kraju, gdzie panuje mit, wedle którego dorobić może się każdy, jeśli odpowiednio ciężko na to pracuje i wykorzysta nadarzające się szanse, niezrozumiałe jest, dlaczego dochody pewnych grup – szefów dużych firm i banków – wzrastają nierównomiernie do zarobków innych6. I choć nierówności w innych krajach, w których „odtworzono” Occupy Movement w lokalnych wersjach, nie są tak znaczne jak w Stanach Zjednoczonych, uniwersalność haseł OM wystarczyła, aby uruchomić mechanizmy protestu. Chwytliwe okazało się hasło „We are the 99%” – To my jesteśmy 99 procentami – odzwierciedlające statystyki nierówności w USA (1% Amerykanów ma dochody równe osiąganym przez pozostałe 99% obywateli), a zarazem bardzo uniwersalne. Choć te hasła Occupy Movement, które zostały nagłośnione w mediach, mogą wydawać się bardzo ogólnikowe, to ruch posiada również bardziej sprecyzowane postulaty programowe. Pierwsze reakcje mediów, głównie konserwatywnych, w USA na pojawienie się namiotów w okolicy Wall Street były powierzchowne – koncentrowano się głównie na wyglądzie i zachowaniu co bardziej spektakularnych protestujących, ruch określano jako chaotyczny i nieskoordynowany, a także pozbawiony wyraźnej warstwy ideologicznej. Postulaty manifestantów ginęły w sztucznie kreowanym obrazie „zgromadzenia niedojrzałych awanturników”. W rzeczywistości ruch nie miał formuły anarchistycznej. Ciałem „zarządzającym” było Ogólne Zgromadzenie Miasta Nowy Jork – z jego inicjatywy ruch przyjął deklarację, zawierającą klarowne wyjaśnienie przyczyn protestu i bazowe postulaty (Deklaracja Okupacji Miasta Nowy Jork z dnia 29 września 2011 r.). Deklaracja krytykuje m.in. takie praktyki, jak: dokonywanie eksmisji w wyniku braku spłaty kredytu i nielegalne przejmowanie hipotek, wspieranie przez rząd USA instytucji finansowych, wypłacanie niebotycznych premii szefom korporacji, nieprzestrzeganie praw pracowniczych i praw człowieka przez korporacje zatrudniające ludzi w krajach rozwijających się, sponsorowanie polityków przez lobbystów korporacji, patentowanie ważnych ze społecznego punktu widzenia osiągnięć naukowych (np. leków), prowadzenie działań wojennych w imię „demokracji” w innych krajach itd. Deklaracja jest zatem wyrazem ostatecznego protestu, bez wskazania konkretnych rozwiązań zasygnalizowanych w niej problemów. Brak uszczegółowionych postulatów był w tym przypadku zamierzony. Część osób związanych z ruchem uważała, że podstawowa deklaracja wystarczy, argumentując, iż „postulaty zakładają stawianie jakichś warunków [w domyśle: których spełnienie odbędzie się w określonym czasie], a my nigdy nie ustaniemy”. Ta strategia tylko z pozoru może wydawać się nieprzemyślana. Jeśli jednak spojrzymy na efekty działania OWS – rozpoczęcie ogólnonarodowej debaty dotyczącej najważniejszych problemów społecznych i gospodarczych w USA oraz uruchomienie szeregu ważnych dyskusji w Europie i na świecie – widać, że już samo wskazanie konkretnych problemów, być może wcześniej nieakcentowanych tak silnie i niedostrzeganych przez opinię publiczną, doprowadziło do ważnej zmiany. To właśnie te – uniwersalne, a przez niektórych określane jako „ogólnikowe” – hasła zaskarbiły OWS tylu zwolenników. W komentarzach pod jednym z artykułów opisujących wydarzenia na Wall Street, anonimowy internauta napisał coś, pod czym podpisać mógłby się prawie każdy: Nie jestem aktywistą i nie koczuję wraz z protestującymi na Wall Street, ale czuję, że są mi bliscy, bo podobnie jak ja i wielu Amerykanów wyczuwają, że coś jest nie tak z naszym systemem. Pojawianie się ruchu Occupy Wall Street i jego szybka, międzynarodowa ekspansja zmusiły praktycznie wszystkich liczących się liderów politycznych i gospodarczych do ustosunkowania się wobec problemów sygnalizowanych przez OWS. Opinie, jak zwykle w takich sytuacjach, były podzielone, przy czym zdecydowana większość głosów (nie licząc Republikanów i konserwatystów, tradycyjnie nastawionych negatywnie do tego rodzaju ruchów) wyrażała jeśli nie poparcie, to choćby zrozumienie dla haseł protestujących. Nawet Barack Obama w oficjalnym przemówieniu wyraził szacunek dla protestujących i uznał, że przedstawiciele ruchu wyrażają frustrację znacznej części narodu. Jest ona naturalną konsekwencją kryzysu oraz poczucia, że państwo nie zapewnia dostatecznej ochrony swoim obywatelom. Sami przedstawiciele finansjery z Wall Street okazywali mieszane reakcje – od entuzjazmu wobec ruchu i chęci dialogu, wyrażonej przez CEO Citigroup, Vikrama Pandita, do konwencjonalnych, neoliberalnych poglądów, wyrażanych m.in. przez burmistrza Nowego Jorku, Michaela Bloomberga. Ten ostatni straszył, że jeśli ludzie, którzy zatrudnieni są w sektorze finansów, który stanowi ogromną część naszej gospodarki, odejdą, nie będziemy mieli z czego płacić pracownikom zatrudnianym przez miasto ani za co sprzątać parków. Sceptycyzm wobec Occupy Movement zachował również Tony Blair (Ci, którzy krzyczą najgłośniej to niekoniecznie zawsze ci, którzy najbardziej zasługują na wysłuchanie), choć już John Vincent Cable, minister biznesu Wielkiej Brytanii, wyraził się o ruchu w sposób bardziej pozytywny: Mam sympatię dla odczuć, które za nimi stoją. Niektóre z ich postulatów nie są beznadziejne, ale nie o to chodzi. Sądzę, że [ruch] odzwierciedla poczucie, że niewielka grupa ludzi doskonale sobie radziła w czasie kryzysu, często niezasłużenie, podczas gdy spora grupa tych, którzy w żaden sposób się do kryzysu nie przyczynili, w tym samym czasie straciła. Debata zapoczątkowana przez OWS toczy się do dzisiaj – w mediach, w wypowiedziach polityków, w analizach socjologów. Ruch nadal działa, choć już w mniej radykalnej formie. Nie okupuje ulic, ale w coraz większym stopniu okupuje umysły.

Technologie i ludzie

Rola nowych mediów, szczególnie portali społecznościowych w popularyzacji haseł ruchu Occupy Wall Street jest nie do przecenienia, choć należy z dystansem podchodzić do opinii uznających jedynie to narzędzie za klucz do sukcesu aktywistów. Jak zauważył wspomniany Kurt Andersen: Media społecznościowe i smartfony nie zastąpiły więzi społecznych i bezpośrednich kontaktów, ale ułatwiły je i pomogły je w szybkim tempie zmienić, umożliwiając protestującym bardziej zwinną mobilizację oraz efektywne komunikowanie się między sobą i ze światem. W przypadku Occupy Wall Street dostępna technologia została zastosowana z pewnością w sposób maksymalnie efektywny. Pierwszy sygnał pochodzący ze strony Adbusters, dający znak do rozpoczęcia okupacji w ustalonym terminie, rozprzestrzenił się błyskawicznie za pomocą Twittera. Occupy Wall Street zaistniało wkrótce w serwisie Facebook, aby ze swojego fanpage’u prowadzić dalsze działania nawołujące do przyłączenia się do protestu. Niedługo potem z tych samych narzędzi skorzystały pojawiające się lokalne odłamy w innych miastach Ameryki, a za nimi także w innych krajach. Ruch stworzył również własną stronę, filmowe relacje z okupowanych terenów można było oglądać na żywo w streamingu, dzięki czemu informacje o tym, co dzieje się na miejscu, docierały w czasie rzeczywistym, a sieci społecznościowe umożliwiły kontaktowanie się członków ruchu w każdym miejscu i czasie. Sama technologia nie byłaby niczym szczególnym, gdyby nie ludzie, którzy ją zastosowali i skorzystali z niej w odpowiednim czasie. Szczególnie ważne w przypadku OWS jest nazwisko Tima Poola – młodego aktywisty i reportera, który przy pomocy kamery i serwisu umożliwiającego streaming (Ustream) relacjonował wydarzenia na Wall Street od początku akcji. Pool z zaangażowaniem filmował okupację, niekiedy nawet przez 20 godzin dziennie. Sfilmowane przez niego pierwsze godziny funkcjonowania okupacji obejrzało na bieżąco ponad 20 tys. osób i 250 tys. indywidualnych użytkowników w ciągu pierwszego dnia, a jego materiał retransmitowały liczne serwisy informacyjne. Dziś, po upływie pewnego czasu, przedstawiciele ruchu myślą już o bardziej zaawansowanej technologii – ogłosili nawet plany stworzenia alternatywnego serwisu społecznościowego, takiego, który umożliwiłby kontakt jedynie między zaufanymi użytkownikami i zmniejszył niebezpieczeństwo demaskowania planowanych działań przez media i osoby działające przeciwko ruchowi. Postulowana w deklaracji niechęć wobec kontroli i nieszanowania prywatności jednostek znajduje zatem odzwierciedlenie w planowanych modyfikacjach narzędzi.

Iść za ciosem

Każdy ruch społeczny po fazie wzmożonej aktywności, która w przypadku OM przypadła na końcówkę 2011 r., staje przed pytaniem o przyszłość – czy i jak kontynuować działania? Jak wykorzystać potencjał i zmobilizowane społeczeństwo? W przypadku Occupy Wall Street sprawa wygląda całkiem nieźle. Jak zauważył jeden z amerykańskich publicystów, nie ma nic złego w tym, jeśli dany ruch chce zmieniać system i robi to wszystkimi sposobami – także „od wewnątrz”. Tak też zaczyna działać OWS. Kilka tygodni temu część OM o nazwie Occupy The SEC (U.S. Securities and Exchange Commission) przedstawiła 325-stronicowy dokument: list zawierający konkretne, merytorycznie klarowne i doskonale opracowane propozycje reform, które mogą usprawnić działania systemu finansowego w Stanach. Tak wysublimowanego i zaawansowanego działania nikt się po OWS nie spodziewał, jednak propozycje przedstawione przez ten szczególny odłam ruchu zostały uznane za całkowicie zgodne z „zasadami sztuki”. O poparcie ruchu walczą demokratyczne frakcje polityczne, zwłaszcza środowisko związane z Obamą, póki co jednak OWS konsekwentnie trzyma się z dala od polityki.

Natalia Ćwik

Przypisy:

  1. G. Petriglieri, Occupy Wall Street is not a machine. It’s a work of art, INSEAD Knowledge 2012, http://knowledge.insead.edu/INSEAD-knowledge-occupy-wall-street-111216.cfm
  2. K. Andersen, The Protester, „Time”, 14.12.2011 r.
  3. J. C. Bogle, Dość. Prawdziwe miary bogactwa, biznesu i życia, PTE 2009, ss. 24–25.
  4. M.E. Porter, R.M. Kramer, Tworzenie wartości dla biznesu i społeczeństwa, „Harvard Business Review Polska”, maj 2011 (tekst oryginalny ukazał się w anglojęzycznej wersji magazynu w marcu 2011).
  5. http://kickitover.org/download/23/kick-it-over-manifesto
  6. Zob. T. Zalewski, Koniec mitu pucybuta, „Polityka”, nr 8, 2012.
Aktywna dezaktywacja polskiej wsi

Skazani na śmierć

Poniższy tekst to relacja z serii przegranych strajków pracowników firmy Investpro, które miały miejsce na budowie Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni Redłowie od stycznia do kwietnia 2012 r. oraz strajku głodowego tychże pracowników, przeprowadzonego w Urzędzie Miasta Gdynia od 23 do 26 kwietnia br. Autorzy tego dokumentu uczestniczyli w strajku; Bogusława Spodzieję wybrano jego przedstawicielem.

Istnienie jest darem. Fundamentalnym obowiązkiem człowieka jest zachowanie tego daru i obrona przed unicestwieniem. Nie sprzyjać życiu jest złem, zaniechać obrony jest winą. Historia ludzkości rozgrywająca się w przestrzeni być albo nie być jest pamięcią doświadczenia organizowania się wspólnot w systemy zapewniające przetrwanie lub zgubę. To, co przetrwało jako moralna powinność, jest pamięcią duchowych przezwyciężeń wyrytych na kamiennych tablicach czczonych w świątyniach, wokół których zorganizowały się i ukonstytuowały wspólnoty.

Pokłosiem tych przezwyciężeń są trzy systemy, które w różnym stopniu pozwalają zapewnić przetrwanie wspólnocie lub tylko poszczególnym jednostkom:

  1. solidarny – realizowany przez dopełnianie się członków wspólnoty pod jakimś ważnym dla nich względem przy wytwarzaniu wspólnego dobra, obowiązuje w nim wymiana dóbr i ochrona najsłabszych jednostek w ramach wspólnoty oraz wyjście do innych wspólnot z własnymi dobrami jako ofertą współpracy (przykładem takiego systemu w czystej postaci jest „Solidarność” lat 1980–1981),
  2. łupieżczy – realizowany przez zbrojne napaści na inne wspólnoty (m.in. Hunowie, Wandalowie),
  3. liberalny – realizowany jako skrajny indywidualizm promujący ograbianie słabszych przez silniejszych w ramach tej samej wspólnoty (np. wszystkie formy liberalizmu w wersji laissez faire, neoliberalizmu, globalnego neokolonializmu).

Neofeudalizm jako patologia

Neoliberalny system wolnorynkowy III RP jest realizacją trzeciego z wymienionych systemów. To, co nazwano pierestrojką lub transformacją, było przejściem od gospodarki opartej na ogólnospołecznej własności najważniejszych środków produkcji do gospodarki, której właścicielami stały się nieliczne jednostki. Władza pod pozorem bycia właścicielem całej gospodarki stała się seniorem nadającym (po „rynkowych” cenach) beneficja „możnym i zasłużonym”. Kryterium przyznawania statusu beneficjenta przekształceń własnościowych jest nieznane. Społeczeństwo pozbawione zasobów, zostało sprywatyzowane jako tania siła robocza, podlegająca bezwzględnej eksploatacji, pracy na poły niewolniczej, bez prawa głosu we własnej sprawie, zastraszone wizją masowego bezrobocia. Państwo zrzekło się funkcji gwaranta rzetelności i dotrzymywania umów, zwłaszcza umów o pracę. Ustrój Polski od tego czasu jest zmodyfikowaną kopią średniowiecznego feudalizmu.

Rozliczne przykłady patologicznego neofeudalizmu można znaleźć w budownictwie, gdzie zazwyczaj inwestorem jest państwo, samorząd lokalny lub jakaś korporacja. W Gdyni Redłowie miasto zainwestowało w przedsięwzięcie o nazwie Pomorski Park Naukowo-Technologiczny (PPNT). Część środków pochodziło z budżetu miasta, część z funduszy europejskich. Przetarg wygrała firma Warbud, która stała się generalnym wykonawcą. Z kolei Warbud ogłosił przetarg na wykonanie części przedsięwzięcia przez inny podmiot gospodarczy.

Zwycięsko z tej licytacji wyszła Abantia Polska. Jest to firma hiszpańska, z delegaturą na Polskę. W naszym kraju zatrudnia 50 pracowników, a jej głównym trzonem jest kadra inżynierska i pion obsługi prawnej. Abantia nie dysponuje żadnymi mocami wykonawczymi, za to znacznym kapitałem, który zapewnia wysoką pozycję w strukturze systemu, udział w dużych przetargach i wygrywanie ich przez obniżkę cen. Wykonawstwem prac zajmuje się podmiot prawno-gospodarczy, który z racji najniższej pozycji w strukturze podwykonawców, jest całkowicie zależny od Abantii. Ta ostatnia swoim lennikom jest w stanie narzucić dowolne ceny. W rezultacie najsłabsze podmioty gospodarcze w strukturze podwykonawców stoją też najniżej w strukturze płatności, za to są pierwsze rozliczane z wykonanej pracy, do czego zobowiązuje umowa i groźba kar umownych. Kary te są łakomym kąskiem i źródłem dochodów wasali wyżej stojących w hierarchii.

Oszustwo jako wymuszona obrona?

W Polsce zdaje się dominować powszechna akceptacja oszustwa jako zasady działania chroniącej przed skutkami opresyjności systemu, jako wymuszony sposób obejścia jego barier. Dotyczy to firm, czyli organizatorów pracy zatrudnianych ludzi, których wysiłek nakierowany jest na realizację wyznaczonego celu, a także realizujących ten cel, czyli pracowników najemnych.

Firma Investpro Sp. z o.o. (ul. Wały Piastowskie 1, Gdańsk) jest małym podmiotem gospodarczym walczącym o przetrwanie, polskim, dlatego bez zdolności kredytowych. Zatrudniała ok. 120 pracowników, rozproszonych na kilku budowach w Polsce. Niemal na każdej z tych budów Investpro jest lennikiem Abantii. Najczęstszą formą umowy praktykowaną w Investpro między firmą a pracownikami są umowy o dzieło, umowy „na twarz”, że się dogadamy, że jakoś to będzie. Niejasne powiązania Investpro z Abantią nie interesowały pracowników.

W Gdyni Redłowie na budowie PPNTpracowało 30–40 pracowników. Pracownicy wykonywali pracę, jednak pieniądze otrzymywali z wciąż wzrastającym poślizgiem. Wyjaśnień tej sytuacji za każdym razem słuchali z ust tego samego człowieka – rachmistrza Investpro, osoby o niejasnej funkcji w tej firmie – ni to szofera prezesa, ni gońca zarządu, ni menedżera. Powoływał się on na kłopoty z płatnościami, których przyczynę wskazywał we wrogich działaniach Abantii, dążącej – jego zdaniem – do zniszczenia Investpro. Przekonywał, że zarząd jego firmy całkowicie solidaryzuje się z interesami pracowników, że staje na głowie, aby wyłuskać te pieniądze, tylko płatnik jest trudny we współpracy. Przytaczał różne argumenty, które miały dowodzić tego stanowiska; opowiadał o sytuacji na innych budowach w kraju (na których również firma była lennikiem Abantii), gdzie – np. w Warszawie – pracownicy podjęli strajk w porozumieniu z prezesem Investpro, aby wydrzeć zaległe pieniądze opornemu płatnikowi. Mówiąc krótko, za winowajcę podawał Abantię, a siebie i zarząd za przyjaciół, stojących po tej samej stronie barykady.

Ekipa z Gdyni nie wiedziała o czymś, co przeczyło troskliwości zarządu o swoich pracowników. Otóż od października 2011 r. na budowie kompleksu hotelowego w Serocku firma przestała wypłacać pracownikom diety należne z tytułu pracy w delegacji, a w delegacji było ponad 20 osób. Podnieśli bunt, który ze swadą rozbił delegowany logistyk Investpro, oświadczając, że teraz jest demokracja i każdy może robić, co chce.

Pracownicy słuchali takich wyjaśnień od połowy stycznia, kiedy wypłaty zaczęły przychodzić już ze znacznym opóźnieniem i tylko w niewielkiej części, aż do połowy kwietnia, gdy sytuacja bytowa nieopłacanych ludzi zaczęła zagrażać ich życiu. Przez cały ten czas słyszeli zapewnienia, że pieniądze już zaraz się pojawią – jutro, za trzy dni, za tydzień, przed świętami itd. Ich zaufanie do rachmistrza malało z dnia na dzień, wiedzieli, że są to tylko słowa, których prawdziwości nie mogą sprawdzić. Zresztą treść tych wyjaśnień była z ich punktu widzenia mało istotna. Czynnikiem decydującym o dalszych posunięciach pracowników była ich sytuacja materialna – ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, odeszli szukać innej pracy, mimo świadomości, że rezygnując z pracy w Investpro, niemal na pewno rezygnują z pieniędzy, jakie im firma zalega. Zostali ludzie, którym warunki bytowe nie pozwalały na zrzeczenie się tych pieniędzy, a im dłużej tam pracowali, tym bardziej stawali się uzależnieni od firmy.

Sytuacja stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. Kogoś wyrzucono z mieszkania z powodu braku pieniędzy na opłaty i teraz mieszka w samochodzie z żoną, która spodziewa się dziecka (ósmy miesiąc). Ktoś inny przestał posyłać dzieci do szkoły, gdyż nie miał na jedzenie dla nich, matki i siebie. Komuś grozi eksmisja z własnego mieszkania, które obciążone jest kredytem wziętym pod zastaw lokalu. Słowem, większość jest zdesperowana sytuacją i czuje, że do stracenia nie ma już nic, a do zyskania wiele.

Przez te trzy miesiące ludzie zdążyli się przekonać, że dwu-, trzydniowe strajki na terenie budowy są bezskuteczne (podobnie jak permanentny strajk włoski), że od rachmistrza niczego się nie dowiedzą, że zarząd gra w jakąś grę, której zasad nie chce zdradzić, a praca bez płacy jest korzystna dla wszystkich z wyjątkiem tych, którzy ją wykonują. Już wystarczająco przekonali się, że mogą liczyć tylko na siebie i że jeśli czegoś z tym nie zrobią, to skończą pod mostem. Było to tym bardziej prawdopodobne, że między wierszami dało się wyczytać, iż w najbliższym czasie firma Investpro może zniknąć z rejestru działających firm – i pojawić się pod innym szyldem. Jasne było, że jako nowo powstały twór prawny nie przejmie zobowiązań upadłej, prawnie nieistniejącej firmy. Pieniądze przepadną. Sytuacja była groźna.

Sygnał o możliwości zniknięcia Investpro z rejestru działających podmiotów gospodarczych sprowokował kilku pracowników do zorganizowania spotkania w niedzielę 22 kwietnia. W rezultacie doszli do wniosku, że ich położenie jest następstwem zła generowanego przez system, a obowiązkiem – obrona przed unicestwieniem. Było jasne, iż działają w warunkach wyższej konieczności, dlatego uznali, że wyjście poza mury, płoty i kontenery budowy PPNTjest warunkiem koniecznym skuteczności walki. Stwierdzili, że sytuacja w jakiej się znaleźli nie jest izolowanym przypadkiem, lecz problemem ogólnospołecznym, dotykającym coraz większą liczbę ludzi. Dlatego muszą wejść w przestrzeń publiczną i tam podjąć walkę ze strukturalnym złem systemu. Za pośrednictwem mediów powiadomią społeczeństwo o swojej walce i jej zasadach, że nie ma uczciwego życia bez uczciwej walki, wolności bez prawdy, pracy bez płacy.

Uznano, że o sytuacji nade wszystko należy powiadomić inwestora, czyli miasto. Powinno ono być zainteresowane sprawnym i terminowym wykonaniem inwestycji, co w tych okolicznościach było zagrożone. Niedopłacanie pracowników na budowie PPNTw Redłowie nie dotyczyło wyłącznie zatrudnionych w Investpro; wiedziano, że problem dotyczy także pracowników innych firm, tych z dołów w strukturze podwykonawców. Postanowiono, że od poniedziałku 23 kwietnia podjęty zostanie strajk, który obejmie wszystkich pracowników Investpro oraz że kilku ludzi podejmie protest głodowy w Urzędzie Miasta w Gdyni.

Telefonicznie powiadomiono pozostałych pracowników o pomyśle strajku i ustalono, iż następnego dnia wszyscy przyjdą do pracy o 6:10, czyli 50 minut przed planowanym przybyciem rachmistrza, którego wizyta miała na celu niedopuszczenie do strajku. Ekipa zjawiła się niemal w komplecie, aby wspólnie przeanalizować własne stanowisko, zanim rachmistrz postawi sprawy na głowie.

Groźba wariantu kryminalnego

Poniedziałek, 23.04.2012, godz. 6:10. Frekwencja bliska 100%. Jeden z pracowników relacjonuje treść niedzielnej narady o zagrożeniu i co w związku z tym zagrożeni powinni zrobić, i to natychmiast. Wybucha gwałtowna dyskusja, nikogo nie trzeba przekonywać o zagrożeniu, wszyscy czują się oszukani. Sytuacja niektórych jest rozpaczliwa.

Początkowe napięcie przekształca się w niszczycielską furię. Padają pomysły wymierzenia sprawiedliwości na własną rękę, włącznie z rozbijaniem głów, łamaniem kości, wyważaniem drzwi, niszczeniem samochodów i wyposażenia biur zarządów firm. Których? Tych, które postrzegane są jako winne zaistniałej sytuacji. Reszta przestaje mieć znaczenie. To nic, że ten i ów pójdzie do więzienia – teraz ważny jest dach nad głową, choćby w więziennej celi z pryczą i miską ciepłego jedzenia.

Na poparcie tego rozwiązania pada argument o sytuacji z połowy 2011 r. na budowie Czterech Wież (Quattro Towers) w Gdańsku Wrzeszczu, gdzie Investpro także miało swoje interesy i swoich pracowników. Kilku ze strajkujących pracowało w minionym roku na tamtej budowie i było nieomal świadkami dramatycznego zdarzenia. Przypomnieli w czym rzecz. Otóż jedna z firm-podwykonawców od kilku miesięcy nie płaciła pracownikom. Ci pytali o pieniądze i na tym sprawa się kończyła. Do czasu.

Któregoś dnia jeden z poszkodowanych pracowników nieuczciwej firmy, w towarzystwie kilku ogromnych i potężnie zbudowanych mężczyzn, na siódmym piętrze jednej z wież odnalazł prezesa. Pracownik grzecznie zapytał prezesa: są pieniądze? Nie ma – usłyszał w odpowiedzi. Więcej pytań nie było. Prezes nie wyszedł z wieży o własnych siłach, co tylko częściowo było zgodne z intencjami tych, którzy rozmawiać już nie chcieli. Prezes miał wypaść z siódmego piętra przez otwór wykonany jego głową w potrójnie oszklonym oknie feralnego apartamentu, ale się nie zmieścił, natomiast czas naglił wszystkich bez wyjątku. W ciężkim stanie zabrała go karetka, na odchodnym pospiesznie uszkodzono jego samochód, później zjawiła się policja i słuch o sprawie zaginął. W każdym razie tyle o sprawie wiedzieli strajkujący w Redłowie.

Pomysł upadł. Uznano, że rabunek i rozbój na masową skalę, dokonywany w aurze prawa uzasadniającego takie postępowanie, cechuje III RP, że ta bandycka metoda działania przejęta przez strajkujących sprawi, iż będą mieli przeciw sobie aparat propagandowy państwa i komercyjnych mediów, czyli to, co zwie się opinią publiczną, policje jawne i tajne, różnego rodzaju intrygi ze strony układu biznesowo-politycznego.

Podobnie kryminalnej proweniencji był pomysł sparaliżowania budowy przez strajkujących poprzez ustawiczne odłączanie zasilania i tłumaczenie innym, dlaczego to robią. Jasne było, że mogli liczyć na milczące poparcie pracowników innych firm, zwłaszcza tych z dołu drabiny feudalnych zależności, którzy także cierpieli na permanentne zaleganie z należnościami za pracę. To skromne poparcie w sytuacji działania na zamkniętej budowie nie zneutralizowałoby siły aparatu państwa, który ma wyłączność na używanie przemocy wobec tych, którzy w jakiś sposób zagrażają czyjejś własności, interesom lub wolności. Opinia publiczna może i by poparła takie działania, ale nie będzie o nich poinformowana, a jeśli już, to nie przez strajkujących, tylko w formie zniekształconej przez tuby propagandowe władzy.

Ta argumentacja wystarczyła do odrzucenia i tej metody walki, oraz powrotu do dyskusji o metodach, które nie podważają wartości celu.

Wędrowny strajk

Jedna z osób stwierdziła, że skoro strajk został postanowiony, to podejmie głodówkę i skoro jest powszechne zrozumienie dla tej formy walki, oczekuje przyłączenia się kilku osób. Zgłaszają się cztery, czyli głodówkę rozpocznie pięć osób. Strajkujący postanawiają, że każdego następnego dnia do głodówki przystąpi jedna osoba. Pozostali mieli strajkować w miejscu protestu głodowego, czyli w Urzędzie Miasta Gdyni. Oczywistość zasady solidarności jako metody wspólnego działania sprawiła, że – bez patosu wzniosłych deklaracji – wszyscy stanęli murem w obronie każdego, co oznaczało, że strajk, w tym protest głodowy, będzie trwał do chwili, gdy do ostatniego grosza zostaną zwrócone pieniądze ostatniemu z poszkodowanych.

Pracownicy o swojej decyzji postanowili powiadomić zarząd Investpro, co też się stało. Prezes pojawił się w ciągu godziny. Większość ze strajkujących widziała go po raz pierwszy. Nie przywiózł pieniędzy, lecz deklaracje współczucia, zrozumienia i poparcia, choć uważał, że na tak radykalne kroki jest za wcześnie. Jasne, że pracownicy mogą czynić co chcą, ale nie wszystko, czego chcą, jest dobre i mądre. Zaproponował skoordynowanie działań zarządu z działaniami pracowników. On będzie rozmawiał z mediami, co pozwoli mu na naświetlenie sprawy we właściwej perspektywie. Najlepiej – zdaniem prezesa – będzie poczekać do maja, niech tylko minie długi weekend, ale dziś to o wiele za wcześnie. Jeden z pracowników, którego strajkujący uznali za reprezentanta, oznajmił, że rozwiązanie proponowane przez prezesa nie jest zadawalające. Co więcej, pracownicy podjęli decyzję o takiej, a nie innej formie strajku i sposobie jego przeprowadzenia, dlatego też nie będą pytali prezesa ani nikogo z wyżej stojących na drabinie płatników, czy, kiedy i jak mają się bronić. Kto jest winny zaistniałej sytuacji, to rzecz dla policji, prokuratury i sądu. Pewne, że nie płaci Investpro, co wystarczy, by zdania prezesa jako doradcy strajku nie brać pod uwagę.

Prezesowi zdawało się, że sprawa rozejdzie się po kościach, że jakoś sama się rozmyje. Wydaje się, że nie wierzył, iż robotnicy odważą się wyjść poza zasieki budowy i wkroczyć w przestrzeń publiczną, że pójdą do prezydenta miasta, ale zgodził się z tym, że faktycznie nie ma prawa ingerować w ich postanowienie i sposób jego realizacji. Przestrzegł tylko przed szkodliwością strajku przeniesionego w przestrzeń publiczną.

Wizytę prezesa uznano za nie wnoszącą nic do sprawy i przystąpiono do realizacji ustaleń. Najpierw piechotą do Urzędu Miasta Gdyni, wizyta u Prezydenta Wojciecha Szczurka, prezentacja problemu i metod jego rozstrzygnięcia. Co postanowiono, to zrobiono. Wcześniej o zaistniałej sytuacji zakomunikowano telewizji Trwam i Radiu Maryja. Prezydent Szczurek przyjął strajkujących. Poinformowano go też, że media zostały powiadomione o wizycie i zamierzeniach strajkujących. Prezydent natychmiast podjął działania przynależne inwestorowi, tj. przekazał problem pełnomocnikowi do spraw m.in. tej inwestycji.

Niebawem okazało się, że firma Investpro nie widnieje w wykazie podmiotów gospodarczych działających na terenie budowy Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego. Prezydent Szczurek stwierdził, że strajkujący są wolnymi ludźmi i jako tacy mogą czynić wszystko, co każe bronić im godności swojego istnienia.

W związku z wiadomością o prawnie niejasnej relacji między firmą Abantia Polska a Investpro, strajkujący postanowili udać się do Gdańska, gdzie znajduje się siedziba Abantii. Po dotarciu na miejsce natknęli się na rachmistrza Investpro, który stał się Rejtanem Abantii i bronił dostępu do jej drzwi. Rozmawiać nie było z kim, komentować nie było czego, więc strajkujący opuścili siedziby Abantii i Investpro ze stanowczym przyrzeczeniem rozpoczęcia właściwych działań od 7 : 00 rano następnego dnia. Otuchy strajkującym dodawał fakt, że pierwsze kontakty z mediami, konkretnie z telewizją Trwam i Radiem Maryja rokowały, iż nie przepadną w powszechnej zmowie milczenia wiodących mediów. Umówiono się na spotkanie o 7 : 00 rano następnego dnia na terenie budowy PPNTw celu pełnego porozumienia się z tymi z hydraulików, którzy co prawda byli przekonanymi o celowości strajku, ale obawiali się wyjścia z nim poza teren budowy. Część hydraulicznej braci oraz monterzy wentylacji w tej sprawie stanowili monolit.

Strajk stacjonarny i głodówka

Czy jest prawdą, że okazja każdego, zawsze i wszędzie czyni złodziejem, łamie międzyludzką solidarność i ducha? Czy świętość jest wyłącznie następstwem sprzyjających okoliczności? Na te pytania przyszło odpowiedzieć niektórym ze strajkujących niedługo po rozstaniu się ze wspominanym rachmistrzem Investpro. A było to tak:

Nie minęło pół godziny od spotkania pod siedzibą Abantii, gdy rachmistrz zadzwonił do osoby, co do której miał podejrzenie, iż jest jedną ze sprężyn strajku i zaproponował spotkanie w cztery oczy. Do spotkania doszło w Sopocie, ale nie w cztery oczy. Gdy rachmistrz nie wskórał nic, nie ustawał w dalszych próbach niedopuszczenia do przedostania się strajku na forum publiczne. Telefon do innego z wiodących sprawców strajku (jak przypuszczał rachmistrz), miał tegoż przekonać, że sprawa należnych mu pieniędzy zaczyna być finalizowana, że rano je dostanie co do grosza i już teraz nie musi się bać, że straci mieszkanie. Skoro dostanie pieniądze, to w tych okolicznościach jego udział w strajku jak bezzasadny.

Strajkujący rozmówca wściekł się nie na żarty: uznał, że rachmistrz usiłuje go przekupić, że jeśli nawet dostanie te pieniądze, to i tak solidaryzuje się z pozostałymi strajkującymi i razem z innymi będzie walczył do ostatniej należnej złotówki każdego z oszukanych. Tym rozmowa się skończyła. Okazja była wciąż aktualna, ale nie skusiła, nie złamała. Tu ujawnia się prawdziwość ludowego porzekadła, głoszącego, że nie ci święci, co zawsze zgięci. Wieczorem większość ze strajkujących wiedziała o tej rozmowie.

Wtorek 24.04.2012, godz. 7:00, budowa PPNT w Gdyni Redłowie. Wszyscy obecni. Rozmowy z hydraulikami nie przynoszą skutku. Część z nich postanawia kontynuować strajk na budowie, część przyłącza się do strajku w Urzędzie Miejskim w Gdyni. Już wcześniej ustalono, że lepsza grupa mniejsza, lecz zwarta i dobrze zorganizowana wokół celu i metod jego osiągnięcia, od dużej bez tej świadomości. W rezultacie wyszło na to, że mała grupa stanowi zdecydowaną większość strajkujących. Na budowie zostało kilku hydraulików. Pozostali przyłączyli się do marszu w stronę Urzędu Miasta Gdyni w celu powiadomienia prezydenta Szczurka o rozpoczęciu strajku i głodówki na terenie urzędu.

Urząd Miasta Gdyni, 8 : 00. Strajkujący powiadamiają sekretariat prezydenta o rozpoczęciu bezterminowego strajku, którego cele i metody od wczoraj znane są prezydentowi. Niedowierzanie urzędników, przemieszane ze zdumieniem i kto wie czym jeszcze, nie robiły wrażenia na strajkujących. Byli przygotowani na wrogie przyjęcie, na rozwiązania siłowe, na starcie ze służbami mundurowymi. Mieli ze sobą łańcuchy i kłódki, którymi zamierzali się przykuć do poręczy schodów i filarów wewnątrz budynku urzędu. Zdecydowali, że jeśli służby mundurowe poprzecinają łańcuchy, z samych siebie zrobią łańcuch i będzie trzeba ich rozrywać i wynosić jak kawałki wciąż żywego ciała. Gdy zostaną wyrzuceni, będą koczować na ulicy przed urzędem. Było bardzo ciężko, ale wiara w sens i słuszność tej walki dodawała im sił i na początek musiała wystarczyć. Nie było wesoło. Tymczasem spokojnie wyszli przed urząd, gdzie na białym prześcieradle czarną farbą wykonali szyld strajkujących: SKAZANI NA ŚMIERĆ, z dopiskiem u dołu wykonanym mniejszymi literami – Protest głodowy. Powiadomiono też telewizję Trwam i Radio Maryja o drugim dniu strajku i pierwszym dniu w Urzędzie Miasta i głodówce. Około 10 : 00 rano zjawiła się telewizja Trwam. Strajkujący opowiedzieli przed kamerami o strajku, jego celach i dlaczego za miejsce jego przeprowadzenia obrali Urząd Miasta. Powiedziano, że:

  • Pracodawca zalega z wypłatami za wykonaną pracę, w związku z czym zagrożone są podstawy egzystencji pracowników: wielu znalazło się w sytuacji zagrożenia bezdomnością, wielu stanęło wobec widma głodu, oddania dzieci do domów dziecka.
  • Problem, który stał się ich udziałem, nie jest izolowanym przypadkiem, lecz problemem systemu z genetycznie zakorzenioną w nim wrogością wobec człowieka, rodziny, społeczeństwa, kultury.
  • Urząd Miasta należy do wciąż jeszcze niesprywatyzowanej przestrzeni publicznej, stąd jest najwłaściwszym miejscem, gdzie powinno mówić się i rozstrzygać o ważkich problemach dotyczących każdego człowieka i wspólnoty, w której żyje. Stąd też łatwiej o kontakt z mediami, gdyż:
  • Media z definicji powinny pełnić społecznie ważną funkcję nośnika informacji o tym, co istotne z punktu widzenia tegoż społeczeństwa. Ten strajk i jego przyczyna są ważkie społecznie. Strajk w zakamarkach budowy otoczonej nieprzebytymi płotami, otoczonej paramilitarnymi jednostkami ochrony wynajętej przez przedsiębiorców, ma nikłe szanse powodzenia.
  • Adresatem strajku jest społeczeństwo, w którego mocy jest zmiana wrogiego mu systemu.
  • Rząd RP nie jest adresatem ani żądań, ani próśb o wsparcie czy mediację, z racji na to, że jest racją tego systemu.

Około godz. 9 : 00 prezydent Szczurek zaproponował strajkującym zajęcie jednego z pomieszczeń na terenie Urzędu Miasta, w którym ponad 20-osobowa grupa była w stanie bez problemu się pomieścić. Pracownice urzędu przyniosły kanapki dla niegłodujących i wodę mineralną dla wszystkich. Na ścianie umieszczono transparent informujący o strajku. Zaczynało się nieźle. Niebawem pewne zainteresowanie strajkiem zaczynały wykazywać różne osoby i instytucje. Wyraźnego i jednoznacznego poparcia strajkowi udzieliło Stowarzyszenie „Nasza Gdynia” i jej prezes Jacek Urban, który wspierał strajk do końca.

O godz. 12 : 00 w wiadomościach Radio Maryja poinformowało o strajku, czego następstwem były liczne wizyty ekip różnych stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych i codziennych gazet. Informacja o rozpoczętej walce poszła w świat zgodnie z intencjami strajkujących. Pojawiły się też akcje polegające na próbach skłonienia niektórych ze strajkujących do zawieszenia strajku, na przejęciu go przez jakiś związek zawodowy, najlepiej przez NSZZ„Solidarność”. Riposta strajkujących nie pozostawiała złudzeń. Odpowiedzieli, że nie interesuje ich oddanie się w opiekę tworowi, który jest częścią systemu generującemu biedę w Polsce. Wszak niektórzy z nich pamiętali, jak Lech Wałęsa, który był twarzą tego systemu, podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych (zanim został prezydentem) nawoływał wielki kapitał amerykański i zachodni do inwestowania w Polsce, gdyż „na biedzie i głupocie robi się najlepsze interesy”. Efekty realizacji tej zasady są dotkliwie odczuwane przez większość polskiego społeczeństwa. Podziękowali za takie wsparcie i więcej do sprawy nie wracali.

Problem jednak wrócił. Otóż jeden z prominentnych działaczy nowej „Solidarności” z Gdyni zadzwonił do reprezentanta strajkujących z informacją, że strajk jest nielegalny, że ta droga prowadzi strajkujących wprost do więzienia, ale jako że rozumie sytuację, to na wszelki wypadek proponuje wsparcie na polu prawnym. Reprezentant strajkujących stwierdził, że nie jest władny przyjąć ani odrzucić tej oferty, ale przekaże informację stosownemu gremium, które zastanowi się i da odpowiedź, jeśli uzna to za konieczne. Niebawem kilka osób zatrudnionych przez „Solidarność” skontaktowało się z przedstawicielem strajkujących i przekazało mu skargę na „Solidarność”, że jako jej pracownicy znajdują się w trudnej sytuacji i pracują pod ustawiczną presją redukcji etatów, a związek jako pracodawca pozostawia wiele do życzenia. Wniosek narzuca się sam: wsparcie strajku przez złego pracodawcę, zwłaszcza jeśli jest nim związek zawodowy, jest czymś absurdalnym.

Strajkujący jednak potrzebowali wsparcia ze strony prawnika, który dysponuje nie tylko stosownymi kwalifikacjami, ale i jest moralnie zaangażowany w problem. Pani Anna Kurska, emerytowana sędzia, była senator RP, była kimś takim. Bez wahania zgodziła się wesprzeć strajkujących.

W międzyczasie strajk nawiedziły ważne persony z Warbudu, generalnego wykonawcy PPNTw Redłowie. Wspierał ich pełnomocnik miasta ds. m.in. rzeczonej inwestycji. Wspólnie proponowali zawieszenie strajku w celu powołania wielostronnej międzyfirmowej komisji, która miałaby zbadać treść umów i obiegu pieniądza w ramach realizacji tych umów w zakresie dotyczącym roszczeń strajkujących. Pewni siebie panowie z Warbudu uważali, że wartość argumentów mierzy się siłą głosu, szybkością mówienia i apodyktycznym tonem. Błąd. Zapytano ich, czy są stroną strajku. Nie – odpowiedzieli – ale są przyjaciółmi strajkujących i chcą im pomóc w szybkim i skutecznym załatwieniu sprawy. „Strzeż nas Boże od przyjaciół; z wrogami sami sobie poradzimy” – odrzekł któryś ze strajkujących. Panowie z Warbudu i cichy pełnomocnik miasta zrezygnowali z dalszych przyjacielskich prób i przystali na propozycję strajkujących, że ci spośród siebie wybiorą trzech przedstawicieli i delegują do owej komisji.

Strajk trwał. Delegaci pojechali na budowę i wspólnie z inwestorem, Warbudem, Abantią i Investpro, zajęli się sprawdzaniem dokumentów. Wynik badań pierwszego dnia był następujący: inwestor i Warbud realizują umowy i płacą należności. Na niższym poziomie podwykonawców sprawa była daleka od wyjaśnienia. Gdy zmęczenie dało o sobie znać, przerwano badanie dokumentów i umówiono się na następny dzień, na godzinę 14 : 00. Delegaci wrócili do strajkujących z przesłaniem Warbudu, skierowanym do strajkujących, które zawierało deklarację przyjaznego pośredniczenia w pozytywnym załatwieniu sprawy na poziomie zainteresowanych firm, że gdy tylko nastąpi przełom, a ten już się wyraźnie rysuje, to Warbud natychmiast podzieli się tą dobrą wiadomością ze strajkującymi, co strajk uczyni bezprzedmiotowym i szczęśliwie go zakończy. Wszyscy zdali sobie sprawę, że to przesłanie jest kolejnym manewrem, który ma na celu co najmniej osłabienie strajku. Potwierdzono jeszcze raz, że strajk, w tym głodówka, zakończy się dopiero, gdy każdemu z poszkodowanych zostanie zwrócona jego należność. Wszelkie obietnice i deklaracje o bliskim finale uznano za pozbawione wartości.

Po godz. 18 : 00 Urząd Miasta w Gdyni przypominał oblężoną twierdzę: wszędzie widoczni byli potężnie zbudowani strażnicy miejscy. Strajkujący zgodnie z umową zawartą między nimi a prezydentem mieli prawo poruszać się w ściśle określonych rejonach urzędu, tj. w obrębie przydzielonej sali i toalety. Zapewniono im bezpieczeństwo i niemal komfort.

Środa 25.04.2012. Po niełatwej nocy na krzesłach i bez jedzenia, strajk ożył. Do głodówki przyłączyła się kolejna osoba, o czym poinformowano media. Od rana wszyscy czekali na dokumenty z Investpro, jakoby pozwalające na uruchomienie procedury wypłacania należności. Gruchnęła wieść, że strajk można albo zawiesić, albo zakończyć, gdyż dziś o 14:00 rachmistrz Investpro rozpocznie wypłacanie części należności, tj. 800 złotych każdemu. Reszta, czyli zaległe od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, jest kwestią najbliższej przyszłości. Zdaniem rachmistrza, sprawy idą dobrze. Zdaniem strajkujących, rzecz idzie we właściwym kierunku, ale w niewystarczającym stopniu: strajk będzie trwał mimo częściowego zwrócenia należności.

We wczesnych godzinach popołudniowych na strajku pojawiła się Anna Kurska. Jakieś dwie godziny później pojawił się rachmistrz Investpro z zadeklarowaną częścią gotówki. W świetle kamer zaczął płacić. Zażądano od niego umów, które powinna ocenić Anna Kurska. Niechętnie pokazano jej projekt dokumentu o nazwie „Umowa o dzieło”. Anna Kurska stwierdziła, że takie umowy można wydrukować sobie z Internetu, że to umowy śmieciowe, które nie pozostają w żadnym związku między stanem prawnym a faktycznym. Rachmistrz się spocił. Strajkujący postanowili nie podpisywać żadnych umów, zwłaszcza że ogromna większość z nich pracowała w Investpro w oparciu o umowę „na słowo”. Zadawali sobie pytanie, czy w kwietniu godzi się podpisywać umowy ze stycznia.

O 14:00 miała się rozpocząć kolejna tura badań dokumentów z udziałem delegatów strajkujących. W tej sprawie zaległa martwa cisza. Poza delegatami inni uczestnicy komisji nabrali wody w usta; nikt nic nie wiedział. Delegaci nie czekając na zaproszenie udali się na budowę PPNT. Tam okazało się, że żadnych komisji już nie będzie, że sprawa jest finalizowana na poziomie zarządów zainteresowanych firm. Które to „zarządy zainteresowanych firm” – tego nie udało się ustalić delegatom. Wrócili do urzędu z niczym. Sprawa była niejasna. Czyżby chciano coś ukryć?

W ciągu dnia strajkujący zorientowali się, że nawet jeśli strajk skończy się sukcesem, będzie to sukces połowiczny, gdyż albo Investpro wyrzuci ich z pracy, albo Investpro zostanie wyrzucone z budowy PPNT. Niezależnie od tego – odzyskają pieniądze czy nie – pracę tracą w każdym przypadku. Ta refleksja pozwoliła na uszczegółowienie żądania o te dni kwietnia, które przepracowano na budowie. Powiadomiono o tym rachmistrza Investpro. Ten, zgodnie ze swoim stylem, zaczął perorować, że w ten sposób strajk nigdy się nie skończy, że stracą na tym wszyscy, że już teraz powinien być zawieszony, że, że… „Spokojna głowa, wielu z różnych stron naciskało na nas, abyśmy strajk zawiesili, bo jeśli wszystko wskazuje na pozytywne rozwiązanie problemu, to po co strajkować. Ale nie zawiesimy strajku ani nie przeniesiemy go na budowę czy do jakiejś piwnicy z dala od mediów, gdyż to oznacza kapitulację. Nie ma wątpliwości co do tego, że się skończy. A skończy się albo z chwilą wypłacenia każdemu całej należności od stycznia do kwietnia, albo gdy zaczniemy umierać bez wiary w zwycięstwo. W odróżnieniu od pana stawiam sprawę jasno i uczciwie” – twardo odrzekł jeden ze strajkujących.

Rachmistrz i głodujący doskonale zdawali sobie sprawę, że gdy strajkujący ograniczą swe żądania do zwrotu zaległości w zakresie od stycznia do marca, to po ewentualnym sukcesie rozproszą się po domach, urzędach pracy czy po innych firmach i o pieniądze za kwiecień już nie zawalczą w zorganizowany sposób. Odzyskanie ich w pojedynkę będzie trudniejsze od znalezienia igły w stogu siana. Kalkulacja była prosta dla wszystkich. O uszczegółowieniu żądań powiadomiono media.

Czwartek 26.04.2012. Kolejna noc była łatwiejsza, głodujący przywykli do drzemek na niewygodnych krzesłach, głód przestał wybijać się na plan pierwszy, wiara w sensowność walki utrzymywała się na niezmiennie wysokim poziomie. Nagłośnienie w mediach wszczętej sprawy pozwalało stwierdzić, że metoda jest dobra. Do głodówki przyłączyła się siódma osoba. Jeśli nie liczyć kolejnych wizyt ekip telewizyjnych i reporterów (m.in. Polsatu, TVN, TVN24, Superstacji, Telewizji Gdańsk, Radia Gdańsk, „Dziennika Bałtyckiego”, „Gazety Wyborczej”, „Faktu” itp.), to strajk znalazł się w niejakiej próżni: w sprawie nie działo się nic. Delegaci nie byli w stanie od nikogo dowiedzieć się o losach dalszych badań nad prawnymi przyczynami zaistnienia faktycznego stanu rzeczy.

Pozostało czekać i głodować. Z punktu widzenia celu strajku, różne inicjatywy przybyłych dziennikarzy jawiły się jako szkodliwa gra pozorów, choć współczucie i szczerość niektórych z nich wobec dramatu, który przeżywali strajkujący, nie budziły wątpliwości – jak choćby ta reporterów Polsatu. Otóż chcieli oni zrealizować dokumentalny film o rodzinie mieszkającej w samochodzie i innych, co bardziej drastycznych przypadkach, o których wspomniano wcześniej. Taki pomysł nie rozwiązywał sprawy, gdyż naświetlał ją w perspektywie pojedynczych i przypadkowo poszkodowanych pracowników przez nie mniej pojedynczych i przypadkowo nieuczciwych przedsiębiorców. Tu chodziło o rozwiązanie systemowe, o solidarną wspólnotę strajkujących, która powinna się rozrastać, a nie o izolowany przypadek. Człowiek rozpatrywany w oderwaniu od zbiorowości, wyłącznie jako podmiot konkurujący z wszystkimi i pod każdym względem, jest teoretyczną fikcją, bezwolną marionetką ślepych sił narzuconego systemu, niebezpiecznym urojeniem zagrażającym wolności jednostki i suwerenności wspólnoty. Dopóki taka sytuacja trwa, dopóty żaden ze strajkujących nie może bezpiecznie wrócić do podnajętego mieszkania, do zapłakanej żony, głodnych dzieci i oświadczyć: oto pieniądze na chleb, na komorne, na bilety do szkoły i zeszyty. Resztę odłożymy na wakacje.

W godzinach południowych ważny człowiek z Warbudu w towarzystwie ważnego człowieka miasta obwieścili strajkującym, że pora kończyć głodówkę, że trzeba zwinąć transparent z tym drastycznym napisem i rozejść się do domów, jako że sprawa została pozytywnie rozstrzygnięta przez zarządy zainteresowanych firm. Pieniądze będą wypłacane w Banku PKO w Gdańsku. Strajkujący nie dali wiary tym zapewnieniom. Wiedzieli, że bieg jeszcze nieskończony, a przed metą nie biegnie się na oślep, gdyż pułapka może być tuż przed nią. Oświadczyli, że strajk skończy się po wypłaceniu każdemu wszystkiego od stycznia do kwietnia. Postanowiono sprawdzić prawdziwość oświadczeń o pieniądzach: czy są, czy dla każdego i czy wszystkie. Do banku wysłano kilka pierwszych osób, które miały poruszać się w zwartej i zorganizowanej grupie. Pozostali czekali w Urzędzie Miasta, stanowiąc widomy znak, że strajk trwa. Pieniędzy jednak wciąż nie było. Jak zwykle były jakieś problemy formalne, jakaś zła pieczątka, nie taki formularz, nie ten adres, nie to konto itd. Jednak około 15 : 00 ruszyło wypłacanie. Strajkujący wymieniali się i na zmianę jeździli do Gdańska; zawsze ktoś czuwał pod szyldem SKAZANI NA ŚMIERĆ.

Kto wypłacił zaległe należności? Abantia Polska – która na czas strajku odizolowała się od prasy, radia i telewizji i do swojej siedziby nie wpuszczała żadnych dziennikarzy, która za jedyny kontakt z mediami uznała listy pisane na papierze i wysłane pocztą (żadnych e-maili, faksów, dyktafonów, kamer, notatników) – wypłacała pracownikom Investpro należne im pieniądze za potwierdzeniem na piśmie, że pobierający nie rości żadnych pretensji wobec firmy Investpro. Dlaczego tak? Nie wiadomo. Pieniądze się zgadzały.

Strajk zakończono o 18 : 30. Wcześniej zrzucono się na bukiet wdzięczności dla Prezydenta Wojciecha Szczurka. Było to 21 czerwonych róż. Prezydent wyraził uznanie dla determinacji strajkujących, podziękował za wysoką kulturę uczestników strajku i życzył powodzenia.

Na koniec stwierdzono, że strajk zakończył się połowicznym sukcesem. Po pierwsze: odzyskano pieniądze, lecz stracono pracę – firma Investpro została wyrzucona z budowy. Po drugie: problem nie wyszedł poza partykularne opłotki firm uwikłanych w sprawę. Po trzecie: system skażony genetycznie zakorzenionym w nim złem nie drgnął o jotę, co przejawia się, po czwarte, w tym, że strajkujący pracownicy Investpro znaleźli się na indeksie osób, którym zabroniony jest wstęp na te budowy w Polsce, gdzie działa i będzie działała firma Warbud. Na wszystkich bramach budowy PPNTw Gdyni Redłowie umieszczono stosowną listę. Liczy ona ponad 60 osób. W stanie wojennym między innymi tak represjonowano ludzi niewygodnych dla systemu, który w zmodyfikowanej formie istnieje nadal.

Zwinięto transparent i opuszczono Urząd Miasta Gdyni. Głodujący coś zjedli. Od następnego dnia rozpoczęło się poszukiwanie pracy. Po kilku dniach poszukiwań stwierdzono, że każdy z potencjalnych pracodawców zaproponował takie same warunki, jak Investpro…

Patriotyzm potrzebny od zaraz

Dużo się w polskich mediach mówi o uproszczonej wizji patriotyzmu w wydaniu prawicy. Warto jednak spojrzeć na lewą stronę sceny politycznej. Tamtejszy stosunek do relacji obywatel – ojczyzna wcale nie wydaje się bardziej rozsądny i przemyślany. Nie jest on także atrakcyjny dla osób, które nie akceptują zarówno postaw nacjonalistycznych, jak i kosmopolitycznych.

Analizując ostatnie wypowiedzi Romana Kurkiewicza można stwierdzić, że lewica z patriotyzmem ma spory problem.Przypomnijmy, że redaktor naczelny „Przekroju” w wywiadzie dla portalu na temat.pl stwierdził, że „dla mnie patriotyzm to pojęcie opresyjne, budujące fałszywe poczucie wspólnoty, grupujące ludzi według niejasnych kryteriów”. Kurkiewicz dodał, że pojęcie patriotyzmu jest zawężające i wykluczające, a flagi i czapki na „Euro” nazywa przemysłem patriotycznym i plemienną identyfikacją.

Można pomyśleć, że był to jedynie incydent, ale słowa Janusza Palikota, kreowanego na nowego guru lewicy, o „potrzebie wyrzekania się polskości” – każą już poważnie się zaniepokoić. Jak słusznie zauważył Marcin Meller w swoim felietonie „Bagnet wyprowadzić”, słowa te nie spotkały się z żadną reakcją po lewej stronie. Tak samo zresztą jak w przypadku wypowiedzi redaktora naczelnego „Przekroju”. A powinna ona głośno krzyczeć i tupać. Wystarczyłoby znać tradycje największej w historii Polski partii lewicowej – PPS, zarówno socjalistycznej, jak i patriotycznej.

Dziś na lewicy przeważa postawa kosmopolityczna. Lewicy nie można zarzucić tego, że nie wie, jakiego rodzaju miłości do ojczyzny nie akceptuje. Wiadomo – odrzuca nacjonalistyczny pogląd o wyższości jednych narodów nad innymi, martyrologiczne ciągoty prawicy oraz tzw. patriotyzm romantyczny, emocjonalny, unikający wstydliwych aspektów naszej historii. Na ten temat powstało już wiele artykułów, a nawet książek. Problem pojawia się, gdy trzeba określić, jaki ten lewicowy patriotyzm ma być, to znaczy jaka jest alternatywa wobec przesłania prawicy. Okazuje się, że najczęściej nie chodzi wcale o to, żeby patriotyzm był „nie taki jak prawicowy” – ma go nie być wcale. Takie stwierdzenia można coraz częściej usłyszeć nie tylko od Palikota czy Kurkiewicza, ale także od młodych lewicowców z niewielkich organizacji. Ci ostatni twierdzą, że podziały narodowe są sztuczne i należy je zastąpić akcentowaniem różnic klasowych. Ale czy jedno wyklucza drugie?

Polska Partia Socjalistyczna odcisnęła pozytywne piętno na historii naszego kraju. Strajki robotnicze, udział w prospołecznych gabinetach rządowych, walki przeciwko nazistom o niepodległą Polskę. Jeden z bardziej znanych ideologów PPS, Mieczysław Niedziałkowski, przekonywał, że „idea socjalistyczna łączy się ściśle z patriotyzmem, ukochaniem ojczyzny”. Niedziałkowski nie zgadzał się z poglądem, który wyznaje dziś spora część lewicy, że narody to twory sztuczne. Z tezą, że „proletariat nie ma ojczyzny”, nie zgodziłoby się wielu innych polityków PPS, jak chociażby legendarny Bolesław Limanowski. Można oczywiście stwierdzić, że żyli i działali oni w innych czasach, gdy o niepodległość naszego kraju trzeba było walczyć za pomocą pistoletu. Ale równie dobrze można stwierdzić, że akcentowanie tematyki narodowej i patriotycznej powinno dla lewicy być istotne również w dobie coraz większego nacisku na państwa narodowe ze strony międzynarodowego kapitału, światowych instytucji finansowych i agencji ratingowych, które wymuszają na rządach poszczególnych krajów cięcia socjalne i liberalne reformy. Patriotyzm, podobnie jak doktryny lewicowe, cechuje troska o wspólnoty i solidarność między członkami tychże wspólnot. Rozsądnie pojmowany patriotyzm mógłby posłużyć lewicy jako oręż przeciwko ideologiom liberalnym, nastawionym jedynie na dobro wybranych jednostek.

Abstrahując od kwestii społeczno-gospodarczych, patriotyzm polegający na przywiązaniu do ojczyzny, kultywowaniu poczucia tożsamości poprzez uczestnictwo w obchodach świąt narodowych, promowaniu barw narodowych podczas imprez sportowych, nie jest przecież niczym złym, nie musi też koniecznie posiadać konotacji prawicowych, szowinistycznych i nacjonalistycznych – choć próbują to sugerować niektóre środowiska lewicowe. Przeciwnie, świadomy obywatel powinien znać historię swego kraju, zdawać sobie sprawę, czego może wymagać od państwa, w którym żyje i jakie ma obowiązki wobec tego państwa i społeczeństwa. Jest to tym bardziej istotne w świecie konsumpcjonizmu, gdzie ludzie często są nastawieni jedynie na zysk, ich bożkiem jest skrajny indywidualizm, natomiast zapominają o takich wartościach, jak sprawiedliwość społeczna, solidarność międzyludzka czy troska o losy kraju.

Moje wywody nie są specjalnie odkrywcze i oryginalne. Nie napisałem niczego, co mogłoby zszokować kogoś, kto choć pobieżnie orientuje się w historii i tradycji polskiej lewicy. Dlaczego redaktor podobno największej lewicowej gazety w Polsce ma tak mało wyobraźni, że w kwestii patriotyzmu akceptuje dychotomię, w której znajdują się tylko hasła „Prawdziwy rewolucjonista nie ma ojczyzny” oraz „Polska dla Polaków”? Czy nie stać nas na nic lepszego? Czy słowa Kurkiewicza są wynikiem ignorancji, czy salonowej mody na bycie „obywatelem świata”? Jedno jest pewne: nie ma to nic wspólnego z najlepszymi polskimi tradycjami lewicowymi, a wręcz jest ich zaprzeczeniem.

Ale tradycje to jedno. Ważniejsze jest coś innego. Środowiska lewicowe nie zareagowały ani na wypowiedź Palikota (co byłoby jeszcze zrozumiałe, bo lewicowość Palikota jest często kwestionowana), ani na opinie Kurkiewicza, który szefuje pismu wpływowemu po lewej stronie. Do czytelników wywodzących się z tego środowiska mam zatem propozycję: zastanówcie się, jak wywody o „opresyjnym patriotyzmie” mogą zostać odebrane przez społeczeństwo. Żyjemy w kraju, w którym ze względu na położenie geograficzne i wydarzenia z przeszłości obywatele są dość mocno przywiązani do postaw patriotycznych. Szczególnie widoczne jest to wśród grup ekonomicznie gorzej sytuowanych oraz zamieszkujących uboższe regiony, czyli typowego potencjalnego elektoratu lewicy społecznej. Nietrudno się domyślić, jaki stosunek wobec „salonowego antypatriotyzmu” mają tacy ludzie. Zwłaszcza że ich opinie i emocje są dodatkowe „podkręcane” przez prawicę, która zręcznie wykorzystuje potknięcia środowisk lewicowych w tej materii.

Jeśli miałbym wymienić kilka przyczyn słabości lewej strony, na pewno jedną z głównych byłoby porzucenie tematyki patriotycznej i całkowite oddanie jej w ręce prawicy. Świetnie widać to na przykładzie zeszłorocznych obchodów Święta Niepodległości. Nie dość, że demonstrantów po stronie Marszu Niepodległości było znacznie więcej niż na Kolorowej Niepodległej, to w ten dzień lewica popełniła jedną z największych gaf politycznych w swojej historii. Zamiast zorganizować alternatywne obchody i przypomnieć dorobek polskiej lewicy patriotycznej, zdecydowano się pod wodzą liderów „Krytyki Politycznej”, wspomnianego Kurkiewicza oraz dziennikarzy „Gazety Wyborczej” na przepychanki z narodowcami. Do społeczeństwa poszła wiadomość: Lewica jest przeciwko patriotyzmowi – blokuje legalny marsz z okazji ważnego narodowego święta. W ten sposób lewica na własne życzenie przegrała kolejną batalię z prawicą. Parafrazując słowa Mellera ze wspomnianego felietonu, nad nieodpowiedzialnymi politykami i publicystami nie ma co płakać, ale lewicy autentycznie szkoda.

Aktywna dezaktywacja polskiej wsi

Dla dobra własnego

Gdy elity nawołują do troski o dobro wspólne, najwyższy czas stanąć po stronie „roszczeniowego tłumu”.

Idea dobra wspólnego, stanowiąca przez lata horyzont naszych działań, jest coraz częściej przywoływana przez obóz rządowy, liderów biznesu oraz media. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy jakaś grupa społeczna wyjątkowo stanowczo broni swoich interesów, np. w obliczu planowanych reform. Nie można myśleć wyłącznie o sobie, zamiast o budżecie państwa (innych grupach zawodowych, własnych wnukach itd.) – napominany jest wówczas naród za pośrednictwem telewizyjnych kursów dobra wspólnego.

Postulat samoograniczania się na rzecz wspólnoty jest szlachetny, jednak kiedy do zaciskania pasa grubi nawołują chudych, jest zwykłą hipokryzją, skrywającą dążenie do zachowania status quo. Przy tak silnym zaburzeniu równowagi między kapitałem a pracą oraz władzą a obywatelami, każda walka zwykłych ludzi o „przywileje” pracownicze czy socjalne jest jednocześnie walką o większą sprawę. Wszystko to banały, warto jednak o nich przypominać. W przeciwnym wypadku część społeczeństwa może dać sobie wmówić, że upominanie się o sprawiedliwość społeczną jest czymś wstydliwym.

Z kolei elitom warto prowokacyjnie przypominać, że jednoznaczne artykułowanie partykularnych interesów, które następnie „ucierają się” w ramach nieustającego renegocjowania umowy społecznej, jest jednym z fundamentalnych założeń liberalnej demokracji. A skoro tak, to walka „o swoje” – dobro własnej rodziny, grupy zawodowej czy regionu – nie powinna być piętnowana, lecz stawiana za wzór.

Nie chodzi rzecz jasna o to, by ograniczyć się do listy żądań, upodobniając się do karykatur kreślonych przez establishment. Obywatelska dojrzałość, bez której nie może istnieć sprawiedliwy model społeczno-gospodarczy, obejmuje nie tylko umiejętność formułowania swoich oczekiwań oraz obrony słusznych praw, ale także aktywne współtworzenie życia zbiorowego, w tym dbałość o dobro wspólne. W czasach, kiedy wróg co i rusz podbiera nam i przeinacza to ostatnie hasło, lepiej jednak maszerować pod bardziej bojowym sztandarem.

Michał Sobczyk

PS W imieniu wydawcy pragnę serdecznie przeprosić wszystkich Czytelników i Czytelniczki, a także Autorki i Autorów, że na niniejszy numer „Nowego Obywatela” przyszło im czekać tak długo. Kryzys finansowy i kadrowy, który w zeszłym roku dotknął Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, okazał się niestety mieć kilka długofalowych skutków.

Dziś mogę już powiedzieć, że zbiorowym wysiłkiem udało się ustabilizować sytuację organizacji, w związku z czym nasze kolejne spotkania będą mogły odbywać się regularnie. Wszystkim, którzy nie przestali w nas wierzyć – dziękuję.

Polska niemodyfikowana genetycznie

Polska niemodyfikowana genetycznie

Wiele dzieje się ostatnio w kwestii organizmów modyfikowanych genetycznie. Narasta obywatelski opór przeciwko GMO, czego przejawem są liczne akcje protestacyjne „na ulicy” oraz różne formy nacisku na władze w procesach legislacyjnych. Owe władze jednak cechuje – celowa lub niezamierzona – bierność, a lobby zwolenników GMO nie próżnuje, opłacając w mediach histeryczne publikacje, mówiące, że bez wprowadzenia „mutantów” drastycznie zdrożeje żywność oraz szkalujące przeciwników genetycznie modyfikowanych upraw. O tym wszystkim rozmawiamy z Pawłem Połaneckim – ekspertem i aktywistą społecznym, przeciwnym ekspansji GMO.

***

W kwestii organizmów modyfikowanych genetycznie wydaje się ostatnio dziać tak wiele, że na początek zadamy pytanie bardzo proste: Co nowego słychać na froncie walki z GMO? Zacznijmy od kwestii prawnych.

Paweł Połanecki: W Polsce aktualnie mamy do czynienia z próbą rewizji trzech zasadniczych ustaw, które regulują kwestie związane z GMO: ustawy nasiennej, ustawy paszowej oraz ustawy Prawo o GMO, nad którą prace legislacyjne zostały wstrzymane w poprzedniej kadencji, a obecnie są kontynuowane. Prace nad każdą z tych ustaw zmierzają w kierunku wyeliminowania z nich zakazu wprowadzania do obrotu modyfikowanych nasion, a co za tym idzie w kierunku legalizacji upraw roślin transgenicznych na terytorium Polski. Również zakazy stosowania GMO w paszach, które już obowiązują, a jedynie zostały zawieszone do końca bieżącego roku, są przedmiotem intensywnej akcji lobbingowej.

Zniesienia ograniczeń w uprawie i użyciu roślin transgenicznych domaga się lobby paszowe i producenci mięsa. Do Polski importuje się rocznie ok. 2 mln ton śruty sojowej GMO, która jest jednym z podstawowych składników pasz, a producenci mięsa stosują dodatki w postaci izolatów z soi genetycznie modyfikowanej do wyrobów i przetworów mięsnych. Musimy walczyć z akcją propagującą tzw. niezbędność stosowania w żywieniu zwierząt właśnie soi transgenicznej, której wedle opinii ekspertów zgromadzonych wokół lobby paszowego i mięsnego nie można niczym zastąpić, a próby wyeliminowania jej importu skutkować będą, jak nas przekonują, znaczną zwyżką cen mięsa. Przeciwnicy GMO mają więc ręce pełne roboty.

Należy podkreślić, że kraje, które uniezależniły się od importu soi GMO, np. Szwajcaria, pozyskują śrutę sojową produkowaną z nasion konwencjonalnych. To nieprawda, że jest ona znacznie droższa od śruty GMO. Cenę śruty wolnej od GMO zawyżają jedynie koszty badań i certyfikacji na brak obecności soi transgenicznej oraz konieczność odseparowania upraw i przetwórstwa obu odmian – zwykłej i zmodyfikowanej. Zatem przyczyną nie są wyższe koszty produkcji, lecz konieczność ponoszenia nakładów spowodowanych skażeniem łańcucha dostaw przez dominujące obecnie w światowym obrocie odmiany genetycznie zmodyfikowane. Jednak wbrew temu, co głoszą nasi „paszowcy”, koszty te nie przekraczają 10%, a zwyżka cen pasz wolnych od GMO nie powinna przekraczać 2-3%. Nie ma to zatem istotnego znaczenia w kwestii wzrostu cen mięsa, ponieważ ustawiczne wahania notowań śruty sojowej, spowodowane czynnikami rynkowymi, mają o wiele większą amplitudę, a jako konsumenci tego nie odczuwamy.

Ponadto deficyt białka paszowego może być pokryty zwiększonym areałem upraw rodzimych roślin wysokobiałkowych. Jednak pomimo przyjęcia przez rząd programu rozwoju upraw roślin strączkowych, lobby paszowe, zainteresowane zachowaniem istniejącej struktury dochodowego i zmonopolizowanego importu, hamuje wprowadzanie tego programu w życie. Czy to przypadek? Moim zdaniem, w tle debaty nad ustawą paszową ukazano polskiej opinii publicznej prawdziwe oblicze zmonopolizowanego rynku zaopatrzenia w wysokobiałkowe komponenty paszowe. W świetle argumentacji przedstawionej przez lobby paszowe sytuacja jest skrajnie patologiczna. W trakcie dyskusji o zakazie importu pasz GMO ujawniono ukrytą dotychczas przed społeczeństwem prawdę, że stan zaopatrzenia w mięso oraz jego ceny zależą od importu blisko 2 mln ton genetycznie modyfikowanej śruty sojowej. Poprzez niewłaściwą prywatyzację sektora produkcji i dystrybucji pasz, organy państwa całkowicie pozbawiły się kontroli nad prawidłowością jego działania, a w konsekwencji nad bezpieczeństwem żywnościowym narodu.

W ciągu kilku lat obowiązywania moratorium na zakaz importu transgenicznej paszy, branża nie dokonała niezbędnych zmian dostosowawczych dla zlikwidowania deficytu białka i pozyskania źródeł zaopatrzenia w śrutę sojową wolną od GMO. Wszystko wskazuje na to, że zainteresowane podmioty zastosują ponownie metodę faktów dokonanych w celu przeforsowania dalszego stosowania pasz GMO. Tym bardziej, że ich intensywne działania lobbingowe w Brukseli dały rezultat w postaci decyzji Komisji Europejskiej o skierowaniu skargi przeciwko Polsce do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie naruszenia prawa unijnego.

Jak Pan ocenia przebieg konsultacji społecznych wokół projektu ustawy o nasiennictwie? Czy głosy środowisk społecznych były w ogóle brane pod uwagę?

P. P: Bardzo krytycznie oceniam metodę konsultacji. Tylko dzięki naszemu uporowi i błyskawicznej kontroli działań resortu rolnictwa wokół tej ustawy, środowisko przeciwników GMO doszło do głosu w momencie, gdy można ją jeszcze było poddać krytyce. Koalicja Polska Wolna od GMO nie została umieszczona na liście podmiotów zawiadamianych o proponowanej nowelizacji. Jednak udało nam się przekonać posłów zasiadających w Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, aby zgłosili wniosek o wysłuchanie publiczne i przegłosowali go, ale tylko jeden głos przesądził o tym, że odnieśliśmy sukces – co oznacza, że znaczna część posłów jest przeciwna demokratycznej procedurze, jaką stanowi wysłuchanie publiczne.

Jak przebiegło wspomniane wysłuchanie publiczne?

P. P: Zgłosiliśmy podczas niego formalny wniosek o wprowadzenie do tekstu ustawy zapisów gwarantujących, że zakaz sprowadzania do Polski nasion roślin transgenicznych będzie równoważny zakazowi upraw. Obecnie obowiązująca ustawa, która zabrania przywozu nasion GMO, jest łamana przez dystrybutorów firm biotechnologicznych i mamy do czynienia z nierejestrowanymi uprawami kukurydzy MON 810 na skutek przemytu nasion i udostępnianiu ich nieświadomym rolnikom. Mam nadzieję, że Sejm uzna konieczność doprecyzowania i uszczelnienia istniejących przepisów.

Kolejny front walki stanowi edukacja społeczeństwa. W mediach mamy ostatnio prawdziwy wysyp publikacji bezkrytycznych wobec GMO, ostro krytykujących ruchy obywatelskie ostrzegające przed zagrożeniami związanymi z tą technologią itp. Czy są jakieś poszlaki wskazujące, że publikacje te mogą być inspirowane przez lobbystów?

P. P.: Nacisk przemysłu biotechnologicznego jest wręcz szaleńczy. Dlatego społeczeństwo i decydenci są systemowo otumaniani. Tezy o rzekomym braku zagrożeń ze strony GMO są fabrykowane przez służby piarowskie koncernów biotechnologicznych, a do ich autoryzacji pozyskiwani są naukowcy, niejednokrotnie wybitni przedstawiciele świata nauki naszego kraju. Niedawno mieliśmy kilka spektakli tego wyrafinowanego lobbingu, połączonego z przejawami korupcji naukowej. Mam tu również na myśli spotkanie naukowców u Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Wówczas, po jego wecie i w trakcie debaty nad ustawą nasienną, przekonywano o braku podstaw naukowych w odniesieniu do zakazów upraw GMO i straszono konsekwencjami karnymi ze strony Komisji Europejskiej. Po tym spotkaniu Prezydent początkowo oznajmił, że w świetle tych wypowiedzi nie widzi zagrożeń ze strony GMO. Jednak, ku naszemu zdziwieniu oraz – czego nie ukrywam – zadowoleniu, w obecnie przedłożonym projekcie autorskim ustawy nasiennej Prezydent utrzymał obowiązujące zapisy o zakazie upraw. Jeśli Sejm uwzględni dodatkowo wspomniane poprawki, jakie w imieniu Koalicji Polska Wolna od GMO złożyłem na komisji rolnictwa, to będziemy mieli wreszcie porządną ustawę chroniącą Polskę przed biologicznym skażeniem przez uprawy GMO.

Zmienia się również ostatnio podejście Ministerstwa Rolnictwa do naszych ustawicznych wniosków i kilkuletnich nacisków na ministra Sawickiego, aby wprowadził zakaz upraw kukurydzy GMO. Otóż ministerstwo przygotowało obecnie projekt rozporządzenia o zakazie upraw kukurydzy MON 810. Oficjalnym powodem jest szkodliwy wpływ pyłku tej rośliny na jakość polskiego miodu. Szkoda tylko, że rozporządzenie nie zostało wprowadzone wcześniej. Obecnie mamy już za sobą okres siewny kukurydzy i w obecnym sezonie „wolna amerykanka” plantatorów powiązanych z koncernami biotechnologicznymi będzie jeszcze trwała. Mam nadzieję, że to już ostatni taki sezon.

Sprawa ACTA ostatnio nieco przycichła, ale w każdej chwili może powrócić. Wbrew powszechnej opinii, dotyczy ona nie tylko dóbr kultury, ale także np. patentów na rośliny GMO oraz na tradycyjne odmiany nasion.

P. P.: Ochrona patentowa nasion transgenicznych niesie za sobą wiele zagrożeń dla rolników indywidualnych i dla całego rolnictwa rodzinnego, które nadal dominuje w Polsce, ale jest poważnie zagrożone. Nasi rolnicy są przyzwyczajeni, że nasiona pozostają ich własnością i ci, którzy chcą stosować nasiona GMO albo już to robią, liczą na to, że będą mogli traktować je tak samo. A to jest niemożliwe – ograniczenia patentowe wymuszają opłaty nie tylko za używanie zakupionych nasion GMO, ale również za nieświadome używanie np. w momencie, gdy zostanie wymieszany materiał siewny transgeniczny z materiałem konwencjonalnym. Rolnik może nie mieć świadomości, że coś takiego się stało, a i tak – w świetle prawa patentowego – będzie zobowiązany płacić tantiemy i to obciążone dodatkowymi karami, gdyby płacił z opóźnieniem.

Patentowanie nasion, nie tylko nasion roślin transgenicznych, jest działaniem uderzającym w tradycyjne podejście rolnika do jego roli jako dysponenta zasobami przyrody, które może wykorzystywać według własnego uznania. To zmienia całą filozofię rolnictwa. Podejrzewam, że patentowanie nasion jest w sprzeczności również z polską Konstytucją, która, co należy podkreślić, zawiera w sobie zapisy chroniące rolnictwo rodzinne.

A jak wygląda sytuacja GMO w Europie?

P. P.: Jest coraz więcej działań zmierzających do zmuszenia propagatorów roślin transgenicznych na naszym kontynencie, aby całkowicie odstąpili od prób wprowadzania GMO do upraw rolnych. Ostatnio firma, która produkuje ziemniak transgeniczny – odmianę o nazwie Amflora – wycofała się z dystrybucji tego produktu na terenie Europy, a większość krajów Unii utrzymuje zakazy upraw roślin transgenicznych na swoich terytoriach. Mam nadzieję, że przykład europejski będzie w dalszym ciągu działał destrukcyjnie na procesy wprowadzania do użycia GMO przez producentów i eksporterów roślin transgenicznych na całym świecie.

Niektóre kraje europejskie wycofują się z GMO, tymczasem Andrzej Butra, wiceminister rolnictwa, twierdzi, że nie ma możliwości wprowadzenia zakazu upraw takich roślin. Jak Pan zatem widzi możliwość wprowadzenia podobnych regulacji w Polsce i jakie jest Pańskie zdanie na temat zachowania się polskich władz w tej sprawie?

P. P.: Jeżeli kraje takie, jak chociażby Niemcy, Francja czy Austria, wprowadziły zakazy, to znaczy, że istnieje droga prawna, która to umożliwia. Tutaj absolutnie nie zgadzam się z panem Butrą i oczekuję od ministerstwa, że wprowadzi taki zakaz.

Uważam, że nasze władze postępują zbyt asekuracyjnie. Dyrektywa 2001/18 daje państwom członkowskim podstawę do tego, aby wprowadzić zakazy w przypadku, gdy stwierdzi się, że stosowanie roślin transgenicznych na danym terytorium może spowodować lub powoduje szkody związane ze środowiskiem albo ze zdrowiem ludzi i zwierząt. I to jest podstawa prawna, na której oparły się m.in. wspomniane rządy, kiedy wprowadzały u siebie zakazy stosowania GMO. Dlaczego w Polsce się tego nie robi?

Poza tym nasze służby dyplomatyczne są bardzo bierne – mam o to żal m.in. do pana Dowgielewicza, odpowiedzialnego za stosunki Polski z Unią. Ministerstwo Spraw Zagranicznych przez lata nie zrobiło nic, aby lobbować w Brukseli w kierunku zmiany niedoskonałego prawa europejskiego – tak, aby było możliwe wprowadzenie skutecznych zakazów stosowania GMO w poszczególnych krajach czy nawet regionach. To się wiąże również z porozumieniami, jakie Unia Europejska zawarła ze Światową Organizacją Handlu – także one są przyczyną tego, że Komisja Europejska bardzo krytycznie podchodzi do prób wprowadzania ograniczeń w uprawach GMO.

Brak właściwej obsługi tego problemu przez naszych dyplomatów przekłada się na obawy resortu rolnictwa wobec zastosowania ograniczeń dotyczących GMO. Jedynym przejawem aktywności resortu spraw zagranicznych w aspekcie GMO jest przekazywanie opinii publicznej, a także do resortów rolnictwa i środowiska, katastroficznych danych na temat ewentualnych kar, jakie Polska będzie musiała płacić w przypadku wprowadzenia przez nasze władze zakazu upraw GMO. Nie ma żadnych prób negocjacji, aby te kary wyeliminować, tymczasem Niemcom, Francji czy Austrii udało się kar uniknąć.

Straciliśmy wielką szansę – mając podczas sprawowania prezydencji możliwość układania agendy zadań, które były rozpatrywane przez Komisję Europejską, Polska w ogóle nie poruszyła tematu GMO, mimo że reprezentowana przeze mnie Koalicja Polska Wolna od GMO oraz inne organizacje wielokrotnie apelowały do ministrów, łącznie z szefem dyplomacji, aby ten temat został podjęty. Dlatego mam bardzo wiele zastrzeżeń. Tym bardziej, że kwestię obrony Polski przed GMO – w kontekście zagrożeń, które niesie za sobą ta technologia dla naszego rolnictwa i tradycyjnych upraw – w mojej opinii należy rozpatrywać w kategoriach obrony racji stanu. A takiego podejścia niestety wśród naszych decydentów zupełnie nie widać.

Rolnicy korzystają z niespójności polskiego systemu prawnego, w którym istnieje zakaz handlu ziarnami modyfikowanymi genetycznie z przeznaczeniem na wysiew, lecz sam wysiew nie jest zabroniony. Obchodzą oni wspomniany zakaz, kupując ziarno np. w Czechach. Jaka jest skala tego procederu?

P. P.: Kilka lat temu podano do wiadomości publicznej, że w Polsce uprawia się ok. 3 tys. ha kukurydzy transgenicznej. Pomimo interwencji Koalicji Polska Wolna od GMO, do tej pory nie doczekaliśmy się jakiejkolwiek reakcji ze strony decydentów oraz służb odpowiedzialnych za ściganie tego typu zjawisk.

Warto przypomnieć, że w Polsce istnieje dokument „Ramowe stanowisko polski dotyczące organizmów genetycznie zmodyfikowanych (GMO)”, przyjęty w 2006 r., a następnie zmodyfikowany przez obecny rząd w 2008 r. Stwierdza się w nim jednoznacznie, że Polska dąży do tego, aby być krajem wolnym od GMO. Jest to jednak pusta deklaracja. W świetle informacji, które posiadamy na temat funkcjonowania na naszym terenie nielegalnych i niekontrolowanych upraw GMO, wobec których nie są prowadzone żadne działania – stanowisko rządu zakrawa na hipokryzję.

Próbujemy walczyć z nielegalnymi uprawami GMO, ale do tego są potrzebne duże środki finansowe oraz odpowiednie instrumenty służb, które dokonałyby detekcji tych upraw, skali skażenia genetycznego, a następnie wyciągnęły konsekwencje w postaci kar – i to wysokich, łącznie z zastosowaniem sankcji z Kodeksu karnego za skażenie środowiska. Jak już wspomniałem, jesteśmy w tej walce osamotnieni, ponieważ ani rząd, ani prokuratura, którą zawiadomiliśmy, nic w tej sprawie nie robią. Wręcz przeciwnie: twierdzą, że tego typu przypadki są odosobnione i nie można ich w żaden sposób zlokalizować – co oczywiście nie jest prawdą. A sprawa jest poważna, bo uprawy roślin transgenicznych w warunkach polskiego ekosystemu, szczególnie w rolnictwie, gdzie mamy bardzo rozdrobnione gospodarstwa, nie mogą koegzystować z tradycyjnymi odmianami tak, by nie stanowiły dla nich zagrożenia. Nawet znikome domieszki GMO w produktach rolnych dyskwalifikują je z rozwijającego się dynamicznie rynku produktów jakościowych.

Mówiliśmy sporo o walce z GMO, ale nie wszyscy czytelnicy muszą wiedzieć, jakie konkretne zagrożenia niosą ze sobą takie rośliny względem rolników i względem przyrody. Przypomnijmy o tym w skrócie.

P. P.: Chodzi przede wszystkim o krzyżowanie się roślin transgenicznych z tymi odmianami, które są blisko spokrewnione, a które są tradycyjne i funkcjonują w naszym ekosystemie. Rośliny transgeniczne, stosowane w rolnictwie, są z reguły organizmami bardziej odpornymi na niekorzystne warunki i działającymi bardziej inwazyjnie w środowisku. Na terenach, gdzie są uwalniane, mogą dominować i utrudniają normalny rozwój konwencjonalnego ekosystemu. Zmiany jakie powodują, są nieodwracalne.

Rośliny transgeniczne mają również szkodliwe działanie na tzw. owady niedocelowe. Odmiana kukurydzy transgenicznej, MON 810, została wyposażona w geny odpowiedzialne za produkcję endotoksyny – trucizny, która sprawia, że szkodnik żerujący na tej roślinie, zjadając jej liście, ginie. Ta właściwość jest nazywana eufemistycznie przez producentów kukurydzy „odpornością na owady”. Owa odporność nie jest jednak uzyskiwana przez odstraszanie tych owadów, lecz poprzez ich trucie. Problem w tym, że oprócz owadów szkodliwych dla danych upraw, w ich otoczeniu są również owady pożyteczne – i one również są zabijane. Istnieją dowody na znaczną redukcję populacji owadów pożytecznych, które są niejednokrotnie bardzo istotnymi elementami ekosystemu idla zachowania jego równowagimuszą w danym środowisku przebywać. Należy podkreślić, że trucizna produkowana jest przez cały okres wegetacji rośliny i kumuluje się w resztkach pożniwnych, a jej dawki niejednokrotnie przekraczają dopuszczalne stężenia środków ochrony roślin – stosowanych okresowo np. w okresie nalotu szkodnika – nawet kilka tysięcy razy.

Poza tym, kukurydza transgeniczna MON 810 zawiera wspomnianą endotoksynę w każdej komórce. Jest ona również obecna w ziarnie, które przecież spożywamy. Istnieją dowody naukowe wskazujące, że tego typu trucizna ma niekorzystny wpływ na organy odpowiedzialne za detoksykację, a więc wątrobę, trzustkę czy nerki. Były prowadzone badania laboratoryjne na szczurach i na innych zwierzętach, które wykazały uszkodzenia tych organów. Jednak do chwili obecnej intensywny lobbing propagatorów i dystrybutorów technologii transgenicznych wstrzymuje dokonywanie odpowiednich badań na populacjach ludzi. Niedoskonałe są też metody oceny ryzyka i sposoby zarządzania nim.

Tymczasem organizmy genetycznie zmodyfikowane od chwili zastosowania ich w produkcji rolnej i żywności, przedostają się niezauważalnie do łańcucha żywieniowego ludzi i zwierząt, a groźne i nieodwracalne skutki mogą pojawić się z dużym opóźnieniem, w odległych pokoleniach.

Na koniec proszę o kilka słów na temat „ruchu oporu” wobec GMO. Jak Pan ocenia jego obecną skuteczność, np. umiejętność docierania do opinii publicznej, formułowania własnych propozycji legislacyjnych itp.?

P. P.: Koalicja Polska Wolna od GMO koordynuje działania środowisk sprzeciwiających się stosowaniu GMO w rolnictwie i żywności. Podkreślam, sprzeciwiamy się jedynie tym zastosowaniom, które dotyczą „zamierzonego uwolnienia” GMO. Nie mamy nic przeciwko stosowaniu tej technologii w laboratoriach i zamkniętych układach produkcyjnych, gdzie organizmy genetycznie zmodyfikowane używane są do wytwarzania np. leków czy nowoczesnych preparatów biologicznych.

Nasza akcja prowadzona jest ustawicznie od kilku lat. Monitorujemy i reagujemy na próby rewizji i „rozluźniania” przepisów dotyczących GMO, które jest przedmiotem intensywnego ataku lobbystów przemysłu biotechnologicznego. Poprzez wysyłanie apeli i oficjalnych stanowisk do rządu, Sejmu i Prezydenta staramy się wpływać na proces legislacyjny w taki sposób, aby istniejące w Polsce prawne ograniczenia stosowania GMO były utrzymane i skutecznie egzekwowane.

Warto przypomnieć, że już u zarania burzliwego rozwoju biotechnologii molekularnej, mając na względzie ochronę społeczeństw przed potencjalnymi szkodami, politycy i ich służby prawne podjęły ścisłe środki zapobiegawcze zarówno w odniesieniu do procesów wytwarzania, jak i do zastosowań GMO. Przyjęto generalną zasadę zakwalifikowania organizmów genetycznie zmodyfikowanych do grupy materiałów o najwyższym stopniu zagrożenia, jakie kiedykolwiek zostały wynalezione przez człowieka.

Jednak przemysł biotechnologiczny, czerpiący kolosalne zyski z zastosowań GMO, twierdzi, że są one bezpieczne dla ludzi i środowiska. Z drugiej strony dowody z rosnącej liczby niezależnych badań naukowych podważają te „przecież nic się jeszcze nie stało” tezy, dostarczając coraz więcej argumentów o negatywnym wpływie GMO na zdrowie i ekosystem, szczególnie w przypadku zastosowań w uprawach rolnych oraz żywieniu ludzi i zwierząt.

Brak pewności co do ryzyka ze strony GMO dzieli środowiska naukowe. Zakłóca też równowagę pomiędzy rozsądnym podejmowaniem zagadnień zapobiegawczych dla ochrony zdrowia i środowiska oraz tak zwaną sferą „wolności naukowej”. W Polsce od lat trwa debata naukowa, w trakcie której zaniepokojeni naukowcy zgłaszają coraz więcej zastrzeżeń i protestują przeciw bezkrytycznemu uleganiu naciskom korporacji biotechnologicznych, wprowadzających metodą faktów dokonanych technologię organizmów genetycznie zmodyfikowanych do polskiego rolnictwa. Zagadnieniu temu została poświęcona w całości ostatnia edycja Biuletynu Naukowego Komitetu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk – wydana w 2011 r. W tym prestiżowym wydawnictwie, dostępnym również na stronach internetowych zamieszczono szereg artykułów naukowych, opracowanych przez wybitnych specjalistów z dziedziny biotechnologii, ochrony zdrowia i środowiska, w których cytuje się kilkaset pozycji z literatury naukowej, wskazujących na szkodliwość i zagrożenia związane z GMO. Zachęcam do lektury tej publikacji wszystkich tych, którym przyświeca idea Polski wolnej od GMO.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Wrzesień, 21 maja 2012 r.

„Straszni mieszczanie” biorą się za emerytury

A patrząc, widzą wszystko oddzielnie / Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo… – ów cytat z wiersza Tuwima uporczywie przychodzi mi na myśl, gdy zastanawiam się nad przegłosowanym przez Sejm 11 maja podniesieniem wieku emerytalnego. Niczym tytułowi straszni mieszczanie z utworu Tuwima, władza „widzi wszystko oddzielnie” i przeprowadza reformę emerytalną w oderwaniu od działań na innych polach. Nie zauważając, że system emerytalny jest jedynie częścią większej konstrukcji – systemu publicznego dobrobytu, u którego fundamentów leżą określone warunki demograficzne, zaś jego filarami powinny być inkluzywny, wydajny rynek pracy oraz zdrowe i spójne społeczeństwo.

Niemal każdy z elementów owej konstrukcji jest przez polską politykę zaniedbany. Porównując tę sytuację do przebudowy domu, podniesienie wieku emerytalnego jest jak rozpoczęcie przebudowy od komina. I to w sytuacji, gdy fundamenty się zapadają, a ściany pękają i kruszą.

Premier chętnie przedstawia reformę emerytalną jako dowód politycznej odwagi własnego środowiska, które nie boi się niepopularnych, lecz koniecznych zmian, a także jako wyraz perspektywicznego myślenia o współczesnych wyzwaniach. Czy tak jest w istocie? Podniesienie wieku emerytalnego to raczej pomysł na krótkookresową poprawę kondycji budżetu poprzez zmniejszenie liczby wypłacanych emerytur. Gdyby rzeczywiście władzy chodziło o długofalową reakcję na wyzwania demograficzne i ekonomiczne, wdrożyłaby kompleksowe zmiany, które – jak każda inwestycja – wymagałyby na starcie wydatków społecznych oraz wysiłku podjętego w celu znalezienia na nie środków zarówno w ramach samego budżetu, jak i z dodatkowych wpływów podatkowych. Jednak przekonanie całego społeczeństwa czy wybranych, zasobnych grup do zasilania domeny publicznej w imię określonych celów społecznych, które zaprocentują później, wymaga w istocie – zwłaszcza w polskim kontekście – znacznie większej odwagi niż polityka szukania oszczędności.

Nie stać nas, więc stójmy w miejscu

Swego czasu „rozczuliła” mnie wypowiedź pełnomocniczki ds. równego statusu, Agnieszki Rajewicz-Kozłowskiej, która pytana przez dziennikarkę „Przekroju”, stwierdziła, że jeśli chcielibyśmy uzależnić moment podniesienia wieku emerytalnego od kompleksowych zmian w wielu sferach życia społecznego, musielibyśmy czekać na to wiele lat, gdyż w tej chwili na kompleksową reorganizację polityki społecznej nas po prostu nie stać. W moim przekonaniu, stwierdzenie, że „nas nie stać”, jest gołosłowne i najpewniej wynika z powielania obiegowych opinii, iż żyjemy ponad stan i należałoby w dobie kryzysu zacisnąć pasa. Jednak sama polityka zaciskania pasa poprzez cięcia w wydatkach publicznych, a zwłaszcza socjalnych jako panaceum na czas dekoniunktury, bywa kwestionowana m.in. przez takich ekonomistów, jak noblista Joseph E. Stiglitz, a wśród polskich badaczy Kazimierz Łaski i Leon Podkaminer. Pojawiają się też głosy, że bardziej zasadnym kierunkiem rozruszania gospodarki jest zwiększenie zatrudnienia poprzez inwestycje publiczne, a także wzrost popytu konsumpcyjnego przez poprawę sytuacji osób mniej zamożnych czy wręcz ubogich.

Ponadto Polska jest jednym z ostatnim krajów, którego władze powinny wzbraniać się przed modernizacją polityki społecznej przy pomocy zainwestowania w to środków większych niż obecnie. Według Eurostatu, jesteśmy jednym z krajów Europy wydających najmniej na zabezpieczenie społeczne – 19% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 29%. Zatem gdy władze powołują się na to, że większość krajów UE podnosi wiek emerytalny, dbają o standardy europejskie dość wybiórczo. Tutaj znów objawia się niezdolność władzy do widzenia systemu społecznego jako całości. A wydatki na zabezpieczenie społeczne to tylko jeden z licznych wskaźników społecznych, w których nie dorównujemy wielu krajom UE i – co gorsza – niewiele robimy, by to zmienić.

Podnieść próg czy wiek

Rząd najczęściej tłumaczy konieczność podwyższenia wieku emerytalnego trendami demograficznymi. Jednak rozwiązanie, które proponuje, nie przyczyni się do kształtowania stosunków ludnościowych. Pomysł podwyższenia wieku emerytalnego jest co najwyżej próbą łagodzenia skutków starzenia się populacji, nie zaś oddziaływania na przyczyny – więc znów jest to budowanie domu od komina. Tymczasem należałoby w pierwszej kolejności stworzyć ludziom warunki dogodne do posiadania i wychowywania dzieci. Tu zapóźnienie polskiej polityki względem „starej” Europy jest szczególnie widoczne. Wydajemy na politykę wsparcia rodzin i dzieci 0,8% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 2,3%.

Skutki niedofinansowania są opłakane. Rodziny, którym uda się spełnić restrykcyjne kryteria uprawniające do wsparcia, otrzymują je w niewielkim wymiarze, najczęściej przy pomocy działań osłonowych. Umożliwiają one zaspokojenie najbardziej elementarnych potrzeb, nie dają natomiast realnych możliwości pełnego uczestnictwa w społeczeństwie. Równocześnie wiele osób – na skutek istnienia niskiego, nie podnoszonego od 8 lat progu dochodowego, uprawniającego do świadczeń rodzinnych – nie otrzymuje wsparcia wcale. Rząd dopiero teraz podjął decyzję, że od listopada podniesiony zostanie zarówno próg dochodowy, jak i wysokość samego zasiłku rodzinnego (ale już nie dodatków do niego). Ciekawe, że podniesienie wieku emerytalnego przyjęto w błyskawicznym tempie mimo sprzeciwu wielu grup, tymczasem podniesienia wspomnianego progu tak długo nie mogliśmy się doczekać, mimo że eksperci postulowali to od dawna.

Modernizacja cudzymi rękami

Oczywiście polityka rodzinna to nie tylko świadczenia rodzinne. Piętą achillesową polskiej polityki społecznej są usługi, w tym opiekuńcze. To właśnie ze względu na ich niedobór wiele osób nie decyduje się na posiadanie dzieci, a ci, którzy to robią, nie zawsze mają szansę na zaspokojenie potrzeb rozwojowych swego potomstwa. Oczywiście, w kręgach prorządowych podnosi się z dumą kwestię wprowadzenia ustawy żłobkowej i rosnących w lawinowym tempie wskaźników skolaryzacji na poziomie przedszkolnym. Warto jednak pamiętać, że równolegle do wzrostu podaży opieki rosną koszty, jakie ponoszą rodziny.

Według badań Eurobarometru, polskie rodziny w ostatnich latach odczuły wzrost obciążeń związanych z wychowaniem dziecka. Ów wzrost nie wynika bezpośrednio z ustawy, ale wiele gmin, na które zrzucono odpowiedzialność za to (i za wiele innych nowych zadań), przerzuciło na rodziców niemałą część kosztów. Na poziomie systemowym nie zapewniono mechanizmu, który ograniczyłby wzrost kosztów ze strony rodzin, ani też nie zapewniono wystarczającego wsparcia gminom. Ponadto wzrost podaży miejsc w instytucjach opieki nad dzieckiem, oprócz dużego prywatnego wysiłku finansowego rodziców, jest możliwy dzięki środkom unijnym, rozdysponowanym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Jest to źródło potrzebne, ale niestabilne – prędzej czy później wygaśnie. A zatem władze może i realizują słuszne cele, ale wyłącznie cudzymi rękoma: samorządów, rodziców, UE. A subwencji oświatowej na opiekę przedszkolną, choćby częściowej – mimo przedwyborczych obietnic Premiera – jak nie było, tak nie ma…

Pies pogrzebany w śmieciach

Opisana sytuacja zwiększa ryzyko wykluczenia, którym zresztą władza się nie przejmuje. Wydatki na przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu oraz na mieszkalnictwo są w Polsce 5 razy mniejsze niż unijna średnia (0,2% do 1% PKB). Tymczasem brak dostępu do mieszkań stanowi barierę także dla decyzji prokreacyjnych. Jak pokazały badania CBOS z 2007 r., większość indagowanych wskazała, że właśnie poprawa dostępu do mieszkań mogłaby zachęcić ich do powiększenia rodziny. Tymczasem sytuacja mieszkaniowa jest fatalna, zwłaszcza że wiele osób nie ma szans na kredyt, pracując na tymczasowych umowach – mamy najwyższy wskaźnik zatrudnionych na umowach czasowych w UE. W Polsce umowa o pracę staje się powoli luksusem – zwłaszcza dla młodej generacji. Wielu młodych – jeśli w ogóle udaje im się wejść na rynek pracy – jest zatrudnionych w ramach umów cywilnoprawnych lub wręcz „na czarno”, nie mając żadnych praw pracowniczych. I tu właśnie jest pies pogrzebany!

Ogromna rzesza osób pozostających poza rynkiem pracy lub zatrudnionych w systemie nieoskładkowanym, sprawia, że wpływy do FUS są niewielkie. Publiczna „świnka skarbonka” niemiłosiernie chudnie, a nie karmiona przychodami ze składek nie jest w stanie wypłacić godziwych świadczeń beneficjentom. Toteż rozwiązywanie problemów systemu emerytalnego należy rozpocząć od zmierzenia się ze zjawiskiem prekaryzacji pracy i życia. Celowo mówię o prekaryzacji, a nie o samych umowach śmieciowych, gdyż nie jest to problem jedynie umów i nie da się go rozwiązać wyłącznie przez regulacje prawa pracy. Jak zauważył prof. Mieczysław Kabaj, młodzi godzą się na śmieciowe warunki i biorą byle jaką pracę w obawie przed nieustannie czającym się za plecami widmem bezrobocia, szczególnie powszechnego w Polsce w tej grupie wiekowej.

A co robi władza? Drastycznie tnie wydatki z Funduszu Pracy, paraliżując działania publicznych służb zatrudnienia. W 2009 r. wydawaliśmy na walkę z bezrobociem 4 razy mniej niż średnia wydatków na ten cel w krajach UE. Aż strach myśleć, jak będą wyglądały te różnice obecnie. O ile po liberalnej władzy nie spodziewałem się nasilonej walki z wykluczeniem, o tyle wydawało się, że dążenie do jak największej aktywizacji zawodowej jest zgodne z kanonem liberalizmu w wydaniu europejskim. Jednak u nas – nie.

Bez pracy i emerytury, lecz z obowiązkiem opieki

Sytuacja zawodowa jest trudna nie tylko dla osób dopiero wchodzących na rynek pracy, ale także dla dojrzałych pracowników. Tym bardziej dziwi dążenie do podniesienia wieku emerytalnego, skoro mamy w Polsce najniższy w UE wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 50+! Wiele z nich de facto pracuje, ale nieodpłatnie, opiekując się wnukami, a także osobami w wieku podeszłym. O ile opieka nad wnukami zazwyczaj wiąże się z radością i satysfakcją, o tyle pielęgnacja niesamodzielnych osób starszych, z których wiele cierpi na liczne dolegliwości i nieraz nie poznaje już bliskich, to ogromne obciążenie psychiczne dla opiekuna. Część z nich musi zrezygnować z zatrudnienia, a horyzont uzyskania emerytury przesuwa się. Inni są zmuszeni do łączenia pracy na etacie i wykonywanej po godzinach nieodpłatnej pracy w postaci opieki nad osobami starszymi, co może prowadzić do fizycznego i psychicznego wyczerpania, a w związku z tym do obniżenia efektywności w pełnieniu obydwu ról.

W Polsce udział opiekunów nieformalnych jest szczególnie wysoki, a według stosowanych typologii porównawczych, nasz system opieki nad osobami starszymi jest jednym z najmniej przyjaznych w całej UE. Ale system siłą inercji trwa, a władza w swej krótkowzroczności korzysta z przerzucenia odpowiedzialności za ten problem na rodzinę, nie zauważając, że to również m.in. tutaj leży bariera w realizacji deklarowanych założeń reformatorów, jakimi jest zwiększenie liczby pracujących.

Niestety w oczach rządzących ponury obraz wszystkich powyższych zależności rozmywa się w dymie z komina, od którego nasi „straszni mieszczanie” zabierają się za reformy.

Rafał Bakalarczyk

Punkt zwrotny?

Życie jest zbyt krótkie, aby próbować prostować wszystkie głupstewka, które płyną z ekranów telewizorów. Nie można jednakże przejść obojętnie wobec pokrętnej narracji produkowanej przez część mediów na potrzeby objaśnienia wyników wyborów we Francji i Grecji. Otóż wybory owe, tłumaczy się nam, były jakoby złym sygnałem dla Europy, a jeszcze gorszym dla tych krajów. Niewdzięczny lud nie zrozumiał rozsądnych i umiarkowanych wizjonerów, dokonujących trudnych reform na rzecz lepszej przyszłości swoich państw. Do głosu dochodzą zaś populiści, których demagogia i brak odwagi zmierzenia się z historyczną koniecznością sprowadzą katastrofę na głowy Francuzów i  Greków.

W rzeczywistości wybory dokonane przez obywateli tych dwóch państw są kamieniami milowymi na drodze do wyjścia z kryzysu. Polityka cięć oszczędnościowych nie załatwiła zasadniczego problemu, jakim jest duszenie gospodarki realnej przez sektor finansowy, wierzący w samoistną „wartość” papierowych kontraktów. Potencjał gospodarczy i poziom życia obywateli spadają, a obrazu katastrofy dopełnia sytuacja budżetowa. Po raz n-ty w historii potwierdza się oczywista prawda, że próby zrównoważenia budżetu w warunkach stagnacji przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych: kurcząca się gospodarka jest coraz mniej zdolna do spłacania zobowiązań zaciąganych przez państwo. Obowiązująca neoliberalna doktryna cięć okazała się pod każdym względem porażką, służąc kilkunastu globalnym instytucjom kosztem społeczeństw, które w wyborach opowiedziały się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Społeczna fala niezgody na voodoo-ekonomię wezbrała na tyle, by móc wpłynąć na polityczne procesy i odwrócić bieg wydarzeń. Nie tak jednak tłumaczą nam to media.

Jedynym punktem z programu gospodarczego nowo wybranego prezydenta Francji, Francois Hollande’a, który przebił się do polskich środków masowego przekazu, była deklaracja obłożenia milionerów wysokim podatkiem dochodowym. Istotnie, takie działanie samo w sobie można byłoby uważać za leczenie objawów, bez zmierzenia się z przyczynami choroby, jaką jest względne pogarszanie się warunków życia i pracy zwykłych Francuzów oraz rosnące rozwarstwienie społeczne. Hollande zna jednak doskonale przyczyny recesji i wie, jaka terapia jest potrzebna Francji i Europie.

W wyborczym przemówieniu z 22 stycznia kandydat Hollande stwierdził: „Zdradzę kto jest moim przeciwnikiem, moim prawdziwym adwersarzem. Nie ma nazwiska ani twarzy; nie należy do żadnej partii; nigdy nie zgłosi swej kandydatury. Nie zostanie wybrany w wyborach, ale mimo to rządzi. Moim wrogiem jest świat finansów”. Zwrócił uwagę na to, że ostatnie 20 lat stały pod znakiem przejmowania kontroli nad gospodarką i społeczeństwem przez finansjerę, dodając: „To, co było tylko wpływem, stało się imperium”. Dzisiejszy prezydent-elekt świetnie przeanalizował również wzrost wpływów instytucji finansowych po implozji systemu finansowego w 2008 roku, wskazując na patologiczną rolę finansjery i agencji ratingowych; po uratowaniu przez państwo banki „pożerają rękę, która je nakarmiła”.

Hollande, podkreślający na każdym kroku, że poprawa sytuacji budżetowej możliwa jest tylko po przywróceniu krajowi wysokiego wzrostu gospodarczego, wystąpił z precyzyjnym programem usuwania przyczyn i skutków recesji. Po pierwsze, banki będą musiały odseparować działalność depozytowo-kredytową od inwestycyjnej, co odizoluje potrzebną gospodarce część systemu bankowego od niebezpiecznego rynku pochodnych. Zabezpieczy to państwa przed szantażem implozji gospodarczej w przypadku nieskupowania przez nie toksycznych aktywów bankowych. Po drugie, żaden francuski bank nie będzie mógł działać w raju podatkowym. Ponadto „toksyczne produkty, nie mające żadnego związku z rzeczywistymi potrzebami realnej gospodarki, zostaną zdelegalizowane”. Następnym punktem jest wprowadzenie podatku od każdej transakcji finansowej, eliminując opłacalność niszczących działań finansjery. Hollande zachęca inne kraje do podążania jego śladem. Zapowiada również powołanie europejskiej agencji ratingowej, skazując tym samym na bezrobocie współpracujące ze spekulantami oszukańcze pseudo-agencje.

Politykę cięć i wyrzeczeń ma zastąpić podczas prezydentury Hollande’a polityka wzrostu. Jest on zwolennikiem emitowania euroobligacji, jednak głównym ich przeznaczeniem nie ma być wykup aktywów i obligacji, lecz finansowanie projektów gospodarczych. Europejski fundusz, którego powstanie zapowiada, walczyłby ze spekulantami, ale przede wszystkim koordynowałby politykę przemysłową oraz inwestycje w sektorze energetycznym.

Również sytuacja w Grecji wywołuje u dominujących w oficjalnym dyskursie „ekspertów” gospodarczych wiele obaw. Obywatele Republiki Helleńskiej najwyraźniej nie zrozumieli dziejowej konieczności poświęcenia przyszłości gospodarczej swojego kraju na ołtarzu oszukańczej ideologii. Dwie partie, Pasok i Nowa Demokracja, rutynowo zdobywające w każdych wyborach łącznie 80 procent głosów, dostały „w nagrodę” od wyborców ledwie trzydzieści-kilka procent. Wygrała Nowa Demokracja, jedynie o kilka punktów wyprzedzając partię Syriza kierowaną przez Alexisa Tsiprasa. Syriza opowiada się za pozostaniem w strefie euro, zamrożeniem spłaty długu na trzy lata (przeciwko czemu, co znamienne, są komuniści z KKE), przeprowadzeniem śledztwa w sprawie kryzysu oraz polityką pobudzania wzrostu gospodarczego poprzez inwestycje.

Zamrożenie płacenia długu jest operacją przeprowadzaną w historii bardzo często. Całkiem niedawno zrobiły to tak duże kraje, jak Brazylia i Argentyna. Ta ostatnia spłaciła wszystkie zaległe zobowiązania już po kilku latach, ponieważ dzięki prowzrostowej, proprzemysłowej polityce prezydenta Nestora Kirchnera bardzo szybko odbiła się od dna. Dziś zaprzecza mitom o „utracie zaufania inwestorów” – jej obligacje, płacące procent powiązany z pędzącym wzrostem PKB, sprzedają się jak świeże bułeczki.

Jeżeli nie dojdzie do koalicji „partii rozsądku”  przeciwko Syrizie, już wkrótce w Grecji mogą odbyć się powtórne wybory. Jak wskazują sondaże, Syriza ma szanse na samodzielną większość. Jeżeli tak by się stało, to Grecja i Francja dokonają punktu zwrotnego w polityce Unii Europejskiej. I nie dokonuje się to ani o jeden moment za wcześnie: tendencje ksenofobiczne szybko zyskują na znaczeniu.

Do europejskiego trendu „odspołeczniania” kosztów kryzysu dołącza również Słowacja. Jej nowo wybrany premier Robert Fico, zamiast zwyczajowego zaciskania pasa najuboższym oraz uderzającego w zwykłych ludzi podwyższania podatku VAT, zapowiedział wielkie inwestycje w sektorze energetycznym oraz  podniósł stawki podatków płaconych przez banki.

To wszystko dokonuje się na przekór intencjom ekspertów głównego nurtu, starającym się pozostawić problem niezadowolenia społecznego w rezerwacie bezpłodnej kontrkultury, nie naruszającej paradygmatu ekonomiczno-politycznego. Dzisiejsza ekonomia (economics, dawniej political economy) stara się ignorować społeczno-polityczny wymiar procesów gospodarczych, redukując je do indywidualnych preferencji pojedynczego konsumenta. Jednak polityczna rzeczywistość na każdym kroku ukazuje absurd dogmatycznego stosowania zasad liberalizmu ekonomicznego, odnoszącego się do nieistniejącego świata, bez skonfliktowanych interesów, bez grup nacisku, karteli i przemocy. Dlatego dziś neoliberalizm stoi u progu swego spektakularnego upadku, a osinowy kołek do jego przebicia trzymają w rękach właśnie społeczeństwa i polityczni przywódcy, nie wahający się użyć siły państwa do pozbycia się oligarchicznej narośli.

Wynik tej bitwy nie jest jeszcze przesądzony. Po raz pierwszy od dawna jednak szala zaczyna się przechylać na stronę 99,9%, czyli społeczeństwa – i to właśnie jest lekcja z wyborów we Francji i Grecji.

Krzysztof Mroczkowski

Wyjść z kawiarni

Przy każdym mniejszym lub większym systemowym tąpnięciu dyżurni „rewolucyjni marksiści” mają w zwyczaju na internetowych forach czy w „alternatywnych” kawiarniach wieszczyć o już nadchodzącej rewolucji. Wchodzenie w ich kompetencje w tym zakresie byłoby stawaniem na z góry przegranej pozycji – zgodnie z maksymą o sprowadzaniu do własnego poziomu i pokonywaniu przeciwnika z powodu większego doświadczenia w operacji na terenie lepiej znanym intelektualnie. Jednak ostatnie demonstracje skłaniają do reakcji również prosystemowych intelektualistów. Oto w rozmowie z Agnieszką Kublik dla portalu Wyborcza.pl prof. Ireneusz Krzemiński w alarmującym tonie komentował marsze organizowane przez środowisko związane z Radiem Maryja, a wymierzone w decyzję o nieprzyznaniu TV Trwam koncesji na nadawanie programu na multipleksie cyfrowym.

Antagonizujący władzę i „moherów” mechanizm jest, mimo odmienności interesów, podobny temu, który działa również w przypadku kibicowskich protestów przeciwko zamykaniu stadionów czy młodzieżowych Marszów Wyzwolenia Konopi. W każdej z tych spraw chodzi przede wszystkim o zwiększenie swobód z zakresie tego, co – sięgając do żargonu marksistowskiego – określić można mianem „reprodukowania siły roboczej”. Zatem bywalec stadionów daje się bezkrytycznie każdego dnia wyciskać szefowi w pracy, jednak groźba odebrania mu ulubionej rozrywki, jaką jest oglądanie na żywo zmagań piłkarskich, wywołuje natychmiast ostry konflikt. Podobnie emeryci i renciści, którzy stanowią trzon sympatyków Radia Maryja, nie wychodzą na ulice z powodu mizernej wysokości otrzymywanych świadczeń, lecz z racji problemów ulubionej stacji. Wbrew konfliktowi pokoleń, dokładnie tej samej tendencji ulega najmłodsza część społeczeństwa. Demonstracje sprzeciwu wobec odpłatności za drugi kierunek studiów gromadziły w najlepszym razie kilkadziesiąt osób – na Marsz Wyzwolenia Konopi w stolicy przychodzi natomiast nawet 6 tys.

Wspominani kibice są w ostatnim czasie nader interesującą grupą społeczną, gdyż charakteryzują się bodaj największą bojowością. Erupcję aktywizmu politycznego stadionowych fanów piłki nożnej wywołała chęć swoistego „upudrowania” polskich stadionów w ramach przygotowań do Euro 2012, choć za całym przedsięwzięciem może stać również dostrzeżenie, iż dostosowanie trybun do potrzeb „drobnomieszczan”, a tym samym zachęcenie ich do przychodzenia na mecze, może przynieść większe zyski, niż w przypadku obsadzania ich „chłopakami z osiedla”. Obecna władza, której wszystkie cechy uosabia Donald Tusk, w pójściu na konfrontację z kibicami mogła też mieć cel PR-owy – oto zatroskany, ale i bezwzględny premier z determinacją godną „Żelaznej Damy” gromi stadionowe chuligaństwo przy powszechnym poparciu opinii publicznej.

Jeśli więc takie były motywacje szefa rządu, to przyznać trzeba, że ruszając na podbój sondaży, obrał drogę fatalną. Kibice, a zwłaszcza ich fanatyczna część, są wszak grupą specyficzną. W ich skład wchodzą w zdecydowanej mierze mężczyźni dobrze zbudowani, zafascynowani przemocą i poszukujący przynależności do silnego kręgu. Z racji takich cech, szalikowcy nigdy nie mogli liczyć na specjalną przychylność w oczach mediów i prawdopodobnie nigdy nawet zbytnio o nią nie zabiegali. Kibice jednakowoż charakteryzują się również zdolnością mobilizacyjną i skłonnością do konfrontacji. Konfrontacji zazwyczaj z fanami skonfliktowanej drużyny, ale w momencie – sięgając do kibicowskiego slangu – „kosy” z władzą, na celowniku miłośników oglądania piłki kopanej może znaleźć się również obóz rządzący.

Stadionowy zryw polityczny, z racji swej dynamiki, niczym zwierciadło odbija zjawiska wyłaniające się stopniowo także wśród pozostałych ruchów kontestatorskich. Chodzi mianowicie o postulaty stricte ekonomiczne, które – tkwiące przez wiele lat pod zastygłą skorupą „demoliberalnego konsensusu” – zdają się powoli wybijać na powierzchnię. Swe zrozumienie dla konieczności poszerzenia postulatów również o problematykę związaną ze „sprzedażą siły roboczej”, pokazali niedawno kibice Ruchu Chorzów. Sympatycy tegoż zespołu podczas dzikiego strajku, podjętego w celu obrony miejsc pracy przez załogę walcowni rur i stalowni w chorzowskiej Hucie Batory, dali dowody swego poparcia dla radykalnej akcji. Fani futbolu nie tylko wyeksponowali na stadionowych trybunach transparenty, będące wyrazem solidarności ze strajkującymi, ale także pikietowali pod bramą zakładu w momencie, gdy jego zarząd ściągnął kilkudziesięciu ochroniarzy z zamiarem pacyfikacji protestu.

To swego rodzaju wyczerpywanie się dotychczasowej formuły demonstracji było częściowo widoczne także na protestach przeciwko porozumieniu ACTA, kiedy to niejednokrotnie pojawiały się hasła związane z planowaną reformą emerytalną, drożejącym paliwem czy ogólną indolencją gospodarczą rządu Tuska.

Zamieszkujący między Odrą i Bugiem przez wiele lat mogli się przyzwyczaić raczej do pikujących, niż zwyżkujących wskaźników ekonomicznych. Wszelkie kryzysy mają jednak to do siebie, że prędzej czy później muszą wywołać rozgoryczenie ulicy, co prowadzi do radykalizacji form oporu. A jest się na co oburzać, gdyż wskaźniki z dnia na dzień wyglądają gorzej. Doniesienia Głównego Urzędu Statystycznego rozbijają wszelkie zaklęcia liberalnych optymistów: w ciągu ostatniego roku średnia płaca w Polsce wzrosła o 3,8%, lecz w tym samym czasie ceny towarów i usług podskoczyły o… 3,9%! Równie źle przedstawia się, rosnąca regularnie, stopa bezrobocia. W lutym osiągnęła ona poziom 13,5%, a zatem więcej, niż w analogicznym okresie roku 2011. I choć realia neoliberalnego kapitalizmu, wbrew niemal powszechnie zapomnianym zapowiedziom jego architektów sprzed 20 lat, przyzwyczaiły do wysokiego odsetka osób bezrobotnych (w grudniu 2003 r. osiągnął on 20%), to niepokojem musi napawać obecny negatywny trend.

Skoro radykalnej poprawy na rynku pracy nie przyniosły nawet, podjęte na dużą skalę, inwestycje związane ze zbliżającymi się mistrzostwami Europy w piłce nożnej, to nietrudno sobie wyobrazić sytuację tuż po szumnie zapowiadanym turnieju. Gdy tyrającym przy budowie dróg i stadionów budowlańcom wygasną umowy śmieciowe, stopa bezrobocia może gwałtownie podskoczyć.

Nakreślone realia, jeśli zestawić je z wynikami badań opinii publicznej, w myśl których aż 1/5 ankietowanych deklaruje niezdecydowanie w kwestii wyboru konkretnej opcji politycznej, powinny tworzyć niejako naturalną niszę dla konsekwentnie prospołecznej opozycji. Taką zaś powinna być – zwłaszcza w chwili powstania poważnych rys na neoliberalnym „dobrobycie” – lewica. Ta jednak, gardłując od lat za zwiększaniem swobód obyczajowych, zatraciła swój „genetycznie” plebejski charakter, w zamian stając się formą oświeconej i postępowej elity. Ów elitaryzm dostrzec można w wielu sferach działalności podmiotów takich jak Sojusz Lewicy Demokratycznej, Ruch Palikota czy „Krytyka Polityczna”. Ich działacze organizują antydyskryminacyjne spotkania, koncerty i eventy, nawołują do wyzbywania się „polskości”, recenzują kulturę wysoką, drwią z Kościoła, redagują przeintelektualizowane pisma itd.

Samozwańczo przybrane przez te kręgi miano „lewicy”, z radością podchwycone i powtarzane przez politycznych oponentów z prawej strony, jest nieporozumieniem nie tylko w sferze programowej, ale także ideowej. Niespełna dwa lata temu w programie „Warto rozmawiać” Michał Sutowski z „Krytyki Politycznej” w debacie nt. antysemityzmu dał się zmasakrować Rafałowi Ziemkiewiczowi, gdy ten najpierw polską przedwojenną lewicę sprowadził do Jerzego Giedroycia, a następnie wypomniał temuż chęć uprzykrzenia Żydom życia w Polsce, by w ten sposób zmusić ich do emigracji. Sutowski, co znamienne, słowem nie napomknął o innych tradycjach polskiej lewicy, która – w przeciwieństwie do ugrupowań narodowych – nie musi się wstydzić za fascynacje Mussolinim czy akcentowanie „problemu żydowskiego” w okresie międzywojennym. Zastępując Abramowskiego Giedroyciem, a także – jakże wymownie! – „Robotnika” „Kulturą”, lewica sprowadza się do poziomu dowcipnisiów z SuperStacji, którzy w swych wystąpieniach sprawnie obśmiewają Kościół, Kaczyńskiego i związkowców.

Tym sposobem, choć autentyczna polska lewica może się poszczycić chlubnym rodowodem historycznym, reprezentujące ją środowiska tracą inicjatywę w sytuacji, na którą część z nich, na co dzień pozbawiona inicjatywy politycznej, czekała z utęsknieniem, czyli w momencie strukturalnego kryzysu modelu neoliberalnego. Zeszłoroczny 11 listopada pokazał jasno, która strona jest otwarta na rozgoryczonych skutkami kryzysu. Podczas gdy na wiecu Kolorowa Niepodległa odbijano piłki i dziękowano policji za dobre traktowanie, na Marszu Niepodległości niesiono transparent „Będzie druga Grecja” i odpalano race. Złudzeń nie pozostawiła frekwencja na obu wydarzeniach – czterokrotnie większa liczba uczestników prawicowej manifestacji wskazuje dobitnie, że to ta część sceny politycznej umiejętnie przedstawia programowe oferty, które mogą być atrakcyjne zarówno dla klas wyższych i średnich (ultraliberalizm), jak i niższych (solidaryzm narodowy).

Zatem, paradoksalnie, to elitarystyczni prawicowcy, choć zazwyczaj przychylnie spoglądający na cięcie zasiłków dla bezrobotnych czy eksmisje na bruk, mają dzisiaj status „plebejskich”. To oni tworzą niezależne media, podczas gdy „lewicowi” intelektualiści rozczytują się w publikatorach koncernu Agora S.A. To na ich manifestacjach agresywny, zakapturzony tłum walczy z policją, a nawet skanduje „USA – imperium zła!” (sic!); i to w czasie, gdy na tej samej ulicy, w kawiarni Nowy Wspaniały Świat, doktoranci socjologii, popijając kawę za 15 zł, rozprawiają o kolejnym spektaklu Strzępki i Demirskiego. To wreszcie wspomniani kibice, w sporej części prawicowi, wspierają strajkujących pracowników, podczas gdy śląskie środowisko anarchistyczne zajęte jest organizacją blokady przemarszu Obozu Narodowo-Radykalnego.

Przyszłość jest trudna do przewidzenia. Teraźniejszość nie napawa optymizmem. W obliczu hegemonii postulatów kulturowych na lewicy, marginalizacji ulegają najistotniejsze – zwłaszcza w dobie kryzysu – problemy społeczne. I nic tu nie pomoże deterministyczne oczekiwanie na to, że samo załamanie systemu przyniesie ogólne otrzeźwienie. Kapitalizm wielokrotnie już dał dowód swej żywotności i zdolności do funkcjonowania nawet po ciężkich depresjach. Z całą pewnością jednak Europa i świat stoją w obliczu przełomu. Swych chęci dokonania głębokich przeobrażeń gospodarczych nie kryją politycy głównego nurtu, napomykający coraz częściej o konieczności reindustrializacji Starego Kontynentu. Uchwycenie istoty przemian i mozaiki protestów jest jednak trudne zza szyb ekskluzywnych kawiarni w centrum stolicy.

Piotr Kuligowski

Odpieprzcie się od populizmu

Kilka miesięcy temu obejrzałem w przeznaczonej dla Polaków wersji MTV program, dzięki któremu po raz któryś w życiu poczułem, że poczucie zażenowania i nieledwie wściekłość świetnie się komponują. Nie będę tu jednak opowiadał o swoich uczuciach, choć uważam, że socjalizm to spora intensywność emocji plus egalitaryzacja. I ideowa dekapitacja liberałów razem z kawiorową lewicą, aż do chrupania karków w bieliźnie. Ale nie o tym będzie tym razem mowa.

Rzeczony program opierał się na tym, że chłopak czy dziewczyna mogli się umówić na randkę z jakąś gwiazdką naszej peryferyjnej sceny muzycznej. A mówiąc ściśle: z imitacją tej gwiazdki. Na podium wychodziły zatem jedna po drugiej dziewczyny udające Dodę, a jakiś jurny młodzian razem ze swoimi przyjaciółmi decydował, która z nich najbardziej mu odpowiada i z którą zamierza skonsumować randkę. Dziewczyny krygowały się, mniej lub bardziej (bez)pretensjonalnymi wygibasami i makijażem próbowały podkreślić swą „dodowatość” i „fajność”. Żarty fruwały w powietrzu jak zgniłe pomidory i ogólnie było sympatycznie i tandetnie. Szczęśliwy koniec polegał rzecz jasna na tym, że młodzian upatrzył sobie którąś „Dodę” i odeszli razem w siną dal, gdzie strumyk płynie z wolna, albo świat się śmieje. Czy jeszcze inaczej.

Pewnie nie jest to opowieść, którą da się zobrazować całą dzisiejszą Polskę, ale jakąś jej niepoślednią część – owszem. To jest historia – jeszcze jedna – o imitacji, o żerowaniu na uprzednio wykreowanych potrzebach. Jest to wreszcie opowieść o tym, jak wielki biznes robi ludziom wodę z mózgów. Ale jest to też historia o tym, że taka jest nasza rzeczywistość, takie są marzenia i rozrywki jakiejś części „zwykłych ludzi” i trzeba to przyjąć do wiadomości. Kiedyś twarz Poli Raksy, dziś Dody rozpala czyjeś marzenia. W końcu nie każdego musi porywać wolność prowadząca lud w kierunku Nowego Wspaniałego Świata, albo felietony prowincjonalnie zaangażowane Wołodźki.

Nie wpadając w fatalizm, frustrację czy protekcjonalny ton, ani w żadne inne inteligenckie sposoby radzenia sobie z oporem materii, trzeba dodać, że tak już jest urządzona rzeczywistość. Ktoś lubi Dodę, kto inny piosenki Kelusa. Albo lubi i Dodę, i Kelusa. Albo kiszone ogórki z bitą śmietaną do popołudniowej kawy z mlekiem. O gustach się nie dyskutuje, choć można z nich czasem pokpiwać. Osobiście lubię się czasem pośmiać i z plebejskich, i z inteligenckich gustów i guścików. Lubię też czasem i plebejskie, i inteligenckie dowcipy, przyjmuję je tak samo, jak biel i czerwień na polskiej fladze.

Jednak inteligenckie czy plebejskie zwyczaje, światopoglądy, gusta i rozrywki, to jedno. Znacznie ciekawsze jest to, jak mają się nieraz do siebie te światy. I jak są przeciw sobie rozgrywane. Zacznijmy od tego, że wielki przemysł rozrywkowy niejako pasożytuje na ludzkich gustach. Z prostych żartów robi z premedytacją żarty prostackie. Z ludzkiego zainteresowania rzeczami powszednimi i naturalnymi, w tym dotyczącymi płci, jedzenia i słabostek, robi spektakl nieokiełznanej głupoty, hedonizmu, ekshibicjonizmu. Wykorzystuje arcyludzkie skłonności i pragnienia, by karmić formatowanych odbiorców swoimi produktami, bynajmniej nie bezinteresownie. Już nie „Randka w ciemno” ze zwykłą dziewczyną, ale randka z imitacją Dody czy innej postaci nadreprezentowanej w kolorowych gazetkach. Rynek chce naszych uczuć, marzeń i tęsknot. I pieniędzy. A razem z forsą chce zabrać ludziom ich własne sny, zastępując je wyprodukowanymi przez speców od reklamy. I to mnie wkurza: nie „plebejskie gusta”, lecz nieustanny drenaż nie tyle ludzkich kieszeni, co marzeń. I tak mięsny jeż jest żenujący nie dlatego, że dla ludzi biesiadowanie przy suto zastawionym stole to wcielony w życie symbol spotkania, zgody, rodzinności, poczucia bezpieczeństwa, ale dlatego, że stanowi imitację i parodię czegoś zwykłego i w gruncie rzeczy bardzo potrzebnego.

Powyższe rozważania prowadzą do sprawy znacznie istotniejszej. Do problemu, który odnosi się też do życia politycznego czy społeczno-gospodarczego. Wszyscy znamy słowo „populizm”. Przywykłem już do tego, że różni mądrzy, światli, otwarci, odpowiedzialni i utytułowani, elokwentni i opiniotwórczy ludzie odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki, gdy tylko zetkną się z czymś, co nie odpowiada ich kryteriom racjonalności i dobrego smaku, ich egoizmom klasowym i zależnościom towarzysko-biznesowym czy finansowym. A, prawdę mówiąc, nierzadko ani za ich dobry smak, ani za racjonalność nie dałbym złamanego grosza. Ba, powiem więcej, wolałbym nie raz i nie dwa skonsumować mięsnego jeża, niż przystać na ich życiowe mądrości.

Rozumiem, gdy słowem „populizm” jak wytrychem posługują się libertarianie czy konserwatywni liberałowie, otwarci katolicy, czy zamknięci w czterech ścianach swoich strzeżonych osiedli obywatele, uskrzydleni i/lub sfrustrowani własnym życiowym sukcesem, który zmusza ich do spłacania długoletnich kredytów, zobligowani – przykładowo – do produkowania rozrywki z imitacją Dody lub paradokumentów o mięsnym jeżu. Rozumiem, że  słowo „populizm” jest dla nich wygodne, przyjemne w użyciu i pasuje do tych układanek, które mają w głowach. Każdy niepokój, każda niezrozumiała sytuacja społeczna, cudze obawy, aspiracje i gniew mogą z jego pomocą zapakować do odpowiedniej szuflady i mocno tam zatrzasnąć. Nie jestem ich terapeutą, ani komiwojażerem idei: nie będę chodził od drzwi do drzwi i pukał. Tym bardziej, że w odróżnieniu od Świadków Jehowy nie pokazałbym im pisemek, w których lew spoczywa obok baranka, a Królestwo Boże przypomina domek na amerykańskim przedmieściu z czasów prosperity. Bynajmniej, pokazałbym im coś zupełnie innego, co wygląda raczej jak „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga. Nie będę wyganiał ich ze świątyń, w których czczą mamonę i swoje klasowe fobie i fascynacje, bo boli mnie w krzyżu i zwyczajnie mi się nie chce.

Nie mogę natomiast zrozumieć (to figura retoryczna), dlaczego słowo „populizm” tak sobie upodobała część lewicy i jej celebryci. Oczywiście, lewicowi celebryci zawsze dodają do słowa populizm epitet „prawicowy”, żeby się jakoś odróżnić od swoich liberalnych kolegów i koleżanek, którzy zapraszają ich do rozgłośni, na łamy itd. Domyślam się, że część lewicowców używa słowa „populizm/prawicowy populizm”, żeby jakoś wyartykułować dezaprobatę wobec części tego nieszczęsnego polskiego ludu, który ma ich w swoim ciemnogrodzkim tyłku i za nic nie chce się nawrócić na światłe i postępowe poglądy i obyczaje, na inteligencki żargon i tym podobne atrakcje. Rozumiem, że część lewicowców nie może zaakceptować ludu, który najpewniej nie potrzebuje feministycznych wydarzeń w stylu niedawnych „Dni Cipki”, bo dawno odczarował to słowo przy pomocy „pornokultury”, z którą obeznani są już gimnazjaliści, albo porządnego, sprośnego żartu, jaki można usłyszeć przy szynkwasie w plebejskiej knajpie czy w pierwszym lepszym warsztacie samochodowym.

Otwarte pozostaje też pytanie, czy lud potrzebuje dobrych rad lewicowego celebryty co do tego, na kogo głosować lub nie, jak rozumieć słowo „patriotyzm” i co o nim sądzić, albo jak powinien pojmować swoje interesy klasowe. Bo czy się to lewicowym celebrytom podoba, czy nie, ze swoim nadużywaniem słowa „populizm” robią jedynie za pożytecznych idiotów u cwańszych i ważniejszych od siebie. Być może zresztą o tym wiedzą, ale już niespecjalnie mogą sobie pozwolić na luksus inny, niż dobra mina do złej gry.

Tu zastrzeżenie. Jestem za powszechną, egalitarną edukacją na wysokim poziomie. I tak dalej. Nie chcę, by władzę nad umysłami mas sprawowali spece od pichcenia mięsnego jeża. Ale rola tej edukacji powinna być służebna. Oświecenie, które ma oznaczać meblowanie ludzkich głów wedle jednego, narzuconego odgórnie wzorca, które stawia sobie za cel propagandę – jest czymś wstrętnym i zdecydowanie antyegalitarnym, aspołecznym. Jest załatwianiem własnych biznesów ponad głowami społeczeństwa. Chyba że dla kogoś socjalizm to strzeżenie interesów oligarchii plus arogancja. Ale takim socjalistom życzę ideowej dekapitacji. Aż do chrupania karków w bieliźnie. I mięsnego jeża zamiast kawioru na śniadanie, obiad i kolację. Smacznego.

Krzysztof Wołodźko

Obywatel przeciw prywatyzacji

Przed kilkoma miesiącami liberalne władze Warszawy postanowiły sprzedać Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej, mimo że zakład był rentowny i zapewniał mieszkańcom niskie ceny usług. W procesie prywatyzacji zlekceważono wolę obywateli, którzy domagali się referendum w tej sprawie. O zawirowaniach wokół SPEC-u oraz o ich szerszej, społecznej wymowie rozmawiamy z Piotrem Ciompą – członkiem Rady Honorowej „Nowego Obywatela” – który próbował zabezpieczyć interes publiczny, a gdy to się nie udało, zablokować prywatyzację SPEC na drodze formalno-prawnej.

***

Co prywatyzacja SPEC-u oznacza dla mieszkańców miasta?

Piotr Ciompa: Zacznijmy od tego, że Platforma Obywatelska nie otrzymała w ostatnich wyborach – wbrew temu, co twierdzi – mandatu od mieszkańców do prywatyzacji SPEC-u. Hanna Gronkiewicz-Waltz zdobyła 53% głosów, ale to nie prezydent prywatyzuje spółki, lecz Rada Miasta, a w głosowaniu do Rady poparcie dla PO wyniosło już tylko 40% głosów. Pozostałe 60%, czyli większość, otrzymały w sumie te ugrupowania, które sprzeciwiały się prywatyzacji. I tylko dzięki ordynacji wyborczej i odpowiednio wykrojonym okręgom PO uzyskała większość w Radzie Miasta. W związku z tym, choć Platforma ma formalny mandat do prywatyzacji, to moralnego prawa do tego nie posiada. Tym bardziej, że sprzeciwiła się referendum w tej sprawie.

Dlaczego odrzucono wniosek o referendum?

P. C.: Ponieważ zbieranie podpisów organizował warszawski PiS, pozyskując zresztą wsparcie koalicji kilkunastu pozapartyjnych stowarzyszeń obywatelskich i grup mieszkańców oraz związków zawodowych. Rada Miasta, kontrolowana przez Platformę, odrzuciła 151 tys. podpisów zebranych pod wnioskiem o referendum, argumentując m.in., że liczba podpisów po odrzuceniu tych nieważnych spadła poniżej wymaganych 134 tys. Sąd Administracyjny przyznał rację Radzie Miasta, natomiast trzeba zauważyć, że kryteria zastosowane w tym przypadku do stwierdzenia, czy podpis jest ważny, były bardzo wyśrubowane. Rada Miasta podnosiła w swoich argumentach na przykład, że podpis musi być czytelny – ale ustawa tego nie wymaga.

Takimi metodami dowiedziono, że brakuje minimum 600 podpisów, by wniosek o referendum został uznany. Przy czym kwestia ważności podpisów to nie był jedyny argument Platformy przeciwko referendum. Stwierdzono na przykład, że pytanie „Czy jesteś za sprzedażą SPEC?”, wprowadza mieszkańców w błąd – ponieważ zdaniem radnych to nie była sprzedaż SPEC, lecz sprzedaż… akcji SPEC. Przekonywano również, że nie można było zadać pytania o sprzedaż SPEC-u, ponieważ Rada Miasta już podjęła decyzję w tej sprawie. Kiedy? W 2009 r., zgadzając się na przeprowadzenie analizy przedprywatyzacyjnej, która dopiero miała ustalić, czy prywatyzacja się opłaca, czy nie. Sąd stwierdził, że ta uchwała była już de facto zgodą na prywatyzację. Oznacza to, że sąd administracyjny wprowadził do ustawy o referendum lokalnym nowy artykuł, którego tam nie ma, zawężający tematykę referendum do spraw, którymi rada jeszcze się nie zajmowała. Zważywszy na ustawowy obowiązek zarejestrowania w samorządzie komitetu zbierającego podpisy pod referendum, wrogi inicjatywie społecznej establishment samorządowy ma 60 dni przed datą złożenia wymaganej ilości podpisów na podjęcie w sprawie, pod którą zbierane są podpisy „właściwej” uchwały, czyniąc w świetle orzeczenia NSA ewentualne referendum bezprzedmiotowym.

Podsumowując: po to, by ratować Platformę Obywatelską w tej jednej, incydentalnej sprawie, Naczelny Sąd Administracyjny zdecydował się zniszczyć bardzo ważną instytucję państwa obywatelskiego, jaką jest referendum lokalne, albowiem establishment samorządowy będzie korzystał z tych argumentów do utrudniania mieszkańcom zabierania głosu w istotnych dla nich sprawach. To właśnie standard naszych sądów.

Jakie będą konsekwencje tej prywatyzacji?

P. C.: Warto na początek zauważyć, że nie było żadnych argumentów za prywatyzacją SPEC-u, nawet z punktu widzenia liberałów. SPEC nie był w trudnej sytuacji ekonomicznej, aby należało go w ten sposób ratować przed upadłością. SPEC był jedną z najnowocześniejszych firm tego rodzaju w całej Unii Europejskiej, wdrażał technologie tzw. inteligentnej sieci ciepłowniczej, której nie wdrożono jeszcze nigdzie w UE, więc prywatyzacja nie mogła być motywowana koniecznością dostępu do lepszych technologii czy szybszej modernizacji. SPEC nie potrzebował też kapitału na inwestycje, bo je od wielu lat finansował na bardzo wysokim poziomie, ok. miliarda w ciągu ostatnich 7 lat, ze źródeł własnych, czyli z opłat mieszkańców.

Nawet poziom zatrudnienia w SPEC-u jest niższy niż średnia krajowa z uwzględnieniem prywatnych przedsiębiorstw w branży (na 39 dużych miast sprywatyzowano dotychczas 19 przedsiębiorstw) – to ważny argument z punktu widzenia liberałów, którzy uważają niski wskaźnik zatrudnienia za oznakę efektywności. Również np. awaryjność na kilometr sieci była w SPEC-u poniżej średniej krajowej z uwzględnieniem przedsiębiorstw prywatnych. No i cena – SPEC dostarczał ciepło najtańsze w Polsce, a mimo to przynosił miastu zyski. Uczciwy liberał powinien być przeciwko prywatyzacji SPEC, bo kanon liberalny mówi, że własność prywatna jest efektywna tylko wtedy, gdy ma konkurencję. A SPEC jej nie ma, to klasyczny „naturalny monopol”, tyle że – jak wspomniałem – całkiem efektywny i nowoczesny nawet w porównaniu z firmami prywatnymi.

Co do zagrożeń wynikających z prywatyzacji, władze miasta wskazują na Urząd Regulacji Energetyki, który ma zabezpieczyć interesy mieszkańców przed podwyżkami. W to nie należy jednak wierzyć. URE jest obsadzany przez partię, która uważa, że państwo powinno się wycofywać z wielu obszarów nadzorowania wolnego rynku. Czy mamy zaufanie do URE, że będzie pilnowało monopolistów? Od czasu Ożarowa, czyli wydania przez urząd antymonopolowy zgody na przejęcie jednego z dwóch polskich producentów kabli przez tego drugiego – ja zaufania nie mam. Ale nawet gdyby URE miało bardzo dobre intencje, to zauważmy, że nie będzie mogło np. zablokować tzw. przeszacowania aktywów. Byłe przedsiębiorstwa państwowe, w tym z branży energetycznej, mają środki trwałe wpisane po wartości księgowej bardzo często sprzed 20 lat. Przeszacowanie aktywów, czyli ich urynkowienie, wiąże się z tym, że taryfy za usługi liczone są m.in. od tzw. kapitału zaangażowanego, czyli w uproszczeniu od wartości rynkowej aktywów. Oznacza to wzrost cen. I URE nie będzie mogło się temu sprzeciwić.

Tylko komunalny właściciel mógłby podjąć decyzję o rezygnacji z maksymalizacji zysku ze względu na ważny interes publiczny. Na przykład podłączenie do sieci cieplnej rozwojowych peryferii miasta może nie być opłacalne dla prywatnej spółki, ale dla jego komunalnego właściciela już tak, albowiem wraz ze wzrostem liczby mieszkańców na nowych osiedlach rosną wpływy budżetu miasta z PIT-ów.

Wracając do URE, nie jest ono uprawnione do kontroli wielu innych elementów kosztotwórczych. Jedną z pierwszych decyzji Francuzów po przejęciu SPEC-u było przerzucenie na spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe kosztu utrzymania 15 tys. węzłów cieplnych. Co to oznacza? Że spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe będą musiały podnieść czynsz. Dopóki SPEC należał do miasta, istniało swoiste porozumienie społeczne, że to SPEC utrzymuje węzły cieplne. Wiceprezydent miasta – Jarosław Kochaniak, który był bezpośrednio odpowiedzialny za przeprowadzenie tej prywatyzacji i który zapewniał wielokrotnie i publicznie, że nie będzie żadnych podwyżek ciepła jako bezpośrednich skutków prywatyzacji, na pytanie dziennikarki „Rzeczpospolitej” o kwestię węzłów cieplnych, odpowiedział: „To jest sprawa zarządu spółki”. Czyli po prywatyzacji umył ręce od odpowiedzialności za swoje czyny i deklaracje. To dowód na to, że tę umowę podpisywali ludzie, którzy nie stawiali sobie za pierwszorzędny cel zabezpieczenia interesów mieszkańców.

Poza tym URE nie ma kompetencji, by skutecznie dopilnować jakości usług, np. temperatury ciepłej wody w kranach lub w kaloryferach. Ochłodzenie temperatury nawet o 1 stopień w sezonie oznacza gigantyczne oszczędności dla inwestora. Jestem w posiadaniu prezentacji z wewnętrznej narady w SPEC, na której rozpatrywano taki scenariusz. Symptomatyczne, że nie liczono się z zagrożeniem dla takich praktyk ze strony URE. Nie mamy gwarancji, że prywatny właściciel nie będzie systematycznie obniżał jakości bez obniżania ceny, żeby na tym zarobić.

Poza – jak wspomniałem, wątpliwą – kontrolą ze strony URE, drugi argument miasta za tym, że nie grożą nam negatywne skutki prywatyzacji, to ten, że jesteśmy zabezpieczeni przed tym umową, w której nowy inwestor deklaruje troskę o dobro publiczne. Argument niepoważny, bo prawo zmienia się bardzo często, co daje możliwość w świetle nowelizowanych przepisów wywrócenia do góry nogami zapisów długoterminowej umowy przez agresywnych prawników najętych przez prywatnego właściciela. Prywatny biznes już się tego nauczył, że wobec niestabilności systemu prawnego nie można zabezpieczyć swoich interesów długoterminowymi umowami – wiedza ta jeszcze nie dotarła do epatującej swoimi kompetencjami biznesowymi warszawskiej ekipy PO…

Co jeszcze się zmieni po prywatyzacji? Tempo modernizacji sieci cieplnej spadnie, a w konsekwencji koszty jej funkcjonowania, rzutujące na opłaty mieszkańców nie będą relatywnie spadać. Otóż w styczniu 2011 r., SPEC zapowiedział zainwestowanie miliarda zł w ciągu 5 lat w modernizację sieci – tymczasem Dalkia chce zrobić to samo w 7 lat. Oznacza to, że roczne nakłady na inwestycje spadną z 200 do poniżej 150 mln zł. Co więcej, Dalkia sfinansuje te inwestycje nie poprzez zainwestowanie swoich funduszy, lecz ze środków wypracowanych przez spółkę, czyli z opłat mieszkańców. Fortel bardziej perfidny niż ten Zagłoby z darowaniem Niderlandów – on darował Niderlandy, które nie były jego, a Dalkia podarowała Warszawie to, co należało do jej mieszkańców. A Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła to jako wielki sukces umowy prywatyzacyjnej…

Kiedy mówimy o stratach społecznych, nie sposób nie wspomnieć o pracownikach. Gdy ta sama Dalkia przejęła dostawców energii cieplnej w Łodzi, zaczęła od programu zwolnień pracowników, tzw. dobrowolnych odejść. Niedługo przestanie Dalkię obowiązywać umowa, zgodnie z którą nie może do 2014 lub 2015 r. zwalniać ludzi, i wtedy zamknie jedną, najstarszą działającą ciepłownię w Łodzi. A to oznacza, że pracę straci wiele osób.

P. C.: Nie wiem jak to wyglądało w Łodzi, natomiast jestem lekko rozczarowany postawą związków zawodowych w SPEC-u. Związkowcy walczyli przeciwko prywatyzacji SPEC-u do momentu, gdy zaoferowano im 9 lat ochrony przed zwolnieniami i po 10 tys. zł na głowę premii prywatyzacyjnej. Jest to bardzo smutny przykład niesolidarności z mieszkańcami. Rozumiem, że dla pracownika, który zarabia średnio 3 tys. zł, taka oferta jest życiowo ważna, ale gdyby tak myśleli stoczniowcy w 1980 r., to po otrzymaniu podwyżki porzuciliby, na co liczyła dyrekcja, sprawę przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i nie byłoby Sierpnia. Załoga SPEC-u otrzymała tak dobre warunki, bo zwolennicy prywatyzacji chcieli rozmontować silną koalicję zorganizowaną wokół siebie przez warszawski PiS przeciw sprzedaży SPEC-u. I to im się udało.

Dlaczego miastu tak bardzo zależało na prywatyzacji SPEC-u?

P. C.: Trzeba najpierw zauważyć, że cała linia argumentacyjna Platformy Obywatelskiej za prywatyzacją SPEC-u była od początku naznaczona manipulacją. Na sesji Rady Miasta przedstawiono argument, że wzrost cen w ostatnich latach w przedsiębiorstwach prywatnych był niższy niż w komunalnych. Szkopuł w tym, że z tej analizy wyłączono po stronie prywaciarzy Gdańsk, gdzie ceny ciepła za jeden gigadżul są najwyższe w Polsce i o 50% większe niż w Warszawie, a po stronie komunalnej pominięto Kraków z jego drugim najtańszym po warszawskim przedsiębiorstwem energetycznym…

Przytoczono również przykład Poznania, gdzie po przejęciu rynku przez Dalkię ceny wzrosły umiarkowanie. „Zapomniano” tylko dodać, że udział Dalkii na rynku w Poznaniu wynosi tylko 40%, a w Warszawie SPEC-u – 80%. W Poznaniu nie podwyższyli ciepła tak, jak by mogli, bo ich pozycja konkurencyjna jest dużo słabsza. W Warszawie praktycznie nie mają konkurencji…

Rodzi się zatem pytanie, dlaczego Platformie Obywatelskiej tak zależało na tej prywatyzacji? Oczywiście odpowiedzią jest dziura w budżecie miasta. A skąd się ona wzięła? Otóż Platforma Obywatelska w Warszawie rozkręciła program inwestycyjny daleko powyżej możliwości dochodowych miasta – tylko po to, by się pokazać przed mieszkańcami i wygrać wybory. Te 53% Warszawiaków, które oddały głos na Hannę Gronkiewicz-Waltz, dało się na to nabrać.

Prezydent Warszawy podkreśla publicznie, że zarządza miastem jak biznesem. Tymczasem dobre standardy biznesowe mówią, że jeżeli spółka sprzedaje swoje aktywa, to albo żeby zainwestować w projekty przynoszące nowe dochody albo obniżające koszty. Natomiast prywatyzacja SPEC to zjadanie własnego ogona, ponieważ pieniądze ze sprzedaży SPEC-u mają iść na mosty, na metro, na rzeczy bardzo potrzebne temu miastu, ale takie, które nie poprawią jego stabilności finansowej. Takie decyzje są jak najdalsze od dobrych standardów w zdrowym biznesie.

Co ciekawe w tym kontekście, nawet polski guru od zarządzania – profesor Krzysztof Obłój z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, osoba, której nie podejrzewa się o inklinacje prospołeczne, twierdzi, że nie można zarządzać gminą jak przedsiębiorstwem. Ktoś, kto chce to robić, ma słabe pojęcie albo o samorządzie, albo o biznesie. Profesor swoje stanowisko argumentuje w ten sposób, że liczba czynników, których nie można sparametryzować w takich organizacjach jak samorząd jest w porównaniu do przedsiębiorstw tak daleko większa, że zawodzą wszelkie kryteria oceny, którymi na co dzień posługuje się biznes. Oczywiście, należy wykorzystywać dobre praktyki z biznesu w zarządzaniu miastem, ale w wyodrębnionych obszarach, które dadzą się „sparametryzować”. Natomiast biznes jako filozofia w prowadzeniu samorządu jest generalnie ogromną pomyłką. A Hanna Gronkiewicz-Waltz to robi i jeszcze się tym szczyci. To jest po prostu szalone. Teoretycy wolnego rynku mówią: ryzyko jest ozdrowieńcze dla biznesu. Jednak prywatny właściciel sam ponosi ryzyko i konsekwencje spadają na niego. A jeśli Hanna Gronkiewicz-Waltz prowadzi miasto jak biznes, to w razie kryzysu kogo dotykają skutki? Nie jej, lecz mieszkańców. To dodatkowy argument, że biznesowe kryteria w zarządzaniu dobrem publicznym nie mogą być absolutyzowane.

Właściwie z każdego Twojego zdania wynika sprzeciw wobec prywatyzacji, tymczasem sam postanowiłeś wziąć w niej udział. Chciałeś zakupić 1003 akcje za dość sporą kwotę, ponad 500 zł za jedną akcję, dwukrotnie większą niż proponowała Dalkia. Jednak Twoja oferta została odrzucona. Dlaczego zdecydowałeś się kupować akcje?

P. C.: To nie pierwsza prywatyzacja, w której biorę udział. Do tej pory w ramach Centrum Wspierania Rad Pracowników uczestniczyłem w kilku prywatyzacjach prowadzonych przez Skarb Państwa. Składałem ofertę po to, żeby dopilnować interesu pracowników. Skarb Państwa w przypadku spółek niepublicznych, a ogromna większość prywatyzowanych spółek jest niepubliczna, nie zobowiązuje nowego właściciela do wykupu pracowniczych akcji w cenie godziwej, czyli w takiej samej, w jakiej Skarb Państwa je sprzedaje. Pracownikom przysługuje 15% akcji spółki, ale nikt ich od nich nie kupi, bo jest tylko jeden potencjalny nabywca – dominujący właściciel. Większość nowych, prywatnych właścicieli przetrzymuje z premedytacją pracowników, aż ci, kiedy ich bieda przyciśnie, sprzedadzą akcje za bezcen. Wielu pracowników jest zostawianych na łasce losu z dominującym akcjonariuszem, który może zrobić wszystko z ich akcjami i który de facto ich okrada. Mimo mojej krytycznej oceny pomysłu dowartościowania pracowników przez przydział 15% akcji, wziąłem udział w kilku prywatyzacjach, by w miarę niedoskonałych narzędzi zabezpieczyć ich sprawiedliwe roszczenia.

Zatem gdy została ogłoszona prywatyzacja SPEC, postanowiłem również w tej sprawie zabezpieczyć interesy nie tylko pracownicze, ale w ogóle społeczne. I miałem faktycznie intencje nabycia tych akcji. Moja oferta została odrzucona, ale nie z powodów merytorycznych, wymienionych w procedurze, tj. w ogłoszeniu o zaproszeniu do negocjacji. Władze miasta ustaliły tylko jedno kryterium: cena za akcje. A ja dałem najwyższą cenę. To prawda, że nie za cały pakiet prawie 7 mln akcji, tylko za 1000 akcji, ale procedura nie wykluczała drobnych inwestorów. Ponieważ moja oferta nie została właściwie rozpatrzona, zaskarżyłem uchwałę Rady Miasta o prywatyzacji do sądu administracyjnego. Mój główny zarzut był taki, że udzielono Dalkii wyłączności, moim zdaniem, z naruszeniem prawa, w sposób, który uniemożliwił pozostałym konkurentom złożenie oferty konkurencyjnej wobec Dalkii. W wyniku naruszeń prawa, które zarzucam miastu, być może nie uzyskano najwyższej ceny za SPEC.

Dlaczego Twoja oferta została odrzucona?

P. C.: Uzasadniono to tym, że miasto chciało sprzedać cały pakiet, prawie 7 mln akcji, a nie tysiąc. Ale to nie wynika z żadnej procedury, w której zresztą zapisano, iż oferta dotyczy inwestorów, którzy nabędą pakiet za minimum 50 tys. euro – moja oferta spełniała ten warunek. Powinni mi sprzedać tysiąc akcji za tyle, ile proponowałem, czyli 500 zł, a później resztę pakietu sprzedać Dalkii w cenie, którą ona zaproponowała. Popełnili błąd, który skutkował zaniżeniem ceny. Dla mnie cena nie jest najwyższym kryterium, ale dla liberałów tak, więc powinni być konsekwentni i sprzedać mi te akcje, o które prosiłem. Dlatego złożyłem skargę. Wojewódzki Sąd Administracyjny, który rozpatrywał moją sprawę, nie odniósł się w ogóle do merytorycznych zarzutów, tylko stwierdził, że wprawdzie miałem interes faktyczny, ale nie miałem interesu prawnego w skarżeniu uchwały. Będę się odwoływał do Naczelnego Sądu Administracyjnego, ponieważ Sąd Wojewódzki w Warszawie w swoim stanowisku odszedł od wieloletniej, ugruntowanej linii orzeczniczej w zakresie definicji interesu prawnego. To prawda, że ustawodawca nie precyzuje, co to jest interes prawny i faktyczny, co pozwoliło temu składowi orzekającemu pójść pod prąd dotychczasowych orzeczeń. W tym przypadku o odejściu od tej utrwalonej zasady zadecydowały, moim zdaniem, względy polityczne.

Zakładając, że wygrałbyś sprawę w sądzie, to czy jest jeszcze możliwe unieważnienie tej prywatyzacji?

P. C.: Tak. Art. 34. ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji mówi, że umowy zawarte z naruszeniem procedury są z mocy prawa nieważne. Jeżeli sąd rozpatrzyłby pozytywnie moje merytoryczne zarzuty, to inwestora można wywieźć ze SPEC-u na taczkach, a procedura prywatyzacji musi zacząć się od nowa.

Walka między Tobą a Dalkią czy miastem przypomina walkę Goliata z Dawidem. Masz przeciwko sobie dość potężne siły, ze sporym zapleczem finansowym.

P. C.: To prawda, ale się tym nie przejmuję. Od początku liczyłem się z przegraną. Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego pokazał, że przepisy mogą być interpretowane w sposób bardzo elastyczny, zależnie od siły stron sporu. Nie wykluczam, że to samo może się zdarzyć przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. Ale wtedy będziemy mieli kolejne potwierdzenie, że to państwo jest coraz mniej nasze. Platforma Obywatelska prywatyzując SPEC popełniła kilka rozśmieszających błędów proceduralnych, które pozwoliły mi zaistnieć ze swoją ofertą. Oprócz fatalnego zapisu o minimalnym pakiecie 50 tys. euro, zamiast warunku nabycia całego pakietu, zapomniano wpisać do procedury obowiązku wylegitymowania się wiarygodnością finansową inwestorów. Owszem, jest obowiązek przedłożenia sprawozdań finansowych zbadanych przez audytora, ale zgodnie z ustawą o prywatyzacji w postępowaniu mogą brać udział także podmioty, które nie mają obowiązku sporządzania takich sprawozdań. W przypadku osób fizycznych mógłby to być obowiązek przedstawienia PIT-ów za 5 lat wstecz, zaświadczenia o stanie majątkowym itd. O takim „szczególe” zapomniało zatrudnione za duże pieniądze konsorcjum doradcze w składzie bank BZ WBK oraz renomowana kancelaria prawna Baker McKenzie… Nie przewidziano też ustanowienia wadium, które odsiałoby drobnych inwestorów, a które wprowadza się nawet w przypadku przetargów na materiały biurowe dla większych urzędów. Próbując ratować Platformę na gruncie tak fatalnie napisanej procedury, Sąd postanowił zaryzykować własną reputację, aby tylko ratować twarz establishmentowi.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny wątek: sprawa jawności działań organów władzy publicznej. Otóż władze Warszawy utajniły wiele informacji o prywatyzacji SPEC-u, które w przypadku prywatyzacji mienia publicznego powinny być jawne. Na przykład utajniono procedury prywatyzacyjne, odbierając nawet radnym jakąkolwiek możliwość sprawdzenia, czy Dalkia Polska nie była faworyzowana. Jako inwestor miałem dostęp do procedury regulującej pierwszy etap postępowania, ale kluczowa jest tzw. druga procedura. Mimo odpowiedniego artykułu w ustawie, Platforma wzbrania się także przed ujawnieniem przedwstępnej umowy prywatyzacyjnej, na podstawie której radni udzielili zgody na sprzedaż akcji, albowiem jak przypuszczam nie było tam mowy o tym, że pakiet socjalny, który z tytułu samej tylko premii prywatyzacyjnej warty jest nie mniej niż 20 mln zł, ma być finansowany przez SPEC. Od pracowników wiem, że to SPEC wypłaca premię prywatyzacyjną i finansuje ten pakiet. Ale przecież SPEC nie podpisywał tego pakietu, tylko Dalkia, więc to spółka francuska powinna płacić. Czy to sprawia jakąś różnicę mieszkańcom? Tak, ponieważ pakiet socjalny wchodzi w koszty firmy i daje powód do zażądania od URE zgody na podwyżki cen za ciepło. Jeżeli w przypadku prywatyzacji Skarbu Państwa pakiet socjalny finansują zazwyczaj prywatyzowane spółki, to tylko na podstawie odpowiednich zapisów umowy, bo z przepisów prawa to nie wynika. A tu prawdopodobnie przeoczono tę konieczność w umowie wstępnej, która była dla Rady Miasta podstawą udzielenia zgody na prywatyzację. Jednak umowa ostateczna prawdopodobnie obciąża SPEC tymi kosztami, skoro to właśnie przedsiębiorstwo je reguluje. Jeśli tak, to prezydent Miasta przekroczyła mandat udzielony jej przez Radę, a to „gardłowa” sprawa, która może skutkować nawet złożeniem Hanny Gronkiewicz-Waltz z urzędu. Dlatego tak się bronią przed jawnością.

W sumie wszcząłem kilkanaście postępowań administracyjnych w sprawie dostępu do informacji publicznej. Do dziś Samorządowe Kolegium Odwoławcze zdążyło zająć się czterema sprawami i prowadzę 3:1. Prawdopodobnie we wszystkich sprawach potrzebne będzie orzeczenie NSA.

Zwrócę jeszcze uwagę na jedną bardzo interesującą sprawę. Jeśli organ odmawia udzielenia informacji, ustawa przewiduje możliwość odwołania się do sądu. Ale w przypadku uznaniowego nadania informacji publicznej klauzuli poufności na podstawie ustawy o ochronie informacji niejawnych, obywatel traci prawo odwołania się do sądu. W zamian za to może odwołać się do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Tak też zrobiłem. Jednak ABW zamiast rozstrzygnąć spór pomiędzy mną a Hanną Gronkiewicz-Waltz, stwierdziła, że nie jestem „odbiorcą” umowy prywatyzacyjnej, w związku z tym nie mam prawa wnioskować o dostęp do niej. To, czy jestem „odbiorcą”, czy nie, nie było tematem sporu między mną a Prezydent Warszawy, tymczasem ustawa wyraźnie stwierdza, iż ABW może rozstrzygać wyłącznie spory. Mimo że sprawa mojego statusu „odbiorcy” była poza sporem i władze Warszawy nie odmawiały mi tego statusu, uzasadniając odmowę bliżej niesprecyzowanym „interesem Rzeczpospolitej Polskiej”, ABW zrobiła to z własnej inicjatywy, opowiadając się w tej sprawie, de facto politycznie, po stronie Platformy Obywatelskiej. Co istotne, od decyzji ABW nie ma odwołania. Płk Czesław Białek, który był pod nią podpisany, wykorzystał bardzo ważne narzędzie służące obronie państwa – jakim jest ustawa o ochronie informacji niejawnych – do wspierania jednej z sił politycznych. Takie postępowanie ABW może kiedyś uzasadniać zniesienie nadużywanych uprawnień organów państwa ze szkodą dla dobra publicznego, kiedy jego obrona będzie wymagała nadzwyczajnych środków.

Złożyłem skargę do premiera jako osoby nadzorującej ABW, czekam na rezultat. Jeśli moje działania nie okażą się skuteczne, to mam chociaż tę satysfakcję, że dokumentuję stan polskiego państwa. Kiedyś komuś to się może przyda.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 15 kwietnia 2012 r.

Po co myśleć o przemyśle?

Raport nt. przemysłu, wydany niedawno przez Polskie Lobby Przemysłowe im. Eugeniusza Kwiatkowskiego (PLP), ukazuje, że świat znajduje się w przededniu przemian gospodarczych o niezwykłej doniosłości. Jak wskazują eksperci PLP, w najbliższych latach zaobserwujemy globalny trend odzyskiwania znaczenia przez proces produkcji przemysłowej, mogący prowadzić do znaczącego wzrostu produkcji w krajach rozwiniętych, często określanych już jako „postindustrialne”. Mocno upraszczając: miejsca pracy i fabryki częściowo „wrócą” z krajów azjatyckich do Europy i Ameryki Północnej.

W tle tego procesu zachodzi gigantyczny rozwój „technologii przełomów”, które zostaną wdrożone w proces masowej produkcji w latach 2016-2020. Jeżeli Polska dobrze przygotuje się na nadejście tej fali, będzie to oznaczało wkroczenie naszego kraju na zupełnie nowy poziom rozwoju, zaprzeczając statycznej i pesymistycznej logice cięć budżetowych i wyrzeczeń.

Dla przygotowania tej „nowoczesnej reindustrializacji Polski”, przypominającej w duchu i intencji przedwojenny projekt Centralnego Okręgu Przemysłowego, potrzebne jest podjęcie przez państwo szeregu działań, negujących rządzącą ostatnim dwudziestoleciem zasadę, iż „najlepszą polityką gospodarczą jest jej brak”. Wśród tych działań jednym z kluczowych byłoby powołanie Narodowego Funduszu Rozwoju Przemysłu, wspierającego kredytem „non profit” przedsięwzięcia wytwórcze, oraz bezpośrednie zaangażowanie państwa w tworzenie infrastruktury technicznej, koniecznej dla rozwoju krajowego potencjału produkcyjnego. Innym postulatem PLP jest dopuszczanie wysokich odpisów amortyzacyjnych za podejmowane przez przedsiębiorstwa wysiłki inwestycyjne, stymulujące wytwórczość. Warto zauważyć, iż podobny mechanizm (pod nazwą „produkcyjny rabat podatkowy”) został zastosowany przez prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego na początku lat 60. Ironią jest, że boom gospodarczy tamtego okresu przypisywany jest opisywanej przez „krzywą Laffera” obniżce podatku dochodowego, a nie rabatowi produkcyjnemu i aktywnej polityce gospodarczej prezydenta USA (na czele ze słynnym wyznaczeniem NASA stymulującego celu rozwojowego w postaci lotu człowieka na księżyc).

Wiele osób zapewne zastanawia się, dlaczego powinniśmy zajmować się przemysłem. Proklamowano przecież epokę postindustrialną, gdzie usługi i wiedza odgrywają dominującą rolę, zaś praca w fabryce wydaje się XIX-wiecznym przeżytkiem, dobrym dla nienowoczesnych krajów na dorobku. Otóż pomyślność gospodarcza kraju i, co za tym idzie, warunki życia ludzi, determinowane są właśnie przez wytwarzanie dóbr. Autorzy raportu wskazują na wyraźny i niezaprzeczalny związek między wysokim poziomem życia, wyrażonym statystycznie jako produkt krajowy brutto, a wysokim poziomem produkcji przemysłowej.

Związek ten potwierdzają choćby ostatnie stulecia rozwoju ludzkości. Przemysłowa forma kapitalizmu, nieodłącznie związana z twórczymi zdolnościami człowieka, wyrażanymi w postępie naukowo-technicznym, nie tyle wpływała pozytywnie na polepszanie warunków życia, lecz była (i jest!) jądrem tego procesu, „ożywiając” niewykorzystane zasoby natury i potencjały ludzkie. Dokonywanie przełomów naukowo-technicznych i implementacja tych zdobyczy w procesie masowej produkcji skutkują poprawą produktywności pracy. To oznacza w praktyce, że życie człowieka staje się mniej uciążliwe dzięki zdobyczom ludzkiego rozumu – krótsza, lecz wydajniejsza praca pozwala na tańsze wytwarzanie większej ilości dóbr poprzednio mniej dostępnych, uwalniając dodatkowy potencjał dla tworzenia wynalazków i ulepszeń.

Jak zauważyli już XVII-wieczni przedstawiciele myśli o polityce gospodarczej, zwanej kameralizmem, przyszłość kraju zależy od spijania „śmietanki” wysokiej wartości dodanej, czyli od posiadania wysokorozwiniętych przemysłów, tworzących dobra gotowe. Co prawda technika potrzebna do opanowania zaawansowanej wytwórczości jest kosztowna, jednak zwroty z takiej inwestycji są nieporównywalnie większe niż w kraju oferującym jedynie surowce i proste produkty. Do tego jednak niezbędna jest intencjonalna dalekowzroczna polityka państwa, nie poddająca się iluzjom wolnego rynku. Jak to ujął XVII-wieczny austriacki ekonomista Philipp von Hornick: „Lepiej jest wydać za produkt dwa talary, które by zostały w kraju, niż jeden, który by go opuścił – jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało niezaznajomionym”.

Właśnie te merkantylistyczne zasady legły u podstaw zdystansowania Rzeczpospolitej Obojga Narodów przez kraje Europy Zachodniej. Polscy myśliciele (Grodwagner, Fredro) propagujący postępowe idee merkantylistyczne, nie znaleźli zrozumienia wśród przedstawicieli drobno-oligarchicznej republiki szlacheckiej, pogrążającej się coraz bardziej w gospodarczym marazmie i bezrozumnie usiłującej zmienić dystans do krajów rozwiniętych poprzez zwiększanie wymiaru pracy przymusowej poddanych. W zasadzie dopiero po utracie niepodległości  idee anty-leseferystycznej, intencjonalnej polityki gospodarczej zaczęły być propagowane przez działaczy społecznych i polityków, takich jak Stanisław Staszic czy Franciszek Drucki-Lubecki.

Z dotychczasowych doświadczeń w dziedzinie bogacenia się i poprawy warunków życia ludzkości można wyprowadzić dwa wnioski. Pierwszy z nich to skuteczność intencjonalnej państwowej polityki gospodarczej w organizowaniu wysiłku rozwojowego, co w suchych ekonomicznych słowach można określić jako wzrost produktywności pracy. Gdy publikacja magazynu „Chase Econometrics” z 1976 r. wskazywała, że każdy dolar wydany przez wszystkie lata na państwowy program NASA zwrócił się społeczeństwu czternastokrotnie (tj. roczny zwrot wyniósł średnio ponad 40%), to tak naprawdę opisała ona kreatywny potencjał ludzkości, zdolny do tworzenia rzeczy wcześniej nie istniejących, do redefiniowania rzeczywistości.

Drugi wniosek jest taki, iż „alternatywne metody” spijania śmietanki bogactwa, nie opierające się na poprawie produktywności pracy, zdolne są wyłącznie do przesunięć podziału bogactwa w ramach planety, nie do jego zwiększania. Metody alternatywne, pozwalające niektórym wskazywać np. na Hong Kong czy londyńskie City jako wzorce do naśladowania, są w istocie metodami pasożytniczymi, niechętnymi nowoczesnemu kapitalizmowi przemysłowego. Te metody to bańki spekulacyjne, bankowość offshore, połączona z globalnym handlem narkotykami oraz geopolityka (dawniej kolonializm i imperializm) pozwalająca przejmować skarby ziemi, a także zarabiać na rozliczeniach kontraktów surowcowych (czym tłumaczona jest specjalna pozycja dolara). Metody owe, w przeciwieństwie do poprawy produktywności pracy, rzadko prowadzą do polepszenia warunków życia, dlatego kraje nie wspierające kapitalizmu przemysłowego skazane są na oligarchiczną strukturę społeczną.

Przypadek Federacji Rosyjskiej znakomicie ilustruje znaczenie produkcji przemysłowej dla dobrobytu państwa i obywateli. Po latach „szoku bez terapii” lat 90., długość życia Rosjan spadła o 5 lat w ciągu pięciu lat, zaś PKB kraju skurczyło się z 500 do 200 mld dolarów. Produkcja rolna spadła w tym czasie o niemal połowę, zaś produkcja przemysłowa o ponad połowę. Dopiero w sierpniu 1998 r. Rosja pod wpływem kryzysu zanegowała politykę nieinterwencji i prymatu tzw. wartości papierów finansowych. Wtedy to premier Primakow utarł nosa niszczącym kraj zagranicznym spekulantom finansowym, decydując o częściowej restrukturyzacji zobowiązań. Po kilku latach, wykorzystując dobrą koniunkturę surowcową, rządzący zdecydowali o bardziej zdecydowanej interwencji w procesy gospodarcze, formułując strategie dotyczące przemysłu wysokich technologii. Dziś już nikogo nie dziwią zaawansowane plany budowy nowych miast, kosmodromów, linii kolejowych czy nowoczesnych elektrowni. Jakkolwiek geopolityka surowcowa miała bardzo ważne znaczenie, to nie tłumaczy ona tempa wzrostu rosyjskiego PKB z blisko 200 mld dolarów w 1999 roku do ponad półtora biliona dolarów w ciągu dekady.

W 2010 r., jak podaje Bank Światowy, produkt krajowy brutto na głowę według parytetu siły nabywczej Rosji był wyższy od polskiego. Przy wszystkich zastrzeżeniach wobec takich statystyk, warto pamiętać, co czyniło kraj uboższym, a co go wzbogacało. Do tego potrzebne jest odrzucenie mitu o szkodliwości jakiejkolwiek interwencji państwa w stymulowanie procesów gospodarczych. Jak uczy historia, to nie niewidzialna ręka rynku prowadzi do bogactwa narodów, lecz aktywna polityka przemysłowa.

Krzysztof Mroczkowski

Płomienie. Rzecz o Stanisławie Brzozowskim

Widzę jego postać stojącą w zaćmieniu, widzę oblicze znędzniałe, oczy przykuwające do siebie. Nagle ta twarz zmieniła się, oczy zapłonęły, postać wyrastała, olbrzymiała, aby objawiać nowe prawdy sugestią głosu, gestu i patosem natchnienia. Patrzyłem na nieznanego człowieka, który przychodził z innych zaświatów. Nie słowa, ale rozognione bryły piętrzyły się wznosząc gmach-kolos. Gorzały usta, gorzało serce, cały gorzał!” – w ten sposób jeden ze słuchaczy wspominał wykład Stanisława Brzozowskiego, myśliciela, który choć zmarł w wieku 33 lat, bogactwem swoich pomysłów mógłby obdarować pół tuzina szkół filozoficznych.

Brzozowski urodził się 28 VI 1878 r. w Maziarni koło Wojsławic, w bogatej rodzinie szlacheckiej. Wybitnie uzdolniony (nauczyciel miał z nim niewiele pracy, „Stanisław bowiem wszystko umiał”) do 13 roku życia poznał całą polską literaturę romantyczną, która odcisnęła niezatarte piętno na jego światopoglądzie. Wychowany w duchu katolickim, już jako nastolatek jednak przeżywa w latach 1893-1894 głęboki kryzys wiary, po czym zachłystuje się modnymi ideami: darwinizmem, pozytywizmem, kosmopolityzmem…

W 1896 r. dla rodziny Brzozowskich zaczyna się trudny czas wywołany chorobą ojca. Nie przeszkadza to jednak Stanisławowi rozpocząć studiów na wydziale przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego. Nie tylko uczy się, lecz także angażuje w działalność legalnych i nielegalnych kół studenckich. Już w następnym roku bierze udział w tzw. ziłowszczyźnie – kampanii przeciw profesorom popierającym budowę pomnika „Wieszatiela”, nazwanej tak od trafionego przez studenta kaloszem prof. Ziłowa. Władze odpowiadają relegowaniem 128 studentów, w tym Brzozowskiego.

Zapoczątkowuje to serię dramatycznych wydarzeń w życiu przyszłego filozofa. Wybrany na prezesa Bratniej Pomocy zbierał pieniądze na stypendia dla relegowanych, zdefraudował jednak ok. 300 rubli na leczenie ojca chorego na raka. Sąd koleżeński w październiku 1898 r. skazał go zaocznie na 3 lata „wykluczenia z działalności społecznej”. Aresztowany w tym czasie Brzozowski składa policji „szczere i wylewne” zeznania, które, jak ocenił Bohdan Urbankowski, „nikomu nie zaszkodziły, potwierdziły jednak niektóre podejrzenia ochrany dając jej ogólną orientację w ruchu polskiej młodzieży”. W marcu 1899 r. umiera mu ojciec, równocześnie Stanisław zaczyna chorować na gruźlicę. Osamotniony popada w histerię, myśli o samobójstwie. Jak wspominał: „byłem nad przepaścią całkowitej zguby moralnej: absolutnej niewiary w siebie i ludzi”. Z dna rozpaczy podnosi go miłość do Antoniny Kolberg, którą poznał podczas pobytu w sanatorium w 1900 r. a po roku pojął za żonę. Stabilizacja życiowa pozwala Brzozowskiemu na działalność twórczą.

***

Początkowo, podążając tropami Nietzschego, Kanta i Fichtego, konstruuje idealistyczną „filozofię czynu”, która antycypowała Bergsonowski witalizm, a poniekąd i egzystencjalizm Sartre’a. Związawszy się jednak ze społecznikowskim kręgiem „Głosu” filozof coraz mocniej ciąży ku problematyce społecznej. W 1903 r. rozpoczął kampanię przeciw Sienkiewiczowi, krytykowanemu przezeń za szlachecki konserwatyzm, potem zwrócił się przeciw wyznawcom hasła „sztuka dla sztuki”. Zbliża się do socjalistów, od 1904 r. wygłasza prelekcje na kursach organizowanych w Zakopanem przez Polską Partię Socjalistyczną oraz Polską Partię Socjalno-Demokratyczną. Zrazu zachowuje dystans ideowy – jeszcze w „Filozofii romantyzmu polskiego” (1905) przeciwstawia marksizmowi heroiczny woluntaryzm Mickiewicza. Marksa krytykuje za przypisywany mu determinizm, gdy tymczasem „żelazna konieczność dziejowa” jest tylko fetyszyzacją zależności człowieka od tego, co sam stworzył, a co wymknęło się spod jego kontroli.

Przeczytawszy wszakże w początkach 1906 r. „Świętą rodzinę” Brzozowski odnalazł w niej potwierdzenie swoich poglądów – stwierdził, że Marks w odróżnieniu od Feuerbacha rozwijał koncepcję aktywnego podmiotu w poznaniu i tworzeniu rzeczywistości. Mimo iż nie znał wczesnych prac filozofa z Trewiru, intuicyjnie wyczuł w problemie alienacji filozoficzną esencję marksizmu. Brzozowski chce teraz połączyć prometeizm romantyków z produktywizmem marksistów w „filozofię pracy” – wersję marksizmu alternatywną wobec tych autorstwa Engelsa i Róży Luksemburg. Dokonana przez Brzozowskiego reinterpretacja Marksa antycypowała koncepcje Gramsciego i Lukacsa: przeciwstawiając scjentyzm Engelsa antropologizmowi Marksa1, negując konieczność historyczną rozumianą jako prawo przyrody, postrzegając ruch klasy robotniczej jako szansę przezwyciężenia kryzysu kultury europejskiej…

Już nie Czyn, lecz Praca stała się centralnym punktem filozofii Brzozowskiego. Praca jest tu kategorią poznawczą, która wyznacza nie tylko granice wiedzy, ale też, kształtując czas i przestrzeń, znanej nam rzeczywistości (choć uznawał też istnienie niezależnej od nas, obiektywnej, ale nierozpoznawalnej tzw. I formy istnienia)2. Człowiek niejako stwarza świat w walce z przyrodą. Wszystko, co nas otacza, jest dziełem naszej pracy lub skamieniałą pracą poprzedników. Praca jest zatem kryterium prawdy, gdyż dostępna nam rzeczywistość jest tylko naszym wytworem (Andrzej Walicki określił to jako „aktywistyczny subiektywizm gatunkowy”). Z pracy rodzi się wszelka myśl, praca pozostaje jedynym źródłem wiedzy i światopoglądu – idee oderwane od pracy zamieniają się w wyalienowane, krępujące człowieka systemy rzekomo „obiektywnych” praw.

W parze z relatywizmem poznawczym nie idzie jednak, o dziwo, relatywizm etyczny. Brzozowski przekształcił ekonomiczną teorię wartości Marksa w ogólną teorię wartości: ponieważ praca wyróżnia człowieka spośród innych gatunków („jedyną podstawą człowieka we wszechświecie”) stanowi zarazem absolutne kryterium wartościowania. Jest to etyka ascetyczna, nakazująca żyć tragicznie, iść po linii największego oporu – a bez złudzeń. Czytamy: „Psychologia żołnierza, a więc człowieka traktującego swe życie jako posterunek, psychologia bojownicza i przedsiębiorcza, oparta na przenikającym wszystko poczuciu odpowiedzialności – jest zasadniczą siłą rozwoju i utrzymania kultury”.

Z wyjątkowego znaczenia pracy Brzozowski wyprowadzał szczególną rolę klasy robotniczej, stylizowanej na nowy stan rycerski, „arystokrację pracy”3. Podmiotem pracy jest bowiem już nie jednostka ludzka, ale Człowiek pojmowany kolektywnie, tj. społeczeństwo, a ściślej jego awangarda – proletariat. Poza światem człowieka rozpościera się nieokiełznana Przyroda, groźny i tajemniczy Byt, z którym trzeba walczyć, aby przetrwać. To klasa robotnicza bezpośrednio zmaga się z żywiołem. Zatem realizujący się w procesie pracy proletariat to uniwersalny strażnik egzystencjalnej pozycji człowieka w świecie, który nie tylko walczy o sprawiedliwość społeczną, lecz przede wszystkim zapewnia ludzkości biologiczne przetrwanie; jego zadania odnoszą się nie tylko do relacji człowiek-człowiek, ale też człowiek-przyroda.

Wierzę – pisał Brzozowski – w zadanie dziejowe klasy robotniczej, to znaczy wierzę, że tu istnieje typ ludzki, który może stać się wzorem dla prawdziwie nowoczesnej myśli i woli”. Zarazem robotnicy muszą odkryć świętość pracy, zrozumieć, że „nie nędza i prawa do szczęścia są rękojmią przyszłości, ale wartość moralna pracy” – i narzucić sobie surową samodyscyplinę. Socjalizm bowiem to nie wyzwolenie od pracy, lecz wyzwolenie pracy„przetworzenie pracy z musu w przedmiot miłości i swobody”; „socjalizm jest to światopogląd praktyczny pracowników, zrozumienie pracy, rozkochanie się w niej stanowi jego podstawę”.

Dlatego warunkiem brzegowym rewolucji musi być autonomia kulturowa proletariatu4: „klasa robotnicza będzie swobodna o tyle, o ile zdoła wyrobić w sobie moc woli, charakteru, obyczajów, myśli, pozwalającej jej bez kierownictwa z góry wytworzyć świat kultury, zdolny współzawodniczyć ze światem wytwarzanym na podstawie innego ustroju ekonomicznego”. Proletariat musi ustanowić własną moralność opartą o zasady zgodności twórcy z własnym wytworem tudzież zgodności interesu indywidualnego ze zbiorowym (acz na zasadzie harmonii a nie podporządkowania). „Socjalizm – puentuje Brzozowski – nie jest walką o władzę, tylko jest głębokim, świadomym procesem kulturalnym przetwarzającym /…/ człowieka samego, stwarzającym nowy typ człowieka i świadomego robotnika”.

***

Jesienią 1906 r. przybywa do Lwowa, by zaprezentować „nowy polski światopogląd pracy i swobody”. Przed wykładem 15 XI w westybulu Politechniki Lwowskiej rozrzucone zostały broszurki zatytułowane: „Materiały śledztwa żandarmskiego z roku 1898 w sprawie Towarzystwa Oświaty Ludowej. I Zeznania Leopolda Stanisława Leona (3 imion) Brzozowskiego”. Było to dzieło endeków, którzy znaleźli sposób na pognębienie swego bezlitosnego krytyka, przypominając epizod z defraudacją pieniędzy i złożeniem zeznań policji. Socjaliści wystąpili wprawdzie w obronie poputczyka, symptomatyczne było jednak milczenie kolegów po piórze – milczenie, w którym czuło się satysfakcję. Tylko sędziwy Aleksander Świętochowski miał odwagę porównać tę nagonkę do „haniebnego polowania zgrai psów”, kontrastując epitety „łajdak”, „złodziej” i „szpieg” z lekkomyślnymi czynami dziewiętnastolatka.

W grudniu Brzozowski wyjeżdża do Włoch, by podreperować nadwątlone zdrowie, i stamtąd korespondencjami dla „Naprzodu”, „Głosu Robotniczego” i „Promienia” kontynuuje swą wojnę z endekami.

Kolejny cios nadszedł wszakże z przeciwnej strony – od drugiej zwalczanej przez Brzozowskiego partii. 25 IV 1908 r. organ prasowy Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, „Czerwony Sztandar” opublikował listę policyjnych agentów, z Brzozowskim figurującym na pierwszym miejscu. Filozof żąda przeprowadzenia sądu honorowego, ale SDKPiL umywa ręce. W tych okolicznościach przeprowadzenia rozprawy podejmuje się PPSD. Głównym dowodem oskarżenia są zeznania b. agenta ochrany Michaiła Bakaja – według Urbankowskiego była to policyjna prowokacja. Brzozowski obalił większość zarzutów, lecz sąd partyjny ostatecznie od wydania wyroku się uchylił. Plotka o „zdradzie” Brzozowskiego żyła własnym życiem, potężniejąc coraz bardziej…

***

Głęboko rozczarowany do towarzyszy, Brzozowski oddala się od marksistowskiego, „partyjnego” socjalizmu5. Nasila krytykę deterministycznych wątków w marksizmie, które w jego oczach uosabiał Engels – ewolucjonista nie rozumiejący Marksa, zrównujący dialektykę społeczeństwa z dialektyką przyrody. W pracy „Anty-Engels” (1910) engelsizm został scharakteryzowany jako inteligencka, naturalistyczna deformacja marksizmu, podporządkowująca społeczeństwo prawom przyrodniczym i przez to zabijająca w proletariacie prometejskiego ducha rewolucji. Pojawia się tu nawet – czy nie po raz pierwszy? – przeciwstawienie „młodego” i „starego” Marksa. Zaostrza się zarazem krytyka inteligencji jako epigonów rozkładającego się mieszczaństwa, nastawionego na konsumpcję; źródła utrzymania inteligencji tkwią w nadbudowie, propaguje więc ona „obiektywistyczny” światopogląd oderwany od bazy, od produkcji, od realnego życia. W pewnym momencie Brzozowski formułuje tezę tożsamą z poglądami polskiego anarchisty Wacława Machajskiego: marksiści chcą rewolucji socjalnej, by przy pomocy proletariatu wynieść do władzy inteligencję.

Nową miłością filozofa stał się antyinteligencki syndykalizm. Z Georgesem Sorelem łączyła Brzozowskiego apoteoza heroizmu proletariatu, połączenie ideału samorządności pracy z postulatem maksymalnej produktywności, krytyka pacyfistycznego i konsumpcyjnego etosu liberalnej burżuazji. Zgodnie też obaj twierdzili, że rozwojem dziejowym kierują mity społeczne, będące wyrazem spontanicznej a przez to irracjonalnej witalności mas („Mit społeczny to budowanie życia w przyszłości, to przyszłość budująca samą siebie”). Z jednaką nieufnością traktowali państwo, które jako odgórnie zarządzany aparat przemocy zabija spontanicznego ducha społeczeństwa. Dlatego życie zbiorowe miało być oparte nie na organizacji politycznej, lecz na ekonomicznej – na wolnych, samorzutnie zawiązywanych syndykatach, współpracujących na zasadach wzajemnej ugody i dobrowolnej kooperacji. W ten sposób, marzył Brzozowski, Polska stanie się „pierwszym organizmem samorządnej pracy, ojczyzną prawdy, klasycznym krajem samorządu człowieka”. Wzywał: „Oprzyjcie naszą ideologię /…/ na idei człowieka swobodnego pracownika, odpowiadającego tylko przed samym sobą, klasycznie swobodnego wobec przyrody i duszy własnej /…/”.

Około 1909 r. następuje subiektywizacja i irracjonalizacja „filozofii pracy”, wyrażająca się m.in. w uznaniu za pracę każdej – nie tylko produkcyjnej – twórczości. Równolegle Brzozowski za Proudhonem uznał znaczenie dla procesu produkcyjnego przekazywanej z pokolenia na pokolenie obyczajowej dyscypliny, co prowadziło go do rehabilitacji religii, a przede wszystkim – do podniesienia roli narodu. Brzozowski już co najmniej od 1907 r. rozwijał ideologię narodową, teraz jednak jego syndykalizm został sprzężony ze specyficznym „nacjonalizmem proletariackim” (wedle określenia Bogdana Suchodolskiego).

Konstatacja, że twórczość, produkcja następuje w ramach narodu6 prowadziła do nadania statusu ontologicznego podziałowi ludzkości na narody: „człowiek jest abstrakcją, a jedyną dotychczas ziszczalną formą duchowej twórczości – twórczość narodowa. Właściwą realnością duchową jest naród; jednostka jest już niejako wypływem i wnioskiem, poszczególnym aktem twórczym w tym ogólnym akcie zawartym”7. Narody walcząc z przyrodą, konkurują zarazem ze sobą w nieubłaganej rywalizacji ekonomicznej. Brutalny realizm zbliża w tym momencie Brzozowskiego do endeków – tak jak oni zauważa, że „żaden naród nie istnieje mocą tych cech, za które się go kocha po śmierci”.

Zarazem pojęcie narodu zyskiwało u Brzozowskiego specyficzną konotację. Naród to nie fakt zastany, ale dzieło wciąż stwarzane na nowo. Naród objawia się w pracy: „Naród /…/ to proces realnego pasowania się z żywiołem /…/ w codziennej, wielomilionowej pracy naród wytwarza sobie sam świat, w jakim żyje, ten świat przepojony jest samym procesem pracy /…/: on tworzy samą naszą podstawę psychiczną, konkretne dno wszystkich naszych abstrakcji, do niego wraca wszystko, co w naszym życiu jest istotne”. Świadomość narodowa, kultura jest wtórna wobec tego „organizmu pracy”, jest pochodną „mocy biologiczno-ekonomicznej”. Dlatego ideologia narodowa Brzozowskiego odbiegała od klasycznego nacjonalizmu: tu idea narodu podporządkowana była idei pracy, nie odwrotnie.

W konsekwencji „proletariacki nacjonalizm” Brzozowskiego okazywał się nacjonalizmem szczególnym, bo wrogim narodowej tradycji8. Narodu nie tworzy ciągłość kultury, lecz jednolitość działania. Pisał Brzozowski: „Tradycja polska! Snuje się ją dziś z niedołęstwa, głupoty, obojętności, z niewiedzy o najlepszych, najdzielniejszych i za jej pomocą usprawiedliwia się dzisiaj najohydniejszą szalbierkę, uprawianą przeciwko godności i przyszłości narodu. Tradycja prawdziwa, tradycja żywa walki i pracy pogrzebana jest przez przemoc obcych, przez służalstwo swoich, ich obłudę i tchórzostwo”. Jak również: „Jeżeli jest coś, czego nienawidzę całą siłą duszy mojej, to ciebie, polska ospałości, polski optymizmie niedołęgów, leniów, tchórzy. Saski trąd, saskie parchy nie przestają nas pożerać”. I wreszcie: „Nie na to mamy się oglądać, co istnieje, co istniało: lecz tworzyć rzeczy niebywałe: wolną niepodległą Polskę, kraj bohaterskiej tragicznej pracy /…/, musimy uczynić przynależność do naszego narodu przywilejem i godnością”.

Jedyną klasą zdolną podźwignąć brzemię narodowego bytu jest proletariat. „Tylko uświadomiony klasowo proletariat polski domaga się jak najintensywniejszego skupienia i wyzyskiwania wszystkich sił wytwórczych kraju /…/. Tylko proletariatowi potrzebna jest nowoczesna kultura w całym tym zakresie, tylko on niczego się w tej kulturze nie lęka, tylko dla niego wreszcie nie istnieje rozdwojenie pomiędzy interesem narodu i stanem posiadania”. Dlatego też „/…/ mit polski musi zawierać w sobie ideę klasy robotniczej, wychowującej samą siebie do samoistnej pracy na stopniu dzisiejszej techniki, wyrabiającej w sobie trwalszy od stali hart moralny, przekuwającej całe społeczeństwo w organizm samorządnej pracy i organizm ten przeciwstawiającej najeźdźcom /…/ Młoda Polska to jest właśnie ten mit ojczyzny swobodnej pracy”.

Sprawa narodowa i kwestia robotnicza są nierozerwalnie splecione: „Póki Polska będzie upośledzonym społeczeństwem, póty nasza klasa pracująca będzie nie czwartym, lecz piątym, szóstym, bezimiennym stanem nędzarzy, spychanym w nicość”. Nic więc dziwnego, że o Polskę „walczy dziś, wbrew zdradzie i niewierności wszystkich innych klas, jedynie syn ludu polskiego, robotnik polski /…/”. Nacjonalizm Brzozowskiego ujawnia się jako nacjonalizm narodu zależnego i zacofanego, narodu peryferyjnego.

W tym też czasie Brzozowski zaczyna odkrywać nowy dla siebie, metafizyczny wymiar filozofii. Najpierw zaakceptował katolicyzm jako element rzeczywistości społecznej: najdoskonalszą formę organizacji kultury narodowej a zarazem uniwersalną płaszczyznę porozumienia („wspólne dno”) narodów. Później doszedł do wniosku, że wprawdzie pojęcie Boga jest – jak każda idea – dziełem człowieka, ale samo jego powstanie może wskazywać na istnienie jakiejś rzeczywistej Transcendencji, niezależnej od człowieka. Znowu Brzozowski okazuje się być na ziemiach polskich prekursorem – tym razem modernizmu katolickiego, reprezentowanego przez J. H. Newmana, M. Blondela czy A. Loisy’ego.

***

Ostatnie miesiące życia filozofa były bardzo ciężkie. Zaczyna się próchnienie żeber i mostka, na piersiach tworzą się wielkie wrzody. Traci przytomność na długie godziny. Zmarł 30 IV 1911 r. przyjąwszy komunię, do ostatniej chwili się modląc. Jak napisał Urbankowski: „Uwierzył w Boga wbrew swemu antropocentryzmowi, uznał pokornie i po franciszkańsku, że owo Pozaludzkie, wielkie i tajemnicze X jest Bogiem Dobra i Sprawiedliwości”.

***

Stanisław Brzozowski należał do duchowych olbrzymów niedostrzeganych przez współczesnych właśnie z racji swej wielkości. Ale i u potomnych nie doczekał się należnego uznania. Choć związany był z PPS, to w szeregach tej partii został zapomniany; socjalista Emil Haecker zarzucił wręcz Brzozowskiemu, że jest duchowo zrusyfikowany. Zdecydowanie wrogo do jego dorobku odnieśli się komuniści (ze znaczącym wyjątkiem Juliana Bruna-Bronowicza). Sięgali po Brzozowskiego jedynie ideolodzy wygasłych dziś nurtów: mesjanizmu (Jerzy Braun), syndykalizmu (Kazimierz Zakrzewski), sanacyjnego radykalizmu (Adam Skwarczyński). Witold Mackiewicz napisał w swej książce o Brzozowskim: „/…/ winniśmy sobie życzyć tego, by Stanisław Brzozowski mógł stać się myślicielem absorbującym uwagę międzynarodowego środowiska filozoficznego. By ten cel osiągnąć, należałoby sfinalizować rozpoczętą nową edycję wszystkich pism tego autora i zainteresować nimi zagranicznych wydawców”. Napisał to w 1979 roku…

Przypisy:

1 Zdaniem wielu marksologów, Marks nadawał materializmowi dialektycznemu i historycznemu wymiar bardziej humanistyczny, jako centralny problem stawiając alienację człowieka (zwłaszcza w „Rękopisach ekonomiczno-filozoficznych z 1844 roku”). Natomiast Engels interpretował tę filozofię w duchu pozytywistycznego determinizmu i naturalizmu.

2 Warto zwrócić uwagę, że myśl, iż przyroda i środowisko naturalne to konstrukty społeczne, pojawiła się niedawno w kręgu amerykańskiej Nowej Lewicy.

3 Kontrastował z tym ostry osąd burżuazji: „Mieszczaństwo łudziło się czas jakiś, że reprezentuje swobodę ludzkości. Teraz zrozumiało, że reprezentuje ono tylko eksploatację pracy przez kapitał”.

4 Znów widzimy tu zbieżność z Gramsciańską koncepcją hegemonii kulturalnej proletariatu jako warunku rewolucji.

5 Gwoli ścisłości zaznaczyć trzeba, że symptomy zwrotu ku syndykalizmowi pojawiły się już wcześniej. W kwietniu 1907 r. Brzozowski napisał: „Czytałem dużo książek anarchistów i nabrałem ogromnej miłości, prawdziwego kultu dla Kropotkina. On i Jerzy Sorel są dla mnie najczcigodniejszymi z ludzi żywych”.

6 „Dzieła skończone (harmonijne) są zawsze wynikiem bezwiednego, wielowiekowego współpracownictwa mas. Wielowiekowa, długa praca narodu wytworzyć jedynie może formy składowe, całkowicie odpowiadające treści tego, co wiekuisty duch przez naród ten i dusze do niego przynależne stwarza”.

7 Por.: „Wyrzec się bytu narodowego /…/ to znaczy duszę własną unicestwić, bo ona żyje i działa tylko przez naród. /…/ Człowiek bez narodu jest duszą bez treści, obojętną, niebezpieczną i szkodliwą”.

8 Nasuwają się tu analogie z włoskim futuryzmem.

Pługiem i piórem

Liczba osób, które w ogóle kojarzą nazwisko Błażeja Stolarskiego wynosi zapewne z dwie, trzy setki, głównie wśród naukowców zajmujących się międzywojniem. Dowodzi to, że w Polsce niemal zupełnie została zerwana ciągłość historyczna. Świadczy także o tym, iż różne rządowe programy „promocji patriotyzmu” i „krzewienia dziedzictwa narodowego” pozostają pustymi sloganami. Społecznik, wieloletni działacz i popularyzator wiejskiej spółdzielczości, ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, publicysta, jeden z przywódców ruchu ludowego, poseł, wicemarszałek Senatu, minister pierwszych rządów niepodległej Polski… Dziś całkiem zapomniany.

***

Błażej Stolarski przyszedł na świat 2 lutego 1880 r. w Ciebłowicach w powiecie Opoczno, w ubogiej chłopskiej rodzinie. Gdy miał 6 lat, przenieśli się do sąsiedniej wioski Sługocice. Z dziesięciorga dzieci tylko dwoje dożyło wieku dorosłego – on i siostra Zofia. Kilkanaście mórg ziemi, uprawianych – jak wszystkie okoliczne – zacofanymi metodami, zapewniało egzystencję na granicy przetrwania. Chłopiec od najmłodszych lat pomagał w zajęciach gospodarskich, spędzając większość czasu na wspólnym wiejskim pastwisku. I pewnie jego horyzonty do końca życia nie sięgałyby wiele dalej, gdyby nie mądra decyzja ojca.

Wojciech Stolarski, choć sam ledwo znał alfabet, postanowił kupić synowi elementarz. Z pomocą robotników leśnych i zarządcy pobliskiego majątku ziemskiego, chłopiec nabył umiejętność czytania i pisania (szkół w okolicy nie było). Samouk wkrótce zaczął udzielać potajemnych – z uwagi na zabory – lekcji polskiego kilkunastoosobowej grupie dzieci. Zarobione dzięki temu pieniądze przeznaczał na zakup literatury. Gdy miał 16 lat, jako trzecia osoba w gminie – oprócz wójta i księdza – prenumerował „Gazetę Świąteczną” i książki z jej wydawnictwa.

Pomagał w gospodarstwie, wynajmował się do pomocy u bogatszych chłopów, kilka lat pracował przy budowie linii kolejowej. Gdy miał 20 lat, na tyfus zmarła matka. Za namową ojca poślubił wkrótce córkę sąsiadów, Marię. Miał z nią siedmioro dzieci. „Cała rodzina jest trzeźwa, nikt w rodzinie nie pali papierosów, nie ma zwyczaju chodzenia po jarmarkach i odpustach po próżnicy” – pisał Stolarski. Wkrótce zaczął pracę na własnym, gdy wieś wykupiła część ziem pobliskiego majątku – w pertraktacjach z właścicielem i władzami rosyjskimi mocno zasłużyli się ojciec i syn Stolarscy. Błażej stale powiększał swoje gospodarstwo, dzięki wytężonej pracy rodziny i sumiennemu oszczędzaniu. Ale tym się różnił od większości okolicznych chłopów, że poza pilnowaniem własnego interesu dostrzegał też znaczenie dobra wspólnego.

Jako pierwszy we wsi docenił nowe metody upraw i hodowli. Z czasopism i książek czerpał wiedzę, która pozwoliła na bardziej wydajne gospodarowanie. Wprowadzane innowacje nie tylko polepszyły byt rodziny, ale i spotkały się z uznaniem – Stolarski otrzymał nagrody na kilku wystawach rolniczych. Chętnie dzielił się doświadczeniami z innymi i na różne sposoby angażował w życie wsi. Jako zaledwie 26-latek został wybrany sołtysem. Po 6 latach piastowania tej funkcji, mieszkańcy powierzyli mu stanowisko wójta gminy Będków i członka rady powiatu Brzeziny. Maria Dąbrowska odwiedziwszy „małą ojczyznę” p. Błażeja w roku 1937, pisała: „Gospodarstwo Stolarskiego bardzo akuratnie i »z kredką« prowadzone”.

***

W roku 1907 z inicjatywy Stolarskiego powstało w gminie jedno z pierwszych na terenie Królestwa Polskiego kółek rolniczych – głównej instytucji wiejskiej spółdzielczości i samopomocy. Było ono do wybuchu I wojny światowej jednym z niewielu prężnych w ramach Towarzystwa Kółek Rolniczych im. Stanisława Staszica. Strukturę tę powołali działacze ruchu ludowego dla chłopskich kółek, w opozycji do tych skupionych w Centralnym Towarzystwie Rolniczym, pozostającym pod kontrolą ziemiaństwa. Po latach p. Błażej wspominał: „Praca w kółkach rolniczych im. Staszica oparta na wybitnym elemencie ideowym /…/ dawała wyniki lepsze co do wyrobienia i uświadomienia społecznego i narodowego”. Należy jednak dodać, że Stolarski był przeciwny pogłębianiu podziałów między dwoma zrzeszeniami, uważając, że ważniejszy jest rozwój tej formy gospodarowania niż jej ideologiczno-klasowe oblicze.

Będkowskie kółko po zaledwie kilku latach skupiało 170 osób z ponad 20 wiosek. Posiadało sporo wspólnych, drogich maszyn rolniczych, sprowadzało dla swoich członków nawozy, ziarno i inne materiały gospodarskie. Członkowie uczestniczyli w licznych kursach, wycieczkach poznawczych, wprowadzano nowe metody upraw i hodowli. W 1914 r. założono sklep spółdzielczy, który szybko okazał się finansowym sukcesem, wspierając inne działania. Stolarski te dokonania opisywał w rolniczej prasie regionalnej i ogólnopolskiej. W dowód uznania dotychczasowej działalności, powierzono mu funkcję opiekuna kółek w regionie. Wkrótce awansował jeszcze wyżej – w 1915 r. powołano go do ogólnopolskiej Rady Wydziału Kółek Rolniczych Centralnego Towarzystwa Rolniczego.

Wspominając tę działalność, Stolarski pisał: „Kółku [w Będkowie] należy zawdzięczać, że szkoła miejscowa jest czynną przez cały rok szkolny, gdyż gospodarze umieją się tak urządzić z pasionką bydła, że ono nie przeszkadza dzieciom chodzić do szkoły”. A kształcenie młodzieży było oczkiem w głowie Błażeja. Nikt tak nie potrafił docenić znaczenia oświaty, jak samouk pozbawiony możliwości uczęszczania do szkół. W roku 1905 był jednym z głównych inicjatorów budowy szkoły w Prażkach. W tym samym roku dzięki jego wsparciu finansowemu założono bibliotekę przy szkole w Będkowie. 9 lat później uzyskane 300 rubli nagrody od rządu carskiego (za innowacje w prowadzeniu gospodarstwa) przekazał na założenie „tajnej” placówki w Sługocicach – pod przykrywką prowadzenia ochronki dla dzieci, powołano polską szkołę. Stolarski nie tylko przekazał pieniądze (na założenie, a później kolejne kwoty na coroczne finansowanie), ale także udostępnił dwa pokoje we własnym domu – na salę lekcyjną i mieszkanie nauczycielki. Gdy w trakcie I wojny światowej chciano w Będkowie stworzyć szkołę dla większej ilości dzieci z okolicznych wsi, a Rada Gminy nie wykazała zainteresowania pomysłem, Stolarski rozbudował dom i tam odbywały się zajęcia na dwie zmiany.

W roku 1917 natomiast, wedle własnego pomysłu, z pomocą kilkunastu osób założył Towarzystwo Uczelni Polskiej im. T. Kościuszki, mające powołać w Będkowie szkołę średnią. Całość finansowano z dobrowolnych wpłat osób prywatnych. Błażej, jako prezes zarządu Towarzystwa, wyłożył na funkcjonowanie placówki łącznie kilkaset rubli i kilka tysięcy marek polskich. Udało się ją utrzymać własnymi siłami do roku 1920, później niestety upadła, jednak 80% uczniów kontynuowało naukę w szkołach średnich i na wyższych uczelniach. Stolarski ufundował też znaczną część księgozbioru dla biblioteki przy tej szkole – korzystali z niej nie tylko uczniowie, ale również okoliczna ludność.

To bynajmniej nie wszystkie inicjatywy społeczne, których był współautorem. Zainicjował utworzenie ochotniczych straży pożarnych w Sługocicach i Będkowie. Na terenie całego powiatu prowadził wykłady poświęcone unowocześnieniom w rolnictwie oraz idei spółdzielczości. W roku 1917 doprowadził do założenia oddziału Centralnego Związku Młodzieży Wiejskiej – ponad 30 jego członków prowadziło amatorską działalność teatralną, zajęcia samokształceniowe, organizowało wycieczki krajoznawcze, sadziło drzewa owocowe wzdłuż lokalnych dróg itd. Upowszechniał też w okolicy innowacje poprawiające byt materialny, np. bardziej wydajne domowe warsztaty tkackie.

Spółdzielczość i samoorganizacja społeczeństwa były jego zdaniem kluczowymi kwestiami w procesie przezwyciężenia zacofania społeczno-gospodarczego oraz w zmniejszeniu kapitalistycznego wyzysku i traktowania człowieka w kategoriach przedmiotowych. W roku 1919 pisał w broszurze „Chłop a reformy rolne”: „Drobne rolnictwo chcąc iść z biegiem czasu, musi być zorganizowane w odpowiednie kulturalne, społeczne i gospodarcze stowarzyszenia. Dziś takimi są kółka rolnicze. Za nimi muszą iść stowarzyszenia pieniężne, stowarzyszenia odbudowy, kolonizacji, drenarskie, hodowlane i cała masa różnych, które nam potrzeba życiowa nasuwa i każe zakładać”. Osiem lat później w „Poradniku Gospodarstw Wiejskich” przekonywał: „Wszędzie tam, gdzie spółdzielczość zawitała, przychodzi za nią cywilizacja, światło i wiedza. /…/ Spółdzielczość opiera się zawsze na dogmatach nauki Chrystusa, tj. miłości bliźniego i współpracy dla dobra drugich”.

***

W roku 1905 związał się ze strukturami Ligi Narodowej. Współpracował z Aleksandrem Zawadzkim, współtwórcą „Zetu”. Związki z endecją wynikały w dużej mierze z działalności w strukturach oświatowych i kółkach rolniczych, opanowanych wówczas przez narodową demokrację. Jednak wkrótce Stolarski zaczął ewoluować coraz bardziej na lewo.

W 1908 r. należał do rozłamowców, którzy odeszli, zarzucając Romanowi Dmowskiemu zbytnią prorosyjskość i ugodowość wobec władz carskich. Była to grupa mająca zaplecze głównie w środowisku wiejskim. W 1912 r. założyła ona Narodowy Związek Chłopski, akcentujący solidaryzm narodowy, ale także konieczność radykalnych reform społecznych i znacznego polepszenia sytuacji drobnych rolników.

Po wybuchu I wojny światowej i zajęciu Warszawy przez Niemców latem 1915 r., NZCh uznał Józefa Piłsudskiego za „prawdziwego wodza narodu polskiego” oraz wszedł w skład Komitetu Naczelnego Zjednoczonych Stronnictw Niepodległościowych. Stolarski z innymi członkami frakcji lewicującej odszedł z NZCh i założył Związek Ludu Polskiego. Wkrótce struktura ta trafiła do zjednoczonego Polskiego Stronnictwa Ludowego. Stolarskiego powołano w skład redakcji oficjalnego organu prasowego PSL, tygodnika „Polska Ludowa”, razem z m.in. Marią Dąbrowską. PSL wszedł wkrótce w skład propiłsudczykowskiego Centralnego Komitetu Narodowego (CKN), a Stolarski był jednym z jego reprezentantów w tej strukturze. Ludowcy domagali się nie tylko odzyskania niepodległości, ale również znacznych reform społecznych, m.in. zniesienia przywilejów ziemiaństwa, rozwoju samorządu lokalnego, wprowadzenia podatków progresywnych, upowszechnienia oświaty, a także parcelacji wielkich majątków ziemskich.

Gdy państwa centralne utworzyły namiastkę polskiego rządu na ziemiach Królestwa – Tymczasową Radę Stanu (TRS), Stolarski wszedł w jej skład jako przedstawiciel PSL w CKN. Pod koniec lutego 1917 r. został członkiem Zarządu Głównego partii, a w maju – jej prezesem. Wybierając go, podkreślano dobre stosunki Stolarskiego z różnymi frakcjami oraz dotychczasowy dorobek jako rolnika i społecznika. Latem PSL opuściło TRS na znak sprzeciwu wobec zbyt małych ustępstw państw centralnych w kwestii samostanowienia narodu polskiego, w tym niejasnej polityki wobec powołania niezależnych rodzimych sił zbrojnych. Walny Zjazd partii w styczniu 1918 r. potwierdził przywództwo Stolarskiego. W tym czasie udało się też zrealizować postulat lewicy chłopskiej, reprezentującej drobnych rolników, aby w łonie Centralnego Towarzystwa Rolniczego, opanowanego przez ziemiaństwo i endecję, wywalczyć sobie autonomię – tak powstał Związek Kółek Rolniczych, którego wiceprezesem wybrano p. Błażeja.

Kolejny zjazd PSL pod wodzą Stolarskiego, na początku listopada 1918 r., zaakcentował nie tylko kwestię niepodległości Polski, ale także domagał się jak najszybszej reformy rolnej – rozparcelowane ziemie miały trafić najpierw do bezrolnej biedoty wiejskiej oraz chłopów z gospodarstw karłowatych. Postulowano także, aby ziemia pozostała w polskich rękach i nie sprzedawano jej obcym właścicielom. Strategiczne branże przemysłu ciężkiego, górnictwo, koleje i sektor zbrojeniowy miały pozostać pod kontrolą państwa. Akcentowano konieczność szybkiej likwidacji analfabetyzmu oraz wprowadzenia powszechnego, bezpłatnego szkolnictwa 7-klasowego. Nazwę stronnictwa zmieniono na PSL „Wyzwolenie” (od tytułu organu prasowego).

***

Wkrótce ludowcy weszli w skład dwóch pierwszych, lewicowych rządów Polski niepodległej. W powołanym w nocy z 6 na 7 listopada Tymczasowym Rządzie Ludowym Republiki Polskiej (tzw. rząd lubelski), Błażej Stolarski został ministrem bez teki. Był także sygnatariuszem odezwy programowej – „Manifestu do ludu polskiego” – zapowiadającej radykalne reformy społeczne: wywłaszczenie wielkiej własności rolnej, upaństwowienie kluczowych gałęzi przemysłu, powszechny system oświaty i ubezpieczeń społecznych. Gdy 18 listopada 1918 r. Piłsudski powołał pierwszy oficjalny rząd niepodległej Polski, z Jędrzejem Moraczewskim na czele, lider PSL „Wyzwolenie” początkowo znów został ministrem bez teki, jednak po rekonstrukcji gabinetu 29 grudnia objął funkcję ministra rolnictwa i dóbr państwowych. Jak pisze Stanisław Giza, „publikowane zdjęcia członków tego rządu pokazują Stolarskiego ubranego w chłopską sukmanę, którą z dumą nosił”. W ciągu zaledwie 18 dni piastowania stanowiska ministra, z inicjatywy i pod kierunkiem Stolarskiego powstał projekt uchwały o reformie rolnej oraz udało się wprowadzić ustawę o ochronie i korzystaniu z zasobów leśnych, korzystną dla niższych warstw społeczeństwa.

Po upadku rządu Moraczewskiego odbyły się wybory parlamentarne, w których PSL „Wyzwolenie” uzyskało drugi wynik – 16%, a Stolarski otrzymał mandat poselski. Został wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Rolnej oraz członkiem dwóch innych, spółdzielczej i ds. żydowskich. Na posiedzeniu Sejmu 22.02.1919 r. Błażej Stolarski mówił: „Za podstawę należytej budowy gospodarczej państwa polskiego uważamy /…/ dobre /…/ uregulowanie sprawy rolnej. Ziemia jako warsztat pracy musi być własnością pracującego na roli ludu”. Adam Próchnik, wybitny historyk i działacz socjalistyczny, wspominał obrady Sejmu w roku 1919: „Mówca »Wyzwolenia«, Stolarski, wołał: »Nie dopuścimy do tego, by odżyły stare błędy, co Polskę do upadku przywiodły. Praca i sprawiedliwość – to fundamenty, na których oprzemy budowę«. Żądał utrzymania zdobyczy rządu ludowego, sejmu jednoizbowego /…/, szerokiego samorządu, a przede wszystkim reformy rolnej”.

PSL „Wyzwolenie” było w owym czasie czołową siłą promującą reformę rolną na zasadach korzystnych dla uboższych warstw chłopstwa – niestety, ustawy z roku 1920 oraz późniejsza o 5 lat, zostały w efekcie nacisków środowisk ziemiańskich i prawicowych znacznie złagodzone i nie rozwiązały problemów społecznych wsi. Jednak – jak pisze Antoni Mieczkowski o tej kadencji Sejmu – „Działalność parlamentarna B. Stolarskiego /…/ przyczyniła się /…/ do uchwalenia kilku innych ustaw korzystnych dla wsi /…/: ustawa o odbudowie zniszczeń wojennych na rachunek skarbu państwa, /…/ o ochronie drobnych dzierżawców rolnych, /…/ o dzierżawie niezagospodarowanych użytków rolnych, /…/ o ludowych szkołach rolniczych”.

***

Gdy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, Stolarski na ochotnika poszedł na front i brał udział w walkach. W odezwie na łamach „Wyzwolenia” pisał: „W chwili ciężkiej dla Ojczyzny, /…/ kiedy nawała hordy wschodniej zagraża /…/ wołam głosem, który płynie z nakazu samej Ojczyzny. /…/ dziś Polska potrzebuje krwi i poświęcenia, i tego nie wolno nam Jej odmówić. Hańba temu, który by dziś uchylał się pójść do wojska. /…/ Dlaczego? /…/ Nasz dorobek, nasze tradycje, mogą być zagwarantowane tylko w Wolnej i Praworządnej Polsce. /…/ Bolszewicy nie uszanują /…/ tego wszystkiego, co jest najświętszym dla Polaka. /…/ A więc dla dobra naszego, naszych dzieci i dalszych pokoleń, do obrony Państwa Polskiego stańmy, bracie, ramię przy ramieniu. Znam ja zło, które niejednemu dało się we znaki /…/ To zło niewątpliwie naprawione zostanie, ale naprawimy to wtenczas, kiedy będziemy my, a nie horda moskiewska, gospodarzami w naszej Polsce. Niech nikogo nie przeraża to, że w Sejmie obecnym prawica konserwatywna ma większość. Lud do władzy dojdzie i Polska będzie ludową, ale najpierw niech ona będzie. Na porachunki z prawicą konserwatywną my mamy czas /…/. Chwila obecna, to nie jest chwila roku 1863-go, kiedy chłop polski uciekał, w swej większości, do lasu przed walką o Wolność Polski. Dziś my jesteśmy panami i gospodarzami w naszym domu, a właściwie w niedługim czasie, mam nadzieję, będziemy. I nie szlachta, ani »wielmożni« będą nami rządzili, ale lud”.

***

W roku 1922 prezesem PSL „Wyzwolenie” wybrano Stanisława Thugutta. W wyborach z listopada tego roku Stolarski dostał się do Sejmu, ale tylko dzięki mandatowi z listy krajowej, podobnie stało się 5 lat później. Z racji swego dorobku obejmował różne funkcje, ale raczej reprezentacyjne, bez większego wpływu na politykę partii (choć był w zarządzie głównym, a w latach 1925-27 szefował klubowi parlamentarnemu PSL „Wyzwolenie”) i decyzje władz państwa. Wpływ na jego marginalizację w łonie ruchu ludowego miał bez wątpienia stosunek do J. Piłsudskiego. Choć PSL pozostawało w opozycji wobec sanacji, to jednak Stolarski darzył Naczelnika wielkim szacunkiem, niejednokrotnie prezentując stanowisko znacznie bardziej ugodowe niż oficjalna linia partii. Pozostawał w swoistym rozdarciu między ludowcami a obozem rządowym.

W wyborach 1930 r. nie uzyskał już mandatu posła. Rok później wszedł do Rady Naczelnej zjednoczonej formacji chłopskiej – Stronnictwa Ludowego (prawdopodobnie był autorem propozycji tej nazwy), podobnie jak 2 lata później. Opuścił partię w roku 1935, nie godząc się z uchwałą nakazującą bojkot wyborów do sejmu. Fiaskiem zakończyły się jego próby reaktywacji PSL „Wyzwolenie” w 1936 r. oraz wcześniejsze o kilka lat powołanie Związku Zawodowego Rolników (gdy sanacja przejęła kontrolę nad kółkami rolniczymi). Po odejściu z SL ostatecznie przystał do piłsudczyków – najpierw do BBWR, później do Obozu Zjednoczenia Narodowego, z którego poparciem zdobył w 1938 r. mandat senatora, został też wybrany wicemarszałkiem Senatu. Miotając się przez kilkanaście lat między interesem partyjnym a swoją wizją dobra państwa, między służbą krajowi a lojalnością wobec przyjaciół, coraz trudniej było mu się odnaleźć na politycznej mapie międzywojennej Polski.

***

Bez wątpienia jednak pozostał wierny sprawie chłopskiej i ideałom lewicowym. W kolejnych kadencjach wielokrotnie upominał się o poprawę doli wsi i rolników. Wzywał do reformy rolnej i przyspieszenia parcelacji wielkich majątków ziemskich. Domagał się zaangażowania państwa w przezwyciężanie wiejskiej biedy i zacofania – zarówno na płaszczyźnie ogólnej, jak i w wielu kwestiach szczegółowych, np. proponując tworzenie dogodnych warunków dla rozwoju spółdzielczości rolniczej i handlowej czy szeroko zakrojonego planu oświaty dla ludu (gęsta sieć bezpłatnych szkół podstawowych, średnich-rolniczych, bibliotek, a także domów ludowych – centrów życia kulturalno-oświatowego wsi). Piętnował „kolaborację klasową” chłopskiej centroprawicy (Witosowi zarzucał, że ma „duszę pańszczyźnianą”) z ziemiaństwem oraz endecją. Protestował przeciwko łamaniu praw mniejszości narodowych, zwłaszcza na Kresach. Apelował o zaprzestanie represji politycznych wobec przeciwników sanacji.

W 1919 r. głosił z trybuny sejmowej: „Uznajemy religię za najwyższą dziedzinę życia ludzkiego. Stwierdzamy, że nasza religia katolicka jest religią ogromnej wielkości narodu, zastrzegamy się jednak przeciw nadużywaniu powagi wpływu Kościoła w sprawach politycznych i społecznych”. Oskarżał kler o wspieranie interesów ziemiaństwa i endecji, o negatywne postawy w historii Polski, o lekceważenie nauk Chrystusa. W 1935 r. pisał: „/…/ interesy międzynarodowego kapitalizmu, obszarnictwa i wielkiego przemysłu znajdują u duchownych wszystkich wyznań wspólny język do porozumiewania się, aby lud pracy trzymać w jarzmie niewolnictwa, aby hamować oświatę i wiedzę, i nie dopuszczać ludu do własnej wodzy interesów swych”. Bez wątpienia wpływ na takie poglądy miała linia całego PSL „Wyzwolenie”, gdzie można znaleźć wielu antyklerykałów, z bliskim współpracownikiem Stolarskiego, dr. Józefem Putkiem (autorem osławionych „Mroków Średniowiecza”) na czele. Nie popadał jednak w skrajności, odcinając się od antyreligijnych tyrad komunistów oraz części socjalistów i radykalnych ludowców. Przez lata współpracował z wieloma księżmi, m.in. ze spółdzielcą ze słynnego Liskowa, ks. Wacławem Blizińskim.

Ustrój kapitalistyczny z przerażającą szybkością chyli się ku ruinie; maluczko, a z całych podstaw ustroju gospodarczego, opartego na kapitalizmie prywatnym zostanie jedna kupa gruzów /…/. Kapitalizm dbał o to, aby mieć korzyść z pracy, ale nie nadawał pracy właściwego znaczenia i wartości” – pisał w roku 1934. Wedle niego, alternatywą dla kapitalizmu – coraz bardziej scentralizowanego i opartego o kartele – może być spółdzielczość (nie tylko wytwórcza, lecz również handlowa, eliminująca negatywny wpływ pośredników) oraz szerzej: demokracja przemysłowa, czyli różne formy kontroli i współudziału społeczeństwa w produkcji i obrocie gospodarczym. Takie zmiany, wsparte rozwojem samorządu terytorialnego, którego Stolarski również był orędownikiem (postulował m.in. znaczne zwiększenie realnych uprawnień gromad), miały stać się fundamentem nowej, bardziej sprawiedliwej Polski.

Nie negował jednak bynajmniej własności prywatnej. Podobnie jak większość ludowców-agrarystów, opowiadał się za równowagą trzech form własności – państwowej, spółdzielczej i prywatnej. Państwowa chroni fundamenty bytu narodowego, spółdzielcza uczy współpracy i samopomocy oraz pozwala przekroczyć bariery indywidualnego wysiłku, a prywatna z kolei odzwierciedla psychiczne potrzeby człowieka, wyrabia odpowiedzialność i daje poczucie wolności. Ta ostatnia jest szczególnie istotna w rolnictwie. W roku 1924 w jednej z broszur pisał: „Drobny rolnik oddaje się sam pracy na roli, nie ma i nie utrzymuje nadzorców i rządców, nie wytwarza »panów« i »podwładnych«, jest sam pracownikiem i ma obok siebie współpracowników, którzy z zamiłowaniem oddają się swemu zawodowi”.

Z bolączkami kapitalizmu walczył nie tylko z sejmowej trybuny, jako społecznik i publicysta. W latach 1932-33 brał udział w organizowaniu strajków chłopskich. We wrześniu 1933 r. został na miesiąc osadzony z tego powodu w areszcie w Piotrkowie Trybunalskim. Z więzienia pisał bez cienia skargi do rodziny: „Pobyt mój w więzieniu uważam za rzecz dobrą. Twierdzę, że można więzienie porównać ze szkołą życiową mogącą dać wiele. Wiele korzyści człowiekowi, a szczególnie duchowych”.

Błażej Stolarski z trybuny sejmowej w 1919 r. mówił: „Przystępujemy do budowania wolnej, zjednoczonej i niepodległej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, z której my, lud polski, uczynić chcemy – i da Bóg uczynimy – krainę pokoju, ładu i powszechnej szczęśliwości. Nie pozwolimy, by w tej krwią i męką okupionej ojczyźnie naszej miał zapanować ucisk i krzywda”.

***

Wszyscy badacze opisujący jego los i działania są zgodni, że był to człowiek szlachetny i oddany sprawie dobra wspólnego. Mimo ogromnego awansu społecznego – od pastucha do ministra i senatora – Stolarski pozostał zwykłym człowiekiem. Nie dbał o zaszczyty, nie przepychał się łokciami w walce o władzę, wpływy i pieniądze. Gdy zasiadał w parlamentarnych ławach, nadal prowadził z rodziną gospodarstwo rolne, angażował w życie lokalnej wspólnoty, pomagał każdemu, kto zwrócił się z prośbą. Krytykom, którzy zarzucali posłom ludowym, w tym jemu, że nie potrafią – skąd my to znamy – zachować się na salonach, odpowiedział: „Mnie się wydaje, że my wybieramy posła do pracy, a nie do znajdowania się na ucztach i zabawach”.

Jak pisze S. Giza, „Był człowiekiem dalekim od zrobienia kariery, nie dorobił się również na posłowaniu. Nie ciągnął najmniejszych korzyści materialnych ze swych funkcji społecznych i wysokich znajomości. /…/ W przeciwieństwie do wielu innych chłopskich działaczy nie oderwał się od swojego środowiska, w którym urodził się i wyrósł. Cieszył się sympatią najbliższego otoczenia, któremu służył dobrą radą i długoletnim doświadczeniem. Wszystko, co czynił, robił bezinteresownie.

Jeszcze bardziej wymowna charakterystyka Stolarskiego pochodzi od Stanisława Thugutta. Ten przeciwnik w walce o wewnątrzpartyjne wpływy, lider konkurencyjnej, „inteligenckiej” frakcji w PSL „Wyzwolenie”, w autobiografii opisuje znamienny epizod. Gdy ludowcy dokonywali akcesu do rządu lubelskiego – pisze Thugutt – „Przy rozdziale tek okazało się, że »Wyzwolenie« ma o jednego kandydata za dużo, chcieliśmy bowiem ściśle obserwować równą ilość tek w rządzie PPS i »Wyzwolenia«. Zawiesiliśmy posiedzenie i poszedłem przejść się /…/ z [Tomaszem] Nocznickim i Stolarskim, z których jeden musiał się właśnie okazać owym nadliczbowym kandydatem. Sprawa wydawała mi się kłopotliwa, a rozstrzygnęła się bardzo prosto. W pewnej chwili zwrócili się obydwaj do mnie z prośbą, abym jednego z nich według własnego uznania zgłosił jako naszego kandydata, im samym bowiem trudno jest dokonać wyboru. Pomyślałem dłuższą chwilę i odrzekłem, że obydwaj wydają mi się jednakowo godni szacunku i uznania za swoją pracę ludową, ale Nocznicki jest starszy i… niech pan Błażej zaczeka do następnej okazji. Wyrok został przyjęty przez obie strony z najzupełniej pogodną twarzą, bez cienia żalu i bez nadmiernej uciechy. Ileż razy przypominałem sobie potem tę rozmowę, kiedym patrzył na pozbawione wstydu i przytomności walki między najbliższymi przyjaciółmi o portfel”.

***

Po hitlerowskiej napaści na Polskę, Błażej Stolarski został ostrzeżony, że Niemcy go poszukują. Mimo to nie ukrył się przed niebezpieczeństwem. 10 września 1939 r. został aresztowany. Dalsze jego losy są nieznane. Wedle różnych pogłosek, został stracony w więzieniu na terytorium Niemiec, żywcem wyrzucony z samolotu lecącego nad niezabudowanymi terenami III Rzeszy lub zginął w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Nie ma „prawdziwego” grobu. Nie ma też, we współczesnej Polsce, miejsca w świadomości zbiorowej.

A przecież Stolarski i jego poglądy to nie jest skansen. Choć od momentu jego śmierci wiele się zmieniło w realiach społecznych, demograficznych, gospodarczych i kulturowych, to wszak ideały spółdzielczości, sprawiedliwości ekonomicznej czy ludowładztwa – wciąż są aktualne. Ale może właśnie dlatego postaci pokroju Błażeja Stolarskiego są spychane w zapomnienie…

Remigiusz Okraska

 

 

Literatura (ważniejsze pozycje):

  • Jan Borkowski, Ludowcy w II Rzeczpospolitej (część I i II), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987.
  • Jan Borkowski, Od Waryńskiego do Witosa. Ruch robotniczy a chłopi i ludowcy w Polsce, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Stanisław Giza, Błażej Stolarski /w:/ A. Więzikowa (red.), Przywódcy ruchu ludowego, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1968.
  • Jan Jachymek, Myśl polityczna PSL „Wyzwolenie” 1918-1931, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1983.
  • Antoni Mieczkowski, Błażej Stolarski 1880-1939. Życie – działalność – poglądy, Wydawnictwo UMCS, Lublin 1998.
  • Antoni Mieczkowski, Refleksje Błażeja Stolarskiego nad modelem gospodarczym Polski /w:/ K. Dziubka, B. Rogowska, Cz. Lewandowski i J. Tomaszewski (red.), W kręgu historii i politologii, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2002.
  • Adam Próchnik, Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej (1918-1933), Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1983.
  • Janusz Socha, Stronnictwa ludowe po zamachu majowym, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Andrzej Wojtas, Problematyka agrarna w polskiej myśli politycznej 1918-1948, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.

Etyka i rewolucja

Dla myśliciela jest jedna rzecz gorsza od bycia zapomnianym. To instrumentalne wykorzystanie jego idei dla zdobycia władzy, ich zbrukanie, a potem porzucenie. Jedno i drugie stało się udziałem Edwarda Abramowskiego. Jego imię wypisała na swych sztandarach w latach 70. i 80. „lewica laicka” spod znaku KOR, by po Okrągłym Stole ów sztandar zwinąć i wyrzucić jak podartą szmatę. Dziś przypomina się o Abramowskim jedynie na potrzeby faryzejskiego moralizatorstwa, z zasady odmawiającego przeciwnikowi podstawowych kwalifikacji etycznych.

A był czas, gdy Abramowski wywierał na współczesnych wpływ przemożny – jako filozof, psycholog, socjolog, teoretyk kultury, jako działacz polityczny, oświatowy i spółdzielczy. Postrzegany był jako mędrzec i wzór do naśladowania. Przed II wojną Maria Dąbrowska napisała o nim: „Nie dzieje się w Polsce nic naprawdę wielkiego, mądrego i dobrego, co by nie było przeniknięte świadomie lub podświadomie ideami Abramowskiego”. Ponad pół wieku później przez Wojciecha Giełżyńskiego został z kolei obwołany zwiastunem „Solidarności”.

***

Urodził się 17 VIII 1868 r. w Stefaninie na Ukrainie, w rodzinie ziemiańskiej. Wcześnie ujawnił swe społecznikowskie i naukowe pasje – pierwsze artykuły opublikował w „Zorzy” już jako piętnastolatek! W trakcie studiów (1885 Kraków, 1886-89 Genewa) aktywnie udzielał się w Zjednoczeniu Młodzieży Polskiej. W 1889 r. wrócił do Warszawy i włączył się w działalność II Proletariatu. Jako faktyczny – obok Marcina Kasprzaka – przywódca partii, Abramowski dążył do porozumienia wszystkich środowisk radykalnych, łącznie z Ligą Polską i „Zetem” (choć z tego środowiska wyrosła potem endecja, to wtedy niewiele przypominało ono późniejszy ruch narodowy, głosząc przede wszystkim program radykalno-demokratyczny). W 1891 r. wraz ze zwolennikami Bolesława Limanowskiego (Stanisław Wojciechowski, Władysław Grabski) stworzył własną grupę – Zjednoczenie Robotnicze. Represje, jakie spadły na ruch robotniczy po buncie łódzkim 1892 r. sprawiły, że Abramowski znów znalazł się na emigracji (wziął wówczas udział w zjeździe paryskim Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich).

Pobyt w Szwajcarii (1893-1897) należał do najpłodniejszych okresów w życiu Abramowskiego, który stopniowo odchodził od doraźnej aktywności politycznej na rzecz pracy naukowej. W tym też czasie dokonał się przełom w poglądach filozofa. Już w jego wcześniejszych pracach „Społeczeństwo rodowe” (1890) i „Nowy zwrot wśród farmerów amerykańskich” (1892) dało się zauważyć nowe wątki: idealizowanie pierwotnej wspólnoty (która świadczyć miała o kolektywistycznym dziedzictwie biologicznym człowieka) i zainteresowanie oddolną samoorganizacją społeczną. Teraz pogłębione studia nad psychologią stały się impulsem do porzucenia marksizmu – Abramowski stworzył własną wersję socjalizmu naukowego, opartego wszakże nie na ekonomii, lecz psychologii jako podstawie teorii poznania i interpretacji zjawisk społecznych. W 1895 r. napisał „Teorię jednostek psychicznych”, rok później „Podstawy psychologiczne socjologii”. W 1899 r. „Podstawy” zostały przeredagowane jako „Zagadnienia socjalizmu”.

Wedle samego Abramowskiego, sformułowany przez niego fenomenalizm socjologiczny to „teoria, która sprowadza zjawiska życia zbiorowego do faktów świadomości indywidualnych, jako jedynie konkretnych w życiu /…/”. Fenomenalizm był filozofią na wskroś antropocentryczną – to człowiek jako podmiot tworzy zjawiskową postać świata, a więc samą rzeczywistość. Wynikał z tego zarazem konsekwentny indywidualizm Abramowskiego, głoszącego pierwszeństwo jednostki wobec społeczeństwa, jako że jednostka poprzez swój umysł tworzy byt społeczny.

Myśliciel ten pozostawał wierny polskiej tradycji romantycznej nie tylko w swym indywidualizmie, ale także w antyintelektualizmie. Kładł podwaliny pod naukowe badania metafizyki (metafizyka doświadczalna), analizując tzw. świadomość agnostyczną, czyli stany psychiczne niedostępne dla rozumu, nie dające się ująć w języku: odczucia, intuicję, stany półświadome i nieświadome. Na tej podstawie krytykował jednostronność rozumu a dowartościowywał uczucia (tworzące jego zdaniem więź między człowiekiem a światem) i wyrastającą z nich wolę. W uczuciach miała się wyrażać podświadomość.

Abramowski jako psycholog był pionierem badań nad podświadomością, które prowadził niezależnie od Freuda. Jego teoria podświadomości różniła się wszakże od Freudowskiej: według Abramowskiego, podświadomość to swego rodzaju pamięć (czy raczej niepamięć) zbiorowa. Podświadomość jest dziedziczona, a poprzez tzw. wspomnienia odziedziczone zakodowana jest w niej historia rozwoju człowieka jako gatunku i jednostek. Nawet Absolut rozumiany jako pierwiastek dobra tkwić miał w ludzkiej podświadomości, innymi słowy – istota boska ukryta była w człowieku! Taka koncepcja, dająca całej ludzkości wspólny fundament psychiczny w postaci powszechnej intuicji moralnej, pozwalała Abramowskiemu pogodzić indywidualizm z socjalizmem.

Centralnym punktem tej konstrukcji było pojęcie sumienia, w którym miały się stykać podświadomość i świadomość, uczucia i intelekt. Według Abramowskiego, sumienie miało wymiar nie tylko jednostkowy, ale także wyrażało się jako dominująca społecznie tendencja moralna, stanowiąc zasadniczy wyznacznik relacji społecznych. Dzięki sumieniu i woli, poprzez postrzeganie i działanie, człowiek wymyka się determinizmowi. Konsekwencją takiego podejścia była etyczna wizja polityki – Abramowski postulował, by organizacja społeczna była zgodna z indywidualnym sumieniem.

Motorem rozwoju społecznego miała być wyrażająca się w sumieniu wieczna istota człowieczeństwa – historia ludzkości to dzieje konfliktu między indywidualizmem jednostek a sztywnymi formami społecznymi. Zmiany technologiczno-ekonomiczne pociągały za sobą przemiany moralne (nowe jakości psychospołeczne, wyrażające ocenę nowej rzeczywistości przez sumienie), te zaś musiały znaleźć odzwierciedlenie w przekształceniach politycznych. Problem stanowiło jednak nieuchronne zjawisko alienacji: formy mające służyć człowiekowi tężeją, autonomizują się i dążą do zapanowania nad człowiekiem. Tak rodzi się zniewolenie (równoznaczne złu), jednak wrażliwość psychiczna pcha do buntu jednostki zjednoczone wokół ideału. Podkreślmy: moralna wrażliwość była dla Abramowskiego niezbędnym warunkiem rewolucji, bez niej żadne niegodziwości, żadna nędza nie są w stanie pobudzić ludzi do konstruktywnego zespołowego działania (czyż nie potwierdza tego obecna sytuacja?).

Wychodząc z założenia podmiotowości jednostki, Abramowski jasno definiował cel: „rozwiązanie tej odwiecznej walki, która toczy się pomiędzy /…/ osobnikiem a zbiorowością”, co miało nastąpić „Najprzód – jako wyzwolenie od jarzma rzeczy /…/ Po wtóre – jako wyzwolenie od jarzma instynktów zwierzęcych /…/. W końcu – jako wyzwolenie od przymusu społecznego /…/”. Wyznawana przez Abramowskiego wolność najdalsza była rozpasaniu egoizmów, jego zdaniem sens miała tylko wtedy, gdy przenikał ją duch altruizmu. Wolność wyraża się w powinności moralnej, natomiast w egoizm wyradza się ona w warunkach atrofii uczuć, produkującej „idiotów moralnych i umysłowych”. Abramowski dostrzegał, że atomizacja społeczna jest bramą wiodącą w czeluści totalitaryzmu: „/…/ jednostka chodząca luzem, w stadzie, jest to bierny pionek w rękach biurokracji i przywódców partyjnych, niewolnik warunków życia i typ społeczeństwa niewolniczego”.

To właśnie groziło współczesnemu społeczeństwu. Kapitalizm, zdaniem Abramowskiego, szarpały dwie sprzeczne tendencje: z jednej strony rosnąca różnorodność wynikająca z kumulowania się procesów społecznych, z drugiej dążenie do unifikacji i standaryzacji (dziś powiedzielibyśmy: „macdonaldyzacji”) społeczeństwa. Ta druga tendencja sprawia, że kapitalizm wykorzenia ludzi z tradycji i więzi, pozbawia ich moralności zabezpieczającej i spajającej grupę – a to prowadzi ludzi do szukania oparcia w sile państwa. Państwo zaś – ta „policyjna organizacja przymusu”, „ciężka, zrutynizowana maszyna biurokracji” – było obiektem szczerej nienawiści Abramowskiego. Definiował je jako zinstytucjonalizowany system służący ubezwłasnowolnieniu i uniformizacji jednostek. Na długo przed zaistnieniem lo stato totale przewidywał ewolucję państwa w tym kierunku: „/…/ państwo /…/ militarno-biurokratyczne wymaga nadwartości dla utrzymania swego organizmu rządzącego i im więcej stron życia ludzkiego przenosi do swych rubryk policyjno-prawnych, tym większa część pracy obywateli musiałaby iść na utrzymanie jego administracyjnej i wojskowej armii”. Nawet formalna demokracja z jej dyktatem większości nie była w stanie tego zniwelować.

Dlatego też podejrzliwie odnosił się do marksistowskiego socjalizmu: „polityka socjalizmu współczesnego nie jest polityką wolności, lecz wzmocnienia i rozszerzenia władzy państwowej; /…/ zmierza ona nie do wyzwolenia człowieka, lecz do upaństwowienia wszystkiego, co się tylko da upaństwowić w jego życiu”. Krytykując zarówno reformistów, jak i rewolucjonistów, wieszczył: „Dla stłumienia interesów własnościowych organizacja komunizmu musiałaby używać szerokiej władzy państwowej; /…/ [a] wszelka demokratyzacja władzy w społeczeństwie, wepchniętym przemocą w nowy ustrój, groziłaby natychmiastowym rozpadnięciem się tego ustroju /…/. Tym sposobem komunizm /…/ przeistoczyłby się w państwowość, gnębiącą swobodę jednostki, a zamiast dawnych klas wytworzyłby dwie nowe – obywateli i urzędników /…/. Jeżeli by więc komunizm /…/ mógł się nawet utrzymać, to w każdym razie zaprzeczałby samemu sobie /…/”.

Dostrzegał jednak też jutrzenkę nadziei. Pisał: „właśnie w okresie kapitalizmu rozwinęły się rozliczne stowarzyszenia, w których ogniskuje się dzisiaj znaczna część całej pracy umysłowej, kulturalnej, oświatowej i artystycznej społeczeństwa i że niemal każdego dnia przybywają nowe ugrupowania ludzkie podejmujące różnorodne zadania umysłowe i praktyczne, dotyczące obrony, bezpieczeństwa, higieny, gospodarstwa, walki z przyrodą i walki z nałogami, upiększania kraju, niesienia pomocy, zwalczania tych lub innych instytucji i zwyczajów”. Stowarzyszenia uwzględniając podmiotowość i indywidualność człowieka, wytwarzają nowe formy własności i nową moralność, mentalność, psychikę. Rodzą spontaniczność, inicjatywę, współdziałanie, partnerstwo i solidarność; łączą indywidualizm z uspołecznieniem, kształtują człowieka samodzielnego, etycznego i solidarnego. Stowarzyszenie „wymaga organizacji giętkiej, uduchowionej, gdzie byłoby najmniej rutyny i szablonu, a jak najwięcej swobodnego rozumowania i przyrodzonego doboru”.

Nawoływał więc do tworzenia stowarzyszeń produkcyjnych, handlowych, spożywczych, wzajemnej pomocy, higieny społecznej, oświatowych… „Każda kooperatywa spożywcza, każda wspólna mleczarnia, fabryka, piekarnia itd., które stowarzyszenia zakładają – są to już zaczątki nowego ustroju społecznego, jego rzeczywiste, mocne, prawdziwe wejście do naszego życia. Wymarzony świat sprawiedliwości społecznej, świat braterstwa i wspólności, nie chowa się w norkach przyszłości dalekiej, ale jest między nami, jest do wzięcia, do stworzenia w każdej wsi, w każdej osadzie fabrycznej, w każdym mieście”. Wizja Abramowskiego obywa się bez rewolucyjnej apokaliptyki – tu wyzwolenie człowieka nie jest jednorazowym wydarzeniem, które dopiero nadejdzie, ale realizuje się w praktyce społecznej, w życiu codziennym: „z tych małych przemian ludzkich, przemian moralnych człowieka i przemian jego codziennego życia, z tych zaczątków nowego sumienia idzie potężny duch /…/ odrodzenia społecznego”.

Pierwszym krokiem ma być bojkot instytucji państwowych, przypominający kampanię satyagrahy Gandhiego. „Siła bojkotu – pisał – jest /…/ pozytywnie twórcza; tworzy rewolucję społeczną i indywidualną. Społeczną – ponieważ, odejmując od życia zbiorowego normy przymusowe, rozpętuje tym samym wszelkie czynniki rozwoju, tłumione przez nie. Indywidualnie także – gdy stwarza nowy typ człowieka, obchodzącego się w stosunkach z innymi ludźmi bez interwencji policyjnej i mogącego żyć na swój sposób, według swoich uczuć i wierzeń”. Ten drugi aspekt był dla Abramowskiego kluczowy, twierdził bowiem, że „/…/ nowy świat wymaga nowych ludzi. Z natur niewolniczych nie mogą powstać instytucje wolnościowe. /…/ Z ludzi goniących za zyskiem i zbytkiem nie może narodzić się sprawiedliwość społeczna”. Jego zdaniem, jedynie „Członek stowarzyszeń wolnych jest to typ, który życie tworzy siłami swego umysłu, charakteru i serca – i to jest obywatel demokracji”.

Socjalizm Abramowskiego to socjalizm humanistyczny, głoszący prymat nadbudowy nad bazą. Swoją wizję socjalizmu nasycał pierwiastkiem etycznym: „socjalizm, który jako zagadnienie przede wszystkie praktyczne skupia się całkowicie na swoim ideale etycznym, nie może być zredukowany do poszczególnej kwestii ekonomicznej lub politycznej, lecz obejmuje sobą całość zagadnienia ludzkiego, zarówno jego stronę społecznych form życia, jak filozofię, religię i moralność”. A w innym miejscu: „Świadomość zadania etyki życiowej, związanej bezpośrednio z ideałem absolutnym, zaczyna się dziś budzić w nowej postaci kooperatyzmu i socjalizmu, /…/ który można nazwać socjalizmem bezpaństwowym lub Rzecząpospolitą kooperatywną. Ten nowy rodzaj ruchu, spowinowacony blisko z anarchizmem ideowym, ma swoje zadanie społeczno-etyczne, mianowicie musi dokonać rewolucji moralnej, która by przeobraziła ludzkie zwyczaje codzienne, stworzyła nie tylko nowe pojęcie etyczne, ale przede wszystkim nowych ludzi, ludzi o nowym sumieniu /…/”.

W projekcie „rzeczpospolitej przyjaciół” nietrudno zauważyć wątek narodowy – postulowana przez Abramowskiego akcja bojkotu, „zmowa powszechna przeciw rządowi”, skierowana była przeciwko władzom i instytucjom zaborczym. Dokonać się miało w ten sposób nie tylko społeczne wyzwolenie człowieka, ale także usamodzielnienie się wspólnoty narodowej w formie systemu autonomicznych, oddolnych instytucji. Współgrało to z poparciem Abramowskiego dla postulatów niepodległościowych, państwo miało zanikać stopniowo, zrazu potrzebne np. dla obronności.

Dostrzec też można było w jego poglądach pewien rys religijny, aczkolwiek daleki od kanonów wiary. Z jednej strony Abramowski jest wyraźnie zafascynowany chrześcijaństwem, np. wtedy, gdy ocenia „Kazanie na górze” jako „najbardziej rewolucyjny manifest, jaki kiedykolwiek został wypowiedziany, /…/ najwyższe piękno życia, zasadzającego się na miłości wzajemnej ludzi i na bezwzględnej swobodzie jednostki”. Z drugiej strony twierdził, że „Kościół, złączony z władzą i przymusem państwowym nie mógł oczywiście pozostać w zgodzie z nauką Jezusa /…/ Z cudownego snu, jaki objawił się ludziom w Nazarecie, pozostała tylko nazwa, imię; /…/ wytworzył się chrześcijanizm nowy, nie mający nic wspólnego z tym, jaki głosił Jezus, jaki żył jeszcze w pierwszych wiekach w chrześcijańskich komunach /…/”. Według Andrzeja Walickiego, Abramowski „ulegał urokom naturalistycznego panteizmu: pragnął integracji człowieka w tajemnicze, mistyczne życie przyrody /…/”.

***

Abramowski – zgodnie z głoszonym przez siebie prymatem praktyki nad teorią – nie ograniczał się do tworzenia idei, ale próbował też wcielać je w życie. W 1898 r. zainicjował tworzenie tzw. Kół Etyków – swoistego świeckiego zakonu, praktykującego permanentną rewolucję moralną. Komuny rozwijające uczucia, wrażliwość, wyobraźnię i samowiedzę powstały w Genewie, Warszawie i Zakopanem. Od 1900 r. uczestniczył w pracach Kół Oświaty Ludowej i Latającego Uniwersytetu. W 1904 r. opublikował „Socjalizm a państwo (Przyczynek do krytyki współczesnego socjalizmu)”, gdzie krytykując etatystów postulował socjalizm bezpaństwowy, a rok później „Zmowę powszechną przeciwko rządowi”, w której sformułował trzypunktowy program: bojkot państwa, samoorganizacja, samokształcenie.

Rewolucja 1905 r. przyniosła wprawdzie zapaść ruchu etycznego, ale Abramowski odnalazł się jako ideolog radykalno-agrarystycznego Polskiego Związku Ludowego, działacz Związku Towarzystw Samopomocy Społecznej i Towarzystwa Kooperatystów oraz redaktor pisma „Społem”, promującego spółdzielczość. Swoje kooperatystyczne koncepcje rozwijał w pracach „Idee społeczne kooperatyzmu” (1907) i „Kooperatywa jako sprawa wyzwolenia ludu pracującego” (1912).

Po upadku rewolucji wrócił do idei ruchu samodoskonalenia, który od 1909 r. przybrał formę Związków Przyjaźni. „Od składu i uczestnictwa zależało, czy otrzymywały one postać bardziej zbliżoną do owych współsąsiedztw, jakie propagował Abramowski na łamach »Społem«, czy kół mistyczno-religijnych, czy wreszcie wspólnot o wyraźnym charakterze organizacji anarchistycznych czy bezpaństwowo-socjalistycznych” – pisał K. Krzeczkowski. W ruchu tym Abramowski pełnił rolę patrona raczej niźli animatora. Po 1908 r. skoncentrował się bowiem na pracy naukowej w zakresie psychologii eksperymentalnej, w 1910 r. został kierownikiem Instytutu Psychologii, od 1915 r. objął katedrę na Uniwersytecie Warszawskim. Jako ciekawostkę można dodać, że Abramowski może uchodzić za prekursora New Age dzięki prowadzonym przez Sekcję Metempsychiczną badaniom nad zjawiskami parapsychicznymi.

Wciąż utrzymywał jednak kontakty z konspiracją niepodległościową, biorąc np. udział w słynnym zjeździe w Zakopanem w 1912 r. (wraz z Piłsudskim, Żeromskim, Daszyńskim, Limanowskim). Po wybuchu wojny poparł Legiony a potem program federalistyczny Piłsudskiego.

W tym czasie stan zdrowia Abramowskiego uległ jednak pogorszeniu. Czując zbliżający się koniec, w 1917 r. napisał mistyczny „Poemat śmierci”. Zmarł 21 VI 1918 r.

Socjalizm humanistyczny Abramowskiego nie miał okazji doczekać się urzeczywistnienia. Być może samego Mistrza nie zaskoczyłoby to, gdyż – jak wiemy – był indeterministą, nie wierzył w dziejowe konieczności. Od początku przestrzegał: „przyszła właśnie kolej na człowieka stworzenia nowego gatunku wyższego lub patologicznego uwstecznienia”. Obawiam się, że bliżsi jesteśmy drugiej ewentualności. Nie dziwmy się więc, że w zepsutej do rdzenia Polsce współczesnej idee Rewolucji w Imię Sumienia zostały zapomniane…

Ostatni mesjanista?

Czy można na poważnie być mesjanistą w XX i XXI wieku? Większość zapewne zdecydowanie odpowie: nie. Termin „mesjanizm” wywołuje bowiem najczęściej uśmiech pobłażania, gdyż łączy się go z megalomanią narodową, cierpiętnictwem, mętnym mistycyzowaniem, koncepcją Polski jako „Chrystusa narodów”, w najlepszym wypadku zaś z niemodnymi i wychodzącymi z użycia pojęciami typu „posłannictwo”, „misja”, „obowiązek”.

Obraz ten jest jednak uproszczony. Stanowi na ogół wynik szkolnych wspomnień, niezrozumienia charakteru mesjanistycznego programu lub utożsamiania każdej jego wersji z koncepcjami lansowanymi przez Andrzeja Towiańskiego, założyciela Koła Sług Sprawy Bożej i w pewnym okresie „guru” Adama Mickiewicza. Dzieła odkłamania polskiego romantyzmu i mesjanizmu podjął się już Stanisław Brzozowski, który w swojej „Legendzie Młodej Polski” przeciwstawił program romantyczny programowi młodopolskiemu, podkreślając, iż tak naprawdę nie mają one ze sobą wiele wspólnego. Na tych konstatacjach Brzozowskiego oparł się też Jerzy Braun, prowadząc przez całe życie krucjatę na rzecz rehabilitacji mesjanizmu.

***

Braun to postać wyjątkowa. Niezwykle barwne i aktywne było jego życie, zadziwiająca pod względem tak skali, jak i zróżnicowania tematycznego jest też spuścizna, którą po sobie pozostawił, wreszcie zaś niebywała jest również w jego przypadku spójność vita activa i vita contemplativa. Na pytanie, kim był Jerzy Braun i czym się zajmował, możemy odpowiedzieć taką wyliczanką: działacz harcerski, poeta, prozaik, dramaturg, scenarzysta filmowy, teoretyk literatury i teatru, krytyk literacki, redaktor wielu pism, filozof, teolog, działacz i myśliciel polityczny, założyciel w latach II wojny światowej konspiracyjnej organizacji Unia i główny twórca głoszonego przez nią programu kompleksowej przebudowy Polski, Europy i świata.

Zaskakująca przy tej „renesansowej” wszechstronności jest spójność wszystkich elementów jego dzieła. Nie ma bowiem żadnej sprzeczności między Braunem-poetą i dramaturgiem a Braunem-filozofem, politykiem czy ideologiem. Przeciwnie, wszystko harmonijnie współgra ze sobą i uzupełnia się w postaci Brauna – „pielgrzyma Absolutu”. Na jego przykładzie widać dobrze, iż poważne traktowanie fundamentów aksjologicznych, na których opiera się całokształt teorii, implikuje określone wnioski jeśli chodzi o rozwiązania szczegółowe, w sferze politycznej czy gospodarczej.

***

Jerzy Braun urodził się 1 IX 1901 r. w Dąbrowie Tarnowskiej, w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Wkrótce przeprowadzili się do Tarnowa, gdzie Jerzy został uczniem gimnazjum. Owe lata to czas aktywnej działalności w ruchu harcerskim. Na ten okres przypadają również jego pierwsze próby literackie – efektem były debiutanckie opowiadania czy wiersze, publikowane w czasopismach dla młodzieży oraz harcerskie pieśni, na czele z najsłynniejszą z nich, pt. Płonie ognisko i szumią knieje.

W 1919 r. rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. W Krakowie Braun od razu włączył się bardzo intensywnie w życie artystyczno-literackie, zostając członkiem grupy poetyckiej „Sympozjon”, założonej przez Romana Eminowicza. Mimo swego pacyfizmu, wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej, zgłaszając się w 1920 r. na ochotnika do wojska. Za męstwo na polu walki odznaczony został Krzyżem Walecznych, którego nie odebrał, uznając, iż służba dla kraju jest jego obowiązkiem, za który nie może oczekiwać żadnych nagród. W związku z tymi wydarzeniami pisał gorzko:

Ja sam, gdy wiem że POLSKA
I że nie trzeba zwlekać –
Pójdę… strzelać w człowieka”.

Wkrótce po powrocie na studia wydał rozprawkę zatytułowaną „Kilka słów o »Futuryzmie«” oraz debiutancki tomik wierszy „Najazd Centaurów”. Lata międzywojenne to okres wyjątkowo intensywnej działalności literackiej, publicystycznej i naukowej Brauna. Jej efektem były liczne artykuły, tomiki wierszy, powieści, dramaty czy prace filozoficzne. Był też założycielem i redaktorem pism „Gazeta Literacka” i „Zet”, członkiem grup poetyckich „Helion” i „Litart”, autorem kilku scenariuszy filmowych, które doczekały się realizacji. Wówczas też zapoznał się z filozofią Józefa Marii Hoene Wrońskiego, której „wyznawcą” i niestrudzonym popularyzatorem pozostał do końca życia.

Okres okupacji to być może czas jego najbardziej ożywionej działalności. Założył wówczas i kierował podziemną organizacją Unia, skupiającą tak znane postaci, jak m.in. Artur Górski, Stefan Jaracz, Feliks Koneczny, Zofia Kossak-Szczucka, Juliusz Osterwa, Czesław Strzeszewski, Jerzy Turowicz i Karol Wojtyła. Wziął udział w powstaniu warszawskim, był ostatnim przewodniczącym Rady Jedności Narodowej i p.o. Delegata Rządu na Kraj.

W drugiej połowie lat 40. pełnił funkcję redaktora „Tygodnika Warszawskiego”, a po zamknięciu pisma przez władze komunistyczne, został aresztowany. Drogo zapłacił za wierność swym ideałom i bezkompromisowość – torturowany w więzieniu stracił oko, przeszedł zawał serca, podupadł na zdrowiu. Został przez komunistów skazany na karę dożywotniego więzienia jako „zdrajca Narodu Polskiego”…

Po opuszczeniu więzienia w ramach „odwilży” 1956 r. i rehabilitacji, kontynuował działalność społeczną i publicystyczną. Z właściwym sobie entuzjazmem zareagował na skierowany do świeckich apel Jana XXIII o włączenie się w przygotowania Vaticanum II. W 1965 r. wyjechał na obrady Soboru, za granicą pozostał do końca życia, jeżdżąc z wykładami po całej Europie i Ameryce, publikując rozliczne prace i broszury, wygłaszając cykl ponad stu prelekcji w Radiu Watykańskim, biorąc udział w licznych konferencjach naukowych. Umarł w Rzymie w 1975 r.

***

Sednem dziejów jest dla założyciela Unii konflikt moralny, z którym mamy do czynienia w samym człowieku. Determinuje on wszelkie jego działania zarówno na płaszczyźnie indywidualnej, jak i zbiorowej. Stanowi też przyczynę „/…/ wszystkich gwałtów i poświęceń heroicznych, wojen i rewolucyj, doktryn społecznych, kodeksów i ruchów reformatorskich jakich widownią są dzieje”1. Jest nim, mówiąc słowami Brzozowskiego, rozdźwięk między rzeczywistością zastaną a poszukiwaną, między tym, co jest, a tym, co być powinno. Zresztą ten postulat przejścia od konieczności do wolności, czyli od świata danego do oczekiwanego, stanowi dla Brauna differentia specifica mesjanizmu, pojmującego „/…/ człowieka, naród, ludzkość, jako zdolnych do twórczej przebudowy rzeczywistości zastanej i powołanych do realizacji planu Bożego w ramach historii”2. W związku z tym nie zgadza się z opiniami, iż romantycy odpowiadali za idealizowanie w psychice narodowej tych cech, które uniemożliwiają prowadzenie trzeźwej polityki, mającej na celu troskę o zachowanie biologicznego bytu wspólnoty.

Tego typu poglądy szczególnie mocno zaczęły być artykułowane po II wojnie światowej, na co niewątpliwie ogromny wpływ miała hekatomba krwi złożona przez Polaków, zwłaszcza w powstaniu warszawskim. Braun polemizując z tezami m.in. Aleksandra Bocheńskiego podkreślał, iż zrzucanie na romantyków odpowiedzialności za propagowanie straceńczego heroizmu, „bohaterszczyzny”, kultu cierpiętnictwa, jest bezpodstawne, wynikające z niezrozumienia spuścizny myślowej tamtego okresu. Przypominał Mickiewiczowskie „Księgi pielgrzymstwa i narodu polskiego” czy Słowackiego, który uderzył w mit szabli pisząc z wyrzutem do rodaków „/…/ już opinią jest:, że myśleć nie umiesz!, a dobra jesteś tylko do korda…”3. Podkreślał, iż to właśnie romantycy najzacieklej walczyli z „/…/ antynomiami polskiej duszy zbiorowej, chwiejącej się pomiędzy sarmacką »śpiączką wegetacyjną« a równie sarmackim półwariackim »animuszem« ułańskiej krzepy”4, nie afirmując bynajmniej, jak to często im się przypisuje, politycznej bezmyślności.

Mamy zresztą u Brauna do czynienia ze specyficznym rozumieniem terminu „mesjanizm”. Za jego podstawowy wyznacznik uznał on bowiem rozum twórczy, utożsamiając go z filozofią czynu czy twórczości, podobnie jak robił to Brzozowski. Pozwoliło mu to do grona mesjanistów zaliczać nie tylko Hoene Wrońskiego, Mickiewicza, Słowackiego czy Krasińskiego, ale i Norwida, Wyspiańskiego, Staszica, Brzozowskiego, Libelta, Gołuchowskiego, a nawet Pawła Włodkowica.

Historia jest dla Brauna bardziej lub mniej świadomym zmierzaniem ludzkości w kierunku celu ostatecznego, jakim jest rozum absolutny. Stanowi przechodzenie od konieczności do wolności, od świata gotowego do samorzutnie stwarzanego przez człowieka. W przejętym od Hoene Wrońskiego schemacie historiozoficznym, Braun wyodrębnia trzy okresy (oraz siedem epok w nich): 1. erę celów względnych, 2. erę celów przejściowych i 3. erę celów absolutnych. Pierwsza era jest okresem przewagi natury fizycznej człowieka nad duchową, druga – równowagi tych natur, wreszcie trzecia okresem przewagi natury duchowej nad fizyczną. Pierwszy okres obejmuje cztery epoki, do rewolucji francuskiej, stanowiącej symboliczny początek ery celów przejściowych, w ramach której mamy do czynienia z jedną tylko epoką, trwającą zdaniem Brauna w czasach mu współczesnych. Charakteryzują ją antynomie społeczne, chaos, anarchia, rewolucje, jest to czas ukonstytuowania się dwóch przeciwstawnych stronnictw: prawa ludzkiego i prawa bożego, liberalnego i konserwatywnego, lewicy i prawicy.

Przedstawiciele pierwszej orientacji nie uznają żadnej prawdy o ile nie jest oparta na doświadczeniu. Są zwolennikami ateizmu lub deizmu, pozytywizmu prawnego, trójpodziału władzy oraz instytucji republikańskich. Cel ostateczny utożsamiają z powszechnym dobrobytem, wierzą w nieograniczony, stały postęp ludzkości, wreszcie odrzucają istnienie jakiegokolwiek ładu teleologicznego we wszechświecie. Reprezentanci drugiego ze stronnictw stoją na przeciwnych pozycjach, są zwolennikami teizmu, chrystianizmu, pochodzenia władzy od Boga oraz jej koncentracji w rękach monarchy. Cel najwyższy ma dla nich charakter eschatologiczny, wierzą w grzech pierworodny i związany z tym upadek ludzkości.

Konflikt ten jednak jest pozorny. Należy podnieść idee przez nich wyznawane na poziom absolutny, a wtedy okaże się, iż cele obu stronnictw są identyczne, gdyż prawda absolutna i dobro absolutne utożsamiają się ze sobą. Zadaniem stojącym więc przed tą epoką jest ich synteza. Ma ona doprowadzić do finalnej ery dziejów, która zawiera w sobie dwie epoki. W pierwszej ludzkość odkrywa prawdę absolutną, w drugiej otrzymuje nieśmiertelność. W gruncie rzeczy, wedle Brauna, panaceum na bolączki współczesnej epoki oraz klucz do przejścia ku nowej erze leży w konsekwentnym stosowaniu zasad chrześcijańskich. „Nowy gatunek ludzi – czytamy w jednym z jego artykułów – heroicznych i twórczych narodzi się i rozwinie w klimacie przełomu duchowego, ustanawiającego nowy ład moralny w zanarchizowanej i zdeprawowanej Europie. Ten przełom, o którym dotąd mówi się wciąż jeszcze mglisto, jako o czymś niezmiernie trudnym i odległym, polegać będzie po prostu na UZNANIU BOGA, w konstytucjach państw i w życiu publicznym”5.

Ludzkość jego zdaniem musi wreszcie urzeczywistnić powierzone jej zadanie, ciąży bowiem nad nią „klątwa niedopełnionego imperatywu”. Winna ona potraktować poważnie słowa Chrystusa o potrzebie powtórnych narodzin, wypowiedziane do Nikodema – „oportet vos nasci denuo”6. Ten właśnie postulat z Ewangelii św. Jana stanowi niejako istotę całokształtu myśli Braunowskiej. Został on zdaniem założyciela Unii sformułowany nie tylko pod adresem jednostek, ale całej kultury „/…/ w jej skali narodowej i w jej ponadnarodowej powszechności”7.

Braun diagnozuje postępujący kryzys cywilizacji europejskiej. Trwa on przynajmniej od rewolucji francuskiej, jeśli nie od Reformacji, a należy go uznać za niejako naturalny, nieunikniony etap w dziejach ludzkości – z którego powinna się ona dźwignąć ku erze celów absolutnych. Z tej konstatacji przebija pewien optymizm. Braun postuluje za Brzozowskim, by termin „kryzys” zastąpić słowem „przesilenie”, „są one bowiem wprawdzie teoretycznie jednoznaczne, w potocznym używaniu jednak oznaczają co innego. W słowie »kryzys« zawiera się jakby tendencja negatywna. /…/ Natomiast słowo »przesilenie« ma w sobie wyraźnie tendencję pozytywną. Mówiąc o przesilaniu się epok dziejowych, mamy na myśli przejście ze stadium niższego w stadium wyższe, zwycięstwa światła nad ciemnością”8.

Na płaszczyźnie politycznej owo przesilenie przejawia się w nieustannym wrzeniu na arenie międzynarodowej, rewolucjach, wojnach domowych, inercji Ligi Narodów, rozwoju różnego rodzaju imperializmów, coraz większym polaryzowaniu się bloków politycznych, degrengoladzie demokracji parlamentarnej. W sferze religijnej zaś jego wyrazem jest z jednej strony nasilająca się walka z Kościołem, a nawet z religią jako taką oraz sekularyzacja coraz większych mas w Europie. Z drugiej zaś nawrót do neopoganizmu, popularność doktryn materialistycznych, rozluźnienie obyczajowe i moralne. Związana jest z tym również fałszywa reinterpretacja idei postępu, który utożsamiono wyłącznie z podnoszeniem standardu życia, rozwojem techniki itp., czyli rzeczywistością materialną, a nie – jak chciał tego Wroński – z autokreacją człowieka, z dążeniem do Absolutu.

Ta krytyka jednostronności rozumienia idei postępu oraz sprzeciw wobec nadawania temu terminowi orientacji materialistycznej, wiążą się u Brauna z pewnym antyindustrializmem i krytyką współczesnej techniki. Jego zdaniem, maszyna (i cała cywilizacja industrialna) odwraca człowieka od celowości transcendentnej jego życia, wiąże ze światem materialnym. Produkcja i zdobywanie dóbr zamiast być jedynie środkiem zaspakajania potrzeb, stają się głównym celem istnienia ludzkiego, stąd już tylko krok do ubóstwienia tej sfery życia. Swoiste bałwochwalstwo maszyny i techniki, o jakim Braun niejednokrotnie pisze, stanowić ma płaszczyznę, na której zachodzi konwergencja kapitalizmu i socjalizmu, traktowanych przez niego jako fałszywe doktryny o charakterze ekonomistycznym. Ekonomizm zaś to dla Brauna każdy pogląd, wedle którego zaspokojenie potrzeb materialnych stanowi główny cel i sens życia jednostki. Herezja ekonomizmu wynika z błędnego podejścia do zagadnienia pracy. Jeśli bowiem traktuje się ją wyłącznie jako środek służący wyprodukowaniu jak największej ilości towaru i tylko przez ten pryzmat ocenia jej wartość, „/…/ to maszyna – jako siła produkcyjna wyższa – musi być postawiona w hierarchii wartości ponad człowiekiem”9.

Maszyna, jak podkreśla, zamiast być sługą człowieka, stała się jego panem, a nawet swego rodzaju bożkiem, narzucającym system pracy niezgodny z naturą ludzką. W związku z tym praca przestała mieć charakter wysiłku twórczego. Krytyka dotyka przede wszystkim produkcję taśmową w ramach wielkiego przemysłu, która w największym stopniu zakrywa właściwy sens pracy i posiada znamiona wysiłku abstrakcyjnego, nie przynoszącego szczęścia twórczego czy radości z dzieła. Robotnik produkując pojedyncze elementy większej całości,nie zawsze rozumie cel swojej pracy, co więcej – nie może też wycisnąć na produkcie swego piętna. Braun podkreśla potrzebę odautomatyzowania pracy, nadania jej rytmu odpowiadającego potrzebom natury człowieka. To maszyna winna przystosować się do człowieka, a nie na odwrót, należy doprowadzić więc do czegoś, co moglibyśmy nazwać jej humanizacją. Wiąże się z tym gloryfikowanie przez założyciela Unii pracy rolnika czy rzemieślnika, sprzyjającej jakoby rozwojowi duchowemu człowieka, mającej w o wiele większym stopniu cechy wysiłku twórczego. Dobry rzemieślnik jest bowiem „zawsze trochę artystą”.

Ponadto rozwój techniczny prowadzi jego zdaniem do nadmiernej koncentracji własności, co także może mieć fatalne skutki dla życia gospodarczego, kulturowego czy nawet duchowego. W związku z tym postuluje walkę z „przesadną maszynizacją”. Walka ta miałaby polegać na zahamowaniu procesów koncentracji przemysłu, na decentralizacji produkcji i oparciu jej tam, gdzie można, na małych i średnich warsztatach rodzinnych. Stanowiłby one optymalną jego zdaniem podstawę gospodarki państwa.

Trzeba jednak wyraźnie podkreślić, iż Braun nie odgrzewa bynajmniej haseł ruchu luddystów. Dehumanizacja pracy, pozbawianie robotnika osobowej godności, terror wydajności, erozja więzi międzyludzkich, atrofia życia społecznego, to nie immanentna część cywilizacji przemysłowej, ale wynik pomylenia środków z celami. Tak naprawdę bowiem maszyna wyzwala pracę człowieka z „jarzma przyrody”, pozwala oszczędzać czas i energię ludzką na czynności nieprodukcyjne, na rozwój duchowy, a przynajmniej powinna temu służyć. Skoro tak się nie dzieje, to wina leży po stronie samego człowieka, nie zaś maszyny jako takiej – obarczanie jej za to odpowiedzialnością byłoby czymś absurdalnym.

Braun poszukuje trzeciej drogi pomiędzy skompromitowanymi i przeżywającymi się systemami. Nie ma być to jednak typowa le juste milieu między socjalizmem i kapitalizmem, lecz wyższa synteza, powstała na skutek ich progresywnego rozwoju. W ustroju tym, nazywanym gospodarką dynamiczną lub ustrojem potęgi pracy, ideałem czy celem nie ma być nasycenie luksusem, bogactwo dla bogactwa, praca dla pracy, ale rozwój duchowy. Konstruując ten model, odwołuje się oczywiście do myśli Hoene Wrońskiego, ale i do filozofii pracy Brzozowskiego, idei „misterium sztuki-pracy” Norwida oraz do katolickiej nauki społecznej. Głównym hasłem dynamizmu gospodarczego nie jest zysk maksymalny, lecz optymalny, co oznacza, iż rozwój produkcji musi uwzględniać różnorakie potrzeby człowieka (kulturalne, duchowe, konieczność wypoczynku, pożądanie wolności itp.), być zharmonizowany z innymi ludzkimi celami.

Tego typu rozważania prowadzą Brauna do sformułowania definicji dochodu społecznego, który nie jest dla niego bynajmniej sumą dóbr czy usług gospodarczych wytworzonych wysiłkiem społeczeństwa w określonym czasie i przeznaczonych na potrzeby wszystkich jego członków. Stanowi on natomiast stałe zmniejszanie się „/…/ energii wydatkowanej przez jednostkę, naród, ludzkość na utrzymanie się w bycie, czyli stałe zwiększanie się zapasu energii, którą możemy użyć na twórczość duchową”10. Wedle Brauna, twórcą nadwartości czy też wartości dodatkowej, nie jest – jak w teorii Marksa – niedostatecznie opłacany robotnik, ale też nie pieniądz, kapitał wprawiający w ruch produkcję, lecz „/…/ twórcza wynalazczość ducha ludzkiego, wprzęgająca przyrodę do pracy na rzecz człowieka”11. Nadwartość to po prostu zysk społeczny, wynikający ze zmniejszenia się, za sprawą wynalazczości człowieka, nakładu czasu pracy potrzebnej do utrzymania się przy życiu. Żadna z klas nie ma więc prawa zgłaszać pretensji o wyłączność w dysponowaniu nią, winna bowiem stać się udziałem całego społeczeństwa.

Rozwój ekonomiczny i zysk nie są celami samymi w sobie. Zasadniczym celem gospodarki dynamicznej jest kultura, jej jak najszersze upowszechnianie i podnoszenie na wyższy poziom. Braun podkreśla, iż jest to opłacalne nawet z punktu widzenia ekonomii, ponieważ „/…/ stopień wydajności produkcyjnej warstw wytwórczych zależy od stopnia kultury narodowej /…/ Największe potęgi gospodarcze świata współczesnego są to bowiem jednocześnie narody o największym rozkwicie kultury i techniki”12. Związek między kulturą a produkcją jest więc nierozerwalny, stanowią one system naczyń połączonych. „Kultura powiększa sprawność pracy mas produkcyjnych, zaś wydajność ich pracy dostarcza środków na utrzymanie i pomnożenie kultury”13. Postęp kultury jest tutaj celem, a praca środkiem – i nie może być niczym innym.

Z punktu widzenia tych dwóch czynników, czyli kultury i pracy, historia to dla Brauna stały postęp w kierunku stworzenia ich wzajemnej harmonii, owego ustroju kultury czy potęgi pracy. Dokonujące się stopniowo wyzwalanie pracy prowadzi do przyszłej jej harmonizacji z kulturą14. W coraz większym stopniu winna być ona nasycana pierwiastkami piękna, gdy tego bowiem brak odczuwana jest jako przekleństwo, nieznośne jarzmo. Trzeba dokonać ponownego zestrojenia pomiędzy pracą a pięknem, kulturą, twórczością, zadzierzgnąć więzy istniejące w formie embrionalnej w średniowiecznych cechach15, a rozerwane całkowicie w dobie przemysłowej. Pożądana jest wręcz pewna sakralizacja, nadanie jej piętna „obrzędu o godności niemal religijnej”16. Oto mit, który czeka na realizację, mit nowej epoki potęgi, piękna, kultury pracy, w której ustanie „konflikt między pracą, a duchem, świat pracy – podburzany dotąd przez demagogię przeciwko wartościom najwyższym: etyce, religii, metafizyce, prawu – sharmonizuje swe czynności z warstwą kulturotwórczą”17.

***

Można zapytać, co nam dziś Braunie. Po co sięgać do takich „ramot”, jak mesjanizm?

Jerzy Braun przypominał, że człowiek sam stwarza otoczenie, w którym żyje. Walczył z „realizmem” rozumianym jako bierne poddawanie się okolicznościom, zgoda na zastane warunki, z kapitulanctwem, z postawą „tak już musi być”. Wzywał pojedynczego człowieka oraz narody, a wreszcie całą ludzkość do ogromnego wysiłku, nieustannej pracy. Usiłował syntetyzować doktryny i idee, wydawałoby się, biegunowo odległe od siebie. Wszystko w tym celu, by doprowadzić do zaistnienia /…/ uniwersalnego katolicyzmu (Kościoła Powszechnego), przygotowanego naprzód przez unię kościołów wschodniego i zachodniego – prawdziwego Związku Państw w miejsce bankrutującej Ligi Narodów, prawdziwej Unii Pracy w miejsce destrukcyjnych i rewolucyjnych międzynarodówek”18.

Przypisy:

1 J. Braun, Historja a Prawo Postępu. I. Warunki dziejów, „Zet” 1932 nr 12.

2 Tenże, Zagadka dziejowa Polski, Warszawa 1938, s. 45.

3 J. Słowacki, Do Emigracji o potrzebie idei [w:] Tenże, Dzieła, t. XII. Pisma prozą, cz. 2, Wrocław 1959, s. 312.

4 J. Braun, Bronię romantyzmu, „Tygodnik Warszawski” 1948 nr 7.

5 Tenże, Polska – imperium Boga, „Zet” 1939 nr 4-5.

6 J; 3, 7-8.

7 J. Braun, Nowy świat kultury, Warszawa 2003, s. 21.

8 Tenże, Czy istnieje kryzys kultury?, „Zet” 1938 nr 13.

9 Inż. Z. [wł. J. Braun], Marksizm, kapitalizm a gospodarka dynamiczna. (Studium o nowej polityce socjalnej), Warszawa b.d.w., s. 9.

10 Grzegorz z Sanoka [wł. J. Braun], Światopoglądowe podstawy unionizmu, Warszawa [1943]., s. 21.

11 [J. Braun], Zarys doktryny ideowej „Unii”, [Warszawa 1943], s. 23.

12 Inż. Ż., op. cit., s. 14.

13 Loc. cit.

14 J. Braun, Nowy świat…, ss. 217-220.

15 Ibid., s. 69.

16 Ibid., ss. 273-274.

17 [J. Braun], Kultura pracy jako mit społeczny, „Kultura Jutra” 1943 nr 2.

18 Tenże, Zagadka dziejowa…, s. 102.

O Polskę Ludową

Należał niewątpliwie do najbardziej znanych polityków Drugiej Rzeczypospolitej. Był postacią wzbudzającą krańcowo różne emocje i osądy. W opinii jednych uchodził za »polskiego Robespierre’a«, za »szarą eminencję« Sejmu, inni widzieli w nim trybuna ludowego, człowieka niezłomnych zasad, uosobienie demokracji. Organizowano nań zamachy, lżono w brukowych pismach, wyszydzano w karykaturach, ale też otaczano najwyższą czcią, wynoszono na piedestał, powierzano mu najbardziej odpowiedzialne funkcje i godności” – pisał Jan Sałkowski. I nie ma w tych słowach żadnej przesady. Panie i Panowie: Stanisław August Thugutt.

***

Na świat przyszedł 30 lipca 1873 r. w Łęczycy jako najmłodsze z sześciorga dzieci w rodzinie Augustyna, doświadczonego lekarza, który po praktyce w różnych miastach osiadł w tej miejscowości. Ród Thuguttów miał austriackie korzenie, wedle rodzinnej tradycji wywodził się z Wiednia, zaś jego polska gałąź – od pułkownika, który przybył do naszego kraju z Augustem III.

Gdy Stanisław miał niespełna 7 lat, ojciec zmarł. Rok później rodzina przeniosła się do Warszawy. Najpierw edukacja w szkole powszechnej. Następnie uczęszczał do okrytego złą sławą, silnie zrusyfikowanego, III gimnazjum państwowego, gdzie – jak wspominał – uczył się słabo i sprawiał rosyjskim nauczycielom kłopoty wychowawcze. Edukację zakończył więc maturą w innej placówce. Chciał studiować historię, filozofię lub prawo, lecz brak środków uniemożliwił naukę za granicą, zaś w zaborze rosyjskim ukończenie szkoły realnej zamykało tę drogę.

Pracy w stolicy nie znalazł przez rok. Wyjechał więc do Łodzi. Tu otrzymał etat „ni to praktykanta, ni to robotnika w wielkiej tkalni Silbersteina /…/. Praca była ciężka: od 6 rano do 8 wieczorem w ogłupiającym wręcz łoskocie 700 stojących na jednej sali warsztatów” – pisał w autobiografii. Choroba oczu sprawiła, że musiał porzucić to zajęcie. Kolejna posada – inkasent w zakładzie krawieckim. Po półtora roku wrócił do Warszawy, gdzie udało się zdobyć etat księgowego. Jesienią 1899 r. poślubił Marylę Kozanecką, siostrę przyjaciela, w której zakochany był od wczesnej młodości. – „W życiu publicznym nie brałem żadnego udziału. Jakież tam zresztą życie było w ówczesnej Warszawie: rząd rosyjski wbił już w głowy polskie /…/ przekonanie, że tu się nic nigdy zmienić nie może”.

***

Wiosną 1901 r. państwo Thuguttowie wyjechali do Ćmielowa na Kielecczyźnie, gdzie Stanisław w fabryce porcelany księcia Lubeckiego dostał posadę w księgowości. To na ten okres datuje się początek jego społecznikowskich pasji.

W atmosferze niewielkiego miasteczka nudził się straszliwie. Założył więc obwoźną bibliotekę. Ale i tego było mu mało, więc powołał spółdzielnię spożywców. Podstępem udało się wyjednać od władz rosyjskich szybką zgodę. Gdy inicjatywa ruszyła, „zaczepiło mnie na rynku kilku długopołych i długobrodych kupców, pytając z goryczą, dokąd oni teraz mają jechać po założeniu spółdzielni. /…/ Błysnęły złe oczy, rozeszliśmy się w milczeniu. Niezadługo złożył mi wizytę główny potentat miejscowego handlu, komunikując mi z wielką życzliwością i nawet zatroskaniem, że dużo ludzi myśli, iż byłoby lepiej, gdybym opuścił Ćmielów, bo tu powietrze niezdrowe. /…/ Dodałem /…/ wyciągając z kieszeni wielki rewolwer i mierząc mu w głowę: – Proszę powiedzieć tym »ludziom«, żeby byli ostrożni, bo ta pukawka strzela celnie i mocno” – wspominał po latach. Gdy Thugutt wkrótce uratował jednego z miejscowych Żydów przed pogromem, ten – prawdopodobnie z inspiracji wspomnianych „ludzi” – oskarżył go przed sądem o… pobicie. Został uniewinniony, jednak „pomyślałem sobie, że nie tylko zakładanie spółdzielni, ale w ogóle życie tutaj /…/ nie jest łatwe”.

Drugą pasją, którą Thugutt rozwijał w tym okresie, była turystyka i krajoznawstwo. Z żoną zeszli niemal całą Kielecczyznę i Sandomierszczyznę. Ale gdy nadarzyła się sposobność, wiosną 1905 r. porzucili Ćmielów i wrócili do Warszawy.

***

Powrót przypadł na okres rewolucji, jednak Stanisław zamiast polityką zajął się czymś innym. Przygotował książkę o historii Księstwa Warszawskiego (1907), a wkrótce trafił do niedawno powołanego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Tam parał się publicystyką i pracą redakcyjną – w roku 1910 otrzymał stanowisko kierownika literackiego tygodnika PTK „Ziemia”. Powierzono mu także opracowanie jednego z tomów nowoczesnego przewodnika po kraju. Jeździł w teren, prowadził badania ankietowe, fotografował, wertował literaturę, wszystko to bez zgody władz zaborczych. Tom poświęcony ziemi kieleckiej i radomskiej ukazał się tuż przed wybuchem wojny. W międzyczasie opracował przewodnik po stolicy, cieszący się sporą popularnością – jeden z recenzentów napisał: „tchnie [z niego] widoczna miłość autora do Warszawy, miłość zaślepiająca”. Redagował także miesięcznik „Fotograf Warszawski”.

Pasje krajoznawcze i popularyzatorskie realizował Thugutt po pracy zawodowej i bezpłatnie. W imię czego? Działalność owa była – wspominał w autobiografii – „nie czym innym, jak jeszcze jednym sposobem budowania Polski od dołu, Polski, którą się przemycało między wierszami, o której się mówiło nie tylko jako o wspomnieniu historycznym, ale jako o żywym, choć tak straszliwie pokaleczonym organizmie”. Jak pisze Janina Barbara Twaróg, „Dziwił się, że wędruje się w poszukiwaniu osobliwości, wejścia na najwyższy szczyt itp., przedkładaniu obcych krajobrazów ponad własne”.

Działał także w Kole Przyjaciół Kaszub, pragnąc powstrzymać germanizację Pomorza. „Pomimo wahań i złudzeń najistotniejszą treścią i podłożem jest tu nie co innego, jeno polskość, jeno – jeśli wolicie – kaszubskość. Wszystko inne jest tylko nalotem” – przekonywał Thugutt. Współpracował z działaczami regionalnymi, organizował dla ludności z Kaszub wycieczki po Warszawie, popularyzował wiedzę o historii i kulturze tych ziem.

***

Wybuch I wojny światowej był momentem zwrotnym w życiu Stanisława Thugutta. Pojawiająca się szansa na odzyskanie przez Polskę niepodległości pchnęła go w wir polityki i dużo poważniejszego niż dotychczas zaangażowania publicznego.

W 1914 r. wraz z przyjaciółmi założył tajne ugrupowanie, Związek Patriotów, przekształcony następnie w Partię Niezawisłości Narodowej (wkrótce pierwszy człon nazwy zastąpiło „stronnictwo”). Po rozpoczęciu działań wojennych zintensyfikowano wysiłki – Thugutt zajmował się wieloma zadaniami, od redagowania „Gońca” (najbardziej niepodległościowa wówczas gazeta w Warszawie) czy odezw i broszur, a na przemycie rewolwerów kończąc. Został też skarbnikiem w Polskiej Organizacji Wojskowej, powołanej w celu wspierania utworzenia polskich sił zbrojnych. Na początku 1915 r. wszedł z ramienia ZP do Zjednoczenia Stronnictw Niepodległościowych, która zrzeszała też PPS i Związek Chłopski, razem wyrażające ideały lewicowe i prospołeczne, poparcie dla Józefa Piłsudskiego oraz silną opcję antyrosyjską.

Pod koniec 1915 r. Thugutt, znużony jałową atmosferą i gadulstwem, na ochotnika zgłosił się do Legionów i trafił do 2 pułku. Początkowo przełożeni próbowali go wykorzystać do prac biurowych, ale po krótkim pobycie w szpitalu uciekł wprost na front do 7 pułku. Brał udział w ciężkich walkach nad Styrem i Stochodem, wyszedł z nich bez szwanku.

Z frontu odwołano go w połowie 1916 r. do pracy politycznej w Warszawie. Stronnictwo Niezawisłości Narodowej weszło w skład Centralnego Komitetu Narodowego, porozumienia lewicy niepodległościowej, a Thuguttowi powierzono redagowanie jego organu – „Biuletynu”. Wkrótce został także członkiem zarządu CKN. Od końca września 1916 r. był redaktorem pisma „Rząd i Wojsko”, związanego z piłsudczykami. Uczestniczył w większości inicjatyw środowisk niepodległościowych, jednak niewiele z nich wynikało – „miałem już dosyć tych inteligenckich nieodpowiedzialnych rozmówek”. Przewartościowaniom służył też rozwój wydarzeń: „Wiadomości nadchodzące z Rosji o tamtejszym wybuchu rewolucyjnym wywierały coraz głębszy wpływ na masy /…/. Anemiczne i odsunięte dotychczas zagadnienie sporu społecznego zaczęło wracać na scenę i nabierać żywszych rumieńców” – wspominał. W połowie 1917 r. wstąpił w szeregi Polskiego Stronnictwa Ludowego. „Zwrócił się ku ludowemu ugrupowaniu jako reprezentantowi nowej potężnej siły, zdolnej odbudować niepodległą a zarazem demokratyczną, sprawiedliwą Polskę” – konkluduje Alicja Wójcik. W PSL szybko zyskał znaczne wpływy i renomę. W styczniu 1918 r. został sekretarzem Zarządu Głównego partii i jednym z czołowych jej ideologów.

Coraz bardziej wyraziste stanowisko niepodległościowe i krytyka polityki Niemców skończyły się aresztowaniem Thugutta w połowie lutego i uwięzieniem w Modlinie. Tam wraz z grupą piłsudczyków planował ucieczkę – wykonany wspólnymi siłami podkop był już zaawansowany. Jednak na wniosek Rady Regencyjnej został uwolniony na początku października i wrócił do Warszawy. Już kilka dni później był jednym z głównych mówców na Kongresie PSL, domagając się niepodległości Polski i reform społecznych.

***

W programowym tekście „Nowy ład” stwierdzał na początku 1919 r.: „Trzeszczy w posadach i wali się w gruzy cały ten stary świat, który był oparty na wyzysku, na poniewierce praw ludu pracującego. W naszym nowym świecie, w nowej, z grobu powstałej Polsce musi być inaczej i musi być lepiej”. Polska, ale jaka? – właśnie to pytanie nurtowało Thugutta. Gdy czytamy jego publicystykę, autobiografię i wystąpienia sejmowe, nieodparte są skojarzenia z „Przedwiośniem” Żeromskiego. Jest tu sama pasja, wielka miłość wobec Ojczyzny, ale także krytyka niesprawiedliwości i marazmu, rozczarowanie kierunkiem, w jakim zmierza Polska. No i analogiczna ocena zagrożenia, jakim jest brak reform społecznych i żerujący na tych realiach zwolennicy komunizmu.

Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości, w marcu 1918 r. pisał: „Dziś idą czasy nowe, czasy wielkich wstrząśnień być może. Cokolwiek się jednak z Polską stanie, można powiedzieć, że tym ona będzie bezpieczniejsza, im bardziej posiadaczem jej ziem będzie lud pracujący na roli. Więc nie w interesie chłopa, ale w interesie Polski jest, żeby ziemia przeszła w mocne i pewne ręce włościańskie. Im prędzej się to stanie, tym lepiej, tym bezpieczniej dla kraju. Lud polski nie ma w sobie niszczycielskich popędów i do takich dzikich zamieszek, jakie widzimy dziś w Rosji pod rządem bolszewickim, nikt wśród ludu nie tęskni. Ale jeśli się tych spraw nie załatwi dziś zgodnie, to jutro pójdą nie wiadomo skąd na wieś złe podmuchy, a za nimi mogą pójść rzeczy najgorsze, bo walki bratobójcze”. Thugutt był przekonany, że Polska może być silna, bezpieczna i mieć oparcie w swoich mieszkańcach tylko wtedy, gdy wszyscy Polacy, zwłaszcza ci dotychczas lekceważeni i spychani na margines, otrzymają szansę na godne życie.

/…/ nic nie było bardziej obce umysłowości inteligenta polskiego, niż jakiegokolwiek odcienia radykalizm, zwłaszcza taki, który /…/ trzeba było /…/ urzeczywistniać i wcielać w życie /…/ Nie umiejąca znaleźć ani drogi do ludu, ani wspólnego z nim języka, gorzkniejąca w odosobnieniu, inteligencja zamknęła się w krytyce. Jałowa to zresztą była krytyka, /…/ ulewająca sobie żółci w kawiarniach i na zebrankach prywatnych – tak z goryczą wspominał postawę swoich kolegów w pierwszych latach niepodległości. Polska, ale jaka? – pytał Thugutt. I odpowiadał: ludowa! Polska bez panów i „hołoty”, Polska równych szans i sprawiedliwości społecznej, Polska wierna tradycji, ale dynamiczna i nowoczesna, nie wahająca się podejmować śmiałych kroków w celu polepszenia bytu swoich obywateli. Argumentował: „Są tacy, którzy mówią: najprzód zbudujmy Polskę, później się będziemy w niej urządzać. To są słowa zupełnie puste. Że bez ludu, bez tych milionowych tłumów siermiężnych Polski się nie da zbudować, przekonały nas już wszystkie rozpaczliwe wybuchy poprzednie /…/ które bez pożytku tonęły we krwi. Żeby zaś najszersze masy przyciągnąć do wspólnej roboty, nie dość jest im Polskę wolną i szczęśliwą obiecać, trzeba im ją dać, trzeba, żeby się jej palcem dotknęli”.

Te dwie wartości – ojczyzna wolna i sprawiedliwa – nigdy nie były u Thugutta przeciwstawiane. W 1929 r. pisał: „Zdarzało mi się parokrotnie oddać tej wielkiej zbiorowości, którą nazywam ojczyzną, to wszystko, co dać mogłem, tj. samego siebie. Nie umiałbym jednak, wyznaję to szczerze, poza wyjątkowymi chwilami najwyższego niebezpieczeństwa dla kraju, stawiać wyżej obowiązku patriotyzmu ponad obowiązek walki o sprawiedliwość społeczną, nie rozumiem nawet, po co mamy te dwa pojęcia przeciwstawiać sobie”. Wbrew dorabianej mu gębie „bolszewika”, deklarował na progu niepodległości: „Za dużo dziś w Polsce jest ludzi, którzy mówią: wszystko oddam Ojczyźnie, z wyjątkiem życia i mienia. I za dużo w ciągu kilku lat widzieliśmy takich patriotów, co Ojczyznę mieli ciągle na ustach, ale nie dali jej nic. Polska powstała z grobu, ale powstała jak Łazarz biedna, ociekająca krwią, spustoszona. I jeżeli nie uczynimy najwyższego wysiłku, by ją utrzymać przy życiu, by ją ogrzać ciepłem serc naszych, zejdzie do grobu z powrotem. Więc żadnych granic ofiarom, żadnego kresu wysiłkom”.

***

Nocą z 6 na 7 listopada 1918 r. w Lublinie powołano Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Thugutt wraz z Tadeuszem Hołówką byli autorami jego wiekopomnego „Manifestu”. On sam objął w rządzie stanowisko ministra spraw wewnętrznych – wyjątkowo niewdzięczne w kraju, który właśnie wyszedł ze 123-letniej niewoli. W rządzie Ignacego Daszyńskiego oraz w powołanym wkrótce gabinecie Jędrzeja Moraczewskiego, gdzie zachował stanowisko, tworzył zalążki polskiej administracji i w ogóle ładu zbiorowego, m.in. organizował Milicję Ludową, która pilnowała porządku do czasu powstania struktur państwa. Był też jednym z bardziej radykalnych członków rządu, domagając się zrealizowania wielu prospołecznych deklaracji. Także w sferze symbolicznej Thugutt podejmował śmiałe kroki – jego dekretem zniesiono koronę orła w godle państwowym (argumentował, że powstańcy styczniowi i Legiony mieli sztandary z orłem bez korony) oraz zastąpiono w oficjalnej nomenklaturze termin „pan” słowem „obywatel”.

Prawica i warstwy posiadające nienawidziły go za to, organizując cały czas kampanię ataków przeciwko temu „polskiemu Robespierre’owi” i „bolszewikowi”. Zarzuty były bzdurne, bo Thugutt mimo radykalizmu społecznego przykładał wielką wagę do porządku i spokoju w dopiero co odzyskanym państwie. Przestrzegał przed chaosem, nie wahał się nawet wysłać w Zagłębiu Dąbrowskim wojska w celu rozbicia strajku inspirowanego przez komunistów. „Nie będziemy uczyli ludu nienawiści do obszarnika, z którym on i tak da sobie radę, będziemy go uczyli miłości do Polski, która tak wiele jeszcze ofiar i poświęceń wymaga. /…/ nienawiść w kraju przepełnionym nędzą, nękanym głodem, smaganym podszeptami złej agitacji, może być iskrą rzuconą na proch” – deklarował w owym okresie.

Wspominał, że „na ulicach ofiarowywano już głośno 500 marek za moją głowę”. Endecko-ziemiański zamach stanu w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 r., pod przywództwem płk. Mariana Januszajtisa i księcia Eustachego Sapiehy, o mało nie zakończył się tragedią – „nieznani sprawcy” oddali do Thugutta dwa strzały w jego mieszkaniu, lecz chybili, zaś kilka godzin później minister został aresztowany. Po fiasku przewrotu podjął kroki w celu ukarania jego autorów.

Wkrótce odbyły się wybory, Thugutt nie zdobył mandatu poselskiego. Jako zaufany człowiek Piłsudskiego wyjechał do Paryża na konferencję pokojową w roli członka Komitetu Narodowego Polskiego. Wrócił po pół roku. W celach zarobkowych objął stanowisko dyrektora w spółce „Len Polski”, powrócił do aktywności w PSL „Wyzwolenie”.

***

Gdy ojczyzna znalazła się w potrzebie, odłożył na bok partyjne i polityczne animozje. W obliczu najazdu bolszewickiego wzywał do jedności narodowej, a sam – w wieku 47 lat – zgłosił się na ochotnika na front, rezygnując z propozycji otrzymania szlifów oficerskich, gdyż wyłączyłoby go to z czynnej walki. Jako żołnierz 201 pułku brał udział w kilku potyczkach. Podczas jednej z nich, pod Surażem, został postrzelony w prawą rękę – kula strzaskała kość ramieniową i uszkodziła nerw. Stracił na zawsze władanie, nauczył się pisać lewą ręką. Za udział w walkach otrzymał Krzyż Walecznych.

***

Mimo iż nie był posłem, pełnił rolę jednego z liderów i głównych ideologów PSL „Wyzwolenie”, w roku 1920 został ponownie członkiem Zarządu Głównego oraz jednym z redaktorów organu prasowego „Wyzwolenie”. Rola Thugutta w lewicowym stronnictwie ludowym była tak doniosła, że gdy członków PSL „Piast” zwano powszechnie witosowcami, to o jego partyjnych kolegach i sympatykach mówiono: thuguttowcy.

Dał się poznać jako jeden z czołowych w Polsce zwolenników reformy rolnej – z pasją krytykował ziemiaństwo i prawicę, domagając się przyznania chłopom ziemi. Był współautorem ustawy o reformie rolnej, jej propagatorem w Sejmie i orędownikiem wśród ludu. Uważał, że reformy dokonać należy jak najszybciej, aby gospodarkę polską oprzeć na powszechnej drobnej własności rolnej. Parcelacja ziemi miałaby wedle niego zostać dokonana przez państwo, chłop bowiem byłby bardziej związany mentalnie z ojczyzną, gdyby wykupił ziemię od jej przedstawicieli, nie zaś bezpośrednio od prywatnych właścicieli majątków. Z pasją krytykował tych wszystkich, którzy torpedowali wysiłki na rzecz reformy, uważając, że w ten sposób utrwalają Polskę starą, zmurszałą i niesprawiedliwą.

Jednak nie tylko przeciwników reformy rolnej gromił z pasją. Cięgi zbierali także socjaliści – PPS bowiem propagował wywłaszczenie obszarników z ziemi bez odszkodowania i przyznanie jej wyłącznie bezrolnym mieszkańcom wsi. Sprawiedliwość społeczna – przekonywał – nie może być tożsama z zemstą, a nowy ład trzeba budować na współistnieniu różnych warstw. Ziemianie powinni zostać pozbawieni części majątków, ale za odszkodowaniem. W roku 1926 pisał: „Nie trzeba Polski Ludowej budować w imię nienawiści i zemsty. Odbierając spokój, nienawiść utrudnia zwycięstwo. Jakkolwiek wielkie były w przeszłości krzywdy ludu, rzeczą próżną, zbędną i głupią byłoby dziś się o nie prawować”.

***

Jedność narodowa, swoboda działania, wolność przekonań i spokój społeczny, mimo różnic politycznych i innych, były przez wszystkie lata działalności politycznej jednymi z głównych ideałów Thugutta. Dla kogoś, kto obserwuje dzisiejszą scenę polityczną oraz pyskówki miernot, którym partyjny czy ideologiczny szyld przysłania rozum i elementarną uczciwość, postawa lidera PSL „Wyzwolenie” jest trudna do pojęcia. W imię wierności ideałom przełamywał wszelkie możliwe podziały – choć może lepiej powiedzieć, że wówczas tak krótkowzrocznych podziałów po prostu nie było.

Stanisław Thugutt był pomysłodawcą wyboru Gabriela Narutowicza na Prezydenta Polski, namówił go do kandydowania i organizował sejmowe poparcie dla tej idei. Gdy Niewiadomski zamordował Prezydenta, to właśnie lider lewicowych ludowców domagał się stanowczego ukarania tych, którzy do zbrodni nawoływali, podburzali nastroje społeczne i siali obrzydliwą propagandę, przepojoną wątkami antysemickimi. Przemawiając w Sejmie 19 czerwca 1923 r. mówił: „/…/ jeżeli minęła ta otwarcie okazywana radość z powodu zamordowania »żydowskiego prezydenta«, jeżeli minęły te odmowy odprawiania nabożeństw za Narutowicza, który jakoby miał być Żydem, to jednak nie minęły inne objawy, które do dnia dzisiejszego są zgorszeniem publicznym. Śp. Narutowicz był ofiarą zbrodni. /…/ Na Powązkach grób Niewiadomskiego jest ciągle zarzucany kwiatami /…/ na grobie istnieje napis »Bohaterowi Narodu«. /…/ zapytuję ministra sprawiedliwości /…/ dlaczego prokurator nie wkracza w tę sprawę? /…/ o ile mi /…/ wiadomo, istnieje w kodeksie [karnym] artykuł przewidujący karę za pochwałę zbrodni”.

Ale w tym samym (sic!) przemówieniu Thugutt, komentując wniosek złożony przez posłów mniejszości żydowskiej, mówił tak: „Jeżeli chodzi o jakiekolwiek gwałty względem ludności żydowskiej /…/ to mogą być Panowie najzupełniej spokojni, że ja i całe moje stronnictwo w obronie bitego Żyda potrafimy stanąć. Jeżeli to będzie krzywda człowieka i obywatela, znajdziemy dosyć odwagi, aby o sprawiedliwość się upomnieć. Jednak uważam, że to jest zupełnie co innego, a co innego są motywy, które Panowie podali. Już parokrotnie uważałem /…/ za przykry obowiązek ostrzeżenie Panów przed tą namiętnością, jaką wnosicie Panowie do dyskusji politycznej w Polsce. /…/ ta niesłychana namiętność /…/ i ta bezceremonialność, z jaką rzucacie oskarżenia, już nie na jedną klasę, nie na stronnictwo, ale na całe Państwo Polskie, nie pozwoli nawet i członkom lewicy podtrzymać złożonego przez Panów wniosku”.

Podobnie było z komunizmem. Choć wielokrotnie potępiał poglądy i cele ugrupowań komunistycznych, a w walce z bolszewikami został trwale okaleczony, to jednak stanowczo sprzeciwiał się represjom politycznym wobec takich środowisk. Uważał, że każdy obywatel ma prawo do wolności przekonań i słowa oraz swobodnej działalności politycznej. Oburzało go to, że „/…/ zapełnia się więzienia ludźmi, nie za czyny, ale za przekonania, za przynależność do zakazanej partii, za ujawnione sympatie dla potępionych oficjalnie kierunków”. Gdy jednak komunistyczne ośrodki propagandowe usiłowały kreować na Zachodzie obraz Polski jako jednego wielkiego aresztu, Thugutt jako członek sejmowej komisji badającej nadużycia policji i służb więziennych, zareagował listem do francuskich intelektualistów, zarzucając im, że w swoich apelach piszą nieprawdę i szkalują nasz kraj.

Tak samo postrzegał kwestię mniejszości narodowych i wyznaniowych. W broszurze „Jakich Polsce rządów potrzeba” pisał w roku 1920, komentując pomysły ograniczenia praw wyborczych: „Warunek /…/ wysuwany przez prawicę, by Naczelnik Państwa był katolikiem, jest wręcz niedorzeczny. Polska zamieszkana jest przeważnie, ale jednak nie wyłącznie przez katolików. Zastrzec wyłączne prawo dla jednego wyznania – choćby najliczniejszego – to zepchnąć wszystkich obywateli Polaków innych wyznań na niższy stopień, obywateli drugiego rzędu. /…/ Nie prawami wyjątkowymi stanie Polska Ludowa, ale wznowieniem najlepszych naszych dawnych tradycji: zupełnej tolerancji i powszechnej miłości, jaka ma łączyć jej obywateli”.

Wielokrotnie stawał w obronie mniejszości – przeciwko policyjnym represjom na Kresach, przeciwko endeckim pomysłom, by ziemie w ramach reformy rolnej przyznawać tylko „rdzennym Polakom”, przeciwko nierównemu podziałowi środków na oświatę polską i szkolnictwo innych nacji. Ale jednocześnie potępiał etnocentryzm samych mniejszości, sabotowanie ideałów jedności obywateli kraju, bez pardonu wskazywał także na ich związki z ZSRR i sianie niepokojów za sowieckie pieniądze. Przemawiając w Sejmie 9 lipca 1924 r. w sprawie ustaw językowych, domagał się, by państwo polskie szczególnie mocno – bardziej niż inne regiony kraju – wsparło mniejszości narodowe na Kresach, jako że padły ofiarą zniszczeń wojennych oraz egzystują na obszarach zacofanych gospodarczo. Lecz w tym samym przemówieniu mówił z wyrzutem pod adresem posłów owych mniejszości: „/…/ Wasze ukochanie swoich praw, swojej kultury i swojej ściślejszej ojczyzny idzie tak daleko, że wyraźnie zieje nienawiścią do wszystkiego, co polskie”.

Wielokrotnie oskarżany przez endeków o „zdradę interesu narodowego”, Thugutt w momencie odzyskiwania niepodległości walczył jak lew o ziemie zamieszkiwane przez Polaków lub ważne z punktu widzenia rozwoju kraju. Dostęp do morza i odzyskanie Gdańska określał jako „sprawę życia i śmierci”, nieustępliwie domagając się tego podczas rokowań pokojowych w Paryżu. Przekonywał również, że „bez Śląska nie ma wielkiej, niezależnej Polski”. Działał w warszawskiej sekcji Komitetu Obrony Śląska, wzywał rząd w okresie plebiscytu do wzmożonych wysiłków na rzecz przekonania Ślązaków do wyboru Polski, popierał zbrojną walkę powstańców. Przez całe międzywojnie zabierał głos w obronie interesu narodowego. Nie godził się na żadne ustępstwa przed żądaniami niemieckimi, a jego stanowcze opinie w obronie polskości Gdańska kilkakrotnie wywołały tzw. skandal międzynarodowy.

Dbałość o interesy Polski nie miała jednak w wykonaniu Thugutta nic wspólnego z nacjonalizmem. Opowiadał się za szeroką autonomią dla mniejszości narodowych, za dobrymi stosunkami z państwami sąsiedzkimi, promował koncepcje federacji państw Europy Środkowo-Wschodniej („idea Jagiellońska”). Współpracował z niemieckimi środowiskami przeciwnymi militaryzmowi, a mimo dawnych krzywd i potencjalnych współczesnych zagrożeń zalecał, aby Rosję traktować tak, jak każdy inny kraj i nie żywić do niej irracjonalnej nienawiści, nie rozdrapywać ran.

***

W roku 1921 z kilkoma przyjaciółmi założył Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela, której głównym zadaniem było monitorowanie postaw administracji publicznej. Liga analizowała sytuację w więzieniach, broniła obywateli pokrzywdzonych przez urzędników, prowadziła mediacje w konfliktach z udziałem mniejszości narodowych i wyznaniowych.

Ni to ciekawostką, ni ważnym elementem jego biografii, był domniemany związek Thugutta z masonerią, bo Liga była uważana za jej przybudówkę. Przez całe międzywojnie endecy i konserwatyści zarzucali mu, że jest „człowiekiem z loży” i „fartuszkowcem”. Andrzej Ajnenkiel pisał: „zbliżony do radykałów francuskich, reprezentował /…/ nurt podejmujący sprawę wolności i swobód obywatelskich, stąd też podejrzewano go o przynależność do masonerii”.

Różnie oceniają rzecz najwybitniejsi badacze polskiej masonerii. Ze względu na tajność struktur wolnomularskich, trudno tu o pewniki. Prof. Ludwik Hass jest ostrożny, zwracając uwagę głównie na radykalnie demokratyczne i świeckie poglądy Thugutta oraz jego kontakty towarzyskie ze znanymi masonami. Ale nie unika nazywania go „działaczem politycznym spod znaku kielni i młotka”, „inteligentem-wolnomularzem”; wymienia też Thugutta jako prawdopodobnego przewodniczącego jednej ze stołecznych lóż – „Prawo Ludu”. Dr Leon Chajn ma mniej wątpliwości – uważa go za jednego z czołowych masonów związanych z obozem piłsudczykowskim, dokumentuje wystąpienie Thugutta na dorocznym zebraniu Wielkiej Loży Narodowej w 1926 r., uważa też, że odegrał on znaczną rolę w torpedowaniu wysiłków mających na celu zawarcie przez Polskę konkordatu ze Stolicą Apostolską.

Thugutt odbiega jednak od wizji masońskiego „szwarccharakteru”, na okrągło knującego przeciwko Ojczyźnie, Wierze, Tradycji i Wszelkim Świętościom. W zasadzie trudno w jego publicystyce i działalności publicznej znaleźć opinie i postawy, które można by skojarzyć z tym, o co oskarżani są wolnomularze. Owszem, miał radykalne poglądy demokratyczne i humanistyczne, opowiadał się za świeckim państwem, ale niemal nie uświadczy się u niego ataków na tradycje narodowe czy religię.

***

Szczyt jego popularności i wpływów w PSL „Wyzwolenie” datuje się na rok 1923 – prezes, główny ideolog, czołowy polityk, poseł, przewodniczący Klubu Poselskiego tej partii. W połowie grudnia tego roku, po upadku rządu Witosa, prezydent Stanisław Wojciechowski powierzył Thuguttowi misję sformowania rządu o charakterze centrolewicowym, z poparciem „Wyzwolenia”, PPS-u, Narodowej Partii Robotniczej, mniejszości narodowych, a także Chrześcijańskiej Demokracji (jej udział w rządzie miał sprawić, że wejdą w jego skład Piłsudski i Władysław Grabski). Misja Thugutta zakończyła się jednak fiaskiem – chadecy ostatecznie odmówili akcesu, co storpedowało nie tylko pomysł pozyskania sejmowej większości, ale także „jednościowy” charakter gabinetu. Rezygnując z tych wysiłków, wskazał prezydentowi na Grabskiego jako odpowiedniego kandydata na premiera. Bardzo cenił tego polityka prawicy, pisząc o nim: „był pierwszym ministrem skarbu, który miał odwagę /…/ szukać pieniędzy tam, gdzie się one znajdują – w kieszeniach ludzi bogatych”.

Część ludowców przyjęła rezygnację swego lidera z dezaprobatą, zarzucając mu zbyt małą wytrwałość i zapał w kwestii utworzenia rządu lewicy. Był to przedsmak poważnego konfliktu. W lipcu 1924 r. premier Grabski zaproponował Thuguttowi wejście do rządu w charakterze ministra spraw zagranicznych. Propozycję tę szef „Wyzwolenia” skonsultował z kilkoma zaufanymi ludźmi z kierownictwa partii, prosząc o dyskrecję i zajęcie stanowiska, gdy wróci z kilkudniowego wyjazdu. Wykorzystano to przeciwko niemu, rozgłaszając plotki, jakoby dał się kupić za rządowe stanowisko, choć on sam decyzji jeszcze nie podjął.

Wzburzony lider lewicowych ludowców zrezygnował z prezesostwa w partii, członkostwa w klubie parlamentarnym oraz złożył legitymację partyjną. Odmówił także przyjęcia teki ministerialnej. W ogłoszonym na łamach partyjnego organu liście pisał: „Gdyby u nas prawica była znaczną większością, byłbym pierwszy za tym, żeby pozostać w roli czystej i ostrej opozycji. Ale co to znaczy w obecnej Polsce być opozycją? Przeciwko komu? Przeciwko rządowi, który i tak ledwie trzyma się na nogach, przeciwko państwu, które jest naszym państwem, czy przeciwko prawicy, która przy naszym sprzeciwie także nic zrobić nie może. W Polsce wszyscy chcą być opozycją, tylko nikt za nic nie chce przyjąć odpowiedzialności. Na miły Bóg, z samych przeczeń Polska nam nie urośnie. Deklaracja Thugutta-państwowca była jednocześnie abdykacją Thugutta-polityka – już nigdy nie zyskał tak znaczącej pozycji.

Próbowano kilkakrotnie przekonać go, aby wrócił do PSL „Wyzwolenie”, ale bezskutecznie. Jesienią 1924 r. premier Grabski złożył mu nową propozycję – tym razem Stanisław Thugutt zgodził się zostać wicepremierem, ze szczególnymi zadaniami w sprawie uporządkowania kwestii mniejszości narodowych i wypracowania porozumienia w sprawie ich statusu. Jak sam przyznawał, był to błąd, bowiem w rządzie pozostawał „obcym ciałem”, nie miał zbytniego wpływu na bieg wydarzeń, a kompromis pomiędzy ekstremalnymi biegunami – endekami i mniejszościami narodowymi – okazał się niezwykle trudny. Udało mu się przeforsować kilka regulacji polepszających sytuację mniejszości oraz całych Kresów, ale była to kropla w morzu potrzeb. Zrezygnował ze stanowiska w połowie roku 1925. Bernard Singer pisał o nim: „Bez partii, bez wpływu na cokolwiek, niemalże bez słuchacza pozostał trybun”.

W tym okresie, w roku 1924 i 1925, podejmował starania na rzecz nakłonienia Józefa Piłsudskiego do powrotu do czynnej polityki i objęcia któregoś z kluczowych stanowisk w dziedzinie obronności państwa. Od czasów I wojny światowej Thugutt darzył Marszałka ogromnym szacunkiem, choć nie zawsze zgadzał się z nim – w autobiografii pisał: „/…/ mam prawo stwierdzić: nie zaniedbałem w swoim życiu politycznym niczego, co by Piłsudskiemu mogło ułatwić pracę i życie w Polsce”.

Wraz z inteligenckimi „uciekinierami” z PSL „Wyzwolenie” i kilkoma posłami wcześniej niezrzeszonymi, powołał Klub Pracy, o orientacji demokratyczno-lewicowej (m.in. Kazimierz Bartel i Bolesław Wysłouch). Nie przejawiał jednak większej aktywności, a jesienią 1926 r. pożegnał się z tym środowiskiem z powodu jego ewolucji ku obozowi sanacyjnemu.

***

Zamach majowy 1926 r. ocenił krytycznie, ale początkowo łagodnie. Potępiał rozlew krwi, tym bardziej, że jego zdaniem autorytet Piłsudskiego był tak znaczny, iż można było uniknąć bratobójczych starć. Od dawna darzył Marszałka wielką estymą i uważał, że jeśli przejęcie przez niego władzy ma służyć przezwyciężeniu chaosu toczącego Polskę, to takie odstępstwo od zasad demokracji jest do przyjęcia. Po roku rządów Piłsudskiego pisał o nim, tonując własną krytykę obozu sanacyjnego, że Marszałek „/…/ uczył innych z narażeniem własnego życia kochać Ojczyznę wtedy, kiedy niejeden z późniejszych dygnitarzy Rzeczypospolitej zakazywał surowo samemu sobie myśleć o Polsce”. Dlatego też początkowo ocena przewrotu i jego skutków była zniuansowana. W 1927 r. Thugutt stwierdzał: „Ogólny rezultat byłby /…/ raczej dodatni, gdyby nie /…/ fakt, że poza pewnymi polepszeniami kryje się coraz bardziej dotkliwa nędza klas pracujących”.

Jednak w miarę upływu lat coraz bardziej krytycznie oceniał obóz sanacji, przede wszystkim rosnący autorytaryzm władzy, ograniczanie swobód obywatelskich, podkopywanie demokracji. W roku 1928 pisał: „Naszej zgody na zniszczenie Sejmu, na odebranie ludowi prawa wyrażania swej woli nigdy nie będzie. /…/ Odebrać głos można by nam tylko przemocą, ale nie ma jeszcze na szczęście w Polsce tak wielkiego więzienia, w którym dałoby się zamknąć nas wszystkich”. W jego opinii, taki model sprawowania władzy prowadzi donikąd. Zamiast jednoczyć społeczeństwo, antagonizuje je. Zamiast angażować różne grupy w działania na rzecz wspólnego dobra – skupia się na „samych swoich”. Zamiast uzdrowienia państwa, dokonuje się jego przejęcie przez wąską kastę, nie poddaną kontroli. „Dawniej włóczyli się po biurach rządowych posłowie, którzy niejednokrotnie załatwiali tam swoje partyjne czy osobiste interesy. Dzisiaj włóczą się jakieś ciemne typy z rozmaitych mafii i klik” – pisał w roku 1930.

Coraz bardziej krytyczny wobec sytuacji politycznej, wrócił w 1928 r. do PSL „Wyzwolenie”. Celowo uczynił to już po zamknięciu list wyborczych, aby nie podejrzewano go o zakusy na poselskie apanaże. Nie pełnił żadnych eksponowanych funkcji we władzach partii, jednak był znaczącą postacią w podejmowanych działaniach, takich jak obchody X rocznicy powołania rządu lubelskiego czy protesty przeciwko tzw. procesowi brzeskiemu liderów antysanacyjnej opozycji (istnieją opinie, że Thugutt nie zasiadł na ławie oskarżonych tylko dlatego, że Piłsudski osobiście wykreślił go z listy „przestępców”, kierując się sentymentem wobec sojusznika z czasów walk o niepodległość). W latach 1929-1930 był redaktorem pisma „Tydzień”, które integrowało centrolewicową część antysanacyjnej opozycji. W artykule programowym deklarował: „Należąc do odmiennych grup politycznych czy nie należąc do żadnej, przychodzimy z różnych stron świata, ale droga, którą iść chcemy, jest jedna. Wszyscy niewątpliwie jesteśmy szczerymi republikanami, głęboko przeświadczonymi o tym, że przyszłość Polski, jej świetność i moc, jej zdrowie, a może nawet jej byt zależy od zupełnego zdemokratyzowania nie tylko ustroju państwa, ale dusz ludzkich i podstaw życia gospodarczego”. Pismo upadło głównie z powodu częstych konfiskat nakładu przez sanacyjną cenzurę.

W obliczu potęgi obozu rządowego postulował współpracę ponad partyjnymi podziałami. Należał do czołowych twórców Centrolewu. Na jego Kongresie 29 czerwca 1930 r. był jednym z mówców. „Największe wrażenie – wspominał Adam Próchnik – wywarło przemówienie /…/ Thugutta. »Tym paniczom – mówił – śnią się po nocach korony hrabiowskie. Dobrze. Niech sobie na nich wyryją godło: przez krew do błota«”. Choć Centrolew nie odniósł sukcesu, Thugutt wcześniej i później uważał, że naturalnym sojusznikiem chłopów są socjaliści z PPS, jako reprezentanci drugiego z „odłamów” ludu – robotników.

Był natomiast jednym z architektów udanego zjednoczenia ruchu ludowego, celu niespełnionego od czasu odzyskania niepodległości. 15 marca 1931 r. połączyły się „Piast”, „Wyzwolenie” i Stronnictwo Chłopskie, a Stanisław został członkiem Rady Naczelnej zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i przewodniczącym Sądu Partyjnego, niedługo powołano go także w skład komisji ideowo-programowej. Na kolejnym kongresie, w 1934 r., został przewodniczącym Rady Naczelnej, której to funkcji zrzekł się ze względu na stan zdrowia cztery lata później – wówczas nadano mu godność honorowego prezesa RN. Jako jeden z liderów ludowców podkreślał konieczność braku kompromisów z sanacją, lecz jednocześnie przestrzegał przed sojuszem z narodowcami i komunistami oraz przed takimi metodami walki, które mogły owocować chaosem wewnętrznym, niebezpiecznym szczególnie w obliczu coraz poważniejszej sytuacji międzynarodowej w drugiej połowie lat 30-tych.

***

Choć dobiegał wówczas 60-tki, Thugutt na początku lat 30. był jednym z działaczy najbardziej zaangażowanych we współpracę z młodzieżą ruchu ludowego. Cenili go aktywiści Związku Młodzieży Wiejskiej RP i Akademickiej Młodzieży Ludowej, widząc w nim jednego z ciekawszych ideologów. Chętnie udostępniano mu łamy „Wici” i „Młodej Myśli Ludowej”. On zaś w młodych ludowcach dostrzegał szansę na wcielenie w życie ideałów Polski Ludowej. Wynikało to nie tylko z podobnych ocen istniejącego ładu – Thugutt z upływem czasu radykalizował się w kwestiach społeczno-ustrojowych, ale także w gospodarczych, coraz mocniej krytykując system kapitalistyczny; młodzież ludowa była bardziej radykalna i nonkonformistyczna niż „starzy”. Jego broszura „Listy do młodego przyjaciela” (zwana „katechizmem młodych ludowców”) spotkała się z szerokim odzewem w tym środowisku, stając się swoistym podręcznikiem dla nowych adeptów. Pisał w niej: „Należysz do najszlachetniejszej w świecie klasy, do ludzi, którzy żyją z własnej pracy, nikogo nie wyzyskując, nikomu nie będąc pijawką”. Ten „bolszewik” kończył broszurę wezwaniem: „Nie trać wiary w Polskę, bo nie ma dla ciebie poza Polską nic”.

Drugą płaszczyzną zbliżenia między „weteranem” a 20-30-latkami był także ferment ideowy w tym środowisku, poszukiwanie odpowiedzi na wyzwania współczesnego świata. To właśnie wśród „wiciarzy” popularność zyskały zapożyczone z Czechosłowacji i Bułgarii idee agrarystyczne, twórczo rozwijane na polskim gruncie. Thugutt był autorem przedmowy do czołowego manifestu tego nurtu – książki „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego” Stanisława Miłkowskiego, wydanej w roku 1934. Pisał tam: „Zarówno w mieście, jak i na wsi autor wypowiada się wyraźnie za wywłaszczeniem wielkiego kapitału, przy równoczesnym jednak pozostawieniu prywatnej własności w drobnym rolnictwie. W ten sposób system proponowany – agraryzm – zawierałby w sobie dwie płaszczyzny, dwa typy działania gospodarczego /…/. Utrzymując własność prywatną na wsi, chce dziś już tworzyć tam nowe formy pracy i posiadania, kładąc wielki nacisk na gospodarkę częściowo przynajmniej kolektywną (spółdzielczą)”. Thugutt pisał to z wyraźną aprobatą, był bowiem w tym okresie jednym z czołowych działaczy polskiej spółdzielczości.

***

Po założeniu wspomnianej „kłopotliwej” spółdzielni spożywców w Ćmielowie, Thugutt na ćwierćwiecze rozstał się z tym środowiskiem. Nie znaczy to, że porzucił takie ideały. Rolę i znaczenie spółdzielczości doceniał niezmiennie przez lata, jednak w drugiej połowie lat 20. zaangażował się całym sercem po stronie tej formy gospodarki i życia zbiorowego.

W roku 1928 spółdzielczość spożywców „Społem” zwróciła się do Thugutta z propozycją współpracy. Postanowiono wykorzystać jego wiedzę i talent publicysty do propagowania takich ideałów. Najpierw opracował zbiór teoretycznych zasad „dobrej spółdzielczości”, później poproszono go o kolejne publikacje-broszury: „Pionierzy”, „Co to jest spółdzielnia spożywców” i „Porównawcze ustawodawstwo spółdzielcze”. Do tego doszło wiele artykułów publikowanych na łamach prasy branżowej – „Spólnoty”, „Społem” i „Pracownika Spółdzielczego”, a także popularyzatorskie teksty w różnorakich czasopismach ruchu ludowego i socjalistycznego. Rok 1934 przyniósł natomiast większą pracę Thugutta na ten temat, „Spółdzielczość. Zarys ideologii” (do roku 1946 doczekała się jeszcze trzech wydań).

Od roku 1929 wchodził w skład zarządu Towarzystwa Kooperatystów – czołowej polskiej organizacji zajmującej się propagowaniem spółdzielczości. W roku 1932 został jego prezesem, sprawował tę funkcję aż do wybuchu wojny. Dwa lata później wybrano go prezesem Spółdzielczego Instytutu Naukowego, wszedł też w skład redakcji jego organu – „Spółdzielczego Przeglądu Naukowego”. Był redaktorem „Informatora Spółdzielczego Towarzystwa Kooperatystów”, w roku 1935 objął redakcję dwutygodnika „Społem”. Prowadził ożywioną działalność popularyzatorską, nie tylko jako publicysta, ale także autor wielu publicznych wykładów i organizator różnorakich imprez poświęconych spółdzielczości. Wykładał w warszawskim Gimnazjum Spółdzielczym im. Mielczarskiego, był autorem tematycznych pogadanek radiowych, przygotował cykl tekstów dla Spółdzielczych Kursów Korespondencyjnych „Społem”, tuż przed wojną sporządził broszurę z analizą spółdzielczości uczniowskiej.

To on odegrał czołową rolę w zaszczepieniu ideałów spółdzielczych młodzieży ruchu ludowego, co zaowocowało w praktyce „ekspansją” na wieś spółdzielczości spożywców, dotychczas koncentrującej się głównie w miastach. Nie był jednakże Thugutt wyłącznie teoretykiem – to w znacznej mierze dzięki jego konkretnym wysiłkom odbudowano w Warszawie spółdzielczość spożywców, pod nazwą „Zjednoczenie”. Wiele wysiłków poświęcił także stworzeniu struktur związków zawodowych w sektorze spółdzielczym, mimo znacznego oporu ze strony części tego środowiska.

Był także jednym z niewielu Polaków, którzy odegrali rolę w światowym ruchu spółdzielczym. We wrześniu 1934 r. jako delegat „Społem” wziął udział w XIV Kongresie Międzynarodowego Związku Spółdzielczego w Londynie. Dwa lata później wybrano go w skład jednej z najważniejszych instytucji tego ruchu – Międzynarodowego Instytutu Spółdzielczego, kierowanego przez prof. Charlesa Gide’a, który nb. bardzo cenił Thugutta, mimo iż Polak często polemizował z jego poglądami. Również w 1936 r. był przewodniczącym zjazdu Centralnego Komitetu Międzynarodowego Związku Spółdzielczego, który odbył się w Warszawie.

***

Nie można być spółdzielcą, nie uznając konieczności wzajemnej pomocy, jako naczelnej zasady współżycia ludzkiego. /…/ współczucie dla pokrzywdzonych leży u źródeł spółdzielczości. Oczywiście nie słodkawa litość, która chce, samą siebie oszukując, wykpić się rzuceniem ofiarom krzywdy ochłapów, ale szczere i odważne postanowienie zniszczenia zła przez wyrwanie go z korzeniem, przez zmianę stosunków, w których rodzi się i rozkwita krzywda, przez zrzeczenie się korzyści, które płyną z nieczystych źródeł” – pisał w swym głównym dziele, „Spółdzielczość. Zarys ideologii”. Spółdzielczość miała wedle niego dwa wymiary – ekonomiczny (poprawa sytuacji bytowej niższych warstw społecznych oraz docelowo zmiana systemu gospodarczego) i społeczny (jako czynnik wspierający demokratyzację stosunków społecznych i ułatwiający angażowanie obywateli w kształtowanie swego życia i sfery publicznej).

Jego poglądy nt. spółdzielczości godziły radykalizm z rozsądkiem. Uważał, że taka forma gospodarki i życia społecznego powinna być głównym taranem rozbijającym kapitalizm – nie wierzył w „pokojowe współistnienie” obu tych porządków na dłuższą metę. Był także przekonany, iż system oparty wyłącznie na dążeniu do zysków jest szkodliwy i musi zostać zastąpiony bardziej „ludzkimi” rozwiązaniami. „Nie ma trwałego kompromisu między kooperatyzmem a kapitalizmem, jest tylko walka o byt. /…/ Kiedy spółdzielnia wzniesie się na wyższy stopień swojej organizacji, zaczynając produkować, usuwa nie tylko kupców, ale i przemysłowców. Kiedy powstaje bank, przeznaczony wyłącznie do obsługi spółdzielni, zarysowuje się ostatnia ściana twierdzy kapitalistycznej. /…/ Twierdzić, że nie ma istotnych różnic pomiędzy kapitalizmem a spółdzielczością byłoby to samo, co mniemać, iż nie ma żadnej różnicy między nowotworem a zdrowymi /…/ tkankami organizmu” – pisał w jednym z artykułów w 1931 r.

Wedle niego, nie jest możliwe oddzielenie spółdzielczości od antykapitalizmu. Po pierwsze, w spółdzielczość angażują się głównie ubożsi i marginalizowani członkowie społeczeństwa, im bowiem taka forma daje najwięcej korzyści. Efektem jest wyraziście klasowy charakter ruchu, choć nie jest on ani celem, ani obowiązującą zasadą. Po drugie, sposób funkcjonowania spółdzielni, ich konkurowanie z firmami prywatnymi, wyraźnie podkreśla ten antagonizm. „Nawet jej [spółdzielczości] najbardziej umiarkowane /…/ odłamy przez sam fakt swego istnienia walczą z kapitalizmem, wypierają go z jego placówek, poskramiają jego chciwość, stwarzają nowe, niekapitalistyczne formy życia gospodarczego” – pisał w „Spółdzielczości”. Taka forma gospodarki ma więc sporo wspólnego z ruchem socjalistycznym – propaguje gospodarkę uspołecznioną oraz swoistą, choć „zakamuflowaną”, walkę klas. Różni się od niego natomiast metodami (pokojowa przebudowa świata zamiast walki i rewolucji), charakterem (oddolne zmiany zamiast odgórnego ich narzucania), realizmem (konkretne rozwiązania osiągane metodą prób i błędów zamiast „książkowych” wizji) i horyzontem czasowym (nacisk na teraźniejszość zamiast rozważań o przyszłości).

Od standardowego socjalizmu odróżnia spółdzielczość również stosunek wobec postaw ludzkich. Thugutt dostrzegał wiele słabości w hurraoptymistycznych wizjach niektórych „zsocjalizowanych” odłamów spółdzielczości. Kładąc nacisk na ideowy i humanistyczny wymiar tego ruchu, przestrzegał jednocześnie przed projektami utopijnymi i pięknoduchostwem. Spółdzielczość nie może abstrahować od pewnych powszechnych postaw człowieczych. Musi zapewniać wymierny zysk i oferować konkretne, namacalne korzyści, gdyż samą ideą nikt się nie najadł. Zamiast roztaczania wizji lepszego świata, nacisk należy kłaść na poprawę losu „tu i teraz”. Spółdzielczość musi także być prężną gałęzią przedsiębiorczości, nie zaś rodzajem filantropii czy niezobowiązującym eksperymentem społecznym.

Krytykował bezpaństwowy nurt spółdzielczości. Darząc szacunkiem postawę i poglądy Piotra Kropotkina i Edwarda Abramowskiego, uważał jednocześnie za szkodliwe ich postulaty, by dobrowolne, oddolne zrzeszenia gospodarcze prowadziły do zniesienia państwa. Wskazywał nie tylko na aspekt utopijny takich pomysłów, ale także na samoistną wartość państwa jako formy organizacji życia zbiorowego wspólnoty narodowej. Państwo musi istnieć „przynajmniej tak długo, dopóki istnieć będą narody, dopóki istnieć będzie miłość do wspólnej kultury, przeszłości i zwyczajów”. Nie oznacza to bynajmniej pochwały machiny państwowej, a zwłaszcza jej rozrostu. Thugutt uważał, że to właśnie spółdzielczość jest naturalnym nowoczesnym lekiem na przerosty biurokracji i ciągoty statolatryczne. Ma ona bowiem możliwość przejmowania z rąk państwa wielu zadań ze sfery gospodarki i organizacji życia zbiorowego, a także kształtuje samodzielność obywateli, ich wiarę we własne siły oraz umiejętność oddolnej samoorganizacji.

Spółdzielczość ma – poza aspektem stricte gospodarczym – do odegrania właśnie znaczną rolę w „humanizacji” życia społecznego. Uczy współpracy, wzajemnej pomocy, odpowiedzialności za innych, a także stymuluje zaangażowanie człowieka w podejmowanie decyzji. Jako taka nie jest przeciwieństwem państwa, lecz jego wsparciem, szkołą faktycznego społeczeństwa obywatelskiego. Jest najlepszym „fundamentem” faktycznej demokracji. Spółdzielczość bowiem od początku opierała się na kilku aspektach: równości (niezależnie od ilości udziałów, każdy członek spółdzielni ma równy głos), dobrowolności akcesu (spółdzielczość oparta na przymusowym udziale – jak w ZSRR – była zdaniem Thugutta zaprzeczeniem ideałów tego nurtu), zasadzie „otwartych drzwi” (zmienny skład osobowy i brak – poza sytuacjami szczególnymi – barier dla potencjalnych chętnych nowych członków), neutralności (spółdzielczość skupia ludzi rozmaitych poglądów, akceptując ich różnorakie wybory życiowe, nie usiłując im narzucać żadnych postaw, lecz jednocząc ich ponad podziałami i ucząc pracy dla dobra wspólnego), a także uwzględnieniu celów „społecznych”, tj. wykraczających poza sferę materialnego, doraźnego zysku (każda ze spółdzielni musi tworzyć niepodzielny między jej członków fundusz społeczny, z którego finansowane są wydatki nie przynoszące zysków, np. działalność oświatowa, kulturalna itp.). To wszystko sprawia, że spółdzielczość jest szkołą demokracji – nie tylko na poziomie procedur i reguł, ale także poprzez system faktycznych zachęt do angażowania się w życie publiczne.

Który z tych trzech odłamów – ruch zawodowy [tj. związkowy – przyp. R. O.], partie polityczne czy spółdzielczość – przyczyni się najwięcej do ostatecznego zwycięstwa, jest dziś niewiadomym i przyznać trzeba dość obojętnym. Zachodzi jednak obawa, iż gdyby zwyciężył tylko ruch zawodowy, reprezentujący wyłącznie interesy wytwórców, albo partie polityczne, tak skłonne do narzucania swych poglądów przemocą, życie małych ludzi w tym nowym, lepszym świecie nie zawsze byłoby wysłane różami. Możliwość nadmiernej centralizacji, nadmiernego zbiurokratyzowania życia byłaby wysoce prawdopodobna. Spółdzielczość podlega tym samym niebezpieczeństwom, ale umie lepiej się od nich bronić. Ona jedna /…/ opiera się na interesach człowieka, nie jako cyfry statystycznej ani pojęcia prawnego, ale jako żywej istoty, będącej samej dla siebie światem” – przekonywał na kartach „Spółdzielczości”.

***

Gdy wybuchła wojna i do Polski wkroczyli hitlerowcy, 66-letni Thugutt szukał wraz z rodziną schronienia w Wilnie. Eugeniusz Andruszkiewicz, tamtejszy działacz „Społem”, wspomina: „Któregoś dnia powiadomiono mnie, że Stanisław Thugutt chce się zobaczyć ze mną. Ujrzałem go w tłumie interesantów. Do dziś pamiętam jego wygląd. Wychudła twarz z dużym zarostem, okrywał go stary, podarty chłopski kożuch, spod którego wyglądała wybrudzona, lniana chłopska koszula”. Spółdzielcy zorganizowali pomoc dla państwa Thuguttów. Stanisław wkrótce włączył się w działania tego środowiska, chcąc w warunkach sowieckiej „kurateli” ochronić majątek spółdzielczy i ocalić dobre imię „Społem”, liczył bowiem, że wojna wkrótce się skończy.

W grudniu 1939 r. otrzymał od generała Władysława Sikorskiego zaproszenie do członkostwa w powołanej we Francji Radzie Narodowej, ciała przedstawicielskiego polskich władz na uchodźstwie. Miał via Sztokholm przybyć w tym celu wraz z rodziną do Paryża. W maju 1940 r. udało się w końcu zorganizować wyjazd, państwo Thuguttowie dotarli do Szwecji, gdzie zostali otoczeni opieką przez tamtejszych spółdzielców. Plany przedostania się do Francji okazały się nierealne z powodu trwającej hitlerowskiej inwazji na Danię i Norwegię. Rozważano powrót do okupowanej Warszawy, ale przyjaciele odradzili tak ryzykowny krok.

Stanisław August Thugutt zmarł 15 czerwca 1941 r. w Sztokholmie. Pochowano go cztery dni później. Pogrzeb zgromadził kilkaset osób – zwykłych Polaków, szwedzkich spółdzielców, przedstawicieli emigracyjnych władz polskich. Trumnę zmarłego udekorowano Wielką Wstęgą Orderu Odrodzenia Polski. Mimo że od tamtego momentu minęło niemal 70 lat, jego prochy do dziś nie zostały sprowadzone do ojczyzny.

***

A co z Polską Ludową? Z Polską wolnych i równych obywateli? Z Polską sprawiedliwą i będącą godnym domem wszystkich swoich córek i synów? Stanisław Thugutt 81 lat temu pisał: „Przed nami droga daleka i trudna. Nikt z nas żywych nie zobaczy jej końca. I choć walka, którą toczymy, nie jest walką krwawą, niejeden padnie z wysiłku i znużenia. Uczcimy go serdecznym, braterskim wspomnieniem. Pozostali muszą iść dalej”. My musimy iść dalej.

Literatura (ważniejsze pozycje):

  • Jan Borkowski, Ludowcy w II Rzeczpospolitej (część I i II), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987.
  • Jan Borkowski, Od Waryńskiego do Witosa. Ruch robotniczy a chłopi i ludowcy w Polsce, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Jan Borkowski, Józef Kowal, Stanisław Lato, Witold Stankiewicz, Alicja Więzikowa, Zarys historii polskiego ruchu ludowego (tom II – 1918-1939), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1970.
  • Leon Chajn, Polskie wolnomularstwo 1920-1938, wydanie II zmienione, „Czytelnik”, Warszawa 1984.
  • Ludwik Hass, Ambicje, rachuby, rzeczywistość. Wolnomularstwo w Europie Środkowo-Wschodniej 1905-1928, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1984.
  • Jan Jachymek, Myśl polityczna PSL „Wyzwolenie” 1918-1931, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1983.
  • Tadeusz Janczyk, Stanisław Thugutt jako działacz spółdzielczy /w:/ Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Stanisław Lato, Ruch ludowy wobec sanacji (z dziejów politycznych II Rzeczypospolitej), Krajowa Agencja Wydawnicza, Rzeszów 1985.
  • Adam Próchnik, Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej (1918-1933), Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1983.
  • Jan Sałkowski, Polityk i spółdzielca /w:/ Stanisław Thugutt, Wyznania demokraty. Publicystyka z lat 1917-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986.
  • Janusz Socha, Stronnictwa ludowe po zamachu majowym, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Stanisław Thugutt, O demokracji i ustroju Polski, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Stanisław Thugutt, Spółdzielczość. Zarys ideologji, Wydawnictwo Polskiego Związku Wychodźctwa Przymusowego w Hanowerze 1946 (wydanie IV).
  • Stanisław Thugutt, Wyznania demokraty. Publicystyka z lat 1917-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986.
  • Janina Barbara Twaróg, Stanisław August Thugutt: krajoznawca – publicysta – wybitny działacz Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, http://khit.pttk.pl/index.php?co=tx_bio_sat
  • Alicja Więzikowa, Działalność Stanisława Thugutta w polskim ruchu ludowym /w:/ Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Alicja Więzikowa, Stanisław Thugutt (1873-1941) /w:/ Alicja Więzikowa (red.), Przywódcy ruchu ludowego. Szkice biograficzne, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1968.
  • Andrzej Wojtas, Problematyka agrarna w polskiej myśli politycznej 1918-1948, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Alicja Wójcik, Myśl polityczna Stanisława Augusta Thugutta (1873-1941), Wydawnictwo UMCS, Lublin 1992.